Page 1


Redakcja: REDAKTOR NACZELNY: Marek Ścieszek DEMIURGOWIE: Krzysztof Baranowski Aleksander Kusz Aleksandra Brożek-Sala Rafał Sala DZIAŁ LITERATURY POLSKIEJ: Koordynator działu: Marek Ścieszek Ekipa: Anna Klimasara, Robert Rusik, Agata Sienkiewicz, Jadwiga Skrzypacz Kopaszewska, Marek Ścieszek, Istvan Vizvary, Marta Komornicka, Karol Mitka, Kinga Żebryk Korekta: Anna Klimasara, Anna Grzanek, Dagmara Trembicka-Brzozowska DZIAŁ PUBLICYSTYCZNY: Koordynator działu: Katarzyna Kozidrak, Karolina Grzeszczak Korekta: Matylda Zatorska Recenzje: Hubert Przybylski, Maciej Rybicki, Marek Adamkiewicz, Hubert Stelmach, Aleksander Kusz, Magdalena Golec, Marek Ścieszek, Marcin Knyszyński, Anna Szumacher, Magdalena Szczepocka, Magdalena Makówka, Beata Mróz, Szymon Góraj, Aleksander Księżopolski, Jagoda Muzolf, Justyna Chwiedczenia, Anna Parot DZIAŁ LITERATURY ZAGRANICZNEJ: Koordynator działu: Małgorzata Gwara Selekcja tekstów: Aleksandra Madej Tłumaczenie: Joanna Baron, Dagmara Bożek-Andryszczak, Aleksandra Brożek-Sala, Anna Grzanek, Iwona Krygiel, Aleksander Księżopolski, Aga Magnuszewska, Monika Olasek, Joanna Radosz, Maria Talko, Michał Wróblewski Współpraca przy przekładzie: https://przetlumacze.wordpress.com Martyna Bohdanowicz, Antoni Kaja Korekta oraz redakcja: Anna Grzanek, Anna Klimasara, Kornel Mikołajczyk, Olga Sienkiewicz DZIAŁ GRAFICZNY: Koordynator działu: Milena Zaremba Ilustracje: Mateusz Buczek, Małgorzata Brzozowska, Hanna Dobaczewska, Weronika Dobrowolska, Dzierzba, Katarzyna Golcz, Piotr A. Kaczmarczyk, Ernest Kalina, Maciej Kaźmierczak, Katarzyna Kędzior, Ewa Kiniorska, Olga Koc, Piotr Kolanko, Aleksandra Kościukiewicz, Małgorzata Lewandowska, Anna Marecka, Marta Młyńska, Katarzyna Olbromska, Sylwia Ostapiuk, Marta Pijanowska-Kwas, Krystyna Rataj, Kinga Schossler, Katarzyna Serafin, Paulina Wołoszyn, Agnieszka Wróblewska, Milena Zaremba DTP Andrzej Puzyński OPRACOWANIE GRAFICZNE Natalia Maszczyszyn OKŁADKA Ilustracja: Kei2000 https://kei2000.deviantart.com/ Opracowanie graficzne: Milena Zaremba https://milena-zaremba.deviantart.com/ WYDAWCA: Marek Ścieszek ul. Wiejska 5/5 74-304 Nowogródek Pomorski tel. 609167765 Email: redakcja@szortal.com

3


Najkrótszy miesiąc w roku, a bez mała trzydzieści recenzji, opowiadań więcej niż w styczniu, z czego trzy to longary. Co tym razem nas czeka? Spotkamy najgorszy koszmar małych dzieci, zagramy z samą Śmiercią, wybierzemy się na randkę w ciemno z posłuszną Marysią, lub artystą upadłym. Wysłuchamy przepowiedni, na koniec wraz z Bobbym pójdziemy do szkoły. Luty to dobry miesiąc, mimo że trochę potrafi przymrozić. Bogaty w wydarzenia. Zanim zdążymy ochłonąć po drugiej tegorocznej odsłonie Szortalu Na Wynos, zapewni kolejną porcję lektury, w postaci Wydania Specjalnego. Nadchodzący numer kwartalnika, jesienno-zimowy, przybędzie spowity w kłęby pary. Dowiemy się, co nowego postukuje i popiskuje w rodzimych cyber- oraz steampunku, obsypanych złotym listowiem, zawianych śniegiem. Z autorami cyber-steampunkowego WSu stopniowo można się zapoznać, odwiedzając nasze facebookowe wydarzenie: https://www.facebook.com/events/1226757010789731 Wprawdzie nieduży, ale głośny i pewny siebie. Taki będzie luty A.D. 2018 Wrażeń jak najbardziej pozytywnych, w imieniu Redakcji życzy

Marek „terebka” Ścieszek

4


SZORTOWNIA Łupiny Maria Mróz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 8 Bobby idzie do szkoły Grzegorz Patroń . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Jak zioła Anna Karnicka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 Potwór z Szafy Adrian Liput . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 19 Nakaz Marcin Zwoleń . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Przepowiednia Anna Karnicka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 21 Stwórca Urszula Koszarek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24 Gra ze śmiercią Olaf Pajączkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27

STUSŁÓWKA Randka w ciemno Małgorzata Gwara . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 Bez niej nie wyjdę Izabela Balińska-Lech . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32 Artysta upadły? Małgorzata Gwara . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 33 Posłuszna Marysia Izabela Balińska-Lech . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 34 Dług Marcin Zwoleń . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 35 Na haju Izabela Balińska-Lech . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 36

RYMOWISKO Kraniec kresu Adrian Turzański . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 38

SUBIEKTYWNIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40 KOMIKS . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 99

5


Transpire Group – a dla znajomych po prostu Prze!Tłumacze – to inicjatywa studentów Translatoryki Uniwersytetu Gdańskiego. Na naszym blogu będziemy regularnie zamieszczać fragmenty przekładów literatury anglojęzycznej, od czasu do czasu okraszonych przemyśleniami i recenzjami oficjalnych tłumaczeń książek i filmów. Naszym celem jest nie tylko doskonalenie warsztatu. Pragniemy przybliżyć polskiemu czytelnikowi zarówno nowe pozycje na rynku wydawniczym, jak i nieznane w naszym kraju klasyki – oraz być może zainspirować polskich wydawców do poszerzenia swojej oferty o nasze znaleziska.

przetlumacze.wordpress.com


Szortownia


ŁUPINY Maria Mróz Odnaleźliśmy go, mieniącego się kolorami w zachodzącym słońcu, na leśnej polanie, gdzie stał czołem wsparty o drzewo. Najwyraźniej stał tam już długo, gdyż trawy rosły dookoła jego stóp i oplatały jego kostki. Stał i czekał, aż drzewo dojrzeje, przejrzeje i czas powali je na ziemię, by mógł ruszyć do przodu w swojej niekończącej się wędrówce. Wciąż czasami odnajdujemy te łupiny bogów przeszłej cywilizacji. Nie jest to materia organiczna – ona nie zdołała przetrwać erozji historii w niezmiennej formie. Materia musi być w ruchu, ale nigdy zbyt gwałtownym. To powolne rośliny oparły się wszystkim zagładom. Ciągle mamy zboże i drzewa, choć nasi pradziadowie by pewnie nie rozpoznali gatunków. Ani tych, które my uprawiamy, ani tych które pozostały po nich – wielkich pól zmutowanej kukurydzy, która rodzi uzależniające ziarna i truje glebę dookoła, wysysając z niej życiodajne soki; czy pola ryżu, którego ziarna są pełne wody. Wszystkie te plantacje powoli znikają, bo ziemia nie chce ich utrzymywać. Pojawiają się tam inne rośliny, pionierzy w trudnych warunkach, powoli rozkładające to śmiercionośne życie i tylko czasami można natknąć się na wielkie polany pełne suchych badyli, gdzie nic nie może rosnąć, gdzie zbierają się owady by umrzeć, a wiatr zwiewa drobiny czystej ziemi. W końcu i te obszary powrócą do użytku, na razie jednak są bolesnym wspomnieniem ludzkiego totalitaryzmu: karłowate lub przerośnięte rośliny wołające o śmierć. Nie jest to też elektronika, która już dawno przestała działać i gdzie możemy się tylko domyślać do czego służyły przewody i mikroskopijne płytki lub szklane tafle, małe puzderka pełne kabelków i kolorowych bączków. Nie potrafimy teraz odtworzyć tej technologii, zabrakło energii do jej uruchomienia. Czasem coś się poruszy, ku przerażeniu dzieci, ale kiedy centralne machiny zamarły po śmierci ostatnich ludzi, którzy potrafili je obsługiwać, nie mogliśmy już odzyskać ich wiedzy, bo została ona przecież zapisana w teraz martwych maszynach, a ze zwłok nie możemy nic wywnioskować. Możemy wędrować całe dnie po wielkich wysypiskach, pełnych tubek, rurek i plastiku. Tam też wiatr nanosi pył, tam chowamy naszych zmarłych, by woda, tłuszcz i mięso nakarmiły ziemię. I widać jak między śmieciami kiełkuje nowe życie, oplatając korzeniami obudowy i martwe tranzystory, gotowe je miażdżyć i kruszyć aż przestaną zawadzać. Zwyczajowy ostatni posiłek to nie bez powodu święty chleb z nasion. Te łupiny przypominają ludzkie postacie. Wyglądają jak my i poruszają się jak my, sunąc powoli przed siebie, jakby poszukiwały czegoś za horyzontem. Nie są to roboty, bo nawet my wiemy, że roboty miały cel. Nie musiały szukać swojego przeznaczenia. Tworzono je z myślą o czymś, miały zastosowanie i powód do istnienia. Podejrzewamy, że wiele z nich zawędrowało pod powierzchnię morza, bo kiedy ląd się kończy pod stopami, pozostaje tylko powolne zejście w głębiny. Czasem tylko patrzą na nas srebrzystymi oczami, jakby chciały coś powiedzieć, ale uznawały to za nie warte wysiłku, tak jak zamiast obejść drzewo czekają, aż padnie przed nimi na kolana. Kiedyś podobno opowiadały o transgresji ciała, o plastynacji, metalizacji, o wypełnianiu komórek nie wodą, a metalem, co dało im te niezniszczalne ciała. Kiedyś broniły swojej boskości, pokazując, jak oderwana ręka przez magię tarcia przyrasta z powrotem na swoje miejsce, jak samoregenerujące się są ich ciała. Rzeczywiście takie były.

8


Tylko okazało się, że męczyło się nie ciało, a dusza i to ona od środka wycierała i zużywała komórki żywego organizmu, przecierając się przez tkanki jak przez gruby kokon. I kiedy już nie mogła się przetrzeć przez samoregenerujące się ciało, zaczynała zapadać się w sobie, więdnąć, zasypiać i hibernować, pozostawiając ciało nie poddające się tarciu i rozkładowi. Z czasem ośmieliliśmy się na tyle, że oderwawszy jednemu z nich dłoń, wcieraliśmy ją w ciało innego, gdzie posłusznie przyrastała, choć nie mogła niczego złapać. Czasem dzieci bawią się w składanie człowieka na nowo, szukanie nowych rozwiązań dla ewolucji. Urywają ręce i nogi, lamią je w stawach i sklejają tyłem naprzód, na nie swoich miejscach, tworzą jedną dług kończynę z mnóstwem zgięć. Oni idą dalej, bardziej podskakują, czołgają się i turlają, bo postępu nie da się zatrzymać. I tylko kiedy łamiemy ten metal, słychać przeciągły jęk pękających struktur kryształu.

9


BOBBY IDZIE DO SZKOŁY Grzegorz Patroń Bobby przebudził się i leniwie przewrócił na drugi bok. Nagle gwałtownie wyskoczył z łóżka. Modlitwa! – Świętny producencie łóżka, dzięki ci! – Wytwórcy materaca (z korekcją wad postawy oraz opatentowanym systemem nocnej opieki), obleczonego niegniotącą się tkaniną w niepowtarzalny, starannie zaprojektowany wzór, dzięki wam! – Wiodący przedstawicielu branży energetycznej, dbający o komfort mego snu, tyś skałą! Gorliwie odmawiał litanię, na końcu wymieniając producentów wyposażenia pokoju. Dzisiaj wybrał kolejność alfabetyczną. Pod koniec chyba się pomylił, więc raz jeszcze starannie wymówił wszystkie nazwy, starając się nie wyróżniać żadnej z nich. Bogowie są zazdrośni! Ukradkiem rozejrzał się, wypatrując małych owadów, do których mogła być przyczepiona kamera. Miał nadzieję, że modlitwa trafi do któregoś Zgromadzenia Najwyższych Marketingowców wspieranych uświęconymi technologiami Big Data! Mógłby wtedy liczyć na ba-je-czne bonusy w zajmujących cały wolny czas grach! Przy płatkach śniadaniowych najpierw wyliczył właścicieli praw autorskich do modyfikacji genetycznych zbóż, dzięki którym posiłek zapewniał zbilansowaną dawkę mikroelementów, konieczną do prawidłowego rozwoju młodego organizmu. Potem wyrecytował z pamięci wszystkie fabryki błogosławionych słodzików, stanowiących wagowo ponad osiemdziesiąt procent składu produktu. Był z siebie dumny! Nie każdy to potrafi! Zamarł. Przegapił małą kartkę papieru. Wiadomość od mamy! „Ogłoszono, że LOX-DIRC uzyskał sądowo prawo do nazwy Bóg Kreator. Pewnie zapędzą zrobią wam w szkole akademię, ubierz się odpowiednio. Buziaczki”. Starał się sobie przypomnieć jak często wymówił dzisiaj nazwy „LOX-DIRC” oraz wszystkich należących do niego marek. Otworzył okno, mając nadzieję, że podmuch wiatru zaniesie jego mantrę do megafirmy, świętującej wygraną w wieloletnim sporze. Czy to wyrok prawomocny? I czy któraś ze zdradzieckich wrogich korporacji sprytnymi zabiegami prawniczymi nie doprowadzi do wznowienia procesu? Wiążąc sznurowadła trzykrotnie wymienił producenta obuwia. Miał zamiar przed wyjściem przytulić się do śpiącej po nocnej zmianie mamy, ale ze ściągniętą twarzą zamknął za sobą drzwi domu. Przecież za to są punkty karne w każdej znanej mu grze! Jest słaby, bo najdłużej wytrzymał tydzień. , Pobije swój rekord! Przytulanie jest dla słabeuszy, którzy całe życie będą wieść pośród podróbek! W chmurach dostrzegł projekcję logo wiodącego producenta odzieży sportowej i uśmiechnął się. Miał obiecane, że na urodziny dostanie dres z tegorocznej kolekcji! Jeszcze tylko miesiąc! Nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł rozszerzyć modlitwę o kolejną markę. Zaśmiał się i patrząc przed siebie pobiegł, nucąc popularne szlagiery reklamowe. Jak dobrze być dzieckiem!

10


JAK ZIOŁA Anna Karnicka – Będziemy musiały zatrzymać się na stacji benzynowej – poinformowała Sunniva, gdy wyjechały z lasu. – Mamy ze sobą śmieci, których trzeba się pozbyć. Prawda, Yrsa? – W jej głosie zabrzmiała groźba, choć Petra nie miała pojęcia czemu. Czyżby Yrsa zrobiła coś złego? Siedząca na tylnym siedzeniu Yrsa poprawiła zsuwające się z nosa ciemne okulary i odgarnęła z czoła rozwiane przez wiatr złociste kosmyki. – Już prawie zdążyłam zapomnieć, jak to wszystko pięknie wygląda – zwróciła się do Petry. – Te wszystkie łąki i małe, kolorowe domki. Nie to, co u nas, prawda? Petra od niechcenia skinęła głową, również pochłonięta obserwacją świata za oknem. Prawie zapomniała, że ściany domów pokryte są błękitną farbą, na podwórzach rosną krzewy bzów i róży, a łąki pachną sianem. – Kiedy częściej jesteś w terenie, to już nie robi takiego wrażenia – spostrzegła Yrsa. – A kiedy jesteś w terenie za długo, nawet zaczynasz trochę… tęsknić. Petra chciała spytać, co to znaczy „za długo” i jak to możliwe, żeby tęsknić za Ośrodkiem, ale dostrzegła w lusterku oczy Sunnivy. Zamilkła. Potrafiła już odczytać jej nastroje i rozumiała, że ten temat jest skończony. – Włączę radio – zaproponowała pojednawczo Jorunn. Zaczęła kręcić gałką nieco staroświeckiego odbiornika, ale dobiegał z niego jedynie szum. Petra przymknęła oczy, pozwalając by za oknem przemykały kolejne kolorowe domki, gospodarstwa i pola porośnięte chwastami. Maki czerwieniły się gdzieś na skraju wizji, napełniając ją przerażeniem. Wyglądały jak krople świeżej, tętniczej krwi. Nie lubiła ich. Za bardzo przypominały jej o tym, czym sama była. Chwastem porastającym pola i odbierającym światło i energię innym, bardziej wartościowym roślinom. *** Kiedy zatrzymały się na stacji benzynowej, Petra marzyła już tylko o łyku czegoś zimnego. Opuściła rozgrzany samochód i natychmiast ruszyła w kierunku sklepiku. Chodziła wzdłuż półek, obojętnie spoglądając na słodycze i przekąski. Nie czuła głodu. Uszy wypełniało buczenie klimatyzacji, na ramionach pojawiła się gęsia skórka. Wreszcie dotarła do lodówek z napojami. Bez namysłu pochwyciła puszkę z colą i ruszyła w stronę kasy. Dopiero w połowie drogi przypomniała sobie, ze przecież to Sunniva ma wszystkie ich pieniądze. Dostrzegła ją przed drzwiami do toalety. Rozmawiała o czymś z Jorunn, od niechcenia przeczesując palcami grzywę jasnych włosów. – Dobry wybór – uśmiechnęła się ciepło na widok puszki w dłoni Petry. – Neutralny. Pamiętaj, nie możemy zwracać na siebie uwagi. – Tak, wiem. Gdzie Yrsa? Sunniva spoważniała i zmarszczyła brwi. – Sama chciałabym to wiedzieć. – Poszukam jej – zaproponowała Jorunn. Sunniva wyraziła na to zgodę skinięciem głowy, po czym wcisnęła w dłoń Petry dwudziestokoronowy banknot. – Powinno starczyć. – Dzięki.

11


Petra zapłaciła za puszkę, ciesząc się, że wszystko poszło dobrze i, nie musiała się tłumaczyć. Nie chciała zwracać na siebie uwagi tak blisko Ośrodka. Zatrzymały się tu tylko dlatego, że trzeba było zatankować. Nie, nie tylko, przypomniała sobie. Sunniva mówiła coś przecież o wyrzucaniu śmieci. Oddaliła się od kasy – po drodze otwierając puszkę – i ruszyła na poszukiwanie towarzyszek. – Nie, to nie może być to – dobiegł ją głos Yrsy. – Niemożliwe… Odwróciła się i dostrzegła ją i Jorunn siedzące na wysokich stolikach tuż przy szybie. Podeszła. – Spokojnie, zaraz się przekonamy. – Nie, mówię ci – w błękitnych oczach Yrsy błysnęły łzy. – Niby, kiedy mieliby to zrobić? Wiedziałabym… pamiętałabym. Prawda? Jorunn tylko pokręciła głową i uspokajająco poklepała ją po ramieniu. – Nie miałam pojęcia, że wciąż to robią – przyznała. Rozejrzała się po sklepiku w poszukiwaniu Sunnivy. – I nie mam pojęcia, skąd ona o tym wiedziała – dodała znacznie ciszej. Nerwowo przygryzła skórkę paznokcia. – Mogli zorientować się, że jesteśmy w kontakcie. Wtedy na ich miejscu też zrobiłabym to bez twojej wiedzy. Petra nie miała odwagi dopytywać, o co chodzi. Niby na stacji benzynowej nie było nikogo poza nimi i sprzedawczynią, ale na pewno były kamery. Lepiej poczekać. W swoim czasie dowie się wszystkiego, a może nawet więcej, niż by sobie życzyła. – Może chodźmy na zewnątrz – zaproponowała. Cokolwiek przytrafiło się Yrsie, z każdą chwila coraz bardziej wyprowadzało ją to z równowagi. Płacząca dziewczyna to widoczna dziewczyna – zwłaszcza, jeśli towarzyszą jej inne dziewczyny ubrane w identyczne, granatowe uniformy. Sprzedawczyni je zapamięta, może nawet wspomni o tym, gdy spytają ją o nietypowe wydarzenia. Prowadząc Yrsę miedzy sobą dotarły do samochodu. –Yrsa znalazła lokalizator – wyjaśniła Jorunn. Petra zbladła. Teraz już rozumiała przerażenie towarzyszki. Słyszała plotki o lokalizatorach od sanitariuszy, głównie właśnie od Jorunn. Sama wciąż była jeszcze w trakcie szkolenia, więc nie miała się czego obawiać. Lokalizatory wszczepiano tylko szczególnie silnym i niebezpiecznym alkaloidom, gdy już otrzymały pozwolenie na opuszczanie Ośrodka. Żeby można było je łatwo zlokalizować i sprowadzić z powrotem, gdy poczują się zbyt swobodnie. Żeby nie mogły tak po prostu zapaść się pod ziemię. Czy to znaczy, że Yrsa była dla nich aż tak cenna? Atropiny są dość rzadkie, ale też niechętnie wypożyczane. Nie każdy zespół potrafi się z nimi dobrze obchodzić i w pełni wykorzystać ich potencjał. Zazwyczaj wolą brać na pokład opioidy. Są przydatne i łatwo je wyszkolić. Czy naprawdę chodziło więc o Yrsę? Czy może ktoś z Ośrodka zorientował się, że planują ucieczkę? Czy już teraz jechali ich śladem, czy może zakładali, że dziewczyna jest ze swoim zespołem na jakiejś nieprzewidzianej misji ratunkowej? Sunniva nie wydala się nawet specjalnie zaskoczona. – A wiec jednak – powiedziała z przekąsem. – Tak jak przewidziałam, najpierw trzeba będzie pozbyć się śmieci. Rozpinaj kombinezon – poleciła. Yrsa zrobiła wielkie oczy. – Ale tak tutaj… na parkingu? – Będę potrzebowała światła. W samochodzie jest zbyt ciemno. Poza tym, widzisz tu kogoś? – Nie, ale ktoś może przejeżdżać, albo… – To potrwa tylko chwilę – zapewniła Sunniva. – Nic ci nie będzie. Nawet nie poczujesz, mamy przecież Jorunn. I Petrę – dodała po chwili wahania. Petra, podobnie jak Jorunn, była morfiną, ale o wiele mniej doświadczoną i nie tak precyzyjną. Nic dziwnego, że Sunniva jej nie ufała. Yrsa drżącymi rękami rozpięła guziki uniformu, odsłaniając brzuch i bok. – Tutaj – powiedziała, wskazując miejsce pod pępkiem. Petra spostrzegła, że koniuszki jej paznokci zaczynają ciemnieć. Denerwowała się. Niedobrze, zdenerwowany alkaloid to niebezpieczny alkaloid. Dostrzegła wzrok Petry i cof-

12


nęła dłonie, jedną kładąc na bagażniku samochodu, drugą zaś opierając się o ramię Jorunn. – No dobra – Sunniva sięgnęła po apteczkę podróżną i wcisnęła ją do rąk Petry. – Trzymaj, przydaj się na coś. Wacikiem nasączonym alkoholem przemyła wskazane przez Yrsę miejsce poniżej pępka. Następnie sięgnęła po skalpel i bez zastanowienia nacięła jasną skórę dziewczyny. Yrsa zgięła się w pół i otworzyła usta do krzyku. Jorunn mocno złapała rękę pacjentki, wbijając pociemniałe od jadu paznokcie w jej skórę. Białka jej oczu pociemniały, na moment przybierając barwę atramentu, po czym natychmiast wróciły do normalnego koloru. Oczy Yrsy stały się dziwnie zamglone, musiała przytrzymywać się karoserii, by nie upaść. Sunniva palcami rozszerzyła ranę na brzuchu, jak gdyby usiłując coś w niej znaleźć. Nozdrza Petry wypełniał dobrze znany zapach świeżej krwi. Mieszał się z wonią benzyny i rozgrzanego do białości asfaltu. Yrsa mamrotała coś do siebie, wyraźnie jednak pomoc Jorunn zrobiła swoje, bo nie próbowała już krzyczeć. Sunniva wyciągnęła z rany wijącego się robaka. W całości składał się z kolorowych kabelków i lśniących w słońcu metalowych płytek. – Skurwysyństwo – mruknęła Sunniva. Upuściła lokalizator na asfalt i zdeptała podeszwą ciężkiego buta. Jorunn zmarszczyła brwi – Skąd wiedziałaś, że go ma? – Za dobrze ich znam. Nie odpuściliby sobie – przeniosła wzrok na Petrę. – Tobie też by tak zrobili, gdybyś została. Za mocna jesteś, żeby puszczać cię samopas. Zaparkujcie ją do samochodu – wskazała na zdezorientowaną, wciąż mamroczącą coś do siebie Yrsę. Cięcie po skalpelu na ich oczach goiło się, zmieniając się w cienką, jasną bliznę. – Musimy ruszać dalej. *** Zatrzymały się, gdy dostrzegły zjazd z drogi. Nie zastanawiając się wiele opuściły samochód i ruszyły w stronę niewielkiego, częściowego zarośniętego przez trzcinę jeziorka. Pachniało rumiankiem, koniczyną i słodkawą wilgocią podmokłej ziemi. Petra ściągnęła buty i pierwsza zamoczyła stopę w zimnej, mętnej toni. Wzdrygnęła się, ale po chwili weszła aż po kolana. Nie zdjęła nawetnasiąkającego wodą uniformu. To tylko len, szybko wyschnie na słońcu. Jorunn i Yrsa natychmiast wzięły z niej przykład. Sunniva przez jakiś czas spoglądała na nie z potępieniem, ostatecznie jednak przedarła się przez szuwary i zanurzyła się aż po szyję. Również potrzebowała zmyć z siebie kurz drogi, wspomnienie Ośrodka oraz to,co zrobiła Yrsiew trakcie poprzedniego postoju. Woda była lodowato zimna i zdecydowanie daleko jej było do czystości. Kilku przejeżdżających drogą rowerzystów spostrzegło cztery dziewczyny pluskające się w przydrożnym jeziorku, żaden jednak się nie zatrzymał. Ze spojrzeń i zmarszczonych brwi Petra wyczytała, że to nie jest typowy widok. Że wcale nie zachowują się jak normalni ludzie, że zwracają na siebie uwagę, i że ktoś może zorientować się czym są i odesłać je z powrotem do Ośrodka. – Wystarczy tego – zadecydowała Sunniva, również dostrzegając mieszane reakcje przejezdnych. – Zbieramy się, przed nami długa droga. – Dokąd właściwie jedziemy? – chciała wiedzieć Yrsa. – Już wam mówiłam, do miasta. – A później? –A później zobaczymy. *** Im dalej jechały, tym więcej było jezior – już nie małych i porośniętych trzciną, ale ogromnych, ciągnących się aż po horyzont i usianych drobnymi wysepkami. Petra przyglądała im się zza szyby, coraz bardziej zafascynowana. Nigdy nie była w tej części kraju, do Ośrodka przywieziono ją z otulonej śniegami północy. Tym większe wraże-

13


nie robiły ślizgające się po wodzie szkarłatne promienie gasnącego słońca. To był dobry, przyjemny dla oka odcień czerwieni. Nie kojarzył się z krwią ani makami. Przypominał o wolności. Noc spędziły w małej chatce nad jeziorem. Nie wiedziały, do kogo należy, ale nie interesowało ich to. W środku znalazły trochę suchego prowiantu i stare, obtłuczone garnki. Po rozpaleniu małego ogniska i dodaniu zakupów ze stacji były w stanie przygotować skromną kolację. Petra starała się nie myśleć o tym, że kupiły to wszystko za pieniądze człowieka, którego zabiły o świcie. Porzuciły ciało w lesie i odjechały jego samochodem. To była ich jedyna szansa na wyrwanie się z Ośrodka. Wiedziała,że to część planu już od momentu, gdy Yrsa zaproponowała jej dołączenie do spisku. To właśnie piękna, złotowłosa Yrsa wywabiła strażnika z samochodu, zaś Jorunn i Petra użyczyły swojego jadu, by go unieszkodliwić. Dawka morfiny była śmiertelna. Petrę zaskoczyło, jak bardzo sprzeciwiały się temu wszystkie wyuczone w Ośrodku odruchy i jaką satysfakcję sprawiło jej to, że zdołała przełamać warunkowanie. Jednocześnie ją to przeraziło, gdyż uświadomiła sobie, że naturą alkaloidów jest odbieranie życia, nie ratowanie go za wszelką cenę. Nawet lata szkoleń w Ośrodku nie są w stanie tego zmienić. Tym dziwniej czuła się, słuchając opowieści Sunnivy o akcjach ratunkowych, w których kobieta brała udział. – Najgorszy był ten typ z siekierą. – Sunniva aż się wzdrygnęła. – Stał nade mną i powtarzał, że zabije mnie, jeśli małemu coś się stanie. Był w szoku, jak miałam mu powiedzieć, że już po dzieciaku i nawet nie ma co ratować? Wiedziałam, że jeśli popełnimy błąd… jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, on i wszyscy jego kumple się na nas rzucą. I tak mniej więcej było – skrzywiła się. – Jedna osoba od nas zginęła, zastrzelona z jakiegoś obrzyna. Odstrzelili jej twarz. Pozostali ludzie z zespołu później zostali wysłani do psychologa. – Psychologa? – powtórzyła Petra. – Kto to taki? – Ktoś, kto pomaga ci się uporać ze złymi wspomnieniami. – Tobie pomógł? Sunniva zaśmiała się gorzko. – Pozostali ludzie – powtórzyła z naciskiem. – Ludzie. A alkaloidy nie są ludźmi, Petro. To tylko chodzące i mówiące pompy do dozowania leków. Sprzęty nie mają traumy ani złych wspomnień, nie trzeba się nimi zajmować. – Moi traktowali mnie dobrze – wtrąciła Yrsa. – Zawsze pytali, czy na pewno chcę brać udział w akcji i czy wszystko w porządku. Jorunn i Sunniva wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Ciszę przerywały tylko grające w trawie świerszcze. Wiatr od wody otulał ich kryjówkę wonią tataraku. – Na początku zawsze się starają – zgodziła się Sunniva. – I zazwyczaj chcą dobrze. Zawsze chcą być tym zespołem, który dobrze traktuje swojego alkaloida i wyłamuje się z tych wszystkich stereotypów. Tylkoże to nie jest takie proste. –W sumie im się nie dziwię – westchnęła Jorunn. Yrsa i Petra popatrzyły na nią pytająco. – Widzicie, kiedy zespół dostaje alkaloida, to zawsze wiąże się ze zmianami. Jesteśmy odporni na większość gazów i żrących substancji, nasze rany szybciej się goją i dysponujemy jadem, który potrafi pomoc wielu osobom jednocześnie. Szkoda marnować taki potencjał na mdlejących staruszków i złamania na oblodzonym chodniku. Alkaloid na pokładzie zazwyczaj oznacza wyjazdy do pożarów, wybuchów i strzelanin. Większe zagrożenie, trudniejsze warunki pracy. Sanitariusze wożący ze sobą alkaloida codziennie widzą rzeczy, których bez takiej asysty nie mieliby okazji oglądać. Bardzo szybko zaczynają obwiniać nas za to, że ich praca stała się cięższa, że prześladują ich koszmary. Szybko orientują się też, że tak naprawdę nie są w stanie nas skrzywdzić. Że mogą nas wysłać w sam środek pożaru, a i tak wrócimy w jednym kawałku i nawet nie będziemy mieli prawa się skarżyć. Zaczynają to coraz bardziej wykorzystywać i… – Z każdym kolejnym wyjazdem przestajemy być traktowani jak ludzie – weszła jej w słowo Sunniva. – Nie łudźcie się, że kiedykolwiek będzie inaczej. Nie tutaj, nie pod kontrolą Ośrodka.

14


– A gdzie? – spytała Yrsa. Nie wyglądała na przekonaną. Wciąż nie ufała Sunnivie po tym, jak ta sprawiła jej ból. – Jest wyspa. Mieszka tam mało ludzi, jest spokój. Nie ma walk ulicznych, podpaleń, samochodów powodujących wypadki. Ludzie żyją spokojnie i szczęśliwie, dobrze się do siebie odnoszą. Nie ma tam herbarium. Mogłybyśmy popytać, kupić miejsce na promie. Popłynąć tam. Nie musiałybyśmy od razu mówić, kim jesteśmy, po prostu od czasu do czasu pomóc komuś, jeśli gorzej się poczuje albo skaleczy się nożem. Być częścią społeczności, mieć takie same prawa. Tylko pomyślcie – Suniva wbiła wzrok w rozgwieżdżone niebo. – Mogłoby być tak pięknie. – Ale czy do tego trzeba wyjeżdżać? – chciała wiedzieć Jorunn. Sunniva zmierzyła ją chmurnym wzrokiem. – Ludzie z Ośrodka znajdą cię, gdy tylko spróbujesz skorzystać z jadu. Ktoś cię rozpozna, doniesie im, gdzie jesteś. – Więc mogłybyśmy z niego nie korzystać. Zaszyć się gdzieś, wmieszać w tłum, zapomnieć, że w ogóle byłyśmy w Ośrodku… – I wyrzec się tego, kim jesteśmy? – zdumiała się Yrsa. – Wyrzec się swojego daru? – Nawet jeśli, to co? Nie jest to warte spokoju? Nie jest to warte tego, żeby przez chwilę poczuć się… człowiekiem? Yrsa poderwała głowę znad przygasającego już ogniska. W jej błękitnych oczach żarzył się ogień. Nie zamierzała łatwo odpuścić. – Potrafiłabyś odmówić komuś pomocy, wiedząc, że jesteś w stanie go uratować? Tylko po to, żeby mieć swój święty spokój? Nie rozumiem cię. – Nie – zgodziła się Jorunn. – Nie rozumiesz. Ty też nie – zwróciła się do Sunnivy. – Zapomniałyście, czym jesteście naprawdę i dałyście sobie wmówić te wszystkie słodkie historyjki Ośrodka o powołaniu i ratowaniu życia. Wytwarzamy silne toksyny i mamy wysoką zdolność regeneracji. Jesteśmy urodzonymi mordercami. Nie zabijamy tylko dlatego, że nas wyłapano i wyszkolono, ale to nie znaczy, że ktokolwiek czuje się przy nas bezpiecznie. Na twojej wyspie prędzej czy później będzie tak samo, Sunnivo – powiedziała z bólem w oczach. – Nie pokochają nas tam, jeśli ujawnimy, czym jesteśmy. – Nie jesteśmy urodzonymi mordercami – sprzeciwiła się Sunniva. Jej twarz tchnęła zadumą i spokojem. – Jesteśmy jak dzikie zioła. Potrafimy być i lecznicze i trujące, tylko od nas zależy, jak wykorzystamy nasz dar. Na wyspie jest wielu mądrych zielarzy. Znają się na ziołach i wiedzą, w jakich dawkach są śmiertelne. – Ale ja nie chcę być jak zioła – zaprotestowała Jorunn. – Chcę być człowiekiem. Po prostu człowiekiem. Petra przysłuchiwała się tym rozmowom w milczeniu. Nie wiedziała jeszcze, co ze sobą zrobi, gdy dotrze do miasta. Tak naprawdę wcale nie chciała ani odpływać w nieznane w poszukiwaniu mitycznej wyspy, ani ukrywać swoich umiejętności, ani walczyć o ludzkie życie. Chciała wrócić do Ośrodka i uwolnić z niego wszystkie młode alkaloidy, by nie musiały przeżywać tego, co Sunniva, i żeby same mogły podjąć decyzję o tym, co i jak będą robić. *** Jadąc cały czas brzegiem jeziora, po południu dotarły do niewielkiego miasteczka. Gołym okiem widać było, że miejscowość utrzymuje się głównie z turystów. Sunniva chciała ominąć miasteczko i jechać dalej, ale Petra i Yrsa przekonały ją, żeby spędzić tam chociaż godzinę. Petra od dawna nie miała do czynienia z normalnymi ludźmi. Przez ostatnie lata były tylko inne alkaloidy, sale wykładowe, wyłożone kafelkami korytarze i las wokół Ośrodka. Jak dobrze było móc zaszyć się w tłumie przypadkowych przejezdnych, iść lekkim krokiem, wystawiać twarz do słońca, wdychać przesiąknięte wonią jeziora powietrze. Nie myśleć ani o pogotowiu, ani o Ośrodku, ani o zwłokach, które za sobą zostawiły. Owszem, nadal miały na sobie mundury, ale prawdopodobnie niewiele osób tutaj zdawało sobie sprawę z tego, co one oznaczają.

15


W pewnym momencie Petra odwróciła się do Jorunn i z przerażeniem stwierdziła, że towarzyszka gdzieś zniknęła. Szukały jej po całym nabrzeżu, ale bezskutecznie. Jorunn przepadła jak kamień w wodę. Petra wciąż miała w pamięci słowa, jakie padły poprzedniego wieczoru i uświadomiła sobie, że porównanie mogło okazać się zaskakująco trafne. Alkaloid nie jest w stanie sam się zabić, ale to nie oznacza, że nie może próbować. Pragnienie bycia kimś innym kosztem własnej tożsamości to nigdy nie jest dobry znak. – Szlag by to – warknęła Sunniva, ostatecznie zaprzestając poszukiwań. Słońce zaczynało już zachodzić, nabrzeże stopniowo się wyludniało. Pozostało jedynie kilka samotnych żaglówek kołyszących się majestatycznie na falach. – I co teraz? – spytała Petra. – Nic. Wracamy do samochodu. Yrsa zmarszczyła brwi. – Zamierzasz odjechać bez niej? – upewniła się. Sunniva spojrzała na nią z politowaniem. – Przecież tego właśnie chciała. Nie słyszałaś, co mówiła wczoraj? Widocznie spodobało jej się w tym mieście. – I zamierzasz jej na to pozwolić? – oburzyła się Yrsa. – Przecież wszystkie wiemy, że tak się nie da, że nie będzie szczęśliwa. Znam ją, bez względu na to, co wczoraj wygadywała, jest stworzona do tego, by pomagać ludziom! „Wcale jej nie znasz”, pomyślała Petra, ale zachowała to dla siebie. „Żadna z nas jej nie znała tak naprawdę. Żadna z nas nie zna pozostałych. Znałyśmy się w Ośrodku, ale on został daleko w tyle”. Sunniva zacisnęła szczęki. – Jorunn podjęła decyzję. Szanuję to, chociaż szkoda, że nie miała dość jaj, by się pożegnać. Zbierajmy się – ponagliła. – Słońce zaraz zgaśnie. Nie lubię jeździć po ciemku, a nie możemy tu zostać. *** Sunniva zaklęła, widząc zbliżające się z naprzeciwka światła. Skręciła w ostatniej chwili,by uniknąć kolizji i zatrzymała się na poboczu. Wymijająca je ciężarówka zjechała z pasa, skręciła gwałtownie i wbiła się w nadjeżdżającą z przeciwległego pasa osobówkę. Jazgot był ogłuszający. Z maski gniecionego volvo unosił się dym. Ktoś krzyczał. Ktoś wył. Yrsa szarpnęła drzwiczki samochodu, drugą ręką próbując rozpiąć pasy bezpieczeństwa. – Jedziemy dalej – zadecydowała Sunniva, odpalając silnik. – Nie chce mieć z tym nic wspólnego. Yrsa zacisnęła palce na jej dłoni. – Odblokuj drzwi – poleciła. – Musimy im pomóc. – Nie musimy. Widzisz. – Sunniva wskazała na zatrzymujący się nieopodal samochód. – Ktoś zaraz zadzwoni po karetkę. Poradzą sobie. To nie nasza sprawa, znikajmy, zanim ktoś się zorientuje, że tu byłyśmy. – Widzisz ten wrak? Naprawdę sądzisz, że ktoś tutaj dotrzyma do przyjazdu karetki? Ile to może trwać? Dwadzieścia minut? Godzinę? Przecież to jakieś zadupie. – To niech ktoś im udzieli pierwszej pomocy. To nie nasza sprawa, znikamy. – Bez względu na to, co wczoraj bredziła Jorunn, przeszłyśmy szkolenie. Potrafimy ratować życie, to nasz obowiązek. To tak, jakbyś była lekarzem, a mimo to zdecydowała się jechać dalej. Sunniva wyszarpnęła dłoń z uścisku Yrsy. – Ale nie jestem lekarzem, ty też nie. Jesteśmy cholernymi alkaloidami, chodzącymi kroplówkami, niczym więcej. Narzędziami, które wykonują rozkazy, które nawet nie są traktowane jak ludzie. Czemu miałybyśmy im teraz pomagać? Oni by nam nie pomogli. – Odblokuj drzwi – rozkazała Yrsa, przyciągając ją do siebie i przybliżając koniuszki pociemniałych od jadu paznokci do jej szyi. – I wypuść nas. Nie musisz nam pomagać, obejdę się bez twojej zasranej kodeiny, wystarczy, że pójdzie ze mną Petra.

16


Sunniva nie odpowiedziała. Jedną z niewielu rzeczy mogących zaszkodzić alkaloidowi był jad innej istoty tego gatunku. Obie doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że Yrsa, jako silna atropina, była śmiertelnie niebezpieczna. Sunniva z ociąganiem zgasiła silnik i odblokowała drzwi. W milczeniu patrzyła, jak Yrsa wybiega z samochodu i w towarzystwie Petry wypada na drogę. Petra była na miejscu wypadku po raz pierwszy, chociaż w Ośrodku oglądała niezliczoną ilość materiałów poglądowych, instrukcji postępowania i analiz. Teraz, w mroku rozświetlanym tylko ogniem dobywającym się ze środka wraku, czuła się dziwnie odległa i odrealniona. Jakby to była tylko kolejna symulacja. Ślepo wykonywała polecenia Yrsy, ignorując przyprawiający o mdłości swąd palonej tkanki. Wyciągnąć z wraku, ułożyć w odpowiedniej pozycji, sprawdzić oddech. Yrsa delikatnie wbiła się w szyję jednego z rannych, dostarczając jego organizmowi dokładnie tyle atropiny, ile potrzebował, by masowane przez Petrę serce podjęło pracę. Chwilę później to Petra wbijała się w niego paznokciami, by ukoić wywołany oparzeniami ból. Następna ofiara i następne dawki jadu, angażowanie w pomoc zatrzymujących się kierowców, segregacja rannych, kilka kropel jadu na uspokojenie największych awanturników. Uwijając się jak w ukropie nie zauważyła nawet przyjazdu karetki. Yrsa natychmiast podbiegła do lekarza prowadzącego, by przekazać mu informacje o stanie chorych i dawkach leków. Nie wydawał się zdziwiony jej poczerniałymi oczami. Petra zrozumiała dlaczego, gdy tylko dostrzegła w ekipie karetki dziewczynę w granatowym uniformie alkaloida. Pracował z jednym na co dzień, zdążył się przyzwyczaić. – Świetnie się spisałaś – powiedział potężny mężczyzna w prochowcu. Petra dopiero po chwili ochłonęła na tyle, by pojąć, że słowa skierowane były do niej. Zmierzyła nieznajomego czujnym spojrzeniem. Nie przyjechał z karetką. Możliwe, że był jednym z tych, których wspólnie z Yrsą zagoniły do pomocy, bo na płaszczu miał krew. – Jakie to szczęście,że ty i twoja przyjaciółka byłyście na miejscu. – Przejeżdżałyśmy – odparła z roztargnieniem. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie powinna była tego mówić, bo przecież alkaloidom nie wolno podróżować samotnie. Mogą jeździć karetką lub w towarzystwie instruktorów, ale same – nie, dopóki stanowią własność Ośrodka. Mężczyzna w zadumie pokiwał głową. – W takim razie ci ludzie mieli szczęście, że zdecydowałyście się na podróż akurat teraz. – Przysunął się nieco bliżej i nachylił nad jej uchem. – Wiem, kim jesteście i dlaczego uciekłyście – oświadczył, rozwiewając nadzieje Petry na to, że jej roztargnienie pozostanie bez konsekwencji. – Myślę, że potrafiłbym pomóc tobie i tobie podobnym. Mnie i moim przyjaciołom bardzo leży na sercu wasz los. Jeśli chcesz, możesz się z nami spotkać i opowiedzieć, jak to wszystko wygląda tam, u was. – W Ośrodku? – upewniła się. – Tak. – Co zrobicie, jeśli zdecyduję cię przyjść? – Wysłuchamy cię, to na pewno. Mając twoje zeznania, na pewno znajdziemy sposób, by zakończyć działalność Ośrodka i uwolnić wszystkie przetrzymywane tam osoby. Jeśli uznasz, że jesteś gotowa… zgłoś się pod ten adres – podał jej niewielki kartonik. – Będę na ciebie czekał. Bez słowa przyjęła wizytówkę. Doktor Erhard. Bardzo dobrze. Zapamięta. Wróciła do samochodu Sunnivy. Yrsa nie. Odjechała wraz z karetką do najbliższego szpitala. Sunniva skwitowała to stwierdzeniem, że najwyraźniej nigdy nie była stworzona do wolności. Petra zastanawiała się, czy którakolwiek z nich jest do niej stworzona. Gdy wjeżdżały do miasta, światła latarni widoczne zza brudnej szyby rozmazywały się w złoty, świetlisty tunel. Podróż dobiegała kresu. *** Skorzystała z zaproszenia doktora Erharda już następnego dnia. Rozstały się z Sunnivą, gdy ta poszła do portu kupić dla nich bilety na prom. Zamierzała wyruszyć na wymarzoną wyspę jeszcze tego samego wieczoru. Petra postanowiła jej towarzyszyć, wcześniej jednak musiała pomóc pozostałym alkaloidom z Ośrodka. Jak mogłaby toczyć spo-

17


kojne, ciche życie bez poczucia, że zrobiła wszystko co w jej mocy i wykorzystała wszystkie szanse? Bez trudu znalazła właściwy adres. Po ulewie, jaka złapała ją po drodze, salon był zadziwiająco suchy i ciepły. Zapadła się w skórzanym fotelu, ignorując lepiące się do ciała ubrania. Deszcz wciąż szumiał za oknem, nad budynkiem od czasu do czasu przetaczał się grom, jednak ona czuła się bezpieczna. Była przecież pod dachem, z dala od wzburzonego morza. Póki co. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, gdy postawiono przed nią imbryczek z herbatą. Pachniała pomarańczą i goździkami i wszystkim tym, za czym tak bardzo tęskniła w Ośrodku. Nikt nic nie mówił. Wszyscy czekali, aż wypije i przestanie się trząść. Dopiero wtedy głos zabrał doktor Erhard. W ciemnym garniturze wyglądał na jeszcze wyższego i bardziej barczystego niż poprzedniej nocy na drodze. – Bardzo cieszymy się, ze zgodziłaś się przyjść, moja droga… – Petro – podpowiedziała, uświadamiając sobie, że nie podała wcześniej swojego imienia. Uśmiechnął się z wdzięcznością – Moja droga Petro. Skoro tu przyszłaś, rozumiem, że jesteś gotowa powiedzieć nam nieco więcej o pracy Ośrodka, z którego uciekłaś? Skinęła głową. – Jesteśmy tu, by cię wysłuchać. Zacznij, kiedy będziesz gotowa. Zaczęła więc. Starała się mówić tak, jakby pisała książkę. Słowami malować obrazy dwudziestoosobowych sal sypialnych, morderczych całodziennych treningów, lekcji samokontroli i kar za najmniejszy błąd czy brak precyzji. Opowiadać o tym, co było wcześniej, o okruchach utraconego życia, o bólu warunkowania i przełamywaniu kolejnych barier i oporów,a także o wszczepianych na drogę lokalizatorach. Starała się każdym kolejnym słowem, każdą zasłyszaną od Sunnivy czy Jorunn anegdotą podkreślać, jak bardzo to wszystko jest nie w porządku i jak bardzo nie zgadza się na taką rzeczywistość. Potrafiła mówić. Nie przepadała za tym, ale potrafiła i teraz wyraźnie widziała to w oczach zebranych. Widziała ich szok i współczucie, widziała gniew. W niektórych oczach widziała też wahanie, wątpliwości i poczucie winy. To ani trochę jej się nie spodobało. – To, co spotkało ciebie i tobie podobnych, jest karygodne i niesprawiedliwe – odezwał się doktor Erhard. – Nikt nie powinien wykonywać takiej pracy bez należytego wsparcia i opieki. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zakończyć działalność tego… czegoś. – A co się wtedy z nami stanie? – spytała Petra. – Wbrew pozorom jest nas dość sporo… Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Kiedy zorientowała się, że uśmiech nie obejmuje oczu, było już za późno. – Nie martw się. Na pewno znajdziemy dla was jakieś… zastosowanie. Krzyknęła, gdy siedzący po obu jej stronach mężczyźni w garniturach mocno chwycili ją za nadgarstki, uniemożliwiając ucieczkę. – Zawsze znajdujemy – ciągnął doktor Erhard. – Przede wszystkim, musimy was porządnie przebadać i odkryć, co jest powodem tej szczególnej… anomalii. – Nie! – Szarpnęła się w uścisku. Odruchowo zaczęła koncentrować jad, gotowa wbić paznokcie w przytrzymujące ją ręce i zafundować obu napastnikom złoty strzał. Doktor Erhard uśmiechnął się jeszcze szerzej. Skinął dłonią na stojących w progu współpracowników. Drzwi otworzyły się i do środka wprowadzono Jorunn oraz Yrsę. Obie były ciężko pobite, w miejscu jednego z oczu Yrsy ziała krwawa dziura. Musieli jej to zrobić poprzedniej nocy, dopiero teraz zaczynała się regenerować. I wtedy z całą mocą uświadomiła sobie, że przegrały. I że to jednak Sunniva od początku miała rację. Oby była szczęśliwa na swojej wyspie.

18


POTWÓR Z SZAFY Adrian Liput Dom wypełniały dźwięki. W salonie gadał telewizor. W kuchni, w garnku bulgotała woda. W łazience krople wody skapywały z kranu w równych odstępach. Szafę w korytarzu wypełniał cichy szloch schowanego w niej chłopca. A w sypialni rodziców jego ojciec wybijał siekierą swój własny rytm. Szafa była ogromna. Miała przesuwane drzwi. Chłopiec bał się ją otwierać. Wszystko przez te gorejące czerwienią oczy widziane w głębokiej ciemności, gdy szedł nocą do łazienki. Przez te pazury wystające zza framugi przesuwanych drzwi. Teraz nie miał jednak wyjścia. Tylko w szafie mógł się schować. Nie musiałby się chować, gdyby nie wyrządził tacie psikusa. To miał być niewinny psikus. Chłopiec schował mu leki. Te od głowy. A teraz tata wyżywał się siekierą na meblach, gdy już skończył ćwiartować mamę. Chłopiec przeklinał człowieka, który wymyślił prima aprilis. Nadchodził korytarzem. Wkrótce przesunie drzwi szafy. Te na lewo, za którymi była poprzeczna rura z wieszakami. Uśmiechnie się. Zrobi swoje. Zamknie szafę i pójdzie się uspokoić. Wrócą mu zdrowe zmysły i zobaczy, co zrobił. Jego syn szykował się na to wszystko. Z ust wydobył mu się ochrypły krzyk. Zakrył je dłonią, ale było już za późno. Mężczyzna wyciągnął rękę do drzwi szafy. Twarda łapa dotknęła ostrożnie ramienia chłopca. Teoretycznie nie mogła tego zrobić. Za plecami chłopca była ściana szafy. Właściciel łapy musiał być ostrożny. Każdy z trzech długich palców zakończony był ostrym, zakrzywionym szponem. Tylko panika w swoim skrajnym punkcie może dać tę obojętność, jaka spłynęła na chłopca. Oto znalazł się między młotem a kowadłem. Wybierać mógł między dżumą a cholerą. Kto wie, być może nawet wpadł z deszczu pod rynnę. Potem wszystko potoczyło się szybko. Było tak: Bestia przemknęła obok niego i naparła na drzwi, które z okropnym hałasem przeleciały w poprzek korytarza, po drodze trafiając chorego mężczyznę. Wypuścił siekierę i upadł na kolana, a potem na twarz. Z rozcięcia na jego skroni spłynęła krew. Jej zapach sprawił, że bestia ryknęła. Rzuciła się na nieprzytomne ciało. Tego wieczoru potwór z szafy nie zasypiał głodny w zaciszu swej pieczary. Obok niego, z szeroko otwartymi oczami, ssąc własny kciuk, leżał chłopiec. Znalazł się w innym wymiarze. Minęły lata. Chłopiec odebrał dobre wychowanie. Okazał się świetnym potworem z szafy. Wprawdzie nie zdołał sobie wyhodować kłów ani pazurów, ale nadrabiał te braki entuzjazmem i kreatywnością. Czasem, zamiast straszyć, przemykał z szafy nawiedzanego przez siebie mieszkania do kuchni, gdzie podkradał jedzenie. Nie osądzajcie go pochopnie. Musiał przecież się czymś żywić, a nigdy nie przekonał się do krwi i szpiku wysysanego z kości. Okradani właściciele myśleli, że to ich syn podjada wieczorami albo karmi swojego kota. Potwór z szafy, który sam kiedyś był czyimś synem, dbał o niego jak tylko umiał. Jedzenie jedzeniem, ale tak naprawdę przy życiu podtrzymywała go tylko i wyłącznie siła dziecięcej wyobraźni.

19


NAKAZ Marcin Zwoleń Biały wąż odartej z godności i odzienia ludzkiej masy krok za krokiem kierował się w stronę pomieszczenia, do którego drzwi przymocowano tabliczkę z napisem ŁAŹNIA. Także nagi, stłoczony w tłumie postawny mężczyzna szedł powoli przed siebie z dumnie uniesioną głową. Czuł się nieodłączną częścią drepczącego pochodu. Choć przez skórę odbierał, że na końcu drogi nie czeka na niego nic dobrego, gotów był stawić czoła najgorszej rzeczy, z którą przyjdzie się tam zmierzyć. Nawet jeśli to będzie śmierć. Niestety, nie było mu dane poznać kresu wędrówki. Niespodziewanie zimne palec mocno zacisnęły się na jego łokciu i nieznoszący sprzeciwu głos, górujący nad wszechobecnym harmidrem, wypełnił powietrze. – Do cholery, Horst! Co ty robisz?! Wibrujący tembr wwiercający się pod czaszkę wyrwał go z hipnotycznego transu. Silna ręka pewnym ruchem wyłuskała go spośród „żywych trupów”. Mężczyzna bez sprzeciwu dał odprowadzić się na bok do pokoju wartowników. – Musisz być przepracowany – usłyszał. – Zaraz przyniosę ci mundur. Póki co usiądź tutaj i odpocznij sobie. Zastępca komendanta obozu koncentracyjnego Sachsenhausen SS-Obersturmführer Horst Knittel w milczeniu wypełnił polecenie. Brakowało naprawdę tak niewiele, pomyślał. Może następnym razem się uda, gdy ponownie podda się rozbrzmiewającemu w jego głowie nakazowi rozebrania się do naga i przyłączenia do maszerującego na śmierć korowodu więźniów.

20


PRZEPOWIEDNIA Anna Karnicka Kiedy byłam mała, babcia powiedziała mi, że jestem przeznaczona królowi elfów. Według pradawnej przepowiedni musiałam zostać jego żoną i zasiąść na tronie Krainy Półświatła, by uchronić miliony istnień przed pogrążeniem w chaosie. Pamiętam, że jako mała dziewczynka wyczekiwałam, aż następca tronu pojawi się na progu naszego domu, cały w czerni i srebrze, poprosi mnie o rękę i wraz ze mną pogalopuje w stronę zachodzącego słońca. Wyobrażałam sobie długie, srebrzyste włosy opadające na kołnierz czarno-srebrnej tuniki. Niemal słyszałam dzwoneczki na końskiej uprzęży i miarowy tętent kopyt. Wreszcie nastał dzień, w którym miała dopełnić się przepowiednia. Na progu stał przeznaczony mi przez los książę. Tak jak w opowieściach babci, srebrzyste włosy niemal całkowicie zasłaniały szpiczaste uszy. Przepastny, aksamitny płaszcz spięty był diamentową zapinką, rękawy tuniki wykończono srebrną nicią. Maja i Sara patrzyły na niego oczarowane, wyglądając zza moich nóg. Żadna z nich nie śmiała pisnąć nawet słówka, mimo że na ogół były aż nadto bezpośrednie wobec gości. – To ty – powiedział po prostu książę. Spoglądał na mnie wielkimi, migdałowymi oczami w kolorze intensywnego błękitu. – Moja wybranka z przepowiedni. – Ostrożnie potwierdziłam to ruchem głowy. Wszystko wskazywało na to, że ma rację. Tak wiernie pasował do znanego mi opisu. – Moja pani. Pójdź ze mną, mój koń czeka pod tym… – Blokiem – podpowiedziałam, widząc, że elf zastanawia się, jak nazwać przedziwną budowlę, przed którą musiał się zatrzymać, by mnie odnaleźć. – Właściwie wieżowcem. Książę poruszył ustami, próbując powtórzyć wymowę obcego, nieznanego mu słowa. – Chodź ze mną, pani. Czas nam ruszać w drogę do Krainy Półświatła. Gęstnieją nad nią ciemne chmury chaosu, musimy je rozegnać. Popatrzyłam niepewnie to na niego, to na moje córki, wciąż zafascynowane strojem elfa. Młodsza, Sara, z przejęciem ssała kciuk. W pokoju grał telewizor. Syn oglądał mecz wraz z moim obecnym partnerem.. Cieszyłam się, że spędzają czas razem, dopiero niedawno zaczęli się dogadywać. – Spokojnie, powoli. – Pogłaskałam pięcioletnią Maję po jasnych, kręconych włosach. – Nie ma sensu się tak spieszyć, wyjaśnijmy sobie najpierw kilka spraw. Może wejdziesz do nas na herbatę? – Moja pani. – Elf skłonił głowę – gnałem, co koń wyskoczy, by cię odnaleźć. Nie ma czasu do stracenia! – Tylko że ja w tym momencie nie bardzo mogę… – Spojrzałam znacząco na Maję i Sarę, które wciąż tuliły się do moich nóg. – To wszystko jest trochę skomplikowane. Gdybyś tylko przyjechał kilka lat wcześniej… Myślałam, że przyjedziesz wcześniej. Myślałam, że pojawisz się na progu mojego liceum i odciągniesz mnie od złego towarzystwa. Myślałam, że odnajdziesz mnie w akademiku, zanim pójdę na imprezę do klubu i wpadnę z pierwszym napotkanym chłopakiem. Myślałam, że uratujesz mnie od toksycznego związku ojcem dziewczynek lub wyciągniesz ze szponów depresji, w którą wpadłam po urodzeniu Sary! Dlaczego musiałeś pojawić się akurat teraz, kiedy mam Roberta, kiedy wszystko zaczyna się układać?! Elf najwyraźniej zdołał odczytać te wszystkie oskarżenia z mojej twarzy. Błękitne oczy pociemniały. – Wybacz, moja pani – Uderzył się w pierś dłonią w skórzanej rękawiczce.

21


– Czas w Krainie Półświatła płynie inaczej. Dopiero teraz stałem się godzien tego, by zasiąść na tronie i najszybciej jak mogłem, ruszyłem na poszukiwania przeznaczonej mi wybranki. – Cóż, spóźniłeś się. – Wybacz mi, pani, i chodź ze mną jak najszybciej. Mój lud cię potrzebuje! – A ty? – spytałam. – Potrzebujesz mnie? – Oczywiście, moja pani. Od kiedy tylko usłyszałem treść przepowiedni, śniłem jedynie o tobie. – Kochanie, kto to? – rozległ się w przedpokoju głos Roberta. – Z kim rozmawiasz? – Jakiś gość od kablówki, zaraz go spławię – odkrzyknęłam. Popatrzyłam surowo na elfa. – Cóż, moja rodzina potrzebuje mnie bardziej – powiedziałam , biorąc tulącą się do mnie Sarę na ręce. Piękne oblicze elfa było tak smutne i pełne rezygnacji, że niemal zrobiło mi się go szkoda. Rozważałam nawet, czy nie nagrodzić go za długą, męczącą podróż i przynajmniej nie zaprosić na stygnące na kuchennym blacie ciasto. Mógłby usiąść na kanapie obok Adriana i Roberta, obejrzeć mecz razem z nimi, a później ruszyć na dalsze poszukiwania wybranki. Może Andżelika spod czwórki byłaby chętna uratować Krainę Półświatła? Kiedy to zaproponowałam, popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – Moja pani, nie ma czasu na jadło i odpoczynek! – oburzył się. – Musimy natychmiast ruszać, mojej krainie grozi zagłada! – Przykro mi – odparłam. – Nigdzie się stąd nie ruszam, nie mogę ich zostawić. Dłoń w skórzanej rękawiczce schwyciła Maję za szyję. Mała wrzasnęła, przestraszona i zdezorientowana. Nie spodziewała się, że piękny królewicz coś jej zrobi. Ja też się nie spodziewałam, opowieści babci mówiły zupełnie co innego. Elfy są dobre i szlachetne! Nie łapią bezbronnych dzieci i nie próbują ich dusić! – Co tu się dzieje? – Do przedpokoju wpadł Robert. Zatrzymał się jak wryty na widok wycelowanej w niego kuszy. Maja wykorzystała to, że ręce elfa zajęte są bronią i wtuliła się we mnie, szlochając. – Co to za jeden? – Jestem władcą Krainy Półświatła – odparł elf, nieubłaganie mierząc w jego serce. – I przybyłem po moją panią, przeznaczoną mi mocą pradawnej przepowiedni. Robert błądził wzrokiem między mną, moimi córkami a stojącym w progu uzbrojonym przybyszem. W gęstej, czarnej brodzie wciąż tkwiły okruchy chipsów, a koszulka z logo jego ulubionej drużyny piłkarskiej była poplamiona sosem czosnkowym. W dłoni trzymał puszkę z piwem. – W sensie, że kto? – spytał. Elf ruchem głowy wskazał na mnie. – Marta? – upewnił się Robert. Zmarszczył brwi, podrapał się po ogolonej na łyso głowie i popatrzył na mnie podejrzliwie. – Czegoś jeszcze mi nie powiedziałaś? – Kochanie, wszystko ci wyjaśnię… Elf najwyraźniej nie zamierzał mi na to pozwolić. – Pójdziesz ze mną po dobroci, moja pani! – powiedział – Albo go zastrzelę i zabiorę cię stąd tak czy inaczej. – Nie! – zaprotestowałam. Z salonu wypadł Adrian i zatrzymał się niepewnie w progu, próbując swoim czternastoletnim umysłem ogarnąć, co się właściwie dzieje. Ciemna grzywka jak zwykle opadała mu nieporządnie na twarz. – Mamo? – Nie rób tego, proszę! – zwróciłam się do elfa, gestem nakazując synowi powrót do pokoju. – Nie widzisz? Nie jestem już gówniarą gotową, by z tobą odejść cholera wie gdzie! Mam trójkę dzieci, dobiegam czterdziestki! Poszukaj kogoś innego, na pewno znajdziesz dużo dziewczyn gotowych ci towarzyszyć! – O tobie mówi przepowiednia! – sprzeciwił się elf. – Żadna inna nie może cię zastąpić! Pójdziesz czy mam go zastrzelić?! – Wy tak na poważnie? – zdziwił się Robert. Dopiero teraz naprawdę dotarło do niego, co się dzieje. – Odczep się od mojej kobiety! – warknął. Uderzył

22


dłonią o dłoń, prężąc pokryte tatuażami ramiona i ruszył w stronę elfa. – Wynocha! Już! Won, przybłędo! Rozległ się świst, a następnie gardłowy okrzyk. Strzała wystrzelona z kuszy przebiła ramię Roberta. Osunął się po ścianie na pokrytą wykładziną podłogę. Adrian przypadł do niego, próbując jakoś zatamować krew. – Następna będzie śmiertelna – ostrzegł elf, sięgając do kołczanu i ponownie ładując broń. Sara i Maja płakały w moich ramionach. Robert klął w sposób, którego dzieci absolutnie nie powinny słyszeć. – Więc jaka jest twoja decyzja, pani? – Dlaczego to robisz? – spytałam, krok za krokiem przesuwając się w stronę Roberta. – Po co ci to? Jakie to ma znaczenie, czy z tobą pójdę, czy nie?! – Pani, nie jestem bez serca – zadeklarował elf, przecząc wszystkim swoim dotychczasowym działaniom. – Nie posuwałbym się do tego, gdyby nie racja stanu! Moja kraina jest w niebezpieczeństwie, setki istnień zostaną pochłonięte przez chaos, jeśli razem nie zasiądziemy na tronie! Zostałem wysłany z misją ostatniej szansy i żałuję, że nie mogę odejść z kimś innym! Twoja ofiara i poświęcenie, szlachetna pani, uświęcą nasze małżeństwo i pozwolą ocalić Krainę Półświatła przed zagładą! – Gówno, nie poświęcenie! – odwarknęłam, spoglądając na niego wrogo sponad głowy Sary. – Nic mnie nie obchodzi twoja kraina i twoi ludzie, nigdy nie widziałam ich na oczy, jak dla mnie mogą nawet zdychać! – wyrzuciłam z siebie. – Nie chcę z tobą iść! Twarz przybysza wykrzywiła się, jakby właśnie otrzymał siarczysty policzek. Błękitne oczy zaszkliły się łzami. – Błagam, zaklinam na wszystkie świętości, zaklinam na twoja rodzinę! – Elf wskazał na Roberta i próbującego go opatrzyć Adriana. – Wiesz, że jestem w stanie go zabić. Wiesz, że nie zawaham się przed tym, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Idź ze mną dobrowolnie, nie każ mi go zabijać! Nie jestem mordercą, chcę tylko ocalić moich podwładnych! Mocniej przytuliłam dziewczynki. Elf był zdesperowany. Częściowo rozumiałam jego stanowisko, nie osłabiało to jednak nienawiści, jaką w tym momencie go darzyłam. Nie chciałam i nie mogłam odejść, ale nie wątpiłam, że intruz zabije Roberta i siłą wsadzi mnie na konia, jeśli tylko zdoła usprawiedliwić to racją stanu. Mogłam w ramach dramatycznego protestu powiedzieć, że prędzej umrę niż z nim pojadę, ale jaki to miało sens? Martwa nie pomogę mojej rodzinie bardziej niż uprowadzona przez elfa. Kto się zajmie dziećmi? Jeśli rzeczywiście miałam stąd odejść, Robert musiał przeżyć. Nie kochałam go, nie tak bardzo jak moich poprzednich mężczyzn, ale był dla mnie dobry i potrafiłam znaleźć przy nim spokój. Potrafiłby zaopiekować się dzieciakami. Spojrzałam w oczy elfa, szukając jakiegokolwiek potwierdzenia. Jego oczy widziały przyszłość. Mówiły mi, że wcale nie będzie dobrze. Że Robert nie będzie miał do nich serca. Nie skrzywdzi ich, ale zniknie, gdy tylko Adrian osiągnie pełnoletniość. Że Maja wpadnie w złe towarzystwo, a Sara prawdopodobnie prędzej czy później będzie potrzebować opieki psychiatry. – Nie ułatwiasz mi tego – wyszeptałam, spoglądając na elfa załzawionymi oczami. Wiedział o tym i również cierpiał, wciąż celował jednak kuszą w serce Roberta. – Mogę się chociaż pożegnać? Krótko skinął głową, nie opuszczając broni. Tuliłam moje dzieci po raz ostatni, nienawidząc się za podjętą właśnie decyzję. Dziewczynki prawdopodobnie i tak były za małe, by zapamiętać, co się stało. Adrian powie im kiedyś, że ich mamę porwał piękny, srebrnowłosy elf w czarnych szatach, została jego żoną i ocaliła Krainę Półświatła przed zagładą. Pokiwają głowami, przekonane , że brat opowiedział im to, by ukryć bardziej bezlitosną prawdę, że mama umarła lub po prostu je porzuciła. Nie uwierzą, że naiwna, słodka historia, którą próbowano zamydlić im oczy to najprawdziwsza prawda.

23


STWÓRCA Urszula Koszarek Gdy byłam małą dziewczynką, miałam przyjaciela. Był on trochę starszy i bardzo dziwny. Chciał zostać pisarzem i muszę przyznać, że w innych, bradziej sprzyjających okolicznościach, miałby na to duże szanse. Naprawdę go lubiłam, choć może przede wszystkim lubiłam jego opowieści. Snuł je nieprzerwanie, a na każdą porę dnia miał specjalny repertuar. Moimi faworytami były historie wieczorne. Pełne strachu, potworów, tajemnic i duchów. Był mistrzem słowa. Tym swoim bajaniem potrafił zahipnotyzować każdego. Mieszkał na poddaszu starego domu pani Dąbrowskiej. Jego gospodyni była leciwą, niedosłyszącą i niedowidzącą byłą pielęgniarką z okropną przypadłością – kopciła papierosy w takich ilościach, że nie wiem, czy była normalnym człowiekiem. Był czas, że uważałam ją za czarownicę. To nierozsądne przypuszczenie zagościło w mojej głowie na skutek jednej z opowieści Mateusza. Właśnie! Z tego wszystkiego zapomniałam wam przedstawić mojego przyjaciela. Tak, miał na imię Mateusz, choć nie jestem tego do końca pewna. Wokół niego zawsze unosiła się mgła niedopowiedzeń. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co to za jeden. Zjawił się pewnej nocy w domu pani Dąbrowskiej i poprosił o kawałek podłogi. W zamian obiecał zajmować się ogrodem i gotować. A gotował wspaniale! Najwyraźniej miał talent, nie tylko do zmyślania. Staruszka przystała na to, choć ludzie mówili, że to szaleństwo przyjmować pod dach nieznajomego. Chłopak był odludkiem. Całymi dniami przesiadywał w pokoju i stukał w swoją maszynę do pisania. Był młody, a zachowywał się jak zmęczony życiem dorosły. Tak przynajmniej wszyscy uważali. Gdy go poznałam zrozumiałam, że ci „wszyscy” się mylą. A poznałam go w dość dramatycznych okolicznościach. Byłam małym i ruchliwym dzieckiem, które nie grzeszyło rozsądkiem. Gdy pewnego dnia mama wysłała mnie do sklepu, zamiast mądrze się rozejrzeć przed przejściem przez ulicę, czy nie nadjeżdża samochód, bezmyślnie wybiegłam na jezdnię. Pamiętam tylko pisk opon i mocny uścisk w pasie. To był Mateusz, który prawdopodobnie uratował mi wtedy życie. Po całym tym niefortunnym zdarzeniu odprowadził mnie i opowiedział o wszystkim moim rodzicom. Tamtego dnia zyskał jeszcze jeden przychylny mu dom. Bywał u nas dość często. Mama bardzo go polubiła a tata mógł wreszcie z kimś „inteligentnym” porozmawiać. Właściwie wszyscy byliśmy zadowoleni. Naszą radość mącił jednak trochę strach. Był to strach przed nieznanym. Chłopak, choć opowiadał wiele, nigdy nie mówił o sobie. Nie wiedzieliśmy o jego przeszłości zupełnie nic. Był czystą kartką, niepokojącym elementem, wręcz można by rzec intruzem. Jego życie było jedną wielką tajemnicą. Pamiętam, jak mi powiedział, że na kogoś czeka. Zdziwiłam się. Myślałam, że nie ma nikogo, że jest zupełnie sam. Nawet mnie to trochę zaniepokoiło i możliwe, że po raz pierwszy w życiu poczułam zazdrość. Co ja tam mogłam wtedy wiedzieć?! Nic! Któregoś wieczoru siedzieliśmy, ja i on, na balkonie. Było ciepło. Zapytał czy chcę posłuchać pewnej historii. Oczywiście chciałam. Kazał mi tylko obiecać, że dopóki tutaj będzie, nikomu jej nie powróżę. Obiecałam. Teraz już spokojnie mogę podzielić się tym, co wówczas usłyszałam. *** We wszechświecie, tym samym, w którym Ziemia znalazła swoje miejsce, - znajduje się też zupełnie inna planeta, a nazywają ją Astra. Żyją na niej stwo-

24


rzenia bardzo do ludzi podobne. Mają, tak jak my, dwie nogi, dwie ręce, głowę i właściwie niczym szczególnym się od nas nie różnią. Może tylko jedną a raczej dwoma małymi rzeczami – są papierowi i mają inne serca. Serca ich są większe i lepsze niż serca ludzi. Czują mocniej, przeżywają wszystko silniej, kochają intensywniej i cierpią dotkliwiej. Kraina ta powinna być niebem, ale niebem nie jest. Tam, gdzie jest dobro, tam musi się pojawić i zło. Dlaczego tak jest? Może dla równowagi? Lecz komu taka równowaga potrzebna! Na Astrze wylądował Wilki Piec – tak o nim mówiono. Wielki Piec potrzebował dużo paliwa a jego paliwem był papier. Mieszkańcy Astry byli zaś zagorzałymi obrońcami papieru. To na papierze chowały się najwspanialsze historie. Oni zaś, zamiast ze zwykłego jedzenia, siłę życiową czerpali z tych właśnie opowieści. Koniec papieru oznaczał zatem koniec planety. Sami też byli przecież papierowi. Wielki Piec zajmował coraz więcej miejsca, był bardzo duży i bardzo groźny. Buchał ogniem i palił żywcem. Wszyscy się go strasznie bali. Nie można go było tak po prostu zniszczyć. Wszelkie próby kończyły się tragicznie. Wielu śmiałków zginęło a najgorsze było to, że im więcej papierowych mieszkańców pochłaniał, tym stawał się potężniejszy. Jego płomień głupoty i złości rozlewał się na całą planetę niszcząc wszystkie cenne opowieści. I nadszedł ten straszny dzień. Dzień, w którym spłonęła biblioteka… *** Na tym mój przyjaciel skończył. W oczach miał łzy. Był przejęty i zmęczony. Nigdy nie dowiedziałam się, co było dalej. Choć ciekawość mnie zżerała, nie chciałam go dłużej męczyć. Na odchodne powiedział, że idzie popisać na maszynie. W nocy miałam straszne koszmary. Śniły mi się płomienie i wrzaski. Widziałam, jak ogień trawi domy, lasy i ludzi. Obudziłam się z przerażeniem i możliwe, że również z krzykiem. To nie był spokojny czas, a miało być jeszcze gorzej. Mateusz zamknął się w pokoju. Pani Dąbrowska mówiła, że zwariował. Że cały czas pisze i pisze. Ja jednak rozumiałam, że kryje się za tym coś więcej niż szaleństwo. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, co to jest. I wreszcie mnie wpuścił. Słabe światło przesączało się przez zasłonięte okno. W mieszkaniu było ponuro a Mateusz wyglądał, jakby postarzał się o całe życie. Już nie dostrzegłam młodego chłopaka ale starca, ledwie trzymającego się na nogach. Podbiegłam do niego i zaczęłam pytać, co się stało. Prosiłam! Błagałam! On jednak siedział tylko na drewnianym krześle przed biurkiem i wpatrywał się w milczeniu w swoją maszynę do pisania. Na rogu stołu zobaczyłam duży stos gęsto zapisanych kartek. Zrozumiałam, że to jego opowieści, że spisał je wszystkie. No, może prawie wszystkie, bo w maszynie tkwiła do połowy zapełniona kartka. Zobaczył, że mu się przyglądał. Spojrzał na mnie i powiedział, że teraz moja kolej. Moja kolej?! Ale na co? – pomyślałam. On jakby usłyszał te myśli i dokończył: Na pisanie… Prychnęłam, tak jak tylko mała dziewczynka może prychnąć i zaprotestowałam: Ja nie umiem! Uśmiechnął się czule, pogłaskał mnie po głowie i znów zaczął uporczywie wpatrywać się w tekst: Tego nie trzeba umieć, to trzeba czuć. Ty czujesz… Wiem, że czujesz. Z jakichś niewyjaśnionych przyczyn te słowa mną wstrząsnęły. Wybiegłam na dwór. Wtedy po raz ostatni widziałam Mateusza. Zniknął. Zostały mi po nim tylko te kartki i historie. Wiele historii, które teraz opowiadam swoim dzieciom. Część spisuję, część zapamiętuję. Sama tworzę nowe i cała się w tym stwarzaniu światów zatracam. Pamiętam, że długo po zniknięciu Mateusza krążyły niestworzone opowieści. Niektórzy mówili, że pożarła go ta jego maszyna do pisania, inni, że porwali go kosmici, a jeszcze inni, że ktoś go zamordował. Ja myślę, że odszedł, bo znalazł następcę. Mateusz był pisarzem i kochał książki. Widział w nich przyszłość. Zaraził mnie tą miłością. Bywają chwile, że bardzo mi go brakuje, ale

25


wtedy biorę jedno z jego opowiadań i czuję, że jest blisko. Siedzi obok na kanapie i przygląda mi się ukradkiem. Jest moją tajemnicą i rozpalił we mnie płomień twórczy. Tak oto Wilki Piec został zniszczony. Bo ogień zwalcza się ogniem.

26


GRA ZE ŚMIERCIĄ Olaf Pajączkowski Nareszcie przyszła. Drżącymi rękoma Olgierd odebrał przesyłkę od listonosza. Niemalże wyślizgnęła mu się ze spoconych dłoni, gdy biegł do pokoju. O nie, taki skarb, gdyby się rozbił, nie, nie przebaczyłby sobie tego… Włączył telewizor, potem Playa Siedem i w końcu otworzył paczkę. Przez chwilę raczył oczy widokiem pięknego opakowania – potężni bohaterowie z ogromnymi spluwami stali nad truchłami kosmicznych monstrów, a wielki napis dumnie głosił, że oto na dysku wypalono dwudziestą część ich przygód. Olgierd otarł łzę. Od trzydziestu pięciu lat był wiernym fanem serii: był z nią od samego początku, od pierwszej części, jeszcze w 2D, jeszcze niedocenionej przez krytyków i graczy, on jednak już wtedy wiedział, że będzie to wielka saga, sukces komercyjny i artystyczny. Ach, ileż poranków i wieczorów spędził na masakrowaniu obcych! Ile razy odczuwał dumę z dobrze wykonanych (na sto procent i ze wszystkimi sekretami) misji! A teraz miał zagrać w część jubileuszową… To trzeba uczcić! Z tej okazji wyjął drugiego pada. Potnie z kimś na co-opie, będzie zarąbiście. Sięgnął po komórkę i już miał wdusić jakieś cyfry, gdy wtem sobie uświadomił, że w sumie nie ma do kogo zadzwonić. Nie znał numerów połowy swoich dawnych znajomych. Pozostali opiekowali się dziećmi, niektórzy nawet wnukami, i nie mieliby czasu z nim zagrać… On jakoś tak do tego wszystkiego nigdy nie miał głowy, energii, chęci, a przede wszystkim: ciągle był zajęty. Ludzie przychodzili i odchodzili, nikt nie zostawał, tylko jego ukochana seria zawsze z nim była. No cóż, to pogra jak zwykle: sam. Już siadł na kanapie, już odpadał program, już sycił oczy widokiem pięknego menu, gdy wtem drzwi do jego mieszkania otworzyły się z hukiem. Zerwał się na nogi i z przerażeniem zobaczył, jak do pokoju ładuje mu się sama Śmierć. Zbladł, oblał go zimny pot. – Przyszłaś po mnie? – jęknął Olgierd; życie przeleciało mu przed oczami, jak na filmach. I nagle wszystkie żale, wszystkie braki, cała ta pustka, lęk, smutek, do tej pory skrywane gdzieś w podświadomości, wypłynęły na wierzch, z pełną mocą. – Teraz już rozumiem! – skamlał. – Zmarnowałem czas na grach! Ale daj mi jeszcze rok, proszę, rok! Błagam! Nie dłużej, obiecuję! Chciałbym w końcu pożyć, choćby przez sekundę! Błagam! A jak chcesz, to mogę o wszystkim opowiedzieć innym, żeby nie marnowali ani chwili! Będę dla nich przestrogą! Och, jakiej nauczki udzielisz im za moim pośrednictwem…! – Stary, co ty bredzisz? – zdziwiła się Śmierć, sadowiąc się na kanapie. – Kto ci pisze teksty, co? Jakiś niezły grafoman. Uspokój się, bo zawału dostaniesz i rzeczywiście zejdziesz. – A… a więc nie przyszłaś po mnie? – Zdumienie Olgierda nie znało granic. Osunął się bezwładnie obok swego niecodziennego gościa. – A skądże! Nie mam cię w planach. No, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości… – Sięgnęła kościaną łapą po pada. – Akurat byłam w pobliżu, a wiedziałam, że ty jako pierwszy w okolicy będziesz miał tę gierkę, jeszcze przed premierą. No wiesz, ja też jestem fanką. Przeszłam wszystkie części! Tej jednak nie mogłam kupić, nie uwierzysz, obsługa klienta u nich schodzi na psy, przepraszają, ale przestają prowadzić sprzedaż wysyłkową do Zaświatów, wyobrażasz to sobie? Że podobno mała opłacalność, duże koszty i takie tam pierdoły. A do ich siedziby nie mogę wejść, tak strzegą tajemnic handlowych, że nawet Śmierć się nie prześlizgnie! No to co miałam robić? Też chciałam pograć sobie jak najszybciej, wpadłam więc do ciebie.

27


Olgierd gapił się na nią i musiał wyglądać bardzo głupio, bo pokręciła czaszką, wyraźnie skonsternowana. – Słuchaj, nawet Śmierć czasami może mieć dość roboty, nie? Nie rozdziawiaj tak gęby, tylko gramy. – To mówiąc, wcisnęła mu drugiego pada w drżącą dłoń. – Ty jesteś plajer tu, okej? I walimy na ko-opie. Zobaczysz, ze mnie żaden nub!

28


Stusล‚รณwka


RANDKA W CIEMNO Małgorzata Gwara – Dobra chłopie, wyjaśnij mi coś. Wyrwałeś wreszcie tę rudą z kadr, nałaziłeś się, a kręcisz, że to randka w ciemno! – Salaryman oparł się o automat do kawy. Drugi, wyraźnie przygaszony, wrzucił drobne do szczeliny. Westchnął ciężko. – W pewnym sensie była – odparł po chwili zagadkowo. – Zaczęło się niby standardowo. Kwiaty, kolacja, wino we włoskiej knajpce za rogiem... Dotknąłem jej dłoni i wyszeptałem, że ma naprawdę piękne oczy. Roześmiała się, pokazała perłowe ząbki. Najpiękniejszy widok... – Zamyślił się. – Nie gadaj, że jej się oświadczyłeś. – Nie. Odparła, że oczy są zwierciadłem duszy. Nie będzie mnie bezduszny rudzielec okłamywał! Zamachnąłem się i wymierzyłem sprawiedliwość widelcem.

31


BEZ NIEJ NIE WYJDĘ Izabela Balińska-Lech – No Elka, rusz się wreszcie! – krzyczałam stojąc na progu jej mieszkania. – Idę już, idę… – odpowiedziała chyba po raz pięćdziesiąty tego wieczoru i weszła ponownie do łazienki. – Zostaw już ten dziób w spokoju – powiedziałam, delikatnie rzecz ujmując, lekko już zirytowana. – Baśka, wiesz, że ja bez konturówki… – nagły, głośny huk uniemożliwił jej dokończenie zdania. Nim się zorientowałyśmy, co się wydarzyło, leżałyśmy przygniecione toną jakichś metalowych elementów. Jak później podawali w porannych wiadomościach, w piętro naszego bloku z bliżej nikomu nie znanych przyczyn uderzył helikopter. – … nie wyjdę – resztami sił Baśka dokończyła myśl i przejechała koślawo kredką po ustach. Potem znieruchomiała na zawsze.

32


ARTYSTA UPADŁY? Małgorzata Gwara Przejrzały jegomość zgrywający reżysera wtoczył się ciężko do porannego autobusu gdzieś na Mokotowie. Niby nieprzytomnie roztrącał przechodniów, ale wystarczyło, że ujrzał cizię w różu i białych kozaczkach, a jego wzrok nabrał bystrości. Ruszył ku niej momentalnie. Łatwa ofiara, poleci na artystę upadłego. – Droga pani, ja panią zabiorę do Zakopanego, do Krakowa na festiwal, do Karpacza... Tylko musi pani uważać, bo kręcę filmy niepokorne. Takie, że z rana borowiki stały u mnie na wycieraczce, nie grzyby... BOR, piękna. Jeszcze raz spojrzał na laskę odwróconą plecami. – Weź się, tato. Szczęka opadła. I gdy tylko otworzyły się drzwi, wybiegł z autobusu z krzykiem.

33


POSŁUSZNA MARYSIA Izabela Balińska-Lech Niemowlę leżało już piątą godzinę pod krzakiem w miejscowym parku. Każdy z mijających je do tej pory przechodniów albo miał na uszach słuchawki, albo był zbyt zajęty rozmową, albo, o zgrozo, udawał, że nie słyszy jego wrzasku. Wreszcie usłyszała go mała dziewczynka. Podeszła, podniosła i przytuliła dziecko niczym szmacianą kukiełkę. – Mamo, mamo, jaka piękna lalka tu leży. Mogę ją zatrzymać? – Wiesz, kochanie, że nie bierzemy do domu rzeczy z podwórka. Marysia popatrzyła głęboko w zapłakane oczy swego nowego znaleziska, a potem ze smutkiem odrzuciła je z powrotem na ziemię i pobiegła za oddalającą się rodzicielką. Płacz dziecka zamilkł na zawsze.

34


DŁUG Marcin Zwoleń Psiakrew, ludziom to nie można ufać. Przyjdzie ci taki koleżka i żali się, jakie to życie podłe. Jak to go żona nie rozumie, jak to się w pracy nie układa i jak ciężko związać koniec z końcem. Prosi, błaga o pomoc finansową, żeby mu pożyczyć parę groszy. Bo do wypłaty nie starcza, bo w lodówce pusto, bo komornik, bo żyć się nie chce. Litujesz się, wyciągasz rękę, wspierasz dobrym słowem, pożyczasz pieniądze. I jaka jest jego wdzięczność? Dowiadujesz się wkrótce, że się w tej swojej rozpaczy na pasku powiesił. Ale długu nie oddał. I bądź tu, człowieku, dobry dla innych.

35


NA HAJU Izabela Balińska-Lech Leżałem na haju, tak mi się przynajmniej zdawało, gdy do pokoju weszła moja żona. Patrzyłem w jej niewyraźne już oczy, rozmazujące się raczej z jej przepracowania niż od jakości mojego towaru, i zacząłem się zastanawiać, gdzie podziała się ta jej legendarna uroda. Wszyscy w kraju podobno tak ją podziwiali, grała w najlepszych filmach, zaliczyła kilka wybiegów, a taka jest dla mnie stara i brzydka. Włos już zmierzwiony, kokardki jakieś takie sprane, pazury krzywo przycięte i do tego ten nieświeży oddech. – Barch, zostaw już te resztki piwa i wracaj do kojca – wyszczekała moja małżonka i nerwowo zamerdała ogonem. – Już idę… Lassie…

36


Rymowisko


KRANIEC KRESU Adrian Turzański Welesowe władztwo we włościach Sromotnie starte Swaroga satyrą, Wieczyste wietrzysko Wietrzyca wywiewa Mgłach Mokoszowe macierze marnieją. Dola darzy daremnie dziewicowojnę Czerni cerę Chronos cieniem, Szelest szlakiem Swarożyca smagleje Jeździec Jarowit jarym junakiem. Koniska karci Kościej krzepko Łyśnie łuna, łaska Łady Męt Marzannowy martwy majak Śnięcia światła Światowida śmiertnieją.

38


Subiektywnie


TAM I Z POWROTEM Marek Adamkiewicz Łukasz Orbitowski już dawno przestał być kojarzony przede wszystkim z horrorem. Owszem, od tego gatunku zaczynał, ale nawet w jego wczesnych powieściach groza była często pretekstem do snucia rozważań o ludziach i tym, co w nich siedzi. Najnowsze dokonania autora są już praktycznie całkowicie pozbawione pierwiastka fantastycznego (no, może z wyjątkiem finału „Szczęśliwej Ziemi”), ale czy jest to stary, czy nowy Orbitowski, jedno pozostaje niezmienne – jego proza potrafi dotrzeć do głębi duszy i poruszyć pewne jej struny. Nie inaczej jest z najnowszym dziełem pisarza. „Exodus”, jakkolwiek nie jest książką do końca przystępną, intryguje i nie pozostawia obojętnym. Życie potoczyło się w taki sposób, że Janek musi uciekać. Nie bierze ze sobą prawie niczego poza gotówką, z której czyści swoje konto bankowe. Pozostawia całą resztę – karty kredytowe, komórkę, dowód osobisty. Musi zacząć wszystko od nowa. Mężczyzna potrzebuje odwrócenia się od przeszłości, odcięcia się od niej grubą kreską. Tylko czy to się uda? Czy przebywając w Niemczech, na Słowenii, a w końcu w Grecji, będzie w stanie zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w Polsce i odnaleźć spokój? Podróż ma przynieść odpowiedzi na dręczące bohatera pytania i pomóc rozwikłać kwestię, czy będzie mógł jeszcze kiedyś powrócić do ojczyzny i pewnych niedokończonych spraw. Orbitowski dzieli swoją najnowszą powieść na cztery fragmenty, dotyczące kolejnych etapów podróży Janka. W każdym z nich udało mu się w interesujący sposób przedstawić perypetie bohatera. Mamy okazję obserwować, jak zachowuje się on pod wpływem określonych okoliczności. W Niemczech dużą wagę przywiązuje do przywiezionej z Polski gotówki, uważając, że bez niej sobie nie poradzi. Los szybko weryfikuje te plany, bo w dalszą drogę Jan wyrusza już bez grosza przy duszy. Następnie próbuje odnaleźć się w obozie dla uchodźców na Słowenii. Autor dotyka tu nie tylko losu głównego bohatera, ale i wielu spraw istotnych w dzisiejszym świecie. Spojrzenie na obóz migrantów jest dosyć smutne, pokazuje bowiem zagubienie praktycznie każdej osoby, która się w nim znajduje – zarówno samych Syryjczyków, jak i opiekujących się nimi wolontariuszy. Bardzo dobre wrażenie sprawia ta część „Exodusu”, w której Janek ląduje na ulicach Lublany jako bezdomny. Orbitowski pokazuje w niej, że nawet znajdując się w fatalnym na pierwszy rzut oka otoczeniu, można pozostać człowiekiem i starać się postępować właściwie. Problemem może być jednak to, że nie wszyscy tę zdolność potrafią zachować, a za dobro okazane innym ludziom czasami można zapłacić ogromną cenę. Perypetie Janka na ulicach słoweńskiej stolicy wiążą się także z jego dawnymi losami, jeszcze sprzed wyjazdu. Orbitowski od samego początku książki kolejne rozdziały przeplata retrospekcjami bohatera, z których dowiadujemy się jak wyglądało jego życie w Polsce i powoli poznajemy prawdę o tym, dlaczego z uciekł z kraju. By „Exodus” okazał się powieścią potwierdzająca dobrą formę twórczą Łukasza Orbitowskiego, koniecznym było odpowiednie pokazanie głównego bohatera, bo to on towarzyszy nam od początku do końca lektury. Jaki jest więc

41


Janek, czy da się kibicować jego wysiłkom w dążeniu do odkupienia i drodze do pogodzenia się z prawdą? Odpowiedź wcale nie jest jednoznaczna. Czasami widzimy go jako kogoś zupełnie oderwanego od rzeczywistości, którą interpretuje na własny sposób, niekoniecznie zgodny z faktycznym stanem rzeczy – wtedy irytuje. Innym razem jednak otrzymujemy sceny, i nie jest ich mało, w których motywacja protagonisty staje się zrozumiała, a górę biorą jego ukrywane na co dzień emocje – wówczas z kolei wydaje się bardzo ludzki, w odbiorcy zaś budzi się empatia. Wraz z tokiem fabuły zaczynamy coraz lepiej rozumieć Janka, poznajemy też kolejne elementy jego przeszłości, co pozwala Orbitowskiemu lepiej umotywować, dlaczego podjął taką, a nie inną decyzję. Ona wciąż pozostaje dyskusyjna, ale nawet jeśli ktoś się z nią nie zgadza, to pod koniec powieści może już łatwiej wczuć się w sytuację bohatera. Ważnym elementem „Exodusu” są fragmenty, w których autor pokazuje, jakie czynniki spowodowały, że bohater stał się człowiekiem, jakim jest obecnie. Dużą rolę odgrywa tu między innymi wychowanie. Janek dorastał z jednym rodzicem – opiekę sprawowała nad nim matka, więc kiedy sam zakłada rodzinę, nie chce popełniać tych samych błędów co jego ojciec. Po części tę postawę widać w scenach retrospektywnych, kiedy protagonista powoli dojrzewa do rodzicielstwa, ale o wiele większe wrażenie robi wątek z Lublany, kiedy Janek bierze pod opiekę żyjącego na ulicy dwunastolatka. Orbitowski w cudowny i niezwykle subtelny sposób prezentuje nam meandry psychiki osoby pragnącej kolejnej szansy, na dalszy plan odsuwającej wszelkie wątpliwości, chcącej za wszelką cenę dać drugiemu człowiekowi trochę ciepła. Konsekwencje takiego zachowania i ogromnego zaufania, którym bohater obdarza obcego chłopca, są sprawą drugorzędną, istotne jest to, że Janek odkrywa w sobie pokłady prawdziwej, bezinteresownej miłości. To jedna strona bohatera, ale istnieje też druga, bardziej mroczna i bezwzględna, także obudzona przez wydarzenia z Polski. Ona daje o sobie znać w Grecji, gdzie Jan decyduje się na pewne radykalne rozwiązania, które w kontekście jego wcześniejszych perypetii wydają się być zarówno szokujące, jak i zrozumiałe. Pewnym rozczarowaniem może być dosyć niespodziewane i nie do końca satysfakcjonujące zakończenie powieści, które nie przynosi praktycznie żadnego rozwiązania. Czytelnik wciąż ma w głowie wiele wątpliwości odnośnie do fabuły, ale autor nie próbuje ich wyjaśniać i kończy, w mojej opinii, nieco przedwcześnie. Co prawda nie jestem zwolennikiem podawania odbiorcy wszystkiego na tacy, niedopowiedzenia też mają swój urok, niemniej w tym konkretnym przypadku przydałoby się zamknąć fabułę w nieco bardziej zdecydowany sposób. „Exodus” był przez samego autora określany jako powieść drogi. W istocie, ten motyw jest tutaj ważną składową, jednak znajdziemy w niej o wiele więcej niż samą tylko podróż. To opowieść o próbie poradzenia sobie z przeszłością i traumatycznymi wydarzeniami, o poszukiwaniu samego siebie i próbie określenia jakim jest się człowiekiem. Nie sądzę, by książka zdobyła powszechne uznanie, z pewnością znajdą się czytelnicy, którzy będą rozczarowani sporymi różnicami między jej poszczególnymi częściami, lecz mimo to „Exodus” jest kolejnym dowodem na to, że Łukasz Orbitowski potrafi sobie poradzić w prozie głównego nurtu, niewspomagany fantastycznymi elementami, które mogłyby wesprzeć fabułę w co bardziej zawiłych momentach. To powieść niełatwa, dojrzała i potrafiąca poruszyć, kolejna solidna pozycja w dorobku autora. Tytuł: Exodus Autor: Łukasz Orbitowski Wydawca: SQN Data wydania: listopad 2017 Liczba stron: 448 ISBN: 978-83-6583-627-4

42


PREZENT JAK ZNALAZŁ Marek Ścieszek Jak sprawić radość komuś, kto pochłania hurtowe ilości książek a jego ulubionym pisarzem jest Stephen King? Kupić mu w prezencie książkę tego właśnie autora, niekoniecznie dużą, aby drożyzną nie wprawiać w zakłopotanie. Magiczną, aby przy lekturze zapomniał o bożym świecie. Bajecznie wydaną, aby wzbudziła zachwyt natychmiast po rozpakowaniu. No i świeżo napisaną. Taka jest właśnie książka, a właściwie nowela, króla horroru, napisana do spółki z Richardem Chizmarem. Ukazała się u nas na krótko przed Świętami, idealna, aby sprawić komuś frajdę. Kinga w Kingu jest tutaj naprawdę sporo, szczególnie jego nowszej wersji. Tej, która wyprodukowała „Historię Lisey”, „Rękę mistrza”, może nieco wcześniejszą od wymienionych „Rose Madder”. Magiczny klimat zastąpił przyziemną grozę większości książek króla horroru. Lecz jednocześnie akcję umiejscowił on w sztandarowym miejscu, osobistym, stworzonym przez siebie, zapełnionym postaciami oraz mnóstwem rozmaitych historii: w Castle Rock. „Pudełko z guzikami Gwendy” to opowieść o dziewczynce, która postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i pozbyć się nadwagi. W czasie jednej z codziennych przebieżek w punkcie widokowym Castle View spotyka nieznajomego, człowieka jak nie z tej epoki, którego cechą charakterystyczną jest czarny melonik, a także wyjątkowo dobre wychowanie i ogłada. Mężczyzna daje jej tajemnicze pudełko z równie tajemniczymi guzikami i objaśnia, jak z nim postępować, po czym, jak gdyby nigdy nic, znika. Od tej pory w życiu Gwendy zaczynają zachodzić zmiany. Dziewczynka traci niechciane kilogramy, nie wysilając się zbytnio fizycznie ani nie stosując specjalnej diety. Zaczyna osiągać świetne rezultaty, zarówno w sporcie, jak i w nauce. Mijają lata, wraz z nimi pojawiają się kolejne etapy edukacji Gwendy i wciąż nowe sukcesy. Czy jest to historia o tryumfie, o nieustającym paśmie sukcesów, o tym, że w łatwy sposób, przy minimum wysiłku, można osiągnąć wszystko? Nie. Pudełko dużo daje, ale otacza je mroczna aura, może podarować dobre wyniki w nauce, ale również dokonać niemałych spustoszeń. Nowela jest ostrzeżeniem. Za każdą wspaniałą chwilą kryje się cień dużo gorszej możliwości. Wszystko sprowadza się do wyborów, pudełko nie decyduje samo, nawet jeżeli to ono pomaga w realizacji jakiegoś zamiaru. Decyduje człowiek. Ciekawa jest historia powstania noweli. Stephen King, stworzywszy znaczną część opowieści, przerwał ją i przekazał do dokończenia Chizmarowi. W pewnym momencie perypetie Gwendy przestaje pisać King, a zaczyna właśnie Chizmar i ten, kto nie wie, gdzie przebiega granica, przegapi ją. Kingowcy nie powinni się poczuć zawiedzeni. „Pudełko z guzikami Gwendy” zostało napisane tak, jakby od początku do końca wykreował je jeden autor. Zwłaszcza, że minione lata w twórczości Kinga wypełnione są duetami: nie tylko z Chizmarem, ale również z Peterem Straubem, Stewartem O’nanem oraz synami: Owenem i Joem Hillem. Kolejnym elementem tej samej ciekawostki jest fakt, iż Richard Chizmar to nie tylko współautor, ale również wydawca oryginału, właściciel wydawnictwa Cemetery Dance. Człowiek, którego na pisarską drogę pchnął sam King powieścią „To”. On też był pierwszym wydawcą opowiadania „Gryziszczęka”, ze zbioru „Marzenia i koszmary” oraz

43


noweli „Billy Blokada”, u nas dostępnej w zbiorze „Bazar złych snów”. A teraz doszło do tego „Pudełko z guzikami Gwendy” i można przypuszczać, że na nim się nie skończy. Na koniec jeszcze jedna informacja dotycząca „Pudełka...”. Już po publikacji, również w Polsce, a przed spisaniem moich wrażeń z lektury, świat obiegła wieść, że jest już gotowa kolejna powieść z miasteczkiem Castle Rock w tle, i że będzie można ją potraktować jako sequel noweli Kinga i Chizmara. Utwór nosi tytuł „Elevation”. Jest mniej więcej dwukrotnie dłuższy od „Pudełka...” więc równie dobrze może zostać wydany osobno, jak i stać się częścią składową najbliższego zbioru opowiadań. Czekam z niecierpliwością, by jak zwykle z dreszczem radości wchłonąć spore ilości Kinga. Jeżeli więc szukacie czegoś na prezent, pięknie zilustrowanego, oprawionego na bogato, z treścią która ma przynieść satysfakcję, wybór może być tylko jeden. Tytuł: Pudełḱo z guzikami Gwendy Tytuł oryginalny: Gwendy’s button box Autor: Stephen King, Richard Chizmar Ilustracje: Keith Minnion Tłumaczenie: Danuta Górska Wydawca: Albatros Data wydania: 22 listopada 2017 Liczba stron: 176 ISBN: 978-83-8125-072-6

44


SUPERRODZINA Marek Adamkiewicz Na polskim rynku ukazują się obecnie trzy serie, w których Superman gra pierwsze skrzypce. Takiego bogactwa nie było u nas nigdy wcześniej, wydaje się więc, że to świetna okazja, by odbudować zainteresowanie rodzimego czytelnika tą znakomitą postacią. Wersja bohatera z „Nowego DC Comics” cieszyła się na tyle niewielkim zainteresowaniem, że cykl został porzucony po trzech tomach zbiorczych. Pomysły Granta Morrisona nie okazały się dość zajmujące i fani nie wsparli jego wizji swoimi portfelami. W „Odrodzeniu” Człowieka ze Stali powierzono między innymi Peterowi J. Tomasiemu, twórcy obeznanemu z postacią, a efekty jego pracy możemy podziwiać w wydanym we wrześniu pierwszym tomie „Supermana”, który sprawia nadspodziewanie dobre wrażenie. Po śmierci Supermana mogło się wydawać, że dla świata nie ma już nadziei. Jednak ostatnią potyczkę bohatera obserwował inny Superman. Pochodzący ze zniszczonej Ziemi heros jest mądrzejszy i bardziej doświadczony od swojego poległego odpowiednika. Na walce z różnego rodzaju zagrożeniami zjadł zęby, wydaje się więc, że będzie doskonałym zastępcą dla największego superbohatera, jakiego do tej pory znał świat. Teraz, gdy pojawia się nowe zagrożenie – inny ocalały z Kryptona, obdarzona świadomością maszyna, pragnąca zasymilować wszystko, co ma w sobie odrobinę genomu z tej odległej planety – nadchodzi czas, by wyszedł z cienia i zajął miejsce, które dobrze zna – obrońcy ludzkości. Chce towarzyszyć mu syn, Jonathan. Młodzieniec zaczyna powoli objawiać moce podobne do ojcowskich, a nad niektórymi z nich trudno mu zapanować. By to zrobić, potrzebuje przewodnika. W pierwszym tomie „Supermana” położono nacisk na relacje rodzinne panujące u Smithów (taki alias przyjęli bowiem dawni Kentowie na tej Ziemi). Sprawdza się to bardzo dobrze, ponieważ do standardowej motywacji bohatera, jaką jest ochrona świata i ludzi, dochodzi kolejna, o wiele bardziej osobista. To z kolei pozwala na łatwiejsze uwierzenie w większą determinację Człowieka Jutra. Tomasiemu i Gleasonowi udało się ponadto bardzo wiarygodnie zaprezentować Jonathana. Tytułowy syn Supermana jest młodym chłopakiem, który zaczyna odkrywać swoje moce i dowiaduje się, jak nad nimi zapanować. Rolą Clarka będzie zaś odpowiednie pokierowanie synem, by nauczył się wykorzystywać swoje zdolności w sposób odpowiedzialny i nie dał się ponieść potędze, którą najprawdopodobniej będzie władać. Relacja ojciec-syn jest tu naturalna i zaprezentowana z dużym wyczuciem. Ten obyczajowy sznyt nadaje całości odpowiedniej głębi, tak potrzebnej także w nurcie superhero. Bardzo ciekawy w „Synu Supermana” jest główny antagonista. Eradicator, podobnie jak Kal-El, ocalał z zagłady Kryptona. Nie jest jednak człowiekiem – to obdarzona świadomością maszyna, dążąca do odbudowy zniszczonego świata. W tym celu asymiluje wszystko, co zawiera chociaż małą cząstkę kryptońskiego genomu. Twórcom udało się zaprezentować tę postać inaczej niż jako mało interesującego wroga, pragnącego bezmyślnej destrukcji. Eradicator kieruje się motywacją, którą można zrozumieć, ponieważ chce ocalenia resztek swojego świata, a docelowo także jego odbudowy. Tym

45


co czyni z niego złoczyńcę, są środki, którymi zamierza zrealizować swoje zamiary. Tomasi i Gleason osiągnęli w tym aspekcie całkiem dużo, zwłaszcza, gdy porównamy „Supermana” z innymi seriami „Odrodzenia” – tu główny przeciwnik nie jest bowiem jednowymiarowy i daleko mu do bycia czarno-białym. Eradicator nie jest wcale postacią nową, a jego występy mają okazję pamiętać także polscy czytelnicy, bo pojawiał się w zeszytach wydanych przez TM-Semic. Nie otrzymaliśmy tu zatem wcale nowości, ale odświeżenie. Jednak gdy stare pomysły wykorzystuje się z głową, taki manewr nie musi wcale być wadą. I wydaje się, że w tym przypadku też nią nie jest. Jakkolwiek dużo w tym tomie rzeczy godnych pochwały, scenarzyści zaprezentowali tu także motyw, od którego w trakcie lektury mogą nieco rozboleć zęby. Chodzi mianowicie o księżycową bazę Batmana. Tak, bohater założył na ziemskim satelicie bazę. Jaki miał w tym cel, Bóg jeden raczy wiedzieć, wszelkie szczątkowe tłumaczenia zawarte w komiksie nie są wystarczające, by to zrozumieć, a całe rozwiązanie wydaje się mocno absurdalne, nawet biorąc pod uwagę fakt, że w cywilu Nietoperz jest miliarderem. Przedsięwzięcie jest przede wszystkim absolutnie niewiarygodne pod względem logistycznym i rodzi szereg pytań – jak Mroczny Rycerz dostaje się na miejsce, jak doprowadził do bazy tlen i wszelakie media? W tym przypadku głupota goni głupotę i niewiele brakuje, by jeden nieprzemyślany element pogrzebał bardzo dobre wrażenie powstałe po lekturze pozostałej części albumu. Jestem w stanie zrozumieć, że przy wielkich komiksowych wydarzeniach typu „Wieczny Batman” pracuje całe mrowie rysowników, jednak angażowanie do historii zamkniętej w sześciu zeszytach kilku artystów mija się z celem, a na pewno rozbija jednolitość stylistyczną warstwy graficznej. Tak właśnie jest w przypadku „Syna Supermana”, gdzie pewną część materiału zaprezentowano w efektownym, realistycznym stylu (Jaime Mendoza), inną zaś podano w bardziej umowny, wręcz cartoonowy sposób (Patrick Gleason). Oba podejścia, rozpatrywane osobno, sprawiają pozytywne wrażenie, jednak potraktowane łącznie odbierają całości spójność. „Superman” jest jednym z najciekawszych tytułów w ofercie „Odrodzenia”. Taki stan rzeczy zaskakuje, bo przed premierą nic nie wskazywało, by właśnie ten cykl zaskoczył tak bardzo in plus, zostawiając w cieniu większość pozostałych serii z nowej linii DC Comics. Twórcom udało się pokazać jeszcze bardziej ludzkie oblicze Kal-Ela, dobrze oddając prawość herosa i jego oddanie rodzinie oraz zaangażowanie w misję. Nie zapomniano przy tym o akcji, która wciąga i nie daje się nudzić. To wszystko sprawia, że kolejne tomy „Supermana” mogą być wypatrywane z dużą nadzieją. Tytuł: Syn Supermana Seria: Superman Tom: 1 Scenariusz: Peter J. Tomasi, Patrick Gleason Rysunki: Patrick Gleason, Doug Mahnke i inni Kolory: John Kalisz i inni Tłumaczenie: Jakub Syty Tytuł oryginału: Superman Vol. 1: Son of Superman Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: DC Comics Data wydania: wrzesień 2017 Liczba stron: 156 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Format: 167 x 255 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2603-9

46


MAŁA RZECZ, A CIESZY Anna Szumacher Kiedy kurier wręczył mi paczkę z recenzowaną poniżej książką, miałam poważne wątpliwości, czy coś w ogóle jest w środku. Lekkie jak piórko, rozmiarów niepozornych... Cóż, prawdziwe jest twierdzenie, że rozmiar nie zawsze ma znaczenie. Chodzi o małpy. Tak naprawdę zawsze chodzi o małpy – nie mylić z małpisz... ekhm, bo za takie określenie pewien zwykle spokojny Bibliotekarz wepchnie wam łokcie przez gardło. Wasze własne. Słowa zmieniają nas z małp w ludzi, choć – pewnie – lepiej być ewoluującą małpą niż upadłym aniołem. Jeśli osiągnęliśmy już odpowiedni poziom abstrakcji, możemy przejść do recenzji. „Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne” to nieduża, zielona książeczka, w której zgromadzone zostały cytaty Mistrza. Są podzielone tematycznie, dlatego w ramach zmiennego nastroju możemy wybierać sobie myśl dnia z konkretnej kategorii: „Ludzka natura”, „Romans”, „Wykształcenie i mądrość”, „Sukces”, „Życie i śmierć”, „Zwierzęta”, „Religia”, „Polityka” oraz „Słowa i pismo”. Da się ten zbiór czytać w dowolny sposób; od początku do końca, od końca do początku, zaczynając ze środka, losowo albo do góry nogami. Ta ostatnia wersja ułatwia czytanie, jeśli i czytelnik, i książka zostaną odwróceni. Niektórzy pewnie powiedzą, że to wyciskanie pieniędzy od nieutulonych w smutku fanów. Pewnie coś w tym jest, ale – szczerze – istnieją głupsze rzeczy, na które można wydać pieniądze. Na przykład na wizytę w szpitalu, gdy nazwie się pewnego Bibliotekarza małpiszo... O czym to ja...? A tak, o książce. Na stu dwudziestu ośmiu stronach znalazło się w sumie nieco ponad sto cytatów pochodzących głównie ze Świata Dysku, „Dobrego omenu”, „Nomów księgi kopania”, ale też z wystąpień Pratchetta czy jego wypowiedzi na stronie alt.fan.pratchett. To raczej nie jest książka, którą w księgarni wybralibyście jako pierwszą. Nie ma fabuły i wystarczy na góra dwa szybkie wieczory. Jednak warto do niej wracać wiele razy. Na pewno miło ją mieć i świetnie nadaje się na prezent. Na każdej stronie znajduje się po jednym cytacie, więc można tam sobie bazgrać, podkreślać, stawiać uśmieszki i serduszka czy też dopisywać własne uwagi. Bo wiecie, słowa ukryte między okładkami maleństwa może i są poważnie zabawne, ale też z pewnością nieskończenie cytowalne. Tytuł: Poważnie zabawne, nieskończenie cytowalne Tytuł oryginalny: Seriously Funny: The Endlessly Quotable Terry Pratchett Autor: Terry Pratchett Tłumaczenie: Elżbieta Gepfert Wydawca: Prószyński i s-ka Data wydania: 14 listopada 2017 Liczba stron: 128 ISBN 9788381230698

47


TOWARZYSKIE WYSTĘPY W ROSJI Marek Adamkiewicz Zeszłoroczna kinowa wersja przygód Suicide Squad okazała się sporą artystyczną porażką. Swoje jednak zarobiła, bo co jak co, ale poszczególne elementy grały w niej całkiem przyzwoicie. Zabrakło przede wszystkim dobrego scenariusza, co w przypadku tematu o takim rozrywkowym potencjale jest prawdziwym horrorem. Podobnie rzecz miała się z komiksowymi przygodami Legionu w „Nowym DC Comics” – Egmont wydał tylko dwa tomy zbiorcze tej serii, rezygnując z jej dokończenia. Może więc kolejne podejście do drużyny superłotrów, tym razem w ramach „Odrodzenia”, wykorzystało w pełni jej możliwości? Członkowie Legionu Samobójców zostają wysłani do Rosji, gdzie mają zlokalizować i zneutralizować (lub przywieźć do domu) odnaleziony tam bliżej nieokreślony obiekt pochodzenia kosmicznego. Sprawa nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się początkowo wydawać, gdyż strzegą go nie tylko rosyjscy żołnierze, ale także tamtejsza wersja Oddziału Specjalnego X. Amerykańscy superłotrzy będą musieli zmierzyć się takimi przeciwnikami jak Gułag czy Tunguski. Ponadto, w ramach kilkustronicowych dodatków, dowiemy się co nieco o przeszłości kolejnych członków oddziału. Po „Suicide Squad” chyba nikt nie spodziewa się czegoś więcej aniżeli prostej, emocjonującej rozwałki. Ten tytuł zawsze był czystą rozrywką, bez absolutnie żadnych dodatkowych ambicji. Taki obraz zostaje utrzymany także w „Czarnym Więzieniu”. Same założenia fabularne, przedstawiające nam kolejną niebezpieczną misję, dają jasno do zrozumienia, że na kolejnych stronach największe znaczenie będzie miała akcja. Tak w istocie jest. Wszystko toczy się tu szybko, ze sporą dozą strzelania i mordobicia. Czy jednak całość jest odpowiednio emocjonująca? Tutaj można mieć akurat pewne wątpliwości, ze względu na przewidywalność fabuły. Nie jest to jednak zarzut zbyt dużego kalibru, bo „pościgi i wybuchy” zawarte na kartach albumu są efektowne, a poszukujący odmóżdżenia czytelnik będzie z tempa i charakteru tej historii zadowolony. Bardzo rozczarowującym elementem „Czarnego Więzienia” są główni antagoniści. Suicide Squad mierzy się z pewnym znanym generałem z Kryptona oraz rosyjską grupą metaludzi. Problem w tym, że scenarzysta ewidentnie nie miał pomysłu na to, jak ich wszystkich zaprezentować. Zod jawi się jako tępy osiłek, który jedynie rzuca tekstami o własnej supremacji i niższości wszystkich swoich przeciwników. Po którymś z rzędu dymku o nędzy ludzkiej formy życia można odczuć spory przesyt tym przesadzonym stylem. Z kolei rosyjscy superłotrzy pojawiają się na kilka stron, zaprezentowani w swoim „wejściu” niczym straszne i zabójcze zagrożenie, po czym nie odgrywają w całej historii absolutnie żadnej istotnej roli. Takie rozwiązanie wydaje się wybitnie absurdalne. Może scenarzysta szykuje dla Brygady Zagłady większą rolę w kolejnych zeszytach serii, ale niemniej tutaj, po sugerowaniu w wydawniczym blurbie zupełnie innego podejścia, wybrana opcja jest naprawdę mocno rozczarowująca. Dobre wrażenie sprawia za to kilka kończących całość krótkich opowiastek, traktujących o przeszłości członków Legionu Samobójców. To na dobrą

48


sprawę najlepszy element tego tomu. Podejście do bohaterów jest w nich zdecydowanie mniej akcyjne, a bardziej sentymentalne, pokazujące ich motywację i charakter. Podobać się może zwłaszcza opowieść o Deadshocie, w której mocno zaakcentowano rodzinną sytuację bohatera i chęć ochrony własnej córki. Historia o Kapitanie Bumerangu (tak wiem, mnie także ten pseudonim każdorazowo przyprawia o uśmiech lekkiego zażenowania) czaruje z kolei sympatycznym, szpiegowskim zacięciem. W tyle nie pozostają także nowelki o Katanie i Harley Quinn, które dobrze określają charakter tych morderczych kobiet. Ilustracje są w „Czarnym Więzieniu” odpowiednio efektowne, nie wychodzą jednak poza superbohaterski standard. Niestety, prace Jima Lee bywają nieco chaotyczne, a w scenach akcji jest po prostu za dużo elementów, przez co trudno pozbyć się nieustającego wrażenia wizualnego bałaganu. Rysownik może i jest legendą, ale mnie jego styl zazwyczaj nie do końca przekonuje. Tak dzieje się i tym razem. O wiele ładniej wypadają za to obrazki towarzyszące minihistoryjkom o kolejnych antybohaterach. Najlepiej prezentuje się chyba fragment ilustrowany przez Jasona Faboka, który prezentuje tu typowy dla siebie przejrzysty, wyrazisty styl. Podobnie rzecz ma się w opowieści o Harley Quinn. Pracujący przy niej Gary Frank przywiązuje dużą wagę do mimiki swoich postaci, co po prostu widać. „Czarne Więzienie” jest komiksem przyzwoitym, niewykraczającym jednak ponad przeciętność. Dosyć mocno razi w nim zwłaszcza duża skrótowość głównej części albumu i wyjątkowo nieciekawie zarysowani przeciwnicy tytułowego Legionu. Satysfakcjonować może tu za to, oczywiście przy odpowiednim nastawieniu, duża akcyjność i efektowność fabuły. Czy tyle wystarczy, by móc uznać lekturę za udaną? To już zależy od konkretnego odbiorcy, ja uważam, że nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej. Mimo oczywistych wad nie jest to najsłabszy tytuł „Odrodzenia”, co więcej, ignorując niektóre, mniej udane elementy, można się przy nim całkiem nieźle bawić. Tytuł: Czarne Więzienie Seria: Suicide Squad. Legion Samobójców Scenariusz: Rob Williams Rysunki: Jim Lee i inni Kolory: Alex Sinclair i inni Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz Tytuł oryginału: Suicide Squad Vol. 1: The Blach Vault Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: DC Comics Data wydania: wrzesień 2017 Liczba stron: 120 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Papier: kredowy Format: 167 x 255 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2605-3

49


CEL WCIĄŻ ZA HORYZONTEM Marek Ścieszek Nie zawsze jest tak, że mnogość wątków dodaje opowieści atrakcyjności. Bywa, że w gąszczu pomysłów gubi się fabuła. Słabszą stroną pierwszej części „Podbojów” był właśnie scenariusz: nazbyt urozmaicony, zbudowany na elementach zaczerpniętych z różnych epok historycznych, a także mitologii ludów geograficznie oraz historycznie od siebie odległych. Niezaprzeczalnie mocna była strona graficzna „Hordy żywych”. Twórcy stanęli na wysokości zadania, przekazując czytelnikom coś przyciągającego uwagę pięknem, wzbudzającego zachwyt na tyle silny, aby osłabić minusy. W „Podstępie Hetytów”, drugiej części cyklu, proporcje zaczęły się wyrównywać, przy czym wizualnie wszystko pozostało po staremu, czyli na bardzo wysokim poziomie. Trwa wojna Scytów z Hetytami. Tym pierwszym pomocą nadal służą czarownicy z zatopionej Atlantydy. Gigantyzm formy wciąż wysuwa się na pierwszy plan. Słusznie się wydaje, iż przewaga będzie po stronie Scytów, którzy do walki używają większych oraz bardziej drapieżnych zwierząt. Jeżeli przy okazji pojawią się bestie mityczne, tym lepiej, jako że górują one znacznie nad tymi rzeczywistymi. Nie po to człowiek otrzymał od swoich bóstw wyobraźnię, aby nie spróbował dodać im do towarzystwa istot potężniejszych od tych, które towarzyszą jemu samemu. W tym aspekcie przewaga zdaje się być udziałem zjednoczonych plemion scytyjskich, jednak Hetyci nie zasypiają gruszek w popiele. Ich działania związane z pozyskaniem pomocy od królestwa Kermy kończą się sojuszem. Po ich stronie staje również lud Kurhanów. Do tego szanse króla dysponującego, zdawać by się mogło, o wiele mniejszymi siłami niż scytyjska trójca panująca, wyrównują nieustanne waśnie oraz intrygi w obozie wroga. Wskutek nich koalicja trzech władców zaczyna drżeć w posadach, gdy zaufana służka i kapłanka – Simissee, królowej Sarmatek – pomówiona zostaje o spowodowanie śmierci czarownika Atlantów, Mestora. I choć jej niewinność jest bezdyskusyjna, ostatecznie sama królowa skazuje ją na śmierć i własnoręcznie wykonuje wyrok, aby uratować jedność Hordy Żywych. Trudniej jest zapanować nad integralnością czegoś złożonego z trzech równoprawnych części, w przeciwieństwie do armii Hetytów, gdzie twardą ręką włada jeden człowiek, duszący w zarodku wszelkie przejawy niesubordynacji. Tak więc nadal nie wiemy, gdzie kieruje się akcja. Otrzymujemy pierwsze ważne bitwy tej wojny, na rozwiązanie wątków przyjdzie jednak jeszcze poczekać. Jakie zadanie przydzielono Thusi na babilońskim dworze? Ma sporządzić kronikę wyprawy, jest więc korespondentem wojennym. Czy tylko? Pączkują nowe wątki. Egzekucja Rzeźbiarki Cienia zatrzymuje pęknięcia sojuszu scytyjskiego, lecz rodzi zaczątki buntu pośród poddanek Simissee. Nie ma rady – na to, aby zrozumieć więcej, musimy czekać do lektury kolejnych części, a tych pozostało niewiele – jesteśmy już na półmetku. Oczekiwanie, jak już zostało powiedziane, osładza strona wizualna oraz fabularne smakowite ingrediencje w postaci wspomnianych bestii – jedne już zostały użyte w walkach, inne pojawią się w kolejnych odsłonach. Trudno powiedzieć, na czyją stronę przechyli się szala zwycięstwa, gdy nagle okazało się, że Hetyci weszli w posiadanie cze-

50


goś jeszcze potężniejszego. Panie, Panowie, w ten historyczno-mitologiczno-militarny miszmasz wrzucona została właśnie prehistoria. Barwność świata stworzonego przez belgijskiego scenarzystę, Sylvaina Runberga, oraz kanadyjskiego rysownika, François Miville-Deschênesa, naprawdę wiele obiecuje; wbrew wyraźnym chęciom twórców – nie wszystko naraz. Cel, czyli wiedza, wciąż czeka na nas za horyzontem. Pozostaje chwilowo napawać się widokami i czekać na – o zgrozo – więcej danych. Seria: Podboje Tytuł: Podstęp Hetytów Scenariusz: Sylvain Runberg we współpracy z F. Miville-Deschênesem Rysunki i kolory: François Miville-Deschênes Tłumaczenie: Maria Mosiewicz Tytuł oryginału: Le Piège Hittite Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Lombard Data wydania: 2017 Liczba stron: 56 Oprawa: miękka Wydanie: I ISBN: 978-83-281-1998-7

51


POTWORNIE SŁABE POTWORY Marek Adamkiewicz Spoglądając na dzisiejszą wersję Batmana, trudno się oprzeć wrażeniu, że bohater nie przeżywa najlepszego okresu w swojej historii. Wydawane w ramach „Odrodzenia” battytuły raczej nie porywają, skręcając często w stronę wyjątkowo niewymagającej pulpy oraz stawiając na akcję kosztem mroku i detektywistycznego zacięcia bohatera. Zarówno obecna, jak i poprzednia linia wydawnicza DC Comics nie zawiera ponadto takiej opowieści z Nietoperzem w roli głównej, która za kilka lat mogłaby aspirować do miana klasyki. Szansy na poprawę należałoby prawdopodobnie upatrywać w miniseriach i crossoverach. Do tych drugich należy „Noc Ludzi Potworów” – pierwsze takie wydanie w ramach „Odrodzenia”. Nad Gotham City nadciąga burza stulecia. Możliwa jest klęska żywiołowa na skalę, jakiej miasto jeszcze nie widziało. Podczas gdy Batman i jego drużyna zbierają siły, by w czasie kryzysu nieść pomoc mieszkańcom, na ulicach zaczynają grasować cztery potwory. Nikt nie wie, skąd się wzięły, ale w obliczu zniszczeń, jakie przynosi ich przemarsz, Mroczny Rycerz i jego towarzysze są zmuszeni do zmiany priorytetów i podziału zadań – część bohaterów zajmuje się ewakuacją ludzi z zagrożonej metropolii, podczas gdy reszta bierze na cel potwory. Wszyscy zaś muszą działać szybko, ponieważ monstra z każdą godziną rosną w siłę i dewastują coraz większe tereny. Nie ma co dawkować napięcia – „Noc Ludzi Potworów” to komiks dramatycznie słaby. Zawodzi w nim praktycznie każdy element. Zacznijmy od fabuły. Nie można powiedzieć, by była prosta – jest zwyczajnie prostacka. Zagrożenie związane z klęską żywiołową od biedy można byłoby jeszcze przełknąć, ale Steve Orlando „uatrakcyjnia” ten wątek pomysłem, by ewakuowanych mieszkańców zainfekować tajemniczym śluzem, który powoduje nadmierną agresję. Oczywiście nie wiadomo, czym owa substancja jest ani skąd się wzięła. Była jednak potrzebna w opowieści, więc proszę bardzo – mamy morderczy śluz. Wróćmy teraz do pomysłu, by Gotham atakowały potwory. Może on jest sensowniejszy? Otóż nie, co więcej, razi głupotą nawet jeszcze bardziej. Kolejne strony to bowiem w znacznej mierze ciąg bezsensownych scen przedstawiających walkę bohaterów z ogromnymi bestiami, a najgorsze, że poza tym nie ma tu na czym zawiesić oka. Potwory to bowiem główna atrakcja tego „dzieła” – to taki „Bloom” na sterydach. No dobrze, ale kaiju mają swoich fanów, może oni znajdą tu coś dla siebie? Niespecjalnie – trudno ekscytować się czymś, co zostało wprowadzone do fabuły kompletnie „od czapy”, bo twórcy niespecjalnie dali radę w kwestii wyjaśnienia, skąd owe abominacje się wzięły. A gdy już próbują rzecz umotywować, w oczy rzuca się powierzchowność i błahość zaprezentowanych tłumaczeń. Skoro warstwa fabularna srodze zawodzi, może sytuację ratują bohaterowie? Niestety nie. Rola kolejnych postaci występujących na łamach „Nocy Ludzi Potworów” ogranicza się jedynie do walki albo z monstrami, albo z działającymi pod wpływem śluzu ewakuowanymi mieszkańcami miasta. Batman i jego sojusznicy są bezwolnymi uczestnikami nieustającej „nawalanki”, a Steve Orlando nawet nie próbował udawać, że nadaje im jakiekolwiek pozory charakteru. Nie dopisują także an-

52


tagoniści – same potwory są po prostu potworami, z kolei stojący za nimi mastermind, Hugo Strange, także wypada blado. Jego motywacja wydaje się bardzo naciągana i wręcz absurdalna, a finałowa potyczka szalonego psychologa z Batmanem jest jednym z najgorzej rozwiązanych finałów, jakie miałem okazję czytać. W sytuacji ogólnej nędzy czasami elementem nieco podnoszącym ocenę komiksu może okazać się jego warstwa graficzna. W pierwszym crossoverze w „Odrodzeniu” niestety nawet na tym polu jest słabo. Tom zawiera zeszyty trzech okołobatmanowych serii, zilustrowane przez trzech artystów. Żaden nie zaprezentował niczego wybijającego się ponad przeciętność. Design potworów jest zazwyczaj groteskowy (to jeszcze można zrozumieć, trudno wszak nie przerysować stworów wielkości budynku), ale gorzej, że nawet rysunki typowo akcyjne nie robią najlepszego wrażenia, najczęściej rażąc chaosem i przeładowaniem detalami. Warto też zwrócić uwagę na sceny zmiany niektórych bohaterów w potwory – gdy to następuje, a herosi rosną do monstrualnych rozmiarów, ich kostiumy także w magiczny sposób ulegają rozciągnięciu. Ta cecha stanowi idealne podsumowanie jakości ilustracji w „Nocy Ludzi Potworów”. Od tytułu z Batmanem w roli głównej mamy prawo oczekiwać wiele. Bohater był do tej pory prowadzony przez całą rzeszę wybitnych scenarzystów, więc gdy patrzy się na krzywdę, jaką obecnie wyrządza się jego wizerunkowi, głównie dzięki historiom takim jak ta, serce się kraje. Rozumiem, że w przypadku każdego herosa czasami pojawia się fabuła, której główną atrakcją jest akcja, ale nawet wtedy musi ona być przemyślana i satysfakcjonująca jako czysta rozrywka. Tutaj tak się nie stało, a bezmyślność całej intrygi poraża. Dawno nie czytałem tak słabego komiksu z Batmanem, a mówię to po lekturze „Jestem Gotham”. Nie ma innej możliwości – to musi znaczyć, że ten crossover jest niestety bardzo, ale to bardzo rozczarowujący. Tytuł: Batman. Noc Ludzi Potworów Scenariusz: Steve Orlando Rysunki: Riley Rossmo, Roge Antonio, Andy MacDonald Kolory: Ivan Plascencia, Chris Sotomayor, John Rauch Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz Tytuł oryginału: Batman. Night of the Monster Men Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: DC Comics Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 144 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Papier: kredowy Format: 167 x 255 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2629-9

53


DZIEL I RZĄDŹ Maciej Rybicki W zasadzie od samego początku wydawanej w ramach Marvel Now! serii „Guardians of the Galaxy”, autorstwa Briana Michaela Bendisa grupa gwiezdnych herosów była stylizowana na kosmiczną wersję Avengers, jeśli wręcz nie na ich pozaziemski oddział. Zaangażowanie w sprawy naszej planety, kontakty z Tonym Starkiem, wreszcie czynny udział w wydarzeniach „Nieskończoności” czy „Procesu Jean Grey” pokazały, że związek Star-Lorda, Draxa, Gamory, Rocketa i Groota z naszą planetą jest znacznie ciaśniejszy, niż można by się spodziewać. Najnowszy tom serii nawiązuje nieco do jednej z najlepszych historii o Avengers nawet tytułem, choć, w polskim tłumaczeniu, może to umknąć czytelnikowi. W oryginale album ten został jednak wydany pod jednoznacznie kojarzącym się tytułem: „Guardians Disassembled”. Obawy o to, że Bendis zacznie zjadać własny ogon, tworząc kopię opowieści znanej u nas jako „Upadek Avengers”, okazały się uzasadnione tylko częściowo. Faktycznie, Amerykanin rozdziela Strażników, zmuszając poszczególnych bohaterów do działania na własną rękę, jednak w tym przypadku jest to zasadnicza część historii, a nie jej efekt. W efekcie mamy zaś pewną powtarzalność motywów w przypadku wszystkich postaci, nawet jeśli każda z nich musi zmagać się z innym przeciwnikiem. Fabuła jest więc, co tu dużo kryć, średnio porywająca. Sporadyczne zaskakujące momenty lub te które można uznać za zwrot akcji, tak na dobrą sprawę opierają się na wykorzystaniu deus ex machina. Chyba najlepszym punktem jest wprowadzenie na arenę wydarzeń Agenta Venoma/Flasha Thompsona – rekomendowanego przez Tony’ego Starka na nowego członka Strażników. Na pierwszy rzut oka nieco życia jest też w wątku oplecionym wokół Petera Quilla i jego konfliktu z ojcem – królem Spartaksu. Całość psuje jednak kuriozalne rozwiązanie. Poza tym postacie są wyjątkowo jednowymiarowe. Czy to Drax, czy to Angela, czy to Rocket, czy Gamora: wszyscy w zasadzie sprowadzeni są do tego, żeby dostarczać czytelnikowi okazji do oglądania efektownej rozwałki. Zasadnicza część historii fabularnie wypada więc raczej blado, a poza tym można zauważyć tendencję autora do korzystania z dziwacznych rozwiązań (czego ukoronowaniem jest zupełnie bezsensowne pojawienie się Carol Danvers). Zasadniczej części Bendisowskiego scenariusza niestety nie ratują też rysunki. Po pierwsze, Nick Bradshaw jest artystą co najwyżej poprawnym. Anatomia, ruch, dynamika, w większości przypadków jest w porządku, gorzej niestety bywa z rysowaniem twarzy, które czasem wyglądają nieco karykaturalnie. Gryzie się to ze stylem tego autora, bynajmniej nieaspirującym do miana kreskówkowego. Sytuacji nie poprawia chaos wywołany częstymi zmianami rysowników, gdyż historię tę ilustrowało jeszcze pięciu grafików. Gdy doliczymy do tego kolejnych pięciu tuszników, a także czterech kolorystów, nietrudno zgadnąć, że zasadnicze cztery zeszyty składające się na czwarty tom „Strażników Galaktyki” są po prostu estetycznym miszmaszem! Ten chaos i przypadkowość pogłębia wrażenie, że autorzy, tworząc poszczególne plansze, nie komunikowali się ze sobą a redaktor tomu pokpił sprawę. Zdarza się więc, że na przykład ta sama postać nosi na sąsiadujących stronach inny strój (w ra-

54


mach jednej sceny!). Co gorsza, nawet gdy trafiają się lepsze momenty, nie zawsze można na podstawie stopki zidentyfikować, który z artystów odpowiedzialny jest za te konkretne strony. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że komiks powstał nieco na siłę, jakby wydawnictwo ,chcąc dotrzymać terminów, oddało przygotowanie poszczególnych plansz ludziom z łapanki. Na szczęście jednak zasadnicza historia pióra Bendisa to nie cały album. Zawartość „Strażników w rozsypce” uzupełniają bowiem miniaturki poświęcone Grootowi i oryginalnym Strażnikom, a także pierwsze występy obecnych inkarnacji Captain Marvel/Carol Danvers i Agenta Venoma/Flasha Thompsona. Rzut oka na rodzinną planetę Groota, duetu Andy Lanning/Phil Jimenez, jest po prostu uroczy. Za to krótka historia napisana przez Dana Abnetta, pokazująca klasycznych Strażników Galaktyki na zniszczonej Ziemi przyszłości, czaruje fantastycznymi rysunkami Gerardo Sandovala. Dość mieszane odczucia mam w przypadku fragmentów pokazujących debiuty najnowszych inkarnacji Captain Marvel i Venoma. Pierwszy zeszyt poświęcony nowemu wcieleniu Carol Danvers niewątpliwie wyróżnia się nostalgicznym tonem, a także niecodziennymi, jak na amerykański mainstream, rysunkami. O ile jednak klimat jest w nim naprawdę dobry, nieźle odzwierciedlający ewolucję tej postaci, o tyle już oprawa graficzna nieco rozczarowuje niekonsekwencją (patrz: zupełnie losowo zmieniający się wygląd kostiumu bohaterki na dwóch sąsiadujących stronach pokazujących ją w podobnej pozie… wykonanych przez tego samego rysownika!), choć widać, że artysta – Dexter Soy – ma niemały talent. Za to osiem stron pochodzących z pisanego przez Dana Slotta „The Amazing Spider-Man”, pokazujących przyjęcie symbionta przez Flasha Thompsona, wydaje się całkiem w porządku, choć spokojnie można by poświecić temu tematowi cały zeszyt. „Strażnicy w rozsypce” rozczarowują. Co prawda album popycha do przodu fabułę serii i, jak przystało na ten tytuł, jest odpowiednio kolorowy i napakowany akcją. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu chaosu. Jakby ani redakcji, ani Bendisowi specjalnie nie chciało się przyłożyć do pracy. Niestety, komiksowi „Guardians of the Galaxy” coraz bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że są niczym więcej, jak po prostu średniakiem. Kolorowym, dynamicznym, ale de facto mało ekscytującym. Dobrze chociaż, że jeszcze są w tej serii momenty, dla których warto po nią sięgać. Zobaczymy, jak wypadnie tom piąty, powiązany z „Grzechem pierworodnym”. Na okładce zapowiedzi widnieją Thanos i Nova, więc może, może… coś się zadzieje? Tytuł: Strażnicy w rozsypce Seria: Guardians of the Galaxy. Strażnicy Galaktyki Tom: 4 Scenariusz: Brian Michael Bendis i inni Rysunki: Nick Bradshaw I inni Tłumaczenie: Paulina Braiter Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy: Guardians Disassembled(Guardians of the Galaxy, #14-17, Free Comic Book Day 2014 (Guardians of the Galaxy) #1, fragmenty Captain Marvel #1 I Amazing Spider-Man #654) Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Marvel Comics Data wydania: wrzesień 2017 Liczba stron: 156 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Papier: kredowy Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2711-1

55


NIC NOWEGO POD SŁOŃCEM Jagoda Wochlik

Mons Kallentoft od lat dzielnie walczy o tytuł króla szwedzkich kryminałów. Debiutował powieścią „Pesetas”. Otrzymał za nią nagrodę Związku Pisarzy Szwedzkich. Prawdziwy rozgłos przyniósł mu jednak cykl o komisarz Mallin Fors. Pierwszą jego częścią była „Ofiara w środku zimy”. Obecnie, nakładem wydawnictwa Rebis, otrzymaliśmy już dziesiąty tom serii, zatytułowany „Zapach diabła”. Powieścią tą pisarz planuje otworzyć także nowy cykl, w którym skupiał się będzie na ludzkich zmysłach. Niewyjaśniona sprawa morderstwa małego chłopca sprawia, że Mallin Fors pije coraz więcej i coraz częściej. Zatroskani przyjaciele wysyłają ją na odwyk lecz to niewiele pomaga. Jedynym ratunkiem dla kariery policjantki z Linköping okazuje się wyjazd do szwedzkiej ambasady w Tajlandii, gdzie Mallin ma podjąć funkcję oficera łącznikowego. Krótko po objęciu przez nią stanowiska, brutalnie zamordowana zostaje obywatelka Szwecji. Mallin coraz bardziej angażuje się w śledztwo. Nie czytałam poprzednich książek o Mallin Fors, dlatego będę tę powieść oceniać jako autonomiczny byt, nie natomiast część większej całości. Jak zatem prezentuje się „Zapach diabła”? Przede wszystkim powiela znane z tysięcy innych książek, a moim zdaniem nieco już przebrzmiałe, schematy. Kallentoft nie oszczędza swojej bohaterki. Każe jej pić na umór, zataczać się po ulicy, wymiotować w ciemnych alejkach i odwiedzać podejrzane lokale. Obdarowuje ją przeszłością nie do pozazdroszczenia – byłym mężem, partnerem, który zostawił ją dla młodszej, z którą w dodatku będzie miał dziecko i konfliktem z córką. Mallin dręczy także nierozwiązana do tej pory sprawa. Wszystko to jest czytelnikowi znane i niemiłosiernie już ograne, ale z drugiej strony pozwala czuć się jakże swojsko i bezpiecznie. Czytasz i otrzymujesz dokładnie to, czego się spodziewasz. O pozostałych bohaterach można powiedzieć niewiele więcej, bo w zasadzie większość akcji dzieje się w głowie głównej bohaterki. Lwią część tekstu stanowią jej przemyślenia i pijackie wizje. Postaci drugoplanowe otrzymują pojedyncze cechy, abyśmy mogli ich jakoś identyfikować – Pimcharn, dobra w swojej robocie tajska policjanta, Axel – dyplomata-harcerzyk, Leif – starszawy, sympatyczny. Poza tym fakt, że akcja przenosi się przede wszystkim do głowy głównej bohaterki sprawia, że trochę mało kryminału w tym kryminale. Natomiast sama końcówka to zakończenie, które nazywam „atak zdradzoną żoną”. Niby wszystko gra, niby cała zagadka trzyma się kupy, ale widać, że pisarz nie miał pomysłu na jakąś wciągającą intrygę. Jedyne, co może obronić tę powieść, to rzeczywiście skupienie się na zmysłach. Kallentoft wykonał kawał dobrej literackiej roboty, opisując Bangkok. Każda strona aż iskrzy się tu kolorami, a opisywane miasto wydaje się tętnić życiem. Pełno tu smaków, zapachów. To naprawdę fascynująca literacka podróż do miejsca, w którym właściwie nie toczą się na co dzień śledztwa w literaturze. Ale czy właśnie tego oczekujemy po dobrym kryminale?

56


„Zapach diabła” to kawałek rzetelnej rzemieślniczej roboty. Powieść jest dobrze napisana, momentami nawet wciągająca. Jeśli popatrzymy na nią jednak na reprezentanta gatunku, jest może nieco zbyt przegadana, a intryga mocno kuleje, jakby autorowi tak naprawdę zabrakło na nią pomysłu. Mocny średniak, to wszystko. Tytuł: Zapach diabła Tytuł oryginalny: Djävulsdoften Autor: Mons Kallentoft Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski Wydawnictwo: Rebis Data wydania: wrzesień 2017 Liczba stron: 351 ISBN: 9788380622142

57


ZWALCZAJĄC OGIEŃ ZA POMOCĄ OGNIA Marek Adamkiewicz Dwie poprzednie odsłony „Punisher Max” przyniosły nam kawał niezwykle mrocznej i bardzo brutalnej sensacji. Garth Ennis zaproponował w nich spojrzenie w głąb zdegenerowanego świata przestępczości zorganizowanej, a lektura całości robiła bardzo przygnębiające, ale zarazem także osobliwie hipnotyzujące wrażenie. Skala opisywanego zwyrodnienia powodowała, że zaczynaliśmy kibicować poczynaniom Punishera podczas jego krwawych rozpraw z bandytami. Najnowszy tom serii nie tylko tego obrazu nie zmienia, ale jeszcze go pogłębia. Mamy tu do czynienia prawdopodobnie z najbardziej udanymi historiami wydanymi w ramach cyklu. Tym razem Frank Castle bierze na cel szajkę pochodzących z Europy Wschodniej handlarzy żywym towarem i stręczycieli kobiet. Grupa jest wyjątkowo okrutna, a konsekwencją traktowania przez nich „podopiecznych” są złamane życia i rany, których nie sposób wyleczyć. Po zakończeniu tej sprawy Punisher ląduje w Miami, gdzie postanawia rozprawić się z członkami pewnej korporacji. Na miejscu trafia na godnego siebie przeciwnika – wynajętego przez szefa firmy, niejakiego Barracudę, najemnika bez zasad i litości, który uwielbia stosować wobec przeciwników wymyślne sposoby zadawania bólu. Ennis wziął się tym razem za problem niezwykle poważny i zarazem delikatny. Handel żywym towarem i zmuszanie do prostytucji to jeden z najpodlejszych rodzajów zbrodni, a autor pokazał ten proceder bez żadnych upiększeń – tutaj czarne jest czarne, a białe zwyczajnie nie istnieje. Klimat w „Handlarzach niewolników” jest dojmujący i wyjątkowo pesymistyczny – dla porwanych dziewczyn nie ma żadnej nadziei, bo w oczach wykorzystujących je przestępców nie są istotami ludzkimi, zaś dla policji w wielkich miastach ich los stanowi element statystyki, którą nie warto się przejmować. W komiksie jedynym ratunkiem dla odartych z człowieczeństwa kobiet okazuje się być Punisher, ale warto pamiętać, że w prawdziwym życiu często nie mają one nikogo, kto by się za nimi wstawił. Ennis uwypukla tu niedostrzegany na co dzień problem , o którym warto mówić – może nacisk mainstreamowego medium będzie jednym z czynników, które w końcu popchną odpowiednie organy do działania. Scenarzysta zawiera jednak w tej opowieści więcej niż głos potępienia dla procederu handlu żywym towarem, bo porusza również problem homofobii. Jakkolwiek temat może być już dla niektórych czytelników nieco męczący (zwłaszcza w kontekście nieustających potyczek światopoglądowych w Polsce), tutaj został zaprezentowany w sposób, który nie budzi zastrzeżeń. Ennis przedstawia nam czarnoskórego policjanta geja, który musi mierzyć się z docinkami, a w końcu także przemocą ze strony współpracowników. Mimo że motyw stanowi ledwie dodatek do głównej linii fabularnej tej części tomu, to zarysowany został przekonująco i pokazuje, że jest to problem, z którym wciąż trzeba się borykać, nawet w tak rozwiniętych społeczeństwach jak amerykańskie. Druga połowa albumu to już opowieść o nieco mniejszej sile rażenia. W „Barracudzie” scenarzysta wciąż potrafi poruszyć pewne frapujące tematy, jak chociażby bezduszność wielkich korporacji i lekceważeniem przez nie zwykłego człowieka, ale całość jest już w bardziej wyczuwalny sposób nastawiona na

58


akcję. To dynamiczna i brutalna historia, a swoistego uroku dodaje jej szczypta makabrycznego poczucia humoru, czyli element, który do tej pory w serii nie występował. Jak się jednak okazuje, zabieg okazał się udany, ponieważ nadał całości nieco innego, trochę lżejszego charakteru. Ta chwila oddechu wydawała się potrzebna po niezwykle przygnębiającej pierwszej części albumu. Nie zrozumiejmy się jednak źle – to wciąż jest ten sam Punisher, tylko w nieco bardziej rozrywkowym wydaniu. Ilustracje, jak zawsze w przypadku tego cyklu, robią bardzo duże wrażenie. Za każdą zawartą tu historię odpowiadał inny artysta, ale obaj stanęli na wysokości zadania. Leandro Fernandez już wcześniej przy serii pracował, tutaj jego styl drastycznie się nie zmienił, chociaż całościowo prezentuje chyba wyższy poziom niż przy dwóch poprzednich tomach – w oczy rzuca się zwłaszcza większe dopracowanie twarzy poszczególnych bohaterów. Goran Parlov to natomiast artysta debiutujący w „Punisher Max”. On rysuje inaczej, preferuje grube kontury i mniej realistyczny styl, nieco słabiej uwypuklając krwawe detale kadrów przedstawiających efekty działań Punishera. Trzeci tom „Punisher Max” jest najlepszym z dotąd wydanych. Garth Ennis zaprezentował w nim dwie fabuły o nieco innym ciężarze gatunkowym, co przyniosło bardzo dobry efekt, bo po najbardziej dołującej opowieści w serii dostaliśmy lekkie wytchnienie, choć wciąż w stylu scenarzysty. Fanów serii nie trzeba przekonywać do tej lektury, jeśli jednak ktoś niekoniecznie ma w planach zbieranie całości, a chce zapoznać się z tą interpretacją postaci Punishera, to tom numer trzy (zawierający dwie zamknięte historie) będzie ku temu najlepszą okazją. Tytuł: Punisher Max Seria: Max Comics Tom: 3 Scenariusz: Garth Ennis Rysunki: Leandro Fernandez, Goran Parlov Kolory: Dan Brown, Gulia Brusco Tłumaczenie: Marek Starosta Tytuł oryginału: Punisher Max vol. 3 Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Marvel Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 288 Oprawa: twarda Papier: kredowy Format: 170 x 260 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-1862-1

59


STRZEŻ SIĘ CYNGLA Z PARKINSONEM Maciej Rybicki „Torpedo 1936” Enrique Sáncheza Abulíego i Jordiego Berneta cieszy się od lat opinią jednego z najlepszych europejskich czarnych kryminałów… a może i nie tylko europejskich. Perypetie tytułowego Torpedo – płatnego zabójcy, żyjącego w nowojorskim półświatku czasów Wielkiego Kryzysu – przez lata zdobywały uznanie i sympatię tak fanów, jak i krytyków. Najlepszym tego przykładem może być uhonorowanie serii nagrodą dla najlepszego albumu zagranicznego na Festiwalu w Angoulême w 1986 roku Lata jednak mijały, a o kolejnych przygodach gangstera było niepokojąco cicho… aż do tego roku, gdy do hiszpańskiego scenarzysty dołączył znany choćby ze „100 naboi” rysownik Eduardo Risso. W efekcie ich współpracy powstała kontynuacja cyklu. Przed państwem „Torpedo 1972”. Choć tytułowemu bohaterowi przybyło lat, zmarszczek i chorób, niewątpliwie nie ubyło mu charakteru, cynizmu i ciętego języka. A także znajomości meandrów przestępczego światka sprzed lat. Abulí rozpisał tu kameralną historię na kilka postaci; jej głównym motywem jest dziennikarskie śledztwo na temat gangsterskiego morderstwa sprzed lat. Mimo że świat się zmienił – wszak akcję osadzono w latach siedemdziesiątych – zasady rządzące przestępczymi porachunkami pozostały takie same. Między innymi takie, że wiedza kosztuje… czasem bardzo wiele. Hiszpański autor scenariusza trzyma się tu bardzo prostej formuły, w której poszczególne sceny bezpośrednio z siebie wynikają. Historia wydaje się więc dość liniowa i przewidywalna. Jest dosadnie, brutalnie i w punkt, z wyraźnym trzymaniem się konwencji. Fani postaci i jej przeszłych perypetii powinni więc być usatysfakcjonowani – dostaną ulubionego bohatera wraz ze swoim nieodłącznym towarzyszem Rascalem, tyle że w nowych okolicznościach. Gorzej jednak, że jako odrębne dzieło album ten już nie broni się tak dobrze. Postacie zarysowano raczej konturowo, podobnie jak ich motywacje. W zasadzie o głównych bohaterach więcej mówi wstęp niż właściwy komiks. Postacie drugiego planu także wydają się cokolwiek papierowe, a interakcje między nimi są zwyczajnie sztywne. Oczywiście kontekstu dostarcza tu konwencja, jednak w otoczce nieco odmiennej od klasycznego sztafażu noir; trudno oprzeć się wrażeniu, iż mamy do czynienia co najwyżej z wariacją na temat, jeśli nie pastiszem. Kuleje też nieco humor: jakby wymuszone cięte riposty przeplatane są slapstickiem lub kuriozalną brutalizacją. W efekcie powstaje komiks, którego potencjał i aspiracje zdecydowanie przerosły efekt końcowy. Pewnym plusem wydają się być ilustracje Eduardo Risso. Czterokrotny laureat nagrody Eisnera i dwukrotny Harveya sprawnie przenosi stylistykę oryginału w kolorowe lata siedemdziesiąte. Bohaterowie są odpowiednio stetryczali, kadry zaś sugestywne, mimo graficznej prostoty. Ta zresztą podkreślona jest przez stonowaną paletę barw. W efekcie „Torpedo 1972” wygląda po prostu dobrze, adekwatnie do obranej stylistyki. Dobra robota, którą wykonał przy tym komiksie argentyński rysownik to jednak trochę za mało. Nowe przygody (a w zasadzie przygoda) Torpedo nie intrygują i nie porywają. Pewnie fani serii znajdą tu coś więcej niż tylko na-

60


miastkę klimatu oryginału, muszą być jednak świadomi, że upływające lata odcisnęły piętno na tym komiksie. Lektura ma wiec szansę wywołać pewne miłe wspomnienia, obawiam się jednak, że równie łatwo doprowadzić może do wniosku, że to se ne vrati. Jako pojedynczy album „Torpedo 1972” prezentuje się bowiem poniżej oczekiwań. Tytuł: Torpedo 1972 Scenariusz: Enrique Sánchez Abulí Rysunki: Eduardo Risso Tłumaczenie: Jakub Jankowski Tytuł oryginału: Torpedo 1972 Wydawnictwo: Non Stop Comics Wydawca oryginału: Panini Data wydania: listopad 2017 Liczba stron: 64 Oprawa: twarda Papier: kredowy Format: 200x265 Wydanie: I ISBN: 978-83-8110-182-0

61


YORO – MARINA PEREZAGUA Jagoda Wochlik

Marina Perezagua ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie w Sewilli. Natomiast na Uniwersytecie Stanowym w Nowym Jorku obroniła doktorat z literatury. Do tej pory wydała dwa zbiory opowiadań, bardzo dobrze przyjęte przez krytykę. „Yoro” jest jej pierwszą powieścią. Jest to też pierwsza pozycja tej autorki, która ukazała się na rynku polskim. H. stała się jedną z ofiar amerykańskiego ataku na Hiroszimę. Ale nawet przed wybuchem bomby nie była zwykłym dzieckiem. Chorowała na hermafrodytyzm – urodziła się zarówno z żeńskimi, jak i męskimi narządami rozrodczymi. Choć była wychowywana jako mężczyzna, zawsze czuła się kobietą. Bestialski atak na Hiroszimę otworzył przed nią nowe możliwości – mimo że straszliwie cierpiała z bólu i straciła penisa, wreszcie dzięki szeregowi operacji plastycznych mogła spełnić swoje marzenie i stać się kobietą. Jim natomiast był amerykańskim żołnierzem, który trafił do niewoli. Zmuszony do ciężkiej pracy w nieludzkich warunkach, cudem uniknął śmierci. Co ich łączy? Yoro, mała dziewczynka, wychowanka Jima, przedmiot tajnego, rządowego projektu. Dziewczynka, na której poszukiwaniach wspólnie strawią niejeden rok. Z „Yoro” mam w zasadzie jeden problem. A właściwie nie jeden, a szereg problemów. Myślałam, że będzie to opowieść osoby ocalałej po ataku bombowym na Hiroszimę. Z tego punktu widzenia powieść byłaby bardzo ciekawa, bo o ile relacji z pierwszej czy drugiej wojny światowej dociera do nas całe mnóstwo, o tyle o zbombardowaniu Hiroszimy i Nagasaki wiem stosunkowo niewiele. Jednakże mój umysł w pewien sposób buntuje się przed relacjami, które uzurpują sobie miano „prawdziwości”, a nie pochodzą od autentycznych ocalałych. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nawet wspomnienia osób biorących udział w danych wydarzeniach są tylko opowieścią jednostkową, ich wersją prawdy, zawsze jednak będą stanowiły dla mnie bardziej wartościowy obraz, niż twory czysto literackie, nie mówiąc już o książkach uzurpujących sobie miano autentycznych historii, jak to miało miejsce choćby z „Malowanym ptakiem”. Kosiński wciskał wszystkim wiarygodność historyczną opisywanej historii, a okazała się ona wyssana z palca. Problem z „Yoro” jednak szybko znika, gdyż wcale nie jest to opowieść o losach bohaterki ocalałej z eksplozji w Hiroszimie. A o czym właściwie jest ta historia? O poszukiwaniu zaginionej dziewczynki? I tak, i nie. H. szczegółowo opisuje swoje kolejne podróże z Jimem w celu odnalezienia jego zaginionej, czy może raczej odebranej mu przez rząd Stanów Zjednoczonych, córki. Ale i ten wątek zostaje szybko zarzucony, by powrócić dopiero pod koniec powieści. Gdybym miała odpowiedzieć, o czym jest „Yoro”, musiałabym uczciwe powiedzieć, że... nie wiem. Autorka serwuje nam prawdziwy miszmasz tematów.

62


Porusza kwestie ludzkiej seksualności (nie chodzi tylko o hermafrodytyzm głównej bohaterki, ale i o problemy seksualne innych postaci, które H. spotyka na swojej drodze - dziewczyny poszukującej kobiety o takiej samej waginie, innej dziewczyny, robiącej odlewy prehistorycznych rzeźb członków, czy właścicielki sex shopu), braku społecznego zrozumienia dla zaistnienia wirusa HIV i AIDS. Opowiada o nieprzystosowaniu społecznym i ludzkiej nienawiści dla tego, co naznaczone innością. Pochyla się nad problemem zaburzeń psychicznych i traum związanych z przeżytymi wydarzeniami. Bardzo mocno skupia się na zafiksowaniu bohaterki na potrzebie zostania mamą, co jest niemożliwe ze względu nie tylko na zamach bombowy, ale także na jej wcześniejsze problemy z płciowością. Wątek macierzyństwa przewija się w zasadzie przez całą powieść. Dodatkowo książka zahacza o politykę, obnażając obłudę elit rządzących i wyśmiewając ideę powstania Organizacji Narodów Zjednoczonych. Koniec końców pewne jest dla mnie tylko to, że w tym barszczu jest tak wiele grzybków, iż nie sposób określić, czy nadal ma smak barszczu. Uważam, że „Yoro” jest powieścią, która aspiruje do bycia czymś więcej, niż jest w rzeczywistości. Oczywiście, można twierdzić, że to opowieść o złu na świecie, które rzuca się na wszystko, co w jakiś sposób odmienne. Oczywiście, można uważać, że to historia o różnych formach niedostosowania społecznego. Można mówić, że to książka o poszukiwaniu siebie i swojej tożsamości, po traumatycznych przeżyciach. Tylko, że tak naprawdę, przynajmniej moim zdaniem, jest to historia o babsztylu zafiksowanym na własnym, skomplikowanym życiu wewnętrznym. Jasne, można się w „Yoro” doszukiwać nie wiadomo jakiej głębi, ale uważam, że tak naprawdę jej tam nie ma. Jest to historia o kobiecie, która ciągle sarka, że cały świat jest zły i paskudny, nienawidzący odmieńców, a sama co robi? Ostatecznie morduje swoich oprawców. No, cud, miód i orzeszki, naprawdę brawa, niesamowita tolerancja wobec tego, co inne. Ostatecznie H. robi dokładnie to, co ludzie, których przez całą książkę oskarżała. Czy okazuje się zatem moralnie lepsza? Ano nie, okazuje się dokładnie takim samym człowiekiem, jak ci, wobec których szafowała sformułowaniem „zły”. Zakończenie pogrąża zatem tę powieść w moich oczach już całkowicie. Dodajmy do tego jeszcze naturalistyczny sposób opowiadania. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przez większość książki Marina Perezagua toczy pianę z ust i jest wulgarna i nastawiona anty wobec całego świata. Na dodatek książka jest przedstawiona jako zapis zeznania H. po dokonanej zbrodni, zatem nie zawiera ani jednego dialogu. To i niepotrzebne kwieciste i rozbudowane metafory (boba jako dziecko rodzące się w bólach porodowych) czynią tę powieść jeszcze mniej znośną i niemal niestrawną podczas lektury. Mimo, że „Yoro” nie jest powieścią rozrośniętą do jakichś szczególnych rozmiarów, to czytałam ją ponad półtora miesiąca. Męczyła mnie niemiłosiernie. „Yoro” jest powieścią o niczym i do tego przekombinowaną w formie. To zdecydowanie najbardziej męcząca, ale i najgorsza powieść, jaką przyszło mi w tym roku czytać. Tytuł: Yoro Tytuł oryginalny: Yoro Autor: Marina Perezagua Tłumaczenie: Andrzej Flisek Wydawca: Prószyński i S-ka Data wydania: wrzesień 2017 Liczba stron: 384 ISBN: 9788380972261

63


IM BLIŻEJ KOŃCA, TYM WYŻSZY POZIOM Marek Adamkiewicz Przez lata twórcy „Thorgala” wyrobili swojej serii taką renomę, że dzisiaj jest to komiks doskonale rozpoznawalny, generujący ogromne zainteresowanie odbiorców i, najprawdopodobniej, przynoszący spore zyski. Nic dziwnego, że w głowach osób odpowiedzialnych za markę powstał pomysł, by do głównego cyklu dopisać kilka pobocznych, skupiających się na innych znanych postaciach z uniwersum. Obecnie zbliżamy się do końca pierwszego thorgalowego spin-offu. Mowa o „Kriss de Valnor”. „Góra Czasu” dzieje się równolegle do „Szkarłatnego Ognia” i po kolejnym tomie połączy się fabularnie z „Thorgalem”. Po wydarzeniach zaprezentowanych w „Wyspie zaginionych dzieci” bohaterka postanawia wyruszyć w niebezpieczną podróż, pragnie bowiem odnaleźć syna. Kriss nie ma jednak czasu na wielomiesięczne poszukiwania, korzysta więc z niesamowitych właściwości tak zwanej Góry Czasu, fenomenu natury pozwalającego na skrócenie drogi i szybsze osiągnięcie celu. Sęk w tym, że igrając z czasem, Kriss na swojej drodze spotyka inne, wcale nieskore do pomocy wersje samej siebie. Tymczasem Jolan, obecnie władający wikingami Północy, pragnie zakończyć wojnę z wyznawcami Javhusa. Dlatego, za namową pewnego mędrca, decyduje się na pojedynek z liderem przeciwników. Ten, kto wyjdzie z tej próby zwycięsko, przejmie kontrolę nad wojskami i ziemiami wroga, kończąc tym samym krwawy i wyniszczający konflikt. Kilka albumów „Thorgala” zawierało już motywy związane z czasem. Chyba nigdy ich poziom nie spadł poniżej bardzo dobrego, bo zarówno „Trzej Starcy z Krainy Aran”, jak i „Władca Gór” należą już do thorgalowej klasyki, a „Korona Ogotaia” okazała się powrotem do wysokiej formy w momencie, gdy cykl złapał lekką zadyszkę. Teraz na podobne rozwiązanie zdecydowali się Xavier Dorison oraz Mathieu Mariolle i trzeba przyznać, że również wykorzystali je dobrze. Scenarzyści nie starają się kopiować pomysłów Van Hamme’a, a ich zabawy z czasem opierają się na nieco innych założeniach. Tytułowa Góra Czasu ma osobliwe wymagania od swoich użytkowników. Ich zdradzenie mogłoby nieco zepsuć lekturę, powiem więc tylko tyle, że korzystanie z jej właściwości wcale nie jest takie łatwe i wymaga pewnej dozy poświęcenia. Bohaterowie najnowszego tomu „Kriss de Valnor” prezentują się naprawdę ciekawie. W oczy rzuca się zwłaszcza protagonistka, która dzięki scenariuszowym zabiegom z czasem została pokazana z różnych perspektyw. Na kolejnych kartach mamy okazję oglądać Kriss nawróconą, chcącą odzyskać Aniela i stać się dla niego matką, Kriss awanturniczkę, łupiącą pechowców na morzu oraz Kriss knującą intrygi w kopalni, z której już kiedyś musiała uciekać. Twórcy mają dobrą rękę także do postaci drugoplanowych, bowiem obaj towarzyszący wojowniczce mężczyźni są interesujący i nie sprawiają wrażenia, jakby służyli tylko do zapełnienia miejsca. Nie są może szczególnie znaczący dla globalnej fabuły, ale dobrze spełniają rolę przewodników w podróży poprzez niebezpieczeństwa związane z eksploracją Góry Czasu.

64


Jak wspominałem, coraz bliżej do scalenia w jedno pobocznych serii ze „Światów Thorgala”, toteż Dorison i Mariolle musieli nieco przyspieszyć akcję. Zapewne dlatego zdecydowali się na jej podzielenie . Po części tratującej o Kriss de Valnor otrzymaliśmy rozwinięcie wątku Jolana. Perypetie syna Thorgala zmierzają tu w kierunku znanym z głównej serii, odchodząc nieco od polityki na rzecz charakterystycznych motywów pojedynku i próby sił. To wykorzystanie klasycznych elementów sagi pokazuje, że twórcy umiejętnie czerpią z serii to, co w niej najlepsze i z wyczuciem wybierają elementy, które mogą wywołać w odbiorcy pozytywne skojarzenia ze starszymi albumami. Nad poprzednim tomem pracował rosyjski rysownik, Roman Surżenko, jednak tym razem został wymieniony na Frederica Vignauxa. Styl obu artystów jest wyraźnie inny – Francuz rysuje ostrzej i nie inspiruje się tak bardzo stylem Grzegorza Rosińskiego, jak jego poprzednik. Mnie bardziej podobają się efekty pracy Rosjanina, ale trzeba przyznać, że Vignaux też nie odstawił fuszerki, a wyszły mu zwłaszcza sceny akcji, które posiadają odpowiednią dynamikę, pasującą do postaci Kriss de Valnor. Nieco gorzej wypadają kadry zajmujące większą część lub całą stronę. Paradoksalnie nie są one zbyt przejrzyste, a planowana efektowność niestety zupełnie nie wypaliła. Siódma odsłona serii potwierdza, że pisarski tandem Dorison/Mariolle całkiem dobrze czuje postać Kriss de Valnor. Pod wieloma względami „Góra Czasu” wydaje się najlepszym albumem pierwszego pobocznego cyklu, towarzyszącego „Thorgalowi”. Wykorzystanie motywów, które niejednokrotnie grały u Van Hamme’a, okazało się trafione, bezsprzecznie też podniosło jakość całości. Scenarzystom udało się przy okazji uniknąć zarzutu o nadmierną wtórność, bowiem wątek podróży przez czas potraktowali po swojemu. Pozostaje żałować, że więcej tomów ze „Światów Thorgala” nie prezentowało podobnego poziomu jak stanowiąca bardzo przyjemną rozrywkę „Góra Czasu” – może wtedy cała inicjatywa nie ocierałaby się tak bardzo o przeciętność. Tytuł: Góra Czasu Seria: Thorgal. Kriss de Valnor Tom: 7 Scenariusz: Xavier Dorison, Mathieu Mariolle Rysunki: Frederic Vignaux Kolory: Gaetan Georges Tłumaczenie: Wojciech Birek Tytuł oryginału: La mantagne du temps Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Le Lombard Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 56p> Oprawa: miękka Format: 197 x 270 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2619-0

65


GALAKTYCZNE TU I TAM Maciej Rybicki

Muszę przyznać, że nawet nie wiem kiedy zleciało kilka wcześniejszych tomów „Guardians of the Galaxy”, a tu do rąk dostajemy kolejny, już piąty (a licząc crossover z „All-New X-Men” – szósty) album w tej serii. I choć Strażnicy w wersji komiksowej z linii Marvel Now! nie zachwycają aż tak, jak ich kinowa inkarnacja, wciąż jest to zupełnie przyzwoita rozrywkowa seria. „Grzech pierworodny” – taki tytuł nosi ten komiks – zawiera dwa wyraźnie od siebie odrębne epizody, po trzy zeszyty każdy. Pierwszy to retrospekcja pokazująca perypetie Star-Lorda, Novy/Ricarda Ridera, Draxa i Thanosa w Rakowersum. Stanowi więc bezpośrednią kontynuację wydarzeń opisanych w „Imperatywie Thanosa” (wydanym w Polsce w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela z numerem 91). Historia ta rzuca nieco światła na konsekwencje wspominanej wyżej opowieści, dotyczy bowiem powrotu bohaterów do głównego uniwersum Marvela, czyli Ziemi-616. Autor buduje napięcie przede wszystkim przez przeplatanie retrospekcji ze współczesnym planem czasowym, dawkując nam snutą przez Petera Quilla opowieść. Niewątpliwie jest tu też sporo akcji w postaci klasycznego trykociarskiego mordobicia. Bendis udowadnia jednak, że potrafi tworzyć historie z rozmachem, wychodząc poza poziom herosów „ulicznych” nie tylko w kosmos, ale wręcz do innych wymiarów. Równie ważny jak łatanie luk w marvelowskiej historii wydaje się być wątek wzajemnych relacji między Star-Lordem, Novą a Gamorą. Znalazło się więc miejsce na pogłębienie postaci, pokazanie ich z nieco innej, osobistej perspektywy, co w „Strażnikach…” tego scenarzysty nie jest bynajmniej oczywiste. Pierwsza część komiksu to więc epizod względnie udany, choć nie da się ukryć, że zdecydowanie nastawiony na efekt. Warto też dodać, że znakomitą pracę wykonał tu Ed McGuinness. Rysownik znany choćby z „Deadpoola” czy „Hulka” pokazuje, że rozwinął swój styl. Szczególnie dobrze wypada sposób, w jaki sportretował Thanosa i Novę. Największy (jedyny?) problem z epizodem w Rakowersum jest taki, że wydaje się on nieco oderwany od głównego wątku serii. Trudno zrozumieć, dlaczego nagle Gamora postanawia zadać Star-Lordowi kilka niełatwych pytań. Zresztą powiązanie tej części z tytułowym eventem także można uznać za mocno naciągane. Jasne, motywem przewodnim jest tu poznanie nieznanej prawdy, lecz w zasadzie brak w nim jakiegokolwiek powiązania ze śmiercią Watchera i następującymi po niej wydarzeniami. Ogólnie rzecz biorąc, to jednak fragment dość udany. Druga część komiksu przynosi już kontynuację rozpoczętego wcześniej wątku, oplecionego wokół Agenta Venoma/Flasha Thompsona i jego symbionta. Tu Bendis poszedł jeszcze wyraźniej w stronę efekciarstwa, konfrontując Strażników z tajemniczym gwiezdnym stworzeniem i wysyłając grupę na jego rodzinną planetę. Fragment ten rozczarowuje nie tylko nieco zbyt daleko idącą dosłownością, ale też odarciem symbionta – jednego z najbardziej intrygujących komiksowych tworów – z aury tajemniczości. Nie poprawiają sytuacji watki poboczne – polityczna rozgrywka z Spartaksie, obecność Kapitan Marvel czy też zniknięcie Angeli. Także obowiązkowy cliffhanger

66


w końcówce, choć z pewnością będzie mieć intrygujące konsekwencje, wydaje się nieco zbyt pospiesznie wprowadzony. Szkoda też, że nie dano więcej miejsca relacji między Quillem a Kitty Pryde, gdyż ten wątek, choć interesujący, dostał ledwie trzy plansze. Natomiast na plus (mały, ale jednak plus) wypada oprawa graficzna. Valerio Schiti to artysta bez wątpienia utalentowany. Ma dynamiczną kreskę, lekko flirtuje ze stylem kreskówkowym. Dobrze komponuje się ona z klimatem „Strażników”. Jest więc efektownie i kolorowo, bez większych niedociągnięć. Krótko mówiąc, nieco powyżej branżowej średniej. Piąty tom serii (a uwzględniając „Proces Jean Grey” nawet szósty) można uznać za względnie udany. Bendis łączy wypełnianie luk w znanej czytelnikom historii Strażników z pchnięciem do przodu akcji. Ze względu na uniwersum jest to więc album bez wątpienia istotny. A z punktu widzenia czytelnika? Jeśli oczekujemy lekkiej, choć niezbyt wyszukanej rozrywki, to prawdopodobnie pozycja spełni te oczekiwania. Widać jednak, że gwiezdne przygody nie są tym, co Bendis robi najlepiej. Zamiast więc rozpalać ciekawość czytelnika gorącym płomieniem (na co tytuł taki jak „Guardians of the Galaxy” ma spory potencjał), zaledwie nie pozwala mu zmarznąć. Mam nadzieję, że poza efektownymi bójkami i lekkimi dialogami seria ta przyniesie nam wreszcie coś więcej. Tytuł: Grzech pierworodny Seria: Guardians of the Galaxy. Strażnicy Galaktyki Tom: 5 Scenariusz: Brian Michael Bendis Rysunki: Ed McGuinness, Valerio Schiti Tłumaczenie: Paulina Braiter Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy: Original Sin (Guardians of the Galaxy, #18-23) Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Marvel Comics Data wydania: listopad 2017 Liczba stron:132 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Papier: kredowy Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2722-7

67


MAKABRYCZNE INTERPRETACJE OPOWIEŚCI Anna Parot

W zasadzie wszystko składa się idealnie. Po obejrzeniu 2 sezonów „Stranger Things” i dawce filmowych wspomnień o tym, jak wyglądało życie amerykańskich dzieciaków w latach 80-tych, sięgam po klasyczny komiks ze scenariuszem Stephena Kinga. No czego chcieć więcej, żeby zaspokoić mojego wewnętrznego smarkacza, który w PRL-u mógł tylko marzyć o fantastycznych wydawnictwach jak „DC Comics” czy „Marvel”? W środku świetne kadry autorstwa Berniego Wrightsona, kultowego, zmarłego w 2017 roku, rysownika. Przepiękne nawiązanie do stylowej kreski klasycznych komiksów grozy z lat 50-ych. Jednocześnie wyszły spod ręki artysty, który tchnął życie w postać Potwora z Bagien, rysował Batmana czy stworzył epickie dzieło, ilustrując powieść Mary Shelley „Frankenstein”. Jego prace są mocno osadzone w epoce niezapomnianych „żywych trupów” i doskonale oddają klimat powieści graficznych retro. Był w 1982 roku wymarzonym kandydatem do zilustrowania pięciu makabrycznych opowiastek Stephena Kinga. Co ciekawe, historie składały się na scenariusz filmu George’a A. Romero – „Creepshow”. Dwie mistrz grozy napisał specjalnie na potrzeby ekranizacji, trzy są interpretacją wcześniejszych utworów. Film wchodzi do kin w tym samym roku, w którym książka trafia na półki. Na okładce pierwszego amerykańskiego wydania zeszytu znajdziemy wyraźne odwołanie do nazwiska reżysera. Idealny zabieg marketingowy i wielka konsekwencja stylistyczna. Filmowcy zbudowali klimat obrazu, korzystając z efektów specjalnych wprost zaczerpniętych z komiksu. Mamy więc kultowego pisarza, rewelacyjnego rysownika i charakternego reżysera. Mamy masę ciekawych zapożyczeń, smaczków, stylizacji. Jest duch epoki. Jest zabawa obrazem, kreską – przenikanie się filmu i literatury. Mamy wreszcie – może nie straszne, ale za to zabawne – stylowe przypowiastki horror comedy. Faktycznie gratka dla miłośników klasyków w typie „Opowieści z krypty”. Gdyby nie jedno. Zawiódł mnie polski wydawca. Zapomniał chyba, że komiks jest jednoczesnym przeżywaniem treści i obrazu. Zamiast zastosować w dymkach czcionkę choćby zbliżoną do oryginalnej – zafundował nam źle wyjustowany tekst à la Arial. Tytuł zaś pozbawił charakterystycznej, mocnej, czarnej obwódki. Tłumaczenie jest dość drętwe, jak na możliwości podkreślenia emocji płynących z kreski kadru. Na koniec, na okładce – błąd merytoryczny (książka vs. film) połączony ze spoilerem. Drogi Wydawco. Naprawdę doceniam fakt, że chciałeś przybliżyć polskiemu czytelnikowi tak ciekawą pozycję z bibliografii Kinga. Nie zapominaj proszę o Bernim i jego żonie, którzy ją współtworzyli, kreując nastój powieści gra-

68


ficznej. Grafika w kadrze to również krój liter. Nieprzypadkowo Jack Kamen posługiwał się konkretną manierą, rysując litery tytułu w ten, a nie inny sposób. Komiks to całość. Tej świadomości zabrakło. Wielka szkoda. Tytuł: Opowieści makabryczne Scenariusz: Stephen King Rysunki: Berni Wrightson, Michele Wrightson, Jack Kamen (okładka) Tłumaczenie: Paulina Braitner Tytuł oryginału: Stephen King’s Creepshow Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros Wydawca oryginału: Plume (Penguin Group) Data wydania: 25-10-2017 Liczba stron: 64 Oprawa: miękka Format: 263 x 203 Wydanie: 1 ISBN: 978-83-8125-038-2

69


RZĄDY NIEUSTRASZONEGO Maciej Rybicki

Co tu dużo pisać, pierwszy tom „Daredevila” autorstwa Briana Michaela Bendisa i Alexa Maleeva okazał się nie tylko najbardziej wyczekiwaną premierą 2017 roku na polskim rynku komiksowym, ale prawdopodobnie i jednym z najlepszych tytułów, które ukazały się w naszym kraju w ostatnim czasie.. Po długich perypetiach z wydaniem tej serii przez Sidecę sprawy w swoje ręce wziął największy rodzimy wydawca i momentalnie ruszyły one z kopyta. Już dwa miesiące po premierze pierwszego albumu czytelnicy dostali w swoje ręce tom drugi. Dla przypomnienia, „Daredevil. Nieustraszony!” dotyczy wydarzeń, jakie miały miejsce w nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen po tym, gdy doprowadzono do zniszczenia przestępczego imperium Kingpina, zaś sekretna tożsamość Matta Murdocka została ujawniona prasie. Bendis pokazał w tym komiksie swoją najlepszą stronę, tworząc mroczny, niejednoznaczny, ale i wciągający bez reszty scenariusz, i pokazując, że w ramach konwencji superbohaterskiej także można stworzyć poważne dzieło. Drugi tom zbiorczego wydania jego runu przynosi kontynuację tej historii. Tyle tylko, że scenarzysta postanowił pchnąć Człowieka, Który Nie Zna Strachu w jeszcze większy mrok. Gęstnieje on jednak powoli, subtelnie, gdy Matt na pozór robi po prostu swoje. Pojawiają się jednak drobne sygnały, że coś jest nie tak, a nasz bohater desperacko próbuje sobie radzić z narastającą presją. Aż do przełomowego momentu, wypadającego mniej więcej w połowie albumu. A potem Bendis najzwyczajniej w świecie przesuwa akcję o rok do przodu, pokazując konsekwencje efektownej kulminacji pierwszego z dwóch aktów tej historii. Muszę przyznać, że sposób, w jaki Amerykanin buduje fabularne napięcie jest po prostu mistrzowski, podobnie jak powiązanie poszczególnych wątków i gęsta sieć zależności, łączących poszczególnych bohaterów tej historii. Najważniejszy jest oczywiście Matt Murdock, zmagający się ze zmianami w swojej dzielnicy i próbujący zachować pozory normalności w życiu prywatnym. W znakomity sposób pokazano trajektorię, na jaką wpada nasz bohater – od wspomnianych już drobnych zmian (między innymi pojawienia się w jego życiu kolejnej kobiety), przez radykalne zwroty w relacjach z otoczeniem, aż po powolne próby modyfikacji powstałej sytuacji. Pod względem psychologicznym jest to więc absolutny majstersztyk. Podobnie jak w poprzednim tomie niebagatelną rolę odgrywają postacie poboczne – na czele z Foggym Nelsonem (mam zresztą wrażenie, że u Bendisa relacja między nimi wreszcie wygląda naprawdę dojrzale), ale także wspomnianą już nowo poznaną kobietą – Millą Donovan, Benem Urichem, Lukiem Cagem, Peterem Parkerem czy Nataszą Romanow. Wszyscy oni mają niebagatelny wpływ na życie Murdocka. Drugi tom „Nieustraszonego!” sięga zresztą w kilka zakamarków, których Bendis do tej pory nie eksploatował – chociażby do katolickich korzeni Daredevila czy też jego pragnienia zemsty za śmierć obu swoich ukochanych – Elektry i Karen Page. Dostajemy więc do ręki komiks bogaty w treści, niebanalny i diabelnie wciągający – godnego następcę kapitalnego tomu pierwszego. Nie bez znaczenia jest tu oczywiście praca, jaką wykonał Alex Maleev (przy współpracy nieocenionego Matta Holligswortha). Jego „brudna” kreska świetnie komponuje się z klimatem Bendisowej opowieści, uwydatniając jeszcze

70


jej ponury nastrój. Warto też wspomnieć o interesującym zabiegu, jakim jest oddanie warstwy graficznej zeszytu #65 w ręce grona gościnnych rysowników. W historii podsumowującej dotychczasowy run Bendisa i uzupełniającej go o kilka drobnych, acz znaczących scen, mamy przyjemność oglądać kilku takich artystów – między innymi Grega Horna czy Chrisa Bachalo. Podobny smaczek pojawił się zresztą także wcześniej, gdy w kluczowej scenie numeru #50 po jednym kadrze wyszło spod ręki kilku z najbardziej znamienitych rysowników Daredevila na przestrzeni lat: Gene’a Colana, Lee Weeksa, Klausa Jansona, Jona Romity (seniora), Joego Quesady, Michaela Avona Oeminga i Davida Macka. To efektowny i bez wątpienia godny hołd złożony jednemu z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów Marvela. Drugi tom „Daredevila” Bendisa i Maleeva to znakomita kontynuacja serii, prawdziwa komiksowa uczta. I to bez względu na to czy jest się miłośnikiem konwencji superhero, czy też nie. Epicka historia, która rozpoczęła się rozpadem imperium Kingpina i upublicznieniem sekretnej tożsamości Matta Murdocka nabiera tu rumieńców, zachowując przy tym mroczny klimat. Jednocześnie Bendis pogłębia poszczególne postacie (zwłaszcza samego Daredevila), ale także coraz wyraźniej osadza swą opowieść w uniwersum Marvela poprzez wprowadzenie licznych wątków pobocznych z udziałem znanych bohaterów. W pewnym sensie pokazuje to, jak ważną dla Domu Pomysłów postacią jest odziany w czerwień niewidomy śmiałek. Myślę, że „Nieustraszony” powinien stać się ważną pozycją na liście lektur każdego komiksiarza lubiącego mocne, dobrze napisane i narysowane historie. Tytuł: Daredevil. Nieustraszony! Tom: 2 Scenariusz: Brian Michael Bendis Rysunki: Alex Maleev i inni Kolory: Matt Hollingsworth i inni Tłumaczenie: Marceli Szpak Tytuł oryginału: Daredevil: The Man Without Fear! by Brian Michael Bendis and Alex Maleev. The Ultimate Collection Book 2 (Daredevil #41-50,#56-65) Seria: Klasyka Marvela Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Marvel Comics Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 512 Oprawa: twarda Format: kredowy Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2748-7

71


PAPE SATÀN ALEPPE. KRONIKI PŁYNNEGO SPOŁECZEŃSTWA Anna Parot Książka budziła we mnie sprzeczne skojarzenia na długo przed rozpoczęciem lektury. Z jednej strony czekałam na podobnie dowcipny zbiór jak „Zapiski na pudełku od zapałek”, również składający się z osławionych felietonów z „L’Espresso”. Z drugiej był tytułowy cytat z „Boskiej Komedii” Dantego – tajemnicze zdanie wykrzykiwane u wrót piekielnych. Czy przeklina tych, co dalej iść się nie boją? Do tego „płynne społeczeństwo” w podtytule; nawiązanie do Zygmunta Baumana nadawało mojemu oczekiwaniu gorzki smak. Otwarłam paczkę z książką, artykuły z ostatnich 15 lat życia autora (2000–2015), a tam feeria bollywoodzkich barw. Pomarańcze i róże. Ani trochę nie zmniejszyło to wewnętrznego rozdźwięku. Spojrzałam na książki Baumana na półce – czarno i szaro. Wyruszyłam w podróż po lekturze „Pape” z lekką konfuzją, ale i wielką ciekawością. Zamieszczane w kultowym włoskim tygodniku teksty Eco w założeniu miały być krótkie i zwięzłe. Jak pociągnięcia pędzla wprawnego portrecisty. Dzięki tej formule czytelnik otrzymuje esencję treści zwieńczoną szybką, precyzyjną puentą. To lektura dla ludzi lubiących błyskotliwe, ironiczne szkice. Stajemy się uczestnikiem barwnego dialogu prowadzonego przez uczonego ze współczesnością. Chronologia nie była kluczem do zebrania zapisków. Autor uporządkował je tematycznie. Zastrzegł na wstępie, że założony przez niego porządek jest pokrętny i dość płynny – podobnie jak tematyka woluminu. Przeskakujemy od wszechogarniającej potrzeby bycia widocznym, przez starość, do refleksji nad miejscem telefonu komórkowego w życiu. Za kilka stron trafimy na rozdział poświęcony wielu postaciom dyskryminacji. Tuż za rogiem pojawia się temat religii i filozofii, który płynnie przechodzi w artykuły o książkach. Za moment dotkniemy ważkich tematów politycznych, po drodze zahaczając o edukację. A kończymy na głupocie wymieszanej z szaleństwem. Przypomina to przeskakiwanie z kanału na kanał w telewizji. Sport, reklama, film sensacyjny, pogoda, pokaz mody, wiadomości, lwy na sawannie. Najwyraźniej jestem dzieckiem swoich czasów, bo zupełnie mi to nie przeszkadza. Zapping mam we krwi. Jaki jest wspólny mianownik dla felietonów z tak wielu lat zebranych w jednej książce? Nie znalazłam jednej spójnej teorii filozoficznej. Myślę, że najmocniej utkwił mi w pamięci motyw postępu, któremu zawsze towarzyszy regres. Przesuwamy się niby do przodu, a rakiem. Nie mamy tu jednak konsekwentnego wykładu, umacniania tezy. To raczej wrażenie, że przemycono w treści wiadomość, która miała trafić do nas stopniowo i niepostrzeżenie. Mocniej zaznacza się w książce spójna osobowość autora. Powtarzające się wątki, przewijające się te same osoby albo sytuacje, poglądy, które ewoluują w czasie, ale ich trzon pozostaje niezmienny w płynnym świecie. Pisarz nie obserwuje rzeczywistości z fotela bujanego. Korzysta intensywnie z Internetu. Kupuje ebooki. Ja mu ufam, kiedy pisze: „nie jestem staroświecki”.

72


Nie widzę tu starca potępiającego świat ani obrażonego na upływ czasu filozofa, który ogranicza się do kontestacji. Tak, owszem – ocenia współczesną rzeczywistość. Zdolność do zatracenia się w erze stałego kontaktu i nieustannej obecności; zmianę mediów spowodowaną nieustannym dostępem wielu ludzi do rozmaitych, niepotwierdzonych niczym informacji; utratę kontroli, nie tyle nad cenzurą, ile nad warsztatem informacyjnym oraz umową społeczną. Proroczo, w felietonie z 2000 roku, pisze o zalewie fałszywymi newsami: „Zarówno dzienniki, jak i rozkłady jazdy zawiązują ze swoimi użytkownikami rodzaj niepisanego paktu o prawdziwości, który nie może zostać naruszony pod groźbą zerwania pewnej umowy społecznej. A jeśli podstawowe narzędzie komunikacji nowego milenium nie będzie mogło ustanowić i dotrzymać tego rodzaju umowy?” Punktuje miałkość kultury, jej ludyczność. Polityków, którzy stali się wyizolowaną od reszty kraju kastą, którzy rządzą i którzy go nie rozumieją. W artykułach mocno osadzonych w życiu politycznym i kulturowym Włoch dostrzegam wiele analogii do współczesnej Polski. Nie tak daleko nam do wielu włoskich przywar. Wiek autora przekłada się na wielość doświadczeń oraz dostępną mu skalę porównawczą. Na mądrość osądu. Nie na litanię narzekań i wspomnień, że za jego czasów to było wszystko lepiej. Docenia zdobycze techniki, analizuje, jak zmieniają naszą percepcję. Pisze o słabej edukacji, która kształci nieodporną na świat młodzież. Pisze jednocześnie o inicjatywie młodych organizujących szalenie popularne festiwale literackie, o których nie pomyśleliby dorośli. Nie dostajemy książki, która byłaby jednoznaczną diagnozą. To raczej wielowątkowa refleksja człowieka nad otaczającym światem. W długiej, piętnastoletniej perspektywie, jak w świetle rozszczepionym przez pryzmat, widać drobiazgi składające się na zmianę społeczną jakiej doświadczamy. Której zdajemy się nie dostrzegać w ogólnym pędzie. Nie zajmują się nią – choć powinni – filozofowie, edukatorzy, ludzie władzy. Zmiana ta wymagać będzie przewartościowania relacji międzyludzkich, układów sił i siatki społecznych powiązań. To dla mnie najważniejsze przesłanie tego zbioru. Zatrzymajmy się na chwilę, żeby zobaczyć, czy wiemy, gdzie gnamy dalej. Czy przypadkiem nie w krąg piekielny. Seria: X-Varia Tytuł: Pape Satàn aleppe. Kroniki płynnego społeczeństwa Autor: Umberto Eco Tłumaczenie: Alicja Bruś Tytuł oryginału: Pape Satàn aleppe. Cronache diuna società liquida Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS Wydawca oryginału: Teseo Editore Data wydania: 2017-09-26 Liczba stron: 536 Oprawa: całopapierowa z obwolutą Format: 142x202 Wydanie: pierwsze ISBN: 978-83-8062-051-3

73


TRYKOCIARZE W INNYM UJĘCIU Marek Adamkiewicz Mark Millar należy do grona najbardziej rozpoznawalnych i rozchwytywanych scenarzystów komiksowych. Wiele tytułów, które wyszły spod jego pióra, trafiło na listę bestsellerów, kilka zostało także z powodzeniem zekranizowanych (na przykład „Kingsman” i „Kick-Ass”). Szkot ma duży talent do pisania historii lekkich, szalenie rozrywkowych, a jednak niosących z sobą coś więcej. W Polsce ukazało się do tej pory sporo komiksów należących do tzw. Millarworld, a za ich wydawanie odpowiada Mucha Comics. Teraz, także ich nakładem, mamy okazję zapoznać się z „Jupiter’s Legacy”, przez wielu uznawanym za jedno ze szczytowych osiągnięć autora. W 1932 roku dowodzona przez Sheldona Sampsona drużyna wyrusza na wyprawę na zachód od Zielonego Przylądka, by odnaleźć wyspę, która ukazała się Sheldonowi we śnie. Nikt nie kwestionuje pomysłu mężczyzny, ponieważ jego przeczucia do tej pory sprawdzały się bezbłędnie. Co prawda nikt nie wie, co znajdą na miejscu, lecz wedle zapewnień dowódcy ma to być coś niesamowitego. I faktycznie, po dotarciu do celu członkowie wyprawy zostają obdarzeni nadludzkimi mocami. Wiele lat później superbohaterowie są w Ameryce codziennością. Sheldon i jego brat, Walter, czuwają nad bezpieczeństwem największego mocarstwa świata, lecz mają problem z własnymi dziećmi, które nie chcą podjąć odpowiedzialnej misji rodziców, a ich jedyną ambicją jest dobra zabawa. To jednak zaledwie zapowiedź czarnych chmur, jakie zbierają się nad tą zamkniętą superspołecznością. W rodzinie dochodzi do konfliktu, który odbije się na życiu całego świata. Komiks superbohaterski nader często składa się z klisz i prób opowiedzenia tej samej historii na nowo. Sam Millar pracował w swojej karierze dla obu największych graczy nurtu superhero, czyli DC Comics i Marvel, ale poza tym stworzył także serię „Kick-Ass”, w której zaprezentował tę tematykę w zupełnie inny sposób, tworząc dzieło będące po części pastiszem, po części zaś poważniejszym spojrzeniem na temat. „Jupiter’s Legacy” to kolejna próba zmierzenia się z trykociarzami, w której autor chciał zawrzeć coś więcej aniżeli tylko błahą nawalankę między posiadaczami cudownych mocy. Dla niej też jest tu nieco miejsca, co więcej, prezentuje się nader efektownie, ale nie stoi na pierwszym planie. Niezwykle istotna okazuje się w „Dziedzictwie Jowisza” rodzina i relacje pomiędzy jej członkami. Sheldon jest zwolennikiem staromodnego podejścia do bycia superbohaterem, czyli stania z boku i pomagania w razie większej potrzeby. Z kolei Walter pragnie mieć większy wpływ na światową politykę i gospodarkę i zmieniać świat, w swoim mniemaniu na lepsze. Millar przekonująco odmalowuje konflikt interesów, który z początkowej różnicy zdań przemienia się w coś znacznie bardziej poważnego i groźnego dla części bohaterów. Dużą rolę w intrydze odgrywa też konflikt pokoleniowy. Syn Sheldona nie godzi się na rolę, jaką musi pełnić, jest także sfrustrowany faktem, że ojciec odsuwa go na bok i nie pozwala w większym stopniu zintegrować się z amerykańskim rządem. W odróżnieniu od swojej siostry, Chloe, którą interesuje przede wszystkim dobra zabawa, Brandon ma ogromne ambicje, choć jego niedoświadczenie i naiwność może łatwo wykorzystać ktoś, kto wie, jak manipulować ludźmi.

74


W „Jupiter’s Legacy” otrzymujemy pewien mix gatunkowy – w komiksie pojawia się wspomniany wyżej dramat rodzinny, są tu klasyczne elementy nurtu superhero (kostiumy, tajne tożsamości, potyczki z superprzestępcami), na kolejnych kartach nie zabrakło też polityki. Mimo tej rozciągłości tematycznej całość jest zaskakująco zwarta i w ostatecznym rozrachunku raczej dosyć prosta. Fabularnych twistów nie ma tu za wiele, a całość opiera się po prostu na dynamicznej intrydze, co w momencie, gdy za całość bierze się twórca sprawnie poruszający się w takiej konwencji, można odbierać jako zaletę. Całość zilustrował Frank Quitely, którego styl jest bardzo charakterystyczny. Pamiętam własną reakcję, gdy lata temu zetknąłem się z jego pracami w serii „New X-Men” – wówczas rysunki wydały mi się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, pokraczne, zwłaszcza gdy artysta przedstawiał twarze bohaterów. W końcu przywykłem do jego stylu, ale wrażenie pewnej dziwności pozostało. W „Dziedzictwie Jowisza” warstwa graficzna nie prezentuje się tak bardzo niestandardowo jak wtedy, ale wciąż pozostaje nieco specyficzna, ponownie głównie w momentach zbliżeń na twarze. Komiks skadrowano bardzo konwencjonalnie, rysunki mieszczą się w wyznaczonych liniach, a artysta nie próbuje w tym zakresie żadnych eksperymentów. Pewnym mankamentem mogą być jedynie dosyć ubogie i monotonne tła kolejnych prac, co po pewnym czasie zaczyna rzucać się w oczy. Trudno dziwić się opiniom, wedle których „Jupiter’s Legacy” to jedno z lepszych dzieł Marka Millara. Lektura tomu pierwszego przynosi bardzo dużo przyjemności, zwłaszcza gdy czytelnik jest chociaż szczątkowo zorientowany w stylu charakterystycznym dla Szkota. Ta opowieść o superbohaterach jest bowiem dosyć typowa dla scenarzysty, który zaprezentował w niej udane połączenie akcji, humoru i nieco poważniejszej tematyki. Tom pierwszy „Dziedzictwa Jowisza” trzyma naprawdę wysoki poziom. Miejmy nadzieję, że zakończenie tej historii, które mamy poznać w 2018 roku, będzie równie satysfakcjonujące. Seria: Jupiter’s Legacy. Dziedzictwo Jowisza Tom: 1 Scenariusz: Mark Millar Rysunki: Frank Quitely Kolory: Peter Doherty Tłumaczenie: Marek Starosta Tytuł oryginału: Jupiter’s Legacy Vol. 1 Wydawnictwo: Mucha Comics Wydawca oryginału: Image Comics Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 136 Oprawa: twarda Papier: kredowy Format: 180 x 275 Wydanie: I ISBN: 978-83-65938-04-6

75


SPÓR DWÓCH WILKÓW Jagoda Wochlik

Istnieje legenda, że każdy z nas ma w sobie dwa wilki – dobrego i złego. Zwycięża ten, którego dokarmiamy. Pogląd ten stał się punktem wyjścia dla powieści Ali Land „Ja dobra, zła”. Jest to jej pisarski debiut, wcześniej przez wiele lat pracowała jako pielęgniarka i zajmowała się osobami chorymi psychicznie. Annie jest córką seryjnej morderczyni. Jej matka zabiła, a wcześniej brutalnie torturowała, dziewięcioro dzieci. Została złapana, gdyż dziewczyna zadenuncjowała ją policji. Annie, która ma być głównym świadkiem podczas procesu, trafia do rodziny zastępczej. Jest nią psychiatra Michael, jego żona Saskia oraz ich nastoletnia córka, Phoebe. Najmocniejszą stroną powieści Ali Land jest powolne poznawanie całej historii. Razem z Annie, podczas spotkań z psychologiem, ponownie przechodzimy przez piekło jej życia z matką. Dzięki zastosowaniu pierwszoosobowej narracji mamy możliwość usłyszeć myśli bohaterki, co zwłaszcza na końcowym etapie opowieści okaże się bardzo istotne. Również poznawanie jej nowego życia, w zdawałoby się „normalnej” rodzinie, czytelnik będzie śledził z coraz większym zainteresowaniem. W pewnym momencie nie wiadomo już, kto w tej historii jest dobry, kto zły, i który wilk tak naprawdę wygra, bowiem rodzina Michaela to typowy przykład na potwierdzenie tezy, że szewc bez butów chodzi. „Ja dobra, zła” zawiera ciekawe pytania o naturę człowieka. Czy programują nas geny? Czy istnieje „gen zła”? W jakiej mierze sami odpowiadamy za siebie, a w jakim stopniu kształtuje nas środowisko? Czym jest choroba psychiczna? Czy człowiek może być zły z natury? Kłopot w tym, że choć Ali Land stawia powyższe pytania, w toku opowiadanej historii nie bardzo próbuje na nie odpowiedzieć. A przecież tyle jeszcze można by z tej historii wyciągnąć. Ostatecznie autorka proponuje nam znacznie mniej, niż osoba z jej wykształceniem i doświadczeniem mogłaby wycisnąć z tego tematu. To rozczarowuje. Koniec końców „Ja dobra, zła” okazuje się jedynie dobrze skonstruowanym thrillerem. Historia wciąga, od czasu do czasu trzyma w napięciu, niekiedy zaskakuje. Niestety, nie oferuje nic ponad to, a ewidentnie miała temu potencjał, który pozostał niewykorzystany. To zatem jedynie mocne czytadło. Nic więcej.

76


Tytuł: Ja dobra, zła Tytuł oryginału: Good Me, Bad Me Autor: Ali Land Tłumaczenie: Magdalena Koziej Wydawca: Prószyński i S-ka Data wydania: 28 września 2017 Liczba stron: 424 ISBN: 9788380972308

77


RANIĄCA PURPURA Marek Adamkiewicz Jessica Jones to jedna z tych bohaterek Marvela, której perypetie autentycznie angażują. Swoje na pewno robi fakt, że seria „Alias” ukazywała się w ramach imprintu „Max”, prezentującego opowieści dojrzalsze, często wypełnione przemocą, a przede wszystkim przeznaczone dla dorosłych czytelników. To inne spojrzenie na uniwersum, które choć zazwyczaj jawi się jako kolorowe i krzykliwe, tutaj nabiera więcej odcieni szarości. To także zamknięcie pewnego etapu w życiu bohaterki i powolne wkraczanie w nowy. Poprzednie części cyklu były bez dwóch zdań jednymi z najlepszych komiksów oscylujących wokół tematyki superhero wydanych ostatnimi laty w Polsce. Zamknięcie całości na pewno tego obrazu nie zmieni. Trzy pierwsze tomy „Alias” dotyczyły w znacznej mierze spraw, które Jessica Jones rozwiązywała w prowadzonej przez siebie agencji detektywistycznej. Bohaterka pomaga zwykłym ludziom i jest w tym po prostu dobra. Co sprawiło, że zdecydowała się na tę konkretną drogę kariery, rezygnując z bardziej ekscytującego życia superbohaterki? W końcu poznamy odpowiedź na to frapujące pytanie, dowiemy się także, w jakich okolicznościach Jessica odkryła swoje moce i co konkretnie ukształtowało jej charakter, sprawiając, że stała się samotniczką i osobą, która z trudem ufa innym. Do tej pory widzieliśmy Jessikę Jones jako kobietę w pełni już ukształtowaną. Ale jakie wydarzenia wpłynęły na jej dzisiejszą osobowość? Ta kwestia długo była dosyć enigmatyczna, ale Brian Michael Bendis postanowił w końcu ją poruszyć. W czwartym tomie „Alias” mamy okazję wejrzeć w przeszłość bohaterki i poznać ją dość dokładnie. Ta, sama w sobie, nie jest niczym nowym, bo mamy tu i nastolatkę z kompleksami, i tajemniczy wypadek, podczas którego Jessica zostaje obdarzona mocami, czyli, wydawałoby się, standard. Na szczęście autor przyłożył się do pracy i podał wszystko w przekonującej obyczajowej otoczce. Istotne jest także to, że Jessica odgrywa dużą rolę w wypadku, po którym uzyskała moce, a cała sprawa budzi w niej swego rodzaju poczucie winy, które w jakimś stopniu będzie rzutować na jej dorosłe życie. Główna atrakcja finałowego tomu „Alias” to jednak postać Killgrave’a i jego konfrontacja z Jessiką. Bendis wykreowała perfekcyjny czarny charakter. Tak zwany Purple Man (tak, ma purpurową skórę) to osobnik psychotyczny, ale przy tym także szalenie inteligentny. Jest przyzwyczajony, że absolutnie nikt nie może się oprzeć jego mocy manipulowania innymi, zmuszania obcych ludzi do wykonywania jego woli. Ta świadomość sprawia, że zatraca się w okrucieństwie, które przestaje mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, stając się za to stałym elementem życia. Killgrave niszczy przypadkowo spotkanych ludzi i nie poświęca temu ani chwili refleksji. Brian Bendis przybliżył czytelnikom sytuację, w jakiej Jessica Jones natknęła się po raz pierwszy na Purple Mana. To spotkanie stało się jednym z powodów, dla których odłożyła do szafy kostium superbohaterki i rozpoczęła nowe życie. Jej obecny wizerunek kobiety niestroniącej od używek, zgorzkniałej i mającej problemy z zaufaniem, jest efektem tych traumatycznych wydarzeń. Od prze-

78


szłości, jak szybko się okazuje, trudno jednak uciec – po latach musi ponownie zmierzyć się ze swoim największym strachem. Sceny, w których Jones rozmawia z zamkniętym w więzieniu Killgrave’em rozegrane są mistrzowsko, a błyskotliwe dialogi pokazują dobitnie, jaką głębię mają bohaterowie tego komiksu. Ogromne wrażenie sprawiają także sceny późniejsze, kiedy pod wpływem pewnych wydarzeń w Jessice odzywają się dawne lęki, a my jesteśmy świadkami jej rosnącej paniki, którą niemal współodczuwamy. Psychologia postaci stoi tu na najwyższym poziomie. Interesującym i udanym zabiegiem było zilustrowanie różnych etapów życia centralnej postaci „Alias” w odmiennych graficznych stylach, co pozwoliło na ich wyraźne rozróżnienie. Inaczej pokazane są sceny, w których Jessica dojrzewa i zmaga się z problemami typowymi dla nastolatków, inaczej prezentują się fragmenty, w których działa jako superbohaterka i zostaje zmuszona przez Killgrave’a do wykonywania jego rozkazów. Sceny przedstawiające teraźniejszość narysowano jeszcze w inny sposób. Ważne, że prace wszystkich artystów, mimo różnego stylu, trzymają poziom, nadając całości odpowiedniego charakteru. „Alias” to jeden z tych komiksów, które przedstawiają coś więcej niż tylko standardową naparzankę trykociarzy. Jest w nim prawdziwa głębia – porusza poważniejsze kwestie niż zwyczajowe banalne i patetyczne tytuły superhero. Znani herosi się tu, co prawda, pojawiają, ale są dodatkiem, tłem dla Jessiki Jones i jej przeżyć. Pod tym względem ten tom „Alias” różni się nawet od poprzednich odsłon serii, w których koncepcja była nieco inna – tam mieliśmy zazwyczaj do czynienia z czystym kryminałem i byliśmy świadkami prowadzonych przez bohaterkę śledztw, tu zaś wszystko jest bardziej osobiste. To znakomite zamknięcie bardzo dobrej serii i tytuł, do którego warto będzie raz na jakiś czas powrócić. Tytuł: Jessica Jones. Alias Tom: 4 Scenariusz: Brian Michael Bendis Rysunki: Michael Gaydos, Mark Bagley, Art Thibert, Dean White, Rick Mays Kolory: Matt Hollingsworth Tłumaczenie: Marek Starosta Tytuł oryginału: Jessica Jones: Alias, vol. 4 Wydawnictwo: Mucha Comics Wydawca oryginału: Marvel MAX Data wydania: październik 2017 Liczba stron: 176 Oprawa: twarda Papier:kredowy Wydanie: I ISBN: 978-83-61319-99-3

79


AGATHA CHRISTIE BOHATERKĄ LITERACKĄ Jagoda Wochlik

Agatha Christie jest niekwestionowaną królową kryminału. To jedna z najbardziej rozpoznawalnych autorek na świecie, a stworzony przez nią detektyw od dziesiątków lat podbija serca czytelników w każdym wieku. Herkules Poirot, niewysoki Belg z sumiastym wąsem i masą przywar, jest już praktycznie ikoną popkultury, do której odwołuje się wielu późniejszych twórców. A Poirot to jedynie początek stawki. Za nim przybyli następni: Jane Marple, Parker Pane. W grudniu 1926 roku Agatha Christie zniknęła na jedenaście dni. Jej samochód znaleziono zepchnięty ze zbocza, a w środku pozostały dokumenty oraz futro pisarki. Choć autorka się odnalazła, nigdy nie zabrała publicznie głosu na temat tego, co się wydarzyło, nigdy też nie podjęła tego tematu w swojej twórczości ani autobiografii. Andrew Wilson w powieści „Królowa zbrodni” postanowił wypełnić owe jedenaście „zagubionych” dni. Nasycił je mianowicie intrygą kryminalną. Agatha Christie właśnie dowiedziała się, że jej mąż, Archie, ma romans. Jest także załamana niedawną śmiercią ukochanej matki, co sprawia, że ma problem z ukończeniem swojej kolejnej powieści o Poirocie – „Błękitnego ekspresu”. W tym newralgicznym momencie swojego życia poznaje doktora Kursa. Mężczyzna zaczyna szantażować autorkę – jeśli Christie nie zamorduje jego żony, Kurs nie tylko ujawni prasie fakt romansu jej męża, ale także skrzywdzi córkę pisarki. Najciekawszym aspektem „Królowej zbrodni” jest skupienie się na faktach z życia Agathy Christie. Dowiemy się na przykład, że lubiła jeździć pociągami oraz ze względu na swojego męża kupiła dom, który nazwali tak samo, jak miejsce, gdzie rozgrywała się akcja jej pierwszej powieści. Przeczytamy, że miała słabość do swojego psa, Petera. Dowiemy się, iż doskonale znała się na truciznach (co znalazło odzwierciedlenie w jej powieściach), a w czasie wojny pomagała w szpitalu. Również niektóre fakty dotyczące zaginięcia zgadzają się z biografią pisarki – pozostawienie dokumentów i futra, zameldowanie w hotelu, przedstawienie gościom hotelowym męża jako brata, taniec do „Nie! Nie mamy bananów”. Ze względu na wierne przedstawienie życia Christie oraz uczynienie z niej postaci literackiej, powieść może szczególnie przypaść do gustu miłośnikom pisarki. Kolejnym ciekawym aspektem „Królowej zbrodni” jest oddanie narracji aż trzem postaciom. Jedną z nich jest sama Christie. Jej narracja jest pierwszoosobowa, dzięki czemu pisarka opowiada o swoich przeżyciach i odczuciach. Kolejne dwie – narracja początkującej dziennikarki Uny oraz policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie zaginięcia Christie – mają formę trzecioosobową z punktu widzenia postaci. Wszystkie doskonale się uzupełniają i przedstawiają pełen obraz sytuacji. Natomiast fabuła „Królowej zbrodni” nie jest szczególnie wciągająca. Z jednej strony Andrew Wilson ładnie wpisał ją w konwencję retrokryminału,

80


mocno inspirując się twórczością samej Christie. Z drugiej jednak wydaje się nieco sztampowa, nie zaskakuje. Nie wywołuje też dreszczyku emocji. Kolejną rzeczą, nad którą należałoby się zastanowić w kontekście „Królowej zbrodni”, to czy w dobrym tonie jest uczynienie z autentycznej osoby postaci literackiej, a co za tym idzie, włożenie jej do głowy własnych myśli i spostrzeżeń. Agatha Christie z powieści Andrew Wilsona może mieć niewiele wspólnego z tym, jakim człowiekiem naprawdę była „matka” Poirota. Choć od jej śmierci minęło już 41 lat, rodzinie autorki i osobom, które ją znały, taki wizerunek może nie przypaść do gustu. Tak się zresztą musiało stać, gdyż powieść nie uzyskała aprobaty „Agatha Christie Limited”, organizacji zarządzającej spuścizną pisarki, którą obecnie kieruje jej prawnuk, James Prichard. „Królowa zbrodni” niewątpliwie największą wartość będzie miała dla miłośników twórczości pisarki. Jeśli bowiem obedrzemy ją z tej otoczki, pozostaje nam tylko przeciętny, niczym niewyróżniający się kryminał. Na skrzydełku książki przeczytamy, iż „Królowa zbrodni” otwiera cykl powieści, których bohaterką ma być twórczyni postaci Poirota i Marple. Pozostaje nam tylko zaczekać i sprawdzić, jakie będą pozostałe powieści o Agacie Christie. Tytuł: Królowa zbrodni Tytuł oryginału: A Talent for Murder Autor: Andrew Wilson Tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka Wydawca: Bukowy Las Data wydania: 13 września 2012 Liczba stron: 304 ISBN: 9788380740693

81


TWARDE PRAWO I NIEUCHRONNA SPRAWIEDLIWOŚĆ Marek Adamkiewicz Przygody Mrocznego Rycerza stanowią na tę chwilę prawie połowę komiksów wchodzących w skład linii wydawniczej „DC Deluxe”. Nie ma co się temu dziwić, jest to wszak jeden z najbardziej rozpoznawalnych superbohaterów, nie tylko tego konkretnego wydawnictwa, ale także w ujęciu globalnym. „Batman/Sędzia Dredd” to przykład połączenia dwóch różnych fikcyjnych światów, tak zwany crossover, podgatunek który w latach dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku przeżywał złoty okres, przynosząc fanom komiksów wiele dobrego, między innymi starcia Supermana z Obcymi, Batmana z Predatorem czy właśnie spotkanie Batmana z sędzią Dreddem. Wszystko zaczyna się, gdy do Gotham City trafia niejaki Sędzia Śmierć. Wyznaje on pogląd, w myśl którego wszystkich przestępstw dokonują żywi, zatem zbrodnią jest samo życie, dlatego trzeba je anihilować. W ślad za nim podąża para sędziów z Mega-City One – Anderson i Dredd, którzy wspólnie z Batmanem spróbują powstrzymać uciekiniera z innego wymiaru. Następnie Dredd wraz z Nietoperzem będą usiłowali okiełznać Brzuchomówcę, chcącego podłożyć bombę na przedstawieniu teatralnym i zabić w ten sposób jednego z włodarzy miasta. W kolejnej opowieści Mroczny Rycerz stanie się obiektem polowania istot z innych wymiarów, a wszystko pod czujnym okiem Riddlera. Ostatnie spotkanie obu bohaterów tego tomu ma miejsce w Mega-City One, gdzie czterej Mroczni Sędziowie, wraz z przeniesionym z Gotham Jokerem, próbują wprowadzić rządy chaosu. Crossovery są ciekawą komiksową opcją, gdyż pozwalają spojrzeć na dane postaci pod zupełnie innym kątem niż zazwyczaj. To świetna okazja, by wrzucić bohaterów w środowisko dla nich nietypowe i w interesujący sposób poszerzyć ich charakterystykę. Tak właśnie dzieje się w przypadku „Batman/ Sędzia Dredd”. Największym smaczkiem są tu właśnie bohaterowie – zarówno obrońca Gotham, jak i sędzia z Mega-City One to ludzie wyjątkowo twardzi, nieuznający kompromisów oraz traktujący walkę z przestępczością niezwykle poważnie. Początkowo obserwujemy starcie dwóch silnych charakterów i badanie gruntu. Żaden z nich nie wie, czy może zaufać drugiemu, co znacząco utrudnia współpracę. Twórcy dobrze zaprezentowali rodzącą się powoli relację, polegającą na niechętnym szacunku, a z czasem nawet na szorstkiej przyjaźni. Właściwie żadna z wchodzących w skład albumu opowieści nie jest przesadnie skomplikowana. Fabuły opierają się często na prostych założeniach, wedle których bohaterowie w jakiś sposób przenikają wymiary (zazwyczaj za pomocą specjalnego pasa) i następuje konfrontacja bądź współpraca w celu powstrzymania wspólnego przeciwnika. A mimo to całość nie jest zbyt sztampowa, dzięki pisarskiej sprawności Alana Granta i Johna Wagnera, którzy, choć największy nacisk położyli na porównanie i walkę charakterów Batmana i Dredda, nie zapomnieli przy tym o tym, by całość była odpowiednio akcyjna. Na dobrą sprawę cały czas coś się dzieje, a obrońcy prawa mają pełne ręce roboty, dzięki czemu lektura nikogo nie znudzi. Co istotne, właściwie każdej opowieści w tym albumie udało się godnie zestarzeć – żadna nie trąci nadmiernie myszką, co w przypadku komiksów z lat dziewięćdziesiątych wcale nie jest regułą.

82


Jakkolwiek komiksowi antagoniści nader często sprawiają dosyć karykaturalne wrażenie, tym razem są jedną z mocniejszych stron praktycznie każdego ze spotkań Batmana z sędzią Dreddem. Najlepiej prezentują się oczywiście Mroczni Sędziowie z Mega-City One, którzy pełen popis swoich morderczych umiejętności dają w „Uśmiechu Śmierci”. Wspominałem już o pokrętnej filozofii wyznawanej przez tych złoczyńców, wedle której przestępstwem jest samo życie – tutaj realizują ją w sposób bardzo radykalny, co jest okazją do zaprezentowania niezwykle efektownych scen pełnych osobliwie fascynującej przemocy. Sędziom pomaga także Joker, który otrzymuje wyjątkową moc zabijania własnym śmiechem i nie omieszka często z niej korzystać. W porównaniu z tą morderczą grupą, inni przeciwnicy dwójki głównych bohaterów prezentują się zdecydowanie normalniej, ale też przedstawiono ich w interesujący sposób. Warto też dodać, że na końcu albumu zamieszczono mały suplement, w którym nie występuje już Batman, za to swoje pięć minut dostaje jeden z najbardziej znanych komiksowych antybohaterów, czyli Lobo. Ważniak, jak to on, pakuje się w kosmiczny konflikt, którego rozwiązanie nie będzie wymagało niczego innego poza użyciem pięści, broni palnej i środków wybuchowych. Na Dredda natyka się niejako przy okazji. To niesamowicie szalona space opera, aczkolwiek wydaje się, że obyłaby się bez umieszczania w niej postaci Dredda, który wydaje się tu po prostu zbędny. Bardzo dobre wrażenie w poszczególnych opowieściach sprawiają rysunki. W oczy rzuca się zwłaszcza warstwa graficzna „Sądu nad Gotham”. Simon Bisley stworzył prace, których nie da się zapomnieć, choć czytelnikowi przyzwyczajonemu do czegoś bardziej standardowego mogą one wydać się zbyt udziwnione. Gdy jednak minie pierwszy szok, nie sposób nie docenić wylewającego się z kolejnych kadrów szaleństwa i dzikości. Cam Kennedy poszedł inną drogą – w „Vendetcie w Gotham” skorzystał z bardziej konwencjonalnej kreski, co, jakkolwiek nie było wyborem złym (wszak Kennedy to solidny rzemieślnik), sprawiło też, że o tym konkretnym komiksie nie można powiedzieć, by był czymś więcej aniżeli niezłą robotą. Carl Critchlow i Dermot Power, autorzy ilustracji do „Ostatecznej zagadki” zaprezentowali z kolei styl niezwykle mroczny, często sprawiający wrażenie futurystycznego, do którego dobrze pasują zimne kolory. Natomiast czwórka artystów pracujących przy „Uśmiechu śmierci” pokazała prawdziwy kunszt. Ich rysunki prezentują się bardzo realistycznie, co przy szalonym scenariuszu i wyczynianych przez bohaterów okropieństwach robi naprawdę duże wrażenie. Mimo że wchodzące w skład albumu opowieści o spotkaniach Batmana i sędziego Dredda skupiają się w znacznej mierze na akcji, to w tym konkretnym przypadku trudno uznać tę cechę za wadę. Ta akcyjność nie jest bowiem bezrefleksyjna, a obfite podlanie jej szaleństwem okazało się krokiem ze wszech miar satysfakcjonującym. Cały ten tom będzie ponadto wspaniałą sentymentalną podróżą dla tych fanów, którzy wychowali się na wydawanych w ostatniej dekadzie XX wieku zeszytach z TM-Semic – tamten klimat aż wylewa się z kolejnych stron, przyprawiając podczas lektury o niejedną łezkę wzruszenia. „Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania”, mimo że nie jest komiksem obiektywnie wybitnym, to niesie ze sobą dużo naprawdę zajmującej rozrywki i warto postawić go na swojej półce.

83


Tytuł: Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania Seria: DC Deluxe Scenariusz: Alan Grant, John Wagner Rysunki: Simon Bisley, Cam Kennedy, Carl Critchlow, Glenn Fabry i inni Kolory: Digital Chameleon, Gloria Vasquez Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz Tytuł oryginału: The Batman/Judge Dredd Collection Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: DC Comics, Rebellion A/S Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 304 Oprawa: twarda z obwolutą Format: 180 x 275 Wydanie: I ISBN: 978-83-281-2718-0

84


BŁYSKAWICA NA POGODNYM NIEBIE Marek Ścieszek Konwencja, którą w jej najprzeróżniejszych odmianach władają konkretni autorzy o ugruntowanych nazwiskach, czasami wydaje na świat kogoś, o kim jeszcze przed chwilą mało kto słyszał. Z efektem porównywalnym do błyskawicy na błękitnym niebie. Horror od lat straszy Kingiem, Koontzem czy Mastertonem. Straszy Straubem, Castle’em czy Rice. Wspomina też dawnych mistrzów: Lovecrafta, Poego, Stokera, Howarda. Niebawem zostanie przypomniana Jackson. Aby wielbicielom grozy podarować łyk świeżego powietrza, okazjonalnie dodaje się nowy składnik. Przed paru laty świat usłyszał o Joem Hillu i nie był to łyk lecz prawdziwy haust ożywczego tlenu. Hill już dawno przeniósł się na regał z innymi mistrzami. Czy ta sama przyszłość czeka Thomasa Olde Heuvelta? Pierwsza powieść Holendra jasno określa jego cel, dokładnie ten sam, który stał się udziałem najstarszego syna Stephena Kinga. Autor zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Sam King wyraża się o pierwszej anglojęzycznej powieści Heuvelta wyłącznie w superlatywach. Jest to czynnik, który – jak i sama jakość książki – może zmotywować, ale także sprawić, że Holender spali się w blokach. Zewsząd płyną pochwały, dla zasady poprzetykane pojedynczymi krytycznymi uwagami, aby przypadkiem nie okazało się, iż oto mamy do czynienia z arcydziełem literatury grozy. Nie mamy, na szczęście. Gdybyśmy mieli, przyszłość nie niosłaby już ze sobą obietnicy czegoś równie dobrego, zaś o lepszym nawet nie byłoby co marzyć. Jest to jednak książka naprawdę dobra, stworzona w oryginalny sposób na starym, ogranym motywie, świetnie rozbudowana i przemyślana. Może dzięki temu, że mamy do czynienia z przepisaną wersją powieści, funkcjonującej już wcześniej na rynku holenderskim? Gdyby Heuvelt napisał ją od zera, nie dając sobie tyle czasu na refleksję i dopracowanie pomysłów, byłaby równie dobra? Sam autor, przerabiając ją pod gust oraz dostosowując do możliwości poznawczych odbiorcy z Ameryki, poddał to w wątpliwość. Motyw jest wtórny. Małe amerykańskie miasteczko mogłoby być normalne, gdyby nie fakt, iż nawiedza je duch zamordowanej przed stuleciami czarownicy. Nawiedzenia – znajomy topos literatury grozy, obok wampirów, zombie i wilkołaków. Czy można do tego przeoranego po wielokroć pomysłu dodać coś nowego? Jak najbardziej. Wystarczy się zastanowić, jak w dobie powszechnej informacji ukryć przed kimś istnienie ducha, który pojawia się gdzie chce, kiedy chce i na jak długo chce. Odpowiedzią jest Hex. To hermetyczna forma systemu danych, stworzona dzięki dostępnym dla wszystkich narzędziom. System, który dopuszcza użycie komputera, tabletu, telefonu komórkowego, zezwala na korzystanie z Internetu, sieci telefonicznej oraz ich dobrodziejstw: Facebooka, You Tube i Twittera – wszystko na obszarze ograniczonym do granic miasta Black Spring. Być może przed stu laty można było się bez tego obejść. Przed stu latu tak, ale nie dzisiaj. Nie w świecie, który oferuje tak wiele możliwości rozrywki, posiadania czy choćby swobodnego przemieszczania się. Czarownica nie jest postacią pierwszoplanową. Najważniejsi są tutaj ludzie, mieszkańcy Black Spring. I to na przestrzeni wielu stuleci. Ludzie, którzy mimo postępu cywilizacyjnego oraz upływu lat okazują się wciąż jednako-

85


wo ułomni. W XVII wieku dopuścili się mordu na Katherine van Wyler oraz jej dzieciach, wskutek czego na ich miasteczko spadła klątwa. Nienauczonym niczego nadal wystarczy impuls, podszept, czyjś krzyk, aby doszło do kolejnych okropieństw. To nie czarownica jest zła, nie ona stworzyła miasteczko, żyjące w nieustannym zagrożeniu. To miasteczko stworzyło ją. I teraz płaci za swe zbrodnie. Kiedy więc widzimy wędrującą ulicami wiedźmę ze zszytymi wargami, aby nie mogła rzucać klątw, oraz zaszytymi powiekami aby nie mogła obserwować, nie litujmy się nad ludźmi. Nie nad tymi, którzy nie potrafią w żaden sposób się jej pozbyć, którzy niemalże niewolą nowych mieszkańców Black Spring aby tajemnica nie mogła się wydostać na zewnątrz i surowo karzą odstępców od Hexa; ludźmi, którzy popełniają samobójstwo przy każdej dłuższej nieobecności w mieście. Litujmy się nad nią, Katherine van Wyler. W swoim czasie mogła być zwyczajną szczęśliwą kobietą. Matką. W posłowiu Heuvelt wyjaśnia historię powieści. Dowiadujemy się między innymi, iż wcześniej niż książka, którą mamy okazję trzymać w rękach, powstała powieść o nawiedzonym niderlandzkim miasteczku. Dzięki autorowi, który był uprzejmy nam to wyjaśnić, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie Holendrów, żyjących pospołu z wiedźmami, nawiedzającymi ich siedziby. Wierzymy, że dzieci chowane na historiach o starych czarownicach, wyrosną na dorosłych, którzy w razie spotkania z taką istotą ograniczą się do zarzucenia jej ścierki na twarz i powrotu, jak gdyby nigdy nic, do przerwanych zajęć. Dużo trudniej jest uwierzyć w podobne historie dziejące się w Nowym Świecie, mimo przemielonego na milion sposobów Salem. A może właśnie z winy autorów eksploatujących w swoich dziełach historię Salem, którzy motyw wiedźmy w amerykańskim wydaniu sprowadzili do poziomu kolejnego odcinka przygód Scooby Doo. Tym większe uznanie dla holenderskiego pisarza, że zdołał mnie do tego przekonać. Uwierzyłem w wiedźmę z Black Spring i wy również w nią uwierzycie. Heuvelt może spokojnie wydać coś o wilkołakach ścierających się w odwiecznej wojnie z wampirami wspieranymi przez zombie. W przeciwieństwie do autorów, którzy być może faktycznie drążą ten jakże oryginalny temat, jego książkę kupię i przeczytam. Tytuł: Hex Tytuł oryginalny: Hex Autor: Thomas Olde Heuvelt Z angielskiego tłumaczenia Nancy Forest-Flier: Piotr Kuś Wydawnictwo: Zysk i S-ka Data wydania: 23 października 2017 Liczba stron: 444 ISBN: 978-83-8116-173-2

86


PIERWSZE LATA Marcin Knyszyński Zanim Mike Mignola zaczął tworzyć postać Hellboya, myślał o napisaniu opowieści o całej grupie bohaterów. Miała to być ekipa pracująca dla rządu Stanów Zjednoczonych, której zadaniem będzie walka z nadnaturalnymi zagrożeniami. Gdy jednak to Hellboy został centralną postacią uniwersum Mignoli, grupa B.B.P.O (Biuro Badań Paranormalnych i Obrony) rozmyła się w tle jako uzupełnienie świata. Po kilku latach dorobiła się jednak własnej serii. Po wydaniu trzydziestu ośmiu zeszytów, jej autorzy z Mikem Mignolą na czele wpadli na pomysł, aby trochę namieszać w chronologii wydarzeń. Postanowili cofnąć się w czasie do początków B.B.P.O. W 1944 roku rosyjski czarny mag, Rasputin, przywołał z zaświatów małego Hellboya. Przybysz trafił od razu pod opiekę profesora Bruttenholma, głównej postaci rozpoczynającego dopiero swą działalność Biura Badań Paranormalnych i Obrony. Fabuła „Hellboya” bardzo szybko skoczyła pięćdziesiąt lat do przodu, Hellboy jest już najważniejszym członkiem grupy. Ale co się działo pomiędzy? „BBPO 1946–1948” to zbiorcze wydanie trzech albumów (piętnastu odcinków), opowiadających o wydarzeniach z czasów, gdy Hellboy miał odpowiednio dwa, trzy i cztery lata (dorosłość osiągnął jako ośmiolatek, tak na marginesie). W 1946 roku przedstawiciele B.B.P.O. wybierają się do zrujnowanego Berlina, aby zebrać i uporządkować jak najwięcej danych, związanych z pracami hitlerowców nad okultyzmem. Na miejscu okazuje się, że jest tu już sowiecka grupa, wykonująca analogiczne badania. Radzieckim oddziałem dowodzi bardzo, bardzo niezwykła „osoba”, która pojawia się potem we wszystkich kolejnych rozdziałach komiksu. Rozpoczyna się trudna i niewygodna współpraca, która jest jednak konieczna, ponieważ to, co bohaterowie odkrywają w Berlinie – nazistowski program „Vampir Sturm”, powrót pewnego koszmarnego generała, istoty w słoikach, nieludzkie eksperymenty i słowiańskie demony – może sprowadzić zagładę na całą ludzkość. W 1947 roku Biuro wysyła czterech weteranów II wojny światowej do zamku nad jeziorem Annecy we Francji. Być może ukryto tam odpowiedź na pytanie, kto (lub co) zabija faszystowskich zbrodniarzy wojennych w całej Europie. Agenci dowiadują się na miejscu, że zamek jest całkowicie zniszczony i że nic tam nie znajdą. Jednak gdy jeden nich poznaje w bibliotece pewną uwodzicielską kobietę i zgadza się popłynąć z nią nad jezioro, okazuje się, że zamek stoi nienaruszony. Co więcej, odbywa się w nim właśnie bal maskowy, w którym, oczarowany swą towarzyszką, agent Simon Andrews postanawia wziąć udział. Mroczne katakumby, tajne stowarzyszenie wampirów, sabat czarownic i egzorcyzmy. W 1948 do bazy B.B.P.O. przybywają naukowcy z projektu „Enkelados”, prowadzący badania nad wykorzystaniem energii atomowej w programie kosmicznym. Okazuje się, że dokładnie tam, gdzie przeprowadzono próby atomowe, zaczynają pojawiać się potwory. Są to w pełni materialne istoty, jakby wprost wyjęte wprost z opowiadań Howarda Phillipsa Lovecrafta. Pani Anna Rieu,

87


specjalistka od fizyki kwantowej, ma na to ściśle naukowe wytłumaczenie. Profesor Trevor Bruttenholm wprowadza do tego równania okultyzm i magię, co oczywiście prowadzi do konfliktu. Swój dalszy ciąg ma też historia agenta Simona Andrewsa, ciężko doświadczonego przygodami z poprzedniego odcinka. W tej części znajdziemy alternatywne rzeczywistości, walkę magii z naukaą, demony wewnątrz człowieka a potwory na zewnątrz. Każda z części ma innego rysownika (druga ma nawet dwóch). Rysunki Paula Azacety w „1946” są najbardziej zbliżone do stylu Mignoli. Charakteryzują się bardzo grubą i wyrazistą kreską. Azaceta podobnie operuje plamami cienia i tworzy bardzo oszczędną w szczegółach scenografię. Jest to też rysownik najlepiej oddający nastrój grozy i makabrycznego horroru. Gabriel Ba i Fabio Moon to bliźniacy którzy narysowali „1947”. Ich rysunki lubię najbardziej. To o wiele łagodniejsze i lżejsze kadry niż te z pierwszej części. Najmniej realistyczne, najbardziej komiksowe i nieco schematyczne (osobiście miałem tu lekkie skojarzenia z „Paniami Łaskawymi” Neila Gaimana). Ostatnim twórcą jest Max Fiumara, którego rysunki do „1948” charakteryzują się największą dbałością o detale i realizmem. Biuro biurem, a co z naszym małym czerwonym pupilem? Ano, wędruje wszędzie tam, gdzie los rzuci B.B.P.O. Centrala Biura na początku znajdowała się w jednostce sił powietrznych w Nowym Meksyku. W 1948 roku zostaje przeniesiona do Fairfield w Connecticut. Wszystkie fabularne fragmenty z małym Hellboyem wprowadzają wesołe akcenty do całej historii. Wychowanek profesora Bruttenholma gania kury na fermie, bawi się z psem lub amerykańskimi żołnierzami na terenie tajnej bazy wojskowej. Czyta komiksy o superbohaterach, kradnie papierosy, wpada nieoczekiwanie w środek ważnego spotkania czy egzorcyzmów – bo chce naleśniki albo pograć w baseball. Jak to dziecko. Ale czy jest tylko dzieckiem? „BBPO 1946–1948” stawia bardzo poważne pytania o naturę, pochodzenie i przeznaczenie Hellboya. Jest on wychowywany przez profesora Bruttenholma, teoretycznie na jednego z członków grupy, jednak nie sposób nie zauważyć jak bardzo różni się od wszystkich ludzi. Widać też wyraźnie jak bardzo nasz maluch przeżywa ten fakt. Ostatni rysunek ostatniej opowieści daje temu naprawdę bardzo mocny wyraz. Kim jest Hellboy? Na kogo tak naprawdę jest wychowywany? Czy ktokolwiek jest w ogóle w stanie o tym zdecydować? „BBPO 1946–1948” to ponad czterysta stron świetnej komiksowej rozrywki. Przygody agentów Biura Badań Paranormalnych i Obrony z czasów początków jego działalności to rewelacyjna podróż w przeszłość. Historie tutaj przedstawione są proste, nieco krzykliwe i przerysowane – dokładnie takie, jakie powinny być. To nadal czadowe, piekielne pulp fiction. Wydawnictwo Egmont rozpoczęło wydawanie serii B.B.P.O. według chronologii wydarzeń w świecie komiksu a nie według kolejności wydań na rynku amerykańskim. Nie jestem do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Może być przecież tak, że autorzy ukrywają w fabule „BBPO 1946–1948” jakieś fajne nawiązania do numerów, które już były – pamiętajmy, że pierwszy odcinek „1946” to tak naprawdę trzydziesty dziewiąty w całej serii. Jako osoba dopiero poznająca uniwersum Mignoli na pewno ich nie znajdę. Ale nic to – komiksy ze świata Hellboya mają to do siebie, że nie sposób do nich nie wrócić. Będę jeszcze miał okazję.

88


Tytuł: BBPO 1946–1948 Scenariusz: Mike Mignola, Joshua Dysart, John Arcudi Rysunki: Paul Azaceta, Gabriel Ba, Fabio Moon, Max Fiumara Tłumaczenie: Jacek Drewnowski Tytuł oryginału: BPRD 1946–1948 Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Dark Horse Comics Data wydania: grudzień 2017 Liczba stron: 468 Oprawa: twarda Papier: twarda Format: 175 x 265 Wydanie: I ISBN: 9788328127296

89


ŚWIAT JEST TEATREM, AKTORAMI LUDZIE... Magdalena Makówka

Wydawnictwo Genius Creations przez ostatnie lata miało szczęście do debiutantów. Dość wymienić powieści Katarzyny Rupiewicz czy Marty Krajewskiej, ciepło przyjęte przez czytelników. Teraz zaś na księgarskie półki trafiła książka rozpoczynającego karierę pisarską Michała Ochnika. Czy i tym razem jest to debiut udany? Do nieco sennego miasteczka, Vadeline, przybywa ekscentryczny Victor Caillou. Chce wskrzesić teatr, którym wcześniej kierował znany dramaturg Samuel Zimmerman. Poza tym Victor pragnie odnaleźć zaginione sztuki artysty, gdyż sądzi, że może być w nich ukryty klucz do zgładzenia królowej Zimy. Tajemnicza monarchini lata temu niespodziewanie pojawiła się w świecie, w którym toczy się akcja powieści i teraz sprawuje despotyczne rządy. Najbardziej spektakularnym ze stosowanych przez nią narzędzi represji jest manipulacja pogodą, dzięki której może sprawić, że całe miasteczka znikną pod połaciami śniegu. Nie sposób jej pokonać w konwencjonalny sposób, o czym przekonał się zresztą sam Samuel, który został stracony za próbę zamachu na królową. Teraz Victor chce kontynuować jego dzieło, znaleźć sposób na zabicie monarchini, wyszkolić aktorów, a przy okazji samemu nie stracić głowy za zdradę. Akcja powieści fantasy rzadko toczy się w małych miasteczkach. Owszem, często tam właśnie się zaczyna, lecz zazwyczaj bohaterowie zdążają do większego ośrodka, gdzie mają miejsce przełomowe wydarzenia. Tymczasem Victor porzuca splendor stolicy i przybywa do miejscowości na prowincji. Dociera do niej w momencie przemian, gdyż w pobliżu odkryto złoża złota, więc wkrótce pojawią się spragnieni bogactw obcy. To właśnie opowieść o mieszkańcach Vadeline początkowo wysuwa się na pierwszy plan. Poznajemy ludzi, którzy starają się żyć jak gdyby nigdy nic, chociaż widać już zmiany, które przyniesie otwarcie kopalni. Są zwykli, lecz na pewno nie nudni. Razem z Victorem przekonujemy się, że nawet mieszkańcy małych miejscowości mają tajemnice i marzenia, które czasem daje się zrealizować, choć z niektórych trzeba także umieć zrezygnować. To właśnie zimowa sceneria Vadeline nadaje powieści Michała Ochnika niezwykły klimat, który zapada w pamięć na dłużej. Jednak wraz z rozwojem fabuły autor niestety coraz mniej uwagi poświęca codzienności miejscowych i skupia się na problemie walki ze złą królową. Również ten wątek został bardzo dobrze nakreślony. Ochnikowi udało się uniknąć sztampowych rozwiązań, o które tak łatwo w motywie często pojawiającym się w literaturze. O antagonistce, jaką jest odległa Biała Królowa, nie wiemy wiele. Autor oszczędnie dozuje informacje, które są rozsiane po całej powieści. O okrutnych rządach władczyni wiemy jednak całkiem sporo, niemal każdy spotkany bohater stracił kogoś bliskiego z jej rozkazu. Nie dziwi więc istnienie ruchu oporu przeciwko jej rządom. Nie znamy ich liczebności ani programu politycznego, wiemy jed-

90


nak, że mają różne motywy. Powieściowi buntownicy nie są bez skazy, kierują się osobistymi pobudkami, a sama rebelia ma wiele odcieni. Jedni buntownicy nie chcą plamić rąk krwią, dla innych nawet ofiary cywilne nie stanowią problemu. Szczególnie spodobało mi się podkreślenie tego, że samo obalenie złego władcy nie wystarczy i może prowadzić do jeszcze większych problemów. Omawiając „Zimę”, nie można zapomnieć także o wątku teatralnym. Ochnik szczegółowo opisuje świat prób, przygotowań do premiery, przesądów i obyczajów, jakim hołdują ludzie teatru. Przypomina on zresztą ten, który znamy z naszej rzeczywistości, choć dodane są pewne szczegóły charakterystyczne dla świata wykreowanego przez autora. Czytając powieść, sami dajemy się ponieść magii teatru. Ostatni raz tak dobry wątek związany z ludźmi sztuki dziejący się w wymyślonym świecie spotkałam w „Maskaradzie” Terry’ego Pratchetta. O świecie „Zimy” nie wiemy zbyt wiele. Ochnik nie zasypuje nas informacjami, lecz oszczędnie je dozuje, dzięki czemu uniwersum jest bardziej tajemnicze. Umiejętnie podsuwa czytelnikowi niezbędne informacje, zatem nie czujemy się zagubieni podczas lektury. Jeżeli chodzi o kreacje bohaterów, to najwięcej można powiedzieć o Victorze. Jest to z całą pewnością postać niejednoznaczna, wielowymiarowa. Pełen optymizmu młodzieniec nie poddaje się mimo kolejnych przeciwności losu. Jednocześnie jego zachowanie oscyluje na granicy między brawurą a głupotą. Niestety inne postaci, chociaż mają często duży potencjał, nie są już tak dobrze nakreślone, po prostu poświęcono im zbyt mało miejsca. Podczas lektury zgrzytało mi czasem słownictwo używane przez bohaterów, było bowiem zbyt wyszukane jak na prostych ludzi. Słabym fragmentem powieści jest opowieść przyjaciela Victora o protagoniście. Wydaje się, że autor przygotował szczegółową historię jego życia, lecz niestety wprowadzenie jej w formie długiej serii anegdot podkreślających cechy młodego teatrologa nie było najlepszym pomysłem. Z uwag technicznych– trzeba zwrócić uwagę na pojawiające się od czasu do czasu literówki. Na koniec chciałabym pochwalić bardzo dobre zakończenie. Jest ono niejednoznaczne i tak różne od tych znanych z wielu powieści fantasy. Sprawia, że „Zima” stanowi zamkniętą całość, pozwalając jednak autorowi na kontynuację Odpowiadając na pytanie postawione we wstępie, stwierdzam, że wydawnictwo Genius Creations po raz kolejny zaprezentowało udany debiut. „Zima” to z pozoru typowa powieść fantasy, jednak autor ograne motywy przedstawia w inspirujący sposób. Jak dla mnie to jedna z lepszych premier fantasy 2017 roku. Autor: Michał Ochnik Tytuł: Zima Wydawca: Genius Creations Data wydania: 2017 Liczba stron: 388 ISBN: 978-83-7995-128-4

91


ROZKŁAD I ROZKŁADÓWKA Marcin Knyszyński Co mają ze sobą wspólnego wypchany i pokryty autografami piesek, grający kiedyś Toto w „Czarnoksiężniku z Krainy Oz”, gangsterskie tatuaże, dzieci poczęte na planie filmów pornograficznych, hitlerowski projekt „Seks-lalka w każdym okopie”, cesarzowa Waleria Messalina i realistyczne odlewy intymnych części ciała? Jeśli wydawało wam się, że Chuck Palahniuk już dawno przekroczył granice dobrego smaku i zdrowego rozsądku w „Opętanych” i „Rancie”, przemyślcie to jeszcze raz. Kolejna powieść etatowego literackiego obrazoburcy każe się zastanowić czy droga, którą podąża jego twórczość, jest na pewno słuszna. Przecież zbyt monotonna dieta powoduje nie tylko przesyt, ale i uodparnia kubki smakowe na konkretne doznania. W dusznej, wilgotnej, śmierdzącej moczem i potem piwnicy siedzi sześciuset facetów. Każdy z numerkiem na ramieniu, napisanym trudno zmywalnym markerem. Od czasu do czasu schodzi do nich młoda dwudziestoparoletnia dziewczyna o imieniu Sheila i zaprasza losowo wybraną trójkę na górę. Nie wracają już oni na dół. Na górze, w specjalnie przygotowanym, jasno oświetlonym pokoju, dzieją się rzeczy niesłychane. Najsłynniejsza aktorka porno swoich czasów, Cassie Wright, przechodzi do historii filmów XXX jako ta, która odbyła sześćset stosunków seksualnych pod rząd. Gdyby tylko wytrzymała fizycznie, mogłaby pewnie odbyć i z tysiąc, wszak powszechnie wiadomo, że „żeby nakłonić laskę do zagrania w świńskim filmie, wystarczy jej zaoferować milion dolarów. Żeby nakłonić do tego samego faceta, wystarczy mu to tylko zaproponować”. Fabułę śledzimy z punktów widzenia czterech postaci. Pan z numerem 600 to podstarzały gwiazdor filmów porno, którego łączy z Cassie więcej niż mogłoby się wydawać. Pan 72 to nastolatek, prawiczek z poważnymi zaburzeniami seksualnymi, ogarnięty obsesją na tle supergwiazdy. Pan numer 137 to podupadły aktor, były serialowy detektyw, szukający swojej szansy w przemyśle pornograficznym. Jednak, jak to branżowa wieść niesie, udział w tego rodzaju filmach to koniec kariery. To Rubikon zza którego już nie można się wycofać. Sylwester Stallone jest jedynym żywym wyjątkiem od reguły. Czwartym narratorem jest Sheila, asystentka Cassie i tak zwana „naganiaczka”. „Snuff” to powieść wprost ociekająca turpizmem, wulgaryzmami, wydzielinami ciała i wielce kontrowersyjnymi a czasem nawet absurdalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Przeczytajcie końcówkę bez rozdziawionych ust, będziecie wielcy. O co tym razem chodzi Palahniukowi? Co chce przekazać? Że wszyscy faceci są tacy sami? Na casting stawiło się całe spektrum męskiej populacji – starzy, młodzi, przystojni, brzydcy, bogaci, biedni. Nawet geje przyszli. Czy facet to takie stworzenie, które nie przepuści żadnej okazji, żeby wykazać się w wiadomej dyscyplinie? A może Palahniuk mówi, że seks jest najlepszym towarem na rynku, takim na który zawsze będzie popyt? Dla seksu zrobimy wszystko, zaprzedamy rodzinę, własną duszę, podpalimy świat. Być może autor obnaża zerową wartość instytucji rodziny? Rodzice i dzieci, uśmiechnięci na zdjęciach, to tylko widokówka z filmów familijnych, przecież tak naprawdę każda rodzina jest dysfunkcyjna, jej idea przegniła a jej członkowie nic dla siebie nie znaczą? A może chodzi o krytykę show businessu

92


i charakterystycznego dla niego ludzkiego dążenia do cielesnej perfekcji, nawet kosztem zdrowia? Aktorki noszą wszak buty z nierównymi obcasami, żeby efektowniej kręcić tyłkiem, niszcząc przy tym stawy biodrowe, a operacje plastyczne to często nieudolne próby zatrzymania czasu. O właśnie. Może też chodzi o, z góry skazaną na porażkę, walkę z upływającym czasem? Cassie i pan 600 najlepsze lata mają już za sobą, a ich ciała, czyli narzędzia pracy, już dawno powinny przejść na emeryturę. Skąd to odbierające rozum i godność parcie na szkło? Czy naprawdę tak trudno wyczuć, kiedy należy zejść ze sceny? Palahniuk sporo też mówi o śmierci i jej dziwnym pokrewieństwie z seksem. Czy seks może być formą odkupienia win? Pokuty? Wewnętrznej transformacji? Wynaturzonej komunii? A może trzeba się poważnie zastanowić nad tytułem powieści? Kurczę, a może autor pisze po prostu o pornografii? Pisze o wszystkich tych tematach. O każdym po trochu. Poukrywał to wszystko skrzętnie w otworach fabularnego ciała i gra z odbiorcą w „ciepło, zimno”. Czytelnik zaczynający Palahniuka od tej książki nie usłyszy sensu autorskiego przesłania, zepchniętego na margines, przez odgłos klaskających pośladków. Jednak „Snuff” jako kolejny przystanek na palahniukowej autostradzie (nie wiem jeszcze, dokąd ona prowadzi) pokazuje, że nie zgubił się on jeszcze w swojej nadprodukcji znaczeń. Być może przesadził ze scenografią, przyciągającą raczej amatorów rozkładu niż rozkładówek. Pewnie przeholował z kreatywnością w wymyślaniu fikcyjnych tytułów filmów porno, wystawiając jednocześnie na próbę kreatywność tłumacza. „Penis rozrabiaka”, „Dr Strangelove, czyli jak pokochałem seksbombę”, „Policjanci z fajami”, „Mężczyźni walą blondynki” czy „Jądra w ciemności” to tylko niektóre, najbardziej cenzuralne tytuły. Jednak przede wszystkim Palahniuk napisał powieść o ludzkich obsesjach, maniach i życiowych nałogach, które dręczą współczesną mu cywilizację. Porno jest tu tylko przykładem, krzykliwym i przesadzonym środkiem wyrazu – wynaturzonym tak samo jak każda nasza fiksacja. Ile w powieści jest obsesji dotyczących całej ludzkości, a ile samego Palahniuka, pozostaje się tylko domyślać. Tytuł: Snuff Tytuł oryginalny: Snuff Autor: Chuck Palahniuk Tłumaczenie: Elżbieta Gałązka-Salamon Wydawca: Niebieska Studnia Data wydania: 2013 Rok wydania oryginału: 2008 Liczba stron: 224 ISBN: 9788360979273

93


WYŚCIGI MISTRZÓW Hubert Przybylski Są takie wydawnictwa, które mają w swojej ofercie książki topowych krajowych pisarzy. Banał i oczywistość*, nie? Ale czy zastanowiliście się kiedyś, jak to wpływa na samych twórców i wydawcę? Ten ostatni musi być lepszym dyplomatą niż minister spraw zagranicznych dowolnego środkowoeuropejskiego kraju, a jednocześnie spełnia też rolę twardego acz sprawiedliwego ojca, który wymaga, a zarazem nie dopuszcza do konfliktów między diabelnie ambitnymi synami. A sami twórcy? Pal licho, jeśli to jest jakaś olbrzymia oficyna wydawnicza, ale gdy firma nie jest przesadnie duża, a ma w swojej ofercie trzech, nie boję się użyć tego słowa, mistrzów? Konkurujących ze sobą, nakręcających się wzajemnie i walczących o palmę pierwszeństwa, o tytuł mistrza nad mistrzami. Wiecie, jaka tam musi być atmosfera? W porównaniu z tym rekonstrukcja rządu czy nawet wybory nowej przewodniczącej kółka gospodyń wiejskich w typowej podlaskiej wsi** to jak zebranie oazy. A przecież pisarze w Warbooku, bo, jeśli się jeszcze nie domyśliliście, o tym wydawnictwie mowa, mają jeszcze tę cechę, że, jak na nasze polskie warunki, są całkiem płodni. I ich, czyli Piotra Langenfelda, Michała Cholewy i Marcina Ciszewskiego, walka o palmę pierwszeństwa ma przez to tempo większe, niż Formuła 1. Czy w takich okolicznościach przyrody ukazanie się na rynku powieści Ciszewskiego, „Mgły”, zmienia sytuację? Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, tradycyjna zajawka fabuły książki. A w niej, jak zwykle u tego autora, dzieje się dużo. I zaczyna prawdziwie hiczkokowskim mocnym uderzeniem – w Kabatach rozbija się samolot rządowy Federacji Rosyjskiej z ministrem spraw zagranicznych tego kraju na pokładzie. Szybko okazuje się, że to nie był wypadek, a główny ciężar śledztwa spada (nieoficjalnie) na szefa Biura Zwalczania Terroryzmu, Jakuba Tyszkiewicza, i jego ludzi. Którzy już i tak mają pełne ręce roboty, bo za tydzień ma odwiedzić Warszawę prezydent USA, a oni akurat aresztowali kilku terrorystów powiązanych z ISIS i wszystko wskazuje na to, że nie byli oni jedynymi członkami tej przemiłej organizacji, którzy akurat trafili do naszego pięknego kraju. A i to jeszcze nie wszystko, bo na drugim planie też się sporo dzieje. Dotychczas władająca krajem partia właśnie przegrała wybory, na dniach szykuje się zmiana rządu i, co za tym idzie, zwierzchników Tyszkiewicza, a na dodatek ktoś szantażuje jego żonę. A w to wszystko, jak to u nas, wmieszane są olbrzymie pieniądze i wywiad obcego mocarstwa. I paraliżująca kraj mgła. Jak sami widzicie, intryga jest gęsta jak zasmażka na mrozie. Atmosfera zagrożenia i tajemnicy, jak zwykle w tej serii Ciszewskiego, została spotęgowana manifestacją sił natury i utrzymuje czytelnika w stanie podwyższonego napięcia nawet w najspokojniejszych momentach lektury. Dziwię się, że jeszcze żadna z książek tego autora nie została zekranizowana. Powinny trafić na ekrany kin czy telewizorów. „Pakt” czy „Wataha” to, w porównaniu z „Mgłą”, czy wcześniejszymi częściami tego cyklu, naprawdę mały pikuś. To jak grzeczne opowiastki dla dzieci w wieku, do niedawna, przedgimnazjalnym. Byłem dość mocno zmęczony Świętami, a jednak nie potrafiłem odłożyć książki i pójść

94


spać, i pierwszy poświąteczny świt*** zastał mnie przy lekturze. Czy można lepiej pochwalić fabułę? Jednocześnie muszę przyznać, że choć jest to lektura bez wątpienia przyjemna, to na pewno nie lekka i łatwa. Stało się tak za sprawą pogłębienia warstwy obyczajowej książki, polegającej głównie na ciężkim doświadczaniu postaci przez los. Tyszkiewicz nie dość, że ma kolosalne problemy w pracy, to jeszcze wisi nad nim widmo rozpadu małżeństwa, a ewidentny alkoholizm wcale w tym wszystkim nie pomaga****. Krzeptowski doświadcza osobistej tragedii i jest u progu depresji. Inni też mają swoje, większe i/lub mniejsze problemy. W sporej części alkoholowe. I choć lista bohaterów pierwszoi drugoplanowych nie jest przesadnie długa, to Czytelnik nie będzie miał problemu ze znalezieniem kogoś, z kim mógłby się choćby ździebko utożsamić. Tradycyjnie już muszę pochwalić Ciszewskiego za wierne oddanie realiów działania specjalsów i funkcjonariuszy szeregowych Policji. Ci pierwsi zmagają się z coraz lepiej wyszkolonym i wyposażonym, a do tego z mocno zdeterminowanym przeciwnikiem (mały spoiler – w książce pojawia się scena, której finał jest ździebko podobny do tego, co wydarzyło się niedawno temu, już po napisaniu książki, w Wiszni Małej*****), natomiast drudzy borykają się z problemem braku odpowiedniego wyszkolenia i durnymi przepisami wewnętrznymi******. Moja ocena? Trzy słowa na końcu książki sprawiły, że zamiast 9.9/10 mam ochotę dać „Mgle” figę. Jak się pewnie domyślacie, to było „Ciąg dalszy nastąpi…”. Ja nie wiem, jak można przerwać opowieść w takim miejscu i kazać czekać czytelnikom miesiące (optymistycznie licząc********) na zakończenie. Normalnie w takich wypadkach książki nie dostawały od mnie oceny, ale tym razem zrobię wyjątek. I dam, ale tylko 8/10. Jeśli kontynuacja spełni moje bardzo wysokie oczekiwania, to ocena zostanie podniesiona. Wracając do kwestii walki o palmę pierwszeństwa wśród złotej trójki autorów Warbooka i pytania kończącego wstęp niniejszego omówienia – odpowiedź brzmi „Nie”. W kilku powodów. Po pierwsze primo, jak już wspomniałem, książka nie zamyka historii i jeszcze wszystko może się wydarzyć. Sapkowski też zaczynał świetnie, a kończył tak, że wciórności brały. Po drugie primo, z wydaniem ostatecznego werdyktu trzeba zaczekać do ukazania się następnych powieści Langenfelda i Cholewy. A potem na odpowiedź Ciszewskiego na odpowiedź Langenfelda i Cholewy. A potem na odpowiedź… Sami widzicie, jak jest. Na pewno jednak trzeba zwrócić uwagę na to, że Ciszewski pogłębił warstwę obyczajową i tym samym podniósł dla swoich kolegów poprzeczkę ździebko wyżej. Znaczy, czeka nas naprawdę pasjonująca walka. MMA wysiada… Tytuł: Mgła Autor: Marcin Ciszewski Wydawca: WARBOOK Data wydania: 6.12.2017 Ilość stron: 352 (w tym kilka reklam) ISBN: 978-83-65904-01-0 * A gdy u mnie we wstępie banał i oczywistość, to również i tradycja, nie? ** Nie śmiejcie się, takie wybory często-gęsto kończą się interwencją Policji i karetek pogotowia. Tam sztachety wzbogacane gwoźdźmi, a nawet i gwoździami, to czasami pierwszy i ostatni argument w dyskusji. Takie kółko, to jak rodzina Borgiów do kwadratu. Miłość i nienawiść, seks i artretyzm, krew i kołduny, sojusze i zdrady, a wszystko to w grupie wiekowej 50+… Że też jeszcze HBO nie nagrało o tym serialu.

95


*** Z  naczy, taki trochę metafizyczny świt. Bo skończyłem czytać przed szóstą rano, a przecież o tej porze roku świt wypada dobre półtorej godziny później. **** P  amiętacie „Ostatniego skauta” i samomotywację głównego bohatera? „Nikt cię nie lubi. Wszyscy cię nienawidzą. Przegrasz. Uśmiechnij się, popaprańcu” Ta kwestia pasuje do Tyszkiewicza jak ulał. ***** W dzisiejszych czasach wytłumiona empepiątka robi wrażenie tylko w tv, na oglądającej tandetne seriale policyjne gospodyni domowej. Nie bez powodu większość służb specjalnych wraca obecnie do ponad siedemdziesięcioletniego, ale sprawdzonego rosyjskiego kalibru 7.62x39. Widać to zwłaszcza na zgniłym, kapitalistycznym Zachodzie. ****** J eśli gdzieś kiedyś znajdziecie się w okolicy zakrojonej na szeroką skalę akcji policyjnej, oko w oko z uzbrojonym w broń długą i/lub samoczynną (znaczy, automatyczną) policjantem z prewencji, to bardzo Was proszę, nie wykonujcie żadnych głupich (na przykład mogących być wzięte za próbę sięgnięcia po broń znajdującą się z tyłu za paskiem bądź w kaburze pod pachą, albo nie próbujcie niczego wyjąć z samochodowego schowka) i gwałtownych ruchów. Oni często trzymają taką broń po raz pierwszy od czasu pobytu w policyjnej szkółce. A że są ludźmi, to też mogą mieć gorszy dzień. Skurcz palca wskazującego potrafi przydarzyć się każdemu. Zwłaszcza jak ktoś ma na karku rodzinę do wyżywienia i kocha własne życie*******. ******* I nie, żebym tu psioczył na obecnie rządzących – kwestia niewyszkolenia funkcjonariuszy w posługiwaniu się bronią jest zmorą Policji od zawsze, w każdym kraju, i żadna ekipa rządząca nawet nie próbowała tego zmienić. Co wcale nie jest dziwne. Żeby sensownie, znaczy, pewnie i bezpiecznie obchodzić się z bronią, i choć z grubsza trafiać w to, w co się celuje, trzeba wystrzelać miesięcznie przynajmniej 250 sztuk amunicji. Koszt naboju 9mm luger to średnio 90 groszy, a do starego, policyjnego „kałacha” (AKMS), czyli 7.62x39,i do strzelby gładkolufowej „dwunastki” to około 1,30 zł. Pomnóżcie to sobie przez ilość miesięcy w roku i liczbę funkcjonariuszy uprawnionych do noszenia broni (około 80 tysięcy). Do tego należy doliczyć koszt naprawy i wymiany zużytej broni. A przecież w Policji są też oddziały AT, których członkowie powinni wystrzeliwać miesięcznie nie setki, ale tysiące sztuk amunicji. Lekko licząc Policja potrzebowałaby wykroić ze swojego budżetu jakieś 350-400 milionów złotych rocznie… Tylko Amerykanów stać na takie wydatki. I dlatego zwykły brytyjski Bobby nie nosi broni. Choć ponoć ma to się niedługo zmienić. ******** Bo przecież, nie daj Boże, normalne zdrowe wypadki chodzą po ludziach. A jakby tak autora skurcz palca wskazującego chwycił i nie mógłby pisać? Szlag, gdzie ja mam tę nielakierowaną deskę…

96


JESTEŚ SZALONY, MÓWIĘ CI… Maciej Rybicki

Komiksy z Deadpoolem przyzwyczaiły nas do bardzo konkretnej konwencji: dużo akcji, sporo brutalności, lekkie, cięte dialogi, wszystko utrzymane w prześmiewczym i raczej mało poważnym tonie. Ot, komiks, który w zasadzie jest jednym wielkim zmrużeniem oka. Seria „Deadpool Classic” przybliżająca nam początki najbardziej znanego najemnika w uniwersum Marvela udowadnia jednak, że choć zasadniczy pomysł na bohatera niewiele się zmienił, to rozłożenie akcentów jest już nieco inne. Trzeci tom tego tytułu retro pokazuje to nad wyraz dobitnie. Na niemal trzystustronicowy album niemal w całości napisany przez Joego Kelly’ego składa się kilka historii, których jakość – co tu dużo kryć – bardzo się różni. Ważne, że mimo raczej kiepskiego początku każdy kolejny z zawartych tu zeszytów prezentuje się coraz lepiej. Widać, że Kelly starał się zdefiniować Deadpoola jako kogoś więcej niż tylko pyskatego, niemal nieśmiertelnego zadymiarza – przede wszystkim skupiając się na jego ciemnych stronach. Wade został sportretowany jako człowiek mający poważne problemy psychiczne… jasne, oczywiście, zawsze tak go przedstawiano. Tyle tylko, że w wersji Kelly’ego nie ma bynajmniej nic z sympatycznego szaleńca. Jest psychopata, niepotrafiącym zrozumieć kto jest „swój” a kto „obcy” – mściwy, wręcz sadystyczny, bezwzględny, a jednocześnie rozpaczliwie poszukujący akceptacji. Obraz ten może nieco zszokować czytelników znających bohatera jedynie z jego przygód publikowanych w serii Marvel Now! ale muszę przyznać, że taki, nieco poważniej potraktowany Deadpool, przemawia do mnie po wielokroć bardziej niż jego czysto rozrywkowe oblicze. Scenarzysta wykonał świetną robotę, kreśląc co najmniej trzy z relacji Wade’a z innymi postaciami. Pierwsze skrzypce gra tu Ślepa Al, na pozór nieistotny dodatek do Deadpoolowskiej „menażerii”. W tym przypadku stanowi element kluczowy dla zrozumienia, jak bardzo zaburzony jest Wade. W drugiej kolejności warto wymienić Weasela. Znów, często postrzegany jedynie jako klasyczny sideckick lub zakulisowe wsparcie dla bohatera, tu dostaje znacznie więcej miejsca. Na trzecim miejscu warto wymienić Siryn – osobę ważną dla Deadpoola… choć chyba jest to jednostronna relacja. Na ich przykładzie można śledzić życiową trajektorię, na jaką wpadł nasz (anty-) bohater i jak desperacko próbuje zdefiniować sam siebie. Obserwujemy też jego relacje z rozmaitymi znaczącymi innymi (jakkolwiek absurdalnie by ten termin nie brzmiał w przypadku Wade’a). Pomijając godne pochwały podkreślenie wątków osobistych i pogłębienie postaci głównego bohatera, sam scenariusz jest dość standardowy, utrzymany w stylistyce charakterystycznej dla przełomu mileniów. Wielkie mięśnie, wielkie spluwy, wielkie ostrza, akcja zasuwa jak króliczek Duracella i – jak na „Deadpoola” przystało – dużo tu tekstu. To chyba jeden z największych zarzutów, jakie można Kelly’emu postawić: momentami album jest zwyczajnie przegadany, co, w połączeniu z lekkim chaosem narracyjnym, nie robi najlepszego wrażenia. No, ale to już taki urok stylistyki tamtych lat. Świetnie czyta się za to o wyprawie Deadpoola w przeszłość, a dokładniej do połowy lat sześćdziesiątych, gdzie Wade i Ślepa Al stają się bohaterami wydarzeń znanych klasycznego, 47. zeszytu „The Amazing Spider-Man”. Sposób w jaki Peter Parker i ciocia May zostają podmienieni przez Najemnika z Nawijką i jego niewidomą towarzyszkę jest autentycznie przezabawny, podob-

97


nie jak sposób, w jaki autorzy potraktowali oryginał. Mam tu na myśli nie tylko scenariusz Stana Lee, ale i plansze autorstwa starszego Johna Romity, które zostały „nieco” zmodyfikowane przez Pete’a Woodsa… Okazuje się bowiem, że jedna z ważniejszych postaci, towarzyszących na co dzień Deadpoolowi, była szkolnym znajomym młodego Petera Parkera. Koniec końców epizod ten wypada świetnie, stanowiąc znakomity wzór dla „eskapad w przeszłość” znanych choćby z najnowszych komiksów z Deadpoolem. Warstwa graficzna trzeciej odsłony „Deadpool Classic” jest dość zróżnicowana. Ed McGuinness, choć niewątpliwie charakterystyczny, tu jakoś specjalnie nie zachwyca, jednak nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Jego plansze są ewidentnie kreskówkowe, choć bez przesadnej szczegółowości. To samo tyczy się Shannona Dentona, którego prace są niemal nieodróżnialne od rysunków McGuinnessa (co w sumie jest dla pierwszego z nich komplementem). Podobnej stylistyki trzyma się zresztą także Pete Woods, przynajmniej wtedy, gdy tworzy „współczesne” przygody Deadpoola. Jego eskapada w przeszłość pokazała, że Woods znakomicie potrafi pracować na bazie dzieł innych – w tym przypadku Johna Romity – gdzie albo twórczo poprzerabiał niektóre z plansz oryginału, albo stworzył własne, utrzymane w zbliżonej stylistyce. Wypadło to bowiem całkiem przekonująco. Odpowiedzialny za rysunki w zeszytach #14-17 Walter McDaniel jest za to typowym wręcz przedstawicielem stylistyki późnych lat dziewięćdziesiątych, jednym z wielu epigonów Todda McFarlane’a i Roba Liefelda… lub też wczesną wersją Humberto Ramosa. Jedni takie rysunki lubią, inni wręcz nie znoszą – niewątpliwie są one jednak bardzo charakterystyczne dla wspomnianego okresu i… mogą się podobać. Dynamiczne, szczegółowe, z lekkim, nieco kreskówkowym podejściem do proporcji i stylizacji, postaci potrafią naprawdę wpaść w oko. Jak dla mnie to właśnie McDaniel wygrał graficznie ten album, ale cóż… kwestia gustu. Gdy się tak na dobrą sprawę zastanowić to chyba jeden z dwóch najlepszych tomów z przygodami Najemnika z Nawijką, jakie wydano w naszym kraju (pierwszym był trzeci tom serii Gerry’ego Duggana i Briana Posehna z Marvel Now!... zresztą, także prezentujący nieco poważniejsze podejście do tej postaci). Widzimy tu bowiem Wade’a jako wielowymiarową osobę – zabawną, owszem, ale też i nieco przerażającą. Komiks ten jest też bez wątpienia charakterystyczny dla stylistyki z przełomu XX i XXI stulecia: narracyjnie, tematycznie i graficznie jest to nieodrodne dziecko swoich czasów. Wydaje się jednak, że to dobry przykład na to, że stylistyka retro wcale nie musi być dla współczesnego czytelnika bolesna (no, może z wyjątkiem kilku fragmentów…). Oczywiście, jeśli ktoś faktycznie lubi głównego bohatera. W przeciwnym razie nie ma większego sensu po ten komiks sięgać – jest to bowiem przede wszystkim laurka dla historii Deadpoola. Tylko i aż tyle. Tytuł: Deadpool Classic Tom: 3 Scenariusz: Joe Kelly, Stan Lee Rysunki: Ed McGuinness, Shannon Denton, Pete Woods, Walter McDaniel, John Romita Sr Tłumaczenie: Oskar Rogowski Tytuł oryginału: Deadpool Classic vol. 3 (Deadpool #9-17,The Amazing Spider-Man #47) Seria: Klasyka Marvela Wydawnictwo: Egmont Wydawca oryginału: Marvel Comics Data wydania: listopad 2017 Liczba stron: 276 Oprawa: twarda Papier: kredowy Wydanie: I ISBN: 978-83-281-1858-4

98


100


101


102


103


Szortal na wynos (nr57) luty 2018  

Najkrótszy miesiąc w roku, a bez mała trzydzieści recenzji, opowiadań więcej niż w numerze styczniowym, z czego trzy to longary. Co tym raze...

Szortal na wynos (nr57) luty 2018  

Najkrótszy miesiąc w roku, a bez mała trzydzieści recenzji, opowiadań więcej niż w numerze styczniowym, z czego trzy to longary. Co tym raze...

Advertisement