Issuu on Google+


Wyjazdy wypoczynkowe Szybki transport ciał rozgrzanych od samochodowych fotelików. Drzwi. Zamek się zacina(!?!). Dom pachnący szczelnym zamknięciem ( i znowu czuć stęchłą wodą z łazienki!). Zrzucamy. Zapiaszczone sandały, razy dwa. On u młodszego, ja u starszego. Czapki z daszkiem spłowiałe od słońca, razy dwa. On u starszego, ja u młodszego. Koszulki, siup! Spodenk, siup! W piżamę wsadź lejącego się syna. Wróciliśmy! Uff... nareszcie! Oooch i “jaka jestem zmęczona...”. Bezsens wyjazdów w celu wypoczynkowym, objawia mi się zawsze, jak już z nich wrócę. Zmęczona dwukrotnie bardziej niż przed... Pogrążąm się, gdy odkrywamy w kuchni potworną bombę biologiczną. Zapomnieliśmy wyrzucić śmieci, bo “ja myślałam, że Ty..”, “a ja myślałem że Ty!”. Przynajmniej wiem, że to nie smród stęchłej wody witał mnie od drzwi. Powroty są porażającą mieszaniną ulgi i zawodu. Jednak to nie one są temu wszystkiemu winne. Błąd tkwi w założeniu i przekonywaniu samej siebie, że jadę odpocząć. No nie jadę! Ruszam z miejsca, żeby się DZIAŁO. Było inaczej, świeżo. Zostawiam za sobą opary miasta. Przebieram niecierpliwie nogami. Wkraczam w lato, wkraczam w naturę. Znamienne są słowa Wojtka Mikołuszko: “Najważniejsze to wybrać się z dziećmi w przyrodę i mieć z tego przyjemność.” Tym sposobem wypowiedział, mój, “najmojszy” sens wakacji. Taka samoświadomość łagodzi znacznie mój ból. Jest jak okno, które właśnie otwieram, by usunąć skutki biologicznego samobója. Gdy po chwili odwracam się w stronę śpiących chłopaków, emocje mam zgrabnie poukładane w porządku nostalgicznym. I znowu zachwycają zaróżowione policzki, usta wpół otwarte, oddech sunący rytmicznie i pewnie. W ich śpiących ciałach widać satysfakcję z odbytych wypraw, przeżytych przygód, z brudu rozmazanego na kolanach, z zadrapania na policzku po odbitej od pnia strzale, z piasku i błota miażdżonych w palcach, okładów z babki, bąbli po komarach. Lato śpi w tych naszych chłopcach. Odpoczywa, bo tyyyle się DZIAŁO!

P.S. Inaczej być nie mogło. W tym numerze o lecie właśnie. O tym jak w kontakcie z naturą może się DZIAĆ.


5


1 2

Niewiele potrzeba do stworzenia domku, który dziecko może wykonać z radością samo. Przygotowujemy kolorowe chustki (mogą być z odzysku) oraz klamerki do bielizny. Domek powstaje na drzewie, najlepiej niskim, tak aby dziecko mogło dosięgnąć gałęzi. Dobrze, aby gałęzie drzewa były w miarę cienkie, aby można było przypiąć klamerkę.

Chustki tworzą ściany, sufity i inne elementy budynku. Szybko powstaje bryła domku w drzewie. W razie deszczu konstrukcję można szybko zdemontować . Chustki dają dużo możliwości konstrukcyjnych i oczywiście dużo zabawy.

Na pewno dużo radości sprawi dzieciom budowanie letniego domku z firanek. My nazwaliśmy go firankowy pałac. U nas wyglądało to tak:

Nabyłam ogromny wór firanek (z odzysku), wyprałam je i zaczęliśmy "budować" nasz letni domek. Wykorzystując kable do wieszania ubrań, przypinałam firanki klamerkami do tych kabli. Emil nie mógł dosięgnąć, więc biegał z firankami i podawał mi klamerki. Urządził też sobie pokaz mody firankowej. Po dwóch godzinach pałac był gotowy. Emil stwierdził jednak, że muszę dorobić jeszcze więcej ścian. Tak się stało i w końcu jeżdżąc swoim samochodzikiem pod daszkiem z firanek śpiewał fragment piosenki o pałacu. Rano zaprosiliśmy do niego tatę. Siedzieliśmy na leżakach, patrząc na przepiękną panoramę naszej ogrodowej "dżungli"i piliśmy przywiezioną z Anglii herbatę. Jak w bajce...

Wydawało mi się naturalne bawić się ze swoim dzieckiem w sposób, jaki bawię się, uczę z dziećmi na warsztatach. Prowadzę warsztaty i zajęcia plastyczne. Tworzę, wytwarzam, przetwarzam. Zajmuję się recycling artem, co często wykorzystuję w zajęciach. W twórczym spotkaniu z dziećmi i dorosłymi, najbardziej interesującą formą, jest dla mnie warsztat plastyczny. Nie zakładam, z góry, co ma powstać, ale określam cel. Najważniejsze jest to, co wydarzy się podczas pracy. Autorka bloga Emilowo warsztatowo

7


Przygotowałam szklane słoiki, miękki drut oraz pozbierane z ogródka naturalne materiały ­ szyszki, kwiaty, patyczki, kamienie. Do środka powkładaliśmy podgrzewacze.

Emil razem z tatą wykonali kilka lampionów, ja pozostałe. Najciekawsze dla Emila było... oczywiście ich zapalanie! Wieczorem, po zapaleniu, tworzyły miły nastrój. My wykorzystaliśmy tylko kilka materiałów z ogródka. Można wykorzystać materiały nadmorskie (podczas pobytu nad morzem) lub jeziorne, górskie. Wystarczy słoik, drut i podgrzewacz, i można tworzyć własne klimaty.

9


Do zabawy wykorzystujemy baseniki, wiaderka lub inne pojemniki na wodę. Można użyć głębokich talerzy. Zbieramy z dziećmi rośliny, kwiaty i inne naturalne elementy, a później układamy z nich obrazy na powierzchni wody nalanej do naczynia. To bardzo wciągające zajęcie, nie tylko dla dzieci.

11


Proponuję zabawę w wekowanie wspomnień. Podczas wakacji podróżujemy: zwiedzamy zabytki, podziwiamy przyrodę, miejsca, poznajemy ludzi. Pomyślałam, że można zatrzymać te chwile, w jakiś sposób, na dłużej.

Potrzebujemy szklane słoiki (najlepiej bez etykiet) z zakrętkami. Podczas podróży zbieramy materiały. Wybieramy te najbardziej kojarzące nam się z określonymi wspomnieniami i zamykamy w słoiku. Możemy podpisać słoik datą lub krótkim opisem. Nasze weki stanęły w kredensie ogrodowym zbudowanym z drewnianych skrzynek na owoce. Produkujemy je sukcesywnie tak, aby zimą móc wspominać piękne wiosenne i letnie chwile.

13


W ogródku babci Emila ustawiamy często głębokie talerze z wodą do picia dla ptaków. Pewnego razu kupiłam kilka głębokich talerzy z odzysku i ustawiłam w trawie ogródka. Emil nalał wodę. Ułożyliśmy malutkie obrazki wodne w talerzykach z roślin pochodzących z ogródka. Kolorowe ogródki talerzykowe ozdobiły nasz trawnik.

15


Rozleniwienie wywołane prażącym letnim słońcem, szybko mija, gdy przyjrzymy się cieniom rzucanym przez przedmioty. Gdy uruchomimy wyobraźnię, kartki, kredki i nożyczki, cień stanie się elementem dekoracji w naszym nietypowym teatrze.

Z wykształcenia – oligofrenopedagog, terapeuta wczesnej interwencji. Zawód wykonywany – pełnoetatowa mama trójki urwisów. Pasjonatka dziecięcej twórczości. Kolekcjonerka miłych wspomnień. Miłośniczka prozy Roalda Dahla. Wielbicielka gorzkiej kawy z mlekiem. Zwolenniczka myśli Alberta Einsteina:„Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona.” Autorka bloga Grażka i jej watażka

17


I znowu cień zainspirował nas do prostej i wdzięcznej zabawy. Popołudniowy spacer w mieście, zakończyły cieniowane graffiti na chodnikach. Wystarczy tylko, by jedna z osób zamieniła się na chwilę w posąg. Współtowarzysze zamienią ją we wróżkę, ozdobią czułkami, a w rękę włożą czarodziejską różdżkę.

19


Nietypowa dopasowywanka wykorzystująca letnie owoce pestkowe, po dwa z każdego rodzaju.

Przyjemną częścią zabawy jest zjadanie po jednym z przygotowanych specjałów. Ustawiamy w dwóch rzędach odpowiednią ilość foremek do babeczek. Prosimy dziecko, by się odwróciło, sami układamy w przypadkowej kolejności ­ po jednej stronie owoce, po drugiej pestki. Zadanie polega na połączeniu odpowiedniej pestki z owocem za pomocą niteczki.

21


To zabawa, która sprawdza się zawsze. Można ją przeprowadzić w wannie, ale najlepiej wychodzi w plenerze.

Pierwszy etap, który dzieci uwielbiają (bo w końcu mogą zrobić to, o czym zawsze marzyły)to wypsikanie całej pianki do dużego pojemnika. Do pianki dodajemy barwnik, lub odrobinę rozcieńczonej wodą farbki i mieszamy łyżką lub ręka. Tak przygotowaną pianką tworzymy piankowe dzieła. Można malować po trawie, zjeżdżalni, stole, na kartonie, albo…na plecach brata/siostry/taty/mamy.

Z wykształcenia pedagog, z zamiłowania animator zajęć plastycznych. Wychowanie swoich dzieci traktuję jak okazję do powrotu do własnego dzieciństwa. Nie zdziwiłabym się, gdyby któregoś pięknego dnia powrócił do mnie mój wymyślony starszy brat, którego widziałam ostatnio jakieś trzydzieści lat temu. Najbardziej nie znoszę znudzonych dzieci, więc staram się swojej dwójce organizować czas twórczo, sama się przy tym świetnie bawiąc... Autorka bloga Kreatywnie z dziećmi

23


Lato sprzyja spędzaniu czasu poza domem. Podczas wyjazdów z dziećmi, zwłaszcza małymi, rodzice muszą mieć oczy naokoło głowy. O prawdziwym odpoczynku możemy zapomnieć. Warto jednak zaproponować dzieciakom interesujące zabawy, które je pochłoną na dłuższą chwilę.

Wskazówki: potrzebne będą farby do malowania buzi, lub nietoksyczna farba do malowania palcami, ewentualnie ciasto z mąki i wody zabarwione odrobiną barwnika spożywczego. Ważne, żeby farba, której będziemy używać, nie podrażniła skóry dziecka i nie była toksyczna, by nie zanieczyszczać zbiornika wodnego. Przyda nam się również stary ręcznik. Nasza rola w tej zabawie ogranicza się do podsunięcia dzieciom farb. Reszta zależy już tylko od ich pomysłu i wyobraźni.

25


Czy pamiętacie z czasów własnej młodości podchody? Nowoczesną wersją tej gry są gry plenerowe. Mój syn je wręcz uwielbia! Są okazją do poznawania okolicy, ale też zdobywania nowej wiedzy, gdyż najczęściej dotyczą konkretnego tematu. Sama organizuję gry terenowe np. z okazji urodzin syna. Ta najchętniej wspominana dotyczyła poszukiwania pirackiego skarbu.

Zaplanowanie gry plenerowej wymaga od nas wcześniejszych przygotowań, ale nie jest wcale takie trudne jak się wydaje. Po pierwsze trzeba dobrze poznać okolicę, po której będziemy się poruszać. Rozglądajmy się za charakterystycznymi punktami. Trasa nie może być zbyt długa. Musimy pamiętać, żeby omijać miejsca niebezpieczne i trzymać się z dala od ruchliwych ulic. Po drugie potrzebne nam będą ,,posiłki’’. Jedna osoba prowadzi grupę, a kolejna czeka już w następnym punkcie, by przygotować zadanie do wykonania. Im więcej osób tym lepiej. Dobrze, gdy w każdym punkcie stoi charakterystycznie ubrana osoba i zadaje dzieciom kolejne pytanie/zagadkę. Zanim zaczniemy zabawę musimy ustalić z dzieciakami zasady. Prosimy, żeby nie biegały, nie przepychały się. Wyznaczamy jedną osobę do odczytywania kolejnych zagadek. Najpierw wprowadzamy dzieci do gry. W naszym przypadku był to, napisany przeze mnie, list od Kapitana Zgredka, który zaprosił dzieci do wspólnej wyprawy w poszukiwaniu pirackiego skarbu. Na koniec listu ułożyłam krótki wierszyk wskazujący dzieciom pierwszy przystanek na trasie: ,,Tam gdzie stoi sportów hala, nieopodal górka mała. Na jej szczycie szukaj pirackiego znaku, tam zadanie będzie tylko dla bystrzaków’’ Na trasie powinno być co najmniej 4­5 zadań do wykonania. Mogą to być zagadki (zajrzyjmy do książeczek z łamigłówkami, poszukajmy w Internecie), krzyżówki (ułóżmy krzyżówkę, w której hasłem będzie nazwa kolejnego przystanku), zadania do wykonania np. zatańcz, zaśpiewaj, namaluj swój portret, oddziel fasolę od ryżu itp. Po wykonaniu zadania dzieci dostają wskazówkę, która będzie potrzebna do zakończenia gry/odnalezienia skarbu. W naszym przypadku były to fragmenty zdjęcia przedstawiającego miejsce gdzie był zakopany piracki skarb. Zakończenie gry: W naszej pirackiej grze nagrodą za rozwiązanie wszystkich zagadek i wykonanie zadań była skrzynia pełna czekoladowych monet ukryta wcześniej w parku znajdującym się nieopodal naszego domu. Dzieci wykonując ostatnie zadanie dostały kluczyk do kłódki oraz ostatni fragment zdjęcia, na którym krzyżykiem było oznaczone miejsce ukrycia skarbu.

27


Starsze dzieci mogą nauczyć się odróżniać różne odcienie tych samych kolorów. Pomoże nam w tym prosta zabawa w poszukiwanie kolorów. Wystarczy pomalować wnętrze pudełka na jajka różnymi kolorami. Tak przygotowane pudełko dajemy dziecku i prosimy, aby odnalazło w ogrodzie rośliny o kolorach podobnych do tych w pudełku.

29


W twórczym spotkaniu z dziećmi i dorosłymi, najbardziej interesującą mnie formą jest warsztat plastyczny. Nie zakładam z góry co ma powstać, najważniejszy jest proces, to co wydarzy się podczas pracy. Istotą proponowanej aktywności jest zazwyczaj tworzenie, wytwarzanie, przetwarzanie, celem rozwój kreatywności, wspierający kształtowanie osobowości dziecka. Mając doświadczenie dydaktyczne i praktyczne w zakresie realizowania działań o charakterze twórczym, analogiczna zabawa z moim synem – Emilem, wydawała mi się naturalną konsekwencją tych doświadczeń – zaczęłam bawić się ze swoim dzieckiem w sposób, jaki bawię się z dziećmi na warsztatach. Obserwacja zachowania Emila podczas „zabaw” pozwoliła mi na uświadomienie sobie ich roli – z pewnością należy ją rozpatrywać z perspektywy znaczenia działania warsztatowego dla każdego z uczestników, czyli z perspektywy matki organizującej działanie oraz dziecka – podmiotu proponowanej aktywności. Obserwując reakcje Emila wyraźnie widać, ze proponowana aktywność jest dla niego źródłem olbrzymiej satysfakcji i zadowolenia. Cieszy go sama zabawa – przekształcanie, tworzenie, konstruowanie, proponowane tworzywa inspirują go do kreatywnych rozwiązań – widać je w ostatecznej formie powstałych prac, jak również w nietypowych sposobach użycia narzędzi czy tworzyw. Obserwując sposób funkcjonowania Emila na przestrzeni czasu mogę wskazać na specyficzne sposoby jego zachowania, które są nieco inne, w porównaniu do zachowań innych dzieci w jego wieku. Emil jest dzieckiem śmiałym w kontaktach interpersonalnych, odważnie podejmuje zadania nieznane i trudne, wyraźnie zaznacza się u niego dążenie do eksploracji świata, które ujawnia się w ciekawości, stawianiu pytań, samodzielnym eksperymentowaniu i przejawianiu inicjatywy w stosowanych rozwiązaniach. Patrząc na warsztat twórczy z dzieckiem z perspektywy matki należy podkreślić, co najmniej dwa aspekty: jego wymiar katartyczny i autoterapeutyczny. Katharsis związane jest z oczyszczeniem z negatywnych emocji, które nierzadko są udziałem matki wychowującej dziecko. Ich źródłem jest poczucie niespełniania się w innych, pozamacierzyńskich obszarach, głównie chodzi tu o rozwój zawodowy. Całodzienna opieka nad dzieckiem, oprócz radości płynącej z kontaktu z dzieckiem, wyzwala czasami zniechęcenie, wpływając na znużenie i apatię. Często, matkom wydaje się, że ich codzienny sposób funkcjonowania jest nieproduktywny, nieciekawy, przytłaczający. Warsztat twórczy pozwala na rozbudzenie i czerpanie autentycznej radości, nie tylko z kontaktu z dzieckiem, a także z samej kreacji artystycznej, której istotą jest wywoływanie odczuć hedonicznych. Także widoczny postęp rozwoju dziecka, ujawniając się pełniej podczas działań warsztatowych jest przyczyną zadowolenia i dumy. Charakter relacji z dzieckiem, nietypowy, pełen ciepła emocjonalnego i zaufania buduje właściwy klimat do rozwoju więzi emocjonalnej. Działanie warsztatowe daje się postrzegać w kategorii auto arteterapii, kreacja artystyczna pozwala na określenie sensu życia oraz pełniejsze dostrzeżenie sensu macierzyństwa. Największą nagrodą jest radość dziecka i jego pełny rozwój. (...)Twórcze podejście do życia owocuje korzyściami nie tylko w dziedzinie plastyki, ale otwiera umysł człowieka na wiele innych rzeczy w codziennym życiu – na twórcze rozwiązywanie zadań (problemów), kreatywne funkcjonowanie społeczne. Emil jest dla mnie nieustającym źródłem inspiracji arteterapeutycznej. Motywuje mnie do wymyślania nowych, niezwykłych zadań, a jednocześnie, bardzo często, sam wymyśla swoje zabawy, ja tylko pomagam mu materiałowo, czy technicznie. Czasami przygotowuję materiały i proponuję temat zabawy, ale to co wydarzy się podczas samej zabawy, jest wielką niespodzianką, często zaskakującą nową jakością, wydarzeniem. Na moim blogu przedstawiam dokumentację twórczych akcji i zabaw z moim synkiem Emilem. Poniżej przedstawiłam kilka ich opisów, dotyczą one najbardziej charakterystycznych dla „naszych” warsztatów form. Są wśród nich działania spontaniczne, akcje, warsztaty plenerowe, książka artystyczna i wiele innych.

39


Między garami Często dokumentuję zabawy Emila, które powstają w trakcie jego obserwacji i zabawy z przedmiotami codziennego użytku. Jedną z nich jest zabawa „Między garami”. Od "małego" Emil miesza w garach. Układa, przekłada, segreguje (według wielkości), dopasowuje pokrywki, wsypuje makaron, gra łyżką na dnie itp. Uwielbia to i często wyciąga garnki z szafki, na co mu pozwalam. Najpierw Emil po kolei wyciąga garnki i ustawia obok siebie. To pozwala mu zauważyć różnice w wielkości i nauczyć się te różnice rozpoznawać. Mniejszy, większy, największy itp. Dzięki temu, można garnki ustawiać tak, aby osiągnąć zamierzony efekt; ułożyć wieżę, która nie chwieje się albo ułożyć garnki w szufladzie tak, aby idealnie zmieściły się w obszarze szuflady. To zabawy o matematycznym podłożu, przygotowują do logicznego myślenia. Każdy garnek może mieć dopasowaną pokrywkę. Dla małego dziecka to nie lada wyzwanie, a zakończone sukcesem poszukiwanie, daje mnóstwo satysfakcji i uczy cierpliwości. Garnki to też oczywiście pojemnik do przygotowywania jedzenia. Dziecko chętnie nas naśladuje a „gotując” w prawdziwych garnkach daje poczucie samodzielnego decydowania o organizacji dnia i życia rodzinnego. Uczy przygotowywania posiłków i zasad w kuchni. Metalowe garnki to też idealny instrument, przedmiot do wydawania dźwięków. Emil uderzając drewnianą łyżką w dna garnków słyszy różniące się między sobą dźwięki i próbuje „grać” proste melodie. Bardzo ważne jest zakończenie zabawy, najczęściej Emil pozostawia „bałagan” i najchętniej nic by nie sprzątał, pozostawiając zabawki „do jutra”. Mama uważa inaczej. Staram się wytłumaczyć Emilowi, że tak porozkładane garnki przeszkadzają mi w normalnym funkcjonowaniu w kuchni i proszę o ułożenie ich z powrotem do szafek. Bywa różnie, ale Emil ma świadomość, że po skończonej zabawie (czy ta zabawa kiedyś się kończy?) oczekuję, że poukłada garnki na swoje pierwotne miejsce. Zabawa z młynkiem Stary młynek z korbką, „przeżył”, na szczęście, duże zainteresowanie Emila. Nie wiem dlaczego, ale okazało się, że to jest „dziecięcy” młynek. Tak stwierdził Emil. Opowiedziałam Emilowi o przeznaczeniu młynka, opisałam i zademonstrowałam sposób jego pracy. Emil poprosił, abym wsypała „coś”. Wsypałam cukier i zaczęła się zabawa: kręcenie korbką, zaglądanie do szufladki i na koniec najfajniejsze: wyjadanie palcem cukru pudru, który powstał po zmieleniu cukru. Trudno opowiedzieć, jak wielką radość, dała Emilowi zabawa z tym młynkiem. Młynek jest wiekowym sprzętem kuchennym, odziedziczonym po babci. Pamiętam go z dzieciństwa ­ lwa z parasolką nad szufladką (logo), i jak pięknie szufladka pachniała pieprzem. Emil dostał młynek ode mnie jako rodzinną pamiątkę a jednocześnie zabawkę. Myślę, że to oryginalna zabawka dla starszego dziecka, a własnoręcznie zmielony cukier jest najlepszy na świecie. Oprawianie przyrody Uwielbiamy bawić się w plenerze, często wyjeżdżamy do babci Emila, gdzie możemy przebywać w ogródku. Otaczająca nas przyroda, staje się inspiracją do działań. (...)zabawa została przeprowadzona podczas jesiennego spaceru. Wybraliśmy się do lasu bukowego, zabierając ze sobą złotą ramę i „oprawialiśmy” nią piękne widoki leśne. Owa zabawa w kadrowanie przyniosła niezwykłe spostrzeżenia na temat obiektów w naturze i ich związków. Była okazją do poszerzenia wiedzy Emila o świecie, dzięki niej poznał wiele obiektów i ich nazw. Co to są drzewa bukowe, że są wysokie, mają srebrną, gładką korę i piękne czerwone liście, że są to ulubione drzewa mamy i że takie drzewo rośnie przed domem babci. Na ziemi w liściach rosną grzyby, które zbieramy i potem jemy. W ramę można „złapać” ptaka, który siedzi na gałęzi albo leci w powietrzu. Można wykonać sobie portret, trzymając ramę przed sobą. Można położyć się na liściach i zauważyć delikatne gałęzie drzew na tle niebieskiego nieba. Można też przejść przez ramę i to będzie fajna zabawa. (...)


Emilaki Powstały podczas wizyty w centrum ogrodniczym. Maj, to miesiąc pięknie kwitnących kwiatów. Emil lubi przyglądać się kwiatom i lubi wąchać ich zapach. Tak jak wszyscy. Aby jeszcze bardziej, wczuć się w klimat kwiatowy, zaproponowałam Emilowi personifikację kwiatową. Wydrukowałam na papierze wizerunki twarzy Emila o większych i mniejszych rozmiarach. Wycięłam i pokazałam jak przykładać do kwiatka, aby „odsłonił swoją twarz”. Zrobiliśmy kilka portretów na naszym balkonie, a później udaliśmy się do ulubionego centrum ogrodniczego. Często tam chodzimy podczas spacerów, podziwiać kwiaty. W centrum sfotografowałam mnóstwo pięknych kwiatów z twarzą Emila. Nazwaliśmy je „Emilaki”. To tylko nasz emilowy przykład, a przecież można zrobić prezent, swojego kwiatka z twarzą mamy, babci, taty, siostry, brata, dziadka, koleżanki, kolegi itd. Zdjęcie wydrukować i oprawić w ramkę. Nie obrabiałam zdjęć na komputerze, liczyła się zabawa i fotografowanie. Zrobiliśmy też, niespodziankę tacie. Gdy przyszedł do domu z Emilem szukał emilowych kwiatków. Bardzo się ucieszył, na ich widok.(...) Opowieści herbaciane Kuchnia była inspiracją do zabaw typu „Opowieści herbaciane”. Pochmurny i zimny dzień, nastroił mnie do zabawy z rozgrzewającą herbatą. W filiżankach i miseczkach zaparzyłam, różnego rodzaju herbaty. Różniły się kolorem i zapachem. Herbata czarna, zielona, biała, owocowa, rooibos, mięta. Wybrałam takie , które są zapakowane w torebki. Przygotowałam stół: pod białym płótnem położyłam folię, aby nie zamoczyć stołu. Zaparzoną i lekko przestudzoną herbatę poukładałam na stole. Zaprosiłam Emila. Od razu zaczął wąchać i smakować kolorowe płyny. Pokazałam, jak można malować herbatą, za pomocą torebek herbacianych. Przykładaliśmy torebki a kolorowa herbata rozpływała się i zabarwiała płótno. Powstawały rozmyte, kolorowe plamy, przypominające kwiaty, zieleń i lato. Emil popijał owocową herbatę i malował na płótnie. Po pewnym czasie, zaczął malować na kartce papieru, torebkami i palcami. W końcu, zażyczył sobie długi pasek papieru i malował ­ rozlewając herbatę na papier. Tak powstało herbaciane „malarstwo". Zapachniało latem w ten pochmurny dzień. Zabawy z ubraniami Dzieci lubią się przebierać, Emil również. Często bierze kredki do malowania twarzy, staje przed lustrem i maluje twarz, tak jak chce. Albo, przygotowuję stare swetry a Emil przebiera się w nie i demonstruje „Modną dzianinę”. Chlapie się w błocie w zielonym płaszczyku i udaje żabę. Nakłada pelerynę przeciwdeszczową i staje się „Ruchomą rzeźbą”. (...) Nie wszystkie wydarzenia, zabawy i chwile da się uwiecznić, zapisać, zachować. Te, zostawiam tylko dla siebie, dla Emila.

fragmenty artykułu Warsztat twórczy jako przestrzeń rozwoju dziecka – z doświadczeń w zakresie

organizowania działań wspierających rozwój własnego dziecka zamieszczonego w książce "Arteterapia jako praktyka oddziaływań artystycznych i terapeutycznych" pod redakcją Eugeniusza Józefowskiego i Janiny Florczykiewicz.

41


43


Pełnia wiosny i początek lata to prawdziwe szaleństwo zmysłów. Nowe kolory, światło słoneczne, szorstki piasek i miękka trawa pod stopami oraz docierające z każdej strony intensywne zapachy wprost oszałamiają. Wpisując się w ten cudowny klimat rozkwitającego lata, zapraszam do zabawy, dzięki której nasze dzieci mogą nauczyć się świadomie rozpoznawać docierające do nich bodźce. Oto letnia wersja zapachowych buteleczek Montessori.

Kiedy mamy już gotowe produkty, wkładamy je do pierwszych sześciu słoiczków w jednym kolorze, następnie przygotowujemy drugi zestaw. Aby utrudnić podglądanie, wieczka zakleiłam taśmą papierową, w której dziurkaczem zrobiłam otwory, aby zapach mógł się swobodnie wydostawać.

53


Jak się bawić? Z maluchami wystarczy wyjąć jeden zestaw buteleczek i po prostu wąchać. Dzieci starsze, z radością pobawią się w dopasowywanie. Układamy na stole jeden zestaw buteleczek po lewej stronie, a drugi po prawej. Bierzemy pierwszą buteleczkę z lewej strony i wąchamy, po czym stawiamy ją pośrodku. Następnie bierzemy pierwszą buteleczkę z prawej strony i wąchamy. Jeśli to nie jest zapach, którego szukamy ostawiamy ją na miejsce i sprawdzamy kolejną. Gdy znajdziemy zapach, którego szukamy, stawiamy na środku obok pasującej buteleczki. W ten sposób dopasowujemy wszystkie buteleczki. Lato dopiero się zaczyna, mnóstwo zapachów czeka na odkrycie. Przejdźcie po ogrodzie czy parku, odwiedźcie stragan warzywny a stworzycie niekończącą się listę zapachów. Korzystajmy póki są! Gwarantuję świetną zabawę, a przy okazji Wasze dziecko udoskonali rozróżnianie zapachów. W trakcie zabaw z zapachowymi buteleczkami można rozmawiać na temat tego co czujemy, nazywać zapachy (przyjemny, nieprzyjemny, słodki, ostry etc.) i nawet nie zauważymy, kiedy zasób słów naszego malucha nagle powiększy się. Ta zabawa ma same zalety. Gorąco polecam!

Z powołania, zamiłowania i wyboru, przede wszystkim pełnoetatowa mama sześcioletniego Mikołaja i czteroletniego Dominika. Jej życie jest marzeniem wielu: dzień za dniem wypełniony zabawą aż po brzeg. Dotąd wielbicielka wielkich miast i tramwajów, od niedawna zaczęła okrywać uroki wsi i łąk zarośniętych chwastami. Nałogowo pija gorzką kawę, chrupie jabłka i czyta książki. Autorka bloga Skacząc w kałużach


Belki numeryczne to jeden z pierwszych materiałów matematycznych prezentowanych dziecku w systemie Montessori. Osobie dopiero poznającej podwaliny tej pedagogiki może się wydawać, że niczym się nie różnią od czerwonych belek (czyli pomocy sensorycznej, której są matematyczną kontynuacją). Jedne i drugie składają się z zestawu 10 „kijów” o przekroju kwadratu (3 cm x 3 cm). Najkrótsza belka ma długość 10 cm, kolejne belki przyrastają w swojej długości o 10 cm tak, że najdłuższa ma jeden metr. Pomiędzy sobą różnią się „jedynie” kolorem. O ile czerwone belki – jak sama nazwa wskazuje – w całości są czerwone, o tyle belki numeryczne są czerwono­niebieskie. Istotną sprawą jest to, że paski czerwone i niebieskie są ułożone naprzemiennie w każdej belce i każdy z nich ma dokładnie 10 cm. Przy pomocy belek dziecko rozpoznaje i przelicza ilości do 10 (może więcej, ale o tym w swoim czasie), a więc belki mogą być zaprezentowane maluszkowi w wieku lat ok. 3. Młodszym dzieciom warto najpierw wprowadzić na półki 3 najkrótsze belki, później rozbudować zestaw do pięciu pierwszych belek i systematycznie (w trakcie pracy i opanowywania materiału) dopełnić tak, by cała pomoc była kompletna.

To 12 nieprzezroczystych buteleczek, w dwóch różnych klorach, po 6 w jedym kolorze, wypełnionych watą nasączoną olejkami zapachowymi lub włożonymi do środka przyprawami. Z maluchami wystarczy wyjąć jeden zestaw buteleczek i po prostu wąchać. Dzieci starsze, z radością pobawią się w dopasowywanie. Układamy na stole jeden zestaw buteleczek po lewej stronie, a drugi po prawej. Bierzemy pierwszą buteleczkę z lewej strony i wąchamy, po czym stawiamy ją pośrodku. Następnie bierzemy pierwszą buteleczkę z prawej strony i wąchamy. Jeśli to nie jest zapach, którego szukamy ostawiamy ją na miejsce i sprawdzamy kolejną. Gdy znajdziemy zapach, którego szukamy, stawiamy na środku obok pasującej buteleczki. W ten sposób dopasowujemy wszystkie buteleczki.

55


Ciepła, słoneczna pogoda jest cudowną szansą na obserwację przyrody oraz okazją na dostrzeże­ nie piękna matematyki w naturze. Pokażmy dzieciom, że matematyka jest naprawdę blisko nas i nie służy tylko do tego, żeby przeliczyć pieniądze w skarbonce (chociaż to także ważna umiejęt­ ność!). W tym artykule znajdziecie kilka idei jak zacząć bawić się matematyką w plenerze oraz mówić o tej dziedzinie w sposób bliski logice dzieci. Gdzie koło, gdzie kwadrat? Pierwsza zabawa na start to poszukiwanie figur geometrycznych w najbliższym otoczeniu. Dzięki temu pokazujemy, że matematyka jest częścią rzeczywistości, która otacza dziecko. Część figur nie będzie łatwa do odnalezienia, ale spacer na pewno pobudzi naszą i dziecięcą wyobraźnię. Patyk najlepszy przyjaciel Ta zabawa spotka się z dużym entuzjazmem dzieci. Zachęcamy je do zebrania dużej ilości patyków różnej długości. Tutaj mam dwie propozycję zabaw z wykorzystaniem patyków. Pierwsza dotyczy porównywania długości. Dzieci starają się znaleźć najdłuższy i najkrótszy patyk. Wprowadzamy słowa pomagające dzieciom porównywać długości: najdłuższy, najkrótszy, taki sam. Jeżeli planujemy leśną wyprawę możemy wyruszyć z dzieckiem na poszukiwanie kijka wyższego od dziecka i od nas. Dzięki tej zabawie nasza wycieczka może być dla dziecka fascynującą przygo­ dą i na pewno zapewni nam dużo śmiechu. Możemy również wypróbować zabawę pole­ gającą na budowaniu figur geometrycznych z patyków. Jeżeli zauważymy, że sprawia to dziecku przyjemność możemy tworzyć wspólnie całe obrazki złożone z figur geome­ trycznych oraz innych dostępnych środków: szyszki, kamienie, piórka itp. Kamienie milowe Kamienie to również nieocenione źródło ma­ tematycznych, i nie tylko, doznań. Spróbuj­ my na nowo spojrzeć na kamień. Dotykać ich faktury: gładkich i chropowatych powierzch­ ni. Bawić się ciepłem nagrzanych kamieni i dziwić się faktem, że każdy z nich jest zupeł­ nie inny i niepowtarzalny. Kamienie możemy świetnie wykorzystać do zabawy w szacowa­ nie wagi. Bierzemy do ręki dwa kamienie i używamy rąk jako wagi. Zachęcamy dziecko do spróbowania. Zestawy do ważenia możemy tworzyć z różnych do­ stępnych materiałów, nie tylko wspomina­ nych kamieni. Warto szukać takich, które zobrazują dzieciom, że czasem coś może być większe, a mimo to lżejsze od tego co jest mniejsze, więc wydaje się, że powinno być również lżejsze.

57


Stałość zbioru Bardzo ciekawą zabawą z wykorzystaniem kamieni, będzie pokazanie na kamieniach dzieciom, że pomimo zwiększającej się objętości kamieni, ich ilość w zbiorach jest stała. Jak to zrobić? Szukamy 10 dużych kamieni oraz 10 kamieni małych. Kładziemy je w dwóch miejscach prosimy dziecko, żeby wzięło do rączki 10 małych kamieni. Z pewnością się to uda. Teraz mówimy, żeby wzięło do ręki 10 dużych kamieni. Tutaj na pewno pojawią się problemy, choć na część dzieci będzie próbowała nas przekonać, że się uda.

Pokazujemy dzieciom, że pomimo tego, że kamienie, które przeliczamy są różnych często wielkości, to ich ilość nie zmienia się. Na koniec przeliczamy oba zbiory kamieni małych i dużych pokazując, że jest ich tyle samo. Ziarenka piasku kontra nieskończoność Dla odważnych: przerzucając, przesypując ziarnka piasku można zacząć rozmowę o nieskończoności liczb. Ten temat jest dla dzieci tak intrygujący, że na pewno posypie się na nas grad pytań w większości zaczynających się od słów " A dlaczego?". A tutaj coś dla zaawansowanych matematyków Natura naprawdę kocha matematykę. W przyrodzie można odnaleźć nawet ciąg licz Fibonacciego. Podstawowy ciąg liczb Fibonacciego to: 1, 1, 2, 3, 5, 8, ... Każda liczba w ciągu jest sumą dwóch poprzednich (poza pierwszą i drugą). Ciąg Fibonacciego można odnaleźć w wielu aspektach przyrody, ciąg taki opisuje np. liczbę pędów rośliny jednostajnie przyrastającej w latach. Ale to już wyższa jazda bez trzymanki…���.


Umysł "klasycznie" ujmowany jako humanistyczny, który jest przekonany, że każdy może się nauczyć matematyki. Skończyła Uniwersytet Wrocławski: Pedagogika , certyfikowany nauczyciel Mathriders, współwłaścicielka w firmie EDURADO, której misją jest jak sama nazwa wskazuje RADOSNA EDUKACJA Jej specjalnością jest zachęcanie dzieci do tego, że warto próbować, a pomyłki i błędy zdarzają się każdemu i nie warto się nimi zniechęcać. Prywatnie mama 2 ­letniego Jerzego, zafascynowana pedagogiką przez duże M!, co poniedziałek udaje się jej realizować autorski projekt UWOLNIĆ MATKĘ® i pójść na zajęcia z tańca brzucha. Wszystkie fotografie zamieszczone w tekście zostały wykonane przez Lightland Studio

59


Jak zapewnić ją dziecku w kuchni? Na początku musimy dostosować kuchnię do naszych pociech. Maria Montessori bardzo duży nacisk kładła na prawidłowe przygotowanie otoczenia. Musi ono być tak zorganizowane, aby nie przeszkadzało dziecku w pracy, którą chce wykonać. Dobrze byłoby, gdyby sztućce i naczynia leżały na niższych półkach, tak aby również dzieci mogły z nich korzystać samodzielnie. Jeśli nie mamy takich możliwości, możemy zorganizować półkę lub szufladę dla dziecka. Można włożyć do niej sztućce, talerz, kubek, produkty żywnościowe np. płatki w łatwym do otwarcia pojemniku czy suszone owoce. Proponuję dać dziecku porcelanowe i szklane naczynia, dzięki którym uczy się ono uważnego obchodzenia się z delikatnymi, kruchymi i cennymi przedmiotami. Młody człowiek staje się również pełny szacunku dla estetyki i piękna. Oczywiście maluchy poniżej roku nie będą same przyrządzały sobie posiłków. Dzieciom, którym dopiero rozszerzamy dietę, można zaproponować wybór tego, co i ile chciałyby zjeść czyli tzw. baby­led­weaning. Jest to nauka samodzielnego jedzenia kilkumiesięcznych bobasów. Maluch decyduje o tym co zje, więc nie buntuje się i prawdopodobnie nie będzie buntować się w przyszłości, gdyż od początku sam decyduje, co weźmie do buzi. Starsze dzieci kontynuują naukę samodzielności podczas zabaw w posługiwaniu się sztućcami, talerzami czy innymi akcesoriami kuchennymi poprzez: * przesypywanie fasoli, ryżu, kaszy czy mąki, * przenoszenie szczypcami orzechów, śliwek czy daktyli, * przeciskanie jabłek, ugotowanych ziemniaków i jaj przez wyciskarkę do czosnku lub wykrojnik do jabłek, * przesiewanie mąki, * przelewanie cieczy. Przelewanie Na początku za pomocą gąbki ćwiczymy transfer wody pomiędzy różnymi miseczkami. Następnie umożliwiamy dziecku przelewanie z jednego do drugiego pojemnika. Aby ułatwić pracę, zaczynamy przelewanie z małej butelki do pojemnika o szerokiej szyjce. Stopniowo zwiększamy trudność, zamieniając go na pojemnik z coraz mniejszym otworem. Dwulatki czy trzylatki potrafią już : * mieszać sałatki czy ciasto na placki, * wlewać sok do szklanek, * obierać marchewki specjalnym nożykiem do obierania, * obierać mandarynki, ugotowane jaja, czosnek czy cebule * kroić banany, ogórki czy upieczone ciasto na kwadraty lub romby, Krojenie Krojenie zaczynamy od najmiększych produktów np. ugotowanej marchewki czy jajka, przechodzimy do twardszych takich jak banan, a na końcu oferujemy dziecku do krojenia najtwardsze rzeczy np. ogórki korniszonki.

61

Dwulatek może również robić kanapki. Może smarować kromki chleba masłem, dżemem, masłem orzechowym czy pastą do kanapek, trzymaną w pojemniku na dolnej półce lodówki, tak, aby


dziecko miało możliwość jej wyjęcia. Jeśli posiadacie lodówko­zamrażarkę z wysoko umiejscowioną lodówką, dziecko może korzystać ze stołka lub podnóżka. Moje pierwsze śniadanie Po opanowaniu czynności takich jak prawidłowe trzymanie kubka, nalewanie, czy wsypywanie, dziecko może zrobić swoje pierwsze śniadanie. Do zadania potrzebna będzie taca, na której znajdują się: talerz, filiżanka z mlekiem, pojemnik z płatkami i łyżka. Do pojemnika wsypujemy tyle płatków, aby wystarczyło na posiłek. Dziecko wlewa mleko do talerza i przesypuje płatki łyżeczką lub bezpośrednio z miseczki do talerza. Po kilku ćwiczeniach maluch może sam robić sobie płatki, wyjmując je z półki, a mleko z lodówki. Zasada ciągłości materiału Przy wprowadzaniu nowych czynności pamiętajmy o zasadzie zachowania ciągłości materiału. Wprowadzamy jedną nową czynność do nauki po opanowaniu poprzedniej, np. gdy dziecko umie już smarować chleb z masłem, dajmy mu chleb, masło i nowy element pracy np. ser do położenia na kanapki. Dajemy mu czas na ćwiczenia, a gdy to opanuje, dodajemy nowy element np. szczypior do pokrojenia na kanapkę. Tak samo postępujemy w trakcie przygotowań do obiadu. Dziecko może nakryć do stołu, ale aby mogło nalewać kompot do szklanek, musi mieć opanowane zabawy z przelewaniem. Mata Do nakrywania stołu przydatne są podkładki na stół z zaznaczonymi miejscami pod poszczególne naczynia. Nie trzeba nic tłumaczyć, dziecko samo widzi, gdzie ma położyć poszczególne akcesoria. Matę taką można kupić lub zrobić samodzielnie poprzez: * uszycie * pomalowanie i zalaminowanie kartki a3 * wykonanie maty z dużej podkładki korkowej. Mazakiem malujemy na niej duży okrąg na talerz, mały na kubek i figury na sztućce. Mata może leżeć na stole, a tylko naczynia mogą być wyjmowane na czas posiłku. Jeśli jest z materiału, można ją trzymać zwiniętą w szafce lub szufladzie z naczyniami. W trakcie przygotowywania jedzenia, dziecko powinno nosić fartuszek. Nie jest to podyktowane tylko troską o czyste ubrania, ale również tym, że nałożenie i zdjęcie fartuszka oznacza początek i koniec zadania. Po skończonej pracy zdejmujemy fartuch, odkładamy materiały na miejsce i sprzątamy. Małe dzieci lubią dbać o porządek. Musimy tylko udostępnić im odpowiednie do tego narzędzia. Zamiatanie okruszków, wycieranie ściereczką ze stołu czy zmywanie naczyń może stać się ulubionym zajęciem naszej pociechy. Oczywiście, do czasu, aż opanuje te czynności. Marii Montessori bardzo zależało na nauce samodzielności i niezależności, ponieważ uważała je za źródło pewności siebie. Stwórzmy dziecku przyjazne środowisko w kuchni, nie przeszkadzajmy mu podczas pracy i cieszmy się każdą nową umiejętnością małego człowieka.


Szczęśliwa mama. Zwolenniczka połączenia naturalnej beztroski i wczesnej edukacji. Zafascynowana małym człowiekiem. Od narodzin dziecka zainteresowana jego uczuciami i możliwościami. Lubię dyskutować ze swoim dzieckiem. Kocham bliskich, wolność, góry, wiatr we włosach i wyprawy bez mapy Autorka bloga Matinati ­ druczki do nauczki

63


Rozmowa z Wojtkiem Mikołuszko, przyrodnikiem, dziennikarzem naukowym, autorem dwóch ksiażek dla dzieci "Tato, a dlaczego?", "Tato, a po co?", autorem bloga "W przyrodę", tatą Kacpra, Idy i Jacka. Kasia Gołuńska: Obie książki w moim domu robią furorę. Zauroczyły zarówno starszego synka, jak i rodziców. Młodszy brat na razie docenia talent Pana Samojlika. Jeden typ odpowiedzi jest przez mojego syna śledzony bacznie, tych na pytania dotyczące fizjologi. Gdy przeglądamy "Tato a dlaczego?" kilkakrotnie wracamy do rozdziału "Skąd się w pupie biorą bąki?". W najnowszej książce podobną karierę robi to dotyczące kupy meduz. Uświadomiłam sobie, że znam, (rety naprawdę znam!) niejednego rodzica, który na podobną ciekawość dziecka reaguje zażenowaniem! Nie ma dla Ciebie niewygodnych pytań? Wojtek Mikołuszko: Oczywiście, że są. Odpowiadam na nie trochę wolniej i rozważniej dobieram słowa – nie chcę lekceważyć ciekawości dziecka, ale staram się nie powiedzieć za dużo. Zawsze może mnie przecież dopytać. Ale akurat wspomniane przez ciebie pytania o bąki czy kupę meduz nie wydawały mi się krępujące. Starałem się bowiem nie zatrzymać na dziecięcej fascynacji fizjologią, ale wychodząc od niej zmierzać ku intrygującym zagadkom nauki – tak by i dorośli, i dzieci mieli przyjemność oraz pożytek z takiej rozmowy. Nie lubię, gdy książki dla najmłodszych zatrzymują się na poziomie fizjologii i nie prowadzą do wiedzy. Moim zdaniem to nie jest już wtedy ciekawa rozmowa z dzieckiem, a irytujące podlizywanie się mu. KG: Nie zgrywasz omnibusa. Twoje książki kończy pokaźny spis osób, które pomogły Ci odpowiedzieć na pytania dzieci, wykaz książek, adresy pomocnych stron internetowych. Jak to jest? Chodzi o to żeby wiedzieć, czy raczej wiedzieć jak szukać? WM: Nikt nie wie wszystkiego. Ale im więcej wiemy, tym lepiej umiemy szukać odpowiedzi na kolejne pytania. Generalnie chodzi więc o to, by być ciekawym świata i próbować dotrzeć jak najbliżej prawdy.

65


KG: „Dlaczego Księżyc nie spada na Ziemię?". Mimo szczerych chęci i wielkiej fascynacji kosmosem, widziałam, że mój syn nie do końca zrozumiał. Czy dzieci zawsze „chwytają" twoje odpowiedzi? WM: Staram się, jak mogę, ale czasem rzeczywiście pewnych spraw nie da się uprościć. Zdarza się więc, że zrozumienie odpowiedzi wymaga dłuższego skupienia, co dla dziecka bywa trudne do osiągnięcia. Poza tym dzieci są różne i do niektórych z nich trafia inne wyjaśnienie niż wybrane przeze mnie. Kiedyś na przykład prowadziłem zajęcia w klasie mojej córki o tym, skąd się biorą pory roku. Na koniec zapytałem dzieci, czy wiedzą dlaczego Ziemia nie spada na Słońce, a Księżyc na Ziemię. Jeden z chłopaków oznajmił „Proszę pana, to kwestia równoważenia się sił odśrodkowej i dośrodkowej”. Zaniemówiłem. Zawsze uważałem, że takie wyjaśnienie jest trudniejsze niż to, które proponuję w swojej książce. Ale dla tego chłopaka właśnie takie było bardziej zrozumiałe. KG: Napisałeś dwie książki odpowiadające na "piekielnie trudne" pytania. Mnóstwo zagadek rozwiązałeś na swoim blogu. Czy masz przyzwolenie w swoim domu powiedzieć "Nie wiem"? WM: Oczywiście. Gmach wiedzy jest zbyt wielki, bym mógł go kiedykolwiek ogarnąć. Ale to nie przeszkadza w jego zwiedzaniu. I to też mówię dzieciom. KG: Czasem "nie wiem", mimo najszczerszych chęci, nas dopadnie. W "Tato, a po co?" pojawiła się zagadka niezwykle skomplikowana. Okazało się, że mimo wysiłków są pytania o którym "nie śniło się dzisiejszym naukowcom" ­ Dlaczego liść, spadając z drzewa, kręci się, zamiast lecieć prosto w dół? WM: Oj, z tym miałem największy kłopot. Pochopnie obiecałem córce, że znajdę odpowiedź. Gdy dotarłem do prac naukowych na ten temat, nieco się przestraszyłem. Równania, które opisywały ruch liścia, przekraczały mój poziom wiedzy matematycznej. Po rozmowach ze znajomymi fizykami dowiedziałem się, że problem i tak jeszcze nie jest do końca rozwiązany. Można jedynie ogólnie powiedzieć, że kręcenie się liścia wynika z wirów powietrznych, jakie powstają podczas jego opadania. KG: Zaraz, zaraz w książce jest jeszcze więcej kłopotliwych pytań! Dlaczego wiewiórki mają pędzelki na uszach? A rysie (co bardzo frapuje mojego syna)? WM: Tu odpowiedź jest łatwiejsza. Według najbardziej prawdopodobnej hipotezy pędzelki na uszach wiewiórek i rysi pomagają w wychwytywaniu dźwięków. Zwierzęta po prostu dzięki nim nieco lepiej słyszą. Wiewiórka może więc wcześniej zwiać przed drapieżnikiem, a ryś, na odwrót, przygotować się na skok, który zapewni mu udane polowanie. KF: Każde dziecko pyta. Mam wrażenie, że Kacper i Ida, a pewnie za chwilę i Jacek, należą do szczególnie dociekliwych. Zarazili się od taty? WM: A mi się wydaje, że Ida i Kacper są zupełnie zwyczajnymi dziećmi. Rozmawiam z innymi maluchami i one też potrafią mnie zasypać setkami pytań. Niektóre jedynie potrzebują się trochę „rozruszać”. KG: A tata od kogoś się zaraził czy po prostu z nosem w trawach, chmurach, drzewach się urodził? WM: Jak cofam się myślą w czasie, to przypominam sobie, że w moim domu rodzinnym panował zwyczaj sprawdzania informacji. Jeśli rozmawialiśmy, sprzeczaliśmy się na jakiś temat, to w końcu ktoś wstawał, by zajrzeć do encyklopedii albo dzwonił do któregoś z krewnych czy znajomych. To było tak naturalne, że właściwie niezauważalne. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że nie w każdym domu tak się dzieje.


KG: Dziś można podczytywać twojego nowego bloga "W przyrodę". Zbierasz na nim relacje z rodzinnych wypraw. Zdradź gdzie warto podglądać przyrodę, gdzie lubicie to robić? WM: Przyrodę warto oglądać dosłownie wszędzie. Po prostu należy uważnie patrzeć dookoła siebie. Nawet na najbardziej wybetonowanym osiedlu można obserwować kawki, wróble, przyglądać się mniszkom lekarskim (czyli mleczom) na trawniku i pająkom na balkonie. My w weekendy jeździmy często do Lasów Chojnowskich pod Warszawą, bo tam mamy po prostu najbliżej. Rzadziej zapuszczamy się na większe wyprawy: do Puszczy Białowieskiej, nad Narew, w góry czy nad morze. Dwa razy braliśmy udział w Akcji Bałtyckiej, czyli akcji obrączkowania ptaków nad morzem. To dopiero była prawdziwa przygoda! KG: Co warto zabrać na przyrodniczy rodzinny zwiad? Nowicjusze zagrożeni plecakiem obciążonym toną nieprzydatnych akcesoriów, chętnie skorzystają. WM: Przede wszystkim ciekawość i chęć obserwacji przyrody. Wiele widać bez żadnej technicznej pomocy. Ważne jest ubranie – takie, by nie bać się go ubrudzić, gdy położymy się na ziemi, wdrapiemy na drzewo czy wpadniemy w błoto. W mokrych miejscach niezbędne są kalosze. Do obserwacji ptaków przydaje się lornetka (przybliżająca od 8 do 10 razy), a owadów i roślin – lupa. Dobrze mieć ze sobą słoik i niewielką siatkę – można wtedy złapać owada czy kijankę i obserwować chwilę przez szkło. Oczywiście, potem należy zwierzę z powrotem wypuścić w przyrodę. Z czasem warto dokupić sobie atlasy i przewodniki do oznaczania zwierząt i roślin, ale to już zależy od rozwoju konkretnych zainteresowań. Jedna osoba będzie chciała poznawać motyle, inna ­ drzewa, jeszcze ktoś – żaby i traszki. To wszystko jednak są rzeczy wtórne i niekonieczne. Najważniejsze to wybrać się z dziećmi w przyrodę i mieć z tego przyjemność.

ja s R ec en z

t r . 83

W dzieciństwie biegałem z lornetką za ptakami, hodowałem chrząszcze wodne w akwarium, robiłem zielniki i wrzucałem muchy w pajęcze sieci. Myślałem, że będę naukowcem. Ale gdy dorosłem, nie mogłem się zdecydować, jaką specjalizację wybrać. Ostatecznie zrobiłem magisterium z paleontologii. Wciąż jednak gnębił mnie żal, że nie zajmuję się ptakami, chrząszczami albo pająkami. Po roku rzuciłem zatem uprawianie nauki i odnalazłem się w pracy dziennikarza naukowego. W tej branży wielość zainteresowań jest raczej zaletą niż wadą. Mniej więcej od 2000 roku piszę więc na wszelkie tematy z nauk przyrodniczych. Moje artykuły trafiały na łamy „Gazety Wyborczej”, „National Geographic Polska”, „Wiedzy i Życia”, „Focusa” czy „Przekroju”.

67


75


77


"Tato, a po co?" To jest lektura, która przybyła mi na ratunek. Weszliśmy w etap, w którym moje podstawy wiedzy przyrodniczej mocno chwieją się i trzeszczą. Każde "Mamo, a po co...?" boleśnie potrząsa zwichrowanymi szarymi komórkami. Próbuję stanąć na wysokości zadania, w końcu jestem matką dzieciom. Czas wykazać się wiedzą nabytą w drodze edukacji, by pęd do niej zaszczepić w kolejnym pokoleniu. Otwieramy wspólnie "Tato, a po co?" i ratunek jest. O taki: mnóstwo przypisów z których autor korzystał. Osób które życzliwie pomogły, stron internetowych, które objaśniły. Z matki dzieciom uchodzi powietrze boleśnie rozsadzające fałszywą ostoję mądrości. Matka jest już zwykłą mamą, co nie wie, ale wie gdzie szukać odpowiedzi. Zejście z pozycji "wszystkowiedzącej" jest ulgą ogromną ­ dla mnie i dzieci. Dowiedzieć sie razem jest sto razy przyjemniej. A czego można się dowiedzieć od Pana Wojtka? Smakoszy ucieszy rozwiązanie sprawy kożucha na mleku i tego dlaczego jest ono białe. Daniem głównym niech będzie pytanie "Dlaczego makaron mięknie podczas gotwania?", a na deser "Czy kartofel jest owocem?". Wnikliwi badacze kosmosu i naszej planety odkryją "Czy Ziemię da się przewiercić na wylot?" i "Dlaczego Księżyc nie spada na Ziemię?". Śpiochy dwiedzą się "Po co są sny?" i "Dlaczego kiedy śpimy czas płynie szybciej?". Każdy wielbiciel zwierząt chętnie sprawdzi "Czy sikorki są mądre?" i "Dlaczego wiewiórki mają pędzelki na uszach?" Książka zawiera 50 trudnych pytań. A odpowiedzi zawarte są, w krótkich opowiadaniach o perypetiach Pana Wojtka, jego syna Kacpra, córki Idy (a także ich znajomych). Napisane z humorem, lekko. Odpowiedzi udzielają się same, gdzieś w drodze przez bagna, las, w samochodzie... Genialną pracę wykonał Tomasz Samojlik. On to wszystko narysował! Złowieszcze bakterie od próchnicy i ich niecne poczynania w naszej jamie ustnej. Łańcuch pokarmowy, którego zwieńczeniem jest żarłoczny człowiek. Urocze twarze pierwszych ludzi. A nawet jądro Ziemii! Zabawnie, ale z dbałością o realizm jesli było to koniecznie. Dzięki temu ilustracje przyciągają dzieci jednocześnie objaśniając, wspólnie z tekstem, problem. To druga książka odpowiadająca na pytania dzieci. Pierwsza "Tato, a dlaczego?" również kryje w sobie zaskakujące problemy. Jednak nie martwię się zbytnio ich wyczerpaniem. Dociekliwość dzieci nie zna granic. Liczę więc na trzecią część. Wieczory, w których otwieramy te pokaźne księgi, są skazane na śmiech i zaciekawienie po ostatnią kartę.

Tato, a po co? Wojciech Mikołuszko Oficyna Wydawnicza MULTICO Warszawa 2012

83


"Łobuziaki" Droga Kasiu, Madziu,

wychowałam się w złotych czasach piosenki dziecięcej. Tęsknię

przyznaję się od razu, nie lubię gdy śpiewają dzieci . Nie lubię

kompozytorzy, a teksty tworzyli świetni tekściarze jak np. Jacek

piskliwych głosików. Nie wzruszają mnie, nie rozśmieszają, tylko drażnią dotkliwie. Więc 90% piosenek adresowany do dzieci jest skazanych na moje potępienie. Do "Łobuziaków" podchodziłam

delikatnie mówiąc z dystansem, czyniąc jednak założenie, że nie moja reakcja a chłopaków jest najważniejsza.

Pierwsze odtwarzanie i... miłe zaskoczenie przeżyłam ja, dzieci prawdziwą uciechę. Muzycznie czułam się podbudowana, jest różnorodnie. Franek falował razem ze smutną balladą o przeprowadzce, Szymon grzechotał jak szalony w rytm

rock&rolla, a ja bujałam kapciem w rytm pechowego bluesa.

Popełniłam jeden poważny błąd wobec ogólnej euforii,

wsłuchałam się w teksty. Mają być nośnikami ważkich problemów uczniów podstawówki. Słuchamy o przemocy w szkole, o

motylach w brzuchu zakochanego drugoklasisty, o kłótniach

rodziców. Infantylizm, jeżeli się pojawia, nie ma gigantycznych

rozmiarów. Myślisz pewnie: "więc o co Ci chodzi"? A o to, czy w podstawówce ktoś jeszcze włączy sobie "Łobuziaki"?! Mój

przedszkolak, chętnie wrzuca płytę do odtwarzacza. Czy to samo zrobi za pięć lat. Mam wątpliwości. Pomocy od mamy bardziej doświadczonej potrzeba. Twój uczeń włączy?

Spokoju nie daje mi też Julka, która "Od pięciu minut,

nic nie dostała. Jaka biedna, i jak jej źle!". No czemu winna, jest ta Julka! Tego została nauczona w swoim domu, w którym

zainteresowanie, było zastępowane podarunkami. Nie podoba mi

się piętnowanie Julki, przedrzeźnianie "jak jej źle!". Jeśli płyta ma

do czasów, gdy piosenki dla dzieci komponowali najlepsi

Cygan czy Agnieszka Osiecka? Dlatego trudno mnie zadowolić. Przecież wybierając muzykę dla swoich dzieci kształtuję ich

przyszłe gusta muzyczne. Nie wspomnę już o tym, że zmuszona do odsłuchiwania na okrągło ulubionej płyty moich dzieciaków chciałabym czerpać z tego radość. Gdy słyszę muzykę ,,łup łup disco'' i przetworzone elektronicznie głosy, wieję gdzie pieprz rośnie.

Płyta "Łobuziaki" mnie również zaskoczyła pozytywnie.

Po pierwsze muzyka: instrumentalna, wpadająca w ucho, na

przyzwoitym poziomie. Po drugie teksty z przesłaniem. Może nie wszystkie do mnie przemawiają, niektóre w wykonaniu dzieci brzmią trochę zbyt dorośle. Mój ośmiolatek nie wszystkie

zrozumiał, choć muzyka bardzo mu się podobała. Ale odkryłam niewątpliwy plus tych tekstów, mogą stać się świetną okazją do rozmowy ze swoimi dziećmi o rzeczach ważnych.

Zastanawiam się, czy starszaki w wieku 10­12 lat będą chętnie

słuchać tej płyty. Na pewno wolałabym żeby moje dzieci w tym

wieku słuchały piosenek typu Łobuziaki z tekstem zawierającym treść i składającym się z więcej niż trzech zdań zakończonych

wykrzyknikiem. Jak będzie? Zobaczymy. Póki co Maria usypia do piosenki ,,Dziecko Wojny'' a Jasio tańczy do ,,A Dla Mnie Tylko

Rock&Roll!'' i śpiewa w niebogłosy ,,(...)podrzućmy podręczniki w rytm muzyki!'' Świetny hymn na nadchodzące wakacje. M.

na celu (a ma) kształtować postawy dzieci, to piosenka powinna

P.S.

wykaże się zrozumieniem.

powiem szczerze analizowanie jej razem z Jasiem (lat osiem)

atakować raczej tatę Julki. A najlepiej niech nie atakuje, tylko Na szczęście dzieci moje nie trudnią się analizą

zależności społeczno­ekonomiczo­wychowawczych, więc dla nich cała płyta wypada na plus. Mój typ to "Gdy dorosnę..." problem przemocy w szkole, ubrany został w inteligentny tekst, dający nadzieję i podpowiadający rozwiązanie. Franek zapytany o

ulubiony kawałek z płyty, bez wahania wskazał nostalgiczny

"Dom ze snów". Kiedy Szymon przemówi doniosę Ci, który jest jego numerem jeden. A jak u Ciebie rozkładają się głosy? K.

Piosenka o Julce nam również nie przypadła do gustu. Ale rozwinęło się w ciekawą dyskusję o współczesnym konsumpcjonizmie.


"Dziecko z bliska" Początkowo miałam pomysł, by wszystkimi tekstam ukrytymi w sprytnych szarych ramkach dla przypomnienia, wytapetować sobie mieszkanie. Wtedy będę je miała przy sobie. Zawsze gotowe, by zerknąć i oprzytomnieć co w naszym domu jest naprawdę ważne. Bo Agnieszka Stein opisała, to co jest dla mnie esencjonalne. Druga myśl była zupełnie inna: “Nieee. Nie tego chcę. Mam być blisko moich dzieci, a reszta, będzie układać się zaskakująco dobrze.” Cała koncepcja Relacja, Regulacja, Rozwój, brzmiała mi początkowo bardzo naukowo, teoretycznie, odpychająco. W rzeczywistości wskazuje prostą i intuicyjną ścieżkę rodzicielstwa. Relacja to zwyczajnie ­ ciepła, bezpieczna relacja z dzieckiem. To nasze pierwsze i najważniejsze zadanie. Sworzyć ją i podtrzymywać. Regulacja odnosi się do emocji. To nasze drugie zadanie. Nauczyć się akceptować, rozumieć i wyrażać swoje emocje, by pomóc w tym dziecku. Rozwój dziecka (czyli to nad czym najczęściej rodzice drżą) przyjdzie sam, gdy wywiążemy się z wcześniejszych dwóch zadań. Blisko. To klucz, esencja i dobrze dobrany tytuł w jednym. Nie bez przyczyny okładkę zdobi pokaźna lupa. Mam wrażenie, że jedynym nakazem, który Agnieszka nakłada na rodziców jest właśnie uważna obserwacja. Patrz, słuchaj, odkryj emocje. W twoim dziecku znajdziesz odpowiedź na dręczące Cię wątpliwości. Autorka zdaje sie mówić: “Popatrz tędy wiedzie ciekawa i wartościowa droga”. Takt i subtelne wyczucie przebijają spośród sformułowań psycholożki. Bo każde “czy się uda” zależy tu o nas samych, a nie od sumiennie wypełnionych podpunktów. Każde osobiste “ja robię to tak, i tak” nadaje autentyzmu, nie jest zaś przechwałką i próbą narzucenia swojej drogi. Agnieszka nie namawia nas na wspólny lunch z dzieckiem czy wyjście na mecz baseballa. Tylko na wspólny spacer, bałaganienie (i sprzątanie też), przebieranki i zamianę ról... Co ja wypisuję? W ten okrężny sposób chcę powiedzieć. Wreszcie “nasz” poradnik, w którym polski rodzic może się odnaleźć w pełni. P.S. Nie powstrzymałam się jednak, i na potrzeby tego tygodnia wytapetowałam, co prawda nie na ścianie a w głowie: "Coraz odważniej mówi się o tym, że czasem dzieci doprowadzają swoich rodziców do szału, że nawet najlepszy rodzic może poczuć od czasu do czasu, że ma ochotę rozszarpac swoje dziecko, choć jednocześnie tego nie robi. Rodzice potrzebują w takich sytuacjach bardziej zrozumienia niż krytyki. Za mało jest jednak świadomości, że działa to i w drugą stronę." Dziecko z bliska Agnieszka Stein Wydawnictwo Mamania Warszawa 2012

85


87



Pobite Gary - magazyn dla rodziców o zabawie nr2/2012