Page 1

MAGAZYN BEZPŁATNY

maj/czerwiec 2017 ISSN 1739-1688

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, ul. Bankowa 14, sala 410a, 40-007 Katowice www.magazynsuplement.us.edu.pl, e-mail: magazyn.suplement@gmail.com, www.facebook.pl/magazynsuplement, www.instagram.com/magazynsuplement Redaktor Naczelna: Martyna Gwóźdź (martynaewagwozdz@gmail.com) Zastępca Redaktor Naczelnej: Jakub Paluszek (jakub.paluszek@gmail.com) Skład graficzny: Tobiasz Drzał (www.behance.net/TobiaszDrzal) Korekta: Monika Szafrańska, Dawid Milewski, Anna Kubica Zdjęcia: Karolina Fok (www.facebook.com/fokografia.fokkarolina), Karolina Donosewicz (www.donopisze.blogspot.com) Grafika na okładce: Tobiasz Drzał Zdjęcia wizerunkowe: Karolina Fok Zespół redakcyjny:

Martyna Gwóźdź

Jakub Paluszek

Michał Denysenko

Dominik Łowicki

Anna Kubica

Agnieszka Żeliszewska

Monika Szafrańska

Dawid Milewski

Weronika Warot

Miłosz Koenig

Paweł Czechowski

Dominika Gnacek

Karolina Donosewicz

Justyna Kalinowska

W magazynie zostały użyte materiały z banków zdjęć: Pexels.com i Pixabay.com.


6 Organizacje studenckie bez tajemnic: Studencki Zespół Pieśni i Tańca „Katowice” | Agnieszka Żeliszewska 8 „Krytykowice” | Michał Denysenko 10 Wyjdź z mojej głowy! O sekretach mentalizmu | Dawid Milewski 12 Coś ty zrobił?! | Justyna Kalinowska 14 Tostery na bluetooth i płaska Ziemia | Jakub Paluszek 16 Intel Extreme Masters okiem e-sportowego dyletanta | Dominik Łowicki 18 Koniec z tym listkiem figowym! | Monika Szafrańska 20 Głos | Dominika Gnacek 22 Wyjdę z siebie i stanę obok | Miłosz Koenig 24 Japonia – kraina sake i sosem sojowym płynąca | Karolina Donosewicz 26 Hedonistyczne tête-à-tête | Weronika Warot 28 Inna twarz śląskiego – miejsca znane i mniej znane | Paweł Czechowski 30 Diety rosnące w siłę – wegetarianizm, weganizm, witarianizm... | Anna Kubica 32 Good morning Silesia! | Martyna Gwóźdź 34 Czas na łamigłówki!


Krótka opowieść Czy wiedzą Państwo, o czym najchętniej lubimy słuchać? O nas samych. Pozwolę sobie więc opowiedzieć o nas, o Was… o ludziach. Pisząc to, jestem daleko od Katowic, a druk Magazynu jest jeszcze w formie wizualizacji. Prawdopodobnie sięgacie teraz po ten numer „Suplementu”, a ja zastanawiam się, czy dobrym pomysłem było użycie tak oficjalnej formy jak „Państwo”. Bo przecież każdy z nas w zaciszu swojego domu jest po prostu (tylko) człowiekiem. Na zewnątrz z sukcesami, z tytułami, z osiągnieciami, chowa się w czterech ścianach (nie)zwykły człowiek. Tworzy historię. Czasem taką, która odbija się szerokim echem i zapisuje na kartach. Czasem tworzy tylko krótką opowieść, która równie szybko staje się mglistym wspomnieniem. Człowiek – cokolwiek robi, stara się rozwijać, dążyć do celu. Naszym celem jako redakcji „Suplementu” jest przedstawianie studenckiej rzeczywistości. Przy każdej czynności pracuje kilka, kilkanaście osób. Nierzadko możecie nas mijać na ulicy, nie wiedząc, kim jesteśmy. Ludzie często nie zauważają siebie w tłumie. Do niektórych jednak warto zwrócić się uprzejmym „Dzień dobry, panie profesorze” – szanując zdobyte doświadczenie. Czasem bardziej niż na wygłoszeniu tytułów zależy nam, aby ktoś chociaż raz o nas dobrze pomyślał. Również my, jako Redakcja, chcemy dobrze myśleć o tych, którzy nas otaczają, którzy poświecili nam swój czas, udzielając wywiadu. Dobrze myśleć o tych, dzięki którym możemy przelewać swoje myśli na papier. O kimkolwiek nie przeczytacie w tym wydaniu, musicie wiedzieć, że każdy z Was jest odrębną, wyjątkową osobą i zasługuje na to, aby dla niego choć raz przystanąć w codziennym pędzie. Rozmawiając z bohaterami tego wydania, zatrzymaliśmy się, przestaliśmy mówić, aby wytężyć ważny zmysł słuchu – a raczej słuchania. Subiektywnie rzec ujmując, cenię sobie każdą z przedstawionych historii: od artykułu dotyczącego Japonii, przez Śląsk, aż po świat nauki. Każdy z tych obszarów jest równie ważny co chęć zdobywania wiedzy. A tę możemy czerpać od innych – z książek, które napisali, i z historii, jakie zapamiętali i opowiedzieli. Życzę Wam więc przyjemnej lektury. Ze swojej strony możemy obiecać, że wracamy tuż po wakacjach – z radością i planami na kolejny rok akademicki. Kto wie, może zapiszemy się na kartach historii, a może stworzymy tylko krótką opowieść... Redaktor Naczelna Martyna Gwóźdź


Organizacje studenckie bez tajemnic: Studencki Zespół Pieśni i Tańca „Katowice” W dobie nowoczesności może się wydawać, że tańce ludowe odchodzą w zapomnienie. Nic bardziej mylnego! O fenomenie i sukcesach Studenckiego Zespołu Pieśni i Tańca „Katowice” rozmawiam z Aleksandrą Kwiatkowską, przewodniczącą organizacji. AŻ: Zespół istnieje już prawie pół wieku i ma na swoim koncie mniejsze oraz większe osiągnięcia. Jak zaczęła się i ile trwa twoja przygoda z zespołem? AK: Moja przygoda z  zespołem zaczęła się stosunkowo niedawno w  perspektywie prawie pięćdziesięciu lat jego istnienia. To było niecałe cztery lata temu, kiedy postanowiłam studiować w Katowicach. Mieszkam dość daleko, bo w województwie kujawsko-pomorskim, więc w Katowicach nie miałam żadnych znajomych, tylko ciocię, która lata temu tańczyła w  zespole ludowym. To ona zaprosiła mnie na Międzynarodowy Studencki Festiwal Folklorystyczny, organizowany przez jej dawny zespół, czyli SZPiT „Katowice”. Impreza odbywa się na przełomie sierpnia i września, a organizowana jest od około trzydziestu lat. Podczas Festiwalu co roku spotykają się zespoły ludowe z całego świata, między innymi z  Indii, Turcji, Beninu, Łotwy czy Argentyny. Atmosfery, jaka tam panuje, nie da się opisać słowami. To impreza goszcząca przez ponad tydzień kilkuset przedstawicieli różnych kultur. Koncerty odbywają się w takich miastach jak: Cieszyn (gdzie w campusie Uniwersytetu Śląskiego od trzech lat znajduje się baza noclegowa Festiwalu – wcześniej znajdowała się na katowickiej Ligocie), Katowice, Chorzów, Sosnowiec, Ustroń bądź Brenna. Wszystkich łączy miłość do

folkloru, muzyki i tańca. To właśnie podczas Festiwalu poznałam członków SZPiT „Katowice”, którzy namówili mnie do spróbowania swoich sił w tym obcym dla mnie świecie. Gdy w październiku przyjechałam do Katowic, aby zacząć studia, dołączyłam również do zespołu i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.      Na początku tego roku byliście z wizytą w Chinach. Jak ona przebiegała? Dużo koncertów daliście? Wyjazd do Chin był czymś wyjątkowym! Nie mogliśmy uwierzyć, że faktycznie tam lecimy, aż do momentu, w którym wysiedliśmy z samolotu na lotnisku w Pekinie. To był bardzo intensywny czas. Zaraz po wylądowaniu przesiedliśmy się do autokaru, w którym czekała na nas nasza przewodniczka, Amanda, z harmonogramem zajęć na cały dzień. Widzieliśmy Pałac Letni, Świątynię Wiatrów i kilka innych miejsc. Pomimo ogromnego zmęczenia (spędziliśmy prawie dwie doby na nogach) uśmiechaliśmy się od ucha do ucha jak dzieci, nawet podczas walki z pałeczkami przy stole – choć pierwsze podejścia były trudne! Kolejne dni wyglądały podobnie: śniadanie, o godzinie dziewiątej rano wyjazd do wesołego miasteczka, gdzie odbywał się festiwal. Na nim była parada, podczas której zamarzaliśmy, ponieważ odczuwalność zimna w Pekinie jest kilkukrotnie większa ze względu na dużą wilgotność powietrza. Przy temperaturze -5°C mogliśmy mieć na sobie tylko stroje ludowe. W takiej sytuacji dziękowaliśmy Bogu za bieliznę termoaktywną! (śmiech) W następnej kolejności koncert, przepyszny obiad składający się z kilkunastu potraw podanych na obrotowej szklanej płycie, tak aby każdy

tekst: Agnieszka Żeliszewska – a.zeliszewska@gmail.com | zdjęcia: Katarzyna Łukaszczyk str. 6


mógł na bieżąco dokładać sobie jedzenia na talerz. Później kolejny koncert i kolejna parada, powrót do hotelu, żeby się przebrać w „cywilne” ciuchy, pyszna kolacja i wyprawa na miasto. Pekin zwiedzaliśmy wieczorami, a naszym przewodnikiem było chińskie małżeństwo, które kilka lat temu uczestniczyło w  naszym Międzynarodowym Studenckim Festiwalu Folklorystycznym (MSFF) w Polsce i chciało się w ten sposób odwdzięczyć. W niedzielę dołączył do nas pan Prorektor ds. współpracy międzynarodowej i krajowej, dr hab. prof. UŚ Tomasz Pietrzykowski, którego szybko przyjęliśmy w swoje szeregi. Podczas naszego pobytu mieliśmy jeszcze dwa dni wolne – jeden na zdobycie Wielkiego Muru, a drugi na podziwianie Zakazanego Miasta. Te niezwykłe miejsca mają niepowtarzalny urok, zachwycają precyzją wykonania, dbałością o szczegóły i przerażają ogromem morderczej pracy włożonej w ich powstanie.  Jak ludzie – nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach – odbierają wasze występy? Spotykają się one z akceptacją czy także z krytyką? Za granicą spotykamy się z ciepłym i entuzjastycznym przyjęciem. Ludzie podziwiają zarówno nasz taniec, śpiew, jak i stroje. Na wyjazdy zabieramy zazwyczaj stroje z dwóch lub trzech różnych regionów, zależnie od repertuaru, który mamy przedstawić. W kraju możemy pozwolić sobie na zaprezentowanie ich większej liczby, bo transport nie jest aż tak utrudniony. Publiczność w Polsce reaguje żywo, często włączając się do śpiewu bardziej znanych utworów. Oczywiście wszystko zależy od tego, jaki koncert mamy zaprezentować. Bywają i takie, podczas których zapraszamy widownię do wspólnego tańca. Krytyka płynie najczęściej ze strony byłych członków zespołu, którzy znają kroki poszczególnych układów i wyłapują nasze drobne wpadki. Przejawia się to jednak w formie zabawnych przytyków lub konstruktywnej informacji. 

Jakie macie plany na najbliższy czas? Planujecie jakieś wyjazdy? W kwietniu odbyło się zgrupowanie zespołu w Koszarawie, które miało charakter weekendowego wyjazdu ćwiczeniowego. Rozpoczął się także sezon koncertowy, więc zwiększyliśmy liczbę treningów i z większym zapałem szykujemy się do kolejnych występów. Poza tym pełną parą ruszyły przygotowania do naszego festiwalu. Po pobycie w Chinach dostaliśmy kilka propozycji wyjazdów, z których najbardziej prawdopodobny jest dwutygodniowy wyjazd do Brazylii na przełomie września i października. Mamy nadzieję, że dojdzie do skutku.  Gdybyś mogła w kilku słowach zachęcić innych studentów do dołączenia do SZPiT „Katowice”, to co byś powiedziała? Przyjaźnie na całe życie, podróże, muzyka, taniec i śpiew... Trudno zamknąć to wszystko w kilku słowach. Najlepiej, jeśli sami się przekonają. Niebawem ruszają zapisy na wolontariat na MSFF. Każdy wolontariusz otrzymuje zakwaterowanie, wyżywienie oraz tydzień wydarzeń, których nie zapomni do końca życia. Można się sprawdzić w kilku różnych rolach, ale o tym więcej na stronie przedsięwzięcia: www.msff.pl. Natomiast nasze próby dla nowego naboru odbywają się we wtorki od 17:00 i w czwartki od 17:30 w Rektoracie Uniwersytetu Śląskiego przy ul. Bankowej 12. Zespół oferuje zaliczenie z wychowania fizycznego, co jest kuszącą perspektywą. Osoby zainteresowane dołączeniem do Studenckiego Zespołu Pieśni i Tańca „Katowice” mogą skontaktować się z nim mailowo: katowice@us.edu.pl bądź na portalu Facebook.

str. 7


„Krytykowice” Zdarza mi się czytać w internecie krytyczne komentarze na temat Katowic i wtedy zazwyczaj się denerwuję. Nie dlatego, że ktoś wyraża niepochlebną opinię o ukochanym przeze mnie mieście, choć oczywiście to samo w sobie nie jest przyjemnym uczuciem. Powodem jest to, że ludzie bardzo często wypisują całkowite bzdury. Przykład? Proszę bardzo! Być może spotkaliście się ze sformułowaniem „Katowice – miasto betonu” lub jakąś inną jego wersją. Miało ono podkreślać fakt, że brakuje tutaj zieleni, a samo hasło powstało prawdopodobnie jako złośliwa i w zamierzeniu dowcipna odpowiedź na sformułowanie „Katowice – miasto ogrodów”, które w swoim czasie promowało stolicę Górnego Śląska. Tyle tylko, że stwierdzenie o mieście betonu to bzdura. Katowice to trzecie z najbardziej zielonych miast w Polsce, po Sopocie i Zielonej Górze (według rankingu opublikowanego przez MojaPolis i BIQdata w 2015 roku). Lasy, parki, zieleńce i tereny zieleni osiedlowej to łącznie ponad czterdzieści sześć procent powierzchni miasta. Jasne, że to w dużej mierze dzięki lasom położonym na południu, ale wystarczy spojrzeć choćby na zdjęcia centrum wykonywane z powietrza, by przekonać się, że w rzeczywistości zieleni jest naprawdę sporo. Po co jednak przejmować się faktami, skoro negatywny komentarz można napisać ot tak? Malkontenci na Marsa! Mam wrażenie, że bardzo często ludzie przelewają na miasto swoje własne frustracje. Oczywiście, że są rzeczy, które wymagają poprawy, ale one same w sobie nie skłoniłyby chyba nikogo do wulgarnego plucia jadem. Tymczasem wielu

katowickich internautów namiętnie krytykuje swoją małą ojczyznę. Trudno nawet prowadzić z nimi merytoryczną dyskusję, bo ich celem nie jest realna poprawa czegokolwiek, a jedynie krytyka dla samej krytyki. Kulminacją są takie „perełki” jak na przykład działający na Facebooku fanpage Chu*owo, bo w Katowicach (w rzeczywistości w nazwie tej nie ma cenzury). Choć administratorzy chcą chyba uchodzić za krytyków wnoszących coś w miejską społeczność, to mam wrażenie, że nie tędy droga. Pewien internauta podsumował to następująco: W nazwie profilu jest błąd, właściwa nazwa to Chu*owo mi i jestem w Katowicach. To smutna karykatura społecznego aktywizmu, w której pod jaskrawym płaszczykiem pozytywistycznego bohatera kryje się smutny, mściwy złośnik. Zmienianie rzeczywistości na lepsze to wytwarzanie wartości dodanej, a to coś więcej niż donosy i złośliwości na Facebooku. Nic dodać, nic ująć. Krytyczny? Zatroskany! Nie twierdzę wcale, że w ogóle nie powinno się krytykować swojego miasta. Wręcz przeciwnie! Jeżeli jest za co, to nawet trzeba. W ten sposób pokazuje się troskę o tę małą ojczyznę. W Katowicach jest sporo ludzi i stworzonych przez nich organizacji, które rzeczywiście zajmują się krytyką miasta i jego władz, jednakże konstruktywną. Mówią o prawdziwych problemach, jednocześnie proponując rozwiązania i wprowadzając je w życie. Do nas przychodzą ludzie, którzy chcą coś zmienić. Problem jest taki, że często odbijają się od ściany, chodzi mi o władzę, która wie lepiej, nie słucha, tylko się obraża na słowa krytyki – to głos fundacji Napraw Sobie Miasto, działającej przede wszystkim w Katowicach, ale nie tylko. Ludziom tworzącym ją nie podoba się taka sytuacja, dlatego sami słuchają

tekst: Michał Denysenko – michal.denysenko@gmail.com – www.cogryziedenysa.blog.pl | zdjęcia: Damian Misz str. 8


mieszkańców i razem z nimi szukają rozwiązań problemów. Dokonują tego między innymi w ramach cyklu warsztatów Miejska szychta!, na które składa się wspólne przeprowadzenie społecznego monitoringu, zaprojektowanie zmian, testowanie rozwiązań i zapewnienie trwałego ich wdrożenia w życie. Jednym z efektów tej inicjatywy było stworzenie kampanii społecznej #czystepowietrze, zwiększającej powszechną świadomość na temat katowickiego smogu, i połączenie jej ze zbiórką podpisów mieszkańców pod inicjatywą obywatelską w sprawie podjęcia przez Urząd Miasta Katowice działań na rzecz poprawy jakości powietrza w latach 2016–2020. Innym przykładem aktywności fundacji Napraw Sobie Miasto może być ewaluacja funkcjonującego w Katowicach budżetu obywatelskiego. W najlepszym przypadku skutkowała ona nawet współpracą z mieszkańcami i Radą Jednostki Pomocniczej na osiedlu Paderewskiego w zakresie opracowania Społecznego Planu Rozwoju Dzielnicy. Więcej wolontariuszy! Głos fundacji Napraw Sobie Miasto nie jest odosobniony. Inni także zauważają brak społecznego dialogu. Grzegorz Wójkowski, prezes stowarzyszenia Bona Fides, także wywodzącego się z Katowic i wspierającego mieszkańców oraz samorządy, opisuje to zjawisko następująco: Pod wieloma względami Katowice na pewno zmieniają się na lepsze i co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Niestety w obszarze przejrzystości i współpracy z mieszkańcami (…), gdzie przez kilkanaście lat naszych działań krok po kroku było coraz lepiej, w ciągu ostatnich 2–3 lat widzimy wyraźny regres. Tak jest na przykład z konsultacjami społecznymi, które ostatnio praktycznie w ogóle nie są prowadzone, bo to, co nosi taką nazwę, niewiele ma wspólnego z prawdziwymi konsultacjami społecznymi, które od lat z powodzeniem są organizowane w wielu innych polskich miastach. Ów brak dialogu z mieszkańcami powoduje, że czasem trzeba próbować zmieniać decyzje już podjęte przez włodarzy miasta. Mieszkańcy sygnalizują stowarzyszeniu problem, a ono pomaga im go rozwiązać. Jako przykład prezes podaje dość głośną sytuację sprzed dwóch lat, gdy na Giszowcu decyzją urzędu miasta miała zostać zamknięta szkoła (gimnazjum nr 15). Wtedy akurat udało się temu zapobiec. Są też inne braki niż tylko te związane z  dialogiem z mieszkańcami. Przedstawiciele obu organizacji wymieniają zgodnie niedostatek infrastruktury rowerowej. Innym problemem, dotykającym choćby studentów, jest także słabo rozwinięta nocna komunikacja miejska. Są i plusy! Na szczęście da się zauważyć pewne pozytywne zmiany. Ja osobiście najbardziej cieszę się z przekonania władz Katowic i radnych do wprowadzenia w mieście inicjatywy uchwałodawczej mieszkańców, która już kilka razy z powodzeniem była wykorzystywana. Dzięki temu mechanizmowi między innymi wprowadzono w Katowicach kartę Nas Troje i Więcej, z której korzysta około 2500 rodzin wielodzietnych, zastępczych i korzystających ze wsparcia MOPS, kartę Aktywni Seniorzy czy podjęto decyzję o budowie linii tramwajowej na południe miasta – zdradza Grzegorz Wójkowski. Dodaje też: To, co wyraźnie zmieniło się na lepsze, to na pewno otwartość radnych na dialog z mieszkańcami. Przykładowo, w tej chwili jest już normą, że radni pełnią systematyczne, otwarte dyżury czy podają w internecie swoje

numery telefonów i adresy e-mail, a jeszcze kilka lat temu dla większości był to wymysł szalonych społeczników. Nowe hasło promujące miasto brzmi: „Katowice – dla odmiany”. Może więc zmiany będą zachodziły także w innych kwestiach. Trzeba wierzyć, że tak. Organizacje aktywne społecznie ciężko na to pracują. Fundacja Napraw Sobie Miasto swoimi inicjatywami (choćby Żywa ulica czy Mieszkam-TU.eu) zmienia na lepsze przestrzeń publiczną polskich miast, w tym Katowic. Stowarzyszenie Bona Fides na bieżąco rozwiązuje problemy zgłaszane przez mieszkańców, szkoli samorządowców w różnych miastach czy prowadzi portal www.infokatowice.pl, poprzez który informuje o miejskich wydarzeniach, ale też o wykrywanych nieprawidłowościach. O dobro Katowic dbają jednak nie tylko tak zaangażowane organizacje. #katowicenielizbona Takim oto hashtagiem w sieci oznaczonych jest całkiem sporo treści dotyczących stolicy Górnego Śląska. Co ciekawe, zazwyczaj są to fantastyczne rzeczy, budzące zachwyt. Czasem to oszałamiające potrawy, innym razem przepiękne miejsca. Bo choć może Katowice nie są równie piękne jak stolica Portugalii (nie wiem, niestety nie byłem), to jednak są niezwykłe. Wiedzą o tym miejscowi, zwykli mieszkańcy, ale też lokalni przedsiębiorcy, właściciele knajpek, firm usługowych, fotografowie, marketingowcy i tak dalej. Oni niekoniecznie angażują się w akcje społeczne (choć bywa, że robią także i to!), za to każdego dnia budują pozytywny przekaz wokół miasta i całego regionu. To też ważne działanie. Ci ludzie oraz wspomniane wcześniej organizacje stanowią swego rodzaju przeciwwagę dla miejskich hejterów. Chwała im za to! Tylko głupiec będzie twierdził, że Katowice nie zmieniają się na lepsze. Przechodzą metamorfozę, i to potężną, zauważalną niemal na każdym kroku. To już nie nieprzyjazna, przemysłowa mieścina, ale jedno z najmodniejszych miejsc w Polsce, Miasto Muzyki UNESCO. Turystycznie już jest bardzo dobrze, a może być jeszcze lepiej. Co do życia tutaj… Cóż, miejscami jest nieźle lub nawet bardzo dobrze, ale pozostaje jeszcze wiele obszarów i kwestii, które wymagają poprawy czy nawet gruntownej rewolucji. Właśnie dlatego działają lokalni aktywiści. Każdy może ich wesprzeć! Zainteresujcie się działaniami stowarzyszenia Bona Fides i fundacji Napraw Sobie Miasto. Być może zechcecie się przyłączyć do inicjatyw na rzecz miasta z problemami, ale i z wielkim potencjałem. I najważniejsze: jeśli coś Wam się nie podoba, zacznijcie działać, a nie tylko biadolcie, jak to tu jest źle. Wszyscy na tym skorzystają!

str. 9


Wyjdź z mojej głowy! O sekretach mentalizmu

Wiedzą o nas wszystko. Znają naszą przeszłość, czasem potrafią zajrzeć w przyszłość. Są w stanie szybko i celnie określić naszą osobowość, wyciągnąć na wierzch najgłębiej skrywane myśli, opisać niedostępne dla nikogo uczucia. A przynajmniej… sprawiają takie wrażenie. Mentaliści, wróżbici, psychotronicy – jak oni to robią? Z całą pewnością nie powinniśmy wrzucać tych trzech wymienionych profesji do jednego worka. Mentaliści z reguły otwarcie przyznają, że to, co robią, to iluzja. Jedyna w swoim rodzaju, ale wciąż iluzja. Mamią nas, bo my chcemy dać się omamić. Kiedyś całe tłumy porywał znikający pociąg Copperfielda; dziś szokuje to, że obcy człowiek potrafi zajrzeć nam do umysłu. Mentaliści, oszukując, zarabiają uczciwie. Nieco inaczej ma się sprawa wszelkiej maści wróżbitów czy mediów. Ci bowiem często żerują na naiwności swoich klientów, czasami nawet wierząc w to, że posiadają nadprzyrodzone zdolności. Tak czy inaczej, moim celem nie jest tutaj dokonywanie oceny moralnej szarlatanów ani rozważanie ich podejścia do tego, co robią. Zapraszam Cię natomiast, Czytelniku, do zapoznania

tekst: Dawid Milewski – dawid.milewski@interia.eu str. 10

się z tym, co łączy wspomniane grupy ludzi. A mowa tu o technikach pozwalających im czynić mentalne cuda. Chłodnym okiem O absurd zakrawa sytuacja, kiedy ktoś, kto widzi nas po raz pierwszy, jest w stanie powiedzieć niemal wszystko na nasz temat, w rzeczywistości nie wiedząc o nas nic. Zazwyczaj wypowiada on wtedy wiele słów, ale to odbiorca sam dopasowuje do nich sens. Pewien uniwersalny zestaw narzędzi, jakim posługują się mentaliści i nie tylko, zwie się zimnym odczytem. I wcale nie chodzi tu o analizowanie gestów czy ruchu źrenic. Mowa o językowych trikach wywołujących wrażenie, że ktoś zna różne fakty z Twojego życia, o których nie powinien mieć bladego pojęcia. Pozwól, że zabawię się teraz w mentalistę i spróbuję udowodnić, że coś o Tobie wiem. Tak, właśnie o Tobie! Pragniesz, by inni Cię lubili i podziwiali, ale jesteś również skłonny do krytycyzmu wobec siebie. Zdajesz sobie sprawę ze słabych stron swojego


charakteru, choć zwykle potrafisz je czymś zrekompensować. Na zewnątrz wydajesz się osobą zdyscyplinowaną, ale jednocześnie masz skłonność do niepokojów i lęków. Czasem dręczą Cię wątpliwości, czy postąpiłeś słusznie. Oceniasz siebie jako osobę myślącą niezależnie – nie przyjmujesz opinii innych bez zadowalających racji. Trzymasz obcych na dystans, ale kiedy już komuś zaufasz, potrafisz się przed nim otworzyć. Z reguły jesteś życzliwy i towarzyski, jednak w pewnych sytuacjach stajesz się pełen rezerwy i Twoja ostrożność każe Ci się wycofać. Niektóre Twoje ambicje są nierealistyczne. Przejrzałem Cię… prawda? Prawdopodobnie przyznasz, że większość tych informacji zgadza się z Twoim charakterem. To, co czułeś, czytając powyższe zdania, to nic innego jak efekt horoskopowy (zwany też efektem Forera – od nazwiska autora przykładowego opisu, którego fragmentem się posłużyłem). Zasada, na jakiej opierają się wszelkie nienaukowe testy osobowości, horoskopy, wróżenie z fusów, gwiazd czy czego tylko ludzka fantazja nie wymyśli, polega na przekazaniu jak najogólniejszej treści za pomocą takich słów, które wywołają iluzję szczegółowości i adekwatności. To, czego dowiedziałeś się o sobie z powyższego opisu, to tak naprawdę tyle, że jesteś bliższy dla swoich bliskich, masz wyważoną osobowość oraz posiadasz mocne i słabe strony charakteru. Cóż za zaskoczenie! Wiele tego typu tekstów bazuje na sprzecznościach, z których nic nie wynika, oprócz tego, że każdy zdrowy człowiek posiada cechy wpisujące się w  typ ekstrawertyczny i introwertyczny (mimo że jeden z nich zwykle dominuje). Na nikim nie zrobi wrażenia pusty banał typu: Jesteś introwertykiem, ale czasem ujawnia się w Tobie ekstrawertyczna strona. Jednak gdy powiem, że często bywasz cichy i nieśmiały, ale przy dobrym nastroju i w odpowiednim towarzystwie możesz znaleźć się w centrum uwagi i jeszcze przystroję to stwierdzeniem, że Twoja złożoność jest naprawdę intrygująca, to nagle staję się mentalistą! Technika operowania przeciwstawnymi cechami w taki sposób, by uchwycić całą gamę możliwości, nosi nazwę tęczowego fortelu. Przy jego stosowaniu warto zasugerować, że występowanie tych cech zależy od nastroju lub czasu, a odbiorca sam odniesie te informacje do odpowiednich sytuacji ze swojego życia, przypisując całą zasługę sprytnemu iluzjoniście. Trafiony, zatopiony! Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na sesji medium z całkiem pokaźną publicznością. Prowadzący rzuca kwestię: Widzę wśród nas starszego mężczyznę o imieniu… Jan lub Jerzy. Dwa popularne w starszym pokoleniu imiona dają dużą szansę trafienia. To może być ktoś z widowni, czyjś ojciec, mąż lub przyjaciel. Nieważne kto – trafiony odbiorca sam dopasuje sens i dostarczy medium informacji, a ten dobuduje całą resztę. Tak, twój ojciec jest z nami i chce ci przekazać, że choć czasem wasze relacje bywały trudne, wciąż cię kocha. Następnie medium będzie wyciągać o tej osobie kolejne fakty metodą prób i błędów, operując przy tym zdarzeniami najbardziej prawdopodobnymi. Odszedł po ciężkiej chorobie, prawda? Wyczuwam ból w klatce piersiowej. Jest to taktyka zwana ostrzeliwaniem. Mentalista podaje wiele ogólnych, ale prawdopodobnych danych, z których część na pewno okaże się prawdziwa. A gdy

spotka się z zaprzeczeniem? Jeśli jest wystarczająco wprawny, może zastosować tak zwany płynny zwrot i w odpowiedzi na informację, że rzeczony Jan zmarł, dajmy na to, na raka, wybrnąć słowami: O tak, mówi, że czuł, iż zbliża się jego koniec i że prawdopodobnie nie zdąży naprawić tego, czego żałuje – stąd ten ból serca. Naciągane? Owszem, ale trzeba mieć na uwadze to, że uczestnik takiej sesji zwykle jest po stronie medium i często nie zdając sobie z tego sprawy, pomaga mu w oszukiwaniu samego siebie poprzez dopowiadanie szczegółów, na które ten tylko czeka. Dodajmy do tego fakt, że w pamięci odbiorcy zostają trafienia, a nie pudła, w związku z czym prowadzący sesję znajduje się w o tyle korzystnym położeniu, że zaintrygowany jednym celnym strzałem uczestnik jest skłonny niejednokrotnie przymknąć oko, czekając w napięciu na dalszy przekaz z zaświatów. Myślisz o tym samym co ja? A jak to jest z tym czytaniem w myślach – czy to rzeczywiście działa? I tak, i nie. Wprawdzie niemożliwością wydaje się przewidzenie, o czym ktoś pomyśli, jednak w pewnych warunkach możliwe jest sprawienie, by pomyślał dokładnie o tym, o czym chcemy. Tak działają na przykład mentalne sztuczki z kartami. Iluzjonista każe uczestnikowi wybrać kolor i figurę, po czym – patrząc mu intensywnie w oczy – odgaduje jego wybór. Innym razem może to być jakiś przedmiot, imię lub liczba. Podobne triki zwykle opierają się na sugestii podprogowej. Rzecz w tym, że nasze umysły rejestrują znacznie więcej, niż nam się wydaje. Kiedy zwracamy uwagę na jakiś obiekt, mózg dostrzega to, co dzieje się wokół. Jest to tak zwane widzenie peryferyjne, dzięki któremu gromadzimy wiele informacji o ludziach i przedmiotach w naszym otoczeniu nawet wtedy, gdy w samym środku pola widzenia znajduje się coś zupełnie innego. Sugestia może być ukryta nie tylko w bodźcach wzrokowych, ale także w wypowiadanych słowach. Niekiedy wystarczy niewinne skojarzenie z jakąś barwą czy kształtem, by w niczego nieświadomym odbiorcy zasiać myśl i tym samym wpłynąć na jego wybór. To niezwykle cenna wiedza dla mentalistów, którzy skupiając uwagę swoich „ofiar” na bezpośredniej treści przekazu, intencjonalnym gestem, doborem słów lub obrazem w tle mogą zasugerować właściwą reakcję na polecenie, które dopiero padnie. Podświadomość odbiorcy to zarejestruje i odtworzy w odpowiednim momencie. Brzmi zbyt pięknie? No cóż… W sztuce iluzji przydaje się wiedza naukowa z zakresu neurobiologii, psychologii czy logiki, ale musimy mieć na uwadze fakt, że nie wszystko da się odnieść do każdej sytuacji i każdej osoby. Z sugestią jest podobnie jak z hipnozą – na mnie zadziała, na Ciebie nie musi. A jednak niemało ludzi potrafi na tym nieźle zarobić. I raczej śmiem powątpiewać w ich telepatyczne zdolności, kontakty z zaświatami czy umiejętność czytania gwiazd. To prędzej kwestia sprytu, znajomości paru trików i mechanizmów oraz niewątpliwie… szczęścia – doprawionego szczyptą ludzkiej naiwności. Tak więc, Drogi Czytelniku, nie daj się zwieść i bądź świadom istnienia tych wszystkich sztuczek, o których Ci opowiedziałem, ale jednocześnie pamiętaj o jednym… Czasem warto dać się oszukać. Źródła: D. Brown: Sztuczki umysłu. Poznaj mechanizmy ludzkich zachowań; K. K. Galos: Mentalizm – kompendium wiedzy; N. Baillargeon: Krótki kurs samoobrony intelektualnej.

str. 11


Coś ty zrobił?!

O naszym życiu decydują zrządzenia losu albo pojedyncze decyzje. Z łatwością pokazują to filmy, także te, które w tym roku walczyły o najsłynniejszą nagrodę w dziedzinie kinematografii. Gdyby Rose pod wpływem impulsu nie chciała popełnić samobójstwa, skacząc z Titanica, czy kiedykolwiek poznałaby Jacka? Gdyby Mufasa nie szukał zagubionego Simby, nie spotkałby Skazy i żyłby jeszcze wiele lat, prawda? Czy możemy wyobrazić sobie Leona Zawodowca, który nie otwiera drzwi małej Natalie Portman podczas strzelaniny? Mogłabym tak wymieniać bez końca i dowiodłabym, że każdy film ukazuje multum przypadków oraz szybkich decyzji, jakie mają wpływ na życie bohaterów. Historie pokazywane na ekranie są odzwierciedleniem naszego życia, na które, jak się okazuje, nie zawsze mamy wpływ bądź jest on niekontrolowany. Jeśli myślisz teraz o tym, czy to, że kupiłeś dziś bułkę albo że wczoraj odruchowo spojrzałeś w lewo na skrzyżowaniu i w porę się zatrzymałeś, miało jakiś wpływ na innych czy Ciebie, to niestety muszę przyznać, że owszem, miało. Potwierdzają to także filmy, które w tym roku nominowano do Oscara. Oscarowy deszcz Jedną z najlepiej zagranych ról zeszłego roku, a nawet i ostatnich lat, jest na pewno postać wykreowana przez Caseya Afflecka. Wcielił się w on mężczyznę po przejściach, który po śmierci brata zmuszony jest wrócić do rodzinnego miasta i zaopiekować się bratankiem. Zdziwiłoby mnie, gdyby Casey za swoją rolę nie otrzymał statuetki, tak samo jak scenarzyści za swoją pracę nad Manchester by the Sea. Ten film to doskonały przykład na to, jak fabułę oraz dalsze zachowania bohaterów można oprzeć na jednej, z pozoru nieistotnej czynności. Główny bohater ma się całkiem nieźle. Kocha swoją rodzinę. Pewnej nocy na zakrapianej imprezie wypija za dużo oraz bierze narkotyki. Jego percepcja nie działa już tak klarownie, jak powinna. W drodze po kolejne piwo zastanawia się, czy w domu na pewno wszystko jest w porządku. Droga jest daleka, dlatego porzuca swoje myśli i dalej pędzi do sklepu. Wracając, widzi, jak jego życie legnie w gruzach. Mój tegoroczny faworyt, czyli powiew świeżości współczesnego kina, także ukazuje przypadkowość życia. Tym powiewem jest oczywiście La La Land, który zdobył sześć Oscarów. Wiem, że film wywołuje masę skrajnych emocji, lecz nie można sprzeciwić się faktom, że to idealne połączenie starego, dobrego kina ze współczesnym realizmem, dlatego nie byłam zadowolona, słysząc werdykt Akademii, w szczególności że doszło do niemiłej wpadki. Cieszę się jednak, że Emma

Stone – całkiem zasłużenie – otrzymała swoją statuetkę. To, że Justin Hurwitz zgarnie nagrody za najlepszą muzykę oraz piosenkę, było niemalże pewne, bo we współczesnym kinie od dawna nie mieliśmy do czynienia z utworami zakrawającymi niemalże o klasykę. Damien Chazelle stał się za to najmłodszym w historii nagrodzonym reżyserem i mam wrażenie, że to nie jego ostatnia pozłacana statuetka. Wracając do głównego wątku, można stwierdzić, że La La Land poprzez epilog, który w sposób okrutny wyciska z oczu łzy, po mistrzowsku ukazuje, jak pojedyncze decyzje oddziałują na resztę życia. Ostatnie kilka minut okraszone jest przecudowną sekwencją scen (wraz z oszałamiającą muzyką), przedstawiających naszych bohaterów, którzy żyją razem tak, jakby nie podjęli pewnych decyzji. W ciągu dziesięciu minut spoglądamy na ich życie z innej perspektywy. Widzowie zastanawiają się, co by było gdyby, i właśnie to jest owym wyciskaczem łez. Wysypem przypadków decydujących o tym, czy bohater przeżyje, posłużył się Mel Gibson, który szturmem wrócił do Hollywood. Na główne statuetki nie miał raczej szans ze względu na swoje skandale prywatne (znęcanie się nad swoją partnerką życiową), jednak nie umyka mi fakt, że Przełęcz ocalonych to nie tylko historia filmowa, ale przede wszystkim prawdziwe życie żołnierza, który dopiero niedawno odszedł z tego świata. W imię swoich przekonań Desmond Doss podczas II Wojny Światowej oznajmia, że nigdy nie sięgnie po broń. Nie chce jednak siedzieć bezczynnie i pragnie ratować ludzkie życie. Na polu bitwy nie jest mu łatwo, w szczególności że nie ma poparcia wśród reszty żołnierzy. Opatrzność Boża, w którą wierzy, bądź też starożytne fatum, jakby nazwał to ktoś inny, pomaga mu przezwyciężyć pewne rzeczy. Oczywiście z Przełęczy ocalonych patos bije na kilometr, dlatego gdyby nie była to prawdziwa historia, z pewnością nie uwierzyłabym w nią reżyserowi. Nie unikniemy przeznaczenia Obojętnie, czy artykuł ten pisałabym w zeszłym roku, dziesięć lat temu, czy zaplanowałabym napisać go za pięć lat, w każdym nowo powstałym filmie znalazłabym przeznaczenie, któremu bohater z góry jest podporządkowany. W naszym życiu o wielu sprawach decydujemy sami. Czasem jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nawet najmniejsze decyzje zmieniają nasze lub czyjeś życie. Nie warto z tym walczyć, bo niewiele na to poradzimy. Nawet artykuł, który właśnie kończysz czytać, zasiał w kilku osobach ziarnko niepewności.

tekst: Justyna Kalinowska – justyna_kalinowska@onet.eu – www.filmystic.pl | zdjęcia: kadr z filmu Przełęcz ocalonych oraz kadr z filmu La La Land str. 12


tekst: Damian Misz – damian.misz@o2.pl str. 13


Tostery na bluetooth i płaska Ziemia Jesteśmy świadkami szybkiego i wciąż przyspieszającego rozwoju nauki, a co za tym idzie – także technologii. Niemal każdego dnia słyszy się o nowych odkryciach, nowinkach technologicznych. Budzi to z jednej strony dumę, rysuje przed człowiekiem perspektywę świetlanej przyszłości – technologia ma przecież ułatwiać życie – lecz z drugiej wywołuje niepokój, bo – zgodnie z podstawami fizyki – kiedy mocno się rozpędzimy, trudno potem wyhamować, i dlatego bardzo łatwo ręka ludzkości może wjechać prosto i nieodwracalnie w nocnik. O rodzących się w mojej głowie pytaniach dotyczących nauki i jej rozwoju postanowiłem porozmawiać z doktorem Tomaszem Rożkiem – fizykiem z wykształcenia i dziennikarzem naukowym z zawodu, znanym Wam pewnie przede wszystkim z prowadzenia programu telewizyjnego Sonda 2 oraz popularnej strony internetowej i kanału w serwisie YouTube, mianowanych w dość wymowny sposób: Nauka – to lubię!. JP: Technologia rozwija się od samego początku ludzkości. Czy nie wydaje się to panu niepokojące, że następuje to już w pewnym sensie poza naszą kontrolą? TR: Przede wszystkim technologia jest dla nas – to my ją przecież rozwijamy, bo czujemy taką potrzebę. Napisałem kiedyś w jednej ze swoich książek, że kiedy zbudujemy sobie szybki pociąg, w którym nam się wygodnie siedzi, to łatwo przy tak dużej prędkości przeoczyć, co dzieje się za oknem. Generalnie sam pociąg nie jest zły, bo przecież tak go sobie zbudowaliśmy, żeby był szybki, ale oczywiście rodzi to pewne

niebezpieczeństwa i ważne jest, żebyśmy zdawali sobie sprawę z ich istnienia. Nauka, odnoszę takie wrażenie, ma chyba tendencję do otwierania drzwi bez zastanowienia się, co może kryć się za nimi. Zdaje się, że trafiamy przez to czasem na kwestie dla naszej etyki niejasne. Tak, choć na tym polega przecież rozwój – na wchodzeniu do kolejnych pokojów i zastanawianiu się, czy szukać następnych drzwi. Czasem te drzwi mogą być pięknie zdobione, lecz gdy przez nie przejdziemy, trafiamy do ponurej i ciemnej dziupli pełnej pajęczyn. A innym razem, jeśli poszukamy, to natrafimy na jakieś ukryte za obrazem tajne przejście do pełnej przepychu sali balowej. Pełnej przepychu i, oczywiście, następnych drzwi. Czasem popełnimy jakiś błąd, w historii nauki jest ich wiele, ale jeśli chcemy się rozwijać, to te błędy będą się pojawiać. Ważne jednak, by wyciągać z nich odpowiednie wnioski. Czy jednak ingerencja technologii w nasze życie nie jest zbyt duża? Tostery na bluetooth, ciągłe śledzenie naszych poczynań – wydaje się, że maszyny pozbawiają nas prywatności… To my sami się jej pozbawiamy. To właśnie ten pociąg, o którym mówiłem – cieszymy się, że mamy najnowszy telefon. Jeśli komuś przeszkadza, że jego komórka wie o nim za dużo, może ją wyrzucić i zaopatrzyć się w starszy model, tak samo jak możesz sobie kupić płytę winylową, jeśli wkurzają cię CD. Tylko jednak więcej ludzi woli właśnie drugą opcję, bo ma ona swoje plusy i wychodzi na to, że jest ich więcej niż w przypadku winyli. Pamiętajmy, że technologia jest narzędziem i to, co człowiek z nią zrobi, zależy jedynie od niego samego.

tekst: Jakub Paluszek – jakub.paluszek@gmail.com | zdjęcia: materiały promocyjne Sonda2/TVP2 str. 14


Świadomie udostępniamy w sieci tyle informacji o  sobie i świadomie kupujemy najnowsze gadżety; tworzymy popyt, bez którego nie byłoby podaży. No tak, mamy przecież internet – miejsce, które jest właściwie skarbnicą wiedzy, ale też i swego rodzaju „wysypiskiem” informacji. Odnoszę wrażenie, że część ludzi odbija się nieco od nauki, z jednej strony pragnie zdobyć jak największą wiedzę, ale z drugiej – kompletnie jej nie weryfikuje. To może być wina przestarzałego systemu edukacji, który powstał jeszcze w  czasach, kiedy to nauczyciel był jedynym źródłem wiedzy. Dziś zmienia się to w taki sposób, że dziecko, które w drodze do szkoły przegląda na komórce internet, pochłania większą ilość informacji niż później tego dnia w szkole. Nauczyciel stracił monopol na przekazywanie wiedzy. I problemem jest to, że szkoła się z tym faktem nie liczy, nie idzie z duchem czasu i nie próbuje nauczyć czegoś takiego jak krytyczne myślenie albo samodzielna weryfikacja informacji. I chyba stąd teraz na przykład to zamieszanie ze szczepionkami. Dzieje się tragedia, dziecko umiera, więc rodzic – to naturalne – racjonalizuje, szuka winnego. A wtedy winne stają się firmy farmaceutyczne i szczepionki. I kiedy przeczytasz gdzieś, że szczepionki zabijają ludzi, a jednocześnie słyszałeś, że dzieci sąsiadki „zachorowały” na autyzm właśnie przez szczepionki, to najczęściej nie czujesz potrzeby wniknięcia w problematykę, tylko masz już wyrobioną opinię. Nie tworzysz analogii, nie zadajesz sobie pytań, które mogłyby ujawnić absurd twoich przekonań. A na tym właśnie polega nauka, że nie opiera swoich założeń i wniosków na jednym przykładzie, nawet jeśli jest on prawdziwy, a na długotrwałym i sumiennym zbieraniu i weryfikowaniu wielu dowodów. A takie spojrzenie pomaga zauważyć, że nowoczesna medycyna (włącznie ze szczepionkami właśnie) ratuje niezliczoną ilość istnień ludzkich. Umiejętność krytycznego myślenia jest niezbędna do normalnego funkcjonowania w dzisiejszym świecie.

tak wieloma dowodami i robić to jednocześnie za pomocą argumentów przeczących nauce. A skąd, pana zdaniem, ten niepokój, lęk przed technologią? Mówię tu na przykład o elektrowniach atomowych. Wynika to z niewiedzy? Technologia wkracza po prostu w miejsca, w których wcześniej jej nie było, i to z tego powodu czujemy pewien dyskomfort. Z jednej strony pracujemy nad sztuczną inteligencją, która ma symulować działanie naszego mózgu, ale z drugiej – nie wiemy przecież do końca, jak działa nasz mózg, prawda? Nie wiemy, gdzie nas to zaprowadzi. Wszystko, co robimy, pozwala nam dowiedzieć się czegoś o nas samych. Sztuczna inteligencja, zaprogramowana, aby przetrwać w  warunkach jakiejś rywalizacyjnej gry, staje się bardziej agresywna niż człowiek. Dlaczego? Tego nie wiemy. Gdybyśmy mieli całkowitą wiedzę na temat naszych mózgów, tego, w jaki sposób są skonstruowane, zastępowanie go odpowiednią technologią nie budziłoby raczej takiego niepokoju, tak jak nie martwi nas zakładanie coraz bardziej zaawansowanych technologicznie protez. Nie boi się pan, że pewnego dnia ludzkość zrobi o jeden krok za daleko? Obudzi się z ręką w nocniku? Ależ już wielokrotnie budziliśmy się z ręką w nocniku, tylko zawsze można było jeszcze ją wyjąć! Jestem optymistą, jeśli chodzi o sam rozwój. Owszem, sądzę, że należy uważać na wiele rzeczy, w pewnych momentach dobrze jest się wstrzymać, ale to normalne – tak jak w sytuacji, kiedy rodzic idzie za dzieckiem i woła: Nie biegnij tak, bo się przewrócisz. Oczywiście, że to dziecko się przewróci, ale to nieodłączny element nauki. Jeśli ono by tych rodziców posłuchało, to nigdy nie stanie samodzielnie na nogi, nigdy nie wyjdzie w świat, aby go poznawać i odkrywać.

Podważamy przecież pewne informacje, choć wydaje mi się, że chyba nie o to chodzi. Mówię tu choćby o tak zwanym kulcie płaskiej Ziemi. Trochę to smutne, prawda? Powiem tak: jeszcze dwa lata temu nie wierzyłem, że ktoś może dziś podważać coś tak fundamentalnego, popartego

str. 15


Intel Extreme Masters okiem e-sportowego dyletanta Zacznę tak czerstwo, jak tylko ja potrafię. Co roku katowicki Spodek przypomina, że jego konstrukcja jest nieprzypadkowa i budynek odlatuje w kosmos. Terranie toczą heroiczną batalię z Protosami, a zmagania armii obserwuje widownia tak liczna, że nawet właściciel najszerzej rozstawionych oczu nie byłby w stanie ogarnąć jej wzrokiem. W drodze na Intel Extreme Masters zadawałem sobie jedno zasadnicze pytanie: czy ktoś, kto lubi gry, ale niespecjalnie interesuje się ich sportowym kontekstem, odnajdzie na tej imprezie coś dla siebie? Przecież gry wideo są niesamowicie różnorodną dziedziną, co zresztą opisywałem w artykule Nie ma kogoś takiego jak gracz („Suplement” – maj/czerwiec 2016). Wydarzenie sygnowane jako impreza dla graczy jest rozrywką uniwersalną czy może hermetyczną i przeznaczoną dla niszowego odbiorcy? Nazywanie odbiorcy niszowym brzmi dziwnie, skoro IEM przyciąga miliony odwiedzających. Kiedy w 2013 roku Katowice stały się przystankiem w międzynarodowych zawodach e-sportowych, frekwencja i zaangażowanie widzów przerosły oczekiwania realizatorów. W rezultacie rok później ścisły finał mistrzostw rozegrał się w Katowicach i impreza pęczniała do tego stopnia, że w tym roku organizatorzy rozplanowali ją na aż dwa weekendy. Jeżeli ten zabieg miał odciążyć imprezę z nagromadzenia widzów, nawet nie próbuję sobie wyobrazić przedzierania się przez tłumy w edycjach poprzednich. Podczas pierwszego

weekendu poruszanie się po korytarzu okalającym salę widowiskową w Spodku było dla mnie wyzwaniem samym w sobie. Niewiele zmieniło też to, że w drugim tygodniu tereny imprezy urosły o Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Ludzie stali w długiej jak świat, słynnej już kolejce albo płacili niemałe pieniądze za karnety. Wszystko po to, żeby zobaczyć na własne oczy, jak profesjonaliści współzawodniczą w Counter Strike: Global Offensive, Starcrafcie 2 czy League of Legends. Bilety kupiłem, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość – powiedział mi Andrzej. Jako jedyny nie miał na głowie czapeczki Teemo, jednego z miliarda bohaterów LoL-a. Dosiadłem się do niego w nadziei, że wprowadzi mnie w klimat popularnej gry i pozwoli mi ekscytować się (chociaż trochę) nadchodzącymi meczami ­– Przyjechałem na IEM drugi raz, ale tylko na pierwszy weekend, bo LoL to jedyna gra, która mnie interesuje. Gram w nią od czterech lat. – Wymienił swoje ulubione postacie i opowiedział mi, które są obecnie najbardziej rozchwytywane, ale nawet nie będę próbował ich za nim powtórzyć. Nie chciałbym zrobić sobie fanów LoL-a za wrogów. To są zawzięci ludzie, biorąc pod uwagę to, jak energicznie dopingowali swoim ulubionym drużynom. Na meczu byłem konformistą. Naśladowałem reakcje publiczności, żeby nie wyjść na bałwana. Moje oczy były puste jak u śniętej ryby, kiedy śmiałem się z żartów, których nie rozumiałem. ­­­­­– Ty ogarniasz, co się dzieje? – pytam Andrzeja, a ten z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie za bardzo. ­­­­­– Kiedy pojawia się za dużo postaci naraz, robi się kopanina, za

tekst: Dominik Łowicki – domilowi@gmail.com – www.tudominik.pl | zdjęcia: Radosław Rzepka str. 16


którą trudno nadążyć. ­– Przez całą resztę rozgrywki, kiedy owego chaosu nie było, panowała względna stagnacja. To są jego słowa, wieloletniego fana, który wydał małą fortunę na dwudniowe oglądanie kolejnych meczów League of Legends. A co mogłem czuć ja? Wówczas zdecydowanie odradziłbym wizytę na IEM wszystkim niezainteresowanym e-sportem. W trakcie drugiego weekendu nie musiałem się pozytywnie nastrajać i usprawiedliwiać znużenia pokrzepiającą myślą, że oto przeżyłem coś nowego. Autentycznie bawiłem się świetnie! Nie dość, że mecze CS: Global Offensive wydały mi się o wiele bardziej zrozumiałe do śledzenia i na tyle efektowne, że nie czułem się jak podczas oglądania curlingu przeplecionego pokazem fajerwerków, to jeszcze czekało mnie kilka innych atrakcji. Przede wszystkim, mistrzostwom towarzyszyło Expo w  Międzynarodowym Centrum Kongresowym. Światowi producenci prezentowali swoje akcesoria, a na niektórych stanowiskach można było sobie pograć. Granie w targowych warunkach jest specyficzne. Trudno o wirtualny eskapizm w momencie, kiedy zewsząd atakują cię hałasy w każdej możliwej tonacji, wszystkie kolory tego

świata i zniecierpliwieni ludzie. Na szczęście problem znika w obliczu gier korzystających z gogli VR. Pomimo że technologia wirtualnej rzeczywistości powszednieje, wciąż otacza ją aura niedostępności. Ludzie w goglach zdecydowanie zdominowali stoiska. Wkrótce i ja miałem okazję je wypróbować. Nadzwyczaj cierpliwa pani z obsługi zainstalowała na mojej głowie futurystyczny hełm, który przeniósł mnie do miejsca akcji gry The Unspoken. Rzucałem we wrogów własnoręcznie upichconymi kulami ognia i broniłem się tarczą energetyczną, bawiąc się przy tym fantastycznie. Poza tym miałem okazję przybić piątkę z branżowymi dziennikarzami, których podziwiam od lat, oraz gwiazdami YouTube`a czy poudawać, że wcale nie wgapiam się w dekolty cosplayerek. Słowem, jako ktoś niezainteresowany e-sportem spędziłem świetny czas. Stąd też mogę zaryzykować stwierdzenie, że każdy, bez względu na to, jakim jest graczem, na jednym z największych e-sportowych wydarzeń na świecie znajdzie coś dla siebie.

str. 17


Koniec z tym listkiem figowym! Dwie panie spotykają się na plaży. Jedna z nich ma na sobie kostium kąpielowy zaprojektowany przez Anete Kellerman, czyli jednoczęściowy strój pozbawiony ozdób, mający rękawki, okrągły dekolt i nogawki sięgające połowy uda. Kobieta wchodzi w nim do morza. Wiatr podwiewa jej płaszcz. Nieopodal stoi strażnik w mundurze. Inna amatorka kąpieli zauważa, że tamta pani jest przyjezdna. Mówi: Och, proszę mi wybaczyć. Pani prawdopodobnie tego nie wie, bo dopiero pani tu przyjechała, ale wedle przepisów panujących w tym głupim miejscu nie może pani chodzić po plaży bez stroju, który nie zakrywałby panią od stóp do głów. Zatem jak wyglądał rozwój mody kąpielowej? W roku 1676 Maria de Rabutin, markiza de Sévigné pojechała do Vichy leczyć się na reumatyzm. Pisała do córki: Znajdujesz się całkiem nago w małym podziemnym pomieszczeniu, dokąd dochodzi rura z tą gorącą wodą, którą kobieta polewa Cię wszędzie. Stan ten, w którym listek figowy starcza za całe odzienie, dość jest upokarzający. Zabrałam swoje dwie pokojowe, żeby mieć chociaż kogoś przy sobie. Zażyj bath w Bath W Bath, bardzo popularnym miejscu dla zwolenników kąpieli, w latach siedemdziesiątych XVII wieku wprowadzono „stroje kąpielowe”. Celia Fiennes w 1687 roku pisała: Damy udają się do kąpieli w stroju uszytym z porządnego, żółtego płótna, który jest sztywny i z wielkimi, pogrubiającymi rękawami (…); po zetknięciu się z wodą strój ten tak nią puchnie, że w ogóle nie widać pod nim zarysu sylwetki, ubiór ten nie zwisa jak inne lniane stroje,

w których przychodzą do kąpieli biedniejsze damy. Panowie noszą kalesony i kamizelki uszyte z tego samego materiału co stroje pań. Poproszę maszynę kąpielową. Raz, raz! Co jak co, ale morskie kąpiele są niezawodne. Opisywała je między innymi Jane Austen. Brytyjskie plaże podzielono na część damską i męską. Ponieważ dla wielu dam pluskanie w morzu było nie lada wyzwaniem, amatorki kąpieli mogły liczyć na pomoc tak zwanych dipperów, czyli „zanurzaczy”, którzy towarzyszyli im i czuwali nad ich bezpieczeństwem w wodzie. Wynaleziono również maszyny kąpielowe, czyli budki na kołach zaprzężonych w konie powożone przez woźnicę. Klientki pragnące zażyć takiej kąpieli wchodziły do domku, a następnie, znajdując się już w morzu, schodziły schodkami (oczywiście z pomocnicą) i rozpoczynały swoje wodne pląsy. Jeśli jakaś czuła się w dalszym ciągu zawstydzona, mogła poprosić o opuszczenie daszku. Gdy taka dama opuszczała maszynę już na plaży, miała na sobie z powrotem przyzwoity strój. Przecież kąpie się w łazience Jeśli jakaś XIX-wieczna amatorka kąpieli zapragnęła „popływać”, to mogła to także uczynić w kabinie kąpielowej, zwanej łazienką. Wchodziła wtedy po kładce do drewnianej budki, umieszczonej na palach, przez którą przepływała woda. Na ławce zostawiała ubranie i już mogła wskakiwać do wody. Należało tylko uważać, aby nie podskoczyć za wysoko, bo o pływaniu w ogóle nie było mowy. Oczywiście panowie nieakceptujący kąpieli w „kostiumach” mogli wynajmować łaźnie i bez skrępowania wskakiwać do wody w stroju Adama.

tekst: Monika Szafrańska – m.monikaszafranska@gmail.com – www.bibliotekamysliblog.wordpress.com str. 18


Panie były z tego faktu niezmiernie zadowolone. Właściciele wypożyczalni lornetek również. Stroje szyto z flaneli i innych wełnianych materiałów. W końcu trzeba się ciepło ubrać, żeby móc pływać w zimnym morzu. Och nie. Niestety, mokre warstwy strojów ukazywały wszystko, co znajdowało się pod nimi. „Modernizacja” Lata sześćdziesiąte XIX wieku – przyszedł czas na panów. Mieli oni nawet wybór. Otóż mogli zdecydować się na jednoczęściowy kostium, który składał się z obcisłych nogawek za kolano i krótkiego rękawka. Drugą możliwością była obcisła koszulka i spodnie (również sięgające do kolan). W latach siedemdziesiątych XIX wieku nadeszła pora na odważne stroje kąpielowe. W „Peterson’s Magazine” opublikowano propozycje dla pań – z krótkimi rękawkami i bocznymi draperiami zamiast pełnej spódnicy. Nogawki spodni sięgały tylko do kolan. Oczywiście można było nosić też sukienkę z długimi rękawami i luźne spodnie, ale to dawna moda. Poza nimi weszły również dwuczęściowe stroje składające się ze spodni i tuniki do połowy uda. Podwijający się materiał można było na czas pływania obciążyć płytkami ołowiu. Pływasz bez pończoch? Odważna jesteś… Kiedy panowie porzucili listki figowe, nadszedł czas na paski, które zeszły ze statków na stały ląd. Zdobiły one nadmorskie kreacje. Higieniści jednak mieli pewne opory przed ciemnymi kolorami. Biel i tylko biel. Biel to czystość. Biel to zdrowie. A co jeśli po wyjściu z wody biały kostium staje się przezroczysty? Wtedy wchodzą paski, a razem z nimi słomiane kapelusze. W 1880 roku jednoczęściowy kostium kąpielowy zaczął odnosić zwycięstwo. Miał wtedy spodenki za kolanko i krótki rękawek. Do czasów I wojny światowej stroje kąpielowe noszono razem z pończochami. Jak podsumowała to Agatha

Christie: Podczas pływania, po kilku energicznych odbiciach, pończochy zjeżdżały z palców, a gdy wychodziłam z wody, zsuwały się już zupełnie albo pętały mi nogi w kostkach. Krótko mówiąc, masz pończochy – paraduj tylko po plaży. Mabel, pokazujesz niezły kawałek kostki! Wspomnę tylko, że jeszcze w początkach XX wieku panie pływały w gorsetach. Strażnicy moralności nie mogli spokojnie spać, gdyż odważne kobiece kostiumy upodobniły się do tych męskich. Ponadto były podobne do bielizny! Jest rok 1911. Pewna kobieta poprawia rzemyki pantofli plażowych, okręcając je dookoła łydki. Spod spódniczki wystają jej krótkie spodenki. Sięgają tylko do połowy uda. Koleżanka szybko reaguje i mówi: Uważaj, Mabel, Dick Rawdon nadchodzi. Pierwsza z nich pyta: A czegóż miałabym się obawiać? Na to towarzyszka: W sumie niczego, ja ci tylko zwracam uwagę, że pokazujesz niezły kawałek kostki. Wiesz co, Gladys, te stroje kąpielowe, które wy, dziewczęta teraz nosicie, są doprawdy bezwstydne. Spójrz na mnie. Czy ja pokazuję swoją figurę? Mężczyźni mogli odetchnąć. Najpierw kąpali się w stroju prosto z Raju, potem, kiedy nie było już innego wyjścia, założyli proste stroje kąpielowe, po czym w dalszym ciągu spokojnie odpoczywali w wodzie. W latach trzydziestych pojawiły się kąpielówki! Spodenki te miały kształt dwóch połączonych ze sobą trójkątów. Natomiast damska moda kąpielowa przechodziła liczne zmiany. Od zakrywania się od stóp do głów, poprzez spodnie, tuniki i spódnice razem, aż do małej rewolucji Anete Kellerman. A to tylko mały wycinek całej historii… Źródło: A. Bialic: Syreny w trykotach. Historia dawnej mody kąpielowej w Polsce i nie tylko.

str. 19


Głos Mogłaby być wokalistką, ale muzyczne wojaże to dla niej pasja, a nie praca. Zarządzanie architekturą wydarzeń – tak widzi swoją przyszłość. W grudniu zeszłego roku objęła funkcję Przewodniczącej Samorządu Studenckiego. Z Katarzyną Topolską o przeszłości i przyszłości rozmawia Dominika Gnacek. DG: Czym jest dla ciebie samorząd studencki? KT: To przede wszystkim ludzie oraz relacje między nimi. Mamy Uczelnianą Radę Samorządu i poszczególne wydziałowe rady, ale należy pamiętać, że samorząd studencki tworzy ogół studentów na Uniwersytecie. Z samorządem jesteś związana od początku studiów – najpierw na wydziale, później na szczeblu uczelnianym, gdy pełniłaś rolę Przewodniczącej Komisji ds. Organizacji Studenckich, a następnie wiceprzewodniczącej. W jaki sposób te konkretne doświadczenia przełożą się na twoją pracę teraz? Gdy byłam Przewodniczącą ds. Organizacji Studenckich, zajmowałam się podziałem środków dla kół naukowych, a więc miałam do czynienia z finansami. Praca przewodniczącej polega między innymi na zarządzaniu budżetem i przyznawaniu tych pieniędzy na poszczególne wydarzenia. Wydaje mi się, że jest to jedna z podstawowych umiejętności, jakie nabyłam. Czego jeszcze nauczyłaś się przez te wszystkie lata współpracy z samorządem? Na pewno zarządzania zespołem, własnym czasem, działania pod presją czasu; nabyłam kompetencje miękkie, takie jak na przykład większa pewność siebie. Moja funkcja wiąże się z tym, że muszę rozmawiać z osobami, które są w hierarchii o wiele wyżej ode mnie. Nie mogę się bać, tylko muszę iść do przodu, bronić interesu studentów i dbać o ich dobro.

Pewność siebie to nieoceniony zasób w kontaktach, ale tobie chyba jej nie brakuje. Dowiedziałam się, że jesteś wokalistką, a przecież scena buduje pewność, swobodę ekspresji, prawda? Tak, ale łatwiej jest mi wyjść i zaśpiewać przed wszystkimi, niż przemawiać publicznie. Nie potrafię tego tak połączyć, by przekładać tę pewność siebie ze śpiewu i występowania na scenie na stuprocentową pewność siebie podczas przemówień. Czy planujesz przenieść swoją pasję na grunt pracy samorządu? Poszerzyć obszar muzycznych aktywności studenckich: koncerty, karaoke, warsztaty? Nie ukrywam, że jeśli udałoby nam się zorganizować więcej takich wydarzeń, to byłabym bardzo usatysfakcjonowana. Przewodnicząca Komisji Kultury, Olga Popławska, również jest wokalistką, więc można powiedzieć, że obie do tego dążymy. Który z dotychczasowych projektów, jakie współtworzyłaś – czy to Laur Studencki, Juwenalia, czy Bal Studenta i tak dalej – jest twoim ulubionym? Wydaje mi się, że Festiwal Nauki. W zeszłym roku byłam jego koordynatorem, organizowałam całe wydarzenie od A do Z i bardzo dużo się dzięki temu nauczyłam. Jest to chyba

tekst: Dominika Gnacek – dominika.gnacek@o2.pl | zdjęcia: Grzegorz Adamek str. 20


najlepsza impreza, bo możemy w niej wszystko skumulować: mamy zarówno naukę, jak i rozrywkę. Po Jarmarku Wiedzy, podczas którego koła naukowe prezentowały swoje dokonania, mieliśmy open stage, na której mogli zaprezentować się artyści. A na co planujesz postawić w swojej kadencji: na aktywności związane z nauką czy z rozrywką? Nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno chciałabym organizować wydarzenia popularnonaukowe. Ale mamy też wydarzenia kulturalne, które niekoniecznie są samą rozrywką. Ostatni Bal Studenta jest tego przykładem. Nie zawsze podczas studiów mamy okazję, by wystroić się w piękne suknie i bawić się we własnym gronie w tak elegancki sposób. W  Samorządzie pamięć instytucjonalna jest jednym z  filarów jego dobrej działalności – napisał Mateusz Witek, twój poprzednik, w pożegnalnych podziękowaniach na Facebooku. W jaki sposób chciałabyś zrealizować tę ideę, mówiącą o czerpaniu z doświadczeń i wiedzy osób, które pełniły funkcję przewodniczącego w poprzednich latach? Wydaje mi się, że największą bolączką Samorządu Studenckiego jest to, że niestety nasza działalność opiera się na kadencjach. Studenci przychodzą, kończą studia, odchodzą – cały czas mamy rotację. Przez to nie do końca później pamiętamy, co nasi poprzednicy robili, jakie błędy popełniali bądź też co przy organizacji danego wydarzenia było przydatne. Chcę nad tym popracować, po prostu utworzyć taką bazę pomocnych danych dla naszych następców: foldery, w których będą zawarte wszystkie informacje dotyczące organizacji danego wydarzenia od A do Z, począwszy od kosztorysu aż po firmy, z którymi warto współpracować, i te, których lepiej unikać – tak aby moim następcom było później łatwiej.

Czy są już sprecyzowane plany na rok akademicki 2017/2018? Tak. Następny rok akademicki to obchody pięćdziesięciolecia Uniwersytetu Śląskiego, więc wydarzenia, które będziemy organizować z ramienia Samorządu Studenckiego, na pewno będą miały rozbudowaną formę i jubileuszowy charakter. Pojawią się wszystkie imprezy, jakie do tej pory organizowaliśmy: zaczniemy od Dni Adaptacyjnych, na które serdecznie zapraszamy wszystkich nowych studentów. Następnie Studenckie Otrzęsiny Śląska. Potem będzie trochę mniejszych wydarzeń związanych z Nowym Rokiem, ze Świętami Bożego Narodzenia, z przerwą międzysemestralną – mowa tutaj o wydarzeniach klubowych. Następny rok kalendarzowy to na pewno Bal Studenta, Laur Studencki, Faza Festiwal, Juwenalia... Czyli zapowiada się dużo zabawy. Bardzo dużo. Niestety. Niestety?! Bądź stety. (śmiech) Zależy, w którym momencie o to zapytasz, prawda? Wygłupiam się, oczywiście. W jaki sposób chciałabyś zapisać się w historii Uczelnianej Rady Samorządu Studenckiego UŚ? Na pewno pozytywnie. (śmiech) Wiadomo, pewnie niejednokrotnie poniosę porażkę, nie uda mi się zrealizować czegoś w stu procentach tak, jak będę chciała. Ale chciałabym po skończeniu kadencji, za półtora roku czy dwa lata, mieć takie poczucie, że spełniłam swoje założenia. Że zrealizowałam plany, że wydarzenia były odbierane pozytywnie, że żaden student na tym nie ucierpiał. Chciałabym mieć takie wewnętrzne poczucie, że wyszło mi dobrze.

Mateusz Witek został niedawno wybrany na przedstawiciela studentów w Prezydium Rady Głównej Nauki i  Szkolnictwa Wyższego. Z  kolei mgr Karol Sikora, który pełni rolę przewodniczącego Uczelnianej Rady Samorządu Doktorantów, został powołany na stanowisko wiceprzewodniczącego Doktoranckiego Forum Uniwersytetów Polskich. Ty od marca jesteś sekretarzem Forum Uniwersytetów Polskich. Czy patrząc na drogę, jaką wszyscy pokonaliście, by osiągnąć obecne pozycje, masz poczucie, że musisz cały czas podnosić sobie poprzeczkę? Nie, nie mam wybujałej ambicji ani parcia na szkło. To jest chyba taki mój sukces, że nie szukam stanowiska dla stanowiska, tylko chciałabym coś zrobić. Jaka jest twoja wizja przewodniczącego? Jaki powinien być? Wiąże się to z otwartością, z kreatywnością, z dostrzeganiem potencjału w ludziach, ponieważ ja też nie jestem osobą, która wie wszystko, prawda? Nie jestem alfą i omegą, ale od tego mam swój zarząd, który specjalizuje się w danych dziedzinach, żeby oni odpowiadali za pewne rzeczy i żebym ja dawała im przestrzeń do spełniania się. Myślę, że przewodniczący to osoba otwarta na innych, uśmiechnięta. (uśmiecha się) I taka będziesz? Tak, taka będę.

str. str.21 33


Wyjdę z siebie i stanę obok Do Katowic zagościła znana na całym świecie wystawa Body Worlds. Pomysłodawcą i twórcą ekspozycji jest Gunther von Hagens. Miałem okazję ją zwiedzić, by następnie podzielić się z Wami wrażeniami. Uspokoję, że nie będzie to artykuł medyczny. A czy było warto – określicie sami po przeczytaniu. Jak Wasze postanowienia noworoczne? Jak zdrowie i samopoczucie? Oby dobrze, bo okazuje się, że wiele czynników na nie wpływa. Zapytacie pewnie, co dokładnie i jaki to ma związek z wystawą – już spieszę z wyjaśnieniami. Jej nazwa „Vital” odnosi się do zdrowego trybu życia i zagrożeń dla zdrowia. Ale od początku. Wrażliwi ludzie proszeni są o wytrwałość, a osoby o innych poglądach – o otwarcie umysłu. Ostrzeżenie padło, więc mogę już powiedzieć, czym jest Body Worlds. Zakazana sztuka renesansu Niesamowite, jak czasami ludzie nie pasują do swoich czasów. Albo idee w ich umyśle. Na szczęście pan von Hagens nie podzielił losu renesansowych artystów, którzy musieli wykradać okazy będące przedmiotami ich cielesnych zainteresowań. Dzisiaj ludzie sami oddają się w ręce nauki i nikt nie powinien przyczepić się do ich wolnej woli. Nawet jeśli temat śmierci nie jest dla nas najmilszy, to jednak szanujemy życzenie zmarłego. Jest lekki problem z użyciem tutaj słowa „ciało” czy „zwłoki”, bo cała wystawa traktuje swoich dobroczyńców z nabożnym szacunkiem. Dlatego wszystkie przedmioty wystawy nazywane są eksponatami, preparatami lub plastynatami – odnosi się to do metody ich pozyskiwania, czyli plastynacji. I na tym poprzestańmy, chociaż – jak już

tekst: Miłosz Koenig – koenig.milo@gmail.com | zdjęcia: Martyna Gwóźdź str. 22

wcześniej zaznaczyłem w fotorelacji (dostępnej na stronie internetowej „Suplementu”) – dla mnie to bohaterowie. Jak każdy, kto oddaje część siebie w imię czegoś wyższego, co może przynieść innym korzyść. Dygresja poszła za daleko, zatem wróćmy. Tak, wystawa zawiera prawdziwe, ludzkie preparaty. Osoby przed śmiercią zgłaszają się do programu, po zgonie dawcę transportuje się do ośrodka w Guben, tam przeprowadza się skomplikowaną operację (opatentowaną przez Pana Gunthera) mającą na celu przygotowanie eksponatu na wystawę. W skrócie: proces polega na usunięciu wody i tłuszczu z ciała i zastąpieniu ich polimerami. Niesamowita lekcja anatomii Preparaty są później ustawiane w gablotach. Można podzielić je na dwie kategorie: pełne (makro) i pojedyncze (mikro). Chodzi o to, że wystawione są jako humanoidalna „rzeźba” lub jako poszczególna część organizmu. Zdradzać dużo nie będę, jednak już sam początek był mocny. Pomijając tabliczki z informacjami – do których zachęcam zerknąć – od razu ukazuje nam się prawdziwy ludzki szkielet. I pierwsze moje pytanie: czemu mamy popękaną czaszkę? To nierównomierne spękanie nie jest przypadkowe. Odpowiedź przychodzi przy kolejnej gablocie, gdzie leży dziecięca czaszka. Okazuje się, że potrzebujemy tych pęknięć – wcześniej były one chrząstką przy porodzie. Chrząstki nachodzą na siebie, kiedy wychodzi główka. Może przespałem to na biologii, ale nie przypominam sobie tego z lekcji. Takich pytań i szybkich odpowiedzi było


więcej. Kiedy biologicznie można określić, czy zarodek jest już płodem? Czy czarne plamy na płucach zostają do końca życia? Gdzie wytwarzana jest krew? Dlaczego mi słabo, kiedy długo ćwiczę? Czemu ten przekrój ciała (tak, były tam też eksponaty prezentujące przekrój przez środek ciała lub jego konkretnych części) jest większy? Było sobie życie Nazwa mojej fotorelacji nie wzięła się znikąd. Przebywałem na wystawie dobre trzy i pół godziny. I przez ten cały czas czułem się jak w serii bajek o powyższym tytule. Cała trasa była podzielona na etapy, które odpowiadały różnym „warstwom”. Zaczęło się od kości, przeszło przez mięśnie i ścięgna. Następny w kolejce był układ nerwowy, obok niego układy oddechowy i krwionośny. Na rozwidleniu można było wybrać układ pokarmowy lub na chwilę zboczyć i trafić do pomieszczenia z rozwojem zarodka. Kilka kroków dalej i mamy wspomniany układ pokarmowy. Na końcu oczywiście wydalniczy i rozrodczy. Każda gablota, każda tabliczka z tekstem, każdy cytat wprawiał w zdumienie. Mało tego, każda z obecnych osób pilnujących wystawy była studentem medycyny. Odpowiadali chętnie na pytania, czasami nawet zagadywali sami, widząc, że omawiamy jakąś kwestię między sobą. Jak w animacji, tak i tutaj pokazano cud życia. Nie mówię tylko o cudzie poczęcia i narodzin. Mówię ogólnie o nas samych. Może za dużo tu superlatywów, ale niesamowite jest to, jak wszystko istnieje w harmonii ze sobą. Koegzystując i wspierając się wzajemnie, nasz organizm i jego podzespoły działają bez namysłu. Po prostu funkcjonują, umożliwiając nam rozwój, który – muszę Was trochę zmartwić – podobno jest efektem ubocznym samolubności genów. Nie tylko życie jest cudem. Nie tylko to, że każdy element można podzielić na jeszcze mniejszy, który również ma swoją skomplikowaną budowę – ucho jest tego najlepszym przykładem, a raczej jego kostki, będące najmniejszymi kośćmi w naszym ciele. Cudem jest też – jak twierdzą organizatorzy – spacer z drugą osobą. Brzmi dziwnie?

pędzą w wyścigu szczurów. Rozmawiacie z  drugą osobą. Kontrolujecie każdy szczegół. Dosłownie. Choć nie zawsze świadomie. Dodajcie sobie do tego jakieś (w przybliżeniu) 600 mięśni, 200 kości, 100 ścięgien połączonych ze sobą. Kontrolowanych przez zmysły, zalewanych przez miejskie otoczenie, w którym jest masa informacji, świecących banerów, odgłosów. A jednak – jak często wpadacie na kogoś? To właśnie podświadomość. Wiadomo, to nie chodzenie po wodzie, ale i tak dość imponujące z logicznego punktu widzenia. Jednak tutaj nie kończy się nasza zdolność zaskakiwania. Brak słów... Więcej informacji możecie znaleźć na wystawie (potrwa ona do 14 maja). Nie będę psuć zabawy. Czy polecam? Bardzo. Otwiera oczy na różne rzeczy. Poczynając od tego, że warto zdrowo się odżywiać, dbać o formę, środowisko, nawyki i jakość życia, poprzez to, że ciało ludzkie jest fenomenem, który odbiera mowę gadule takiej jak ja, a kończąc na tym, że ludzie mogą uczyć się nawet po śmierci. Czy to wystawa dla każdego? Podczas mojej wizyty biegały tam dzieci, przychodzili ludzie różnych kultur. Każdy z nas jest podobny. Podobnie złożony z podobnych elementów – szach-mat rasiści! Jest to wystawa dla każdego, kto pyta, kto zastanawia się nie tyle nad sensem życia, co raczej nad tym, jak ono działa. Widoki są do przeżycia. Sam byłem zszokowany tylko trzema preparatami, a dwa mnie zahipnotyzowały – kto widział naczynia krwionośne ręki, ten wie, o czym mówię. Ostrzeżenie na koniec. Nie spieszcie się. Poświęćcie czas na zbadanie wszystkiego, co oferuje wystawa. Fotorelację z wystawy znajdziecie pod adresem: www.magazynsuplement.us.edu.pl/byla-wystawa-czyli-body-worlds. Więcej informacji na temat Body Worlds szukajcie na: www.katowice.bodyworlds.pl.

Ludzki potencjał – pierwiastek Boga? Trzeba zatem przybliżyć sytuację. Jesteście w zatłoczonym mieście, obraz zmienia się co chwilę, bo wszyscy

str. 23


Japonia – kraina sake i sosem sojowym płynąca Dziwaczne teleturnieje, najniższy współczynnik kradzieży i przestępstw, Pachinko, kawiarnie pełne kotów albo takie, w których obsługują Cię uroczo ubrane pokojówki. Byłeś kiedyś w tak niezwykłym kraju, jakim jest Japonia? Nie? Zapraszam więc na fantastyczną podróż do odległego kraju Toyoty, Tamagotchi i Dragon Balla. Przed przełomem ustrojowym z drugiej połowy XIX wieku, zwanym restauracją Meiji, holenderskie statki cumowały w japońskim porcie Deshima w Nagasaki, by dostarczyć tam luksusowych surowców pochodzących ze starego lądu, który uznawany był wtedy za region dobrodziejstw, lepszego życia i technologii. Nikt się wtedy nie spodziewał, że za sto, dwieście lat produkty z Japonii opanują cały glob, a sama jej gospodarka stanie się jedną z najpotężniejszych. Lata izolacji, jej skupienie się na własnej wartości, kulturze oraz czasy zaciekłych wojen domowych wyznaczyły Japończykom jeden cel – rozwój. Dziś dzięki temu otaczamy się japońskimi kosmetykami, elektroniką i jedzeniem, a od paru lat tamtejsza kultura często zauważalna jest i u nas. Napływy z Azji nie przeszkadzają Europejczykom, a wręcz przeciwnie– zaczytujemy się w książkach Murakamiego, podziwiamy dzieła Hokusaia, oglądamy filmy produkcji japońskiej… Dzieci składają origami, młodzi jeżdżą na festiwale poświęcone popkulturze

japońskiej, a starsi organizują podróże do Kraju Kwitnącej Wiśni. Japonia to kraj odległy, egzotyczny, pełen dziwacznych legend i mitów o narodzie wiecznie zapracowanym, zapatrzonym w narysowane kawaii (jap. urocze) dziewczynki z komiksów zwanych mangą. Japonia to kraj inny niż nasz, całkiem odmienny… A może jednak nie do końca? UFO w Japonii! Przez wiele długich lat był to kraj odizolowany od reszty świata. Konflikty polityczne i lokalizacja geograficzna uniemożliwiały mu jakiekolwiek kontakty ze światem zewnętrznym. Wszelkie napływy, migracje i odwiedziny cudzoziemców były źle odbierane. Bez względu na to, czy była to delegacja pokojowa z odległych krajów, czy buddyści, którzy chcieli nawrócić wyznawców rodzimej religii shint, czy też chrześcijańscy kapłani w XVI wieku, pragnący głosić na wyspach japońskich dobrą nowinę. Nieważne, jaki charakter miały odwiedziny – Japończycy nie przyjmowali turystów zbyt chętnie. I choć lata się zmieniły, to mimo wszystko nadal w podświadomości Japończyków istnieje przekonanie, że osoba „obca” jest zła i powinno się jej unikać. A skoro mówimy o obcych… W Japonii na obcokrajowca używa się określenia – brzmiącego w języku

tekst: Karolina Donosewicz – kdonosewicz@wp.eu – www.donopisze.blogspot.com str. 24


japońskim dosyć brzydko – gaijin. Spolszczony gajdzin (bo tak mniej więcej wymawia się to słowo) to po prostu „nie-Japończyk”. Gajdzinów uważa się za złodziei, nielegalnych emigrantów, handlarzy, brudasów, pijaków i co jeszcze złego sobie można wymyślić. Coś na podobieństwo Romów, którzy też padają ofiarą stereotypów jak japoński (a raczej właśnie nie-japoński) gaijin. W samym Tokio znaleźć można sporo barów, do których nie mogą wejść obcokrajowcy. Przed takimi lokalami widnieje zazwyczaj znak, że bar nie jest dla gajdzinów lub po prostu przeznaczony jest TYLKO dla Japończyków. Jesteśmy więc dla mieszkańców Japonii nikim innym jak przybyszami z odległej planety. Kraj pełen zombie Skoro pisałam już o ufoludkach, to teraz pora na zombie. A tak na poważnie… Japończycy to (uwaga, odkryłam Amerykę) bardzo nietypowy naród, z masą dziwnych uzależnień, zainteresowań i wynalazków. Jednym z tych pierwszych, które wręcz nękają biednych Japończyków, jest uzależnienie od… pracy. Tak, dobrze przeczytaliście. Na liście uzależnień mieszkańców Japonii, zaraz po alkoholu czy papierosach (a może nawet i przed nimi?), znajduje się miejsce dla pracoholizmu. Dlaczego? Oprócz faktu, że Japończycy uwielbiają popadać w skrajności, mają oni zakorzenioną od lat najmłodszych kulturę samodoskonalenia. Młody Japończyk idzie do szkoły, od samego początku edukacji uczy się, jak żyć w społeczeństwie, wpaja mu się, że ciężka praca jest dobra, a po skończeniu szkoły przykuwany jest do biurka w jednym z biur kilkusetmetrowego wieżowca. Trochę mi to wszystko przypomina rzut na taśmę produkcyjną. Są też i pozytywne strony: gdy taki Japończyk zaśnie w pracy przy biurku, to nie zostanie zganiony przez szefa. Ba! Zostanie jeszcze doceniony, bo pracując tak ciężko, padł z wycieńczenia w godzinach pracy! Szczerze im tego zazdroszczę. Ponoć sami Japończycy (o dziwo) wykorzystują ten trik i specjalnie ucinają sobie drzemkę w pracy, żeby pracodawca ich pochwalił albo nawet przyznał awans. Made in Japan Dziwactw w Japonii jest tak dużo, że nie sposób jest je wszystkie wymienić. Japończycy tworzą kolejne patenty, które mają ułatwiać życie ludziom. Spójrzmy na przykład na automaty. Czy to centrum Tokio, czy mała uliczka w średniego rozmiaru mieście, czy totalne peryferia, gdzie nie widać żywej duszy – automaty, głównie te z napojami, stoją wszędzie. Zimą znajdziemy w nich gorące napoje, latem – zimne. Zawsze w butelkach albo w puszce. Kawa, sok, zielona herbata (tę gorąco polecam) – czego dusza zapragnie. Jednak fenomenem większym niż te dla spragnionych są automaty na przykład ze zużytą dziewczęcą bielizną. Nie mam pojęcia, kto z nich korzysta, ale na pewno ma dziwne zainteresowania.

Fortuna kołem się toczy Japończycy uwielbiają hazard. I to właśnie popularność Pachinko jest tego idealnym dowodem. Gra ta wygląda trochę jak połączenie bilarda i pinballa zamknięte w pionowym automacie. Podobno przy Pachinko pracuje trzykrotnie więcej osób niż przy produkcji stali. Nawet japoński przemysł motoryzacyjny wymięka przy obrotach salonów Pachinko. Gra przez lata przechodziła wiele modyfikacji. Nie jest nazbyt męcząca i bardzo wciąga. Sami gracze całymi dniami potrafią siedzieć w zadymionych papierosami pomieszczeniach salonu, męcząc swoje uszy hałasem wydobywającym się z automatów. Zastanawiacie się pewnie, w jaki sposób tak wielki interes przetrwał w Japonii, skoro hazard jest tam nielegalny. Otóż początkowo za wygraną grę można zdobyć kulki, które później da się wymienić na nagrody rzeczowe. Obok każdego lokalu znajdują się swego rodzaju sklepiki, gdzie te nagrody z kolei wymienić możemy na gotówkę. Wszystko funkcjonuje legalnie i nikogo nie razi. Tak jak to przystało na Japonię. Japońskie „szafiarki” Wiemy dobrze, jak wygląda moda w Europie. Wielkie koncerny wyznaczają ścieżki, którymi zwykli konsumenci podążają na oślep. W Japonii oprócz typowych europejskich trendów zdarzają się też takie, które zdumiewają nie tylko obcokrajowców, ale nawet samych Japończyków. Przemierzając najpopularniejsze dzielnice Tokio, możemy natknąć się na osoby, które zaskakują swoim wyglądem i strojem. Mam tutaj na myśli przedstawicieli różnych subkultur, których tak wiele istnieje w Japonii. Głównym celem tych osób jest odbieganie od schematycznego wyglądu młodego Japończyka. Ci, którzy kreują się w stylu Ganguro, charakteryzują się ciemną karnacją, ostrym makijażem i tlenionymi włosami. Jeśli natomiast mówimy o Lolitach, to ta subkultura dzieli się na kilka innych, które przeważnie skupiają się na wyglądzie małej, uroczej dziewczynki – krótkie sukieneczki z falbankami, kokardki, podkolanówki, przeważają tutaj również pastelowe kolory. Każda z tych subkultur jest inna, charakteryzuje się odmienną formą, ale nie zmienia to faktu, że ich przedstawiciele zachwycają i szokują. Cóż więcej powiedzieć – Japonia to marka sama w sobie i temat, który można ciągnąć w nieskończoność. Mentalność Japończyków, ich uzależnienia, dziwactwa i style ubierania się to tylko część tego, co można powiedzieć o tym fascynującym miejscu i jego kulturze. Dlatego po dalsze informacje o tym, jak to jest w Japonii, jak wygląda życie w tym kraju i jacy są Japończycy naprawdę, zapraszam na stronę www.magazynsuplement.us.edu.pl. Sayonara! Źródła: R. Tomański: Tatami kontra krzesła; M. Bruczkowski: Bezsenność w Tokio.

str. 25


Hedonistyczne tête-à-tête Nagie panie na pocztówkach w sklepie z książkami? Lizol jako środek antykoncepcyjny? A może rozkwit na podziemnym rynku erotycznym? A to wszystko w świetle prawa obowiązującego dziewięćdziesiąt lat temu… Gdy mowa o II Rzeczypospolitej, w naszych głowach powinien pojawić się wizerunek Józefa Piłsudskiego, wojna polsko-bolszewicka bądź budowa portu w Gdyni. Procesy polityczno-ekonomiczne, jakie zachodziły wówczas w naszym państwie, były niewątpliwie ważne, jednak mówiąc o międzywojniu, należy również pamiętać o pewnych przemianach społecznych, które do dziś budzą wiele kontrowersji… Osobliwe sprośności Pornografia. Dzisiaj słowo, które może kojarzyć się z filmami dla dorosłych lub „świerszczykami”. Dawniej na jego dźwięk wzdrygano się równie szybko co na zasłyszane wulgaryzmy. Należy więc zadać sobie pytanie: co ono określało? W języku greckim porne graphos dosłownie oznacza „pisanie o  nierządnicach”. Dopiero w XIX wieku powstało połączenie tych dwóch wyrazów o nowym, choć zbliżonym do pierwotnego, znaczeniu i już blisko stulecie później okazało się istną kością niezgody w społeczeństwie. Otóż pornografii dopatrywano się wszędzie. W pierwszej kolejności należy przyjrzeć się literaturze. Rynek wydawniczy oferował nabywcom cały szereg „złych książek”, które mogły zagrozić psychicznemu i fizycznemu zdrowiu czytelników, a nawet ich życiu. Niektórzy badacze zjawiska mówili wprost o onanizmie duchowym, zachodzącym podczas czytania takowych lektur. Co by było,

tekst: Weronika Warot – waarot@op.pl str. 26

gdyby w tamtych czasach wydano legalnie książkę pokroju Pięćdziesięciu twarzy Greya! Oczywiście na czarnym rynku istniał szeroki dostęp nawet do zagranicznych, przetłumaczonych na język polski pozycji literatury erotycznej. Badacze konserwatywni głosili pogląd, że czytając dzieła tego typu, naraża się cały kraj na moralne niebezpieczeństwo. W końcu jako pornografię zaczęto uważać wszystko to, co wywołać mogło u odbiorcy podniecenie i erotyczne myśli, a wiadomo, że nic tak nie pobudza wyobraźni jak słowo pisane! Ówczesny kodeks karny mówił jasno, że kto rozpowszechnia treści pornograficzne lub przyczynia się do tego, poniesie karę pozbawienia wolności do dwóch lat. Jednak pomimo restrykcyjnego prawa i panującej cenzury społeczeństwo kochało literaturę i prasę przesiąkniętą erotyzmem. Często było to jedyne źródło informacji tyczące się upodobań seksualnych przeciętnego Polaka. Sex appeal to nasza broń kobieca Początek XX wieku to niewątpliwie przełom w  świecie mody, przede wszystkim plażowej. Kostiumy kąpielowe za nic w świecie nie przypominały nawet tych z późniejszej dekady. Zasłaniały ciało kobiety od stóp do głów. Rewolucja w tej materii rozpoczęła się wraz z utworzeniem pierwszej wspólnej plaży dla obu płci (wcześniej plaża była dzielona na sektory: dla pań, panów i małżeństw z dziećmi). Stopniowo odkrywano część pleców i nogi. Nadal bez szału, ale o niebo lepiej w porównaniu do strojów, które zakrywały panie od stóp do głów. Za to w latach trzydziestych kostiumy przypominały te współczesne, lansowane prawie w każdym sezonie


letnim. Powiew świeżości dosięgnął też szafy z odzieżą codzienną pań z międzywojnia. Przede wszystkim skupiano się na umiejętnym odsłanianiu kobiecego ciała tak, aby uwydatnić atuty, a maskować niedoskonałości. I tu można się dopatrywać początków obecnego wyścigu szczurów o idealny wygląd. A jak wiadomo, czego to kobieta nie zrobi, aby być piękną! Najczęściej piękno nagiego ciała było utrwalane na popularnych pocztówkach, które w dwudziestoleciu międzywojennym były dostępne przeważnie na czarnym rynku. Akty ukazywały płeć piękną w różnych pozach, jednak nie były to zdjęcia wulgarne. Wszystko przedstawiano subtelnie i ze smakiem. Niemniej jednak pocztówki też krążyły w podziemnym obiegu i stawały się popularne szczególnie wśród polskiej młodzieży, ale też na przykład wśród właścicieli księgarń. Znany jest przypadek, kiedy to właśnie poczciwy księgarz, chcąc podnieść swoje dochody, zainwestował w całą gamę takowych cudeniek. Pozyskał tym samym klientów, szczególnie wśród uczniów okolicznej szkoły. Wezwano policję, a sprawa skończyła się grzywną. Jeśli chodzi o pornografię w filmie, temat ten od strony prawnej był niezwykle przejrzysty jak na tamte czasy. Według obowiązującego Dekretu o widowiskach każdy reżyser i producent, który chciał, aby jego dzieło zostało wyemitowane w kinie, musiał się ubiegać o tak zwaną kartę filmową. Jak można się domyślić, treść filmu dogłębnie analizowano pod kątem treści mogących podchodzić pod erotykę. Dlatego w przedwojennym kinie jedynym miłosnym uniesieniem, jaki decydowano się pokazać, był pocałunek. Dysonanse małe i duże Anti conceptio. Zlepek dwóch łacińskich słów, które do dzisiaj budzą więcej kontrowersji niż wiara w życie pozagrobowe. Ale jak o tym rozmawiano prawie dziewięćdziesiąt lat temu? Otóż ta kwestia oficjalnie nie istniała. Był to jeden z tematów

tabu, a nadmierne zainteresowanie nim nie przystawało szanującej się kobiecie. Tak naprawdę do lat dwudziestych nie było rozmów o antykoncepcji, o edukowaniu seksualnym kobiet, pytań o to, czym jest dla nich świadome macierzyństwo. Wszystko zaczęło się zmieniać za sprawą dwóch rewolucjonistów: Ireny Krzywickiej i Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który za namową swojej partnerki rozpoczął rewolucję seksualną. Dotyczyła ona szerokiego problemu społecznego, jakim była aborcja. Nie chodziło tu tylko o względy etyczne (bo prawda jest taka, że kto chciał, i tak mógł poddać się temu zabiegowi), lecz o sposób, w jaki jej dokonywano. Szacuje się, że w samej Warszawie na początku lat dwudziestych około pięćdziesiąt procent zabiegów kończyło się zgonem kobiet. Aborcję przeprowadzano w skandalicznych warunkach, często przez osoby nieposiadające profesjonalnego wykształcenia medycznego. Ponadto wiele kobiet traktowało ją jako jedyną metodę antykoncepcji, co wynikało z braku powszechnej edukacji seksualnej. Swoimi działaniami Boy-Żeleński rozpętał burzę dyskusyjną, która przysporzyła mu tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Jednak to za sprawą niego i Ireny Krzywickiej zaczęła się odwilż, dzięki której od początku następnej dekady jawnie, na łamach prasy edukowano seksualnie zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Ale w głowach podświadomie pojawia się pytanie: co z antykoncepcją? Odpowiedź brzmi: kondomy. Międzywojnie to wręcz czas rozkwitu popularności tego środka – przede wszystkim z racji dostępności czy też, można powiedzieć, niezawodności oraz ceny. A wszystko to zawdzięczamy naszemu rodakowi żydowskiego pochodzenia – Izraelowi Frommowi (później znanemu jako Julius Fromm). Po wyemigrowaniu do Niemiec założył on własną firmę, która wprowadziła niezwykłą innowację – lateksowe kondomy „Fromms Act”. Wiązało się to z poprawieniem estetyki i doznań towarzyszących łóżkowym igraszkom. Przełom ten zapoczątkował produkcję kondomów na masową skalę w prawie każdym kraju. Nie należy też zapominać o prezerwatywach dla kobiet, czyli tak zwanych pesariach. Jeśli chodzi o inne ciekawe z naszego punktu widzenia metody zapobiegania niechcianej ciąży, warto przytoczyć tu zastosowanie niektórych związków chemicznych. Dużą popularnością cieszył się prototyp popularnego dziś Domestosa – Lizol. Jak można się domyślić, był to środek silnie żrący, przeznaczony do dezynfekcji pomieszczeń sanitarnych. Należy jednak zauważyć, że według niektórych, po wprowadzeniu do dróg rodnych kobiety sprawdzał się jako całkiem skuteczny środek przeciwciążowy. Dwudziestolecie międzywojenne to szczególny okres w  historii naszego kraju nie tylko ze względu na zawiłe procesy państwotwórcze, ale również te, które zachodziły w polskiej mentalności i kulturze. Otwarcie zaczęto mówić o seksie, jednej z ważniejszych potrzeb człowieka, będącej nieodzownym elementem jego natury. Zrobiono pierwszy krok w stronę popularyzacji edukacji seksualnej społeczeństwa. Mówiono o antykoncepcji, która często ratowała życie niejednej z kobiet w obliczu biedy i ciemnoty, jaka panowała wtedy w społeczeństwie. Źródła: K. Janicki: Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce; M. Barbasiewicz: Dobre maniery w przedwojennej Polsce.

str. 27


Inna twarz śląskiego – miejsca znane i mniej znane Nie potrafisz znaleźć sobie miejsca do biegania, więc w zamian jesz ciastka? Znajomi Cię porzucili, bo nie chcą z Tobą pić piwa po raz setny w tym samym miejscu? Ktoś Cię popchnął w zatłoczonym muzeum i przez przypadek zbiłeś wazę z dynastii Ping Pong? Ten tekst jest właśnie dla Ciebie – oto sposób na nudę w trzech prostych krokach. Większość z Was, Drodzy Czytelnicy, mieszka zapewne na terenie województwa śląskiego lub przynajmniej dojeżdża tutaj, by się uczyć, pracować i relaksować. Województwo to, gęsto zaludnione i mocno zróżnicowane, daje wiele możliwości rozwoju i spędzania wolnego czasu. Nie można jednak ukryć, że niektóre popularne miejsca są albo zwyczajnie przeludnione, albo przereklamowane, albo po kolejnej wizycie z rzędu zaczynają nudzić. Może warto więc poznać Śląsk od zupełnie innej, czasami trochę mniej znanej, ale równie zajmującej strony? Krok 1: Sport, relaks, rekreacja Nim zaczniemy szukać miejsc nieznanych zupełnie nikomu, warto wspomnieć, że nawet w popularniejszych lokacjach można znaleźć trochę spokoju i zwykłego „luzu”. Świetnym tego przykładem jest zespół parkowo-pałacowy w Pszczynie. W ciepłe dni tłumy turystów zaczynają okupować miejscowy pałacyk i formują długie kolejki do zagrody żubrów albo punktu wynajmu łódek. Tymczasem jeśli wyłączymy tryb owczego pędu i skierujemy się w zupełnie inną stronę, szybko odkryjemy, jak wiele przestrzeni i ciszy oferuje reszta parku, idealna na romantyczny spacer, piknik, jazdę rowerem albo jogging. Jeśli jednak odezwie się w nas mały hipster i zechcemy spróbować czegoś innego, to województwo śląskie wbrew pozorom ma do zaoferowania naprawdę wiele ciekawych miejsc znajdującycsię na łonie natury. W miejscu, w którym nikt się tego nie spodziewa, na granicy Bytomia, Piekar Śląskich i Chorzowa znajdują się „Żabie Doły”, park przyrodniczo-krajobrazowy. Niezwykłym faktem dotyczącym tego miejsca jest to, że ze względu na pobliskie zakłady przemysłowe i ruchliwe drogi w zasadzie powinno być ekologicznie zdewastowane. Tymczasem jest ono domem dla kilkuset różnych gatunków zwierząt i stanowi zieloną wyspę naszej konurbacji. Analogiczne miejsce znajduje się w pobliżu Wodzisławia Śląskiego, w miejscowości Wielikąt, gdzie wśród stawów hodowlanych można znaleźć spokój, ciszę i idealne otoczenie na tajemniczą, powabną, instagramową sesję wśród kaczek i trzciny wodnej. Krok 2: Historia, dzieje, wędrówka Jeśli jednak przerażają nas otwarte przestrzenie i możliwość spotkania z błotniakiem stepowym, to zawsze możemy się zwrócić ku dziełom ludzkiej ręki, miejscom o  znaczeniu

dziejowym i kulturalnym. W województwie śląskim pod dostatkiem jest bunkrów, budowanych niegdyś zarówno przez Polaków (Obszar Warowny „Śląsk”), jak i Niemców (Pozycja Górnośląska). Możemy więc zwiedzać je pojedynczo – niektóre zachowały się w naprawdę dobrym stanie – lub zorganizować sobie nasz mały, prywatny szlak turystyczny. Warto trzymać rękę na pulsie, bo niektóre bunkry otoczone są specjalną opieką stowarzyszeń historycznych, i tak na przykład Ciężki Schron Bojowy nr 75 w Kochłowicach (Ruda Śląska) staje się czasem miejscem spotkań tematycznych lub „nocy na bunkrze”. O bogatej ofercie muzeów przemysłowo-kopalnianych nie ma chyba co wspominać, ale warto napomknąć, że wokół niegdyś prężnie działających zakładów wyrosły osiedla pracownicze, które są architektonicznymi perełkami. Rudzki Kaufhaus i katowicki Nikiszowiec to sprawy znane, jednak być może nie każdy kojarzy czeladzkie osiedle Piaski – architektoniczny unikat, powstały jako osiedle górnicze. Z miejscami tego typu jest jednak problem – obecnie nie cieszą się one zbyt dobrą sławą. Błotniak stepowy nam nie zagrozi, prędzej wściekły przedstawiciel gatunku Homo sapiens. Jeżeli jednak się przemożemy, to czeka nas interesująca wycieczka, zwłaszcza jeśli lubimy fotografię i architekturę. Niestety, nie wszystkie historyczne miejsca w naszym województwie zostały dobrze zachowane. W  1945 roku żołnierze radzieccy doszczętnie zdewastowali pałac TieleWincklerów w bytomskich Miechowicach – dzisiaj zostały tam jedynie ruiny pałacowej oficyny. Tak czy inaczej nadal warto tam zajrzeć, szczególnie jeśli lubimy tereny opuszczone i zapuszczone jednocześnie. Trzeba mieć jednak głowę na karku i nie ryzykować, bo podobne miejsca często grożą zawaleniem, a nie zawsze są odpowiednio zabezpieczone. Krok 3: Rozrywka, zabawa, spotkania W pubach uniknąć tłoku jest trudno. Jeśli jednak nie przepadamy za miejscami takimi jak ulica Mariacka w Katowicach, to bary i piwiarnie na uboczu będą idealną odskocznią. Akant za Teatrem Śląskim to niezwykłe miejsce, w którym można się napić kawy, ale też piwa czy drinków, spotkać na randce albo na dłuższej „posiadówce” w gronie znajomych. Miejsce to pełni też funkcję galerii: to piwniczka wypełniona antycznymi meblami i sprzętami, lokalizacja z duszą. Swój klimat ma także The Spencer Pub przy ulicy Wojewódzkiej w Katowicach, łączący w sobie cechy pubu i restauracji. Lokal nieco spokojniejszy, organizujący koncerty, ale też transmisje meczów, urządzony w stylu nawiązującym do pubów brytyjskich i ogólnie kultury Wielkiej Brytanii. Jeśli zaś bliżej mamy do Sosnowca, to zawsze warto wpaść do Herbaciarni Marzenie na rogu Żytniej i Grochowej.

tekst: Paweł Czechowski – czechowskipj@gmail.com | zdjęcia: Karolina Fok, Agnieszka Szymczyk, Alicja Francikowska str. 28


Jest tam przytulnie, a klient siada w otoczeniu antyków, podczas gdy z głośników płynie spokojna, relaksacyjna, często jazzowa muzyka. Stolik spokojnie można zarezerwować, a już na miejscu zjeść ciasto, napić się kawy lub yerba mate i popatrzeć w oczy ukochanej osoby. Albo kumplom, z którymi urwaliśmy się z zajęć. W mocno zurbanizowanym województwie śląskim mamy pewną klęskę urodzaju. Jest tyle miejsc, gdzie można pójść i w których można coś zrobić, że niekiedy aż ma się ochotę zawinąć w koc, zostać w domu i zmarnować osiem godzin na oglądaniu memów. Czasem jednak dobrze chwilę się zastanowić, poszukać mniej popularnych lokalizacji i naprawdę dobrze się bawić. Ten tekst to jedynie ich krótka kompilacja, ale mimo wszystko... miłej zabawy!

str. 29


Diety rosnące w siłę – wegetarianizm, weganizm, witarianizm... Ostatnimi czasy robi się coraz głośniej o osobach niejedzących mięsa. Zdania na ten temat są podzielone. Jedni uważają, że jest to wymysł XXI wieku i nie należy odchodzić od tradycji, drudzy wręcz przeciwnie – twierdzą, że to ciekawa opcja i sami zaczynają interesować się dietą roślinną. A co na ten temat powiedzieliby sami „wege ludzie”? Powodów do przejścia na diety roślinne jest wiele. Nie można mówić stricte o jednej rzeczy. Na pewno główne pobudki to zdrowsze żywienie oraz moralność. Odnośnie do pierwszej trzeba powiedzieć o tym, że organizm, któremu dostarcza się produktów zwierzęcych, pracuje na zwolnionych obrotach, choć u niektórych osób nie jest to widzialne gołym okiem – do myślenia daje nam nagły wzrost na rynku produktów bez laktozy, która często jest nieprzyswajalna. Człowiek po spożyciu takich wyrobów dłużej czuje się syty, ale nie jest to korzystne, jeśli mówimy o funkcjonowaniu naszego organizmu. Fakt, produkty te są smaczne, dlatego też jemy je bez zastanowienia, ponieważ od lat człowiek kierował się głównie smakiem. Odnośnie do moralności – nie trzeba zbyt wiele mówić. Większość z nas wie, co dzieje się w hodowlach przemysłowych. Osoby będące na diecie roślinnej nie klasyfikują zwierząt na domowe oraz hodowlane. Bo jakże można to robić, mając na uwadze spożywanie w Azji psów i kotów, które są naszymi pupilami i jedzenie ich uważamy za barbarzyństwo.

Postrzeganie tradycjonalistów Najczęściej spotykam się z opinią ludzi lubujących się w kuchni tradycyjnej, którzy twierdzą, że dieta roślinna to chora dbałość o każde żyjątko na ziemi. Mówią także, szydząc z tak zwanych roślinożerców, że nie powinni oni nic jeść, ponieważ marchew też ma uczucia. Faktem jednak jest to, że wszelka roślinność nie odczuwa bólu z powodu braku receptorów bólowych i nie przejmie się nawet swoim unicestwieniem, o czym można przeczytać w wywiadzie zatytułowanym Czy rośliny czują ból? (całość dostępna na www.vice.com) z biologiem Danielem Chamovitzem (Uniwersytet Telawiwski w Izraelu): Więc, jeśli dobrze rozumiem, rośliny naprawdę czują? Nie w przenośni, tylko naprawdę. Ale nie czują bólu? Rośliny nie mają receptorów bólowych. Mają mechanoreceptory, dzięki którym wiedzą, kiedy ktoś ich dotyka albo je przemieszcza. To specyficzna komórka nerwowa. Żeby mieć całkowitą jasność – czy roślina wie, kiedy jest niszczona? Z pewnością możesz zabić roślinę, ale ona się tym nie przejmie. Nieświadomość takich faktów skłania więc do wydawania błędnych osądów, a kolejnym z nich jest chociażby to, że człowiek od zarania dziejów był przystosowany do jedzenia mięsa. Fakt, w epoce kamienia łupanego jadło się mięso, ale

tekst: Anna Kubica – annakub94@gmail.com | zdjęcia: Przemysław Ignaszewski – www.vegenerat-biegowy.blogspot.com str. 30


to dlatego, że gleby nie porastała różnorodna roślinność, a wybór produktów był prawie równy zeru. Jak czytamy w Zmierzchu świadomości łowcy Marii Grodeckiej, organizm człowieka jest skonstruowany tak jak u istot roślinożernych. Przykładowo do porównania układ trawienny roślinożercy i mięsożercy: nasze długie jelita są przystosowane do trawienia pokarmów roślinnych, które później niż mięso ulegają procesowi rozkładu. Możliwe jest wtedy powolne wchłanianie cukrów i innych substancji odżywczych. Natomiast układ pokarmowy mięsożerców jest tylko trzy razy dłuższy od ich tułowia (u człowieka aż dwanaście razy), co pozwala im bardzo szybko strawić mięso, aby nie zaczęło gnić w ich ciele. „Wege naziści” Wśród roślinożerców zdarzają się osoby, które najczęściej zniechęcają do siebie i diety roślinnej. Po spotkaniu z tak zwanym „wege nazistą” człowiek uzna go za świra, a roślinożerność za chorobę bądź modę dzisiejszych czasów. Dlatego warto mieć świadomość, że nie wszyscy „wege ludzie” nakazują mięsożercom zaprzestania jedzenia mięsa / produktów odzwierzęcych pod groźbą oplucia jadem i wygłoszenia litanii moralnej. Każdy człowiek kierujący się w życiu swoimi zasadami i wyższym dobrem dla siebie i innych istot żywych, będący w pełni władz umysłowych, nie będzie inwazyjnie nakłaniał do przejścia na swoją „stronę mocy”. Jedynie może przedstawić swoje poglądy.

Moda czy cele wyższe? Nierzadko słyszy się opinie na temat diet roślinnych, że są po prostu „modne” i za jakiś czas przeminą, jak już się znudzą albo kiedy ludzie zatęsknią za mięsem. Nie jest to dziwne, ponieważ wegetarianizm/weganizm rozwinął się z wysoką prędkością w dość krótkim czasie. Witarianizm, czyli spożywanie wyłącznie produktów surowych w celu dostarczania maksymalnej ilości energii organizmowi, nie jest tak powszechny. To tempo rozwoju wegetarianizmu/weganizmu można jasno i szybko wytłumaczyć. Niegdysiejsze hodowle zwierząt na ubój wyglądały zupełnie inaczej. Były one nastawione na jakość, a nie ilość, ale co najważniejsze, nie torturowano masowo zwierząt różnego typu przyrządami do efektywnego znęcania się. Mięso to nie było też szpikowane na umór antybiotykami lub innymi chemikaliami. Rewolucja przemysłowa nauczyła ludzi jeść mięso w ogromnych ilościach, co jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Dopiero nasze pokolenie zaczyna dostrzegać te paradoksy, ponieważ nasi dziadkowie i rodzice nie mieli takiej możliwości. W PRL-u nie było kokosów na półkach sklepowych i dlatego, kiedy pojawiała się szynka, ludzie nie zastanawiali się nad jej pochodzeniem, co nie jest ani trochę dziwne. Dodatkowo teraźniejsze niskie ceny mięsa proponowane przez dyskonty zachęcają do konsumpcji, ale wiadomo, co się za tym kryje – nie ma nic za darmo. Podsumowując, zostawiam Was z pytaniem: czy ktoś kierujący się tylko modą „katowałby się” latami, nie jedząc smacznego mięsa i sera?

str. 31


Good morning Silesia! Chłopak wychowany na jednym ze śląskich osiedli, teraz już pan, a raczej Pan z Katowic. Choć twierdzi, że tytuł tej płyty, wydanej w 2014 roku, to jego przekleństwo, śląskości nie wyprze się nigdy. Miłosz Borycki, znany publiczności jako Miuosh, to artysta, który wymyka się definicji rapera. Odnajduje się w różnych gatunkach muzycznych, propaguje i odwiedza miejsca kultury. Jego droga rozpoczęła się na scenie popularnego Mega Clubu, w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia grał koncerty z Radzimirem Dębskim, a od niedawna występuje także na deskach Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. MG: Co cię skłoniło do wyboru tej drogi? Czy zatrzymasz się choć na chwilę czy pędzisz po kolejne pomysły? MB: Nic tak naprawdę nie było planowane… Jedne koncerty są efektem drugich. Na scenie w Mega Clubie nauczyłem się kontaktu z publicznością, zdobywania terenu typowo rapowego. Projekt z NOSPR-em dał mi wiarę w to, że wszystko się uda, o ile jest prawdziwe i na odpowiednim poziomie. Mam szczęście, że otaczam się ludźmi, którzy angażują się w projekty tak samo jak ja. Wpadłem na pomysł, żeby poszerzyć współpracę z live-bandem i zagrać koncerty akustyczne w Teatrze Śląskim. To był osobisty projekt, wiele nauczyłem się podczas przygotowań do niego. Obecnie trudno jest znaleźć miejsca w Polsce, w których mógłbym jeszcze zagrać duże koncerty. Dotychczas miałem okazję zagrać między innymi w katowickim Spodku, w Teatrze Muzycznym „Roma” czy w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina w Gdańsku, z  Andrzejem Smolikiem na terenie Muzeum Powstania Warszawskiego. Dbam nie tylko o kolejne pomysły, ale skupiam się również na rozwoju muzycznym. Wróciłem znowu do pisania muzyki. Od tego czasu zrobiłem multum ciekawych rzeczy, które się świetnie przyjęły, między innymi moją nową płytę POP. oraz udział w spektaklu Wujek.81. Czarna ballada. Kim są odbiorcy twojej muzyki? Chcesz dotrzeć do starszych osób czy młodzieży, która dzięki tobie wybierze się do teatru? Nigdy nie zastanawiam się, do kogo chcę dotrzeć... Chyba najbardziej chciałbym dotrzeć do siebie. Nie chciałbym zmieniać tego, co mam do powiedzenia na potrzeby odbiorcy. Nie stoję w miejscu, nie zadawalam się popytem. Chciałem poszukać innej muzyki, zrobić rzeczy w klimatach, których słucham… A  to ciągle ewoluuje. Ci, którzy słuchali mnie kilkanaście lat temu, teraz mają około 30 lat i słuchają mnie do dzisiaj. Jednocześnie pojawiają się młodzi ludzie i mam nadzieję, że zostaną tak długo jak poprzedni. Przy okazji koncertowania na przykład na Męskim Graniu, widzę przed nami osoby, które przychodzą ze swoimi dziećmi. Słyszę również przychylne

opinie od organizatorów na temat publiczności. Publiczności, która nie generuje problemów, jest zaangażowana w to, jak gramy i co gramy. Czy możesz się nazwać artystą kompletnym? Czujesz się spełniony? Czuję się zadowolony. Dziękuję Bogu i wszystkim osobom, które mnie wspierały, że mam takie życie i mogę opierać je o to, co lubię robić. Spełniony nie czuję się nigdy. W momencie kiedy kończę pisać ostatni tekst, mam kolejne cele. Wydaję mi się, że artysta spełniony jest nieszczęśliwy... Podstawą jest robienie nowych rzeczy, rozwijanie się i szukanie nowych pomysłów. Zauważyłem, że od małych rzeczy, które satysfakcjonują mnie, płynnie i  szybko przechodzę do punktu, w którym te rzeczy podobają się także publiczności. Umysł muzyka jest tak skonstruowany, że posiada autocenzurę mówiącą, co jest dobre i czy jest to zgodne z pojęciem estetycznym innych osób. Jeżeli dzieje się inaczej, wracam do domu i pytam o zdanie Sandrę, moją żonę. To ona jest ostatecznym cenzorem. Nie miała nigdy złego pojęcia na dany temat. Mimo zdenerwowania, że ktoś wtrąca mi się w pracę, to dzięki niej wychodzę obronną ręką. Czy ze Śląska można czerpać do ostatnich chwil? Dlaczego to miejsce tak cię inspiruje? Można powiedzieć, że Śląsk jest małym państwem. Do tego stopnia szczególnym, do którego chcemy, żeby był. Jeżeli ktoś podchodzi bardzo globalnie do życia, to raczej nie ucieszy się z tego, że stąd pochodzi. Kiedyś sposób życia na Śląsku był bardzo specyficzny… Nie było możliwości połączenia się przez Internet z innymi częściami świata, zobaczenia, jak jest gdzie indziej. Tradycja, honor, rodzina, jedzenie – to wszystko jest

tekst: Martyna Gwóźdź – www.fitmadmara.pl | zdjęcia (1 strona): Radosław Rzepka, (2 strona) Karolina Fok – www.facebook.com/fokografia.fokkarolina str. 32


płyty POP. Do współpracy zaprosiłeś między innymi Beatę Kozidrak, Katarzynę Nosowską i Piotra Roguckiego. Skąd pomysł na wybór artystów, którzy tworzą muzykę w innych klimatach niż rap? Niektóre rzeczy w rapie mnie przerażają… Nie do końca je ostatnio rozumiem. Same numery nie mówią o niczym, co mogłoby mnie zaskoczyć. Osoby, które zaprosiłem do tworzenia płyty są głównie tekściarzami. Ich teksty, przy których dorastałem, powodują weryfikację moich umiejętności. Dzięki temu dążę do ulepszenia wszystkiego, co mam w zanadrzu. Wokalista, który sam tworzy teksty, jest parę poziomów wyżej. Nie można zapomnieć, że oprócz nich na płycie usłyszymy także młodych ludzi, jak np. SOXSO. Wyjątkowe osoby czuwały także nad powstaniem całej płyty. To pierwszy taki album, który wysłany za granicę, będzie bronić się brzmieniowo. Są świetne, nowe rzeczy. Twórczość Miuosha możecie obserwować na YouTubie, na kanale FandangoRecordsTV. Jego najnowszą płytę POP., można zamówić na www.mioush.com. Cały wywiad z raperem dostępny jest na YouTubie, na kanale Telewizji Uniwersytetu Śląskiego „UŚ TV”.

zakorzenione mocno w każdym Ślązaku. Mam szczęście, że mogłem wielu osobom przypomnieć, że są ze Śląska. Nie tylko zwrócić uwagę na kluby piłkarskie, ale przypomnieć o symbolach śląskich, o etosie pracy. Jestem najlepszym przykładem na to, że tradycję można odnieść do dzisiejszych czasów. Nie rozmawiam na co dzień w gwarze, ale z tej gwary czerpię i uwielbiam się jej przysłuchiwać. Wiele możemy nauczyć się od starszych osób… Cenię moich dziadków, jestem mieszanką każdego z nich. Dobrze by było, gdyby młodzi ludzie również pamiętali o tym, skąd pochodzą. Śląsk to historia i ludzie, którzy o nią walczą. To region, który mimo że się zmienia, jest jednym z najpiękniejszych miejsc w Europie. Śląsk to więcej niż śmieszne teksty na koszulkach. Wspomniałeś o osobach, które lekceważą historię Śląska. W Teatrze Śląskim w spektaklu o tytule Wujek.81. Czarna ballada symbolizujesz współczesnego mężczyznę, który bagatelizuje zamierzchłe czasy… Czy młodzi ludzie są futurystami, nie pamiętają o przeszłości? Gdyby młodzi ludzie nie byli futurystami, byliby przegrani. Przyszłość jest ciekawsza, gdy zna się przeszłość… Popełnia się mniej błędów, gdy można nauczyć się od kogoś uników. Historia o tym mówi. Cieszę się, że mogę przyciągnąć młodych ludzi do teatru. Mam okazję pokazać im wizję Roberta Talarczyka (autora i reżysera spektaklu – przyp. red.), jego osobiste podejście do bardzo ważnych dla Katowic wydarzeń, dla mitu górniczego i obywatelskiego. Mnie też ktoś kiedyś wciągnął w tę śląskość... Popatrzyliśmy w przeszłość, teraz czas na przyszłość… W połowie marca odbyła się premiera twojej najnowszej

str. 33


Czas na łamigłówki! Zapraszamy do rozwiązania fantastycznej, studenckiej krzyżówki! Podpowiedzi znajdziecie w naszych artykułach.

1.

1. Gatunek gry League of Legends.

2.

2. Odczytaniu sugestii podprogowej może służyć widzenie… 3. Nazwa programu telewizyjnego prowadzonego przez Tomasza Rożka.

3.

4. Miejscowość, w której znajduje się baza noclegowa Międzynarodo-

4.

wego Studenckiego Festiwalu Folklorystycznego.

5.

5. Jeden z najstarszych klubów koncertowych w Katowicach.

6.

6. Co znaczy po japońsku słowo kawaii? 7. Skomponował muzykę do filmu La La Land.

7.

8. Zabytkowa dzielnica Czeladzi.

8.

9. Technika mentalistyczna polegająca na podawaniu dużej liczby ogól-

9.

nych informacji na chybił trafił. 10. Nazwa herbaciarni w Sosnowcu.

10.

11. Zamiast receptorów bólowych rośliny mają...

11.

12. Metoda pozwalająca na uzyskanie eksponatów z ludzkich ciał.

12.

13. Dziedzina sztuki fascynująca Przewodniczącą Samorządu, Kasię

13.

Topolską. 14. Kształt, jaki miały kąpielówki z lat trzydziestych XX wieku.

14.

15. Miejsce, które zajęły Katowice w rankingu najbardziej zielonych

15.

polskich miast w 2015 roku.

16.

16. Szczelina na głowie niemowlęcia.

17.

17. Gra hazardowa królująca w Japonii. 18. Ekstremalnie niebezpieczny środek antykoncepcyjny, popularny

18.

także jako środek do higieny toalet.

19.

19. „... – dla odmiany”.

HASŁO: ____________ _________________ – należy do nich między innymi „Suplement”. Jeśli poprawnie rozwiązaliście krzyżówkę, napiszcie do nas w prywatnej wiadomości na www.facebook.pl/magazynsuplement. Czekają na Was nagrody w postaci Suplementowych gadżetów!

str. 34


Odwiedź nas na: www.magazynsuplement.us.edu.pl www.facebook.com/magazynsuplement www.instagram.com/magazynsuplement

Śledź nasz fanpage www.facebook.com/magazynsuplement i zdobądź zniżki studenckie do Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach!

str. 35


maj/czerwiec 2017

Suplement - maj/czerwiec 2017  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you