Page 1

To był jeden z tych jesiennych wieczorów, w których nienawidziłem dzielnicy, w której mieszkam, trochę mniej niż zwykle. Być może nawet niebezpiecznie zbliżyłem się do jakiejś sympatii do tego zaśmieconego, wyludnionego i niemodnego miejsca. Wracałem z pracy, gdy gęsta mgła opadła. W świetle ulicznych latarni widziałem nie dalej, niż dziesięć metrów przed maską samochodu i gdzieś z samego tyłu głowy zaczęły przebijać się niedorzeczne myśli, że jest tu nawet całkiem ładnie, a na pewno klimatycznie. Pusty parking przy ruderze, która podobno kiedyś była centrum handlowym, wyglądał jak wyjęty ze scenariusza staromodnego filmu noir. Chociaż jeździłem tą drogą dwa razy dziennie od dobrych kilku lat, to ciągle nie mogłem zapamiętać każdego zakrętu i skrzyżowania. Jechałem bardzo ostrożnie i prawdopodobnie dlatego w ogóle ją zauważyłem. Stała na przystanku, sprawiając wrażenie, że była tam już od zawsze, albo przynajmniej od kilku godzin. Autobus przestał tędy jeździć dwa albo trzy lata temu, kiedy ostatni pasażerowie umarli ze starości, zostały tylko nieaktualne rozkłady i zbutwiała ławeczka pod wiatą tak dziurawą, że nawet bezdomni pod nią nie sypiali. To złe miejsce i zły czas dla samotnej dziewczyny oraz, jak się okazało, dla idioty na białym koniu, który tej dziewczynie postanowił pomóc. Podjechałem i opuściłem szybę do połowy. Dopiero teraz zauważyłem, że cały czas paliła długiego papierosa o dziwnym, waniliowym zapachu. - Przepraszam najmocniej... – zacząłem nieskładnie. Już zapomniałem, jak rozmawia się z kobietami poza moim biurem. - Przepraszam, tędy nie jeździ już żaden autobus. - Dlaczego? - to bylo jedno z pytań, na które z pewnością nie byłem przygotowany. - Po prostu, ten kurs jest zawieszony, chyba już na zawsze. Może raczej zlikwidowany? Rozumie pani, tutaj nikt właściwie nie mieszka. Cięcia w budżecie, chyba tak było, wie pani. Radziłbym wziąć taksówkę... Co ja w ogóle wygaduję. Taksówkę, o tej porze, w tej dzielnicy? Powinienem chyba zaproponować, że ją podrzucę, ostatecznie do pętli trzy przystanki, to niedaleko. Tam złapie jakiś podmiejski autobus i dojedzie do centrum przed północą. Może ona z kimś się umówiła na tym przystanku? Zorientowałem się, że wyglądam jak potencjalny psychopata, nieogolony i z rozluźnionym krawatem… - Tam, gdzie jadę, nie dostanę się taksówką Przewieziesz mnie. Powiedziała to dokładnie takim tonem, z wyraźną kropką, nie znakiem zapytania. Ona nie prosiła, tylko informowała. Za zapach tych papierosów mogłem wybaczyć jej wszystko. - Nie wiem dokąd, szczerze mówiąc... - wydukałem niezbyt mądrze otwierając drzwi pasażera. A może to ona jest psychopatką? Czy istnieją seryjne morderczynie? Nigdy chyba o takiej nie słyszałem, ale może się po prostu nieźle ukrywają? - Ja wiem - pierwszy raz na mnie spojrzała i głos jej złagodniał. - Proszę, pomóż mi. To dla mnie bardzo ważne. Dopiero teraz zabrzmiało to jak prośba i poczułem, że nie mogę już jej odmówić… Nie, właściwie od samego początku nie mogłem, nawet, gdyby trzymała w ręce zakrwawiony tasak zamiast papierosa. - Pośpiesz się, proszę. Nie mamy wiele czasu. My? Jechaliśmy w milczeniu słuchając na okrągło jednej kasety Janis Joplin. Musiało minąć sporo czasu, bo Summertime słyszałem chyba ze trzy razy. Kiedy po raz trzeci zobaczyłem w oddali komin fabryki nie wytrzymałem i rzuciłem jej długie spojrzenie.


- Poczęstujesz mnie papierosem? A może nawet powiesz mi, dokąd jedziemy? Bez słowa wyjęła papierośnicę, złotą albo złoconą, w każdym razie naprawdę ładną. Odpaliłem, zaciągnąłem się, zakrztusiłem jak licealista w szkolnej ubikacji i powtórzyłem: - Powiesz mi, dokąd jedziemy? - Przed nami długa droga, a czasu coraz mniej. Prowadź, nie pytaj, proszę... Zaufaj mi jeszcze przez chwilę. Paliłem całe życie, długie lata trawkę, ale nigdy takiego tytoniu. - Skręć tutaj w lewo – rzuciła nagle patrząc gdzieś przed maskę. - Dlaczego nie masz drakkara? - Czego? Zatrzymałem się i wysiadłem z samochodu. Nie pierwszy rzut oka wszystko było w porządku, może poza tym, że nie miałem pojęcia, gdzie właściwie jestem. Mgła gęstniała, a szybka w zegarku zaparowała i zauważyłem, że straciłem poczucie czasu. - Przepraszam... Jak masz na imię? - zapytałem dziewczynę. - Możesz mnie nazywać, jak tylko chcesz, nie przywiązuję do tego uwagi - odpowiedziała i znów miałem wrażenie, że jest myślami gdzieś daleko, daleko stąd. Zapytałem o drakkar. Wysiadła i wskazała na środek maski. - Tutaj powinien byś taki znaczek, widzisz? - A, jaguar. Wiesz, chowam go, kiedy wracam z pracy, bo już dwa razy mi ukradli, a nowy kosztuje dwieście dolców, więc... - nareszcie poczułem, że wiem, o czym mówi. Gwałtownym ruchem złapała mnie za rękę i przyciągnęła. - U was po prostu się je kupuje? Masz go gdzieś tutaj? Sięgnąłem ręką do schowka i wyjąłem małego jaguara zawiniętego w torebkę śniadaniową. - Tutaj jest. Mam nadzieję, że ci się podoba, bo innego nie mam... Wyglądała na zadowoloną. Zadowolona księżniczka, tak bym ją określił, i powiedziałem jej to, chyba niepotrzebnie, bo spojrzała na mnie urażona i bez słowa wsiadła do samochodu. Zamocowałem jaguara z przodu i pojechaliśmy dalej. Zatrzymałem na parę chwil wzrok na wulgarnym graffiti i nie zareagowałem w porę, kiedy nagle rzuciła się i szarpnęła kierownicą, aż obróciło samochód. Poczułem uderzenie w wysoki krawężnik, odruchowo skontrowałem i zatrzymałem się kilka centymetrów od ściany starej kamienicy. Oparłem głowę na przedniej szybie i mieliłem w ustach przekleństwa, a ona dosłownie wyskoczyła z auta i zaczęła pukać w przednią szybę. Miałem ochotę gwałtownie ruszyć, przemówić jej do rozsądku zderzakiem… Wysiadłem, nie zwracałem uwagi na jej podniecenie ani nerwowe pospieszanie i po prostu usiadłem na masce. - Nie ruszę się stąd… A co więcej, i ty mnie stąd nie ruszysz, dopóki nie dowiem się wszystkiego. I nie chcę już słyszeć jakiegoś pieprzenia – nakręcałem się jak staromodna pozytywka. – Gdzie jesteśmy, po co tu przyjechaliśmy i do czego jestem ci potrzebny, panno… No właśnie, zechcesz się chociaż przedstawić? Coś w mojej tyradzie musiało ją naprawdę poruszyć, bo siadła na krawężniku przed autem i podkuliła nogi. Mówiła powoli i dobierała każde słowo bardzo ostrożnie, albo była świetną aktorką – właściwie nie miało to dla mnie znaczenia. - Jesteśmy… nie potrafię ci tego dobrze wytłumaczyć. Mam na imię… - wierzcie lub nie, ale każdy szczegół tego wieczoru potrafiłem odtworzyć, poza jej imieniem. – Jesteśmy tuż za rogiem, po prostu. W miejscu, które widzisz kątem oka… Plotła nieskładnie dłuższą chwilę i chyba zapatrzyłem się w jej oczy, bo zwróciłem uwagę dopiero,


gdy oznajmiła: - No, i dlatego musisz się ze mną teraz ożenić. Tu i teraz, bo czasu jest mało, wiesz, za chwile przyjadą swaci i się zacznie, tylko mężatki nie ruszą… - Halo, kurwa – przerwałem jej, zaskakując nawet siebie wulgarnością. – To nie jest Las Vegas, tu nie ma zasranego księdza do wynajęcia, nawet gdybym planował się z tobą żenić… - A jeżeli znajdę kogoś, kto nam udzieli ślubu? – gwałtownie wcięła mi się w słowo. - Jeżeli znajdziesz takiego kogoś… - to były chyba najgłupsze słowa, jakie powiedziałem w całym życiu i do dziś nie mam pewności, co mnie podkusiło. – Jeżeli znajdziesz takiego kogoś, to rzucę monetą i reszka to twoja wygrana, pasuje? Zamiast odpowiedzi poderwała się, złapała mnie za rękę i pociągnęła do wyjątkowo ciemnej, odrapanej bramy, jednej z tych, do których nigdy nie weszlibyście bez wyraźnej konieczności. Przeszliśmy przez klatkę schodową skąpaną w słabym świetle żarówki, z trudem przebijającym się przez centymetrową warstwę kurzu na kulistym kloszu. - Tu mieszka taki… ksiądz czy coś, wiesz – pokazała na pierwsze drzwi przy zejściu do piwnicy. – Reszka, wygrywam, orzeł, jesteś wolny jak ptak, pasuje? Nigdy nie byłem hazardzistą ani nawet karciarzem. Najbliżej takich rozrywek byłem, kiedy postawiłem dychę, że kumpel podbije piłkę głową czterdzieści razy, ale coś w środku mówiło mi, że będzie fajnie mimo, że nie mam nic do wygrania, a wszystko do stracenia… Wyjąłem z kieszeni jakieś drobne i wygrzebałem największą monetę. Od tego momentu wydarzenia zlewają się w mojej pamięci i nie potrafię chyba tego dobrze opisać. Oto moneta obraca się w powietrzu dwa razy, upada na zakurzoną wycieraczkę przed mieszkaniem niby-księdza, oczywiście, orłem do góry… Ona zaciska usta i idziemy razem do samochodu, albo idę sam – w każdym razie, gdzieś płacze jakaś kobieta, a ja pędzę, dociskam pedał do deski, jakby goniło mnie stado diabłów, jakbym próbował nadgonić stracone… No właśnie, która jest godzina? Zegarek w samochodzie jest nadal zaparowany, a ten na nadgarstku zepsuty, bo przecież skończyłem pracę paręnaście godzin, a nie trzy kwadranse temu. Budzę się zlany potem na nieczynnym przystanku, gdzie zbutwiała ławeczka stoi przed wiatą tak dziurawą, że gardzą nią nawet szukający noclegu bezdomni. Powoli, ostrożnie jadę do domu, zatrzymuję się na każdym skrzyżowaniu, wypatruję oczy za pieszymi… Dwa dni później znaleźli ją w rzece. Nie miała żadnych dokumentów, rozmoczone palce nie zostawiały odcisków, nigdy nie była u dentysty, a w kieszeniach zamiast portfela miała jedną monetę. Nigdy już nie otwarłem popielniczki w samochodzie; czasami czuję słaby zapach wanilii i kusi mnie, żeby wyjąć niedopałek, zapalić resztkę tego pysznego tytoniu… To chyba jedyne, co mogę zrobić dla dziewczyny, której imienia nawet nie zapamiętałem.


Miasto tajemnic  

autor: darkan

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you