Page 1

M I E S I Ę C Z N I K B E Z P Ł AT N Y

Nr 2 (9) LUTY 2017

SPORT

Mistrz

Adamski NASZ ARTYSTA

Natalia Czarnecka-Diling

Naturalnie BIZNES

Księgarnia Neptun

Jest w czym wybierać

Marina

NIKORIUK Bach i grządki


Wielka

reforma

Gdybym był ministrem spraw atmosferycznych, dokonałbym wielkiej reformy kalendarza i pogody. Przewróciłbym je do góry nogami, zrewidował wzdłuż i wszerz. W głąb i na boki. Pierwsza decyzja – nie bacząc na społeczne zapotrzebowanie – redukcja zimy do minimum. Góra tydzień, choć to i tak za dużo. I raczej z myślą o dzieciach. Niech mają swoje sanki i bałwany. Moja zima byłaby w grudniu. W okolicy świąt. Od stycznia jesień. Dałbym jej miesiąc, ale nakazałbym być nieustająco złotą i naturalnie polską. Deszcz padałby jedynie nocą. Ale pod jednym warunkiem. Rano ma już być sucho. Zarzuciłbym podział na wiosnę i lato. Obie pory roku uwielbiam jednakowo, więc po co komplikować sprawę. „Wiolato” trwałoby, w myśl powyższych ustaleń, ponad dziesięć miesięcy. Minimalna temperatura – 20 stopni. Słońce od rana do wieczora. Bez przerwy. Na szczęście są takie sfery, gdzie ministerskie wpływy nie sięgają. Więc choć mam dość szarości, choć czekam na słońce bardziej niż na cokolwiek innego, jest dobrze. Wiosna przyjdzie. Już za chwilę.

Michał Taciak Redaktor naczelny

MIESIĘCZNIK BEZPŁATNY Wydawnictwo Wyspy redakcja@magazynwyspy.pl www.magazynwyspy.pl +48 515 103 207 Redaktor naczelny Michał Taciak Skład Blauge - Robert Monkosa

Dział foto Karolina Gajcy, Robert Monkosa, Agnieszka Żychska Felietoniści Maja Piórska, Marek Kolenda, Bartek Wutke Współpraca Magdalena Monkosa, Karolina Leszczyńska, Renata Kasica, Katarzyna Baranowska, Karolina Markiewicz, Agata Butkiewicz-Shafik, Józef Pluciński, Tomasz Sudoł, Artur Kubasik

Wydawca Wydawnictwo Wyspy S.C. ul. Markiewicza 24/5, 72-600 Świnoujście Reklama Kamil Pyclik +48 721 451 721 reklama@magazynwyspy.pl Druk Drukarnia KAdruk S.C.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów w nadesłanych artykułach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

4

MAGAZYN


Luty 6 34 54 8

FELIETON Marek Kolenda. Świnoujście od morza do morza Bartek Wutke. Kibica los Maja Piórska. Bajkowy pejzaż NASZA OKŁADKA Marina Nikoriuk. Bach i grządki

16

FINANSE Polak mądry przed szkodą, czyli ubezpiecz się

18

NIERUCHOMOŚCI Powinność właściciela

20

RYNEK PRACY Twój partner w rekrutacji

22

ZDROWIE Detektyw w kitlu

24

PSYCHOLOGIA Związki służą do rozwoju

28

MOTORYZACJA Nowe Renault SCÉNIC. Najbardziej rodzinne auto

33

TECHNOLOGIA Czysta przyjemność Fotobudka. Zwariowane zdjęcia

36

SPORT Mistrz Adamski

40

NASZ ARTYSTA Natalia Czarnecka-Diling. Naturalnie

32

44 46 50

52

56

NATURA W krainie jeleni

64

KULINARIA Na dobry początek Połączenie nie może być zrealizowane

68

DIETA C jak witamina

70

KULINARNE ŚWINOUJŚCIE Karczma Polska Pod Kogutem. Niczym na plaży

72

BIZNES PO ŚWINOUJSKU Księgarnia Neptun. Jest w czym wybierać

58

78 80

8

36

KULTURA Przerazić widza Pobliże Spotkania MIASTO Logos dla Maksa Dzieła własnych rąk

52

2017

STARE ŚWINOUJŚCIE Miłość i hipoteka Bliżej morza

40

72 MAGAZYN

5


ŚWINOUJŚCIE

od morza do morza Miasto me widzę ogromne… A ściślej mówiąc, aktualnie dziewiąte pod względem powierzchni wśród wszystkich 923 grodów w kraju. Oczywiście jest to głównie obszar niezabudowany, a w sporej części zamieszkany wyłącznie przez dziki albo ryby, ale na przykład takie Katowice, Kielce, Toruń, Rzeszów czy Lublin mamy za plecami. I powiadam Wam, to dopiero początek wyspiarskiej ekspansji! TEKST MAREK KOLENDA ILUSTRACJA TOMASZ SUDOŁ

O

statnio w kręgach władzy i mediach sporo się dyskutuje o powiększeniu Warszawy. Tymczasem na wyspach ludzie nie gadają po próżnicy, tylko po cichutku, bez rozgłosu, z małą pomocą natury robią swoje. A to Karsibór wraca na łono miasta jak ten syn marnotrawny, któremu zachciało się sołectwa, a teraz (samo)rządzi na dzielnicy. A to Bałtyk trochę piachu zwędzi w Międzyzdrojach czy innym Niechorzu i podrzuci u nas. Pół metra, metr albo od razu dwadzieścia. Praca to żmudna i ciężka, bo potem część piasku z wysp wyjeżdża w workach i woreczkach, ale i tak Świnoujścia konsekwentnie przybywa. A jeśli jeszcze pod wpływem globalnego ocieplenia obniży się stan wody i z morskiej toni wynurzą się kolejne wyspy? Czterdziesta piąta? Pięćdziesiąta? Już widzę oczami duszy Archipelag Świnoujście aż po horyzont! Oczywiście są i tacy, którzy zaraz powiedzą, że po stopieniu się lodowców woda się prędzej podniesie i nas podtopi, ale to głosy płynące głównie z Warszawy… À propos Międzyzdrojów. Był taki czas, dokładnie w latach 1972-84, gdy nasz główny konkurent do miana perły Bałtyku stanowił zaledwie przedmieście Świnoujścia. Według

6

MAGAZYN

niepotwierdzonej plotki nasze miasto zajmowało wówczas drugie miejsce co do wielkości zajmowanego obszaru w Polsce. Zaraz po Warszawie oczywiście. Wiadomość to niepotwierdzona, ponieważ nie znalazłem nic na ten temat w zasobach internetu. A może powinienem raczej zapytać nowego współpracownika redakcji „Wysp” dr. Plucińskiego, który o Świnoujściu zdążył więcej zapomnieć niż internet kiedykolwiek wiedział? Ogólnie to Warszawa tak jakoś niespecjalnie prosto spogląda na nasze wyspy. Mami od lat tunelem, albo kończy drogę szybkiego ruchu S3 Świnoujście – Lubawka kilkadziesiąt kilometrów od… Świnoujścia. Podobno ma się to wkrótce zmienić, ale póki nie zobaczę na własne oczy i nie przejdę suchą stopą przez kanał, nie uwierzę. Chodzą też niepokojące słuchy, że centrala dybie na nasze grube miliony z Gazoportu i knuje, jak tu zmienić prawo, by popłynęły do Warszawy. Niedoczekanie! I przykład z innej beczki – pamiętacie jeszcze Karuzelę Cooltury? Jak tylko okazała się znaczącym wydarzeniem kulturalnym i sukcesem organizatorów, zaraz nam ją zabrali do stolicy. I już nie oddali. Co innego Międzyzdroje. Przykłado-

wo w takim TVN pogoda i temperatura podawane są na mapie tylko dla dawnych przedmieść Świnoujścia. Na przekór rankingom popularności wśród turystów i wczasowiczów, którzy od lat wskazują nasze miasto i odwiedzają w liczbie ponad dwóch milionów rocznie. Halo, TVN! Chyba warto ich poinformować, jaka będzie pogoda w centrum, a nie na peryferiach? Gorzej niż Świnoujście Warszawa traktuje chyba tylko Szczecin. Dla centrali Szczecin to jakby dziki zachód z ekranizacji powieści Karola Maya. Też wszyscy gadają po niemiecku. A ogólnie daleko i gdzieś pod Berlinem. Do tego jeszcze nad morzem… Pamiętam, jak w młodzieńczych latach na peronie Dworca Głównego w Szczecinie autentycznie zaczepiła mnie podekscytowana grupa kolonistów śląskich z zapytaniem, którędy nad morze. – Kierujcie się na północ krajanie w szarawych podkoszulkach – odrzekłem uprzejmie. – Łukiem wzdłuż zalewu będzie ze 116 kilometrów. Popatrzyli na mnie z niedowierzaniem. Albo jak na idiotę. Gdyby tylko wiedzieli, że od zawsze mam problem z ustaleniem, który Śląsk jest Górny, a który Dolny, ich spojrzenia pewnie by zabiły. Co ciekawe, to powszechne ponoć w naszym kraju przekonanie,


WYSPY SZCZĘŚLIWE

felieton

że Szczecin leży nad morzem, bywa silne również w samym Szczecinie. Na przykład w Akademii Morskiej… Skoro jednak gród Gryfa czuje się miastem morskim pełną gębą, łącznie z obchodami Dni Morza, a na Śląsku i w stolicy jest nawet miastem nadmorskim, to by znaczyło, że na południe od Świnoujścia rozciąga się jakieś nieoznaczone na mapach morze. I dlatego śmiało możemy zakrzyknąć: „Niech nam rośnie Świnoujście od morza do morza!”. I jak w latach swojej największej terytorialnej potęgi goni w tym względzie uciekającą Warszawę. Bo tak jak miasto stołeczne traktuje Szczecin, tak Szczecin traktuje Świnoujście. Zdaniem ludzi morza z czterdziestu czterech wysp najlepiej to widać na przykładzie portu i stoczni oraz przy podziale łupów. A przecież każdy wyspiarz wie, że port w Szczecinie to szuwarowo-bagienny dodatek do portu świnoujskiego i wpływają tam tylko płaskodenne kajaki. A Świnoujście poradziłoby sobie doskonale samodzielnie. Podobnie jak stoczniowcy z dawnej MSR bez Gryfii. W stolicy województwa widzą to jednak zupełnie inaczej. A my czujemy się niedowartościowani. I pewnie dlatego tak jak w grodzie Gryfa widzą Świnoujście, tak my patrzymy na Międzyzdroje.

MAGAZYN

7


nasza okładka

8

MAGAZYN

MARINA NIKORIUK


BACH i grządki Szkoła podstawowa w ukraińskich Czerniowcach, liceum w Świnoujściu, studia w Poznaniu. I znów Świnoujście. Bez względu na to, gdzie się akurat znajdowała, wszędzie towarzyszyła jej muzyka. I towarzyszy dotąd. Rozmawiamy ze śpiewaczką i pedagożką Mariną Nikoriuk

Podobno śpiewasz od momentu, w którym nauczyłaś się mówić. Organicznie. Podobno. Moja pamięć aż tak daleko nie sięga. Inni pewnie pamiętają to lepiej niż ja sama. Ale rzeczywiście śpiew pojawił się u mnie bardzo, bardzo wcześnie. Co zabawne, najchętniej śpiewałam w jakimś środku lokomocji. Autobus, trolejbus… To tam uruchamiała się moja „wewnętrzna śpiewaczka”.

Umilałaś podróż pasażerom. Nie jestem pewna… Bo to nie było cichutkie podśpiewywanie pod nosem. Tylko z całą mocą, pełnym głosem.

Co śpiewała w autobusach twoja wewnętrzna śpiewaczka? ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY makijaż Agata Butkiewicz-Shafik fryzura Karolina Bagińska

Zazwyczaj były to piosenki zasłyszane w radiu. Śpiewałam je zresztą nie tylko w autobusach.

Czyli etap z dezodorantem i lustrem pewnie też przeszłaś? Oczywiście! Dezodorant to był niezbędnik każdej przyszłej piosenkarki. Śpiewaczki, jak widać, też (śmiech).

Pamiętasz te radiowe przeboje, które z takim zacięciem wtedy śpiewałaś? Miałaś jakieś idolki? Bardziej Madonna czy Maria Callas? Ałła Pugaczowa, Bielyje rozy i inne historie z upadającego powoli Związku Radzieckiego. Teraz się z tych piosenek bardziej śmieję niż je hołubię. Madonna to już znacznie wyższa półka. Ale to tak między nami (śmiech).

MAGAZYN

9


więc być przynajmniej równie dobra jak uczniowie szkoły średniej.

Spora presja dla małej dziewczynki. To prawda. Z drugiej strony, byłam dzieckiem ambitnym. Z tych, dla których zwyczajna prośba już stanowi zobowiązanie. Tak też postrzegałam wówczas naukę.

Dziecko miewa kryzysy? Jasne. Przychodziły momenty, gdy miałam już dość. Codziennie długie godziny spędzone przy fortepianie. Po takim czasie dziecko chciałoby robić coś innego.

Pograć w gumę. Pewnie, bawić się, po prostu. A tu – lekcje do odrobienia. Podwórko to było ostatnie miejsce, dokąd mogłam pójść. Pamiętam, że mama zabierała mnie na każdy koncert do filharmonii. Wszystkie te symfonie, koncerty dla solo z orkiestrą usypiały mnie początkowo, choć zawsze był to powód, żeby odpocząć i nie odrabiać lekcji (śmiech).

Żałujesz? Już nie. Ten rygor okazał się w przyszłości przydatny. Śpiewak bardzo potrzebuje dyscypliny. Choć muszę przyznać, że tę szkołę ukończyłam z nastawieniem: nigdy więcej muzyki!

To był czas, gdy przyjechaliście do Polski, do Świnoujścia. Uwielbiam Madonnę! Ja tak naprawdę też (śmiech).

Podstawowa szkoła muzyczna była naturalną konsekwencją twoich zainteresowań. Powiedziałaś kiedyś, że była to szkoła wyjątkowo niełatwa. Dlaczego? Po pierwsze, była ona niełatwa dla dziecka. Bardzo wymagająca, o podwyższonych standardach nauczania muzyki. Nauka trwała siedem intensywnych lat, podczas których właściwie zrobiłam dwie

10

MAGAZYN

szkoły. Ukończenie jej było praktycznie ukończeniem również szkoły średniej.

Ile miałaś lat, gdy rozpoczynałaś naukę? Pięć lub sześć, licząc od klasy zerówkowej. Ogrom obowiązków bywał przytłaczający. Dodatkowo, trafiłam do klasy nauczycielki, która uczyła również moją mamę. Ta pani pracowała wyłącznie z uczniami liceum muzycznego, a ja byłam, można powiedzieć, eksperymentem. Musiałam

Tak. A pianino okazało się dla mnie zbawienne. Po przeprowadzce nie miałam tu znajomych, z którymi mogłabym się spotykać. A że jestem towarzyską osobą, musiałam jakoś tę pustkę wypełnić. Siadałam więc i grałam, grałam, grałam… Pokochałam to.

Miłość po latach. Tak właśnie się stało. Spóźnione uczucie.

A śpiew? Co z tym uczuciem? Śpiewanie zeszło na drugi plan i trochę czasu na tym drugim planie


MARINA NIKORIUK

spędziło. Nie zapomniałam jednak o nim, ale stale musiałam się o to upominać. Moja mama – wówczas teoretyczka muzyki, a dopiero później pianistka – miała nie najlepszą opinię o zawodzie śpiewaka. Teoretycy często go nie doceniają. Poza tym, śpiewacy mają niełatwy żywot na rynku pracy. Mama próbowała mnie delikatnie od tego odwieść. Obawiała się, czy się odnajdę w tym trudnym świecie, czy sobie poradzę.

Jak to mama. Prawda. Jednak śpiew upominał się o swoje coraz głośniej. Potrzeba tego rodzaju ekspresji rosła, była nie do zatrzymania. Przez nic i nikogo.

Nawet przez mamę teoretyczkę. Jeśli ktoś czegoś bardzo chce, nie ma takiej siły, która mogłaby temu przeciwdziałać. Zresztą mama mimo wszystko doskonale to rozumiała. Sama nie mogłaby żyć bez muzyki. W naszym domu, jeszcze na Ukrainie, zawsze było jej pełno. Mieliśmy „obiadki czwartkowe”, na które przychodzili znajomi muzycy. Była muzyka na żywo, było słuchanie płyt, analizowanie, wymiana refleksji. Wtedy jednak mama na pewno wolała, żeby ona była moim hobby, pięknym hobby, ale nie sposobem na życie.

Ta twórcza atmosfera z pewnością ciebie nie zniechęcała. Zdecydowanie. Wychowywałam się w otoczeniu dzieci kilku wybitnych muzyków – teoretyków, kompozytorów, instrumentalistów. Niektórzy zostali profesorami na wyższych uczelniach, inni wydają książki, piszą muzykę do filmów. Wszyscy rozjechali się po świecie, ale zostawili jakąś cząstkę swojej pasji w sercu. Ten artystyczny „osad” zrobił swoje. Zamiast przyhamować moje zapędy, mocno popchnął je do przodu.

Twoje śpiewacze początki? Mam na myśli te poważniejsze, nie te z komunikacji miejskiej. Zaczynałam w chórze, jeszcze

w szkole muzycznej. Jedna z nauczycielek zauważyła wówczas, że śpiewam trochę lepiej niż inni, że mam potencjał. Dostawałam coraz więcej solówek, do których przygotowywałam się na odrębnych lekcjach. To były moje pierwsze lekcje klasycznego śpiewu.

Zapytam jako laik – czy śpiew klasyczny i śpiew operowy to synonimy? W zasadzie tak. Przy czym ludzie „z branży” wolą to rozgraniczać. Śpiew operowy – pojęcie opery jako takiej – od razu kojarzy się z pewnymi nazwiskami, jak Verdi czy Puccini. Bach na przykład to już nie jest opera.

Przeglądam się w moich uczniach. Widzę błędy i niedoskonałości – u nich, ale i u siebie. Naprawiam je i doskonalę się sama Ale i Verdiego, i Bacha śpiewa się w sposób operowy. Dobrze to rozumiem? Nie, niedobrze (śmiech). Szkoda właśnie, że to wszystko jest wrzucane do jednego worka z napisem: opera. Emisja jest podobna, ale jeśli wejść w szczegóły, jest to zupełnie różne od siebie śpiewanie. Dlatego też obecnie śpiewacy mają swoje „specjalizacje”, najczęściej w zależności od epoki, z której muzykę wykonują. Różnicują się też ze względu na styl – czy jest to kameralistyka, na przykład jedynie z pianinem, czy wielkie formy operowe.

Tobie bliżej do kameralistyki. Tak. Z kilku powodów. Na pewno w tym kierunku prowadzi mnie moja wrażliwość. Nie wszystkie opery wywołują u mnie tak silne

nasza okładka

emocje jak utwory kameralne. Jest też aspekt pragmatyczny. To niewątpliwie wygodne w sytuacji, gdy w pobliżu nie ma żadnej orkiestry czy teatru.

No i masz możliwość występowania z mamą. Tak, często występujemy w duecie. Doskonale się rozumiemy. I w życiu, i w muzyce. Mam nadzieję, że to słychać…

Dyplom śpiewaczki operowej zdobyłaś na poznańskiej Akademii Muzycznej. Jednym z etapów był między innymi egzamin aktorski. Wielebni Mrożka. Kim byłaś? Ciotką Różą.

To aktorstwo drzemie gdzieś w tobie jeszcze? Czasami się ujawnia ono na scenie. Niekiedy słyszę, że przyjemnie się na mnie patrzy, gdy śpiewam. To miłe. Ale aktorką z pewnością się nie czuję.

Część teoretyczną dyplomu, pracę magisterską, poświęciłaś motywom ludowym w rosyjskiej muzyce wokalnej XX wieku. To była bardzo piękna przygoda, jeśli tak można nazwać pisanie pracy magisterskiej. Temat wybrałam sobie sama, ponieważ uwielbiam folklor jako zjawisko, które kształtowało sztukę. Sztukę w znaczeniu szerokim. Korzenie są dla mnie niezwykle istotne. I przyznam, że nie rozumiem ludzi, którzy interesują się czymś, jakimkolwiek zagadnieniem związanym ze sztuką, i nie sięgają do korzeni… A one wszystkie prowadzą do folkloru.

Pieśni, o których pisałaś, odkryłaś przypadkiem w bibliotece. Okazały się być dla ciebie olśnieniem. O, tak! Nieprawdopodobne, wspaniałe odkrycie. Co więcej, później odkryłam, że pieśni te były wykonywane na świecie zaledwie trzy razy! Niesłychane… Praca nad tą muzyką to była ogromna, czysta przyjemność.

MAGAZYN

11


nasza okładka

MARINA NIKORIUK

Po studiach wróciłaś do Świnoujścia. To dobre miasto dla śpiewaczki? Wiele razy słyszałam to pytanie. I za każdym razem odpowiadam, że to miejsce znakomite, nie tylko dla artysty (śmiech). Ale oczywiście, jak każdy śpiewak tuż po studiach, początkowo poszukiwałam pracy w różnych miastach, w całej Polsce.

Sytuacja śpiewaków na rynku pracy nie jest chyba najlepsza. Niestety to prawda. O angaż w teatrze jest niezmiernie trudno. Jeszcze na studiach miałam możliwość występowania w poznańskim Teatrze Wielkim w chórze, dostawałam też niewielkie role. Pewnie były perspektywy na role duże, ważne, ale ja wtedy byłam jeszcze zbyt niepewna siebie. Ze skłonnościami do fatalistycznego spojrzenia na wszystko. Obserwując dziś, jak trzeba walczyć o role, ile wysiłku, a nierzadko przysłowiowej krwi to wymaga. Zanim zapytasz… Nie, nie żałuję, że nie poszłam w teatr.

Mama miała rację. Niepewne i niełatwe jest życie śpiewaka. Zgadza się. Taka niepewność, życie od kontraktu do kontraktu – o ile oczywiście taki się zdarzy – to nie dla mnie. Potrzebuję jednak stabilności, także finansowej. To pozwala mi się rozwijać. A praca w teatrze byłaby piękna, ale też mało wszechstronna. Pozwoliłaby mi obcować tylko z jednym, góra dwoma gatunkami muzycznymi, co przypadku mojej wrażliwości muzycznej jest bardzo dużym i niepotrzebnym ograniczeniem.

Stąd plan B, pedagogika wokalna? W zasadzie tak, plan B, ale – jak się okazało – bardzo fortunny.

No i nie wychodzisz z tematu. Wciąż jesteś w muzyce, w śpiewie. Nie wyobrażam sobie życia bez swojego zawodu. A pedagogika to doskonały sposób na to, żeby pozostawać w muzyce, rozwijać się nieustannie, a jednocześnie – co najistotniejsze –

12

MAGAZYN

dawać coś od siebie innym, przekazywać to, co już potrafię.

Nauczasz innych, ale i od nich się uczysz? Na tym to chyba powinno polegać…

Tak, ale to jednak nieczęsta postawa u pedagogów, którzy uważają, że wszystko umieją i uczyć się już nie muszą. Rzeczywiście, ale ja podchodzę do tego inaczej. Przeglądam się w moich uczniach. Widzę błędy i niedoskonałości – u nich, ale i u siebie. Naprawiam je i doskonalę się sama. Zawsze „na własnej skórze” sprawdzam najnowsze odkrycia z warsztatów lub wiadomości z forów wokalnych.

W obrębie każdego gatunku, czy będzie to opera, jazz czy techno, są rzeczy dobre i złe. To jedyny słuszny podział Potrzebujecie siebie nawzajem, ty i twoi podopieczni. Myślę, że to jedyny sposób na to, żeby zrobić coś wartościowego. On potrzebują mnie, ja potrzebuję ich, tworzy się swego rodzaju koło, które sprawia, że nam wszystkim chodzi o to samo. Wtedy można działać.

Czego próbujesz nauczyć swoich podopiecznych? Pytam o coś więcej niż technikę. Pokory, ciekawości i cierpliwości.

Tego potrzebuje śpiewak czy szerzej – wokalista? Tego potrzebuje każdy człowiek,który chce coś robić w życiu naprawdę dobrze. Pokora wobec własnego ciała to jest chyba podstawowa rzecz, jakiej potrzebuje śpiewak. Dlatego tak dobrze czuję się na zajęciach jogi. Bo w niej nie chodzi o dosko-

nałość, o perfekcję. To przychodzi, owszem, ale wraz z pokorą właśnie. Wraz z powiedzeniem sobie – tak, jestem niedoskonała, ale uczę się, podążam pewną drogą. A ta droga potrwa i muszę mieć tego świadomość…

Ta cierpliwość, o której mówiłaś… Dokładnie. Śpiew może bardzo szybko rodzić frustracje. Szczególnie u dzieci. Wszystko dlatego, że w śpiewie nasz instrument znajduje się wewnątrz. Nie widać go. Jeśli on nie stroi, to tak jakby twoje całe ciało nie stroiło, nie chciało się podporządkować rozkazowi twojego umysłu. Rozumiesz?

Chyba… Jeśli grasz na jakimś instrumencie, nieważne na jakim, jest to coś odrębnego. Pianino nie jest tobą.

Gdy cię zdenerwuje, odkładasz. Gdy się zepsuje, naprawiasz. Tak! Z głosem jest inaczej. Nie odłożysz go, nie odpoczniesz od niego. Bo on jest twój. To kawałek ciebie, który źle pracuje. Zestawiłam przed chwilą śpiew z jogą, ale właściwie dotyczy to każdej aktywności fizycznej, każdej dziedziny sportu. Tam twoje narzędzie to twoje ciało, którego nie odstawisz, bo chwilowo odmawia posłuszeństwa.

I tak jak sport – jeśli oczywiście mamy ambicje być dobrym – wymaga wielu treningów, podobnie śpiew. Ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie… O to właśnie chodzi. Stąd ten wymóg cierpliwości i pokory. Robisz błędy? Normalne. Za jakiś czas przestaniesz, jeśli będziesz nad tym pracował. Ten spokój w przyjmowaniu tego, że się popełnia błędy, że śpiewa się „brzydko”, sprawi, że szybciej zacznie się śpiewać pięknie.

Jak u ciebie z tym spokojem, z cierpliwością? Oj, było bardzo kiepsko. Buntowałam się przeciwko całemu światu, a jak się okazało, najbardziej


MAGAZYN

13


przeciwko samej sobie. Od momentu pogodzenia z własnym ciałem zrobiłam niesamowity postęp zarówno w technice, jak i interpretacji. Oczywiście przyszło to z wiekiem i doświadczeniem. No i nie obeszło się bez robienia „nudnych ćwiczeń”. Dziś myślę, że akceptacja tego, że mogę zabrzmieć źle, powoduje, że brzmię… lepiej.

Boską Florence z Meryl Streep widziałaś? Jenkins! [Florence Foster Jenkins, bohaterka filmu – przyp. MT] Nie, jeszcze nie, ale jest na mojej liście filmów do obejrzenia.

Mamy tu najgorszą śpiewaczkę świata, zakochaną w muzyce szaleńczo, ale nieszczęśliwie. Tak, tak. Znam jej historię. Komiczna, ale i wzruszająca… Ale Florence, jak widać, wciąż inspiruje. Ludzie wciąż jej słuchają. I wciąż jest gwiazdą wielu spotkań towarzyskich.

Wróćmy do śpiewaczki dobrej. Porozmawiajmy o twoich projektach. Ostatnio zrobiliśmy Duchy wojny. Nie widziałeś tego.

I bardzo żałuję. Niebawem będzie powtarzany, więc będziesz miał okazję. To piękne i ważne przedsięwzięcie. Nie powinnam chyba tak mówić. Sam zobaczysz zresztą. Teraz pracuję nad fantastycznym projektem. Znowu to powiedziałam? Wyrwało mi się (śmiech). Właściwie nie lubię oceniać swoich przedsięwzięć przed premierą. Zobaczymy, jak to wyjdzie. W każdym razie, z założenia ma być to koncert jazzowo-burleskowy…

Brzmi intrygująco. Inspiracją była tu twórczość kolektywu, który nazywa się Postmodern Jukebox. Przerabiają oni najbardziej znane hity popowe na szeroko pojętą estetykę retro. Bardzo cieszy mnie, że młodzież weszła w to z taką ciekawością i zaangażowaniem. Praca nad tym to wielka przyjem-

14

MAGAZYN

ność. Duża w tym też zasługa MDK-u, który od początku wspiera moje działania, przyjmuje moje propozycje. To chyba oznaka zaufania. I wielki komfort.

Kiedy podzielicie się tą przyjemnością z nami? Mam nadzieję, że pokażemy to na przełomie marca i kwietnia. Nic więcej na ten temat nie powiem (śmiech).


MARINA NIKORIUK

Kilka dni temu usłyszeliśmy cię w duecie z mamą. Tak. Bardzo się cieszę, że ten wymarzony przeze mnie projekt się zrealizował. Nasz koncert otworzył tym samym Salon Artystyczny w Galerii ART. To cykl koncertów, których celem jest promowanie w naszym mieście klasycznych i jazzowych dźwięków.

Słucham Bacha, pieląc grządki. Uważam to połączenie za doskonałe. Jedno dodaje drugiemu trochę innego charakteru Czyli wkrótce usłyszymy również innych artystów? Jasne! Zapraszamy na te koncerty fantastycznych muzyków. Będzie między innymi Mozart rozpisany na klarnet. Będą klasycy wiedeński. Znajdzie się też coś lżejszego…

Czy muzyka ma jakiekolwiek granice? Czy wszelkie podziały mają tu sens? Myślę, że można sobie pewne podziały robić, ale w zasadzie tylko po to, żeby muzykę sobie jakoś poukładać, uporządkować. Takie działanie pomocnicze, powiedziałabym. Ale granic stawiać nie należy. Człowiek wówczas sam siebie pozbawia otwartości, przyjemności czerpanej z odkrywania nieznanego.

Podział na sztukę niską i wysoką też jest niepotrzebny? Myślę, że tak. Już sam fakt, że coś – niech będzie utwór muzyczny, nieważne o jakim gatunku mowa – powstało i do kogoś trafia, uzasadnia jego sens. W obrębie każdego gatunku, czy będzie to opera, jazz czy techno, są rzeczy dobre i złe. To jedyny słuszny podział. Jakość jako kryterium.

Znamy się, więc wiem, że sięgasz po rozmaitą muzykę. Jakie dźwięki cię ostatnio pochłaniają? Z historii czysto zawodowych zawsze śledziłam poczynania obecnie żyjących wirtuozów. Fascynuje mnie technika i precyzja. Jedno nazwisko i jedna płyta szczególnie nasuwają mi się na myśl – Cecilia Bartoli, mezzosopranistka z niewyobrażalną skalą głosu i emocji w nim zawartych. Jej arcydzieło Sacrificium poświęcone jest zjawisku kastratów i dowodzi, że ten brutalny zabieg nie był potrzebny, by sprostać ówczesnym wymaganiom publiczności. Bardzo mnie ostatnio pociągają również nowoczesne inscenizacje starych dzieł operowych.

Dawna koturnowość już nie działa? Chyba tak, przestała… Mnie w każdym razie nieco nudzi. Z wielką przyjemnością oglądam więc realizacje nowe, minimalistyczne, „odkoturnione” właśnie. Choć oczywiście znów muszę wrócić do jakości. Jeśli opera utrzymana jest w dawnej konwencji, ale jest to dobre, profesjonalnie zrobione, doskonale zagrane i zaśpiewane, to nie ma sensu uwspółcześniać na siłę, kombinować. Wszystko da się zepsuć. Pytanie tylko, po co.

A muzyczne fascynacje pozazawodowe? Jest tego tak dużo… I codziennie poznaje się coś nowego… Ten rok był wyjątkowo stratny, jeśli chodzi o geniuszy popkultury. Sporo słucham tych, którzy odeszli – Bowie, Cohen, Prince. Oddaję im dług wdzięczności. Za to, że byli zawsze, choć nie zawsze miałam czas na to, by do nich sięgnąć.

To prawda. 2016 był pod tym względem rokiem fatalnym. Ale jeśli już jesteśmy w temacie pozazawodowym – jak odpoczywasz? Nie lubię odpoczywać samotnie, co może brzmieć trochę dziwnie. Zaczynam się wtedy od razu denerwować.

nasza okładka

I po odpoczynku. Dokładnie. Muszę być otoczona ludźmi, tak jak w pracy, tylko innymi (śmiech). Wtedy mogę się zrelaksować. Zresztą chętnie odpoczywam w towarzystwie moich uczniów. Lubię czasem gdzieś z nimi wyskoczyć. Rzadko nam się to zdarza, ale to zawsze świetny czas. Poza tym, jakiś czas temu kupiliśmy działkę, co bardzo sobie chwalę.

Podobno na tej działce słuchasz Bacha… Skąd wiesz?! Ale to prawda. Słucham Bacha, pieląc grządki. Uważam to połączenie za doskonałe. Jedno dodaje drugiemu trochę innego charakteru. A Bach uszlachetnia tę pracę ogrodową (śmiech).

Niby odpoczynek, a tu wciąż muzyka. Czy są chwile, gdy ona tobie nie towarzyszy? Nie wiem… Chyba są… Na pewno wtedy, gdy jestem z psem na spacerze. Wtedy koncentruję się na nim. Mój bulterier Majek dostarcza mi wtedy pięknych dźwięków (śmiech).

Świetnie to rozumiem. Odkąd mam psa, słuchawki przeważnie leżą w szufladzie. Dzięki za rozmowę.

Marina Nikoriuk Mezzosopran, pedagog śpiewu. Urodzona na Ukrainie. Absolwentka wydziału wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej w Poznaniu. W czasie studiów związana z tamtejszym Teatrem Wielkim. Laureatka Międzynarodowego Konkursu im. A. Dvoraka (Czechy). Prowadzi aktywną działalność koncertową w kraju i za granicą. Uczestniczka wielu festiwali muzyki klasycznej, m.in. Opernfestspiele w Bad Hersfeld, Usedomer Musikfestival (Niemcy). Założycielka świnoujskiej szkoły śpiewu – Pracownia wokalno-artystyczna Mariny Nikoriuk – przygotowującej młodzież do studiów wokalnych.

MAGAZYN

15


Polak mądry

przed szkodą, czyli ubezpiecz się Każdy z nas zastanawia się, co możemy zrobić, aby zadbać o swoją przyszłość. Ryzykować i jednocześnie nie martwić się, że nasze decyzje mogą negatywnie wpłynąć na poziom życia naszego i naszych rodzin. Staramy się myśleć pozytywnie i ślepo akceptujemy to, co przyniesie los, w przekonaniu, że sobie poradzimy, jak zawsze. Tym samym często nie robimy nic, aby zabezpieczyć się tak „na wszelki wypadek”.

Wszystko przez nogę Zagrożeń czyhających na każdego z nas jest sporo. Na co dzień wolimy unikać tych tematów, ale problemy prędzej czy później pojawiają się. Na przykład taki upadek na nartach… Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że człowiek bijący rekordy prędkości na torze wyścigowym – Michael Schumacher – zostanie pokonany przez wystający kamień na stoku? Niewiarygodne, a jednak. Takich przykładów jest mnóstwo, wystarczy rozejrzeć się wokół siebie. Kto z nas nie słyszał, że sąsiadka, koleżanka, czy ciocia ma problemy. Prowadzi działalność gospodarczą, nagle przewróciła się na śliskim chodniku i złamała nogę. Konieczna

16

MAGAZYN


O UBEZPIECZENIACH

finanse

była operacja, dwa miesiące przeleżała w domu. Potem długi proces rehabilitacji, łącznie półroczna przerwa w pracy. W dodatku jest fryzjerką i musiała odwołać wszystkie wizyty. Czyli nie dość, że nie zarabiała pieniędzy, to jeszcze musiała pokryć koszty wynajmu salonu, opłacić rachunki i zaległe faktury. Kredyt na mieszkanie też sam się nie spłaci. Samochód w leasingu podobnie.

Nie trać dochodu Być może nie każdy wie, że można się przed negatywnymi skutkami podobnych zdarzeń ubezpieczyć. Nasza firma ma w swojej ofercie produkt, dzięki któremu podobne wypadki nie muszą okazać się wielką tragedią dla nas i naszych rodzin. Niedawno podpisaliśmy umowę ze znanym na całym świecie Towarzystwem Ubezpieczeniowym Lloyds. Wprowadza ona na polski rynek nowe rozwiązania. Można zabezpieczyć się przed „utratą dochodu’’. Kupując jedną polisę możemy ubezpieczyć się na wypadek: • śmierci (nawet na sumę 10 mln zł), • trwałej niezdolności do pracy w konkretnym zawodzie, zarówno w wyniku następstw nieszczęśliwych wypadków, jak i choroby, • okresowej niezdolności do pracy (wysokość świadczenia max. 65 proc. miesięcznego przychodu) Co jeszcze wyróżnia ten produkt? • możliwość przystąpienia osób nawet do 80 roku życia, • możliwość rozszerzenia zakresu polisy o tak zwane ryzyka ekstremalne, między innymi wspinaczkę wysokogórską, nurkowanie, skoki spadochronowe, jazdę terenową na quadzie czy łowiectwo z użyciem broni palnej,

• możliwość dokupienia dodatkowych świadczeń takich jak: trwałe uszczerbki na zdrowiu (złamania, naderwanie mięśni poparzenia) lub koszty leczenia i rehabilitacji po wypadku, • klient nie musi kupować pakietu, może wybrać poszczególne ryzyko. W zasięgu ręki mamy więc sposób na to, żeby zabezpieczyć naszą przyszłość. Pozostaje pytanie: ile to kosztuje? Czy stać nas na podobne ubezpieczenia? Odpowiedź jest prosta – tak. Aby się o tym przekonać, zapraszamy na konsultacje do siedziby naszego biura w Świnoujściu. Chętnie przybliżymy Państwu temat i wyjaśnimy wszelkie wątpliwości.

Art of Business a ubezpieczenia W swojej ofercie ubezpieczeniowej posiadamy naprawdę szeroki zakres produktów, jak choćby wspomniane wcześniej ubezpieczenie od utraty dochodu po ubezpieczenia finansowe, gwarancje wadialne i kontraktowe. Współpracujemy z re-

nomowanymi Towarzystwami Ubezpieczeniowymi, między innymi: PZU, Warta, Ergo Hestia, Generali, Allianz, Uniqa, Gothaer i oczywiście Lloyds. Gdy pojawia się problem, zawsze staramy się znaleźć rozwiązanie. Tym kierujemy się zarówno wtedy gdy pomagamy przy realizacji wielomilionowych inwestycji, lub gdy sąsiadka poprosi nas o ofertę ubezpieczenia mieszkania, bo wie, że mogłaby mieć lepszą polisę. Dla naprawdę wybrednych klientów jesteśmy w stanie dobrać produkt, z którego będzie w pełni zadowolony. Zapraszamy na konsultacje. Skontaktuj się z Art of Business Chętnie odpowiemy na wszelkie pytania. Można nas znaleźć w biurze przy Wybrzeżu Władysława IV, w budynku przeprawy promowej na I piętrze. Telefon do biura: +48 91 888 88 44 Dział ubezpieczeń: +48 669 921 145 Warto również zajrzeć na stronę

www.artofbusiness.com.pl

MAGAZYN

17


nieruchomości

O PODATKU

Powinność właściciela Dzień staje się coraz dłuższy, a ostatnie cieplejsze dni wprawiają nas w prawdziwie wiosenny nastrój. Powoduje to, że wolimy myśleć o rzeczach przyjemnych, a mniej o obowiązkach, których zwykle jest nadmiar. Jedną z takich powinności, o których łatwo zapomnieć, jest uiszczenie podatku od nieruchomości.

Zgodnie z art. 2-7 ustawy z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych (Dz.U. z 2014 poz. 849 ze zm.) każdy właściciel nieruchomości – gruntów, budynków lub ich części oraz budowli lub ich części związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej – ma obowiązek zapłaty podatku od nieruchomości. Dotyczy to nie tylko właścicieli, ale też użytkowników wieczystych oraz samoistnych posiadaczy. To, ile musimy zapłacić, wynika ze stawki podatku od nieruchomości ustalonej przez radę gminy w drodze uchwały.

Terminy! Kiedy więc powinniśmy dokonać

18

MAGAZYN

zapłaty, by nie narazić się organowi podatkowemu? O ile kwota podatku przekracza 100 zł, terminy są następujące: • osoby fizyczne – w czterech ratach proporcjonalnych do czasu trwania obowiązku podatkowego – do 15 marca, 15 maja, 15 września i 15 listopada roku podatkowego; • osoby prawne i jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej, w tym spółki nieposiadające osobowości prawnej – za poszczególne miesiące w ratach proporcjonalnych do czasu trwania obowiązku podatkowego – do

15 dnia każdego miesiąca, a za styczeń do dnia 31 stycznia. W przypadku, gdy nasz podatek wynosi do 100 zł, jesteśmy zobowiązani zapłacić go całościowo w terminie właściwym dla pierwszej raty. Możemy to zrobić na dwa sposoby – dokonując przelewu na rachunek organu podatkowego lub gotówką w kasie. Gdy już to zrobimy, możemy dalej cieszyć się nadchodzącą wiosną!

Joanna Nowaczyk

Dyrektor oddziału Świnoujście

Telefon +48 690 520 688

jn@mikulski-nieruchomosci.pl


rynek pracy

CENTRUM AKTYWIZACJI ZAWODOWEJ

Twój partner

w rekrutacji

Duża dynamika zmian na rynku pracy oraz nowe inwestycje w regionie stwarzają duże zapotrzebowanie na kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników. Rozwój nowych technologii, przemiany zachodzące w społeczeństwie i rosnące wymagania co do jakości pracy wymuszają nowe podejście do rekrutacji i selekcji kandydatów. Aktywizacji Zawodowej w Świnoujściu zajmuje się realizacją różnego rodzaju projektów rekrutacyjnych. Pomagamy w procesach wyszukiwania kandydatów do pracy, prowadzimy ich selekcję przy wykorzystaniu testów kompetencji. Inicjujemy spotkania branżowe oraz konferencje dotyczące problemów lokalnego rynku pracy. Pomagamy w legalnym zatrudnianiu cudzoziemców. Po co płacić agencjom? U nas uzyskasz profesjonalną i darmową pomoc! Centrum Aktywizacji Zawodowej to jedyny wiarygodny partner w rekrutacji w naszym mieście.

Rozmaite formy wsparcia

W celu wyszukania odpowiednich kandydatów pracodawcy korzystają z pomocy specjalistów ds. rekrutacji, agencji zatrudnienia oraz portali społecznościowych. Zwłaszcza ta ostania forma przypadła do gustu pracodawcom. Dzięki wykorzystaniu tego typu serwisów przedsiębiorcy nie tylko nawiązują kontakt z potencjalnymi kandydatami do pracy, ale również sprawdzają swoich przyszłych pracowników.

Osobowość poszukiwana W ślad za zmianami na rynku pracy powstaje coraz szerszy zakres metod pomagających specjalistom ds. rekrutacji w znalezieniu właściwego pracownika. Już nie wystarcza

20

MAGAZYN

analiza dokumentów aplikacyjnych i rozmowa kwalifikacyjna. Rekrutujących coraz częściej interesują nie tylko kwalifikacje i umiejętności, ale również cechy osobowościowe przyszłych pracowników. Dlatego specjaliści od selekcji coraz częściej korzystają z różnego rodzaju testów kompetencyjnych, Assessment Center, czy próbek pracy (tzw. Job Samales). W ten sposób sprawdzają nie tylko wiedzę i umiejętności kandydata, ale także zdolności organizacyjne, charakterystyczne zachowania w grupie czy sposób rozwiązywania konfliktów.

Jesteśmy wiarygodni Od ponad siedmiu lat Centrum

Katalog form wsparcia oferowany pracodawcom jest bardzo szeroki. Istnieje możliwość wyboru rozwiązania dostosowanego do indywidualnych potrzeb. Refundacja kosztów zatrudnienia nowego pracownika, dopłaty do jego wynagrodzenia i dofinansowanie składek ZUS oraz zwrot kosztów wyposażenia nowego stanowiska pracy – to tylko kilka z form wsparcia finansowego oferowanego przez powiatowe urzędy pracy dla firm zatrudniających osoby bezrobotne.

Dowiedz się więcej! Kto może sięgać po wsparcie z Urzędu Pracy? Gdzie szukać informacji o wysokości pomocy? Zadzwoń pod numer 91 321 97 77 (71) lub wejdź na stronę

www.caz.swinoujscie.pl


DETEKTYW w kitlu Młody fizjoterapeuta i przyszły osteopata. Jest zakochany w swojej pracy, a najbardziej w... kręgosłupach. Rozmawiamy z Karolem Śliwińskim.

oraz balneoterapia i hydroterapia, czyli zabiegi przy użyciu wody.

Jest jakaś część ciała ludzkiego, która szczególnie ciebie, jako fizjoterapeutą, fascynuje? Szczerze mówiąc… kręgosłup, gdyż ja kocham kręgosłupy i pracę na nich (śmiech).

Niecodzienne zamiłowanie. Może… Ale kręgosłup mnie fascynuje. Nieustannie zgłębiam temat, uczę się, poznaję jego tajniki, skomplikowany mechanizm działania, wzajemne zależności, powiązania… Mógłbym mówić o tym godzinami, bo to naprawdę niezwykłe. Poszukiwanie przyczyn schorzeń kręgosłupa to bardzo interesująca praca.

Masz spore doświadczenie również z urazami sportowymi. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Zacznijmy od definicji. Jesteś fizjoterapeutą, za chwilę staniesz się osteopatą. Jak opiszesz to, czym się zajmujesz? Fizjoterapia to, najprościej mówiąc, leczenie poprzez ruch. Usprawniam pacjenta, przywracam go do czynności, funkcji, które zostały zaburzone. Na przykład z powodu urazu lub też z nieznanej przyczyny, bo i tak się zdarza.

Fizjoterapia nie leczy w pojedynkę. Służy jako wsparcie. To prawda. Fizjoterapeuta współpracuje z grupą lekarzy z innych dziedzin. Wszyscy zastanawiamy się, co może dolegać pacjentowi, skąd się biorą jego przypadłości. Trochę żartem można powiedzieć, że jesteśmy

22

MAGAZYN

od tak zwanej czarnej roboty.

To znaczy? To znaczy, że najpierw lekarz specjalista – na przykład neurochirurg czy ortopeda – stawia diagnozę. Dopiero potem pacjent trafia do nas, a my robimy swoje.

W dużym uproszczeniu – neurochirurg mówi, co jest do naprawienia, a fizjoterapeuta to naprawia? Właściwie, tak to właśnie wygląda.

Fizjoterapia nie jest dziedziną jednorodną. Dzieli się na kilka metod leczenia. Jakie? Zgadza się. To podział w zależności od tego, jakich metod używamy. Jest fizykoterapia, gdzie leczymy przy pomocy maszyn, na przykład krioterapia, magnetoterapia lub elektroterapia. Kinezyterapia, w której wykorzystujemy ruch, ćwiczenia

To prawda. Zajmowałem się naszymi siatkarzami, pracowałem też za granicą z grupami kolarskimi. „Bliskie” mi są więc wszelkie zaburzenia układu mięśniowo-szkieletowego. Ale kręgosłup to miłość największa (śmiech).

Kto najczęściej trafia do fizjoterapeuty? Jest tu jakaś zasada? Myślę, że każdy w pewnym etapie swojego życia powinien udać się do fizjoterapeuty. Choćby po to, żeby sprawdzić, jak wygląda jego postura. A kto do nas trafia? Ludzie żyjący w pędzie, który powoduje, że gromadzi się w nich mnóstwo różnego rodzaju napięć, stresów. Ale i tacy, którzy niewiele się ruszają… To ostatnie może wydawać się mało logiczne – jak to, przecież się mało ruszam, wracam z pracy, siadam w fotelu, a tu plecy mnie bolą, dlaczego? Właśnie dlatego, że nie


FIZJOTERAPIA I OSTEOPATIA

wprowadzasz tego całego mechanizmu w ruch! To działa trochę tak jak silnik. Żeby się nie zatarł, żeby dobrze funkcjonował, potrzebuje oleju silnikowego. Podobnie jak człowiek. A ten nasz „olej” wytwarzamy właśnie poprzez ruch. Choćby spacer. Nie trzeba biegać długich dystansów czy podnosić ciężarów. Spacer potrafi zdziałać cuda.

À propos. Fizjoterapeuci niekiedy uchodzą za cudotwórców. Faktycznie, tak jest. Tyle że my wiemy, że nimi nie jesteśmy… My po prostu wiemy, jak pewne rzeczy wytłumaczyć, znamy mechanizmy ludzkiego ciała. To nie ma z cudem nic wspólnego (śmiech).

Czasami myli się fizjoterapeutę z masażystą. Masaż działa relaksująco. Fizjoterapia też może tak działać? Wpływa na stan umysłu, czy jedynie na kondycję ciała? Tak, fizjoterapeuci są w stanie odprężyć. Istnieją techniki kranio-sakralne (inaczej: czaszkowo-krzyżowe), które mają za zadanie wyciszyć pacjenta, jak również działają leczniczo.

Jesteś na piątym roku Flanders International College of Osteopathy. Za kilka miesięcy będziesz dyplomowanym osteopatą. Pierwszym w naszym województwie. Dlaczego dopiero pierwszym? Skąd ta mała popularność tego zawodu? Z tego, co wiem, jest kilka osób kształcących się w tym kierunku, ale rzeczywiście, będę w tym zakresie pierwszy. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może dlatego, że kierunek osteopatii nie należy do lekkich specjalizacji medycznych. Zakres materiału jest ogromny (śmiech). Jak to się mówi? Co nas nie zabije to nas wzmocni (śmiech).

Ma to dla ciebie znaczenie – lekarz czy nie lekarz? Szczerze? Nie ma żadnego. Podobnie jak dla moich kolegów. Po prostu robimy swoje. Leczymy, próbujemy pomóc, poszukujemy przyczyn, dia-

zdrowie

gnozujemy. To jest ważne, szczególnie właściwie postawiona diagnoza, a nie szufladki, do których nas włożą.

Osteopatia, co to takiego? Znów poproszę cię o definicję. To z jednej strony specjalizacja, ale z drugiej – cała filozofia leczenia. Jej twórcą był Andrew Taylor Still, mój idol. Był on rozczarowany dostępnymi wówczas metodami lecznictwa. Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na szereg postawionych samemu sobie pytań, dlatego postanowił się dokształcić. Studiował anatomię i fizjologię. W ten sposób próbował analizować wszelkie powiązania zachodzące w ludzkim ciele. Mówi się, że nikt tak dobrze nie zna ciała człowieka jak osteopata. Coś w tym jest. Wiemy, co w nas jest z czym połączone, co pozwala nam szukać przyczyny schorzenia znacznie szerzej niż tylko miejscowo.

Co to znaczy? Upraszczając, oznacza to, że gdy przychodzi do mnie pacjent uskarżający się na ból barku, nie szukam źródła bólu jedynie w samym barku ale na przykład w żołądku. A może przyczyny są natury nerwicowej lub nowotworowej?

Słynne holistyczne podejście do leczenia. Tak. Osteopatia wyraźnie akcentuje zależność między ciałem, psychiką i umysłem. To leczenie całego układu.

Nasuwa mi się pewna analogia. Osteopata jest trochę detektywem. Taki Sherlock Holmes (śmiech). To jest w tej pracy najbardziej fascynujące. Odkrywanie tajemnic człowieka, jego ciała, organizmu. To niewiarygodne, ile w człowieku istnieje kombinacji, połączeń, na przykład nerwowych, powięziowych.

Powięziowe połączenia? Co to? Wiesz, jak wygląda filet z kurczaka?

Jasne.

W nim jest taka biała błona. To jest właśnie powięź. Można ją określić jako otoczkę mięśnia. To jedna z ważniejszych struktur w naszym organizmie – decyduje o tym, jak będzie pracował dany mięsień. To główny komputer, który mówi: teraz podniesiesz rękę, a teraz zegniesz nogę. W ostatnim czasie pojęcie powięzi stało się bardzo modne. Istnieją metody skupiające się na leczeniu typowo powięziowym. Wiele z nich stosujemy, bo są znakomite.

Czy twoim zdaniem osteopatia jest popularną dziedziną? Właściwie w Polsce ona się dopiero rozwija, nie każdy o niej słyszał. Nawet wśród fizjoterapeutów nie wszyscy o niej wiedzą.

I dlatego jest was, osteopatów, tak mało? Przypominam, że jeszcze nim nie jestem.

Za chwilę będziesz. Powodzenia! mgr Karol Śliwiński

OSTEOPATIA, FIZJOTERAPIA

Dąbrowskiego 4, Świnoujście

MAGAZYN

23


Związki

służą do rozwoju

Że miłość potrafi być cudowna, powszechnie wiadomo. Nie jest to jednak zagadnienie proste, szczególnie wtedy, gdy dotyczy związku dwojga ludzi. Rozmawiamy z psycholożką Janiną Zborowską. wija. Wtedy, gdy ma miejsce jakiegokolwiek rodzaju przemoc. To działa na relację destrukcyjnie. Dobre jest z kolei to wszystko, co poza destrukcję wychodzi. Oczywiście w zależności od indywidualnych potrzeb.

Wspomniałaś o rozwoju. To słowoklucz do wszystkiego. Bo to jeden z ważniejszych elementów człowieczeństwa w ogóle. Towarzyszy nam od narodzin, nieustannie – a w każdym razie powinien – i na różnych płaszczyznach. Jeśli się nie rozwijamy, zatrzymujemy się w miejscu, czeka nas rozpad… Dotyczy to również związków.

Masz na myśli rozwój związku, czy rozwój „składowych”, czyli partnerów?

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Będziemy rozmawiać o miłości. Przyjmijmy na początku kilka założeń. Nie zgadzam się na żadne założenia dotyczące miłości (śmiech).

W porządku. Ale jakieś ramy musimy przyjąć. Inaczej nigdy nie skończymy rozmawiać. To temat bez końca. Jest tyle rodzajów miłości… Do dziecka, do sztuki, do partnera, do rodziców, do Boga, do zwierzęcia… O czym chcemy rozmawiać? O związkach dwojga ludzi?

Okoliczności zdają się temu sprzy24

MAGAZYN

jać. Co to znaczy: dobry związek? Oczekujesz norm, reguł i zasad? Obawiam się, że nie ma takich. To kwestia bardzo indywidualna. Gdybym przyłożyła jakieś sztywne ramy do pojęcia „dobry związek”, wiele osób mogłoby poczuć się poszkodowanych. Proponuję podejść do tego zagadnienia z drugiej strony.

Od związków niedobrych? Dokładnie tak. Jeśli określimy rzeczy, które w relacjach dwojga ludzi są złe, które nie powinny się wydarzać, łatwiej będzie dojść do tego, czym są związki dobre.

Kiedy więc w związku dzieje się źle? Wtedy, gdy naruszamy czyjeś granice. Wtedy, gdy związek się nie roz-

To się ze sobą nierozerwalnie łączy. Jeśli partnerzy stoją w miejscu, nie ewoluują jako ludzie – na płaszczyźnie mentalnej, duchowej, fizycznej, emocjonalnej – ich związek prawdopodobnie również się zatrzyma, stanie się toksyczny.

Czyli rozwój partnerów równa się rozwój związków. Trochę tak, ale poszłabym dalej i postawiłabym tezę, że związki służą do rozwoju… Przeważnie myślimy, że służą one do przyjemności, do zapewnienia bezpieczeństwa, spłodzenia potomstwa i tak dalej. A ja twierdzę, że służą rozwojowi. Pomagają w tym. W relacji z innym człowiekiem możemy siebie dookreślać, doświadczać. Zyskujemy wówczas i my indywidualnie, i nasze


RELACJE PARTNERSKIE

związki. Rozwój wpływa na jakość. Naszą i naszych relacji.

Bezwzględnie potrzebujemy tej drugiej osoby? Żyjemy w czasach, kiedy ludzie są znacznie bardziej zindywidualizowani. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które przestały być uzależnione od mężczyzn. Mają możliwość być osobnymi, niezależnymi podmiotami. To powoduje, że związek nie jest już do przetrwania niezbędny, jak to bywało dawniej. To zmiana, która następuje w skali globalnej. Pozostaje kwestia, co my z tą zmianą zrobimy, jak ją wykorzystamy.

A co można z nią zrobić? Dla osób zlęknionych, nieśmiałych, łaknących takiego zewnętrznego oparcia, poczucia pewności i stałości, ta zmiana będzie źródłem jeszcze większych lęków. Można jednak spojrzeć na to inaczej. Jak na wyzwanie, jak na możliwość rozwoju, doświadczenia siebie w inny sposób – na przykład zaakceptować fakt, że nic nie jest dane raz na zawsze, że można w życiu realizować się nie przez jeden, ale przez kilka związków. Albo nie będąc w żadnym… Otwartość na wszystko, co może się wydarzyć, uważam za pozytywne.

Zaraz, zaraz… A co z potrzebą bliskości, zwyczajnego przytulenia się do drugiego człowieka? Jeśli będziesz sam, nie doświadczysz tego… Ale ja nie powiedziałam, że człowiek musi być sam! Akcentuję jedynie wolność wyboru. Nie muszę tkwić w związku, który mi nie odpowiada, który nic mi nie daje, który jest toksyczny. Mogę odejść. Poradzę sobie. Może wejdę w kolejną relację. Może pobędę sama. Tego nie wiem. Ale wiem, że mam wybór. To wielki komfort i wielka zdobycz współczesności.

Ulżyło mi. Już się wystraszyłem, że znajdujemy się jako ludzkość na takim etapie, że człowiek nie potrzebuje już drugiego człowieka,

bliskości, relacji. Nie, nie. Oczywiście, że potrzebuje. Uważam jednak, że dobry związek ma rację bytu i odpowiednie podłoże do rozwoju w sferach, w których siebie nie potrzebujemy…

? Tam, gdzie siebie potrzebujemy, tworzymy związki oparte na uzależnieniu. A to nie zawsze jest zdrowe. Wiele problemów w związkach wynika z tego, że ludzie dobierają się na zasadzie braku. Jeśli komuś brakuje czegoś – pewności siebie, talentu, pieniędzy i tak dalej – często wiąże się z osobą, która to posiada.

Jeśli jakiś swój deficyt próbujemy kompensować tylko i wyłącznie drugą osobą, zaczynamy się od niej uzależniać. To doprowadzi do katastrofy Z nadzieją, że się tym podzieli? Tak to wygląda. Druga osoba wypełnia braki tej pierwszej.

I co w tym niepokojącego?

psychologia

lękiem, nie próbuję go zwalczyć, to lęk ten będzie narastał. Co gorsza, dołączą kolejne.

Na przykład – a co się ze mną stanie, jeśli ty odejdziesz, jeśli ciebie zabraknie? Dokładnie. A im więcej tego rodzaju lęków, tym więcej frustracji. Zaczynają się obawy, oskarżenia, obsesje, zazdrości… Przestaje to być zabawne.

Podsumowując ten wątek, to pozornie pozytywne „uzupełnianie się” może przybrać zdecydowanie niepozytywną formę. Jeśli jakiś swój deficyt próbujemy kompensować tylko i wyłącznie drugą osobą, zaczynamy się od niej uzależniać. To doprowadzi do katastrofy.

A wymiana – ja ci daję coś, ty mi dajesz coś. To dobry patent? Nie zawsze. I zależy w jakiej walucie jest to wymiana. Istnieje tu niebezpieczeństwo, że zamiast związku partnerskiego stworzymy coś w rodzaju handlu wymiennego. Świadczymy sobie jakieś usługi. Niezmiernie istotna jest też równowaga. Jeśli ty mi wciąż coś dajesz, a ja nie mam się czym odwdzięczyć, to nie jest pozytywne zjawisko.

Brak równowagi nigdy nie jest pozytywny.

Na początku zupełnie nic. Powstaje w ten sposób jeden twór, jedna całość, jak w puzzlach. Kłopot w tym, że my nie potrzebujemy kogoś, kto po prostu wypełni nasze braki. My potrzebujemy rozwoju, pracy nad tymi słabymi punktami. Po to, by rozwinięte i uzdrowione stały się naszymi zasobami.

To prawda. Jest jeszcze jeden, bardzo przykry, aspekt tego zagadnienia. Jeśli osoba obdarowywana otrzymuje dużo dobra, a sama nie jest w stanie tym dobrem się odwdzięczyć, „odwdzięcza” się złym… Dla opacznie rozumianej równowagi właśnie.

Przecież druga osoba może nam w tym właśnie pomóc.

Tak niestety działa ten mechanizm. Wymiana negatywna.

Zgadza się. Ale na zasadzie wsparcia, a nie wyręczania. Jeśli dzieje się tak, że ty mi przez całe życie dajesz poczucie bezpieczeństwa, a ja przez ten czas nie robię niczego ze swoim

Żeby nie było, że nic nie daje od siebie?

Jak w takim razie mamy być z drugim człowiekiem? Dlaczego? Z jakich pobudek? To proste. Jestem z tobą, bo chcę.

MAGAZYN

25


psychologia

RELACJE PARTNERSKIE

kochanie kochaniem, ale partnera trzeba też lubić. Tak po prostu. A to nie zawsze musi iść w parze. Znany psycholog Robert Sternberg uważa, że związki składają się z trzech komponentów. One różnie rozkładają się w czasie. Komponent „namiętność” wybucha najsilniej na samym początku, a trwa jakieś dwa lata. Troszkę później uruchamia się „intymność”. I w tym mieści się to, o czym mówisz. Sympatia, otwieranie się, wymiana myśli, bliskość, porozumienie mentalne i duchowe, wspólne spędzanie czasu. Intymność budowana jest powoli i dużo wolniej mija, choć wcale nie musi. Trzecim komponentem jest „zobowiązanie” wobec siebie. Wspólne konto, wspólny dom, współpraca. Może to trwać latami. Jednak gdy dwa pierwsze – namiętność i intymność – przeminą i pozostanie jedynie zobowiązanie, związek staje się pusty.

Bo akceptuję ciebie takiego, jaki jesteś. Bo cię kocham. Niczego nie oczekuję. Zwyczajnie jestem… Przyznam, że odkrycie mechanizmów, o których powiedziałam wcześniej było dla mnie bolesne. Byłam dziewczyną pełną ideałów. Doświadczenie – życiowe, terapeutyczne – pokazało mi, że związki to dużo bardziej skomplikowana sprawa. I nie zawsze opierają się na tym, na czym powinny. Na uczuciu.

Bywa tak, że związki się po prostu wypalają. I nie zawsze dzieje się tak z czyjejś winy. Przyczyny mogą leżeć gdzieś dalej, poza samymi partnerami.

Gdzie ich szukać? Na przykład w systemie rodzinnym. Każdy z partnerów wnosi do relacji pewne schematy, myśli, przekonania, wartości, które – nawet przy najlepszych chęciach – na dłuższą metę nie współgrają ze sobą, są nie do pogodzenia. Przychodzi kryzys. A potem rozpad. I to chyba, paradoksalnie, najlepsza droga.

26

MAGAZYN

Ludzie przeważnie mają problem z akceptacją faktu, że wszystko ma, lub może mieć, swój kres Paradoksalnie? Tak. Ludzie przeważnie mają problem z akceptacją faktu, że wszystko ma, lub może mieć, swój kres. W związkach przejawia się to tym, że często przeciąga się go w nieskończoność.

Związek to rozwój, jak powiedziałaś. Rozwój to praca, czyli związek to praca. I to bez wakacji. To prawda. W tej kwestii nie ma urlopu (śmiech). Wymaga nieustającej uwagi, troski. Szczególnie ten element zwany intymnością. To kruchy i delikatny twór, o który należy nieprzerwanie dbać. Jeśli nie lubisz partnera, nie czujesz przyjemności z bycia w jego towarzystwie, to rzeczywiście już pozamiatane.

W nadziei, że będzie lepiej?

A przecież chodzi o to, żeby nie musieć zamiatać. Przyjmijmy więc, że trafiamy na kogoś, z kim nam po drodze na każdej płaszczyźnie, pod każdym względem. Jak sprawić, żeby to działało zawsze?

Niekoniecznie. Ze strachu przed końcem, przed doświadczeniem straty. Koniec oznacza zmianę, a zmian się boimy. Jednocześnie, każdy koniec oznacza nowy początek, a to niesie w sobie też odrobinę ekscytacji.

Po prostu cieszyć się tym i wykorzystać ten wspólny czas najlepiej, jak to tylko możliwe. Ten człowiek stanął na naszej drodze nieprzypadkowo. Powtórzę więc, cieszmy się tym. I uczmy się siebie…

Wróćmy do relacji, która trwa. I ma się dobrze. Nie sądzisz, że jedną z kluczowych rzeczy jest tu zwyczajna sympatia do partnera? Bo

Akademia Zdrowia Malczewskiego 17/1, Świnoujście Telefon +48 502 155 554

www.akwamaryn.wixsite.com/janina-zborowska


Najbardziej

rodzinne

AUTO

Nowy SCÉNIC odegra ważną rolę w odnowie stylistycznej gamy Renault. Czerpiąc inspirację z samochodu koncepcyjnego R-Space, jest ciekawą, nowoczesną interpretacją rodzinnego auta – mówi Laurens van den Acker, Dyrektor ds. Designu Przemysłowego marki.

28

MAGAZYN


NOWE RENAULT SCÉNIC

motoryzacja

MAGAZYN

29


Wystarczy spojrzeć na Renault SCÉNIC, żeby przekonać się, że to nie są puste słowa. A samo spojrzenie to dopiero początek. Ten całkiem nowy wariant minivana ma nam do zaoferowania dużo więcej.

Taki design to unikat Prezentowany model Renault aż skrzy się od innowacyjnych, bły-

30

MAGAZYN

skotliwych rozwiązań. Z pewnością zwróci uwagę mocno zarysowana, nachylona linia przedniej szyby, która znakomicie podkreśla linię jednobryłowego nadwozia. Z kolei sama sylwetka auta swój efekt płynności zawdzięcza wyraźnie zaznaczonym i zmysłowym liniom oraz podwyższonemu dolnemu pasowi podwozia. Renault SCÉNIC wyróżnia się także

charakterystycznym układem przednich świateł w kształcie litery „C” oraz tylnym światłom w technologii 3D „Edge Light”. Wszystkie wersje samochodu wyposażone są w 20calowe koła.

Wnętrze pełne pomysłów Jako że nowe Renault SCÉNIC to samochód rodzinny, zadbano o to,


NOWE RENAULT SCÉNIC

Folding” pozwoli w mgnieniu oka uzyskać płaską podłogę, zwiększając pojemność ładunkową. A skoro o ładunkach – wewnątrz samochodu znajdują się schowki o pojemności ponad 60 l!

Technologia w służbie wygody i bezpieczeństwa

żeby nie zabrakło w nim rozmaitych udoskonaleń i ułatwień. Znajdziemy tutaj więc przesuwaną konsolę centralna, specjalną szufladę „Easy Life”, a także składane stoliki „Easy Life”. Dzięki pomysłowym rozwiązaniom nowy SCÉNIC upraszcza codzienne zadania. Wykorzystaj jego liczne możliwości zmiany konfiguracji wnętrza. System „One-Touch

Renault SCÉNIC, dzięki wykorzystaniu technologii przejętych z wyższego segmentu, zapewnia całkowicie bezstresową i bezpieczną jazdę. Nasi inżynierowie wyposażyli nowy model w najnowsze technologie, między innymi system MULTI-SENSE i przezierny wyświetlacz Head-Up gwarantujące niespotykany komfort prowadzenia. Po raz pierwszy w samochodach Renault pojawia się system utrzymywania pasa ruchu, aktywny system wspomagania nagłego hamowania z funkcją wykry-

motoryzacja

wania pieszych oraz system wykrywania zmęczenia kierowcy.

Moc silników Nowe Renault SCÉNIC ma wiele do powiedzenia także w kwestii silników. Odnowiona gama silnikowa w tym modelu obejmuje sześć wydajnych jednostek napędowych wyposażonych w system Stop & Start: dwa silniki benzynowe (Energy TCe 115 oraz Energy TCe 130) oraz cztery silniki wysokoprężne: dCi 110 (dostępny z manualną i automatyczną skrzynią biegów EDC), dCi 130, a także dCi 160 z automatyczną skrzynią biegów. Renault Nierzwicki Lutycka 23, Świnoujście Telefon +48 91 321 03 12 www.renault-nierzwicki.com.pl

MAGAZYN

31


technologia

CO NOWEGO?

TV SAMSUNG 65” UE65KS9000 SUHD, Smart TV, Curved

Model bezkonkurencyjny. Urządzenie łączy w sobie wszystko to, czego oczekujemy od nowoczesnego telewizora czy też właściwie – centrum rozrywki. Dzięki zakrzywionemu ekranowi znajdziemy się w samym sercu wydarzeń. Rozdzielczość 65 cali i technologia 4K SUHD dadzą pewność, że nie przegapimy żadnego detalu, a dzięki funkcji Smart TV możemy cieszyć się najnowszymi produkcjami takich platform jak Netflix czy HBO GO bez instalowania dodatkowego oprogramowania.

ZESTAW MUZYCZNY SONY MHC-V11

High Power Audio to stosunkowo nowa kategoria produktów, ale ten segment rozwija się coraz szybciej. Zestaw Sony to kompletny, w pełni funkcjonalny system muzyczny, który sprawdzi się w każdej sytuacji. Szukacie przenośnego nagłośnienia, które umili spotkania w gronie znajomych, uatrakcyjni imprezę funkcją podświetlania i trybem karaoke? Lub z łatwością obsługiwać swój sprzęt audio przy pomocy smartfonu i połączenia bluetooth? A może słuchać płyt CD lub radia na urządzeniu o znacznie lepszych parametrach dźwięku? Sony MHC-V11 to rozwiązanie idealne!

CZYSTA

przyjemność Pranie w kwadrans czy telewizor jak centrum rozrywki? Technologia nigdy nie przestanie nas zadziwiać.

SMARTFON SAMSUNG A520 Galaxy A5 2017

Zgrabna, smukła sylwetka i solidna, wodoodporna obudowa. Najnowsze rozwiązania technologiczne, które zapewniają szybkie działanie i łatwość obsługi. To jeden z topowych modeli telefonów marki Samsung – A520 Galaxy A5 2017. Nowa odsłona cenionego przez użytkowników na całym świecie smartfonu występuje w czterech wariantach kolorystycznych, jest wyposażona w ekran Super AMOLED 5,2”, czytnik linii papilarnych oraz przedni i tylni aparat o rozdzielczości 16 Mpix i jasności f1.9.

PRALKA BOSCH I-DOS WAT 2466KPL

Produkty do nabycia w sklepie NEONET Galeria Handlowa CORSO Dąbrowskiego 5 Świnoujście

32

MAGAZYN

Stosy prania w łazience i częste wizyty fachowców od pralki? Być może to czas na inwestycję w wygodę i jakość. Pralka marki Bosh pierze do 65% szybciej, oszczędza wodę, prąd i nasz czas! Wśród licznych trybów znajdziemy tryb szybkiego prania (15 minut!), a gdy o czymś zapomnimy – pranie możemy dołożyć w każdej chwili. Co więcej – prać możemy nawet w środku nocy – WAT2466KPL to urządzenie niezwykle ciche, wyposażone w system AntiVibration Design eliminujący drgania. Dodatkowym atutem system i-DOS, który sam dozuje środki czystości. Warto ułatwić sobie życie.


Zwariowane ZDJĘCIA FOTOBUDKA

technologia

Fotobudka znana już jest od kilkunastu lat. Powstała w Stanach Zjednoczonych, a teraz pojawiła się również na rynku polskim, zdobywając coraz większą popularność. Można ją spotkać na każdym kroku. Nie tylko na weselach, ale i na innych przyjęciach okolicznościowych. Fotobudka to nic innego jak mobilne, przenośne urządzenie, które możemy rozstawić praktycznie w każdym miejscu. Doskonale sprawdza się w plenerach, salach weselnych, klubach, restauracjach czy galeriach handlowych.

W 15 sekund Cała zabawa polega na tym, że zaopatrzeni w rozmaite gadżety i rekwizyty stajecie przed ekranem budki i wykonujecie serię zdjęć, które po upływie około 15 sekund trafiają do Waszych rąk. By wydarzenie było oryginalne i niezapomniane, tworzymy wyjątkowe ramki i tła, zmieniamy kolorystykę, dajemy możliwość stworzenia własnego logo, daty, imion czy nazwy imprezy. Zaawansowana technika Green Screen pozwala nam na dowolną zmianę tła. Dodatkowo możemy wykonane zdjęcia wklejać do pamiątkowego albumu. Najpopularniejsze formaty zdjęć z fotobudki to 5 x 15 cm i 10 x15 cm.

tła do wyboru, w zależności od charakteru imprezy, a także tło Green Screen

Pozytywna energia

pendrive z galerią wszystkich zdjęć

Zalety FOTOBUDKI nielimitowane zdjęcia obsługa asystenta podczas trwania zabawy personalizacja zdjęć

mnóstwo gadżetów i rekwizytów

Fotobudka wydobywa z ludzi ogromne ilości pozytywnej energii, zmienia nudną imprezę w coś naprawdę szalonego i niepowtarzalnego, a co za tym idzie jest doskonałą pamiątką na lata w postaci zwariowanych fotek, których nie wykona żaden inny fotograf. Umożliwiamy również bezpośrednią wysyłkę zdjęć na facebooka, e-maila bądź całość galerii zgrywamy na pendriva. Staramy się trafiać do coraz większej liczby klientów weselnych, osób prywatnych czy firm, które szukają sposobu na zintegro-

album do wklejania zdjęć umieszczenie reklamy firmy lub osoby prywatnej na obudowie fotobudki

wanie ludzi i poprawę efektywności ich pracy. Wynajmująca nas firma ma możliwość umieszczenia swojego logo, strony, a także produktu, który chce wypromować.

Zaawansowana technologia Fotobudka dmuchana z podświetleniem LED jest w tej chwili najnowszą fotobudką na rynku. Jej obudowę stanowi dmuchany, pikowany namiot o wymiarach 2,6 m x 2,6 m x 2,6 m,

napełniany powietrzem za pomocą specjalnej dmuchawy. Podświetlenie LED zamontowane w środku jest sterowane pilotem – możemy je w ciągu sekundy dowolnie zmieniać oraz sterować kolorami, zapewniając tym samym niesamowity klimat i niezapomniane wrażenia. Posiadamy najnowszej generacji sprzęt, drukarkę i aparat, który wykonuje zdjęcia o najwyższej jakości, świetnej kolorystyce i nasyceniu barw. Oferujemy swoje usługi głównie na terenie województwa zachodniopomorskiego i lubuskiego. Zapraszamy do zapoznania się z naszą pełną ofertą. Baw się razem z nami! Fotobudka / Wynajem Telefon +48 510 617 044 Telefon +48 501 078 319

www.photocube.pl

MAGAZYN

33


felieton

WYSPA SPORTU

Kibica los

Wpadłem ostatnio na kolegę. Spieszył się na mecz. Niestety nie do hali czy na stadion. W zimowe wieczory kibice w Świnoujściu skazani są praktycznie tylko na telewizję. Czy aby na pewno? Zróbmy szybki przegląd dostępnych rozgrywek i imprez sportowych. TEKST BARTEK WUTKE ILUSTRACJA KATARZYNA BARANOWSKA

P

rzyjęło się, że piłka nożna zimą zapada w sen i tyle ją widzieli. Tymczasem prawdziwy kibic poradzi sobie i w tym trudnym czasie, bo nasze miejscowe drużyny większość sparingów rozgrywają w Świnoujściu i nie ma problemu z obejrzeniem ich na żywo. O tym, że atmosfera na sparingach może być równie gorąca co na meczach ligowych, niech świadczy fakt, że jedno z zeszłorocznych spotkań testowych zakończyło się ogólną bijatyką piłkarzy i kibiców. Nie mógłbym w tym miejscu pominąć naszej międzynarodowej ligi biegowej. Funkcjonująca już chyba od kilkunastu lat inicjatywa składa się z szeregu imprez rozgrywanych przez cały rok. Do wyboru są trasy po utwardzonej nawierzchni, po plaży czy też w okolicznych lasach, łącznie z przesławnym podbiegiem na Słowiańską Górę (53 m n.p.m). Co roku zwycięzca cyklu może liczyć na puchar oraz wieczną sławę. Dla kibiców to z kolei okazja to spędzenia kilku godzin na świeżym powietrzu. Zima to jednak głównie sporty halowe. W regularnych rozgrywkach

34

MAGAZYN

ligowych występuje młodzieżowa drużyna siatkarska. Na dodatek występuje z pewnymi sukcesami, bo w swoich kategoriach wiekowych co i rusz lądują w finałach. Mecze rozgrywane są w hali sportowej Zespołu Szkół Ogólnokształcących przy Witosa. Warto czasem tu zajrzeć, bo jak pokazuje historia, na szkolnym parkiecie zaczynają swoje kariery prawdziwe gwiazdy lig profesjonalnych. Są też oczywiście nasze lokalne rozgrywki ligowe. Tu prym wiedzie siatkówka, koszykówka oraz… lotki. Mało kto wie, że zwłaszcza w tej ostatniej dyscyplinie Świnoujście może się pochwalić mistrzynią Polski, ale o tym przy innej okazji. Turniejowe rozgrywki odbywają się w różnych lokalach (między innymi mój ukochany Pub Zachód), w różne dni, zazwyczaj w porze wieczorowej. Kibicowanie tej dyscyplinie nieodłącznie wiąże się ze „spożyciem”, więc jest to raczej rozrywka dla dorosłych. Dwie pozostałe ligi to totalnie amatorskie zawody, gdzie drużyny zawiązane to w „zakładach pracy”,

to na osiedlu, rywalizują ze sobą o laury pod egidą naszego OSiRu. Określenie ich amatorskimi wiąże się z tym, że w roli kibiców występują tu głównie rodziny graczy i zawodnicy innych drużyn. Średnia wieku sportowców jest też znacznie wyższa niż ta znana z zawodowych lig. Dzięki temu atmosfera jest zazwyczaj luźna i swojska. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma emocji. Dzięki nadgranicznemu położeniu możemy też skorzystać z oferty naszych zachodnich sąsiadów. W hali sportowej w Ahlbeck swoje mecze rozgrywa regionalna liga piłki ręcznej. Szczypiorniak przez jakiś czas cieszył się w Polsce ogromnym zainteresowaniem, głównie za sprawą sukcesów reprezentacji narodowej. W niemieckiej drużynie zza miedzy występuje pokaźna liczba naszych rodaków i choćby z tego powodu można się wybrać na Siedlung Ostend 28. I to by było na tyle. Chociaż zawsze można sobie zorganizować turniej na miejscowej kręgielni czy np. ligę pływacką. Wszystko w naszych rękach.


MAGAZYN

35


Mistrz

Adamski

Wychowanek Floty z mistrzostwem Austrii i grą w Lidze Mistrzów w CV. Dziś trenuje młodych świnoujścian w Akademii Baltica. Rozmawiamy z Marcinem Adamskim. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Karierę piłkarską zaczynałeś wcześnie, w świnoujskiej Flocie. Skąd to zamiłowanie? Powspominasz trochę? To były zupełnie inne czasy… Całe dnie spędzało się praktycznie na podwórku. Wracało się ze szkoły, szybki obiad i od razu na dwór. A tam przede wszystkim grało się w piłkę. Razem z kolegami urządzaliśmy takie nieformalne, międzypodwórkowe rozgrywki (śmiech). Takie były początki. Klasyka.

Z podwórka trafiłeś na treningi do Floty? Zgadza się. Właściwie, nie pamiętam, kiedy to było, ile miałem lat… Ale były to jeszcze wtedy treningi dość nieregularne. Poważniej piłkę nożną zacząłem traktować w wieku lat czternastu czy piętnastu.

To wtedy uznałeś, że będzie to twój sposób na życie? Nie rozpatrywałem wtedy tego w takich kategoriach. Dla mnie i moich

36

MAGAZYN

kolegów z drużyny była to świetna zabawa, a także możliwość rywalizacji z innymi miastami. Jednak faktycznie, zacząłem stosunkowo późno swoją piłkarską przygodę. Miało to swoje plusy i minusy. Plusem na pewno było to, że zbyt szybko się nie wyeksploatowałem. Dzięki temu mogłem grać w piłkę długo, bo do 37 roku życia. Ominęły mnie również poważne kontuzje, momenty zniechęcenia, kryzysy, a to często zdarza się u piłkarzy, którzy zbyt wcześnie rozpoczynają prawdziwe, poważne treningi. Niestety często takie parcie mają rodzice, nie dzieci. Dlatego w naszej akademii uczulamy na to, żeby rodzice głównie wspierali swoje dzieci i nie nakładali na nie dodatkowej presji. Trening w Baltice ma być przede wszystkim formą spędzania wolnego czasu w dobrej atmosferze, czyli frajdą dla dzieci. Połączoną oczywiście z kształtowaniem sprawności fizycznej i nauką umiejętności technicznych gry w piłkę nożną, ale bez zbytniego ciśnienia.


MARCIN ADAMSKI

MAGAZYN

sport

37


sport

MARCIN ADAMSKI

Ze świnoujskiej Floty trafiłeś do poznańskiej Warty. Tak, do Poznania wyjechałem na studia, razem z moją żoną. Wtedy przyszłą żoną (śmiech). W Warcie chciałem sobie dorobić, jak to student. Spotkałem tam świetnych trenerów – Andrzeja Żurawskiego i Włodka Jakubowskiego – którzy dostrzegli we mnie jakiś potencjał, ale i braki, nad którymi należało popracować. W wieku 20 czy 21 miałem więc swój kolejny początek…

A po kilku miesiącach jeszcze kolejny. Zacząłeś grę w Zagłębiu Lubin. Tak. Studia odeszły na dalszy plan, choć przez jakiś czas miałem jeszcze indywidualny tok. Nie dało się jednak tego pogodzić na dłuższą metę. Futbol zwyciężył. Pamiętam, że przyjechał po mnie Jasiu Kubot, ówczesny kierownik pierwszego zespołu Zagłębia Lubin, prywatnie ojciec naszego świetnego tenisisty Łukasza, zapakował mnie w Škodę Felicię i ruszyliśmy… Wspominam to dziś z uśmiechem, była to dość spontaniczna decyzja. Nawet rodzice byli zaskoczeni: gdzie?! Jaki Lubin? (śmiech)

Jak ci tam było? Bardzo dobrze wspominam ten okres. Przede wszystkim, Zagłębie Lubin był klubem stabilnym finansowo. Mogłem więc spokojnie rozwijać swoje umiejętności. Oczywiście to była ekstraklasa, zupełnie inna ranga. Niezłe wyniki z tym klubem uzyskaliśmy. Po zajęciu czwartego miejsca w lidze graliśmy nawet w Pucharze Intertoto, co było świetnym osiągnięciem. Poznałem dzięki temu trochę świata – rozgrywaliśmy mecze w Baku, stolicy Azerbejdżanu, czy na Malcie… Polecieliśmy też jako reprezentacja Ligi Polskiej do Kuwejtu i zagraliśmy z tamtejszą reprezentacją. Zagłębie Lubin dało mi przepustkę do tej wielkiej, europejskiej piłki.

Rapid Wiedeń… Zgadza się. Po prawie sześciu latach

38

MAGAZYN

– kompletnie dla mnie nieoczekiwanie – zainteresował się mną austriacki klub. Pamiętam jak dziś, gdy zadzwonił do mnie z tą informacją menedżer.

Szok? Mało powiedziane. Nie byłem jakimś szczególnie popularnym zawodnikiem, raczej miałem się za rzemieślnika piłkarskiego, a nie artystę boiska (śmiech). A Rapid był wówczas bardzo renomowanym klubem. Na dodatek jego trenerem był Lothar Matthäus, Piłkarz-legenda i mój idol z dzieciństwa. Człowiek, który zdobył Złotą Piłkę mnie chciał! Trudno było mi w to uwierzyć.

W końcu uwierzyć musiałeś, bo to był fakt. Byłeś w Rapidzie. Świetne przyjęcie przez wszystkich, od zawodników po kierownictwo klubu, wyśmienita atmosfera w klubie, doskonałe warunki do pracy, kultura pracy w ogóle, marketing. Wszystko na najwyższym poziomie. Nie mogłem lepiej trafić. Można się było od nich uczyć.

W naszej akademii uczulamy na to, żeby rodzice głównie wspierali swoje dzieci i nie nakładali na nie dodatkowej presji Czego ty się nauczyłeś? Dużo podpatrywałem, to prawda. Głównie interesowało mnie szkolenie dzieci i młodzieży, po naszych treningach często można mnie było zobaczyć na treningach i meczach dzieciaków. Rapid Wiedeń zawsze był znany z doskonałego szkolenia piłkarskiego. Zetknąłem się z zupełnie innym podejściem niż to, jakie znałem dotąd. Spokojnym, rozważnym i cierpliwym. Z indywidualnym podejściem do dzieci. Ówczesne

szkolenie dzieci w Polsce nie istniało. Oczywiście przez ostatnich dziesięć lat wiele się w tej dziedzinie zmieniło, poprawiło. Miałem jednak to szczęście, że mogłem się z tym zetknąć już wtedy. Byłem świadkiem rozwoju piłkarskiego moich młodszych kolegów z Rapidu, reprezentantów Austrii: Andreasa Ivanschitza i Gyuri Garicsa czy tez wychowanka Austrii Wiedeń, obecnego pilkarza Bayernu Monachium – Dawida Alaby.

Jak długo trwała twoja wiedeńska przygoda? W sumie mieszkaliśmy w Wiedniu – bo naturalnie towarzyszyła mi rodzina, tam przyszły na świat moje dzieci – cztery i pół roku. Sama gra w Rapidzie to cztery lata. W międzyczasie spędziłem pół roku we francuskim Angers, gdzie grałem razem z reprezentantem Francji i obecnym szkoleniowcem Bordeaux – Jocelynem Gourvennec.

Zdobyłeś z Rapidem mistrzostwo Austrii… Tak, awansowaliśmy też do Ligi Mistrzów – to był ostatni raz, gdy drużyna austriacka się tam znalazła. Sezon 2005/2006 obfitował w sukcesy. W kwalifikacjach Ligi Mistrzów wyeliminowaliśmy faworyzowany Lokomotiw Moskwa, strzelając decydującą bramkę dwie minuty przed końcem meczu w Moskwie, potem byli śpiewający kibice na lotnisku w Moskwie i wesoły samolot – niezapomniane przeżycie. A w grupie Ligi Mistrzów sami mistrzowie: Bayern Monachium, Juventus Turyn i FC Brugge. Dla mnie osobiście gra w Lidze Mistrzów była większym przeżyciem niż gra w reprezentacji Polskiej. Za selekcjonerskiej kadencji Pawła Janasa cztery razy byłem na zgrupowaniach kadry i zagrałem w niej trzy mecze, jednak same towarzyskie. Fajnie było usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego z murawy stadionu, ale z jeszcze większym sentymentem wspominam hymn Ligi Mistrzów, słyszany w towarzystwie


wielkich piłkarzy, takich jak: Zlatan Ibrahimović, Allesandro Del Piero, Buffon, Cannavaro, Patrick Vieira czy Pavel Nedved. Jestem bardzo szczęśliwy, że byłem w tamtym czasie częścią Rapidu. Tego się nie zapomina… Mam też kilka anegdot z Ligi Mistrzów. Jest miejsce? (śmiech)

Jasne. Ibrahimović to piłkarz z absolutnego topu piłkarskiego, zarówno dzisiaj, jak i wtedy. Wszyscy postrzegali go jakoś dość zarozumiałego. Podczas meczu z Juventusem przyszło mi go kryć, za punkt honoru postawiłem więc sobie, żeby nie strzelił bramki. Robiłem, co mogłem. Biegałem za nim, próbowałem faulować, a on nic. Jak się powiesiłem na nim, biegł razem ze mną (śmiech). Twardy z niego zawodnik i wielki jak koń! Nieźle się napociłem… Po meczu podszedł do mnie. Docenił moje poświęcenie i dał mi swoją koszulkę, z jakimś kurtuazyjnym zdaniem. Nigdy nie zbierałem koszulek, ale tę wciąż mam. Kiedyś na pewno oddam ją na jakąś aukcję, ale na razie ciężko mi się z nią rozstać. Zresztą dzieci też zabroniły mi ją oddawać (śmiech).

Idą twoim śladem? Wchłonęli tę piłkarską atmosferę? O tak, wchłonęli. Odkąd pamiętam, stale coś kopali (śmiech). Młodszy syn trenuje u nas w akademii, a starszy – w Greifswaldzie.

Trochę się przemieszczałeś, zanim osiadłeś tutaj, w Świnoujściu. Zawsze podróżowałeś z rodziną? Zawsze. Mam na szczęście żonę, która nie boi się zmian i wyzwań. Dlatego zawsze była tam, gdzie ja. Potem dołączyli synowie i tak zawsze jeździliśmy razem. Zresztą tych zmian nie było u mnie aż tak dużo. Byłem raczej stabilnym długodystansowym, że tak to ujmę, piłkarzem. Sześć lat w Lubinie, pięć w Wiedniu, w tym przerwa na Francję, rok w Niemczech, potem Łódź. Ostatnie cztery lata mojej gry w piłkę spędziliśmy tam.

Mam na szczęście żonę, która nie boi się zmian i wyzwań. Dlatego zawsze była tam, gdzie ja I sportowa emerytura w Świnoujściu. Nigdy nie nazwałbym się emerytem!

Chodziło mi o karierę, czynne uprawianie sportu. Wiem, wiem. Ale i tak daleko mi do emerytury (śmiech). Teraz pochłania mnie w całości akademia, więc wciąż mam nieustanny kontakt z piłką nożną. Jestem szczęśliwy, że udało się nam – Sebastianowi

Olszarowi, Adrianowi Górskiemu i mnie – otworzyć w ubiegłym roku Balticę. Dziś szkolonych jest w niej już 150 dzieci, z których – głęboko w to wierzę – wychowamy kilku reprezentantów Polski.

A pasje pozasportowe? Bezsprzecznie podróże. To zresztą pasja całej mojej rodziny. Troszkę świata zwiedziliśmy, choć wciąż nam za mało (śmiech). Odczuwamy deficyt urlopów. Musimy tę sferę usprawnić.

Wymarzony urlop w miejscu, do którego jeszcze nie dotarliście? Właściwie miejsce jest nieistotne. Byle spędzać ten czas z rodziną.

Wobec tego życzę wielu rodzinnych wypraw.

MAGAZYN

39


Naturalnie

W biografii Natalii Czarneckiej-Diling – zarówno prywatnej, jak i artystycznej – wszystko dzieje się naturalnie. To słowo, i jego pochodne, pada w naszej rozmowie często. Na tyle często, że wypowiadając je po raz kolejny, uśmiechała się znacząco. TEKST MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY / ARCHIWUM PRYWATNE

40

MAGAZYN


NATALIA CZARNECKA-DILING

nasz artysta

Studia na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, na Wydziale Malarstwa i Rzeźby, wybrała po to, żeby zgłębiać warsztat. Zgłębiać, albowiem zakosztowała go już jako mała dziewczynka. Sztuka obecna jest w jej życiu od zawsze. Malarstwo za sprawą mamy, za sprawą taty – rzeźba. Dziś jej prace trafiają do licznych odbiorców w Europie. Artystka ma w swoim dorobku artystycznym wystawy między innymi w Warszawie, Berlinie, Belfaście czy Dublinie oraz w ukochanym Świnoujściu.

Symbioza – To tkwiło we mnie od najmłodszych lat. Gdzieś w podświadomości. Nie bardzo jeszcze rozumiałam, czym jest sztuka, tworzenie, a już znosiłam do domu glinę i rzeźbiłam pierwsze portrety moich rodziców – wspomina artystka. Wybór drogi życiowej przebiegł więc… naturalnie. Tło rodzinne, wspomniane studia i ciekawość świata sprawiły, że porusza się po tej drodze ze znawstwem i swobodą, co w rezultacie czyni jej twórczość „jedną wielką symbiozą sztuk”, jak sama to nazywa. Jest w Natalii nieustanna potrzeba poszukiwań, próbowania nowych materiałów i technik – Kupiłyśmy z mamą ogromny piec do wypału szkła. Zaczęłyśmy poznawać tę technikę, ale szybko spostrzegłam, że to mi nie wystarcza i poszłam w kierunku łączenia szkła z innymi materiałami. Zawsze jednak główną inspiracją pozostaje natura – opowiada.

Nierozdzielnie Od sztuki nie ma odpoczynku. – Bywają takie momenty, kiedy zakładam, że skupię się na czymś innym, że chwilowo „odstawię” twórczość. Po czym idę na spacer z dziećmi lub psem i wracam z niego z ciekawym kawałkiem drewna, który już widzę jako rzeźbę – śmieje się Natalia. Czasami ten kawałek drewna okazuje się ogromny i trzeba po niego wrócić samochodem. Wówczas nieoceniona okazuje się pomoc męża, Marcina, również artysty.

Marcin jest muzykiem, gra na skrzypcach. Sztuka w ich domu istnieje w sposób oczywisty i nieprzerwany. Tego nie da się rozdzielić. Nie ma też takiej potrzeby. „Zwykłe” życie i sztuka, dyscyplina codzienności i twórcze uniesienie, nie wykluczają się. Sam akt twórczy zresztą dyscypliny wymaga. – Choć nie na samym początku. Wtedy panuje spontaniczny chaos – mówi Natalia.

wymaga ona całkowitego skupienia, odcięcia. Rozumieją to. Salon służący jako studio nagrań. Kuchenny stół zajęty przez powstającą właśnie płaskorzeźbę. Można to wytrzymać. To wręcz naturalne (!). Artystyczne korzenie obojga zrobiły swoje. Co więcej, robią dalej. Dzieci Natalii i Marcina również przesiąkają tą twórczą atmosferą. Kto wie,

Nie bardzo jeszcze rozumiałam, czym jest sztuka, tworzenie, a już znosiłam do domu glinę i rzeźbiłam pierwsze portrety moich rodziców Korzenie Zapytani o to, czy fakt, że oboje zajmują się sztuką jest ułatwieniem czy utrudnieniem, odpowiadają zgodnie – Nie wiemy, bo niczego innego nie znamy… Marcin, podobnie jak Natalia, pochodzi z twórczej rodziny. Jego rodzice są muzykami. Nasiąknięci sztuką, nie muszą sobie pewnych rzeczy tłumaczyć. Na przykład tego, że są chwile, gdy

MAGAZYN

41


może rosną kolejni artyści w rodzinie? Córka od kilku lat towarzyszy mamie i babci w plenerach. Trzy pokolenia… – Niczego nie zakładamy. Kim będą, nie wiadomo. Ale na pewno nasze zawody przełożą się na ich otwartość, kreatywność, wrażliwość. Na sposób postrzegania świata – mówi Natalia. Czy może być inaczej, skoro wychowują się wśród obrazów, rzeźb, dźwięków muzyki?

Irlandia Ważnym punktem na życiowo-artystycznej mapie Natalii i Marcina była Irlandia. – Nasz pobyt tam dowodzi, że nieważne, gdzie się znajdujesz, ale jeśli chcesz być sobą i działać twórczo, zawsze skupisz wokół siebie ludzi, którzy chcą i potrzebują tego samego – uważa artystka. Wraz z dwie innymi „matkami Polkami”, zajmując się jednocześnie domem, stworzyła w Limerick Polish Art Festival. Nieoczekiwanie okazało się, że wokół nich jest wielu innych utalentowanych ludzi, grafików czy malarzy. Na pierwszy wernisaż przyszło 150 osób! Impreza z czasem zyskała sporą renomę na kulturalnym rynku

42

MAGAZYN

Nasiąknięci sztuką, nie muszą sobie pewnych rzeczy tłumaczyć. Na przykład tego, że są chwile, gdy wymaga ona całkowitego skupienia, odcięcia Irlandii. Z powodzeniem trwa do dzisiaj, choć bez Natalii i Marcina. W sensie fizycznym, bo zdalnie cały czas wspierają współtworzoną przed

laty inicjatywę. – Niezwykłe jest to, jak pięknie i wartościowo można porozumieć się, używając do tego języka sztuki – wspomina Natalia.

Duet – Nasz duet daje nam nawzajem siłę – mówią. Siłę, ale i twórczą pożywkę. Od lat Marcin bierze udział w wernisażach Natalii, dbając o muzyczny nastrój wydarzenia. Ich pierwsze wspólne przedsięwzięcie miało miejsce w malowniczej przestrzeni galerii Fortu Anioła.


NATALIA CZARNECKA-DILING

W miejscu bardzo im bliskim, gdzie artystka już od 10 lat prezentuje swoje prace. Dźwięk dopełnił obraz, a obraz odwdzięczył się dźwiękowi tym samym. Ta korelacja zachodzi już na poziomie inspiracji. Są utwory, na przykład Dynamic Sky z okresu irlandzkiego, które powstają pod wpływem malarskich wizji. Są prace malarskie rzeźbiarskie, dla których tłem były dźwięki muzyki. Jak rzeźba Leśne skrzypce – hołd dla tego pięknego instrumentu. To się po prostu dzieje. Wypływa z ich środka. Po raz kolejny można byłoby użyć tu tego słowa-klucza ze wstępu. Na N…

Szkło daje transparentność. Kamień jest barwny, mocny i stabilny. Drewno ma swoje ciepło. Połączone na różne sposoby tworzą nowe jakości i znaczenia. Pewnie wkrótce dołączą kolejne materiały, kolejne znaczenia…

Tworzywo

Jeśli morze, to i plaża. Miejsce ważne dla artystki. I nie chodzi wcale o słoneczne kąpiele. Mowa o projekcie „Kunst Am Meer”, czyli galerii bez ścian, którą otworzono… na plaży w Heringsdorfie. – Chciałam poprzez to działanie wyjść do ludzi, którzy na co dzień niekoniecznie szukają kontaktu ze sztuką – tłumaczy ideę artystka. Rzeźby ustawione w piasku, wiatr, muzyka Marcina, ludzie, którzy zatrzymywali się, oglądali, pytali… A na ekranie stojącym w wodzie film ukazujący proces tworzenia tych dzieł… Niezwykły projekt i niezwykłe przeżycie.

Zapadła decyzja o powrocie. Okres irlandzki dobiegł końca. Pozostał po nim festiwal, znajomości i przyjaźnie, piękne wspomnienia oraz… fragmenty ciekawych skał i kamieni – Przywiozłam ich mnóstwo. Upychałam je do torby z obawą, że wyrzucą mnie z samolotu. Dorzucałam je więc innym – śmieje się Natalia. Stworzyła z nich rzeźby, będące swoistym łącznikiem pomiędzy Irlandią a Polską. Śladem ich obecności tam. Część z tych prac zostawiła. Inne znalazły swoich odbiorców… Kamienie, szkło, drewno, metal… Artystka używa rozmaitego tworzywa, łącząc je ze sobą w sposób często zaskakujący. – Rzeźbienie w wielu materiałach niesamowicie poszerza możliwości – tłumaczy artystka.

nasz artysta

Morze Jedną z największych inspiracji Natalii jest morze. Jest żeglarką, sternikiem morskim. – To moja wielka miłość. Woda, wiatr pod żaglami, poczucie wolności – opowiada. Dziś pływa rzadziej. Tę pasję nieprzerwanie kontynuuje w sztuce.

Plany Natalia jest również pedagogiem sztuki, od kilku lat uczy innych malarstwa i rzeźby. – Zaraża ich pasją – dookreśla z uśmiechem Marcin. Kur-

sy te odbywają się latem, w plenerze. Na pewno będzie je kontynuować. Poza tym, w planie jest poważne przedsięwzięcie… modernizacja pracowni. Ma być bardziej otwarta dla ludzi. Jako inna forma zarażania ich sztuką. I nieprzerwanie tworzyć, tworzyć, tworzyć… Podobnie twórcze plany ma Marcin. – Marzy mi się zaaranżowanie znanych rockowych utworów na orkiestrową, symfoniczną formę. Współpracuję też z orkiestrą kameralną. Efekty tej kolaboracji powinny niebawem dotrzeć do szerszej publiczności. Również tu będziemy łączyć muzykę symfoniczną z rockiem – opowiada Marcin, syn śpiewaczki operowej i basisty, co czyni to połączenie oczywistym. Wręcz… naturalnym. Jak wszystko w tej rodzinie.

www.nataliagallery.com

MAGAZYN

43


Przerazić widza

Jako członek Piwnicy pod Baranami Alosza Awdiejew powtarza za swoim nauczycielem, Piotrem Skrzyneckim, że kabaret nie jest zwykłym koncertem. Najważniejsza jest w nim publiczność i to ona jest głównym wykonawcą. Gdy się nie śmieje, nie klaszcze, to nie ma mowy o żadnym kabarecie. Każdy występ ma rozbawić, rozczulić, zaskoczyć, bądź, jak mawiał Skrzynecki, „przerazić” widza! TEKST I ZDJĘCIE Z ARCHIWUM ALOSZY AWDIEJEWA

Alosza Awdiejew wymarzony koncert widzi właśnie jako czas, który może po prostu spędzić ze swoimi słuchaczami. Poprzez emocje, czucie i zabłąkaną w oku łzę chociaż przez moment przywrócić wspomnienie czasów, kiedy to ludzie sami tworzyli magię chwili. Gdy nie było organizujących codzienny czas internetu, radia i telewizji, a ludzie dla siebie najzwyczajniej byli. Rozkochany w starej kulturze rosyjskiej, żydowskiej, polskiej podczas każdego wystąpienia stara się przywrócić ten odchodzący coraz bardziej świat. Jego muzyka jest niczym kuchnia codziennego życia, w której łączy zakochanie, rozkochanie, odkochanie – całą gamę uczuć, które serwuje nam życie. Śmiech i łzy, nostalgiczne ballady i przejmujące romanse, które trafiają głęboko w serce, stając się dla niego pożywką w starciu z natarczywością kolorowej popkultury oraz przyczyną do zadumy.

Koncerty, które „przerażają”… i bardzo dobrze Cóż więc może oznaczać stwierdzenie: przerazić widza, bo przecież nie chodzi o straszenie nikogo Babą Jagą! Okazuje się, że prawdziwy artysta to taki, który stara się wbrew nowoczesnym standardom scenicznym zmusić odbiorcę do myślenia. Alosza Awdiejew wspomina historię związaną z pewną panią, która podeszła do niego po koncercie i stwierdziła: Pan takie śmieszne rzeczy opowiada, ale w każdej opowieści jest coś tak tragicznego, że jak się nad

44

MAGAZYN


KONCERT

nią zastanowić chwilę, to aż chce się płakać. Chodzi więc o skłonienie do refleksji, zamyślenia się nad pewnymi rzeczami, co w dzisiejszym, zabieganym świecie jest bardzo trudne, a ludzie, jeżeli tylko mogą, unikają tego rodzaju przemyśleń jak ognia. Bo przecież tak jest łatwiej. Na koncerty przychodzi się, by wyłączyć kontakt z rzeczywistością, odpocząć, bezrefleksyjnie spędzić kilkaset minut z muzyką. Biorąc pod uwagę szerokie zapotrzebowanie, z taką też ofertą najczęściej wychodzą współcześni popularni twórcy.

Koncerty, które zachęcają do myślenia Alosza Awdiejew wybrał tę drogę pod prąd i może właśnie dlatego, jak mówi, ludzie tak lubią jego koncerty i przychodzą na nie regularnie, nawet po kilka razy. Pomimo

Im jest starszy i ma większe doświadczenie, tym mniej stara się na scenie jedynie wykonywać swoje utwory wewnętrznych obaw wynikających z wyjścia poza swoją strefę komfortu i próby głębszego zastanowienia się nad tym, z czym mierzymy się każdego dnia, każdy z nas tak naprawdę tego właśnie potrzebuje. Wystarczy zachęta, coś, co stanie się motorem zmian, na które czekamy, a które przynoszą prawdziwe szczęście. Aby doszło jednak do tej odczuwalnej synergii uczuć, publiczność musi być dla artysty partnerem. Każdy ma prawo podzielić się tym, co mu w duszy gra, tak jak od lat robi to scenie

kultura

Alosza Awdiejew.

Dialog oparty na zrozumieniu Alosza Awdiejew lubi powtarzać, że im jest starszy i ma większe doświadczenie, tym mniej stara się na scenie jedynie wykonywać swoje utwory. Podczas występu, każdą nutą i słowem, próbuje rozmawiać z odbiorcami, będąc przy tym jednocześnie taki sam, jaki jest, wstając z rana od pianina. Liczy się to, by być w pełni sobą i to chyba właśnie publiczności podoba się najbardziej. Najważniejsze natomiast w byciu sobą na scenie jest to, by być całkowicie szczerym wobec siebie i słuchacza, a przy tym wszystkim starać się wykonywać utwory jak najlepiej od strony technicznej. Widz zrozumie to jak nikt inny, bo prawdziwy artysta prowadzi z publicznością dialog oparty na zrozumieniu, gdzie obie strony mają zawsze równe prawo głosu. REKLAMA


Pobliże

TEKST ANDRZEJ PAWEŁCZYK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

„Pobliże/Nähe” to projekt poruszający się zarówno w sferze społecznej, jak i artystycznej. W realizowanym już wydarzeniu biorą udział artyści o różnym potencjale twórczym, różnym stosunku do sztuki jako zawodu i różnej narodowości.

Idea projektu oscyluje wokół pojęcia „tożsamości miejsca”, ale również tożsamości własnej artysty i próby jej zdefiniowania poprzez relację społeczną. Obecność wyjątkowo licznych widzów, mieszkańców polskiej i niemieckiej części wyspy, na otwarciu wystawy udowodniła, że sztuka może spełniać i spełnia rolę czynnika spajającego społeczność. Sama wartość artystyczna projektu – choć ważna – jest wtórna wobec próby, w tym przypadku udanej, integracji lokalnej społeczności na forum kultury. Nie bez znaczenia jest sama idea projektu „Pobliże/Nähe”, która pomija granice geograficzne i kulturowe, a zarazem zachęca biorących udział w projekcie artystów do przekraczania granic w wymiarze twórczym. Procesem tym objęci są też inni uczestnicy projektu, którzy z biernych widzów stają się częścią procesu twórczego i integracyjnego. Kultura, sztuka może stać się agorą dla lokalnej społeczności, na której będziemy mogli wypracowywać niezbędny kapitał społeczny. Jednak aby tak się działo, konieczna jest ciągłość takiego procesu prowadzonego według długofalowej strategii, która w konsekwencji sprawi, że nasza

46

MAGAZYN

wyspa stanie się wspólną przestrzenią kulturową. Wyspą odbijającą w sobie opływający ją świat i będącą w nim powielaną. Sam omawiany projekt jest jedną

z wielu form działalności galerii ms44, oprócz szeroko pojętej działalności edukacyjnej, warsztatowej czy prezentacji najistotniejszych wydarzeń z obszaru współczesnej sztuki wizualnej i performatywnej.


ARTYŚCI Z WYSPY

kultura

Bogumiła Kociołek

January Korff

Marian Zwierzchowski

Jerzy Pawełczyk

Andrzej Pawełczyk

Andrzej Pawełczyk

José García y Más

MAGAZYN

47


kultura

ARTYŚCI Z WYSPY

Jan Bociąga

Tomasz Sudoł

Katarzyna Baranowska

Gabriele Beck-Schäfer

48

MAGAZYN


kultura

WYDARZENIA

Spotkania Uznany i nagradzany pisarz, fotograf kochający lokalną przyrodę, młody duet muzyczny jeszcze przed debiutem, malująca obrazy pracowniczka MDK-u. To był miesiąc wyjątkowych spotkań

Wanda Denga-Szwaba od dwóch lat nie żyje. Jednak pamięć o niej jest nieprzerwanie żywa. Wystawa jej malarstwa nosiła tytuł Wspomnienie. Tytuł adekwatny do okoliczności, gdyż pełen wspomnień był to wieczór. Wśród malowanych pastelami pejzaży i muzyki padło wiele wzruszających, ciepłych słów o bohaterce wydarzenia.

Szlachetność i intymność. Te słowa dobrze opisują nastrojowe, wyciszone występy Mai i Miłosza, czyli duetu Diplodok. Kameralna i rodzinna atmosfera miejsca, El Papy, doskonale do tej muzyki pasuje. Było dużo smutku, emocji i piękna. A naczelny „Wysp” był wniebowzięty, gdy młodzi ludzie zagrali utwór jego ukochanej PJ Harvey.

Miejska Biblioteka Publiczna zaprosiła do siebie Jacka Dehnela, a ten z kolei zaprosił nas do swojej „kuchni”. Pisarz więcej niż o twórczości literackiej mówił tym razem o swojej aktywności translatorskiej. Pretekstem do tego stałą się premiera książki Philipa Larkina Zimowe królestwo, którą Dehnel przetłumaczył.

Krzysztofa Chomicza przedstawiać nikomu nie trzeba. Wielbiciel orłów bielików, słynący z ich wyjątkowych ujęć, tym razem osadził go na znacznie dalszym planie. Zobaczyliśmy go więc tylko raz, ale w zamian otrzymaliśmy fantastyczne zdjęcia innych ptaków czy… żaby. Istne Cuda natury delty Świny. I cuda fotografii…

26.01., MDK Przytór

31.01., Miejska Biblioteka Publiczna

50

MAGAZYN

28.01., El Papa – Cafe Hemingway

3.02., Miejska Biblioteka Publiczna


miasto

WYDARZENIA

Logos dla Maksia To był wyjątkowy Koncert Noworoczny… Poświęcony Maksiowi, dwulatkowi chorującemu na dystrofię mięśniową, przyniósł mu dużo dobra. operacje lub rehabilitacje. Część artystyczna zachwyciła różnorodnością. Były fantastycznie zaśpiewane piosenki – od Wodeckiego po Lady Gagę. Były dowcipne scenki teatralne. Znakomite i pełne ekspresji popisy taneczne. Utalentowani młodzi, lub nawet bardzo młodzi, ludzie, nie ma co…

Tradycyjnie już – bo była to dziesiąta edycja „Logosowego” koncertu – wydarzenie miało dwie odsłony: artystyczną oraz licytację.

Idea koncertów jest prosta i piękna. Wsparcie małych bohaterom zmagających się z różnymi chorobami. Zbiórka środków na leczenie,

Ogromne emocje towarzyszyły licytacji. „Pod młotek” trafiło kilkadziesiąt różnych przedmiotów i niespodzianek przygotowanych przez uczniów, nauczycieli i zaprzyjaźnionych darczyńców. Najcenniejszym i najdroższym okazał się złoty medal Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej z 2014 roku, podarowany przez Zdzisława Gogola – trenera kilku zawodników kadry narodowej posiadających ten tytuł. Do zobaczenia w Logosie za rok!

Dzieła własnych rąk

Pomysłodawcy Jarmarku Rękodzieła Artystycznego wychodzą z podobnego założenia, jakie postawiła sobie kilka miesięcy temu redakcja „Wysp”. W naszym mieście jest tylu fantastycznych, utalentowanych, kreatywnych ludzi, potrafiących robić niezwykłe rzeczy… Warto, a nawet trzeba!, ich pokazać. W jednym miejscu – w Pasażu Rondo – zebrali się więc lokalni artyści rękodzieła, którzy ochoczo zaprezentowali twory własnych rąk. A mieli co pokazywać! Pięknych, misternie wykonanych przedmiotów nie zabrakło, podobnie jak oglądających. Kolejny taki jarmark już wkrótce!

52

MAGAZYN


54

MAGAZYN


LAS ZIMĄ

felieton

Bajkowy pejzaż Każda pora roku jest inna. Lubimy wiosnę i budzącą się do życia przyrodę. Kochamy lato, ciepło, plażę i morską kąpiel. Zachwycamy się kolorami jesieni. Nadeszła jednak zima. Bywa różna. Niekiedy ciepła i bez śniegu. Innym razem mroźna, a czasem z niewielkim mrozem otula nas grubą warstwą śniegu. TEKST MAJA PIÓRSKA ILUSTRACJA KAROLINA MARKIEWICZ

O

każdej jednak porze roku lubimy spacery po lesie. A tych w naszym mieście na szczęście nie brakuje.

przelatujących z gałązki na gałązkę, w poszukiwaniu pokarmu. Zostają też kosy i wróble. Las żyje. Tak może żyć tylko zimą.

I Wydaje się, że las zimą jest cichy. Okazuje się, że nie do końca. Owszem, jest cichszy, ale zupełnie cichy nie jest. Tętni swoim zimowym życiem. Usłyszymy skrzek sójki, jakieś dzięciołów stykanie, które daleko po lesie echem się niesie. Słychać piskliwe, cichutkie głosy sikorek

Także te większe zwierzęta – sarny, dziki czy jelenie – przemieszczają się w poszukiwaniu karmy. A drzewa okryte koronką zmrożonej mgły tworzą jedyny w swoim rodzaju, bajkowy pejzaż. Jeśli zima jest śnieżna, można zauważyć ciągle nowe tropy saren, zająców i dzików. Czasem wokół sosen lub świerków resztki szyszek stanowią dowód, że tutaj właśnie ucztowały wiewiórki. Jeśli zima jest bardzo mroźna, zobaczymy wiele zimowych gości z dalekiej północy. Rzadko do nas przylatujące, raz na kilka lat, orzechówki syberyjskie. Stadka jemiołuszek, pięknych, oliwkowej barwy ptaszków. Podobne do drozdów kwiczoły. Stada czeczotek – małych kolorowych ptaszków. I dużo gili, które szczególnie pięknie wyglądają na krzakach, na tle bieli śniegu. Na morzu cały zestaw kaczek – edredonów, uchli, markaczek, traczy, znanych nie tylko nam pięknie upierzonych kaczorów i jasno brązowych

krzyżówek. A po plaży spacerują dostojne łabędzie… Aktywność skrzydlatej braci jest duża, bo przecież muszą zdobyć więcej pokarmu, by rekompensować spadek temperatury. Możemy im też pomóc, wysypując do karmników ziarna, zawieszając słoninkę. Wydawać się może, że zima to uśpiona pora roku. Okazuje się, że dla naukowców to też czas wzmożonej pracy. Ich program badań obejmuje także tę porę roku, jako że niektóre obserwacje można prowadzić tylko zimą. Badane są przede wszystkim warunki klimatyczne, grubość pokrywy śnieżnej, opady, wilgotność, zlodowacenie jezior, morza i Zalewu Szczecińskiego. Jeśli jest śnieg, tropy zwierząt pozwalają poznać gatunki, które prowadzą skryty tryb życia i latem ich obserwacja jest niemożliwa. Poszukuje się śladów wydry, łosia czy wilka. Nie trzeba być jednak naukowcem, by docenić walory zimowego lasu. Warto wybrać się tam wówczas i posłuchać tych innych, niecodziennych głosów, obserwować ślady na śniegu i spróbować odczytać to, co przyroda zapisuje na białej kartce śniegu.

MAGAZYN

55


W krainie jeleni TEKST I ZDJĘCIA ARTUR KUBASIK

Mimo że jeleń to zwierz bardzo ciekawski, widok człowieka nie kojarzy mu się z niczym dobrym. A już widok człowieka z aparatem przy oku i rękoma ułożonymi jak do strzału powoduje, że natychmiast ucieka. dlatego też są mniej popularne. Łanie to fotograficzne wyzwanie. Są dosłownie uszami. Słyszą wszystko doskonale, cokolwiek w danej sytuacji by nie robiły. Do zmysłu słuchu dochodzi doskonały wzrok. Lustrują całą okolice, nawet gdy skubią gałązki. Są bardzo towarzyskie. Samice i niedojrzałe osobniki łączą się w duże stada rodzinne liczące po kilkadziesiąt osobników. Jeleń był moją pierwszą przyrodniczo-fotograficzną przygodą. Od spotkania z nim kilka lat temu wszystko się zaczęło…

Ciekawski młodzieniec

Są jednak sposoby, by jelenia nie spłoszyć, a wzbudzić jego ciekawość. Można udawać „krzak”. Dziwny krzak zawsze wzbudza ciekawość. Pod koniec września odwiedzam jedno z miejsc, gdzie co roku odbywa się najpiękniejszy z koncertów jesiennej przyrody. Czas miłości – rykowisko. Jelenie z jakiś powodów upodobały sobie tę przestrzeń nad brzegiem zalewu, w otoczeniu sosnowego lasu Wolińskiego Parku Narodowego. Zrobienie im zdjęcia nie jest tu specjalnie trudne w porównaniu z resztą lasu, gdzie sfotografowanie ryczącego samca zazwyczaj kończy się niepowodzeniem. Jeleń kojarzy się przede wszystkim z tym, co nosi na głowie, czyli porożem. To kawał kości, czasem odpowiadający wadze 1/10 masy ciała samego samca. Często mylone jest

56

MAGAZYN

z rogami, różni się wielkością lub bywa mniej lub bardziej rozłożyste, zawsze wzbudzając zachwyt.

Jest w tym zwierzęciu coś, co sprawia, że ciągnie człowieka do oglądania, a każde spotkanie przyspiesza bicie serca… I nie dotyczy to tylko „byka na rykowisku”.

Wbrew powszechnej opinii, sarna nie jest żoną jelenia. Jest nią łania. Łanie są mniejsze od samców i mniej dostojne przez brak poroża. Może Byk w sosnowym lesie

Więcej zdjęć: facebook.pl/obrazkizlasu


OBRAZKI Z WYSPY WOLIN

Rykowisko

Łania w zimowej szacie

natura

Łania z młodym bykiem

Młody byk z zaczątkiem pierwszego poroża

Rykowisko nad zalewem

Dojrzały byk

MAGAZYN

57


58

MAGAZYN


ROZGRZEWAJĄCE ZIMOWE ŚNIADANIA

kulinaria

NA DOBRY początek TEKST, ZDJĘCIA I PRZEPISY KAROLINA LESZCZYŃSKA

N

a wiosnę i pierwsze nowalijki przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać. Luty, mimo że krótki, często ciągnie się niemiłosiernie. Zmęczeni

zimą niecierpliwie czekamy na marzec oraz dłuższe i nieco cieplejsze dni. Co raz ciężej wstawać z ciepłego łóżka w chłodne poranki. Warto więc je sobie umilić, serwując rozgrzewające śniadanie, które poprawi nam nastrój i pozwoli przetrwać ostatnie zimowe dni. A o tym, że jest ono najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia, nie muszę chyba nikomu przypominać.

MAGAZYN

59


kulinaria

ROZGRZEWAJĄCE ZIMOWE ŚNIADANIA

Owsianka

z gruszką i imbirem Składniki (dla 2 osób) 1 szklanka płatków owsianych 2 szklanki dowolnego mleka (krowiego lub roślinnego) 1 łyżeczka startego świeżego imbiru szczypta soli 2 łyżki miodu 2 gruszki orzechy włoskie do podania jogurt naturalny do podania Płatki wsypać do garnka z grubym dnem, wlać mleko, dodać imbir, sól i miód. Zagotować na małym ogniu. Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne i pokroić w kostkę, dodać do garnka. Owsiankę gotować ok. 10 minut, co jakiś czas mieszając. Podawać z orzechami włoskimi i jogurtem.

60

MAGAZYN


Jaglany

budyń

czekoladowy z chilli Składniki (dla 2 osób) 1/2 szklanki kaszy jaglanej 2-2,5 szklanki dowolnego mleka (krowiego lub roślinnego) sok z 1 pomarańczy 10 suszonych daktyli 2 łyżki kakao 1/4 łyżeczki suszonych płatków chilli opcjonalnie 2-3 łyżki syropu klonowego starta czekolada do podania sól himalajska do podania

Kaszę jaglaną przepłukać dokładnie na sitku, po czym przelać wrzątkiem. Wsypać do garnka z grubym dnem, wlać 1 szklankę mleka i sok z pomarańczy oraz dodać daktyle, kakao i chilli. Gotować pod przykryciem ok. 15 minut, aż kasza wchłonie cały płyn. W razie konieczności dodać więcej mleka. Ugotowaną kaszę zdjąć z ognia. Dolać resztę mleka i zmiksować blenderem ręcznym na gęsty budyń. Opcjonalnie dosłodzić do smaku syropem klonowym. Budyń podawać posypany startą czekoladą i grubo mieloną solą himalajską.

MAGAZYN

61


Szakszuka Składniki (dla 3 osób) 1 cebula 2 ząbki czosnku 1 łyżka oleju 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego szczypta suszonych płatków chilli 1 czerwona papryka 200 g brązowych pieczarek 4 łyżki kukurydzy z puszki 1 puszka krojonych pomidorów sól pieprz 3 duże jajka świeża kolendra do podania

Na dużej patelni rozgrzać olej. Cebulę i czosnek drobno posiekać. Smażyć ok. 7 minut, stale mieszając, aż cebula zmięknie. Dodać kmin i chilli, smażyć jeszcze minutę. Usunąć gniazdo z papryki i pokroić ją w kostkę, pieczarki pokroić w cienkie plasterki. Warzywa wsypać na patelnię i smażyć ok. 5 minut, aż zmiękną i puszczą wodę. Dodać pomidory i kukurydzę. Zawartość patelni doprowadzić do wrzenia i gotować kolejne 5 minut. Na sam koniec na patelnię wbić jajka, przykryć pokrywką i gotować 3-4 minuty aż białka się zetną a żółtko pozostanie na wpół płynne. Podawać natychmiast posypane świeżą kolendrą z dodatkiem pieczywa.

62

MAGAZYN


Tosty

francuskie z jabłkami Składniki (dla 2-3 osób) mała chałka 3 duże jajka 150 ml mleka 3 łyżki cukru lub ksylitolu ziarenka z 1/2 laski wanilii 1 duże jabłko 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu 2 łyżki miodu lub syropu klonowego sok z 1/4 cytryny sok z 1 pomarańczy masło do smażenia Usunąć gniazdo nasienne z jabłka i pokroić je w małą kostkę. W małym garnku lub na patelni rozpuścić 1 łyżkę masła. Dodać jabłko i smażyć 2 minuty, następnie dodać cynamon, miód lub syrop klonowy oraz sok z cytrusów. Dusić ok. 5 minut, aż jabłko zmięknie. W głębokim talerzu roztrzepać jajka z mlekiem, cukrem i wanilią jak na omlet. Chałkę pokroić w cienkie kromki, maczać z obu stron w jajku i smażyć na maśle, aż tosty z obu stron będą rumiane. Podawać z duszonym jabłkami.

MAGAZYN

63


Połączenie

nie może być zrealizowane Mogłoby się wydawać, że sięgając po zdrowe produkty, odżywiamy się w sposób racjonalny i zdrowy. Niestety, nie zawsze się to sprawdza. 64

MAGAZYN


ZDROWIE W KUCHNI

Na wstępie należy zdementować pogłoski odnośnie unikania połączeń białek, tłuszczy i węglowodanów w jednym posiłku. Podgląd ten opierał się na twierdzeniu, że organizm nie jest w stanie poradzić sobie z jednoczesnym strawieniem tych trzech składników pokarmowych, ponieważ każdy z nich wymaga innych enzymów trawiennych.

Skomplikowany proces trawienia Oczywiście zarówno białko, jak i tłuszcz oraz węglowodany rozkładane są przez inne enzymy. Działają one jednak zupełnie niezależnie i nic nie stoi na przeszkodzie, by wydzielały się w jednym czasie. Każdy z tych składników trawiony jest w innym miejscu. Każdy z tych procesów przebiega zupełnie autonomicznie i wbrew krążącym mitom, organizm bez trudu radzi sobie z trawieniem posiłków złożonych z tych wszystkich trzech składników pokarmowych. Ważniejsze jest, aby wiedzieć, że nie wszystkie produkty mają ten sam czas trawienia. Po wymieszaniu tych lekkostrawnych z ciężkostrawnymi, poprzez zjedzenie ich w jednym czasie, opóźnimy trawienie całego posiłku.

Nie do pogodzenia! By dostarczyć naszemu organizmowi wszystkich niezbędnych składników, powinniśmy odżywiać się różnorodnie. Wydaje się to proste, jednak sprawa komplikuje się, gdy trzeba zestawić ze sobą różne produkty. Czasami składniki, które samodzielnie są cenne, w połączeniu z innymi tracą swoje prozdrowotne właściwości, także w wyniku zachodzących między nimi reakcji chemicznych. Zamieniają się w szkodliwe dla nas związki. Jak się okazuje, bardzo ważne jest w jaki sposób komponujemy poszczególne produkty. Niektóre połączenia mogą być bardzo niekorzystne, dlatego warto zapamiętać, jakich produktów ze sobą łączyć nie warto.

Ziemniaki i mięso Ponieważ mięso trawione jest zdecydowanie dłużej. Łącząc te produkty, dochodzi do utrudnienia przetwarzania w organizmie ziemniaków. Proces ten wymaga więc dostarczenia większej ilości energii. To właśnie dlatego po tradycyjnym niedzielnym obiedzie czujemy się senni i zmęczeni. Niestrawione resztki zaczynają zalegać w jelitach. Idąc dalej, w naszym układzie pokarmowym zachodzą procesy gnilne, które powodują wiele chorób i mogą być między innymi przyczyną nowotworu.

Bułka z masłem, czyli cukry proste i tłuszcze nasycone Bułka z białej mąki zawiera dużo węglowodanów szybko przyswajalnych, które po zjedzeniu gwałtownie podnoszą stężenie glukozy we krwi. By po takim posiłku wyrównać ilość cukru we krwi, trzustka wyrzuca duże ilość insuliny – hormonu, który transportuje glukozę z krwi do tkanek (wątroby, mięśni i niestety tkanki tłuszczowej) oraz mobilizuje komórki do zaopatrywania się w energię zapasową. Połączenie w jednym posiłku cukrów prostych i tłuszczy nasyconych sprzyja więc nie tylko magazynowaniu tkanki tłuszczowej, ale także syntezie triglicerydów i złego cholesterolu. Oczywiście wspomniana biała bułka to tylko przykład i to wcale nie najgroźniejszy. Najniebezpieczniejszymi przykładami w tej kategorii są wyroby cukiernicze, na przykład pączki, ciasto francuskie, kruche ciastka czy batoniki. Niekorzystne jest także jedzenie ziemniaków i mącznych wyrobów okraszonych tłuszczem. Oczywiście należy mieć na uwadze, że zarówno cukry proste, jak i tłuszcze nasycone zestawione razem, a nawet jedzone oddzielnie w nadmiarze, są niekorzystne dla naszej sylwetki i zdrowia.

Herbata z cytryną Herbata zawiera glin, czyli związek szkodliwy, powiązany między inymi

kulinaria

z chorobą Alzheimera. W naparze z herbaty występuje on w formie prawie nieprzyswajalnej dla organizmu. W 99 proc. jest wydalany w niezmienionej formie z organizmu. Jednak dodatek soku z cytryny (kwasu cytrynowego) powoduje, że w ten sposób tworzy się cytrynian glinu, przez co zdecydowanie rośnie przyswajanie glinu. Nadmiar cytrynianu glinu powoduje choroby układu nerwowego i mózgu. To jednak bardzo długi proces i trzeba by było wypijać naprawdę bardzo duże ilości czarnej herbaty z cytryną, przez wiele lat. Jest to niestety do osiągnięcia.

Herbata i ciasto drożdżowe Zawarte w herbacie garbniki ograniczają wchłanianie witaminy B1, która znajduje się w cieście drożdżowym. Witamina B1 korzystnie wpływa na układ nerwowy.

Pomidor z ogórkiem Ogórek zawiera minimalne ilości witamin, minerałów i… kalorii. Można więc objadać się nim bezkarnie. Nie stanowi on zagrożenia ani dla wątroby, ani dla figury. Na pozór – idealny składnik sałatek. A jednak tak nie jest! Wszystko za sprawą jednego z jego specyficznych składników – askorbinazy, enzymu utleniającego witaminę C. Łyżeczka soku z ogórków zniszczy całą witaminę C w trzech litrach soku z pomidorów. Kilka plasterków ogórka dodanych do sałatki z pomidorów, papryki i natki pietruszki (bogactwo witaminy C) pozbawi całą sałatkę tej witaminy. Dietetycy radzą: ogórki jadaj, ale bez innych warzyw.

Pomidor i twaróg Trzeba przyznać, że jest to niezwykle popularne połączenie. Pomidor zawiera silne działające kwasy. Kiedy połączymy go z białym serem, to zawarty w nim wapń wejdzie w reakcje z tymi kwasami i wytworzą się nierozpuszczalne kryształki. Odkładają się one w stawach, blokują je, a także przysparzają bólu podczas poruszania się.

MAGAZYN

65


kulinaria

DIETA

Kawa lub herbata plus nabiał Zawarty w kawie i herbacie kwas szczawiowy łączy się z wapniem znajdującym się w twarożku, jogurcie i serze żółtym. W ten sposób tworzą się szczawiany, które odkładają się w postaci kamieni w drogach moczowych. Natomiast wapń nie może być wykorzystany przez organizm, gdyż zostaje związany.

Warzywa kapustne i ryby Ryby morskie oraz owoce morza są źródłem jodu. Nie należy łączyć ich z warzywami kapustnymi (kalafior, brokuł, kapusta, brukselka), ponieważ wiążą jod i uniemożliwiają jego wchłanianie. Wielu żywieniowców radzi, by w naszej diecie ryby pojawiały się jak najczęściej. Zawierają wiele ważnych dla naszego organizmu związków, między innymi jodu. Brokuł, brukselka czy kalafior zawierają goitrogen utrudniający pracę naszej tarczycy, a tym samym wchłanianie związku zawartego w morskich specjałach. Prowadzi to do zakłócenia wytwarzania hormonów regulujących nasz metabolizm.

ciwutleniacze, które chronią nasze komórki przed starzeniem się. Niestety silne właściwości antyoksydacyjne tych związków skorelowane są z chelatacją, czyli wiązaniem metali, w tym przypadku żelaza. Tak związane żelazo traci zdolność do wchłaniania się z przewodu pokarmowego. Częste popijanie posiłków mocną herbatą przyczynia się więc do niedoborów żelaza, co skutkować może anemią. Połączenie takie jest najbardziej niekorzystne u wegetarian, ponieważ w ich diecie występuje jedynie żelazo niehemowe (pochodzenia roślinnego), które aż w 90 proc. wiąże się z polifenolami. Nie musimy się wystrzegać herbaty czy kawy, pamiętajmy jednak, by nie popijać nimi posiłków, a spożywać je dopiero dwie godziny po jedzeniu. w oleju słonecznikowym i kukurydzianym. Kwasy omega-6 wzmacniają układ nerwowy, odżywiają skórę, włosy i paznokcie. Jednak podczas smażenia mogą zredukować działanie omega-3.

Czerwone wino i zielona pietruszka A także wino i wołowina, bowiem zarówno natka, jak i czerwone mięso są cennymi źródłami żelaza. O prawidłową ilość w diecie tego pierwiastka powinny dbać przede wszystkim kobiety, ponieważ comiesięczna utrata krwi często skutkuje jego niedoborem, prowadząc do anemii. Wino, podobnie jak herbata, zawiera garbiki, które utrudniają wchłanianie niezbędnego mikroelementu.

Mięsa i czerwone wino Zawarte w winie garbniki uniemożliwiają dobre wchłonięcie żelaza, które znajduje się w mięsie (szczególnie w wieprzowinie, wołowinie, dziczyźnie czy wątróbce). Garbniki te znajdują się także w kawie i herbacie.

Grzyby i alkohol Wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. I to powiedzenie nie dotyczy tylko grzybów trujących, ale także niektórych grzybów jadalnych, jeśli połączymy je z alkoholem. Takim niepozornym grzybem jest czernidlak. Zawiera on korynę, która sama w sobie nie jest trucizną, ale blokuje rozkład alkoholu w ludzkim organizmie. Jeżeli w ciągu dwóch dni po zjedzeniu tych grzybów zostanie wypity alkohol, dochodzi do zatrucia, które może prowadzić nawet do śmierci. Jak widać, pozornie zdrowe, nieszkodliwe połączenia mogą okazać się niekorzystne dla naszego organizmu. Dlatego komponując nasze posiłki, róbmy to z rozwagą. Mimo wszystko nie dajmy się jednak zwariować. Zachowajmy zdrowy rozsądek. W końcu zjedzenie od czasu do czasu pysznej sałatki z ogórkiem i pomidorem jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Olej z rybami

Herbata, kawa i wino nie do posiłku

Krzysztof Wierzba

Korzystne działanie kwasów omega-3 mogą zaburzyć kwasy omega-6, których najwięcej znajduje się

Napoje te zawierają polifenole (taniny w kawie i herbacie oraz resweratrol w winie), czyli prze-

Hotel & SPA „Trzy Wyspy” Cieszkowskiego 1, Świnoujście

66

MAGAZYN

Manager gastronomii i szef kuchni


C jak witamina Zima, zima, ciągle zima. A jak zima to i częstsze przeziębienia. A jak przeziębienie, to i witamina C. Pyta o nią w aptece większość zakatarzonych. Tymczasem w sieci dostępne są dziesiątki, często sprzecznych, informacji dotyczących tego cudownego specyfiku. Rozprawmy się z pięcioma najbardziej popularnymi, kierując się rekomendacjami Światowej Organizacji Zdrowia oraz Instytutu Żywienia i Żywności.

1. W prawo czy w lewo? W aptekach dostępna jest witamina C prawoskrętna. Tymczasem jedyną skuteczną witaminą C jest ta lewoskrętna, dostępna jedynie w świadomych tego sklepach internetowych. MIT! Witamina C w formie przyswajalnej przez człowieka zwana jest inaczej kwasem L-askorbinowym lub E300 i występuje jedynie w formie prawoskrętnej. Mit o jej lewoskrętności powstał w wyniku błędnej interpretacji znaczenia literki „L” przed słowem askorbinowy przez kierujących się

68

MAGAZYN

bardziej dedukcją niż ogólnodostępną wiedzą naukową naciągaczy. Jeśli traficie więc na sklep internetowy każący Wam słono płacić za cudowne skręcenie witaminy w lewą stronę, możecie być pewni, że jesteście na stronie zwykłych oszustów. Chcą oni zbić majątek na tych, którzy uczyli się chemii za czasów, kiedy nie było tych informacji w podstawie programowej. Dodajcie ich stronę do spamu i sięgnijcie po przebogate w prawoskrętną witaminę C pomarańcze.

2. Rozgrzewa, nie leczy Herbatka z sokiem z cytryny lub malin pomaga przy przeziębieniu ze względu na zawartość witaminy C. MIT! Witamina C bardzo łatwo ulega zniszczeniu pod wpływem wysokich temperatur. Sok cytrynowy czy malinowy, choć bardzo bogaty

w witaminę C, traci ją po zetknięciu z gorącą wodą. Jeśli nawet dodamy go do ciepłej czy chłodnej wody, to przecież nie więcej niż łyżeczkę czy dwie, a to za mało, żeby mówić o znaczącym procencie pokrycia naszego zapotrzebowania na tę witaminę. O wiele lepiej wycisnąć sok z dwóch pomarańczy czy grejpfrutów*. Taka szklanka jest wtedy prawdziwą bombą E300. Sam wpływ zwiększonej podaży witaminy C na odporność też jest mocno kontrowersyjny. Współczesne uczelnie zgodnie twierdzą, że wprawdzie witamina C w ludzkim organizmie znajduje się głównie w leukocytach walczących z drobnoustrojami, ale jej zwiększona podaż nie ma wpływu na częstotliwość zachorowań i siłę infekcji. Nieco rozbieżne wyniki pojawiają się jedynie w przypadku długości choroby. Warto jednak z naszej gorącej herba-


OBALAMY MITY

ty nie rezygnować ze względu na jej działanie rozgrzewające.

3. Mega nie znaczy dobrze Megadawki witaminy C mają działanie antynowotworowe. MIT! Megadawki witaminy C są przez nas wydalane z moczem. Każdy, kto zje na raz opakowanie witaminy C, będzie mógł to łatwo zauważyć w toalecie, czując specyficzny zapach i widząc mocno żółty kolor. Ich przyjmowanie w ilości większej niż normy (40-200 mg) nie mają więc sensu. A przy zrównoważonej diecie uwzględniającej warzywa i owoce pokrycie naszego zapotrzebowania to nie problem. Nie musimy kupować w chorobie aceroli, która ma 1600 mg witaminy C w 100 g. Wystarczy szklanka soku z pomarańczy (około 130 mg) i po sprawie.

4. Nie każdy jest sportowcem Sportowcy powinni suplementować Witaminę C. PRAWDA, ALE… Normy spożycia dla sportowców są faktycznie wyższe niż dla osób nieaktywnych fizycznie. Nie wynika to z wpływu tej witaminy na wyniki sportowe, bo takiego nie ma, ale z tego, że witamina C jest antyoksydanetem walczącym z wolnymi rodnikami, które produkowane są w trakcie wysiłku fizycznego. Poma-

ga też szybciej wrócić organizmowi do równowagi po ciężkim treningu. Kluczowe tu wydaje się jednak pytanie: czy jestem sportowcem? Jeśli trenujesz dwa razy dziennie, sześć lub siedem dni w tygodniu, faktycznie musisz bardzo dbać o regenerację i pilnować, żeby nie wychodzić na trening przemęczonym, a witamina C będzie miała co w Twoim organiźmie naprawiać. Jeśli jednak dwa razy w tygodniu biegasz i dwa razy idziesz na siłownię, a poza tym osiem godzin siedzisz w biurze – to jednak do sportowca, w rozumieniu konieczności zastosowania wyśrubowanych norm żywienia, jeszcze Ci nieco brakuje.

dieta

w tabletkach poza szczególnymi przypadkami jest wysoce bezsensowne. Jeśli już jednak jesteśmy tym komandosem, który w warunkach arktycznych dostał dziś za zadanie przebiec 50 km i musimy dostarczyć 2 g witaminy C, bo nie wiadomo, jaki rozkaz jutro wyda dowódca, to nie ma znaczenia, czy kupimy najtańszy listek witaminy C czy listek witaminy pozyskiwanej z owoców. Jedna i druga wchłonie się tak samo. Inną sprawą byłby wspominany już wcześniej sok z cytrusów. Ten poza witaminą dostarczy nam jeszcze dodatkowo cennych bioflawonoidów.

Osoby stale narażone na wysoką aktywność w niesprzyjających warunkach pogodowych (instruktorzy narciarscy, triatloniści, żołnierze) są jedyną grupą, w przypadku której zauważono pozytywną korelację pomiędzy dodatkową suplementacją witaminy C w dawce 2 g/dobę, a spadkiem zachorowań.

Tak więc, aby zimie się nie dać, ubierajcie się ciepło, odżywiajcie w sposób zrównoważony, jedzcie sezonowe owoce i warzywa (tak, cytrusów w zależności od odmiany zbiera się najwięcej właśnie zimą i jesienią), nie wydawajcie pieniędzy na reklamowane w internecie cuda i pamiętajcie – nic tak świetnie nie wpływa na odporność, jak codzienny, szybki, półgodzinny spacer.

5. Natura a sztuczność

* Uwaga! Jeśli przyjmujemy jakiekolwiek leki, zrezygnujmy lepiej z soku grejpfrutowego.

Tabletki z naturalną witaminą C są lepiej przyswajalne niż ze sztuczną. MIT! Witamina C jest tak łatwo dostępna, w tak wielu pysznych produktach spożywczych, że kupowanie jej

Ciekawych dlaczego odsyłam do wpisu: www.rownowaznia.pl/grejpfrut-kontra-lek

Renata Kasica, Dietetyk, autorka bloga rownowaznia.pl

MAGAZYN

69


Niczym na plaży Może i oddalona nieco od centrum miasta, ale za to kilka kroków od morza. Karczma Polska Pod Kogutem już od dekady przyciąga nastrojem i wystrojem, a przede wszystkim smakiem.

70

MAGAZYN


KARCZMA POLSKA POD KOGUTEM

Już na wstępie wrażenie robi aranżacja wnętrza. Odwołująca się do staropolskiej tradycji, swojska. Dominuje drewno. – Jeszcze dziś zdarza nam się słyszeć od znawców tematu, że to najzdrowsze drewno, jakie można sobie wyobrazić – mówi Łukasz Nartowicz, menedżer lokalu. Nadaje ono przestrzeni ciepłego, familiarnego charakteru. W tym miejscu chce się być, spędzać czas, rozmawiać i, naturalnie, zjeść… Skoro o jedzeniu… Menu Karczmy Pod Kogutem jest bogate i różnorodne, ale flagowym jej punktem jest dziczyzna. Każdy przebywający w Świnoujściu miłośnik tego mięsiwa prędzej czy później trafia właśnie tutaj. Poza dziczyzną karczma oferuje całą gamę klasycznych potraw kuchni polskiej, wszak nazwa zobowiązuje (przy okazji, usłyszymy tutaj tylko polską muzykę – pełen przekrój, od Stachursky’ego do Połomskiego).

kulinarne świnoujście

W menu brak dań typowo wegetariańskich, co nie oznacza, że wegetarianie nie mają tutaj czego szukać. Kucharze są bardzo otwarci i z chęcią – jeśli tylko będą stosowne produkty – przygotują coś smakowitego na życzenie wegetarianina. Zaletą Karczmy Pod Kogutem jest lokalizacja. Znajduje się nieopodal wejścia na plażę. Latem na zewnątrz pojawia się ogródek. Można wtedy odnieść wrażenie, że znajdujemy się nad samym morzem! Ale uroku temu miejscu nie brak i w chłodniejsze dni.

Karczma Polska Pod Kogutem Żeromskiego 62 Świnoujście Telefon +48 91 327 40 57 swinoujscie@karczmapodkogutem.pl

www.karczmapodkogutem.eu

MAGAZYN

71


72

MAGAZYN


KSIĘGARNIA NEPTUN

biznes po świnoujsku

Jest w czym wybierać Co zabija branżę księgarską? Jak utrzymać się na tym

niełatwym rynku? Po jaką literaturę sięgają dziś czytelnicy, których na szczęście jednak nie brakuje? Rozmawiamy z Cezarym Koncewiczem z księgarni Neptun. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Historia księgarni rozpoczęła się ponad ćwierć wieku temu, w 1991 roku. Zgadza się. Za tą historią stoi moja mama, która wykupiła księgarnię od ówczesnego Domu Książki. Duża w tym zasługa uwolnionego chwilę wcześniej rynku.

Księgarnia rodzinna. Tak. Rodzice prowadzili firmę, pracowała w niej niemal cała nasza rodzina. Ja pomagałem w zaopatrzeniu, w obsłudze komputerów, internetu.

W tej branży internet jest chyba niezbędny, prawda? Zdecydowanie tak. Choć znam księgarzy, którzy długo się bez niego obywali. I sobie jakoś radzili. Dawniej, gdy w miesiącu ukazywały się trzy, cztery nowości wydawnicze, można było nad tym zapanować i bez internetu. Obecnie na rynku

jest tyle premier, że nawet śledzenie tematu w sieci nie gwarantuje ogarnięcia całości. Trzeba mieć mnóstwo, mnóstwo czasu.

Przybyło też autorów. Wydaje się, że wszyscy piszą książki. Rzeczywiście. Kiedyś było kilku autorów, mam na myśli tych poczytnych, popularnych. Ludzie kupowali Ludluma czy Chmielewską…

Polską Agathą Christie. Dokładnie. To był zresztą czas, kiedy zachłystywaliśmy się tym, co pochodziło z zagranicy. Polscy autorzy nie byli tak chętnie czytani. Moda na nich, jeśli można tak powiedzieć, zaczęła się dopiero jakieś 15 lat temu. Wcześniej mieli problem z przebiciem się na rynku. A wracając do Chmielewskiej, do dziś czytelnicy po nią sięgają, ale ma też godnych następców. Polski kryminał ma się znakomicie. Po boomie na mroczne,

MAGAZYN

73


A skąd nazwa Neptun? Nie licząc mitologicznych skojarzeń. Ta nazwa funkcjonowała jeszcze za czasów Domu Książki. Można powiedzieć, że przechwyciliśmy ją. A co do genezy? Raczej nie dojdziemy już do tego.

Jak na przestrzeni tych 25 lat zmieniała się kondycja branży księgarskiej?

skandynawskie historie przyszedł czas na rodzimą twórczość – Marek Krajewski, Katarzyna Bonda, Remigiusz Mróz.

liśmy, rzeczywiście. Neptun nie miał szczęścia do lokalizacji.

Prowadząc tyle lat księgarnię, ma pan wgląd w te czytelnicze mody.

W 1998 roku.

To prawda. Jak w każdej innej dziedzinie – przychodzą, niekiedy zostają na dłużej, innym razem odchodzą, robiąc miejsce kolejnym. Czasem pojawia się książka, na tyle świeża, że potrafi przez jakiś czas „ciągnąć” cały rynek. Staje się zaczynem do tworzenia kolejnych tego rodzaju. Jak na przykład historia Harry’ego Pottera Rowling, Kod Leonarda da Vinci Browna czy Millenium Larssona.

Księgarnia Neptun kilkakrotnie zmieniała swoje miejsce, zanim na dobre zadomowiła się przy ulicy Bohaterów Września. Zgadza się. Na początku księgarnia – jeszcze wtedy należąca do Domu Książki – mieściła się tuż obok miejsca, w którym się znajdujemy. Potem przenieśliśmy się na róg ulic Monte Cassino i Bohaterów Września, ale po chyba dwóch latach lokal został zburzony. Przez jakiś czas znajdowaliśmy się przy Wybrzeżu Władysława IV. Trochę powędrowa-

74

MAGAZYN

Aż wreszcie trafiliście tutaj. Kiedy to było? Czyli niebawem okrągła rocznica. No tak, 20 lat… Obecne miejsce to też powrót do korzeni. Księgarnia mieści się dosłownie parę metrów od pierwotnej lokalizacji. Jako ciekawostkę powiem, że dawniej mieścił się tutaj lokal, cieszący się dużą popularnością wśród marynarzy. Do dziś pamiętany jeszcze przez niektórych jako restauracja żeglarska.

Rzeczywiście, z czasem ta kondycja się zmienia. Na początku było zachłyśnięcie się całym rynkiem, nie tylko zresztą książki. Bywało, że towaru po prostu brakowało. Wszystko, w tym i literatura, sprzedawało się bardzo dobrze. Później w księgarstwie można było zaobserwować pewien kryzys. Powodów było kilka. Na pewno nastąpiło swego rodzaju przesycenie. Poza tym, powstawało coraz więcej księgarni. Do głosu doszły inne media, w tym przede wszystkim internet, który zaczął powoli odbierać klientów tradycyjnym księgarniom. Encyklopedie czy atlasy – to można było znaleźć w sieci. Pojawiły się e-booki, choć w naszym mieście nie są one jakoś szczególnie popularne. Natomiast gwoździem do „księgarskiej trumny” były z pewnością podręczniki.

Kiedyś półki księgarń uginały się pod ich ciężarem. Dokładnie tak, ale w pewnym momencie wydawnictwa zaczęły omijać


KSIĘGARNIA NEPTUN

księgarnie, trafiając z podręcznikami bezpośrednio do szkół. Rodziło to zresztą różne patologie – nie zawsze prawidłowy obieg książek i tak dalej. Tak czy inaczej, ucierpiał na tym rynek księgarski, dla którego podręczniki stanowiły naprawdę spory procent. W niektórych księgarniach było to nawet 60 procent.

Kolejnym „zabiciem” księgarń było wprowadzenie darmowych podręczników. Zdecydowanie. Już sama zapowiedź tego projektu powodowała, że część księgarzy zaczęła się już po prostu pakować, wiedząc, że w tym starciu jest kompletnie bez szans. Tendencja ta niestety trwa i jest coraz bardziej widoczna. Księgarnie wciąż upadają. W 2002 roku rynek liczył około 3 tysięcy księgarni. Dziś jest ich

około 2 tysięcy, a może nawet mniej. Ten spadek niestety jeszcze się nie kończy…

Ta sytuacja powoduje, że księgarze muszą urozmaicać swoją ofertę. Książki to dziś za mało. To prawda. Stąd pojawienie się na półkach innych rzeczy. Kładziemy jednak duży nacisk na to, żeby nie były one przypadkowe. Żeby w jakiś sposób łączyły się ze sobą. Jeśli więc będą to na przykład gry czy zabawki, ważne jest, żeby miały walor edukacyjny.

Mówiąc o powolnym „zabijaniu” rynku księgarskiego, nie wspomnieliśmy o jeszcze jednym istotnym „agresorze” - o księgarniach internetowych. Oczywiście. One też mają w tym

biznes po świnoujsku

procederze swój udział. To zresztą nie zawsze są księgarnie. Często to zwykłe magazyny postawione gdzieś w polu… Małe koszty, tania siła robocza, to powoduje, że i ceny stają się bardziej niż konkurencyjne.

Klimat księgarstwu nie sprzyja, księgarnie znikają w oczach, a Neptun od ćwierćwiecza się trzyma mocno. Jest jedyną tradycyjną księgarnią w Świnoujściu. Dlaczego wy? Pasja? Determinacja? Inwencja? To wszystko się ze sobą wiąże. Dochodzą też inne czynniki. Niezręcznie to mówić, ale na pewno pomaga nam fakt, że jesteśmy jedyni. Proponujemy różnego rodzaju akcje promocyjne, mające na celu przyciągnięcie czytelnika, na przykład teraz mamy ofertę „Trzy za jeden”. Za jedną książkę, najdroższą, się

MAGAZYN

75


biznes po świnoujsku

KSIĘGARNIA NEPTUN

płaci, a otrzymuje się trzy. Na pewno ważna jest wymiana towaru. Trzeba mieszać książki, różnicować ofertę.

To działa? Ludzie kupują? Czytają? Coś się w tej kwestii ruszyło. Jeszcze kilka lat temu można było mówić o czytelniczej katastrofie, a dziś widać tendencję zwyżkową. Był czas, że najlepszym prezentem była właśnie książka. Potem musiała ustąpić nowym technologiom, gadżetom i tak dalej. Obecnie jesteśmy tym nasyceni, wręcz przesyceni, wszystkie technologiczne nowinki już mamy.

Można więc znowu spokojnie sięgnąć po książkę. Dokładnie tak (śmiech). Ludzie znów chętnie ofiarowują i otrzymują w prezencie książki. A wchodząc do księgarni, masz tych prezentów kilka tysięcy. Jest w czym wybierać.

Na waszej wystawie zwraca uwagę spora ilość biografii, wspomnień, wywiadów-rzek. Rzeczywiście, dzisiaj bardzo chętnie sięgamy po historie innym ludzi. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu publikacje tego typu proponują naprawdę rzetelny, głębszy obraz opisywanych postaci. Płytkie, szybkie informacje opanowały internet. Biografie z Wikipedii nie są dla czytelnika interesujące, dlatego sięga do literatury, w poszukiwaniu czegoś więcej.

menem i tak dalej. Coaching ma się dobrze. Dawniej te książki na pewno by się nie sprzedawały.

Teraz pewnie wzrośnie zainteresowanie historią Michaliny Wisłockiej.

Może dlatego, że mało kto wiedział, co to jest coaching.

Być może rzeczywiście film się temu przysłuży, ale szału jak dotąd nie zauważyłem.

Pewnie tak (śmiech).

Co jeszcze, oprócz biografii, interesuje czytelników?

To prawda. Staramy się o to, żeby wszystko, co ukazuje się na temat Świnoujścia, znalazło się na naszych półkach. Tym bardziej że jest się czym pochwalić. Sama historia miasta jest interesująca. Mamy też niezwykle ciekawych pisarzy. Jak na przykład Jarosław Molenda, Stanisław Szczepański, Józef Pluciński czy Piotr Laskowski. Niewątpliwie jest

Da się z pewnością zauważyć, że ludzie coraz większą wagę przywiązują do własnego rozwoju. Stąd duża popularność rozmaitych poradników, książek pomagających kształtować osobowość czy umiejętności zawodowe, na przykład jak być dobrym szefem, sprawnym biznes-

76

MAGAZYN

Neptun kładzie duży nacisk na lokalność – autorzy, historia.

w Świnoujściu potencjał.

Czy księgarz, który wśród książek spędza całe dni w pracy, prywatnie chętnie sięga po książkę? Jasne, to po prostu pasja. Czytam sporo. Dzięki pracy mam stały wgląd w rynek książki, nowości i tak dalej. Ta wiedza czasami nawet przeszkadza. Na przykład wtedy, gdy chcę wziąć sobie coś na weekend. Proces decyzyjny bywa bardzo trudny (śmiech).

Wobec tego łatwiejszych wyborów i powodzenia księgarskiego! Księgarnia Neptun Bohaterów Września 81, Świnoujście www.ksiegarnianeptun.pl


Miłość i hipoteka

Od jakiegoś już czasu w lutym obchodzimy nasze nowe narodowe święto, czyli Walentynki. Jak zapewne można się domyślać, historykowi znacznie łatwiej przychodzi opisywanie kataklizmów, wojen i wszelakich innych dopustów bożych niż uczuciowych subtelności damsko-męskich. Ale czegoż to nie robi się w odpowiedzi na społeczne zapotrzebowanie… TEKST JÓZEF PLUCIŃSKI

Zamiast trudnych, ponurych wręcz tematów związanych z historią miasta, zaproponuję tym razem opowieść bardziej przystającą do owego święta. A jak się dobrze poszuka, coś stosownego na tę okazje i w dziejach Świnoujścia się znajdzie. Dedykuję tę prawdziwą historię wszystkim zakochanym współmieszkańcom i tym, których to przeżycie jeszcze czeka.

Maria i Karol Na zachodnich obrzeżach niegdysiejszego Świnoujścia, tam gdzie obecnie przebiega ulica Lutycka, znajdował

78

MAGAZYN

się skromny dom z pięterkiem, nazywany powszechnie „Domem na hipotece”. Jak uzyskał on tę, przyznać trzeba dziwaczną nazwę, opowiada ta właśnie historia. Działo się to przed około 140 laty, kiedy nie było jeszcze dzisiejszego Kanału Piastowskiego ani też kuracyjnej dzielnicy nadmorskiej. W owym to czasie dom ten zamieszkiwała śliczna dziewczyna imieniem Maria, ze swoja matką – wcześnie, bo w 1872 r., owdowiałą żoną marynarza. Nic dziwnego, że dziew-

czyna również poznała i pokochała młodego marynarza imieniem Karol. Młodzi byli, jak to się mawiało, „po słowie”, gdy Karol na pokładzie wielkiego żaglowca udał się w daleki rejs do Indii. Tak jak i wielu dzisiejszych młodych świnoujścian, chciał się w rejsie dorobić, by po powrocie poślubić swoją wybrankę i zapewnić jej godziwe życie.

Maria i Walter I tak popłynął Karol w daleki świat, a Maria, jak to w zwyczaju dziewczyn marynarzy jest, czekała.


LOVE STORY ZNAD ŚWINY

Czekała wiele, wiele miesięcy, aż minęło ponad dwa lata. O statku i jego załodze, nie dochodziły żadne wieści. Tak to było wówczas, kiedy telekomunikacja satelitarna nie istniała, a usługi pocztowe też nie na całym świecie były znane. W domu Marii, ale i w jej sercu, zagościł smutek i zwątpienie. Coraz też częściej zjawiał się w jej domu młody, ale stateczny, z zamożnej świnoujskiej rodziny się wywodzący, sternik imieniem Walter. Tenże oczu od smutnej Marii oderwać nie mógł i w zamian za uśmiech starał się spełniać każde jej życzenie. Wierna aliści swej pierwszej miłości dziewczyna początkowo odrzucała zabiegi nowego adoratora, ufna w łaskawość losu. Ale jak to powiadają, kropla drąży kamień. Stopniowo przyzwyczajała się Maria do opiekuńczej obecności sternika Waltera i powoli, powoli godziła się z utratą wielkiej młodzieńczej miłości. Poszło to tym łatwiej, że jej matka, chcąca oszczędzić córce staropanieństwa i doczekać wnuków, usilnie namawiała ją do przyjęcia okazywanych przez wielbiciela względów. No i stało się. Dziewczyna wyraziła wreszcie zgodę na to, by być narzeczoną sternika Waltera, a u miejscowego pastora Steinbrücka z parafii Chrystusa Króla ustalono termin ślubu na listopad.

Niespodziewany powrót Szybko płynął czas poświęcony przygotowaniom do uroczystości weselnych. Krewni i przyjaciele, głównie narzeczonego, otrzymali już zaproszenia i zakupili prezenty. Na dni kilka przed terminem przygotowania weszły w fazę ostateczną. Nałowiono szczupaków, węgorzy, sandaczy i certy, pieczono drób i inne smakołyki. Miało to wszak być prawdziwe, pomorskie wesele. Pochlipując w skrytości, również Maria przygotowywała z matką swą narzeczeńską wyprawę i weselny strój. Bardzo wczesnym niedzielnym rankiem w dniu ślubu, na redzie

świnoujskiego portu pojawił się żaglowiec ze śladami długiej, ciężkiej podróży. To był statek Karola i on na jego pokładzie. Wkrótce też do burty dobił pilot, który, gdy rozpoznał spóźnionego oblubieńca, zakrzyknął do niego: Witaj Karolu! Maria bierze dzisiaj ślub! Jak przyjął to stęskniony marynarz, opisywać nie będziemy. On przecież do końca ufał swej dziewczynie. Gdy tylko statek przycumował do nabrzeża, w okolicy dzisiejszej ulicy Marynarzy, Karol ubrany w swój najlepszy przyodziewek pognał do domu umiłowanej. Widoczne już z daleka girlandy z gałęzi świerkowych nad wejściem do domu, radosny gwar zeń dochodzący dawały świadectwo temu, że pilot faktycznie mówił prawdę. Aliści los w tym miejscu uśmiechnął się do żeglarza. Narzeczeni nie zostali jeszcze sobie poślubieni. Dopiero co zasiedli wszyscy do weselnego śniadania, poprzedzającego właściwą ceremonię.

300 talarów Wszedł zatem do weselnego domu Karol i ujrzał za bogato zastawionym stołem tłum gości i swoją Marię.

stare świnoujście

Śliczną jak z obrazka, w ślubnym stroju, ale u boku innego mężczyzny. Niedoszła małżonka sternika, rzeczona Maria, w wychudzonym, ogorzałym przybyszu oczami duszy rozpoznała swego zaginionego lubego. Nie bacząc na nic i na nikogo, przez zastawiony stół skoczyła w ramiona Karola, swego pierwszego narzeczonego. Nie pomogły oburzone okrzyki porzuconego pana młodego, rodziny i gości. Nie było już takiej siły, która młodych zdołałaby oderwać od siebie. Oczywiście ślubu już tego dnia nie było. Inny ślub, tym razem już Marii i Karola, nastąpił wkrótce. A potem zaś przyszła proza życia. Odrzucony, niedoszły małżonek Walter zażyczył sobie wyrównania poniesionych szkód materialnych, jakie w tej przygodzie poniósł. Zmarnowane jadło, napoje i inne wydatki oszacował na 300 talarów, sumkę w owych czasach całkiem znaczącą. Aby dług ów spłacić, zaciągnęli młodzi małżonkowie pożyczkę pod zastaw hipoteczny swojego domu. Stąd jego nazwa. Tego domu już nie ma. A młodzi? Z całą pewnością żyli długo i szczęśliwie.

MAGAZYN

79


Bliżej

morza

W ostatnim czasie wędrowaliśmy z głównie po centrum miasta. Dziś ruszamy nieco dalej, choć to wciąż blisko. Zapraszamy na spacer wzdłuż ulicy Żeromskiego. Może nawet usłyszymy szum morza… Zdjęcia ze zbiorów Julity i Dariusza Chmielewskich.

80

MAGAZYN


Z ARCHIWUM CHMIELEWSKICH

stare świnoujście

MAGAZYN

81


Gdzie leżą WYSPY? Urząd Miasta, Wojska Polskiego 1/5

Salon Mody dziecięcej „Happy Day”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Centrum Informacji Turystycznej, Pl. Słowiański 6/1

Salon Meblowy „Anders Company”, Konstytucji 3-go Maja 59

Miejska Biblioteka Publiczna, Piłsudskiego 15

Beauty Point, Chrobrego 14/2

Biblioteka Pedagogiczna, Piłsudskiego 22

Siłownia i Fitness „Champions Academy”, Woj. Polskiego 1/19

G.H. Corso poziom -1, regał z książkami, Dąbrowskiego 5

Przewozy Pasażerskie „Emilbus“, Wybrzeże Władysława IV 18

Sklep papierniczy „ERGO“, Matejki 35

Księgarnia „Neptun“, Bohaterów Września 81

ASO Renault Nierzwicki, Lutycka 23

Restauracja „Jazz Club Central’a”, Armii Krajowej 3

Hotel Interferie Medical SPA, Uzdrowiskowa 15

Restauracja „Neptun“, Bema 1

West Baltic Resort, Żeromskiego 22

Restauracja „Nebiollo“, Orzeszkowej 6

Hotel Hampton by Hilton, Wojska Polskiego 14

Restauracja „Qchnia“, Piłsudskiego 19

Apartamenty „44wyspy.pl“, Orzeszkowej 5

Restauracja „Swojska“, Piłsudskiego 18/2

Visit Baltic, Wojska Polskiego 4b/5a

Restauracja „Na Dziedzińcu“, Wybrzeże Władysława IV 33D

Biuro Podróży „Slonecznie.pl“, Grunwaldzka 21

Restauracja „Pinocchio“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Biuro Turystyczne „Wybrzeże“, Słowackiego 23

Restauracja „Mila“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Biuro Turystyczne „Travel Partner”, Bohaterów Września 83/13

Restauracja „Casablanca“, Promenada, Uzdrowiskowa 16-18

Biuro Zakwaterowań „Baltic Park Fregata”, Uzdrowiskowa 20

Restauracja „Dune“, Promenada, Uzdrowiskowa 12-14

Collegium Świnoujście, Pływalnia, Żeromskiego 62

Restauracja „Baltic“, Promenada, Uzdrowiskowa

Jubiler „Malwa“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Restauracja „Sól i Pieprz”, Wybrzeże Władysława IV 19B

Perfumeria „Douglas“, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Restauracja „Osada”, Wybrzeże Władysława IV 30A

Media Expert, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Restauracja „Toscana”, Marynarzy 2

PSB „Mrówka“, Karsiborska 6

Pizzeria „Batista“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16/6

ARKADA Okna, Drzwi, ul. Wybrzeże Władysława IV 19c

Pizzeria „Grota“, Konstytucji 3 Maja 59

Hurtownia Wielobranżowa „Paulhurt“, Rycerska 76

Bar Kanapkowy „Bułki z bibułki”, Wybrzeże Władysława IV

VEMME Day Spa, Wybrzeże Władysława IV 15C

Bar „American Chicken”, Monte Cassino 43/1

Centrum Dietetyczne „Naturhouse“, Konstytucji 3 Maja 16

EVKA Vegebar, Bohaterów Wrzesnia 50/4

Przychodnia Lekarska T. Czajka, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

El Papa Cafe Hemingway, Bohaterów Września 73

Centrum Medyczne „Rezydent-Med“, Kościuszki 9/7

Cafe „Rongo“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16

Gabinet Stomatologiczny Anna Pyclik, Chełmońskiego 15/1

Cafe „Paris“ Plac Wolności 4

Klinika Stomatologiczna „Morze Uśmiechu“, Plac Słowiański 6

Cafe „Gabriela“, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Gabinet Kosmetyczny DR-Cosmetic, Konstytucji 3 Maja 54

Cafe „Venezia“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Foto-Studio JDD Chmielewscy, Monte Cassino 43

Cafe „Havana“, Promenada, Uzdrowiskowa 14

Optyka, Bema 7/1

Cafe „Kredens“, Promenada, Uzdrowiskowa 12

Optyka, Wojska Polskiego 2a

Columbus Coffee, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Perfekt-Optik, STOP SHOP, Kościuszki 15

Kawiarnia „Sonata“, Marynarzy 7

Perfekt-Optik, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Kawiarnia „Czuć Miętą“, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Perfekt-Optik, Kaufland, Matejki 1d

EKO-WYSPA, Grunwaldzka 1A

Perfekt-Optik, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Apteka „Pod Kasztanami“, Warszawska 29

Salon Mody „Andre“, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Kwiaciarnia „Ewa“, Markiewicza 21

Salon Mody „By o la la...!“, Piastowska 2

Zakład Fryzjerski „Kazik“, Konstytucji 3 Maja 14

Salon Mody „Coco“, Armii Krajowej 1

Salon Fryzjerski „Piękne Włosy“, Konstytucji 3 Maja 5

Salon Mody „Unique”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Salon Fryzjersko-Kosmetyczny „Wanessa“, Grunwaldzka 1

Salon Mody „Teofil”, Monte Cassino 1A

Salon Fryzjerski „Studio 5“, Konst. 3-go maja 16

Salon Mody „My Poem”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Salon Fryzjerski Beata Grygowska, Wojska Polskiego 1/19

Salon Mody „Venus”, ul. Armii Krajowej 12

Zakład Fryzjerski „IRO“, Bema 11/1

REKLAMA


Magazyn Wyspy 2 (9) luty 2017  

MAGAZYN WYSPY to miesięcznik o Świnoujściu i dla Świnoujścia. W numerze m.in.: Marina Nikoriuk. Bach i grządki, Detektyw w kitlu, Związki sł...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you