Page 1

MAGAZYN BEZPŁATNY

marzec/kwiecień 2019 ISSN 1739-1688

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, ul. Bankowa 14, sala 410a, 40-007 Katowice Adres e-mail: magazyn.suplement@gmail.com Nakład: 3800 egzemplarzy Redaktor Naczelna: Martyna Gwóźdź (martynagwozdz@us.edu.pl) Zastępca Redaktor Naczelnej: Dawid Milewski (dawid.milewski@interia.eu) Sekretarz Redakcji: Monika Szafrańska (m.monikaszafranska@gmail.com) Skład graficzny: Piotr Kaszuba (piotr.kaszuba@us.edu.pl) Zespół korektorski: Natalia Kubicius, Katarzyna Smutek, Anna Czerwińska, Julia Biaduń, Paweł Warsiński Ilustracje: Paulina Michalska (www.facebook.com/punkidrawsstuff) Grafika na okładce: Aleksandra Ćmachowska (www.facebook.com/artyartypl) Zdjęcia wizerunkowe: Tymoteusz Staniek (www.facebook.com/birdabostudio) Wykorzystane zdjęcia: www.pexels.com, www.pixabay.com, pl.wikipedia.org Zespół redakcyjny:

Martyna Gwóźdź

Dawid Milewski

Monika Szafrańska

Piotr Kaszuba

Martyna Halbiniak

Natalia Kubicius

Aleksandra Wajdzik

Robert Jakubczak

Daria Holeczek

Katsiaryna Kalyska

Michał Denysenko

Dominika Gnacek

Agnieszka Żeliszewska

Anna Gawlik

Adrian Koza

Alicja Przybyło

Edyta Szewczyk

Rita Miernik

Anna Czerwińska

Katarzyna Smutek

Magdalena Cebo

Katarzyna Jonkisz

Julia Biaduń

Paweł Zberecki

Piotr Tomalski

Natalia Sukiennik

Paulina Michalska

Adrianna H. Mrowiec

Paweł Warsiński

Małgorzata Pabian


6

Organizacje studenckie bez tajemnic: Niemy Chór UŚ | Agnieszka Żeliszewska

8

Umarł autor, niech żyje czytelnik! | Katarzyna Smutek

Odbiór muzyki przez osoby niesłyszące jest możliwy. W jaki sposób język migowy pozwala doświadczać piękna?

Gdy literatura spotkała się z technologią… O ich „dziecku”, które burzy standardy tradycyjnego czytania

10

Chorobliwie niedojrzali | Adrianna Helena Mrowiec

12

Artyzm czy niesmak? | Robert Jakubczak

14

Sława (nie)zatapialnych oczekiwań | Edyta Szewczyk

16

Niezniszczalni | Piotr Tomalski

18

Korpo? Racja! | Michał Denysenko

22

Cena marzeń o wolności | Natalia Sukiennik

24

Racjonalnie nieracjonalni | Martyna Halbiniak

26

Aktorska strefa cienia | Małgorzata Pabian

28

Dobrej nocy… | Paweł Zberecki

30

Kosmiczna przygoda w mieście Spodka | Rita Miernik

32

Włącz myślenie – czas na łamigłówki! | Monika Szafrańska, Natalia Kubicius, Michał Denysenko, Robert Jakubczak

Choć wciąż dążymy do ideału, nie jesteśmy perfekcyjni. Nasz genom nie dojrzał jeszcze do środowiska, w jakim dziś żyjemy

Wszechobecny artyzm i dziwaczna awangarda, czyli czy sztuka ma granice

Piękno, moc i potęga, które poległy w obliczu ognia i lodu. Co tak naprawdę doprowadziło do katastrofy Titanica?

Rodzina inna niż wszystkie. Czym jest ampfutbol i dlaczego wywołuje tak wielkie emocje?

Pieniądze, rozwój i benefity vs. hierarchia i sztywne procedury, czyli o realiach pracy w korporacji

Odwaga w czasach mroku. Historia likwidatorów z Armii Krajowej

Mózg nie zawsze jest po naszej stronie. Jakie pułapki na nas zastawia?

Krytyka, stres i codzienne wyzwania. O aktorstwie bez idealizacji

Zasypianie, marzenia senne, kontrolowanie snu. Lektura nie tylko do poduszki!

Nauka i sztuka mają swoje święto podczas Śląskiego Festiwalu Nauki KATOWICE!

Zmierz się z wyzwaniami, które dla ciebie przygotowaliśmy!


Odwiedź nas: www.magazynsuplement.us.edu.pl www.facebook.com/magazynsuplement www.instagram.com/magazynsuplement

Projekt współfinansowany ze środków przyznanych przez Uczelnianą Radę Samorządu Studenckiego Uniwersytetu Śląskiego


Droga łatwa czy właściwa? Są nieperfekcyjni, popełniają błędy, ryzykują, czasem przeklinają swój los. Mimo wszystko są naszymi ulubionymi bohaterami z filmów lub książek. Kojarzysz ich? Pewnie dobrze znasz te zakończenia, w których podczas finalnej walki okazują się zwycięzcami i żyją długo i szczęśliwie. Często zapominamy, ile razy zamiast łatwej drogi wybrali tę właściwą (trudną, wyboistą, nieprzewidywalną). Nie pamiętamy, ile musieli poświęcić, aby cieszyć się zwycięstwem. Czytelniku, a jaka jest Twoja historia? Czy na co dzień czujesz się bohaterem? Zanim odpowiesz na te pytania, poznaj interesujące postacie z naszych artykułów. Na początku zerknij jeszcze raz na okładkę, wyobraź sobie, że to Ty kroczysz po tej kosmicznej drodze i poznajesz każdego z naszych bohaterów. Czego mógłbyś się od nich dowiedzieć? O co chciałbyś ich zapytać? Odpowiedzi na te pytania mogą być początkiem wspaniałej przygody. Musisz jednak pamiętać, że wielu superbohaterów z początku – nim poznali oni swoje moce – zajmowało się, tak jak i my, sprawami bardziej przyziemnymi, dlatego trzeba czasem zejść na ziemię i skupić się na tym, co nas otacza... Dzięki tekstom Agnieszki Żeliszewskiej o Niemym Chórze UŚ oraz Piotrka Tomalskiego o ampfutbolistach przekonasz się, że choć zdrowie jest najważniejsze, to jego brak nie musi być równoznaczny z wykluczeniem społecznym. W artykule Chorobliwie niedojrzali Adrianny Heleny Mrowiec czeka na Ciebie opis różnorodności, która stawia człowieka nieidealnego w samym centrum zdarzeń. „Dość barier, dość ograniczeń, dość zahamowań!” – buntuje się i krzyczy sztuka w artykule Artyzm czy niesmak? Roberta Jakubczaka. Koniecznie przeczytaj również inne teksty, m.in. Edyty Szewczyk, która przedstawia nowe fakty dotyczące tragicznej historii Titanica. Czytelniku, życzę Ci, abyś nie obawiał się nowych dróg i został swoim najlepszym superbohaterem! Piękno historii, o czym przeczytasz w artykule Katarzyny Smutek pt. Umarł autor, niech żyje czytelnik!, tkwi w emocjach, jakie doświadczamy, kiedy pewne wydarzenia po prostu się dzieją i nie możemy ich zmienić. Daj się więc poprowadzić ku nieznanemu (i nie zapomnij zabrać ze sobą „Suplementu”)! Redaktor Naczelna


Organizacje studenckie bez tajemnic:

Niemy Chór Uniwersytetu Śląskiego Odbiór muzyki przez osoby niesłyszące jest szczególnie trudny, ale – jak się okazuje – możliwy. Naprzeciw oczekiwaniom osób niepełnosprawnych wychodzi Niemy Chór Uniwersytetu Śląskiego działający w Cieszynie. O tym, jak wyglądają takie koncerty, a także o znaczeniu języka migowego porozmawiałam z mgr Anną Wojtas-Rduch, opiekunką Chóru. AŻ: Niemy Chór Uniwersytetu Śląskiego działa od kilku lat pod egidą Koła Naukowego Pedagogów na Wydziale Etnologii i Nauk o Edukacji. Czy decyzja o założeniu Chóru była spontaniczna, czy może planowana od dłuższego czasu? Skąd wziął się pomysł na stworzenie czegoś tak unikatowego? AWR: Decyzja o założeniu Chóru była spontaniczna. Na spotkaniach Koła Naukowego Pedagogów, którego jestem opiekunką, studenci wykazali zainteresowanie nauką języka migowego. Był to okres przedświąteczny, w związku z czym opracowałam pierwszą naszą kolędę w języku migowym, Cichą noc, i zapytałam studentów, czy chcieliby rozpocząć naukę w takiej formie. Pomysł został przyjęty z entuzjazmem. Chętnych do nauki przybywało, a któregoś dnia podczas próby ustawiliśmy się podobnie jak chór, co koleżanka skomentowała, że właśnie tak wyglądamy, i w taki sposób spontanicznie powstała nasza nazwa – Niemy Chór Uniwersytetu Śląskiego. Podczas swoich koncertów używacie języka migowego, którym nie każdy potrafi się posługiwać. Czy przy ustalaniu składu wymagaliście znajomości tego języka, czy członkowie uczyli się go na bieżąco, zależnie od wykonywanego utworu? W chórze mamy osoby po kursach języka migowego, ale są też tacy, którzy go nie znają, a bardzo chcą się nauczyć. Utwory muzyczne tłumaczone na język migowy mają w sobie

tak ciekawe kombinacje znaków, że nawet ludzie znający ten sposób komunikacji mogą się czegoś nowego dowiedzieć. Na próbach uczymy się wspólnie – dla części osób to powtórka, a pozostali dopiero poznają nowe znaki. Jak wyglądają koncerty Niemego Chóru? Przy jakiej muzyce występujecie i z jaką reakcją widowni spotykacie się podczas swoich występów? Muzyka i nasze występy na żywo są zależne od rodzaju i tematyki wydarzenia, w którym bierzemy udział. Przykładowo, podczas Cieszyńskiej Nocy Muzeów wykonaliśmy utwór patriotyczny Oka. Na koncertach migamy głównie utwory muzyczne, ale również zdarza się, że wplatamy w nie poezję, którą oczywiście tłumaczymy, a także taniec oraz elementy warsztatowe, podczas których uczymy widownię np. refrenu. Reakcje widzów są bardzo pozytywne i zachęcają nas do dalszej twórczości. Czy znajomość języka migowego jest potrzebna każdemu z nas? Według mnie tak, jeśli chcemy komunikować się z osobami niedosłyszącymi, niesłyszącymi i głuchoniemymi. Z drugiej strony, patrząc pod kątem rozwoju człowieka, już od szóstego miesiąca życia można wprowadzać niemowlętom – zarówno

tekst: Agnieszka Żeliszewska – a.zeliszewska@gmail.com | zdjęcie Niemego Chóru z Chórem Harmonia: Grażyna Mrowiec str. 6


słyszącym, jak i niesłyszącym – tzw. bobomigi, czyli znaki wywodzące się z języka migowego (tę metodę opracował Joseph Garcia pod koniec lat 70.), dzięki którym nawiążemy pierwszy kontakt z maluszkiem już w 8–10. miesiącu życia. Nie zaszkodzimy w ten sposób rozwojowi mowy, a wręcz zachęcimy dziecko do wypowiadania pierwszych słów. W jaki sposób Chór przyczynia się do komunikacji między niepełnosprawnymi a pełnosprawnymi? Myślę, że naszą działalnością i postawą przede wszystkim wpływamy na integrację, komunikację i wsparcie. Ważne jest dla nas tworzenie wspólnej przestrzeni dla osób słyszących, które też mają swoje mankamenty, oraz budowanie więzi między nimi a osobami z dysfunkcjami słuchu i innymi niepełnosprawnymi. Kto może zostać członkiem Chóru? W jaki sposób można do niego dołączyć? Członkiem może zostać każdy, kogo interesuje język migowy i kto chciałby z nami występować. Wystarczy przyjść na próbę, która odbywa się w każdy poniedziałek o 18.30 w sali 07 na Wydziale Etnologii i Nauk o Edukacji w Cieszynie. A gdzie nasi czytelnicy mogą obejrzeć występy Chóru? To, jak migamy, można zobaczyć na naszym kanale na YouTubie – wystarczy wpisać frazę: „Niemy Chór Uniwersytetu Śląskiego”. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o działalności Niemego Chóru Uniwersytetu Śląskiego albo posłuchać utworów w języku migowym, zachęcamy do zasubskrybowania kanału organizacji na YouTubie lub odwiedzenia i polubienia jej strony na Facebooku.

str. 7


Umarł autor, niech żyje czytelnik! Pomyśl o powieści, która szczególnie cię poruszyła. Ile razy nie mogłeś pogodzić się z losami jej bohaterów, urywanymi wątkami, niedopowiedzeniami? Ile razy mówiłeś: ja bym napisał inaczej? A teraz pomyśl – co by było, gdybyś to faktycznie ty decydował o fabule? Wolność od tyranii linii − oto hasło literackiego hipertekstu. Roland Barthes w eseju Śmierć Autora podkreślał bezsilność czytelnika wędrującego tam, gdzie go pisarz zaprowadził, widzącego tylko to, na co pisarz pozwolił. Wraz z rodzącym się postmodernizmem zrzucono z piedestału artystę. Jego miejsce zajął odbiorca dzieła, który przestał być podmiotem pasywnym, a stał się współtwórcą. Od tamtej pory to on kształtował powieść na swój własny sposób, dokonując wyborów między alternatywnymi wersjami fabuły. Wreszcie ziścił się sen o władzy czytelnika nad książką – najpierw dzięki protohipertekstom, a potem, kiedy pojawiły się pierwsze komputery, dzięki hiperfikcji. Czym więc jest literacki hipertekst, ten dziwny twór, który grzebie pisarza, by narodził się czytelnik? Rozwidlające się ścieżki Na określenie hipertekstu używa się wielu metafor – począwszy od labiryntu, koła, rozgwieżdżonego nieba, a skończywszy na odbiciu lustrzanym. Jednak jego koncepcję najprościej wytłumaczyć, posługując się następującym przykładem: Wyobraź sobie, że stoisz pośrodku lasu, a wokół ciebie rozgałęziają się ścieżki. Nie wiesz, gdzie się kończą. Nie wiesz, dokąd prowadzą. Nie wiesz, co zobaczysz po drodze, jeśli którąś wybierzesz. Ale podejmujesz decyzję, wchodzisz na jedną z nich. Potem ta ścieżka rozdziela się na dwie kolejne, znowu na kolejne i na kolejne… Cały czas musisz się trzymać tylko jednej. Wreszcie docierasz do kresu drogi i widzisz rezultat swojej wędrówki. Gdybyś wybierał inaczej, czy ujrzałbyś to samo? Nie.

tekst: Katarzyna Smutek – ktrznsmutek6@gmail.com str. 8

Na tym polega hiperfikcja. Umieszczona w programie komputerowym fabuła rozbita jest na fragmenty (nasze ścieżki) zwane leksjami lub węzłami, które na wiele sposobów łączą się ze sobą odsyłaczami. Po kliknięciu w odpowiedni link (wybór drogi) pojawia się następna leksja i lektura postępuje, a ty manewrujesz między odsyłaczami tak długo, aż opowieść się skończy (kres wędrówki). W ten sposób to ty decydujesz, o czym chcesz przeczytać dalej i jakie będzie zakończenie. Brzmi abstrakcyjnie? Posłużmy się pewną historią. Przypuśćmy, że masz przed sobą opowiadanie, w którym bohater może zginąć w wypadku samochodowym albo spotkać miłość swojego życia. Początkowa leksja brzmi: „Wieczorem Rafał organizował przyjęcie z okazji urodzin, o czym Piotrek zapomniał przez nadmiar obowiązków w pracy. Żeby nie zawieść przyjaciela, jeszcze tego samego dnia wybrał się po prezent do galerii. Kiedy wychodził z pakunkiem, przypomniał sobie o butelce wina, którą wypadałoby ze sobą przynieść, i zawahał się, czy wrócić do sklepu. Bał się, że nie zdąży na czas, a w dodatku zamówił już taksówkę…”. Podkreślone wyrazy stanowią odsyłacze. W zależności od tego, na który link się zdecydujesz, los Piotrka potoczy się zgoła inaczej. Jeśli dokupi nieszczęsne wino, w drzwiach sklepu zderzy się ze swoją przyszłą wybranką. Jeśli wsiądzie do taksówki – zginie. Powyższa próbka jest oczywiście uproszczeniem. W rzeczywistości hiperfikcja oferuje znacznie więcej możliwości, choćby z jednego węzła może wychodzić kilkanaście odnóg,


a odsyłaczem jest nie tylko zdanie, lecz także słowo czy grafika. Ponadto program dba o komfort czytania, blokując leksje, które już widzieliśmy lub które wydałyby się niezrozumiałe bez zapoznania się z poprzedzającym je fragmentem. Pewnego popołudnia… Pierwszą powieść hipertekstową stworzył w 1987 roku Michael Joyce, a była nią afternoon, a story. Wydany na dyskietce utwór składał się z 500 węzłów i ponad 800 linków, mimo że w formie papierowej nie zająłby więcej niż 100 stron. Podczas pracy nad nowym dziełem Joyce spostrzegł, że fragmenty rękopisu da się dowolnie przetasować bez naruszenia toku historii. Swoje odkrycie skonsultował z Jayem Davidem Bolterem, naukowcem i badaczem nowych mediów, który zaprowadził go do Johna Smitha, informatyka. Szalony pomysł przekształcił się we współpracę, a współpraca w program do tworzenia hiperfikcji, czyli Storyspace. Wtedy była to już tylko kwestia czasu, zanim powstało afternoon, a story, a po nim inne hiperteksty: Victory Garden Stuarta Moulthropa czy Patchwork Girl Shelley Jackson, zaliczane do klasyki hipertekstowej. Co ciekawe, hiperfikcja nie jest pojęciem nowatorskim. Już w XVIII wieku odnotowano przypadek nielinearnego, fragmentarycznego dzieła, nazwanego po latach protohipertekstem. Życie i myśli J[aśnie] W[ielmożnego] Pana Tristrama Shandy kryją w sobie oryginalne propozycje kompozycyjne, a z twórcy, Laurence’a Sterne’a, czynią wręcz cudaka. Pominięte i przestawione rozdziały, pourywane zdania, czarny prostokąt obrazujący śmierć bohatera, puste karty, które czytelnik sam ma wypełnić… Przykłady można mnożyć. Na inne ekscentryczne rozwiązanie wpadł Mark Saporta. Jego Composition No. 1 to… talia kart zapakowanych w pudełku. Każda z nich stanowi fragment fabuły (dziś powiedzielibyśmy leksję). Aby rozpocząć lekturę, trzeba je przetasować i łączyć, nie mając przy tym żadnych wskazówek od autora. Jednak mimo całej swej fantazji ani Sterne, ani Saporta nie zostali twórcami najsłynniejszego protohipertekstu. Tym mianem okrzyknięto Grę w klasy Julio Cortázara. Któż z nas nie słyszał o powieści, którą dosłownie traktuje się jak podwórkową zabawę? Ale kto pomyślałby, że przeskakiwanie po rozdziałach zgodnie z tablicą orientacyjną będzie zaledwie jej namiastką… O krok dalej Obecnie literatura hipertekstowa składa się z czegoś więcej niż tylko słów. Przedstawiciele tego gatunku ze śmiałością zakrawającą na szaleństwo wkraczają w erę hipermedialności, dołączając do tekstu obraz, dźwięk czy film. Niewątpliwym propagatorem w zakresie hipermediów jest Stuart Moulthrop. Pojedynczy węzeł dzieła Pax, an Instrument dzieli się na dwie części. Po prawej stronie nie znajdziemy nic zaskakującego, zwyczajny tekst. Po lewej natomiast zarysowują się animacje bohaterów, które ożywają, gdy najedzie się na nie kursorem. A wtedy nie trzeba już czytać,

postacie same wypowiadają swoją kwestię. Bardziej kontrowersyjny wydaje się Hegirascope. Nie ze względu na szatę graficzną czy rozwiązania techniczne, ale… drgające leksje i ograniczony czas wyboru. Czytelnik ma do dyspozycji zaledwie 30 sekund, by zadecydować o swojej ścieżce lektury. Inaczej program automatycznie przeniesie go do następnego węzła. Przy Moulthropie wszelkie inne propozycje bledną. Nawet Zmrok, symfonia Joyce’a, któremu towarzyszy melodia, czy Koniec świata według Emeryka Radosława Nowakowskiego w formie kolażu. Pytanie brzmi: czy naprawdę chcemy takiej literatury?

O krok za daleko? Już Umberto Eco wspominał o księgach totalnych, niemających ani początku, ani końca; o dziełach otwartych, których interpretacja zależy od odbiorcy. Kiedy jednak dotarła do niego wieść o Composition No. 1, napisał: „W tym samym momencie, w którym pojąłem ideę tej powieści, straciłem najmniejszą chęć, by ją przeczytać”. Początkowe zachłyśnięcie się wolnością traci zwolenników. Hiperfikcji wytyka się chaos, mnogość wyborów, nieskończoność. Czytelnik nie wie, jak rozległy jest dokument. Podejmuje decyzje, których konsekwencji nie może przewidzieć. Gubi się i nie ma pewności, czy za chwilę nie „zje” go animacja bohatera (przytoczone wątpliwości są wynikiem moich doświadczeń). Jednocześnie hipertekst traci swoją literacką duszę. Można by dyskutować, że jego twórcy skupiają się bardziej na efektach graficznych niż na wartości dzieła, lecz drzazga utknęła znacznie głębiej. Czyż piękno powieści nie tkwi w emocjach, jakich doświadczamy, kiedy pewne wydarzenia po prostu się dzieją i nie możemy ich zmienić? Kochamy książki dla wściekłości po śmierci Dumbledore’a, dla napięcia spowodowanego wątpliwością, czy Frodo zniszczy pierścień, dla ekscytacji, że Ania wychodzi za Gilberta. Hiperfikcja nam je odbiera. Wolność paradoksalnie stała się przekleństwem. Źródła: J. Wrycza: Galaktyka języka Internetu; P. Marecki, M. Pisarski: Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media; M. Pisarski: Xanadu. Hipertekstowe przemiany prozy.

str. 9


Chorobliwie niedojrzali Normalność to nie kategoria. Każdy z nas jest skrajnością w zakresie innej ludzkiej cechy. Bycie człowiekiem to uczestniczenie w różnorodności, która, choć często może wydawać się słaba, upośledzona czy schorowana, zasługuje na takie samo uznanie jak ludzkie piękno i kreatywność. Choroba jest normalną częścią naszego życia, co więcej – nieuniknioną. Dlaczego? My, ludzie, tak samo jak inne gatunki, jesteśmy niedokończoną symfonią, która często nie współgra ze współczesnym światem. W skrócie – mamy niedojrzały genom. To stwierdzenie może wydawać się dziwne, zważywszy na to, że przejawiamy antropocentryczne spojrzenie na świat, a wielu z nas wciąż uważa człowieka za byt doskonały. Gatunki są znakomicie dostosowane do niszy ekologicznej, w jakiej przyszło im żyć. A co, jeśli środowisko, w którym żyjemy, rozwija się szybciej niż my sami? Genom ewoluował tak, by każdy przychodzący na świat osobnik był jak najbardziej podobny do optymalnego, zawierającego zestaw funkcji typowych dla nieskazitelnego reprezentanta gatunku. Dla człowieka zaś adaptacja wiąże się ze wszystkim, co jest nam potrzebne do wygodnego i długiego życia. Zmiana… Przypomnijcie sobie teraz wasze ulubione ciasto z dzieciństwa, które nieraz piekliście. Na przykład murzynek z orzechami włoskimi. Wyobraźcie sobie, że robiąc go, trzymaliście się przepisu, aby mieć pewność, że wyjdzie tak smaczny jak zawsze. Później jednak zaprzestaliście praktyk cukierniczych, by zająć się nowymi pasjami. Ale ostatnio wynajęliście nowe mieszkanie i postanowiliście zrobić parapetówkę. Na takiej imprezie miło byłoby poczęstować gości ciastem domowej roboty. Tak więc próbujecie przypomnieć sobie przepis na popisowego murzynka i bierzecie się do pracy. Efekt nie jest jednak zadowalający. Ciasto nie wyrosło tak jak zawsze, a smak… jest równie daleki od zapamiętanego przed laty.

tekst: Adrianna Helena Mrowiec – adzia.mrowiec@wp.pl str. 10

Co poszło nie tak? Może proporcje nie te? Jajka nieświeże, a piekarnik nieszczelny? Wszystko to nawiązuje do przyczyn złożonej choroby. Przepis jest tak naprawdę naszym programem zdrowej przemiany. Jego zmiana oznacza w tym przypadku sam rozwój, a nowe mieszkanie i piekarnik – zmianę środowiskową. Jako ludzie jesteśmy bardzo młodym i bardzo szybko ewoluującym gatunkiem. Przez ostatnie sto lat całkowicie zmieniliśmy środowisko, w jakim żyjemy, co wypchnęło nas poza bezpieczną strefę i coraz bardziej zaczęło uwydatniać genetyczne zróżnicowanie, które kiedyś w ogóle mogło nie dać się poznać. Jak na razie nie jesteśmy stworzeni do żywienia się nadmierną ilością słodyczy, a nasze centra dowodzenia, czyli mózgi, nie do końca radzą sobie z przetwarzaniem tak wielu sztucznych impulsów. Łatwo założyć, że jako ludzie jesteśmy niedaleko jakiegoś optymalnego wzorca, jednak, jak mawiają naukowcy, nie żyjemy jeszcze tak długo, aby dać naszemu genomowi możliwość dokonania poprawek, które zapewniłyby nam większą ochronę przed różnymi dolegliwościami. Częste mycie skraca życie? Na pewno wielu z was słyszało o tym, że prowadzimy zbyt higieniczny tryb życia, a dzieci wychowuje się w zbyt sterylnych warunkach, bez wystawiania na działanie bakterii i wirusów – a co za tym idzie, ich odporność jest słabsza. Taką hipotezę po raz pierwszy wysnuł 1989 roku David Strachan – epidemiolog z londyńskiego St. George’s Hospital Medical School. Mówił wtedy o wpływie sterylnego środowiska na zachorowalność na astmę. Zaobserwował, że im liczniejsze


rodzeństwo, tym mniejsze ryzyko wystąpienia chorób alergicznych u młodszych braci i sióstr. Mimo wszystko, choć hipoteza ta brzmi dość wiarygodnie, nie ma niezbitych dowodów na jej słuszność, ale nie da się jej również całkowicie obalić. Wyniki badań nad astmą poniekąd wpisują się w założenia Strachana, jednak z innymi chorobami ma ona niewiele wspólnego. Nie należy więc kurczowo się jej trzymać i zrzucać wszystkiego na czynniki środowiskowe bądź nadmierną higienę – wszak wiele chorób rozwija się szybciej przy jej braku. (Nie)doskonałość Badania genetyczne to żadna nowość. Cały czas podejmowane są próby modyfikowania DNA. Wiele takich badań prowadzi się właśnie po to, by móc „naprawiać” mutacje genetyczne, którymi obarczyła nas matka natura, powodując różne choroby czy schorzenia. Dzięki tym zabiegom można także dokonywać poprawek kosmetycznych, takich jak na przykład koloru oczu. Mimo naszych dążeń do osiągnięcia idealnego, zdrowego organizmu choroba wciąż pozostaje stałym elementem życia. Wiadomym jest, że dzięki rozwojowi nauki możemy z nią walczyć i zapewnić sobie oraz innym zdrowe funkcjonowanie – bez bólu, ciągłego zażywania leków lub częstych wizyt u lekarzy specjalistów. Jednak życie pozbawione wszelkich dolegliwości wydaje się utopijną wizją. Pomimo zaawansowanych badań nie potrafimy jeszcze przewidywać przyszłości, a przecież w przyrodzie nic nie ginie. Na miejscu dziś znanych nam chorób zapewne pojawią się inne, nowe… Albo może coś zupełnie odmiennego? Źródła: G. Gibson: A wszystko przez geny.

str. 11


Artyzm czy niesmak? Sztuka. Ale nie byle jaka sztuka – wysublimowana sztuka współczesna, tajemnicza żądza artyzmu, która opanowała muzea, nurt wykrzykujący: „Dość barier! Dość ograniczeń! Dość zahamowań!”. To ta sztuka. Ta wielka sztuka. Wyobraź sobie następującą sytuację: Opalasz się nad polskim morzem, leżąc na ciepłym piasku. Masz zamknięte oczy i delektujesz się zimnymi powiewami wiatru. Dookoła panuje całkowita cisza. Myślisz sobie o tym, co zaraz zjesz na obiad… i nagle na twoją twarz spada solidna porcja zimnego piachu. Otwierasz oczy i widzisz mężczyznę, który posłał ci ten „prezent”, przechodząc obok. Już masz za nim biec, gdy spostrzegasz, że jest ubrany w elegancki frak, kapelusz i niesie ze sobą taboret. Patrzysz na niego ze zdziwieniem, a on wchodzi do morza, stawia taboret przy brzegu i zaczyna dziwnie machać rękami. Po chwili orientujesz się, że ten mężczyzna trzyma w rękach jakieś pałeczki. Podchodzisz bliżej – podobnie jak dziesiątki innych osób, które również łakną wyjaśnienia tej dziwnej sytuacji. Elegancki pan z taboretu odwraca się w stronę publiczności i wymownym gestem zachęca ludzi do zajęcia miejsca na wyobrażonej widowni. Następnie zaczyna swój koncert: dyryguje falami, a szum morza i rozbijające się bałwany tworzą niezwykłą melodię. Do tych dźwięków dołączają odgłosy pobliskich samochodów oraz donośna syrena straży pożarnej. Czy tego typu scenariusz wydaje ci się twórczy? Właśnie taką formę happeningu stworzył i zademonstrował Tadeusz Kantor 23 sierpnia 1967 r. w Łazach. Nazwał ją Panoramicznym happeningiem morskim. To jeden z tysięcy przejawów sztuki współczesnej, którą jesteśmy otoczeni z każdej możliwej strony. Jestem zagorzałym pasjonatem sztuki współczesnej. Chodzę od muzeum do muzeum, podziwiam, zastanawiam się, dumam…

i próbuję cokolwiek zrozumieć, a to wcale nie jest takie proste. Studiuję dziedziny estetyki, filozofii, twórczości, sztuki oraz inne nauki humanistyczne w poszukiwaniu wyjaśnień na dręczące mnie interpretacje dzieł. Jaka była motywacja twórcy? Co chciał przez to powiedzieć? Co to dzieło znaczy dla mnie, dla ludzi? Te pytania mnie nurtują, bulwersują i prześladują zarazem. Skąd się wzięła ta cała „dziwność”? Geneza dziwności W moim artykule Sztuka niejedno ma imię, dostępnym na blogu „Suplementu”, piszę o tym, że główną przyczyną pojawienia się tak szerokiego wachlarza dziwności w twórczości współczesnej jest powstanie fotografii. Sztuka – która niegdyś służyła dokładnemu odwzorowaniu rzeczywistości – została zmechanizowana. Zapewne niejednego ulicznego malarza taki obrót spraw pozbawił pieniędzy i jedynej formy dochodu. Początku sztuki współczesnej upatruje się u dadaistów na początku XX w. Jednak wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, do jakiego stopnia się to wszystko rozwinie… Sztuka egalitarna czy elitarna? Żeby dyskutować na temat sztuki współczesnej, trzeba ustalić jedną rzecz: czy jest to działalność egalitarna – dostępna dla wszystkich w czynnej i biernej formie – czy elitarna – zrozumiała tylko dla nielicznych, a tworzona przez jeszcze mniejszą grupę, obdarzoną „tym czymś”? Oczywiście na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ciekawego rozróżnienia dokonuje profesor psychologii twórczości Maciej Karwowski w książce Zgłębianie kreatywności. Twierdzi on,

tekst: Robert Jakubczak – robijakubczak00000@gmail.com – www.robertjakubczak.pl str. 12


że kreatywność to co innego niż twórczość. Ta pierwsza jest egalitarna, dotyczy wszystkich ludzi w mniejszym lub większym stopniu, a przy tym utożsamia się ją z cechującym jednostkę potencjałem do stworzenia czegoś w przyszłości. Natomiast twórczość, zdaniem Karwowskiego, dotyczy elitarnej grupy „wybrańców”, którzy są nie tylko twórczy (jak w przypadku kreatywności), ale również tę twórczość objawiają, np. w dziełach. Dzieła te powinny mieć jednak znaczenie nie tylko dla samych artystów, lecz także dla ludzi zdolnych, którzy potrafią je docenić. Możemy więc uznać, że każdy twór w muzeum sztuki współczesnej jest czymś twórczym i wybitnym. Powoduje to jednak kontrowersje, a nawet złość – bo nie każdy godzi się na nazywanie mistrzowskim dziełem sztuki kartki, na której znajduje się plama z rozlanego atramentu. I polemika na temat tego, co jest kunsztowne, a co nie, będzie trwała w zaparte. Mnie jednak bardziej ciekawi inna dyskusja, przedstawiona w następnym punkcie. Granice artyzmu Wielu artystów może czuć niechęć, gdy się im mówi, że sztuka nie powinna cechować się niepohamowaną wolnością. Gdy mówimy o artyzmie, to chcielibyśmy pozbyć się wszelkich barier i ograniczeń. Ale czy na pewno? W latach 60. i 70. XX w. ze sprzeciwu wobec katolicko-mieszczańskiego stylu życia w powojennej Austrii wyrósł ruch artystyczny nazwany akcjonizmem wiedeńskim. Celem jego sztuki było przełamanie mentalnych przyzwyczajeń społeczeństwa austriackiego oraz samopoznanie. Cała kontrowersja polegała na środkach, za pomocą których artyści komunikowali się ze światem. Wykorzystywali takie elementy rytuałów jak: orgie seksualne, zabawy, misteria, torturowanie i zabijanie zwierząt. Mocno piętnowali symbole, m.in. krew, krzyż, baranka czy narządy płciowe. Polecam wpisać

w wyszukiwarkę hasło „akcjonizm wiedeński” i przejrzeć efekty tej działalności. Czy happening oparty na zabijaniu zwierząt to dzieło sztuki? Zdaję sobie sprawę, że wybitne dzieło sztuki musi wzbudzać emocje i kontrowersje, bo przecież te dwa komponenty wpływają na to, iż twór zyskuje rozgłos i sławę, a tym samym niesiony przez niego komunikat trafia do większej liczby osób. Czy w tym przypadku cel uświęca środki? Czy nie została przekroczona dopuszczalna granica? Gunther von Hagens, zwany przez niektórych Doktorem Śmierci, to niemiecki lekarz, patomorfolog i anatom, który wynalazł plastynację. Najkrócej rzecz opisując, można powiedzieć, że jest to skomplikowany proces preparacji zwłok, który hamuje rozkład ciała. Pozbawione wody oraz tłuszczów, przy pomocy odpowiednich polimerów zachowuje ono swój kolor i kształt. Powstałych w ten sposób eksponatów Hagens używa jako medycznych modeli anatomicznych. Postanowił jednak uczynić z nich również dzieła sztuki – dzięki czemu możemy pójść na dość popularną wystawę Body Worlds, na której zobaczymy całujące się zwłoki dwojga ludzi, skoczka przekrojonego na wpół czy koszykarza i jego przekrój głowy. Jak twierdzi Hagens, celem jego sztuki jest takie obcowanie ze śmiercią, aby ludzie przestali się jej bać. Nie uważa swoich dzieł za ludzkie zwłoki, tylko za rzeźby. Pytanie, czy spacerowanie wśród takich obnażonych z chorób i ze skóry ciał i robienie sobie przy nich pamiątkowych zdjęć mieści się w przedziale normalności. I znowu kolejna kwestia – czy została przekroczona granica pomiędzy sztuką a… no właśnie, czym? Smakiem? Szacunkiem? Etyką? Humanizmem? A może ludzkim życiem? A Ty? Uważasz Hagensa za lekarza czy artystę? Źródło: M. Karwowski: Zgłębianie kreatywności.

str. 13


Sława (nie)zatapialnych oczekiwań „Jedni mówią, że świat zniszczy ogień. Inni, że lód…”. Fragment wiersza Roberta Frosta mógłby bez wątpienia opisywać ostatnie chwile życia pasażerów największego transatlantyku. Ogień i lód, dwie antagonistyczne siły, przy których potęga człowieka okazała się znikoma. Jaką rolę odegrały w krótkiej historii Titanica? Był wszystkim, wszystko dawał – ale też zabierał. Węgiel to czarny skarb, dawniej przybierający miano towaru luksusowego. To właśnie on łączy wielopokoleniową tradycję licznych regionów z największą morską katastrofą. Czarne złoto zbudowało potęgę wielu krajów i jednocześnie przyczyniło się na wodzie do zagłady półtora tysiąca istnień. Jak to możliwe? Czy nie można było tego uniknąć? Titanic. Nowe dowody Senan Molony od 30 lat bada katastrofę. Zafascynowany tytanem reżyser w dokumencie National Geographic opisuje nowe dowody w sprawie, tym samym przybliżając nam teorię, która bez wątpienia zmienia współczesne spojrzenie na losy okrętu. Bardzo dobrze zachowane fotografie Johna Kempstera, mające już ponad wiek, ujawniły tajemnicę rzucającą zupełnie inne światło na przebieg wydarzeń z nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku. Dzięki nowoczesnym technologiom na zdjęciach ukazujących statek udało się dostrzec czarną smugę przy kadłubie. Fakt ten nie byłby może tak istotny, gdyby nie to, że dokładnie w tym samym miejscu doszło do uszkodzenia statku po zderzeniu z lodowcem. Eksperci skojarzyli również tę informację ze zgłoszeniem pożaru w ładowni znajdującej się na wysokości odkrytej skazy. Doniesienia o zapaleniu się składu węgla jeszcze przed wypłynięciem pojawiły się w zeznaniach załogi, lecz nie powiązano ich z możliwymi przyczynami tragedii. W „New York Tribune” kilka dni po katastrofie pojawił się artykuł, w którym ocalony pracownik

tekst: Edyta Szewczyk – edyta.szewczyk96@gmail.com str. 14

kotłowni zeznawał, że płomienie były trudne do ugaszenia. Tego typu pożary pojawiały się bardzo często, dlatego też mogły nie wzbudzać w śledczych większego zaniepokojenia. Sytuacja zmieniła się, gdy podczas postępowania jeden ze strażaków opisał wydarzenia związane z próbami ujarzmienia ognia. Jak twierdził, po spaleniu całego zapasu paliwa można było zauważyć rozgrzaną do czerwoności i odkształconą ścianę ładowni. Ciekawe fakty przedstawia również ekspert zajmujący się badaniem węgla z Imperial College w Londynie. Surowiec ten nie potrzebuje ognia, żeby się zapalić, a jego tlenie się może być przez długi czas niezauważalne. Może on osiągnąć temperaturę rzędu 500–1000 st. C, a jego umiejscowienie przy grodziach wodoszczelnych niewątpliwie niosło ze sobą negatywne skutki, chociażby te związane z osłabieniem szczelności statku. Przegrody miały za zadanie utrzymać maszynę na powierzchni w przypadku zalania statku wodą. Słabszej jakości stal, z której został wykonany Titanic, również gorzej znosiła wysoką temperaturę. Nasuwa się pytanie, dlaczego podczas zeznań świadków i ocalonych nikt nie zainteresował się kwestiami pożaru oraz jego widocznymi skutkami. Gdy brytyjska komisja śledcza oznajmiła, że nie był on aż tak ważny, wszyscy zaakceptowali wyniki śledztwa jako oczywisty fakt. Ten sam zespół mijał się z prawdą również w kwestii, że statek nie przełamał się na dwie części, a przecież wykazały to badania. Okazuje się, że wygodniej było przejść do innych zagadnień, chroniąc przez to reputację wielu wpływowych ludzi.


Samonapędzająca się machina zagłady Kapitanowi Edwardowi Smithowi zarzuca się zignorowanie informacji o górach lodowych oraz brak zachowania bezpiecznej prędkości. Jak pisze Walter Lord w Pamiętnej nocy, kiedy większość pasażerów rozkoszowała się podróżą „najbezpieczniejszym statkiem świata”, na mostku kapitana podejmowano kluczowe decyzje, które zaważyły na losach całej wyprawy. Wpływowi milionerzy śpieszyli się na spotkania mające odbyć się w Ameryce. Pragnęli, by potraktowano ich poważnie na tak luksusowym rejsie, za który przecież wiele zapłacili. Kapitan musiał więc stanąć na wysokości zadania – zignorował ostrzeżenia i postanowił doprowadzić Titanica na ląd. Jak zapewniało towarzystwo White Star Line, możliwość zatonięcia transatlantyku nie istniała, gdyż został zaprojektowany tak, aby przetrwać katastrofę morską. Konstrukcja statku miała być „niezatapialna nawet przez Boga”, dodatkowo istniało małe prawdopodobieństwo, że Titanic nie ominie gór lodowych. Nie jest to jednak jedyny powód, dla którego Smith zdecydował się na taki, a nie inny krok. Strajki brytyjskich górników odbywające się w tamtym czasie nie odbiły się echem na dziewiczym rejsie. W wielu źródłach możemy doszukać się informacji, że statek był wyposażony w ograniczoną ilość węgla – wystarczającą tylko, by dotrzeć na czas do Ameryki. Zwolnienie do bezpiecznej prędkości spowodowałoby, że przy próbie przyśpieszenia Titanic musiałby spalić dwa razy tyle opału, którego przecież nie miał. Smith wiedział, iż wiązałoby się to z kolejnymi opóźnieniami, a na te już nie mógł pozwolić. Dodatkowo, jeżeli weźmiemy pod uwagę aspekt pożaru, oczywistym staje się, że kapitan nie zdecydował się zwolnić. Podczas prób ujarzmiania ognia strażacy byli zmuszeni w całości pozbyć się płonącego kamienia. Jedynym sposobem okazało się palenie go w kotłach, co z kolei powodowało zwiększenie obrotów i wyższą prędkość statku. Po kilku dniach od wypłynięcia Titanica w kotłowniach nie było już węgla. Kapitan, jako człowiek odpowiedzialny za tysiące ludzi, mógł wydać rozkaz zmniejszenia prędkości, licząc się z konsekwencjami opóźnienia rejsu i niezadowolenia pasażerów. Choć zdecydował się podjąć ryzyko dla zaspokojenia portfela firmy oraz satysfakcji podróżnych, ciąg zdarzeń feralnego rejsu pokazuje, że Smith został postawiony pod ścianą przez nieugięty los. Utnijmy koszty Uwieńczeniem kłopotów Titanica była jego niespokojna historia sprzed wyruszenia w rejs. Przedstawiany w Dziewiczej podróży jako cud morza, dźwigał brzemię rywalizacji, podziwu, sukcesu i presji. Nie było mowy o tym, aby świat dowiedział się o pożarze, obcinaniu kosztów, opóźnieniach. Każdy kolejny problem wiązał się z upadkiem firmy. Jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, ludzie z pewnością zapragnęliby udać się w kolejną podróż statkiem marzeń, jego sława rozprzestrzeniłaby się na wszystkich kontynentach, a zyski przeszłyby najśmielsze oczekiwania. Wiele uchybień przypisuje się linii żeglugowej White Star Line. Artykuł Zbytek czy bezpieczeństwo Janiny Henke porusza kwestie związane

z lekceważeniem ludzkiego życia. Zmniejszenie liczby łodzi ratunkowych i grubości stali bez wątpienia przyczyniło się do obniżenia poziomu bezpieczeństwa. W szalupach znalazło się miejsce tylko dla połowy pasażerów. Najciekawsze jest to, że nie zostały naruszone ówczesne przepisy, ponieważ były uchwalane dla jednostek o wiele mniejszych od Titanica, a nikt nie pomyślał o ich nowelizacji. Te „kosmetyczne” zmiany wpłynęłyby na życie setek ludzi. Być może gdyby nie to, dziś legenda Titanica jawiłaby się przez pryzmat sukcesu, a nie katastrofy. Niestety nikt nie przewidział, że wystarczą zaledwie dwie godziny, aby okręt marzeń poszedł na dno. „Mamy do Titanica pełne zaufanie. Wierzymy, że ten statek jest niezatapialny” – tymi słowami Philip A. S. Franklin uspokajał zdezorientowanych ludzi czekających pod siedzibą White Star Line. Jak się później okazało, zapewnienia te nie cofnęły biegu zdarzeń, za sprawą których luksusowy transatlantyk pochłonął półtora tysiąca istnień.

Był największym statkiem świata i największym ruchomym obiektem w historii zbudowanym przez człowieka. Miał być symbolem nieprzezwyciężonego przemysłu brytyjskiego, opisywano go jako cud. Pod urokiem Titanica znaleźli się wszyscy, którzy go budowali i którzy nim płynęli. Nic dziwnego, gdyż mimo upływu czasu jego historia wciąż żyje, a sława wydaje się nieśmiertelna. Inspiruje badaczy, reżyserów i artystów – wszyscy chcą wiedzieć, jak było naprawdę. Seria splatających się niewinnych przypadków pociągnęła za sobą katastrofalne skutki. Czarne złoto symbolizujące wielkość wielu regionów odegrało zatem kluczową rolę w krótkiej historii Titanica. Okazuje się, że dwa antagonistyczne żywioły – ogień i lód – w parę chwil są w stanie zniszczyć kilkuletni dorobek człowieka. Nic nie mogło ich powstrzymać, były niewzruszone na błagania, płacz i krzyk. Choć kontrastowe, razem stały się niezwyciężone. Zapewne usłyszymy jeszcze wiele faktów związanych z dziewiczą podróżą RMS Titanic. Musimy być jednak świadomi tego, że jedyna prawda utonęła wraz ze statkiem ponad sto lat temu. Źródła: K. Stępnik: Titanic. Recepcja katastrofy w prasie polskiej; J. Henke: Zbytek czy bezpieczeństwo; G. Marcus: Dziewicza podróż; W. Lord: Titanic. Pamiętna noc; S. Molony: Titanic. Nowe dowody.

str. 15


Niezniszczalni Futbol pobudza zmysły. Zatapiamy się w zupełnie odmienny świat, w którym troski i problemy ustępują miejsca rywalizacji i emocjom. Jedni zapominają o kłopotach w pracy czy niezapłaconych rachunkach. Inni – o wypadku, który całkowicie zmienił ich życie. Piłka nożna to sport uniwersalny. Nie ma chyba miejsca na świecie, w którym o niej nie słyszano. Od wielkomiejskich blokowisk po najmniejsze wsie – niezależnie od pory dnia czy pogody zawsze ktoś gra. Dla wielu futbol jest tradycją rodzinną. Spora część katalońskich rodziców zaraz po narodzinach zapisuje swoje dzieci do FC Barcelony. Tworzą im kartę kibica – od przyjścia na świat zostają culés. Dorastający pasjonat piłki marzy o wspaniałej karierze, grze w największych klubach świata u boku swoich idoli, pragnie uwielbienia, ale przede wszystkim chce robić to, co najbardziej kocha. Czasami jednak los przekreśla wszystko. Zbieg okoliczności zmienia krople wody na równo skoszonej, zielonej murawie, odbijające promienie wielowatowych reflektorów, w depresyjną szarość ścian i oślepiający blask lamp operacyjnych. Z piłkarskiego nieba sportowcy nagle trafiają w szpitalną nicość. Czy to ich załamuje? Wręcz przeciwnie! Walka o marzenia Budzisz się w ponurej sali. Szarość i nijakość pomieszczenia przytłacza. Wchodzi lekarz. Jego posępna mina utwierdza cię w przekonaniu, że nie jest dobrze. Diagnoza nokautuje jak podbródkowy pięściarza wagi ciężkiej – amputacja. W głowie kotłują się tysiące myśli: co teraz, jak sobie poradzę, czy to mój koniec? Do niedawna byłeś pełnym energii nastolatkiem, trenowałeś w niewielkim wiejskim klubie, miałeś więcej osiągnięć niż inni. Biły się o ciebie najlepsze drużyny w Polsce. Byłeś wielki, wszyscy patrzyli na twoją grę z zachwytem i podziwem. Teraz leżysz w szpitalnym łóżku zupełnie sam. Marzenia w jednej chwili legły w gruzach. Po chwili namysłu

dochodzisz do prostego wniosku: będę walczył, tak łatwo się nie poddam, znów zacznę grać. Nadzieją do powrotu na murawę jest ampfutbol (ang. amputee football). Te dwa słowa dla przeciętnego człowieka wskazują na pewien twór dla niepełnosprawnych, która ma stanowić bardziej formę rehabilitacji niż sportu. Opinia przeciętnego Kowalskiego jest niezwykle płytka i krzywdząca. Zawodnicy amp futbolu to prawdziwi wojownicy. Z pełną determinacją walczyli o mistrzostwo świata w 2018 roku na nierównych, podobnych do klepiska meksykańskich boiskach. Kiedy widzieliśmy szczere, pełne bólu i rozgoryczenia łzy naszej reprezentacji po porażce w ćwierćfinale z Angolą, wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie, czym dla nich jest ten sport – to całe życie, pełne wyrzeczeń i morderczych treningów. Michał Pol, dziennikarz i dyrektor programowy Onet Sport, który z bliska przyglądał się zmaganiom naszej kadry w Meksyku, opisuje wyczerpanych po ciężkim boju zawodników regenerujących siły w basenie wypełnionym wodą z lodem. To pokazuje, ile każdy z nich oddaje serca na boisku, ile determinacji i ogromnej pracy kosztuje walka na murawie. Piłkarze naszej rodzimej ligi mogliby się wiele nauczyć, podpatrując zmagania ampfutbolistów. Pokłosie wojny Konflikty zbrojne, masowe mordy czy wzajemna walka plemion o władzę to normalność w Afryce. Nie ma na Czarnym Lądzie miejsca, gdzie nie dochodziłoby w historii do makabrycznych zbrodni. W efekcie działania zbrojne zmieniły ten niezwykle

tekst: Piotr Tomalski – piotr.tomalski@interia.pl – www.krotkapilka287567534.wordpress.com | ilustracja: Paulina Michalska – www.facebook.com/punkidrawsstuff str. 16


interesujący kontynent, pełen niecodziennej fauny i niezwykłych ludowych tradycji, w wojenny teatr, któremu z odległości tysięcy kilometrów codziennie się przyglądamy. W wielu miejscach te konflikty zebrały nikczemne i niesprawiedliwe żniwo. Mnóstwo dzieci, często osieroconych przez ludobójstwa, znalazło nieodpowiednie, bo pełne zakopanych min, miejsce do spędzania czasu. Wynik nierównego starcia często był jednoznaczny – śmierć. W innych, szczęśliwszych (choć trudno je takimi nazwać) przypadkach kończyło się utratą kończyny. Mimo tych tragicznych zdarzeń okaleczeni potrafili znaleźć coś, co choć na moment pozwoliło im zapomnieć o traumie młodości – sport, między innymi ampfutbol. Wiele reprezentacji (jak chociażby Angola – pogromcy polskiej drużyny) pojawiło się na meksykańskim czempionacie. Mimo ograniczeń finansowych czy braku sprzętu (produkcja kul, z których korzystają zawodnicy, nie jest tania) piłkarze mieli ogromne chęci oraz determinację, aby przyjechać na najważniejszy turniej czterolecia i z dumą reprezentować swój kraj. Jednak nie zawsze się to udaje. Względy finansowe nie pozwoliły drużynom dwóch afrykańskich państw pojawić się w Meksyku. Zresztą nie tylko reprezentacje z Czarnego Lądu borykają się z podobnymi problemami. Wyjazd naszej kadry również był zagrożony, jednak pomoc ze strony kapitana reprezentacji Polski, Roberta Lewandowskiego, oraz jego sponsora rozwiązała tę patową sytuację. Siedmiu wspaniałych Ampfutbol jest rozgrywany na zupełnie innych zasadach niż tradycyjna piłka nożna. Przekonali się o tym sędziowie na meksykańskim turnieju, którzy dopiero na miejscu przechodzili szkolenia. Jak się okazało, według relacji Pola, byli oni niedostatecznie przygotowani do prowadzenia spotkań i popełniali niezliczone błędy. Drużyna ampfutbolu składa się z siedmiu zawodników. Na murawie może przebywać dwóch sportowców z wrodzonymi wadami kończyn, zaś reszta to gracze po amputacjach. Boisko jest o wiele mniejsze niż w tradycyjnym futbolu – to tylko 60 × 40 metrów, podobnie rzecz ma się z bramkami. Elementy te wpływają znacząco na sam odbiór widowiska. Okazuje się ono o wiele ciekawsze od futbolu. Mniejsze boisko daje zawodnikom mniej miejsca na rozgrywanie akcji, a mimo to często możemy oglądać „rajdy” w bocznych sektorach murawy czy nawet uderzenia z przewrotki. Oddanie takiego strzału wymaga niezwykłej siły i precyzji, a co dopiero, kiedy zawodnik musi to wykonać, trzymając w rękach kule! W Ekstraklasie ampfutbolu, według prezesa fundacji Kuloodporni Dawida Kawki, grają cztery kluby: Kuloodporni Bielsko-Biała, Husaria Kraków, Gloria Varsovia oraz GKS Góra. Zupełnie inaczej niż w tradycyjnej odmianie futbolu wygląda organizacja ligowa. Poszczególne zespoły organizują turniej, podczas którego rozgrywa się mecze w systemie „każdy z każdym”. Punkty przyznawane są tak jak w piłce nożnej. Dużym problemem, o czym wspomina Kawka,

jest liczba zawodników czynnie uprawiających ampfutbol. Obecnie w Polsce nie przekracza ona 60 osób. Znikomość zgłoszeń powoduje, że liga składa się z tak niewielu zespołów. W najbliższym czasie ten trend może się jednak zmienić na lepsze. Przede wszystkim coraz częściej juniorzy zaczynają interesować się tą dyscypliną. Szkółkę dla młodych adeptów ampfutbolu prowadzą między innymi Kuloodporni. Trenują w niej dzieci pomiędzy ósmym a czternastym rokiem życia. Kompania braci Każdej drużynie powinno przyświecać często nadużywane hasło: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. W ampfutbolu nabiera ono wyjątkowego znaczenia, bo nie dotyczy wyłącznie każdej z grup zawodników z osobna, ale wszystkich razem, bez wyjątku. Na murawie sportowcy toczą wyjątkowo zacięte boje o zwycięstwo, a poza tym wspaniale się dogadują. Doskonale odzwierciedla to zachowanie naszych zawodników. Po odpadnięciu z turnieju przekazali swoje kule reprezentacji Nigerii, której najzwyczajniej w świecie brakowało sprzętu. Pomiędzy zawodnikami polskiej drużyny również jest wiele wsparcia. Wzajemna pomoc to dla nich rzecz normalna. Nie muszą nawet o nią prosić. Kiedy członek zespołu, przeładowany sprzętem, nie ma jak wziąć ze sobą tacy z posiłkiem, od razu znajduje się kolega, który wyświadcza mu przysługę. Wsparcie, jakiego zawodnicy udzielają sobie nawzajem, jest pięknym przykładem dobrego funkcjonowania grupy. Kiedy oglądamy spotkania drużyn pokroju Paris Saint Germain F.C. czy Bayernu Monachium, aż żal patrzeć na ogromne podziały wewnątrz zespołu – dzielą ich kwestie finansowe, a nawet stałe fragmenty gry. Nie potrafią się ze sobą zżyć. Kłótnie o premie meczowe czy pierwszeństwo w wykonywaniu rzutów karnych są na porządku dziennym. Spory między prezesami a czołowymi zawodnikami obracają w proch główne założenie futbolu. Uczciwa rywalizacja na najwyższym poziomie oddaje miejsce ciągłym konfliktom i polemikom w mediach, co w efekcie pokazuje środowisko piłkarskie jako bezwzględne, pełne nieczystej walki. Czy dla dobra sportu nie lepiej spojrzeć na doskonale zorganizowaną i uczciwą wspólnotę ampfutbolistów? Dlaczego by nie brać z nich przykładu? Futbol powinien być wyjątkowym doznaniem. Zawodnicy mają pokazać charakter, determinację, mobilizować do walki o marzenia. Dla ludzi po ciężkich przejściach właśnie tym jest ampfutbol – nie rehabilitacją, lecz całym życiem. Przestańmy patrzeć na tę dyscyplinę i na samych zawodników z dystansem. Udajmy się do Bielska-Białej, Krakowa czy Warszawy. Spełnijmy ich marzenia, dajmy im ten moment chwały, tak jak Messiemu, Ronaldo czy Lewandowskiemu. Dla nich to nowy początek. Dla nas zaś niezwykłe doświadczenie, które może zostać zapamiętane na długie lata.

str. 17


Korpo? Racja! Pożre twoją duszę, odbierze godność, pozbawi czasu wolnego! Co takiego? Korporacja! Przepadniesz w wyścigu szczurów lub zatracisz jakiekolwiek zasady moralne! Na pewno kiedyś słyszeliście podobne przestrogi, ale czy rzeczywiście wielkie firmy są takie straszne? Wszak co roku rzesze ludzi podejmują w nich pracę. Kto więc ma rację? Od razu warto zaznaczyć, że mowa tu o korporacji w znaczeniu potocznym. Formalnie bowiem, zgodnie ze Słownikiem języka polskiego PWN, korporacja to po prostu ‘zrzeszenie osób mające na celu realizację określonych zadań’, a w drugim znaczeniu ‘spółka kapitałowa oparta na kapitale złożonym z udziałów’. Tymczasem w rozumieniu potocznym chodzi raczej o wielkie, często międzynarodowe przedsiębiorstwo, w którym duże znaczenie mają procedury, organizacja pracy, określona struktura i relacje podporządkowania, a także wymienialność pracowników. Zastanawiająca jest natura pracy w takich firmach. Przyjrzyjmy się najpierw temu, co pociąga w korporacjach ludzi już w nich zatrudnionych. Jasna strona mocy Tym, co moi rozmówcy chyba najczęściej wymieniają jako zaletę pracy w swoich korporacjach, jest wyższe niż gdzie indziej wynagrodzenie. Jedna z moich znajomych mówi wprost, że korzyścią wynikłą z pracy w korporacji jest to, że ma z czego spłacać kredyt. Ten argument jest logiczny, w myśl dawnego hasła reklamowego „duży może więcej”. Co do zasady większe firmy stać na lepsze opłacanie pracowników. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego przez firmę Sedlak & Sedlak mediana miesięcznych zarobków brutto w firmach zatrudniających tysiąc i więcej pracowników wyniosła w 2018 r. 5043 zł, co stanowi ok. 144% mediany zarobków w mikrofirmach (1–9 pracowników, 3493 zł) i 126% mediany w małych

przedsiębiorstwach (10–49 pracowników 4000 zł). Badanie to wyraźnie pokazało, że im większa firma, tym wyższe wynagrodzenie. Pieniądze to jednak nie wszystko. Martyna, od kilku lat pracująca w branży finansowej, z sentymentem wspomina swoje poprzednie miejsce zatrudnienia, gdzie oprócz elastycznego grafiku istniały niemal nieograniczone możliwości pracy zdalnej (homeoffice). – Możliwość spotkania ciekawych ludzi z całego świata i wyjazdów w różne miejsca na koszt firmy (…). Dużo inicjatyw pracowniczych – zarząd zachęca do tego. Imprezy i wyjazdy integracyjne. Fajne pakiety ubezpieczenia, MultiSport, paczki dla dzieci (…) – wymienia Maja, zajmująca się ofertowaniem w dużym koncernie elektryczno-energetycznym. Lista korzyści może być długa. Ewelina, która przeszła z działu HR jednego z banków do branży IT, mówi o obecnym pracodawcy: – To najfajniejsze miejsce, jakie mogłam odkryć. Owszem, to korporacja, ale taka, która 300 tys. dorzuca na sponsoring pasji. I w ten sposób mogę biegać maratony ze swoją firmą, wspinać się czy wyjeżdżać na Kazbek. To miejsce, gdzie w końcu mogę się rozwijać i nie czuć się jak trybik. To, na jakie korzyści zwraca się uwagę, zależy też oczywiście od wieku. Paweł, który od około 12 lat pracuje w branży telekomunikacyjnej, zwraca uwagę między innymi na pakiety

tekst: Michał Denysenko – michal.denysenko@gmail.com – www.cogryziedenysa.blogspot.com | ilustracja: Paulina Michalska – www.facebook.com/punkidrawsstuff str. 18


opieki medycznej. Podkreśla, że choć mniejsze firmy obecnie często oferują pozapłacowe świadczenia typu MultiSport, to na zapewnianie pracownikom szerokiego wachlarzu usług związanych z ochroną zdrowia często po prostu nie mogą sobie pozwolić. Są też zupełnie inne kwestie. Paweł podkreśla, że w branżach związanych z przepływem informacji i nowymi technologiami małe firmy tak naprawdę się nie liczą. Możliwości rozwoju istnieją tylko w wielkich korporacjach, bo to one jako pierwsze mają dostęp do najnowszych rozwiązań. Pracując w nich, można poczuć, że kreuje się rynek i wyznacza standardy. Oczywiście, małe start-upy też działają i są innowacyjne, ale swoje rozwiązania często mogą wypromować na szeroką skalę dopiero przy współpracy z wielkimi korporacjami. Ponadto spółki te często stawiają na rozwój osobisty pracowników. Kursy językowe to za mało i często pojawiają się nawet w niedużych firmach. Te większe dopłacają do rozmaitych kursów oraz szkoleń, w tym drogich i licznych egzaminów (choćby firmy audytorskie dofinansowujące zdobywanie kwalifikacji biegłego rewidenta), czy udzielają dodatkowego urlopu na naukę. Z innych zalet Maja wymienia precyzyjnie określony sposób zarządzania firmą. – Jasne zasady i regulamin, nie ma raczej samowolki pt. „szefowi coś strzeliło do głowy”, zasady są narzucone odgórnie przez zarząd” – wyjaśnia. Miecz obosieczny Są takie kwestie, które mogą być wadą i zaletą jednocześnie. Maja przyznaje, że w pracy irytują ją decyzje zarządu rezydującego zupełnie gdzie indziej, które często są dziwne i nie przystają do rzeczywistości konkretnego zakładu. Ewelina zauważa, że podczas pracy w banku czuła się jak trybik w maszynie i czasem nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Paweł wspomina o tym, że niektórym może przeszkadzać wyraźna struktura pionowa i pozioma, a także konieczność ciągłego utrzymywania pewnego poziomu jakości pracy, nadążania za innymi, niemożność pozwolenia sobie nawet

na chwilę słabości. Wiążą się z tym jasno i dokładnie określone kryteria oceny pracowników, co może sprawić, że człowiek poczuje się tylko punktem na wykresie. On jednak podkreśla, iż na niego działa to raczej motywująco. Jednocześnie Paweł dodaje jeszcze jedną ważną obserwację – korporacje mają na celu wzrost swojej wartości i generowanie zysku, w związku z czym opierają się na prostej polityce. Jeśli jakaś działalność lub lokalizacja biznesowa przestaje być opłacalna, to po prostu się ją zamyka, przesuwając zasoby gdzie indziej. Oczywiście, że w takich sytuacjach firmy często wprowadzają programy pomocowe dla zwalnianych pracowników. Pomagają im znaleźć nową pracę lub wspierają przekwalifikowania. To jednak w dużej mierze element dbania o wizerunek i uspokajania sumienia. Zarządy wielkich, międzynarodowych grup myślą bowiem globalnie, nie przejmując się przesadnie losem pracowników w danym miejscu. W związku z tym, pracując w jednym z wielu zakładów lub jednostek zależnych korporacji, nigdy nie można być pewnym jutra. Co interesujące, żaden z moich rozmówców wśród wad korporacji nie wymienił stereotypowego wyścigu szczurów, czyli zaciętej, często brudnej rywalizacji o awanse, wyniki, premie czy inne korzyści. Wynikać to może z faktu, że osoby, z którymi rozmawiałem, raczej nie pracują bezpośrednio w sprzedaży. Alicja, od prawie dwóch lat zajmująca się mediami społecznościowymi w agencji reklamowej, mówi z satysfakcją: – Na szczęście w mojej firmie panuje niesamowita atmosfera, dzięki której czuję się tam jak w drugim domu. Wyścigu szczurów nie ma. Wszyscy znamy swoje mocne strony i się wspieramy, a nad słabymi po prostu pracujemy. Nie ma wykorzystywania. – Podobnie wypowiadają się inni moi rozmówcy. Maja stwierdza jedynie, że czasem pojawiają się zbyt ambitne jednostki, ale na ogół jej współpracownicy grają zespołowo. Zwróć uwagę na… Szukając pracy lub chcąc się zdecydować na jakąś konkretną posadę (np. w korporacji), warto zwrócić uwagę na kilka

str. 19


rzeczy. Maja twierdzi, że należy zorientować się w możliwych zarobkach, perspektywach rozwoju oraz dowiedzieć się, czy zakres obowiązków związanych z potencjalnym stanowiskiem będzie dla nas interesujący. To wszystko bardzo ważne, ale wydaje się, że ta ostatnia kwestia jest najistotniejsza. – Przede wszystkim trzeba zrozumieć, co się lubi. Próbować nowych rzeczy, szukać, czasem rzucać grochem o ścianę. Wszystko, czego się podejmujemy, nawet całkowite niewypały, prowadzi nas na ścieżkę, która może się okazać dla nas najbardziej odpowiednia – pięknie opisuje Alicja. Paweł, który od jakiegoś czasu w ramach swojej pracy prowadzi także rozmowy rekrutacyjne, podkreśla, że entuzjazm i szczere zainteresowanie branżą mogą znacznie zwiększyć szanse na zatrudnienie. Wiedzę można człowiekowi przekazać już po zatrudnieniu go, ale nie da się w niego wepchnąć chęci jej przyswojenia. Właśnie dlatego zdarzają się sytuacje, w których pracę dostaje mniej doświadczony, ale bardziej pozytywnie nastawiony kandydat. Poza tym Paweł przypomina też, że aplikując na rozmaite stanowiska w korporacjach, należy jednak zachować minimum profesjonalizmu. Wymienia przykłady ludzi, którzy najwyraźniej niezbyt uważnie czytali ogłoszenia o pracę. Starali się oni bowiem o stanowiska związane z całodobowym świadczeniem serwisu informatycznego, po czym w trakcie rekrutacji dziwili się, że czasem trzeba też dyżurować w nocy. Rezygnowali więc z dalszego udziału w procesie rekrutacyjnym. Przywołuje również anegdotę o świeżo upieczonym absolwencie, którego rozmowa kwalifikacyjna przebiegała bardzo dobrze, ale pod jej koniec zapytał, gdzie w pobliżu znajduje się jakiś bar, bo ma ochotę napić się piwa. Nie jest to może zachowanie dyskwalifikujące, ale na pewno nieco psujące starannie budowane dobre wrażenie. Alicja podsumowuje: – Warto radzić się innych, szczególnie specjalistów w dziedzinach, które nas interesują. To też ludzie,

którzy chętnie nam opowiedzą, na czym na co dzień polega ich praca, jakie kompetencje trzeba posiadać i jak ten zawód rozwija. Do brzegu! Zaczynamy nieco za bardzo odpływać ku głębinom tematu, więc pora wrócić do meritum. Czy warto pracować w korporacji? Odpowiedź na to pytanie jest taka jak na większość ważnych pytań i brzmi: „To zależy”. Z jednej strony bowiem firma firmie nierówna. Każda z nich oferuje nieco inne korzyści, wachlarz możliwości i oczekuje w zamian czegoś innego. Z drugiej zaś: każdy człowiek jest inny, ma inne preferencje i zwraca uwagę na różne kwestie. Korporacja może zaoferować dobre warunki pracy, dodatkowe korzyści czy możliwości rozwoju. W zamian za to jednak należy liczyć się z koniecznością akceptacji sztywnych reguł czy poczucia bycia nieistotnym z punktu widzenia całej firmy. Poza tym z korporacją na ogół łączy się jeszcze jedna „racja”, czyli biurokracja. Bardzo często załatwienie czegoś, co w małej firmie zajęłoby chwilę, staje się długim i żmudnym procesem. Nie można po prostu podejść do odpowiedniej osoby i jakoś się dogadać, bo byłoby to złamaniem procedur. Poza tym często powód jest znacznie bardziej prozaiczny: osoba ta na przykład siedzi na drugim końcu Polski albo i świata. To jednak też nie reguła, bo korporacje miewają ludzką twarz i czasem wystarczy zwykła rozmowa z odpowiednią osobą. Po prostu każda firma ma swoją specyfikę. Żeby więc wiedzieć, czy dane miejsce będzie dla nas odpowiednie, trzeba dużo pytać, rozmawiać z osobami z doświadczeniem, docierać do ludzi pracujących tam zarówno kiedyś, jak i obecnie. Pierwsi mogą powiedzieć, dlaczego postanowili zmienić pracę, a drudzy zdradzić, dlaczego tego nie robią. Należy więc zrobić dobre rozpoznanie terenu, a potem – cóż… Może po prostu spróbować?

tekst: Michał Denysenko – michal.denysenko@gmail.com – www.cogryziedenysa.blogspot.com | ilustracja: Paulina Michalska – www.facebook.com/punkidrawsstuff str. 20


Cena marzeń o wolności Druga wojna światowa to w dziejach ludzkości wydarzenie bezprecedensowe. Na jej bilans składają się miliony dramatów pojedynczych jednostek, nad czym niestety zbyt rzadko się skupiamy. W podręcznikach do historii widzimy statystyki mówiące o liczebności walczących stron czy ofiar. Zapominamy, że za każdą liczbą kryje się historia, nad którą warto się pochylić. Młody Lucjan Wiśniewski był zupełnie zwyczajnym chłopcem. Pochodził z małej mazowieckiej wsi, ale niedługo przed wojną zamieszkał z rodzicami w Chomiczówce i został „Warszawiakiem z awansu”. Miał piętnaście lat, gdy po raz pierwszy zobaczył egzekucję. 6 stycznia 1940 roku na Szwedzkich Górach (dzisiaj obrzeża Bemowa) Niemcy rozstrzelali 96 osób. Było to jedno z pierwszych masowych morderstw w Warszawie. Leśni chłopcy To wydarzenie odcisnęło się piętnem na jego psychice. Mając szesnaście lat, zaciągnął się do konspiracji. Chciał „strzelać do Niemców”. Pierwsze kroki w Państwie Podziemnym stawiał pod okiem oficera Tadeusza Towarnickiego. Przysięga odbyła się w Boernerowie, jednej z wielu małych podwarszawskich mieścinek. Do pułku jednostki Madagaskar, później znanej jako Garłuch, zaprzysiężonych zostało dwunastu młodziaków, w tym Wiśniewski. Był najmłodszy, ale podawał się za starszego, by nie odstawać od reszty. Mały oddział przemierzał okoliczne lasy i organizował drobne akcje, ale jak mówią sami uczestnicy, była to bardziej zabawa w partyzantkę. Nie mieli zbyt wiele broni, więc dużo zdziałać nie mogli. Starali się jednak pomagać wiejskiej ludności, odbierając na przykład ukradzione chłopom przez Niemców krowy albo wykradając sołtysom listy osób, które

tekst: Natalia Sukiennik – natalia.sukiennik@opoczta.pl str. 22

zostały wyznaczone do wywózki. Patriotyczne aspiracje młodzieńców trwały do chwili, kiedy ich oddział musiał zostać rozwiązany. Naczelnictwo Armii Krajowej uznało bowiem, że zorganizowana przez Towarnickiego leśna partyzantka była samowolką. Lucjan Wiśniewski, który w pułku Garłuch nosił pseudonim Wierny, musiał porzucić swoje marzenia o strzelaniu do Niemców i wrócić do domu. Sytuacja, w jakiej zastał swoją rodzinę, nie była dobra. Ponieważ jego ojciec stracił pracę, jak zresztą wielu mężczyzn w tamtych czasach, żywicielem rodziny została matka. Prowadzenie gospodarstwa w czasie wojny wymagało nie lada wysiłku i odwagi. Kupienie czegoś w sklepie graniczyło z cudem, dlatego głównymi dostawcami pożywienia stawali się chłopi, którzy nieraz z narażeniem życia, bo pod czujnym okiem Niemców, szmuglowali niezbędne produkty. Matka Lucjana dbała o kontakt z dostawcami i zdobywała żywność dla rodziny. Pewnego dnia okoliczne dostawy zostały sparaliżowane. Wiśniewski, na prośbę matki, zorganizował akcję, w której został zastrzelony sprawca wstrzymania zaopatrzenia. „Wierny” zrobił rozeznanie i ustalił, że żywność rekwirują okoliczni volksdeutsche, a głównym organizatorem jest człowiek o imieniu Mańko (lub Mońko). Zlecenie zlikwidowania delikwenta otrzymał sam Wiśniewski, ale jeden z chłopaków z obstawy bardzo rwał się do strzelania. Ostatecznie


wyrok wykonał ten właśnie narwaniec, Władysław Kłodziński. Miał wtedy zaledwie piętnaście lat.

głowy, nie mógłby spojrzeć kobiecie w oczy. Czuł jedynie nerwy i napięcie, chciał mieć to już za sobą.

„Pistolet zawiódł po jednym strzale” Już w połowie 1941 roku kontrwywiad Armii Krajowej zarządził powstanie oddziału mającego za zadanie likwidację osób zagrażających działaniu Państwa Podziemnego – tak zwanych konfidentów i zdrajców. Jednostka specjalna Wydziału Bezpieczeństwa i Kontrwywiadu Oddziału II Komendy Głównej ZWZ/AK otrzymała kryptonim Wapiennik, później 993/W. Na dowódcę nowo powstałej komórki wybrany został porucznik Leszek „Twardy” Kowalewski. Ten wyznaczył na swojego zastępcę znanego nam już Tadeusza „Naprawę” Towarnickiego. Ściągnął on do oddziału sprawdzonych już przez siebie w nielegalnej samowolce chłopaków.

Akowski oddział likwidatorów wsławił się wieloma udanymi akcjami, które uchroniły mnóstwo osób przed wydaniem i w konsekwencji uwięzieniem, torturami bądź śmiercią. Dla większości tych młodych, świetnie wyszkolonych żołnierzy wykonywanie „zleceń” było bardzo trudnym przeżyciem. Wielu kryło się ze wszystkim przed własnymi rodzinami, by nie obciążać ich swoim brzemieniem – na przykład Rysiek, czyli Ryszard „Gil” Duplicki, którego matka dowiedziała się o udziale syna w konspiracji dopiero wtedy, kiedy zobaczyła na jego ciele bliznę po kuli.

Lucjan Wiśniewski i jego koledzy z leśnej partyzantki zastanawiali się długo. Zdawali sobie sprawę z ciążącej na nich odpowiedzialności. Wiedzieli, z jak dużym obciążeniem psychicznym i moralnym przyjdzie im się zmierzyć. Ostatecznie, jesienią 1942 roku, zdecydowali się na dołączenie do „Twardego” i „Naprawy”. Było ich pięciu: Lucjan Wiśniewski, który otrzymał nowy pseudonim: „Sęp”, Ryszard „Gil” Duplicki, Zygmunt „Puchacz” Szadokierski, Jerzy „Jur I” Pajdziński oraz Stanisław „Kobuz” Salacha. Ze względu na ich pseudonimy, patrol nazywano Ptakami. Wszyscy byli młodymi, pełnymi życia chłopcami, którzy musieli zbyt szybko dorosnąć. Do Ptaków z czasem zaczęli dołączać kolejni. W 1944 roku oddział likwidatorów 993/W liczył już prawie 120 żołnierzy. Schemat ich działania był prosty. Podziemny sąd organizował proces. Jeśli możliwe było doprowadzenie oskarżonego konfidenta, robiono to, jeśli nie, nieobecnych bronili adwokaci z urzędu. Wyrok, zatwierdzony przez delegata rządu, przekazywany był odpowiednim komórkom. „Sęp” Wiśniewski, mówiąc o swojej pierwszej akcji likwidacyjnej, zwraca uwagę przede wszystkim na pistolet, który zaciął się przy drugim strzale. To nie on początkowo miał wykonać wyrok, dowództwo skierowało go do tego w ostatniej chwili. Pierwszym celem „Sępa” była kobieta. Nigdy nie dowiedział się, kim była, chociaż próbował. Likwidacja miała miejsce wiosną 1943 roku, Lucjan miał wtedy niecałe 18 lat. Strzelił w tył

Wiśniewski był uznawany za jednego z najlepszych w swoim „fachu”. Odznaczał się wyjątkową sprawnością fizyczną, celnie strzelał, umiał zachować rozsądek w krytycznych sytuacjach (a takich nie brakowało). Brał udział w powstaniu warszawskim, po wojnie ułożył sobie życie na nowo mimo depczącego mu po piętach UB. Do końca życia utrzymywał kontakt z kolegami i koleżankami z oddziału. Szczęśliwie wielu z nich dożyło sędziwego wieku. „Mam dwadzieścia lat, moje życie jest zupełnie zwyczajne i spokojne” Gdy odkrywam historie takie jak ta, zaczynam być niesamowicie wdzięczna za tę zwyczajność. Żyję w bezpiecznym świecie, nie czuję się w moim własnym kraju jak zakładnik. Jestem wolna, uznaję to za moje podstawowe prawo i specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Dla nich, moich „rówieśników”, wolność była najwyższym możliwym dobrem, którego nie posiadali. Próby jego zdobycia nierzadko przypłacali życiem. Może brzmi to banalnie, ale – pamiętajmy. O nich i o ich poświęceniu. Źródło: E. Marat, M. Wójcik: Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK.

str. 23


Racjonalnie nieracjonalni Nasze życie składa się z nieustannie podejmowanych decyzji – od tych najprostszych (co zjemy na śniadanie, w co się ubierzemy bądź czy wybierzemy się na poranny wykład) aż po te ważące na naszym losie (na jakie studia pójdziemy, którą ofertę pracy rozważymy lub czy wyprowadzimy się na drugi koniec kraju). Czy jednak możemy być pewni, że wybraliśmy naszą drogę w pełni racjonalnie? Śpieszę z odpowiedzią, która zapewne wielu z was zmartwi. Otóż – nie, nie możemy być pewni, że decyzje, jakie podejmujemy, są właściwe z punktu widzenia logiki. Zdarza się bowiem, iż – często nieświadomie – działamy w oparciu o zafałszowany obraz rzeczywistości. Kogo należy za to winić? Nas samych? Niekoniecznie. Zanim przejdziemy jednak do rozważań na temat nieświadomego zakłamywania otaczającego nas świata, warto dowiedzieć się, jak psychologowie definiują kluczowe zagadnienia czytanego przez was artykułu. Sądy to nic innego jak wyrażone wprost twierdzenia na temat pewnego stanu rzeczy (np. posiadania przez rzecz lub osobę danej cechy czy prawdopodobieństwa wystąpienia jakiegoś zdarzenia), zaś decyzje to wybór jednej spośród co najmniej dwóch możliwości działania. Sądzą nie tylko sądy Niekiedy określone sądy skłaniają nas ku pewnym decyzjom – gdy uznamy, że ukończenie jednego kierunku studiów zagwarantuje nam lepszą pracę niż uzyskanie dyplomu z drugiego, wtedy pewnie chętniej zdecydujemy się na to, co może zapewnić nam w przyszłości wyższy dochód, a tym samym większą wygodę życia. Wydamy sąd. Być może oprzemy go na statystykach i danych podawanych przez instytucje zajmujące się edukacją – wtedy będziemy mogli go racjonalnie uzasadnić. Niestety, człowiek nie zawsze okazuje się racjonalny, a część sądów ma charakter intuicyjny, to zaś oznacza, że są one wynikiem jego doświadczeń albo zostały sformułowane wbrew logice.

Sądzić możemy dwojako. Atrybucyjnie, czyli o cechach, jakie posiada dana osoba lub przedmiot, oraz probabilistycznie, a zatem o szansach, zagrożeniach oraz prawdopodobieństwie wystąpienia określonego zdarzenia. Przede wszystkim sądzimy jednak tendencyjnie, odbiegając od idealnego wzorca rozumowania i narażając się na popełnienie błędów. Nie są to jednak byle jakie pomyłki, można je bowiem określić jako uniwersalne i bardzo charakterystyczne. Zjawisko tendencyjności zostało zbadane przez Amosa Tversky’ego oraz Daniela Kahnemana, w efekcie pracy których powstał wniosek, że ludzie, wydając sądy, nie są racjonalni; co więcej, stosują coś, co określone zostało jako heurystyki. Proste, że niełatwe Heurystyka. Co kryje się pod tym obco brzmiącym słowem? Zdaniem Tversky’ego i Kahnemana heurystyki to uproszczone zasady wnioskowania mające umożliwić szybkie sformułowanie sądu, któremu na dodatek często towarzyszy subiektywne przekonanie o jego słuszności. Uwagę psychologów przykuły na dłużej dwie z nich: heurystyka reprezentatywności oraz dostępności. Pierwsza polega na klasyfikowaniu osoby (przedmiotu) sądu na podstawie jej podobieństwa do charakterystycznego, znanego nam przypadku. Zapewne część z was ma teraz w głowie obraz typowego kominiarza, jeśli więc do naszych drzwi zapuka ktoś podający się za przedstawiciela tego zawodu, to – wystarczy, że spojrzymy przez wizjer – dokonamy porównania jego wyglądu z naszym wewnętrznym przekonaniem na temat tego, jak powinien się prezentować.

tekst: Martyna Halbiniak – martynaannahalbiniak@gmail.com – www.nietylkogry.pl str. 24


Heurystyka dostępności polega zaś na przypisywaniu większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które łatwiej jest przywołać nam z pamięci trwałej do świadomości, a więc np. silniej nacechowanym emocjonalnie. Właśnie ona odpowiada za to, że częstotliwość wypadków lotniczych oceniana jest jako wyższa zaraz po takiej katastrofie; ten sam mechanizm sprawia też, że tak wiele osób uważa, iż zabójstwa w Polsce popełnia się częściej niż samobójstwa (a jest przecież odwrotnie). Wynika to właśnie ze wspomnianej wcześniej dostępności oraz emocji związanych z sytuacjami, na podstawie których wnioskujemy – o wiele częściej mówi się o morderstwach, są one bowiem znacznie intensywniej nagłaśniane przez media, jest nam zatem łatwiej sięgnąć do tych danych i na ich podstawie zbudować błędne przekonanie. Tylko po co? Oba wspomniane przeze mnie mechanizmy mają swoje wady i zalety. To właśnie dzięki nim skracamy czas obróbki docierających do nas danych oraz umożliwiamy sobie podjęcie decyzji w sytuacji niedoboru informacji. Heurystyki ułatwiają nam życie, ponieważ człowiek nie jest przystosowany do nieustannego analizowania otaczającego go świata czy wykonywania skomplikowanych obliczeń w celu podjęcia nawet najbardziej błahej decyzji. A przecież – chociażby w ciągu dnia – dokonujemy wielu wyborów: co zjeść na śniadanie, w co się ubrać, jaką drogą pojechać do pracy lub szkoły, czy otworzyć drzwi komuś podającemu się za kominiarza, zabrać ze sobą parasol. Sami wiecie, że to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta swoista droga na skróty okazuje się często niezwykle użyteczna. Z drugiej strony heurystyki prowadzą jednak do wielu błędów poznawczych, w wyniku których nieraz podjęliśmy złą decyzję. Heurystyka reprezentatywności może wywołać m.in. takie efekty jak: błąd koniunkcji (uważanie, że prawdopodobieństwo wystąpienia dwóch zdarzeń naraz jest wyższe niż prawdopodobieństwo wystąpienia każdego z nich osobno) czy paradoks

hazardzisty (to z kolei traktowanie niezależnych od siebie zdarzeń jako zdarzeń zależnych). Heurystyka dostępności zaś często skutkuje: efektem pewności wstecznej (czyli tendencją do oceniania tego, co już się wydarzyło, jako bardziej prawdopodobnego, niż rzeczywiście było), efektem świeżości (polegającym na silniejszym oddziaływaniu informacji, które poznaliśmy jako ostatnie), a także błędem konfirmacji (uznawaniem za prawdziwe danych potwierdzających nasze wcześniejsze oczekiwania i poglądy). A zatem: ostrożnie! Stosowanie heurystyk wpisane jest w ludzkie działania od zarania dziejów, mając głównie wartość przystosowawczą – niejednokrotnie ułatwiły nam one życie i pozwoliły podjąć decyzje bez długiego analizowania informacji, zwłaszcza w błahych sprawach. Jako gatunek nie jesteśmy ewolucyjnie zaadaptowani do stosowania zaawansowanych metod oceny. Często nie dysponujemy też czasem, umiejętnościami oraz wolnymi zasobami poznawczymi. Oparcie na racjonalnych przesłankach naszego sądu – a wraz z nim też decyzji – jest przez to trudniejsze. Okazuje się, że wcale nie jesteśmy tak racjonalni, jak byśmy tego pragnęli, a nasz umysł nie raz i nie dwa spłatał nam figla. Niemałą sztuką jest wychwycenie momentu, w którym te drogi na skróty mogą sprowadzić nas na manowce, oraz zweryfikowanie zasadności podążania daną ścieżką. Warto jednak – zwłaszcza podczas podejmowania ważniejszych decyzji – nieco bliżej przyjrzeć się temu, jak w naszym wypadku przebiega cały ten proces oraz na jakiej podstawie wydajemy sądy. Pozwoli nam to eliminować błędne mechanizmy w przyszłości oraz uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji. Nie dajmy się robić w balona! Źródła: J. Strelau, D. Doliński (red): Psychologia akademicka; E. Nęcka, J. Orzechowski, B. Szymura: Psychologia poznawcza.

str. 25


Aktorska strefa cienia Aktorstwo to wyjątkowy zawód, o którym marzy wielu ludzi. Zdarza nam się postrzegać je jako najwspanialszą pracę na świecie, dającą sławę i bogactwo doświadczeń. W rozmowie z Agnieszką Bałagą-Okońską oraz Nataszą Aleksandrowitch, aktorkami Teatru Zagłębia, spróbuję jednak przyjrzeć się aktorskiej rzeczywistości bez idealizacji i zapytać o trudniejsze i mniej znane oblicza tej profesji. MP: Co jest najmniej przyjemnym aspektem pracy aktora? ABO: Z pracą aktora nierozerwalnie wiąże się operowanie emocjami. I to nie tylko na scenie – poza nią także. Chwile satysfakcji i spełnienia sąsiadują często z rozczarowaniem i lękiem. Dobrze zagrany spektakl, nie tylko „wielka premiera”, potrafi nas jednego wieczoru uskrzydlić, a nieudana poranna próba czy informacja o tym, że nie znaleźliśmy się w nowej obsadzie – zasiać poczucie zwątpienia we własne możliwości. Trzeba się pogodzić z tym, że udana rola czy dobry spektakl to wypadkowa bardzo wielu czynników i że nie na wszystkie mamy wpływ. Należy te uczucia oswajać, żeby mieć siłę i energię do kolejnego wyjścia na scenę czy podjęcia wyzwania, jakim jest zmierzenie się z nową rolą. Każda pierwsza próba jest jak skok na główkę – znowu zaczynamy od zera wyprawę w nieznane. To mieszanina ekscytacji, lęku i niepewności – równie stymulująca, co sprawiająca, że ma się czasami ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Inny trudny aspekt aktorstwa to autokrytyka, która jest w stanie bardziej mi nabruździć w pracy niż nieprzychylne uwagi z zewnątrz. Oprócz tego „siedzenie” nad rolą trudno zakończyć w teatrze – przyjechać do domu, zdjąć buty i już mieć z głowy. To wszystko jest z nami codziennie. Gadam tekstem sztuki do córki, śnię o tym, jak zagrać… NA: Na pewno stres. W tym zawodzie raczej nie ma rutyny – każda kolejna premiera przynosi coś nowego i nie da się do końca przygotować do tej pracy. Najczęściej nie wiemy, z jakimi tematami zmierzymy się w kolejnych realizacjach

i czy w ogóle będziemy do nich zaproszeni. To jest taka dobra i niedobra niepewność. Z jednej strony brak rutyny jest czymś super, z drugiej powoduje duży poziom adrenaliny i stresu, który wpływa niekorzystnie na nasze życie. W tym zawodzie jest ciągły niepokój zarówno o sprawy bardzo przyziemne, takie jak finanse (bo w każdym miesiącu zarabiamy inaczej), jak i te artystyczne: jak budować sceny, jak dobrze odegrać rolę; o to, czy temat, który realizujemy, jest wystarczająco wyeksploatowany, czy tekst oddaje to, co chcemy powiedzieć, czy starania są wystarczające i czy my jako aktorzy jesteśmy zadowoleni z tego, jak spektakl się kształtuje i zamyka. Stres, niepokój, a do tego zmaganie się cały czas ze sobą – to są ciemne strony tego zawodu. Aktorstwo to zawód, który wiąże się z nieustannym podleganiem ocenie. Czyja krytyka jest najbardziej istotna i bolesna dla ciebie? ABO: Pracuję nad tym, żeby wytworzyć w sobie odporność na krytykę mającą na celu zadanie bólu. Nie jest to łatwe, ale jak z każdym ćwiczeniem – duża liczba powtórzeń zwiększa nasze szanse na skuteczność. Jednocześnie przyjmuję każdą opinię i zawsze staram się wyciągnąć z niej coś dla siebie. W procesie przygotowań do roli polegam jednak głównie na własnej intuicji i wskazówkach reżysera. To nie znaczy, że nie rozmawiam w pracy z kolegami np. o tym, jak „dobrać się” do jakieś sceny lub czy dane rozwiązanie jest skuteczne, czy nie. Głównym punktem odniesienia jest jednak moje własne wyczucie i to, na co umawiam się z reżyserem oraz partnerem scenicznym. Po premierze sprawa wygląda inaczej – to jest taki moment, kiedy moja otwartość na różne głosy jest zdecydowanie większa. Najchętniej natomiast dyskutuję na temat spektaklu czy roli z moim mężem – mamy do siebie duże zaufanie, od niego zawsze usłyszę szczerą opinię. Co było dla ciebie najtrudniejszym doświadczeniem, wyzwaniem w dotychczasowej karierze aktorskiej? NA: Na pewno początki w tym zawodzie były trudne. Wyobraź sobie, że po szkole aktorskiej lądujesz w teatrze i często jest to przypadkowe miejsce. Opuszczasz znane terytorium, gdzie przez kilka lat studiowałaś z grupą znajomych, z którą byłaś mocno związana: razem żyliście i się rozwijaliście. I nagle trafiasz do zespołu zupełnie obcych ludzi, do nieznanego teatru – przestaje otaczać cię klosz, pod którym byłaś na studiach. Poznajesz ludzi, którzy mają o wiele większe doświadczenie od ciebie, w wielu kwestiach spadają ci klapki z oczu. Nie czułam się na to gotowa, gdy kończyłam szkołę

tekst: Małgorzata Pabian – malgorzata.pabian.mp@interia.pl str. 26


aktorską. Pierwszy rok po studiach był dla mnie najtrudniejszy, dał mi mocno w kość. Zastanawiałam się, czy w ogóle wytrwam w tym zawodzie. To przejście, ta zmiana nie była dla mnie tak płynna, jak bym wówczas chciała.

A jednak wytrwałaś i było warto. No właśnie – w jaki sposób te kryzysowe momenty w karierze aktora wpływają na jego dalszą pracę? Ułatwiają ją czy może przeciwnie: są pewnym ciężarem? NA: Z jednej strony zostaje w pamięci to, że pewne rzeczy poszły nie tak; że rola czy współpraca nie wyszły najlepiej albo że źle się czułam w jakimś miejscu. Pamięć tych wydarzeń jest gdzieś we mnie schowana. Z drugiej strony takie sytuacje uczą, pomagają odpowiedzieć na pytanie, co chcę dalej robić, jaką drogą aktorską pójść, co pielęgnować, a co odrzucać. Z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że złe doświadczenia nie przyniosły nic dobrego. Nie pozostawiły tylko traumy, ale były mi też potrzebne do dalszego rozwoju. Często mówi się, że aktorstwo to świetny zawód ze względu na wysokie zarobki. Jak w rzeczywistości wyglądają perspektywy finansowe aktora na etacie? NA: Niestety, często jest tak, że jeśli pracujesz tylko na etacie w teatrze i nie masz dodatkowych możliwości zarobkowych, to finansowo może być bardzo trudno. Oczywiście wynagrodzenia się różnią – w większych miastach są one wyższe. Najtrudniej jest w wakacje, gdy dostajemy tylko tzw. gołą pensję. Nie gramy wtedy spektakli, a to od nich jest uzależnione nasze wynagrodzenie – ile przedstawień zagrasz w miesiącu, tyle dostajesz dodatkowych pieniędzy. Aktorzy, którzy grają wyłącznie w teatrach, i to nie w tych największych miastach, raczej nie są bogatymi ludźmi. Przekonanie, że aktorstwo to dostatni zawód, związane jest z przedstawianymi w mediach sylwetkami aktorów celebrytów, którzy zarabiają setki tysięcy złotych. Tak się oczywiście też zdarza – w końcu jeden dzień

zdjęciowy na planie filmowym bywa płatny tak jak miesiąc pracy w teatrze. Te rozbieżności są olbrzymie. Znamy ludzi, którym się powodzi, bo działają głównie w telewizji. Inni zaś potrafią pracować trzydzieści lat w małym teatrze, są świetnymi aktorami, ale ledwo wiążą koniec z końcem. Dlatego tylu aktorów szuka innych możliwości – to nie tak, że się „sprzedają” – chcą po prostu godnie żyć, nie tylko samą sztuką. Pensje w teatrach rosną bardzo powoli, a potrzeba stabilizacji i bezpieczeństwa finansowego jest bardzo ważna. Skoro mowa o rozbieżnościach – czy aktorkom jest trudniej w teatrze niż aktorom? ABO: Według mnie tak i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. I choć powtarzam zawsze swoim uczennicom, że aktorstwo wymaga od nich dużo więcej zaangażowania i determinacji i że często czynnikiem decydującym w przypadku kobiet są warunki fizyczne, to i tak płeć żeńską bardziej ciągnie do tego zawodu. Swoją drogą chłopców na ogół przyjmuje się do szkół aktorskich częściej, twierdząc, że jest więcej ról męskich. Dziś jednak teksty powstają przeważnie na zamówienie teatru, więc jest to kwestia dyskusyjna. Świat w spektaklu czy filmie powinien być opowiadany z różnych perspektyw, a kobiety tak samo jak mężczyźni tworzą rzeczywistość i tak samo powinny o tym świecie opowiadać. I coraz częściej tak się właśnie szczęśliwie dzieje. Oczywiście jest to proces powolny, ale kierunek jest dobry. Przykład z rodzimego podwórka: w moim macierzystym Teatrze Zagłębia po raz pierwszy od lat funkcję dyrektora naczelnego pełni kobieta, Iwona Woźniak, a zeszłoroczny Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje wygrała także kobieta – Daria Kopiec. A ja marzę o takim dniu, żeby to nikogo nie dziwiło, było normą. I wierzę, że tak będzie – żebym się już mogła przestać martwić, że córce przyjedzie do głowy, by zostać aktorką. (śmiech) W jaki sposób widzowie doceniają wysiłek kryjący się za każdą twoją rolą? ABO: Myślę, że już samo przyjście widza na spektakl jest wyrazem docenienia mojego wysiłku. Można przecież zrobić dużo ciekawych rzeczy ze swoim wolnym czasem. Nie zawsze mam okazję spotkać się i porozmawiać z widzami bezpośrednio, ale dostaję podziękowania w postaci wiadomości czy komentarza na Facebooku, nie wspominając o kwiatach czy własnoręcznie wykonanych prezentach. Największą nagrodą jest jednak wymiana energii, która czasami zachodzi między widzem a aktorem. Ta z kolei nie byłaby możliwa, gdyby widz się na taką sytuację nie otworzył. Czasami ktoś siedzi na widowni, słucha nas i odczuwa całym sobą. Albo – przykładowo – w trakcie spektaklu Wróg – instrukcja obsługi w reżyserii Justyny Sobczyk na pytanie: „Przepraszam, czy ktoś mógłby mi pomóc?” dziecięcy głosik odpowiada bez wahania: „Ja! Co mam zrobić?”. Dla takich chwil uprawiam ten zawód. Nieraz ktoś powie na ulicy: „Ale pani ładnie wyglądała w tym spektaklu!” i to też jest miłe. Jako aktorzy składamy się z wnętrza – duszy, wrażliwości, wyobraźni – i tego, co na zewnątrz. Tak już jest. Choć zawsze nam się marzy, żeby wszyscy chcieli zaglądać poza to, co zewnętrzne.

str. 27


Dobrej nocy... Każdy z nas doświadczył go w swoim życiu, ale wielu go nie docenia. Sen – bo o nim mowa – jest niewątpliwie ważnym elementem naszej codzienności. Czy na pewno wiemy o nim wszystko? Nie da się ukryć, że odpoczynek po wyczerpującym dniu jest niezbędną częścią egzystencji człowieka. Należy się zgodzić ze stwierdzeniem, że naturalny przymus regeneracji jest nie tylko konieczny, ale i wartościowy dla funkcjonowania zdrowego organizmu. Za wyjątkiem zaburzeń snu większość z nas potrafi odpowiednio dysponować momentem pójścia na spoczynek. Zdajemy sobie sprawę z tego, jakie korzyści możemy osiągnąć, jeśli będziemy trzymać się odpowiedniej pory przejścia w objęcia Morfeusza. W literaturze naukowej spotykamy się z pozytywnymi następstwami śnienia: kształtowaniem obronnych funkcji organizmu, tj. zapobieganiem powstawania reaktywnych form tlenku i azotu (wolnych rodników) oraz utrzymywaniem poprawnego działania układu odpornościowego i pracy mózgu. Dzięki wymienionym czynnikom istnieje mniejsze ryzyko wystąpienia chorób cywilizacyjnych: Alzheimera, cukrzycy, depresji, otyłości i nowotworów. Ponadto sen reguluje działanie hormonów, np. hormonu wzrostu, odpowiadającego za spowalnianie procesu starzenia, czy testosteronu u mężczyzn. Wartość snu w życiu człowieka przejawia się również w jego wpływie na proces zapamiętywania. Podczas cyklu sennego przetwarzane są zarówno elementy należące do pamięci deklaratywnej (dotyczącej faktów, osób, wydarzeń), jak i proceduralnej (poświęconej czynnościom, ruchom, umiejętnościom). Zdolnościami utrwalanymi podczas snu mogą być: zapamiętywanie tekstu, umiejętność gry na instrumencie lub wykonywanie ćwiczeń fizycznych.

tekst: Paweł Zberecki – pawel.zberecki@gmail.com str. 28

Ciekawiej niż na jawie Bardzo często utożsamiamy stan, w jakim znajduje się nasz organizm w trakcie nocnej drzemki, z marzeniami sennymi. Nie ma w tym nic dziwnego. Sen charakteryzuje się cyklem ograniczonej świadomości w bezruchu i dzieli się na dwie części zwane fazami: o wolnych ruchach gałek ocznych (inaczej sen wolnofalowy – nrem) i o szybkich ruchach gałek ocznych (rem). Sytuacje, w jakich znajdujemy się dzięki fazie rem (ang. rapid eye movement, tzw. sen paradoksalny), pozostają najbardziej fascynującym elementem prawidłowo przespanej nocy. Co sprawia, że poświęcamy snom tyle uwagi? Podczas stadium paradoksalnego część mózgu odpowiadająca za racjonalne pojmowanie rzeczywistości jest zazwyczaj nieaktywna. Pojawiają się wówczas fantazje mogące przybierać dowolną formę. W opisanej sytuacji doświadczamy zjawisk od nas niezależnych. Odmiennie przedstawia się kwestia świadomego śnienia. Mając wpływ na kreowanie sennej iluzji, możemy dowolnie kształtować przebieg fazy dzięki aktywnemu czynnikowi racjonalności (wcześniej wymieniona przednia część mózgu). Świadome złudzenia senne można wywoływać w dwojaki sposób: poprzez przejście z czuwania lub ze stanu nieświadomości. Trudniejsze jest przyzywanie samego rem. Jedną z popularnych metod stanowi spożywanie glukozy (zawartej w owocach, np. w soku jabłkowym), gdyż podczas trybu szybkiego poruszania gałek ocznych zużycie cukrów i tlenu jest wyższe.


Marzenia senne podlegają naszej interpretacji. Bywa, że przyśni się nam zaplanowane wydarzenie z niedalekiej przyszłości i jego możliwe skutki. Innym razem zaś lekceważymy „nocne przywidzenia” ze względu na ich całkowicie irracjonalny charakter. Zarówno bezkrytyczne poleganie na tym, czego doświadczyliśmy podczas śnienia, jak i odrzucanie wszelkich doznań mogą być niewłaściwe. Mimo wielu badań naukowych wciąż nie możemy mechanicznie wyrokować, które z wytworzonych w umyśle iluzji należy uznać za wartościowe. Osobliwe dzieło sztuki Nietrudno zauważyć, że fantastyczne zjawiska, jakich jesteśmy najczęściej biernymi widzami (pomijając trudną umiejętność świadomego śnienia), są przedmiotem zainteresowania artystów. Z trudem można wyliczać twórców, którzy nigdy nie poświęcili snom choćby jednego dzieła. Na szczególną uwagę zasługuje oniryzm, czyli literacki motyw marzeń sennych przenikających się z rzeczywistością. Twórcy tacy jak: Bruno Schulz (Sklepy Cynamonowe), Vittorio de Sica (Cud w Mediolanie) czy Salvador Dalí (Sen spowodowany lotem pszczoły) szczególnie wyraźnie upodobali sobie tematykę snu. Również kompozytorzy w swojej twórczości poświęcali wiele miejsca oniryzmowi. W muzyce popularnej najlepszymi tego przykładami są: Sweet Dreams brytyjskiego zespołu Eurythmics, Dreamer znanego z grupy Black Sabbath Ozzy’ego Osbourne’a czy Enter Sandman Metalliki. Najbardziej oczywistą egzemplifikacją wpisującą się w nurt oniryczny w muzyce rockowej jest nazwa popularnej w latach 90. XX wieku kapeli R.E.M., która miano to zaczerpnęła od opisanej wcześniej fazy snu. Zebrane tu przykłady ludzi sztuki potwierdzają tezę o wpływie najważniejszej części nocnej aktywności na duszę i ciało odbiorcy.

Mądrzy ludzie też czasem śnią Oprócz utalentowanych artystycznie indywiduów także naukowców zajmuje tematyka snu. Arystoteles w tekście O śnie i czuwaniu podejmował się biologicznego usystematyzowania owej dziedziny. Thomas More, autor oświeceniowego traktatu politycznego Utopia, jako jeden z pierwszych wyznaczył osiem godzin na spoczynek obywatela prawidłowo funkcjonującego państwa. Sigmunt Freud, twórca psychoanalizy, sprowadzał śnienie do przekazywania informacji o ukrytych dążeniach, pragnieniach, a nawet fetyszach. Polemizował z nim jego uczeń, Carl Gustav Jung, którego tezy wskazywały na aspekt symboliki snu, utartej w kulturze ludów pierwotnych oraz przesądach związanych z magią i obrzędami.

Nie pozostaje bez znaczenia fakt istnienia pseudonaukowych teorii związanych z próbami objaśniania zjawisk sennych. Wielość senników, czyli zbiorów identyfikacji onirycznej dokonywanych przez ludy dawnych wieków, stanowi dowód na powszechne zainteresowanie tą tematyką. Senniki: babiloński, egipski i staropolski wyjaśniają, bardzo często odmiennie, znaczenie symboli, dlatego mają raczej charakter porównawczy. Ich odbiorcami są głównie osoby parające się astrologią oraz zwykli zjadacze chleba chcący poznać znaczenie tego, czego doświadczyli. Czy rzeczywistość jest lepsza? Marzenia, również te senne, mogą stać się rzeczywistością. Nic dziwnego, że często po przebudzeniu się chcemy śnić dalej. Suma pozytywnych obrazów wyświetlanych w naszej podświadomości może tworzyć zgrabną całość, którą chcielibyśmy zachować. W przypadkach bardzo realistycznych chcemy wręcz, by się ziściła. Odmienne jest za to podejście do koszmarów – zazwyczaj są one uznawane za przestrogę dla odbiorcy. Przed położeniem się spać często nie zastanawiamy się nad tym, co możemy przeżyć podczas marzeń sennych. Może nie warto nad tym rozmyślać, tylko puścić wodze fantazji? Źródła: A. Borbely: Tajemnice snu; P. Martin: Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu.

str. 29


Kosmiczna przygoda w mieście Spodka Śląski Festiwal Nauki KATOWICE – największe naukowe wydarzenie w kraju – odbył się już po raz trzeci, tym razem pod hasłem ENERGIA. Przez dwa dni Międzynarodowe Centrum Kongresowe odwiedziło 35 tysięcy uczestników, w tym ponad 13,5 tysiąca uczniów, którzy mogli skorzystać z oferty ponad 150 stanowisk i wziąć udział w około 100 warsztatach. Łącznie 1,5 tysiąca wystawców zorganizowało pokazy, doświadczenia, wystawy, prezentacje odnoszące się do wszystkich obszarów wiedzy: nauk ścisłych, technicznych, przyrodniczych, medycznych, a także humanistycznospołecznych i sztuki. Na scenach głównej i audytoryjnej odbyło się ponad 100 wykładów oraz spotkań z wybitnymi przedstawicielami nauki.

Za organizację wydarzenia odpowiadali: Uniwersytet Śląski w Katowicach (lider ŚFN), Politechnika Śląska, Śląski Uniwersytet Medyczny, Akademia Sztuk Pięknych w Katowicach, Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy im. Jana Długosza w Częstochowie, Akademia Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach, Katowice – Miasto Gospodarz oraz współgospodarz GórnośląskoZagłębiowska Metropolia. Intensywny weekend pełen naukowych wrażeń i świetnej zabawy poprzedziła Noc Biologów, impreza towarzysząca, zorganizowana przez Wydział Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego. Sam festiwal rozpoczęła uroczysta inauguracja w gmachu Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego, podczas której Tomasz Rożek przeprowadził rozmowę z członkinią korpusu NASA Nicole Stott. Można było również zobaczyć multimedialną prezentację CallTrain MO4/HG4 przygotowaną  pod kierownictwem prof.  Mariana Oslisly  z  Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach oraz wziąć udział w wykładzie dotyczącym iluzji w nauce, przeprowadzonym przez dr Marię Chełkowską-Zacharewicz i dr. Tomasza Rożka. W trakcie inauguracji uhonorowano pracę najwybitniejszych śląskich naukowców i nagrodzono ich wysiłki Śląskimi Nagrodami Naukowymi. Wśród wyróżnionych nauko-

tekst: Rita Miernik – ritamiernik95@gmail.com | zdjęcia: Tomasz Kawka, Tomasz Kiełkowski str. 30


wców znaleźli się: prof. dr hab. n. med. Beata Kos-Kudła ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Jacek Rykała z Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, prof. dr hab. Jan Kisiel z Uniwersytetu Śląskiego, dr hab. Paweł Linek z Akademii Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach, dr hab. Ewa Jabłczyńska z Uniwersytetu HumanistycznoPrzyrodniczego im. Jana Długosza w Częstochowie oraz dr hab. inż. Przemysław Data z Politechniki Śląskiej. Podczas 3. ŚFN KATOWICE można było poszerzyć swoją wiedzę między innymi na temat łazików marsjańskich i konsekwencji zanieczyszczenia środowiska, dowiedzieć się o tym, co łączy Nikolę Teslę z Heinrichem Rubensem, a także poznać historię powstania jednego z największych skarbów regionu śląskiego – węgla. Ponadto goście mieli okazję spróbować biblijnych przysmaków, odkryć tajniki prawa autorskiego oraz poznać chińską kulturę, nie ruszając się przy tym ze stolicy Śląska. Dużo uwagi poświęcono wirtualnej rzeczywistości i e-sportowi – w Esport Point odbyły się turniej CS:GO oraz spotkania z Pawłem „Innocentem” Mockiem i Michałem „Avahirem” Kudlińskim. Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się Strefa kosmiczna obsługiwana przez Planetarium Śląskie. W dmuchanej konstrukcji można było zobaczyć wybieg dla łazików marsjańskich, model rakiety kosmicznej i skafandry astronautów. Nie sposób jednak umniejszać znaczenia przedstawicielom nauk społecznych i humanistycznych, a także twórcom z obszaru sztuki: artystyczne instalacje zachwycały, warsztaty dawały cenne wskazówki początkującym adeptom sztuki dziennikarskiej czy literackiej, a emocje sięgały zenitu podczas symulacji rozprawy sądowej dotyczącej problemu mobbingu. Uczestnicy i odwiedzający festiwal mogli wziąć udział w spotkaniach z gośćmi specjalnymi: premierem RP prof. Jerzym Buzkiem, pierwszym i jak dotąd jedynym polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim, amerykańską członkinią korpusu astronautów NASA Nicole Stott oraz prezenterem Programu Trzeciego Polskiego Radia Piotrem Baronem. Ich prelekcje zgromadziły setki widzów i nagrodzone zostały gromkimi brawami.

Festiwal odwiedzili również m.in.: dziennikarz naukowy dr Tomasz Rożek, paleontolog, geolog, muzeolog, grafik i informatyk programista dr Andrzej Boczarski, znani reportażyści Jacek Hugo Bader i Mariusz Szczygieł oraz reporter i skrupulatny obserwator niuansów śląskiej architektury Filip Springer. W ramach poniedziałkowego wydarzenia w murach katowickiego MCK zagościli także znani przedstawiciele nieco młodszego pokolenia – Grupa Filmowa Darwin, Kasia Gandor, Arlena Witt, Natalia Tur i Jan Mela. Organizacja 3. ŚFN KATOWICE z pewnością nie byłaby tak spektakularna, gdyby nie olbrzymia pomoc ze strony wspierających wydarzenie sponsorów strategicznych: PGNiG SA i PKO BP; sponsorów: Fujitsu, Mokate i JAS-FBG; partnerów: Danone, Koleje Śląskie, Biuro Podróży Altamira, Bank Pekao. Role patronów medialnych objęli natomiast: „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik Zachodni”, naszemiasto.pl, Polska Agencja Prasowa, TVP3 Katowice, Radio eM, „Suplement”, Radio Egida, UŚ TV, Radio Bielsko, „Gość Niedzielny”, „Charaktery”, Polskie Radio Katowice, Przystanek Nauka, Śląski Biznes i Radio Piekary. Więcej informacji na temat wydarzenia znaleźć można na stronie internetowej www.slaskifestiwalnauki.pl. Już dziś zapraszamy na kolejną edycję festiwalu!

str. 31


Włącz myślenie – czas na łamigłówki! Podobno optymizm pozytywnie wpływa na zdrowie – to dobrze, bo w tym czasie nie tak trudno o przeziębienie! Prezentujemy wam krzyżówkę, do której odpowiedzi znajdziecie w poszczególnych artykułach, wykreślankę, sudoku, a także nowość – labirynt! I nie przeoczcie przypadkiem świeżej porcji ciekawostek! Nawiasem mówiąc… Wiecie, czym jest efekt Pigmaliona? To zjawisko tzw. samospełniających się przepowiedni. Im bardziej w coś wierzycie i wizualizujecie, tym więcej energii wkładacie w to, by wizja ta stała się prawdą. A my wierzymy, że rozwiążecie wszystkie łamigłówki, dlatego postaraliśmy się, żeby były naprawdę ciekawe. No to jak? Do dzieła!

CIEKAWOSTKI 1. Kiwanie głową na „tak” lub „nie” ma w Bułgarii odwrotne znaczenie. 2. Skład chemiczny łez różni się w zależności od przyczyny ich powstania. Łzy emocji mają inne składniki niż łzy powstające z różnego rodzaju podrażnienia, np. przy krojeniu cebuli. 3. Pozytywne emocje oddziałują na procesy myślenia, dlatego kiedy czytamy ciekawe rzeczy, to łatwiej je zapamiętujemy. 4. Optymizm korzystnie wpływa na zdrowie, ponieważ osoby o takim nastawieniu bardziej przestrzegają zdrowego trybu życia. 5. Christo to artysta, który zajmuje się „opakowywaniem świata”. Narzuca on różnego rodzaju materiał na wiele elementów krajobrazu, np. wyspy czy budynki. 6. Duńczycy są jednym z najszczęśliwszych narodów świata dzięki hygge – sztuce szukania szczęścia w codziennych przyjemnościach. 7. Człowiek potrzebuje do życia czterech uścisków dziennie, zaś dla zachowania dobrego zdrowia co najmniej ośmiu. 8. W Chinach zakazane jest przytulanie drzew. 9. Około 40 proc. bliźniaków w drugim roku życia rozwija swój własny język, który jest rozumiany wyłącznie przez nich. 10. Wydry podczas snu trzymają się nawzajem za łapki, żeby od siebie nie odpłynąć.

KRZYŻÓWKA 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14.

1. Linia _________, która była odpowiedzialna za Titanica, to White Star Line. 2. Proces preparacji zwłok opracowany przez Gunthera von Hagensa, zwanego przez niektórych Doktorem Śmierci. 3. Znaki wywodzące się z języka migowego, dzięki którym można nawiązać pierwszy kontakt z dzieckiem już w 8-10 miesiącu życia. 4. Wyrażone wprost twierdzenie na temat pewnego stanu rzeczy. 5. W wielkich firmach wyższe niż w pozostałych, jedna z głównych przyczyn wyboru korporacji jako miejsca pracy. 6. Pseudonim Lucjana Wiśniewskiego z początków konspiracji. 7. Pierwszy pokaz spektaklu, często stresujący dla aktorów. 8. Ludowe zbiory objaśniające znaczenie snów. 9. Miesiąc, w którym doszło do katastrofy morskiej Titanica. 10. Gatunek ludzki jest „niedokończoną ________” 11. Niezbędne do uprawiania ampfutbolu. 12. Wybór jednej spośród co najmniej dwóch możliwości. 13. „Wyścig ________” – stereotypowo w korporacji. 14. Oprócz tekstu i obrazu w hipermediach.

HASŁO: „Kto ma uzasadnione wątpliwości, ________ ______” – Andrzej Frycz Modrzewski

Autorzy łamigłówek: Monika Szafrańska, Natalia Kubicius, Michał Denysenko, Robert Jakubczak str. 32


str. 33

WYRAZY: język migowy, pożar, niepełnosprawność, opóźnienie, chór, sztuka, kreatywność, ampfutbol, przemysł, leksja, husaria, korposzczur, rola, genom, próba, korporacja, widzowie, rozumowanie, konspiracja, wojna, oddział, gatunek, racjonalność, biurokracja, storyspace, moulthrop, logika, nisza, sen, plastynacja, koszmar, oniryzm, Meksyk

Znajdź i wykreśl podane wyrazy, które zostały ukryte w diagramie. Umieszczone są one w pionie, poziomie, na ukos i wspak.

WYKREŚLANKA

Hej, do koła! Uzupełnij puste miejsca, wpisując cyfry od 1 do 6. Pamiętaj, że w każdym pierścieniu i we wszystkich segmentach każda cyfra może pojawić się tylko raz. Po prawej wyjście, po lewej wejście – ciekawe, ile zajmie ci przejście! Podejmij wyzwanie i sprawdź, czy nie zgubisz się w gąszczu ciasnych i zdradliwch korytarzy!

SUDOKU LABIRYNT


marzec/kwiecień 2019

Profile for Magazyn Suplement

Suplement marzec/kwiecień 2019  

Suplement marzec/kwiecień 2019