Page 1

MAGAZYN BEZPŁATNY

luty/marzec 2017 ISSN 1739-1688

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego


Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego „Suplement” Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, ul. Bankowa 14, sala 410a, 40-007 Katowice magazynsuplement.us.edu.pl, e-mail: magazyn.suplement@gmail.com, facebook.pl/magazynsuplement, instagram.com/magazynsuplement Redaktor Naczelna: Martyna Gwóźdź (martynaewagwozdz@gmail.com) Zastępca Redaktor Naczelnej: Jakub Paluszek (jakub.paluszek@gmail.com) Skład graficzny: Tobiasz Drzał (behance.net/TobiaszDrzal) Korekta: Monika Szafrańska, Dawid Milewski Zdjęcia: Karolina Fok (facebook.com/fokografia.fokkarolina), Magda Dubiel, Alicja Francikowska Grafika na okładce: Karolina Gondek Grafika: Tobiasz Drzał, Dominik Łowicki, Krzysztof Borecki Zespół redakcyjny:

Martyna Gwóźdź

Jakub Paluszek

Monika Szafrańska

Dawid Milewski

Weronika Warot

Dominika Gnacek

Michał Denysenko

Dominik Łowicki

Magda Dubiel

Katarzyna Sroka

Agnieszka Żeliszewska

Adrian Koza

Weronika Suchoń

Natalia Wojdyła

Paulina Bezuszko

Miłosz Koenig

Paweł Czechowski

Dawid Panic

W magazynie zostały użyte materiały z banków zdjęć: Pexels.com i Pixabay.com Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treści publikowanych reklam.


6 8 10 12 14 16 18 20 22 24 26 28 30 32 34 36 38 40 42

Organizacje studenckie bez tajemnic: Studenckie Koło Naukowe Nauk o Rodzinie PRO Fabryka rozmytych miejsc Studencie, daj głos! Nigdy nie wiesz, gdzie zastanie Cię zachód słońca W cieniu świętego gaju ... i tylko nigdy nie dorosnąć Niesforny umysł. O błędach w rozumowaniu i argumentacji Kto czyta, nie błądzi, ale czy czyta – tłum rozsądzi Trzeba coś zbierać Siedem strachów głównych Cześć, jestem z internetu! Dobra wieść, kiedy niosą jeść Gdzie są Twoje postanowienia? Przekleństwo jest w każdym z nas Jedna kreska Cicha apokalipsa Kreatywnie przez historię. Niezwykłe muzea Katowic i okolic All I Need is… LOVE LAW? Czas na łamigłówki!


Alfabet wartości Można powiedzieć, że wszystko zostało już opisane. Wszystko ma swoją definicję. Nawet jeśli odmienny pogląd zdaje się rzucać inne światło na dane pojęcie – to nic, bo wszyscy wszystko wiedzą. Jesteśmy dziennikarzami. Szkolimy swój warsztat. Ale dlaczego uzyskujemy legitymację do opisywania zdarzeń? Nie jesteśmy specjalistami w każdej dziedzinie. Czasem nawet trudno jest być wielkim znawcą w tej jednej. Dlaczego więc z każdym numerem podejmujemy nowe tematy? Na naszym blogu magazynsuplement.us.edu.pl poruszyliśmy ważną kwestię – uzależnień. Ku przestrodze nasz redakcyjny kolega pisał, że narkotyki są złe. Komentarzy nie było wiele, ale był ten, który zapadł mi w pamięć: infantylny tekst – napisał Czytelnik i na naszą prośbę uargumentował swoją wypowiedź. Każdy głos jest ważny, a krytyka wpisana jest nie tylko w pracę dziennikarza, ale w ogóle w życie człowieka. Pomyślałam wtedy, że mamy dwa wyjścia: albo nie pisać wcale, albo dalej pisać… z większą motywacją. Cieszymy się z każdej opinii, odzewu, bo to nam pomaga w pracy i motywuje do dalszego rozwoju. Nie tworzymy magazynu specjalistycznego, nie używamy na siłę naukowych terminologii, aby wychodzić na mądrzejszych. W końcu jeśli potrafisz coś wyjaśnić w prosty sposób, to znaczy, że to rozumiesz. Jesteśmy dziennikarzami – naszą misją jest opisywanie i obserwowanie świata. Niebezpiecznie byłoby wszystko wiedzieć – jesteśmy po to, aby zadawać pytania i weryfikować odpowiedzi. W tym wydaniu postawiliśmy na sięganie do źródeł. Choć w jednym z artykułów kwestionujemy modę na książki (a w innym zastanawiamy się nad modą na studiowanie prawa), to w tekstach opieramy swoje sądy na wiedzy innych autorów. Zainspirowani pisaniem prac dyplomowych, nie zapominamy o tym, jak ważne jest korzystanie z dorobku kultury. Choć nie wszystkie książki warte są „zdjęcia na Instagram”, to z pewnością są i takie, które na tyle zapadły w pamięć, że przyczyniły się do powstania alfabetu wartości. Patrząc ku temu, co nieznane, zastanawiamy się, czy podążamy w dobrą stronę… Nie zapominając również o tych, dzięki którym tu jesteśmy – w końcu przeszłość jest równie ważna co przyszłość. Rzecz w tym, żeby wiedzieć, o czym lepiej myśleć w danej chwili. Ale to za moment! Na razie oddajmy się lekturze „Suplementu”.

Redaktor Naczelna Martyna Gwóźdź


Organizacje studenckie bez tajemnic: Studenckie Koło Naukowe Nauk o Rodzinie PRO Temat rodziny jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych i najczęściej poruszanych. Dochodzi nawet do sytuacji, kiedy pozycja i wartość wspólnoty rodzinnej są podawane w wątpliwość. O sytuacji rodziny i małżeństwa we współczesnej Polsce oraz o problemach, z którymi borykają się młodzi ludzie, porozmawiałam z Marceliną Szymczyk, członkiem Studenckiego Koła Naukowego Nauk o Rodzinie PRO. AŻ: Coraz więcej młodych osób zawiera wcześnie małżeństwa, a po kilku latach dochodzi do rozwodów. Czemu tak się dzieje? Czy wobec tego małżeństwo stanowi jakąś wartość? MS: W sytuacji, gdy dochodzi do rozwodu, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest powodem podjęcia tak trudnej decyzji. Z badań przeprowadzanych przez różne instytucje zajmujące się pomocą małżeństwom w trudnościach wynika, że decyzja o rozejściu się jest podyktowana przede wszystkim: brakiem dojrzałości do nowej sytuacji życiowej, brakiem dialogu pomiędzy małżonkami, brakiem czasu dla siebie, różnicami w charakterze, pojawiającą się rutyną, piętrzącymi się i nierozwiązanymi problemami, uciekaniem od sytuacji kryzysowej, poważnym kryzysem (np. chorobą w rodzinie bądź uzależnieniem) czy wpływem otoczenia (np. rozmowy z osobami, które nie są szczęśliwe w małżeństwie, doradzanie młodym rozwodu jako łatwego wyjścia z trudnej sytuacji, brak wsparcia w rodzinie itp.). Warto zaznaczyć, że decyzja o zawarciu małżeństwa powinna być przemyślana i dojrzała. Kryzys pojawiający się w związku nie powoduje, że jest on bezwartościowy! Można to przyrównać do momentu, gdy na świecie pojawia się dziecko. Trudności związane z tą sytuacją nie sprawiają, że zadajemy sobie pytanie o wartość tego nowego człowieka. Wzięcie ślubu nie wiąże się z brakiem

problemów, a jego niepodważalna wartość wypływa właśnie z tego, że małżonkowie mogą wspólnie wspierać się w budowaniu jedności. Jaki stosunek mają inne nauki do instytucji małżeństwa? Definicja małżeństwa w języku polskim odnosi się do związku małżeńskiego, nazywając je trwałym związkiem kobiety i mężczyzny, których celem jest stworzenie rodziny. Socjologia zauważa, że jest ono społecznie akceptowanym i względnie trwałym związkiem mężczyzny i kobiety powołanym do wzajemnej pomocy. Z perspektywy psychologicznej małżeństwo jest jednością dwóch różnych indywidualności, decydujących się być ze sobą do końca życia. Wreszcie spojrzenie teologiczne, w którym małżeństwo jest przymierzem zawartym pomiędzy mężczyzną a kobietą i podniesionym do godności sakramentu, a więc jest święte i nierozerwalne. Na różnych płaszczyznach podkreśla się zatem wielką wartość małżeństwa oraz jego jedność i nierozerwalność. Co można poradzić młodym ludziom, którzy decydują się na małżeństwo, aby udało im się uniknąć rozwodu? Warto walczyć do końca czy lepiej pogodzić się z klęską? Kiedy mówimy o  małżeństwie, możemy przypuszczać, że najważniejszym powodem jego zawarcia była miłość pomiędzy małżonkami. Jeśli ona nieustannie trwa, to zarówno mężczyzna, jak i kobieta, powinni dążyć do przezwyciężania trudności pojawiających się na ich drodze. Najważniejszym elementem, który chroni małżeństwo przed rozpadem, jest niedopuszczenie do poważnego kryzysu, który niszczy relacje między mężem i żoną.

tekst: Agnieszka Żeliszewska – a.zeliszewska@gmail.com | zdjęcia: Magda Dubiel str. 6


Jak w takim razie zapobiegać kłopotom w związku? Wiele sposobów nie należy do szczególnie skomplikowanych, istotna jednak jest tutaj decyzja obojga małżonków o próbie porozumienia i naprawy. Aby uniknąć głębokiego kryzysu, którego następstwem może być rozwód, należy rozmawiać, nawet na najbardziej błahe tematy, być otwartym na potrzeby małżonka, umieć słuchać, okazywać bliskość i czułość, mówić „kocham cię”, starać się przełamać rutynę, dbać o świętowanie i obchodzenie rocznic, poświęcać sobie czas, nie mieć tajemnic, wzajemnie sobie pomagać, a także budować relację na fundamencie wiary. W sytuacji, kiedy pojawia się kryzys, z którym małżonkowie nie potrafią sobie poradzić, zawsze powinni skorzystać z pomocy innych osób. Uchroni ich to od pochopnej często decyzji o rozwodzie. Aktualnie istnieje wiele instytucji, które pomagają małżeństwom w kryzysie (np. Wspólnota Trudnych Małżeństw SYCHAR, Chrześcijański Ośrodek Pomocy Psychologicznej „Betesda”, Specjalistyczna Poradnia Rodzinna „Domowe ognisko”, Katowickie Centrum Psychoterapii i Twórczego Działania, a nawet poradnie małżeńskie działające przy wielu parafiach). Przyczyną rozpadu wielu związków jest tzw. trójkąt małżeński, czyli on, ona i mamusia. Co zrobić, gdy partner lub partnerka słucha matki w każdej kwestii? Wówczas małżonkowie powinni szczerze porozmawiać. W takiej rozmowie ważna jest postawa otwartości na drugą osobę. Zamiast atakować i oskarżać, warto powiedzieć, jak „ja” czuję się w danej sytuacji, jakie mam zdanie na ten temat. Należy również zaproponować rozwiązania i wypracować kompromis. Jeśli relacje pomiędzy małżonkami i rodzicami są dobre, warto również porozmawiać z mamą, pamiętając przy tym także o otwartości i wzajemnym szacunku. Często w takim przypadku małżonkowie nie zdają sobie sprawy, że takie relacje są bardzo toksyczne dla ich związku. Powinni więc nabrać dystansu i, jeśli trzeba, skorzystać z pomocy osób trzecich. Jak wiadomo, ojciec jest dla dziecka pierwowzorem mężczyzny – synowi pokazuje świat i uczy męskich czynności, natomiast córce pomaga zbudować poczucie własnej wartości już od najmłodszych lat. Wobec tego, czy samotna matka jest w stanie zastąpić oboje rodziców? Borykając się z tym problemem, warto zastanowić się, czy matka wychowująca dziecko bez jego ojca jest rzeczywiście samotna. Oczywiście, ojciec powinien uczestniczyć w wychowaniu dziecka, a ojcowskiego autorytetu nie można całkowicie zastąpić, dlatego, jeśli tylko to możliwe, matka powinna utrzymywać z nim kontakt i powinien on aktywnie uczestniczyć w życiu obojga. Jeżeli jednak nie ma takiej możliwości,

kobiecie mogą pomagać dziadkowie, którzy również mają nieoceniony wpływ na wychowanie dziecka. W sytuacji, gdy kobieta nie ma żadnej rodziny ani nikogo bliskiego, może zwrócić się o  pomoc do różnych instytucji pomagających samotnym matkom (ośrodki pomocy społecznej, domy samotnej matki, fundacje, stowarzyszenia lub grupy wsparcia dla samotnych matek). Co w sytuacji, gdy studentka wychowuje samotnie dziecko? Czy są jakieś instytucje na studiach, które zajmują się pomocą takim osobom, wspieraniem ich? Na uniwersytetach istnieją często żłobki i przedszkola dla dzieci studentów, z których można korzystać. Uczelnie oferują także pomoc psychologiczną, materialną (w formie stypendiów socjalnych) oraz duchową (duszpasterstwa akademickie). Jakie czynniki znacząco wpłynęły na to, że rodzina w dzisiejszych czasach jest zagrożona? Czy można temu w jakiś sposób zaradzić? Przyczyny zagrożeń dla rodziny można podzielić na wewnętrzne (wynikające z problemów w rodzinie) i zewnętrzne (wpływ środowiska). Wewnętrzne przyczyny zagrożenia dla rodziny niewiele różnią się od tych wymienionych w przypadku zagrożeń dla małżeństwa. Pojawia się tutaj brak komunikacji, brak czasu, uciekanie od problemów czy nieprzygotowanie do nowej roli. Natomiast do zewnętrznych zaliczamy przede wszystkim wszelkie próby przedefiniowania tradycyjnego modelu rodziny. Młodym proponuje się „wolne związki”, niesformalizowane, w  których każdy ma nieograniczone działania. Skrajnym przejawem jest promowanie związków homoseksualnych i domaganie się nadania im statusu rodziny, a także atakowanie tradycyjnych wartości (miłości, dobra, szacunku) i ukazywanie ich jako niemodnych, nakazanych przez Kościół. Głównym zagrożeniem dla rodziny jest pojawiający się kryzys wartości, który u wielu młodych rodzi pytanie, czy warto zakładać i budować rodzinę. Sposobem na pojawiające się czynniki zagrażające wspólnocie rodzinnej może być przede wszystkim jej obrona. Studenckie Koło Naukowe Nauk o Rodzinie PRO stara się od samego początku wskazywać na pozytywne strony budowania tradycyjnej rodziny. Świadome i autentyczne trafianie do młodych jest ważnym elementem zachęcającym do podjęcia decyzji o zawarciu małżeństwa i założeniu rodziny. Jeżeli chciałbyś porozmawiać o wartości rodziny w dzisiejszych czasach (i nie tylko) lub interesuje Cię dołączenie do grona SKNNoR PRO, to odwiedź jego stronę na Facebooku: facebook.com/StudenckieKoloNaukoweNaukORodziniePro.

str. 7


Fabryka rozmytych miejsc Każdego z nas czeka kiedyś koniec. Chcielibyśmy zostawić jakiś ślad w pamięci naszych bliskich, ale również jakąś trwalszą pamiątkę, która w pewien sposób uczyni nas nieśmiertelnymi. Coś, co przetrwa wieki, sygnowane naszym nazwiskiem, aby przez stulecia mówiono o nas i wspominano naszą historię. Jak wiadomo, nie każdemu z nas to się uda. Po wielu osobach słuch zaginie, a ich los nie utrzyma się zbyt długo na kartach pamięci. Nie tylko ludzie mogą zostać zapomniani – dotyczy to również budynków. Mało kto tak naprawdę się nimi przejmuje. Wszelkiego rodzaju budowle otaczają nas z każdej strony. Przechodząc głównymi ulicami miast, nie zastanawiamy się, jaka historia kryje się w  murach mijanej kamienicy. Odwiedzając nasze ulubione miejsca, nie myślimy, co znajdowało się tam lata wcześniej. Każdy budynek ma swoją opowieść. Chciałabym wspomnieć kilka miejsc, które utraciły dawną użyteczność i zyskały nową, oraz takich, które popadły w ruinę, ale warto dać im kolejną szansę, bo przecież to też część naszej własnej historii. To, co zabrał przemysł, kultura musi odzyskać W  tym jednym haśle kryje się cel założenia galerii sztuki współczesnej w szybie pokopalnianym. Mam na myśli Galerię Szybu „Wilson”, która mieści się na pograniczu trzech dzielnic Katowic: Nikiszowca, Janowa i Szopienic. Zanim jednak powstała tam owa galeria, szyb znajdujący się na jej terenie nosił nazwę „Richthofen” i „Hulda”, następnie w 1935 roku został przemieniony na „Wilson” (od nazwiska prezydenta Stanów Zjednoczonych). Po wojnie teren ten przejęła Kopalnia „Wieczorek”. W 1995 roku zdecydowano o zamknięciu szybu. Miejsce to nie musiało długo czekać, by ktoś wykorzystał jego potencjał, bo już trzy lata później prezes firmy Pro Inwest

tekst: Weronika Suchoń – werciasuch@gmail.com | zdjęcia: Karolina Fok str. 8

Sp. z o.o. wraz z prezesem Fundacji Eko-Art Silesia rozpoczęli pracę nad powstaniem wspomnianej galerii. Obecnie miejsce to przyciąga artystów z całego świata, a organizowane tam imprezy tematyczne cieszą się dużym zainteresowaniem. Galeria nie tylko słynie z własnej kolekcji wybitnych dzieł, ale również chętnie promuje młodych, zdolnych twórców. Zarówno postindustrialne wnętrze, jak i jego w połączenie ze sztuką nowoczesną nadają niesamowity klimat, czyniąc to miejsce wyjątkowym. Przy okazji stanowi to idealną promocję tych dzielnic Katowic. Jest to również doskonały przykład nowatorskiego zagospodarowania przestrzeni. Zamiast pozostawić ją na pastwę losu i pozwolić popaść w ruinę, dano jej możliwość bycia częścią nowo powstającej historii, jako artystyczne centrum wydarzeń na obrzeżach miasta. Nowoczesność w składzie porcelany Pozostając w temacie kultury, kolejnym miejscem, którego historię warto przytoczyć, jest Fabryka Porcelany. Galeria Giesche, czyli sala koncertowa, w której odbywają się imprezy kulturowe, to jeden z wielu atutów zrewitalizowanej fabryki. Stanowi ona głównie siedzibę wielu firm branży IT, choć jest również wykorzystywana przez biura projektowe, galerie sztuki czy agencje reklamowe. Jednak zanim fabryka stała się atrakcyjna dla przedsiębiorstw, musiała „swoje przeżyć”. Jej początki sięgają lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy to w Szopienicach-Burowcu – dzielnicy Katowic – powstała, jako pierwsza na Górnym Śląsku, fabryka porcelany. Założycielami byli dwaj bracia: Ryszard i Józef Czuday. Początkowo nazywała się „Elektro-Porcelana-Czudaywerke”, z czego następnie powstała „Giesche” Fabryka Porcelany SA dawnej Czuday z Ryszardem Czudayem na stanowisku dyrektora. Prowadził on budowę nowej fabryki na terenie byłej wytwórni pasz w Bogucicach. Po zmianach w zarządzie fabryka


skróciła swoją nazwę, pozbywając się członu dawnej Czuday. Okres wojny nie wpłynął niekorzystnie na produkcję, mimo że władzę nad nią sprawował rząd niemiecki. Dopiero rok 1945 sprawił, że fabryka została unieruchomiona. Po upaństwowieniu wznowiła pracę. Zmianie uległa jej nazwa, która przekształciła się w „Zakłady Porcelany Bogucice”. Poważny kryzys nastąpił w roku 1994, gdy z powodów finansowych fabrykę zamknięto, ale tylko na rok, ponieważ dzięki remontom i wykupieniu przez Porcelanę Śląską Sp. z o.o. mogła znów zacząć działać. Ostateczną upadłość ogłosiła dopiero w 2009 roku. Szansę na nowe życie zyskała trzy lata później, gdy rozpoczęto odnawianie budynków fabrycznych. Pracę tę podjęła spółka Porcelana Śląska. Istotny wpływ miało też powstanie Fundacji Giesche, która na terenie dawnej fabryki tworzy nowoczesny park technologiczny. To on przyniósł temu miejscu nową świetność. Fabryka Porcelany wciąż się rozwija, w planach jest również otwarcie restauracji i bistra. Mimo nowoczesności, jaka tam wtargnęła, zachowany został historyczny element, jakim jest piec w jednej z hal, w którym stale wypala się porcelanę. Dzięki tej inwestycji historyczny duch tego miejsca przetrwa kolejne dekady.

zatrzymał, bo znalazł się ktoś, kto uznał, że warto zainwestować w utrzymanie dobrego stanu. Część z nich to symbole kultury i relikty, inne – mniej znaczące w dziejach ludzkości, ale z własną niepowtarzalną historią, która odcisnęła piętno historyczne w danym rejonie. Wszystko to stanowi wycinki przeszłości, będące elementem codziennego krajobrazu. Jest to również coś, co pozostawiamy po sobie przyszłym pokoleniom, dlatego należy o to zadbać. Nic nie trwa wiecznie. Nawet architektura, która należy do najtrwalszych pozostałości po minionych wiekach, ulega destrukcji. Dlatego różni inwestorzy, fundacje i miłośnicy przedłużają losy budynków lub piszą ich nową historię, aby jak najdłużej mogły przetrwać. Przecież każdy zasługuje na szansę, by ponownie zaistnieć w świecie. To samo tyczy się obiektów martwych, jakimi są wszelkiego rodzaju budowle. Pamiętajmy, że one wraz z nami piszą historię naszej codzienności.

Daj mi drugą szansę Nie wszystko w życiu bywa tak kolorowe, jakby się mogło wydawać. W Katowicach nadal pozostaje wiele miejsc, które zostały porzucone i zapomniane, a ich historia rozmywa się na kartach teraźniejszości. Jednym z takich miejsc jest Stadion Gwardii Katowice, mieszczący się w dzielnicy Brynów, nieopodal Parku Kościuszki. Już dawno przestał pełnić swoją funkcję, a obecnie stał się ulubionym miejscem młodzieży na „piwko pod chmurką”. Zamknięto go w latach 80. ubiegłego wieku i od tego czasu ulega degradacji. Raz na jakiś czas pojawiają się plany jego rozbudowy lub przebudowy. Jednym z pomysłów było wybudowanie tam aquaparku lub przekształcenie w nowoczesny stadion. Wszystko to pozostało w sferze imaginacji, a historia tego terenu powoli zatraca się pod stertą śmieci, potłuczonego szkła i zarośli. Oddalając się od Katowic, zmierzamy do Czeladzi na spektakl w  opuszczonym kinie „Uciecha”. Początki tego obiektu sięgają czasów przedwojennych, kiedy to w latach 1924-1929 powstała dwupiętrowa siedziba czeladzkiej straży pożarnej. To w niej znajdowała się wielka sala teatralna, mogąca pomieścić pięćset osób. W latach 30. została oddana pod dzierżawę jako kino „Czary”, które po wojnie zyskało obecną nazwę. Po wybuchu II wojny światowej budynek trafił w ręce Niemców. Lokalne społeczeństwo po zakończeniu wojny zaangażowało się we wsparcie remizy, aby ta ponownie zaczęła funkcjonować. Problemy finansowe straży, które pojawiły się pod koniec XX wieku, sprawiły, że budynek nie mógł zostać wyremontowany, dlatego miasto przejęło go w 1998 roku. Kino zaprzestało działalności. Choć w roku 2002 pojawił się nowy inwestor, obiekt nie został reaktywowany. Jego unikalne wnętrze, pełne pamiątek z przeszłości, takich jak tablica Dni filmu radzieckiego z 1965 roku, niszczeje. Obecnie jest to atrakcja dla fanów opustoszałych lokali. Historia nie pisze się sama W ciągu życia dane nam będzie odwiedzić wiele miejsc zapomnianych przez świat, ale również sporo takich, gdzie czas się

str. 9


Studencie, daj głos! Milczymy, chociaż oddają nam głos. Milczymy, mimo że ktoś wykazuje zainteresowanie naszą opinią na dany temat. Milczymy, chociaż w głowach mamy mnóstwo potencjału – tak, to my, studenci. Dlaczego boimy się mówić? Może jest z nami tak, jak powiedział kiedyś Mark Twain – wolimy milczeć, narażając się na podejrzenie o głupotę, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. Tak czy owak – cisza w grupach ćwiczeniowych bywa nie do zniesienia. Mówi się już o niej zarówno na uczelnianych korytarzach, jak i przy konferencyjnych stołach. Wykładowcy oskarżają nas o nieczytanie czy lekceważący stosunek do zajęć i czasem rzeczywiście trudno się z nimi nie zgodzić. Nie zawsze uda się zrobić wszystko na czas, wkradają się chochliki życia codziennego żonglujące naszymi zamiarami. Ale nie o tym będzie tu mowa, możemy swobodnie spuścić kurtynę milczenia na tych, którzy przygotowanie do zajęć traktują z lekkim dystansem… Pełno nas, a jakoby nikogo nie było… Nauki humanistyczne to – jak informuje nas słownik – nauki, których przedmiotem badań jest człowiek jako istota społeczna i jego wytwory. Co więc może nas fascynować i intrygować bardziej niż człowiek, niż moje własne „ja”? Pasjonujemy się muzyką, literaturą, sztuką, bo dotyczą nas – ludzi. Wypatrujemy podobieństw w tekstach piosenek, bohaterach książek, gdyż szukamy niejako własnego odbicia w kulturze, aby lepiej zrozumieć i poznać samego siebie, ale też po to, by poczuć się

tekst: Paulina Bezuszko – p.bezuszko@interia.pl str. 10

częścią czegoś większego. Reagujemy na bodźce, na słowa, nasz mózg pracuje na pełnych obrotach przez cały czas. A jednak niekiedy – co dostrzegam głównie u studentów kierunków humanistycznych, z którymi mam styczność – coś w nas nagle zamiera. Jak to jest? Nierzadko, wchodząc do sali ćwiczeniowej, można odnieść wrażenie, że studenci zostawiają swoje aparaty mowy na zewnątrz. Mówią, iż milczenie jest złotem. Cóż, czasem podczas zajęć ćwiczeniowych wydawać by się mogło, że niektórzy uczynili to myślą przewodnią swojego studiowania. Dr hab. prof. UŚ Alina Świeściak, literaturoznawca i redaktor naczelna Kwartalnika Kulturalnego „Opcje”, zauważa: Wkradł się pewien rodzaj stagnacji i zobojętnienia na tematy poruszane na zajęciach, co na kierunkach humanistycznych rzeczywiście wydaje się być niezrozumiałe. Aktywność na zajęciach zależy indywidualnie od każdej grupy, a raczej osób, które je tworzą. Trudno dostrzec tu jakąś tendencję, czy tych milczących studentów jest coraz więcej, czy mniej. Ale tak naprawdę już po kilku minutach pierwszych zajęć widać, czy grupa będzie współpracować podczas trwania semestru, czy nie. Problem istnieje i nie do końca wiadomo, jak go rozwiązać. Ślady na dłoniach po nauczycielskiej linijce odeszły już dawno w niepamięć, jak więc wytłumaczyć tę niechęć do dyskusji młodych ludzi, którzy powinni być przecież pewni swego, zbuntowani i odważni? Jak mówi Natalia, studentka trzeciego roku filologii polskiej: Być może niektóre osoby potrzebują po prostu takiego lidera, który w jakiś sposób ich poprowadzi na zajęciach. Nie każdy


lubi przecież wychodzić przed szereg. Ale z drugiej strony często na zajęciach jest mi zwyczajnie wstyd, bo wykładowca nie pyta nawet o jakąś merytoryczną kwestię, ale o sprawy techniczne, jak na przykład to, czy dobrze go słychać lub czy otworzyć okno, a grupa uparcie milczy. Ja nie mam problemu z tym, żeby odpowiadać na zadawane pytania, ale ile można samemu wyrywać się do odpowiedzi? To prawda – nawet najbardziej odważna i skora do wyrażania swoich sądów jednostka czuje dyskomfort, kiedy reszta milczy lub ewentualnie wpatruje się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Profesor Świeściak dodaje: Ci aktywniejsi studenci oczywiście mają szansę w pewien sposób dyktować rytm zajęć, ale w zasadzie im jest ich mniej w danej grupie, tym trudniej im to robić oraz wyrażać swoje zdanie, ponieważ nie mają z kim dyskutować i spierać się. Wynika z tego, że bierna część grupy może nawet w pewnym momencie dezaktywować też tę bardziej prężną, która niestety najczęściej jest w mniejszości. To prawda, że zabranie głosu i podzielenie się własnymi odczuciami, a już zwłaszcza tymi odbiegającymi od ogólnie przyjętych, to swego rodzaju ryzyko – boimy się niezrozumienia, kompromitacji czy publicznej utraty twarzy, ale przecież czynny udział w zajęciach to też niesamowita frajda i okazja, aby skonfrontować swoją opinię i otworzyć się na nowy sposób myślenia. Dyskusja na uniwersytecie zawsze służyć będzie rozwojowi – dlatego tak ważne jest, aby ją pielęgnować i zaszczepiać w studentach. Dlatego właśnie jeśli nie uważasz, że „Słowacki wielkim poetą był”, to tak jak jeden z bohaterów Ferdydurke wstań, powiedz to głośno i uargumentuj swoją krytykę (w porządku, może już bez tego wstawania).

Jedno jest pewne: po zastosowaniu tego rozwiązania studenci nadal będą milczeć. Zamiast dokonywać oceny czy diagnozy, możemy spróbować ich po prostu zrozumieć, zastanowić się, co chcą nam poprzez swoją bierną postawę zakomunikować i jakie w tej sytuacji mamy możliwości, nawet niewielkiego działania. Może nie poświęciliśmy czasu na początku zajęć na poznanie się i stworzenie bezpiecznej atmosfery, która sprzyja rozmowie? Oczywiście, wina zwykle leży po obu stronach. Zmieniają się jedynie proporcje. Dlatego aby poprawić jakość niektórych zajęć, powinniśmy jako studenci przyjrzeć się także sobie. Nie bójmy się mówić, zwłaszcza wtedy, kiedy ci mądrzejsi od nas chcą słuchać tego, co mamy do powiedzenia. Czasami naprawdę nie idzie o dobrą lub złą odpowiedź – niejednokrotnie inna perspektywa jest przez wykładowców pożądana, bo po prostu niesie za sobą powiew świeżości i twórczego myślenia. A przecież o to właśnie chodzi w całym tym studiowaniu – żeby poznając i zgłębiając dziedzinę wiedzy, którą się wybrało, wyrobić sobie własny pogląd, zająć określone stanowisko i – przede wszystkim – nie bać się go wyrażać. Na studiach oprócz podręcznikowej wiedzy i faktów możemy zdobyć dużo więcej – mamy wielką okazję nauczyć się asertywności, czyli królowej każdego sukcesu. Forsując swoje przemyślenia na zajęciach i broniąc swojego zdania, uczymy się także w jakiś sposób mówić o swoich potrzebach. Formułować nasze, często zagmatwane, myśli. Warto zdać sobie z tego sprawę i o to właśnie zawalczyć. Bo kiedy po latach na nasze dyplomy opadnie kurz i być może bez pomocy internetu nie przypomnimy sobie daty urodzin Mickiewicza czy wypadnie nam z pamięci miejsce urodzenia Witolda Gombrowicza – to cechy charakteru, które udało nam się nabyć w toku studiów, wciąż z nami będą.

A jak asertywność Mgr Dominika Hofman-Kozłowska twierdzi, że wykładowca ma dwa wyjścia: Możemy z całą pewnością uznać, że trudna jest ta współczesna młodzież i studentom dzisiaj nie zależy oraz że nie mamy na ten cały system i skrzeczącą ponowoczesność wpływu.

str. 11


Nigdy nie wiesz, gdzie zastanie Cię zachód słońca Wybrałem się na niespełna dwutygodniowe wakacje do Rzymu, w poszanowaniu mając obowiązki uczelniane. Aby nie być zbytnim ignorantem, przed wyjazdem spędziłem trochę czasu na przygotowaniach, przeszukując internet i przewodniki w celu znalezienia rzymskich must see. W jednym z przewodników zauważyłem ustęp o tym, że będąc w Wiecznym Mieście, warto odwiedzić Forum Romanum podczas zachodu słońca, gdyż miałby to być widok, który zostaje w pamięci do końca życia. O tym, czy udało mi się go zobaczyć i co odkryłem po drodze, przeczytasz poniżej. Selfie stick? Good price, good picture! To zdanie, wypowiadane z hinduskim akcentem, będzie towarzyszyć Ci na każdym kroku podczas pierwszego dnia spacerowania po rzymskim śródmieściu. Oczywiście jeśli akurat jest ładna pogoda, bo gdy pada deszcz, sprzedawca najnowszych technologii pobiegnie za Tobą, krzycząc: Umbrella! Umbrella! Jeśli jesteś fanem bardziej praktycznych rozwiązań, kupisz u niego wygodną pelerynę przeciwdeszczową, a na drugi dzień, kiedy przyjdziesz zobaczyć Koloseum po zmroku (wtedy robi największe wrażenie), u tego samego pana zaopatrzysz się w niezbędny laser wyświetlający różne ciekawe kształty lub przedziwną wyrzutnię mieniących się różnymi kolorami śmigiełek. Przy każdej mniejszej lub większej zwyczajowej atrakcji turystycznej kręciły się dziesiątki ulicznych sprzedawców, handlujących zarówno wspominanymi już dobrami, jak i mnóstwem innych drobiazgów, pamiątek i gadżetów niemających nic wspólnego z Rzymem czy w ogóle z Włochami. Ulice były

tekst i zdjęcia: Dawid Panic – dawid.panic@gmail.com str. 12

także pełne: artystów malarzy malujących sprayem wizerunek Koloseum na tle kosmosu, żywych posągów, obowiązkowych Indian grających na piszczałkach, kowbojów odgrywających sceny z westernów i ulicznych raperów. Senza un perche Wystarczy jednak oddalić się trochę od śródmieścia, by przaśność ustąpiła miejsca klimatowi. Będąc już zmęczony jarmarcznym gwarem, nie spodziewałem się, że przekraczając rzekę, na moście spotkam starszego pana z gitarą, której dźwięki zaproszą mnie do jednej ze starszych dzielnic Rzymu – Trastevere, czyli Zatybrza. Na tamtejszych wąskich uliczkach, pełnych knajp, restauracji i barów, spędziłem długie godziny, włócząc się bez celu i przyczyny i rozmawiając o sprawach mało ważnych. W ręku trzymałem wino za półtora euro, otwarte korkociągiem przez sympatycznego pana w małym sklepiku. Jak zgłodniałem, kluczyłem od witryny do witryny restauracji, czytając ceny w menu i konsekwentnie odmawiając zapraszającym mnie przystojnym Włochom, bym odwiedził akurat ich restauracje. W końcu, zupełnie nie czując upływu czasu, gdzieś na uboczu znalazłem taką knajpę, w której pizza była po trzy euro. Wraz z moją towarzyszką wieczoru zamówiliśmy cztery, dając się ponieść emocjom. Do tego kolejną butelkę wina, bo dlaczego nie? Tutta la vita, gira infinita Trzeciego dnia pobytu chciałem zobaczyć zachód słońca nad Forum Romanum. Niestety, coś poszło nie tak z planowaniem dnia i zachód słońca zastał nas przy stacji kolejowej, gdzie


jedyną atrakcją było słońce odbijające się w oknach pobliskiego biurowca. Tak się złożyło, że przez kolejne dni, nawet jeśli pogoda była dobra, zmierzch zastawał nas w zupełnie przypadkowych miejscach – na wspomnianej stacji kolejowej chyba ze trzy razy. Kiedy w końcu udało się być na czas w okolicach centralnego placu Rzymu z czasów imperium, okazało się, że o tej porze roku światło zachodzącego słońca blokowane jest przez zabudowę śródmieścia i z zaspokojenia mojej fiksacji wyszły nici. Muszę napisać do autorów przewodnika, że zachód słońca na Zatybrzu, nawet jeśli widać z niego tylko promienie przebijające się przez wąskie uliczki, też jest całkiem niezły. A kiedy się na niego spóźnisz, możesz w końcu wylądować na Schodach Hiszpańskich (znowu z winem w ręce) i pytając ludzi łamanym włoskim: posso bere alcol qui?, trafić akurat na sympatyczną parę z Katowic i umówić się z nimi na zwiedzanie miasta kolejnego dnia tylko po to, żeby wrócić do mieszkania, w którym zatrzymujesz się za darmo dzięki uprzejmości swoich znajomych, o piątej nad ranem – bo jakoś ciężko było wracać – i zaspać na umówione wcześniej spotkanie. Poza tym, że zaspałem, muszę też się przyznać, że nie widziałem pewnie nawet połowy miejsc wartych zobaczenia w Rzymie, nie odwiedziłem wszystkich zabytków, nie poznałem historii miejsc ważnych. Nie zrobiłem zdjęć, które zbiorą tysiące lajków, nie odwiedziłem żadnej restauracji z listy internetowych „topów”. W ciągu dnia jeździłem na rowerze między handlarzami kiczu, później oglądałem zachody słońca nad stacją kolejową, by móc po zmroku pić cierpkie czerwone wino prosto z butelki, zmęczyć się tym porządnie i potem znaleźć otwartą jeszcze o tej godzinie kawiarnię. Tam rozmawiać z baristą aż do nocy, w języku, którego nie znam, o tym, jak mu się żyje w miejscu, w którym się nie urodziłem. Przez chwilę być nim, myśleć tak jak on i marzyć o rzeczach, o których marzył

Paolo. A może tak mi się tylko wydawało i tak naprawdę łączyła nas jedynie nic nieznacząca wymiana zdań obcych sobie ludzi, mówiących w innych językach?

tekst: Damian Misz – damian.misz@o2.pl str. 13


Wcieniu świętego gaju Mitologia grecka jest nam dość dobrze znana. Egipskie piramidy także nie kryją przed nami wielu tajemnic. W ostatnim czasie coraz lepiej poznawana jest też mitologia skandynawska. Dzięki komercyjnym produkcjom, takim jak serial Wikingowie, wiedza o wierzeniach nordyckich popularyzuje się i można powiedzieć, że staje się częścią popkultury. W czasie gdy różne pradawne kulty odżywają w ogólnej świadomości, religia dawnych Słowian nadal pozostaje osnuta mgłą tajemnicy. Z powodu braku źródeł nie można obecnie nakreślić pełnego obrazu mitologii słowiańskiej. Relacje znane nam pochodzą głównie od chrześcijan, z okresu, gdy religia pogańska zanikała bądź ulegała wpływom chrześcijańskim. Nie mamy natomiast żadnych świadectw pochodzących bezpośrednio od wyznawców tej religii. Dzięki prowadzonym wokół osad i cmentarzy wykopaliskom archeologicznym odnajdujemy jednak pozostałości po miejscach kultu oraz przedmioty świadczące o pewnych zwyczajach związanych z wiarą w życie pozagrobowe. Jak grom z jasnego nieba Zachowała się relacja podróżników po Żmudzi, którzy w roku 1652 byli świadkami rozczarowania swojego żmudzkiego

tekst: Natalia Wojdyła – nwojdyla@interia.pl str. 14

towarzysza z powodu uniknięcia przez niego uderzenia piorunem w czasie burzy. Jego żal stał się mniejszy, gdy odnalazł spopielone piorunem siodło, dzięki któremu mógł spożyć nieco popiołu zapewniającego mu długowieczność, zdrowie oraz dar wróżb i zaklinania ognia. W wierzeniach ludów bałtyjskich i słowiańskich uderzenie pioruna nadawało magicznych właściwości. Wiara w niezwykłą moc zjawisk związanych z wyładowaniami atmosferycznymi znalazła swoje odbicie w kulcie Peruna, boga pioruna, błyskawicy i grzmotu. Zdaniem Aleksandra Gieysztora, jego imię dało początek słowu piorun. Nie jest jednak pewne, czy kult tego boga na obszarze dzisiejszej Polski w ogóle występował, a więc wskazana etymologia tego wyrazu pozostaje raczej hipotezą. Panteon słowiański Wierzenia silnie związane były z  otaczającym dawnych Słowian światem. Mity tłumaczyć miały niepojęte przez prosty lud aspekty związane z prawami natury, a liczne bóstwa chronić przed nieurodzajem, chorobami i wszelkimi zagrożeniami. Obok Peruna, którego siła objawiała się w gniewie burzy, Słowianie czcili Swarożyca. Uosabiał on siłę słońca, ognia i nieba. Jeszcze przez długi czas po tym, jak chrześcijaństwo wyparło dawne bóstwa pogańskie, zachował się zwyczaj oddawania pokłonów słońcu każdego ranka. Swarożyc, jako


boski kowal, wykuwał pioruny i pomagał Perunowi w walce z Welesem – bogiem podziemia i zmarłych. Niektórzy badacze przypisują mu także rolę patrona bydła, które dla Słowian było symbolem dobrobytu i bogactwa. Władca Nawii (słowiańskich zaświatów) związany był ze zwierzęcą stroną natury. Stał on w opozycji do Peruna, który odpowiadał za ludzki wymiar świata. Panteon bóstw zmieniał się w zależności od regionu. Na Pomorzu oraz w dorzeczu Łaby odnajdujemy ślady Świętowita, boga wojny i światła. Kult Świętowita był na tyle silny, że w czasie rozpowszechniania chrześcijaństwa na Słowiańszczyźnie niektórzy duchowni przyjęli twierdzenie, iż Połabianie dużo wcześniej nawrócili się, a Świętowit to po prostu święty Wit. Na Rusi spotykamy się z bóstwem żeńskim o imieniu Mokosz. Miała ona pod postacią kobiety w wielki post obchodzić domy i niepokoić kobiety przędące, a także dozorować i strzyc owce. W nocy obok nożyc kładziono dla niej kosmyki wełny. Niektórzy widzieli w niej patronkę kobiet i ich pracy. Za ślady kultu Mokoszy uznawano także elementy związane z czcią Matki Ziemi, takie jak kładzenie na ziemi noworodków.

i kamieniach. Obiektami kultu stawały się całe gaje, które uznawano za miejsca święte. Wraz z postępem chrystianizacji miejsca te niszczono, odbierając ludom słowiańskim tę część ich tożsamości. Chociaż bóstwa naczelne szybko zostały zapomniane i zastąpione przez chrześcijańską Trójcę Świętą oraz kult świętych, pamięć o duchach i demonach nadal pozostała żywa. Ludzie łączyli nową wiarę z dawnymi obrzędami i starali się pozyskać dla siebie przychylność różnych duchów. Nadal obawiano się zmór i wampirów, przestrzegano przed rusałkami, a noworodki chroniono przed urokami, nadając im tymczasowe imiona i używając amuletów. Z czasem i te wierzenia osłabły, jednak niekiedy możemy dostrzec ich pozostałości w przesądach i zwyczajach ludowych. Źródła: S. Urbańczyk: Dawni Słowianie. Wiara i kult; A. Gieysztor: Mitologia Słowian; A. Brückner: Mitologia słowiańska i polska.

Pradawne duszki Bóstwom przeważnie nie wznoszono świątyń. Czczono je pod gołym niebem, ich śladów szukano też w drzewach, źródłach

str. 15


...i tylko nigdy nie dorosnąć Świat to miejsce ciągłej walki. Jedynie małe dzieci wierzą, że to cudowne miejsce, gdzie człowiek jest szczęśliwy, spełnia marzenia i nie ma problemów. Czy to dlatego, wkraczając w dorosłe życie, zaczynamy marzyć o powrocie do lat dzieciństwa? Ale przecież jeszcze niedawno marzyliśmy o byciu dorosłym. Mamy siłę walczyć ze światem czy może wolimy nigdy nie dorosnąć, być jak Piotruś Pan, żyć marzeniami? A może jesteśmy w stanie znaleźć własną Nibylandię? Ten cudowny czas dzieciństwa. Beztroskie życie, ciągła zabawa, wiara w cuda i w spełnienie marzeń. Niekończąca się energia. Żadnych zmartwień, żadnych obowiązków. Największym problemem jest powrót do domu na obiad, ponieważ trzeba przerwać zabawę. No i te kłótnie. Kto pójdzie po piłkę? Kto stanie na bramce? Kto będzie bawił się tą najbrzydszą lalką? Nie zapominajmy o naszych kochanych rodzicach, którzy zawsze potrafią nam pomóc, uczą nas życia, tłumaczą nam zadania domowe. Niestety, nieraz dostajemy karę i nie możemy się ani pobawić, ani oglądać telewizji, bo musimy się uczyć. Mimo to i tak jest pięknie. Następuje jednak wiek buntu. Mamy dość bycia dziećmi. Chcemy już dorosnąć, bo przecież dorośli mają w życiu lepiej. Robią, co chcą i najważniejsze – nie muszą się uczyć. Tylko nam dają jakieś zakazy, każą wracać do domu wcześniej, zabraniają pić alkohol, palić papierosy. Chcemy być dorośli! Chcemy robić, co nam się tylko podoba!

tekst: Adrian Koza – adrian.koza8@gmail.com | zdjęcia: Magda Dubiel str. 16

W końcu nadchodzi nasz upragniony moment. Jesteśmy dorośli, możemy robić wszystko, co chcemy. Jest super. Przecież na to czekaliśmy tak długo i w końcu to osiągnęliśmy. Mamy to, czego tak bardzo pragnęliśmy. Imprezy, wracanie do domu nad ranem, brak zakazów, brak ograniczeń. Niby jest ta szkoła, ale jakoś damy sobie z nią radę. Po czasie jednak okazuje się, że życie dorosłych wcale nie jest takie piękne. Zaczynają się poważniejsze problemy, rodzice nie chcą dawać nam pieniędzy, za chwilę matura, może wypadałoby iść na studia. Potrzebujemy pieniędzy, więc powinniśmy iść do pracy. Nie za bardzo jednak mamy ochotę pracować. Przecież jeszcze niedawno byliśmy dziećmi! Za moment najważniejszy egzamin w życiu, trzeba się uczyć, bo w przeciwnym razie nie będziemy mogli pracować w tym zawodzie, w którym byśmy chcieli. Z drugiej strony to w ogóle byśmy nie chcieli pracować. Rodzice na nas liczą, nie możemy ich zawieść. Chcieliśmy dorosnąć, a teraz… teraz już nie wiemy, czego chcemy. Nadchodzi kolejny etap życia, „faza Piotrusia Pana”. Już nie chcemy być dorośli. Chcemy być dziećmi, chcemy znowu marzyć i żyć tymi marzeniami. Zamiast tego jesteśmy dorosłymi dziećmi, które tęsknią za domem, za dzieciństwem, za młodzieńczym wiekiem. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że najlepszy czas w życiu już przeminął. Czas, w którym nasze problemy wcale nie były takie ogromne, jak nam się wówczas wydawało. Teraz musimy znaleźć pracę, aby mieć co jeść i móc opłacić mieszkanie. Niby można liczyć na pomoc rodziców, ale


trochę wstyd, żeby dorosła osoba żyła na utrzymaniu matki i ojca. Zaczynamy bardziej doceniać całą pracę, jaką nasi kochani, waleczni rodzice włożyli w to, aby nas wychować i zapewnić nam dobre życie. I pojawia się ta tęsknota, ten wewnętrzny ból, że już nigdy nie będziemy dziećmi, już nigdy nie przeżyjemy tych pięknych lat, w których tak naprawdę byliśmy szczęśliwi. Nachodzi nas więc pytanie: Jak to jest, że najpierw pragniemy być dorośli, a gdy już jesteśmy, to chcemy być znowu dziećmi? Będąc dorosłym, dostrzegamy, jak cudownie jest być dzieckiem i nie mieć tak naprawdę żadnych poważnych problemów. Zdajemy sobie sprawę, że nawet nie pamiętamy, kiedy zmieniliśmy swój stosunek do świata, kiedy ostatni raz wyszliśmy z piaskownicy, kiedy po raz ostatni bawiliśmy się naszymi zabawkami. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy coca-cola zamieniła się na piwo, lizaki na papierosy, rower na samochód, dziewczyny stały się kobietami, chłopcy – mężczyznami, a place zabaw to kluby i bary. Zaczynamy tęsknić za tym wszystkim, co już przeżyliśmy. Zderzamy się z twardym, brutalnym światem i brakuje nam siły i odwagi, żeby stawić mu czoła, żeby zawalczyć. Przestajemy wierzyć, że możemy spełnić swoje marzenia, a skupiamy się na tym, aby jakoś przeżyć i starać się być szczęśliwym w tym otaczającym nas świecie. Błądzimy jak dzieci we mgle. Nie wiemy, którą drogę wybrać, jesteśmy zagubieni. Pragniemy znowu być dzieckiem, wierzącym w spełnienie marzeń, mającym jakiekolwiek marzenia. Chcielibyśmy żyć w swojej Nibylandii, nigdy nie dorosnąć, nie mieć obowiązków, o nic się nie martwić. Chcemy świata, w którym nie będziemy znali bólu, troski, smutku. Świata, w którym czas stoi w miejscu, a my żyjemy jako wieczne dzieci. A może jesteśmy w stanie stworzyć swoją Nibylandię w rzeczywistym, często brutalnym i niesprawiedliwym świecie? Musimy sobie tylko odpowiedzieć na pytanie: Czy mamy na tyle siły, aby pokonywać przeciwności, wierzyć w spełnienie marzeń, być szczęśliwym i z dziecięcą energią iść przez życie? Jak trafić do tej magicznej krainy, wyjaśnił autor powieści

o Piotrusiu Panie – James Matthew Barrie. Druga gwiazda na prawo, i prosto, aż do poranka. Należy polecieć. Aby polecieć, wystarczy Cudowna Myśl i trochę Magicznego pyłu. Jak widać, droga jest prosta. Niech nadzieja na szczęśliwe życie dodaje nam skrzydeł, niech marzenia wskazują nam cel, a dziecięca energia i wiara w cuda pozwolą nam pokonywać wszelkie przeciwności. W każdym z nas siedzi taki zagubiony dzieciak. Mamy ambicję i plany, ale boimy się marzyć. Chcielibyśmy być jak dzieci, które wierzą, że marzenia się spełniają; dzieci, które mają nieskończoną energię do życia, ciekawość świata i nie boją się, że im się nie uda. Czas płynie, każdy dorasta. Najważniejsze to nie bać się dorosnąć, walczyć ze światem. Nie wolno też przestać marzyć i przede wszystkim nie bać się żyć. Mając w sobie cząstkę dziecięcej energii i niewinności, jesteśmy w stanie wygrać życie, a wspomnienia z dzieciństwa powinny nam dodawać jeszcze więcej siły. Każdy z nas może żyć równocześnie w rzeczywistym świecie i w świecie marzeń, we własnej Nibylandii.

str. 17


Niesforny umysł O błędach w rozumowaniu i argumentacji Człowiek – istota rozumna. Brzmi dumnie, czyż nie? Człowiek – istota niedoskonała. Z tym już trudniej nam się zgodzić, choć zgodzić się niewątpliwie trzeba. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w samym naszym myśleniu, które to przecież jest cechą odróżniającą nas od zwierząt, są luki, i to niemałe. Jak nie dać się oszukać własnemu umysłowi? Przede wszystkim trzeba wiedzieć, na jakie pułapki możemy natrafić w toku codziennego rozumowania, a także w różnego typu sporach i dyskusjach, gdzie dużą rolę odgrywają emocje, spychając tym samym względy logiczne na dalszy plan. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się przeczytać w internecie albo usłyszeć w telewizji czy od kogoś znajomego wypowiedź na jakiś kontrowersyjny temat, której treść tak idealnie pokrywała się z Twoją opinią, że natychmiast zareagowałeś w sposób następujący: „No właśnie! Otóż to! Przecież mówiłem…”? Nawet jeśli nie jesteś w stanie teraz na szybko przywołać takiej sytuacji, to z pewnością się z nią zetknąłeś, i to nie raz. Zazwyczaj w takich wypadkach nie analizujemy, nie podajemy w wątpliwość, nie doszukujemy się drugiego dna ani nie szperamy w źródłach usłyszanej czy przeczytanej informacji. Bo oto ktoś – w zasadzie nieważne kto – właśnie potwierdził to, co Ty od dawna doskonale wiesz lub podejrzewasz… Prawda? Otóż niekoniecznie. Oboje możecie mieć rację, ale równie dobrze oboje możecie się srogo mylić, a Ty właśnie stałeś się ofiarą efektu potwierdzenia, zwanego inaczej błędem konfirmacji. To tendencja naszego umysłu do natychmiastowego uznawania za prawdziwe tych informacji, które zgadzają się z naszymi wcześniejszymi poglądami. A więc z tym, co my sami uważamy na dany temat – czego oczekujemy, co chcemy usłyszeć... co nam się podoba. Kiedy natkniemy się na pierwsze lepsze potwierdzenie naszego sądu, zwykle bierzemy je za prawdę, utwierdzając się jedynie w dotychczasowym – być może całkowicie mylnym – przekonaniu. Aby nie wpaść w tę pułapkę, najlepiej każdorazowo weryfikować niepewne informacje, korzystając z wiarygodnych źródeł. Następnym razem, zanim krzykniesz: „No jasne, że tak!”, niech w głowie zapali Ci się czerwona lampka – „Oho! Trzeba to sprawdzić”. Problemy z zaokrąglaniem Inna powszechna pułapka umysłu czyha na nas za każdym razem, kiedy na bazie własnych doświadczeń oraz obserwacji znanego nam wycinka rzeczywistości próbujemy wysuwać globalne tezy. Błąd ten zwie się przedwczesnym uogólnieniem i wynika z nieracjonalnego doboru próbki statystycznej. Studentom pokojów nie wynajmuję – znam trzech studentów i każdy z nich to nieposkromiony imprezowicz. Coś Ci to przypomina? No właśnie, od przedwczesnego uogólniania niedługa droga do stereotypizacji. Zatem formułując tezy odnoszące się do ogółu, pamiętaj, że Twoje argumenty muszą opierać się na adekwatnej i wiarygodnej próbce. A tak swoją drogą...

tekst: Dawid Milewski – dawid.milewski@interia.eu str. 18

właśnie wróciłem z Sierpca – bez portfela i telefonu. Nigdy nie jedź do Sierpca. Tam kradną. Więc twierdzisz, że krasnale nie istnieją…? Znasz to uczucie, kiedy podczas zażartej dyskusji Twój oponent, który wyskoczył z niewiarygodnym, wręcz absurdalnym stwierdzeniem, cieszy się ze swojego domniemanego zwycięstwa tylko dlatego, że Ty nie dysponujesz dowodami wystarczającymi, by wykazać, że się myli? Ten chwyt erystyczny nazywamy argumentem ad ignorantiam. Jednocześnie jest on błędem w rozumowaniu, który może przytrafić się każdemu z nas, zupełnie dla nas nieświadomie. Aby go uniknąć, należy pamiętać, że brak dowodu fałszywości nie jest dowodem prawdziwości, a to na osobie formułującej tezę spoczywa ciężar wymownej argumentacji. Postawa wykaż mi, że tak nie jest stanowi oznakę słabości prezentowanego stanowiska i prowadzi raczej do ośmieszenia samego siebie niż do jakiegokolwiek pozytywnego wniosku. Nawiasem mówiąc, nie wiem, czy wiesz, ale dokładnie za 2387 lat Słońce zacznie krążyć wokół Ziemi, a pozostałe planety uciekną do innego wymiaru. No co? Nie udowodnisz mi przecież, że nie... Prawda? Bez kija nie podchodź Inną formą rozumowania pozamerytorycznego jest argument ad terrorem (lub – jak kto woli – ad baculum), odwołujący się do jednego z najniższych zwierzęcych instynktów – czyli do


– Dobra, dobra. A Unia tylko zaciera rączki, aż zamkniemy porty, żeby zmusić nas do zakupu importowanych ryb i już całkiem nas zniewolić. Myślisz, że kto na tym będzie zarabiał, co?! A co z naszą niezależnością? Patriotyzm nic już dziś nie znaczy! Taka kontrargumentacja w próżnię nosi nazwę fałszywego tropu i nie jest wycelowana w tezę przeciwnika, choć – aby była skuteczna – musi stwarzać takie pozory, to znaczy sprawiać wrażenie związanej z tematem dyskusji, wzbudzając przy tym silne emocje, które załatają wszelkie logiczne dziury. Podobnie ma się sprawa z argumentem równi pochyłej, który zakłada pozamerytoryczne wnioskowanie oparte na wróżeniu całego łańcucha skrajnie negatywnych konsekwencji jakiegoś działania. Jasne, dzisiaj będą wysyłać polskich żołnierzy na misje pokojowe, a jutro każą naszym mężom walczyć na cudzych wojnach! Nasze dzieci będą musiały iść do wojska przez te ich głupie pomysły! A co będzie z nami – czy ktoś o tym w ogóle myśli? Takie zwodnicze rozumowanie często bywa nieuświadomione, jednak może również mieć na celu odciągnięcie uwagi od przedmiotu dyskusji i wyprowadzenie przeciwnika w pole. No właśnie, nie daj się zwieść, ale jednocześnie dopuszczaj do siebie taką ewentualność, że w ferworze walki o rację również Ty sam możesz zjechać po równi pochyłej – prosto na samo dno argumentacji.

strachu. Załóżmy, że trwa debata na temat słuszności kary śmierci. Jeden z jej przeciwników umiejętnie perswaduje, powołując się między innymi na prawo naturalne i należną każdemu szansę odkupienia win. Niestety jego oponent nie jest równie wprawionym mówcą i nie potrafi przeprowadzić rzeczowego wnioskowania. Inaczej byś zaśpiewał, gdyby taki zwyrodnialec zgwałcił ci siostrę! – w ten sposób odbiega od meritum, ukierunkowując dyskusję na konsekwencje przyjęcia danego stanowiska, które mogą okazać się szkodliwe dla rozmówcy. To dość powszechny i łatwy do wykrycia przykład argumentu ad terrorem, jednak trzeba pamiętać, że groźba może być również bardziej zawoalowana i przez to nie tak oczywista. W tym momencie, Drogi Czytelniku, chciałbym zapewnić Cię, że w zasadzie nie musisz czytać tego artykułu do końca. Możesz skazać się na wieczne uleganie słabościom własnego umysłu i przez całe życie pozwalać sobą bezkarnie manipulować… Czyż nie? Kulą w płot Któż z nas nie wie, jak to jest zostać zwiedzionym na manowce? A kto z nas nigdy sam nie próbował tej sztuczki, uginając się pod ciężarem racjonalnych argumentów, których odparcie drogą merytorycznego wywodu przekraczało jego kompetencje? – Populacje gatunków łownych w Bałtyku gwałtownie się zmniejszają.

Całe moje podwórko… Wyobraź sobie pewną hipotetyczną, choć nie tak znów obcą sytuację. Jest dzień wyborów politycznych. Czekasz w napięciu na ogłoszenie wyników. Niestety spotyka Cię zawód, ale oprócz niego pojawia się jeszcze niedowierzanie i poczucie, że coś jest nie tak. Nie no, ale jak to? Nikt, kogo znam, nie głosował na tę partię! To na pewno jakaś manipulacja, przecież nie mieli szans… Prawda? Zasadzka, w jaką wpędził Cię umysł tym razem, to błąd fałszywej powszechności. Tutaj podobnie jak w przypadku przedwczesnego uogólnienia, na podstawie danych o swoim najbliższym środowisku wysuwamy wniosek dotyczący całego społeczeństwa. A przecież to, z czym mieliśmy do czynienia, to zaledwie mały wycinek całości. Niby takie oczywiste, a jednak jest to błąd popełniany nagminnie i absolutnie wszędzie. Dosłownie gdzie by się nie obejrzeć! – przecież spotkałem się z nim już tyle razy… Hm, to zastanawiające… Tak więc, Drogi Czytelniku, miej się na baczności, bo oto Twój niesforny umysł bez przerwy szuka okazji, by spłatać Ci figla. Zdaje się, że ja sam, udzielając Ci tych porad, kilkakrotnie dałem się zapędzić w kozi róg, ale wierzę, że za każdym razem, gdy zostawałeś poddany próbie, w głowie zapalała Ci się… czerwona lampka… I dzięki temu z pewnością nie dałeś się oszukać. Prawda? Źródła: N. Baillargeon: Krótki kurs samoobrony intelektualnej; N. Łubnicki: Nauka poprawnego myślenia; D. Hoffman: Krótki film o prawdzie i fałszu.

str. 19


Kto czyta, nie błądzi, ale czy czyta – tłum rozsądzi Jaki ze mnie książkoholik, skoro nie mam Instagrama, a liczba dzieł, które przeczytałam w 2016, ledwo sięga trzydziestki? Czasami dokucza mi dziwne wrażenie, że trafiłam na giełdę. Zewsząd wykrzykniki: „przeczytaj 100 książek!”, „52 albo i więcej! Na pohybel tym, którym słupki pokazują, że w Polsce się nie czyta.”, „Przeczytaj 26 książek w rok!” 2 książki na tydzień, jedna na 7 dni, jedna na dwa tygodnie... kto da więcej, no kto? Celebrycki żywot książek Hej, spokojnie, nie krytykuję; wprost przeciwnie – łapię intencje tych akcji i je doceniam. To piękne, że tylu ludzi przeprosiło się z książkami i sięgnęło po papierowy bądź elektroniczny wolumin, dokładając swoją cegiełkę do tego czytelniczego szaleństwa. Ba, ja sama już trzeci rok z rzędu kliknęłam deklarację #52bookschallenge. Ale nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze, że ilość często przedkłada się nad jakość. Jednocześnie męczy mnie przeczucie, że ze swoim marnym wynikiem trzydziestu, trzydziestu paru literackich dzieł w ciągu 365 dni nie dorastam do pięt niektórym z „prawdziwych czytaczy”. „Podejmij nasze wyzwanie dla prawdziwych książkoholików! Przeczytaj 100 książek w rok!” Serio? 100? Czy książkoholik to tylko ta osoba, która pochłania książki w ilościach

tekst: Dominika Gnacek – dominika.gnacek@o2.pl | zdjęcia: Magda Dubiel str. 20

hurtowych? Owszem, można czytać zachłannie, zaginając rogi, barwnymi plakietkami sygnując ważne fragmenty, tworząc puzzle z okruszków, plamiąc strony kawą, witając poranek z podkrążonymi oczami wystającymi ponad okładkę... Ale 100? A co z tymi, którzy czytają wolniej, średnio jedną pozycję na 3 tygodnie, ale za to z nabożeństwem studiują okładkę, głaszczą wymęczony grzbiet książki, dawkują sobie treść, smakują wyrazy, a książkowego kaca nie leczą, bo wiedzą, że to dobry symptom – symptom świetnej lektury? A może... miano mola książkowego przysługuje tylko osobie, która miesza gatunki bez strachu o  literacką niestrawność, błądząc po kategoriach i motywach, przeskakując od przykurzonej klasyki do bestsellerów raczkujących po księgarskich półkach? Ale wówczas pomijamy tych, którzy w trosce o zdrowie systematyzują swój czytelniczy apetyt, dokonując wstępnej selekcji i tworząc kilometrowe listy, na których królują tytuły kategorii MUST READ BEFORE. Czy ich holizm już nie dotyczy? Ja to chyba jestem niezgodna. Łączę w sobie wszystkie wymienione typy... Wyznanie prawie jak w grupie AA (anonimowych alkoholików). PRAWIE – bo czytanie już dawno przestało być anonimowe. Ba, anonimowość w tej kwestii jest wręcz passé. Bo co z tego, że ktoś ma na swoim koncie setki wartościowych pozycji bibliotecznych, skoro inne osoby nie zdają sobie z tego sprawy?


Dziś dość łatwo o łatkę książkowego ignoranta. Wystarczy zaniedbać PR-ową stronę swoich social mediów. Książka to wspaniały atrybut do zdjęć. A jeśli jest wysoko oceniana w rankingach, to już w ogóle +100 do intelektualnego image’u i +50 do atrakcyjności. Wystarczy wrzucić na insta fotkę z Behawiorystą i kubkiem kawy oraz opatrzyć ją chwytliwym hashtagiem, a lajki sypią się hurtowo. I już można odcinać kupony, uszczknąć dla siebie odrobinę blasku popularności autora. Ale tak się zastanawiam...czy zdjęcie książki to dowód na jej faktyczne czytanie? No bo widzicie, analogicznie – czy selfie z celebrytą to wystarczająca przesłanka za tym, że się z tą osobą zamieniło więcej niż trzy słowa? Szlachta czyta Człowiek to istota stadna, a internet stał się naturalnym środowiskiem pielęgnacji jego kolektywnej natury. Social media to scena, na której reżyseruje swoje występy tak, aby spełnić społeczne oczekiwania i tym samym odzwierciedlić system wartości grupy, w której funkcjonuje. Ostatnio – zaskakująco! – literatura przeżywa swój renesans i to ona staje się synonimem swego rodzaju „szlachectwa”. Myślę, że gdyby książkoholizm został obecnie zdiagnozowany jako jednostka chorobowa, zachorowanie oznaczałoby coś w  rodzaju nobilitacji. Na gruncie mediów społecznościowych wyrosła kultura, która hołduje słowom, odcinając się niejako od grupy nieczytających (stanowiącej w 2015 roku aż 63 procent społeczeństwa według raportu Biblioteki Narodowej).„Czytacze” odseparowują się od tych niechlubnych statystyk (Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki), domagają się spokoju (Czytam. Nie przeszkadzać), a fakt związku intymnego z osobą nieczytającą rozpatrują w kategoriach mezaliansu (Nie czytasz? Nie idę z  Tobą do łóżka). Warto zauważyć, że

część haseł (tytułujących popularne profile na Facebooku) jest jednak przekorna i stanowi przede wszystkim wyraz wspólnoty dusz oraz element zabawy. A zabawa to drugie imię książkoholika – bowiem wyzwanie ilościowe to niejedyna rękawica rzucona miłośnikom czytania. W sieci krąży multum przeróżnych wyzwań, które mają za cel dodatkowo urozmaicić przyjemność płynącą z obcowania z literaturą. Czasem te książki pogrupowane są gatunkowo, kiedy indziej takimi szczegółami jak rok wydania (na przykład książka wydana w roku, w którym się urodziłeś), inicjały autora (takie same jak Twoje) albo według wyrazu, który powinien znaleźć się w tytule (na przykład zwierzę w nazwie). Można także sięgać po te książki, które związane są z konkretnym kolorem, na przykład na styczeń biały, a w maju różowy, lub wybierać te nawiązujące do symboli poszczególnych pór roku. Tak narodził się także pomysł na „wyzwanie Rory Gilmore” (bohaterki serialu Gilmore Girls), w ramach którego należy przeczytać wszystkie tytuły, które przewijają się w fabule sitcomu. Rynek wydawniczy to kraina mlekiem i miodem płynąca, o czym świadczy popularność pudełek subskrypcyjnych takich jak EpikBox czy Moondrive Box, w ramach których zamawiający otrzymują książkę oraz gadżety z nią powiązane. Ale o tym może w następnym tekście... Wiecie, podobno na Facebooku ruszyła ostatnio akcja „Chcemy programu 500+ na książki!”. Popieram, to dopiero byłaby magia! Ale teraz... teraz to przydałby mi się program 500+ na znaki w tekście, bo już dawno przekroczyłam ich limit... Nie osądzajcie, dbam, byście mieli co czytać. W końcu kto czyta, nie błądzi, a ciekawość to pierwszy krok do... szlachectwa. Tego socialmediowego. Dobrze by było, gdyby to szlachectwo nie było tylko na pokaz.

str. str.21 33


Trzeba coś zbierać

Prowadzę prezentację z psychologii mediów. Pełna powaga i skupienie. Mój laptop jest podłączony do rzutnika. Nagle oczom studentów ukazuje się gigantyczna strona aukcji na eBay. Rzecz rozgrywała się o figurkę. Kilkanaście punktów artykulacji, świetna rzeźba, ale jednak – zabawka dla dzieci od siódmego roku życia (z uwagi na małe i ostre elementy). Na szydercze uśmieszki odpowiedziałem, że od lat zbieram figurki superbohaterów. Teraz trudno mi to zracjonalizować. Łatwiej byłoby w przedszkolu, w  którym wszystko się zaczęło. Inna sprawa, że zdobywszy pierwszą figurkę, nie miałem pojęcia, że wyraz „zracjonalizować” istnieje. Dostałem Batmana. Nie pochodził z Gotham City, a z kiosku Ruchu i był za mały, żeby przestraszyć nieobliczalnego Jokera. Joker był nieobliczalny w sposób dosłowny o tyle, że w jego roli występował Ronald McDonald. Jakkolwiek umowny, jako jedyny w historii Jokerów skutecznie pozbył się Batmana! Rzecz miała miejsce na placu budowy sabotowanym przez McJokera. Po nad wyraz brutalnej walce klaun wepchnął Batmana do pomarańczowej gruszki. Przez kolejne miesiące zaklinowany Batman grzechotał wewnątrz zabawki i nikt nie był w stanie go wygrzechotać. Pozostał w niej na dobre. Za to pierwszego Spider-Mana zgubiłem przed seansem Spider-Mana Sama Raimiego. Wyobraźcie sobie moje rozgoryczenie, kiedy po obejrzeniu filmu nie mogłem go odegrać moją figurką. Ktokolwiek odnalazł ją we wrocławskiej Koronie, był szczęśliwym człowiekiem.

Od kilku akapitów próbuję pokazać, że każda figurka ma swoją historię. A jaka jest historia figurek? Kiedy przychody z filmu nie wystarczają, producenci wypuszczają na rynek rozmaite produkty sygnowane popularną marką. Taką praktykę nazywa się merchandisingiem, a zabawki są jego częścią. Przy okazji premiery siódmych Gwiezdnych Wojen w warzywniakach można było kupić brandowane owoce. Zresztą Gwiezdne Wojny zarobiły na gadżetach więcej niż na filmach. Wysokonakładowa produkcja figurek znanych postaci stała się obowiązującym trendem. Figurki ratowały budżet DC Comics i Marvela podczas spadku sprzedaży ich komiksów. Wkrótce zaczęły wyznaczać losy superbohaterów. Jim Shooter, który władał Marvelem w latach osiemdziesiątych, stworzył Secret Wars. Tajne Wojny były pierwszym wydarzeniem, w którym udział wzięli Spider-Man, Fantastyczna Czwórka i cała reszta Marvelowskiego panteonu naraz. Shooter przyznał, że bohaterów zebrał tylko po to, żeby pokazać dzieciakom, jak mają się nimi bawić. Komiks, który miał zapisać się w historii jako pierwszy crossover, torujący drogę dla wybitnego Infinity czy przełożonego na filmową superprodukcję Civil War, był reklamą zabawek. Przed powstaniem klasycznej kreskówki, wybitnego filmu animowanego i kasowych produkcji o Transformerach istniała linia zabawek Hasbro. Podobną historię mają tak popularne marki jak G.I. Joe i He-Man. Nigdy nie usłyszelibyśmy najwybitniejszego wykonania piosenki What’s Going On, gdyby nie zabawki!

tekst: Dominik Łowicki – domilowi@gmail.com – tudominik.pl | zdjęcia: SHINIGAMI CUSTOMS str. 22


Zabawka a figurka kolekcjonerska Postawiłem na półce figurkę Iron Mana z  wyprzedaży. Wysłużony Spider-Man mierzył aż sześć cali, zatem wyglądał przy nim jak olbrzym. Kupiłem więc kolejnego pajęczaka, w dopasowanej skali 3,75 cala. Jak już miałem Iron Mana, głupio było nie dokupić Avengers. Na daną chwilę ekipa liczy pięćdziesiąt postaci. A mowa o samych bohaterach Marvela… To naprawdę nic w stosunku do około czterystu dwudziestu egzemplarzy Bartka Kosakowskiego znanego pod nickiem Shinigami Customs. Jego sentyment do figurek też pochodzi z czasów dzieciństwa, kiedy to marzył o Megazordzie składającym się w samochód. Właściwą kolekcję rozpoczął przez przypadek, kiedy w dwudzieste urodziny zobaczył w sklepie Scorpion Venoma z serii Spider-Man Classic. – Dałem za niego 65 złotych, co przyszło mi z ciężkim sercem. Zanim na dobre wciągnąłem się w zbieranie zabawek, przegapiłem wiele takich okazji cenowych, bo wydawało mi się drogo. Dzisiaj, kiedy większość figurek jest praktycznie dwa razy droższa, wydałbym tamte pieniądze bez mrugnięcia okiem. Wkrótce samo kolekcjonowanie przestało mu wystarczać. Natrafił na stronę FigureRealm, gdzie użytkownicy zamieszczają zdjęcia podrasowanych figurek nazywanych customami. – Wydawało się to na tyle ciekawe, że pewnego dnia wybrałem się do sklepu i zgarnąłem kilka figurek. Miałem resztki farb z gry bitewnej Władca Pierścieni. Efektem kilkugodzinnej zabawy był przemalowany Komandor Kobra. Nie miał doświadczenia w malowaniu. Wcześniej pomalował tylko kilka ludzików do bitewniaka, bo bał się popsuć resztę. Nie brylował na zajęciach plastyki. – Na szczęście wspomniane FigureRealm jest świetnym miejscem nauki fachu, pełnym wszelkiego rodzaju porad – od malowania, przez rzeźbienie, po naprawę i dorabianie stawów. Uczyłem się tam obchodzić z farbami, jak i tego, że warto umyć dokładnie figurkę przed malowaniem i co to w ogóle jest dry brush. Shinigamiemu zdarza się wykonywać customy na zamówienie, dla kolekcjonerów z całego świata. W filmach na YouTubie opowiada o tym, jak tworzy swoje dzieła sztuki. No właśnie – sztuki?

Dla właścicieli muzeów rzeźby z punktami ruchu stają się ciekawym eksponatem jedynie w  kontekście historii zabawkarstwa. – Byłem w kilku muzeach zabawek w Polsce i o ile dało się tam zobaczyć rzeczy sprzed kilkuset lat, o tyle współczesne zabawki kończą się na lalkach Barbie i klockach Lego, ignorując choćby Marvel Legends. Customizer wyobraża sobie wystawę figurek w galerii. Nawet figurki produkowane masowo są jego zdaniem dziełami sztuki. Według niego tacy producenci jak Diamond Select Toys, NECA czy Hot Toys dostarczają do domów piękne eksponaty. To rodzi pytanie, dlaczego w galeriach sztuki miałoby zabraknąć dla nich miejsca. Pewnego razu Shinigami dla żartu skontaktował się w tym celu z jedną z katowickich galerii sztuki współczesnej. – Postanowiłem zaproponować tej galerii coś z moimi zabawkami, bo uznałem ją za najlepszy przykład tego, co mnie bawi w dzisiejszej sztuce alternatywnej. Sami mnie do tego sprowokowali poważnymi wystawami o chlebie, smutnym żywocie kobiet i  artystycznych prowokacjach w  śląskich parkach. Niestety okazało się, że nawet w tak inkluzywnym miejscu nie patrzy się pozytywnie na Spajdermeny.

str. 23


Siedem strachów głównych Ludzie mogą komunikować się zarówno za pomocą znaków werbalnych, jak i niewerbalnych, lecz kluczem w całym tym schemacie są emocje. Według Paula Ekmana dzielą się one na cztery główne, które mają odzwierciedlenie w naszej mimice. Są to: strach, złość, smutek i niezadowolenie. Jednak emocją przewodnią dla poruszanej problematyki w tym artykule będzie strach… Strach rodzący się z zacofania i niewiedzy. A chyba wszyscy się zgodzą, że głupota i ciemnogród to największa kara dla człowieka… Najbardziej pierwotny rodzaj strachu to niewątpliwie ten przed śmiercią. Dziś także nikt nie jest w  stanie nam powiedzieć, co znajduje się po tamtej stronie – czy faktycznie, według przyjętych przez nas zasad religijnych, nasza dusza jest nieśmiertelna. Jeśli już, niezależnie od wyznawanych przekonań, wydaje nam się, że przyjęliśmy ten temat i jest w miarę w porządku, nie możemy znieść myśli o tym, co dzieje się z naszym materialnym dowodem istnienia – ciałem. Bo co, wkładamy denata do trumny i już koniec? Z czym to się je u Polaków Mitologia słowiańska jest bardzo bogata w przeróżne formy potworów, upiorów czy złych duchów. Dlatego Polska od dawna w Europie Zachodniej była znana ze strzygoni i innych dewiantów. Nic dziwnego – pogaństwo w podświadomości prostego chłopa znad Wisły tkwiło nawet poł tysiąca lat po przyjęciu chrztu. To, co ksiądz z ambony mówił na kazaniu – aby modlić się do Boga i się go nie lękać, bo każdy otrzyma rozgrzeszenie – nie przeszkodziło poczciwemu Jaśkowi wierzyć, że niektórzy mają „duszyczkę” o dualistycznej naturze. Jej pierwsza część jest tą, którą ma każdy jako istota stworzona przez Boga, a druga to ta pochodząca od diabła. W chwili śmierci ta dobra wędruje sobie w zaświaty, a ta zła zostaje, aby móc egzystować tu, z żywymi. Straszne, prawda? Gorzej, jakby ta zła miała moc wnikania w inne ciało. No, tu już byłby poważny problem. Ale kogo można było podejrzewać?

tekst: Weronika Warot – waarot@op.pl str. 24

Kogo się boją, tego nienawidzą Zacznijmy od aspektów wizualnych. Polacy jeszcze za żywota danego delikwenta lub delikwentki umieli oszacować, który bądź która może powstać w nocy z grobu. Była to niezwykła umiejętność, zważywszy na to, że doszukiwano się głębszego dna w każdym nawet minimalnym odstępstwie od wizualnej normy. Miał siniaki? Podejrzany. Nie wspominając, że jeśli przypominały fantazyjne wzory, jak na przykład nożyce, to taki jegomość mógł mieć naprawdę ogromny niefart. Dziecko urodziło się z w miarę wykształconymi zębami? Podejrzane. Sąsiad zza rogu ma krzaczastą brew, czyli – mówiąc slangiem – monobrew? Podejrzany! Tak więc w miarę jak ludzie zagłębiali się w defekty ciał, popadali w swoistą paranoję. Na nic miały się nawoływania osób bardziej światłych tłumaczące naukowe pochodzenie odmienności. Wszystkie obawy i strach przed wymienionymi w przykładach rozmaitościami natury wynikały przede wszystkim z mocno zakorzenionych dawnych wierzeń i zacofania. Jakby jeszcze dodać do tego tak liczne wybuchy epidemii, to nawet stary i poczciwy sklepikarz wydawałby się podejrzany. Dlaczego? Bo był na przykład innego wyznania. Kochanie, zakopałem dzieciaki! Pomimo występującego obecnie wielkiego postępu cywilizacyjnego nadal można usłyszeć o przedwczesnych pochówkach. Wyobraźmy sobie taką sytuację: Cierpimy na tak zwany płytki oddech. Wieczorem kładziemy się do łóżka z dobrą lekturą, przy której zasypiamy w trakcie czytania. Warto nadmienić, że jednym z objawów towarzyszących tej przypadłości jest zasinienie i bardzo mocny sen. Nabieramy więc niezdrowego kolorytu, można wręcz stwierdzić, że wyglądamy jak trup. Rano nasi najbliżsi lamentują, że odeszliśmy już z tego padołu, a my tak naprawdę smacznie, głęboko śpimy. Jakby dodać jeszcze do tego, że przedstawiona sytuacja zdarzyła się w czasie wybuchu epidemii, nie ma co liczyć na zawiłe procedury pogrzebowe – do trumny i szybko na cmentarz.


Tak też dawniej dochodziło do wielu tragicznych pomyłek. Przedwczesne pogrzeby były liczone w dziesiątkach. Dlatego zapanowała panika w  społeczeństwie. Szczególną uwagę zwracali na to przedstawiciele elit. Pół biedy, jeśli nieszczęśliwiec, taki jak na przykład poeta Francesco Petrarka, zapadł w letarg. Obudziła go z niego dopiero zmiana temperatury. On miał to szczęście, że w dobie renesansu taki eksces jeszcze został przyjęty do wiadomości. Bo kilka stuleci później, nie mógłby liczyć na taką dozę wyrozumiałości. Nawet nasz sławny rodak, Fryderyk Chopin, dał się wciągnąć w to czarne szaleństwo. Prośba o wycięcie jego serca i przewiezienie go do ojczyzny była podyktowana czymś więcej niż tylko tęsknotą. Obawiał się tego co większość tamtej epoki, a prosząc o wycięcie serca, miał gwarancję, że nie zostanie pochowany żywcem. Metoda na głoda Ale skoro wiemy, czego tak bardzo bali się ludzie, pora na istną wisienkę na torcie! Otóż, jak radzono sobie ze strzygoniami, wampirami, wąpierzami i innymi tego typu „gadzinami”? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy przenieść się ponownie na sielską, polską wieś. Tam w kanwie legend, mitów i religii powstawały przypuszczenia o pojawieniu się na przykład strzygonia. Strzygoń – bestia z pozoru niegroźna. Zazwyczaj czaiła się w cieniu nocy, w okolicach swojego domu i lamenciła żałośnie. Później, od czasu do czasu, pozwalała sobie wypić troszkę krwi konia czy krowy, no ale w końcu każdy musi utopić swoje żale w tym, co lubi. Głośnym echem odbił się przypadek z początku XX wieku spod Wielunia. Jeden z chłopów z pobliskiej wsi zapadł w coś w rodzaju letargu. Jak można się domyślić – wsadzono go do trumny, ale on miał to szczęście w nieszczęściu, że w porozumieniu z tradycją wystawiono jego ciało na widok publiczny w jednym z pomieszczeń domu. W godzinach nocnych czuwające nad nim kobiety ujrzały ruchy wybudzającego się jegomościa. Zaalarmowały całą wieś swoim wrzaskiem, że strzygoń powstał, a w ramach odsieczy przybył im z pomocą mały oddział uzbrojonych po zęby chłopów. Zatłuczono jednak „żywego denata” już na amen. Tak dla pewności odcięto mu jeszcze głowę, jak to radziliby jeszcze nasi pogańscy pradziadowie. Nie wolno jednak myśleć, że takie pomysły były domeną tylko wiejskiej ludności. Otóż

w średniowieczu w państwie krzyżackich Prus wybuchła zaraza. Jeden z zakonników musiał wyruszyć z poselstwem do Lęborka. Niemoc zmogła go jednak w czasie podróży, a jego współbracia czym prędzej wykopali mu dołek. Nieco się zdziwili, gdy zobaczyli po kilku godzinach odkopany grób. Całość procederu powtórzono kilkakrotnie, ale w końcu nawet ostoja świętości straciłaby cierpliwość. Jeden z mnichów przebił mieczem biedne ciało. I tu nasi pogańscy pradziadowie przybiliby sobie znowu piątkę, bowiem oprócz utrącenia komuś głowy nic tak nie powstrzymuje powstania z grobu, jak przebicie żelazem. Leć no po fachowca! Karty historii tym razem odkrywają przed nami istną czarną komedię. Czy nie jest zabawny fakt, że w całym tym zgiełku i strachu przed żywymi trupami i innymi bestiami, w połączeniu z zacofaniem, nawet wiara w Boga i Kościół nie potrafiły sobie same poradzić? Na koniec można jeszcze wspomnieć o baczach. Byli to łemkowscy znachorzy, którzy potrafili namierzyć grób kogoś, kto prawie na pewno będzie próbował powstać z grobu. Jak już zostało wspomniane – najbardziej niezawodną metodą radzenia sobie z potencjalnym „żywym trupem” było odrąbanie mu głowy. Niekiedy odnajdywane są groby, gdzie prawie każde ciało pozbawione jest tej części ciała – ot tak, na wszelki wypadek. Warto dodać, że to wszystko odbywało się „pod nosem” Kościoła, a nawet przy jego cichej aprobacie. Strach potrafi kształtować najdziwniejsze projekcje wydarzeń w naszym umyśle. W połączeniu z zacofaniem i wymieszaniem się wiary z zabobonami tworzy niebezpieczną mieszankę w naszych umysłach. Dobrze to widać na przytoczonych powyżej przykładach – nie dajmy się więc porwać temu szaleństwu i teraz, bo jak widzimy, niezależnie, czy wiek XIV, czy XX, strach może doprowadzić ludzi do chorego obłędu. Źródła: A. Węgłowski: Żywe trupy. Prawdziwa historia zombie; J. Zielina: Wierzenia Prasłowian; R.J. Davidson, P. Ekman: Natura emocji. Podstawowe zagadnienia.

str. 25


Cześć, jestem z internetu! Są wśród nas. Wyglądają jak wszyscy. To jednak tylko pozory. Kto taki? Radzieccy, przepraszam, rosyjscy szpiedzy? Reptilianie? Anonimowi zwolennicy brukselki? Nie. To znaczy nie wiem, nie wykluczam, że tacy też się ukrywają. Tym razem chodzi mi jednak o kogoś innego. Blogerzy, vlogerzy i inni wszelkiej maści szarlatani. Mogę ich tak nazywać i nie uważać, żebym kogokolwiek obrażał, bo sam do nich należę. Doceniam komfort tej sytuacji. Hello, world! W redakcji jest nas całkiem sporo, ale o tym zapewne już wiecie, bo być może trochę kojarzycie osoby tworzące „Suplement”, a nawet jeśli nie, to prawdopodobnie widzieliście przynajmniej podpisy pod naszymi artykułami. Każdy programista pisze kiedyś pierwszy kod, a każdy twórca internetowy publikuje pierwszy tekst, wideo czy cokolwiek innego. Potem w tym trwają. Dlaczego? Moje koleżanki i koledzy z redakcji podają przede wszystkim dwa powody: po pierwsze chęć ćwiczenia warsztatu dziennikarskiego, bo chyba wszyscy wiążą przyszłość z tym zawodem. Drugą motywacją jest natomiast pragnienie wypowiedzenia się, potrzeba ekspresji, dania upustu swoim myślom. Martyna, nasza redaktor naczelna, która wśród mnóstwa swoich aktywności znajduje także czas na współprowadzenie kobiecego bloga Fitmadmara, ujmuje to tak: Wydaje mi się, że każde przemyślane zdanie jest warte publikacji. Internet jest więc idealnym miejscem, aby podzielić się z innymi swoimi poglądami. Zastanowić się nad pewnymi kwestiami i skłonić chociaż jedną osobę do refleksji. Ważny jest też wachlarz możliwości, jaki daje internet. Od zawsze chciałem opowiadać historie wszelkimi możliwymi metodami, a internet nadaje się do tego najlepiej. Nie dość, że każdy może w nim tworzyć, to jeszcze na mnóstwo sposobów. Multimedialność to staromodne określenie, ale fajnie oddaje sposób tworzenia w internecie. Działalności dzielą się na takie, które można publikować w sieci oraz takie, które można będzie wkrótce – zauważa Dominik z portalu tudominik.pl. Wie, o czym mówi, bo oprócz operowania słowem pisanym dzielnie staje też przed kamerą, by opowiadać o filmach, książkach i szeroko rozumianej popkulturze. Tworzy też vlogi, które naprawdę potrafią urzec. Wymienione powody wystarczają, żeby założyć bloga czy kanał na YouTubie, ale do porządnej działalności trzeba czegoś więcej. Samo stworzenie swojego miejsca w sieci to chwila, ale potem trzeba je jeszcze prowadzić, najlepiej latami. Oczywistym jest, że pojawiają się problemy. Justyna z filmowego bloga Filmystic bez wahania wymienia systematyczność jako coś, co może być trudne do osiągnięcia. Trudno się z tym nie zgodzić. Z kolei Magda i Marta, które także są

autorkami spod znaku Fitmadmary, choć odpowiadały osobno, dość zgodnie wskazały na problem z przyjmowaniem krytyki. Jestem osobą nerwową i zazwyczaj na krytykę odpowiadam atakiem. Jednak przy działalności w sieci nie zawsze można sobie na to pozwolić – zdradza Marta, a Magda deklaruje, że ona z tym problemem już sobie poradziła. Osobną kwestią jest to, że łatwość rozpoczęcia działalności sprawia, iż konkurencja jest ogromna. Wspomina o tym między innymi Paweł, wchodzący w skład duetu tworzącego na YouTubie kanał Drzazga w Mózgu. Akurat on ma z tym chyba najmniejszy problem spośród członków naszej redakcji, bo współtworzone przez niego filmy osiągają po kilka, a czasem nawet kilkadziesiąt tysięcy wyświetleń. Prezentowany w nich humor jest jednak na tyle specyficzny, że dalsze poszerzanie grona odbiorców rzeczywiście może być problematyczne. Satysfakcja, sukces, sława! Z drugiej jednak strony chyba nikt nie żałuje mierzenia się z tymi trudnościami. Każdy odnosi jakąś korzyść i ma coś, czym może się pochwalić. Najbardziej jestem dumny z tego, co powstało tuż obok. Mamy małą społeczność skupioną wokół naszego kanału o nazwie Lekarze Dusz, robiliśmy już pierwsze spotkanie z naszymi subskrybentami, mamy grupkę dyskusyjną, aktywnych odbiorców – opowiada Paweł. To prawda. Na samym Facebooku do grupy gromadzącej sympatyków Drzazgi w Mózgu należy już prawie trzysta osób. Co więcej, zarówno polubienia ich strony na Facebooku, jak i subskrypcje kanału na YouTubie należałoby opisywać w już znacznie większych liczbach. Taki odzew musi być przyjemny. Z kolei Dominika cieszy co innego. Wszystko robię od początku do końca sam. Od obrazków po muzykę w moich filmikach. Realizuję, albo chociaż próbuję realizować, swoje pomysły i wyobrażenia i staram się jak najwierniej oddać moje poczucie estetyki i humoru. Nie mówię, że już mi się to udało, ale jestem coraz bliżej – mówi. Rzeczywiście, mnogość jego talentów jest naprawdę godna podziwu. Bloger i vloger w jednej osobie odpowiada także za portretujące nas rysunki, które widzicie przy tym artykule. Jeśli natomiast chcecie poznać jego zdumiewający talent wokalny (zero drwiny, serio!), znajdźcie na YouTubie piosenkę Koniec Klanu, której autorem także jest Dominik (twórcą teledysku zresztą też!). Inni wspominają na przykład o tym, że cieszy ich, gdy dowiadują się, że coraz więcej osób ich czyta, a Justyna dodaje, iż najbardziej dumna jest z artykułów, które wywołują powszechną dyskusję. Pech, porażka, przyszłość! Są więc liczne powody do radości, ale to oczywiste, że życie internetowego twórcy nie jest usłane różami. Część moich

tekst: Michał Denysenko – michal.denysenko@gmail.com – cogryziedenysa.blog.pl | grafika: Dominik Łowicki str. 26


rozmówców twierdzi co prawda, iż blamaże ich nie dotyczą. Martyna na pytanie o takowe odpowiedziała: Nie uznaję porażek, o które pytasz. Każda nieudana próba zaprowadziła mnie w ciekawe miejsce. Takie podejście jest mi co prawda bliskie, ale przecież nie wszystko w życiu zależy tylko od nas. Dominik wyznaje: Nienawidzę nazwy mojej domeny. Co roku rozważam rebranding, po czym brakuje mi inwencji i ostatecznie zostaje ten nieszczęsny, infantylny, egocentryczny i słusznie lekceważony tudominik. To było okropne, kiedy zaraz po moim zakupie domeny popularna sieć dyskontów zapowiedziała, że jej usługi telekomunikacyjne będą się nazywać »tu Biedronka«. Jeśli więc ktoś z Was zastanawiał kiedyś, czy sieciówka może zepsuć koncepcję początkującemu blogerowi, to już zna odpowiedź. Magda z Fitmadmary porusza natomiast kwestię, o której każdy twórca powinien zawsze pamiętać. Dla mnie największymi wpadkami są te, w których przez pomyłkę popełniam błędy ortograficzne. Sama dla siebie staram się być perfekcjonistką, dlatego często mocno najadam się wstydu, kiedy ktoś wysyła mi screeny z komentarzem »masz tutaj błąd« – opowiada. Marta stanowczo ją popiera (czy ktoś jeszcze jest zdziwiony, że te dziewczyny blog prowadzą wspólnie?!). To o tyle ważne, że teksty z głupimi błędami są po prostu źle odbierane. Tego typu pomyłki zwyczajnie zniechęcają do dalszej lektury. Tymczasem twórcy internetowi pragną działać dalej, rozszerzać swoją aktywność. Pytani o plany i marzenia z tym związane, mówią o zwykłym kontynuowaniu tego, co już jest, ale też wspominają o pomysłach na nowe dla nich pola działalności. Moim marzeniem jest znaleźć więcej czasu, aby móc nagrywać filmy z udziałem Fitmadmary. Naszym planem jest nagrać film promujący naszą twórczość. Chciałabym również przeprowadzać więcej wywiadów, bo uwielbiam dialog i cenię sobie każdą mądrą wymianę zdań, która może mnie czegoś nauczyć, pozwolić spojrzeć na świat jeszcze raz – zdradza Martyna. Z kolei Dominik, po raz kolejny zaskakując, opowiada: Mam pomysł na kilka formatów na YouTubie. Jednym z najambitniejszych z nich jest paroodcinkowy serial dokumentalny, dla odmiany wreszcie nie o mnie, tylko o dużo bardziej interesujących ludziach. Myślę o tym od dłuższego czasu, ale nie wiem, czy teraz byłbym gotowy samemu ogarnąć realizację. Podczas gdy on myśli o kolejnej niesamowitej rzeczy pod własnym szyldem, inni marzą o karierze poza internetem. W przyszłości wyobrażam sobie siebie na stanowisku w redakcji gazety (papierowej!). Jestem ogromną zwolenniczką prasy i uważam, że to najważniejsze i najstarsze medium. Nie chcę, by kiedykolwiek upadło, chociażby za sprawą sieci. Nie wyobrażam sobie życia bez gazet. Chcę współtworzyć prasę – wyjaśnia Marta. Magda natomiast, fitmadmarowa Mad, skupia się na misji współtworzonego przez nią bloga. Planujemy powiększać zasięgi, zachęcać do czytania, nie tylko nas, ale również innych

blogów czy książek. Chcemy zasiać w ludziach ciekawość świata, która stopniowo zanika w społeczeństwie – mówi. Pytana o to, jak jest ze słynnymi „lajkami”, dodaje: Wszystko, co robię w życiu, wynika z pewnej misyjności, która towarzyszy moim myślom. Piszę, bo to kocham, nie dla ilości polubień na Facebooku. Jakiś czas temu odkryłam swoją kolejną pasję, jaką jest fotografowanie. Na naszym blogu coraz częściej korzystamy ze zdjęć mojego autorstwa, ponieważ chcemy pokazać, że jedno hobby nie wyklucza innego. Wręcz przeciwnie – można je łączyć i sprawiać, że życie jest jeszcze piękniejsze. O przywiązaniu do polubień wszyscy zresztą wypowiadają się w podobnym tonie. To nie jest najważniejsze. Dużo większe znaczenie mają opinie dotyczące tekstów czy też filmów. Chyba najlepiej temat ten zamyka Paweł, mówiąc przekornie: Za milion lajków byłbym w stanie usunąć kanał. I ja to szanuję. Zostaw łapkę w górę! Teraz już wiecie, kim jesteśmy, co robimy, jak i po co. Pozostaje jeszcze raz powtórzyć, gdzie możecie nas znaleźć. Justynę i jej recenzje, nie tylko filmów, dorwiecie pod adresem filmystic.pl. Warto poczytać jeszcze przed wyprawą do kina albo tuż po niej. Wszak każdy po seansie ma swoje przemyślenia i chciałby je skonfrontować z opinią kogoś innego. Ona daje taką możliwość. Poszukując niebanalnego, momentami absurdalnego, a  często także kontrowersyjnego humoru, koniecznie odwiedźcie na YouTubie kanał Drzazga w Mózgu. Tam z podejrzanymi uśmiechami już czekają na Was Paweł i Bartek, drugi twórca Drzazgi. Po kobiecą perspektywę podaną przystępnie, ale i z klasą, zajrzyjcie na fitmadmara.pl. W tym miejscu traficie na Martę (Fit), Magdę (Mad) i Martynę (Marę). Jeśli jednak najdzie Was ochota na tworzone męską ręką, niebanalne teksty, urzekające vlogi czy serwowane w różnych formach rozważania na temat popkultury, szukajcie w sieci miejsc oznaczonych logiem tu Dominik. Za nimi wszystkimi stoi Dominik (cóż za zaskoczenie!). Wreszcie, gdybyście akurat chcieli przeczytać więcej tekstów pisanych stylem niżej podpisanego, odwiedźcie cogryziedenysa.blog.pl. To tam tworzy matematyk lubujący się w pisaniu, życzliwy i krytyczny jednocześnie obserwator rzeczywistości, od jakiegoś czasu cynizm zastępujący optymizmem. To właśnie ja. Znajdźcie nas wszystkich!

str. 27


Dobra wieść, kiedy niosą jeść Jeśli zająłeś już przynależne Ci miejsce (oby nie na szarym końcu) i czekasz niecierpliwie, aż wniesiona zostanie kuropatwa, pozwól zaproponować sobie listę dań dnia pióra Wespazjana Kochowskiego: Kapłon przed gody albo mięsopusty, Schab karmnego wieprza tłusty. Nie odrzucę wołowej pieczeni Lub i skopowej w jesieni, Lub z sałatą cielęcina, lub na powtórki Przy sałacie i ogórki. Najsampierw o gościnności. Szlachcic polski samotności nie lubił. Niestety dwory pojawiały się z rzadka, nie pozostawało zatem nic innego, jak czekać albo wsiąść czym prędzej do karocy lub wozu i wybrać się z wizytą, a raczej wyprawą, bo stan dróg nie sprzyjał podróżującym. W każdym razie – jeden tam, drugi sam. Tak być nie może. Zwłaszcza jeśli wizyta bliskiego sercu szlachcica gościa to radosne wydarzenie dla wszystkich mieszkańców dworu czy dworku. Na stole pojawiały się skarby piwnic i spiżarń. Ale uwaga! Należy pamiętać, aby nie nadużywać gościnności. Wiadomo – „gość i ryba trzeciego dnia cuchnie”. A może kuropatwę? Polska kuchnia była zarówno obfita, jak i wystawna. Kiedy Ludwika Maria Gonzaga wyruszyła z Paryża do Warszawy, aby poślubić Władysława IV, zatrzymała się między innymi

w Gdańsku, gdzie przygotowano ucztę dla przyszłej królowej. Przypraw nie szczędzono, co Polakom przypadło do gustu. Jednakże Ludwika Maria zjadła zaledwie dwie kuropatwy (przyrządzone po francusku) i pozostała głodna, lecz mocno przyprawionych polskich potraw nie tknęła. Gdy królowa ucztowała w warszawskim pałacu marszałka królewskiego dworu, Adama Kazanowskiego, srebrna fontanna stojąca na środku tryskała wodą w różnych zapachach, a gdy nakryto do stołu, popłynęło z niej wino. Smaki i pilnowanie kredensu Gustowano w potrawach pikantnych, kwaśnych, słodkich oraz oczywiście tłustych. Przyprawy sypano garściami. Dania były mieszaniną smaków. Jeśli zaś chodzi o same uczty, to Guillaume de Beauplan pisał, że kiedy goście i ich służący spożyli już wystarczającą ilość wina, a nawet jego nadmiar, pozwalali sobie na wiele. Wycierano na przykład tłuste talerze w tapety czy kontusze. Jedynie służba odpowiedzialna za srebra była zobowiązana zachować trzeźwy umysł. Ktoś w końcu musiał pilnować kredensu (tak nazywano specjalne pomieszczenie do przechowywania zastawy). Sala zamknięta była na klucz. Serwety przyszyte zostały do obrusów. Z kredensu, często osłoniętego balasami, kredencerz podawał usługującym talerze, półmiski, misy, puchary i kielichy z nierzadko widniejącymi na nich cyframi, herbami bądź monogramami. Mimo to zdarzało się, że wybrane części zastawy znikały na dobre.

tekst: Monika Szafrańska – m.monikaszafranska@gmail.com – bibliotekamysliblog.wordpress.com str. 28


Czerniecki podaje do stołu Jak przygotować rybę w jednym kawałku, nierozkrajaną, jednocześnie ze smażoną głową, warzonym środkiem do rosołu i  pieczonym ogonem? Stanisław Czerniecki, autor Compendium Ferculorum, ma na to sposób! „Weźmij szczukę, jako wielką chcesz, ogol trochę od głowy, w srzodku zostaw łuszczkę, od ogona też trochę ogol, spraw, natkniej na rożen mięśny, ten srzodek z łuszczką, obwiń chustą a obwiąż sznurkami, zmaczawszy tę chustę w oććie winnym osolonym, potrząśnij też solą głowę i ogon, a przyłoż do wolnego ognia, piecz a obracaj, miej ocet winny, solony w rynce przy ogniu, ktoryby wrzał, a polewaj nim często tę chustę, którąś obwinął szczukę, głowę też wcześnie pozynguj oliwą albo klejem, albo masłem, a potrząśnij trochę mąką pszenną, i drugi raz, i trzeci raz to czyń, to się smażyć będzie, a ogon na ostatku, gdy się rumienić pocznie, pozynguj także czym chcesz, ale mąką nie potrząsaj, a gdy rozumiesz, że już gorąco, zdejmij z rożna, chustę odwiń, będziesz miał szczukę smażoną, warzoną i pieczoną”. Bigos Mickiewicza W kociołkach bigos grzano. W słowach wydać trudno Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną: Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek, Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek. Aby cenić litewskie pieśni i potrawy, Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy. Przecież i bez tych przypraw potrawą nielada Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych składa. Bierze się doń siekana kwaszona kapusta, Która wedla przysłowia, sama idzie w usta; Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa; I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie Soki żywe, aż z brzegów naczynia war pryśnie I powietrze dokoła zionie aromatem. Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem Zbrojni łyżkami, biegną i bodą naczynie. Miedź grzmi dym bucha bigos jak kamfora ginie, Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów. Źródła: A. Kleśta-Nawrocka: Kucharz doskonały. Historyczno-kulturowy fenomen kuchni staropolskiej; M. Lemnis, H. Vitry: W staropolskiej kuchni i przy polskim stole; M. i J. Łozińscy: Historia polskiego smaku. Kuchnia, stół, obyczaje.

str. 29


Gdzie są Twoje postanowienia? Początek nowego kalendarza wiszącego na ścianie w kuchni to moment, kiedy większość ludzi budzi się i twierdzi, że już im brakuje sił do tego, aby realizować długą listę, która miała ich motywować każdego dnia. Miała – czas przeszły. Bo już zmieniło się coś, w co wierzyli – ich własne możliwości. Dlaczego dzieje się tak, że w końcówce starego roku uparcie twierdzimy, że nowy okaże się lepszy, a często wcale taki nie jest? Ludzie robią sobie zbyt wielkie nadzieje w związku z własnymi oczekiwaniami. Często do tego stopnia, że te z góry skazane są na niepowodzenie. Postanowienia są niezmienne jak kolejne miesiące, podczas których odkładamy nasze obietnice na bok. Począwszy od diety, pójścia na siłownię czy zdrowego odżywiania w myśl ery bycia fit, poprzez nabywanie nowych, pozytywnych cech, które w wyraźny sposób zdominują nasze wady, kończąc na...? No właśnie, podpowiedz mi, bo na pewno doskonale wiesz, o czym mówię.

tekst i zdjęcia: Magda Dubiel – magdadubiel5@gmail.com – fitmadmara.pl str. 30

Motywacja – to tylko w książkach Zawsze od czegoś trzeba zacząć. Jak już spisaliście listę własnych myśli, powiesiliście ją w widocznym miejscu lub odpowiednio głęboko schowaliście przed światem, czas przejść do jej realizacji albo nawet jej braku. Siedzenie i myślenie nad ich sensem raczej nie sprawi, że zrealizują się one za nas. Z całą pewnością to jakiś początek, albo nawet ciąg skutkujący może kolejnym rokiem, w którym straciliście czas. A może warto skończyć z pesymistycznym podejściem do życia i przejść w stan bycia optymistą? Dlaczego nam się nie chce? Wynika to przede wszystkim z rozproszenia, które pojawia się zazwyczaj w naszych sercach po grudniowych podbojach rzeczywistości. Niby wszyscy wiedzą, że należy wziąć się do pracy, więc z tego tytułu lista oczekiwań wobec siebie staje się zbyt długa. Ludzie pragną zrobić o wiele za dużo, co skutkuje swoistym rozproszeniem wszystkich tych postanowień. Nie potrafią skupić się na jednym, bo lista ma o wiele więcej


pozycji do zrealizowania. Psychologowie radzą, że nie należy brać na siebie zbyt wiele – tylko to, w co faktycznie jesteśmy w stanie uwierzyć, a następnie zrealizować. A zaczyna się od... wiary we własne możliwości. Od pozwolenia sobie samemu na realizację marzeń oraz mniejszych celów. Bo wszystko zaczyna się od momentu, w  którym zdamy sobie sprawę z tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, a na trudniejsze trzeba poświęcić po prostu więcej czasu. Świetnym początkiem może być odpowiednia lektura, która pomoże nam uwierzyć w siebie. Idealna staje się książka pod tytułem Wielka magia autorstwa Elizabeth Gilbert. Te 335 stron sprawia, że naprawdę czytelnicy wierzą w każde słowo zawarte w tym dziele i zdobywają siły, których wcześniej nie byli świadomi. Jest to swoiste natchnienie do tego, aby żyć... kreatywnie! Co to właściwie oznacza? Są to filary, jakie powinny towarzyszyć ludziom każdego dnia. Odwaga, czary, pozwolenie, wytrwałość, zaufanie oraz boskość. Sześć wartości, które chcą zostać zauważone i sprawić, że staną się fundamentem ludzkiego życia. Będą na dobre i złe, po to aby pomagać ludziom. Czym jest kreatywność? Relacją pomiędzy człowiekiem a tajemnicami natchnienia. Wszystkim tym, co na co dzień jest niewidoczne dla oczu, a bardzo potrzebne dla serca. A może by tak dobierać przyjaciół? Po odnalezieniu chęci do działania następuje czas, żeby przejść do czynów. Z ratunkiem idzie do nas Dale Carnegie wraz ze swoimi dziełami, między innymi Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi oraz Jak przestać się martwić i zacząć żyć. Obie te pozycje stają się równie ważne dla tego, aby zacząć zmieniać świat i realizować listę z lodówki. Często dobrym bodźcem są ludzie, którzy otaczają Ciebie, mnie i nas. Rodzina i przyjaciele z rzeczywistego i wirtualnego świata. O tym, że trzeba ich rozsądnie Dobierać – pewnie wiecie już sami. A wiedzieliście, że to właśnie kontakt z ludźmi sprawi, iż z czystym sumieniem i spokojem będziecie odhaczali kolejne wykonane postanowienia? A może nawet dopiszecie nowe?

To przykre, że zawsze pod koniec roku, gdy robię bilans zysków i strat, stwierdzam, że się nie udało. Coś zazwyczaj udaje mi się zrealizować, ale nie jest to cała lista. Zazwyczaj ma na mnie wpływ otoczenie i presja, jaką ono wywiera. Może zbyt wiele wymagam od nowego roku, a niedostatecznie się na nim skupiam? Mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Odpowiedź przeciwstawną otrzymałam od mojego życiowego motywatora – taty. Postanowienia noworoczne to część mojego planu na nowy rok. Od wielu, wielu lat zagłębiam się we własne myśli i definiuję marzenia. Nie wszystkie udaje mi się zrealizować w stu procentach, ale pozwalają mi one na rozwijanie siebie jako człowieka, dają motywację do stawania się lepszym i są motorem napędowym całego mojego życia. Sekret życia: to żaden sekret – on przenika całe Twoje życie W końcu ona, niezastąpiona Regina Brett. Autorka wielu cytatów i myśli na każdy dzień roku. Sprawia, że uśmiech sam pojawia sie na ustach. Pośród wszystkich pokus, które czyhają na nas, coraz trudniej jest być wiernym swoim przekonaniom. Jednak wytrwałość, konsekwencja i motywacja – w całkiem spójnym trio – staną się kluczem do sukcesu. Twojego prywatnego i Twoich bliskich. Może warto powiedzieć o swoich postanowieniach komuś jeszcze, co sprawi, że wewnętrzna motywacja będzie jeszcze silniejsza? Mój znajomy wyznał mi ostatnio, że rzuca nałóg palacza i nigdy, przenigdy nie zobaczę go w nikotynowym towarzystwie. Jeśli jednak będzie inaczej, dostanę od niego 1000 złotych. Myślicie, że moje konto bankowe zostanie zasilone? Mam nadzieję, że nie! Informacja, myślenie i działania mogą sprawić, że Twoje cele będą na tyle silne i warte realizacji, że sam w nie uwierzysz. To od Ciebie zależy, czy będziesz bogatszy o nowe doświadczenia, czy biedniejszy o brak wiary w siebie. Jak mawia moja mentorka: Przestań wierzyć, że coś Cię ogranicza. Możesz dalej szukać wymówek albo wreszcie zacząć działać. Wybór należy do Ciebie.

Egoizm? Poproszę! Kiedy wraz z chęcią i motywacją pojawi się uśmiech na twarzy – wtedy będziecie czuć, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. A kiedy pokochacie swój umysł, całkiem przypadkiem może okazać się, iż na ten moment czekaliście. Na moment realizacji założeń, które mogą stać się częścią Waszego życia. Jest to całkiem prawdopodobne, jeśli odpowiednio dobrze zadbacie o… swoje myśli. Autorami książki pod tytułem Egoizm to nie grzech są Dagmara Skalska oraz Marcin Wąsik. Ona – z pozoru zwykła, do czego całą pewnością można dopisać przedrostek „(nie)”, podczas gdy on obdarowany został mianem jej nauczyciela. Oboje w duecie i każdy z osobna chcą nam przekazać wiarę i siłę płynącą z życia. Razem stworzyli małą biblię życia, z którą warto się zapoznać. Najlepiej przed tworzeniem listy must have na nowy rok. A jak jest z nami? O to, jak to jest z realizacją naszych marzeń, zapytałam studentkę ostatniego roku (jej wiek to 24 lata), wykazującej w swym zachowaniu dużo chęci do życia. Co roku tworzę listę postanowień noworocznych, których zazwyczaj nie spełniam.

str. 31


Przekleństwo jest w każdym z nas Obecnie świat znajduje się w stanie rozkładu i funduje nam podwójne przekleństwo. Jest ono wszędzie, w każdym z nas, tylko nie zawsze się ujawni (…) Dlatego nie wpadajmy w euforię, jeżeli jesteśmy chwilowo szczęśliwi i pewni, że wszeteczeństwa i łajdactwa tego świata są od nas odległe, gdyż z czasem będą się do nas zbliżać, usiłując ogarnąć nasze dusze i ciała. Brońmy się przed tym, hołubiąc dobro i gniotąc w zarodku zło.

Tematyka dotyczyć miała w głównej mierze polityki i gdyby na polityce się kończyło, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na jej przeczytanie. Destrukcyjny wpływ wydarzeń historycznych na indywidualny ludzki los zabrzmiał już bardziej zachęcająco, gdyż owo zdanie (znajdujące się na okładce książki) wzbudziło we mnie nadzieję na przemyt psychologicznych treści.

Dawno, dawno temu, zakochana w kryminałach, pochłaniając kolejne dzieła Harlana Cobena, czułam, że uzależniam się od tego specyficznego poczucia niepokoju, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy sięgałam po jego kolejne książki. Zawsze, gdy dochodziłam do ostatniej strony, miałam wrażenie, jakby za nią stał mój mały koniec świata. Może przesadzam, jednak mniemam, że wiecie, o jakie poczucie pustki mi chodzi. W pewnym momencie mojego życia przerzuciłam się na książki psychologiczne, socjologiczne i coachingowe. Były emocje, ale nieporównywalne. Tęskniłam za tym odczuciem, które dostarczały mi kryminały. Dziękuję, Panie Grabowski. Pańskie Podwójne przekleństwo (wyd. Novae Res) podarowało mi na właśnie to emocjonalne poruszenie, a to naprawdę dokonały prezent.

Dwa światy w jednym Głównymi bohaterami są Andrzej Więckowski, dziennikarz warszawskiego wydawnictwa, oraz Abdul Alim, młody muzułmanin. Ich wątki zgrabnie przeplatają się przez całą powieść. Andrzeja poznajemy jako bardzo ambitnego, zdecydowanego i zdeterminowanego poszukiwacza prawdy o współczesnej sytuacji politycznej w Polsce. Przekonuje on swojego redakcyjnego szefa do podjęcia tematu tajnych więzień CIA, które miały być rzekomo osadzone na terenie kraju. Andrzej rysuje nam się jako mężczyzna odważny, skłonny do poświęceń i, do pewnego momentu, stroniący od brawury. Autor pokazuje nam jego wewnętrzną walkę – walkę między potrzebą odkrycia prawdy a chęcią zadbania o swoje uczucie do przyszłej małżonki i ich wspólnego dziecka. Nie mogę zdradzić, które pragnienie wygrało, ale był to zdecydowanie jeden z najbardziej interesujących wątków psychologii w praktyce, z jakim dane było mi się spotkać. Abdul to młody mężczyzna wychowujący się w wierze muzułmańskiej. Jego historia rozpoczyna się od odstąpienia

Wiedziałam, że autor książki nie jest znanym pisarzem, nie należy do starych wyjadaczy, a sama książka to debiut. Te wszystkie fakty podświadomie nastawiły mnie do tej publikacji nieco z przymrużeniem oka, by nie powiedzieć litościwie.

tekst: Katarzyna Sroka – ksroka94@gmail.com – sferarozwoju.wordpress.com | zdjęcie książki: Katarzyna Sroka str. 32


od samobójczego zamachu na terenie lotniska. Mimo swojej słusznej decyzji zostaje schwytany i wtrącony do więzienia. Zaostrzony rygor zostaje przerwany przez złożoną mu propozycję współpracy, której przyjęcie miało oznaczać dla niego koniec karnej gehenny. Abdul jest nam przedstawiony jako człowiek bystry, cierpliwy oraz wyjątkowo opanowany. Te cechy niewątpliwie nie raz ratują mu życie. Jakie jednak konsekwencje stoją za zgodą na zaoferowaną mu pracę? Psychika pod kontrolą Akcja rozwija się długo. W pewnym momencie można zastanawiać się, czy ona kiedykolwiek dotrze do jakiegoś punktu kulminacyjnego, w którym można krzyknąć: „A, więc to tak! Niemożliwe!”, który zaś to okrzyk i niedowierzanie sprawią, że nabierzesz silnej ochoty, by dowiedzieć się, co będzie dalej. Tak długo przeciągająca się akcja wymaga jednak sporej dawki cierpliwości. Powieść sensacyjna zobowiązuje nas też choć trochę do nabycia specjalistycznej wiedzy – w tym przypadku warto byłoby zapoznać się z podstawowymi informacjami o strukturach polityki wewnętrznej. Co możecie dostać w zamian? Trudno powiedzieć, by powieść sensacyjna mogła być lekką książką do poczytania w zimowe wieczory, jednak Podwójnego przekleństwa naprawdę nie można zaliczyć do tych obciążających psychikę tekstów, po których czujesz

się przygnieciony, masz objawy depresyjne czy też nie możesz spać po nocach, do tego stopnia przeżywając losy poznanych bohaterów. To jest powieść, która w kwestiach polityczno-państwowych dała mi wiele do myślenia i zrobiła to nieco subtelniej niż na przykład Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego, ale też nie obciążyła treścią jak Blackout Elsberga. Jest to powieść obnażająca wewnętrzną batalię człowieka, która to batalia nigdy i w żadnej psychologicznej książce nie będzie przedstawiona tak, jak w praktyce, w przypadku konkretnej jednostki. Jest to powieść, którą przeczytasz i nad którą nie będziesz musiał się głowić. Może trochę sfiksujesz i zaczniesz znowu szperać w internecie o teoriach spiskowych, ale i odkryjesz na nowo złożoność i fenomen ludzkiej psychiki. Podwójnie zachęcam. Psychologię poniekąd studiuję, a teorie spiskowe są miłą odskocznią. Ile można oglądać kotków w sieci?

str. 33


Jedna kreska Nie będzie dzisiaj o Requiem dla snu. Mimo to muszę zadać Wam jedno pytanie: Wiecie, ile dzieli nas od zagłady? Jedna kreska. Chociaż to wizja lekko przesadzona, godna Efektu motyla, to jednak ma dużo sensu, gdy zauważymy pewną różnicę w dwóch słowach… Są one mocno połączone z nowoczesnym światem. Przedstawiają pojęcia z dziedzin nauki – mimo że powiązanych, to jednak odrębnych. Oba zawierają trzy litery – wybrzmiewa w nich wielki świat. W wierszu tworzyłyby nawet rym męski. O jakie frazy chodzi? Cóż, o te, o które walczą „zieloni” oraz nowo narodzeni coache/psychologowie spod znaku profesora Freuda. Przed Państwem walka między ECO a EGO, którą postaram się przedstawić z  bardzo sceptycznego punktu widzenia. Zaznaczam: nie mam na celu określać, który z oponentów jest dobry, a który zły. To zostawiam Wam. (Napisałem ten tekst, nie każcie mi jeszcze za Was myśleć!). Różnice w budowie i znaczeniu Jak widać na obrazku zamieszczonym nad artykułem, różnica jest niewielka. Ot, jedna kreska w środkowej literze. A zmienia nie tylko znaczenie słowa, ale i znaczenie życia. I tak jak ono ma dobre i złe strony. ECO to połączenie z Gają, dbanie o środowisko, bycie jednością z naturą. EGO jest trochę bardziej rozbudowane. Teoretycznie to jedna z trzech struktur osobowości, często pojmowana jako „Ja”. To część nas, którą jesteśmy na co dzień; ta, która myśli i działa w teraźniejszości.

tekst: Miłosz Koenig – koenig.milo@gmail.com | grafika: Krzysztof Borecki str. 34

Co oznacza tylko tyle: liczy się obecna chwila. Niektórzy mogliby nazwać tę część „YOLO” (ang. You Only Live Once). Żyje się tylko raz – przynajmniej w odniesieniu do większości wierzeń czy przemyśleń agnostyków/ateistów. Tylko co potem? I nie chodzi o miejsce uświęcone / wieczne potępienie / bezkresną pustkę. Potem nastaje nowe życie, przekazane dalej. Czy egzystencja potomków nas obchodzi? Ziemia dla Ziemian! Według pojęcia ECO – powinna. Ekologia z greki to połączenie słów dom i prawo. Raczej nie chcielibyśmy, żeby dom, który nam przekazują przodkowie, był w stanie katastrofalnym. Tak samo nie chcielibyśmy, by nasz glob – który jest największym odpowiednikiem naszego domu – zszedł na skraj tragedii. Ekolodzy biją co chwila na nowe alarmy. Dlaczego zatem im nie ufamy? Możliwe, że przez niechęć do zmian w sposobie życia. Na siłowniach czy w domowym zaciszu, podbudowani argumentami EGO, próbujemy zrobić dwieście przysiadów, żeby wyrobić ciało – idealny awatar naszego jestestwa. A jednak ciężko schylić się po papierek, który upadł. Inny przypadek pochodzi z książki Gringo wśród dzikich plemion Wojciecha Cejrowskiego (można go lubić lub nie, jednak odmówić mu dobrej argumentacji nie mogę). Podawane tam przykłady z dzikimi zwierzętami połykającymi worki nylonowe wyglądające jak meduzy czy nakrętki od napojów łudząco przypominające soczyste owoce egzotycznych roślin może „zalatują” odległymi przygodami i fikcją pisarską. Możliwe.


Więc dlaczego wierzymy w samodoskonalenie i skupienie na celu? Celu, jakim jest nasza osoba, czy nawet społeczność (z chwili obecnej), utrwalona w dalekich ideałach – tak dalekich, że trzeba poświęcić więcej niż tylko własne siły, aby doszło do skutku. Przecież poprzednim pokoleniom się udawało, dlaczego zatem nam ma się nie udać? A ci ekolodzy przecież wymyślają to, żeby tylko było wokół nich głośno, i zrzucają na nas obciążenia związane z korzystaniem z dobrodziejstw, jakie oferuje świat. To prawda. Patrząc nawet przez pryzmat Pisma Świętego (napisanego przez EGO pod wpływem teoretycznego SUPEREGO), Ziemia została dana we władanie człowiekowi. I  to my z  niej korzystamy według własnych upodobań. Czy na pewno? A ograniczenia w spalaniu? Rodzaje żarówek? Kary za złamanie przepisów? Wegetarianizm jako moda, a nie chęć zapobieżenia cierpieniu zwierząt? Przecież nie tak nas uczono od zarania dziejów.  

Myślimy – to nie są ekolodzy. Ekolog to ktoś, kto zmienia i walczy w terenie o środowisko, a nie skanduje na środku ulicy. Darwin byłby dumny Jednak ich myślenie jest inne: oni sądzą, że tak jak w słowie, tak i tutaj jedna kreska, którą może być każdy z nas, jest w stanie coś zmienić. Inni znowu pomyślą: „Nie zmienię nic, dobrze mi tak, jak jest; przesadzają – skoro natura jest taka silna, to wytrwa, a że my jesteśmy jej częścią, to damy radę”. Co myślę ja? Bądźmy EGO ergo ECO. Myślmy o nas jako przyszłości, którą nam stworzono, i przyszłości jako teraźniejszości, którą my tworzymy. Na koniec dodajmy jedno słowo do pojedynku: EVO. Wyjdźmy i ewoluujmy ponad to, co nas dzieli, i skupmy się na życiu. Bo o to tak naprawdę chodzi.

Polityka ECO czy EGO-polityka? Temat pogarsza zła polityka. O tym nigdy nie napiszę, jednak jeśli na coś narzekać, to zawsze na nią. Co śmieszne, według jednej z kluczowych postaci w filozofii i polityce, Hannah Arendt, polityka to dbanie o przyszłe pokolenia. Czyli znów ECO, a nie, jak nam się wydaje w większości przypadków, EGO. Chodzi mi też o politykę prowadzoną przez organizacje, które wspierają jedną bądź drugą stronę. Mało kto lubi demonstracje, tym bardziej kiedy oskarża się każdego z nas o udział w skażeniu i niszczeniu domu, jakim jest nasza Ziemia.

str. 35


Cicha apokalipsa

Ziemia drży. Drapacz chmur przewraca się majestatycznie, w zwolnionym tempie, przy akompaniamencie dramatycznej muzyki, przykrywając całe (oczywiście amerykańskie!) miasto chmurą popiołu. Albo gigantyczna fala zalewająca cały świat, czyli pół Ameryki Północnej. Wizje apokalipsy były przeróżne. Jednak prawdziwy koniec świata może być nadzwyczaj… cichy. Wiosna! Zbliża się wielkimi krokami, natura budzi się do życia, parki znów stają się zielone, kwiaty zaczynają kwitnąć... Ten opis może pewnego dnia pojawić się w zdaniu otwierającym książkę z gatunku science fiction. Zakładając, że podana wyżej obawa stanie się faktem, to bardzo możliwe, że byłaby to także jedna z ostatnich książek, jakie ludzkość mogłaby przeczytać, i to bynajmniej nie ze względu na rzekomy zanik czytelnictwa wśród młodzieży, co raczej z powodu… deficytu samych czytelników. Jestem przekonany, że każdy, kto czyta teraz ten tekst, słyszał choć raz jakiś niepokojący komunikat o wymieraniu pszczół. Bo rzeczywiście – od ładnych paru lat mówi się o  tym coraz więcej. A co się mówi? W przesadnym uproszczeniu: Pszczoły umierają, pestycydy są temu winne. Miód drożeje. Krótki wywiad z jakimś zmartwionym pszczelarzem, pełne dramatyzmu zbliżenie na gromadzące się wokół ula pszczoły. Tymczasem przenosimy się do studia z uwagi na pilne doniesienie z rezydencji sławnych celebrytów – pani domu ma dziś ubrane różowe spodnie i pojechała na zakupy!

tekst: Jakub Paluszek – jakub.paluszek@gmail.com str. 36

Sama chemia Nie jest tak, że za masowe wymieranie pszczół odpowiedzialne są jedynie pestycydy, choć rzeczywiście – są one dla pszczół szkodliwe. Błędnie zakłada się jednak, że neonikotynoidy to dla naszych bzyczących milusińskich trucizna. Owe związki chemiczne dezorientują pszczoły, przez co nie są one w stanie wrócić do ula (od którego potrafią oddalić się w poszukiwaniu nektaru nawet do dziesięciu kilometrów). To zaburza sposób funkcjonowania całej rodziny pszczelej i w połączeniu z innymi czynnikami (inwazjami szkodliwych roztoczy, obniżeniem pszczelich systemów odporności, pojawieniem się tak zwanego wirusa izraelskiego paraliżu pszczół i ogólnie stresujących warunków egzystencji) stanowi poważne zagrożenie dla wszystkich owadów zapylających. Nie jestem fanem szastania statystykami, ale straty rodzin pszczelich na terenie samej Polski liczone co roku w kilkunastu procentach mogą wprowadzić w konsternację. Co nam do tego? Można się kłócić, że człowiek nie ma aż tak dużego wpływu na środowisko, że pestycydy to tylko jeden z wielu czynników i pszczoły prędzej czy później i tak wyginą. Dinozaury przecież też wyginęły, nieprzystosowane do funkcjonowania w szybko zmieniających się warunkach. Przyznajmy na chwilę rację ludziom, którzy tak argumentują swoje poglądy i według których homo-podobno-sapiens jest tu bez winy. Niestety, to niczego nie zmienia, bo śmierć pszczół, niezależnie od tego, kto lub co za nią odpowiada, doprowadzi do wyginięcia całej ludzkości albo „przynajmniej” znacznej jej części. Do takiego wniosku prowadzi nas naprawdę prosta zależność przyczynowo-skutkowa. My, ludzie, lubimy jeść. Jemy dużo roślin, jemy także zwierzęta, które również karmimy roślinami. I teraz prawdziwa bomba – NIE ZGADNIECIE, jakie stworzenia odpowiedzialne są za zapylanie trzech czwartych roślin na Ziemi!


Adaptacja Przecież ludzkość jakoś się dostosuje! Zawsze można opracować odpowiednie technologie. To właśnie dlatego rządzimy tą planetą – za każdym razem udawało nam się przeżyć, znaleźć sposób na przetrwanie. Czemu teraz miałoby być inaczej? Cóż, chociażby ze względu na globalną skalę tego problemu. Mamy XXI wiek, elektryczne samochody, smartfony ze świetnymi aparatami i gogle wirtualnej rzeczywistości, ale wiecie, w jaki sposób radzimy sobie z zapylaniem pól uprawnych? Przenosimy tam ule. Pszczółki się zadomawiają, wysyłają zwiadowców, którzy orientują się w terenie, a następnie przystępują do pracy. Wobec tego, wychodzi na to, że jedyny postęp w kwestii technologii kontrolowanego zapylania roślin od czasów średniowiecza polega na skonstruowaniu kombinezonu nieco bardziej szczelnego od lnianej koszuli. Oto człowiek panujący nad naturą! W niektórych prowincjach Chin rodziny pszczele wyginęły już prawie całkowicie. Wiecie, jak sobie z tym poradzono? Kwiaty zapyla się tam teraz ręcznie. Każdy pojedynczo, delikatnie, aby nie naruszyć ich kruchych struktur. Jest to rozwiązanie niepraktyczne, nieekonomiczne i czasochłonne. Desperackie. Wynikające z pilnej potrzeby Człowieka, który, ośmielę się stwierdzić, obudził się z ręką w nocniku. Nie dysponujemy obecnie technologią na tyle zaawansowaną, aby na masową skalę konstruować miniaturowe, samodzielne robo-pszczoły (może to i dobrze – jeśli ktoś z Was oglądał finałowy odcinek trzeciego sezonu serialu Black Mirror, będzie wiedział, o czym mówię), więc automatyzacja tego procesu teraz i w najbliższych latach jest równie osiągalna, co podróż w czasie.

Śpieszmy się kochać pszczoły Drwiny na bok – temat jest naprawdę poważny. Powiedzmy, że zwróciłem czyjąś uwagę na ten kłopot – co wobec tego można zrobić, aby biednym pszczółkom pomóc? Strona internetowa UratujPszczole.pl sugeruje sadzenie dowolnych roślin miododajnych w ogródkach, doniczkach i gdzie się tylko da. To szeroka różnorodność nektarów i pyłków podobno pomaga pszczołom przetrwać (najniższa umieralność tych owadów rejestrowana jest ponoć u pszczelarzy mieszkających blisko miast – być może dzięki parkom i ogrodom pełnym rozmaitych roślin). I kiedy pewnego ciepłego, zielonego, wiosennego dnia do pokoju wleci Wam pszczoła, zamiast wymachiwać na oślep gazetą i innego rodzaju domową bronią obuchową, zachowajcie spokój, dajcie jej pracować w ciszy i pomachajcie jej na „do widzenia”. Jak mówi pewna starosłowiańska maksyma: „Nigdy nie zadzieraj z kimś, kto przygotowuje ci jedzenie”. Apokalipsa to niekoniecznie szalejące żywioły. Obyśmy nigdy nie obudzili się w ciszy niezmąconej sympatycznym bzyczeniem.


Kreatywnie przez historię Niezwykłe muzea Katowic i okolic Wydawać by się mogło, że muzea są dziś w odwrocie. Jeśli chcemy zażyć kultury, to prędzej odwiedzimy kino czy teatr, jeśli zaś rozrywki, to szybciej wylądujemy na spotkaniu ze znajomymi w restauracji albo barze. Muzea wcale nie muszą być jednak nudne, czego liczne przykłady odkryjemy także w województwie śląskim. Największy problem z placówkami muzealnymi polega na tym, że ich tematyka jest w większości niszowa. Sama historia to zwykle dziedzina pasjonatów, jaką niektórzy mogą skwitować po prostu ziewnięciem. Jeśli do tego mamy do czynienia z historią specjalistyczną – na przykład techniczną czy etnograficzną, to wzbudzenie zainteresowania „zwykłego” odbiorcy może okazać się trudne. Dlatego ważna jest niekonwencjonalna forma i nieszablonowa tematyka. Oto krótka lista najbardziej niezwykłych muzeów w Katowicach i okolicach. Muzeum PRL-u w Rudzie Śląskiej Miejsce o  tyle specyficzne, że traktujące o  epoce wcale nie tak odległej dla dzisiejszych studentów, a mimo to bardzo odmiennej od naszych czasów. Na uwagę zasługują tu przede wszystkim zrekonstruowane wnętrza mieszkań z okresu Polski Ludowej – z meblami, telewizorami i pralkami, które z pewnością pamiętają czasy Gierka czy Gomułki. Uzupełnieniem są tu detale, takie jak porcelanowe lalki i charakterystyczne „koszyczki” na szklanki, czyli jednym słowem relikty, które być może niektórzy kojarzą jeszcze z mieszkaniem babci lub cioci. Ponadto Muzeum PRL-u posiada ciekawe wystawy plenerowe; ekspozycja motoryzacyjna obfituje w stare samochody i motocykle, w parku pomników z kolei można zobaczyć monumenty, które niegdyś miały sławić socjalistyczny ustrój i jego bohaterów. Wadą muzeum jest to, że otwarte jest jedynie okresowo, od 1 maja do 30 września. Adres: ul. Zajęcza 42, Ruda Śląska; bilet studencki/ulgowy: 7 złotych. Muzeum Historii Gitary w Katowicach Niepozorna placówka mieszcząca się w centrum Katowic. Niepozorna, ale z całą pewnością niezwykła. Muzeum Historii Gitary to bowiem projekt dwojga pasjonatów: Leszka Kwaśniewicza i Tomasza Cierpisza, którym udało się zebrać w swojej kolekcji ponad 70 strunowych instrumentów szarpanych, czyli gitar i „urządzeń gitaropodobnych”, pochodzących z różnych epok i zakątków świata. Każdy z nich został odpowiednio opisany i na niemal każdym można zagrać lub posłuchać jego brzmienia. Nie jest to więc miejsce jedynie dla muzyków, ale także dla osób, które chcą spróbować zrobić coś niezwykłego. Muzeum ma krótką historię, bo działa od 2015 roku. Aby złożyć w nim wizytę, należy odpowiednio wcześnie umówić się telefonicznie na zwiedzanie. Adres: ul. Krzywa 4, Katowice; bilet: 10 złotych.

Muzeum Historii Komputerów i Informatyki w Katowicach Komputery i technologia informacyjna kojarzą się raczej z klimatami futurystycznymi, ale przecież i one posiadają swoją krótką (w porównaniu z biegiem dziejów), ale intensywną historię. Świadczy o tym chociażby liczba eksponatów będących w posiadaniu muzeum – ponad 3500 – które pokazują, jak ludzkość od monstrualnych maszyn w latach sześćdziesiątych przeszła do stopniowej miniaturyzacji w latach dziewięćdziesiątych. Podobnie jak w przypadku Muzeum Historii Gitary, wystawy (stała i czasowe) są interaktywne. Ze sprzętu można skorzystać i na własne oczy zobaczyć, jak kiedyś wyglądało używanie komputera. Uwzględniony został także polski wkład w rozwój informatyki, od popularnej maszyny ODRA po bardziej unikatowe sprzęty. Przed odwiedzeniem MHKiI wymagany jest kontakt mailowy lub telefoniczny. Osoby indywidualne są formowane w grupy; zwiedzanie zwykle odbywa się w soboty od godziny 15. Cena biletu jest niestety dosyć wysoka. Adres: pl. Sejmu Śląskiego 2, Katowice; bilet: 18 złotych. Tyskie Browarium Tyskie Browarium i Muzeum Tyskich Browarów Książęcych jest w stanie połączyć zaspokajanie wiedzy ze spotkaniem przy piwie z  przyjaciółmi. W  miejscu tym można przede wszystkim prześledzić historię tutejszej tradycji warzenia piwa, zobaczyć liczne eksponaty związane z tym trunkiem czy obejrzeć seans w kinie 3D, ale też na żywo poznawać tajniki produkcji piwa i sposób, w jaki funkcjonuje browar. Istnieje oczywiście możliwość degustacji piwa (w ramach wycieczki proponowane jest jedno piwo Tyskie 0,5 l). Zwiedzanie odbywa się w grupach, z przewodnikiem, do tego wymagana jest wcześniejsza rezerwacja (telefon, mail lub formularz kontaktowy). Ciekawostką jest fakt, że wycieczka może być poprowadzona nie tylko w języku polskim, ale też w gwarze śląskiej. Z oczywistych względów nie wolno zabrać ze sobą młodszego, niepełnoletniego rodzeństwa. Adres: ul. Katowicka 9, Tychy; bilet ulgowy/studencki: 10 złotych. Podziemia będzińskie Nie można nazwać tego miejsca stricte muzeum, ale jest to jednak placówka Muzeum Zagłębia w Będzinie. Magia tego miejsca nie polega także na rodzaju ekspozycji (te są zmienne), ale na niezwykłej atmosferze, jaką roztacza ta lokalizacja. Podziemia to bowiem nieukończony schron przeciwlotniczy, budowany we wnętrzu Góry Zamkowej w trakcie II wojny światowej. Wydrążony dla Niemców rękami więźniów, stanowi obecnie trasę możliwą do zwiedzenia z przewodnikiem (całkowicie za darmo!). Konieczna jest jednak wcześniejsza rezerwacja telefoniczna. Miejsce idealne dla tak zwanych stalkerów, czyli poszukiwaczy niespotykanych, opuszczonych miejsc. Adres: wejście przy al. Hugona Kołłątaja, Będzin: wstęp darmowy.

tekst: Paweł Czechowski – czechowskipj@gmail.com | zdjęcie: Alicja Francikowska str. 38


str. 39


§

§

§

§

§

§

§

§

§ § § § § § § § § §

All I Need is… LOVE LAW? Studiuję prawo… Jeśli już pytasz. Nie pytasz? Jaka szkoda… Jeśli piję kawę, to tylko z dodatkiem mleka sojowego. Nie jestem wegetarianką i nie ćwiczę crossfitu… Jeszcze. Ale z tego, co wiem, Karol robi to wszystko jednocześnie. Karol – zdolny student prawa. Znasz go z Facebooka? „Gen geniuszu” odziedziczył po ojcu. A ten zatrudnił go już w swojej kancelarii na umowę o pracę… Nie na żadną „śmieciówkę”. Koniec żartów, bo jeszcze oskarży mnie o zniesławienie. Całkiem poważnie – jak to jest z  nami studentami? Czy student prawa rzeczywiście pochodzi z odległej, elitarnej krainy snobów, a „zwykłym śmiertelnikom” prawo jest na tyle niepotrzebne, że można śmiać się z żaków z Wydziału Prawa i Administracji? Zapraszam na rozmowę z doktorem Arturem Biłgorajskim – radcą prawnym, mediatorem, wykładowcą akademickim na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. MG: Co sądzi Pan o stereotypie studenta prawa? Jak Pan odnosi się do tego, że student prawa kojarzony jest z elitarnym i snobistycznym podejściem do życia i wychwalaniem się na każdym kroku, że studiuje prawo? Czy spotyka się Pan z takim podejściem studentów? AB: Stereotypy bywają zwykle krzywdzące dla większości członków grupy ocenianej przez ich pryzmat. Jak mawiał Gordon Allport: Przypisując wszystkim członkom grupy te same cechy, oszczędzamy sobie trudu dostrzegania w każdym z nich indywidualnej osobowości. Z mojego dziewięcioletniego doświadczenia pracy na Wydziale Prawa i Administracji wynika, że większość studentów prawa to inteligentni i kulturalni ludzie. Oczywiście jak w każdej grupie, również wśród studentów prawa zdarzają się wyjątki. Z jednej strony „snobistyczne podejście do życia i wychwalanie się na każdym kroku, że studiuje się prawo” będzie charakteryzowało jednostki

zakompleksione, które nie wyniosły z domu odpowiednich wzorców zachowania. Z drugiej strony pejoratywne ocenianie osoby, której się nie zna, wyłącznie przez pryzmat stereotypu studenta prawa – eufemistycznie rzecz ujmując – nie najlepiej świadczy o poczuciu własnej wartości jednostki, która dokonuje takiej oceny. Jak ocenia Pan poziom wiedzy studentów prawa na przestrzeni lat? Większość studentów prawa dysponuje odpowiednim potencjałem intelektualnym, aby dobrze radzić sobie na tym kierunku. Nie jest to jednak jedyny czynnik, który decyduje o sukcesie. Wymierne znaczenie mają również takie czynniki jak: pracowitość, motywacja, ambicja, kreatywność, umiejętność organizowania sobie czasu oraz selekcji materiału, tak zwany biały wywiad (czyli informacje, z jakich źródeł warto przygotować się na egzamin u danego wykładowcy i na jakie zagadnienia kładzie on największy nacisk), znalezienie odpowiedniej proporcji między nauką a innymi aktywnościami życiowymi. Innymi słowy, większość studentów prawa ma możliwość osiągnięcia sukcesu na tych studiach, ale tylko niewielka liczba z nich tę możliwość wykorzystuje. Tak było, jest i będzie. Czy jest jeszcze miejsce dla osób, które chciałyby studiować prawo? Czy „moda” na studiowanie prawa może w przyszłości przyczynić się do trudności w znalezieniu pracy w zawodzie? Wielość uczelni państwowych i prywatnych, które proponują ten kierunek, oraz masa absolwentów prawa wypuszczanych przez nie rokrocznie na rynek pracy sprawiają, że wielu absolwentów prawa ma problem ze znalezieniem pracy zgodnej z ich wykształceniem. Mało tego, problem

tekst: Martyna Gwóźdź – martynaewagwozdz@gmail.com – fitmadmara.pl | zdjęcia (1 strona): Martyna Gwóźdź str. 40

§


§

§

§

§

ze znalezieniem pracy miewają nawet aplikanci adwokaccy i radcowscy. Dlatego też powtarzam moim studentom, że aby znaleźć dobrą pracę po studiach, nie wystarczy już piątka, czy nawet szóstka na dyplomie. Trzeba się czymś wyróżnić z anonimowej masy absolwentów prawa. Tym czymś może być na przykład biegła znajomość języka obcego (najlepiej innego niż angielski, gdyż ten ostatni – lepiej lub gorzej – zna już niemal każdy absolwent), unikalne doświadczenie zdobyte podczas praktyk studenckich, doświadczenie organizacyjne zdobyte dzięki aktywności w samorządzie studenckim, doświadczenie naukowe zdobyte podczas aktywności w kołach naukowych i na studenckich konferencjach naukowych, nagrody i wyróżnienia zdobyte podczas studiów czy prestiżowe stypendium (na przykład Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego). Czy studentom spoza prawniczych kierunków prawo jest potrzebne? Tak, ponieważ reguluje ono podstawowe prawa i obowiązki studenta każdego kierunku. Warto przecież wiedzieć, czego wykładowcy i władze dziekańskie mogą wymagać od studenta i vice versa – czego student może wymagać od wykładowców i władz dziekańskich. Tytułem przykładu można wskazać, że warunki ubiegania się o urlop dziekański, egzamin komisyjny, indywidualną organizację studiów i tym podobne określa

§

§

§

§

regulamin studiów. Jego znajomość jest zatem konieczna, aby starać się o uzyskanie jednej z wyżej wymienionych decyzji. Ponadto prawo (uczelniane i powszechnie obowiązujące) będzie określało konsekwencje takich czynów studenta jak na przykład: ściąganie na egzaminie, podrobienie lub przerobienie oceny w indeksie czy też przedłożenie pracy dyplomowej lub magisterskiej, która okaże się plagiatem. Znajomość prawa procentuje zresztą w każdej dziedzinie życia. Pozwala na przykład skutecznie zareklamować wadliwy produkt w sklepie czy nie dać się oszukać przy zakupie mieszkania. Nierozstawanie się z  kodeksem cywilnym nie stanie się przepisem na sukces zarówno w życiu prywatnym, jak i  zawodowym. Obok egzaminów w  sesji, warto pamiętać o  tych najważniejszych sprawdzianach w  życiu codziennym. Umiejętności wymienione przez doktora Artura Biłgorajskiego to: pracowitość, motywacja, kreatywność, ambicja, które przydadzą się nie tylko podczas zdobywania wykształcenia. Zaś znajomość podstawowych pojęć prawniczych jest niezbędna, aby efektywnie załatwiać swoje sprawy. Nie tylko przez studenta prawa. PS Jestem mięsożerna. A Ty też studiujesz prawo?

str. 41

§ § § § §


Czas na łamigłówki! Zapraszamy do rozwiązania fantastycznej, studenckiej krzyżówki! Podpowiedzi znajdziecie w naszych artykułach.

1. Nazwisko autora Compendium Ferculorum.

1.

2. Imię bogini, dla której kładziono kłębek wełny obok nożyc.

2.

3. Powołując się na brak dowodów obalających Twoją tezę, sto-

3.

sujesz argument ad…

4.

4. Słynna rzymska arena gladiatorów.

5.

5. EpikBox oraz Moondrive Box to pudełka... 6. Odcinanie kuponów od modnej marki.

6.

7. Wydawnictwo, w którym pracował Andrzej Więckowski.

7.

8. Związki chemiczne, które dezorientują pszczoły.

8.

9. Nazwisko autora poradnika Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi.

9.

10. Badają nieznane, opuszczone miejsca.

10.

11. ...dziennikarski – ludzie chcąc go ćwiczyć, prowadzą blogi.

11.

12. Nazwisko założycieli Fabryki Porcelany.

12.

13. Hannah... – kluczowa postać w teorii polityki. 14. Łemkowscy znachorzy, którzy potrafili namierzać groby po-

13.

wstających z martwych.

14.

15. W mieście tym na początku XX wieku doszło do mordu na

15.

domniemanym strzygoniu.

16.

16. Prowadzi do niego przedwczesne uogólnianie. 17. Ich kryzys jest głównym zagrożeniem dla rodziny.

17.

18. Ktoś zajmujący się modyfikowaniem figurek.

18.

19. Piotruś Pan – chłopiec, który nigdy nie chciał...

19.

20. Rzeka przepływająca przez centrum Rzymu. 21. Tytuł książki, z której pochodzi cytat „Słowacki wielkim

20.

poetą był”.

21.

HASŁO: W tym roku przeżywamy _____________________ rok akademicki na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli poprawnie rozwiązaliście krzyżówkę, napiszcie do nas w prywatnej wiadomości na facebook.pl/magazynsuplement Czekają na Was nagrody w postaci Suplementowych gadżetów!

Odwiedź nas na: magazynsuplement.us.edu.pl

facebook.com/magazynsuplement

instagram.com/magazynsuplement

str. 42


luty/marzec 2017

Suplement - luty/marzec 2017  

Magazyn Studentów Uniwersytetu Śląskiego

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you