Page 1


Wstępniak szkoły, ale takich miejsc jest wiele. Skupieni na podziwie dla wielkiego odruchu serca internauci i Stanton nie zwrócili szczególnej uwagi na to, co jest źródłem problemów słabej edukacji w najbiedniejszych częściach miast takich jak Nowy Jork. Taka dynamika sieci. Po dokładniejszą analizę odsyłam do samego New Yorkera. Z uwagi na przewidywaną objętość wstępniaka muszę się tutaj ograniczyć tylko do prawd płytkich. Na szczęście na kolejnych stronach tego wydania będziecie mogli znaleźć teksty, które podejmują się czegoś więcej niż tylko sygnalizowania (jak mój) albo wzruszania (jak Humans of New York). Na naszej facebookowej stronie również lekko naśladujemy blog Stantona prowadząc cykl #trojkowiczoftrojka. Ale staramy się czerpać z niego te bardziej udane elementy – chociażby możliwość poznania ludzi z innej perspektywy.

Na stronie New Yorkera czytam tekst z listopada ubiegłego roku. Vidal, uczeń jednej ze szkół na Brooklynie, wystąpił w cyklu Humans of New York. Chłopak zdradził fotografowi Brandonowi Stantonowi, pomysłodawcy i twórcy całego przedsięwzięcia, że postacią, która go najbardziej inspiruje, jest dyrektor jego szkoły, Nadia Lopez. Post z Vidalem w roli głównej stał się szeroko komentowany w internecie i poza nim, a szkoła dostała ponad milion dolarów, dzięki zbiórce zorganizowanej przez internet z inicjatywy Stantona. W rezultacie Vidal i jego rówieśnicy odwiedzili Harvard, Vidal i Nadia Lopez spotkali się też z Barackiem Obamą, a Lopez dodatkowo wystąpiła na konferencji TEDx. O historii słyszałem już dobrych kilka miesięcy wcześniej, więc tym razem nie było w niej dla mnie nic zaskakującego. Wzruszenie też nie to samo, co za pierwszym razem, gdy działały jeszcze efekty: świeżości, mnóstwa polubień i morza laudacyjnych komentarzy. Autor artykułu z New Yorkera wbił dodatkowo szpilę, wypominając Stantonowi, że jego opowieści o różnych nowojorczykach zdradzają oznaki pretensjonalności, powierzchowności i udawanej autentyczności, dołączając tym samym do grona TED-a i pewnie jeszcze coachów oraz myślicieli z mediów społecznościowych, z gotowymi prawdami na każdy dzień tygodnia. To fantastyczne, że udało się zebrać duże pieniądze dla tamtej

Kamil Aftyka

Tytuł tekstu, do którego się odnosiłem: „ Humans ofNew York and the Cavalier Consumption ofOthers”, http://www. newyorker. com/books/pageturner/humans-of-new-york-and-the-cavalierconsumption-of-others, dostęp: 18. 03. 2016

2


Stopka redakcyjna: Laura Lenkiewicz (redaktor naczelna, skład, fotoedycja), Kamil Aftyka (redaktor naczelny), Ania Gierman, Dominika Walecka, Kasia Rudzka, okładka: Popovic - facebook.com/xpopovicx

3


Spis treści 6 Ministerstwo dla szaleńców - Wymysł czy szansa dla chorych? Laura Lenkiewicz 9 (R)ewolucja dzięki MOOC - o nauce w dobie internetu Kamil Aftyka 13 Zdjąć klątwę - wywiad z Tomaszem Ślwińskim, reżyserem nominowanej do Oscara "Naszej klątwy" Laura Lenkiewicz 17 Wzór na piosenkę - Jak wygląda życie młodego muzyka? Ania Gierman 22 Chwycić za serce - akcja charytatywna byłej uczennicy Trójki Kasia Rudzka 24 Wędrujące dusze - o potrzebie drogi Dominika Walecka 27 Trafić w Niszę - rozmowa z Markiem Śliwińskim, poetą z Trójki Laura Lenkiewicz 4


magazyntrojki.wordpress.com facebook.com/magazyntrojki 5


Ministerstwo dla szaleńców Laura Lenkiewicz

Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega: do 2030 roku depresja może stać się najbardziej powszechną dolegliwością. Bezczynność rządu tylko pogarsza sytuację chorych.

12 września 2015 roku Jeremy Corbyn, z ponad 59% poparciem, zostaje wybrany liderem Partii Pracy. 13 września prezentuje skład gabinetu cieni oraz powołuje na całkowicie nowe stanowisko — Ministra Zdrowia Psychicznego, Lucianę Berger. Corbyn uzasadnia swoją decyzję słowami: “Każdy z nas może zachorować na depresję, każdego z nas może spotkać takie doświadczenie. Każdy z nas zna osoby, które przeszły przez tę chorobę, które poradziły sobie z nią, wróciły do pracy i normalnego funkcjonowania. Marzę o tym, żeby pewnego dnia mój kraj był w stanie zaakceptować ten problem tak jak niektóre skandynawskie państwa, w których premier otrzymuje pół roku zwolnienia, aby wyjść z depresji i nie zostaje zmuszony do rezygnacji ze swojego stanowiska.” Czy Ministerstwo Zdrowia

nie jest w stanie zatroszczyć się o zdrowie psychiczne obywateli i konieczne jest stworzenie odrębnej instytucji ograniczającej się do sprawowania tej funkcji? Czy to kolejny polityczny bełkot i próba pozyskania poparcia biednych, bezbronnych obywateli z problemami? Może również w Polsce potrzebne jest takie ministerstwo, a polepszenie opieki psychiatrycznej to kolejne z zadań dla nowej władzy? “Jestem Kasia. Jestem chora. Mam anoreksję. I depresję też mam. Nie dotykam brudnych przedmiotów. Boję się otwartych przestrzeni. W ciągu pięciu lat odwiedziłam oddziały psychiatryczne siedem razy, rozmawiałam z trzynastoma psychologami, trzy razy prawie się zabiłam. Jestem Kasia, mam dwadzieścia lat. Nie zarabiam. Pani w urzędzie mówi:

6


“jesteś leniwa, leniwi nie dostają pieniędzy od państwa”, ludzie mówią: “zrób coś ze sobą”. Jestem Kasia. Jestem nienormalna. ”

“Brzydka pani w szpitalu bardzo na mnie krzyczała, a nic się przecież nie stało. Utopiłam tylko masło w herbacie. Masło jest niedobre. Ważą nas ciągle i krzyczą, że za wolno, że grymasimy, że w piętnaście minut da się zjeść śniadanie, obiad, kolację, kilogramy, tony jedzenia. ”

W 2014 roku w Polsce odnotowano 10 207 prób samobójczych, z których 6165 zakończyło się śmiercią. Z roku na rok liczba samobójstw wzrasta, od 1951 roku do dziś wzrosła o ponad 300% w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Odbieranie sobie życia dotyczy już nie tylko osób dojrzałych, 15% samobójców to dzieci i młodzież w wieku od 9 do 24 lat. Dla porównania, życie wskutek wypadków drogowych rocznie traci około dwa razy mniej osób. Drugim, zaraz po nieporozumieniach rodzinnych, powodem decyzji odebrania sobie życia przez Polaków są choroby psychiczne, których wskaźnik w ciągu 18 lat wzrósł o 119%.

Od 0.9% do 4. 3% populacji choruje na anoreksję, od 2% do 3% na bulimię, od 1. 5% do 3% na kompulsywne objadanie się, co dziesiąty chory umiera. Ogólnopolskie Centrum Leczenia Zaburzeń Odżywiania prowadzi wiele rodzajów terapii. Koszt sześćdziesięciominutowej konsultacji wstępnej z psychologiem to 85 złotych, za osiemdziesięciogodzinne warsztaty “Rozwiązania istnieją!” trzeba zapłacić 3500 złotych. Fundacja “Drzewo życia” oferuje dwumiesięczne turnusy za 2000 złotych. Na refundację z NFZ-u nikt nawet nie liczy, bo ośrodki zajmujące się anorektyczkami i bulimiczkami są zbyt małymi jednostkami, a środków unijnych nie przeznacza się przecież na leczenie chorób bez szczegółowych statystyk. W Polsce istnieją trzy ośrodki wyspecjalizowane w leczeniu zaburzeń odżywiania, wszystkie z nich są prywatne, cena kilkumiesięcznej terapii sięga kilku tysięcy. Mniej zamożnym pozostają oddziały psychiatryczne. O ile na którykolwiek zostaną przyjęci… Często okazują się niewystarczająco chorzy albo zbyt wyniszczeni, by otrzymać pomoc od państwa. W czasie pobytu w szpitalu są karmieni, nie zawsze nadzorowani przez personel, który musi zająć się innymi chorymi, bo na oddziale psychiatrycznym przebywają również pacjenci z zaburzeniami nerwicowymi, zaburzeniami nastroju, czy rozwoju psychicznego. Kiedy pacjent osiąga wagę wyjściową, zostaje wypisany ze szpitala. Upragniony wypis - i co dalej? Często recydywa.

"Upragniony wypis - i co dalej? Często recydywa."

“Ładna pani powiedziała mi dzisiaj, że może powinnam przestać być taka negatywna i spojrzeć na świat z innej perspektywy. Pani Jadzia z drugiego piętra mówiła Asi: “Tamta, o ta, widzisz? To ta opętana. Szatana ma w sobie i brudne myśli w głowie. ” Głos pani Jadzi odbija się echem w mojej głowie. ”

Problem depresji dotyka około 9% Polaków. Niewielka grupa pacjentów zostaje poprawnie zdiagnozowana i poddana leczeniu. Większa część jest albo pozbawiona szansy na leczenie poprzez zlekceważenie ich problemu przez lekarza, albo nie zdaje, a raczej, nie chce zdać sobie sprawy ze swojej choroby. I tu pojawia się kolejny problem — świadomość społeczna. Leczenie psychiatryczne w Polsce jest wciąż demonizowane. Stygmatyzacja chorób psychicznych prowadzi do ogromnego skrępowania pacjentów, a w rezultacie strachu przed zgłoszeniem się po pomoc. Dla większości społeczeństwa psychiatra to nadal specjalista od “nienormalnych szaleńców”, a cierpiący na zaburzenia psychiczne to “opętany wariat”, któremu wydaje się, że jest chory, bo przeczytał za dużo książek albo za dużo czasu spędził w internecie.

7

Pacjenci pozostawieni sami sobie, czy może tylko narzekający i demonizujący Polak? Co robi polska władza, żeby zapobiec drastycznemu wzrostowi liczby cierpiących na zaburzenia psychiczne? W grudniu 2010 roku Rada Ministrów zatwierdziła program reform polskiego systemu wsparcia i leczenia osób z zaburzeniami psychicznymi — Narodowy


którego realizacja została zaplanowana na lata 2011-2015. Trzema głównymi celami programu miały być: promocja zdrowia psychicznego i zapobieganie zaburzeniom psychicznym; zapewnienie osobom z zaburzeniami psychicznymi wielostronnej i powszechnie dostępnej opieki zdrowotnej oraz innych form opieki i pomocy niezbędnych do życia w środowisku rodzinnym i społecznym; rozwój badań naukowych i systemu informacji z zakresu zdrowia psychicznego. Realizacja programu pozostawia jednak wiele do życzenia. W 2011 roku z trzydziestu jeden zaplanowanych zadań wykonano trzy. Informacje o pracy nad programem przez kolejne lata pozostają ogólnikowe i niejasne. Droga do tworzenia szczęśliwszego i zdrowszego społeczeństwa okazała się drogą donikąd, kiedy to w lipcu tego roku Sejm wpadł na pomysł likwidacji programu, mimo wcześniejszych rozmów o jego kontynuacji. Na realizację NPOZP miało zostać przeznaczone 1, 271 miliarda złotych. Suma wydana na realne działania pozostanie jednak tajemnicą. Polskie Towarzystwo Psychiatryczne alarmuje: “NPOZP staje się całkowitą fikcją, bo faktycznie nie jest realizowany w żadnym miejscu w kraju.” Pytanie o działanie polskiej władzy w sprawie polepszenia sytuacji chorych psychicznie jest pytanie retorycznym, zadanym z szyderczym uśmiechem na twarzy politycznego oponenta. Pięćdziesięciostronicowy program był, plany były, obietnice były, środki finansowe też były. W teorii. Powołanie Ministerstwa Zdrowia Psychicznego zarówno w Polsce, jak i w większości krajów europejskich, dałoby nadzieję cierpiącym na zaburzenia psychiczne. Ich sprawa przestałaby być nieważnym problemem mniejszości, a postrzeganie w społeczeństwie miałoby szansę ulec zmianie. Ministerstwo to nie tylko twór mający na celu dofinansowanie leczenia. Jego zadaniem jest również zwiększanie świadomości w społeczeństwie oraz wdrażanie programów prewencyjnych, które miałyby na celu zmniejszenie liczby chorych psychicznie oraz strat, jakie ponosi państwo utrzymując niezdolnych do pracy. W zeszłym roku straty polskiego budżetu spowodowanie niezdolnością do pracy cierpiących na depresję wyniosły

nawet 2, 6 miliarda złotych.

"I tu pojawia się kolejny problem — świadomość społeczna." Corbyn pokazał, że problem zdrowia psychicznego jest zaniedbany i zlekceważony przez większość polityków. Partii łatwiej jest pominąć wariatów milczeniem, bo przecież stanowią tylko niewielki odsetek populacji. Jednak kiedy statystyki zaczynają przerażać, a liczba chorych psychicznie wyraża się w kilkunastu procentach, problemu nie da się tak po prostu zamieść pod dywan. W takiej sytuacji powołanie Ministerstwa Zdrowia Psychicznego wydaje się niezbędne. To może właśnie cienie mogą uratować kilka ludzkich żyć?

8


(R)ewolucja dzięki MOOC Kamil Aftyka

Na niewielu uniwersytetach na świecie ma się okazję uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez noblistę. Chyba że zrezygnuje się z możliwości zdobycia dyplomu i przeniesie swoją edukację do internetu. W listopadzie 2012 roku New York Times obwieścił światu: ten rok należy do MOOC-ów. Te cztery litery, jakimi określa się kursy internetowe udostępniane bezpłatnie masowej publiczności (z angielskiego Massive Open Online Courses), miały wieścić początek gigantycznej rewolucji w światowej edukacji. Od teraz, z dowolnego miejsca na świecie, każdy będzie mógł brać udział w kursach akademickich bez rekrutacji czy czesnego. Wystarczy połączenie z internetem i dobre chęci Tak egalitarnego rozwiązania nikt jeszcze nie wymyślił! Zapał komentatorów, ale i samych twórców MOOC-ów w ostatnim czasie lekko ostygł, co dobrze pokazuje historia Udacity, jednej z pierwszych platform e-learningowych. Jej założyciel, Sebastian Thrun przekonał się, że niezależnie od wysiłku włożonego w opracowanie kursu, zaledwie kilka procent uczestników kończy go z sukcesem. Zazwyczaj są to osoby z dyplomem uczelni wyższej, które traktują MOOC jedynie jako możliwość wzbogacenia swojej wiedzy. Grupa, na której pierwotnie najbardziej zależało twórcom kursów internetowych, słowem – ci, którzy nie mają dostępu do dobrej edukacji – odnosi mizerne rezultaty. Od jakiegoś czasu Udacity stawia więc na płatne, specjalistyczne programy o nazwie nanodegrees, tworzone we współpracy z firmami technologicznymi, między innymi z Doliny Krzemowej. Mimo to inne dwie duże strony zajmujące się nauczaniem na odległość, edX i Coursera, wciąż opierają swój model rozwoju na MOOC-ach. Bo choć kursy online nie przyniosły gwałtownej zmiany, to ukazują, jaką drogą może pójść edukacja w następnych dekadach.

9

I Profesor Eric Lander poza tym, że w znaczący sposób przyczynił się do sukcesu projektu poznania ludzkiego genomu, jest doskonałym nauczycielem. Na Massachusetts Institute of Technology (MIT), jednej z najlepszych uczelni świata, przekazuje swoim studentom podstawy biologii. Od 2013 roku dzięki platformie edX na jego kurs wprowadzający do biologii 7.00x: Introduction to Biology może zapisać się każdy. Jak przyznają uczniowie Landera – ci na kampusie, jak i ci online – profesor w niebywały sposób zaraża swoim entuzjazmem innych, a podstawy biochemii, genetyki i biologii molekularnej okrasza nowinkami ze świata nauki. Kiedy na jednym z wykładów pojawia się temat wyciszania aktywności genów Lander stwierdza: „tego nie ma w waszych podręcznikach, ale to jest w waszych ciałach”. Sytuacje, w których wybitny ekspert tworzy MOOC, nie należą do rzadkości. W serii kursów z astrofizyki na edX-ie wykładowcą jest Brian Schmidt, który zdobył Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki za udowodnienie, że rozszerzanie się Wszechświata następuje coraz szybciej. Na Courserze ekonomii można uczyć się od Roberta Schillera, również noblisty. O filozofii moralności i sprawiedliwości opowie Michael Sandel, światowej sławy myśliciel, który podczas swoich wykładów na Harvardzie, niczym Sokrates, prowadzi dyskusję ze studentami. A ma ich sporo, bo prowadzone przez niego kursy należą do jednych z najpopularniejszych na kampusie. Z kolei Peter Singer, wpływowy etyk z Uniwersytetu Princeton, jak dotychczas poprowadził dwa kursy online – jeden dotyczący etyki praktycznej, a drugi tego, jak być efektywnym altruistą.


Badacze mediów i socjolodzy alarmują, że żyjemy w erze przeładowania informacjami. W takiej rzeczywistości kursy online stanowią niewątpliwie jedno z najlepszych źródeł rzetelnych i wyselekcjonowanych informacji, w dodatku przedstawianych przez najwybitniejszych światowych intelektualistów i dydaktyków. II Nie dla wszystkich jest to jednak powód do optymizmu. Kursy online powstają głównie z inicjatywy największych jednostek akademickich, takich, jak Harvard czy Stanford. Uczelnie mniej zamożne, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, obawiają się, że bezpłatne kursy na wysokim poziomie mogą ograniczyć liczbę planujących studia w ich placówkach. Czy jest to jednak słuszna obawa? Być może tak, ale platformy e-learningowe wciąż nie są w stanie zapewnić rzeczy najbardziej pożądanej we współczesnym systemie wyższej edukacji – dyplomu. Zazwyczaj po ukończeniu kursu powyżej określonego progu procentowego otrzymuje się certyfikat poświadczający pomyślne zaliczenie przedmiotu. Co prawda można pochwalić się nim przy aplikacji na studia czy do pracy, ale nie da przeliczyć się go w żaden

10

sposób na punkty ECTS, znane na uczelniach Unii Europejskiej. To właśnie brak możliwości zdobycia takiego oficjalnego dokumentu jest podawany za jedną z przyczyn niskiej zdawalności MOOC-ów.

"Sytuacje, w których wybitny ekspert tworzy kurs online, nie należą do rzadkości. " Warto dodać, że edX zapowiada zmianę tego stanu rzeczy. Rok temu platforma ogłosiła współpracę z Arizona State University w celu stworzenia Global Freshman Academy – programu, który umożliwi ukończenie pierwszego roku studiów licencjackich (konkretnie amerykańskiego collegu) całkowicie online. Pomysł edX-u mogą jednak zniweczyć ceny – mimo, że sam udział w kursach w ramach tego programu jest bezpłatny, to za uzyskanie oficjalnego dyplomu i punktów za pojedynczy MOOC przyjdzie zapłacić kilkaset dolarów. Podobne eksperymenty, ale na mniejszą skalę, były prowadzone już wcześniej. San Jose State University przy wsparciu Udacity opracował


w 2013 roku kilka kursów, za które można było uzyskać dyplom uczelni, uiszczając wcześniej niewielką opłatę. Jednak z powodu fatalnych wyników studentów (mniej niż ćwierć spośród zapisanych na kursy je zdała) program zawieszono. Również Coursera ogłosiła w lutym 2013 roku udostępnienie pięciu kursów m.in. z genetyki i matematyki, za które można było otrzymać punkty uznawane przez ponad 2000 uczelni wyższych w Stanach Zjednoczonych, czyli tak zwane ACE Credit. Co prawda do dzisiaj kursy są co jakiś czas oferowane, ale przestało być możliwe uzyskanie za nie jakichkolwiek punktów. Coursera nie wyjaśnia dlaczego. Ze względu na brak oficjalnego dyplomu w swojej ofercie, platformy e-learningowe nie są w stanie, póki co, pokonać mniejszych uczelni, ale mimo to mogą je do pewnego stopnia zmarginalizować. Kursy online z założenia mają zasięg globalny. W liczbach oznacza to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy uczestników przeciętnego kursu, choć rekordziści posiadają nawet kilkaset tysięcy zapisanych. Akademicy, szczególnie działający w obszarze dziedzin humanistycznych, mają więc gigantyczną widownię, której mogą przekazać swoje spojrzenie na dane zagadnienie (co robi na przykład Peter Singer w kursie o efektywnym altruizmie). Powoduje to, że ci, którzy wykładają na uczelniach, które stać na wyprodukowanie kursu – a koszty takiego przedsięwzięcia liczy się zwykle w setkach tysięcy dolarów – mogą być jeszcze bardziej wpływowi. Wiele cennych koncepcji, acz bez takiej siły przebicia, może w ten sposób po prostu przepaść. Mimo to, nie sposób nie zauważyć, że profesjonalnie przygotowane kursy mogą ustanawiać standardy nauczania konkretnych przedmiotów, podnosząc ich poziom na uniwersytetach nieuczestniczących w produkcji MOOC-ów. Ponadto, mimo monopolu dużych jednostek akademickich, można zauważyć, że pojawiają się takie kursy internetowe, które prezentują punkty widzenia spoza głównego nurtu. Prestiżowa francuska grandes écoles, Sciences Po, udostępniła niedawno na Courserze kurs o francuskiej wizji globalistyki, a Rice University zaprezentował jesienią MOOC-a o Ameryce oczami zagranicy.

11

III Wielu nauczycieli akademickich (w Polsce i na świecie) narzeka, że studenci pierwszego roku bardzo często przychodzą nieprzygotowani do podjęcia studiów na danym wydziale i często trzeba zaczynać z nimi naukę niektórych rzeczy od podstaw. W Stanach Zjednoczonych część komentatorów sugeruje, by w większym stopniu brać pod uwagę to, jak licealiści aplikujący na studia radzą sobie w MOOC-ach. W końcu kursy online są projektowane przez wykładowców, a nie komisje egzaminacyjne. W rezultacie zadania domowe czy egzaminy wymagają dużo więcej niż znajomość definicji. Jeśli ktoś poradził sobie z MOOC-ami, to szansa, że poradzi sobie z przedmiotami na studiach jest całkiem spora. Kursy online wpływają również na sposób, w jaki uczy się na samym uniwersytecie. Na niektórych uczelniach część profesorów zdecydowała się na prowadzenie tak zwanych klas odwróconych (ang. flipped classrooms). Nauczyciele zadają studentom do domu obejrzenie wykładów i przeczytanie odpowiednich tekstów, aby czas na zajęciach móc poświęcić na rozwiązywanie złożonych zadań problemowych, a także na bezpośredni kontakt profesorów z słuchaczami. Nie wszystkim studentom przypada to jednak do gustu, bo twierdzą, że trudniej się skoncentrować, jeśli odtwarza się wykład w domu, gdzie o wiele łatwiej o rozproszenie uwagi. Choć jest w tym sporo prawdy, to problem zdaje się głębszy – oglądanie przez kilkadziesiąt minut „gadającej głowy”, to dość bierny sposób nauki, a więc i mało efektywny. To jednak pomału ulega zmianie, gdyż twórcy MOOC-ów dwoją się i troją, by uczynić korzystanie z kursów coraz bardziej interaktywnym i wciągającym. Dwa lata temu David Cox z Uniwersytetu Harvarda wraz ze swoim zespołem uruchomił kurs wprowadzający do neurobiologii, który odbył się na specjalnie zaprojektowanej ku temu platformie (mcb80x.org). Dzięki temu zamiast samych wykładów, uczestnik tego MOOC-a bierze udział w spersonalizowanych lekcjach, na które składają się wirtualne symulacje oraz quizy. Do części uczestników zostały również rozesłane zestawy do przeprowadzania eksperymentów w domu. We wrześniu ubiegłego roku ten sam kurs ruszył także


na harwardzkim kampusie – oczywiście w wersji Gregory'ego Nagy'ego. odwróconej. społeczność stanowi chyba największy Podstaw chemii, fizyki i myślenia naukowego Globalna współczesnej edukacji online. Analiza w niestandardowy sposób można się zaś nauczyć potencjał czy Homera przez tak wielu robi w innym kursie oferowanym przez Uniwersytet Dantego ale jeszcze ciekawiej wyglądają kursy Harvarda. Science and Cooking to wrażenie, poświęcone problemom współczesnego świata. W kilkutygodniowy MOOC, w którym zarówno How to Change the World organizowanym przez nauczyciele, jak i szefowie kuchni przedstawiają, Wesleyan University rektor uczelni w każdym jakie naukowe podstawy stoją za kolejnym tygodniu zaznajamia z przygotowywanymi przez nich daniami. Moduł konkretnym tematem, na przykładuczestników edukacją, czy laboratoryjny nie wymaga tutaj drogich zmianami klimatu. Zarejestrowani użytkownicy odczynników, a jest czymś, czego większości najpierw czytają zadane artykuły i eseje, następnie innych kursów online brakuje. Może warto się oglądają materiały wideo, piszą prace w tzw. zastanowić, czy podstaw nauki nie dałoby się systemie peer-review (wysłany tekst jest uczyć w ten sposób w szkołach. Koszty nie muszą sprawdzany przez innych biorących udział być ogromne, a wymierne korzyści widać od razu – w kursie), a na końcu mogą wziąć udział całe roczniki potrafiące świetnie gotować. w cotygodniowej wideokonferencji z innymi osobami zainteresowanymi danym zagadnieniem. W ten sposób o psychologicznych mechanizmach prowadzących do tragedii wspólnego pastwiska miałem okazję rozmawiać z osobami z Kazachstanu, Anglii i USA.

"Uczelnie mniej zamożne, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, obawiają się, że bezpłatne kursy na wysokim poziomie mogą ograniczyć liczbę planujących studia w ich placówkach."

Jednym z ciekawszych MOOC-ów humanistycznych jest stworzony przez Georgetown University kurs o Boskiej komedii Dantego (dante.georgetown.edu). Oprócz niesamowitego designu platformy, na której odbywa się kurs, dużo pracy włożono w to, by jak najlepiej umożliwić lekturę samego poematu. Można go czytać w czterech trybach: pierwszy umożliwia lekturę samego tekstu (po angielsku lub w oryginale), drugi dodawanie w nim komentarzy, które można też upublicznić, trzeci jest już pełen notatek profesora, a czwarty opracowaniem – linijka po linijce – stworzonym przez uczestników kursu. W ten sposób wymiana myśli z tysiącami studentów może być naprawdę owocna. Podobne rozwiązania stosuje się teraz w innych kursach, między innymi w MOOC-u zatytułowanym Ancient Greek Hero, prowadzonym przez lekko ekscentrycznego harwardzkiego profesora

12

Ale to nic w porównaniu do zadania, które zlecił internautom Scott Plous, instruktor kursu z psychologii społecznej, najpopularniejszego na Courserze. Studenci w jak dotychczas dwóch edycjach tego MOOC-a musieli przez jeden dzień odnosić się do innych z jak największą empatią, a następnie opisać to w krótkiej pracy. Najbardziej empatyczna osoba wyłoniona w pierwszej edycji za działania na rzecz dziewcząt wykorzystywanych seksualnie w Indiach dostała zaproszenie na spotkanie z Dalajlamą, zaś za drugim razem za przeciwdziałanie przemocy domowej w Chinach uczestniczka kursu mogła na żywo porozmawiać z Jane Goodall, słynną badaczką szympansów. Dyplom jako idealna forma zwieńczenia wyższej edukacji, matura jako najlepszy wskaźnik gotowości do studiów i wykład jako kluczowa forma przekazywania wiedzy, to znany wszystkim zestaw pojęć którymi operuje współczesny uniwersytet. Mimo, że wydaje się on mocno przestarzały, funkcjonuje do dziś wedle churchillowskiej retoryki: może i jest beznadziejny, ale nic lepszego nie wymyślono. Wreszcie nadszedł moment, w którym stwierdzenie to coraz mocniej mija się z prawdą.


ZDJĄC ́ KLĄTWĘ

Z Tomaszem Śliwińskim rozmawia Laura Lenkiewicz

“(...) przyświecało mi jedynie to, żeby jak najwierniej pokazać nasze emocje i być jak najbardziej szczerym w naszej opowieści” — mówi Tomasz Śliwiński, autor nominowanej do zeszłorocznych Oscarów “Naszej klątwy”. Tomasz Śliwiński jest absolwentem Gdyńskiej Trój ki. W 2015 roku został nominowany do Oscara za swój debiut “Nasza klątwa”. w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny.Film opowiada historię jego i jego żony zmagających się z chorobą swojego synka, Leo. Leo choruje na niezwykle rzadką klątwę Ondyny, czyli zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji. Osoby chore mogą doznać zatrzymania oddechu we śnie. Każda noc stanowi dla nich wyzwanie. Tomasz Śliwiński razem ze swoją żona, Magdą Hueckel prowadzą blog (www. leoblog. pl), na którym opisują dalsze losy ich rodziny.

W “Naszej Klątwie” brak pięknego portretu rodziny, która nie poddaje się, mimo choroby i przeciwności losu. Jest matka płacząca z synem na rękach, zmęczeni rodzice, często źli na los, z poczuciem niesprawiedliwości. Nie bał się pan, że tak szczery, do bólu realistyczny obraz nie wyda się widzom przerysowany? Ja się w ogóle zastanawiałem, czy chcę się dzielić takim szczerym i osobistym obrazem

13

własnego życia. Akurat o przerysowaniu w ogóle nie myślałem, bardziej zastanawiałem się, czy ja i moja żona chcemy pokazywać nasze słabości, sytuacje, które normalnie nie wychodzą poza cztery ściany domu rodzinnego. Trzeba tu zaznaczyć, że nie zabrałem się od razu za kręcenie dokumentu, namawiano mnie do tego. Potem podczas procesu tworzenia też nie byłem pewny, czy coś z tego zrobimy. Dopiero po montażu zdecydowaliśmy, że to jest uniwersalna historia, która może komuś pomóc, że jednak


przeszliśmy przez coś, czym warto się podzielić, ale nigdy tak naprawdę nie zastanawiałem się, jak to będzie odebrane. Przy montażu przyświecało mi jedynie to, żeby jak najwierniej pokazać nasze emocje i być jak najbardziej szczerym w naszej opowieści. Nie było tu żadnej autocenzury, wycinania, koloryzowania, zmieniania, czy kreowania zdarzeń na potrzeby osób, które będą to oglądać, dlatego trudno tu w ogóle mówić o jakimkolwiek przerysowaniu. Wręcz mogę powiedzieć o swoistym niedorysowaniu naszej sytuacji, bo “Nasza klątwa” jest jedynie wycinkiem tego wszystkiego, przez co przeszliśmy. Z jakimi dylematami mierzy się reżyser — ojciec, reżyser — mąż, reżyser ukazujący i odkrywający przed widzem dużą część swojego życia? Nie jest to łatwe zadanie, ale w ogóle nie wyobrażam sobie tego filmu zrobionego inaczej. Nie mógłby nigdy powstać, gdyby pojawiła się w nim osoba z zewnątrz. Od początku wiedziałem, że aby stworzyć ten film, to właśnie ja muszę pełnić tę podwój ną funkcję reżysera i bohatera. Wcale nie chciałem być bohaterem tego filmu, ale by wiernie oddać naszą historię musiałem się nim stać, bo inaczej byłyby to zmagania samotnej matki z chorobą syna, a nie o tym miał być ten film. Mierzyłem się oczywiście z wieloma dylematami. Po pierwsze, z byciem jednocześnie twórcą i tworzywem. Człowiek jest bohaterem i stara się zachowywać tak naturalnie jak to tylko możliwe, ale równocześnie w tyle głowy wie o tym, że to jest nagrywane, że musi czuwać nad całym procesem kręcenia filmu. Drugim problemem jest dylemat, kiedy tak naprawdę chwytać za kamerę. To dotyczy przede wszystkim roli ojca, bo w sytuacjach trudnych ważniejsza była dla mnie ta rola, a kwestia filmu pozostawała sprawą drugorzędną. W moim filmie jest ostatecznie tylko jedna taka sytuacja, w której bardziej stałem się reżyserem niż ojcem i mężem. Mianowicie jest to scena, kiedy moja żona płacze. To właśnie był moment najbardziej problematyczny, kiedy po prostu nie wiedziałem, czy mam ją pocieszać, czy wziąć kamerę i zacząć kręcić. Trzecim dylematem był oczywiście montaż. Był kolejną trudną rzeczą, w której już

14

w ogóle musiałem odłączyć się od sytuacji życiowej i musiałem potraktować ten film jako opowieść o dwóch bohaterach filmu dokumentalnego, który zrobiłem i przestać myśleć o nim, jak o własnej historii. Mimo tego, na końcowym etapie pojawiła się dodatkowa montażystka. To ona potrafiła obiektywnie spojrzeć na “Naszą klątwę” i wyciąć zbędne i niepotrzebne powtórzenia, z którymi ja nie miałem odwagi sam zrobić porządku, bo wszystkie wydawały się dla mnie zbyt ważne emocjonalnie.

“Nie było tu żadnej autocenzury, wycinania, koloryzowania, zmieniania, czy kreowania zdarzeń (...)” Czy film dokumentalny wydawał się dla pana od początku jedynym właściwym sposobem opowiedzenia własnej historii? Czy dłuższa forma nie byłaby lepsza, można by dodać trochę patosu, podkoloryzować rzeczywistość, wprowadzić wielowątkowość? To było naturalne, że to będzie dokument. Moim obowiązkiem jako dokumentalisty było po prostu udokumentowanie mojej historii. Fakt, że trwał tyle, ile trwał wynikał z tego, że po prostu na pewnym etapie stwierdziliśmy, że nie chcemy już się dalej kręcić, że ten etap jest za nami. Dla nas kręcenie było swoistą formą terapii, sposobem nadania temu procesowi głębszego sensu, zrozumienia, że jest w nim twórczy pierwiastek. Świadomość, że mamy możliwość robienia czegoś kreatywnego z tą sytuacją pomogła nam, ale w pewnym momencie doszliśmy do nie tyle akceptacji, a raczej pogodzenia się z losem i stwierdziliśmy, że musimy zacząć żyć tak normalnie jak to tylko możliwe. Naturalnym krokiem było odłożenie kamery. Trudno żyć normalnie i jednocześnie rejestrować każdą chwilę. Nie zakładałem, jaki to ma być metraż, po prostu wyszło, że najlepiej opowiedzieć tę historię w tych dwudziestu siedmiu minutach. Koloryzowanie w ogóle mnie nie interesowało. Chciałem być po prostu uczciwy wobec naszej historii.


Ale chyba nadal mają państwo potrzebę rejestrowania, bo przecież prowadzą państwo blog Leosia? Czy internet jest najlepszym sposobem dokumentowania życia? Blog powstał około rok po urodzeniu Leo w wyniku zachęt mnóstwa naszych znajomych, którzy bardzo chcieli wiedzieć, co u nas słychać, a nie chcieli nas nieustannie męczyć mailowo czy telefonicznie. I to oni nas namówili. Ja na początku byłem przeciwnikiem tego pomysłu, ale w pewnym momencie blog stał się naturalną kontynuacją filmu. Nasza historia żyje dalej, ludzie ją czytają i śledzą jej losy. Cały czas się zastanawiamy, w którym momencie przestać opowiadać o niej w internecie. Póki Leo jest jeszcze mały, nie ma problemu, ale nie chcemy, żeby miał do nas w przyszłości pretensje, że za bardzo upubliczniamy jego życie. Czy w trakcie tworzenia filmu nie bał się pan, że Leo nie chciałby w przyszłości zobaczyć siebie w filmie o nim samym, że będzie miał pretensje do pana, że był sposobem pana ekspresji artystycznej? ( śmiech)

Po pierwsze, Leo w momencie kręcenia “Naszej klątwy” miał pół roku, więc nie

15

wyobrażam sobie, żeby mógł mieć jakiekolwiek pretensje do nas. Po drugie, to my jesteśmy bohaterami “Naszej klątwy”, a nie Leo. On jest tylko pretekstem do opowiedzenia tej historii. To my się obnażamy, a nie on. Po trzecie, ja się bardzo cieszę, że będziemy mogli obejrzeć ten film kiedyś razem, kiedy Leo będzie już starszy. Bardzo chciałbym, żeby on zobaczył przez co my przeszliśmy na początku, nie w kontekście obwiniania go za cokolwiek, ale żeby wiedział, że nam też było trudno. Człowiek dość egocentrycznie podchodzi do swoich sytuacji, swoich chorób, myśli często, że jest to tylko jego problem. Rzadko zastanawia się nad tym przez co muszą przechodzić jego najbliżsi. Co daje nominacja do Oscara? Nominacja do Oscara przede wszystkim daje większe zainteresowanie filmem. Chociaż ten film jeździł po wielu festiwalach i zdobył dużo nagród, to tak naprawdę nominacja do Oscara sprawiła, że cały świat zainteresował się “Naszą klątwą”, począwszy od mediów skończywszy na przeciętnych widzach. Kiedy film został udostępniony na stronie New York Timesa za darmo, to w pierwszym tygodniu miał ponad milion odsłon. To nie jest kwestia samego filmu,


tylko tego, że to właśnie Oscary przyciągnęły widzów. Poza tym, jako twórca stałem się rozpoznawalny. To był mój pierwszy film, kręciłem go jeszcze w szkole. Z osoby zupełnie nieznanej stałem się reżyserem, którego nazwisko jest kojarzone. Ale najważniejszą rzeczą, którą dała nam ta nominacja było poczucie sensu. Cała droga, którą przeszliśmy nabrała znaczenia. Droga, która zaczęła się poczuciem totalnej beznadziei, poczuciem końca wszystkiego, doprowadziła nas parę lat później do czerwonego dywanu. Jest dowodem na to, że wszystko jest możliwe, że wszystko można pokonać. Nigdy nie przyszło nam do głowy, że ta cała historia zakończy się w takim miejscu. “Nasza klątwa” i oscarowe zamieszanie wokół niej spowodowało, że cała społeczność osób związanych z tą chorobą zaczęła się jednoczyć i to właśnie dzięki naszemu filmowi Amerykanie postanowili utworzyć fundację CCHS (congenital central hypoventilation syndrome — zespół wrodzonej ośrodkowej hipowentylacji), fundację założoną przez rodziców, która zaczęła zbierać pieniądze, które będą przeznaczone na finansowanie badań nad lekiem na klątwę Ondyny. My też z Magdą i inną mamą chorego dziecka założyliśmy polską fundację CCHS, której celem jest pomaganie chorym w Polsce, szerzenie świadomości, szczególnie odnośnie diagnostyki, bo tak naprawdę największy problemem jest brak świadomości. Liczba chorych na klątwę Ondyny jest znacznie zaniżona. Wielu chorych umiera bez rozpoznania, ponieważ nie wszyscy lekarze mają świadomość istnienia takiej choroby. Na przykład w RPA zanotowano pierwszy przypadek klątwy Ondyny w Afryce. Rodzice chorego dziecka napisali nam, że to właśnie dzięki naszemu filmowi zaczęli zastanawiać się, czy ich dziecko nie cierpi właśnie na tę chorobę. Niezwykle dużo niesamowicie pozytywnych rzeczy wyniknęło z tego filmu. To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby nie nominacja do Oscara.

“(...) choroba jest bardziej oswojona, ale nie zaakceptowana.” 16

Czyli ma pan swoistego rodzaju świadomość misji, misji uświadamiania swoich widzów po pierwsze, że istnieje w ogóle taka choroba, po drugie, że chorym potrzebne są środki, których państwo nie chce im zapewnić? Czy misję? Ja nigdy nie miałem potrzeby tej misji, ona zrodziła się samoistnie. Po prostu wiemy, że musimy ją kontynuować. Film był początkiem, a szereg innych działań pozafilmowych jest już kolejnym etapem. Na początku naszej klątwy pojawia się stwierdzenie, że Leo i jego choroba to takie fajne wyzwanie w życiu pana i pana żony? Czy po kilku latach to stwierdzenie jest nadal ironiczne? Czy może choroba z czasem przestaje być wyzwaniem, a staje się elementem codzienności, z którym po prostu trzeba żyć i nie ma innego wyjścia? Fajne nie jest, nigdy nie było i nigdy nie będzie. Wyzwanie? Jest to wyzwanie, nie oszukujmy się. Jest to wyzwanie losu, jest to test dla nas jako rodziców, dla naszego związku. Teraz, kiedy Leoś ma już pięć lat, choroba jest bardziej oswojona, ale nie zaakceptowana. Cały czas mnóstwo jest wyzwań, za każdym razem na innych płaszczyznach, na których człowiek czasami nie pomyślałby, że może pojawić się jakikolwiek problem. Nasze życie nadal jest ciągłą walką, ale powoli, małymi kroczkami posuwamy się do przodu i jest coraz lepiej.


Wzór na piosenkę Ania Gierman

"Na jeden udany koncert przypada kilkanaście granych dla pustego klubu. "Czasem klimat jest złowieszczy, dokładnie tak, jak to przedstawiają w filmach."

Zaczyna się bardzo niepozornie. "Kiedy byłam mała zobaczyłam plakat szkółki keyboardowej" – opowiada Zuza Cichocka, wokalistka Shadow Archetype. Jednak to nie umiejętność gry na instrumencie świadczy o przejściu przez granicę, po której można nazwać siebie muzykiem. Oczywiście jeśli rozumieć ten termin jako szerszy niż pojęcie zarezerwowane dla zawodowców. "Tak naprawdę muzykiem można się nazwać w momencie, w którym zaczyna się tworzyć własne utwory. To zupełnie inne doświadczenie od grania coverów" – dodaje. Inną opinię na ten temat ma Tomek Książek, uczeń szkoły muzycznej II stopnia. "Sztuką nie jest poprawne odtworzenie zapisanego utworu. Jest nią przekazanie wiadomości". Żeby oddać istotę utworu i wywołać u słuchających konkretne uczucia, trzeba mieć ogromne wyczucie, które przychodzi po latach czynnego obcowania z muzyką. Perfekcyjne opanowanie instrumentu to podstawa. Jednak poprawność nie

wystarczy – trzeba nadać muzyce polotu, a to potrafi tylko muzyk. Niezależnie od tego, czy gra utwory własne, czy innych artystów. Według Marka Obuchowskiego, lidera Foretime, zostanie muzykiem to raczej przeżycie mentalne. Musi zapaść w głowie silna decyzja. Gdy już zostanie podjęta, czas zacząć działać. Jeśli chce się grać w zespole, kolejny krok to znalezienie ekipy. "Prawdopodobnie, gdyby nie zespół, nie przyjaźniłabym się z tymi ludźmi" – mówi Zuza. "Oni są bardziej jak rodzina. Nawet jak się znienawidzimy i tak będziemy się trzymać razem". Czasem relacje tworzą się nie między ludźmi, a między instrumentami. Nie trzeba znać dobrze drugiej osoby, żeby z nią grać. "Ludzie łączą się w chęci zagrania dobrze, niekoniecznie muszą mieć ze sobą coś wspólnego poza muzyką" – twierdzi Tomek. Jednak jeśli jest się w zespole, spędza się z jego współczłonkami masę czasu.

17


Marek Obuchowski - założyciel zespołu Foretime

Kiedy myśli się o karierze na poważnie, nawiązanie głębszej relacji staje się niezbędne. "Muzyka to emocje. Jak się kogoś zna lepiej, powie się mu otwarcie o czym jest dany tekst i dlaczego chcemy, żeby kawałek brzmiał tak, a nie inaczej" – mówi wokalistka Shadow Archetype. Dobra znajomość drugiej osoby to też klucz do rozwiązywania konfliktów, które w zespołach mogą pojawiać się bardzo często. W końcu muzycy to często indywidualiści. Podczas procesu twórczego ujawniają część siebie - część najbardziej intymną, bo związaną z uczuciami. To pod ich wpływem często zaczyna się tworzyć. Kłótnie nie muszą mieć jednak negatywnego wpływu na brzmienie. Czasem to właśnie one są momentem wywołującym najsilniejsze emocje. Można je wykorzystać w procesie twórczym. Pierwsze lody przełamane, teraz trzeba wyjść do ludzi. Atmosfera robi się gorąca, bo wkraczamy w świat biznesu. A jak jest biznes, to muszą być i pieniądze. Zwykle to zespół proponuje klubowi swój występ i musi za niego zapłacić.Można by pomyśleć, że to wyzysk.

18

Sytuację wyjaśnia Zuza: "Występ w prestiżowym klubie to świetna promocja. Poza tym, klub załatwia realizatora, często też wynajmuje sprzęt. Jeśli dostajemy później pieniądze zarobione na biletach za nasz występ, to uważam, że wszystko jest w porządku". Rozgłoszenie wydarzenia należy wtedy do zespołu. Im więcej osób zachęci do przybycia, tym więcej zarobi. Nie jest to jednak prosta sprawa. Na jeden udany koncert przypada kilkanaście granych dla pustego klubu. "Czasem klimat jest złowieszczy, dokładnie tak, jak to przedstawiają w filmach." – mówi Marek. "Bywa, że po koncertach towarzyszy nam smutek czy wręcz depresyjny nastrój". Niska frekwencja i obskurny wystrój koncertowych wnętrz to jedno z największych wyzwań, jakie muzyczny biznes stawia przed tymi, którzy stawiają w nim pierwsze kroki. "Jak widzę, że ludzie dobrze się bawią, mam w sobie więcej odwagi. Kiedy publika jest sztywna, to wiem, że jak do nich zagadam próbując rozluźnić atmosferę, nic z tego nie wyjdzie" – opowiada Zuza. Bycie liderem wiąże się z różnymi oporami. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby nie poddać się po pierwszych niepowodzeniach.


"Początkowe niepowodzenia młodych muzyków można traktować jako próby (..)" Można próbować je ominąć, biorąc udział w konkursach typu "Mam talent". Programy, w założeniu mające pomagać ludziom w rozpoczęciu ich muzycznej kariery, tworzą jednosezonowy produkt niezdolny do samodzielnego utrzymania się w biznesie po zakończeniu edycji telewizyjnego show. Początkowe niepowodzenia młodych muzyków można traktować jako próby – mogą się przekonać, czy rzeczywiście chcą iść tą drogą. Osoby biorące udział w konkursach talentów pozbawiają się szansy na sprawdzenie, czy kariera muzyczna to rzeczywiście ich bajka. W międzyczasie tracą swoją sceniczną osobowość, stając się towarem dostosowanym do aktualnych potrzeb publiki. "Po wzięciu udziału w takim programie ma się określoną reputację jako artysta. Poza tym to duży stres i wiele niesprawiedliwości. Jak tu porównywać dwóch

wykonawców grających w zupełnie innym stylu?" – opiniuje wokalista Foretime. W opozycji do komercyjnych konkursów można postawić drogę do kariery opartą na samodzielnym zbieraniu muzycznych doświadczeń. Jednym ze sposobów na ich zdobycie jest udział w jam sessions, podczas których muzycy, którzy często nie znali się wcześniej, spotykają się, by razem improwizować na scenie. Poznaje się też przy tym dużo ludzi, co dla początkujących muzyków jest bardzo istotne. "Przemysł muzyczny to przemysł oparty na relacjach z innymi ludźmi. Od zawsze twierdzę, że nawet jeśli nie będziesz wirtuozem instrumentu, a innym muzykom będzie się z tobą wspaniale współpracować, będziesz dostawać mnóstwo propozycji wspólnego grania." – twierdzi Klaudia Rucińska, uczennica szkoły muzycznej drugiego stopnia klasy perkusji. Podobną opinię reprezentuje Kacper Siemaszko, który w tym roku podjął się założenia i poprowadzenia szkolnego chóru - "Jestem wokalistą, a wokalista bez muzyków jest bardzo ograniczony". Innym, ciekawym

Zuzanna Cichocka - wokalistka zespołu Shadow Archetype

19


Tomasz Książek(z waltornią) - uczeń szkoły muzycznej II stopnia doświadczeniem są uliczne występy, podczas których dodatkowo można trochę zarobić. Chociaż, jak w przypadku koncertów w klubach, bywają lepsze i gorsze dni. Czasami na najczęściej uczęszczanych przez przechodniów szlakach zwyczajnie brakuje miejsca z powodu ilości chętnych do grania. Niektóre miasta wprowadziły z tego powodu różne ograniczenia. W części z nich wprowadzono opłaty albo wydzielono specjalne strefy dla muzyków.

zaskoczenia. Tworząc, staram się używać tych dźwięków, które nie przyjdą mi na myśl jako pierwsze". Poszukiwanie własnego brzmienia może trwać latami. "Gramy już razem 2-3 lata i dopiero teraz nasza muzyka staje się rozpoznawalna. Słychać, że to Shadow Archetype, a nie mieszanka stylu różnych innych zespołów, na których się wzorujemy". Bywa że zespoły na początku grają tendencyjnie. Innowacyjność przychodzi z czasem.

Oprócz czysto organizacyjnych problemów, zostaje jeszcze kwestia samego brzmienia. Stosunkowo łatwy dostęp do sprzętu sprawił, że swoich sił w muzyce może próbować prawie każdy. Słuchając nagrań raczkujących zespołów, odnosi się czasem wrażenie, że ich muzyka brzmi jak setki już wcześniej słyszanych utworów. "Niektóre zespoły mają tylko jedną inspirację – jakiś konkretny zespół, na którym się wzorują. W efekcie ich twórczość jest tylko powtórzeniem tego, co już było" – taką przyczynę owego braku innowacyjności w muzyce podaje Marek. Zuza stara się czerpać inspirację z różnych źródeł: "Słucham muzyki z całego świata, szukam nowości. Chcę wykorzystać w moich utworach element

" Muzyk szuka sposobu, żeby przedstawić jakąś sytuację, uczucie w nowy sposób."

20

Pojawia się pytanie, czym tak właściwie jest innowacyjność. "Łatwo jest prześledzić historię muzyki i z różnych gatunków zrobić coś, czego jeszcze nie było albo podejść do tego czysto matematycznie. Można napisać wzór na idealną piosenkę, ale nie o to chodzi" – śmieje się Marek. "Trzeba mieszać to, co już było, z tym, co nowe.


Na pewno jest już stworzona piosenka na każdy możliwy temat. Muzyk szuka sposobu, żeby przedstawić jakąś sytuację, uczucie w nowy sposób. Ważne, żeby tworzyć pod wpływem natchnienia. Muzyk powinien czuć wewnętrzną potrzebę, żeby napisać tekst na konkretny temat" – dodaje. Kolejnym ciekawym zagadnieniem jest klasyfikacja gatunkowa. I czy podczas poszukiwania nowych dźwięków jakaś stylistyka jest już passe. "Może się wydawać, że niektóre gatunki są już przestarzałe, ale to nieprawda. Muzyka ewoluuje, ulega przekształceniom pod wpływem różnych nurtów." – mówi Tomek. Zuza ma na ten temat podobne zdanie: "W muzyce wszystko się przeplata, stare gatunki wracają do łask". Podczas gdy stare i nowe formy wzajemnie się przenikają, na znaczne prowadzenie wśród muzycznych innowacji wychodzi w ostatnich czasach muzyka elektroniczna. Zdania na jej temat są podzielone. "Największy problem muzyki elektronicznej – zabija groove. Każdy instrumentalny utwór składa się z pewnych repetycji, a jednak nie gramy go cały czas tak samo. Komputer działa zerojedynkowo. Człowiek, nawet przez pomyłkę, trochę go zmienia. Perkusista raz uderzy mocniej, raz słabiej. Nie nagrywa jednego taktu i go nie zapętla, bo to brzmi nienaturalnie, żeby nie powiedzieć nieludzko" – mówi Marek. Muzyka komputerowa nie pozostawia miejsca dla człowieka na odciśnięcie na niej swojej nieidealnej natury. Można więc powiedzieć, że nie jest żywa. "Niektórzy uważają, że nie muszą znać historii muzyki, żeby tworzyć. To jest krzywdzące dla muzyków, którzy spędzili lata nad szlifowaniem gry, by wydawać z instrumentu jak najpiękniejsze dźwięki" – twierdzi Klaudia. "Dobrze, że korzystamy z nowości, ale róbmy to umiejętnie, nie lekceważąc dorobku naszych przodków". Istnieją gatunki eksperymentalne, które ciężko powiązać z czymkolwiek, co znamy z muzyki tworzonej do tej pory. Do takich należy glitch. Dosłowne tłumaczenie angielskiej nazwy to "krótkotrwałe zakłócenie". Terminem tym można opisać utwory, których dźwięki powstają jako zakłócenie fal dźwiękowych. Można by się zastanawiać, czy tak właśnie będzie brzmieć

21

większość muzyki popularnej w przyszłości. "Glitch jest oparty na dysonansach, które wzbudzają niepokój. Myślę, że to nie ma szans wejść do mainstreamu, bo ta muzyka jest po prostu nieprzyjemna dla niewprawionego słuchacza" – mówi Kacper. O muzyce przyszłości wypowiedział się też Michał Pestka, jeden z założycieli Tęczowych Warchlaków, który do muzyki podchodzi pół żartem pół serio: "Kluczem do odkrycia tego, jak będzie brzmiała muzyka przyszłości jest próba wyobrażenia sobie, jak będą myśleć wtedy ludzie, co będzie nimi kierowało, czego będę poszukiwać w muzyce. Nie jest to łatwe". Nawet jeśli może się wydawać, że wszystko już w muzyce zostało powiedziane, młodzi muzycy nie stawiają jeszcze kropki nad "i". Technologia stwarza nowe możliwości, a historia uczy pokory. Jak zawsze, przetrwają najlepiej przystosowani do warunków zmieniającego się świata i muzycznych potrzeb publiki. Być może na to też moglibyśmy znaleźć matematyczny wzór, ale, jak powiedział jeden z rozmówców, nie o to chodzi.

Klaudia Rucińska - uczennica szkoły muzycznej II stopnia


Chwycić za serce Kasia Rudzka

Kojarzycie zabawnie wysoki głos, który można uzyskać po „prowizorycznej inhalacji” helem z latających balonów? To bardzo niebezpieczne! A przynajmniej wiadomość z taką informacją rozesłał wicedyrektor mojej szkoły, Concord College, do wszystkich uczniów w walentynkowy wieczór. Okazało się, że to wszystko moja wina… Dwa tygodnie przed szeroko skomercjalizowanym dniem 14 lutego zadałam sobie pytanie jak można wykorzystać tę datę, aby zrobić coś pożytecznego dla innych. Dowiedziałam się o szeroko działającej w Wielkiej Brytanii British Heart Foundation, która wspiera osoby z chorobami serca (cóż, wykluczając ich złamania). Początkowo połączenie zwężenia zastawki aortalnej i walentynek bynajmniej nie brzmiało zachęcająco – no, może jedynie dla naszych biolchemów (2Lb, pozdrawiam!). Jednak

22

co z połączeniem latających balonów z helem w kształcie serca, które można wysłać sekretną pocztą do swojej połówki, przyjaciół czy najprzystojniejszego nauczyciela, kiedy dochód z ich sprzedaży przeznaczymy właśnie na British Heart Foundation?

"Początkowo połączenie zwężenia zastawki aortalnej i walentynek bynajmniej nie brzmiało zachęcająco(...)" Tak też się stało! Zebrałam blisko dwieście zamówień, a balony w walentynkowy poranek czekały w klasach na uczniów. Będąc precyzyjnym, czekały na sufitach, a każdy musiał odnaleźć swój w gąszczu zwisających wstążek


z imiennymi karteczkami. Widok dziesiątek latających balonów poprzyczepianych w najróżniejszych miejscach w szkole – poczynając od biurka dyrektora na szkielecie ludzkim w sali biologicznej kończąc – był naprawdę optymistyczny. Balony udało nam się uzyskać za darmo, dzięki czemu cały dochód mogliśmy przekazać do fundacji. Starając się o to, wysłałam dziesiątki maili, a dostałam dwie odpowiedzi – w tym jedną pozytywną. Jednak udało się! A właściciel sklepu, który nam pomógł w przeszłości osobiście otrzymał pomoc z British Heart Foundation…

"(...) cały dochód mogliśmy przekazać do fundacji. "

"Zebrałam blisko dwieście zamówień, a balony w walentynkowy poranek czekały w klasach na uczniów. " A wszyscy dobrze wiemy, że Trójka jest świetnym inkubatorem pozytywnego sprytu! PS Jeden z nauczycieli z fantastycznym dystansem do siebie, który w przeszłości był sztangistą (więc uwierzcie, nie byle jaka postura!) spytał, ile balonów potrzeba, aby unieść go nad ziemię… Mała-wielka rzecz, która cieszy!

Poprzez tę sercową sprawę chciałam Wam dzisiaj tylko powiedzieć – jeśli macie jakikolwiek pomysł, odważcie się go zrealizować! Spróbujcie, popytajcie, myślcie zbyt pozytywnie jak na dzisiejsze standardy. Możecie tylko zyskać, a wraz z wami chociażby osoby nieuleczalnie chore.

Kasia Rudzka – w ubiegłym roku uczennica klasy biologiczno-chemicznej w Trójce, teraz na dwuletnim stypendium w Concord College [opis dodany przez KA]

23


Wędrujące dusze Dominika Walecka

Życie to podróż, każdy z nas jest pielgrzymem – takich wyświechtanych frazesów znajdziemy na pęczki w literaturze wszelkiej maści. A jednak bywa, że te banalne stwierdzenia uderzają z siłą większą niż inne popularne truizmy. Wtedy wyruszamy w drogę. Jeśli bierzemy pod uwagę młodych ludzi, to u wielu z nas słowo "pielgrzymka" zapewne wywołuje określone skojarzenia; piesza wycieczka poboczem obwodnicy. Stadko dreptających pań w beretach, kilku pokutników. Wreszcie intonujący smutne pieśni przodownik, którego śmieszne pohukiwanie rezonuje w nieśpiewnych głosach uczestników tego ogonka. A wszyscy podążają kołyszącym krokiem do tego czy innego sanktuarium, wciąż w tej samej, miejsko-wiejskiej scenerii... Tak to czasem wygląda. Znacznie częściej jednak spotykam się z zupełnie innymi wrażeniami ludzi, którzy postanowili zaryzykować – skrajne warunki, trudny teren; długa męcząca droga; oczyszczenie, fizyczne i duchowe. Skądś jest w nas potrzeba ruchu, zmiany swojego położenia, może ucieczki. Może po prostu taką mamy naturę. I to ona przyczynia się do stopniowego "odczarowywania" złej legendy pielgrzymek.

z pięciu filarów islamu jest hajj. Przyjmuje się, że każdy muzułmanin, którego sytuacja materialna i zdrowotna na to pozwala, powinien przynajmniej raz w życiu odbyć wyprawę do Mekki. Atmosferę tego wydarzenia oddaje dokument Vice, który możecie obejrzeć w sieci: "Największa pielgrzymka świata – Hajj". Widać tłumy – setki, tysiące mężczyzn w białych szatach, przemierzających ulice Dżuddy (główny port pielgrzymujących do Mekki), siedzących na piasku, na dachach autobusów. Kobiety, ze względu na brak jednolitego stroju, nie wyróżniają się aż tak. Nagle Mekka, na co dzień nieduże miasto, na czas hajj pod względem liczby ludności przemienia się w metropolię. Przysparza to nieco problemów, gdy przychodzi do wypełniania duchowych rytuałów, takich jak obchodzenie AlKaba.

Zwyczaj podróżowania do miejsc kultu od zawsze dotyczy każdej niemal religii, od wschodu do zachodu, od północy do południa. Jednym

"Skądś jest w nas potrzeba ruchu, zmiany swojego położenia, może ucieczki." 24


Nie przebija to jednak hinduskiego Kumbhmela, celebrowanego co 12 lat w każdym z 4 wybranych miast Indii. Wyznawcy z całego kraju zbierają się w czasie wyznaczanym na podstawie zodiaku na brzegu Gangesu. Święto to zostało uznane za największe ludzkie zgromadzenie nie bez powodu – w 2001 roku w Prayag uczestniczyło w nim do 70 milionów ludzi, w 2013 prawie 130 milionów. Większość tłumu przyjechała spać pod namiotami, pośród kąpiących się w wodach Gangesu, które jak dotąd zasiliły dużą część cywilizacji Azji. Duchowe oczyszczenie to coś, czego poszukują pielgrzymi wszystkich religii. Dla hindusów wiąże się ono z obmyciem w falach świętej rzeki. W Hiszpanii, na szlaku Świętego Jakuba, podróżni zwykli zostawiać przy przydrożnych krzyżach znalezione u początków drogi kamyki jako symbol uwolnienia ich duszy od zalegającego na niej ciężaru. Podobnie buddyści przemierzają długie dystanse, by dotrzeć do lokalizacji zwanej Bodhgaya – miejsca, gdzie narodziła się ich religia. To tu pierwszy budda, Budda Siakjamuni, przesiadując pod drzewem, kontemplował tajemnice życia i cierpienia. Samo drzewo nie przetrwało, jednak jego "potomka" wciąż można zobaczyć przed świątynią Mahabodhi, figurującą na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Codziennie nucący mantry pielgrzymi – już nie tłumy, często pojedyncze osoby – okrążają spacerowym krokiem monumentalną budowlę, liczącą sobie ponad 2000 lat. Słychać kołatanie młynków modlitewnych. Tutaj sposobem na odegnanie złych myśli jest medytacja; praktykujących tą metodą ludzi różnego pochodzenia, miejscowych i obcokrajowców, można zobaczyć przesiadujących wokół świątyni. Również polskie szlaki pielgrzymkowe cieszą się zainteresowaniem, choć wciąż lekko słabnącym. Jak podaje rozgłośnia diecezji tarnowskiej, w roku 2015 w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę wzięło udział ponad 7 tysięcy osób. Mimo że w porównaniu z hajj, czy kumbhmela liczba ta wydaje się mała, i tak trudno wyobrazić sobie "ludzki ogonek" tej długości.

25

Czy dobrze dzielić pielgrzymkę z innymi, czy ilość ludzi i ścisk nie przeszkadzają w odczuwaniu swojej duchowości? Znajoma po tym pytaniu zmarszczyła się – wcześniej nie przypuszczałabym, że będzie chciała wybrać się do Częstochowy tylko z powodów religijnych, więc może nie przeszkadzało jej to do pewnego stopnia. Dowiedziałam się, że owszem, spotkała tam wielu przynależnych do 2 rodzajów "klasycznych pielgrzymkowiczów" – i tych rozmodlonych, i tych, którzy nie widzieli w wyprawie związku z wiarą. "Gorąco, stopy bolały", przyznała uczciwie, dodając, że nie odczuła żadnej transcendencji, żadnego przebłysku. Ale byli tam ludzie, których spotkanie odcisnęło na niej jakieś piętno - jak dziewczyna znajdująca pocieszenie w Bogu po latach przemocy ze strony ojca. Nie wydaje się to być czymś niezwykłym, a jednak... Słuchając opowieści o nagłym wyznaniu dziewczyny myślę, że jakiekolwiek nie byłoby nasze zdanie o Bogu, tym czy innym, to ludzie, których stawia przed nami droga, mają jakąś dziwną moc otwierania nas na rzeczy zupełnie nowe.

"Samotna droga też nie jest rzadkim wyborem, staje się coraz bardziej popularna. Pozwala na oddech, spokojne dumanie nad sprawami ważnymi i nieważnymi." Samotna droga też nie jest rzadkim wyborem, staje się coraz bardziej popularna. Pozwala na oddech, spokojne dumanie nad sprawami ważnymi i nieważnymi. Ostatnio jedną z częściej wybieranych tras w Europie jest Camino de Santiago, czyli Droga Świętego Jakuba, mająca swój kres u stóp katedry w Santiago de Compostela. Taka wędrówka siłą rzeczy połączona jest z podziwianiem malowniczych widoków Hiszpanii. Na szlaku nie trudno znaleźć nocleg, wyżywienie, a wytrwali mogą sobie


sprezentować na pamiątkę muszlę, symbol Camino. Nie wszystkim poświęcenie miesiąca życia przychodzi z łatwością. Trasa to prawie 500 mil, aby przejść ją w czasie 5 tygodni trzeba dziennie "robić" około 25 kilometrów. Wyprawę rozpoczyna wizyta w Camina Office, gdzie otrzymuje się specjalny paszport pielgrzyma. Wszyscy wyglądają dość tradycyjnie – plecaki, buty do trekkingu, kijki wędrownicze. Tutaj spotyka się z reguły mniejsze grupki, a często samotnych podróżników. A walory turystyczne trudno opisać. Wokół wzgórza porośnięte bujną trawą, przed nosem tylko piaszczysta dróżka... "Czemu się zdecydowałeś?" spytałam innego kolegę, studenta, który niedawno pokonał właśnie Camino de Santiago. Odpowiedziała za niego siostra: "Był taki zakład, że on nie pojedzie...". Znajomy zaprzeczył, śmiech i krótka wymiana przytyków. I tu dochodzimy do małego impasu – co właściwie pcha ludzi do podjęcia tego wysiłku, co zmusza ich, żeby z powszechnie znanych, średnio lubianych turystów przemianowali się na jakiś czas w pielgrzymów? Okazuje się, że na pielgrzymki, czy to zorganizowane, czy na

26

własną rękę, młodzi idą często nie z przyczyn religijnych, a... no właśnie, czemu? Chyba dlatego, że od wieków wyruszaliśmy w świat, by znaleźć to, co jest całkiem blisko. Już w starożytnej Grecji władcy, artyści i ludzie prości pielgrzymowali do miejsc kultu, poświęcali miesiące życia na wędrówkę w sytuacji, w której my moglibyśmy po prostu wynająć autokar. Przypomina mi się wycieczka, na której przewodnik burknął coś o artystach, którzy obok ludzi przybywających do Delf, świątyni Apollina, po proroctwo pytii, chcieli zdobyć od boga sztuki natchnienie. Odniosłam wtedy wrażenie, że często musieli je dostawać, ale bynajmniej nie w prezencie od Apolla. Na frontonie świątyni w przeszłości rzekomo widniała sentencja "Poznaj samego siebie". To była wskazówka. Bo żeby dotrzeć do świątyni w Delfach musieli przebyć wielkie odległości, pokonać słabości, poznać lepiej siebie oraz ludzi i odwiedzić inne miejsca, a taka droga to coś, z czego można zaczerpnąć natchnienie na napisanie przyzwoitej epopei. Albo na życie.


Trafić w Niszę

Z Markiem Śliwińskim rozmawia Laura Lenkiewicz

“W Laboratorium Myśli” - tak nazywa się pierwszy tomik poezji Marka Śliwińskiego, ucznia klasy III IB, finalisty Olimpiady Języka Polskiego.

Chłopak piszący wiersze, romantyczna idea poezji i jeszcze w dodatku human. Nie brzmi pogardliwie? Oczywiście, że brzmi trochę pogardliwie, ale staram się ten stereotyp burzyć. Jeśli chodzi na przykład o moich znajomych, to wydaje mi się, że dzięki temu, że ja się zajmuję literaturą, oni mają więcej dystansu do tego, bardziej szanują sztukę. Większość z nich jest matfizami albo biolchemami, którzy nie potrafili wcześniej docenić poezji albo traktowali ją jako głupotę. Jeśli chłopak pisze wiersze, to od razu wydaje się to bardzo dziwne. A dla mnie nie, w moim przypadku to jakoś tak naturalnie przyszło. W jaki sposób walczysz z tym stereotypem? Staram się być szczery w tym, co mówię. Uważam, że najlepszą bronią przed powierzchownymi ocenami jest po prostu bycie szczerym w tym, co się robi i jeżeli to się lubi, a ja to bardzo lubię, to jest po prostu łatwiej to wyrażać.

27

Wymierzone, wyważone, nieskończenie proporcjonalne… Takie są wiersze Marka Śliwińskiego? Nie wiem, czy są wyważone. Ja bym tak nie powiedział, bo zwykle jak je pisałem, to było to bardzo spontaniczne. Coś mi wpadło do głowy i zaczynałem pisać. Trudno jest powiedzieć, żeby coś było wyważone, kiedy jest tak naprędce wymyślone. Staram się po prostu pisać to, co myślę. Byłoby to wyważone, czy nieskończenie proporcjonalne, gdybym nad tym dłużej pracował i starał się jakoś niesamowicie starannie dobierać słowa. Na płaszczyźnie języka moje wiersze nie mogą być proporcjonalne, może proporcjonalne są moje myśli w stosunku do tego, co jest wyrażane. Po prostu istnieje pewna zgodność pomiędzy tym, co myślę, a tym, co wyrażam w swojej poezji. Nie dobierasz słów starannie? Nie wiem, czy tak chciałbym powiedzieć o sobie. Staram się, żeby one były staranne, ale wychodzi mi to w pewnym sensie bardzo szybko i wydaje


mi się, że pierwsza myśl jest najlepsza. Kiedy pomyślę, że coś powinno tak brzmieć, to wtedy to zapisuję. Jak coś już wymyślę, to wtedy bardzo, nie chcę powiedzieć łatwo, bo to butnie brzmi, ale w sposób naturalny przychodzi mi spisywanie tych myśli. Pisać można o wszystkim? Oczywiście. Może ja bym nie pisał w tym wieku o jakichś wulgarnych rzeczach, bo uważam, że to trochę burzy decorum wierszy, czy poezji ogółem. Myślę, że nie powinno się na przykład przeklinać w wierszach. Pisać o wszystkim zdecydowanie można, ale czy wypada? To jest dobre pytanie. Wydaje mi się, że trzeba dorosnąć do pewnych rzeczy, żeby móc o tym pisać. Oczywiście pisać można, ale żeby napisać coś dobrego, to trzeba najpierw do tego dojrzeć. Mówisz, że wulgaryzmy są niedozwolone, czyli jednak istnieją jakieś reguły w poezji? Oczywiście, że istnieją reguły. Jeżeli coś jest wartościowe, to wtedy granice można naginać, ale jeżeli to po prostu jest słabe, to wtedy nawet trzymanie się wszystkich możliwych zasad, wymyślonych przez wszystkich teoretyków wszech czasów, nie pomoże.

“Wiersze to takie moje ideały rzeczywistości” Piszesz często, ze to właśnie rutyna jest gwarantem szczęścia, z drugiej strony mówisz: “wieczny cykl zamknięcia i zniewolenia”. Czy to paradoks naszej codzienności sprawia, że mimo wszystko jest znośna, a może nawet okazać się ciekawa? Dobrze to chyba nazwałaś. Z jednej strony rutyna jest dobra, z drugiej jest bardzo niszcząca. To siebie nie wyklucza. Można przeżywać życie w codziennej rutynie, a jednak można się też wyłamywać z tego. To jest nieważne tak naprawdę, jaki jest ten cykl, tylko ważne jest to, żeby umieć w ten cykl ingerować. Jeżeli ja codziennie idę do szkoły, wracam ze szkoły, robię pracę domową, słucham piosenek pop (co zresztą czasami lubię robić), idę spać, to dla mnie to jest rutyna. Ale jeżeli ja się budzę, idę do szkoły, coś sobie pomyślę, wrócę do domu, mam jakiś nowy

28

pomysł, inspirację, napiszę coś, posłucham czegoś nowego, to dla mnie to jest właśnie złamanie tej rutyny. Człowiek musi żyć w tych dwóch płaszczyznach. Z jednej strony istnieje pewien cykl, którego trzeba się trzymać, bo inaczej całkowicie można zniszczyć siebie. Z drugiej strony trzeba też widzieć to, że bycie zwyczajnym nie jest do końca dobre, że nawet w dziwny sposób należy się wyróżniać wśród tłumu. Wyróżniasz się z tłumu? Oczywiście chciałbym powiedzieć, że się wyróżniam z tłumu, ale chyba jednak nie. Staram się wyróżniać w taki sposób, że może tego nie widać na pierwszy rzut oka, że widzą to moi znajomi, którzy spędzają ze mną czas. Ja po prostu staram się być sobą. Wydaje mi się, że to jest taka naturalna umiejętność ludzka, że możemy być inni od z pozoru tego samego człowieka. Nadinterpretujemy rzeczywistość? To jest trudne pytanie. Sam, kiedy o tym pisałem, to zastanawiałem się, co to w ogóle znaczy. Po prostu ludzie dopisują sobie coś, co nie jest napisane w rzeczywistości, wymyślają sobie rzeczy, które nie są prawdą i to ich bardzo niszczy od środka. Dlatego w takim prostym aspekcie wydaje mi się, że istnieje nadinterpretacja rzeczywistości. Ale czymże jest życie, jak nie nadinterpretacją rzeczywistości…? Wydaje mi się po prostu, że trzeba myśleć. Widzę czasami takie osoby, które w bardzo prosty sposób podchodzą do życia. Oni w ogóle nie nadinterpretują życia i nie myślą, nieustannie trzymają się odgórnie narzuconych zasad. Wydaje mi się, że to jest ważne, żeby myśleć samemu, żeby nie akceptować biernie tego, co ktoś powie, żeby podejść do tego w krytyczny sposób. System wartości musi być najpierw przemyślany, a nie podyktowany przez nauczyciela, psychologa albo rodzica.

“(…) żeby napisać coś dobrego, to trzeba najpierw do tego dojrzeć”


Lepiej mówić prozą? Oczywiście, że lepiej mówić prozą. Wtedy wszyscy będą cię rozumieli. Gdybym zaczął mówić poezją, to wtedy wszyscy patrzyliby na mnie, jak na dziwaka. Pisać jest mi łatwiej poezją. Wydaje mi się, że do prozy trzeba być bardziej wyćwiczonym. Czyli uważasz, że do pisania prozy potrzeba większej sprawności językowej niż do pisania poezji? Tak mi się wydaje w tym momencie. Oczywiście, myślę, że to się zmieni w przyszłości, kiedy będę mógł spojrzeć na to [wskazuje na swój pierwszy tomik] w bardziej krytyczny sposób. Jak piszę wiersz, to rzucam po prostu słowa i zdania. Jakbym miał pisać jakąś historię, opowiadanie, to dobierałbym każde słowo po kolei. To mnie na razie jeszcze trochę męczy. W tym momencie nie jestem w stanie obchodzić się z taką cierpliwością z moją prozą. Miejmy nadzieję, że to się zmieni, bo chciałbym bardzo, żebym się bardziej rozwinął również w aspekcie prozy, jeżeli łączę w jakiś sposób swoją przyszłość z pisaniem. To jest po prostu bardziej przyswajalne. Wydaje mi się, że najpierw trzeba napisać książkę, a później dopiero wydać tomik wierszy. Dlaczego? Oczywiście chodzi o aspekt finansowy. Jeżeli

29

chciałbym w przyszłości zostać pisarzem, jeżeli udałoby mi się przekonać moich rodziców, że to jest dobry sposób na życie, to wiadomo, że poezja nikomu wielkich pieniędzy nie przyniosła, a książki wręcz przeciwnie. Ja żyję w bardzo pragmatycznym środowisku, wśród ludzi, którzy mają aż nazbyt praktyczne podejście do życia. Muszę patrzeć na swoją przyszłość w logiczny sposób. Wiersze to są takie moje ideały rzeczywistości, które niestety rzadko się sprawdzają, co jest przykre, ale taka jest prawda. Ale przecież jedynymi przykładami prozy, z której naprawdę można dobrze żyć, są romanse, kryminały, powieści fantasy. Jak się pisze popularne książki, to jest łatwiej. Jednak istnieją przykłady pisarzy, jak na przykład Stasiuk, którzy piszą w dość inteligentny sposób i potrafią z tego zarobić na życie. Właśnie do takiego typu pisarstwa aspiruję. Do pisarstwa, które nie przyniesie mi może jakiegoś bogactwa, tak jak J. K. Rowling, ale po prostu będzie odskocznią od zwykłej pracy, bo też nie zakładam, że będzie to moja jedyna praca. Pisarstwo pozostanie pasją, która będzie przynosiła jakiś zysk, ale nie musi on być ogromny. Bardziej od zysku liczy się to, że ktoś będzie doceniał moją sztukę. A to chyba od razu łączy się w jakiś sposób z zyskiem. Oby tak było.


Dużo w twoich wierszach odwołań do słynnego pana F. Pan F jest wszędzie, nie możemy się od niego uwolnić, przestać z nim rozmawiać, trudno jest nam walczyć o lepszą rzeczywistość bez niego. My go bardzo kochamy, on jest zimny i nieuchwytny. Stworzenie Niszy Artystycznej na tytułowym Facebooku to chyba nie najlepszy pomysł? Pomysł jedyny w tym momencie. Nie było innej możliwości. Długo myślałem, co powinienem zrobić, żeby to miało jakiś odbiór. Najłatwiej było mi to zrobić na Facebooku. Poza tym, od razu miałem moich znajomych, którzy chcieli mnie wesprzeć, czytać i obserwować to, co publikuję. Jeżeli nie dostałbym żadnego odzewu na początku, to na pewno szybko bym się zniechęcił i z tego zrezygnował. Nie boisz się, że Nisza Artystyczna sprowadzi sztukę do liczby lajków, udostępnień albo raczej ich braku? Ona trochę sprowadza. Wczoraj czytałem post Jakuba Żulczyka na Facebooku (pisarz nie przyjął nominacji do nagrody Róży Gali 2015) i niesamowicie mnie to uderzyło, bo chciałem siebie uniewinnić w tej sytuacji, że to wcale tak nie jest, że Nisza Artystyczna sprowadza sztukę do liczby lajków. Wydaje mi się jednak, że założeniem tej strony nie jest szerzenie sztuki wśród niezwykle oczytanych, obytych kulturalnie ludzi, ale bardziej chodzi w niej o szerzenie sztuki wśród osób, które się na tym nie znają, nie interesują się tym. Upublicznianie moich myśli jest najłatwiejszym sposobem, żeby to osiągnąć. Nisza Artystyczna ma misję szerzenia sztuki wśród prostych ludzi? Szerzenia wśród wszystkich, którzy będą chcieli to zobaczyć. Ja jestem w tym trochę samolubny, ponieważ to jest misja tak samo dla innych, jak i dla mnie. Może bardziej dla mnie, bo Nisza bardzo pomaga mi w samorozwoju. Dzięki niej, wiem, że muszę więcej czytać, więcej oglądać, bardziej interesować się szeroko pojętą kulturą. Nie chciałbym, żeby to brzmiało dumnie, że mówię, że Nisza Artystyczna jest moją misją. Wiem, że ona raczej nic nie zmieni oprócz takich prostych mechanizmów zachowań wśród niektórych osób. Nie wierzę, żeby miała zmienić

30

myślenie Polaków na temat sztuki. To byłoby piękne, ale nie wierzę w to. Czy literatura w tych czasach jest skazana na technologię? Nie da się już od niej oddzielić żadnej sfery naszego życia? Dla mnie ważne jest, żeby literatura dochodziła do dużej liczby osób. Jeżeli tego sposobem jest Facebook, Twitter, czy coś innego, to się cieszę. Pod warunkiem, że to nie szkodzi literaturze. Są takie strony, które bardzo spłycają literaturę, bo są dostosowane do tego, co ludzie chcą czytać. One mają dużo polubień, a moim zdaniem są po prostu mało wartościowe. Wydaje mi się, że są takie rzeczy, które po prostu nie powinny mieć prawa bytu, a niestety mają. Dużo ludzi czyta takie strony i właśnie przez to ma taki, a nie inny pogląd na literaturę. Wydaje im się, że można to wszystko spłycić, sprowadzić do jednego krótkiego zdania, a jest to niemożliwe.

“Jeśli chłopak pisze wiersze, to od razu wydaje się to bardzo dziwne” Współczesność chce spłycać każdą sferę życia do jednego zdania? Wydaje mi się, że to jest trochę zbyt mocne stwierdzenie. Na pewno ludzie chcą spłycać wszystko, żeby było proste i piękne. Nie da się zrobić, żeby wszystko było proste i piękne? Nigdy się tak nie da, nie ma w ogóle takiej szansy. Życie jest straszne. Oj, tak powiedziałem dramatycznie. W dzisiejszym świecie ludzie po prostu dążą do tego, żeby wszystko było dobre i piękne, przez co świat staje się dużo uboższy. Jednak musi istnieć jakiś balans pomiędzy złem a dobrem. Zło i dobro się uzupełniają. Bez tego świat nie ma sensu, nie ma prawa istnienia. Mówi się, że Trójka to szkoła dla umysłów ścisłych, że tylko im stwarza możliwości rozwoju, organizuje warsztaty, a klasy humanistyczne są, bo muszą. To tylko stereotyp, czy może szkoła nie daje ci wystarczająco dużo możliwości rozwoju?


To ma być opublikowane w gazetce? Pytam się, bo nie wiem, co mogę, a czego nie powinienem mówić.

są trzy. Czy ja się cieszę, że tak jest? Myślę, że to jest naturalne. Tak po prostu jest, że więcej ludzi interesuje się matematyką i fizyką.

“(…) ludzie chcą spłycać wszystko, żeby było proste i piękne.”

Dlaczego to jest naturalne? W przeszłości tak przecież nie było.

(śmiech) Najwyżej coś wytniemy. Trójka na pewno jest szkołą dla umysłów ścisłych i z takim stwierdzeniem się całkowicie zgadzam. Mój brat jest umysłem ścisłym, moja siostra jest w biolchemie i wydaje mi się, że są bardziej doceniani. To nie jest tak, że Trójka podcina mi skrzydła, ale zdecydowanie większy nacisk kładzie na przedmioty ścisłe. W tej szkole zapomina się trochę o humanistach. Na przykład pamiętam, jak w zeszłym roku na uroczystości zakończenia roku szkolnego, nie było ani słowa o finalistach olimpiady z języka polskiego, a było o geografii, matematyce, nawet o wierszach po hiszpańsku. Trochę mnie to zdziwiło. Oczywiście, istnieje w Trójce środowisko humanistów, ale może dlatego, że jest ono dużo węższe, to też jest ono mniej rozpoznawalne, a o umysłach ścisłych mówi się dużo. Można to dobrze ukazać na przykładzie klasy IB. Na matematyce high level jest dwadzieścia kilka osób, a na polskim high

31

Tak jak mówię, jesteśmy pokoleniem pragmatycznym. Myślenie w taki, a nie inny sposób, dużo łatwiej nam przychodzi. Ja kocham polski i trochę się dziwię, że wszyscy traktują go, jako przykry obowiązek. Dla mnie to jest przyjemność, że mogę przeczytać książkę, dlatego trochę mnie smuci, że dla większości łatwiej jest rozwiązać równanie matematyczne niż przeczytać książkę. Ale tak chyba po prostu jest i nic z tym nie zrobimy. Z czasem będzie coraz więcej umysłów ścisłych, a coraz mniej polonistów. Nie mam na to wpływu. Ja tylko mogę próbować szerzyć tę moją pasję wśród innych i to właśnie Nisza jest moim ośrodkiem wyrażania siebie.


"Na rozstaju" Unoszony na skrzydłach oddechu zapomina o dniu wczorajszym o dniu jutrzejszym o kropli łzy upuszczonej przypadkiem na ciemnoszary krawężnik. wszystko to co przez przypadek wylało się z wiadra doświadczeń wyschło już. W życiu zapadła chwilowa susza rozglądając się na bok zauważa tabliczkę „tu mieszkał człowiek szczęśliwy”. kim był jak się nazywał nieważne dobrnął do świetlistej zatoki po pochmurnym sztormowym dniu. Tak jak Odyseusz do upragnionej Itaki. Szuka drogi czy przez morze po prawej czy to po lewej. W pewnym momencie opuszcza powieki by ulżyć obeschłym oczom. Nie otwiera. Idzie prosto przed siebie wierząc w podmuch przeznaczenia. Chciałby dojść do swojej tablicy. Boi się jednak, że kiedy dotrze będzie musiał otworzyć oczy i zamiast słońca zobaczy ociężałe sklepienie płaczące kroplami gęstej melancholii.

~Marek Śliwiński

32


Następny numer już wkrótce... A w nim między innymi:

TriMUN 33


#2 magazyntrójki  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you