__MAIN_TEXT__

Page 1


Redakcja REDAKTOR NACZELNY: Marek Ścieszek OJCIEC REDAKTOR: Krzysztof Baranowski KOORDYNATOR: Aleksander Kusz LITERATURA: Krzysztof Baranowski, Aleksandra Brożek, Anna Klimasara, Aleksander Kusz, Robert Rusik, Rafał Sala, Jadwiga Skrzypacz Kopaszewska, Marek Ścieszek, Istvan Vizvary KOREKTA: Kinga Żebryk, Dagmara Adwentowska PUBLICYSTYKA: Koordynator działu: Hubert Przybylski Recenzenci: Aleksandra Brożek, Aleksander Kusz, Anna Klimasara, Bartłomiej Cembaluk, Daniel Augustynowicz, Dawid Wiktorski, Hubert Stelmach, Joanna Denysiuk, Katarzyna Lizak, Maciej Rybicki, Marek Adamkiewicz, Milena Zaremba, Paulina Kuchta, Rafał Sala, Sławomir Szlachciński DZIAŁ ZAGRANICZNY: Koordynator działu: Dawid Wiktorski Tłumaczenie: Karolina Gryglicka, Anna Klimasara, Joanna Baron, Aleksandra Brożek, Monika Olasek, Dagmara Bożek-Andryszczak Korekta oraz redakcja: Anna Klimasara, Matylda Zatorska, Dawid Liktorski, Olga Sienkiewicz DZIAŁ GRAFICZNY: Maciej Kaźmierczak, Milena Zaremba, Paulina Wołoszyn, Małgorzata Brzozowska, Sylwia Ostapiuk, Ewa Kiniorska, Agnieszka Wróblewska, Katarzyna Olbromska, Krystyna Rataj, Martyna Lejman, Katarzyna Serafin, Olga Koc, Piotr Kolanko DTP: Konrad Staszewski, Andrzej Puzyński OPRACOWANIE GRAFICZNE Natalia Maszczyszyn PROMOCJA Milena Zaremba, Aleksander Kowarz Okładka: Agnieszka Wróblewska Wydawca: METODY SP Z O. O. ul. Gliwicka 35, Tarnowskie Góry 42-600 Tarnowskie Góry Email: redakcja@szortal.com

3


No i nadszedł koniec lata. Jeszcze się wprawdzie rozpycha i sroży. Nie chce odejść, ale na niewiele się zdadzą jego starania. Dżdżysty, mglisty, pochmurny wrzesień wie swoje. To nie pora na upały i beztroskie hasanie po plażach w stroju Adama. Nie. Dzieciaki do szkół, a dorośli? Na grzyby. Zaczyna się grzybny sezon, więc hajda! do lasu, póki smarków nie ma w domu. Ale czy kiedykolwiek przychodzi taka pora, aby zapomnieć o książce? Niech ktoś ośmieli się powiedzieć, że skończył się sezon na pisanie krótkich opowiadań. Ba! na czytanie tychże. Bo już nie ciepło. Bo jakoś tak melancholijnie się zrobiło. Bo przyszła pora zasiąść w bujanym fotelu w ciepłych kapciach na stopach i dumać zapatrzony w ogień trzeszczący w kominku. Rozmyślać nad czasem przepływającym obok. Niech ktoś tylko pomyśli, że jesienią wyobraźnię powinno się chować do szuflady, temu odpowiem w stu słowach: Uczniowie potrafili wykorzystać okazję, gdy preceptor drzemał w fotelu. Chłopaczek, na którego zwrócono uwagę, na głowie nosił koronę ze splecionych łodyg żyta. Kłosy jednak opadły mu teraz nieco poniżej uszu. – Będziesz nam bruździł, Sierpniu, gdy zechcemy zaplątać brodę starego w warkoczyk? – Mój dyżur się już skończył. Tłumek śmiało ruszył ku katedrze. Nim jednak dotarł na miejsce, w drzwiach pojawił się cień. Przybysz włosy miał upstrzone suchym igliwiem. Poprawił opaskę dyżurnego, znacząco zerknął na przyczajone u stóp jeże. Grzyby, nadziane na ich kolce, skierowane były nakrapianymi kapeluszami w dzieci. Z tłumu ozwały się westchnienia. – Wrzesień. – On zawsze miał inne poczucie humoru. Że chłodno? Że mokro? Że smętnie? Że zamiast na boisko – do szkoły? Że zamiast nad morze – na grzyby? Jesień to nie prolog do zimy. A i zima, to też nie powód, aby odłożyć książki na bok. Więc ci, którzy piszą, pióra w dłoń i palce na klawiatury. Zaś ci, którzy w pożeraniu książek znajdują najwyższą radość, do czytania przystąp! Marek „terebka” Ścieszek

4


ZAGRANICZNIAK Ciemność Jack Holt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Żywa wyobraźnia Władimir Arieniew . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 8 Blokada pisarska Robert Burton Robinson . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 10 Koleżanki po piórze Keyan Bowes . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 12

PREMIERY Pożeracze dziewic Antoni Kaja . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16

RYMOWISKO Ballada o Kaśce Małgorzata Lewandowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20

„7 PYTAŃ DO . . . ” Maksym Kidruk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24

SZORTOWNIA Pokuta Andrzej Betkiewicz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 28 Ćma barowa Andrzej Betkiewicz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 30 Krew klasyka Irmina Iwanow . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 32 Szkoła przetrwania Tomasz Borkowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 34 Baśń Marcin Mleczak . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 36

STUSŁÓWKA Piknik Antoni Nowakowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 39 Wspomagacz Jacek Wilkos . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 40 Magiczna kraina Małgorzata Lewandowska . . . . . . . . . . . . . . . . . . 41 Szpital z sumieniem Małgorzata Lewandowska . . . . . . . . . . . . . . . . . 42 Bitwa Małgorzata Lewandowska , Maciej Lewandowski . . . . . . . . . . . . 43 Mundialowo Łukasz Kieczka (Eugeniusz Dobry) . . . . . . . . . . . . . . . . 44 Zbawiciel Antoni Nowakowski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 45

SUBIEKTYWNIE Zabiorą ci wszystko, co kochasz Paulina Kuchta . . . . . . . . . . . . . . . 48 Niewidoma contessa Justyna Czerniawska . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 50 Wsi spokojna, wsi wesoła... Hubert Przybylski . . . . . . . . . . . . . . . . . 52 Apasjonata Aleksander Kusz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 54 Powieść piękna jak drzewo jakarandy Katarzyna Lizak . . . . . . . . . . . . 57 Niewidzialna korona Marek Adamkiewicz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 59 Książka wyśniona Aleksander Kusz . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 61 Higgs. Odkrycie boskiej cząstki Dawid „Fenrir” Wiktorski . . . . . . . . . . 64 Vader. Wojna totalna Maciej Rybicki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 66 Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie Dawid „Fenrir” Wiktorski . . . . 68 “...czwarta ręka, Króla bije As...” Hubert Przybylski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 70 Samemu Bogu chwała Marek Ścieszek . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 73 Żywoty żuli i żuląt polskich Paulina Kuchta . . . . . . . . . . . . . . . . . 75 Życie po Kubie Anna Klimasara . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 77 Kocham cię, czytanie moje Anna Klimasara . . . . . . . . . . . . . . . . . . 79

5


Zagraniczniak


CIEMNOŚĆ Jack Holt Nikt nie wie, dlaczego Ciemność wróciła do życia tamtego dnia, ale wysłano Strona Niezrównanego, by stawił jej czoła. Byli inni, którzy znali pradawne sposoby na podporządkowanie sobie mocy Ciemności, ale nikt nie badał ich z taką determinacją jak Stron. Naturalnie, wykorzystywanie potęgi Ciemności było zabronione. Wiązało się z tym zbyt duże ryzyko. Dawało to zbyt wielką moc. Dlatego obsesja Strona przyniosła mu jedynie ubóstwo, czystość i pogardę. Był Niezrównany, gdyż i tak nikt nie chciałby mu dorównać. I wtedy Ciemność przebudziła się niewzywana. Osiem stuleci wcześniej Ciemność wyryła w ziemi długi na milę wąwóz. Stron właśnie minął miejsce, w którym pokruszone głazy ustępowały śliskim, szklistym kamieniom. Nawet nie spojrzał na słowa wytrawione w obsydianie – każde dziecko uczyło się ich na pamięć: „Przybywamy z Ciemności. W Ciemności spaliśmy przez pięćdziesiąt stuleci. Bez snów dryfowaliśmy przez najczarniejszą przestrzeń, a Ciemność opiekowała się nami. Spowijała nas. Chroniła. Odżywiała. Aż sięgnęliśmy świata przepełnionego życiem. Ciemność zstąpiła na ten świat. Przetoczyła się grzmotem po niebie. Rozorała ziemię. Stopiła kamień jęzorami płomieni. A gdy wszystko ustało, wyłoniliśmy się z Ciemności i podbiliśmy ten świat. Nasze życie i wszystko, co mamy, zawdzięczamy Ciemności. Oto miejsce, w którym Ciemność śpi, jak i my niegdyś spaliśmy”. Na końcu wąwozu znajdował się metalowy labirynt, a za nim Most do Ciemności. Wieki całe nikt się tam nie zapuszczał, ale Stron bez problemu odnalazł drogę. Studiował wszystkie mapy, plany i zapiski historyczne, jakie kiedykolwiek powstały na temat tego miejsca, aż w końcu zaczęły go nawiedzać sny, w których przemierzał te ścieżki w poszukiwaniu… czegoś. W snach tych wiedział, co to było, ale rano nie potrafił sobie tego przypomnieć. W końcu dotarł do Mostu. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażał. Serce waliło mu w piersi, ale umysł zachował trzeźwość i spokój. Wydawało się, że czas zwolnił. Ciekawe, czy Ciemność byłaby w stanie tego dokonać? Stron wziął głęboki oddech i z namaszczeniem wypowiedział sylaby słów, które pomimo całego życia badań ledwie rozumiał. – Komputer, wyłączenie awaryjne, wszystkie systemy. Kod autoryzacyjny Romeo Charlie Sierra. – Przyjąłem. W pomieszczeniu zgasły światła. Stron Niezrównany po omacku odnalazł drogę do fotela kapitana i spędził najwspanialsze chwile swego życia, siedząc w milczeniu na mostku niegdyś wspaniałego Międzygwiezdnego Statku Kolonizacyjnego „Ciemność”.

Tłumaczenie: Anna Klimasara

Tekst pierwotnie opublikowany został na portalu 365 tomorrows.

7


ŻYWA WYOBRAŹNIA Władimir Arieniew – Jeszcze raz, od początku. Czego właściwie się boisz? – Ciężko powiedzieć. Wielu rzeczy – milczy, posapuje, zastanawia się. – O, na przykład kiedy hałasują w nocy. I postukują. I ten szelest taki... pełen oczekiwania. Dobrze wiesz, że on lub ona, tam w ciemności, przyczaił się, przyczaiła się... Przyczaiło się. I nagle wyskoczy, a potem... – Rozumiem. Czegoś jeszcze? Czegoś konkretnego, namacalnego... Czegoś, czego można dotknąć palcami. Milczy, posapuje, zastanawia się. – Niedźwiedzi. Żołnierzy z żelaznymi bagnetami. Dinozaurów. I jeszcze takich, którzy polują na sny. Pachną pierzem i pająkami. – Pająków też się boisz? – Pająków? – śmieje się, mrużąc oczka. Nawet w półcieniu spowijającym gabinet doktor jest w stanie dostrzec, jak na policzkach pojawiają się sympatyczne dołeczki. – A dlaczego ich się bać? Są śmieszne. Ale jeśli pachną nimi sny, to znaczy, że nie jest dobrze. To znaczy, że ktoś ma duży problem. – Zaczekaj, pogubiłem się. Co do tego mają łowcy snów? No, ci, o których mówiłeś. – To proste – oni polują na sny. Te, w których są moi przyjaciele. A właściwie przyszli przyjaciele. I oni, ci przyjaciele, nie mogą się wydostać. Zupełnie jakby ktoś ich zamknął w słoiku lub labiryncie. I trzeba ich uratować. A tam wszędzie szelesty, i postukiwania, i żelazne bagnety, i d-dinozaury. I jeszcze błyski. I... – głośno przełknął ślinę – i krzyki – wyszeptał. Doktor westchnął. Wszystko zapowiadało się tak przewidywalnie, a tu nagle okazuje się coś zupełnie innego. Co to za historia z przyjaciółmi i do tego jeszcze z przyszłymi? – Przypomnij mi, proszę, ile masz lat? Pięć? – Pięć i pół, niedługo sześć. – Ale z ciebie odważny chłopiec. Sam wszedłeś do gabinetu, bez rodziców. Rozsądny. Co ci mogą zrobić łowcy snów? Chłopiec westchnął: – Naprawdę pan nie rozumie? Nie pamięta pan? Ja... ja bardzo dobrze pamiętam. Wszyscy pamiętamy. No tak – powiedział już bardziej do siebie – dorośli... mają co innego w głowie. A dzieci – dodał, patrząc na doktora – o wszystkim wiedzą. Dlatego się boją. Śpią i we śnie się boją i wyobrażają sobie to, czego się boją. A potem rodzice zawieszają im łowcę snów, żeby schwytać. Schwytać w bieg dookoła, w drżenie, szelest, szept, światło, krzyk. W nieskończoność. Doktor posmutniał, zupełnie skołowany. Ciężki przypadek, a on miał nadzieję... – I wtedy – chłopiec znów westchnął – co zrobić, trzeba im pomóc. Ale to jest straszne. Dlatego, że tam ciągle w ciemności słychać wszędzie skrzypienie. I ty dobrze wiesz, że na ciebie czekają. I wszędzie czają się ukryci żołnierze. Ile razy my... zawsze... zawsze jedno i to samo. Ale przychodzimy. Boimy się, ale przychodzimy swoim na ratunek. Po prostu... jestem już zmęczony tym strachem. Pewnie jestem tchórzem. – Ot, co – powiedział doktor łagodnie – zrobimy tak... Wstaje, idzie w stronę okna, podnosi rolety. Koniec seansu. Jego oryginalne metody tu na nic, będzie tylko gorzej. Najpierw należy porozmawiać z rodzicami, dowiedzieć się w jakich warunkach chłopiec się wychowuje, co mogło go zranić.

8


– Kolego, zrobimy sobie przerwę... Nie skończył, bo za plecami usłyszał przenikliwy krzyk. Chłopiec zeskoczył z kozetki i na coś wskazuje palcem za plecami doktora. Na półki z zabawkami dla pacjentów. Z lalkami, konikami, jeżykami. Z pluszowymi niedźwiadkami. Chłopiec krzyczy, tracąc oddech z przerażenia. Cofa się, jego twarz nagle zaczyna puchnąć jak po ukąszeniu przez pszczołę, ręce też. Następnie wstrząsa ramionami, włosy zaczynają mu wypadać, sypią się całymi puklami, nos się wydłuża, usta rozciągają, spod pach zaczynają wyrastać dwie, cztery, siedem par giętkich rąk podobnych do macek zakończonych ssawkami, drobnymi haczykami. Chłopiec nadal krzyczy – już niskim, zwierzęcym basem, ciska na boki głową – nie... nie... niedźwie... – i nagle doktor przypomina sobie coś, co kiedyś latem śniło mu się każdej nocy. Przypomina sobie tego, który mu się śnił i przed którym uratował go jedynie pluszowy miś – właśnie ten stary, sfatygowany, siedzący na półce. Serce tłucze się jak szalone – żeby tylko zdążyć! Doktor gwałtownie otwiera okno, łapie pluszaka. Wyrzuca w słoneczną jasność, w dziecięcy zgiełk, w trzepot gołębich skrzydeł. Wraca, krzyżuje ręce na piersiach. – Tak... – mówi doktor, mając nadzieję, że nie słychać, jak drży mu głos – zacznijmy od początku. Zobaczymy, w jaki sposób mogę pomóc tobie i twoim przyjaciołom. 26.06.2014 r.

Tłumaczenie: Dagmara Bożek-Andryszczak

9


BLOKADA PISARSKA Robert Burton Robinson Henry wlał resztę wina do kieliszka. Cieszył się kameralnością słabo oświetlonego boksu w rogu, na tyłach restauracji. – Masz dzisiaj natchnienie, Henry? Henry zignorował Antonia. – Czas, by się obudzić. Napisać kolejny bestseller. – Ile razy muszę ci to mówić? Twój cykl się skończył. Finito. Głos Henry’ego był tak bełkotliwy, że Antonio z trudem rozróżniał słowa. Spróbowałby zabrać mu kluczyki od samochodu, gdyby nie fakt, że Henry samochodu już nie miał. Komornik zabrał mu go tego samego ranka. – Na pewno tak nie myślisz, Henry. Dzięki moim książkom stałeś się bogaty. – Mój wydawca nie chce kolejnej książki z Antoniem. – Dlaczego? Napisałeś tylko cztery. – Dobrze wiesz dlaczego. Sprzedaż znacząco spadła przy ostatniej. Krytycy nie zostawili na mnie suchej sitki… to jest… nitki. – Zaufaj mi, Henry. Piąta książka będzie wykurwiście fantastyczna. Kelnerka przyniosła następną butelkę wina. Henry podziękował i kobieta odeszła. – Czym planujesz zapłacić za wino? – zapytał Antonio. – Wiedzą, że jesteś bankrutem? – Moja wiarygodność kredytowa jest dla nich bez zarzutu. Henry odkorkował butelkę i ponownie napełnił swój kieliszek, rozlewając trochę wina na stół. – Słuchaj, tak naprawdę nie obchodzą mnie krytycy. Moi fani są tobą zmęczeni. – Zmęczeni mną? – Antonio wyprostował się na krześle. – Nie, durniu, oni są zmęczeni twoim gównianym stylem. – Hej, nie waż się mówić do mnie takim tonem. Jestem słynnym autorem. – Zatem twórz jak słynny autor. To nie moja wina, że pisząc o mnie, przynudzałeś. Henry potrząsnął głową. – Nie wiem nawet, jak kiedykolwiek udało mi się odnieść z tym sukces. Przywódca gangu bohaterem. To wariactwo. – Ale udało się. – Tak, w przypadku trzech książek. – Henry wypił haustem resztę z kieliszka i zabrał się za ponowne jego napełnianie. – Ale ten motyw się zestarzał. – Nie, Holmesie, to ty się zestarzałeś. Twoje teksty sczerstwiały. Pisałeś po łebkach. – Bo się tobą zmęczyłem. Jasne? No i proszę, powiedziałem to. – Niesamowite. Zmęczyłeś się mną? Moje opowieści są ekscytujące. Niebezpieczne. Poza tym, jeśli jesteś tak bardzo mną zmęczony, dlaczego nie napisałeś jeszcze książki o kimś innym? Minęły dwa lata, koleś. Dlaczego stoisz w miejscu? W odpowiedzi Henry pociągnął następny łyk wina. – Powiem ci czemu. Ponieważ zmagasz się z blokadą pisarską. A wiesz dlaczego? Bo jesteś zbyt uparty, by pisać o tym, o czym powinieneś. Przestań z tym walczyć, stary. – Następna książka o Antonio.

10


– O tym właśnie mówię. To proste, człowieku. Wystarczy, że posłuchasz swojej muzy. – Przypuszczam, że to ty jesteś moją muzą. – A myślisz, że jak napisałeś te pierwsze trzy książki? Dlaczego okazały się takie genialne? – Ponieważ ty… mnie zainspirowałeś. – Właśnie, gościu. Jestem twoją muzą. I nie powinieneś był próbować pisać czwartej części beze mnie. Odciąłeś się ode mnie, człowieku. Sądziłeś, że możesz dać sobie radę sam. Cóż, mam nadzieję, że masz nauczkę. Henry wściekł się. – Wynoś się stąd. Idź i nigdy nie wracaj. Nie chcę cię więcej widzieć. – Spokojnie, Holmesie. Potrzebujesz mnie. Nie potrafisz napisać świetnej książki beze mnie. – Nie obchodzi mnie to. Doprowadzasz mnie do szału. Wynocha! – Machnął kieliszkiem tak, że czerwona ciecz rozprysła się po całym stole. – Nadal nie rozumiesz. Nie możesz tego robić beze mnie. – Jeśli nigdy już nie napiszę ani słowa, gra i tak będzie warta świeczki. Po prostu wynoś się z mojego życia. – Słowa wypowiadane przez Henry’ego były ledwie zrozumiałe. – Człowieku, beze mnie nie masz życia. – Słuchasz mnie? Chcę, żebyś odszedł! Żebyś zdechł. – Oj, doprawdy? Zdechł? – Antonio poszukał wzroku Henry’ego. – Cóż, to można załatwić tylko w jeden sposób, koleś. – Antonio wyciągnął pistolet. – Co robisz? Odłóż to. – Henry uniósł dłonie w daremnej próbie osłonięcia się, przewracając jednocześnie butelkę. Wino wylało się na stół. – Powiedziałeś swoje, gnoju. Nie ma już odwrotu. – Obrócił broń o dziewięćdziesiąt stopni, w prawdziwie gangsterskim stylu. – Życie było piękne, póki trwało, stary. – Nie! Antonio nacisnął spust. ********** Przyczyna zgonu: nieznana. Żadnego ataku serca. Żadnego zawału. Jedynym uszkodzeniem ciała Henry’ego był siniak na czole, ewidentny skutek uderzenia głową o stół. Serce funkcjonowało normalnie. Potem po prostu stanęło. Kelnerka powiedziała policji, że gdy zbliżała się do jego boksu z butelką wina słyszała, jak Henry z kimś rozmawia,. Niemniej jednak kiedy podeszła, Henry siedział sam. Oficer śledczy podejrzewał, że ktoś zatruł wino Henry’ego niemożliwą do wykrycia substancją. Wiedział, że pisarze mają czasem wrogów z powodu swojej twórczości. Nie znalazł jednak żadnych tropów. Była żona wiedziała, kto zabił Henry’ego. Mimo tego nigdy nie zamierzała powiedzieć o tym policji. Ani nikomu innemu. I tak by jej nie uwierzyli. Gdy byli małżeństwem, poznała jeden z najpilniej strzeżonych sekretów największych twórców beletrystyki: ich bohaterowie są prawdziwi. Pewnie, to autor ich tworzy. Ale raz stworzeni, pozostają w jego życiu na zawsze. Aby przynosić mu radość. I pocieszenie. Lub by go dręczyć. Aż do śmierci.

Tłumaczenie: Aleksandra Brożek-Sala

11


KOLEŻANKI PO PIÓRZE Keyan Bowes – Pióra? Co to znaczy „pióra“? – zapytała Kate swoją współpracownicę, odgryzając kęs kanapki z miodem i szynką. – Nie jesz? Musimy być z powrotem za kwadrans. Podmuch wiosennej bryzy sprawił, że włosy Nelli opadły na jej twarz, więc dziewczyna odgarnęła je niecierpliwie. – Stefan ma pióra – odparła. – Na klatce piersiowej i w innych miejscach. Zamiast włosów, wiesz? – To dziwne. Jakiego koloru są te pióra? Przy sąsiednim stoliku dzieci rzucały ptakom kawałki chleba. Na materiałowym parasolu z logo sklepu na chwilę przysiadł gołąb. Nelli wskazała na niego. – Brązowo-szare, jak tamten ptak. Ale bardziej puszyste, jak u kurczaczka. I kilka zielonych, błyszczących. – Kurczaczki są żółte – stwierdziła Kate, przysuwając bliżej wodę mineralną i grzechocząc lodem w plastikowym kubeczku. – Wiem, Kate. Wiesz, o co mi chodzi. Puchate, ale szare. – Jak u małych łabędzi? – Dlaczego to takie ważne? Mówię ci, że Quentin ma pióra! – Aż do samego dołu? – spytała Kate z ciekawością. – No, tak... – Nelli zarumieniła się. Kate wybuchnęła śmiechem. Nelli zesztywniała, wpatrując się w nią. – Co cię tak bawi? – Co, Quentin Coates ma pióra? Nie mówisz serio, prawda? – rzuciła Kate, patrząc ostrożnie na Nelli. – Mówię bardzo serio. A ty mi nie wierzysz. Żałuję, że ci powiedziałam. – Hej, dobra, Nelli – oparła Kate pojednawczo. – I co zrobiłaś? – Nie wiedziałam, co robić. I trochę jakby udawałam. No, wiesz – Nelli nabrała risotto na widelec. – Udawałaś? – Udawałam, że to normalne. Że on wcale nie ma pierza pod pachami ani piór na piersi. Nie zauważyłaś, że on zawsze ma długi rękaw w biurze? Nawet w piątki? – O, kurczę – rzuciła Kate. – A tak ci się podobał i w ogóle. Nelli nic nie odpowiedziała i skupiła się na jedzeniu. –Nie zamierzasz się już z nim spotykać, prawda? – Może. *** Kilka jesiennych liści wpadło na stół i Nelli odgarnęła je niecierpliwie. Osłaniając oczy przed oślepiającym słońcem, spojrzała wyczekująco na Kate. Kate była oburzona. – Zamierzasz wyjść za Quentina? Boże, Nelli, on nawet nie jest człowiekiem! Spotykałaś się z nim przez cały ten czas? Nic nie mówiłaś? – Co to znaczy, nie jest człowiekiem? – Nelli opuściła widelec. Wyglądała na urażoną. – Oczywiście, że jest człowiekiem. – Dziewczyno, ludzie nie mają piór. – Pióra? O czym ty mówisz, jakie pióra?

12


Obok ich stolika przeszła pogrążona w kłótni para, a za nią dwóch nastolatków z lodami. Kate odczekała, aż znajdą się poza zasięgiem słuchu, ale i tak zniżyła głos. – Quentin Coates ma pióra! – Widziałaś jakieś pióra? –spytała Nelli, patrząc jej w oczy. – Powiedziałaś mi to w kwietniu. Gdy się pierwszy raz umówiliście. – Wymyśliłaś to – rzekła Nelli obojętnym tonem. – Quentin nie ma piór. Używa wosku. Odepchnęła krzesło, zrzucając swoją niedokończoną sałatkę z ryżem na ziemię. Jedzenie wysypało się z plastikowej miseczki. – Chciałam poprosić cię, żebyś została moim świadkiem. – Wstała i zabrała torbę. – Ale zmieniłam zdanie. Do zobaczenia w pracy. Kate patrzyła za nią. Przy rozsypanym na ziemi jedzeniu usiadł gołąb.

Tłumaczenie: Monika Olasek

13


Premiery


POŻERACZE DZIEWIC Antoni Kaja Źle się działo w odległym królestwie. Co i rusz przybywały do niego straszliwe poczwary, żądając panien urodziwych, o czci nieskalanej. Żadnej zaś z uprowadzonych dziewic nie uświadczono już nigdy w okolicy. Z czasem pośród strwożonych nieszczęśników wieść się poniosła, że ani chybi paść musiały ofiarą apetytów obcych, makabrycznych zgoła. Nie postała im jednak w głowie choćby myśl o odwecie, był to bowiem lud wielce łagodny i pokojowy względem wszystkich żywych stworzeń. Jakkolwiek przemoc traktowali z odrazą, biernie niesprawiedliwości znosić nie mieli zamiaru. Przeciwnie wręcz – przed oblicze rady najwyższej wezwany został człek znany ze sprytu oraz cieszący się największym ze wszystkich zaufaniem. Zdumiał się wielce, gdy usłyszał, iż ma za zadanie w sekrecie przedostać się do krainy najeźdźców, baczenie mieć na ich barbarzyńskich obyczaje, przede wszystkim natomiast dociec źródeł tak krwawej daniny. Skinął jedynie głową, po czym posłusznie udał się w drogę, z obietnicą rychłego powrotu na ustach. Długo na niego czekano, lecz w końcu nadszedł ów wielki dzień i zgromadziły się z tej okazji całe rzesze, pragnąc wysłuchać relacji śmiałka. On natomiast wstąpił na podwyższenie i zwrócił się do nich następującymi słowy: – Nie uwierzylibyście w cuda, jakie widziały me oczy – zaczął. – Nie znieślibyście zastanych tam przeze mnie potworności. Zasługujecie jednak na prawdę, a oto i ona... Wiadomym jest, że samice nasze gabarytami nas przewyższają i dzikszą aparycją poszczycić się mogą, zwłaszcza nie utraciwszych czystości swojej. Takie też przymioty cenią sobie owi niegodziwcy, „rycerzami” zwani – na te słowa zapadło strwożone milczenie. Dlaczego?, spytacie, i słusznie uczynicie. Z dziewoj naszych pomocą powstaje widowisko doprawdy przedziwne, pełen sens którego pozostaje wciąż dla mnie niepojętym. Pod osłoną nocy nieszczęsne branki ku szkód czynieniu skłania się pośród okolicznej trzody, by następnie w sukurs walecznie pospieszyć ziemi tej mieszkańcom, bezlitośnie bestią rzekomą gromiąc w zaciszu głuszy nieprzeniknionej, tudzież groty odludnej. Rzeź, powiadam wam, bracia i siostry, rzeź prawdziwą urządzają naszym łagodnym dziewczętom. Dla jakowegoś rytuału, a także rozrywki okrutnej. Podniosły się zaraz głosy pełne oburzenia, a parę leciwych dam omdlało w swych mężów ramiona. Wtedy ozwał się głos wysokiego radcy smoczego królestwa: – Cóż w takim razie mamy uczynić? Wszak nie możemy pozwolić, by nas wygubili do szczętu. – Mam pewną ideę – odparł zmyślny mąż. – Niestety pozostawić nam przyjdzie nasze domostwa i na banicję się udać. Tylko w ten sposób uwierzą, że żaden z nas nie stąpa już po tym łez padole. Zgodziły się skwapliwie gady, znużone terrorem dwunogów, opuszczając na zawsze ziemie, którymi tak długo władały. A nikt nie wiedział dokładnie, gdzie skierowały swe kroki. * Wiele lat minęło, dekady, wieki całe; dni płynęły wartko niczym leśna struga. Aż pewnego razu podjęto decyzję, iż nastał czas ponownej wizyty w kraju nieprzyjaciela. – I cóż? – zapytywali wybrańca, gdy powrócił z wojaży. – Czy ludzie o nas zapomnieli? Czy już nadszedł czas znów objąć we władanie tereny naszych przodków?

16


– Pamięć o nas jeszcze wśród nich nie umarła, choć pozostały jedynie gawędy – odparł ów szczerze. – Zatem nasze wygnanie nie dobiegnie końca. Znaleźli jednak nowe dla siebie zajęcie: wdają się ze sobą wzajemnie w coraz to kolejne wojny i wytracają bez cienia skruchy. Znać tak im potrzeba krwawej rozrywki, że niemalże na wszystko byliby dla niej gotowi...

Ilustracja: Małgorzata Lewandowska

* Tak też rzecz się powtarza od niepamiętnych czasów, a dopóki pomiędzy mordercami cnotliwych trwać będzie choć mgliste wspomnienie mitycznej rasy, dopóty skrzydlaty lud trwać będzie w swej kryjówce tajemnej, tęskniąc do królestwa, znanego już jedynie z opowieści.

17


Rymowisko


BALLADA O KAŚCE Małgorzata Lewandowska Wyszła Kaśka na pole Spotkała kosmitę, Ten przywitać chciał się z nią, Przestraszył kobitę. Biegnie Kaśka ile tchu, A on za nią leci. Stójże, wrzeszczy. Przestań biec! Bo użyję sieci! Ta nie słucha, chyżo gna. Więc on sieć wyjmuje. Chce ją rzucić, ale coś Sprzęt nie współpracuje. Co tu robić, myśli więc. Jak tu dziewkę złapać. I chce znowu rzucić sieć, Lecz ta nie chce działać. Biegnie, myśli, nagle ma! Podstępem spróbuję! Krzyczy do niej: Nie bój się! A coś ci zmajstruję! Stój, nie biegnij, a ja ci Zdradzę tajemnicę: Jak rozkochać Jasia, gdy ć Zajrzy pod spódnicę. Unieś tylko kapkę ją, Dziurkę ci pokażę, Co wielce magiczna jest, Gdy ci coś w nią wrażę. Kaś stanęła zdyszana I zerka ciekawie, Co takiego w dole ma, O czym sama nie wie. Macka strzela w powietrze, Dziurkę odnajduje, A rumieniec oblekł Kaś, Która postękuje.

20


Nasz kosmita, co tu rzec, Wcale nie próżnuje, Macką drugą sięga w dół I tak konstatuje: Obok zaś guziczek masz, Trochę go połechcę. Nie przerywaj, szepcze Kaś. Więcej jeszcze, ach, chcę! Więc podwija bluzkę jej I mackami maca. Jedną macką – jedną pierś. Ach, cóż to za praca! Jęczy dziewka i obcy Co macki zamienia. Och, matulu, krzyczy Kaś, Już bliska spełnienia. I otwiera usta swe, Prawie już mu mdleje, A on czeka aż się w niej Błogość ta rozleje. By w różane usta jej Wcisnąć piątą mackę Ze słowami: Ssij ją, ssij, Jeśli kochasz matkę. Każdy we wsi wiedział, iż Kaśka matkę kocha. A więc ssie Kaś ile sił, Aż z wysiłku szlocha. Nagle macka wzburza się, Coś się w niej kotłuje I falując w ssania rytm Dziwnie pobłyskuje. I wezbrała w macce moc I w usta wytrysła. I opadła w ziemi czerń, I powoli zgasła. Obok macki leży on Całkiem wykończony, Obok niego leży Kaś, Włos jej rozrzucony. Pierś dziewczyny w spazmach drga, Ciało się wygina I sztywnieje niczym ta Gorsetu fiszbina.

21


Ilustracja: Małgorzata Lewandowska

Obcy zaś podnosi się, Coś z torby wyjmuje, Robi szybko kilka zdjęć, Coś sobie notuje. W ucho Kaśce szepce też: Sen to był, nie jawa, Latawiec czy inny duch, Albo jakaś zjawa. Co tam wolisz, droga Kaś. Abdukcja skończona, Na statek już wracać czas, Misja zakończona. Po czym wyjął z macek sprzęt Do wstawiania czipów I rozwiał się w szary dym Wśród mlaskań i bipów.

22


7 pytań do...


„7 PYTAŃ DO . . . ” CZYLI GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE, TAM SZORTAL POŚLE

MAKSYM KIDRUK

Pytanie 1: Pisarz musi być człowiekiem, który w słowach potrafi zamknąć cały świat. Jak dużo własnych doświadczeń znajduje odzwierciedlenie w Twoich powieściach? Po części tak. Z przekonaniem mogę powiedzieć, że wszystkie moje książki – zarówno te podróżnicze, jak i powieści SF i thrillery są oparte o prawdziwe wydarzenia. 99% opisanych miejsc widziałem na własne oczy podczas podróży dookoła świata. Pustynia Atakama i gejzer El Tatio opisane w „Bocie”, Sztokholm, miasto Cusco i peruwiańska dżungla – wszystko to widziałem, a miejsca te były inspiracją do niektórych wątków w książce. Ale rzecz jasna – nie ograniczam się tylko do określonych, istniejących realnie miejsc, raczej wykorzystuję je i tworzę coś swojego. Podczas pisania „Bota” i innych moich książek wykorzystywałem znanych mi ludzi jako prototypy bohaterów i – co ważniejsze – wykorzystywałem także prawdziwe dialogi. Jestem przekonany, że dzięki temu bohaterowie są prawdziwi – wyglądają i zachowują się naturalnie, jak ludzie, których spotykam na co dzień. Czasami zmieniam postaciom imiona, czasem nie – bywa tak, że są to po prostu portrety moich przyjaciół „wsadzone” w fabułę książki. Z drugiej strony jednak, zawsze będzie tak, że w książce znajdzie się wiele elementów, które nie mają związku z rzeczywistością, nie pochodzą z codziennych doświadczeń, można powiedzieć, że przyszły do mnie „znikąd”. To zazwyczaj fabuła sama w sobie. Pomysły po prostu przychodzą mi do głowy, pewnie z podświadomości, bo często sam nie wiem, skąd wziął się dany pomysł. Pytanie 2: Twoja najnowsza książka „Bot” będzie miała polską premierę na Polconie. Jaki jest twój stosunek do najnowszych technologii? Gdzie zawędrujemy jako ludzkość, wspinając się coraz wyżej na drzewo poznania? To bardzo filozoficzne pytanie, nad którym można by się zastanawiać bardzo długo. Jedyne, co mogę powiedzieć to, że nie sposób tego zatrzymać – ludzkość będzie dalej rozwijała technologię. A tempo tego rozwoju będzie wzrastało. Nie sądzę, że niebezpieczeństwo leży w rozwoju jako takim, ale jestem przekonany, że dzień, w którym zdobyta przez lata wiedza na temat natury i techniki pozwoli na opracowanie bezpiecznego sposobu operowania najnowszymi technologiami, nastąpi już wkrótce. Niebezpieczeństwo może nadejść ze strony czegoś, z istnienia czego nie zdajemy sobie obecnie sprawy, czego nie doceniamy, a co pozostaje w cieniu i w odpowiednim momencie może zagrozić ludzkości jako gatunkowi. Taka sytuacja pojawia się właśnie w „Bocie”. Osobiście mam nadzieję, że to nigdy się nie wydarzy. Wierzę, że liczba ludzi, którzy myśląc, używając swoich głów będzie zawsze przeważać na tymi, którzy myślą, używając innych części swego ciała.

24


Pytanie 3: Jesteś podróżnikiem. Czy odwiedzając najróżniejsze rejony naszego globu nie masz wrażenia, że człowiek mimo wszystko nadal niewiele wie o otaczającym go świecie? Czy mimo to uważasz, że gdzieś tam, daleko nad naszymi głowami, istnieją inne światy? Ludzie wiedzą bardzo mało o otaczającym ich świecie. Mają dostęp do Internetu, mogą podróżować, ale zamykają się, ograniczają swoją egzystencję do przemieszczania się między punktami: dom – praca – centrum handlowe – dom. Nie każdy, rzecz jasna, ale większość. Jestem naprawdę pod wrażeniem tego, jak mały jest ludzki pęd do wiedzy. Wielu młodych ludzi można zapędzić w kozi róg, zadając im proste pytania w stylu: dlaczego samolot lata? dlaczego słońce emituje energię? lub czym w ogóle jest słońce?. Ludzie widzą pewne rzeczy na co dzień, ale zupełnie nie chcą wiedzieć, czym one są, wystarczy im, że czują ciepło słoneczne, nie muszą już niczego rozumieć. Wierzę w istnienie światów równoległych. Ale nie w sposób mistyczny. Ich istnienie wynika z teorii kwantowej. Nie jest to oczywiście potwierdzony naukowy fakt, ale osobiście uważam, że jeśli światy równoległe nie istnieją, połowę teorii mechaniki kwantowej i nowoczesną teorię strun można by wrzucić do kosza. Pytanie 4: Czy umysł ścisły może być jednocześnie umysłem humanistycznym? Czy tak jest w Twoim przypadku? Jesteś przecież inżynierem energetykiem. Czy liczby i matematyka znaczą dla Ciebie więcej niż uczucia i emocje? Nie widzę żadnego problemu w tym, żeby jedna osoba łączy w sobie zarówno wiedzę humanistyczną, jak i techniczną. Uczyłem się, aby zostać inżynierem, ale zawsze wolałem świat książek. Nie sądzę, żeby jedno było ważniejsze od drugiego. W idealnych warunkach osobowość powinna rozwijać się harmonijnie, a umysł powinny wypełniać zarówno aspekty duchowe, jak i materialne, fizyczne. Pytanie 5: Gdybyś urodził się dwie, trzy dekady wcześniej, czy nie byłoby Ci łatwiej jako pisarzowi? Czy uważasz, że choć czasy mamy ciekawe, dawniej było lepiej? Dwadzieścia lat temu? Na Ukrainie? Absolutnie nie! Prawda jest taka, że za czasów ZSRR nie było żadnej literatury, oficjalnie dozwolony był tylko jeden styl – socrealizm – propagandowy i pełen zakłamania. Pisarze byli zupełnie oderwani od czytelników. Nakłady były ogromne (50 – 60 tysięcy egzemplarzy), ale wszystkie książki trafiały do bibliotek i nie wiem, czy którakolwiek z nich została przeczytana. Pisarze zapomnieli, jak pisze się dla ludzi, czują się teraz zupełnie wyrwani z kontekstu, odstają od tendencji w literaturze światowej. W latach 90., kiedy Związek Radziecki przestał istnieć, literatura ukraińska nie istniała również. Większość tych, którzy w tamtych czasach pisali, nie była w stanie pojąć, że Związek Pisarzy ZSRR zupełnie stracił swoje znaczenie i teraz naprawdę pisarze muszą się postarać, aby sprzedać swoje książki. Czytelnikowi, nie państwu. Sytuację komplikowała dodatkowo trudna sytuacja ekonomiczna w kraju. Ludzie, którzy nie wiedzą, czy będą mieli co zjeść następnego dnia, nie myślą o literaturze. Dziś wszystko jest inaczej, rynek dalej jest słaby, ale rozwija się. Wzrastają nakłady książek. Myślę, że za 20 lat będzie jeszcze lepiej. Pytanie 6: Czy zdarza Ci się pisać krótkie teksty? Szorty, a może drabble? Jaki jest Twój stosunek do tej formy literackiej? Piszę czasem krótkie teksty, ale rzadko. Nie lubię ograniczać się, być zmuszonym do zmieszczenia się w konwencji, określonej liczbie słów itp. Ale oczywiście – najważniejszy jest sens tekstu, nie jego objętość czy forma.

25


Pytanie 7: Chcielibyśmy Cię jeszcze zapytać o najbliższe plany pisarskie, a także o Twoją wizytę na Polconie. Czy fantastyka jest Ci bliska? A może to tylko przerywnik w Twojej karierze? Thrillery, technothrillery, powieści science fiction były i pozostaną dla mnie najważniejsze. Ale w odpowiedzi na ostatnie wydarzenia na Ukrainie Wschodniej, myślę o napisaniu książki o tematyce socjopolitycznej. Czas pokaże.

Pytał: Rafał Sala Maksym Kidruk (ur. 1984 r.) Pisarz i podróżnik, z wykształcenia inżynier energetyk. W dorobku ma kilkanaście publikacji; część z nich to książki o tematyce podróżniczej. W dwóch najnowszych powieściach z powodzeniem zwraca się ku fantastyce. Jest także autorem kilku książek specjalistycznych, pisuje artykuły do czasopism podróżniczych i literackich. Aktywnie uczestniczy w życiu politycznym kraju; w październiku 2012 roku kandydował do parlamentu Ukrainy z ramienia partii UDAR Witalija Kliczki w kirowogradzkim okręgu wyborczym. W licznych wywiadach oraz na swoim blogu i w serwisach społecznościowych bezkompromisowo ocenia kondycję ukraińskiego społeczeństwa i sytuację w kraju. Bot, który przez wiele tygodni gościł na listach bestsellerów, został uznany za najlepszą ukraińską powieść SF 2012 roku.

26


Szortownia


POKUTA Andrzej Betkiewicz Goniec filadelfijski 2 maja 1986. Piątkowe wydanie specjalne Dr Henry Howard Holmes – pamiętnik siódmy „Nie spodziewałem się, że zostanę przymknięty za drobny przekręt. Jak dotąd nie zdarzyło się, żeby mnie, Hermana Webstera Mudgetta, złapano na jakimkolwiek przestępstwie. Strony w mojej kartotece, o ile jakaś istniała, były czyste. Pechowym wykroczeniem okazało się ukrywanie części dochodu za wynajem pokoi w moim pięknym domu. Parę dni przed niefortunnym aresztowaniem ożeniłem się ze słodką Gregorianą Yoke, lecz nasz miesiąc miodowy przerwała milicja. Szczęśliwie kochana wierzyła w moją niewinność i wpłaciła za mnie kaucję. Byłem bardzo zadowolony z działań nowego nabytku, kochanej Gregoriany, lecz niedługo potem uświadomiłem sobie, że nie miała przecież dostępu do mojego konta. Skąd zatem pieniądze? Ślady po naszym ostatnim stosunku na pewno już zniknęły z jej ciała, więc postanowiłem sprawdzić, czy najgorszy ze scenariuszy mógł być prawdziwy. Poszedłem z nią do łóżka, zawsze była na to chętna (byłem, nie chwaląc się, bardzo doświadczonym kochankiem), i zbadałem, co należało zbadać. Dla biegłego w medycynie sądowej nie stanowiło problemu odkrycie, że moja słodka Gregoriana zdradziła mnie dwa dni wcześniej, kiedy ja znajdowałem się w celi. Widziałem wystarczająco wiele takich przypadków. Dziwka! Zaplanowałem dla niej ciekawy los. Bardziej interesujący od tego, który zgotowałem poprzednim żonom. Następnego dnia obiecałem zabrać ją na strych, pod pretekstem pokazania starego, rodowego zwierciadła w zdobionej ramie. Zaciekawiona, gdyż mało wiedziała o mojej przeszłości, wyciągnęła mnie tam zaraz po śniadaniu, swoją drogą przepysznym. Wciąż pamiętam smak odpowiednio przypieczonego – kruchego, lecz nie przypalonego bekonu… Gdy tylko weszła do wskazanego przeze mnie pokoju, zatrzasnąłem za nią drzwi, a na jej głowę spadł ciężki kafar, ogłuszając i przewalając na środek pomieszczenia. Na drzwi zsunęła się cienka ścianka, maskując tym samym jedyne wyjście z pokoju. Źródłem światła był tylko niewielki lufcik w wysokim suficie. Szybko przemieściłem się ukrytym korytarzem do wizjera, by obserwować zachowanie mojej słodkiej żony. Byłem podniecony jak zawsze, gdy obserwowałem człowieka w potrzasku. Otrząsnęła się i zataczając, wstała. Obracała się jak głupia kura, szukając drzwi. Rozbawiło mnie to, lecz powstrzymałem chichot. Potem wołała mnie przez chwilę, śmiesznie dotykając tyłu swojej głowy i patrząc na zakrwawione dłonie. Przez moment szlochała, aż zbudziła się w niej frustracja. Zaczęła bić pięściami w ściany, lecz szybko przestała. Pomalowane były grubą warstwą wapna, które piekło i raniło jej ręce. Raz jeszcze skuliła się na środku i bezsilna ponownie zapłakała. Nadszedł czas. Chwyciłem kołowrót i obróciłem go z wysiłkiem. Zapomniałem o konserwacji tego mechanizmu. Nie szkodzi. Trud sprawił mi jeszcze większą przyjemność. Przerażona słodka Gregoriana z trwogą zerwała się na nogi i spróbowała zatrzymać ścianę, która ruszyła w jej stronę. Krzyczała i zawodziła, lecz nie miała najmniejszych szans z przekładniami, nad którymi pracowałem przez tak wiele czasu. Kręciłem i kręciłem, a mur nieubłaganie spychał moją żonę w tył. Zostawiłem jej stopę przestrzeni, żeby

28


mogła głodować i pokutować za niedotrzymanie obietnicy małżeńskiej. Zmarła trzy dni później. Jej ciało zsypem spuściłem do piwnicy i spaliłem, modląc się za jej zdradziecką duszę”.

Ilustracja: Małgorzata Lewandowska

„Goniec filadelfijski” przypomina, że dr H. H. Holmes zostanie powieszony w środę. Obszerna relacja ze zdjęciami z egzekucji i zalewania trumny betonem pojawi się w czwartkowym wydaniu!

29


ĆMA BAROWA Andrzej Betkiewicz – Co ja robię w tym barze, chłopcze? Że niby stary jestem? Ty jesteś za to tak pijany, że do starego zagadałeś, ot co! No, już się tak nie bocz i odstaw tę popielniczkę. No już. Pytasz, co tu robię? Odpoczywam po ciężkiej pracy. Że na emeryturze powinienem być? A powinienem. Od siedmiu lat, ale kochana ojczyzna chce jeszcze owoców z dwóch lat mojej pracy. Pokryty palimpsestem zmarszczek mężczyzna wypił duszkiem szklankę koniaku. Jego towarzysz wlał w siebie setkę i mlasnął z zadowoleniem. Stary pokiwał głową i zamówił po jednym kieliszku dla siebie i młodego pijaczka. – „Po wypiciu jednej wódki, wypij zaraz drugą, żeby tej pierwszej nie było w żołądku smutno”. Tuwim pisał kiepsko, ale na piciu się, sobaka, znał. Za alkohol! Dziwaczna kompania wychyliła dziwaczny toast. Młokos dostrzegł, jak bardzo zniszczone dłonie ma niedoszły emeryt. – Ty naa… ep... umngh… na budowie robisz? Taki zmaaarrnłały jeszteś. – Ty z pewnością nie pracujesz w budowlance, bo głowę masz za słabą. Bełkoczesz jak moja córka z tą swoją dietetyczną owsianką w gębie. Ja codziennie walczę ze smokami czy bykami, planuję podboje całych krain oraz ich obronę. Dowodzę w tysiącach bitew, romansuję nałogowo i, do tego wszystkiego, z mojej przyczyny umiera wiele bliskich mi osób. Potrzebuję także świętego spokoju do pracy, więc niszczę sobie zdrowie po kawiarniach i restauracjach, żeby mi żona i dzieci na głowie nie siedziały. Tysiące ludzi zawdzięcza mi polepszenie jakości swojego życia. Młody mężczyzna był wystarczająco pijany, by nie domyślić się, o czym rozprawia rozmówca, więc obudził się w nim pierwotny instynkt Polaka. – To pewnie myślilisz, żeś lepfffpszy ode mnie! Że z władzy, że konspirant, szpieg jebany! Pewnie chuja masz wyżej niż diabelski ogon! – zaczął krzyczeć, a w miarę zwiększania natężenia głosu, zdania stawały się coraz bardziej wyraźnie wyartykułowane. – Kurwa polityk! Wymierzył potężny, choć nieco bełkotliwy cios w podbródek nagle znienawidzonego starca. Pomimo chwiejności terenu i rozmazania wzroku potrafił jeszcze, nazwijmy to po imieniu, przypierdolić. Niedowierzanie przetoczyło się po twarzy agresora, gdy pięść przeszyła powietrze, a pęd wysadził go z wysokiego krzesła i przewalił na podłogę. Po chwili na jego karku spoczął podkuty but niedoszłego emeryta. Wraz z niewyobrażalnie szybkim ruchem pojawił się dźwięk stukających o siebie stalowych kółeczek. – Wymoczku! Ciesz się, że ci żeber nie połamałem! Mlekożłopie! Zapamiętaj sobie tę lekcję: nigdy, ale to nigdy nie rozpoczynaj bitki z pisarzem fantasy! Starzec cmoknął. Po chwili niczym burza przez drzwi baru wtarabanił się olbrzymi rumak bojowy, a za nim młodziuteńki chłopak niosący pięciometrową lancę, zwieńczoną kolorowym chwostem. Prozaik wskoczył na siodło i odebrał straszliwą broń od giermka. – Zapamiętaj, psiajucho! Tylko dzięki mnie twojego domu nie spopieli dzisiaj smok! Wyjechał z łomotem gargantuicznych kopyt z baru, pozostawiając w młodzieńcu poczucie podziwu. ***

30


Młody był zdezorientowany, gdy obudził go barman i kazał mu się wynosić. Zdziwiony nie był swoim zejściem, dużo wypił, tylko tym, że budynek był nieuszkodzony, nie bolała go szyja, ani nawet nie miał naciągniętego bicepsa. Grzecznie udał się do domu. A następnego dnia, po raz pierwszy od dobrych dwudziestu lat, wybrał się do biblioteki.

31


KREW KLASYKA Irmina Iwanow Wyciągam z kieszeni garść niedopałków. Nie wiem, skąd we mnie nawyk chowania niedokopconych skrętów po kieszeniach, czasem jednak przydają się, tak jak teraz. Jazz przelewa się nad moją głową, a dym smakuje smoliście, smakuje jak zachęta, by zaliczyć szybkiego raka i kopnąć w kalendarz jeszcze w tym roku. Jak ja nienawidzę tej roboty. Żegocka zadzwoniła do mnie dziś rano. Głos miała szorstki, jakby całą noc chlała i ssała na zmianę. Nie dociekam, nie interesuje mnie ani jej życie, ani nawyki. Jeśli jakiekolwiek posiada. Jak dla mnie jest przedwcześnie stetryczałą starą panną o manierach wiktoriańskiej guwernantki. Ale kto wie, może są na to porno jacyś amatorzy... Zadzwoniła więc do mnie z nowiną – a jak Żegocka dzwoni z nowinami, to są one zwykle wyskandowane w postaci naglących rozkazów. Miałem walczyć dziś w nocy. Miałem tłuc się na gołe pięści z facetami takimi jak ja, w podziemiach luksusowego klubu, o których wiedziało tylko kilku zboków i paru patałachów z wyższych sfer, w tym jeden w czarnej kiecy. Chciała, żebym dziś w nocy stanął do walki z paroma kolesiami i dał sobie obić mordę za dwieście złotych. Powiedziałem, że nie mogę. Moja kobieta będzie dziś w mieście, dostałem cynk. Dziewczyna, z którą byłem kiedyś, czarnowłosy anioł z piekła rodem, z dzieckiem, które pewnie nie jest moje, ale nie obchodzi mnie to. Dziś w nocy miałem spać z twarzą wetkniętą w jej cycki, uspokojony jak najedzone niemowlę i wszelkie rozkazy Żegocka mogła sobie wsadzić. W sumie nie myślałem, że taka jest. Myślałem, że odpuści. Zagroziła mi, wyznaczyła spotkanie u siebie w biurze. Poszedłem, chociaż nie chciałem. Na miejscu był jeszcze jej przydupas, koleś od odbierania telefonów i robienia notatek. Zignorowałem go i zaczęliśmy się kłócić. Prychała na mnie jak wściekła kotka, czego nie omieszkałem jej wytknąć. Zagotowała się, jej kroki długie i sztywne przesadziły gabinet w chwilę, chciała dać mi w pysk. Złapałem jej ręce, a ona z bezsilności podrapała mnie do krwi. „Głupia suko”, powiedziałem, „ktoś kiedyś przemodeluje ci za darmo twarz”. Wiedziała, że wygrała, i że nocą znowu będę ciekł juchą za grosze. Polazłem na dworzec poczekać na Teresę. Pociąg spóźniał się jak zwykle, a potem z wagonu wysiadła ona, przy odgłosach kolei brzmiących w moich uszach jak plemienne bębny. Była naga pod moim spojrzeniem, a na rękach niosła dziecko, czarnowłosą dziewczynkę, która być może była też moja. Pobiegłem za nią jak pies, węsząc w powietrzu zapach jej słodkich perfum. „Kogo załatwiasz tym razem”, spytałem. „Borys”, zwróciła się do mnie, niszcząc swoim głosem u podstaw moje wolne człowieczeństwo, „między nami już skończone, już idź, odejdź, wystraszyłeś Ninę”. Szedłem za nią i skamlałem, Nina zerkała na mnie znad ramienia matki, nie rozumiejąc za wiele i nie poznając mnie. „Prześladuje mnie”, powiedziała, kiedy strażnik zaciekawił się naszą małą grą wstępną, którą wiedliśmy od paru minut w drodze na postój taksówek. „To klasyczny przegraniec, to nikt”. Ja sam nie wiem, co mówiłem, nie za wiele chyba. Autobus poniósł mnie do centrum, rozgrzanego ze złości i napalonego jak kundel. Wypiłem trochę, nie mogąc przestać myśleć o tym, co mówiła Teresa. Złość rosła we mnie i pęczniała jak rak, i w nocy, kiedy wtoczyłem się do klubu całkiem już zalany, czułem, jak bóg wojny wchodzi w moją skórę i jak będzie kierował moimi pięściami, czułem, że mogę dziś wszystko. Walka nie trwała długo, albo ja też większości nie pamiętam. Ten młody Rusek wsiadł na mnie niespodziewanie i roz-

32


Ilustracja: Olga Kohaku Koc

bił mi nos, trzaskał jak sam diabeł, aż oczy zalała mi krew z rozciętej brwi, a on ślizgał się jak ryba w moich rękach usmarowanych posoką. Pamiętam za to dokładnie, jak któryś z menagerów wcisnął mi do kieszeni garść wymiętych banknotów, a inny facet, trzymając mnie jak rzeźnik, wyrzucił za drzwi. Potem, zdaje się, gdzieś przysnąłem. Obudziłem się nad ranem z niejasnym niepokojem gniotącym mi flaki. Przypięty plecami do wilgotnej fasady kamienicy wypłynąłem z kołyszącego snu prosto w ogień latarek. Dwóch policjantów mierzyło do mnie z litościwymi twarzami, jakby już wtedy rozumieli, że to pomyłka. Krótko wyjaśniono mi powód aresztowania – zwłoki Żegockiej znaleziono nagie w moim mieszkaniu, w moim łóżku. Cierpiałem na niewyobrażalnego kaca. Teraz siedzę w areszcie, w końcu sam i kopcę w nieskończoność niedopałki wałęsające się po kieszeniach. Wiesz, Teresa, chciałbym wiedzieć, kto tym razem zlecił ci tak paskudną robotę i dlaczego zrobił to w moim mieście? Jaki miałaś cel, by wrobić mnie w to zabójstwo i jak długo jeszcze będę musiał czekać, zanim wyciągniesz mnie stąd? Ile zapłacili ci za unieruchomienie mnie za kratami? Pytań jest zbyt wiele. Gorzka herbata spłukuje cudownie gorycz z moich ust i krew spływającą z nosa, którą dławię się i pluję po celi. Nie spóźnij się, aniołku.

33


SZKOŁA PRZETRWANIA

Ostra maczeta we wprawnych dłoniach stanowi doskonałe, uniwersalne narzędzie. Nie wychodzę z domu bez maczety. Tego ranka moja piątka składała się ze zdrowych i wysportowanych młodych ludzi. Humory dopisywały, choć październikowy poranek był chłodny i deszczowy. Spotkaliśmy się w schronisku „Na górze”, które było odtąd naszym punktem A. Po krótkich formalnościach wstępnych zarzuciliśmy plecaki i wyruszyliśmy w góry. Naszym zadaniem było dotrzeć wieczorem do punktu B, odległego o jakieś dwadzieścia pięć kilometrów. Jak zawsze przybraliśmy zwierzęce pseudonimy. Był więc Borsuk, Bawół, Łasica, Pterodaktyl, Popielica i ja, czyli Rosomak. Borsuk też chciał być początkowo Rosomakiem, ale to mój ulubiony pseudonim, więc jako instruktor wydałem mu polecenie bycia Borsukiem. Muszą mnie bezwzględnie słuchać, bo od tego zależy ich życie. Góry były strome, porośnięte jakimiś drzewami i krzakami. Bez przerwy padało i ogólnie było paskudnie. Bawół powiedział, że zna się na mapie i kompasie, więc szedł przodem i prowadził. Gdyby nie był takim idiotą i nie zjadł tych grzybów, wszystko pewnie potoczyłoby się inaczej. Ale z drugiej strony, z każdej takiej historii płynie jakaś nauka, a co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Szliśmy raźno, błoto chlupało. Po godzinie, na polanie, natknęliśmy się na samicę niedźwiedzia brunatnego. Łasica zapytała, czy może dać jej czekoladkę. Powiedziałem, że jasne. Na tym przykładzie nauczyliśmy się, że to zły pomysł. Na drugi raz Łasica będzie już wiedziała, żeby nie dawać czekoladek niedźwiedziom. Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku i że sama znajdzie drogę do punktu B. Kiedy ją widzieliśmy po raz ostatni, niedźwiedź wlókł ją do lasu. Po dalszych trzech godzinach marszu zatrzymaliśmy się na dłuższy postój. Kazałem grupie rozpalić ognisko i przygotować posiłek z korzeni, bulw, gałęzi, grzybów i trawy. Świeża woda z zamulonego przez deszcz strumienia ugasiła ich pragnienie. Ja, jako instruktor, miałem oczywiście kanapki i termos. Przecież to moja praca. Postój trwał krócej, niż planowałem, ale kto mógł przypuścić, że przy takiej

34

Ilustracja: Piotr A. Kaczmarczyk

Tomasz Borkowski


pogodzie ogień będzie rozprzestrzeniał się tak szybko. Kolejna nauczka. Potem była ta głupia historia ze wspinaczką skałkową. Pterodaktyl wydał z siebie bardzo mezozoiczny skrzek. I to w locie. Okazało się za to, że nie był zbyt biegły w węzłach. Na jego szczęście jestem zawsze przygotowany na każdą okazję, więc mam przy sobie także dobrą saperkę. Dzięki temu jego zwłok nie będą włóczyć po lesie dzikie zwierzęta, a Bawół miał przy okazji dobre ćwiczenia z kopania dołów w kamienistym gruncie. Forsowanie rwącej górskiej rzeki okazało się za to dziecinnie łatwe. Straciliśmy tylko Popielicę. Kobiety! Dlaczego mi nie powiedziała, że nie umie pływać? Cóż, jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz, hej. Potem Borsuk zwichnął nogę i musiałem go dobić maczetą, bo opóźniał marsz całej grupy. A na końcu okazało się, że grzyby, które zjadł Bawół, to nie były jednak – jak mi się wydawało – rydze. Chociaż z Rygą miały wiele wspólnego. Ale także z halucynacjami, utratą przytomności, konwulsjami i brakiem tętna. Na szczęście byliśmy już wtedy prawie w punkcie B. Dotarłem samotnie do bazy o zmroku. To był bardzo udany dzień w szkole przetrwania. Przetrwałem i wiele się nauczyłem.

35


BAŚŃ Marcin Mleczak Psy mojego ojca fascynowały mnie, odkąd tylko pamiętam. Chętnie głaskałem ich olbrzymie, wijące się myśliwskie cielska, chociaż nie mogłem się wówczas opędzić od delikatnego uczucia niepokoju. Zainteresowanie moje z pewnością brało się, po części przynajmniej, z zazdrości młodszego dziecka wobec pierworodnego faworyta. Wydaje mi się, że nie umiałem jeszcze mówić, a już czułem, że dla tego żylastego posiadacza ziemskiego psy są ważniejsze i bardziej szlachetne niż ja. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jakich były ras czy maści. Moją amnezję ułatwia nieznajomość gatunków tych bydląt. Uznawszy swoją niższość, w plebejskim odruchu stwierdziłem, iż nie będę zgłębiał ich spraw, skoro nigdy nie dojrzeję do godności ogarów. Trochę niczym wieśniak, co nie dopuszcza do siebie informacji o tym, w jakim królestwie żyje, jak zmieniają się jego granice i kto teraz panuje... W końcu, co to ma za znaczenie, skoro równo gnębią. Przede wszystkim zwierzęta były olbrzymie, nawet w porównaniu z innymi bestiami, które widywałem w czasie polowań, na które zjeżdżali się znajomi ojca. Zawsze trzy monstra – jedno umierało, zjawiało się kolejne. Było to dość mitologiczne i lubiłem sobie wyobrażać, że psy to tak naprawdę jakieś upadłe anioły lub wysłannicy podłego dyktatora, w owym czasie trzymającego nasz kraj żelazną ręką. Mój ojciec, razem z większością innych arystokratów, poparł zamach stanu, licząc na ochronę przed zbuntowanym chamstwem. Dyktator przyjął ich pieniądze, a jego żołnierze zaprowadzili spokój, paląc kilka okolicznych wsi. Jednak wbrew nadziejom naszej klasy, nie stał się marionetką w rękach szlachty, a zaciskana śruba powoli wkręcała się również w nasze ciała. Czy nie mogło być tak, że zły władca przemieniał swoich szpiclów w psy i posyłał w „prezencie” ziemianom? Psy miały na nich Ilustracja: Agnieszka Wróblewska oko w każdej chwili, w czasie przeglądu pól, podczas zabaw i realizacji pańskich fanaberii, nawet gdy spali. Mój ojciec był ich zakładnikiem i, skupiając całą ich uwagę na sobie, po prostu poświęcał się dla dobra rodziny. Również – a może przede wszystkim – dla mnie. W wieku jedenastu lat wiedziałem, że to nieprawda, ale wolałem zmuszać się do wiary w nieprawdę, niż przyjmować, iż ojciec po prostu mnie nie kocha. Baśnie pozwalają interpretować rzeczywistość, nawet gdy sami je układamy. Skąd mamy pewność, że poprzez snute opowieści nie dotarliśmy do trzewi rzeczywistości, zgłębiając jej tłusty sens?

36


Pomyślmy, jak mogłaby się skończyć baśń o dyktatorze ślącym swoje zaczarowane sługi do każdego znacznego domu? Oczywiście mrocznego króla zabić mógł prostaczek, powiedzmy szewczyk, postać lekceważona przez władze, co uznały wyrżnięcie paru osad za ostateczne uregulowanie sprawy z chłopstwem. Ale opowieści o plebejuszach dobre są dla plebejuszy, ja wolę słuchać historii postaciach, z którymi mógłbym się utożsamiać! Więc nawet prostaczek musi być szlachetnie urodzonym Parsifalem. Zresztą bądźmy szczerzy – skoro dzięki magii można wysłać psiego szpicla do dworu, dlaczego by nie skierować agentów również na klepiska, w bardziej odpowiedniej dla kurnej chaty formie, na przykład karaluchów? Takie haczyki, kruczki i trudności są dla opowieści jak pieprzne przyprawy. Zabawne, ale myśl o rozwiązaniu tej historii nie opuszczała mnie przez całe dziesięciolecia, w czasie studiów, pierwocin działalności społecznej i powolnego przejmowania majątku z rąk niedołężniejącego ojca. Sam zacząłem hodować psy, chociaż nie miałem dzieci, nad które mógłbym je przekładać. Nie poznałem również ich ras, szczegóły zostawiając wynajętym specjalistom. Moje kontakty z psami ograniczały się do obserwowania tych stworzeń i rozmyślań, jak można pokonać demoniczny czar. W tym czasie nie tylko ciało mojego ojca karlało i degenerowało się – również niegdyś potężna postać dyktatora marszczyła się coraz bardziej, wzbudzając w końcu raczej litość niż grozę. Pewnego poranka, w czasie spaceru, przewrócił się, obsikał i umarł, kończąc kilkudziesięcioletni okres życia mojej ojczyzny. Źli królowie nie powinni umierać we własnym moczu, powinno ich pokonywać dobro. Rozwiązanie problemu przyszło mi do głowy w czasie lektury pewnego niemieckiego filozofa, piszącego o związkach teologii i polityki. Być może państwa potrzebują politycznych mesjaszy? Ale mowa nie o fanatycznych wodzach czy milenarystycznych prorokach, a o człowieku, który poświęci się, by pokonać zło. Wyobraźcie sobie, jeden z ziemian… nie, nie, od zawsze wiedziałem, że w puencie tej historii czyn musi należeć do konkretnego z nich, do mojego ojca oczywiście, co to swoją szlachetnością wynagrodzi mi lata pustki i tęsknoty. Więc wyobraźcie sobie, że mój ojciec – dzieje się to w okresie, kiedy mam jedenaście lat, wszystkie moje wizje okazują się prawdą! – decyduje się poświęcić ostatecznie. Czyni to wzorem Chrystusa – wszak wielu bohaterów baśni ma cechy Zbawiciela – i nadstawia gardło przed wściekłymi psami. Tym razem nie zmuszają go do podłości, tym razem przeciwstawia ich podłości swoją prawdziwą niewinność, trzymaną jak skarb w głębi serca. Charty rozszarpują go na kawałki, rozwlekają strzępy mojego rodziciela, ale nagle, nagle czar pryska! Wszystkie psy i karaluchy dyktatora wracają naraz do prawdziwej postaci zalęknionych, słabych sług, a naród bez przeszkód obala bezsilnego władcę. A może inaczej: w chwili, gdy magia się rozpływa i zwierzęta stają się ludźmi, również dyktator przechodzi metamorfozę i staje się tym, kim był naprawdę – powiedzmy, obleśnym szczurem – i pod tą postacią ucieka do kanałów. Przyznaj, tato, ładnie to obmyśliłem. Pewne historie są tak piękne, iż serce boli na samą myśl, że mogą się nie zdarzyć. Wprawdzie dyktatora już nie ma, ale pozostałeś ty, słaby, bezbronny, ledwo poruszający się na wózku, a jednak ciągle świadomy. W pokoju obok czekają psy, w przeciwieństwie do ciebie nie trzymam trzech, a trzydzieści. Od kilku tygodni nie dostają jedzenia. Wczoraj zaczęły zjadać się nawzajem, więc uznałem, że już czas. Za chwilę zostawię cię samego, a służba otworzy drzwi.

37


Stusล‚รณwka


PIKNIK Antoni Nowakowski – Kiedy wrócimy do domu? – Mała Liz zmarszczyła nos. – Muszę utulić lalki do snu… – Obejrzymy całe zaćmienie Słońca – aż do końca. – Sven odsunął przydymioną płytkę od oczu. – Dlatego zorganizowaliśmy piknik. Dagny, jego żona, westchnęła. Nałożyła na grilla kolejną porcję kiełbasek. – Cholerny Księżyc nie chce się ruszyć – zauważyła z uśmiechem, nalewając piwo. – Zadziwiająco długo stoi w miejscu. – Z ziemi wychodzą robaki... – Liz nakłuwała teraz patykiem grunt. – Pomogę im – zrobię dziurki! – Trawnik jakoś dziwnie drga. – Dagny uchwyciła nóżkę paleniska. – Zaćmienie strasznie się przeciąga – jakby miało trwać aż do końca świata... – Końca świata… – Sven wzruszył ramionami. – Spokojnie – przecież w telewizji o tym nie informowali. 5 czerwca 2014 r.

39


WSPOMAGACZ Jacek Wilkos Alkohol był katalizatorem jego zdolności pisarskich. Ilekroć przyszedł mu do głowy pomysł na fabułę, dobierał odpowiedni trunek, determinujący długość i gatunek prozy: shot – drabble, piwo – opowiadanie, butelka wina – nowela z powoli rozwijającą się fabułą; absynt – surrealizm, wściekły pies – makabreska, porter – kryminał w stylu noir. Im dziwniejszy drink, tym większy mix gatunkowy. Tego dnia natchnienie było silniejsze niż kiedykolwiek. Wziął urlop na nadchodzący tydzień i zrobił zakupy w sklepie monopolowym. Pił i pisał. Pisał i pił. Po dwóch tygodniach znaleziono jego ciało. Przyczyną śmierci była rekordowa w skali światowej ilość alkoholu we krwi. Na biurku leżał opasły maszynopis. Jego opus magnum.

40


MAGICZNA KRAINA Małgorzata Lewandowska

Ilustracja: Małgorzata Lewandowska

Była najszczęśliwszą dziewczynką na świecie. Magicznie potrafiła widzieć bliźniacze dusze ludzi, a czasem przylatywały do niej nawet kolorowe smoki! Nie pamiętała jednak tego zbyt dobrze, bo potem zapadała w sen. Miała też najcudowniejszych rodziców: jej mama była po prostu najpiękniejsza, a tata potrafił zaczarować literki tak, aby tańczyły w rytmie czytania. Chciała, żeby zostało tak na zawsze, jednak pewnego dnia rodzice zabrali ją do dziwnego miejsca, gdzie kazano jej patrzeć przez kryształy na brzydkie rzeczy. Kiedy płakała, usłyszała, jak ktoś mówi do jej rodziców: – Przy tak poważnej wadzie wzroku zalecałabym soczewki z tworzyw sztucznych. Noszenie okularów powinno zmniejszyć intensywność migren.

41


SZPITAL Z SUMIENIEM Małgorzata Lewandowska – Religia? – Chrześcijańska. – Wyznanie? – Katolicyzm. – Aborcja: za czy przeciw? – OCZYWIŚCIE, że PRZECIW. – Antykoncepcja: za czy przeciw? – Przeciw. – GMO: za czy przeciw? – Przeciw! Po co te wszystkie pytania?! Nie widzi pan, że cierpię?! – Chcemy być pewni, że otoczymy pana najlepszą opieką, w zgodzie z pana i lekarza sumieniem. Ostatnie pytanie: Matka Teresa, Angelina Jolie czy Benedykt XVI? – Matka Teresa. – Dziękuję. Siostro, proszę zabrać pacjenta do skrzydła „Kalkuta”, siennik na podłodze, koc, zimna woda do mycia, żadnych leków przeciwbólowych, jak mówiła Matka Teresa: „Cierpienie zbliża ludzi do Jezusa”, chleb z pajęczyną na rany i odstawić insulinę, nie powiedzieli panu, że to z GMO?

Ilustracja: Małgorzata Lewandowska

42


BITWA Małgorzata Lewandowska Maciej Lewandowski Nieśmiałe promienie porannego słońca ślizgały się po polu bitwy. Zdesperowani tuziemcy, ściskając w brudnych dłoniach kostki brukowe i tulipany butelek, czekali na atak. Po wielogodzinnej walce szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na korzyść najeźdźców, którzy z triumfalnym okrzykiem rzucili się do kolejnego natarcia. Zmęczeni obrońcy po raz ostatni wznieśli uzbrojone ręce i spojrzeli sobie w przekrwione oczy. Nagle na niebie pojawiły się chmary ptaków, które z wizgiem spadły na napastników, podczas gdy wybiegające z zaułków lisy zaczęły szarpać ich łydki, a koty szyje i twarze. Po kilku minutach banda freegan rozpierzchła się. Zjednoczona Armia Bezdomnych Ludzi i Zwierząt obroniła śmietniki.

43


MUNDIALOWO Łukasz Kieczka (Eugeniusz Dobry) - Idziesz pokopać? Małego Karolka nie trzeba było długo namawiać. Błyskawicznie wsunął znoszone trampki i wybiegł na skąpane w lipcowym slońcu podwórko. Inni chłopcy ćwiczyli już podania, a dziewczynki stojące w cieniu obserwowały rówieśników z obrzydzeniem. - Tera ja! Tera ja! – Karolek odepchnął młodszego kolegę i z całej siły oddał strzał. Rozległ się trzask łamanej gałęzi i chłopiec padł na ziemię, wijąc się z bólu. - Poka, poka ... Eee, tylko siniak - Werdykt był bezlitosny. - Nie mogę jej nigdzie znaleźć...- martwił się najmłodszy piłkarz. - Nie przejmuj się – pocieszył go kuśtykajacy Karolek – Zaraz złapiemy następną... Leżąca w pokrzywach kocia głowa łypała na dzieci przekrwionym okiem.

Ilustracja: Piotr A. Kaczmarczyk

44


ZBAWICIEL Antoni Nowakowski – Istniejesz… – Podróżnik otarł pot z czoła. – Śmiali się ze mnie, mieli za wariata. A ja znalazłem twoje ustronie w amazońskiej dżungli. Legendy nie kłamały… – Mój zbawicielu, osiągnąłeś cel, więc wyświadcz mi przysługę. Przez wieki istnienia nauczyłem się nawet mówić – coś trzeba robić… – Feniks nastroszył pióra. – Czekałem, aż ktoś mnie w końcu odszuka. W miejscu tym żar słońca i duchota mieszały się z tamującym oddech smrodem spalonego mięsa. – Ten fetor wdycham od wieków – ciągnął ptak. – Niebawem znowu spłonę – zalej wtedy gorejące szczątki wodą. Nasikaj jeszcze na żar – nie zmartwychwstanę. Nie wyobrazisz sobie, jakże szybko takie nieśmiertelne życie staje się śmierdząco nudne…

Ilustracja: Piotr Kolanko

45


Subiektywnie


ZABIORĄ CI WSZYSTKO, CO KOCHASZ Paulina Kuchta Od jakiegoś czasu w Strefie Gazy znowu trwa konflikt. W chwili, kiedy piszę recenzję, Hamas zaproponował 24 godzinne zawieszenie broni, ale nie wiadomo, co na to Izrael, wcześniej Hamas odrzucił analogiczne porozumienie i wystrzelił rakiety. Ta wojna wydaje się nie mieć końca. Jest wiele ofiar zwłaszcza po stronie palestyńskiej, a świat, jak zwykle w takich sytuacjach, patrzy bezradnie. To byłoby na tyle. Właściwie mam napisać recenzję, a nie streszczać sytuację na Bliskim Wschodzie. Od tego są serwisy informacyjne, a ja tymczasem omówię powieść, która tam właśnie się rozgrywa. Drzewo migdałowe jest debiutem powieściowym Michelle Cohen Corasanti, Amerykanki z żydowsko-polskimi korzeniami. Poruszającą historią palestyńskiego chłopca o imieniu Ahmad. Dwunastolatka, który musi zmierzyć się z dotychczas nieznanymi przeciwnościami losu: śmiercią, wojną, walką o zapewnienie bytu rodzinie. I aby nie zostać pokonanym nie wystarczy przetrwać, czasem trzeba przebaczyć, a to jest najtrudniejsze. Zacznę od tego, co w książce podobało mi się najbardziej. Autorka dobrze przedstawiła trwający już przeszło pół wieku konflikt palestyńsko-izraelski. Co ciekawe, Corasanti, pomimo że jest Żydówką, zdecydowała się pokazać sytuację na Bliskim Wschodzie z perspektywy palestyńskiego chłopca o imieniu Ahmad. To właśnie losy Ahmada i jego rodziny pozwalają lepiej poznać historię zwaśnionych narodów. I choć konflikt stanowi tylko tło dla tej opowieści, to Corasanti dobrze go wykorzystała ukazując tragedię narodu palestyńskiego. Dobrze nakreśliła dramat ludzi pozbawionych własnej ziemi, wypędzonych z domów, systematycznie poniżanych i gnębionych. Nie będę zdradzać, co dokładnie spotkało Ahmada i jego bliskich, by nie spojlerować, ale było tego trochę. A nawet za dużo i tu moje jedyne zastrzeżenie do Drzewa migdałowego, bo ogrom cierpień, jakie spadły na tę rodzinę, można byłoby uznać za iście hiobowe. Domyślam się, że zamiarem autorki było wzbudzenie naszych emocji i to się udało, lecz chwilami wydawało mi się, że tego wszystkiego jest za wiele, za dużo cierpienia. Nie zmienia to oczywiście faktu, że fabularnie historia jest bardzo ciekawa i zajmująca. Odbywamy podróż do miejsc, w których prawdopodobnie nigdy nie będziemy i gdzie nie chcielibyśmy żyć. Towarzyszymy naszemu bohaterowi od chwili, gdy kończy dwanaście lat, aż do starości. Śledzimy dzieciństwo Ahmada, karierę naukową, pierwsze miłości, a wszystko w zmieniającym się ciągle świecie, który pędzi do przodu, ale niestety, nie owocuje to końcem wojny. Na uwagę zasługuje też przedstawienie kultury i zwyczajów Palestyńczyków, które Corasanti umiejętnie wplata w akcję powieści. Obrzędy zaślubin, lokalne potrawy, święta, życie codzienne ukazane są ciekawie i sprawiają, że chwilami czujemy się, jakbyśmy przenieśli się do opisywanych miejsc. Poznajemy lepiej innych od nas ludzi i jednocześnie nabieramy przeświadczenia o tym, że nawet w czasie wojennej zawieruchy każdy stara się żyć normalnie. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe.

48


Drzewo migdałowe to bardzo dobra powieść, która jednocześnie wciąga, porusza, zapada w pamięć i dotyka ważnych dla nas wszystkich spraw. Autorka nie dość, że stara się uwrażliwić nas na dramatyczną sytuację narodu palestyńskiego, to jeszcze serwuje nam przejmującą i porywającą historię, od której często trudno się oderwać. Tytuł: Drzewo migdałowe Autor: Michelle Cohen Corasanti Wydawnictwo: Sine Qua Non Rok wydania: 2014 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Ilość stron: 342 ISBN: 978-83-7924-194-1

49


NIEWIDOMA CONTESSA Justyna Czerniawska Lubię te krótkie chwile zadowolenia po skończonej lekturze. Ten subtelny moment, gdy wiem, że przygoda w wykreowanym świecie dobiegła końca i czeka mnie decyzja, gdzie udać się dalej. Niekiedy towarzyszy temu smutek, bo pożegnanie z bohaterami, których się polubiło, z którymi się w pewien sposób zżyło, bywa bolesne. To tylko fikcja literacka - powiecie. To drugi, alternatywny świat, do którego zawsze mogę się udać, gdy tylko mam na to ochotę- odpowiem. Dla jednych te podróże znaczą więcej, dla innych mniej, zawsze jednak wywołują emocje. Po przeczytaniu „Niewidomej contessy”, nowości w arsenale Wydawnictwa Albatros, zalała mnie fala dziwnych, dość nietypowych uczuć. Jakich i z jakiego powodu? Śpieszę z odpowiedzią, najpierw, jednak kilka słów o fabule. Carolina Fantoni była młodą mężatką. Piękną kobietą, którą każdy mężczyzna chciałby się móc pochwalić. Carolina była jednak ślepa. Przed zawarciem małżeństwa mówiła swojemu przyszłemu mężowi, że zauważa u siebie postępującą utratę wzroku. Ten jednak uważał to za żarty. Jedynym miejscem, gdzie kobieta mogła widzieć i czuć się swobodnie, był świat snów oraz jej bogata wyobraźnia. Turii, przyjaciel z dzieciństwa, niepoprawny marzyciel i wynalazca, obdarował contessę zaprojektowaną i stworzoną przez siebie maszyną do pisania. Wydawało się, iż tylko on był w stanie zrozumieć potrzeby Caroliny, jak się później okazało, również te cielesne. Między przyjaciółmi zawiązał się płomienny romans, niestety dość brzemienny w skutkach… Powieść ma w sobie duży potencjał, którego autorka nie wykorzystała w pełni. W momencie, gdy (nareszcie!) rozwinęła się porządna akcja i można było z tego zrobić kawał bardzo dobrej literatury, zobaczyłam koniec książki. Było to przykre uczucie, zważywszy na niedosyt i nie dość dobrze poprowadzone zakończenie. Miałam wrażenie, jakby pisarce zabrakło pomysłu i zakończyła to w jedyny możliwy ( i szalenie przewidywalny) sposób. Odcięła sobie również poprzez takie zakończenie możliwość jakiejkolwiek kontynuacji, gdyby wróciła po rozum do głowy i chciała rozwinąć co nieco. Za to daję jej dużego minusa. Na korzyść, w przypadku Carey Wallace działa, mimo wszystko język, którym operuje. Jest bardzo przyjemny i sprawia, że przez powieść płynie się z szybkością pływaka olimpijskiego. Nim się obejrzymy, już koniec. A szkoda, bo jak już wspomniałam, możliwości były spore. Tym, co muszę pochwalić, jest oprawa. Piękna kobieta na tle głębokiej zieleni (swoją drogą, tak bym widziała zieleń Lisoletów, jeśli wiecie kogo mam na myśli, ale nie odbiegajmy od tematu), a na pierwszym planie gustowna czcionka mechanizmu maszyny do pisania. Całość otwarcie nawiązuje do treści książki. Odpowiadając na pytanie postawione we wstępie, czułam jednocześnie niezadowolenie i radość. To pierwsze ze względu na słabą fabułę, a to drugie, z powodu rychłego końca. Czekanie na rozwój akcji było momentami męczące. Nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić „Niewidomej contessy”. Pomysł uważam za udany, rozwinięcie już niekoniecznie. Na zakończenie ewidentnie zabrakło sensownego konceptu, jednak autorka sporo nadrabiała jakością tekstu. I weź tu człowieku bądź mądry?!

50


Mimo wszystko, polecam książkę pani Wallace. Choćby dlatego, że bardzo szybko się czyta i może być dobrą propozycją na jeden wieczór. Zabiera nie więcej jak trzy do czterech godzin, czyli akurat tyle, aby nie przykleić się do leżaka „na amen” w upalny dzień. Być może nie jestem na tyle bystra, aby wychwycić pewne subtelności, którymi uraczyła czytelnika autorka, być może po prostu aura nie sprzyjała, pogoda była zła, a zupa za słona i stąd moje niezdecydowanie i niska ocena. W każdym razie, polecam ją każdemu, ponieważ fakt, iż mnie średnio ta powieść urzekła, nie znaczy, że Wam, drodzy czytelnicy, się nie spodoba. A zatem książki w dłoń i do boju :) Tytuł: Niewidoma contessa Autor: Carey Wallace Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard Wydawnictwo: Albatros Data wydania: 4 lipca 2014 Ilość stron: 272 Oprawa: twarda ISBN: 978-83-7885-718-1

51


WSI SPOKOJNA, WSI WESOŁA... Hubert Przybylski Wśród licznego grona naszych współczesnych, piszących książki podróżników znajdziemy wielu speców od obcych kultur, od podróży za jeden uśmiech *1, od przetrwania w dziczy czy od każdej innej rzeczy, która nam się normalnie (zdrowo) kojarzy z podróżami, ale która mnie, akurat teraz, nie przyszła do głowy. W tej całkiem sporej gromadce podróżników znajdziemy tylko jednego, którego pierwsze pół kraju kocha, drugie pół nienawidzi, ale obok którego nikt nie przejdzie obojętny. Proszę Państwa - oto przed Wami Wojciech Cejrowski i jego najnowsza książka - “Wyspa na prerii”. Wszystko zaczyna się w okolicach 1989 roku, kiedy to Cejrowski, (prawdopodobnie jeszcze) jako student, trafia do USA, gdzie zostaje właścicielem małego rancha w Arizonie. Potem na długie dwadzieścia lat opuszcza tamte okolice, zamieniając je na inne zakątki świata (choć przeważnie na pozostałe Ameryki - Łacińską i Południową). Przez te wszystkie lata tubylcy zapomnieli o młodym, dziwnym, europejskim gringo, który przez jakiś czas był jednym z nich, a to, czego nie zapomnieli, weszło do lokalnego zasobu legend i podań. Aż tu nagle, po wielu latach, tuż przed Bożym Narodzeniem, gringo wraca wraca do Arizony, gdzie odnajduje swój domek na prerii i się w nim osiedla. I każe tubylcom mówić do siebie per “Gringo”... Co mi się najbardziej podoba w książkach Cejrowskiego? Są takie, jak i on sam. Bezkompromisowe, całkowicie pozbawione kompleksów, z dystansem do samego siebie, stojące twardo na ziemi, mądre i, co niezmiernie rzadkie w naszych czasach, stuprocentowo dżentelmeńskie. Przy tym niezwykle ciekawe - jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żebym czytając Cejrowskiego miał pokusę pominąć jakiś kawałek tekstu. Do tego trzeba dodać ogromne pokłady humoru i sporo, naprawdę sporo nostalgii, która będzie nas atakować na każdym kroku. “Wyspa na prerii” nie jest wyjątkiem od reguły - tu też znajdziemy to wszystko. Albo i nie. Mylę się. Ta książka jest inna niż wcześniejsze książki Cejrowskiego, bo jest w niej wszystkiego dwa razy więcej. A nostalgii, to może i dziesięć razy więcej. I tak sobie myślę, że przez najbliższy czas podaż używanych lodówek będzie bardzo mocno zwyżkowała. Ja sam, gdyby książka była jeszcze z dwadzieścia stron dłuższa, pewnie też bym się ze swoją rozstał... Jeśli chodzi o “fabułę” książki, to otrzymujemy tu to, co w gruncie rzeczy, po pewnym, krótszym lub dłuższym etapie zauroczenia mniej lub bardziej fantastyczną czy beletrystyczną literaturą, kocha każdy z nas najbardziej - samo życie. A to, że jest to życie nieco bardziej niż ździebko odmienne od tego, które mamy na co dzień, tylko nas bardziej przykuwa do lektury. A żeby było jeszcze lepiej, będziemy przykuci do lektury dużo dłużej, gdyż na tle “Gringa wśród dzikich plemion” czy “Rio Anaconda” “Wyspa...” daje nam sporo więcej treści. Nie mam dostępu do ilości znaków, ale już na oko po ilości tekstu na stronach widać, że najnowsza książka Cejrowskiego jest o jakieś 20% obszerniejsza. Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie w “Wyspie na prerii” zachwyca - wygląd książki. Dawno już nie miałem w rękach książki tak niesamowicie pięk-

52


nie i elegancko wydanej. Począwszy od doboru kolorystyki okładek i poszczególnych stron (sprawiają wrażenie wypłowiałych od palącego słońca), przez klimatyczne zdjęcia, po mapki. Wszystko tu pasuje do treści, wszystko wspaniale współgra z pozostałymi elementami i myślę, że lepiej ta książka wyglądać by nie mogła. Czy mi czegoś w “Wyspie na prerii” brakowało? Niestety tak. Wojciech Cejrowski mieszka sobie w Arizonie, pisze książkę i ani praktycznie rzecz biorąc ani słowem nie wspomina o Indianach. Ma o rzut ber... kapeluszem *2 do Navajo, jednych z najciekawszych z rdzennych mieszkańców Północnej Ameryki i jakby ich nie zauważał. Ma o drugi rzut ber... kapeluszem do zachodniej części wielkiej rodziny słynnych jak świat długi i szeroki Apaczów. Ma o trzeci rzut ber... kapeluszem do ludów z grupy uta-azteckiej (Yaqui, czy bardziej znani, choć mniej liczni Hopi) i ich też nie widzi. I tylko na mapkach zaznaczone są wykopaliska po prehistorycznych przodkach tych ostatnich. Zgroza... I mimo tego, że wiem, że rezerwaty, że są są to kultury zdegenerowane przez białych, w niczym nie przypominające swoich o sto czy więcej lat starszych przodków, że milion innych powodów, to mimo wszystko - Arizona to trzeci pod względem wielkości rdzennej populacji stan USA i po prostu w głowie mi się nie mieści, że sam Wojciech Cejrowski, który w najbardziej dziką dżunglę wlezie, który jest gotów na (prawie) wszystko, żeby spotkać Indianina, tutaj ich nie zauważa. A przecież, nawet pomijając wszystko inne, mogłaby to być genialna lekcja poglądowa na temat tego, co Indianie zawdzięczają “białym” i co może w przyszłości spotkać, na przykład, Indian z Amazonii. Ale mimo tego, daję książce 9,9/10. To zdecydowanie najlepsza z podróżniczych książek Wojciecha Cejrowskiego, bijąca na głowę nawet świetnego “Gringo...”, czy równie jemu dobrą “Rio Anacondę”. Nie wiem, czy to dlatego, że Arizona leży cywilizacyjnie dużo bliżej nas, niż Amazonia *3, czy to wpływ coraz bardziej sugestywnego pióra Autora - jak by nie było, ta książka, najbardziej ze wszystkich Jego książek, uderzyła mi do głowy. Choć wiem, że Autor idealizuje tamte strony i tamtejszych ludzi i że bardzo podobnie jest u nas na wsi, to uderzyła. I coś czuję, że przy kolejnych czytaniach znowu uderzy. Czego i Wam wszystkim serdecznie życzę. Tytuł: Wyspa na prerii Autor: Wojciech Cejrowski Wydawnictwo: Zysk i S-ka Data wydania: 27.06.2014 Liczba stron: 296 ISBN: 978-83-7785-525-6 *1 Nie wierzycie? Co prawda zależy to od osoby uśmiechającej się i wrodzonej odporności/podatności na uśmiech, jaką dysponuje potencjalny sponsor, ale jest to jak najbardziej możliwe. *2 W  kategoriach północnoamerykańskich, gdzie wycieczki samochodowe mierzy się w dniach i godzinach jazdy, a nie w europejskich kilometrach czy milach. *3 W  pierwszej wersji chciałem napisać, że Arizona leży cywilizacyjnie gdzieś w pół drogi pomiędzy nami a Amazonią, ale potem sobie pomyślałem, że to to samo o Polsce mogliby pomyśleć mieszkańcy Arizony... I konflikt gotowy.

53


APASJONATA Aleksander Kusz Chciałem pokazać tytułem, że ja też umiem, a co! Nie będę gorszy od Sawickiego. Wprawdzie jego tytuły mają jakiś sens, a u mnie trzeba by go ze świecą szukać, nie mówiąc już o poprawności językowej, ale co tam, najważniejsze, że stanąłem w szranki z Andrzejem W. Sawickim. Koniecznie tak musi być. Andrzej W. Sawicki, a nie Andrzej Sawicki, bo inaczej przyjdzie Generał i będzie źle, lepiej nie ryzykować, pamiętajcie! Z tytułami autor faktycznie potrafi zaszaleć. Opowiadania, które to już czytamy od prawie dziesięciu lat (tak, tak, to już dziesięć lat od debiutu autora w Fahrenheicie), Sawicki potrafi zatytułować standardowo, ale w powieściach go ponosi – „Inkluzja” (uwaga, trudne słowo), „Nadzieja czerwona jak śnieg” (tylko chemik mógł wymyślić takie porównanie, na dodatek pewnie by to jeszcze udowodnił jakimś zawiłym wzorem, którego i tak by nikt nie zrozumiał), i omawiana właśnie „Aposiopesis” (aż musiałem zajrzeć do słownika, wstyd…). Jedynie w książkach o Kazimierzu Luxie daje tytuły proste jak budowa cepa, pewnie są pisane z myślą o czytelnikach innego gatunku, sam nie wiem. Pamiętam twórczość Andrzeja z SFFiH, pamiętam fajne kosmiczne opowiadania później połączone w całość w powieści „Inkluzja” (bo w Polsce opowiadania się nie sprzedają, więc opowiadania trzeba połączyć tak, żeby wyglądało, że jest to powieść i już mamy o wiele większą sprzedaż; ot, kolejna z niewyjaśnionych polskich tajemnic, oprócz potwora z Loch Ness). Pamiętam średnio udane (czytaj: nieudane) „Aniołki Czackiego” (to może jednak udane, skoro je pamiętam?). No i w końcu pamiętam jego ostatnie opowiadania, bardzo dobre, już publikowane w Nowej Fantastyce i w antologiach. AWS nigdy się nie ograniczał do jednego gatunku. To u niego bardzo lubię. Potrafi napisać dobrą space-operę, a za chwilę bardzo dobrze czytającą się opowieść historyczną. I najważniejsze jest to, że wszystko, za co się zabiera, robi dobrze. Pisze ton co chce - dobre rozrywkowe opowieści. Nie ma aspiracji do pisania „literatury wyższych lotów”, nie chce być męską Masłowską (przynajmniej ja nic o tym nie wiem). Horyzonty zdarzeń – nowa seria polskiej fantastyki. Kiedy Robert Szmidt poinformował, że Rebis tworzy nową serię polskiej fantastyki, ucieszyłem się. Bo mamy ostatnio kryzys w polskiej fantastyce. Fabryka Słów mocno ograniczyła wydawanie. Z polskich autorów wydaje tylko dawno sprawdzone, ‘swoje’ nazwiska. Powergraph podobnie, tylko tutaj trzeba dopisać, że prawie każda wydana przez nich książka, to wydarzenie. Inne wydawnictwa wydają coś od czasu do czasu, ale to jednostkowe strzały, nie ubrane w jakąś wspólną myśl, czy serię, żeby promować to jako całość. Może też dlatego Rebis próbuje z serią? Żeby zapełnić powstającą lukę? Trzymam kciuki za pomysł, bo trzeba promować polską fantastykę. Spytacie się: dlaczego? Bez powodu, po prostu trzeba, dlaczego ciągle mamy czytać tylko popłuczyny z Zachodu? Przecież mamy tylu dobrych polskich autorów. „Aposiopesis” to trzecia książka z serii Horyzonty zdarzeń. Wcześniej były książki Rafała Dębskiego i Marcina Przybyłka, a w kolejce do wydania cze-

54


kają powieści Roberta Szmidta, Dariusza Domagalskiego i Andrzeja Zimniaka. Mocny start, mam nadzieję, że będzie udany, że będą także następne pozycje. Może z czasem pojawi się jakaś antologia? Ach, takie marzenie szortalowca… Okładki – na początku miały być stonowane, ‘artystyczne’. Na koniec mamy kolorowe, przyciągające wzrok – bardziej ‘sprzedające się’. Nie mam dwóch pierwszych książek z serii, więc nie wiem, kto projektował do nich okładki, ale myślę, że ten sam człowiek, który projektował okładkę do „Aposiopesis” Andrzeja W. Sawickiego - Tomasz Maroński. I jak na początku nie podobała mi się zmiana, tak im dłużej patrzę na tę okładkę, tym bardziej mi się podoba. Pasuje do treści, bardzo ładnie przedstawia główną bohaterkę – Henriettę. Duży plus dla wydawnictwa za okładkę (mogę dopowiedzieć - ze skrzydełkami) oraz dodatkowo za formę wydania, bo książka jest dobrze, schludnie, poprawnie wydana. Na dodatek w przystępnej cenie. No i nie pozostało mi nic innego, jak przejść do treści, doczekaliście się. Tym razem autor wkroczył w krainę steampunku. Bardzo udanie wkroczył, nadmienię od razu, trzeba przyznać, że wyobraźni to mu nie brakuje. Akcja toczy się w ciągu kilku dni listopada 1871 roku. Junkierka Henrietta von Kirchheim przebywa w Warszawie. Zaproszona przez Lucynę Ćwierciakiewiczową do opery jest świadkiem, i to wręcz bezpośrednim, śmiertelnego ataku na wysokiego austriackiego urzędnika. Świadkiem i zarazem podejrzaną. Grozi to konfliktem dyplomatycznym, więc naczelnik Berg nakazuje natychmiast wyjaśnić tę sprawę. Nie patrząc na ludzi i na środki. Tak oto zawiązuje się akcja powieści i już do samego końca biegnie bardzo szybko do przodu. Mamy tu prawie wszystko - steampunk w pełnej krasie. Mechaborgi, porozbiorową Warszawę z rewolucją maszyn parowych, handlarza niewolników, naczelnika Berga na parowym wózku inwalidzkim, zmechanizowanych urzędników, którzy zachowują się jak ci obecni (czyli oprócz tworzenia zamieszania i papierków nic nie robią), wielki kryzys dyplomatyczny w tle i wiele, wiele innych pomysłów. Czytając miałem czasami wrażenie, że AWS otworzył swój Notes Autora (przypuszczam, że każdy pisarz ma taki swój notes, nie tylko Andrzej Pilipiuk) i stwierdziwszy, że wielu z tych pomysłów nie jest w stanie przelać na papier w osobnych książkach, wymyślił, że umieści je w tej jednej jedynej. Mamy także postaci, a jakże, bez nich też się nie obędzie. Podziwiamy więc przygody trójki głównych bohaterów: zcyborgizowanej junkierki, która kluczem przykręca sobie to i owo, aby inaczej się zachować, albo coś innego poczuć; dziewczynę, która niedawno wróciła z frontu, a zachowuje się niekiedy jak chichocząca panna na wydaniu; szalonego naukowca, również technologicznie poprawionego Daniła Downara, który jest tak typowym, stereotypowym naukowcem, że bardziej już nie można być. Mamy również trzecią osobę tego trójkąta (bo oczywiście obydwaj panowie smalą cholewki do Henrietty) pułkownika Aleksandra Kusowa, który jest honorowy i oddany ojczyźnie jak typowy pułkownik. Mocno przerysowane postaci, ale przypuszczam, że autor przerysował je specjalnie, bo właśnie tacy bohaterowie byli mu potrzebni do ról, które im wyznaczył. Jednak całość zabawy trójce głównych bohaterów kradnie dżin nawrócony na chrześcijaństwo – Alojzy Orzeszko. Naprawdę niesamowita postać, dla niej samej warto zajrzeć do tej książki, dawno się tak dobrze nie bawiłem jak przy czytaniu o przygodach Alojzego, zarówno w XIX wiecznej Warszawie, jak i wcześniej, podczas kampanii Aleksandra Wielkiego, czy podróży Odyseusza do domu. Niesamowity gościu! Nie obrażę się, jak autor poświęci osobną książkę przygodom samego Alojzego. Mam już nawet tytuł: Przygody Alojzego Orzeszko na przestrzeni wieków. Dżin to nie jedyny z plusów powieści. Oprócz niego spodobało mi się bardzo barwne, kolorowe tło historyczne oraz, co tu najistotniejsze, wplecenie w całą historię prawdziwych postaci. Takie spotkanie znanych nam postaci z całkiem innej strony bardzo urozmaica powieść, wywołując często uśmiech na twarzy.

55


Czytelnik ma wówczas wrażenie, że autor puszcza do niego oko, że nadają na tych samych falach. Duży, duży plus dla autora. Podsumowując, naprawdę dobra powieść rozrywkowa na letnie dni. Można się nieźle ubawić nienachalnym, lekkim humorem, zainteresować pędzącą akcją, przejąć losami bohaterów (zwłaszcza Alojzego, będę to powtarzał do znudzenia), podziwiać warsztat i niesamowitą wyobraźnię autora, który nie przynudza, ale konsekwentnie zdąża do wytyczonego celu. To najlepsza fantastyczna książka autora. Tym, których zainteresowało dobre rozpisane tło historyczne oraz lekki język, polecam chyba największe dokonanie Andrzeja W. Sawickiego – cykl o Kazimierzu Luxie wydawany przez IW Erica. Naprawdę warto! Autor: Andrzej W. Sawicki Tytuł: Aposiopesis Wydawnictwo: Rebis Data wydania: 1 lipca 2014 roku Liczba stron: 344 ISBN: 978-83-7818-558-1

56


POWIEŚĆ PIĘKNA JAK DRZEWO JAKARANDY Katarzyna Lizak

„Dzieci drzewa jakarandy” to niezwykła powieść chwytająca za serce, opisująca losy ludzi dotkliwie skrzywdzonych przez irańską rewolucją islamską. Powieść ta została zainspirowana historią rodziny autorki. Sahar Delijani urodziła się w 1983 roku w teherańskim więzieniu, w którym jej rodzice odsiadywali wyrok za działalność antyrewolucyjną. Jej debiutancka powieść jest hołdem złożonym tym, którzy odważnie sprzeciwiali się tyranii. Opowiadając o losach kilkorga z nich, Delijani snuje opowieść o okrucieństwie reżimu, ale również o poświęceniu i ogromnej miłości. Jej własne doświadczenia oraz doświadczenia jej bliskich sprawiają, że powieść zyskuje wyjątkową perspektywę. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni trzydziestu lat, w okresie od roku 1983 do 2011. Pierwszy rozdział opowiada historię Azar, która w więziennej celi w Ewin* oczekuje narodzin dziecka. Azar wie, że niedługo po porodzie będzie zmuszona się z nim rozstać. Na szczęście, dzieci urodzone w więzieniu, były oddawane na wychowanie rodzinom uwięzionych kobiet. Akcja następnego rozdziału toczy się poza murami więzienia. To historia młodej dziewczyny – Lejli, która wraz z rodzicami opiekuje się dziećmi swoich sióstr, przetrzymywanych w Ewin. Lejla poświęca dla tego obowiązku wszystko, a nawet więcej, bo rezygnuje z przyszłości u boku ukochanego mężczyzny. Jak dla mnie, to najpiękniejsza historia, a Lejla to wyjątkowa postać, opisana przez autorkę w niezwykle ciepły sposób. W kolejnej części wracamy do więzienia Ewin i poznajemy Amira skazanego za długą listę przewinień przeciwko rewolucji. Młody mężczyzna żyje nadzieją, że będzie mógł wrócić do żony i do córeczki, dla której robi bransoletkę z pestek daktyli. Kontakty pomiędzy więźniami i ich rodzinami na zewnątrz były ograniczane, bądź wręcz uniemożliwiane przez reżim. Trudno było zdobyć jakiekolwiek informacje o bliskich, co dodatkowo wzmagało cierpienia po obu stronach muru. Kolejne rozdziały opisują okres 20 lat później. Dzieci oddzielone od rodziców, (niektóre na kilka lat, inne na zawsze) są już dorosłymi ludźmi. Niektórzy z nich wyemigrowali, inni zostali, ale wszyscy żyją z piętnem doświadczeń sprzed lat. Ta część powieści ma zupełnie inny charakter. Jest jak obyczajowy film, którego bohaterowie chcą odnaleźć swoje miejsce w życiu. Mamy tu pełne emocji spotkania po latach. Będzie żal za utraconą miłością. Trzeba będzie się też zmierzyć z błędami z przeszłości. Wydaje się, że jeden z największych błędów popełniła Marjam, która ukryła przed córką fakt, iż jej ojciec został stracony w więzieniu. Retrospekcje pomagają nam zrozumieć jej motywy . Drzewo jakarandy stojące na środku osiedlowego placyku odgrywa w powieści symboliczną rolę. Stanowi integralną część wspomnień bohaterów o dobrych, bezpiecznych dniach sprzed rewolucji. Poza tym, historie opowiedziane przez Delijani są jak gałęzie drzewa – mają ten sam początek, a potem rozrastają się w różne strony, splatając się czasem, zupełnie niespodziewanie dla czytelnika.

57


Jak przeczytamy w zapowiedziach – „Dzieci drzewa jakarandy” to „bardzo emocjonalna, zmysłowa i poetycka książka”. I tak w istocie jest. Powieść, choć opowiada o strasznych doświadczeniach, jest napisana z niezwykłą delikatnością i posiada nieuchwytny urok Wschodu. Autorka przepięknie opisuje uczucia, używając subtelnych metafor i eterycznych porównań. Tu również brawa dla tłumaczki. To powieść, która mocno porusza i która po przeczytaniu zostaje w głowie i w sercu. Tym bardziej, że mamy świadomość, iż tysiące podobnych tragicznych historii napisało życie. Dodam jeszcze tylko, że książka jest bardzo ładnie wydana. Polecam tę wyjątkową powieść. * Ewin – więzienie w Teheranie Autor: Sahar Delijani Tytuł: Dzieci drzewa jakarandy Tytuł oryginału: Children of the Jacaranda Tree Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska Wydawnictwo: Albatros Data wydania: 16 lipca 2014 roku Liczba stron: 336 ISBN: 978-83-7885-928-4

58


NIEWIDZIALNA KORONA Marek Adamkiewicz Na dobrą sprawę nie musiałbym pisać żadnego z tych wszystkich słów, które widać poniżej. Bynajmniej nie dlatego, że o tej powieści nie można powiedzieć niczego ciekawego. Przeciwnie. Doskonale podsumować ją można jednym, jedynym zdaniem: „Niewidzialna Korona” jest przynajmniej równie fascynującą i intrygującą lekturą jak „Korona Śniegu i Krwi”. I wszystko byłoby jasne. To, za co pokochaliśmy opowieść o Przemyśle II, czyli rozmach, plastyczność i świetnie nakreślonych bohaterów, jest wciąż obecne w kontynuacji. Jednak powodów by się z nią zapoznać jest jeszcze więcej... Autorka rozpoczyna dokładnie w tym miejscu, w którym zakończyła „Koronę Śniegu i Krwi”, nad ciałem Przemysła II. Królestwo, w którym zaczynała odżywać nadzieja na zjednoczenie, ponownie staje w obliczu zagrożenia podziału przez spory spowodowane wyścigiem o koronę. A kandydatów do niej nie brakuje. Rządzić Polakami chcą ponury i sprawiedliwy Henryk z Głogowa, książę kujawski Władysław i Vaclav II, król Czech. W cieniu konfliktu możnych toczą się jednak inne, mniej spektakularne, choć również bardzo ważne sprawy. Powoli nad Polskę nadciąga także złowieszczy cień krzyżackiego zakonu. Jedną z najbardziej rzucających się w oczy rzeczy przy okazji „Korony Śniegu i Krwi” była świetna kreacja bohaterów. Nie inaczej jest w przypadku tomu numer dwa. Uwagę zwraca przede wszystkim Władysław, książę kujawski, znany później jako Łokietek (swoją drogą, autorka w interesujący sposób opisuje także w jaki sposób książę dorobił się tego przydomku). Podobnie, jak sprawa miała się z Przemysłem II, tak i tym razem, Cherezińska przedstawia nam ewolucję bohatera i jego dojrzewanie do odpowiedzialności. Zachodząca zmiana dokonuje się bardzo płynnie i naturalnie. Obserwujemy mężczyznę, który początkowo wciąż chce coś udowadniać, wojować z całym światem i podporządkowywać sobie wrogów. W wyniku serii nieprzemyślanych posunięć staje się jednak banitą, który musi nauczyć się pokory, jeśli chce jeszcze kiedykolwiek powrócić do kraju, poznać swoje dzieci i zawalczyć o panowanie w Polsce. Władysław jest tu przedstawiony jako postać niezwykle barwna, całą paletę kolorów jego charakteru autorka oddaje nad wyraz wiarygodnie. Cieszyć może fakt, że w „Niewidzialnej” nieco większą rolę do odegrania otrzymał Jakub de Guntersberg, tzw. „cichy człowiek”, jeden z najbardziej zapadających w pamięć czarnych charakterów z pierwszej „Korony”. Jest to niezwykle interesująca postać, łącząca w sobie wydawałoby się kompletnie przeciwstawne cechy: bezwzględność zimnego zabójcy, z pokrętnie rozumianą empatią. Mistrzowska kreacja. Liczę, że także w kolejnych odsłonach serii, będzie to bohater, który systematycznie będzie zjawiał się na scenie, siejąc ferment i zamieszanie. Jako, że fabuła dotyczy spraw bardzo poważnych, wszak walka o władzę obfituje w wydarzenia bezwzględne i brutalne, bardzo korzystnie na ogólną atmosferę wpływa szczypta humoru, jaki autorka wplata w snutą opowieść. Szczęśliwie, nie ma tu dyżurnego błazna, napięcie rozładowują wydarzenia z udziałem różnych bohaterów, czy to Jakuba Świnki, czy ludzi z otoczenia Władysława, czy

59


też przede wszystkim sceny z udziałem wrocławskich klarysek. Te ostatnie zresztą spokojnie mogłyby zasiąść na zaszczytnych miejscach w Loży Szyderców, styl komentowania przez siostry bieżących spraw jest tak błyskotliwy, jak i zgryźliwy. Palce lizać. O mierze popularności i jakości powieści Cherezińskiej może w pewien sposób świadczyć także zainteresowanie jej ekranizacją, jakie wstępnie wyraziła stacja HBO, znana ostatnimi czasy przede wszystkim ze spektakularnej ekranizacji cyklu „Pieśń Lodu i Ognia” George’a R.R. Martina. Uwzględniając jaką popularnością u współczesnego widza cieszy się ten serial, perspektywa powstania kolejnego, lecz tym razem opartego na prozie rodzimej autorki, w dodatku opartego na historii Polski, jest niezwykle interesująca. Wedle słów autorki, rozmowy są na razie zaledwie na wstępnym etapie, lecz zainteresowanie stacji jest ponoć duże*. Wypada trzymać kciuki, by sprawa zakończyła się powodzeniem, jeśli projekt doszedłby do skutku, byłoby to bez wątpienia wielkie wydarzenie. Jeszcze słowo o technikaliach. Skoro tematyka powieści jest mocno królewska, to i oprawa musiała być godna królów. W tym aspekcie wydawnictwu Zysk i S-ka należą się szczególne słowa uznania. „Niewidzialna” wydana jest bowiem pięknie. Gdy zdejmiemy obwolutę, naszym oczom ukaże się piękny, wytłaczany wzór. Okładka? Oczywiście twarda. Szycie? Niezwykle solidne. Co jednak równie istotne – nie odstrasza także cena tego wydania, co wcale nie jest standardem. Widywałem już książki równie pięknie oprawione, jednak przy okazji droższe o dobre kilkadziesiąt złotych. Oczywiście czytelnicy mają wybór, ale bądźmy szczerzy, czy jest sens kupować wersję w miękkiej oprawie, nieco tańszą, gdy dokładając parę złotych możemy otrzymać wrażenia estetyczne tak wysokiej próby? „Niewidzialną Koroną” Elżbieta Cherezińska potwierdza, że jest twórcą nietuzinkowym. W jej pisarstwie widać prawdziwą pasję, czuć, że autorka żyje wraz ze swoimi bohaterami i przeżywa wydarzenia równie mocno jak oni sami. Inaczej nie byłaby w stanie pisać o nich z takim uczuciem i tak wiarygodnie. Można się zorientować, że, jak sama mówi, faktycznie „leci na Piastów”. Dla czytelnika to wyjątkowo sprzyjająca okoliczność, zawsze najlepiej obcuje się z powieścią, w którą autor włożył całe serce. Tak jest tym razem. I za to Cherezińskiej chwała. 9/10 Autor: Elżbieta Cherezińska Tytuł: Niewidzialna Korona Wydawca: Zysk i S-ka Data wydania: czerwiec 2014 Liczba stron: 763 ISBN: 978-83-7785-137-1 * „Do Rzeczy” nr 28/76 2014, 7 lipca

60


KSIĄŻKA WYŚNIONA Aleksander Kusz “Demokrator” Piotra Goćka ukazał się prawie dokładnie dwa lata temu, we wrześniu 2012 roku. Małe wydawnictwo, skąpa reklama, więc książka nie przebiła się za bardzo do zbiorowej świadomości; nie wzbudziła pędu tłumu do księgarń i to pomimo tego, że polecały ją swego czasu naprawdę ‘głośne nazwiska’. Zresztą, w wielu księgarniach nie można było jej dostać. Wiem, bo próbowałem ją przewertować, poczuć, co w trawie piszczy, bo muszę przyznać, że od początku mnie zainteresowała. Czasami książki do mnie wołają: „Chodź Alek, przyjdź i kup mnie. Mówię ci, nie będziesz żałował, na pewno uwiodę cię swoją ciekawą fabułą i zwrotami akcji. Jestem napisana pięknym, barokowym stylem, powolnie, ale tak, że będziesz się rozkoszował, gdy będziesz mnie czytał”. Czasami oczywiście jest to syreni śpiew i kończę rzucając książką po ścianach (dla nieznajomych: to przenośnia, nie rzucam książkami po ścianach, nawet największymi gniotami), ale zazwyczaj te książki są bardzo dobrym wyborem. Nie wiem czemu, może jestem już taki stary, że po prostu potrafię wybierać, znaczy się, moja podświadomość jest taka stara, że potrafi wybrać mi książki do czytania i zachwycania się. Może faktycznie pomiędzy mną a niektórymi książkami powstaje ‘pewna chemia’, pewne przyciąganie i wtedy wiem, że po prostu muszę ją mieć. Muszę ją przeczytać, a potem musi stać u mnie na półce i cieszyć oko bibliofila. Ten przydługi wstęp był tylko po to, aby napisać Wam, że pomiędzy „Demokratorem” Goćka, a mną od razu nastąpiło takie przyciąganie. Na początku nie było nam po drodze, po premierze nie umiałem książki kupić, potem wpadły mi w łapki inne pozycje, czytałem coś innego, powoli zapominałem o niej, ale nigdy do końca. Co jakiś czas przypominałem sobie, sprawdzałem, czy jest jeszcze w sprzedaży obiecując sobie, że przy następnym zakupie na pewno w paczce znajdzie się „Demokrator”. Przeleciały dwa lata i dowiedziałem się, że wydawnictwo będzie wznawiać książkę Piotra Goćka. To było jak piorun z jasnego nieba, wymyśliłem, że na pewno dla mnie zdecydowali się na to drugie wydanie (Dzięki Ci o Enderze!). Z miejsca książka znalazła się w moim księgozbiorze, z miejsca wskoczyła na wysokie miejsce w kolejce i z miejsca została przeczytana. I wiecie co? Nie żałuję tego! Już po kilkunastu stronach wiedziałem, że będzie to świetna powieść. Czułem, jakby autor nadawał na moich falach, jakby ciągle puszczał do mnie oko. Szybko sprawdziłem, tak, zbliżony rocznik, więc dużo zrozumiałem. Po następnych, szybko połkniętych stronach pomyślałem sobie, że muszę sobie dawkować książkę, że drugi raz już tego nie przeżyję, że pierwszy raz czytam ją tylko tu i teraz, więc żeby wyłapać najwięcej smaczków, odniesień, i aluzji do polityki, ale także do literatury, muszę powoli smakować książkę. I tak robiłem - czytałem po trochę każdego dnia, czasami mając ochotę zaznaczać co bardziej interesujące zdania czy fragmenty (chociaż tego nie robię, bo przecież tak się nie robi, nie można profanować książki).

61


Tak Wam na wstępie wychwaliłem tę książkę, że nie wiem, czy ma sens przechodzić do treści :), ale przejdę, w końcu coś Wam się należy z tej recenzji, jak już pochyliliście się nad nią. To opowieść o Gorodopolis, o miejscu, gdzie wszyscy są szczęśliwi, bo muszą być. To opowieść o Gubernatorze, który dniem i nocą myśli tylko o tym, żeby jeszcze bardziej nas uszczęśliwić. Gorodopolis to najlepsze miejsce na Ziemi, a dlaczego? –spytacie. Bo jest nasze! Autor prowadzi nas przez wielki Gorodopolis opisując przygody ‘Wspaniałej Czwórki”: matrosa Simonowa, Tatiany, Lwa Gorynycza i gasponauty Frunze. Przy okazji przedstawia nam konflikt okołogubenatorski Barona Pasternaka i profesora Trusawego. Ale tak naprawdę nie jest ważne, gdzie kto pojedzie w tej książce, kto z kim zagada, albo kto kogo pokona. Tutaj ważne są odniesienia i aluzje. To powieść faceta wychowanego na fantastyce socjologicznej końca XX wieku. To hołd złożony Zajdlowi, Oramusowi, Parowskiemu, Wnukowi Lipińskiemu oraz Żwikiewiczowi. To hołd dla wielkich: dla Orwella, Wellsa, Huxleya i Bułhakowa. W końcu, mamy tutaj niesamowite nawiązania do prozy braci Strugackich, zarówno do ich powieści fantastyki socjologicznej, jak i ich prześmiewczych „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” i „Bajka o trójce”. Nie na darmo wymieniłem na koniec rosyjskich autorów. Bo oprócz tego, że jest to antyutopia sięgająca do największych wzorców, to jeszcze jest napisana w stylizacji rosyjskiej skazki, który to styl tak niesamowicie uwielbiam. Teraz już pewnie zrozumieliście, czemu jestem tak zachwycony tą powieścią. Ona po prostu została napisana dla mnie (no, może dla paru innych też). Rozumiem też teraz głupawe zarzuty w stosunku do tej książki, które przeczytałem wcześniej. To nie była książka dla nich. Ci ludzie po prostu jej nie zrozumieli, nie zrozumieli jej idei i jej przesłania. Tutaj naprawdę nie chodziło o to, aby zmienić literki w nazwach i z tego się cieszyć, tutaj nie chodziło o to, aby przywalić braciom Sowietom, do których to w większości nawiązuje autor ( z drugiej strony - czytając tę powieść miałem coraz większe wrażenie, że jednak bardziej nas, Polaków, autor opisuje). To powieść o tak niesamowitej manipulacji, że sam w trakcie czytanie powieści zacząłem wierzyć, że to wszystko jest prawdą, że to, co mówią totalnie zmanipulowani bohaterowie musi być prawdą. I to najprawdziwszą prawdą. A dlaczego? Bo to nasza prawda, a przecież wiadomo, że nasza prawda jest bardziej prawdziwa od innych prawd. Ja też cieszyłbym się z pięćdziesiątej potrawy z kartofelków, ja też po każdym spotkaniu z sąsiadem czy znajomym pisałbym zaraz o czym rozmawialiśmy, bo przecież nie ma innej rzeczywistości, jest tylko nasza – w Gorodopolis, a u nas przecież tak trzeba. Pewnie tak jak Lew Gorynycz starałbym się stać obywatelem idealnie niezauważalnych, nigdy z przodu, nigdy z tyłu, zawsze w masie, zawsze w środku. Tutaj skala oszustwa jest tak duża, że wszyscy w to wierzą, wszyscy podbijają papierki, donoszą, cieszą się z tego, że znowu dostali kartofelki na posiłek. Tutaj nie ma szans na samodzielne myślenie i samodzielne działanie. Wszystko za nas przemyślał już Gubernator, więc po co mamy myśleć? A jeżeli Gubernator i obywatel Szajdo, najmądrzejsi ludzie na świecie pochylili się nad nami, małymi żuczkami, to jakbyśmy mogli myśleć, że nie wymyślili dla nas czegoś idealnego? To powieść prawie idealna. Mogę jej tylko zarzucić dwie rzeczy. Po pierwsze, w drugiej części powieści fraza traci formę rosyjskiej skazki, jakby autor nie zapanował do końca nad językiem, jakby ta forma już mu nie była pod koniec potrzebna. Po drugie, tak mniej więcej za połową powieści, tam gdzie opisuje podróż Wspaniałej Czwórki do Gorodopolis trochę się rozjeżdża, za dużo, za mocno, myślę, że w tym miejscu można było spokojnie skrócić. I tyle, nic więcej, w pozostałych miejscach pod wszystkim względami jest wręcz idealna. Niesamowicie bawiłem się podczas czytania tej powieści, myślę, że podobną zabawę miał Piotr Gociek przy jej pisaniu. Jeżeli jeszcze

62


jej nie czytaliście, to sięgnijcie po nią. Myślę, że się nie zawiedziecie. Może nie będziecie tak zachwyceni jak ja, ale na pewno ją docenicie. Autor: Piotr Gociek Tytuł: Demokrator Wydawnictwo: Ender Data wydania: lipiec 2014 roku Liczba stron: 496 ISBN: 978-83-62730-48-3

63


HIGGS. ODKRYCIE BOSKIEJ CZĄSTKI Dawid „Fenrir” Wiktorski Dwudziesty pierwszy wiek – od kilkudziesięciu lat jesteśmy w stanie latać w kosmos (a już lata dzielą nas od szeroko dostępnych lotów komercyjnych), medycyna osiągnęła zawrotne tempo rozwoju, a kolejne aspekty życia diametralnie zaczynają się różnić od ich odpowiedników sprzed stu lat. Możnat jednak rzec, że nadal błądzimy niczym dzieci we mgle w dziedzinie fizyki – pomimo ogromnych postępów poczynionych w ostatnich latach w tej gałęzi nauki, wiele kwestii pozostaje nadal czysto teoretycznych. Nie można jednak nie przyznać, że potwierdzenie istnienia bozonu Higgsa było kamieniem milowym – i to odkrycie opisuje dokładniej kolejna wydana w naszym kraju książka autorstwa Jima Baggotta. Myśl przewodnia „Higgsa” jest dość abstrakcyjna dla przeciętnego zjadacza chleba – w końcu przez kilkadziesiąt lat cząstka ta istniała tylko w teorii, według której miała ona, w wielkim skrócie, nadawać masę cząstkom elementarnym. Dość trudno wyobrazić sobie, że cokolwiek złożonego z cząstek ma masę nadaną przez jedną z nich. Baggott stara się wyjaśnić dokładniej tę kwestię, a także przybliżyć kilka zagadnień pozornie niezwiązanych z Higgsem (bo trudno na pierwszy rzut oka zobaczyć jakiekolwiek związki z odkryciem sprzed kilku lat, a rozporządzeniami… Adolfa Hitlera). Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że nazwisko Higgsa na okładce oznacza biografię czy też skoncentrowanie się tylko na tak zwanej „boskiej cząstce”. Bo na dobrą sprawę „Higgs” zawiera w sobie coś, co znajdzie się w praktycznie każdej książce poświęconej zagadnieniom fizyki klasycznej i kwantowej – czyli model opisu świata. Lektura opracowania Baggotta dostarcza informacji na temat hierarchii cząsteczek – a także jej zmieniania się wraz z kolejnymi odkryciami (jak było na przykład z atomami, czyli do pewnego czasu „najniższą” kategorią cząstek – dopóki nie odkryto kwarków). Co więcej, pozwala poznać także pewne zasady funkcjonowania najmniejszych cząstek materii we Wszechświecie – na czele z kwarkami o tak egzotycznych nazwach jak dziwne, piękne czy prawdziwe. Baggott w pewien sposób uhonorował także pięćdziesięcioletnie istnienie cząstki (od czasu jej wynalezienia po potwierdzenie istnienia) – w „Odkryciu boskiej cząstki” raczej ciężko mówić o historycznym odzwierciedleniu prac nad bozonem, bo mamy do czynienia raczej z modelem ewolucji teorii. Aczkolwiek ten wypada dwojako – z jednej strony autor ma tendencję do upychania w nim niepotrzebnych wątków biograficznych badaczy, z drugiej zaś to zdecydowanie ciekawsza część „Higgsa”. Natomiast dzielenie się wnioskami naukowymi z czytelnikiem wychodzi mu już znacznie gorzej – do tego stopnia, że niekiedy posługuje się skrótami, które wręcz wymuszają na czytelniku przyjęcie jego punktu widzenia za pewnik, bez możliwości weryfikacji konkretnych fragmentów. Co gorsza, „Odkrycie boskiej cząstki” to praktycznie pozycja akademicka – poziom zaawansowania i naukowego słownictwa jest naprawdę złożony. Do tego stopnia, że osoby słabo zaznajomione z tematem (chociażby istotą funkcjonowania uniwersum) raczej nie mają czego szukać w recenzowanej pozycji.

64


O „boskiej cząsteczce” z pewnością każdy słyszał (dwa lata temu na całym świecie z powodu odkrycia wybuchła niemała medialna burza), jednak raczej mało kto miał okazję dowiedzieć się, czym konkretnie jest ten tajemniczy bozon. „Higgs. Odkrycie boskiej cząstki” z pewnością pozwala wypełnić te luki, jednak czytelnik nie posiadający bardziej zaawansowanej wiedzy o fizyce teoretycznej raczej nie ma co spodziewać się, że w pełni skorzysta z tego zastrzyku wiedzy – Jim Baggott bynajmniej nie postarał się o nadanie swojemu dziełu cech opracowania popularnonaukowego. Mimo tego nie można powiedzieć, że „Higgs. Odkrycie boskiej cząstki” jest dla przeciętnego czytelnika rzeczą bezużyteczną – ale z pewnością nie jest to też lektura do poduszki. Autor: Jim Baggott Tytuł: Higgs. Odkrycie boskiej cząstki Tytuł oryginalny: Higgs. The Invention and Discovery of the ‘God Particle’ Wydawca: Prószyński i s-ka Data wydania: czerwiec 2014 Liczba stron: 272 ISBN: 978-83-7839-766-3

65


VADER. WOJNA TOTALNA Maciej Rybicki Historia zespołu Vader jest wyjątkowa, co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości. Z szarego, smutnego Olsztyna schyłkowego PRLu zespół dowodzony przez Piotra Wiwczarka wybił się na sceny całego świata. Grając koncerty i sprzedając płyty na całym świecie jest prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalnym w skali globalnej polskim wykonawcą muzyki popularnej (no bo w gruncie rzeczy metal to muzyka popularna). Ten sukces miał jednak swą cenę, obok momentów chwały były też, jak to w życiu, momenty załamania, trudności, nawet śmierć. I choć może się wydawać, że to w pewnym sensie typowe, że każdy sukces, każda muzyczna opowieść godna znalezienia się na kartach książki muszą być do siebie podobne, to jednak na tę książkę czekałem bardzo. I mniejsza o to, że czekanie to było niezmiernie długie (pierwsze zapowiedzi biografii Vader wiązały się, jeśli mnie pamięć nie myli, z obchodami 25-lecia grupy w 2008 r.), chodzi raczej o to, że jest to zespół wyjątkowy. W obiektywnym sensie dlatego, że byli pierwszym bandem z Polski, który nie tylko przebił Żelazną Kurtynę, ale przede wszystkim w latach formowania się sceny ekstremalnej miał realny udział w wielkim metalowym ruchu, który ukształtował oblicze sceny na lata. W wymiarze „piśmienniczym” jest to więc polski suplement do tak ważnych pozycji jak Wybierając śmierć Mudriana czy Szwedzki death metal Ekerotha (kto nie zna tych dwóch książek, niech koniecznie nadrobi zaległości!). Ale jest coś jeszcze, coś osobistego. Choć mogę powiedzieć, że szeroko pojętego metalu słucham niemal od małego – od kiedy w wieku mniej więcej 10-11 lat dostałem od wujka kasetę z If You Want Blood… You’ve Got It AC/DC, a potem przegrywałem z jego płyt albumy Iron Maiden, Turbo czy Black Sabbath – to jednak gdy ta muzyka zainteresowała mnie „na poważnie” ekipa z Olsztyna stanowiła absolutny wzór, ideał brutalnego grania, a świeżo wydane Black to the Blind do tej pory uważam za jedną najważniejszych płyt w swojej muzycznej edukacji. Wtedy, w 1998 r., istniały dla mnie przede wszystkim Vader i Sepultura. I choć potem nie zawsze podobały mi się propozycje Petera i spółki, to jednak za każdym razem, kiedy zespół wypuszczał nową płytę, jasne było, że kaseta lub kompakt zakręcą się w moim odtwarzaczu. Dlatego też lektura Wojny totalnej była dla mnie czymś więcej niż tylko zapoznaniem się z kolejną pozycją, którą trzeba zrecenzować – raczej osobistą, trochę sentymentalną podróżą w takt podwójnej stopy i siekących bezlitośnie gitar. Co ważne, książka ta ma osobisty charakter także dla jej autora. Jarek Szubrycht oprócz bycia znakomitym dziennikarzem (znanym choćby z Przekroju, Thrash’em All czy portalu Interia.pl), jest także (a może przede wszystkim) muzykiem kultowego w pewnych kręgach zespołu Lux Occulta. To człowiek z tego samego środowiska co bohaterowie omawianej biografii, wychowany „na Vaderze”, a jednak niejednokrotnie dzielący z komando Petera scenę, flaszkę i trudy trasy koncertowej. Już sam ten fakt nadaje Wojnie totalnej charakteru, wyraźnie osobistego sznytu w pewnym sensie zbliżając ton książki do tekstów znanych z metalowych zinów. Szubrycht jest zaangażowany, zarówno na poziomie autora, jak i uczestnika (przynajmniej momentami) zdarzeń. Widać też, że był na opowieść o Vaderze bardzo konkretny pomysł (trudno powiedzieć: Autora, Petera czy

66


może wieloletniego managera zespołu - Mariusza Kmiołka? Pewnie wszystkich trzech po trochu) – pokazać historię zespołu na tle kształtującej się polskiej sceny metalowej. To zadanie bez wątpienia się udało: o początkach Vader czyta się z wypiekami na twarzy. W jakimś sensie jest to także portret przedstawicieli pokolenia które wkraczało w nową rzeczywistość ustrojową z nadziejami, osób które skonfrontowane z Wielkim Światem mimo wiatru w oczy wróciły z tarczą. No dobrze, ale przecież wywodzący się z Olsztyna zespół sieje po scenach zniszczenie już od lat 30! Widać jednak w tekście Szubrychta rozsądne proporcje: początki, podbój Świata, rozwój, a potem lata żmudnych koncertów przeplatanych płytami i zmianami w składzie. Potraktowanie poszczególnych albumów czy tras z równą atencją byłoby chyba nienajlepszym pomysłem. Frontman Lux Occulty odpowiednich momentach „kompresuje” więc narrację skupiając się raczej na tym co działo się wewnątrz i wokół zespołu, przede wszystkim na zmianach personalnych. I trzeba przyznać, że wykonał tu sporo niezłej roboty docierając do wielu byłych członków zespołu i oddając im głos. Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że mimo przytaczanych w książce wypowiedzi niekoniecznie pochlebnych w odniesieniu do zespołu, ostatnie słowo zawsze zostało pozostawione Kmiołkowi lub Peterowi. A ten ostatni o byłych członkach Vader i okolicznościach ich odejścia zwykle nie ma zbyt pochlebnej opinii i specjalnie się z tym nie kryje. To zresztą znamienne, że już od pewnego momentu zupełnie oczywiste staje się, że desygnat nazwy Vader jest jasny: Piotr Wiwczarek, Mariusz Kmiołek i muzycy im towarzyszący. Biografia deathmetalowej maszyny z Olsztyna jest więc w równym stopniu biografią jej lidera. Szubrycht pozwala poznać go całkiem nieźle, pisząc o jego dzieciństwie, czy pasjach. Przytoczony wywiad z Infernal Death Zine dotyczący militarnego hobby Petera stanowi jeden z ciekawszych elementów książki. Zresztą, takich „smaczków” jest więcej, np. w postaci wywiadu z fińską współtwórczynią pierwszego teledysku grupy – Dark Age, listu napisanego do Petera przez pierwszego lidera Vader – Zbyszka Wróblewskiego czy też pamiętnika z trasy po Rosji pisanego przez członków zespołu. Wojna totalna to opowieść o ogromnej determinacji i poświęceniu, o sukcesie i cenie, jaką za niego trzeba zapłacić. W tym sensie to książka bardzo prawdziwa, pełna momentów, w których niejednemu zbierze się na wspomnienia. Porusza fragment o problemach narkotykowych Docenta, bawi relacja Szubrychta z trasy koncertowej, intrygują wspomnienia podziemnych, nieco partyzanckich początków. I choć można by narzekać, że czasem jest to opowieść nieco zbyt „po linii zespołu”, że chciałoby się więcej zdjęć, reprodukcji starych flyerów czy koncertowych plakatów, że pewne tematy (jak np. kontrowersyjna zmiana logo) są zupełnie przemilczane, że niektórym płytom poświecono mniej miejsca niż innym, to jednak przyjemność, jaka płynie z lektury, jest niezaprzeczalna. Mimo dość przewidywalnego schematu (w końcu ile jest miejsca na oryginalność w formule muzycznej biografii) historia Vader wciąga i budzi emocje: podziw, zazdrość, czasem smutek, a przede wszystkim ogromny szacunek. Znakomita lektura, po prostu. Tytuł: Vader. Wojna totalna Autor: Jarek Szubrycht Wydawnictwo: Sine Qua Non Data wydania: 6 czerwca 2014 Liczba stron: 456 Oprawa: twarda ISBN: 978-83-7924-211-5

67


PROBLEM KLUCZY DO MIESZKANIA W PIASECZNIE Dawid „Fenrir” Wiktorski Fantastyka przez długie lata miała opinię gatunku niepoważnego i niegodnego uwagi ze strony tak zwanego „głównego nurtu”. Sytuacja ta powoli się zmieniała, a za kamień milowy w tym procesie uznać można „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin, która zdołała osiągnąć rozgłos o niespotykanej wcześniej skali. Nie ma co także ukrywać, że to fantastyka dawała autorom w drugiej połowie dwudziestego wieku największe pole do popisu w kwestii krytykowania ustrojów politycznych (co miało miejsce także w naszym kraju – fantaści niemal do perfekcji opanowali metafory i analogie, których cenzorzy nie byli w stanie wyłapać) i procesów zachodzących w społeczeństwie. Co zaś te zjawiska mają wspólnego ze zbiorem felietonów Marka Oramusa o dość długim tytule „Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie”? Zaskakująco dużo. Można powiedzieć, że Marek Oramus odwrócił trend, według którego fantaści z pomocą fantastyki chcą przekazać czytelnikom jakąś część swoich poglądów i przekonań (a przy okazji stworzyć coś, co można czytać z przyjemnością bez zagłębiania się w drugie dno). Byłoby to stwierdzenie prawie… słuszne, gdyby nie jedna rzecz – autor recenzowanych felietonów zabrał się do tematu od drugiej strony, czyli postanowił nakreślić wagę konkretnych problemów za pomocą odpowiednich przykładów zaczerpniętych z literatury fantastycznonaukowej. A naprawdę można się zdziwić, jak wiele – z pozoru niezwykle prozaicznych – sytuacji zostało wykorzystanych przez autorów takich jak Robert Heinlein czy Stanisław Lem. Nie można także autorowi „Sennych zwycięzców” odmówić lekkości w przekazywaniu informacji oraz wynajdowaniu celnych powiązań – co najlepiej widać właśnie w „Problemie kluczy…”. Na pierwszy rzut oka raczej trudno połączyć klucze zagubione w tajemniczy sposób po spotkaniu zakrapianym suto alkoholem z dziełami fantastycznymi – Markowi Oramusowi nie tylko się ta sztuka udaje, lecz na dodatek dokonuje tego w efektownym stylu, pozytywnie wręcz wymuszając na czytelniku zapoznanie się z konkretnymi klasykami gatunku science fiction. O ile ten nie miał jakimś cudem okazji wcześniej obcować z najważniejszymi tytułami. Tym samym „Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie” idealnie wpisuje się w całokształt serii „Krytycy o fantastyce”, jaki wykrystalizowały wcześniej wydane w jej ramach zbiory publicystyki – czyli propagowanie klasyków science fiction, dziś już zapomnianych. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko próba odkurzenia publicystyki sprzed kilkunastu, a niekiedy nawet kilkudziesięciu lat – i w pewnym sensie miałby rację. Jednak ciężko byłoby powiedzieć, że ich treść w jakikolwiek sposób się zdezaktualizowała, a tym samym przestała być atrakcyjna dla potencjalnego czytelnika. Co więcej, także „Problem kluczy…” można potraktować jako swoisty almanach po ważniejszych dziełach fantastycznonaukowych – wystarczy tylko wyłuskać te tytuły z tekstów Marka Oramusa oraz zapoznać się z sytuacjami i procesami, do których przyrównuje je felietonista. Chyba trudno byłoby znaleźć choć jednego czytelnika, który nie skusiłby się przynajmniej jednym przykładem.

68


Nie ma co mydlić sobie oczu – „Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie” to kolejna wyborna pozycja w serii „Krytyków o fantastyce”. Można traktować ją „tylko” jako zbiór felietonów jednego z ważniejszych polskich autorów fantastycznych, znacznie lepiej jednak popatrzeć na nią jako przykład na to, że fantastykę można, a wręcz powinno się odczytywać w dwojaki sposób – zarówno jako sprawne teksty przygodowe, jak i krytykę pewnych zjawisk czy nurtów. A Marek Oramus stawia się tu w roli przewodnika, który jest w stanie pokazać nawet najmniej oczywiste analogie między codziennym życiem a powieściami science fiction. Nie trzeba zatem chyba mówić, że jest to następna pozycja niezwykle ważna dla miłośnika gatunku, który chciałby wiedzieć o nim więcej. Tytuł: Problem kluczy do mieszkania w Piasecznie Autor: Marek Oramus Wydawnictwo: Solaris Rok wydania: 2014 Ilość stron: 368 Oprawa: miękka ISBN: 978-83-7590-188-7

69


„...CZWARTA RĘKA, KRÓLA BIJE AS...” Hubert Przybylski Pomysł, żeby moją najnowszą recenzję zacząć od kwestii używania przez pisarzy określeń karcianych do tworzenia tytułów ich książek, właściwie nasunął się sam, momentalnie, jeszcze zanim zacząłem czytać moją dzisiejszą bohaterkę. Przecież wiadomo, że to są tak dynamiczne terminy, sugerujące jednocześnie dobrze przemyślane działania bohaterów powieści, że zwyczajnie połowa tytułów książek czy filmów powinna nawiązywać do kart. Gdy już skończyłem czytać, jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobry pomysł był. Wreszcie, po kilku dniach od ukończenia lektury, kiedy przemyślałem już sobie wszystko dokładnie, usiadłem do pisania recenzji i ... figa. Siedziałem pół godziny, potem godzinę, następnie przejrzałem swoją biblioteczkę, jeszcze później wezwałem na pomoc Wujka Gógla i ciocię Wiki i ... figa. Trzy godziny, i piszę to na serio, zmarnowane i nie znalazłem ani jednego tytułu, który nawiązywałby do gier karcianych. Ale to, że nie mam racji, nie oznacza przecież, że muszę od razu zmieniać swoje zdanie. Chwyciłem się za szachy. Przecież musi się roić od tytułów zawierających takie określenia, jak “szach-mat”. Kolejne dwie godzinki szukania i już wiedziałem, że chyba jednak nie musi. Miałem trzy tytuły. Pierwszy, “Królewska roszada” Eugeniusza Dębskiego, i drugi, “Gambit Wielopolskiego” Andrzeja W. Sawickiego właściwie siedziały mi w głowie od początku, bo obie czytałem. Trzeci, “Gambit” Michała Cholewy wpadł mi w ręce, gdy czytałem notkę o autorze mojej dzisiejszej bohaterki. A że jak są trzy, to pewnie musi być więcej. I takim oto, satysfakcjonującym, bo potwierdzającym moją teorię stwierdzeniem, przechodzę do omawiania “Forty”. Ale zanim co, malutkie wprowadzenie do fabuły powieści. Oddział kaprala Wierzbowskiego odpoczywa sobie na zapleczu terytorium Unii, kiedy nagle następuje eskalacja konfliktu z USA i wszyscy stają w obliczu szybkiego powrotu na front. Wysiłki Wierzby, aby temu zapobiec, są zakończone sukcesem. Częściowo. W “nagrodę” za swój wyczyn muszą wziąć udział w akcji ratunkowej organizowanej przez znienawidzone przez prawie wszystkich we wszechświecie Dowództwo Operacji Specjalnych. Lecz gdy już trafiają na Atropos, dość szybko wszyscy orientują się, że sytuacja z wielkiej niewiadomej zmienia się w jeszcze większą niewiadomą, nikt nie wie, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem, a szanse na przeżycie maleją z każdą sekundą. Misja ratunkowa zmienia się w walkę o przetrwanie... Military SF ma już dobrze ponad sto lat, a pierwsze utwory ukazały się dobre trzydzieści lat przed klasycznym przedstawicielem gatunku - “Wojną światów” Herberta George’a Wellsa. O popularności tej gałęzi fantastyki niech świadczy fakt, że złota era gatunku zaczęła się w latach pięćdziesiątych XX wieku i nie zdradzając żadnych oznak regresji trwa do dziś. No, fantaści - kto nie czytał “Kawalerii kosmosu” Heinleima, “Wiecznej wojny” Haldemana, “Taktyki błędu” Dicksona, czy książek Davida Webera, ręka w górę. U nas wyglądało to nieco inaczej. Gatunek był popularny w okresie międzywojennym, potem przyszedł ekstremalnie pacyfistyczny prawie-że-komunizm* i na wiele dziesięcioleci gatunek umarł był. Wydawało się, że w latach

70


osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych coś drgnęło, ale to były tylko złudzenia. O prawdziwej, porządnej, polskiej military SF w dalszym ciągu można było tylko pomarzyć. Niejakie, excusez le mot, “ciągoty” miała w tym kierunku Magdalena Kozak, ale tylko krążyła wokół tematu, nigdy nie decydując się na pójście na całość. Aż wreszcie przyszedł rok 2008 i na rynek wbił się Marcin Ciszewski ze swoją powieścią “WWW.1939.com.pl”. I choć wystarczy wspomnieć o tej książce w towarzystwie zawodowych żołnierzy, albo choć tylko pokazać im okładkę, żeby ich obezwładnić śmiechem, to nie da się ukryć, że “WWW.1939.com.pl”, podobnie zresztą jak i resztę książek Ciszewskiego, czyta się niesamowicie przyjemnie. Co ma zresztą swoje przełożenie na wyniki sprzedaży. Ale że jeden Ciszewski wiosny nie czyni, trzeba było przynajmniej jeszcze jednej osoby, żeby było można mówić o odrodzeniu gatunku. I tak oto, w roku pańskim 2012, pojawiła się pierwsza część przygód kaprala (obecnie) Wierzbowskiego - wspomniany na wstępie “Gambit” Michała Cholewy. A sądząc po tym, że właśnie omawiam trzecią część cyklu, jego książki też muszą się całkiem dobrze sprzedawać. Co mi się najbardziej spodobało w “Forcie”? Cóż, kreacja świata bez wątpienia jest świetna. Długoletni konflikt pomiędzy dwiema potęgami, gdzieś w środku niespodziewanie rośnie trzecia, a wszystko to w bezkresnych** przestrzeniach kosmosu, na tysiącach planet i księżyców. Tym razem akcja dzieje się na Atropos, planecie wiecznej suszy, z atmosferą ledwie nadającą się do oddychania, gdzie burze piaskowe są częste i o niespotykanej na Ziemi sile. Razem z Wierzbowskim “zwiedzać” będziemy mroczno-klaustrofobiczne korytarze i śmierdzące stęchlizną pomieszczenia baz założonych przez osadników i wojsko. Będziemy też mogli wziąć udział w bitwie pomiędzy orbitującymi nad Atropos okrętami wojennymi. I wszystko to będzie opisane niesamowicie sugestywnie i plastycznie, jakbyśmy nie czytali książki, tylko oglądali “Galaktykę grozy”, “Obcego - decydujące starcie”, czy też “BattleStar Galactikę”. Ale to wcale nie to spodobało mi się najbardziej. I choć postacie pojawiające się na kartach “Forty” są równie dobrze opisane jak świat wokół, pełne emocji i życia, to nie była to też bardzo dobra kreacja postaci. Tym, co mi spodobało się najbardziej, była fabuła powieści. Dobrze przemyślana, logiczna, trzymająca w nieustannym napięciu od tajemniczego i dramatycznego początku do pełnego zwrotów akcji końca. Nie nudziłem się przy “Forcie” nawet przez minutę i gdybym był w czasie jej czytania na wakacjach, to pewnie przeczytałbym ją nie zważając na potrzeby mego wątłego organizmu. A czy jest coś, co mi się nie spodobało? Właściwie, to jedyne moje zastrzeżenie kieruję w stronę opisów walk. A że, niestety, military SF walką stoi, to jest to dość istotna uwaga. Przeszkadzało mi ździebko to, że owe opisy są cokolwiek rozwleczone. Jest środek strzelaniny, czy kosmicznej bitwy, opisywany bohater ma ułamek sekundy na podjęcie decyzji, a Autor rozciąga ten ułamek nierzadko na pół strony lub więcej. Wiem, że to typowe dla pisarzy z wykształceniem ścisłym i/lub dla tych, którzy nie mają doświadczenia wojskowego (już nawet nie wspominam o bojowym), ale przykłady Davida Webera czy Ciszewskiego pokazują, że da się tę przeszkodę pokonać. Przy czym proszę nie zrozumieć mnie źle - Michał Cholewa napisał inteligentną książkę dla inteligentego czytelnika i to jest świetne, bo o inteligentną military SF jest równie trudno, co o owieczki Dolly. Ale czasami nawet w inteligentnym człowieku górę biorą instynkty, tym częściej, im sytuacja będzie niebezpieczniejsza. A w “Forcie” takich momentów, kiedy działanie bohaterów jest instynktowne i szybkie, i być powinno równie instynktownie i szybko opisane, jest niewiele. Co gorsza, wydaje mi się, że takie zbytnio intelektualne podejście do opisu walk szkodzi książce podwójnie, nie tylko spowalniając akcję wtedy, kiedy to jest wybitnie niepożądane, ale do tego zbytnio gmatwa sytuacje, które powinny być proste. Jak wystrzał.

71


Moja ocena? 8.5/10. Gdyby nie wspomniana wada powieści, moja ocena z pewnością oscylowałaby w okolicach 10/10. I mam dużą nadzieję, że z czasem Michał Cholewa pokona tę swoją jedyną słabość i przy którejś z następnych, może już przy czwartej części cyklu, będę mógł z czystym sumieniem dać taką notę. P.S. Zapomniałem jeszcze wspomnieć o oprawie książki. Mimo że to typowe, niskobudżetowe wydanie bez żadnych skrzydełek, czy twardej okładki, to bardzo podobają mi się dwie rzeczy - świetna, klimatyczna ilustracja i faktura okładki, choć mało przyjemna i przypominająca tworzywo sztuczne, to jednak sprawiająca, że lekturze towarzyszy też lekko niepokojące wrażenie dotykowe. Ciekawe, kiedy ktoś pójdzie o krok dalej i zdecyduje się, aby strony zawierające opisy walk pachniały smrodem prochu i metalicznym odorem krwi... Tytuł: Forta Autor: Michał Cholewa Wydawnictwo: WARBOOK Data wydania: 21.07.2014 Liczba stron: 576 (w tym kilka reklam) ISBN: 978-83-64523-12-0 * znaczy socjalizm. I dzięki niech będą dowolnym bogom, że to był tylko socjalizm, bo w komunizmie zeżarlibyśmy się nawzajem. A tak to przynajmniej ocet i kapary były na półkach. I mięso w kioskach RUCHu... ** w zależności od tego, którego fizyka posłuchamy, wszechświat jest albo bezkresny, albo skończony (ten się dzieli na wersje rozszerzające się lub kurczące), albo zawarty w kuli wygenerowanej przez HEXa. Ja się skłaniam ku tej trzeciej opcji jako najbardziej prawdopodobnej.

72


SAMEMU BOGU CHWAŁA Marek Ścieszek Jesteśmy w samy środku wojen religijnych. Wiele lat temu zakończyła się muzułmańska Wiosna Ludów, ale Armia Wielkiego Kalifatu jest nadal siłą, którą należy traktować poważnie. Finałem wojny była kontrakcja, której strona katolicka nadała kryptonim Krucjata. Po której to obie wrogie siły okopały się w swoich obozach i przyczajone jęły łypać na siebie, czekając dogodnej chwili by zmiażdżyć wroga. Europa stała się ultrakatolicka, rządzona twardą ręką przez Rzym. Kościół określa teraz kto i o czym ma myśleć, i czy myśleć ma w ogóle. Wszelkie oznaki nieprawomyślności tępione są w zarodku – pilnuje tego Święte Oficjum. Herezję traktuje się jak największą zbrodnię. Inkwizycja patrzy i widzi wszystko. Gdzie trafiliśmy? Do średniowiecza, ktoś powie, to opowieść historyczna, traktująca o czasach Bernarda z Gui, wypraw krzyżowych, polowań na czarownice, ordaliów. Otóż, nie. No, może nie do końca. To nie przeszłość, lecz Bernarda z Gui zastąpił Alexander Vanzeen a Inkwizycja ma się dobrze. Tak samo zresztą jak i herezja. Jesteśmy w czasach przyszłych. Przez Stary Kontynent przetoczyła się niszczycielska armia Allacha. Miasta obróciły się w zgliszcza. Na ruinach powstał nowy byt: podzielona na Katedry Europa, ze stolicą w Rzymie oraz okręgami zarządzanymi przez namiestników Watykanu, zwanych Patriarchami. Papież jest panem i władcą, lecz w Jego imieniu faktyczną władzę sprawuje dwunastoosobowa Rada Apostołów. Witajcie w postapokaliptycznej rzeczywistości, wykreowanej przez Aleksandra Kowarza. Głównym bohaterem opowieści jest Ateron Kern, oficer Inferno, elitarnego oddziału paryskiej Gwardii. Właśnie Paryż jest głównym, lecz nie jedynym miejscem akcji. To miasto zniszczone przez wojnę. Nie potrzeba lepszego symbolu zniszczenia jak smutne pozostałości Wieży Eiffla w postaci pojedynczego filaru. Wraz z młodym porucznikiem jesteśmy świadkami akcji prewencyjnych przeciw sekcie katarów, czy też tajemniczemu Zakonowi Syjonu. Bierzemy udział w niszczeniu zamku w Montségur, widzimy śmierć towarzyszy Kerna. Towarzyszymy mu, gdy odchodzi z Gwardii i wstępuje w szeregi Inkwizycji. Dowiadujemy się, kim są Doskonali, czym była akcja opatrzona kryptonimem Czyściec, poznajemy nawet faktyczne losy Chrystusa, zupełnie inne niż zostało to zapisane w Biblii. Jesteśmy przy Ateronie w każdej kolejnej chwili, aż do ostatniej kropki powieści. „Samemu Bogu chwała” uderza szczegółowym opisem powolnego niszczenia świata takiego, jaki znamy. Stopniowej degradacji do momentu, w którym już w niczym go nie przypomina, gdy staje się czymś łudząco podobnym do tego, co przebrzmiało jakieś sześćset lat temu i wydawało się, że nigdy już nie wróci. I gdyby nie współczesna technika – śmigłowce klasy Ezechiel, czytniki kart magnetycznych, chipy wszczepiane pod skórę, superkomputer Papież – faktycznie mogłoby przyjść do głowy w trakcie lektury, iż jakimś magicznym sposobem cofnęliśmy się właśnie w czasie. Zasługa w tym twórcy, który sugestywnymi opisami wykreował rzeczywistość skłaniającą do przemyśleń, od której nie sposób się uwolnić aż do ostatniego słowa.

73


Czym może być lektura utworu autora, znanego nam wcześniej dzięki „Rydwanowi bogów”, powieści wydanej nakładem Wydawnictwa Zysk i s-ka? Przede wszystkim doskonałym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Dla poszukujących głębszych wartości w literaturze ostrzeżeniem, że nieprawdą jest, jakoby nie dało się wejść drugi raz do tej samej rzeki. Człowiek bowiem to takie zwierzę, które wcale, a wcale nie uczy się na własnych błędach. Tytuł: Samemu Bogu chwała Autor: Aleksander Kowarz Wydawnictwo: Self Publishing Rok wydania: 2014 Ilość stron: 300 Format: e-book ISBN: 978-83-938871-4-9

74


ŻYWOTY ŻULI I ŻULĄT POLSKICH Paulina Kuchta Wychodzę przed blok, widzę kilku gości w dresach żłopiących piwo. Siedzą na ławeczce, bo ławeczka to styl życia. Ktoś się śmieje, ktoś ma mocno w czubie, ktoś pluje przed siebie, zgniata puszkę i rzuca w kierunku kosza na śmieci. Nie trafia. Puszka odbija się i dołącza do pozostałych na obsranym trawniku. Przyśpieszam kroku, mijam kolejne Betonowe pałace. To miasto w mieście, które rządzi się własnymi regułami. Dokładnie jak w powieści Gai Grzegorzewskiej, myślę. Profesor, po dwóch latach spędzonych na Morzach Południowych, powraca w rodzinne strony, do Krakowa. Wprawdzie nie chce znowu wejść do osiedlowego półświatka, jednak ciągnie go na stare śmieci. Dla Profesora bowiem dobrze jest tam, gdzie go nie ma. Pacyfik był tylko etapem przejściowym, a w Krakowie coś się dzieje. Musi wrócić i sprawdzić. Dobrym początkiem wydaje się znalezienie lokum i odzyskanie starego forda. Miasto też wydaje się spokojniejsze. Po zdetronizowanym Królu, władzę sprawuje otaczający się dość ekscentryczną i niebezpieczną gromadką, admin zwany Opiekunem. Szybko też okazuje się, że ma dla Profesora propozycję nie do odrzucenia. Ma odnaleźć jego piękną żonę Sophie, w przeciwnym wypadku sytuacja Profesora, i nie tylko, będzie bardzo, ale to bardzo nieciekawa. Nie pozostaje mu nic innego, jak podjąć się niechcianego śledztwa. Pomaga mu kumpel, Kojak, zwany przez Profesora Watsonem i Julia. I tyle, jeśli chodzi o fabułę, to nic więcej nie napiszę, żeby nie popsuć wam zabawy. Dużym atutem powieści jest pierwszoosobowa narracja, która jakoś zawsze bardziej mi podchodzi. Być może jest to spowodowane tym, że czytając lubię poczuć się przez chwilę kimś innym, a jeśli opowieść jest autentyczna, akcja wartka, fabuła intrygująca i postacie tak oddane, że bez trudu mogę sobie je wyobrazić, zapominam, że to dzieje się tylko na kartach książki. Podobnie sprawa miała się z Betonowym pałacem, który pochłonął mnie bez reszty. Tutaj Gaja uczyniła narratorem Łukasza nazywanego Profesorem. To z jego perspektywy postrzegamy wydarzenia i poznajemy Julię Dobrowolską, prywatną detektyw i główną bohaterkę książek Grzegorzewskiej, z trochę innej strony. W oczy rzuca się też nacisk na psychologizacje postaci, dzięki czemu są tak wiarygodne. Do tego warstwa językowa, nawet jeśli jest to mowa potoczna, przynajmniej w pewnych kręgach, czy podrasowany slang, brzmi autentycznie. Ludzie z półświatka, a o nich traktuje powieść, oględnie mówiąc, nie są zbyt mili i nie kłaniają się, chyba, że chcą uderzyć z główki. A to jeszcze nic w porównaniu z tym, co mogą ci zrobić... To proza napisana z pazurem, odważna i nawet jeśli język jest wulgarny, to jest to uzasadnione. Chwilami się zastanawiałam, czy Gaja się nie zagalopowała, ale doszłam do wniosku, że po prostu ugrzeczniona opowieść nijak by się miała do osiedlowych realiów. Fakt, że są przerysowane, a samo miasto trochę fantastyczne, ale historii wychodzi to tylko na plus.

75


Ta powieść jednocześnie przeraża i zaskakuje. Jest mroczna, ale też dowcipna i niezwykle obrazowa. Tak obrazowa, że Betonowy pałac mógłby posłużyć za podstawę scenariusza filmowego. Obraz, myślę, cieszyłby się większą popularnością niż kolejna ekranizacja lektury szkolnej, czy mało śmieszna komedia. Czytając miałam przed oczami kadry filmowe i sprawiało mi to ogromną przyjemność. Czasem mnie to bawiło, czasem odczuwałam niepokój o to, co jeszcze może spotkać bohaterów. Na szczęście Grzegorzewska lepiej obchodzi się ze swoimi postaciami niż Martin. Chociaż... Ale nic więcej nie napiszę, poza tym, że było warto przeczytać. Zdecydowanie polecam i już cieszę się na kolejne powieści Gai Grzegorzewskiej. P.S. Z racji kilku ostatnich zdań, zakończenia nie będzie. Tytuł: Betonowy pałac Autor: Gaja Grzegorzewska Wydawca: Wydawnictwo Literackie Data premiery: 28.08.2014 Oprawa: miękka ze skrzydełkami Ilość stron: 508 ISBN: 978-83-08-05375-1

76


ŻYCIE PO KUBIE Anna Klimasara Ogromne miasto, do którego bezwzględnie wkracza nowoczesność, z każdym dniem przyduszając je bardziej. Nieprzebrane masy przelewają się ulicami. To wymarzone miejsce, by uciec przed swoim wcześniejszym życiem, wtopić się w tłum zachowując anonimowość. Nic dziwnego, że każdego dnia ginie tu bez śladu szereg osób, z których większości nikt nigdy nie będzie szukać. Takie miejsce to raj dla wszelkiej maści przestępców, którzy wobec słabości organów ścigania czują się bezkarni. O której ze współczesnych metropolii mowa? Czyżbyśmy mieli przenieść się gdzieś do Ameryki Południowej lub Afryki, gdzie bezwstydnie panoszy się bezprawie? Skądże znowu. Alex Grecian zaprasza nas w podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, a jej celem jest Londyn końca dziewiętnastego wieku. Rok wcześniej miastem wstrząsnęła seria zbrodni Kuby Rozpruwacza, którego postać elektryzuje twórców do dziś. Możemy sobie zatem wyobrazić, jak szerokim echem odbiły się te morderstwa w ówczesnym Londynie i jakim wstrząsem musiały być dla osób żyjących ze świadomością, że w okolicy grasuje szaleniec. Sądzę, że to był właśnie punkt wyjścia dla Alexa Greciana – miasto, na którym głębokim cieniem kładzie się nierozwiązana sprawa Kuby Rozpruwacza, żyjące w niepewności i ciągłym napięciu. Morderca przestał uderzać, ale nikt nie wie, czy nie jest to tylko cisza przed burzą. Dodatkowo fakt, że Kuba nie został schwytany, stanowi plamę na honorze londyńskiej policji, co autor postanowił wykorzystać. W „Scotland Yardzie” pojawia się bowiem morderca, który uderza właśnie w policjantów. Czy jest to wynik frustracji marnymi wynikami ich pracy? Czy może Kuba postanowił podnieść sobie poprzeczkę? Prawdę mówiąc, dość szybko uzyskujemy odpowiedzi na te pytania, gdyż Grecian nie próbuje za wszelką cenę trzymać nas w niepewności. Poznajemy więc tożsamość mordercy i dzięki temu możemy obserwować śledztwo z dwóch perspektyw jednocześnie, choć na szczęście autor przewidział dla czytelników kilka dodatkowych niespodzianek. Przede wszystkim zabójca policjantów nie jest jedynym przestępcą, którego poczynania śledzimy, przyglądamy się więc funkcjonowaniu Scotland Yardu w szerszym wymiarze, poznając dokładnie jego strukturę i problemy, z jakimi musi się borykać. Grecian zresztą uchwycił pracę policji w bardzo ciekawym momencie. Wydaje się, że zbrodnie Kuby Rozpruwacza były momentem przełomowym, który zmusił stróżów prawa do zmiany sposobu myślenia o swojej pracy oraz metod prowadzenia śledztwa. Jednakże zmiany mają to do siebie, że po pierwsze nigdy nie są oczywiste i potrzeba światłego umysłu, by je opracować, a po drugie zawsze natrafiają na opór, bo skoro coś przez lata robione było w jeden, sprawdzony sposób, to niby czemu teraz miałoby być inaczej? W powieści mamy właśnie kilka takich nowinek, jak choćby sposób, w jaki należy przeprowadzać oględziny miejsca zbrodni czy rewolucyjny pomysł, by nie pozbywać się dowodów zebranych przy okazji starych spraw, a przechowywać je na wszelki wypadek do celów porównawczych. Z naszej perspektywy to standardowe postępowanie, jednak ktoś kiedyś musiał na

77


to wpaść i na dodatek przekonać do swoich racji innych. Podobnie ktoś kiedyś musiał zwrócić uwagę na fakt, że zawiłe wzory na naszych palcach różnią się od siebie i mogą posłużyć do identyfikacji. W „Scotland Yardzie” wielkim orędownikiem zbierania odcisków palców jest doktor Kingsley, choć naturalnie większość śledczych podchodzi do tego pomysłu sceptycznie, podkreślając na każdym kroku, że żaden sąd nie uzna takiego dowodu. Autor nie poprzestaje jednak na życiu policjantów i stara się nam pokazać przekrojowo całe społeczeństwo, które wkroczyło na drogę daleko idących przemian. Sztandarowymi przedstawicielami „nowego” są dwaj policjanci, których losy przybliża nam Grecian. Inspektor śledczy Walter Day jest wyjątkowy w dwóch aspektach: przyjeżdża z prowincji do stolicy, by robić karierę zawodową w żaden sposób nie wynikającą z jego pochodzenia czy tradycji rodzinnych, a jakby tego było mało, jego żoną jest kobieta z rodziny stojącej o co najmniej klasę wyżej od niego i był to ślub wyłącznie z miłości. Z kolei posterunkowy Hammersmith porzucił Walię i kopalnię, z którą od pokoleń związana była jego rodzina, by znaleźć inne zajęcie i poprawić swój los. Przez powieść przewijają się też kwestie ciężkiego losu dzieci wykorzystywanych do prac kominiarskich, praktycznie myślących kobiet, dla których celem nadrzędnym jest zapewnienie bytu sobie i swoim dzieciom, dość bezwzględnego podejścia do chorych psychicznie, bezradności władz wobec coraz powszechniejszej nędzy oraz, dla kontrastu, przekonania wyższych sfer o swojej wyjątkowości. Otrzymujemy więc całą plejadę postaci, reprezentujących praktycznie wszystkie warstwy społeczne, które choć żyją w jednym mieście, w żadnym wypadku nie postrzegają się jako całości. Biedni są zbyt przytłoczeni codzienną walką o przetrwanie, a bogaci wyznają bardzo wygodną zasadę, zgodnie z którą to, czego nie widzą, nie istnieje. Chyba rozpisałam się trochę nie na temat… choć może właśnie bardzo na temat, bo „Scotland Yard” jest zgrabnie przebraną za kryminał opowieścią o konkretnym miejscu w konkretnym czasie, w której wątek kryminalny wcale nie jest ważniejszy od aspektów obyczajowych. Jest naturalnie osią zdarzeń, ale kiedy trzeba, pokornie ustępuje miejsca historiom ludzi i miejsc, które są równie ciekawe, jeśli nawet nie ciekawsze. Autor: Alex Grecian Tytuł: Scotland Yard Tytuł oryginału: The Yard Tłumaczenie: Andrzej Niewiadomski Wydawnictwo: Albatros Liczba stron: 496 Data premiery: 25 lipca 2014 ISBN: 978-83-7885-689-4

78


KOCHAM CIĘ, CZYTANIE MOJE Anna Klimasara Wszyscy wiemy, że Polacy uparcie nie czytają, większe wydawnictwa systematycznie zmniejszają liczbę publikacji, a mniejsze po prostu się zamykają. Zawsze jednak znajdzie się ktoś skłonny zaryzykować wejście na trudny rynek czytelniczy, nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się podpowiadać, że czas ku temu nie jest najlepszy. I tak w 2014 roku powstało nowe wydawnictwo – Genius Creations, ambitnie zapowiadające publikację dwunastu książek jeszcze w tym roku. Póki co ukazały się dwie – „Pokój światów” Pawła Majki, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, oraz „Kotku, jestem w ogniu” Dawida Kaina, która to powieść jest bohaterką niniejszego tekstu. Zacząć chyba muszę właśnie od słowa „powieść”, bo nie jestem pewna, czy „Kotku, jestem w ogniu” faktycznie można nazwać pełnowymiarową powieścią. Pod względem konstrukcji (raczej jednowątkowej) tekst przypomina opowiadanie, więc może „mikropowieść” lepiej oddaje to, czego możecie się spodziewać po tej pozycji. A skoro już zaczęłam nie tak, jak bogowie przykazali, czyli nie od wprowadzenia Was w fabułę, to wyleję od razu swoje e-czytelnicze żale (a nuż ktoś z wydawnictwa weźmie sobie moje słowa do serca). W wersjach elektronicznych obu wydanych dotychczas książek Genius Creations raczy nas czcionką wydawcy, której mój czytnik za nic nie daje rady zmienić. Wiem, wiem… w przypadku wersji papierowej zawsze jesteśmy skazani na wybory graficzne wydawcy i jakoś musimy z tym żyć. Jednakże do dobrego człowiek (a nawet czytelnik) szybko się przyzwyczaja, więc skoro już ebooki oferują nam możliwość dostosowania tekstu do własnych potrzeb, to wolałabym, żeby nikt mi jej nie odbierał. Wydawco, nie idź tą drogą! Nie blokuj mi dostępu do ulubionej czcionki! Koniec apelu. To może teraz dla odmiany coś o samej książce. Czemu zwróciłam na nią uwagę? Bo jej opis zaczyna się od słów: „Życie w świecie opanowanym przez książkoholików nie jest łatwe”. I choć sama oczywiście nie jestem uzależniona od czytania (w każdej chwili mogę przestać, serio!), to przyznaję, że moją wielką słabością są książki o książkach. Doświadczenie czytelnicze w ich przypadku się wzmacnia i staje się czymś w rodzaju czytania do potęgi, a przynajmniej ja to tak odbieram. Dlatego właśnie po prostu musiałam sięgnąć po „Kotku, jestem w ogniu”, to było silniejsze ode mnie. Sięgnęłam i trafiłam do raju wszystkich czytelników – świata, w którym książki się czyta, omawia, wącha i przytula, w którym książkami się oddycha i żyje. O pozycji w nim decyduje ilość sprzedanych egzemplarzy, a prawdziwymi celebrytami są najpoczytniejsi autorzy. Wydawnictwa działają na podobieństwo mafijnych rodzin, które oplatają społeczeństwo swoimi mackami i decydują o tym, który z autorów trafi na piedestał. Generalnie jest to świat, w którym pisze niemal każdy, choć nie każdego czytają, a lektury mogą uzależniać mocniej niż znane w naszym świecie narkotyki. W tym kontekście poznajemy Edwarda Egana – dilera mocnych i nie do końca legalnych lektur, który pewnego dnia wpada na trop świętego Graala wszystkich książkoholików, nadksiążkę, która potrafi naprawdę zmienić czytelnika i daje nad nim niewyobrażalną władzę. Jak ła-

79


two się domyślić, Edward wyrusza na poszukiwanie tajemniczego Raportu, a w trakcie tej wyprawy przyjdzie mu poznać na nowo zasady rządzące światem, w którym żyje i odpowiedzieć sobie na pytanie, kto tak naprawdę jest jego przyjacielem, a kto wrogiem. Niewątpliwie z każdej strony wyziera do nas miłość autora do książek. I to jest dobre, to jest słuszne, to się chwali. Niestety miłość, jak to miłość, jest uczuciem gwałtownym i trudnym do okiełznania, w związku z czym i tekstu Dawid Kain do końca nie ujarzmił. Nie twierdzę, że historia jest chaotyczna i niedopracowana – wręcz przeciwnie, wszystko jest poukładane, zdarzenia posłusznie prowadzą z punktu A do punktu B, wynikają z siebie i jednoznacznie dążą do bardzo konkretnego zakończenia. Pozostało jednak we mnie wrażenie (gdzieś pod skórą, przekazane podprogowo przez autora między słowami – jak to między książkoholikami bywa), że to jeszcze nie to, co Dawid Kain chciał napisać. Że jeszcze się nie wypisał w temacie, a tekst, który powstał w nagłym porywie uczucia powinien zaczekać, aż emocje opadną, aż dojrzałość weźmie górę nad młodzieńczą brawurą i będzie można całość doszlifować. Autor na tych stu siedemdziesięciu stronach wykrzyczał nam swoją miłość do książek, a przecież najważniejsze jest to, co kochankowie przekazują sobie szeptem. Nie znaczy to jednak, że odradzam Wam lekturę „Kotku, jestem w ogniu”, żałuję jedynie, że nie dostałam nic ponad awanturniczo-studencką* opowieść o krainie oferującej ogromny potencjał, który według mnie nie został do końca wykorzystany. Myślę, że autor poświęcił za mało czasu na dopieszczanie świata i dodawanie smaczków, które dałyby czytelnikom jeszcze większą satysfakcję z lektury. Język postaci, choć pojawiają się w nim zwroty wynikające z czytelniczych realiów miejsca akcji, mógłby jeszcze wyraźniej akcentować odmienność wykreowanego świata od naszej rzeczywistości. Jednakże wszystko to próżne gdybanie, tekst jest powszechnie dostępny i teraz sam musi się bronić przed czytelnikami, nawet tymi najbardziej fanatycznymi. * Takim mianem określam na własny użytek książki, w których dla znacznej części bohaterów głównym zajęciem w życiu są imprezy i bycie na haju. Autor: Dawid Kain Tytuł: Kotku, jestem w ogniu Wydawnictwo: Genius Creations Liczba stron: 170 Data premiery: sierpień 2014 ISBN: 978-83-7995-006-5

80


Profile for Małgorzata Gwara

Szortal na wynos (nr21) wrzesien 2014  

Zrobiło się tak jakoś wrześniowo. Trzeba to wykorzystać. Jesień zaczynamy solidną porcją szortów, rodzimych i zagranicznych, oraz drabbli. D...

Szortal na wynos (nr21) wrzesien 2014  

Zrobiło się tak jakoś wrześniowo. Trzeba to wykorzystać. Jesień zaczynamy solidną porcją szortów, rodzimych i zagranicznych, oraz drabbli. D...

Advertisement