a product message image
{' '} {' '}
Limited time offer
SAVE % on your upgrade

Page 1

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego

MAGAZYN BEZPŁATNY styczeń/luty 2020 ISSN 1739-1688


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Rektorat Uniwersytetu Śląskiego, ul. Bankowa 12, 40-007 Katowice Nakład: 3800 egzemplarzy Redaktor Naczelny: Robert Jakubczak (r.jakubczak97@gmail.com) Zastępca Redaktora Naczelnego: Natalia Kubicius (n.kubicius@gmail.com) Skład graficzny: Piotr Kaszuba (piotr.kaszuba@us.edu.pl) Zespół korektorski: Natalia Bartnik, Julia Biaduń, Anita Głowacka, Anna Herman, Natalia Kubicius, Katarzyna Smutek, Anna Leśniewska, Krzysztof Herman, Adam Pęczek, Paweł Warsiński Ilustracje: Paulina Michalska (www.facebook.com/punkidrawsstuff) Grafika na okładce: Marek Głowacki Zdjęcia wizerunkowe: Kacper Trzeciak (kacper.s.trzeciak@gmail.com) Wykorzystane zdjęcia: www.pexels.com, www.pixabay.com Zespół redakcyjny:

Robert Jakubczak

Natalia Kubicius

Piotr Kaszuba

Natalia Sukiennik

Aleksandra Wajdzik

Katsiaryna Kalyska

Paulina Michalska

Paweł Zberecki

Małgorzata Pabian

Agnieszka Żeliszewska

Michał Denysenko

Alicja Przybyło

Paweł Warsiński

Kasia Smutek

Aleksandra Lewandowska

Magdalena Cebo

Julia Biaduń

Anna Leśniewska

Dawid Jureczko

Natalia Lizurej

Oliwia Szymańska

Dawid Hornik

Bartosz Chytryk

Patrycja Grzebyk

Krzysztof Herman

Małgorzata Otorowska

Julia Walczak

Anita Głowacka

Natalia Bartnik

Emilia Nowak

Adam Pęczek

Bartosz Garus

Iwona Smyrak

Laura Henel

Małgorzata Klimczok

Weronika Kwapulińska

Anna Herman

Kinga Skowronek

Mateusz Zagalski


6

Nauka jest bliżej! | Robert Jakubczak

8

Ekowioska – raj (nie)utracony | Natalia Bartnik

Kolejna edycja Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE przed nami. Jakie atrakcje na nas czekają?

Utopia – można o niej pisać, śpiewać, marzyć… albo sprawić, że stanie się codziennością!

10

Daję „w prawo” | Oliwia Szymańska

12

Sisu, czyli fiński sposób na szczęście | Aleksandra Lewandowska

14

Doświadczenie psychodeliczne | Anna Herman

16

Zwierzęcy zmysł | Katarzyna Smutek

18

Śmiejąc się ze strachu | Paweł Zberecki

20

Mickiewicz vs. Słowacki | Adam Pęczek

22

Lucid dreaming – czy ja śnię? | Julia Walczak

24

W sieci stalkingu | Natalia Sukiennik

26

Efekt motyla | Dawid Hornik

28

Sztuka elitarna jako prywatne wyzwanie | Krzysztof Herman

30

Baśń o Roszpunce | Małgorzata Otorowska

32

Włącz myślenie – czas na łamigłówki! | Natalia Kubicius, Bartosz Chytryk, Michał Denysenko, Robert Jakubczak

34

Garść poetyckiej refleksji | Natalia Kubicius

Zwiększ swoją szansę na miłość. Wszystko o aplikacjach randkowych

Odrobina jazdy na rowerze, szczypta morsowania, sauna według uznania i garstka heavy metalu. Odkryj fiński przepis na dobry nastrój!

Czym jest doświadczenie psychodeliczne? Przeczytaj, jaki wpływ miało na kulturę XX wieku

Niezwykłe zdolności naszych pupili – czy masz pod dachem superbohatera?

Mniej poważnie o rzeczach przykrych. Jak czarny humor zmienił świat?

Spór, który stał się memem. Historia konfliktu romantycznych wieszczów

Krótka historia śnienia. Jak w pełni wykorzystać jego potencjał?

O zagrożeniu, które może spotkać każdego z nas. Bądź świadomy!

Czy jedna, z pozoru nic nie znacząca decyzja może wpłynąć na Twoje życie?

W jaki sposób (i czy w ogóle) istnieje sztuka wysoka? Rozważania na temat estetyki

Nowa fryzura – nowe życie, czyli psychologia u fryzjera

Zmierz się z wyzwaniami, które dla Ciebie przygotowaliśmy!

Chwila wytchnienia dla każdego miłośnika liryki i nie tylko


Odwiedź nas: www.magazynsuplement.us.edu.pl www.facebook.com/magazynsuplement www.instagram.com/magazynsuplement

Projekt współfinansowany ze środków przyznanych przez Uczelnianą Radę Samorządu Studenckiego Uniwersytetu Śląskiego


Coś nowego, szczęśliwego Marek Aureliusz w swojej książce Rozmyślania napisał: „Zawsze masz możność żyć szczęśliwie, jeśli pójdziesz dobrą drogą i zechcesz dobrze myśleć i czynić”. I coś tak paradoksalnie prostego jak szczęście w życiu staje się bardzo złożoną kwestią. Bo co to oznacza dobrze myśleć i czynić? Która droga jest tą dobrą? Oczywiście nie ma jednej, właściwej ścieżki. Każdy ma własną, unikalną, niepowtarzalną. Każdy błąka się na autostradzie zwanej życiem, zastanawiając się, który zjazd będzie optymalny; próbuje ustawić nawigację, która tak często lubi się psuć. Każdy z nas posiada również pewne specyficzne narzędzie pozwalające wyjrzeć za szybę własnego samochodu – a mianowicie myślenie. To właśnie dzięki niemu możemy obserwować inne auta, które pędzą po innych drogach. Niekiedy jadą w zupełnie odmiennych kierunkach, niekiedy w naszą stronę, ale innym pasem, a niekiedy nas wyprzedzają, bo są szybsze. Uważam, że obserwacja tych wszystkich maszyn jest czymś najwspanialszym. Dostarcza nam informacji i pozwala obrać lepszy, szczęśliwszy kierunek jazdy. Taka podróż to oczywiście metafora naszej codzienności. Schodząc więc na sprawy przyziemne – ogromnie cieszę się, że numer, który właśnie trzymasz w ręku, zawiera 13 unikatowych artykułów. Jaka to niebywała okazja do poznania innego sposobu widzenia, innego kierunku jazdy w drodze do szczęścia! Z tekstu Aleksandry Lewandowskiej Sisu, czyli fiński sposób na szczęście dowiesz się, co sprawiło, że Finlandia została uznana za najszczęśliwszy naród na świecie. Poznasz również wyjątkowy sposób na radość w życiu poprzez obcowanie z naturą, który przedstawi Natalia Bartnik w artykule Ekowioska – raj (nie)utracony. Z kolei Katarzyna Smutek w Zwierzęcym zmyśle opowie o najlepszym czworonożnym przyjacielu człowieka. Nie zawsze będziemy rozmawiać na tematy na pozór przyjemne, ponieważ są zjawiska, które zakłócają nasz spokój. Jednym z nich z pewnością jest stalking, którego problematykę przybliży Natalia Sukiennik w tekście W sieci stalkingu. Niezależnie od tego, jaką podejmiemy decyzję i jaką wybierzemy drogę, zawsze będziemy się zastanawiać, co by było, gdybyśmy wybrali inaczej, zjechali z autostrady wcześniej. To, jak wielki wpływ na nasze aktualne miejsce w życiu mają codzienne decyzje, pokaże Dawid Hornik w swoim artykule Efekt motyla. Mam olbrzymią nadzieję, że Twoją obecną decyzją, Drogi Czytelniku, będzie zapoznanie się z najnowszym numerem naszego Magazynu. Serdecznie zapraszam! Redaktor Naczelny


Robert Jakubczak r.jakubczak97@gmail.com

Nauka jest bliżej!

zdjęcie: Tomasz Kawka

Już pod koniec stycznia 2020 r. odbędzie się największe w Polsce wydarzenie popularnonaukowe organizowane w jednym budynku. Śląski Festiwal Nauki KATOWICE co roku gromadzi w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach oraz w Międzynarodowym Centrum Kongresowym tłumy dzieci, młodzieży, studentów i dorosłych. Ludzie przychodzą, aby przyjrzeć się różnym dziedzinom nauki z bliska – posłuchać, poeksperymentować, pooglądać. Skąd wziął się pomysł na tę imprezę oraz co nowego czeka nas tym razem? Uniwersytet Śląski w Katowicach jest głównym organizatorem oraz liderem Festiwalu, dlatego – aby przybliżyć to, co czeka nas podczas czwartej edycji ŚFN KATOWICE – porozmawiałem z dyrektorem generalnym tego wydarzenia, Prorektorem ds. Kształcenia i Studentów prof. dr. hab. Ryszardem Koziołkiem. RJ: Śląski Festiwal Nauki KATOWICE doczekał się już czwartej edycji, a Uniwersytet Śląski jest jego liderem. Skąd pomysł na takie wydarzenie? RK: Wszystko zaczęło się od rozmów na temat Studenckiego Festiwalu Nauki, więc można powiedzieć, że to właśnie Wy, studenci, jesteście źródłem tego pomysłu. Kiedy rozmawialiśmy o formule Studenckiego Festiwalu Nauki, pojawiła się myśl, żeby nadać mu większą renomę. Zaczęliśmy się wtedy zastanawiać wspólnie z ówczesnymi przedstawicielami samorządu uczelnianego, czy rozbudować i wzmocnić Studencki Festiwal Nauki, czy też stworzyć dwie osobne imprezy. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu, by się ograniczać, ponieważ każda forma promocji nauki i wiedzy uniwersyteckiej jest dobra. I tak powstała idea dużego, uczelnianego festiwalu, który byłby próbą pokazania nie tylko katowickiej, ale również śląskiej nauki. Pomysł jest nasz, my jesteśmy liderami oraz głównym organizatorem, ale od początku chcieliśmy zaprosić także inne uczelnie śląskie. Widzę ostatnio coraz więcej rankingów, w których Uniwersytet Śląski zajmuje bardzo wysokie pozycje. Przykładem może być ranking Times Higher Education. Jak to jest z tą nauką na Śląsku i dlaczego warto ją pokazywać? Idziemy powoli w górę rankingów. Jesteśmy ciągle stosunkowo młodym ośrodkiem w porównaniu z tymi instytucjami, które są obecnie liderami polskiej nauki, jak Kraków, Warszawa czy Poznań. Nasza uczelnia powstała po II wojnie światowej, a mimo to dobrze radzimy sobie z trudnym sąsiedztwem Krakowa i Wrocławia,

s. 6

będących wielkimi ośrodkami akademickimi z ogromnymi tradycjami. Jesteśmy jedynym uniwersytetem w regionie, największą uczelnią na Śląsku. Trzeba również pamiętać, że nasze województwo to także fantastyczne nauki techniczne i medyczne. Znajdujemy się w tych dyscyplinach w absolutnej czołówce polskiej. Zebranie tego wszystkiego w jednym miejscu podczas Festiwalu Nauki ma ogromny potencjał popularyzacyjny, ale również pokazuje mieszkańcom Śląska to, z czego mogą być dumni. Poprzednia edycja Festiwalu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Szacunkowo obiekt MCK-u odwiedziło przez dwa dni ok. 35 tys. osób. Co nowego pojawi się w tym roku? Każdego roku ulepszamy sposób prezentowania nauki. Ja bym powiedział, że Festiwal ma w sobie takie dwa aspekty. Pierwszym są wspaniali goście – zapraszamy wielkie gwiazdy popularyzacji nauki zarówno ze świata, jak i z Polski. Drugi, będący treścią zasadniczą wydarzenia, obejmuje setki stoisk i prezentacji robionych przez naukowców śląskich – to jest najważniejsze i to przyciąga widzów. To, co stanowi istotę Festiwalu, to wejście w interakcję z naukowcami, czyli przeprowadzenie eksperymentu, bezpośrednia rozmowa, możliwość zadania pytania oraz obserwowanie, jak część nauki powstaje na oczach zwiedzających. Na pewno w tym roku chcemy wyeksponować problem alternatywnych źródeł energii, zwłaszcza jeśli chodzi o transport. Będziemy więc na różne sposoby pokazywać elektromobilność. Chcemy się również przyjrzeć kwestiom związanym z klimatem: monitorowaniu klimatu oraz badaniu klimatu i zmian zachodzących w otaczającym nas świecie naturalnym. Nowością będzie także Pop Science, czyli konkurs i przegląd najlepszych popularyzatorów nauki. Skupiamy się zwłaszcza na tych, którzy działają w przestrzeni internetu, a więc autorach blogów i rozmaitych form filmowego prezentowania odkryć naukowych czy przybliżania widza do trudnego problemu naukowego.


Oprócz tego na pewno pojawią się nowe warsztaty i wykłady. Otrzymaliśmy ogromną liczbę zgłoszeń. W ubiegłym roku napłynęło ich około 200, a tym razem ponad 500, mamy więc kapitalną sytuację, ponieważ jest z czego wybierać. Hasło przewodnie tegorocznej, czwartej edycji festiwalu brzmi: Nauka jest bliżej. Co wiąże się z tym motywem? Właściwie to jest takie hasło, które mogłoby stać się motywem przewodnim wszystkich edycji Festiwalu. Naszym głównym celem jest sprawienie, żeby na czas trwania imprezy nauka była bliżej ludzi. Szczególnie zależy nam na tych, którzy nie mają bezpośrednio z nią do czynienia, ponieważ na co dzień zajmują się innymi rzeczami. Jest to szansa dla nich, aby dowiedzieć się, czym my się właściwie zajmujemy za murami uniwersytetów, akademii i politechnik. Drugą kwestią jest to, że chcemy przypomnieć coś oczywistego – nauka obecna jest dzisiaj we wszystkim, co nas otacza. Każdy przedmiot codziennego użytku ma za sobą zaplecze naukowe. Żeby nasz świat mógł funkcjonować, nauka jest nam niezbędnie potrzebna. Chcemy nauczyć się wspólnie ze zwiedzającymi widzieć w naszym życiu codziennym pozytywną obecność nauki. I wreszcie nauka jest bliżej w takim rozumieniu przyszłości. Myślimy nieustannie poprzez naukę, co z nami będzie. Co będzie z Ziemią? Czy będziemy kolonizować Marsa? Czy poradzimy sobie z potrzebami środowiska naturalnego oraz z jego zmianami? Jak

wyżywić rosnącą liczbę ludzi na naszej planecie? To są w gruncie rzeczy problemy naukowe. Co by Pan powiedział, żeby zachęcić studentów do uczestnictwa? Dlaczego Pana zdaniem warto przyjechać na Festiwal? Przede wszystkim zobaczycie uniwersytety, jakich nie znacie. Zobaczycie je w całości. Zwykle większość z nas koncentruje się na swoim kierunku, wydziale, na swojej dyscyplinie. Tutaj można spojrzeć na swoją uczelnię w całym bogactwie różnorodności. Zobaczycie, jak fantastycznym światem jest uniwersytet. Zobaczycie śląskie uczelnie – Uniwersytet Śląski, Akademię Medyczną, Politechnikę Śląską, Akademię Wychowania Fizycznego, Akademię Sztuk Pięknych, Uniwersytet Jana Długosza z Częstochowy oraz Akademię Techniczno-Humanistyczną z Bielska-Białej, a więc bogactwo naukowe i edukacyjne regionu. Ale również zobaczycie naukę w formie, w której nieczęsto się ją na zajęciach obserwuje: w wydaniu najlepszych dydaktyków, najlepszych eksperymentatorów, najlepszych wykładowców.I wreszcie powiem coś chyba najważniejszego. Zobaczycie tam to, bez czego, moim zdaniem, w ogólne nie ma udanej nauki, a mianowicie: zabawę, przyjemność, fun z poznawania. Często niestety niezbyt dobrzy nauczyciele pokazują nam naukę jako coś, co jest przede wszystkim trudem, kłopotem, pracą i męką. Natomiast na Festiwalu zobaczycie ludzi, którzy się nauką przy okazji też bawią. A mi się wydaje, że bez tego elementu przyjemności poznawania nigdy nie będzie dobrej nauki.

Pigułka studenta, czyli najważniejsze informacje w jednym miejscu Kiedy i gdzie odbędzie się ŚFN KATOWICE? Na ŚFN KATOWICE zapraszamy od 25 do 27 stycznia 2020 r. 25 stycznia czeka nas uroczysta gala otwierająca, która odbędzie się w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego. Od 26 do 27 stycznia zapraszamy do Międzynarodowego Centrum Kongresowego i Spodka, gdzie na ponad 35 tys. metrów kwadratowych nauka będzie najważniejsza. Jak można dojechać na Festiwal? Zachęcamy do korzystania z komunikacji publicznej. Położenie w centrum Katowic budynków, w których odbywają się festiwalowe wydarzenia, pozwala na skorzystanie z autobusów czy tramwajów. Jeżeli planujecie dostać się na ŚFN KATOWICE samochodem, to radzimy pamiętać, że liczba miejsc parkingowych dostępnych w centrum miasta czy w strefie kultury jest ograniczona. Dla grup zorganizowanych, które przyjadą do nas autokarami, przygotowanych będzie kilka parkingów. Szczegółowe informacje znajdą się na stronie ŚFN KATOWICE już niebawem. Czy trzeba się rejestrować na wydarzenie? Reguły udziału w ŚFN KATOWICE są bardzo proste, jednak trzeba zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze – najważniejsze jest to, że uczestnictwo w wydarzeniu jest bezpłatne dla wszystkich. Osoby odwiedzające ŚFN KATOWICE indywidualnie, rodziny czy grupy przyjaciół nie muszą rejestrować swojego wejścia do budynku. Co innego, jeśli chce nas odwiedzić grupa zorganizowana, np. szkolna klasa. W przypadku takich grup prosimy o deklarację przybycia na Festiwal (rejestrację uruchomiliśmy już 6 grudnia). Czym innym jest rejestracja udziału w wybranym punkcie programu ŚFN KATOWICE. Większość atrakcji dostępna jest w ramach wolnego dostępu – korzystanie ze stanowisk pokazowych czy stref specjalnych nie wymaga żadnych dodatkowych czynności. Dla odwiedzających przygotowaliśmy także wydarzenia, które wymagają rejestracji udziału. Dzieje się tak w przypadku warsztatów, wykładów czy innych inicjatyw, na które liczba miejsc jest ograniczona. Nabór na wybrane

aktywności wymagające rejestracji uruchomimy po ogłoszeniu festiwalowego programu. Co szczególnie warto zobaczyć podczas ŚFN KATOWICE, będąc studentem? Wszystkie przygotowane przez nas punkty programu są wyjątkowo ciekawe. W tym roku postawiliśmy na wyjątkowych gości specjalnych. Odwiedzą nas Seth Shostak (program poszukiwania inteligencji pozaziemskiej SETI), Daniel Tammet (autystyczny sawant obdarzony ponadprzeciętnymi umiejętnościami matematycznymi i językowymi), Robert Zubrin (Mars Society), Marc Elsberg (pisarz science-fiction). Pojawią się także przedstawiciele i popularyzatorzy nauki z zaprzyjaźnionych zagranicznych festiwali, m.in. z Belfastu, Edynburga, Cheltenham czy Goteborga. Ściągnęliśmy do nas również spektakl „Radiance: The Passion of Marie Curie” o naszej wielkiej noblistce. Nie zapominamy też o gościach polskich, wśród których znajdą się m.in. Marcin Popkiewicz, prof. Jerzy Bralczyk, Zbigniew Libera, Paulina Mikuła, Anna Cieplak czy Edwin Bendyk. ŚFN KATOWICE po raz kolejny zaproponuje także pokazy naukowe, strefę E-sport Point, Przegląd Garażowych Wynalazków Off Science oraz strefę specjalną, która w tym roku będzie poświęcona elektromobilności i klimatowi. Ile wygospodarować sobie czasu na zobaczenie wszystkich festiwalowych atrakcji? Ze względu na ogrom festiwalowych atrakcji, aby przyjrzeć się całej ofercie ŚFN KATOWICE, potrzebny byłby cały dzień. W tym roku będziemy jednak zachęcać do korzystania z możliwości układania na naszej stronie własnego programu Festiwalu, który będzie można obsługiwać również z użyciem specjalnej aplikacji mobilnej. Szczegóły już wkrótce! Odpowiedzi na pytania udzielił rzecznik prasowy ŚFN KATOWICE, kierownik Centrum Medialnego Uniwersytetu Śląskiego Radosław Aksamit. Zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej Festiwalu: www.slaskifestiwalnauki.pl.

s. 7


Natalia Bartnik nataliabartnik@onet.pl

Ekowioska – raj (nie)utracony ,,Wy mówicie o zrównoważonym trybie życia, my prowadzimy zrównoważony tryb życia” – tak o ekoosadach mówi Daniel Greenberg, dyrektor organizacji Living Routes. W czasach, gdy środowisko naturalne jest coraz bardziej niszczone, a sąsiedzi odgradzają się od siebie betonowymi płotami, schronienie i pomoc oferują ekowioski – prawdziwe oazy na pustyni konsumpcjonizmu. Przed domem ławka dla gospodarza i sąsiadów. Pomidory z własnego ogródka, mąka od sąsiadki z lewej i cukier od znajomego z naprzeciwka. Na ból głowy domowy napar, na ból gardła mleko z masłem i cebulą, na zmęczenie i dekoncentrację – sen, na pewno nie tabletki. Nuda? A kiedy znaleźć na to czas? W wolnej chwili książka albo audycja w radiu. Dzieci na dworze do wieczora, nie można się doprosić, żeby wróciły do domu. Wielu narzeka, że te czasy się skończyły… ale nie w ekowioskach! Czym jest ekowioska? Według definicji amerykańskiego astrofizyka Roberta Gilmana jest to osada samowystarczalna (większość potrzeb jej mieszkańców jest zaspokajana przez nich samych), której fundament stanowi bliskość ludzi z naturą. Kosha Joubert, prezes organizacji Global Ecovillage Network, dodaje także, iż jest to wspólnota dążąca do utrzymania równowagi na poziomie społecznym, środowiskowym, ekonomicznym i kulturowym. Liczy się nie tylko własne przetrwanie (w najlepszych możliwych warunkach, co wcale nie oznacza, że w luksusowych), ale również uzdrowienie planety. Tutaj nie istnieje pogląd, że jej dobra są naszą własnością i nam się należą. Rola człowieka względem natury polega na byciu opiekunem, a nie panem. Jak uważa prof. Piotr Skubała z Instytutu Biologii, Biotechnologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego: – Wykorzystujemy każdego roku o 70 procent więcej zasobów, niż Ziemia jest w stanie odtworzyć. W niemal wszystkich raportach naukowych najwybitniejszych placówek badawczych, agencji ONZ oraz Unii Europejskiej pojawia się wskazanie, że musimy dokonać prawdziwej transformacji na wszystkich poziomach, od ekonomii przez politykę po społeczeństwo. Jeśli nie zmienimy naszego stylu życia dostatecznie szybko, staniemy się zagrożeniem dla życia w ogóle. Arkadia XXI wieku Obok ekologicznego trybu życia najważniejszą wartością jest poczucie wspólnoty. ,,Można zbudować tysiące wiatraków, które mogą przetrwać milion lat, ale jeśli stosunki w wiosce nie będą dobre, wioska i tak umrze” – słowa Danielle Connor, która część studiów zrealizowała w brazylijskich ekowioskach, świetnie pokazują, jak ważne dla ich mieszkańców są wzajemne relacje. Właśnie dlatego powinno je zamieszkiwać około 100 osób. W takiej grupie łatwiej podejmuje się wspólne decyzje, ludność może się bliżej poznać i umacniać więzi. Ma to jednak

s. 8

swoje wady – czasem nawet kilkuosobowa rodzina nie może dojść do porozumienia, a co dopiero liczniejsza? Takie debaty uczą jednak współpracy, prawidłowej komunikacji, szacunku do cudzych opinii oraz kierowania się dobrem ogółu, nie tylko własnym. A to jest potrzebne w każdej społeczności. Współpraca stanowi bardzo ważną część naszego życia – nie tylko przy dyskusjach, ale przede wszystkim na co dzień. Ogrodami warzywnymi i ziołowymi, ulami oraz sadami owocowymi trzeba zajmować się na zmianę. Odpowiednia ilość plonów to taka, która pozwala wszystkich wyżywić i utrzymać się ze sprzedaży, a przy tym nie przekracza fizycznych możliwości rolników. Każdy bierze dla siebie tylko tyle, ile potrzebuje, np. widząc obficie obrastającą jabłoń, zabiera się kilka owoców, a nie wszystkie, żeby mieć na później. Mieszkańcy ekowiosek nie odcinają się całkiem od nowoczesnych technologii, ale używają ich z umiarem – w niektórych osadach znajduje się na przykład jeden wspólny samochód czy komputer. I wbrew pozorom wcale nie ustawiają się do nich długie kolejki! Dla dobra planety… i portfela Technikę „zrób to sam” mieszkańcy ekologicznych wiosek opanowali po mistrzowsku – zazwyczaj sami budują domy (z drewnianych bali lub gliny i słomy), tworzą narzędzia, naczynia


czy meble. Oczywiście powinni być dla nas wzorem do naśladowania, ale na początek warto zacząć od czegoś niezbyt skomplikowanego i taniego. Jednym z najbardziej oczywistych rozwiązań jest zbieranie deszczówki oraz uprawa rzeżuchy czy ogródka warzywnego. Ale czy nasze grządki wyglądają tak, jak powinny? Allelopatia dostarcza informacji o tym, jakie rośliny mogą ze sobą sąsiadować, a które nie powinny. Koper prawdopodobnie okaże się szkodliwy dla marchwi, ale sałata czy fasola dobrze wpłyną na jej wzrost. Z tego samego powodu ziemniaki mogą rosnąć przy kukurydzy, ale już nie przy ogórkach. Rośliny wykorzystuje się również do odstraszania kretów – zamiast zakopywać w glebie chemiczne preparaty, wystarczy w odpowiednim miejscu posadzić bazylię. Warto zdecydować się także na ziołolecznictwo, które prawdopodobnie stosowali rodzice, gdy byliśmy jeszcze dziećmi – babka lancetowata ratowała nas przy ugryzieniu komara, zadrapaniu czy poparzeniu pokrzywą. Samą pokrzywę również można wykorzystać – przyspiesza ona porost włosów, zabezpiecza organizm przed wirusami, wspomaga koncentrację (w sam raz na sesję!) i pomaga się wyciszyć (na przykład po sesji). Z kolei napar ze stokrotek działa przeciwgorączkowo oraz łagodzi objawy grypy. Te informacje przydadzą się ludziom, a co z naturą? Mało kto wie, że sztuczne nawozy wprawdzie wspomagają wzrost roślin, ale też niszczą ziemię, która staje się coraz bardziej jałowa i w rezultacie potrzebuje jeszcze więcej nawozu. Dlatego w miarę możliwości powinno się wykorzystywać naturalne środki – choćby skorupki jajek albo obierki z jabłek czy ziemniaków.

Agnihotra – oczyszczająca moc ognia Każdego dnia o wschodzie i zachodzie słońca mieszkańcy Bhrugu Aranya zbierają się, by wykonać agnihotrę. Nie jest to stała praktyka w ekowioskach, ale dość częsta. Polega na oczyszczaniu atmosfery, co ma dobroczynny wpływ zarówno na ludzi, jak i rośliny, zwierzęta, glebę czy powietrze. Członkowie wspólnoty rozpalają ogień w specjalnych miedzianych naczyniach i wypowiadają słowa odpowiedniej mantry. Dzięki energii pochodzącej ze Słońca wytwarza się pole elektromagnetyczne, które gromadzi się w naczyniu i przez ogień dostaje się do powietrza. Brzmi jak magia, ale praktykujący naprawdę doświadczają małych cudów – w ten sposób leczą choroby gardła, redukują stres oraz wzmacniają swoją odporność, a ich rośliny i zwierzęta są zabezpieczone przed utratą zdrowia. Tydzień w innym świecie W Polsce znajduje się obecnie dziesięć ekowiosek, z których każda chętnie przyjmuje wolontariuszy na wizyty kilkugodzinne, jednodniowe lub dłuższe. Czy warto? Ekologiczne jedzenie, stały kontakt z naturą, nauka permakultury czy uzdrawiających technik, poczucie wspólnoty i bliskości z pozostałymi mieszkańcami… Niektórzy zaczynali właśnie od odwiedzin i zostali na dłużej, a powodu nietrudno się domyślić. Źródła: Ulica Ekologiczna. (www.ulicaekologiczna.pl); Zielona.org. (www.zielona.org); Homa Therapy Poland. (www.agnihotra.pl).

s. 9


Oliwia Szymańska oliwiaszymanska097@gmail.com

Daję „w prawo” Victor de Lima Baretto pisał: „Oto jest miłość. Dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe życie”. W dzisiejszych czasach ta przypadkowość wydaje się nieco odmienna, podobnie jak wizja romantycznych uniesień i spontaniczności, która nie jest już taka prosta w realizacji. Czy da się łatwo, szybko i bez wychodzenia z domu znaleźć partnera idealnego? Dawniej byłoby to niemożliwe, dziś na ratunek przychodzą aplikacje, które zmieniły nasz sposób nawiązywania, tworzenia, a nawet postrzegania relacji. Nasuwa się więc inne pytanie – jak randkować, żeby nie zwariować? Pędzić samotnie Bez wątpienia większość z nas żyje w błyskawicznym tempie. Stawiamy na edukację, pracę zawodową, liczne hobby. Nieustannie chcemy „więcej i mocniej”. Na relacje z najbliższymi najzwyczajniej w świecie nie starcza nam czasu, nie mówiąc już o poszukiwaniu potencjalnej drugiej połowy. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce mieszka około siedem milionów singli, a liczba ta ciągle wzrasta. Jak widać, grunt jest bardzo podatny, zatem prędzej czy później ktoś musiał wpaść na pomysł, aby zacząć szukać miłości jak nowej pary spodni w sklepie internetowym – szybko, bez wychodzenia z domu, za pomocą jednego kliknięcia brać to, co chce. Tak powstały aplikacje randkowe. Gdzie się poznaliście? Jak z samej nazwy wynika, aplikacje randkowe pozwalają nam poznawać nowych ludzi i umawiać się z nimi na wspólne wyjścia. Wachlarz możliwości jest dość szeroki. W naszym kraju, według rankingu „Gazety Wyborczej”, prym wiodą dwie: Badoo i Tinder. Ta wiadomość nikogo nie powinna zaskakiwać, gdyż w kuluarowych rozmowach na pytanie o miejsce zapoznania się pary coraz częściej zamiast knajpek, kierunków studiów, kół, klubów, przystanków czy ulic wymienia się nazwy aplikacji. Zaczynamy Rozpoczęcie przygody z jedną z najpopularniejszych aplikacji jest stosunkowo łatwe. Tworzymy profil, który opiera się w głównej mierze na ładnych zdjęciach oraz podstawowym opisie. Podajemy również swoją lokalizację i określamy preferencje odnośnie do płci, wieku czy odległości, jaka ma nas dzielić od przyszłej sympatii. Następnie aplikacja sama podsuwa nam propozycje. Widząc zdjęcia danego kandydata, oceniamy, czy on lub ona trafia w nasze gusta. Całość sprowadza się do prze-

s. 10

sunięcia w odpowiednim kierunku: w prawo – na tak, w lewo – na nie. Jeśli dwie osoby spodobają się sobie nawzajem, mogą rozpocząć rozmowę na czacie. Autoprezentacja Jeśli myślicie, że stworzenie tego typu aplikacji to sposób na dobry biznes, to co powiecie na karierę samozwańczego eksperta od randek? Jak grzyby po deszczu wyrastają instruktarze, filmiki i poradniki doradzające, jakiego typu zdjęcia wstawić, żeby się podobać, jak spreparować opis, żeby wydawał się interesujący, zabawny i tajemniczy albo jak odpowiadać w wiadomościach prywatnych, aby podtrzymać zainteresowanie. Mówiąc krótko – co trzeba zrobić, by usidlić wymarzonego księcia bądź księżniczkę z bajki. Dywagacje i analizy nie mają końca. Tylko ile w tym prawdziwego siebie, a ile kreacji? Według prac profesor Nicole Ellison i jej współpracowników oraz doktor Janelle Ward autoprezentacja oraz dzielenie się informacjami o sobie to dwa istotne elementy tworzenia relacji. Zakłada się, że osoby szukające intymnego związku przeważnie przedstawiają swój wygląd w większym stopniu zgodnie z prawdą, a także częściej otwierają się przed potencjalnym partnerem. Doktor Marcin Moroń z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Śląskiego oraz psycholog Martyna Sobczyk zwracają też uwagę na różnicę ewolucyjnie ukształtowanych preferencji kobiet i mężczyzn w wyborze potencjalnego partnera. Płeć piękna zwykle pragnie panów dobrze sytuowanych, z perspektywami, przystojnych, wysokich, atletycznie zbudowanych i nieco starszych, którzy są stali w uczuciach, godni zaufania i lubią dzieci. Mężczyźni z kolei szukają pań młodych, pięknych, pełnych energii, wiernych, a także cnotliwych, na dodatek pragnących mieć potomstwo.


Jakkolwiek powyższy obraz odnosi się do mechanizmów biologicznych, znajduje bardzo duże odzwierciedlenie w kreowaniu swojego wizerunku na portalach randkowych Warto czy nie? Dawniej korzystanie z portalu randkowego uważano za coś nienormalnego, wręcz wstydliwego. Osobę mającą taki profil można było posądzić o nieumiejętność tworzenia standardowych relacji. A teraz? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie założył konta na żadnej tego typu stronie. Aplikacje randkowe mają dwie strony medalu. Mimo że poznawanie i umawianie się z ludźmi stało się szybsze i łatwiejsze, a zasięgiem obejmujemy też tych, których prawdopodobnie w innych okolicznościach nie byłoby nam dane spotkać, to wiele również tracimy. Opierając się tylko na czyimś wyglądzie, odrzucamy sporą liczbę potencjalnych sympatii, które przy tradycyjnym poznaniu się przekonałyby nas do siebie swoją osobowością, urokiem osobistym czy magicznym „tym czymś”. Nasze relacje stają się płytkie i nie trwają długo, bo przecież zawsze można znaleźć kogoś nowego, kogoś lepszego albo po prostu uciąć konwersację i zniknąć bez konsekwencji. Bycie atrakcyjnym, zbieranie tak zwanych „matchy” zawsze sprawia przyjemność, ale czy nie równie miły jest dreszczyk ekscytacji, niepewności co do uczuć drugiej osoby, szczególnie na początku relacji? Mając aplikację randkową, zazwyczaj przeskakujemy jakiś etap. Co więcej, sukces nigdy nie jest murowany. Musimy liczyć się też z tym, że większość z nas prezentuje się z jak najlepszej strony, niekoniecznie stuprocentowo odpowiadającej rzeczywistości. Doktor Marcin Moroń wspomina, że gdy Eli Finkel, profesor psychologii społecznej z Uniwersytetu PółnocnoZachodniego, został zapytany o znaczenie Tindera dla współczesnych związków romantycznych, wskazał na istotną zmianę. Choć serwisy i aplikacje randkowe nie przeobrażą szczęśliwych relacji, mogą znacząco wpłynąć na próg decyzji o wyjściu z nich. Chęć zaangażowania się w związek romantyczny jest powiązana z obniżeniem zainteresowania innymi potencjalnymi kontaktami, co może czynić nieuzasadnionymi obawy, że aplikacje randkowe wywołają wśród użytkowników lęk przed długotrwałymi więziami. Według doktora Moronia

jest to zjawisko zarówno optymistyczne, gdyż broni trwałych, wieloletnich relacji, jak i stanowiące zagrożenie, ponieważ zawyża się próg oczekiwanej w nich wymiany nagród, poniżej którego opuszczenie związku jest bardziej prawdopodobne. Konkluzja Czy w takim razie randkowanie przez aplikacje jest gorsze? Nie da się tego obiektywnie ocenić – to po prostu coś nieco innego. Nowe technologie przychodzą nam z pomocą, oferując kolejne narzędzia do poznania partnera, jednak ważne jest, by zachować należyty balans; by Tinder, Badoo czy jeszcze inne portale stanowiły tylko jedną, a nie jedyną możliwość spotykania innych osób. Jak twierdzi doktor Moroń: – Czas pokaże, czy ich używanie na masową skalę zmieni mentalność w zakresie tworzenia relacji. Co budzi niepokój, to łatwość korzystania, szybkość i bezwysiłkowość, a także anonimowość. Ta „ciemna triada” jest odmienna od czynników sprzyjających dynamice budowania zaangażowanego związku, który wymaga czasu, cierpliwości, wyłączności i wysiłku. Czy zatem Tinder przesunie nas w stronę relacji nastawionych na krótki czas trwania i niskie zaangażowanie? Nie można tego wykluczyć. Pamiętajmy o tym, że z reguły miłości nie da się zaplanować – zarówno tej, która rozpoczęła się od aplikacji, jak i tej zrodzonej podczas standardowego spotkania. Źródła: J. Ward: Swiping, Matching, Chatting: Self-Presentation and SelfDisclosure on Mobile Dating Apps. „Human IT”. Nr 13.2 (2016); M. Moroń, M. Sobczyk: Biologiczne mechanizmy leżące u podstaw wyboru partnera seksualnego i związku partnerskiego; N. Ellison, R. Heino, J. Gibs: Managing Impressions Online: Self-Presentation Processes in the Online Dating Environment. „Journal of Computer-Mediated Communication”. Styczeń 2006.

ilustracja: Paulina Michalska s. 11


zdjęcia: Caroline Clément de Colombières instagram: @carolineclmt

Aleksandra Lewandowska aleksandral1997@gmail.com

Sisu, czyli fiński sposób na szczęście Czy można trwać w radosnym nastroju, gdy za oknem noc polarna, śnieg pada już w październiku, a temperatury zimą sięgają nawet -20 stopni? W czym tkwi tajemnica fińskiej pogody ducha i co sprawiło, że naród ten został okrzyknięty najszczęśliwszym na świecie? Dwóch Finów, Arttu i Juho, postanowiło powędkować w przeręblu. Spędzili w ciszy kilka godzin, gdy nagle Juho zapytał: „Co słychać?”. Arttu nie odpowiedział, zatem łowili bez słowa przez następnych kilka godzin, aż Juho ponownie zagaił: „Jak tam twoja rodzina?”. To zdenerwowało Arttu, który zerwał się i krzyknął: „Przyszliśmy tu rozmawiać czy wędkować?!”. Ten popularny fiński dowcip to oczywiście znaczne przerysowanie wizerunku małomównych i introwertycznych obywateli Finlandii. Zapewne znacie również stereotypy dotyczące ich zamiłowania do heavy metalu (bądź ciszy), alkoholu, sauny czy samotności. Jak więc się to stało, że mieszkańcy państwa, którego część przez kilka miesięcy w roku jest pogrążona w całkowitej ciemności, uznani zostali za najszczęśliwszy naród świata? Miara szczęścia Finlandia od dwóch lat znajduje się na szczycie rankingu World Happiness Report badającego stosunek szczęścia do takich czynników jak: PKB per capita, przewidywana długość życia, wolność wyboru, zachowania prospołeczne oraz tendencje wyborcze. Jednak czy szczęście da się zmierzyć? Co wpływa na to, że je czujemy? Dla Finów jego miarą jest powszechnie przychodząca na myśl „własna, czerwona, letnia chatka i pole ziemniaków”. Skromność oraz chęć pozostawania w bliskości i zgodzie z naturą sprawiają, że naród ten, uważany za cichy i smutny, okazuje się wzorem

s. 12

do naśladowania. Umiłowanie prostoty, wdzięczność, niezłomność oraz hart ducha i ciała to zaledwie niektóre z cech, których zdecydowanie powinniśmy się nauczyć od mieszkańców kraju tysiąca jezior. Sisu Powyższe pojęcie nie ma bezpośredniego przełożenia na język polski. Da się jednak opisać je jako połączenie odwagi, wytrzymałości, siły woli i zdolności do przekraczania własnych ograniczeń. Taka mentalność pozwala nie tylko przetrwać Finom w trudnych warunkach, ale również kształtuje pełne stoickiego spokoju i otwartości spojrzenie na życie. Sisu można praktykować na wielu płaszczyznach. W Finlandii jednak dostrzega się je w codzienności, na każdym kroku; w małych rzeczach, których my, Polacy – skłonni do narzekania, miłujący wygodę i swojskość, często zamknięci na nieznane i nowe – nie zauważamy. Jak więc wprowadzić tę fińską magię u siebie, zwłaszcza gdy szarówka za oknem do tego nie zachęca? Sposobów jest wiele! Wydzierganie rękawiczek na zimę, regularna jazda rowerem, spacery po lesie, morsowanie oraz najważniejsze – uśmiech! Kiitos Prawdopodobnie jednym z pierwszych i najczęściej słyszanych przez was słów podczas wizyty w Finlandii będzie kiitos,


czyli „dziękuję”. Jak się okazuje, można dziękować dosłownie za wszystko! Wyrażenie to pojawia się wszędzie – w stanowczych apelach właściciela budynku o przestrzeganie ciszy nocnej, na końcu uprzejmego e-maila od wykładowcy, na plakacie informującym o imprezie. Mieszkańcy Finlandii wyrażają wdzięczność każdej napotkanej osobie, z czym wiąże się szacunek dla pracy innych. Dlatego nie powinno dziwić dziękowanie za jazdę kierowcy miejskiego autobusu, kasjerce w sklepie czy bileterowi w teatrze. Co więcej, wymowa słowa kiitos, poprzez obecność samogłoski „i”, wymaga od nas uśmiechu! A jest on powszechny w Finlandii, gdziekolwiek spojrzeć – niemal każdy napotkany tam człowiek obdarza nas szerokim, szczerym uśmiechem, a tak często przywoływany brak skłonności Finów do pogawędek nie ma nic wspólnego z prawdą! Okazuje się bowiem, że są oni znacznie lepsi w prowadzeniu tzw. small talków, niż mogłoby się wydawać. W Polsce na pytanie: „jak leci?” często usłyszymy odpowiedź: „tak sobie” lub wspólnie z rozmówcą zaczniemy narzekać na pogodę. W Finlandii natomiast możemy niespodziewanie zostać zapytani przez przypadkową osobę o to, jak się czujemy, czy wszystko w porządku, a także usłyszeć żart na temat śniegu, który spadł dwa miesiące za wcześnie. Ta wdzięczność, połączona z sisu, objawia się ponadto w niesamowitej chęci pomocy i komunikacji z nieznajomymi. Angielski zna tu niemal każdy – od małego dziecka po starszych ludzi, niezależnie od poziomu wykształcenia. Może właśnie dzięki temu Finowie czują się szczęśliwi i bezpieczni? Nie dziwi zatem pewność, że jeśli w najmniej oczekiwanym momencie będziemy potrzebować wsparcia, otrzymamy je, nawet od ubogiego czy schorowanego człowieka. Pamiętajmy jednak, by odwzajemnić je kiitos!

się one w Joensuu 11 lipca 2019 roku. W zmaganiach wzięło udział około 200 osób, których celem, oprócz zwycięstwa, była przede wszystkim dobra zabawa. Wśród uczestników znaleźli się przedstawiciele dziewięciu krajów, między innymi Rosji, Japonii czy USA. Przetrwać najgorsze Sisu obecne jest w każdym z nas. Nie trzeba zatem uciekać do Finlandii, by przebywać w najszczęśliwszym miejscu na świecie. Możemy stworzyć je w swoim otoczeniu – wystarczy odrobina odwagi i samozaparcia. Każdy z nas miewa chwile trudności. Jednak następnym razem, gdy coś nas przerośnie, spróbujmy być sisu i – pomimo przeciwności losu – idźmy naprzód z podniesioną głową! Źródła: P. Collinson: Finland is the happiest country in the world, says UN report. „The Guardian”. (www.theguardian.com); Urban Dictionary. (www.urbandictionary.com); World Happiness Report. (www.worldhappiness.report).

Avantouinti To zagadkowe słowo oznacza po prostu morsowanie, czyli zanurzanie się w lodowatej wodzie, najczęściej łączone przez Finów z saunowaniem. Ten kolejny element sisu jest nie tylko przyjemnym i wyjątkowym doświadczeniem, ale również zwiększa odporność organizmu, poprawia wydolność serca, ma korzystny wpływ na skórę i redukuje stres. Kąpiele w przerębli czy tarzanie się w śniegu pomiędzy sesjami w saunie to jednak nie jedyne sposoby na hartowanie ciała. Od małego mieszkańcy Finlandii przyzwyczajani są do zwalczania strachu przed mrozem, nikogo nie zaskakuje więc widok gromadki dzieci dojeżdżających na rowerze do szkoły czy kilkoro emerytów niezłomnie trenujących nordic walking pomimo ujemnych temperatur. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze życie w zgodzie z naturą. Bo przecież codzienna jazda rowerem jest zarówno przyjemna, jak i ekologiczna! Heavy metal i szydełkowanie Kto by pomyślał, że można dobrze się bawić przy robieniu na drutach! Po kilku miesiącach mieszkania w Finlandii nic cię nie zdziwi. Widzisz ludzi dziergających w autobusie, na przystanku czy na wykładzie i wydaje ci się to zwyczajną czynnością. W końcu nawet przewodniczący komisji egzaminacyjnej, pilnując studentów, nie powstrzyma się przed wyjęciem zestawu do szydełkowania. Jednak połączenie heavy metalu i rękodzieła już wydaje się absurdalne, prawda? To przekonanie bynajmniej nie zniechęciło Finów do zorganizowania zawodów w robieniu na drutach przy akompaniamencie ciężkich brzmień – odbyły

s. 13


Anna Herman step.akhermanski@gmail.com

Doświadczenie psychodeliczne „Nieświadomie popatrzyłem na warstwę piasku, który podniosłem dłonią, kiedy nagle ujrzałem wyjątkowe piękno każdego pojedynczego ziarenka; zamiast się nudzić, widziałem każdą cząstkę złożoną w perfekcyjny geometryczny wzór, z ostrymi brzegami, w których odbijał się olśniewający błysk światła, podczas gdy każdy kryształek świecił niczym tęcza”. Jak często zdarza nam się pochylić – z pełnym czułości zachwytem świadka małej epifanii – nad którymś z najlichszych przejawów piękna otaczającego nas świata, zmiennej przyrody (raczej nie teraz, nie dziś – jest za zimno i zbyt mokro) i względnie trwałego dzieła ludzkich rąk? Czy frapuje nas faktura śladów szalunku na betonowej ścianie? Czy zwracamy uwagę na mgłę, która rozprasza światła unoszące się łuną nad kawalkadami blokowisk? Przytoczony wyżej fragment Nieba i piekła, jednego z najczęściej cytowanych esejów Aldousa Huxleya, przywołuje moment zachwytu nad ziarnkiem piasku mieniącym się w dłoni bacznego obserwatora. Nie są to jednak słowa pisarza – posłużył się on niepodpisanym, ujętym w cudzysłów wyimkiem przy okazji wyodrębniania istotnych cech doświadczenia psychodelicznego. Wśród charakterystycznych doznań wyróżnił kilka subiektywnie najważniejszych, w tym wzmożenie intensywności postrzeganych barw, wrażenie ogólnej świetlistości

s. 14

percypowanych obiektów, a także pojawienie się geometrycznych halucynacji i odczucia rozszerzenia przestrzeni. Huxley, pod okiem specjalistów, eksperymentował między innymi z meskaliną, a swoje przeżycia związane z zażywaniem tej substancji opisał w eseju Drzwi percepcji. Upoetyzowany fragment o ziarnku piasku jest jednak zwyczajną afirmacją doświadczenia zachwytu, estetycznego uniesienia związanego ze wzniosłą tajemnicą otaczającej nas przyrody i – co zaznacza autor Nieba i piekła – do jego powstania nie przyczynił się żaden środek o działaniu psychodelicznym. Dlaczego zatem Huxley postanowił wykorzystać ten opis, dając tym samym asumpt do potraktowania doświadczenia psychodelicznego w kategoriach doświadczenia estetycznego? Doświadczenie psychodeliczne Jest to stan świadomości osiągany przede wszystkim w wyniku zażycia substancji (syntetycznej bądź występującej naturalnie) o działaniu psychodelicznym.

Cechą wspólną tych środków jest ich potencjał do wywoływania silnych zmian percepcji (między innymi niecodziennych wrażeń wizualnych i synestezji) oraz wzmagania reakcji na bodźce odbierane z otoczenia. Z doświadczeniem psychodelicznym wiąże się również skrajna intensyfikacja emocji – pozytywny nastrój może przerodzić się w euforię, a tłumiony gniew czy smutek – w koszmar. Z tego też powodu tak ważnym elementem każdej psychodelicznej podróży (ang. trip) jest odpowiednie (i odpowiedzialne) zaaranżowanie sesji. Do lat sześćdziesiątych i od początku dwudziestego pierwszego stulecia wszelkie testy przeprowadzane są w warunkach laboratoryjnych, a uczestniczący w nich specjaliści – w tym lekarze – w każdej chwili mogą przerwać badanie. Głębokość i wyrazistość przeżyć różni się w zależności od rodzaju środka, wielkości podanej dawki, nastawienia, nastroju, a także uwarunkowań psychicznych osoby poddawanej wpływowi substancji enteogennej. Badania inicjowane dziś przez Amandę Feilding czy Torstena


Passiego udowadniają, że nie ma dwóch identycznych (a nawet podobnych!) doświadczeń psychodelicznych. Pacjenci donoszą najczęściej o intensywnych i barwnych wrażeniach wzrokowych – wibrowaniu kolorów, mienieniu się świateł oraz pojawieniu się fraktali i geometrycznych wzorów, które nie znikają (a czasem nawet ulegają wzmożeniu) po zamknięciu oczu. Kontrkultura i literatura O szczytowej popularności substancji enteogennych nie można mówić bez wzmianki o kontrkulturze lat sześćdziesiątych. Począwszy od Jima Morrisona, Raya Manzarka i powołanego przez nich do życia zespołu The Doors, poprzez grupę Jefferson Airplane, Janis Joplin i po części Cream, The Beatles, The Rolling Stones oraz Donovan, aż po wczesne Pink Floyd – muzyka popularna nie mogłaby obyć się bez wpływu rewolucji obyczajowej. Jednak pierwsze przejawy psychodelicznych wibracji odczytujemy już we wczesnej poezji Diane di Primy, Allena Ginsberga czy Neala Cassady’ego (lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku). Do zamglonych początków wracają w swojej twórczości między innymi Philip Roth, którego bohater z rozrzewnieniem wspomina rozluźnienie obyczajów w siódmej dekadzie dwudziestego stulecia (patrz Konające zwierzę), czy Patti Smith w autobiograficznych Poniedziałkowych dzieciach. Jednak jeszcze przed rokiem

1960, a nawet 1901, doświadczenie psychodeliczne – jako pojęcie jeszcze nie ukute, jeszcze nie eksploatowane – odnajdywało swój odpowiednik w literaturze obscenicznej, zakazanej, obłożonej swoistą obyczajową klątwą. „Jasnoskóre nimfy przyglądają ci się oczyma wielkimi, a głębszymi i bardziej przejrzystymi niż niebo czy woda; postacie rodem ze starożytności, w strojach kapłańskich i wojskowych, wymieniają z tobą uroczyste powitania” – tak w eseju o haszyszu, jednym z tekstów wydanych w 1860 roku w zbiorze Sztuczne raje, pisał poeta-dekadent Charles Baudelaire. W tym samym tekście pojawia się barwny opis doświadczenia psychodelicznego młodej kobiety, która po raz pierwszy zakosztowała uroku haszyszowej herbatki. Także Rachilde, francuska pisarka powieści erotycznych (znana również z pożyczania butów na obcasie Alfredowi Jarry’emu i bardzo ciętego dowcipu), nie stroniła w swej twórczości od odwołań do doświadczeń z haszyszem – raz za razem mirażowych, pachnących korzennymi przyprawami i przywołujących mgliste postaci zapomnianych bóstw. Przeżycie mistyczne, które – wedle słów religioznawcy i filozofa Hustona Smitha – niemal w zupełności tożsame jest ze stanem wywołanym przez zażycie enteogenów, oraz przeżycie estetyczne splatają się w doświadczeniu psychodelicznym w świetlistą i pełną barw podróż na antypody umysłu. To właśnie w tym

miejscu sztuka i estetyka tak bliskie są zmysłowemu uwrażliwieniu spowodowanemu działaniem substancji enteogennej. Określenia „psychodelia” i „psychoilustracja: Anna Liwia Strutyńska deliczny” mają rodowód grecki. Psyche, oznaczające duszę lub umysł, łączy się w nich z czasownikiem delos – manifestować, objawiać, ujawniać. Możemy zatem mówić o objawieniu się duszy czy manifestującym się umyśle. Termin ten został ukuty przez psychiatrę Humphry’ego Osmonda dla zastąpienia mylącego określenia „halucynogenny”. Współcześnie postuluje się zamianę pojęcia „psychodeliczny” na inne, nieco bardziej enigmatyczne – enteogenny (dosł. mieszczący boga). Pomimo tego, że nowy termin nie jest pozbawiony wad, dobitniej wskazuje na religijny i mistyczny wymiar stosowania substancji psychoaktywnych, na przykład meskaliny, między innymi w Kościele Rdzennoamerykańskim. Wybrane źródła: Psychiatria. Pod red. A. Bilikiewicza, S. Pużyńskiego, J. Rybakowskiego, J. Wciórki. T. 1–3; T. Leary: Doświadczenie psychodeliczne; A. Huxley: Niebo i piekło; Drzwi percepcji; Ch. Baudelaire: Sztuczne raje; H. Smith: Oczyścić drzwi percepcji; A. Hoffmann: LSD – Moje trudne dziecko.

s. 15


Katarzyna Smutek ktrznsmutek6@gmail.com

Zwierzęcy zmysł Zawsze jest ktoś, kto czeka na nas w domowym zaciszu, aż wrócimy zmęczeni miejskim szumem, usiądziemy na kanapie i po prostu go przytulimy. Ktoś, kto może nie rozumie naszych łez, ale stara się je otrzeć, bo kocha nas bezwarunkowo. Ktoś, kto tęskni, ktoś, kto czuwa, ktoś, dla kogo nie istnieje bez nas świat. Czy dostrzegamy wyjątkowość zwierząt domowych? Czy ją rozumiemy? Więź między człowiekiem a jego pupilem bywa magiczna i wie o tym każda osoba, która choć raz mogła takową stworzyć. Z początku obcy, chowający się pod łóżkiem kotek szybko kradnie serca domowników, gdy tylko pewnego dnia zostaje przyłapany na zajadaniu po kryjomu karmy. Potem to już kwestia chwili, by zaczął ocierać się łebkiem o członków rodziny, zachęcając ich do głaskania, kłaść się obok nich w nocy, zajmując kołdrę, którą chcieli się okryć, czy tulić się do jedynych znanych mu ramion, drżąc przed wizytą u weterynarza. I by opiekunowie drżeli razem z nim. Przez wzgląd na tak bliską relację często wyśmiewamy niestworzone historie znajomych dotyczące ich zwierzaków. Bo przecież psy nie przewidują przyjazdu właścicieli – to zbieg okoliczności, w którym Paweł doszukuje się drugiego dna, a Karolina błędnie go interpretuje, przypisując Fafikowi ponadnaturalne umiejętności… A co, jeśli oni wcale się nie mylą? Powyższa wątpliwość pokierowała Ruperta Sheldrake’a ku nowemu projektowi badawczemu. Brytyjski naukowiec zebrał i uporządkował setki doniesień o wypadkach z udziałem zwierząt domowych, zapoczątkowując tym samym dyskusję na temat ich nadzwyczajnych zdolności. Niektóre naprawdę wprawiają w zdumienie. Nie baw się w chowanego, i tak ze mną przegrasz Spokojna dotąd suczka nagle zrywa się z posłania i staje pod drzwiami, wyraźnie na coś czekając. Kilka minut później zagadka

s. 16

zostaje rozwiązana – oto klucze przekręcają się w zamku, co zwiastuje przybycie pana. Brzmi znajomo? Podobne historie przeżywa spore grono psiarzy. Nie wiedzieć skąd, ich podopieczni przeczuwają, że kierują oni kroki ku domowi. Co ciekawsze, opowieści donoszą o takim zachowaniu, nawet gdy właściciele wracają różnymi środkami komunikacji, o zmiennych porach i bez uprzedzenia. Jednak przewidywanie powrotów nie jest tylko domeną psów. Choć mniej wylewne przy powitaniach, koty również wychodzą na spotkanie osób, z którymi łączy je silna więź. Potrafią wyczekiwać odpowiedniego autobusu obok przystanku czy uciekać z mieszkań tymczasowych opiekunów do swego lokum, gdy pan jest już w drodze po dłuższej nieobecności. Z kolei papugi wykorzystują potęgę głosu, by wykrzykiwać imię w chwilę potem zjawiającego się domownika. Kiedy nic nie zwiastuje szans na wizytę ukochanego człowieka, zwierzęta ruszają do niego same, pokonując nieraz gigantyczne odległości. W tym zakresie wyczyn owczarka szkockiego Bobby’ego doczekał się miana legendy – po zaginięciu w stanie Indiana przebył on drogę ponad trzech tysięcy kilometrów, jaka dzieliła go od rodzinnego Oregonu. Niemałą fantazją wykazywała się także Pepsi, która wręcz uwielbiała wymykać się zza domowych opłotków i odwiedzać przyjaciół swoich właścicieli mieszkających w różnych miejscach. Zadziwiające, że za każdym razem, gdy była u nich po raz pierwszy, zawożono ją do tych nowych punktów, więc nie mogła znać charakterystycznych zapachów na trasie.


Lepiej usiądź, zaraz zrobi ci się słabo Kto nigdy nie wysłuchiwał narzekań krewnych na ich bolące kręgosłupy? Zdaje się, że to już tradycja rodzinnych zlotów, a jak to bywa z tradycjami – niekoniecznie chcemy je kultywować. Wybiegamy gdzieś myślami, póki do naszych uszu nie dociera wieść o jedynym sprawdzonym lekarstwie, czyli… wygrzewającym plecy kocie? Zwierzęta wiedzą, kiedy czujemy się gorzej. Wtedy od razu sadowią się przy nas, jakby w geście wsparcia. Niektóre psy potrafią nawet alarmować o zbliżającym się ataku padaczki czy obniżeniu poziomu cukru. Podobne doniesienia dotyczą także kotów i królików, z tym że kotom przypisuje się ponadto zdolności terapeutyczne, choćby w kwestii regulowania ciśnienia krwi. Niemniej wcale nie trzeba chorować, by zwierzę mogło uratować nasze zdrowie, wystarczy wybrać niewłaściwą drogę podczas spaceru. Wiedzą o tym osoby, którym za nic nie udawało się zaciągnąć pieska w daną alejkę, a sekundę potem słyszały dźwięk spadającego na nią konara. Równie dobrze mogłaby tamtędy przejść lawina śnieżna lub wjechać rozpędzony samochód – pies wyczułby i to. Pójdźmy dalej – skoro przewidywanie drobnych wypadków nie sprawia naszym pupilom trudności, co z klęskami żywiołowymi? Już od lat zachęca się obywateli Chin do uważnej obserwacji zwierząt. Na początku lutego 1975 roku w miejscowości Haicheng psy bez powodu zaczęły warczeć, koty kryły się po kątach domów, świnie gryzły się między sobą, a bydło zrywało się z uwięzi i uciekało. W końcu wydano decyzję o ewakuacji. Gdyby nie zapadła, zginęłyby dziesiątki tysięcy ludzi. Bo jeszcze tego samego dnia nastąpił potężny wstrząs. Haicheng nie jest odosobnionym przypadkiem – niemal identyczna historia miała miejsce choćby dwadzieścia lat później w regionie Sinciang. Natomiast na gruncie europejskim nasi przodkowie przekonali się o niezwykłych umiejętnościach swoich podopiecznych podczas II wojny światowej. Prawdziwym koszmarem tamtych czasów okazały się naloty bombowe, przed którymi ratunkiem były tylko schrony. Niestety inwazje często zdarzały się nocami i zaskakiwały zbyt daleko od kryjówki. Niektórzy przeżywali bombardowanie tylko dzięki psom, kotom czy papugom, dlatego że te zawczasu informowały ich o zagrożeniu. Zwierzęta bowiem nieomylnie zapowiadały atak nagłym zaniepokojeniem.

wyjaśnienie potwierdzają badania Stanleya Corena – psycholog wykazał, że tylko psy mające zdrowy aparat słuchowy zapowiadają zbliżające się wstrząsy. A co z odgadywaniem samopoczucia właściciela? Zwierzęta obserwują nas jak nikt inny, dlatego natychmiast dostrzegają chwilowe wahania nastroju, czytając mowę ciała lub kierując się zmianą naszych rutynowych czynności. Rzadko kiedy też ataki epilepsji czy spadki poziomu cukru nie są poprzedzone żadnymi objawami – po prostu my ich nie zauważamy. Jednak nie każdy przypadek da się wytłumaczyć tak prosto. Gdzie szukać roli zmysłów w historii Bobby’ego? Jak psy uprzedzające o atakach bombowych rozróżniały siły wrogie od zaprzyjaźnionych? Na czym bazują nasi podopieczni, którzy wyczuwają powrót domowników o zmiennych porach, i to różnymi środkami transportu? Oczywiście należy pamiętać, że o większości tych niezwykłych zachowań dowiadujemy się z doniesień innych. Czasem łączymy ze sobą niepowiązane tak naprawdę fakty, pomijamy inne czy uporczywie dążymy do potwierdzenia naszych przypuszczeń pomimo argumentów im przeczących. A być może zwierzęta mają w zapasie jeszcze jeden zmysł, o którym nie wiemy? W końcu, jak pisał Stanley Coren, minęło sporo czasu, nim naukowcy odkryli i (co najważniejsze!) zaakceptowali fakt występowania echolokacji u nietoperzy. W oczekiwaniu na przełomowe odkrycia w tej dziedzinie poświęćmy jeden wieczór naszego zabieganego życia swoim pupilom, których wyjątkowości nie musimy dowodzić. Zasługują na to! Źródła: R. Sheldrake: Niezwykłe zdolności naszych zwierząt; S. Coren: Tajemnice psiego umysłu; A. Sowa: Psim nosem, kocim okiem. „Ja, My, Oni”. Nr 11/2017.

Spokojnie, nie jestem kosmitą Jeśli czytasz mój artykuł, głaszcząc swojego pupila, pewnie zerkasz teraz w jego stronę i myślisz: jakim cudem on to wszystko potrafi? Możliwych wytłumaczeń jest wiele. Choć Sheldrake usiłuje przekonać świat do koncepcji pól morficznych i swego rodzaju telepatii, większość osób obeznanych z tematem stawia na zmysły – zwierzęta dysponują po prostu lepszym węchem, wzorkiem i słuchem. Suczka, która wyczekuje pana, może kierować się dźwiękiem podjeżdżającego auta albo zapachem właściciela. Pies, który przewidział złamanie konara, prawdopodobnie usłyszał jego pierwsze trzaski. Tak samo zwierzęta, które okazywały nerwowość przed trzęsieniem ziemi, pewnie odebrały dźwięki sygnalizujące przesuwanie się płyt skorupy ziemskiej. To ostatnie

zdjęcia: Patrycja Grzebyk


Paweł Zberecki pawel.zberecki@gmail.com

Śmiejąc się ze strachu Specyficzny, wisielczy, nie dla każdego. W ten sposób można opisać zjawisko znane jako czarny humor. Fascynuje on zarówno artystów, jak i odbiorców kultury. Przyglądając się – oczywiście z przymrużeniem oka – jego interesującej historii, warto zastanowić się, dlaczego jest tak popularny. Każdego z nas śmieszy co innego Znany badacz, profesor psychologii Rod A. Martin z kanadyjskiego University of Western Ontario, w wydanej w 2007 roku pracy naukowej The Psychology of Humor: An Integrative Approach wprowadził podział na cztery typy poczucia humoru: afiliacyjny – pomagający budować i utrzymać dobrą atmosferę w grupie; wzmacniający „ja” – polegający na śmianiu się z samego siebie dla poprawienia samopoczucia; agresywny – sarkastyczny i będący wyrazem niechęci do otoczenia oraz poniżający „ja” – oparty na krytycznej postawie wobec siebie. Poszczególne rodzaje są powiązane z naszym temperamentem. Według skali zaproponowanej przez angielskiego psychologa Hansa Eysencka humor afiliacyjny i wzmacniający „ja” należy łączyć z ekstrawertyzmem, poniżający „ja” i agresywny zaś z neurotycznością. Żart dla wybranych Umieszczenie w tych ramach czarnego humoru na pierwszy rzut oka wydaje się oczywiste. Żarty tego rodzaju drwią z tematów poważnych i dotkliwych. Nierzadkie jest zatem kpienie z chorób, lęków, a nawet śmierci. Z tego powodu wielbiciele wisielczego humoru często mylnie przypisywani są do grupy komików-agresorów. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu postanowili obalić stereotyp mówiący, że osoby posługujące się kontrowersyjnym rodzajem humoru są gniewne i wrogo nastawione do społeczeństwa. Przeprowadzili eksperyment, w którym wzięło udział ponad 150 osób obu płci w wieku 33 lat. Jego pierwsza część była poświęcona testom na inteligencję oraz psychoanalizie każdego badanego. Następnie uczestnikom pokazano

s. 18

rysunki niemieckiego grafika Ulego Steina. Wpisywały się one w nurt czarnego humoru. Podczas badań udało się znaleźć korelację między wysokim ilorazem inteligencji a skłonnością do wyśmiewania przykrych rzeczy. Tendencję do takich zachowań miały przede wszystkim osoby o wykształceniu wyższym, z pozytywnym nastawieniem do życia. Drażliwi artyści Okazuje się, że fanami czarnego humoru są także wyjątkowo zdolni twórcy kultury. Punktem odniesienia dla ich działań mogą być słowa zaczerpnięte z artykułu Sigmunda Freuda Humor z 1927 roku: „Ego nie chce się martwić prowokacjami rzeczywistości, zmuszać się do cierpienia. Podkreśla, że traumy świata zewnętrznego nie mogą na nią wpływać; pokazuje bowiem, że takie traumy są jedynie okazją do czerpania przyjemności”. Dadaiści, futuryści czy surrealiści uwielbiali czarny humor do tego stopnia, że ironia i szyderstwo wpisane były w ich założenia artystyczne. Współcześni twórcy również nie boją się posługiwać żartem z pogranicza farsy i makabry. Moim zdaniem na największe uznanie zasługuje filmowy nurt czarnej komedii, którego jedną z pierwszych realizacji była wystawiona przez Josepha Kesselringa sztuka Arszenik i stare koronki z 1939 roku, zekranizowana pięć lat później przez jednego z najsłynniejszych reżyserów tamtych czasów – Franka Caprę. W gatunku tym specjalizują się tacy wybitni twórcy jak Quentin Tarantino, bracia Coen czy Tim Burton. W literaturze czarnym humorem posługiwali się między innymi Kurt Vonnegut, Terry Pratchett czy Joseph Heller. Ostatni


z wymienionych był jednym z pierwszych pisarzy obnażających w sposób groteskowy absurdy wojny. Innym, dość popularnym trendem jest tzw. humor brytyjski. Ma on szerokie grono sympatyków doceniających jego osobliwość i oryginalność. Ten typ żartu zdobył ogólnoświatową popularność dzięki słynnemu serialowi Latający Cyrk Monty Pythona. Pomimo upływu lat od zakończenia jego emisji humor brytyjski nadal znajduje wielu naśladowców. Szorstki chichot Twórcy nie tylko wyszydzają poważne tematy, ale również nie boją się prowokować do przemyśleń. Powieść Paragraf 22 Hellera stanowi znakomite połączenie satyrycznych i refleksyjnych treści, podporządkowanych krzewieniu idei pacyfizmu. Z kolei twórczość Huntera S. Thompsona, obok wielu wątków autobiograficznych i awanturniczych przygód, zawiera gorzki obraz Stanów Zjednoczonych przełomu lat 60. i 70. Film Kolacja z arszenikiem z 1995 roku (reż. Stacy Title) jest natomiast krytyką łatwowiernej, liberalnej inteligencji. W podobnym tonie utrzymane są dzieła wielu hiszpańskojęzycznych oraz włoskich reżyserów. Największym wyzwaniem, jakie stoi przed twórcami, jest dostosowanie języka sztuki do wrażliwego gustu odbiorców. Czarna komedia powinna śmieszyć nie tylko ze względu na makabryczne, obrazoburcze przedstawienie danej tematyki, ale i zawierać krytykę zachowań w niej ukazanych. Wówczas zostaną odrzucone często pojawiające się argumenty zbyt dużej kontrowersyjności lub niedostosowania poziomu dzieła do jego widzów. Największym ryzykiem dla operujących posępnym żartem autorów może stać się popadnięcie we wtórność, w powielanie znanych już schematów. W czasach, kiedy można wyśmiać niemal każdą sprawę, tematyka czarnych komedii pozostaje podobna – to dzieła z pogranicza horroru i satyry, thrillera i komedii, dramatu psychologicznego i sitcomu. Ścieranie się dwóch przeciwstawnych gatunków daje odpowiedź na pytanie, dlaczego twórcy filmów, książek czy seriali tak rzadko sięgają po wisielczy humor. Trudność połączenia niepasujących do siebie elementów jest wyzwaniem nawet dla najsprawniejszego rzemieślnika. Stąd

też wiele dzieł zawierających cierpkie dowcipy zostaje uznanych za wybitne, choćby z uznania dla ich autorów. Niewrażliwość Największym zagrożeniem, jakie niesie za sobą posługiwanie się czarnym humorem, jest ryzyko przekroczenia granic dobrego smaku. Spora część uczestników przywoływanych wcześniej badań wyrażała niechęć wobec żartów z osób z niepełnosprawnością. W grupie znajomych również możemy często spotkać się z dezaprobatą związaną z niestosownością opowiadanych przez nas anegdot. Powinny być one bowiem wypowiadane z szacunkiem dla słuchacza, bez atakowania go. Te reguły są niejednokrotnie łamane przez stand-uperów angażujących publiczność w prezentowany przez siebie program artystyczny. W pozostałych przypadkach należy mieć na względzie sytuację osobistą osób, do których kierujemy nasze dowcipy. Czarny humor nie powinien być nadużywany, ponieważ podejmuje nieprzyjemną, nierzadko odrzucającą tematykę. Właśnie dlatego, by nie zniechęcać odbiorcy, często stanowi tylko dodatek do całości dzieła. W filmach takich jak W czym mamy problem? (reż. John Waters) czy Nie ma jak w piekle (reż. Anthony Burns) w sposób przesadny obrzydza się widzom idylliczne życie na przedmieściach miast. Natomiast Delicatessen (reż. Jean-Pierre Jeunet, Marc Caro) obnaża świat zniszczony, pełen brudu i okrucieństwa. Nadmiar środków może zdyskredytować utwór w oczach odbiorców, czyniąc go jedynie niespełnioną wizją tego, kto pragnął ją wcielić w życie. Specyfika czarnej komedii inspiruje wielu, ale także odrzuca znaczną część z nas. Nie pozostając obojętnymi na jej zalety, mamy okazję zobaczyć w odmienny, świeży sposób rzeczy, które są dla nas trudne. Zatracając się w nich, możemy patrzeć na świat agresywnie, skrajnie brutalnie i krytycznie. Wyśmiewanie rzeczy niełatwych nawet w sposób dosadny często prowadzi do ich oswojenia i akceptacji. Źródła: R. A. Martin: The Psychology of Humor: An Integrative Approach; U. Willinger: Cognitive Processing.

s. 19


Adam Pęczek adampeczek89@gmail.com

Mickiewicz vs. Słowacki Wokół konfliktu Adama Mickiewicza z Juliuszem Słowackim narosło wiele mitów i legend. Jaka była historia tej burzliwej znajomości? Czemu poeci się nie znosili? Jeszcze kilka lat temu dużą popularnością cieszyły się żartobliwe memy przedstawiające dwóch polskich wieszczów jako ludzi, którzy, delikatnie mówiąc, nie darzą się wielką sympatią. Na złośliwy komentarz autora Dziadów: „My poeci wiemy, jak/ Kordian na nas działa/ Większość, gdy go przeczytała/ To się ino śmiała”, Słowacki miał odpowiedzieć

s. 20

ciętą ripostą: „Przedmiotem to nie jest przydługich obrad/ Najgorszą powieścią Wallenrod Konrad”. Chociaż przytoczone wyżej rymowanki zostały oczywiście wymyślone i włożone w usta literatów przez ,,rozpoetyzowanych’’ internautów, to jednak kryje się w nich trochę prawdy. Mickiewicz i Słowacki rzeczywiście nie szczędzili sobie krytycznych uwag i spierali się w kwestiach dla nich fundamentalnych. Niesamowitym zbiegiem okoliczności był fakt, że ci dwaj, zdaniem wielu, najwięksi pisarze w historii naszej rodzimej literatury żyli w tym samym czasie, mieszkali w tych samych miastach i obracali się w tym samym towarzystwie.

A gdzie spotkają się równie charyzmatyczne i utalentowane osobowości, tam konflikt gotowy. Jest kościół, Boga nie ma Dzieląca poetów różnica wieku (Słowacki był młodszy od Mickiewicza o 11 lat) wpłynęła na nierównorzędność ich relacji. Gdy Słowacki dopiero wkraczał na ścieżkę artystycznej chwały, autor Konrada Wallenroda miał już za sobą literackie sukcesy i cieszył się mianem najwybitniejszego pisarza polskiego romantyzmu. Młodszy poeta musiał zatem sprostać wyjątkowo niewdzięcznej roli nowicjusza starającego się dorównać aktualnemu mistrzowi. Pisał wiersze i powieści poetyckie, po cichu licząc, że starszy wieszcz pochwali jego talent, zobaczy w nim twórcę godnego siebie. Jednak były to płonne nadzieje. Jak mówi dr Maria Janoszka z Instytutu Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego: – Mickiewicz na


temat Słowackiego głównie milczał – nie polemizował z nim otwarcie ani nie recenzował jego nowych utworów, prawie nie wspominał o nim także w swojej korespondencji. Oczywiście było to milczenie znaczące, które świadczyło o dystansie, a może nawet chęci pomniejszenia wartości dzieł Słowackiego. Gdy Mickiewicz w końcu zdecydował się zrecenzować dorobek literacki młodszego rywala, zrobił to w sposób bardzo ambiwalentny. Określając jego twórczość mianem „pięknej świątyni bez Boga”, wyraził się w sposób pozytywny o poetyckim kunszcie autora Balladyny. Dlatego słowa te początkowo nie oburzyły Słowackiego. Wręcz przeciwnie, odebrał je jako komplement. Dopiero później zrozumiał, że metafora ta ma drugie dno – okazała się także zarzutem uprawiania pisarstwa pozbawionego idei i duchowych wartości. Poza niezgodnością co do kształtu poezji, poetów różniło też odmienne podejście do sprawy narodowej. Mickiewicz proponował pozostającym pod zaborami Polakom przyjęcie postawy mesjanizmu, która polegała na cierpliwym oczekiwaniu, aż nadejdzie tajemniczy zbawiciel. Słowacki polemizował z tym poglądem – w Kordianie, przywołując postać wielkiego szwajcarskiego wojownika Winkelrieda, nawoływał do podjęcia czynnej walki zbrojnej. Literacka publiczność epoki, w dużej części nieprzychylna młodszemu pisarzowi, opowiadała się raczej za myślą propagowaną przez autora Pana Tadeusza. Stosunki między poetami, już wcześniej bardzo oziębłe, stały się zupełnie wrogie, gdy Mickiewicz w III części Dziadów przedstawił postać Doktora, którego pierwowzorem miał być August Bécu – ojczym Słowackiego. Bohater ten współpracował ze znienawidzonym przez Polaków senatorem Nowosilcowem oraz brał udział w organizowanym przez niego balu. Zasugerował także otwarcie okna w celi patrioty Rollisona, ponieważ liczył, że popełni on samobójstwo. Słowem, Bécu sportretowany został jako człowiek pozbawiony kręgosłupa moralnego. Po przeczytaniu dramatu Mickiewicza wściekły Słowacki postanowił na jakiś czas wyjechać z przyjaznej starszemu poecie stolicy Francji.

różnic nie do pogodzenia, zbyt wiele ran. Ale pamiętajmy, że w epoce romantyzmu działy się czasem rzeczy, które trudno wytłumaczyć w sposób racjonalny. 25 grudnia 1840 roku polska emigracja w Paryżu świętowała inauguracyjny wykład Mickiewicza w Kolegium Francuskim. Podczas tego przyjęcia Juliusz Słowacki niespodziewanie wystąpił ze spontaniczną mową. Niestety nikt nie spisał jej treści, jednak z relacji obserwatorów wynika, że była naszpikowana aluzjami dotyczącymi rywala. Z jednej strony Słowacki miał wyrażać żal do starszego poety o konsekwentne deprecjonowanie jego dorobku literackiego, z drugiej – padały ponoć także wersy będące wyrazem szacunku i docenienia. W końcu autor Kordiana, za pomocą metafory zaczerpniętej z Pana Tadeusza, zaproponował zakopanie topora wojennego. Mickiewicz w rewanżu wygłosił, jak gdyby niesiony niesamowitym poetyckim natchnieniem, improwizowaną odpowiedź, która wywarła na wszystkich zgromadzonych ogromne wrażenie. Jeden z obecnych, krytyk Stanisław Ropelewski, zemdlał, inni zaś zaczęli płakać. Niezwykłość tej sytuacji polegała też na tym, że ponoć w swej wypowiedzi wieszcz pozytywnie odniósł się do słów Słowackiego. Obaj panowie, już pogodzeni, mieli bowiem spędzić resztę wieczoru na wspólnej, radosnej rozmowie. Atmosferę przyjaźni bardzo szybko jednak zniszczył pewien dziennikarz „Tygodnika Poznańskiego”, który w artykule zatytułowanym Improwizatorowie w kłamliwy sposób opisał wydarzenia owej nocy. Według niego Mickiewicz powiedział do autora Balladyny: „Nie jesteś poetą, bo nie masz wiary i miłości”. Duma Słowackiego została poważnie urażona. Jego oczekiwanie na sprostowanie fałszywych słów okazało się daremne – starszy poeta postanowił sprawę przemilczeć. Słowacki nie chciał pozostawać obojętny, dlatego w celu ostatecznego rozprawienia się z wrogami wydał Beniowskiego. Jakże dobra to była odpowiedź! Na stronach tego poematu dygresyjnego autor

wbija szpile niemal wszystkim nieprzychylnym mu osobom. Mocno obrywa się krytykom, których tendencyjne opinie porównane zostały do plucia w sufit. A co poeta napisał o starszym wieszczu? – W zakończeniu Beniowskiego Słowacki nadaje swojemu konfliktowi z Mickiewiczem formę walki dwóch tytanów, zwycięskiej dla młodszego poety, któremu w nagrodę dane będą miłość przyszłych pokoleń i przywództwo duchowe. I choć autor Pana Tadeusza w tym obrazie należy do przeszłości, jest „dawnym Bogiem”, przed Słowackim zaś otwiera się przyszłość, twórca w ostatnich słowach podkreśla równość ich pozycji: „Bądź zdrów! – A tak się żegnają nie wrogi, / Lecz dwa na słońcach swych przeciwnych – Bogi”. Ten pojednawczy gest eksponuje jednak pewną wyższość Słowackiego – od teraz to on ustala charakter relacji obu wieszczów – wyjaśnia dr Janoszka. Grób Słowackiego Pomimo tego, że w kolejnych latach drogi obu poetów często się przecinały (przez jakiś czas należeli nawet do jednej sekty religijnej – Koła Sprawy Bożej), to jednak ich wzajemne stosunki nadal podszyte były chłodem, zazdrością i niechęcią. Wielki antagonizm wieszczów zakończył się 3 kwietnia 1849 roku – w tym dniu zmarł Juliusz Słowacki. Za życia nie cieszył się dużą popularnością, dlatego niewiele pisało się o jego odejściu. Na pogrzebie stawiła się garstka znajomych. Wśród nich zabrakło Mickiewicza. Źródła: P. Hertz: Portret Słowackiego; M. Bąk: Twórczy lęk Słowackiego. Antagonizm wieszczów po latach; T. Łubieński: M jak Mickiewicz.

Jedzą, piją, improwizują Wydawać by się mogło, że nie było już szans na ocieplenie kontaktów. Zbyt wiele

s. 21


Julia Walczak julia.walczakk@wp.pl

Lucid dreaming – czy ja śnię? Mniej więcej jedną trzecią naszego życia spędzamy w łóżku. Znaczną część tego czasu zajmują nam sny. Może warto byłoby się na nich, chociażby przez wzgląd na ten powód, skupić? Teorie na temat snów ewoluowały przez wieki, człowiek od zawsze ciekaw był ich istoty i przeznaczenia. Czy są one jedynie wyobrażeniami, przypominającymi marzenie? Czy zagłębienie się w nie może doprowadzić do rozwoju naszej samoświadomości? Świadome śnienie jest doświadczeniem, w którym zdajemy sobie sprawę z tego, że śnimy. To, co kluczowe w jego definicji, stanowi pojawienie się u naszego śniącego „ja” przejrzystej myśli: „to jest sen”, „ja właśnie śnię”. W takim stanie przejmujemy panowanie nad wykreowanym przez nas światem. Możemy kontrolować pojawiające się we śnie postaci, przedmioty czy sytuacje.

Marzyłeś kiedyś o lataniu? Proszę bardzo! Tutaj wszystko jest możliwe! Możesz zacząć spełniać swoje fantazje. Szamanizm Świadome śnienie jest motywem pojawiającym się w wielu kulturach świata. Jedna z ciekawszych koncepcji to szamańska teoria snu plemienia Senoi, które otaczało ten stan wyjątkową czcią. Badania przeprowadzone w 1935 roku przez Kiltona Stewarta dowiodły, że jego członkowie tworzyli społeczność właściwie bezkonfliktową i cieszącą się wyjątkowym zdrowiem. Według Senoi ciało człowieka zamieszkiwało pięć dusz. Kontrola śnienia oznaczała wprowadzenie czterech z nich do świata snu. W ciele pozostać miała tylko ta utrzymująca je przy życiu. Członkowie plemienia uważali, że każdy człowiek powinien dążyć do osiągnięcia tej umiejętności. Dzięki niej bowiem mógł korzystać z pomocy stacjonujących w marzeniach sennych postaci i mocy, a co najważniejsze – stawiać czoła swoim lękom. Joga Aktualnie popularna na zachodzie, można powiedzieć, że przeżywa swój renesans. Jednak współczesna joga niewiele ma wspólnego z klasycznym systemem, powstałym pomiędzy drugim a czwartym wiekiem przed naszą erą. Pozbawiona jest wielu walorów psychologiczno-duchowych. Jogini stan umysłu ściśle wiązali z oddechem. Jego spokojny, kontrolowany rytm pozwalał im przechodzić w świat świadomego snu. Sen, podobnie jak medytacja, jest stanem oderwania od świata zewnętrznego. Jak twierdził jednak Śri Nisargadatta Maharaj, indyjski mędrzec i jogin – można być świadomym swojej świadomości, podświadomości, a nawet nieświadomości. Mimo braku pobudzeń zmysłowych świadomość snu mędrca nie zanikła. Współcześnie zostały przeprowadzone badania nad stanem umysłu pogrążonego w medytacji. Dowiedziono w nich, że jest on przybliżony właśnie do fazy REM (fazy snu, w której pojawiają się marzenia senne). To pozwala nam ściśle wiązać ze sobą stany śnienia i medytacji. Starożytna Europa Wzmianek dotyczących świadomego śnienia szukać możemy również w kulturze europejskiej. Greccy filozofowie rozważali nad istotą marzeń sennych. Platon uważał, że mogą zbliżyć

s. 22


człowieka do prawdy lub być przesłaniem od bogów. W traktacie O snach Arystoteles jako pierwszy opisał zjawisko lucid dreamingu. „Jeżeli śpiący uprzytomni sobie, że śpi i jest świadomy stanu snu, podczas gdy postrzeżenie pojawia się w umyśle, ono pozostaje, lecz coś wewnątrz mówi nam o tym stanie: Postać Koriskosa jest tutaj, ale prawdziwy Koriskos nie jest obecny”. Terapia snem Świadome śnienie można potraktować jako drogę do osiągnięcia samorozwoju. Będzie wtedy pretekstem do poszukiwania odpowiedzi na pytania dotyczące własnego „ja”, jego predestynacji, rozwiązań codziennych problemów. Oferuje ono również działanie terapeutyczne. Keith Hearne i Alan Worsley w latach 70. i 80. dowiedli istnienia fenomenu świadomego snu poprzez badania ruchów gałek ocznych. Jednak to Stephen LaBerge (amerykański psychofizjolog) po raz pierwszy zajął się jego studiowaniem w kontekście psychologicznym. Teraz elementy świadomego śnienia coraz częściej wykorzystywane są przez psychologów w celach terapeutycznych. Okazują się niezwykle skuteczne, jeżeli chodzi o wyzbywanie się traum, fobii czy lęków. Pacjent w czasie świadomych marzeń sennych stawia im czoła, co prowadzi do ich oswojenia. Strach pokonany w czasie snu nie wraca również na jawie. Oczywiście jest to długotrwały proces, który musi być rozpoczęty nauką wprowadzania się w sam stan tej „sennej świadomości”. A to, wbrew pozorom, wymaga dużo zaangażowania na jawie.

nowe umiejętności. Możemy więc powtórzyć materiał przed egzaminem czy przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej. Źródła: J. M. Windt: Sny, świadomość i jaźń: Perspektywa filozoficzna; J. Taylor: Lucid Dreaming as a Marker of the Evolution of Consciousness; A. Bytof, R. Stein: Jasność. Podręcznik świadomego śnienia i medytacji; M. Stach: Świadome śnienie terapią przyszłości. (www.malwinastach.pl). ilustracja: Paulina Michalska

Jak zacząć? Pierwszym krokiem, jaki możecie wykonać w drodze do świadomego śnienia, jest po prostu myślenie o nim na jawie. Zadawanie sobie co jakiś czas pytania: „czy to nie jest przypadkiem sen?” sprawi, że automatycznie zaczniecie zadawać je sobie również w czasie prawdziwego snu. Oczywiście żeby zauważyć efekty, trzeba robić to regularnie i stworzyć w sobie nawyk takiego sprawdzania rzeczywistości. Dobrze, ale jak dowiedzieć się, czy to faktycznie nie jest sen? Warto spojrzeć dwukrotnie na zegar, by sprawdzić, czy za każdym razem jest ta sama godzina, albo oderwać wzrok od książki po to, żeby spojrzeć na nią znowu. W snach takie szczegóły nie mogą się zgadzać. Tekst z każdym spojrzeniem będzie inny, tak samo godzina na zegarze. We śnie nie da się też wyłączyć światła, włączniki będą ewentualnie zmieniały jego kolor. Oprócz testów rzeczywistości zadziałać mogą też afirmacje wypowiadane przed snem. Powinny dotyczyć właśnie zachowania świadomości w jego trakcie. Odpowiednie odprężenie ciała przed zaśnięciem również pomoże w rozpoczęciu tej pięknej, nocnej przygody. Co dostanę w zamian? Oprócz wspomnianych już efektów terapeutycznych i rozwoju duchowego świadome śnienie może po prostu pomóc ci być bardziej wypoczętym. Po nocy złożonej z pozytywnych, cieszących cię aktywności zawsze wstaniesz prawą nogą. Nasz mózg nie widzi różnicy pomiędzy doświadczeniami spotykającymi nas na jawie a tymi w trakcie snu. Dlatego śniąc świadomie, jesteśmy w stanie przyswajać informacje, a nawet nabywać

s. 23


Natalia Sukiennik natalia.sukiennik@opoczta.pl

W sieci stalkingu Poczucie bezpieczeństwa stanowi niezbywalne prawo każdego człowieka. Niestety, musimy być jednak przygotowani na to, że w dowolnym momencie naszego życia możemy ten przywilej stracić. Wśród niebezpieczeństw, które czyhają na nas we współczesnym świecie, znajduje się stalking. Czym jest to zjawisko i co robić w sytuacji zagrożenia? Pojęcie stalkingu pochodzi z języka angielskiego i można je rozumieć między innymi jako „tropienie, prześladowanie”. Wymienione słowa idealnie opisują sposób działania stalkera – poprzez właśnie te czynności stara się on uprzykrzyć życie swojej ofierze, wpływając destrukcyjnie na jej psychikę. – Mówiąc o stalkingu, mamy na myśli uporczywe nękanie. Uporczywe, to znaczy takie, które powoduje u poszkodowanych uzasadnione poczucie zagrożenia – mówi dr hab. Patrycja SzostokNowacka z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Medialnej Uniwersytetu Śląskiego. – Jest ono związane z natarczywością niechcianego kontaktu, zaznaniem braku anonimowości oraz bezpieczeństwa – w końcu stalker na każdym kroku nas śledzi, dając do zrozumienia, że potrafi do nas dotrzeć wszelkimi kanałami, potrafi nas zlokalizować, również fizycznie. Z kolei według dr hab. prof. UŚ Olgi Sitarz z Instytutu Nauk Prawnych: – Przestępstwo to polega na uporczywym nękaniu, które związane jest z wielokrotnym, powtarzającym się prześladowaniem. Wyraża się w podejmowaniu różnych naprzykrzających się czynności, które zmierzają do udręczenia, utrapienia lub niepokojenia pokrzywdzonego bądź jego najbliższych. Strach jako broń Stalking jest rodzajem przemocy psychicznej. Prześladowcy rzadko posuwają się do fizycznego ataku, skupiają się głównie na niszczeniu stabilności emocjonalnej swojego celu, który ma czuć

s. 24

się stłamszony, zaszczuty. Dr hab. Szostok-Nowacka dodaje: – Ofiara stalkera odczuwa zagrożenie, bo nie wie, do czego w kolejnych krokach może się posunąć osoba śledząca. Doświadcza także bezsilności oraz braku kontroli nad własnym życiem, co odbija się na jej dobrostanie psychicznym. Postępowanie stalkerów przybiera różne formy – od śledzenia ofiary, nachodzenia jej w miejscach, w których mieszka, pracuje czy spotyka się ze znajomymi, po skupianie się na ataku elektronicznym polegającym na zalewaniu poszkodowanej osoby mnóstwem wiadomości i telefonów. Obecnie coraz bardziej powszechnym zjawiskiem staje się stalking internetowy. Rozwój mediów społecznościowych sprawił, że na celowniku może znaleźć się każdy. Świat Facebooka i Instagrama daje prześladowcom ogromne pole do manewru. Jak zauważa dr. hab. Szostok-Nowacka: – Sieć jest przestrzenią, w której stalking wyjątkowo łatwo się rozwija, choćby ze względu na dostępność rozmaitych danych na temat wielu osób oraz (pozorną) anonimowość samych sprawców. Nie bez znaczenia pozostaje tutaj nasza lekkomyślność w udostępnianiu informacji o sobie i fotografii, oznaczaniu się w przeróżnych miejscach czy na wydarzeniach. To dla stalkera wręcz nasza wizytówka – jestem tutaj, z tymi osobami, na zdjęciu prezentuję mój widok z okna… Zjawisko stalkingu w internecie nie ominęło również naszego środowiska uniwersyteckiego. Sprawcą ataków był student


Wydziału Nauk Społecznych. Jego ofiarami stali się koledzy i koleżanki z roku, ich rodziny i znajomi, a także pracownicy Uniwersytetu Śląskiego. Stalker działał głównie w mediach społecznościowych, gdzie w sposób gorszący obrażał pokrzywdzonych i groził im. Posuwał się nawet do prób zdyskredytowania godności studentów, rozsiewając w internecie plotki o rzekomo popełnianych przez nich przestępstwach. Mężczyzna decyzją władz uczelni został wydalony z Uniwersytetu, a sprawą zajęły się prokuratura i policja, w efekcie czego prześladowca trafił do aresztu. Stalking w świetle prawa Stalking jest przestępstwem, za które grozi nawet 10 lat więzienia. Jak mówi prof. Sitarz: – Przepisy kodeksu karnego, art. 190a mówią jasno: „§ 1. Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 2. Tej samej karze podlega, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej. § 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. Prof. kontynuuje: – Przeprowadzone badania empiryczne wskazują na bardzo dużą liczbę spraw z art. 190a kodeksu karnego – tylko w pierwszym roku obowiązywania tego przepisu zarejestrowano ich ponad 5 tysięcy we wszystkich jednostkach prokuratury w Polsce. Wyniki pokazują, że najczęstszą przyczyną nękania jest niemożność pogodzenia się przez jedną ze stron związku (małżeństwa, konkubinatu) z rozstaniem się z dotychczasowym partnerem. Najczęściej dręczenie trwa od jednego do sześciu miesięcy, aczkolwiek nierzadkie są również przypadki działań wieloletnich, niekiedy trwających nawet ponad pięć lat. Podstawowym sposobem nękania pozostaje dzwonienie do kogoś (przy użyciu telefonu stacjonarnego lub komórkowego). Typowa sylwetka sprawcy przedstawia się następująco: niekarany mężczyzna w przedziale wiekowym 22–40 lat, stanu wolnego, zazwyczaj pracujący, nieposiadający dzieci. Zwykle oskarżeni przyznają się do winy. W każdym przypadku sprawca zna się z pokrzywdzonym, a w większości takich spraw pozostawali oni ze sobą w bliskim związku uczuciowym (62,5 procenta). Typowym pokrzywdzonym jest kobieta, najczęściej młoda. W polskim systemie prawa przepis sankcjonujący stalking pojawił się dopiero w 2011 roku. Wcześniej pojęcie to nie było ujednolicone i mogło być uznawane np. jako wykroczenie, co, jak podkreśla prof. Sitarz, nie dotykało sedna sprawy. Kim jest stalker? – Myślę, że stalkerzy nie mają jednej wspólnej charakterystyki – sądzi dr hab. Szostok-Nowacka. – Wspólne są ich działania, jednak motywy mogą być zupełnie odmienne. Niektórych ku stalkingowi pcha autentyczne zainteresowanie konkretną osobą, którą na siłę chcą zdobyć lub zatrzymać przy sobie. Tak postępują na przykład nieszczęśliwie zakochani lub porzuceni stalkerzy. Inni z kolei kierują się chęcią zwrócenia na siebie uwagi – podejmowane kroki i reakcje odbiorców po prostu nadają im pewnego rodzaju rangę, sąpochodzą ważni, zmówi się prywatnego o nich, czują, że Jakubczaka mają wpływ zdjęcia archiwum Roberta na życie swoich ofiar. Poza tym działania prześladowców mogą

mieć na celu zmuszenie osób do konkretnych zachowań – szantaż, podparty dowodami na to, że jest się w stanie bezbłędnie kogoś namierzyć, zarówno w sieci, jak i w życiu realnym, bywa dużo skuteczniejszy. Oprócz tego niektórzy stalkerzy po prostu odczuwają perwersyjną przyjemność z obserwowania reakcji ludzi, których nękają. Gdzie szukać pomocy? Jeśli ty lub ktoś z twoich bliskich spotkaliście się ze stalkingiem, zwróćcie się o pomoc do odpowiednich organów. Prof. Sitarz proponuje: – Ofiara stalkingu powinna zgłosić sprawę na policję lub w prokuraturze, tym bardziej że prokurator może zastosować środki zapobiegawcze na czas postępowania karnego w postaci tymczasowego aresztowania bądź dozór policji, który polega na zakazie kontaktowania się z pokrzywdzonym lub jego najbliższymi, zakazie zbliżania się do określonych osób na wskazaną odległość, zakazie przebywania w określonych miejscach, a także na innych ograniczeniach swobody oskarżonego, niezbędnych do wykonywania dozoru. Jeśli nie jesteś pewien, co zrobić w trudnej sytuacji, możesz skorzystać ze Studenckiej Poradni Prawnej, która działa na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, jak również szukać pomocy u opiekunów swoich grup oraz dyrektorów kierunków. Źródło: D. Woźniakowska-Fajst: Stalking i inne formy przemocy emocjonalnej.

s. 25


Dawid Hornik dawidhornik@yahoo.pl

Efekt motyla Powszechnie mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Czy najbłahszy przypadek może sprawić, że wydarzenia potoczą się zupełnie inaczej? Czy jedna, z pozoru nieistotna decyzja może zmienić nasze życie? Każdego dnia dokonujemy setki wyborów. Dzieje się to tak naturalnie, że nawet tego nie zauważamy. Oczywiście wiele z podejmowanych decyzji jest prozaicznych i dotyczy choćby wyboru koszuli czy spodni, w których pójdziemy na uczelnię. Są jednak i takie, które w bliższej lub dalszej przyszłości mogą bezpowrotnie zmienić nasze życie. Również na kartach historii odnajdziemy wiele przykładów wydarzeń, w których jedna decyzja odwróciła bieg dziejów. Od mewy do motyla Ponad pół wieku temu pewien meteorolog zadał sobie pytanie: „Czy trzepot skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie?”. Choć brzmi ono irracjonalnie, przyczyniło się do przełomowego odkrycia. Amerykański matematyk Edward Norton Lorenz w 1963 roku stworzył równania opisujące zjawiska atmosferyczne, które udowodniły, że nawet niewielka zmiana w jednym z punktów atmosfery może doprowadzić do ogromnych zmian w innym jej obszarze. W ten sposób dowiódł, że nie da się zrobić dobrej prognozy pogody na więcej niż kilka dni, ponieważ równania ukazujące stan atmosfery są chaotyczne. W artykule dla The New York Academy of Science Lorenz wytłumaczył to na przykładzie lotu ptaka. Pisał, że wystarczy machnięcie skrzydeł mewy, by wprowadzić drobne zakłócenia w bieżącym ruchu powietrza, co może doprowadzić do zmiany pogody. Niedługo później postanowił jednak zmodyfikować to objaśnienie i mewę zastąpił motylem. Od tamtej pory fakt, że nawet małe zaburzenia mogą prowadzić do wielkich i nieprzewidywalnych zmian, nazywa się efektem motyla. Co by było, gdyby? W życiu każdego dorosłego człowieka nie brakuje momentów, w których musi on dokonać wyboru. Chyba wszyscy zastanawiamy się czasem, co by było, gdybyśmy w przeszłości postąpili inaczej. Analizujemy wtedy różne scenariusze, które mogłyby się wydarzyć, jeśli wybralibyśmy to lub zrobilibyśmy tamto. Pierwszym momentem, kiedy mamy do czynienia z efektem motyla, jest ten, gdy się rodzimy. Splot wydarzeń, który doprowadził do poznania się naszych rodziców, połączenie się ich DNA oraz moment poczęcia – wszystko to spowodowało, że to akurat my przyszliśmy na świat. A przecież mogło być zupełnie inaczej! Podczas tego procesu jeden mały szczegół mógł zdecydować o tym, że byśmy nie zaistnieli. Wraz z dorastaniem ciężar decyzyjny przechodzi z rodziców na nas i to my zaczynamy kształtować własną rzeczywistość. Prostym przykładem ilustrującym ten moment w życiu jest jeden z pierwszych poważnych dylematów, przed którym stajemy chwilę po uzyskaniu pełnoletności. Cofnijmy się teraz do klasy maturalnej. Zapewne każdy z nas zastanawiał się nad drogą,

s. 26

którą obierze po ukończeniu szkoły średniej. Niektórzy planowali dalszą naukę, inni chcieli jak najszybciej podjąć pracę, a byli też i tacy, którzy nie mieli pomysłu na to, co ze sobą zrobić. Jeśli znalazłeś się w grupie osób planujących pójść na studia, z pewnością przeglądałeś oferty wielu uczelni, analizowałeś kierunki, które cię interesują, i co najistotniejsze – stresowałeś się, bo chciałeś jak najlepiej napisać egzamin dojrzałości. Po uzyskaniu mniej lub bardziej satysfakcjonującego wyniku i odbiorze świadectwa maturalnego przyszedł czas na podjęcie decyzji. Prawdopodobnie musiałeś wybierać spośród kilku uczelni i kierunków. To przejmujący moment, zwieńczony często rekrutacją na więcej niż jeden z nich. A teraz wróćmy do teraźniejszości. Ile czasu minęło od dokonania wyboru? Trzy miesiące? Rok i trzy miesiące? A może kilka lat? Jak go teraz oceniasz? Trzeba pamiętać, że wybierając jedno, zawsze tracimy drugie. Będąc na kierunku X, nie dowiemy się, jak jest na kierunku Y. Nie poznamy dobrze ludzi na nim studiujących, choć możliwe, że miniemy ich obojętnie na korytarzu. A przecież równie dobrze mogło być inaczej. Jakąkolwiek podejmiemy decyzję, za każdym razem będzie nas prześladować pytanie: „Co by było, gdyby?”. Wszystkie istotne momenty w naszym życiu mogą zacząć się od na pozór nic nie znaczącego zdarzenia. Może właśnie dzięki temu, że wybraliśmy ten, a nie inny kierunek, poznamy serdecznych przyjaciół na lata lub kogoś, z kim pójdziemy w dalszą drogę przez świat? Historia chciała inaczej… Jak przypadkowe, z pozoru zwyczajne wypadki wpływają na historię ludzkości, kształtowaną przez niezliczoną ilość zmiennych czynników, decyzji i różnego rodzaju tendencji rozwojowych? Właśnie na to pytanie coraz częściej starają się odpowiedzieć historycy. W tym celu przeprowadzają eksperyment myślowy prowadzący do stworzenia alternatywnych ścieżek, którymi mogłyby potoczyć się minione zdarzenia. Niemiecki historyk Will Berthold powiedział, że banalne drobnostki tworzyły historię świata. Jednym z najlepszych na to dowodów jest los człowieka, który wielokrotnie unikał śmierci – Adolfa Hitlera. Pierwszy incydent w jego życiu wydarzył się, gdy przyszły dyktator miał cztery lata. Bawiąc się nad brzegiem Innu, nagle wpadł do rzeki. Ponieważ nie umiał pływać, wypadek skończyłby się dla niego śmiercią. W pobliżu był jednak o kilka lat starszy kolega Johann Nepomuk Kühberger, który niezwykle szybko zareagował i wyciągnął malucha z wody, zanim porwał go prąd. Jeszcze bardziej niewiarygodny wydaje się epizod, do którego doszło prawie ćwierć wieku później na froncie zachodnim podczas


I wojny światowej. Angielski starszy szeregowy Henry Tandey w pewnym momencie dostrzegł wyłaniającego się z kłębów dymu niemieckiego żołnierza. Był zakrwawiony i chwiał się na nogach. Gdy Anglik spojrzał mu w oczy, zlitował się nad rannym i pozwolił mu odejść. Dopiero wiele lat później dowiedział się, że człowiek, którego – jak później stwierdził Tandey – powinien był wtedy zastrzelić, to nie kto inny, tylko Adolf Hitler. Te kluczowe momenty w życiu jednego człowieka stały się punktami zwrotnymi w historii całego świata. Gdyby nie dwaj mężczyźni, którzy uratowali mu życie w młodości, Hitler nie stałby się ani przywódcą narodowych socjalistów, ani kanclerzem Rzeszy, a co za tym idzie – nie rozpętałby II wojny światowej, która pochłonęła prawie 60 milionów ludzi. Innym przykładem, który wielkimi literami zapisał się na kartach historii, jest katastrofa najsłynniejszego transatlantyku XX wieku – Titanica. W nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, podczas dziewiczego rejsu do Nowego Jorku, zderzył się on z górą lodową i zatonął. Niedługo przed pierwszym rejsem firma White Star Line postanowiła dokonać zmiany na stanowiskach oficerskich. Funkcję pierwszego zastępcy, zamiast Davida Blaira, objął Henry Wilde. W tej sytuacji dotychczasowy starszy oficer i zastępca kapitana William Murdoch objął stanowisko pierwszego oficera. Te przetasowania spowodowały niejasny podział obowiązków skutkujący chociażby tym, że marynarze z bocianiego gniazda nie mieli do dyspozycji lornetek. Klucz do szafki, w której je trzymano, w roztargnieniu zabrał ze sobą Blair. Czy ów błahy szczegół mógł w konsekwencji pozbawić życia ponad 1500 istnień? Prawdopodobnie gdyby nie doszło do roszady na stanowiskach oficerskich, marynarze w bocianim gnieździe mieliby do dyspozycji lornetki i wcześniej wypatrzyliby górę lodową, co zwiększyłoby szansę na uniknięcie zderzenia. Oczywiście jest to tylko jeden z wielu możliwych scenariuszy, które można analizować. Pewne jest natomiast to, że do katastrofy „niezatapialnego” Titanica doszło na skutek łańcucha nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, a świat od tamtej pory nie jest już taki sam. Nie sposób wymienić każdej sytuacji, w której mamy do czynienia z efektem motyla. Zarówno w naszym życiu, jak i w historii świata wszystko jest siecią wzajemnych powiązań i relacji. Żadne wydarzenie nie dzieje się w izolacji – pozostaje w związku z innymi, jest przez nie warunkowane i inicjuje kolejne. Nie ulega więc wątpliwości, że gdyby nie nastąpił pewien splot wydarzeń, znajdowalibyśmy się w kompletnie odmiennym miejscu, a grono naszych najbliższych tworzyliby zupełnie inni ludzie. Źródła: P. Halpern: Na tropach przeznaczenia. Z dziejów przewidywania przyszłości; K. Poznański: Efekt motyla w nauce, życiu codziennym i kinematografii. (www.youtube.com); Efekt motyla. Jak drobiazgi wywołują tsunami historii?. „Świat wiedzy”. Marzec 2018.

s. 27


Krzysztof Herman hermankrzysztof11@gmail.com

Sztuka elitarna jako prywatne wyzwanie Czy istnieje sztuka elitarna – wysoka – przeznaczona dla intelektualistów? Kim mieliby oni być? Czy istnieje jakaś różnica między muzyką pop a muzyką klasyczną? Czy każda przeczytana książka to coś pozytywnego? A więc – po kolei… Większość ludzi przejawia jakieś zainteresowania sztuką – malarstwem, literaturą, muzyką, serialem, filmem, happeningiem czy fotografią. Jedni tworzą, inni nie, ale raczej wszyscy jesteśmy odbiorcami dzieł. To powoduje, że chcąc nie chcąc, przyjmujemy określone postawy wobec dzieł i twórców – postawy estetyczne. Wybierając między różnymi tekstami kultury, stając się fanami i sympatykami danego artysty czy nurtu, dokonujemy też oceny – wartościujemy. Dlatego prawie każdy z nas może zadać sobie podobne pytania: czy istnieją wybory lepsze i gorsze? Konieczne i nieuprawnione? Czy istnieje lepsza sztuka, a jeśli tak – czy skoro jej nie znam, można mnie nazwać ignorantem? Sztuka wysoka – sztuka dla lepszych Twórczość, która pojawiła się w wieku XX (poniekąd także XIX), wymusza na teoretykach, estetykach i odbiorcach rezygnację z takich pojęć jak sztuka ludowa, sztuka wysoka czy awangarda. Sztuka popularna, czyli pop art, nie jest bynajmniej sztuką ludową, z kolei folklor z jednej strony zanika, z drugiej zaś podlega licznym przemianom, zostaje wchłonięty przez sztukę wysoką albo skomercjalizowany. Także pojęcie awangardy przestaje być pomocne, bo – jak podkreślała to m.in. filozof Maria Gołaszewska – żyjemy w czasach permanentnej awangardy. Dawniej oznaczała ona sztukę nową, która powoli zyskuje popularność, by w końcu stać się stylem dominującym. Dziś toniemy w zalewie nowatorskich, często bardzo odważnych propozycji, sztuka awangardowa zawiera w sobie większość tego, co

s. 28

moglibyśmy nazwać sztuką wysoką. Mówiąc prościej – wszystko jest awangardą, więc nic nią nie jest. Mocno upraszczając, można by przyjąć, że jedyną alternatywą dla sztuki awangardowej jest sztuka masowa. Zamęt wzmagają też terminy takie jak sztuka alternatywna. Chaos panuje jednak nie tylko w sferze pojęciowej – żyjemy bowiem w czasach, gdy wielu artystów pragnie mieszać to, co wysokie (wręcz najwyższe), z tym, co niskie, a nawet wulgarne. Ale czy odbiorcy wszystko wolno? Istota sztuki W zeszłym stuleciu podważono zasadność pytań o definicje piękna, sztuki i dzieła sztuki oraz istotę wytworów artystycznych. Odpowiedzialny za ten stan rzeczy był nurt nazywany


estetyką analityczną. Argumentowano następująco: dzieła sztuki cenimy za ich wyjątkowość, oryginalność, a więc trudno, by wszystkie miały jakiś element wspólny. Jeśli wytworów artystycznych nic nie łączy, nie stanowią kategorii, którą moglibyśmy scharakteryzować i zdefiniować. Pogląd ten niczego nie wyjaśnił, raczej skomplikował i tak już zawiłe dysputy, ale dał za to teoriom estetycznym podstawę zupełnie nowego typu. Wyraźnie zmienił się ton, w jakim stawiano odtąd pytania o sztukę. Pewne dylematy nabrały nowego sensu. Tak więc – drogi czytelniku – możesz już być pewny, że kicz albo nie istnieje obiektywnie, albo nie daje się zdefiniować. Nic nie wskazuje też na to, by miała istnieć jakaś istota sztuki. Zapewne większość filozofów (ale też na przykład literaturoznawców) nie zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że można mówić o jednej poprawnej interpretacji każdego dzieła. Niemniej w filozofii nigdy nie ma prostych rozwiązań wielkich problemów, a usunięcie jednych zagadek powoduje pojawienie się kolejnych. Moglibyśmy rzec – skoro nie istnieje istota dzieła sztuki ani definicja sztuki w ogóle, skoro nie jesteśmy w stanie wskazać, czym naprawdę miałby być na przykład kicz, to raczej nie możemy się upierać przy tym, że występuje coś takiego jak sztuka wysoka, nazywana też elitarną. Ale rzeczy mają się inaczej – wszystko znów się komplikuje (i robi ciekawsze).

Wszyscy możemy wskazać artystów, których nie lubimy, i dzieła, które uważamy za okropne. To żaden wstyd nie przepadać za czymś i żaden wstyd krytykować. Niech sztuka rodzi też naszą świadomość i postawę – a nie tylko pozwala się zrelaksować. Źródła: B. Dziemidok: Główne kontrowersje estetyki współczesnej; M. Gołaszewska: Estetyka i antyestetyka; R. Shusterman: Estetyka pragmatyczna. Żywe piękno i refleksja nad sztuką.

(Jakiś?) Człowiek jest miarą (wszystkich?) rzeczy Po pierwsze – możemy mówić o wzorcach, czyli tysiącach dzieł malarskich, literackich czy muzycznych. Ujmując sprawę prosto: ten, kto zna sztukę, rozpozna kicz i pretensjonalność, wyrafinowanie i wulgarność, brzydotę i piękno. A kto w dodatku jest wykształcony (światły – niekoniecznie dyplomowany), ten potrafi się właściwie posługiwać swym gustem, doświadczeniem i obeznaniem. Po drugie – istnieją intuicje. Można nie znać się na muzyce, ale zauważyć, że utwory, przy których się tańczy, i te, przy których się płacze, są odmienne (choć nic pewnie nie stoi na przeszkodzie, by „tańczyć ze łzami w oczach”). Po trzecie – słuchanie mądrzejszych od siebie zawsze jest rozwiązaniem. Autorytety to nic złego, a mogą pomóc w zrozumieniu skomplikowanych zjawisk. Trudno bez komentarzy fachowców (historyków sztuki i kultury, filozofów, kulturoznawców) zrozumieć z miejsca, o co chodzi w takich obrazach jak Czarny kwadrat na białym tle Kazimierza Malewicza, powieściach jak Nagi lunch Williama S. Burroughsa czy muzyce pokroju dodekafonii, serializmu czy free jazzu. Być może musimy liznąć historię sztuki i czasem przeczytać coś, co wydaje się wręcz niestrawne, by spojrzeć z innej perspektywy i pogłębić swoje doznania składające się na własny odbiór otaczającej nas twórczości. I jest jeszcze coś: nasz mały, intymny świat sztuki. Nie musimy dysponować obiektywnymi definicjami i filozoficznymi teoriami, by zadawać sobie pytania i na nie odpowiadać. Nie odpowiedzieć raz, tylko właśnie odpowiadać wciąż. Choćby żadna sztuka wysoka nie istniała, choćby nie było ani dzieł wybitnych, ani bezwartościowych, pamiętajmy, że mogą one istnieć dla nas – w naszym własnym odbiorze, w naszym prywatnym wartościowaniu.

s. 29


Małgorzata Otorowska gosia.otorowska@gmail.com

Baśń o Roszpunce Bracia Grimm stworzyli historię o pięknej dziewczynie z nieziemsko długimi włosami, która żyła zamknięta w wieży przez złą czarownicę. Jednak, jak to bywa w baśniach, w Roszpunce zakochał się przystojny królewicz. Na skutek tego rozgniewana wiedźma obcięła swojej podopiecznej złoty warkocz… Według utartych schematów jedną z oznak kobiecości są długie włosy. Panie na przestrzeni wieków nosiły rozmaite fryzury. Jedne ze względu na tradycję, drugie podążały za ówczesną modą, a jeszcze inne miały swoje własne powody. A jak to wygląda w XXI wieku? Co o kobietach świadczą ich włosy? Ostre cięcie Pierwsze fundamentalne pytanie, jakie powinniśmy sobie zadać, brzmi: dlaczego w ogóle kobiety obcinają włosy? Dla części z nas pójście do fryzjera w celu podcięcia zniszczonych końców jest bardzo drastycznym przeżyciem. Już od momentu wejścia do salonu pojawia się myśl: „tylko pięć centymetrów”. Siadając na fotelu, obserwujemy każdy ruch nożyczek w rękach fryzjerki i z przerażeniem czekamy na efekt końcowy. Czasami bywa tak, że z tych pięciu centymetrów robi się piętnaście, albo pod wpływem impulsu podejmujemy decyzję o jeszcze kilku cięciach. Problem pojawia się w momencie, gdy wracamy do domu i jeszcze raz patrzymy w lustro. W głowie pojawiają się pytania dotyczące tego, co zrobiłyśmy lub dlaczego. Większość kobiet, z którymi o tym rozmawiałam, podaje podobne argumenty. Do najczęstszych należą: zakończenie związku, urodzenie dziecka, wzięcie ślubu, dostanie awansu w pracy czy poradzenie sobie z trudną sytuacją życiową. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o poważne zmiany, które mają ogromny wpływ na nasze emocje czy psychikę. Szczególnie dotyczą one życia uczuciowego bądź rodzinnego. „Obcięcie włosów jest dla pań symbolem zamknięcia pewnego rozdziału w życiu i odcięcia się od przeszłości. Można to traktować nawet dosłownie, gdyż długie włosy były świadkami różnych wydarzeń w naszym życiu, znają dotyk dłoni byłego partnera, odgrywały

s. 30

znaczącą rolę w trakcie intymnych chwil” – komentuje Lidia Flis, psycholog, ekspert kampanii „Moja REGENeracja”. Trójkąty i kwadraty Przy doborze fryzury szczególną uwagę powinno się skupić na kształcie twarzy – czy jest ona okrągła, owalna, kwadratowa, prostokątna, a może trójkątna. Kobiety o profilu owalnym mają w tej kwestii największą dowolność, gdyż pasują im zarówno włosy długie, jak i krótkie, z grzywką lub bez niej. W przypadku twarzy okrągłej włosy nie powinny być krótsze od linii żuchwy, to samo dotyczy kształtu kwadratu. Przy profilu prostokątnym warto postawić na fryzury, które zmiękczą rysy, bo dzięki temu wygląd stanie się bardziej kobiecy. Natomiast panie o trójkątnej twarzy powinny przy zmianie fryzury skupić się na poszerzeniu jej dolnych partii. Czy planując wielkie zmiany w swoim życiu, naprawdę skupiamy się przede wszystkim na tym, jaki rodzaj uczesania dobrać do naszej twarzy? Otóż nie! Zdecydowanie częściej przemiany mają na celu zaszokować i podnieść nasz poziom atrakcyjności. Obecnie trudno stworzyć na głowie coś oryginalnego, mimo to jednak nie poddajemy się. Próbujemy wyrazić siebie, używając do tego różnych kolorów, stylizacji czy cięć. Jaka kobieta, taka fryzura Wśród przedstawicielek płci pięknej nadal dominuje moda na długie włosy. Większość mężczyzn twierdzi, że kobieta z taką cechą wyglądu jest atrakcyjniejsza. Same panie jako zaletę zapuszczonych włosów wskazują aspekt praktyczny, ponieważ daje to możliwość tworzenia różnego rodzaju stylizacji. Stąd też wynika, że takie kobiety lubią zmiany. Każdego dnia mogą odświeżyć coś w swoim wyglądzie. Ponadto warto zauważyć, że świat

show-biznesu oraz mody nadal za kanon piękna uznaje modelki z długimi włosami. Kobiety je noszące nie muszą jednak od razu przynależeć do grona ślicznotek. Mogą utożsamiać się choćby z kulturą hipisowską lub inną, której charakterystyczną cechą są długie włosy. A jeśliby je skrócić? Pomimo tego, że równouprawnienie nie jest już niczym nadzwyczajnym,

nadal niektórym panom krótsze fryzury wydają się manifestacją ze strony kobiet. Uznają je za chęć udowodnienia przez płeć przeciwną, że jest równa z nimi, a nawet lepsza od nich. Oczywiście bywają takie przypadki, jednak nie jest to do końca prawda. Najczęściej wiąże się


to z pewnego rodzaju buntem, chęcią udowodnienia swojej niezależności czy bycia zauważoną. Obcięcie włosów na krótko znajduje swoje odzwierciedlenie w psychice. Kobiety czują się silniejsze, pewniejsze siebie, odważniejsze. Nowa fryzura oznacza, że są gotowe na nowe wyzwania. Nie tylko długość się liczy, ale również faktura, a więc czy włos jest prosty, czy kręcony. Dziewczyny z lokami chcą mieć proste i odwrotnie. Jeden z odwiecznych kobiecych paradoksów. Okazuje się, że osoby o kręconych włosach są postrzegane jako miłe

i sympatyczne, szybciej zyskują w oczach innych niż te o prostych – one z kolei kojarzą się ze zbyt dużą dbałością o wygląd, wyniosłością. Natomiast w kręgach zawodowych wypadają o wiele bardziej profesjonalnie niż kręcone, które rzekomo mają świadczyć o tym, że ich właścicielka może być tak samo zakręcona jak one.

K. Kalinowska: Jak dobrać fryzurę do kształtu twarz – kwadratowa, okrągła, owalna, trójkątna. (www.polki.pl); A. Majewska: Co twoja fryzura mówi o tobie? (www.kobieta.wp.pl).

Źródła: Moja REGENeracja. (www.mojaregeneracja.pl);

ilustracja: Piotr Kaszuba

s. 31


Autorzy łamigłówek Natalia Kubicius, Bartosz Chytryk, Michał Denysenko, Robert Jakubczak

Włącz myślenie – czas na łamigłówki! Na górze róże, na dole… świeża porcja łamigłówek i ciekawostek! Czy Wam też w taką aurę udziela się poetycki nastrój? Żeby jednak nie pozostać przy tej prostej rymowance – po przeczytaniu wszystkich artykułów zajrzyjcie na ostatnią stronę „Suplementu”, gdzie znajdziecie szczyptę lirycznej refleksji. Nie popadajmy jednak tak bardzo w melancholię! Pogoda wprawdzie przegania nas pod ciepłe koce, ale w końcu trudno o lepszą okazję, by nadrobić serialowe zaległości, sięgnąć po odkładaną jak dotąd lekturę, a także rozruszać szare komórki, rozwiązując przygotowaną przez nas krzyżówkę (do której odpowiedzi znajdziecie w artykułach), wykreślankę i sudoku. Do tego kubek gorącej kawy lub herbaty – czego więcej potrzeba do szczęścia? CIEKAWOSTKI 1. Mózg ma tendencję do ubarwiania wspomnień rozmów, które wydawały nam się wyjątkowo nudne. 2. Paul McCartney zaczerpnął melodię do Yesterday ze snu. 3. Zdecydowanie o tym, czy kogoś lubimy, czy nie zajmuje tylko 4 minuty. 4. Lód jest uznawany za minerał. 5. Zdaniem naukowców lepiej zapamiętujemy kiepskie dowcipy niż te, które uznajemy za śmieszne. Struktura i puenta marnego żartu jest najczęściej tak przewidywalna, że po jakimś czasie łatwo ją sobie przypomnieć. 6. Ssak, który ma najlepszy węch, to niedźwiedź. Ilość receptorów w jego nosie jest siedem razy większa niż u psa i około sto razy większa niż u człowieka. 7. Wszystkie zegarki w filmie Pulp fiction są ustawione na 4:20. 8. Wieża Eiffla została czasowo przeniesiona do Kanady w 1967 roku. 9. Przeciętny użytkownik Facebooka ma 130 znajomych. 10. W Księdze Rekordów Guinnessa znalazło się miejsce dla największego płatka śniegu. Zaobserwowano go 28 stycznia 1887 roku w Fort Keogh w Stanach Zjednoczonych. Miał 38 cm szerokości i 20 cm grubości.

WYKREŚLANKA Znajdź i wykreśl podane wyrazy, które zostały ukryte w diagramie. Umieszczone są one w pionie, poziomie, na ukos i wspak.

WYRAZY: motyl, humor, dusza, metamorfoza, Tinder, internet, morsowanie, nauka, wieszcz, kicz, ekowioska, Bobby, lornetka, psychologia, podświadomość, profil, prześladowanie, mesjanizm, pokrzywa, medytacja, zmysły, decyzja, psyche, stylizacja, adorator, wydarzenie, percepcja, stalker, sisu, improwizacja, makabra, festiwal, ogród, zwierzę, chaos.

s. 32


KRZYŻÓWKA Zapraszamy do rozwiązania fantastycznej, studenckiej krzyżówki! Podpowiedzi znajdziecie w naszych artykułach.

1. 2.

1. Edward ______ – matematyk i meteorolog, który 3. stworzył równania opisujące zjawiska atmosferyczne. 4. 2. Nazwisko profesora psychologii społecznej 5. z Uniwersytetu Północno-Zachodniego. 3. Narodowe zwierzę Finlandii. 6. 4. Który uniwersytet jest liderem oraz głównym 7. organizatorem Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE? 8. 5. Oczyszczanie atmosfery za pomocą ognia. 6. Imię psa odwiedzającego znajomych właścicieli, 9. a zarazem nazwa napoju gazowanego. 10. 7. Epoka, w której tworzyli Mickiewicz i Słowacki. 8. Typ poczucia humoru pomagający 11. budować dobrą atmosferę w grupie. 12. 9. Ile maksymalnie lat grozi za przestępstwo stalkingu? 13. 10. Jak nazywała się długowłosa dziewczynaz baśni braci Grimm? 14. 11. Kazimierz ________ – autor obrazu Czarny kwadrat. 15. 12. Plemię, dla którego aspekt świadomego 16. śnienia był istotny i otoczony kultem. 13. Jakie słowo zastępuje przymiotnik „psychodeliczne” we współczesnych pracach badawczych? HASŁO: „Literatura to jedyne sny, których ___ _____ ________”. 14. Przedmiot, którym nie dysponowali marynarze w bocianim gnieździe Titanica. – Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą 15. W tym kraju od lat obserwuje się zachowania zwierząt. 16. Uwielbiany przez mieszkańców Finlandii środek transportu.

SUDOKU Przed Tobą diagram, składający się z dziewięciu wierszy, dziewięciu kolumn, a także dziewięciu małych kwadratów. Pamiętaj, że cyfry od 1 do 9 w każdym wierszu, każdej kolumnie, każdym małym kwadracie mogą pojawić się tylko raz. Trzymamy kciuki!

s. 33


Natalia Kubicius n.kubicius@gmail.com

Garść poetyckiej refleksji Sezon 2., epizod pierwszy to będzie smutna opowieść (…) o tym jak się ów chłopiec rozmiłował w słoneczniku gdy przyszła noc po swoje ziarno Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, „Waleta”

Ja naprawdę chciałam się pięknie zestarzeć, choć starością wstydzą się na tyle, że umierają przed czterdziestką, bez nawet zająknięcia się o nieskuteczności substancji konserwujących. Listą 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią wycieram brudne miejsca, bo zawsze jest następna, zawsze jestem następna, choć już w pilotażu mój wątek wpisano tylko po to, by zapełnić luki w fabule – taki zawsze ciągnie się do momentu, gdy historia zaczyna poważnie nudzić. Wtedy skracają to wszystko, co budowali od pierwszego odcinka, co nareszcie budowało mnie całkiem serio.


SPONSOR GŁÓWNY

Współorganizatorzy

Współgospodarze

LIDER

MIASTO GOSPODARZ


styczeń/luty 2020

Profile for Magazyn Suplement

Suplement styczeń/luty 2020  

Suplement styczeń/luty 2020  

Advertisement