Page 1

W Y DA N I E Ś W I ĄT E C Z N E

Nr 11 / 12 (18) LISTOPAD / GRUDZIEŃ 2017

MIASTO

To był

rok!

STARE ŚWINOUJŚCIE

Wigilia nad Świną

1945 roku

Karolina Flacht i Bartosz Ślaski

MOTYWACJA I DZIAŁANIE Zawsze chodzi o progres


Drodzy Wyspiarze! Niech się spełnia to, co wymarzone I omija to, co nieproszone Wszystkiego najpiękniejszego na czas świąteczny i noworoczny Życzy Redakcja

MIESIĘCZNIK BEZPŁATNY Wydawnictwo Wyspy redakcja@magazynwyspy.pl www.magazynwyspy.pl +48 500 446 273 Redaktor naczelny Michał Taciak Skład Blauge - Robert Monkosa

Dział foto Karolina Gajcy, Agnieszka Żychska, Katarzyna Nadworna Felietoniści Maja Piórska, Agnieszka Merchelska, Marek Kolenda, Współpraca Magdalena Monkosa, Karolina Leszczyńska, Renata Kasica, Józef Pluciński, Katarzyna Baranowska, Karolina Markiewicz, Agata Butkiewicz-Shafik, Tomasz Sudoł, Artur Kubasik, Bartek Wutke

Wydawca Wydawnictwo Wyspy S.C. ul. Markiewicza 24/5, 72-600 Świnoujście Reklama Kamil Pyclik +48 721 451 721 reklama@magazynwyspy.pl Druk Drukarnia KAdruk S.C.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów w nadesłanych artykułach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

4

MAGAZYN


6

FELIETON

Marek Kolenda. Nie dajmy sobie ukraść i okraść świąt Agnieszka Merchelska. Święta. Bardzo ważny poradnik o tym, jak wytrwać 48 Maja Piórska. Szopki, choinki, kolędy... Święta! 30

8 16 18 20 24 26 28 32 38 40 44 46 50

52

54 58 60 61

62 64 68 74 76 78

NASZA OKŁADKA

Fundacja Motywacja i Działanie. Zawsze chodzi o progres

Listopad / grudzień

2017

SPORT

Długie życie w dobrej formie URODA

Salon Kosmetyczny Natali. 10 lat w 10 punktach ZAWÓD

Jakub i Maciej Kolankowie. Bracia wśród zwierząt BIZNES

Dyrektorzy Radisson Blu Resort. Tandem idealny NIERUCHOMOŚCI

Jak w (Use)domu...

8

LOKAL

Browar Miedziowy44. Piwo z serca MODA

Mała elegancja KARNAWAŁ

GoDan. W sześć tygodni do uśmiechu RZEMIOSŁO

Zrobić sobie mydło... OPOWIADANIE

Tomasz Piórski. Miejsce przy stole MIEJSCA

16

Prowansalskie Klimaty. Kasia otwiera komodę MIASTO

To był rok! Kolędowanie i rzeźbienie w lodzie KSIĄŻKA

Jan Dulka. Ruszyć jak najwcześniej, dojść jak najdalej WYDARZENIA

Wiersz jak kromka chleba WSPOMNIENIA

Nie rozwieje się... Mistrzyni tolerancji

20

KULTURA

Rekomendacje SZLAK KULINARNY

Restauracja Dune. Nieopodal wydm KULINARIA

Korzenne przyprawy i zapach pomarańczy DIETA

Życzenia nietypowe NATURA

Kuna. Mistrzyni wspinaczki STARE ŚWINOUJŚCIE

Wigilia nad Świną 1945 roku

54 MAGAZYN

5


Nie dajmy sobie

ukraść i okraść

świąt

Choinka w każdym sklepie, świąteczne ozdoby na wystawach, regałach, półkach. Wszędzie bombki i łańcuchy. Z głośników płyną dźwięki kolęd i przebojów od zawsze kojarzących się ze świętami. W powietrzu sączą się sztuczne, rozpylane dyskretnie, zapachy świątecznych potraw i wypieków lub lasu iglastego. TEKST MAREK KOLENDA ILUSTRACJA KAROLINA MARKIEWICZ

N

a każdym kroku jesteśmy kuszeni i odpowiednio „świątecznie nastrajani” widokiem pięknie zapakowanych pudełek z kokardami, świecących atrap prezentów, waty udającej śnieg, kolorowych, mrugających radośnie lampek, szczerzących się bałwanków i odzianych na czerwono grubasków z białą brodą. Obsługa sklepowa uśmiecha się do nas spod czapek Mikołaja, renifera lub elfa. Co najgorsze, to „bożonarodzeniowe” szaleństwo zaczyna się już w listopadzie. Z gazet i magazynów wysypują się dodatki, foldery i katalogi „prezentów idealnych”: dla niej, dla niego, dla dziecka, dla dziadków. W internecie, radiu i telewizji atakują nasze oczy, uszy, mózgi świąteczne reklamy gadżetów i przedmiotów, dóbr i wyrobów, sprzętów i rzeczy, które „musimy mieć”, których „pragną nasi bliscy”. I nikogo nie zastanawia, jak niewiele mają one wspólnego z prawdziwym sensem i ideą świąt.

6

MAGAZYN

Nie oszukujmy się, wszelkie sztuczki, triki i zabiegi handlowców, wypróbowane i przećwiczone latami na żywym organizmie konsumenckiej masy, skłonić nas mają do świątecznych zakupów. Wkręcić w klimat bezmyślnego i nieskrępowanego granicami rozsądku szastania pieniędzmi. A właściwie wpędzić w konsumencki szał wydawania ciężko zarobionych pieniędzy, pożyczonych pieniędzy, odłożonych pieniędzy, pieniędzy z kart kredytowych lub świątecznych „chwilówek”. Bo przecież o pieniądze właśnie w tym wszystkim chodzi. Wszystkie te „cuda” objęte są świąteczną promocją i wypuszczone na rynek w limitowanej i specjalnej „świątecznej edycji”. W ten sposób można klientowi wcisnąć kolejny raz ten sam towar lub towar, który zalega w magazynach. Najlepszym tego przykładem jest Boxing Day. W dawnych latach dzień, w którym zaraz po świętach, ale wciąż w ich duchu, bogaci obdarowywali biednych. W dzisiejszych czasach długo wycze-

kiwany dzień wyprzedaży i promocji, podczas którego dochodzi do scen iście dantejskich. Wchłonęliśmy Walentynki, powoli absorbujemy Halloween. Czy także w temacie Bożego Narodzenia zmierzamy nieuchronnie w stronę modelu zachodniego, gdzie czas wolny w grudniu nazywany jest po prostu Holiday? Gdzie o świętach mało kto wspomina, bo poza ich zewnętrzną, atrakcyjną i błyszczącą powłoką, przyciągającą klientów do sklepów, salonów i galerii handlowych, w środku pozostaje niewiele? A może już jest pusto? W krajach zachodnich poprawność polityczna wymusza unikanie określeń związanych z religią, a główną postacią Bożego Narodzenia nie jest już często Jezus Chrystus, ale Święty Mikołaj. A konkretnie ta jego wersja, którą znamy z reklamy pewnego napoju gazowanego. Czy tak będzie i u nas? Warto się nad tym zastanowić podczas przedświątecznego galopu po sklepach. Pędu za jeszcze droższymi i liczniejszymi niż w zeszłym roku prezentami.


WYSPY ŚWIĄTECZNE

felieton

Bądźmy w ten czas mamą i tatą, dziadkiem i babcią, rodziną, przyjaciółmi. Nie konsumentami, klientami i materialistami. Nie dajmy sobie ukraść świąt, niech zawsze będą świętami Bożego Narodzenia. Nie urlopem czy feriami i wstępem do Boxing Day, który poprzedza dwumiesięczne nakręcanie klientów, rozkręcanie koniunktury i wykręcanie rekordów sprzedaży. A przede wszystkim, nie dajmy sobie okraść świąt z ich prawdziwego znaczenia. Niech dla ludzi wierzących będą zawsze chrześcijańskimi i katolickimi Świętami Bożego Narodzenia, podczas których świętujemy urodziny Jezusa Chrystusa. A dla niewierzących, świętem miłości, pokoju, radości i przede wszystkim czasu dla rodziny oraz bliskich. I tego właśnie życzę wszystkim Wyspiarzom. PS Druga część felietonu „Wyspiarski bakcyl twórczy” w kolejnym numerze.

MAGAZYN

7


8

MAGAZYN


MOTYWACJA I DZIAŁANIE

nasza okładka

Zawsze chodzi

o progres Motywują i działają – z ogromną satysfakcją i niejednym sukcesem na koncie – już od pięciu lat i wcale nie zamierzają przestawać.

Karolina Flacht i Bartosz Ślaski z Fundacji Motywacja i Działanie

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

MAGAZYN

9


Urodziny, zwłaszcza okrągłe, są zazwyczaj dobrym przyczynkiem do wspomnień. Jesteście nierozłączni i w życiu, i w pracy – czy to wspólna pasja i zainteresowania was połączyły, czy raczej odkrywaliście tę waszą „drogę społecznika” razem? Bartosz Ślaski: Zdecydowanie to drugie. Gdy poznawaliśmy się te kilkanaście lat temu, zajmowaliśmy się zupełnie innymi rzeczami. Karolina Flacht: Bo byliśmy wtedy w liceum (śmiech). B.Ś.: Co ciekawe, Karolina kończyła liceum ekonomiczne, a ja jestem z zawodu ekonomistą. To nas łączyło – ekonomia (śmiech).

10

MAGAZYN

Czyli jednak wspólne zainteresowania, choć różne od tych, z których was znamy dzisiaj. Młodzi ekonomiści. K.F.: Coś w tym jest, ale ważna była również muzyka. W czasie studiów same studia były na trochę dalszym planie, gdyż na pierwszym była muzyka – Bartosz grał w rodzimym, świnoujskim zespole; był gitarzystą i tworzył muzykę.

Nazwa zespołu? B.Ś.: Tenebrosus. K.F.: Przedstawiciele świnoujskiej sceny blackmetalowej. Był to czas, kiedy bardzo dużo koncertował w Polsce, a ja z nim jeździłam.

Od samego początku interesowało nas przede wszystkim leczenie, ale również mieliśmy zawsze sporo pomysłów obywatelskich


FUNDACJA MOTYWACJA I DZIAŁANIE

Jako menedżer? B.Ś.: Nie. Bardziej jako socjolog. K.F.: Zgadza się. Potem napisałam pracę licencjacką na temat subkultury blackmetalowej.

I życia w trasie. K.F.: Można tak powiedzieć. Uwielbiałam z nimi jeździć i miałam dzięki temu dużo materiału do analizy (śmiech). Byłam obserwatorem wszystkich zdarzeń, ludzi, emocji. Tak upłynęły właściwie całe nasze studia. W dużej mierze ten czas nas ukształtował. Już na piątym roku studiów wiedziałam, czym chcę się zajmować – pomagać osobom uzależnionym.

Życie rockandrollowca obrosło w legendy. I niemal zawsze gdzieś w tle pojawiają się używki. K.F.: To prawda, choć z drugiej strony to pewien stereotyp, który często nie ma z prawdą nic wspólnego. Jednocześnie muszę przyznać, że rzeczywiście miałam okazję nie raz obserwować, jak wielu fantastycznych ludzi i świetnych muzyków zatracało się w używkach.

U Karoliny był to piąty rok studiów, a u ciebie, Bartosz? Kiedy postanowiłeś pójść w tym kierunku i zamieniłeś ekonomię na terapie uzależnień? B.Ś.: To był 2012 rok, wtedy założyliśmy Fundację Motywacja i Działanie. Wcześniej wspierałem Karolinę – która pracowała już w tym zawodzie od roku 2006 – w realizacji projektów. K.F.: Ten okres 2006-2012 był właściwie takim testem – badałam grunt, sprawdzałam, jak się odnajdziemy w tej przestrzeni, czy uda pogodzić się pasję z utrzymaniem się z tego. A zależało mi na tym, żeby się nie rozdrabniać, żeby móc poświęcić się pracy pomocowej w 100 procentach. Gdy ugruntowało się nasze przekonanie o tym, że to możliwe i że to właśnie chcemy robić, usiedliśmy, przegadaliśmy temat wzdłuż i wszerz i postanowiliśmy działać w duecie.

Tak narodziła się fundacja. B.Ś.: Wtedy powstały dwa podmioty – leczniczy, czyli poradnia terapii uzależnień oraz fundacja. K.F.: Od samego początku interesowało nas przede wszystkim leczenie, ale również mieliśmy zawsze sporo pomysłów obywatelskich, które chcieliśmy realizować, stąd koncepcja rozdzielenia tych rzeczy. W ten sposób powstała Pracownia Motywacja i Działania oraz fundacja pod tą samą nazwą.

Jeden z flagowych projektów fundacji to Lokalne Centrum Wolontariatu. K.F.: Tak. Pracując w obszarze pomocowym, widzieliśmy, że pomaganie sprawia i nam, i innym dużo radości, daje satysfakcję. Ono nie wymaga szczególnych predyspozycji, trzeba po prostu chcieć, wyrazić gotowość zrobienia czegoś dobrego. Chcieliśmy szerzyć tę ideę, stąd pomysł stworzenia Lokalnego Centrum Wolontariatu. Dziś tą działką naszej aktywności zajmują się nasi „następcy”. Mamy to szczęście, że przez lata udało nam się zebrać dobry i zgrany zespół, dlatego możemy ze spokojem część zadań przekazywać innym – uważamy, że doskonale sobie z tym radzą i nasza obecność czy opieka są już mniej potrzebne.

Jak na początku waszej działalności ta szczytna idea wolontariatu odnajdywała się na świnoujskim gruncie? B.Ś.: Gdy organizowaliśmy młodzież do tego projektu, okazało się, że ten koncept cieszy się bardzo dużą popularnością – młodzi ludzie chcieli działać wolontariacko, ale dotąd nie mieli gdzie. Nasza inicjatywa pozwoliła im to robić w sposób profesjonalny.

Co to w praktyce oznacza? K.F.: Wolontariusz podpisuje porozu-

nasza okładka

Wolontariat wymaga dużej empatii i zaangażowania, gdyż to nie jest praca od… do… Czasami trzeba się naprawdę poświęcić, zorganizować, zapomnieć o innych rzeczach postaci wolontariatu ludzi przyzwyczajać. Uświadamiać ich, że należy to robić według pewnych zasad, standardów.

Pomagać trzeba umieć? Dobre chęci to za mało? B.Ś.: Coś w tym jest. A wraz z uruchomieniem Lokalnego Centrum Wolontariatu ruszył też pakiet szkoleń – zarówno dla samych wolontariuszy, jak i organizacji czy instytucji, które z pracy wolontariackiej korzystają.

Każdy nadaje się na wolontariusza? K.F.: Nie. Wolontariat wymaga dużej empatii i zaangażowania, gdyż to nie jest praca od… do… Czasami trzeba się naprawdę poświęcić, zorganizować, zapomnieć o innych rzeczach. Praca w tego typu organizacji bywa nieprzewidywalna i jest na przykład tak, że przez trzy dni się nic nie dzieje, a za chwilę już pełna mobilizacja, koncentracja i działanie. Nie można sobie odpuścić.

Żadnej partyzantki. K.F.: Dokładnie. Początkowo mu-

Powiedzieliście, że część zadań przekazaliście młodszym. Na czym wobec tego jesteście obecnie skoncentrowani? K.F.: Na pracy z pacjentami uzależ-

sieliśmy do tej sformalizowanej

nionymi. To nas obecnie pochłania.

mienie wolontariackie, jest ubezpieczony i tak dalej.

MAGAZYN

11


Bartosz zajmuje się głównie uzależnieniami alkoholowymi, ja natomiast narkotykowymi, a ostatnio również behawioralnymi.

Wszyscy od pewnego czasu mamy już świadomość tego, że uzależnić się można od niemal wszystkiego, jednak wydaje mi się, że na naszym gruncie terapia zachowań behawioralnych to wciąż swego rodzaju novum. K.F.: To prawda, w Polsce tak. Co jest obecnie największym zagrożeniem, jeśli chodzi o uzależnienia behawioralne? K.F.: Obserwuję, jak wiele osób – i nie mówię jedynie o młodzieży – wciągają różnego rodzaju gry, zwłaszcza takie, w których można kreować inne, alternatywne rzeczywistości. Ludzie znajdują tam to, czego im brak w tak zwanym realu, poczucie mocy, sprawczości.

To twoim zdaniem największa plaga? K.F.: Gry pochłaniają wiele czasu, tak zawłaszczają człowieka, że później brakuje czasu na prawdziwe życie, na najprostsze czynności.

Zarywanie nocy i tak dalej… K.F.: Nie tylko. Znam przypadki, że ludzie pod tym kątem szukają pracy – mało absorbującej, nie wymagającej jakichś większych aktywności. Po to, żeby w tym czasie można było sobie pograć.

Dramat. Czy oni wiedzą, że mają problem, że to niezdrowe? K.F.: Przyznam, że nie spotkałam się jeszcze z sytuacją, w której pacjent zgłasza się do mnie sam, ze świadomością, że przekroczył już pewną granicę i potrzebuje pomocy. Często towarzyszą temu inne uzależnienia, a problem z grami wychodzi przy okazji lub też – w przypadku młodych ludzi – przyprowadzają ich zaniepokojeni rodzice.

12

MAGAZYN

Gry pochłaniają wiele czasu, tak zawłaszczają człowieka, że później brakuje czasu na prawdziwe życie, na najprostsze czynności Fakt możliwości uzależnienia się od szeroko pojętych technologii – bo przecież nie chodzi tu wyłącznie o gry – nie jest jeszcze w świadomości ludzkiej tak oczywisty jak ten związany z używkami. K.F.: To prawda. Potrzeba jeszcze czasu na to, żeby ludzie zdali sobie

sprawę z tego, że zbyt długi czas upływający na graniu czy byciu on line może być miernikiem jakiego poważniejszego problemu.

Zostawmy uzależnienia i porozmawiajmy o innej niezwykle ważnej dla was rzeczy – o pojęciu społeczeństwa obywatelskiego. Czym ono dla was jest i jak próbujecie je budować? K.F.: Dla mnie jest to przede wszystkim aktywność obywateli i korzystanie przez nich z faktu, że posiadają głos, który się liczy – każdy powinien obserwować to, co się wokół niego dzieje i otwarcie wyrażać własną opinię o tym, brać udział w dyskusji. Zachęcam do tego wszystkich. Dlatego też ważnym doświadczeniem było dla mnie uczestniczenie w pracach Gminnej Rady Działalności Pożytku Publicznego, przez jakiś czas nawet jej przewodniczyłam. Tam między innymi obserwowałam, jak ważne jest wspólne działanie w tak istot-


FUNDACJA MOTYWACJA I DZIAŁANIE

nym obszarze, jakim jest trzeci sektor, czyli organizacje pozarządowe. B.Ś.: Wspomniałaś o aktywności ludzi, ich zaangażowaniu się w sprawy społeczne. Ja dodałbym tu jedno – ważne jest, żeby robili to świadomie i z wiedzą. Często istnieje w ludziach chęć uczestnictwa w tym, co się dzieje naokoło, ale nie jest ona poparta wiedzą, tylko emocjami, a z tego zazwyczaj nic nie wynika. Co najwyżej mnożą się stereotypy, pojawia się stygmatyzacja innych. Nic dobrego.

Macie – jako Motywacja i Działanie – na koncie wiele wydarzeń, inicjatyw, projektów. Jest coś, z czego jesteście szczególnie dumni? Coś, co uważacie za swoje największe osiągnięcie? K.F.: Trudne pytanie… B.Ś.: Rzeczywiście, jest tych projektów sporo, ale tak sobie myślę, że najbardziej dumny jestem wtedy, gdy patrzy się na naszą działalność całościowo, gdy otrzymujemy jakieś wyróżnienie za tak zwany całokształt (śmiech).

nasza okładka

w próżni, więc i nasi pracownicy, i my musimy mieć z czego żyć, potrzebny jest samochód, paliwo, siedziba i tak dalej. Cała sztuka polega na tym, żeby wszystkie podmioty, którymi zarządzamy, funkcjonowały na wysokim poziomie, co z kolei przekłada się na wysoki poziom realizowanych projektów. Musimy więc działać tak, żeby to wszystko dobrze się „spinało”. Musisz pamiętać o tym, że żaden – lub prawie żaden – projekt nie jest w 100 procentach dotowany. Musimy więc wypracować wkład własny.

celami społecznymi było przede wszystkim spełnienie warunku wspierania w zatrudnianiu osób z niepełnosprawnością, a także działanie na rzecz otoczenia i środowiska. Powstał więc bar wegański realizujący te cele – nasz najtrudniejszy projekt.

Jednym słowem, potrzebujecie pieniędzy po to, żeby robić to, co robicie. I temu służy zjawisko zwane ekonomią społeczną. K.F.: Jej zadaniem jest realizować

Duże wyzwanie. K.F.: Uwielbiamy takie (śmiech).

cele społeczne, co najlepiej widać na przykładzie EVKA Vegebar. Tutaj

Dlaczego? K.F.: Bo to gastronomia, a wcześniej nie mieliśmy z nią do czynienia. To również praca z osobami z niepełnosprawnością, co również nie należy do najprostszych.

A skąd wziął się pomysł na bar wegański? K.F.: Największą inspirację była tu Ewka – bar nosi zresztą jej imię.

Wyróżnień wam nie brakuje. Co chwilę gdzieś czytam, że Motywacja i Działanie otrzymali taką czy inną nagrodę. Brawo! K.F.: Dziękujemy bardzo. A wracając do twojego pytania, zgadzam się z Bartoszem. Nie wartościuję żadnego z naszych projektów – czy to z tej działki leczniczej, fundacji czy z ekonomii społecznej. Każdy jest tak samo ważny i w każdy wkładamy 100 procent energii i zaangażowania.

Wspomniałaś o ekonomii społecznej – to nośny ostatnio termin. Co to właściwie takiego? B.Ś.: To szerokie pojęcie, ale można to określić jako ekonomizowanie podmiotów pozarządowych. Choć naszym celem nadrzędnym nie był nigdy zysk, a praca na rzecz ludzi, jednak żeby to się rozwijało, żebyśmy mogli to robić efektywnie, ekonomicznie to się musi zazębiać. K.F.: Nie żyjemy i nie działamy

MAGAZYN

13


nasza okładka

FUNDACJA MOTYWACJA I DZIAŁANIE

Ewka od dawna już pracuje z nami i zawsze nas dokarmiała (śmiech). Gdy zaczęło szwankować jej zdrowie i nie mogła już wykonywać dotychczasowej biurowej pracy w fundacji, postanowiliśmy coś dla niej zrobić, podziękować za te wszystkie lata. Stąd EVKA Vegebar, bo piec czy gotować mogła i chciała.

A skąd się wzięła jego „wegańskość”? K.F.: Stąd, że my jemy bezmięsnie. Pomyśleliśmy więc, że zrobimy coś zgodnego ze swoją ideą.

Chwała wam za to, że pochyliliście się nad osobami z niepełnosprawnością i wyciągnęliście ich spod klosza, pod którym często się znajdują, nie zawsze na własne życzenie. Pokazaliście i im, im światu, że nie są bezużyteczne. K.F.: I jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi.

14

MAGAZYN

Projekt zakładał określone ramy czasowe. Co teraz zrobią osieroceni weganie? B.Ś.: Może nauczą się gotować?

doświadczania rozmaitych rzeczy, sprawdzania się, podejmowania wyzwań. Wciąż wytyczamy sobie mniejsze lub większe cele.

(śmiech) K.F.: Prawda jest taka, że cele i wskaźniki, jakie zakładał projekt, zrealizowaliśmy wcześniej niż planowaliśmy.

Jak choćby maratony. Oboje jesteście mocno usportowieni. B.Ś.: To prawda, na przykład ma-

Co to za wskaźniki? K.F.: Wskaźnik zatrudnienia osób z niepełnosprawnością, przystosowania ich do pracy, wypuszczenia ich na rynek pracy po opuszczeniu Vegebaru…

Teraz mała klamra – zacząłem od prywaty i na prywacie skończę. Wasza fundacja nazywa się Motywacja i Działanie. Co was, tak zupełnie prywatnie, motywuje do działania? B.Ś.: Znowu zadajesz trudne pytanie (śmiech)… Ale myślę, że to bardzo silnie w nas istniejąca chęć

ratony. K.F.: Ale i studia – od niedawna oboje studiujemy psychologię, co wzięło się z naszego wspólnego głodu wiedzy. B.Ś.: Chcemy podnosić sobie poprzeczkę. I prywatnie, i zawodowo. Po przebiegnięciu maratonu mam już ochotę na ultramaraton… Zawsze chodzi o progres.

Fundacja Motywacja i Działanie Lokalne Centrum Wolontariatu

ul. Armii Krajowej 11/2, Świnoujście


Długie życie

w dobrej formie Co za dużo, to niezdrowo. Co za mało – również. Jak więc będzie „zdrowo”? Rozmawiamy z trenerką Sylwią Korcz. O FORMIE i formie. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Wymarzyłaś sobie FORMĘ jako przestrzeń, w której ludzie pracują nad swoją życiową – nomen omen – formą. Czym ona jest dla ciebie, jak ją definiujesz? Dla mnie to synonim jakości życia. Dbając o formę, podnosimy jakość naszego życia. Możemy cieszyć się nim przez długie lata. To niezwykle ważne, żeby móc przeżyć je możliwie jak najlepiej, najpełniej.

Już medycyna pozwala nam wydłużyć życie. To prawda, jednak nic – żadne leki – nie zastąpią nam sprawności fizycznej. To podstawa, a obserwuję dziś, że często szukamy szybkich rozwiązań, idziemy na skróty… Chcę więc pokazać, że można w prosty, przyjemny, a przede wszystkim rozsądny sposób zafundować sobie „długowieczność” w zdrowiu i dobrej kondycji. Wymaga to od nas jedynie systematyczności i samodyscypliny.

Systematyczność i samodyscyplina… Z tym bywa trudno. Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego

16

MAGAZYN


FORMA STUDIO FITNESS

chciałabym – marzę o tym! – żeby aktywność fizyczna stała się dla nas tak oczywista jak mycie zębów czy poranny prysznic.

Wspomniałaś wcześniej o rozsądku. Dlaczego to takie istotne? Każda forma aktywności jest dobra pod warunkiem, że robimy coś z głową. Nie można przesadzić w żadną ze stron. Skrajności nie sprzyjają zdrowiu. A to powinien być priorytet i główny cel dążenia do dobrej formy.

Czyli można robić niewiele lub wręcz nic, ale można także przesadzić? Tak. Widzę wiele osób dookoła siebie, które tracą zdrowie, gdyż zbyt intensywnie uprawiają sport. „Robią formę” pod start w zawodach, na lato, pod jakąś okazję – doraźnie – nie myśląc przy tym o długoletnich korzyściach. Ważne jest jedynie „tu i teraz”, a to prosta droga do kontuzji czy uszczerbków na zdrowiu.

Postawiłaś więc sobie za cel uświadomić ludziom, jak podchodzić do zagadnień związanych ze sportem, ćwiczeniami, aktywnością fizyczną. Rzeczywiście, chciałabym, żeby trenujący mieli większą świadomość tego, w jaki sposób dbać o ciało; żeby umieli go słuchać, potrafili rozpoznawać niepokojące sygnały i nie odwlekając w czasie, je niwelować. Chciałabym, żeby nauczyli się, jak prawidłowo funkcjonować na co dzień, nie pogłębiając patologii ruchu.

A co z tymi, nazwijmy ich „mniej ruchliwymi”? To ta druga strona medalu – obserwuję także osoby, które dopiero co „wstały z kanapy”. I chwała im za to, że chcą zacząć pracę nad sobą i chcą być sprawni ruchowo! I określam to specjalnie w ten sposób, ponieważ ważne jest, żeby nauczyli się na nowo poruszać, wykonywać prawidłowo technicznie ćwicze-

sport

nia. Nie ma nic gorszego niż rzucić się jak szaleni na ścieżki biegowe czy intensywne zajęcia fitness bez uprzedniej adaptacji organizmu. Jedyne, co wówczas robimy, to pogłębiamy nasze dysfunkcje.

Można stwierdzić, że FORMA to dla ciebie wręcz misja… Chyba tak (śmiech). Chciałabym słyszeć mniej o towarzyszącym na co dzień bólu, a widzieć więcej osób z prawidłową postawą ciała. To takie moje małe – a jednocześnie wielkie – marzenie. Mam nadzieję, że właśnie dzięki FORMIE uda mi się je spełnić. Kładę tu duży nacisk na uświadomienie ludziom, że najważniejsza w tym wszystkim jest równowaga. Powtórzę się, ale to bardzo istotne – skrajności nie kończą się happy endem. I mam na myśli teraz nie tylko zaleganie na kanapie, palenie papierosów i obżeranie się przetworzonym jedzeniem, ale i obsesyjne, wyczerpujące organizm treningi w połączeniu z wyniszczającymi dietami, bez czasu na regenerację czy odpowiednią ilość snu. Gdy równowaga jest zachwiana, prędzej czy później odbije się to na naszym zdrowiu. I o tym mówię głośno w FORMIE.

Robisz w FORMIE dużo więcej. W każdej godzinie treningu na sali skupiam się na tym, żeby pracować nad wszystkimi segmentami ciała. Niektóre potrzebują mobilności, inne przeciwnie – stabilności, a jeszcze inne i tego, i tego. Jeśli jeden z segmentów ciała nie jest odpowiednio stabilny czy mobilny, ciało sobie te braki kompensuje. Większość osób nie zdaje sobie sprawy, że ból, który się pojawił, najczęściej nie jest skutkiem jakiegoś konkretnego wydarzenia, ale wynikiem długotrwałego przeciążenia. Na zajęciach Zdrowego Kręgosłupa skupiam się przede wszystkim na prewencji, na minimalizowaniu bólu oraz na utrwalaniu prawidłowych wzorców ruchowych.

Widzisz efekty swoich działań? Tak! I czasami aż skaczę z radości, gdy obserwuję dzielnie pracującą nad niełatwą sekwencją grupę. Widzę, ile wysiłku ich to kosztuje i jak są z siebie zadowoleni, gdy uda im się prawidłowo wykonać zadane ćwiczenie. Nakręca mnie to ogromnie. Kąciki ust idą momentalnie w górę. I wtedy czuję, że FORMA to miejsce dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłam. Miejsce, w którym dbamy o siebie całościowo – gdzie aktywność fizyczna sprzyja poprawie zdrowia i pogodzie ducha. Wychodzimy stąd w podskokach, ze świadomością, że robimy coś dobrego dla siebie. W przyjemny sposób spędzamy czas, ładując się energią na cały dzień. To dla mnie wielka duma i wielka radość.

FORMA Studio Fitness Świnoujście West Baltic Wellness & SPA ul. Żeromskiego 22, Świnoujście +48 782 486 947 www.formastudiofitness.com

MAGAZYN

17


10 lat 10 w

punktach

Salon Kosmetyczny Natali jest obecny na rynku już od dekady. To kawał czasu, podczas którego wiele się wydarzyło. To także pretekst do podsumowań. Z czym się kojarzy Natali? ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

1

Uroda. Wbrew obiegowym opiniom uroda towarzyszy nam przez całe życie, nie tylko w czasach młodości. Należy jedynie nie dopuszczać do zaniedbań i systematycznie pracować nad jej wydobywaniem i podkreślaniem. A na tym akurat znamy się najlepiej. Dobrze wiemy, że piękne ciało służy pięknej duszy i tym mottem wspieramy od lat naszych klientów.

2 Zadowolenie. Mamy wiele obowiązków względem swojego ciała, a systematyczne wywiązywanie się z nich owocuje nie tylko satysfakcją, ale i sporą dawką siły i optymizmu. Od dekady z radością podglądamy naszych klientów, kiedy po zabiegu nieśmiało zerkają w lustro, aby za moment wydać werdykt zadowolenia. A potem zazwyczaj wracają po kolejną, drobną dawkę przyjemności.

3 Profesjonalizm. Zawodowy profesjonalizm to nasz cel osobisty. Pracujemy z ciałem, materią nader niełatwą, a błędy w sztuce widoczne są zrazu. A ich uniknąć chcemy za wszelką cenę. Dlatego uczymy się i praktykujemy. Nauka, szkolenia, podglądanie mistrzów – to definiuje nasz status zawodowy. Z satysfakcją zerkamy na dyplomy i certyfikaty świadczące o wysokich kwalifikacjach naszej kadry.

18

MAGAZYN

4 Doświadczenie. Nasz 10-letni jubileusz to dobra okazja, aby podsumować nas samych, ocenić poziom świadczonych przez nas usług, wyznaczyć kolejne kierunki rozwoju firmy. W samoocenie świetnie pomagacie nam Wy, drodzy Klienci. Wielu z was jest z nami od lat. Wystawiacie nam noty, na bieżąco wyrażacie swoje opinie, podpowiadacie, czego potrzebujecie. A my się temu uważnie przysłuchujemy.

5 Nowości. Nowości kochamy, bo to cudowny walor naszej branży. Nie będzie przesadą stwierdzenie,

że postępy w dziedzinie kosmetologii od pewnego czasu prześcigają badania kosmiczne. Dlatego stale się szkolimy, uczymy od najlepszych, nieustannie aktualizując i poszerzając naszą ofertę. A już w styczniu w naszym salonie pojawią się kolejne nowości.

6 Kosmetyki. To niezwykle ważny element naszej pracy. Mamy świadomość, że potrafią one działać cuda, ale wiemy także, jak istotna jest w tej materii jakość. Dlatego dokładamy wszelkich starań, żeby zawsze być na bieżąco. Bacznie obserwujemy, co w kosmetycznej branży piszczy i wybieramy z tego to, co dla Was najlepsze.


DEKADA Z NATALI

uroda

9 Personel. Dobra, wykwalifikowana

7

8

Klienci. Nie da się ukryć, że bez

Zabiegi. Przychodzicie do nas po

Was nas nie ma… To Wy – Panie i (a jakże!) Panowie – dajecie nam cel do wszelkich działań; motywujecie nas do bycia wciąż lepszymi; jesteście źródłem naszej satysfakcji, dumy i radości. Wasza wieloletnia obecność przy nas to dowód na to, że znajdujemy się we właściwym miejscu. I za to Wam bardzo dziękujemy!

zastrzyk piękna poparty profesjonalną wiedzą i umiejętnościami. Odpowiadamy na te potrzeby ochoczo, proponując szeroki wachlarz usług, od pielęgnacji dłoni do medycyny estetycznej. A już wkrótce do znanych już Wam zabiegów – jak oxybrazja, mezoterapia czy fotoodmładzanie – dołączą innowacyjne metody Plasmage oraz ThermaVain.

załoga to przynajmniej połowa sukcesu. Od samego początku na czele Natali stoi dyplomowana kosmetyczka, zawsze uśmiechnięta Wioletta Zakrzewska. Wspiera ją chirurg Magdalena Janeczek, specjalistka od zadań specjalnych. Panie są filarem salonu, w którym już wkrótce ujrzymy nowe twarze.

10 Sukcesy. Jeśli przyjąć, że miarą sukcesu jest „widoczność”, to rzeczywiście – widać nas gdzieniegdzie. Byliśmy w „Głosie Szczecińskim”, bywamy w „Wyspach”. Zdarzył nam się nawet program telewizyjny Ostre cięcie, gdzie charakteryzowaliśmy uczestników. Jednak największym naszym sukcesem jesteście… Wy, Wasze zaufanie i zadowolenie.

Salon Kosmetyczny Natali

Wyb. Władysława IV 26, Świnoujście Telefon +48 600 655 006

www.salon-natali.com.pl

MAGAZYN

19


JAKUB I MACIEJ KOLANKOWIE

Bracia wśród zwierząt Fakt, że są braćmi, nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz ułatwia im wspólną pracę, co zadaje kłam pewnemu popularnemu powiedzeniu. Rozmawiamy z Jakubem i Maciejem Kolankami. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA BARTEK WUTKE

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Wasz przykład pokazuje, że nie tylko. Od wielu lat wykonujecie ten sam zawód, razem pracujecie i to się sprawdza. Jakub Kolanek: Fakt (śmiech), a tak formalnie to trwa już od piętnastu lat. Maciej Kolanek: W 2001 roku skoń-

20

MAGAZYN

czyliśmy studia, zrobiliśmy staże we Wrocławiu i wróciliśmy tutaj, zakładając swoje działalności. Przy czym wtedy pracowaliśmy jeszcze dodatkowo w Inspekcji Weterynaryjnej.

Łatwo się pracuje z bratem? J.K.: Wydaje mi się, że zdecydowanie łatwiej. Tym bardziej że zanim pojawiła się wspólna praca, były wspólne studia – studiowaliśmy razem, mieszkaliśmy nawet w jednym pokoju. Tak więc czas próby mieli-

śmy już na studiach, zdążyliśmy się dotrzeć.

Co stoi za tym zbieżnym u was obu wyborem? Podejrzewam, że może to być fakt, że wasi rodzice są lekarzami, może dom pełen zwierząt, piękna, świnoujska natura… J.K.: W zasadzie wszystko po trochu. Rodzice rzeczywiście są lekarzami, ale „ludzkimi” (śmiech), a taki bliski kontakt ze zwierzętami i naturą zapoczątkował już dziadek – przez


WETERYNARZ

zawód

wiele lat był leśniczym, a potem nadleśniczym na Mazurach. Zamiłowanie do zwierząt było u rodziców bardzo duże, szczególnie u ojca, a my jako dzieci mogliśmy z tego czerpać. M.K.: W domu zawsze było jakieś zwierzę – pies, chomik czy inne. J.K.: Także nasz sposób spędzania wolnego czasu czy pozaszkolne hobby zawsze związane były z przyrodą.

Od początku wiedzieliście, że to będzie weterynaria? J.K.: Jako starszy z braci pierwszy musiałem dokonać wyboru – co po liceum. Już w ostatniej klasie solidnie przygotowywałem się do egzaminów do Pomorskiej Akademii Medycznej, myśląc bardziej o ludzkiej medycynie. Dopiero z czasem stwierdziłem, że bliżej mi jednak do weterynarii, tak mi podpowiadało serce. Decyzja zapadła. Dostałem się do ówczesnej Akademii Rolniczej we Wrocławiu, na Wydział Medycyny Weterynaryjnej. Tak się złożyło, że na pierwszym roku wziąłem urlop dziekański… M.K.: Czyli postanowił na mnie poczekać (śmiech).

I w ten sposób spotkaliście się na jednym roku, jednym kierunku i w jednym pokoju studenckim. J.K.: Ja przetarłem szlaki i uznałem, że to jest to, a brat do mnie dołączył. M.K.: Zrobiłem to świadomie (śmiech), wiedziałem, że chcę się tym zajmować. Poza tym, Wrocław to wspaniałe miasto, także do studiowania. Do tej pory jeżdżę tam kilka razy w roku.

Nie kusiło, żeby tam pozostać? M.K.: Pewnie, że kusiło. Ale jednocześnie mieliśmy świadomość, że wszędzie tam, gdzie znajdują się uczelnie wyższe, tam jest większa konkurencja. Pracując we Wrocławiu na stażach – brat w Klinice Chirurgii przy uczelni, a ja w lecznicy prywatnej – mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby przekonać się, jakie tam są możliwości. Owszem, mogliśmy tam

Pani Joanna z Nygusem

Zwierzęta są trochę takim papierkiem lakmusowym chorób ludzi pracować, ale u kogoś. My woleliśmy pracować u siebie (śmiech).

Zresztą Wrocław nie ma morza i takiej fenomenalnej przyrody. J.K.: Ma za to inne atuty (śmiech), ale rzeczywiście – jest w nas jakiś lokalny patriotyzm i kochamy to miasto. To miasto marzeń. Nie bez znaczenia jest też fakt, że w tamtym czasie liczba lecznic weterynaryjnych w Świnoujściu nie była zbyt duża. To ułatwiało start.

Dziś mamy tutaj kilka lecznic dla zwierząt. J.K.: Tak, rynek się podzielił bardzo rozsądnie i uważam, że nie jest nas ani za dużo, ani za mało. Oczywiście zdarza się, że pacjenci narzekają na ograniczoną dostępność lekarzy, szczególnie w nocy czy dni świąteczne. My pracujemy przez siedem dni w tygodniu, jednak nie są to usługi

całodobowe. A o takich oczekiwaniach słyszymy coraz częściej. Byłoby to jednak bardzo trudne, gdyż nasza praca bywa wyczerpująca nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Wiąże się z ogromną odpowiedzialnością, a czasami czujemy się wręcz jak lekarze pediatrzy. Ludzie nie przychodzą ze zwierzaczkiem, ale ze swoim dzieckiem. Presja jest duża.

Rozumiem doskonale. Mam psa i to moje ukochane, „pierworodne” dziecko. Wystarczy, że zbyt często mruży oczy, sprawia wrażenie smutnego lub zjada mniej niż mi się wydaje, że powinien – i już mam ochotę dzwonić po pomoc J.K.: To częsta „przypadłość” opiekunów (śmiech). A my, mimo starań, nie zawsze i nie wszystko możemy. M.K.: W takim mieście jak Świnoujście trzeba jakoś się zunifikować – z samym miastem, z jego wielkością, z ilością pacjentów i tak dalej. Duże miasta z większą liczbą potencjalnych pacjentów mają większą możliwość zróżnicowania poziomu usług – są wielkie lecznice ze sprzętem diagnostycznym i dużą kadrą, a co za tym idzie z odpowiednio wysokimi cenami, oraz te mniejsze. Możliwości w małym mieście są

MAGAZYN

21


bardziej ograniczone. I sprzętowe, i czasowe. Sprzęt jest horrendalnie drogi, a doba ma tylko 24 godziny. I tak robimy wszystko, żeby obsłużyć jak największą liczbę zwierzaków. J.K.: Mamy bardzo dobre, koleżeńskie relacje z dużymi klinikami w Szczecinie, współpracujemy z nimi i pacjenci zawsze są informowani o tym, jeśli pewnych rzeczy nie jesteśmy w tym momencie w stanie wykonać na miejscu. Nie uważamy, że sami wszystko wiemy najlepiej. M.K.: Podobnie zresztą wygląda sytuacja w przypadku medycyny ludzkiej. Nie zawsze da się wszystko zrobić w jednym miejscu. Generalnie jednak cała „interna”, chirurgia miękka, dermatologia, stomatologia, dietetyka, rozród zwierząt – to wszystko wykonujemy tutaj. Wykonujemy badania laboratoryjne krwi i USG jamy brzusznej. Prowadzimy też usługi czipowania i wyrabiania paszportów dla zwierząt.

Obok kliniki macie też sklep zoologiczny. To dla pacjenta bardzo wygodne. M.K.: Wygodne, ale i niezwykle istotne – daje możliwość połączenia terapii z dietetyką, która jest bardzo niedoceniana. A spotykamy dziś wiele alergii pokarmowych czy skórnych u zwierząt. Możemy zastosować na to odpowiednie diety. Stosujemy też specjalistyczne diety weterynaryjne do leczenia chorób nerek, wątroby, trzustki, a także cukrzycy, otyłości czy stresu. Dostępność na miejscu wszystkiego, co zaleca lekarz, jest na pewno dużym plusem.

Co jakiś czas słyszmy taką popularną formułkę – „choroba XXI wieku”. U człowieka wymienia się tu raz depresję, innym razem otyłość czy cukrzycę. To się zmienia. Czy zwierzęta również mają swoje „choroby XXI wieku”? J.K.: Oczywiście. M.K.: Zwierzęta są trochę takim papierkiem lakmusowym chorób ludzi. Wymieniłbym tutaj alergie i nowotwory – częste choroby zwierzęce.

22

MAGAZYN

MACIEJ KOLANEK

Zwierzęta mają ogromną potrzebę ruchu. Jeśli ta potrzeba jest zaspokojona, wiele przypadłości i chorób można wyeliminować J.K.: Ale także otyłość. Te trzy występują najczęściej. Często opiekunowie zwierząt są zadziwieni tym, jak blisko nam do naszych pupili, jak podobnie działają nasze organizmy. Zawsze zwracam uwagę na jedną rzecz – zwierzęta mają ogromną potrzebę ruchu. Jeśli ta potrzeba jest zaspokojona, wiele przypadłości i chorób – które w późniejszym wieku decydują o długości życia naszego zwierzaka – można wyeliminować.

Jak u człowieka. J.K.: Otóż to. Niestety opiekunowie często bagatelizują tę potrzebę. M.K.: Zwróciłbym też uwagę na stabilność emocjonalną zwierzęcia, szczególnie młodego. Jeśli wśród domowników panuje spokój, emocjonalna równowaga, jasno określone

zasady – rzadziej pojawiają się wtedy problemy behawioralne, zwierzak dobrze i zdrowo się rozwija.

Nie da się ukryć, że za problemami zwierzęcia zazwyczaj stoi człowiek… M.K.: Niestety, to prawda. Dlatego tak ważne jest to, żeby ludzie – zanim zdecydują się na psa czy inne zwierzę – poczytali sobie na ten temat, żeby zaopatrzyli się w wiedzę konieczną do prawidłowego wychowania czy rozwoju pupila. Mam też wrażenie, że czasami opiekunowie niezbyt uważnie słuchają tego, co do nich mówimy, niekiedy też brakuje im cierpliwości do tego, żeby postępować zgodnie z naszymi zaleceniami. Dotyczy to zarówno krótkotrwałych terapii, jak i takich, które wymagają znacznie dłuższego czasu. J.K.: A czasami nawet trwają całe życie zwierzęcia. M.K.: Miałbym więc takie życzenie: więcej cierpliwości i zaufania, a efekty naszej pracy będą dużo lepsze.

Jakie zwierzęta najczęściej was odwiedzają? Stawiam na psy, gdyż Świnoujście to bardzo „psie miasto”. J.K.: Masz rację, psiaki zdecydowanie przeważają, ale mamy też koty i wszystkie inne drobne zwierzątka – małe gryzonie, króliki, zwierzęta egzotyczne, ptaki… Zajmujemy się


WETERYNARZ

także końmi, ze względu na fakt, że dorożki to jedna z turystycznych atrakcji miasta.

Co jakiś czas media donoszą o złej sytuacji tych koni… J.K.: Na szczęście dziś to już raczej incydenty niż norma, choć rzeczywiście, gdy jeszcze pracowaliśmy w Inspekcji Weterynaryjnej to był poważny problem.

Wyłączając te przykre przypadki, śmiało można stwierdzić, że Świnoujście to miasto przyjazne zwierzętom. J.K.: Zdecydowanie. Spora w tym zasługa Urzędu Miasta – od dziesięciu lat finansuje czipowanie zwierząt, co przeciwdziała ich bezdomności. Mocno angażuje się także w leczenie bezdomnych kotów, utrzymuje schronisko, wspiera sterylizację kotów i psów. Doceniamy to, że ludzie zarządzający miastem mają odpo-

Doceniamy to, że ludzie zarządzający miastem mają odpowiednią świadomość i że ich działania idą we właściwym kierunku wiednią świadomość i że ich działania idą we właściwym kierunku.

Zakładam, że prywatnie posiadacie zwierzęta. Pochwalicie się nimi? J.K.: Jasne. M.K.: Ja mam kota Behemota. Zgrabny rym wyszedł. M.K.: Faktycznie (śmiech). Mały

zawód

czort z niego. Ma jedenaście lat i jest wspaniały. J.K.: Ja swego czasu miałem sporo zwierzaków, w tym hodowlę zwierząt terrarystycznych – egzotyczne pająki, węże… Były też koty rasy devon rex. Obecnie mam psa rasy manchester terrier. Pochodzi z Niemiec i na imię ma Ajana. Jest młodą, energiczną suczką, prowokującą mnie do aktywnej formy spędzania wolnego czasu, na czym wspólnie korzystamy (śmiech).

Z pewnością. Dziękuję wam za rozmowę. Dziękujemy.

Przychodnia weterynaryjna ul. Warszawska 29, Świnoujście

lek. wet. Jakub Kolanek lek. wet. Maciej Kolanek

REKLAMA


biznes

DYREKTORZY RADISSON BLU RESORT

TOMASZ MAJSZYK

Tandem idealny

Wielkie przedsięwzięcia to wielkie wyzwania, a zatem wymagają sprawnego zarządzania. Oni rozumieją się bez słów i doskonale uzupełniają doświadczeniem i kompetencjami. Poznajmy dyrektorów Radisson Blu Resort. Tomasz Majszyk jako dyrektor generalny zarządza całym hotelem, co w liczbach przekłada się na 340 pokoi oraz 320 pracowników. Jak sam przyznaje – To największy obiekt, w jakim do tej pory pracowałem. Wydawało mi się, że wiem, czego się spodziewać, ale rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. To miejsce o niebywałym potencjale. Tomasz Majszyk z pewnością wie, jak ten potencjał wykorzystać, gdyż pracę w hotelarstwie zna od podstaw. Pierwsze kroki stawiał w recepcji, najpierw w amerykańskich hotelach sieci Starwood, a następnie pełnił funkcję dyrektora w kilku obiektach marki Radisson Blu. Po powrocie do Polski związał się z Accor, po czym kierował butikowym hotelem. Edukację zdobywał za granicą: na Oxfordzie oraz Rochester Institute of Technology w USA. Biegle posługuje się językiem angielskim i rosyjskim,

24

MAGAZYN

a także dobrze włada ukraińskim i hiszpańskim. Po pracy poznaje uroki Polski, podróżując na dwóch kołach lub zajmuje się… artystyczną obróbką drewna. Zastępcą dyrektora jest Maciej Łobejko, który w swoich działaniach koncentruje się na procesach operacyjnych oraz podnoszeniu MACIEJ ŁOBEJKO

jakości świadczonych usług. – Miałem już okazję pracować w większych hotelach niż nasz, ale co innego jest pracować, a co innego taki hotel otwierać i nim zarządzać – przyznaje. Prowadzi szkolenia brandowe i z obsługi gości. Jego pasją jest wszystko, co związane z gastronomią, co wykorzystuje w pracy w Radisson Blu Resort. Miał okazję poznać zawód hotelarza od podszewki jako trainee manager. Potem piął się po szczeblach kariery w gastronomii – najpierw jako manager baru w warszawskim Sheratonie, a następnie jako dyrektor F&B w Grand Hotel Kraków. Naturalną koleją rzeczy było piastowanie funkcji dyrektora w wysokiej klasy hotelach. Kształcił się w RPA, gdzie ukończył studia wyższe z hotel management. Komunikuje się swobodnie w językach: angielskim, rosyjskim oraz afrykanerskim. Wolne chwile dzieli między rodzinę i swoje sportowe pasje – rugby oraz krykiet. Interesuje się również kulinariami i enologią. Mimo wielu lat spędzonych w jednej branży, Tomasz Majszyk i Maciej Łobejko nigdy wcześniej się nie spotkali. Połączył ich dopiero świnoujski Radisson Blu Resort. Zaiskrzyło i szybko stworzyli idealny, doskonale działający tandem dyrektorski – to już połowa sukcesu. A na sukces, można być tego pewnym, hotel jest po prostu skazany, choć obaj mają świadomość tego, że wiele jeszcze pracy i wyzwań przed nimi. Powodzenia!


Jak w (Use)domu… TEKST MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

26

MAGAZYN


USEDOMU NIERUCHOMOŚCI

nieruchomości

Doświadczenie zdobywali na bardzo wymagającym rynku niemieckim, a od kilku miesięcy obecni są również w Świnoujściu. Specjaliści od nieruchomości. Entuzjaści wielkich przedsięwzięć, ale i te mniejsze wychodzą im znakomicie. USEDOMU Nieruchomości. Na niełatwy rynek świnoujski firma wkracza powoli, małymi, ale pewnymi krokami, jednak wśród ich klientów wciąż przeważają Niemcy. Profesjonalizm, znawstwo i zaangażowanie, z jakimi Eberhard Staritz – właściciel USEDOMU – oraz jego kompani podchodzą do tematu, każą przypuszczać, że już niedługo to się zmieni. W końcu nieruchomości w Świnoujściu to niezwykle obszerne i dynamicznie rozwijające się zagadnienie. – I jeszcze dużo się w tej dziedzinie w najbliższym czasie wydarzy… – zapowiada tajemniczo Adam Borecki z USEDOMU Nieruchomości. Można mu wierzyć na słowo – branżę ma w małym palcu. Niewątpliwie atutem firmy jest współpraca z wieloma europejskimi inwestorami – z Berlina, Zurychu, ale i Warszawy czy Krakowa. Jest też spora szansa na sprowadzenie do miasta bardzo poważnego gracza amerykańskiego. Jak mówi Eberhard Staritz – W tak błyskawicznie rozwijającej się branży należy szybko reagować na to, co się dzieje oraz sprawnie komunikować się z inwestorami. Ta umiejętność to duma właściciela oraz jeden z patentów na sukces USEDOMU Nieruchomości. Do najważniejszych polskich kontrahentów zalicza świnoujski Baltic Park, Prestige z Międzyzdrojów i Tatranhaus, producenta domów z drewna i bali. Firma może się rów-

nież poszczycić imponującą liczbą 1200 obiektów pod swoją opieką. Każde zadanie realizują z pełnym profesjonalizmem i świadomości, że różne obiekty wymagają różnego podejścia. Rozumieją swoich klientów i są elastyczni. Dopasowują ofertę do potrzeb klienta i na odwrót – potrafią na te potrzeby sprawnie odpowiadać. Dzięki temu klient może czuć się bezpieczny i otoczony opieką. Jak w domu… Zapytani o plany, Eberhard Staritz i Adam Borecki zgodnie odpowiadają, że chcą być jeszcze lepsi i jeszcze skuteczniejsi. Chcą zainteresować swoją ofertą jeszcze więcej inwestorów, realizować coraz to większe i poważniejsze projekty. Nieobca im kreatywność, więc marzą także o urzeczywistnianiu własnych, autorskich pomysłów, jak „wioska letniskowa”, z drewnianymi domkami, pełna zieleni, sielskie miejsce dla ludzi chcących odetchnąć od miejskiego zgiełku… Któż z nas o tym nie marzy? A że marzenia są do spełniania, spodziewajmy się, że za czas jakiś, krok po kroku – zgodnie z filozofią USEDOMU Nieruchomości – ono się zrealizuje. Ku uciesze i firmy, i amatorów sielankowych i spokojnych miejsc.

USEDOMU Nieruchomości

ul. Piastowska 5/7, Świnoujście +48 570 558 000 www.usedomu.com

MAGAZYN

27


PIWO

z serca

Jak najprościej opisać piwo? Co sprawia, że ten złoty trunek jest tak lubiany przez miliony naszych rodaków? W ciągu roku statystyczny Polak wypija niespełna sto litrów piwa. Ten niestatystyczny coraz większą uwagę zwraca na jego jakość. TEKST MICHAŁ TACIAK

czych tradycji, jakimi chlubią się właściciele browaru.

ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Dla koneserów tego napoju powstaje coraz więcej browarów restauracyjnych, które oferują szeroką paletę oryginalnych gatunków piwa. Jednym z nich jest Browar Miedziowy44 usytuowany na malowniczej wyspie Uznam w piwnicy Hotelu Interferie Medical SPA****.

Podróż sentymentalna Nazwanie piwa, które zaciera się w pokrytych miedzią kadziach, jest sentymentalną podróżą do górni-

28

MAGAZYN

Mówi się, że piwo robi się z wody, słodu, drożdży i chmielu. Jednak najważniejsze jest serce włożone przez piwowarów w jego produkcję. W takiej właśnie kombinacji powstają piwa rzemieślnicze oferowane przez Miedziowy44, który na co dzień oferuje trzy style piwa, a w planie ma natomiast wprowadzenie piw sezonowych. Do stałej oferty wpisane zostały – doskonały Pilz, wykwintny Milk Stout oraz aromatyczne Pszeniczne.

Jasne, słodkie, mętne Jasne piwo dolnej fermentacji produkowane jest na bazie wachlarza surowców pochodzących z różnych rejonów Europy, chmielone szlachetnymi odmianami chmielu pochodzącymi z Czech (saaz) czy Niemiec (magnum). To idealny sposób na zakończenie dnia. Wyrazisty posmak gorzkiej czekolady wynikający z zastosowania prażonego słodu – tak najlepiej opisać Miedziowe Milk Stout. Cieszące się popularnością wśród konsumentów piwo idealnie komponuje się w klimat jesiennych i zimowych wieczorów.


BROWAR MIEDZIOWY44

I w końcu naturalnie mętne Pszeniczne, z wyczuwalną nutą goździków i bananów, wysoce nasycone dwutlenkiem węgla, dla koneserów piw produkowanych na bazie słodu pszenicznego.

Jak w starej warzelni Te wspaniałe trunki serwowane są w miejscu, którego klimat kojarzyć się może ze starą warzelnią. Stal, drzewo i cegły to podstawowy budulec, który został wykorzystany i odpowiednio wkomponowany w pomieszczeniu, w którym do tej pory był Disco Club. Stworzono tutaj niepowtarzalny, nigdzie indziej niespotykany klimat, gdzie unosi się zapach słodów i chmielów używanych do ważenia piwa. Całość dopełniają stylizowane na kształt beczółek stoliki, loże wykonane w postaci olbrzymich beczek, w których stoją drewniane ławy oraz średniowieczna mapa pokaźnych rozmiarów.

Kręgle? Bilard? Lokal zapewnia także dodatkowe atrakcje – dwa tory do gry w kręgle, piłkarzyki oraz stoły do gry w bilard. W każdy piątek oraz sobotę w Miedziowym44 odbywają się dyskoteki, które cieszą się dużą popularnością

lokal

zarówno wśród mieszkańców Świnoujścia, jak i turystów. Poza piwem, które jest koronnym napojem Miedziowego, w ofercie baru znajduje się pełen asortyment alkoholi, napojów oraz znakomite przekąski, idealne do ulubionego piwa. Ponadto organizowane są różne wydarzenia tematyczne – najbliższym dużym przedsięwzięciem jest Sylwester, podczas którego będzie okazja do szampańskiej zabawy przy wspaniałej muzyce puszczanej przez DJ’a oraz skosztowania wykwintnych potraw serwowanych w formie bufetu szwedzkiego. Czy to wszystko? Czym Miedziowy jeszcze zaskoczy? Z pewnością już zaskoczył, jest bowiem jedynym takim miejscem na 44 wyspach, które kultywuje tradycje piwne będące pewnego rodzaju kunsztem. Jak zapewnia menedżer lokalu, Miedziowy zaskoczy nas jeszcze nie raz! W 2018 roku planowane jest wprowadzenie kilku nowości, które z pewnością sprawią, że Miedziowy44 stanie się miejscem jeszcze bardziej lubianym przez odwiedzających go gości.

Browar Miedziowy44

ul. Uzdrowiskowa 15, Świnoujście +48 91 381 25 24 facebook.com/miedziowy44

MAGAZYN

29


Święta.

Bardzo ważny poradnik o tym, jak wytrwać. Oczywiście nie jest to fajne, gdy cała rodzina używa wymówki: „Nie róbmy świąt u Ciebie, bo trzeba będzie w kolejkach stać”. Oczywiście. Nie należy jednak rezygnować z dobrego nastroju. Wszak nieważne gdzie, ważne z kim! TEKST AGNIESZKA MERCHELSKA ILUSTRACJA KATARZYNA BARANOWSKA

D

ziś przelecimy z chybka po klasykach polskiej Wigilii, aby w czas przygotować się na to, że co jak co, ale w tym roku nic się nie zmieni.

Nie zawiedź jej i podziękuj za starania. Inaczej do końca wieczoru nie wyjdzie z kuchni. Prezenty? A tak, prezenty! „Ale nie trzeba było!”

Klasyk I: Typ Obserwatora

On albo ona. Wpada z impetem i rozwianym włosem akurat wtedy, kiedy Głowa Rodziny zamierza przestać czekać i rozdziela opłatek. Podbiera mu fuchę i zabiera się z radością do składania życzeń. Ej, to może być ciocia. Całuski, przytulaski, chichoty. Ma tyle do powiedzenia, że dziwi się, że wszyscy już jedzą, kiedy ona jeszcze się z Tobą nie zdążyła podzielić opłatkiem! Jak dostanie coś takiego, czego nikt nie ma, to będzie zachwycona i jeszcze później będzie o tym opowiadała przy każdym kolejnym spotkaniu. Taki super prezent!

To najpewniej jakiś wujek. Albo brat. Albo Twój tato. Generalnie taki mężczyzna, co na myśl o tym, że trzeba się podzielić opłatkiem robi minę „zróbmy to i niech będzie po wszystkim”. Ogranicza się do jednego w pół zabawnego powiedzonka w stylu: „Sto lat, sto lat, pod te święta”. I nie daje buziaków. Zapewne pod choinką czeka na niego jakiś praktyczny gadżet, albo sam Wam powiedział, co chce, bo nie lubi niespodzianek. Jak się napije, to narzeka. Głośno i wyraźnie, bo normalnie to za dużo przez cały rok nie mówi.

Klasyk III: Typ Entuzjasty

Klasyk II: Typ Troskliwego Misia

Klasyk IV: Typ Królowej/Króla Śniegu

Najpewniej jest kobietą. Kiedy było dzielenie się opłatkiem, była w kuchni, bo barszcz by wykipiał. Jeśli jednak wyrobiła się ze wszystkim (jeden przypadek na sto), to łamanie się opłatkiem jest dla Niej mega-, hiper-, superważne. Wszystko, co robi, robi dla Ciebie. I Ciebie. I Ciebie, i Ciebie!

On albo ona. „Dalej z tym opłatkiem, ile można pitu pitu!”. Opłatek, kolacja, prezenty, do domu. Pod choinką czeka coś, co sam/a wybrał/a albo ekskluzywny gadżet. Lubi o polityce. Lubi o sobie. Na pytanie: „a może jeszcze trochę sałatki Ci nałożyć?”, odpowie, że ma ręce. Możliwe, że

30

MAGAZYN

się nawet ani razu nie uśmiechnie. Bardzo możliwe. Klasyki występują pojedynczo (single) lub w grupach (rodzina), czasem w konfiguracjach mieszanych (Królowa Śniegu Obserwator, czy Troskliwy Miś Entuzjasta). Jeśli chcesz zrobić Wigilię u siebie, zadbaj o to, żeby w każdej grupie docierającej był Entuzjasta – tylko on rozbuja auto w kolejce na prom. A tak, to co zrobić? Trzeba przetrwać. Do boju!


WYSPIARSKI TRYB ŻYCIA

MAGAZYN

felieton

31


KOLEKCJA

Wybrzeże Władysława IV 33 ŚWINOUJŚCIE


ŚWIĘTA Z COCCODRILLO

moda

Mała

elegancja W świątecznej ofercie marki Coccodrillo znajduje się szeroki wybór kolekcji eleganckich ubrań dla najmłodszych gości zasiadających przy wigilijnym stole. Księżniczka i dżentelmen Dla dziewczynek mamy urocze sukienki, bluzki oraz leginsy. Świecące elementy oraz kolory złota i srebra pozwolą im poczuć się jak mała księżniczka. Szykowne spódniczki, wykwintne sukienki to idealny wybór na Święta. Uzupełnią je ozdobne sweterki oraz eleganckie bluzki. Wszystkie wykonane z wysokiej jakości materiałów, pozwolą celebrować wyjątkową atmosferę. Nie zapominajmy również o fryzurze – Coccodrillo w swojej ofercie prezentuje liczne ozdoby do włosów. Wśród frotek, spinek oraz opasek z aplikacjami kokardek w kolorach czerwieni, srebra i złota mała dama znajdzie idealny dodatek do eleganckiej stylizacji. Mały elegant znajdzie tutaj ponadczasowe granatowe spodnie na szelkach, body z kołnierzykiem oraz liczne koszule. Stylizację dopełni gustowny krawat bądź muszka. Nie zapomniano również o szykownym obuwiu. Świąteczny klimat uzupełni szarmancki strój dla starszego chłopca. Klasyczna koszula, eleganckie spodnie i gustowny krawat to ponadczasowy zestaw, którego nie może zabraknąć w szafie dorastających dżentelmenów.

Coccodrillo inspiruje Szukasz pomysłu na prezent? Na ten magiczny czas w stworzyliśmy specjalną, dedykowaną kolekcję Merry Christmas – body, bluzki, spodnie, leginsy oraz sweterki z grafikami nieodzownie kojarzonymi z okresem świątecznym. Zabawne bałwany, dostojne renifery w kolorach czerwieni i granatu to istny must have! Pomysłem na drobny upominek mogą być również niebanalne skarpetki i rajstopy, a także muszki i krawaty uzupełniające kolekcje specjalną. Nie zapomnij o czapce i szaliku. Oryginalny komplet utrzyma ciepło świątecznej atmosfery. Niepowtarzalnym podarunkiem może być również elegancko zapakowany komplet bielizny niemowlęcej dla najmłodszych członków rodziny. W Coccodrillo znajdziesz także wyjątkowy upominek pod choinkę dla najbliższej osoby. Poszukaj

inspiracji w kolekcji biżuterii Ania Kruk dla Coccodrillo – w sprzedaży na pl.coccodrillo.eu i w wybranych salonach stacjonarnych.

Dziękujemy! Nie zostawiaj prezentów na ostatnią chwilę. Poczuj z nami klimat świątecznych przygotowań i już dziś koniecznie zajrzyj do salonu stacjonarnego Coccodrillo w Świnoujściu, w którym znajdziesz mnóstwo inspiracji, pomysłów na prezent i stylizacji świątecznych idealnych również na Sylwestra. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz zbliżającego się Nowego Roku pragniemy serdecznie podziękować naszym Klientom za wybór marki Coccodrillo oraz złożyć moc gorących życzeń. Niech ten wyjątkowy czas spędzony gronie najbliższych przyniesie Wam wiele radości, ciepła oraz uśmiechu i optymizmu w nadchodzącym 2018 roku.

MAGAZYN

33


moda

34

ŚWIĘTA Z COCCODRILLO

MAGAZYN


moda

36

ŚWIĘTA Z COCCODRILLO

MAGAZYN


REKLAMA


W sześć tygodni

do uśmiechu

Najpierw był pewien październikowy wieczór i rozważania na temat tego, co by tu ciekawego zrobić. Pojawił się pomysł. Sześć tygodni później sklep GoDan – Strefa Uśmiechu był już faktem. Tempo imponujące! TEKST MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Joanna Szyłowicz wcześniej zajmowała się florystyką, co, jak twierdzi, bardzo jej w Strefie Uśmiechu pomaga. – Tworzenie kompozycji balonowych nie polega na tym, że zwiążemy trzy balony i finał. Tu trzeba wyobraźni i sprawności, jak z kwiatami

38

MAGAZYN

– tłumaczy. I rzeczywiście, patrząc na rozmaite „balonowe twory”, których w sklepie nie brakuje, jest jasne, że to wymagająca, koronkowa robota.

Ciekawiej i zabawniej Sama koncepcja GoDan – Strefa Uśmiechu opiera się na franczyzie. Stoi za nią duża firma z ponad 25letnim doświadczeniem w temacie

dekoracji różnego rodzaju imprez. W naszym regionie może nie tak znani, ale zapewne dzięki Joannie i świnoujskiemu sklepowi to się nieco zmieni. Ktoś powie, że to nie jest firma lokalna. Czyżby? Przecież Joanna z rodziną żyje w Świnoujściu i to właśnie imprezy świnoujścian – urodziny, bale, zabawy szkolne – mają szansę być dzięki niej ciekawsze, zabawniejsze,


GODAN – STREFA UŚMIECHU

karnawał

bardziej pomysłowe. No i z serca jest to przedsięwzięcie jak najbardziej lokalne.

Księżniczki, wróżki, herosi Założenie Joanny było proste – ma się tutaj znaleźć wszystko, czego trzeba do dobrej, atrakcyjnej i wesołej zabawy. Mamy więc nie tylko balony. Co więcej, to sklep nie tylko dla dzieciaków. W końcu czy my, nieco starsi, nie lubimy się czasami powygłupiać, pośmiać – również z siebie? Zabawne maski (mniej lub bardziej lubianych polityków), barwne peruki (do wyboru i do koloru), śmieszne nakrycia głowy, szalone gadżety… Konfetti, girlandy i inne ozdoby… Czego tu nie ma! Zbliża się czas karnawałowych bali dla najmłodszych. Strój księżniczki? Proszę bardzo. Przebranie herosa? Nic prostszego. Zabawy pod okiem animatora? Załatwione.

Nie dla „smutasa” – Chciałabym, to takie moje wielkie marzenie, żeby klient wchodząc tutaj, już na wstępie się uśmiechnął, a przy wyjściu jeszcze bardziej… – mówi Joanna, naturalnie z uśmiechem na twarzy. Wszak nazwa zobowiązuje, a i sama właścicielka jest niezwykle wesołą osobą. Trudno żeby było inaczej, jeśli prowadzi się taki sklep. „Smutas” by się w tym raczej nie odnalazł. GoDan – Strefa Uśmiechu ma już swoich entuzjastów, którzy rzeczywiście wchodzą i wychodzą stąd roześmiani. I co ważne, mają swój wkład w ofertę sklepu, gdyż podpowiadają,

czego by chcieli, podsuwają pomysły, co Joanna skwapliwie notuje. Wśród stałych bywalców są oczywiście dzieci. – To klient „najtrudniejszy”, zadający mnóstwo pytań, nie zawsze łatwych – śmieje się Joanna.

Z uśmiechem u klienta Do Strefy Uśmiechu można przyjść, ale i Strefa Uśmiechu może przyjść do nas. Niewątpliwą zaletą przy organizacji imprezy będzie fakt, że można wszystko zrobić w miejscu wydarzenia. To ogromne ułatwienie i dla Joanny, i dla gospodarzy. – Mogę przyjechać do i urządzić mu dowolną, ustaloną z nim wcześniej, imprezę. Bo najmniej komfortowe są sytuację, gdy klient składa zamówienie, wszystko powstaje tutaj, na miejscu, a następnie trzeba to przewieźć tam, gdzie dzieje się impreza. Jak to zrobić z czterdziestoma balonami? – tłumaczy. Potrzebna jest też oczywiście „wizja lokalna”. Joanna musi wiedzieć, jakim wnętrzem dysponuje, jaką przestrzeń ma dekorować.

Uśmiechnięte serce Choć GoDan – Strefa Uśmiechu liczy sobie dopiero kilka tygodni, Joanna nie przestaje wymyślać rozmaitych rzeczy, które mogłyby urozmaicić ofertę. Jako radosna i kreatywna osoba ma głowę pełną pomysłów. Co to będzie? – Może jeszcze nie teraz. Za wcześnie na to, żeby o tym mówić. Poczekajmy, aż się zrealizują – mówi. Cokolwiek miałoby to być, już dziś możemy być pewni, że będzie przy tym mnóstwo śmiechu, zgodnie z filozofią firmy. I samej Joanny, która wkłada w to miejsce całe swoje uśmiechnięte serce.

GoDan – Strefa Uśmiechu

ul. Lutycka 2A/3, Świnoujście +48 693 418 910, +48 603 912 299

MAGAZYN

39


Zrobić sobie mydło… Jeśli na sklepowych półkach nie znajdujemy produktu, który nas w stu procentach zadowoli, mamy trzy wyjścia. Utyskujemy na ten stan rzeczy w nieskończoność, co właściwie nic nie daje. Szukamy, aż znajdujemy to, o co nam chodzi. Lub też jak Julita Siedler-Szczepańska sami ów produkt doskonały robimy.

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA AGNIESZKA ŻYCHSKA

Z racji zawodu – jesteś chemikiem – o chemii czy związkach chemicznych wiesz wszystko. Na pewno nie wszystko, ale rzeczywiście dużo (śmiech). Określenie „chemia” kojarzy się dziś bardzo negatywnie, a to nie do końca prawda. Żyjemy otoczeni chemią i tak naprawdę wszystko jest jakimś związkiem chemicznym. Najprostsze rozróżnie-

40

MAGAZYN

nie to takie, czy to związek syntetyczny czy naturalny.

Czyli mamy chemię dobrą i złą, tak? W dużym uproszczeniu, tak. Przemysł kosmetyczny, czasem również farmaceutyczny, w dużej mierze opiera się na tej złej, sztucznej, taniej, często szkodliwej. Mami się nas także przekonaniem, że na problemy skórne skuteczny będzie ten czy inny kosmetyk kupiony w aptece, podczas gdy to przeważnie znacznie głębszy problem – często związany z dietą czy

innymi chorobami. Nie zawsze farmaceutyki czy „zwyczajne” kosmetyki tu pomogą.

Dlatego postanowiłaś wziąć sprawę w swoje ręce i sama tworzyć mydła, olejki i inne historie? Trochę tak. Pierwsze mydło zrobiłam, będąc jeszcze na studiach. Po studiach pracowałam w laboratorium, a tam – jak wiadomo – bardzo często można się spotkać z rozmaitymi drażniącymi substancjami. Moje koleżanki i ja miałyśmy spore problemy ze skórą


SZTUKA MYDLARSTWA

rzemiosło

na dłoniach. Robiłam więc mydła dla koleżanek, rodziny i oczywiście dla siebie. Dzięki temu wiedziałam, że moje mydła skutecznie łagodzą podrażnienia. To było osiem lat temu.

Z czego tworzyłaś te pierwsze produkty? Z nagietka i rumianku – wciąż je robię i mamy je w naszej ofercie.

Skąd się w ogóle wzięło twoje zamiłowanie do mydlarstwa? Hobby, praca, część zajęć na uczelni? Hobby i pasja, jak najbardziej. Zawsze fascynowała mnie chemia, którą nazwałabym namacalną lub zwyczajnie przydatną w codziennym życiu. Na studiach oczywiście uczyliśmy się o wielu, wielu innych rzeczach, często oderwanych od rzeczywistości, jednak bliższa mojemu sercu była zawsze chemia użytkowa. Poza tym, lubiłam i lubię eksperymentować. Muszę też być stale czymś zajęta (śmiech).

Wróćmy do tej pierwszej próby z własnym mydłem. Wszystko poszło zgodnie z planem? Pamiętam, że robiłam je w kuchni i całe mieszkanie opanował zapach geranium. Nie zapomnę też miny mojego męża Piotra, który nie bardzo dowierzał, że będzie można się umyć przy użyciu tego, co ja tu właśnie kombinuję (śmiech).

Uwierzył ostatecznie? Po miesiącu, gdyż tyle trzeba czekać, zanim mydło nada się do użytku. Ten czas oczekiwania dłużył się w nieskończoność…

I był chyba ekscytujący. To prawda. Okazało się, że jest rewelacyjne i świetnie działa na skórę.

Dużo lepiej niż to kupione w drogerii. Zgadza się. A sama jestem dobrym przykładem, ponieważ mam wiele nietolerancji pokarmowych, które niestety odbijają się na skórze. Miałam z nią sporo kłopotów i nie znajdowałam w sklepach niczego, co by temu przeciwdziałało, a do tego – było naturalne. Takich mydeł po prostu nie było.

Kiedy pomyślałaś o tym, żeby kuchenną produkcję zmienić w profesjonalne przedsięwzięcie; żeby uczynić z tego sposób na życie? To w zasadzie zasługa mojego męża. On mnie do tego namawiał, chciał, żebym się zajęła się tym, co mnie tak pociąga, na poważnie. Sam jest fizjoterapeutą, pracuje w swoim zawodzie, ale bardzo pomaga mi w manufakturze, wspiera mnie. Właściwie działamy razem.

Łatwo było rozkręcić tego rodzaju, raczej niszowe przedsięwzięcie? Niekoniecznie. Droga do manufaktury była długa. Między Wrocławiem, gdzie studiowaliśmy, a Świnoujściem, był jeszcze Londyn, który pomógł nam zebrać kapitał na otwarcie manufaktury. Wiedzieliśmy, że na pewno po Londynie nie chcemy wracać do Wrocławia. Szukaliśmy swojego miejsca.

Znaleźliście je w Świnoujściu? Początkowo myśleliśmy o Szczecinie, ale mąż dostał pracę w Świnoujściu, w swoim zawodzie. Potem dołączyłam ja. I uznaliśmy, że to ten moment i to miejsce. Zakochaliśmy się w mieście, w morzu. A przy okazji myśl o własnej manufakturze nabierała coraz realniejszych kształtów. Na początku trudno było znaleźć lokal. W przypadku tego typu działalności produkcyjnej są spore wymagania – sanepid, trzymetrowy sufit, odpowiednie farby do ścian i tak dalej. Gdy już znaleźliśmy to miejsce, należało je właściwie przygotować, wyremontować, wymalować odpowiednimi farbami…

Duże wyzwanie. To prawda. Przyznam, że wcześniej myśląc o manufakturze, skupiałam się bardziej na pasji, na tej otoczce – że będzie tak pięknie, że będę sobie wytwarzać mydło (śmiech).

Mieszać, próbować, kombinować… Dokładnie. Na potencjalnych trudnościach się nie zatrzymywałam.

MAGAZYN

41


Dopiero w praktyce okazało się, że to wcale nie jest takie proste. W każdym razie początki. Przygotowanie samego lokalu i dokumentacji potrzebnej przy produkcji, trwało jakieś pięć miesięcy. Kolejnym wyzwaniem okazało się znalezienie rzetelnych dostawców i wysokiej jakości surowców.

Zbyt niszowa sprawa czy twoje wymagania były zbyt wysokie? I to, i to. Polski rynek nie był przygotowany na tego rodzaju manufaktury, a co do wymagań… Rzeczywiście, chciałam mieć najwyższą jakość i pewność, że to, co kupuję, a tym samym oferuję, jest w 100 procentach bezpieczne, posiada wszelkie wymagane atesty. Stąd tak długi czas poszukiwań.

Trochę to trwało, kosztowało was dużo nerwów i cierpliwości, ale wreszcie stało się. Otworzyliście. Tak, to był bardzo stresujący czas, ale trzymaliśmy się. Chyba morze nam tak pomagało (śmiech).

I nadało manufakturze nazwę. Tak, Morze Mydła. Zawarliśmy w tej nazwie to, co kochamy. To połączenie wydało nam się naturalne.

Jak Świnoujście przyjęło twoje naturalne, samodzielnie stworzone produkty? Początkowo z pewną rezerwą, gdyż moimi klientami byli przede wszyst-

kim znajomi, przyjaciele i rodzina (śmiech).

Dziś mamy większą świadomość, że to, co naturalne, jest po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Ale i droższe. Może więc uznano to za jakąś fanaberię? „Po co mi mydło za 20 złotych?” To prawda. Ktoś niezainteresowany tematem nie będzie analizował składu, tylko kupi mydło oparte na tłuszczach zwierzęcych lub oleju palmowym za 3 lub 4 złote. Rzeczywiście jednak liczba ludzi przywiązujących do tego wagę rośnie. Rosną też ceny „zwykłych” mydeł, co w sumie działa na moją korzyść.

W twoich mydłach jest połączenie nagietka z rumiankiem czy czekolady z miętą. Na jakiej zasadzie łączysz te składniki? Wszystko można zmieszać ze wszystkim, czy panują jednak jakieś reguły, ograniczenia. Patrzę na to pod kątem działania poszczególnych składników. Wiem na przykład, że nagietek i rumianek zawierają substancje łagodzące i flawonoidy, które bardzo dobrze wpływają na naszą skórę – co zresztą przetestowałam w przypadku swojej alergii – więc je ze sobą łączę. Ale generalnie przygotowywanie receptury to nie jest proste zajęcie i bardzo trzeba się przy tym napracować, przetestować daną kombinację, poczekać ponad miesiąc na efekt.

Za to jak już wyjdzie, to jaka satysfakcja. Po czym poznajesz, że jest dobrze, że się udało? Po tym, jak mydło się pieni, czy jest twarde, czy nie za szybko się zmydla, czy nawilża skórę. Pierwszym testem jest dla mnie zawsze twarz – jeśli mydło nie ściąga skóry, to znaczy, że i na całe ciało podziała dobrze.

Masz już jakiś hit? Któryś z twoich kosmetyków ma szczególne wzięcie? Olejek rokitnikowy do twarzy i ciała cieszy się sporą popularnością. Świetnie nawilża, odżywia i chroni skórę, dzięki zawartości wielu witamin i karotenoidów. Olej z owoców rokitnika jako nieliczny olej roślinny wykazuje także wysoką zawartość kwasu palmitooleinowego (OMEGA 7), który stanowi naturalny składnik lipidów skóry i odpowiada za proces ziarninowania oraz regeneracji naskórka. Co bardzo ważne, dodajemy do niego olejki eteryczne.

Dlaczego to takie ważne? Mało się o nich mówi i rzadko je stosuje, a olejki eteryczne mają zbawienny wpływ na nasz nastrój. My akurat mamy to szczęście, że żyjemy w Świnoujściu i mamy bliski kontakt z naturą – możemy pójść do lasu i pooddychać olejkiem sosnowym. W wielkich miastach jest mnóstwo betonu, a znacznie mniej natury – ludzie są więc odcięci od naturalnych zapachów. Niedawno wyczytałam, że jest to przyczyną wielu depresji. Warto więc mieć w domu takie olejki, oczywiście naturalne. My stosujemy je w naszych kosmetykach.

Poprawiając nastroje klientom. Staramy się (śmiech).

Dzięki za rozmowę. Dziękuję.

Morze Mydła

ul. Lechicka 7, Świnoujście +48 601 872 861 www.morze-mydla.eu

42

MAGAZYN


do domu, to żona akurat choinkę kupiła. A tu? Zawsze to milej, jak w mesie jakieś drzewko stoi. Z kraju choinkę nam wysłali, ale podobno gdzieś w transporcie lotniczym zaginęła. Cała nadzieja w bosmanie, bo zamknął się od rana w swoim królestwie. – Kolację zaczniemy o dziewiętnastej trzydzieści, akurat jak cię Drugi zmieni, to jeszcze się na ciepłe pierogi załapiesz. A mistrz chochli dziś w swoim żywiole, zapachy aż tutaj dochodzą. – Widać coś panie Zawada? – spytał Pierwszy marynarza stojącego przy drzwiach prowadzących na skrzydło. – Ciągle to samo, czyli nic. Tu nawet ptaki nie fruwają.

Miejsce przy stole Słońce jeszcze mocno grało, choć dochodziła już siedemnasta. Z okien sterówki roztaczał się we wszystkich kierunkach ten sam widok, tak jakby stanęli w miejscu. Ocean Indyjski był gładki, ale tylko pozornie. Po przedwczorajszym sztormie czuło się falowanie. Płynęli jak po piersiach olbrzyma, wznosząc się i opadając w rytmie oddechów. Tylko wibracja tysięcy „koni” zaklętych w silniku głównym i kilwater ciągnący się prosto od rufy aż po horyzont świadczyły, że ciągle posuwają się do przodu. TEKST TOMASZ PIÓRSKI ILUSTRACJA TOMASZ SUDOŁ

Dni zamienione w rytm wacht przestały mieć swoje nazwy. Jedynym urozmaiceniem monotonii krajobrazu były mijane statki. Byli na uczęszczanym szlaku z Sueskiego do Australii.

44

MAGAZYN

– Coś się tak zasępił Pierwszy? – głos kapitana wyrwał mężczyznę z rozmyślań. – Tak jakoś… W kraju ludzie zaczynają z pracy wychodzić, robią ostatnie zakupy przedświąteczne. Jak dzwoniłem przed sztormem

– Patrz pan dobrze. Jak pierwsza gwiazda zabłyśnie, to może pan anioła zobaczy, jak nam prezenty niesie. Ja tam nie czekam na anioła i prezenty. – Prawo pięćdziesiąt, mam jakieś słabe echo na radarze, dwanaście mil od nas. Marynarz spojrzał we wskazanym kierunku – Nic tam nie widać, może ktoś pustą beczkę wyrzucił? Zaraz, nie… Coś tam jest, coś białego. Oficer też już patrzył w tamtym kierunku. Odłożył lornetkę i podszedł do telefonu. – Obserwuj pan dalej, a ja poproszę starego o zgodę na zmianę kursu, to bliżej się temu przyjrzymy. Po otrzymaniu zgody na klawiaturze komputera wystukał polecenie i 37 tysięcy ton stali posłusznie skręciło na nowy kurs. Ciągle nie mógł przywyknąć, gdzie tu miejsce na romantykę. Zamiast koła sterowego z pulpitu wystaje tylko joystick – jak do gier komputerowych – i wskaźnik położenia steru.


ŚWIĄTECZNA NIESPODZIANKA

– To wygląda na jacht, tylko bez masztu – oficer podszedł do marynarza stojącego na skrzydle. Z każdą chwilą statek był coraz bliżej jachtu. Widać było, że stoi w dryfie z przechyłem na prawą burtę. Wrócił do sterówki i wcisnął numer mechanika.

Poniżej na pokładzie, wzdłuż relingu stała prawie cała załoga. Większość przebrana już do świątecznej kolacji wigilijnej. Na mostek wszedł dwudziestoośmioletni blondyn. Odbywał swój pierwszy rejs na stanowisku trzeciego oficera.

– Jak Chief, jesteś już w garniturze? Chyba będziemy trochę manewrować… Zaraz zmniejszę do siedemdziesięciu.

– Ile jeszcze kręcimy? – usłyszał pytanie kapitana.

Po odłożeniu słuchawki na telegrafie maszynowym przesunął dźwignię na 70 procent. Kolejne miejsce, gdzie tradycja przegrała z nowoczesnością. Zamiast komend „cała”, „pół”, „wolno”, „naprzód czy też „wstecz” na telegrafie była tylko podziałka oznaczająca procentowe obciążenie śruby nastawnej. Nacisnął przycisk na konsoli i długi basowy dźwięk syreny rozbiegł się po oceanie. Nacisnął jeszcze raz.

– Dobra. Sternik, lewo trzydzieści, śruba trzydzieści wstecz. Zacieśnimy troszkę pętlę.

– Dzieje się tam coś na jachcie, widać kogoś? – Właśnie ktoś wyszedł na pokład i macha rękami. – Co mamy, Pierwszy? – zapytał wchodzący na mostek kapitan. – Jacht, nie odpowiada na radiu. Chyba w ostatnim sztormie stracił maszt. – Dobrze. Panie Zawada, stawaj przy sterze, a ty przełącz na ręczne i obciążenie do czterdziestu. Po chwili oficer potwierdził wykonanie polecenia. – Sternik, ster lewo piętnaście, śruba zero. Będziemy krążyć dookoła, aż się zatrzymamy. Pierwszy, idź na dół, niech Drugi weźmie trzech ludzi i przygotuje łódź z lewej burty. Acha! Przyślij Trzeciego – przypomniał sobie wychodząc na skrzydło.

opowiadanie

– Drugi, dokąd płynęli i czy są ubezpieczeni? – zapytał kapitan. Po chwili usłyszał odpowiedź. – Płynęli z Victorii na Seszelach do Fremantle. Są ubezpieczeni u Lloyda. – Bierz ich na hol i ciągnij pod statek. Bosman już szykuje suwnicę – powiedział kapitan. Odwracając się do oficera dodał – Wielkiej pomyłki w nawigacji nie zrobili.

– Cztery węzły.

– Jak tam, Pierwszy? – powiedział do radiotelefonu trzymanego w dłoni. – Jesteśmy już gotowi – usłyszał odpowiedź. – Sternik, ster zero, śruba zero. Pierwszy, dawaj ich na wodę i niech płyną. Jacht z przechyłem na prawą burtę leniwie kołysał się na martwej fali. Na pokładzie stała samotna postać w żółtym sztormiaku. – Będziemy ich podnosić? – zapytał Pierwszy, stając obok kapitana. – Być może – padła odpowiedź. – Powiedz bosmanowi, żeby przygotował suwnicę. Zobaczymy, co powie Drugi. Z radia odezwał się głos – Dobijamy. Jacht jest z Dunkierki. Na pokładzie Francuzka i Belg, który jest kapitanem. Leży na koi. Wygląda na to, że to złamany obojczyk i chyba coś z żebrami, bo ma kłopoty z oddychaniem. Mówią, że w sztormie mieli wywrotkę na prawą burtę. Podczas wstawania trzasnął maszt. Mają tu parę ton wody, ale twierdzą, że wszystkie przecieki uszczelnili. Belg pyta, czy jesteśmy w stanie zabrać jacht na pokład. Uważa, że nie ważą więcej jak szesnaście ton.

– Co masz na myśli, Master? – zdziwił się oficer. – Płynęli do Fremantle, a zawieziemy ich do Perth. To też Australia… Kolacja wigilijna zaczęła się z dwugodzinnym opóźnieniem. Oprócz wacht przy stołach siedziała cała załoga. W rogu messy pyszniła się zielenią świeżej farby, zrobiona przez bosmana z lin i drutu, prawie dwumetrowa choinka ubrana w papierowe łańcuchy. Wszyscy w ciszy słuchali francuskiej żeglarki, która grając na gitarze śpiewała kolędy. Nikt nie starał się ukryć wzruszenia. Pierwszy wyszedł na pokład łodziowy, odetchnąć po wigilijnych potrawach. Kucharz pokazał cały kunszt. Było prawie jak w domu. Prawie… Spojrzał na zegarek, dochodziła północ. Pomyślał o domu, żonie i dzieciakach. Za chwilę zasiądą do wigilii. Znów bez niego. Wczoraj policzył, że przez 26 lat pływania, to jego dwunaste święta poza domem. Z niższego pokładu dobiegła go rozmowa. Rozpoznał głos bosmana. – Widzisz Czaruś, stara nasza tradycja nakazuje by przy wigilijny stole zawsze było miejsce i talerz dla niespodziewanego gościa. Śmiałeś się, że na środku Indyjskiego to nikt do nas nie przyjdzie. No i co teraz powiesz? Kto miał rację? Na morzu nigdy nic nie wiadomo…

MAGAZYN

45


Podkreślasz, że nie jesteś plastyczką, że wnętrzarstwo to jedynie pasja. Nie jestem pewien, czy „jedynie”, czy „aż” pasja, ale w takim razie skąd ona się wzięła?

Kasia

otwiera komodę Małość świata zachwyca mnie i zadziwia. Okazało się bowiem, że wszystkie drzwi w naszym mieszkaniu zrobiła ona, Kasia Kantor-Michałów! Nie wiedziałem o tym, dopóki się nie spotkaliśmy. Zatem mamy drzwi utrzymane w prowansalskich klimatach… ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA MY ZORKI

46

MAGAZYN

Zapewne z domu – siostra Monika i ja jesteśmy córkami krawcowej. Mama miała pracownię i była dość znana w mieście, miała spore grono klientów. Mój mąż się śmieje, że spędziłyśmy dzieciństwo, siedząc pod maszyną (śmiech).

Nie chciałaś zostać , jak mama, krawcową? Nie. Nigdy nie miałam takiego pomysłu. Zresztą mama zawsze nam to odradzała, wiedząc, jak ciężka to praca. Tak się złożyło, że Monika poszła w kierunku artystycznym, a ja w zupełnie innym – skończyłam ekonomię i hotelarstwo.

To się zawsze przydaje. Tak (śmiech).

Zamiłowanie do designu jednak zostało. Oczywiście. Gdy pracowałam w Informacji Turystycznej w Międzyzdrojach, pod pulpitem miałam jakieś ramki i inne rzeczy. Jeśli akurat nie było nikogo, coś sobie zawsze „dziergałam”. Brakowało mi pracy manualnej.


PROWANSALSKIE KLIMATY

miejsca

Kiedy pojawiła się myśl, żeby zająć się tym tak na 100 procent? Żeby stworzyć takie miejsce jak Prowansalskie Klimaty? Trochę później. W międzyczasie jeździłam ze swoimi „dziełkami” na rozmaite jarmarki rękodzielnicze i targi, między innymi do Poznania. Tam poznawałam mnóstwo ludzi, którzy często pytali mnie, gdzie jeszcze można moje rzeczy kupić, czy mam sklep internetowy i tak dalej. A jako że nie jestem zbyt „internetowa”, pomyślałam o otworzeniu sklepu stacjonarnego.

Skąd ta Prowansja w nazwie? Po prostu urzeka mnie ten styl – jasny, przestrzenny, na zasadzie „coś z niczego”. Uwielbiam barwę lawendy i te przetarte meble, którym dajemy nowe życie. Nie przepadam za błyskiem, glamour, przepychem. To nie moje klimaty.

Bo twoje są Prowansalskie Klimaty! Tak (śmiech). Stąd taka nazwa, choć muszę przyznać, że zastanawiam się nad zmianą. Ostatnio rozszerzyłam ofertę o rzeczy skandynawskie, zaczęłam to mieszać. Chodzi mi po głowie nazwa Komoda.

Świetna i bardzo pojemna. Komoda wiele pomieści i w ten sposób nie musisz się ograniczać, określać. Możesz do niej włożyć, co zechcesz. O to właśnie chodzi.

Co możemy znaleźć w twojej metaforycznej komodzie? Dosyć długo dominowała tutaj ta oferta „lawendowa”, prowansalska – mnóstwo dodatków, drobiazgów, ale i większych rzeczy – z czasem pojawiły się meble, zaczęłam bawić się w ich postarzanie, tak zwane przecierki, w stylu shabby chic. Po jakimś czasie okazało się jednak, że większe meble, szafy czy kredensy, to dla kobiety zbyt ciężkie zadanie. Zarzuciłam to i dzisiaj skupiam się najchętniej na florystyce i mniejszych meblach, drobiazgach.

Sklep istnieje dziesięć lat i od początku mieści się w pięknym miejscu, w kamienicy przy ulicy Niedziałkowskiego. Prowansalskie Klimaty otwierałam w bardzo trudnym dla mnie czasie, odchodził mój Tata… Cudownie, że zdążył jeszcze zobaczyć to miejsce, być na otwarciu. Natomiast zawsze byłam zakochana w tej kamienicy, byłam więc bardzo szczęśliwa, gdy okazało się, że właśnie tutaj mogę otworzyć swój wymarzony sklep. Pani, od której wynajmuję ten lokal, to wspaniała osoba, dziś dla mnie jak ciocia…

Jak twoja prowansalska propozycja odnalazła się w Świnoujściu? Ludzie od razu pokochali shabby chic? Nie, nie tak od razu (śmiech).

Pojawiały się nawet głosy, że to zły pomysł, że się tutaj nie przyjmie. Zastanawiano się, kiedy to zamknę, bo że zamknę, to było pewne (śmiech). Jednak kroczek po kroczku robiłam swoje, a ludzie „nauczyli się” tego stylu. Bardzo też pomógł mi artykuł w magazynie wnętrzarskim „Moje Mieszkanie”, gdzie pokazałam, jak mieszkamy, jeszcze na Prawobrzeżu. To również przekonało ludzi do stylu prowansalskiego. Bywało nawet, że ktoś przyjeżdżał do nas, żeby na własne oczy zobaczyć to, co widział w magazynie (śmiech).

Obecnie z powodzeniem łączysz style, mieszasz stare z nowym. Tak, to taki „modern vintage”. Jednak z przewagą „vintage” (śmiech), bo wciąż najbardziej kocham wszystko, co stare, co ma duszę…

Prowansalskie Klimaty

ul. Niedziałkowskiego 29, Świnoujście +48 502 183 664

MAGAZYN

47


Szopki, choinki, kolędy…

Święta!

Bajecznie ośnieżone lasy, skrzypiący pod stopami śnieg i tajemnicze na nim ślady, kwiaty mrozu na szybach, bałwan na podwórku… To białe Boże Narodzenie. Marzymy o nim i czekamy na nie z utęsknieniem przez cały rok. Jakie będą tym razem te najpiękniejsze ze świąt? Radosne, pełne niecodziennych przeżyć, spędzone w rodzinnym gronie, czy może smutne, bo samotne? Śnieżne, czy raczej zadeszczone i wietrzne? TEKST MAJA PIÓRSKA ILUSTRACJA FREEPIK

Ś

więta Bożego Narodzenia najchętniej spędzamy w domu, w rodzinnym gronie. Przygotowując je staramy się wyczarować zapamiętany z domu rodzinnego nastrój, przystrojoną, rozświetloną choinkę, dwanaście tradycyjnych, postnych potraw na wigilijną wieczerzę, opłatek – symbol miłości i zgody. Nie zapominamy, by na stole wigilijnym nie zabrakło dodatkowego nakrycia dla „zagubionego wędrowca”. To także czas wybaczenia, przeproszenia za urazy, tak by do wieczerzy zasiąść w pogodnym nastroju. Wiele tradycji mają te święta…

Choinka pięknie ozdobiona,

rozświetlona lampkami lub świeczkami. Zanim przybrała dzisiejszą ustrojoną postać, przeszła ewolucję. Wcześniej chaty i domy dekorowano zielonymi gałązkami, niekiedy splatanymi w wieńce zawieszonymi pod sufitem, zwanymi podłaźniczkami. Z czasem zastąpiono je „pająkami” – misternie wyplatanymi ze słomy stroikami. Choinka w obecnej formie przywędrowała do nas z Niemiec na przełomie XVIII

48

MAGAZYN


ŚWIĄTECZNE TRADYCJE

i XIX wieku. Zwyczaj ubierania sosenki lub jodły w błyskotki, owoce i słodycze przeznaczony był głównie dla dzieci. Najpierw pojawiła się w salonach, później w chatach i szybko wyparła zwyczaj dekorowania podłaźniczkami. Wierzono, że choinka rozjaśni ciemności. W moim rodzinnym domu dorodna jodła dopiero w dzień wigilii skrzyła się kolorowymi ozdobami, łańcuchami ze słomy i bibuły oraz palącymi się świeczkami.

Prezenty – nieodłącznie kojarzą

się z choinką, a dzieci czekają na nie niecierpliwie. Pamiętam, że kiedy już choinka była „ubrana”, to do wieczerzy nie było pod nią żadnych prezentów. Tuż przed wigilią tato wysyłał nas do kuchni, a w tym czasie otwierał okno, by – jak mówił – przewietrzyć pokój. Kiedy już można było zasiąść do stołu, pod choinką były prezenty, które przyniósł

(chyba przez okno) aniołek. Tutaj prezenty przynosi Święty Mikołaj, a w Wielkopolsce chyba gwiazdor?

Szopka tworzy atmosferę nadziei i radości. Podobnie jak choinka, jest ważnym elementem i ukazuje właściwy sens obchodzonego święta. Tradycja budowanie szopki sięga XIII wieku. Miała w plastyczny sposób przedstawiać historię narodzin Jezusa. Pamiętam, jak z tatą sklejałam pierwszą papierową szopkę, która stała później pod choinką. Tę tradycję z południa Polski zabrałam nad morze, na wyspę Wolin. Tu z synami również kleiłam szopkę, która stała pod choinką. Dziś przy sosnowej choince stoi drewniana, ponadstuletnia szopka ludowego artysty z białostockiego oraz kolorowa – ludowej rzeźbiarki z Beskidów.

Kolędy wszyscy znamy i śpiewamy. Samo słowo w języku polskim

felieton

ma kilka znaczeń: pieśni związane ze świętami Bożego Narodzenia, ale i wizytę duszpasterską w okresie tych świąt. To nieodłączna bożonarodzeniowa tradycja. Dawniej, już po Pasterce, zwyczajem było odwiedzanie znajomych i sąsiadów, składanie życzeń i obdarowywanie drobnymi upominkami oraz wspólne kolędowanie. Na wsiach kolędnicy z gwiazdą lub z Turoniem szli od chaty do chaty z życzeniami. Również i ja pamiętam, gdy z moją pierwszą papierową szopką, w asyście młodszego rodzeństwa chodziłam po kolędzie do sąsiadów. Próba zaszczepienia tej tradycji nad morzem jednak nie przyjęła się… Tymczasem, nieco rozmarzona, zatopiona we wspomnieniach, życzę Wszystkim pięknych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Oczywiście z kolędą na ustach. REKLAMA


To był rok!

Wydarzenie goniło wydarzenie, a atrakcje przeskakiwały same siebie. Taki był 2017 rok w Świnoujściu. Lepszy od 2016, a gorszy od 2018. Tak już mamy, że jest wciąż lepiej. Sail Świnoujście i Wiatrak

Najpiękniejsze żaglowce świata. Najlepsze szantowe i folkowe zespoły. Kolorowy jarmark. Tak wyglądał 9. Sail Świnoujście i Pływający Festiwal Piosenki Morskiej „Wiatrak”.

FAMA

Najstarszą imprezą na wyspach jest bezdyskusyjnie FAMA. Przez dwa tygodnie, ulice i sceny Świnoujścia pełne są studenckiego gwaru, a wydarzenia trwają od rana do rana.

Dni Twierdzy

Rzymskie legiony szturmujące fort na plaży? Proszę bardzo. Tak właśnie grono miłośników fortyfikacji świętuje Dni Twierdzy Świnoujście. 50

MAGAZYN

Wakacyjne Miasto Kobiet

Zupełnie nowa impreza w mieście – spotkania, warsztaty i koncerty przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Czas chyba pomyśleć nad podobnym wydarzeniem tylko dla mężczyzn!


THE BEST OF 2017

Dni Morza

miasto

Piotr Rubik

My znad morza „dni morza” mamy codziennie, jednak te pisane dużymi literami – jak co roku – były wyjątkowe. Choć aura nieco jesienna, zabawa pod sceną iście gorąca!

Każdy ma swoją historię, Piotr Rubik także. Jego koncert pod wymownym tytułem Moja historia otworzył sezon plenerowych koncertów w Świnoujściu. Amfiteatr pękał w szwach.

Grechuta Festival

200 artystów, kilkadziesiąt tysięcy widzów, a przede wszystkim kilkanaście świetnych koncertów i spektakli teatralnych. Marek Grechuta byłby zachwycony i chciałby tu śpiewać!

Mistrzostwa Europy w Match Racingu

Wyścigi łódek, których nazwa kojarzy się z resorakami pewnej firmy, to wyjątkowa impreza żeglarska. Dlaczego? Zamiast na otwartych akwenach odbywają się niemal w centrum miasta.

Uznamski Festiwal Muzyki

Prawdziwy przykład międzygranicznej przyjaźni oraz dowód na to, że muzyka łączy. Uznamski Festiwal Muzyki rozbrzmiewał w różnych miejscach – i u sąsiadów, i u nas.

Świnoujskie Lato Kultury

Świnoujskie Lato Kultury może i czasem lata wcale nie przypominało, ale z pewnością było bardzo gorąco. Dbali o to rozmaici artyści – od filharmoników po rockandrollowców. MAGAZYN

51


Kolędowanie

i rzeźbienie w lodzie FOT. scie24.pl

W pierwszych dniach grudnia na Placu Wolności ruszył coroczny Jarmark Świąteczny. Oprócz straganów ze świątecznymi wiktuałami, ozdobami i małym, wesołym miasteczkiem dla najmłodszych, w tym roku pojawią się imprezy towarzyszące. W każdą sobotę zapraszamy na przygotowane przez Miejski Dom Kultury koncerty, animacje i pokazy. Jednak po kolei.

Kolędy na placu Piękną świąteczną tradycją jest wspólne kolędowanie. Dnia 16 grudnia serdecznie zapraszamy

52

MAGAZYN

mieszkańców i turystów na Plac Wolności, gdzie na scenie pojawią się zespoły wokalne działające

przy Miejskim Domu Kultury. Nie zabraknie zatem przebojowych Chwatów, chóru Kantylena, zespołu „Keja” oraz uczestników telewizyjnego show „Mam talent”. Prowadzone przez Barbarę Okoń zespoły już od połowy listopada ćwiczą repertuar najpopularniejszych kolęd i pastorałek świątecznych. Nie inaczej jest w przypadku młodzieży przygotowywanej przez Marinę Nikoriuk z Pracowni Wokalno-Artystycznej. Tytus Brzeziński, Ula Niśkiewicz, Natalia Dydo, Paweł Fajkowski i inni, tych nazwisk warto się nauczyć, bo już wkrótce będzie o nich głośno nie tylko na naszych scenach, ale i w całej Polsce. Ten magiczny czas uzupełni Miejski Chór Logos, który zaśpiewa dla nas klasyczne pieśni adwentowe. To jednak nie koniec atrakcji, do Świnoujścia zawita Teatr Prawdziwy z Bielawy. Artyści z pomocą animowanych, 5-metrowych lalek przedstawią spektakl „Parada Wszystkich Świętych”. Koncert kolęd, 16 grudnia, Pl. Wolności, godz. 16.00, wstęp wolny. Parada Wszystkich Świętych, 16 grudnia, Pl. Wolności, godz. 18.00, wstęp wolny.


GRUDZIEŃ W ŚWINOUJŚCIU

miasto

należy do elitarnego grona artystów tej materii, którzy regularnie zapraszani są na światowe pokazy i konkursy tej skomplikowanej sztuki. Będzie też można osobiście spróbować się z bryłą lodu podczas warsztatów przeprowadzonych przez ICE TEAM.

FOT. fmholland/PIXABAY

Po zajęciach rzeźbienia w lodzie, trzeba się rozgrzać. A próbowaliście kiedyś skakać i tańczyć przy kolędach? Oczywiście nie jest to takie proste, na przykład przy Cichej nocy, ale już przy kolędach z Afryki czy Ameryki Południowej – czemu nie? Tym bardziej, że na scenie pojawi się zespół Redlin, który o folkowych rytmach wie wszystko. Znają też kolędy z całego świata i nie zawahają się ich wykonać.

Mistrzowie lodu W ostatnią przedświąteczną sobotę śmiało można będzie zaśpiewać znany przebój Vanilla Ice – Ice Ice Baby. W centrum miasta, na

ICE TEAM Show, 23 grudnia, Pl. Wolności, godz. 15.00, wstęp wolny.

Placu Wolności, za sprawą załogi (a jakże!) ICE TEAM odbędzie się pokaz rzeźbienia w lodzie. Ekipa z Poznania, jako jedyna w Polsce,

Wigilijne opowieści – koncert grupy Redlin, 23 grudnia, Pl. Wolności, godz. 17.00, wstęp wolny.

Sylwester na plaży Przed zabawą sylwestrową zapraszamy na plażę do wspólnego biegania. Do pokonania będzie dystans 4 kilometrów, do falochronu i z powrotem. Opłata startowa 5 zł. Więcej szczegółów na stronie internetowej www.jogging.republika.pl. Bieg Sylwestrowy, 31 grudnia, zbiórka godz. 11:30, przy Pływalni Miejskiej, ul. Żeromskiego 62. Sylwester miejski na plaży, 31 grudnia, godz. 23:00 – 01:00, plaża przy Centrum Koordynacji Ratownictwa, wejście od Powstańców Śląskich lub Trentowskiego, wstęp wolny.

FOT. myangel2/PIXABAY

Już od kilku lat miasto zaprasza mieszkańców i turystów do wspólnego przywitania Nowego Roku. Nie inaczej jest tym razem. Ponownie spotkamy się na świnoujskiej plaży w okolicach bazy ratowników. Zanim jednak zobaczymy kilkunastominutowy pokaz sztucznych ogni, rozgrzewkę zapewni DJ MNK, który bawi ludzi w znanym szczecińskim klubie Coyote. Tuż przed północą życzenia mieszkańcom złoży Prezydent Miasta. Zabawa w rytmach muzyki latynoskiej na plaży potrwa do pierwszej w nocy.

MAGAZYN

53


ZdjęciE zrobione w kawiarni Havana Cafe

Piszesz pod pseudonimem. Jak narodził się Jan Dulka? To historia, której początek ma miejsce tutaj. Swego czasu, w okresie świnoujskim, byłem mocno zaangażowany w rozmaite gry fabularne wraz z moimi licealnymi przyjaciółmi: dwoma Robertami i Krzyśkiem, którego dziś właśnie odprowadziliśmy, po długiej chorobie, na wieczny spoczynek… W jednej z tych gier była właśnie postać Jana Dulki. Dziś myślę, że w jakiś sposób ten okres – ci ludzie, te gry – tak naprawdę stworzył, ukształtował mój szesnastoletni wówczas charakter. Tak oto zostałem Dulką, wszyscy mnie tak nazywali. Potem, gdy wyprowadziłem się ze Świnoujścia do Warszawy, bardzo mi tego Dulki brakowało. Nikt mnie tak nie nazywał.

Świnoujski szyfr. Można tak powiedzieć. Potem pojawiły się moje pierwsze przedsięwzięcia sceniczne, a myśląc o pseudonimie, wiedziałem, że to będzie Dulka.

Mówisz o tekstach scenicznych, ale piszesz też wiersze, prozę, piosenki…

Ruszyć jak najwcześniej,

dojść jak najdalej

Przemierzył pieszo całe Wybrzeże. No, prawie całe, bez małego fragmentu. Zajęło mu to ponad miesiąc, dłużej niż innym, ale jakie to ma znaczenie, skoro w ten sposób przezwyciężył swoje słabości, a na dodatek napisał o tym książkę? Rozmawiamy z Janem Dulką. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

54

MAGAZYN

I wciąż odkrywam rzeczy, których jeszcze nie próbowałem (śmiech). Wiele wyzwań jest przede mną. Zdarzyło mi się nawet napisać utwór rapowy (śmiech). Oczywiście raper z krwi i kości pewnie pognałby mnie, gdzie pieprz rośnie.

Do form, w których się literacko poruszasz, za moment wrócimy, ale ciekawi mnie, skąd w tobie ten pęd do pisania, jak to się zaczęło… Chciałoby się myśleć, że u źródła jest ta iskra boża. Ale czy to wrodzony talent czy wypracowany warsztat, to nic by z tego nie było bez ludzi, którzy w odpowiednim momencie to rozbudzą i pokierują. Zatem w pierwszym rzędzie trzeba tu wyróżnić Mamę, która od maleńkości dbała o mój rozwój kulturalny i zachęcała do swobodnego wyrażania się przez sztukę. Później miałem szczęście trafić w liceum pod


NADBAŁTYCKA WŁÓCZĘGA

skrzydła wspaniałej polonistki, pani Iwony Dominiak, która pomagała szlifować ten raczkujący warsztat literacki i nie pozwalała się zniechęcać, co w tym wieku – pełnym emocjonalnych zawirowań – jest aż nazbyt łatwe.

Czy któraś z tych form literackich jest tobie szczególnie bliska? Najpierw była poezja i przez całkiem długi okres na pytanie: „kim jesteś?”, odpowiadałem, że – poza wieloma innym rzeczami, którymi się zajmowałem – poetą. A raczej, że chciałbym być poetą, bo to zawsze jest dążenie do swoich ideałów, swoich mistrzów… Znacznie później pojawił się dramat, piosenki czy próby prozatorskie. To zresztą ciekawe, bo to właśnie prozę udało mi się wydać przy pomocy wydawnictwa. Wcześniej opublikowałem książkę poetycką, ale własnym sumptem – a w świecie literackim to się wszak nie liczy (śmiech).

Za to twoje dramaty niejednokrotnie wystawiano na scenie, a temu one służą. Dramat ożywa w teatrze, a nie w druku.

Było ciężko? Bardzo. Nie nadążałem za moją grupą – tu pozdrawiam wspaniałą Grupę Białą WAPM – i ciągle zostawałem w tyle (śmiech).

Może i w tyle, ale pokonałeś tę drogę, pokonując tym samym to, co uznawałeś za swoją słabość. Zgadza się. To właśnie stało się impulsem do kolejnych wypraw, przy czym założyłem sobie, że będą to wyprawy samotne. Nie chciałem swoim wolniejszym tempem sprawiać nikomu dyskomfortu – że nie nadążam, że mnie zostawiają i tak dalej.

To odbiera przyjemność, jaką daje samo chodzenie, prawda? Taka presja – nawet narzucona przez siebie samego – doganiania, nieodstawania. A przecież w twojej włóczędze nie chodziło o to, żeby się z kimś ścigać, iść na czas. Dokładnie.

Od początku zakładałeś, że powstanie z tego książka? Ruszyłem, nie mając kompletnie pojęcia, czy to przedsięwzięcie się powiedzie, czy przejdę choćby

książka

połowę trasy, czy nie odnowi mi się kontuzja sprzed roku. Myślenie w tej sytuacji o książce byłoby zbyt dużym optymizmem (śmiech). Był jedynie plan, że będę pisał bloga. Umówiłem się z przyjaciółmi, że codziennie będę do nich dzwonił i dyktował to, co udało się w ciągu dnia zapisać.

Poszedłeś bez komputera?! To niedzisiejsze. Dziś wszyscy wszędzie mamy ze sobą komputer. Miałem jedynie zeszyt, w którym wszystko notowałem, z wilkiem na

Ruszyłem, nie mając kompletnie pojęcia, czy to przedsięwzięcie się powiedzie, czy przejdę choćby połowę trasy, czy nie odnowi mi się kontuzja sprzed roku

To prawda.

Porozmawiajmy o książce Jak nie złapać wilka na piachu…, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa PrimoLibro. Podtytuł brzmi: czyli piesza włóczęga wzdłuż Bałtyku z Trójmiasta do Świnoujścia. Skąd ten pomysł? Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że to nie jest mój pomysł i byli już ludzie, którzy zrobili to przede mną.

Nie szkodzi. To i tak nie lada wyczyn. Wcześniej czytałem o tym i muszę przyznać, że wydawało mi się to nierealne, tym bardziej że mam chory kręgosłup i dłuższe chodzenie było dla mnie właściwie nieosiągalne. W pewnym momencie jednak poczułem potrzebę pójść na pielgrzymkę, na Jasną Górę. To był taki punkt zwrotny… Spróbowałem i udało się, okazało się nieoczekiwanie, że mogę.

MAGAZYN

55


okładce (śmiech). Przez jakiś czas te moje zapiski funkcjonowały jako blog, potem je przepisałem, uładziłem, wysłałem w kilka miejsc.

I wydałeś. Tak, dzięki pozytywnej odpowiedzi z pewnego bardzo miłego wydawnictwa (śmiech).

Twoja włóczęga trwała trzydzieści trzy dni. Rzeczywiście, tyle mi to zajęło. Choć byli tacy, którzy pokonali tę drogę w trzy dni! A średnia to jakiś tydzień, więc to chyba najdłuższa nadbałtycka wyprawa w historii (śmiech).

Jak się szło? Takie chodzenie po piasku jest jednak nieco trudniejsze niż marsz po płaskim podłożu. Zdecydowanie tak. Mam to porównanie z pielgrzymką, gdzie szliśmy głównie asfaltem, czasem leśnymi drogami – w momentach największego zmęczenia można było wręcz zamknąć oczy i powłócząc noga za nogą, iść za głosem ludzi. Samotnie tak się nie da. Poza tym, rzeczywiście piasek bywa pewnym utrudnieniem.

Jako urodzony świnoujścianin powinieneś być przyzwyczajony do niego. To prawda, w dzieciństwie chodziło się trochę po piachu, więc ma się jakieś wyczucie – czy iść bliżej morza, czy raczej wydm.

I jak jest łatwiej? Na pewno nie przy samej wodzie, gdyż jest tam leciutki spad, czyli noga szybciej się męczy. Szukałem po prostu miejsc, gdzie jest w miarę płasko.

Miałeś jakiś system tej wędrówki? Na przykład: cztery godziny idziesz, dwie odpoczywasz, albo chodzisz tylko popołudniami i tak dalej? Jedyną właściwie zasadą było to, żeby ruszyć jak najwcześniej i dojść jak najdalej. W praktyce jednak to „najwcześniej” różnie wyglądało. Jednego dnia startowałem o świcie,

56

MAGAZYN

innego dużo później. Początkowo wędrowałem z namiotem, ponieważ wydawało mi się, że tak będzie najrozsądniej i najtaniej, ale nie polecam tego. Wilgotność powietrza nad morzem jest tak duża, że bez względu na to, jak było w nocy, rano namiot i tak jest cały mokry. Suszenie zajmowało mnóstwo czasu i znacząco opóźniało start. W trakcie wędrówki wytworzyła się też jeszcze jedna zasada: jeden dzień – dłuższa trasa, następny – krótsza i tak na przemian.

Jak to człowiek znad morza, wcześniej niewiele tego polskiego morza widziałem. Na wakacje się jeździło w góry czy w inne regiony, ale nie nad „inne morze” Przeszedłeś całe Wybrzeże. Niezupełnie całe. Brakuje mi odcinka na Mierzei Wiślanej.

Drobiazg. W każdym razie masz wyobrażenie o niemal każdym fragmencie Wybrzeża Bałtyckiego. Jak Świnoujście wygląda na tle reszty? Możesz pokusić się o jakieś porównania, refleksje?

że, bo przecież pochodzę ze Świnoujścia.

Nic bardziej mylnego? Zgadza się. Nasze Wybrzeże jest tak różnorodne, bogate w rozmaite faktury plaży, wydm czy klifów… To był wielki szok. Świnoujście Świnoujściem – perła bałtyckich portów, co zawsze wszystkim powtarzam – ale to jednak nie jest wszystko, polskie Wybrzeże jest znacznie bogatsze.

Największy krajoznawczy zachwyt podczas twojej włóczęgi? Było ich wiele… Jest takie miejsce za Łącką Górą, w Słowińskim Parku Narodowym – piękny, dziewiczy fragment plaży, bez śladów ludzkiej obecności, na całej szerokości małe, kolorowe kamyki otoczaki… Wspaniały widok, jeden z najbardziej zachwycających.

Czy to była bezpieczna wędrówka? Byłeś w końcu sam. Raczej tak, choć znam ludzi, którzy pukali się w głowę, gdy słyszeli o moim zamiarze. Po pierwsze jednak nie do końca byłem sam – szedłem pod patronatem Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Oni wiedzieli, że gdzieś tam sobie idę (śmiech) i liczyli się z tym, że może być potrzebna pomoc. A i ja dzięki temu czułem się bezpieczniej. Gdybym więc na przykład nie zjawił się na nocleg w jakiejś placówce, reagowaliby.

Były chwile strachu?

Bez sensu, prawda?

Była sytuacja, która z perspektywy czasu wydaje mi się zabawna, choć wtedy była co najmniej niepokojąca – w zupełnej ciemności schodziłem z plaży do lasu, żeby dotrzeć do najbliższej wioski, po czym szybko się wycofałem, ponieważ coś, pewnie dzik, tak warknęło w tym lesie, że aż przebiegł mnie dreszcz…

Dokładnie. Inne nadmorskie rejony poznałem dopiero gdzieś w okolicy studiów, a przez długie lata miałem takie przeświadczenie, że doskonale wiem, jak wygląda polskie Wybrze-

A zdarzały się podczas tych trzydziestu trzech dni kryzysy, takie momenty, kiedy pomyślałeś sobie: „Nie dam rady, wracam”?

Jak to człowiek znad morza, wcześniej niewiele tego polskiego morza widziałem (śmiech). Na wakacje się jeździło w góry czy w inne regiony, ale nie nad „inne morze”.


NADBAŁTYCKA WŁÓCZĘGA

książka

Podobnie jak na pielgrzymce – pierwsze dni były najcięższe. Między innymi dlatego, że na początku miałem ze sobą więcej rzeczy. Dopiero z czasem się ich pozbywałem – pierwszą paczkę wysłałem z Jastarni, ważyła chyba 5 kg.

Czyli czas weryfikował ich przydatność, co wobec tego jest „niezbędnikiem włóczęgi”? Absolutnie trzeba mieć apteczkę, produkty pielęgnacyjne – te oczywiste, ale i nieoczywiste, jak w moim przypadku niezbędny talk i wazelina na stopy. To sprawdzony – nie przeze mnie, muszę dodać – sposób na uniknięcie pęcherzy.

Uwielbiasz samotne wyprawy, ale od jakiegoś czasu wędrujesz w parze. Zgadza się – z przyjaciółką, potem dziewczyną, narzeczoną i wreszcie od trzech miesięcy żoną – Stokrotką (śmiech).

Będą książki z waszych wspólnych włóczęg? Mam taką nadzieję.

W takim razie czekamy, a póki co zaczytujemy się w Jak nie złapać wilka… Dziękuję za rozmowę.

REKLAMA


Ilu nas jest? Jeden duży bochen chleba wystarczy. Kroimy po kromeczce. Gdy zapachnie w sali świeżym chlebem – wiemy. To aromat wiersza. Gdzie jeszcze można go szukać? Na brzegu, gdzie morze wyrzuca bursztyn, w kwiatowym ogrodzie, jesiennym parku. W maszynowni statku, w szpitalnym łóżku… zrodzone myślą. Utrwalone sercem. Powierzone najbliższym. Czy może być coś ważniejszego? Ewa wychodzi z lodowatej wody Bałtyku. – Czy wy wiecie, jak taka kąpiel pobudza wyobraźnię?! – pyta i czyta zahartowany wiersz. Alfreda obudziła się dziś znowu z traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa spędzonego na Syberii. Tamtej wigilii nic nie zatrze w pamięci. Janeczka. Klubowy słonecznik. Każda grupa poetycka chciałaby mieć tak pięknie uprawiany ogród słowa. Ania. Speleolog duszy, mistrzyni metafory…

TEKST MACIEJ NAPIÓRKOWSKI ZDJĘCIA ARCHIWUM KL „NA WYSPIE”

I tak od pół wieku. Docenili to. Od dawna nie byliśmy na czołówkach. Prezydent Miasta uznał, że zasłużyliśmy sobie na „uznanie i wdzięczność w związku z szerzeniem kultury słowa w Świnoujściu”. Prezes oddziału Związku Literatów Polskich przywiózł do Świnoujścia odznakę Gloria Cultura. Dyrektor Miejskiego Domu Kultury przypomniał słowa Cypriana Kamila Norwida. „Z rzeczy świata tego pozostaną tylko dwie: tylko dobroć i poezja, więcej nic (…)” – napisał. Ale gdy 25 listopada zakończyła się jubileuszowa gala w rodzinnym gronie Klubu Literackiego „Na Wyspie”, myśleliśmy już o atmosferze zbliżającej się klubowej wigilii. W kalenda-

58

MAGAZYN

rzu szukaliśmy takiej daty, by nikogo nie zabrakło… Bo najważniejsze w tym klubie jest być razem. Bywa kawa i ciasto. Nie o to jednak chodzi. Bycie razem oznacza w tym gronie wspólne pochylenie się nad cudownie wypełnioną kolebką-kartką z wierszem. Każdy ma tu tę samą wartość. Niezależnie, czy jego przeznaczeniem jest zakurzone dno szuflady czy nagroda w konkursie poetyckim. To słowo

Niejednemu się wydaje, że to nic prostszego. A to naprawdę niełatwe. Gdy kłębią się myśli, gdy huśtawka nastrojów, zostawiasz sobie kilka wersów, by inni zrozumieli wszystko to, co dzieje się w tobie, a czego ty sam często nie ogarniasz. Czy zajęcia na turnusie rehabilitacyjnym mogą być romantyczne? No jasne, że… nie! Ale to także życie, więc poeta nie zamknie oczu. Kilka lat temu zdziwili się Famowicze. To naprawdę Ona wymyśliła? Tak. Kulturalna zadyma studentów nad Świną to była inicjatywa świnoujskiej poetki, kierującej wówczas miejską biblioteką Anny


50. URODZINY KLUBU LITERACKIEGO „NA WYSPIE”

wydarzenia

Chodorowskiej. Zaprosiła, przyjechali raz i powrócili za rok. Studencki przegląd kabaretów teatru i piosenki przechrzcili na FAMA i tak już zostało do dziś. Część z nich jeszcze pamięta. Gdy Ania Chodorowska po raz pierwszy zaprosiła ich do biblioteki, na plaży można było odnaleźć pokaźne kawałki bursztynu. Dziś bursztyn przywożą z kopalni, w piasku próżno go szukać. Ale morze obficie wyrzuca słowa na brzeg. Mienią się w promieniach zachodzącego słońca. Wystarczy się schylić. Przed jubileuszem scena Sali Teatralnej oblegana była długie godziny. Próby, próby, próby. Iwona Dominiak, Aneta Kruk, Beata Wołoszyn. To one czuwały nad kształtem spektaklu. Za klawiszami Daniel Zyzik. Mówią o nim „świnoujski Jarre”. Ale największe wrażenie robi zespół

młodych aktorów-wokalistów. – Słyszysz o co ja?! A ja myślałem, że młodzi to już tylko rap potrafią wyć – komentuje mężczyzna z obsługi technicznej. Siła poezji…? Listopadowe spotkanie. Przeglądamy stare fotografie. Hmm, kiedyś było nas więcej…

– Mama byłaby szczęśliwa! – słowa syna Anny Chodorowskiej dodają otuchy i wiary, że warto: z kolejnym wersem, z kolejną kartką… z chlebem. Dobrosław sam piecze w domu i przynosi, jeszcze gorący. Jeśli ktoś chciałby się przekonać, jak pachnie poezja, drzwi w klubie dla nikogo, kto zapełnił kartę, nie są zamknięte. REKLAMA


wspomnienia

ANNA CHODOROWSKA-GORZELNIASKA

Nie rozwieje się… Gdy przeminę / pozostanie po mnie / przelotna myśl / i kurz w szufladzie… Takimi słowami w wierszu Jak pył dmuchawca skomentowała Anna Beata Chodorowska-

Gorzelniaska – świnoujska poetka – to, co pozostanie po jej śmierci. Czy miała rację?

wianych przez uczestników spotkania. To pierwsze spotkanie z Anią zaowocowało przyjaźnią trwającą do chwili jej śmierci. Stanowczo za krótką. Spotykałyśmy się odtąd regularnie na comiesięcznych spotkaniach klubowych. Zachęcona przez Anię, zaczęłam pisać. Pomagała, tłumaczyła, namawiała do czytania poezji. Zresztą nie tylko mnie. Każdy z klubowiczów, a była ich na spotkaniach zazwyczaj spora gromadka, mógł liczyć na jej pomoc. Uczyliśmy się niełatwych zasad pisania wierszy, poprawnej formy graficznej utworu, poprawnej polszczyzny. Niektórym z nas tych spotkań było za mało. Mnie również. Ania – która przyciągała swoim ciepłem i łagodnością – zapraszała nas więc do swojego domu, gdzie w spotkaniach towarzyszył nam Sławek, jej mąż, pierwszy „krytyk” klubowy. Rozmawialiśmy nie tylko o poezji, działalności klubu, ale także o życiu codziennym. Moja znajomość z Anią i Sławkiem bardzo szybko przerodziła się w przyjaźń.

Anna Chodorowska-Gorzelniaska, Sławomir Gorzelniaski, Anna Kamińska-Szpachta

TEKST ANNA KAMIŃSKA-SZPACHTA ZDJĘCIE Z ARCHIWUM AUTORKI

Z biegiem lat zacierają się w pamięci rysy twarzy, wypowiedziane przez przyjaciół słowa. Pozostają natomiast wspomnienia… Koniec lat 80. ubiegłego wieku. Szukałam pomysłu na siebie. Jedna z moich znajomych – poetka Dorota Lisicka – zaproponowała spotkanie w Klubie Literackim „Na Wyspie”, prowadzonym przez Annę Chodorowską. Nie byłam pewna, czy jest to dobry pomysł, ale poszłam. O istnieniu takiego klubu w Świno-

60

MAGAZYN

ujściu i jego założycielce słyszałam już kilka lat wcześniej od Józefa Gali – kapitana żeglugi wielkiej, pisarza marynisty, który był związany z klubem. Nie przypuszczałam wówczas, że przypadek sprawi, iż trafię do klubu, ale nieco później. W tamtych czasach spotkania klubowe odbywały się w siedzibie Stowarzyszenia PAX przy ul. Piastowskiej. Kilka osób, w tym Ania Chodorowska. Przyjęto mnie serdecznie. Słuchałam, bo sama niewiele miałam do powiedzenia. Byłam zauroczona sposobem dyskusji na temat poezji, prowadzeniem przez Anię warsztatu poetyckiego, szczegółowym omawianiem każdego z wierszy przedsta-

Wielogodzinne rozmowy przy wielu szklankach kawy, wypalanych przez nią papierosach i fajkowym dymie Sławka… W pogodnie dni wspólne spacery po Parku Zdrojowym… Do czasu, kiedy niespodziewany wylew u Ani zniewolił to wszystko, co było. Pozostała tylko walka o poprawę jej stanu zdrowia. Nie udało się. Ania zmarła w sierpniu 1995 roku… Ania pozostanie w mojej pamięci do końca, nie jako przelotna myśl czy kurz w szufladzie. Pozostanie w moich wierszach, które nauczyła mnie pisać. Pozostanie w działalności Klubu Literackiego „Na Wyspie”, w jej poezji publikowanej w almanachach klubowych i kilku tomikach indywidualnych. Pozostanie też w nazwie ulicy czy w pamiątkowym kamieniu na skwerze. Nie rozwieje się jak pył dmuchawca…


Krytykowałyśmy je, poprawiałyśmy. Ania miała „instynkt poetycki”. Czuła sens poezji. Z taktem, wdziękiem i wyczuciem – dyplomatycznie tonowała moje emocje… Mogłam z nią rozmawiać o moich najskrytszych przeżyciach, smutkach i radościach. Ona zwierzała się ze swoich. Jestem jej wdzięczna za akceptację mnie takiej, jaką byłam i jestem. Rozumiała otaczający nas świat – miała do niego dystans. Dar dyplomacji pozwalał jej utrzymać niezależność klubu, która trwa do dziś. Brakuje mi rozmów z nią … Nie była posągowa. Martwiło nas, że za dużo paliła.

Dorota Lisicka, Sławomir Gorzelniaski, Anna Chodorowska-Gorzelniaska

Mistrzyni

tolerancji

Anię Chodorowską poznałam w 1969 roku, w dawnym Klubie Prasy mieszczącym się w Miejskim Domu Kultury w Świnoujściu. Rozmawiałyśmy o poezji, muzyce, przeczytanych książkach… TEKST DOROTA LISICKA ZDJĘCIE Z ARCHIWUM AUTORKI

Któregoś dnia Ania zaprosiła mnie na zebranie Klubu Literackiego „Na Wyspie”. Była jego założycielką

i przewodniczącą. Zaczęłam tam bywać, czasami coś napisałam. Po jakimś czasie nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Ania okazała się ciepłą, wrażliwą osobą. Spędzałyśmy razem wiele czasu, czytałyśmy swoje wiersze.

Czytam teksty, których wcześniej nie znałam. Jej mąż podarował mi teczkę ze zbiorem jej wszystkich wierszy. Wiele z nich to dla mnie niespodzianka. Są filozoficzne, religijne. Zaskoczenie. W sprawach religii była krytyczna, chociaż wierząca. Przez milczącą aklamację – nie wiem, kiedy – stała się mistrzynią tolerancji dla poglądów innych… Nikt z członków klubu temu nie zaprzeczy – tego jestem pewna! Uważnie słuchała wierszy koleżanek i kolegów klubowych. Potem spokojnie wypowiadała swoje uwagi, często krytyczne. Nie pamiętam, by ktoś się obraził. Zawsze były cenne i trafne. Uczyła nas spokojnej dyskusji – czasem wystarczała jej obecność! Jej zawdzięczam, że wróciłam (już po jej śmierci) do pisania wierszy. Niczego nie żałuję, ale chciałabym… móc jej kiedyś je po prostu przeczytać…

MAGAZYN

61


kultura

REKOMENDACJE

Disco z orkiestrą W latach 90. był sobie DJ. Nazywał się Alex Christensen. Nagrał trzy świetne albumy, miał jeden ponadczasowy hit. Pewnie mało kto kojarzy człowieka… A mówi Wam coś nazwa U 96 i Das Boot? Coś czujemy, że zapaliły się kontrolki. Otóż Alex będąc odpowiedzialnym za U 96, postanowił przypomnieć największe dyskotekowe przeboje końca lat 90. Przy okazji wykorzystał tak modny ostatnio motyw rozpisania tych kawałków na orkiestrę. Efekt piorunujący. Już na „dzień dobry” otrzymujemy klimatyczną wersję Rhythm is a Dancer Snap. Jest też oczywiście nowa wersja Das Boot, zupełnie zaskakująca przeróbka What is Love Haddaway’a czy Sonic Emipre Member of The Mayday, w którym najlepiej słychać potęgę miksu orkiestry z elektroniką. Ogólnie miodny album, w sam raz pod choinkę dla kogoś, kto dorastał na przełomie wieków. Alex Christensen & The Berlin Orchestra, Classical 90 Dance, Universal Music Polska

Ponura słodycz Była już księżniczką popu beztrosko utrzymującą, że „wszystko się morze zdarzyć” i połową najbardziej szokującego duetu na rodzimej scenie. Kim jest dziś? Niezależną i świadomą pieśniarką, to pewnik. Anita Lipnicka, bo o niej mowa, przeszła długą muzyczną drogę, zanim odnalazła to, w czym i najbardziej jej do twarzy, i najlepiej się czuje. Folk, americana, blues, alt country… Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie było Johna Portera, gdyż zdaje się, że to ta kolaboracja – z trzema znakomitymi albumami – ukształtowała tę nową i (nie zawahamy się tego napisać) lepszą Lipnicką. Płyta Miód i dym nagrana wraz z The Hats jest taka jak sam tytuł. I słodkawa, i ponura. I lekka, i poważna. I eteryczna, i gęstawa. Jedna z piosenek nazywa się Chcę tu zostać. My też chcemy, żeby Lipnicka została w tych muzycznych klimatach. Anita Lipnicka & The Hats, Miód i dym, Warner Music Poland

Idolka Ania Dąbrowska wystartowała w czasie, gdy talent show w polskim wydaniu miały jeszcze jakiś sens. Choćby dlatego, że było ich wówczas niewiele i że od jurorów ważniejsi byli uczestnicy. Dowiodła również, że słowa „ostatni będą pierwszymi” sprawdzają się także w muzyce. Z „Idola” odpadła bardzo szybko, co nie przeszkodziło jej zostać jedną z najpopularniejszych polskich wokalistek. Było to 15 lat temu. W tym czasie nagrała sześć albumów. Bywała samotna po zmierzchu, ale i potrafiła bawić się świetnie. Snuła historie na ten sam temat przeznaczone dla naiwnych marzycieli. Miewała też zwykłe, dziewczyńskie dylematy – lepiej w spodniach czy w sukience… Album zatytułowany w sposób tyleż niewyszukany, co precyzyjny – The Best Of – to przekrojowy zestaw świetnych piosenek popowych dobitnie pokazujący, że słowa „świetny” i „pop” nie muszą się gryźć. Ania Dąbrowska, The Best Of, Sony Music Entertainment

62

MAGAZYN


Krwawa jatka w 3D Zaczęło się od gry w 2D, ale już druga odsłona zrewolucjonizowała rynek cyfrowej rozgrywki. Wolfenstein to gra legenda, od której zaczynał niemal każdy użytkownik „peceta”. BJ Blazkowitz, amerykański komandos polskiego pochodzenia, anihiluje całe rzesze (o, pardon) przeciwników ze swastyką podczas drugiej wojny światowej. Z czasem okazuje się, że twórcy gry zafundowali nam alternatywną wersję historii, gdzie wojna niekoniecznie skończyła się po naszej myśli. Niedawno na rynku pojawiła się kolejna odsłona serii – Wolfenstein 2: The New Colossus. Tym razem „Blazko” wraca do okupowanej przez nazistów Ameryki, by wzniecić tam rewolucję. Wszystkiego w tej części jest więcej. Więcej nazistowskich przeciwników, więcej przygód i jeszcze więcej krwi, a wszystko w fenomenalnej szacie graficznej. Pokręcona fabuła, niesamowite lokacje i Alicja Bachleda-Curuś. Naprawdę warto. Wolfenstein 2: The New Colossus, Bethesda Softworks

Tęsknota za szokiem Gdyby nie było braci Louisa i Auguste’a Lumière, należałoby ich czym prędzej wymyślić. Bo w innym razie kto wymyśliłby kino?! Ech… Gdyby tak móc cofnąć się w czasie o te jedyne 122 lata i poczuć to, co poczuli uczestnicy pierwszego, niespełna minutowego, pokazu Wyjścia robotników z fabryki. Ten szok, to niedowierzanie. Że co to?! Że jak to?! Dziś, gdy było już wszystko, a nic nie szokuje, brak trochę (a może bardzo?) przeżyć tego rodzaju i tej skali. Dokument Bracia Lumière to wielki ukłon w stronę pionierów kinematografii, zawierający to, co każdy ukłon zawierać powinien – lekkość, zgrabność, a przede wszystkim szacunek. Reżyser Thierry Frémaux, dyrektor Festiwalu Filmowego w Cannes, snuje swą opowieść ze znawstwem i urokiem, uzupełniając ją o ponad 100 znanych i nieznanych obrazków braci. Thierry Frémaux, Bracia Lumière, Kino Świat (DVD)

Pegaz w obrazkach Dzięki wydawnictwu Agora, możemy cieszyć się wznowieniem tomu poetyckiego Pegaz zdębiał. To nie jest zwykły tom wierszy. Po pierwsze, jego autorem jest Stanisław Barańczak. Nieodżałowany poeta i tłumacz. Popełnił ów tom w 1995 roku. Po drugie, trudno się tu spodziewać klasycznych poezji. Mamy natomiast „turystychy” pokroju: „Pozdrowienia z Hong-Kongu: Półleżąc na szezlongu/ (Czerwonym w złote smoki)/I wpadając w amoki/ Z chińskich ziół ciągnę treści/ Ile organizm zmieści”. W innym miejscu Barańczak proponuje zabawę w półsłówka. Spróbujcie „przestawić półsłówka” we frazie: „domki w Słupsku” albo „grała babka w Salopie”… Jakby tego było mało, mamy też dość dowolne tłumaczenia klasyki. Weźmy na przykład fragment dialogu z opery Mozarta: „Don Giovanni: Wiej mi, bo tnę żyletą! Zerlina: Iii, w japie - cham atletą”… Stanisław Barańczak, Pegaz zdębiał, Agora MAGAZYN

63


64

MAGAZYN


DUNE

szlak kulinarny

Nieopodal

WYDM To bez wątpienia jedna z najpopularniejszych restauracji na świnoujskiej Promenadzie. Angielskie słowo dune to nasza polska wydma. Nazwa jest więc nieprzypadkowa. TEKST MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Dune już od pięciu lat zachwyca podniebienia gości, a do tych stałych wciąż dołączają kolejni. Nie powinno to dziwić, skoro jedno z ich flagowych dań – dorsz z grillowanymi warzywami w sosie winno-maślanym – zyskało miano najlepszej potrawy regionalnej. To nic, że w 2013 roku. Smak zniewala tak samo jak wtedy. Podobnie jak wychwalana przez smakoszy zupa rybna czy fantastyczna deska ryb – znajdziemy na niej halibuta, dorsza, łososia i sandacza oraz krewetki i małże nowozelandzkie – która zaspokoi apetyt nawet trzech osób.

bywa z nieznanymi smakami, czasami trzeba do nich szczególnie zachęcać, przekonywać. Smaki z Dune mają to do siebie, że dystans szybko znika i równie szybko przybywa im entuzjastów.

Dwukrotnie w ciągu roku – w sezonie letnim i zimowym – zmieniana jest karta dań, zawsze bazująca na tym, co najlepsze i najświeższe. To ostatnie, jak wiadomo, łatwiejsze jest latem, gdy świeżych warzyw i owoców

Zamysł twórców Dune od początku był jasny – dać klientom coś, czego jeszcze nie jedli. I nie chodzi tu wcale o jakieś szczególnie wyszukane potrawy, a raczej o pewne oryginalne zestawienia, jak na przykład nie tak oczywiste flaki z kalmarów czy krem z topinamburu. Jak to często

MAGAZYN

65


66

MAGAZYN


DUNE

szlak kulinarny

Waldorf z selera, jabłek, winogron i orzechów. Z kolei karta win z pewnością zadowoli nawet najbardziej wytrawnego konesera.

nie brakuje, ale i zimą restauracja staje na wysokości zadania, korzystając z tego, co dostępne. O tej porze roku częściej niż pomidory na talerzu ujrzymy kalarepę czy buraki. Na przebój zimy zapowiada się nowość w menu, smażony śledź. Nieodmiennie powodzeniem cieszy comber jagnięcy, kaczka w pomarańczach czy też gęsina – nie na co dzień w karcie, ale za to w rożnych odsłonach. Jest i tradycyjny kotlet schabowy, ale za-

pewniamy – nietradycyjnie przygotowany, a więc i nieco inny niż taki klasyczny, a do tego w wersji XXL. Sporo powyżej o mięsach, ale niech wegetarianie nie myślą, że Dune o nich nie dba. Specjalnie dla nich ma w ofercie bruschettę według własnego, oryginalnego przepisu, tradycyjne sycylijskie danie z makaronu, bakłażanów i pomidorów – Pasta alla Norma czy nowojorską sałatkę

Lokalizacja restauracji Dune to jednocześnie atut i pewna trudność. Z jednej strony pięknie usytuowana niemal przy morzu, zachęca do wizyty każdego wracającego ze spaceru po plaży. Z drugiej jednak – nie jest to restauracja na Promenadzie jedyna, konkurencja jest więc spora. Jak pozostać na topie w takiej sytuacji? – Wystarczy robić swoje, dbać o jakość i nigdy nie iść na skróty – odpowiada z uśmiechem menedżer Dune. Zatem, tak trzymać! I smacznego!

Restauracja Dune

ul. Uzdrowiskowa 12-14, Świnoujście +48 887 323 232 facebook.com/duneswinoujscie

REKLAMA


68

MAGAZYN


W ŚWIĄTECZNYM NASTROJU

kulinaria

Korzenne przyprawy

i zapach pomarańczy TEKST, ZDJĘCIA I PRZEPISY KAROLINA LESZCZYŃSKA

C

oraz bliżej święta, coraz bliżej święta… – chciałoby się zanucić piosenkę z popularnej reklamy telewizyjnej. Przedświąteczna

gorączka rozpoczęła się na dobre. Widać to w każdym sklepie i na każdej ulicy przyozdobionej świątecznymi motywami. Ja w tym czasie wbrew wszystkiemu zwalniam i delektuję się życiem w stylu slow. Spędzam więc wieczory przy dobrym grzanym winie w nastrojowym blasku świątecznych lampek. Podjadam z puszki obowiązkowe cynamonowe gwiazdki oraz dodaję domową przyprawę korzenną i zapach pomarańczy do czego tylko się da. Nigdzie nie pędzę, wolę się nacieszyć atmosferą grudnia, która trwa tak krótko, co i Wam drodzy czytelnicy polecam uczynić.

MAGAZYN

69


kulinaria

W ŚWIĄTECZNYM NASTROJU

Grzane

wino Składniki 1 butelka czerwonego wina półsłodkiego 1 laska cynamonu kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka ok. 10 goździków 5 owoców kardamonu miód 1 pomarańcza Wino przelać do rondla. Dodać przyprawy i podgrzewać na małym ogniu, aż będzie gorące (nie zagotowywać). Dosłodzić miodem według własnych upodobań. Ostudzić i przelać do butelki. Przed podaniem podgrzać. Podawać z plastrami pomarańczy.

70

MAGAZYN


Cynamonowe

gwiazdki Składniki 300 g zmielonych migdałów 100 g cukru pudru 2 białka 50 g mąki pszennej 2 łyżeczki cynamonu Glazura bezowa 1 białko 1 szczypta soli 200 g cukru pudru 1-2 łyżki mleka

W misce wymieszać mielone migdały, cukier puder, mąkę i cynamon. Dodać dwa nieubite białka i zagnieść ciasto. Schłodzić je przez godzinę w lodówce. W międzyczasie ubić pozostałe białko ze szczyptą soli na gęstą pianę. Stale miksując, dodawać po łyżce cukru pudru. Na koniec dodać 1-2 łyżek mleka, aby uzyskać gęsty lukier. Piekarnik nagrzać do 170 stopni. Schłodzone ciasto rozwałkować między dwoma arkuszami papieru do pieczenia na grubość 1 centymetra. Foremką wykrawać gwiazdki. Układać je na blasze wyłożonej pergaminem. Małym pędzelkiem nakładać na wierzch każdego ciastka cienką warstwę bezowej glazury. Piec 10 minut, wystudzić i przechowywać w szczelnym pojemniku. MAGAZYN

71


kulinaria

W ŚWIĄTECZNYM NASTROJU

Sałatka z jarmużem i wędzonym pstrągiem Składniki 150 g jarmużu 200 g filetu wędzonego pstrąga 1/2 puszki soczewicy garść miękkich suszonych śliwek 1 łyżka suchego maku 1 mała czerwona cebula pokrojona w plasterki Sos 5 łyżek łagodnej oliwy 2 łyżeczki łagodnej musztardy 1 łyżka płynnego miodu 1 łyżka octu jabłkowego sok z 1/2 pomarańczy szczypta przyprawy korzennej

Z jarmużu usunąć twarde i zdrewniałe łodygi. W garnku zagotować osoloną wodę. Wrzucić do niej jarmuż na 30 sekund, następnie go odcedzić i przelać zimną wodą. Jarmuż osuszyć i przełożyć do dużej miski. Dodać pokrojonego na kawałki pstrąga i śliwki. Soczewicę odcedzić i przepłukać, dodać do reszty składników razem z makiem i cebulą. Do małego słoiczka wlać wszystkie składniki sosu, zakręcić i potrząsać do uzyskania kremowej konsystencji. Sosem polać sałatkę, dokładnie ją wymieszać i od razu podawać.

72

MAGAZYN


Korzenny pasztet

z soczewicy

i śliwkowa marmolada Składniki Pasztet 200 g suchej zielonej soczewicy 100 g kaszy jaglanej 100 ml oleju 2 cebule 2 duże ząbki czosnku 1 czubata łyżeczka przyprawy korzennej

1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu 1/2 łyżeczki suszonego tymianku 3 łyżki sosu sojowego sól pieprz Marmolada 150 g suszonych śliwek 1/2 szklanki wody 1,5 cebuli skórka otarta z 1 pomarańczy 1/4 łyżeczki przyprawy korzennej 1/2 łyżeczki suszonego rozmarynu 75 ml octu jabłkowego sól pieprz

Ugotować soczewicę i kaszę jaglaną zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Cebulę pokroić na plasterki. Na dużej patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, dodać cebulę i smażyć około 7 minut, co jakiś czas mieszając. Dodać drobno posiekany czosnek, przyprawę korzenną i zioła, smażyć jeszcze 2 minuty. Do miski przełożyć soczewicę, kaszę i cebulę. Wlać olej i sos sojowy. Wszystko dokładnie wymieszać, doprawiając solą i pieprzem. Foremkę keksową o długości 20 cm wysmarować olejem i oprószyć bułką tartą. Przełożyć do niej masę dokładnie dociskając ręką. Piec 45 minut w temperaturze 180 stopni. Pasztet ostudzić i schłodzić przez noc w lodówce. Przygotować marmoladę. Do rondla włożyć śliwki, wlać pół szklanki wody i zagotować. Na patelni rozgrzać trochę oleju. Dodać drobno posiekaną cebulę i smażyć 5 minut co jakiś czas mieszając. Cebulę dodać do śliwek razem ze skórką pomarańczy, przyprawą korzenną, rozmarynem i octem. Zmiksować blenderem ręcznym. Na koniec doprawić do smaku solą i pieprzem. Pasztet podawać z marmoladą i dobrym pieczywem.

MAGAZYN

73


Życzenia nietypowe Życzeń zdrowia i pomyślności otrzymaliście pewnie już nadto. Adekwatnie więc do okoliczności w ten świąteczny czas życzę Wam nietypowo, aczkolwiek gorąco, abyście w najbliższych dniach…

1

Zdążyli przed świętami rozkręcić swój metabolizm, czyli poprawić czas i sprawność przetwarzania materii na energię. A można to osiągnąć, przyzwyczajając organizm do większego niż zwykle zapotrzebowania na energię. Na dobre dwa tygodnie przed świętami uważajcie szczególnie, aby nie wymigiwać się od aktywności fizycznej, a nawet dorzucić coś ekstra. Organizm przyzwyczai się, że potrzebuje więcej energii, zacznie produkować więcej enzymów i hormonów uczestniczących w procesie jej wytwarzania. Będzie więc technicznie gotowy na nieco większe dostawy.

przebieżka czy godzinny spacer to za mało, żeby spalić kawałek ciasta. Uważajcie więc na hasła po rodzinnym kółku wokół bloku: „Obiadek spalony, więc możemy po kawałeczku sernika”. Z wieloletniej praktyki osobistej wiem, że żeby bez wpływu na to, co się wyświetla na mojej wadze, zjeść po kawałku przewspaniałych ciast mojej mamy, muszę w okresie od Wigilii do Sylwestra przebiec 80 km! To 30 km więcej niż zwykle… A mój żołądek wcale nie jest rozpychany dużą ilością potraw. Ot, zazwyczaj jem na kolację 200 g, które ma około 300 kcal, a u mamy 200 g ciast, które ma 1100 kcal!

2

3

Nie dawali sobie nagród nieadekwatnych do poniesionych trudów. Trzydziestominutowa

74

MAGAZYN

Znaleźli sobie ciekawe zajęcie. Ileż to makowców i babek zostało zjedzonych z nudów?! Siedzi

się przy tym stole i siedzi. Gada i słucha. Słucha i gada. Aż żal, żeby tak samotnie kawałek ciasta leżał. A tu właśnie przestaliśmy odczuwać, że treść pokarmowa podchodzi nam do przełyku i zaczęliśmy już zapominać, że jeszcze godzinę temu składaliśmy sobie obietnicę: „Nigdy więcej się tak nie nażrę!”. Nawet zwykła gra planszowa może być tu wielką pomocą.

4

Oszukiwali się sami na każdym kroku. No niestety – jeśli z kimś nie da rady współpracować, czasami trzeba się uciec do mniej szlachetnych metod, gdy chodzi o dobro drugiej strony. Pijcie dużo wody – przed jedzeniem i w trakcie (nie bójcie się, że rozwodnicie soki żołądkowe, to bzdura) – wasz żołądek szybciej wyśle do mózgu


ŚWIĄTECZNY ROZSĄDEK

sygnał, że jest pełny. Poza tym, duża ilość płynu spowoduje, że w żyłach pojawi się nieco więcej krwi – będzie rzadsza, a co za tym idzie, cukier, który w niej krąży, będzie stanowił mniejszy procent jej objętości. To z kolei opóźni wystrzał insuliny i zamianę cukrów w tłuszczyk na boczkach. (Niestety, jeśli ostatecznie zbyt dużej podaży kalorii nie spalimy, ostatecznie i tak te boczki nam urosną, ale odroczenie tego wyroku zawsze daje szanse na działanie). Jedzcie powoli. Żołądek potrzebuje od początku posiłku nawet 20 minut, żeby wysłać do mózgu sygnał: „OK, mam dosyć”. Jeśli szybko wchłoniemy nawet większe niż zwykle porcje, może najzwyczajniej „nie zdążyć” zauważyć, że jest pełen.

5

Nauczyli się słuchać siebie. Jak tylko przyjdzie Ci do głowy, że jesteś głodny, poświęć chwilę na zastanowienie się, czy faktycznie nie jadłeś w ciągu ostatnich trzech godzin? Może to pragnienie? Może złość? Może smutek? Głupi nawyk na widok nakrytego stołu? Stety czy niestety, u większości z nas jedzenie pobudza ośrodek przyjemności (a któż nie lubi go pobudzać?!) i jest w naszych czasach jedną z najbardziej dostępnych form jego pobudzania. Jeśli nie zadbasz w swoim życiu o bardziej wysublimowane formy, możesz popaść w nałóg jedzenia dla przyjemności, co będzie w praktyce oznaczać, że sięgasz po jedzenie coraz częściej i potrzebujesz go coraz więcej, żeby osiągnąć ten sam skutek.

dieta

6

Nie czekali na lepsze jutro. „Po świętach dieta”. „Schudnę, ale przed świętami nie ma sensu zaczynać”. Ależ jest sens! Oczywiście nie chodzi o to, żeby w bardzo dosłowny sposób rozumieć postny charakter Wigilii, ale pomóż już dziś lepszemu jutru. Zaczniesz się odchudzać po świętach – OK, ale nie znaczy, że w tym czasie możesz jeszcze przytyć. Boisz się, że ulegniesz presji przy stole? Poćwicz już dziś, a będziesz się łatwiej opierać i w Sylwestra, i w karnawale, i na imprezach urodzinowych, komuniach… Inaczej będziesz ciągle mieć wymówki zamiast efektów.

Renata Kasica, Dietetyk,

autorka bloga rownowaznia.pl

REKLAMA


natura

KUNA

MISTRZYNI

wspinaczki

Są dwie możliwości podglądania zwierząt. Pierwsza, gdy siadasz, maskujesz się, żeby wyglądać jak krzak lub coś podobnego i czekasz. Druga: idziesz powoli, co chwilę przystając i nasłuchujesz, czy nie zbliża się jakieś zwierzę. Ta druga opcja jest trudniejsza, gdyż nie wiadomo, jak byś się skradał, zawsze jakaś gałązka pęknie pod stopą… TEKST I ZDJĘCIE ARTUR KUBASIK

Tym razem idę, co jakiś czas się zatrzymując. Ciszę nagle przerywa szelest, a tak szeleścić może jedynie duży zwierz. Myślę sobie, że w moim kierunku idzie jeleń… Po chwili okazuje się, że wśród liści uwija się kuna leśna – niewielkie, ciemnobrązowe zwierzątko z odstającymi uszami. Wszyscy znają kunę domową, jednak leśna, zwana tumakiem, to zupełnie coś innego.

76

MAGAZYN

Mieszka w lesie, do ludzi nie podchodzi, jest mniejsza od domowej i w przeciwieństwie do niej ma czarny nos, podczas gdy domowa – różowy. Ma dłuższe łapki, przez co znakomicie wspina się po drzewach, a jej kryjówkami najczęściej bywają opuszczone dziuple. W przeciwieństwie do domowej, która dzięki nam, ludziom ma dostęp do pokarmu przez cały rok, leśna ma cięższe życie. Znalezienie padliny może okazać się bardzo ciężkie, a kręcące się przy niej lisy mogą okazać się dla

tego zwierzątka śmiertelnie niebezpieczne. Owoce w lesie pojawiają się bardzo krótko, a gryzonie masowo występują raz na kilka lat. Tak było z kuną, która głośno przeszukiwała zakamarki lasu. Tak intensywnie szukała jedzenia, że nie zauważyła nawet, gdy się do mnie zbliżyła. Tak powstało to zdjęcie… Więcej zdjęć: facebook.pl/obrazkizlasu


Początek zimy był wówczas chłodniejszy niż obecnie…

Wigilia nad Świną 1945 roku

Początek zimy tamtego roku tu nad morzem był nieco chłodniejszy niż obecnie i bardziej śnieżny. Już w początkach grudnia pojawiły się pierwsze, dość silne mrozy i posypało nawet sporo śniegu. Na szczęście jednak po pewnym czasie mróz zelżał, a pierwsze lody, które skuły Świnę, popękały i z południowym wiatrem spłynęły do morza. TEKST JÓZEF PLUCIŃSKI ZDJĘCIA ARCHIWUM AUTORA

Umożliwiło to 17 grudnia odbycie rejsu świnoujskiego statku „Piast” pod polską banderą do Szczecina i jego powrót z pocztą, drobnymi upominkami i pewną ilością towarów spożywczych. Stateczek zapoczątkował tym rejsem stałą, acz niezbyt regularną łączność wyspy z krajem. Poprawiło to nadzwyczaj samopoczucie zamieszkujących tu

78

MAGAZYN

Polaków i pozwoliło optymistycznie myśleć o zbliżających się świętach. Zaledwie trochę więcej jak przed dwoma miesiącami grupa operacyjna Pełnomocnika Rządu RP przejęła miasto i powiat. Wszystko, co się wówczas działo, było więc dla Polaków pierwsze… Pierwsze narodziny, pierwszy ślub, pierwszy pogrzeb. Pierwszą była też polska Wigilia

i Boże Narodzenie – w mieście, które polskim osadnikom w niczym nie przypominało ich ojczystych stron.

Zaledwie kilkuset W zamarzniętym, ciemnym, w dużej mierze opustoszałym Świnoujściu zamieszkiwało wówczas zaledwie kilkuset Polaków. W przeważającej liczbie byli to urzędnicy, milicjanci,


ŚWIĘTA PO WOJNIE

stare świnoujście

żołnierze, kupcy, kilku nauczycieli. Tylko nieliczni z rodzinami, większość bez, ponieważ nie chcieli narażać swych bliskich na oczekujące ich nieznane. Znacznie więcej było w mieście rosyjskich żołnierzy i Niemców. Niewielka polska społeczność trzymała się razem, zamieszkując głównie w śródmieściu, w rejonie dzisiejszych ulic Hołdu Pruskiego, Piastowskiej, Monte Cassino, Wyszyńskiego, Placu Słowiańskiego i Wolności, Armii Krajowej. Co i rusz znajdowały się budynki lub całe kwartały zajęte przez Rosjan. Osiedlenie się dalej od centrum i polskiego sąsiedztwa pociągało więc za sobą ryzyko nocnej wizyty umundurowanych maruderów, względnie innych opryszków.

Przystanek

Proboszcz katolickiego kościoła w 1945 r. Paul Adamus

Wielu Polaków pobyt tu traktowało jak przystanek na szlaku powojennej wędrówki. Ich życie w ówczesnym Świnoujściu nie było bowiem komfortowe. Obce ulice, domy, kościoły, obcy ludzie. Wobec braku połączeń komunikacyjnych, aprowizacja wyglądała gorzej niż kiepsko. Zima, przy braku opału, również nie napawała optymizmem. Na szczęście, w zrujnowanych lub opustoszałych, wyszabrowanych budynkach sporo było drewnianych podłóg i mebli, by zapewnić opał do domowych pieców. Tu przypomnienie dla młodszych czytelników, praktycznie wszystkie mieszkania ogrzewane wówczas były piecami kaflowymi.

nieźle mówił po polsku. Odbierał zatem spowiedź i – chociaż nieco chropawo – kazania głosił w polskim języku. Za to właśnie, że w czasie wojny głosił do polskich robotników przymusowych słowo w ich języku, dostał się do hitlerowskiego obozu w Dachau.

Chropawa polszczyzna W katolickim kościele przy ulicy Piastowskiej nie było jeszcze polskiego księdza, a posługę kapłańską sprawowali dwaj duchowni, którzy byli tu jeszcze przed rokiem 1945: proboszcz ksiądz Paul Adamus mający za sobą pobyt w obozie koncentracyjnym w Dachau i wikariusz ksiądz Karl Reuter. Nielicznych pozostających w mieście niemieckich katolików obsługiwał wikariusz, msze niedzielne celebrował zaś ksiądz z racji tego, że jako Ślązak całkiem

Pięć dni wolnego Wigilia wypadała tamtego roku w poniedziałek. Obecnie byłby to dar niebios, skutkujący pięcioma dniami świętowania, wtedy te wolne dni nie były aż tak ważne. Tym niemniej umożliwiło to polskim rodzinom poczynienie koniecznych przygotowań już nieco wcześniej. Takie proste to wówczas nie było. Najłatwiej było „załatwić” choinkę, bo tak po jednej, jak i drugiej stronie Świny zagajników świerkowych nie brakowało, a nikt nie pytał o pochodzenie nawet największego i najpiękniejszego drzewka. Nie najgorzej też było z ozdobami choinkowymi. W wielu zajętych przez polskich osadników domach, w domowych zakamarkach można było znaleźć pozostawione przez poprzednich mieszkańców szklane, świecące ozdoby, uchwyty na świeczki, czasami jeszcze z cienkimi kolorowymi ogarkami, podsta-

Członkowie grupy operacyjnej Pełnomocnika Rządu RP w Świnoujściu, jesień 1945 r.

wy pod choinki i tak zwany anielski włos. Dzięki temu w każdym niemal polskim mieszkaniu stało całkiem ładne świąteczne drzewko.

Pierogi bez mąki?! Naturalnie tam, gdzie były już dzieci, a zbyt dużo tych domów nie było, na choince zawisnął też misternie wyklejony papierowy łańcuch,

MAGAZYN

79


było pierogi, nie mówiąc już o czymś słodkim na świąteczny stół?

Coś mocniejszego z Przytoru Po jaja, produkty mięsne jak też po świeżo upędzone „coś mocniejszego” wyprawiano się do Przytoru lub holownikiem „Władysław IV” na Karsibór, gdzie to gospodarowali polscy osadnicy wojskowi. Stamtąd też pochodziły ryby, które znalazły się wówczas na polskich wigilijnych stołach. Ryb dostarczyli też pierwsi polscy rybacy ze Świnoujścia, łowiący razem z rybakami niemieckimi. Nie wszystkich było na to stać, stąd też te pierwsze święta były z całą pewnością dla wielu polskich rodzin po prostu głodowe. Wcześnie, jak zawsze o tej porze, nad zaśnieżonymi pustymi ulicami Świnoujścia zapadł mrok. Za oknami nielicznych, zajętych przez polskie rodziny mieszkań zabłysły światła choinek i rozległ się śpiew kolęd. Zaczęła się pierwsza polska wigilia nad Świną.

Urzędowa wigilia

Piękna propagandowa pocztówka z 1945 r. Polska lewica rządząca tolerowała jeszcze święta kościelne.

a często również starannie wykonane papierowe ozdoby. Niezbędny materiał, czyli kolorowy papier, pod dostatkiem znajdował się w opuszczonej drukarni Fritzschego przy Placu Słowiańskim. Do świątecznej produkcji dzieciaki używały też „sreberka”, błyszczącej aluminiowej folii ze zdemontowanych urządzeń elektrycznych, bodajże z kondensatorów. Tragicznie natomiast kształtowała się sprawa zaopatrzenia w podstawowe nawet produkty spożywcze.

80

MAGAZYN

Poniemieckie zapasy zostały skutecznie „zagospodarowane” przez wszechmocnych Rosjan, a więc pozostały pustki, a miasto było odcięte od pozostałych terenów Pomorza, gdzie również w powojennych warunkach powszechny dobrobyt nie panował. Stąd też jakieś słodycze, mąka i cukier – przywiezione ze Szczecina kilka dni przed świętami na pokładzie „Piasta” do pierwszego wówczas sklepiku spożywczego przy Placu Słowiańskim – stały się ratunkiem dla nielicznych polskich gospodyń. Bo też jak bez mąki ulepić można

Jak wspomniałem, rodzinnych domów nie było jednak zbyt wiele, ale świąteczne choinki stanęły w kilku punktach miasta. Dorodne drzewko postawiono w siedzibie Państwowego Urzędu Ziemskiego, w budynku na rogu Chrobrego i Armii Krajowej (budynek stoi do dzisiaj), w komendzie Milicji Obywatelskiej wówczas przy ulicy Piastowskiej, w Związku Osadników Wojskowych, a wreszcie w siedzibie Urzędu Pełnomocnika Rządu RP, czyli jak wówczas mawiano – w Starostwie przy Placu Słowiańskim. Pełnomocnik Rządu organizował też pierwszą, nazwijmy to urzędową polską wigilię w Świnoujściu. Jej opis odnalazłem w sprawozdaniu ówczesnego kierownika referatu kultury Starostwa, pani Zofii Kuglin oraz w zebranych niegdyś relacjach od zamieszkałych wtedy osadników. Nawiasem mówiąc, w pierwszym powojennym okresie tego rodzaju oficjalne obcho-


ŚWIĘTA PO WOJNIE

Zofii. Zadbał on nie tylko o wystrój pomieszczenia i zaopatrzenie stołu, ale też o właściwy program wieczoru. Przy wigilijnym stole zebrało się około 40 osób, pracowników Urzędu Pełnomocnika i, jak to nazwano, „urzędów zespolonych i niezespolonych”, w tym także Milicji i Urzędu Bezpieczeństwa. Reprezentowane też były partie polityczne PPR, PPS i PSL. Obecny był dowódca posterunku Wojsk Ochrony Pogranicza kapitan Szmitkowski oraz szefowie Urzędu Celnego i Urzędu Morskiego. Na wigilię dotarł z prowiantem Tadeusz Postulka, wójt gminy Przytór-Karsibór. Ponieważ łączący brzegi Świny prom technicznie zaniemógł, przez kilka dni pan wójt nie mógł na swoje włości powrócić.

Całkiem składnie Zofia Kuglin, plastyczka, referent kultury Urzędu Pełnomocnika Rządu RP

dy świąt kościelnych nie były czymś nadzwyczajnym. Polska lewica obejmująca wówczas z pomocą Armii Czerwonej władzę w kraju liczyła się jeszcze z Kościołem i jego wpływami w społeczeństwie. To był czas, kiedy nawet Bolesław Bierut, komunista, przewodniczący Krajowej Rady Narodowej uczestniczył w nabożeństwach. Rola Kościoła była przez władze szczególnie doceniana na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Był jednym z wyraźniejszych czynników integrujących polskich osadników.

„Zespolone i niezespolone” Spotkanie odbyło się w stołówce Urzędu Pełnomocnika Rządu pełniącej wówczas także funkcję jadłodajni dla Polaków, mieszczącej się wtedy w lokalu obecnej restauracji Neptun. Pomieszczenie zdobiła naturalnie ustrojona choinka, goście zasiedli przy stołach z siankiem pod obrusami i niezbyt jednolitą zastawą. Uroczystość przygotowywał ówczesny kierownik Urzędu Informacji i Propagandy, przybyły z Krakowa artysta plastyk Stanisław Kuglin, prywatnie mąż wspomnianej pani

Wieczór zainaugurował przemówieniem gospodarz, Pełnomocnik Rządu RP Władysław Matula. Rozpoczął politycznie o znaczeniu dla Polski „powrotu prastarych piastowskich ziem do Macierzy”, powiedział o historyczności tego wieczoru, a następnie złożył życzenia świąteczne zebranym. Podzielono się też opłatkiem, który pochodził od niemieckich zakonnic z katolickiego zgromadzenia Sióstr Boromeuszek z Międzyzdrojów. Jak na wigilię przystało, zaintonowano pieśń Wśród nocnej ciszy. Wyszło to całkiem składnie, jako że do śpiewu przygrywała czteroosobowa niemiecka kapela, która niegdyś była zatrudniana przez dawny Zarząd Uzdrowisk. W nowej sytuacji zdrojowi muzykanci przygrywali tak polskim, jak i rosyjskim chlebodawcom. Polskiego, kolędowego repertuaru nauczył ich wspomniany Stanisław Kuglin, nawiasem mówiąc członek Polskiej Partii Robotniczej. O ile wiem, jego lewicowość i przynależność do PPR była całkiem nowej daty, czasowym zauroczeniem. Jeszcze w czasie wojny należał bowiem do podziemnego kółka teatralnego w Krakowie, razem z Karolem Wojtyłą, wtedy jeszcze „cywilem”. Lewicowa przygo-

stare świnoujście

da Stanisława Kuglina trwała krótko. W kilka miesięcy potem, po wyborczych szwindlach polskich komunistów, zrezygnował z przynależności do PPR. Oczywiście przypłacił to swoją karierą polityczną i artystyczną. Ale to już inna opowieść. Wracajmy do wigilii 1945 roku.

Prawdziwie i pięknie Zgodnie z polskim obyczajem odbyła się wówczas także pasterka, a raczej wigilijne nabożeństwo. Odprawiono je we wczesnych godzinach wieczornych, ze względu na przepisy bezpieczeństwa obowiązujące wtedy w mieście. Celebrował je ksiądz Paul Adamus. On też odczytał słowa Ewangelii wg św. Łukasza i twardą śląską polszczyzną wygłosił kazanie. A później kolędzie Cicha noc polskich wiernych wtórował śpiew Stille Nacht niewielkiej grupy niemieckich katolików. Organy nie grały, bo były uszkodzone, a i organisty nie było. Jak natomiast przebiegała ta wigilia w polskich rodzinach, trudno naprawdę powiedzieć. Z pewnością – chociaż biedne były choinki i potrawy – życzenia, kolędy i łzy wzruszenia były prawdziwe i piękne. Tej prawdy i wzruszeń z całego serca moim czytelnikom życzę. Artysta plastyk Stanisław Kuglin ówczesny kierownik polskiego Urzędu Informacji i Propagandy

MAGAZYN

81


Gdzie leżą WYSPY? Urząd Miasta, Wojska Polskiego 1/5

Salon Mody „Coco”, Armii Krajowej 1

Miejski Dom Kultury, Wojska Polskiego 1/1

Salon Mody „Unique”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Centrum Informacji Turystycznej, Plac Słowiański 6/1

Salon Mody „Teofil”, Monte Cassino 1A

Miejska Biblioteka Publiczna, Piłsudskiego 15

Salon Mody „My Poem”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Biblioteka Pedagogiczna, Piłsudskiego 22

Salon Mody dziecięcej „Happy Day”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

G.H. Corso poziom -1, regał z książkami, Dąbrowskiego 5

Siłownia i Fitness „Champions Academy”, Woj. Polskiego 1/19

Sklep papierniczy „ERGO”, Matejki 35

Przewozy Pasażerskie „Emilbus”, Wybrzeże Władysława IV 18

ASO Renault Nierzwicki, Lutycka 23

Księgarnia „Neptun”, Bohaterów Września 81

Uzdrowisko Świnoujście, E. Gierczak 1

Restauracja „Neptun”, Bema 1

Hotel Interferie Medical SPA, Uzdrowiskowa 15

Restauracja „Nebiollo”, Orzeszkowej 6

West Baltic Resort, Żeromskiego 22

Restauracja „Qchnia”, Piłsudskiego 19

Radisson Blu Resort, Świnoujście, al. Baltic Park Molo 2

Restauracja „Na Dziedzińcu”, Wybrzeże Władysława IV 33D

Hotel Hampton by Hilton, Wojska Polskiego 14

Restauracja „Pinocchio”, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Apartamenty „44wyspy.pl”, Orzeszkowej 5

Restauracja „Mila“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Visit Baltic, Wojska Polskiego 4b/5a

Restauracja „Casablanca”, Promenada, Uzdrowiskowa 16-18

Nautilus Apartamenty, Orzeszkowej 3

Restauracja „Dune”, Promenada, Uzdrowiskowa 12-14

Biuro Podróży „Slonecznie.pl”, Grunwaldzka 21

Restauracja „Osada”, Wybrzeże Władysława IV 30A

Biuro Turystyczne „Wybrzeże”, Słowackiego 23

Restauracja „Toscana”, Marynarzy 2

Biuro Turystyczne „Travel Partner”, Bohaterów Września 83/13

Restauracja „Karczma Pod Kogutem”, Żeromskiego 62

Biuro Zakwaterowań „Baltic Park Fregata”, Uzdrowiskowa 20

Restauracja „Prochownia”, Jachtowa 4

Pracownia Ceramiczna „Wyspa 1200 °C, Piłsudskiego 27-31

Restauracja „Magiczna Spiżarnia”, Chrobrego 1B

Jubiler „Malwa”, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Pizzeria „Batista”, Os. Platan, Wojska Polskiego 16/6

Perfumeria „Douglas”, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Pizzeria „Grota”, Konstytucji 3 Maja 59

Media Expert, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Bar Kanapkowy „Bułki z bibułki”, Wybrzeże Władysława IV

PSB „Mrówka”, Karsiborska 6

Bar „American Chicken”, Monte Cassino 43/1

ARKADA Okna, Drzwi, Wybrzeże Władysława IV 19c

EVKA Vegebar, Bohaterów Września 50/4

Hurtownia Wielobranżowa „Paulhurt”, Rycerska 76

El Papa Cafe Hemingway, Bohaterów Września 69

VEMME Day Spa, Wybrzeże Władysława IV 15C

Cafe „Wieża”, Paderewskiego 7

Centrum Dietetyczne „Naturhouse”, Konstytucji 3 Maja 16

Cafe „Rongo”, Os. Platan, Wojska Polskiego 16

Przychodnia Lekarska T. Czajka, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Cafe „Paris”, Plac Wolności 4

Centrum Medyczne „Rezydent-Med”, Kościuszki 9/7

Cafe „Venezia”, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Gabinet Stomatologiczny Anna Pyclik, Chełmońskiego 15/1

Cafe „Havana”, Promenada, Uzdrowiskowa 14

Klinika Stomatologiczna „Morze Uśmiechu”, Plac Słowiański 6

Cafe „Kredens”, Promenada, Uzdrowiskowa 12

Gabinet „Visage”, Staszica 2

Kawiarnia „Sonata”, Marynarzy 7

Gabinet Kosmetyczny „DR-Cosmetic”, Konstytucji 3 Maja 54

Kawiarnia „Czuć Miętą”, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Mydlarnia u Franciszka, Monte Cassino 38A

Eda-Glas, Piłsudskiego 16

Foto-Studio JDD Chmielewscy, Monte Cassino 43

EKO-WYSPA, Grunwaldzka 1A

Optyka, Bema 7/1

Apteka „Pod Kasztanami”, Warszawska 29

Optyka, Wojska Polskiego 2a

Kwiaciarnia „Ewa”, Markiewicza 21

Perfekt-Optik, STOP SHOP, Kościuszki 15

Zakład Fryzjerski „Kazik”, Konstytucji 3 Maja 14

Perfekt-Optik, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Salon Fryzjerski „Piękne Włosy”, Konstytucji 3 Maja 5

Perfekt-Optik, Kaufland, Matejki 1d

Salon Fryzjersko-Kosmetyczny „Wanessa”, Grunwaldzka 1

GoDan - Strefa Uśmiechu, ul. Lutycka 2A/3

Salon Fryzjerski „Studio 5”, Konstytucji 3 Maja 16

Salon Mody „Andre”, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Salon Fryzjerski Beata Grygowska, Wojska Polskiego 1/19

Salon Mody „By o la la...!”, Piastowska 2

Zakład Fryzjerski „IRO”, Bema 11/1

REKLAMA


Magazyn Wyspy 11/12 (18) listopad / grudzień 2017  
Magazyn Wyspy 11/12 (18) listopad / grudzień 2017  

MAGAZYN WYSPY to miesięcznik o Świnoujściu i dla Świnoujścia. W numerze m.in.: Fundacja Motywacja i Działanie. Zawsze chodzi o progres, Dług...

Advertisement