Issuu on Google+


Zakole Garonny Marcin Czarnecki

DedykujÄ™ im

Wydanie Oficjalne


Rdzawe Niebo Wiatr ociera drzewom policzki Garonna płynie jak wsze czasy Po rdzawym niebie niesie zwrot nikowe masy

Znów syreny Jak zwykle sprawdzam rdzawy zamek Cztery spusty zamknęły dłonie, zamknęły usta zamknęły całą Francję Znów spod lady wypadły raty fikowane traktaty i spłynęły rechoczącą rzeką

Budzę się zlany Budzę się zalany i sprawdzam niebo Kładę się z pewnością, pewną nadzieją że i jutro ujrzę gwiazdy

5


Wstaję mokry złością że głos zabrał mi ten demon ten debil Chory wytwór tyłu głowy nie mojej – zbiorowej propagandy pasków, prasy i portali

Bo od środka diabeł nie tak straszny nie tak straszny


Nie(na)Widzimy Wschodu (NWW) Miały być upały, a Tuluza zachodzi mgłą i borą Nie dostrzegamy już Wschodu Nie widzimy wschodu, bo wstajemy nocą

Po zamachach w Tuluzie ceteris paribus … 30 sierpnia: Do znajomych podchodzi jakaś Greczynka: Wiecie, skąd tu tyle policji dzisiaj? Cisza W plecaku jednego typa znaleziono bombę BOMBĘ Gdyby jej nie wykryto… Chciał bombę?! Cisza … Groźba okazała się pogłoską Co tylko zdradza niepokój przykryty beztroską powierzchownością, troska skrapla się kwaśną bryzą nad Garonną Na zamachy szansa zerowa lecz w strachu biorą największą wspólną wielokrotność Liczby jak bąble czerwienieją pod spojówkami by pęknąć ksenochorobą Statystyki nie pomogą, odśrodkowe siły rządzą Europą Nacjopulizm zalewa nas przed uchodźcami Przez gliniane głowy grzęźnie w glebie Okcydentu kolos

7


Nie widzimy Zachodu, bo mamy pół-skie serce Wskazujemy obcych, jakbyśmy byli u siebie A kim ja w ogóle jestem: uchodźcą, turystą czy studentem? Rozważam ten trylemat z pustym wzrokiem w gazecie Wtem przede mną w metrze siada mulat z bukietem: Brzydkie te kwiaty, czemu wkłada w nie rękę? To kielich czy prochy pachną tak namiętnie?

Nienawidzimy wschodu, bo Zachód budzi nas wcześnie Budząc nasze obiekcje, gdy nocną syreną słyszymy bagietę Wstajemy z prochem w powiece jak w Père-Lachaise ie (...) Za dnia islamscy nie znaczy radykalni Ci uchodźcy nie tacy straszni, gdy patrzy się im w cefałki Francję widzimy przez przerysowane szklanki: TVN-y i France24-y Gdy trąbią o ISIS, ci z Arabii chodzą pod ścianami jak na wybiegu skazańcy, choć ze złości na System warczą nocami Porównajmy: manhattańskie wieżowce to bogactwo Za meandrem Garonny odwrotnie – im wyższe bloki, tym większa bieda Zasiłki są, lecz pomocy nie ma – jak imigrantów na lepszych uczelniach Bo talent trzeba mieć w genach portfela Bellefon, Raynerie, Arènes, Mirail i Bagatelle – trzypokoleniowe getta Mały Bronx, gdzie niebieska nie ma wejścia, czarni handlują białym Dla nas jak warcaby – obcych pionków przymusowe bicie Szkoda marzyć, a bez nadziei w życiu można zdziczeć Biegnąc bloków brzegami, jakby słyszę: Gdzie jest wyjście?!

Miały być upały, a Francja zachodzi mgłą prochów Nie dostrzegamy już Zachodu Nie widzimy zachodu, bo wracamy nocą


Melanż w Kościele Nie wiem w kałuży na środku parkietu

Nie wiem, czy ktoś widział Nie wiem, czy Bóg Łzy spłynęły ze mnie cicho jak Bóg

Melanż w Kościele z soboty na niedzielę

Ręce w górze DJ gestykuluje z ołtarza Ludzie wpadają w ekstazę Na ustach mamrotane frazy Bas niesie się po murach starych jak niegdyś organy

Chyba wszystko dobrze, nikt nie zgonuje Uspokaja tańcząca zakonnica i wesoły ksiądz A nad nimi biblijne obrazy i posąg Maryi podnoszącej rękę

Melanż w Kościele z soboty na niedzielę

9


Sam mimowolnie podnoszę na złe i na dobre Opustoszałem łzami wiary przed wiosennym roztopem Nie zdjąłem Jezusa ze ściany zabiłem go gwoździem przed Wielkim Piątkiem i zerwałem łańcuszek Jestem Francją, tylko nie wiem czym się wypełnię Nigdy nie robię melanży u siebie

i wciąż nie wiem, czy możemy tu być W kałuży, na środku parkietu


Za Kołem Garonny Wyjeżdżam do czego Uciekając od statystyki do perspektyw W nadziei, że znajdę siebie W nadziei, że złapię siebie

Siedzę sam, pod powieką szukam ochłody Sam siedzę, skuty i bezsilny za kołem wody Zaciska się Zakole Garonny Zaciska się Zakole Garonny Dawno nie biegałem, a bidon pusty, na czole wzdłużny zaciek Widzę, jak rozszczepiam się z ciałem – lustro odbija minusy Zawsze sprintem na przystanek, a w grupie wciąż ósmy Strumień byłych bliskich spływa po mnie wodospadem Przed wylotem usunąłem wszystkie kontakty w smartfonie nieoodnowione od co najmniej dwóch urodzin Relacje złożone z klocków Cobi – odkształcają się w plastikach (ah, a mieliśmy listy pisać! Na adres: Zakole Garonny, choć czuję się na świata końcu W zakolu włosy, choć czuję się na końcu

W zakolu rzeki, choć czujesz się na świata końcu W zakolu włosy, choć czujesz się na końcu W zakolu rzeki, choć czujesz się na świata końcu W zakolu włosy, choć czujesz się na końcu

W zakolu, choć czuję się na końcu

11


Mam dwadzieścia lat i piszę sobie pętlę Wlepioną papierem w krtań jak kobiece łzy Od dwóch lat śnię kolorem prawie codziennie Odkąd tu śpię, zatarły mi się sny Dmę w zeszyt jak w chusteczkę, w głowie trzeci krzyż Niosąc go, upadłem, więc w lutym z niego zszedłem No nie wierzę! No, nie wierzę, nie wierzę w nic prawie, i w mnogości marzeń znajduję zgubę Po melanżu w kościele szukam drugiej duszy Przepycham wskazówki butem, lecz nie chcą się rozewrzeć W tym wieku nie istnieje czasoprzestrzeń Czas cieknie strumieniem, stoimy w miejscu przez rodzinę Choć bez buforu z bliskich babramy się w swej bliźnie Dorośli to dorosłe koszmary, dorastają tylko ich strachy Nie my się wzmacniamy, tylko obawy – by obchodzić nasz organizm Antybiotyk nie działa, więc sięgamy po suple jak karty i kwadraty Antypody szczęścia wiążą nam ciała supłem do panny i chaty Do światka, który chcieliśmy zmienić Po latach błysk młodzieńczych idei to poświata w gabinecie cieni Znamy pół świata, dół to dotowany relikt )stnieje na mapach, ginie w pamięci i kieszeni Rodzino: na Mikołaja chcę darmowe koperty ze szczerym zdaniem – kasę dajcie Rwandzie W dół znów patrzę, by znaleźć ten pyłek nieistotny na mapie i wrzucam na tacę – pod którą skrzyżnie nogi zwykle własne zawsze własne


Nagle śnię kolorem: Naciskam na złotą klamkę, dłoń ślizga się po czerwonym Wciskam się sam jak paw, w złotej klatce wróbel Zza krat czyha chór braw, a Stańczyk wtóruje Ciągle jestem w sobie, więc czemu chudnę? Widzę, jak w dole czerwoną rzeką pławi się moje życie Bąble krwinek to nadmuchane ambicje i wyobraźnia Rdzawe chmury po zamachach unoszą się w bajkach A szare mury getta toną w faktach

Dlatego wreszcie pojmuję Teraz mojej dumie możesz trzymać włosy Niech zwraca do Łódki, Wisły czy Garonny Wstaję od lustra wody, obmywając oczy i policzki: Jesienią niech jesień zobaczę – nie własne odbicie! Nie czeszę włosów, nie mam zakoli, w końcu wokół kwitnie! Bo nie mieszkam w rzeki zakolu, lecz na jego szczycie

Nie czesz włosów, nie masz zakoli, w końcu wokół kwitnie Nie mieszkasz w rzeki zakolu, lecz na jego szczycie Nie czesz włosów, nie masz zakoli, w końcu wokół kwitnie Nie mieszkasz w rzeki zakolu, lecz na jego szczycie

W końcu wokół kwitnie Bo nie mieszkam w zakolu, lecz na jego szczycie

13


******* In Paris Całą noc koczowaliśmy pod przeszklonym lotniskiem na mrozie Więc to tak mają bezdomni na co dzień?

Szlajamy się po Elizejskich Polach z moimi *******ami Z dołu wgapia się w nas kloszard z otwartą ręką Moi cierpią którą knajpę wybrać do wykwintnej szamy Bo są wygłodniali

Ciągle górą biali, żółci gonią, czarni żebrzą Zresztą powinno być wszystko jedno Bo kołem samozamachowym jest € Napędzamy się jak peleton, w homonto goniąc superego Nie znając kariery poza wąską ścieżką Gonimy przez chwastów Pola jak po ścieżce zdrowia Gonimy po trupach, a cel ulatuje jak głodna dusza Gonimy po trupach, a cel ulatuje jak lekka dusza

Bezdomny macha nam pustą czapką Stawiamy kroki przez cuchnące zwłoki Patrzymy z powagą na świecące szyldy i się nie schylamy Byle nam nie truli wody

(...) Zgadnij, ile kosztował? – moi pytają o portfel Bottegi 20? – sprawdzam. Cena 202€ Pusta czapa i pusty portfelik...

15


Kolorowa Bransoletka Wciąż nie wierzę, że tak symboliczna rozmowa zdarzyła się naprawdę

Plac del Duomo w Mediolanie Modne sklepy, gdzie sami dziani żółci i biali A między nimi kilku czarnych z kolorowymi bransoletkami Wkładają ci to nagle na rękę, wiążąc mocno i po chwili wracają po monetę, prosząc: Pożycz, to dla naszych głodujących rodzin! Jasne, z pewnością

Czekam na *******, którzy poszli sobie do Lind po lody Wtem jeden z handlarzy – którego podchody już raz odrzuciłem – podchodzi do mnie: Oo, Leuandoski! – obrączkuje mi przeguby kolorowym g*wnem – Nie możecie znaleźć sobie lepszej fuchy, ty i twoi kumple? – pytam z troski O pracę trudno, robimy tu od dwóch tygodni Badji – wyciąga rękę – Marcin. Dam ci, ale obiecaj, że znajdziesz lepsze zajęcie To jest w zasięgu – nawet dla czarnego nawet dla imigranta – daję mu € Grazie. Wiem, że biznes ch*jowy, ale musimy jakoś dożyć – Masz jakichś bliskich, ktoś Ci może pomóc? W Senegalu, kilka lat temu wszyscy zmarli w domu Chyba Allah na mnie patrzy, ale moja rodzina umarła z głodu

Moja rodzina umarła z głodu Moja rodzina umarła z głodu Moja rodzina umarła z głodu Moja rodzina umarła z głodu


Rodzina mu umarła z głodu Jego napuchłe od łez oczy i mój płacz nie naprawią świata Żegnaliśmy się długo i ciepło, jak dwaj bracia Mogłem dać mu więcej niż głupiego piątaka Choć przelaliśmy na siebie chwilowe szczęście Takie jest życie... najgorsze zdanie, jakiego uczy nas matka Naprawimy część świata bo jakie mamy mieć inne zajęcie?

Weź tę bransoletkę dla swojej rodziny, no trzymaj! – Nie chcę jej, nie chcę jest obrzydliwa

17


Sang Jacques Czerwienieję, sunąc po Bambergu i Luwrze Mrugam z niedowierzania! Renoir, Delacroix… i wolność wiodąca lud Jacques-Luis, )ngres… i ten czysty wzrok arystokracji Mrugam oczami, które łzawią bo widzą czerwień

Widzą ich czerwone dłonie Czerwień na wargach i językach Rubinowe policzki w białych szatach i kłos pod butem


Qui? 1.

Niemcy i Rosjanie zamordowali 6 milionów Polaków.

2. Naziści zabili miliony naszych ludzi 3. naziści pozbawili życia 4. życia ludzi kończą się z pamięcią

Vive la Résistance ! Vive la Révolution ! Ahaha

19


Pół-ska Z Łodzi nie widziałem Polski Bo nie można spojrzeć we własne oczy

Chyba że w krzywym zwierciadle Wciąż pół-śmieszy mnie, co z tym dziwnym krajem Pół-martwi, bo gdy będziemy pół-martwi W jakim państwie przeżyją nasze dzieci? Płaczę nad moim państwem, z którym w kontraście mnogość narodów, kocioł kultur, który jak korpo w końcu każdego musi wciągnąć – Czym jest mnogość? Podaj prawicę Chińczykowi Czym jest kocioł? Pokaż pacyfkę Anglikowi Powiedz Avoch po szkocku i Conchobhair po irlandzku… Obca kultura uczy pokory i dystansu Czuję je od obcych, gdy chcą mnie wymówić W ich ustach tysiące lat pomówień i kilometrów Pocieszam ich, że trudne imię, jakby czytając w myślach W moich nie ma Polski dzisiaj Przypominam sobie o niej przy paszporcie, na lotniskach

Jestem Polakiem Jestem człowiekiem Kim bardziej, gdy w rozmowie o pracę Poproszą o zrzeczenie? Jestem człowiekiem Jestem Polakiem Kogo więcej Gdy na wojnie złożę deklarację?


Pół-ska jest pośrodku wszystkiego Europy, ekonomii, sportu, przyrody, wojny Mili-niemili, do obcych gościnni lub niechętni Ani dziani, ani biedni, ale co my możemy powiedzieć o kraju? Chyba nic wybitnego Lub brak nam PR-u jak Australii, PKB jak Norwegom Przy Niemcach słychać aprobatę, przy nas tylko akceptację... A w Polsce przemyca się dzieci – twierdzi puta z Peru Stąd czerwieniejemy, podając nację Polska jest lepsza od Francji – jakim to poprzeć symbolem? Każdy ma góry i morze, Mazury w może i większym jeziorze Mówią – mocne wódki, dobre ceny i Leuandoski Mówmy – język trudny, piękne kobiety i kulturowy dorobek Dopisz co jeszcze, bo sam nie wiem: ......... Egzotyczne państwo z tej Polski waszej! – wyznał nauczyciel z Zimbabwe

Jestem Polakiem Jestem człowiekiem Kim bardziej, gdy w rozmowie o pracę Poproszą o zrzeczenie? Jestem człowiekiem Jestem Polakiem Kogo więcej Gdy na wojnie złożę deklarację

21


Wciąż mnie boli, że szarżowali na czołgi Nie brak nam woli, lecz broni i głowy Woleli bronić imienia Polski kosztem 6 milionów... Winien Józef Beck i ta zgraja honoru przed Nie cenimy przetrwania, zapominieliśmy żyć w niepodległości Polskę R i Z w rzecz pospolitą łączmy, nie elitarną Nie zniżając się do poziomu partii Dobra etymologia – bo lubią nas dzielić Niszczymy się tak od środka od zarania dziejów Łatwo ględzić, gdy romansuje się z innym krajem Lecz gdy jestem na domówce, nie chcę się martwić i przepraszać, że jestem ich rodakiem W kraju coraz słabsze wiatry zachodnie Ale biorę Ryanaira na Modlin przed Nowym Rokiem Bo Francja to tylko łatwa kochanka A kocham Polskę

Na wojnie i o pracę Jestem Polakiem Jestem człowiekiem Jestem człowiekiem Jestem Polakiem


Och, Eugène... A.B, co ty zrobiłaś? Chłopak w Niemczech czeka na twój przyjazd

W klubie czuję się jak bohater! Taniej komedii Miały być same prego i grazie A są fuzje Amelii z Rekiem Zombie udające Księżniczki za fałszywy milion euro Krok chwiejny jak Strefa Euro Więcej tu Dian niż Dark Moonów Single lepsze od albumów Odkrywają prawe i lewe serce Chcą się po francusku Zdały ledwo, a już czas na new-school Nadzieją tego świata miłość? Chyba wolna, w parach już się przedawniło

Och, Eugène, masz chłopaka? W sumie po co mi ta wzmianka… Eugène, uprawiamy miłość? Nie wiem, co to znaczy, słowo już się wypaczyło Eugène, masz chłopaka? Zmieniasz zdanie jak telefon – bierz nowego Eugène, uprawiamy seks? Pół uśmiechów świata wyraża ten tekst


Wokół wybuchy emocji Czuję się jak Baczyński Bądź mi Basią i bez brania broni mej w twe dłonie przeżyjmy Tym razem Chłopcy wzięli w dosłowach że miłość nie zna granic! W jej imię, choć nie pamiętają imion wpychają filles-en-maligne’om puste cliché i orgazmy Marzą klisze im francuskie fazy Miast myśleć, marszczą się – nad dylematem: Czym rozmiękczyć tanio ą pannę? Grają związki jak sitcomy Nocą lecą losowe epizody Eugène: bierz tę lub tamte i nie wybrzydzaj Mogła nie zrywać

Och, Eugène, masz chłopaka? W sumie po co mi ta wzmianka… Eugène, uprawiamy miłość? Nie wiem, co to znaczy, słowo już się wypaczyło Eugène, masz chłopaka? Kogo, czego? – To, co zmieniasz jak telefon Eugène, uprawiamy seks? Pół uśmiechów świata zdradza zaufania sens

25


Mai Wanjuan Kiedyś bałem się do dziewczyn karteczek pisać A dziś obudziłem się z Tobą w objęciach w centrum Paryża

Rozstaliśmy się nocą w tanim deszczu Dzięki za parasolkę, oddałbym sobą następnym razem Przepraszam za wredną wymówkę, ale Przepraszam, Jane, nie możemy tak razem

Przypadkiem wpisałem Cię maczkiem w notes i zrymowało nam się jutrem Teraz mój wiersz płonie w twoim przegubie Jane, dziękuję, że jesteś między mną a Tobą w moich dłoniach

Nagle wpadamy w ścianę deszczu – 5. dzielnica trzyma nas razem w ciepłym, mokrym objęciu Łapiemy się kurczowo, zmiana czasu wyciąga nam z siebie godzinę Łapiemy się za głowy, bo to tylko tak wakacyjnie Bilet już kupiony, Do zobaczenia za W nas

grudnia zleci nam jak


Jane, nie dokończę tego wiersza Naszą przyszłość widzę w komórkach, Messengerach nie Excela – a-na-logicznie, w bez-cellach

Śmieszne Ciasto, które mi piekłaś cały dzień... Nie zadbałem o nie, bo nie było mi niezbędne Roztopiło się i rozpadło po trochu, jak nasz słaby sen – Metafora moich związków po kolei malejących liczbą miesięcy, stając się 4, 3, 2, a teraz 1

27


(Na)Widzimy Zachód (Epilog) Ce bouquet est pas mal, Madame !

Wracamy rowerem pustą nocą miasta Wreszcie sami dla siebie, rzadko jest okazja Wolę Ciebie, bo kobiet mi się nie chce Są nudne jak handlowe galerie Ty jesteś galerią: Luwrem i Bambergiem... Francja ma najlepszą kulturę na świecie Francja ma najlepszą kulturę na świecie Francja ma najlepszą kulturę na świecie

Nie widzimy wschodu, bo Zachód budzi nas wcześnie Budząc nasze obiekcje, gdy nocą wmuszamy bagietkę Księżyc przebija nas spojrzeniem jak uchodźcom pontony Co z nimi zrobić, skoro nawet Word skreśla ich czerwonym? Od lat słucham rapu o biedzie w gettach Więc moje współczucie zza Oceanu osiada we francuskich osiedlach Od środka diabeł nie tak straszny Łączę się z każdym za murem rdzawym, tłumiącym cierpienia Wszędzie nienawiść do człowieka, kto za to zapłaci? Nieważne, my już będziemy martwi My już będziemy martwi Będziemy martwi, więc kto płaci?

Szkoda Zachodu! – śpiewamy, chlejąc tani szampan Stoi w zastoju – bo osiągnął szczyt? Nie ma granic – lecz potrzebna ciężka praca Gramy na raty – a kto płaci dziś?


(...) My już wracamy, wstawaj skoro świt – Marcin! Wstawaj, bo już świt

W drodze powrotnej staje naprzeciw mulatka z kwiatami Metro wypełnia jej wdzięczna woń Gładząc w dłoniach płatek jak kręcony włos Uśmiecha się na moje powitanie

Może czuje, że nie jestem stąd Może czuje, że jestem stąd Może czuje, że nie jestem stąd Może czuje, że jestem stąd Może czuje, że nie jestem stąd Może czuje, że jestem stąd

29


Embrasement (Vous êtes un Artiste?) Nie śniłbym wczoraj Szklany sufit pęka jak płyta grobowa

Galeria, wystawa malarzy i ja – gość nieważny a niehonorowy na pewno Gość, który nie kupi portfela za

Pytają mnie z pobłażaniem, skąd przypełzłem Język plecie litanię faux-pas To wciąż ten złotousty, zarumieniony chłopak! Vous êtes un Artiste ? – głos grzęźnie w ślinie – Yyy… – język robi gastroskopię Ouaa… yeahh… – szepczę bezgłosem i kładę mokrą dłoń na szyję (...)

Wtem w podmiot liryczny wstępuje Embrasement

31


Ha! Jestem Artystą Przełknij to albo przemilcz Jestem artystą i mimo dużych Ambicji zasługuję na małe litery Jesteś Artystą, tylko brak ci uporu i Arogancji – Z getta wybijaj szyby pancerne i zegary Zdobywaj sypkie sufity i śliskie szczyty jak orgazmy Patrz, jak kłos pod butem rośnie, świeci i zaczyna się czerwienią żarzyć

€? – zabierzcie mi żarcie i nakarmcie obrazem Student z Polski bez znajomości, płynności francuskiego i finansowej, jako jedyny cudem wychodzi z galerii z kupionym płótnem i z Tuluzy zabiera je do swojej Łodzi Ça suffit! Tytuł dzieła jak w tytule Życie strzela jego kolorami

Szklany sufit pęka pod moimi stopami Szklane oko pęka pod moimi słowami Szklany słoik pęka z moimi snami… Kolejne strofy i wersy wylatują palcami w powietrze Grudzień pogrąża francuskie ziemie A w Tuluzie wciąż złota jesień Ja nakładam czarne soczewki Bo promienie słońca świecą ze mnie jak rzęsy Promienie słońca świecą ze mnie jak rzęsy Promienie słońca świecą ze mnie jak rzęsy


Numery +331. Rdzawe Niebo +332. Nie(na)Widzimy Wschodu (NWW) +

. Melanż w Kościele

+

. Za Kołem Garonny

+335. ******* in Paris +336. Kolorowa Bransoletka +337. Sang Jacques +338. Qui? +

. Pół-ska

+3310. Och, Eugène... +3311. Mai Wanjuan +3312. (Na)Widzimy Zachód (Epilog) --------+3313. Embrasement (Vous êtes un Artiste?)


Merci Zakole Garonny dedykuję wszystkim dwudziestolatkom zamkniętym murami getta, którzy nie dostali nigdy szansy napisania własnego wiersza Wśród Was są lepsi ode mnie

Dziękuję za )nspirację: A Tribe Called Quest, The Game, Paul Gauguin, Pusha T, Vixen, Bisz, Agata Christie, Tadeusz Różewicz, Frank Ocean, Władysław Strzemiński, Krzysztof Kamil Baczyński, Hocus Pocus * Dziękuję tym wspaniałym malarzom, którzy postanowili non-profit podzielić się ze mną swoimi płótnami Szczególne podziękowania dla Mme Dufaur-Mourens – za wiarę, wrażliwość i wymianę dzieł. Merci beaucoup ! * Dziękuję Marcinowi Czarneckiemu za zrobienie swojego mimo żadnego wsparcia z żadnej strony * A Wam, Kochani, podziękuję, jak wrócę do domu.

Historia spisana w mieszkaniu nr. 110, 25 Rue du Printemps Autor: Marcin Czarnecki Promocja: M. Czarnecki, Kamila Budnik Design: M. Czarnecki, Tuluza Obrazy: Okładka przednia – Anne Dehondt: Madagascar Str. 14 – Muriel Bompart: Monde flottant (gravure de Muriel Bo) Str. 23 – Lise Dufaur-Mourens: Toute fleur, d'être nue, est semblable aux captives qui font trembler les doigts par leur seule beauté (L. Aragon) Str. 30 - Monique Palazuelos: Embrasement własność M. Czarneckiego Okładka tylna – Virginie Shroeder: Toulouse rouge Kontakt: marcin.czarnecki.sgh@gmail.com; +48 668 937 005

35



Zakole Garonny