Issuu on Google+

Kraków, nr 4(22)/2013

kwiecień

ISSN: 2083-8948


Papież Franciszek

Na niebieskim tle znajdują się symbole godności papieskiej: mitra umieszczona między skrzyżowanymi kluczami złotym i srebrnym, związanymi czerwonym sznurem. Na górze mamy symbol zakonu, z którego pochodzi nowy papież – Towarzystwa Jezusowego. Na tle jaśniejącego słońca widnieją litery IHS, czyli monogram Chrystusa. Nad literą H wznosi się krzyż, poniżej niej trzy czarne gwoździe. Na dole znajduje się gwiazda i kwiat nardowy. Gwiazda, według starożytnej tradycji heraldycznej, symbolizuje Maryję Pannę, Matkę Chrystusa i Kościoła, podczas gdy kwiat nardowy wskazuje św. Józefa, patrona Kościoła powszechnego. Motto papieża Franciszka zaczerpnięte jest z homilii św. Bedy Czcigodnego, który komentując ewangeliczny epizod powołania św. Mateusza, pisze: Jezus zobaczył celnika, a ponieważ było to spojrzenie zmiłowania i wyboru, rzekł do niego: «Pójdź za Mną».

fot. www.commons.wikimedia.org

Argentyński kard. Jorge Mario Bergoglio, który od 13 marca jest 266. biskupem Rzymu, ma 76 lat i przez ostatnie 16 lat był metropolitą swego rodzinnego miasta, Buenos Aires. Do 2011 przed dwie trzyletnie kadencje był przewodniczącym episkopatu swego kraju. Jest pierwszym Argentyńczykiem i w ogóle mieszkańcem Ameryki, a także pierwszym jezuitą, który został wybrany na najwyższy urząd w Kościele katolickim. Również jako pierwszy przybrał imię Franciszek. Jako pierwszy w Wielki Czwartek umył nogi kobietom. Jako pierwszy szwajcarskiemu gwardziście przyniósł krzesło. I wykonał wiele innych zaskakujących gestów, za które polubił go cały świat.

Prosimy Cię, Panie, żebyśmy nie zatrzymali się tych pięknych gestach, ale poszli dalej za nowym Piotrem.


od redakcji

Kwiecień 2013

Spotkajmy się w Niebie. Tym razem to optymistyczne zaproszenie jest naszym tematem numeru. Przeżywamy cały czas tajemnice Zmartwychwstania, więc oczy i dusza same wznoszą się ku górze. Mam nadzieję, że o tych wzniosłych i ważnych sprawach udało nam się napisać w strawny i zrozumiały sposób. Bo medytacje o Niebie doprowadziły mnie do przyziemnych przemyśleń i sformułowania apelu do naszych drogich kapłanów: mówcie do nas po polsku! Ja wiem, że wiara to sprawa najwyższej wagi. Że nie można za bardzo uprościć, żeby nie sprofanować. Że niemal pradawny język Biblii ma nas przenieść w tamte czasy i sprawić, że nie będziemy się czepiali słówek. Ale... Ale czasem za dużo jest tego patosu. Mamy więc homilie okraszone „albowiem”. Poza tym nieustannie się „ubogacamy” albo coś nas „ubogaca”. Trzeba to „podkreślić z całą mocą”. A na końcu „pochylić się nad tym”. A ja lubię prosto z mostu! Czy nie można powiedzieć, że Pan Jezus się po prostu wykąpał?

Czy trzeba się silić na śmieszne i w dodatku niepoprawne: „dokonał kąpieli w Jordanie”? Ponieważ moja polonistyczno-dziennikarska dusza cierpi, wybieram świadomie. W pewne ważne święto odprawiano wiele Mszy św. Sprawdziłam i poszłam na celebrowaną przez bpa Grzegorza Rysia, którego jestem fanką. Bo on mówi prosto i do ludu. Kiedy przyjechał do mojej wiejskiej parafii z relikwiami bł. Jana Pawła II, kazanie rozpoczął od swojskiego „Po co tu w ogóle przyszliście? Chciało wam się? Wiecie w ogóle, o co w tym chodzi?”. To mnie urzekło. Proszę was, nasi drodzy księża, mówcie do nas po polsku. Mam po tym wstępniaku apetyt na „trybowy” temat numeru poświęcony kulturze języka, pięknu naszej ojczystej mowy. Co Wy na to?

temat numeru:

Spotkajmy się w Niebie 4-8 Ja do nieba tylko z żoną O Basi, która dobiegła do mety Niebo do wynajęcia? Ojcze nasz, któryś jest w Niebie Zobacz Raj! Oczami dziecka A jeśli nie niebo?

ona i on 9 Przezn@czeni rozmowa z charakterem Jan Pospieszalski

10-11

inżynier ducha 12 Św. Josemaria Escriva de Balaguer encyklopedia wiary 13 W Roku Wiary czytaj YOUCAT pro-life Okno na świat Jeden z nas

14-15

portret 16 Dobry tandem: teoria i praktyka olimpiada sportów Curling

17

wokół nas 18-20 Czego nie uczą nas w szkole, a co jest nam potrzebne w życiu? z kulturą Bo kochać znaczy tworzyć Recenzje

21

idźże, zróbże Boży dancing

22-23

współpraca

Redaktor naczelny: Magdalena Guziak-Nowak Asystent kościelny: ks. Rafał Buzała Sekretarz redakcji: Agata Gołda Marketing: Marcin Nowak – promocja@e-tryby.pl Zespół redakcyjny: Magdalena Antkowiak, Michał Chudziński, Marta Czarny, Karolina Mazurkiewicz, Izabela J. Murzyn, Iwona Sidor, Dominik Sidor, Marek Soroczyński, Michał Wnęk Korekta: Maria Wyrwa DTP, foto: Marcin Nowak Okładka: Marcin Nowak Druk: Printgraph Brzesko

TRYBY NR 4(22)/2013

Adres redakcji: ul. Wiślna 12/7, 31-007 Kraków Data zamknięcia numeru: 5 kwietnia 2013 r. Nakład: 7000 egz. Redakcja zastrzega sobie prawo  do skracania tekstów i zmiany tytułów. www.e-tryby.pl biuro@e-tryby.pl Wydawca: Orły Małopolski Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Krakowskiej

reklama

tel.: 784 902 140

3


4

te mat nu m eru >> spotkajmy się w Niebie

Ja do nieba tylko z żoną! Tomasz Żmuda

Tytułem wstępu Wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Do takiej świętości, której spełnieniem będzie życie w Królestwie Bożym po zmartwychwstaniu, na nowej ziemi (Ap 21,1–2). Na ziemi, która zostanie nam dana wraz z odnowionymi i odmienionymi ciałami (1 Kor 15,35–53). Tak jak żyjemy teraz, tak i później żyć będziemy w społeczności, tyle że będzie to społeczność świętych. Będziemy żyć w doskonałej relacji z Bogiem i innymi ludźmi. Poznamy wtedy pełnię prawdy (J 8,31–32), a oznacza to, że nasze poznanie będzie doskonałe. Ponieważ poznamy prawdę, to ipso facto zostaniemy wyzwoleni od zła, a konsekwencją tego będzie zniesienie wszelkiego Prawa, ponieważ nie będzie ono już potrzebne.

I oto pytanie... Dla-czego taki przydługi wstęp? Ano dla-tego, że powstaje pytanie: co stanie się z naszymi relacjami z innymi ludźmi, które nawiążemy wcześniej tu na tej ziemi? Czy przetrwają one w niebie? Mnie, jako małżonka, najbardziej interesuje, czy ta, która teraz jest dla mnie żoną, będzie także dla mnie żoną w Królestwie Bożym? Bo ja do nieba chcę iść z moją żoną! Tymczasem w Kościele panuje powszechna opinia, że w raju nie będziemy dla siebie mężem i żoną, małżeństwo zostanie zniesione. Potwierdzają to słowa Jezusa w Ewangelii św. Mateusza, które Pan wypowiada w odpowiedzi na zaczepkę saduceuszy: „Gdy nastąpi zmartwychwstanie, ludzie nie będą się żenić ani za mąż wychodzić, ale będą żyli jak aniołowie w niebie” (Mt 22,30). Czy jednak słowa te faktycznie odrzucają nadzieję na wspólne życie małżonków w niebie? Aby właściwie pojąć znaczenie tego zdania, należy przede wszystkim zbadać, w jakim kontekście zostało ono wypowiedziane. Jest to część odpowiedzi Jezusa na mało finezyjną zaczepkę saduceuszy, którzy nie wierzyli w zmartwychwstanie. Pytają oni Pana w zasadzie nie o małżeństwo samo w sobie, ale o prawo lewiratu. Istniał bowiem w Prawie Mojżeszowym (Pwt 25,5–10) przepis, który nakazywał pojąć

www.e-tryby.pl

fot. www.sxc.hu

za żonę małżonkę zmarłego brata, jeśli ten umarł bezdzietnie, aby w ten sposób zapewnić mu potomka. Co wtedy – pytają się saduceusze – stanie się z taką kobietą po zmartwychwstaniu, czyją będzie żoną? Bo w świetle Prawa, tu na ziemi, była żoną obojga braci, jednego po drugim. Musimy jeszcze jednak pamiętać, że w prawie żydowskim kobieta była podporządkowaną swojemu mężowi, a małżeństwo nie było sakramentem (i u Żydów nie jest nadal), a jedynie instytucją prawną. I sedno odpowiedzi Chrystusa zasadza się właśnie na wytknięciu saduceuszom braku znajomości Prawa, na które się powołują („Błądzicie, bo nie znacie ani Pisma ani mocy Bożej” – Mt 22,29). Prawo, jako działające na nas z zewnątrz, po zmartwychwstaniu nie będzie nas obowiązywać, bo nie będzie takiej potrzeby, bo raz na zawsze zostaniemy wyzwoleni ze zła. Jeśli nie będzie prawa, to nie będzie też małżeństwa w sensie prawnym.

Przymierze na zawsze Wiemy doskonale, że małżeństwo u chrześcijan swą istotą wykracza daleko poza jego sens prawny. Po pierwsze, małżeństwo jest sakramentem, czyli znakiem łaski, która uzdalnia obojga małżonków do uświęcania się nawzajem w drodze do zbawienia. Jeśli małżonkowie zgodnie, razem, współpracowali z tą łaską, to czemuż razem nie mieliby się cieszyć z owoców tej łaski w przyszłym życiu.

Po wtóre, małżeństwo chrześcijańskie jest czymś dużo więcej niż tylko umową między dwojgiem osób. Samo w sobie jest przymierzem zawieranym przez kobietę i mężczyznę przed obliczem Boga, a przymierze jako takie wykracza poza ramy czasowe i jest niezrywalne. Przymierze małżeńskie winno być zatem obrazem przymierza, jakie Bóg zawarł ze swoim ludem. Obrazem, który jest alegorią oblubieńczej relacji Chrystusa do Kościoła.

„Królestwo Boże jest pośród was” Jezus, w Ewangelii św. Łukasza, zapytany, kiedy przyjdzie Królestwo Boże, odpowiedział, że już teraz jest ono pośród nas (Łk 17,21). Jest ono tam, gdzie głosi się słowo Ewangelii, gdzie wielbi się Boga, gdzie ludzie są uzdrawiani mocą Jezusowego słowa, gdzie kwitnie miłość braterska, więc i też małżeńska. Ta miłość między małżonkami może być zaczynem Królestwa Bożego. Jest w nas tendencja, aby sądzić, że w niebie wszystko będzie nowe, że przyjdzie nam porzucić to, co stało się naszym udziałem na tej ziemi. Chciejmy docenić wszystko dobre, co przytrafia się nam teraz, chciejmy prosić Boga, aby było także naszym udziałem, kiedy będziemy zdolni patrzeć na Niego twarzą w twarz. Bo przecież „na ziemi jest o niebo lepiej” niż nam się wydaje. Dedykuję mojej kochanej żonie Ewie. Specjalne podziękowania dla naszych przyjaciół, Eli i Tomka, za inspirację.


te mat nu m eru >> spotkajmy się w Niebie

5

O Basi, która dobiegła fot. www.filmobasi.pl

do mety Wojciech Prus OP, www.filmobasi.pl

B

asia miała 31 lat. Zmarła 29 czerwca 2007 r., w uroczystość Apostołów Piotra i Pawła, nad ranem. Dzień wcześniej odwiedziłem ją razem z jej mężem. Była wtedy nieprzytomna. Od miesiąca, z krótką przerwą, w oddychaniu pomagał jej respirator. Nie mogła rozmawiać, Michał pokazał mi kartkę, za pomocą której się porozumiewali. W krótkich zdaniach widać było jej zmaganie z cierpieniem, wysiłek, by pisać prosto, gdy litery zjeżdżały ciągle w dół. Niekiedy brakowało sił na pisanie, dlatego Michał wymyślił dla niej „klawiaturę”, narysował ją na kartce, żeby stukając w poszczególne litery, mogła mówić, czego jej potrzeba. Małżeństwem byli od 2000 r. Poznaliśmy się w 2002 r., podczas rekolekcji adwentowych dla absolwentów stowarzyszenia Soli Deo z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Potem spotykaliśmy podczas kolejnych rekolekcji i rozmów. Jednym z bolesnych wątków ich historii był brak potomstwa. Dojrzewali do decyzji o adopcji. Jesienią 2004 r. zapisali się na trwający dziewięć miesięcy kurs adopcyjny. Przed jego rozpoczęciem pojechali jednak na pielgrzymkę do Rzymu. Jaka była radość przyjaciół i znajomych, gdy

TRYBY NR 4(22)/2013

w grudniu ogłosili, że są w stanie błogosławionym. A potem przyszło coś jeszcze bardziej niespodziewanego. W swoich notatkach zapisałem: „21.01.2005 – Basia i Michał Paradowscy, odkrywają, że Basia ma nowotwór. Dziś się spotykamy i modlimy. Namaszczenie chorych i modlitwa do Matki Bożej Gidelskiej”. I zaraz potem drugi zapis, z powtórzeniem tej dramatycznej informacji, jakby nie mogło do mnie dotrzeć, co się stało: „23.01.2005 - O 16.00 msza za małżeństwa oczekujące potomstwa. Błogosławieństwo par na koniec mszy. Spotkanie z absolwentami Soli Deo. Basia i Michał Paradowscy, okazuje się, że ona ma raka. Teraz, gdy jest w ciąży. Dużo modlitwy. Lekarz, który przyniósł informację o nowotworze, zasugerował aborcję, żeby zapewnić skuteczność leczenia. Stanęli wobec niewyobrażalnego wyboru. Rozpoczęło się zmaganie. Otaczała ich miłość i modlitwa przyjaciół. Krąg modlitewny wciąż się poszerzał. Znaleźli lekarkę, która podjęła się leczyć Basię w ciąży. Rozpoczęła się chemioterapia. Mateusz urodził się zdrowy. W przeddzień śmierci Basi skończył dwa lata (...).

Pamiętam, jakby to było wczoraj. W 2012 r. organizowaliśmy z naszym zespołem redakcyjnym Festiwal Filmowy PRAWDA DROGA ŻYCIE. Przez trzy dni pokazywaliśmy wartościowe produkcje, których nie zobaczy się w kinie. Cały czas mam w pamięci jeden obraz. W ciemnej sali słychać pociąganie nosem. Płaczą wszyscy, także nieustraszona płeć męska. W historii Basi urzekło mnie wiele. Na przykład to, że godnie i z wiarą przyjęła lekarski wyrok. Cierpiała, że zostawi swojego męża i ukochanego synka, ale jednocześnie miała świadomość, że Pan Bóg nie pozwoli, by stała jej się krzywda. Czerpała z życia garściami. Planowała, miała marzenia. Zaczęła pisać listy do swego synka. Oddychała perspektywą Nieba Chociaż Basia zmarła, cała opowieść była optymistyczna. Jak opisywali jej przyjaciele, szczególnie ostatnie momenty jej życia przypominały prawdziwy bieg. Mimo że leżała bezwiednie na szpitalnym łóżku, biegła. Do mety. Do Nieba. Chciałabym kiedyś ją poznać... Jeśli jeszcze nie poznałeś Basi, zobacz film. Za darmo na www.filmobasi.pl Magdalena Guziak-Nowak


6

te mat nu m eru >> spotkajmy się w Niebie

Niebo…

do wynajęcia?

Br. Remigiusz G. Lewandowski (drugi od lewej) podczas celebrowania Eucharystii z Ojcem Świętym Benedyktem XVI

fot. archiwum br. Remigiusza Grzegorza Lewandowskiego OFMCap

O tym czy na życie w Królestwie Niebieskim można sobie zapracować, w jaki sposób można zamknąć sobie „bramy” Raju i dlaczego chrześcijanin powinien być czujny – z br. Remigiuszem Grzegorzem Lewandowskim OFMCap., asystentem Młodzieży Franciszkańskiej w Umbrii, rozmawiają Iwona i Dominik Sidorowie. „W domu Ojca mego jest wiele mieszkań” – czytamy w Ewangelii wg św. Jana (14,2). Czy możemy zrobić, tu na ziemi, coś, co na 100proc. zapewni nam jedno z tych mieszkań w Niebie? – Musimy pamiętać, przede wszystkim, że w kwestiach Królestwa Bożego nie możemy myśleć kategoriami ludzkimi, tzn. zasłużyć, zarobić, czy może nawet załatwić, o czym wielokrotnie przypomina nam Pan Jezus na kartach Ewangelii. Musimy odmienić, nawrócić nasz sposób myślenia z ludzkiego na Boży, tzn. z logiki „coś za coś” na Bożą logikę daru. Bezinteresownego daru z siebie, jakim On sam się dla nas stał (w najwyższy sposób na Krzyżu) i staje się każdego dnia (w Eucharystii). Oprócz tego pamiętajmy, że „Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17). A zatem to „sprawa” naszej relacji z Panem Bogiem i braćmi. Królestwo Boże jest bezinteresownym darem Pana Boga dla tych, którzy Go kochają i w konsekwencji pełnią Jego wolę: „To, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9n). W Liście do Efezjan (2,8–9) czytamy natomiast: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę! Nie jest to więc waszą zasługą, lecz darem Boga. Nie za dokonane czyny, aby nikt się nie chełpił” – czy w takim razie, aby wejść do Raju, nie trzeba się wykazać dobrymi uczynkami, a jedynie wystarczy przyjąć ten dar zbawienia? www.e-tryby.pl

– To już jest wiele, kiedy przyjmujemy ten dar zbawienia. Dzisiaj nie jest to zawsze takie oczywiste, że chcemy go przyjąć. Zalewa nas codziennie wiele na pierwszy rzut oka atrakcyjnych „ofert”, „propozycji”. Usiłują nam wmówić, że zbawienie, które Pan Bóg oferuje, nie jest nam, w sumie, potrzebne, bo dotyczy czegoś, co ma być w przyszłości – i nawet to nie jest pewne. Chcą nas przekonać, że bardziej opłaca się zajmować tym, co jest tu i teraz, carpe diem, beztrosko korzystać z życia, bo w końcu – podobno – sam Pan Bóg nam je dał. Dlatego potrzeba „wychodzić na pustynię”, wyciszyć się i poddać oczyszczającemu oraz odradzającemu działaniu Słowa Bożego. Tylko wtedy będziemy mogli rozpoznać, co jest prawdą a co kłamstwem, co dobre a co złe. Dobre uczynki natomiast są konkretnym owocem przyjęcia Bożego daru zbawienia. Jeśli więc są odpowiedzią na Bożą miłość, której codziennie doświadczamy (a której nie zawsze jesteśmy świadomi, i za którą nie zawsze jesteśmy wdzięczni), a nie kalkulacją, interesem czy też lękiem przed piekłem, to znak, że Bóg w nas mieszka ze swoją łaską, ze swymi darami, bo otwieramy się wtedy na innych, w bezinteresownym darze z siebie. A jak rozumieć słowa Ewangelii: „Temu, kto by mówił przeciwko Duchowi Świętemu, nie zostanie odpuszczone ani w tym życiu, ani w przyszłym” (Mt 12,32)? Jaki grzech może nam zamknąć bramy Królestwa Niebieskiego na wieczność?

– Mowa tu o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Istotą tego grzechu jest bunt przeciw Panu Bogu, który prowadzi do gardzenia Nim, Jego miłością i miłosierdziem, to brak wiary w możliwość przebaczenia ze strony Pana Boga; bądź przeciwnie – prowadzi do zuchwałości wobec Boga i Jego miłosierdzia (grzeszymy zarozumiale, pewni, że Bóg i tak nam wybaczy). Tym samym człowiek sam się wyklucza z jakiegokolwiek obcowania z Bogiem, bo oddala się od logiki daru, o której mówiłem na początku. Czy idąc za słowami Benedykta XVI: „naśladowanie Chrystusa prowadzi do życia, życia wiecznego i nadaje sens teraźniejszości” [z rozważania modlitwy Anioł Pański, 1.11.2012 – przyp. red.] możemy być spokojni, że wiara i szczere wysiłki, choć czasem nieudolne, wystarczą Panu Bogu, by podarował nam jedno ze swoich mieszkań w Niebie? – Spokojnym o życie wieczne to może lepiej nie być, bo właściwą postawą dla chrześcijanina jest być czujnym; bycie spokojnym może być niebezpieczne, bo łatwo prowadzi do uśpienia naszej czujności i osłabienia wiary, do pogłębiania której nawoływał nas wielokrotnie papież Benedykt XVI. Dlatego też czuwajmy zawsze, bo to czuwanie z Chrystusem (szczególnie w Ogrodzie Oliwnym) prowadzi nas do otwarcia się na innych, do całkowitego i bezinteresownego daru z siebie, co stanowi przedsmak, przedsionek Królestwa Bożego już tu na ziemi. Zależy to jednak od nas samych, czy będziemy się tylko przeglądać w zwierciadle szukając samych siebie, czy też naszym zwierciadłem będzie Chrystus (por. List św. Klary do św. Agnieszki z Pragi). Dziękujemy za rozmowę.


te mat nu m eru >> spotkajmy się w Niebie fot. www.sxc.hu

P

ojecie „Nieba” w naszej kulturze i wierze ma wiele interpretacji i jest bardzo często używane. Dla niektórych niebo to chmury i niebieski kolor, innym kojarzy się z beztroską a jeszcze innym z miejscem pobytu po śmierci. Jednorodna definicja „Nieba” chyba nie istnieje, dlatego warto przyjrzeć się z bliska, jak to upragnione miejsce zostało przedstawione przez tych, którzy aktualnie tam przebywają.

Droga do nieba jest już częścią nieba Starając się sprecyzować pojęcie Nieba, warto zacząć od konkretów. Zgodnie z tym, można stwierdzić, że „doskonałe życie z Trójcą Świętą, ta komunia życia i miłości z Nią, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi, są nazwane niebem. Niebo jest celem ostatecznym i spełnieniem najgłębszych dążeń człowieka, stanem najwyższego i ostatecznego szczęścia”. Proste? Niby tak, ale z drugiej strony ludzie od zawsze pragnęli tego ostatecznego i pełnego szczęścia jeszcze za swojego życia na ziemi.

„W sensie metaforycznym niebo pojmowane jest jako mieszkanie Boga, który tym odróżnia się od ludzi, że spogląda z wysokości niebios i osądza oraz zstępuje, gdy człowiek Go przywołuje.” Jan Paweł II

Jezus jest naszym przewodnikiem w osiągnięciu ostatecznego celu – zbawienia w Niebie Ludzie kochają życie na ziemi. Namacalne przyjemności, odczuwalną radość czy fizyczne spełnienie. Dlatego też musiał pojawić się ktoś, kto pokaże ludziom drogę do prawdziwego, nie-ziemskiego szczęścia, które ma dużo większą wartość. Tym kimś był oczywiście Jezus. To „Chrystus zapoczątkował Królestwo niebieskie na ziemi”. To on pokazał ludziom, że istnieje „miasto mające mocne fundamenty, którego budowniczym i twórcą jest Bóg”. Jezus starał się pokazać ludziom, że „ziemia jest tylko obrazem naszej prawdziwej ojczyzny – Nieba”. W przeciwieństwie do życia codziennego, w naszej prawdziwej ojczyźnie nie TRYBY NR 3(21)/2013 4(22)/2013

Ojcze nasz, któryś jest w NIEBIE Marta Czarny

ma zmartwień, problemów, klas i podziałów. „Niebo nie ma bram. Kto pragnie do Nieba wejść może tego dokonać, gdyż Bóg jest miłosiernym i czeka z otwartymi ramionami, aby nas dopuścić do swojej chwały”. Wieczne szczęście w niebie jest na wyciągnięcie naszych dłoni. To najpiękniejsze co Bóg mógł nam zagwarantować. Mimo że niebo nie ma bram, warto jednak pamiętać, że „wstępujemy [do niego], kiedy modlimy się i wyznajemy zło w sakramencie spowiedzi”. Poprzez modlitwę i kontakt z Bogiem, jaki daje Sakrament Eucharystii, możemy osiągnąć szczęście wieczne. „Trzeba nam iść za Boską Głową Jezusem, który chce prowadzić duszę tą drogą, jaką sam przeszedł, drogą wyrzeczenia i krzyża”.

Żeby wypełnić wolę Ojca, Chrystus zapoczątkował Królestwo niebieskie na ziemi Zarówno w Kościele jak i w życiu codziennym często mówi się i słyszy o Niebie. „Kiedy mówimy w niebie to nie dlatego, abyśmy nabrali dystansu do potężnego świętego Boga”. „Niebo jest bowiem miejscem, w którym Bóg na nas oczekuje. Niebo jest miejscem naszego ostatecznego powołania i przeznaczenia. Mamy w niebie spełnić swoje powołanie, swoje istnienie, obcując wiekuiście z Bogiem żywym, z Ojcem, Synem i Duchem Świętym”. Najważniejsze jest jednak to, że „każdy dobry człowiek jest Niebem Bożym”. W tekście wykorzystałam kolejno cytaty: Jana Pawła II (3x), Grahama Greene, Soboru Watykańskiego II (2x), Hbr. 11:10, Św. Ojca Pio (2x), Św. Katarzyny z Genui, Jana XXIII, Św. Jana Chryzostoma, Johannesa Taulera

7


8

te mat nu m eru >> spotkajmy się w Niebie

Oczami dziecka Niebo… Tyle razy zastanawiałam się, czy się tam dostanę, kogo tam spotkam, jak wygląda Jezus i czy Aniołowie istnieją naprawdę? Czasem, tak po ludzku, chciałabym przekonać się na własne oczy… Wierzę w życie wieczne, ale nie mogę zobaczyć, jak będzie wyglądało. Kto by powiedział, że mała, żółta książka, z radosnym chłopcem na okładce, może dać tyle odpowiedzi. Iwona Sidor

S

łyszałam sporo opowieści o światełkach w tunelu, przebytej śmierci klinicznej, relacjach świętych czy rozmowach z duszami czyśćcowymi. Ostatecznie nie przekonywały mnie jednak, więc wyobrażenia o Królestwie Niebieskim odłożyłam na bok, „inwestując” raczej w zaufanie w fakt, że na drugim brzegu będzie czekało na nas to, co najlepsze. Aż do pewnego dnia, w którym wygrałam w loterii książkę „Niebo istnieje naprawdę! O chłopcu, który odwiedził Niebo. Historia prawdziwa”…

Przeczytałam ją jednym tchem. Kilkakrotnie wracałam do wersów, które wydawały mi się niewiarygodne, a jednocześnie tak proste i oczywiste. Śledząc historię czteroletniego chłopca, który z rozbrajającą prostotą dziecka opowiada swojej rodzinie, gdzie znalazł się podczas własnej, skomplikowanej operacji, cieszyłam się, jakbym po raz pierwszy usłyszała, że Niebo istnieje tak na serio, że historie z Pisma Świętego wcale nie są tylko alegorią! Nie jestem typem osoby, która z łatwością „za swoje” przyjmuje cudze pomysły, wyobrażenia czy wizje. A jednak ta dziecięca opowieść stała się dla mnie najlepszą opowieścią o Królestwie Niebieskim, jaką mogłabym usłyszeć. I choć nikt nie jest w stanie potwierdzić, czy jest właśnie tak, jak tego doświadczył Colton Burpo, ja nie potrafię w to nie wierzyć. Tak jak i nie chcę odbierać Wam radości czytania tej fenomenalnej historii. Dlatego nie tworzę jej streszczenia, ani nawet recenzji. Niech to, co piszę, będzie raczej zachętą i świadectwem tego, że dziecięce doświadczenie Nieba pomaga pozbyć się wielu wątpliwości i przynosi niezmąconą radość z czekającego nas spotkania w Królestwie Niebieskim. Ono istnieje – naprawdę! Przekonaj się sam, przeczytaj.

A jeśli

nie niebo?

Gdy przyjdzie dzień Sądu Ostatecznego, może się okazać, że swoim życiem nie zasłużymy na Królestwo Niebieskie. O to, co się wtedy stanie, postanowiliśmy zapytać ks. Dawida Leśniaka. Rozmawiał Michał Chudziński

– Gdy nie zasłużymy na niebo czeka nas czyściec lub piekło. Czym one dla nas będą? Czyściec jest „po drodze” do nieba, więc nie jest jakąś przegraną człowieka. Po prostu potrzebuje on jeszcze nieco „dojrzeć” do miary miłości, jaka czeka go w niebie. Czyściec jest czasem pokuty – stąd nazwa: oczyszczenie – gdyż dusza pojednana z Bogiem przez sakrament spowiedzi ma otwartą drogę do nieba, jednak ze sprawiedliwości Bożej wynika, że Bóg za dobro wynagradza, a za zło karze. Potrzeba więc jeszcze podjąć pokutę za grzechy już odpuszczone, a nie odpokutowane przez człowieka…

Zupełnie inaczej rzecz ma się z piekłem, które jest jednoznacznym odrzuceniem Boga. Poprzez podejmowane w życiu wybory człowiek opowiada się albo po stronie życia z Bogiem, albo odwraca się od Niego przez odrzucenie Jego Przykazań. Jest więc piekło miejscem bez Boga – i bez szansy na spotkanie z Nim, jak ukazuje Pan Jezus w ewangelicznej opowieści o bogaczu i Łazarzu.

– Do czego można porównać cierpienia w czyśćcu, a do czego w piekle? Czyściec jest „etapem”, a więc jest przejściowy, choć trudno obliczać jego trwanie ziemską miarą, kiedy rzecz dzieje się w wieczności… Porównałbym ten stan do kwarantanny, jaką czasem człowiek musi przejść w drodze, na jakiej się znalazł, aby dotrzeć do celu. Naszym celem jest niebo, więc i kwarantanna czasem jest potrzebna. – Co jeszcze powinniśmy wiedzieć o czyśćcu i piekle?

Piekło jest stanem stałym – jak i niebo – z tym, że jest to stan wiecznej porażki… Co prawda nie brakuje takich ludzi, którzy wszystko robią, żeby świadomie się od Boga odwracać, ale w wieczności zdadzą sobie sprawę z tego, że to był nietrafiony wybór… Stwórca wpisał w nasze istnienie miłość, dlatego odrzucanie miłości nie może uczynić człowieka szczęśliwym… Warto wspomnieć zdanie św. Augustyna: „niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Panu”.

Czyściec nie zawsze jest potrzebny – przez całe nasze życie modlitwą, cierpieniem, przyjmowaniem trudności w duchu wiary, pracujemy nad oczyszczeniem stanu naszej duszy. Żeby było jasne – grzechy odpuszcza sakramentalna spowiedź, ale kary za nie to właśnie „należność”, jaką za życia „spłacamy”, a kiedy za życia nie zdążymy, to przechodzimy do czyśćcowej kwarantanny w drodze do nieba. Do pewnych praktyk pobożnych Kościół przywiązał łaskę odpustu, czyli darowania owych kar doczesnych; możemy te odpusty ofiarowywać za siebie bądź za zmarłych.

www.e-tryby.pl

W piekle dusza zdaje sobie sprawę, że Bóg jest jedynym szczęściem człowieka, ale zarazem niemożliwe jest, aby zmienić decyzje swego życia i wybrać Jego miłość. Czas życia jest czasem określania siebie w relacji do Boga – można ją budować albo zniszczyć, jednak odpowiednio do tych wyborów będą nas czekały konsekwencje – jak i w innych dziedzinach naszej codzienności… Może brzmi to trywialnie, ale piekło jest tam, gdzie nie ma Boga.


Przezn@czeni

ona i on

9

Portale randkowe nie są dla nas niczym nowym. Pewnie większość z nas ma do nich spory dystans, wielu podziękuje już na wstępie, ale są i tacy, którzy powiedzą: dlaczego nie? O tym czy przez Internet można znaleźć miłość na całe życie i gdzie szukać wartościowych relacji, opowiedziało nam młode małżeństwo, Karolina i Wojtek, którzy znaleźli siebie dzięki portalowi Przeznaczeni.pl. Chwała Bogu za nowe media! Iwona i Dominik Sidorowie

Ja? Nigdy w życiu! Karolina, jeszcze podczas studiów w Austrii, zarejestrowała się na portalu za namową koleżanki, która przekonywała ją usilnie, że naprawdę warto i może w ferworze wymagającego studenckiego życia, właśnie tam pozna swoją „drugą połówkę”. Od początku sceptyczna w tej kwestii Karola uległa koleżance, jednak nie angażowała się w poszukiwania odpowiedniego kandydata. – Nie czułam się aż tak zdesperowana, by szukać na siłę wirtualnego związku, ale dla „świętego spokoju” zarejestrowałam się na portalu, założyłam swój profil, wrzuciłam kilka fotek i właściwie przez ponad rok tylko odbierałam wiadomości od zainteresowanych – opowiada Karolina. – Spotkałam się z jednym chłopakiem, ale to była totalna pomyłka, przerost oczekiwań.

Zaskakujące, ale prawdziwe Po kilkunastu miesiącach akcja jednak nabrała tempa. Tuż przed balem sylwestrowym, na który Karolina poszukiwała partnera, nawiązała znajomość z pewnym „gościem z Podkarpacia”. Choć wywarł dość niesprecyzowane pierwsze wrażenie, to jednak fakt bycia przystojnym oraz wartości, jakie zaznaczył na swoim profilu, przeważyły. Zaryzykowała. Zdecydowała się na przywitanie Nowego Roku z Wojciechem. TRYBY NR 4(22)/2013

Jak „przystojniak z Podkarpacia” znalazł się na tym samym portalu? Ot, męska umiejętność korzystania z okazji! – Słyszałem od znajomych, że jest to portal dla ludzi z wartościami i że można spotkać tam kogoś sensownego. Stwierdziłem, że właściwie czemu nie, zwłaszcza że zarejestrowałem się korzystając ze sporej promocji – wspomina z uśmiechem Wojtek. Szukał, szperał, oglądał fotki. I już po kilku tygodniach znalazł Karolinę. Jak sam twierdzi, to był „mega fuks”. Widać byli sobie przeznaczeni.

Z wirtuala do reala Impreza sylwestrowa na dobre zapoczątkowała ich związek, który rozwijał się bardzo szybko. Choć pochodzili z oddalonych od siebie miast, od razu zdecydowali się kontynuować znajomość w realu. Sieci internetowej zawdzięczają poznanie się, inaczej byłoby to pewnie niemożliwe. I chwała Bogu za nowe media! Ale odtąd chcieli spotykać się już tylko face to face. – Żeby się naprawdę poznać, trzeba widzieć się na żywo, w sytuacjach codziennych. Rozmawiać o tych wartościach, które zaznaczyliśmy na swoich profilach i zweryfikować, czy są przez nas naprawdę wyznawane. Móc dostrzec reakcję drugiej osoby, czy coś ukrywa, koloryzuje, jej emocje i prawdziwe „ja” – opowiada Karolina.

Po roku Wojtek przeprowadził się do Krakowa, wkrótce po zaręczynach. W rodzinnym mieście swojej narzeczonej znalazł pracę i wspólnie przygotowywali się do ślubu. Dziś są szczęśliwym małżeństwem, spodziewają się dziecka – owocu swojej miłości. Są przekonani, że spotkali się nieprzypadkowo i że warto korzystać z różnych możliwości, aby się odnaleźć. Mimo że sami podeszli do wirtualnego randkowania z lekkim przymrużeniem oka, nie oczekując wiele, to jednak dziś zachęcają, by się nie uprzedzać. – Trzeba szukać i mieć nadzieję, wierzyć, że się znajdzie. Gdzieś jest przecież właśnie „ta” osoba, która jest nam przeznaczona. Czemu nie odnaleźć jej dzięki takim możliwościom, jakie dają nam wartościowe portale? Warto dać sobie szansę. Polecamy! – podsumowuje Wojciech, głowa szczęśliwej rodziny.

Pozwolić się odnaleźć Pozytywna historia Karoli i Wojtka udowadnia, że odnaleźć miłość swojego życia można w najmniej spodziewany sposób, a wirtualna społeczność nie jest skupiskiem zdesperowanych singli. Portale takie jak Przeznaczeni.pl czy SczęśliweSerca.pl chcą łączyć ludzi z wartościami – w trosce o miłość. Dlaczego by nie korzystać z tej niebanalnej przestrzeni w sieci? Z pewnością i tam są osoby, które wciąż szukają i nie od razu znajdują tę właściwą osobę. Ważne są tu dojrzałe podejście do sprawy i cierpliwość „w sprawach sercowych”. Zarówno odwaga i otwartość, jak i wiara. Wszystko przecież ma swój czas, nic nie dzieje się wyłącznie z woli ludzi. Trzeba więc nie tylko szukać z sercem, ale i pozwolić się odnaleźć.

fot. archiwum Karoliny i Wojtka

Just married. To be continued!


10

rozm o wa z charak tere m

Mało o nich wiemy Młodość jest czasem chłonięcia, zdobywania wiedzy, budowania swojej wrażliwości. Nie pozwólmy, żeby budulcem i tworzywem naszej wyobraźni było byle co – z Janem Pospieszalskim rozmawia Izabela J. Murzyn.

Jak ocenia Pan stan polskich mediów? – Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Bardzo dobrze scharakteryzował je bp Edward Dajczak, który powiedział, że dzisiejsze pokolenie odbiorców zostało wychowane w natarczywej obecności mediów elektronicznych. Spowodowało to, że wykształciło się nowe plemię ludzi, które w zupełnie inny sposób przetwarza wiadomości. Inaczej je charakteryzuje, porządkuje. Po prostu inne rzeczy są dla niego ważne. Te zmiany nastąpiły bardzo gwałtownie i dynamicznie. Sprawiły, że rzeczywiście mamy do czynienia z zupełnie nowym odbiorcą. Natomiast stan polskich mediów jest efektem systemu właścicielskiego, jaki został ukształtowany, a właściwie narzucony, po Okrągłym Stole. Po tym „deal’u”, jaki część elit solidarnościowych z komunistami zrealizowała, żeby zagwarantować bezkarność komunistom. Zagwarantowano im prymat w rozdziale koncesji, możliwości budowania niezależnych stacji telewizyjnych, generowania komercyjnych gazet. Mało tego, ten stan właścicielski został przypieczętowany jeszcze stanem właścicielskim w gospodarce, co przejawia się najdobitniej w dostępie do pieniędzy z reklam. Dopiero z tej perspektywy można obserwować, jak działają media. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, kto zakładał ITI czy grupę Polsat, z jakich środowisk wywodzą się najważniejsi polscy dziennikarze, którzy pracują w „Newsweeku”, „Wprost”, „Polityce” czy w „Gazecie Wyborczej”, to będziemy wiedzieli, że reprezentują oni bardzo ścisłą grupę towarzyską i określoną wizję świata. Jest to wizja wykreowana w dużym stopniu przez establishment postkomunistyczny, czyli PRL–owskich funkcjonariuszy i ich dzieci. Do nich dołączyła również ta część dokooptowana po Okrągłym Stole.

fot. www.flickr.com/Slawek’s

www.e-tryby.pl

Czyli twierdzi Pan, że obecne standardy funkcjonowania przestrzeni medialnej w Polsce zostały określone przy Okrągłym Stole? – Tak, ten ład medialny kształtował się nawet przed Okrągłym Stołem. Tutaj nie było przypadkowych rozdań. Takim pociągiem poza rozkładem jest „Gazeta Polska”. To widać po kłopotach, z jakimi się ona boryka: liczbą


rozm o wa z charak tere m 11 procesów, permanentnymi problemami finansowymi. Kolejnym przykładem jest TV Trwam i Radio Maryja. Panowie Dworak i Luft nie chcą dać koncesji TV Trwam, ponieważ realizują polityczne zamówienie establishmentu, które wywodzi się wprost z PRL–u. To, że ktoś był w AWS albo w Unii Wolności, to jeszcze o niczym nie świadczy. Dziś realizują oni konkretną politykę w wyniku, której TV Trwam najprawdopodobniej koncesji nie dostanie. Dlaczego Polacy nie potrafią tego odczytać? – Część Polaków potrafi to odczytać i doskonale wie o tym. Pozostała część społeczeństwa to ta grupa, w której została zerwana ciągłość pokoleniowa, nie mająca przekazu rodzinnego, i której świadomość została ukształtowana w oparciu o fałszywy obraz historii Polski lub kompletną niewiedzę. Dla przykładu: gdzie mogę dostać dzisiaj dobrze napisaną, udokumentowaną i rzetelną biografię Adama Michnika albo Bronisława Geremka? Albo opracowanie historyczne, jak powstawało SLD? Wie pani, jeśli podejmujemy rozmowę na temat polskich mediów, to musimy uświadomić sobie, że media III RP nie są oderwanym bytem; one są elemnetem systemu ukształtowanego po Okrągłym Stole. A o tych bohaterach i zdarzeniach ciągle tak mało wiemy. Takie prace wymagają solidnej bibliografii. – Nie tylko bibliografii, ale przede wszystkim rzetelnej kwerendy źródeł. Np. kto wydawał koncesje, kto był w radach nadzorczych, jakie były składy założycielskie, jacy byli akcjonariusze, jak wyglądał dobór składów redakcyjnych, itd. To jest szereg ciekawych zagadnień. Nie ma takich prac, które by je wyjaśniały i opisywały. Ich nieobecność pokazuje, że mamy olbrzymie luki. Rozumienie systemu właścicielskiego jest podstawą rozumienia ładu medialnego w Polsce. Więc jak pyta mnie pani o ocenę polskich mediów, to jako widz oceniam je krytycznie. Natomiast żeby zrozumieć pewne procesy, to trzeba by było się cofnąć do ich początku. Niestety duża część społeczeństwa nie potrafi się zdobyć na krytycyzm. – Ludzie myślą krytycznie! To widać w rodzaju takiej apatii, w jaką popadli. Ten krytycyzm polega na poczuciu beznadziei. „Tak było, jest i będzie”, „nic się nie da zmienić”, „chory kraj”, itp. To widać we frekwencji wyborczej: połowa ludzi nie chodzi na wybory, bo widzi, że nie ma wpływu na ich efekt. Z małymi wyjątkami to prawie zawsze taka sama ekipa jest u władzy. Ludzie przestają się angażować. Druga postawa jest taka: „ja stąd nie wyjadę, tu jest moje miejsce, wychodzę na ulicę” i buntuję się. Dostaję gazem po oczach, pałką po głowie. Jestem TRYBY NR 4(22)/2013

nazwany bandytą, faszystą, nacjonalistą, antysemitą. Trafiam do pudła albo zostaję brutalnie pobity w imię prawa bez żadnych konsekwencji. Widzieliśmy, jak policjant w cywilu brutalnie znęca się nad przechodniem. Ten policjant został uniewinniony, nic mu się nie stało… Obecnie mamy dwie postawy: kompletnego wycofania i buntu. Ten bunt widać w gigantycznej liczbie uczestników w marszach poparcia TV Trwam, widać w dwóch milionach podpisów w sprawie referendum emerytalnego, w udziale Polaków w Marszach Niepodległości. Mamy szereg przykładów. Która postawa zdominuje naszą rzeczywistość? – Nie wiem. Gdybym miał możliwość przewidywania przyszłości, zagrałbym w Totolotka. Jaka jest rola dziennikarza? Czy może ujawniać swoje poglądy? – Nie ma ludzi bez poglądów. Bezczelność manipulowania ludźmi poprzez dobór informacji, język, jaki jest używany, jest nagminna. W związku z tym ja nie potrzebuję informacji na temat poglądów

krytycyzm polega na poczuciu beznadziei. „Tak było, jest i będzie”, „nic się nie da zmienić”, „chory kraj”, itp. dziennikarzy, ponieważ oni są w tym momencie przeźroczyści. Co więcej, wielu z nich jawnie deklaruje się i uprawia propagandę prorządową. Być może tak jest lepiej, ponieważ obnażają się ze swoimi preferencjami. Dziennikarze, wydawcy, który pracują w serwisach, mają szczególną rolę. Powinni oddzielać informacje od komentarza. Dzisiaj za ikony dziennikarstwa uchodzą dzieci komunistycznych aparatczyków. Oczywiście można powiedzieć, kogo to obchodzi, ponieważ synowie nie odpowiadają za błędy swoich rodziców. Jednak trzeba zaznaczyć, że reprezentują oni pewien sposób widzenia

świata. To widać na kilometr na przykładzie panów Lisa i pana Kraśko, Miecugowa, Morozowskiego, pani Olejnik. Czy Polacy potrzebują edukacji medialnej? – Potrzebują. Na którym etapie powinna się ona zaczynać? – Na etapie rozmów rodziców z dziećmi w domu, ale ponieważ rodzice idą do pracy, więc nie mają czasu na uświadamianie swoich dzieci. Dlatego powinna robić to szkoła, ale szkoła tego nie robi, nie ma tego po prostu w podstawie programowej. Co więcej, sami pedagodzy i nauczyciele potrzebują edukacji medialnej. To jest bardzo szerokie zagadnienie obejmujące m.in. techniki manipulacji, operacji zarządzania nastrojami, manipulowania wrażliwością i pamięcią ludzi. Gdyby przyszedł do Pana młody człowiek z prośbą o radę, w jaki sposób „używać” mediów, jaką odpowiedź by otrzymał? – Zdrowy rozsądek, krytycyzm, nieufność i różnorodność źródeł. Mamy jeszcze wolny internet. Jest sporo niezłych portali. Niezalezna.pl. wpolityce.pl, gosc.pl, fronda.pl, naszeblogi.pl, rebelya. pl, salon24, bibula, solidarni2010, pch24. pl, wolnapolska.pl. Po sprawdzeniu kilku z wymienionych można sobie porównać, co piszą na wp.pl czy w innych mediach tzw. dominującego nurtu. Pojawia się wtedy zupełnie inny obraz rzeczywistości. Ostrzegam też przed zbytnim angażowaniem się w portale społecznościowe. To jest kręcące, ale własnie wielu za bardzo wkręca. Młodość jest czasem chłonięcia, zdobywania wiedzy, budowania swojej wrażliwosci. Nie pozwólmy, żeby budulcem i tworzywem naszej wyobraźni było byle co. Jest tyle wartościowych, pięknych treści w internecie, a umiejetność odsiewu i pewnej samodyscypliny w korzystaniu z sieci, to także element pracy nad sobą. Taki intelektualny i duchowy trening. To fascynująca przygoda, którą można realizować bez względu na stan portfela, miejsce zamieszkania czy środowisko. Dziękuję za rozmowę!

Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi. (św. Augustyn)

Najserdeczniejsze życzenia miłości i szczęścia na nowej drodze życia Magdalenie Antkowiak i Michałowi Indyce składają koleżanki i koledzy z redakcji „Trybów” fot.: flickr.com/brtsergio


inżynier ducha Księża muszą być święci Gdy młody Josemaria powiedział ojcu, że chce zostać księdzem, ten się rozpłakał. Był to jedyny moment, kiedy syn widział ojca płaczącego. Nie o takiej drodze marzył dla swego dziecka, ale uszanował jego wybór. Jedynym, co zaproponował tata, była rozmowa ze znajomym księdzem. Powiedział mu również, że księża muszą być święci.

Ofiara miła Bogu Ważnym obrazem, wspomnieniem z życia małego Josemarii Escrivy, które szczególnie wpłynęło na jego pojmowanie ofiary, były ludzkie ślady stóp na śniegu. Był zimowy dzień, kiedy chłopiec dostrzegł na śniegu ślady bosych stóp ludzkich. Nie od razu domyślił się, do kogo należą. Po pewnym czasie przypomniał sobie, że w miasteczku mieszkają karmelici bosi i tak wywnioskował, że są to ślady któregoś z nich. Jedna myśl, jaka mu się nasunęła, dotyczyła ofiarności. Zapytał samego siebie: „Jeśli inni mogą składać Bogu takie ofiary, zdobywają się na takie poświęcenie, czy i ja nie mogę Mu czegoś ofiarować?”.

św. Jose maria Escriva de Balaguer

Święty chodzi zawsze uśmiechnięty „Święci są po to, ażeby zawstydzać” – powiedział bł. Jan Paweł II. Można te słowa w odniesieniu do naszego bohatera sparafrazować: „Święci są po to, ażeby uszczęśliwiać”. Okulary wskazywały na inteligencję, jednak to uśmiech był jego znakiem rozpoznawczym. Mowa tu o św. Josemarii Escrivie de Balaguer, charyzmatyku, kaznodziei, założycielu Opus Dei. KAROLINA MAZURKIEWICZ

W służbie chorym Choć charyzmatem Josemarii nie była pomoc chorym, i tak chętnie to robił. Od 1927 do 1931 r. była kapelanem Patronatu Chorych. Nigdy nie odmawiał pomocy, chętnie udzielał jej biednym, potrzebującym, bardzo często ich pocieszał, dodawał otuchy, okazywał ciepło i miłość. Jako kapłan dbał o ducha. Tam, gdzie była potrzeba przychodził z Komunią Świętą, udzielał sakramentu namaszczenia chorych, a także towarzyszył wielu w chwili śmierci. Ta posługa dodawała mu sił do realizacji wielu innych zadań. Sam stwierdził: „Służenie innym to największa radość, jakiej może doświadczyć dusza – i to właśnie musimy czynić my, księża: służyć wszystkim, dzień i noc – inaczej nie jesteśmy księżmi. Ksiądz powinien kochać zarówno młodych, jak i starszych, biednych i bogatych, chorych i dzieci; powinien dobrze przygotowywać się do odprawiania Mszy świętej, www.e-tryby.pl

fot.: www.flickr.com

12

przyjmować i opiekować się duszami ludzkimi, każdą z nich, niczym pasterz, który zna swoje stado i każdą owieczkę woła po imieniu. My, księża, nie mamy praw: lubię myśleć o sobie jako o słudze wszystkich i jestem dumny z tego tytułu”.

Dzieło Boże Pierwsze lata kapłaństwa ks. Escrivy to czas intensyw-

nego rozeznawania woli Bożej. Jak sam wspominał: „W tym czasie każdego dnia, prosiłem Pana o światło, słowami Domine, ut sit! Domine, ut videam! – Panie, abym przejrzał!”. Wiedział, że Bóg powołuje go do „czegoś” wyjątkowego, jednak nie zdawał sobie jeszcze sprawy – do czego. Zapisywał jednak swoje przemyślenia i Boże natchnienia na luźnych karteczkach. Pewnego dnia,

w czasie rekolekcji, gdy przeglądał owe zapiski – nagle padł na kolana, olśniony wizją, którą roztoczył przed nim Pan. Jak sam mawiał – „ujrzał Dzieło Boże”. I z natchnienia Bożego, 2 października 1928 r. – poznając w całej pełni wolę Boga – założył to, co w przyszłości nazwie po prostu Opus Dei. W czasie, gdy powstało Dzieło, ludzie byli rozdarci między pragnieniem świętości a pozostaniem w świecie i wypełnianiem swoich codziennych obowiązków. Św. Josemaria doskonale to rozumiał, i zgodnie z wolą Bożą – wskazał ludzkości drogę uświęcania się nie poza światem, ale właśnie w nim – poprzez jak najdoskonalsze wypełnianie swoich zadań w zjednoczeniu z Panem. Duchowość Opus Dei można zatem nazwać drogą do „świętości dla każdego”. „Zwykła praca to oś świętości” – mawiał Josemaria.

Struktura dzieła klarowała się przez kolejne lata i dzisiaj Dzieło tworzą: prałat (biskup stojący na czele Dzieła); zarządy: główny, regionalne i lokalne; numerariusze (duchowni i świeccy żyjący w celibacie, mieszkający we wspólnych ośrodkach); przyłączeni – świeccy żyjący w celibacie, jednak w naturalnych rodzinach i środowiskach pracy; supernumerariusze (świeccy żyjący w małżeństwie, całkowicie oddający Panu swoje życie rodzinne i zawodowe); współpracownicy – nie są członkami Dzieła, ale wspomagają jego działalność. Mogą nimi być nawet niechrześcijanie. Dziś Opus Dei zrzesza ponad 80 tys. członków, prawie 90 narodowości.

Śmierć Św. Josemaria Escriva – pomimo tego, że zmarł w wieku 73 lat – odszedł do Pana nagle, gdyż w pełni sił, pełniąc swoje obowiązki. W ciągu dnia przyszedł w przerwie do swego biura, usiadł w fotelu, spojrzał po raz ostatni na piękny obraz Matki Bożej i… z delikatnym uśmiechem na twarzy – zmarł 26 czerwca 1975 r.


encyklopedia wiary

Anegdoty

z życia Josemarii Escrivy Gdy Josemaria był mały i nie smakowała mu zupa – rzucił talerzem tak, że zupa zabrudziła ścianę. Mama celowo nie usuwała brudu przez dłuższy czas, żeby Josemaria zobaczył, jakie to brzydkie, złe i długotrwałe konsekwencje mają wybuchy gniewu.

Po pogrzebie taty, gdzie zwyczajem było, że najstarszy syn otrzymywał klucz od trumny z ciałem ojca – Josemaria wracał nad rzeką i wyrzucił ten klucz do rzeki, żeby nie być przywiązanym do rzeczy i aby nie mąciło to jego spokoju. Wiedział, że tata jest już w niebie.

Pewnego dnia, już jako ksiądz, jechał tramwajem. Był tam murarz – brudny od wapna, który szedł w stronę Josemarii tak, że nie dało się nie wyczuć, że chce go ubrudzić tym wapnem. Wtedy Josemaria pierwszy podszedł w jego stronę, przytulił go, wytarł się o jego ubrudzone wapnem ubranie i powiedział z uśmiechem: „Czyż nie o to ci chodziło, przyjacielu?!”. Tamten był zaszokowany. I potem jechał dalej, z widoczną głęboką refleksją na twarzy.

Gdy Josemaria wybudował akademik dla studentów, następnego dnia miało być uroczyste poświęcenie kaplicy, z udziałem biskupa, i wprowadzenie Jezusa do tabernakulum, a brakowało mu kilku paramentów. Oddał to zatem św. Józefowi. Napisał na kartce to, czego mu brakuje: kielich, ampułki, itp. Pełen ufności zostawił ją na ołtarzu i poszedł spać. W nocy obudziło go pukanie do drzwi. Otwiera, a tam starszy mężczyzna daje mu paczkę. Nie mówiąc ani słowa odszedł. Josemaria wziął paczkę, otworzył i znalazł tam dokładnie to, co napisał na kartce. Od tej pory na każdym kluczyku do tabernakulum w kaplicach i kościołach OPUS DEI jest napis: “ITE AD IOSEPH!” – Idźcie do Józefa.

Myśli niepospolite: „Poddawanie się Woli Bożej, to sekret szczęśliwości na ziemi” „Stale powtarzam: niech smucą się ci, którzy nie chcą wiedzieć, że są dziećmi Boga”

fot.: www.youcat.org

kl. Tomasz Podlewski

W Roku Wiary czytaj

„YOUCAT” W 50. rocznicę otwarcia Soboru Watykańskiego II, 11 października br. rozpoczął się w całym Kościele Rok Wiary. Potrwa on do 24 listopada 2013 r., czyli do Niedzieli Chrystusa Króla. 1. Po co jesteśmy na ziemi? Jesteśmy na ziemi, aby poznać i kochać Boga, zgodnie z Jego wolą czynić dobro i pewnego dnia pójść do nieba. Być człowiekiem oznacza: wyjść od Boga i zmierzać do Boga. Nasze pochodzenie sięga o wiele dalej niż nasi rodzice. Pochodzimy od Boga, w którym znajduje się całe szczęście nieba i ziemi, i oczekujemy udziału w Jego szczęśliwości bez końca. Pomiędzy żyjemy na tej ziemi. Czasami czujemy bliskość naszego Stwórcy, często nic nie czujemy. Żebyśmy mogli znaleźć drogę do domu, Bóg posłał do nas swojego Syna, który wyzwolił nas z grzechów, wybawił nas od zła i nieomylnie prowadzi nas do prawdziwego życia. On jest „drogą, prawdą i życiem” (J 14, 6). 227. Kto ustanowił sakrament pokuty? Sam Jezus ustanowił sakrament pokuty, kiedy ukazał się apostołom w dniu Zmartwychwstania i polecił im: „Przyjmijcie Ducha Świętego. Tym, którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone; którym zatrzymacie, są zatrzymane” (J 20, 22a-30). W przypowieści o miłosiernym Ojcu Jezus najpiękniej wyraził to, co dzieje się w sakramencie pokuty: błądzimy, gubimy się, nie dajemy już rady. Jednak nasz Ojciec oczekuje na nas z wielką, nieskończoną tęsknotą . Przebacza nam grzechy, zawsze nas przyjmuje, gdy wracamy. Dla Jezusa przebaczanie grzechów było ważniejsze niż czynienie cudów. Widział w tym wielki znak nadejścia królestwa Bożego, w którym wszystkie rany zostają uleczone i wszystkie łzy otarte. Moc Ducha Świętego, którą Jezus odpuszczał grzechy, przekazał swoim apostołom. Padamy naszemu niebiańskiemu Ojcu w ramiona, gdy idziemy do kapłana i spowiadamy się. 403. Jak się ma seksualność do miłości? Seksualnośc i miłość nierozerwalnie przynależą do siebie. Stosunek seksualny potrzebuje ram w postaci wiernej, odpowiedzialnej miłości. Tam, gdzie seksualność oddzielona jest od miłości i szuka się wyłącznie zaspokojenia żądz, niszczy się sens seksualnego zjednoczenia mężczyzny i kobiety. Seksualne zjednoczenie jest najpiękniejszym, cielesno-duchowym wyrazem miłości. Ludzie, którzy szukają seksu bez miłości, oszukują, ponieważ bliskość ciał nie odpowiada bliskości ich serc. Kto nie panuje nad swoim ciałem, wyrządza jemu i duszy trwałą szkodę. Seks staje się nieludzki, zostaje zdegradowany do roli używki i staje się towarem. Dopiero zobowiązująca i trwała miłość tworzy przestrzeń dla właściwie przeżywanej i trwale uszczęśliwiającej seksualności. YOUCAT to Katechizm Kościoła Katolickiego dla młodzieży. Numery pytań odpowiadają numeracji w YOUCAT.

TRYBY NR 4(22)/2013

13


pro-life

Z siostrą Martyną, nazaretanką, kierownikiem Domu Samotnej Matki w Krakowie, w którym znajduje się okno życia i przełożoną wspólnoty rozmawia Magdalena Guziak-Nowak.

fot. Marcin Nowak x3

14

Okno na świat Krakowskie okno życia znajduje się blisko centrum miasta. Kobiety, które zamierzają oddać dziecko, a chcą to zrobić anonimowo, mogą się obawiać, że ktoś je zauważy. – Nie ma obaw. Nasz dom znajduje się w bardzo ciechej i spokojnej okolicy. Po sąsiedzku mieszkają z nami głównie starsi ludzie, którzy nie zajmują się wypatrywaniem matek porzucających dzieci. Jest dyskretnie. Można narzucić kaptur na głowę i przejść niezauważenie. „Rozrywki” dostarcza nam tylko młodzież, która w piątki późno w nocy wraca do domów z imprez. I na przykład zakłada się o butelkę wódki, kto się odważy otwowww.e-tryby.pl www.e-tryby.pl

rzyć okno. Jest jeden plus tej sytuacji. Przynajmniej mamy pewność, że alarm działa i nie zawiedzie wtedy, kiedy ktoś naprawdę zostawi dzieciaczka. Bo po otwarciu okna włącza się alarm. Jak to działa? – Okno ma klamki z dwóch stron. Kiedy otworzy się je od strony ulicy, włącza się alarm. ale na ulicy go nie słychać. Po pierwsze dlatego, żeby nie przestraszyć mamy a po drugie, żeby nie postawić całej ulicy na nogi. Alarm jest za to bardzo dobrze słyszalny w naszych pokojach, za klauzurą. Kiedy dzwoni – a naprawdę nie da się go nie usłyszeć – zrywamy się na równe nogi i biegniemy do okna.

A potem? – Od razu dzwonimy po pogotowie. Dziecko, nawet jeśli wygląda na zdrowe, musi być zbadane przez lekarza, bo przecież my zupełnie nic o nim nie wiemy. Może np. ma jakąś ukrytą chorobę? Wezwanie pogotowia uruchamia procedurę szukania nowego domu dla tego maluszka. Jakie kobiety przynoszą dzieci do okna życia? – Nie znamy ich. Ale pewnie najczęściej są to samotne mamy, które najpierw są w szoku, gdy się dowiedzą, że zaszły w ciążę. Ukrywają więc ją przez 9 miesięcy. A potem w ukryciu, same, rodzą dzieci. Z myślą o takich

sytuacjach powstały zresztą okna życia. Jednak zdarza się i tak, że znajdujemy dziecko z ponakłuwanymi rączkami i nóżkami, zadbanym pępusiem. Wiadomo wówczas, że dziecko urodziło się w szpitalu. Czy te dzieci są oddane czy porzucone? – Posługuję w Krakowie od sierpnia 2012 r. Zanim tutaj przyjechałam, okno uratowało 16 dzieci, za mojej „kadencji” – dwoje. Większośc spraw znam więc z opowieści. Siostry wspominały mi, że ktoś włożył dzieciątko do okna razem z łożyskiem. Trudno to sobie wyobrazić, ale tak było. Myślę, że ten noworodek zo-


pro-life stał porzucony. Ale z drugiej strony na własne oczy widziałam dwóch chłopców. I oni byli oddani, nie porzuceni. Bo gdyby matki chciały się ich pozbyć, ubrałyby ich w byle co, owinęły w cokolwiek. A tu było inaczej. Na koniec dały im najlepsze, co miały. Pewnie założyły im najładniejsze ciuszki. Smoczuś w buzi, prościutki kołnierzyczek, nowe rajstopki, jeszcze z metką. Skromnie, ale czysto i ładnie. Jedno dziecko było świeżo po kąpieli, pachniało oliwką... Moim zdaniem te kobiety się do tego przygotowały, jakbyna koniec chciały im dać najlepsze, co mają. Modlą się Siostry za te dzieciaczki? – Cały czas. Ja pamiętam o nich głównie w modlitwie różańcowej. I o ich mamach. Dziecko nie wie do końca, co się z nim dzieje. Ale matka, jeśli jest zdrowa i świadoma, zdaje sobie z tego sprawę. Kobieta nie wytrzymuje presji psychicznej. Najpierw ukrywa ciążę, której sama nie akceptuje albo z obawy przed rodziną. Gdy urodzi, oddaje dziecko i być może sądzi, że jest po temacie. Ale po temacie nie będzie nigdy. Bo obudzi się następnego dnia i zobaczy, że nie ma przy niej dziecka. Jej dziecka. Zdarzyło się, żeby mama wróciła po dziecko? – Tak, dwa razy. Raz po dziecko przyszła matka. Sąd zastanawiał się, czy będzie w stanie należycie zająć się maluchem. Ostatecznie nie zgodził się, by noworodek do niej wrócił. Drugi przypadek jest chyba jeszcze bardziej tragiczny... Zgłosiło się małżeństwo. Zostały wykonane badania genetyczne, by stwierdzić, czy to faktycznie ich dziecko. Po zbadaniu wszystkich okoliczności sąd orzekł, że maluch może zostać u mamy i taty. Ale... rodzice już po niego nie przyszli. Bez tłumaczenia, nie wiadomo dlaczego... W każdym razie nikt nie zatrzaskuje drzwi przed rodzicami, którzy mieli chwilę zwątpienia i przynieśli dziecko do okna. Jeśli widać, że chcą, dostają drugą szansę. Dziękuję za rozmowę. TRYBY NR 4(22)/2013

Czy milion Europejczyków przekona Unię Europejską do zaprzestania finansowania programów aborcyjnych? Apel do Polek i Polaków: włączmy się w Europejską Inicjatywę Obywatelską „Jeden z nas”.

Podejmujemy w Polsce Europejską Inicjatywę Obywatelską „Jeden z nas”. Ta jedna z pierwszych dopuszczonych przez Komisję Europejską inicjatyw obywatelskich, ma doprowadzić do całkowitego zaprzestania finansowania z budżetu UE aborcji i doświadczeń na ludzkich embrionach. W przypadku jej powodzenia w istotnym stopniu zwiększy się stopień ochrony życia ludzi najbardziej bezbronnych. Zgodnie z traktatem lizbońskim grupa przynajmniej siedmiu obywateli z różnych krajów UE może zgłosić projekt zmian w prawie europejskim. Aby ten projekt był rozpatrywany przez Komisję Europejską oraz Parlament Europejski, konieczne jest zebranie pod nim minimum 1 miliona podpisów pełnoletnich obywateli z przynajmniej siedmiu krajów UE. W inicjatywę „Jeden z Nas” jest zaangażowanych już 25 krajów UE, stąd jest to największa dotychczas akcja promocji i obrony życia w Europie. Aktualnie Unia Europejska – poprzez dotacje dla proaborcyjnych, prywatnych, międzynarodowych organizacji, m.in. International Planned Parenthood Federation (IPPF), Marie Stopes International (MSI) – finansuje znaczną część zabójstw nienarodzonych dzieci w Afryce i w Azji oraz eksperymenty na ludzkich embrionach. Ten niegodny ludzi cywilizowanych proceder wszyscy Europejczycy

zmuszeni są opłacać ze swoich podatków! Prawo do życia każdego człowieka zawiera się w ogólnoludzkim, ponad wyznaniowym nakazie etycznym: „nie zabijaj!” oraz w fakcie naukowym: życie człowieka zaczyna się w momencie poczęcia. Potwierdzają to liczne publikacje naukowe, oraz popularne encyklopedie czy podręczniki. Ostatnio został on uznany w przełomowym orzeczeniu Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 18 października 2011 r., który stwierdził, że zapłodnienie jest początkiem życia ludzkiego, a człowiek w fazie prenatalnej powinien podlegać ochronie, szczególnie w aspekcie jego godności oraz integralności. Aborcja jako niszczenie życia człowieka w okresie od jego poczęcia do dziewiątego miesiąca życia w łonie matki, jest zabójstwem niewinnego i skrajnie bezbronnego człowieka; dodajmy – szczególnie okrutnym, bo dokonywanym bez żadnego znieczulenia. Ufamy, że decydenci UE, w której, w imię szacunku do życia człowieka, zniesiono karę śmierci nawet dla największych przestępców, opowiedzą się za zaprzestaniem finansowania aborcji i eksperymentów na embrionach ludzkich z funduszów UE.

Apelujemy do wszystkich pełnoletnich Polek i Polaków o wsparcie obywatelskiej inicjatywy „Jeden z nas” poprzez złożenie swego podpisu, a także propagowanie tej inicjatywy w swojej rodzinie, sąsiedztwie, środowisku pracy. Podpisy popierające inicjatywę „Jeden z nas” można składać zarówno w formie tradycyjnej „papierowej”, jak i wypełniając odpowiedni formularz na stronie internetowej: www.jedenznas.eu. Pragniemy aby Polska, Ojczyzna Jana Pawła II, jednego z największych obrońców życia człowieka od poczęcia po naturalny kres, była także europejskim liderem w liczbie podpisów zebranych pod tym szczytnym projektem! Komitet Narodowy Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej „Jeden z Nas” – Warszawa, 21 lutego 2013 r. Jakub Bałtroszewicz Joanna Banasiuk Michał Baran Bogdan Chazan Mariusz Dzierżawski Kaja Godek Piotr Gładysz Małgorzata Mąsiorska Olgierd Pankiewicz Joanna Potocka Tomasz Terlikowski Paweł Wosicki Antoni Zięba

Przekaż swój 1% na dobry cel KRS : 0000140437

www.pro-life.pl

15


16

fot . arc hiwu

por tret

m pr y watne

Dobry tandem:

teoria i

praktyka Z Łukaszem Zdanowiczem, doktorantem Politechniki Krakowskiej, o szukaniu własnej drogi i świadomym kierowaniu swoją karierą, rozmawia Magdalena Guziak-Nowak. Dlaczego zdecydowałeś się na doktorat? Często się dziś słyszy, że wybierają go ci, którzy nie mają lepszego pomysłu na swoje życie. – Dostanie się na doktorat nie jest, wbrew pozorom, takie trudne. W tym tkwi ryzyko, bo faktycznie niektórzy wybierają taką drogę, żeby przeczekać albo dla pustego prestiżu, żeby się pochwalić tytułem. U mnie ten pomysł pojawił się wcześnie, kiedy byłem na trzecim roku studiów. Pewne rzeczy interesowały mnie szczególnie. Ale wtedy to był błysk, marzenie. Konkretna decyzja zapadła pod koniec studiów. Pomyślałem, że to jest to, co chciałbym w życiu robić. Ale nie poszedłeś za ciosem, tylko zacząłeś szukać pracy. Chciałeś teorię połączyć z praktyką? – Tak, chciałem najpierw zająć się pracą, czystym rzemiosłem, nabrać doświadczenia, intuicji. Byłem wtedy młodszy i bardziej podatny na różne wpływy, żeby brać się za pracę naukową. Co robiłeś w tym czasie? – Wyjechałem z Krakowa na ok. dwa lata, by zobaczyć, czy to, co planuję, będzie dla mnie dobre. Pracowałem w dużej zagranicznej firmie, która zajmuje się generalnym wykonawstwem w budownictwie. W 2–3-osobowym zespole nadzorowaliśmy całą budowę, na której pracowało od 80 do 120 ludzi, w tym kierownicy robót. Moim obowiązkiem było tak zorganizować pracę, aby została wykonana dobrze, bezpiecznie i w terminie. Chyba nie miałeś wcześniej takiego doświadczenia? – Nie miałem. Zaczynałem od zera. www.e-tryby.pl

Wcześniej pracowałem tylko w biurze projektowym. Ciepło, biurko, kawa, większy spokój. Dwa różne światy.

zaoferowali mi swoją pomoc, jednego z Polski i drugiego z Niemiec. Jestem porażony ich dobrą wolą.

Rzucono Cię na głęboką wodę. – To było coś niesamowitego! Tak jakbym musiał skoczyć z mostu. Byłem zaskoczony i przerażony, ale dzięki temu niesamowicie się rozwinąłem. Firma, dla której pracowałem, przywiązywała do siebie ludzi właśnie poprzez dawanie im coraz większej odpowiedzialności. Praca była niezwykła, sprawiała mi mnóstwo przyjemności, była dla mnie wyzwaniem. Właściwie od samego początku mogłem brać udział we wszystkim, co działo się na budowie, włączenie z najważniejszymi naradami. Mój pracodawca dbał o otwartość, przejrzystość i sprawny przepływ informacji w firmie. Wszyscy pracownicy znali jej cel. Dzięki temu to przedsiębiorstwo osiągnęło sukces.

Relacja uczeń–mistrz? Myślisz, że jest dziś możliwa? – Wierzę w to, choć pewnie nie jest to proste. Wydaje mi się, że ja swojego mistrza już znalazłem. Podoba mi się jego podejście do nauki, to że dzieli się tym, co mu się udało i jest życiowy, a nie oderwany od świata.

Gdybyś miał swoją firmę, byłaby do niego podobna? – Z pewnością. To nieprzeciętny pomysł, żeby wszyscy w zespole na budowie byli równi i jednocześnie nie było na niej bałaganu. Zrezygnowałeś z pracy z powodu doktoratu? – Tak. Praca nie pozwoliłaby mi go rozpocząć. Poza tym czas się ustabilizować i zacząć mówić o sobie w liczbie mnogiej (śmiech). Czym się zajmujesz? – Będę prowadził analizy obliczeniowe tarcz (ścian) żelbetowych. To element słabo rozpracowany w naszych przepisach. Poznałem dwóch profesorów, którzy

Jaką radę dałbyś swoim młodszym kolegom, którzy chcą świadomie kształtować swoją karierę? – Najważniejsze to nie tracić nadziei i podejmować inicjatywy. To klucz. Będzie mnóstwo historii, które nie pójdą po naszej myśli. Na przykład ja tuż po studiach – dyplom obroniłem w Stuttgarcie – wróciłem do Polski, aby pracować u znanego inżyniera-projektanta, który zaprojektował m.in. stadion w Gdańsku i bazylikę w Licheniu. Nigdy wcześniej nie spotkałem tak ogarniętego człowieka i bardzo chciałem się czegoś od niego nauczyć. Kończył duży projekt, a ja miałem się włączyć do kolejnego zlecenia. Wszystko się przedłużało – miesiąc, dwa. Nie mogłem dłużej czekać. Było mi żal, że mój plan rozsypał się w drobny mak, ale musiałem szukać czegoś innego. Tak trafiłem do firmy budowlanej, o której opowiadałem – i to rozwiązanie okazało się dla mnie fantastyczne. Nie zraziłem się, nie straciłem nadziei. Kontakt z tym panem odnowiłem teraz i bardzo pomaga mi w moim doktoracie. Jest takie niepisane prawo – jeśli coś jest ważne, wróci do ciebie. Dziękuję za rozmowę.


olim piada spor tó w

fot. www.flickr.com/cyb

Logika i precyzja

17

Zima w tym roku się przeciągnęła, więc i w Olimpiadzie Sportów jeszcze jeden sport zimowy. Tym razem dyscyplina starsza od piłki nożnej, choć w naszym kraju słabo znana. Ciekawa, lecz dla niektórych trudna do zrozumienia. Na definitywne zakończenie zimy zapraszam na curling. Michał Chudziński

oczątki curlingu sięgają XV w., gdy w Szkocji i Holandii grano na zamarzniętych jeziorach. Zanim jeszcze komukolwiek do głowy przyszła piłka nożna czy hokej. Na igrzyskach olimpijskich pierwszy raz pojawił się już na I ZIO w Chamonix 1924. Obecnie najbardziej popularny w Kanadzie oraz krajach skandynawskich. Sport ten polega na rywalizacji dwóch czteroosobowych drużyn, które rozgrywają mecz na lodowym torze o wymiarach 44,5 x 5m. Drużyny na zmianę zagrywają 20-kilogramowymi kamieniami, tak aby na końcu partii kamień własnej drużyny był bliżej środka celu namalowanego na lodzie. Każda z drużyn ma do dyspozycji w jednej partii 8 kamieni. Dodatkowym elementem jest szczotkowanie. Powoduje ono wydłużenie toru jazdy kamienia nawet o 4 metry oraz zmniejszenie intensywności jazdy kamienia po łuku. Dzięki temu możliwa jest częściowa kontrola miejsca zatrzymania się kamienia. Pora spróbować! Tym razem nie mogłem jednak odbyć „pierwszego treningu” dla Waszych potrzeb. Odbyłem go bowiem kilka lat temu i już na dłużej zaprzyjaźniłem się z tym sportem. Teraz, bardziej z perspektywy instruktora, postaram się przedstawić curling od środka. Sportu można spróbować w kilkunastu miastach Polski. Większość klubów curlingowych organizuje treningi otwarte. Podobnie jest też w Krakowskim Klubie Curlingowym (kkc-curling.pl), gdzie rozpocząłem swoją przygodę i trenuję tu do dzisiaj. Bezpłatne treningi organizujemy kilka razy w sezonie. Ich zapowiedzi można znaleźć na facebook.com/kkc.curling Trening otwarty rozpoczyna się od części teoretycznej. Bez tego nie sposób wyjść na lód, nawet jeśli regularnie ogląda się transmisje z MŚ i Olimpiad na Eurosporcie. Po TRYBY NR 4(22)/2013

teorii czas na krótką, ogólną rozgrzewkę z elementami specjalistycznymi. Są to rozciągnięcia do pozycji curlingowej oraz ćwiczące równowagę. Pora wyjść na lód! Dla jasności – bez łyżew. Ślizgi wykonuje się na specjalnej podeszwie ze śliskiego teflonu. Właśnie od ślizgów z pachołkami rozpoczyna się trening. Polegają one na „wybiciu się” z przymocowanego do lodu gumowego „hacka”. Należy wyćwiczyć równowagę podczas jazdy, jest to podstawa w tym sporcie. – Na początku ważne, aby podchodzić do tego z lekkim przymrużeniem oka i zabawą, będzie trochę wywrotek i nie wszystko jest takie łatwe jak w TV... Najlepiej zacząć w grupie znajomych, będzie weselej. Równowaga przyjdzie w swoim czasie – przekonuje wiceprezes KKC Łukasz Wilczek. Później wybicia wykonuje się już we właściwej pozycji – z kamieniem i szczotką. Taki ślizg daje wiele frajdy, z jednego wybicia można przejechać ponad 20m i na początek sporym wyzwaniem jest, aby przy wypuszczaniu kamienia się nie wywrócić. Kolejnym elementem jest szczotkowanie, w praktyce okazuje się ono niełatwym zadaniem. Należy biec po lodzie (i się nie wywrócić) i na dodatek skutecznie szczotkować. Każdy, kto przed spróbowaniem twierdził, że to nie jest męczące, szybko zmienia zdanie. Gdy już umiemy się wybić, odpowiednio wypuścić kamień oraz szczotkować, pora trafić do celu nazywanego skipem, pokazywanego przez kapitana drużyny. Samo poprawne wykonanie rzutu nie wystarczy, należy kamienie ustawić tak, aby na koniec enda być bliżej środka. Aby tego dokonać można z kamieni ustawiać określone konfiguracje, wybijać je oraz zastawiać. Z tego powodu curling nazywany jest szachami na lodzie. Szachami, w których „pionki” ważą niemal 20kg i ustawia się je z odległości ponad 40 metrów. A często zdarza się, że o wygranej decydują… milimetry.

– Curling to wyjątkowa rywalizacja. Nie tylko na płaszczyźnie umiejętności fizycznych, ale także w zakresie logicznego myślenia – zwraca uwagę Jakub Głowania, reprezentant Polski w curlingu. Aby grać skutecznie, należy umiejętnie złożyć odpowiednią strategię, jej precyzyjne wykonanie oraz współpracę w drużynie. Wtedy każde dobre zagranie przynosi wiele radości. Polecam curling szczególnie osobom lubiącym wyzwania i nieszablonowe rozwiązania. Dobra zabawa i satysfakcja – gwarantowane! Więcej sportów i zdjęć na www.olimpiada-sportow.eu

INSPEKTOR GADŻET

fot. www.romotive.com

P

Prywatny robot Kto o takim nie marzył? „Romo”, choć wielu praktycznych funkcji... nie posiada, to potrafi sprawić wiele radości. Wszystko dzięki minkom i skórkom, które robot przybiera samodzielnie. Rozpoznaje i reaguje też na twarze osób w pobliżu, ma funkcję sterowania wraz z podglądem z kamerki. W praktyce jest to przystawka do iPhone’a wyposażona w gąsienice niczym w czołgu. Nie bardzo kosztowna, lecz czy później wystarczy nam na biegającą ładowarkę? ;) Romo by Romotive www.romotive.com/store Cena: 149$


18

edukacja - dr Jerzy Kołodziej

Czego nie uczą nas w szkole,

a co jest nam potrzebne w życiu? Jerzy Kołodziej, jerzy.kolodziej@gmail.com

K

ażdy z nas jest powołany do tego, aby być przedsiębiorcą. Kim zatem jest przedsiębiorca? Jest to człowiek, który pomnaża kapitał, podejmując ryzyko i stosowne działania. W potocznym rozumieniu przedsiębiorca kojarzy się z kapitalistą, któremu zależy tylko i wyłącznie na doraźnym zysku. Skojarzenie to nie tylko jest wbrew potrzebom i interesom społeczeństwa, lecz również nie wpisuje się w korzenie kultury europejskiej, które są chrześcijańskie. Na początku Biblii, w pierwszych słowach po stworzeniu, Bóg powiedział do człowieka: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Tego mogą dokonać tylko ludzie przedsiębiorczy, którzy są skłonni do działania i do podejmowania ryzyka. Sama uczciwość, rzetelność i przymioty wynikające z przykazania miłości, jakkolwiek ważne, nie są jeszcze wystarczające. W przypowieści o talentach mamy przykład człowieka na pozór uczciwego, który, w swoim mniemaniu, chciał się solidnie rozliczyć z tego, co otrzymał od swojego pana. Jego uczciwość nie została jednak doceniona, lecz wprost przeciwnie – został poważnie skarcony za to, że nie podjął ryzyka lub przynajmniej inicjatywy, choć wiedział, że pan jest wymagający. Krótko mówiąc, każdy na swoją miarę powinien, w jakimś zakresie, podjąć się roli przedsiębiorcy. Coraz częściej spotykam ludzi wykształconych, z dość dużym doświadczeniem zawodowym, którzy zadają pytanie: co mógłbym lub powinienem dalej robić w życiu? Skąd takie pytanie? Posiadanie dyplomu wyższej uczelni i bogatego CV nie gwarantuje już pewnie niczego w sensie stabilności życiowej i rozwoju zawodowego. Jeśli mamy pracę w dobrze prosperującej firmie lub nawet w międzynarodowej korporacji, to mamy świadomość, że taka praca nie jest pewna w dłuższym okresie. Nie chciałbym tutaj przeprowadzać głębszej analizy przyczyn takiego stanu rzeczy, jednak faktem jest, że pogłębiający się relatywizm światopoglądowy, rozluźnienie więzi społecznych, rozwarstwienie ekonomiczne i rozwój technologiczny sprawiają, że mamy do wyboru coraz więcej możliwości. Jednocześnie coraz częściej jesteśmy samotni, bo wsparcie, jakiego oczekiwalibyśmy od rodziny, środowiska, w którym żyjemy oraz od państwa, jest coraz słabsze. Edukacja w nowoczesnym społeczeństwie jest powszechna i obowiązkowa, jednak przygotowuje do życia w świecie, który już dawno przeminął. Czego innego uczymy się w szkole, a czego innego oczekuje od nas życie. Nasuwa się zatem pytanie: czego oczekuje od nas społeczeństwo, rodzina i pracodawca? Może to brzmieć nieprawdopodobnie, lecz w praktyce nie liczy się tak bardzo, jakie mamy wykształcenie i jakie obszerne jest nasze CV, liczy się natomiast: •

kreatywność, która pozwala znaleźć rozwiązania w różnych sytuacjach,

odpowiedzialność za przyjęte zobowiązania i za to, co zostało nam powierzone, oraz

umiejętność rozpoznawania i nazywania potrzeb innych ludzi.

System edukacji, począwszy od przedszkola, a skończywszy na studiach, kładzie nacisk na nieco odmienne sprawy. Na pierwszym miejscu jest zdobywanie wiedzy. Nic w tym złego, lecz www.e-tryby.pl

sama wiedza bez narzędzi, w jaki sposób można ją wykorzystać w praktyce, ma ograniczoną wartość. Szkoła, poprzez system ocen, promocji i dyplomów, przyzwyczaja również do myślenia, że ważne są moje osiągnięcia, a rozpoznawanie potrzeb własnych i innych ludzi oraz szukanie sposobów ich zaspokajania jest gdzieś na marginesie. Inne zasady, jakie wkłada nam do głowy szkoła, to: •

porównywanie się z innymi, co często zabija indywidualność,

strach przed krytyką, który jest rezultatem systemu kar i nagród,

unikanie porażek, które mogą być twórcze, a są traktowane jako sprawy wstydliwe,

przekonanie, że wszystko zależy od naszego wysiłku, co ogranicza nas w otwieraniu się na pomoc z zewnątrz.

Pojawienie się z takim bagażem na rynku pracy, w rodzinie i w życiu społecznym nie rokuje niczego dobrego. Spotykamy na szczęście ludzi, którzy pomimo przejścia pełnej ścieżki edukacji są skutecznymi pracownikami, zakładają szczęśliwe rodziny i pełnią pożyteczne role w życiu społecznym. Jednak za każdym razem jest to ich indywidualny wybór i konsekwentne działanie. Nie wszyscy są gotowi do dokonywania takich wyborów, bo to wymaga niemal całkowitej zmiany sposobu myślenia i wyzwolenia się od wzorców, jakie przekazał nam system edukacji.

Pożądane zmiany w systemie myślenia od

do

Koncentrowania się na własnych osiągnięciach

Rozpoznawania potrzeb swoich i innych ludzi

Porównywania się

Wyznaczenia własnej misji i celów

Postawy roszczeniowej

Postawy twórczej i odpowiedzialności

Kar i nagród

Zaufania

Dyscypliny zewnętrznej

Dyscypliny wewnętrznej

Spektakularnych zmian (akcji, postanowień noworocznych, itp.)

Wytrwałości, stawiania małych kroków w wyznaczonym kierunku

Procedur i formułek

Myślenia

Polegania tylko na sobie samych

Współpracy, otwartości na przyjmowanie i dawanie

Oceniania i sądzenia innych

Słuchania i zrozumienia


19 Pytanie, co mógłbym i co powinienem robić, sięga znacznie głębiej. Nie odnosi się tylko do zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych i własnego rozwoju, lecz dotyka sensu tego, co robię i czym powinienem kierować się w życiu.

lat, jest przykładem takich kompromisów. Efekty tego widzimy w szkole, na uczelni oraz w miejscach pracy. Podobne kompromisy i ich skutki widać również w wielu obszarach naszego życia rodzinnego i społecznego.

Z powyższego porównania wyłaniają się dwie drogi do wyboru.

Do kroczenia pierwszą drogą przygotowuje nas system edukacji i mainstreamowy przekaz medialny. Niestety, nikt nam już nie gwarantuje, że dobre wykształcenie i znalezienie dobrej pracy zapewni nam stabilność życiową. Nikt też nie uchroni nas przed wypaleniem zawodowym. Do drugiej drogi nie jesteśmy specjalnie przygotowywani i wielu z nas może uznać ją za coś abstrakcyjnego.

• • • •

Pierwsza droga kształtuje konsumenta i dobrze przystosowanego pracownika korporacji, który:

Koncentruje się głównie na sobie. Jeśli myśli o innych, to w relacji do własnych korzyści. Porównuje się z innymi i stara się dostosować, żeby nie wypaść gorzej. Podąża za modą i jest nowoczesny. Jak już utwierdzi swoją pozycję, to egzekwuje to, „co mu się należy”.

Druga droga formuje człowieka, który realizuje swoje powołanie życiowe

Tak przygotowany człowiek: • Zna swoją misję życiową (zawsze w odniesieniu do potrzeb innych ludzi). • Utrzymuje integralność pomiędzy tym, w co wierzy i jak myśli, a tym, co mówi i jak postępuje. • Wyznacza swoje cele i określa granice. • Poszukuje sensu w każdym swoim działaniu. • Postępuje konsekwentnie i wytrwale. • Jest dojrzały, co oznacza w praktyce, że potrafi nawiązywać głębokie relacje i zachowuje odrębność. Wyraźnie widać, że te dwie drogi mają niewiele punktów stycznych. Próba określenia trzeciej drogi, która jest wynikiem kompromisów, prowadzi do nieskutecznego oportunizmu, wyniszczającego osobowość. Reforma oświaty, która ciągnie się od wielu

Do czego przygotowuje nas edukacja, Od pierwszych lat edukacji jesteśmy wdrażani do systemu, który uczy nas dostosowywania się do wyznaczonych reguł. Powoli odkrywany, że reguły szkolne i życie to dwie osobne sprawy. Dobre stopnie otrzymujemy nie zawsze za rzeczywiste osiągnięcia, lecz częściej za odpowiednie dopasowanie się. Osobna sprawa to porównywanie się z innymi, co może odwodzić nas od poszukiwania własnej drogi, bo widzimy, jak postępują inni, a my możemy postępować podobnie. Względne poczucie spokoju daje nam przeświadczenie, że nie jest z nami tak źle, bo mieścimy się w normie, w przyjętej skali ocen

Warto zatem przyjrzeć się trochę bardziej szczegółowo różnicy pomiędzy tym, co otrzymujemy w czasie edukacji, a tym, co jest nam potrzebne w życiu.

Pojawienie się na rynku pracy, w rodzinie i w życiu społecznym jedynie z takim bagażem, jaki daje nam szkoła, nie wróży niczego dobrego.

a co jest nam potrzebne w życiu? Odkrycie i wypełnienie własnego powołania. W tym celu powinniśmy odpowiedzieć sobie na następujące pytania: 1. Jaka jest moja misja życiowa? Inaczej mówiąc – po co zostałem powołany na ten świat i gdzie jest moje miejsce? 2. Jaka jest moja wizja? Co będę robił w perspektywie najbliższych lat i również, jakie stawiam sobie cele na najbliższy rok?

3. Jakie są moje wartości? Czym będę się kierował, jeśli stanę Takie podejście przygotowuje pracownika korporacji, który umie przed wyborem? się dostosować i „dobrego” konsumenta, który podąża za bieżącymi trendami. Nie ma tutaj potrzeby wyznaczania swojej misji To nie są proste pytania, lecz nie ma przed nimi ucieczki. W przeżyciowej i celów. Jeśli już mówimy o celach, to prawie wyłącz- ciwnym wypadku, jak to określono obok, jesteśmy „dobrymi” konnie są one wynikiem porównywania się z innymi. sumentami, którzy są podatni na różne przypadkowe propozycje, i tak naprawdę żyjemy życiem, które dyktują nam inni. Neutralność poglądów w edukacji stwarza pozór, że sprawy wiary i przekonań można oddzielić od pozostałych sfer naszej aktywności, a szczególnie od uprawiania nauki. Można o tym nie mówić, lecz wiara i poglądy ujawniają się w słowach i czynach. Znacznie lepiej i konstruktywniej rozmawia się z kimś, kto ma przejrzyście ukształtowane poglądy, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy, niż z kimś, kto stara się być neutralny światopoglądowo.

To, w co wierzymy, ma zasadniczy wpływ na nasze myśli, słowa i czyny. Nasze myśli kierują się tym, w co wierzymy. Mówimy tak, jak myślimy i na końcu robimy tak, jak mówimy. Jeśli u kogoś widzimy brak spójności pomiędzy myślami, słowami i czynami, to jest to obraz nieprzepracowanej wiary. Nie chodzi o narzucanie komuś konkretnego wyznania, bo tego się nie da zrobić. Wiarę trzeba samemu przepracować, aby posiadać własne poglądy, poprzez które interpretujemy to, co nas otacza.

Dawniej filozofia, królowa nauk, była związana z teologią. Filozof starał się wyjaśnić rzeczywistość nie dla jakiegoś konkretnego celu, tylko dla prawdy samej w sobie. Dzisiaj, kiedy między innymi w wyniku braku przejrzystej definicji prawdy nastąpił kryzys filozofii (szczególnie etyki), teologii i nauk społecznych, takie połączenie wiary i nauki jest określane jako „mieszanie porządków”.

Przystępując do przedsięwzięcia, które może mieć wpływ na nasze dalsze życie, musimy zadać sobie pytanie, czy wierzymy w to, co zamierzamy zrobić. Owszem, powinniśmy się dobrze przygotować, ale to jeszcze nie wystarczy. Po odrobieniu zadania domowego, efekt będzie zależał od tego, czy wierzymy w powodzenie naszego przedsięwzięcia.

TRYBY NR 4(22)/2013


20

edukacja - dr Jerzy Kołodziej W systemie edukacji uczymy się budować własne osiągnięcia. Staramy się o najlepsze stopnie, otrzymujemy promocję z klasy do klasy, dostajemy się do dobrej szkoły. Wszystko zmierza do tego, aby mieć znakomite CV, bo to daje szansę na lepszą pracę. Dzisiaj dobre CV niewiele pomaga w znalezieniu pracy. Koncentracja zaś na swoich osiągnięciach i brak umiejętności rozpoznawania potrzeb innych pogarszają jeszcze sytuację.

Dostrzeganie i wypełnianie potrzeb innych ludzi, bo ważne jest, aby to, co robimy, odnosiło się do potrzeb innych, a nie tylko do zaspokajania własnych ambicji i pragnień. Tak postępują przedsiębiorcy tworzący nowe wartości, za które ich klienci chcą płacić. Przy takim podejściu pracownik łatwo znajdzie pracę, bo nie stawia się w sytuacji, że coś mu się należy, lecz dostrzega potrzeby pracodawcy, a ten chętniej go zatrudni.

Nie jest tutaj żadnym odkryciem stwierdzenie, że współczesna edukacja zabija kreatywność. Przez system edukacji łatwiej przechodzą ci, którzy stosują zasadę „nie wychylaj się”. Narzędziem, które temu sprzyja, są testy i w ogóle system oceniania.

Kreatywność, która daje nam przestrzeń do rozwoju, pozwala tworzyć nowe rozwiązania. Kreatywność szuka sposobu na rozwiązanie problemu, a nie powodu uzasadniającego, że tego się nie dało zrobić. Pracownik kreatywny jest najbardziej pożądany na rynku pracy.

System kar i nagród oducza samodzielnego podejmowania ryzyka. Karanie wytwarza w nas przekonanie, że błędów należy się wstydzić. W rezultacie nie umiemy się uczyć na błędach i staramy się za wszelką cenę je ukrywać, co dodatkowo czyni nas mało wiarygodnymi.

Zdolność do podejmowania ryzyka, która wiąże się z możliwością popełnienia błędu. Jeśli nie wstydzimy się swoich błędów i traktujemy je jak naukę, to mamy szansę osiągnąć znacznie więcej.

Uczymy się przerzucania odpowiedzialności na innych. Dzieci ciągle słyszą utyskiwania dorosłych, w tym również nauczycieli, że za złe nauczanie odpowiada dyrektor szkoły, bo źle zarządza; minister, bo wydaje złe rozporządzenia; państwo, bo daje za mało pieniędzy, itp.

Odpowiedzialność za swoje decyzje. Umiemy określić, jaka jest nasza strefa wpływu, i robimy to, na co mamy wpływ. Nie zajmujemy się sprawami, na które nie mamy wpływu. Nie ma tutaj miejsca na postawę roszczeniową i szukania usprawiedliwień.

Wmawiamy również sobie i dzieciom, że istnieje system ubezpieczeń, w którym można ubezpieczyć prawie wszystko.

Człowiek odpowiedzialny jest zadowolony z tego, co posiada, wie czego chce, szuka sposobów jak to osiągnąć i robi to, co postanowił.

Jakkolwiek wytrwałość jest jednym z ważnych czynników edukacji, to jednak obraz ten jest nieco zaciemniony przez podkreślanie spektakularnych akcji i wybitnych zdolności. Zaczyna się od zbierania makulatury – i nie ma w tym niczego złego. Podawane jest to jednak w wersji jednorazowej akcji i nie wyrabia nawyku odzyskiwania surowców wtórnych oraz dbania o środowisko naturalne. Również większy nacisk kładzie się na wybitne zdolności, wytrwałość pozostawiając jakby na marginesie.

Wytrwałość w zamierzeniach i zdążanie do celu małymi krokami. Wytrwałość w przeważającej części decyduje o tym, że odniesiemy sukces. Nasze zdolności to zaledwie margines.

W systemie edukacji odchodzimy od zaufania na rzecz tworzenia dokumentacji. Jeśli jest dokumentacja, to wszystko jest w porządku, jeśli jej nie ma, to jest problem. Rzeczywisty bieg spraw nie musi się z tym pokrywać. Ten stan rzeczy od najmłodszych lat również obserwują dzieci, które są bardzo spostrzegawcze i uczą się, a potem stosują w życiu jako naturalne wzorce.

Zaufanie jest tym, co sprawia, że ludzie chcą ze sobą pracować. Jeśli mamy zaufanie do innych, to z łatwością możemy dawać i przyjmować, nie boimy się krytyki, która często bywa dla nas ratunkiem.

Ludzie, o których wspominam na początku, stoją często na rozdrożu i pytają o możliwość przejścia „drugą drogą”, której nie znają, a która wydaje im się sensowna, nierzadko po wyczerpaniu się możliwości, jakie daje „pierwsza droga”. Można to zrobić samodzielnie lub skorzystać z pomocy innych. W poszukiwaniu tej drogi nie unikniemy odpowiedzi na pytania, które przewijały się w tym tekście: Kim jestem? Gdzie jest zaczepiona moja nadzieja? Jakie są moje wartości? Jaka jest moja misja życiowa? Jakie wyznaczam sobie cele? Jakimi sposobami chcę osiągnąć te cele? W jakim środowisku się obracam i jakiego środowiska poszukuję?

www.e-tryby.pl

Thomas Alva Edison wyraził to jeszcze dobitniej: „Geniusz to wynik 1 procenta natchnienia i 99 procent wypocenia”.

Koszt pracy w zespole, w którym panuje zaufanie, jest bez porównania mniejszy niż tam, gdzie tego zaufania nie ma, przez co zespół, który sobie ufa, jest bardziej konkurencyjny na rynku.

Odpowiedź na te pytania może nam sprawić sporo kłopotu. Nie powinniśmy się jednak tak łatwo poddawać i sięgać po proste odpowiedzi, które sugeruje nam przekaz kultury masowej. Najlepszym sposobem jest znalezienie środowiska, które da nam możliwość spojrzenia na nasze życie oczami innych ludzi. Takie środowisko może nam również udzielić wsparcia i jednocześnie dać możliwość, abyśmy mogli udzielać pomocy innym, bo nikt z nas nie jest tak bogaty, aby nie mógł przyjmować od innych, ani tak biedny, aby nie mógł się podzielić z innymi. Polecana literatura uzupełniająca:

1. Viktor E. Frankl, Człowiek w poszukiwaniu sensu, Wydawnictwo Czarna Owca, 2011 2. Robert Fulghum, Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć nauczyłem się w przedszkolu, KOS, 2008

3. Daniel H. Pink, Johnny Bunko na drodze do kariery, Studio Emka, 2009 4. Stephen R. Covey, 7 nawyków skutecznego działania. Inspirujące lekcje doskonalenia wewnętrznego, Rebis, 2007 5. Stephen R. Covey, 8 nawyk, Rebis 2005 6. Stephen M. R. Covey, Szybkość zaufania. Jak dzięki zaufaniu przyspieszyć sukces w biznesie, Rebis, 2010 7. Richard N. Bolles, Jakiego koloru jest Twój spadochron? Praktyczne doradztwo dla poszukujących pracy i chcących zmieniać zawód, Studio Emka, 2011 8. Ken Robinson, Uchwycić żywioł. O tym, jak znalezienie pasji zmienia wszystko, Element 2012 9. Clayton M. Christensen, Karen Dillon and James Allworth, Co będzie miarą twojego życia, MT Biznes 2012


z kulturą

Bo kochać znaczy tworzyć

fot. materiały prasowe

„Ślad zycia, ślad śmierci” Wydawnictwo PROMIC 2013

W połowie marca na ekranach kin pojawiła się opowieść, na którą czekało wielu takich jak ja, dla których Krzysztof Kamil Baczyński to człowiek – legenda. Jego historia, ujęta w niekonwencjonalny sposób, to nie tyle film, co przeżycie… 67 przekonywających minut, które wystarczą, by poruszyć polskość nawet w młodym człowieku. Wyreżyserowany przez Kordiana Piwowarskiego „Baczyński” to z zamysłu film inny niż „Dzień czwarty” Ludmiły Niedbalskiej z 1984 r., który również opowiada o Krzysztofie Kamilu. Już sam plakat informuje, że „Baczyński” to film poetycko-biograficzny. Czego więc można się po nim spodziewać? Zaskoczenia. Dla wrażliwych na pewno bardzo pozytywnego. W klimat niewątpliwie wprowadza „Pieśń o szczęściu” genialnie zaaranżowana muzycznie i wykonana przez Melę Koteluk i Czesław Śpiewa. Przez kolejne minuty filmu przeplatają się trzy plany narracyjne. Jednym z nich jest zorganizowany z okazji 90-lecia urodzin Krzysztofa Kamila slam poetycki, podczas którego młodzi ze współczesnego pokolenia wykonują swoje interpretacje jego wierszy i podejmują próby wyobrażenia sobie, jak sami zachowaliby się w sytuacji powstańczej. Spotykamy się również z członkami Armii Krajowej, którzy przeżyli wojnę i powstanie, podczas których przyjaźnili się i współpracowali z Baczyńskim. Trzecim planem jest sfabularyzowana historia Krzysztofa. Nie jest to jednak typowy ciąg faktów z jego życia. To opowieść w jakiejś mierze zagadkowa, ale nie patetyczna; to próba ukazania utalentowanego młodego „Kolumba”, człowieka z krwi i kości, kochającego życie i nie mogącego pogodzić się z okropieństwem bezsensownej wojny, a jednak na wskroś przesiąkniętego patriotyzmem i zdeterminowanego do walki pomimo tego, że właściwie się do niej nie nadawał. Wszystkie wątki – śmierć ojca, marne zdrowie, zaborczość matki, sukcesy literackie, romantyczna miłość do żony, odważna służba w Szarych Szeregach i w końcu sama śmierć – choć tak naprawdę zaledwie poruszone i niedopowiedziane, niesamowicie intrygują i zachęcają, by dowiedzieć się więcej, sięgnąć po jego biografię i tomik wierszy. Jest coś niezwykle pociągającego w fenomenie Baczyńskiego, co sprawia, że rusza nas jego twórczość – pomimo tego, że jesteśmy pokoleniem, którego odległe czasy okupacji nie dotyczą i dla którego pozornie poezja Krzysztofa mogłaby wydawać się „nietrafiona”. Może w dzisiejszych czasach jest właśnie tym, na co brakuje miejsca w naszym konsumpcyjnym pokoleniu? Może właśnie do tej wrażliwości, odwagi i ideałów tęsknimy. Choć zginął od jednej niefortunnej kuli już niemal 70 lat temu, wciąż jest jednym z poetów najchętniej czytanych przez młode generacje Polaków. Warto więc znaleźć czas i zobaczyć cząstkę tamtego świata, o który walczył Baczyński – jak pisał o sobie – ja, żołnierz, poeta, czasu kurz. Iwona Sidor [tytułowy cytat pochodzi z wiersza „Źródło” III 1942]

Dr Jonathan Weber, światowej sławy biblista i profesor Harvardu, zostaje celebrytą po publikacji książki „Jezus z Nazaretu”. Wyjeżdża do Izraela na wykopaliska, a droga do Ziemi Świętej wiedzie przez Rzym, gdzie dostaje zaproszenie na prywatną audiencję u papieża Benedykta XVI. W Rama, gdzie prowadzone są wykopaliska, odnajduje miejsce pochówku Józefa z Arymatei. Radość jest tym większa, że po otwarciu grobowca w środku znalezione zostają szczątki. Ekspedycja badawcza z pewnością przejdzie do historii, gdyż to pierwszy przypadek w dziejach ludzkości, kiedy odnaleziona zostaje postać biblijna. Euforia panująca wśród naukowców gaśnie, kiedy wyjaśnia się domniemana tożsamość odnalezionych zwłok... Marta Kowalik (skrót pochodzi od redakcji) „Po co praktykować, gdy się wierzy?” Alain Quilici OP Denis La Balme Wydawnictwo Bernardinum 2013

Jak odpowiedzieć na to nurtujące wielu z nas pytanie? W pierwszej części książki filozof Denis La Balme odpowiada, czy możliwe jest wierzyć i jednocześnie nie praktykować. Po przebrnięciu przez filozoficzne i momentami niełatwe do zrozumienia rozważania, w drugiej części dostajemy dokładną odpowiedź – o. Alain Quilici, dominikanin, krok po kroku opisuje, czym grozi porzucanie praktyk religijnych. Sprawnie i zrozumiale argumentuje, iż bez konkretnego działania nasza wiara jest martwa oraz podpowiada co zrobić, by Eucharystia nie była dla nas nudna, a religijne uczynki trudnym do spełnienia obowiązkiem. Dominik Sidor „Chłopiec z lodu. Nowe życie Warrena” Guido Sgardoli Edycja Świętego Pawła 2013

Na krańcu świata, gdzie życie zastyga w monotonnej codzienności lodowej krainy, zaszył się człowiek na pozór zgorzkniały i pogrążony w beznadziei. Cierpkie wspomnienia nieudanego życia nie dają mu spokoju, jedynym wyjściem wydaje się ostateczne rozwiązanie problemu… W momencie kiedy już tak niewiele dzieli go od pożegnania się z życiem, jedna chwila otwiera zupełnie nowy etap w życiu prof. Roberta Warrena. Czy po tylu latach i gorzkich doświadczeniach świat może zmienić barwy w zaledwie kilka tygodni? Jak bardzo bezbronne i bezsilne dziecko może odmienić życie starca dręczonego wyrzutami sumienia? „Chłopiec z lodu” przynosi nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Iwona Sidor „Dziękujemy Ci Ojcze Święty!” Wydawnictwo Fronda 2013

W najnowszym kwartalniku Frondy możemy przeczytać kilka myśli o emerytowanym papieżu Benedykcie XVI. O tym, że pomimo rezygnacji z posługi biskupa Rzymu, Piotr nadal pozostaje Piotrem, o walce papieża Benedykta z problemami i wrogami współczesnego Kościoła, a przede wszystkim o jego wielkim pontyfikacie. Ponadto możemy znaleźć kilka praktycznych informacji i historii o największym zagrożeniu godności współczesnego człowieka – ideologii gender, eugenice i ich totalitarnym charakterze. A na deser warto poczytać o tym, że Bracia Mniejsi Kapucyni to nie przede wszystkim zakon żebraczy, lecz zgromadzenie utrzymujące się z własnej pracy. To wszystko i wiele więcej w najnowszej Frondzie. Karolina Mazurkiewicz

TRYBY NR 4(22)/2013

21


22

idźże, zróbże

W całej Polsce powstaje coraz więcej grup modlących się... tańcem! Są rekolekcje, które uzdrawiają tańcem. Bo taniec może także leczyć – wybawiać z kompleksów, pomagać w zaakceptowaniu własnego ciała czy zabliźnieniu dawnych zranień. Szczególnie ten o Bogu i dla Boga, czyli taniec izraelski. Natalia Ślusarz, Katarzyna Pajerska, Ewa Lewkowicz, Justyna Ruzik

y g z o Bd n i a nc

N

a pewno znasz historię o wodzie wytryskającej ze skały po uderzeniu laską przez Mojżesza lub przypominasz sobie fragmenty Pieśni nad Pieśniami czy Psalmu 23 o Dobrym Pasterzu. Taniec izraelski nawiązuje do wielu bardzo znanych wydarzeń biblijnych, jakby „opowiada“ Stary Testament. Choć współczesny taniec izraelski kreowany jest przez profesjonalnych choreografów jako taniec żydowski, istniał w kulturze judaizmu od wieków. Można domniemywać, że najstarsze tańce wiele czerpią z tej wielowiekowej tradycji, w której taniec zarezerwowany był tylko dla Boga. Są to tańce chasydzkie. Późniejsze układy inspirują się bogactwem innych kultur, z którymi na przestrzeni dziejów zetknął się naród izraelski. I tak, często możemy odnaleźć w nim wiele wspólnego np. z tańcami arabskimi czy jemeńskimi. Mnogość tańców powoduje, że każdy może z upodobaniem wybrać coś dla siebie. Podstawą każdego jest układ kroków i gestów. Wszystkie mają symbolikę, przez którą opowiada się pewną historię, prowadzi dialog z Bogiem. Po opanowaniu kroków rozmowa ta jest naprawdę odczuwalna, można zacząć czerpać radość z tańca, a w tej radości powoli odnajdywać działanie Boga. Z czasem zapomina się o powtarzaniu w myślach układu ruchów, a miejsce to zajmuje poczucie Bożej obecności. Bo to właśnie Bóg jest powodem tanecznych spotkań.

Modlitwa w rytmie Taniec to zdecydowanie niecodzienna forma modlitwy. Ale przecież Bóg w całości stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo. Skoro dał mu i duszę, i ciało, to dlaczego nie próbować harmonizować ich także w modlitwie! Bo On pragnie, aby całe ludzkie życie było przyjaźnią z Nim. W każdej chwili dnia, we wszystkich czynach, słowach i myślach chce być obecny. Nie bój się tego zauważyć! Bo chwalić Boga można nie tylko myślą, słowem, śpiewem, sztuką sakralną… Oczywiste jest, że człowiek w swoim ziemskim życiu poszukuje różnych form wyrazu. W tańcu całe ciało staje w obliczu Stwórcy, a taka modlitwa najpiękniej prezentuje się w grupie. Dlatego właśnie stojąc www.e-tryby.pl

w kręgu wspólnota może zwrócić się do Boga, który trwa pośród nich, w centrum. Trzymając się za ręce ma się poczucie, że każdy z tańczących jest równy, w oczach Boga miłowany i traktowany w taki sam

W tańcu całe ciało staje w obliczu Stwórcy, a taka modlitwa najpiękniej prezentuje się w grupie. sposób. To zbliża nie tylko do Niego, ale także ludzi do siebie nawzajem. Odczuwając bliskość drugiego człowieka odczuwa się także bliskość Boga, którego obecność jednoczy. A poza tym, gdy się pomylisz lub zapomnisz kroków, wiesz, że obok jest ktoś, kto zawsze ci pomoże! Bo obok uwielbienia wspólny taniec zawsze pozostaje doskonałym sposobem spędzania czasu poprzez integrację i wspólną zabawę.

W konkretnej intencji Człowiek, z jednej strony „ograniczony” koniecznością zapamiętania kroków, z drugiej może się czuć zupełnie wolny w ich interpretacji! Bo każdy taniec ma swój charakter – w poszczególnych gestach można odnaleźć wychwalanie i uwielbienie, ofiarowanie i poświęcenie, przebłaganie i dziękczynienie, a także prośbę o Boże wstawiennictwo i błogosławieństwo dla wspólnoty. Dlatego – zależnie od nastroju czy intencji – raz można tańczyć do utworów spokojnych, a innym razem do bardziej żywiołowych i wyrazistych. I bardzo dobrze! Nie należy lekceważyć myśli, które są w sercu. Jeśli z jakiegoś powodu odczuwasz złość, coś nie daje ci spokoju, wyraź to! Powiedz o tym Panu. Bo w tańcu nie da się niczego ukryć. Często właśnie ruch zdradza, jak człowiek się czuje, co ma w sercu. Dlatego czasem tak trudno się skupić na treści danego tańca, gdy zachwiana została relacja z Bogiem lub drugim

człowiekiem. Są tańce, w których łatwo można poczuć ducha modlitwy, ale są też takie, gdzie trzeba pokonywać siebie i cierpliwie znosić pomyłki. Dzięki temu człowiek uczy się pokory. Albo nagle dany taniec, powtarzany już tyle razy zaczyna mieć inne znaczenie, bo kieruje tobą inne uczucie. Dlatego żeby modlić się tańcem często trzeba połączyć w jedno – swój ruch i koncentrację, przezwyciężyć zmęczenie i pamiętać o intencji. A co, gdy akurat duch nie ma ochoty się modlić? Robi to za niego ciało! To ono, wykonując poszczególne ruchy potrafi czasami zmobilizować do modlitwy. I w końcu w tańcu można okazać radość i wdzięczność wobec Stwórcy. On kocha człowieka takiego, jakim jest. Pragnie, byś stanął przed Nim w prawdzie!

Zatańcz z Karmelem Teraz już wiesz o tańcu izraelskim bardzo dużo. Kiedy już raz wpadniesz nad nim w zachwyt – nie będzie odwrotu! Może urzeknie cię różnorodność form i gestów, może poczucie wsparcia i zrozumienia, może w ogóle taniec jako forma ruchu i wyrażania siebie, sposób na dobrą zabawę, a może coś jeszcze zupełnie innego! Każdy odnajduje się w tańcu w zupełnie inny sposób. Każdego z nas coś innego zachwyciło i przyciągnęło. Każdy z nas jest inny, a ta różnorodność w tańcu wcale nie jest zatracana – wręcz przeciwnie! Te same tańce, te same gesty, a jednak na twarzy każdego malują się inne emocje. Każdy z danych kroków wybiera treści, które najlepiej będą pasowały do jego charakteru, sytuacji życiowej, intencji modlitewnej czy po prostu nastroju. Jeśli masz odwagę tego doświadczyć – zdecyduj się i przyjdź! Duszpasterstwo Akademickie KARMEL zaprasza Cię 25 kwietnia o 19 na spotkanie otwarte Diakonii Tańca Izraelskiego do klasztoru oo. karmelitów bosych przy ul. Rakowickiej. Wszystkie potrzebne informacje znajdziesz na stronie internetowej www. da.karmel.pl w zakładce diakonia modlitwy tańcem. Do zobaczenia!


idźże, zróbże

Autor zdjęć: Katarzyna Maciejczyk

reklama

TRYBY NR 4(22)/2013

23



Tryby kwiecień 2013 nr 4(22)/2013