Page 1

M I E S I Ę C Z N I K B E Z P Ł AT N Y

Nr 3 (10) MARZEC 2017

NASZ ARTYSTA

Radek Dobke

Z pozytywnym przekazem ZAWÓD

Sommelier

Serwis to sztuka

Przypadki i wolty

Krzysztofa Szwecję CHOMICZA TURYSTYKA

Reporter TT-Line

pokazuje


Róbmy

swoje

Od tygodnia nie ma na tym świecie Wojciecha Młynarskiego. Rzecz nieprawdopodobna, gdyż to jedna z tych postaci, która – ma się wrażenie – była, jest i będzie zawsze. Postać wybitna. Baczny obserwator i komentator rzeczywistości. Gdy trzeba ironiczny i złośliwy, innym razem łagodny i czuły. Zawsze ponadprzeciętnie inteligentny i błyskotliwy. A to, czy tę rzeczywistość kąsał czy pieścił, zależało od niej samej. Na co w danym momencie zasłużyła... Ponoć Młynarski napisał ponad dwa tysiące piosenek. To daje jakieś kilkadziesiąt tysięcy wersów, z czego większość to perełki. Jedną z nich jest oszałamiająca w swojej prostocie zachęta: Róbmy swoje! Dwa słowa, cztery sylaby, a w nich jakże mądra lekcja życia. Róbmy swoje, nie traćmy czasu na cudze. Bo robiąc cudze, czynimy szkodę sobie, innym, światu. Ogarniajmy własne poletko najlepiej i najmądrzej jak potrafimy, a z pewnością przyniesie to piękne plony. Próbujmy. Z takich dobrze ogarniętych poletek powstać może naprawdę piękny świat. Może to coś da, kto wie? A my tym czasem robimy swoje, oddając w Wasze ręce kolejny numer „Wysp”.

Michał Taciak Redaktor naczelny

MIESIĘCZNIK BEZPŁATNY Wydawnictwo Wyspy redakcja@magazynwyspy.pl www.magazynwyspy.pl +48 515 103 207 Redaktor naczelny Michał Taciak Skład Blauge - Robert Monkosa

Dział foto Karolina Gajcy, Robert Monkosa, Agnieszka Żychska Felietoniści Maja Piórska, Marek Kolenda, Bartek Wutke Współpraca Magdalena Monkosa, Karolina Leszczyńska, Renata Kasica, Katarzyna Baranowska, Karolina Markiewicz, Agata Butkiewicz-Shafik, Józef Pluciński, Tomasz Sudoł, Artur Kubasik

Wydawca Wydawnictwo Wyspy S.C. ul. Markiewicza 24/5, 72-600 Świnoujście Reklama Kamil Pyclik +48 721 451 721 reklama@magazynwyspy.pl Druk Drukarnia KAdruk S.C.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów w nadesłanych artykułach. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam.

4

MAGAZYN


Marzec 6 28 38 8

FELIETON Marek Kolenda. Na fali i z wiatrem w żaglach Bartek Wutke. Daleko od Spały Maja Piórska. Ach to Ty! NASZA OKŁADKA Przypadki i wolty Krzysztofa Chomicza

16

URODA Piękno i pasja

18

PSYCHOLOGIA Energia jest wszędzie

22

NIERUCHOMOŚCI Akt notarialny czy umowa cywilnoprawna?

24

MOTORYZACJA Gezet. W grupie siła

26

TECHNOLOGIA Technorewolucje

30

NASZ ARTYSTA Radek Dobke. Z pozytywnym przekazem

34 35 36

8

KULTURA Sny o SB Rekomendacje Dylan i Małgorzata

46

KULINARIA Jajko w roli głównej Kwiaty na talerzu

48

DIETA Rozmowa nieoczywista

50

ZAWÓD Sommelier. Serwis to sztuka

56

WYDARZENIA Piękne dwudziestoletnie

58

MIASTO And the Tryton goes to...

60

BIZNES PO ŚWINOUJSKU Arkada. Jakość nie podlega dyskusji

64

MIEJSCA Rybaczówka. Daleko od zgiełku

68

NATURA Producent dziupli

40

2017

30

68

TURYSTYKA 70

Reporter TT-Line pokazuje Szwecję NAUKA

74

Sięgamy gwiazd, naśladujemy Słońce! STARE ŚWINOUJŚCIE

76 80

Dobroczyńca w spódnicy Na nabrzeżach

70 MAGAZYN

5


Na fali i z wiatrem

w żaglach Wiosna. Czas, gdy życie budzi się na nowo i budzi się też nowe życie. To także czas zmian i porządków. Nie tylko domowych. Pora przemian i odnowy. Ale też nowych wyzwań i przełomów. W szerokiej perspektywie, nastrojony wiosennie uświadomiłem sobie, że przed takim przełomowym momentem w swoich dziejach staje nasze miasto. TEKST MAREK KOLENDA

N

ie chodzi nawet o tunel, o którym często wspominam. Bo tunel to będzie dla Świnoujścia, mówiąc kolokwialnie, potężny kop w miejski tyłek (który wypada chyba gdzieś w okolicach wyjścia na zalew). Jednym słowem – petarda. Albo raczej rakieta, która wyniesie nas na inny poziom cywilizacyjny. Ostatnie wieści na temat tej inwestycji to prawdziwy szok dla malkontentów. Po dekadach obietnic i mulenia wyborców przyszły wreszcie konkrety. Bardzo konkretne konkrety, bo finansowe. A tylko takie się teraz liczą. Nie mam na myśli także samego mola, które przyćmi inne mola w regionie i sprowadzi je wszystkie do poziomu pomostu dla wędkarzy albo podestu dla niemieckich staruszków moczących stopy w bałtyckiej

6

MAGAZYN

solance. A obok mola stanie jeszcze aquapark i inne atrakcje. Nie mówię również o nowych hotelach, tych w budowie i tych istniejących dopiero w wizualizacjach i projektach. Bo chociaż największy hotel w Polsce ma powstać w pobliskim Pobierowie, to naszych obiektów hotelowych w standardzie i ilości łóżek nie przebije. I nie na pięknych marinach w Łunowie i Karsiborze, jachtowej i kajakowej, się skupiam. A przecież już niedługo ruszy ich budowa i za rok pierwsi amatorzy wodnej turystyki zamoczą wiosła i postawią żagle przy nowoczesnych nabrzeżach na miarę XXI wieku. A to jeszcze nie wszystko! Bo oto przychodzi do nas kolejna firma,

która dostrzegła ogromny potencjał Świnoujścia i chce tutaj zainwestować potężne pieniądze. Zbudować oceanarium, do tego jakieś Egzotyczne Laguny, Jaskinie Nauki 5D i inne obiekty. A miasto poważnie rozważa tę propozycję i podpisuje list intencyjny. Wystarczy? Chciałbym, żebyście teraz spojrzeli na te wszystkie inwestycje kompleksowo. Wyobraźcie sobie Świnoujście, do którego wjeżdżacie tunelem i w którym dzielnica nadmorska tętni całkiem nowym życiem. Tysiące ludzi przewijają się przez najdłuższe molo nad Bałtykiem – tak długie, że z jego końca mistrzowie puszczania kaczek tłuką szyby na Bornholmie. Rzesze wczasowiczów i mieszkańców szaleją w aquaparku, tłumy zapełniają sale i widownie oceanarium, ludzkie


WYSPY SZCZĘŚLIWE

masy spalają swoje masy w nowoczesnym obiektach sportowym, kortach, boiskach, centrach spa i odnowy. Mariny są tak piękne, że morscy żeglarze chcą przesiadać się na żaglówki, a żeglarze śródlądowi marzą o rzuceniu cumy pełnomorskiego jachtu w Basenie Północnym. Za kilka lat to będzie zupełnie inne miasto. Przede wszystkim do życia dla jego mieszkańców. Nie każdemu się takie nowe Świnoujście spodoba. Będzie gwarno, tłoczno, głośno, ciasno i drogo. Jeszcze bardziej niż obecnie i nie tylko przez trzy miesiące w roku. Nikt nie zapyta, czy jesteśmy na to gotowi? Trzeba sobie bowiem uświadomić, że nie ma innego wyboru. Innej drogi i kierunku – tylko do przodu. Jeśli nie chcemy szpetnego przemysłu, musimy postawić na turystykę

felieton

– naszym największym atutem i walorem są od zawsze plaża i morze. Nie da się cofnąć czasu, wyciszyć, uspokoić i zatrzymać Świnoujścia, nie można już wrócić do epoki pola namiotowego, siermiężnej promenady z trójkątem Pirs/Parkowa–Manhattan–Gryf i sikania po krzakach. To miasto złapało niewiarygodnie silny wiatr w żagle. Eksplodowało inwestycjami, rozbłysło popularnością wśród turystów i wykorzystuje swój czas i potencjał bezwzględnie. Jeśli teraz odwiedzają nas ponad dwa miliony ludzi, to niedługo musimy się szykować na cztery miliony. Potężny boom, prawdziwa hossa dopiero przed nami!

indziej. Nowe inwestycje napędzają kolejne, a te kolejne ściągają następnych inwestorów ze świeżymi pomysłami. Rozwój, progres, wzrost – to hasła na najbliższą dekadę, po której obudzimy się w zupełnie innym miejscu. Być może w mieście 50-60 tysięcznym. Modnym nie tylko wśród rodaków z wakacjami za 500+ i niemieckich emerytów. Atrakcyjnym także dla młodych ludzi. Tętniącym życiem przez cały rok. Rozpostartym na kolejnych wyspach.

I żadna siła już tego nie powstrzyma. Mamy 44 wyspy, słońce, zalew, morze, forty, mariny, wspaniałe imprezy kulturalne, port i wiele innych rzeczy, których nie ma nigdzie

Albo stąd uciekać.

To nie będzie spokojne miejsce. Trzeba się będzie posunąć, przyzwyczaić i znaleźć swój sposób na to nowe Świnoujście.

REKLAMA


nasza okładka

8

MAGAZYN

KRZYSZTOF CHOMICZ


Przypadki

i wolty

Krzysztofa

CHOMICZA Lotnik, człowiek radia i telewizji, hodowca koni, producent cygar, filmowiec, fotograf. Człowiek renesansu, choć kojarzony obecnie głównie z tym ostatnim zajęciem. A zmienia je regularnie i diametralnie. Kolejna wolta już za dwa lata…

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY, ARCH. PRYWATNE

MAGAZYN

9


Ukończyłeś słynną Szkołę Orląt w Dęblinie, co wydaje się dość naturalne, zważywszy na obiekty twoich fotograficznych zainteresowań. Niebo, latanie, skrzydła… To prawda, coś w tym jest. Ale w międzyczasie było kilka innych historii, kompletnie z tym niezwiązanych.

Czyli? Po Dęblinie założyłem telewizję kablową. Potem byłem prezesem radiostacji. Następnie założyłem firmę produkującą cygara. Zajmowałem się też hodowlą koni…

Spory rozstrzał aktywności. To fakt. Ale jakoś tak się układa, że co siedem lat zmieniam zupełnie swoje życie, ze zmianami miejsca zamieszkania i zajęcia włącznie.

10

MAGAZYN

Ciekawa historia… W jakim momencie tego siedmioletniego cyklu jesteś teraz?

nowskiego w Kielcach. Pojawiła się także opcja zrobienia doktoratu, na dwóch uniwersytetach.

Zostały mi dwa lata. Ale nie będę o tym na razie mówić, dobrze? W każdym razie koncepcja na nowy początek już jest.

Brzmi poważnie. Krzysztof Chomicz naukowcem?

Wobec tego o przyszłości porozmawiamy za dwa lata. Zatrzymajmy się więc na teraźniejszości. Od niedawna kręcisz filmy. Tak. Filmy o orłach. Kupiłem drona i latam razem z nimi (śmiech). To dla mnie ekscytujące przeżycie – znajdować się na tej samej wysokości co orzeł i filmować go. Wychodzą z tego naprawdę niesamowite ujęcia.

Znajdujesz też czas na dalszą naukę. Zgadza się. Robię studia podyplomowe na Uniwersytecie Jana Kocha-

Zobaczymy, co z tego wyniknie. Na pewno nie interesuje mnie praca odtwórcza, a jedynie badania. To z kolei wiąże się ze zdobyciem funduszy na oznakowanie, obrączkowanie, monitorowanie zimorodków i tak dalej. Będą to drogie badania, ale właśnie one mnie najbardziej interesują – chcę skupić się na zachowaniach tych ptaków. Tym bardziej że literatura na ten temat jest w Polsce raczej uboga.

Sytuację ratuje trochę twój album Zimorodek. Klejnot Wielkopolski. Mój, ale i Agnieszki Żychskiej, która


KRZYSZTOF CHOMICZ

opracowała tekst. Specjalista od zimorodków Roman Kucharski określił ten album jako najlepszą pozycję na ten temat w naszej części Europy, co jest dla mnie wielkim komplementem. Rzeczywiście jest tak, że naukowcy nie traktują mnie jedynie jak fotografa. Liczą się z moim zdaniem, doceniają moją wiedzę. Ale czy w moim życiorysie potrzebny jest jeszcze doktorat? Nie wiem… To trochę nie mój świat.

A co nim jest? Pogoda i światło (śmiech). Wieczorem analizuję niebo i wiem, co będę robił następnego dnia. Jeśli będzie słońce, na pewno ruszę w teren z aparatem. A gdy w ciągu roku uda mi się zrobić dziesięć naprawdę pięknych zdjęć, jestem zadowolony. Bo to nie jest proste. Na nie się czeka. Czasem bardzo długo. Na przykład wymarzone ujęcie zimorodka z rybą w dziobie, z rozbryzgiem wody wokół. Czekałem na nie trzy lata.

Z pewnością było warto, ale nie miałeś momentów kryzysowych? Nie chciałeś znaleźć sobie innego obiektu fotograficznego pożądania? Jasne, miałem kryzysy. Nie oszukujmy się – fotografia przyrody to zajęcie frustrujące i męczące (śmiech). Bo to nie jest tak, jak może się wydawać, że sobie leżę, oglądam piękne widoki i robię zdjęcia. Mało kto zdaje sobie sprawę, w jakich warunkach ja muszę leżeć (śmiech). Komary, woda, niewygodna pozycja – godziny w bezruchu… Albo zimą, o piątej rano, przy temperaturze minus dziesięć… Przeważa jednak pasja. To wręcz sposób na życie. Jak wiem, że ruszam w teren, od razu mi się dusza śmieje… A jeśli na dodatek zaowocuje to dobrym zdjęciem, wszelkie niedogodności znikają.

co w tej wyspie jest najpiękniejsze – krajobrazy, plażę, morze, zachody słońca. Kiedyś odwiedził mnie kolega i zwrócił uwagę na inne bogactwa przyrodnicze okolicy – ptaki. Wymieniał nazwy, których nigdy wcześniej nie słyszałem. Zainteresowanie, które z czasem przerodziło się w fascynację, zakiełkowało dopiero tutaj, w Świnoujściu.

Kiedy to było? Pięć lat temu. Porządny, profesjonalny sprzęt mam od trzech.

Wieczorem analizuję niebo i wiem, co będę robił następnego dnia. Jeśli będzie słońce, na pewno ruszę w teren z aparatem Historia dość krótka, a sukcesów sporo. Dla mnie sukcesem jest już sam fakt, że moje zdjęcia są publikowane. Wydaję albumy i to jest dla mnie najważniejsza konfrontacja z odbiorcą. Jeśli moje prace go znajdują, jest dobrze. Jeśli nie – oznacza to, że muszę

nasza okładka

jeszcze popracować. Pojawiły się też nagrody. To oczywiście miłe.

Za chwilę skonfrontujesz się z odbiorą za pomocą również obrazu, tyle że ruchomego, filmu. Chcę w tym połączyć piękne widoki, których na naszej wyspie nie brakuje, z równie piękną przyrodą. Filmy te osadzam w czterech porach roku, z których każda ma swój specyficzny klimat. W tym momencie mam właściwie ukończoną zimę. Jest w fazie montażu.

Te filmy to w zasadzie twój powrót do tej dziedziny. Zgadza się. Kiedyś zajmowałem się tym zawodowo. Robiłem tyle filmów, że w pewnym momencie poczułem przesyt, powiedziałem: stop. I odłożyłem kamerę, postanawiając, że już nie wezmę jej do ręki. Nawet dzieci nie filmowałem (śmiech).

Ile trwało to odstawienie kamery? Siedem lat? Znacznie dłużej. Ze dwadzieścia… Kilka rzeczy muszę sobie odświeżyć.

Sporo czasu. Rzeczywiście się zniechęciłeś. Po prostu się wypaliłem. Po latach niejako zmusiła mnie do tego

Fotografia pojawiła się w twoim życiu późno. Tak, to stało się tutaj, na wyspie. Przypadkowo. Pierwszy aparat dostałem od syna i zacząłem fotografować, dla siebie, wszystko to,

MAGAZYN

11


nasza okładka

KRZYSZTOF CHOMICZ

powrotu przyroda. Jej piękno, jej dynamika.

Fotografia tę dynamikę zaledwie sygnalizuje. To prawda. Nie jest w stanie oddać wszystkiego – sytuacji, dziania się, ruchu.

Na Youtube można zobaczyć zwiastun twojego filmu o zimie. Wkrótce zamieszczę kolejny. Ten pierwszy był bardzo spokojny. Drugi będzie żywy, intensywny, z akcją. A już niebawem pojawi się całość.

Na jakim etapie są pozostałe pory roku? Właściwie mam ukończone jakieś 90 procent lata. Początkowo zresztą planowałem pokazać tylko te dwie pory, ale ostatecznie stanęło na wszystkich czterech. Wiosnę i jesień muszę dopiero zrobić.

O fotografię i film jeszcze zahaczymy, ale gdybyśmy mogli zatrzymać się przy wspomnianych przez ciebie innych, dla wielu pewnie dość zaskakujących, przedsięwzięciach. Na przykład – konie. Wciąż natura, ale różna od tej, do której nas przyzwyczaiłeś. Nabyłem kiedyś 300 hektarów ziemi z gorzelnią, łąkami, polami. Wówczas kompletnie się na tym nie

znałem i traktowałem rzecz jako kolejne wyzwanie. Musiałem się wtedy nauczyć gorzelnictwa i tak dalej. Pomysł na hodowlę pojawił się naturalnie. Skoro są łąki, to trzeba je wykorzystać. Na początku hodowałem bydło. Potem, przypadkiem, pojawiły się konie.

Znów przypadek. Zgadza się. Jeden z moich pracowników potrzebował pieniędzy i zdecydował się sprzedać konia ze źrebakiem. Namawiał mnie, żebym je od niego odkupił.

Dla mnie sukcesem jest już sam fakt, że moje zdjęcia są publikowane. Wydaję albumy i to jest dla mnie najważniejsza konfrontacja z odbiorcą Skutecznie. Rzeczywiście (śmiech). Gdy na samym początku wsiadłem na tego konia, ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że potrafię jeździć!

Czyli to była twoja pierwsza próba? Dokładnie. Nigdy wcześniej nie

jeździłem konno. Ale okazało się, że to hucuł, czyli taka rasa koni, która pozwala na jazdę nawet bez przygotowania, niejako sama prowadzi (śmiech). Hucuły są zresztą bardzo przyjazne. Doskonale sprawdzają się do rekreacji. Wszedłem w temat koni huculskich do tego stopnia, że byłem przez jakiś czas wiceprezesem związku huculskiego w Polsce.

W międzyczasie ukończyłeś studia podyplomowe z hodowli koni. We wszystko co robię, angażuję się na 100 procent. Założyłem stadninę, miałem 86 koni. Mogłem być po prostu właścicielem, mając do pracy ludzi znających się na rzeczy. Ale ja musiałem wszystko wiedzieć sam. Nie miałem pojęcia o koniach, poszedłem na studia. Tak już mam. To ogromna chęć poznania, ale i ambicji.

Chomiczówka, twoja stadnina, ma na koncie niejeden sukces. Moi synowie – zarażeni pasją – jeździli konno i startowali z powodzeniem we wszystkich możliwych zawodach, z których większość kończyła się naszą wygraną. To był najpiękniejszy okres w moim życiu.

Czemu więc się skończył? Minęło siedem lat? Powodów było więcej. Między innymi to, że synowie dorośli, wyjechali na studia. Nie mieli już na to czasu. Rodzina się trochę rozjechała i rzeczywiście, po siedmiu latach sprzedałem konie.

Wtedy pojawiło się Świnoujście. Tak, kupiliśmy tutaj dom. Zaczęło się bezstresowe życie, powolniejsze, spokojniejsze, bez żadnego ciśnienia. Dotarłem do punktu, w którym już nic nie musiałem. Odkryłem nową pasję – przyrodę i jej fotografowanie.

Wszystko, za co się zabierasz, okazuje się sukcesem. Jeśli konie, to zwycięskie. Jeśli fotografia, to nagradzana. To zasługa ciężkiej pracy i nauki, ale

12

MAGAZYN


MAGAZYN

13


i tego ambicjonalnego podejścia do wszystkich przedsięwzięć, traktowania ich jak wyzwania, któremu muszę sprostać. Przykładem może być też radiostacja, którą prowadziłem w latach 90., poznańskie RMI. Przejmowałem je jako bankrutujące, a wyprowadziłem na dziesiątą radiostację komercyjną w kraju. Z fabryką cygar było podobnie. Wszedłem do niej, gdy była bliska upadku, a wychodziłem z prężnej, stojącej mocno na nogach firmy. Może brzmi to jak przechwałki, ale nie o to mi chodzi. Po prostu nie lubię odpuszczać (śmiech).

Jednym w efektów tego nieodpuszczania jest nagroda „National Geographic” z 2014 roku. W gruncie rzeczy to też był przypadek (śmiech). Chciałem wydać jeden ze swoich albumów, zwróciłem się więc o wsparcie do Urzędu Marszałkowskiego. Usłyszałem wtedy od urzędnika: Panie Chomicz, nikt pana nie zna, w internecie o panu cicho, żadnego dorobku pan nie ma, w konkursach pan nie startuje… Zapytałem więc, co go może przekonać. Zaśmiał się i odpowiedział, że „National Geographic”. Nie zwlekając, wysłałem swoje zdjęcia do tego pisma, a gdzieś po trzech tygodniach otrzymałem wiadomość, że jedno z nich – Tango orłów – zostało wyróżnione. I to spośród 35 tysięcy innych! Później okazało się, że zdjęcie zwycięskie zostało zdyskwalifikowane, więc „wskoczyłem” na pierwsze miejsce, ale w zasadzie mało kto o tym fakcie wie.

Wróciłeś do Urzędu Marszałkowskiego? Tak. I już była zupełnie inna rozmowa. Album został wydany (śmiech).

Zdobyłeś w tym roku Trytona. Czym jest dla ciebie ta nagroda?

ważniejsze, najtrudniejsze, z którym się zmierzyłeś? Mam nadzieję, że ono jest dopiero przede mną (śmiech). A z dotychczasowych… Każde było na swój sposób trudne. Każde było ważne i czegoś mnie nauczyło. Za dwa lata czeka mnie kolejne. Zobaczymy… Na razie muszę trochę pracować nad żoną.

ciekawe życie. To chyba znaczy, że podziela (śmiech).

Twoja największa duma? Niedawno się urodziła. Mój wnuk, Maksio (śmiech). Dumny jestem oczywiście ze swoich synów, Rafała i Piotra. Odnaleźli własne drogi i znakomicie sobie radzą.

Przede wszystkim wielkim zaskoczeniem. Miło jest być docenionym.

Żona podziela twój pociąg do wyzwań, wolt co siedem lat?

Kolejna zmiana za dwa lata, a co wcześniej? Plany na najbliższy rok?

Lubisz wyzwania, rozmaite formy sprawdzania siebie. Jakie jest to naj-

Największy komplement, jaki otrzymałem od żony brzmiał: Nigdy nie spodziewałam się, że będę miała takie

W tej chwili mam „rozgrzebanych” kilka projektów. Między innymi albumy – o żołnie, oharze i ptakach

14

MAGAZYN


KRZYSZTOF CHOMICZ

Największy komplement, jaki otrzymałem od żony brzmiał: Nigdy nie spodziewałam się, że będę miała takie ciekawe życie drapieżnych. Są też filmy, o których mówiłem. To chciałbym w tym roku zrealizować. Dostałem też zlecenie na album o Polsce.

O „ptasiej” Polsce? Co ciekawe, nie. Ma to być Polska taka, jak ją widzę, według mojego pomysłu, z moim tekstem, z moimi zdjęciami. Mam tu maksimum swobody, co jest sporym wyzwaniem. Mam już jakieś wstępne koncepcje. Na pewno w albumie znajdzie się nasze piękne Świnoujście.

Planów sporo, życzę więc powodzenia. I czekamy na twoje prace.

nasza okładka

Krzysztof Chomicz Urodzony Wielkopolanin. Ukończył studia w Szkole orląt w Dęblinie oraz studia podyplomowe na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu na kierunku Hodowla koni i jeździectwo. Autor albumów Świnoujście. Wodna kraina, Polowanie z bielikiem, Cuda natury Delty Świny oraz Zimorodek. Klejnot Wielkopolski, a także współautor kilku innych. Ma w dorobku wystawy fotograficzne w wielu galeriach. Wyróżniony w Wielkim Konkursie National Geographic za fotografię Tango orłów.

MAGAZYN

15


Piękno i pasja Uchodzi za jeden z najlepszych salonów kosmetycznych w mieście. Uwielbiany przez panie, a także, uwaga!, panów. W tym roku Salon Natali świętuje swoje dziesięciolecie. nieco bardziej skomplikowanych, na przykład laseroterapia, lipoliza iniekcyjna, mezoterapia igłowa i mikroigłowa.

W dobrych rękach

W eleganckim wnętrzu gabinetu na Wybrzeżu Władysława IV profesjonalizm spotyka się z iście familiarną atmosferą. Właścicielka salonu Wioletta Zakrzewska i kosmetolog Katarzyna Mazur swoją pracę kochają, a klientki i klienci to po prostu przyjaciele. Wcześniej salon mieścił się przy ulicy Wojska Polskiego, ale jak mówi właścicielka – Zależało mi na tym, żeby warunki pracy były jak najlepsze. Tam miałyśmy tylko jeden gabinet. Tutaj nie wchodzimy sobie w drogę i możemy wykonywać zabiegi równocześnie. A trzeba przyznać, że oferta Salonu Natali w zakresie

16

MAGAZYN

medycyny estetycznej i kosmetologii jest bogata. Zabiegi kosmetyczne – od tych najbardziej podstawowych jak pedicure czy manicure, do tych

Są zabiegi, w których konieczne jest profesjonalne przygotowanie medyczne. Wówczas do akcji wkracza Magdalena Janeczek, chirurg z wieloletnim doświadczeniem w dziedzinie medycyny estetycznej. – To nie tylko moja praca, to przede wszystkim pasja. Fantastycznie jest widzieć efekty swojej działalności. To cieszy oko nie tylko pacjenta, ale i moje – przyznaje. Jej specjalność to zabiegi z użyciem tak zwanych wypełniaczy. Pozwalają one uzupełniać ubytki tkankowe, które powstają z wiekiem, wypełniać bruzdy, ale i modelować w pewnym stopniu kształt twarzy. Wszystko w zależności od zapotrzebowania. W ten sposób można delikatnie zmienić kształt nosa, wypełnić łuk brwiowy czy kontur żuchwy, modelować policzki… – Tego typu zabiegi wpływają nie tylko na to, co na zewnątrz, czyli na wygląd. Działają również na psychikę, poprawiają samopoczucie, uszczęśliwiają – tłumaczy Magdalena


KOSMETOLOGIA I MEDYCYNA ESTETYCZNA

Janeczek. W swojej pracy najchętniej używa toksyny botulinowej, czyli popularnego botoksu. Wybiera ten preparat ze względu na to, że jego działanie jest bardzo precyzyjne, co przy ostrzykiwaniu pewnych partii mięśni ma ogromne znaczenie. Sama pani doktor przyznaje, że z botoksem – jak ze wszystkim – można przesadzić. Jednym z jej zadań jest więc czuwanie nad tym i powiedzenie w odpowiednim momencie: stop. – Botoks jest zabiegiem zdrowym i bezpiecznym. Zachęcam do niego, ale zwracam też zawsze uwagę na to, że trzeba tu zachować zdrowy rozsądek i umiar – mówi. Inne popularne zabiegi wykonywane przez doktor Janeczek to również mezoterapia igłowa i peeling chemiczny. A już niebawem, w kwietniu, w Salonie Natali będzie można poddać się zabiegowi ostrzykiwania osoczem bogatopłytkowym. – Jest to rewelacyjny zabieg wykorzystujący komórki

uroda

macierzyste – zachęca Magdalena Janeczek. – Jego działanie może mieć charakter nie tylko estetyczny, ale i leczniczy – dodaje. Bez względu na to, jaką metodę wybierzemy, zawsze należy umówić się najpierw na spotkanie i konsultację. Niektóre zabiegi wymagają odpowiedniego przygotowania, inne – czasu na osiągnięcie wymarzonego efektu, jeszcze inne mają pewne obwarowania medyczne. Panie Wioletta, Katarzyna i Magdalena odpowiedzą na każde możliwe pytanie, poprowadzą każdego w odpowiednim kierunku. Ze znawstwem i z pasją. W końcu wiedzą o tym wszystko. Zapraszamy serdecznie do Salonu Kosmetycznego Natali! Salon Kosmetyczny Natali

Wyb. Władysława IV 26, Świnoujście Telefon +48 600 655 006

www.salon-natali.com.pl

REKLAMA


Energia

jest wszędzie

Piękna i pozytywna – mówi o tej metodzie psycholog Janina Zborowska, która od piętnastu jest mistrzem reiki. Lektura poniższej rozmowy pozwoli nam przybliżyć sobie to tajemnicze i niełatwe zjawisko. wy. Musimy sprostać wyzwaniu, które rzuciliśmy sobie wraz z tą prośbą. Na samym dole mamy natomiast znak opisujący energię KI, czyli taką, którą posiada wszystko, co żyje. Energię, która daje siłę, jest źródłem przemiany.

Przyznasz, że to, o czym mówisz, nie jest proste. I wymaga wielu, wielu słów. Żałuję, że słowa reiki nie da się zwyczajnie przetłumaczyć, że nie ma polskiego odpowiednika. To znacznie ułatwiłoby sprawę. To prawda. Japończycy inaczej przekazują informacje (śmiech). Reiki należy rozumieć nie jako słowo, ale jako cały, długi proces – prośba, praca, poddanie się przemianie.

ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Mam wrażenie, że to nie będzie łatwa rozmowa… Dlaczego tak sądzisz?

Trudno chyba zdefiniować reiki. Laikowi trudno to też zrozumieć. Ale spróbujmy. Co to jest reiki? Filozofia? Religia? Medycyna? Ani jedno, ani drugie, ani trzecie (śmiech). Najprościej mówiąc, to forma terapii związana z energią i nurtem energoterapii. Najlepsza definicja jest jednak zawarta w japońskim symbolu reiki.

Widzę tu trzy obrazki. I ich nie rozumiem… Rzeczywiście, japońskie pismo jest

18

MAGAZYN

bardzo skomplikowane. A symbol, o którym mowa, składa się z trzech elementów. Reiki, w myśl jego dosłownego tłumaczenia, będzie prośbą do źródła…

Prośbą o co i do źródła czego? Muszę tutaj wyjaśnić dokładnie, krok po kroku, te trzy elementy symbolu reiki. Mamy tutaj usta, czyli rozmowę, prośbę właśnie, skierowaną ku niebu. Prośbę o przypływ energii, łaski. Niebo się otwiera, a na proszących spada „deszcz energii”. Poniżej zilustrowana została praca, którą trzeba włożyć w to, żeby nasza prośba została zrealizowana.

Sama prośba to za mało? Dokładnie. Potrzebny jest jeszcze wysiłek. Czasami fizyczny, czasami emocjonalny, innym razem ducho-

Przejdźmy od definicji reiki do samego zabiegu. Osoba, która przychodzi na zabieg reiki, „wnosi” ze sobą jakąś prośbę… Tak. Poddaje się zabiegowi z jakąś intencją, którą może, lecz wcale nie musi wyartykułować. Reiki nie jest formą terapii, w której słowo jest istotne.

A co jest w niej istotne? Wewnętrzne potrzeby pacjenta. Reiki działa na rozmaitych płaszczyznach – fizycznej, emocjonalnej, duchowej czy przekonań. Służy przemianie i to pacjent jest tych przemian inicjatorem.

A kim jest podczas zabiegu terapeuta, mistrz reiki? Terapeuta jest tu tylko aktywizatorem przepływu energii, procesu przemiany, która zachodzi we wnętrzu pacjenta. Nie jesteśmy


REIKI

więc autorami tego, co się wydarza, a kimś, kto ma kontakt z poziomem, na którym ten przepływ energii jest uruchamiany.

Na potrzeby tej rozmowy poddałem się dwóm zabiegom reiki. Przyznam, że jedyne, co mi towarzyszyło, to ciekawość. O nic nie prosiłem, niczego nie oczekiwałem, nie myślałem o swoich potrzebach… To, że o nich wtedy nie myślałeś, nie oznacza, że ich nie masz. Każdy z nas ma ich mnóstwo i to w każdym momencie. Stresy, które należy wyciszyć, tematy do przepracowania, emocje… To wszystko czeka na moment, w którym otworzy się odpowiednia przestrzeń do uporządkowania tych rzeczy. Proces zmian – na każdej płaszczyźnie – uzależniony jest od naszych zasobów. Od tego, czy my mamy na to siły, czas, możliwości, mówiąc najprościej. Często ludzie rozpoczynający terapię – jakąkolwiek – są tak zmęczeni, zestresowani, napięci, że zwyczajnie nie mają siły na to, żeby takiej terapii, procesowi zmiany się poddać. Reiki jest doskonałą metodą to, żeby te zasoby energii wydobyć.

Reiki jako wstęp, starter? Zgadza się. Choć może także być samodzielną terapią lub taką, która wspiera inne.

Powiedziałaś, że reiki pozwala wydobyć z nas zasoby niezbędne do dalszej pracy nad sobą. W jaki sposób? W pacjencie, który poddaje się reiki, leżącemu spokojnie na łóżku, zaczynają „odzywać się” potrzeby. Każda z nich niejako domaga się realizacji.

Terapeuta jest tylko aktywizatorem przepływu energii, procesu przemiany, która zachodzi we wnętrzu pacjenta I ty mu to dajesz. Niezupełnie. Pomagam w otwarciu się na możliwości. Człowiek, który rozpoczyna swoją przygodę z reiki, początkowo bywa nieufny, niepewny, napięty. Nie bardzo wie, co robić.

A co powinien robić? Jak przebiega zabieg? Na czym polega? Nic. To odpowiedź na pierwsze pytanie (śmiech). A zabieg reiki – na podstawowym, pierwszym poziomie – polega na przekładaniu dłoni w określonych pozycjach na głowie,

psychologia

tułowiu i plecach. W każdej pozycji aktywizowana jest energia, której potrzebuje dane miejsce. Energia ta dociera do wielu płaszczyzn funkcjonowania człowieka. Wprowadza harmonię i równowagę. Rozpuszcza stres, relaksuje, regeneruje, uruchamia procesy naprawy. Jeśli to miejsce związane jest na przykład z nagromadzonymi negatywnymi emocjami, oczyszcza z nich. Czasami też dociera do niewłaściwych przekonań i pozwala je przemienić – na przykład przekonanie: „jestem do niczego, bez wartości” na „jestem wartościowy i kochany”. To podświadomość pacjenta decyduje o tym, co podczas zabiegu on otrzyma.

Jak wyglądał twój początek z reiki? To był właściwie przypadek. Miałam wtedy osiemnaście lat. Poznałam kobietę, która była tydzień po inicjacji pierwszego stopnia tajemniczego dla mnie wówczas reiki. Zaproponowała mi zabieg. Zgodziłam się. Poddałam się temu i… nic. W ogóle mnie to nie ruszyło (śmiech). Nic nie poczułam. Podobnie jak ty (śmiech).

Ja poczułem lekkie oszołomienie… Inaczej chyba nie potrafię tego nazwać. Widzisz. A ja zupełnie nic. Pożegnałam się z tą panią i ruszyłam w swoją stronę. Dopiero po kilkudziesięciu

MAGAZYN

19


psychologia

REIKI

Dla kogo jest reiki? Każdy zabieg jest inny, ponieważ dostosowany jest do potrzeb konkretnego organizmu w danej chwili. A reiki jako metoda profilaktyczna ma szerokie działanie, pomaga na każdym etapie życia. Na przykład dzieciom – na kolki, bóle uszu, przeziębienia. Moja córka bardzo niewiele antybiotyków w życiu zażyła. Reiki stosuje się też w przypadku ludzi odchodzących. Nie po to, żeby ich w cudowny sposób ozdrowić. Ale po to, żeby w tym ostatnim okresie ich wyciszyć, uspokoić… Co ciekawe, w Polsce od lat toczą się dyskusje, czy reiki to sekta czy szarlataneria, podczas gdy w Niemczech, Anglii czy USA ten zabieg jest refundowany minutach usłyszałam coś w swoim wnętrzu. Zabrzmi to dziwnie, ale z perspektywy czasu myślę, że to był głos mojej duszy. Było to doznanie na tyle mocne, że od razu zadzwoniłam do tej kobiety i zapisałam się na najbliższe seminarium. To ogromny przełom w moim życiu. Wcześniej byłam normalną nastolatką, nie licząc tego, że zdążyłam przeczytać wszystko, co ukazało się na rynku polskim na temat duchowości (śmiech).

Od razu weszłaś w świat reiki, zrozumiałaś to? Początkowo byłam raczej z boku, przyglądałam się temu, co dzieje się na seminarium. I rzeczywiście, nie do końca rozumiałam, o czym mowa… Tym bardziej że byłam tam najmłodsza i najmniej doświadczona. Wręcz – w ogóle niedoświadczona. Ale muszę przyznać, że po tym pierwszym seminarium, pierwszy raz w życiu, poczułam w sobie niesamowitą energię, poczułam, że mogę absolutnie wszystko. Unosiłam się nad ziemią…

Kiedy pomyślałaś o tym, żeby zająć się tym profesjonalnie? Bardzo szybko, bo właśnie wtedy. Od tamtej pory bywałam na wszystkich możliwych seminariach, które były

20

MAGAZYN

dla mnie niezwykłą dawką energii. Reiki bardzo zmieniło mnie i moje postrzeganie rzeczywistości, otworzyło mnie na świat w jego subtelnej, pełnej piękna i miłości odsłonie. Jest to bardzo pozytywna metoda i ma bardzo wiele do zaoferowania. Moja praca magisterska z psychologii dotyczyła wpływu reiki na zachowania prozdrowotne ludzi. Pracowałam z bardzo dużą liczbą osób – wśród nich była grupa praktykujących reiki. Badania wykazały, że są oni bardziej odpowiedzialni, skłonni dbać o siebie, o swoją kondycję niż ci, którzy nie mają z reiki nic wspólnego.

Podobno każdy może się jej nauczyć… Naprawdę? Zdecydowanie tak. Ta metoda ma trzy poziomy. Pierwszy – kiedy uczysz się przekazywać energię poprzez swoje dłonie. Drugi to nauka bardziej zaawansowanych form pracy z energią, jak na przykład reiki na odległość.

Na odległość?! Myślałem, że reiki to kwestia dotyku. Niekoniecznie. Reiki to znacznie szersze zjawisko. Trzeba być do tego przygotowanym, przejść przez pierwszy poziom. Sam widzisz, jak trudno ci pojąć to, o czym mówię…

Chyba o czymś zapomnieliśmy. O poziomie trzecim nauki reiki. Rzeczywiście (śmiech). Ten poziom nie daje jakichś specjalnych umiejętności. Służy on temu, żeby w przyszłości móc samemu uczyć.

Od piętnastu lat jesteś mistrzem reiki. Poczułam, że chcę to zrobić dawno temu, gdyż – powtórzę – uwielbiam tę metodę i widzę w niej wiele dobra i piękna. Chcę się tym dzielić z innymi. To niesamowite móc obserwować, jak się otwierają, odkrywają w sobie to narzędzie, z którym na co dzień mogą sobie pomagać. Do mistrzostwa przygotowywałam się bardzo intensywnie, przez siedem lat.

Czym jest dla ciebie bycie mistrzem reiki? To i zaszczyt, i ogrom pracy – to ciągły samorozwój. Ale kocham to, więc nie mam z tym problemu. I wciąż mi się chce.

Najbliższe terminy seminariów reiki: 22 i 23 kwietnia Akademia Zdrowia Malczewskiego 17/1, Świnoujście Telefon +48 502 155 554

www.akwamaryn.wixsite.com/janina-zborowska


Akt notarialny

czy umowa cywilnoprawna? Wielu klientów przymierzając się do zakupu nieruchomości na rynku wtórnym, zastanawia się nad formą umowy przedwstępnej.

Jest to bardzo istotne zagadnienie z punktu widzenia procesu zakupu nieruchomości, dlatego w dzisiejszym artykule postaram się poświęcić temu zagadnieniu parę zdań, porównując obie formy tej umowy.

Ważność umowy Jest to zasadnicza różnica. Umowa przedwstępna w formie aktu notarialnego ma większą ważność aniżeli zwykła umowa cywilnoprawna. Wynika to z faktu, że w razie niewykonania przez jedną ze stron postanowień umowy zawartej w formie aktu, druga strona może domagać się swoich praw przed sądem. W takiej sytuacji strona występuje z powództwem o zastępcze oświadczenie woli. Prawomocne orzeczenie sądowe zastępuje oświadczenie

22

MAGAZYN

woli uchylającej się strony. Innymi słowy oznacza to, że każda ze stron w sytuacji, gdy druga uchyla się od zawarcia umowy przyrzeczonej, może wystąpić na drogę sądową i domagać się zawarcia tej umowy. Dlatego też umowa przedwstępna w formie aktu notarialnego sugerowana jest osobom zdecydowanym co do zakupu danej nieruchomości. Jeżeli natomiast z jakiś względów bierzemy pod uwagę, że może nie dojść do podpisania aktu notarialnego przenoszącego własność, proponuję zawrzeć zwykłą umowę pisemną. W przypadku takiej umowy, jeżeli nie dojdzie do podpisania umowy przyrzeczonej, pozostaje stronom rozliczenie zadatku/zaliczki oraz ewentualne roszczenie odszkodowawcze. Zakres odszko-

dowania obejmować może zwrot wydatków poniesionych w związku z zawarciem umowy przedwstępnej, na przykład: koszty sporządzenia umowy, koszty podróży w celu jej zawarcia, opłaty skarbowe czy sądowe.

Koszty Warto też wziąć pod uwagę koszty zawarcia obu umów. W przypadku umowy przedwstępnej notarialnej musimy się liczyć z taksą notarialną. W zależności od ustaleń zazwyczaj pokrywa ją strona kupująca. W przypadku umowy cywilnoprawnej sporządzenie tej umowy i zredagowanie jej treści jest po stronie osób zainteresowanych jej zawarciem.

Zadatek a zaliczka Zarówno w umowie przedwstępnej


O UMOWIE PRZEDWSTĘPNEJ

w formie aktu notarialanego, jak i cywilnoprawnej może występować zadatek lub zaliczka. Pojęcie zadatku uregulowane jest w Kodeksie Cywilnym i stanowi, że w sytuacji, gdy jedna ze stron uchyla się od zawarcia umowy przyrzeczonej, druga strona może odstąpić od umowy i zachować zadatek, a jeżeli sama go dała – może żądać sumy dwukrotnie wyższej. Natomiast w przypadku rozwiązania umowy zadatek powinien być zwrócony. Zasada ta dotyczy również sytuacji, gdy niewykonanie umowy nastąpiło na skutek okoliczności, za które odpowiedzialność ponoszą obie strony lub za które żadna ze stron odpowiedzialności nie ponosi. W przypadku wykonania umowy zadatek ulega zaliczeniu na poczet świadczenia strony, która go dała. Zaliczka natomiast to kwota wpłacona na poczet przyszłych należności i nie jest, tak jak zadatek, formą

zabezpieczenia wykonania umowy. Stanowi jedynie część ceny. Zaliczka tym różni się od zadatku, że zawsze jest zwrotna (chyba że strony umowy postanowią inaczej). Oznacza to, że w sytuacji, gdy umowa nie dojdzie do skutku, każda ze stron ma obowiązek zwrotu drugiej otrzymanego przez nią wcześniej świadczenia.

Bezpieczeństwo Podsumowując, umowa przedwstępna w formie aktu notarialnego i umowa cywilnoprawna znacząco się od siebie różnią, a wybór formy może mieć znaczenie dla określenia skutków prawnych, jakie ta umowa będzie wywoływać w przyszłości. Dlatego tak ważne jest wcześniejsze dokładne przeanalizowanie obu form, zanim podejmie się decyzję. którą z nich wybrać. Zakup nieruchomości to jedna z ważniejszych życiowych decyzji. Dlatego

nieruchomości

istotne jest, by transakcja ta odbyła się bezproblemowo i bezpiecznie. Na bezpieczeństwo transakcji składa się wiele czynników, między innymi wybór formy umowy przedwstępnej oraz kwestii zadatku/zaliczki, wybór banku kredytującego czy sprawdzenie stanu prawnego nieruchomości. Trzeba mieć na względzie, że notariusz nie ponosi odpowiedzialności za sprawdzenie tego stanu. Jest to w gestii zainteresowanej strony. Dlatego sugeruję, by decydując się na zakup nieruchomości i wzięcie kredytu (zwykle na lata), skorzystać z pomocy i fachowego doradztwa osób specjalizujących się w danej branży.

Joanna Nowaczyk

Dyrektor oddziału Świnoujście

Telefon +48 690 520 688

jn@mikulski-nieruchomosci.pl

REKLAMA


W grupie SIŁA

Choć w samym Szczecinie funkcjonuje od roku 2015, jej historia jest znacznie dłuższa i liczy lat piętnaście. Szukasz Alfa Romeo, Mitsubishi czy Hondy? Cenisz samochody marki Ford, Kia czy Hyundai? To i dużo więcej znajdziesz w salonach

Grupy Gezet.

24

MAGAZYN


GRUPA GEZET

To jedna z największych grup dealerskich w kraju. Swoją działalność Grupa Gezet rozpoczęła w Gorzowie, z czasem jednak okazał się on dla niej za mały. Dziś można ją jeszcze spotkać nie tylko w Szczecinie, ale i w Zielonej Górze. Łącznie posiada kilkanaście salonów, ale to pewnie nie jest liczba ostateczna. Od samego początku, czyli od 2002 roku, firmie przyświecał jeden cel główny – zapewnić możliwie najwyższy standard obsługi klientów. Od tego czasu realizuje go dzielnie i ambitnie, poprzez nieustanny rozwój i ciągłe podnoszenie sobie poprzeczki. Jednym z dowodów na to jest regularna obecność Grupy Gezet na prestiżowej liście Top 50 dealerów samochodowych w Polsce.

marek, nowoczesna blacharnia i lakiernia w ramach Centrum Likwidacji Szkód Grupy Gezet, myjnia oraz usługi detailingowe. Grupa Gezet to nie tylko samochody nowe. Z powodzeniem funkcjonuje również pod własną, zarejestrowaną marką SalonSamochodówUżywanych.pl. Jak mówi sama nazwa, znajdziemy tutaj precyzyjnie wyselekcjonowane auta używane, pochodzące pierwotnie z rynku polskiego, z oficjalnej sieci sprzedaży, nierzadko jeszcze na gwarancji. Już wkrótce – na przełomie wiosny i lata – szczeciński oddział Grupy

motoryzacja

Gezet przeniesie się „na swoje”, z obecnie wynajętego obiektu przy ulicy Białowieskiej 2 do nowego, usytuowanego przy Rondzie Hakena. Wybudowany według najnowocześniejszych standardów salon zaoferuje klientom samochody marek Fiat, Alfa Romeo, Jeep oraz Abarth. Nowy salon i serwis to ponad 1,7 tys. metrów kwadratowych powierzchni, kilkadziesiąt stanowisk serwisowych, blacharnia i lakiernia oraz zaplecze biurowe. Całość już niebawem zostanie oddana do użytku klientom. Do zobaczenia w salonach Grupy Gezet! Grupa GEZET

Rondo Hakena, Szczecin Telefon +48 668 118 082

www.gezet.pl

Pierwszą marką oferowaną przez Grupę przed laty było Mitsubishi. Tak rozpoczęła się historia Gezet. Dzisiaj przybyło nie tylko salonów, ale i proponowanych marek – oprócz Mitsubishi, na swoich nabywców czekają tu Alfa Romeo, Fiat, Ford, Honda, Hyundai, Jeep, Kia oraz Suzuki, a także motocykle i skutery Hondy. Oferta Grupy nie ogranicza się jedynie do sprzedaży. To także autoryzowany serwis powyższych

MAGAZYN

25


technologia

CO NOWEGO?

Telewizor SAMSUNG UE49K5672

Samsung proponuje model o przekątnej 49 cali i czystym obrazie w jakości Full HD, co zapewniają użyte w nim technologie: zwiększająca intensywność koloru – Wide Color Enhancer, usuwająca szumy i zniekształcenia – Ultra Clean View oraz poprawiająca głębię – Micro Dimming Pro. W telewizorze znajdziemy również funkcje SmartTV i Quick Connect. Dzięki tej drugiej w prosty sposób połączymy telewizor z urządzeniami peryferyjnymi.

TechnoREWOLUCJE W tej dziedzinie nie ma takiej rzeczy, której by nie było. A jeśli jej jednak nie ma, spece od technologii zaraz ją wymyślają.

Telewizor LG 55LH6047

To jeden z najpopularniejszych obecnie modeli telewizorów. Doskonała relacja ceny do jakości sprawia, że ten model to jeden z ciekawszych produktów firmy LG. Telewizor posiada ekran LED o przekątnej 55 cali, technologię SmartTV, zgodność ze standardem Full HD, trzy gniazda HDMI i bardzo intuicyjny system operacyjny webOS 3.0.

BABYLISS Szczotka prostująca HSB100E

Zestaw muzyczny MANTA SPK5003BT

Ten zestaw to przenośna stacja muzyczna o mocnym brzmieniu i kompaktowej obudowie. 12-calowy subwoofer i dwa 5-calowe głośniki średniotonowe doskonale sprawdzają się jako nagłośnienie zarówno we wnętrzach, jak i na wolnym powietrzu. Muzykę włączymy, korzystając z wbudowanego portu USB, karty SD, wejścia AUX, funkcji radio FM lub połączenia Bluetooth. W zestawie znajdują się także mikrofon oraz pilot.

Dzięki niej łatwo i szybko otrzymasz efekt idealnie prostych włosów, które dodatkowo zyskają na gładkości i osiągną pełnię blasku. Rewolucyjna technologia 3D oddziałuje na włosy w trzech wymiarach: rozplątuje, układa i trwale prostuje. Ponadto szczotka jest wyposażona w dwa generatory jonów, 126 ząbków, wskaźnik LED, trzy ustawienia temperatury i powłokę ceramiczną.

Robot kuchenny BOSCH MUM 58258

Wielofunkcyjny robot kuchenny firmy Bosch to urządzenie niezbędne w każdej kuchni. Dzięki niemu z łatwością rozdrobnimy wszystkie składniki naszych potraw, zmielimy mięso, ugnieciemy ciasto, ubijemy pianę, a nawet wyciśniemy sok! To wszystko dzięki dedykowanym końcówkom znajdującym się w zestawie. Urządzenie posiada również etui na akcesoria oraz pokrywę ochronną ułatwiającą przechowywanie.

Produkty do nabycia w sklepie NEONET GH CORSO, Dąbrowskiego 5, Świnoujście

26

MAGAZYN


felieton

WYSPA SPORTU

Daleko od Spały Świnoujście słynie z najpiękniejszej na polskim wybrzeżu plaży. Co roku w okresie letnim odwiedza ją milionowa rzesza turystów, spragniona słońca i kąpieli w słonej wodzie. Jednak sezon na wyspie trwa w najlepszym przypadku około trzech miesięcy. Co zrobić, żeby wydłużyć okres żniw dla branży turystycznej? Może jednym z pomysłów jest zamienienie naszej wyspy na stolicę sportu w Europie Środkowej? TEKST BARTEK WUTKE ILUSTRACJA TOMASZ SUDOŁ

M

arcin Świerc, jeden z najlepszych w Polsce, a może i na świecie górskich biegaczy długodystansowych, wybrał Świnoujście na miejsce organizowanych wraz z Grzegorzem Gajdusem obozów treningowych. I chociaż – według tego duetu - do samych biegów górskich nie da się tu przygotować, to sportowiec był mile zaskoczony wymagającymi terenami wokół Świnoujścia. Wyspa Uznam wszak powstała dzięki lodowcowi, który przywędrował tu ze Skandynawii. To właśnie dzięki niemu w naszym krajobrazie dominują jeziorka, wzgórza morenowe, urwiska, ale także płaskie niziny. Każdy, kto brał udział w maratonie Świnoujście-Wolgast, wie, jak wymagająca jest trasa biegu. Niemal przez całą drogę sportowcy muszą biec interwałem, w górę i w dół. Prawie jak w górach. Zresztą podczas ostatniej edycji biegu górskiego Chudy Wawrzyniec, ekipa świnoujścian, mieszkających i trenujących gdzieś między naszą wyspą a Szczecinem, zaliczyła bardzo udany wynik. Czyli jednak się da. Biegacze póki co mają w Świnoujściu chyba najłatwiej. Jednym z bardziej popularnych miejsc jest Transgraniczna Promenada. Polsko-

28

MAGAZYN

niemieckie przedsięwzięcie na stałe połączyło Świnoujście z cesarskimi miastami po zachodniej stronie wyspy. Dzięki niej można spokojnie przebyć całe nadmorskie wybrzeże Uznamu. Ścieżką zachwycał się między innymi znany dziennikarz i popularyzator sportu Łukasz Grass. Były redaktor naczelny Tok FM trenuje triathlon na najbardziej wymagającym, bo pełnodystansowym poziomie. Każdą wolną chwilę dziennikarz spędza na trenowaniu. Nie inaczej było podczas odwiedzin na wyspach Uznam i Wolin. – Jeżeli kiedykolwiek będziecie w Świnoujściu, to polecam bieg Promenadą Europejską – doskonała ścieżka rowerowo-biegowa, oświetlona, więc nawet po zmroku jest bezpiecznie, widok na morze, klimatyczne hotele oraz pensjonaty. No i to świeże powietrze! – tak pisał w swoim felietonie na stronach Akademii Triathlonu. Dziennikarz przebywał w Świnoujściu przy okazji realizacji materiału dla Discovery Channel, wolny czas wykorzystując właśnie do biegowego zwiedzania wyspy. Akurat bieganie jest tą dziedziną sportu, która wymaga stosunkowo najmniej nakładów finansowych i infrastruktury. Wystarczą dobre buty i kawałek plaży. Jednak i tu

nie nie jest aż tak różowo. W całym Świnoujściu mamy jedną bieżnię lekkoatletyczną, na dodatek niepełnowymiarową, z ciasnymi wirażami i wąską. Po pierwszej przebudowie stadionu miejskiego biegacze zostali pozbawieni miejsca do doskonalenia techniki. Druga przebudowa – tym razem uwzględniająca bieżnię – ciągnie się niemiłosiernie. Jednak docenić należy fakt, że bieżnia prędzej czy później jednak będzie. Oprócz tego dorobimy się pozostałych obiektów lekkoatletycznych, co na pewno powiększy wachlarz możliwości treningowych. O tym, że warto postawić na wielofunkcyjny obiekt lekkoatletyczny, niech świadczy przykład pobliskich Międzyzdrojów. Dzięki stadionowi przy ulicy Sportowej co roku odbywają się tam mityngi lekkoatletyczne, a i sportowcy dużo chętniej odwiedzają sąsiedni kurort. Wyspa Uznam słynie też z setek kilometrów ścieżek rowerowych. Amatorzy dwóch kółek mogą przejechać wyspę wszerz i wzdłuż, po szosie, po szutrowych ścieżkach czy wszelakich bezdrożach. Jak kto lubi. Wiedzą o tym zawodnicy chociażby Bikers Świnoujście czy Baltic Bike, którzy na regionalnych zawodach regularnie demolują szczecińskich kolarzy. Dla kolarzy najważniejsza


jest jednak odpowiednia regeneracja po treningu. Odnowa biologiczna i fachowy masaż. Tymczasem jeszcze niedawno odnowę biologiczną w swojej ofercie miał… jeden ośrodek. To zdecydowanie za mało. O profesjonalny masaż jest nieco łatwiej, ale tak naprawdę sprowadza się to do prywatnej praktyki, o której większość ludzi nawet nie wie. Niestety zdarzają się też ludzie jedynie mieniący się mianem specjalisty od masażu. Warto pamiętać, że źle wykonany masaż może zrobić więcej złego niż dobrego. Inną formą regeneracji po treningu, jak i samego treningu jest pływanie. No i tu niestety dotykamy chyba największej bolączki Świnoujścia jako centrum sportowego. Brak pływalni z prawdziwego zdarzenia. Obiekt przy promenadzie był przestarzały już w momencie budowy, a oddano go do użytku blisko 30 lat temu. W ostatnim czasie przez Świnoujście przelała się fala dyskusji na temat powstania nowego basenu. Zawiązało się nieformalne stowarzyszenie, zbierano podpisy. Jest nawet wstępny projekt i umiejscowienie nowego obiektu. W efekcie w tym roku powinny ruszyć prace przy budowie nowej pływalni. Kolejnym popularnym sportem, dzięki któremu można przyciągnąć do naszego miasta amatorów i zawodowców to piłka nożna. Kolejni trenerzy Floty Świnoujście chwalili sobie możliwość trenowania na plaży. Niestety, poza przygotowaniem kondycyjnym istotą futbolu jest technika. A tu leżymy na całej linii. Jedno trawiaste boisko, na które trzeba dmuchać i chuchać, żeby nadawało się na mecze, jest wykluczone jako obiekt treningowy. Sztuczna nawierzchnia bocznego boiska przy ulicy Matejki czy nowego na Warszowie bywa niebezpieczna i powie to każdy szanujący się trener. Na syntetycznej trawie zupełnie inaczej zachowuje się też piłka. Nie wyobrażam sobie profesjonalnej drużyny piłkarskiej,

która przebywając na zgrupowaniu w Świnoujściu, ograniczy się tylko do treningów kondycyjnych i pracy na sztucznej nawierzchni. Żal, że nie posiadamy oferty skierowanej do zawodowych sportowców lub przynajmniej półamatorów. Niemal na każdym polu mamy ogromne niedostatki. Sprawę ratuje nieco baza hotelowa, bo tu jest akurat w czym wybierać. Miasto od lat konsekwentnie stawia na rozwój branży usług uzdrowiskowo-wypoczynko-

wych. Chociaż ta polityka daje coraz bardziej wymierne korzyści, to jest to jednak oferta skierowana głównie do osób starszych. A szkoda. Według Süddeutsche Zeitung wyspa Uznam jest najsłoneczniejszym regionem Polski i Niemiec. Ze średnią ponad 1900 godzin słońca w roku, próżno szukać drugiego takiego miejsca w naszym kraju. Gdyby do tego zaoferować sportowcom nowoczesną i spełniającą ich wymagania infrastrukturę, bylibyśmy drugą Spałą i Zakopanem w jednym.

MAGAZYN

29


przekazem

Z pozytywnym

Radka Dobke przedstawiać nie trzeba. Człowiek wielu talentów. Śpiewa, pisze, gra na kilku instrumentach, a do tego rysuje i maluje. Ktoś taki musiał trafić do działu „Nasz artysta”. TEKST MICHAŁ TACIAK

ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

30

MAGAZYN


RADEK DOBKE

nasz artysta

Gdy w szkole podstawowej on i jego koledzy zgłosili swoją chęć śpiewania w chórze, nauczycielka uznała, że się wygłupiają. Nawet jeśli miało to w sobie coś z żartu, trudno doszukiwać się tu czegoś niewłaściwego. W końcu byli dziećmi. Dla Radka był to jednak pierwszy przebłysk – chcę być artystą.

Własny język Po latach, w wojsku, grał na basie w wojskowym zespole. Na rozmaitych imprezach, potańcówkach. Wykonywali popularne piosenki „pod nóżkę”, ale to mu nie wystarczało. Chciał więcej i przede wszystkim po swojemu. Zaczął więc komponować. – Czułem wielką potrzebę wypowiadania się własnym językiem, wyrażania własnych uczuć i przemyśleń – wspomina Radek. Wtedy powstały pierwsze autorskie piosenki. Był koniec lat 80. Potrzeba tworzenia uzewnętrzniała się nie tylko poprzez dźwięki. W wojsku Radka pochłonęła również sztuka plastyczna. To tam odbyła się jego pierwsza autorska wystawa.

Akty w spożywczym Po powrocie z wojska Radek zastał Świnoujście jako miasto tętniące życiem kulturalnym. Trafił więc na doskonały grunt pod swoje potrzeby twórczego działania. Powstawało mnóstwo zespołów, organizowano wystawy. W wielu tych składach muzycznych – które zresztą często się przenikały – znalazł się i Radek. Bywało, że równocześnie grał w pięciu kapelach. Nieprzerwanie też rysował i malował. Wystawiał swoje prace, szukając do tego nieoczywistych rozwiązań. Na przykład – planował wystawę aktów w… sklepie rybnym. Nie udało się, ale zrealizował ten koncept w miejscu równie nieszablonowym, czyli w spożywczym Rarytasie. Co ciekawe, ten ekscentryczny pomysł znalazł swoich entuzjastów, a panie ze sklepu pytały, kiedy następna wystawa. – Byłem wtedy młody, zbuntowany, prowokujący… – wspomina Radek. – Pociągał

Śpiewam pozytywne piosenki i chcę wychodzić z takim przekazem do ludzi. Lubię tę konfrontację mnie dadaizm i wszelkie artystyczne odjazdy – śmieje się.

Jogurt zamiast wina Skłonność do prowokacji czy choćby do nieoczywistych pomysłów można było dostrzec także na ówczesnych wernisażach Radka. I tak zostało do dzisiaj. Każdy, kto uczestniczy w tego typu wydarzeniach, wie, że zazwyczaj towarzyszy im wino. U Radka musi być inaczej. W dawnych czasach zamiast winem częstował przybyłych jogurtem. Albo miętą zaparzoną z jabłkiem, połączeniem wówczas nie tak popularnym… Była w Radku też skłonność do różnorodności twórczych poczynań. Nie tylko jeśli chodzi o dziedziny sztuki – plastyka i muzyka. Ale również w obrębie tej ostatniej. Udzielał się w rozmaitych składach, często

odmiennych gatunkowo. – Nie chciałem zamykać się w jednej szufladce. Potrzebowałem różnych środków wyrazu, różnych dźwięków – wspomina. Nieustanna chęć poszukiwań powodowała, że w pewnych zespołach zostawał na dłużej, z innych znikał po chwili. Czegoś mu jednak brakowało…

Jaśniej – Dadaizm, a co się z tym wiąże – bunt, nie porządkuje w głowie niczego. Raczej ciągle coś miesza – mówi Radek o sobie z tamtych lat. – A nie można wciąż burzyć. Owszem, to bywa przydatne dla twórczego progresu, ale z pewnością nie jest wystarczające – dodaje. Jeszcze głośniej wybrzmiały nurtujące go od dawna pytania, rozterki, zagadnienia związane z rozwojem duchowym. – Wówczas zacząłem nakreślać nowe ramy, w jakich chcę żyć, podążać w kierunku duchowości, przewartościowywać wiele rzeczy – opowiada. Odsunął od siebie wszystko, co może mu szkodzić na rzecz tego, co pozytywne, wartościowe, rozwijające. Z rozedrganego buntownika stał się spokojnym, osadzonym w sobie człowiekiem. A raczej wciąż się staje. To bezustanna praca.

MAGAZYN

31


nasz artysta

RADEK DOBKE

a druga proponuje dźwięki bardziej rockowe, mocniejsze. – Ale nie będzie to hard rock czy heavy metal. Bardziej The Velvet Underground niż Metallica – śmieje się muzyk. Składy Powietrza i Elektryczności są te same – znów Krystian Ulaczyk na perkusji, Arkadiusz Buczyński na gitarze i Radek – w Powietrzu na kontrabasie, a w Elektryczności na gitarze basowej. Plus oczywiście wokal.

Powstawanie mandali to proces, który polega na rysowaniu uczuć, emocji, idei, często abstrakcji Dojrzeć do optymizmu Siłą rzeczy przełożyło się to na jego twórczość, istotną rolę zaczęła odgrywać w niej duchowość. Stąd między innymi mandale, muzyka relaksacyjna czy „jaśniejsze”, afirmujące życie utwory. – Śpiewam pozytywne piosenki i chcę wychodzić z takim przekazem do ludzi. Lubię tę konfrontację – mówi Radek. Ale dodaje też, że czasem czuje potrzebę się z tego wytłumaczyć. Na przykład ze sformułowań w rodzaju – Kocham siebie. Arogant, bufon, egocentryk – ktoś mógłby pomyśleć, nie zrozumieć intencji. A to nic innego jak wspomniana afirmacja życia w zgodzie ze sobą, życia spełnionego, szczęśliwego. Radek ma jednak świadomość tego, że po pierwsze, to przekaz, który nie do wszystkich trafi. Po drugie, żeby dojrzeć do takiej postawy, nie wystarczy kilka minut trwania piosenki. Ten proces jest długi, praco- i czasochłonny.

Pod ziemią i pod niebem Dziś Radek gra w kilku zespołach. Wśród nich są takie, których początki sięgają lat 90., czyli czasów, gdy w muzycznym Świnoujściu wiele

32

MAGAZYN

Mandale i szanty się działo i trudno było czasami zorientować się, kto z kim gra. Jednym z nich Drzewa. – Mają korzenie głęboko w ziemi, ale jego gałęzie sięgają nieba – wyjaśnia. Podobnie jak afirmacyjna, „podziemno-podniebna” muzyka Drzew, będąca miksem alternatywy i folku. – W tym ujęciu alternatywa odnosi się do podziemia, folk to muzyka ziemi, natomiast afirmacja i duchowość symbolizują niebo – wyjaśnia. Główny skład grupy stanowią dziś perkusista Krystian Ulaczyk i Radek, czyli głos i gitara. Pojawiają się też inni artyści, jak na przykład Krzysztof Naklicki, który do niedawna dopełniał piosenki grą na akordeonie. Czasami na bębnach grywa Kuba Brzeziński.

Dwa oblicza Stopu Z lat 90. wywodzi się również Stop. Idea powstała podczas jednej z Fam. Pierwotnie grupa nazywała się Szksipcze, jednak była to nazwa dla ogromnej większości niewymawialna. W ostatnim czasie zespół przeszedł znaczącą przemianę. Powstały z niego dwie grupy – Powietrze i Elektryczność. Pierwsza z nich gra muzykę akustyczną, przestrzenną,

Muzyczna aktywność Radka nie kończy się wraz z wymienionymi wyżej składami. Są jeszcze szanty w zespole Stanisława Iwana. Dla odmiany Radek gra w nim na perkusji. To niejako powrót do źródeł, gdyż od szant – jeszcze przed wspominanym wcześniej okresem wojskowym – właśnie rozpoczynał on swoją muzyczną wędrówkę. W międzyczasie było wiele innych, rozmaitych projektów. Jak na przykład jazzowa kolaboracja z Markiem Pędziwiatrem czy zupełnie inny biegun i śpiew w chórze Logos. Muzyka nie ma granic, a biografia Radka jest tego dowodem. Mimo wielu zajęć muzycznych nie zarzucił on twórczości plastycznej. Dziś jest entuzjastą i specjalistą od mandali. – Ich powstawanie to proces, który polega między innymi na rysowaniu uczuć, emocji, idei, często abstrakcji – tłumaczy Radek. I to one są mu obecnie najbliższe. Pokazuje je na wystawach, w planach ma kolejne. Jest więcej niż pewne, że jeszcze nie raz zetkniemy się z efektami jego kreatywności. I muzycznej, i plastycznej.


kultura

DO POCZYTANIA

Sny o SB

Zwiać za wszelką cenę. Słynni uciekinierzy i emigranci z PRL Jarosława Molendy to pozycja świeżutka, jeszcze pachnąca farbą drukarską. Stanowi kontynuację niedawnych Ucieczek z PRL. Czy będzie część trzecia? Rozmawiamy z autorem. Może dlatego, że PRL to nie taka odległa historia… Dokładnie! To historia i czasowo, i mentalnie bliższa nam, wręcz namacalna. Także u nas, w Świnoujściu. Czasami ludzie podchodzą do mnie na ulicy i opowiadają swoje dzieje, o własnych ucieczkach. Sam zresztą miałem dwukrotnie, w roku 1984 i 1989 roku, dylemat: zostać czy wyjechać. To dla wielu wciąż żywa historia. Pewnie dlatego te książki ludzi interesują. I wydawnictwo też (śmiech). Okazuje się bowiem, że całkiem nieźle się sprzedają.

Rośliny czy ludzie? Który rodzaj bohatera jest ci bliższy? Większą zabawę mam wtedy, gdy piszę o roślinkach. Wiąże się to z tym, że często stoją za nimi fascynujące historie, powiedziałbym nawet – socjologiczne. No i oczywiście podróże. Ta tematyka daje mi możliwość szalonych niekiedy wypraw, na przykład za pistacją mastyksową na Chios czy za arganem do Maroka. Na pewno pisząc o roślinach, jestem też mniej zmęczony. To praca bardziej relaksująca. Gdy na przykład zmęczy mnie pisanie, siadam do zdjęć, przeglądam je, przypominam sobie pewne zdarzenia. Od razu jakoś lepiej się czuję.

Jak w takim razie czułeś się, pisząc o uciekinierach z Polskiej Republiki Ludowej? Powiem ci, że ten temat wpłynął na moje sny… Nie były to może koszmary, ale pojawiały się historie z SB, UB, strażnicy, przesłuchania i tak dalej. To w sumie ciekawe, bo przecież pisałem i o mumiach, i o ofiarach z ludzi, ale jakoś złych snów po tym nie miałem (śmiech).

34

MAGAZYN

Łatwo było o źródła do tych opowieści? W zasadzie tak. Znów trochę pojeździłem, choć nie tak daleko. Spędziłem długie godziny szczecińskim IPN-ie. W poszukiwaniu źródeł byłem w Berlinie i na Bornholmie – jest tam muzeum ze stałą ekspozycją dotyczącą Polaków uciekających w okresie PRL-u na Bornholm właśnie. W końcu to tylko 100 kilometrów w prostej linii od Kołobrzegu… Niesamowicie zdeterminowani ludzie. Uciekali na własnej konstrukcji kajakach, pontonach z wmontowanymi motorkami…

rek Hłasko, Władysław Kozakiewicz, Krystyna Bujnowska… Ale najsławniejszych zostawiłem na trzecią część.

Uprzedziłeś moje pytanie. O to, czy będzie kolejna książka o ucieczkach? Tak, będzie. Ale więcej na razie nie mówmy. W końcu dopiero ukazała się część druga. Gdy ją ukończyłem, stwierdziłem, że to książka niemalże sensacyjna. Niektóre ucieczki były naprawdę spektakularne, wręcz filmowe.

Już sama okładka przywodzi na myśl filmowy plakat thrillera. Prawda? Rzeczywiście, bardzo spójna z treścią. Świetna robota Ani Damasiewicz.

Czego mogę tobie życzyć? Chyba czytelników, z wypiekami na twarzy „pożerających” twoją książkę. Byłbym szczęśliwy. Dzięki!

Chcieli Zwiać za wszelką cenę. Ten tytuł pochodzi od wydawnictwa. Mój okazał się chyba zbyt kontrowersyjny.

A brzmiał? Zdrajcy ojczyzny? Z akcentem na znak zapytania. Nie stawiam takiej tezy.

Bardzo kontrowersyjny. Szczególnie dzisiaj. Czyje historie opisałeś w tej książce? Wśród moich bohaterów jest wiele znanych nazwisk. Na przykład Ma-

Jarosław Molenda, Zwiać za wszelką cenę. Słynni uciekinierzy i emigranci z PRL, Bellona, 2017


REKOMENDACJE

kultura

Córka swojego ojca Natalia Niemen nagrała płytę z piosenkami Czesława Niemena. Zadanie arcyryzykowne. Nawet dla córki mistrza, skądinąd świetnej wokalistki. Można było je zepsuć. Na przykład wybierając Niemenowe przeboje w rodzaju Pod papugami czy Wspomnienie. Artystka zdecydowała się na drogę krętą, a jej album nosi wszystko mówiący tytuł Niemen mniej znany. Na krążek składają się utwory z dwóch ostatnich płyt Czesława Niemena – Terra Deflorata (1989) oraz spodchmurykapelusza (2001). Natalia pokazuje, że ojciec nawet gdyby żył i chciał, nie mógłby się jej wyprzeć. Ich głosy brzmią momentami identycznie! Skoro o głosach – na płycie słychać genialnego Krzysztofa Zalewskiego. Gdyby panowie tworzyli w tych samych czasach, pewnie by się nie lubili. Byliby dla siebie konkurencją. Natalia Niemen, Niemen mniej znany, 2017

Zrozumieć kosmitę Fabuła Nowego początku w reżyserii Denisa Villeneuve przedstawia się mniej więcej tak. Na Ziemi pojawiają się tak zwani Obcy. Nie po raz pierwszy zresztą. Co teraz?! Żeby wiedzieć, czy ich zamiary należą do przyjaznych czy zgoła odmiennych, należy ich zrozumieć. A zrozumieć ich może jedynie wybitna lingwistka Louise Banks, zatrudniona do tego celu przez siły zbrojne. Sztampa? Nie! Kino z gatunku science fiction ma swoich zagorzałych wielbicieli, ale do każdego odbiorcy nie trafia. Niektórzy skreślają je już na wstępie. Można tę postawę zrozumieć, ale i można się w tej postawie pomylić. Nowy początek to ten rodzaj filmu science fiction, który coś mówi, a nie jedynie pokazuje. Jeśli malkontentom to nie wystarczy, z pewnością przekona ich jak zwykle wybitna Amy Adams. Z kin film zniknął. Na DVD się właśnie ukazał. Nowy początek, Denis Villeneuve, 2016

Gdzie nie był? Znał go każdy dorosły Polak, a prawie każdy go uwielbiał. Przez ponad dwadzieścia lat gromadził przed ekranami tłumy. Jest szansa, że tłumy sięgną też po tę książkę. Na półkach księgarni od niedawna znajduje się wyjątkowa pozycja – Tu byłem. Tony Halik. Podróżnik, pisarz, dziennikarz, operator filmowy, fotograf. Wraz z żoną Elżbietą Dzikowską prowadził niezwykle popularne programy telewizyjne, z pieprzem i wanilią w tytule. Swoim fascynującym życiem Halik mógłby obdzielić kilka innych istnień, a tu autor biografii – Mirosław Wlekły – musiał pomieścić je na niespełna 500 stronach. Zrobił to w sposób równie fascynujący, godny opisywanego bohatera. Dzikowska obawiała się tej książki, gdyż Wlekły dotarł do takich historii, o których sama nie miała pojęcia. Niepotrzebnie. To hołd, nie sensacja. Mirosław Wlekły, Tu byłem. Tony Halik, 2017

MAGAZYN

35


kultura

WYDARZENIA

Dylan i Małgorzata Pieśń romantyczna XIX i XX wieku, jedna z największych powieści wszechczasów, znakomita poezja barda z Nagrodą Nobla, wspólczesne odczytanie ikony malarskiego romantyzmu. To był dobry miesiąc.

Tego wieczoru Galeria ART zmieniła swój charakter, stając się kameralnym Salonem Artystycznym. W centrum zdarzenia znalazły się Marina i Irina Nikoriuk oraz bohaterki najważniejsze, czyli romantyczne pieśni z XIX i XX wieku. Wybrzmiało wiele języków, co dowiodło, że nieważne skąd pochodzi pieśń, jeśli jest zwyczajnie piękna.

Wybitny aktor odczytał fragmenty wybitnej powieści wybitnego pisarza. Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa to jedna z tych książek, do których się niejednokrotnie wraca. Tym większą przyjemnością była możliwość posłuchania, jak interpretuje ją Wiktor Zborowski. Człowiek o charakterystycznej fizjonomii i takim też głosie. Było pięknie i... krótko.

Za największego malarza pochodzącego z naszego zakątku – to co, że z Greifswaldu – uchodzi romantyczny Caspar David Friedrich. Stał się on inspiracją i bohaterem wystawy Przepraszam, czy pan Caspar David Friedrich? poznańskich artystów Marcina Berdyszaka i Sławomira Kuszczaka. Pierwszy z nich pokazał instalacje, drugi – obrazy.

Są piosenki o czymś i są piosenki o niczym. W zalewie tych drugich, masowo lansowanych przez radiostacje, należy radować się, że jest na świecie taki Bob Dylan. Jeszcze lepiej, że jest ktoś taki jak Filip Łobodziński, który Dylana nam tłumaczy. Z obydwoma panami, choć z jednym niebezpośrednio, spotkaliśmy się niedawno w bibliotece.

18.02., Galeria ART

4.03., Galeria Sztuki Współczesnek ms44

36

MAGAZYN

4.03., Miejska Biblioteka Publiczna

6.03., Miejska Biblioteka Publiczna


felieton

W POSZUKIWANIU WIOSNY

Ach

to Ty! Chyba wszyscy mamy już dość zimy. Mrozu, śniegu, sztormowych wiatrów, pluchy i roztopów. Z utęsknieniem czekamy na wiosnę. Wybrałam się na poszukiwania pierwszych znaków, że wkrótce nadejdzie ta prawdziwa, ukwiecona, kolorowa. A te pierwsze oznaki już są… TEKST MAJA PIÓRSKA ILUSTRACJA KATARZYNA BARANOWSKA

S

łońce coraz wyżej i mocniej przygrzewa, dni coraz dłuższe i chociaż jeszcze tu i tam leżą ostatnie białe plamy śniegu, to leszczyny wypuściły już swoje żółte, wiszące kwiaty. Na nadmorskich wydmach, na łozach i wierzbach srebrzą się nieśmiało pierwsze bazie. W zacisznych, nasłonecznionych ogrodowych rabatkach widać pierwsze śnieżyczki, zielone igiełki krokusów i tulipanów. A w trawnikach, które już nabierają soczystej zieleni, pierwsze stokrotki. W Parku Chopina pokazują się nieliczne cebulice syberyjskie, a wkrótce zobaczymy cały niebieski dywan tych wiosennych kwiatów.

38

MAGAZYN

W lesie słychać coraz głośniejsze stukanie dzięciołów i nieśmiałe jeszcze śpiewy sikorek. Gdy spojrzymy w górę, na błękitnym niebie coraz częściej widzimy białe obłoki. Z utęsknieniem wypatrujemy pierwszych pąków bzów i listków brzóz, a na miejskich trawnikach kolorowych krokusów i żółtych żonkili – na razie to dopiero tylko przedwiośnie… A kiedy ta prawdziwa, najpierw astronomiczna, a po niej kalendarzowa wiosna nadejdzie to i my rozbudzimy się, by ją radośnie powitać. Dzieciaki i młodzież uszykują kukły Marzanny – symbolizującej

zimno, głód i zło, by zgodnie z tradycją, w radosnym marszu na plażę, w pierwszy dzień wiosny – 21 marca – utopić w wodach Bałtyku tę oznakę zimy. A trzy dni później nasza Orkiestra Wojskowa radosną muzyką, w tradycyjnym Koncercie Wiosennym, na który już dziś zapraszam, rozgoni resztki zimy byśmy mogli wspólnie zaśpiewać: Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty… Już jesteś…


MAGAZYN

39


40

MAGAZYN


NIE TYLKO NA MIĘKKO

kulinaria

Jajko w roli

głównej

TEKST, ZDJĘCIA I PRZEPISY KAROLINA LESZCZYŃSKA

C

zas pędzi jak szalony. Mam wrażenie, jakbym materiał o świątecznych kulinarnych prezentach przygotowywała wczoraj. Tymczasem za pasem

Wielkanoc. A z nią przede wszystkim kojarzą mi się jajka – kolorowe pisanki i kraszanki w wiklinowym koszyku. Na wielkanocnym stole dominują jajka ugotowane na twardo: do święconki, do żurku, w majonezie i te w kultowej sałatce jarzynowej. I o zgrozo, często w gonitwie świątecznych przygotowań jajka gotujemy na ostatni moment. A może by tak trochę inaczej, trochę w innej formie? Albo na co dzień, zamiast tradycyjnej jajecznicy czy jajka na miękko? Oto kilka propozycji na pyszne posiłki z jajkiem w roli głównej. I jest to tylko kropla w morzu możliwości, bo z jajka można wyczarować wiele więcej.

MAGAZYN

41


kulinaria

NIE TYLKO NA MIĘKKO

Kanapka

z awokado i jajkiem w koszulce 1 dowolna bułka 1/4 dojrzałego awokado 1 łyżka soku z cytryny kilka liści roszponki 1 jajko 1 łyżka octu jabłkowego sól pieprz Przygotować jajko w koszulce. W garnku zagotować osoloną wodą z 1 łyżką octu. Do gotującej się wody delikatnie wbić jajko. Gotować 2-4 minuty (w zależności od wielkości jajka i jego temperatury). Jajko wyłowić łyżką cedzakową. Bułkę przekroić na pół. Na jednej połówce ułożyć awokado pokrojone w cienkie plasterki, skropić cytryną i oprószyć solą, następnie wyłożyć roszponkę i jajko, znów oprószyć solą i pieprzem, przykryć drugą połówką bułki.

42

MAGAZYN


Biszkoptowy

omlet

Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Wysmarować masłem dwie płytkie formy do pieczenia o średnicy ok. 18 cm lub jedną

z jabłkami

większą.

Składniki (na 3 porcje)

Oddzielić białka od żółtek. Białka ubijać

4 jajka szczypta soli 3 łyżki dowolnego cukru 4 łyżki mleka 3 łyżki mąki pszennej 1 jabłko 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Jabłka umyć, przekroić, usunąć gniazda i pokroić w cienkie plasterki.

ze szczyptą soli na wysokich obrotach na puszystą masę, pod koniec dodać 2 łyżki cukru. Zmniejszyć obroty miksera do minimum, dodawać po kolei żółtka, mleko i mąkę. Masa powinna być nadal puszysta. Delikatnie przełożyć ją do przygotowanych foremek, na wierzchu ułożyć kawałki jabłek, posypać cynamonem i pozosta-

masło do wysmarowania foremek

łym cukrem. Piec ok. 20 minut. Podawać

do podania jogurt typu greckiego

z jogurtem.

MAGAZYN

43


Jajeczne

muffiny

z kaszą jaglaną i kozim serem Składniki (na 6 sztuk) 200 g ugotowanej kaszy jaglanej 100 g zmielonych migdałów 50 g twardego koziego sera duża garść wydrylowanych czarnych oliwek 5 suszonych pomidorów z zalewy listki z kilku gałązek tymianku lub 1/2 łyżeczki suszonego sok z 1/4 cytryny 2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno 4 jajka sól pieprz 2 łyżki łuskanych ziaren słonecznika

Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Przygotować kartonowe foremki na muffiny lub wyłożyć formę z wgłębieniami papierowymi papilotkami. Do miski wsypać ugotowaną kaszę, dodać migdały, starty na tarce kozi ser, oliwki pokrojone w cienkie plasterki i suszone pomidory drobno pokrojone. Dodać tymianek, sok z cytryny, olej i jajka. Wszystko doprawić solą i pieprzem i dobrze wymieszać. Masę przełożyć do przygotowanych foremek do 2/3 ich wysokości. Wierzch posypać ziarnami słonecznika. Piec 25 minut. Podawać na ciepło lub zimno.

44

MAGAZYN


NIE TYLKO NA MIĘKKO

kulinaria

Jajka

zapiekane w kokilkach

4 jajka 60 g twardego sera koziego 4 łyżki śmietanki kremowej 30% sól pieprz masło do wysmarowania foremek do podania rzeżucha Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Cztery małe kokilki wysmarować masłem. Ser zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Rozłożyć na dnach kokilek. Do każdej kokilki wbić delikatnie po jednym jajku. Na wierzch wylać 1 łyżkę śmietanki. Oprószyć solą i pieprzem. Piec 15 minut. Podawać z ulubionym pieczywem posypane rzeżuchą.

MAGAZYN

45


Kwiaty na talerzu

Za chwilę wiosna, a po niej lato, postanowiłem więc przybliżyć Wam jakże wiosenno-letni temat. Wykorzystanie kwiatów w naszej diecie. Moda na jadalne kwiaty staje się w profesjonalnych kuchniach coraz bardziej popularna.

46

MAGAZYN


ZASKAKUJĄCE DODATKI

Tradycja ich używania do potraw jest znana i praktykowana na całym świecie od dawna. Kwiaty to nie tylko piękny element dekoracyjny, ale również bogaty w witaminy i smaczny dodatek do znanych nam potraw. Spożywamy je przez całą wiosnę i lato, aż do końca sierpnia. Zagorzali miłośnicy jadalnych kwiatów nawet przez cały rok.

Eksperymentujmy! Jest wiele sposobów na to, by w naszej diecie pojawiły się kwiaty. Można dodawać je do przeróżnych dań – ryżu, tart, zup, sałatek lub stworzyć z nich dania same w sobie, jak placki. Utarte płatki róż mogą stworzyć sos do dań, a z połączenia kilku rodzajów ugotujemy zupę wielokwiatową. Oczywiście kwiaty sprawdzą się też jako przetwory – konfitura z płatków róży, syrop fiołkowy lub cukier lawendowy to tylko kilka z wariacji na temat kwiatowych słodkich dodatków do ciast i deserów. Warto eksperymentować nie tylko z rodzajami kwiatów, lecz także wypróbowywać ciekawe połączenia i składniki, z których wyczarujemy smaczne i kolorowe dania czy desery. Warto jednak sprawdzić, czy odpowiada nam smak rośliny i do jakich potraw pasuje. Kwiaty ziół smakują podobnie jak ich liście, a np. dzwonki, róże i goździki są słodkawe (trzeba obciąć gorzkie białe nasady), usunąć drobne owady, po czym starannie opłukać kwiaty zimną wodą i lekko je osuszyć. Początkowo warto jeść kwiaty w małych ilościach, by organizm przyzwyczaił do nowego pokarmu.

Nie każdy kwiat Oczywiście nie wszystkie kwiaty da się jeść, więc przed spożyciem musimy mieć pewność, że roślina nie zaszkodzi naszemu zdrowiu lub życiu. Nie chodzi tu jedynie o to, że niektóre gatunki roślin i ich kwiaty

mogą mieć trujące soki. Trzeba mieć na uwadze również to, że kwiaty mogą być pryskane, a do ich uprawy mogły zostać użyte pestycydy lub środki owadobójcze. Dlatego, by zabezpieczyć się przed ewentualnymi przykrymi dolegliwościami, warto wiedzieć, skąd dane kwiaty pochodzą. Najlepszym rozwiązaniem jest użycie roślin z własnego ogródka czy doniczki. Jeśli w pobliżu mamy łąkę, możemy zaopatrzyć się w kwiaty podczas spaceru. Trzeba jednak pamiętać, by zbierać rośliny z terenów mało zanieczyszczonych, oddalonych od ruchliwych dróg i nienarażone na odchody zwierząt. Nie powinno się też jeść tych roślin, które wykazują objawy choroby lub zostały zjedzone przez owady. Oczywiście coraz częściej kwiaty można kupić na targach czy sklepach ze zdrową żywnością, alei tak przed zakupem należy dowiedzieć się, z jakiego miejsca pochodzą.

Do zjedzenia Poniżej przedstawiam wybrane przykłady najpopularniejszych kwiatów jadalnych. Wszyscy je znamy, ale dla wielu pewnie będzie zaskoczeniem, że można je wykorzystać także na talerzu.

Kwiaty ozdobne Aksamitki, begonie, bławatki, bratki, chryzantemy, fiołki wonne, floksy, geranium (pachnąca pelargonia), goździki, hibiskus, lewkonie, liliowce, lwie paszcze, maki, magnolie, nagietki, nasturcje, niecierpki, róże, słoneczniki, stokrotki, szafirki, tulipany, wiciokrzew japoński.

Kwiaty drzew i krzewów Akacja (robinia), bez czarny, bez lilak, brzoskwinia, cytrusy, goździkowiec, grusza, jabłoń, jaśmin (nie jaśminowiec), judaszowiec, lipa, morela, pigwa, śliwka, wiśnia.

Kwiaty ziół Anyż, bazylia, czosnek, kolendra, koniczyna, koper, lawenda, lubczyk, mięta, mniszek lekarski, ogórecz-

kulinaria

nik, oregano, rozmaryn, rumianek, szałwia, szczypiorek, ślaz, tymianek, żywokost.

Kwiaty warzyw Kwiaty cukini (męskie i żeńskie), dyni, zielonego groszku, fasolki szparagowej, a także kalafiory, brokuły, kapary i karczochy.

Unikać, bo trują! Nie jedzcie i nie używajcie kwiatów roślin trujących ani kwiatów, których nie znacie lub macie problemy z ich identyfikacją. Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości - zrezygnujcie! Tych kwiatów nie wolno używać nawet do dekoracji potraw!

Niektóre kwiaty roślin trujących Azalia (czyli rododendron lub różanecznik), barwinek, glicynia, groszek pachnący, hiacynt, hortensja, irys, jaskier, konwalia, kaczeniec (czyli knieć błotna), krokus jesienny, lantana pospolita, naparstnica, oleander, ostróżka, powojnik, lobelia, zawilec vel anemon, żonkile i narcyzy.

Na koniec Pamiętajcie o bezwzględnej konieczności mycia kwiatów rosnących nisko przy ziemi. Kwiaty o intensywnym zapachu będą też miały wyrazisty smak. Kwiaty tego samego gatunku, choćby najpiękniejsze i najokazalsze, ale bezzapachowe, będą smakowały jak zwykła zielenina. Jednak istnieją wyjątki od tej reguły (nasturcje, begonie), a wiele kwiatów pozbawionych zapachu może być z powodzeniem używane do sałatek. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do kulinarnych eksperymentów z kwiatami. Życzę smacznego!

Krzysztof Wierzba

Manager gastronomii i szef kuchni

MAGAZYN

47


Rozmowa

nieoczywista

Masło. Nie jesteś pewien – wróg czy przyjaciel? Bać się go, czy niekoniecznie? Zamiast tracić czas na udręki i domysły, można z nim po prostu… porozmawiać. Drogie masło, jak to właściwie z tobą jest. Służysz nam, czy nie? Mówi się, że wszystko jest lekarstwem i wszystko jest trucizną. Spożywane z umiarem jestem lekarstwem. Dostarczam dużych ilości witamin A, D i E oraz karotenoidów.

Z umiarem, to znaczy ile? Każdy ma oczywiście inne zapotrzebowanie na składniki odżywcze. Jeśli weźmiemy sobie jednak zdrową, średnioaktywną osobę o statystycznym zapotrzebowaniu kalorycznym na poziomie około 2,2 tys. kcal dziennie, to powinna ona jeść około 75 g tłuszczu dziennie. Wtedy jej procesy metaboliczne będą przebiegały prawidłowo. Nie będzie też miała problemów ze skórą czy hormonami. 75 g to jest 7,5 łyżki oleju. Oczywiście należy mieć w pamięci, że część z tego znajduje się w formie tłuszczu

48

MAGAZYN

ukrytego w mięsie, nabiale, wypiekach. Jako tłuszcz nasycony muszę podzielić się tym przydziałem 75 g z tłuszczami nienasyconymi. Zakładając, że danego dnia nie jedliśmy tłustego mięsa, pączków czy mascarpone, nasza wspomniana statystyczna osoba może mnie zjeść w ilości 15 g, czyli lekko czubatą łyżkę.

Idealny posiłek z twoim udziałem? Jeśli chodzi o idealne proporcje białka, tłuszczu i węglowodanów, będą to na przykład dwie kromki chleba razowego + lekko czubata łyżeczka masła + sałata + jajko + rzodkiewka i szczypiorek + kubek soku wielowarzywnego. Wszystko ma w sumie 370 kcal.

Niektórzy uważają, że jesteś trucizną. Masz coś na swoją obronę? Trucizną staję się w dwóch sytu-

acjach. Po pierwsze w takiej samej jak większość produktów spożywczych, to znaczy: co za dużo, to nie zdrowo. Dostarczam bardzo dużo energii, a ta niewykorzystana odkłada się w komórkach tłuszczowych. Po drugie, kiedy jestem wykorzystywane do obróbki termicznej w temperaturze powyżej 60 stopni. Jak każdy tłuszcz podczas smażenia zamieniam się częściowo w akroleinę.

Co to takiego? Akroleina to substancja, która wprawdzie nie jest jeszcze sklasyfikowana jako rakotwórcza, ale ma wiele cech takiej substancji – niszczy DNA i uszkadza białka odpowiedzialne za jego naprawę. Problem ze mną jest taki, że o ile większość tłuszczy zamienia się w akroleinę powyżej


MAŚLANE KONTROWERSJE

temperatury 160 stopni, a w wielu przypadkach powyżej 200 czy nawet 230, mi wystarczy jedynie 60.

Jednym słowem, nie należy cię smażyć. Właściwie jedyny przypadek smażenia, do którego mogę być wykorzystany, to jajecznica. Jajka ścinają się przy 60 stopniach i wystarczy kilkadziesiąt sekund na patelni. Oczywiście nie wolno mnie jeść, jeśli jestem już zjełczałe. Jełczeję wtedy, gdy mam kontakt z powietrzem. By temu zapobiec, można mnie przechowywać w lodówce w pojemniku z wodą. Ważne, żeby woda była schłodzona już przed moim pierwszym zanurzeniem.

Czyli smażyć tylko na olejach? Od strony smakowej to jednak nie to samo. Na szczęście już ten problem rozwią-

zano. Otóż moje właściwości diametralnie się zmieniają, jeśli się mnie sklaruje. Można to zrobić samemu w domu lub kupić gotowe masło klarowane. Temperatura, której mogę być wtedy bezpiecznie poddawane obróbce, sięga 225 stopni!

A co z cholesterolem? Rzeczywiście, mam go sporo. Przez jakieś 70 lat sądzono, że osadza się on w żyłach osób, które mnie spożywają. Od dobrych 30 lat jednak zakończone są już badania i wielokrotnie potwierdzono, że wysoki poziom cholesterolu w organizmie jest wynikiem przede wszystkim nieprawidłowych proporcji zjadanych kwasów omega 6 i omega 3. Jedzcie codziennie łyżkę czy dwie oleju lnianego, dodawajcie do musli len mielony. Orzeszki arachidowe zjadajcie jedynie od wielkiego dzwonu. Nie przekraczajcie mojej dziennej dawki 1 łyżki, a wszystko będzie dobrze.

dieta

Powstajesz z mleka. Czy mogą cię jeść osoby z nietolerancją laktozy? Z laktozą rzadko jest tak, że ktoś ją trawi w każdej ilości, a ktoś w żadnej. Raczej jest tak, że jeden może strawić 2 l mleka, inny dobrze czuje się, gdy wypije dwie szklanki i nie więcej, a jeszcze inny odczuje to niekorzystnie, jeśli doda mnie do kawy. Zakładając, że tak czy inaczej jedna łyżka to moja maksymalna porcja w ciągu dnia, raczej nikomu taka ilość laktozy nie zaszkodzi. Jednak osobom szczególnie wrażliwym polecam masło ekstra. Powstaje ono z ukwaszonej śmietany i zawiera mniej laktozy niż masło śmietankowe, powstające ze śmietany słodkiej.

No i wszystko jasne. Dziękuję! Renata Kasica, Dietetyk,

autorka bloga rownowaznia.pl

REKLAMA


50

MAGAZYN


SOMMELIER

zawód

Serwis

to sztuka

Sommelier nazywany jest niekiedy „kelnerem od wina”. Określenie niezbyt fortunne, ale i w jednej, i w drugiej profesji chodzi o to samo – o obsłużenie gościa w lokalu. Rozmawiamy z Adamem Czarkowskim, menedżerem i sommelierem, pasjonatem wina i profesjonalnego serwisu, właścicielem firmy szkoleniowej RDF Wine&English. Towarzyszy mu żona Katarzyna, która w tej pasji wcale mu nie ustępuje. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Polacy lubią wino? Stereotyp głosi, że preferują jednak inny, mocniejszy typ alkoholu.

Adam Czarkowski: To prawda. Taki stereotyp funkcjonuje, ale jest on nieprawdziwy. Ubiegłoroczny raport Światowej Organizacji Zdrowia sytuuje nas dopiero na 13. pozycji, jeśli chodzi o spożywanie wódki. A co do wina… Nigdy wcześniej nie było ono tak powszechnie dostępne. Kiedyś był to produkt elitarny, dziś jest na wyciągnięcie ręki. To powoduje, że wino rośnie w siłę i częściej po nie sięgamy. Katarzyna Czarkowska: I to niekoniecznie „na salonach”. Coraz popularniejsza staje się lampka wina do obiadu. Idziemy śladem Francuzów.

Oni kulturę picia wina mają we krwi. A.Cz.: Zgadza się. To dobry wzorzec.

Warto za nim pójść, wdrażać go u nas.

Pomóc w tym może sommelier. Słowo dla niektórych pewnie tajemnicze. Co się za nim kryje? K.Cz.: Rzeczywiście, często musimy się tłumaczyć z tego, kim jesteśmy i czym się zajmujemy (śmiech).

Wobec tego proszę, wytłumaczcie się.

A.Cz.: Dawniej była to osoba, która zawiadywała piwnicą winną, czyli podczaszy. Mowa o czasach, gdy wino było jeszcze napojem elitarnym, „nektarem bogów”. Musiał on wiedzieć, które gdzie leży, ile czasu musi leżakować, kiedy można je spożyć, z jakimi potrawami łączyć i tak dalej. Jednym słowem, ktoś taki musiał wiedzieć o winach wszystko.

Definicja współczesna jest chyba podobna, ale mam wrażenie, że sommelier XXI wieku ma dużo więcej do roboty…

A.Cz.: Zdecydowanie tak. W dalszym ciągu sommelier musi wiedzieć o winach wszystko (śmiech). Ale jest to znacznie bardziej odpowiedzialne zajęcie. Choćby ze względu na ogromną dziś różnorodność stylów czy producentów win, a także ich ogólną dostępność. Powinna jej towarzyszyć jakaś struktura wiedzy. Nie tylko wśród ludzi z branży winiarskiej, ale i szerzej, wśród konsumentów.

Sommelier jako nie tylko strażnik tej wiedzy, ale i przekaziciel? A.Cz.: Po to właśnie jesteśmy. Służymy profesjonalną wiedzą, radą i umiejętnościami. Po to, żeby

MAGAZYN

51


zawód

SOMMELIER

człowiek chcący kupić, czy zamówić wino, patrząc na butelkę, już na wstępie wiedział, czego może po niej oczekiwać. K.Cz.: W dużym uproszczeniu, sommelier podpowiada, jak kupić dobre wino, nie wiedząc, co jest w środku. Ludzie przeważnie patrzą na etykiety, niekoniecznie się w nie wczytując, i wybierają te, które uważają za ładne. Natomiast to wcale nie oznacza, że wino trafi w ich gust. Dla przykładu, Bordeaux mają, moim zdaniem, paskudne etykiety, a są znakomite.

Ktoś nieznający się na winie, nieinteresujący się tym, może spytać – dlaczego tak ważne jest kupno dobrego wina? Nie wystarczy, że po prostu smakuje?

K.Cz.: Wiesz, jakie jest najlepsze wino na świecie?

Szkolimy, żeby podnieść sprzedaż, dodać pewności siebie personelowi oraz żeby zadowolony gość powrócił Pojęcia nie mam.

K.Cz.: Takie, które smakuje tobie. Jeśli więc lubisz wino, które uchodzi za przeciętne, w porządku. Pij je śmiało. Można jednak zrobić krok dalej i skosztować innych, lepszych. Sprawdzić, czym one się różnią. Najprawdopodobniej wówczas nie wrócisz już do tego pierwszego. Dobrze też nie zaczynać przygody z winem od tych najpodlejszych, ponieważ wtedy z pewnością uznasz, że nie lubisz wina.

Jak wygląda obecnie zapotrzebowanie na tego rodzaju wiedzę? Kto z niej korzysta? A.Cz.: Przyznam, gdy kilka lat temu zakładałem firmę, bazując na 12-

52

MAGAZYN


letnim doświadczeniu w pracy na najlepszych statkach pasażerskich i w najlepszych restauracjach, liczyłem na to, że moja unikalna wiedza i umiejętności okażą się „towarem” pożądanym.

Nie okazały się?

A.Cz.: To rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. Po pierwszych prezentacjach miałem wrażenie, że ludzie nie bardzo wiedzą, o czym ja mówię. Nie nazwałbym tego niechęcią, ale raczej kompletnym niezrozumieniem… Zapotrzebowanie jest na pewno, widzę to. Wciąż jednak brak tej świadomości. Restauratorzy czy właściciele hoteli nie zdają sobie do końca sprawy z tego, że wiedza prowadzi do sukcesu. A sukcesem w przypadku restauracji jest niewątpliwie większy utarg.

Jak sommelier może pomóc w jego zwiększeniu?

A.Cz.: Rzecz tak naprawdę sprowadza się do inwestycji w personel. Przedsiębiorca, który nie inwestuje w pracowników – w ich rozwój, szkolenia – cofa się, sabotuje własny biznes. Oszczędza, ale jedynie pozornie. K.Cz.: I przy okazji traci klienta – ten jeśli będzie niezadowolony z obsługi, nie wróci. A.Cz.: Dlatego restaurator powinien uwierzyć w zasadność szkolenia serwisu. Dotyczy to całości zagadnienia – nie tylko w kwestii wina. Prowadzimy szkolenia nie tylko sommelierskie, ale i kelnerskie. Zwracamy tu uwagę na wszystko, na każdy szczegół. Od postawy, mowy ciała, po umiejętność rozmowy. Zadaniem kelnera jest stworzyć atmosferę przyjaznego miejsca. Szkolimy, żeby podnieść sprzedaż, dodać pewności siebie personelowi oraz żeby zadowolony gość powrócił.

Często spotyka się sformułowanie – pięciogwiazdkowy serwis. Co to oznacza?

A.Cz.: W gruncie rzeczy nic. To chwyt marketingowy i zupełnie sztuczny podział. Czasami na szkoleniach sły-

szę: Mam dwu- czy trzygwiazdkową restaurację, więc pięciogwiazdkowy serwis mi niepotrzebny… Przyznam, że nie wiem, co to oznacza i po co taką formułę wymyślono. Gradacja serwisu, według mnie, nie istnieje. Nie powinno być różnicy w obsłudze w najlepszym hotelu i zwykłej pizzerii. Istota jest ta sama. Inny jest tylko charakter lokalu. Serwis jest dobry, czyli profesjonalny albo zły. To jedyny podział. K.Cz.: I co istotne – zajmują one dokładnie tyle samo czasu. Po co więc marnować energię własną i czas gościa na ten zły? Zaoferujmy dobry! I nieważne, o jakim lokalu mówimy. Profesjonalna obsługa potrafi nobilitować w oczach klienta najprostszą knajpkę. I odwrotnie – kiepskim serwisem można zepsuć najlepszy lokal.

Profesjonalna obsługa potrafi nobilitować w oczach klienta najprostszą knajpkę. I odwrotnie – kiepskim serwisem można zepsuć najlepszy lokal To fakt. Na pewno chętniej wrócimy do miejsca, w którym zostaliśmy dobrze obsłużeni.

A.Cz.: Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Dzisiejszy klient jest coraz bardziej wymagający, oczekuje coraz lepszego produktu. Nie ulega wątpliwości, że wina z górnej półki

MAGAZYN

53


mają swoja cenę. W karcie restauracji często ich brak, ponieważ istnieje obawa, że się nie sprzedadzą. Dlaczego? Bo kelner nie będzie potrafił tego zrobić. Nie będzie miał profesjonalnej wiedzy, żeby do tego zakupu zachęcić, a za każdym winem kryje się jakaś interesująca historia. W ten sposób koło się zamyka. I traci na tym każdy. Klient, bo nie otrzymuje tego, czego oczekiwał. Restaurator, bo nie zarabia tyle, ile by mógł. Napiwek kelnera też będzie mniejszy, właśnie z powodu braku rzetelnej obsługi. Ucierpi na tym również ranga lokalu.

Jak powinien wyglądać dobry serwis?

A.Cz.: Zasady są proste, na początek: uśmiech, gracja, odpowiednia postawa, potem wiedza, rzetelność, profesjonalizm.

Podejrzewam, że jesteście wyczuleni na tym punkcie i bacznie obserwujecie obsługę w restauracjach. Dostrzegacie jakieś złe praktyki? Częste błędy? A.Cz.: Jednym z największych problemów dotyczących zaserwowania wina jest… otwarcie butelki. Często kelnerzy się tego wręcz boją. Poważnie. Spotkaliśmy się z tym wielokrotnie, również w Świnoujściu. Kelner, bojąc się otworzyć butelkę przy gościu, robi to na zapleczu. A to kardynalny błąd. Kelner ma obowiązek otworzyć butelkę przy kliencie. Ten z kolei ma prawo odesłać butelkę, którą przyniesiono już otwartą. Chyba że zamawia wino na kieliszki. To jedyne odstępstwo od tej reguły.

Na co jeszcze klient powinien zwrócić uwagę?

A.Cz.: Serwis wina to cały ceremoniał, z szeregiem znaczących detali. Choćby to, że do osoby zamawiającej wino podchodzimy z prawej strony, jeżeli tylko jest to możliwe. Pokazujemy butelkę, upewniamy się, że to dokładnie to wino. Otwieramy ją. Wycieramy serwetą szyjkę. Zaczynamy nalewać, trzymając butelkę

54

MAGAZYN

tak, żeby dla każdego z gości etykieta była widoczna. Przechodząc do kolejnego gościa, znów wycieramy szyjkę. Liczy się również sam sposób nalewania. Serwowanie zaczynamy od gospodarza. Próbuje odrobinę i sprawdza, czy wino nie jest zepsute. Następnie, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, serwujemy dalej, rozpoczynając od kobiet. Kończymy zawsze na osobie zamawiającej, bez względu na jej płeć.

Rzeczywiście ceremoniał…

A.Cz.: Mógłbym tak opowiadać znacznie dłużej, bo nie wyczerpałem jeszcze zagadnienia. Poza tym, uwielbiam rozmawiać o winie. To moja pasja. A sam temat wydaje się nieskończony.

Istnieje wiele gatunków win. Jak je profesjonalnie klasyfikujemy?

A.Cz.: Popełniłeś błąd, który popełnia

wielu ludzi. Podejrzewam, że masz na myśli style, bo gatunków nie jest wcale dużo. Na świecie istnieją tylko trzy. Pierwszy to wina spokojne lub lekkie. Drugi to wina musujące. Trzeci – wzmacniane. Podział, który istnieje w powszechnej świadomości, czyli słodkie, półsłodkie, wytrawne, różowe i tak dalej – to są właśnie style win. I jest ich, w odróżnieniu od gatunków, sporo.

Ja mogę nie wiedzieć o tych trzech gatunkach wina. Kelner już nie. Jak to wygląda w praktyce?

A.Cz.: Niestety, mylenie gatunków ze stylami jest nagminne. Brakuje tej podstawowej struktury wiedzy, o której wspominałem na początku. A ona znacząco wpłynęłaby na prestiż restauracji, a kelnerowi z pewnością dodałaby pewności siebie. Na przykład w sytuacji, gdy gość prosi o rekomendację jakiegoś wina.


SOMMELIER

K.Cz.: Najpopularniejsza odpowiedź w takiej sytuacji brzmi: Nie wiem, nie lubię wina… A klienta nie obchodzi to, czy kelner lubi wino. Klient pyta, jakie on wino poleca. W dobrych restauracjach kelnerzy testują wina, są w tym zakresie trenowani. Dzięki temu nie mają większego problemu z odpowiedzią na powyższe pytanie.

Wino to wasza pasja. Porozmawiajmy o jej początkach.

A.Cz.: To bardzo piękna historia (śmiech). Ja jestem rodowitym świnoujścianinem, Kasia jest z Zielonej Góry, a poznaliśmy się w Jeleniej Górze, w tamtejszej szkole hotelarskiej. Wtedy uchodziła ona za najlepszą w Polsce. Mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy pod skrzydła wspaniałej nauczycielki, Wandy Derskiej-Koziński, która ukształtowała naszą wrażliwość, jeżeli chodzi o serwis. Do dziś pamiętam hasło wiszące na drzwiach pracowni hotelarskiej. Bardzo nas zainspirowało i mocno w to uwierzyliśmy. I wciąż wierzymy. Mogłoby w zasadzie stanowić tytuł naszej rozmowy. Widzieć bez patrzenia, słuchać bez podsłuchiwania, być usłużnym, ale nie służalczym…

Niestety, za długie na tytuł.

A.Cz.: Trudno (śmiech). K.Cz.: Chcę jeszcze powiedzieć słówko o pani Wandzie. Ona zbudowała w nas szacunek do tego zawodu i do ludzi. Gdy potem szliśmy na praktyki do hoteli czy restauracji, czuliśmy się dziwnie. Byliśmy uczeni zupełnie innej postawy wobec klienta. Różnej od: Czego… Pan sobie życzy… Mieliśmy wiedzę, umiejętności i zasady. A to nie była wówczas norma. Teraz zresztą też nie jest.

certyfikaty WSET, czyli Wine & Spirit Education Trust – to bardzo prestiżowa, międzynarodowa organizacja edukacyjna. Dodatkowo, ja jestem akredytowanym nauczycielem przedmiotu. W Polsce taki certyfikat mają tylko cztery osoby. Wracamy więc do początku naszej rozmowy. Do inwestowania w pracownika, w jego rozwój. W praktyce oznacza to, że nie musisz lecieć do Londynu, żeby zostać sommelierem. Szkolimy i egzaminujemy na terenie Polski, również w Świnoujściu (śmiech).

Nasze motto brzmi: Widzieć bez patrzenia, słuchać bez podsłuchiwania, być usłużnym, ale nie służalczym Porozmawiajmy o rynku świnoujskim. Jest on specyficzny, bo w pewnej części sezonowy. Podobnie jak pracownicy. Inwestycja w nich może się po prostu nie opłacać.

A.Cz.: Coś w tym jest, ale spójrzmy na to z innej strony. W restauracji per-

zawód

sonel dzieli się na stały i sezonowy. Przeważnie tak jest. Dużo dobrego dla takiego lokalu zrobi już wyszkolenie choćby stałych pracowników. Takich, którzy są i będą na miejscu. Będą oni wzorcem dla reszty, która, nie chcąc odstawać, pójdzie ich śladem, skorzysta z ich wiedzy. Niech to będzie dobrze wykształcony menadżer, który pociągnie za sobą cały zespół. Z pewnością podniesie to poziom obsługi, a co za tym idzie – rangę restauracji.

Na koniec refleksja. Sommelier, czy szerzej – kelner, musi mieć w sobie coś z psychologa i coś z aktora. Zrozumieć klienta, wyczuć jego nastawienie, ale także odnaleźć się w każdej sytuacji, a gdy trzeba – zaimprowizować.

A.Cz.: Dlatego to takie ciekawe zajęcie. Można je tylko wykonywać dobrze lub źle. My stawiamy zawsze na to pierwsze. K.Cz.: Powtórzę to, co już powiedziałam wcześniej. Tyle samo czasu zajmuje serwis dobry i byle jaki. Niech nasz, wyspiarski, będzie dobry…

RDF Wine&English

www.rdfwine-english.pl

Postanowiliście więc to zmienić. Podzielić się tym, co wiecie i potraficie. Misja wynikająca z pasji. A.Cz.: I z przekonania, że warto. Że serwis to sztuka, którą należy pielęgnować. Jestem tego pewien, bo przez wiele lat stykałem się z obsługą na absolutnie najwyższym poziomie. Poza tym, posiadamy

MAGAZYN

55


Piękne dwudziestoletnie Chyba nikt w 1997 roku nie spodziewał się, że Forum Kobiet będzie obchodzić jubileusz 20-lecia! Może jedynie grupka założycielek miała taką nadzieję. Ich siła, upór i konsekwencja, jaką mają tylko kobiety, przyniosły oczekiwane rezultaty. W tym czasie wzdłuż granicy polsko-niemieckiej powstało wiele stowarzyszeń, które nawet współpracowały z nami na początku. Dziś słuch o nich zaginął. Przez te 20 lat Forum Kobiet zrobiło wiele dla dobra wspólnego, więcej niż ktokolwiek. Współpraca w wielu dziedzinach pozwoliła dużo zmienić. Najważniejszym było przełamać pewne bariery nieufności i obcości.

Interesujące i pożyteczne I zaczęło się! Członkinie Forum uczestniczyły w seminariach, szkoleniach, spotkaniach z ludźmi wybitnymi i ciekawymi, profesjonalistami, co rozszerzało horyzonty, inspirowało. Działalność na rzecz dzieci i młodzieży, oświata zdrowotna. Poznawanie kultury, tradycji, zwyczajów – wspólne festyny, obowiązkowe wigilie – nieznane w Niemczech przygotowywanie potraw, wspólne uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych i sportowych. Jedna i druga strona starały się pokazać wszystko, co interesujące i pożyteczne.

TEKST ANETA ZDYBEL ZDJĘCIA ARCHWIUM PNFEP

Może jak nikt w naszym regionie wyprzedziłyśmy integrację polskich i niemieckich kobiet… Dokonało się to długo przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Nikt wtedy nie miał większego pojęcia o Unii. Nikt nie słyszał o feminizmie, jednoczeniu, multi-kulti i innych tak wszechobecnych hasłach.

Przełamać bariery Był szlaban i ciekawość, co za tym

56

MAGAZYN

szlabanem się dzieje. Jak kobiety radzą sobie w życiu, w pracy, ile znaczą w społeczeństwie, w jakich dziedzinach życia są ważne, potrzebne, a wręcz niezbędne. Różnił nas poziom życia, jakość półek sklepowych, opieka społeczna i poziom zadbania o ludzi chorych, wykluczonych, bezrobotnych. Organizacja domów opieki, domów dziecka, szkół – wszystko wydawało się nam lepsze, bardziej uporządkowane. Należało więc brać przykład i chociaż w dostępnym nam stopniu zmieniać to, co tylko się da.

Organizowałyśmy dziesiątki wycieczek w fascynujące miejsca regionu. No i nauka języków – systematyczne kursy językowe, polski dla członków strony niemieckiej, niemiecki dla polskich uczestników – dały w efekcie umiejętność posługiwania się językiem na poziomie choćby podstawowym. To są tylko hasłowe zadania, które wykonały kobiety z Forum. Trudno wszystko wymienić, ale warto, żeby zwykły czytelnik miał pojęcie, co przez te lata robiłyśmy. Same, z własnej woli, według własnych planów.


POLSKO-NIEMIECKIE FORUM KOBIET EUROREGIONU POMERANIA

wydarzenia

Jeszcze wiele zrobimy Oczywiście wspomagały nas po jednej i po drugiej stronie organizacje, fundacje, a także nasz Urząd Miasta Świnoujście. Nie były to sumy wielkie, ale jakże potrzebne. Ze składek członkiń, zbyt skromnych, nie można byłoby wiele zrobić. Jesteśmy bardzo wdzięczne. Darczyńcy mogą być dumni, że wsparli kobiety twórcze, chcące coś robić dla siebie i innych. Uczestnictwo w Forum to dla wielu kobiet jedyna forma uczestnictwa w życiu społecznym, okazja wyjścia z domu do ludzi, spotkanie się z kimś ciekawym. Inspiracją do poznawania czegoś nowego, innego. Przez te lata nawiązały się prywatne kontakty, a nawet przyjaźnie. W międzyczasie świat przewrócił się do góry nogami, wszystko się zmie-

niło. Kto dziś pamięta o szlabanie granicznym? Ale kobiety zawsze będą szukać swojego miejsca i swojej roli w każdej nowej rzeczywistości. Jeśli są w Świnoujściu kobiety, które chciałyby przyłączyć się do nas, nie

boją się pracy i poznawania nowego, to serdecznie zapraszamy! My też przed 20 laty miałyśmy obawy przed nieznanym, obcym. A teraz? Kto w Forum jest obcy? Udało nam się wiele i jeszcze wiele zrobimy. REKLAMA


And the Tryton goes to... Piękne suknie, eleganckie garnitury, szampańskie nastroje. Jedyny taki bal w mieście! W ostatnią lutową sobotę odbyła się uroczysta gala wręczenia Nagrody Prezydenta Miasta Świnoujście Tryton za rok 2016. Krzysztof Chomicz odebrał nagrodę w kategorii Działalność Kulturalna, Społeczna, Edukacja i Sport. Najbardziej przedsiębiorcza okazała się firma Poltramp Yard (nagroda w kategorii Gospodarka i Przedsiębiorczość). Mianem Obiektu Roku może poszczycić się Stop.Shop, czyli kompleks handlowo-usługowy w starej rzeźni. Nagrodę specjalną otrzymała harcmistrz Iwona Postułka. ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Janusz Żmurkiewicz

Adam Szczodry (Poltramp Yard)

Bożena Kaczanowska-Trojan (Stop.Shop)

58

MAGAZYN

Barbara Michalska i Paweł Sujka

Krzysztof Chomicz

Iwona Postułka


TRYTONY 2016

Martyna Napart, Piotr Piwowarski, Barbara Jurewicz

Joanna i Robert Agatowscy

Helena i Marek Niewiarowscy

Jan Wróblewski Jr oraz Claudie-Marie Smoleń

miasto

Jerzy i Genowefa Barczak

Andrzej i Agnieszka Pawełczyk

Hanna i Andrzej Lebdowicz

Janusz i Zyta Żmurkiewicz

MAGAZYN

59


Jakość

nie podlega DYSKUSJI

Dobrze wykonane okna czy drzwi zapewniają ciepło, bezpieczeństwo, ale i oszczędności. Rozmawiamy z Piotrem Błaszykiem z Arkady, w przededniu ważnego dla rozwoju firmy wydarzenia. ROZMAWIA MICHAŁ TACIAK ZDJĘCIA KAROLINA GAJCY

Spotykamy się przy okazji nawiązania przez was ścisłej współpracy z firmą Krispol. Zacznijmy jednak od Arkady i jej początków. Arkada to firma mojego wspólnika, Przemka Kozłowskiego. Zajmuje się remontami, szeroko pojętą tak zwaną wykończeniówką i tak dalej. Robił u mnie w domu remont. Tak się zaprzyjaźniliśmy. Kiedyś spotkaliśmy się przy piwku (śmiech), rozmawialiśmy i wtedy Przemek stwierdził, że jest na świnoujskim rynku nisza do wypełnienia – drzwi i okna, a także bramy garażowe. A konkretnie, jakość usług, terminowość…

Wiele dobrych pomysłów rodzi się przy piwku. Dokładnie. Dodatkowo z racji swojego zajęcia Przemek był obeznany z tutejszą sytuacją i wiedział, że jest

60

MAGAZYN

wiele do poprawy, że wiele możemy w tym zakresie zrobić. Postanowiliśmy spróbować.

Kiedy to było? Dwa lata temu. Chociaż nie… Piwko było wcześniej (śmiech). Czas od pomysłu do realizacji trwał jakieś półtora roku. Arkada w obecnej postaci powstała dwa lata temu.

Dla porządku – Arkada jako firma remontowa istniała już wcześniej. Wasze wspólne przedsięwzięcie pojawiło się później, ale postanowiliście zachować nazwę. Nie kusiło was, żeby przypieczętować tę nową firmę zmianą nazwy? Był taki pomysł, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że nazwa Arkada zdążyła już zafunkcjonować na rynku, wbić się w świadomość ludzi.


ARKADA / KRISPOL

biznes po świnoujsku

MAGAZYN

61


biznes po świnoujsku

Naszym celem było dotarcie do jeszcze szerszej grupy odbiorców, z uzupełnioną ofertą. Skoro firma robi remonty i wykończenia, dlaczego nie proponować swoim klientom czegoś więcej, sprawdzonych i godnych polecenia produktów?

Była nisza do wypełnienia, więc ją wypełniliście. Jaki odzew? Pomysł chwycił? Daliśmy sobie rok – żeby sprawdzić, czy podołamy. W kwietniu mija drugi rok, mamy rzeszę zadowolonych klientów, więc podołaliśmy. Robimy swoje i idziemy dalej.

A sam początek „nowej” Arkady? Było łatwo? Przeciwnie. To była orka (śmiech). Nawiązywanie kontaktów, relacji

62

MAGAZYN

ARKADA / KRISPOL

Klienci są bardzo wymagający i my musimy sprostać ich oczekiwaniom. To nie podlega dyskusji

z dostawcami, co było trudne. Wielu nie chciało z nami nawet rozmawiać… Byliśmy nowym tworem. Udało nam się jednak po jakimś czasie zdobyć zaufanie ludzi. Zauważono, że jest w nas potencjał, że warto na nas postawić. Zaczęły się telefony, wizyty przedstawicieli.


Czyli już nie wy dobijaliście się do innych, tylko na odwrót. Z czasem tak się właśnie stało. Tak między innymi pojawił się Krispol, firma z Wrześni w Wielkopolsce, z dużym doświadczeniem, obecna na rynku od ponad 20 lat. Mająca w swojej ofercie znakomite produkty – wykonane z najwyższej jakości komponentów okna, a ostatnio również drzwi. Po roku owocnej współpracy padła ze strony Krispolu propozycja – otwarcie salonu firmowego w Świnoujściu.

Co będzie miało miejsce już za chwilę. Tak. Start zaplanowaliśmy na kwiecień. Przyznam, że początkowo mieliśmy pewne obawy. To duże przedsięwzięcie, a ze strony Krispolu także duża inwestycja. Ale w końcu stwierdziliśmy, że trzeba spróbować.

Wszystko zaczęło się od remontów. Potem doszły okna, drzwi, bramy. Teraz współpraca z Krispolem. Rozwijacie się w szybkim tempie.

wać. Bardzo ważne jest też to, że klient nigdy nie zostaje z naszymi oknami czy drzwiami sam. Nie jest tak, że montujemy, kończymy i „do widzenia”. Już po wykonanej pracy staramy się być zawsze dostępni, można powiedzieć, że „opiekujemy się” produktem w dalszym ciągu. Nie bez znaczenia jest renoma Krispolu. A przede wszystkim jego profesjonalizm, kompleksowość oferty i to,

Nie jest tak, że montujemy, kończymy i „do widzenia”. Już po wykonanej pracy staramy się być zawsze dostępni, „opiekujemy się” produktem w dalszym ciągu

co wyróżnia go najbardziej, czyli otwartość i indywidualne podejście. Dzięki temu będziemy w stanie spełnić każde oczekiwanie klienta. Spersonalizowane rozwiązania są dziś wielką wartością.

Czy z okazji nowego otwarcia klienci mogą spodziewać się czegoś ekstra? Jakichś działań promocyjnych akcentujących to wydarzenie? Tak, oczywiście. Na przykład w pierwszym miesiącu każdy klient może liczyć na darmowy montaż okien, drzwi i bram. Z pewnością czekać będą również i inne rabaty.

Czyli jeśli po okna, to tylko do was. Powodzenia. Arkada / Krispol

Wybrzeże Władysława IV 19a, Świnoujście Telefon +48 603 784 134 Telefon +48 509 774 619

www.arkadasklep.pl

Chyba tak (śmiech). Jak to mówią, kto stoi w miejscu, ten się cofa.

Jedną lukę już zapełniliście. Widzicie kolejną, którą chętnie byście się zajęli? Na ten moment zostaniemy przy tym, co mamy. Naszym celem będzie utrzymywanie, a nawet podwyższanie jakości obsługi klienta. To nasz atut. A klienci są bardzo wymagający i my musimy sprostać ich oczekiwaniom. To nie podlega dyskusji. A kolejne cele, perspektywy… Oczywiście, mamy pewne pomysły, ale za wcześnie by o tym mówić.

Więc zostańmy przy teraźniejszości. Na koniec pytanie – co takiego ma Arkada, teraz już z Krispolem, czego nie mają inni? Dlaczego pana zdaniem warto do was przyjść? Mam się teraz chwalić? To nieskromne (śmiech). Co możemy dać klientom? Na pewno produkty w bardzo dobrej cenie, bardzo dobrej jakości i trwałości. To mogę zagwaranto-

MAGAZYN

63


Daleko od zgiełku Rybaczówka – usytuowana w samym sercu Krainy 44 Wysp, na malowniczej wyspie Karsibór – to restauracja inna niż wszystkie. Wyjątkową atmosferę zawdzięcza urokliwemu położeniu – nad samym brzegiem rozlewiska rzeki Świny.

ZDJĘCIA KATARZYNA NADWORNA KAROLINA GAJCY

To niebanalne miejsce doskonale nadaje się zarówno na spotkania biznesowe czy imprezy firmowe, jak i prywatne uroczystości – chrzciny, komunie, kameralne wesela, urodziny, wieczory panieńskie oraz kawalerskie. Karczma posiada taras.

Dla smakosza i wędkarza Specjalnością Rybaczówki, jak podpowiada sama nazwa, jest oczywiście menu oparte o świeżo poławia-

64

MAGAZYN

ne ryby. Znajdziemy w nim jednak także tradycyjną, polską kuchnię oraz potrawy regionalne. Do dyspozycji gości są dwie sale: główna (na około 50 osób) oraz kominkowa (dla 20 osób). W okresie letnim otwierany jest przestronny taras z widokiem na okoliczne rozlewiska, na którym można rozkoszować się pięknem oraz bliskością przyrody, oraz przeszklony Ogród Zimowy. W ofercie karczmy są także dodatkowe atrakcje, między innymi grillowanie oraz możliwość zakupu świeżych wyrobów wprost z wędzarni i rybnego straganu. Można również powędkować. Wrażenie robi 12-metrowa

wieża widokowa, z której podziwiać można okoliczne krajobrazy.

Zapraszamy na pokład! Katamaran „Rybaczówka” to ekologiczna łódka, na której organizowane są rejsy wycieczkowe po Świnoujściu. Taki rejs to doskonałe dopełnienie imprezy integracyjnej, wieczoru panieńskiego czy rodzinnego zjazdu. Goście zachwycają się pięknem i tajemniczością nieodkrytej przyrody Pomorza Zachodniego. To również idealna okazja do prawdziwego odprężenia, wyciszenia oraz zadumy. Tutejsze rozlewiska słyną nie tylko z zachwycających pej-


KARCZMA RYBNA RYBACZÓWKA

miejsca

MAGAZYN

65

zaży przyrody, ale przede wszystkim są siedliskiem niezliczonego ptactwa – znajduje się tutaj ptasi rezerwat zwany Karsiborską Kępą. To unikatowe miejsce przyciąga ornitologów oraz miłośników fotografii z całego świata. Szczególnie polecane są rejsy w godzinach wieczornych, będące znakomitą okazją do podziwiania nastrojowych zachodów słońca.

Czas płynie inaczej W Rybaczówce można wypocząć w kameralnej, domowej atmosferze, oderwać się od codzienności i wiel-


miejsca

KARCZMA RYBNA RYBACZÓWKA

komiejskiego zgiełku wśród wody, łąk oraz lasów Wolińskiego Parku Narodowego, wśród kilkudziesięciu zachwycających wysp i wysepek urzekających bogactwem fauny i flory. Do dyspozycji gości jest 50 miejsc noclegowych. 25 pokoi dwuosobowych i 9 pokoi rodzinnych, na które składają się dwa połączone pomieszczenia – idealne dla dwóch osób dorosłych oraz dwójki dzieci. Wszystkie pokoje urządzone są w standardzie hotelowym. Każdy pokój posiada własną łazienkę z kabiną prysznicową, darmowy dostęp do Wi-Fi oraz telewizor. Amatorzy wędrówek i aktywnego wypoczynku mogą wyruszyć na malownicze leśne szlaki turystyczne – nieopodal karczmy przebiegają trasy spacerowe, prowadząca dookoła wyspy ścieżka rowerowa oraz trasy kajakowe.

66

MAGAZYN

Niespełna 20 minut od karczmy znajduje się plaża miejska. Na miejscu możesz wynająć rower lub kajak. Do Rybaczówki przynależy keja oraz dwa pomosty, dzięki temu możliwe jest przypłynięcie tam własna łodzią. Wokół Wstecznej Delty Świny leżą takie malownicze miejscowości jak: Karsibór, Przytór, Łunowo, Zalesie, Wicko czy Lubin, które można podziwiać wprost z pokładu łodzi lub kajaku. Jeśli więc relaks, to właśnie w Rybaczówce. Czas płynie tu inaczej – wolniej i spokojniej. Zachody słońca są tu piękniejsze, a gwiazd na niebie jest jakby… więcej.

Karczma Rybna Rybaczówka

1go Maja 23, Świnoujście - Karsibór Telefon +48 517 738 313

www.rybaczowka.swinoujscie.pl


MIEJSCA

nowe w mieście

Bio-Med

Sól i Pieprz

Centrum Optyczne

W ofercie metody leczenia oparte na tradycji medycyny chińskiej, staroindyjskiej czy zielarstwie, wspierające terapie konwencjonalne. Porad udziela certyfikowana specjalistka z ponad 20-letnim doświadczeniem. Pomoc w leczeniu m.in. schorzeń układu moczowego, kostnego czy oddechowego. Gabinet zlokalizowany jest w dzielnicy nadmorskiej, w budynku hotelu Albero. Na wizyty najlepiej umawiać się telefonicznie.

Kuchnia polska i litewska według rodzinnych receptur z początków XX wieku. W menu potrawy oparte na produktach sezonowych. Ładne, funkcjonalne wnętrze świetnie współgra z kulinarną ideą lokalu. W sali restauracyjnej specjalny stolik ze słodkimi wypiekami szefa kuchni, do spróbowania przed i po posiłku. Restauracja otwarta jest codziennie od godz. 12:00 do 20:00. W ofercie również dania na wynos.

Nowo otwarty salon optyczny w centrum Świnoujścia. W ofercie kompleksowa opieka – od badania wzroku, przez pomoc w doborze oprawek i soczewek, po usługi serwisowe. W bogatej ofercie znajdziecie także okulary przeciwsłoneczne renomowanych marek. Z okazji otwarcia salon przygotował pakiet promocji. Centrum czynne jest od poniedziałku do piątku w godz. 10:00-18:00, w soboty od 10:00 do 14:00

ul. Kasprowicza 4 / pokój 5

ul. Wybrzeże Władysława IV 19b

ul. Bohaterów Września 4 REKLAMA


Producentdziupli TEKST I ZDJĘCIA ARTUR KUBASIK

Najgłośniejszy, największy i ten występujący dość rzadko. Trzy dzięcioły. Tego ostatniego udało mi się spotkać zaledwie raz. Jedno z młodych wyczekuje, aż rodzice przylecą z pokarmem

Szedłem jednym ze szlaków Wolińskiego Parku Narodowego i nagle usłyszałem bardzo głośny i intensywny krzyk. To mogło oznaczać tylko jedno. Gdzieś w pobliżu jest dziupla, a ten krzyk to darcie się młodych dzięciołów. Jednym z głośniejszych i najpospolitszych związanych ze wszelakimi drzewostanami jest dzięcioł duży. Młode bardzo głośno zdradzają swoją obecność, jednak z dziupli wygląda tylko jedno z nich, w oczekiwaniu aż rodzic przyleci ze smaczną, tłustą larwą. Dzieciaki spędzą w dziupli, nieustannie hałasując, ponad 20 dni, a i po tym czasie, gdy gniazdo opuszczą rodzice, będą oni dbali o to, by młodym nie brakło pokarmu. Kiedy czytacie ten tekst, jest połowa marca. Zima powoli ustępuje wiośnie, a w lesie ciężko pracuje jeden z największych naszych dzięciołów, dzięcioł czarny. Ptaszysko wielkości wrony dziuplę musi mieć niemałą.

68

MAGAZYN

Do budowy dziupli niekoniecznie wybiera stare i spróchniałe, wyszukując często zdrowe okazy. Budowa dużego gniazda mogłaby się dla dzięcioła okazać zbyt wyczerpująca, dlatego na początek wykuwa dziurę w pniu na kilka centymetrów i ją zostawia. Do akcji wkraczają grzyby, które uwielbiają odsłonięte drewno i zaczynają je rozkładać. Po wielu miesiącach, gdy drewno jest zmurszałe, nasz dzięcioł dokańcza swoje dzieło. Zazwyczaj na jednej dziupli się nie poprzestaje i powstają kolejne. Jedna posłuży do wysiadywania jaj, inna do spania i tak dalej. Ponieważ dzięcioł czarny jest ptakiem dużym, to i dłużej rośnie. Pisklęta zanim opuszczą gniazdo, spędzą w nim prawie miesiąc. Raz udało mi się sfotografować dzięcioła zielonego, choć jest to ptak mniej płochliwy jak na przykład dzięcioł czarny. Jest natomiast dość rzadki i jak na inne dzięcioły

przystało, nie bębni w drzewa lub robi to bardzo rzadko. To naziemny mieszkaniec lasu i mrówkojad wśród dzięciołów – głównie mrówki stanowią jego pokarm. Gdy w lesie usłyszycie donośne pogwizdywanie, może będzie to właśnie dzięcioł zielony. „Bębnienie” dzięciołów to nie tylko wykuwanie dziupli czy poszukiwanie jedzenia. Wiosną takim bębnieniem dają znać konkurencji – ten teren jest tylko mój. Gdyby nie one, wiele innych gatunków ptaków nie miało by gdzie mieszkać. To dzięcioły dostarczają najwięcej domów na rynek wtórny. Ponad połowa ptaków wybiera ich dziuple na gniazda.

Więcej zdjęć: facebook.pl/obrazkizlasu


OBRAZKI Z WYSPY WOLIN

natura

Wykuwanie dziupli

Charakterystyczną cechą dzięcioła czarnego jest czerwona czapeczka na głowie.

Młody dzięcioł w dziupli

Dość rzadki dzięcioł zielony

MAGAZYN

69


Reporter TT-Line pokazuje Szwecję Poszukuje śladów Wikingów, złota i tropi koniki z Dalarny – reporter TT-Line wyruszył w podróż po Skandynawii. W trakcie dwóch pierwszych wypraw odkrył przed nami tajemnice dwóch różnych zakątków Szwecji – Skanii i Dalarny. Warto się im przyjrzeć, ponieważ szwedzkie destynacje stają się coraz bardziej popularne wśród Polaków. – Rozochocony widokiem takich eksponatów, swoje kroki skierowałem od razu do Twierdzy Wikingów, gdzie poznałam Lindę. Jej strój wiernie odzwierciedlał te, które nosiły wikińskie żony. Poinformowała mnie, że mężczyźni udali się na wyprawę i ona pokaże mi osadę. Nie przypuszczałem, że nauczę się tam rozpalać krzesiwem ogień, robić włóczki z owczej wełny i wygrać partię gry Hnefatafl! – opowiada Cezary.

Historia ożywa

Cezary rozpoczął podróż od Skanii – południowego regionu, w którym możemy znaleźć się już po sześciu godzinach, wsiadając w Świnoujściu na ekspresowy prom TT-Line do Trelleborga.

Siedem tysięcy lat! – Pierwsza moja myśl: znaleźć Wikingów! – opowiada Cezary. – Okazało się, że można dotknąć ich historii już w Trelleborgu. W Muzeum widziałem czaszkę Wikinga sprzed tysiąca lat i rekonstrukcję jego ciała z wosku. Obcowanie z takim eksponatem to jest zawsze przeżycie. Wyobrażam sobie, że był to żyjący człowiek. Tysiąc lat temu!

70

MAGAZYN

Historia Wikingów w Muzeum w Trelleborgu połączona została z dziejami jeszcze starszych przodków Skandynawów. Najstarszy szkielet ludzki, który się tam znajduje, liczy siedem tysięcy lat.

Charakterystyczne dla szwedzkich muzeów jest to, że nie są one zwykłymi wystawami i nie prezentują eksponatów za szybami, tylko przenoszą odwiedzających w dany okres historyczny. Na terenie skansenów i osad znajdują się doskonale zachowane domy, przeniesione z oryginalnej lokalizacji w całości na teren muzeum. Często można w nich zobaczyć zdjęcia mieszkańców sprzed lat, przejść się po ich pokojach, dotknąć przedmiotów, którymi się otaczali. Dowiadujemy się więc,


ODKRYWANIE SKANDYNAWII

turystyka

jak spędzali święta, możemy nauczyć się dawnych sposobów przygotowywania jedzenia, na przykład wyrabiania musztardy. W muzeach wszystko funkcjonuje tak, jak setki lat temu. Na naszych oczach i z naszym udziałem ożywa historia. Takie skanseny znajdują się między innymi w szwedzkim Helsingborgu (Muzeum Fredriksdals) i Lund (Muzeum Historii Kultury). Niezwykle klimatycznym miejscem jest również dworek z początków XIX wieku – Katrinetorp w Malmö. Twierdzę Wikingów w Trelleborgu najlepiej odwiedzić w wiosną, kiedy rozkwita w niej życie skandynawskich wojowników lub latem, gdy organizowane są jarmarki.

Zasmakuj natury Dosłownie i w przenośni w Skanii można delektować się naturą. To raj dla rowerzystów, których czekają piękne i doskonale przygotowane trasy, a także dla wędkarzy. Amatorzy „grubej ryby” będą mogli pochwalić się wyłowieniem ze skańskich rzek i jezior szczupaków, łososi i pstrągów. Mieszkańcy tego regionu rozsmakowani są również w wytworzonych lokalnie produktach ekologicznych. Miłośnicy spokoju i własnej roboty przetworów na pewno zakochają się w takich miejscach, jak farma pełna włoskich win Idala Gård, królestwo ziół Österlenkryddor, winnica Hällåkra czy Hallongården, czyli farma malinowa. Znajdziemy tam przetwory, naturalne kosmetyki

Glögg w kilku smakach, niezwykłe miody, naturalne przyprawy. Choć Skania wciąż pozostaje nieodkryta w naszym kraju, cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W ubiegłym roku odwiedziło ją o 21 proc. więcej polskich turystów niż

Szwedzi to bardzo miły i bardzo, bardzo uśmiechnięty naród w poprzednim sezonie. Samo Malmö odnotowało wzrost o 242 tysięcy turystów.

Zimni Szwedzi to mit! Po odwiedzinach Skanii Cezary wyruszył na północ Szwecji. Jedno z pierwszych wrażeń, jakie reporter TT-Line odniósł, przebywając w Skandynawii, to fakt, że Szwedzi wbrew stereotypom są bardzo ciepli i pomocni. – Podróż do Falun wypełniona była skandynawską uprzejmością. Naturalną sympatię dla drugiego człowieka odczuwałem bardzo

MAGAZYN

71


turystyka

ODKRYWANIE SKANDYNAWII

Krajobraz zachowanej architektury wokół kopalni, w całości w kolorze czerwieni faluńskiej, został w 2001 roku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Na liście UNESCO

często. Na przykład wtedy, gdy nie miałem przy sobie koron, a kierowca autobusu, do którego wsiadłem, pozwolił mi po prostu jechać. Kolejny nie miał wydać reszty, więc kazał mi się nie wygłupiać i wsiadać. Szwedzi to bardzo miły i bardzo, bardzo uśmiechnięty naród! – podkreśla nasz podróżnik.

Falun i czerwone domy W trakcie drugiej wyprawy Cezary wybrał się do Dalarny – regionu znanego z kopalń miedzi, srebra i żelaza, a także słynnych koników. Stąd pochodzi pigment w czerwonej farbie wykorzystywanej do malowania charakterystycznych dla Skandynawii domków i drewnianych zabawek. – Tak zwana czerwień faluńska powstała jako produkt uboczny procesu wydobywania złóż. Składa się głównie z miedzi, tlenków żelaza i cynku – wyjaśnia reporter TT-Line. Kopalnia została zamknięta w 1992 roku, ale farba do dziś jest wytwarzana według tradycyjnego przepisu w działającej obok fabryce Falu Rödfärg (od 1764 roku!). Skąd fabryka bierze pigment? Z zapasów magazynowych, które według szacunków mają wystarczyć na najbliższe 70 lat!

72

MAGAZYN

Zamkniętą kopalnię zdecydowanie warto odwiedzić, bo jest miejscem o bogatej historii i wielu ciekawych, podziemnych zakamarkach.

– Zakłada się, że pierwsze działania na tym terenie rozpoczęły się z początkiem VIII wieku, na trochę przed czasem Wikingów. Daje to imponujący wynik prawie 1,3 tys. lat nieprzerwanego wydobycia. Wow! – opowiada Cezary. Okres świetności kopalni przypada na XVII wiek, kiedy to pracowało w niej ponad tysiąc osób, była największym zakładem przemysłowym w Szwecji i była odpowiedzialna za 2/3 światowego wydobycia miedzi.


Jak dostać się do Szwecji?

W tej chwili można oglądać ponad cztery tysiące szybów, chodników i komór o unikalnych nazwach. Pochodzą one z czasów drążenia. – Niech nie zdziwi was spotkanie z żywą choinką w jednej z komór. Nazywa się „Świąteczny prezent”, bo historia mówi, że znaleziono tu złoto w czasie świąt. Trzeba przyznać, że to miejsce ma jakąś niezwykłą moc – relacjonuje reporter TT-Line. Krajobraz zachowanej architektury wokół kopalni, w całości w kolorze czerwieni faluńskiej, został w 2001 roku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. – Według przewodnika Gunnara najlepiej jest odwiedzić to miejsce wiosną, kiedy przyroda rozkwitając, dodaje uroku kopalnianemu pejzażowi – zachęca Cezary. – Warto, bo jest to kawał fascynującej historii świata. Dodatkowo Gunnar był totalnie zafascynowany tym miejscem (i kopalniami), dzięki czemu jeszcze lepiej słuchało się jego opowieści. Zapytał mnie nawet, czy byłem kiedyś w Wieliczce! On był i uwielbia – dodaje Cezary.

Cezary podróżuje do Szwecji promami TT-Line. Po raz pierwszy płynął tak dużą jednostką do Trelleborga w styczniu. Zrobiło to na nim ogromne wrażenie, więc przygoda rozpoczęła się już w Świnoujściu po wejściu na pokład. Z mostka kapitańskiego oglądał wyjście z portu. Następnie zaglądał we wszystkie zakamarki promu Nils Dacke.

To, co mnie naprawdę uderzyło podczas zwiedzania pokładu, to jakim niesamowicie pięknym kawałkiem architektury jest prom

– To, co mnie naprawdę uderzyło podczas zwiedzania pokładu, to jakim niesamowicie pięknym kawałkiem architektury jest prom. W połączeniu z plastyką światła zachodzącego słońca i morskim horyzontem widoki są nieziemskie – a może właśnie bardzo ziemskie! Jak opisać nieopisywalne. Mam nadzieję, że zdjęcia pokażą więcej! – pisze Cezary na blogu.

Jak śledzić reporterskie przygody Czarka? Reporter TT-Line przez cały 2017 rok będzie podróżował po Skandynawii. Każdy, kto chce na bieżąco odkrywać Skandynawię razem z reporterem, może śledzić relacje z jego podróży, filmy i zdjęcia na fanpage’u TT-Line Polska oraz na blogu: blizejskandynawii.com. W najbliższym czasie Cezary wybierze się na „wielką rybę”, a przygód poszuka, podróżując camperem po Skandynawii. Jego opowieści na pewno będą fascynujące…

MAGAZYN

73


Sięgamy gwiazd, naśladujemy Słońce! Największe idee ludzkości rodzą się i realizują tuż obok nas. To właśnie na wyspie Uznam, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Świnoujścia, przed i w czasie drugiej wojny światowej, w wojskowym ośrodku rakietowym w Peenemünde tworzyły się podstawy późniejszego programu kosmicznego, którego zwieńczeniem był lot amerykańskich astronautów na Księżyc. TEKST MAREK KOLENDA

Wnętrze stellaratora W7-X. FOTO GWURDEN / CC BY-SA 3.0

To jednak nie wszystko. Od kilku lat w Instytucie Fizyki Plazmy im. Maxa Plancka w Greifswaldzie, położonym tylko 76 km od naszego miasta, działa największy i najnowocześniejszy na świecie stellarator – reaktor syntezy jądrowej. Z jego pomocą naukowcy próbują stworzyć nowe, nieprawdopodobnie wydajne i zarazem przyjazne dla środowiska źródło energii, która stanie się bez wątpienia energią przyszłości naszej cywilizacji.

74

MAGAZYN

wytyczył drogę do podboju kosmosu przez NASA, w której pod koniec kariery pełnił funkcję zastępcy dyrektora do spraw planowania. Jego nazistowska przeszłość została mu zapomniana, a jego wybiegające daleko w przyszłość pomysły i marzenia wyniosły człowieka na orbitę Ziemi, następnie Księżyca, a wreszcie na powierzchnię Srebrnego Globu. Spełniło się jedno z największych marzeń ludzkości. Teraz czas na urzeczywistnienie kolejnego – snu o energetycznym Graalu. Stellarator to klucz do krainy przyszłości, a zarazem jeden z najbardziej ambitnych projektów naukowych w historii naszego gatunku – prawdziwe arcydzieło myśli technicznej. Nawet inżynierowie i technicy, którzy budowali Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) znajdujący się w ośrodku CERN pod Genewą, wskazywali stellarator w Greifswaldzie jako bardziej wymagający i skomplikowany. Czemu jest tak wyjątkowy?

Przełomowe idee naukowe

Z wodoru w hel

Kiedy Wernher von Braun – wpływowy oficer SS oraz główny projektant rakiety balistycznej A-4, będącej pierwowzorem śmiercionośnego pocisku V-2 – oddał się w 1945 roku w ręce Amerykanów, marzył o wykorzystaniu swoich projektów do celów cywilnych i lotów w kosmos. Został później pierwszym dyrektorem Centrum Lotów Kosmicznych imienia George’a C. Marshalla w Alabamie,

Od kilkudziesięciu lat fizycy na całym świecie próbują opracować metodę kontrolowanej fuzji jądrowej. Proces przemiany wodoru w hel, jaki zachodzi w gwiazdach, mógłby stać się rewolucyjną metodą niemal nieograniczonego pozyskiwania bardzo taniej energii. Poza tym kontrolowana fuzja jądrowa jest w teorii najbardziej wydajnym procesem wytwarzania energii znanym ludzkości.


ENERGIA PRZYSZŁOŚCI

Jest także znacznie bezpieczniejsza od tych opartych na reakcjach łańcuchowych. I tak, jak pierwsze pociski rakietowe V-2 z ośrodka doświadczalnego w Peenemünde były tylko preludium do zbudowania rakiety Saturn V i wyniesienia człowieka na Księżyc w 1969 roku, tak fuzja jądrowa może stać się podstawowym źródłem energii na Ziemi dopiero za sto lub dwieście lat. Co bardzo istotne, dwa podstawowe pierwiastki potrzebne do przeprowadzenia fuzji jądrowej, deuter i tryt, są powszechnie dostępne, i to w ogromnych ilościach. Deuter można pozyskać z morskiej wody, a tryt otrzymuje się z litu, występującego w większości skał na Ziemi.

Większy niż Amerykanie i reszta Europy. Mamy dzięki temu dostęp do wszystkich eksperymentów, decydujemy o ich wyborze oraz będziemy mieli prawo dysponowania opracowanymi w ramach projektu technologiami i wynalazkami. Takiego know-how, które z pewnością zwiększy także konkurencyjność polskich przedsiębiorstw na arenie międzynarodowej, nie można przecenić. Uroczyste uruchomienie urządzenia o nazwie Wendelstein 7-X, nastąpiło na początku ubiegłego roku i uczestniczyła w nim kanclerz Niemiec Angela Merkel (nie wszystkim wiadomo, że posiada ona doktorat z chemii fizycznej).

Badania, które zmienią świat

Stellaratory, których idea powstała już w 1950 roku, pozwalają odtworzyć w warunkach laboratoryjnych i w kontrolowany sposób proces, który odpowiada za produkcję energii słonecznej. Energia Słońca powstaje w reakcji syntezy termojądrowej, czyli łączeniu się jąder pierwiastków. W pierwszym etapie cyklu z dwóch jąder wodoru powstaje jądro deuteru, a ubocznym produktem reakcji są neutrino i pozyton. Neutrino ucieka, a pozyton anihiluje (z najbliższym elektronem), wytwarzając energię. Z kolei jądro deuteru łączy się z kolejnym jądrem wodoru, tworząc jądro helu-3. W ostatniej fazie cyklu dwa jądra helu-3 łączą się, tworząc jądro helu-4 oraz dwa jądra wodoru. Otrzymywana w tych reakcjach energia uwalniana jest w postaci fotonów (czyli światła). Większość reakcji zachodzi w jądrze Słońca, gdzie gęstość wynosi około 150 ton na m3, ciśnienie – 400 miliardów atmosfer, a temperatura dochodzi do kilkunastu milionów stopni Celsjusza. Na Ziemi nie możemy stworzyć takich warunków, przede wszystkim tak ekstremalnego ciśnienia. Ale taką samą reakcję można przeprowadzić przy niższym ciśnieniu, ale odpowiednio wyższej temperaturze. Reaktory syntezy jądrowej rozgrzewają mieszaninę try-

Początki projektu W7-X sięgają jeszcze 1996 roku, ale budowę stellaratora zainicjowano w roku 2004 i została ona ukończona dopiero pod koniec maja 2014. Jego realizacje rozpoczęli Niemcy, jednak od dawna jest to przedsięwzięcie międzynarodowe. Skomplikowana konstrukcja kosztowała ponad 2 miliardy euro. Od 2006 roku aktywnie uczestniczą w tym projekcie polscy naukowcy, między innymi z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN, Politechniki Warszawskiej, Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy oraz Uniwersytetu Opolskiego i Narodowego Centrum Badań Jądrowych w Świerku. Polski wkład finansowy w projekt to zaledwie 6,5 milionów euro, jednak o wiele ważniejszy jest wkład intelektualny. To właśnie polskie firmy zaprojektowały i dostarczyły wiele kluczowych elementów stellaratora, na przykład system chłodzenia i komory wygrzewania. To my stworzyliśmy specjalną stal niemagnetyczną, na której stoi reaktor, a która pod względem parametrów bije wszelkie światowe rekordy (podczas testów niemieccy badacze kilkakrotnie wymieniali aparaturę pomiarową myśląc, że jest zepsuta). To Polska ma obok strony niemieckiej największy udział w projekcie.

Jak to działa?

nauka

tu i deuteru do temperatury blisko 100 milionów stopni Celsjusza, czyli wielokrotnie wyższej niż panująca we wnętrzu Słońca. Kontaktu z taką temperaturą nie wytrzymałby żaden znany człowiekowi materiał, dlatego plazma utrzymywana jest w polu magnetycznym i nie dotyka ścian reaktora.

Energia przyszłości w pobliżu Uznamu? Stellarator Wandelsteina 7-X w Greifswaldzie, najbardziej zaawansowane technicznie tego typu urządzenie na świecie, służy do pionierskich badań plazmy w ekstremalnej temperaturze. W przeciwieństwie do pracujących krótkimi impulsami tokamaków stellaratory mogą wytworzyć i utrzymać stabilną plazmę przez znacznie dłuższy czas. Kilkanaście miesięcy temu ten niezwykły eksperyment wkroczył w nową fazę badań nad reakcją fuzji lekkich jąder atomowych, która może być pierwszym krokiem do uzyskania praktycznie niewyczerpalnego źródła energii. Śmiało można powiedzieć, że laboratorium w Greifswaldzie jest obecnie jednym z „najgorętszych” miejsc na mapie naukowej naszego globu oraz dosłownie jednym z najgorętszych miejsc w naszym Układzie Słonecznym (wyższe temperatury osiąga się tylko w ośrodku badawczym JET w Wielkiej Brytanii)! Aktualnie w stellaratorze W7-X udaje się uzyskiwać temperaturę kilkukrotnie wyższą niż w jądrze Słońca (około 17 milionów stopni Celsjusza). W styczniu 2016 roku naukowcy z Instytutu Fizyki Plazmy im. Maxa Plancka ogłosili pierwszy duży sukces – uzyskali plazmę wodoru w temperaturze stu milionów stopni. Kolejnym wielkim wyzwaniem dla badaczy ma być utrzymanie w urządzeniu ciągłego wyładowania plazmy przez 30 minut (po raz pierwszy w historii). A wszystko to dzieje się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Świnoujścia!

MAGAZYN

75


Dobroczyńca

w spódnicy

TEKST JÓZEF PLUCIŃSKI

Gawędę tę publikuję w związku z obchodzonym niedawno Dniem Kobiet, który – czy to nam się podoba, czy nie – wrósł w naszą tradycję, podejrzewam, że na stałe. Jak zwyczaj nakazuje, o kobietach należy przy każdej okazji mówić dobrze, albo i bardzo dobrze, do czego zobowiązany jest również piszący teksty historyczne. Przyznam, że znalezienie w dziejach miasta kobiety wyjątkowej nie przysporzyło mi większego trudu, jako że było ich naprawdę sporo. W galerii miejscowych znakomitości: burmistrzów, senatorów, radców i konsulów, występowali zwykle mężczyźni. Wyjątkiem, ale za to wielkiego kalibru, była mieszkanka Świnoujścia, pani konsul Maria Karolina Emilia Heyse, de domo Nitsche. Przed kilku laty ta postać mnie naprawdę zafascynowała.

Złoto do złota Urodziła się w 1824 roku w Karsiborzu, w rodzinie bogatego kupca i jednego ze świnoujskich konsulów, o nazwisku Nitsche. Tu dygresja: w portowym Świnoujściu znajdowała się niegdyś spora liczba konsulatów różnych państw, których statki tu dobijały. Funkcję tę, z reguły honorowo, pełnili miejscowi notable, głównie kupcy. Niektórzy z nich byli jednocześnie przedstawicielami kilku państw. Ci naturalnie przed domem, na masztach wywieszali ich flagi. Dzieciństwo panny Marii Karoliny Emilii, acz w idyllicznym otoczeniu karsiborskiej natury, przebiegało w stałym kontakcie z księgami rachunkowymi ojca. Z konieczności też była świadkiem, a z czasem uczestnikiem, rozmów o interesach. Później była prywatna pensja dla panien z dobrych domów w Berlinie i powrót do Świnoujścia, gdzie osiedlili się jej rodzice. Młoda, wykształcona

76

MAGAZYN

Pani Maria Karolina Emilia Heyse, bohaterka naszej opowieści

i urodziwa panna Nitsche, w myśl zasady: „Idź złoto do złota”, w wieku lat 19 wydana została za bogatego świnoujskiego kupca nazwiskiem Heyse. Był on również konsulem

Rosji, Włoch i bodajże Stanów Zjednoczonych. Dom małżonków Heyse, bardzo bogaty w wystroju zewnętrznym i ciekawej architekturze, stał przy Wybrzeżu Władysława


MARIA KAROLINA EMILIA HEYSE

IV, gdzieś tam na wysokości ostatnio zbudowanych nowych budynków mieszkalnych.

Kobieta biznesu Nie zachowało się wiele przekazów odnośnie tego stadła małżeńskiego. Wiadomym jest tylko, że pan Heyse wiele czasu przebywał w podróżach zagranicznych, związanych z prowadzonymi interesami. Między innymi organizował on bardzo korzystny handel włoskimi cytrusami i francuskimi winami z Rosją. Z kolei z Rosji, za jego pośrednictwem, wędrowały na zachód Europy luksusowe towary, jak kawior czy futra. Interes był znakomity, stąd też dom handlowy Heyse – Nitsche stał się w Świnoujściu największym potentatem finansowym. Ponieważ małżonek był stale w rozjazdach, interesami administrowała na miejscu pani Heyse, imponując wiedzą, stanowczością i trafnością decyzji. I tak biegły lata. W 1875 roku podczas jednego z wyjazdów do Włoch pan Heyse opuścił ten padół. Pani Heyse, po sprowadzeniu doczesnych szczątków małżonka, pochowała je na cmentarzu przy ulicy Chopina, we wspaniałym mauzoleum, a sama zajęła się prowadzeniem interesów firmy. Umiejętnościami i energią

Małżonek naszej bohaterki konsul Heyse jako młody żonkoś

PanNA Emilka Nitsche

prześcignęła, jak się okazało, męża i pozostawiony przezeń majątek dość szybko pomnożyła. O pochowanym mężu jednakowoż nie zapominała. Każdego praktycznie dnia, punktualnie o godzinie 11, udawała się na cmentarz w towarzystwie damy do towarzystwa oraz czarnoskórego służącego i przez blisko godzinę oddawała się modlitwie i rozmyślaniom.

Szara eminencja Czas pozostały wypełniały jej wizyty i rewizyty, udział w rozlicznych imprezach towarzyskich i dobroczynnych. Działalność charytatywna, z wielką pasją prowadzone

stare świnoujście

działania na rzecz ubogich i sierot, przysporzyły „ciotce Emilii”, jak ją już powszechnie nazywano, sympatię i szacunek ludzi. To między innymi spowodowało, że wybrano ją na szereg lat prezeską Krajowego Związku Kobiet. Jej pozycja i majątek sprawiły, że bez niej nie obyło się żadne ważniejsze wydarzenie w mieście i zawsze miała zarezerwowane najlepsze miejsca w pierwszych rzędach. Pozostawała też „szarą eminencją” Świnoujścia, a z jej zdaniem bardzo, ale to bardzo liczył się burmistrz. Prywatnie była nasza bohaterka osobą nad wyraz oszczędną, żeby nie powiedzieć skąpą. Odczuwali to wszyscy z jej najbliższego otoczenia, a także rozliczni krewni, którzy od starszej, bezdzietnej, a nader bogatej wdowy oczekiwali

Umiejętnościami i energią prześcignęła, jak się okazało, męża i pozostawiony przezeń majątek dość szybko pomnożyła

Dar pani Heyse dla miasta z 1895 roku – pomnik cesarza Wilhelma I

MAGAZYN

77


stare świnoujście

MARIA KAROLINA EMILIA HEYSE

Obecne Liceum Katolickie, niegdyś dom dla sierot ufundowany przez fundację pani Heyse

materialnego wsparcia. Starsza pani jednakowoż posiadała znakomitą intuicję i dokładne informacje o swych krewnych. Bez skrupułów z kwitkiem odsyłała każdego w jej opinii utracjusza. W zestawieniu z tym zadziwiała jej hojność na cele społeczne. Za jej pieniądze w 1881 roku przebudowany został kościół Chrystusa Króla, który w wyniku tych prac otrzymał nowe ławki i co ważne – wieżę, która znacznie upiększyła jego sylwetkę. W sierpniu 1895 roku z wielką pompą odsłonięto ufundowany przez panią konsul Heyse pomnik cesarza Wilhelma I, który stał między budynkiem obecnego muzeum a Wybrzeżem Władysława IV. Współcześni temu zdarzeniu, a bardziej złośliwi, twierdzili, że pomnik w zamyśle fundatorki miał w równym stopniu głosić chwałę cesarza, jak i jej samej. Dziełem pani Heyse było także powołanie fundacji dobroczynnej „Heyse – Nitsche”, która za zadanie miała wspieranie działań w zakresie oświaty i opieki nad dzieckiem. Dzięki jej wsparciu zbudowano między innymi szkołę na ulicy Narutowicza i fundowano stypendia dla ubogich i zdolnych dzieci. W całości z przekazanych przez nią środków finansowych zbudowany też został, i przez szereg lat był utrzymywany, dom dla

78

MAGAZYN

Pozostawała też „szarą eminencją” Świnoujścia, a z jej zdaniem bardzo, ale to bardzo liczył się burmistrz osieroconych dzieci, który zachował się do dzisiaj.

Majątek nie dla każdego Pracowitego żywota dokonała nasza bohaterka w 1901 roku. Pozostawiła po sobie ogromny majątek obliczany na ponad dwa miliony ówczesnych marek w złocie. Część tej kwoty posłużyła do zbudowania, zgodnie Budynek świnoujskich wodociągów

z jej wolą, domu dla sierot i nowego wielkiego kościoła pod wezwaniem Marcina Lutra, który stanął na rogu ulic Piłsudskiego i Paderewskiego. Pozostał po nim jedynie kikut wieży, obecnie punkt widokowy i kawiarnia Wieża. Znaczną ilość pieniędzy, bo niemal połowę kwoty spadku, przekazała ona dla miasta, między innymi na opiekę społeczną i budowę wodociągów. Kwota ta, zgodnie z wolą spadkodawczyni, niemal w 50 procentach pokryła wydatki gminy na budowę sieci wodociągowej i kanalizacyjnej i pozwoliła na zakończenie prac już w 1909 roku. Bez tego wsparcia miasto zbudowałoby je znacznie później. Nawet miejscowej gminie żydowskiej grosza nie pożałowała, przekazując jej okrągłą sumkę i kosztowny obraz Judyta w obozie Holofernesa. Stosownymi zapisami obdarowała też domową służbę. Natomiast małymi, wręcz symbolicznymi kwotami uposażeni zostali tylko niektórzy członkowie rodziny, faktycznie zasługujący na wsparcie. Ponieważ liczba pretendentów do spadku przekraczała znacznie setkę osób, stąd też doszło do dużego zamieszania i prób unieważnienia testamentu. Jednakowoż ostatnia wola, jak przystało na tę bardzo mądrą i konsekwentną damę, przygotowana została perfekcyjnie, w sposób niepozwalający na znalezienie żadnych luk prawnych i bez zmian została wprowadzona w życie. Dziwaczne natomiast było jedno z zawartych w testamencie życzeń. Wykonawcę testamentu i spadko-


Dawna oczyszczalnia ścieków

bierców zobowiązano do zamurowania okien i drzwi jej sypialni na zawsze. Życzenie to być może pozostawało w związku ze znalezieniem w jej łożu kilku tysięcy złotych monet poutykanych w różne miejsca, nie wiadomo przed kim i dla kogo tam schowanych. Według dostępnych mi informacji to życzenie było przez spadkobierców pani Emilii Heyse honorowane. Budynek został zniszczony w 1945 roku.

I to byłoby tyle o tej pani, w której życiu i działalności zbiegły się człowiecza wielkość i małostkowość. Tak jak chyba w każdym z nas. A tak na marginesie. Jestem niezwykle ciekaw, który z naszych nowobogackich potrafiłby zafundować dom dla sierot, nie mówiąc już o kościele i wodociągu? Gdy myślę o tych bardziej w mieście znanych, to ogarnia mnie śmiech. Gorzki.

Kościół Marcina Lutra zbudowany w latach 1903-1906 ze środków pani Heyse

REKLAMA


Na nabrzeżach Dzięki pasji Julity i Dariusza Chmielewskich zdołalibyśmy zwiedzić całe miasto. I z czasem zapewne tak się stanie. Tym razem podążamy wzdłuż Wybrzeża Władysława IV. Piękne stąd widoki!

80

MAGAZYN


Z ARCHIWUM CHMIELEWSKICH

stare świnoujście

MAGAZYN

81


Gdzie leżą WYSPY? Urząd Miasta, Wojska Polskiego 1/5

Salon Mody „Venus”, ul. Armii Krajowej 12

Centrum Informacji Turystycznej, Pl. Słowiański 6/1

Salon Mody dziecięcej „Happy Day”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Miejska Biblioteka Publiczna, Piłsudskiego 15

Salon Meblowy „Anders Company”, Konstytucji 3-go Maja 59

Biblioteka Pedagogiczna, Piłsudskiego 22

Beauty Point, Chrobrego 14/2

G.H. Corso poziom -1, regał z książkami, Dąbrowskiego 5

Siłownia i Fitness „Champions Academy”, Woj. Polskiego 1/19

Sklep papierniczy „ERGO“, Matejki 35

Przewozy Pasażerskie „Emilbus“, Wybrzeże Władysława IV 18

ASO Renault Nierzwicki, Lutycka 23

Księgarnia „Neptun“, Bohaterów Września 81

Hotel Interferie Medical SPA, Uzdrowiskowa 15

Restauracja „Jazz Club Central’a”, Armii Krajowej 3

West Baltic Resort, Żeromskiego 22

Restauracja „Neptun“, Bema 1

Hotel Hampton by Hilton, Wojska Polskiego 14

Restauracja „Nebiollo“, Orzeszkowej 6

Apartamenty „44wyspy.pl“, Orzeszkowej 5

Restauracja „Qchnia“, Piłsudskiego 19

Visit Baltic, Wojska Polskiego 4b/5a

Restauracja „Na Dziedzińcu“, Wybrzeże Władysława IV 33D

Biuro Podróży „Slonecznie.pl“, Grunwaldzka 21

Restauracja „Pinocchio“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Biuro Turystyczne „Wybrzeże“, Słowackiego 23

Restauracja „Mila“, Promenada, Uzdrowiskowa 18

Biuro Turystyczne „Travel Partner”, Bohaterów Września 83/13

Restauracja „Casablanca“, Promenada, Uzdrowiskowa 16-18

Biuro Zakwaterowań „Baltic Park Fregata”, Uzdrowiskowa 20

Restauracja „Dune“, Promenada, Uzdrowiskowa 12-14

Collegium Świnoujście, Pływalnia, Żeromskiego 62

Restauracja „Sól i Pieprz”, Wybrzeże Władysława IV 19B

Jubiler „Malwa“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Restauracja „Osada”, Wybrzeże Władysława IV 30A

Perfumeria „Douglas“, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

Restauracja „Toscana”, Marynarzy 2

Media Expert, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Restauracja „Karczma Pod Kogutem”, Żeromskiego 62

PSB „Mrówka“, Karsiborska 6

Pizzeria „Batista“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16/6

ARKADA Okna, Drzwi, Wybrzeże Władysława IV 19c

Pizzeria „Grota“, Konstytucji 3 Maja 59

Hurtownia Wielobranżowa „Paulhurt“, Rycerska 76

Bar Kanapkowy „Bułki z bibułki”, Wybrzeże Władysława IV

VEMME Day Spa, Wybrzeże Władysława IV 15C

Bar „American Chicken”, Monte Cassino 43/1

Centrum Dietetyczne „Naturhouse“, Konstytucji 3 Maja 16

EVKA Vegebar, Bohaterów Wrzesnia 50/4

Przychodnia Lekarska T. Czajka, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

El Papa Cafe Hemingway, Bohaterów Września 73

Centrum Medyczne „Rezydent-Med“, Kościuszki 9/7

Cafe „Rongo“, Os. Platan, Wojska Polskiego 16

Gabinet Stomatologiczny Anna Pyclik, Chełmońskiego 15/1

Cafe „Paris“ Plac Wolności 4

Klinika Stomatologiczna „Morze Uśmiechu“, Plac Słowiański 6

Cafe „Venezia“, Promenada, Uzdrowiskowa 16

Gabinet Kosmetyczny DR-Cosmetic, Konstytucji 3 Maja 54

Cafe „Havana“, Promenada, Uzdrowiskowa 14

Foto-Studio JDD Chmielewscy, Monte Cassino 43

Cafe „Kredens“, Promenada, Uzdrowiskowa 12

Optyka, Bema 7/1

Kawiarnia „Sonata“, Marynarzy 7

Optyka, Wojska Polskiego 2a

Kawiarnia „Czuć Miętą“, Promenada, Uzdrowiskowa 20

Perfekt-Optik, STOP SHOP, Kościuszki 15

Eda-Glas, Piłsudskiego 16

Perfekt-Optik, G.H. Corso, Dąbrowskiego 5

EKO-WYSPA, Grunwaldzka 1A

Perfekt-Optik, Kaufland, Matejki 1d

Apteka „Pod Kasztanami“, Warszawska 29

Perfekt-Optik, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Kwiaciarnia „Ewa“, Markiewicza 21

Salon Mody „Andre“, C.H. Uznam, Grunwaldzka 21

Zakład Fryzjerski „Kazik“, Konstytucji 3 Maja 14

Salon Mody „By o la la...!“, Piastowska 2

Salon Fryzjerski „Piękne Włosy“, Konstytucji 3 Maja 5

Salon Mody „Coco“, Armii Krajowej 1

Salon Fryzjersko-Kosmetyczny „Wanessa“, Grunwaldzka 1

Salon Mody „Unique”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Salon Fryzjerski „Studio 5“, Konst. 3-go maja 16

Salon Mody „Teofil”, Monte Cassino 1A

Salon Fryzjerski Beata Grygowska, Wojska Polskiego 1/19

Salon Mody „My Poem”, G.H. Promenada, Żeromskiego 79

Zakład Fryzjerski „IRO“, Bema 11/1

REKLAMA


Magazyn Wyspy 3 (10) marzec 2017  

MAGAZYN WYSPY to miesięcznik o Świnoujściu i dla Świnoujścia. W numerze m.in.: Przypadki i wolty Krzysztofa Chomicza, Gezet. W grupie siła,...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you