Page 1

Grudzień 2010

Gazetka przygotowana przez wolontariuszy Muzeum Powstania Warszawskiego

Nr 1


Spis treści:

Sekcja dydaktyczna

2

Św. Mikołaj – bo wolontariat ma wiele imion

3

Pan Marek Klimczak, niezwykły wolontariusz

4

ŚPIEWANKI

5

Tęsknota za elegancją- Kabaret Starszych Panów

6

Warsztaty kulinarne

7

Oby następna Wigilia była już w wolnej Polsce

8


Sekcja dydaktyczna: Słowo „dydatktyka” pochodzi od greckiego wyrazu „didachcos” czyli pouczający. Współcześnie dydaktyka jest ujmowana jako nauka o nauczaniu i uczeniu. Stanowi podstawową dyscyplinę pedagogiczną, której przedmiotem zainteresowania jest proces kształcenia. Po takim wstępnie, nietrudno zgadnąć, czym zajmuje się sekcja dydaktyczna Muzeum. Jest to miejsce, w którym wszystkie przedszkolaki i dzieci z pierwszych klas szkół podstawowych mogą dowiedzieć się czegoś interesującego na temat historii i powstania. Zajęcia prowadzone są w oparciu o program, który pracownicy Muzeum przygotowali specjalnie z myślą o najmłodszych odwiedzających. Nie od dziś wiadomo, że dzieciaki ciężko jest zainteresować czymś na dłużej, dlatego zajęcia dla nich przeznaczone mają bardzo różnorodny charakter – od lekcji muzealnych, przez zajęcia plastyczne, aż po teatrzyki. Uwagę dzieci zawszę przykuwa replika powstańczego teatrzyku oraz kopia Pomnika Małego Powstańca! Ta ostatnia przypomina o roli, którą odegrali najmłodsi podczas Powstania, pomaga też wyjaśnić maluchom, że w czasie zabaw mają one za zadanie wcielić się w postaci małych, walczących Warszawiaków. W sali dydaktycznej są również liczne gry i zabawki wzorowane na tych z okresu Powstania Warszawskiego. Wszystko po to, by maluchy mogły dowiedzieć się czegoś o naszej historii i zapoznać się z wartościami, którymi kierowały się osoby ją tworzące. Pracując w sekcji dydaktycznej trzeba mieć troszkę cierpliwości i nade wszystko lubić pracę z dziećmi. Dlatego duże brawa należą się naszym młodym wolontariuszkom – Karolinie Kalinowskiej i Julii Birhold, które choć są niewiele starsze od swoich podopiecznych świetnie realizują się w roli ich opiekunek! Dziewczęta cechuje niezwykła energia i szybko potrafią wzbudzić zaufanie więc maluchy bardzo lubią spędzać z nimi czas. Zaangażowanie, które wkładają w swoją pracę, jest godne pochwały!

2 Autor: Łukasz Zakrzewski


Św. Mikołaj – bo wolontariat ma wiele imion Pomóc można na parę sposobów: można zgłosić dziecko zubogiej rodziny, przynieść prezent, zapakować go lub na jeden wieczórzamienić się w pomocnika św. Mikołaja – przekonuje Paulina Popławska,jedna z organizatorek. Ekipę św. Mikołaja początkowo stanowili przede wszystkim uczniowie zeszkoły przy ul. Bednarskiej i KIK-owcy. Teraz bardzo dużo Warszawiaków stara się wesprzeć akcję. – Bednarska jest szkołą społeczną nie tylko z nazwy. Razem z Anią Gumowska i Agatą Stryjek postanowiliśmy, że nie mamy nic do stracenia i sami zorganizowaliśmy akcję – mówi Maciej Bulanda, jeden z twórców „Ekipy św. Mikołaja”. – Bez żadnego przygotowania i doświadczenia zdobyliśmy sponsorów! Bank ABN Amro wsparł nas znaczną kwotą, dzięki czemu udało nam się kupić najbardziej podstawowe podarunki, które trafiły do każdej paczki: kosmetyki, słodycze, zabawki, piłki, maskotki. Byli nam również potrzebni patroni medialni i tu należą się podziękowania Gazecie Stołecznej, która nie tylko nagłośniła akcję, ale także przekazała sporą liczbę wydawanych przez siebie książek – bajek i literatury. Dzięki temu mogliśmy zorganizować w siedzibie Agory kiermasze weekendowe. Także już pierwsza edycja okazała się być ogromnym sukcesem, mimo że debiutowaliśmy w roli organizatorów – dodaje Maciek. – W akcji niezwykłe jest to, że każdy ma szansę na chwilę stać się Świętym Mikołajem/Posłańcem/Dobrym Duchem. Cel jest zawsze ten sam: dotrzeć do dzieci z rodzin, które (gdyby nie nasza wizyta) w ogóle nie dostałyby żadnych prezentów – mówi Monika Świetlik, która w akcji bierze udział po raz piąty. – Zadaniem Mikołaja jest pojawienie się na Bednarskiej, wybranie obszaru Warszawy i liczby rodzin, które zdoła odwiedzić, a następnie zapakowanie paczek do samochodu i ruszenie w miasto! Wszystko jest świetnie zorganizowane, komputerowa baza adresów (od lat uzupełniana i weryfikowana, przy pomocy bazy Opieki Społecznej, zgłoszeń sąsiadów, itp.) ze wskazówkami ile dzieci w jakim wieku jest w danej rodzinie. Paczki są oznaczone kolorowymi wstążkami sygnalizującymi płeć i wiek dzieci. Na wydruku z adresami znajduje się też skala od 1 do 5, przy pomocy której wolontariusze określają, jak bardzo pomoc była potrzebna. Niestety zwykle zaznacza się najwyższy stopień czyli 5 – wyjaśnia Monika. W kolejnym roku akcja nabrała tempa. Do patronów medialnych dołączyła stacja telewizja TVN Warszawa, zwiększyła się liczba firm wpłacających darowizny i liczba szkół chętnych do zbierania prezentów. – Były kolejne zarwane noce przed samymi Świętami. Kolejne eskapady do sklepów. Były kolejne tysiące paczek do rozwożenia po Warszawie. – wspomina Maciek. – Zazwyczaj chętnych do bycia Mikołajem nie brakuje. Zadanie jest o tyle „proste”, że paczki są już przygotowane i jednym „wysiłkiem” jest odwiedzenie potrzebujących rodzin. Oczywiście, raz na jakiś czas, zdarza się błąd w adresie lub rodzina, która „nie jest, aż tak potrzebująca” (co brzmi może strasznie, ale tak czasem jest). Widać to, po reakcjach zarówno rodziców, jak i samych dzieci. Odwiedzinom zawsze towarzyszy wzruszenie i refleksja nad losem innych ludzi, o których zwykle się nie pamięta. Większość rodziców jest zaskoczona, pojawieniem się w drzwiach obcych osób w czapkach świętego Mikołaja, chcących coś podarować ich dzieciom. Ta akcja ma w sobie coś magicznego. Coś co przyciąga tych samych Mikołajów od lat. Nie chodzi tu wyłącznie o społeczny obowiązek. Dla mnie jest to tradycja, bez której nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia. Mam jednak nadzieję, że kiedyś Ekipa św. Mikołaja nie będzie potrzebna – mówi św. Mikołaj Monika. Jeśli chcielibyście włączyć się do akcji i razem ze mną być w tym roku św. Mikołajem, dajcie mi proszę znać.

3 Autor: Joanna Faryna


Pan Marek Klimczak, niezwykły wolontariusz – Nazywam się Marek Klimczak. Jestem wolontariuszem, w Powstaniu ocalałem dzięki matce. Będę was dzisiaj oprowadzał po Muzeum – powiedział nasz przewodnik. Jago opowieści były niezwykłe, przerywał je tylko pospieszaniem nas, bo nie zawsze byliśmy w stanie dotrzymać mu kroku. Pan Marek do pracy w Muzeum Powstania Warszawskiego zgłosił się zaraz po tym, jak dowiedział się, że ma ono powstać. Tą tematyką interesował się całe życie, wybór był więc naturalny. Do Muzeum przyłączył się jako wolontariusz, chce oprowadzać wycieczki tak długo, jak długo mu sił wystarczy. Sami na własnej skórze i stopach przekonaliśmy się, że ma ich jeszcze dużo! Zwiedzanie rozpoczęło się na zewnątrz. Tego dnia spadł pierwszy śnieg. Nasza grupa próbowała ignorować zimno, jednak było to trudne i szybko mieliśmy ochotę wracać do środka. Pan Marek, w dość cienkiej kurtce i bez rękawiczek, zdawał się nie zauważać naszego szczękania zębami i donośnym głosem opowiadał nam m.in. o tablicy z nazwiskami poległych. Gdy doszliśmy do murali powiedział: – Moje pokolenie to Beatlesi. Może wy to lepiej rozumiecie? Po Muzeum poruszał się swobodnie, witał się uprzejmie z pracownikami i wolontariuszami. Gdy mali chłopcy biegali i hałasowali, nagle przerwał wykład i zwrócił im uwagę. Jego znajomość Muzeum i tematyki Powstania była niezwykła. Wiedział, co trzeba zmienić, poprawić w ekspozycji. Opowiadał nam szczegóły i detale, o których większość z nas nie miała pojęcia. Przy książce telefonicznej z 1939 roku powiedział: – Już miałem taką kupić! Licytowałem się przez Internet, ale gdy cena dobiła do 4 tys. zł. spasowałem! Odnoszę wrażenie, że Pan Marek podzielił się z nami zaledwie malutkim wycinkiem swojej wiedzy. Zwiedzanie z nim było niezwykłą lekcją i ogromną przyjemnością. Może się wydawać, że osoba, która brała w Powstaniu czynny udział, nie będzie obiektywnym sprawozdawcą. Jej opowieść pełna będzie emocji... Ale w tym wypadku było inaczej. Choć Pan Marek Klimczak często mówił, o wydarzeniach, które go bezpośrednio dotyczyły, zachował się jak profesjonalista. Z niecierpliwością czekamy na następne zwiedzanie z Panem!

4 Autor: Joanna Faryna


ŚPIEWANKI

Zimny piątkowy wieczór. Kawiarnia „Jaś i Małgosia”, która przypomina mi o wiośnie na pierwszym roku studiów i z pewnością jest jednym z nielicznych miejsc w Warszawie, z których PRL nie wyszedł i nie wyjdzie nigdy. Ciasno było już na godzinę przed rozpoczęciem koncertu. Gdy w końcu wybiła 20 miałam wrażenie, że do sali nie jest w stanie wejść ani jedna osoba więcej. I tak faktycznie było! Miłośnicy Starszych Panów stanęli więc w przedsionku... i na zewnątrz... przecierali szyby zazdroszcząc tym, którzy przezornie przyszli trochę wcześniej. W tłumie były: starsze, dystyngowane panie; panowie z muszkami; rodzice z dziećmi; i młodzież, dużo młodzieży. Zgromadzili się, by wspólnie pośpiewać piosenki z Kabaretu, gdyż jak powszechnie wiadomo „piosenka jest dobra na wszystko”. Nad utrzymaniem odpowiedniej tonacji czuwały panie z zespołu „Kalorynki”, które zainspirowane twórczością Przybory i Wasowskiego chętnie wtórowały zebranym i prezentowały swoje aranżacje znanych szlagierów. Teksty piosenek wyświetlane były na telebimach, goście otrzymali także śpiewniczki, nie było więc wymówek związanych z nieznajomością tekstów. Zresztą usprawiedliwienia nie były nikomu potrzebne, bo jak już ktoś znalazł się w środku i poczuł atmosferę wieczoru, nie mógł przestać śpiewać. W spotkaniu uczestniczyli również goście specjalni – potomkowie założycieli Kabaretu - Grzegorz Wasowski z matką i Kot Przybora z rodziną. Dołączyli do zabawy i wspomagali wokalnie „Kolorynki”, i uczestników Śpiewanek. W czasie koncertu w gościach zachodziła magiczna przemiana - niezależnie od tego z jakim humorem przyszli, wychodzili z uśmiechem na twarzy, śpiewając pod nosem: I będzie weselej, i będzie weselej, W najbliższą sobotę, no może w niedzielę...

5 Autor: Magda Fijołek


Tęsknota za elegancją- Kabaret Starszych Panów Kabaret Starszych Panów powstał po wojnie w Warszawie. Jego założycielami byli dwaj dżentelmeni w pełnym znaczeniu tego słowa – Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski. Należeli do gatunku, który wraz z początkiem komunizmu miał odejść do lamusa, jako przestarzały i burżuazyjny. Zaczynał się socrealizm i elegancka, przedwojenna kultura przestała być mile widziana. Lepiej i bezpieczniej było wychwalać przodowników pracy, niż zajmować się staromodną tematyką królującą w tekstach Jeremiego Przybory. Jednak mimo przeciwności Kabaret Starszych Panów zyskał ogromną popularność i świetnie prosperował. Nazwano go nawet najszczerszym uśmiechem stalinizmu. Powstał on z tęsknoty za elegancją. Przybora i Wasowski pochodzili z przedwojennych elit i nie pasowali do realiów komunistycznych. Dlatego zamiast się przystosować do nowej, szarej rzeczywistości postanowili promować to, w czym się wychowali – wartości estetyczne kultury przedwojennej. Obaj byli po czterdziestce, ubrali się jednak stroje z młodości swoich ojców, wzięli do rąk eleganckie laseczki, założyli meloniki i nazwali się Starszymi Panami. Przyjaciółka Przybory – Magda Umer scharakteryzowała stosunek obu artystów do spraw ustrojowych w następujący sposób: W Kabarecie Starszych Panów niby nie mówiło się o polityce, a jednak nikt tak dowcipnie nie podsumowywał paranoi poprzedniego systemu jak Jeremi, pisząc na przykład "Kino nieczynne - ekran w pralni" albo "Załamałem się dopiero w kolejce po jajka, kiedy kazano mi przynieść własne skorupki". Teksty Przybory i muzyka Wasowskiego były przeznaczone dla osób wykształconych, które potrafiły zrozumieć delikatne aluzje, grę słów i subtelny dowcip. Przypominały przedwojenne wartości i walczyły zachowanie dawnej elegancji w życiu codziennym. Tematyka utworów była różnorodna – najczęściej pojawiał się w nich motyw miłości, dowcipna charakterystyka natury ludzkiej, czasem także aluzje do ówczesnej rzeczywistości. Wszystkie tematy były odbite w krzywym zwierciadle, ukryte pod nieco barokową formą tekstu, udekorowane muzyką. Piosenki łączono w kolejne „Wieczory” – przedstawienia kabaretowe, z których każde miało inną ale zawsze lekko groteskową fabułę. Wyrażenia pochodzące z piosenek Starszych Panów weszły do powszechnego użycia – „Ostatni naiwni”, „tanie dranie”, „nieznani sprawcy” – mówimy tak od czasu do czasu nie wiedząc nawet, kto jest autorem tych powiedzonek. Starsi Panowie już dawno odeszli, jednak ich teksty nie straciły na uniwersalności – do dziś śmieszą i poruszają. Inteligentny i elegancki dowcip kontrastuje z tym, co prezentują dzisiejsze kabarety. Warto pamiętać o Przyborze i Wasowskim, ponieważ byli jednymi z ostatnich prawdziwych dżentelmenów. A oglądanie ich „Wieczorów” może być ucieczką od codziennej, nudnej rzeczywistości... czyli dokładnie tym, czym było 50 lat temu.

6 Autor: Marysia Ciostek


Warsztaty kulinarne Festiwal "Niewinni Czarodzieje" był okazją, do spotkania się z kulturą, którą jedni pamiętają z lat swojego dzieciństwa czy młodości, a inni znają z opowieści i wspomnień rodziców. Warsztaty kulinarne, zorganizowane jako jedna z atrakcji festiwalu, były przeznaczone właśnie dla tych ostatnich. Dzieci małe i duże mogły przyjść 21 listopada do pamiętającej tamte czasy kawiarni "Jaś i Małgosia" i przekonać się o tym, że niezależnie od pogody ze Starszymi Panami nudzić się nie sposób. Skąd pomysł na wspólne gotowanie? Ostatnio – owszem – jest to bardzo popularna rozrywka, jednak tym razem pichcenie miało drugie dno... Nie przypadkowo dzieciaki przygotowały krem sułtański i wuzetkę... Te smakołyki miały im uświadomić, a ich rodzicom przypomnieć, że życie w powojennej Warszawy miało wiele pozytywnych stron, do których warto wracać. Historia to nie tylko polityka, to również sytuacje opisane w piosenkach „W kawiarence Sułtan” i ”Herbatka”. Dzięki klimatowi miejsca i świetnej organizacji – dzieci bawiły się w dwóch grupach wiekowych – zarówno maluchy jak i nastolatki doskonale się czuli. Nad mieszaniem, miksowaniem, tłuczeniem i pieczeniem czuwał Paweł Loroch – autor książek o tematyce kulinarnej. Młodzież pracowała, a on w tym czasie opowiadał jej barwne historie i anegdoty przybliżające historię i kulturę, którą do tej pory znała tylko z książek. Gdy desery były gotowe, każdy mógł zasmakować życia stolicy sprzed kilkudziesięciu lat. Wolontariusze z Muzeum Powstania również mieli swój udział w tym słodkim wydarzeniu. Zapewniali dzieciom opiekę, częstowali zapiekankami i pomagali, kiedy orzechy "nie chciały" się tłuc, a mikser przestał współpracować. Dla nich to również była doskonała zabawa! Obudziły się w nich wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to zaglądali ukradkiem do kuchni, zwabieni zapachem ciasta pieczonego przez mamę. Po warsztatach zgodnie stwierdzili, że słodkości przygotowane przez najmłodszych w niczym nie ustępowały tym, które pamiętali sprzed lat. Wszystkim smakowało i każdy, nawet jeśli na co dzień z kuchnią nie jest za pan brat, nauczył się czegoś pożytecznego. Nic dziwnego! Przecież nad uczestnikami unosił się duch Niewinnych Czarodziejów - Starszych Panów, którzy przed laty śpiewali właśnie tak: Gdy kiedyś przy księżycu iść będziesz tą ulicą – gdzie kawiarenka „Sułtan” – wstąp choć na chwili pół tam.

7 Autor: Katarzyna Sulicka


Oby następna Wigilia była już w wolnej Polsce – Wigilia 1944 roku, którą przyszło nam spędzić wśród wielu życzliwych ludzi, ale z dala od Warszawy, przypadała w niedzielę i w takim przypadku, według fachowców od spraw świętych, niedziela „znosi post” i w tym dniu można spożywać nawet mięso – wspomina Hanna Zborowska z Kobuszewskich. Rodzina Kobuszewskich musiała opuścić Warszawę po Powstaniu. Po wielu perypetiach znaleźli się w końcu razem, we wsi Krzcięcice koło Kielc. Razem, tzn. rodzice – Edward i Alina, siostra Janina, ich troje dzieci – Marysia, Hania i Jaś. Mieszkali w jeden izbie w miejscowym kościele. Proboszcz – ks. Karol Mateja, codziennie przysłuchiwał się śpiewom dochodzącym zza ściany i w końcu postanowił zachęcić dziewczynki do uczestnictwa w próbach chóru. Zaprosił też wszystkich Warszawiaków, którzy znaleźli się w tej wsi, na mięsną Wigilię. Kobuszewscy postanowili dzień wcześniej urządzić własną, tylko w gronie rodzinnym. Edward wyciął w pobliskim lasku małą choinkę. Ustawili ją w kącie izby i przybrali białymi papierkami i wiórkami. Na choince zapłonęły też cztery świeczki – wszystkie jakie mieli. – Biedna była ta nasza choinka, nie lśniła cackami, nie pyszniła się gwiazdkami i bombkami. Była skromna, ale oryginalna. Zwyczajne dania na stole przypominały o tym, że nasz los się odmienił. Był barszczyk, kluski z makiem, obowiązkowy chrzan. Ale przede wszystkim wspaniały, wiejski chleb. Siedzieliśmy tak nad blaszanymi talerzami i cieszyliśmy się tym, że jesteśmy razem, że nikogo w tym rodzinnym dniu nie zabrakło. Życzenia, jakie składaliśmy sobie pod choinką, łamiąc się opłatkiem, były takie, jak w poprzednich okupacyjnych latach. „Oby następna Wigilia była już w wolnej Polsce” – napisała na kartach „Humoru w genach” Hanna Zborowska z Kobuszewskich. Po kolacji śpiewano kolędy. – Zapewne każdy z nas wracał Myślami do świetnych, minionych wigilii, z białym obrusem, dwunastoma daniami, choinką do sufitu i podarunkami. Ale nikt, ani słowem nie wspomniał o tym co było – dodała Zborowska. Następnego dnia rano dziewczynki miały występ chóru, a wieczorem razem z innymi Warszawiakami usiedli wszyscy do wigilijnej kolacji. Stoły w parafii ustawione były w podkowę, nakryte elegancko, a przed każdym nakryciem płonęła świeczka ustawiona na świerkowej gałązce. Przy jednym z nich usiedli wygnańcy z Warszawy, niepewni jutra, ale pełni nadziei. 25 grudnia, w dzień świętego Szczepana, dziewczynki znowu miały śpiewać w kościele. Stojąc na chórze i obserwując wiernych z lotu ptaka, zauważyły coś przedziwnego. Każdy przyniósł ze sobą papierową torbę. – Będzie długa Msza – szepnęła Marysia do Hani. – Każdy ma ze sobą wałówę. Zobacz! Gdy nadeszła kolej na odśpiewania kolędy tak zwanej strażackiej, „Bracia, patrzcie jeno! Jak niebo goreje…” – huknęły basy. Wtedy, na umówiony znak, wierni zaczęli czerpać ze swoich toreb groch! Lewa strona rzucała w prawą, prawa w lewą i z góry chóru na dół. Po tym jak towarzystwo się nieco uspokoiło, ktoś wyjaśnił dziewczynkom, że to regionalny zwyczaj utrzymywany na pamiątkę ukamienowania świętego Szczepana. Autorka „Humoru w genach”, siostra Jana Kobuszewskiego, matka Wiktora Zborowskiego pisze: – Tak więc, pamięć o śmierci męczennika Kościoła przetrwała aż do XX wieku, z tym tylko, że zmieniła jego ból w śmiech wiernych. Nie ma bowiem nic prostszego, jak znosić cudze cierpienie, tym bardziej gdy należy do odległej przeszłości…

8 Autor: Joanna Faryna


Redakcja:

Łukasz Zakrzewski Marysia Ciostek Magda Fijołek Joanna Faryna Katarzyna Sulicka

Grafika:

Grzegorz Kamiński

Skład:

Grzegorz Kamiński

Newsletter Wolontariuszy Muzeum Powstania Warszawskiego  

Drodzy Wolontariusze, oddajemy w Wasze ręce pierwszetkiy numer naszej wewnętrznej Gazetki:) Zachęcamy czytania! Mamy też dla Was zadanie - p...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you