Page 1

M I E S I Ę C Z N I K B E Z P Ł AT N Y

Nr 4 (4) WRZESIEŃ 2016

REGION

Tajemnice wczesnych

Słowian

STARE ŚWINOUJŚCIE

Lady Dada

Piotr Piwowarczyk

Piotruś Pan z Fortu Gerharda


WYŚLIJ SMS NR: 72365 TREŚĆ: S4659 KOSZT: 2,46 zł z VAT

WALCZYMY o Życie TOMKA

OFICJALNE STRONY TOMKA: www.siepomaga.pl/tomekcieciorko Nr Konta Bank.: 65 1060 0076 0000 3380 0013 1425 IBAN: PL SWIFT: BPHKPLPK Tytuł przelewu: 4659 Tomasz Cieciorko darowizna


Teksański

P

óźne popołudnie. Magazyn lada moment ma trafić do druku. Nagłe i przykre odkrycie – Słowo wstępne! Nie mam wstępniaka! W zalewie redakcyjnych działań zupełnie o nim zapomniałem. Co gorsza, nie mam na niego pomysłu… Bo mógłbym o końcu sezonu. Ale po co, skoro zrobił to już jak zawsze niezawodny Marek? Albo o Famie. Też bez sensu. Jest już w tym numerze na jej temat spory materiał. To może o wrześniu? Z wielu źródeł słyszę, że to najpiękniejszy miesiąc w tym mieście. No właśnie. Słyszę, bo września tutejszego jeszcze w pełni nie zasmakowałem. I jak w tekście Nosowskiej Katarzyny – Herbata stygnie, zapada zmrok, a pod piórem ciągle nic. Obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst. Jeśli herbatę zamienić na kawę, zmrok na porę popołudniową, pióro na ekran komputera, piosenkę na magazyn i wreszcie tekst na słowo wstępne – wszystko się zgadza. A obowiązek obowiązkiem jest, „Wyspy” muszą wstępniaka mieć. Ale i tak najważniejsze jest to, żeby trafił do Was interesujący numer naszego magazynu. Mam wrażenie, że znów nam się to udało. W imieniu zespołu życzę miłej lektury

Michał Taciak Redaktor naczelny

MIESIĘCZNIK BEZPŁATNY Wydawnictwo Wyspy redakcja@magazynwyspy.pl www.magazynwyspy.pl +48 515 103 207 Redaktor naczelny Michał Taciak Skład Blauge - Robert Monkosa

Dział foto Karolina Gajcy, Robert Monkosa Felietoniści Maja Piórska, Marek Kolenda, Bartek Wutke, Kamil Pyclik Współpraca Magdalena Monkosa, Karolina Leszczyńska, Renata Kasica, Katarzyna Baranowska, Agata Butkiewicz-Shafik, Tomasz Sudoł

Wydawca Wydawnictwo Wyspy S.C. ul. Markiewicza 24/5, 72-600 Świnoujście Reklama Kamil Pyclik +48 721 451 721 reklama@magazynwyspy.pl Druk Drukarnia KAdruk S.C.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów w nadesłanych artykułach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

4

MAGAZYN


6 24 32 44

8

FELIETON Marek Kolenda. Astronomiczne „po lecie” Kamil Pyclik. Świnoujście... korzystasz? Bartek Wutke. I po zawodach? Maja Piórska. Mój piękny Wolin Postać Z OKŁADKI Piotr Piwowarczyk. Piotruś Pan z Fortu Gerharda

16

URODA Test zabiegów w INTERFERIE Medical SPA**** trwa!

18

MODA Dotyk jesieni

22

25

26

5-gwiazdkowa ikona Świnoujścia

TECHNOLOGIA Nowości. Słuchaj, graj i… chłodź! DOM Fibaro, przyjaciel domu

30

34

WYDARZENIA Plażowa crossmintonomania

36

LUDZIE Bartek spod szczęśliwej gwiazdy

38

REGION Tajemnice wczesnych Słowian

46 50 58

8

38

KULTURA Tadeusz Zieliński. Urodzony twórca Ludzie FAMY Rekomendacje. W poszukiwaniu lepszego siebie

68

KULINARIA Superfood Słodkie kompromisy

70

STYL ŻYCIA Eko-Wyspa. Świeżość to podstawa

72

NATURA Krzysztof Chomicz. Dobre oko, wielkie serce

74

BIZNES PO ŚWINOUJSKU Vulking. Jak zostać królem?

80

MIEJSCA Coffeeloffee. Podwójne życie nowej kawiarni

83

TURYSTYKA Wypoczywanie na Dominikanie

84

PO SĄSIEDZKU Holender na Uznamie

86

STARE ŚWINOUJŚCIE Lady Dada

60

2016

INWESTYCJE

MOTORYZACJA ABC kupowania. Samochód osobowy – akcyza. Cz.2 LEXUS = luksus

28

Wrzesień

46

84 MAGAZYN

5


felieton

WYSPY SZCZĘŚLIWE

Astronomiczne „po lecie” Kalendarzowe lato wciąż trwa, podobnie jest z latem astronomicznym. Potrwają jeszcze te lata przez pierwsze trzy tygodnie września. Ale my wiemy i czujemy swoje: wrzesień to zdecydowanie czas „po sezonie”. Wszak koniec wakacji i dzieciarnia wraca do szkół, a rodzice do codziennego kieratu. TEKST MAREK KOLENDA ILUSTRACJA TOMASZ SUDOŁ

I

tylko studenci jeszcze się nie rozjechali po kraju, choć spora ich część szykuje się do sesji poprawkowej i nie wychyla nosów z domu (a nosy są im potrzebne). Niedługo i oni wyjadą. Świnoujście niestety – albo -stety dla części wyspiarzy – nie jest miastem studenckim i przeważnie dostarcza młodzieży większym ośrodkom. A przecież tam gdzie studenci, tam zabawa. No właśnie. Latem to u nas rządzą studenci. I jest zabawa. Tegoroczna FAMA to w zgodnej opinii moich znajomych i naczelnego „Wysp” bardzo udany festiwal. Najlepszy od dłuższego czasu, bardzo wysoko zawieszający poprzeczkę artystyczną na kolejne lata. Niestety ominęła mnie FAMA, ominął mnie też na przykład Sail Świnoujście. Dwa tygodnie w rodzinnym mieście, przy typowo szkockiej pogodzie (dużo deszczu i w kratkę) to, mimo wielu takich „ominięć”, był jednak wspaniały czas. Zwłaszcza że spędzony w przemiłym towarzystwie, wśród rodziny i przyjaciół. Nasze miasto zarejestrowałem w pamięci na wielu stopklatkach: Mariusz jak zawsze z uśmiechem zachwala desery w Sonacie, Bartek zaprasza na magiczne ciasta do El Papa Cafe Hemingway, ale zaraz wyjeżdża pisać seriale w stolicy, a jedyny w swoim gatunku Bajzel tradycyjnie dał czadu w Scenie. Wojacy z Podziemnego Miasta nadal przezabawni, a na spontaniczną pizzę w Toscanie nie ma szans, bo tłumy. Za to paszteciki obok przychodni wciąż robią furorę, chociaż

6

MAGAZYN

pani zza lady dosłownie odgania się od klientów, czasem nawet ich ofuka. Bo pytają o te z pieczarkami, gdy idą z mięsem i chcą z mięsem, gdy akurat robią się z pieczarkami. Poza tym ludzie wszędzie bardzo mili – załoga laboratorium przy Piłsudskiego na czele z kierowniczką cierpliwie i życzliwie tłumaczy pacjentom wyniki i uspokaja, że trójglicerydy skoczyły pewnie po wczorajszej pizzy, a na pyszne lody Kaai w Czuć Miętą zaprasza przesympatyczny personel. I tylko zegarmistrzowi z Bohaterów Września wymsknęło się w nerwach pier... barany w stronę długiej kolejki za pączkami, która szemrała, gdy rozpychał się autem po deptaku, żeby przepisowo zaparkować pod warsztatem. Jak widać, w sierpniu cierpliwość autochtonów dla tzw. stonki jest już na wyczerpaniu… Teraz deptaki pustoszeją i można by zapytać: co mają począć etatowi mieszkańcy Świnoujścia, gdy wszystko na co czekali co najmniej od wiosny już za nimi, a okres letniego karnawału zamknięty? Przy okazji zwracam uwagę na poziom i klasę tych letnich wydarzeń. Świnoujście to nie tani jarmark, discopolo i cyrk na trzy wagony, ale imprezy na wysokim poziomie. Wieczory Organowe, Grechuta Festiwal, FAMA, Wiatrak czy Sail Świnoujście to wydarzenia ambitne i z klasą, których nie wstyd promować na targach turystycznych i pokazywać w telewizji. Może nawet dla niektórych telewizji zbyt ambitne. A wracając do pytania – myślę, że tubylcy wcale się nie martwią. Nadchodzi bowiem czas atrakcji przeznaczonych tylko

dla nich. Cofka na kanale, sztormy i wichury znad wzburzonego morza oraz podtopione ulice. Wszak Bałtyk jest sobą dopiero od września. Piękny, niespokojny żywioł, z hukiem fal pożerający plażę. I właśnie teraz tubylcy wybiorą się na długie spacery opustoszałym brzegiem morza. I wreszcie odetchną pełną piersią pachnącym jodem powietrzem. Usiądą na pustej plaży bez parawanów i krzykaczy od kukurydzy i naleśników z serem. Jedynie mewa czasem im zakrzyczy na głową – Wiej! Wiej! Wiej! I zaraz pospadają liście i spadnie temperatura. Wzrośnie za to poziom wody na kanale i średnia wieku w mieście. Kuracjusze, goście sanatoriów, emeryci z Niemiec, wczasowicze w wieku, w którym ceni się ciszę i spokój oraz nie przepada za lipcowymi upałami. Tym samym trochę upodobni się nasze Świnoujście do niemieckich kurortów na Uznamie, gdzie właśnie cisza i spokój witają gości o każdej porze roku. Dobrze to? Niektórzy narzekają, że żyją w mieście dla seniorów, inni cenią sobie właśnie takie Świnoujście. Osobiście lubię tak samo ten pstrokaty, nasłoneczniony i rozbawiony wakacyjny kurort, jak i romantyczny, nastrajający melancholijnie posezonowy „skansen”. Jesienny półmrok parku przy Chopina i ciszę wyludnionej promenady, niski ton syreny przeciwmgielnej na torze wodnym i niebo tak sine, że zlewa się w jedno z wrześniowym morzem.


postać z okładki

PIOTR PIWOWARCZYK

Piotrus Pan z Fortu Gerharda Jest szczęśliwcem, który własne życie wykreował na swego rodzaju bajkę, z odpowiednią scenografią, w odpowiednim miejscu, z odpowiednimi akcesoriami. Pasjonat, który kocha swoją pracę, a więc do pracy chodzić nie musi. Czego chcieć więcej? Rozmawiamy z Piotrem Piwowarczykiem.

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

8

MAGAZYN


MAGAZYN

9


Mieszkasz w miejscu uznanym za jeden z cudów Polski. To dość nietypowa sytuacja. Rzeczywiście (śmiech). Traktuję to z jednej strony jako urzeczywistnienie marzeń z dzieciństwa, z drugiej natomiast – to taka forma ucieczki.

Przed? Wiesz… Im człowiek jest starszy, tym bardziej uświadamia sobie, że świat niekoniecznie jest taki piękny i kolorowy. Nie przypomina baśni Andersena.

U samego Andersena też bywało różnie. To prawda. Ogólnie jednak w bajkach chodzi o to, żeby dobro i piękno zawsze zwyciężyło ze złem. Czy w naszym świecie tak jest? Czy rze-

10

MAGAZYN

czywiście jest wokół nas tyle dobra? Osobiście mam co do tego sporo wątpliwości. Dobra jest znacznie mniej niż bym chciał.

Co oczywiście nie znaczy, że go w ogóle nie dostrzegasz? Jasne! Aż tak czarno tego nie widzę (śmiech). Spotykam na swojej drodze wielu świetnych, wartościowych ludzi. A mieszkanie tutaj, nawet ta szafa*, pozwala mi na swego rodzaju selekcjonowanie tych, z którymi ma się ochotę być, spędzać czas, rozmawiać.

Na odcięcie się od tego, co toksyczne, dyskomfortowe. Dokładnie. Może nawet to takie pójście na skróty, na łatwiznę, ale przecież raz żyjemy.

Nie jestem pewien, czy to pójście na łatwiznę. Trzeba w miarę możliwości unikać tego, co nam nie służy. Żeby nie oszaleć. Zgadza się. Znowu to powiem, ale raz się żyje. Czerpmy więc z życia to, co najlepsze, najwartościowsze. A w każdym razie starajmy się. Bo oczywiście nie od wszystkiego, co niedobre, da się uciec. Nie zawsze możemy pozbyć się złych emocji. Nie na wszystko ma się wpływ. Czasem trzeba spotkać kogoś, kogo spotkać się nie chce. Całkowicie wyalienować się nie da. I to w sumie chyba dobrze.

Ale zawsze można próbować minimalizować ryzyko. Zgadza się. I wracając do pierwszego pytania – mieszkanie tutaj,


PIOTR PIWOWARCZYK

postać z okładki

w otoczeniu przedmiotów z pewną energią, nastrojem, wręcz w pewnej scenografii, umożliwia mi to. Gdy już zwizualizowałem swoje dziecięce marzenia, łatwiej jest mi stawiać czoła codziennym problemom. Właściwie muszę stwierdzić, że swoje życie ukształtowałem w ten sposób, że przypomina ono swego rodzaju bajkę. I dobrze mi z tym. Praca jest moją pasją, więc śmiało mogę powiedzieć, że w zasadzie nie pracuję. Otaczają mnie ludzie obdarzeni bardzo pozytywną energią. Robię to, co kocham, urzeczywistniam marzenia. Tak, to zdecydowanie bajka…

To może być trochę niebezpieczne, nie sądzisz? Wyobrażasz sobie sytuację, w której to się kończy? Fort z jakichś powodów znika? To prawda, jest w tym coś niebezpiecznego. Oczywiście nie zakładam takich scenariuszy. Chciałbym, żeby Fort Gerharda funkcjonował do końca moich dni. Nie tylko zresztą moich. Ale rzeczywiście. Niełatwo mi sobie wyobrazić zmianę mojego życia, funkcjonowania. Byłbym jak ślepe dziecię… Przynajmniej na początku. Na szczęście wcześniej zakosztowałem trochę tego tzw. prawdziwego życia – praca na etacie czy w wojsku etc. Więc w końcu jakoś bym sobie poradził. Niemniej początek na pewno byłby bardzo trudny. Na przykład ze względu na pewne przyzwyczajenia czy wręcz dziwactwa. Choć to pejoratywne określenie.

Tak? Ja w dziwactwie widzę jakiś urok. (śmiech) O, dobrze, że tak myślisz. Może rzeczywiście dziwactwo nie musi być takie straszne. To zresztą pewnie zależy od tego, na czym ono polega.

Przed chwilą użyłeś słowa dziecię. Zatrzymajmy się przy tym. Od najmłodszych lat fascynują cię odkrycia, tajemnice. Jakbyś urodził się poszukiwaczem. Tak. Historia od zawsze była moją

największą pasją, ale właśnie tak widziana przez pryzmat skarbów, odkryć etc. To bardzo mocno oddziaływało na moją dziecięcą wyobraźnię. Uwielbiałem, o czym zawsze będę mówił, Nienackiego i jego Pana Samochodzika. To była moja ówczesna literatura. Później, wraz z Czterema pancernymi i psem pojawiła się fascynacja militariami. Kloss. To wszystko robiło na mnie kolosalne wrażenie. Każdy dzieciak potrzebuje swojego superbohatera. Ja znalazłem go w wymienionych postaciach.

Okazało się, że poszukiwanie skarbów może być całkiem poważnym sposobem na życie. Tak, duża w tym zasługa ludzi, których spotykałem na swojej drodze. Pasjonatów historii i przygód. Tak jak ja. Jednym z takich ważnych i inspirujących dla mnie spotkań było poznanie Włodka Antkowiaka, autora pierwszej w Polsce profesjonalnej książki o poszukiwaniach skarbów. Poznałem też nieżyjącego już Wojtka Stojaka, znanego wrocławskiego poszukiwacza, który – podobnie jak ja później – stworzył sobie swój świat, dom otoczony stawem, pełen intrygujących przedmiotów, książek,

militariów, portretów. Przebywanie u niego, wśród tych wszystkich skarbów, słuchanie jego barwnych opowieści było ogromną przyjemnością i przygodą. Już wtedy miałem świadomość, że często te poszukiwane skarby stanowią pewien mit…

Takie gonienie króliczka bez intencji czy nawet możliwości złapania go? O tak, dobrze powiedziane. Często dokładnie o to chodziło. O samą drogę, wędrówkę, tę przysłowiową gonitwę, która sama w sobie była czymś niebywale fascynującym. O obcowanie z tymi niesamowicie interesującymi ludźmi, historiami, miejscami. O wchodzenie tam, gdzie inni zazwyczaj nie wchodzą.

Przyszedł jednak moment, w którym musiałeś zatrzymać się. Przemyśleć pewne sprawy, dokonać wyborów. Nauka, praca, jednym słowem tzw. życie. To prawda. Rzuciłem architekturę, do której – mówiąc szczerze – szczególnych predyspozycji nie miałem. Więc to był słuszny krok. Podjąłem pracę, popróbowałem takiego poważnego funkcjonowania. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Pociąg do tajemnic, odkryć i skar-

MAGAZYN

11


postać z okładki

PIOTR PIWOWARCZYK

(śmiech). W każdym razie, to było to. Do tego – nad morzem, bez którego nie mógłbym żyć. Dodam jeszcze, że pochodzę z Gdańska, więc morze zawsze było blisko mnie. W każdym razie, zamykając wątek fortu, było to prawdziwe uderzenie.

Uderzenie i co dalej? Po dwóch czy trzech miesiącach złożyłem pierwszy dokument w tej sprawie, w Urzędzie Miasta. Zacząłem tam chodzić, dopytywać. Napisałem do konserwatora i innych stosownych instytucji. Nie do końca miałem wtedy wiedzę na temat tego, co, gdzie, jak. Złożyłem więc ten pierwszy wniosek i… czekałem. Trochę to trwało. Jakieś cztery lata… W międzyczasie założyłem kawiarnię internetową. Chciałem się tu jakoś zakotwiczyć. Zrobić coś konkretnego. Bo chyba początkowo traktowano mnie tutaj trochę jak wariata. Nieszkodliwego co prawda, ale wariata (śmiech). bów zwyciężył. No i pojawił się fort, który dał mi możliwość powrotu do tych pasji w takim pełnym wymiarze (śmiech).

Podobno poszukiwacze dzielą się na różne grupy. Tak jest. Istnieje też, jak wszędzie, swoista hierarchia. Na przykład poszukiwacza militariów nazywa się detektorystą. Nie wiedzieć czemu uchodzi on za taki trochę „gorszy sort” odkrywcy. To dziwne, bo wykonuje on często mozolną pracę, poprzedzoną lekturą niezliczonej ilości książek, dokumentów. Można się od niego wiele nauczyć. Przyjęło się jednak, że to, jak powiedziałem, taki niższy gatunek. Co innego poszukiwacz skarbów mitycznych, Bursztynowej Komnaty, skarbu Samsonowa czy tych z listy Grundmanna, których w Polsce, będącej momentami jednym wielkim polem bitwy, jest naprawdę sporo – prawdziwa elita. Przyznam, że zawsze chciałem należeć do tej właśnie grupy. Szukać skarbów tych naprawdę wielkich, ale oczywiście schylając się przy oka-

12

MAGAZYN

zji po te mniejsze.

Porozmawiajmy o Świnoujściu. Skąd wzięło się w twojej biografii? Za tą historią stoi wizyta na Latarni Morskiej. Było to w 1998 roku. Po zwiedzeniu latarni, niezwykle intrygującego obiektu, postanowiłem skrótem dotrzeć do plaży. Przedzierając się przez gęstą roślinność, dotarłem tutaj. Na dziedziniec fortu. Przypadek i olśnienie!

Aż tak? Dokładnie. Widziałem wcześniej wiele fantastycznych budowli, twierdz czy zamków. Ale tutaj, w tym forcie, oszalałem. Zakochałem się w tym miejscu. Od pierwszej chwili. Poczułem z nim niezwykłą więź. Niektórzy się z tego śmieją, ale te mury wręcz zaczęły do mnie mówić. Już wtedy zapadła decyzja. Impuls.

Zdarzyło ci się to wcześniej? Tak silne zauroczenie miejscem? Nie. Chyba po prostu czekałem na Fort Gerharda. Albo on na mnie

Szczegóły tej sprawy są z pewnością interesujące, ale zostawmy je i przejdźmy do momentu, kiedy sprawa „twojego” fortu nabrała rozpędu, stała się realna. Jak powszechnie wiadomo, za wieloma inicjatywami stoi po prostu polityka. Tak się złożyło, ja w każdym razie mam takie podejrzenie, że w mieście dostrzeżono wówczas potrzebę jakiegoś znaczącego sukcesu, powiewu świeżości. To był chyba maj 2001 roku. Zaproszono mnie na rozmowę do urzędu. Uznano, że można mi zaufać i ten fort wydzierżawić. Postawiono również warunek – jako atrakcja dla zwiedzających musi on ruszyć już w najbliższym sezonie.

Czyli za chwilę. Spore wyzwanie. To fakt. Ale daliśmy radę. Fort Gerharda uruchomiliśmy 15 sierpnia. Od samego początku założyłem, że obiekt ten będzie żył swoją przeszłością. A zwiedzających chciałem zabierać w swoistą podróż w czasie. Wymagało to więc scenografii. Nie


MAGAZYN

13


było to łatwe, nie mieliśmy eksponatów, mebli czy odpowiednich przedmiotów. Trzeba było więc zrobić to sposobem. Wykorzystując to wszystko, czym dysponowaliśmy. Tak oto powstała koncepcja oprowadzania po forcie w konwencji szkolenia wojskowego. Atrakcją miało być spotkanie z żołnierzem pruskim. Z początku myśleliśmy o duchu Prusaka, ale stanęło na „żywym”, prawdziwym żołnierzu. Musiał być on na tyle sugestywny, żeby goście fortu wchodzili w jego historię, żeby w danym momencie mu po prostu wierzyli. Do tej pory słyszę zresztą głosy, na przykład Grześka Kapli, że dzisiejsze oprowadzanie po forcie to zupełnie inna rzecz. Że nie da się tego porównać, bo wtedy trzeba było sobie to wszystko wyobrazić. Dzisiaj to po prostu widzimy.

Karkołomne zadanie. Tak. Wymagało od nas ogromnych pokładów energii, kreatywności. Dziś jest znacznie łatwiej. Co wcale nie oznacza – gorzej. Po prostu inaczej. Opowiadamy i od razu pokazujemy. Wcześniej jedynie pokazywaliśmy. Muszę jednak podkreślić, że nasze zaangażowanie wciąż pozostaje na tym samym wysokim poziomie. To, że pewnych rzeczy nie musimy już robić nie znaczy, że sobie odpuszczamy.

Wracając do początków. Wiarygodność wymaga nie tylko odpowiednio podanej historii. Rozpoczyna się na etapie ubioru. Skąd wzięliście mundury? Z łódzkiej filmówki (śmiech). Pojechaliśmy tam, do magazynów, i wypożyczyliśmy mundury. Z jednej strony straszna tandeta, z drugiej – nie byle jakie, bo nosili je Pazura i Lubaszenko na planie Pogranicza w ogniu.

W trzecim roku działalności pojawiły się problemy z przedłużeniem umowy, mimo że zainteresowanie Fortem Gerharda ciągle rosło. Myślę, że właśnie nie „mimo że”, ale

14

MAGAZYN


PIOTR PIWOWARCZYK

postać z okładki

„dlatego że”… Ktoś pewnie, widząc sukces naszego przedsięwzięcia, pomyślał sobie: Zaraz, zaraz… A właściwie dlaczego oni, a nie my?

To chyba proste. Bo „oni” na to wpadli. Prawda? (śmiech) W każdym razie, na szczęście umowa została przedłużona. Pewnie również dlatego, że wówczas byliśmy mocno zaangażowani w życie społeczne miasta. Aktywność była spora, bo tak właśnie widzieliśmy swoją misję. Potem poszło już z górki. Ruch turystyczny w forcie rósł w ogromnym tempie. Zaczęły się pojawiać środki na to, żeby „ubrać” fort w nowe scenografie czy zakupić nowe eksponaty. Uatrakcyjnialiśmy miejsce, modyfikowaliśmy trasy zwiedzania. Fort coraz bardziej tętnił życiem.

Pojawił się szczur… Tak (śmiech). Do dziś się z tego śmieję, ale tak naprawdę poczuliśmy, że fort żyje w momencie, w którym odkryliśmy pierwszego szczura (śmiech). Pamiętaj, że gdy tu weszliśmy w 2001 roku, nie było tutaj żadnego życia. Nie licząc żab i nietoperzy. Taki martwy las. Po szczurach i myszach – symbolach ożywającego fortu – przyszły kozy, psy (śmiech)… Z kolei pierwszym wydarzeniem, które wyniosło nasz fort na wyższy poziom była konferencja zorganizowana tutaj we współpracy z Towarzystwem Przyjaciół Fortyfikacji, w 2004 roku. To właśnie ona pokazała Fort Gerharda całemu gronu wybitnych badaczy tematu. Z nieznanego kompleksu staliśmy się pełnoprawnym i cenionym nie tylko przez zwiedzających produktem turystycznym.

A nawet w pewnym momencie – jednym z siedmiu cudów Polski! Zgadza się. To fantastyczne, choć czasem jednak robi się trochę przykro, gdy patrzy się na ten cud Polski… Chciałoby się, żeby on nieco

inaczej wyglądał. Wymaga pracy, środków…

Widząc pasję, z jaką o tym miejscu mówisz, zaangażowanie całej fortowej załogi, można się spodziewać, że to się w końcu stanie. Obyś miał rację. Obyśmy przetrwali. Zresztą mamy już za sobą kilka kryzysowych sytuacji, z których wyszliśmy obronną ręką. Dla niektórych do tej pory jesteśmy tworem, który nie powinien tutaj być. Nie w tym miejscu. Przeszkadzamy nieco. Wierzę jednak w to, że nic nam nie grozi. W końcu trudno jest kwestionować wartość historyczną i turystyczną Fortu Gerharda.

To byłoby szalone.

nas za… piewców militaryzmu! Nie potrafię tego zrozumieć, ale spotkałem się z takimi osądami. A my po prostu poprzez pamięć o przeszłości – zawartą zarówno w naszych opowieściach, jak i prezentowanych eksponatach – chcemy uczyć humanizmu. Mówimy o tym, jak wielkim nieszczęściem dla człowieka i świata jest nienawiść rodząca wojny. Uczymy, a w każdym razie staramy się uczyć, empatii.

Ze sporym powodzeniem. To miłe. Dzięki. W końcu o to nam chodzi. Po to tutaj jesteśmy. * Dla niewtajemniczonych - żeby dostać się do mieszkania Piotra, trzeba przejść przez... drzwi od szafy.

Prawda. Ale jeszcze niedawno były takie propozycje, żeby fort… przenieść w inne miejsce. OK, z latarnią byłoby ciężko, ale fort? Można. Wszystko można.

Można. Tylko po co? Dobre pytanie (śmiech).

Gdzieniegdzie pojawiają się głosy, że wasza działalność ma niekoniecznie pozytywne podłoże ideologiczne. O tak. Są ludzie, którzy uważają

Piotr Piwowarczyk

urodzony w Gdańsku w 1974 roku. Z zawodu... poszukiwacz skarbów. Gospodarz Fortu Gerharda i Podziemnego Miasta. Prezes Świnoujskiej Organizacji Turystycznej. Popularyzator historii, animator i twórca produktów turystycznych.

MAGAZYN

15


uroda

MICROBLADING

Test zabiegów

w INTERFERIE Medical SPA**** trwa! Technologia CACI i modelowanie ust kwasem hialuoronowym zdobyły uznanie naszych czytelników. Teraz czas na microblanding, czyli absolutny hit w makijażu permanentnym.

Microblading – brwi metodą cienia W tym numerze przedstawiamy microblading, który szturmem zdobywa pierwsze miejsce w rankingu najpopularniejszych zabiegów makijażu permanentnego. Odpowiedni kształt brwi potrafi dodać naszym twarzom wiele uroku. Samodzielna regulacja lub codzienne malowanie brwi jest bardzo pracochłonne i dla niektórych zbyt skomplikowane. Microblading pozwala na szczegółową i precyzyjną rekonstrukcję brwi, tak aby do złudzenia przypomniały one naturalne. – W tej, pochodzącej z Japonii, technice każdy z włosków modelowany jest z osobna i prowadzony w kierunku zgodnym z ich naturalnym układem wyrastania. Jest to zabieg idealny dla wszystkich tych, którym zależy na delikatnym, a jed-

16

MAGAZYN

nocześnie precyzyjnym podkreśleniu swojej urody – mówi Magdalena Kuc, menedżer Farmy Urody w INTERFERIE Medical SPA w Świnoujściu.

Jak wygląda zabieg? Zabieg rozpoczyna się od wykonania wstępnego rysunku brwi, tak aby dostosować ich kształt do oczekiwań i potrzeb klienta. Odpowiednio dobrany pigment wprowadzony jest za pomocą mikroostrza do warstwy kolczystej naskórka. Skóra okolic brwi zostaje wcześniej znieczulona. Włoski domalowywane są wśród naturalnych, aby stworzyć razem niesamowite trójwymiarowe wrażenie. Zabieg trwa około godziny.

Naturalny efekt Na rezultaty zabiegu trzeba pocze-

kać tydzień, kiedy barwnik nieco zblednie. Efekt utrzymuje się nawet do 24 miesięcy! Po tym czasie zagęszczenie można kontynuować. Microblading zawsze składa się z pierwszej wizyty oraz dopełnienia po około 3-4 tygodniach. Mając trwale zarysowane brwi, zawsze będziemy wyglądać dobrze i łatwiej będzie nam usuwać włoski znajdujące się poza wyznaczonym obrębem. Promocyjna cena!

Promocyjna cena zabiegów obowiązuje dla pierwszych 10 osób. Rezerwacji zabiegu można dokonać tylko osobiście w Farmie Urody w INTERFERIE Medical SPA****, okazując miesięcznik „Wyspy”. Osoby zainteresowane udziałem w akcji testowania zostaną poproszone o podzielenie się opinią na temat zabiegów na profilu Facebook hotelu oraz na łamach magazynu.


KOLEKCJA DESIGUAL

Dotyk

jesieni ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY MAKEUP AGATA BUTKIEWICZ-SHAFIK MODELKA Maria Anna Patecka KOLEKCJA BAZAAR Galeria Promenada ŚWINOUJŚCIE

18

MAGAZYN


KOLEKCJA NICKELSON

MAGAZYN

19


KOLEKCJA DIEGO M

20

MAGAZYN


DLA NIEJ

moda

KOLEKCJA DIEGO M

MAGAZYN

21


5-gwiazdkowa

ikona Świnoujścia Hotel nie jest jedynie miejscem, w którym można spędzić noc. Te najlepsze mogą poszczycić się nie tylko wyjątkowym wystrojem czy wygodnymi łóżkami, ale również wyśmienitą kuchnią oraz wysokim poziomem usług dodatkowych. Już niedługo taki hotel będzie w Świnoujściu. 22

MAGAZYN


RADISSON BLU RESORT, ŚWINOUJŚCIE

ofercie – ma szansę stać się również lokalnym centrum rozrywki. A także wizytówką miasta. Wraz z otwarciem obiektu Świnoujście zyska bowiem nie tylko luksusową bazę noclegową, ale również najlepszy punkt widokowy na Bałtyk.

Już niedługo, na początku lata 2017 roku, swoje podwoje otworzy i powita pierwszych gości Radisson Blu Resort, Świnoujście. Obiekt jest budowany zgodnie z wymogami międzynarodowej certyfikacji ekologicznej – Leadership in Energy and Environmental Design (LEED).

Ekologiczny luksus w standardzie To pierwszy w tym mieście pięciogwiazdkowy hotel, który – dzięki wyjątkowej lokalizacji i szerokiej

Radisson Blu Resort, Świnoujście to nie tylko 340 luksusowych apartamentów z zapierającą dech w piersiach panoramą wybrzeża widoczną z każdego okna, ale też wszystko co trzeba, by spędzić niezapomniane chwile pełne radości i relaksu. O luksusie trudno mówić, nie wspominając o architekturze i wystroju – o ten zadbały najlepsze pracownie architektoniczne i projektanci. Nowoczesne i eleganckie wnętrza nawiązujące do klasyki zaprojektowano tak, by idealnie korespondowały z nadmorskim otoczeniem, gdyż obiekt znajduje się tuż przy plaży! Mają również koić zmysły. A wszystko to w poszanowaniu środowiska naturalnego.

Piękne oblicze przyjemności Radisson Blu Resort, Świnoujście to również idealne miejsce dla wszystkich tych, którzy potrzebują wytchnienia od zgiełku, ale jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody

inwestycje

i szerokiego wyboru rozrywek. Goście hotelu będą mogli wybierać między kilkoma restauracjami oraz kawiarniami (z jednej z nich roztacza się najlepszy widok na okolicę!). O wieczorne i nocne atrakcje zadba klub muzyczny, gdzie będzie można odprężyć się nie tylko na parkiecie, ale też grając w kręgle i bilard. Fani sportu będą mogli wycisnąć siódme poty i poszukać endorfin w tutejszym Centrum Fitness, a potem zregenerować się w strefie SPA. Z kolei tutejsze wellness to prawdziwa oaza piękna, gdzie można zadbać zarówno o ciało, jak i psyche. A potem zabłysnąć na sali balowej. Ta w Radisson Blu Resort, Świnoujście jest naprawdę imponująca – idealna zarówno na wielkie bankiety, jak i na spotkania biznesowe. W tym luksusowym hotelu nie zapomniano również o najmłodszych gościach – z myślą o nich zaprojektowano zarówno część basenową, salę i plac zabaw oraz strefę gier wideo. Świnoujski Radisson jest więc również wyśmienitym wyborem na rodzinny wyjazd. Nic, tylko wypoczywać! Radisson Blu Resort, Świnoujście al. Baltic Park Molo 2 Świnoujście

MAGAZYN

23


felieton

MOJE, TWOJE, NASZE MIASTO

Świnoujście... korzystasz? Pojechali. A my, jak co roku, wracamy na tory tak zwanej normalności. Opustoszały parkingi, ulice, chodniki. Mniej też się dzieje w naszym miasteczku, choć uważam, że to tylko pozory. Oni, czyli wczasowicze.

FOTO KAROLINA GAJCY

TEKST KAMIL PYCLIK

J

edni z nas w końcu się cieszą, bo łapią oddech – trudno się dziwić, wszak turystów było bardzo, bardzo wielu. Inni teraz również mają oddech, ale od ciężkiej pracy. Bo z tego żyją. Symbioza, którą my mieszkańcy musimy jakoś zaakceptować.

A Ty? Co by nie mówić, coś turystów do nas ciągnie. Czy zastanawiałeś się, czemu tu przyjeżdżają? Dlaczego co roku z ochotą ruszają do nas na wakacje, mimo promów czy komarów? Właśnie do Świnoujścia? Plaża, morze, jod – na pewno, tylko czy to wyczerpuje temat? Popatrz na to trochę inaczej, szerzej. Może warto spojrzeć na swoje miasto trochę okiem turysty? Można, ale po co? Przecież tu jesteś.

24

MAGAZYN

Mieszkasz. Pracujesz. Żyjesz. Dajesz miastu siebie. Codziennie. Może zatem warto coś od miasta wziąć? Oczywiście, że tak! Więc bierz! Czerp garściami! Może jutro pójdziesz z rodziną na spacer do pięknego Parku Zdrojowego? Założę się, że dawno tam nie byłeś. Jeździsz rowerem? Włącz licznik i zmierz w tydzień ile kilometrów ścieżek rowerowych mamy. Nie zapomnij się rozglądać dookoła. Zdziwisz się, jak dawno nie byłeś w wielu miejscach. I jak one się zmieniły. Pewnie nie raz widziałeś popularny wiatrak – jedną z wizytówek miasta. A kiedy widziałeś go od strony wody? Na przykład z pokładu statku? Wcale? To nie problem. Zaplanuj sobie na przyszły tydzień wycieczkę statkiem. Weź przyjaciół. Będzie-

cie mieć parę godzin dla siebie i to z pięknym widokiem. Czyż nie mam racji ? Nie dowiesz się, dopóki nie popłyniesz. Skoro o widokach mowa. Miasto z lotu ptaka… Kiedy widziałeś? No dobrze, przesadziłem. Ale z latarni lub wieży w centrum miasta to prawie to samo. Jedyna trudność to zaplanować tam wizytę i… pokonać schody. Ale warto. Tu musisz mi uwierzyć na słowo. Widzisz jak wiele rzeczy masz na wyciągnięcie ręki? To daje Ci Twoje miasto. Na koniec tylko dodam, że poza centrum też jest pięknie. Karsibór, Przytór – sprawdź i odkryj nieodkryte. Potrzebujesz tylko działania, nie planów. Po prostu działania. Powodzenia!


NOWOŚCI

technologia

Laptop HP Pavilion Gaming 15-ak057nw

Szybszy, cichszy, z większą ilością funkcji – taki jest laptop HP Pavilion Gaming 15-ak057nwz z procesorem Intel Core i5 szóstej generacji. W porównaniu z urządzeniami posiadającymi procesory poprzedniej generacji zapewnia znacznie niższy pobór energii elektrycznej, przy zachowaniu wyższej wydajności. Podświetlana klawiatura, karta GeForce GTX 950M oraz system dźwięku Bang & Olufsen PLAY zadowolą nawet najbardziej wymagających graczy. Dzięki matowej matrycy Full HD wszystkie detale zobaczysz jak na dłoni. Dodatkowo, matowa matryca mniej męczy wzrok. Teraz nie będziesz mógł oderwać się od ulubionych gier!

Słuchaj, graj i…

chłodź! Oto kolejna porcja technologicznych nowinek, dzięki którym widzimy więcej, słyszymy lepiej, a nawet zdrowiej żyjemy.

Chłodziarko-zamrażarka SAMSUNG RB41J7839S4 A+++

Tym, co sprawia, że produkty dłużej zachowują świeżość i smak, jest stabilna kontrola chłodzenia. I właśnie taką stabilność chłodzenia bez wahania temperatury zapewnia dwudrzwiowa lodówka SAMSUNG RB41J7839S4. Tryb Chef Mode™ pomaga przedłużyć świeżość produktów. System All-Around Cooling zapewnia dotarcie chłodnego powietrza do każdego zakamarka lodówki. A technologia Twin Cooling Plus zapobiega mieszaniu się zapachów. Urządzenie należy do najwyższej klasy efektywności energetycznej według norm Unii Europejskiej – A+++. Oznacza to, że jest przyjazne dla środowiska, zużywa mniej energii, pracuje ciszej oraz dłużej zachowuje swą niezawodność.

Produkty do nabycia w sklepie NEONET Galeria Handlowa CORSO, Dąbrowskiego 5, Świnoujście

Zakrzywiony soundbar SAMSUNG J6000R 300W 2.1

Szelest deszczu w gęstym lesie dzikiej Amazonii czy pełne brzmienie koncertu rockowego? Bez względu na to, co akurat oglądasz, nic nie zastąpi realistycznych dźwięków w jakości HD. Nowy, zakrzywiony soundbar SAMSUNG J6000R 300W 2.1 został stworzony z myślą o telewizorach SAMSUNG z zakrzywionym ekranem. Funkcja TV SoundConnect ułatwia zbudowanie domowego centrum rozrywki bez użycia kabli, zaś funkcja Surround Sound Expansion sprawia, że usłyszysz dźwięk w każdym zakątku pokoju. Steruj urządzeniem za pomocą smartfona lub tabletu z systemem operacyjnym Android. Otwórz się na zupełnie nowe wrażenia!

Telewizor SONY KD-65XD8505

Wyjątkowa wyrazistość obrazu, bogata kolorystyka i nadzwyczajny kontrast – to wszystko zapewnia technologia 4K High Dynamic Range (HDR). Sprawia ona, że wcześniej ukryte obszary obrazu stają się teraz zdecydowane i pełne szczegółów. Zaawansowany procesor 4K X1 w każdej sekundzie dynamicznie dokonuje korekt rozdzielczości, jasności i kolorów. Zapomnij o plątaninie kabli – dzięki specjalnej konstrukcji przewody pozostają ukryte z tyłu telewizora. Wbudowany system Android pozwala wybierać spośród setek gier i aplikacji. Ten telewizor ma więcej niż potrzebujesz, a całe to centrum rozrywki pozostaje zamknięte w eleganckiej konstrukcji nowoczesnego designu. MAGAZYN

25


Fibaro, przyjaciel domu

Pod pojęciem automatyka budynkowa kryje się bardzo wiele różnych czynności z jeszcze większej ilości dziedzin. Zazwyczaj jednak wszystko to ma służyć podniesieniu wygody i bezpieczeństwa naszego życia. Inteligentny budynek to połączenie instalacji elektrycznej z ogrzewaniem, wentylacją, sterowaniem roletami, bramą garażową, systemem podlewania ogrodu, jak również z instalacją alarmową i audiowizualną. Szybki i przejrzysty podgląd pomieszczeń daje nam informację, w którym z nich włączone jest oświetlenie, otwarte rolety i okna, jaka jest temperatura oraz czy alarm został uzbrojony. Wszystkie te ważne informacje będziesz miał na wyciągnięciu ręki.

Zawsze pod kontrolą Fibaro to innowacyjny, inteligentny, bezprzewodowy system automatyki budynkowej oparty na technologii Z-Wave. W łatwy sposób, z dowolnego miejsca na świecie, pozwala

26

MAGAZYN

Zalety Fibaro łatwa i intuicyjna obsługa możliwość zaprogramowania nieograniczonej ilości scen sterowanie przez telefon komórkowy niska cena możliwość rozbudowywania o kolejne moduły bezinwazyjna instalacja

za pomocą telefonu komórkowego, komputera czy tabletu kompleksowo zarządzać twoim domem. System sam sprawdza i monitoruje stan

poszczególnych urządzeń, a w razie potrzeby informuje o wystąpieniu danego zdarzenia. Nowością jest system The Button. Służy jako uniwersalny, manualny włącznik dowolnych urządzeń elektrycznych i scen, funkcjonalne urządzenie wspomagające codzienne czynności w firmie oraz obsługę klientów, a także przycisk kontaktu z opiekunem lub wezwania pomocy. The Button to wielkie udogodnienie dla seniorów, osób chorych i małych dzieci oraz ich opiekunów.

Ogrzewanie Fibaro daje możliwość zarządzania temperaturą całego domu i poszczególnych pomieszczeń. Precyzyjne


MIESZKAĆ WYGODNIEJ

określenie temperatury dla każdego pokoju, w zależności od pogody, pory dnia, a także obecności lub nieobecności mieszkańców, umożliwia efektywne wykorzystanie energii i znaczne obniżenie kosztów ogrzewania. System sam wykrywa otwarte okno w danym pomieszczeniu i automatycznie wyłącza ogrzewanie.

a tym samym stałą obserwację mieszkania, domu czy posesji, o każdej porze, z każdego miejsca na świecie. Wszystko w ramach jednej intuicyjnej aplikacji Fibaro zainstalowanej na twoim telefonie.

System alarmowy

Masz stałą możliwość kontroli i sterowania oświetleniem w całym domu, a to wszystko za pomocą telefonu komórkowego. Jedna z opcji sterowania oświetleniem to ta, kiedy światło uruchamia się i gaśnie w reakcji na przemieszczanie się mieszkańców. W ten sposób Fibaro skutecznie dostosowuje się do twoich potrzeb.

Zintegrowanie Fibaro z systemem alarmowym zwiększa kontrolę oraz bezpieczeństwo. Uzbrojenie alarmu może automatycznie wywołać scenę wyjścia z domu. System Fibaro sprawdza również, czy wszystkie okna i drzwi są zamknięte, a rolety zasłonięte, gasi światło, wyłącza kuchenkę elektryczną, żelazko i inne urządzenia, które nie muszą czy nie powinny być włączone podczas twojej nieobecności. Teraz dopiero twój dom jest naprawdę bezpieczny.

Monitoring

Drzwi i okna

Inteligentny system Fibaro pozwala na integrację z systemem kamer,

Zdarza ci się zapomnieć zamknąć okno? Teraz to nie problem. Pod-

Oświetlenie

dom

czas wychodzenia z domu Fibaro powiadamia cię o niedomkniętych drzwiach i oknach, a w miarę możliwości nawet je zamyka.

Rolety i żaluzje Fibaro sam steruje podnoszeniem i opuszczeniem rolet i żaluzji. W ten sposób, tuż po przebudzeniu, dzięki delikatnemu ich uchyleniu możesz rozkoszować się pierwszymi promieniami słońca wpadającymi do sypialni oraz automatycznie zasłaniać okna. kładąc się spać, czy wychodząc z domu.

W Świnoujściu przy ul. Lutyckiej 2A/3 jest już otwarty salon pokazowy. Można w nim zobaczyć urządzenia w działaniu, a także zamówić instalację w domu czy mieszkaniu. Zapraszamy!

REKLAMA


motoryzacja

ABC KUPOWANIA

Samochód osobowy – akcyza. Cz.2 W pierwszej części o akcyzie napisałem, że okazje cenowe nie istnieją. Będę tego nadal bronił. Wydajecie Państwo swoje pieniądze, a sądzę, że chcecie je wydawać bezpiecznie. Tym razem zwrócę Waszą uwagę na inny niemiły fakt, który pojawia się w procesie zakupu samochodu. zapłatę podatku) będzie widniał jako zapłacony!

Przemyślanie i bezpiecznie Czyli jeszcze raz. Moja cena wyniosła 259 tys. PLN brutto, a cena firmy B – 219 tys. Wyłapanie takiego procederu nie jest łatwe dla osoby nieświadomej. Z pomocą już dzisiaj na pewno ruszą firmy leasingowe, które ów proces znają i skrupulatnie sprawdzą dokumenty. Jednak uczulam Was, byście sami o to pytali!

Z racji kwot pojawia się on w 99 proc. w samochodach z silnikiem o pojemności pow. 2.0 cm³, a więc w przypadku należnej akcyzy w wysokości 18,6 proc. No właśnie. Akcyza 18,6 proc. Na tyle dużo, by sprzedawca się na nią połasił, ale w kontekście niższej, „okazyjnej” ceny sprzedawanego przez siebie samochodu. Tutaj zaczyna się przedstawiana historia.

Akcyza opłacona. Czyżby? Spotkacie Państwo mnóstwo ogłoszeń sprzedaży z wręcz krzyczącym, wytłuszczonym opisem: akcyza opłacona. Ale ja postawię pytanie: od jakiej kwoty? Paradoksalnie, gdy pisałem ten tekst, prowadziłem równolegle rozmowę z Klientem, który chciał kupić znaleziony przez siebie na niemieckim portalu ogłoszeniowym samochód. Po co właściwie o tym wspominam, skoro takich rozmów dziennie mam kilka? Otóż istotne jest to, że ten sam samochód, dla tego samego Klienta, wyceniała

28

MAGAZYN

jeszcze jedna firma. Różnica natomiast polegała na tym, że u mnie 2+2=4, a tam było 5… Omawiany samochód kosztował 41,1 tys. EUR netto. Licząc cenę po kursie bieżącym i dodając akcyzę w pełnej wartości 18,6 proc., tj. liczoną od wartości netto z faktury i naturalnie dodając 23 proc. podatku VAT, cena wyniosła 259 tys. PLN brutto. Firma – nazwijmy ją B – wyceniła ten sam samochód na 219 tys. PLN brutto (już ze swoim zyskiem!) zapewniając, że akcyza jest zapłacona. I mieli rację, nie kłamali. To czego ja się właściwie czepiam? Otóż czepiam się faktu, że akcyza nie była zapłacona według faktury zakupu, a według oświadczenia importera! Niestety. Płacąc dzisiaj akcyzę, to my deklarujemy jej wartość! Mogę więc od takiego samochodu zapłacić 2 tys. PLN podatku, otrzymam potwierdzenie, a samochód w bazie e-ZEFIR (weryfikującej

Pytajcie od jakiej kwoty jest zapłacony podatek. Dlaczego? Dlatego, że ani firma leasingowa, ani sprzedawca nie wezmą odpowiedzialności za zaniżony podatek akcyzowy! To jest wada prawna występująca przy sprzedaży, która wędruje dalej. To bardzo istotne, ponieważ należy pamiętać, że Urząd Celny ma aż 5 lat na weryfikację kwoty zapłaconej akcyzy. Wówczas, w większości przypadków, to Państwo za tę wadę odpowiadacie. Proszę mi wierzyć, że w Urzędzie celnym 2+2 również wyniesie 4. U Państwa natomiast może pojawić się widmo domiaru podatku, kary urzędowej oraz oczywiście odsetek. Tłumaczenia typu, że nie Wy importowaliście auto, że jest ono w leasingu, nie zmieni nic. Takie jest prawo. Niedoskonałe, które ponownie stwarza „okazje” cenowe. Więc gdy ktoś usilnie przekonuje Was, że 2+2=5, a cena kusi swą atrakcyjnością, decyzja należy do Was. Nie, nie straszę. Chcę, żebyście zakupy robili w sposób przemyślany i bezpieczny. W końcu to są Wasze pieniądze!

Kamil Pyclik

Centrumcars24.pl


LEXUS = luksus

Już w 1998 roku, jak zawsze wyprzedzając swój czas, Lexus wprowadził na rynek model RX. Był to pierwszy SUV, który dorównał wyrafinowaniem luksusowym sedanom.

Tradycyjne podziały między klasami Lexus przełamał ponownie w 2004 roku, wprowadzając pierwszy luksusowy samochód z napędem hybrydowym — pionierskiego SUV-a RX 400 h. Ponieważ Lexus nieustannie tworzy, by zachwycać, dziś przedstawiamy zupełnie nowy model RX, najbardziej wyrazistego Lexusa, jaki kiedykolwiek opuścił pracownie

30

MAGAZYN

naszych projektantów. Samochód, w którym niedościgniony, wyrafinowany luksus jest standardem.

nia nowy model jest solidne obramowanie, którego wcięcia podkreśla nowoczesne oświetlenie LED.

Wyraziste wyrafinowanie

Reflektory posiadają kształt potrójnego L, a dynamiczny wizerunek samochodu wzmacniają przeprojektowane lampy przeciwmgielne. Pod reflektorami natomiast znajdują się linie świetlne do jazdy dziennej

Już na pierwszy rzut oka nowy Lexus RX zwraca uwagę muskularnym przednim wlotem powietrza o tak charakterystycznym dla marki kształcie klepsydry. Tym co wyróż-


LEXUS RX

Lexusa RX warto dokładnie obejrzeć pod różnymi kątami. Jest atrakcyjny z każdej perspektywy. Cofnięte słupki C sprawiają, że dach wydaje się swobodnie unosić. A ostre, wygięte tylne światła równoważą sylwetkę pojazdu. By wnętrze Lexusa RX było wyjątkową przestrzenią do relaksu, nowoczesnemu wzornictwu i inteligentnym rozwiązaniom technicznym musi towarzyszyć najwyższa jakość wykonania.

Doskonałe prowadzenie z oryginalnymi sekwencyjnymi kierunkowskazami.

Siła indywidualizmu W tym samochodzie również koła są nośnikiem wyjątkowych emocji. 20-calowe, futurystyczne obręcze ozdobione są wstawkami w czterech kolorach.

Pięknie ukształtowane nadwozie nowego Lexusa RX kryje całą gamę wyrafinowanych rozwiązań technicznych. Każde z nich ma swój udział w połączeniu imponujących osiągów ze wspaniałymi właściwościami jezdnymi, tak by RX przyprawiał o szybsze bicie serca nie tylko wizerunkiem, lecz także zachowaniem na drodze.

motoryzacja

Idealnie napędzany Sercem nowoczesnego napędu Lexusa RX jest udoskonalony 3,5-litrowy silnik V6 pracujący w cyklu Atkinsona oraz silnik elektryczny. Łączna moc napędu hybrydowego wynosi około 313 KM. W stosunku do nowoczesnych silników wysokoprężnych hybrydy pozbawione są wielu elementów eksploatacyjnych, które z biegiem czasu zużywają się i wymagają wymiany. W hybrydach nie stosuje się tradycyjnych sprzęgieł, kół dwumasowych, filtrów cząstek stałych czy wysokociśnieniowego systemu wtrysku, który jest niezwykle wrażliwy na jakość paliwa.

Spod ręki mistrzów Nowy Lexus RX jest śmiały, ostry i luksusowy. Montują i wykańczają go Takumi, mistrzowie rzemiosła. To ludzie, którzy swoją techniczną wiedzę i artystyczny kunszt kształtowali przez dekady. Lexus RX dostępny jest w wersjach: ELITE, ELEGANCE, F SPORT oraz PRESTIGE. Lexus umożliwia niezwykle korzystne finansowanie w ofercie SMARTPLAN. Zapraszamy do salonu: Lexus Szczecin Mieszka I 25, Szczecin Telefon +48 91 433 35 88 www.lexus-szczecin.pl

MAGAZYN

31


felieton

WYSPA SPORTU

I po zawodach?

Co ma ze sobą począć mieszkaniec naszych wysp, który – skoro już zaczął biegać – chciałby zmierzyć się w sportowej rywalizacji? Pobiec z numerem na piersi, z nagrodą, choćby zimnym piwem, czekającą na mecie? Mowa tu o takim wyspiarzu, który nie ma czasu lub możliwości, żeby pojechać do Szczecina, Poznania czy Wrocławia. TEKST BARTEK WUTKE ILUSTRACJA TOMASZ SUDOŁ

B

yła sobie kiedyś impreza sportowa. „10 w skali Beauforta”. W skrócie - „10B”. Pierwsza edycja biegu, który na dodatek był organizowany przez ludzi bez doświadczenia. Mimo to jeszcze przed startem wszyscy uczestnicy i kibice wiedzieli jedno – wszystko zaplanowano perfekcyjnie. Elektroniczne zapisy, czipy dla zawodników, pakiet startowy, piwo, grochówka, scena z muzyką. Świetnie zaplanowana trasa wiodąca przez najfajniejsze miejsca w Świnoujściu. Dopisali zawodnicy, dopisali kibice. Były nawet media. „10B”, przynajmniej z zewnątrz, wyglądał świetnie. Niestety, pierwsza edycja okazała się póki co ostatnią. Organizatorzy wydali tylko lakoniczne oświadczenie, że kolejna edycja nie odbędzie się ze względów organizacyjnych. A szkoda, bo impreza pokazała, że na wyspach jest głód profesjonalnie zorganizowanego wydarzenia sportowego. W czasach kiedy jeszcze w każdej dyscyplinie organizowane były międzyszkolne zawody, wziąłem udział w rywalizacji na 60 metrów. Drugie miejsce wśród drugich klas, za kolegą z klasy zresztą. Nikt mi wtedy jeszcze nie mówił, że w biegu bardzo ważny jest krok, dlatego – cytując polską komedię – drobiłem jak

32

MAGAZYN

gejsza. Co z tego, skoro do tej pory mam satysfakcję z wywalczonego dyplomu? Chociaż chęć do rywalizacji przeszła mi dość szybko, to jednak miło jest od czasu do czasu poczuć emocje związane z wyścigiem. Co zatem pozostaje biegaczom, którzy również chcieliby poczuć dreszczyk sportowych emocji? Wyjątkowość „10B” polegała na tym, że proponowany dystans 10 kilometrów jest w zasięgu niemal każdego, kto w miarę regularnie biega. Tymczasem jedyną „poważną” imprezą biegową jest Maraton (lub Półmaraton) Świnoujście - Wolgast. Niestety, dystans i profil trasy przeznaczony jest raczej dla wytrwałych joggerów. Pozostają nam zatem mniejsze

zawody, bez rozmachu, za to w miłej, wręcz rodzinnej atmosferze. A tych na szczęście trochę jest. Zaczynając od Międzynarodowej Ligi Biegowej, oferującej naprawdę spory wachlarz dystansów, na rozwijającym się dopiero śniadaniowym Parkrunie kończąc. Szału nie ma, ale liczba startujących mówi sama za siebie. Chcemy biegać. Jeżeli ktoś chciałby spróbować swoich sił w któryś zawodach, niech szuka szczegółów na stronach OSiR Wyspiarz, Klubu Biegowego Jogging oraz Parkrun Świnoujście...


MAGAZYN

33


Plażowa

crossmintonomania 13 sierpnia na świnoujskiej plaży miejskiej zawitał crossminton. Aktywne plażowanie, gry i zabawy, konkursy dla dzieci i dorosłych, nauka gry w crossmintona… Jednym słowem – całodzienne sportowe wydarzenie szyte na miarę na nadbałtycką plażę. TEKST Agnieszka Kocańda

34

MAGAZYN


SPEEDMINTON® BEACH FESTIWAL 2016

wydarzenia

Świnoujście było czwartym i ostatnim w tym sezonie przystankiem Speedminton® Beach Festiwal 2016. Wszystko odbyło się pod patronatem Magazynu Wyspy oraz OSiR Wyspiarz.

Wypoczywać aktywnie! – Przez cały dzień zaznajamialiśmy urlopowiczów z całej Polski z propagowaną przez nas dyscypliną, łączącą w sobie najlepsze cechy tenisa, badmintona i squasha – mówi Lidia Bomirska, prezes Polskiej Akademii Crossmintona, organizatorka wydarzenia. – Crossminton to idealna alternatywa do biernego odpoczynku, angażująca zarówno dorosłych, jak i dzieci – dodaje. Wspólne spędzanie czasu na świeżym powietrzu pozwala nie tylko spalić zbędne kalorie, posiąść nowe umiejętności i wypracować piękną opaleniznę. To przede wszystkim świetna zabawa i pomysł na wakacje w ruchu. Dodatkowo daje możliwość wzięcia udziału w kilku angażujących konkursach i poznanie smaku rywalizacji w grze na punkty podczas widowiskowych pojedynków deblowych.

Turnieje i chwała Morza szum, lotki świst i żar z nieba to kombinacja idealna. – Jeszcze kilka miesięcy i morze zamienimy na góry, a piękną świnoujską plażę na śnieżne stoki i polany. Bo zgodnie z crossmintonowym hasłem gramy „Anywhere, anytime!”. Formę można

budować przez cały rok. Wystarczy partner do gry, dwie rakietki i speeder, czyli specjalna, szybka lotka. Zajęcia odbywają się w wielu miejscach w Polsce. A potem już tylko turnieje, zawody i chwała – żartuje Bomirska. Nie ma w tym jednak wielkiej przesady. W kwietniu crossmintoniści z całego świata rywalizowali ze sobą na PGE Narodowym! Stadion gościł kilkuset zawodników, którzy rozegrali kilkaset spotkań w kilkunastu kategoriach. W lipcu natomiast, podczas Mistrzostw Europy we Francji, Polacy uplasowali się na pierwszym miejscu w klasyfikacji medalowej.

ży? Proszę bardzo! Masz fantazję zapisać się na zawody, poczuć ducha rywalizacji i stanąć na podium? Zapisz się na jeden z naszych turniejów – zachwala Lidia Bomirska i z uśmiechem dodaje – Jedno jest pewne, mamy nadzieję, że w kolejnym sezonie już nie tylko pół, ale cała świnoujska plaża będzie nasza. Do zobaczenia!

– Najważniejsze jest to, że w crossmintonie nie ma żadnych ograniczeń. Chcesz grać z córką na pla-

Więcej informacji dotyczących dyscypliny, sprzętu i zawodów można znaleźć na crossminton.pl oraz na facebookowym fan page’u Speedminton-Poland.

MAGAZYN

35


Bartek

spod szczęśliwej gwiazdy Kiedy wyruszał ze Świnoujścia w 900-kilometrową podróż po Polsce, w słuchawkach dopingował go refren You are, you are my lucky star. Na mecie, na ulubionej składance, pojawiły się te same dźwięki. Przypadek? Przypadek! Ale jakże wymowny. TEKST magda monkosa zdjęcia karolina gajcy

Bo Bartek Rzońca to właśnie taka szczęśliwa gwiazda. Poważnie chory młody mężczyzna, który z niezwykłym zacięciem szuka frajdy w ży-

36

MAGAZYN

ciu. Medialną gwiazdą stał się trochę niechcący, jednak sławę pożytkuje nader rozsądnie.

Fenomen Z Bartkiem spotykam się kilka dni po jego powrocie do rodzinnego miasta. Muszę chwilę odczekać w dzienni-

karskim ogonku, bo szum medialny wokół niego nadal nie słabnie. Powód? Udana trzytygodniowa wyprawa po Polsce, ze Świnoujścia do Zakopanego. Na inwalidzkim, elektrycznym wózku. I choć prawie na co dzień ktoś gdzieś w Polsce stawia przed sobą niezwykłe cele,


bartek rzońca

Najlepiej w małych miasteczkach Pobudka o 7:00. Niefajnie, bo jak każdy młody człowiek lubi sobie pospać. Poranna toaleta, śniadanie. Najpóźniej o 11:00 trzeba wyruszyć w drogę. Tak, aby przed zmrokiem dotrzeć do kolejnego miejsca noclegowego. Choć każdy odcinek został skrupulatnie zaplanowany na długo przed wyprawą, życie ciągle płatało figla. Ulewy, dziura w oponie, kiepska jakość nawierzchni, na której buntował się wózek. Głównych tras krajowych unikano, nie tylko z praktycznych względów. – Lubię jazdę bezdrożami, przejażdżkę po tych małych miejscowościach, których prawdopodobnie drugi raz nie odwiedzę – mówi Bartek. Raz pokonał 35 kilometrów, innym razem licznik dobił do 61. Na szczęście w razie nieprzychylności losu mógł liczyć na wsparcie swoich towarzyszy podróży.

Grupa wspierająca Ekipa „Wózkiem po Polsce” liczyła cztery osoby. Pan Sylwester Góra, rowerzysta, zawsze trzymał się gdzieś w pobliżu. Wolontariusz, podobnie jak kierowca busa, to asysta z ramienia Caritasu Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej. Do tego pan Stanisław Ogrodnik, stały opiekun Bartka z Promedica24, który czuwał nad nim w dzień i w nocy, a za chwilę podąży za młodym świnoujścianinem do Koszalina, na rozpoczęcie nowego roku akademickiego. to właśnie za Bartka trzymano kciuki na całej długości i szerokości geograficznej kraju. Po rozmowie z młodym świnoujścianinem chyba zrozumiałam ten fenomen. Opalona, sympatyczna twarz, piękny męski głos, tylko ciało mocno szwankuje. Bartek cierpi na dystrofię mięśni, genetyczną chorobę, która nie ma dobrych rokowań. Cierpliwie tłumaczy mi skutki schorzenia, konkretnie, bez cienia użalania się nad sobą. Natomiast z emocją opowie mi o swojej podróży.

ludzie

nowych ludzi – dodaje. Naprzeciw wędrowcowi znad morza wychodziło sporo osób. Na trasie pozdrawiali go liczni niepełnosprawni, niektórzy także na wózkach. W tych momentach Bartek przekuwał swoje chwile sławy w coś niezwykle budującego. – Pokonałem przeszkody, spełniłem swoje marzenia, jestem dumny ze swojego sukcesu. Mam wielką nadzieję, że swoim przykładem poruszę inne osoby niepełnosprawne. Niech uwierzą w swoje możliwości, niech się nie poddają. Wiem, że jest ciężko, ale trzeba żyć tak, jak się pragnie – mówił tuż po zakończonej eskapadzie. W październiku Bartek zaczyna naukę na drugim roku geodezji i kartografii na Politechnice Koszalińskiej. Pierwszy zaliczył bez większych problemów. Zanim odpowie na moje pytanie o liczbę niepełnosprawnych studentów na uczelni, chwilę się zastanowi – Kilku. Ale w takim stanie jak mój, to jestem w sumie jedyny.

Pomysł na akcję „Wózkiem przez Polskę” ma swoje źródło w chęci pielgrzymowania. – Odradzano mi. Wiele osób mówiło, że sobie nie poradzę – wspomina Bartek. Nie posłuchał. 2,5 roku od momentu, kiedy zaświtał mu pomysł, modlił się już w bazylice na Jasnej Górze.

Nie poddawać się! Przystanków było łącznie 20, a wszystkie noclegi oferowali ludzie dobrej woli. – Najwspanialsze chwile to sama jazda – opowiada młody podróżnik. – Fajnie było też poznawać

MAGAZYN

37


Tajemnice

wczesnych

Słowian

Nieprzerwanie od 22 lat w sąsiednim Wolinie odbywa się jeden z największych tego typu festiwali w Europie. W tym roku zjechali się ludzie z 27 krajów. W jednym tylko celu – a by dać się porwać historii. A my uczestniczyliśmy w tej żywej lekcji jako widzowie. TEKST I ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

38

MAGAZYN


FESTIWAL SŁOWIAN I WIKINGÓW

MAGAZYN

region

39


Tych, którzy zawitali już kiedykolwiek na skansen, nie trzeba przekonywać o tym, że jest czego doświadczać. Natomiast tych, którzy nie mieli jeszcze takiej okazji, postaram się zachęcić do nadrobienia zaległości w następnych latach. Tym bardziej, że nie trzeba być miłośnikiem średniowiecza ani nawet historii, żeby się o tym przekonać.

Jak tysiąc lat temu Festiwal, który dla działających przez cały rok odtwórców – bo tak

40

MAGAZYN

nazywa się osoby biorące czynny udział w tym wydarzeniu – jest niemal świętem, oferuje mnóstwo atrakcji. Najbardziej oczywistą z nich jest bitwa. Codziennie przynajmniej jedna, o godzinie 16:00. Ściera się tam ze sobą około pół tysiąca wojów (nie mylić z rycerzami!), używających najprawdziwszego oręża, przyodzianych w jak najbardziej realne kolczugi, przeszywanice i hełmy żywcem zaczerpnięte z epoki. Możemy na własne oczy przekonać się, jakie bitwy rozgrywa-

ły się tysiąc lat temu. Bywa groźnie i niebezpiecznie, a kontuzje i rany nie stanowią wyjątków.

Warkocze i brody Myśl przewodnia festiwalu nawiązała bezpośrednio do tegorocznej rocznicy chrztu Polski. I tak przez trzy dni mogliśmy przeżywać żywą lekcję historii, pod hasłami: „Dwie wiary, jeden Wolin”, „Nowa wiara rośnie w siłę” oraz „Chrzest Wolina”. Niewątpliwie ciekawym urozma-


FESTIWAL SŁOWIAN I WIKINGÓW

region

iceniem jest możliwość stanięcia w szranki samemu. Wojowie bardzo chętnie udostępniali elementy wyposażenia do przywdziania i spróbowania swoich sił w pojedynku. Dla obawiających się bezpośredniej konfrontacji przyszykowano stanowiska do strzelania z łuku oraz rzucania oszczepem. Pomyślano również o rozrywkach dla pań. Drugiego dnia organizowany był konkurs na strój kobiecy. Oprócz tego panie „ścigały się”

MAGAZYN

41


w konkursie na najpiękniejszy warkocz. Panowie z kolei walczyli o tytuł posiadacza najdostojniejszej brody. Jurorami byli turyści.

Gadżety ze średniowiecza Ale festiwal to nie tylko walki i konkursy. Przy kilkudziesięciu stoiskach rzemieślniczych swoje wyroby prezentowali garncarze, krawcy, szewcy, bartnicy, kowale, złotnicy, jubilerzy czy snycerze. Można było zakupić niemal wszystko, czego potrzebował człowiek tamtej epoki. Od grzebieni do włosów, po zabawki, rogi do picia, aż do wyposażenia woja. A nawet repliki znalezisk historycznych. Kupując pamiątkową zawieszkę z konikiem, dowiadywaliśmy się od sprzedawcy, gdzie i z jakiego wieku ta figurka pochodzi. Na licznych wykładach i prelekcjach mieliśmy okazję poznać życie przeciętnego człowieka wczesnego średniowiecza – jak dawniej pisano, jakie mity opowiadano, oraz co wybijano na monetach.

42

MAGAZYN

Od kuchni Odwiedzający miasteczko Słowian mogli zakosztować dawnych dziejów od kuchni. I to dosłownie. Szczególną popularnością cieszyły się wśród dzieci podpłomyki na słodko, a starsi rozsmakowywali się w miodach pitnych. „Trójniak woliński leśny” został w tym roku wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych.

Jakby tego wszystkiego było mało, w tle tych wszystkich atrakcji przygrywały zespoły muzyczne. Zarówno z Polski: Percival, Gędźba, Ęzibaba czy Dziwoludy, jak i z zagranicy: Kalabalik ze Szwecji, węgierski Szedinek czy Idisi z Rosji.

Nie tylko festiwal Nie jest tajemnicą, że nauka poprzez doświadczenie jest najbardziej efektywna. Warto więc po stokroć wziąć udział w takim wydarzeniu, przyprowadzić swoje dzieci i patrzeć, jak kiełkuje w nich fascynacja historią. Żeby to uczynić, nie trzeba czekać aż rok, do następnego festiwalu. Skansen jest czynny od kwietnia do października. W ciągu roku jest przynajmniej kilka imprez, które – choć mniejsze niż ta sierpniowa - jeszcze bardziej oddają ducha słowiańskiej wioski. Pozbawiony tłumów skansen zdaje się być zupełnie innym miejscem, przez co mamy możliwość jeszcze mocniej dać się pochłonąć klimatowi i odczuć codzienne życie wczesnych Słowian.


FESTIWAL SŁOWIAN I WIKINGÓW

MAGAZYN

region

43


felieton

DALEJ NIŻ CENTRUM

Mój piękny Wolin Choć wrzesień to wciąż jeszcze lato, jest to jednak czas raczej spacerowy niż plażowy. Zapraszam więc na przechadzkę po mało znanych okolicach wyspowego Świnoujścia. Na początek wyspa Wolin i dzielnica Warszów. To tzw. przemysłowa część miasta, ale jak się okazuje – nie tylko. TEKST MAJA PIÓRSKA ILUSTRACJA KATARZYNA BARANOWSKA

Z

wraca tutaj uwagę typowo portowa architektura. Już przy promie widzimy portowe dźwigi, terminal promów pływających do Skandynawii, kutry i łodzie rybackie. Rowerem lub pieszo wędrujemy nad morze. Kiedy idę na „moją” dziką plażę, w pamięci widzę sosnowy las. Dziś mam tu już tylko rurociągi i dwa zbiorniki Gazoportu LNG… Z kolei bliżej morza widzę piękne domki, wille i pensjonaty, ozdobione drewnianymi koronkami. To był uroczy zakątek – dawny Chorzelin. Dziś można to przywołać z pamięci lub zobaczyć na starych widokówkach. Rozwijający się port potrzebował jednak odpowiedniego terenu. To nie oznacza, że nie ma tu zabytków wartych poznania. Dużą wartość historyczną ma falochron centralny, dawniej zwany wschodnim. Budowany w latach 1818-1923, jest dziś najdłuższym w Europie falochronem kamiennym. A dla mnie stanowi najdłuższe spacerowe molo. Na wschodnim brzegu ujścia Świny widnieje najpiękniejsza – najwyższa nad Bałtykiem i jedna z najwyższych w Europie, wysoka na 65 metrów – Latarnia Morska, która powstawała w latach 1854-1857. By wejść na szczytowy taras – tzw. galeryjkę – trzeba pokonać 308 schodów. Jednak

44

MAGAZYN

ten, kto tam wejdzie, przekona się, że przepiękny widok wart jest tych trzech setek stopni. Koniecznie trzeba zobaczyć jedną z trzech zachowanych XIXwiecznych fortyfikacji, od kilku lat przywrócony do życia Fort wschodni zwany Fortem Gerharda. To jedyna zachowana fortyfikacja pruska ze wschodniego kompleksu warownego, zbudowana w latach 1856-1863. Nigdy nie brał bezpośredniego udziału w walkach, jest więc znakomicie zachowany. Obiekt zachwyca ciekawą architekturą, a najciekawsze elementy Fortu to kaponiery, czyli wysunięte w fosę strzelnice – wschodnia i północna. Z fosy korzystają kaczki, czaple i żaby, których koncertu możemy posłuchać raczej wiosną. Niewątpliwie wizyta w tym miejscu dostarczy nam szereg intrygujących atrakcji. Ford Gerharda nie jest jedyną pozostałością militarnego dziedzictwa wyspy. Do kolejnego obiektu prowadzi nas ścieżka edukacyjna „Szlakiem fortyfikacji”. Wiedzie przez las, do niezwykle interesującej budowli militarnej – stanowiska dowodzenia baterii Goben, zwanej Dzwonem. Kiedyś była przysadzistą betonową bryłą. Po dodaniu ażurowej części nabrała lekkości. Następny atrakcyjny zabytek to położone w lesie Podziemne Miasto,

kompleks podziemnych schronów połączonych kilometrem podziemnych korytarzy. To świadectwo historii XX wieku zdecydowanie należy zobaczyć. Kiedy jeden dzień przeznaczymy na opisane powyżej spacery, zachęcam, żeby w inny wrześniowy dzień wybrać się na spacer plażą do Międzyzdrojów. To nie tylko ogromna porcja jodu, ale i ciekawe spotkania z ptakami oraz cisza i szum Bałtyku. W prawobrzeżnej części miasta warto zobaczyć dzielnicę Przytór-Łunowo, a w niej neogotycką świątynię z roku 1895. Z zachowanych typowo rybackich chat okrytych strzechą zachowała się już tylko jedna, niestety szybko niszczejąca. Nie ma również już dawnej kuźni. Dziś to dzielnica willowa. Mimo że tak wiele wspaniałych obiektów już nie istnieje, niezmiennie kocham Wolin. Bo choć to zupełnie inna wyspa niż ta, którą pamiętam sprzed lat, wciąż potrafi mnie zachwycić, a nawet zaskoczyć. A czego chcieć więcej od miejsca, w którym się żyje?


MAGAZYN

45


tworca Urodzony

TEKST MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

46

MAGAZYN


NASZ ARTYSTA

kultura

Życie Tadeusza Zielińskiego to temat na książkę. Może nawet niejedną. Tekst ten z pewnością go nie wyczerpie. Znany głównie jako malarz ikon, zajmował się również muzyką, filmem, teatrem. Prowadził galerie. A nawet, jako trzynastolatek, trenował boks! Wszystko z pasją. – Słowo „sztuka” i wszystko, co jest z nim związane, towarzyszy mi właściwie od samego początku, odkąd pamiętam. Chyba urodziłem się już artystą – śmieje się Tadeusz. Jak jednak dodaje, jego ojciec miał na niego zupełnie inny pomysł. Sam był ułanem, więc w tym właśnie duchu – dyscypliny, w wojskowym wręcz drylu – chciał wychować syna. Nie dało się jednak z artysty uczynić ułana. Młody Tadeusz postawił na swoim, ale do szkoły plastycznej zdawał w tajemnicy.

Artystą się jest – Różnica pomiędzy twórcą a tak zwanym zwyczajnym zjadaczem chleba tkwi w spojrzeniu na ów przysłowiowy chleb – mówi malarz. – Dla tego drugiego będzie to po prostu chleb, coś, co za chwilę zje. Malarz zwróci uwagę na zupełnie inne rzeczy. Jak na ten bochenek pada światło, jak układają się cienie, jak prezentuje się na tle i tak dalej – dodaje. Bo artystą się jest, a nie bywa. Kluczem jest tu specyficzne postrzeganie rzeczywistości i nieujarzmiona wyobraźnia. Patrzeć szerzej, widzieć więcej. Tadeusz to miał. I szedł tą drogą w zgodzie ze sobą, choć w kontrze do ojca, nie bacząc na konsekwencje. A jedną z nich było opuszczenie domu, w którym – według Zielińskiego seniora – nie było miejsca dla artysty. Znalazł więc wówczas wielce inspirujące miejsce. Przez pewien czas mieszkał w… grobowcu. Tylko niezwykle twórcza jednostka zdobyłaby się na coś podobnego. I dzięki temu nie boi się dziś duchów. – Zdążyłem się już wówczas mocno z nimi zbratać – śmieje się.

nym szkole Tadeusz trafił do Leszna. Poznał tam wielu podobnych sobie twórczych ludzi. Powoli stawał się częścią różnych artystycznych inicjatyw. Pojawił się Teatr Poezji Jacka Małeckiego. A także Teatr Satyryków Zdzisława Smoluchowskiego. Tadeusz z pasją chłonął tę atmosferę. Angażował się w coraz to nowsze projekty, a także tworzył własne. To wtedy próbował pierwszych chwytów na gitarze. Tadeusz zadomowił się w Lesznie. Znalazł tu ujście dla swoich twórczych pasji. Stawał się tu coraz bardziej znany. Współtworzył Teatr Małych Form i Teatr Quasimodo. Jak sam wspomina, zaczęły to być coraz bardziej poważne działania. Wiązały się z nimi także pierwsze osiągnięcia. To w Lesznie powstał również zespół Walcmany – proponował on melanż rozmaitych tekstów, mniej lub bardziej ambitnych, do których muzykę komponował właśnie Tadeusz. Za wielki sukces Walcmanów

z pewnością należy uznać ich występ na słynnym opolskim festiwalu, gdzie doszło do zdarzenia bez precedensu – po raz pierwszy w historii imprezy reżyser musiał się zgodzić na bis, którego bezkompromisowo domagała się publiczność.

Ikony wprost z morza Tadeusz nieprzerwanie też malował. Wydaje się to zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę ilość inicjatyw, w których się w tamtym czasie udzielał. – Gdy dziś o tym pomyślę, sam jestem zdziwiony… Ile w młodości jest energii, potencji. Ile rzeczy potrafiłem robić na raz – wspomina artysta. Teatr i muzyka. Dodatkowo praca w domu kultury i własna pracownia plastyczna, w której zatrudniał kilka osób. Jakby tego było mało – zakład ceramiczny, gdzie zdobił porcelanę. Raz po raz konferansjerka. Wieczorami jednak przychodziła potrzeba wyciszenia. A to właśnie zapewniało

Pierwszy opolski bis Po tej niesławnej w domu rodzin-

MAGAZYN

47


kultura

NASZ ARTYSTA

Tadeuszowi malowanie ikon. – To moja forma modlitwy, rozmowy z Bogiem. Źle sobie radzę z odmawianiem gotowych formułek – mówi Tadeusz. W ikonach najbardziej pociąga go to, że są one, jak uważa, nieziemskie, niemal abstrakcyjne. Ma świadomość, że nie odkrywa nowego, że czerpie z dokonań poprzedników. – Młody człowiek przeważnie uważa, że zmienia świat, a wszystko, co robi, robi jako pierwszy. Dopiero

innych, ponadstuletnich, z duszą.

Nie taka łatka straszna Choć Tadeusz uprawia różnego rodzaju malarstwo, na dobre przylgnęła do niego łatka malarza ikon. To z tym jest najbardziej kojarzony. Nie buntuje się już przeciwko takiemu stanowi rzeczy. – To ta pokora, o której już wspominałem, a której oczywiście musiałem się nauczyć. Początkowo, jako młody twórca, sprawiało mi to kłopot. Nie akceptowałem tej szufladki, podobnie jak nie akceptowałbym żadnej innej. Jak każdy chyba artysta – tłumaczy. Dziś, jako jeden z najbardziej cenionych ikonistów w kraju, pogodził się z tym faktem. Nawet chyba go polubił. Co więcej, bardzo ceni sobie fakt, że z malowania ikon żyje. Tadeusz bardzo ceni sobie rzemiosło. Nie do końca wierzy artystom, którzy je ignorują. Przyznaje, że sam na początku należał do tej grupy. – Nieważne co, nieważne jakimi środkami, byle dawało efekt – wspomina. Z perspektywy czasu wie jednak, że to było ulotne, trwało chwilkę i znikało. Dziś jest przekonany, że nic nie zastąpi dobrze opanowanego warsztatu i że tylko wówczas można tworzyć dzieła, które przetrwają.

Nic nie musieć

z czasem się pokornieje. Nabiera szacunku do przeszłości, jednak dodając do niej czegoś własnego. Jakąś własną wrażliwość – mówi. Ikony Tadeusza Zielińskiego są chyba jedynymi, które powstają na drewnie wyrzuconym przez morze. To ich wielka wartość, gdyż jak mówi sam autor – Taka deska sama w sobie posiada już własną historię, jakąś tajemnicę… Czasem trafiają mu się deski tak piękne, że aż żal mu na nich malować. – Szkoda je psuć – śmieje się. Dziś już coraz trudniej o „morskie” deski, Tadeusz maluje więc na

48

MAGAZYN

Wielką przyjemnością są dla malarza plenery. Jak sam mówi – Czuję się wtedy kompletnie wyzwolony z poczucia, że coś muszę. Jedynie mogę i chcę. Maluję wtedy dla siebie, a także dla tych, którzy na dany plener mnie zapraszają. Ale to nie są zlecenia. To ślady, które po każdym plenerze muszę zostawić. Maluję wówczas to, co w danym momencie gra mi w duszy. Dziś na plenery Tadeusz nie jeździ tak często jak dawniej, raczej je wybiera. Bardzo ceni sobie te organizowane przez Bogusię Kociołek w Wisełce, malowniczo położonej między jeziorem a morzem. Obecnie ochoczo uczestniczy w plenerach w Nowym Warpnie – które za moment przeniosą się do Trzebieży

– zainicjowane przez nieżyjącą już Ewę Dąbrowską.

Wernisaż jak spektakl Wernisaże Tadeusza nie przypominają typowych, do których jesteśmy przyzwyczajeni – najpierw kilka słów o autorze, a potem lampka wina i ewentualnie szybkie spojrzenie na prezentowane obrazy. Dla Tadeusza wernisaż to dużo więcej. – Prowadziłem wiele galerii i zawsze dbałem o to, żeby otwarcie wystawy było dla odbiorcy przeżyciem, który oddaje osobowość artysty, klimat pokazywanych dzieł – mówi malarz. I zapewne przeżycia właśnie mogą spodziewać się ci, którzy trafią na wernisaż jego prac w Zalesiu, który odbędzie się już niebawem. Będzie muzyka cerkiewna, poezja, świece… Prawdziwy spektakl.

Taka kolej rzeczy Dzisiejszy Tadeusz nie prowadzi już tak obfitego w przedsięwzięcia i ludzi życia. Czuje się spełniony, w czym na pewno pomaga mu wielość dziedzin w których z powodzeniem działał. Obecnie nieco wycofany, „zamknięty” w swoim bunkrze, maluje. Niekiedy prowadzi warsztaty plastyczne dla dzieci. Czasem pojedzie na plener czy przyjmie gości. Raz po raz uczestniczy w jakimś wydarzeniu artystycznym. Zasadniczo jednak ceni sobie spokój i wyciszenie. – Chyba pora na odpoczynek po tych wszystkich intensywnych latach i robieniu dziesiątek rzeczy jednocześnie – mówi z uśmiechem. Nie pcha się tam, gdzie nie widzi dla siebie miejsca. Ze świadomością, że taka jest kolej rzeczy, ustępuje go młodszym. Poza tym pamięta czasy, gdy było go naprawdę dużo i wszędzie. – Strach było lodówkę otwierać, bo tam pewnie Zieliński – śmieje się. Dziś już takich obaw mieć nie trzeba, ale i trudno wyobrazić sobie, że Tadeusz zamilknie na dobre, schowa się zupełnie. Zbyt wiele wciąż w nim drzemie. I musi znaleźć ujście. Kto wie, może to ta książka, o której była mowa na początku?


MAGAZYN

49


Ludzie

FAMY O Famie napisano już wiele i jeszcze pewnie wiele się o niej napisze. Już można przeczytać gdzieniegdzie, że była ona najlepszą od wielu lat. Więc zamiast pisać w nieskończoność o tym, kto występował tutaj przed laty, warto poświęcić miejsce tym, dzięki którym tegoroczna edycja festiwalu zyskała taką opinię. Wybór czysto subiektywny, choć i tak niewyczerpujący tematu. Oto oni. Ludzie Famy.

TEKSTY (NA PODSTAWIE ROZMÓW Z UCZESTNIKAMI) MICHAŁ TACIAK

50

MAGAZYN


FAMA GAZ-SYSTEM TERMINAL SZTUKI 2016

kultura

Ewelina Bunia, Kaja Gawrońska, Alicja Jasińska i Kacper Kajzderski. A dobrym duchem przedsięwzięcia był profesor Wojciech Müller, obecny na Famie już po raz… 45.

FOTO TOMASZ SUDOŁ

FOTO Archiwum prywatne

Pająki z Poznania

Trzynaście minut śmiechu

Co robią pająki z przestrzenią? Takie pytanie postawiła sobie grupa z poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego. I gdy już znalazła odpowiedź, wzięła się do pracy, z precyzją godną pająka właśnie.

Supergwiazda w recepcji, musical o rozstaniu, dramat na świnoujskiej plaży. Krótkometrażowy film Gdzie jest Anna? to zdecydowanie jeden z największych hitów tegorocznej Famy.

Efektem tych działań jest arcyciekawa instalacja Aranea. – W pająkach fascynujące jest to, że wchodzą w przestrzeń i ją momentalnie aranżują. Niezależnie od tego, jaka ona jest, czy ją znają – mówi Sandra Stanisławczyk, studentka scenografii. Znów analogia, gdyż autorzy nie znali wcześniej hali Enei, w której swoje dzieło mieli pokazać. Nie przeszkodziło im to stworzyć niesamowitej – trochę strasznej, trochę pociągającej – konstrukcji. Misternej pajęczyny, przez którą, gdy już się z nią uporamy, wchodzimy do cudownego kokonu. Od dyskomfortu do poczucia bezpieczeństwa. I z powrotem. – Chcieliśmy poprowadzić narrację tak, żeby pokazać tę zmianę przestrzeni, tę drogę od tego, co nieprzyjemne do tego, co przyjazne – dopowiada Marta Wyszyńska, scenografka, szefowa grupy. Wędrówce po tej niezwykłej przestrzeni towarzyszyła muzyka Sylwii Nowastowskiej, zbudowana – jak i cała instalacja – z kontrastów, z dźwięków, które cieszą ucho, by po chwili je rozdrażnić. O Aranei chciałoby się napisać znacznie więcej, ale miejsce nie pozwala. Dodam tylko, że oprócz przedstawionych dziewczyn w realizacji projektu udział wzięli: Natalia Borys, Jakub Oleg Wojciechowski,

FOTO Archiwum prywatne

Mniej znaczy więcej Pisanie pociągało ją od dziecka, ale poważnie traktuje je od jakichś dwóch lat. Najlepiej odnajduje się w opowiadaniach. – Im krótsze, tym lepsze – mówi Ela Łapczyńska z sekcji literackiej. Owszem, ma w swojej biografii literackiej formy dłuższe, ale zdecydowanie woli skondensowane treści. – To jest mój dystans – śmieje się. Uwielbia pisać o ludziach z, jak to określa, nietypową perspektywą. – Na przykład: brat syjamski, który całym sobą nienawidzi swojego brata – mówi. I choć jej opowiadania nie mówią o takiej „standardowej” rzeczywistości, Ela ochoczo w niej szpera, szuka inspiracji, wygrzebuje z niej co ciekawsze oraz dające się twórczo – i nieszablonowo – rozwinąć elementy. Na koncie kilka publikacji. Przed nią następne. To jej pierwsza Fama i być może ostatnia, gdyż na pytanie, czy tu wróci, odpowiada – Gdybym była młodsza, to na pewno. Ale żal mi urlopu… No tak, Fama to jednak nie do końca wakacje, a po całorocznej i niełatwej pracy copywritera (znam z autopsji) trzeba przecież odpocząć.

Pomysł i część scenariusza powstały w Chicago, podczas warsztatów z pisania komediowego. To tam Mateusz Płocha napisał m.in. genialny fragment musicalowy. Pokazał to Rafałowi Ogrodowczykowi. Zaskoczyło. Pojawiła się myśl, żeby nakręcić to na Famie. Bo gdzie indziej? Trudno o lepszy kontekst. No i tylu kreatywnych ludzi pod ręką. Nic, tylko działać. Więc przyjechali, zadziałali, zwerbowali ekipę i ruszyli do pracy. – To jest kwintesencja Famy. Artystyczny ferment, ludzie z pasją, którym się chce coś zrobić. To możliwe tylko tutaj – mówią autorzy filmu. Kilka intensywnych i bardzo twórczych dni, czasem nieprzespanych nocy, intrygująca akcja promocyjna – ogłoszenia o zaginięciu pewnej Anny rozwieszone na Oflagu. Zadziało. Wszyscy zastanawiali się, kim jest Anna i co się z nią stało. Wreszcie premierowa projekcja w Scenie. Trzynaście minut nieprzerwanego śmiechu, wielkie brawa i ogólny zachwyt. A nawet jakiś niedosyt. Ale krótkie metraże mają to do siebie, że są… krótkie.

MAGAZYN

51


kultura

FAMA GAZ-SYSTEM TERMINAL SZTUKI 2016

PS Wracając do nazwy. Dziewczyny doszukały się ukrytego w niej znaczenia. W buddyzmie kagju to skrót od tybetańskich słów: kabag shiji gju, które oznaczają „linię czterech przekazów instrukcji”. Summa summarum, wszystko się zgadza.

Podczas Famy, w Pokoju 24, swój występ zadedykował bliskiej osobie, chorej i będącej gdzieś daleko. Piękny i poruszający występ. Od niego wiem, że tuż po festiwalu jechał właśnie do niej. Wspomniał o tym z rozbrajającym uśmiechem człowieka szczęśliwego.

FOTO Piotr Morytko

2+2=5 Kwartet, który powstał z duetów. Kama i Julka ćwiczyły w jednej z sal wrocławskiego Studium Musicalowego. Robiły to na tyle głośno i interesująco, że usłyszały je Agata i Marta, będące akurat w sali nad nimi. Zaciekawione dobiegającymi dźwiękami zeszły na dół. Taka historia, taka KAGYUMA. Ambitne, zdecydowane, wymagające, profesjonalne. Śpiewają i do tego same grają na wielu instrumentach. Nie w głowie im kobiece fochy, gdy muzyka czeka. Różne od siebie, choć często myślą i mówią tak samo. I to równocześnie. Są we cztery, ale jest jeszcze Ona. KAGYUMA. – To nasza piąta kobieta – śmieją się zgodnie (jakżeby inaczej). Ciekawa jest zresztą historia „tej piątej”. Spodziewałem się opowieści pełnej ukrytych znaczeń, egzotycznych tropów, a tu – zawód. Nazwa wzięła się po prostu od imion: Kama, Agata, Julka, Marta. Z jedynym szaleństwem w postaci światowo brzmiącym „Y”. Można im to jednak wybaczyć. A nawet trzeba. Rozmawiałem z wieloma artystami z Famy. I znaczącej większości tych rozmów, prędzej czy później, padało słowo: KAGYUMA. Dziewczyny rozwaliły system – to jeden z cytatów. I zrobiły to w osobliwy sposób – wrażliwością, harmonią, pięknem. Wspaniałymi koncertami, cudownie wybrzmiewającymi pieśniami. Nie tak się rozwala systemy!

52

MAGAZYN

FOTO ARCHIWUM PRYWATNE

Z miłości Pierwsze wiersze napisał, mając… osiem lat. Tuż po tym, jak nauczył się czytać i pisać.– To były takie laurki dla mamy i taty – wspomina z uśmiechem Kacper Płusa. Dalsze próby poetyckie czynił w gimnazjum, inspirowany pierwszymi miłostkami. Być może nie byłoby dziś Kacpra-poety, gdyby nie – jak to często w takich historiach bywa – znakomite polonistki, do których zarówno w gimnazjum, jak i w liceum miał szczęście. Widząc drzemiący w chłopaku potencjał, prowadziły go tą literacką drogą, motywowały, namawiały na wyjście z tym szerzej, mocniej, dalej. Pierwsze próby nie były może zbyt fortunne, poezja Kacpra nie została zauważona, ale taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Pojawiły się pierwsze wyróżnienia, nagrody. Inspirujące spotkania, twórcze wymiany myśli. Warsztaty literackie, które jak mówi Kacper – Nie polegały na tym, że się klepaliśmy po ramieniu, tylko poddawani byliśmy ostrej krytyce. Ostrej, ale konstruktywnej, kształcącej.

FOTO Piotr Morytko

Solo lepiej Na Famę zjechał z tygodniowym opóźnieniem. Wcześniej gdzieniegdzie słychać było pytania: Gdzie ten Gypsy? Kiedy przyjedzie? Miał już tu być… Pomyślałem sobie wtedy, że to jakaś Famowy, stały bywalec. A był tu po raz pierwszy. Sława przyjechała więc tu przed nim. Z muzyką związany od zawsze, wcześniej był „tylko” gitarzystą. Zasilał różne składy. Kilka z nich sam stworzył. I jak to w składach bywa, czasem się rozjeżdżają wizje artystyczne, innym razem pomysły na życie. Niełatwo stworzyć trwały wieloosobowy byt muzyczny. Kuba Jaworski znalazł na to sposób i zaczął działać solo. Jako Gypsy & The Acid Queen. Wcześniej o śpiewaniu w ogóle nie myślał. To znaczy myślał, ale nie o własnym. – To dość zabawne, gdy po koncercie przychodzą ludzie i mówią, że świetnie śpiewam, a nie że świetnie gram – śmieje się Kuba. Bo gitara towarzyszy mu od


15 lat, a śpiewa zaledwie od dwóch… Każdy, kto go słyszał wie jednak, że nie ma to najmniejszego znaczenia, bo robi to rzeczywiście znakomicie. W zalewie kobiecych głosów, taki męski, rockowy wokal to rarytas. Właśnie wydał rewelacyjną płytę. Pod tytułem… Gypsy & The Acid Queen. Mam ją. Od samego autora. To znacząco uszlachetnia odbiór.

Łukasz. Wielu tym perełkom wróży wielkie kariery. Sam natomiast pisze wiersze, choć niechętnie je później odczytuje publicznie. – Zapowiadanie to pestka. Tutaj odsłaniam to, co prywatne – mówi, ale odczytywać mimo to nie przestaje. I dobrze, bo chcemy słuchać Łukasza.

bardzo. Na Famie pokazała swoje nie tylko autorskie, ale i aktorskie oblicze – fenomenalnie zaśpiewała piosenkę Hanny Banaszak Kiedy księżyc jest w nowiu. Był w tym pazur, frywolność, sex appeal. Choć, jak sama przyznaje, zdecydowanie bliżej jej do muzycznej melancholii.

FOTO Katarzyna Borkowska FOTO Arek Łuszczyk

Łukasz Zapowiadacz Łukasz Gamrot zapowiadał większość Famowych wydarzeń. Świetnie się przy tym bawił i bawił też innych. Konferansjerkę uprawia z taką lekkością, że aż nie chce mu się wierzyć, gdy mówi, że nie ma w tej dziedzinie zbyt dużego doświadczenia. Na Famę przyjechał z niedosytu artystycznych doznań. Musiał przekonać żonę, że to wcale nie są wakacje nad morzem. Bo w sumie nie są. – To ciężka praca przerywana mikroskopijnymi ilościami wolnego czasu – mówi. Wspomniana konferansjerka, wywiady z artystami poprzedzające występy, a do tego jeszcze sekcja literacka, czyli warsztaty, pisanie i prezentowanie poezji, slam. Rzeczywiście, obowiązków miał niemało. No i być musiał na wszystkim. Jak mało kto. – Zazwyczaj jestem krytyczny wobec tzw. młodej sztuki. Często ociera się to o banał, nudę czy wtórność. Tutaj, szok. Każdego dnia byłem zaskakiwany. Same perełki – podsumowuje tegoroczną Famę

Miss z gitarą Na koncie ma kilka Famowych koncertów i tytuł Miss Famy. Nagrody za „najpiękniejszy uśmiech” nie otrzymała tylko dlatego, że takiej kategorii nie było. Monika Kowalczyk. Śpiewa od dziecka. Klasyczna droga – przeglądy, konkursy, festiwale. Muzyczne początki w rodzinnym Świdniku, na warsztatach piosenki literackiej. To tam stworzyła swoje pierwsze utwory. Jednym z ważniejszych dla niej przeżyć muzycznych był Grechuta Festiwal w Krakowie, pięć lat temu. – To był dla mnie szok. Znalazłam się w finale! – wspomina Monika. Jak sama mówi, zawsze miała problem z poproszeniem kogoś o to, żeby z nią zagrał. Krępowało ją to, nie chciała innym zabierać czasu. Co więc zrobiła? Nauczyła się grać na gitarze. Tak jest łatwiej. Zarówno występować, jak i komponować. – Na początku było mi trudno. Tak wyjść na scenę, ze swoją twórczością. Bałam się. Czy się spodoba? – mówi Monika. Wiadomo już, że obawy były bezzasadne. Bo się podoba. I to

FOTO Stanisław Zarychta

Fama i „Famiasto” Koleżanka po fachu. Od kilku lat obywatelka Famiasta i naczelna festiwalowej gazety pod tymże tytułem. Monika Stopczyk. Swoich Famowych podopiecznych z sekcji dziennikarskiej poznaje dzięki ich tekstom. Najpierw współpracują zdalnie, by już na samym początku festiwalu zaprezentować pierwsze wydanie „Famiasta”. Później rozpoczyna się ferment, warsztaty, zbieranie materiałów, pisanie tekstów. Powstają jeszcze dwa numery. – Do sekcji trafiają przeróżni ludzie. Z rozmaitym doświadczeniem, o różnym stopniu wtajemniczenia w warsztat dziennikarza. Również takie, które stawiają pierwsze kroki w tej dziedzinie – mówi Monika. I ta różnorodność stanowi niewątpliwy atut gazety. Każdy może się wykazać, wyrazić na swój własny sposób – reportaż, poezja, wywiad, opowiadanie… Z drugiej strony jednak – Zależało i zależy mi na tym, żeby

MAGAZYN

53


kultura

FAMA GAZ-SYSTEM TERMINAL SZTUKI 2016

wyciągać ludzi z ich bezpiecznych obszarów, nakłaniając do penetrowania terenów im nieznanych – opowiada Monika. – Mam takie poczucie, że Fama i „Famiasto” powinny być przestrzeniami prób, nowych doświadczeń, eksperymentów – dodaje. Bo gdzie jak nie tutaj? W tym mieście, na tym festiwalu?

najlepiej. Obecnie zbiera materiał na swój pierwszy tom poezji. – Jeśli nie zadebiutujesz jako 18-latek, gdy wszyscy krytycy się tobą zachwycą, najlepiej poczekać z tym do trzydziestki – dzieli się swoją teorią Olek. – Wtedy jesteś już ukształtowany, wiesz, o co ci chodzi. Mam więc na to jeszcze trochę czasu – śmieje się.

można oczekiwać, czego się spodziewać… – mówi Jarek. Maciej studiuje reżyserię – Jako twórca chcę mieć możliwość poznania każdej dziedziny, która może mi się kiedyś przydać. Tutaj mam do tego dostęp. Podglądam, dopytuję, rozmawiam, uczę się – opowiada. Marta przyjechała z Kolonii, gdzie wykłada na uniwersytecie i organizuje Międzynarodowy Festiwal Literatury Współczesnej. Na Famie przygląda się temu, jak wygląda młoda polska twórczość literacka. Dla Mikołaja, również tancerza, produkcja Famy – często: przynieś, podaj, pozamiataj – to cenna lekcja pokory. Tak przydatnej artyście. Jak widać, co człowiek, to inna motywacja. Ale przede wszystkim ciężka praca i jeden wspólny cel. Organizacja świetnego festiwalu. Cel osiągnięty, za co należą się podziękowania dla całej grupy.

FOTO Marysia Kosińska

Debiut w okolicach trzydziestki

FOTO Marysia Kosińska

To druga Fama Olka Trojanowskiego. Pierwszą wspomina nie najlepiej, przynajmniej w kontekście własnej twórczości – więcej imprezowania niż pisania. W tym roku inaczej rozłożył akcenty.

Pianino w 25 minut

– Praca w sekcji literackiej jest dość specyficzna. Nie jest tak rygorystyczna jak na przykład w sekcji muzycznej. Spotykamy się o 12:00, wypalamy papierosa, rozmawiamy o tekstach. Są oczywiście zadania do wykonania, ale jest dużo swobody, wolnego czasu – mówi Olek. Choć w przypadku osoby piszącej nawet czas wolny nie jest tak do końca wolny. Zawsze coś w głowie kiełkuje, a inspiracje i pomysły mogą pojawić się w każdej chwili.

Ania Małek to kierownik produkcji. Przeważnie „na telefonie”. Ze spotkania również ucieka z słuchawką w ręku. – Nasza praca składa się z dwóch części. Teoretycznej, warsztatowej oraz praktycznej, gdy wychodzimy w miasto i przygotowujemy Famowe wydarzenia – mówi. Wyzwanie goni wyzwanie, stale coś się dzieje, coś jest do zrobienia. Często palącego. Jak na przykład znalezienie i dostarczenie pianina. W 25 minut. Niemożliwe? Możliwe! Tegoroczna grupa producentów w sporej części składała się z… tancerzy. Tę perspektywę bycia artystą i producentem jednocześnie bardzo sobie cenią. – Sami występujemy na scenie i dlatego warto jest poznać kulisy, tajniki tego, co się dzieje poza nią. Czego

Pisać zaczął stosunkowo niedawno, jakieś trzy lata temu. Uważa, że to zdecydowanie za późno, a swoje pierwsze próby skromnie nazywa bełkotem. Pisze wiersze, bo jak twierdzi, proza nie wychodzi mu

54

MAGAZYN

Wiecznie zajęci. Zebranie ich w jednym miejscu, a przynajmniej większości, łatwe nie było. Sekcja producencka.

FOTO Bartek Babicz

Spowiedź dziecięcia wieku – Chcemy wywoływać emocje. Na tym zależy nam najbardziej – mówi Angelika z wrocławskiego Psychoteatru. Kilka dni wcześniej wybrałem się do ich Lasu. Wiem już więc, że to potrafią. Na scenie półmork, żadnej scenografii. Aktorka i muzyk. Angelika i Paweł, choć on nieco schowany. To ona skupia na sobie całą uwagę. Gra, śpiewa, tańczy, a raczej uwija się


w bólu. Bo to nie jest urokliwy, zielony las, do którego wybierzemy się na wiosenny spacer. To las mroczny, przytłaczający, który nieustannie przypomina nam o cierpieniu. – Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja w roku 2020 będzie drugą chorobą na świecie. Choć wiele się o niej mówi, pozostaje ona niezrozumiałym i enigmatycznym stanem duszy, nawet dla ludzi, którzy stykają się z nią bezpośrednio. Dlatego w sposób impresyjny staramy się umożliwić widzowi przekroczenie tej granicy poznania – mówi artystka. Ta przerażająca prognoza skłoniła ją do poszukiwań. Efektem są piosenki, do których z czasem dopisano partie monodramu. Powstała przejmująca opowieść o chorobie, niemocy, zapadaniu się w sobie. Doskonale skomponowana, zagrana, zaśpiewana, zatańczona. Bo Las ten może i straszny, ale również bardzo piękny.

o to, czym się zajmuje, Robert Mróz. Wspomniane wyżej występy dowodzą, że to próby więcej niż udane. W warszawskiej Akademii Teatralnej śpiewa, gra i tańczy. Po równo. Pisze piosenki. Z kilkoma freakami nagrywa płytę w piwnicy. W pełni autorską. Eksperymentalny pop. Ma się ukazać jesienią. Robert żałuje, że tak późno odkrył Famę. Zakochał się w niej. W atmosferze, tym twórczym tyglu, w którym, jak mówi – Ludzie mają dobrą wolę, niczego nie oczekują, tylko po prostu działają. Akcja, reakcja. Mnóstwo projektów, inspiracji. Famie zawdzięcza swój debiut filmowy. A także ponowne spotkanie z Anną Serafińską. – Jej działaniem podstawowym jest wrzucanie człowieka w nieoczywistą, nawet niewygodną dla niego przestrzeń. Wydobywanie z niego nieznanych wcześniej możliwości – mówi. Ale Robert lubi takie wyzwania, to go wzbogaca. Intensywność działań twórczych sprawiła, że wraca z Famy zmęczony. Ale szczęśliwy. I na pewno tu wróci. Z własnym repertuarem.

przestrzeni ostatnich lat, osiągnęłam jakąś dojrzałość, która z pewnością przekłada się na moją muzykę. To taki wentyl emocjonalny dla wszystkiego, co przeżywam – mówi Suzia. Pisze o sobie. O poszczególnych etapach swojej podróży życiowej, jak to nazywa. Nie lubi zbyt długo zatrzymywać się w jednym miejscu, stąd jej nieustanna potrzeba tworzenia wciąż nowych piosenek. – Ciągle mnie coś goni, jakieś nowe słowa, dźwięki… – mówi Suzia. – Przez to mam problem ze skoncentrowaniem się na tym, co zrobiłam dotychczas, na przykład zarejestrowaniem tego. Po prostu brakuje mi na to czasu – śmieje się. Obecnie pisze dużo o tęsknotach i innych pustkach. Taki trochę trudny czas. A to, jak powszechnie wiadomo, bywa mocno „twórczopędne”. To Suzi czwarta Fama. Już na początku pierwszej wiedziała, że to jest miejsce dla niej. Wiedziała też, że chce tu wrócić. I wraca. – Za każdym razem wyjeżdżam stąd bardzo pozytywnie naładowana. I wyczekuję kolejnej – mówi. A więc z pewnością do zobaczenia, Suzia!

FOTO Piotr MorytkO

Zakochany w Famie W filmie Gdzie jest Anna? Był recepcjonistą i facetem ze złamanym sercem. W koncercie piosenek Jonasza Kofty chciał oglądać świat z Pawłem Izdebskim. O Famie usłyszał dopiero pół roku temu. Usłyszał tak dobrze, że postanowił tu przyjechać. – Próbuję być muzykiem. Może nawet aktorem – odpowiada na pytanie

FOTO Piotr MorytkO

Ciągle coś pisze Suzia Kłosińska zaczęła bardzo wcześnie. Piosenki tworzyła jako dwunastolatka, a już rok później trafiła z własnym materiałem na scenę. Te wczesne początki sprawiły, że dziś jest już świadomą, ukształtowaną artystką. – Czuję, że trochę się uspokoiłam na

FOTO Karolina Wojtas

Dramaty i traumy Paweł Swiernalis lubi smutek. Gra muzykę, która – jak sam mówi – jest podkową tego, co się u niego dzieje. Co wcale nie musi oznaczać, że zawsze się dzieje smutno.

MAGAZYN

55


kultura

FAMA GAZ-SYSTEM TERMINAL SZTUKI 2016

Nie urodził się muzykiem. To przyszło dość późno. Pewno dnia uznał po prostu, że chciałby grać. Wcześniej dużo pisał. Stwierdził więc, że byłoby świetnie móc to zaśpiewać. O tych wczesnych tekstach mówi – Są jeszcze słabsze niż te nowsze. Zdecydowanie przesadza. Zaczynał jako wokalista w różnych kapelach, ale doszedł do wniosku, że woli granie solowe. Jako pełnię wyrazu artystycznego. Zanim stał się po prostu Swiernalisem, był Panem i Kłamcą z projektu Lord & The Liar. Po jakimś czasie zupełnie zrezygnował z angielszczyzny. – Teksty w języku polskim potrafią zdziałać znacznie więcej. Zwłaszcza jeśli nie są kiepskie – śmieje się Paweł. Właśnie ukazał się płytowy debiut Swiernalisa Drauma. Gra słowna z dramatem i traumą. Bo je lubi. Dziesięć niewesołych, a jakże, piosenek. Płytę wydał Kayax, co jest spełnieniem marzenia Pawła. Paulina, jego dziewczyna i menedżerka, powiedziała mu kiedyś – Zobaczysz, za jakieś dwa lata będziemy w Kayaksie. I są. Marzenia się spełniają. Nawet tym smutnym.

Trudno raczej to sobie dziś wyobrazić, ale pierwsza kapela Szymona grała punk rocka. Było to jakieś osiem lat temu. Grupa się rozpadła, więc założył zespół jutro, bardziej piosenkowa historia. Też nie wyszło. Od trzech lat gra i śpiewa solo jako szymonmówi. – Nie trzeba z nikim się kłócić, niczego ustalać. Odchodzi wiele problemów – mówi. Jednocześnie planuje rozszerzyć projekt o syntezator i elektronikę. Bo brak mu trochę bitu. Zamierza też zrezygnować z grania coverów. Koncerty bez Modern Talking czy Anny Jantar?! Dziwnie jakoś… Od kilku lat gra na ulicy. – Jest w tym jakaś prawda o artyście. Na ulicy. Jeśli jesteś słaby, nic nie zarobisz. I będziesz głodny – mówi Szymon. To uczy też pokory. – Bo myślisz, że jesteś świetny, a czasami wracasz z pięcioma złotymi w kieszeni – dodaje. Na Famie miał być dwa dni, a został dwa tygodnie. Dużo grał, w rozmaitych, mniej lub bardziej dziwnych miejscach. Zdążył założyć trzy nowe zespoły. I zamknął niejedną imprezę.

FOTO Karolina Wojtas

FOTO Karolina Wojtas

Szymonśpiewa – Chcę być gwiazdą – mówi śmiało Szymon Żurawski. – I żeby ludzie przychodzili, na przykład teraz, podczas tej rozmowy, prosząc mnie o autograf czy wspólne zdjęcie – dodaje. Na moje szczęście nie przychodzili. Kwestia czasu? 56

MAGAZYN

Bo pili kakao W czasie gdy inni Famowicze jeszcze, albo już, spali – oni czerpali ze swoich licznych talentów, próbując rozruszać porannie świnoujskich przechodniów. Grupa Kakało powstała jakąś dekadę temu jako inicjatywa fotograficzna. Stworzyli ją młodzi i bardzo młodzi ludzie, którzy – jeżeli akurat nie ro-

bili zdjęć – przesiadywali w knajpce, popijając... kakao. Były to tzw. Spotkania przy kakale. Geneza nazwy jest więc oczywista. Grupa zaczęła się rozrastać i pewnym momencie skupiła wokół siebie tych wszystkich, którzy coś tworzą. Nieważne w jakiej dziedzinie. – Sztuka nie ma granic, kultura nie ma granic. Należy ją uskuteczniać wszędzie – mówią. Początkowo więc działali w jednym z sandomierskich zaułków, by wreszcie opanować coraz większe przestrzenie miasta. Interesują ich szczególnie miejsca nietypowe, jak budowy, place przed sklepami etc. Koncerty, performanse, spektakle. To jest ich żywioł. Tym też raczyli świnoujścian. Nie tylko o poranku. I w rozmaitych, niestandardowych przestrzeniach. Grupa Kakało zdaje się mieć nieograniczone pokłady energii. Nie tylko śpiewają, grają, tworzą muzykę, ale i pomagają innym przy tworzeniu różnego rodzaju przedsięwzięć. Ola, Monika, Hania, Kuba i Jędrzej – nieoceniona Grupa Wsparcia Artystycznego. Fama dziękuje za Kakało! Świnoujście też.


kalendarium

Wrzesień w mieście

Świnoujście – „Sarmata” Dobra,Stadion Miejski, wstęp wolny 14.09., godz. 18.00 – Otwarcie wystawy malarstwa Anny Bereźnickiej - Kalkowskiej, Galeria ART, wstęp wolny

09.09. – Dni Twierdzy. Dzień otwarty Fortu Gerharda, Turniej strzelania z łuku o puchar Fortu Anioła

16.09., godz. 17.00 – Spotkanie autorskie z Arkadiuszem Rączką, Miejska Biblioteka Publiczna, wstęp wolny

09.09.. godz. 18.00 – Nastroje – koncert piosenek autorskich w wykonaniu Ewy Czajki, Filia MDK Warszów, wstęp wolny

16.09., godz. 17.00 – Pożegnanie lata – Dzień Ziemniaka, Filia MDK Przytór

10.09. – Dni Twierdzy. Dzień otwarty Fortu Zachodniego, Parada historyczna ulicami miasta (Plac Kościelny, Piłsudskiego, Promenada, Aleja Interferie), Koncert zespołu Pipes&Drums (Muszla), Inscenizacja Historyczna Operacja Niedopomyślenia (Plaża przy Wiatraku), Zwiedzanie Podziemnego Miasta 10.09., godz. 16.00 – Mecz piłki nożnej o mistrzostwo klasy okręgowej: „Flota”

16.09., godz. 12.00 – Obchody Dnia Sybiraka i 77. rocznicy agresji sowieckiej na Polskę, Uroczystości przy pomniku Zesłańców Sybiru 17.09., godz. 6.40 – Start do XVI Ultramaratonu Rowerowego im. Olka Czapnika, parking MSR 17.09., godz. 11.00-15.00 – III Regaty Wioślarskie na Świnie o Puchar Prezydenta Miasta Świnoujście, Wzdłuż Wybrzeża Władysława IV 23.09., godz. 17.00 – Popołudnie arty-

styczne, Otwarcie wystawy fotografii Artura Zakens, Miejska Biblioteka Publiczna, wstęp wolny 23.09., godz. 18.00 – Spotkanie autorskie z Jarosławem Molendą, Filia MDK Przytór 24.09. – Obchody 70. lecia Liceum Ogólnokształcącego im. Mieszka I. Spotkania rocznikowe, Przemarsz uczestników obchodów do Amfiteatru, Uroczysta Akademia, Bal Absolwentów 24.09., godz. 16.00 – Mecz piłki nożnej o mistrzostwo klasy okręgowej: „Flota” Świnoujście – „Iskierka” Szczecin,Stadion Miejski, wstęp wolny 26.09., godz. 17.00 – Wystawa prac uczestników warsztatów malarskich, Filia MDK Warszów

Pełny program imprez na stronach: www.mdk.swinoujscie.pl www.swinoujscie.pl REKLAMA


W poszukiwaniu lepszego siebie Herezja to książka niezwykła. Niby powieść historyczna, ale jednocześnie głęboko osobista, emocjonalna. A przy tym uniwersalna. Mogłaby wydarzyć się wszędzie. I niekoniecznie tylko w średniowieczu. O Herezji opowiada jej autor, Arek Rączka. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Dzieje powstania twojej książki są bardzo interesujące. I długie… U podłoża powstania Herezji leżą dwie zasadnicze przyczyny. Dwadzieścia kilka lat temu przeczytałem coś, co bardzo mnie poruszyło. W wydaniu „Literatury na świecie” poświęconym w całości zagadnieniom dotyczącym gnozy znalazł się fragment powieści Krew Tuluzy Maurice’a Magre’a.

Zatem Herezję nosiłeś w sobie ponad dwie dekady. W pewnym sensie tak. To było takie ziarno, które wpadło w ziemię i kiełkowało powoli, bardzo powoli (śmiech).

Wracając do Krwi Tuluzy, co cię tak mocno poruszyło? Na tyle, że zostało z tobą tak długo? Przejmujący opis ostatnich dni katarów oblężonych przez krzyżowców w górskim zamku. Papież ogłosił krucjatę mającą na celu wytępienie kataryzmu i wszystkich zwolenników tej heretyckiej doktryny. Heretyckiej w ujęciu katolickim. Dla samych katarów bowiem to katolicy byli zapewne heretykami. Uważali, że to oni interpretują słowa Chrystusa we właściwy sposób, a kościół katolicki oskarżali o odejście o tych najistotniejszych, ewangelicznych idei. Długo można by zresztą o tym opowiadać… Wstrząsnęła mną ta

58

MAGAZYN

opowieść, ten obraz tragedii, brutalnego końca kataryzmu, sposób, w jaki zostało to w powieści Magre’a opisane.

A drugi impuls do napisania Herezji? Ten z kolei pojawił się wiele lat później. I wiązał się z zawirowaniami w moim życiu osobistym. Był to czas, w którym – mówiąc krótko – nie działo się tak, jakbym chciał. Nie byłem zadowolony z tego, jak toczy się moje życie. Pojawiła się we mnie po-

trzeba rozgrzeszenia się z pewnych błędów. Taka postawa buntu wobec tego, co było. Musiałem wyruszyć w jakąś własną podróż. Zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną. W obu przypadkach jednak po to samo, po innego, lepszego siebie.

I o tym właśnie, o tej podróży, opowiada twoja książka. Dobrze to czytam? Zasadniczo tak, choć ogólną ramę stanowi tutaj, na poziomie gatunku,


REKOMENDACJE

powieść historyczna. Kontekstem są wyprawy krzyżowe, kataryzm, rycerstwo, gnostyczne ruchy w Syrii czy templariusze. Wszystko jednak służy tutaj opowieści o człowieku, jego drodze ku dojrzewaniu i samookreśleniu. Osią Herezji są losy trójki bohaterów, z których każdy, na różnych etapach swojego życia, zaczyna odczuwać potrzebę wewnętrznej przemiany.

Jak ty w okresie, o którym wspomniałeś… Zgadza się. Moi bohaterowie stanowią moje trzy różne „ja”. A każde z nich realizuje w powieści swój cel, dochodzi do prawdy o sobie w inny sposób. Nie bez znaczenia jest tutaj też sama epoka. Średniowiecze wydało mi się idealne z tego względu, że tam wszystko było heroiczne, radykalne, mocne. Tak jak wyzwania stojące przed trójką protagonistów

Herezji. Książka powstała więc z rozmaitych fascynacji, inspiracji i potrzeb, ale wierzę w to, że złożyły się one w spójną całość. W powieść z gatunku historycznych, ale z niezmiernie istotnym „wkładem” humanistycznym.

Wiem już, jak długo Herezja kiełkowała w tobie. Jak długo natomiast ją pisałeś? Ma prawie 600 stron. Spore przedsięwzięcie. To prawda (śmiech). Wsiąkłem w temat na kilka lat. Pewnie trwałoby to krócej, gdyby nie fakt, że myśląc o tej książce, wplotłem się w nieprawdopodobną sieć odniesień historycznych, które chciałem wiernie oddać w powieści. Musiałem wszystko sprawdzić. Dużo podróżowałem. Szukałem miejsc, o których piszę i takich, które mnie zainspirują. Często weryfikowała mnie topografia,

kultura

gdy okazywało się, że to, co sobie wymyśliłem, wygląda zupełnie inaczej. A materiał pęczniał (śmiech).

Podszedłeś do sprawy nad wyraz ambitnie. Mogłeś użyć formuły w rodzaju „wydarzenia i miejsca inspirowane tym i tym”, a wybrałeś karkołomną drogę osobistego doświadczenia. Jak już mówiłem, chciałem zachować jak największą wierność wobec faktów. Poza tym wymyśliłem sobie, że moim wirtualnym odbiorcą jest czytelnik nie tylko z Polski. Ale obywatel świata. Na przykład Francuz, któremu chcę dać poczucie, że to, o czym ja piszę, on doskonale zna. Że w jakiś sposób znajduje się u siebie. Z tych właśnie powodów trwało to tyle czasu. Jestem przekonany, że każda kolejna książka zajmie mi mniej. Na jeden tytuł daję sobie trzy miesiące. Nie więcej (śmiech).

MAGAZYN

59


60

MAGAZYN


dla aktywnych

kulinaria

TEKST, ZDJĘCIA I PRZEPISY KAROLINA LESZCZYŃSKA

S

uperfood to temat ostatnio modny, ale i bardzo dyskusyjny w kulinarnych kręgach. W czasach boomu na aktywne życie i zdrowe odżywianie

zyskuje coraz więcej zwolenników. Czym jest? To grupa naturalnych, nieprzetworzonych produktów pełnych wartości odżywczych, bogatych w witaminy i minerały. Ich lista jest długa i znajdują się na niej zarówno pozycje z dalekiej Ameryki Południowej, jak i nasze rodzime. Oto kilka z nich. Warto jednak zgłębić temat dokładniej i poznać dobroczynne działanie superżywności na nasz organizm.

MAGAZYN

61


62

MAGAZYN


DLA AKTYWNYCH

kulinaria

Śniadaniowy

krem czekoladowy Składniki (na 2 porcje) 1 dojrzałe awokado 1 duży dojrzały banan 2 garście szpinaku 1/3 szklanki mleka roślinnego 1 pełna łyżka masła migdałowego 1 łyżeczka młodego jęczmienia w proszku 2 łyżki surowego kakao 1 łyżka syropu klonowego Do podania: borówka amerykańska jagody goji nasiona chia łuskane nasiona konopi świeża mięta Awokado przekroić na pół, usunąć pestkę i wybrać miąższ łyżką, przełożyć do miski. Dodać obranego i pokrojonego na kawałki banana oraz resztę składników. Zmiksować blenderem ręcznym na gładki krem. Rozłożyć do miseczek, na wierzchu ułożyć borówki, jagody goji, nasiona konopi i chia oraz miętę.

Koktajl z chlorellą Składniki (na 2 porcje) 2 duże dojrzałe banany

Wszystkie składniki umieścić

3 plastry świeżego ananasa o grubości 1cm (zamrożonego)

w blenderze kielichowym i zmik-

1 szklanka wody

sować do uzyskania gładkiego

2 łyżeczki chlorelli w proszku

koktajlu.

MAGAZYN

63


kulinaria

DLA AKTYWNYCH

Supergranola Składniki 2 szklanki płatków owsianych 1 szklanka migdałów 1/2 szklanki łuskanego słonecznika 1/3 szklanki siemienia lnianego 1/3 szklanki łuskanych nasion konopi 1/3 szklanki nasion chia szczypta soli himalajskiej 4 łyżki syropu klonowego 3 łyżki oleju kokosowego 1 szklanka jagód goji 1 szklanka ekspandowanej komosy ryżowej Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Dużą blachę wyłożyć papierem do pieczenia. W dużej misce wymieszać płatki owsiane, migdały, słonecznik, siemię lniane, konopie i chia. W małym rondelku podgrzać syrop klonowy, olej kokosowy i sól. Mieszankę przelać do suchych składników i dobrze wymieszać. Granolę przełożyć na przygotowaną blachę i równomiernie rozprowadzić. Piec 18 minut do zrumienienia. Ostudzić i przełożyć do czystej dużej miski. Dodać jagody goji i komosę, dobrze wymieszać. Gotową granolę przechowywać w szczelnym pojemniku.

64

MAGAZYN


Energetyczne

kulki

Daktyle zalać gorącą wodą i odstawić

Składniki (na ok. 25 sztuk)

pać resztę składników i jeszcze chwilę

200 g suszonych daktyli bez pestek

minut do lodówki. Po tym czasie lekko

2 pełne łyżki oleju kokosowego

zwilżonymi dłońmi formować kulki

2 łyżki surowego kakao

wielkości orzecha włoskiego. Układać

100 g łuskanych pestek dyni

je na tacy wyłożonej folią spożywczą.

50 g łuskanych nasion konopi

Schładzać, aż będą twarde. Prze-

2 łyżki białka konopnego w proszku

chowywać w szczelnym pojemniku

2 łyżki nasion chia

w lodówce.

na 15 minut. Odsączyć na sitku i przełożyć do blendera z ostrzem w kształcie litery „S”. Dodać olej kokosowy i zmiksować do uzyskania prawie gładkiej konsystencji. Następnie wsymiksować. Masę przełożyć na 30

MAGAZYN

65


Quinoa z pieczonym

batatem

i jarmużem

Składniki (na 3 porcje) 100 g suchej komosy ryżowej (quinoa) 1 batat (ok. 400 g) 1 łyżeczka mieszanki przypraw ras el hanout 1/2 łyżeczki wędzonej papryki 2 łyżki oliwy 1 cebula 2 ząbki czosnku 1 łyżeczka czarnuszki 1 puszka ciecierzycy 100 g posiekanego jarmużu bez twardych łodyg 2 łyżki jagód goji 100 g sera feta sól himalajska czarny pieprz

Piekarnik nagrzać do 200 stopni. Batata obrać i pokroić w kostkę. W misce wymieszać 1 łyżkę oliwy z przyprawą ras el hanout, wędzoną papryką i sporą szczyptą soli. Obtoczyć dokładnie batata, przełożyć na blachę i piec 20 minut. W międzyczasie ugotować komosę zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Na dużej patelni rozgrzać pozostałą oliwę, dodać pokrojoną w plasterki cebulę i smażyć ok. 8 minut co jakiś czas mieszając. Dorzucić drobno posiekany czosnek i czarnuszkę, smażyć jeszcze 2 minuty. Do zawartości patelni dodać ugotowaną komosę, upieczonego batata, odsączoną ciecierzycę, jarmuż i jagody goji. Wlać pół szklanki wody i wszystko dokładnie wymieszać. Dusić ok. 5 minut aż jarmuż nieco zmięknie a woda odparuje. Doprawić do smaku solą i pieprzem, zdjąć z ognia i wmieszać pokruszony ser feta.

66

MAGAZYN


DLA AKTYWNYCH

kulinaria

Produkty z listy superfood szczególnie polecane są sportowcom oraz wegetarianom i weganom. Osoby te są bardziej narażone na niedobory witamin i minerałów w diecie. Superżywność dostarcza ich w skondensowanej formie. Komosa ryżowa czy konopie są znakomitym źródłem pełnowartościowego białka dla tych, którzy nie jedzą mięsa. Przekąski z ich dodatkiem dostarczą energii, a koktajl z chlorellą lub spiruliną wypity na 30 minut przed treningiem poprawi wydolność organizmu. Nazwy niektórych produktów mogą przyprawić o zawrót głowy, jednak superfood jest co raz łatwiej dostępne (szukaj w popularnych sklepach na półkach ze zdrową żywnością). Ceny są dość wysokie, ale trzeba pamiętać, że większość superfood należy traktować jak suplementy. Przykładowo, wystarczy jedna łyżeczka chlorelli dziennie, by zauważyć zadowalające efekty. Oczywiście mowa tu o superżywności w formie sproszkowanej. Zanim wprowadzicie superprodukty do swojej diety, pamiętajcie, że zawsze warto więcej poczytać na ich temat, w myśl zasady: JESTEŚ TYM CO JESZ! AWOKADO Najbardziej kaloryczny z owoców ze względu na dużą zawartość tłuszczu. Jednak jest to dobry tłuszcz, który pomaga lepiej przyswajać składniki z innych produktów które jemy w tym samym czasie. Ponadto kwas oleinowy zawarty w awokado obniża poziom cholesterolu i przeciwdziała nowotworom. Owoc ten jest bogatym źródłem potasu, który reguluje ciśnienie krwi i chroni serce. Zawiera też sporo witamin C, E, A oraz kwas foliowy, luteinę i zeaksantynę, które korzystnie wpływają na wzrok.

BATAT Inaczej słodki ziemniak, choć z jego smakiem ma niewiele wspólnego. W tym bliżej mu do dyni. Bataty zawierają sporą ilość karotenoidów i luteiny, a także takich związków mineralnych jak: wapń, fosfor, potas, sód, magnez, siarka, chlor, żelazo, jod oraz witaminy B6, C, E i kwas foliowy. Mają działanie przeciwnowotworowe. Są również wskazane w diecie diabetyków, gdyż mają niższy indeks glikemiczny niż wspomniane ziemniaki czy dynia.

BORÓWKA AMERYKAŃSKA Owoc ten działa przeciwbólowo i uspokajająco, obniża poziom złego, a podnosi poziom dobrego cholesterolu. Korzystnie wpływa na wzrok, reguluje pracę przewodu pokar-

naczyniowego i chroni oczy. Jest dobrym źródłem białka, błonnika, witamin (w szczególności C i K) oraz minerałów (wapnia i potasu).

KAKAO (surowe) Surowe ziarna kakaowca nie są poddawane obróbce termicznej, a więc nie tracą wielu cennych składników mineralnych: żelaza, potasu, wapnia, fosforu, magnezu, cynku i miedzi. Ponadto surowe kakao ma intensywniejszy smak. Zużyjemy go więc mniej do nadania czekoladowego smaku deserom.

KOMOSA RYŻOWA mowego, sprawdza się w leczeniu chorób nerek i układu moczowego. Dzięki dużej ilości fitoestrogenu przeciwdziała powstawaniu nowotworów hormonozależnych.

CHIA (SZAŁWIA HISZPAŃSKA) Nasiona tej rośliny są bogatym źródłem białka i błonnika, ale słyną przede wszystkim z dużej zawartości kwasów omega-3 i omega-6 oraz wapnia. Inne cenne minerały to żelazo, magnez, fosfor, potas, sód i cynk.

CHLORELLA To alga, która ma największą zawartość chlorofilu wśród wszystkich roślin. Znakomicie detoksykuje organizm, szczególnie wątrobę, wspomaga trawienie i wzmacnia odporność. Ponadto jest znakomitym źródłem pełnowartościowego białka, a także minerałów: wapnia, fosforu, żelaza i magnezu.

JAGODY GOJI Podnoszą odporność, regulują ciśnienie krwi, poziom cukru i cholesterolu. Są bogatym źródłem, białka, witamin (C, E, B1, B2 i B6) oraz składników mineralnych (fosfor, wapń, żelazo, cynk).

JARMUŻ To odmiana kapusty o silnym działaniu przeciwnowotworowym. Wspomaga pracę układu sercowo-

Inaczej quinoa. Źródło pełnowartościowego białka, dlatego polecana jest w diecie wegetariańskiej. Zawiera dobroczynne kwasy tłuszczowe i dużo minerałów: magnezu, fosforu i potasu. Jest też bogata w błonnik.

KONOPIE SIEWNE Nasiona konopi siewnych nie zawierają kannabinoidu THC, zatem nie odurzają. Są za to prawdziwym superbohaterem wśród superżywności. Mają wysoką zawartość kwasów tłuszczowych, pełnowartościowego białka, błonnika, witaminy E oraz składników mineralnych: żelaza, fosforu, magnezu, cynku, miedzi, manganu i potasu.

MŁODY JĘCZMIEŃ Doskonałe źródło witaminy C i betakarotenu. Reguluje metabolizm, ma działanie przeciwzapalne, przeciwwirusowe i przeciwnowotworowe. Jest pomocny w leczeniu trądziku i odkwasza organizm.

SZPINAK Chroni przed nowotworami i miażdżycą dzięki beta-karotenowi, witaminie C i luteinie. Korzystnie wpływa na układ nerwowy z powodu dużej zawartości magnezu. Zalecany kobietom w ciąży ze względu na obecność kwasu foliowego, a także chorym na nadciśnienie (źródło potasu).

MAGAZYN

67


Słodkie kompromisy

Mamo, mogę loda? Mamo, mogę lizaka? Każdy rodzic słyszy te pytania kilka razy dziennie. Niby wiemy, że to niezdrowe, jednak poddawani całodziennej presji zaraz sobie racjonalizujemy powiedzenie: No, dobrze… dobrymi a złymi bakteriami trwa jakieś dwa lata. Po tym czasie florę bakteryjną można uznać za w miarę stabilną.

Nakarmić bakterie

Przecież w sumie próchnicy nasz maluch nie ma (co oznacza, że jest w mniejszości). Nadwagi też. A nawet jeśli – To przecież dziecko. Wyrośnie. Jednak, mimo tych „racjonalnych” argumentów powinniśmy na pytanie naszych pociech odpowiedzieć: Dziś już nie… Dlaczego?

Dobre kontra złe Cała historia zaczyna się już w momencie narodzin. Przychodzi na świat taki dzidziuś, mały i bezbronny. Nie mówi, nie stoi, niedowidzi i jeszcze prawie żadnych bakterii, które by go chroniły i wspierały, w jelitkach nie ma. A takie puste jelita to jak niezasiedlone tereny w czasach dzikich plemion. Kto pierwszy ten lepszy.

68

MAGAZYN

Pierwsze wejdą do nich bakterie o dobrym wpływie na nasze zdrowie – szybciej się rozmnożą i zdominują te szkodliwe. Wyprzedzą je te złe i toksyczne – zaczyna się bieganie po lekarzach. No więc taki dzidziuś rodzi się i od razu – chaps, troszkę bakterii z mamusi, troszkę z palca położnej, troszkę z rękawka koszuli. Ach, co za nowości się w brzuszku pojawiają! Ile nowych reakcji biochemicznych! Mleko mamy wspiera jak może swoimi przeciwciałami. Kwasy żołądkowe większość bakterii zabijają. Część jednak przeżywa trudną podróż przez żołądek, jelito cienkie i trafia do swej docelowej ziemi obiecanej – jelita grubego. Próba sił między

I co tu zrobić, żeby nasz dwulatek miał proporcje jak trzeba? Badania naukowe potwierdzają, że większy wpływ na rozwój prawidłowej flory bakteryjnej w jelitach ma dokarmianie tej, która już w jelitach jest niż przyjmowanie nowej. Bakterie zjadane w jogurtach, kefirach czy nawet kapsułkach zakupionych w aptece docierają do naszych jelit zdziesiątkowane. Dobrze je mimo to dostarczać z jedzeniem, bo zawsze daje to jakąś przewagę nad tymi niechcianymi. Szczególnie ważne jest jednak to, aby do jelit trafiały takie resztki niestrawionych pokarmów, które wspierają bakterie dobre. I żeby nie docierały te, które wspierają bakterie złe. A żywią się one głównie resztami po słodyczach. Dobre bakterie mają dużo bogatsze menu: przede wszystkim mleko matki, cykoria, fasola, czosnek, por, cebula, szparagi, otręby, pełne ziarna, banany (kolejność od najskuteczniejszego: skrawek cykorii = 6 bananów). Karmiąc więc dziecko, wyobrażaj sobie, że karmisz jego bakterie. Zastanów się więc, które chcesz dokarmić. Pamiętamy: płatki śniadaniowe, Danonki, Monte, Kinder Mleczne Kanapki czy Nutella to też słodycze.

15 gramów Sama jestem mamą i nie powiem – zaczęłam dawać swojej córce słodycze jeszcze zanim skończyła drugi rok życia. Zasad była jednak taka, że zanim poznała smak cukru, poznała smaki większości warzyw i owoców. Byłam więc pewna, że dobre bakte-


SŁODYCZE I DZIECI

rie mają już przewagę. A ile słodyczy można dawać bezpiecznie po skończeniu przez dziecko drugiego roku życia? Rekomendacja Światowej Organizacji Zdrowia mówi o 15 g cukru dodanego na dobę, co daje nam 3 łyżeczki. Mało czy dużo? Jeśli dajemy dziecku cztery razy dziennie herbatę posłodzoną dwoma łyżeczkami cukru to mało, bo gdzie tu miejsce na inne przysmaki? Jeśli jednak jest przyzwyczajone do picia wody czy herbatek ziołowych bez cukru, słodycze może jeść właściwie codziennie. Około 15 g cukru ma: 1,5 wafelka typu Princessa, dwa paski czekolady, 2/3 Snikersa i uwaga: 5 łyżek keczupu, niecały deserek typu Danio, pół butelki wody smakowej, filiżanka Coli.

Najpierw warzywo, potem słodycz Zdecydowanie jest więc pole do tego, żeby pójść z naszym maluchem na

kompromis. U nas w domu wygląda następująco: Jeśli do każdego posiłku zjesz owoc lub warzywo, to po południu możesz zjeść słodycze w ilości odpowiadającej paskowi czekolady. Mamy też swoje wyjątkowe dni. Poniedziałek jest dniem na drożdżówkę. Środa na loda. Czy zdarza mi się słyszeć, że jestem okropną matką? A jakże! Ponieważ te zasady działają w naszym domu od zawsze, są dla mojej córki tak naturalne jak np. niepicie piwa czy niepalenie papierosów i nie wydają się jej niczym strasznym. A na dzieci przynoszące słodycze do szkoły w ilościach hurtowych nie patrzy z zazdrością. Raczej ze zdziwieniem.

Bez chorób A jak te zasady przekładają się na nasze benefity? Tak, że moja córka po prostu nie choruje. Każdy podłapany katar (ostatnio po bieganiu

kulinaria

po podwórku na bosaka w lutym) kończy się na katarze. Od kiedy chodzi do przedszkola (od 18 miesiąca życia) nie miała anginy, grypy, zapalenia oskrzeli, ani żadnej innej choroby, którą trzeba by było leczyć antybiotykami. Przy trzeciej fali ospy w przedszkolu złapała ospę, którą przeszła z kilkoma kropkami i bez gorączki. Dwukrotnie myślałam, że zaczyna się jej zapalenie ucha, ale za każdym razem cudownie zdrowiała, zanim zdążyłam wrócić z apteki z lekarstwem. Oczywiście zawsze może zaatakować nas jakaś wyjątkowo agresywna bakteria, z którą nasz układ odpornościowy nie da sobie rady sam, mimo dobrego przygotowania. No ale żeby dawać się każdemu kichnięciu w przedszkolu czy szkole?

Renata Kasica, Dietetyk,

autorka bloga rownowaznia.pl

REKLAMA


Świeżość to podstawa

– W naszych sklepach kładziemy ogromny nacisk na to, żeby produkty, które oferujemy, były zawsze świeże – deklaruje Jarek Bolimowski z Eko-Wyspy. I nie jest to pusta deklaracja. Tradycyjne mięsiwa Jednym z popularniejszych produktów w Eko-Wyspie są kurczaki. Nie mają one co prawda certyfikatu ekologicznego, ale są chowane ściśle według tradycyjnych, polskich metod – nie jedzą pasz z domieszką GMO, nie szprycuje się ich żadnymi hormonami. Są nieco droższe od tych przemysłowych, ale każdy, kto ich spróbował, potwierdza – są doskonałe i warte swojej ceny. Klienci wracają po nie i mówią, że dostrzegają różnicę, zarówno w smaku, jak i zapachu. W ofercie sklepu są także kurczaki certyfikowane, ale są one – jak przyznaje sam Bolimowski – aż trzykrotnie droższe.

W poprzednim numerze „Wysp” było o tym, czym różni się żywność zdrowa od ekologicznej. Tym razem przyglądamy się świeżym produktom, których w Eko-Wyspie nie brakuje. Zaczynamy od nabiału.

Nabiał w wersji eko Znakomity twaróg oferowany przez Eko-Wyspę pochodzi z kilku sprawdzonych źródeł. Jednym z nich jest twaróg regionalny z Grabowa w powiecie szczecinieckim, wyrabiany od 20 lat przez Mariana Nowaka. To rolnik posiadający spory areał, własne pastwiska, wolno pasające się krowy, a także małą mleczarnię. Krowy Nowaka są na swoistych wakacjach, świetnie odżywiane, bez żadnego wspomagania chemią. – Te zwierzęta są zdrowsze niż przeciętny zjadacz chleba – śmieje się Bolimowski. Stąd też najwyższa jakość mleka, które dają. Powstaje z niego wspomniany, niezwykle popularny – nie tylko

70

MAGAZYN

w naszym regionie – twaróg oraz doskonałe sery zagrodowe, śmietany czy kefiry. Nabiał z Grabowa jest certyfikowany ekologicznie. EkoWyspa w ofercie ma także, równie pyszny i zdrowy, twaróg od słynnego Kniazia. Na półkach widzimy też fantastyczne, certyfikowane wyroby kozie spod Koszalina. Wrażenie robi bardzo bogaty wybór żółtych serów – pochodzących m.in. z mleczarni Ser Farm z Zielina. EkoWyspę zaopatruje także mleczarnia Natural. – Sprowadzamy również wyśmienite sery od naszych niemieckich sąsiadów oraz z Holandii – mówi Jarek Bolimowski. – Nasz rynek ekologiczny nie jest jeszcze tak mocno rozwinięty jak tamtejsze. Są takie produkty, których u nas jeszcze po prostu nie ma – tłumaczy. To jednak z pewnością kwestia czasu.

Eko-Wyspa oferuje również świeże, dostarczane raz w tygodniu, mięso wieprzowe i wołowe. Z odpowiednim certyfikatem, a co za tym idzie – więcej kosztują, ale są też smaczniejsze, co potwierdzają klienci. W stałej ofercie Eko-Wyspy jest także dziczyzna ze stargardzkiej ubojni, sarnina, gęsina. Sezonowo pojawia się również cielęcina. A już w październiku można spodziewać się indyków. Wszystko to od sprawdzonych hodowców. Ważnym segmentem Eko-Wyspowego asortymentu są wędliny, m.in. ze znanej firmy Bacówka Towary Tradycyjne z małopolskiej miejscowości Rajbrot, która dostarcza wyśmienite szynki, parówki, kaszanki, salcesony czy wyroby garmażeryjne. Innym dostawcą wędlin jest Tradycyjne Jadło, przedsiębiorstwo spod Poznania – bogata oferta i rewelacyjne wyroby, w dużej mierze bezglutenowe. Eko-Wyspę w swoje wyroby zaopatruje też Mądry – producent wędlin regionalnych z Małopolski – a także szczeciński Bohun. Z Wielkopolski


ZDROWE ODŻYWIANIE

sprowadzana jest dziczyzna oraz wspaniałe kiełbasy – z dzika, sarny czy jelenia. Z kolei stargardzka masarnia dostarcza Eko-Wyspie szynki i polędwice z dzika.

Eko hity

nie najsmaczniejsze. – Najlepsze są jajka z jednego gospodarstwa. I to jak najmniejszego – zwraca uwagę Jarek Bolimowski. – Dużo większą uwagę się wówczas przykłada. Im mniej kur, tym większa dbałość o nie. Taka zasada – dodaje.

Prawdziwym hitem są tutaj jaja. Dostarczane z kilku małych hodowli. Wszystkie są tzw. zerówkami. W praktyce chodzi o to, że każde sprzedawane jajko powinno mieć stempelek. Zero oznacza, że jajo pochodzi od kury z chowu ekologicznego. Upraszczając sprawę numerów – im mniejszy, tym lepiej, tym lepiej żyje i chowa się kura. Najgorsze są czwórki – chów klatkowy. Tam często kura nie ma się jak obrócić. Nie można nie wspomnieć też o różnicy w smaku. Zerówki są zdecydowa-

Na liście Eko-Wyspowych przebojów wysoko plasują się również wyroby garmażeryjne ze wspomnianej już wyżej firmy Bacówka Towary Tradycyjne. Szczególnie pierogi, które onieśmielają bogactwem smaków – oprócz tych klasycznych, jak z kapustą i grzybami, z mięsem czy ruskich – dostaniemy tutaj te mniej oczywiste, np. z soczewicą, z gęsiną, ze szpinakiem, kaszą gryczaną, a nawet z… kiełbasą. A także z rozmaitymi owocami. Poza pierogami

styl życia

Bacówka, a tym samym i Eko-Wyspa, ma w ofercie także pyzy, kopytka czy kluski. Na koniec nie można nie wspomnieć o wyrobach rybnych. Raz w tygodniu do sklepu dociera dostawa z Dziwnowa, z pobliskiej wyspy Wolin. Przede wszystkim są to kotlety z dorsza, pasty rybne i oczywiście paprykarz. – Prawdziwa bajka – zachwyca się Bolimowski. – Kawałki dorsza, ryż, warzywa i koncentrat pomidorowy. Żadnych resztek, odpadów – dodaje. Można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać. A przecież to nie jest ostatnie spotkanie z Eko-Wyspą. Poza tym, zawsze można tu zajrzeć i samemu zobaczyć tę oszałamiającą ofertę. Zapraszamy.

MAGAZYN

71


Dobre oko, wielkie serce

Wielu fotografów uważa, że żeby zrobić dobre zdjęcie, trzeba kochać fotografowany obiekt. Nieważne czy jest to człowiek, architektura, krajobraz… Krzysztof Chomicz kocha przyrodę. Wyrazem tej miłości jest jednak coś dużo więcej niż jedynie piękne fotografie.

FOTO KRZYSZTOF CHOMICZ

TEKST MICHAŁ TACIAK

Był lipcowy poranek, pora śniadaniowa. Fotograf odbiera telefon. Głos kolegi Marka Czecha w słuchawce – Słuchaj, jest sprawa. Orzeł się topi. Jesteś tu potrzebny. Dlaczego on? Jest przecież fotografem. Nie strażakiem.

ma przed sobą kogoś, kto chce mu pomóc. Stawiał więc opór, próbował walczyć. Ale udało się. Został uratowany. A Krzysztof Chomicz stał się bohaterem. Nie tylko lokalnym.

Rok temu

Na pytanie o to, dlaczego Marek Czech wykonał telefon właśnie do niego, sam fotograf odpowiada – Ponieważ wiedział, że do tego refluatu nikt inny nie wejdzie… Bo miejsce to do najbezpieczniejszych nie należy. Już nie raz sparzyli się na nim nawet profesjonaliści. Tym większy szacunek dla Chomicza. Zresztą w międzyczasie – choć nie miało to,

Krzysztof Chomicz dał się poznać jako pełen empatii wybawiciel bielika w ubiegłym roku. Dzielnie, nie bacząc na zagrożenie dla samego siebie, rzucił się w bagno, żeby ratować tonącego ptaka. Nie było to łatwe. Wymagało siły i determinacji. Tym bardziej że młody orzeł z początku nie był świadomy tego, że oto

72

MAGAZYN

Nikt tam nie wejdzie

jak w tych dwóch przypadkach, tak medialnego rezonansu – fotograf uratował niejednego ptaka. Nic też dziwnego, że gdy kolejny bielik znalazł się w bagnistym potrzasku, pierwszy telefon wykonano właśnie do niego.

Bilet w jedną stronę – Na miejsce akcji wziąłem ze sobą dwóch kolegów i pożyczoną 50metrową linę. Około 11:00 podjęliśmy pierwszą próbę ratowania orła – wspomina ów lipcowy poranek Krzysztof Chomicz. Lina okazała się jednak za krótka, więc do ptaka nie dotarliśmy. – Lina miała służyć temu,


żeby, gdy już dostanę się do bielika i go wydobędę z mazi, wyciągnąć mnie stamtąd – tłumaczy fotograf. – Bo to taki bilet w jedną stronę. Dotrzeć do ptaka to jedno. Trzeba jednak z nim jakoś wrócić, a z zajętymi rękami to trudne – dodaje. Na ratunek ratownikom przybyła więc straż pożarna.

natura

FOTO KRZYSZTOF CHOMICZ

NA RATUNEK

Zbyt sztywne procedury Jak wspomina Chomicz, strażacy, zaopatrzeni w sanki toczące się po lodzie, ruszyli w kierunku zagrożonego ptaka. Ale już po 7-8 metrach otrzymali komendę o zawróceniu. Powód? Zagrożenie życia… – Tak się skończyła profesjonalna akcja ratunkowa – podsumowuje Krzysztof Chomicz. Wydaje się to kuriozalne. W końcu kto jak nie strażacy? Powodem jednak są tutaj procedury. Zbyt, jak się okazuje, sztywne. Otóż strażacy byli w pełnym oporządzeniu, w kaskach, w kombinezonach. Ze względu na ich ciężar akcja nie miała szans na powodzenie. Nie byli po prostu w stanie przebrnąć przez gęstą maź. – Gdyby się rozebrali do spodenek, tak jak ja, miałoby to sens – mówi Chomicz. Jednak procedury są nieubłagane. Nie pozwalają na to. Strażacki rynsztunek musi być. – To absurd. Czy gdyby zamienić tego ptaka na człowieka, strażacy nadal podlegaliby tym procedurom? – pyta retorycznie Krzysztof Chomicz.

Jednak żyje W pewnym momencie dostrzeżono, że orzeł w ogóle się nie rusza. Nie wiadomo więc było, czy dalsza akcja jest zasadna, czy nie jest już na nią za późno. Z odległości trudno było dojrzeć jakiekolwiek oznaki życia ptaka. Dopiero sprowadzony przez Chomicza dron potwierdził sens dalszych działań. Ptak żył. Bez wahania fotograf zarządził trzecie podejście. Był jeden problem – Było nas za mało. Brakowało ludzi, którzy pomogliby potem wydostać mi się z bagien, z uwolnionym, jak zakładałem, ptakiem. Poza tym przydałby się każdy dodatkowy sprzęt wspomaga-

jący, jak kajak, materace – opowiada Chomicz. Szybka akcja internetowa zwiększyła przyniosła szybki efekt. Przybyło chętnych do pomocy. – Wspomniany już Marek Czech, Oskar Kozłowski, Rafał Suchecki, Andrzej Żuchowski, Filip Rusak – fotograf wymienia jednym tchem tych, bez których nie byłoby szczęśliwego finału całego przedsięwzięcia.

Tylko Chomicz Od początku było jasne, kto wykona tę najcięższą robotę, kto ruszy na pomoc bielikowi. Pełen determinacji miłośnik przyrody, w asyście pomocników, drona monitorującego

akcję oraz odpowiednio długiej liny, przystąpił do działania. Działania zwieńczonego sukcesem. Bielik został uratowany, ku satysfakcji wszystkich zaangażowanych. Akcja zainteresowała media, również te pozalokalne. I słusznie. Należy głośno mówić o tego rodzaju postawach. Zbyt rzadkich. Bo znacznie częściej słyszy się o porzucanych, przywiązywanych do drzewa psach niż o altruistycznych, wręcz bohaterskich zachowaniach, których przykładem jest Krzysztof Chomicz. Można mu jedynie pogratulować i podziękować. W imieniu bielików.

MAGAZYN

73


74

MAGAZYN


VULKING

biznes po świnoujsku

Jak zostać królem?

W Świnoujściu nie ma firmy z dłuższą historią. Istnieje od 70 lat i w założeniu ma istnieć do nieskończoności. Rozmawiamy z właścicielem wulkanizacyjnej firmy Vulking, Wiesławem Majewskim. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Vulking to najstarsza firma w Świnoujściu. To prawda. Powstała, co jest udokumentowane i zachowane, 8 sierpnia 1946 roku.

To również, co dla historii firmy niezwykle istotne, firma rodzinna. Zgadza się. Przejąłem ją po ojcu. Niestety, teraz po latach tego żałuję, że gdy był na to czas, nie wypytałem ojca o szczegóły, o losy firmy. Dokładnie więc jej historii nie znam. Pewne fakty próbuję na swój własny użytek rekonstruować, ale to raczej domysły niż pewniki. powodzenia. Byli lepsi ode mnie. Przyznam, że wcześniej niespecjalnie interesowała mnie branża wulkanizacyjna. Wręcz nie lubiłem jej (śmiech).

Dlaczego? Jako dzieciak przebywałem często u ojca i nie podobało mi się, że jest brudno (śmiech), że to ciężka praca. Z drugiej strony ojciec mi bardzo wówczas imponował. Znakomity fachowiec, „złota rączka”, a nawet wynalazca (śmiech)! Tworzył prototypy urządzeń, które później wykorzystywał w pracy.

Ale w jego ślady iść pan nie chciał. Nie bardzo. Miałem wtedy bardziej artystyczne zainteresowania. Bardzo pociągało mnie dekoratorstwo. Zdawałem nawet do liceum plastycznego w Szczecinie. Niestety bez

Ostatecznie jednak dogoniło mnie przeznaczenie i motoryzacja (śmiech). Zdecydowałem się na szkołę zawodową przy Stoczni. Nie było łatwo. Szkoła stawiała bardzo wysokie wymagania. Z perspektywy czasu i tego, czym zajmuję się teraz, uważam, że to był znakomity wybór. Po szkole zawodowej było technikum, matura…

Czyli, wbrew wcześniejszym założeniom, coraz bliżej firmy ojca. Tak wyszło (śmiech). W międzyczasie była jeszcze praca w Stoczni, wojsko. A po odbyciu służby trzeba było znaleźć jakiś sposób na życie. Tym bardziej, że wtedy miałem już rodzinę. W tym czasie ojciec zaczął podupadać na zdrowiu. Potrzebował pomocy w firmie. Popracowaliśmy

więc razem, choć nie było to łatwe. Klasyczny konflikt pokoleń (śmiech). On miał swoją wizję, ja próbowałem po swojemu, nowocześniej. Choć jednocześnie muszę przyznać, że nie miałem wówczas dużego doświadczenia czy choćby punktu odniesienia. Wiedziałem natomiast, jak pracować nie chcę. Niestety, ojciec wkrótce zmarł. A ja zostałem z firmą, której się właściwie dopiero uczyłem. Jak i branży w ogóle. Do przejęcia sterów po ojcu musiałem się solidnie przygotować, między innymi zrobić kurs czeladnika.

A po wspomniane brakujące punkty odniesienia wybrał się pan do Szwecji. Tak. Okazja nadarzyła w roku 1985. Na zaproszenie wuja wyjechałem

MAGAZYN

75


biznes po świnoujsku

VULKING

do Szwecji, do Malmö. Przyznam, że wszystko, absolutnie wszystko mnie tam zachwyciło. Od czystych chodników, po reklamy (śmiech). Ale gdy już ochłonąłem z wrażenia, zapragnąłem popracować. W końcu po to tam pojechałem, żeby się czegoś nauczyć, żeby przyjrzeć się temu, jak moja branża wygląda w Szwecji, jak tu się prowadzi biznes. Chciałem również zaopatrzyć się w porządną maszynę do demontażu opon. Używaną oczywiście (śmiech).

używanych opon (śmiech). Dla mnie ważne wtedy było to, że znalazłem tam punkt zaczepienia, że zdobyłem zaufanie. Dzięki temu rok później mogłem tam pojechać już nie jako pracownik, ale jako handlowiec. Ten kontakt trwał zresztą znacznie dłużej. Później zacząłem współpracować z Niemcami. Firma Vulking się rozwijała, modernizowała. Tego rodzaju kontakty naprawdę przynoszą efekty. W międzyczasie zdarzało mi się jeszcze jeździć do Szwecji do pracy, ale zawsze z jednym założeniem – żeby to, co zarobię, przeznaczyć na sprzęt potrzebny do mojej działalności. Inni kupowali telewizory czy magnetowidy, a ja – wyposażenie (śmiech).

Udało się? Nie tak od razu, ale tak. Odwiedziliśmy z wujem – który bardzo mi wtedy pomógł, choćby tłumacząc na szwedzki moje pytania, czy też wożąc mnie – wiele firm, sprawdzaliśmy maszyny, porównywaliśmy ceny. W końcu, przejeżdżając obok jednego z zakładów, dostrzegłem znaczek Michelin – jako wielbiciel klasyki musiałem tam wejść. A tam profesjonalne urządzenia, nowe opony, felgi na paletach… W Polsce z oponami było wtedy ciężko. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Wuj spytał o maszynę. Mieli. Belgijski półautomat. Naprawdę dobry sprzęt. I do tego w dobrej cenie. Jednak maszyna maszyną, a ja chciałem przecież jeszcze czegoś nauczyć, popracować, nabrać doświadczenia.

Miał pan wizję firmy.

wcześniej wiedziałem jedynie to, jak pracować nie chcę. W Szwecji zobaczyłem to, jak pracować chcę. Nabrałem pewności siebie. Poczułem, że po powrocie do Polski dam sobie radę.

Jak długo tam pan pracował? To były zaledwie trzy tygodnie, ale bardzo cenne i inspirujące.

I wrócić do Polski z jakąś bazą, wiedzą.

Z pobytem w Szwecji wiąże się też historia dotycząca nazwy firmy, Vulking.

Dokładnie. Do pracy jednak przyjąć mnie nie chcieli. Zmienili zdanie, gdy usłyszeli, że jestem gotów pracować za darmo (śmiech). Bardzo zaangażowałem się w tę robotę. Do tego stopnia, że musieli mnie aż od niej odciągać. Pracowałem z wielkim przejęciem, zafascynowany tymi maszynami (śmiech).

Któregoś razu wuj rozmawiał z moim ówczesnym szefem. I powiedział mu coś w stylu: Stary, gdybyś był w Polsce, byłbyś królem w branży… I ten „król” jakoś mi został w głowie (śmiech). Do tego „vulkanization”, skrót i połączenie – i w ten sposób powstała nazwa, którą posługujemy się do dzisiaj.

Obudziła się w panu pasja?

Wrócił pan do Polski z nazwą, maszyną, nowymi umiejętnościami. Nic, tylko modernizować firmę. Swoją drogą, po tych trzech tygodniach darmowej pracy nie otrzymał pan tej maszyny w prezencie?

Nie wiem, czy pasja. Po prostu spodobała mi się ta praca. Nie przypominała tej w wykonaniu ojca. Inna technologia, inne standardy. Wszystko było nowe i, nie oszukujmy się, lepsze. Jak wspominałem,

76

MAGAZYN

Nie, ale przywiozłem za to dużo

Tak. I to długodystansową. Już wtedy wiedziałem, że chcę ją prowadzić jak najdłużej. Że nie jest to chwilowa przygoda. Chociaż muszę przyznać, że gdy teraz patrzę na Vulking, to sam jestem zaskoczony. Nie sądziłem wówczas, że uda mi się urządzić firmę w ten sposób, na tak wysokim poziomie. Owszem, miałem ambicje, ale nie miałem pewności, że je zrealizuję. Że podołam.

Główna siedziba firmy Vulking mieści się dziś na Łużyckiej, czyli kilka razy zdążyła zmienić swoje miejsce. Świerczewskiego, wcześniej, za czasów pana ojca Hołdu Pruskiego. W międzyczasie zahaczyliśmy również o ulicę Steyera, a także uruchomiliśmy drugi punkt o tym samym profilu, przy obecnej stacji Shell. Ale rzeczywiście. Naszym podstawowym miejscem jest Łużycka. Tu przenieśliśmy obsługę samochodów osobowych, natomiast przy Shellu pozostały ciężarowe.

Przeszedł pan ciekawą drogę. Od początkowej niechęci do pełnego zaangażowania, wręcz pasji, z jaką modernizował pan przez lata firmę. Racja. Ta droga nie była ani prosta, ani oczywista. Żałuję, że ojciec nie


MAGAZYN

77


biznes po świnoujsku

może zobaczyć firmy teraz. Tym bardziej że – muszę być tu trochę nieskromny – jakieś 70 procent pracy przy niej wykonałem sam. Musiałem się wielu rzeczy nauczyć. Wręcz polubić. Na przykład kłaść kafle (śmiech). Teraz to uwielbiam. Widzi pan, jestem zdania, że wszystko można zrobić. Absolutnie. Najważniejsze są po prostu chęci. Gdy teraz o tym myślę, to rzeczywiście rzuciłem się na głęboką wodę. Ale krok po kroku wszystko dobrze się układało. I, odpukać, układa do teraz. Miałem też sporo szczęścia do ludzi. Na przykład – dzięki wsparciu niemieckich kolegów po fachu mogłem wyposażyć firmę w momencie, w którym nie miałem sprzętu, a i pieniędzy też nie wystarczało. Jeśli mowa o ludziach, to ze mną jest tak, że gdy się wiążę, to na całe życie (śmiech). Przykładem jest Artur, mój wieloletni współpracownik. Dzia-

78

MAGAZYN

VULKING

łamy razem już chyba ze 24 lata. Szmat czasu. Artur żyje Vulkingiem. Bardzo mi pomaga. I gdy mówimy o sukcesie firmy, muszę wyraźnie podkreślić, że ma on w nim niemały udział.

Można mieć najlepsze maszyny na świecie, ale gdy czynnik ludzki szwankuje, to o sukces trudno. To prawda. Artur potrafi tę firmę sam poprowadzić. Zawsze mogę na niego liczyć. A przy tym to znakomity fachowiec.

W jakim miejscu znajduje się Vulking teraz? Czy jest to król wśród świnoujskich wulkanizatorów? Nazwa zobowiązuje (śmiech). A tak poważnie, to nie wiem, czy król, ale na pewno śmiało mogę stwierdzić, że jesteśmy dobrzy, nawet bardzo dobrzy w tym, co robimy. Trafiają do nas naprawdę ciężkie przypadki. Musimy sobie z nimi poradzić.

I radzimy bez problemu. Poprzeczkę mamy postawioną wysoko.

Vulking to firma rodzinna, z wieloletnią tradycją. Czy ma pan już na oku swoich następców? Myślę, że tak (śmiech). Starsza córka jest mocno związana ze Świnoujściem. I planuje tutaj zostać. Daję jej delikatnie do zrozumienia, że mogłaby się tym w przyszłości zająć (śmiech). W końcu nie jest niczym dziwnym, że kobieta zarządza firmą. Ważne są umiejętności i predyspozycje, a nie płeć. Sądzę, że ona je ma. Nie zrujnowałaby tego biznesu (śmiech). Jest też młodsza córka, choć raczej skierowana na Warszawę. Mam też wnuki…

Czyli szanse na kontynuację są spore. Jak najbardziej. Zresztą w logo firmy jest symbol nieskończoności (śmiech).


MIEJSCA

nowe w mieście

Berlin Döner Kebap

Zioła i Przyprawy

Eurosmile

Berliner Döner Kebab w Świnoujściu to 13 punkt tej sieci na mapie Polski. W menu kebab i falafel serwowane na różne sposoby, pizza turecka czy dania wegetariańskie. Oryginalny smak i własne receptury. Lokal oferuje specjalne potrawy dla dzieci, wśród nich dania z mięsa kurczaka bez GMO i antybiotyków. Przestronne wnętrza plus ogródek przy punkcie gastronomicznym. Czynne codziennie od 10.00 do 22.00.

Nowy punkt handlowy w CH Uznam oferujący szeroką gamę przypraw i ziół z różnych stron świata, produkty z zakresu medycyny niekonwencjonalnej, m.in. nasiona chia, jagody goji, czystek, ksylitol oraz bakalie. Wszystko to dla osób chcących w naturalny sposób zadbać o swoje zdrowie i witalność. W sklepie zaopatrzymy się w przede wszystkim w produkty znanej podlaskiej firmy Agnex.

Eurosmile to nowe centrum stomatologiczne w dzielnicy nadmorskiej. W ofercie leczenie wysokospecjalistyczne, protetyka, chirurgia, endodoncja oraz stomatologia zachowawcza. W gabinecie na Klientów czeka również szereg usług z zakresu stomatologii estetycznej, między innymi wybielanie zębów i licówki. Specjaliści z Eurosmile zapraszają od poniedziałku do piątku w godzinach 9.00 - 18.00

al. Baltic Park Molo 1-4

ul. Grunwaldzka 21, C.H. Uznam

ul. Powstańców Śląskich 8 lok. 2 REKLAMA


Podwójne życie

nowej

kawiarni Wydaje się, że w obfity świnoujski rynek gastronomiczny nie sposób już się wcisnąć. A jednak! W samym sercu miasta otworzyła się nowa kawiarnia. Radek Kaczyński, właściciel Coffeeloffee, dobrze rozumie, że zainwestował w niełatwy biznes. Broni nie zamierza szybko złożyć, bo, jak się okazuje, ma konkretny pomysł na rozwój.

80

MAGAZYN


COFFEELOFFEE

miejsca

Kawiarnia przy ulicy Dąbrowskiego wystartowała w pierwszych dniach lipca. Sam wybór lokalizacji wydaje się dość odważny. Po prawej szereg małych punktów usługowo-handlowych, po lewej wielkie centrum handlowe. – Sąsiedztwo Galerii Corso to przekleństwo i błogosławieństwo – uważa Radek. – Często zaglądają do nas klienci, którzy po zakupach szukają odpowiedniego miejsca do odpoczynku od tłumu i zgiełku. Jednak dość trudno konkuruje się z kawiarniami popularnych sieci – dodaje.

Po 22:00 Ale i Coffeloffee nie jest autorskim pomysłem. Działa na zasadach franczyzy, a świnoujska kafejka to dziewiąty punkt na mapie Polski łódzkiej sieci. Na współpracę z franczyzodawcą Radek Kaczyński nie narzeka – Zaopatruję się u niego w towar, głównie kawę, która jest wysokiej jakości i wiele osób ją chwali. Kwota za przynależność do sieci nie jest wygórowana. W moim przypadku kawiarnia oparta na franczyzie bardziej pomaga niż szkodzi. Trudno nie zgodzić się z tą opinią. 26-letni właściciel ma wprawdzie pewne doświadczenie w biznesie, jednak w branży gastronomicznej dopiero debiutuje. Jednak widać, że ma konkretne plany i wizję na rozwój interesu. – Chcemy działać dwukierunkowo – mówi Radek. – We wrześniu wprowadzimy do oferty alkohol. Umożliwi nam to wieczorną transformację naszej kawiarni w pub. Pomysł może trafić w dziesiątkę, bo o ile w centrum Świnoujścia nie brakuje kawiarni i restauracji, znacznie trudniej spotkać się z przyjaciółmi po 22:00.

W większym gronie Szanse na to, że nowy lokal zyska sympatię młodszego pokolenia są niemałe. Przede wszystkim z dwóch powodów – przyjazny cennik oraz duże, wieloosobowe stoły w kawiarnianym ogródku. Za filiżankę małej

czarnej zapłacimy około 5 złotych. Tylko nieliczne pozycje przekraczają kwotę 10 złotych. Duże stoły zachęcają do spotkań w większym gronie. Dlatego raz po raz ktoś świętuje tutaj swoje urodziny. Coffeloffee tworzy powoli swój klimat i swoje plany na przyszłość. Jednak nie da się ukryć, że sporym wyzwaniem jest utrzymanie interesu

poza sezonem. – Wiem, że przede mną najcięższy okres – mówi młody przedsiębiorca. – Trzeba to po prostu przetrzymać, tak jak wielu właścicieli świnoujskich lokali – podsumowuje pełen optymizmu Radek. Coffeeloffee Dąbrowskiego 1G Świnoujście

MAGAZYN

81


PLAŻOWY RAJ

turystyka

Wypoczywanie na Dominikanie Kolejnym przystankiem, po wyspach innych niż nasze lokalne, jest wyspa Haiti, zwana kiedyś Hispaniolą. A dokładniej, zaprosimy Was na egzotyczną Dominikanę, czyli do kraju zajmującego jej większą część. Jeśli widzieliście ostatnio reklamy z rajskiej plaży, z białym i drobnym piaskiem, turkusową wodą oraz palmami, to jest duża szansa, że były to widoczki z Dominikany. Rejon Punta Cana czy półwysep Samana to piękne, jasne plaże, pełne palm, ciągnące się przez dziesiątki kilometrów. A nad nimi hotele z całodobowym all inclusive. Wielbiciele plażowania czy atrakcji przepięknych kompleksów hotelowych będą tu w raju.

Nuda? Skąd! Ale czy to oznacza, że czeka was tutaj nuda? Absolutnie nie! Hotele, a właściwie ośrodki złożone z kilku obiektów tej samej marki, będące małymi miasteczkami, mają praktycznie wszystko, czego potrzeba. Liczne animacje od rana do wieczora, dla dzieci i dorosłych, sporty wodne, kilka lub kilkanaście różnych restauracji tematycznych à la carte, sklepy, liczne baseny o fantazyjnych kształtach, bary, dyskoteki… Jednym słowem wszystko, czego potrzeba, aby odpocząć w tego rodzaju ośrodku.

Delfiny i jaskinie Można także wybierać spośród licznych wycieczek fakultatywnych, jak pływanie z delfinami, zwiedzanie wyspy, obserwowanie wielorybów na półwyspie Samana (styczeń-lu-

ty), rejs na rajską wysepkę Saona, lot helikopterem nad wybrzeżem (zadziwiająco niedrogi w porównaniu do cen innych wycieczek na Dominikanie), nurkowanie, zjazdy na kilkukilometrowej linie rozpiętej nad dżunglą (zip line), zwiedzanie jaskiń, jazda konna, wędkowanie pełnomorskie i wiele innych.

Na północ Jeśli jednak nudzą was wielkie ośrodki z 24-godzinnym all inclusive i wolicie spędzać czas poza hotelem – a koniecznie chcecie na cel swojego wyjazdu wybrać Dominikanę – to proponuję jej północną część – region Puerto Plata. Plaże tam nie są już tak białe i morze jest ciemniejsze, ale zachwyca piękna, bujna roślinność, panuje tam większy spokój, a same ośrodki hotelowe

są zdecydowanie mniejsze. Jest to też najlepszy region do uprawiania sportów wodnych, takich jak surfing czy windsurfing. Warto dodać, że miejscowość Cabarette to jedno z pierwszych miejsc, gdzie popularność zyskał kitesurfing. Dla spragnionych rajskiej plaży i słońca Dominikana to po prostu wakacje marzeń. W tym roku, przy szalonych cenach wyjazdów na Wyspy Kanaryjskie, można się tu wybrać za podobne pieniądze. Może więc tej jesieni zamiast Kanarów plażowy raj na ziemi? Wycieczki do nabycia w Biurze Podróży Słonecznie.pl - Centrum Handlowe Uznam, Grunwaldzka 21, Świnoujście

REKLAMA


84

MAGAZYN


MŁYN W BENZ

po sąsiedzku

Holender na Uznamie

Chwilę schodkami do góry i już widać masywny zarys budowli. Na szczycie najlepiej od razu stanąć naprzeciw skrzydeł. Po lewej widok na jezioro Schmollen i średniowieczny kościółek, po prawej pasą się koniki. Za plecami ceglany piec chlebowy. Pięknie, że aż ciarki chodzą po plecach. Młyńskie wzgórze we wsi Benz to bez wątpienia jedno z najciekawszych miejsc na naszej wyspie. TEKST MAGDA MONKOSA ZDJĘCIA ROBERT MONKOSA

Ze Świnoujścia do Benz nie jest daleko. Od przejścia granicznego przy ulicy Wojska Polskiego licznik w aucie wskaże nie więcej niż 18 kilometrów. Bez problemu dojedziemy tam jednośladem – w końcu to w Benz rozpoczyna się szlak rowerowy Feiningera. Amerykańsko-niemiecki malarz, zapalony cyklista, z pasją przenosił na płótno pejzaże i architekturę wyspy Uznam. Nic dziwnego, że zafascynowała go także dostojna konstrukcja wiejskiego młyna, tym bardziej że rodzaj budowli jest dość nietypowy dla naszego regionu.

Pamięć o rzemiośle Młyn jest okazały – wysoki na 16 metrów, starannie pokryty gontami. Rozpiętość skrzydeł sięga aż 22 metrów, chociaż straciły one swoją funkcjonalność w latach 30. XX wieku, kiedy po modernizacji obiekt jako pierwszy budynek w miejscowości został zelektryfikowany. Ponieważ młyn służył aż do 1972 roku, udało się zachować wszystkie mechanizmy i oprzyrządowania. Obecnie w wiatraku mieści się muzeum młynarstwa. Wnętrze stanowi doskonały przykład pracy i życia dawnych rzemieślników. O ile w Świnoujściu po pięciu działających tu młynach nie zachował się najmniejszy ślad, ten przetrwał, bo miał szczęście do właścicieli.

W rękach artysty Powstanie holendra datuje się na 1823 rok. Po serii bardziej lub mniej udolnych gospodarzy, w 1837 roku

młyn zakupił Wilhelm Jahnke, zapoczątkowując tą transakcją siedmiopokoleniową administrację młynem przez rodzinę Jahnke. Ostatni członek z klanu młynarskiej rodziny, Werner Jahnke, zmarł w 1972 roku. Interes już od pewnego czasu nie był zbyt dochodowy, dlatego wdowa po Jahnke miała ciężki orzech do zgryzienia. Odrzuciła ofertę przekształcenia młyna w restaurację lub hotel i sprzedała go. Nabywcą był znany malarz, profesor Otto Niemeyer-Holstein.

Pomnik historii Artysta właśnie otrzymał niemałe fundusze z nagrody państwowej a pieniądze przeznaczył na prace rekonstrukcyjne i konserwatorskie oraz na założenie nowych skrzydeł. Na jego wniosek zabytkowa budowla została zaliczona w poczet pomników historycznych wyspy Uznam,

stając się jednocześnie miejscem różnych wydarzeń kulturalnych. Po śmierci malarza w 1984 roku, na mocy testamentu, obiekt został przekazany gminie Benz. Od kilku lat wiatrakiem administruje Stowarzyszenie Kulturmühle, które pozyskuje fundusze na dalsze remonty holendra oraz organizuje tu liczne wydarzenia promujące regionalną sztukę i kulturę. Sporadycznie wiatrak jest uruchamiany, między innymi podczas festynu w pierwszych dniach lata. W piecu na Młyńskim Wzgórzu wypiekany jest wówczas chleb na zakwasie z mąki zmielonej w młynie.

Młyn można zwiedzać za drobną opłatą od wtorku do niedzieli, w godz. od 10:00 do 17:00, w okresie od kwietnia do października.

MAGAZYN

85


Lady Dada

Else, najstarsza córka rajcy miejskiego Adolfa Plötza, to czarna owca w bogatej mieszczańskiej rodzinie zajmującej okazały dom w samym sercu Świnoujścia. Krnąbrna, zuchwała, bez cienia sukcesu w nauce. Pali, ugania się za chłopakami. Gdy na początku XX w. podbija artystyczny świat Nowego Jorku, nie wie, że ojciec ją wydziedziczył. TEKST MAGDA MONKOSA

86

MAGAZYN


ELSE VON FREYTAG-LORINGHOVEN

stare świnoujście

Dziś po rodzinie Plötz pozostały dwie rzeczy. Stara rzeźnia w Świnoujściu wybudowana przez Adolfa oraz twórczość Elsy, którą szczycą się narodowe galerie na starym i nowym kontynencie.

Córka Rodzina Plötz mieszkała w solidnej kamienicy przy Kleiner Markt 5, dzisiejszej ulicy Bema. Adolf Julius Wilhelm Plötz (1845-1923) był przystojnym mężczyzną o magnetycznej osobowości. Męski, muskularny, niebieskooki blondyn z rudą brodą, wielkim kapeluszem oraz nieodłącznym cygarem w dłoni. Pochodził z Anklam, w Świnoujściu szybko podniósł swój status społeczny. Wpływowy przedsiębiorca, konstruktor i budowniczy, do roku 1890 zasiadał w radzie miasta. Lista jego posiadłości była imponująca – nowoczesna willa w dzielnicy nadmorskiej, dom przy Kleiner Markt oraz ogromny hotel wybudowany w 1900 r. W lokalnym środowisku podziwiany, w domu zmieniał się w demona. W 1872 r. zakochał się w zmysłowej Idzie Marie Kleist (1849-1892), wykształconej pianistce. Kobieta była jego całkowitym przeciwieństwem. Wrażliwa i uduchowiona. Wcześnie owdowiała matka Idy, sama wychowywana w nauczycielskiej rodzinie, zaszczepiła córkom miłość do poezji, elegancję i serdeczność. Pochodziła ze zubożałej szlachty polskiej. – Moja mama, jak pamiętam, miała całkowicie słowiańską duszę – pisywała po latach Else. Matka Idy nie ufała Adolfowi. Jednak namiętność i upór córki były tak wielkie, że przystała na małżeństwo. Szybko przyszły na świat dzieci. W 1874 r. Else, rok później Charlotte. Po śmierci matki Idy małżeństwo zaczęło się rozpadać. Adolf prowadzi coraz bardziej hulaszcze życie, kontynuując pijackie nawyki swojego ojca. Ida ucieka w świat fantazji, poezji niemieckich romantyków, ukry-

wając swoje napięcia przed mężem. Była zdyscyplinowaną matką, nigdy się nie skarżyła, próbując chronić Elsę i Charlotte przez toksycznym klimatem w rodzinie. Przechodzi załamanie nerwowe, podejmuje nawet próbę samobójczą, cofa się jednak w ostatnim momencie. Adolf z niej drwi, wyszydza jej religijność, znęca się. Jednak najbardziej nad starszą córką.

90 lat po śmierci Elsa Freytag-Loringhoven znowu jest w centrum uwagi. Studenci analizują jej życie w pracach magisterskich, galerie z dumą prezentują jej rzeźby, a opublikowana w 2002 roku obszerna biografia zainspirowała kolejnych twórców – reżyserów czy projektantów mody. Skandalistka Else była niełatwym dzieckiem. Wybuchowa i nadwrażliwa. W wieku 13 lat pisze swój pierwszy wiersz. Nic romantycznego. Zuchwała zabawa słowem zdradza jej odziedziczone po ojcu preferencje do nieprzyzwoitych żartów. Jako 14-latka pali już papierosy. Z powodu niezdyscyplinowania jej osiągnięcia szkolne oceniane są

jako niedostateczne. Młodsza siostra Charlotte była osoba bierną, łatwo dopasowującą się do niełatwych warunków w rodzinie. Kiedy w 1896 r. Else będzie w stolicy leczyć kiłę i brylować wśród berlińskich awangardzistów, Charlotte w rodzinnym mieście wyjdzie za mąż za inspektora podatkowego Hansa Kannegiesera. W 1892 r. u Idy zdiagnozowano zaawansowany stan raka macicy. To skutek syfilisu, którym zaraził ją mąż i czego nie może mu wybaczyć. Umiera po długich cierpieniach rok później. Już latem Adolf poślubia o 8 lat młodszą kobietę, nieślubną córkę berlińskiego przedsiębiorcy i dziedziczkę fortuny. Napięcie w rodzinie rośnie. Else spiskuje przeciw macosze i kompromituje się kolejnymi romansami. Ojciec rozważa oddanie jej do domu poprawczego. Kiedy po raz kolejny rzuca się na córkę z pięściami, ta opuszcza dom rodzinny i szuka wsparcia u siostry swojej matki w Berlinie.

Kochanka Ciotka Elise Kleist przejmuje opiekę nad 18-latką. Daje wikt, dach nad głową, finansuje lekcje aktorstwa. I z oburzeniem patrzy, jak Else nie ma nic innego w głowie niż mężczyzn i rozrywki. W lecie 1885 r., po kolejnej kłótni z opiekunką, Else

MAGAZYN

87


stare świnoujście

ELSE VON FREYTAG-LORINGHOVEN

rozpoczyna swoje burzliwe życie na własną rękę i ekstrawagancko odwraca się plecami do wszelkich konwenansów.

choć małżeństwo wisi już na włosku. Nie spodziewa się, że w Stanach Zjednoczonych zatrzęsie nowojorską sceną sztuki i literatury.

W stolicy Niemiec uczy się malarstwa, pisze wiersze, dorabia małymi rolami w teatrze i całkowicie zanurza się w artystycznym świecie berlińskiej bohemy. – Tu zaczęłam rozumieć, co oznacza życie – każdej nocy inny mężczyzna. Spełniały się moje mgliste marzenia z młodości. Byłam upojona – wspominała baronowa Else von Freytag-Loringhoven.

Baronowa

Dziesiątki, może setki kochanków. Trzech mężów. Pierwszy, sławny architekt August Endwell, imponuje jej intelektualnie, jednak nie potrafi sprostać jej wymaganiom seksualnym. Na dodatek jest pracoholikiem borykającym się z kłopotami finansowymi. W drodze powrotnej z podróży poślubnej Else spotyka pisarza Felixa Paula Greve. Przyjaźń się rozwija, małżeństwo rozpada. W październiku 1905 r. Greve publikuje powieść Fanny Essler inspirowaną dzieciństwem Elsy. Odnajdziemy tu skrzętnie zaszyfrowane opisy życia społeczności Świnoujścia. W 1909 r. Greve pozoruje swoje samobójstwo i ucieka przed swoimi wierzycielami do USA. Else podąża za nim,

88

MAGAZYN

Tytuł szlachecki zdobywa poślubiając Leopolda von FreytagLoringhoven. Przemilcza fakt, że jest mężatką i przy okazji odmładza się o 11 lat. Baron, hazardzista, który uciekł z Niemiec od dobrze zapowiadającej się kariery wojskowej z powodu długów, za oceanem próbował swoich sił jako kelner i kierowca. W drodze do urzędu stanu cywilnego Else znajduje żelazną obręcz i deklaruje ją jako obiekt sztuki nazywając Enduring Ornament. Ekscentryczna do szpiku kości baronowa trafia za oceanem na podatny grunt. – Ogoliła głowę i pomalowała ją na intensywną czerwień. Ciało owinęła arkuszem czarnej krepiny. Pokręciła się po redakcji, aby pokazać się z każdej strony. „Nago wyglądam lepiej” – powiedziała i zrzuciła pelerynę, dodając mentorskim tonem: „Ogolić głowę na łyso, to jakby doświadczyć nowej miłości” – tak opisała spotkanie z baronową Margaret Anderson, wydawca „Little Review”, poczytnego czasopisma nowojorskiej awangardy. 46-letnia wówczas Elsa uwielbiała takie performanse – prowokujące, szalone, niejednoznaczne. Włosy ogolone. Makijaż – żółty puder, czarna szminka, na policzkach znaczki pocztowe. Na biodrach umocowane dwa zasilane baterią światła. – Samochody i rowery mają kierunkowskazy. Dlaczego ja nie? pytała baronowa. W uszach biżuteria z łyżek. Zamiast biustonosza – dwie puszki po pomidorach. Tak przechadzała się po Manhattanie. Jej niepowtarzalna samokreacja rozpętała rewolucję. Baronowa von Freytag-Loringhoven szybko awansowała do miana matki nowojorskiego dadaizmu. – Ona jedyna na świecie ubiera się jak dada, kocha

jak dada i żyje jak dada – pisała Jane Heap w „Little Review”.

Artystka Jako pierwsza tworzyła rzeźby z odpadów. Każdy jej wiersz w „Little Review”, choć ściągał lawinę krytyki oburzonych czytelników, cieszył się większym zainteresowaniem niż równolegle publikowany w odcinkach Ulisses Joyce’a. Performerka na długo przed tym, zanim słowo pojawiło w słowniku. Jednych fascynowała, innych irytowała. Szanowali ją Marcel Duchamp, Man Ray czy Ernest Hemingway. Dla większości była jednak zbyt radykalna. Baronowa była niewątpliwie uzdolnioną artystką, jednak w przeciwieństwie do mężczyzn dadaistów nigdy nie dostała oficjalnej wejściówki do świata sztuki. Nie tylko dlatego, że nie mogła się przebić jako kobieta, czy też jej dzieła nie były doceniane. Jej artystyczny dorobek po prostu o cały wiek wyprzedzał rozumienie sztuki przez jej współczesnych. – Jestem sztuką – lubiła mówić o sobie baronowa. I jak dzieło sztuki pozowała. Nie w muzeum, lecz zwyczajnie na ulicy. Irene Gammel, autorka biografii Elsy von Freytag-Loringhoven, jest przekonana, że niepowtarzalnie artystyczne szaleństwo baronowej ma swoje korzenie tu, w Świnoujściu. To toksyczne relacje z gburowatym ojcem, który gardził kobietami i nie raz podkreślał, że wolałby synów, zaważyły na jej przez całe życie świadomie pielęgnowaną deprawacją. Bo dodajmy – baronowa nie była aniołem. Raczej furiatką, często uciekającą się do szantażu, nękającą swoje środowisko grożącymi listami. Pod koniec życia królowa dadaizmu jest samotna, przygnębiona i wyczerpana fizycznie. Umiera 14 grudnia 1927 roku w Paryżu. Przyczyna śmierci: zatrucie gazem. Pytanie, kto odkręcił zawór, na zawsze pozostanie bez odpowiedzi.


Gdzie leżą WYSPY? Urząd Miasta, Wojska Polskiego 1/5

Restauracja Jazz Club Central’a, Armii Krajowej 3

Centrum Informacji Turystycznej, Pl. Słowiański 6/1

Restauracja „Neptun“, Bema 1

Miejska Biblioteka Publiczna, Piłsudskiego 15

Restauracja „Muszla“, Promenada

G.H. Corso poziom -1, regał z książkami, Dąbrowskiego 5

Restauracja „Nebiollo“, Orzeszkowej 6

Jazz Club Central’a – Scena, Armii Krajowej 3

Restauracja „Qchnia“, Piłsudskiego 19

Sklep papierniczy „ERGO“, Matejki 35

Restauracja „Swojska“, Piłsudskiego 18/2

Aso Renault Nierzwicki, Lutycka 23

Restauracja „Na Dziedzińcu“, Wybrzeże Władysława IV 33D

Hotel Interferie Medical SPA, Uzdrowiskowa 15

Restauracja „Tankowiec“, Wybrzeże Władysława IV 23a

West Baltic Resort, Żeromskiego 22

Restauracja „Pinocchio“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Hotel Hampton by Hilton, Wojska Polskiego 14

Restauracja „Mila“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Apartamenty „44wyspy.pl“, Orzeszkowej 5

Restauracja „Casablanca“, Promenada, Uzdrowiskowa 16-18

Apartamenty „Na Wyspie“, Orzeszkowej 4

Restauracja „Dune“, Promenada, Uzdrowiskowa 12-14

Visit Baltic, Wojska Polskiego 4b/5a

Restauracja „Baltic“, Promenada, Uzdrowiskowa

Biuro Podróży „Slonecznie.pl“, Grunwaldzka 21

Bistro-Pub „Sabroso“, Plac Słowiański 6/7

Biuro Turystyczne „Wybrzeże“, Słowackiego 23

Pizzeria „Batista“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16/6

Jubiler „Malwa“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Pizzeria „Grota“, Konstytucji 3 Maja 59

Drogeria „Douglas“, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Bar „Maki“, Bohaterów Września 9/3, wejście od Monte Cassino

Media Expert, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Bar Kanapkowy „Bułki z bibułki”, Wybrzeże Władysława IV

PSB „Mrówka“, Karsiborska 6

EVKA Vegebar, Bohaterów Wrzesnia 50/4

Hurtownia Wielobranżowa „Paulhurt“, Rycerska 76

El Papa Cafe Hemingway, Bohaterów Września 73

VEMME Day Spa, Wybrzeże Władysława IV 15C

Cafe „Rongo“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16

Centrum Dietetyczne „Naturhouse“, Konstytucji 3 Maja 16

Cafe „Paris“ Plac Wolności 4

Przychodnia Lekarska Tadeusz Czajka, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Cafe „Gabriela“, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Centrum Medyczne „Rezydent-Med“, Kościuszki 9/7

Cafe „Venezia“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Gabinet Stomatologiczny Anna Pyclik, Chełmońskiego 15/1

Cafe „Havana“, Promenada, Uzdrowiskowa 14

Klinika Stomatologiczna „Morze Uśmiechu“, Plac Słowiański 6

Cafe „Kredens“, Promenada, Uzdrowiskowa 12

Optyka, Bema 7/1

Columbus Coffee, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Optyka, Wojska Polskiego 2a

Kawiarnia „Sonata“, Marynarzy 7

Perfekt-Optik, STOP SHOP, Kościuszki 15

Kawiarnia „Czuć Miętą“, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Perfekt-Optik, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Kawiarnia „Coffeeloffee“, Dąbrowskiego 1G

Perfekt-Optik, Kaufland, Matejki 1d

Lodziarnia, os. Platan, Wojska Polskiego 2ae/3a

Perfekt-Optik, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

EKO-WYSPA, Grunwaldzka 1A

Salon Mody „Andre“, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Apteka „Pod Kasztanami“, Warszawska 29

Salon Mody „By o la la...!“, Piastowska 2

Kwiaciarnia „Ewa“, Markiewicza 21

Salon Mody „Coco“, Armii Krajowej 1

Zakład Fryzjerski „Kazik“, Konstytucji 3 Maja 14

Salon Mody „UNIQUE”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Salon Fryzjerski „Piękne Włosy“, Konstytucji 3 Maja 5

Salon Mody „TEOFIL”, Monte Cassino 1A

Salon Fryzjersko-Kosmetyczny „Wanessa“, Grunwaldzka 1

Beauty Point, Chrobrego 14/2

Salon Fryzjerski „Studio 5“, Konst. 3-go maja 16

Siłownia i Fitness „Champions Academy”, Wojska Polskiego 1/19

Salon Fryzjerski Beata Grygowska, Wojska Polskiego 1/19

Przewozy Pasażerskie „Emilbus“, Wybrzeże Władysława IV 18

Zakłada Fryzjerski „IRO“, Bema 11/1

Księgarnia „Neptun“, Bohaterów Września 81 REKLAMA


Magazyn Wyspy 4 (4) wrzesień 2016  

MAGAZYN WYSPY to miesięcznik o Świnoujściu i dla Świnoujścia. W numerze m.in.: Piotr Piwowarczyk. Piotruś Pan z Fortu Gerharda, Plażowa cros...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you