Page 1


REDAKCJA Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński Redaktorzy prowadzący: Małgorzata Gwara, Dawid „Fenrir” Wiktorski Skład i łamanie: Oficyna Wydawnicza RW2010 Zespół redakcyjny: Małgorzata Gwara, Dawid „Fenrir” Wiktorski Współpraca: Anna Grzanek, Anna Karnicka, Anna Musiałowicz, Artur Olchowy, Joanna Radosz, Jacek Slay, Rafał Socha, Satariel, Anna Szumacher, Łukasz Trykowski, Mariusz Wojteczek, Maria Zdybska. ISSN 2300-5645

WYDAWCA Oficyna wydawnicza RW2010 Os. Orła Białego 4 lok. 75 61-251 Poznań marketing@rw2010.pl www.rw2010.pl Serdecznie zapraszamy do współpracy wszystkich recenzentów, blogerów, dziennikarzy, autorów, księgarzy i wydawców. Propozycje tekstów lub linki do tekstów należy nadsyłać na podany adres poczty elektronicznej. W sprawach reklamy w magazynie – prosimy o kontakt na podany adres poczty elektronicznej.


Spis treści SŁOWO WSTĘPNE......................................................................................................4 Małgorzata Gwara: Drodzy Czytelnicy!..........................................................................................5

OPOWIADANIA..........................................................................................................6 Anna Grzanek: Prawdopodobnie.....................................................................................................7 Anna Karnicka: Pieśń mandragory................................................................................................10 Anna Musiałowicz: Słowa przyniesie wiatr..................................................................................26 Artur Olchowy: Lecą na mnie wysokie kobiety............................................................................31 Joanna Radosz: Jego portret..........................................................................................................45 Jacek Slay: Duzi, dzielni żołnierze................................................................................................58 Jacek Slay: Loteria.........................................................................................................................62 Rafał Socha: Historia jednego czworonoga...................................................................................69 Anna Szumacher: Nie wszystko złoto...........................................................................................75 Łukasz Trykowski: Mars Inków....................................................................................................81 Łukasz Trykowski: To tylko praca.................................................................................................86 Mariusz Wojteczek: Mimowolnie..................................................................................................91 Maria Zdybska: Oddech słońca...................................................................................................102 Satariel: Sztukostrachy................................................................................................................121

POSŁOWIE...............................................................................................................124 Dawid „Fenrir” Wiktorski: Jak NIE wydawać swojej pierwszej książki....................................125 Jak rozpoznać vanity?.............................................................................................................126 I. Wypromujemy cię w całym kraju!..................................................................................126 II. Ogólnopolska dystrybucja.............................................................................................127 III. Miliony egzemplarzy!..................................................................................................127 IV. Płać i płacz....................................................................................................................128 V. Ale oni płacą więcej!......................................................................................................129 VI. To przynajmniej mogę więcej?....................................................................................129 VII. A moja własność?.......................................................................................................130 VIII. Świat stoi przede mną otworem!...............................................................................131 IX. Ale szybko odpisali i byli mili.....................................................................................131 X. Dają ISBN.....................................................................................................................132 XI. Im się udało..................................................................................................................132


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

SŁOWO WSTĘPNE

4


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Małgorzata Gwara: Drodzy Czytelnicy! Wakacje dopiero co się rozpoczęły, uczniowie z wytęsknieniem wypatrywali końca nauki, i wreszcie się doczekali, a starsi, już pracujący, zapewne poczynili plany urlopowe. Lecz letnie miesiące to nie tylko więcej czasu na odwiedzanie nowych miejsc, poznawanie ludzi i czytanie ciekawych książek. To także chwile, które można poświęcić na stworzenie tekstu, który gdzieś czeka na dnie szuflady, rozpisany jako plan, lub dopiero kiełkuje w myślach. Chwytajcie zatem, co macie pod ręką, i piszcie. Stukajcie w klawiaturę, zapełniajcie puste miejsce w notatnikach, na kartkach, w telefonie... Tylko nie zapędzajcie się jak bohater opowiadania „Sztukostrachy”, którego autor ukrywa się pod pseudonimem Satariel. Załóżmy, że macie już tekst; może wciąż nad nim pracujecie lub planujecie tę pracę zacząć. Pozostaje pytanie, które przydałoby się zadać jak najwcześniej: co dalej? Jak pokazać swoją opowieść światu? Blog? Wattpad? Czasopisma? A może wydanie w formie oddzielnej autorskiej powieści? Nim jednak zaczniecie łamać sobie głowy tym problemem, przygotowaliśmy dla Was dziesiąty numer „Świtu ebooków”, wypełniony kilkunastoma opowiadaniami polskich autorów, zarówno debiutantów, jak i tych z dorobkiem. Mamy nadzieję, że w każdym zaprezentowanym tekście odnajdziecie coś dla siebie. Gdy już zakończycie lekturę, wróćcie do wcześniej poruszonego problemu – bardziej świadomi po lekturze artykułu, który znajdziecie w niniejszym numerze: „Jak nie wydawać swojej pierwszej książki. Autor Dawid Wiktorski brutalnie obala w nim mity, jakie narosły wokół wydawania w trybie vanity. Nie zwlekajcie. Cieszcie się z lata, twórzcie i czytajcie, a wrażeniami z lektury dziesiątego numeru „Świtu ebooków” nie zapomnijcie się podzielić na naszym fanpage’u oraz w serwisie lubimyczytac.pl. Z serdecznymi pozdrowieniami Małgorzata Gwara

5


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

OPOWIADANIA

6


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Anna Grzanek: Prawdopodobnie Jedno kłapnięcie smoczą paszczą wystarczyło, by rycerz zlał się w portki. Na pierwszy rzut oka nie było tego widać, bo wojak nosił pełną zbroję, ale smok miał dobry węch. – Z całego serca radzę: oddal się, póki masz okazję – powiedział zaskakująco łagodnym głosem. – Nie znajduję w tym przyjemności, niemniej, jeśli mnie zmusisz, przerobię cię na pieczyste. No, już, zmiataj. To przecież żaden dyshonor. W końcu jestem strasznym potworem i tak dalej. – Drżyj, b-b-bestio! – odkrzyknął śmiałek, sam drżąc jak osika. Nawet zęby mu zabawnie dzwoniły. – Będę pierwszym, który klątwę przełamie, ciebie pokona i księżniczkę oswobodzi! – Na razie nie idzie ci za dobrze – zauważył smok, machnięciem ogona zwalając rycerza z nóg. – Ile tak właściwie masz lat? Głosik jakiś taki cieniutki... Weno zdejmij przyłbicę. Po dobroci, bo jak ja się do tego zabiorę, będzie bolało. Zrezygnowany rycerz ściągnął hełm, który krył drobną, bladą buzię chłopca raczej niż mężczyzny. – No tak, ładny z ciebie szczypiorek. – Smok ziewnął przeciągle. – Idź pobawić się z kolegami. I nie patrz tak na mnie, to nic osobistego. Przynajmniej będziesz mógł opowiadać, że stanąłeś przed bestią i przeżyłeś, by móc o tym, no, opowiedzieć. Na zachętę zionął niewielkim płomieniem, a domorosły rycerz zerwał się z ziemi i popędził byle dalej, nie oglądając się za siebie. Smok złożył skrzydła, przewrócił się na grzbiet i podrapał pazurem po brzuchu. Ostatnio śmiałków było jakby mniej. Niby smoki strzegące księżniczek zawsze przyciągają turystów, ale można się zniechęcić, jak rozniesie się wieść, że kupa bohaterów odeszła z kwitkiem, a na drodze prowadzącej do leża potwora stoi kilka pali z zatkniętymi na nich malowniczo przypalonymi zbrojami. Poza tym konkurencja była spora – czterdzieści mil od tej wieży inny smok pilnował królewny sąsiedniego państewka, a kolejny siedział niewiele dalej. No ale co poradzić, w górach kraiki są małe, każdy władca chce być księciem, a każda księżniczka chce mieć wieżę. Lokalny cech murarzy szybko urósł zatem w siłę, zaś smoki zaczęto importować z nizin, bo nagle zrobił się na nie deficyt. Był środek dnia, więc bestia ułożyła się wygodnie na słońcu i zapadła w drzemkę. Ocknęła się dopiero, gdy zaczęło zmierzchać; przeciągnęła się i potrząsnęła głową, by odegnać resztki snu. Wypadałoby rozprostować skrzydła, ale już było za późno. Trudno, polata rano, może nawet zrobi dłuższą wycieczkę i wykąpie się w jeziorze, położonym po drugiej stronie łańcucha gór. Albo urządzi całodniową rajzę po okolicy, bo przecież ile można sterczeć w jednym miejscu... Smok upewnił się, że w pobliżu nikogo nie ma i gdy ostatnie złociste promienie słońca zostały pochłonięte przez mrok, płynnie zmienił kształt. Proces był bezbolesny i szybki, tyle tylko, że pozostawiał po sobie wrażenie, że ma się kości z gumy, a także uczucie potwornego głodu. Po chwili pod drzwiami wieży zamiast bestii stała szczupła, niewysoka dziewczyna. Księżniczka weszła do środka, by się ubrać. Pogwizdywała wesoło, planując, co zrobi na kolację. Oczywiście jej ojciec mógłby wynająć prawdziwego smoka, ale że lubił nazywać siebie kreatywnym przedsiębiorcą, zamiast płacić miesięczne rachunki w głowiźnie, wolał raz a dobrze wyłożyć większą sumę na wędrownego maga. Nie da się ukryć: czarodziej odwalił kawał dobrej roboty. Splótł niezwykle skuteczne zaklęcie, dzięki któremu księżniczka od zachodu do wschodu słońca mogła siedzieć w okienku wieży 7


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

i wygrywać na lutni tęskne melodie – czego wprawdzie nie robiła, bo ani nie miała lutni, ani nie umiałaby na niej grać, ale gdyby chciała, to by mogła – a w ciągu dnia broniła sama siebie przed zakusami tak zwanych bohaterów. Bo też śmiałkowie na ogół przybywali za dnia. Kodeks honorowy nie pozwalał im na atak pod osłoną nocy. Księżniczka używała sobie na nich do woli, a tych kilku, którzy przymknęli oko na rycerskie zasady i zakradli się po ciemku, skończyło na palach jako trofea. Bo przecież nie mogła pozwolić, by ktoś zdradził jej sekret. Księżniczka nagle uniosła czujnie głowę, słysząc na zewnątrz ciche głosy. Echo zaklęcia wyczulało jej zmysły również w ludzkiej postaci. – Ty! – Nie, bo ty! Ja się musiałem tłumaczyć poprzednio, kiedy zabrakło jajek! – Ty! – O co chodzi? – zapytała, z rozmachem otwierając drzwi. – Przecież jedzenie przywieźliście mi ledwo dwa dni temu, jeszcze nie czas na kolejną dostawę. Dwóch służących z zamku jej ojca – znajdujących się w gronie tych nielicznych wtajemniczonych w maskaradę – skuliło się na jej widok. Byli pieszo i z pustymi rękami; konie zawsze zostawiali w sporej odległości od wieży, bo unoszący się w okolicy smoczy odór paraliżował zwierzęta strachem. – Pani... – zająknął się jeden z przybyłych. – My dzisiaj nie z prowiantem... Mamy przekazać ci wolę twojego ojca... To znaczy... Książę pan mówi, że pora ci wrócić na zamek. Męża znaleźć. Tego... życie normalne znowu prowadzić. Księżniczka zastanowiła się głęboko. – Nie, dziękuję – odparła i zatrzasnęła na powrót drzwi. Służący z ulgą odeszli. Reszta nocy upłynęła spokojnie. A rano pojawił się on. *** Księżniczka ledwo zmieniła kształt i zamachała na próbę skrzydłami, gdy wyczuła czyjąś obecność. Pociągnęła nosem, ale zapach nic jej nie mówił, choć wydawał się znajomy. – Dzień dobry – powiedział uprzejmie mag, stając tuż przed nią. Tak na wyciągnięcie ręki, tudzież machnięcie łapą. – No nie wiem – odwarknął smok, cofając się odruchowo. – Nie wygląda. – Zależy dla kogo – odparł czarodziej, opierając się na wysokiej jak on sam różdżce. – Księżniczko, przychodzę w imieniu twego ojca. Książę pan pragnie widzieć cię z powrotem w domu, na zamku, przez całą dobę w ludzkiej postaci. Czy zatem pójdziesz ze mną po dobroci? – Nie – syknął smok, natychmiast zbierając w sobie całą siłę i zionąc potężnym strumieniem ognia wprost na intruza. Na którym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Mag opuścił rękę. Tarcza opadła, a jeden ruch różdżki wystarczył, by smok znieruchomiał. Akurat uniósł się i rozłożył skrzydła, więc zamrożony wyglądał jak wspaniała rzeźba. Mężczyzna wykorzystał uzyskany dzięki magii czas, by wymamrotać pod nosem formułę kolejnego zaklęcia. Skończył w momencie, w którym pierwszy czar przestał działać; smok całym ciężarem opadł na ziemię i ponownie zionął ogniem. Tyle tylko, że do czarodzieja nie dotarł płomień, a ledwo kłąb szarego dymu. Powietrze zapachniało ozonem, kiedy magia najwyższego poziomu zaczęła przestrajać rzeczywistość. Księżniczka na poły ryknęła, na poły krzyknęła z bólu, miotając się między jednym kształtem a drugim. Wymuszona przemiana zabolała jak nic nigdy dotąd, tysiącami ostrzy przebijając się przez ciało aż do kości. A potem wszystko się skończyło. Ból minął, zaś na ziemi, zwinięta w kłę8


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

bek, leżała naga dziewczyna. Mag niespiesznie ściągnął z ramion płaszcz i zarzucił go na księżniczkę. – Od początku to planowałeś – powiedziała bardziej ze zdumieniem niż ze złością. – Bo przecież jako twój własny twór nigdy nie miałabym szans cię pokonać. Przebiegłe! Będziesz dobrym księciem. Mag wyciągnął rękę i pomógł jej wstać. Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale też zadowolonego. – Nie – odparł pogodnie. – Nie planowałem, dopóki książę pan nie wezwał mnie ponownie na zamek. Spodziewał się, że nie będziesz chciała wrócić, i poprosił o pomoc. Z jednej strony była wściekła, ale z drugiej nie mogła nie poczuć do niego pewnej sympatii. Obrzuciła go krytycznym spojrzeniem. – No, urodą na kolana nie powalasz, ale kawał chłopa z ciebie. Skąd ty masz tyle krzepy, od machania różdżką? Wysoki, ciemnowłosy... Niech będzie, że ujdziesz. I tak robisz lepsze wrażenie niż ci wszyscy niby rycerze, którzy tu przyłazili pokonać smoka. – Dziękuję. Uznam „ujdziesz” za komplement. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. – Zdjąłeś ze mnie czar? – spytała wreszcie księżniczka ze smutkiem. – Tak na zawsze? Już nie będę smokiem? – Pozwolę ci czasem polatać, skoro to polubiłaś – obiecał. – Na przykład teraz. Możemy polecieć do zamku, jeśli chcesz. Bo nie mam konia. – Co z ciebie za mag? – spytała z powątpiewaniem. – Ubogi. Ale zdolny. I taki, który ujdzie. – Wolę nie pytać, co zatem zrobiłeś z pokaźną zapłatą za zaczarowanie mnie w smoka... – Nie pytaj. Może kiedyś ci opowiem. – No dobrze – westchnęła po chwili księżniczka. – Zmień mnie z powrotem. A jak już dolecimy, to lepiej wyczaruj mi naprawdę zjawiskową suknię, bo inaczej przez całe pożycie małżeńskie będziesz żałował, że kiedykolwiek los sprowadził cię do tego kraju. – Zgoda – odparł mag z uśmiechem. A potem, prawdopodobnie, żyli długo i szczęśliwie.

9


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Anna Karnicka: Pieśń mandragory – No i wyobraź sobie, że rzeczywiście pojechali gdzieś za miasto na rozdroża i stanęli plecami pod wiatr! – Rasmus opowiada z przejęciem. Upijam łyk chłodnej już kawy. Henrik teatralnie wznosi oczy ku niebu, a Thyri porozumiewawczo trąca ramieniem siedzącego obok Adama. W pubie poza nami jak zwykle nie ma nikogo. Przed południem przesiadują tu jedynie wagarujący uczniowie, niezbyt pilni studenci i hipsterzy. Przez okno wpada jasne, wiosenne słońce, bezlitośnie podkreślając smugi kurzu na meblach. – Wyrysowali nożykiem kręgi wokół rośliny, podlali ją winem, obwiązali sznurkiem i przyprowadzili ze sobą czarnego psa. Przywiązali mu drugi koniec sznura do ogona i rzucili mu jakiś pasztet, żeby poleciał za żarciem i wyciągnął korzeń z ziemi. – I wyciągnął? – dopytuje z przejęciem Adam. Jego ciemne oczy błyszczą ekscytacją. – Wyciągnął. – I zdechł? – Tak mówią. – Henrik wzrusza ramionami. – To straszne... – Thyri gwałtownie wciąga powietrze. – Ale ja im nie wierzę – ciągnie mężczyzna. Zdejmuje okulary w grubej oprawce i przeciera je rękawem marynarki. – Nawet jeśli, to pewnie po prostu niechcący go podtruli tym pasztetem. Chyba nie daliście się wkręcić w to, że wykopali prawdziwą mandragorę? – Kształtem przypomina człowieka – mówi Rasmus. Henrik znów wzrusza ramionami. – Byle korzeń może przypominać kształtem człowieka, jak go odpowiednio obrobisz. Nie widziałeś jej przecież zaraz po wyciągnięciu. Skąd możesz wiedzieć, jak wyglądała wtedy? Zazwyczaj pozwalam, by szum rozmów przepływał obok mnie, teraz jednak przysłuchuję się z uwagą. Mandragora. Magiczna roślina zabijająca krzykiem każdego, kto próbuje wyciągnąć ją z ziemi. Czytałam o niej, widziałam nawet szkic w jednej z niezliczonych książek Plague’a. – Co zamierzacie z nią zrobić? – pytam Rasmusa i Henrika. To oni i ich znajomi są w posiadaniu tajemniczego korzenia. – Jeszcze nie zdecydowaliśmy – odpowiada z wahaniem Rasmus. – Ale pewnie będziemy o tym gadać na następnym zebraniu Loży. – Mogę się wprosić? – dopytuje Thyri, odgarniając z czoła pasemko różowych włosów. – No wiecie, na to wasze supertajne spotkanie super tajnego klubu? Chciałabym ją zobaczyć... Rasmus i Henrik wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. – Niech będzie – decyduje wreszcie Henrik. – W drodze wyjątku i tylko dlatego, że jesteś naszą znajomą.– Wyjątkowo długa i wyniosła pauza. – Inaczej nie byłoby tak łatwo. Nie zapraszamy do siebie byle kogo. – Też chcesz iść, Lena? – pyta mnie Rasmus. Chyba mnie lubi. Nie po raz pierwszy mnie gdzieś zaprasza. Upijam kolejny łyk kawy i skubię cynamonową bułeczkę. – Zależy kiedy i gdzie. – Spotykamy się w najbliższą sobotę wieczorem na Tulegatan. To na Sundbybergu. Sundbyberg. Żeby tam dotrzeć, musiałabym przejechać praktycznie cały Sztokholm. Nie lubię jeździć po mieście. Nie mam nic przeciwko spacerom, nawet długim, ale w autobusach zdarzają się kontrole biletów. Wiem, że nikt nie poprosi mnie o dokumenty, jeśli mam ważny bilet, ale i tak wolę unikać komunikacji miejskiej. Poza tym Plague może mnie potrzebować. Ostatnio nie czuje się dobrze. – Zobaczę – odpowiadam wymijająco. – Dam jeszcze znać.

10


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– A ja mogę iść? – pyta Adam, jednak jego prośba pozostaje bez echa. Henrik spogląda na ekran telefonu. – No, dzieciaczki, muszę lecieć – mówi, odstawiając pusty kufel na blat. – Robota czeka, mam zaraz ważne spotkanie. Zakłada elegancki, szary płaszcz, nasuwa na głowę kapelusz i wychodzi na ulicę, odprowadzany pełnym zazdrości wzrokiem Adama. Jest jego idolem. Dobre ciuchy, modne gadżety, starannie przystrzyżona, gęsta broda. Twierdzi, że pracuje na własny rachunek, chociaż jak dotąd nie zdradził, co konkretnie robi. Kilka razy widziałam, jak pożycza pieniądze, a raz, kiedy weszłam do pubu, kłócił się z kimś o przegraną na automatach forsę. On wie, że ja wiem, dlatego unika mojego wzroku. – Też się zbieram – deklaruje Rasmus, pospiesznie narzucając skórzaną kurtkę. – Mam zajęcia. – Lekko mierzwi włosy Thyri, odpowiada skinięciem głowy na pożegnanie Adama i zawiesza wzrok na mnie. – Będziesz tu jutro? – Będę – odpowiadam, chociaż właściwie nie ma takiej potrzeby. Rasmus dobrze wie, że przesiaduję tutaj właściwie codziennie. To mój ulubiony pub. Jest niedaleko parku, a wzdłuż ścian stoją półki uginające się od książek. Do mieszkania są zaledwie dwa lub trzy przystanki, można w miarę szybko pokonać drogę pieszo. Adam również się żegna, Thyri natomiast zaczyna mi opowiadać o kolejnej rodzinnej awanturze. Nieustannie kłóci się ze swoją matką i ojczymem i często wagaruje. Słucham jej, pijąc swoją kawę i skubiąc bułeczkę. Od czasu do czasu zadaję pytania i zachęcam, by mówiła dalej. Z jakiegoś powodu ludzie lubią przebywać w moim towarzystwie. Przysiadają się, nawet jeśli siedzę pochylona nad książką, a wokół są wolne miejsca. Nawet Henrik stara się trzymać blisko, mimo obaw, że zdradzę komuś jego sekrety. Dlaczego? Nie wiem, ale nie przeszkadza mi to, nawet jeśli za nim nie przepadam. Lubię natomiast Thyri. Zawsze ma dużo do opowiedzenia o rodzinie, nauczycielach i kolegach z klasy. Nigdy nie starcza jej czasu, by dowiedzieć się czegoś o mnie. Bardzo dobrze. Nie wiem, co mogłabym jej odpowiedzieć. Nie pamiętam, gdzie się urodziłam ani kim są moi rodzice. Wiem, że mam na imię Lena, ale nie mogę tego potwierdzić żadnym dokumentem tożsamości. Nie znam swojego nazwiska, nie posiadam numeru personalnego i nie jestem nawet pewna, ile mam lat. Wyglądam na jakieś dziewiętnaście. Plague mówi, że prawdopodobnie jestem pełnoletnia, bo inaczej już dawno zainteresowałaby się mną opieka społeczna. Figurowałabym w jakimś systemie, ktoś by mnie odnalazł. Nikt nawet nie próbował mnie szukać i dlatego wciąż u niego mieszkam. *** Kiedy wracam do mieszkania, z salonu dobiegają znajome odgłosy pracującego sprzętu do inhalacji. Plague siedzi na kanapie z plastikową maseczką na twarzy. Każdemu wdechowi towarzyszy syk i bulgotanie wody w stojącym przy sofie urządzeniu. – Długo cię dziś nie było – mówi między kolejnymi sycząco-bulgoczącymi oddechami. Wpatruje się we mnie atramentowoczarnymi oczami. Swego czasu kazał sobie wytatuować gałki oczne i teraz często powtarza, że to był wyjątkowo debilny pomysł. Mnie tam się podobają. Wyglądają interesująco. Zaczynam tłumaczyć, że zasiedziałam się z Thyri, bo dziewczyna nie chciała wracać do domu, ale lokator tylko znacząco wskazuje na aparaturę i znów zakłada maseczkę. Ma trochę racji – w tym hałasie i tak nigdy nic nie słychać. Idę do kuchni by przygotować sobie coś do zjedzenia, jednak co jakiś czas zerkam w stronę salonu. W otwartych drzwiach widzę pochyloną do przodu 11


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

postać Plague’a. Wciąż oddycha ciężko przez maseczkę, wypełniając pomieszczenie kłębami pary. Krótkie, srebrzyste włosy lepią się do czoła, oczy ma przymknięte. Ma prawie trzydzieści lat, jednak jest tak drobny i szczupły, że wygląda na jeszcze mniej. Nigdy nie powiedział, co dokładnie mu dolega, wiem tylko, że to ma jakiś związek z jego pracą. Jest naukowcem i zajmuje bardzo wysokie stanowisko w firmie farmaceutycznej, jednak większość czasu spędza w domu. Na poddaszu ma własne laboratorium. Nie wiem, co tam robi, nigdy mi nie odpowiada, pewnie coś związanego z jego pracą. Spytałam kiedyś, czy jego firma mogłaby stworzyć lek, który pomoże mi odzyskać pamięć. Obiecał, że zajmie się tym osobiście, gdy tylko wymyśli jak wyhodować sobie nowe płuca. Dobre sobie. Sama wyhodowałabym mu nowe płuca, gdybym wiedziała jak. Przeżuwam kawałek kanapki z serem. W kuchni gęstnieje półmrok, ale nie chce mi się zapalać światła. Jeszcze nie teraz. Przez okno obserwuję przejeżdżające ulicą samochody. W uszach mam szum gotującej się wody wymieszany z sykiem aparatury. Ten drugi odgłos cichnie stopniowo, aż w końcu zanika, zagłuszony przez gwizd czajnika. Gdy staję w drzwiach salonu z dwoma kubkami herbaty, Plague pakuje już sprzęt do walizeczki. Zapala stojącą przy sofie lampę. – I jak minął dzień? – zagaduje, gdy zajmuję zwyczajowe miejsce na fotelu pod oknem. – Przypomniałaś coś sobie? Zaprzeczam ruchem głowy. – Nie tym razem – odpowiadam i upijam łyk herbaty. Jest gorąca i przyjemnie rozgrzewa po wcześniejszym spacerze przez park. Wiosenne słońce bywa zwodnicze, mimo jego blasku przemarzłam dziś do szpiku kości. – Szkoda. – Plague spogląda na mnie swoimi atramentowymi oczami. Uśmiecha się lekko, by dodać mi otuchy. – Może następnym razem. Może pójdzie ci lepiej, jeśli przestaniesz spędzać całe dnie w tym samym pubie. – Może – zgadzam się bez entuzjazmu. Mówi mi to właściwie codziennie, ale nie przywiązuję do tego większej wagi. Moja pamięć krótkotrwała działa bez zarzutu, mam też dobrą orientację w terenie, dlatego zachęca mnie, bym jak najwięcej wychodziła z domu. Liczy na to, że snując się po mieście natrafię na coś, co sprawi, że dawne życie powróci. Jak na razie wszystko, co działo się przed zamieszkaniem tutaj, spowite jest oszałamiającą, bezlitosną bielą. Jedynym wyraźnym obrazem jest klatka schodowa, otwierające się drzwi i krew kapiąca na wycieraczkę. Pamiętam też piekący ból w dłoniach pokaleczonych okruchami szkła. Do dziś pozostały mi niewielkie, jasne blizny, dlatego zazwyczaj chowam dłonie w rękawach bluzy. Przez te rany Plague z początku podejrzewał, że uczestniczyłam w jakimś wypadku i straciłam pamięć przez uraz lub szok. Regularnie sprawdzał doniesienia w prasie i Internecie. Przeszukiwał ogłoszenia dotyczące osób zaginionych, nie pasowałam jednak do żadnego z opisów. Wciąż nie pasuję. Następnym tropem była moja nietypowa uroda – ostre rysy, śniada cera, popielato-blond włosy i oczy o nieokreślonym kolorze. Przez jakiś czas współlokator podsuwał mi książki w różnych językach, próbując sprawdzić, czy nie jestem przypadkiem nielegalnym imigrantem, a jeśli tak, to z jakiego kraju. Jego hipoteza upadła, gdy okazało się, że poza szwedzkim władam jedynie bardzo słabym angielskim. Chyba był nawet nieco rozczarowany tym, że nie jestem poliglotką. Przypominam sobie nagle o książce z rysunkiem mandragory i rozmowie, której byłam świadkiem w pubie. – Widziałam dzisiaj Henrika i Rasmusa – mówię, biorąc kubek w obie dłonie. Czuję promieniujące przez porcelanę ciepło. Wzrok Plague’a spoczywa na widocznych bliznach i powoli przenosi się na moją twarz. – Ci od strasznie tajemniczej loży zajmującej się strasznie tajemniczymi sprawami? – pyta zaczepnie. Doskonale zna stałych bywalców pubu z moich opowieści. 12


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Ci sami. – Co tym razem udało im się złapać albo zaczarować? Przez moment zwlekam z odpowiedzią. Z jakiegoś powodu przeczuwam że Plague nie będzie nią zachwycony. – Korzeń mandragory – odpowiadam wreszcie. – Podobno ich znajomi wykopali go wczoraj wieczorem. Jego twarz tężeje. – Gdzie? – pyta po prostu. Wzruszam ramionami. – Nie mówili dokładnie. Podobno gdzieś na rozdrożach. Pokrótce streszczam całą rozmowę z chłopakami. Plague wysłuchuje w milczeniu, czujny i pełen skupienia. – Zamierzasz tam iść?Na to ich spotkanie? – Jeszcze nie wiem. Zastanawiam się. To zależy... –Zerkam na niego ukradkiem. Chyba domyśla się, o co mi chodzi, bo kręci głową. – Jeśli o mnie chodzi, nie ma problemu – zapewnia. – Dam sobie radę. Zresztą czuję się nieco lepiej. – To dobrze – zapewniam, chociaż wiem, że kłamie. Mieszkam z nim pod jednym dachem. Widzę, jak bardzo jest osłabiony. Oboje milczymy, wpatrując się w krąg światła rzucany przez lampę. – Dalej nie jesteś zdecydowana, prawda? – pyta, lekko przemykając oczy. Zaczyna przegrywać ze zmęczeniem. Zwykle chodzi spać bardzo wcześnie i wstaje jeszcze na długo przede mną. – Mogę ci coś doradzić? Kiwam głową. – Lepiej, żebyś tam nie szła. Spoglądam na niego pytająco, czekając na jakieś wyjaśnienia. Plague wyłamuje palce, najwyraźniej szukając odpowiednich słów. – Lena... Co tak właściwie wiesz o korzeniu mandragory? – Mandragora to roślina lecznicza – przypominam sobie opis znalezionego w książce rysunku. – Ma właściwości narkotyczne i stosowana jest w produkcji leków przeciwbólowych. W średniowieczu wierzono, że ma magiczne właściwości. – Praca domowa odrobiona. – Plague uśmiecha się z aprobatą. – Chociaż tylko do pewnego stopnia. Magiczne właściwości mają tylko korzenie o ludzkim kształcie i tylko jeśli wydobędzie się je spod ziemi w odpowiedni sposób. Ze zrozumieniem kiwam głową. – Myślisz, że znajomi Rasmusa i Henrika zrobili wszystko jak należy? – Na to wygląda – odpowiada ze znużeniem Plague. –Prawdopodobnie są w posiadaniu prawdziwej mandragory. A to nie wróży nic dobrego. *** Rasmus nie przychodzi do pubu. Pewnie zaspał albo zapomniał, że ma jakiś ważny egzamin. Nie jestem zaskoczona. Studiuje farmację i stanowczo zbyt często korzysta z owoców własnej pracy naukowej. Czekam do pierwszej, ale lokal wciąż świeci pustkami. Odkładam książkę i idę się przejść. Może Plague ma rację. Siedzenie w pubie, czytanie książek i rozmawianie z ludźmi, którzy nie mają się gdzie podziać, nie przynosi efektów. Powinnam więcej chodzić. Obserwować, zwracać uwagę na szczegóły. Jeśli rzeczywiście tu mieszkałam, prędzej czy później coś musi mi się przypomnieć. 13


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Na Södermalmie, w okolicach stacji metra Slussen znajduje się punkt widokowy. Wystarczy wspiąć się po drewnianych schodkach i przejść kawałek metalową platformą na szczyt budynku. Plague opowiadał mi, że jeszcze kilka lat temu działała tam winda, ale uznano ją za zbyt niebezpieczną i wyłączono z użytku. Myślę, że na pewno nie mieszkałam w okolicy w czasach, gdy jeszcze funkcjonowała. Raczej nie byłabym w stanie zapomnieć o tym miejscu. Jak na dłoni widać stąd stare miasto, kanał i wagoniki metra mknące po ogromnym, odkrytym torowisku. Przez chwilę dziwię się, że nikt poza mną nie wpadł na pomysł, by tu przyjść, szybko jednak zaczynam rozumieć przyczyny. Wiatr przenika na wskroś. Zimno jest tak dotkliwe, że niemal bolesne. Zginam się w pół i naciągam kaptur bluzy na twarz. Moją uwagę zwraca żółte volvo przejeżdżające tuż obok punktu widokowego. Niespodziewanie zza zakrętu wyjeżdża czarny saab, bezlitośnie wymuszając pierwszeństwo. Volvo skręca, kierując się prosto na barierkę. Próbuje zahamować, ale przednie koła się blokują. Kierowca traci kontrolę nad pojazdem, który jak po sznurku sunie w stronę nieubłaganie zbliżającej się przeszkody. Nawet z takiej odległości widzę, jak przednia szyba pokrywa się pajęczyną pęknięć. Czarny saab skręca w boczną uliczkę i znika mi z oczu. Kierowca się zagapił? A może zrobił to celowo? Dlaczego nie zatrzymał się, by sprawdzić, co się stało? Spoglądam na swoje zaciśnięte na barierce dłonie. Blizny odcinają się na nich drobną siateczką. Jeśli kierowca przeżyje, jego ręce będą wyglądały podobnie. W oddali rozlegają się syreny policyjne, przyjeżdża karetka. Jedno jest pewne – pajęczyna na szybie i syrena pogotowia nie przywołują żadnych wspomnień. Cokolwiek sprawiło, że straciłam pamięć, na pewno nie był to wypadek samochodowy. Tym razem Plague’a nie ma w domu. W kuchni znajduję pospiesznie napisaną notatkę. „Bosse Erhard jest w mieście, wyskoczyłem z nim na kolację. Zajrzyj do lodówki”. Bosse jest współpracownikiem Plague’a i jego najlepszym przyjacielem. Nigdy go nie spotkałam, ale kilkakrotnie musiałam rozmawiać z nim przez telefon. Ma ciepły, przyjazny głos i zawsze jest dla mnie bardzo uprzejmy, dlatego na swój sposób go lubię. Wstawiam wodę na herbatę i otwieram lodówkę. Czeka tam przygotowana specjalnie dla mnie wegetariańska zapiekanka. Z jakiegoś powodu nie toleruję mięsa i Plague przekonał się o tym bardzo szybko. Po stekach wołowych, które przygotował, by zrobić mi przyjemność, przez całą noc rzygałam jak kot. Zapamiętał tę lekcję i nigdy już nie próbował częstować mnie wołowiną. W następnej kolejności z mojej diety odpadły również drób, ryby i owoce morza. Gwoździem do trumny okazał się fakt, że równie kiepsko reaguję na alkohol. Zaowocowało to hipotezą, że moja nietypowa dieta jest jakoś powiązana z problemami z pamięcią. Jak na razie nie udało się jej zweryfikować Odgrzewam posiłek w kuchence mikrofalowej i ostrożnie przekładam go na talerz. Nie mam pretensji o to, że Plague i Bosse nie zabrali mnie ze sobą. Oznacza to samotny wieczór, ale jakoś przeżyję. Sądząc po głosie, Bosse jest potężnym, jowialnym mężczyzną. Nie sądzę, by był skłonny dobrowolnie zdecydować się na wegetariańsko-bezalkoholową opcję. Kręcąc się po kuchni, dostrzegam leżącą na stoliku teczkę. Bez trudu rozpoznaję grafikę przedstawiającą drzewo Yggdrasil – jesion światów. Wiem, że to logo firmy, w której pracuje Plague. Pewnie Bosse podrzucił jakieś dokumenty do podpisania. Stawiając talerz na stole, niechcący potrącam łokciem teczkę i cała jej zawartość rozsypuje się po podłodze. Rzucam się, żeby pozbierać papiery. Mój wzrok przykuwa grafika przedstawiająca korzeń o ludzkim kształcie. Tekst poniżej sugeruje, że mam do czynienia z jakimś opracowaniem naukowym. Strona tytułowa wsunęła się pod jedną z szafek kuchennych. Wydobywam ją, starając się nie rozerwać papieru. Wreszcie udaje mi się odczytać tytuł: „Illmar AB. Projekt Alrauna. Raport z Badań Klinicznych. Autor: Bo Erhard”. Wiem, że alrauna to inna nazwa korzenia mandragory. Resztę wieczoru spędzam w moim ulubionym fotelu. Skubię zapiekankę i z zapałem pochłaniam kolejne strony dokumentacji. Wynika z niej, że grupie pacjentów cierpiących na przewlekłe choroby płuc zaczęto podawać specyfik na bazie zmielonego korzenia mandragory. 14


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Na następnej stronie znajduje się ankieta dla uczestnika badań. Według instrukcji powinna być wypełniana po zakończeniu każdego etapu testów. Uświadamiam sobie, że nigdy nie widziałam w mieszkaniu opakowań po jakichkolwiek dostępnych w aptece lekach. Mimo kiepskiego stanu Plague wzbrania się przed pójściem do lekarza i naprawdę wściekł się na mnie tylko raz, kiedy próbowałam zadzwonić po pogotowie. Później, kiedy się uspokoił, dokładnie wytłumaczył mi, jak postępować w nagłych przypadkach. Wiem, że w szufladzie biurka przechowuje kasetkę wypełnioną szklanymi ampułkami. Każda z nich opatrzona jest etykietą z logiem Illmaru. Czy to możliwe, że znajduje się w nich sproszkowany korzeń mandragory? Ciężkie kroki w korytarzu zwiastują, że wieczorny wypad na miasto dobiegł już końca. Towarzyszy im spazmatyczny, duszący kaszel. Widzę, jak Plague zamyka za sobą drzwi i osuwa się po nich na podłogę, bezskutecznie próbując złapać oddech. Wpadam do jego pokoju, szarpnięciem otwieram szufladę biurka i wyjmuję z niej drewnianą skrzynkę. Rozgniatam w palcach jedną z trzech leżących na dnie ampułek i przelewam zawartość do strzykawki. Gdy klękam przy chorym, w czarnych, demonicznych oczach czai się panika. Szybko wbijam igłę i naciskam tłok. Efekt jest natychmiastowy. – Dzięki – mamrocze półprzytomnie Plague. Po jego twarzy spływa zimny pot. Oddech stopniowo się uspokaja. – Idę się teraz położyć – dodaje, wstając z wysiłkiem. Delikatnie go podtrzymuję i asystuję w drodze do sypialni. Bezsilnie zwala się na łóżko i szczelnie okrywa kocem. Wiem, że będzie spał spokojnie aż do rana, wolę jednak mieć na niego oko. To część mojej pracy. Odwdzięczam się za dach nad głową sprzątając i pomagając mu w takich sytuacjach jak ta. Chodzę z roztargnieniem po pokoju, nucąc pod nosem. – Co to jest? – pyta Plague, nie odrywając głowy od poduszki. – Ta melodia? – Nie wiem. – Uświadamiam sobie, że naprawdę nie wiem. Nie przerywam jednak. Daję się ponieść dziwnie znajomym nutom. Próbuję uspokoić i jego, i siebie. Dyskretnie wyglądam przez okno sypialni. Bosse Erhard opiera się o zaparkowany przed kamienicą samochód i pali papierosa. Przez chwilę mam ochotę zejść do niego i porządnie mu wygarnąć, ale przecież to wcale nie musiała być jego wina. Plague mógł poczuć się gorzej po drodze na górę. Przez chwilę igram z myślą, by przynajmniej do niego zadzwonić i powiedzieć, co o nim myślę. Telefon Plague’a leży na podłodze, obok łóżka. Sięgam po niego, ale szybko odkładam na parapet, widząc, że Bosse wsiada do samochodu. Nie ma sensu drzeć się na niego, kiedy prowadzi. Wkurzył mnie swoją niefrasobliwością, ale nie chcę mieć go na sumieniu. Dopiero gdy zapala silnik i rusza, dociera do mnie, że to ten sam czarny saab, który kilka godzin wcześniej spowodował wypadek na Slussen. Na szafce obok łóżka Plague’a leży maska z przerażającym ptasim dziobem. Wykonano ją na wzór tych noszonych przez lekarzy w czasach epidemii Czarnej Śmierci. Podobno wypychali dzioby wonnymi ziołami, w ten sposób próbując chronić się przed chorobą. Plague zakłada ją podczas odwiedzin w siedzibie swojej firmy. Nie jestem pewna, czy robi to ze względów bezpieczeństwa. Obstawiałabym raczej, że to jeden z jego kaprysów, podobnie jak wytatuowane białka oczu. Plague zdecydowanie należy do ludzi lubiących wzbudzać niepokój wśród współpracowników i prowokować ich do wymyślania najdzikszych plotek. Podchodzę do maski i ostrożnie biorę ją w dłonie. Nie jestem pewna, z czego ją wykonano. Materiał przypomina płótno, ale jest zdecydowanie zbyt sztywny. Ma barwę przydymionego pergaminu. Siadam na parapecie, wciąż obracając przedmiot w dłoniach. Wyglądam przez okno. Ulica skąpana jest w słabym świetle lamp. Zakładam maskę, związując rzemyk z tyłu głowy. Otwory na oczy są niewielkie, ale nie przeszkadza mi to. Tak jak podejrzewałam, w dziobie nie ma żadnych wonnych ziół. Czuję tylko kurz. Opieram się plecami o okienną framugę i wpatruję się w ciemność. Rozmyślam o tym, że w skrzyneczce Plague’a zostały tylko dwie szklane ampułki, oraz o tym, że Bo Erhard rozbija się po ulicach Sztokholmu czarnym saabem i powoduje wypadki samochodowe. To oczywiście wcale nie 15


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

musiał być on, ale... Ciekawe, czy udało się uratować tamtego kierowcę. Ciekawe, kim był i dokąd zmierzał, kiedy Bosse zajechał mu drogę. *** Odpowiedź na to pytanie przychodzi szybciej, niż bym chciała. Kiedy przed południem przychodzę do pubu, przy stoliku zastaję wyraźnie wstrząśniętą Thyri. – Henrik – mówi, kiedy stawiam na stoliku swoją zwyczajową filiżankę kawy. – Henrik nie żyje. Umarł w szpitalu dzisiaj rano. Rasmus właśnie do mnie zadzwonił. – Co? – Mrugam zaskoczona. Zsuwam torbę z ramienia i opadam na wolne krzesło. – Henrik był w szpitalu? Dziewczyna kiwa głową. Nerwowo nawija na palec różowe pasemko włosów. – Miał wypadek wczoraj po południu – odpowiada. – Jakiś kretyn zajechał mu drogę w pobliżu Slussen. Stracił kontrolę nad kierownicą i rozbił się o barierkę. Upijam łyk kawy i klnę cicho pod nosem, kiedy zbyt gorący płyn parzy mi język. – Jakim samochodem jeździł Henrik? – Żółtym volvo – odpowiada bez namysłu Thyri. – Wiem, bo podwoził kiedyś mnie i Adama na koncert. Odstawiam filiżankę na stół. Otwieram już usta, by powiedzieć, że widziałam ten wypadek, w tym momencie jednak drzwi pubu znów się otwierają. Do środka wpada Rasmus. Jest blady i rozczochrany, jego zielone oczy błyszczą niezdrowo. – Musimy pogadać – mówi. Przesuwam się z krzesłem, by zrobić mu miejsce przy stole. – Nie tutaj – rzuca niecierpliwie. – Przejdźmy się. Thyri posłusznie zarzuca plecak na ramię. W pośpiechu dopijam swoją kawę i dołączam do nich. Dzień jest wietrzny i ponury. Zaczynam dygotać, więc Rasmus użycza mi swojej kurtki. Jak po sznurku prowadzę ich na punkt widokowy. To dobre miejsce – zmarzniemy, ale przynajmniej porozmawiamy bez świadków. Przez całą drogę próbujemy zachęcić Rasmusa, by coś powiedział, ten jednak uparcie milczy. Przydługie, ciemne kosmyki włosów co chwila opadają mu na twarz. Zabiera głos dopiero, gdy docieramy na miejsce. – Chodzi o mandragorę – mówi, siadając na niskiej, metalowej ławeczce. – Tę, którą chłopaki odkopali dwa dni temu. Nawet nie jestem szczególnie zaskoczona. – Co z nią? – pytam, chowając ręce w kieszeniach. – To od niej wszystko się zaczęło. – Co masz na myśli? Jakie wszystko? – emocjonuje się Thyri. – No, wiecie, ta sprawa z Henrikiem, do tego Mia i Daniel... Znaleziono ich wczoraj w porcie – wyjaśnia, widząc naszą dezorientację. – Zaatakowano ich. Oboje nie żyją. Thyri zasłania usta dłonią. Mia i Daniel również należeli do Loży. To właśnie Daniel wraz z dwiema innymi osobami pojechał wykopać korzeń. – Myślisz, że to jakaś klątwa, czy coś? Rasmus tylko kręci głową. – Nie, nie klątwa. Raczej... Człowiek. Ktoś jej szuka, dlatego dopadł Henrika i tamtych dwoje. Thyri wydaje się jednocześnie przerażona i podekscytowana. – Wiesz, kto to? – pyta ściszonym głosem. – Mężczyzna z drzewem na twarzy. Lekko unoszę brwi. Thyri zaczyna nerwowo chichotać, ale natychmiast poważnieje. Rasmusowi wcale nie jest do śmiechu. 16


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Jak to z drzewem na twarzy? – dopytuje Thyri. – Normalnie, ma wytatuowane drzewo. Czarnym atramentem. Na szyi i policzku pień, i gałęzie, które mu przechodzą przez cały ryj. – Rasmus dotyka twarzy, by zademonstrować, o co mu chodzi. – Widziałem go wczoraj w szpitalu. Szukał Henrika. Myślę, że to on... że przecież Henrik nie był w aż tak złym stanie, kiedy wychodziłem. Kiedy wróciłem do akademika, okazało się, że szukał też mnie. – Adama nie było dzisiaj w szkole – mówi Thyri. – Myślałam, że spotkam go w pubie, ale... – Zadzwoń do niego – nakazuje surowo Rasmus. Dziewczyna pospiesznie wybiera numer, jednak nikt nie odbiera. Spoglądamy na siebie z niepokojem. Adam nie jest członkiem Loży, mimo że wielokrotnie próbował wkupić się w łaski Rasmusa i Henrika. Jego jedyny kontakt z tą sprawą polegał na wysłuchiwaniu przechwałek o znalezieniu mandragory. Jeśli mężczyzna z drzewem na twarzy wziął go na cel, ja i Thyri również nie powinnyśmy czuć się zbyt bezpiecznie. Rozlega się dzwonek telefonu. Thyri spogląda z nadzieją na wyświetlacz, jednak jest rozczarowana. Odchodzi na bok, żeby odebrać. Jej głos jest niechętny i pełen pretensji. Używa dużo przekleństw. – Dzwoniła moja mama – wyjaśnia, wznosząc oczy ku niebu. – Zadecydowała, że łaskawie odbierze mnie z rysunku, na który oczywiście nie poszłam. Całe życie na przypale – wzdycha. – No nic, lecę, podobno chce ze mną o czymś porozmawiać. – Spróbuj nie pożreć się z nią jakoś za bardzo – radzi Rasmus. – Teraz już naprawdę powinnaś przyjść na spotkanie. – Zrobię, co w mojej mocy – zapewnia dziewczyna, niedbale zakładając plecak. – Ale nie siedzę moim starym w głowach, nie wiem, co im odwali. Wyślij mi adres, dobra? – Leć już. – Rasmus uśmiecha się do niej. – Daj znać, jeśli uda ci się skontaktować z Adamem. W milczeniu odprowadzamy ją wzrokiem. Upewniam się, że bezpiecznie przekroczyła jezdnię. – Też już pójdę – decyduję. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. W głowie kłębi mi się coraz więcej pytań i podejrzewam, że przynajmniej na część z nich może odpowiedzieć Plague. – Poczekaj chwilę – prosi Rasmus i wyjmuje z kieszeni owinięty papierem, podłużny przedmiot. Wciska mi go do ręki. – Wiem, że nie masz telefonu, dlatego zapisałem ci adres na kartce. Proszę, przyjdź jutro – mówi i kładzie dłoń na moim ramieniu. – Zależy mi na tym. Przyjmuję zawiniątko i odwijam papier. Kartka z adresem owinięta jest wokół krótkiego noża z kościaną rękojeścią. Spoglądam pytająco na Rasmusa. – To na wszelki wypadek. Weź go – zachęca, nachylając się nade mną. – Chcę, żebyś była bezpieczna. Powoli kiwam głową. Wkładam zawiniątko do przedniej kieszeni bluzy. Niespodziewanie Rasmus obejmuje mnie i zamyka w duszącym uścisku. Cały się trzęsie. W ciągu nocy stracił trójkę przyjaciół i podejrzewa, że ktoś go śledzi. Rozumiem to i trochę mi go żal, dlatego nie protestuję. Kiedy jednak próbuje mnie pocałować, odsuwam się lekko. Jego usta ocierają się o mój policzek. – Twoja kurtka – mówię, ściągając z ramion skórzane okrycie. Przyjmuje je ode mnie bez słowa sprzeciwu. – Przyjdź jutro – prosi po raz ostatni. – Spróbuję. Schodząc na dół, czuję przyjemny ciężar w kieszeni bluzy. Zaciskam dłoń na rękojeści noża. Nigdy dotąd nie czułam się w tym mieście tak bezpiecznie.

17


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Od progu wita mnie sycząco-bulgoczący inhalator. W drzwiach salonu widzę siedzącego na sofie Plague’a. Wiem, że i tak nie ma sensu go teraz zagadywać, dlatego przez jakiś czas kręcę się po mieszkaniu, sprzątając i przygotowując sobie coś do zjedzenia. Korzystając z tego, że lokator nie zwraca na mnie uwagi, wślizguję się do jego pokoju i zaglądam do szuflady. W drewnianej skrzynce pozostała tylko jedna ampułka. Jedną wykorzystałam wczoraj, druga trafiła do inhalatora. Dlaczego jednak nie uzupełnił zapasu? Skoro Bosse przyniósł raport z badań i ankietę, z pewnością musiał dostarczyć też leki. Słyszę, że inhalator przestaje pracować, natychmiast więc wycofuję się z pokoju. – Herbata? – proponuję. Plague lekko kiwa głową. Jest blady i ma podkrążone oczy. Lekko pokasłuje. – Herbata – zgadza się. W milczeniu obserwuje, jak kręcę się między kuchnią a salonem. – Nie miałem okazji ci podziękować – mówi, gdy zajmuję miejsce w fotelu. W kieszeni bluzy wciąż czuję ciężar noża. – Za wczoraj. Nie wiem, co bym zrobił, gdybyś zasnęła przed moim przyjściem. – Nie ma za co. – Wzruszam ramionami. Tak naprawdę wcale na niego nie czekałam. Po prostu zaczytałam się w raporcie dotyczącym projektu Alrauna. – Jak idzie odzyskiwanie pamięci? – Słabo. – Upijam łyk herbaty. Mam tyle pytań, ale teraz, gdy wreszcie mogę je zadać, nie wiem, od czego zacząć. – Henrik nie żyje – wyrzucam z siebie beznamiętnie. Plague wygląda na zaskoczonego. – Przykro mi. – Pochyla się w moją stronę i delikatnie dotyka mojego ramienia. Głos jest pełen empatii, podobnie jak oczy. Wie, że nie mam tu wielu znajomych. – Wiesz, jak to się stało? – Miał wypadek samochodowy. Trafił do szpitala, ale nie przeżył. Dwie inne osoby z tej całej Loży też zginęły. Ktoś ich zamordował i porzucił ciała w porcie. Szczupłe palce zaciskają się na wypłowiałym materiale mojej bluzy. – Znałaś ich? – Tylko ze słyszenia. – Nie odtrącam jego ręki, ale nie zwracam też na nią większej uwagi. – Czy właśnie to miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że znalezienie mandragory nie wróży nic dobrego? Przez dłuższą chwilę Plague nie odpowiada. – Widzisz, Lena... – Sięga po swoją herbatę. – Prawidłowo pozyskaną mandragorę można wykorzystać do stworzenia bardzo silnych substancji, takich, które mogą zarówno leczyć, jak i zrobić krzywdę. Ze względu na swój potencjał podlega szczególnej ochronie. – Ochronie? – powtarzam niepewnie. – W sensie... tak jak zagrożone gatunki, czy coś? Plague lekko kręci głową. – W pewnym sensie. Rośliny psychoaktywne byłyby lepszym porównaniem. Obrót korzeniem mandragory jest ściśle kontrolowany. Każdy przypadek jej odnalezienia musi być zgłaszany odpowiedniej instytucji. To jej przedstawiciele decydują, czy zostanie skonfiskowana, czy też znalazca może ją sobie zatrzymać. – Bosse dostarczył ci już nowe leki? – pytam. Czarne oczy spoglądają na mnie surowo, ale z odrobiną uznania. Zdołałam poskładać elementy układanki. – Nie. Gdybyś pofatygowała się, by doczytać do końca te ściśle tajne dokumenty, których nie powinnaś nawet dotykać, dowiedziałabyś się, że eksperyment został przerwany. – Przerwany? – powtarzam, mrugając bardzo szybko. – Ale... dlaczego? – Doszło do sabotażu – tłumaczy Plague. Wydaje się tylko nieco mniej przerażony niż ja. – Któryś z pracowników wyciął nam bandycki numer i zniszczył zapas mandragory. Nie mamy 18


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

z czego przygotować następnej partii leku. Bosse przyjechał tu wczoraj, by oficjalnie powiadomić mnie o przerwaniu eksperymentu. – Ostatnie słowa są przytłumione przez napad kaszlu. Plague natychmiast zasłania usta dłonią. Tym razem to ja wychylam się do przodu, by dotknąć jego ramienia. – Co teraz będzie? – Ja i Bosse udamy się do lokalizacji, w której doszło do sabotażu. Przeprowadzimy śledztwo. Dowiemy się, czemu doszło do naruszenia procedur i kto jest za to odpowiedzialny. Istnieje podejrzenie, że coś jednak ocalało. Z tego, co ustalił Bosse, w laboratorium brakowało jednego korzenia, być może włamywacz zabrał go ze sobą... – Plague zaciska pięści. – Może da się jeszcze coś zrobić. – A co będzie z tobą? Podnosi wzrok. – Nie wiem – przyznaje między jednym kaszlnięciem a drugim. – Nie mam pojęcia. – Może zgłosisz się do szpitala? Groźnie marszczy brwi na tę sugestię. Nawet teraz nie chce o tym słyszeć. – Czy Bosse wie o mandragorze, którą odkopali moi znajomi? – pytam. – Możliwe, że coś mu wczoraj wspominałem – przyznaje z roztargnieniem Plague. – Ale nie sądzę, żeby to on zrobił krzywdę twoim przyjaciołom – uspokaja mnie. – Skoro wykopali ją z ziemi, raczej nie jest to zguba, której szukamy. – Ale jest mandragorą. Mogłaby się wam przydać, prawda? Mężczyzna tylko wzrusza ramionami. – Tak czy inaczej nie musisz się bać o życie znajomych. Bosse i tak nawet nie wiedziałby, gdzie ich szukać. Nie jestem tego taka pewna. Istnieje przecież Internet. Raz próbowałam dowiedzieć się, co mogą oznaczać moje dziwne objawy. Pomocni internauci zdiagnozowali u mnie co najmniej dziesięć rzadkich i śmiertelnych chorób i Plague podśmiewał się ze mnie przez dobre kilka dni. W przeciwieństwie do mnie Bosse na pewno potrafi znaleźć w sieci wszystko. Na razie nie zamierzam jednak drążyć tego tematu. – Potraficie odtworzyć recepturę leku? – pytam zamiast tego. Plague chyba zaczyna domyślać się, o co mi chodzi. Nadchodzi kolejny atak kaszlu, jest więc w stanie tylko pokiwać głową. – Macie wszystkie pozostałe składniki? Znów potwierdza skinieniem. – Na ile porcji wystarczy jeden korzeń? – dopytuję. – Zaopatrzenie na tydzień dla wszystkich uczestników badania. Albo na miesiąc dla mnie – dodaje nieco ciszej. – Zdążycie w tym czasie rozwiązać problem w firmie? – Trudno powiedzieć. – Wiem, gdzie się jutro spotykają – mówię wreszcie. – Spodziewają się mnie. Pójdę tam i odbiorę im mandragorę – proponuję. Plague lekko kręci głową. – Na razie nie ma potrzeby – zapewnia. – Mam jeszcze zapas. – Masz jedną ampułkę – poprawiam go. – Wykorzystasz ją jutro. – Może nie będę musiał. Dajmy temu spokój. Chcesz dzisiaj porobić coś konkretnego? – proponuje znienacka. – Nie wiem, obejrzeć film albo pograć na konsoli? Rzadko włączamy telewizor. Plague chodzi spać wcześnie lub spędza noce w laboratorium, a ja siedzę u siebie, pochłaniając strony kolejnej książki. Dzisiaj jednak jest inaczej i oboje to wyczuwamy. Oboje wiemy, że w szkatułce została jedna ampułka, i nie wiadomo, co będzie jutro.

19


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Film brzmi okej – decyduję. Plague po omacku szuka pilota. Gasi stojącą przy sofie lampkę. Jedynym źródłem światła jest teraz ekran, na którym para detektywów bada miejsce zbrodni. – Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli się położę? – pyta Plague. – Będzie mi wygodniej. Kręcę głową na znak, że nie. Sama siadam na podłodze, opierając się plecami o sofę, żeby lepiej widzieć ekran. Z początku trudno mi rozeznać się w tym, co się dzieje, bo natrafiliśmy na przypadkowy odcinek serialu, akcja jednak szybko mnie wciąga. Jedną z bohaterek jest dziewczyna, która uciekła z domu i zatrzymała się u przypadkowego mężczyzny. Trochę jak ja, chociaż ona jest zdecydowanie młodsza i wie, przed czym uciekła. W miarę rozwoju fabuły zaczynam myśleć, że to może dobrze, że nic nie pamiętam. Ostatecznie ludzie nie pojawiają się na czyimś progu z zakrwawionymi rękami bez powodu. Nie padłam ofiarą wypadku, ale wciąż mogło spotkać mnie coś złego. Mogłam być bita, mogłam – jak dziewczyna z serialu – mieć bogatych, ale oziębłych rodziców. Mogłam zostać przez kogoś oszukana lub skrzywdzona. Nie jestem już pewna, czy tak bardzo zależy mi na odzyskaniu pamięci. Zerkam na mojego współlokatora. Pochłonięta filmem nie zauważyłam nawet, kiedy zasnął. Leży na boku, a jego dłoń zwiesza się bezwładnie z sofy, tuż obok mojej głowy. Przesuwam po niej pokrytym bliznami palcem. Wyraźnie wyczuwam ślady po niedawnych oparzeniach. To od pracy w laboratorium. Zaskakuje mnie, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Oboje mamy poranione ręce i funkcjonujemy tylko i wyłącznie w czasie teraźniejszym. Ja żyję z dnia na dzień, czekając, aż wrócą wspomnienia, jego życie podyktowane jest kolejnymi atakami kaszlu i losami projektu Alrauna. W tym momencie trudno mi sobie wyobrazić bardziej teraźniejszą teraźniejszość. Mieszkamy ze sobą już jakiś czas. Ostatnio przeczytałam, że na tej podstawie mógłby poręczyć za mnie w urzędzie. Dostałabym nazwisko i PESEL, mogłabym znaleźć pracę i założyć konto w banku. Wciąż nie miałabym przeszłości, ale miałabym przyszłość. Teraz, w tym momencie Plague i ja funkcjonujemy na tej samej płaszczyźnie i jesteśmy na siebie skazani. Nie jestem pewna, czy chcę, żeby był całą moją przyszłością, ale nie chcę, żeby całkiem przestał być jej częścią. Nie wyłączam telewizora. Ukołysana jego światłem zasypiam skulona na wolnym skrawku sofy. Ostatnia ampułka trafia do nawilżacza powietrza. Plague twierdzi, że to najlepsze rozwiązanie i że w ten sposób starczy na dłużej. Nie jestem do końca przekonana, posłusznie wykonuję jednak jego polecenia. Nawilżacz powietrza wyprodukowany przez Illmar AB jest ciekawym urządzeniem. Kiedy się go włączy, podświetla się błękitnym światłem, a z otworu sączą się smugi aromatycznej pary wodnej. Nigdy wcześniej nie widziałam go w mieszkaniu. Plague zazwyczaj korzysta z inhalatora lub zastrzyków. Jeśli wcześniej używał nawilżacza, to tylko pod moją nieobecność. Teraz pomaga mi go uruchomić, po czym kładzie się na sofie. Nie kaszle, ale jest bardzo senny i roztargniony, chyba gorączkuje. Martwię się o niego. Klęczę na podłodze naprzeciwko urządzenia i przyglądam mu się zafascynowana. Przesuwam dłońmi nad otworem. Spoglądam na smugi pary wodnej prześlizgujące się między moimi palcami. Są przyjemnie chłodne, skraplają się na skórze. Wiem, że to prosty proces, ale mam wrażenie, że obcuję z magią. Woń wody wymieszanej z zawartością ostatniej ampułki intryguje mnie i przyciąga. Jest o wiele bardziej intensywna, niż kiedy po prostu przelewam płyn do strzykawki. Znam ten zapach, chociaż nie jestem pewna skąd. Jest częścią mnie, podobnie jak melodia, którą nucę cicho, próbując zamknąć w dłoniach kłęby pary. Płyną przez półmrok, podświetlane niebieskawym światłem urządzenia. Niechętnie zerkam w stronę okna. Dzień jest ponury i mglisty, w kątach pokoju gęstnieje ciemność. Podświetlana błękitnym światłem para wodna wyślizgująca się z moich dłoni jest jedynym, co może ją rozproszyć. Śpiewam cicho, starając się kierować smugi w stronę leżącego na sofie Plague’a. Pod wpływem przesiąkniętego lekiem powietrza i mojego śpiewu uspokaja się, zaczyna głębiej oddychać. To dobrze. Lepiej, żeby spał, kiedy wyruszę na Sundbyberg. Nie jestem pewna, ile mi to zajmie, dlatego wolę wyjść wcześniej. Wstaję, rzucając 20


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ostatnie tęskne spojrzenie na świecący nawilżacz powietrza. Związuję włosy w warkocz i zaciskam dłoń na rękojeści ukrytego w kieszeni noża. Panika ogarnia mnie już w momencie, gdy wsiadam do wagonika metra. O tej porze wciąż jest dużo ludzi. Kilka osób zerka na mnie podejrzliwie, ktoś wymienia szeptem komentarze. Zaciskam zęby. Skasowałam właściwy bilet, nic nie możecie mi zrobić. Staję przy drzwiach i zaciskam spoconą dłoń na uchwycie. Nie ma sensu przepychać się dalej, za dwie stacje i tak muszę przesiąść się w niebieską linię. Za szybą widzę torowisko Slussen i kanał, nad którym kłębi się mgła. Zastanawiam się, czy Thyri skontaktowała się z Adamem i czy Rasmus zdołał umknąć przed tajemniczym mężczyzną z drzewem wytatuowanym na twarzy. Co, jeśli nie? Co, jeśli cała trójka już nie żyje, a moja wyprawa na Sundbyberg zupełnie nie ma sensu? Wysiadam na dworcu głównym, podążam za niebieską strzałką. Moje kroki odbijają się echem po wyłożonym kafelkami korytarzu. Nawet jeśli Rasmus i pozostali umknęli prześladowcy, cała ta sprawa pewnie już zwróciła czyjąś uwagę. Co, jeśli policja skojarzyła wypadek na Slussen z dwoma ciałami znalezionymi w porcie? Co, jeśli szukają innych osób powiązanych ze sprawą? Obejrzany poprzedniego wieczora kryminał podsyca moją wyobraźnię. Obsługa pubu wielokrotnie widziała mnie przecież przy jednym stoliku z Henrikiem. Mogłam zostać nagrana przez miejski monitoring, mogą mnie obserwować nawet teraz. Słyszę kroki za sobą, zaciskam więc dłoń na nożu i zaczynam biec. Wskakuję do wagonika niebieskiej linii na sekundy przed odjazdem. Zabranie ze sobą broni nie było najmądrzejszym pomysłem. Jeśli rzeczywiście szuka mnie policja i jeśli znajdą mnie bez żadnych dokumentów i z nożem w kieszeni, będę siedziała na komisariacie do czasu, aż ktoś potwierdzi moją tożsamość. Czyli prawdopodobnie już zawsze, bo jedyna osoba, która jest w stanie to zrobić,udusi się. Przeciskam się przez tłum i zajmuję miejsce w tyle wagonika. Za oknami mijają kolejne stacje. Zauważam stojącą przy drzwiach młodą dziewczynę. Z profilu przypomina Thyri, ma jednak inną kurtkę i naciągnięty na głowę kaptur. Nie zwraca na mnie uwagi, pochłonięta słuchaniem muzyki. Mogłabym podejść, dotknąć jej ramienia i upewnić się, że to ona. Na pewno by się ucieszyła, jedziemy przecież w to samo miejsce. Nie mam odwagi ryzykować. Jeśli to nie ona, tylko wzbudziłabym zbędne zainteresowanie. Ostatecznie wysiadamy na tym samym przystanku. Dziewczyna zatrzymuje się, by sprawdzić coś w telefonie, ja idę dalej. Dogania mnie dopiero przy wyjściu na ulicę. – Lena! – woła za mną. – Poczekaj! Też przyjechałaś metrem? Przepraszam, nie widziałam cię! Oddycham z ulgą. A więc jednak Thyri. – Nie szkodzi. – Uśmiecham się do niej na powitanie. – Znasz drogę? – Nie, ale za moment będę znała. – Wskazuje na swój telefon. – Musimy iść w lewo – decyduje wreszcie. Rusza przed siebie, wciąż spoglądając w ekran. Mimo to idzie zaskakująco szybko, muszę niemal biec by za nią nadążyć. Wydaje się bardzo zdenerwowana. – Udało ci się skontaktować z Adamem? – Nie... – zaczyna mówić, ale po chwili milknie. Szuka właściwych słów. – Nie do końca. – Nie do końca? – powtarzam, spoglądając na nią wyczekująco. Przygryza wargi. – No bo mówiłam wczoraj, że moja matka mnie odbiera, bo chce ze mną o czymś pogadać, no nie? – Kopie czubkiem glana leżący na jezdni kamyk. – No więc chcieli pogadać o Adamie. W napięciu czekam na dalszy ciąg wypowiedzi, chociaż jakaś część mnie już wie, czego się spodziewać. – Nie dotarł wczoraj do szkoły. – Głos Thyri jest nienaturalnie piskliwy. – Jakiś wariat wjechał samochodem na chodnik, dosłownie wgniótł go w ogrodzenie. Przeżył, ale jest w śpiączce i nie wiadomo, kiedy się obudzi. Wiedziałabym, gdybym tamtego dnia nie poszła na wagary. – Wiesz, co z Rasmusem?

21


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Ta sprawa z Adamem go przybiła, ale jest cały. Napisał mi esemesa, kiedy wysiadłam z metra. Czekają na nas. Musimy się pospieszyć. Światła nadjeżdżającego samochodu niemal nas oślepiają. Dłoń Thyri drży, zaciskając się na rękawie mojej bluzy. Auto mija nas, nie przekraczając chyba nawet trzydziestu kilometrów na godzinę i znika za zakrętem. Rozpoznaję logo saaba, ale we mgle rozpraszanej światłem ulicznej latarni nie jestem pewna koloru. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia i przyspieszamy kroku. *** Przyjaciele Rasmusa mieszkają w całkiem ładnym jednorodzinnym domku. Już od progu wita nas nerwowa atmosfera. Thyri zdejmuje kurtkę, ja decyduję się zostać w bluzie, mimo że materiał przesiąknięty jest wilgocią. W moje nozdrza uderza zagadkowa woń, którą czułam już wcześniej w mieszkaniu Plague’a. Mandragora. W uszach rozbrzmiewa dobrze już znana melodia. Wszyscy są bladzi i przejęci. Ktoś wciska mi w dłonie szklankę z winem, zupełnie ignorując moje protesty i tłumaczenia. Trzeba przecież uczcić śmierć przyjaciół. Rasmus spełnia toast za Henrika, Mię i Daniela, wspomina też o Adamie i wyraża nadzieję na jego szybki powrót do zdrowia. Wszyscy zebrani piją w milczeniu. Ja dyskretnie wylewam swoje wino do doniczki. Nie chcę być nieuprzejma, ale nie zamierzam też spędzić reszty wieczoru w toalecie. Muszę przecież wynieść stąd mandragorę. – No więc – odzywa się Rasmus. – Myślę, że moglibyśmy ją wreszcie zobaczyć, prawda? – Jego głos jest pełen napięcia. – To od niej wszystko się zaczęło. Per – jeden z gospodarzy – kiwa głową i na chwilę znika na schodach prowadzących na piętro. Jego partner próbuje zabawiać gości i podtrzymywać rozmowę, ale wypada to bardzo niemrawo. Wszyscy czekają tylko na tajemniczy korzeń. Aż do tej chwili cała ta historia wydawała się dziwna i nierealna. Henrik do końca nie wierzył przecież, że korzeń jest prawdziwy. Co, jeśli to rzeczywiście tylko koszmarna pomyłka, a tajemnicze wypadki nie miały z tym nic wspólnego? Wyczuwam zdenerwowanie Thyri i Rasmusa. Nie będzie łatwo wykraść mandragorę, kiedy wszyscy są nią tak zaaferowani. Melodia w mojej głowie uderza w boleśnie intensywne tony. Rozlegają się głośne kroki na schodach. Per powraca z drewnianą szkatułką i triumfalnie podaje ją Rasmusowi. Ten wyjmuje korzeń i przez chwilę ogląda go uważnie pod różnymi kątami. Rzeczywiście ma kształt człowieka – bardzo wysokiego i chudego, o nieproporcjonalnych kończynach. Rasmus po namyśle kiwa głową i odkłada korzeń na miejsce. Podaje go następnej osobie i cała procedura się powtarza. Każdy chce choć przez chwilę potrzymać mandragorę w ręku. Najdłużej ogląda ją Thyri. Bawi się korzeniem, jakby był lalką. Co chwila mruczy pod nosem „ale odjazd”. Nie próbuję upominać się o swoją kolej. Wreszcie jednak szkatułka zatacza pełen krąg i trafia do mnie. Kładę ją sobie na kolanach i ostrożnie wyciągam ręce po mandragorę. Zaczynam rozumieć już w momencie, gdy moje palce muskają chropowatą powierzchnię korzenia. Zamykam oczy. Przez te kilka milimetrów kwadratowych sączy się we mnie przeszłość, a wraz z nią dziki gniew. Otwieram usta, by go wykrzyczeć, a wraz z nim wykrzyczeć prawdę. Wiem już, kim jestem i skąd pochodzę. Moje korzenie sięgają głęboko, aż do rajskiej ziemi. Stwórca powołał mnie do życia jako model człowieka, a następnie odrzucił, rozczarowany moją niedoskonałością. Byłam tu na długo przed wami. Wiem i pojmuję więcej, niż wy kiedykolwiek będziecie w stanie, a jednak uważacie mnie za swoją własność, stworzoną tylko po to, by przynosić wam ulgę w cierpieniu. Nie mieliście żadnego prawa wykopywać mnie z ziemi, w której spałam i której soki piłam! Nie mieliście prawa mnie krzywdzić! Opadam na kolana, a krzyk wściekłości zamienia się w krzyk bólu. Moje ciało wszystko pamięta: szok i ból, gdy wyciągano mnie spod ziemi milimetr po milimetrze. Zimne, laboratoryjne światło, metalowe igły i nożyki. Dzielę ból braci i sióstr, ranionych, krojonych na plasterki i mielonych na proszek. Odczuwam lęk 22


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

i niepewność mojej siostry, która od tygodnia spoczywała w drewnianej skrzynce, nie widząc słońca i nie wiedząc, jaki czeka ją los. Przeżywam swój własny rozdzierający ból przemiany w człowieka. Pamiętam twarz przyglądającą mi się zza szklanej szyby i moje ręce rozbijające osłonę na tysiące odłamków. Krzyczę i krzyczę, nie mogąc przestać. Ktoś inny też krzyczy, ktoś płacze. Milkną wreszcie, więc ja też milknę. Otwieram oczy. Przez chwilę obraz jest dziwnie rozmyty. Muszę otrzeć łzy, które przez cały ten czas płynęły po moich policzkach. Thyri leży, opierając się o kanapę. Z jej nosa i uszu wypływa krew. Nawet bez dotykania jej wiem, że nie żyje. Rasmus opiera się o ramię dziewczyny, a jego martwe oczy patrzą w sufit. Nikt nie przeżył starcia z krzykiem oszalałej z bólu mandragory. Słyszę kroki w przedpokoju i natychmiast zwracam głowę w tamtym kierunku. W drzwiach salonu staje mężczyzna z wytatuowanym na twarzy drzewem. Cienkie, pokryte liśćmi gałązki wyrastają z pnia w okolicach prawego policzka. Przecinają nos i oba oczodoły, kończąc się w okolicach lewego ucha. – To twoja sprawka? – pyta głosem, który tak dobrze znam z telefonicznych rozmów. To Erhard. Bosse. Spogląda to na mnie, to na korzeń mandragory, który wciąż ściskam w dłoni. – Nieważne. Dobrze się spisałaś. Chodź, odwiozę cię do domu. Uśmiecham się szeroko. On naprawdę sądził, że dobrowolnie za nim pójdę? Ja, Mandragora? Otwieram usta do krzyku, on jednak tylko kręci głową. – To na mnie nie działa – mówi. – Słyszałem, jak się darłaś dobre dwie ulice stąd. Jak widzisz, mam się dobrze. Marszczę brwi, próbując znaleźć przyczynę tego zjawiska. Każdy, kto usłyszy krzyk mandragory, powinien umrzeć. W takim razie dlaczego? Nie udaje mi się znaleźć odpowiedzi na czas. Bosse w mgnieniu oka pokonuje dzielący nas dystans i zasłania mi usta dłonią. Trzyma w niej szmatkę nasączoną jakimś specyfikiem. Jest duszący i kręci mi się od niego w głowie. Czuję, że Bosse bierze mnie na ręce i gdzieś niesie, ale nie jestem w stanie nawet pisnąć. *** – Plague, udało mi się. Znalazłem naszą zgubę. Wygląda na to, że zdołała odebrać tamtym gówniarzom korzeń, o którym mówiłeś. Teraz mamy dwie mandragory w cenie jednej. – Poważnie? Na dźwięk głosu Plague’a niechętnie otwieram oczy. Czyżbyśmy już byli z powrotem w mieszkaniu? Zaprzeczają temu krople deszczu spływające po samochodowej szybie i rozmazane światła mijanych pojazdów. Wciąż jesteśmy w drodze, a głos Plague’a dochodzi z zestawu głośnomówiącego, który Bosse ma zamontowany w samochodzie. – Od początku ci mówiłem, że to ona. Nie wierzyłeś mi. – Jesteś pewien? – dopytuje Plague, jednocześnie zaniepokojony i zaintrygowany. Kaszle. – W stu procentach. Nie pytaj, skąd wiedziałem, i tak ci nie powiem. – Bosse uśmiecha się triumfalnie. – Już niedługo ci ją przywiozę, będziesz mógł zrobić to, co uważasz za słuszne. Bosse zerka ostrożnie w moją stronę. Zamykam oczy, udając, że wciąż śpię. Niecierpliwie czekam na odpowiedź Plague’a. Mam cień nadziei, że puści mnie wolno. Że teraz, kiedy już wie, czym jestem, pozwoli mi odejść i zabrać siostrę, by zwrócić ją ziemi. Wybaczyłabym mu, gdyby to zrobił. Nie miałabym do niego żalu o to, że kłamał w sprawie Bossego. – Dobrze, przywieź ją – mówi Plague, sprawiając, że iskierka nadziei umiera. Następnie dodaje: – Laboratorium jest już przygotowane. Gwałtownie rzucam się na Bossego, próbując wyrwać mu z rąk kierownicę. – Zwariowałaś? Puszczaj!

23


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Nie zamierzam się łatwo poddać. Plague mówi coś, dopytuje, co się dzieje. Żadne z nas nie ma dla niego czasu. Szarpiemy się w zaciekłym, ponurym milczeniu. W mojej dłoni błyska nóż. Tym razem to Bosse nie ma szansy, by zareagować, gdy wbijam ostrze w jego dłoń. Krzyczy i puszcza kierownicę, a ja odsuwam się i obojętnie patrzę, jak koło po prostu się kręci. Samochód zbacza z drogi i zatrzymuje się na latarni. Na szczęście nie jechaliśmy szybko i uderzenie nie jest zbyt silne. Ja wychodzę bez szwanku, mój przeciwnik traci jednak przytomność w starciu z poduszką powietrzną. – Bosse? – odzywa się znów Plague. – Bosse, jesteś tam? Co się dzieje? Zbliżam twarz do głośnika i syczę: – Przywieź ją. Laboratorium już przygotowane. – Lena?! – Jest wyraźnie zaskoczony, słysząc mój głos. – Nie wiedziałem, że tu jesteś. Myślałem, że Bosse dopiero po ciebie jedzie. Co z nim? Chyba mu nic nie...? – W jego głosie słyszę napięcie. – Miał wypadek, przeżyje. – Biorę głęboki oddech. – Powiedziałbyś coś innego, wiedząc, że tu jestem i wszystko słyszę? Przez długą chwilę jedyne, co do mnie dociera, to głęboki, rozrywający płuca kaszel. – Nienawidzisz mnie? – pyta Plague, kiedy wreszcie udaje mu się złapać oddech. Brzmi jak ktoś bardzo zrezygnowany i zmęczony. – Okłamałeś mnie. Nie nienawidzę go, ale jest mi strasznie smutno. – Wiem. Przepraszam. Przepraszam za to wszystko. Bosse jest czasem dość nieokrzesany i nie do końca nad nim panuję. Podejrzewałem, że ma coś wspólnego ze śmiercią twoich przyjaciół, ale nie chciałem cię niepotrzebnie straszyć. – Ale chciałeś pociąć mnie i moją siostrę na kawałki. – To nie tak, Lena… – próbuje tłumaczyć. Najgorsze jest to, że wiem, co chce powiedzieć. – Potrzebuję cię. Uśmiecham się z goryczą. Potrzebuje proszku z mandragory, by przeżyć. Sama przecież wykradłam się z domu i pojechałam na Sundbyberg tylko i wyłącznie po to, by dostarczyć mu korzeń. To było jednak, zanim poznałam prawdę. Żyłam teraźniejszością i Plague był całym moim światem, dlatego chciałam go ocalić. Teraz mam też przeszłość i przyszłość, a to strasznie dużo. Nie ma już powrotu do mieszkania w kamienicy, włóczenia się po mieście i wspólnej, wieczornej herbaty. Świat zaprasza mnie, cudownie otwarty i pozbawiony granic. – Nie zamierzasz wrócić, prawda? – Plague poprawnie interpretuje moje milczenie. Na dźwięk jego głosu coś ściska mi serce. Nie ma w nim strachu przed śmiercią, jedynie samotność. Siedzę w milczeniu, ściskając w dłoni korzeń mandragory. Moja siostra chce mi coś przekazać, słucham jej z uwagą. Jej słowa są miękkie i melodyjne, przynoszą mi pocieszenie. Zna moje myśli i uczucia. Śpiewa o tym, że może mi pomóc. Chce, żebym zostawiła ją tutaj, wraz z Bossem. Nie przyjmuje mojego sprzeciwu i chęci zemsty. To nie jest tak, że z założenia nienawidzimy ludzi, przypomina mi. Byliśmy tu przed ich przybyciem i pozostaniemy długo po tym, jak przestaną istnieć. Przez wieki dzieliliśmy Ziemię. Wspieraliśmy magią tych, którzy potrafili nas dobrze traktować i okazywać nam należny szacunek. Wiemy, że ludzie są tylko ludźmi. Kłamią, popełniają błędy i boją się śmierci. Nie znaczy to, że nie zasługują na nasze wybaczenie i litość. Na pewno nie znajdzie go naukowiec odpowiedzialny za zniszczenie mandragor i moją przemianę w człowieka, bo dopadnę go prędzej czy później, ale Plague... – Zależy ci – szepce mi do ucha siostra-mandragora, a ja nie potrafię zaprzeczyć. – Byłeś dla mnie dobry – mówię. – Dlatego zostawię ci ten korzeń. Możesz go wykorzystać, jeśli zechcesz. Nie wprowadzisz jednak tego leku na rynek i nie będziesz dalej na nas

24


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

eksperymentował. Mnie już nigdy nie zobaczysz, chyba że złamiesz naszą umowę. Wtedy odszukam cię i zabiję. – Obiecuję. W jakiś sposób mu wierzę. Wsuwam korzeń mandragory do kieszeni płaszcza Bossego. Bez trudu go znajdzie, gdy już odzyska przytomność. Lekko muskam dłonią wyświetlacz telefonu. Przypominam sobie pokryte śladami po poparzeniach dłonie Plague’a, tak bardzo podobne do moich. – Żegnaj. – Żegnaj, Mandragoro. Przerywam połączenie. Odpinam pas bezpieczeństwa i otwieram drzwi samochodu. Wychodzę na zimny, mokry świat. Wyraźnie odbieram każdy zapach i dźwięk. Przechodzę przez drogę i macham dłonią, by złapać jakiś wyjeżdżający z miasta samochód. Już się nie boję, że ktoś spyta mnie o dokumenty. Potrafię sobie poradzić. Nie wiem jeszcze, co zrobię. Na pewno chcę odnaleźć człowieka, którego widziałam za szklaną szybą. Zemszczę się za to, co zrobił mnie i mojemu rodzeństwu. Idę przed siebie, a świat przyzywa mnie cudowną melodią znaną tylko przez mandragory.

25


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Anna Musiałowicz: Słowa przyniesie wiatr Posłuchajcie mej opowieści. Choć głosu mego nie usłyszycie, słowa przyniesie wiatr. Gdy będzie szarpał wasze ubrania, chłostał twarze zimnymi biczami, ni stąd, ni zowąd w waszych głowach narodzi się myśl. Tą myślą będę ja. Stanę się cząstką waszego umysłu, niespodziewaną i nieproszoną, upartą i natrętną. I gdy będziecie kulić się na mrozie, przyspieszając kroku, zabiorę was do ognia. Znajdziecie się na polanie wśród szumiących sosen i świerków. Gdzieś na wilgotnej trawie będziecie mieć swe posłanie. A snopy iskier z ogniska wzniosą się ku niebu, by pobłyskiwać niczym gwiazdy. I gdy wasze powieki zaczną opadać pod ciężarem snu, życzenie wypowiecie, nie wiedząc, czy to gwiazda spada, czy iskra znalazła swój powietrzny trakt. Zabiorę was nad wodę, nad strumień, nad jezioro, gdziekolwiek nogi swe zmęczone będziecie chcieli zanurzyć, a w błękitnej tafli ujrzycie odbicie promienia – pocałunku słońca, który migotaniem oczy wasze oślepi, a blaskiem rozjaśni twarz. Uśmiech wdzięczny wywoła, co łzę szczęścia w oku zakręci. Zabiorę was do wielkiego zamku, mrocznego i strasznego, gdzie w wieży długowłosa piękność będzie czekać na ocalenie. Dam wam miecz i zbroję, dam wam konia białego. Włożę wam w usta hymn o miłości, co silniejsza jest od śmierci. Zabiorę was do chatki z piernika i do kreciej nory. Przejdziecie ze mną na drugą stronę lustra, pozwolę wam pokonać olbrzyma i ukarać złą królową. Zaśpiewam wam to wszystko, choć głosu mego nie usłyszycie. W waszych głowach zostanie jedynie pieśń. Mojego imienia nikt nie pozna. W czasach, kiedy żyłem, zwano mnie bardem, pieśniarzem, minstrelem, pokrzepicielem serc. Dziś rzeklibyście: kompozytor, piosenkarz, szarpidrut. Działo się to w wiekach, gdy kraj ten porastała gęsta puszcza. W lasach czaili się zbójcy, znienacka mógł też zaatakować dziki zwierz. Z lutnią w dłoniach chodziłem od miasta do miasta, od wioski do wioski, niosłem radość lub refleksję śpiewaniem mych pieśni. Raz doprowadzałem słuchających do gromkiego, rubasznego śmiechu, do czkawki, którą zwalczali kolejnym kuflem jasnego piwa. Nuciłem wesołe przyśpiewki o zapijaczonych szlachcicach, o cycatych dziewkach, o chędożeniu. Im więcej zberezieństw wyśpiewywałem, tym głośniej mnie oklaskiwano, a dukaty do kapelusza hojniej rzucano. Innym razem grałem smutne melodie, łzy z oczu niewiastom wyciskające: o uwięzionych ptaszynach, o kochankach niespełnionych, o rycerzach o białogłowę na śmierć walczących. Czasem na dźwięk mego głosu chustka haftowana wypadła z dłoni białej jak pergamin. Jednak to nie mnie dziewczęta pragnęły, lecz książąt pięknych, o których śpiewałem, mężów silnych i walecznych, w których objęciach dech by straciły. Głosu mego piękne panny słuchały, lecz żadna z nich spojrzeniem przychylnym, pełnym czułości mnie nie obdarzyła. Kochały moją muzykę, jednak nie mnie. Jak powiadają, szewc bez butów chodzi, to i ja, choć o miłości ckliwe wersety śpiewałem, zaznać tego uczucia nie mogłem. Jako mężczyzna swe potrzeby miałem, jednak niewiasty nie pragnęły ust moich, a jedynie słów z nich płynących. Gdy sakiewka moja dukatami wypełniona była, odwiedzałem zamtuzy pełne kobiet sprzedajnych, fałszywą miłość od dziwek kupując. Jednak nieczęsto ktoś wspomógł mnie groszem, choć chleba i wina mi nie żałowano. To i lędźwie paliły mnie okrutnie, a im większy ból cierpiałem, tym piękniejsze pieśni z ust mych się wyrywały i ckliwsze melodie spod moich palców struny lutni wygrywały. Dziś byście powiedzieli, że jeśli nie chodzi o dupę, to o pieniądze biega. Ja zaś wszystkiego tego pragnąłem. Fach nasz – grajków wędrownych – niewdzięczny był pod tym względem. Powiadano, że niektórzy, co zbyt długo bez niewiasty pozostawali, pomieszania zmysłów dostawali. Tym to i owce, i kozy przydawały się, by chucie swe mogli zaspokoić. Byli też tacy, przebacz im Boże, co między sobą – mężami – te sprawy załatwiali. Jeden niby niewiastą się stawał, otwór wstydliwy i brudny podkładał, żeby kuśki drugiego zaznać. Lecz te historie jedynie od innych słyszałem, co się zaklinali na wszystkich świętych, że 26


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

na własne oczy te bezeceństwa widzieli. Po ich oddechach przyspieszonych i twarzach czerwonych poznawałem, że sami w tych czynach niegodnych swój udział mieli. Ja wolałem tęsknić, o miłości prawdziwej marzyć. Jednak kunsztem swoim czasem potrafiłem wzruszyć nawet serca stwardniałe. Gdy łkając przy dźwiękach swej lutni współczucie w sprzedajnej kobiecie wzbudziłem, to i za darmo mi dała. Lecz rzadkie to zdarzenia były, to i wciąż chuć odczuwałem i okazji do chędożenia poszukiwałem. Lecz nie zapominajcie, że szczytem mych marzeń było spełnienie w ramionach czułej kochanki – miłości mej wiecznej i jedynej, co ją miałem spotkać w blasku słońca odzianą w białą szatę. I mnie jednemu dowód swej miłości by ofiarowała. Lecz pragnienie moje los na opak zrozumiał. Spełniło się, lecz to nie miało być tak... Posłuchajcie mej opowieści, przyniósł wam ją wiatr. W jego powiewie byłem ja. Imienia mego nikt nie zapamiętał, lecz opowieść ma przez wieki przetrwa. Dziś nie ma już tych borów, w których błądziłem, a strumień, z którego się napiłem, setki lat temu wysechł. Gdzieś przy tym strumieniu był mój grób. Za krzyż służyła mi wbita w ziemię złamana lutnia, za trumnę – rów wypełniony wodą, każdej jesieni przysypywany liśćmi, co je wiatr przyniósł z pobliskiego lasu. Piękne lato tamtego roku było. Całymi dniami słońce mocno grzało, noce przynosiły ożywczy deszcz. Trzy dni już wędrowałem. Do połowy pełna sakiewka wesoło brzęczała mi przy pasie, lecz mnie smutek ogarniał. Usiłowałem znaleźć radość w zapachu lasu, w dotyku kory drzew, głowę swą na mchu kładłem, jego miękkością się rozkoszując. W oddali mogłem dostrzec płochliwe sarny i zające. Żywiłem się jagodami i borówkami, a gdy mi się poszczęściło, i ptak pieczony do gardła mi wpadł. Niewprawiony byłem w polowaniu, bo moje palce nawykły do dotyku strun, a nie cięciwy. To i częstym jadłem był zawinięty w chustę czerstwy chleb, czasem skrawki ususzonego mięsiwa. W bukłaku zwykle wodę miałem, lecz na tę podróż zaopatrzono mnie w wino. Poprzednia wioska przyjęła mnie z radością, z otwartymi ramionami, lecz nie sakiewkami. Nie doświadczyłem tam miłości w żadnej postaci – czy to duchowej, czy cielesnej – i z tego też względu smutek duszę mą pożerał. Niewiasty złaknione były opowieści o rycerzach, słuchały ich ukryte w kątach lub za plecami swych postawnych ojców. Lecz przede mną uciekały zawstydzone, twarze w fałdach chust skrywając. A ja wszakże mężczyzną byłem i swoje pragnienia, już tak długo niezaspokajane, miałem. Mogłem więc szukać pociechy w zamtuzie u sprzedajnej dziewki albo naturę swą odwrócić i do innego mężczyzny mieć skłonność. A był tam jeden cieśla – Jędruś Mąciwoda go zwali – co nazbyt często i nazbyt blisko mnie siadał, towarzystwa mego szukał i chciał, by mu pieśni do ucha nucić. Lecz ja nigdy mężczyzny nie posmakowałem i chętny mu nie byłem. Dla mnie rozkosz jedynie w pocałunku malinowych ust, w dotyku jędrnych piersi i miękkości rozchylonych ud niewieścich. Lecz w mieścinie tej zapadłej kunsztowne wrota zamtuzu jak i serca niewiast były dla mnie zamknięte. Odszedłem więc stamtąd ze zranionym sercem, z sakiewką, która pomieściłaby wiele więcej dukatów, ale za to z żołądkiem pełnym i tobołkiem w jadło na podróż suto zaopatrzonym. Wybrałem rzadko używany leśny trakt, a i często z niego zbaczałem, by zadowolić oczy me widokami dla innych śmiertelników niedostępnymi. A po prawdzie też dlatego, że główne szlaki złodziei i innych zbirów były pełne. I nawet gdy wśród gałęzi dostrzegłem człowieka, co chęć mordu na twarzy miał wypisaną, cichcem przemykałem obok, że nawet mnie nie przyuważył. Czasem tylko siedząc nocą w kniei przy lichym ognisku lutnię wyciągałem i wraz z pohukiwaniem sowy i wyciem wilków świat do snu śpiewem kołysałem. Dziki zwierz nigdy nie podchodził blisko, jakby wiedząc, że moje chuderlawe ciało marną strawą byłoby dla niego. Może ducha wzniosłego w mej piersi zwierzęta wyczuwały? Opowieści musiałem w świat nieść niczym apostołowie dobrą nowinę. Bo historie me do dziś w świecie krążą, choć imienia mego nie zna nikt. Posłuchajcie ostatniej mej historii. Tego dnia zbudziłem się drżący z zimna w wilgotnej trawie. Ogień dawno wygasł. Słońce wśród czerwieni wschodziło na niebie, ptaki rozpoczynały swój trel. Mgła unosiła się nad ziemią. W mlecznobiałym oparze dostrzegałem kształty niewiast delikatnych, smukłych, długowłosych. 27


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Ciemnymi oczyma zjawy wpatrywały się we mnie. Ruchy miały powolne, gięły się kusząco, wyciągając ku mnie swe widmowe ręce. Piękny i przerażający zarazem był to widok. Przetarłem oczy, mgła na powrót stała się jedynie parą. Jeszcze nie do końca ze snu wybudzony byłem, to i majaki na jawie dostrzegałem. Tak bardzo stęskniony byłem dotyku kobiecego ciała, że wszędzie widziałem córki Ewy: w wygiętym konarze drzewa, w odległej kupce kamieni, nawet nocą wśród gwiazdozbiorów szukałem ich kształtu. Dziś byście powiedzieli, że sperma mi się na mózg rzuciła, lecz onegdaj katusze najsroższe cierpiałem, spragniony miłości i głodny jej spełnienia, zespolenia z kochanką i uniesienia. Podniosłem się z posłania, którym mi była ziemia pokryta trawą i mchem. Nim nałożyłem kapelusz na głowę, poprawiłem wetknięte weń piórko, bo przez noc bardzo się zmierzwiło. Kubrak nie chronił mnie dostatecznie przed zimnem, więc z lutnią w ręku i tobołkiem z jadłem na plecach żwawo ruszyłem w świat wiedząc, że szybki krok pobudzi i rozgrzeje krew w moich żyłach. Szlak dalej wiódł przez las. Im głębiej weń wchodziłem, tym gęstszą roślinnością był porośnięty. Mimo że słońce na niebie wysoko już świeciło, ciemność mnie ogarniała ze wszech stron. Po pewnym czasie zgubiłem drogę. Gałęzie smagały mą twarz, zdobiąc ją krwistymi liniami. Droga stawała się coraz bardziej nierówna, trzewiki grzęzły w ziemi, paprocie i drobne pędy chłostały moje nogi. Lutnia – najdroższa i najwierniejsza towarzyszka moja – z każdym krokiem coraz bardziej mi ciążyła. Oddech mój stawał się płytszy, stopy coraz wolniej mnie niosły. Kierowałem się na północ, mech na korze drzew wskazywał mi drogę. Nie wiem, ile mil miałem już za sobą, lecz ból w łydkach i suchość w gardle wskazywały, że czas na odpoczynek. Usiadłem wśród korzeni rozłożystego dębu. Napiłem się wina z bukłaka. Był już prawie pusty. Słuchałem szczebiotu ptaków, obserwowałem wiewiórki zaciekawiony nimi tak, jak one mną. Gdy pożywiłem się solonym mięsem i suchym chlebem, które ofiarowano mi za mój piękny śpiew w ostatniej karczmie, jaką odwiedziłem, oparłem się o korzeń drzewa, pod głowę wsuwając sobie kubrak, który wcześniej, gdy droga mnie już zmęczyła, postanowiłem z siebie zdjąć. Przymknąłem powieki, a wtedy przyszły do mnie: potężne i straszne. Najpierw zerwał się wiatr, szarpał gałęziami, odzierał je z liści. Ptaki ucichły i odleciały spłoszone. Potem rozległy się szepty. Dreszcz przeszedł przez mój kręgosłup. Lecz wiedziałem, że my, poeci, wrażliwsi niż inni jesteśmy i czasem nierozsądnie magią tłumaczymy naturalne choć niezwykłe i rzadkie zjawiska. Zlekceważyłem złe przeczucie, składając je na karb wybujałej fantazji umysłu artysty. Lecz kiedy wyraźnie usłyszałem głos szepczący „nie pozwólcie mu odejść”, zlękłem się. Chmura przysłoniła słońce, które i tak z ledwością przedzierało się pomiędzy bujną roślinnością. Zapadła ciemność. Gałęzie drzew stały się rękami, korzenie – stopami, na korze rozbłysły czerwone punkciki jakby diabelskich oczu. Z pni drzew zaczęły wyłaniać się postaci: długie i chude, ciemniejsze od nocy. Wszystkie ruszyły w moją stronę, wysoko podnosząc gałęzie, które zginały się niby w kolanach. Otaczały mnie, świdrując czerwonymi, iskrzącymi ślepiami. Nie wiem, czy bardziej się bałem, czy byłem zauroczony widokiem, o którym mówiły niektóre stare opowieści. Sam je przecież śpiewałem. Lecz nagle chmura odsłoniła słońce, promienie uwięziły drzewne postaci, które na powrót stały się kupą gałęzi ze sobą poplątanych. Czerwone oczy zgasły. Ten las był pełen tajemnic i zaczął napełniać mnie trwogą. Postanowiłem iść dalej. Czy to wydarzenia sprzed kilku chwil, czy ten las był naprawdę zaczarowany, ale im dalej szedłem, tym większe miałem wrażenie, że chce mnie pochwycić. Niby słyszałem tylko szum wiatru i śpiew ptaków, lecz gdzieniegdzie do mych uszu dochodziły szepty „on jest nasz”, „nie oddamy go”. By pokonać niepokój, zacząłem nucić sobie piosnkę. Śpiewałem o królewnie złotowłosej, która śniła o grajku, co konwalie chciał z nią rwać. Lecz nagle usłyszałem swój głos, który toczy pieśń o złym lichu, co się czai w lesie, oczami sów się przygląda, wilcze kły szczerzy. Umilkłem. Szedłem coraz szybciej, chcąc uciec z tego lasu. Zapomniałem o zmęczeniu. Choć uśpione, w drzewach musiały tkwić duchy, które mogłyby mnie pochwycić, gdybym im tylko pozwolił. Z radością 28


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

dostrzegłem, że las zaczyna się przerzedzać, a sam idę w coraz jaśniejszym blasku słońca. W oddali zobaczyłem polanę i pasące się na niej sarny. Biegiem ruszyłem ku nim, płosząc je tym samym. Odbiegły przestraszone. Posłuchajcie mej historii. Tę napisał dla mnie los. Gdy tylko wypadłem z leśnej gęstwiny, kolana ugięły się pode mną. Padłem jak nieżywy na trawę, prawie zgniatając lutnię mym ciałem. Odwróciłem się na plecy i szeroko rozpostarłem ramiona. Na wpół zmrużonymi oczami wpatrywałem się w błękitne niebo, na którym z rzadka zabłąkała się puchowa chmura. Odpoczywałem. Pojedyncze źdźbła trawy łaskotały mnie w twarz, a pszczoły bzyczały monotonnie. Poczułem się błogo, sennie. Jednak gdzieś w głębi serca czułem niepokój na myśl, że daleka droga jeszcze przede mną, a wiedzie ona przez las. Tutaj, na polanie, byłem bezpieczny. Promienie słońca były mi niczym oręż. Zło czaiło się daleko w mroku. Wyobraziłem sobie, że jestem świetlistym wojownikiem, za miecz służyła mi moja lutnia. Wziąłem ją do ręki, rozedrgana struna jęknęła płaczliwie. Zaintonowałem głosem wysokim i czystym pieśń o słonecznym księciu, który zakochany był w królowej Księżyc. Biegł ku niej, lecz z każdym jego krokiem ona się oddalała. Tak to z nami minstrelami bywało: jedna myśl zamieniała się w rzewną pieśń, co lodowate serca skruszyć potrafiła. Ptaki ucichły, wsłuchując się w mój głos. Przymknąłem powieki i zapomniałem o świecie. Biegłem po niebie. Istniała tylko moja muzyka i historia, co w mej głowie się tworzyła. Starałem się spamiętać każde słowo, by później, przy świetle pochodni, zaśpiewać je w karczmie, która miałaby mi dać kiedyś schronienie. Ta pieśń śpiewana jest po dziś dzień, choć imienia tego, który ją stworzył, nie pamięta nikt. Uderzyłem w struny ostatnie dwa razy. Gdy tylko ucichłem, niemy świat odzyskał głos. Poczułem suchość w ustach, co przypomniało mi, że miałem uzupełnić bukłak. Powstałem, by poszukać wody, gdy wtem usłyszałem plusk. Tuż za mną w wąskim rowie płynął strumień. Jak mogłem go wcześniej nie zauważyć? Chciałem podejść, lecz moje stopy wrosły w ziemię. Oczom mym ukazał się widok tak piękny, że do dziś nie wymyślono słów, które mogłyby go prawdziwie opisać. W wodzie stała ona – skąpana jakby w blasku słońca, promieniała niczym otoczona magiczną poświatą. Była odziana w białą, półprzezroczystą halkę do kolan. Tam, gdzie zmoczyła ją woda, szata przywierała do ciała, zaznaczając kształt dziewczyny. Kibić miała szczupłą, biodra lekko zaokrąglone, piersi zakrywały rozpuszczone włosy sięgające poniżej talii. Skóra jej była biała. Pomimo pięknego lata słońce nie zostawiło na niej żadnego śladu. Dziewczyna powoli brnęła w wodzie. Powieki miała przymknięte, przysłonięte wachlarzem ciemnych rzęs. Przystanęła, jakby nadal zasłuchana w moją pieśń, na wpół śniąca, duszą wśród gwiazd, o których śpiewałem. Gdy pieśń przestała brzmieć w jej głowie, otwarła oczy i trwożliwie rozejrzała się dookoła. Ujrzała mnie. Nie chciałem jej przestraszyć. Odwróciłem wzrok i uderzyłem w struny lutni. Spod moich palców popłynęła smutna melodia, a moje usta rodziły słowa o syrence uwięzionej wśród rybackich sieci. Schwytali ją, chcieli zabić, lecz ona walczyła. Moja pieśń rozwijała się. Dziewczyna nie ruszyła się z miejsca. Starałem się obserwować ją spod przymkniętych oczu. Była nieskazitelna, jakby wyczarowana ze wszystkich moich snów. Kołysała się w rytm melodii, mącąc wodę wokół siebie. Przy każdym ruchu dziewczyny woda tworzyła kręgi. Te przy niej – wyższe, gęstsze rozpływały się w szerokie koła, by w końcu zniknąć. Spojrzała na mnie, ruchem głowy przyzywając do siebie. Zbliżyłem się, nie przerywając pieśni. Dziewczyna powoli zaczęła kręcić się wokoło, najpierw powoli, potem zaczęła coraz szybciej wirować. Woda się wzburzyła, zerwał się wiatr. Dziewczyna tańczyła z wiatrem, bawiła się nim, pozwalała się prowadzić, jednak to ona była panią w tym duecie. Jej biała skóra zaczęła sinieć, a potem stała się niemal przejrzysta. Mogłem dostrzec każdą żyłę, w której nie płynęła krew, a nawet serce – martwe, fioletowe. Kimże była? Boginką? Rusałką? Topielicą? Syrenką, o której śpiewałem? Umilkłem. Jednak teraz wiatr zawodził moją pieśń. Chciałem uciekać, lecz wir powietrza pochwycił mnie i uwięził wewnątrz zimnego, okrutnego leju. Prowadził mnie ku niej. Upuściłem lutnię. Spadła cicho na rozmiękłą ziemię. Zerwana struna przecięła mi skórę na przedramieniu. Do oczu i nosa wraz z powietrzem wlatywały mi kurz, pył i drobne owady. Zacisnąłem powieki, a gdy je otwarłem, zobaczyłem dziewczynę 29


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

tuż przy mnie. Wiatr ucichł, wir mnie wypuścił. Upadłem przed nią na kolana. Podniosłem głowę. Spojrzałem w jej oczy. Były czarne jak noc. Noc tak gęsta, że mógłbym w niej płynąć. Uniosłem się w przestrzeni pomiędzy światami. Byłem wolny. Mrok jej spojrzenia pochłonął mnie i poczułem, że latam. W jej źrenicach zobaczyłem siebie: moje wszystkie lęki i nadzieje, pragnienia i marzenia. Ujrzałem to, co chciałem ukryć nawet przed samym sobą. Byłem nagi, prawdziwy. Odkryłem kłamstwa, które po wielokroć powtarzane, stały się prawdą również dla mnie. Schowałem je gdzieś w najgłębszych czeluściach mojej świadomości i uwierzyłem w nie, bo dawały mi złudny spokój. Stałem się jak dziecko naiwny i szczery. Stałem się starcem pełnym wiedzy i mądrości. Ujrzałem w jej oczach, kim prawdziwie jestem. Zobaczyłem swoją śmierć. Była cicha, lekka, pachnąca trzciną i wodorostami. Śmierć przyszła odziana w białą szatę, smukła i delikatna, piękna jak brzask poranka. Ucałowała mnie malinowymi ustami. Zabrała mi oddech. Objęła mnie łagodnie i przyciągnęła do siebie. Oddałem się jej, a ona stała się moja. Kochanka ma wyśniona zespoliła się ze mną. Życie śmiercią się stało, krew – wodą, a ciało ziemią. Grobem był mi rów wypełniony wodą. Dziś go nie znajdziesz, jak nie znajdziesz złamanej lutni, co za krzyż mi służyła. Mego imienia nie zapamiętał nikt. Takich jak ja – pieśniarzy, bardów – w tamtych czasów było wielu. W różnych krainach każdy z nas inne miano nosił. Jednak niewiele z nich do dziś się zachowało. Choć nasze pieśni powszechnie były znane, sławy dla naszych imion nie pragnęliśmy. Chcieliśmy jej jedynie dla słów z naszych ust płynących, dla opowieści, które w melodię wplataliśmy. Moje pieśni wciąż istnieją. Choć melodie niektórych się nie zachowały, a słowa zniknęły z pamięci, czasem podszeptuję je współczesnym ludziom. Oni mówią wtedy, że mają natchnienie, nazywają to „weną”, nie wiedząc nawet, że to stara, zapomniana pieśń w ich głowie brzmi. Bo imię barda jest bez znaczenia. Przetrwa jedynie pieśń.

30


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Artur Olchowy: Lecą na mnie wysokie kobiety Nie od razu powiedzieli mi o wszystkim. Kiedy odzyskałem przytomność, lekarze wyliczyli mi tylko obrażenia: złamane kość policzkowa, żuchwa, nos i nadgarstek, wstrząśnienie mózgu, pęknięte żebra, naruszone kręgi szyjne, oko podbiegłe krwią, ogólne stłuczenia i siniaki. Nie pamiętałem, co mi się przydarzyło. Miałem jakieś wspomnienie, jakby sen, że idę ulicą i nagle coś mocno uderza mnie w plecy. Całkowite zaskoczenie! Upadłem na chodnik i sen się skończył. Tylko nagły ból i ciemność. Teraz leżę w szpitalu z opatrunkami, kołnierzem, szyną usztywniającą nadgarstek i z drutami wystającymi z twarzy. Ciężko mi mówić. O jedzeniu na razie w ogóle nie ma mowy. Do mojego pokoju przyszedł starszy mężczyzna w zielonym kitlu. Nie podał mi ręki i bez słowa zagłębił się w jakieś papiery. – Pański stan jest poważny – zaczął. – Wprawdzie niedługo wyjdzie pan ze szpitala, ale czeka pana długotrwała rehabilitacja. Poza tym musimy przeprowadzić dodatkowe badania. Ledwo kiwnąłem głową, ale i tak czaszka wybuchła pulsującym bólem. – Dobrze. – Lekarz widocznie czekał na moją reakcję. – Wkrótce pojawi się psycholog z kwestionariuszem. Wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań. – Na jego twarzy pojawił się wyraz współczucia. – Muszę pana jednak uprzedzić, że raczej nie ma szans na całkowite wyleczenie. Odwiesił kartę na ramę łóżka i wyszedł wyraźnie zafrasowany. Chyba nawet mruczał coś pod nosem, ale tak cicho, że nawet po barwie głosu i intonacji nie mogłem rozpoznać, czy klął, czy też raczej wyrażał współczucie. Przyznam, że w tej chwili „co za idiota” byłoby znacznie lepsze niż „biedny człowiek”. Pani psycholog na pierwszy rzut oka nie wyglądała jak psycholog i z pewnością nie zachowywała się zgodnie z moim wyobrażeniem o ludziach, którzy zgłębili ludzkie psyche, behawior i superego. W drzwiach, dokładnie pomiędzy moimi nogami, pojawiła się jej głowa, ale tylko na chwilę. Potem przez parę sekund wyjście na korytarz było puste. Nie widziałem jej, ale gotów byłem przysiąc, że stoi po drugiej stronie, zaraz za ścianą, że zbiera się na odwagę. Usłyszałem głośne westchnienie i w końcu wkroczyła na sztywnych nogach, z twarzą wyrażającą absolutny profesjonalizm maskujący absolutne przerażenie. Gdyby nie to, byłaby bardzo ładną kobietą. Niska i raczej drobna, ubrana w gruby golf, na który niedbale narzuciła biały fartuch. Zaczesane gładko w górę i związane z tyłu blond włosy świetnie współgrały ze złotymi, trochę zbyt fikuśnymi oprawkami okularów. Jej wzrok skakał z taką prędkością, że nie mogłem dojrzeć koloru jej oczu, dopóki nie podeszła i nie usiadła na białym krześle przy moim łóżku. Przez chwilę grzebała w papierach. – Pan Wojciech Olencki – stwierdziła, nadal nie podnosząc wzroku. – Tak – powiedziałem niewyraźnie i mało nie posikałem się z bólu. Zauważyła mój grymas, szybko odłożyła notatnik i zawiesiła nade mną dłonie, jakby chciała przycisnąć mnie do łóżka, powstrzymać od poruszania się. – Niech pan leży spokojnie! – upomniała. – Będę zadawała panu pytania ogólne, dlatego wystarczy, że będzie pan mrugał. Raz na tak, dwa razy na nie, dobrze? Przymknąłem powieki potwierdzająco i jeszcze kilka sekund patrzyłem w jej śliczne zielone oczy. – Mogę zaczynać? Dobrze. Czy jest pan w związku? Potwierdziłem. – Heteroseksualnym? Potwierdziłem. – Małżeńskim? Zaprzeczyłem. 31


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Długotrwałym? Kręciłem oczami, bo trudno mi było określić, czy mój związek jest długotrwały. Rok to długo czy może krótko? – Rok? Przytaknąłem, a ona zanotowała coś w swoim kajeciku. – Miał pan dużo partnerek seksualnych? Tutaj udzielenie odpowiedzi potrwało dłużej, bo podpowiadanie zaczęła od jednej. – Ryzykowne zachowania seksualne? Zaprzeczyłem. – A teraz zapytam o preferencje, dobrze? Kobiety wysokie? Po chwili wahania zaprzeczyłem. Blondynka zarumieniła się. Dopiero do mnie dotarło, że przecież musiała mieć nie więcej niż metr sześćdziesiąt. Badanie, a raczej przesłuchanie, trwało jeszcze kilka minut. Po zadaniu ostatniego pytania psycholog przez dłuższą chwilę coś notowała w milczeniu. – Proszę teraz odpocząć. Ja zaraz przekażę opinię panu doktorowi. Miłych snów – pożegnała się z dziwnym smutkiem w głosie. Wyszła, zanim zdążyłem ją zatrzymać. Przez kolejnych kilka dni czułem ból lub walczyłem z nudą. Były jeszcze odloty po lekach przeciwbólowych, ale rzadko. Pierwsze dwie cechy wydawały się czymś w rodzaju naczyń połączonych: z każdym kolejnym dniem nuda narastała, kosztem cierpienia. Cały ten czas starałem się dowiedzieć czegoś więcej o wypadku, uzyskać odpowiedzi na kilka pytań: czy powiadomiono moją dziewczynę i firmę, w której pracowałem? Czy mogę skorzystać z telefonu i uspokoić bliskich, którzy pewnie odchodzą od zmysłów? Ja bym odchodził. Odpowiedzią zawsze było milczenie. Pielęgniarki kazały pytać lekarzy, lekarze odwiedzający mnie na dyżurze kierowali do ordynatora, a ten zapytany po prostu zmieniał temat. Kiedyś zaczaiłem się na niego, jeśli można w ten sposób określić niecierpliwe oczekiwanie. – Panie doktorze, jak wyglądał mój wypadek? – wypaliłem, gdy tylko pojawił się w drzwiach. Stanął, pomacał się po kieszeni kitla, jakby szukał długopisu, zawrócił i wyszedł bez słowa. Tamtej nocy obudził mnie huk za ścianą, a raczej uderzenia o ścianę. Potem jakiś mężczyzna krzyknął, kilka osób gdzieś pobiegło. Z gorączkowych rozmów wyłapywałem pojedyncze słowa. „Mówiłem, że trzeba je położyć dalej!” – wrzeszczał doktor dyżurny. Ktoś wydawał polecenia, ktoś odpowiadał na pytania. Hałasowały maszyny, szurały kółka wózków. Po kilku minutach drzwi do mojej jedynki otworzyły się. – Wszystko u pana w porządku? – spytała drobna pielęgniarka. Nie widziałem jej twarzy. Padające zza jej pleców światło raziło. – W porządku – odpowiedziałem i syknąłem z bólu. – Co się stało? Przez chwilę wahała się, nic nie mówiąc. – Niech pan wypoczywa – powiedziała w końcu. – Za chwilę zajrzy do pana lekarz. Wyszła, zamykając drzwi. Harmider trwał jeszcze kwadrans. Lekarz przyszedł dopiero o świcie. – Panie Wojtku, jak się dziś czujemy? – Sięgnął po kartę. – Co to były za hałasy w nocy? – spytałem, starając się nie poruszać żuchwą. – Hałasy? A, tak. Pacjenci trafiają do nas przez całą dobę. Zwykła pracowita noc – zbył mnie, nie podnosząc wzroku. Teraz to już mnie trochę wkurzył. – Czemu nikt mi nic nie mówi? Co mi jest? Co się stało w nocy? – rzuciłem serię pytań, zanim zdążył mi przerwać. Podniósł wzrok i patrzył na mnie przez kilka sekund z kiepsko maskowaną troską. – Musi pan zrozumieć, że to, co panu powiem, jest przeznaczone tylko dla pana – ostrzegł po chwili milczenia. – Pana przypadłość ma cechy zagrożenia epidemiologicznego. Właśnie sąd rozpa32


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

truje wniosek w sprawie umieszczenia pana w placówce zamkniętej, dopóki nie znajdziemy sposobu na wyleczenie pańskiej przypadłości. – Proszę przestać kluczyć – poprosiłem zrezygnowany. – Nikomu nic nie powiem, skoro i tak zamierzacie mnie zamknąć. – No dobrze. Słyszał pan może o różnych tajemniczych wypadkach? Ludzie zderzali się ze sobą, wypadali z okien, wpadali pod samochody, pociągi... – To samochód we mnie uderzył? – przerwałem. – Nie – zaprzeczył. – Uderzyła w pana kobieta, która wypadła z okna prosto na pana. Takich przypadków ostatnio jest coraz więcej. Podejrzewamy, że przyciąga pan wysokie kobiety. – Jak to przyciągam? – Dosłownie. Znajdujące się w pobliżu wysokie kobiety fizycznie przyciąga pan do siebie, i to z taką siłą, że kończy się to tragicznie nie tylko dla nich, ale też dla pana i panu podobnych. Roześmiałem się i natychmiast przestałem, porażony bólem. Czekałem chwilę, aż mroczki przed oczami zblakną, a szczęka przestanie pulsować. – To jakaś bzdura. Chce pan powiedzieć, że lecą na mnie wysokie kobiety? Dosłownie lecą? – Wiem, jak to brzmi, ale tak właśnie jest. Nie jest pan pierwszy, zapewniam. Z jakichś powodów to zjawisko się nasila. A najgorsze, że nie znamy jego przyczyny ani sposobów leczenia. Nic nie wiemy. Możemy tylko tworzyć bufor. Izolować osoby takie jak pan, żeby nie skrzywdziły nikogo więcej. W tym siebie samych. Sam pan boleśnie odczuł, jakie obrażenia może spowodować taka waląca się z drugiego piętra postawna kobieta. Trawiłem otrzymaną diagnozę. Lekarz taktownie milczał, chociaż widać było, że bardzo chce coś powiedzieć. – A ten huk w nocy... – Żeńska drużyna koszykówki po wypadku drogowym. – Nie pozwolił mi dokończyć. – Niefortunnie jedną zawodniczkę umieszczono w sąsiednim pokoju. Za blisko, jak się okazało. – Co z nią? – Niestety, uderzyła w ścianę głową. Szczegóły poznamy dopiero po sekcji. Sam pan rozumie, że musimy pana izolować. Przytaknąłem, myśląc o biednej dziewczynie, której roztrzaskana czaszka zdominowała moją wyobraźnię. Lekarz przekazał mi jeszcze jakieś instrukcje, ale już go nie słyszałem. Zastanawiałem się, co będzie dalej. Jeszcze kilka dni temu miałem normalne życie – praca, dziewczyna, znajomi. A tu nagle wypadek, a potem te tajemnice, dziwne zachowanie personelu szpitala. W końcu informacja, że zamkną mnie w jakimś ośrodku. Ta ostatnia wiadomość jeszcze do mnie nie dotarła, nie martwiła. Połamane kości i obity mózg wydawały się z ulgą przyjmować perspektywę ciągłego leżenia, lenistwa, opieki, szczególnie że przecież z każdym dniem powinno boleć mniej. Cały dzień nudziłem się, bawiąc się tą myślą. *** Obserwowałem owiniętą bandażem dłoń, która podniosła gońca i postawiła go na przeciwległym końcu szachownicy, niedaleko mojego bezbronnego króla. – No i mat. Jeszcze partyjkę? – spytał mój przeciwnik bez szczególnego zadowolenia w głosie. – Ale robisz postępy. Jeszcze rok, dwa i będziesz ogrywał większość naszych towarzyszy niedoli. Wygrywał bez przerwy i bez wyjątku od dwóch miesięcy. Po prawdzie przy pierwszej wygranej też się nie ucieszył, a przynajmniej tego nie okazał Milczałem. Tygodnie bólu żuchwy i twarzy oduczyły mnie mówienia bez potrzeby.

33


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Pewnego dnia, gdy już mogłem samodzielnie wstawać i przemieszczać się, poszedłem do szpitalnej świetlicy, w której wisiał stary telewizor. W wiadomościach obejrzałem materiał o separowaniu niebezpiecznych mutantów, którzy samą tylko swoją obecnością zagrażają zdrowej populacji. Potem poszło z górki. Jakiś polityk chlapnął coś o prewencyjnej eliminacji, rodzice i działacze społeczni nagle poczuli straszne obawy o bezpieczeństwo swoich dzieci. „Magnetyczna osobowość” skojarzyła się z parafiliami i tak już zostało. Chora fascynacja zlała się ze śmiertelnym przerażeniem. Uciekliśmy z naszego specjalnego oddziału wojskowego szpitala pod silną eskortą policji i żandarmerii wojskowej w kilku konwojach, które rozjechały się w różnych kierunkach. Pacjenci znajdowali się w zaledwie co czwartym pojeździe. Mimo mistrzowskiego – według mnie, laika – przygotowania akcji i wytyczenia trasy z dala od ośrodków miejskich, wskutek naszego przejazdu zginęło kilkanaście kobiet – pod kołami eskortujących nas samochodów, przeciśniętych przez płoty, rozbitych o ściany, chodniki i drzewa. Mój przejazd też nie odbył się bez incydentów. Przez małe okienko z żółtą szybą ze zbrojonego szkła widziałem wiejskie przedszkole. Dzieci bawiły się na huśtawkach, wspinały się na liny. Nie widziałem całego terenu przez stojącą przy płocie kapliczkę z gipsową Maryjką w błękitnej szacie. Nie widziałem też samej ofiary. Po prostu dzieci zaczęły wrzeszczeć, plac zabaw zmienił się w pobojowisko, jedno dziecko zawisło głową w dół, z nogą zaplątaną w liny, inne spadło na piankową powierzchnię, zjeżdżalnia zatańczyła jak uderzony w bok samochód. Sekundę później kapliczka przechyliła się, figura rozbiła chroniącą ją szybę i roztrzaskała się o chodnik przykryty sztucznymi kwiatami. Przez resztę drogi próbowałem sobie wyobrazić, jak wyglądała przedszkolanka. Miałem nadzieję, że przeżyła, że dzieciom nic się nie stało. Wozili mnie po kraju dwadzieścia godzin, zanim wojskowa sanitarka odbiła w leśną drogę, podczas gdy reszta konwoju pojechała prosto. Dojechaliśmy do pięknego pałacyku, właśnie remontowanego, z ożebrowaniem z rusztowań i z wydymającymi się na wietrze żaglami siatek zabezpieczających. Po miesiącu od naszego przybycia zniknęły rusztowania, po kolejnym wreszcie przestano nas wyganiać z pomieszczeń, do których dopiero miała wejść ekipa remontowa, i na stałe rozmieszczono nas po pokojach, ucichły wiertarki udarowe i bluzgi robotników, umilkł odbijający się echem łomot przestawianych drabin i zwalanych desek. Nasza trzydziestka zajęła lewe skrzydło pałacyku, urządzone ze smakiem i dbałością, żeby pokoje kojarzyły się raczej z hotelem lub sanatorium niż z psychiatrykiem czy ortopedią. Sam szpital mieścił się w środkowym skrzydle, a w prawym znajdowały się pomieszczenia techniczne i administracyjne. Do dyspozycji mieliśmy kilkuhektarowy zaniedbany park, gęsto zarośnięty dorodnymi drzewami, zdziczałymi żywopłotami, z pokrytą mchem nieczynną fontanną, straszącą u szczytu figurą łabędzia lub kaczki z łbem urwanym przy korpusie. – Grasz jeszcze? – Głos mężczyzny wyrwał mnie z zadumy. – Co? A, tak. Możemy zagrać – zgodziłem się, nie starając się ukryć znudzenia. Z Łukaszem, szpakowatym profesorem fizyki w średnim wieku, który namówił mnie na pierwszą partyjkę, zaprzyjaźniłem się niemal od razu. Był interesującym rozmówcą, a raczej wykładowcą. Robił za moje prywatne radio. Normalnego radia nie mieliśmy. W ogóle mieliśmy niewiele. Psychologowie zalecili blokadę informacyjną, co wojskowi lekarze uznali za rozkaz, nie propozycję, dlatego byliśmy zupełnie odcięci od mediów i informacji ze świata. Wyobraźnia trepów również nie akceptowała tego, że nie każdy z nas będzie zachwycony siłownią, nie wyskoczy pod sufit na widok biblioteczki złożonej z kilkunastu tomów klasyków, nie zachłyśnie się obfitością gier, skoro mieliśmy do wyboru tylko szachy, warcaby i go. Gdy w końcu zbuntowaliśmy się i zażądaliśmy od dyrektora zakupu planszówek, doszły jeszcze pudła z Monopolem, Scrabble i zestawem setki gier dla całej rodziny,

34


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

obecnie wszystkie rozkompletowane przez frustrata z ósemki, który każdą przegraną partię kończył wywracaniem stolika. Rozstawiłem białe figury i wykonałem pierwszy podręcznikowy ruch pionkiem. – Tak sobie ostatnio myślałem, że to nie jest kwestia ani psychologii, ani biologii. – Grający czarnymi Łukasz odpowiedział ruchem swojego pionka, jednocześnie rozpoczynając którąś już z kolei dyskusję na temat naszej przypadłości. Naszych, poprawiłem się, bo akurat na niego leciały rude, przez co, jak sam podkreślał, stanowił statystycznie znacznie mniejsze zagrożenie niż ja. – Podejrzewam, że obecni tu lekarze i naukowcy nadal za bardzo skupiają się na skutkach, zamiast na przyczynach. – Nie rozumiem – odpowiedziałem z grzeczności, potwierdzając, że słucham, i przesunąłem drugiego piona, odblokowując drogę gońcowi. – Dla porównania: nie potrafimy wyjaśnić działania mózgu. Jest on tak złożony i zbudowany z tak drobnych elementów, tak nanoskopijnych procesów, że tutaj już w grę wchodzą mechanizmy kwantowe, a nie klasyczne. Z tego powodu w neurologii dominuje tak specyficzna metodologia badań. Z jednej strony jest bardzo doświadczalna, rozpoczyna się od obserwacji i eksperymentów. Z drugiej strony trudno z wyników tych eksperymentów ekstrapolować ogólniejsze teorie. Ten i ten obszar w mózgu odpowiada za mowę, bo tak wykazały badania. – Łukasz podniósł wieżę, przystawił ją sobie do prawej skroni, a następnie postawił obok mojego skoczka. – Ale dlaczego akurat ten obszar? I czy ta obserwacja pozwala nam przewidzieć, który obszar odpowiada za słuch? Otóż nie ma takiej możliwości. W tym celu, szanowny kolego, trzeba przeprowadzić eksperymenty pod kątem słuchu. To są wszystko badania objawów, nie przyczyn. Ale nawet stworzenie całej mapy mózgu, ujęcie wszystkich procesów, wszystkich zmysłów i w ogóle wszystkich funkcji pełnionych przez ten cenny organ, nie daje odpowiedzi na podstawowe dla każdego naukowca pytanie: dlaczego? – Dlaczego? – powtórzyłem bez szczególnego entuzjazmu, starając się dzielić uwagę między planszę a wykład. Fizykowi rozmowa w trakcie gry najwyraźniej nie przeszkadzała. I tak zawsze wygrywał. – To bardzo dobrze postawione pytanie! – Łukasz tak krzyknął, że aż podniosłem wzrok. Rozsiadł się bokiem, zakładając nogę na nogę. Brakowało mu tylko fajki w podniesionej do brody dłoni. – „Dlaczego” powinno być tym pierwszym pytaniem stawianym przez każdego badacza. Po jego zadaniu często się zdarza, że musi ono zostać odsunięte na dalszy plan, zastąpione przez inne. Pytanie „dlaczego działa mózg” musiało pojawić się przed „jak działa mózg”. „Jak rozpalić ogień” zapewne poprzedziło sformułowanie „dlaczego ogień płonie”. Na późniejszych etapach pojawia się „dlaczego w ten sposób”, „dlaczego nie w inny” i podobne. Każde kolejne odkrycie powoduje powstawanie kolejnych pytań. W tym właśnie tkwi geniusz sokratejskiego scio me nihil scire. – Nie znam łaciny – odburknąłem i zbiłem jego królową. Nie przejął się tym. Nie przejął się również moim tonem. – Wiem, że nic nie wiem – kontynuował. – Im więcej wiem, tym więcej stawiam pytań. Tak było w przypadku Newtona. Dlaczego owo anegdotyczne jabłko spadło; jak to się stało, że spadło; czy każde jabłko tak spada i tak dalej. Odkrył oddziaływanie grawitacyjne. Potem był Maxwell i oddziaływanie elektromagnetyczne, potem były słabe i silne oddziaływania podstawowe. A to tylko namnożyło pytań. Dlaczego wszechświat zachowuje się inaczej, niż by wynikało z tych oddziaływań? Czemu wydaje się, że waży więcej, niż przypuszczaliśmy, czemu nie widzimy tego, co tyle waży? Z pewnością kiedyś odpowiemy na te pytania, ale to nadal nie będzie koniec naszej drogi. To oczywiście tylko jedna dziedzina nauki, która, na dodatek, wydaje się bardzo odległa od neurologii. Ale tylko pozornie... – Dlaczego lecą na mnie wysokie kobiety? – przerwałem mu monolog, który zmierzał w dziwnym kierunku. Robiłem tak ostatnio coraz częściej. Łukasz wydawał się posiadać niewy35


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

czerpany zasób tematów i zagadnień, które najpierw nieśmiało, a potem coraz odważniej przedstawiał swojemu jedynemu słuchaczowi, który nie groził mu biciem, jak miało to miejsce w przypadku niektórych naszych współtowarzyszy. – Znów świetnie zadane pytanie – pochwalił mnie zupełnie niezrażony. – Przeanalizujmy najpierw dostępne nam skąpe dane. Z różnych dziedzin – dodał po chwili. – Wszyscy jesteśmy mężczyznami i na nas wszystkich lecą kobiety. To dwa fakty prawdziwe w przypadku trzydziestu podmiotów przy braku jakiegokolwiek wyjątku. To już coś. Nasze pochodzenie i doświadczenia życiowe nie są istotne jako czynniki, bo są zupełnie różne. To, że jesteśmy jednej narodowości, też nie ma znaczenia, bo ośrodek nasz jest ośrodkiem lokalnym i prawdopodobnie ma swoje odpowiedniki w innych państwach. Czyli czynniki społeczne i genetyczne możemy pominąć. Zostaje ewentualnie do zbadania para chromosomów XY, ale to nie moja dziedzina. Umieszczam jednak ten czynnik na tablicy. – Gestem przybił niewidzialną szpilką nieistniejącą karteczkę. – Idźmy dalej. Orientacja seksualna, skoro magnetyzm dotyczy różnych płci... brak danych, czyli na tablicę. – Wbił drugą wyimaginowaną szpilkę. – Preferencje seksualne... bez znaczenia. – Jak to „bez znaczenia”? – zaprotestowałem. – Bez znaczenia. Przyznałeś, że wolisz kobiety niskie, a lecą na ciebie wysokie. Ja osobiście lubię dziewczyny rude i lecą na mnie rude. To już dwa różne wyniki przy badaniu zaledwie dwóch podmiotów. Bez znaczenia, jeżeli uznamy dane z wywiadu za wiarygodne. Ale na razie inne metody weryfikacji są niedostępne. Chociaż w sumie to masz rację. Na tablicę. – Podniósł dłoń i przybił kolejną wyimaginowaną szpilkę, po czym chwycił gońca, o którym zupełnie zapomniałem, i ustawił go w pozycji szachującej, osłoniętego przez wieżę. – I mat. Dziękuję pięknie za miłą rozmowę. – Wstał, podał mi dłoń i wyszedł z sali w kierunku pokojów. Dochodziła szesnasta, czyli zapewne poszedł się przespać przed wieczorną serią badań i wywiadów. Spakowałem szachy do drewnianego pudełka i poszedłem za nim. Miałem nadzieję, że tej nocy nie będzie mnie budził. Jego problemy ze snem nasilały się. Doskonale go rozumiałem, bo jak wypoczywać, skoro nie ma tu za bardzo jak się zmęczyć? Gdy nie mógł zasnąć, przychodził do mojego pokoju i wyciągał mnie na partyjkę czy dwie. Na początku musieliśmy zapalać w świetlicy wszystkie lampy, podłączone pod jeden włącznik, ale nasze schadzki stały się tak częste, że dyrektor ośrodka w końcu sprezentował nam gustowną lampę stołową i zegar szachowy. Dyrektor chyba myślał, że z wdzięczności rzucimy się mu na szyję, ale tylko w milczeniu wzięliśmy oba pudełka – Łukasz zegar, ja lampę – i poszliśmy wypróbować ten nowy kołowrotek dla chomików. *** Liście w parku pożółkły i opadły. Każdy kolejny dzień był coraz chłodniejszy, coraz częściej padał deszcz lub nieprzyjemna mgła barwiła całą okolicę na szaro. Dlatego też rzadziej chodziłem na spacery. Dostaliśmy ciepłe kurtki wojskowe, wełniane skarpety i wysokie buty, których jednak nie dało się zasznurować do samej góry przez bransoletę z lokalizatorem. Wszyscy musieliśmy nosić taką „biżuterię”. Pewnego poranka, gdy tylko się rozjaśniło, Łukasz wyciągnął mnie do parku, dużo dalej niż zazwyczaj – Przeprowadzimy dowód pewnej hipotezy, która przyszła mi do głowy we śnie. Przedzieraliśmy się przez powiązane pajęczynami krzewy, deptaliśmy suche badyle, brodziliśmy w zwałach liści. Po kwadransie doszliśmy do ogrodzenia zwieńczonego spiralą z drutu kolczastego. – Obserwują nas – stwierdził, rozglądając się po parku. 36


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Co teraz? – spytałem zdyszany po forsownym marszu. – Teraz czekamy. Jakiś czas temu przechodziłem tędy i usłyszałem klakson. Gdzieś niedaleko znajduje się droga lub zabudowania, tego jestem pewien. Usiedliśmy na śliskim od mchu pniu. Łukasz milczał, więc i ja skupiłem się na analizowaniu faktury ścieżek wydrążonych przez owady w leżącym nieopodal kawałku drewna. Po dziesięciu minutach znudzony chciałem zaproponować, żebyśmy wracali, ale nie zdążyłem. – Padnij! – polecił Łukasz i pociągnął mnie na ziemię. O siatkę z hałasem uderzyło coś ciężkiego. Zerwałem się do biegu, ale uchwyt za ramię ponownie ściągnął mnie do parteru. – Czekaj, aż się uspokoi! – warknął fizyk. Leżeliśmy jeszcze chwilę, dopóki nie doszły nas odgłosy szybkich kroków i okrzyki. – Nadchodzi kawaleria. – Łukasz wstał i spojrzał w stronę ogrodzenia. – Tak jak myślałem. Rośnie zasięg oddziaływania. Podniosłem się i spojrzałem na rozciągnięte na stalowej siatce ciało wysokiej kobiety, mierzącej na oko metr osiemdziesiąt. Nie żyła, ale nadal wisiała na ogrodzeniu na wysokości około metra nad ziemią. Za naszymi plecami pojawiło się trzech żołnierzy. – Już wracamy. – Łukasz uprzedził rozkazy i pociągnął mnie za ramię. – Chodźmy. Podejrzewam, że zwłoki opadną, zanim dojdziemy do ośrodka. Przynajmniej jeszcze teraz. W drodze powrotnej próbowałem zapytać go o tę wyśnioną hipotezę, ale tylko potrząsnął głową i wskazał eskortujących nas żołnierzy. Dopiero po kolacji, przy partycje szachów, ściszonym głosem wytłumaczył, o co mu chodziło. – Oddziaływanie rośnie w siłę, to znaczy zwiększa się jego zasięg. To po pierwsze. Po drugie, jest zjawiskiem zupełnie niezależnym od czynników psychologicznych. Przynajmniej ofiary. Zauważyłeś, że ciało kobiety nadal wisiało na płocie, mimo że już nie żyła. Czyli to ciało oddziałuje, nie żywa osoba. No i po trzecie, nie jest to oddziaływanie symetryczne, mimo że to niemożliwe. Gdyby tak było, ty również byś skończył jak ta nieszczęsna kobieta. Ostatnia wiadomość mną wstrząsnęła. Zerwałem się na równe nogi. – Hola, czyli nie wiedziałeś, czy przeżyję ten eksperyment? Łukasz gestem kazał mi usiąść, po czym przytknął palec do ust. – Tak podejrzewałem po tym, co mi powiedziałeś o tej koszykarce w szpitalu. Ale nie, nie wiedziałem – dodał szczerze i bez cienia skruchy. – Poza tym, gdybyś jednak zginął, wiedzielibyśmy, czy kobiety lecą na nas czy na nasze ciała. Rozumiesz, jakie to ma znaczenie? Zaprzeczyłem ruchem głowy. Gniew na przyjaciela gdzieś wyparował. Całkowicie pochłonęła mnie jego fascynacja badacza. – Czy w obecnym stanie odważyłbyś się przejść przez cmentarz? – spytał z rozbawieniem na twarzy. Na początku nie zrozumiałem. Dopiero po chwili wyobraziłem sobie wyskakujące z ziemi i atakujące mnie trumny. Roześmiałem się. – A czy wpuściłbyś wysokie kobiety na cmentarz, na którym cię pochowali? Przestałem się śmiać. Faktycznie coś w tym było. Jeżeli nawet po śmierci mogliśmy stanowić zagrożenie, coraz większe, jeżeli domysły Łukasza miały się potwierdzić, to nasza przyszłość, nawet najbliższa, nie wyglądała szczególnie optymistycznie. Tego samego dnia zostaliśmy przesłuchani przez dyrektora placówki, tego miłego dyrektora, który uparcie doszukiwał się u każdego z nas objawów schizofrenii. Po kilku dniach Łukasz podniecony wpadł do mojego pokoju. – Płot przestawili. Teraz możemy się oddalić od ośrodka na pięćset metrów, nie więcej. No i potwierdziła się moja teoria, ta z cmentarzem. Obudzony nie do końca łapałem jego słowa. Poprosiłem gestem, by dał mi chwilę do namysłu. 37


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Jak się potwierdziła? – spytałem zachrypniętym głosem, ciągle trąc oczy. – Ktoś umarł? – Nie! Podjechało mobilne krematorium. Takie, jakich używali do utylizacji wołowiny z prionami. Gdzieś na świecie musiało dojść do incydentu w trakcie pogrzebu jednego z naszych. – Że co?! Będą nas palić? – Nie tak od razu – zaprzeczył. – Ale w dłuższej perspektywie jaką mają alternatywę? Jeżeli zasięg oddziaływania nadal będzie rósł, to niedługo będziemy ściągać kobiety z całego świata. A pokolenie później ludzkość wymrze. – Ale tak nie można. Przecież ja nic nie zrobiłem! – broniłem się, jakby działania wojska w jakikolwiek sposób zależały od opinii Łukasza. – Poza tym nie wszystkie kobiety wymrą. – No, nie wiem. Każda potwora, jak to mówią – zażartował, puszczając oko. Gdy wyszedł, wyjrzałem przez okno na parking, gdzie pomiędzy samochodami cywilnych i wojskowych pracowników ośrodka, obok busa, którym zaopatrywano stołówkę, stały dwie zielone ciężarówki z budami skrywającymi coś, czego się obawiałem, a czego domyślił się mój przyjaciel. Następnego dnia znów graliśmy w szachy. Ja tym razem czarnymi. Rozmawialiśmy cicho. Z każdym dniem ciszej. Czy zamilkniemy całkiem, zanim nas wyprowadzą na parking i – sam nie wiem – rozstrzelają? – ...dlatego mamy tak szczelną obustronną blokadę informacyjną – jak zwykle perorował Łukasz. – Z pewnością większość ludzi najchętniej już teraz by nas zlikwidowała, ale mamy też obrońców, i to zapewne wpływowych. Ba, jestem przekonany, że cenzura dotyka nie tylko nas. Wyobrażasz sobie, że ktoś tam na zewnątrz nie został przechwycony? Mieszka w jakimś klasztorze lub w gospodarstwie z dala od ludzi, a lecą na niego na przykład zielonookie? Albo inaczej. Dziewczyna w okolicy źle się poczuła i z tej okazji biorą jakiegoś sąsiada na widły, bo lada moment wybije całą wioskę? Niech ci się nie zdaje, że choć na metr odpełzliśmy cywilizacyjnie od palenia czarownic. Panika, niepokoje, manifestacje, rozruchy. Tego akurat nikt nie potrzebuje, skoro można nas po cichutku najpierw zamknąć, a potem zlikwidować. To samo dotyczy zwykłych ludzi, nie tylko decydentów. Jeżeli masz się zmierzyć z problemem etycznym, którego nie rozumiesz, skoro nawet ja nie rozumiem, to na wszelki wypadek będziesz to ignorował. Lub będziesz ignorował osoby, których ten problem dotyczy. To bardzo naturalne zachowanie. A władze tylko pomagają, nie przepuszczając żadnych informacji na nasz temat. Nasze popołudniowe, poranne i nocne partyjki były coraz bardziej przygnębiające. Przekonałem się już, że Łukasz po prostu opisuje mi świat. Nie zamierza go w żaden sposób zmieniać, jedynie go bada. Przygnębienie potęgował fakt, że obserwacje miał celne, a z rozumowaniem nie sposób było polemizować. Wieczorem rozstawaliśmy się bez słowa po trzecim lub czwartym macie. Szliśmy na kolację, a potem do swoich pokojów. Zasypiałem po długich godzinach gapienia się w sufit i zastanawiania się, kiedy i kto wyciągnie mnie z pościeli i postawi pod ścianą. Czy w nocy? Najlogiczniej byłoby w nocy. – Ludzie lubią spokój i przewidywalność, dlatego nie będą ryzykować sytuacji, w których mogłoby dojść do nieplanowanych zdarzeń – tłumaczył fizyk. – Ja bym nas załatwił we śnie. Od tamtej rozmowy sprzed tygodnia czekałem w napięciu, dopóki wyczerpany nicnierobieniem nie zasypiałem. Czasami Łukasz pukał do drzwi, gdy jeszcze boksowałem się z myślami. Obudził mnie hałas. Byłem przekonany, że śni mi się, jak ktoś mną potrząsa. – Wstawaj. – Łukasz silił się na szept. – Wstawaj. Jest okazja. Od razu wyskoczyłem z łóżka, gotów biec. Dopiero wtedy przystanąłem. Przecież nie wiedziałem, dokąd, ani po co. – Zmarł Gunter, ten z dwunastki, ten od biuściastych – wytłumaczył mi bardziej niż zwykle podniecony przyjaciel. – Mamy wreszcie przynętę. Wybywamy stąd! Przymykałem wciąż nieprzyzwyczajone do światła latarki oczy, zbierałem myśli. Dopiero ostatnie słowa przebiły się do mojej świadomości. 38


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Ale czemu uciekamy? – spytałem trochę głupio, nawet jak na moje możliwości. – No co ty? – zdziwił się fizyk. – Przecież nie będziemy tu czekać, aż nas upieką, co nie? *** – Liczyłem – szeptał, gdy szliśmy przez pogrążone w ciemności korytarze z zawiniętym w pościel ciałem. – Wychodzi na to, że obecnie ściągamy kobiety z odległości około ośmiuset metrów, przy czym dopiero w okolicach dwustu podrywają się do lotu. – To czemu tamta w parku... – Sama podeszła – odpowiedział zasapany, zanim zdążyłem dokończyć pytanie. – Skoro coś zaczęło ją ciągnąć, to podeszła sprawdzić, co to jest. Kiwnąłem głową, chociaż Łukasz nie mógł tego dostrzec. – A po ucieczce co zrobimy? – Nie pytałem o sposób wydostania się z ośrodka, ani o powód zabierania ze sobą ciała Guntera. – I tak jesteśmy trupami – stwierdził beznamiętnie. – Wcześniej czy później każdy z nas trafi na swoją wybrankę. Zasięg się zwiększa, więc trzeba wiać tam, gdzie przez jakiś czas nie będzie miał znaczenia. – Chyba została nam pustynia – zakpiłem. – Nie pustynia – odpowiedział z powagą. – Mieszkanki tamtego rejonu są wysokie. Syberia, a dokładniej odległe, azjatyckie rejony Syberii. Niskie czarnowłose kobiety. Może nawet będziemy mogli zamieszkać w jakiejś wiosce? – rozmarzył się. – A po śmierci nas pochowają i jakiś czas później pierwsze kobiety spoczną na naszych grobach. Pewnie z Jakucka. A może od razu cała grupa, jakiś objazdowy zespół ludowy? Jak nasze Mazowsze – zażartował, a ja poczułem się nieswojo. – Tak nie wolno – zaprotestowałem. – Nie wolno, jeśli żyjemy w normalnych warunkach społecznych. W naszym przypadku kodeks etyczny nie działa. Jakoś nie zmartwiłeś się tamtą rozpaćkaną dziewczyną w parku. Ona już nie była dla ciebie człowiekiem. A raczej to my już nie jesteśmy ludźmi. Teraz „my” i „oni” to zupełnie różne gatunki. My im zagrażamy, oni zagrażają nam. Oni chcą nas wyeliminować, to dlaczego mamy pozostać im dłużni? Uśmiechnąłem się na tę myśl. W szczęce odezwał się ból, co mnie trochę zaniepokoiło, podobnie jak spokój, z jakim przyjąłem jego słowa. W myślach wizualizowałem sobie lekarzy, pilnujących nas żołnierzy, pokiereszowaną kobietę na płocie. Nic. Nie wzbudzali żadnych ciepłych uczuć, żadnej solidarności gatunkowej. Inaczej niż moi towarzysze niedoli. Niektórzy z nich byli strasznymi prymitywami, ze słownikiem złożonym głównie z bluzgów i błędnie wypowiadanych słów, jak „włanczać” czy „wziąść”. Inni byli agresywni, pozostali po prostu mało interesujący lub irytujący. Ale to z nimi wszystkim bardziej się utożsamiałem na jakimś atawistycznym poziomie. Kiedy do tego doszło? Już tutaj, to pewne. Pamiętam wyrzuty sumienia z powodu koszykarki w szpitalu i przedszkolanki, która zginęła w trakcie naszego transportu. Odgłosy głuchych uderzeń przychodziły w koszmarach. Po przyjeździe do ośrodka odczuwałem szczerą ulgę, że nikogo więcej tu nie skrzywdzę. Na początku niektórzy pacjenci przyjaźnili się z personelem placówki. Wspólne sale wypełniały rozmowy, żarty, docinki, śmiechy, z czasem coraz rzadsze i cichsze. Wszyscy, my i oni, cięliśmy pępowiny, oddalaliśmy się od siebie. To była wojna, kolejna po walce między neandertalczykami a homo sapiens. I to raczej my byliśmy tymi pierwszymi. – Jaki masz plan? – Wróciłem na ziemię. – Bus zaopatrzeniowy wyjeżdża za dwie godziny. Zostawimy w środku trupa... – Nie sprawdzą?

39


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Nigdy nie sprawdzają – odpowiedział pewnie. Nie doceniłem go. Mimo pozornej obojętności cały czas działał. – W samochód uderzy jakaś ofiara, prawdopodobnie szybko, bo biuściastych jest raczej sporo. Zakładając, że faktycznie sprawa naszej przypadłości jest wygaszana, na miejsce oddelegowany zostanie personel z naszego ośrodka. Poza tym kierowca wie, co nam dolega i sam zadzwoni do pałacu. W całym zamieszaniu powinniśmy wymknąć się do parku. Ogrodnik kilka tygodni temu zostawił sekator przy fontannie. Wydostaniemy się bez przeszkód. – A bransolety? – Bransolety zostawimy koledze Leszkowi. – Leszek był tym furiatem, który zdekompletował gry. – Pokazałem mu prosty algorytm na wygrywanie w warcaby. – Nikt nie będzie pilnował? – spytałem. – A skąd – odburknął. – Do około dwustu metrów od budynków możemy się przemieszczać, nie zwracając niczyjej uwagi. Dopiero wyniesienie bransolety dalej aktywuje alarm. Gdyby nie nadzór elektroniczny, pewnie by nas pilnowali, a tak mogą sobie podrzemać w fotelu. Poza tym przez te kilka miesięcy nikt nawet nie próbował uciekać. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. – A ten wypadek przy płocie? – Do ogrodzenia każdy z nas podszedł przynajmniej raz. To część normalnego zachowania, sprawdzanie rewiru. Między innymi dlatego cię wyciągnąłem. Byłeś ostatni przy ogrodzeniu. Nawet Gunter zaliczył spacer przed tobą. – Pomyślałeś o wszystkim – stwierdziłem z podziwem. – Się okaże – odpowiedział skromnie. Bus piekarni stał tuż przy tylnym wejściu do budynku, ukryty za dobudówką mieszczącą piec centralnego ogrzewania. Kierowca nie zamykał drzwi, nawet ja o tym wiedziałem. Po co, skoro nikt nie mógłby stąd wyjechać, a większość nawet by się nie skusiła na pordzewiałego Transita. Transport przynęty zajął nam kwadrans. W powrotnej drodze do pokojów Łukasz wyjaśnił, że z przyczyn biologicznych czas między trzecią a czwartą nad ranem jest okresem najlepszym dla podejmowania ucieczek. – Szczególnie w sytuacji, gdy nikt się ucieczki nie spodziewa – dodał z zadowoleniem. Wróciliśmy do naszego skrzydła, nie napotykając po drodze żywej duszy. Łukasz faktycznie mógł mieć rację. Znowu poczułem podziw dla jego przenikliwości. Psychologiem okazał się wcale nie gorszym niż szachistą. Przed pokojem Leszka przyjaciel klęknął i przez chwilę majstrował przy mojej bransolecie. Następnie zdjął swoją. Cały czas trzymał nadajniki w zaciśniętej dłoni. Z obu końców pasków zwisały cienkie kabelki. – Czujniki temperatury i zamknięty obwód – wyjaśnił. – Nie są zbyt wyrafinowane, ale lepiej nie ryzykować. Poczekaj tu – polecił i zniknął za drzwiami. Starałem się usłyszeć, o czym rozmawiali, ale drzwi zbyt dobrze wygłuszały dźwięki. Po chwili Łukasz wyszedł i gestem wskazał mi drogę. – Ostatnia prosta, a potem wolność – powiedział z zapałem w głosie, gdy weszliśmy do świetlicy. – Co teraz? – Teraz to my sobie, panie kolego, zagramy. Białe? – Sięgnął po drewniane pudło. Zdawało mi się, że piony zaszurały wyjątkowo głośno. – Chcesz grać? – spytałem zdziwiony. Trup leżał na pace busa, nasze obroże opinały teraz łydkę Leszka, a Łukasz spokojnie proponował partyjkę, zapewne przy naszym stoliku stojącym przy ogromnym oknie bez zasłon. Nic się nie stało, proszę państwa, my sobie popykamy jak zwykle... W tym momencie do mnie dotarło, czemu służył ten dziwny rytuał, to bezczelne zrywanie mnie z łóżka o dziwacznych godzinach, ten brak rytmu, brak schematu.

40


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Białe? – powtórzył pytanie, nie zwracając uwagi na moje oburzenie. Nie odpowiedziałem, tylko włączyłem lampkę i zająłem swoje miejsce przy stole. Fizyk wysypał piony i odwrócił szachownicę. Spojrzał na zegar wiszący nad drzwiami do szpitala i nastawił odliczanie na szachowym, tylko swojej połówce urządzenia. Żeby uspokoić nerwy, skupiłem się na grze. Tym razem wybrałem debiut z szybkim rozwojem figur. – W społeczeństwie, czy raczej w stadzie, istnieje bardzo istotne kryterium, które moglibyśmy wykorzystać jako argument za naszym przetrwaniem. Użyteczność – zaczął swój wykład Łukasz. – Jak już mówiłem, mamy stan zawieszenia norm etycznych wskutek niemożliwości pogodzenia celów naszych i ich. Są sprzeczne. Dlatego pomyślałem, że istnieć może tylko jedna analogiczna sytuacja, w której spełnione są dwa warunki: nie obowiązują normy, co nazwę warunkiem A, i jesteśmy użyteczni dla stada, czyli warunek B. To wojna z amazonkami – dodał po chwili mojego milczenia. Podniosłem wzrok. Wyglądał na strasznie z siebie zadowolonego. Pierwszą partię przegrałem dosyć szybko, znowu zapędzony królem w róg i pozbawiony poddanych. Łukasz czasami celowo dawał mi łupnia, nie ze złośliwości, jak podejrzewałem, ale z nudów. Też nie miałem specjalnej ochoty na grę. Ustawiliśmy piony i odwróciliśmy planszę. Coraz częściej zerkaliśmy na zegar. Przyjaciel milczał. Spoglądał w okno i starał się rozluźnić. Męczące trzy kwadranse w końcu upłynęły. – Co teraz? – spytałem, gdy zegar zabrzęczał. – Teraz dla odmiany sobie poczekamy. – I zbił mi gońca. Odmiana nie trwała zbyt długo. Najpierw zaklekotał diesel busa, dwadzieścia minut później zaczęło się szaleństwo. Jakiś żołnierz zajrzał do świetlicy. – Kontynuować – polecił, widząc nas siedzących jak zwykle przy szachownicy. Wojskowe buty łomotały na drewnianych schodach i posadzkach. Słyszeliśmy walenie w drzwi, wezwania do pobudki. Do naszego pomieszczenia zaglądano jeszcze kilka razy, a potem wszystko ucichło, gdy drużyna naszych stróżów zbiegła na parking i odjechała w stronę bramy. – Pewnie jeden strażnik został na korytarzu w naszym skrzydle, ale my tam już nie wracamy. Kończysz? – spytał Łukasz, widząc, że wodzę laufrem nad szachownicą. W końcu postawiłem figurę. – Szach, brawo – pochwalił mnie przyjaciel i wyciągnął dłoń z gratulacjami. – A teraz już chodźmy. Proponuję piwnicami pod szpitalem do skrzydła administracji. W szczytowej ścianie drzwi są otwarte, bo tam pracownicy urządzili sobie palarnię. Z budynku wyszliśmy bez przeszkód. Nie biegliśmy. Łukasz dyktował tempo żwawego marszu, który nie męczył, za to rozgrzewał. Przy pierwszym ogrodzeniu, tym nowszym, fizyk dłuższą chwilę walczył z gęstą siatką. Druga była już mocno skorodowana, dlatego poszczerbiony sekator poradził sobie bez problemu. Uciekałem truchtem. Nie odczuwałem żadnych specjalnych emocji. Nie byłem ani radosny, ani przygnębiony. Nie czułem podniecenia. Biegłem za przyjacielem, który miał tylko jeden plan – ukryć się i przeżyć, dopóki będzie to możliwe, a potem skończyć z hukiem. I ja miałem mu w realizacji tego planu towarzyszyć. *** Ognisko dogasało pod coraz intensywniejszym deszczem. Siedziałem zmarznięty, częściowo schowany pod plandeką, którą ukradliśmy z pobliskiego domku letniskowego, razem z kuchenką gazową, kocami i ubraniami. Altanka stała niedaleko jakiegoś starego cmentarza. Przy okazji tej wyprawy potwierdziła się teoria przyjaciela, że ich zwłoki są dla nas zagrożeniem, tak jak nasze dla nich. Wialiśmy, kryjąc się za drzewami, a bryły ziemi, kawałki kamiennych płyt, okuć, drewna i wyschniętych ciał leciały 41


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

w naszą stronę cuchnącą stęchlizną lawiną, boleśnie raniąc i kalecząc. Wtedy właśnie postanowiliśmy, że nie będziemy ryzykować dalszego marszu. – Nici z Syberii. Za późno uciekliśmy. O wiele za późno – stwierdził zrezygnowany, gdy wymęczeni, obici i brudni skończyliśmy rozstawiać obóz. Ha, obóz: ognisko, szałas z plandeki i kilku patyków, prawie pusta butla gazowa i kuchenka z przepalonym sitem. – To był tylko jeden cmentarz – zaprotestowałem. – To był pierwszy, nie jeden. Oberwaliśmy trupami kobiet pochowanych może w dziewiętnastym wieku. Skąd wiesz, że nie trafisz na jakąś neolityczną nekropolię? Na cmentarz choleryczny, w końcu na pochowanych cywilów z którejś z ostatnich wojen? A przecież musimy omijać również żywe kobiety. Nawet do morza się nie przebijemy, a z pewnością nie znajdziemy środka transportu, żeby dotrzeć nawet do Finlandii. – To może samochodem? – Odpada – uciął od razu. – Pamiętasz konwój? Znowu byłem w takim stanie, jak przed ucieczką. Rano obchodziłem teren w poszukiwaniu kawałków drewna, rozpalałem ogień i gapiłem się w płomienie. W nocy leżałem przytulony plecami do Łukasza, szczękając zębami z zimna i bijąc się z myślami o sen. Łukasz chrapał, a może się dusił, bo oddech miał nierówny. Cichł na kilka sekund, a potem ze świstem wciągał haust powietrza. Przeziębienie sprzed tygodnia rzuciło mu się na płuca. Z domku letniskowego zabraliśmy apteczkę. Były w niej antybiotyki, ale jakieś przypadkowe i mocno przeterminowane. Nie pomagały. Nie pomagała też listopadowa pogoda. Przymrozki zdarzały się już codziennie, wiatr kąsał twarz, deszcze przeplatały się z mgłami. Spojrzałem na pobliski głęboki wykop. Codziennie musiałem go poprawiać, wybierać błoto, wzmacniać brzegi. Czekaliśmy na pierwszy śnieg. – Zakładam, że siła przyciągania będzie rosła również po śmierci – tłumaczył mi Łukasz kilka dni wcześniej, gdy kopałem grób. – Nie ma powodów, żeby przypuszczać inaczej, skoro nie ma znaczenia, czy żyjemy my czy nasze ofiary. Dlatego poleżę sobie pod ziemią, a gdy mnie w końcu odkryją, będzie za późno. Teraz to mnie wkurzył. – I to jest twój plan? A jaki masz dla mnie? Co mam robić, jak już cię pochowam? – wydzierałem się, wściekły na siebie, że dałem się wyciągnąć z komfortowego sanatorium, w którym nas trzymano, na Łukasza, którego pomysł wyprawy na Syberię nie wypalił, na ziąb, na wilgoć, na osuwające się błoto. – Rozumiem, że mam nie sadzić tulipanów, bo wielka tajemnica się wyda! A pomyślałeś, że ja za tydzień czy rok będę tak samo żywy jak dziś, tylko bardziej głody, i że będę musiał jakoś sobie radzić? Jaki masz dla mnie plan, kolego szach i mat? Jak przesuniesz swojego pionka? Mężczyzna milczał. Siedział skulony, wpatrzony w ogień, przykryty wszystkimi kocami i pledami, jakie udało nam się zdobyć. W tym momencie nie było mi go żal. – Obiecaj, że zostaniesz ze mną do końca – poprosił cicho, niepewnie. – Oczywiście, że zostanę! – krzyknąłem oburzony. Dłuższą chwilę myślał nad czymś. – Rachunek prawdopodobieństwa jest przeciwko tobie, ale szansa jest niezerowa. Pójdziesz w stronę ośrodka, starając się odtworzyć trasę. Po drodze przecięliśmy trzy lub cztery szosy, już nie pamiętam. Gdy dotrzesz do pierwszej, poczekasz na pierwszy samochód. Spróbuj go zatrzymać. – Co dalej? – spytałem, bo to był przecież mój plan, który od razu odrzucił jako nierealny. – Zabijesz kierowcę. – Co? – Wpadaniu na mnie wysokich kobiet nie mogłem w żaden sposób zapobiec, ale morderstwo z premedytacją? On chyba oszalał!

42


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Nie musisz, jeżeli odda ci samochód i smartfona lub GPS, i obieca, że na ciebie nie doniesie – odpowiedział spokojnie. – A jeżeli nie będzie miał smartfona? – To zatrzymasz i zabijesz kolejnego. Aż do skutku. Pomysł Łukasza był straszny, szalony. Nie chciałem słuchać, co dalej. Nie wyobrażałem sobie, że byłbym w stanie czatować w krzakach i szlachtować każdego kierowcę, którego uda mi się zatrzymać. – W smartfonie uruchomisz mapę i wyznaczysz trasę. Musi być możliwie prosta i omijać skupiska ludzi. – Że mam omijać miasta i wsie, to oczywiste, ale czemu prosta? – spytałem, nie rozumiejąc. – Bo będziesz jechał z maksymalną możliwą prędkością. Praktycznie nie ma szans, żeby nie poleciała na ciebie przynajmniej jedna kobieta. Dlatego twoją jedyną nadzieją jest bezwładność. Jeżeli nie zdążysz odjechać, zanim nabiorą prędkości, jesteś trupem. Rozumiesz? Kiwnąłem głową. Szykowała się niezła przejażdżka, pomyślałem, starając się zapomnieć o wcześniejszym punkcie planu. – Jeżeli będzie ci brakować paliwa, zatrzymasz się w odludnym miejscu, najlepiej zjechać głęboko w las, i poczekać do nocy. Nie zbliżaj się do stacji, jeżeli są tam inni klienci. – Co dalej? – Dalej już nic. – Wzruszył ramionami. – Jeżeli wcześniej nie zginiesz, to albo znajdziesz się w pułapce, albo cię złapią. Będziesz mógł wybrać, czy chcesz wjechać w tłum na jakimś deptaku, zrobić rundkę po centrum miasta, czy podetniesz sobie żyły i wjedziesz do jeziora. Rozumiesz? Będziesz miał wybór. Taki jak ja. Ja zamierzam z czasem urządzić małą hekatombę. Ty możesz zrobić podobnie albo od razu zginąć z hukiem. A jednocześnie mi pomożesz, bo odciągniesz uwagę. Im dalej dotrzesz, tym lepiej. Próbowałem go namawiać, żeby uciekał ze mną, dopóki był w stanie. Na początku uprzejmie odmawiał, uzasadniał, tłumaczył. Potem już tylko odszczekiwał. Odpędzałem od siebie uczucie zniecierpliwienia, że jeszcze nie umarł, że jestem tu uwięziony. Po tylu miesiącach nudy, ba, po całym moim nudnym życiu, nie mogłem się doczekać chwili, gdy ruszę w świat. Może nie po to, by go podbić, ale z pewnością, by pobić. Bez przerwy myślałem o tamtej rozmowie. Starałem się wykrzesać w sobie jakieś uczucia do tych biednych wysokich dziewczyn, do tych rudych, do kierowców. Nic z tego. Nie obchodzili mnie. Zresztą mój smutny los też już mnie nie wzruszał. „Etyka nie działa” – mówił Łukasz w trakcie ucieczki i wcześniej. Miał rację. Kładłem się z myślą, że już jutro mogę obudzić się sam, obok stygnącego ciała. To też mnie nie ruszało. *** – Zmiana planów – stwierdził przyjaciel, gdy grzaliśmy się przy ogniu. Wiatr nie był jakoś szczególnie dokuczliwy, ale temperatura zwiastowała zimę. Odchylił się i sięgnął po coś, co leżało za nami. Zanim zdążyłem się odwrócić, poczułem ukłucie między żebrami, od którego straciłem oddech. Coś momentalnie zaczęło mi się gromadzić w tchawicy, podchodzić pod krtań. Kaszlnąłem, a na mojej dłoni i spodniach pojawiły się czerwone krople. Dźgnął mnie jeszcze trzykrotnie, a potem delikatnie położył na ziemi. – Potem mogę być zbyt słaby, żeby cię zakopać – wytłumaczył, wycierając mi policzek z krwi. – Pochowam cię, a potem sobie gdzieś odpełznę. Odwrócę uwagę. To będzie niezły kawał, co nie? Odpowiedziałem mu mrugnięciem.

43


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Odłożył łopatę i zaczął udeptywać ziemię. Całość przysypał liśćmi, patykami, kawałkami mchu. Deszcz załatwi resztę. Maszty szałasu i trzonek narzędzia połamał i rzucił w pobliskie krzaki. Plandeka, mocno zniszczona i brudna, metalowe naczynia, łyżka, łopaty i koce, których nie zamierzał zabierać ze sobą, wylądowały w rowie na stosie worów ze śmieciami, starych opon, plastikowych butelek i gruzu. Porządkowanie długo trwało, bo musiał często przystawać, czasem siadać, z wysiłkiem łapiąc oddech. Rozgarnął jeszcze ognisko, z trudem naciągnął kurtkę Wojtka na swoją własną i ruszył w stronę ośrodka. Miał nadzieję, że starczy mu sił.

44


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Joanna Radosz: Jego portret Lucyna zachwiała się i byłaby upadła, gdyby nie podtrzymała jej męska ręka. – Odpocznij. Za chwilę spróbujesz jeszcze raz. Nie posłuchała. Wcale nie chciała odpoczywać. Wyprostowała się, ściągnęła łopatki i wzięła głęboki wdech. Z zewnątrz musiało to wyglądać tak, jakby przymierzała się do ćwiczenia jogi na środku chodnika i z pewnością zwracało uwagę przechodniów – ale to Lucyny nie obchodziło. Otworzyła szeroko oczy i nie mrugała, aż obraz stracił ostrość od nadpływających łez. Kontury budynków zaczęły się rozmywać. Ostre linie miękły, wyginały się w esy-floresy i tworzyły nowe, obłe kształty. Znikał śnieg na dachach i kopułach. Kolory blakły, póki nie pozostała jedynie czerń i biel, i nieskończona skala szarości pomiędzy nimi. Przez krótką chwilę cały świat dookoła był jedną wielką szarą plamą i Lucyna poczuła ukłucie obawy, że zaraz straci przytomność. Nic takiego nie nastąpiło. Poczuła tylko lekkie mdłości, a potem obraz zaczął powoli wracać do normy, jakby ktoś ustawił odpowiednią ostrość w aparacie fotograficznym. Z bezkształtnej masy wyłoniły się domy i drzewa, i ludzie, i nawet stylizowane na gotyk litery na szyldzie sklepu po przeciwnej stronie ulicy. Zniknęła świeża warstwa tynku na odnowionych kamienicach. Znikły plastikowe ramy okien w domu nad sklepem. Pojawił się za to trzepak widoczny za bramą prowadzącą na jedno z podwórzy. Na chodnikach były teraz zaparkowane nie bmw i toyoty, a polonezy i fiaty, z przewagą „maluchów”. Przechodnie też nosili inne stroje: starsi mieli na sobie długie połatane płaszcze, młodzi krótkie kurtki, które zapewne byłyby w jaskrawych kolorach, gdyby świat, który widziała teraz Lucyna, nie przypominał czarno-białego zdjęcia. Na ramieniu czuła dłoń Jaromira, ale nie odwróciła się, by sprawdzić, jak teraz wygląda jej opiekun. Pamiętała jego ostrzeżenia: żadnych gwałtownych ruchów, żadnych burzliwych emocji. Stała więc i obserwowała przemieszczający się po ulicy tłum. Szyldy sklepów i budka telefoniczna na końcu ulicy wskazywały na lata dziewięćdziesiąte, podobnie jak ubiór przechodniów. Doprecyzować rok można by po postępie prac remontowych, więc Lucyna zapamiętywała szczegóły, które zamierzała potem przekazać rodzicom. Mama, konserwator zabytków i pasjonatka historii Torunia, na pewno pomoże w ustaleniu, do którego roku trafiła córka. Oczywiście Lucyna nie tak zamierzała sprawę przedstawić. Powie, że znalazła u babci zdjęcie i chciałaby je wykorzystać jako inspirację do obrazu, a informacji potrzebuje, by uzyskać kilka niezbędnych detali. O tym, czym naprawdę zajmuje się dziewczyna, nie mieli pojęcia ani rodzice, ani sama babcia, przekonana, że wnuczka od rana do wieczora przesiaduje na uczelni. Lucyna zebrała myśli. Wiedziała, że jeśli się rozproszy, natychmiast utraci wizję. Sztucznie wywołane obrazy przeszłości różniły się od spontanicznych tym, że ich wygenerowanie i utrzymanie kosztowało znacznie więcej energii. Nie mogła jednak ograniczać się do tego, co podsuwają jej zmysły – nie, jeżeli chciała się na coś przydać Jaromirowi i innym toruńskim magom. Na razie jej zadaniem było wyczucie własnych możliwości. Po dłuższej chwili obserwacji przeszła więc do czynów: zrobiła krok, potem drugi, ostrożnie przeszła przez ulicę i wmieszała się w tłum. Ludzie wyglądali jak prawdziwi! Gdy Lucyna celowo otarła się o ramię jakiegoś przechodnia, poczuła bijące od niego ciepło. Otworzył usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo. Trąciła jeszcze kogoś, kobietę z wózkiem. Czarno-białe dziecko pod czarno-białym kocem otwierało i zamykało usta, marszczyło się, szarość jego twarzy intensywniała, ale to wciąż było nieme kino. Nie słyszała ani dziecka, ani jego oburzonej matki, ani rozmowy starszego pana i młodej, na oko nastoletniej dziewczyny, wychodzących z budynku, w którym kiedyś mieszkało zaprzyjaźnione z dziadkiem małżeństwo...

45


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Lucyna zatrzymała się gwałtownie, tamując ruch i wzbudzając mnóstwo niemego sprzeciwu. Jej wzrok zawisł na towarzyszu dziewczyny, jego kurtce od Lloyda, zbyt cienkiej na tę porę roku, sztruksowych spodniach, obrączce na środkowym palcu... Z pamięci wypłynęło zdanie, które pamiętała równie wyraźnie, jak sklep ze słodyczami na rogu ulic Słowackiego i Matejki czy nieprzebytą gęstwinę pod domem dziadków. Kiedy mierzyliśmy obrączki, miałem spuchnięte palce. Miał spuchnięte palce, więc omyłkowo wziął za duży rozmiar i obrączka zsuwała się z serdecznego palca. Dlatego przez całe życie nosił ją na środkowym. Dopiero kiedy umarł i obcy ludzie dotykali jego zimnego ciała, ktoś przełożył obrączkę tam, gdzie – zdaniem pracowników domu pogrzebowego – powinna była się znajdować. Lucyna jako jedyna dostrzegła ten detal i w domu pogrzebowym potajemnie, ocierając płynące uparcie łzy, założyła obrączkę dziadka na jego środkowy palec. Miała trzynaście lat i taki drobiazg wydawał jej się odpowiednim hołdem dla zmarłego. Teraz patrzyła na mężczyznę jak zaczarowana. Te same wąsy, które pamiętała z dzieciństwa. Ten sam ciasno owinięty wokół szyi szal. Gesty obcego-nieobcego też były identyczne. Tylko ta dziewczyna – kim ona była? Walczakowie mieli samych synów, a ich wnuczki dopiero poszły do gimnazjum. Dziadkowie z kolei mieli tylko jedno dziecko, ojca Lucyny – i tylko jedną wnuczkę. Dziewczyna nie mogła być nikim obcym. W pewnym momencie złapała mężczyznę za ramię. Opowiadała coś, wspomagając się gestykulacją. A on, ten wiecznie poważny, smutny wręcz rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika (i, jak dowiedziała się niedawno Lucyna, czołowy przedstawiciel lokalnej społeczności magów) – on śmiał się beztrosko. Lucyna nie pamiętała dziadka takiego. Ten człowiek był nim i nie był jednocześnie, i oba te wrażenia odczuła tak silnie, że w pewnym momencie zerwała wizję. Kolory i kontury nowych budynków wróciły z taką siłą, że Lucyna upadła na kolana. W ustach poczuła metaliczny smak krwi. Odruchowo, nie myśląc wcale o swoim stanie, przytknęła wierzch dłoni do krwawiącej dziurki nosa. Wzrokiem, rozbieganym i wciąż nieostrym, szukała czarno-białej postaci Teodora Krasy, piętnastego rektora Kopernikańskiego Uniwersytetu Magicznego i jej ukochanego dziadka. Jego już nie było. Została tylko dziewczyna w krótkiej czerwonej kurteczce, z długimi prostymi włosami spływającymi aż za łopatki. Dziewczyna, którą Lucyna uznałaby za niestrząśniętą z umysłu część wizji, gdyby nie smartfon w jej dłoni. – Co się stało? Źle się czujesz? – zapytał troskliwie Jaromir, podtykając jej chusteczkę do nosa. Przyjęła pomoc i krytycznie przyjrzała się zakrwawionej ręce. – To nic. Nic takiego – wyjąkała, nie patrząc w oczy staremu magowi. Była jego uczennicą od ponad roku, znała dość dobrze jego możliwości, a mimo to nie mogła się pozbyć wrażenia, że gdyby zobaczył jej wzrok, natychmiast zrozumiałby, co ujrzała. Dziewczyna stała kilkanaście metrów dalej i przyciszonym głosem dyskutowała z kimś przez telefon. Lucyna otworzyła usta, żeby poprosić o możliwość spróbowania jeszcze raz – a potem spojrzała na krew krzepnącą na dłoni i rozsądek zwyciężył nad porywem irracjonalnej nadziei. *** Po powrocie do domu długo nie mogła sobie znaleźć miejsca. Babci nie było – zostawiła kartkę, że idzie do Cieślakowej z sąsiedniej ulicy na brydża, a w lodówce jest kurczak z warzywami. Wystarczy wstawić do piekarnika i nawet taka kuchenna łamaga jak Lucyna Krasa dostanie ciepły i smaczny obiad. Dziewczyna jednak nie miała ochoty na jedzenie. Wcisnęła się w kąt swojego pokoju, zawinęła w koc i z kubkiem herbaty w dłoni zatopiła w myślach.

46


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Minęło półtora roku, odkąd oświadczyła rodzicom, że wyprowadza się z domu, a wymarzoną grafikę będzie studiować w Toruniu. Półtora roku, odkąd zamieszkała z babcią i odkąd wokół niej zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z początku nie zwracała uwagi na to, że czasem „widzi” obrazy z przeszłości – w końcu w Toruniu się urodziła, tu spędziła dzieciństwo. Mogło jej się zwidywać, że przy ulicy Słowackiego wciąż stoi budka kiosku z odłażącą płatami zieloną farbą, a w podziemiach budynku, w którym niegdyś mieszkała babcia, nadal znajduje się sklep typu mydło i powidło. Dopiero później odnalazła Jaromira – a właściwie to Jaromir odnalazł ją – maga, który wytłumaczył, że Lucyna jako wnuczka rektora Uniwersytetu Magicznego dysponuje niezwykłymi zdolnościami. Wrodzony talent pozwalał jej widzieć przeszłość miejsc jak żywą, porównywać niegdysiejszy stan danej lokacji z obecnym i odnajdować ogniska żywotnej magii, której nie zatarł czas. Nie była to może zdolność spektakularna, ale ponoć rzadka i – po odpowiednim treningu – przydatna dla magów z najpotężniejszego w Polsce ośrodka sztuk nadprzyrodzonych. Ze swoim talentem Lucyna mogła odkrywać tajemnice z przeszłości i przyczynić się do zwiększenia siły defensywnej magii w całej Polsce. A kiedyś, dodawał konspiracyjnym szeptem Jaromir, mogłaby nawet stać się kolejnym przedstawicielem rodu Krasów na czołowych stanowiskach Kopernikańskiego Uniwersytetu Magicznego. Z początku odrzuciła ten dar. Rysowanie było całym jej życiem, ale dwa miesiące na studiach graficznych wystarczyły, by Lucyna zrozumiała, że choćby zarywała noce i pracowała trzy razy ciężej niż reszta, nie dorośnie do talentu ludzi ze swojej grupy. Nie dostała plastycznego daru – jej w udziale przypadł dar magiczny. Była gotowa obrazić się na niesprawiedliwy los... ale potem przypomniała sobie portret dziadka wiszący w gabinecie Jaromira i to, jak Teodor dawno temu przyprowadzał ją do rektoratu UMK i pokazywał miejsca niedostępne oczom zwykłych śmiertelników. Coraz częściej nawiedzała ją myśl, że to, co tam zobaczyła, było efektem jej daru – projekcją przeszłości. Może dziadek pierwszy poznał się na jej talencie i gdyby tylko zdążył, wyszkoliłby ją na maga... To nie Lucyna wybrała magię – magia sama wybrała Lucynę. Dziewczyna rozpoczęła naukę na nadnaturalnym odpowiedniku Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, czyli Kopernikańskim Uniwersytecie Magicznym, i dziś wiedziała już, że to z magią chce związać swoje życie. Same wykłady i ćwiczenia nie wystarczyły, więc ubłagała Jaromira, by pomógł jej zapanować nad umiejętnością widzenia przeszłości miasta. Wracała do domu wieczorem albo wręcz w nocy, wykończona, lecz zadowolona – umiała już trafić w okolice wybranego momentu historycznego, cofnąć się o pół wieku i wyostrzyć kontury. Obraz dawnego Torunia powracał w snach, z których Lucyna budziła się przepełniona szczęściem. Ale teraz magia i trening nie miały znaczenia. W jej głowie został tylko dziadek – bo to nie mógł być nikt inny – jej dziadek, którego zobaczyła w towarzystwie tajemniczej dziewczyny. I nieznajoma, która nie znikła, zaledwie Lucyna wróciła do teraźniejszości. Tak się nie zdarzało. Ludzie sprzed lat byli kimś innym niż obecni torunianie. Umiejętność pozwalała widzieć tych, którzy spacerowali ulicami w danym momencie historii, a nie odmłodzonych obecnych przechodniów. Mogło się, oczywiście, zdarzyć, że dziewczyna zrządzeniem losu chodziła po ulicy Mickiewicza i na początku lat dziewięćdziesiątych, i obecnie, i nawet jakimś cudem nosiła ten sam płaszcz – ale jakie było tego prawdopodobieństwo? Lucyna mogła o to wszystko zapytać Jaromira. Podejrzewała jednak, że po pierwsze wielki mag mógł tego sam nie wiedzieć (widzenie przeszłości, jak twierdził, nie należało do jego specjalności), po drugie zaś zainteresowałby się nadmiernie przyczynami niepokoju dziewczyny. A już na pewno nie zgodziłby się na to, co zamierzała zrobić. Ufała Jaromirowi jak mało komu, lecz tę sprawę musiała załatwić sama.

47


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Przyszła na Mickiewicza bladym świtem, jeszcze przed zajęciami. Sama nie wiedziała, na co liczyła. Szanse na to, że budynek, z którego wychodziła nieznajoma, to jej dom, były nie większe niż na to, że znalazła się tam pierwszy i ostatni raz w życiu. Lucyna jednak liczyła na cud. Na razie cieszyły ją przynajmniej widoki – w nocy spadł śnieg i teraz skrzył się na ulicach i dachach w blasku pierwszych promieni. Świt wstawał nad Toruniem różowo-liliowy, postrzępione chmury przypominały pierwsze malarskie próby Lucyny. Mroziło, więc dziewczyna mocniej otuliła się kurtką, przycupnęła na słupku obok zamkniętego, spowitego mrokiem supermarketu – i czekała. Minął kwadrans, potem pół godziny, wreszcie godzina. Drzwi kamienicy po drugiej stronie ulicy nie chciały się otworzyć. Znudzona i rozproszona Lucyna spróbowała skupić umysł – i wbrew zaleceniom Jaromira, by nie trenować samodzielnie, poczęła wyobrażać sobie to, co poprzedniego dnia. Połowa lat dziewięćdziesiątych. W sklepach w końcu jest wszystko, tylko w portfelach nie ma pieniędzy, więc towary psują się na półkach. Na ulicy panuje mieszanka pstrokatej mody z Zachodu i szarego, bezkształtnego komunizmu. Kamienice już nie lśnią dawnym blaskiem, ale nie zmarniały jeszcze na tyle, by zainteresował się ich losem Wojewódzki Konserwator Zabytków... ...obraz stracił ostrość, znikły kolory... ...słabość, szum w uszach, boli głowa... Lucyna zamrugała gwałtownie. Skup się. Masz to. Widzisz to. Szare plamy nabrały realnych kształtów, na ulicach pojawili się ludzie, ubyło za to samochodów. Te zaś, które stały zaparkowane połową kół na chodniku, w niczym nie przypominały nowych audi czy bmw. Niewątpliwie się udało. Wróciła do tamtego obrazu. Nie zamierzała robić nic złego i już tym bardziej się przetrenowywać. Chciała tylko coś sprawdzić. Wstała ostrożnie i ruszyła przed siebie niepewnym, chwiejnym krokiem. Dezorientował ją brak dźwięków. Przez kilka pierwszych treningów była na skraju obłędu, gdy zatapiała się w świat całkowitej ciszy. Potem przywykła, ale wciąż czuła się niepewnie, gdy przechodziła przez ulicę, wiedząc, że ani pisk opon, ani wycie silnika nie uprzedzą jej o nadciągającym samochodzie. Była zdana tylko na swój nadnaturalny wzrok. Kierowana niezrozumiałym odruchem, wydobyła z kieszeni zwinięte w kłębek słuchawki, wcisnęła je do uszu i podłączyła do telefonu. Kilka kliknięć i uszy wypełnił dźwięk piosenki. Ale jakiej! Spośród trzystu utworów, które zgrała na komórkę, odtwarzacz wylosował piosenkę wzbudzającą nazbyt wiele skojarzeń. There were nights when the wind was so cold – rozbrzmiał pierwszy wers It’s All Coming Back To Me Now. Kinga, jej przyjaciółka, zawsze kojarzyła ten utwór ze swoją pierwszą nieszczęśliwą miłością. Dla Lucyny wiązał się on z zupełnie innymi wspomnieniami. Wyobraźnia podsunęła fragment teledysku, na którym Marion Raven jawi się Meat Loafowi w formie zjawy i razem śpiewają o przeżytych wspólnie chwilach. Obraz był tak żywy, że Lucyna omal nie straciła wizji. Na szczęście Jaromir nauczył ją odsuwać od siebie rozpraszające bodźce – po kilku sekundach otoczenie znów stało się wyraźne, a piosenka, której teledyskiem zachwycała się wraz z dziadkiem, była teraz niczym więcej jak zwykłym tłem muzycznym. Drzwi okazały się ciężkie. Z początku zdawało się, że zostały zatrzaśnięte. Lucyna jednak wiedziała, że co najmniej do połowy budynków na tej ulicy można wejść bez użycia klucza, więc nie uległa pierwszemu wrażeniu. Miała rację – pchnęła kilka razy, a one w końcu ustąpiły. Skrzypnęły zapewne, ale tego już nie usłyszała. Udawała, że ten dźwięk zagłuszył głośniejszy takt w piosence.

48


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Wewnątrz powinien był unosić się zapach typowy dla toruńskich kamienic – mieszanka starości, piwnicznej woni i trutki na szczury. Lucyna wyobraziła go sobie i jak gdyby poczuła coś podobnego, tylko z silną domieszką śmierci. Kiedyś sądziła, że „zapach śmierci” to tylko jej szczenięce urojenie. Potem Jaromir udowodnił jej, że śmierć pachnie – lecz nieliczni skupiają na niej akurat zmysł powonienia... Lucyna wzdrygnęła się, ale nie zamierzała odpuszczać. Przed nią ciągnęły się w górę strome, wąskie schody, typowe dla tego rejonu Torunia. Po podobnych wspinała się rok temu, poszukując rozpaczliwie córki Jaromira. Wciąż nie była pewna swojej koordynacji ruchowej, ale pocieszała ją myśl, że utrzymywanie wizji łagodzi odniesione kontuzje. Ciekawość okazała się silniejsza od strachu i Lucyna ostrożnie, kurczowo trzymając się poręczy, ruszyła na górę. Walczakowie mieszkali na pierwszym piętrze, a przecież tylko ich mógł w tym budynku odwiedzać Teodor Krasa. ...prawda?... Poręcz była wręcz oblepiona kurzem i Lucyna z żalem myślała o stanie swoich rękawiczek. Bała się jednak iść bez podparcia. Za nią czarną otchłanią ziało wejście do kamienicy – przed nią ciągnął się czarny tunel ze słabym zarysem drzwi gdzieś na końcu. Dotarła na piętro i chociaż schody prowadziły wyżej i wręcz zapraszały do dalszej, pozostała na tej kondygnacji, opierając się dla odmiany o popękaną ścianę i niepewnym wzrokiem lustrując troje widniejących przed nią drzwi. Walczakowie mieszkali po lewej stronie. Po prawej – chyba – miał swoje dwupokojowe mieszkanko starszy pan z jamnikiem bez jednej nogi. A pośrodku... Myśl urwała się gwałtownie, gdy zza środkowych drzwi dobiegł ją dziewczęcy głos: – ...przecież ja wiem, że to nieprawda! Nie wróciłeś na zawsze, przyszedłeś tylko na chwilę, a potem znów odpłyniesz do tego innego świata. Jesteś tu już tylko gościem, prawda? Lucyna błogosławiła fakt, że trzymała się ściany, bo jak nic poleciałaby do tyłu, schodami w dół, i wizja zerwałaby się w okamgnieniu. Wyrwała z uszu słuchawki, omal nie wydzierając przy okazji złotych kolczyków – prezentu od mamy na osiemnaste urodziny. Ból płatka ucha był niczym w porównaniu z palącą ciekawością, gdy pierwszy raz zdarzyło jej się podczas wizji słyszeć d ź w i ę k! – Chciałabym, żebyś się odezwał – ciągnął głos zza drzwi i Lucyna przywarła do nich, irracjonalnie przekonana, że to właśnie głos tej dziewczyny. – Żebyś znów powiedział „Jestem z ciebie dumny, Nikola” albo nakrzyczał na mnie, że jestem nieznośną cholerą, a ty żałujesz, że kiedykolwiek powiedziałeś mi o magii... Wczoraj już mówiłeś, a dzisiaj znowu siedzisz niemy, patrzysz na mnie, na telewizor, a ja nawet nie wiem, czy mnie słyszysz. Powiedziałeś mi o magii... Lucynie wydawało się, że na chwilę przestała oddychać. – Tak, wiem, uprzedzałeś, żebym nie igrała z czasem – ciągnęła z rezygnacją dziewczyna, a w otaczającej Lucynę kompletnej ciszy ten głos wydawał się biciem dzwonów kościelnych na jutrznię. – Mówiłeś, że na koniec poplączę wszystko i sama stracę słuch albo wzrok, albo koniec końców oszaleję. Być może już jestem szalona. Ale teraz to wszystko jest inaczej, prawda? To tylko sen, który sama sobie wyśniłam. Śnię o tobie, żeby nie pamiętać, że w prawdziwym świecie ciebie nie ma... przeze mnie... Oddychając ciężko, Lucyna oparła się plecami o ścianę obok drzwi – i wtedy je poczuła. Drgania dookoła, wibracje, wprawiające w drżenie powietrze. Nie dźwięk, ale substytut dźwięku. Odskoczyła od ściany jak oparzona, lecz było już za późno. Głos rozległ się bliżej, tuż za drzwiami. – Ja otworzę. Wypuszczę cię do przedpokoju, a ty znowu znikniesz jak ostatnim razem. Przecież za drzwiami nikogo nie ma, prawda? W tym śnie nikt nie istnieje. To tylko rytuał wyglądania na kory...

49


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Sparaliżowana strachem Lucyna nie była w stanie się ruszyć. Nie drgnęła nawet wtedy, gdy drzwi otworzyły się bezszelestnie, a w progu, w nikczemnym oświetleniu, pojawiła się ona: czarnobiała dziewczyna z długimi ciemnymi włosami i niepomiernie zdumioną miną. Lucyna nie zdążyła się przyjrzeć nieznajomej. Najpierw znikła dziewczyna, a tuż po niej wszystko inne – świat spowiła czerń, a ciszę zastąpił natarczywy dźwięk pulsującej w żyłach krwi... Kiedy się ocknęła, leżała na zimnej, brudnej podłodze, tuż pod zamkniętymi drzwiami. Świat odzyskał kolory, a zza ściany niósł się odgłos pracującej wiertarki. Na korytarzu było pusto i ciemno, tylko przez wąskie okno, częściowo zasłonięte przez fikus w doniczce, próbowały wpadać promienie słońca i rozświetlać tańczący w powietrzu kurz. Lucyna podniosła się ostrożnie, posiedziała chwilę z zamkniętymi oczami, jak uczył Jaromir, po czym powoli i cicho, jak złodziejka, umknęła na dół. W głowie niczym natrętna mucha brzęczało imię: Nikola. *** Nie poszła na zajęcia. Wróciła do domu, powiedziała babci, że czuje się fatalnie (co nawet nie było kłamstwem) i w ubraniu rzuciła się na łóżko. Miała dziwne sny. Z plątaniny kształtów i kolorów wyłaniały się postacie i przedmioty, których nie znała i o których zapomniała tuż po przebudzeniu. W głowie pozostała tylko kartka urodzinowa: narysowana dziecięcą łapką laurka z kwiatami i prezentem obwiązanym umazaną (krzywo!) brokatowym klejem wstążką. Laurka, którą Lucyna podarowała dziadkowi, kiedy miała cztery albo pięć lat. Tylko we śnie z jakiegoś powodu laurka była podpisana: „Kochanemu Dziadkowi – Nikola”. *** – Dlaczego nie byłaś na wykładzie? – zapytał Jaromir, kiedy po południu pojawiła się w jego domu, rozpadającej się willi przy ulicy Słowackiego. Willa rozpadała się od niedawna – Lucyna nie mogła się powstrzymać i przejrzała pobieżnie jej historię – ale najpotężniejszy mag Torunia dbał tylko o imponderabilia i stan swojego domostwa ignorował. – Źle się czułam – przyznała zgodnie z prawdą. Talentem Jaromira było wyczuwanie kłamstw, toteż starała się ostrożnie dobierać słowa, by przekazać tę część stanu faktycznego, która nie naprowadziłaby starego maga na żadne podejrzenia. – To chyba jeszcze po wczorajszym... Westchnął. – Zaparzę ci ziółek, chcesz? Lucyna tylko kiwnęła głową, po czym złożyła ją na splecionych dłoniach i obserwowała krzątającego się po kuchni Jaromira. Pomieszczenie było wielkie, a drewniane szafki wypełniające całą przestrzeń między sprzętem AGD – staromodne, przez co kontrastowały z lodówką z elektronicznym panelem – jak na statku kosmicznym! – i podświetlaną tablicą na kuchence, wskazującą stopień rozgrzania i temperaturę każdego palnika z osobna. Na jednym z nich po chwili stanął aluminiowy czajnik z gwizdkiem, a Lucyna mimowolnie się uśmiechnęła. Sam Jaromir też był człowiekiem-kontrastem – nosił się jak stary profesor historii, rozmiłowany w sweterkach w serek i sztruksowych spodniach, ale już długie siwe włosy spinał w koczek na czubku głowy według najnowszych trendów. Gdyby zmienił ten retro ubiór, wyglądałby całkiem młodo – i z całą pewnością nie na swoje sto czterdzieści sześć lat. – Coś cię dręczy – stwierdził kilka minut później, stawiając przed nią dymiący kubek. – Nie chodzi po prostu o złe samopoczucie. Nie miała jak zaprzeczyć, więc tylko z westchnieniem skinęła głową. 50


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Miałam dziwny sen. – Znów mówiła ostrożnie, wybierając te słowa, które nie groziły zdradzeniem historii o nieznajomej towarzyszce dziadka. – Śniła mi się laurka, którą dałam dziadkowi Teodorowi... tylko że była podpisana nie moim imieniem. Zamiast mnie była tam jakaś... – zawahała się, po czym zamknęła oczy i dokończyła – ...jakaś Nikola. Z tego, co słyszała od babci i od samego Jaromira, wynikało, że były i obecny rektor Kopernikańskiego Uniwersytetu Magicznego nie darzyli się wielką sympatią. Szacunkiem – owszem, ale nigdy nie byli przyjaciółmi. Gdy jednak w oczach Jaromira dostrzegła błysk zdumienia, zaledwie wspomniała imię usłyszane w kamienicy, zrozumiała, że mag coś wie. – Pierwszy raz śniło ci się coś takiego? – Usiadł obok niej, zamiast naprzeciwko. Za ich plecami trzasnęły drzwi wejściowe. To przyszedł zapewne któryś z lokatorów. Jaromir Sokołowski – w przeciwieństwie do Teodora – był rektorem wyłącznie magicznego uniwersytetu i zaledwie pracownikiem dydaktycznym na UMK, toteż dorabiał, wynajmując studentom pokoje w swej willi. Lucyna przytaknęła, a potem, pod wpływem bacznego spojrzenia maga, przyznała się do wszystkiego: opowiedziała o dziewczynie, którą zobaczyła w wizji poprzedniego dnia, i o wizycie w kamienicy przy ulicy Mickiewicza. Kiedy skończyła, zapadła złowróżbna cisza. Jaromir milczał długo, a podłużne bruzdy na jego czole wskazywały na to, że mag poważnie się nad czymś zastanawia. Lucynie wciąż nieco dzwoniło w uszach po tamtej strasznej ciszy z wizji, a cisza napawała ją niepokojem. – Znowu dokopałam się do jakiejś tajemnicy z przeszłości? – zapytała wreszcie. – Nie wiem – przyznał Jaromir i spojrzenie jego jastrzębich oczu spoczęło na adeptce magii. – Wiem, że w życiu Teodora była taka dziewczyna. Nikola Sadowska. Tuż przed śmiercią, przedstawił ją dziekanowi Wydziału Historii Magii jako adeptkę obdarzoną naturalnym talentem manipulacji czasem. Było widać, że doskonale się znają, ale ani mnie, ani dziekanowi nie wyjaśnił, skąd, a my nie dopytywaliśmy. Każdy z nas ma jakieś tajemnice. Obracała się w towarzystwie magów dostatecznie długo, by wiedzieć, że z takim stwierdzeniem się nie polemizuje. Milczała więc, choć korciło ją, żeby spytać, jakie sekrety może mieć Pankracy Czacharowski, dziekan wydziału, na którym sama studiowała. Czacharowski zajmująco opowiadał o losach magii w „wiekach rozumu” i roli Zamku Dybowskiego w ochronie nadnaturalnych sił Torunia, ale wydawało się, że nie widzi życia poza swoimi tematami badań. Lucynie wydawało się, że myśli o mrocznych sekretach dziekana, żeby uciec od konieczności zadania pytania. Im więcej faktów na temat nieznajomej dziewczyny udało jej się wygrzebać, tym bardziej obawiała się zakończenia tej opowieści. – Co się stało z Nikolą... po śmierci mojego dziadka? – Znikła. – Jaromir wziął ze stołu jej pusty już kubek i obracał go w dłoniach, nie patrząc na Lucynę. Ona też unikała spojrzenia maga – zamiast tego wbiła wzrok w nowoczesną lodówkę, w której gładkiej, lśniącej powierzchni odbijała się jej sylwetka. Włosy barwy lnu, jak zwykle sterczące każdy w swoją stronę, chuda, pociągła twarz ze zbyt blisko osadzonymi oczami i zbyt wąskimi ustami... Ale nagle odbicie zmieniło się: włosy pociemniały, ułożyły się i wydłużyły, twarz nabrała objętości, a w oczach zalśnił obcy blask. Ona. Ta druga. Nikola. – Jak to: znikła? – Lucyna zrozumiała, że pytanie powinno wybrzmieć. – Teodor miał wypadek niedługo przed inauguracją roku akademickiego. Nikola nie przyszła na inauguracją, nie pojawiła się też na zajęciach, chociaż była na liście studentów. – I nie próbowaliście się z nią skontaktować, skoro mój dziadek twierdził, że była taka utalentowana? – Lucyna wiedziała, że zabawy czasem to jeden z najbardziej ryzykownych i najtrudniejszych działów magii historycznej. Nie były nawet wykładane na Uniwersytecie Kopernikańskim, ponieważ rada naukowa uważała, że tylko nieliczni studenci daliby radę zaliczyć

51


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ten przedmiot. Uczelnia zaś, w przeciwieństwie do swojego niemagicznego odpowiednika, bardzo dbała o stały dostęp do informacji o studentach i nie pozwalała im ot tak rezygnować z nauki. – Wszystkie jej dane Teodor miał nam dopiero przekazać – przyznał z westchnieniem Jaromir. – A Nikola wiedziała, że i tak ją znajdziemy, więc na jakiś czas wyjechała z kraju, do Hiszpanii, a tam, jak wiesz, nie sięgają wpływy Słowiańskiej Straży Magicznej. Wróciła dopiero zimą. Profesorowi Czacharowskiemu udało się ją znaleźć i namówić na spotkanie, ale Nikola stanowczo odmówiła wstąpienia na uczelnię. Nie byliśmy w stanie jej zmusić. Po pierwsze, mag w stanie przymusu staje się nieefektywny i może zaszkodzić sobie i innym. Po drugie, baliśmy się, co mogłaby nawyprawiać w odwecie. Z magią czasu nie ma żartów, a nikt z nas nie wierzył, że nie przeszła choćby podstawowego szkolenia u Teodora. Zresztą wskazuje na to sytuacja, o której mówisz. – Jaromir wstał i przeszedł się po kuchni, a podłoga skrzypiała pod grubymi podeszwami jego kapci. Na górze ktoś chodził, lekkie, skoczne kroki rozbrzmiewały nienachalnym echem. Szumiał damski głos, ale Lucyna nie rozróżniała słów. – Modelowanie ingerencji historycznej poprzez sny to typowa metoda testowania, na ile można sobie pozwolić w zabawie z czasem. – Zawiesił wzrok na Lucynie, a ona kiwnęła głową, by mówił dalej. Teorii magii czasu jeszcze nie przerabiała, a sama możliwość, że w jednej warstwie rzeczywistości znalazła się ona ze swoją wizją i Nikola ze swym snem, wydawała się kompletną abstrakcją. – Magowie czasu wykorzystują technikę świadomego snu, znaną też niemagicznym, by tworzyć bezpieczną symulację ingerencji w czas. – Cofają czas na próbę i sprawdzają, jakie będą efekty? – upewniła się Lucyna. Zaraz też pomyślała o grze komputerowej, którą przed wyjazdem pokazywała jej Kinga: tam też bohaterka umiała cofać czas, ale jej manipulacje miały daleko posunięte konsekwencje i dla niej, i dla całego otoczenia. Tak to sobie mniej więcej wyobrażała. – Dokładnie tak. Dzięki temu mogą oszacować bilans ewentualnych zysków i strat. Z tego, co mówisz, wynika, że Nikola wykorzystuje to do spotkań z kimś, z kim nie ma możliwości porozmawiać w inny sposób. – Jaromir przystanął i oparł się o zlew. Otarł z czoła pot; wyglądał na zmęczonego, jakby samo myślenie o tajemniczej Nikoli sprawiało mu trudność. – Z kimś, kto zapewne już nie żyje. Powiedział to nieco ciszej. Z pewnością dlatego, że na korytarzu znów rozległy się kroki, szybki stukot szpilek nowej lokatorki. Przemieszczała się z prędkością światła, jakby dbała o to, żeby w pędzie nie zobaczył jej nikt: ani sąsiedzi, ani Jaromir, ani jego goście. – Myślisz, że ona rozmawia z moim dziadkiem? – Natychmiast pojęła, że pytanie było zbędne. Przecież widziała Nikolę i jej projekcję Teodora. Od tego zaczęła się cała historia. – Ale jakim cudem mogłyśmy się spotkać? I dlaczego słyszałam jej głos, skoro wizje zawsze są nieme? – Jeżeli przypadkiem wybrałyście ten sam czas, ona dla swojego snu, ty dla wizji, mogłyście się spotkać na jednej płaszczyźnie alternatywnej rzeczywistości. A ponieważ obie byłyście w niej gośćmi, spotkałyście się niejako w poczekalni tego wycinka czasoprzestrzeni. Jaromir zawiesił głos i Lucyna czuła, że chciał powiedzieć coś jeszcze. Jednak czas mijał, a stary mag milczał. Patrzył tylko w dal, za okno, na rozciągający się po tej stronie willi park. Na pierwszym planie widniały wprawdzie nieprzebyte chaszcze, w które zamienił się zaniedbany ogród Jaromira, gdy zabrakło w nim ręki jego córki, lecz za ich pokrzywionymi, artretycznymi witkami widać już było ogrodzenie i drzewa obsypane śniegiem, i ścieżkę, po której o tej porze roku biegali tylko psiarze. Chciała wstać i w jakikolwiek sposób sprowokować Jaromira do reakcji, choćby udając, że wychodzi. Podniosła się z krzesła i wtedy usłyszała jego głos: – Ty widzisz przeszłość, ale nie możesz w nią ingerować. Nikola ponoć potrafi po omacku nakręcać na nowo zegar czasu. Niech mnie kule biją, jeśli Teodor nie zaplanował, że stworzycie doskonały duet. Wasze spotkanie nie mogło być przypadkiem. 52


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Sama była zaskoczona spokojem, z jakim spojrzała w oczy magowi i z jakim odpowiedziała: – Wiem. Dziadek na pewno miał to w planach. – Nie będzie dziś treningu. – Jaromir myślami był już daleko. – Idź szukać Nikoli. – Ja? – zdziwiła się. – Jeżeli ktoś ma ją odnaleźć, to właśnie ty. Znajdź ją i dowiedz się, co się stało. Uznaj to za swoje zadanie. Gdyby nie fakt, że jej wizje wciąż były pozbawione dźwięku, Lucyna uznałaby, że Jaromirowi wszystko jedno, z którą Nikolą się spotka – obecną czy tą z przeszłości-snu. Wyszła z willi z mętlikiem w głowie. A na zewnątrz padał śnieg. *** Zaczęła od Internetu, to rozwiązanie wydawało się najprostsze. Lecz Nikoli Sadowskiej nie było na żadnym portalu społecznościowym, a wpisanie jej nazwiska w wyszukiwarkę zaowocowało wyłącznie znalezieniem listy absolwentów X Liceum Ogólnokształcącego w roku szkolnym 2008/2009. Jedyny alternatywny trop Lucyna od razu odrzuciła. Bała się wracać na Mickiewicza. Zresztą ściemniało się nieubłaganie, a po zmroku te rejony Torunia nie należały do najbezpieczniejszych. Śnieg wciąż padał i za oknem babcinego domu, na skwerku, w którym Lucyna bezustannie widziała zapomniany cmentarz staroluterański, zamiast ścieżek były pasy bieli. Ta pogoda ładnie wyglądała z perspektywy ciepłego pokoju, ale wychodzenie na zewnątrz wcale się dziewczynie nie uśmiechało. Jednocześnie czuła, że sprawę Nikoli należy załatwić jak najszybciej. Gdy więc babcia przyszła do niej z kubkiem herbaty i zaproponowała wspólne oglądanie teleturniejów, Lucyna wymówiła się projektem, który musi zrobić na studia wraz z koleżanką z roku. Rzekoma koleżanka miała mieszkać za cmentarzem świętego Jerzego. Coś ciągnęło adeptkę magii do nekropolii, na której był pochowany dziadek. – Będziesz chodzić po ciemku przez cmentarz? – Babcia uniosła brew. Żadnych kazań, żadnych zakazów. Lucynie zdawało się czasem, że jej kłamstwa są zbędne, bo babcia i tak domyśliła się prawdy. Może od samego początku wiedziała wszystko – może to do niej należało się zwrócić z pytaniem, gdzie znaleźć Nikolę... Cóż za bzdura! Babcia, ta dobra, kochana babcia, nie wierzyła ani w Boga, ani w duchy, a cóż dopiero w magię. Twardo stąpająca po ziemi realistka mogła być żoną rektora magicznego uniwersytetu, ale tylko pod warunkiem, że o tym nie wiedziała. – Nie mamy kiedy zrobić tego projektu. Jutro Ni... Magda wyjeżdża. – Lucyna w ostatniej chwili ugryzła się w język. A babcia tylko westchnęła. – Skoro musisz, to idź, dziecko. Ale nie podoba mi się, że siedzisz na tej uczelni od rana do wieczora. Co oni tam, na tych studiach, myślą, że wy życia nie macie? Wyrzuty sumienia kamieniem osiadły na sercu. Wcale nie pomagała myśl, że gdyby naprawdę studiowała grafikę, też wracałaby do domu po nocach. *** Lucyna nie bała się cmentarzy po zmroku. Martwi nie mogli jej wszak zrobić krzywdy, a znów żywi z reguły podzielali społeczne lęki i przesądy, i po cmentarzu świętego Jerzego nie kręcili się nocą. Ostatni przypadek okradania grobów i bezczeszczenia zwłok miał miejsce na tej nekropolii w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to hieny cmentarne pozbawiły złotych zębów 53


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

zmarłego niedługo wcześniej profesora. Być może ten przypadek, który wstrząsnął opinią publiczną nie tylko w Toruniu, sprawił, że lokalni magowie postanowili rozciągnąć parasol ochronny nad owym miejscem. Lucyna nie wyczuwała wprawdzie nadmiernego stężenia magii, ale gdzież jej było do zdolności i doświadczenia dziekanów Kopernikańskiego Uniwersytetu Magicznego! Na cmentarzu panowała niemal całkowita ciemność, tylko gdzieniegdzie paliły się znicze, których nie zgasił jeszcze wiejący wiatr i padający śnieg. Gruba warstwa białego puchu zdobiła płyty nagrobne i wyściełała wąskie alejki. Wokół nie było nikogo; odwiedzający najwyraźniej przestraszyli się niesprzyjającej aury. Lucynę to ucieszyło – lubiła być sama na cmentarzu i móc na głos pogawędzić z dziadkiem. Liczyła, że kiedy opowie rodzinnemu grobowcowi o zdarzeniach ostatnich dwóch dni, wpadnie na pomysł, gdzie szukać Nikoli i jak się z nią skontaktować. Już z daleka zobaczyła, że przy grobie Teodora ktoś stoi, a na płycie palą się nowe znicze. Nic dziwnego. Rektora UMK znał cały Toruń, i nie tylko Toruń, i chociaż od jego tragicznej śmierci minęło ponad siedem lat, wciąż znajdowały się osoby, które nie miały okazji się z nim wcześniej pożegnać albo pragnęły dać dowód pamięci. Lucyna podeszła bliżej i serce gwałtownie zatrzepotało jej w piersi na widok znajomego czerwonego płaszcza i spływających po nim ciemnobrązowych włosów. Zatrzymała się kilka kroków za Nikolą, tak że tamta nie mogła jej zauważyć, co najwyżej wyczuć obecność, jeżeli to potrafiła. Teraz jednak obcą dziewczynę bardziej zajmowała żarliwa modlitwa. Nie poczuła zdziwienia. Jakąś cząstką podświadomości, tą, której nie obudził jeszcze magiczny trening, czuła, że los nie wzywa jej na cmentarz bez przyczyny. W głowie rozbrzmiał głos Jaromira: Wasze spotkanie nie mogło być przypadkiem. ...znajdź ją... – Znalazłam. I co dalej? – zapytała szeptem Lucyna, ale nikt jej nie odpowiedział. Głęboko odetchnęła, nabierając do ust kilku płatków śniegu, po czym pokonała dystans dzielący ją od Nikoli. Obca drgnęła, przestała poruszać ustami i spojrzała na Lucynę rozbieganym wzrokiem. W jej oczach odbiło się przerażenie – i zaraz zgasło, jakby dziewczyna nie tego się spodziewała. – Cześć. Jestem Lucyna. Spotkałyśmy się dzisiaj... w twoim śnie. Przez głowę przemknął cień obawy. Jeżeli Nikola po śmierci Teodora odwróciła się od magii i teraz wykorzystywała ją jedynie do nieszkodliwych praktyk, mogła odrzucić i wiarę w to, co opowie jej Lucyna. Nazwie ją szaloną. Opętaną – jak proboszcz z miejscowej parafii, gdy Lucyna przyszła do niego z pytaniem o cmentarz staroluterański. Wystraszy się i ucieknie, a los nie zetknie ich ze sobą po raz trzeci. Nikola nie uciekła. – Wiem, kim jesteś – odezwała się po krótkiej chwili milczenia. Jej głos w niczym nie przypominał głosu Nikoli ze snu-wizji; był niski, zachrypnięty i zimny. Obojętny. A może tylko udawała obojętność, bo tak jak Lucyna bała się tej rozmowy. – Dziadek mi o tobie opowiadał. Słodka, mała Lusia. – W jej głosie nie było ironii; raczej żal. – Obiecywał, że nas ze sobą w końcu pozna. – Dziadek? – Tylko tyle zdołała wykrztusić Lucyna. Nikola na moment przeniosła na nią wzrok, lecz zaraz znów wpatrzyła się w śnieg opadający na konary otaczających cmentarz kordonem drzew. Jeden ze zniczów na grobie pyknął cicho i zgasł. – Jestem córką nieślubnej córki Teodora – wyjaśniła Nikola, pocierając dłońmi ramiona. – Dziwisz się? Każdemu może się zdarzyć taki błąd. Jemu też. Twoja babcia wiedziała o istnieniu mojej mamy, ale prosiła, żeby Teodor utrzymywał to w tajemnicy. Skandal obyczajowy mógłby źle wpłynąć na jego pozycję na uczelni. Nie rozgłaszał tego, ale opiekował się mamą, a potem i mną. Lucyna zdążyła się przekonać, że dziadek nie był tak kryształowo uczciwy, jak jej się zdawało, dopóki nie wróciła do Torunia, ale nieślubne dziecko?! Powinna była zapytać, ile lat ma 54


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

matka Nikoli i wyliczyć, czy dziadek zdradzał babcię, jednak bała się odpowiedzi. Zresztą, skoro babcia o wszystkim wiedziała i wybaczyła, i nie zrobiła sceny... – Może gdzieś pójdziemy, wypijemy coś ciepłego? – zdecydowała w końcu Lucyna, by nie brnąć w rozważania. – Musimy porozmawiać, a chyba nie ma sensu stać tutaj i marznąć. Nikola milczała, ale brak sprzeciwu był chyba dobrym omenem. Wybrały małą kawiarnię nieopodal cmentarza, w niewielkim pasażu, w którym niegdyś mieścił się supermarket i sklep z tapetami. Teraz ktoś zrobił tu wypełniony kwiatami maleńki lokal, jak gdyby na siłę wciśnięty między dwa sklepy. W środku stały zaledwie cztery stoliki i nie było żadnych gości, a czytająca książkę za ladą kelnerka wręcz ucieszyła się na widok dwojga zziębniętych dziewcząt. – Słyszałam o twoich zdolnościach – zaczęła ostrożnie Lucyna, gdy już zamówiły herbatę. Ona sama wzięła wymyślną mieszankę ziół i owoców; Nikola zdecydowała się, bardzo standardowo, na melisę zmieszaną z miętą. Chociaż tonem starała się udowodnić co innego, widać było, że jest zdenerwowana. Lucyna nie mogła oderwać wzroku od drżących nieznacznie dłoni rozmówczyni. – Widziałam cię wczoraj na Mickiewicza. Z... naszym dziadkiem. Bo wiesz, ja widzę przeszłość i... – Wiem – ucięła ostro Nikola. – Dziadek mi opowiadał. Snuł plany, że pośle na Kopernikański najpierw mnie, a później ciebie. Ja umiem cofać czas, ty przewidywać konsekwencje. Będziemy wspólnie odnajdować magiczne tropy w Toruniu i odradzać potęgę miasta. A potem pojedziemy na nasze własne tournée i będziemy odbudowywać magię w innych miastach całej Polski. Pięknie to zaplanował, prawda? – Głos jej zadrżał, zaszkliły się oczy. – Ja naprawdę w to wierzyłam. Chciałam cię poznać. Chciałam robić coś wielkiego. I wszystko popsułam... Pociągnęła nosem, ale łzy, choć zbliżały się nieubłaganie, jeszcze nie popłynęły. Lucyna słuchała w milczeniu. – Miałam dziewiętnaście lat. Nawet niecałe. Na wakacje po maturze pojechaliśmy na Mazury całą paczką: ja, mój chłopak Kacper, moje dwie przyjaciółki, każda też z chłopakiem. Ostatniego wieczoru zaszaleliśmy bardziej niż zwykle i tak od butelki do butelki, od słowa do słowa wpadliśmy na pomysł, żeby żeglować nocą, po pijaku. Skończyło się... chyba wiesz, jak kończą się takie historie? – Nikoli łamał się głos. – Odratowali nas cudem. Tylko Kacper... – Zamknęła oczy i łzy w końcu popłynęły po zaczerwienionych od mrozu policzkach. – Przyjechała karetka. Reanimowali go przez godzinę, ale bez skutku. Słychać było, że głos uwiązł jej w gardle. Lucyna odruchowo położyła rękę na ramieniu Nikoli, a tamta jej nie strząsnęła. Przyjęła ten gest w milczeniu, a po chwili na nowo podjęła opowieść: – Odkąd umarł, cały czas płakałam. Cały. Prawie nie sypiałam, a kiedy już się zdarzało, to nawet we śnie płakałam. Po pogrzebie próbowałam się wziąć w garść, w końcu miałam przed sobą studia, a dziadek zdążył mnie już przedstawić dziekanowi jako obiecującą adeptkę... I wtedy pomyślałam, że mogę przecież do czegoś wykorzystać moje zdolności. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, i pewnie nie umiałabym tego powtórzyć, ale byłam tak zdeterminowana, że udało mi się cofnąć czas do tamtego feralnego wieczoru. Kiedy nikt nie patrzył, utopiłam nasze zapasy w jeziorze, a reszcie powiedziałam, że najwyraźniej nas okradli. – Pamiętałaś, że cofnęłaś czas? – Lucyna nie mogła się powstrzymać. Na wykładach z rodzajów magii dowiedziała się, że w przypadku podobnych praktyk człowiek zazwyczaj nie pamięta, że coś już się zdarzyło „później”, co najwyżej ma uczucie dejá vu. – Wtedy nie – przyznała Nikola. Zwróciła na nią wzrok i uśmiechnęła się gorzkim uśmiechem. – Po prostu czułam, że tak trzeba. Ale pamięć o tym, że to wszystko już raz się zdarzyło, zaczęła mi wracać... Następnego ranka, tuż przed naszym wyjazdem z Mazur, przepadła 55


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Kaja, jedna z moich przyjaciółek. Szukaliśmy jej dosłownie wszędzie, ale ona po prostu się rozpłynęła. Wróciliśmy bez niej. Tydzień później policja znalazła jej ciało w jeziorze, a wraz z nim te zapasy alkoholu, które utopiłam. Nic nie wskazywało na to, żeby Kaję ktoś zamordował. Powiedzieli, że to samobójstwo. A do mnie dotarło, że to nie było żadne samobójstwo... To tylko śmierć wzięła sobie to, co jej wyrwałam... Przyszła kelnerka i przyniosła im zamówione herbaty. Lucyna popijała swoją ostrożnie, niepewnie. Przed Nikolą stała pełna szklanka, a córka nieślubnej córki Teodora ocierała łzy rękawem. – Przyznałam się do wszystkiego dziadkowi – podjęła wreszcie. – Nawrzeszczał na mnie. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Powiedział, że moje zachowanie było szczytem nieodpowiedzialności i że moją głupotę okupi śmierć dwóch niewinnych osób. To wtedy się dowiedziałam, że jeżeli cofniesz czas, by uratować kogoś, komu pisane jest umrzeć, jeżeli spróbujesz przechytrzyć śmierć, to ona i tak wróci i zabierze tym razem dwa bliskie ci istnienia... Lucyna z trzaskiem odstawiła szklankę na brzeg stołu, i resztki herbaty omal nie wylały się na jej spodnie. – Dwa tygodnie później zdarzył się ten wypadek, w którym zginął dziadek. Adeptka magii nie wiedziała, jak skomentować słowa Nikoli. Na twarzy kuzynki widziała jak na dłoni wszystkie emocje i uczucia: strach, ból, poczucie winy i potworny ciężar, jaki musiała nosić w sobie przez te wszystkie lata. Współczucie zakołatało na brzegu umysłu, ale szybko wyparła je złość – złość na tę dziewczynę, która śmiała bawić się w Boga i decydować o cudzych losach, która swoją głupotą zabiła ukochanego dziadka Lucyny... Nie umiała patrzyć na Nikolę. Nie umiała nic powiedzieć przez ściśnięte gardło – nie wiedziała zresztą, jak miałaby skomentować to wyznanie. Powiedzieć, że rozumie? Że na miejscu Nikoli zrobiłaby to samo? Wściekłość, uczucie tak obce Lucynie, teraz przejęła nad nią górę i sprawiła, że jedyne, co dziewczynę interesowało, to bezlitosne: „warto było?”. – Co z Kacprem? – zapytała ostro, z cieniem drwiny, nie panując ani nad głosem, ani nad sobą w ogóle. Nikola spuściła głowę i z jej gardła dobył się krótki szloch. – Rozstaliśmy się – chlipnęła. – Miesiąc później. Wieczność razem... nie była nam pisana. Lucyna nie odpowiedziała. Patrzyła na siedzącą przed nią dziewczynę wielkimi oczami, jakby cała ta sytuacja – jak i jej życie od ponad roku – rozgrywała się w książce albo filmie. To nie mogło się dziać naprawdę – bo tylko w wytworach pop-kultury ludzie są na tyle głupi, by szafować cudzym życiem w imię Jedynej, Wielkiej, Prawdziwej... nastoletniej miłości. – Ja... nie wiedziałam – próbowała się tłumaczyć Nikola, unikając wzroku Lucyna. Obracana w dłoni szklanka wędrowała coraz bliżej krawędzi stołu, zwiększało się ryzyko, że w którymś momencie w dramatyzm tej sceny wedrze się prozaiczny dźwięk tłuczonego szkła. – Nie miałam pojęcia, że cena jest tak wysoka. Gdybym mogła... Urwała. Może zrozumiała, że „gdybym mogła, cofnęłabym czas” w jej sytuacji zabrzmiałoby jak nieśmieszny żart. – Lucyno, posłuchaj, gdyby dziadek mi powiedział, jakie są konsekwencje... – Mogłaś pomyśleć – wysyczała Lucyna, odzyskawszy wreszcie głos. – Mogłaś pomyśleć, że życia nie dostaje się, a już tym bardziej nie odzyskuje, za darmo. Wstała i wyszła, rzucając na ladę banknot dziesięciozłotowy. Jak nie ona. Jakby przez całe te dwa dni bezustannie w jej ciele siedział ktoś obcy, ktoś, kto stanął między nią i dziadkiem, nią i Jaromirem, nią i magią. Tym kimś mogła być Nikola – a może sama śmierć, która zabrała życie całkiem niesprawiedliwie, w imię kaprysu obdarzonej zbyt wielkim talentem i zbyt małą wyobraźnią małolaty.

56


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Lucyna czuła, że się dusi, ale na zewnątrz wcale jej się nie poprawiło. Zaciskając zęby, ruszyła do domu, do swojej maleńkiej twierdzy, do wanny, w której w odmętach różowej piany wszystko stawało się prostsze. Nie dostrzegała niczego dookoła – ani z przeszłości, ani z teraźniejszości. A szkoda, wieczór bowiem był naprawdę piękny: rześki, gwiaździsty. Śnieg przestał padać i skrzył się tylko na chodnikach i balkonach, na dachach i na wieżach kościołów. Toruń wyglądał magicznie.

57


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Jacek Slay: Duzi, dzielni żołnierze Nie ten jest prawdziwie odważny, kto się niczego nie boi, ale ten, kto bojąc się – nie ucieka. (I. Jurgielewiczowa, O chłopcu, który szukał domu)

Będziemy dzielni. Będziemy dzielni, mówię, patrząc w jego wielkie, czarne oczy. On jednak wciąż spogląda na mnie tym samym, pustym wzrokiem, mówiącym „przepraszam, musisz radzić sobie sam”. Bezradnie rozkłada ręce, ale chociaż kiwa głową ze zrozumieniem. Przynajmniej do tego udało mi się go przekonać. Wiem, że chciałby mi pomóc, choć chyba sam niewiele z tego rozumie. Nie jest w końcu zbyt bystry, ale tylko on został po mojej stronie. Muszę mu być za to wdzięczny. Wszyscy inni już dawno mnie zostawili. Dziwię się, że on nie zrobił tego samego. Na pewno nie jest mu ze mną dobrze. Rzadko rozmawiamy, a jeśli już, to najczęściej musi wysłuchiwać mojego płaczu i narzekania. Chciałbym, żeby między nami było fajnie, ale nic na to nie poradzę. Jest mi potrzebny, bo nikt inny mi już nie został. Umarłbym chyba, gdyby odszedł. A ja...? Ja nie jestem potrzebny nikomu. Kasia to moja miłość. Ma śliczne, brązowe włosy i niebieskie oczy. Jestem w niej zakochany po uszy, ale ona nie zwraca na mnie uwagi. Chyba nawet mnie nie lubi. Jak już będę duży, to się z nią ożenię. Pamiętam, jak rozpłakałem się kiedyś przy niej, tylko ten jeden, jedyny raz. Kucnęła nade mną, poklepała po głowie i powiedziała, że duzi, dzielni żołnierze nie płaczą. Od tamtej pory prawie nie płaczę, chyba że boli mnie tak bardzo, że nie mogę już wytrzymać. Nawet wtedy zaciskam zęby najmocniej jak potrafię i gdyby nie czerwona buzia i łzy płynące po policzkach, nikt by nic nie wiedział. Muszę być dzielny, bo inaczej Kasia mnie nie zechce. Chyba nie lubi mazgajów. Będziemy dzielni, powtarzam. Naprawdę w to wierzę. Tym razem nie uciekniemy z krzykiem, tak jak ostatnio. Tym razem nie damy się zastraszyć. Tym razem będziemy walczyć. Będziemy walczyć, tak jak wtedy, gdy Tomek śmiał się z Kasi, że jest gruba i brzydka. Tomek jest ode mnie większy i ma starszego brata w trzeciej klasie, ale Kasia to moja księżniczka, więc musiałem jej bronić. Nie umiem się zbyt dobrze bić, jestem mały, słaby i wszyscy się nade mną znęcają. Nic dziwnego, że Tomek mnie skopał. Trafiłem go raz, prosto w oko i następnego dnia miał tam wielką śliwę, ale tylko na tyle było mnie stać. Później rzucił mnie na chodnik, przycisnął kolanami ręce do ziemi i zaczął mnie tłuc swoimi wielkimi pięściami po głowie. Myślałem, że rozbije mi ją na pół. Gdy już nie miałem siły się bronić, zszedł ze mnie i zaczął kopać po żebrach, raz za razem, śmiejąc się z moich krzyków i głupich prób ucieczki. Kiedy skończył, ledwo mogłem się ruszać. Bolało tak bardzo, że czułem, że zaraz umrę. Cały byłem w siniakach. Prawie nie mogłem oddychać, a wszyscy stali wokół i się ze mnie śmiali. I jeszcze z nosa ciekła mi krew. Dobrze, że przynajmniej nie wybił mi zębów. To właśnie wtedy Kasia po raz pierwszy i ostatni widziała mnie płaczącego. Jest już noc i tylko jego wielkie, czarne oczy błyszczą w ciemności. Noce są fajne, bo wokół jest wtedy tak cicho, a ja strasznie lubię ciszę. Przez dziury w firankach widzę, że znowu pada śnieg. Śnieg też kiedyś lubiłem. Jak byłem jeszcze mniejszy, chodziliśmy razem z tatą na sanki. Miały drewniane siedzenie, niebieskie, metalowe płozy i taki dziwny sznurek, który kłuł mnie nawet przez rękawiczki. Przy sąsiednim bloku była górka, ale ja najbardziej lubiłem zjeżdżać po drugiej stronie ulicy – tam była jeszcze większa. Teraz nie lubię już ani śniegu, ani zimy. Nie mam kaloryfera w pokoju, więc strasznie marznę. Nie pomaga nawet chowanie się pod dwiema kołdrami. Mówiłem o tym tacie, ale powiedział, żebym się zamknął, bo nie ma pieniędzy na takie głupoty. Teraz też jest mi zimno, chociaż leżę przykryty po same uszy, w skarpetkach, piżamie i dwóch bluzach. Leżę, nasłuchuję i wpatruję się w te wielkie, czarne oczy. One mnie uspokajają i, co najważniejsze, jest cicho. Strasznie się trzęsę i poszedłbym po drugą kołdrę, ale chyba nie mogę. Moje łóż58


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ko jest dużo starsze ode mnie i trochę się już rozpada. Z materaca wyłażą sprężyny i boję się, że jeśli tylko przewróciłbym się na drugi bok, skrzypienie wszystkich by obudziło. Leżę więc prawie nieruchomo, licząc na to, że zaraz zasnę. Leżę, ciągając nosem i patrząc w jego wielkie, czarne oczy. Tykanie zegara na ścianie to taki dziwny dźwięk. Niby wisi on – ten zegar – nad moją głową i działa przez cały dzień, ale bardzo łatwo o nim zapomnieć. Wystarczy, że zajmę się czymkolwiek albo nawet zacznę o czymś bardzo mocno myśleć i nagle zapada całkowita cisza. Czasami jednak jest tak strasznie głośny, że mam ochotę zdjąć go z gwoździa i wyjąć baterie. Nie mogę tego zrobić, bo nie dosięgam. Najczęściej dzieje się tak w nocy, kiedy chcę już spać, ale to tykanie co chwilę mnie budzi. Czasem to pomaga, bo po prostu liczę sekundy i w pewnym momencie jest już rano, ale zwykle chce mi się tylko płakać, bo nie mogę nawet zasnąć w spokoju. Dziś mam tę drugą fazę. Zegar nie daje mi spokoju. Tyk-tyk-tyk... Nadal jest mi zimno. Prawie nie czuję już palców i nosa, jeszcze mocniej przykrywam się kołdrą i powoli wciągam powietrze przez usta. Tylko wtedy mnie nie boli. W sumie nie powinienem narzekać. Bywało dużo gorzej. Kiedyś trochę za długo bawiłem się na podwórku. Miałem być w domu przed dziewiętnastą i normalnie mama zawsze wołała mnie jakieś pięć albo dziesięć minut wcześniej, ale wtedy akurat była w pracy i nie mogła. Nie lubię jak mama chodzi do pracy, zwłaszcza wieczorem, ale inaczej znowu nie miałbym nic do jedzenia. Tata mówi, że są ważniejsze rzeczy i nie ma pieniędzy na takie głupoty. Zresztą, jeden obiad w tygodniu to chyba nie tak źle. Tata mówi, że jak dostanę więcej, to będę gruby. Nie chcę być gruby, bo z grubych ludzi wszyscy się śmieją. W każdym razie mamy nie było w domu i nie mogła mnie zawołać, więc się trochę spóźniłem – niedużo, może z dziesięć minut. Wtedy nie padał śnieg. Był kwiecień, robiło się już zimno i akurat zaczęło lać, więc pobiegłem do domu. Pociągnąłem za klamkę – nic. Tata często zapominał zamknąć drzwi na zamek, ale nie tamtym razem. Zapukałem – nic. Myślałem, że może znowu ogląda telewizję i nie słyszy. Z tą telewizją też mamy problemy. Bardzo często się psuje i tata musi prosić jakiegoś kolegę, żeby mu pomógł coś ustawić, a raz w roku przychodzi do nas taki pan w czarnym ubraniu i tata wtedy dziwnie się zachowuje. Chowa telewizor do łóżka, każe mi iść do pokoju i nie wychodzić, dopóki on mi nie pozwoli. Czasami podsłuchuję o czym rozmawiają, bo mamy cienkie ściany, ale rzadko kiedy słyszę coś oprócz krzyków i taty mówiącego, że nic nie wie. To nieprawda, bo tata jest bardzo mądry i nauczył mnie na przykład o tym, że jak się je dużo obiadu, to się jest grubym. Pukałem jeszcze trochę, a później zadzwoniłem dzwonkiem, bo może tata faktycznie był zajęty. Dzwoniłem i dzwoniłem. Dopiero po paru minutach usłyszałem, że ktoś idzie do drzwi. To był tata, ale mi nie otworzył. Zaczął krzyczeć jakieś dziwne słowo na „s”, którego nie rozumiem, ale często mówił tak do mamy i mama wtedy wychodziła z domu, więc to chyba znaczyło, że się spóźniłem. Później powtarzał takie inne słowo, na „k”, tak jak nazywał mamę. Na klatce było ciemno i chyba myślał, że jestem mamą i nie chciał, żeby się spóźniła do pracy. Mówiłem mu przez drzwi, że to nie mama, że to ja i żeby się nie martwił i mnie wpuścił, ale on ciągle nie otwierał. Dzwoniłem dalej, pukałem i ciągałem za klamkę, ale on znowu krzyknął do mnie to słowo, że się spóźniłem i później już nic. Nie wiem ile czasu dobijałem się do drzwi, pewnie niezbyt długo. Szybko się rozpłakałem i całą noc spędziłem na klatce. Tata pozwolił mi wrócić do domu dopiero nad ranem, zanim przyszła mama. Zbił mnie jeszcze kablem wyrwanym z żelazka, wykrzykując jakieś słowa, z których połowy nie znałem. Bił mnie wszędzie, nawet jak na kablu było już widać krew. Przez dwa dni nie mogłem wstać z łóżka, tak strasznie mnie wszystko bolało. Kiedy się kąpię, czasami patrzę w lustro w łazience. Widzę wtedy wszystkie blizny od kabla. Tata mówił, że to za karę, że się spóźniłem. Gdybym był grzeczny, to nic by się nie stało. Mama nie mówiła nic. Nie powinienem więc narzekać, że jest mi zimno. Bywało dużo gorzej. 59


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Już prawie zasnąłem. Myślę o Kasi, bo to mi bardzo pomaga. Wyobrażam sobie, jak spacerujemy po łące w środku lata, trzymamy się za ręce i dajemy sobie buziaki. Jak bierzemy ślub w kościele. Mama siedzi w pierwszym rzędzie i w końcu jest szczęśliwa. Uśmiecha się. Ja też jestem szczęśliwy. Tata siedzi obok i mówi mi, że jest dumny, bo sam nauczył mnie tego wszystkiego. Zegar tyka coraz ciszej, już prawie go nie słyszę. Te wielkie, czarne oczy nie patrzą już na mnie, bo sam zamknąłem swoje. Leżę nieruchomo. Wokół mnie robi się tak strasznie cicho. Cicho i ciemno. Śpię. Nie śpię. Budzi mnie dźwięk rozbijanego talerza. Mama też wstała. Wtulam się w kołdrę jeszcze mocniej i próbuję znowu zasnąć, ale to niemożliwe. Tata krzyczy zbyt głośno, co chwilę zwalając coś na ziemię. Słyszę, jak na podłogę spada jakiś garnek albo miska. Krzyki są coraz głośniejsze i nagle mama zagląda do mojego pokoju. Udaję, że śpię, ale widzę ją spod przymkniętych oczu. Na szczęście jest ciemno, więc dała się nabrać. Będziemy dzielni, mówię cicho, mocno przyciskając go do siebie. Czuję, jak jego wielkie, czarne oczy wbijają mi się w obojczyk. Na chwilę robi się cicho i myślę, że mama wróciła do łóżka. Może teraz zasnę. A później... ...trzask. Trzask, jeden i drugi. Mama zaczyna płakać, ale tata ją przekrzykuje. Słyszę jakieś plaśnięcie – takie, jak wtedy, kiedy klepałem ręką wodę w wannie, tylko dużo głośniejsze. Powoli wstaję z łóżka. Strasznie trzeszczy, kiedy przetaczam się po materacu na drugi bok. Jeszcze raz patrzę w te wielkie, czarne oczy. Będziemy dzielni, misiu. Musimy być dzielni. On znów patrzy na mnie przepraszająco, ale kiwa głową i mocno mnie przytula. Gdyby umiał mówić, pewnie też powiedziałby, że będziemy dzielni. Kładę go z powrotem i przykrywam kołdrą. Może chociaż on się wyśpi, skoro nie może mi pomóc. Wkładam kapcie i robię najgroźniejszą minę, jaką umiem. Może i mam tylko sześć lat, ale przecież jestem już dużym, dzielnym żołnierzem. Kasia mi tak powiedziała. Mama ucieka do łazienki, ciągle płacząc. Mijam ją na korytarzu. Nawet nie wiem, czy mnie zauważyła. Mama płacze dziś strasznie głośno i to nie jest taki sam płacz jak zwykle. Z kuchni wychodzi tata, ale dzisiaj nie wygląda jak tata. W kuchni pali się światło i razi mnie w oczy, więc nie widzę zbyt dobrze, ale tata-nie-tata ma całą czerwoną twarz i nawet tutaj czuję, że od niego śmierdzi. W ręku trzyma kabel, ten sam, którym tak mnie zbił, kiedy spóźniłem się do domu. Ty chuju, mówię, patrząc na niego groźnie. Nie wiem co to znaczy, ale słyszałem to dużo razy i myślę, że tak chyba trzeba mówić. Tomek też tak do mnie powiedział, kiedy broniłem Kasi. Ty chuju, zostaw mamę! A później zaczyna kręcić mi się w głowie i piecze mnie cały policzek. Tata patrzy na mnie strasznym wzrokiem i już wcale nie jestem taki groźny. Krzyczy coś do mnie, ale w ogóle go nie rozumiem. Zostaw mamę, powtarzam tylko. Odpycha mnie w bok, tak mocno, że uderzam głową w ścianę i idzie dalej. Łapię go za nogawkę i znowu wrzeszczę: zostaw mamę, ty chuju! Tata bije mnie jeszcze raz i to strasznie boli. Już nie chcę być dzielny. Chcę wrócić do łóżka, do misia. Chcę iść spać. Chcę krzyknąć: tata, przepraszam, już nie będę! Dostaję kablem po buzi i już nic nie mogę powiedzieć, bo zaczynam strasznie głośno płakać – głośniej niż wtedy, kiedy pobił mnie Tomek, nawet głośniej niż wtedy, kiedy spóźniłem się do domu. Płaczę i płaczę, a tata dalej bije mnie kablem – po buzi, po brzuchu, po nogach, wszędzie. Już nic nie widzę przez łzy, słyszę tylko jego głos. Krzyczy na mnie, też powtarza „ty chuju” i te słowa, które mówił do mamy, kiedy nie chciał, żeby spóźniła się do pracy. Mama nic nie mówi. Chyba dalej siedzi zamknięta w łazience i płacze. Chciałbym, żeby mama mnie teraz uratowała. Boli mnie tak bardzo, że znowu nie mogę się ruszyć, ale tata nie przestaje. Tłucze mnie kablem, a ja wyję i przez łzy próbuję powiedzieć, że przepraszam, że już, że wystarczy, że będę grzeczny. Ja po prostu nie chcę, żeby mama płakała. Misiu, pomóż mi! Chodź tu, misiu, powiedz tacie, żeby już mnie nie bił. Ja tylko chcę, żeby mama była szczęśliwa. Nie chcę kaloryfera. Nie chcę obiadów. Nie będę się spóźniał. Będę już grzeczny, tylko mnie więcej nie bij! Misiu, dlaczego zostawiłeś mnie właśnie teraz? Tata pochyla się nade mną z kablem. Ja ci dam „ty chuju”, warczy 60


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

i podnosi mnie za bluzkę. Zakłada mi kabel na szyję i mocno szarpie. Zaczynam strasznie kaszleć, gwiżdże mi w uszach. Macham rękoma i nogami, próbując złapać powietrze. Tata ściska kabel jeszcze mocniej i znowu coś krzyczy, ale już w ogóle go nie słyszę. Znowu robi się tak strasznie cicho. Cicho i ciemno. Może w końcu zasnę. Może w końcu zasnę, a jak się obudzę, to nakrzyczę na misia, że mi nie pomógł. Później pochwalę mu się, że byłem dzielny. Może teraz mama nie będzie już płakać. A kiedyś... a kiedyś ożenię się z Kasią. Kasia to moja miłość. Ma śliczne, brązowe włosy i niebieskie oczy. Jestem w niej zakochany po uszy.

61


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Jacek Slay: Loteria Sygnał dźwiękowy obwieścił nadejście nowego maila. Jimmy Joe spojrzał na wyświetlacz telefonu. Z ekranu wielkimi literami bił nagłówek wiadomości: LOTERIA. – Też dostałeś? – krzyknęła z kuchni żona Jimmy’ego, Mary Lou. – Taaa... – jęknął mężczyzna, zmęczonym wzrokiem prześlizgując się po kolejnych wersach tekstu. – To i dzieci? – To i dzieci. Jimmy Joe i Mary Lou Elliotowie dochowali się dwójki potomstwa. Wśród części sąsiadów budziło to niekłamany podziw, wielu jednak patrzyło na nich z pogardą, a nawet wrogością. Wszystko przez ustawę depopulacyjną. Ustawa weszła w życie, gdy Mary Lou nie wiedziała jeszcze, że kiedyś zostanie panią Elliot. Dla młodej – bo wciąż bliżej dwudziestki niż trzydziestki – kobiety oznaczało to koniec świata. Mary Lou zawsze marzyła o małym domowym przedszkolu. Sama wychowała się jako jedynaczka i choć dzięki temu nie musiała się niczym dzielić z rodzeństwem, to w miarę upływu lat zaczęła dostrzegać coraz więcej złych stron takiego układu. Swoje robił też instynkt macierzyński – ten pierwotny, nieskalany jeszcze pierwszym odstającym brzuchem, pierwszymi bolesnymi skurczami, pierwszym porodem wśród litrów krwi i litanii przekleństw. Idealny dom Mary Lou miał składać się z jej męża i trzech, może nawet czterech szkrabów biegających radośnie od ściany do ściany. W świetle nowego prawa mogła sobie jednak pozwolić tylko na jednego potomka. Coroczny haracz za każdego kolejnego, szumnie nazwany podatkiem od planowania rodziny, znacznie przewyższał roczne średnie zarobki w kraju; a Mary Lou nie miała przecież pracować, a zajmować się domem. Kto by pomyślał, że uwagę zwróci na nią nieco tylko starszy inżynier Jimmy Joe Elliot, który płacił wyższe składki członkowskie w klubie golfowym niż miał wynosić podatek? Nie obyło się bez złośliwości, zwłaszcza ze strony tych, dla których jedyną rozrywką pozostawały bioniczne wibratory i seksroboty. Samotni rodzice – a także konkubinaty, związki partnerskie, dowolne inne konfiguracje nieprzypieczętowane instytucją ślubu – nie mieli prawa nawet do jednego nieopodatkowanego dziecka. Na potęgę tworzyły się więc nowe pary związane wyłącznie małżeńską przysięgą i pamiątką jednej pechowej nocy. Małżeństwo Mary Lou, podobnie jak wiele innych, miało więc być tylko metodą na ucieczkę od daniny. Ona znała jednak prawdę: kochała Jimmy’ego Joe, a jego pensja stała się zbawieniem dla jej małego marzenia. – Kiedy? – Za – Jimmy Joe zerknął na zegar w rogu telefonu. Dochodziła czternasta – trzy godziny. Dzieci zdążą zjeść? – Tom wróci za półtorej godziny. Jennie... Mary Lou nie dane było dokończyć. Przeszkodził jej szczęk rozsuwanych automatycznych drzwi – nieco zbyt głośny jak na prawie nowy mechanizm. Jimmy Joe powinien go w końcu porządnie obejrzeć. – Cześć, tato! Cześć, mamo! – zawołała od progu Jennifer Ann Elliot, szczupła blondynka o zielonych oczach. – Dostałam maila. Wy też? – Tak. – Ojciec skinął głową. – Siadaj, zaraz będzie obiad. – Prawie cała klasa dostała! – Masowo rozsyłane informacje o loterii interesowały młodą pannę Elliot dużo bardziej niż pierwszy ciepły posiłek tego dnia. – I chyba pół szkoły! Aż skrócono nam lekcje, żeby wszyscy mogli się przygotować. Szkoda, że dziś nie czwartek. W czwartek kończę dopiero o osiemnastej... 62


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Dla kogo właściwie ta loteria? – zapytała znad garnków Mary Lou. – Dla dzieciaka Sandersonów. I dla jakiegoś faceta – dodał po chwili Jimmy Joe. Sandersonowie byli dawnymi sąsiadami Elliotów. Gdyby nie ciąża, oba małżeństwa pewnie do tej pory mieszkałyby drzwi w drzwi. Joel Sanderson był, jak wciąż się mawiało, swoim chłopem. Uczciwy, pogodny, może nieszczególnie bogaty, za to nadrabiający zapałem do pracy. Bez większego problemu zjednywał sobie ludzi, ale z jednym gatunkiem nawet on nie potrafił wygrać. Sanderson miał bowiem tego pecha, że za jednym zamachem zmajstrował żonie aż dwójkę dzieciaków. Sąsiedzi po cichu śmiali się, że nawet w łóżku musiał harować za dwóch, ale aż żal było patrzyć, jak facet marnieje w oczach. O aborcji, naturalnie, nawet nie chciał słyszeć. Wysyłał tylko pismo za pismem, podanie za podaniem, prośbę za prośbą, licząc na przynajmniej częściowe umorzenie daniny. Wszystko na próżno, choć wstawiał się za nim kto tylko mógł. Po porodzie Sandersonom pozostało tylko zlikwidować polisę ubezpieczeniową, wyciągnąć gromadzone przez tyle lat oszczędności i błagać rodzinę o pożyczkę – jedną, a później drugą i trzecią. Kiedy już nawet krewnym skończyła się cierpliwość, a oni sami poważnie rozważali sprzedaż domu, zdarzył się wypadek. – Biedactwo – skwitowała Mary Lou. Tommy Greg, najmłodszy z Elliotów, wrócił do domu blisko godzinę po siostrze. – Skrócili nam lekcje! – krzyknął, ledwie zamknęły się za nim drzwi. Ojciec wysłuchał kolejnej historii o dziesiątce dzwonków informujących, że na dziesiątkę skrzynek mailowych przyszła dziesiątka powiadomień o zbliżającej się loterii. Jego myśli były jednak zupełnie gdzie indziej. To za jego sprawą Joel Sanderson z żoną i dzieckiem wyprowadzili się na obrzeża miasta. To on, Jimmy Joe Elliot, napomknął w klubie podczas cotygodniowej partyjki golfa, że wypadek tak naprawdę wcale nie musiał być wypadkiem. Trzylatkowi zdarza się zadławić drobnym przedmiotem, to prawda, ale nie każdy trzylatek wciąga rodzinę w spiralę długów. Wystarczyło dodać dwa do dwóch, żeby zorientować się, dlaczego w poukładanej rodzinie dochodzi do takiej tragedii; i dlaczego syn Sandersonów trafia do szpitala dopiero, gdy jest już dawno za późno za pomoc. Sandersonom było to bardzo na rękę. Nawet najbliżsi musieli przyznać, że Joel coraz częściej zachowywał się tak, jakby szczerze żałował, że dzieciaki jednak się urodziły. Już dawno wpadł w długi. Ile jeszcze lat można było tak ciągnąć? Sprzedaż domu, kupno małego domku, by z różnicy opłacić daninę. Za rok zamiana domku na mieszkanie, później – mieszkania na kawalerkę. Dokąd się ruszyć z kawalerki? A do osiągnięcia przez dzieciaki pełnoletności – na szczęście danina dotyczyła tylko tych poniżej osiemnastki – pozostawał jeszcze szmat czasu. Jimmy Joe nie chciał napytać sąsiadowi biedy. Plotki na polu golfowym były dla całego klubu czymś naturalnym; czymś, co pozwalało zająć czas i stworzyć przynajmniej ułudę bliskości. Mówili o wszystkim, od pogody po politykę, ale tak naprawdę nie rozmawiali o niczym. Wtedy miało być tak samo. Po skończonej partii uścisnęliby sobie ręce i rozeszli się do domów, zapominając o wszystkim, co się wydarzyło. Tyle że wśród wszystkich tematów to właśnie plotka o Sandersonie podchwyciła i do następnego spotkania huczało od niej nie tylko w klubie, ale i w dużej części miasta. Sam zainteresowany dowiedział się, jak to zwykle bywa, na końcu. Na wyjaśnienia było już dawno za późno. Sanderson próbował, przynajmniej na początku, ale odbił się od ściany niezrozumienia. Tyle mu przyszło z dobrego serca, że chociaż ze względu na stare dobre czasy nie zlinczowano go na miejscu. – Nie chcę iść na tę loterię – skrzywił się Tom Greg Elliot. – Loterie są głupie. – Tommy, loterie nie są głupie – odparł ojciec. – Loterie pomagają ludziom. Dla twojej siostry też kiedyś zorganizowano jedną, pamiętasz?

63


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Jennie miała wówczas jedenaście lat. Bawiła się robotem, którego dostała na Dzień Mitry. Zawsze wolała figurki mechów od kolejnej Barbie czy Beztroskiej Pat, jakby na złość powszechnemu przekonaniu, że dziewczynki powinny stroić się w sukienki i bawić w dom, zostawiając łażenie po drzewach i gry bitewne płci przeciwnej. Z czasem Jennie wyrosła – o ile to słowo pasowało do kogoś, kto ledwie przekroczył sto sześćdziesiąt centymetrów – na szesnastolatkę, za którą oglądała się większość chłopców w klasie. Pięć lat wcześniej miała jednak na ciele więcej sińców, ran i otarć niż którykolwiek dzieciak z osiedla, nawet jej ośmioletni brat. Jimmy Joe Elliot znalazł wtedy córkę, zgiętą w pół, przed drzwiami do łazienki. Ledwie zdołała wydukać, że potwornie boli ją brzuch – jak nigdy przedtem. Ojciec w pierwszej chwili wziął to za oznaki dojrzewania, już nawet wołał Mary Lou, ale po nagłym chluście brudnej, czerwonobrązowej mazi prosto na jego spodnie i buty szybko zmienił zdanie. W szpitalu okazało się, że Jennie nie była wyjątkiem. Dołączono ją do siódemki innych dzieciaków, wszystkich przerażająco bladych, nafaszerowanych anestetykami i podpiętych do kroplówek. Jeszcze tego samego dnia zorganizowano loterię, a już nazajutrz Jennie wybudzała się po operacji. Dopiero wtedy dowiedziała się, że konieczna była transplantacja wątroby. – Loterie są głupie – powtórzył chłopiec. – Nie chcę tam iść. Jimmy Joe nie miał siły tłumaczyć, że loteria to wielkie święto i nie wypada się tam nie zjawić. A nuż to właśnie on, Tommy Greg Elliot, zostanie wylosowany jako zwycięzca. Nie wolałby się tego dowiedzieć na miejscu, w obecności całej rodziny i dziesiątek innych nominowanych, zamiast od dwóch pracowników wysłanych w jego poszukiwaniu? No i najważniejsza kwestia – co powiedzą sąsiedzi, widząc Elliotów w zaledwie trzyosobowym składzie? Jimmy Joe miał reputację, o którą musiał dbać. Sam tylko raz w życiu opuścił losowanie – właśnie wtedy, gdy Jennie walczyła o życie. To jednak było coś zupełnie innego. Nie wyobrażał sobie, żeby Tommy został w domu tylko dlatego, że „loterie są głupie”. – Wszyscy idziemy na loterię – uciął. – To nie to, co wybory. To sprawa życia i śmierci. Joela Sandersona z żoną spotkali jeszcze przed wejściem do Sali Loteryjnej – dawniej jedynego protestanckiego kościoła w mieście, przejętego tylko w celu organizowania losowań. Wiernych przeniesiono wówczas trzy przecznice dalej, do kaplicy zaimprowizowanej w starym baraku. Wspólnymi siłami – bez masowych zbiórek na odbudowę, z których większość środków i tak trafiała do kieszeni księży – doprowadzono ruinę do całkiem przyzwoitego stanu, choć podczas cotygodniowych nabożeństw dla większości wiernych wciąż brakowało miejsca. Na większy budynek protestanci nie mogli jednak liczyć. Miastem od dawna rządzili neokatolicy, który z niechęcią znosili nawet myśl o sąsiedztwie innowierców, nie mówiąc już o istnieniu pogańskich w ich mniemaniu świątyń. Właściwie to Sanderson ich zauważył, gdy wysiadali ze zautomatyzowanej taksówki. Tak było nawet lepiej. Jimmy Joe nie mógł już dłużej odkładać tej rozmowy. Do tej pory unikał byłego sąsiada przy każdej okazji, nawet jeśli nie zdarzały się one zbyt często. Obaj mężczyźni dość szybko wypracowali – zupełnie niezależnie od siebie – zmiany w harmonogramie, dzięki którym nie musieli znosić swojej wzajemnej obecności. – Jimmy. – Joel. – Wymienili grzeczności. Na uścisk dłoni było jeszcze dużo za wcześnie. Jimmy Joe Elliot przez dłuższą chwilę walczył ze sobą i z pokusą odwrócenia się na pięcie, jak najszybszego zajęcia miejsca w Sali Loteryjnej i kolejnej ucieczki od problemu. – Słuchaj, przepraszam cię za tamto. Nie powinienem był. „Tamto” nie wymagało uściślania. Sanderson doskonale wiedział, czego dotyczyły przeprosiny. – Jasne, nie ma sprawy – odparł, choć jego mina wskazywała, że niekoniecznie tak było. – To już ponad dziesięć lat, dawno o wszystkim zapomniałem. 64


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Jak się czuje Ariane? Twarz Joela Sandersona momentalnie ściągnęła się w wyrazie bólu. – Kiepsko. – Zwalczył chęć zbycia tematu standardową gadką, że wszystko jest w porządku. Każdy wiedział, że nie jest. Inaczej nie zbieraliby się tutaj. – Ma świetną opiekę, ale lekarze mówią, że może nie przeżyć kolejnej doby. Sam wiesz, jak jest... Jimmy Joe wiedział. Przechodził przez to samo piekło pięć lat temu, tyle że wtedy nikt go nie pytał, jak się z tym czuje. Wszystko działo się zbyt szybko. Szpital, samotne godziny przy łóżku córki, jeszcze bardziej samotne godziny przed salą operacyjną, w końcu wielka ulga. Nazwiska dawcy nigdy nie poznał, zresztą nawet nie chciał wiedzieć. Liczyło się tylko to, że przeszczep się przyjął. Mary Lou machała na niego nerwowo u bram dawnej protestanckiej świątyni. W końcu ją zauważył. – Trzymaj się, stary... – Położył dłoń na ramieniu Sandersona. Dochodziła siedemnasta. Jimmy Joe Elliot nie mógł uwierzyć, że trzynaście lat wzajemnego unikania udało się zamknąć krótkim przepraszam-cię-za-tamto-nie-powinienem-był. To wszystko wydawało się... takie proste. Wiesz, stary, zrobiłem z ciebie mordercę (to nic, że naprawdę nim jesteś), ale teraz mi przykro. Między nami wszystko okej? Już dawno mi wybaczyłeś? To super! Elliotowie zajęli miejsca w Sali niedługo przed rozpoczęciem loterii. Jimmy Joe skinął głową dwóm strażnikom pilnującym wejścia – niektórzy wciąż nie mogli się pogodzić, że ich świątynię przerobiono na współczesne targowisko, i co jakiś czas próbowali przegnać bezbożników lub chociaż wprowadzić nieco zamętu. Laserowe pistolety okazywały się jednak znakomitym środkiem pacyfikacji. Usiedli na skrajnych fotelach w jednym z ostatnich rzędów. Miejsca z przodu jak zwykle były już dawno zajęte. Każdy chciał mieć jak najlepszy widok na przebieg loterii. Sala pękała w szwach. Jimmy Joe nie pamiętał już, kiedy ostatnio zgromadziło się tu tylu ludzi. Musiało ich być dobre kilka setek. Dziesiątki głów wystające ponad oparciami pluszowych foteli czekały z niecierpliwością, aż na telebimie rozpocznie się transmisja. Dokładnie o siedemnastej przed ołtarzem stanął mistrz ceremonii, ubrany jak zwykle w błyszczący, szary garnitur. Zamontowany za jego plecami wielki ekran zamigotał parę razy, zanim pojawiła się na nim powiększona sylwetka mężczyzny. Timothy Holloway, ojciec jedynaka, przynajmniej według oficjalnej wersji. Wszyscy w mieście wiedzieli, że Tim miał co najmniej czwórkę bachorów, figurujących w dokumentach jako dzieci adoptowane przez bezpłodne, biedne małżeństwa. Nawet płacąc sowicie każdej parze – sowicie, rzecz jasna, jak na ich warunki – za udawanie mamusi i tatusia, wychodził na tym lepiej niż gdyby musiał co roku oddawać do urzędu podatek od nadprogramowej trójki. Bogaty zawsze mógł więcej, właśnie dlatego, że był bogaty. – Szanowni państwo, drodzy panowie i drogie panie – rozpoczął przemowę Holloway – zgromadziliśmy się tu w związku z loterią dla pani Ariane Sanderson i pana Jeremy’ego Pearla. Losowanie odbędzie się na telebimie za mną. Do loterii zgłoszonych zostało czterysta siedemdziesiąt sześć osób. Każda z nich reprezentowana jest w komputerze przez jedenastocyfrową liczbę, odpowiadającą numerowi ewidencyjnemu uczestnika losowania. W dzisiejszej loterii, spośród czterystu siedemdziesięciu sześciu numerów, zostanie wybrany jeden zwycięzca. Zwycięski numer, a także nazwisko szczęśliwca, wyświetli się na ekranie. Wygrany otrzyma też powiadomienie drogą mailową. Timothy Holloway wziął głęboki oddech. Przepłukał zaschnięte gardło szklanką wody. – Po ogłoszeniu wyników losowania bardzo proszę zwycięzcę o podejście do mnie w celu przeprowadzenia dalszej części procedury. Wszystkim uczestnikom życzę powodzenia. Szczęściu trzeba pomagać i pamiętajcie, jutro to wy możecie być na miejscu pani Sanderson i pana Pearla! 65


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Obraz szpakowatego pana w garniturze zmniejszył się na telebimie do małego okienka w prawym górnym rogu. Większą część ekranu zajmował teraz zegar, wybijający kolejne sekundy. Siedemnasta zero cztery, trzydzieści dwie sekundy. Trzydzieści trzy. Trzydzieści cztery. Czterdzieści. Pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt dziewięć. Punktualnie pięć po siedemnastej Timothy Holloway wcisnął umieszczony na pulpicie ołtarza przycisk. Okienko z jego sylwetką całkowicie zniknęło z telebimu, a zegar ustąpił miejsca czemuś, co przypominało jedenastobębnowy automat do gier, tyle że zamiast grafik wiśni, arbuzów i napisów BAR szczęśliwymi symbolami były cyfry od zera do dziewięciu. Sekundę później maszyna wprawiła je w ruch. Loteria się rozpoczęła. Terkot obracających się wirtualnych bębnów, emitowany z głośników ukrytych w kątach Sali, dudnił w uszach nie tylko Jimmy’ego Joe. Połowa widowni wpatrywała się jak zaklęta w przesuwające się po ekranie białe smugi, druga połowa – zerkała niecierpliwie to na telebim, to na własny numer ewidencyjny na dokumentach tożsamości. W tej drugiej grupie była także dwójka dzieci państwa Elliot. Jimmy Joe rozglądał się nerwowo po Sali, szukając Sandersonów. Siedzieli po drugiej stronie, ze wzrokiem wbitym w oparcia foteli przed nimi. Wydawali się zupełnie nie zwracać uwagi na przebieg losowania. Czy gdyby on wybrał loterię zamiast siedzenia przy łóżku Jennie, też by się tak zachowywał? Może Joela wcale nie powinno tu być. Może bardziej by się przydał tam, w szpitalu, u boku Ariane. A może... Ich spojrzenia nagle się zetknęły; zaledwie na ułamek sekundy, bo dla Jimmy’ego Joe było to nie do wytrzymania. A już wydawało mu się, że wszystko ma pod kontrolą. Momentalnie odwrócił wzrok. Pierwszy bęben maszyny miarowo zwalniał. Osiem, dziewięć, zero... trzy, cztery... pięć... sześć. Przedostatnia cyfra roku urodzin. Jimmy Joe szybko obliczył, że zwycięzcą loterii będzie ktoś młody, góra osiemnastoletni. Połowa szkoły Tommy’ego i Jennie ponoć dostała maile. To całkiem spora konkurencja. Drugi bęben z ociąganiem wykonał kolejny obrót. Zero zmieniło się w jedynkę, później w dwójkę, żeby ostatecznie zatrzymać się na piątce. Sześćdziesiąt pięć. Więc już nie Jennie. Jimmy Joe spojrzał w lewo. Jego syn zaciskał nerwowo pięści, przenosząc co chwilę wzrok z telebimu na kawałek plastiku z nadrukowanym numerem. Zero. Siedem. Dwie cyfry odpowiedzialne za miesiąc. Twarz Tommy’ego była blada niczym pergamin. Gdyby Jimmy Joe przejrzał się teraz w lustrze – albo przynajmniej w wyświetlaczu telefonu – zauważyłby, że sam również przypominał ducha. ...a może on chciał wiedzieć? Może właśnie tym się różnili, że Jimmy Joe wolał żyć w nieświadomości. Odciąć się, zamknąć oczy, czekać w ukryciu na rezultat. Sanderson musiał patrzyć, musiał być najgorliwszym widzem – tym, który siedzi w kinie długo po napisach końcowych, w oczekiwaniu na dodatkowe sceny. Może wynik losowania był dla niego tylko ucieczką od choroby córki, a może... a może to, kto wygra loterię, było dla niego równie ważne jak to, po co ją zorganizowano. Jimmy Joe tak nie potrafił. Wiedza jest skarbem, ale niewiedza – błogosławieństwem. Już czuł, gdzie zatrzymają się dwa kolejne bębny. Tom mógł jeszcze wierzyć, że nie jest jedyny. W jego klasie była dziewczyna, również urodzona w lipcu. W równoległych – pewnie też znalazłoby się parę osób. Ile z nich mogło dostać powiadomienia? Jimmy Joe Elliot jednak wiedział. Wiedział i nawet nie drgnął, gdy na telebimie wyświetliły się dwie duże jedynki. Jedenasty lipca sześćdziesiątego piątego roku. Huk ostatniej piątki szumiał mu w głowie coraz głośniej. Znieruchomiały, obserwował kolejne cyfry, układające się w zwycięski numer. Jeden. Dwa. Zero. Trzy. Osiem. Jimmy Joe Elliot poczuł, jak po policzku spływa mu łza. Loterię wygrał jego syn.

66


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Sala wypełniła się brawami, gdy przed ołtarzem ponownie stanął Timothy Holloway, mistrz ceremonii. Na telebimie znów pokazał się jego błyszczący, szary garnitur. – Szanowni państwo, drodzy panowie i drogie panie – w jego głosie wciąż pobrzmiewała ta sama entuzjastyczna radość – mamy zwycięzcę! Któż to jest? Kto uszczęśliwi panią Ariane Sanderson? Kto uszczęśliwi pana Jeremy’ego Pearla? Jimmy Joe liczył upływające sekundy. Każda z nich, każde słowo Hollowaya, ciągnęły się w nieskończoność. Dlatego wolał wtedy zostać przy Jennie. Przynajmniej nie musiał słuchać tego ględzenia. – Zwycięski numer to... sześć, pięć, zero, siedem, jeden, jeden... jeden, dwa, zero... trzy... osiem. Kto się pod nim kryje...? – Holloway najwyraźniej zamierzał dodać loterii tak wiele dramatyzmu, jak to tylko możliwe. Odwrócił się w stronę telebimu, na którym widniało teraz tylko jedenaście białych cyfr. A może to nie Tommy? Jimmy Joe nie słyszał powiadomienia na jego telefonie. – ...Thomas Gregory Elliot! – Tłum znowu rozpoczął kanonadę braw. Ekran z numerem ewidencyjnym i nazwiskiem chłopca rozbłysnął wielobarwnym koszmarem epileptyka. – Czy jest na sali Thomas Gregory Elliot? Jimmy Joe pomógł synowi wstać z fotela i ostrożnie pociągnął go za sobą. Mały był tak oszołomiony, że bez wsparcia niechybnie by się przewrócił. Krok za krokiem, powoli kierowali się ku środkowi Sali. Ojciec znowu uchwycił kątem oka spojrzenie Sandersona. W pewien sposób był mu to winien. Zmarnował mu dobre parę lat życia, przegnał na drugi koniec miasta, sprawił – kto chciałby zadawać się z mordercą? – że odwróciła się od niego większość znajomych. Tommy był spłatą tego długu wraz z trzynastoletnimi odsetkami. To właśnie dlatego Jimmy Joe Elliot wybrał wtedy czekanie przy łóżku córki. Nie wyobrażał sobie, żeby miał siedzieć w jednym z foteli Sali Loteryjnej i obserwować, jak do ołtarza podchodzi zwycięzca losowania na rzecz jego córki. Loteria miała tylko jeden cel – ratowanie wielu żyć kosztem niewielu. Jennifer Ann Elliot – tak jak i siódemka innych dzieciaków – potrzebowała nowej wątroby. Żeby mogła pięć lat później oganiać się od chłopaków, ktoś musiał oddać jej swoją. Jej i jeszcze jednemu, dwojgu, pięciorgu innych dzieci. Czym bowiem było jedno skrócone istnienie wobec kilku wydłużonych? Serce Ariane Sanderson mogło przestać bić w każdej chwili. Pan Pearl... może wysiadły mu nerki? Może nowotwór właśnie zżerał mu płuca? Tom miał zdrowe narządy. Narządy, których organizm biorcy nie powinien odrzucić. Miał też pecha dość dużego, by to właśnie jego identyfikator wylosowano spośród czterystu siedemdziesięciu pięciu innych. Jakie myśli musiały się kłębić w głowie kogoś, kto właśnie dowiedział się, że został wybrany przez superkomputer jako odpowiedni dawca? Do czego można było porównać świadomość, że za kilka minut, góra kilka godzin trzeba poświęcić życie dla transplantatów, bez których umrze więcej niż jedna osoba? Co czuł Sanderson, wiedząc, że już następnego dnia w piersi Ariane będzie bić serce trzynastoletniego chłopca imieniem Tommy Greg? Jimmy Joe już raz prawie stracił dziecko. Przed pięcioma laty los mu sprzyjał, a teraz przyszedł czas wyrównać rachunki. Tyle że Elliot nie zwykł przegrywać. Bogaci wszak mogą więcej. Przecież to dlatego są bogaci. – Brama – szepnął synowi na ucho. Tommy’emu Gregowi zajęło chwilę, zanim zrozumiał polecenie. Choć wciąż biały jak kreda i na wpół odrętwiały, puścił się pędem obok zaskoczonych strażników. Zareagowali odrobinę za późno, pozwalając chłopcu wybiec z budynku. Jimmy Joe zauważył podnoszący się celownik. Tylko parę kroków dzieliło go od drzwi. Jednym susem znalazł się przy strażnikach, odwróconych do niego plecami. Palec jednego z nich zacisnął się na spuście. Powietrze przeszył cichy świst wiązki światła opuszczającej lufę. Jimmy Joe podbił broń ułamek sekundy wcześniej.

67


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Thomas Gregory Elliot leżał zwrócony twarzą do ziemi. Z dziury pośrodku klatki piersiowej unosiła się cienka strużka dymu. W powietrzu pachniało mocno przesmażonym mięsem. Jimmy Joe klęczał już przy synu, szukając śladów tętna. Trzydzieści uciśnięć, dwa oddechy. Przyłożył ucho do ust nastolatka. Nic. Za jego plecami tworzył się coraz większy tłum. Trzydzieści uciśnięć, dwa oddechy. – Dzwońcie po karetkę! – skamlał, wycierając rękawem płynące po twarzy łzy. – Ratujcie mojego syna! Poczuł na ramieniu uścisk silnej, męskiej dłoni. Nawet nie musiał się obracać. Doskonale wiedział, do kogo należała. – Przepraszam... stary, przepraszam... – załkał, tuląc do piersi nieruchome ciało Tommy’ego. – Nie ma sprawy, Jimmy. Wiem, co czujesz. Sygnał dźwiękowy obwieścił nadejście nowego maila.

68


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Rafał Socha: Historia jednego czworonoga Był sobie raz pewien piesek. Mały, wesoły, kudłaty kundelek. Pędził w miarę szczęśliwy żywot. Biegał za piłeczką, ogryzał zabawki, fikał, skakał, poszczekiwał. Codziennie dostawał smaczne jedzonko. Miał swoje legowisko, obrożę, miseczkę. Przez całe lato szczerze radował swoją obecnością państwa właścicieli, jak co roku wypoczywających w letniej rezydencji z dala od miasta, na głębokiej prowincji. Z czego żyli? Trudno powiedzieć, enigmatycznie mówiono, że po prostu „z konta”. Jakieś tam transakcje na odległość niby wykonywali, przez telefon i internet jakimś tam biznesem niby zarządzali, nikt jednak żadnych szczegółów nigdy nie poznał. Mieli kasę i już. Jak starszy pan wchodził do jedynego we wsi sklepu spożywczo-monopolowego, to mu sklepikarz czapkował od progu, a zgromadzone wokół żuliki omal nie padały na kolana. Facet miewał gest. Bywało, że – majętnością swoją odpowiednio dowartościowany i fantazją porządnie nakręcony – całej braci menelskiej z rozmachem stawiał piwo, wino, czasem nawet flaszkę czegoś mocniejszego zafundował temu i owemu. Traktowano go jak króla, jak jaśniepana, jak dziedzica na włościach. Sam oczywiście nigdy z motłochem nie pijał. Stawał z puszką coli, otoczony wianuszkiem wdzięczącego się chłopstwa, i dyrygował dyskusjami. Niekiedy zbierało mu się na zdawkowe uwagi, jakiś soczysty komentarz, ale – generalnie rzecz biorąc – znacznie bardziej wolał słuchać. Więc żuliki ochoczo opowiadały, a on wzrokowo akceptował – bądź też ganił – wygłaszane przez zapitych filozofów tezy. Niestety dla naszego pieska, wkrótce skończyło się lato. W miejsce ciepłej pory roku przyszła jesień, a wraz z nią nadciągnęły chłodne dni. Dziedzice poczęli sposobić się do wyjazdu. Jak co sezon w planach mieli powrót do miejskiej rezydencji, gdyż – w obliczu nadchodzącej zimy – to znacznie wygodniejsze rozwiązanie. Czworonoga w tych planach nie było. Po pierwsze: znudził się jaśniepaństwu, po drugie: co by w wielkim mieście z takim kundlem mieli niby robić? Należało rozwiązać problem – i to radykalnie. Starszy pan optował za opcją uśpienia, młodszemu było wszystko jedno, panie zaś absolutnie nie chciały się zgodzić na zagładę ulubieńca, chociaż zabrania go do miasta także sobie nie wyobrażały. Tylko głupie dzieciaki wszystko były w stanie sobie wyobrazić, bo dzieciaki fantazję mają nieograniczoną. Scenariusz psiej przeprowadzki w żadnym razie nie wchodził jednak w rachubę. Starszy pan, z puszką napoju w dłoni, miał nawet podobno zapowiedzieć, że prędzej udusi włochacza własnymi rękoma, aniżeli zabierze go na zimę do swego miejskiego pałacu. Ostatecznie stanęło więc na wyjściu pośrednim – krakowskim targiem uzgodniono, że młodszy pan wywiezie psa do lasu i wyrzuci z samochodu. Aby uspokoić sumienie, w szczególności niepocieszonych dzieciaków, dodatkowo starszego z synów postanowił zabrać na „akcję”. Następnego dnia odpalił wóz i ulokował z tyłu czworonogi problem. Kundelek oczywiście nie wiedział, co się święci. Wesoło wymachiwał ogonem i lizał chłopaka po rękach. Panowie kluczyli trochę po okolicy i głośno rozważali różne lokalizacje, aż w końcu uznali, że najlepiej będzie, jak porzucą swego pupila przy stawie, tuż na skraju lasu. Obaj rozumowali logicznie, że tutaj ludzie bywają często-gęsto, kąpią się, przychodzą na spacery. Wprawdzie młodociany syn dziedzica-juniora bliski był płaczu, ojciec jednak wszystko mu objaśnił: bezpańskiego psiaka ktoś na pewno zauważy i przygarnie. Nie ma powodu do obaw. A w ogóle to nie po męsku takie mazgajenie się! Ambitny gimnazjalista opanował łzy. Gdy samochód wjechał na pobocze, własnoręcznie złapał nawet za sierść zwierzaka i chcąc zaimponować tacie, wykopał przybłędę z samochodu. Potem zatrzasnął drzwiczki. Starszy uśmiechnął się i ruszył przed siebie. Zdezorientowany kundel został w trawie, na przemian to wyjąc, to skomląc z niewypowiedzianego żalu.

69


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

No bo oczywiście ciężko taką niegodziwość przełożyć na język czworonoga. Ba, przeciętny człowiek by nie zrozumiał, co dopiero pies. Błąkał się więc, biedaczek, o chłodzie i głodzie – i nie ogarniał niczego. Jeszcze pierwszego dnia wyruszył na poszukiwania. Rozpaczliwe, nieudolne, nieefektywne. Na dodatek późno już było, szybko zapadł zmrok, stracił orientację. Mówi się, że psy na ogół jak po sznurku trafiają do swych domostw, bo dysponują całkiem niezłym zmysłem lokalizacyjnym. Ten jednak nie dysponował, zdolności takowej nigdy w sobie nie rozwinął. Nie wiedział nawet, gdzie ma biec i od czego zacząć. Miotał się. Choć czy mogło być inaczej, skoro nigdy nie opuszczał terenu rozległej posiadłości jaśniepaństwa? Dla kaprysu przynieśli go wiosną od jednego wieśniaka, któremu się suka oszczeniła, i odtąd praktycznie nie wyprowadzali. Całe lato u nich przesiedział. Podrósł przez ten czas i wizualnie wydoroślał, wciąż był to jednak psi gołowąs, któremu raptem zawalił się świat. Jedyny świat, jaki znał i jaki miał. Biegał więc od drzewa do drzewa, biegał i skomlał, marzł, mókł i głodował. Czwartego dnia znalazł jakąś zdechłą mysz. Potem próbował upolować niedużą kurę, ale stado się rozpierzchło, a z pobliskiego obejścia wypadł rozeźlony chłopina i obrzucił niefortunnego myśliwego kamieniami. Nazajutrz było jeszcze gorzej – napatoczył się naćpanym skejtom z wiatrówką. Gówniarze ostrzelali osłabionego zwierzaka, a śrut ranił mu łapę. Lizał ją potem długo w krzakach na skraju wsi, lecz nie była to jego rodzinna wieś. Później usnął. Spał, spał i spał. A jak się obudził – znowu marzł, mókł i głodował. W połowie drugiego tygodnia człapał już w zasadzie ledwo co. Wyżerał jakieś cuchnące, porzucone przez grzybiarzy resztki zapleśniałych kanapek, w miarę możliwości polował na gryzonie. Szło mu różnie, raz się udawało, innym razem nie. Trzynastego dnia wydarzyło się najgorsze – wpadł pod samochód. Resztkami sił gonił za nornicą, więc nie zauważył nadjeżdżającego polną drogą auta. Łupnęło, odbił się od zderzaka, rzuciło nim w przydrożne chaszcze. Samochód przyhamował, potem dwie wyperfumowane sylwetki wysiadły, okrążyły pojazd, podumały chwilę przy masce, następnie szybko wsiadły i odjechały na dyskotekę. On leżał i skomlał, z trudem liżąc potłuczony bok. Słabł i słabł, wiądł i wiądł, sechł i sechł. Aż w końcu październikowe słońce zgasło w umęczonych oczach poczciwiny. Psi łeb bezwiednie opadł na ziemię, a świergot ptaków zamarł raptownie. Młodociany kundelek, mówiąc patetycznie, stanął u bram Krainy Wiecznych Łowów. Tymczasem dwie dziewczyny wybrały się na spacer. Było sobotnie popołudnie, a one szły powoli łąkami, w stronę lasu, i rozmawiały o pewnym przystojnym młodzieńcu, do którego jedna z panienek wzdychała namiętnie od jakiegoś czasu. Podobał się jej bardzo! Marzyła codziennie, aby wydarzyło się coś cudownego, aby śliczny kawaler zwrócił wreszcie na nią uwagę. Takie zwierzanie się, w szczególności najlepszej przyjaciółce, zawsze przynosiło ulgę. Toteż korzystała z okazji, a buzia jej się prawie nie zamykała. Młoda romantyczka, na ogół zamknięta w sobie i skryta, szczebiotała teraz i szczebiotała, a wyrozumiała słuchaczka starała się zanadto nie przerywać rozpalonej uczuciami przyjaciółce. Wtrącała się raczej okazjonalnie – ale bardziej tak dla taktu, dla pocieszenia, dla dodania otuchy. Znały się od podstawówki i choć obdarzone nieco odmiennymi temperamentami, dużo ze sobą przebywały, bo lubiły się nawzajem, no i doskonale rozumiały. Jedna drugiej powierzała sekrety, przy czym z delikatnym wskazaniem na tę pierwszą. To znaczy romantyczka częściej w ogóle miewała jakieś sekrety, więcej ich było i – jakby to powiedzieć – nieco skrytsze się one zdawały. Powierniczka dreptała zatem trzeźwo po ziemi, w przeciwieństwie do swej chodzącej z głową w chmurach towarzyszki. I to ona zauważyła znieruchomiałego czworonoga. Aż pisnęła z wrażenia, a następnie prędko przyklękła przy nieprzytomnym kundelku. – Piesku! – zawołała. – Piesku mały! Co ci jest? Zwierzak nie zareagował. Nie pisnął, nie szczeknął, nawet nie drgnął. Dziewczyna dotknęła jego sierści i pogłaskała po łbie. – Oddycha... – szepnęła do przyjaciółki. – Ciepły jest... Żyje! 70


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Nieszczęśliwie zakochana melancholiczka zbliżyła się także. Kucnęła, pogłaskała kundelka po łapach. Zauważyła zgrubienie i zakrzepłą krew w miejscu, po którym prześlizgnął się skejtowy śrut. – Biedaczek – westchnęła sama do siebie. Bardziej pragmatyczna z dziewcząt wzięła psiaka na ręce. Nie był ciężki. – Jaki wychudzony – rzekła do sentymentalistki. – Toż to prawie sama skóra i kości! Bezwładne ciało raptem zesztywniało, a wszystkie cztery kończyny zwierzęcia na chwilę się rozprostowały. Pies otworzył ślepia i warknął, ale na więcej nie miał sił. Napięcie mięśniowe znów się szybko obniżyło. – Trzeba go zanieść do schroniska – zadecydowała panienka z kundelkiem na rękach. – Co mu się stało? – Nie wiem. Może auto go potrąciło. – Ale nie krwawi... – Potłuczony jest. Żeby tylko w środku coś mu nie pękło. Wiernej psinie w środku dawno pękło już serce, ale zaradnej dziewczynie raczej nie o to chodziło. Zabrała rannego z łąki, potem długo szły przez las. Niosły psiaka na zmianę, chociaż istotnie nie był aż taki ciężki. Na samym początku zabudowań minęły duży szyld lecznicy dla zwierząt. Dziewczyny odruchowo się zatrzymały. Schronisko znajdowało się po drugiej stronie rozległej miejscowości. – I co? – zapytała romantyczka. Racjonalistka tym razem nie była w pełni przekonana. Obie przeanalizowały sobie wszystko na spokojnie i – po dłuższej chwili – zadecydowały, że nie ma co się oglądać. Szkoda targać wycieńczonego psiaka jeszcze taki kawał. Przecież, rozumowały logicznie, pewnie i tak by go tutaj z powrotem przywieziono. A jak się weterynarz zgodzi, to małego przyjmie i opatrzy od razu, później zaś odwiezie do schroniska, względnie sami po niego przyjadą. Dziewczyny miały rację – lekarz weterynarii okazał się sympatycznym, dobrze wychowanym, młodym człowiekiem. Wykazał pełne zrozumienie i zajął się swoim poszkodowanym pacjentem. Wysłuchał opowieści przyjaciółek oraz potwierdził przypuszczenie o kolizji z samochodem. Wskazał też na ranę postrzałową, no i na skrajne wygłodzenie biednego kundelka. Zaaplikował mu jakieś zastrzyki, obandażował łapę, potem podpiął pod kroplówkę. Przyjaciółki posiedziały trochę przy kudłatym zwierzaku, ale po jakiejś godzinie uznały, że nic więcej nie mogą już dla niego zrobić, że zostawiają go w dobrych rękach. Pożegnały się więc, podziękowały za dobre serce i opuściły lecznicę. Doktor w tym czasie, oczywiście poza zabiegami czysto medycznymi, wykonał kilka telefonów. Przede wszystkim skontaktował się ze schroniskiem. Powiedziano mu, że – choć pora jest trochę niefortunna, bo to w końcu sobotnie popołudnie – po pieska przyjadą i go chętnie przygarną. Jak trzeba, to trzeba. Umowę z urzędem gminy mają podpisaną, pieniążki na psiaka dostaną i nie ma problemu. Weterynarz przyjął do wiadomości cenną informację, aczkolwiek nie zajął jednoznacznego stanowiska, całą sprawę – ku zdumieniu rzeczowego rozmówcy – pozostawiając po prostu w lekkim zawieszeniu i niedopowiedzeniu. Zadzwonił do wójta, którego znał osobiście i z którym, można powiedzieć, pozostawał w pewnej zażyłości. Wójt podał mu numer do zastępcy, bo się nagle okazało, że to wicewójta działka, on zaś nie zwykł się takimi pierdółkami zajmować, w szczególności w swoim wolnym czasie. Więc pan doktor zatelefonował do upoważnionego i władnego zastępcy. Ten z kolei zobowiązał się sprawę pilotować dalej. Weterynarzowi polecił czekać na zwrotny telefon, po czym szybko się rozłączył i, co oczywiste, zadzwonił do miejscowego schroniska dla zwierząt. Tam usłyszał oczywiście to samo, co wcześniej powiedziano niezdecydowanemu doktorowi. Że chętnie kundelka przygarną, że nie ma problemu, że od tego przecież są. I że nawet dzisiaj, to znaczy w sobotnie popołudnie, w sumie ktoś od nich podjechać może – jeżeli to koniecz71


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ne, jeżeli psiaka nie ma gdzie przenocować, no i jeżeli stan jego zdrowia by na takową podróż w ogóle pozwalał. Wicewójt podziękował i wybrał numer doktora, aby mu przekazać pomyślne nowiny. Nie dodzwonił się jednak od razu, bo numer ów był przez około kwadrans zajęty – weterynarz żywo konwersował z teściową. O czym? Tu nie do końca wszystko pozostaje jasne, najprawdopodobniej wypytywał o możliwość samodzielnego ustalenia właściciela rannego pacjenta. A że teściowa, jak na rdzenną mieszkankę gminy przystało, dysponowała solidną bazą danych w głowie, pomoc jej mogła się okazać nieocenioną. Ale się nie okazała. Matka żony młodego lekarza weterynarii nie potrafiła przypomnieć sobie, u kogo na podwórku kundel – zgodny z opisem zięcia – mógłby przebywać. Spasowała i odłożyła słuchawkę. Umożliwiło to ponowną rozmowę młodego doktora z zastępcą wójta. Jednak żadnych rewelacji ona nie przyniosła – urzędnik zwięźle powtórzył to, co usłyszał. Jak trzeba, to przyjadą i wybawią właściciela lecznicy z kłopotu. – Ależ to żaden kłopot – odparł kurtuazyjnie weterynarz. – Piesek jest opatrzony, oporządzony i zabezpieczony. – Na pewno? – spytał dla jasności wicewójt. – Oczywiście, panie wójcie – potwierdził młody doktor. – Nie ma najmniejszego problemu. – To w takim razie przekażę, żeby przyjechali jutro. Najlepiej z rana. Pasuje panu? – Jak najbardziej. – Dziękuję – powiedział, nieco już wylewniej i jak gdyby mniej oficjalnie, ponurawy zazwyczaj i służbisty urzędnik. – Drobiazg – zbagatelizował sprawę weterynarz. – Nie taki znowu drobiazg. Wykazał pan obywatelską postawę, a to zawsze w cenie. – Nie ma o czym mówić. – Dziękuję panu – powtórzył zastępca gospodarza gminy. – I miłego wieczoru życzę – dodał jeszcze półprywatnie, po czym się rozłączył. – Do widzenia – mruknął właściciel lecznicy. Odłożył słuchawkę, podumał trochę, a następnie zajrzał do psa znajdującego się w gabinecie. Czworonogi pacjent leżał z otwartymi oczami i dyszał ciężko. Doktor wycofał się, zamknął drzwi i wrócił do swoich spraw. Następnego ranka, jak zapowiedział wicewójt, u weterynarza zjawił się pracownik schroniska. Młody doktor spożywał śniadanie w towarzystwie żony, ale szybko zerwał się od stołu i pobiegł do bramy. Posłaniec wjechał na podwórko. We dwóch wynieśli psa i ulokowali w samochodzie. Lekarz weterynarii poinstruował dokładnie przybyłego, co i jak. Że stan zwierzaka jest stabilny i ogólnie dobry. Nie jest połamany, tylko potłuczony i solidnie osłabiony. Dostał antybiotyk, na postrzeloną łapę doktor zalecił okłady z rivanolu. Niech piesek dużo pije i je, z początku jakieś delikatne rzeczy, a za kilka dni nabierze sił i wróci do pełnej sprawności. Wykaraska się, najgorsze już za nim. Do kontroli można podjechać za parę dni, ale nie jest to konieczne. Gdyby były jakiekolwiek kłopoty – dzwonić. Albo od razu przyjeżdżać, chociaż oczywiście nic złego dziać się już raczej nie powinno. Pracownik schroniska w skupieniu wysłuchał zaleceń wspaniałomyślnego doktora, który ani przez moment nie zająknął się o żadnym płaceniu. Przyjaciel zwierząt zauważył to, wyczuł i wziął za dobrą monetę. Podziękował i uściskał prawicę szlachetnemu człowiekowi. Są jeszcze porządni ludzie na tym krwiożerczym świecie – myślał, usadawiając się za kierownicą. A następnie wyjechał na wstecznym, minął bramkę lecznicy i popędził prosto do swojego schroniska. Dwa tygodnie później do urzędu gminy wpłynęło osobliwe pismo – przedsiębiorczy właściciel miejscowej lecznicy dla zwierząt kategorycznie domagał się zwrotu poniesionych kosztów na leczenie, „zabezpieczenie” oraz przenocowanie dostarczonego mu psa. Młody lekarz weterynarii przedstawił w dokumencie szczegółowe wyliczenia, popierając je billingami wykonanych przez siebie rozmów telefonicznych – w tym do obu wójtów, schroniska dla zwierząt, teściowej i paru in72


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

nych osób oraz instytucji, mogących okazać się pomocnymi przy ustalaniu „personaliów” leczonego przezeń psa „rasy mieszanej”. Doktor wykazał ponadto przebycie prywatnym samochodem trzydziestu dwóch kilometrów w wiadomej sprawie, a także drobiazgowy spis leków, jakie podał poturbowanemu zwierzęciu. Dołączył kilka fotek, które przedstawiały psa na operacyjnym stole, a na koniec zsumował koszty: wychodziło czterysta pięćdziesiąt złotych. Stanowczo domagał się zwrotu czterystu pięćdziesięciu złotych polskich od urzędu gminy i szanownego pana wójta. Z początku włodarza gminy zatkało. Przeczytał dwa razy pismo i odesłał je do zastępcy, stwierdzając po prostu, że mu jakimiś pierdołami gitarę zawracają, podczas gdy on ma przecież dużo ważniejsze problemy na głowie. Wicewójt, dystyngowany i sztywny służbista, zareagował nieco inaczej – skontaktował się telefonicznie z lecznicą i poprosił pana doktora do aparatu. Pan doktor się pofatygował, aczkolwiek nie złagodził swego stanowiska. Żadnymi ustępstwami nie był w ogóle zainteresowany, chciał po prostu odzyskać swoje czterysta pięćdziesiąt złotych. Sztywny zastępca wójta usztywnił się jeszcze bardziej, a następnie wygarnął tamtemu, że się przecież po dżentelmeńsku umawiali, więc czemu teraz „robi z mordy cholewę”? Doktor się obraził i przerwał rozmowę. Zastępca wójta odesłał pismo niżej, nakazując naczelnikowi wydziału ochrony środowiska – bo nie bardzo wiedział, gdzie ma to skierować – opracowanie jakiejś sensownej odpowiedzi, koniecznie podpartej stosownymi paragrafami. Naczelnik przespał się z problemem, lecz nazajutrz i tak papier posłał do podległego sobie kierownika. Kierownik myślał trochę nad nietypowym zadaniem, ale także nie miał zbytnio ani czasu, ani twórczej inwencji, zlecił więc opracowanie odpowiedzi starszemu referentowi. Starszy referent kłopotliwy dokument przekazał z kolei młodszemu, bo i on nie bardzo wiedział, jak to ugryźć. Młodszy dumał przez trzy dni i cierpiał przy tym ogromne katusze, szczególnie przykre były dla niego poranki – przychodził do pracy, a na biurku witał go irytujący kwit. W końcu wręczył ohydne paskudztwo stażyście, oznajmiając przy okazji, iż stwarza chłopakowi z pośredniaka możliwość poznania pracy urzędniczej od podszewki. Więc niech się skupi i wytęży umysł, bo jeżeli chce tu pracować, to powinien sobie poradzić. Stażysta przeczytał uważnie roszczeniowe pismo od lekarza weterynarii, następnie usiadł przed komputerem i otworzył edytor tekstu. Niewiele myśląc, wystukał kilka prostych zdań, z których wynikało, iż pan doktor powinien się mieć na baczności, bo korespondencja, jaką nadesłał do urzędu, zakrawa na próbę bezprawnego i bezpodstawnego wyłudzenia pieniędzy z budżetu samorządowego, a to jest karalne, to jest kryminał i za takie numery idzie się do pierdla. Pokazał tekst młodszemu referentowi. Ten się ucieszył, ocenił mianem „dobrego”, poklepał asystenta po ramieniu, a następnie nakazał mu to wydrukować i zanieść do starszego stopniem druha. Starszy także się ucieszył, zaniósł kartkę kierownikowi, kierownik naczelnikowi, a naczelnik poszedł wprost do gabinetu zastępcy wójta. Służbista, sztywny jak zawsze, długo trawił zaproponowany tekst. Po namyśle naniósł dwie poprawki stylistyczne, jedno „i” zamienił na „oraz”, potem polecił sekretarce przepisać wszystko i wydrukować, a na koniec zaniósł szefowi do podpisania. Na tym w zasadzie urywa się nam prozatorski trop. Dalsze losy małego kundelka nie są narratorowi znane. Ponieważ jednak, co wielce prawdopodobne, jego córeczka już niedługo – opanowawszy sztukę czytania – zechce poznać tę historię od deski do deski, a przynajmniej dociec samodzielnie, jakież to tata bazgroły po nocach wypisuje i co z takim zapamiętaniem odmalowuje, trzeba stworzyć zakończenie. Pozytywne, zaznaczam od razu. Baśń o małym kundelku była momentami smutna, żeby nie powiedzieć: ponura i straszliwie dołująca, toteż przydałaby nam się teraz przeciwwaga, krzepiąca pointa, happy end. A zatem mały piesek doszedł jakoś do siebie. W schronisku nie było może tak komfortowo jak u jaśniepaństwa dziedziców, niemniej opiekę miał dobrą, jedzenie przyzwoite, ciepły kąt do spania i w ogóle wszystko, co czworonogowi jest niezbędne do egzystowania. Podrósł jeszcze, wydo-

73


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

roślał. Łapy mu się zrobiły mocniejsze, w tym również ta zagojona po skejtowym śrucie. Kark spotężniał, ale w granicach rozsądku. Nadeszła wiosna. Któregoś słonecznego przedpołudnia schronisko odwiedziła mała dziewczynka. Przydreptała z tatą, bo mama była w pracy, wcześniej jednak uprosiła oboje rodziców, aby się zgodzili na pieska. No i się zgodzili. Tata zasugerował nawet, że można by zrobić dobry uczynek i adoptować jakiegoś nieszczęśliwego zwierzaka ze schroniska. Dziewczynce pomysł szybko przypadł do gustu. Ucieszyła się. A później trochę posmutniała, bo wybór wcale nie był łatwy. Zobaczyła wiele piesków. Jedne się łasiły, inne były obojętne, jeszcze inne warczały nieprzyjaźnie. Namyślała się do czasu, aż wypatrzyła smutnego, skrytego w półcieniu, lekko przygaszonego kundelka. Zerkał tak tęsknie, że nie mogła przejść obojętnie... Pogłaskała go i przytuliła, i raptem nie miała już wątpliwości – kudłatego psiaka trzeba było zabrać do domku! Kundelek okazał się wiernym i oddanym przyjacielem. Szybko pokochał swoich nowych gospodarzy, prędko też zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Żył długo i szczęśliwie.

74


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Anna Szumacher: Nie wszystko złoto Kawka nie była z tej dzielnicy. Wyróżniała się lśniącą czernią wśród szarych, niehigienicznych gołębi i krzykliwych – choć eleganckich – srok, do których stada szybko dołączyła. Zaczęła zachowywać się tak jak one i często podrygiwała krótkim ogonkiem. Szybko podłapała również zwyczaj interesowania się wszystkim, co błyszczące i nadające się do podwędzenia. Prawdziwa królowa cyganek wśród czarno-białych, miejskich lokai. I tylko sporadyczne „kau!”, które dobywało się spośród rozwrzeszczanego stada potwierdzało, że kawka ma się dobrze. Kawka nie była z tej dzielnicy. Prawdopodobnie nawet nie z tego świata. *** – Byłbym nienormalny, gdybym powiedział panu prawdę – wyrwało się dosyć młodo wyglądającemu mężczyźnie. Na jego twarzy było widać wyraźne i długotrwałe zmęczenie. – Cholera nie, niech pan to zignoruje. Nic nie mówiłem. Chcę tylko dostać potwierdzenie, że jestem nadal zdolny do pracy i jedyne co mi dolega, to zbyt niskie zarobki i przewlekłe sytuacje stresowe. W pracy, w pracy. Pokój, a właściwie gabinet, w którym siedział pacjent, był lekko zacieniony. Prawdopodobnie miał sprawiać wrażenie miejsca domowego i uspokajającego. Nie sprawdzało się to jednak w tym konkretnym przypadku. Mężczyzna co rusz zerkał za okno i w ogóle uważał, że w każdym kącie i za każdym meblem czai się zło. Małe, czarne, pierzaste diabelstwo z piekła rodem. – Wie pan, że nie mogę tego zrobić. – Psychiatra odrobinę zsunął okulary z nosa. – Uczciwość lekarska i profesjonalizm nie pozwalają mi na wystawianie takich zaświadczeń na prawo i lewo tylko dlatego, że ktoś o to poprosi. Inaczej po ulicach biegałoby pełno... – Wariatów – podsunął pacjent usłużnie. – Osób niestabilnych psychicznie, z głębokimi urazami emocjonalnymi i traumami z przeszłości – poprawił psychiatra. – A pana zakład pracy wysłał tu nie bez powodu. Moim zadaniem i obowiązkiem jest dojść do tego, czy problem ten ma podłoże nerwowe, psychologiczne, czy też to po prostu kiepska robota, której pan nie lubi. Albo złośliwy sąsiad z wiertarką, który nie daje panu spać i powoduje ogólną nerwowość i wrogość wobec świata. – Jaką wrogość? – Chłopak w geście obronnym skrzyżował ręce na piersi osłoniętej podkoszulką z napisem „Zabijanie idiotów nadal jest nielegalne, więc zostaje mi SARKAZM”. – No dobra, to niech pan słucha. Ale obawiam się, że jedyne co pan będzie mógł potem napisać w swoim lekarskim raporcie to to, że pacjent cierpi na całkowitą przeciętność, a jego życie jest wręcz masakrycznie nudne. – Przerwał na moment. – Wszystko zaczęło się, kiedy na miejsce Marcina, naszego prawnika, który postanowił się zwolnić i zacząć zwiedzać świat na rowerze, przyszedł Tomasz. I obawiam się, że najciekawszy fragment historii jest już za nami... *** Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie po tym, jak kawka została przyjęta do stada srok mieszkającego w pobliskim parku. Razem z nimi krążyła między blokami, wyjadała resztki żarcia ze śmietników i straszyła niewielkie grupki gołębi, wypatrujących staruszek z torbami suchego chleba. Wylądowała kiedyś na jego balkonie, zmoknięta, wyglądająca na wychudzoną. Zrobiło mu się przykro, kiedy patrzył jak zmarnowana ptaszyna siedzi na balustradzie i otrzepuje skrzydła z wody.

75


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Poczekaj tu – powiedział do kawki, zupełnie nie wiadomo po co. Nie, żeby go zrozumiała, ani nawet usłyszała przez rozszczelnione okno. Poszedł do kuchni zobaczyć, czy nie ma jakichś w miarę jadalnych nasion. Znalazł trochę słonecznika i siemienia lnianego, więc wrócił do salonu. Kawka siedziała tam, gdzie ją zostawił i z niecierpliwością przestępowała z nóżki na nóżkę, wpatrując się w zamknięte okno. – Kau! – Usłyszał dźwięk, a kawka zamachała skrzydłami na jego widok. – Kau! Kau! Nie odleciała, gdy ostrożnie otworzył okno i powoli wysypał nasiona na niewielki, metalowy stolik. Poczekała, aż chłopak zniknie z balkonu, zeskoczyła na zimny, mokry blat i zaczęła z zapałem dziobać. Przez chwilę przyglądał jej się z zainteresowaniem, po czym wrócił do swoich zajęć. Kolejnego dnia wróciła. *** – Zaraz następnego dnia zabrał mi mój ulubiony zszywacz – skarżył się pacjent. – A to nie był byle jaki zszywacz, tylko taki naprawdę dobry, który przyniosłem sobie z domu. Rozumie pan, prywatny! To okazało się dopiero początkiem kłopotów z tych cholernym prawnikiem. Ja wiem, że ludzie uważają ich za nudnych i zadufanych w sobie, ale on był jeszcze gorszy. Naprawdę popularny. Przystojny. Wygadany. Sekretarkom na wszystkich piętrach miękły kolana, kiedy tylko wchodził do budynku. I nie tylko im... Lekarz, powstrzymując ziewanie zerknął na zegarek i z ulgą stwierdził, że czas wizyty dobiegł końca. – Dobrze, niech pan zatrzyma w myśli kwestię popularności tego prawnika i wrócimy do tego podczas następnej wizyty, dobrze? – Okej. – Mężczyzna podniósł się. – To w czwartek? – Tak. Czwartek o siedemnastej. – Będę. *** To był czwartek, od rana był w pracy, a potem zajmował się obiadem, więc fakt, że kawka zostawiła mu coś na balkonie, umknął mu do momentu, w którym usłyszał natarczywe walenie dziobem w szybę i przytłumione „kau!”. Wyszedł z kuchni ze ścierką do rąk i podszedł do okna. Na stole, tam gdzie wcześniej wysypał nasiona, leżało jabłko. Duże, masywne, metalowe jabłko. Zaryzykowałby stwierdzenie, że złote. Przedmiot na tyle duży i ciężki, że czarne ptaszydło nie powinno mieć fizycznej możliwości, by go unieść. A jednak kawka zadowolona skakała po stole, domagając się uwagi i po sroczemu potrząsając ogonkiem. – Widzę, że przejęłaś od swoich koleżanek same najgorsze cechy – mruknął, sięgając po owoc. Ptak odleciał w momencie, gdy jego palce zetknęły się z zimnym metalem. Jabłko rzeczywiście było ciężkie. Obejrzał je z zainteresowaniem, podziwiając kunsztowną robotę metalurgiczną w okolicy wyrzeźbionego listka oraz krótki napis nieznanym mu pismem. Zabrał jabłko do domu. W nocy obudziło go pukanie. *** – Zanim się zorientowałem, zaczął pukać moją dziewczynę – kontynuował ponuro pacjent. – Wystarczyło, że dwa razy przyszła do mnie na lunch i bam! – Przerwał na chwilę. – No, w sumie to 76


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

może być ciekawsze niż mówiłem, ale niektóre rzeczy po prostu zdarzają się facetom takim jak ja. Wie pan, „kocham cię, ale porzucę cię dla jakiegoś sukinsyna, który prawdopodobnie złamie mi serce”. A ten dupek idealnie wpisuje się w wizerunek łamacza serc. Prawnik, wokalista jakiegoś zespołu, za dnia Clark Kent, a w nocy pieprzony Superman. A jeśli chodzi o pieprzenie, to słyszałem, że w tym też jest dobry. Czy to podchodzi pod możliwy powód, dla którego ostatnio mało sypiam, jestem nerwowy i wrogo nastawiony do świata? Lekarz popatrzył na niego ze współczuciem. Kolejny normalny gość, któremu po prostu nie powiodło się w życiu... *** Pukanie dochodziło od strony drzwi balkonowych. Na początku je zignorował, potem myślał, że może kawka znowu przyleciała, ale przecież był, do cholery, środek nocy, a ptaki w środku nocy chyba niespecjalnie widzą, nie mówiąc o lataniu. Nawet jeśli mieszkają w mieście i jakieś tam światło pada z ulicznych latarni. Włożył okulary i przecierając oczy, podszedł do balkonowych drzwi. Odruchowo przekręcił klamkę, stając się typowym przykładem drugoplanowego bohatera amerykańskich horrorów. Ofiarą, która nigdy nie dożywa do napisów końcowych. Drobna kobieta o śniadej karnacji, ubrana w długą, białą suknię i krzycząca na niego chyba po grecku (suknia wyglądała na grecką), wpadła do salonu, rozejrzała się i nie przestając na niego krzyczeć, złapała leżące na stole jabłko. Wypadła z powrotem na balkon mijając go z wyraźnie urażoną miną. Tam wdrapała się na czekającego na nią w powietrzu konia – tak, konia! Na wysokości trzeciego piętra! – ze skrzydłami i po chwili zniknęli za najbliższym budynkiem. Nie wiedział, ile stał na środku pokoju ze zdumioną miną i ręką wciąż na okiennej klamce, ale tej nocy już nie zasnął. *** – Prawie przestałem sypiać – snuł opowieść pacjent, patrząc na swoje lekko drżące dłonie. – Zacząłem słyszeć głosy, mówiące mi, co chciałbym tej dwójce zrobić. Potem się okazało, że to było moje własne mamrotanie, które nie dawało mi spać. A to był dopiero początek moich problemów. W pracy zaczęły się redukcje etatów, nagle dostałem mniejsze biurko, a wie pan, że to nigdy nie wróży nic dobrego. Ktoś mi wjechał w bok samochodu, a na sam koniec, jakbym nie był jeszcze wystarczająco skopany, przyszła moja dziewczyna, żeby oddać pierścionek... *** Pierścień, a właściwie obrączka pojawiła się na balkonowym stole kilka dni po tym, jak – przypuszczalnie – sama bogini Afrodyta zrobiła mu awanturę i wjazd na chatę. Oczywiście do nowej błyskotki dołączona była wybitnie uradowana kawka, która swoim donośnym i częstym „kau!”, kau!” ogłaszała, że znowu coś mu przyniosła. Obrączka nie wyglądała groźnie. Nie kojarzyła mu się z niczym naprawdę złowrogim i pozwolił sobie nawet na bezczelną myśl, że może jest to coś zupełnie normalnego, co kawka znalazła na ścieżce w parku. O jakże się mylił... W nocy obudziło go skrzypienie podłogi, odgłos syczenia i jakby mlaskania. Zwinął się w pozycji płodowej, odruchowo wciągając wystające stopy pod kołdrę. Szuranie i syczenie zbliżyło się do sypialni na tyle, że w lustrze był w stanie dostrzec świecącą w ciemności parę olbrzymich oczu. Jednak kiedy usłyszał żarłocznie wypowiedziane: „Gdzie jesssteś, mój ssskarbie?”, odzyskał możli77


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

wość ruchu, zerwał się z wrzaskiem i nie przestając krzyczeć, chwycił obrączkę leżącą w drewnianej misce na komodzie, otworzył okno i wyrzucił ją na zewnątrz. Skradający się przy podłodze cień z cichnącym: „Nieeeeee!” rzucił się za nią przez okno. Tej nocy znowu nie zasnął. Trzęsąc się, przesiedział w kucki pod kołdrą do rana. *** – Mniej więcej w tym okresie zacząłem palić – powiedział chłopak. Tym razem miał na sobie podkoszulkę z sugestywnym napisem „UŻYWANY, ale stan idealny”. – Choć w sumie wtedy też wszystko powoli zaczęło się przekręcać na lepsze. A może po prostu ja zacząłem się przyzwyczajać. Na chwilę przerwał. Zaczynał być już znudzony tym zmyślaniem bajek dla psychiatry, a i ciągniecie tej dosyć rozbudowanej metafory wymagało coraz więcej kreatywności i finezji. Westchnął. Wszystko po to, by dostać orzeczenie... – No więc najpierw pojawił się ten totalny młotek, a potem makabryczna laska voodoo – powiedział w końcu. – Świetna para w sumie, on taki typowy byczek z siłowni, ona czarna, wymalowana i obwieszona czaszkami. Widzi pan ten obrazek? *** Donośne „kau!”, „kau!” obudziło go w sobotni poranek, mniej więcej o czwartej trzydzieści. Krótko po świcie. Otworzył okno nieco zirytowany, po czym wyjrzał na balkon. Na stole leżał młotek. No, „młotek” to dosyć duże niedopowiedzenie. To był wielki, gigantyczny młot, potworne rzeźbione młocisko, z metalowym uchwytem. Widział je wcześniej kilkakrotnie. W komiksach i filmach sygnowanych znakiem Marvela. Tylko że ten leżący na jego stole był masywniejszy i zauważalnie zużyty. Miejscami osmalony. Na dodatek zbliżała się burza z piorunami. Z nerwów sięgnął po leżącą na szafce nocnej paczkę papierosów i trzęsącymi się dłońmi przez chwilę mocował się ze złośliwą zapalniczką. W końcu odpaliła. Wziął dwa nikotynowe wdechy i otworzył balkon. Na próbę dotknął młota palcem. Nic się nie stało. Chwycił papierosa w zęby i mocno zacisnął dłonie na uchwycie. Pociągnął. Młot, jak przykazywała legenda, ani drgnął. Jakim cudem kawka przywlekła go na jego balkon, pozostawało tajemnicą. Wrócił do mieszkania na chwilę, zarzucił koc na ramiona i stanął w otwartym oknie. Prawdę mówiąc, nie mógł się doczekać, co wydarzy się teraz. Ciemne, gęste chmury zbliżały się w stronę jego bloku z niesamowitą prędkością. Grzmiało. Kilka błyskawic walnęło w okoliczne drzewa. Wyglądało na to, że Thor dosyć szybko orientował się w zmianie swojego stanu posiadania i niespecjalnie mu się to spodobało. Chłopak już nakręcił się samą wizją wielkiego i muskularnego gościa w czerwonym płaszczu, gdy z jednej z pobliskich chmur usłyszał odległy ryk: – Mjooolniiiiiir! Młot na stoliku zadrżał, przesunął się o kilka milimetrów, a potem – wirując w powietrzu – odleciał w kierunku głosu. To było rozczarowujące. Przez chwilę jeszcze patrzył na ciemne chmury i kiedy doszedł do wniosku, że już nic się nie wydarzy, wrócił do łóżka. ***

78


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Na następny prezent nie musiał długo czekać. Jeszcze tego samego wieczora, gdy jadł kolację i oglądał wybitnie durny serial coś stuknęło o szybę. Obejrzał się z westchnięciem. Mógłby to zignorować i wrócić do jedzenia, ale... Wstał i odsunął zasłony. Na balkonowej podłodze leżała lśniąca, hebanowa laska, a koło niej dreptała kawka. Wyglądała na lekko skołowaną brakiem światła, ale z jakiegoś powodu nie przeszkodziło jej to, by donieść kolejny magiczny złom akurat na jego balkon. Zapalił światło i otworzył okno, by przyjrzeć się z bliska najnowszemu podarunkowi. Szczególnie, że właściciel pojawi się raczej wcześniej niż później. Kiedy jednak dojrzał na czubku laski dużą, zbroczoną krwią czaszkę i przywiązane tu i ówdzie kości, poczuł ciarki na plecach. Intuicja podpowiadała mu, że śmierć czai się za rogiem. Złapał ciemne drewno laski i wyrzucił ją z balkonu, mimo głośnego protestu kawki. Nie spodziewała się, że następne co chłopak zrobi, to chwycenie jej samej i wyrzucenie zaraz za voodoo laską z okrzykiem: – Wystarczy tego dobrego! Wychylił się i krzyknął w noc: – Jak masz mi zaśmiecać balkon, to przynieś coś, co rzeczywiście mi się przyda! Z ciemności dobiegło go tylko zirytowane: – Kau! *** Pacjent wydawał się być całkiem zrelaksowany. – Wygląda na to, że u pana wszystko w porządku – zaryzykował psychiatra. – Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak kolejną wizytę wyznaczyć jako ostatnią i dać panu zaświadczenie, że jest pan zdolny do pracy i całkowicie normalny. Nie widzę powodu, by pan tu dłużej przychodził. Pacjent wsadził dłoń do kieszeni i wymacał niewielki kawałek zimnego metalu. – Bo widzi pan, postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce. Dosłownie. – I teraz już wszystko jest wręcz wspaniale. *** Po awanturze, którą urządził kawce dobrych kilka nocy wcześniej, na jakiś czas zniknęła z okolicy i miał nadzieję, że poszła sobie na dobre. Ale nie, wróciła. I jak zwykle coś ze sobą przywlekła. – O nie, nie, nie – powiedział, gdy tylko zobaczył, co porzuciła na okrągłym stoliku. Na samym środku leżał złoty pierścień. Gdzieś widział ten obrazek. Orki, czerwone oko, poza tym już raz przeżył wizytę właściciela Jedynego Pierścienia. – Co ja mówiłem o przynoszeniu nieprzydatnych, a na dodatek niebezpiecznych rzeczy, co? – fuknął w stronę kawki. – Kau! – usłyszał w odpowiedzi. – Kau! Kau! – Inny pierścień? – zgadł po chwili zastanowienia chłopak. Ptaszysko zaczęło podskakiwać wyraźnie podekscytowane. – I co niby robi? – spytał, drapiąc się po głowie. Kawka może i była rozmowna, ale za to strasznie monotematyczna. – Stanę się niewidzialny inaczej niż przy poprzednim? Zacznę latać? Będę, no nie wiem, nieśmiertelny? Kuloodporny? Pierścień zawiera klątwę? Spełnia życzenia? Stara, magicznych złotych pierścieni wala się w legendach na kilogramy. – Kau!

79


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Miał dwa wyjścia. Poczeka na właściciela albo zbierze się na odwagę i założy pierścień na palec. Prawdopodobnie na serdeczny. Cóż, w najlepszym wypadku stanie się wszechpotężny. W najgorszym może się okazać, że ma żonę. Sięgnął po prezent. – No dobra, to ryzyk-fizyk. *** – W takim razie widzimy się za tydzień. Cieszę się, że zwyczajna rozmowa i czas sprawiły, że wrócił pan do normy – powiedział psychiatra, podając mu rękę. – O, teraz jest nawet lepiej, niż było – zapewnił go chłopak, dzisiaj noszący koszulkę z nadrukiem „KEEP CALM and believe in MAGIC”. – To do widzenia. Wyszedł, zamykając za sobą białe drzwi ze sklejki. Lekarz odwrócił się i zauważył na wieszaku wytartą, skórzaną kurtkę należącą do pacjenta. Chwycił ją i wypadł na korytarz, mając nadzieję, że złapie go jeszcze przed wyjściem. Owszem, złapał. Chłopak stał przy otwartym na oścież oknie i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Co było o tyle niepokojące, że gabinet znajdował się na jedenastym piętrze. Psychiatra zamarł w pół kroku. – Nie, niech pan tego nie robi! – zawołał w końcu i dorzucił najbardziej wyświechtane stwierdzenie, jakie przyszło mu do głowy. – Życie jest piękne! Coś świsnęło i przed oknem zatrzymał się bogato wyszywany i kolorowy dywan z powiewającymi frędzlami. Latający dywan. Chłopak odwrócił się w jego stronę. – Panie, ja to wiem! – Machnął w kierunku lekarza ręką, na której jasno lśnił niewielki pierścień. – Tyle że ja mam dżinna owiniętego wokół palca i magiczny dywan, a pan... pan ma teraz niezły problem. Jak pan już trafi na terapię, polecam zaczęcie od zdania: „Byłbym nienormalny, gdybym powiedział panu prawdę”. W moim przypadku zadziałało! Wskoczył na dywan i chwilę później zniknął, pozostawiając za sobą otwarte okno.

80


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Łukasz Trykowski: Mars Inków I. Spojrzał w swój zeszyt, wziął głęboki oddech i popatrzył na siedzącego po drugiej stronie biurka pacjenta. – A więc twierdzi pan, że nazywa się Kolumb?– zdziwił się Elvis™. – Krzysztof Kolumb? – Tak właściwie... to tak. Tak mam na imię. – Nie powinien być pan już martwy? – dopytywał lekarz, rzucając okiem na wiszący na ścianie kalendarz. – E tam, ludzkie gadanie. – Wie pan, mamy dwudziesty wiek. Kolumb spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie wyglądał na człowieka renesansu. Nosił dres, włosy miał dość krótko przystrzyżone, a na nosie okulary. Właściwie to wypisz, wymaluj prostak z wielkiej płyty na Nowym Dworze. – Co mam panu powiedzieć? – pytał Krzysiek, kręcąc się na krześle. – Pan też ma niecodzienne imię i nazwisko, ale nie od urodzenia, jak mniemam. – Prawdę – zasugerował Elvis™, stukając palcami w blat biurka. – Prawdę. Tylko i wyłącznie prawdę. – I zapisze pan to w swoim dzienniczku? Panie doktorze, prawda to coś, w co będzie panu bardzo trudno uwierzyć. Bo jest bardziej popierdolona, niż może pan sobie wyobrazić. Przepraszam, ale słowo „poryta” to trochę mało. Crushet® przypomniał sobie eksperymenty, jakie przeprowadzał na pacjentach. Mam bujną wyobraźnię. Nie mógł oczywiście zapisywać efektów w swoich notatkach, gdyż byłoby to proszenie się o kłopoty. Wystarczyłoby, że wpadłyby w niepowołane ręce, a prokuratura już by się tym zajęła. Albo jeszcze gorzej – służby bezpieczeństwa. Dobrze, że Związek Radziecki chwiał się w posadach, bo inaczej gułag byłby gwarantowany. – Proszę mnie sprawdzić – rzucił lekarz. – Prawda jest taka, panie doktorze, że wszystko zaczęło się, gdy królowa Izabella... – Zmarła? – Pewnie tak. Jak pan słusznie zauważył, mamy dwudziesty wiek. A ja urodziłem się w piętnastym, w Genui. – Końcówkę – dopowiedział Crushet®. – Końcówkę – potwierdził Krzysztof Kolumb. – Mało ważne. W każdym razie nie szukaliśmy tylko drogi do Indii. Szukaliśmy też źródła młodości. – Źródła młodości? – zdziwił się Elvis™. – To był prawdziwy cel mojej wyprawy. Dlatego miałem dziwne przeczucie, że te Indie są jakieś dziwne. Do dupy jak na Indie, żadnych nosorożców, słoni, hinduistów, nic. Potem Vespucci nazwał te kontynenty swoim imieniem. Co za skurwiel! – Kolumb prawie wstał z krzesła. – Ale Vespucci nie żyje. Podobnie jak Izabella. Ja tak. – Uśmiechnął się i uspokoił. – Odnalazłem źródło młodości, ale, panie doktorze, ono nie jest tym, czym się mi wydawało. To nie magia. To technologia molekularna. W pewnym sensie faktycznie umarłem. W pewnym nie. – Więc twierdzi pan, że jest człowiekiem Schrödingera? – dopytywał lekarz. – To znaczy, że żyje i nie żyje pan jednocześnie? – Panie doktorze, nie słuchał mnie pan. Źródło młodości to technologia molekularna, która sprawiała, że przeszedłem przemianę. Psychicznie zostałem tym samym człowiekiem. Ale to chyba

81


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

za duże słowo. Nie jestem już człowiekiem. Raczej następnym krokiem w ewolucji. Wierzy pan w panspermię? – Zależy. Jeśli znaczy, że jesteśmy zaprogramowani przez kosmitów, to nie. Jestem poważnym naukowcem. Nie wierzę w takie bajki, podobnie jak w bogów i wyższy sens życia – tłumaczył Elvis™. – Ale jeśli chodzi panu o to, że materia organiczna w sposób przypadkowy rozsiewa się po wszechświecie, to tak. W to wierzę. – Ja wierzę w tą pierwszą wersję. Crushet® zapisał sobie w zeszyciku: „Wariat”. Spojrzał jeszcze raz na Kolumba. Możliwe, że głupek lub zwyczajnie nieuk, w każdym razie widać skłonności w wiarę w teorie spiskowe. – Ma mnie pan za wariata? Albo głupka, co? Możliwe, że nawet za nieuka, który łatwo wierzy w teorie spiskowe? – Nie, skąd – zaprzeczył lekarz. – Ależ dokładnie to pan zapisał. Wiem to bez czytania. A moja wiara w panspermię kosmitów wynika właśnie z tego, co przeżyłem w źródle młodości. To nie jest naturalny twór. Boski, magiczny, dla nas. Przynajmniej na razie, na naszym etapie rozwoju. Ale zaręczam panu, panie doktorze, ktoś to stworzył. Po zanurzeniu w tej wodzie nie tylko przestałem się starzeć, ale przestałem być. Moje ciało się odmieniło. Posiadłem wiedzę ponad zwykłe ludzkie wyobrażenie. W czasach, w których się urodziłem, atom był czymś niepojętym. Nie wiedzieliśmy nawet o komórkach. Nagle okazało się, że jestem w stanie spoglądać tak na ludzi. Czytać ich. Myśli to tylko impulsy elektryczne, nic więcej. Potrafię je czytać. Potrafię wiele rzeczy. Do wczoraj nie znałem polskiego. Dziś władam nim biegle. Crushet® spojrzał z niedowierzaniem. – Dobra, to co pan robi w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej? – Nie starzeję się. Jestem poza czasem, ledwo zamieszczonym w przestrzeni bytem, który odczuwa olbrzymią samotność, bo stwórcy się do nas nie odzywają, a ludzie mi nie dorównują. Było kilku, z którymi rozmawiałem, jak Einstein chociażby. Szukałem umysłu, który choć trochę będzie w stanie ogarnąć rzeczywistość. Dlatego znalazłem pana. – Mnie? – zdziwił się Elvis™. A to ci nowina. – Wiem o pańskich eksperymentach. Ale to co panu proponuję przekroczy wszystko, co się zrodziło w pańskim umyśle. Crushet® spoglądał z niedowierzaniem na rozmówcę. Fascynujące. – Nie wierzy mi pan. Wiem, jak zdobyć fundusze na pańskie badania. Wystarczy, że znajdziemy złoto Inków, starczy dla nas dwóch. Wtedy jak będzie pan gotowy, pokażę panu prawdziwe... zobaczy pan co. Nawet nie wiem jak to określić. W żadnym ludzkim języku nie potrafię tego nazwać, by było to zrozumiałe. – Złoto Inków, tak? – Elvis™ roześmiał się. – Wie pan, gdzie tego szukać? – Oczywiście, że wiem. Na Marsie. – Na Marsie? Inków? – To było już za wiele jak dla Crusheta®. Historia niespecjalnie go interesowała, ale podstawy jeszcze pamiętał. – Inkowie latali w kosmos. Na Marsie jest nawet monument Manco Capaca. – I nasi naukowcy o tym nie wiedzą? – Ludzie nie wylądowali jeszcze na Marsie. Dopiero chcemy wysłać misje, które zawiozą tam sprzęt badawczy. Te ćwoki nawet nie wiedzą, że jest tam woda, a ja się tam prawie utopiłem. Tak jest, panie doktorze, ale ci naukowcy tego szybko nie odkryją. Wie pan doskonale, podobnie jak ja, że większość z nich to debile. Szympansy, na których eksperymentują, mają więcej inteligencji. Wie pan, ile było prób klonowania zwierząt? – Nie. Ale mi się udało. 82


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Właśnie dlatego rozmawiamy – ciągnął Kolumb. – Jest pan geniuszem, a ja wiem o panu wszystko. Wyprzedza pan swoją epokę o kilkanaście albo i kilkadziesiąt lat. Ci debile nie znajdą monumentu Manco Capaca nawet wtedy, gdy tam wylądują. A nawet jeśli go znajdą, uznają, że to twór naturalny albo jakiś żart. Z Inkami tego nie połączą, bo mają podstawowe braki w znajomości historii. Ilu zna pan królów inkaskich? – To nie jest moja dziedzina... – Właśnie do tego piję. Pan przynajmniej zna się na biologii, a nie tylko na jej wąskim spektrum. Inkowie mieszkali na Marsie i to fakt bezsprzeczny, z którym nie można dyskutować, by nie zostać wyśmianym. – Na Marsie, powiada pan – niedowierzał Elvis™. – Taka wyprawa zajmie nam... – Maksymalnie kilka godzin. Mars jest rzut beretem, nie to co Betelgeza. Tam nawet z moimi mocami nie jesteśmy w stanie polecieć w czasie krótszym niż dwa tygodnie. – Chce pan w kilka godzin dolecieć na Marsa? – Pan zgłupiał? Przecież się nie da! – oburzył się Krzysztof. – Sam start... Nie sądziłem, że z pana taki tuman. Człowieku, czym ty chcesz lecieć? Zdezelowanym trabantem? Nie, nie polecimy na Marsa! – Ale sam pan mówił... – Po co lecieć, skoro można się tam przenieść? Zwyczajnie przez charakterystykę czasoprzestrzeni. Wiem, że dwudziesty wiek to zacofany czas, zwłaszcza tutaj, w Polsce, ale bądźmy poważni. Proszę za mną. Przeprowadzę pana do nowego świata przez bramę wielowymiarową. II. – Jesteśmy na miejscu? – dopytywał Elvis™. – Nie. To jest trawnik. Na czerwonej planecie nie ma trawników. – Zdziwił mnie ten śmietnik. – To robot. Wygląda jak śmietnik, ale ma bardzo zaawansowane funkcje i nanoboty, które rozkładają wszystkie nieczystości na surowe pierwiastki. Widzi pan tamto, panie doktorze? To ludzkie glebogryzarki – tłumaczył Kolumb. – Można by ich nazwać zaginionym ogniwem ewolucji, ale to raczej krok wstecz. Homo stultus. Tak, doskonale znam łacinę, za moich czasów się jej używało. Elvis™ był naprawdę zdziwiony. Kto by pomyślał? – A to my już jesteśmy na Marsie? – zapytał jedynie. – Nie. No co pan, to przestrzeń między przestrzeniami. To ludzie, zawieszeni między bytem a niebytem. Siedzą na trawie na czworaka i przeżuwają coś niczym krowy. Mózgi mają otumanione jak po mało którym leku. Ale my pójdziemy tam. Proszę uważać na wodę. – Aqua De Vida?– dopytywał Elvis™. – Raczej Aqua De Muerte. Sugerowałbym nie wpaść, bo nie wiadomo, czy pan przeżyje. A nawet jeśli, będzie pan tylko zwykłą roślinką. Oczywiście w przenośni, glebogryzarki pana nie zjedzą. O, tam stoi Aurora. Wejdziemy na nią i spróbujemy się wybić. Musimy wybić się z przestrzeni, by znaleźć się na Marsie. – Nie widzę tu Aurory. Może jest w Leningradzie? – dopytywał Crushet®. Właściwie niezbyt go interesowało, gdzie ten gruchot stał, ale cóż, w szkole uczyli wielu przydatnych rzeczy. A także bardzo wielu nieprzydatnych i kilku, którymi nagle można zabłysnąć, zaś poza takimi sytuacjami są absolutnie zbędne. Dobrym przykładem jest nauka niektórych operacji matematycznych w pamięci. Choćby pierwiastek trzeciego stopnia z siedmiu. W życiu nikomu normalnemu to nie będzie potrzebne, a nawet jak będzie, to przecież są tablice matematyczne i kalkulatory. Jednak, gdy jest się na popijawie i ktoś wpada na pomysł, by 83


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

przetestować pozostałych z działań matematycznych, to można mieć swoje pięć minut. Gdy padnie pytanie o pierwiastek trzeciego stopnia z siedmiu, większość ludzi zrobi wyłupiaste, kameleonie oczy, otworzy usta prawie tak szeroko jak robi to żaba i powie: „nie wiem”. Ten kto będzie wiedział, zostanie bohaterem wieczoru, prawdopodobnie rano zaś będzie miał kaca. – Zwodowana. Kolumb prawie wpadł do wody. W ostatniej chwili został złapany przez lekarza. – Dobra, spróbujemy inaczej. Może pójdziemy do kuźni Wulkana? Tam gdzie ten dym się unosi. Albo wie pan co? Tam chyba widziałem windę kosmiczną. – To mamy windy kosmiczne? – Amerykańskie, tajne. Ukrytą w tamtym meczecie! Stamtąd przejdziemy wprost do Machu Arechcu! Za mną! III. – Panie kolego! No co pan robi?! – wściekał się ordynator Michał Ożóg. – Proszę natychmiast zejść z dachu! Zaraz, czy ja dobrze widzę?! Tam jest pacjent?! Chce pan go zabić? Nie to, żeby martwy pacjent stanowił problem dla szpitala, pod warunkiem, że nie spada z dachu. Co prawda w akcie zgonu można napisać angina wyskoczna, ale i tak jest duża szansa, że ktoś się przyczepi. Trzeba wpisać coś bardziej prawdopodobnego i liczyć, że nikt się nie zorientuje. Zwłaszcza jak się nabazgrze jak kura pazurem, wtedy może nie odczytają. Nie takie rzeczy się zdarzały. Jak doktor Ćwikalski dwa tygodnie wcześniej opowiadał kawał podczas operacji, a gestykulując zapomniał, że ma w ręku skalpel, i przypadkiem poderżnął pacjentowi gardło, wymyślono, że to ostry atak migdałków. Nabazgrano tak, że prokurator i grafolog nie potrafili się doczytać, co tam jest napisane, ale żeby nie wyjść na niekompetentnych, zamknęli sprawę. – Już schodzimy – oznajmił Elvis™. Szybko zeszli z Kolumbem z dachu. – Wyrwał nas z przestrzeni marsjańskiej. Zwykły chuj, nieprawdaż? – dopytywał Krzysztof. – A byliśmy tak blisko. – Zaraz go załatwię. – Lekarz wyciągnął strzykawkę. – Proszę tu poczekać. Będzie pan bezpieczny. Następnie Cruhset® zamknął Kolumba w izolatce i poszedł do gabinetu ordynatora. – Towarzyszu kolego, chce pan się jakoś wytłumaczyć? – pytał Ożóg. – Bo to nie wygląda dobrze. – To sprawa trochę bardziej skomplikowana, panie ordynatorze. Milicja Obywatelska przyprowadziła nam tego człowieka. To notoryczny gwałciciel, który ostatnio zaczął cierpieć na problemy z wytryskiem. Włączyła mu się jakaś psychiczna blokada, przez to prawie zamęczył ostatnią ofiarę. Tak też go złapano. Gwałcił ją przez sześć godzin i nie doszedł. Musieliśmy go wyleczyć, tak z blokady, jak i gwałcenia. I to właśnie zrobiłem. – Chciał pan zrzucić go z dachu? Tak, w takim stanie to z pewnością nikogo by nie zgwałcił. Ale panie kolego, to nie jest metoda! A już na pewno nie w szpitalu. – Nie. Dach to tylko efekt uboczny mojej autorskiej terapii, panie ordynatorze. W domu zastanawiałem się nad tym, co wywołuje schizofrenię. Znalazłem przyczyny. Niestety nie potrafię ich zwalczać, ale potrafię je wywołać. – Wywołał pan schizofrenię u pacjenta? – Tak, farmakologicznie. Ma całkowite zaburzenia świadomości. W kotłowni widział kuźnię Wulkana, w parku ludzkie glebogryzarki, nad fosą próbował wodować Aurorę, zaś cerkiew nazwał meczetem z windą kosmiczną. Dach to marsjańskie piramidy Inków, Machu Arechcu. Szukaliśmy tam skarbu. Cóż, w takim stanie gwałcenie w ogóle mu nie w głowie. No i jest przekonany, że jest Krzysztofem Kolumbem. Będzie pasował do menażerii na Kraszewskiego. 84


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Wydobrzeje? – Wątpliwe. Te zaburzenia trwale zmieniły jego psychikę i konstrukcję mózgu. Nieodwracalnie. Trochę przerobiły mu się połączenia synaptyczne, więc nie ma szans, by wrócił do normy. Do końca życia pozostanie w swoim świecie. Acz okazało się, że pojawił się efekt uboczny. – Efekt uboczny? – Pacjent potrafi odgadywać myśli. Tak jakby pojawiły się u niego zdolności telepatyczne. Ograniczone, ale jednak. Bardzo interesujące. – Panie kolego, proszę więcej nie eksperymentować na pacjentach bez mojej zgody i wiedzy. Ale dobrze, że wiem o takich badaniach. Jak przywiozą nam jakiegoś problematycznego internowanego, to z pewnością będzie mógł pan kontynuować swoje badania. Ale następnym razem proszę nie łazić z pacjentami po dachach, włazić do fosy i tak dalej, bo to może się źle skończyć. – Nie wiem, czy schizofrenia, której się nie da wyleczyć, to dobre zakończenie. – Panie kolego, a chuj mnie pacjent obchodzi! – oburzył się ordynator. – Ważne, by nasza placówka działała sprawnie i nikt nie miał do czego się przyczepić. No przecież nikt normalny nie uwierzy w dwudziestym wieku, że można się schizofrenią zarazić w szpitalu. Więc ważne, by taki pacjent przypadkiem się tylko nie zabił. Ale panie kolego, to naprawdę jest moje ostatnie ostrzeżenie. Następnym razem wyleci pan na zbity pysk.

85


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Łukasz Trykowski: To tylko praca W pracy nie nazywali tego inwigilacją, a stróżowaniem lub pilnowaniem. Tym właściwie było. Korporacyjna nowomowa zawsze rozmywa pewne sprawy. Cóż – robota jak każda inna, z wyjątkiem tego, że obserwujesz sobie człowieka, śledzisz każdy jego ruch i czytasz jego myśli. On zaś pozostaje w pełni nieświadomy. Zresztą nie tylko tutaj tak robili. Gabriel właśnie skończył pić poranną kawę i szybko podbiegł do swojego biurka, mijając pozostałe boksy. Jego obiekt właśnie się budził, alarm w zegarku ręcznym stawał się coraz bardziej nieznośny. Nie dało się go też wyłączyć, dopóki nie usiadło się przy swoim biurku i nie zalogowało do systemu. Dobrze, że już nie trzeba było pamiętać haseł i wszystko odbywało się dzięki danym biometrycznym, o ile można było je tak nazwać. Inni się już irytowali. Dźwięk im przeszkadzał. Zajmowali się swoimi inwigilowanymi, czasem musieli nawet pilnować więcej niż jedną osobę na raz. Każdy miał tyle roboty, że nie mieli czasu, by sobie pogadać, czy nawet zajrzeć, kto kogo pilnuje. Gabriel czasem się zastanawiał, czy ktoś z jego „kolegów” przypadkiem nie otacza opieką jego. Nie zdziwiłoby go to zbytnio, w końcu tak wyglądał ten system. Docelowo powinien objąć każdego. Gdy w końcu dotarł do swojego biurka, kubek z kawą położył z boku. Rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu, przysunął go trochę i zaczął spoglądać na ekranoblat. Pilnowany obiekt powoli wstawał. Dziewczynka, czternaście lat, mieszkająca na Mokotowie, pochodząca z niezbyt zamożnej rodziny. Ojciec alkoholik zostawił ich samych, a matka ledwo wiązała koniec z końcem, zresztą niezbyt przykładała się do tej roli. Pewnie gdyby nie pomoc dziadków, musieliby już dawno sprzedać to mieszkanie i przenieść się gdzieś indziej. No i nieraz brakowałoby im na jedzenie. Gabriel obserwował Anię już kilka ładnych lat. Praktycznie dzień w dzień. Czasem ktoś go zastępował, gdyż miewał też inne obowiązki, ale to ona stanowiła obecnie najważniejszy element jego pracy. Zdążył się do niej przyzwyczaić i poznać lepiej niż ktokolwiek inny. Patrzył na jej twarz. Tego dnia nie śniło się jej nic złego, wyglądała na zadowoloną, a nawet rozmarzoną. Wcisnął przycisk na pulpicie i od razu miał podgląd jej myśli. Fantazjowała o chłopaku, którego poznała w sieci. Widziała tylko jego zdjęcie. Mieszkał w Gdańsku, nad morzem, był w podobnym wieku i świetnie im się pisało. Swoją ręką delikatnie zaczęła dotykać okolice łona. Przytuliła też poduszkę, jakby to był drugi człowiek. Wciąż jednak nie przekraczała granic, tylko o nich myślała, ocierała się. Wiedziała, czego chce, ale brakowało jej jeszcze śmiałości. Inwigilator zaś tylko ją obserwował. Nie musiał notować, gdyż system i tak wszystko zapisywał, ale z jakiegoś powodu obserwacja była potrzebna. Góra tak sobie wymyśliła. Sama dziewczynka zaś nie fantazjowała dzień w dzień, ale ostatnio było tego coraz więcej. Dojrzewa. Jedynie irytowało go, że nie mógł w takiej chwili odejść od swojego biurka. Powinni zostawić jej odrobinę tej intymności, bo tacy jak ona nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo wkraczano w ich życie. Jedyne, co Gabrielowi naprawdę odpowiadało w takich chwilach, to pozytywne emocje, które mu się udzielały. Jedna z najprzyjemniejszych chwil w pracy: obserwować rodzące się zakochanie. Budzik zadzwonił. Ania ospale go wyłączyła i odwróciła się na drugi bok. Nie była senna, zwyczajnie nie chciało się jej wychodzić z łóżka. Obserwujący uśmiechnął się. Zawsze tak robi. Czekał na mamę, która – zgodnie z codziennym harmonogramem – przychodziła do pokoju i coś mówiła. Zazwyczaj po to, by pogonić córkę z domu. Nawet nie interesowała się tym, czy pociecha faktycznie pójdzie na zajęcia, czy będzie gdzieś się szwendać i obijać. Notoryczne 86


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

oglądanie tego nie należało do rzeczy przyjemnych. Kiedyś nawet zastanawiał się, ile w tym miłości, a ile zwykłych, wyuczonych obowiązków. Ludzie czasem nie różnią się od zwierząt. Robią to samo, dzień w dzień tak samo, nawet nie zwracając na to uwagi. Nie to, żeby jego praca wyrywała się zbytnio z ustalonego schematu. – Aniu, wstawaj do szkoły! – „Nie chce mi się” – powiedział pod nosem Gabriel. – Czemu nie powiesz choć raz „z przyjemnością”, albo chociaż zwykłe „dobra”? – Nie chce mi się – odparła zniechęcona dziewczynka. Matki nie obserwował specjalnie. Robił to ktoś inny. Ale codzienne interakcje sprawiały, że wiedział, co odpowie. „Mnie też się nie chce wielu rzeczy. Pośpiesz się, marudo!” – Mnie też się wielu rzeczy nie chce – rzuciła ostro mama. – Wstawaj, nie marnuj mojego czasu. Rodzicielka nie była aż tak przewidywalna. Przynajmniej nie potrafił dokładnie przewidzieć jej słów, choć kontekst i tak zostawał bez zmian. Matka wyszła, zamknęła drzwi. Do wieczora już nie będą ze sobą rozmawiały. A na koniec dnia spotkają się, padną pytania, jak minął dzień. Potem standardowa odpowiedź „dobrze” i zamkną się w swoich pokojach. Schemat, schemat, nudny schemat... Raport mógłby zostać zamknięty, jednak inwigilacja musiała być totalna. Obserwujący widział każdą kolejną chwilę. Dziewczynkę myjącą się w łazience. Inny może i byłby podekscytowany takim widokiem, ale Gabriela już to nie ruszało. Oglądał Anię od tylu lat, że traktował to jak coś normalnego. Zdążył się przyzwyczaić. Zresztą nikt nawet nie zapisywał w systemie, ile razy nie umyła zębów. Bardziej niż czynności fizyczne interesowały go myśli. Tam się działo więcej. Owszem, miewał wątpliwości, czy może tak to wszystko czytać. Nie wnosiło to wiele do tekstu, który pisał pod koniec dnia. Polecenie jednak było jednoznaczne. Pełna inwigilacja. Zatem siedział i obserwował, jak mu przykazano. Dziewczynka spuściła właśnie wodę w ubikacji. Dobrze, że nie muszę jeszcze tych odchodów badać. Nie zdziwiłby się jednak, gdyby ktoś inny się tym zajmował. Choć jaki mogło to mieć wpływ na cokolwiek? W myślach może się coś urodzić, czyny mogą do czegoś doprowadzić, więc obserwacja była wskazana. Ziewnął. I przysnął. *** – Nie śpimy, panie kolego! – Michał, nadzorca zmiany, obudził Gabriela. – Jak to mówią, licho nie śpi. – Przynajmniej wiadomo, że nie jestem lichem – próbował żartować inwigilator. Chociaż może? Kto wie? – Do roboty! Obaj nie mieli czasu wdawać się w dyskusje. W końcu w tym pomieszczeniu wszyscy inni byli zajęci bardzo ważną pracą, śledzeniem codziennej działalności zwykłych ludzi. VIP-ów pewnie też. Już dawno przestali się ograniczać do listów, telefonów, nagrań czy maili. Teraz weryfikowano wszystko, włącznie z myślami. A czasem, jeśli coś nie spodobało się zleceniodawcom, trzeba było wysłać ekipę naprawczą. Gabriel nawet pamiętał, jak kiedyś, jeszcze przed narodzinami dziewczynki, pracował w terenie. Teraz jednak ślęczał już tylko za biurkiem. Starość, chociaż mówili, że awans. Ania znajdowała się już w szkole. Patrząc po jej myślach, chyba nie wiedziała nawet, co to za przedmiot. Inwigilator jednak musiał to wiedzieć. Matematyka. Pewien chłopiec stał przy tablicy i próbował rozwiązać zadanie. Nawet bez czytania jego myśli Gabriel doskonale wiedział, że 87


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

młodzieniec nie ma bladego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Kolejne przekształcenia miały jedynie być grą na czas. Byle do dzwonka. Obserwowana tymczasem rysowała. Miała do tego talent, ale nikt nigdy nie potrafił tego dostrzec. W jej torbie coś cicho zaburczało. Wyciszyła dzwonek w telefonie, by nie mieć problemów na lekcji. Nauczyciele bardzo niechętnie zgadzali się na to, by dzieci miały własne komórki, zwłaszcza, że te przeszkadzały w zajęciach. Nie mówiąc już o ściąganiu. Ania wyprostowała się i czekała na dogodny moment, by sięgnąć do torby. To musiał być esemes, za szybko przestało drgać. Ciekawość ją zżerała. Gabriela nie. Co przyszło, to przyszło. Zresztą musiał się tym interesować jedynie zawodowo. W pewien sposób lubił tę dziewczynę, zżył się już z nią, choć ona o jego istnieniu szybko się nie dowie, jeśli w ogóle. Ale nie potrafił podążać za jej emocjami i pragnieniami. Może gdy patrzysz na wszystko z boku, to problemy wyglądają inaczej? Telefon trzymała pod ławką i dyskretnie tam spoglądała. Liczyła, że to może ten chłopak. I miała rację. Inwigilator złapał się za głowę, gdy zobaczył treść, oczywiście zanim dziewczynka zdążyła ją przeczytać. Chłopak chciał, by wysłała mu zdjęcia, najlepiej w samej seksownej bieliźnie. Ona ma dopiero czternaście lat! Napisał też, że bardzo mu się podoba jej osobowość i chciałby się w niej zadurzyć, marząc o jej ciele. Przecież to są dzieciaki. Potem Gabrielowi przypomniało się, że kiedyś pewnie mieliby już własne dzieci. Długość życia trochę się wydłużyła, dzieciństwo również. Biologia jednak się nie dostosowała. Dziewczyna początkowo była trochę speszona. I dobrze. Jednak im dłużej o tym myślała, tym bardziej była skłonna zgodzić się na propozycję. *** Myślała o tym przez prawie cały dzień. Planowała, zastanawiała się. Doszła do wniosku, że spełni prośbę tajemniczego adoratora. W końcu przecież tak ładnie prosił. – Idiotka – mruknął pod nosem Gabriel. – Nawet go nie zna. On znał akta sprawy, więc miał inny ogląd sytuacji. Gdybym mógł choć jej to w jakiś sposób przekazać. Ale nie mógł się z nią kontaktować. Przepisy zabraniały. Jak ją powstrzymać od tego wariactwa? Zamiar klarował się w głowie dziewczynki. Wiedziała, że nie może zamówić nic przez Internet, choć byłoby to dla niej najwygodniejsze. Tyle że gdyby przesyłkę przypadkiem przechwyciła mama, byłyby problemy. Lecz kupno w zwykłym sklepie też stanowiło spory problem. Po pierwsze nie chciała, by ktoś ją zauważył, po drugie trochę się wstydziła, a po trzecie zastanawiała się, jak nie nadwyrężyć finansów. O ile wiedziała, jak kupić normalne staniki i nie miała z tym problemów, to właśnie erotyczna bielizna wydawała się granicą nie do przejścia. Sex shop szybko odrzuciła, z obawy, że ją wylegitymują. Nigdy wcześniej tam nie była, więc nie wiedziała, jak to wygląda. Za to doskonale już znała problem z kupnem alkoholu. Formalnie powinni legitymować, ale często tego nie robili. Parę razy jej się zdarzyło, wtedy się wycofała, tłumacząc, że zapomniała dowodu. Myśli były gdzieś daleko, nawet nie zwracała uwagi na otaczający ją świat. Szybko mknęła do galerii handlowej, tymczasem Gabriel znów odczuwał niepokój. Spójrz w lewo! W lewo! Samochód! Nic. Była tak zajęta rozmyślaniem, że wypadek był prawie pewien. Inwigilator wziął głęboki oddech. Musiał działać szybko. Liczyły się ułamki sekundy. Włączył system sterowania owadami – jedyne co mu przyszło na myśl. Osa akurat była prawie pod ręką. Znajdowała się w pełni pod jego kontrolą. Ile sił w skrzydłach leciała prosto w dziewczynkę i pacnęła ją w twarz. Ania zatrzymała się, odskoczyła i przewróciła jakąś staruszkę. 88


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Gabriel złapał się za głowę. Nie to było moim celem. Samochód przejechał. Nikt nie został rozjechany. Dziewczynka przeprosiła starszą panią, pomogła jej wstać. – Wystraszyłam się osy – tłumaczyła. – Bardzo panią przepraszam, strasznie mi głupio. Gabriel wziął łyk kawy. – Mnie też, ale dobrze, że zadziałało – dodał. Czasem żałował, że ona tego nie słyszy, że nawet nie wie o jego istnieniu. Może zachowywałaby się rozsądniej? Pewnie nie, wtedy dopiero miałbym roboty. W końcu dotarła do sklepu. Z drugiej strony przebywało tam zdecydowanie więcej ludzi, co również jej się nie podobało. Z dwojga złego jednak łatwiej było tu coś wybrać i w razie czego szybko przejść do innego działu. A w takim sex shopie? A jeśli spotka się kogoś znajomego? Gabriela to nie ruszało. Bardziej martwiło go to, co dziewczyna zrobi później. Spojrzał na ekran. Przeglądała różne biustonosze, pończochy, koronki i całą masę innych rzeczy, których nazwy pamiętają jedynie kobiety, a używają ich prawie wyłącznie, gdy rozmawiają z mężczyznami. Dziewczynka rozglądała się nerwowo, sprawdzając czy nikt jej nie obserwuje. Nie widziała też kamer. Za to na metce dostrzegła cenę. Zaniepokoiło go to. Spoglądał nerwowo na ekran, a następnie dotknął przycisk podglądu myśli. Normalnie unikał tej formy inwigilacji, lecz tym razem uznał ją za zasadną. Z boku ekranu pojawił się tekst, który wystarczyło przeczytać – „Właściwie nie chcę tego kupować, to jest drogie. Wezmę sobie, a potem wyrzucę, by stara nie znalazła. To nie będzie kradzież”. – Nie, w ogóle nie będzie – irytował się Gabriel. Czy ona naprawdę jest tak głupia? Nawet nie zdawała sobie sprawy ze wszystkich zabezpieczeń. Musiał znów zadziałać, niestety nie miał tu żadnych owadów do dyspozycji. W systemie zaczął sprawdzać innych ludzi. Jeden trzydziestoletni mężczyzna wyglądał ciekawie, zwłaszcza gdy się zobaczyło jego „dokonania” zapisane w systemie. Zboczeniec. Nada się. No i kręcił się blisko stoisk dla kobiet, zapuszczając żurawia do przebieralni. Idealny kandydat. Sprawdził tylko, kto pilnuje tego gościa. Podniósł słuchawkę. – Rafał? – zapytał. – Tak, w czym mogę pomóc? – Mam pilną sprawę, mógłbyś do mnie podejść? Ważne, by Rafał odszedł od biurka i zostawił starszego mężczyznę samego. Teraz zostało wykorzystać system tak, jak w teorii nie powinno się robić. W praktyce działało. Z półki spadł sweter. Trzydziestolatek był przekonany, że to on go zrzucił. Odwrócił się, by podnieść tę rzecz i coś go podkusiło, by spojrzeć w prawo. Ujrzał tam młodą dziewczynę, która zastanawiała się właśnie, czy schować stanik do torby. Ania od razu wpadła mu w oko. Podświadomie zaczął się oblizywać i ślinić. Zapomniał o swetrze, wyprostował się i ruszył w kierunku nastolatki. Ta zlękła się. Wypuściła z rąk wszystko, co miała i bardzo szybko wycofała się ze sklepu przerażona. Rafał w tym czasie podszedł do Gabriela. – Zobacz, co twój podopieczny zrobił! – oburzył się inwigilator. – Ładny z ciebie anioł stróż! Rafał zamachał skrzydłami nerwowo. – Przepraszam, wystarczy spuścić go na chwilę, a konkurencja od razu podsuwa mu głupie pomysły. – Spokojnie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Potrzebuję pomocy w jeszcze jednej sprawie. Musimy skłócić dwie dziewczyny – mówił Gabriel. – Skłócić? – Na jakiś czas. Ważne, by jedna z nich w nerwach wypaplała... 89


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Po tym wydarzeniu Ania była zdruzgotana. Nawet nie wiedziała, co odpisać chłopakowi. Nie zamierzała nic kupować, ani tym bardziej kraść. Przynajmniej na razie. Nie chciała wysyłać mu swoich roznegliżowanych fotek, ale też nie chciała go stracić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miała nikogo, z kim mogłaby o tym porozmawiać. Włóczyła się po mieście, gdy dostała esemesa. Jedna z dziewczyn z klasy, Karolina, prosiła o pilne spotkanie. Godzinę później szwendały się przy barbakanie. – Wiesz, głupia sprawa, ale... Karolinie zaschło jakby w gardle. Spuściła głowę, ściszyła głos. – Ten chłopak z Facebooka to Ewka. Zapanowała konsternacja. – I mam nadzieję, że nie zdążyłaś mu nic wysłać... Ania zatrzymała się. Nie wiedziała, co powiedzieć. Z jednej strony była wściekła. Z drugiej całkowicie zbita z tropu. – Przepraszam... – ciągnęła Karola. – Wiedziałam od samego początku. Pomagałam... Nie było żadnego chłopaka. Te fotki miały... pół szkoły miało je zobaczyć. Mam nadzieję – zaczęła płakać – że jeszcze to da się odkręcić. – Jeszcze nic nie zrobiłam – wyszeptała zszokowana Ania. – Przepraszam! – Karolina z płaczem rzuciła się jej na szyję. – Przepraszam... przepraszam... Kurwa, gdybym nie pożarła się z Ewką... – łkała. – Przepraszam... To było głupie i podłe. Przepraszam! Tymczasem jej anioł stróż, Uriel, siedział zadowolony. – Miałeś rację, Gabrielu! Wystarczyło ją skłócić z Ewą i proszę, jak to ładnie się skończyło. Pół godziny później Karolina i Ania stały się prawdziwymi przyjaciółkami na dobre i złe. Śmiały się, żartowały, pomstowały na Ewę i zastanawiały, jaki wywinąć jej numer. – Może znaleźć w sieci jakieś zdjęcia, z ekstra biustem, wiesz, i wysłać jej, że to niby twoje? – sugerowała nowa przyjaciółka. – Może to zostawmy na razie – stwierdziła Ania. – Wiesz, ten dzień był taki dziwny... Tyle rzeczy mogło się tak spieprzyć. – Może czuwa nad nami anioł stróż? – Chciałabym. Życie byłoby łatwiejsze.

90


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Mariusz Wojteczek: Mimowolnie ‒ Pani sama wie, jak to jest... Pani rozumie. ‒ Dyrektor splata palce tłuste jak serdelki na porysowanym, wytartym blacie biurka. Jego bladoróżowy krawat kłuje mnie w oczy, razi swoją bladością, drażni, przywodząc na myśl miękką tkankę mózgu. Wzdrygam się. On porusza wąsem, chrząka, ucieka oczami na boki, byle tylko nie spojrzeć mi w oczy. Czy to strach, niechęć, zakłopotanie? Nie wiem. Może i wszystko po trochu, kłębi się w nim, buzuje, a on, jak na dyrektora prowincjonalnej podstawówki przystało, wzrusza ramionami, bezradny, bo przecież to nie on nawet decyzję podjął, to Rada Rodziców, to Kółko Różańcowe, to podszepty starych prukw ‒ nauczycielek, co dawno powinny być na emeryturze, a nie są, bo nie mają nic innego do roboty. ‒ Wiem ‒ mruczę cicho. W górę przełyku pcha się gruda żółci, przełykam ją z trudem. Zaciskam usta, przygryzam wargę do bólu, bo ten ból pozwala powstrzymać łzy. Chciałabym je wypuścić, pozwolić się zerwać tamom, niech krople płyną szerokim strumieniem, bardziej gorzkie niż słone. Ale czy mam jeszcze czym płakać? Czy już całkiem wyschłam? ‒ Dobro szkoły... ‒ zaczyna, ale urywa, chyba samemu nie wierząc w te słowa. Serdelkowate palce spłatają się i rozplatają, jak grube, tłuste i nad wyraz krótkie glizdy, wywołując we mnie mdłości. ‒ Przykro mi ‒ ucina, nijak nie wiedząc, co powiedzieć. Skubię rąbek sukienki i irracjonalnie myślę, czy to jeszcze przystoi, taka sukienka przed kolano. Kobiecie w moim wieku? Ale czy ma to znaczenie? Czy ktoś w tym mieście, w całym tym pieprzonym kraju, popatrzy na mnie jak na kobietę? Jestem żoną potwora – byłą niby, ale wciąż towarzyszką bestii w ludzkiej skórze. I nikogo nie obchodzi, co czuję właśnie ja, jak właśnie ja to widzę. Oni wydali wyrok, napiętnowali skuteczniej, niż wypalając szkarłatem literę na czole. Podnoszę się ociężale. Nijak nie potrafię się wyprostować, unieść ramion, podnieść głowy. Duma, pewność siebie, poczucie własnej wartości, jakaś zwykła ludzka godność... To wszystko już straciłam. Odebrali mi to skutecznie, wdeptali w ziemię, roznieśli na pogardliwych spojrzeniach, na szeptach za plecami, na ostentacyjnym odsuwaniu się o krok, jakbym była trędowata, jakbym zarażała. Wiem już teraz, jak się czują chorzy na AIDS. Choć ja nie umieram, nie jest mi obojętne. Boli tak samo... a może bardziej? Słuszne poczucie niewinności ciąży jak kamień Syzyfowi. Z tą różnicą, że dla mnie nie ma nawet chwili wytchnienia. On miał go tyle, ile trwało schodzenie w dół po głaz, który stoczył się niemal z samego szczytu. Ja nie mam takiej chwili. Nawet w domu, w ciszy, w samotności, bez ludzkich szeptów, bez spojrzeń, pozostają ze mną myśli, obrazy pod powiekami, ściskanie w żołądku. Tylko wiwisekcja by pomogła. ‒ Przykro mi, panie dyrektorze ‒ mówię, siląc się na obojętność. ‒ Proszę... proszę pożegnać klasę... moich uczniów... ‒ Głos mi się łamie, przełykam ślinę, spycham na powrót żółć w głąb gardła. Czuję, jak po policzku spływa łza. A jednak nie całkiem wyschłam. Tłumię płacz, znów przygryzając wargę. Nie dam chujowi satysfakcji. Mam ochotę splunąć mu w twarz, dać w pysk, wrzasnąć na niego. Ale co to da? Upewniliby się, że mieli rację. Gówno tam, nie dam się, wytrzymam. Wyciągam w jego kierunku dłoń, całą siłą woli staram się powstrzymać jej drżenie. Patrzy na nią, jakby była pokryta wrzodami, gównem albo krwią. Jakbym miała krew na rękach. Tak mówią, kiedy nie słyszę, albo kiedy tak im się wydaje. Czasem, co odważniejsi, rzucają mi to prosto w twarz, jak najgorszą z obelg. Wiedziała, musiała wiedzieć. Niemożliwe, że przez tyle lat nic nie podejrzewała. A może brała w tym udział? To chore, ale przecież były takie przypadki... Zboczeńcy! Rodzina zboczeńców. Słyszę to ciągle. Słowa dudnią w uszach, odbijają się echem, kołatają pod czaszką. 91


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Cofam dłoń i widzę, jak dyrektor oddycha z ulgą. Poprawia nerwowo krawat w kolorze mózgu, uśmiecha się przepraszająco jak wioskowy debil patrzący na własne gówno. Jego kretyński wąs unosi się lekko, włosy w nosie stroszą się nerwowo. Odwracam się i wychodzę bez słowa z gabinetu. Bezpośrednio na korytarz, drugimi drzwiami, nie przez sekretariat. Nie zniosłabym spojrzenia tej blondkurwy z odwiecznym pilniczkiem do paznokci w łapie. Nie dziś, nie tym razem. Może nie będę musiała już nigdy? Szkolny korytarz jest chłodny, okien tu niewiele, te nieliczne wychodzą na wąskie podwórko. Naprzeciw jest szeroki, płaski gmach sali gimnastycznej doczepionej do budynku szkoły trochę na siłę, za unijne pieniądze. Skoro dawali, to trzeba było brać. Dobrze, niech dzieciaki mają – myślę, choć jakie to ma teraz znaczenie? Nie wiem sama, co sądzą na ten temat. Wiem, co uważają ich rodzice. Widziałam ich strach, niechęć, nienawiść, czasem skrytą, podszytą zabobonnym lękiem, czasem zaś otwartą, wrogą, kipiącą z ciskających pioruny oczu. Nie chcą mnie tu, więc idę. Obcasy stukają na starym parkiecie. Odruchowo omijam najbardziej obluzowane klepki. To już dziesiąty rok w tych murach. Budynek znam na pamięć. W powietrzu unosi się zapach kurzu, przyschniętej pasty do podłóg i lekki odór potu, zmieszanego z wonią tanich perfum z Rossmana, którymi nastoletnie uczennice chcą nieudolnie podkreślić swoja kiełkującą seksualność. No tak, kilka minut temu skończyła się przerwa. Do pokoju nauczycielskiego mam kilkanaście metrów. Stukot zmienia się na płytszy, bardziej suchy. Idąc jak w malignie, i tak wiem, że mam pod stopami lastryko. Jestem przy schodach. Jeszcze tylko minąć schody, potem metr, półtora korytarza, pierwsze drzwi na lewo. Klamka z wytartego mosiądzu zgubiła w mrokach czasów swoje misterne rzeźbienia. Ludzkie dłonie przez lata zdołały ją wypolerować. Zatrzeć prawdziwy obraz. Tak jest też ze słowami. Wystarczająco często powtarzane sprawiają, że stają się prawdą dla ogółu. Czy mnie też to czeka? Czy za tydzień, miesiąc, rok, pięć lat też uwierzę, że jestem winna? Mimowolnie stanę się zbrodniarką w swoich oczach, choć wiem, że ja też przecież byłam jeszcze jedną ofiarą, nieświadomą, co dzieje się w głowie, w duszy tego, kogo kochałam? ‒ Nie ‒ mówię sama do siebie i aż dziw, że nie zatrzymałam się, by tupnąć. Nie dam się. Nie dam się złamać! Stanowcze przyrzeczenia bledną wobec kolejnej nocy, kiedy ze ścian wyłażą majaki, wspomnienia, wciąż obecne i żywe strachy. Nagłówki gazet nadal krzyczą, choć od procesu minęło już prawie pół roku. Kioski ciągle straszą na każdym rogu, szydząc ze mnie, z mojego bólu, z mojego cierpienia, tłustymi, wykrzywionymi czcionkami napisów. Dziennikarskie hieny wciąż koczują pod moim domem. Już mniej niż miesiąc, dwa miesiące temu, niemniej... Odmówiłam ochrony. Wychudzony, pryszczaty posterunkowy, którego mi przydzielono, a który jeszcze niedawno mógł być moim uczniem... Nie, nie mogłam znieść jego pogardliwie wykrzywionych ust, bezustannie mielących gumę do żucia, jego oskarżycielskiego spojrzenia i tego, jak pokazywał pismakom z szyderczym uśmiechem, z którego okna najlepiej mnie widać, kiedy piję poranną kawę w kuchni. Nie, nie boję się o swoje bezpieczeństwo. A raczej ‒ nie zaprząta moich myśli, lekceważę je, nie zważając, że ktoś z rodzin ofiar może mi coś zrobić. I gówno! Przynajmniej bym miała spokój, myślę, bo sama jestem zbyt tchórzliwa, by otworzyć sobie żyły, by wziąć nóż, wejść do wanny i pociągnąć ostrzem wzdłuż, w górę, do zgięcia przedramienia... Poza tym... chcę żyć! Kurwa, przecież nie zrobiłam nic złego. Jedyną moją zbrodnią było to, że pokochałam potwora.

92


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Kawiarnia jest mała, usytuowana na przedmieściach. Turyści rzadko tu zachodzą, bywalcami są raczej emeryci z pobliskiego osiedla. Niby nikogo, kto mógłby mnie znać, niby żadne, zbyt wyraźne zdjęcie mojej twarzy nie ukazało się jak dotąd w brukowej prasie, ale czuję, jak spojrzenia ludzi mnie palą. Jakiś dziadzio drzemie nad niedopitym piwem, para po pięćdziesiątce szczebioce nad rozgrzebanymi na małych, porcelanowych talerzykach kawałkach ciasta. Małe, rozgniecione kulki czerwonych porzeczek, oblepionych słodką, beżową pianą przywodzą mi na myśl gałki oczne wyrwane z oczodołów. Czuję falę wymiotów podchodzącą mi do gardła. Przełykam głośno ślinę, spłukuję przełyk łykiem letniej mineralnej, którą znalazłam w torebce. Czekam, aż podadzą mi kawę. Niby nikt na mnie nie patrzy, niby nikt nie zwraca uwagi na podstarzałą, bo już trochę po czterdziestce, samotną kobietę w nieco przykrótkiej ‒ ta myśl wciąż mnie mierzi, a ja uczepiam się jej kurczowo, trzymam i nie chcę puścić, bo to jedna z nielicznych normalnych myśli, jakie się we mnie legną ‒ sukience w czerwone kwiaty, kupionej w Orsayu w zeszłym sezonie. Może powinnam nosić czarną? Ale nie jestem w żałobie. Mój mąż, a raczej ten, za kogo go brałam, nadal żyje i chyba ma się dobrze. W końcu pilnują go, jak jakiś skarb największy. Jest oczkiem w głowie prokuratury, bo wyniesie któregoś z tych nadętych bubków w drogich garniturach na szczyty popularności. W końcu prowadzenie taaakiej sprawy to nie byle co. Może nawet niejeden się wybije? Może cała gromada cholernych padlinożerców, niepomna na szacunek dla ofiar ‒ co by nie prezentowali na sali sądowej? Niepomni na kolejne, tym razem już tylko emocjonalne ofiary, bezwolne osady po zbrodni już popełnionej i właśnie osądzanej, będą brylować przed sędzią, szczerzyć się w blasku fleszy, ferując wyrokiem jak najbardziej słusznym, jednak czynionym głównie dla uciechy gawiedzi, a nie dla faktycznej sprawiedliwości. Co by nie mówić, dla nich właśnie mój mąż ‒ to coś, co było/jest formalnie nadal moim mężem ‒ to błogosławieństwo. Trampolina do wielkiego świata, do annałów historii sądownictwa. I oni w dupie mają krew i zwłoki, jakie za sobą zostawia. A ja? Co ja w tym wszystkim robię? Kim w tym wszystkim jestem? Odpryskiem całej historii, przypadkowym elementem, nawet nie świadkiem, bo przecież nic nie wiedziałam, choć mnie samej trudno to pojąć, jak mogłam nie dostrzec potwora w człowieku, którego tyle lat kochałam... Spodek brzęczy, kiedy tłustawa kelnerka o tlenionych włosach i spoconej twarzy stawia przede mną zamówioną kawę. ‒ Pani wypije i sobie pójdzie ‒ mówi obcesowo, zaciągając z lekka śląskim akcentem. ‒ Co proszę? ‒ Unoszę brwi zdziwiona. Jeszcze do mnie nie dotarło, jeszcze pływam myślami gdzieś w przeszłości, gdzie wszystko było dobrze, choć pozornie, kiedy jeszcze cały pierdolony świat nie zwalił mi się na głowę. ‒ Pani wypije i se pójdzie ‒ akcentuje z pogardą słowa „pani” i „pójdzie”, a śląskomiejski akcent kopalnianej córy wyłazi z niej jeszcze mocniej. Stuka przy tym różowawym tipsem w szklany blat stolika, jakby chciała podkreślić swoja ‒ słuszną, w jej mniemaniu ‒ irytację. ‒ Ja wiem, kto pani jesteś ‒ rzuca jeszcze na odchodne i nie czekając na reakcję, odwraca się i odchodzi, z podbródkiem uniesionym wysoko, ponad kopalniane hałdy i ponad godność podstarzałej prowincjonalnej nauczycielki, którą okazała się żona bestii. Wzbiera we mnie złość, kipi, ogień rozchodzi się po żyłach, lecz zaraz nagle znika, przytłoczony woalem czającego się tuż za plecami przygnębienia. Tak jak niedawno w gabinecie dyrektora chcę ‒ choć tylko przez moment ‒ chwycić za te tlenione, polakierowane kudły i wyrżnąć jej głową o najbliższy stolik, by pokazać, że należne mi jest od jej funkcji, jeśli już nie od niej

93


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

samej, trochę szacunku. Jednak złość wygasa, a gula goryczy znów zaczyna mozolnie piąć się przełykiem w górę, a ja zagryzam zęby na wardze ‒ pewnie zostanie siniak ‒ by się nie rozpłakać. Rzucam dychę na stolik, obok filiżanki parującej kawy, i wstaję, nerwowo zgarniając leżącą obok krzesła torebkę. Nie czekam na resztę, nawet nie próbuję upić kawy. I tak pewnie do niej napluły. Ona, śląska kelnereczka, a jak nie ona, to ktoś z kuchni. Wychodzę, wlokąc nogę za nogą, choć staram się iść jak najenergiczniej. Znów czuję, jak wszystkie oczy się na mnie gapią. Jednak teraz to już nie przeczucie, a pewność. *** Do domu nie wracam. Nie od razu. Bo i po co? Zamknięcie się w czterech ścianach nie pomaga. Osaczają bardziej, niby oddzielając od pogardliwych spojrzeń, od ostrych słów... Ale jakby mnie ktoś obdzierał z ochronnej warstwy. Tam, na zewnątrz, odruchowo zaciskam zęby, czasem udaje mi się zniknąć, ukryć się w tłumie. Dom to kopalnia wspomnień. Każdy ruch rozbudza myśli, wirujące przed oczami obrazy, jakby wznosił się wokół mnie obłok kurzu, drapiący oczy i gardło. Jego zdjęć już nie ma, jednak blade ślady na ścianach, gdzie wisiały ramki, boleśnie zmuszają, by pamiętać. I dziura w obiciu kanapy wypalona przez niego papierosem, niby przez przypadek. I rysa na lustrze w łazience, o której nigdy nie przyznał się, jak ją zrobił. I tysiące, tysiące innych rzeczy, okruchów, drobiazgów, noszących jego ślad. I pamięć przywodząca wspomnienia... kogo? Przecież okazał się zupełnie kimś innym, zupełnie obcym. Jakbym go w ogóle nie znała... Siadam na ławce, w parku przy Alei Róż. Ratuszowy. Nie wiem, skąd ta nazwa. Ale drzewa dają cień, otulają nim, chroniąc przed żarem słońca. Na wprost, po drugiej stronie ulicy, jaśnieją pstrokato dwa ciucholandy. Kolorowe gałgany mamią przechodniów, kuszą okoliczne, huciańskie szafiarki. Kiedyś tez lubiłam tam zaglądać. Kiedyś, przed... Skubię z niechęcią precla. Mak odpada od skórki, ucieka między palcami. Kęs, który biorę do ust, wydaje mi się nijaki, gumiasty. Nie mam ochoty jeść. Ale muszę, od wczoraj nie jadłam. Nie mogę jeść, nic mi nie smakuje. Od widoku, a tym bardziej zapachu mięsa mam odruch wymiotny. Tylko chleb popijany wodą jestem w stanie przełknąć. Najchętniej odżywiałabym się dożylnie. Tak się pewnie skończy – myślę, kiedy zamkną mnie w psychiatryku, a białe, miękkie ściany oddzielą mnie od tego wszystkiego. Może to by i było lepsze? Na chodnik sfruwa gołąb. Ma czarne pióra i jest jakby większy od swoich pobratymców. Rzucam mu kawałek bułki. Uderza w nią dziobem, zanim ta zdąży dotknąć ziemi. Szybki ruch i kęs znów szybuje w górę, by zaraz ponownie zapikować w kierunku chodnika. Ptak przekrzywia łepek, łypie okiem. Jego dwaj pobratymcy zlatują, węsząc okazję. Jeden dopada kawałek precla i chwyta go dziobem. Czarny nie pozwala jednak odebrać sobie zdobyczy zbyt łatwo. Skacze tamtemu na grzbiet, dziobie w główkę, strosząc pióra. Wydaje się być kilka centymetrów wyższy od swojego szarego przeciwnika i najwyraźniej jest tego świadomy. Przejaw obrony ofiary, nieco niepewnej, niemrawej, ale jednak okazywanej, zdaje się go jeszcze bardziej rozjuszać. Ptaki szarpią się, skubią pióra i bulgoczą coś, co przełożone na język ludzki zapewne byłoby dalekie od grzeczności. Walka, choć z góry przegrana przez mniejszego, toczy się na przekór wszystkiemu: na przekór logice i instynktom, bo jednak nagroda, którą gołąb dostrzegł, nim dziób kompana zaczął wybijać mu z głowy tę wizję, zdaje się atrakcyjniejsza, niż zaniechanie, by uniknąć ran. Ale kątem oka zauważam wtedy, że trzeci, ten z boku drepczący, łypiący okiem gołąb, na którego nawet ja nie zwróciłam uwagi, skrada się, zbliża, zachodzi z boków leżący bezpańsko, 94


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

utytłany w kurzu kąsek. I chwyta go łapczywie, odrzucając na bok, poza zasięg walczących, poza strefę ich walecznej rotacji. I kiedy kotłują się tak, głupie, dwa gołębie, ten trzeci, mądrzejszy, pałaszuje zdobycz, gruchając z zadowoleniem. Kiedy walczący opadną z sił, kiedy czarny zatryumfuje już dostatecznie nad szarym, kiedy szary podda się i ulegle skupi łepek pod podskubane skrzydło, odskakując w bok, okaże się, że już nie ma czego zbierać, że nagroda ulotniła się, zniknęła, przepadła. Walka była na nic, na marne poszła. I czuję się jak ten gołąb szary, ten mniejszy, poniewierany, który walczy już chyba tylko o własną godność, o poczucie, że próbował, bo na nagrodę nie ma już nadziei, bo nagrodą by była normalność. A po tym wszystkim... Nie, normalności już nigdy nie będzie. Podnoszę się z ławki, szorstkim, niedbałym ruchem wygładzam spódnicę. Chyba tylko po to, by dać sobie jeszcze chwilę, jeszcze moment zwłoki na zastanowienie, gdzie w ogóle mam iść? I po co? Cały czas świata nie dałby mi odpowiedzi. Idę więc do sklepu. Po wino. *** Kadarka była kiedyś dobrym winem. Kadarka Prestige, z gustowną, różową etykietą i złotymi literami ‒ nie jest. Śmierdzi tanim jabcokiem, które dzieciaki za czasów mojej młodości piły przy garażach za szkołą, mieszając z gazowaną Wysowianką. Woda była dobra, z dużą ilością gazu, który pozbawiał tchu i zabijał zarówno zapach, jak i smak. Kadarkę Prestige stawiam na stole, uporawszy się z korkiem i cofam głowę, chcąc uciec przed niespodziewanym zapachem, przed wspomnieniem tej woni. Wino śmierdzi siarką, jest kwaśne i czuć je spirytusem, kiedy przełykasz. Nawet lód, hojnie wrzucony do spoconego kieliszka, niewiele pomaga. Obok tabletki na uspokojenie. Psychotropy raczej, zwykłe psychotropy, pozwalające farmakologicznie wyrwać mnie z otępienia, z marazmu, z tej beznadziei pierdolonej, w której tkwię, znienawidzona przez wszystkich i wszystko. Mimo że nie jestem winna. Czasem myślę, co bym czuła, gdybym jednak była winna? Gdyby odpowiedzialność rzeczywiście leżała po mojej stronie? Byłoby lżej? Upijam łyk, krzywiąc się, ale im mniej trunku w szkle, tym łatwiej kolejny łyk spływa w gardle. Nie wiem. Zadaję pytania, na które nie znam odpowiedzi. Tabletki kuszą, aluminiowy, lekko wygięty listek mruczy zachęcająco. Cienie pełzają po ścianach, refleksy rzucane obelżywie w moje szyby przez światła mijających blok samochodów. Wydaje mi się, że nawet w tych odbiciach ‒ przypadkowych zupełnie przecież ‒ kryje się jakiś wyrzut, jakaś pretensja. Nieme, świetlno-cieniste oskarżenie. Biorę opakowanie po lekach. Białe, z jaskrawym, niebieskim logo, które kojarzy mi się ze spokojem. Na opakowaniu nabazgrane lekarskim pismem „1x1”. W ulotce wyczytałam, że może wywoływać niepamięć następczą, która występuje kilka godzin po zażyciu. Próbowałam. Kurwa, u mnie nie działa... Odrzucam pudełko. Nie trafiam na stolik, przez moment balansuje na jego krawędzi, po czym łagodnie upada na dywan. Ukryte wewnątrz pigułki grzechoczą. Upijam kolejny łyk. Lek może wzmocnić działanie alkoholu. Zawsze coś. Może udałoby mi się zasnąć? Nie wiem. Wodzę oczami po niebieskich ścianach mieszkania. Blue jeans, tak się chyba nazywał ten kolor. Zestawiony z ciepłym, kawowym beżem daje wrażenie przytulności. Nie, dawał. Teraz jest równie obcy, co cały świat wokół mnie. Ucieczka pod prysznic. Strugi gorącej wody zawsze mają dawać ukojenie. Ilu to już bohaterów amerykańskiego kina tkwiło w spływających po ich smukłych ciałach strugach wody, a zmrużone oczy, zaciśnięte powieki, przygryzione wargi świadczyć miały, jak walczą tam w głębi 95


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ze sobą, ze swoim sumieniem, wspomnieniami, życiem. I ta woda spływająca, parująca z ich smukłych ciał, miała dawać ukojenie. Wytchnienie chociaż miała dawać. Więc próbuję. Tkwię w strumieniach wody, gorącej, zostawiającej czerwone wykwity oparzeń na skórze, byle tylko zmyć z siebie ten brud podświadomy, to wspomnienie jego bliskości, jego dotyku, który sprawia, że się kleję, jednocześnie odklejając coraz bardziej od rzeczywistości. Nie wiem, może woda ma za wysokie pH, a może to ja mam za mało smukłe ciało, ale w moim przypadku zabieg z prysznicem nie pomaga. Wychodzę z kabiny równie brudna i nieukojona, jak wcześniej. *** Pamiętam go dobrze, bo był pierwszym. Kiedy do niego przyszłam, wydawał się miły. Elegancka koszula, choć bez krawata pod szyją i z rękawami podwiniętymi do połowy przegubów. Na nadgarstku chyba drogi zegarek. Nie wiem, nie znam się, ale na taki wyglądał. Gabinet schludny, minimalistyczny. Szerokie okno po prawej stronie, z widokiem na miasto. Ładna panorama, to w końcu szóste piętro, budynki wokół mają najwyżej pięć. I kiedy nie zauważasz krytych papą, poznaczonych czyrakami kominów i wąsami anten blokowych dachów, kiedy patrzysz nad nimi, w przestrzeń, to widzisz miasto, które może być ładne. Ma miły uśmiech, ciepłe ręce i starannie zaczesane włosy. Uśmiecha się nieśmiało i przez mgnienie oka zdaje mi się, że jest zdenerwowany bardziej ode mnie. Ale to niemożliwe, to jego praca, to przecież ja przeszłam przez piekło, nie on. To mój ślubny okazał się psycholem, mordercą, kanibalem. A on... on jest psychologiem, on gorsze rzeczy widział, gorsze słyszał, niejedno już z ludzkich głów wygrzebał, by babrać się w tym, jak z jedzeniem na talerzu, miętosić, obracać, rozgrzebywać, by zobaczyć z każdej strony i od środka. Wzdrygam się, bo myślę, że on jest trochę jak mój mąż, który lubił ludziom wygrzebywać z czaszek mózgi ‒ tak mówił na rozprawie, niewzruszony, z uśmiechem. A ten tutaj wygrzebuje z głów wspomnienia, koszmary, lęki. Są podobni, ale jego się nie boję. W niego, w jego pomoc wierzę, do niego sama przychodzę, uciekając przed tym drugim. Przed wspomnieniem. Przed lękiem. Na biurku ‒ ciemny orzech, szeroki blat, z boku, po prawej kuwetka na dokumenty, czarny plastik, z lewej zegar, nowoczesny, lśniący nierdzewną stalą, bardziej gadżet, niż czasomierz, jak przycisk do papieru, podpórka do książek – leżą w otwartej teczce, zwróconej w stronę okna karty do testu Rorschacha. Nie wiem, czy zostawił je przypadkiem, czy przeglądał je przed moim przyjściem i nie zdążył lub zapomniał schować? A może rozłożył to tak specjalnie. Dla mnie? Podchodzę ostrożnie, dłonią dotykam leżącej z wierzchu karty. Papier jest gładki, kredowy, gramatura jakieś dwieście pięćdziesiąt, może trzysta. Podnosi się z fotela, patrzy na mnie z tym swoim uprzejmym półuśmiechem... ‒ I? Co widzisz? ‒ Widzę, że ktoś rozlał atrament na białej planszy, ale nie widzę, w jaki sposób ma to rozwiązać moje problemy. Magiczny? ‒ mówię z przekąsem, a on uśmiecha się nieco szerzej. ‒ Zielińska. Dobrze. Choć z takim podejściem, to test nie będzie nam potrzebny. Zaskakuje mnie tym skojarzeniem cytatu z „Burej i szału”. Czytał Zielińską? Ktoś czyta młodych zdolnych? Oprócz nich samych i przyjaciół, i znajomych, którzy też piszą i muszą się w tym pisaniu wspierać, a wydają ich chyba tylko po to, by sobie nastroje poprawić, że się tyle dla sztuki zrobiło? Lubię Zielińską, zwłaszcza teraz. Pomaga mi, kiedy myślę, że ktoś ma większe tornado we łbie niż ja. Wzruszam ramionami. 96


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

‒ Przyszłam tu, bo sędzia kazał. Podobno mam problem. Z akceptacją... Kurwa, z jaką akceptacją? ‒ wybucham, bo złość we mnie kipi, złość wzbiera goryczą w gardle, pełznie przełykiem, skrada się, by zacząć dusić słowami wyrzutu, żalu. A komu je wyrzucać, jak nie takim konowałom? W końcu od tego oni są. Mój mąż był świrem, popierdolonym psycholem, a wszyscy patrzą na mnie, jakbym to ja trzymała go za rękę, tę rękę z nożem. Nikt, kurwa nie widzi, ze ja też jestem tego ofiarą. Milczy przez chwilę, wodząc za mną wzrokiem, a ja znów głaszczę, mimowolnie, karty testowe, wodzę opuszką palca po konturach szarej plamy. Zegar tyka. Tyk, tyk, tyk. Choć nie widzę wskazówki na modnym, nowoczesnym cyferblacie, to wiem, że tam jest. Wiem, że przeskakuje co sekundę o jeden stopień, jeden krok. Tyk, tyk, tyk. No powiedz to wreszcie, kurwa! Powiedz to i sobie pójdę. I mnie więcej nie zobaczysz, tego chcesz przecież, nie chcesz, bym kalała to ładne, świeże wnętrze swoim wyimaginowanym smrodem. Wiesz, że to nie ja mam problem z akceptacją, ale wszyscy wokoło. ‒ Nie mogę cię leczyć ‒ mówi wreszcie, i chyba nawet ten półuśmiech znika mu z twarzy, chyba nawet na moment, na mgnienie oka, na sekundę, i jeden kroczek zegarkowej wskazówki jest mu smutno. ‒ Czemu? ‒ pytam, choć wiem, choć to oczywiste, jak mój obgryziony do krwi paznokieć, jak pogardliwe spojrzenie ciecia w bramie, jak spluwanie za mną żuli w spożywczaku, którzy po raz pierwszy poczuli, że mają przed sobą kogoś gorszego, bardziej żałosnego od nich. ‒ Bo nie wierzę, że jesteś niewinna. Dla mnie powinni cię zamknąć wraz z mężem ‒ mówi ze smutnym uśmiechem, jakby naprawdę było mu przykro. ‒ Pójdę już ‒ mówię tylko i odrywam opuszkę palca od plamy Rorschacha, muskając ją delikatnie po raz ostatni, jakbym się z nią żegnała, czule, najczulej, bo tylko ona mi na tym świecie sprzyja jeszcze. Wychodzę. *** Moja twarz w lustrze. Ziemista, blada. Pomarszczona, niczym zeschnięta skórka pomarańczy. Kiedy zbliżam ją do lustrzanej tafli, kiedy patrzę na siebie z odległości tych marnych kilku centymetrów lub gdy opieram rozpalone czoło o chłodną powierzchnię, widzę podpuchnięte policzki, obrzęk wokół oczu. Dotykam palcami czerwieniejących śladów, dowodów na nieustanne obcieranie oczu szorstkimi mankietami swetrów, miękkością koszulowej flaneli, czy nawet gołą skórą przegubów, pokrytą delikatnym, niewidocznym meszkiem naskórnych włosków. Moja twarz to mama, plan, kronika swoistego rodzaju. Pamięta każdy miesiąc, dzień, godzinę od tamtego dnia, kiedy po niego przyszli. Nie uciekał. Uśmiechnął się do nich zimno i skrzyżował ręce za plecami. Wiedział. Był gotów. Na mnie nie spojrzał. Uczepiłam się wtedy kurczowo, jak ostatniej deski ratunku, policjanta, który z nimi przyszedł. Zawisłam na jego rękawie, wpiłam się palcami w szorstki materiał taniej marynarki, szarpałam paznokciami jego sumienie, w rozpaczy, w niezrozumieniu tego, co mówił. Miał smutne oczy zbitego psa, kiedy prawie dałam mu w twarz, słysząc jego słowa. Nie wierzyłam w nie, nie wierzyłam w ani jedno. Aż do dnia rozprawy, kiedy on się przyznał. Tak po prostu. Skinął głową, uśmiechnął się takim samym, pozbawionym radości, surowym uśmiechem. I powiedział. Jestem winny zarzucanych mi czynów. Więcej nie pamiętam. Zemdlałam. Nigdy później już go nie widziałam na żywo. Z telewizyjnych migawek, z gazetowych okładek, z witryny każdego kiosku ślepiło za mną jego chłodne spojrzenie. 97


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

*** Dzwonek do drzwi ma wysoki, wibrujący dźwięk. Naśladuje świergot ptaka, ale takiego ptaka z upośledzeniem. Krtani na pewno, a może i małego móżdżku? Wzdrygam się, bo przecież od dawna, od kilku miesięcy, milczał, jakby ktoś mu dzióbek zatkał, zaklajstrował, wyrwał ze ściany, z kryjówki nad drzwiami. Wcześniej dzwonił raz po raz, ciągle, przeciągle, bezustannie. Wyrywał mnie z otępienia, budził rano, wieczorem nie pozwalał zasnąć. Dziennikarskie męty, koczujące pod drzwiami od jego aresztowania aż po tygodnie po rozprawie wduszały oślizgłymi paluchami kremowy przycisk na klatce schodowej, katując gardło tego ułomnego słowika i mnie tym samym. Potem zamilkł, ucichł, zgasł, razem ze światłem na korytarzu, bo już nikt nie krył się za drzwiami, w zakręcie schodów, uczepiony barierki, z aparatem w spoconej dłoni, z komórką przy uchu, z przepoconą koszulą pod pachami i oczami podkrążonymi ze zmęczenia. Już nie byłam materiałem na tekst, na zdjęcie. Już nie byłam szansą na dziennikarski sukces. Byłam cieniem, zmorą, wyrzutem sumienia dla miasta, wymiaru sprawiedliwości, kamienicy. Wszystkiego i wszystkich. A że niewinna? Kto w to wierzył? I jakie to miało mieć znaczenie, skoro liczył się pozór, liczyła fasada, obraz, jaki ludzie chcieli mieć przed oczami. Nie, jaki był prawdziwy. Prawda skarlała, zmarniała, zepchnięta na margines, nikomu niepotrzebna, niewygodna wręcz, bo obnażająca więcej wad swoich wyznawców, niż całej reszty tych, których oceniała. Dzwonek. Jeden krótki. Dwa długie. Świergot wznoszący, urywany nagle, jakby ktoś ptaszkowi z brzęczyka ukręcał łepek. Kto tam? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. I chcę jednocześnie. Skradam się do drzwi, na palcach, cicho, by podłoga nie skrzypnęła. Choć dywanik w przedpokoju tłumi kroki, mnie ogarnia lęk, że ten ktoś, to coś tam, na zewnątrz, oddzielone grubą warstwą drzwiowej płyty usłyszy mnie, zobaczy, wyczuje. A ja nie chcę. Szklane oko judasza zniekształca obraz. Zadrapany wizjer znaczy każdego, który przed nim stoi, szpecąc zazwyczaj twarz gościa poszarpaną szramą, blizną w miejscu twarzy. Waham się, z twarzą przyciśnięta do płyty drzwiowej, z okiem wytrzeszczonym w stronę szklanej powierzchni wizjera. Z ciałem całym, nasłuchującym, któż to zacz, kto się tam kryje. Kim jest, czego chce. Ręka otula zimną klamkę. Pot zwilża metal, kiedy nerwowo pocieram go, niepewna, czy chcę otworzyć, nacisnąć i pociągnąć. Uchylić drzwi, zobaczyć nie przez szklane oko, ale twarzą w twarz, bezpośrednio, uczciwie. Jak mam mu plunąć między oczy, to też trzeba otworzyć. Przez drzwi się nie da. Chłopak jest młody. Włosy ma podgolone po bokach, z dziwaczną, spiętą na czubku głowy kitką, która upodabnia go do jakiegoś ułomnego szoguna z taniej kreskówki. Taka moda, jak sądzę. Okulary w szerokich oprawkach z lśniącym logo Ray-Ban ‒ bo jakżeby inaczej ‒ spodnie rurki, obcisłe tak, że przy każdym kroku materiał opinający chude kolana musi trzeszczeć. I sweter, naciągnięty, za luźny, z postrzępionym, prującym się mankietem. Pan-Spruty-Sweterek stoi wyprostowany, w pozie pozornie niedbałej, fałszywie lekceważącej, z jedną ręką w kieszeni (jak on ją tam wcisnął?), z drugą nonszalancko opartą o framugę. Kołysze się lekko na piętach, w przód i w tył, a w szkłach okularów błyska raz po raz odbicie światła z sufitowej lampy. ‒ Brzezińska Jolanta? ‒ pyta, wydymając dziewczęco wargi, jakby je miał zamiar ułożyć w dzióbek. Zauważam, że drży mu powieka. Za mało żelaza – myślę. A najwięcej żelaza jest w czerwonym mięsie... Wzdrygam się, bo skojarzenie boleśnie kłuje u nasady czaszki, jakby mi ktoś tam wbijał szpikulec do lodu. A jemu drga ta powieka pieprzona, za drogim szkłem jeszcze droższych okularów, a gówniarz te swoje usteczka wydyma w dzióbek, po czym cmoka. Koniuszek języka mignie między jego wąskimi wargami, zanim spyta: ‒ To pani? 98


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Wzruszam ramionami, obejmując rękami swoje chude ciało, jakby to miało mnie ochronić, odseparować od świata zewnętrznego, od Pana-Sprutego-Sweterka i jego pytań o osobę, której już nie ma. Nie mówię nic. Milczę, krzywię się tylko, jakbym znów łykała gorzką, wielgachną jak pięść niemowlaka pigułkę. ‒ To pani. ‒ Jego podgolona głowa kiwa się potakująco, a światło sufitowej lampy raz po raz błyska w okularowych szkłach. ‒ Poznaję. Widziałem na zdjęciach. ‒ Nie ‒ zaprzeczam. ‒ Nie Brzezińska. Surmiak ‒ wypluwam te słowa, wypluwam znienawidzone, mężowskie nazwisko, które kojarzy mi się jedynie z plugastwem jego zbrodni, jego wypaczenia. Nie mogę się schować, nie mogę uciec. Ale powrót do panieńskiego miał mi dać szansę, dać ukojenie. Możliwość spojrzenia w lustro. ‒ Ale... – Pan-Spruty-Sweterek unosi rękę, jakby chciał oprzeć się o framugę, jakby moja stanowczość, to zaprzeczenie, było dla niego jak cios w twarz, jak obelga, po której aż się zachwiał... W reku błyska prostokąt smartfona. Czarna toń ekranu, srebrna obudowa, na której błyska neonowe logo producenta. Ajfon-srajfon – myślę zupełnie bez sensu, gdy flesz lampy błyskowej miga mi ostro przed oczami. Jeden raz, dwa, trzy. Seria kliknięć, elektroniczna ułuda aparatowej migawki, z czasów, kiedy sprzęty miały duszę, a nie były jak ułomne substytuty fotograficznego orgazmu. Cofam się o krok, w głąb mieszkania. Plecy dotykają stojącej w przedpokoju szafy, takiej szerokiej, z lustrem. Czuję jego gładką taflę przez ubranie i żałuję w tej chwili, że nie jestem Alicją, by móc przez nie przeniknąć, uciec na drugą stronę, schować się w świecie Tam, przed odpychającą obcością świata Tutaj. Pan-Spruty-Sweterek wyciąga swoją chudą rękę, uzbrojoną w telefoniczny aparat w moją stronę. Jak szyja obcego stworzenia, jak macka jakiejś istoty z kosmosu, jak marny odprysk wellsowskiej „Wojny światów” zagląda do przedpokoju, czujnym szklanym okiem obiektywu szukając... mnie. Jestem tylko kawałkiem mięcha, materiałem, który można sprzedać. Jak nie gazecie, to choćby kolegom w knajpie, choćby lasce zapoznanej przez fejsa. W końcu nie każdy zrobił zdjęcie żonie Bestii. Łapczywie wciągam powietrze. W nozdrzach nagle brutalnie wyraźnie czuję zapach kurzu z korytarza, mokrych wycieraczek u sąsiadów i grzyba, mozolnie pełznącego po ścianach. To wszystko miesza się ze słodkawym, zupełnie niemęskim zapachem jego perfum, zza którego przebija zapach różanego mydła. Jego ręka sięga coraz dalej i dalej i zdaje mi się, że robi się stanowczo za długa, jak na ludzką kończynę, jakby przekraczała wymiary, jakby nie zważała na prawa fizyki, które sprzysięgły się też przeciw mnie, by tylko dać szansę na dobre, lepsze, droższe ujęcie. Na przegubie błyska pomarańczowy plastik G-Shocka, cyferblat odcina się szarością od neonowego koloru paska i koperty i zdaje się miażdżyć, zaciskać, więzić ten wątły, patykowaty, wciąż ściskający telefon, przegub. Uderzam raz, dłonią, na odlew. Uderzam, jak potrafi tylko wzgardzona, upodlona do granic kobieta, która nagle odkrywa, jak to jest odbić się od dna i wreszcie sięga, by odebrać swoją godność. Jego blady, gładki policzek czerwienieje obrysem mojej dłoni, pięciopalczastym wyrzutem sumienia, które zwizualizowało się, zmaterializowało w postaci mojej ręki i naznaczyło go za moją krzywdę, już nawet nie przez niego wyrządzoną, ale przez nich wszystkich, jemu podobnych, których było tylu, że nie umiałam ich zliczyć. W jego oczach zdziwienie wygląda zabawnie. Tak zabawnie, że o mało nie parsknę śmiechem, kiedy te wąskie, ni to dziewczęce, ni chłopięce usteczka układają się w dzióbek, potem w krągłe „o” zaskoczenia i szepczą: – Co, kurwa?!

99


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Ręka z telefonem, odtrącona niedbale moim ciosem, ni to przypadkiem, ni to zamierzenie, bo zagradzała drogę ku jego twarzy, uderza nadgarstkiem o framugę. Palce rozkurczają się w paroksyzmie bólu zupełnie obcego tej kruchej jednostce, telefon wysuwa się i z suchym trzaskiem upada na lastrykowaną na klatce podłogę. Ekran pokrywa siateczka pęknięć, jakby od pistoletowej kuli. Widzę go oczami wyobraźni, obrysowanego kredą, jak filmowe zwłoki. Ktoś po nim zapłacze? Po tej anonimowej ofierze, z przedrostkiem HTC przed alfanumerycznym substytutem imienia? Pan-Spruty-Sweterek cofa się, z twarzą wykrzywioną lękiem. No bo jak to tak? Jego, na którego rodzice nawet nie podnieśli nigdy ręki? Bezstresowe wychowanie, bezglutenowe potrawy, pozbawione emocji zawieszenie w próżni, tylko czasem wirtualny klaps w social mediach, a tu nagle ja go tak brutalnie, osobiście, realnie w twarz! Krok do tyłu, jeszcze jeden. Pcha go wstecz chyba tylko to jego zdziwienie, ten szok, że to tak można, że kobieta, że w twarz, że cios, popularnie zwany plaskacz, liść, że w jego... Nie był mocny, choć dłoń zapiekła. Zarumieniła się, jakby ona wstydziła się za mnie, za mój czyn na niej wymuszony, za nas dwie. Ja się nie rumienię, ja jestem blada, jak przysłowiowy pergamin i tylko usta zagryzam do zsinienia, byle nie dopuścić do krzyku, nie dać mu się wyrwać z ust, z gardła, wściekłym rykiem boleści, rozpaczy, już tak długo tłumionej. Wdychanej w poduszkę, wilgotną od łez, wyszeptywanej w łazienkowe lustro upstrzone plamkami po paście do zębów, zdrapywanej z napisami z kubka na kawę co rano, kiedy strach wyjścia z domu zaciskał szpony na gardle. Chcę wywarczeć coś jeszcze. Komendę, obelgę, cokolwiek, byle spieprzał spod moich drzwi ten gówniarz, ten śmieć, ta hiena pierdolona, ale wszystko dzieje się za szybko i tylko dławiący pisk wyrywa się spomiędzy warg, komponując w ponurą kakofonię z łomotem jego upadającego ze schodów, na łeb, na szyję ciała. Poślizgnął się w tych swoich pieprzonych trampeczkach, zrobił w tym zdziwieniu jeden krok za daleko wstecz, aż nagle ktoś mu wyrwał spod stóp podłogę, wraz z podłogą rzeczywistość i ‒ odwróciwszy ją do góry nogami ‒ wytrzepał mu z kieszeni drobniaki, brzęczące cicho po lastryko, portfel, pełznący szurając za nimi i jego powykrzywiane groteskowo ciało, które zatrzymuje się z głuchym stukotem pękającej czaszki na schodowym spoczniku w pół piętra poniżej. Zamieram. Patrzę, wytrzeszczam oczy, rozwieram usta, choć nie krzyczę, tylko haustami łapię powietrze, a ono nie chce wejść, ono nie poddaje się za nic, nie przedziera się przez przełyk, jakby ktoś mi go zatkał, kołkiem, korkiem, owinął twarz folią. Leży. Pan-Spruty-Sweterek. W okularach przekrzywionych, bez jednego szkła, które musiało wypaść. Z szyją przekręconą o dziewięćdziesiąt stopni, z rudoczerwoną strużką przecinająca czoło. Z tyłkiem i stopami powyżej głowy, rozrzuconymi niedbałym artyzmem upadku na wyślizganych schodach. Postrzępiony brzeg żółto-czarnej taśmy ostrzegawczej, klejonej na stopniu, zawsze pierwszym i ostatnim sterczy szyderczo, nagrywając się ze swojej ofiary, jakby był przyczyną jego upadku. Nie, to ja jestem. Ja go zabiłam. Podeszwy vansów sterczą oskarżycielsko w moją stronę, wskazują na mnie plastrami przytartego przy piętach kauczuku. Nogawka podwinęła się, ukazując chudą, owłosioną łydkę. Nić z prującego się mankietu drży lekko od niewidzialnego przeciągu; gdzieś na klatce musi być otwarte okno. Robię krok, by lepiej się przyjrzeć. Nie chcę już krzyczeć. Nie mam po co. Jest martwy, o czym mówią bezgłośnie jego wytrzeszczone, wpatrzone w zakurzony sufit oczy i szyja wykręcona, jak u gęsi, której ktoś skręcił kark przed oprawianiem na niedzielny obiad. Wycofuję się, krok za krokiem, do mieszkania, podpierając się dłońmi o pokryte szorstką lamperią ściany. Czuję spokój, zupełne nienaturalny dla sytuacji, zupełnie nieadekwatny. I zimno. 100


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Jakiś chłód, obłapiający mnie, sunący zimnymi paluchami po przedramionach i wzdłuż pleców. Jakby ktoś głaskał mnie wyziębionymi na mrozie dłońmi. Drzwi zatrzaskuję trącając je stopą, wciąż wpatrując się w pozostawione na korytarzu zwłoki, których już nie mogę ze swojego miejsca widzieć. Ale które wciąż mam przed oczami, jakbym patrzyła przez ścianę, jakbym w oczach miała rentgen. Wiem, że tam są. *** Wódka w lodówce jest zimna. Korek trzyma, aluminiowy pasek stanowczo oznajmia, że wcześniej nikt nie zaglądał do butelki. Coś kłuje mnie w nadgarstku, kiedy próbuję ją otworzyć. Korek puszcza w końcu, a ja przechylam półlitrówkę, choć ręka mi drży. Nalewam na dwa palce do wyszczerbionej szklanki. Tak się powinno lać whiskey. Ja nalewam czystą. Pierwszy łyk wchodzi łatwo, choć gardło wybucha w sekundę później. Nieprzyzwyczajone, nie pamiętało ohydnego, gorzkiego smaku, nie pamiętało gryzienia w przełyku i palącej fali ciepła rozchodzącej się po ciele, gorąca, od którego cierpną wargi. Drugiego już nie przełykam. Dławi w gardle, wraca wymiotną falą, boleśnie wyrywa się z ust. Wypluwam wódkę do zlewu, krztuszę się, spryskując blat kuchenny kropelkami śliny. Oddycham ciężko, spazmatycznie łapiąc powietrze. Alkohol pomaga w sytuacji szoku, twierdzi wielu. Gówno prawda. Jeśli nie pijesz, możesz się co najwyżej zadławić. Ciężko odkładam szklankę na blat. Resztka alkoholu rozchlapuje się, a mnie do oczu napływają łzy. I co? Chcieli, to mają. Morderczyni. Zbrodniarka. Mimowolnie, ale co tam. Kogo to będzie obchodzić? Chcieli, chodzili, dreptali, jak pieprzone hieny, wokół mojego podwórka, z aparatami, z rurami teleobiektywów. Z nozdrzami rozszerzonymi węchem jakiegoś śladu, jakiejś krwi na moich rękach. Teraz znajdą, zobaczą, wywęszą. I będą mieli, co chcieli. Mimowolnie. Ofiara. Morderczyni. Nie prościej byłoby po prostu otworzyć sobie żyły?

101


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Maria Zdybska: Oddech słońca – To niesprawiedliwe! – powtórzyła z naciskiem Nefri. Była zmęczona, spocona i głodna, a jeszcze nie minęło nawet południe. Delikatny wiatr znad Nilu zamiast orzeźwienia niósł tylko zapach wysychającego powoli mułu i duszącego lotosu. – Niesprawiedliwe! – dodała z rosnącą irytacją, wzbijając mały obłoczek pustynnego kurzu energicznym kopnięciem. Skalny odłamek poszybował w dół stromego zbocza, napędzany siłą wyładowywanej frustracji. Sebu skrzywił się przelotnie na widok jej nieszczęśliwej miny, zaraz wrócił jednak do podsłuchiwania kłótni jednego z robotników z nowym nadzorcą kwartału. Obydwaj wrzeszczeli na siebie zacietrzewieni, rzucając przy tym niewybredne klątwy. Nowy nadzorca miał szerokie bary, modną perukę i doprawdy imponujący zasób obraźliwych epitetów, ale jego głos był tak nieznośnie piskliwy, że trudno było go brać na poważnie. Dudniący bas wściekłego robotnika wydawał się zatem wygrywać, mimo że jego przysadzista postura nie dodawała mu uroku. Wokół zaczęło robić się powoli małe zbiegowisko gapiów. Sebu wytężył słuch, starając się zrozumieć o co poszło, mając jednocześnie nadzieję, że wywiąże się z tego jakaś spektakularna bójka. Nefri spojrzała na niego z ukosa i sapnęła z egzaltacją. Jakby w odpowiedzi kierowany przez nią ogromny kamienny blok drgnął zdradliwie i lekko zmienił kąt lewitacji. Nienawidziła, gdy ktoś ją ignorował. Nienawidziła tych nagłych, niezręcznych momentów ciszy w prowadzonej rozmowie. Sebu znał ją na tyle, że powinien o tym dobrze wiedzieć, ale i tak zawsze znalazło się coś, co skutecznie go rozpraszało. Zapewne znowu obstawił jakiś idiotyczny zakład na jednego z kłócących się mężczyzn. Uniosła blok nieco wyżej i wyrównała kąt, pod którym wisiał, ale zrobiła to zbyt gwałtownie i w efekcie jej ładunek zaczął się groźnie bujać nad głowami przerażonych robotników. Chcąc nie chcąc, chłopak skupił na niej ostatecznie swoją uwagę, wyginając z niedowierzaniem jedną, starannie wydepilowaną brew. – Uważaj, siostro, bo nowy nadzorca zaraz zacznie wydzierać się i na ciebie. – Uśmiechnął się cwaniacko i cmoknął z dezaprobatą. Nefri przewróciła w odpowiedzi oczami. Nie lubiła, gdy zgrywał starszego brata i zdecydowanie nie była w nastroju do przekomarzanek. Im bliżsi byli ukończenia budowy piramidy, tym większa ogarniała ją irytacja, a ostatnio była już po prostu zła; zła, rozczarowana, zmęczona i potrzebowała kogoś, kto w końcu by jej wysłuchał, albo przynajmniej kogoś, na kim mogłaby wyładować swoje buzujące emocje. – Przecież mnie nie zwolni. – Wzruszyła wyniośle ramionami. Prowadzony przez nią kamień drgnął nieznacznie, jakby przytakując. – Nie można zwolnić kogoś, komu się nie płaci – dodała, obrzucając rozgoryczonym spojrzeniem gromadę kłócących się o kolejną podwyżkę robotników. – Nie można też uderzyć kogoś, kogo nie wolno dotykać. – Wydęła drwiąco ciemne usta. Fakt, czasami było to oczywiście przydatne, ale najczęściej zwyczajnie ją drażniło. – Nie zazdrość im. – Sebu machnął obojętnie ręką w stronę pokrzykującego gniewnie zbiegowiska. – Robotnicy wykonują bardzo ciężką pracę. Muszą używać siły mięśni, walczyć z chorobami i własną słabością – wyliczał, recytując z pamięci nauki kapłanów. – Nie mają w sobie, tak jak my, oddechu Ra. Nefri zmarszczyła czoło. Sebu zawsze był pilniejszym słuchaczem świątynnych nauk, ale tę jedną tyradę znała na wylot. „Oddech Ra” – zawsze ten sam argument. Zupełnie jakby ich szczególne umiejętności miały wynagrodzić niemal całkowitą życiową izolację.

102


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Ale to niesprawiedliwe! – Nie dawała za wygraną. – Tamci przynajmniej zarabiają, po pracy robią, co chcą, mieszkają, gdzie chcą, mają własne życie, mają wybór, a my... – My wypełniamy wolę boską, Neffie – wtrącił pojednawczym tonem jej przyjaciel. Spojrzała na niego uważniej, upewniając się, czy mówi poważnie. W kąciku jego wąskich ust tliła się jak zwykle zdradliwa iskierka rozbawienia. Nefri zmrużyła groźnie oczy i odrzuciła energicznie kaskadę pozaplatanych w warkoczyki włosów, starając się jednocześnie nie stracić panowania nad swoim ładunkiem. – Wypełniamy wolę boską – przedrzeźniała jego przemądrzały ton. – Moim zdaniem wola boska powinna wypełniać się sama. I nie nazywaj mnie Neffi, jestem już dorosła – dodała dobitnie i dla lepszego efektu z impetem posadziła kamienny blok na swoim miejscu. – Oczywiście, że jesteś dorosła – przytaknął natychmiast Sebu z miną, która sugerowała coś zupełnie przeciwnego. Dla dobra dalszej dyskusji Nefri postanowiła udawać, że nie dostrzega ironii. – Owszem. – Wyciągnęła oskarżycielsko palec w jego kierunku. – I denerwuje mnie, że absolutnie nikt nas nie docenia – ciągnęła dalej, starając się nie myśleć o tym, że jej serce zaczyna przyspieszać, a skóra robi się coraz bardziej gorąca. Jak zawsze gdy przestawała kontrolować swoje emocje. – Rozumiesz, o czym mówię? – warknęła, widząc, jak chłopak ukradkiem zerka w stronę rozpoczynającej się właśnie bijatyki. Sebu z westchnieniem znów skupił na niej swą uwagę. – Nikt nie wie, nikt się wręcz nie domyśla, ile wysiłku kosztuje nas to wszystko. – Sama nie wiedziała nawet, kiedy zaczęła energicznie machać rękami dla wzmocnienia przekazu. – Nikt, nigdy nie wypowie już naszych imion, nikt ich nigdzie nie zapisze, nie zapamięta naszego istnienia, nie zapewni nam nieśmiertelności – skarżyła się z bólem, który nosiła w sobie już tak długo. – Po śmierci nasze ba rozpłyną się, znikną jak poranna mgła nad Nilem. My znikniemy, na szpony Anubisa! Sebu przez chwilę patrzył na nią z lekkim niedowierzaniem, ale uśmiech na jego ustach przygasł. Zamyślonym ruchem starł maleńkie kropelki potu ze swojej ogolonej, opalonej na brązowo głowy. – Jesteśmy metdżai, siostro – powiedział cicho, ale z intensywnością, której u niego nie znała. W jego ciemnych oczach dostrzegła przelotny błysk czegoś w rodzaju zachwytu. – Jesteśmy dumą Kemet. Jesteśmy wybrani. – Uśmiechnął się lekko i ruchem podbródka wskazał na piramidy. Na ich piramidy, które kamień po kamieniu budowali bez wytchnienia już tyle lat. Nefri poczuła nagłe ukłucie żalu. Zazdrościła mu. Kiedyś myślała tak jak on, kiedyś wierzyła w te piękne słowa i w to, że czeka ją wspaniały los. Gdy kapłani przyszli zabrać ją od matki, żeby mogła służyć jako metdże, ludzie w wiosce cieszyli się, błogosławili ją i śpiewali, bo Kuszyci rzadko otrzymywali oddech Ra. Odeszła, na przemian płacząc i śmiejąc się, nie mogąc doczekać się inicjacji w świątyni. Ten dzień wydawał się jednak teraz tak odległy jak gwiazdy przeglądające się w wodach Nilu nocą, a Nefri dawno przestała wierzyć w mrzonki o swoim szczególnym przeznaczeniu. Im wnikliwiej obserwowała świat wokół, tym mniej czuła się dumą Kemet, im śmielej zadawała pytania kapłanom, tym bardziej gorzka wydawała się jej prawda o jej losie. – Jesteśmy mniej warci od najpośledniejszych niewolników – odparła w końcu ze smutkiem, niemal szepcząc. Sebu drgnął niespokojnie na dźwięk tego słowa. Rzucił przelotne spojrzenie na bójkę pod piramidą, a potem rozejrzał się jeszcze podejrzliwie wokół, sprawdzając, czy ktoś ich nie podsłuchuje. – Twoje myśli są niebezpieczne – skarcił ją półgłosem. – Budujemy grobowiec faraona, nie ma większej chwały!

103


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Ale nasze ba... – zaprotestowała bezsilnie. Sebu po prostu nie chciał jej zrozumieć. Jej moc ponownie zaczęła wzbierać, najpierw szczypiąc i drażniąc, a w końcu paląc jej brązową skórę niewidzialnym płomieniem. Wiedziała, co nadchodzi. Odchyliła głowę, kierując twarz ku ojcu Ra, szukając w nim otuchy i błagając o ukojenie. Sebu przykucnął tuż obok, dając jej czas na ochłonięcie. Denerwowanie Nefri w takich chwilach nie kończyło się dobrze, bo wciąż miała problemy z ujarzmieniem swoich zdolności w chwilach silnych emocji. Na nieszczęście dla niego, jej partnera na zmianie i przyjaciela od najmłodszych lat, te chwile zdarzały się wyjątkowo często. – Uważaj, na co się skarżysz i jak głośno to robisz – przestrzegł ją, gdy dostrzegł, że zaczyna oddychać spokojniej. – Urodziliśmy się jako metdżai, ty i ja. Jesteśmy i będziemy metdżai aż do końca naszych dni. A gdy Toth zważy nasze serca, zobaczy, jak żyliśmy i co zrobiliśmy tutaj, teraz. Służymy faraonowi, służymy Kemet i bogom. Nefri wydęła dziecinnie usta i potrząsnęła nadal mrowiącymi ją dłońmi, generując przy tym kilka delikatnych iskierek, które zgasły natychmiast w złotym piasku. – To nadal niesprawiedliwe... – jęknęła z goryczą. – Potrafimy więcej od kapłanów, a mimo to nie mamy dostępu do tajemnic świątyni, nie możemy rozwijać swoich umiejętności, nie możemy awansować, nawet decydować o swoim życiu. Jesteśmy izolowani, niezrozumiani i niedoceniani. Jesteśmy wyrzutkami. Tym razem Sebu popatrzył na nią z braterską troską. Być może w końcu zrozumiał, że to nie przelotny humor, ale coś, co gnębiło dziewczynę od dawna. – Nie możesz tak po prostu przestać być metdże, tak jak Kemet nie może przestać na nas polegać. Taki jest porządek rzeczy. Każdy ma swoje miejsce, dlatego właśnie nazywamy to porządkiem. – Zrobił pompatycznie natchnioną minę, unosząc przy tym komicznie brwi. Jego rozpływający się od potu makijaż sprawiał, że nie mogła dłużej brać go na poważnie ani się na niego dalej złościć. – To właśnie jest maat – dodał, naśladując nosowy ton najwyższego kapłana świątyni. Nefri parsknęła, wyobrażając sobie Sebu w idiotycznym, ceremonialnym nakryciu głowy ich arcykapłana Kannofera. Nawet jeżeli jej nie rozumiał, to zawsze starał się ją podnieść na duchu, i za to go kochała. Był zresztą teraz jej jedyną rodziną i jednym z niewielu, którym kompletnie nie przeszkadzało jej pochodzenie. Ich wspólny śmiech nadal dźwięczał wesołym echem nad głowami skaczących sobie do gardeł robotników, odbijając się w nieskończoność od ściany piramidy, gdy zauważyli za sobą poruszenie. W kierunku niewielkiego wzniesienia, z którego nawigowali kamienne bloki, piął się, sapiąc i dysząc, Nitokris, trzeci architekt faraona w asyście piątki swoich ulubionych niewolników. Nefri natychmiast spoważniała; odwiedziny tego padalca nigdy nie wróżyły niczego dobrego. Spojrzała porozumiewawczo na Sebu, który mamrotał do siebie jakieś przekleństwa pod nosem. *** – Tut! – wykrztusił z siebie pomiędzy kolejnymi sapnięciami architekt. – Trudno cię odszukać w tym bałaganie. Nie mogłeś chociaż rozbić dla mnie namiotu? – Skrzywił się z odrazą, rozglądając się po pustej, piaszczystej przestrzeni wokół. Jego nadmierna tusza jasno świadczyła o tym, że nadużywał jedzenia, jego głębokie worki pod oczami i opuchnięte usta dowodziły, że nadużywał alkoholu, a jego wiecznie obrażony wyraz twarzy sugerował, że nadużywał swojego stanowiska. Tut, który rzeczywiście miał w zwyczaju pojawiać się i znikać w zupełnie nieoczekiwany sposób, wdrapał się właśnie na wzniesienie od strony stromego, kamienistego zbocza. Gdy stanął przed Nitokrisem, pochylił lekko głowę, w zwyczajowym geście szacunku. Nefri pomyślała, że nawet gdyby zgiął się wpół, prawdopodobnie i tak byłby wyższy od architekta.

104


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Muszę być w ruchu, żeby dopilnować budowy, panie – wyjaśnił z absolutną powagą, ale gdy to mówił, jego czarne oczy rzucały rozbawione iskry w kierunku Nefri i Sebu. – Tak, tak, ciągle gdzieś się chowasz. – Nitokris wykonał nieokreślony gest upierścienioną pulchną dłonią i przymknął spocone powieki. Jeden z jego niewolników zakradł się nieśmiało od tyłu, podtrzymując niewielki biały baldachim nad głową swojego pana. Drugi podbiegł, rozkładając przed nim nieduży, przenośny stołeczek. – Kiedy ukończycie prace? – zapytał architekt, nadal nie otwierając oczu. Tut spojrzał pytająco na Nefri i złożył dłonie, szukając właściwych słów. – Faraon się niecierpliwi – upomniał go groźnie Nitokris i usiadł ciężko na swoim stołeczku. Tut popatrzył na niego z powagą, ale drobne zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się zdradliwie. Nie był typem człowieka podatnego na tak nędzne próby zastraszenia. – Niepotrzebnie – zapewnił go swoim śpiewnym, obcym tonem. – Śmierć przychodzi w końcu do każdego. Architekt poruszył się niespokojnie. W pozycji siedzącej biały szedyt wciskał mu się boleśnie w sam środek wydętego brzucha, co zdecydowanie nie mogło być przyjemne. *** Nefri pochyliła szybko głowę, starając się ukryć swoje rozbawienie. Przygryzła mocno dolną wargę, powstrzymując kolejne parsknięcie, gdy kątem oka dostrzegła Sebu, całkiem dosłownie duszącego się ze śmiechu. Nawet zasłaniając usta ręką, nie mógł ukryć swoich roześmianych oczu. Tym razem Nitokris wielkodusznie zignorował ich chichoty, ale jego policzki pociemniały złowieszczo. – Czasami przychodzi szybciej, niż byśmy tego chcieli. Nie igraj zatem z życiem, Nubijczyku. – Ostatnie słowo wysyczał jadowicie jak pustynna żmija. – Kiedy skończycie? – Tym razem jego ton był nieprzyjemnie naglący. Żarty się skończyły. Tut także to zrozumiał, bo wyprostował się lekko i zacisnął nerwowo szczękę, zmuszając się do spokoju. – Powinniśmy zdążyć do kolejnego wylewu Nilu – odparł powoli, cedząc każde słowo. – Jeśli bogowie będą łaskawi – dodał, dotykając lekko czoła. Nitokris cmoknął kilkukrotnie z niezadowoleniem i przywołał zniecierpliwionym gestem kolejnego niewolnika. Chudy chłopak zaczął natychmiast machać mu nad głową idiotycznie dużym i nieprawdopodobnie kolorowym wachlarzem z miękkich piór. Mimo to pot spływał cienkimi strużkami spomiędzy bruzd otłuszczonej czaszki architekta. – Faraon życzy sobie obejrzeć piramidę tak szybko, jak to tylko możliwe – warknął tonem nieznoszącym sprzeciwu, choć jego głos był tylko odrobinę głośniejszy od szeptu. Niewolnik od baldachimu podskoczył lekko, jakby użądliła go osa. – Tak szybko, jak to możliwe? – dopytywał Tut, siląc się na łagodność. – Moi metdżai robią co w ich mocy. – Zakreślił szeroki półokrąg, wskazując w stronę innych zespołów, prowadzących w kierunku budowli kolejne masywne bloki. – A jednak to wciąż za mało. – Nitokris zmrużył ze wściekłością oczy, ledwie widoczne pod spoconymi bruzdami. – Świątynia Izydy przyśle ci tylu, ilu zechcesz, niech pracują bez wytchnienia. Tut skłonił głowę, niewątpliwie po to, by ukryć swoje zdenerwowanie. – Ich moce nie są niewyczerpane – powiedział najspokojniej, jak potrafił, rzucając przy tym przepraszające spojrzenie na Nefri. – Muszą się regenerować, inaczej... – Inaczej faraon będzie niezadowolony – przerwał mu natychmiast Nitokris. – Co sprawi, że i ja będę niezadowolony, co sprawi z kolei, że ty i ci twoi czarownicy poniesiecie poważne konsekwencje. – Ostatnie słowa wysyczał z paskudnym półuśmiechem. Dobrze wiedział, jaką reakcję wywoła publiczne nazwanie metdżai czarownikami. 105


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Sebu przestąpił nerwowo z nogi na nogę i szybko chwycił Nefri za rękę. Nie patrzyła na niego, w ogóle nie zareagowała na ten gest, wpatrywała się tylko intensywnie w spływającego potem architekta. Sebu ścisnął alarmująco jej dłoń, czując, że skóra dziewczyny znów zaczyna się niepokojąco rozgrzewać. Jej reakcje w takich sytuacjach były tyleż nieprzewidywalne, co gwałtowne, a denerwowanie Nitokrisa nie wydawało się zbyt rozsądne. – Przygotuję nowy plan – zgodził się w końcu bezbarwnym głosem Tut. – Plan. – Nitokris wykrzywił usta, jakby poczuł coś obrzydliwego. – Tak, tak. – Machnął lekceważąco ręką. – Nowy plan. Pot spływał teraz także po jego obwisłej klatce, rozdzielając się poniżej okazałej kolii ze skarabeuszem na kilka mniejszych, rozchodzących się promieniście strużek. Pierzasty wachlarz najwyraźniej nie był szczególnie skuteczny. – Ty tam, metdże – wysapał zbolałym głosem, wskazując pulchnym paluchem na Nefri – przynieś wody i obmyj mi nogi. Ten upał jest nie do zniesienia. Sebu wstrzymał oddech, czując, jak dłoń dziewczyny zaczyna rozpalać się do temperatury rozżarzonego w ognisku drwa. Tut chrząknął znacząco. Architekt dobrze znał jej imię, ale uparcie udawał, że jest tylko kolejnym, anonimowym pracownikiem budowy. Nefri miała za to niezwykle czułe ego. – Ja? – wykrztusiła z niedowierzaniem. Nitokris zmarszczył groźnie czoło. Nie był przyzwyczajony do niesubordynacji. – Tak, ty, co tak stoisz? – warknął, opluwając lekko spierzchnięte od słońca wargi. Nefri natychmiast wysunęła wojowniczo do przodu swoją chudą szyję, szeroko otwarte oczy w kolorze zielonego bursztynu miotały wściekłe iskry. Sebu syknął cicho, gdy bezwiednie zacisnęła swoją rozpaloną dłoń na jego dłoni. To nigdy nie zapowiadało niczego dobrego. – Powinieneś ich trzymać w ryzach, Tut. – Nitokris obojętnie odwrócił na chwilę wzrok, wyraźnie zniesmaczony. – Woda! – wrzasnął, unosząc się lekko na swoim stołeczku. Niewolnik zaczął wachlować jeszcze szybciej. Tut skrzyżował ręce na piersiach i ledwie zauważalnie przytaknął, gromiąc jednocześnie Nefri wzrokiem. Dziewczyna drgnęła niespokojnie, ale nie ruszyła się o krok, zupełnie jakby jakaś niewidzialna siła przykuła ją nagle do ziemi. – Tak, panie. – Po chwili napiętej ciszy jej słowa z trudem przedostały się przez zaciśnięte nerwowo zęby. Niemal natychmiast potem wyszarpnęła dłoń z uspokajającego uścisku Sebu i nawet na niego nie patrząc, odwróciła się gwałtownie w przeciwną stronę, ku piramidom, ku miastu, ku Nilowi. Żar południowego słońca zalewał dolinę oślepiającym blaskiem, zmieniając piaski pustyni w mieniący się, złoty pył. Nieco dalej błękit sunącej dostojnie rzeki migotał pomiędzy ciemnozieloną gęstwą daktylowych palm, obiecując zbawienną ochłodę i ukojenie nerwów. Królewski pałac wznosił się imponującym masywem wypolerowanych do białości ścian tuż nad wodami Nilu, po którym goniły smukłe feluki o śnieżnobiałych żaglach. Miasto wokół, wieczorem rozbrzmiewające wesołym hałasem nadbrzeżnych tawern, kołyszące się upojnym rytmem egzotycznych tancerek, zahipnotyzowane miarowym nawoływaniem kupców na zatłoczonych targowiskach i szemrzące miarowym gwarem najnowszych plotek, o tej porze wydawało się puste, nieme i nieprzyjazne. Nefri rozpostarła szeroko ramiona, odchylając przy tym głowę do tyłu. Ojciec Ra patrzył teraz wprost ze szczytu swojej dziennej wędrówki, ale ona, w przeciwieństwie do Nitokrisa, nie zamierzała się przed nim zasłaniać. Każdy kolejny oddech słońca dodawał jej tylko siły. Gdy opanowała wzburzenie skupiła uwagę na niewielkiej, rytualnej sadzawce w przypałacowym ogrodzie, przy której zebrała się garstka szukających wytchnienia arystokratów. Zamknęła oczy, zmuszając się do koncentracji. To, co zamierzała, nie było w zasadzie trudne, ale odległość była znaczna, nawet jak 106


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

na jej umiejętności. Złapała się na przelotnej myśli, że to może być jedna z tych sadzawek z ozdobnymi, kolorowymi rybkami, które miały choćby na chwilę rozbawić znudzoną rodzinę królewską. Trudno. Albo może nawet lepiej. Uśmiechnęła się szelmowsko samymi kącikami ust, podejmując ostateczną decyzję. Otworzyła oczy dopiero na dźwięk cichego westchnienia swojego przyjaciela. Pulsująca miarowo kula wyciągniętej prosto z sadzawki wody bujała się tymczasem beztrosko nad głowami oburzonych arystokratów. Ktoś tam krzyczał niezrozumiale, ktoś wygrażał do niej z oddali, ale słyszała też dziewczęce piski i wrzawę rozbawionych głosów. Kilku żołnierzy królewskiej straży rozpierzchło się natychmiast po krańcach ogrodu, ich długie, pozłacane oszczepy migotały pomiędzy malachitową zielenią ozdobnych krzewów. – Co ty wyczyniasz, zwariowałaś? To trzeci architekt! – Sebu szarpnął ją za ramię. – To zarozumiały idiota – mruknęła do niego, skupiając się na niełatwym zadaniu utrzymywaniu wody w sferycznej formie. Sebu rzucił za siebie rozgorączkowane spojrzenie, Nitokris chwilowo zajęty był rozmową z Tutem. – Życie ci niemiłe? – jęknął. Jego głos brzmiał teraz nienaturalnie piskliwie. – Nic mi nie zrobi – zapewniła go lakonicznie. *** Błękitna kula z taneczną gracją wyminęła róg piramidy i przefrunęła, wirując wokół własnej osi nad głowami budowniczych. – Zabijając mnie, pokalałby się moją nieczystą krwią – dodała żartobliwie, ale Sebu tylko zesztywniał ze zdenerwowania. – Popatrz tylko na niego, to zwykły tchórz i donosiciel – dodała pojednawczym tonem, widząc, że jej przyjaciel kompletnie stracił rezon. Mieniąca się kula wody była już tuż tuż. – Zresztą, prosił mnie o wodę, a ja zamierzam tylko... – Znacząco zawiesiła głos, gdy sfera wyskoczyła raptownie zza wzniesienia na którym stali i zatrzymała się posłusznie tuż nad głową zdezorientowanego architekta. – ...mu ją dostarczyć – dokończyła, uwalniając kotłującą się wodę. Przeczucie jej nie myliło. Poza miniaturowym potopem, na głowie architekta wylądowało dodatkowo pół tuzina krwistoczerwonych rybek. *** Zachód słońca, cichy i nagły, zostawił po sobie tylko ledwie dostrzegalną karminową poświatę, jak ulotne wspomnienie czułego pocałunku na zamyślonym, kobaltowym niebie. Zmęczony Ra zniknął niepostrzeżenie za horyzontem w swojej Barce Milionów Lat, ustępując szybko pola milczącej Nut z jej gwiaździstym, czarnym płaszczem otulającym czule pustynię, dolinę Nilu i Miasto. Nefri zwykle kończyła dzień, wpatrując się w odległy zachodni horyzont, zanosząc ostatnie, nieme modlitwy do Boga-Słońca, prosząc go o opiekę nad swoją matką w odległym kraju Kusz i o wsparcie przy budowie królewskiej piramidy. Tym razem spędziła zachód w nieruchomym letargu. Jej umysł był zbyt wyczerpany, żeby się modlić, a jednocześnie zbyt pobudzony, żeby spać. Gdy podniosła się ze stygnącego piasku, zmrok niemal całkowicie przejął panowanie nad odchodzącym dniem. Delikatne tchnienie wiatru niosło zapach ogniska, soli i kardamonu. Wzięła jeszcze jeden głęboki, uspokajający wdech i rozejrzała się wokół. Nieco poniżej wzniesienia gęstniejący mrok rozświetlał migotliwy żar kilku kawałków koncentrycznie ułożonego drewna, nad którymi parował wesoło niewielki mosiężny garnuszek. Tuż obok, u wejścia do kolorowo tkanego namiotu, siedział Tut, nucąc coś do siebie niezrozumiale. 107


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Niczym pustynny kot ześlizgnęła się cicho po kamienistym zboczu i stanęła na granicy pełzającego światła. Tut musiał jakoś ją usłyszeć, bo natychmiast wyprostował się i utkwił alarmująco nieruchomy wzrok w ciemności nad jej głową. Stary nadzorca znał pustynię lepiej niż ktokolwiek z metdżai i nieporównanie lepiej od wszystkich mieszkańców Miasta, jakich Nefri kiedykolwiek miała okazję poznać. Być może dlatego czuła z nim tę szczególną więź. Być może dlatego potrafiła mu zaufać niekiedy bardziej niż Sebu, którego pod każdym względem traktowała przecież jak brata, ale który urodził się w dumnym Abydos, a pustynny żar był dla niego tylko synonimem udręki. – Jeszcze tu jesteś? – zagadnął pogodnie Tut, gdy wychyliła się nieśmiało z cienia. Zmarszczki wokół jego charyzmatycznie lśniących oczu dowodziły jasno, że jego twarz przywykła do uśmiechu. – Przecież twoja lekcja geometrii jest dopiero jutro – dodał, udając surowy ton. – Tak, wiem – bąknęła niepewnie. Tut zawsze budził w niej nie do końca zrozumiały respekt. W zasadzie byli przyjaciółmi, ale coś w jego osobie, w jego spokojnym głosie z tym obcym, melodyjnym akcentem, coś w jego gromiącym ją zwykle spojrzeniu i dumnej postawie sprawiało, że czuła się przy nim jak nieporadne dziecko. Tut zmrużył zabawnie jedno oko i klepnął miejsce obok siebie, tuż przy dogasającym ogniu. – Skoro już tu jesteś, usiądź i zjedz ze mną – zachęcił tonem, któremu nie potrafiła się sprzeciwić, po czym zmarszczył swoje wysokie czoło. – Co tym razem cię trapi? Nefri westchnęła, zajmując miejsce przy ogniu. Gdy wyciągnęła przed siebie dłonie, promienne płomyki wyskoczyły wyżej, z entuzjazmem oblizując na wpół zwęglone polana i wesoło sypiąc iskrami prosto w niebo. Tut chrząknął na ten widok, unosząc delikatnie kącik ust, ale nic nie powiedział. – Trzeci architekt na pewno już na mnie doniósł – wyznała smutno. Wyciągnęła nadpalony patyk z ogniska i zaczęła bazgrać nim koncentryczne kształty na stygnącym piasku. Tut milczał przez długą chwilę, przypatrując się niebu. – Dałaś się sprowokować – podsumował w końcu cierpko i z westchnieniem sięgnął po bulgoczący coraz głośniej nad ogniem garnuszek. – To było nierozsądne. Zawsze ci powtarzam... – Należało mu się! – przerwała zniecierpliwiona Nefri. Przecież Tut dobrze wiedział, co ją zdenerwowało, znał ją, znał Nitokrisa i na pewno rozumiał, że jego zachowanie tego dnia było absolutnie nie do zniesienia. – Nie mówię, że nie – przyznał pojednawczo. Uchylił z wahaniem wieczko garnuszka, wypuszczając zniewalającą woń kardamonu i miodu. – Być może nabierze dzięki temu trochę szacunku do innych. Nefri przymknęła oczy, wdychając zachłannie podgrzane ogniskowym żarem słodkie aromaty. Zapach był uspokajający, ale nie na tyle, żeby całkowicie ukoić jej wzburzone nerwy. Nienawidziła Nitokrisa – był nadęty, podły i głupi. Nie mogła udawać, że tego nie widzi, i nie wierzyła, że Tut tego nie dostrzega. – Nie denerwuje cię, że ktoś taki jak on przewyższa cię stanowiskiem? – zapytała. – Że stoi nad tobą? Że musisz się mu tłumaczyć? – dodała, krzywiąc się z niesmakiem na wspomnienie zapoconych oczek na tłustej twarzy arystokraty. – Przecież z twoją wiedzą mógłbyś już dawno zostać nie trzecim, a pierwszym architektem. Tut powoli pokręcił głową. W zamyśleniu upił niewielki łyk kardamonowego napitku i podał Nefri ciepły podpłomyka i małą, mosiężną czarkę, której intensywny aromat mógłby obudzić połowę Doliny Królów. – Nigdy nie dążyłem do takiej chwały. – Uśmiechnął się, pokazując przy tym swoje imponująco białe zęby. – Zupełnie cię nie rozumiem. – Westchnęła bezsilnie, rwąc swój placek na kawałeczki. Zawsze zazdrościła mu tej jego niezniszczalnej pogody ducha. Tej mądrości, która pozwalała mu na wszystko patrzeć ze spokojnym dystansem. 108


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Tytuły niewiele dla mnie znaczą – wyjaśnił, nalewając do jej czarki słodkiego daktylowego wina, którego zapas zawsze przechowywał w swoim namiocie. – Jesteśmy, kim jesteśmy – zaintonował śpiewnie, znów zerkając w niebo. Nefri zakołysała swoją czarką, nadal marszcząc czoło. Ciemny trunek odbijał blask wschodzących gwiazd i migoczące światła ogniska. Chciała być taka jak Tut. Dla niego wszystko było takie proste. Dla niej – nigdy. Zawsze czuła ten irytujący niedosyt. – Ale nasze imiona... – poskarżyła się cicho, nie podnosząc wzroku znad czarki. – Nikt nie będzie nas wspominał. Przepadniemy – dodała już szeptem, jakby się bała, że gdy wypowie te słowa głośniej, to usłyszą je pustynne demony, gotowe przyspieszyć kres jej istnienia i rozszarpać jej ba na miliony kawałków. Za swoimi plecami czuła chłodny mrok pustyni i ledwie słyszalny szmer jej piasków. Otaczająca ich ciemność wydawała się wstrzymywać oddech, przysłuchując się rozmowie. Poczuła nieprzyjemne ciarki na karku i coś jakby delikatne drganie powietrza wokół. Tut przez chwilę w milczeniu popijał ze swojego garnuszka. Wydawał się poważny, ale zmarszczki w kącikach jego oczu przypominały, że to człowiek, który uśmiecha się tak do życia, jak i do śmierci. – Nasze imiona... tak... – Przyjrzał się uważnie Nefri. – Nasze imiona zostaną zapomniane, nasze groby szybko zasypie gorący piasek pustyni – wyjaśnił powoli głosem melodyjnym niczym pustynny wiatr. – Ale piramidy, które razem budujemy, będą trwać. – Na chwilę zamilkł z podziwem, patrząc w ich kierunku. Nagle uniósł palec ku niebu. – Gwiazdy będą się w nich przeglądać, a wraz z nimi bogowie. Imiona to tylko słowa, które poniesie wiatr. Przemijają, mogą się nawet zmieniać. To tylko słowa. – Zmieniać? – Nefri niemal podskoczyła. Tut zawsze wydawał się jej dość tajemniczy, ale tym razem w jego słowach doczytała się czegoś więcej. Mimowolnie wstrzymała oddech, czekając na odpowiedź. Cała pustynia przestała oddychać. Wiatr rozpłynął się w nieruchomym zdziwieniu. Iskierki tańczące na czarnych polanach zawirowały nerwowo i zgasły nagle w zderzeniu z chłodnym tchnieniem wydm. Stary zarządca mrugnął do niej porozumiewawczo, rozładowując napięcie między nimi. – Widzisz, Nefri, nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. – Uniósł wysoko brwi, zupełnie jakby chciał powstrzymać uśmiech. – Wierz lub nie, ale urodziłem się w królewskim haremie, zaś moja matka była ponoć niezwykłą pięknością z Nubii. Jestem więc bratem faraona – oświadczył po chwili wahania. Znajome rysy jego twarzy ułożyły się w zupełnie nieodgadniony wyraz, gdy kontynuował: – Ale dla ciebie jestem po prostu Tut, zarządca i architekt bez rangi. Zwykły Tut, o którym nikt nie pamięta, Tut, który żyje tu i teraz, który zniknie razem ze swym ostatnim oddechem. Nefri chciała natychmiast zadać mu setki pytań, ale zupełnie wbrew swojej naturze była tak oszołomiona, że ograniczyła się do niezbyt elokwentnego westchnienia zachwytu. Tut kołysał w zamyśleniu swoją czarką, ignorując jej konsternację. – Owszem, mój brat przetrwa tysiąclecia – mówił dalej, a tembr jego melodyjnego głosu wygrywał teraz uspokajający rytm. – Ale nie może siąść tu teraz z nami i popijać swobodnie daktylowego wina pod piramidami. – Uniósł sugestywnie bukłak z wytartej wielbłądziej skóry. – Taka jest potęga imienia. Taka jest też klątwa urodzenia. – I nie zazdrościsz mu? – wyrwało jej się, zanim zdążyła porządnie przemyśleć swoje pytanie. – Zazdrościć? – Tut chrząknął wesoło nad swoją czarką. – Nie. Każdy dzień trwa tyle samo dla mnie i dla niego. – Zatoczył nad głową szeroki łuk palcem. – Słońce wstaje i zachodzi po tej samej stronie. Nil wylewa, ziemia przynosi plony, znów i znów, ale nasz czas ma swój kres. – Przez chwilę wpatrywał się intensywnie w ciemność za jej plecami. – Śmierć jest sprawiedliwa – wyszeptał, jakby zwierzał się z największej tajemnicy, ale po kolejnej chwili milczenia dodał ze swoim zwykłym wesołym mrugnięciem. – Poza tym wolę mój namiot od dusznego królewskiego pałacu. 109


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Nefri opuściła z szacunkiem wzrok. To niemożliwe – mówiła sobie, ale jakaś część jej zawsze wiedziała przecież, że jej mentor był zupełnie wyjątkowym człowiekiem. Miał w sobie cnoty, których na próżno było szukać za świątynnymi bramami; wiedzę, dobroć i sprawiedliwość, której nie widziała u arystokratów ani uczonych. Miał też ten rodzaj rzadkiej charyzmy i aurę szlachetności, której nie spotyka się tak po prostu u ludzi pochodzących z pospólstwa, która sprawia, że bezwiednie szura się przed nimi nogami i opuszcza głowę, gdy mówią, nawet jeżeli nikt nie grozi akurat egzekucją, klątwą czy wysoką grzywną. – Szkoda, że nasi kapłani nie mają twojej mądrości – zauważyła w końcu z niezwykłą dla siebie nieśmiałością. – Potrafią tylko recytować stare księgi i mówić zagadkami. – Gdyby mówili zbyt prosto, nikt nie dałby się nabrać na tę ich wyjątkową mądrość – odparł natychmiast Tut, unosząc w toaście swoją czarkę daktylowego wina. W odpowiedzi Nefri wypiła szybko swoją porcję, czując, jak uderzająco słodki płyn powoli rozpala jej gardło. W milczeniu przypatrywała się skomplikowanym wzorom, które żar dogorywającego ogniska odbijał purpurową poświatą w zdeterminowanym spojrzeniu zarządcy. Przywykła czerpać otuchę i upewniać się we właściwości swoich przemyśleń patrząc w te właśnie, wyjątkowe oczy, oczy których każda zmarszczka podkreślała mądrość i pogodę ducha ich właściciela, które zdawały się zawsze widzieć więcej i dalej niż inni, ale teraz jego słowa sprawiały, że czuła tylko głęboki niepokój i jeszcze większe niż zwykle zagubienie. Otulający ich słony chłód pustyni zaburzył nagle niespodziewany, obcy głos wyłaniający się wprost z trzewi wilgotniejącej ciemności. – Wstań, metdże – rozkazał sucho. – Mamy eskortować cię do królewskiego pałacu. – Beznamiętnie wypowiedziane słowa poruszyły roziskrzone powietrze nad ich głowami, wzburzając kolejne roztańczone tabuny iskier w bezkres czarnej nocy. Nefri nerwowo przełknęła ślinę. – Eskortować? – zapytała, szukając wsparcia w nagle szerzej otwartych oczach Tuta. Coś dławiło ją w gardle. Coś kazało jej nie patrzeć na właściciela tego bezwzględnego głosu. Takie głosy miewali tylko ludzie, którzy nie przywykli do sprzeciwu; ludzie, którzy nie stronili od przemocy; ludzie, którzy nie słuchali argumentów. Stary nadzorca uśmiechnął się krzywo i bez słowa wychylił resztę daktylowego wina. Trzech rosłych żołnierzy królewskiej straży bezceremonialnie wkroczyło w krąg światła umierającego ogniska. Pozłacane ostrza ich włóczni zamigotały groźnie, odbijając czerwone jak krew płomienie. Najwyższy z nich, zapewne dowódca, o twardych jak granit oczach, wyciągnął do niej zapraszająco dłoń, ale gdy zaczęła wstawać, otrzepując z piasku swoją przybrudzoną lnianą spódnicę, natychmiast się odsunął, uważając, żeby jej przypadkiem nie dotknąć. Jestem nietykalna – przypomniała sama sobie w duchu, ale mimo to czuła, że dłonie drgają jej nerwowo. – Zdaje się, że upragniona chwila chwały sama po ciebie przyszła. – Tut dotknął dłonią czoła na pożegnanie i dokończył głośnym szeptem: – Pozdrów ode mnie braciszka i uważaj, gdzie stąpasz. Pałac jest siedliskiem jadowitych żmij! *** – Horus, umiłowany syn Ra, najwspanialszy z książąt, następca tronu Górnego i Dolnego Egiptu, pełen mądrości i boskiej światłości, młody lew, koronny książę Seket. Nefri pokłoniła się tak głęboko, na ile pozwalała jej nowa, absurdalnie obcisła suknia, dziękując w duchu za to, że zaplecione w grube warkoczyki włosy zasłaniały wyraz niedowierzania malujący się na jej twarzy. Tut zawsze ganił ją za to, że nie potrafiła ukryć swoich uczuć.

110


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Słowa ogłaszającego audiencję strażnika odbiły się cichym echem po prywatnej komnacie księcia. Wysoka kolumnada uwieńczona błękitnym sufitem jeszcze kilkakrotnie powtórzyła ostatnią zgłoskę, po czym dostojnie zamilkła. Przez najdłuższą w jej życiu chwilę bezdechu Nefri wpatrywała się po prostu w swoje stopy, obute teraz w nieprzyzwoicie drogie, pozłacane sandały z wielbłądziej skóry, które otrzymała w komplecie z ciasną suknią. Najwyraźniej jej dotychczasowe odzienie uwłaczałoby dostojnym oczom księcia. – Jak masz na imię? – Zaskakująco wysoki głos miłosiernie przerwał jej powolną torturę. Nefri niepewnie uniosła wzrok. Młody lew, książę Seket patrzył na nią ze swojego prostego, drewnianego tronu z mieszaniną dziecinnej ciekawości i udawanej powagi. Nie mogła nie zauważyć, że jego rysy były tak subtelne, że niemal dziewczęce, a w przykrytych długimi, czarnymi rzęsami oczach czaił się, niezwykły dla osoby w tak młodym wieku, smutek. – Nefri, mój książę – odpowiedziała zmieszana. Nie tak to sobie wyobrażała. Czy ten delikatny dzieciak zamierza teraz skazać ją na śmierć? Wyglądał na kogoś, kto nie skrzywdziłby nawet myszy. Rozejrzała się dyskretnie wokół, ale nie dostrzegła nigdzie pulchnej twarzy Nitokrisa. Dziwne. Książę pochylił się nieco do przodu, przyglądając się jej z wyraźnym zainteresowaniem. Tłumek towarzyszących mu przy audiencji dworzan, w fantastycznie ufryzowanych perukach i wymyślnych tunikach, poruszył się niespokojnie jednym rytmem jak wiotkie trzciny nad brzegiem wieczornego Nilu. Cichy szmer przepłynął falą przez komnatę i zgasł natychmiast, gdy tylko książę uniósł władczo lekko spiczasty podbródek. – Naprawdę jesteś metdże? – zapytał stanowczym tonem. – Tak. – Nefri uznała za stosowne znów spojrzeć na swoje sandały. Szmer powrócił, tym razem wyraźnie podekscytowany jej odpowiedzią. – Nie widzieliśmy dotąd żadnego metdże z bliska – odparł powoli Seket. Nefri wydawało się, że jego głos zadrżał lekko, nie potrafiła jednak stwierdzić, czy sprawiła to irytacja czy radość. – Słyszeliśmy też, że wśród was kobiety są rzadkością. – To prawda, panie. – Uśmiechnęła się w odpowiedzi, łamiąc tym samym jedno z kilkudziesięciu przykazań co do zasad rozmowy i zachowania się w obecności rodziny królewskiej, które starał się jej rano wpoić jeden z wyjątkowo irytujących pałacowych skrybów. Wydawało jej się, że jego błękitna peruka mignęła gdzieś w tłumku kłębiącym się wokół tronu. O dziwo, książę ledwie zauważalnie uniósł kąciki ust. W jego miodowych oczach rozbłysły wesołe płomyki. Nefri pomyślała, że nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat, może nawet mniej, sądząc po jego delikatnej budowie i piskliwym głosie. – Jak więc stałaś się metdże? – zapytał, przechylając zabawnie głowę, zdecydowanie bardziej jak kot niż pustynny lew. – Kapłani Isis dostrzegli u mnie znamię mocy i zabrali mnie do Kemet, gdy byłam jeszcze dzieckiem – wytłumaczyła zgodnie z prawdą. – Niewiele pamiętam – dodała, powstrzymując się od wzruszenia ramionami. Tak śmiały gest zapewne nie uszedłby jej płazem. Nadal nie miała pojęcia, do czego ta rozmowa miała prowadzić. Być może miała po prostu zabawić znudzonych arystokratów. Nieoczekiwanie Seket zeskoczył lekko z tronu i zrobił kilka kroków w jej kierunku, wzniecając tym kolejną falę poruszenia i szmerów wokół nich. Niebieska peruka nadgorliwego skryby wysunęła się żwawo naprzód, śledząc poczynania młodego lwa z wyrazem najwyższego zniesmaczenia na twarzy. – Skąd pochodzisz? – zapytał książę, gdy stanął tuż przed Nefri. – Z kraju Kusz. – Uśmiechnęła się już swobodniej, czerpiąc złośliwą satysfakcję z coraz głośniejszych szeptów i okrzyków zgorszenia dworzan. Odcień jej skóry był może nieco jaśniejszy niż 111


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

u większości Kuszytów – przypominał bardziej suszone daktyle, czy też słodkie daktylowe wino niż barwę świeżo zaoranej, żyznej ziemi nad Nilem – ale nadal był znacznie ciemniejszy niż skóra rodowitych mieszkańców Kemet. Seket pozostał niewzruszony, wpatrując się w nią uważnie lekko zmrużonymi oczami. Za zasłoną długich rzęs i fasadą pozorowanej powagi Nefri znów dostrzegła przejmujący smutek. – Czy mogę... Czy możemy cię dotknąć? – zapytał niespodziewanie, z wyjątkowo mało książęcym wahaniem. Jej pochodzenie najwyraźniej zupełnie nie zrobiło na nim wrażenia, za to niebieska peruka natychmiast podskoczyła, wyraźnie gotowa do interwencji. – Dotknięcie metdżai może ściągnąć klątwę – wyjaśnił skwapliwie farbowany skryba, wybałuszając przy tym komicznie obrysowane malachitowym proszkiem oczy. Jego głos był podszyty jadem. – Czy to prawda, Nefri? – dopytał łagodnie Seket, nie patrząc nawet na swojego dworzanina. Fakt, że zwrócił się do niej tak swobodnie, po imieniu, uznała za znak akceptacji. – Moja skóra jest gorąca, książę, znacznie bardziej gorąca niż u innych ludzi – wyjaśniła bez wahania. – Ale nie na tyle, żeby mogła oparzyć. Oczy księcia rozszerzyły się, jakby w oczekiwaniu czegoś wyjątkowego. Cały dwór zamarł, nawet niebieska peruka znieruchomiała, wstrzymując oddech. – Masz w sobie oddech słońca? – wyszeptał podekscytowany chłopiec. – Tak, panie. – Nefri z trudem stłumiła śmiech, widząc jego radość. To było coś zupełnie nowego. Przywykła do niewidzialności. Przywykła do samotności, do życia w cieniu, do strachu, zabobonów, klątw i przesądów. Była metdże, wychowała się i mieszkała w świątyni Isis, pracowała przy budowie królewskich piramid, ale nigdy tak naprawdę nie należała do ludu Kemet. Faraona widziała kilkakrotnie, podczas świętych procesji, z daleka i niewyraźnie. Była jego poddaną, ale zarazem była kimś spoza jego królestwa. Teraz, dla odmiany, młody książę, następca tronu, dumny, młody lew i pierworodny ziemskiego wcielenia Horusa, stał przed nią, znał jej imię i podziwiał jej umiejętności. – Niebywałe – zachwycił się Seket, czując żar promieniujący z jej dłoni, którą chwycił we własne, delikatne ręce. Nefri skłoniła głowę w odpowiedzi. Rzadko miewała cielesny kontakt z innymi ludźmi. W zasadzie rzadko miewała z nimi jakikolwiek kontakt. Metdżai stali zawsze gdzieś z boku zwykłego życia Miasta. Z drugiej strony, syn faraona żadną miarą nie był zwykły. Czuła, jak jej naturalna moc emanuje, delikatnie rozgrzewając szczupłe palce księcia. Przez krótką chwilę chłopak patrzył jej pytająco w oczy, jakby upewniając się, że to, co czuje jest prawdziwe. W końcu odetchnął głośno i puścił jej rękę, wyraz zachwytu nadal był czytelny w jego subtelnych rysach. Fala szmerów, westchnień, szeptów i stłumionych okrzyków znów przetoczyła się przez komnatę jak pustynny wiatr zapowiadający piaskową burzę. Niebieska peruka szybkimi, drobnymi kroczkami zbliżył się natychmiast do księcia, gotowy na wysłuchanie rozkazu. – Pójdziesz ze mną. – Jego głos był tylko odrobinę głośniejszy od szeptu. Nefri podniosła niepewnie głowę i rozejrzała się po sali w obawie przed zemstą Nitokrisa. Nadal nigdzie nie było widać jego zapoconych małych oczek. Gdzie mógł ją chcieć zaprowadzić ten dziwny, smutny dzieciak? Czyżby to była kolejna intryga trzeciego architekta? Zanim zdążyła wymyślić, jaki przewrotny cel miałby przyświecać całej tej przedziwnej prezentacji, Seket rezolutnie chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę prywatnego wyjścia, ukrytego pomiędzy smukłymi białymi kolumnami. Tłum zszokowanych dworzan rozstąpił się między nimi niczym zboże pod wpływem nagłego podmuchu wiatru. Niebieska peruka smętnie kroczył tuż za nimi, ze zrezygnowaniem przytaczając młodemu księciu całą tyradę powodów, dla których to, co robi, jest absolutnie nie na miejscu. 112


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Musisz wyleczyć mojego tatę. Głos, który usłyszała w ciemności zalewającej wąski, ale wyjątkowo wysoki korytarz wiodący z sali audiencyjnej, był kruchy, drżący, jakby balansował na granicy płaczu. Nefri zamrugała szybko powiekami, przyzwyczajając się do mroku. Nie widziała dobrze twarzy księcia, ale czuła, jak jego drobne dłonie zaciskają się na jej gorącym nadgarstku, prosząco, błagalnie. Zaraz, przecież jego tata to... Poczuła nagłą suchość w gardle. – Ja... Nie. – Westchnęła, z trudem znosząc błagalne spojrzenie chłopca, który nie miał w sobie nic z dotychczasowego majestatu. – Obawiam się, że nie jestem nawet kapłanką, mój książę – szepnęła przepraszająco. – Nikt nie uczy nas sztuki uzdrawiania, tym zajmuje się świątynia Sekhmet... – Kapłanki Sekhmet są bezużyteczne – przerwał jej, na moment odzyskując władczy ton. – Powtarzają tylko w kółko niezrozumiałe zaklęcia i palą duszące kadzidła. Ty podobasz nam się bardziej od kapłanek, nawet jeżeli zniszczyłaś moją ulubioną sadzawkę – dodał po chwili i chociaż nadal nie widziała wyraźnie jego twarzy, poczuła, że się do niej uśmiecha. – Chodź! – Pociągnął ją w głąb korytarza z energią, o którą by go nie podejrzewała. W jego nerwowym parciu do przodu było coś rozpaczliwego. *** – Nie! Komnata była zalana słońcem. Mimo zdenerwowania Nefri poczuła przypływ rozgrzewającej energii. Oddech Ra dodawał jej otuchy. To, co zobaczyła w środku – wręcz przeciwnie. Dwie młode niewolnice podniosły wzrok znad srebrnej tacy wypełnionej czarkami z chłodzonym mlekiem, daktylami i miodowymi ciastkami. – Nie! – Głos był słaby, ale miał w sobie dostojeństwo, które zmuszało wszystkich wokół do uwagi. Na szerokim, rzeźbionym łożu, w półleżącej pozie odpoczywał mężczyzna, który według wszystkich znaków był... – Ojcze! – Seket natychmiast rzucił się w stronę faraona, uparcie ciągnąc zmieszaną Nefri za sobą. – Zobacz, przyprowadziłem do ciebie tę metdże, o której ci mówiłem! Speszone niewolnice skorzystały z okazji i odmaszerowały tyłem, zostawiając poczęstunek na niewielkim stoliku obok łoża. Faraon Nebet z trudem uniósł się na łokciu. W jego wciąż przystojnej twarzy o regularnych rysach i wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych wzrok przyciągały najbardziej złote oczy, jakie Nefri kiedykolwiek widziała. Wydawało się, że w tych oczach skupiła się cała pozostała energia życiowa, cała siła i cała determinacja, jaką jeszcze w sobie miał. – Ach... To wspaniale! – ucieszył się słabo Nebet. Delikatnie objął i pocałował syna w czoło. Patrząc na to, Nefri poczuła się zupełnie nie na miejscu. – A więc to ty sprawiłaś tę niecodzienną kąpiel Nitokrisowi? No, dalej, odpowiadaj, nie bój się. Faraon zwrócił się do niej. Faraon. Syn Ra, ziemskie wcielenie Horusa, pan wschodu i zachodu, król górnego i dolnego Kemet, władca Nilu, ulubieniec Sobka, wybraniec Amona, niepokonany w boju, groźny jastrząb, podopieczny Maat... zwracał się wprost do niej i... pytał ją o tego padalca Nitokrisa. – Tak, Najjaśniejszy. – Nefri z szacunkiem spuściła wzrok, zupełnie nie mogąc sobie przypomnieć, co protokół nakazuje w takich przypadkach. Nebet wydał z siebie ciche chrząknięcie, które przy pewnej dawce dobrej woli można by uznać za śmiech. 113


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Najjaśniejszy. – Wykrzywił się z odrazą. – Niestety mój blask gaśnie. Nefri przyjrzała się mu uważniej. Miał rację, ale to, co mu jeszcze zostało, ta reszta siły, blask jego ziemskiej potęgi, pozostały w jego oczach. Wydawało jej się, że bije z nich jego własne, złote światło, odbicie dobroczynnych promieni samego ojca Ra. Jego twarz była blada, poszarzała, jak krajobraz po zachodzie słońca, jego ciało wychudzone i kruche, ale oczy iskrzyły się determinacją, taką samą, jaką znała ze znajomych oczu Tuta, nawet jeżeli brak im było jego wesołych zmarszczek. Seket usiadł na skraju łoża, nakazując Nefri gestem, by zrobiła to samo. – Moi kapłani twierdzą, że tylko bogowie mogą mnie uzdrowić, ale przecież gdyby tak było, wyleczyłbym sam siebie – wyjaśnił Nebet. Jego głos był pełny ironii i żalu. Książę poruszył się niespokojnie i wsunął swoją szczupłą dłoń pomiędzy kościste palce faraona. Nefri poczuła się jak intruz – nie powinno jej tu być. Nebet przez chwilę milczał, patrząc gdzieś w górę. Jego klatka piersiowa unosiła się w płytkim oddechu. – Powiedz mi, metdże... Czy wierzysz, że jestem bogiem? – zwrócił się do niej ponownie. – Wierzysz, że jestem synem Ra? – Wszyscy jesteśmy dziećmi Ra – odparła, cytując arcykapłana. Wreszcie się na coś przydał. – Wymijająca odpowiedź. – Faraon wyprostował się na posłaniu i zwrócił na nią swoje przenikliwe oczy. – Jesteś pewna, że nie urodziłaś się na moim dworze? Widzę, że świetnie znasz tutejsze zasady gry – zakpił łagodnie. – Zapomnij na chwilę, kim jestem, mów szczerze, kłamstwa mnie nużą. Popatrz na mnie. Czy według ciebie jestem boskim wcieleniem? Nefri wytrzymała jego spojrzenie, tym razem nie spuszczając głowy. Przemknęło jej przez myśl, że to właśnie jedna z tych pałacowych intryg, że ją sprawdzają, bawią się nią, a niezadowalająca odpowiedź będzie kosztowała jej życie. Nie mogła jednak znaleźć powodu, dla którego faraon miałby się zniżać do tak niskich gierek. Zanim zaczęła mówić, wzięła głęboki oddech, wracając do odległych wspomnień z mieszaniną wzruszenia i bólu. – Moja matka powtarzała, że bogowie nie potrzebują ciała, że wiatr jest ich oddechem, a rosa ich łzami. Że gdy się uśmiechają, pojawia się tęcza, a gdy ogarnia ich gniew, ziemia drży. – Twoja matka jest bardzo mądra. A co mówiła o śmierci? – Słuchając jej, Nebet pochylił się do przodu, wyraźnie zaintrygowany. Jego syn przyglądał się jej tak samo ciekawie, tak samo szeroko otwierając oczy i lekko przechylając wygoloną głowę, z której zwisał smutno samotny, czarny, opleciony złotą nicią kucyk. – Mówiła, że... – zawahała się, zdając sobie sprawę, że to, co powie, nie do końca zgadza się z oficjalną doktryną świątyń w Kemet. – Mówiła, że umieramy po to, żeby dostać się do gwiazd, za którymi od urodzenia tęskni nasze ba – dokończyła cicho. Faraon uśmiechnął się, unosząc delikatnie jeden kącik ust. – Gdy moje serce przestanie bić – odparł tak swobodnym tonem, jakby mówił o największej błahostce – moje ciało spocznie w piramidzie, którą dla mnie budujesz, wyruszę w słonecznej barce w podróż do gwiazd i połączę się na wieczność z moim ojcem Amun-Ra. Dopóki się to jednak nie stanie, jestem tak samo kruchy i śmiertelny jak zwykły człowiek. – Nie możesz umrzeć, ojcze! Nie pozwolę na to! Nie możesz mnie zostawić, nie możesz... – Seket nerwowo potrząsał jego bladą dłonią. – Każdy umiera. – Nebet zgromił go karcącym spojrzeniem. – Nie ma sensu obawiać się tego, co nieuchronne. Seket patrzył na niego przez chwilę, do bólu zagryzając dolną wargę. – Ale Nefri ma w sobie oddech słońca, sam widziałem – zaoponował po namyśle. – Może potrafiłaby – rzucił w jej stronę błagalne spojrzenie – dodać ci sił? Nebet potrząsnął zrezygnowany głową. 114


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Twoja Nefri potrafi wiele, ale kres życia wyznacza sam ojciec Ra. Faraon czy prosty robotnik... Każdy w końcu dociera do końca swych dni. W komnacie zapadła rozedrgana napiętym wyczekiwaniem cisza. Seket spojrzał na nią z wyrzutem oczami pełnymi powstrzymywanych łez. Te rzęsy, te długie, czarne rzęsy, na krańcach których błyszczały ledwie zauważalne kropelki... Chłopiec bezradnie zmarszczył czoło. Było w nim coś, co nie dawało jej spokoju. Ta niespotykana wrażliwość, ta delikatność rysów i czułość w podejściu do innych, to coś, co sprawiało, że mimo swojej pozycji wydawał się całkowicie bezbronny, nadmiernie ufny, kruchy. Nagle dotarło do niej. Seket nie był żadnym księciem. Seket nie był synem faraona. Seket nie był nawet chłopcem. Był drobną, smutną, wystraszoną chorobą ojca, zmuszaną do ciągłego kłamstwa dziewczynką. Nebet przyglądał jej się uważnie i nagle uniósł brwi, dostrzegłszy nagły przebłysk zrozumienia w jej spojrzeniu. – Imiona to tylko słowa, które poniesie wiatr – uspokoiła faraona, mówiąc na pozór o nim, ale patrząc wymownie na jego przestraszoną córeczkę. – Przemijają, mogą się nawet zmieniać, to tylko słowa – powtórzyła za Tutem. – Śmierć jest sprawiedliwa. *** – Raz, dwa, trzy, cztery... Kolejny płaski kamyk odbił się od powierzchni czarnego Nilu, po czym wpadł z delikatnym pluskiem do wody. – Cztery – potwierdziła sama sobie Nefri. Tyle wynosił dotychczasowy rekord, ale w gęstniejącym mroku coraz trudniej było jej cokolwiek dojrzeć. Ona i Sebu często urządzali sobie zawody w puszczaniu kaczek. Dodatkowy punkt należał się temu, kto trafił w krokodyla, pięć – za trafienie w hipopotama. Powinna wracać do świątyni, ale kompletnie nie miała na to ochoty, plątanina uczuć, myśli i wrażeń i tak nie pozwoliłaby jej zresztą zasnąć. W ciągu ostatniego dnia poznała samego faraona, który nie był wcale bogiem, księcia, który był dziewczynką, i dowiedziała się, że jej skromny mentor-Nubijczyk pochodzi z królewskiego rodu. Świat zwariował, nikt nie był tym, za kogo się podawał, co sprawiło, że sama zaczęła poważnie zastanawiać się nad tym, kim właściwie jest i, co ważniejsze, kim mogłaby być. – Raz, dwa, trzy, czte... Trzy. – Ostatni kamyk odbił się pod zdecydowanie zbyt małym kątem. Otrzepała z westchnieniem dłonie i podniosła się z ziemi, nadal niepewna, co robić. W leniwym szumie ciemnych wód rzeki drzemało tej nocy coś złowieszczego. Nieruchome, duszące powietrze żarłocznie wchłaniało światła i dźwięki Miasta i nawet pobliska tawerna, zwykle o tej porze pełna gwaru i wesołych śmiechów, wydawała się stłumiona i senna. Zazwyczaj gdy coś ją trapiło, wymykali się z Sebu ze świątyni do podobnego przybytku, kupowali pszeniczne piwo albo daktylowe wino, siadali na uboczu i przyglądali się ciekawie ludziom z Miasta. Czasem spędzali wieczory nad Nilem, rozprawiając o życiu i puszczając kaczki, albo urządzali sobie wyścigi na szczyt piramidy. Tym razem została jednak ze swoimi myślami całkiem sama. Ruszyła przed siebie, zagłębiając się coraz dalej w mrok pachnący solą pustyni. Minęła ostrożnym łukiem wesołą piwną tawernę i skierowała się ku niemal ukończonej piramidzie, przy której tak wytrwale pracowała. Białe, kamienne bloki odbijały subtelne światło wschodzących gwiazd, dumnie unosząc się ku niebu. Uśmiechnęła się do siebie smutno na myśl, że w ciągu ostatniego dnia z bezimiennego faraona Nebet stał się teraz dla niej kimś znanym, kimś, kto poznał jej imię, kimś, czyja śmierć będzie 115


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ją obchodzić. Spojrzała na jego imponujący grobowiec nowym okiem. Była całkowicie pewna, że faraonowi nie zostało wiele czasu, niebawem ruszy w swoją podróż do gwiazd, a potem... – Seket... – wymamrotała do siebie półgłosem. Było w nim... w niej coś, co sprawiło, że czuła się za nią odpowiedzialna. Absurdalne! – skarciła się w duchu. Nie była w końcu niczemu winna. Metdżai nie mieszali się w sprawy mieszkańców Kemet, nawet w sprawy faraona. Wszyscy o tym wiedzieli. Mimo wszystko wspomnienie dziewczynki niewyraźnie kłuło ją w okolicy serca. Zacisnęła ze złością zęby. Wszystko przez te duże, smutne oczy, oczy niewinnego, zagubionego dzieciaka, który wie, że jego ojciec umiera. I coś jeszcze... Po raz pierwszy dla innych, dzięki niej, nie była tylko metdże. Dla Seket i Nebeta była Nefri, Nefri, która budowała piramidy i miała w sobie oddech słońca, Nefri, która zgromiła nadętego architekta Nitokrisa, dostarczając uciechy znudzonym arystokratom, Nefri, którą zapragnął poznać sam książę, Nefri, którą poprosił o ocalenie ojca. Potrząsnęła wolno głową, starając się pozbyć natrętnych pomysłów. Nocne powietrze było coraz chłodniejsze. Gdy stanęła u podstawy piramidy, nie mogła powstrzymać się od drżenia. Napięta cisza czająca się w gęstym mroku zapowiadała gwałtowną burzę piaskową. Potarła energicznie zziębnięte ramiona i utkwiła zdeterminowany wzrok w jaśniejącym wierzchołku imponującej budowli. Decyzję podjęła spontanicznie. Nie myślała o tym nigdy wcześniej i nie powtórzyła tego już nigdy potem, zresztą nie było takiej potrzeby. Być może szalę przeważył fakt, że na pierwszym stopniu piramidy znalazła porzucone przez niefrasobliwych robotników narzędzia, być może była to wina nadmiernych emocji z poprzedniego dnia albo zdradliwego światła księżyca wschodzącego na czerwono znad Nilu. Kamień po kamieniu pięła się do góry, starając się pozbyć wciąż powracających myśli o małej Seket, która niedługo będzie musiała całkiem sama poradzić sobie z pałacowymi intrygami i zawiścią pozostałych potomków faraona. Po kilku minutach mozolnej wspinaczki uznała, że konieczna jest modyfikacja jej nowej, modnej sukni i pozostałą frustrację wyładowała, rozcinając ją rzeźbiarskim rylcem aż do samego uda. Zagwizdała z dumą, oceniając efekt. Dźwięk rozrywanego materiału był dziwnie satysfakcjonujący. Gdy dotarła do szczytu, noc miała już mroźny oddech, a gwiazdy świeciły słabiej niż dotychczas, zupełnie jakby ich blask nie mógł przebić się przez gęstniejący zimną wilgocią mrok, jakby jakaś żałobna zasłona przysłoniła na chwilę ziemię, zatrzymując całe światło na zewnątrz. Nefri uniosła rylec drżącymi rękami, zastanawiając się nad właściwym miejscem na gładkiej powierzchni kamienia. Nie miała w tym wprawy, ale wystarczyło, że znała hieroglify, wystarczyło, że napisze swoje imię, otoczy je ochronnym kartuszem i nie da się przyłapać. Tylko tyle – a przecież to by wystarczyło, żeby jej dusza, jej ba, żyła w nieskończoność. Dźwięk uderzenia narzędziem o kamień wydawał się wręcz nieznośnie głośny. Nefri zaklęła w duchu, ale nie było już odwrotu. Jeszcze tylko kilka znaków, jeszcze tylko kilka chwil. Serce biło jej coraz szybciej i szybciej, w nerwowym rytmie skracając jej oddech. Jej śmiałe dzieło było niemal skończone, gdy nagła fala oślepiającej jasności wytrąciła jej narzędzia z dłoni. Poczuła brutalne szarpnięcie i ból w klatce piersiowej, po czym na chwilę zupełnie straciła oddech i orientację. Fala potężnej energii przeszyła ją na wskroś jak tysiące ostrych noży, zmiatając ją z wierzchołka piramidy. W odpowiedzi jej skóra rozgrzała się natychmiast, jak zawsze w momentach wyjątkowo silnych emocji. Chociaż słońce zaszło już dawno, nadal miała w sobie oddech Ra, mimo iż jej moc nie mogłaby się równać z mocą tego, kto zdmuchnął ją ze szczytu w tak widowiskowy sposób. Gdy z trudem otworzyła oczy, nie była w stanie niczego dostrzec w oślepiającej bieli, która zalała wszystko wokół. W głowie kołatało jej się setki myśli. Nawet kilku metdżai z samym arcyka-

116


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

płanem na czele nie byliby w stanie stworzyć czegoś takiego. Ale jeśli to nie byli metdżai, którzy chcieli ukarać ją za jej świętokradczy wybryk, to mogli to być jedynie... Światło nasiliło się jeszcze, kłując ją bezlitośnie w oczy, i zaczęło wibrować, poruszać się w kręgach i rozchodzić coraz szybszymi falami. Czuła wyraźnie w całym ciele każdy kolejny przypływ jego energii i chociaż w uszach dudniła jej przytłaczająca cisza, ruch światła przypominał coś w rodzaju niemej muzyki. Powoli, powoli blask zaczął blednąć i nad piramidą zamajaczył zarys ludzkiej sylwetki. Nie, nie jednej, lecz trzech postaci. Nefri wpatrywała się intensywnie w ich kontury, starając się rozpoznać, kim byli. Fakt, że pojawili się w tak wyjątkowy sposób, schodząc z nieba, nie pozostawiał wiele wątpliwości. – Ra... – wyszeptała w nabożnym uniesieniu. Nigdy nie sądziła, że dane jej będzie przed śmiercią patrzeć na jego oblicze. Chyba że umarła niepostrzeżenie nawet dla siebie samej. – Ra, z radością wypełnię twoją wolę – dodała, tracąc dech. Sylwetki poruszyły się na dźwięk jej głosu. Niewyraźne kształty zadrgały i zaczęły nabierać barw. – Ra? – zdziwił się jeden z nich. Twarze nadal były nieczytelne, a może po prostu oślepła, ale wydawało jej się, że u jednego z trzech widzi rogi barana, u drugiego głowę sokoła, a u trzeciego długą, ozdobną laskę. Amon, Ra i Ptah – upewniła się w duchu. Święta solarna trójca, która opiekowała się Miastem. Nefri zmarszczyła czoło i przyjrzała się jeszcze wnikliwiej świetlistym przybyszom. Kolorowe refleksy tańczyły wokół drgających konturów, na przemian zacierając i wyostrzając kształty. Teraz wydawało jej się z kolei, że jeden z nich ma brodę i długą szatę, drugi wyglądał właściwie na kobietę o ciemnych, smutnych oczach, trzeci trzymał w dłoni coś, co przypominało rozżarzony piorun. – Nie... nie jesteś Ra – skonstatowała z wahaniem. – A zatem... Horus, Izyda i Set? – zaryzykowała. Postacie poruszyły się jednym rytmem, a ich kontury rozmyły się ponownie, zupełnie jakby wcale nie stali tuż przed nią, a byli tylko projekcją odległych obrazów przenoszonych przez drgające, gorące powietrze pustyni. Wyżej, nad piramidą i nad ich głowami, lewitował potężny złoty dysk. To z niego emanowało oślepiające światło. – Zaraz, nie jesteście... Wy nie jesteście! – Dotarło do niej w końcu. – Nie jesteście wcale bogami! – Wytknęła w ich kierunku jeden palec w oskarżycielskim geście. – Przybywamy w pokoju – zaszemrały uspokajająco postacie, znów płynnie zmieniając kształty. – Skąd? – zapytała rzeczowo Nefri. Odpowiedziała jej kakofonia niezrozumiałych dźwięków, które dopiero po chwili ułożyły się w słowa. – Obserwujemy waszą cywilizację już długi czas i jesteśmy zaniepokojeni – zaczął pierwszy, który teraz miał błękitną skórę i czworo ramion. Nefri nie znała żadnego boga z taką ilością kończyn. Zaczęła nabierać podejrzeń. – Ludzie nigdy się nie rozwiną, dopóki będą polegać tak bardzo na... – wtrącił drugi, wyraźnie młodszy głos. Zza pleców wystawały mu strzeliste skrzydła. – Jak to powiedzieć, żeby zrozumiała? – zwrócił się do towarzyszy z lekkim zakłopotaniem. – Sile myśli – podsunął stanowczo trzeci z przybyszy, a jego ciało zadrgało, wydłużyło się, wygięło przybierając kształt ogromnego, pierzastego węża. Błękitnoskóry potrząsnął wszystkimi ramionami naraz i zmienił się w wysokiego mężczyznę o trzech twarzach. Najwyraźniej lubił przesadę. – Oni nazywają to „heka” – wysyczał z pogardą wąż. 117


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

– Oddech Ra – przerwała im buńczucznie Nefri. Aż nazbyt dobrze znała to plugawe określenie. Pomimo szczególnego statusu metdżai zabobonni wieśniacy i złośliwi arystokraci nadal oskarżali ich o pokrewieństwo z demonami. – Heka to czarna magia, ale piramidy budujemy my, metdżai. Nasza moc pochodzi od Ra – podkreśliła, wskazując przy tym ku niebu. – Oddech Ra? – zdziwił się skrzydlaty. Uniósł z niedowierzaniem jasne brwi. – Ma na myśli energię ich gwiazdy? – zwrócił się do swych towarzyszy, ignorując zupełnie Nefri. – Ciekawe. Być może jest dla nich jakaś nadzieja. – Dopóki wierzą w to swoje heka, nie ma szans na znaczący postęp – powiedziały jednocześnie trzy twarze. Wąż potrząsnął groźnie swoją wielokolorową, pierzastą grzywą i niespodziewanie zmienił się w brodacza o jelenich rogach. Skrzydlaty zaczął szybko coś tłumaczyć, a jego rysy płynnie przekształciły się w głowę potężnego lwa. Ich słowa znów zaczęły się zlewać i wkrótce przypominały bardziej nieskładną muzykę niż jakikolwiek zrozumiały język. Gdzieś w tle tego jazgotu zaczął podnosić się jednostajny, przenikliwy dźwięk. Był coraz głośniejszy i coraz bardziej świszczący, aż zmusił Nefri do zatkania sobie uszu. Gdy spojrzała w górę, szukając jego źródła, zobaczyła, że złoty dysk nad ich głowami zaczyna coraz gwałtowniej wirować, emitując kolejne impulsy hałasu. Patrząc na gładką metaliczną powierzchnię, zaczęła coś podejrzewać. – A wy, skoro najwyraźniej nie jesteście bogami, jak właściwie wprawiacie w ruch swoją latającą barkę? – zapytała, starając się przekrzyczeć chaos, jaki zapanował u szczytu piramidy. Przybysze raptownie przerwali kłótnię, wyraźnie zaskoczeni jej pytaniem. Świst dysku też słyszalnie obniżył tonację. Nefri wskazała na lewitujący złoty talerz. Wydawało jej się teraz oczywiste, że przylecieli tu z jego pomocą. – Za pomocą wiatru słonecznego – odpowiedział w końcu powoli jeleniogłowy, przyglądając się jej ciekawie ogromnymi, błyszczącymi oczami. – Czyli oddechu słońca? – dopytała z kpiącym półuśmieszkiem. Skrzydlaty lew zawarczał niezadowolony. – Posługujemy się zaawansowaną techniką, która pozwala nam wykorzystać na przykład wasze słońce jako źródło energii i napęd – prychnął, groźnie przymykając złote oczy. – To niezwykle skomplikowane i trudno wytłumaczyć to komuś... – przerwał, szukając właściwego epitetu. Jego grzywa nastroszyła się ostrzegawczo. Nefri poczuła niespodziewaną satysfakcję z faktu, że najwyraźniej trafiła w sedno i rozzłościła tego pyszałkowatego, przerośniętego kota. – Bynajmniej, my robimy przecież to samo – wtrąciła niewinnym tonem, który widocznie jeszcze mocniej rozjuszył lwa. – Jesteście prymitywni i uzależnieni od nieobliczalnej mocy swoich... czarowników. Nefri wojowniczo skrzyżowała ręce na piersiach. – Nie należę do hekai, już mówiłam. – Tym razem ona zmrużyła groźnie oczy, jej skóra znów zaczęła robić się gorąca. Trzy twarze wydawały się zaniepokojone. Wszystkie trzy. – Rozwój technologiczny pozwoli na postęp, o którym nie śnicie. – Wkroczył pomiędzy nich, patrząc jednocześnie obydwojgu prosto w oczy. – Da możliwość rozwoju całej cywilizacji, a nie tylko garstce nienaturalnie, psychokinetycznie utalentowanych... – urwał. – Metdżai – skończyła za niego Nefri. – A kim wy właściwie jesteście? Środkowa twarz uśmiechnęła się łagodnie, prawa spojrzała w górę, a lewa szerzej otworzyła iskrzące się oczy. – Przybywamy z gwiazd. – Jesteśmy podróżnikami. – Pomożemy wam wyjść z tej cywilizacyjnej ślepej uliczki. 118


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeli. Nefri zdała sobie sprawę, że przestała oddychać. – Przynosimy wam ratunek. Oto zapisany waszym językiem klucz, który wskaże wam właściwą drogę – podjął jeleniogłowy. – Klucz? Klucz do czego? – wyszeptała, z trudem wydobywając z siebie głos. Jeżeli mówili prawdę, jeżeli dobrze zrozumiała, jeżeli ci dziwni gwiezdni wędrowcy znali sposób na zastąpienie umiejętności metdżai inną siłą... Oznaczałoby to koniec ich niewoli. Poczuła falę oślepiającej energii, która tym razem przeniknęła przez nią znacznie delikatniej. Gdy światło osłabło, u swych stóp spostrzegła niewielki, ciasno zwinięty rulon czegoś, co przypominało znany jej papirus, ale wydawało się wielokrotnie cieńsze i bielsze. Schyliła się, żeby go podnieść. Ostatnie słowa, jakie do niej dotarły, mieszały się z szumem unoszącego się powoli dysku i całą serią pisków o różnej wysokości dźwięku. – Powinien dostać się w ręce kogoś, kto będzie umiał z niego zrobić właściwy użytek. *** – Skąd to masz? – zapytał po raz setny Tut. Nawet na nią nie patrzył, być może po tylu próbach nie liczył już na szczerą odpowiedź. Od wielu godzin tkwił zgarbiony przy ledwie pełzającym ognisku obok swojego namiotu. Jego pomarszczone palce wodziły delikatnie po cienkim materiale zwoju. Nefri ziewnęła przeciągle. Blady świt przybierał coraz bardziej różowe barwy zwiastując rychły powrót słonecznej barki Ra. – To klucz do ogromnej potęgi – mamrotał do siebie Tut. – Magia? – Nefri zmarszczyła czoło. – Czy to zaklęcia? Podobno to tajemnica, która pozwoli na rozwój Kemet. Tut uśmiechnął się i wreszcie na nią spojrzał. W jego rozświetlonych zachwytem oczach Nefri dostrzegła odległe podobieństwo do zielonych, przenikliwych oczu faraona. – Ty masz swoją słoneczną moc, a ja mam moje liczby – zaintonował melodyjnie Tut i stuknął wskazującym palcem w środek zwoju. – W liczbach jest siła, jest magia, o której wiedzą nieliczni. Ty budujesz piramidy, ale to ja sprawiam, że stoją, że trwają, a to... – Zawołał ją gestem bliżej ogniska. Wschodzące słońce rozświetliło biały materiał, na którym nie było nic poza niekończącymi się rzędami cyfr. Nefri zmrużyła w skupieniu zaspane oczy, żeby móc je przeczytać. 3,1415926535... – To wiedza, dzięki której metdżai nie będą już niezbędni. – Z twarzy zarządcy nie schodził łagodny uśmiech. – Wiedza, dzięki której będziemy wolni!

119


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Satariel: Sztukostrachy Widywał je wielokrotnie. W sumie był ICH częścią, a ONE były częścią jego. Co prawda tylko w sensie metaforycznym, ale zawsze. Też wzbudzał strach, chociaż jego działalność trudno było nazwać sztuką. ONE były kwintesencją sztuki, a niejednokrotnie wzbudzały strach. W pochmurne wieczory snuł się po bliższej okolicy, a jeśli za daleko go poniosło, to i tej dalszej. Zawsze były gdzieś obok. Tak na krawędzi wzroku. W sumie Satarielowi nie przeszkadzała ich obecność. ONE żyły swoim życiem, a on swoim. Mijali się na krawędzi światów. Trwało to tyle lat, że w sumie się do NICH przyzwyczaił. Tak było kiedyś... Pewnego słonecznego dnia z nudów wlazł na jakąś stronkę i tak się zaczęło. Nagle się okazało, że i on może mieć coś do powiedzenia i że znajdzie się ktoś, kto go wysłucha. Nagle ni stąd, ni zowąd stwierdził, że będzie tworzył. Lub też po-tworzył, jak sam określał proces powstawania swoich „wypocin”. Nic szczególnie wzniosłego mu wtedy nie przyświecało. Ot, marna trzydziestowatowa świetlówka energooszczędna, a nie jakieś wydumane frazesy „ku pokrzepieniu serc”. Jak postanowił, tak też uczynił. Początki były straszne, jak zawsze. Wielokrotnie zaczynał od nowa, bo jakoś nic się nie kleiło. Każdy temat wydawał mu się już wyeksploatowany przez innego „tfu-rcę”. Olśnienie przyszło niespodziewanie – przecież może pisać o sobie. Tego tematu jeszcze nikt nie poruszał. Przełamując paraliżujące go onieśmielenie, rozpoczął nierówną walkę z papierem. Po pierwszych sukcesach uderzyło mu do głowy – jak zresztą tylu innym przed nim. Sat jednak cały czas pracował nad swoim warsztatem. I wtedy to się zaczęło. Wieczorami, gdy wyłączał światło, zaraz na granicy wzroku pojawiały się ONE. Wzywały go do siebie, mamiły obietnicami. Że niby jakieś Muzy czy inne cholery. Na początku był twardy, pisał sam dla siebie, o sobie. Lecz początkowy zapał powoli wygasał, a jakoś nie mógł na nowo go w sobie rozpalić. Zwrócił się więc do tej, która najbardziej mu się nocami naprzykrzała. Natchniony jej wizją zasiadł po raz kolejny do pisania. Spod jego ręki spływały słowa, łączyły się w zdania, niosły TREŚĆ. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie TAMTE, które odrzucił. Każda z NICH chciała przemawiać przez niego. Noce nie przynosiły ukojenia. Z tego wszystkiego prawie przestał spać. Podkrążone oczy, ziemista cera – obraz nędzy i rozpaczy. Nie. To tylko widok w lustrze... Po miesiącu przestał odróżniać jawę od snu, ONE również zmieniły taktykę. Już nie czekały na nastanie nocy, by do niego dotrzeć. Słyszał ICH tęskne wołanie w środku dnia. Chciały, by wciąż pisał. Niepomny na zmęczenie, na wszystko, miał tylko jeden cel – wciąż pisać. Więc robił to. Kreślił urywane zdania na każdej dostępnej powierzchni. Mury, kora drzew, liście zerwane w parku. Wszystko było powierzchnią, na którą przelewał to, co od NICH otrzymywał. Jego kieszenie wypełniały się zapisanymi skasowanymi biletami MPK, z czasem zaczął jeździć pociągami. Bilety PKP były po prostu większe. Mieściły więcej TREŚCI. Więcej mógł na nich przekazać. Oczywiście przez to wszystko przestał kompletnie zwracać uwagę na swój wygląd. Zresztą na wszystko przestał zwracać uwagę. Kobieta, jego kobieta, opuściła go już po tygodniu. Nie mógł znaleźć dla niej czasu. Z pracy też go wyrzucili, w końcu nikt nie będzie trzymał pracownika, który przez dwa tygodnie nie pokazuje się w pracy. To jednak nie było ważne. Wciąż pisał. ONE były z nim zawsze, a on ICH słuchał. Wciąż odkrywały przed nim nieodkryte, pokazywały nowe oblicze świata. Był to świat, którego dotąd nie był świadom. Świat, którego nagle stał się ciekawy... Problemy zaczęły się, kiedy ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Kilkakrotnie tracił przytomność. Kiedy dochodził do siebie, nie był w stanie rozpoznać otoczenia. Powoli urywał mu się ostatni kontakt z otaczającą go rzeczywistością. W sumie Satariel zawsze odstawał od szeroko pojętego społeczeństwa, jednak to, co się z nim teraz działo, wypchnęło go całkiem poza nawias. 120


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Powoli zdawał sobie sprawę, że nie może już żyć bez ICH słów, bez ICH obecności. Każdą wolną od pisania chwilę przeznaczał na słuchanie, tyle jeszcze pozostało do opisania. Bał się, że nie wystarczy mu czasu. Chciał przełożyć na papier to, co od NICH słyszał. Chciał wykrzyczeć światu to wszystko, co w nim siedziało. Ta pierwsza, która przychodziła najczęściej, odkrywała przed nim tajemnicę umysłu. Opowiadała o jaźni, o duszy, o bólu... Satariel już dawno przestał wierzyć, że ma coś takiego jak dusza. Teraz, gdy poznawał nowe oblicze swojej jakże skomplikowanej osobowości, zrozumiał, jak wiele przez to tracił. Jego dusza – mroczna lecz dobra – chciała się wydostać z kajdan, w jakie ją zakuł. Nie chciała wciąż pokutować w zakurzonej, pokrytej pajęczynami enklawie wydzielonej na jej nędzne istnienie. Teraz prostowała skrzydła. Wreszcie wolna, szczęśliwa... Mijał tydzień za tygodniem. Sat nadal wsłuchany w ICH słowa pisał i pisał. Nic innego nie było ważne. Całe jego dotychczasowe życie przestało go obchodzić. Jakby dotyczyło kogoś kompletnie obcego. Pisał. Najgorsze były chwile, gdy w jednym czasie przychodziło ICH kilka. Przekrzykiwały się nawzajem. W jego głowie panował hałas, nie mógł się skupić. A przecież pisanie było najważniejsze, pisanie to całe jego życie... Kiedy odłączyli mu prąd i gaz, pisał w świetle dnia, a wieczorami przy świeczce. I wtedy zaczęło się najgorsze. W migotliwym świetle świecy, gdy krążyły pod sufitem, dostrzegł ICH prawdziwe twarze. Twarze pełne kłów, o pustych oczach, twarze martwe... Nie mógł tego znieść. Chciał uciec od tego wszystkiego, jednak drzemiący w nim głód znów okazał się silniejszy. Tak bardzo chciał wyrazić to wszystko, co dotąd leżało w nim uśpione. Nie mógł już żyć bez tej chwili, gdy spływające z pióra słowa układały się w TREŚĆ. Przestał zwracać uwagę na ICH wygląd. Już nie przeszkadzały mu ICH oczy, tak puste, a jednocześnie tak szalone. Te ruchy. Spazmatyczne, a równocześnie melancholijne. Gdyby tylko nie przychodziły wszystkie na raz... Gdyby nie te krzyki, które rozsadzały mu głowę... Ale wciąż pisał. Już wszyscy się od niego odsunęli, ale przecież to nie było istotne. Miał przecież JE, a w zasadzie to ONE miały jego. Przemawiały przez niego, przez to co pisał. Jego teksty stawały się coraz bardziej chaotyczne. Tak wiele słyszał, a tak niewiele umiał przekazać. Tylko te głosy... Siedząc przy świecy, starał się zrozumieć, co każda z NICH ma do przekazania. Lecz jak można było pogodzić tak przeciwstawne tematy? Gdy jedna przemawiała o miłości i uczuciach wyższych, druga snuła opowieść o mrocznej części duszy. Najniższe instynkty, przeplatane historią, sztuką i Bóg wie czym jeszcze. Już dawno przestał nad tym panować, już nie było ważne o czym pisał, lecz to, że w ogóle pisał. Cokolwiek, byle wyrażać to, co słyszał, a co szukało ujścia. Lecz nadmiar wrażeń niszczył coraz bardziej jego ciało, a wydawało się, że i duszę.... Starał się w to wszystko wprowadzić odrobinę rozsądku, lecz nie było tam dla niego miejsca. Pisał o tym, co było, co jest i co dopiero nadejdzie. Jak wielki wizjoner, prorok bez mała. Prorok, którego już nikt nie chciał słuchać. Może dlatego, że nikt nie mógł go zrozumieć? – Lecz któż zrozumie geniusza? – tłumaczył sobie. Tak wielu przed nim. Niezrozumiani, odtrąceni przez im współczesnych; w końcu triumfowali. Lecz na wszystko potrzeba czasu. A tego wybitnie mu brakowało, nie spał już tak długo. Nie pamiętał też, kiedy ostatni raz jadł ciepły posiłek. Lecz przecież nie mógł się rozpraszać, nie mógł sobie pozwolić na odpoczynek... Kiedy po raz kolejny stracił przytomność, kiedy wychudzonego zabrano go do szpitala, sytuacja się skomplikowała. Przykuty do łóżka, podpięty do kroplówki, wciąż JE słyszał. Odnalazły go nawet na sali szpitalnej. Nadal słyszał ICH głosy: krzyczały, chciały aby pisał, a on przecież nie mógł... 121


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Wył przepełniony bezsilnością. Bełkotał imiona, tak bardzo chciał, żeby chociaż na chwilę dały mu spokój. Po czterech dniach nadeszło przesilenie. Dożylnie podane leki działały, glukoza dostarczona przez kroplówkę powoli regenerowała wyniszczone ciało. Satariel się wyciszył, czasami tylko zamykał oczy, by chociaż przez chwilę nie musiał na NIE patrzeć. Nie mógł jednak zatkać sobie uszu, to nadal było w nim... Lekarze przychodzili i odchodzili. Żaden nie mógł mu pomóc, bo żaden nie widział tego co on. Żaden z tych elegancików w świeżo wykrochmalonych kitlach nie słyszał tego, co słyszał Sat. Żaden... Były momenty, gdy chciał im wygarnąć całą ich ignorancję, wiedział jednak, że to nie ma sensu. Musiał dostosować się do gry, jaką z nim prowadzono. Postanowił wziąć ich na przetrzymanie. – Tak panie doktorze, już czuję się dobrze – zapewniał jednego. – Nie, nie słyszę już tych głosów – przekonywał drugiego. – Ależ panie doktorze, jakie zjawy? – dziwił się w czasie rozmowy z trzecim. Czas powoli płynął. Satariel notował w pamięci to wszystko, o czym szeptały mu ONE. Wiedziały, że coś jest nie tak i chwilowo dały mu spokój. Nie były już też tak natarczywe jak wcześniej. Wycofały się. Ale on wiedział, że prędzej czy później wrócą. Zawsze wracały... Ze szpitala przewieziono go na obserwację. Tam spotkał wielu podobnych do siebie. Od stałych bywalców dowiedział się, jak rozróżniać leki, które mu podawano. Jak uniknąć zażywania tego, co w niego wmuszano. Wiele się nauczył. Między innymi nabył bardzo przydatną cechę. Gdy wiedział, że jest obserwowany – a zawsze wiedział – zachowywał się tak, jak według nich powinien się zachowywać. Tę swoistą grę opanował do perfekcji. Obserwacja trwała trzy długie miesiące. Sat się pilnował, nie dał się złapać na żadnej niezręczności. Nawet kiedy widział, jak ONE wolno unoszą się ponad głową lekarza, wiedział, że nie może mu o tym powiedzieć. Ci tępi ludzie niczego nie rozumieli. Nigdy nie zrozumieją... Przez trzy miesiące nieustannie się kontrolował. Wiedział, że prędzej czy później będą musieli go wypuścić. Tylko wytrzymać, nie dać się sprowokować... Najgorsze były noce. Gdy sanitariusze wyłączali światła, a ONE natychmiast się objawiały w całym swoim majestacie. Inni też je widzieli. Wtedy krzyczeli, starali się JE złapać. Skutek zawsze był taki sam, wpadali pielęgniarze i przywiązywali ich do łóżek. Satariel był na to za mądry. Nie dał się sprowokować... Kiedy opuszczał szpital, wiedział, że najgorsze dopiero przed nim. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na powrót w to straszne miejsce. Stracił przecież tyle czasu. Tyle rzeczy mógł napisać, musi to nadrobić... Wrócił do pisania... Bo cóż to znaczy schizofrenia paranoidalna... *** Z karty zdrowia chorego – fragmenty: Schizofrenia paranoidalna – podtyp schizofrenii, który charakteryzuje się rozbudowanym i złożonym systemem urojeń (najczęściej prześladowczych, wielkościowych, urojeń odsłonięcia i oddziaływania zewnętrznego, urojeń nasyłania i wykradania myśli, urojeń ksobnych, czasem także urojeń zdrady, pochodzenia, hipochondrycznych) oraz niekiedy nasilonymi halucynacjami (najczęściej słuchowymi, praktycznie nigdy wzrokowymi). Częstokroć urojenia przybierają tak skomplikowaną formę, iż stają się zrozumiałe tylko i wyłącznie dla chorego. Spełnia przesłanki. Podpis nieczytelny... 122


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

POSŁOWIE

123


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Dawid „Fenrir” Wiktorski: Jak NIE wydawać swojej pierwszej książki Nim zacznę wywód, pragnę poinformować, że poniższy tekst dostępny jest (wyłącznie w całości) do dowolnej niekomercyjnej publikacji. Wszelki kontakt w związku z tekstem (pytania, sugestie) pod adresem dawidwiktorski@gmail.com. Nie będę koncentrował się na wszystkich możliwościach, jakie ma przyszły debiutant – skoncentruję się tylko na jednej, tej związanej z zapłaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest „vanity publishing”, w skrócie „vanity” – usługa pośredniczenia w wydaniu książki. Czyli w teorii nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” to „próżność” – i w istocie ten system wydawniczy ma na celu dosłownie łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a realia rynku są bezlitosne (zwykłe prawo dżungli: przetrwają najsilniejsi). Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie bardzo konkretna specyfika tych usług, polegająca na wmawianiu klientom (autorom) rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ot, zwykłe żerowanie na ludzkiej niewiedzy – nie wszyscy muszą znać realia rynku wydawniczego, podobnie jak nie każdy jest w stanie naprawić samochód i dlatego musi powierzyć to zadanie specjaliście. O ile jednak pracę mechanika ocenić łatwo (jedzie albo nie jedzie), o tyle ocena gotowego produktu, jakim jest książka, dla osoby bez odpowiedniej wiedzy będzie niełatwym zadaniem. Jeśli zatem kiedykolwiek otrzymałeś propozycję wydania tekstu z własnym wkładem finansowym, rozważasz taką opcję lub – co gorsza – uważasz, że inaczej nie można zaistnieć na rynku, zapoznaj się z poniższym tekstem. Będzie długo, ale wyczerpująco. Pragnę uczulić też na jedną rzecz: w poniższym tekście rozpatruję wyłącznie model wydawniczy vanity, nie selfpublishing, w którym autor jest koordynatorem procesu wydawniczego i zleca kolejne etapy bezpośrednio. Jeśli uważasz, że system vanity jest idealny dla twoich potrzeb – nie musisz czytać dalej, prawdopodobnie znasz jego wady i zalety. Wcześniej zamieszczam jednak dłuższą wypowiedź Radosława Lewandowskiego, twórcy, który zadebiutował właśnie w systemie vanity, obecnie zaś odnosi kolejne sukcesy w wydawnictwach tradycyjnych: „Zamarłem na kilka chwil po zapytaniu mnie o moje doświadczenia związane z wydaniem własnej książki w formule vanity. Mam mieszane odczucia, ale po kolei. Moją pierwszą powieść wydałem za własnie pieniądze, korzystając z pośrednictwa jednego z wydawców. Oczywiście szukałem wcześniej „normalnego” wydawnictwa, ale głową w mur. Przeprowadzili korektę i redakcję, ale na tak żenującym poziomie, że choć do dzisiaj mam kilka egzemplarzy, to trzymam je w ukryciu. Później poprawiłem tekst pod okiem redaktora z prawdziwego zdarzenia i wydałem „bezkosztowo” w wydawnictwie RW2010. Na początek w formie ebooka, potem analogowej. Czy było warto? Dotknęły mnie tak zwane „plusy ujemne”, czyli kpiny niektórych recenzentów, wytykanie palcami, śmichy-chichy z jakości grafiki na okładce. Zdobyła nawet jakiś laur jako jedna z brzydszych w danym roku. :)

124


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Nie jest tak, że autor nie bierze do siebie hejtu czy uzasadnionej krytyki. Bolało jak diabli. Ale były też „plusy dodatnie” – kilka fajnych, budujących recenzji, pachnąca drukarską farbą książka. To przeważyło i zacząłem pracować nad własnym warsztatem. Bo nic głupszego, niż zadąć się i obrazić na cały świat, który nie rozumie rozterek pisarza. Dziś poza serią Yggdrasil wydałem w Muzie trylogię o wikingach, która jest bestsellerem w Empiku. Jak wieści niosą, interesują się nią Amerykanie, może i Niemcy. Jest dobrze. Wracając więc do pytania: czy było warto? Odpowiem: TAK. Gdyby nie ten pierwszy krok, nie postawiłbym kolejnego i nie zaczął w końcu biec. Ale gdybym miał doradzać coś młodszym stażem adeptom pisarstwa, to próbujcie swoich sił w wydawnictwach, które to wam zapłacą za pracę. I sprawdzajcie, u kogo wydajecie – to ważne”.

Jak rozpoznać vanity? To bardzo łatwe zadanie – z vanity mamy do czynienia w każdej sytuacji, w której oferuje się nam wydanie tekstu po pokryciu (rzekomej) części kosztów. To kwoty oscylujące w zakresie od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy (sic!) złotych – w dalszej części tekstu pokażę, dlaczego tego typu wyliczenia nie mają żadnego sensu. Możecie być też niemal pewni, że odpowiedź z firmy vanity zawsze będzie zawierała same pochwały. Jeżeli zaś recenzenci „widzą w niej potencjał” – tu powinna włączyć wam się pierwsza czerwona lampka. Jaki interes miałaby firma w odmawianiu wykonania usługi klientom, którzy posłusznie przynoszą im grubą kasę? Żaden. Dlatego zanim zlecicie suty przelew lub zaczniecie wkładać buty, by biec do najbliższego banku po kredyt, przeczytajcie cały tekst.

I. Wypromujemy cię w całym kraju! Praktycznie zawsze w hasłach zapewniających o intratności przedsięwzięcia pojawiają się slogany dotyczące promocji. Kto nie chciałby zobaczyć swojej książki na bilbordach, tramwajach czy na wystawie w księgarni? Jednak w praktyce nie jest tak różowo. W internetowych dyskusjach na temat czytelnictwa bardzo często podnosi się larum, że skoro wydawcy w ogóle nie inwestują w marketing, to i sprzedaż jest kiepska. Jednak gros komentatorów nie zdaje sobie sprawy, ile tak naprawdę kosztuje skuteczne wypromowanie książki. Reklama w czasopiśmie? Kilka tysięcy, w tytułach o większym zasięgu nawet kilkadziesiąt. Lepsza ekspozycja w księgarni? Dobre kilkanaście tysięcy. Do tego pomniejsze koszty promocji (egzemplarze recenzenckie, spotkania autorskie, banery, patronaty). Niemniej hasło „ogólnopolska promocja” brzmi dumnie. Gdzie jest haczyk? Internet. Właśnie tu kryje się sedno problemu – ogólnopolska promocja to bardzo często wrzucenie informacji o książce na stronę wydawcy, ewentualnie wysłanie kilku egzemplarzy recenzenckich do blogerów (nie liczcie na recenzje w prasie, dziennikarze po prostu nie zapoznają się z takim 125


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

tekstem, bo są świadomi, że w tego typu wydawnictwach wydać może każdy, a selekcja nawet jeśli istnieje, to w jej wyniku odrzuca się co najwyżej teksty, które nawet nie są napisane średnio poprawną polszczyzną. Miejsca na działy kulturalne jest bardzo mało i nikt nie poświęci go na dzieła wątpliwej jakości). Jest ogólnopolski zasięg? Ano jest, przecież stronę można otworzyć z każdego miejsca w kraju. Ba, jestem zdumiony faktem, że żadna z firm nie poszła dalej i nie mówi o zasięgu ogólnoświatowym. Pamiętajcie też o jednym bardzo ważnym aspekcie – wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda mechanizm vanity, jednak równie wielu doskonale go rozumie. Innymi słowy: dla znacznej grupy odbiorców jesteście po prostu spaleni przez samo logo wydawnictwa na okładce, które będzie krzyczeć „tekst tak słaby, że nie chcieli go w normalnej oficynie”. Napisaliście tekst DOBRY, ale z jakichś powodów wydaliście go w vanity? Istnieje spore ryzyko, że wielu czytelników najzwyczajniej w świecie nie zaryzykuje kupna książki z wydawnictwa, którego oferta jest kojarzona z grafomanią.

II. Ogólnopolska dystrybucja Tutaj działa wspomniany wyżej mechanizm – książka zostaje wstawiona do internetowej księgarni wydawcy, czasami także do innych tego typu sklepów, jednak jej pojawienie się na półce może być raczej dziełem przypadku. Często takie pozycje kończą swój żywot jako dostępne w ofercie – czyli zamawiane na wyraźne życzenie kupującego, niedostępne stacjonarnie. Raczej zapomnijcie o dumnym pozowaniu na tle grzbietów waszej książki – szczególnie jeśli wydawca oferuje niewielką liczbę egzemplarzy, przykładowo 300. To bardzo mało w skali ogólnokrajowej i próba natrafienia na wasze dzieło może przypominać szukanie igły w stogu siana. Cały proces opiera się o bardzo prostą ekonomię: księgarnia to nic innego jak sklep z książkami, który ma za zadanie generować zyski. Kto ma zatem większą szansę na pojawienie się na półce – znany autor z niezłą promocją czy debiutant, który nie zdołał wyrobić sobie jeszcze renomy? W tym drugim wypadku dobrze mieć też świadomość, że kanały promocyjne dla vanity są bardzo ograniczone, a poważna aktywność wybranego przez was wydawcy zapewne skończy się na wysłaniu notki prasowej do kilkuset redakcji, z czego większość odbiorców skasuje ją bez czytania, więc możliwości dotarcia do czytelników są jeszcze mniejsze. Pamiętajcie też, że macie dużą konkurencję – walczycie o uwagę czytelnika z innymi autorami, a także tradycyjnymi wydawnictwami. By przekonać się o popularności vanity, najlepiej przejść się do najbliższych kilku księgarni i sprawdzić, jak wiele książek danej oficyny tam znajdziemy.

III. Miliony egzemplarzy! Jedna z pionierskich na polskim rynku firm vanity (na szczęście już nieistniejąca) kusiła potencjalnych klientów bardzo górnolotnym hasłem: nakład 10 000, ale najpierw wydrukujemy 300 sztuk. Żeby było ciekawiej, jeśli w określonym czasie nakład się nie wyczerpał, autor był zobowiązany do wykupienia pozostałych książek (innymi słowy: płać za wydanie i jeszcze za niesprzedane egzemplarze). Miejmy jasność – dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie jest niczym niemożliwym do osiągnięcia (w tym miejscu warto nadmienić, że wydawcy bardzo różnie oceniają sprzedaż pozwalającą ocenić książkę jako bestseller – jedni wskazują mniej niż 10 000, inni są bardziej optymistyczni i zakładają sprzedaż nawet na poziomie 30 000). Oczywiście bardzo wiele zależy od gatunku i okładki (tak, to element mający całkiem spore przełożenie na sprzedaż), 126


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

jednak przyjmijmy, że debiutant w beletrystyce ma naprawdę małe szanse na osiągnięcie pułapu nawet 5 000 egzemplarzy – przy dobrej promocji to około 1 500 do 2 000 sprzedanych książek.

IV. Płać i płacz Warto wiedzieć jedno: książki drukuje się w offsecie (tekst jest nanoszony na papier „ciągiem” przez odpowiednie wałki) lub cyfrowo. Zdecydowana większość pozycji dostępnych w księgarni to offset – technologia zdecydowanie najkorzystniejsza finansowo przy większych nakładach (im większy nakład, tym mniejszy jednostkowy koszt egzemplarza). Druk cyfrowy jest raczej gorszej jakości, ale pozwala na drukowanie nawet pojedynczych egzemplarzy (przy druku offsetowym koszt wydruku jednej książki byłby dosłownie zabójczy ze względu na specyfikę procesu). Nakłady w wydawnictwach vanity nie przekraczają 1 000 egzemplarzy (najczęściej to wspomniane już wcześniej 300 egzemplarzy), więc z wiadomych względów przyjmujemy, że koszty oszacowano dla druku cyfrowego. W sieci można znaleźć wiele kalkulatorów na stronach drukarni, dość łatwo więc sprawdzić ceny w kilku firmach i porównać je z poniższymi. Pierwsza specyfikacja to: Format A5, 148 x 210 mm, pozioma Nakład 300 egz. Oprawa miękka, papier arktika-230, 230 g/m2 Liczba stron czarno-białych: 300, papier offset, 70 g/m2 Podatek: 5% Koszt wydruku jednego egzemplarza: 5,81 złotego Druga: Format 125 x 176 mm, pozioma Nakład: 220 egz. Oprawa miękka, papier 230 g/m2, folia błysk Liczba stron czarno-białych: 232, papier objętościowy Creamy 70 g/m2 Podatek: 5% Koszt wydruku jednego egzemplarza: 3,49 złotego. Warto też pamiętać, że wydawcy vanity mogą uzyskać lepsze ceny niż osoba z ulicy, z racji częstotliwości zamówień – całościowy koszt będzie jeszcze mniejszy. Przyjmijmy zatem wariant droższy i zaokrąglijmy cenę w dół, do 5 złotych za egzemplarz. Przy nakładzie 300 egzemplarzy daje to koszt druku w wysokości 1 500 złotych. Okładka ze Stocka (czyli na bazie kupionego w serwisie zdjęcia) to jakieś 100, w porywach 200 złotych. Przyjmijmy, że tekst liczy sobie około 10 arkuszy wydawniczych (40 000 znaków ze spacjami to 1 arkusz wydawniczy) i zestawmy to ze średnimi stawkami dla redaktora i korektora w firmach vanity (w środowisku edytorskim nie są one jakąś tajemnicą). Redakcję wyceńmy na 60 złotych za arkusz, korektę na 30 złotych (to mało, naprawdę mało), łącznie 900 złotych za opracowanie. Koszt składu (rynkowy, więc raczej zawyżony dla realiów vanity) to około 500 złotych. Łącznie? Około 3 100 złotych (oczywiście to tylko koszt wydruku, nie wliczam kosztów funkcjonowania firmy, bo ich uwzględnienie tutaj byłoby niezwykle trudne). Teraz szybki rzut oka na kwoty zbiórek crowdfundingowych (gdzie to nie autor płaci za wydanie, tylko chętni czytelnicy), których celem jest uzbieranie kwoty niezbędnej do wydania książki: 127


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

średnio 10 000 złotych (to i tak bardziej optymistyczna wersja¸ bo niektóre z firm żądają jeszcze więcej). Odejmijmy prowizję portalu i nagrody dla wspierających, zostanie jakieś 8 000 (pewnie przesadziłem z zaniżeniem kwoty, jednak uznajmy to za bezpieczną wartość). Po drodze znikło blisko pięć tysięcy. Gdzie się podziały? Oczywiście w kieszeni wydawcy. Nawet uwzględniwszy koszty logistyki i przechowywania tych egzemplarzy, zarobek za sam fakt pośredniczenia w procesie wydawniczym jest horrendalny. Właśnie dosłownie wcisnęliście firmie pieniądze za to, że będzie sprzedawać waszą książkę i pobierać z tego spory procent. Przypomina to sytuację, w której to wy płacicie swojej firmie za możliwość podjęcia pracy, a na dodatek z wypracowanych przez was zysków jest pobierana kolejna opłata. Tradycyjny wydawca musi zadbać o sprzedaż waszej książki, jeśli chce odzyskać zainwestowane pieniądze – wydawca vanity zarobił już dzięki wam, nie poniósł też żadnych kosztów, skoro ponieśliście je wy. W takim modelu dbanie o sprzedaż nie ma żadnego sensu, a jest wręcz niewskazane ze względu na generowanie dodatkowych kosztów (logistyka, promocja, pracownicy).

V. Ale oni płacą więcej! Firmy vanity często chwalą się, że u nich autor zyskuje znacznie większe honorarium za sprzedane egzemplarze (faktycznie, często to nawet 75% ceny sprzedaży). W końcu normalny wydawca oferuje średnio około 10% od ceny sprzedaży książki. Teoretycznie bardzo niewiele, ale warto mieć na uwadze, że lwią część (około połowy, niekiedy nawet 60%) tej kwoty zabierają pośrednicy, czyli dystrybutor i księgarz, a trzeba przecież zapłacić jeszcze redaktorowi, korektorowi, składaczowi, grafikowi, marketingowcowi i pani sprzątaczce. Wydawca musi dbać o swoją opinię, więc zatrudnia specjalistów lepszych niż firma vanity (czyli droższych), co oczywiście generuje większe koszty procesu wydawniczego. Jeśli ktoś spodziewał się, że właściciele tradycyjnych oficyn leżą do góry brzuchami w bananowych republikach, to muszę go gorzko rozczarować – w tej branży trudno liczyć na kokosy, a sprzedażowe hity takie jak „Harry Potter” czy „Zmierzch” zdarzają się bardzo rzadko. Skąd zatem bierze się te kilkadziesiąt procent więcej? Właśnie stąd, że opłaciliście cały proces wydawniczy (tak, po raz kolejny powtórzę: nie wierzcie w bzdury, że to „współfinansowanie”), wydawca nie poniesie kosztów promocji i dystrybucji, a i tak jest już na dużym plusie. Śmiało może wam oddać te kilka złotych więcej, tym bardziej, że jego przychody nie opierają się na środkach ze sprzedaży wydawanych tytułów. Pamiętajcie też, że w przypadku tradycyjnego modelu wydawniczego zaczynacie od zera lub nawet plusa (zaliczka, często nawet w wysokości kilku tysięcy złotych), w przypadku vanity najpierw musicie niemało zainwestować, by w ogóle mieć jakąkolwiek możliwość odzyskania tej kwoty. Szanse na to są małe.

VI. To przynajmniej mogę więcej? Osoby zainteresowane wydaniem własnej twórczości bardzo często zadają jedno pytanie: czy będą miały jakikolwiek wpływ na ostateczny kształt publikacji. Prawdopodobnie wiąże się to z często powtarzanym mitem, jakoby wydawcy mieli (często bez wiedzy autora) dopuszczać się poważnych 128


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

ingerencji w treść powieści, a nawet ją cenzurować. Jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc postaram się wytłumaczyć ( pokrótce, bo sam proces wydawniczy to temat na drugi tekst o podobnej objętości), jak to wygląda w rzeczywistości. Po pierwsze sytuacja w której wydawca dokonuje samodzielnie poprawek w tekście, jest dla autora... całkiem pozytywna, bo odszkodowanie wywalczone od nieuczciwej firmy powinno przewyższać potencjalne honoraria. Ale raczej nie ma co liczyć na łatwy zarobek, nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na taki krok, w najgorszym razie po prostu podziękują wam w środku współpracy i tekst będziecie musieli wydać gdzie indziej. Co do samej cenzury, to przypomina to pewien wiekowy już dowcip: „Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.” Jak zatem wygląda to w praktyce? Każdy tekst (przynajmniej w teorii) jest poprawiany przez redaktora, który może (a często nawet powinien) zasugerować poprawki: przykładowo rozbudowę jakiegoś dialogu, opisu, usunięcie konkretnej sceny czy nawet rozdziału. Co ważne, nigdy nie jest to nakaz – w myśl prawa autorskiego twórca ma ostatnie słowo i od niego zależy, czy poprawki przyjmie, czy nie. Dobrze też pamiętać o tym, że niewielu autorów jest w stanie skontrolować redakcję i korektę. W tekście Marcina Zwierzchowskiego, do którego link znajdziecie na samym końcu, możecie przeczytać nieco więcej o przypadku książki, która (według wydawcy vanity) przeszła trzykrotną korektę, a błędów ortograficznych było w niej więcej niż w przeciętnym wypracowaniu ucznia podstawówki. I mowa tu o błędach, które w znacznej mierze można by wyeliminować za sprawą starego, poczciwego wordowego F7. Innymi słowy: między bajki włóżcie zapewnienia o profesjonalnej redakcji i korekcie. By jednak być uczciwym, w tradycyjnych wydawnictwach też bywa z tym różnie, ale szansa na porządną współpracę jest zdecydowanie dużo większa. W przypadku okładki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo tak naprawdę to jedno z najcięższych dział w marketingowej baterii artyleryjskiej (niektórzy powtarzają, że dobra okładka to już połowa sukcesu). Okładka ma przede wszystkim książkę sprzedać, i możecie śmiało założyć, że będą nad nią pracować osoby ze znacznie większym doświadczeniem. W tradycyjnym modelu wydawniczym jest zatem bardzo duża szansa, że wydawca przyjmie wasze sugestie, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośredni wpływ na wygląd okładki. W vanity wygląda to oczywiście inaczej – jak wspominałem wcześniej, wydawca zdążył już zarobić, więc sprzedaż danego tytułu nie jest jego „być albo nie być”. Ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować nawet najgorszy bohomaz, który zaproponuje autor.

VII. A moja własność? Wydawnictwa vanity często straszą autora, że wydawca tradycyjny zabierze mu prawa do książki. Brzmi przerażająco – jednym podpisem stracić często wielomiesięczną, a niekiedy kilkuletnią pracę? Pokrótce wyjaśnię dwie kwestie. Prawa do dzieła (tekstu) to prawa autorskie, dzielące się na osobiste i majątkowe. Te pierwsze w myśl polskiego prawa są niezbywalne, więc jeśli zdarzyłaby się sytuacja, że ktoś ukradnie nasz tekst i podpisze go swoim imieniem i nazwiskiem, to łamie prawo. Warto o tym pamiętać przy 129


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

wysyłaniu tekstu do wydawców – wydanie go bez waszej zgody i pod cudzym nazwiskiem dla wydawcy oznaczałoby bardzo poważne problemy, a wy mielibyście odszkodowanie w kieszeni. W przypadku podpisania umowy wydawniczej należy przenieść prawa majątkowe na wydawcę lub udzielić mu licencji – bez tego niemożliwe jest dystrybuowanie książki. Standardowy okres takiego przeniesienia to pięć lat, ale wszystko zależy od zapisów w umowie (może być to okres krótszy lub dłuższy). Dobrze mieć też na uwadze, że jeśli wydawnictwo vanity „wspaniałomyślnie” oferuje wam udzielenie niewyłącznej licencji, to tak naprawdę nie zyskacie na tym nic z bardzo prostego powodu: żaden wydawca nie zdecyduje się na wydanie książki, do której prawa posiada inna oficyna. Nie ma to po prostu żadnego sensu, szczególnie ekonomicznego. Wyobrażacie sobie kupno samochodu, który musicie dzielić z zupełnie obcym wam człowiekiem?

VIII. Świat stoi przede mną otworem! Podobno wydanie pierwszej książki jest najtrudniejsze – to ona przeciera nam szlaki i zaczyna wyrabiać nazwisko, które w przyszłości może być silną kartą przetargową przy poszukiwaniu wydawcy (warto zwrócić uwagę, że wielu debiutantów nigdy nie wydaje drugiej książki). Jest jednak jeden mały problem... Wydanie w vanity przykleja autorom łatkę grafomana, niezależnie od tego, jakiej jakości są wasze teksty. To siła stereotypów, czytelnicy widząc znajome logo wydawnictwa vanity, od razu zaczynają myśleć o waszej książce w kategoriach „na pewno nie chciał go żaden porządny wydawca, więc musiał zapłacić”. Oczywiście są liczne wyjątki (jak cytowany znacznie wyżej Radosław), ale to nadal tylko wyjątki. Dobrze mieć na uwadze, że wydanie w trybie vanity może zmniejszyć w przyszłości wasze szanse na wydanie. Oczywiście jeśli napiszecie tekst dobry (czy nawet świetny), to wydawca nie będzie patrzył na waszą dotychczasową bibliografię, bo i po co? Biorąc pod uwagę niewielki zasięg vanity powieść wydana w tym trybie pewnie nawet nie zostanie zauważona bez pomocy wyszukiwarki. Propozycje wydawnicze są jednak oceniane przez ludzi, a ci mogą odebrać fakt debiutu w vanity negatywnie, tym samym decydując o odrzuceniu waszej propozycji.

IX. Ale szybko odpisali i byli mili Wysłałeś tekst i teraz z niecierpliwością oczekujesz odpowiedzi – zna to każdy, kto kiedykolwiek podchodził do poszukiwań wydawcy dla swojego dzieła. Na początek trochę informacji na temat rynku. Branża wydawnicza w Polsce nie jest ani intratna, ani rozbudowana, więc wydawców wcale nie ma zbyt wielu, na dodatek zdecydowana większość specjalizuje się w konkretnych gatunkach (dlatego wysyłanie książki kucharskiej do oficyny zajmującej się wydawaniem kryminałów nie jest najlepszym pomysłem – nawet jeśli otrzymalibyście pozytywną odpowiedź, to pamiętajcie, że wydawca nie ma żadnego doświadczenia i kanałów reklamy książek kucharskich). I tu wracamy do sedna: piszących jest więcej (zdecydowanie więcej!) niż wydawnictw, w efekcie czego ci ostatni są dosłownie zarzucani propozycjami (do tego, dla którego pracowałem, przychodziło nawet 50 dziennie). Nawet przy bardzo ambitnych planach wnikliwego zapoznania się z każdą z nich recenzowanie propozycji musi zająć jakiś czas – najczęściej kilka miesięcy, bo pracownicy wydawnictwa mają też masę innych obowiązków. 130


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

Firmy vanity często odpowiadają w jakieś trzy dni, rekordziści po kilku godzinach. Nie miejcie nawet cienia nadziei, że ktokolwiek zapoznał się z waszym tekstem poza rzuceniem okiem na kilka linijek – pozytywna odpowiedź na pewno będzie okraszona wspaniałymi epitetami, które mają połechtać wasze ego (a nuż zostaliście odrzuceni przez innego wydawcę i właśnie teraz poczujecie się docenieni?). Oczywiście tekst jest genialny, chcemy go w naszej ofercie, już przygotowujemy dla pana/pani kosztorys i wspaniałomyślnie zgadzamy się na pokrycie (rzekomej) połowy kosztów. A guzik. Jeśli uwierzycie w te słowa, to jest szansa, że wyrządzicie sobie bardzo dużą krzywdę. Przez zaskakująco krótki czas trwania procesu wydawniczego nie będziecie tego świadomi – marzenie się spełniło, już lada dzień do waszego domu dotrą jeszcze pachnące farbą drukarską egzemplarze. Nadchodzi jednak czas zderzenia się z brutalną rzeczywistością, gdy wasza książka dostanie się w ręce osoby znającej się na literaturze lub po prostu branżowca. Jeśli tekst nie był zły, to taki osobnik pewnie pomarudzi nad wyborem wydawcy, ale pochwali samo dzieło. Jednak znacznie bardziej prawdopodobna jest opcja, że zostaniecie zrównani z ziemią – wbrew pozorom autorowi bardzo trudno spojrzeć trzeźwo na swój tekst i zauważyć jego niedoskonałości, a jeśli dodatkowo uwierzymy w fałszywe zapewnienia ze strony firmy, to może okazać się, że zapoznanie się z konstruktywną krytyką będzie bolesnym zakończeniem bujania w obłokach, a wy wściekniecie się albo na krytyka, albo na siebie. Żadna z tych opcji nie jest szczególnie interesująca.

X. Dają ISBN Wiele firm wydających ze współfinansowaniem sugeruje, że ISBN jest dostępny głównie dla wybranych, a jego uzyskanie przypomina odnalezienie formuły na kamień filozoficzny. Rzeczywistość okazuje się jednak mniej skomplikowana. Pozyskanie puli numerów ISBN (minimum dziesięć, maksymalnie tysiąc) to zajęcie na jakieś trzy minuty pracy, przy założeniu, że dopiero rejestrujemy się w serwisie http://e-isbn.pl. Nie potrzebujemy nawet własnej działalności gospodarczej – przy zakładaniu konta możemy podać swój numer PESEL i pozostałe wymagane dane. Jedyną drobną niedogodnością może być fakt, że pobrany wniosek musimy wydrukować, podpisać i wgrać jego skan do serwisu. Dlatego nie wierzcie, że wydawca vanity robi wam niesamowitą przysługę pozyskaniem numeru ISBN – po prostu pobiera kolejny numer z przyznanej puli. I na pewno nie płaci za to nawet złamanego grosza. A skoro o tym mowa... Niekiedy firmy vanity jako zaletę wydania książki u nich wskazują także przesłanie egzemplarzy do Biblioteki Narodowej i do kilkunastu bibliotek w całej Polsce (ich lista dostępna jest na stronie BN). Oznacza to oczywiście zapisanie się na kartach literackiej historii. Zapominają jednak wspomnieć, że to obowiązek narzucony wszystkim wydawcom przez ustawodawcę (ustawa z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych).

XI. Im się udało Inny częsty argument to powołanie się na kilku (bardzo nielicznych) autorów, którzy sławę zdobyli właśnie po publikacji w systemie vanity – nie wspomnę tu tytułów i nazwisk, by nie robić nikomu kryptoreklamy. Jeśli okaże się, że wydawca w ten sposób zechce zachęcić was do zostawienia u niego pieniędzy, spróbujcie szybko policzyć wzmiankowanych autorów a potem zapoznajcie się z aktualną ofertą wydawcy – będzie ona liczyć przynajmniej kilkanaście tytułów, w przypadku 131


ŚWIT EBOOKÓW

R W 2 0 1 0

e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie

większych firm vanity liczba będzie szła w setki. Wybierzcie losowo kilka, kilkanaście nazwisk i odpowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy kiedykolwiek słyszeliście o tych ludziach? Nawet jeśli odpowiedzieliście twierdząco, wybierzcie kolejne kilka nazwisk z listy i poszukajcie na ich temat informacji w sieci: czy wydanie w vanity stało się początkiem ich kariery, czy wydali kolejne powieści? Oczywiście, istnieje szansa, że tak było, ale... jaka to szansa? Z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że nie uda wam się wytypować takich twórców. Nie oszukujmy się, że tradycyjni wydawcy z każdego debiutanta stworzą poczytnego pisarza, bo zaskakująco wielu kończy karierę właśnie po wydaniu pierwszego dzieła, wciąż jednak szansa na zaistnienie w świadomości czytelników jest zdecydowanie większa (pamiętajcie, że debiutant w dobrej oficynie może liczyć nawet na jakieś 2 000 sprzedanych egzemplarzy. Autorzy vanity często poirytowani donoszą, że po uwzględnieniu znajomych i rodziny ta sprzedaż zamykała się w mniej niż... 50 egzemplarzach, przy odrobinie szczęścia zbliżała się do 100). Zwróćcie też uwagę, że oficyny vanity nie specjalizują się w konkretnych gatunkach, wydają naprawdę wszystko i bardzo dużo – bo na tym zarabiają, nie ponosząc przy tym żadnego ryzyka finansowego. W zwykłym wydawnictwie selekcja jest niezbędna, by móc wybrać teksty najlepiej rokujące finansowo. Przy wyborze drogi wydawniczej warto zastanowić się nad tym, komu bardziej będzie zależało na skutecznym wypromowaniu dopracowanego produktu: wydawcy, który poniósł koszty związane z procesem wydawniczym (przy rynkowym nakładzie i normalnej wycenie usług to dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czy firmie, która pokryje wszystkie wydatki z waszej wpłaty i zainkasuje jeszcze niemałą część tej kwoty wyłącznie za pośredniczenie. Odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta. A stąd już szybka droga do stwierdzenia, że vanity to jedno wielkie oszustwo. Osoby zainteresowane tematem mogą znaleźć charakterystykę konkretnych przypadków w tekście Pawła Pollaka: http://pawelpollak.blogspot.com/2014/09/pszygody-komisaza-maciejewskiego-czyli.html Oraz w artykule Marcina Zwierzchowskiego: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1613159,1,chcesz-byc-autorem-ksiazki-najpierwzaplac.read

132

Swit ebookow nr 10 rw2010  

Jubileuszowy i wyjątkowy numer kwartalnika "Świt ebooków". W tym numerze prezentujemy 14 opowiadań polskich autorów. Utwory premierowe, napi...

Swit ebookow nr 10 rw2010  

Jubileuszowy i wyjątkowy numer kwartalnika "Świt ebooków". W tym numerze prezentujemy 14 opowiadań polskich autorów. Utwory premierowe, napi...

Advertisement