__MAIN_TEXT__

Page 1

2 ямБlmy DVD GRATIS!

/S    t EXVNJFTJ╟ЧD[OJL t XXXPCZXBUFMPSHQM t DFOB  [┬Т X UZN 7"5

USA 5 USD

Europa 4,5 EUR

index 361569

9 771641 102088

09

ISSN 1641-1021

0#-*$;" POLSKI -*#&3"-/&+

&8"/(&-*",0/46.1$+0/*;.6 #30╞й.:4*╞Ц#&;,0.1-&,4┬╗8 &.*(3"$+"┼л PO┼▒8305┬╗8/*&#╞Ц%;*&


Łódź, 17 października 2008

www.OKF.OAI.pl

Obywatelskie Konfrontacje Filmowe Miasto w ruchu Brand New World Bitwa o górę św. Anny 1980 Solidarność 1990 Obywatel poeta My karmimy świat

Te filmy prowokują do dyskusji

WSHE, ul. Sterlinga 26, sala K-312, godz. 9-20. Wstęp wolny. Organizatorzy:

Magazyn Obywatel, Koło Politologiczne Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi

Czyste powietrze dla wszystkich 16-22 Września

Będziemy żyli od 9 do 36 miesięcy dłużej, jeżeli poprawimy jakość powietrza w naszych miastach. Transport powoduje najwięcej zanieczyszczeń. Aby je zmniejszyć, korzystaj z komunikacji zbiorowej. Jedź rowerem. Chodź pieszo. patronat medialny

Wsparcie udzielone przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię poprzez dofinansowanie ze Środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego, a także ze środków budżetu Rzeczpospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych


Spis treści nr 5 (43) /2008

b Dplanet

oblicza polski liberalnej

6

Czyżby Balcerowicz miał rację? Na poparcie tej tezy istnieją mocne argumenty: liczba posiadaczy skuterów i motocykli wzrosła o 16%, a wiejskich rodzin posiadających DVD – o blisko 60%. Cóż, Polska bywała już „ósmą potęgą gospodarczą świata” i podobno niektórzy naprawdę w to wierzyli.

Audiatur et altera pars (Niechaj druga strona też zostanie wysłuchana)

14

Oblicza Polski liberalnej – Michał Sobczyk

6

Brońmy się bez kompleksów

9

– z Januszem Wojciechowskim rozmawia Michał Sobczyk Mamy ostatnią szansę, żeby obronić wizerunek kraju wolnego od upraw roślin modyfikowanych genetycznie – później już nic nie będzie można zrobić.

Audiatur et altera pars 14 (Niechaj druga strona też zostanie wysłuchana) – Marcin Domagała Śmierć jak tabliczka czekolady Ubabranemu w kremie „cza-cza”, „mieszance karaibskiej” czy „sambie” (policji trudno to ustalić) i własnej krwi człowiekowi pozwala się wykrwawić na podłodze, zajmując się oczyszczaniem maszyny i wymyślaniem wiarygodnej wersji wydarzeń, tak by zakład nie ucierpiał.

Każdego kocha się inaczej – Justyna Barańska

bnd Kaustav Bhattacharya

22

Małżeństwo, które adoptuje dziecko, utworzy rodzinny dom dziecka albo rodzinę zastępczą, musi się zastanowić nad sobą.

Porady cenniejsze niż złoto – Michał Stępień

28

Znajomość prawa bardzo pomaga w życiu, jego nieznajomość – szkodzi. Czy szary obywatel, nie dysponujący dużą gotówką, może liczyć na jakąś pomoc?

Policja i obywatele – osobno czy razem? – Bartosz Wieczorek Jakakolwiek próba poważnej dyskusji na temat uregulowania roli mediów w dzisiejszej Polsce kończyła się zarzutami ze strony prywatnych koncernów medialnych o chęć dławienia wolności słowa. Ewangelia Konsumpcjonizmu W 1930 roku Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy.

77

31

Community Policing to bliska współpraca policji z członkami lokalnej społeczności, partnerstwo w celu poprawy jakości życia w sąsiedztwie, osiedlu, gminie. Policjant współpracuje z mieszkańcami w rozpoznawaniu i rozwiązywaniu problemów.

Rzeczpospolita obcych – Arkadiusz Karwacki

36

Aktywność konsumpcyjna trwale i skrajnie ubogich składa się z permanentnych prób przetrwania oraz z trudnych do zaakceptowania wyrzeczeń na drodze ku lepszej przyszłości.

Minimalny Dochód Gwarantowany – idea, problemy, rozwiązania – Marcin Janasik

41

Nawet jeśli uważasz, że jesteś mądrzejszy, sprytniejszy i lepszy od swoich konkurentów na rynku pracy, pamiętaj, że to jak ze zdrowiem – nawet najlepszemu sportowcowi może zdarzyć się wypadek lub kontuzja. Zły kredyt, wredny szef, wrogie przejęcie całej firmy – czy nie lepiej opłacić innym i sobie swoiste ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków życiowych?

Ruszyliśmy lawinę

45

Energia na kartki? – Wojciech Makowski

50

– z Andrzejem Bulcem rozmawia Michał Sobczyk ba Rick Harris

17

– Magdalena Pruszewicz

Wszyscy mają karty płatnicze umożliwiające dostęp do konta zarówno w złotówkach czy euro, jak i w węglu. Brzmi jak science fiction? W Wielkiej Brytanii to jeden z najpoważniej traktowanych pomysłów na przygotowanie gospodarki do czasów drogiej energii.


4

54

po-wrotów nie będzie?

53

– Karioka Blumenfeld Tak powstała Kiva: strona internetowa, która umożliwia prywatnym osobom pożyczanie pieniędzy wybranym drobnym przedsiębiorcom (fryzjerom, handlarzom, rzemieślnikom itp.) z najbiedniejszych krajów świata.

PO-wrotów nie będzie? – Jacek Redzimski

54

Różne oblicza emigracji

57

bna dehub

– fotoreportaż Jakuba Kępińskiego Punktem wyjścia było znalezienie ludzi, którzy wybijają się z tłumu: pracą, zainteresowaniami lub tym, kim są. Nie dają się wpisać w stereotyp Polaka ignoranta, dresiarza, cwaniaka czy nieroba.

Wyjazd oznacza dla emigrujących marginalizację w kraju pochodzenia. Chodzi o utratę tego, co zwie się kapitałem społecznym, czyli sieci znajomości, powiązań, wiedzy o środowisku, w którym się żyje, przynależności grupowych itp. Ruszyliśmy lawinę wywiad z andrzejem bulcem

© 2005 MSZ, fot. G. Nawrocki

Teoria w praktyce: Ziarnko do ziarnka

45 Zrób miasto na zielono

Większość stanowili robotnicy, głównie młodzi, bo praca w stoczni jest ciężka, wyniszczająca. Na ogół są to ludzie bardzo dobrze wykształceni, wysokiej klasy fachowcy, nawet jeśli są robotnikami. W 1968 r. trójmiejscy robotnicy, jako chyba jedyni w Polsce, przyszli na politechnikę i poparli studentów. Przecież na tych uczelniach studiowały dzieci robotników!

71

Chwila oddechu Kto czyta, nie błądzi

64

– z dr. hab. Grzegorzem Leszczyńskim rozmawia Wioleta Bernacka

Jeśli w zakończeniu bajki wilk się nawraca i wesoło tańczy z Czerwonym Kapturkiem, obiecując, że na wieki zostanie jaroszem, napięcie czytelnicze ulega unicestwieniu. Usuwamy z książek silne emocje, a później dziwimy się, że dzieci nie chcą czytać...

Miasto-ogród – idea z przeszłości dla przyszłości – Andrzej Pieczyrak

68

Rosnąca zamożność oraz demokratyzacja życia publicznego sprawiły, że władze miejskie muszą się liczyć z głosem ludzi, którzy nie chcą mieszkać wśród zadymionych ulic „betonowej dżungli”.

Zrób miasto na zielono

71

Zielona partyzantka miejska – Florence Clombe

74

– Krzysztof Wołodźko, Wioleta Bernacka

Uzbrojeni w łopaty i konewki, próbują wywoływać lokalne powstania przeciwko zbyt małej ilości zieleni w przestrzeni publicznej.

Encyklopedia wyrażeń makabrycznych

76

– Paplo Maruda I oto nagle jakiś śmierdzący skunks śmie twierdzić, żeś za komuny kapował do SB. Jasne, że wpadasz w szał, boś wszak niewinny jak dziecięca łza.

Ironezje – Tadeusz Buraczewski

76

Jak dobrze satyrykiem być!

© www.gpo.blox.pl

Z grubej rury Ewangelia Konsumpcjonizmu – Jeffrey Kaplan

77

Z polski rodem: Władysław Korniłowicz

83

– „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia” – Rafał Łętocha Gdy rozpoczęto akcję „Nasz Kawałek Zieleni – inicjatywa rozkosznie nielegalna”, przyłączyło się ponad sto osób. Szpetny kawałek ziemi zmienił się w park. Teraz mieszkańcy walczą o jego legalizację.

Na spotkaniach „Kółka” można było spotkać jednocześnie zarówno Ludwika Winteroka, w latach 30. redaktora „Robotnika” – centralnego dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i Jana Mosdorfa, w latach 1926-1934 przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej.


Dwumiesięcznik „Magazyn Obywatel”

Recenzja: „Władza ludu” na serio – Bartłomiej Grubich

87

Koncepcja komórki planującej nie jest lewicowa ani prawicowa, liberalna ani socjalna. Jest demokratyczna czy po prostu ludzka, ponieważ stanowi narzędzie, które może być wykorzystane tak, jak zechcą sami członkowie społeczeństwa.

okładka: bna Szymon Surmacz fotografia: b Dplanet

Recenzja: Opowieść o prawdziwych nie-Polakach – Krzysztof Wołodźko Rada Honorowa: Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa, prof. Leszek Gilejko, Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Bogusław Kaczmarek, Marek Kryda, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat, Zofia Romaszewska, dr Zbigniew Romaszewski, dr Adam Sandauer, dr Paweł Soroka, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny, Jerzy Zalewski Redakcja: Rafał Górski, Remigiusz Okraska (redaktor naczelny) Michał Sobczyk (zastępca red. naczelnego), Szymon Surmacz

Felietony Pożytki z lenistwa – Joanna Duda-Gwiazda

Znak Zorro: dziesięć na dziesięć – Anna Mieszczanek

Kolektyw: Zbigniew Bednarek, Wioleta Bernacka, Justyna Bibel, Karioka Blumenfeld, Katarzyna Dąbkowska, Magdalena Doliwa-Górska, Agnieszka Górczyńska, Piotr Jędrzejko, Maciej Kronenberg, Michał Stępień, Agnieszka Surmacz, Jarosław Szczepanowski, Piotr Świderek, Stanisław Świgoń, Michał Wenski, Michał Wołowski

Tak przemija chwała... – Jacek Zychowicz

propozycje tekstów: redakcja@obywatel.org.pl reklama, kolportaż: biuro@obywatel.org.pl Skład i opracowanie graficzne: studio@obywatel.org.pl internet: www.obywatel.org.pl W całej Polsce „Magazyn Obywatel” można kupić w sieciach salonów prasowych Empik, Ruch, Inmedio, Relay. Wybrane teksty „Magazynu Obywatel” są dostępne na stronach OnetKiosku (http://kiosk.onet.pl). Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Nie wszystkie publikowane teksty odzwierciedlają poglądy redakcji i stałych współpracowników. Przedruk materiałów z „Obywatela” dozwolony wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody redakcji, a także pod warunkiem umieszczenia pod danym artykułem informacji, że jest on przedrukiem z dwumiesięcznika „Obywatel” (z podaniem konkretnego numeru pisma), zamieszczenia adresu naszej strony internetowej (www.obywatel.org.pl) oraz przesłania na adres redakcji 2 egz. gazety z przedrukowanym tekstem. Numer dofinansowany w ramach Programu Promocja Czytelnictwa ogłoszonego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

93

Moim zdaniem świat nigdzie nie pędzi, tkwi beznadziejnie w miejscu i tylko coraz szybciej wiruje wokół osi pieniędzy. To taki rodzaj centryfugi, która odwirowuje śmietankę dla bogaczy.

Stali współpracownicy: dr Karolina Bielenin, Piotr Bielski, Agata Brzyzka, Joanna Duda-Gwiazda, Maciej Krzysztofczyk, dr hab. Rafał Łętocha, dr Sebastian Maćkowski, Konrad Malec, Anna Mieszczanek, Leszek Nowakowski, Lech L. Przychodzki, Marcin Skoczek, Olaf Swolkień, dr Jarosław Tomasiewicz, Karol Trammer, Bartosz Wieczorek, Krzysztof Wołodźko, Marta Zamorska, dr Andrzej Zybała, dr Jacek Zychowicz

Adres redakcji: Obywatel ul. Więckowskiego 33/127, 90-734 Łódź tel./faks: /042/ 630 17 49

90

Prof. Legutko ze szczególną nieufnością, by nie powiedzieć z nutą lekceważenia, odnosi się do kwestii socjalnych, do ekonomicznych źródeł napięć społecznych w PRL i klasy robotniczej, nazwanej wprost „komunistycznymi robolami”.

94

Dobrze, panowie premierzy, prezydenci i inni ważni. Nie jesteście świniami. Wreszcie się staracie. Tak powinno być. Więc już się więcej nie kłóćcie, bo to nikomu na dobre nie wychodzi. Zrozumiano?

Tak zwani pampersi na swój użytek musieli zachwycać się zupełnie odmienną – choć wątpliwe, czy lepszą – literaturą. Nic dziwnego, że wiarą, której im samym brakowało, nie zdołali zarazić publiczności.

nic śmiesznego... © Piotr Świderek, www.bardzofajny.net

magazyn OBYWATEL tworzony jest w 99% społecznie

5

95


6

Oblicza Polski liberalnej

Michał Sobczyk Wielowarstwowa Polska

Po okresie przejściowych trudności, Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Taki obraz ma prawo powstawać w głowach telewidzów i czytelników prasy, choćby sami nie czuli się na razie uczestnikami tego sukcesu. Czyżby Balcerowicz miał rację? Koniec postu, początek karnawału?

Szczególnie znamienny jest okładkowy artykuł z „Polityki” z  19 czerwca br. Jego główna teza mówi, że po dwóch dekadach trudnych przemian także zwykli ludzie zaczęli konsumować owoce wzrostu gospodarczego. Doczekaliśmy się wreszcie niższej klasy średniej, dla której najpoważniejszym zmartwieniem nie jest zbilansowanie dochodów i  wydatków, lecz wybór między przyjemnościami. W efekcie bliskie jest powstania „społeczeństwo mogące zwrócić się ku materialnej i niematerialnej konsumpcji jako formie rozrywki, samorealizacji, wyrażania siebie i  nadawania sensu własnej egzystencji, pracy, zarabianiu pieniędzy”. Zdaniem autora tych słów, Jacka Żakowskiego, kreowanego w  ostatnich latach na specjalistę od wrażliwości społecznej, „różnica między klasą wyższą a warstwami klasy średniej wyraża się w liczbie hotelowych gwiazdek i modelach sprzętu. Miliony Polaków, i to zwykłych Polaków, raptownie weszły w  świat radosnej konsumpcji wrażeń. Każdy wedle swoich możliwości”. O tym, że podobne wnioski są dalece przedwczesne czy wręcz fałszywe, przekonują wyniki badań nad jakością życia w  Europie, zebrane w raporcie „Sytuacja społeczna w Unii Europejskiej w 2007 r. Na drodze do spójności społecznej dzięki wyrównywaniu szans”1. Nie wzbudziły one niestety w Polsce dyskusji, a szkoda, gdyż pozwalają – po raz pierwszy – rzetelnie porównać poszczególne państwa Unii pod względem warunków życia ich mieszkańców. Wyłaniający się obraz naszego kraju nie jest niestety optymistyczny.

Według danych zawartych w raporcie, Polska jest krajem o  najwyższych nierównościach dochodowych, obok Portugalii, Litwy i  Łotwy. Pokazuje to m.in. uszeregowanie państw zgodnie z wysokością wskaźnika Giniego, który przyjmuje wartość 0, gdy wszyscy obywatele mają równy udział w całkowitym dochodzie, a wartość 100 – w sytuacji, gdy jedna osoba otrzymuje całość dochodu. Dla Polski wyniósł on 35,2, co lokuje nas bliżej USA (w 2000 r. wyniósł on tam 35,7), niż przebadanych krajów Europy (32,7 – uwzględniono różnice w sile nabywczej). Mało egalitarny charakter polskiej gospodarki potwierdza także tzw. wskaźnik kwintylowego zróżnicowania dochodów S80/S20, który pokazuje stosunek udziału w całkowitym dochodzie 20% osób z najwyższymi dochodami do udziału w tym dochodzie 20% osób z najniższymi dochodami – tutaj także lokujemy się w niechlubnej europejskiej czołówce. Jeszcze bardziej niepokojąca jest wysokość dochodów polskich obywateli. Raport stwierdza, że w naszym kraju skala zagrożenia ubóstwem materialnym należy do najwyższych w Europie. Rada Europejska zdefiniowała ubogich jako „jednostki i rodziny, których zasoby są tak niewielkie, że wykluczają je z prowadzenia życia na poziomie uznawanym za minimalny w kraju członkowskim, w którym żyją”. Stąd, skalę ubóstwa (wskaźnik zagrożenia ubóstwem) zwyczajowo określa się w  kategoriach względnych – jako odsetek osób, które osiągają dochody o wysokości mniejszej niż 60% mediany rozkładu dochodów2 w danym państwie. Okazuje się, że aż co piąty Polak osiąga dochody poniżej progu ubóstwa względnego. Równie duży udział najuboższych członków społeczeństwa notowany jest na Litwie, tymczasem np. w Czechach wynosi on zaledwie 10%. Warto wyjaśnić, w jaki sposób obliczono dochody jednostek na potrzeby raportu. Podstawą jest całkowity dochód do dyspozycji (rozporządzalny) gospodarstwa domowego, definiowany jako suma zarobków pracujących członków rodziny, do których zaliczane są oprócz pensji także pozapieniężne składniki wynagrodzenia (talony na posiłki czy auta służbowe), dochody z działalności gospodarczej w formie samozatrudnienia, szeroko rozumiane świadczenia socjalne, dochody z odsetek i dywidend, zysków z inwestycji w firmach i  transferów pieniężnych z  innych gospodarstw, po


7 umniejszeniu ich o składki na ubezpieczenia społeczne, podatki (w tym stale płacone podatki od luksusu) oraz stałe transfery środków do innych gospodarstw domowych. Przyjęto założenie, że rozporządzalny dochód jest równomiernie dystrybuowany między członków gospodarstw. Ponieważ różnią się one wielkością i składem, przy wyliczaniu kwoty przypadającej na członków danego gospodarstwa jego dochód rozporządzalny był równoważony, czyli dzielony przez odpowiednią „wielkość równoważną”, co pozwala uwzględnić oszczędności związane ze zbiorową konsumpcją; w ten sposób obliczano tzw. dochód ekwiwalentny. Co więcej, podczas wszelkich porównań między krajami uwzględniano różnice siły nabywczej ich obywateli. Było to możliwe dzięki wyrażaniu ich dochodów nie w „prawdziwych” euro, ale w umownych jednostkach siły nabywczej (PPS), które pozwalają nabyć określoną ilość dóbr i usług w każdym porównywanym kraju. Jak widać, metodyka raportu pozwala na rzetelne porównywanie poszczególnych państw, gdyż opiera się na dokładnym uwzględnieniu różnic między nimi. Co wynika z takiej analizy 24 krajów, dla których dostępne były dane (tj. wyłączono z niej Bułgarię, Rumunię i  Maltę)? Jak należało się spodziewać, głównie obywatele biedniejszych krajów „nowej Unii” mają najniższe dochody. W Polsce, podobnie jak na Węgrzech, aż 3/4 obywateli osiąga dochody niższe niż 60% mediany dla całej Wspólnoty, podczas gdy w najbardziej rozwiniętych krajach – mniej niż co dziesiąty, a  w  sąsiednich Czechach – co drugi. Aż 10,5 mln Polaków osiąga dochody niższe niż 10 euro (PPS) dziennie, a obok republik bałtyckich jesteśmy jedynym krajem, gdzie ponad 5% obywateli osiąga rozporządzalne dochody poniżej progu 5 euro dziennie. Wskaźnik ten wynosi dla nas 7%, co oznacza 2,6 mln ludzi. Alarmujące jest także zestawienie ubóstwa w poszczególnych grupach społecznych. W Polsce zagrożonych jest nim ponad 50% rodzin z co najmniej trojgiem dzieci. Wysoki poziom zagrożenia dotyczy także samotnych rodziców, jako że dotyka ono aż 40% niepełnych rodzin (wyższe notowane jest jedynie na Litwie, w Irlandii, w Grecji i Czechach). Warto jednocześnie zaznaczyć, że podobnie jak w  innych krajach postsocjalistycznych (Czechy, Węgry, Słowacja), osoby powyżej 65. roku życia stanowią w Polsce niewielki odsetek wśród ubogich. W Polsce zaledwie 5% zagrożonych ubóstwem stanowią seniorzy, podczas gdy aż 71% osoby w wieku produkcyjnym, a pozostałe 24% – dzieci do 15. roku życia. Autorzy raportu tłumaczą, że wynika to z faktu, iż najniższe płace i zasiłki dla bezrobotnych są we wspomnianych krajach bardzo niskie, jeśli odnieść je do przeciętnych emerytur.

Nie samym dochodem człowiek żyje

Raport zajmuje się także kwestią przynajmniej częściowo niezależną od poziomu dochodów, tj. wykluczeniem z dostępu do dóbr czy usług. Polska „wyróżnia się” najwyższym odsetkiem obywateli, których nie stać na zakup telefonu, kolorowego telewizora lub pralki (6%), przy czym ok. połowa z nich nie jest uznawana za ubogich (tj. osiąga dochody powyżej 60% krajowej mediany). Odsetek osób, które nie są mogą pozwolić sobie na zakup wspomnianych dóbr, przekracza 5% jeszcze tylko w krajach nadbałtyckich.

Znacznie bardziej niepokojąca jest ilość osób, które stać na obfity posiłek (tj. zawierający mięso lub rybę, względnie wegetariańskie odpowiedniki) nie rzadziej niż raz na dwa dni, co Światowa Organizacja Zdrowia uznaje za bezwzględne minimum. 35% Polaków nie może sobie pozwolić na taki „luksus”, przy czym większość w tej grupie stanowią osoby o dochodach powyżej progu ubóstwa. Gorzej w  Europie wypadają jedynie Słowacja i  Łotwa, a  w  krajach „Starej Unii” ów problem jest nieznany dla co najmniej 90% obywateli. Podobnie rzadkie w  krajach „piętnastki” są trudności z  regularną spłatą zobowiązań (np. czynszu), które w większości przypadków dotyczą tam mniej niż 5% osób; odsetek ten nie przekracza 10% także w przypadku naszych południowych sąsiadów, Czech i  Słowacji. Tymczasem boryka się z nimi ok. 25% Polaków (tak jak poprzednio, większość osób zgłaszających ten problem nie spełnia kryterium uznania za zagrożone ubóstwem3). Szczególnie ciekawie w  kontekście cytowanego artykułu z „Polityki” wypada zdolność gospodarstw domowych do pokrycia nieplanowanych wydatków. W 2005 r. ponad 60% Polaków miałoby bardzo poważne problemy z pokryciem niespodziewanych wydatków w  wysokości miesięcznego dochodu, stanowiącego w naszym kraju próg zagrożenia ubóstwem, przy czym aż ponad 70% respondentów zgłaszających ten problem stanowiły osoby o dochodach powyżej tego progu. Należy bowiem uświadomić sobie, że zdolność do ponoszenia nieplanowanych wydatków nie jest wprost proporcjonalna do dochodów, lecz mniejsza w krajach mniej zamożnych. Polakom po zaspokojeniu najbardziej podstawowych potrzeb zostają bardzo niewielkie kwoty możliwe do zaoszczędzenia. Łącznie ponad 50% Polaków doświadcza przynajmniej jednego z następujących problemów – nie ma telefonu, telewizora kolorowego ani pralki lub nie stać ich na samochód lub nie stać ich na obfity posiłek przynajmniej raz na dwa dni lub mają trudności z  regularnym płaceniem rachunków (dla porównania: w zamożnych krajach „starej Unii” odsetek ten wynosi 10-12%, a w Czechach – 29%). Jeśli uwzględnić także niezdolność do pokrywania niespodziewanych kosztów, odsetek wykluczonych Polaków rośnie do 73% (średnia unijna dla tak zdefiniowanego wykluczenia społecznego jest ponad dwukrotnie niższa). Ponadto, niemal 3/4 Polaków niezdolnych do pokrycia niespodziewanych wydatków dotyka jednocześnie wykluczenie w  co najmniej jednej z  wymienionych postaci, podczas gdy w sąsiednich Niemczech odsetek ten wynosi 46%. Doskwierają nam wreszcie złe warunki mieszkaniowe. Na przeciekający dach, zawilgocone ściany lub podobne problemy uskarżało się w 2004 r. aż 44% rodaków, przy czym zdecydowaną większość w tej grupie stanowiły osoby osiągające dochody sytuujące je powyżej progu ubóstwa. Niemal co dziesiąty z  naszych rodaków nie ma łazienki ani prysznica, 7% nie ma wewnątrz budynku toalety do swojej wyłącznej dyspozycji. 6% Polaków cierpi ze wszystkich trzech wymienionych powodów, podczas gdy w krajach „piętnastki” (poza Portugalią) sytuacja ta jest tak rzadka, że praktycznie nie ujmowana w statystykach – takich osób jest tam „zero procent”.


8 Za wysokie progi

Atmosferę fiesty psuje także diagnoza możliwości materialnego awansu dużych grup społecznych. W związku z kierunkiem zmian cywilizacyjnych, jednym z  jego podstawowych wehikułów jest wyższe wykształcenie. Wydawałoby się, że polski „boom edukacyjny” powinien zapobiegać utrwalaniu nierówności w  kolejnych generacjach. Tymczasem okazuje się, że uzyskanie dyplomu nadal pozostaje niedościgłym marzeniem wielu Polaków, nie z powodu braku zdolności, lecz pochodzenia społecznego (pomińmy ważną kwestię, że osoby z mniej zamożnych i słabiej wykształconych środowisk skazane są zwykle na studia płatne i zarazem niskiej jakości). W całej Europie to, z jakiej klasy społecznej ktoś się wywodzi, silnie wpływa na szanse życiowego sukcesu, jednak w przypadku Polski korelacja ta jest szczególnie uderzająca. Siła wpływu pochodzenia mierzona jest w raporcie tzw. ilorazem szans, który określa, jak wiele razy większe jest prawdopodobieństwo, że dziecko rodziców z wyższym wykształceniem uzyska jakiś jego rodzaj, w stosunku do osób, których rodzice osiągnęli niższe szczeble edukacji. W przypadku naszego kraju prawdopodobieństwo uzyskania dyplomu wyższej uczelni ulega dziewięciokrotnemu zwiększeniu, jeśli dana osoba ma ojca po studiach wyższych niż gdyby ojciec miał jedynie wykształcenie podstawowe. Bardzo podobne zależności występują między wykształceniem matek i dzieci. Analogicznie, dzieci, których ojcowie ukończyli wyższe uczelnie, znacznie częściej osiągają prestiżowe szczeble hierarchii zawodowej. Średni iloraz szans wynosi dla krajów Unii Europejskiej ok. dwóch, co oznacza, że dzieci, których ojcowie pracują w  mniej prestiżowych zawodach, mają średnio dwukrotnie mniejsze szanse na pracę specjalisty, inżyniera bądź członka kadry zarządzającej. Wykluczający wpływ niskiego statusu zawodowego ojców wyższy niż w Polsce, dla której iloraz szans wynosi 2,71, notowany jest jedynie w  Portugalii, gdzie wynosi 3,07. Dla porównania, w  najbardziej pod tym względem egalitarnych Niemczech wynosi on 1,46.

Bogactwo kontr-dowodów

Dowodów na to, że polskiego społeczeństwa nadal nie można uznać za zamożne, nie trzeba zresztą szukać w unijnych opracowaniach ani innych specjalistycznych źródłach – wystarczy uważna analiza mediów. W ostatnim czasie mogliśmy się z nich dowiedzieć m.in. tego, że udział kosztów płacowych w  przemyśle w  łącznej sumie kosztów w  ostatnich latach... spada. Co więcej, w październiku 2006 r. płace poniżej 50% przeciętnego wynagrodzenia dostawało aż 19,9% pracujących, podczas gdy jeszcze w 1999 r. najgorzej zarabiających było zaledwie 13,4%. Gazety podały także informację, że mniej niż co czwarta polska rodzina posiada jakiekolwiek oszczędności pieniężne, a  jednocześnie wzrasta liczba Polaków mających kłopoty ze spłatą długów. W  sierpniu 2007  r. grupa ta nie przekraczała miliona osób – dziś liczy już 1,2 mln obywateli. Na dalszych stronach gazet znaleźć można także smutniejszą drugą stronę szeroko opisywanej koniunktury na rynku usług deweloperskich i kredytów hipotecznych: blisko 12 milionów Polaków żyje w mieszkaniach, w których na pokój przypadają ponad dwie osoby. Na podobnej za-

sadzie, informacje o rosnącej popularności egzotycznych wypraw jakby przesłaniały fakt, że większości z  nas nadal nie stać na wakacje – w ubiegłym roku aż 62% dorosłych Polaków nie było na urlopie poza miejscem zamieszkania.

Łatwo powiedzieć „bogaćcie się!”

W całej tej wyliczance nie chodzi o udowodnienie banalnej tezy, że poziom dobrobytu „starej Europy” jest nadal znacznie wyższy niż nasz. Liberalni komentatorzy wykorzystują obiektywną poprawę warunków materialnych znacznej części Polaków oraz wynikające z niej niezłe nastroje społeczne (we wspomnianym tekście z „Polityki” mowa o tym, że grupa zadowolonych ze swoich dochodów wzrosła z 30 do blisko 50%, a grupa niezadowolonych – spadła z blisko 60 do nieco ponad 40%). Pozwalają im one lansować tezę, że sytuacja idzie w dobrym kierunku, jednak stan ten nie potrwa długo, jeśli polski wzrost nie uzyska stabilnych podstaw, do czego jedyną drogą jest ich stały zestaw recept, w rodzaju obniżenia opodatkowania biznesu czy osłabienia prawnej ochrony pracowników. Tymczasem dzieje najbardziej rozwiniętych krajów Europu wskazują na coś zupełnie innego: droga do trwałego dobrobytu i tzw. spójności społecznej, ale także rozwoju makroekonomicznego, wiedzie przez rozwiniętą redystrybucję dochodów, a przede wszystkim – poprzez tworzenie mechanizmów, które chronią przed wykluczeniem, jak zagwarantowanie wszystkim obywatelom realnego dostępu do pełnowartościowej edukacji, opieki zdrowotnej i ofert zatrudnienia. Skupienie się na apelach, by Polacy ograniczyli płacowe apetyty, zamiast szukania sposobów na rozbrojenie wciąż tykającej „społecznej bomby”, dobrze pokazuje wątłą szerokość horyzontów naszych publicystów i ekonomistów. Zapewne dla wielu taka argumentacja nie będzie przekonująca. Na poparcie swojej tezy będą mieli mocne argumenty: w zeszłym roku liczba posiadaczy skuterów i motocykli wzrosła o 16%, a wiejskich rodzin posiadających DVD – o blisko 60%. Cóż, Polska bywała już „ósmą potęgą gospodarczą świata” i podobno niektórzy naprawdę w to wierzyli. Michał Sobczyk

1. Anglojęzyczna wersja całości dostępna w Internecie: http://ec.europa.eu/employment_social/spsi/docs/social_situation/ssr2007_en.pdf. 2. Mediana (wartość środkowa) dzieli zbiór danych na pół, czyli w tym przypadku jest dochodem takim, że połowa osób żyje w gospodarstwach o dochodzie niższym, a połowa – wyższym od tej kwoty. Mediana lepiej niż średnia arytmetyczna nadaje się do opisu wysokości dochodów, gdyż wysokość tej drugiej bywa zaburzana przez wartości skrajne. Dla porównania, 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej. 3. Choć osoby z  dochodami powyżej progu ubóstwa stanowią większość wśród wykluczonych z  określonych rodzajów konsumpcji, względny udział osób pozbawionych dostępu do określonych dóbr jest rzecz jasna największy w grupie obywateli o najmniejszych dochodach.


9

Brońmy się bez kompleksów z Januszem Wojciechowskim rozmawia Michał Sobczyk

Zapewne zdarza się Panu słyszeć zarzut, że europejskie rolnictwo, hojnie wspierane ze środków publicznych, jest dla mieszkańców Unii ogromnym ciężarem. Co Pan wtedy odpowiada? Janusz Wojciechowski: Niestety, dość często słyszę takie opinie. Zawsze reaguję spokojnie, bo jestem spokojnym człowiekiem, jednak irytuje mnie takie podejście. O tym, że rolnictwo stanowi balast i  tak naprawdę najlepiej byłoby je zlikwidować, mogą mówić jedynie ludzie, którzy nie rozumieją, czym jest rolnictwo – to smutne, ale w Polsce i Europie jest ich wielu. Kilka dni temu w Brukseli odbyła się debata, podczas której taki pogląd usłyszałem od jednego z polskich senatorów. Mówił on o  tym, że zamiast na rolnictwo, publiczne środki lepiej wydawać na badania naukowe. Tymczasem trzeba przeznaczać je zarówno na rolnictwo, jak i na badania naukowe. Istnieją trzy filary bezpieczeństwa, ważne dla poszczególnych ludzi i  całych społeczeństw. Pierwszy to bezpieczeństwo fizyczne: musimy mieć wojsko i policję, żeby nas nikt nie napadł w naszych domach i naszych państwach. Drugi to bezpieczeństwo energetyczne, które staramy się osiągnąć, jednakże akurat to nam się nie udaje, gdyż jesteśmy uzależnieni od surowców z zewnątrz. Trzecim – ale nie w hierarchii, tylko jednym z trzech równie istotnych – jest bezpieczeństwo żywnościowe: to, żebyśmy wszyscy mieli co jeść. Rolnictwo ma pewną misję, nie jest to tylko jeden z  biznesów, który powinien sam sobie poradzić na rynku. Błąd tych, którzy przekonują, że rolnictwo europejskie jest niekonkurencyjne, polega na tym, że jest ono niekonkurencyjne z samej swej istoty. W Europie nie ma tak dobrych warunków dla rolnictwa, jakie panują w USA, Kanadzie, Argentynie czy Brazylii. Istnieje bardzo wiele ograniczeń: klimatycznych, glebowych, związanych z kosztami pracy itp., w związku z czym to rolnictwo musi być wspierane, bo upadnie. Jeżeli ktoś mówi, że nie powinniśmy dotować rolnictwa, to tak jakby powiedział: przestańmy w Europie uprawiać ziemię.

Pozostaje zatem kwestia, jak ma wyglądać to rolnictwo, np. na jakich zasadach powinno być wspierane. Kolejne dyskusje na ten temat obserwuje Pan z najbliższej możliwej odległości. Proszę powiedzieć, w jakim kierunku ciąży obecnie Europa – postulowanego od dłuższego czasu powrotu do bardziej ekologicznych metod uprawy i wspierania mniejszych gospodarstw, czy też dalszej intensyfikacji produkcji rolnej? J. W.: Wspólna Polityka Rolna powstała w latach 50. po to, aby zapewnić produkcję żywności. Podlega ona pewnemu „falowaniu”. Polityka EWG, a potem UE polegała na dotowaniu rolników produkujących żywność, ale gdzieś w latach 90. to się zaczęło zmieniać, a po 2000 r. bardzo wyraźnie zaczęto ograniczać produkcję. W  tym momencie mamy do czynienia z  polityką unijną, która dusi produkcję rolną; przykładem może być wielka reforma rynku cukru, która polegała na tym, żeby jego produkcję w  Europie zmniejszyć z 18 do 12 mln ton. Kwotowanie produkcji, znoszenie dopłat eksportowych, dopłaty obszarowe bez produkcji – takie jest obecne podejście. Moim

Janusz Wojciechowski (ur. 1954) – polityk i działacz państwowy, z wykształcenia prawnik. Początkowo pracował jako sędzia, w latach 1990-1993 był członkiem Krajowej Rady Sądownictwa. W latach 19931995 był posłem Polskiego Stronnictwa Ludowego, następnie przez sześć lat pełnił funkcję prezesa Najwyższej Izby Kontroli. W 2001 r. ponownie wybrany posłem, a także wicemarszałkiem Sejmu. Od czerwca 2004 r. europarlamentarzysta. Wiceprzewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego, aktywnie zaangażowany w liczne inicjatywy w obronie interesów rolników, zwłaszcza indywidualnych. Od marca 2004 do stycznia 2005 r. pełnił funkcję prezesa PSL. W lutym 2006 r. współtworzył nowe ugrupowanie, Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast”, które deklaruje chęć przywrócenia życiu publicznemu tradycyjnych ideałów ruchu ludowego.


10 zdaniem ta polityka ponosi fiasko. Kryzys żywnościowy i wzrost cen jedzenia wskazują, że żywności zaczyna brakować wskutek błędnej polityki rolnej. Osobiście uważam, że powinno się wspierać rolników, którzy coś produkują. Denerwuję się, gdy widzę połać nieużytkowanej ziemi rolniczej, której właściciel siedzi gdzieś w Warszawie, bierze dopłaty i czeka, jak wzrasta jej wartość. Widuję ogłoszenia, że ktoś ma 600 ha do skoszenia. Wiadomo, że tam nie ma krów, siano nie jest do niczego potrzebne – chodzi tylko o to, żeby wziąć dopłaty. Moim zdaniem, są to zmarnowane pieniądze, które powinny trafiać wyłącznie do prawdziwych rolników, produkujących żywność.

tysiącach hektarów prowadzone są jednokulturowe uprawy. To małe gospodarstwa zachowują krajobraz, walory ziemi, chronią, a nie zatruwają środowisko, jak robią to wielkie uprawy czy hodowle, np. kurniki na milion kur. Dlatego to tradycyjne rolnictwo powinno być wspierane, a nie takie kombinaty, bo to już nie jest rolnictwo, lecz przemysł. Ponadto, w  interesie społecznym leży, żeby ziemia produkowała, a  możliwie najwięcej ludzi żyło godnie na wsi, zamiast uciekać do miast, z których robią się molochy. Dlatego małe gospodarstwa, które nie są efektywne ekonomicznie – choć niektóre są, przynajmniej w  okresach koniunktury – powinny mieć zagwarantowane wsparcie. Czy obecnie istniejący system nie daje im szansy na przetrwanie? J. W.: Jeśli nie będzie zmian, to niestety wielkie rolnictwo „zje” to małe; to tylko kwestia czasu. W  Polsce mniejsze gospodarstwa jeszcze się bronią, bo nasi rolnicy mają bardzo osobisty stosunek do ziemi i  niechętnie się jej wyzbywają, chcą na niej trwać dopóki tylko mogą. To godne szacunku, ale nie potrwa już długo, jeżeli nie będzie polityki adresowanej do małych gospodarstw. Przy czym to nie muszą być tylko te o wielkości 3 ha, mogą być także te liczące 30 ha, bo to jest w obecnych europejskich realiach niewielkie gospodarstwo. O to się zresztą toczy konkretny spór, np. podczas niedawnego przeglądu Wspólnej Polityki Rolnej (tzw. health check) Komisja Europejska przedstawiła propozycję, żeby obciąć część pomocy dla największych gospodarstw i przesunąć ją do tych mniejszych, ale jest przed tym duży opór, bardzo protestują zwłaszcza Niemcy.

bna seychelles88

Wieś to nie tylko rolnictwo. To także drobne przetwórstwo, sektor agroturystyki oraz miejsce zamieszkania milionów Polaków. Jak wygląda kwestia unijnych dotacji na wsparcie prowincji jako takiej?

Ale jednym z założeń wspomnianych reform unijnej polityki rolnej była chęć przyhamowania produkcji nastawionej na ilość – bezrefleksyjne wspieranie produktywności skutkowało ekspansją wielkich gospodarstw i upadkiem drobnych, a także zalaniem rynku wyrobami kiepskiej jakości. J. W.: Zgadza się – dlatego warunkiem dopłat powinno być spełnienie różnych wymogów, bo rolnictwo powinno dobrze służyć środowisku naturalnemu, nie niszczyć go. Tak jest w przypadku tradycyjnych, rodzinnych, wręcz chłopskich gospodarstw, na pewno nie jest to natomiast możliwe w przypadku wielkich farm, gdzie na setkach czy

J. W.: Połowa tego, co dostajemy z Unii „na rolnictwo”, przeznaczona jest właśnie na rozwój obszarów wiejskich. Za wcześnie oceniać efekty, ale jak na razie są to dobrze wykorzystane środki, wieś się dzięki nim modernizuje, warunki życia na wsi zmieniają się na korzyść. Oby tylko po 2013 roku nie zabrakło tych pieniędzy, bo polska prowincja bardzo ich potrzebuje. Politykę rolną kształtują narodowe interesy poszczególnych krajów, ale także działania lobbystów. U nas to słowo kojarzy się z podejrzanymi, zakulisowymi działaniami, z teoriami spiskowymi itp., a tymczasem np. w Parlamencie Europejskim jest czymś normalnym, że przedstawiciele poszczególnych grup interesów aktywnie zabiegają o korzystne dla nich rozwiązania. Jak istotny wpływ na unijną politykę rolną mają ich wysiłki? J. W.: Myślę, że w  tej chwili podskórnie toczy się bardzo brutalna gra o  przejęcie kontroli nad rolnictwem i  w  ogóle szeroko rozumianym sektorem żywnościowym. Są w tej chwili dwa główne lobby bardzo silnie tym zainte-


11 resowane. Jednym jest sektor przetwórstwa rolnego, który chętnie przenosiłby swoje interesy za granicę, bo w Europie jest dla niego za drogo. Przykładem może być wspomniana reforma rynku cukru, która była prowadzona m.in. pod hasłem, że trzeba pomóc rolnikom gdzieś tam w Brazylii, żeby mogli eksportować. To był oficjalny powód, nieoficjalnie wielu posłów było zdania, że tak naprawdę chodzi o interes wielkich europejskich koncernów cukrowych, które chciałyby przenieść swoje biznesy do Ameryki Południowej, tanio produkować tam cukier z trzciny i eksportować go do Europy. Drugi ośrodek to reprezentanci interesów szeroko rozumianego przemysłu, który jest zainteresowany liberalizacją handlu, np. likwidacją barier celnych. Przedstawiciele koncernów przemysłowych przekonują, że liberalizacja nam służy, bo otwiera europejskim producentom rynki na całym świecie. Tyle, że tym samym otwieramy Europę na produkty rolne ze świata, co może się skończyć klapą naszego rolnictwa. Ostatnio uaktywniło się także trzecie środowisko: producenci organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Bezwzględnie potrzebują innego modelu rolnictwa: wielkich, monokulturowych farm, znajdujących się pod ich pełną kontrolą – oni dostarczają nasiona, stawiają warunki w  zakresie uprawy i  przejmują cały produkt, a rolnicy stają się takimi feudalnymi dzierżawcami. To jest strasznie silny ośrodek nacisku na to, żeby zlikwidować małe gospodarstwa i przejąć wielkie farmy. Polska jest dużym krajem rolniczym, dlatego przyszły kształt europejskiego rolnictwa ma dla nas kluczowe znaczenie. Jak aktywni są nasi przedstawiciele w debatach na ten temat, np. na forum Parlamentu Europejskiego czy międzyrządowym? J. W.: Jesteśmy obecni w  tych debatach, choć moim zdaniem polski rząd mógłby bardziej zdecydowanie zabiegać o korzystne dla nas zmiany w polityce rolnej. Jesteśmy też aktywni w Parlamencie Europejskim. Niektórzy posłowie są w  to bardziej zaangażowani, inni mniej, ale generalnie nasze wysiłki idą w  tym kierunku, żeby zachować, a nawet zwiększyć pomoc dla rolnictwa, oraz żeby chronić ten jego model, który jest polskim atutem. Polska jest najbardziej rolniczym krajem Europy, w tym sensie, że nigdzie indziej nie ma tak wielu rolników – procentowo, ale także w  liczbach bezwzględnych. W  UE jest ok. 6 mln gospodarstw, z czego aż co czwarte znajduje się w Polsce! To nam daje tytuł do tego, żeby w sprawach rolniczych wypowiadać się bardzo mocnym głosem. Czy jednak jesteśmy w stanie „pociągnąć” europejskie rolnictwo w  dobrym kierunku, tego nie wiem. To zależy także od tego, gdzie znajdziemy sojuszników. Moim zdaniem, potencjalni sprzymierzeńcy istnieją, gdyż coraz więcej krajów rozumie, że trzeba rodzinne gospodarstwa wspierać, a coraz więcej Europejczyków ma dość „amerykanizacji” naszego rolnictwa. Polska ma tu dużą rolę do odegrania i powinna być bardziej aktywna. Podobnie jest z  walką o  fundusze unijne. Wciąż nie wiemy, jaki będzie budżet UE po 2013  r. Bogatsze kraje, które są jego głównymi płatnikami, chcą zmniejszenia bu-

dżetu. Przykładem są Niemcy, którzy chcieliby mieć w Unii jak najwięcej do powiedzenia, ale jak najmniej na nią płacić. My powinniśmy zmierzać do czegoś odwrotnego: żeby inni możliwie najmniej rządzili, a najwięcej płacili. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało cynicznie, ale dla nas w tej chwili Unia to przede wszystkim kwestia pozyskania i spożytkowania jak największych funduszy – po to, żeby nadgonić dystans, który nas dzieli od bogatszych krajów. Czy zaczęliśmy w ogóle skracać ten dystans? J. W.: Często mówi się, jakie ogromne pieniądze dostajemy na rolnictwo i rozwój wsi. Tyle, że jeśli przeliczyć unijną pomoc przypadającą na hektar, „stara” Europa dostaje kilkakrotnie więcej! W latach 2007-2013 w Europie Zachodniej na rozwój wsi przeznaczane będzie średnio 2,5 tys. euro na hektar, a w nowych krajach członkowskich zaledwie 1,4 tys. euro – takie wyliczenia robiliśmy wspólnie z kolegami z Węgier. Wniosek z tego, że wcale nie jesteśmy w takiej sytuacji, że mamy czym nadrabiać te różnice, one się mogą wręcz jeszcze powiększać. Tylko wielka determinacja naszych rolników powoduje, że wcale nie jest najgorzej. Wspomniał Pan o uprawach modyfikowanych genetycznie. Odbiorca polskich mediów może odnieść wrażenie, że GMO są w Europie czymś powszechnie akceptowanym, wyznacznikiem nowoczesności. Deklaracje naszych polityków, jak obecny i poprzedni minister środowiska, że nasz kraj nie powinien się otwierać na tę technologię, muszą budzić duże zdziwienie, czy wręcz nas kompromitują w oczach kogoś, kto zna problem tylko z relacji mediów. J. W.: Na temat różnego rodzaju zagrożeń zdrowotnych, ekologicznych i  społecznych, związanych z  GMO, toczy się w Europie coraz bardziej intensywny spór. Unijne prawo znajduje się trochę „w połowie drogi”, tzn. nie zabrania takich upraw, ale też nie jest wcale łatwo wejść z nimi na europejski rynek, bo procedura ich dopuszczania jest skomplikowana. Co więcej, upraw GMO w  Europie jest ciągle niewiele i  nadal koncentrują się w  wybranych krajach, zwłaszcza w Hiszpanii, Niemczech i Rumunii. Są przy tym państwa, jak Polska czy Grecja, gdzie – przynajmniej oficjalnie – w ogóle ich nie ma. Większość krajów broni się przed modyfikowanymi uprawami, i to coraz mocniej – ostatnio bardzo stanowczo zachowała się w  tej sprawie Francja. To moim zdaniem dobry kierunek. Pomijając bowiem potencjalną szkodliwość GMO dla człowieka, na temat czego trwa debata (przy czym eksperci, którzy przekonują, że są one nieszkodliwe dla zdrowia, są najczęściej powiązani z firmami biotechnologicznymi), czy coraz lepiej udokumentowane zagrożenia dla środowiska naturalnego, ta technologia jest potencjalnie szkodliwa dla ekonomicznych interesów rolników. GMO to uzależnienie ich od dostawców nasion i producentów środków ochrony roślin, całkowite oddanie rolnictwa pod kontrolę wielkich koncernów. Kto się raz z nimi zwiąże, właściwie do tradycyjnych upraw już nigdy nie wróci: nie tylko będzie związany umowami, ale też


12 będzie miał zanieczyszczone własne pole i niczego innego tam nie będzie w stanie uprawiać – tylko to, co te koncerny będą mu narzucać. To zagrożenie jest coraz bardziej widoczne i na pewno nie jest tak, jak to niektórzy próbują u nas przedstawiać, że nowoczesna Europa jest już otwarta na GMO, a tylko w Polsce jacyś zacofani ludzie, nie rozumiejący postępu, sprzeciwiają się temu świetnemu wynalazkowi. To nie jest walka postępu z zacofaniem, to raczej walka ostrożności z  bezwzględnością. Przez tych, którzy są przeciwni GMO, przemawia troska o szeroko rozumiane bezpieczeństwo, natomiast ich zwolennicy bezwzględnie forsują interesy finansowe, które przedkładają ponad wszelkie inne racje. Warto podkreślić, że opór przeciwko GMO jest szczególnie silny na szczeblu lokalnym – samorządy i małe społeczności, także w  Polsce, ogłaszają, że chcą być strefami wolnymi od takich upraw. Minimum tego, czego chcą Europejczycy, to prawo, aby przynajmniej państwa czy regiony mogły nie zgadzać się na modyfikowane uprawy na swoim terytorium. Prasa już kilkakrotnie straszyła na pierwszych stronach: próby zamknięcia polskiego rolnictwa na organizmy modyfikowane genetycznie są sprzeczne z prawem unijnym i grożą ogromnymi karami. Na jakim szczeblu Polska powinna walczyć o to, by pozostać wolną od GMO? J. W.: Aktualny stan prawny nie jest jednoznaczny. Są jakby trzy poziomy regulacji. Mamy przepisy krajowe, unijne i  reguły Światowej Organizacji Handlu, dość istotne, bo blokowanie GMO często jest traktowane jako sprzeczne z  regułami wolnego handlu światowego. Stąd wielka rola nauki, bo takie blokady można uzasadnić względami zdrowotnymi czy troską o  środowisko – trzeba po prostu podać konkretne powody, dla których nie chce się zezwolić np. na uprawę jakiejś genetycznie modyfikowanej odmiany kukurydzy. Z tym jest problem, bo to taka technologia, której szkodliwe efekty mogą się ujawnić np. po 50 latach. Niektóre wizje są wręcz alarmistyczne – mówią np. o możliwości całkowitego wyginięcia tradycyjnych upraw. Bardzo ciekawy jest przykład bogatej Norwegii. Na wyspie Spitsbergen wybudowano tam wielki schron, do którego trafiają wszystkie tradycyjne nasiona, jakie są uprawiane na Ziemi, na wypadek jakiejś katastrofy – np. związanej z GMO. To dowód, że ostrzeżenia przed tą technologią to nie są jedynie „strachy na lachy” ludzi nie rozumiejących postępu, ale że istnieją poważne powody do niepokoju. Wracając do regulacji. Myślę, że obecnie dużo do zrobienia jest zarówno na szczeblu unijnym, jak i krajowym, ale w przypadku Polski powinniśmy się skupić przede wszystkim na tym drugim. Wysiłek powinien iść w kierunku ochrony tradycyjnego rolnictwa. Jak już wspomniałem, nie możemy zakazać GMO tylko dlatego, że to GMO. Natomiast możemy chronić tradycyjne rolnictwo: „Jestem tradycyjnym rolnikiem i chcę nadal uprawiać swoje tradycyjne uprawy. Jeżeli koło mnie będzie sąsiad z  wielkim polem GMO, to moje pole zostanie zanieczyszczone. Nie zabraniam nikomu pro-

wadzić takich upraw, pod warunkiem, że zapewnicie możliwość funkcjonowania tym, którzy ich nie chcą”. W polskich warunkach zagwarantowanie, że uprawy modyfikowane nie będą genetycznie zanieczyszczać tych konwencjonalnych, jest niemożliwe, dlatego można próbować się bronić przed GMO wytaczając ten argument. Taka zresztą była koncepcja poprzedniego ministra środowiska, Jana Szyszko. Przygotował on ustawę, która nie zabraniała prowadzenia modyfikowanych upraw i w tym sensie nie była w konflikcie z prawem europejskim, ale równocześnie dopuszczenie jakiejkolwiek nowej uprawy miało wymagać wykonania tak wielu badań, że nikomu by się to po prostu nie opłacało. Ktoś powie: po co prawo, które wyklucza możliwość jego realizacji. Ja bym wolał, żeby istniała możliwość totalnego zakazu GMO na obszarze danego kraju, jeśli nie wprowadzono go w całej Unii to jednak w tej chwili nie ma perspektyw na przyjęcie takiej zasady na skalę całej Unii, to w  ustawodawstwie krajowym musimy sobie stworzyć takie „zawory bezpieczeństwa”. Trwa także spór o pasze zawierające komponenty modyfikowane genetycznie. Ich zwolennicy przekonują, że Polska musi je dopuścić, gdyż w przeciwnym wypadku czekają nas znaczne podwyżki cen mięsa. J. W.: W 2006 r. została uchwalona ustawa o paszach, która zabroniła stosowania i sprowadzania pasz zwierzęcych zawierających GMO, z tym, że wejście w życie tego zakazu zostało przesunięte o  dwa lata. Ten termin właśnie się kończy i trwają intensywne starania, by go przedłużyć do 2012  r. [już po przeprowadzeniu tego wywiadu, 30 lipca br. prezydent Kaczyński podpisał stosowną ustawę – przyp. red.]. Dlaczego od razu nie do 2047 r.? To straszna hipokryzja, jeżeli się ten okres tak przedłuża. To oznacza, że nie zamierza się zakazu wprowadzić. Myślę, że argument o wzroście cen pasz jest sztuczny. To znaczy on nie jest wydumany, bo pasze z GMO rzeczywiście są tańsze – w tym celu, by ostatecznie wyprzeć te tradycyjne; to praktyki dobrze znane w wielkim handlu. Gdy już będzie można je sprowadzać – i  nie będzie dla nich alternatywy – wcale tanie nie będą, a  Polska straci ogromny atut. Gdyby wprowadzono u  nas zakaz stosowania pasz genetycznie modyfikowanych, to moglibyśmy znakomicie promować nasze produkty: polski chleb z nasion nie-GMO, polskie mięso ze zwierząt karmionych paszami bez GMO. Żałuję, że doraźne interesy branżowe dominują nad szerszą wizją rozwoju rolnictwa. Jednocześnie powiedziałbym, że problem pasz nie jest na dzień dzisiejszy aż tak dramatyczny jak problem upraw genetycznie modyfikowanych – dlatego, że modyfikowane pasze już u  nas są i  jeśli nie teraz, to może w  przyszłości uda się je wyrugować. Natomiast w przypadku upraw mamy obecnie ostatnią szansę, żeby je skutecznie zablokować i obronić wizerunek kraju wolnego od GMO – później już nie będzie można nic zrobić. Tak się może skończyć nadgorliwość wobec unijnego prawa, bo ono wcale nie zmusza nas do otwierania się na GMO – zawsze jest możliwość przeprowadzania własnych badań, blokowania pewnych decyzji itp.


13 Media przedstawiają Polskę jako europejskie kuriozum nie tylko w kontekście oporów wobec GMO, ale także podejmowanych przez poprzednią koalicję prób ograniczenia ekspansji wielkich sieci handlowych. Tymczasem w krajach Unii ograniczenia nakładane na sieci marketów są powszechne, a oficjalne stanowisko Parlamentu Europejskiego, przyjęte dzięki m.in. Pańskim staraniom, wskazuje na negatywne skutki społeczne i ekonomiczne, jakie łączą się z ich działalnością – i zaleca im przeciwdziałać. O tym w naszych mediach jakoś dziwnie cicho... J. W.: Nie twierdzę, że super- i hipermarketów w ogóle nie powinno być. Ten rodzaj handlu, pozwalający w  jednym miejscu zrobić kompleksowe zakupy, też ma swoje uzasadnienie, gdyż wielu ludzi chce tam chodzić. Idzie jednak o  to, żeby sieci takich sklepów nie nadużywały swojej pozycji. W Parlamencie Europejskim przyjęliśmy w tej sprawie rezolucję. Była ona wynikiem inicjatywy kilku posłów (w  tym mojej osoby), pod którą udało się zebrać podpisy poparcia większości europarlamentarzystów. Wzywa ona Komisję Europejską do działań kontrolnych wobec wielkich sieci handlowych. Nadużywają one swojej pozycji w  stosunku do konsumentów, np. często oszukują na jakości towarów, podczas akcji promocyjnych, nierzetelnie informują o  sprzedawanych produktach itp. Nieuczciwie traktują także dostawców, m.in. narzucają niekorzystne warunki umów oraz zmuszają ich do finansowania akcji promocyjnych. Stosują także inne praktyki, które łącznie określa się mianem nieuczciwej konkurencji. Komisja Europejska ma w ręku instrumenty prawne, pozwalające w przypadku udowodnienia takich nadużyć nakładać bardzo wysokie kary finansowe, liczone nawet w setkach milionów euro. Jednak, z tego co widzę, trochę się opiera przed tymi kontrolami; nie wiem jakie tam działają wpływy. Wraz z  grupą posłów-inicjatorów rezolucji mieliśmy spotkanie w  Komisji Europejskiej z  wysokimi urzędnikami odpowiedzialnymi za sprawy konkurencji. Usłyszeliśmy, że Komisja chce działać, ale potrzebuje więcej konkretnych dowodów na istnienie nadużyć. Cóż, spróbujemy je dostarczyć, w porozumieniu z zainteresowanymi organizacjami rolników i producentów żywności. Wielkie sieci handlowe tworzą bardzo silne lobby i niełatwo jest wystąpić przeciwko ich interesom, ale Parlament to zrobił. Teraz wszystko zależy od działań Komisji. Tak czy inaczej, sama idea ograniczania absolutyzowanej w Polsce swobody gospodarczej, w celu ochrony konkurencji czy różnorodności – o czym mowa w rezolucji – nie jest dla zachodnich polityków czymś nie do pomyślenia. J. W.: Zasadą powinien być wolny rynek – tyle, że wolny nie znaczy dziki, w tym sensie, że silny zjada słabszego. My jesteśmy zdecydowanie przeciwko takim zasadom funkcjonowania rynku. Powinien on być wolny, ale też kontrolowany, a uczciwość konkurencji – jedną z jego podstawowych zasad.

Jeśli chodzi o problem hipermarketów, to dochodzą tu kwestie specyficznie polskie, w  szczególności związane z  ich lokalizacją. Mam w  pamięci kontrole NIK-u z czasów, gdy byłem jego prezesem. Stwierdzono naprawdę poważne nadużycia przy lokalizacji wielkich sklepów naruszano, zasady planowania przestrzennego, prawo budowlane. Często te decyzje były niezgodne z interesami lokalnych społeczności, gdyż bardzo mocno uderzały w drobny handel, stanowiący podstawę utrzymania wielu rodzin. Ale tak jak powiedziałem, trzeba być realistą. Nikt nie wyburzy hipermarketów, które już wybudowano, zapewne będą także powstawać następne. Należy jednak zabiegać o  to, by ich działalność była zgodna z  prawem i standardami uczciwej konkurencji. W skład aktualnie rządzącej koalicji wchodzi partia odwołująca się do ideałów ruchu ludowego, wybrana przede wszystkim głosami mieszkańców wsi. Należałoby zatem oczekiwać, że wszystkie problemy, o których rozmawialiśmy, związane z wytwarzaniem i handlem żywnością, stały się przedmiotem szczególnej troski państwa. J. W.: Jeśli mówimy np. o wielkoprzemysłowych fermach tuczu, to produkują one mięso w sposób urągający standardom ochrony środowiska, a  także w  zakresie tzw. dobrostanu zwierząt (godne traktowanie ich), o czym nie mówiliśmy, a co również jest bardzo ważne. Oczekiwałbym wielu inicjatyw ministra gospodarki w tym zakresie, bo to jego domena. Nie widzę, jednak, żeby minister, a jest nim w końcu prezes PSL-u, a więc partii przynajmniej werbalnie zainteresowanej tym, żeby zachować tradycyjny model rolnictwa i  produkcji żywności, w  ogóle się tym problemem interesował. Zdecydowanie zbyt mało się w  Polsce w  tym zakresie dzieje, zbyt wielkie jest otwarcie na negatywne zmiany, wprowadzane pod hasłem nowoczesności: hipermarkety, wielkie fermy przemysłowe, GMO... Weźmy tę ostatnią kwestię. Sądziłem, że PSL jednoznacznie opowie się przeciwko GMO i  będzie bronił polityki zapoczątkowanej przez poprzedni rząd, który w 2006 r. doprowadził do uchwalenia ustawy o paszach i ustawy o  nasionach, dwóch fundamentalnych aktów, które ograniczały modyfikowanym roślinom dostęp na polski rynek, i który przygotowywał trzecią ustawę, o organizmach modyfikowanych genetycznie. Moim zdaniem, byłby to kompleksowy zbiór przepisów, który skutecznie ochroniłby Polskę przed GMO. Tymczasem ustawa o  GMO została zarzucona, o  nasionach – nie jest skutecznie egzekwowana, a wejście w życie ustawy o paszach jest odkładane na bliżej nieokreśloną przyszłość. I nie mówię tego jako polityk, który ma swoje sympatie. Po prostu uważam, że wizja Polski jako kraju z silnym tradycyjnym rolnictwem była bliższa realizacji rok czy dwa lata temu, a teraz się oddala. Dziękuję za rozmowę. Rawa Mazowiecka, 5 lipca 2008 r.


14

Audiatur et altera pars (Niechaj druga strona też zostanie wysłuchana)

Marcin Domagała Według zapowiedzi Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pod koniec roku mają ruszyć prace nad nowelizacją prawa prasowego. Obecna ustawa powstała w 1984 r., czyli w poprzednim systemie politycznym, a w dodatku zupełnie nie odpowiada dzisiejszym wyzwaniom informacyjnym. Wychodząc naprzeciw tej sytuacji, w  ostatnich latach powstało kilka godnych uwagi inicjatyw społecznych i  politycznych. Niestety za każdym razem szczytne zamiary paliły na panewce, zaś jakakolwiek próba poważnej dyskusji na temat uregulowania roli prasy w dzisiejszej Polsce kończyła się zarzutami ze strony prywatnych firm medialnych o chęć dławienia wolności słowa. I nic dziwnego – w końcu żadne przedsiębiorstwo prywatne nie lubi ograniczeń, które mogą przyczynić się do zmniejszenia jego zysków. W  tym przypadku chodzi jednak o  coś znacznie więcej, aniżeli niczym nieograniczona swoboda działalności gospodarczej. Obecne prawo dławi wolność słowa i różnorodność opinii. Pozbawione właściwej regulacji prawnej, największe media w  Polsce zamiast przyczyniać się do kreowania i  publikacji szerokiego spektrum przekonań, często zajmują się ferowaniem „jedynie słusznych” poglądów. Służy im do tego dominująca pozycja rynkowa oraz ogromne środki finansowe, będące w ich posiadaniu. Skutek? Określone tematy nie są dopuszczane do szerszej dyskusji. Na wyrazicieli pewnych przekonań lub osoby arbitralnie uznane za niewygodne i  winne, nie pasujące do „kanonu”, w najlepszym razie spuszcza się zasłonę milczenia. Definiująca podstawowe zasady demokracji Konstytucja RP w art. 54 zapewnia „wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”, a  także gwarantuje, iż „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. O ile jednak od strony teorii ustrojowej te warunki są spełniane, o  tyle w  praktyce nie przestrzegają ich media, czując się

zwolnionymi z tych obowiązków. Traktują te zapisy arbitralnie: w tym samym czasie głoszą totalną wolność wyrażania poglądów oraz ograniczają funkcjonowanie idei niepopularnych lub nieprzystających do dominującej w danej chwili linii politycznej. Jest to swoisty darwinizm światopoglądowy. W Polsce w  odwrocie znajdują się wolność słowa oraz odpowiedzialność za głoszone opinie. Ta pierwsza oznacza nie tylko prawo do nieskrępowanego głoszenia własnych przekonań, ale także umożliwienie swobodnego prowadzenia sporu, czyli wyartykułowania krytyki danego poglądu. W przypadku tej drugiej kwestii warto zaznaczyć, iż rzeczywistość medialna karmi się nie tylko sensacją, ale w dodatku sensacją kiepskiej jakości, tworzoną ad hoc, w sposób sztuczny, często na zamówienie, rzadko odpowiadającą prawdzie. Kłamstwo sprzedaje się najlepiej. Celuje w tym bulwarowy „Fakt”, w którym chyba każdy artykuł jest manipulowany pod określoną tezę. Bulwarówka ta wzorem swego pierwowzoru – niemieckiego „Bilda” – jest swoistą fabryką zdarzeń. Ta kreacja służy z reguły nie do informowania, lecz do osiągania w  sposób niedemokratyczny celów określonych osób lub grup interesu. Głoszenie poglądów akcentujących interes narodowy niemal automatycznie skutkuje zarzutami o ksenofobię czy wręcz rasizm. Stanowiska pewnych ugrupowań politycznych i społecznych są wyśmiewane dla zasady. Media kreują określone zachowania, narzucają rytm pewnych działań lub popularyzują oceny niezgodne z  prawdą. Starają się wytworzyć w  społeczeństwie zachowania i  poglądy pożądane z  punktu widzenia komercyjnego interesu różnych lobby, przynoszące im zysk. Głosowanie na liberałów jest zatem trendy, zaś głoszenie na szerokim forum publicznym poglądów o charakterze socjalistycznym lub etatystycznym natychmiast skutkuje porównaniem do okresu PRL. Tego rodzaju nagonka jest stosowana m.in. wobec związków zawodowych, zaś żądania płacowe marginalizuje się, ośmiesza lub przeciwstawia im wyliczenia, publikowane na masową skalę, mówiące, że wzrost płac jest zagrożeniem dla stabilności gospodarczej. Nie wspomina się, że postulaty podwyżki płac uderzają przede wszystkim w i tak wysokie dochody niektórych firm prywatnych. Do niedawna mówienie


15 posiadają prywatne firmy medialne, jest niebezpieczny. Istnieje zatem potrzeba stworzenia silnej „piątej władzy”, która będzie zajmować się kontrolą „czwartej”. Od razu w tym miejscu należy podkreślić, że co prawda istnieje poważana Rada Etyki Mediów, działająca przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, lecz jej siła oddziaływania jest odwrotnie proporcjonalna do posiadanego autorytetu.

bn Martin Kleppe

o biedzie oznaczało w Polsce w najlepszym wypadku marginalizację medialną. Z  kolei próba zwrócenia uwagi na faktyczny kształt i strukturę dochodów Polaków oznaczała przypięcie łatki populisty. To wszystko powodowało niedemokratyczną dominację poglądów arbitralnie uznanych za jedynie słuszne, zaś w rzeczywistości sprzecznych z wolą ogółu społeczeństwa. Można stwierdzić, że w przypadku niektórych tematów dominuje w mediach swoisty totalizm światopoglądowy. W Polsce mamy zatem paradoks: w celu obrony wolności słowa należałoby obecne prawo do wolności słowa ograniczyć, aby doprowadzić do przywrócenia pełni obywatelskiej wolności słowa. Byłoby to też doskonałe antidotum na wspomniany darwinizm poglądowy. Celem zmian nie powinno być jednak wprowadzenie jakiejkolwiek formy cenzury prewencyjnej czy represyjnej, jak to próbują przedstawiać broniące własnej pozycji prywatne koncerny medialne, lecz obligatoryjne dopuszczenie do głosu podmiotów do tej pory celowo marginalizowanych. Warto się zastanowić, czym jest określone medium. W  większości przypadków jest to firma prywatna, często stanowiąca filię dużego koncernu zagranicznego. Koncern ten zwykle jest uwikłany nie tylko w pajęczynę politycznych powiązań, ale również zaangażowany finansowo w  różnego rodzaju przedsięwzięcia. Najlepszym tego przykładem są amerykańskie koncerny medialne, wchodzące w  skład holdingów, w ramach których znajdują się firmy przemysłu obronnego czy ciężkiego. Koncerny te w USA stanowią potężną grupę nacisku, zaś w  krajach, w  których posiadają filie, ich działania przypominają poczynania agentur wpływu. Również polski rynek medialny boryka się z tym problemem. Jednym z  przykładów jest pełne zakłamania selekcjonowanie informacji dotyczących m.in. Rosji (np. w „Gazecie Wyborczej”) lub nachalne wyrazy uwielbienia dla polityki USA w tygodniku „Wprost”. Koncerny medialne (wydawcy) to bardzo bogate przedsiębiorstwa prywatne. Wydawane przez nich periodyki to nie tylko nośniki informacji, ale także wyraziciele idei, pomysłów oraz opinii, które wpływają na kształt stosunków społecznych w  określonej grupie odbiorców lub całości społeczeństwa. Dysponując potężnym nośnikiem informacji, firma prywatna zyskuje z reguły przewagę nad innym podmiotami. Pół biedy, jeśli w  jej zarządzie zasiadają ludzie zdający sobie sprawę z  odpowiedzialności za wygłaszane opinie. Takie jednak sytuacje zdarzają się rzadko. W większości przypadków przewaga nad innymi podmiotami gry rynkowej pozwala prywatnej firmie medialnej kreować rzeczywistość i  pożądane zachowania przy nikłej odpowiedzialności. Media mogą wpływać nie tylko na przebieg procesów wyborczych, ale też na kształt całego państwa. W  swym działaniu są zatem podobne do reklamy, która w tym przypadku popularyzuje nie określone towary, lecz idee. O ile w Polsce reklama towarów i usług podlega dość ostrym regulacjom, o  tyle „reklama idei” jest ujęta w  bardzo nieprecyzyjny, przestarzały i całkowicie rozregulowany system prawny. Nie bez kozery media zwane są „czwartą władzą”. Niestety jest to władza samozwańcza, której siła oddziaływania nie pochodzi z  wyboru. Rząd dusz, który

Tymczasem problem narasta. Często wydarzenia opisywane przez dane medium – lub kilka z nich – przypominają monolog oskarżyciela. Dany pogląd jest przedstawiany jednostronnie. Opinia strony opisywanej bywa co prawda – choć nie zawsze – uwzględniana, natomiast jest ona marginalizowana lub przykrawana pod z  góry określoną tezę. Jednym słowem, mimo pewnych atrybutów obiektywizmu, podmiot opisywany jest w rzeczywistości pozbawiony równorzędnej możliwości odpowiedzi na stawiane zarzuty. Doskonałym przykładem takiej manipulacji było np. zniszczenie oskarżeniami kandydata na prezydenta Stanisława Tymińskiego m.in. przez „Gazetę Wyborczą” w  1990 r., insynuacje TVP w  kwestii związków Lecha Kaczyńskiego z aferą FOZZ w 2000 r. czy regularna nagonka medialna na ministra zdrowia w  rządzie Leszka Millera, Mariusza Łapińskiego, inspirowana przez koncerny farmaceutyczne, za próbę uregulowania polityki lekowej w 2002 r. To tylko nieliczne przykłady spośród wielu podobnych. Pokrzywdzonym pozostaje żmudne, bo trwające latami i dość drogie postępowanie sądowe. Często o racji, tudzież jej braku, decyduje Sąd Najwyższy. Tak było kilka miesięcy temu z  „Super Expressem”, który musiał przeprosić byłego premiera Jerzego Buzka za sugestię, że przyjął pieniądze od szefa spółki Colloseum. Podkreślić trzeba, że stało się to wyrokiem nie podstawowych instancji, lecz właśnie Sądu Najwyższego po długotrwałym, kosztownym procesie, na który stać tylko naprawdę znanego i zamożnego polityka.


16 Można też zapobiegać takim przypadkom, stosując swoistą finansową cenzurę prewencyjną. Tak uczynił rok temu znany polski biznesmen Ryszard Krauze, którego osobę zaczęto nagminnie wymieniać w kontekście tzw. afery gruntowej w Ministerstwie Rolnictwa. Gdy media zaczęły bez opamiętania przedstawiać jego nazwisko w niekorzystnym świetle, Krauze zagroził wytaczaniem procesów dziennikarzom (gazetom). Groźba pomogła, gdyż Krauze dysponuje pokaźnym majątkiem i stać go na dobrych prawników, mogących prawie każdą gazetę postawić w kłopotliwej sytuacji finansowej. Przykład ten jednak dowodzi reguły, iż skuteczna obrona własnego imienia jest obecnie zastrzeżona tylko dla bardzo bogatych osób. A co może przeciętny obywatel w starciu z koncernem medialnym? Niewiele. Nawet przed sądem. Rozwiązaniem tego problemu byłoby zupełnie nowe podejście do kwestii wolności słowa oraz rezygnacja z całkowicie liberalnego traktowania prywatnych firm medialnych, a  także przyspieszenie działalności sądów w  tej sprawie. Takie propozycje zawierał np. pomysł autorstwa Samoobrony, która postulowała ograniczenie czasu rozpatrywania w sądzie skarg na działalność mediów do 14 dni. Pomysł ten spotkał się nawet z dość przychylną opinią części niezależnego środowiska dziennikarskiego, natomiast oczywiście totalnie skrytykowały go prywatne firmy medialne. Podobne projekty zgłaszał też PiS, który rozszerzył ostatnio pakiet swoich propozycji o nałożenie sankcji karnych na dziennikarzy i wydawców. Projekty te jednak nie rozwiązywały problemu podstawowego, jakim jest kwestia obarczenia mediów odpowiedzialnością za własną działalność, czyli informacje i komentarze – odpowiedzialnością, która byłaby proporcjonalna do reakcji wywołanej tym przekazem. Wspomniane projekty rozwiązywały jedynie problem czasu reakcji prawnej na potencjalną szkodę wywołaną danym artykułem czy audycją. Tymczasem w kwestii zmiany systemowej chodzi nie tylko o  wymóg jak najszybszej publikacji sprostowania, w  znaczeniu przyznania się zarówno dziennikarza, jak i redakcji do błędu, w  miejscu najbardziej czytelnym i  widocznym dla odbiorcy. Nie mniej ważną rolę odgrywa konieczność wyrównania strat związanych z publikacją, a także kwestia ograniczenia zasięgu funkcjonowania fałszywej informacji. Tutaj rozwiązaniem mógłby być obowiązek publikacji – na koszt wytwórcy fałszywego przekazu – w  mediach, które daną informację w dobrej wierze powtórzyły. Obecnie bardzo często oskarżycielski artykuł jest publikowany na pierwszej stronie pod wielkim tytułem, zaś ewentualne sprostowanie z reguły ukazuje się na stronach ostatnich małym druczkiem. Czasami w dodatku po kilku latach. Pierwsze wrażenie niestety pozostaje. Jak zatem temu zaradzić? Niedawno pojawiła się bardzo ciekawa inicjatywa u naszych południowych sąsiadów – na Słowacji. Tamtejsza koalicja socjaldemokratów z  partii SMER-Socjaldemokracja (SMER-DS) premiera Roberta Fico, ludowców z Partii Ludowej – Ruchu na Rzecz Demokratycznej Słowacji (LS-HZDS) Vladmira Mečiara oraz narodowców ze Słowackiej Partii Narodowej (SNS) Jana Sloty, od dawna borykała się z  problemem nierzetelnego przekazu o  własnych działaniach, spotykając się co krok z  tzw. czarnym

public relations, stosowanym przez media na skalę masową i bez żadnych konsekwencji. Konflikt osiągnął bardzo poważne stadium, zaś wzburzony manipulacjami medialnymi słowacki minister kultury Marek Maarič wprost mówił o „kneblowaniu ust społeczeństwu przez media”. Ustawa słowacka nakłada na redakcję obowiązek publikacji odpowiedzi na kwestionowany tekst. Co ciekawe, zachowano wymóg sprostowań, które prócz odpowiedzi nabrały cech przeprosin wydawcy pod adresem osoby poszkodowanej. Możliwość żądania sprostowań i publikacji odpowiedzi mają wszystkie organy państwowe. Redakcji nie wolno odnieść się do odpowiedzi skierowanej do niej przez władze państwowe. Jeśli wydawca nie zamieści odpowiedzi, może zostać ukarany grzywną w wysokości 150 tys. koron (ok. 16 tys. zł). Nowe prawo prasowe dotyczy oczywiście nie tylko polityków, ale także wszystkich obywateli słowackich, którzy poczuli się dotknięci oskarżeniami prasowymi. To rozwiązanie w sposób dość radykalny zmienia dyskusję na łamach mediów – stawia na równi dziennikarzy i osoby przez nich opisywane, a w efekcie upodmiotawia osoby będące w kręgu zainteresowania mediów. Przykład słowacki pokazuje też, że nie spełniły się czarne scenariusze. Mimo protestów i drukowania pustych stron (rzekomo ocenzurowanych), gróźb przeniesienia redakcji poza granice słowacką itp., gazety wcale nie zamieniły się w  zbiory nieustannych polemik. Ustawa zmusiła media jedynie do większej odpowiedzialności za słowo i  dbałości o  rzetelność publikacji. Wzrosła też jakość debaty publicznej. Potencjalna odpowiedź, w  przypadku prawdziwości medialnych zarzutów, uwiarygodnia dane medium, zaś potencjalna manipulacja jest z miejsca obalana w odpowiedzi. Warto byłoby bliżej pochylić się nad tymi rozwiązaniami. Oczywiście należy spodziewać się protestów prywatnych koncernów medialnych, jednakże w  dalszej perspektywie ustawa wzorowana na słowackiej okazałaby się rozwiązaniem korzystnym dla wszystkich stron. Ogranicza ona bowiem zakres manipulacji informacją, a  przede wszystkim ustanawia równowagę stron sporu. W łatwy sposób można bowiem odpowiedzieć na stawiane zarzuty i obalić potencjalne fałszywe aspekty tekstu. Z drugiej zaś strony, zmusza ona do tego, by w jeszcze bardziej dobitny sposób udowodnić prawdziwość tezy artykułu, z  miejsca obalając kontrę, wykazując jej słabe punkty itp. Tak żywa wymiana zdań przyczynia się nie tylko do zwiększenia atrakcyjności danego tematu, ale też promuje prawdziwe, rzetelne dziennikarstwo, pozbawione zapędów do sztucznego kreowania rzeczywistości i tworzenia tzw. faktów prasowych. Czy tego rodzaju dyskusja ma szansę rozpocząć się w kraju, w którym demokracja została zastąpiona przez mediokrację? Nikt nie ma zamiaru pozbawiać mediów prawa kontroli nad władzą. Należy jednak pozbawić je pozycji dominującej, a przede wszystkim możliwości sztucznego kreowania rzeczywistości, a tym samym nadmiernego wpływu na wydarzenia w państwie, którego podmiotem są obywatele, nie zaś koncerny medialne.

Marcin Domagała


17

Śmierć jak tabliczka czekolady

Magdalena Pruszewicz Mdławy zapach czekoladowych frykasów kojarzy mi się już tylko z bratem, z jego brakiem i powodami tej nieobecności. Czekoladą pachniał Krzysztof, gdy wracał z pracy po 12-godzinnej zmianie z Zakładu Produkcji Cukierniczej Vobro. Czekoladą pachniał, gdy wyciągano go z maszyny, której masywne mieszadła zmiażdżyły mu lewą stronę ciała, rozerwały płuco, połamały kości i poharatały tętnice szyjne. Krzysztof Pruszewicz zmarł 16 kwietnia 2008 r. w wyniku wypadku, do którego doszło w jedenastej, nocnej godzinie jego zmiany. 12 maja obchodziłby 21. urodziny. Świętowałby zapewne ze swoją dziewczyną, z rodziną. Ale wpadł do mieszalnika masy cukierkowej, który obsługiwał zaledwie od 1 kwietnia do chwili śmierci.

Fabryka słodkich marzeń

W zakładzie Vobro produkuje się wszystko, o czym mogą marzyć małe i duże łakomczuchy: od finezyjnych ciasteczek począwszy, poprzez cukierki wabiące egzotycznymi kształtami i nazwami, na pralinach o różnych smakach skończywszy. Zakład zatrudnia ok. 300 pracowników, w tym osoby z grupą inwalidzką. I chwała mu za to – bo bezrobocie w Brodnicy dzięki temu sezonowo spada. Inna sprawa, że po trzymiesięcznym (a czasami nawet krótszym), maksymalnym wykorzystaniu, rzesze ludzi na nowo zasilają statystyki bezrobocia. Przeciętny robotnik zarabia tam niewiele ponad płacę minimalną. Praca odbywa się w trzech różnych systemach zmianowych: 12 godzin pracy na 12 odpoczynku, 12 na 24 godziny (system zrównoważony), oraz 8 godzin pracy na 12 godzin „wolnego” (ten przywilej zarezerwowany jest dla nielicznych). Aż trudno uwierzyć, że kierownicy orientują się, kto na ile godzin przychodzi do pracy. Na pytanie, dlaczego godzą się na takie warunki, kobiety z załogi odpowiadają, że wszędzie jest tak samo, a tu znają już ludzi, maszyny, wiedzą, co do nich należy i co może je spotkać, jeśli będą nieuważne. – „Poza tym w nowej pracy trzeba byłoby się na nowo uczyć wszystkiego – a tu już mamy wyrobioną pozycję” – mówią anonimowo. Słodycze polskie to dość sugestywne logo dużej i  prężnej, jak na skromne warunki wciąż rozwijającej się gospodarczo Brodnicy, firmy rodzinnej Woj-

Kiedy byliśmy małymi dziećmi, przejeżdżając przez Brodnicę przy niesprzyjających wiatrach najpierw wchłanialiśmy fetor z zakładu produkującego żelatynę, potem wyziewy z oczyszczalni ścieków i śmietniska, ale na końcu wiedzieliśmy, że zaraz powieje słodkawą, lepką, waniliową i tak miłą małym noskom wonią z fabryki słodyczy. Dzisiaj zdecydowanie wolę dwa pierwsze zapachy. ciecha Wojenkowskiego. Osobiście wolałabym, żeby zakład, w którym nie szanuje się praw człowieka, dbając o  swój wizerunek na rynku, nie reklamował się w ten sposób. Ostatecznie nie napawa dumą fakt, że jakiekolwiek słodycze polskie mogłyby zostać skojarzone z zakładem, w którym jawnie wykorzystuje się pracowników, a słodycze zawierają więcej strachu, konformizmu i obłudy niż cukru. Vobro bierze udział w przeróżnych akcjach promocyjno-charytatywnych. Logo zakładu znajduje się m.in. na bannerach kampanii „WIDOCZNY-BEZPIECZNY”. Na tym, który musimy mijać codziennie w drodze do miasta i z miasta, sponsorowanym przez Vobro, widnieje napis „zwolnij, daj szansę dziecku na drodze”, a na odwrocie „zwolnij, szkoda życia”. Szkoda, że ta dewiza nie odnosi się do stosunków obowiązujących w fabryce, w której jeśli będziesz za wolny, to cię wyrzucą. Wydajność załogi maksymalizuje się zwolnieniami na pokaz i obrzucaniem obelżywymi przezwiskami. Prym w tyranizowaniu robotników wiódł kierownik produkcji – Robert K. – zwolniony wcześniej z bardziej znanego czekoladowego przedsiębiorstwa, gdzie też miał unowocześniać linie produkcyjne, tak by najefektywniej wykorzystać zasoby energii pracowników i możliwości przepustowe sprzętu. W rzeczywistości okazało się, że starych maszyn nie sposób unowocześnić, a jedyne, co można było zrobić, to „podkręcić” wydajność pracowników i zredukować etaty.


18 Droga do Vobro

Krzysztof ukończył Technikum Żywienia i Gospodarstwa Domowego. Miał specjalizację dietetyka. W niewielkiej Brodnicy trudno znaleźć pracę w zawodzie, a wyjeżdżać do innego miasta nie chciał. Długo szukał pracy, która byłaby związana choć w pewnym stopniu z wyuczonym zawodem. W końcu zdecydował się złożyć dokumenty w Vobro. Nawet lokalizacja zakładu była dla Krzyśka atrakcyjna, bo zaledwie kilka minut od domu.

stałem przypadkowo, bo jednego zwolnili za to, że nie wyrabiał normy i zastąpili go mną. Miałem tydzień na naukę obsługi maszyny”. Jak to możliwe, że tak odpowiedzialne stanowisko jest powierzane tak młodemu człowiekowi niemal w drodze przymusu, bez należytego przeszkolenia? – „Jak się nie podoba, to wypierdalaj” – skwitował protesty Krzyśka kierownik produkcji i wskazał palcem drzwi.

Szkolenie?

Krzysztof Pruszewicz. Fot. z archiwum rodzinnego

Jak wyglądało wstępne szkolenie w zakresie bhp? – „Krzysiek pojechał do zakładu i po kilkunastu minutach był z powrotem, aż się przestraszyłam, że już wrócił” – przypomina sobie mama. Wiedza ogólna dotycząca bezpieczeństwa i higieny pracy została wtłoczona do głów nowych pracowników w sposób skondensowany. W praktyce oznacza to, że dostali kserokopie zasad bhp oraz złożyli podpisy na oświadczeniach. Pseudoszkolenie w dziedzinie obsługi kolejnej maszyny zajęło jedyne 48 godzin, przy czym Krzysiek jednocześnie wykonywał nowe obowiązki oraz musiał wykonać tzw. normę. Za niewyrobienie zakładowej normy w początkowej fazie zatrudnienia groziło natychmiastowe wyrzucenie z  pracy. Najpierw było to przygotowanie 12 kremów w ciągu 12 godzin pracy. Dane dotyczące norm znajdują się na tablicach informacyjnych, trafiają też do rąk samych pracowników. „Znikają” jednak, gdy pojawia się policja. Niezbędne byłoby również szkolenie stanowiskowe do każdej nowej maszyny, z jaką miałby się zmagać niedoświadczony pracownik. Jako brygadzista nadzorujący pracę całej pięcioosobowej ekipy na linii produkcji wyrobów czekoladowych, Krzysztof powinien odbyć szkolenie pozwalające mu kontrolować pracę podległych współpracownic. Nie miał takiego szkolenia. Na karcie zapoznania się z instrukcją obsługi maszyn i urządzeń z linii technologicznej produkcji czekoladek widnieje czyjś podpis, aczkolwiek biegły grafolog nie jest w stanie stwierdzić, czy to podpis Krzysztofa – ani nawet, czy to w ogóle jest podpis... To była pierwsza praca, jaką podjął po ukończeniu szkoły. Zatrudniony w zakładzie został z pierwszym dniem lutego, na okres próbny trzech miesięcy, na stanowisku pomocnika robotnika w przemyśle spożywczym. Taki zawód widnieje również na świadectwie pracy, które otrzymaliśmy po jego śmierci. Natomiast wraz z upływem czasu od śmierci Krzyśka, wychodzą na jaw inne funkcje i obowiązki. Początkowo pracował de facto jako operator maszyn do produkcji kremów. Wyrabiał pięć różnych rodzajów kremu i mimo ogromnego zmęczenia, cieszył się tym stanowiskiem i z radością opowiadał, co przydarzyło mu się podczas 12 godzin pracy. Natomiast w toku śledztwa okazało się, że miał nie tylko status pracownika przemysłu spożywczego, ale także operatora maszyn do produkcji koncentratów spożywczych, a w końcowych wersjach protokołów – wręcz brygadzisty. Tak awansuje się tylko w Vobro – niestety, dopiero po śmierci. Krzysiek złościł się nawet, gdy wspominano o jego „awansie”. – „Widzisz, nie pchałem się wcale. Awans do-

Słodka męka

Okres próbny w zakładzie rozpoczyna się harówką w systemie 12 godzin pracy na 12 godzin wolnego. Okres takiego morderczego wysiłku, także w nocy, to dwa tygodnie. Prawdopodobnie Krzysiek pracowałby w tym systemie dłużej, ale zaryzykował i się „postawił”. Norma dla Krzysztofa na mieszalniku mas cukierkowych wynosiła 1,7 tony w ciągu zmiany. Jego poprzednik został usunięty z  pracy w związku z tym, że „nie wyrabiał normy” i „psuł” cukierki. – „Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego” – za błędy brygadzisty odpowiedzialność ponosi cała brygada. Dlatego też niefrasobliwość poprzednika Krzysztofa doprowadziła do anulowania premii za marzec, co znacznie uszczupliło budżety domowe kobiet współpracujących na linii. W oficjalnych zeznaniach kadra kierownicza bądź zaprzecza, że wspomniane normy w ogóle istnieją, bądź twierdzi, że ich wyrobienie zależy wyłącznie od ambicji samych pracowników.


19 Po kilkudniowym przyuczaniu przez innego brygadzistę z kilkuletnim stażem, także nocą, Krzysztof samodzielnie obsługiwał maszynę do wyrobu różnych mas czekoladowych. Jednak z powodu braku pracowników kierownicy zmiany i produkcji przenosili go na inne maszyny oraz składnie kartonów. Każda maszyna to inny proces produkcji, inne parametry, składniki – dlatego sam musiał „wyciągać” od starszych stażem współpracowników niezbędne informacje. Także pisania tzw. raportów o procesie produkcji uczył się metodą prób i błędów, a mylić się nie mógł. – „Za pomyłkę płaci się życiem” – zażartował kiedyś Krzysiek i nawet nie przypuszczał, jak bliski jest prawdy. Jego „ostatni” mieszalnik znajdował się na ciemnej i nieprzyjemnej hali, zwanej potocznie „cza-cza”. – „Nikt nie chciał na nim pracować” – zauważył Krzysiek zanim go tam przydzielono. Obiecywano mu stanowisko brygadzisty, a w związku z tym większe wynagrodzenie, natomiast nie poinformowano o grożącym niebezpieczeństwie. Poprzedni operator tejże maszyny został zwolniony z pracy. Przyczyn swoistej „opieszałości” ówczesnego brygadzisty należałoby szukać m.in. w złym stanie technicznym maszyny, która często się psuła, zapychała masą. Podczas awarii produkowano 600-800 kg w ciągu 12-godzinnej zmiany. Krzysztof szybko nauczył się wyczuwać, kiedy masa jest gotowa, ponieważ wskaźniki temperatury masy i maszyny podawały mylne odczyty. W lutym i marcu Krzysiek wypracował 160 nadgodzin (z czego aż 120 tylko w lutym). Do obsługi maszyn zakładowych, na których pracował od 1 kwietnia, potrzebne są przynajmniej dwie osoby. Zakład od listopada zeszłego roku zredukował liczbę etatów – w tym osób do pomocy dla brygadzisty przy tym mieszalniku, zwanym młynem. Kierownictwo uważało, że jedna osoba wystarczy do przynoszenia składników, nadzorowania procesu produkcji i kontrolowania pozostałych pracowników. Również do tego mieszalnika, przy którym pracował Krzysztof na nocnej zmianie z 15 na 16 kwietnia, konieczni byli dwaj pracownicy, co podkreślał za każdym razem, gdy wracał z pracy. Do przenoszenia ciężkich produktów (ponad 35 kg) lub innej ciężkiej pracy prosił o pomoc albo koleżankę z linii produkcyjnej, albo przypadkowych współpracowników z hali. Krzysztof, będący formalnie jedynie pomocnikiem, musiał przygotowywać surowce do produkcji: sam je ważył, transportował z magazynów do hali, przerzucał do mieszalników, rozdrabniał, przesiewał odpady technologiczne, dodawał rozgrzany tłuszcz i aromaty. Cykl powtarzał co godzinę, chyba, że nie dawał rady dopilnować całego procesu produkcji. Po wyprodukowaniu określonej ilości masy, przerzucał ręcznie masę cukierkową do wytłaczarki batonów. Kontrolował w zasadzie cały proces dalszej produkcji cukierków: od noża, który dzielił batony na kawałki, poprzez tunel chłodniczy, przycinanie i oblewanie czekoladą, po pracę zawijarki. Później mył maszynę i odpowiednio konserwował po skończonej zmianie. Przygotowywał kolejną porcję masy dla następnej zmiany, tak żeby była zachowana ciągłość produkcji. Pisał oczywiście końcowy raport z zakończonej zmiany, gdzie wyszczególniał m.in. co wyprodukował, w jakiej ilości, kto był z nim na linii produkcyjnej. Ponadto

koordynował pracę swoich współpracownic, wśród których cieszył się wielką sympatią. Po jego śmierci kobiety opowiadały, że któregoś dnia, na pół godziny przed końcem zmiany Krzyśkowi wylała się czekolada z pojemnika i zachlapała podłogę. Panie natychmiast rzuciły się do sprzątania mazi, nie zważając na swoje stanowiska pracy. – „Żeby tylko Krzysiu nie musiał zostawać sam po zmianie i żeby nikt nie zauważył, że coś mu się wylało” – opowiadają ze łzami w oczach.

Śmierć w rytmie cza-czy

15 kwietnia o godz. 18.00 rozpoczęła się dwunastogodzinna zmiana Krzyśka. Z anonimowych telefonów wiemy, że tamtej nocy czuł się źle i skarżył swoim współpracownikom – jednak nikt nie mógł go zastąpić, więc pracował dalej. Z raportu produkcji, pisanego już po śmierci Krzysztofa, wynika, że tej nocy wyprodukował 1830 kg masy. O godz. 3.20 nad ranem, według raportu zakładowego, zakończył produkcję. Nie wiadomo, co robił do momentu wypadku. Kazano mu opróżnić zbiornik mieszalnika, o pojemności 200 litrów, ponieważ dostał dyspozycję o zmianie smaku masy. Pozostało mu do wyciagnięcia 150 kg masy. Do opróżniania mieszalnika miał służbowe narzędzia: łopatkę, którą czasami nazywa się łyżką i skrobaczkę. Do sześcioosobowej brygady na hali „cza-czy” dołączały stopniowo od 3.30 kobiety z innych hal, mechanik, kierownik zmiany – w sumie znajdowało się tam ok. 15 osób. Ok. 5.00 (co równie dobrze może oznaczać 4.00 jak i 5.30) rozmawiał z nim przechodzący do myjni Piotr M. – to ostatnia osoba, która rozmawiała z Krzyśkiem przed wypadkiem. Mimo że na hali znajdowało się aż tyle osób – nikt nie widział momentu, w którym Krzysztof został pochwycony przez mieszadła. Prawdopodobnie zemdlał lub pośliznął się. – „Doświadczenie załogi oraz urządzenia i technologie godne XXI wieku, dobór najlepszych surowców zapewniają VOBRO utrzymanie najwyższych standardów jakościowych” – czytamy na stronie internetowej firmy. Gdzie byli ci doświadczeni pracownicy i nowoczesne technologie, gdy mieszadła przechwytywały Krzysztofa i wciągały go do kotła wypełnionego masą czekoladową? A może nowoczesne obuwie antypoślizgowe z atestem uchroniłoby go przed śmiercią... gdyby je miał na nogach? Według opinii behapowca, prywatne trampki, które Krzysiek z konieczności zakładał w zakładzie, bo służbowe buty obiecywano przydzielić dopiero po przepracowaniu trzech miesięcy, spełniają wszelkie wymogi bezpieczeństwa, ponieważ „posiadają sznurowadła i gumową podeszwę”. Na hali rozległ się krzyk kobiet. Co czuje załoga, gdy docierają do niej przeraźliwe odgłosy łamanych kości nieszczęśnika, który chce żyć i odzyskuje przytomność pod wpływem bólu? Nie było czasu na rozcinanie zbiornika, mężczyźni ręcznie cofali mieszadła, pod którymi skulony, zakrwawiony i umazany w czekoladzie dusił się Krzysiek. W zakładzie nie było żadnej opieki medycznej. Pierwszej pomocy udzielali Krzyśkowi współpracownicy; krew tamowała kobieta, która kiedyś pracowała jako pielęgniarka. A firma ma status zakładu pracy chronionej!


20 Krzysiek długo czekał na chłodnej i tłustej posadzce na karetkę pogotowia. A potem jeszcze dwie godziny w samotności walczył o życie. Co ma czuć matka, którą informuje się, że jej dziecko miało tylko niegroźny wypadek i skaleczyło się w rękę, po czym okazuje się, że ten wypadek jest śmiertelny?

Dziwne „fakty”

Jeżeli wypadek zdarzył się ok. 5.00, a policja zjawiła się dopiero o 7.30, zaś służba bhp godzinę później – to o czym może to świadczyć? Jak widać, zakład miał sporo czasu na zatarcie wszystkich śladów mogących świadczyć o jego winie. Tłumaczono, że dążono do tego, aby następna zmiana mogła zacząć pracę normalnie. Po kilku tygodniach doszły nas słuchy, że pod wpływem presji społecznej zakład zastanawiał się, czy wycofać „ostatnią partię Krzyśka” ze sprzedaży – niestety nie udało nam się ustalić, czy jakakolwiek ilość cukierków została wycofana z „obiegu”. Policja twierdziła, że przyczyną tragedii był pęk prywatnych kluczy, które mogły niefortunnie wpaść Krzysztofowi do zbiornika, a które w ostatniej chwili próbował schwytać. Jedyne klucze, jakie posiadał, były służbowe, do otwierania pomieszczeń z ograniczonym dostępem dla personelu. To oczywiste, że każdy z pracowników ma klucze do szafki służbowej i trzyma je w kieszeni. Oczywistym jest również, że jeżeli człowieka obracają wielkie mieszadła, to klucze wypadają z kieszeni. Hipoteza o kluczach została później odrzucona na rzecz teorii o świadomym blokowaniu końcówki czujnika zabezpieczającego tzw. pieluchą, czyli czyściwem do wycierania rąk. Trudno ją zakwestionować – jak wiemy od osoby, która para się przyuczaniem nowej siły roboczej do maszyn, takie blokowanie czujników jest standardową praktyką w zakładzie. Czujniki się często zużywały, więc je w ten sposób „oszczędzano”. Ponadto przy wyłączonej maszynie nie sposób było dokonać oczyszczenia 1,5-metrowego pojemnika – Krzysiek musiałby wejść do środka, żeby wygarnąć całość masy, a masa ta z racji gęstości natychmiast zastygała. Na 4 czy 5 dni przed wypadkiem Krzysiek poparzył się, gdyż musiał rozgrzewać masę czekoladową tzw. farelką. Masa zastygła, bo został on przerzucony na inne stanowisko przez kierownika produkcji, a później musiał zostać po zmianie, ogrzać masę tak, by nie rozsadziła pojemnika i przygotować maszynę dla następnej zmiany. Wtedy oparzył się w rękę. Nikt nie widział, że to akurat Krzysiek zawiązał czujniki pieluchą czy czymkolwiek – natomiast są świadkowie, którzy przyznają, że tak się w zakładzie robiło. Tak go nauczono, więc tak postępował. Uczyli go ludzie z 7-letnim stażem pracy na tej maszynie. Zdumiewające jest tłumaczenie kadry kierowniczej, która jednocześnie zarzuca Krzysztofowi, że był zanadto pracowity, bo zdarzało mu się produkować ponad normę oraz że był leniwy, dlatego ułatwiał sobie pracę blokując czujniki. Zasadniczy problem z ustaleniem, co wydarzyło się naprawdę polega na tym, że poszkodowany nie może już powiedzieć nic.

Ręka rękę myje Właściciel zakładu nie przebiera w środkach, żeby przyjęta wersja przebiegu zdarzeń nie świadczyła na jego niekorzyść. Protokół powypadkowy sporządziła krewna Wojenkowskiego jako „przedstawicielka załogi” oraz wspomniany specjalista od trampek. Ów ekspert bhp reprezentuje firmę „Tarcza”. Firma Szymona Tempczyka zajmuje się współpracą z wieloma zakładami w woj. kujawsko-pomorskim, które chętnie korzystają z jej usług. Nic dziwnego – brat Szymona, Filip, z ramienia Państwowej Inspekcji Pracy, przeprowadza inspekcje w tych zakładach. Także w Vobro po wypadku. Z pierwszą wersją protokołu powypadkowego starali się nas „nie-zapoznać” sekretarka firmy, milczący kierowca i jąkający się ze strachu behapowiec. Rodzice postanowili nie podpisywać tych dokumentów, gdyż wersja przedstawiana przez Vobro nie zgadzała się ze stanem rzeczywistym. Słowne utarczki i próby ustosunkowania się do dokumentów zakończyły się dezercją z naszego domu całej delegacji, która zabrała dokumenty. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy pismo z datą 25 kwietnia i podpisem specjalisty od trampek. Do nowej – zupełnie różnej od poprzedniej, jednak równie „poplątanej” i niespójnej – wersji protokołu, dołączono także notatkę służbową, w której owa kompetentna delegacja zaświadcza, że rodzice odmówili ustosunkowania się do drugiej wersji protokołu i podpisania go. Według protokołu, Krzysiek, będący brygadzistą, sam jest winien swojej śmierci. Co prawda komisja nie może się zdecydować, jaką funkcję w zakładzie pełnił i za co mu płacono, ani nie pisze niczego o ryzyku zawodowym i warunkach panujących na hali, jednak jest pewna, że procedury złamał tylko poszkodowany. Z kolei w protokole kontroli PIP Filip Tempczyk opisuje np. maszynę już po jej „przeorganizowaniu” z 200 na 100 litrów pojemności; mówi o wizji lokalnej, której nie było; posiłkuje się zeznaniami zaledwie jednego świadka; w zasadzie opisuje stanowisko do produkcji kremów, gdzie Krzysztof pracował w lutym i marcu – nie zaś stanowisko do produkcji mas cukierkowych, gdzie zdarzył się wypadek.

Temida z hiperglikemią

Jak przeprowadzić śledztwo, żeby niczego nie wykryć? Zdaje się, że doskonałym patentem na to dysponuje brodnicka policja. Kiedy wreszcie zjawiła się na miejscu tragedii, przesłuchiwała ludzi, którzy Krzyśka nie widzieli na oczy. Dopiero po naszej interwencji prokuratura zaczęła przesłuchiwać brygadę, która współpracowała z Krzysztofem. Niektórzy pracownicy-świadkowie byli przesłuchiwani w obecności pracodawcy. Do tej pory w ogóle nie zeznawało kilka osób, które akurat mogłyby rzucić więcej światła na przebieg wypadków. Rażą też w oczy braki w zgromadzonych aktach. Bardzo boli świadomość, że na komisariacie zostaliśmy potraktowani jak grupa intruzów, którzy bezprawnie próbują się czegoś dowiedzieć i przeszkadzają w piciu kawy. Prokurator, podpisując się pod umorzeniem śledztwa, w uzasadnieniu uwłacza swoim zdolnościom intelektualnym. Powiedzenie, że Temida jest ślepa, nabrało nowego znaczenia...


21 Zresztą nie tylko wymiar sprawiedliwości traci zdolność racjonalnego osądu wydarzeń – nazwijmy to szokiem spowodowanym hiperglikemią po spożyciu nadmiernej ilości słodyczy. Rozsądek stracił także człowiek, któremu zazwyczaj ufa się bez zastrzeżeń. Proboszcz, który wpada z wizytą, by złożyć ofertę pieniężną w imieniu Vobro dwa dni po śmierci Krzyśka, najwyraźniej jest kolejnym przykładem szoku po spożyciu czekoladowych cukierków. Zapewne znajduje się w nim także główny świadek, który nie potrafi powiedzieć, czym się zajmował w chwili wypadku. Także pracownicy szpitala, dziwnym zrządzeniem losu, do tej pory nie mogą się połapać w archiwach i daremne pozostają nasze próby wydostania od nich dokumentów dotyczących akcji ratunkowej.

Strach

– „Czego pani chce? Ja mam rodzinę na utrzymaniu! Jak się ktoś dowie, że rozmawiałam z panią, to wylecę z roboty!” – w podobny sposób kończy się większość rozmów z pracownikami Zakładu Produkcji Cukierniczej Vobro. Śmierć Krzyśka osnuta jest nimbem tajemnicy i  otoczona smutnym milczeniem które, jak podejrzewam, wynika z przekonania, że w fabryce i tak nic się nie zmieni na lepsze, że lepiej nie próbować czegokolwiek zmieniać, bo zawsze można pogorszyć sytuację pracowników. – „Po co pani się interesuje, pani sama nie wie, że krzywdę sobie pani robi” – skitował moje starania jeden z pracowników. Jak duży wpływ na życie tutejszych ludzi i instytucji ma właściciel jednego zakładu? Strach przed utratą pracy jest na tyle sugestywny, że oficjalnie nikt nie chce się wypowiadać. Pracownicy zakładu ślą natomiast anonimowe listy zarówno do nas, jak i do Sądu Pracy w Brodnicy oraz do redakcji lokalnych czasopism. Zarzuty z listu skierowanego do sądu „zostały zbadane” i się nie potwierdziły. Zresztą nie pierwszy raz; dla kierowanych poprzednio przez samych pracowników zarzutów i zażaleń o łamanie ich praw również nie udało się uzyskać formalnego potwierdzenia.

bNna Szymon Surmacz

Przepis na czekoladowe sumienie

XXI wiek, najnowsze technologie i... bezsensowna śmierć. Ubabranemu w kremie „cza-cza”, „mieszance karaibskiej” czy „sambie” (policji trudno to ustalić) i własnej krwi człowiekowi pozwala się wykrwawić na podłodze, zajmując się oczyszczaniem maszyny i wymyślaniem wiarygodnej wersji wydarzeń, tak by zakład nie ucierpiał. Kim jest pracownik dla właściciela fabryki słodyczy? Człowiekiem, który miał swoje pasje, rodzinę i dopiero zaczynał smakować, czym jest życie? Czy wyłącznie niewolnikiem, który w milczeniu zgodzić się musi na swój los? Brodnica nie jest dużym miastem. Sprawy toczą się tutaj własnym, specyficznym rytmem. Załatwianie kluczowych kwestii miasta i gminy odbywa się na radosnych spotkaniach towarzyskich i polowaniach. Dla zwykłego obywatela interesowanie się czymś poza końcem własnego nosa wydaje się nie na miejscu. Znieczulica i obojętność plus garść tchórzostwa oraz konformizmu, wymieszane z dążeniem do jak największych profitów – tworzą przepis na wyzysk. Pracownice (większość z zatrudnionych w Vobro to kobiety), które oprócz 12 godzin spędzonych w pracy mają jeszcze obowiązki w domu, przy małych dzieciach, zapewne marzą o chwili dla siebie i odpoczynku. W pogoni za godnym życiem, z czasem zapominają, jak to jest żyć godnie. Czym kończy się brak szacunku dla człowieka, już wiemy. Jak odkupić winy? Czym ukoić sumienie pracodawcy-krwiopijcy, zakładając, że takowe posiada? Nie wystarczy kupić stu róż na pogrzeb. Nie wystarczy podesłanie ogłupiałego od „czekoladowych ofert” proboszcza z propozycją załagodzenia sprawy pieniędzmi. Nie wystarczy wymienić maszyny i zwolnić kierownika-tyrana. Nie ukoją sumienia Misie Bezpiecznisie rozdawane w brodnickich szkołach ani msze święte odprawiane na pokaz. Szukam prawdy – może pachnieć gorzką czekoladą. Magdalena Pruszewicz


22

Każdego kocha się inaczej

Justyna Barańska Każde dziecko kocha się inaczej – te trudne chyba nawet mocniej. Taka miłość to wyzwanie. Kto się na nią zdecyduje powinien nie tylko posiadać zdolności pedagogiczne, ale również administracyjne. „Hej, hej, hej Rodzina, Dziś zabawę rozpoczyna. Tata z miną uśmiechniętą, Bo to dzisiaj wielkie święto” – Maciek pokazuje mi słowa piosenki, której uczył się na festyn. Śpiewa się na melodię „Hej, sokoły”. Festyn szkolno-przedszkolny będzie dzisiaj w  ogródku przedszkola w Rajsku koło Oświęcimia. Pierwszoklasista Maciek wystąpi w stroju krasnoludka, śpiewając piosenkę wspólnie z dziećmi ze swojej klasy. Sobota, 31 maja. – Maciek, z jakiej okazji będzie ten festyn? – zagaduję. – Zapomniałem – Maciek na to. – Jak to zapomniałeś? – obrusza się ciocia Marianna. – Z okazji Dnia Mamy, Dnia Dziecka i Dnia Taty. Będą wspólne obchody. Dzień Rodziny. – Właśnie, Dzień Rodziny – powtarza Maciek posłusznie.

W pogoni za rodziną

Maciek i jego dwaj starsi bracia – Damian i Piotrek – nie mieli dotąd wielu okazji, żeby świętować istnienie rodziny. Gdy mieszkali z biologicznymi rodzicami w Jaworznie, mama i tata nie bardzo się cieszyli, że mają dzieci. O  głodne, obdarte, sponiewierane sąsiedzkie maluchy dorywczo dbała pani Marianna, przyszywana ciocia. Kiedy Maciek miał cztery lata, chłopcy trafili do domu dziecka. – „Właściwie znam chłopaków od pieluch. W Jaworznie byłam ich sąsiadką. Jak w  domu było źle, to uciekali do mnie. Jak byli w domu dziecka, to tęskniłam za nimi, jeździłam ich odwiedzać, kiedy mogłam, chociaż to daleko, bilety kosztują” – opowiada pani Marianna. Po trzech latach w  domu dziecka trafili do wioski dziecięcej w Rajsku pod Oświęcimiem. Ich nową mamą została Renata. Na pół roku.

Renatę poznałam we wrześniu ubiegłego roku. Pierwsze wrażenie: ciepła i budząca zaufanie, gaduła, społeczniczka-idealistka. W  październiku została mamą zastępczą w wiosce dziecięcej. W marcu odeszła. Bez uprzedzenia. Z  dnia na dzień. Nie poradziła sobie. To pierwszy taki przypadek w wiosce w Rajsku. Dlaczego? Nikt nie wie. Więcej plotek i domysłów niż pewności. Chłopcy zostali sami. Nie było w  wiosce dziecięcej „domku”, który mógłby ich przyjąć. Ale kierownictwu wioski udało się oszczędzić chłopcom kolejnego odrzucenia. Zostali w  Rajsku. Zaopiekowała się nimi pani Marianna. – „Bardzo się ucieszyłam, gdy usłyszałam o wiosce dziecięcej. Jak tu trafili, myślałam, że w końcu los się do nich uśmiechnął, że w końcu będzie im dobrze. A potem się okazało, że trzeba się nimi zająć. No i od dwóch miesięcy jestem tutaj” – opowiada pani Marianna. Pani Marianna nie jest typową mamą z  wioski dziecięcej – ma około pięćdziesiątki, męża, który pracuje w hucie szkła w Jaworznie, z doskoku pojawiając się w Rajsku, nie przechodziła szczegółowej kwalifikacji oraz przygotowań do opieki nad dziećmi opuszczonymi. Ale życie czasem rozsadza schematy. Bo gdyby wszystko odbyło się w zgodzie ze schematem, pani Marianna z panem Czesławem powinni zostać w Jaworznie, a chłopcy od razu wrócić do domu dziecka.

Był sobie pomysł

Wioski dziecięce wymyślił Hermann Gmeiner, a pierwsza taka placówka powstała w 1949 r. w Austrii. Każda wioska liczy od kilku do kilkudziesięciu domków, na jej czele stoi kierownik czuwający nad całością. W wiosce jest też zaplecze pedagogiczno-psychologiczne dla wszystkich dzieci, plac zabaw. Każdy domek prowadzi zastępcza mama, która wychowuje 6-8 osieroconych dzieci. Żeby ułatwić mamom zadanie, na każde dwa domki przypada ciocia – pomaga mamie w prowadzeniu domu, zastępuje ją, gdy mama ma wolne lub urlop. Do niedawna mamami w  wioskach dziecięcych mogły być tylko samotne kobiety, co miało gwarantować oddanie dzieciom i  stałość opieki. – „Obecnie w wioskach dziecięcych dopuszcza się możliwość, że zamiast osoby samotnej dziećmi zajmie się małżeństwo – wtedy kobieta zostaje zatrudniona jako »matka« a męż-


23 dzieci raczej się nie zdarza. Gdybyśmy chcieli dostosować się do tego przeciętnego poziomu, dzieci musiałyby biedować, nie miałyby możliwości do rozwoju i wyrównywania braków”. – „Na początku warunki były trudniejsze, wioska dopiero się tworzyła – dodaje Danka. – Domy były niewykończone, spało się na materacach. Brakowało stabilizacji, były kłopoty finansowe. Ale my miałyśmy wiele entuzjazmu. Nie wykorzystywałyśmy swoich dni wolnych, na urlop do rodziny też jeździłyśmy z dziećmi”.

Wioska dziecięca w Rajsku koło oświęcimia © www.blizejczlowieka.socjum.pl

czyzna czasami jako »wujek«, albo pracuje poza wioską. Jednak zawsze pozostaje pytanie o to, czy wytrwają, i o motywacje – czy nie kierują się przede wszystkim względami finansowymi. Pozostaje też problem relacji między własnymi i przybranymi dziećmi” – mówi Magdalena Marcinowska, psycholog. Na co dzień pracuje z  rodzinami zastępczymi, prywatnie natomiast jest córką założycieli fundacji „Bliżej człowieka”, prowadzącej wioskę dziecięcą w Rajsku i zna temat od podszewki. Dodaje: „Matkom zastępczym w wiosce dziecięcej jest łatwiej niż rodzicom w rodzinnych domach dziecka czy w zawodowych rodzinach zastępczych, bo fundacja bierze na siebie część obowiązków. Dlatego samotna kobieta jest w stanie ogarnąć ośmioro dzieci. Mamy wioskowe są trochę chronione, pod kloszem. Jeśli jest wyjątkowa sytuacja, pilne wydatki, np. trójce dzieci na raz trzeba sprawić okulary, to pieniądze w fundacji zawsze się jakoś znajdą. Łatwiej dostępna jest pomoc fachowców. Na miejscu jest psycholog, pedagog, pracownik socjalny. A  rodzinne domy dziecka i rodziny zastępcze nie mają takiego wsparcia. Rodziny adopcyjne po uprawomocnieniu się adopcji są w  ogóle pozostawione same sobie. Minusem wioskowej formy opieki jest życie wewnątrz określonej organizacji, pewne podporządkowanie się – nie każdy jest w stanie dostosować się do tego, nie każda pani domu toleruje zaglądanie do garnków...”. Fundacja „Bliżej Człowieka”, której założycielem jest Janusz Marszałek, prowadzi tylko wioskę w  Rajsku, powstałą w 1994 r. Pozostałe cztery wioski dziecięce w Polsce prowadzone są przez fundację „Wioski Dziecięce SOS”. Kiedy Janusz Marszałek na przełomie lat 80. i  90. podjął starania o utworzenie wioski w swoim rodzinnym Oświęcimiu i znalazł sponsora w Niemczech, urzędnicy oświatowi i kierownictwo fundacji SOS stwierdzili, że nie wypada, aby Niemcy budowali wioskę dla polskich sierot w Oświęcimiu. Więc pan Marszałek postanowił działać samodzielnie. Wioski dziecięce nie istnieją w polskim prawie dotyczącym opieki nad dziećmi osieroconymi. Wioska dla urzędników funkcjonuje jako placówka opiekuńczo-wychowawcza, czyli po prostu dom dziecka. Ma to rozmaite konsekwencje. Mamy odczuwają obowiązki biurokratyczne, m.in. wypełnianie kart pobytu i  planów pracy z  dzieckiem. No i  konsekwencje finansowe. – „Wszystkie wydatki na dzieci: ubrania, jedzenie, bilety autobusowe, książki, zabawki – muszą być udokumentowane, dokładnie rozliczone. Dzienna stawka na jedzenie wynosi 9 złotych. Jeżeli chciałabym wydać mniej, bo na przykład sąsiadka dała mi jabłka z ogródka, musiałabym dać jej do podpisu oświadczenie, że darowała mi owoce o określonej wartości” – wzdycha Danka, mama zastępcza z wioski w Rajsku. Warunki materialne? Pomoc finansowa od państwa taka sama, jak w przypadku każdego domu dziecka, czyli skromniutka. Ale fundacja dba o sponsorów, którzy dadzą komputery, używaną odzież, meble, dofinansują wakacje, remont lub wykończenie nowego domku. A domki są obszerne, wygodne i estetyczne. – „Ideą wiosek dziecięcych było, żeby standard życia dzieci był przeciętny – nie niższy od średniej i nie bardzo wysoki – tłumaczy Magdalena Marcinowska. – U nas poziom materialny jest wyższy: dzieci mają domki z ogródkiem, w domku osiem pokoi, Internet, jeżdżą na obozy i  kolonie, co w  zwykłej rodzinie wielodzietnej z  ośmiorgiem

Trudne kochane dzieci

Na konieczność szczegółowego rozliczania wydatków i przytłoczenie papierkową robotą narzekają też Basia i Piotr, prowadzący od wielu lat jeden z wrocławskich rodzinnych domów dziecka. Nie chcą ujawniać mediom bliższych szczegółów o sobie. Zresztą wolą mówić o dzieciach, których już kilkanaścioro przeszło przez ich dom, a  teraz jest ośmioro, od przedszkolaków do 18-latków. Ośmioro to maksimum w rodzinnym domu dziecka. Nie mają własnych dzieci, więc nie wiedzą, czy rodzone kocha się bardziej niż przybrane. Zresztą – każde kocha się inaczej, te trudne chyba nawet mocniej. Na pewno z przybranymi ma się więcej roboty. Trzeba zadbać o zdrowie. Dzieci zwykle są niskie, co wynika zarówno z  niedożywienia we wczesnym dzieciństwie, jak i z deficytu opieki. Bo „zagłodzenie uczuciowe” wpływa na wydzielanie hormonu wzrostu. Czasem jest wychudzenie i depresyjna niechęć do jedzenia, czasem otyłość wskutek objadania się. Bo w domu rodzinnym trzeba było jeść na zapas, gdy tylko było jedzenie, później często następował głód albo długa przerwa przed następnym posiłkiem. Więc dzieci mają rozepchane żołądki, chowają po kątach jedzenie na zapas, opychają się czym popadnie.


24 Często grymasy: tego nie jem, to mi nie smakuje. Bo smakuje tylko chleb z cebulą, kiełbasa i wino. Albo chipsy i  cukierki. Czyli to, co jadło się w  domu rodzinnym. A w domu dziecka narzekanie na jedzenie jest w dobrym tonie, taki szpan. Zresztą przy zbiorowym żywieniu potrawy są zwykle mało urozmaicone, stołówkowy standard: zupa, mielone, ziemniaki, kapusta. Gdy u rodziców zastępczych dostaną pierwszy raz w  życiu faszerowaną paprykę albo risotto, to marudzeniu nie ma końca. Trzeba pilnować przy myciu. Dzieci w  domu rodzinnym nie myły się zbyt często, nie umieją się posłużyć szczoteczką do zębów. Trzeba biegać po lekarzach. Zęby w  fatalnym stanie, nieuzupełnione szczepienia, na skutek niedoleczonych infekcji problemy z  nerkami czy sercem, z  nerwów moczenie nocne. Te, które przeszły przez dom dziecka, zwykle są w lepszym stanie zdrowotnym, ale i tam zagonione wychowawczynie nie zaradzą wszystkiemu. U  wielu podopiecznych występuje FAS, czyli alkoholowy zespół płodowy, o którym w Polsce niewiele wiedzą nawet lekarze i psycholodzy. Zachowanie. Na początku dwa możliwe schematy: dziecko bardzo się boi narazić rodzicom zastępczym, chce zaskarbić ich uczucia, więc bardzo się kontroluje, stara się przypodobać, cichutkie, usłużne, przymilne. Po tygodniu, miesiącu, roku, jak już się poczuje trochę bezpieczniej, wyłażą rogi. Druga wersja: „jak macie mnie odrzucić, to odrzućcie od razu, zanim was polubię”. Więc szaleje, żeby się pokazać z jak najgorszej strony. Sprawdza: wytrzymają czy nie? Kiedy tworzy się więź między rodzicami a  dzieckiem, pojawia się agresja. Rodzice zastępczy obrywają za nieobecnych – biologicznych. Dziecko broni się przed nowym uczuciem: „jak cię nie pokocham, to mnie nie

skrzywdzisz”. U każdego wygląda to inaczej. Jedno tylko jakiś czas boczy się na rodziców zastępczych, popłakuje w poduszkę, inne wykłóca się o wszystko do upadłego, walczy na każdym kroku, krzyczy, kopie, gryzie, nie posłucha polecenia za żadne skarby. Do tego cała litania zaburzeń. FAS, ADHD, depresja dziecięca, choroba sieroca, nerwice, agresja, wycofanie, lęki, opóźnienia w rozwoju wynikłe z przewlekłego stresu i zaniedbań środowiska. RAD, czyli reaktywne zaburzenie więzi, niezdolność do nawiązania więzi z otoczeniem. – „Ale zaburzenia są od tego, żeby z czasem ustępowały. No i na szczęście to wszystko nie pojawia się zwykle na raz u jednego dziecka” – śmieje się Basia. I dodaje poważniej: „W Polsce ludzie bardzo niewiele wiedzą o problemach rodzicielstwa zastępczego, więc albo sobie wyobrażają biedną, smutną sierotkę, w sam raz do przytulania, Anię z Zielonego Wzgórza, albo młodocianego bandytę. Obie wersje to stereotypy. A  ich skutki nasze dzieci bardzo odczuwają: w  szkole, w życiu towarzyskim. A przecież żyjące z biologicznymi rodzicami też sprawiają mnóstwo problemów!”.

Wioska dziecięca w Rajsku koło oświęcimia © www.blizejczlowieka.socjum.pl

Rodzice w obliczu wyzwania

Małżeństwo, które adoptuje dziecko, utworzy rodzinny dom dziecka albo rodzinę zastępczą, musi się zastanowić nad sobą. Bo ma mniej czasu dla siebie, bo zmienia się tryb życia, bo musi przedefiniować wzajemne relacje, bo trudniej zachować prywatność, bo hałas, zmęczenie, stres... Bo dziecko nie wzrasta od początku ze swoimi rodzicami, lecz przychodzi ukształtowany, kilkuletni człowiek do innych, ukształtowanych, dorosłych ludzi. A oni zwykle chcą jak najlepiej, ale bywa, że sami są niedojrzali i bardzo przeświadczeni o własnej szlachetności – przecież dali dom biednej sierotce. Dziecko często stara się, świadomie lub nie, sprowokować takie reakcje, jakie zna z rodziny biologicznej. A zatem próbuje wywołać gniew rodziców na siebie albo kłótnię pomiędzy nimi. Jeśli maluch konsekwentnie traktuje jedno z rodziców zastępczych jako „dobre” a drugie jako „złe”, oni tak właśnie mogą się zacząć zachowywać. W rodzinie biologicznej to zazwyczaj mężczyzna był gorszy – o ile nie odszedł w siną dal. Zwykle tata, ojczym, wujek, dziadek, jeżeli był, to pił, bił i  krzyczał. Więc zastępczego taty często się boją, wolą omijać, nie podchodzić za blisko, nie przypominać o swoim istnieniu. Albo przeciwnie – wyładowują na nim swoją złość. Bo jest facetem, a biologiczna mama zawsze mówiła, że faceci to świnie. Czasem jednak ojciec zbiera plusy tylko za to, że jest mężczyzną. Bo to pierwszy na świecie dorosły facet, który zajmuje się dzieckiem, ale go nie bije. No i  w  szkole, w przedszkolu, w pogotowiu opiekuńczym, w domu dziecka, też są kobiety. Więc mama nie jest taka niezwykła. No i mama jest na co dzień, na okrągło. Dyrektorem rodzinnego domu dziecka niemal zawsze zostaje żona, mąż pracuje na zewnątrz, poza domem. Kontakt z ojcem ma więc bardziej „odświętny” charakter. – „Jeżeli dziecko doznawało przemocy seksualnej w określonych okolicznościach, może reagować negatywnie na podobne sytuacje – mówi Magdalena Marcinowska. – Dziecko,


25 które otrzymywało pieniądze w zamian za kontakt seksualny, może być przerażone, kiedy dostanie kieszonkowe, bo interpretuje to jako wstęp do wykorzystania”. Czasem ma się podejrzenie graniczące z  pewnością. Ale dziecko nic nie mówi, pytane – zaprzecza. Może powie – gdy nabierze zaufania: za dwa lata, za pięć, za dziesięć... Ślady na ciele, o ile powstały, znikają szybko. Pozostają ślady w  psychice. I  zachowania, które trudno pomylić z innymi. – „Jeśli dziewięciolatka siada każdemu gościowi płci męskiej na kolanach i zaczyna go całować po torsie jak, przepraszam za słowo, mała kurewka, to sama się tego nie nauczyła, ktoś ją musiał przeszkolić” – tłumaczy jedna z mam zastępczych.

Zastrajkować jak górnicy

Zdarza się, że dzieci bezpodstawnie oskarżają rodziców zastępczych: biją mnie, głodzą, molestują seksualnie. Groźba takiego oskarżenia bywa szantażem – jeśli będziecie mnie zmuszali do mycia łazienki, to powiem, że się znęcacie i zaganiacie do ciężkich robót. Ale dzieci z  rodzin patologicznych przywykły po prostu do „sprzedawania” swoich kłopotów innym, wymuszania tym ich serdeczności i zainteresowania: jeśli powiem, że źle traktują, to ktoś mnie pożałuje. Skoro nauczycielka mnie nie lubi, a klasa nie zauważa, powiem, że nie dostaję drugiego śniadania. Nakłada się na to stres dzieci spowodowany większymi wymaganiami niż w rodzinie biologicznej czy w domu dziecka – każą się uczyć, nosić szalik, sprzątać pokój, nie trzaskać drzwiami, myć zęby, wynosić śmieci, chodzić spać o  określonej godzinie. W rodzinie biologicznej dziecko nie musiało nic – chciało, to spało cały dzień, chciało, to wychodziło w nocy z domu. A w domu dziecka łatwiej było wtopić się w grupę, ujść bacznemu oku dorosłych. Jest też wyniesione z  domu dziecka przeświadczenie, że „należy mi się”. Bo w bidulu wszyscy byli tylko po to, żeby pracować z dziećmi i dla dzieci: wychowawcy, sprzątaczki, psycholog... – „Dziecko potrafi przybranej mamie powiedzieć: »Ty umyj garnki, tobie za to płacą«. Albo: »naskarżę na ciebie i cię zwolnią«” – mówi M. Marcinowska. – „Póki dzieci były małe, nie uświadamiały sobie, że to moja praca, że dostaję pieniądze za opiekę nad nimi. Nawet wysyłały mnie do pracy, żebym uczyła w szkole” – śmieje się Danka. A Basia dodaje: „Jest takie głupie podejście: »o, zobaczcie, ile kasy ona dostaje za siedzenie z dzieciakami, i jeszcze na ich utrzymanie«. Chciałabym widzieć tych, co tak myślą, na moim miejscu, z moją pensją, albo utrzymujących dzieci za pięćset złotych miesięcznie. Ciekawe, że nikt tak nie traktuje wychowawczyni w bidulu, która przychodzi na osiem godzin, nikt nie mówi, że ma pracować za darmo albo utrzymywać dzieci ze swojej pensji. A my jesteśmy w pracy 24 godziny na dobę”. Podobne opinie przewijają się na internetowym forum rodzinnej opieki zastępczej. Pełni ono rolę grupy wsparcia, klubu dyskusyjnego, miejsca integracji rodziców z rodzinnych domów dziecka (RDD) i z rodzin zastępczych (RZ). Obok rodzin zastępczych, wychowujących jedno lub dwoje dzieci, od 2004 r. istnieją też zawodowe rodziny zastępcze, które oprócz pomocy na utrzymanie dzieci (od trojga do

sześciorga) otrzymują także pensję za sprawowanie opieki. Ile? Powiat decyduje. Powyżej najniższej pensji. Można się wyżalić na trudności wychowawcze, na głupie przepisy czy na Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, które bywa centrum przeszkadzania rodzinie. Gdy w ubiegłym roku sejm rozpoczął prace nad ustawą o rodzicielstwie zastępczym, na forum wrzało. Rodzice zastępczy wytykali masę niedoróbek, nieścisłości i  niemądrych rozwiązań w „bublu” – tak określali projekt ustawy. Opracowali własne propozycje. Niektórzy twierdzili, że forsowany w sejmie projekt jest celowo spartaczony, żeby zahamować przyrost rodzin zastępczych, snuli hipotezy „komu z  polityków to nie na rękę”. Zmieniła się ekipa parlamentarna – dyskusję nad projektem odłożono. Na forum toczą się także debaty o tym, co robić, aby bronić praw rodziców zastępczych. Bo samorządy często naginają prawo, niekiedy nie realizują swoich obowiązków, a ustawodawcy produkują wadliwe regulacje. Więc rodzice z RDD i RZ założyli związek zawodowy. – „Ale tak naprawdę nasz związek zawodowy może władzy nagwizdać. Wiadomo, że nie zastrajkujemy w taki sposób, że zostawimy dzieci – mówi Basia. – Chyba, że zrobimy demonstrację w takim stylu, jak górnicy. Czasem mam na to ochotę”.

Za tydzień wróci do domu

Teoretycznie z rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka dzieci powinny wracać do rodzin biologicznych. Zdarza się to niezwykle rzadko. Tak rzadko, że gdy Ewa, studentka pedagogiki, chciała pisać licencjat o rodzinach biologicznych, które „odzyskały” dzieci przebywające w rodzinach zastępczych, musiała zarzucić ten pomysł, bo brakowało jej materiału. – „Szukałam w całej Polsce, lecz są to pojedyncze przypadki, zazwyczaj związane z chorobą, ewentualnie z kłopotami materialnymi” – opowiada Ewa. Ale wielu rodziców biologicznych utrzymuje kontakt z dziećmi. Psychologowie twierdzą, że to prawie zawsze jest dla dzieci korzystne. Ale nie zawsze jest łatwe dla rodziców zastępczych. Mama Dorota pisze na forum rodzinnej opieki zastępczej: „Nasze kontakty z mamą biologiczną dzieci są z  tych koszmarnie trudnych. Mama nie dzwoni i  nie przyjeżdża przez pół roku, aby potem nagle zasypać nas telefonami, nawet 30 dziennie, od 4 rano do 2 w nocy. Dzieci słyszą obietnice, nigdy nie dotrzymane, groźby, wyzwiska. I  na tym kończy się zainteresowanie mamy dziećmi. Dziś znowu się zaczęło, telefon za telefonem, nasz łobuziak odebrał raz i usłyszał od mamy, że będzie sprawa w sądzie, że najpóźniej za tydzień wróci do domu (mama ma odebrane prawa rodzicielskie), że ciotka (ja) to stara k...., wujek to ch... a tak w ogóle to ona jeszcze dziś do nas przyjedzie i nas załatwi...”. Inna forumowiczka, Kajmak, pisze: „Monisia bardzo tęskni za babcią, wieczorami płacze, układa o niej piosenki. Kilkakrotnie dzwonię i proszę babcię o kontakt z małą – bez odzewu. Monisia jest w  pierwszej klasie i organizowany jest uroczysty Dzień Babci. Robi dla niej cudną laurkę – zaproszenie. Wysyłamy ją razem listem poleconym. Noc przed uroczystością jest nieprzespana, niezjedzone śniadanie. Babcia nie przyjeżdża, nie odbiera telefonu. Do szkoły idę ja”.


26 Bywa jednak także inaczej. Magdalena Marcinowska mówi: „Nasze wioskowe mamy to osoby kulturalne, wykształcone, na pewnym poziomie – a rodzina biologiczna bywa różna. Więc zdarza się, że dziecko się wstydzi, nie chce, żeby ciocia czy babcia pojawiły się na jakiejś uroczystości. Chociaż ta babcia to prosta, poczciwa babulinka, która nie może sama dzieckiem się zająć, bo schorowana, ale chce jak najlepiej. Czasem, gdy przyjeżdża rodzina biologiczna – na przykład na Pierwszą Komunię, dzieci pilnują, upominają, tak jak na co dzień same są upominane: wujku, jedz nożem i widelcem, nie wycieraj nosa w rękaw”.

Z nim jest coś nie tak

Kiedy dziecko podrasta, coraz więcej czasu spędza poza, nawet najlepszą, rodziną. Dzieci z placówek i rodzin zastępczych muszą zwykle zmagać się z  uprzedzeniami, napiętnowaniem. – „Otoczenie w Rajsku jest bardzo życzliwe. Ale nasze dzieci mają kolegów przede wszystkim z  wioski dziecięcej, rzadko zdarzają się przyjaźnie z dziećmi z okolicy” – opowiada Danka. – „Wioska dziecięca miała być integralną częścią społeczności lokalnej, nie zamykać się na sąsiadów. Dlatego poszczególne domki nie są ogrodzone, a z placu zabaw korzystają dzieci z okolicy – mówi p. Marcinowska. – Jednak dzieci wioskowe mają gigantyczne poczucie niższości. Każde dziecko w Rajsku, które ma mamę i tatę, jest w ich oczach lepsze. Nieważne, jacy są ci rodzice – piją, zaniedbują dziecko – ważne, że są”. Łukasz miał dwa lata, gdy trafił do domu dziecka. Później była nieudana próba adopcji. Po pięciu latach z  rodzicami adopcyjnymi chłopiec znów trafił do bidula. Rozwiązanie adopcji zdarza się dosyć często – rodzice adopcyjni nie mają wsparcia psychologów ani pedagogów, muszą radzić sobie sami. Rodziny biologicznej nie pamięta, nigdy nie próbował się z  nią kontaktować, nie ma ochoty opowiadać też o  tej adopcyjnej. Skończył liceum ekonomiczne, studiuje bibliotekoznawstwo. – „Gdy nauczyciele słyszą »dom dziecka«, to myślą: »kłopoty«. Zawsze jesteśmy najgorsi. Nawet ciche, spokojne dzieci dostają pieczątkę: z nim jest coś nie tak. Jak poszedłem do gimnazjum, to próbowałem udawać, że nie jestem ten zły, »domodzieckowy«, ale wszyscy się zaraz dowiedzieli. A  potem w  szkole średniej to już to miałem w  d... Mówiłem wszystkim, chwaliłem się tym, jaki to ja jestem super, że z domu dziecka. Niektórzy rzucali głupie teksty, ale inni to jakoś przełknęli. Miałem dziewczynę, która była ze mną w klasie. Z normalnej rodziny, wyciągała mnie, namówiła, żebym poszedł na studia. Jej rodzice byli mili, nie traktowali mnie jak śmiecia. Gdyby nie ona, to bym pewnie się stoczył. Nie jesteśmy już ze sobą, ale jestem jej wdzięczny. A na studiach, to już w ogóle szał, jak się przyznaję – mruga okiem. – Dziewczyny są zafascynowane”. Magdalena Marcinowska wspomina: „Była u  nas dziewczyna, która świetnie się uczyła, grzeczna, spokojna. Po podstawówce, jeszcze ośmioklasowej, poszła do najlepszego liceum w  Oświęcimiu – dzieci biznesmenów, lekarzy, prawników. Zdawało się, że będzie sobie dobrze radzić, że zrobi się z niej panienka z dobrego domu. A odezwały się potworne kompleksy, zaczęła porównywać się z innymi. Bała się, że ktoś

w klasie dowie się, że wychowała się w  wiosce. Nie chciała nikogo zapraszać do siebie, opowiadać o sobie, więc trudno jej było znaleźć koleżanki. Opuściła się w nauce, wpadła w złe towarzystwo, z trudem skończyła szkołę”.

Liczyć tylko na siebie

W rodzinie zastępczej, RDD, bidulu, pogotowiu opiekuńczym, ośrodku szkolno-wychowawczym, przebywają do końca nauki w tej szkole, którą rozpoczęli przed ukończeniem osiemnastki. Potem jest tzw. usamodzielnienie, czyli biurokracja. Trzeba odbyć kilka nasiadówek z pracownikiem socjalnym, napisać plan osiągania samodzielności: zdam na studia albo do szkoły średniej, znajdę pracę, wynajmę pokój. Plan wręczyć urzędnikom. W nagrodę odebrać 4 tys. złotych na zagospodarowanie. Kupić za nie garnki, pościel, materac, jakąś szafę czy stół potrzebne w dorosłym życiu. Albo przepić. Jeżeli się uczą lub studiują, po usamodzielnieniu dostaną od państwa 500 zł miesięcznie na kontynuację nauki. Mogą dorobić, ale nie więcej niż nieco ponad 900 zł, bo zasiłek przepadnie. Przepadnie też, jeżeli powtórzą rok w  szkole albo na studiach. W  „typowym” domu dziecka mogą mieszkać, póki nie skończą 24 lat, ale zależy to od dobrej woli dyrektora. W  rodzinnym domu dziecka zwykle nie ma na to miejsca, rodziny zastępcze czasem użyczają kąta w mieszkaniu – bo jak wyrzucić dziecko z domu? Niektórzy mają rentę rodzinną, mieszkanie po krewnych. Ci, którzy studiują stacjonarnie na państwowej uczelni, przeniosą się do akademika. Łukasz mówi: „Mam pomoc na kontynuację nauki i stypendium socjalne z uczelni, no i zniżkę w opłatach za akademik i  nie płacę za studia, więc jestem »bogaczem«. Gdybym się uparł i  bardzo skąpił, to mógłbym nawet nie pracować. Na jedzenie, ksero i lumpeks jakoś by wystarczyło. A kosmetyków nie używam – śmieje się. – Co jakiś czas idę pracować w  knajpie, bo chcę mieć na piwo, pójść na koncert i odłożyć trochę na później. Nie będę się przemęczał, bo czuję, że studia to najpiękniejszy czas w moim życiu. Mam dziewczynę, przyjaciół, znajomych, wreszcie robię to, co lubię, nikt mnie nie poniża. Nie chcę tego stracić, harując od rana do wieczora. Ale większość ludzi z bidula, jeżeli już trafi na studia, to płaci ciężkie pieniądze za czesne, za pokój, za wszystko. Zapieprzają jak małe lokomotywki, żeby się utrzymać, a jak im się noga powinie, to koniec, do widzenia. Normalnie, jak komuś coś nie wyjdzie, to rodzina pomoże. A  my możemy liczyć tylko na siebie. Jak powiat ma, to da mieszkanie socjalne. Ale mieszkań socjalnych nie ma, chyba że w jakiejś dziurze. Jak nie ma – to można się wpisać na listę oczekujących i liczyć, że za 10-15 lat mieszkanie będzie”. Łatwiej jest tym, którzy nauczyli się, jak kupić chleb, bilet na pociąg, zapłacić rachunek i  odebrać polecony na poczcie. I  tym, którzy mają jakieś wyobrażenie o  życiu w rodzinie. M. Marcinowska mówi: „Nasi wychowankowie, kiedy stają się pełnoletni, bardzo chcą się usamodzielnić, wyrwać spod kurateli, wreszcie pójść na swoje. Mieliśmy takiego, który wyprowadził się jak stał, natychmiast po osiemnastych urodzinach. Ale kiedy okazuje się, że życie na własną rękę


nie jest takie łatwe, coraz częściej zaglądają w odwiedziny do mam zastępczych: mogą zjeść smaczny obiad, pooddychać domową atmosferą...”. Basia dodaje: „Dopiero, gdy pierwsze moje dzieci odeszły, zrozumiałam, że nie jestem do końca matką. Nie dla wszystkich. Pomogę, pożyczę pieniądze, poradzę, ale matką nie jestem. Nie traktują mnie jak matki – traktują jak oparcie. Dobre i to”. Niektórzy nie mogą się wyprowadzić. Tak jak 18-latek Krystian, który w trakcie pobytu u Janiny zachorował na schizofrenię. I co z nim? Janina pisze na forum: „Nie pojawiły się w  tej »nowelizacji« ustawy o  RZ żadne zapisy mówiące o  tym, co robić z  dzieciakami, które nigdy nie będą samodzielne. Moje próby spowodowania, aby instytucje, jednak w  części odpowiedzialne za pomoc tym dzieciom i  nam, uczyniły coś w  kierunku choć podpowiedzi, jak rozwiązać tę sytuację, spaliły na panewce. Usłyszałam, że to mój problem i że oni mi bardzo współczują. Jednocześnie też usłyszałam, że zabiorą mi pieniążki na częściowe pokrycie kosztów utrzymania, bowiem Krystian drugi raz powtarza III semestr gimnazjum i że takie są przepisy. Nie jest ważne, że cały ubiegły rok spędził albo w  szpitalach albo na zwolnieniach poszpitalnych, że jest chory, że brak zaliczenia semestru nie wynika z lenistwa, wagarów, tylko z ciężkiej choroby. Ważne, że nie mieści się w przepisach. Jedyna informacja, jaką uzyskałam, dotyczyła umieszczenia chłopaka w  domu pomocy społecznej. Niech tam wegetuje do śmierci, zdany na łaskę kolejnej instytucji. Nie umiem się z tym pogodzić. To w takim razie po co brałam tego dzieciaka, żeby dać mu kilka lat złudzeń, że ma dom, że jest ktoś, kto go kocha. Przecież równie dobrze mógł zostać w bidulu i  stamtąd przejść do DPS-u. Może lepiej by sobie wtedy poradził, bo nie nauczyłabym go rzeczy, które utrudniają przetrwanie w takiej placówce. Może nadal by kradł, nadal stosował agresję, nadal kłamał. To że teraz jest uczciwy, prawdomówny, że nauczył się kochać, szanować mnie i innych, tylko mu utrudni przetrwanie”. A potem? Mąż, żona, dziecko... Większość pamięta, jak było w rodzinie biologicznej. Nikt nie chce powielać, ale nie każdy umie inaczej, nie każdy wierzy, że można. Ci z „bidula” zobaczą inne modele w telewizji, czasem w rodzinie zaprzyjaźnionej. Ci z RZ albo RDD – dołożą do tego jeszcze model od zastępczych rodziców. Ci z wioski dziecięcej – poświęcenie samotnej mamy. Jakie przykłady będą naśladować? Różnie bywa. – „W wiosce w Rajsku nie było jeszcze przypadku, żeby dziewczyna zaszła w ciążę jako nastolatka. Ale po usamodzielnieniu dosyć szybko rodzą dzieci. One strasznie chcą mieć kogoś do kochania na wyłączność. Nie wystarczy kotek, piesek, zjawia się dziecko. I gdy przyjeżdżają do swoich mam zastępczych w odwiedziny, to jest budujące, kiedy widać, jak bardzo przejmują ich zachowanie, starają się kopiować dobre wzorce wychowawcze” – mówi M. Marcinowska. Basia dodaje: „Oni tak do tego podchodzą: moje dziecko to szansa, że w  końcu moja rodzina będzie dobra, bo moją rodziną stanie się mąż, żona, dziecko. Ale też boją się, że nie podołają, że schrzanią sprawę, więc odwlekają decyzję o  założeniu rodziny. Z  jednej strony lgną do każdego, kto im okaże uczucie, a  z drugiej – boją się wiązać na stałe”.

Wioska dziecięca w Rajsku koło oświęcimia © www.blizejczlowieka.socjum.pl

27

Dziękuję

Darek pisze na forum opieki zastępczej: „Jak bardzo osobiste to forum, czytam i przeżywam z Wami, przypominają mi się niczym klatki z niemego filmu zdarzenia z moimi dziećmi – kłamstwa, kradzieże, oszustwa. Czuję Wasze rozterki i doły i wiem, że decyzja, co dalej, należy tylko do Was. Pragnę przytoczyć tylko jedno zdarzenie z  mojego domu. Czternastoletnia dziewczynka, od trzech lat u nas. Wieczór, spotykamy się w kuchni, ona schylona nad zdobieniem ciasta, które zrobiła sama. Ja widząc ją z jej wypiekiem mówię, daj spróbować, bo wygląda pysznie. I naprawdę pysznie smakuje (dodałem połykając spory kawałek), cieszę się, że Ci się udało i odruchowo dodałem – dziękuję. Na to ona (nie patrząc na mnie, dalej schylona nad ciastem) – to ja dziękuję, za to, czego się u Was nauczyłam. Czułem jak serce zaczęło walić mi mocniej, a krtań ścisnęła mi się mocno. To właśnie dla takich chwil warto robić to, co robimy, życzę Wam wielu takich chwil”. Sobota, 31 maja. W Rajsku pogodny wieczór. Siedzę z panią Marianną i jej mężem na ganku. Pan Czesław jutro wraca do Jaworzna. Jeszcze kilka lat do emerytury, a nie będzie teraz rzucał roboty i przenosił się do żony. W Oświęcimiu pracy nie znajdzie. – Wczoraj, jak ta aktorka... no... jak ona się nazywa? Jak śpiewała w telewizji, tośmy się wszyscy popłakali – pani Marianna kręci głową. – I ja, i chłopcy. Aż się zdziwiłam, że ich tak wzięło. Razem tak ryczeliśmy... A ona tak ślicznie śpiewa. – A co śpiewała? – pytam. – „Cudownych rodziców mam”. Justyna Barańska

Imiona niektórych rodziców zastępczych i dzieci zostały zmienione.


28

Porady cenniejsze niż złoto

Michał Stępień Znajomość prawa bardzo pomaga w życiu, jego nieznajomość – szkodzi. Bolesną prawdziwość tych banalnych prawd poznał każdy, kto musiał stanąć przed obliczem Temidy. Czy w takich przypadkach szary obywatel, nie dysponujący dużą gotówką, może liczyć na jakąś konkretną pomoc? Szanse na to nie są duże. Ale na szczęście rosną. Nasz drogi adwokat

Język większości dokumentów prawnych jest dla przeciętnego człowieka trudny do zrozumienia. Co gorsza, poszczególne akty zwykle odsyłają do innych, co oznacza konieczność długotrwałego przekopywania się przez stosy papierów. W tym samym czasie, do danej sprawy odnosić się mogą jakieś przepisy, których istnienia nawet sobie nie uświadamiamy. Wszystko to sprawia, że rozpoznanie własnej sytuacji nierzadko nas przerasta, zmuszając do zwrócenia się o pomoc do osób zawodowo parających się prawem. O tym, jak ważne jest, by w kluczowych momentach otrzymać wsparcie od osoby oswojonej z prawnymi niuansami, przekonała się Katarzyna z Gniezna. – „Miałam mieć sprawę w  sądzie dotyczącą kosztów komorniczych. Była to prosta sprawa, zdawałoby się »nie do przegrania«. Poszłam do jednej z  kancelarii prawnych. Wiedziałam, że wynajęcie adwokata wiąże się ze sporymi kosztami, ale byłam na to zdecydowana. W kancelarii pan mecenas zapoznał się aktami sprawy i stwierdził, iż jest ona zbyt błaha, by brać do niej adwokata. Poszłam więc za jego radą, nie wynajęłam nikogo i... słono zapłaciłam za naiwność. Druga strona miała wynajętego mecenasa, który znał przepisy zdecydowanie lepiej ode mnie i poprowadził sprawę tak, że to ja zostałam uznana za stronę winną. Jestem bardziej niż pewna, że gdybym miała adwokata, sprawa potoczyłaby się zupełnie inaczej” – opowiada mi. Niestety, usługi tego rodzaju nie są tanie, m.in. dlatego, że korporacje zawodowe nie dopuszczają zbyt wielu nowych adwokatów na rynek pracy. Ra-

port Rady Europy z 2006 r. porównuje 46 państw Starego Kontynentu pod względem ilości adwokatów na jednego mieszkańca. Polska plasuje się na szarym końcu, za Armenią! Na 100 tys. mieszkańców jest ich u  nas 15., tymczasem na Węgrzech 90., w Niemczech 150., zaś w Irlandii – aż 230. Tak niewielka liczba adwokatów sprawia, że średnia cena nawet za banalną, jednorazową poradę prawną jest dla najmniej zamożnych zaporowa – np. w  Łodzi oscyluje w granicach 100 zł.

Za darmo nie znaczy dobrze Nie wszyscy wiedzą, że nawet w sprawach cywilnych mogą otrzymać bezpłatną pomoc w  postaci adwokata z urzędu. Prośbę w tej sprawie należy zgłosić w sądzie, w którym ma się odbyć dana sprawa. Należy ją umotywować np. kiepską sytuacją materialną, która uniemożliwia wynajęcie adwokata. Jeśli decyzja sądu będzie pozytywna, otrzymamy prawnika przydzielonego przez Radę Adwokacką. Nawet wtedy jednak może nas spotkać nieprzyjemna niespodzianka. Wynagrodzenie takiej osoby określa bowiem urzędowy taryfikator, tymczasem adwokaci najczęściej prowadzą równolegle bardziej intratne sprawy. – „Odniosłam wrażenie, że pani adwokat traktuje mnie jak zło konieczne. Dopiero gdy zapewniłam ją, że po wygranej sprawie odwdzięczę się finansowo, bardziej na serio zajęła się moim przypadkiem” – wspomina pani Anna z Bydgoszczy. Osoby, którym przyznano adwokata z  urzędu, miewają także inny problem. – „Byłam bardzo zadowolona z  pracy przydzielonego mi adwokata. Niestety, powód odwołał się od wyroku. W  związku z  tym, musiałam ponownie ubiegać się o  przyznanie mi mecenasa, mimo iż de facto był to dalszy ciąg tej samej sprawy, a moja sytuacja życiowa nie zmieniła się ani trochę. Jednocześnie poprosiłam, aby przydzielono mi tego samego adwokata. Znał on sprawę, wiedział (patrząc po wynikach) jak ją prowadzić. Niestety, moja prośba została odrzucona. Został mi przydzielony nowy adwokat. Na szczęście i tym razem trafiłam na profesjonalistę i sprawa znów miała finał pomyślny dla mnie. Równie dobrze jednak mogłam nie mieć tyle szczęścia...” – mówi anonimowo jeden z moich rozmówców.


29 Student doradzi

Nie zawsze jednak potrzebujemy adwokata. Czasami wystarczy odpowiedź na kilka szczególnie dręczących nas pytań. Osoby, których nie stać na opłacenie takiej usługi, mają kilka możliwości. Warto zacząć od zwrócenia się o pomoc do... studentów. W Polsce przy wydziałach prawa i administracji ośrodków akademickich działają bowiem poradnie prawne, zwane „Klinikami Prawa”. W nich studenci kierunków prawniczych udzielają bezpłatnych porad, pod nadzorem wykładowców. W poradniach działają sekcje zajmujące się m.in. prawem cywilnym, pracy, administracyjnym, karnym, prawami uchodźców oraz prawami osób tymczasowo aresztowanych lub odbywających karę pozbawienia wolności. – „Ludzie dowiadują się o nas pocztą pantoflową. Co jakiś czas informacje o naszej działalności podają opinii publicznej media. W związku z tym jesteśmy dostrzegani przez społeczeństwo” – mówi Tomasz Budnikowski z Klinki Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. O tym, że potrzebujących tego rodzaju pomocy jest wielu, świadczą doświadczenia osób prowadzących kliniki. – „Pracy nam nie brakuje. Najczęściej mamy tylu chętnych, że nie jesteśmy w stanie wszystkim pomóc. A pamiętajmy, że w Warszawie jest 6 uczelni, przy których funkcjonują kliniki. Widać, że istnieje bardzo duże zapotrzebowanie na taką formę działalności” – dodaje Budnikowski. W całej Polsce działają w tej chwili co najmniej 24 podobne placówki. Ich celem jest nie tylko niesienie pomocy prawnej „zwykłym ludziom”. Kliniki stanowią bardzo ważne ogniwo w procesie kształcenia studentów, którzy w ten sposób zdobywają umiejętności praktyczne, a także – miejmy nadzieję – wykształcają w sobie wrażliwość społeczną. W Klinikach Prawa studenci oprócz udzielania porad piszą opinie, przygotowują pisma procesowe, wnioski, odwołania, zażalenia itp.

Społecznie sprawiedliwi Pomocną dłoń wyciągają do potrzebujących także niektóre organizacje pozarządowe, choć nieraz ich pomoc kończy się wraz z zakończeniem dofinansowania np. ze środków unijnych. Są jednak inicjatywy społeczne w pełnym tego słowa znaczeniu. Za wzór można postawić prężnie działającą Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej (KSS; www. sprawiedliwoscspoleczna.pl) z  Warszawy. Jak wyjaśniają twórcy tej inicjatywy, działacze społeczno-polityczni związani z  Nową Lewicą Piotra Ikonowicza, niesie ona pomoc „ludziom, którzy przegrywają z systemem, bo są biedni, nie znają prawa, nie radzą sobie w życiu, bo nie wytrzymują tempa, jakie narzuca wyścig szczurów”. Jak wyjaśnia Agata Nosal z  KSS, „Przede wszystkim pomagamy osobom, które mają problemy w  związku z  zaległościami w  płaceniu czynszów, zagrożonym eksmisją. To ogromny problem dla osób niezamożnych. Wiadomo, że w  pierwszej kolejności pieniądze przeznaczane są na żywność, odzież. Płacenie czynszu schodzi na dalszy plan, a zaległości rosną. Często nawet po ich spłacie chce się takie osoby eksmitować, np. za odsetki. W bardzo złej sytuacji są również ludzie, którzy mieszkają w budynkach »odzyskanych« przez starych właścicieli. Ich zwrot powoduje z reguły niebotyczny wzrost czynszów, najczęściej zresztą w ogóle nieuzasadniony. W wielu przypadkach nie chodzi o większe zyski z czynszów, ale przede wszystkim o  pozbycie się dotychczasowych mieszkańców.

Aby tego dokonać, do horrendalnych opłat dochodzą liczne szykany ze strony właścicieli”. Niedawno Kancelaria reprezentowała w sądzie kobietę, której kamienicznik odciął podczas remontu wodę, a później nie podłączył. – „Dopiero wyrok sądu nakazał ponowne doprowadzenie wody do jej mieszkania. Z takimi dramatami spotykamy się niestety na co dzień” – mówi Agata. Mimo słowa „kancelaria” w  nazwie, pomoc oferowana jest bezpłatnie. – „Oprócz osób, które zakładały KSS, wsparcia udzielają nam zaprzyjaźnieni prawnicy, a także – co ciekawe – osoby, którym udało nam się pomóc. Kiedyś kontakt z nimi kończył się wraz z załatwieniem ich spraw. Obecnie dużo się w tej materii zmieniło. Ludzie często bowiem zostają przy nas, by pomagać innym. Jako że sami przechodzili podobne problemy, są w stanie nie tylko np. zanieść coś do sądu, ale i  napisać pismo odwoławcze, udzielić rzeczowej porady. To bardzo cenna pomoc. Jednocześnie bardzo nas cieszy, że osoby te stają się aktywne społecznie” – dodaje Agata Nosal. Warto wspomnieć, że od kilku lat istnieje Związek Biur Porad Obywatelskich (www.zbpo.org.pl), który zrzesza kilkadziesiąt organizacji społecznych zajmujących się w swoich miejscowościach poradnictwem prawnym.

Sieć wsparcia Jeśli potrzebujemy wsparcia w naszych zmaganiach z przepisami, możemy też skorzystać z jednego z internetowych forów prawniczych. Na stronie forumprawne.info można znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, a  także zadać własne – jedno i drugie jest bezpłatne. Podobnie jest na forum Stowarzyszenia Fair Play (www.forum.fairplay.org.pl), a także na Forum Prawników (www.forum.prawnikow.pl). Poza tym, w Internecie można znaleźć inne strony z poradami prawnymi, często wyspecjalizowane w bardzo konkretnej tematyce. Przykładowo, portal prawopracy.org, prowadzony przez Fundację „Ignorantia iuris nocet” (z łac. „nieznajomość prawa szkodzi”) udziela darmowych rad związanych z kodeksem pracy, przepisami ZUS, a  także innymi zagadnieniami z zakresu kadr. Niestety, wiele niezamożnych osób nie posiada komputera lub Internetu, często nie potrafią też posługiwać się tymi narzędziami zdobywania informacji. Dla nich szansę może stanowić to, że w szeregach palestry pewna liczba osób służy niezamożnym darmową pomocą prawną. Wśród nich znajduje się mecenas Maria Sawicka, która od kilkunastu lat całkowicie społecznie reprezentowała w sądach osoby ubogie, pozwalając im zaoszczędzić pieniądze na inne potrzeby. Jako jedyna w Polsce miała na to zgodę rady adwokackiej. Do dziś, mimo ciężkiej choroby i podeszłego wieku, codziennie przez 12 godzin dyżuruje w niewielkim mieszkaniu na łódzkich Bałutach, udzielając porad przez telefon. Pani mecenas za swoją działalność otrzymała wiele nagród i  dyplomów, doceniły ją również władze Łodzi, które przyznały jej ponad 20 tys. złotych. Natychmiast rozdała je potrzebującym, co stało się przyczyną kłopotów z Izbą Skarbową, która ścigała ją za niezapłacony podatek od nagrody. Na szczęście Wojewódzki Sąd Administracyjny uwolnił społecznicę od tego obowiązku. Dodajmy, że urzędy skarbowe notorycznie utrudniają pracę adwokatom-społecznikom, którzy często muszą się ze swoją działalnością niemalże ukrywać. Ta nieliczna grupa,


30 świadcząca nieodpłatnie usługi prawnicze na rzecz ubogich, podlega bowiem przy tej okazji podatkowi od towarów i usług. Nie ma przepisów, które pozwalałyby prawnikom udzielać porad bez wynagrodzenia – za każdą muszą pobrać przynajmniej stawkę minimalną. Dyrektywa unijna daje co prawda możliwość odstąpienia od opodatkowania nieodpłatnie świadczonych usług, jeśli tylko nie pogorszy to konkurencji w branży, jednak Polska nie uwzględniła takiej możliwości w swoich przepisach. Warto wspomnieć, że w 2007 r. 15 dużych kancelarii prawnych podpisało wspólną deklarację na rzecz bezpłatnej pomocy najuboższym, co miałoby być jednym ze sposobów na kształtowanie ich wizerunku. Za granicą bowiem taka działalność jest uważana za jeden z  ważnych składników etosu zawodowego.

Podobnie jest w Jaworzynie Śląskiej. – „Punkt porad powstał z uwagi na potrzeby mieszkańców, był to zresztą jeden z punktów programu wyborczego burmistrza miasta. Porad – z wyjątkiem spraw, w których gmina jest stroną – bezpłatnie udziela mieszkańcom gminy radca prawny. Dotyczą one głównie prawa administracyjnego i cywilnego – wyjaśnia Tomasz Strzałkowski z  Urzędu Miejskiego w  Jaworzynie Śląskiej. – Prawnik jest zatrudniony na umowę-zlecenie w  Urzędzie Miasta, zajmuje się sprawami gminy, ale jednocześnie udziela wspomnianych porad. Ta forma pomocy jest naszym mieszkańcom wyraźnie potrzebna, dlatego zamierzamy ją kontynuować”. Jak widać, zwykłe „przekierowanie” części godzin spędzanych przez prawnika na etacie opłacanym z publicznych pieniędzy pozwala zapewnić pomoc potrzebującym bez dodatkowych kosztów i wielkich inicjatyw.

Samorząd z ludzką twarzą

Polityczne obiecanki-cacanki

Również niektóre samorządy zauważają problem niedostatecznej pomocy prawnej osobom gorzej sytuowanym. Starają się go łagodzić, organizując punkty bezpłatnych konsultacji. Zwłaszcza tam, gdzie wyjątkowo trudno o tego rodzaju wsparcie – dlatego w takie działania chętniej angażują się mniejsze miejscowości. W Lipnie (woj. kujawsko-pomorskie) raz w tygodniu w Urzędzie Miasta dyżuruje prawnik, który udziela darmowych porad.

Gdzie pytać o pomoc? „Kliniki Prawa” istnieją przy następujących placówkach: Uniwersytet w Białymstoku, Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku, Uniwersytet Gdański, Uniwersytet Śląski, Uniwersytet Jagielloński, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Uniwersytet im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie , Katolicki Uniwersytet Lubelski w Lublinie, Uniwersytet Łódzki, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, Akademickie Stowarzyszenie Propagatorów Prawa i Edukacji Europejskiej „Wspólna Europa” w Olsztynie, Uniwersytet Opolski, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Rzeszowski, Uniwersytet Europejski Viadrina we Frankfurcie/Słubicach, Uniwersytet Szczeciński, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet Warszawski, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, Wyższa Szkoła Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego w Warszawie, Wyższa Szkoła Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej w Warszawie, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Fundacja Academia Iuris, biura w Warszawie, Krakowie, Łodzi i Lublinie, Uniwersytet Wrocławski. Osoby potrzebujące pomocy prawnej powinny szukać tych placówek w książce telefonicznej (najlepiej pytać w centrali wydziału prawa danego uniwersytetu) lub w Internecie. Dane kontaktowe Fundacji Uniwersyteckich Poradni Prawnych: tel. (022)8289128 wew. 143; strona internetowa: www.fupp.org.pl Adresy poszczególnych biur zrzeszonych w Związku Biur Porad Obywatelskich znaleźć można na stronie www.zbpo.org.pl. Kontakt telefoniczny ze Związkiem: (022)6225554. Z Kancelarią Sprawiedliwości Społecznej skontaktować się można pod numerami telefonów komórkowych 500154154 oraz 508201201.

Politycy przekonują, że martwi ich niedostateczna pomoc prawna dla osób źle sytuowanych. Niestety, wygląda na to, że nie mają dość woli do zmiany tej patologicznej sytuacji. Co jakiś czas powraca idea stworzenia ogólnopolskiego systemu przedsądowej pomocy prawnej dla niezamożnych, który objąłby osoby o dochodach miesięcznych nie przekraczających 500-700 zł, czyli ok. 300 tys. obywateli. Systemy takie istnieją nie tylko w krajach „starej” Unii – mają je także np. Litwa i Węgry. Gdy ministrem sprawiedliwości był Andrzej Kalwas, proponowano utworzenie biur pośrednictwa prawnego przy siedzibach sądów okręgowych. Koncepcja uległa zmianie, gdy ministrem został Zbigniew Ziobro. Chciał on, aby na drodze konkursu wyłoniono podmioty, które na koszt państwa będą świadczyć takie usługi. Najnowsza propozycja ministerstwa to pomoc prawna udzielana wyłącznie przez adwokatów i  radców prawnych, opłacana z  budżetu państwa. Osoby ubogie zwracałyby się do ośrodków pomocy społecznej lub jednostek samorządu terytorialnego, które wydawałyby decyzje administracyjne, przyznające im prawo do bezpłatnej pomocy. Nie wiadomo, jak będzie wyglądała dalsza część procedury, np. czy osoba z taką decyzją będzie mogła zgłosić się do dowolnego prawnika, czy tylko do wskazanego. Niestety, wszystko to dopiero plany, których ministerstwo miało już wiele. – „Aktualny projekt przewiduje formę ustawy dla uregulowania problematyki o nieodpłatnej pomocy prawnej. W chwili obecnej prowadzone są zaawansowane prace nad projektem, który zakłada, że pomoc prawną będą wykonywać obok adwokatów i radców prawnych także inne podmioty. Planuje się, że do końca 2008 r. nastąpi przesłanie projektu ustawy o nieodpłatnej pomocy prawnej do Sejmu” – mówi Wioletta Olszewska z Wydziału Informacji Ministerstwa Sprawiedliwości. Swego czasu ówczesny prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, Stanisław Rymar, zwrócił uwagę, iż budowanie sieci biur pomocy prawnej powinno zacząć się na poziomie gmin i powiatów, gdyż tam znajduje się najwięcej potrzebujących. Tymczasem jak dotąd ustawodawcy mówią głównie o tworzeniu biur w dużych ośrodkach, w których dostępność do różnorakich form pomocy jest znacznie większa. Michał Stępień


31

Policja i obywatele

– osobno czy razem? Bartosz Wieczorek

Karać czy zapobiegać?

Choć wszyscy pragną zmniejszenia przestępczości, to istnieją duże różnice w kwestii proponowanych metod. Jedni zalecają surowe i nieuchronne karanie przestępców, by odstraszyć ich ewentualnych naśladowców. Drudzy podkreślają, iż ze względów etycznych (np. możliwość nadużyć ze strony policji) powinno się w tym względzie zachować ostrożność, a w pierwszym rzędzie należy eliminować społeczne przyczyny przestępczości, m.in. brak perspektyw zawodowych czy oferty sportowej i kulturalnej dla młodzieży. Spór ten znajduje odzwierciedlenie także w dyskusjach związanych z  bezpośrednim zapewnianiem bezpieczeństwa obywatelom. Wśród osób zaangażowanych w tematykę kryminalistyczną, pracę socjalną, resocjalizację itp. ścierają się dwie zasadnicze koncepcje, które sprowadzić można do haseł: zapobieganie przez straszenie (np. tzw. program „zero tolerancji”) i zapobieganie przez zaangażowanie (np. Community Policing).

Zero tolerancji czy rozsądku?

Strategia zerowej tolerancji zaleca maksymalizację uprawnień i środków policji państwowej. Wychodzi ona z założenia, że surowe ściganie każdego przypadku naruszenia prawa wywołuje znaczące ograniczenie przestępczości i  poprawę jakości życia w  społecznościach lokalnych. Funkcja policji zostaje ograniczona do patrolowania, reagowania na zdarzenia i wyłapywania przestępców. Hasła poprawy bezpieczeństwa poprzez rygorystyczne karanie sprawców najdrobniejszych nawet przestępstw, choćby za cenę ograniczania swobód obywatelskich, bywają bardzo nośne. Iluzja likwidacji przestępczości poprzez wypełnienie więzień kryminalistami upada jednak na ogół bardzo szybko. Wkrótce okazuje się, że tak, jak kradziono samochody z ulicy, tak kradnie się je nadal, a burdy, które znikają z coraz lepiej zabezpieczonych stadionów, wszczynane są nadal, tylko w innych, bardziej rozproszonych miejscach – nie jest bowiem możliwe, by na każdym rogu stał policjant. Co więcej, statystyki bywają nieubłagane – często przestępczość wzrasta zamiast maleć. Analitycy wskazują także na inne wady strategii „zera tolerancji”. Jedną z  nich są wysokie koszty fi-

Wzrost przestępczości zawsze wywołuje uzasadniony niepokój społeczny. Podważa ona bowiem w najgłębszym sensie zasady współżycia międzyludzkiego. Tkwi w tym jednak również szansa na ograniczanie problemu – poprzez mobilizację całych społeczności wokół wspólnego celu. nansowe. Stanowi ona również ogromne wyzwanie dla demokratycznego społeczeństwa, narusza bowiem jego fundamentalne zasady. Sprowadzając tę koncepcję do jednostek, należy zauważyć, że w filozofii „zera tolerancji” nie ma miejsca na profilaktykę rozumianą jako wyciąganie ręki do osób aspołecznych, na uczenie ich funkcjonowania w świecie, na leczenie, które w przynajmniej części przypadków mogłoby odnieść sukces. Profilaktyka jest zredukowana do odstraszania i odmawiania miejsca do działania. Taka postawa zwiększa jedynie frustrację i poczucie wykluczenia u osób, którym z pedagogicznego punktu widzenia należy się wsparcie i  włączenie w istniejące pozytywne struktury. Doświadczenia wielu społeczności pokazały, że postulat zapobiegania przestępczości przez stosowanie odpowiednich środków tam, gdzie ona się rodzi, zamiast ograniczania się do reakcji prawno-karnych wobec tych, którzy już prawo złamali, nie jest naiwnym idealizmem, lecz może dawać realne efekty. Statystyki pokazują np., że często zauważalną poprawę można uzyskać dzięki zaledwie poprawie estetyki najbliższego otoczenia, o poważniejszych działaniach nie wspominając.

Inna droga

Na bazie wszystkich tych doświadczeń, pokazujących ograniczenia tradycyjnej polityki zapobiegania przestępstwom, wyrasta koncepcja Community Policing (CP). Jest to strategia sprawowania funkcji policyjnych w oparciu o szerszą politykę społeczną, zakładającą wiarę w odpowiedzialność, dojrzałość i chęć


32 współpracy obywateli. Inną rolę przypisuje także samym stróżom prawa, których troską ma być odtąd nie tylko bezpośrednie zapewnianie bezpieczeństwa. Zgodnie z ideą CP, stają się oni także współodpowiedzialni za rozwiązywanie codziennych problemów swoich społeczności. Jak piszą Janina Czapska i Józef Wójcikiewicz, „Tradycyjne wykonywanie funkcji policyjnych ma ograniczony wpływ na przestępczość, ale jest mocno utrwalone w społecznej świadomości. Wielu ludzi myśli, że przestępczość zniknie, gdy policja »zetnie dostateczną ilość głów«, a sąd wykona resztę roboty. Takie myślenie ignoruje trzy istotne elementy rzeczywistości: agresja wywołuje sprzeciw, przemoc rodzi po stronie sprawców dalszą przemoc, może uczynić z osób naruszających porządek bezwzględnych napastników, a w więzieniach nie ma wystarczającej ilości miejsc, aby zamknąć wszystkich »złych chłopców«. Romantyczne wizje policjanta jako pogromcy przestępców, tropiciela okrutnych zabójców i chytrych złodziei bezcennej biżuterii nie przystają do rzeczywistości, gdzie najprawdopodobniej 4 telefony na 5 nie dotyczą dokonywanego właśnie poważnego przestępstwa, ale drobniejszych spraw, które dokuczają ludziom na co dzień. /.../ Nowa filozofia sprawowania funkcji policyjnych stanowi przesunięcie akcentu od skoncentrowania zainteresowania wyłącznie na osobach naruszających prawo ku pracy wśród praworządnych obywateli. Sens CP polega na większej dostępności policji poprzez stałą obecność w terenie oraz rozwój bliższych relacji z obywatelami”. Korzenie tego, co później przerodziło się w ideę Community Policing, sięgają początku lat 60. Wówczas w  San Francisco policja przyjęła nowe zasady postępowania, które pomogły stworzyć podwaliny współpracy z  lokalną społecznością. „Policja powinna pomagać w redukowaniu liczby przestępstw poprzez redukcję braku nadziei – działając niczym jednostka pomocy społecznej, by pomagać w  rozwiązywaniu problemów dotykających poszczególne grupy osób” – pisze amerykański profesor prawa, Jerome H. Skolnick. W swej podstawowej postaci CP to bliska współpraca „sąsiedzkiego” policjanta z członkami lokalnej społeczności. Strategię taką należy rozumieć jako partnerstwo policji i obywateli w celu poprawy jakości życia w sąsiedztwie, osiedlu, gminie. Policjant jest przydzielony do dzielnicy na stałe, razem z mieszkańcami współpracuje w rozpoznawaniu i rozwiązywaniu problemów – np. dostarczają mu oni wskazówek dotyczących miejsc, w których najczęściej zbierają się

chuligani. Najistotniejsze przejawy takiego podejścia to: rozwój zdecentralizowanych jednostek policji, partnerstwo wielu instytucji w procesie zapobiegania przestępczości (np. policja – szkoły – stowarzyszenia), lokalna prewencja kryminalna, stała strategia zbliżania policji i społeczności lokalnych, komunalne zaangażowanie i konsultacje. Dr Michał Gramatyka tak opisuje zalety CP: „Najważniejszą wartością /.../ jest skupienie obywateli wokół jednego celu, realizowanego dla poprawy bezpieczeństwa publicznego. Nie można też przejść obojętnie wobec edukacyjnego wymiaru takich akcji. Uświadamiają one społeczeństwu, że spokój, porządek czy bezpieczeństwo często zależy od aktywności obywateli. Duża skuteczność programów aktywizacji społeczeństwa dowodzi, że ich przygotowanie, prowadzenie i  promowanie jest ze wszech miar uzasadnione”.

Jak robią to inni?

Jednym ze znamiennych przykładów udanego połączenia pracy policji z aktywnością mieszkańców jest program wdrożony w  Chicago na początku lat 90. Miasto liczyło wtedy ok. 3 mln mieszkańców, z czego ponad 20% nie pochodziło z USA. Podobnie jak w większości amerykańskich wielkich ośrodków, gwałtowanie wzrastała tam przestępczość. Główne problemy związane były z handlem narkotykami, prostytucją oraz segregacją rasową (duży odsetek mieszkańców miasta stanowią Afroamerykanie i Latynosi). Jedną z przyczyn tych patologii były przemiany ekonomiczne lat 70. i  80., które sprawiły, iż zniknęło ok. 25% miejsc pracy w  przemyśle – najbardziej dotknęło to właśnie mniejszości etniczne. Według badaczy zagadnienia, między rokiem 1980 a 1990 liczba obszarów klasyfikowanych jako getto wzrosła w mieście o 61,5%. Radykalnie wzrósł również poziom ubóstwa oraz przestępczość. Między rokiem 1986 a 1991 liczba zabójstw związanych z handlem narkotykami zwiększyła się o 160%, a w 1991 r. Chicago znalazło się na czwartym miejscu listy miast amerykańskich pod względem liczby zabójstw. W reakcji na ten stan rzeczy, w 1993 r. miejska policja rozpoczęła program Chicago Alternative Policing Strategy (CAPS), oparty na ścisłej kooperacji funkcjonariuszy z mieszkańcami. Nowa strategia walki z przestępczością opierała się na trzech zasadach: Problem Solving (nie należy w pracy policyjnej jedynie reagować na przestępstwa, ale aktywnie

Wróżba w chińskim ciasteczku promująca Ideę Community Policing w Chińskiej dzielnicy vancouver bn Magalie L'Abbé


33 przeciwdziałać im na obszarach szczególnie zagrożonych), Agency Partnership (współpraca instytucji miejskich z policją) i Public Involvement (partycypacja mieszkańców). Szczególny nacisk położono na trzeci punkt, który miał zbudować wzajemne zaufanie między społecznością a policją. Do tego celu powołano specjalne gremium o nazwie Beat Meeting, czyli wspólne comiesięczne spotkanie mieszkańców i  policji. Miało ono na celu wzajemną wymianę informacji o problemach istniejących w okolicy (co ma pomóc w zidentyfikowaniu potencjalnych problemów kryminalnych bądź naruszających porządek społeczny) oraz próbę opracowania wspólnej strategii ich rozwiązania. Spotkania takie nie mają formalnego porządku, chodzi w nich raczej o przepływ informacji i budowanie zaufania. Jeden z  mieszkańców jest Beat Facilitator, czyli zachęca do zabierania głosu i  stara się, aby mieszkańcy przychodzili na spotkania. Wybierany jest na dwa lata, swoją funkcję pełni całkowicie społecznie. Urząd miasta przeznaczył duże kwoty na kampanię społeczną – w 1998 r. już 79% mieszkańców znało nową strategię współdziałania z policją. Choć nie zrewolucjonizowano pracy policyjnej ani nie rozwiązano licznych problemów (mających wszak źródło w ubóstwie i jego skutkach), to jednak powstało ważne forum wymiany poglądów między policją a mieszkańcami. Jak wykazały badania, udział mieszkańców w spotkaniach okazał się największy w obszarach najbardziej zagrożonych przestępczością.

Bardziej samodzielnie

Ciekawym wariantem CP jest idea lokalnych grup sąsiedzkich w Wielkiej Brytanii – tzw. neighbourhood watch. Prowadzą one stronę internetową www.neighbourhoodwatch. net, która stanowi platformę łączącą wysiłki różnych inicjatyw tego typu. Na forum wymienia się tam doświadczenia, można przyłączyć się do jakiejś grupy, założyć stronę internetową własnej, pobrać materiały szkoleniowe. Ruch neighbourhood watch obejmuje w Wielkiej Brytanii ok. 6 mln gospodarstw. Liczbę grup ocenia się na 170 tys. Rząd brytyjski pracuje właśnie nad reformą, która ma pomóc lokalnym społecznościom w ochronie przed przestępczością. Władze państwowe dostrzegły rosnącą liczbę sąsiedzkich wspólnot, które regularnie dbają o porządek na swoim terenie, zbierają informacje o łamaniu prawa i tworzą mapę przestępczości najbliższej okolicy. W czerwcu 2008 r. opublikowany został specjalny rządowy dokument pt. „Engaging Communities in Fighting Crime”, który zawiera szereg propozycji zmierzających do większego zaangażowania lokalnych grup w zwalczanie przestępczości. Autor raportu, Louise Casey, podkreśla, iż dokument jest próbą wypracowania płaszczyzny współpracy między lokalnymi grupami zaangażowanymi w ochronę porządku a policją i innymi służbami miejskimi, tak aby lokalna społeczność czuła się bezpiecznie. Dodajmy, że w Wielkiej Brytanii istnieje instytucja Special Constables – wolontariuszy przeszkolonych przez policję, pomagających policjantom i zapewniających im łączność z lokalnymi społecznościami. Pomagają im oni co najmniej 16 godzin miesięcznie. Społecznie – policja zwraca jedynie koszty dojazdów, zapewnia umundurowanie i wyposażenie.

Warto też wspomnieć, że na Węgrzech straże obywatelskie zrzeszają już 65 tys. członków i działają w 1/3 ośrodków miejskich i  wiejskich. Z  kolei w  Belgii świetne rezultaty przyniosło zastosowanie idei CP w walce z plagą stadionowego chuligaństwa. Podczas spotkań piłkarskich porządku pilnują stewardzi – członkowie klubów kibica.

Za miedzą

W Niemczech idea CP (zwana tam Kommunale Kriminalprävention) stała się bardziej znana dopiero w drugiej połowie lat 90. Różne niemieckie doświadczenia i modele pracy policji blisko społeczeństwa zbiera pochodzący z  1999  r. dokument „Bürgernahe Polizeiarbeit in Deutschland. Darstellung von Konzepten und Modellen”, przygotowany przez Federalny Urząd Kryminalny. Dokument, odwołując się do doświadczeń amerykańskich, szwedzkich i  brytyjskich, przyjmuje za pewnik tezę, iż przemiany cywilizacyjno-społeczne wymuszają reorganizację pracy policji, która ze służby reagującej na popełnione przestępstwo powinna stać się instytucją wychodzącą na przeciw rodzącym się zagrożeniom. Jak wiele się od tego czasu zmieniło można sprawdzić na stronie internetowej biura programu Kommunale Kriminalprävention (ruszył w 1993 r.) kraju związkowego Badenia-Wirtembergia (www.praevention-bw.de). Znajdziemy tam wszelkie informacje o aktualnych i przeprowadzonych kampaniach, źródłach ich finansowania, osiągniętych rezultatach. Wraz z rozpoczęciem projektu zebrało się wokół niego wiele osób i instytucji, w tym naukowych, które zapoczątkowały pierwszą w Niemczech strategię zapobiegania przestępczości. Jednym ze źródeł sukcesu było założenie, iż sama policja nie poradzi sobie z rosnącymi i coraz to nowymi formami przestępczości, dlatego też włączono do współpracy wspólnoty kościelne, parafie, szkoły, pracowników socjalnych, prawników, naukowców, organizacje pozarządowe – wszystkich, którzy chcieli pomóc swą wiedzą i doświadczeniem. Budzącą niekłamany podziw ilość obecnych inicjatyw realizowanych w ramach programu można oszacować na podstawie biuletynu wydawanego przez biuro Kommunale Kriminalprävention. W drugim numerze z 2008 r. czytamy o sposobach przeciwdziałania przemocy wśród młodzieży, porady dla rodziców, którzy chcą mieć pieczę nad swoimi dziećmi, o radzeniu sobie z agresją w Internecie czy o przeciwdziałaniu przemocy względem seniorów. Przemawiając 11 czerwca 2008 r. na spotkaniu podsumowującym pracę biura, minister spraw wewnętrznych Badenii-Wirtembergii, Heribert Rech, podkreślał, iż prewencja jest podstawą rządowej filozofii bezpieczeństwa. Minister stwierdził, że działania prewencyjne objęły dotychczas ok. pół miliona osób.

Wobec krytyki

Bardzo trudna jest ocena efektów CP. Strategia ta nie jest jedynie sposobem działania, lecz pewną tendencją sprawowania funkcji policyjnych, a tym samym dopuszcza rozmaite sposoby realizacji.


34 Praktycy chcieliby szybko wiedzieć, które działania przynoszą efekty, a które są nieskuteczne. Badania dające w krótkim czasie odpowiedź związane są jednak z  niebezpieczeństwem niedoceniania kompleksowości zjawiska, upraszczania go i nie brania pod uwagę długofalowych procesów. Strategia pracy policyjnej zorientowanej na lokalne społeczności ma wielu przeciwników. Podstawowe zarzuty dotyczą trzech kwestii. Po pierwsze, zarzuca się nowej filozofii „miękkość”. Uważa się, że wielkim błędem jest rozpraszanie sił i  środków policji na wykonywanie funkcji pracowników socjalnych i  koncentrowanie się na praworządnych obywatelach. Policja nie jest wówczas w stanie spełniać podstawowej roli, czyli ścigać przestępców. Krytycy CP sądzą, że policja ma i tak „pełne ręce roboty” walcząc z poważną przestępczością, a wysiłki w ramach CP umniejszają jej zasoby ludzkie i  finansowe oraz powodują erozję wiarygodności i autorytetu. Drugi poważny zarzut dotyczy zagrożenia korupcją. Istotnie, nawiązywanie bliższych kontaktów z  lokalnymi władzami i innymi reprezentantami obywateli sprzyja upolitycznieniu policji. Zagrożenie jest realne i stanowi jeden z podstawowych problemów w realizacji programu. Trzeci z zarzutów to wątpliwości, czy takich relacji z policją oczekuje społeczeństwo. Chodzi tu np. o nieskrępowane możliwości zbierania informacji o obywatelach oraz faktyczne ograniczenie wolności mieszkańców przez wszechobecnych policjantów. Filozofia CP wytrzymuje jednak krytykę. Od lat 70. wieku zadomowiła się na stałe w wielu stanach USA i  wraz z  zyskiwaniem doświadczeń przeniosła na Stary Kontynent. Obecnie większość państw Europy Zachodniej realizuje rozmaitego typu programy mające w  swej strukturze zamysł CP. Ponadto przy rządach poszczególnych państw powstają departamenty i  ministerstwa odpowiedzialne za realizację prewencji. Ogniwa takie koordynują działania instytucji zaangażowanych w pracę na rzecz poprawy bezpieczeństwa, animują działania oddolne i wspierają ideę CP. Przykładowo, Szwedzka Rada Narodowa ds. Przeciwdziałania Przestępczości, powołana w 1974 r. i afiliowana przy rządzie szwedzkim, zajmuje się zarówno pracą na polu przeciwdziałania przestępczości, jak i  koordynowaniem wysiłków policji, wymiaru sprawiedliwości i innych agend działających w obrębie zapewniania porządku społecznego.

Nasze pierwsze kroki

Prof. Brunon Hołyst politykę społeczną wobec przestępczości przedstawia w trzech wymiarach: Brak kooperacji – policja utrzymuje porządek i  prawo bez jakiejkolwiek współpracy bądź pomocy obywateli. Społeczność może reagować niechętnie na różne interwencje policji. Obywatele wymagają pomocy ze strony służb publicznych. Symboliczna kooperacja – policja jest zainteresowana poprawą swego wizerunku w oczach społeczeństwa. Efekty kooperacji mogą być jednak nieskuteczne, jeżeli nie towarzyszą jej strukturalne i proceduralne przekształcenia. Obywatele pomagają policji, która oczekuje od nich pomocy.

Rzeczywista kooperacja – oznacza kooperację na poziomie najniższym. Policja i społeczeństwo pozostają we wzajemnej interakcji dla osiągnięcia wspólnego zrozumienia i  stanowiska w  kwestii problemów obywateli i  wypracowania właściwych rozwiązań. (Wpływ prywatyzacji niektórych zadań policji na politykę kryminalną, w: Aktualne problemy prawa karnego i  kryminologii, red. E. Pływaczewski, 1998). Polska policja znajduje się w chwili obecnej w procesie transformacji. Niedawno opuściła poziom pierwszy i zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że jej wizerunek ma ogromny wpływ na poprawę skuteczności działań. Zmiana świadomości jest powolna, ale wydaje się, że utrzymany zostaje właściwy azymut. Coraz częściej podejmuje się próby organizowania rozmaitych programów mających na celu zbliżenie obywateli i  policji, uświadomienie wagi współpracy. Do osiągnięcia poziomu trzeciego potrzebne będzie przedefiniowanie podstawowych założeń polityki państwa. Sama reforma policji może stać się jednak początkiem nowej drogi w polskiej myśli penitencjarnej i resocjalizacyjnej. Kooperacja, o  której mowa, stać się może rzeczywistą profilaktyką. Na razie pewne jest jedynie to, że polska policja zna ideę CP. Na swoim portalu internetowym (www.policja. pl) w angielskiej wersji przeczytamy, że jej celem jest „creating and organizing »community policing« and crime prevention activities”. Również artykuł Marka Stefańskiego z „Kwartalnika Policji” (nr 2 z 2006 r.) sugeruje wzrost zainteresowania taką problematyką – „Community policing jako strategia budowy poczucia bezpieczeństwa”. To jednak tylko sfera wiedzy. Jeśli chodzi o praktykę, to w Polsce idea ta dopiero raczkuje, choć mamy już także przykłady godne naśladowania. W  Olsztynie od lat z policją ściśle współpracują taksówkarze i kierowcy z  Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji (program TAXI-OKO). W gminie Grajewo (woj. podlaskie) zorganizowano akcję wspólnych odwiedzin listonosza i dzielnicowego u mieszkańców. Dzięki temu było możliwe zarówno zwiększenie bezpieczeństwa doręczyciela, jak i wykorzystanie jego wiedzy w celu dotarcia do osób, które mogą potrzebować pomocy, a  także poznanie lokalnych problemów tak, jak postrzegają je mieszkańcy. Z kolei podczas akcji organizowanych w Białymstoku, policjanci i studenci (m.in. resocjalizacji) odwiedzają miejsca przebywania bezdomnych, którym następnie udzielają pomocy, przekazują posiłki, informują o  możliwościach uzyskania darmowego noclegu czy odzieży. Dzięki temu wielu bezdomnych trafiło do noclegowni. – „W 2007 r. jednostki Policji realizowały łącznie 374 programy prewencyjne, a  realizatorzy programów w  znacznej mierze skupiali się na oddziaływaniu o charakterze profilaktycznym, skierowanym na dzieci i młodzież, gdyż 78% spośród wspomnianych programów to inicjatywy adresowane właśnie do tej grupy społecznej” – informuje Karol Jakubowski z  wydziału prasowego Komendy Głównej Policji. Na razie jednak daleka droga, by można było mówić o tym, że idea CP przyjęła się w polskiej praktyce. Na poparcie takiej oceny kondycji polskiej prewencji kryminal-


Znak neighbourhood watch w Yorku (Anglia) ba Claudecf

35 nej przytoczmy wybrane wnioski z wyników badań nad społecznym obrazem zapobiegania, prowadzonych przez Michała Płachcińskiego w Łodzi w roku 2006: • policja zabezpiecza przez odstraszanie, tworzy poczucie bezpieczeństwa oparte na wykrywaniu, ściganiu i doprowadzaniu; • dzielnicowy niewiele różni się od zwykłego policjanta – jedną istotną różnicą jest to, że ma on stałe wyznaczone miejsce pracy; • prewencja utożsamiana jest z zapobieganiem typu odstraszającego, siłowego (patrole i kordony opancerzonych policjantów na meczach i manifestacjach); • nikt z badanych nie wskazał dobrego kontaktu ze społecznością jako działania zapobiegającego, natomiast połowa badanych nie potrafiła dać żadnej sensownej odpowiedzi na pytanie o prospołeczną działalność policji; • 75% badanych nie zna swojego dzielnicowego. Przeszkodę we wprowadzaniu w życie idei CP stanowią także „systemowe” bolączki naszej policji. Z ogólnopolskiej kontroli NIK wynika, że dzielnicowi – których zadaniem jest właśnie znać swoją okolicę i problemy jej mieszkańców – są nagminnie wykorzystywani do innych zadań (np. zabezpieczania imprez masowych), zajmujących nawet 3/4 ich czasu pracy.

Obywatelska awangarda

Równie wiele do zrobienia jest w kwestii wcielania w życie idei straży obywatelskiej – dodatkowych „uszu i oczu” policji, przekazujących jej informacje o sytuacjach mogących wymagać interwencji. W  2002  r. w  Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opracowało materiał przedstawiający zasady tworzenia takiej straży. I to wszystko. Nie ma jak dotąd żadnych uregulowań prawnych w tej sprawie. Wedle doniesień mediów, sprawa trochę drgnęła dopiero pod koniec lipca 2008 r. Sejmowa komisja spraw wewnętrznych i administracji pracuje bowiem nad projektem powołania tzw. patroli obywatelskich. Mają to być umundurowane grupy zwykłych obywateli, patrolujące swoje sąsiedztwo. Konkretne poselskie projekty ustaw powinny pojawić się jesienią, choć pomysły już budzą krytykę. Częste są porównania do ORMO, a socjolog Mirosław Pęczak ostrzega przed falą donosicielstwa i konfliktów sąsiedzkich, gdyż jego zdaniem nasze społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe na wprowadzanie takich rozwiązań. Są jednak dowody świadczące o tym, że obywatele dojrzewają do roli współodpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Czekając na reformę policji i zmianę świadomości społecznej, nie tracą czasu. Przykładem mogą być bardzo skuteczne patrole obywatelskie w Spychowie, opisane już w „Obywatelu” [w nr 30; do nr 33 dołączyliśmy płytę z filmem poświęconym tej inicjatywie – przyp. redakcji]. Specjalnie przeszkolone patrole obywatelskie już w 2005 r. wyszły na ulice Zabrza, by wspomagać straż miejską swoimi obserwacjami dotyczącymi podejrzanych zachowań. Z kolei w Toruniu osoby niepełnosprawne utworzyły straż obywatelską, której zadaniem jest monitorowanie osiedli za

pomocą zamontowanych w okolicy kamer i zawiadamianie policji, kiedy dzieje się coś niepokojącego. Siatkę przepływu informacji o poczynaniach lokalnych chuliganów stworzyli także emeryci z Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Nysie. Powstają też próby zaszczepienia na grunt polski idei neighbourhood watch. W  czerwcu ubiegłego roku ruszyła w Tychach akcja pod hasłem „Strzeżonego sąsiad strzeże”, którą zorganizowali Urząd Miasta Tychy, Komenda Miejska Policji, Straż Miejska oraz Rady Osiedli. Przyczyną jej zainicjowania była plaga kradzieży i włamań w okresie urlopowym. Z  kolei mieszkańcy jednego z  osiedli na peryferiach Olsztyna, z  inicjatywy osiedlowego samorządu zostali przeszkoleni przez policję w kwestii przeciwdziałania przestępczości. Takie akcje pozwalają ludziom uświadomić sobie, jak wiele mogą pomóc naprawdę proste działania – np. zabieranie ulotek spod drzwi osób, które wyjechały na urlop, żeby nie dawać sygnałów złodziejom.

Na niepewnej drodze

Oddolnych inicjatyw na rzecz zwiększenia lokalnego bezpieczeństwa jest coraz więcej, a pomysł powoływania patroli obywatelskich oficjalnie poparła Komenda Główna Policji. – „Mogłyby funkcjonować jako grupy nieformalne lub powoływane w formie stowarzyszeń lub uchwałami rad gmin” – przekonuje Karol Jakubowski. Polskie doświadczenia pokazują jednak, iż działania takie szybko wygasają. Pierwsze impulsy, o  ile nie zostaną wsparte, niebawem zamierają – tak było choćby we Wrocławiu czy Gdyni, gdzie wśród przyczyn wskazywany jest brak odpowiednich uregulowań prawnych. Idea Community Policing wymaga bowiem długofalowych, cierpliwych i mądrych działań. Każdy pomysł poprawienia bezpieczeństwa powinien być rzetelnie przygotowany, „przegadany” z lokalną społecznością i władzami. Tylko wtedy uda się wypracować model, który będzie sprawny i przyniesie oczekiwane efekty. Bartosz Wieczorek Współpraca Michał Płachciński


36

Rzeczpospolita obcych

Arkadiusz Karwacki Poproszony w grudniu 2007 r. przez dziennikarza jednego z lokalnych dzienników o komentarz w związku z obchodzonym „Dniem życzliwości”, musiałem się głęboko zastanowić, próbując przypomnieć sobie najbliższe w czasie zdarzenie, w którym zostałem obdarzony takowym „dobrem społecznym”. Można odnieść wrażenie, że wszelkiego rodzaju podziały przybrały aktualnie na znaczeniu, skutecznie spychając na bok przejawy sympatii, zrozumienia, poczucia wspólnoty czy po prostu zgody. Skala deficytu wspomnianych komponentów społecznego spoiwa uprawnia do mówienia o  „Rzeczpospolitej obcych”. Współczesne próby sprowadzania Polaków do wspólnego mianownika (np. przy okazji sporów o „numer” Rzeczpospolitej), czyli dostrzegania w otaczających nas ludziach atmosfery jedności (lub narodowego konsensusu), są groteską, naiwnością lub przejawem cynizmu.

Polityka wyobcowana

W akademickich i publicystycznych dyskusjach, wieńczonych wskazywaniem współczesnych europejskich krain bezpieczeństwa socjalnego, najczęściej wskazuje się Szwecję. Akcentuje się szwedzki sukces idei państwa opiekuńczego, i skuteczne uwzględnienie obu komponentów występujących w słowie „welfare” – „opieki” i „dobrobytu”. Abstrahując od aktualnych wskaźników makroekonomicznych, oznaczających utratę przez Szwecję prymatu w  Europie, który urzeczywistniał się w  latach 50. ubiegłego stulecia, należy stwierdzić, że jednym z  niezbywalnych sukcesów społecznych i  gospodarczych Szwedów, a  jednocześnie czymś nigdy nie doświadczonym i  wręcz niewyobrażalnym w polskich warunkach, jest czytelne, konsekwentne przywództwo. Jakub Wiśniewski w książce „Ewolucja szwedzkiego i  brytyjskiego modelu po-

lityki społecznej” pisze: „W dobie kryzysu parlamentaryzmu w Europie Zachodniej i na tle szalejących na kontynencie totalitaryzmów Szwecja była krajem bardzo stabilnym politycznie. Z wyłączeniem dziewięcioletniego okresu socjaldemokraci rządzili nieprzerwanie w latach 1932-1991”. Nie sposób nie uwzględniać skutków II wojny światowej i  powojennych ustaleń. Decyzje zewnętrzne spowodowały, że w  Polsce również zapanowała utrwalona polityczna stabilność, z tym, że szwedzka socjaldemokracja, to nie „polski” socjalizm, zarówno w aspekcie założeń, sposobów, jak i skutków sprawowania władzy. Pomimo świadomości różnych doświadczeń, trudno nie zauważyć, że po roku 1989 w  Polsce mamy do czynienia z  permanentnym politycznym tarciem i na nowo wykopywanymi liniami podziałów. Nie można mówić o  politycznej stabilności, tak jak nie sposób już wyrecytować chronologicznie nazwisk szefów polskiego rządu. Deficyty wspólnej wizji Polski i brak odpowiedzialnego przywództwa celnie odczytuje Krzysztof Rybiński. Stwierdza on w referacie na Polskie Forum Strategii Lizbońskiej: „Wyobraźcie sobie przedsiębiorstwo, które nie ma długofalowej strategii, w  którym co kilka lat wraz ze zmianą zarządu wymienia się większość dyrektorów. W tym przedsiębiorstwie każdy departament ma swój własny budżet, swoje własne priorytety i  realizuje swoje własne, często nietransparentne cele, takie jak maksymalizacja dostępnego budżetu, cele, które często nie są spójne z celem działania całego przedsiębiorstwa. Czy takie przedsiębiorstwo ma szanse konkurować w  globalnej gospodarce z  firmami, które mają jasną i  spójną wizję i  strategię, w  których działania wszystkich departamentów są tej wizji podporządkowane?”. Nie sposób nie przyznać racji, że w  polskiej polityce nie ma konkurencji, jest natomiast „stan wojenny”, nie ma odpowiedzialności, ale jest PRowski retusz, który trochę skrywa, trochę odsłania, aby skusić potencjalnego wyborcę, nie ma wreszcie politycznych konsensusów i  zgody, a  jedynie łaskawy „brak komentarza” np. przedstawicieli jakiejkolwiek z opozycji, którzy nie potrafią przyznawać racji rządzącym w  trosce o  każdy punkt procentowy poparcia. „Rzeczpospolita obcych” to zatem świat wyalienowanych z rzeczywistości partyjnych przywódców, zapatrzonych w sondażowe słupki,


37

bna Candrea matteini

skoncentrowanych na doraźnych działaniach, które mogą przedłużyć rozkosz bycia „nad” lub zmniejszyć dystans do liderów społecznego poparcia. W rozmowach, które prowadziłem ze znajomymi z wielu europejskich krajów, nie znajdował zrozumienia spór o numer Rzeczpospolitej. Spór ten rodził podziały, które odzwierciedlały się nawet w potocznych konwersacjach, a pełny wyraz znajdował w publicystyce prasowej. Trzeba się określić: czy jest się za trzecią czy za czwartą? „Rzeczpospolita obcych” trywializuje i wprzęga w kampanie wyborcze historyczne losy polskiego narodu, uwzględniając zarówno tych, którzy przypisywali sobie rolę budowniczych nowej Polski, jak i  tych, którzy z uporem, mimo że zgadzając się z koniecznością i kierunkiem zmian, odrzucali możliwość mówienia w sprawach ważnych dla kraju jednym głosem z  kimś, kogo opłaca się traktować jak „obcego”. W rezultacie, wyobcowani politycy wiodących partii politycznych w kampanii wyborczej zapomnieli o  programach i  czytelnych, wielowymiarowych wizjach przyszłości. „Wyobcowany polityk” nie ma poglądów politycznych i pomysłów na zmiany – obserwując polskich polityków można mieć wrażenie, że są one dla nich niepotrzebnym balastem, który w  medialnych codziennych recitalach może tylko zaszkodzić w starciu z dociekliwymi dziennikarzami. A zatem dominuje „politykowanie” a nie „polityka”, czyli samo w sobie dążenie do władzy kosztem wdrażania programów. To zjawisko ma miejsce także w sferze niezwykle doniosłej, a mianowicie w dyskusjach o zmianach w wydatkach socjalnych. Wśród sporów o  to, czy więcej przeznaczać na wsparcie obywateli, czy więcej gwarantować czy też redukować (więcej wymagać), giną głosy rozsądku, które pokazują, że w aktualnym momencie ani nie stać nas, by kreować więcej opieki, ani nie możemy sobie pozwolić, by

więcej od obywateli oczekiwać. Diagnoza ta nie jest obca w środowisku polityków społecznych. Cezary Żołędowski, jako autor jednego z haseł-problemów w najnowszym podręczniku akademickim „Polityka społeczna” stwierdza, że „najbardziej możliwe i pożądane zmiany /.../ nie powinny zmierzać ani w kierunku znacznego zwiększenia »urynkowienia«, ani też większej »socjalizacji« budżetu. Model liberalny nie ma akceptacji społecznej, oznaczałby także dalsze ograniczenie dostępu do usług społecznych dużej części obywateli. Z kolei wzrost transferów społecznych w PKB – o ile przy ich obecnym poziomie jest on w ogóle możliwy bez spotęgowania negatywnych skutków dla finansów publicznych i gospodarki – nie przyniesie zauważalnej poprawy”. Czy świadomość konieczności przeniesienia akcentu z ilości środków na sposoby ich skutecznego wydatkowania, z liczby oferowanych programów na ich dostosowanie do potrzeb tych, którym chce się pomóc, zmienia treść zideologizowanej politycznej dysputy? Oczywiście nie – i dzieje się tak nawet w sytuacji, gdy za sterami kluczowych w tym względzie resortów zasiadały osoby kompetentne i starające się powyższe idee realizować. Rzeczpospolita, która opiera się na takich podstawach politycznych, nie może kreować więzi, nie może łączyć, budować, identyfikować otaczających ludzi – to przestrzeń emanacji obcości, która traci z oczu tych, dla których jest potencjalnie realizowana.

Obcość socjalna

Wybitny amerykański antropolog Marshall Salins, w tekście „Pierwotne społeczeństwo dobrobytu”, prowadząc wywód oparty na porównaniu aspiracji i  warunków życia przedstawicieli przeszłych i teraźniejszych gospodarek łow-


38 ców-zbieraczy ze współczesnymi obywatelami kapitalistycznego świata, stwierdził: „Jeśli jednak współczesny człowiek, wraz ze wszystkimi swoimi zdobyczami technologicznymi, wciąż nie posiadł tego, co jest mu potrzebne, to jaką szansę ma ten nagi dzikus ze swoim słabiutkim łukiem i strzałami? Wyposażywszy myśliwego w  burżuazyjne popędy i  paleolityczne narzędzia, z góry oceniamy jego położenie jako beznadziejne”. Powyższe zdanie warto odnieść do poglądów wielu Polaków (ze świadomością, że to nie tylko polska przypadłość) czy to wyrażanych wprost, czy pojawiających się w głowach na wieść o przyznawanych zasiłkach socjalnych – „znów daję na tych, którzy nic nie robią”. Najubożsi – a w ich liczbie wyróżniamy się w Europie – stają przed oczekiwaniami, które można sprowadzić do prostej (dla autorów tych stwierdzeń) dewizy: „zaktywizujcie się”. Sahlins sugeruje nam jednak, że w świecie, w  którym galaktyka konsumpcji wkracza we wszystkie rejony (nawet te zubożałe) nikt nie zna dnia ani godziny – konsumpcyjne uzależnienie grozi każdemu, a  rozbudzone oczekiwania u tych, którzy dysponują niewielkim lub żadnym potencjałem, sprowadzają na nich blokadę aktywności, niemoc opartą na braku wiary w lepsze jutro. Nie jest moim celem kwestionowanie realności patologicznej bierności ludzi ubogich, nie można nie pamiętać o  gospodarstwach domowych, w których wędlina na śniadanie dla dzieci jako rodzinna inwestycja przegrywa z dwoma paczkami papierosów, względnie „niezbędnymi” do życia procentami w płynie. Jednak nie da się też kwestionować błędnego koła materialnej i mentalnej degradacji, które na przestrzeni kilkudziesięciu lat wciągało w  swe tryby kolejne pokolenia nieświadomych niczego reprezentantów kategorii „biedny”. Amerykański noblista z  1998  r. w  dziedzinie ekonomii, Amartya Sen, pisze w  książce „Rozwój i  wolność”: „Rozwój polega na usuwaniu różnego typu zniewoleń, które pozostawiają ludziom niewielki wybór i niewielkie szanse realizacji przemyślanego działania”. Musimy zatem pamiętać, że nie będzie rozwoju, jeśli nie oswoimy „obcości” w  postaci zrozumienia i skutecznego wparcia tych, którzy sobie nie radzą. Polska bieda jest przez socjologów czy antropologów zbadana i opisana – warto sięgnąć do ich dorobku, gdyż w  innym przypadku znów będziemy zaskakiwać się na wzór „odkrycia” problemu „juwenalizacji biedy” (czyli jej nadreprezentacji wśród dzieci), chociaż prof. Wielisława Warzywoda-Kruszyńska czy prof. Elżbieta Tarkowska od wielu lat alarmowały o wielowymiarowych problemach najmłodszych. Również bierność często nie jest zawiniona. Dlaczego? Czy nie warto się dowiedzieć? Abstrahując już od „głębi” polskiej biedy – od jej kulturowego oblicza, od konkretnych mechanizmów odpowiedzialnych za spiralę degradacji – już same statystyki dotyczące jej skali oraz rzeczywistości konsumpcyjnej najuboższych Polaków eksponują grupę „obcych”, nie przystających do konsumpcyjnej uciechy i  materialnego zaspokojenia. W Rzeczpospolitej mamy około 12% „socjalnych obcych”, którzy dysponują dochodem poniżej minimum egzystencji, ponad 50-procentowy udział „obcych”, którzy lokują się z  zasobnością swego portfela poniżej minimum socjalnego, niemal 20% udziału „obcych” w  polskim społeczeństwie w  odniesieniu do

statystyk urzędowych (korzystanie z różnych świadczeń socjalnych oferowanych przez pomoc społeczną) czy też lokujących się ze swoim dochodem w  grupie tych, którzy mają mniej niż 50% średniego dochodu w społeczeństwie. Jako pozytywną zmianę należy odebrać zebrane przez GUS dane, wykazujące systematyczny spadek zasięgu biedy subiektywnej. Jak czytamy w raporcie „Warunki życia ludności Polski w  latach 2004-2005”, w  2004 roku 27% Polaków lokowało samych siebie w sferze niezaspokojenia podstawowych potrzeb, w 2005 r. było to już ok. 23%, by w IV kwartale 2006 r. wskaźnik ten oscylował wokół 18%. Jednak mimo wszystko, w połowie 2005 r. ponad połowa gospodarstw domowych (ok. 52%) deklarowała, że „z wielką trudnością lub z trudnością wiązała koniec z końcem”. Socjalną obcość widać, gdy spojrzymy na środki na konsumpcję, jakimi dysponują Polacy. Jak czytamy w komunikacie CBOS z  badań pt. „Bezrobotni o  swojej sytuacji życiowej”, przeciętne miesięczne wynagrodzenie w  Polsce nieznacznie rośnie – w  2004  r. wynosiło 2273 PLN, podczas gdy w  2005 roku – 2361 zł. Dokonując szczegółowych analiz, należy skupić się na kategorii osób, które utrzymują się z niezarobkowych źródeł. Według raportu GUS pt. „Warunki życia ludności Polski w  latach 2004-2005”, w  2005  r. gospodarstwa domowe, których wyłącznym lub przeważającym źródłem utrzymania jest dochód ze źródeł niezarobkowych innych niż emerytury i  renty, np. zasiłki dla bezrobotnych, regularne transfery od osób trzecich itp. stanowiły 6,9% ogółu gospodarstw w Polsce. Gospodarstwa domowe, których wyłącznym lub przeważającym źródłem utrzymania jest dochód z  indywidualnej działalności rolnej – 2,8% ogółu. A gospodarstwa domowe, w których wyłącznym lub przeważającym źródłem utrzymania jest dochód ze świadczeń rentowych – 11,3% ogółu gospodarstw. Stanowią one „tradycyjnych obcych”. Średni roczny dochód do dyspozycji gospodarstw utrzymujących się z  zewnętrznego wsparcia wynosił 5738 zł, rencistów 7974 zł, a  rolników – 6877 zł. Istotnym kryterium zróżnicowania dochodowego jest także liczba posiadanych dzieci. W  2005  r. małżeństwa bez dzieci posiadały średni roczny dochód 15967 zł, a  małżeństwa z  czwórką lub większą liczbą dzieci – 5937 zł. Z kolei poziom wydatków gospodarstw domowych, które żyją w skrajnej biedzie (lokują się poniżej minimum egzystencji), w 2005 r. wyniósł miesięcznie 300 zł... Analizując aktywność konsumpcyjną Polaków na podstawie wspomnianego raportu GUS, należy sobie uświadomić, że „/.../ biorąc pod uwagę aktualną sytuację finansową – ok. 36% rodzin w Polsce nie stać było w 2005 r. na zjedzenie co drugi dzień posiłku, w skład którego wchodziłoby mięso, drób czy ryba (lub wegetariański odpowiednik), a  ok. 9% gospodarstw nie mogło sobie pozwolić na kupno nowej, nieco lepszej odzieży. Trudności finansowe powodują ograniczanie kontaktów towarzyskich; ok. 36% gospodarstw nie mogło sobie pozwolić na to, żeby w miesiącu zaprosić przyjaciół czy rodzinę nawet na skromny poczęstunek. W  jeszcze większym stopniu muszą oszczędzać na wypoczynku i turystyce. Na opłacenie raz w roku tygodniowego wyjazdu dla całej rodziny nie stać było 70% gospodarstw domowych”. Powyższe tendencje potwierdzają dane pochodzące z badania CBOS „Aktualne problemy i  wydarzenia”, które wskazują, że 59%


39

bna Emiliano (loungerie)

respondentów badania CBOS odczuło w 2005 r. brak pieniędzy na urlop czy wakacje dzieci, 57% na zakup wyposażenia mieszkania, 44% na życie kulturalne, 36% na kupno ubrań czy butów, 36% na wydatki związane z  leczeniem, 24% na świadczenia mieszkaniowe, a 25% na żywność. Jak skonstruowane są budżety Polaków? Średnie miesięczne wydatki rodziny bezdzietnej w  2005  r. to 1194 zł, podczas gdy wydatki rodziny wielodzietnej wynoszą 501 zł. Rozkład tych wydatków przedstawia się następująco: statystyczna rodzina bezdzietna wydawała miesięcznie w  2005 roku na żywność i napoje bezalkoholowe średnio 313 zł, a na towary nieżywnościowe i usługi 755 zł, podczas gdy statystyczna rodzina wielodzietna przeznaczyła odpowiednio 192 zł oraz 287 zł. Te 192 złote na miesięczne wyżywienie dla 6-osobowej rodziny wyznacza nam zakres możliwości konsumpcyjnych ubogich Polaków, nieuchronnie rodząc pytanie: co i jak konsumować, żeby przetrwać? Uzupełnieniem powyższej kwestii niech będzie struktura wydatków gospodarstw domowych, lokujących się poniżej minimum egzystencji. 51% wydatków (z przedstawianej już wcześniej przeciętnej kwoty 300 zł miesięcznie) stanowią środki na żywność i napoje bezalkoholowe, a kolejne 17% na wydatki związane z użytkowaniem mieszkania. Na tzw. pozostałe potrzeby wydawało się w tego typu gospodarstwach domowych średnio ok. 94 zł. Dla porównania, przeciętna kwota na tzw. pozostałe potrzeby w  gospodarstwach domowych żyjących powyżej minimum egzystencji, wyniosła ok. 506 zł miesięcznie. Powyższe dane statystyczne pokazują wyraźnie, że w naszym otoczeniu jest wielu „obcych”, którzy funkcjonują z takimi sumami w portfelu, za które przeżycia nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić. Czy oferujemy im efektywne wsparcie, umożliwiające przejście na stronę socjalnych „swoich”?

Współczesne instrumenty polityki społecznej ukierunkowano na wsparcie tych obywateli, którzy są aktywni. Podzieliliśmy zatem „obcych” na dwie kategorie: „obcy-użyteczny” i „obcy-nieużyteczny”. Nie jest to jednak nowy podział, gdyż już słynne prawo elżbietańskie, „Poor Law” z 1601 r., w ten sposób starało się rozwiązać problem nagromadzenia zbędnych i  z pozoru niebezpiecznych – jednym oferując pracę w domach pracy, drugich zostawiając na łaskę filantropów. Jeśli spełnisz konkretne wymogi, otrzymasz wsparcie – jeśli nie, to wsparcie będzie o wiele mniejsze. Istniejąca polityka aktywizacji zwana active social policy, staje się też po części polityką wsparcia w  zamian za ograniczenie wolności. Okazuje się, że podniety konsumpcyjnego marketu mogą razić w oczy i przeszkadzać w osiąganiu społecznego szczęścia pod postacią nie wspomaganej partycypacji i  realizacji własnych potrzeb. Myślę, że podstawa intencji stojących za kreowanymi zmianami w  tym zakresie zawarta jest w poniższej wypowiedzi respondentki badań Agaty Skulmowskiej-Lewandowskiej, prowadzonych w biednej dzielnicy Torunia, a zamieszczonej w książce jej autorstwa pt. „Życie w biedzie”: „Jak mieliśmy tak trochę, ja pracowałam, mąż pracował, mieliśmy trochę więcej pieniędzy. Kupiłam se kurtkę skórzaną, taką dłuższą, nie mam innej. Chodzę cały czas, już szósty rok w tej kurtce. Jak poszłam do opieki no to tak, a na skórę jest, tak? Pierwszy tekst, ja mówię, a pani nie wie, mówię, że się kiedyś mogło pracować i się mówię, miało, mówię, a teraz nie mam, żeby co innego mieć. To mam się w szmatę ubrać, żeby do was przyjść”. A zatem droga prowadząca do zmiany własnej sytuacji wieść ma przez wyrzeczenia. Gdy przeanalizujemy założenia, na których opierają się takie instrumenty współczesnej polityki społecznej, jak kontrakty socjalne


40 czy formy instytucjonalne (np. centra integracji społecznej), odnajdziemy wyraźne założenie: „otrzymasz wsparcie, jeśli będziesz spełniał pewne kryteria”, „otrzymasz dodatkowe 50% świadczenia fakultatywnego, jeśli spełnisz zapisy kontraktu i wyzbędziesz się konsumpcyjnych pokus”. Wyrzeknij się zatem choćby chwilowych namiastek konsumpcyjnej rozkoszy w zamian za lepszą przyszłość. Dlatego też współczesna aktywność konsumpcyjna zwłaszcza trwale i  skrajnie ubogich, składa się z permanentnych prób przetrwania opartych na konsumpcji ograniczonej do biologicznego minimum oraz z  trudnych do zaakceptowania wyrzeczeń na drodze ku lepszej przyszłości. I kto staje się strażnikiem procesu „zmiany na lepsze”: czy są to ludzie wolni od konsumpcyjnej nieodpowiedzialności? Czy projektantami i strażnikami zmian są konsumpcyjni asceci, zawsze dostosowujący wydatki do sumy posiadanej w danym momencie w portfelu? Obcość to przede wszystkim brak zrozumienia. Czy my, np. w sferze konsumpcji, rozumiemy biednych? Nie jestem przeciwnikiem aktywnej polityki społecznej – przeciwnie, to zbiór pomysłów, idei, które warte są efektywnego, a przede wszystkim spójnego wdrażania, tak, aby nie pogłębiać obszarów „obcości” i nie kreować iluzji. Spójna polityka aktywizacji, coherent social policy, wymaga m.in. • wyzwań stawianych przed konkretnymi instytucjami funkcjonującymi w przestrzeni socjalnej, • uwzględniania kwestii efektywności ekonomicznej działań – aktywizacja musi opierać się na racjonalności finansowej (redukcja sztucznie generowanych kosztów), • elastyczności i  innowacyjności działań (jeśli konkretne inicjatywy nie cieszą się popularnością lub są dysfunkcyjne, należy szukać innych obszarów działania, nowych instrumentów), • dowartościowania diagnoz i  strategii jako realnych podstaw działania a nie jedynie schematycznie wypełnianych obowiązków, • uwzględniania metod marketingowych w  realizacji programów wsparcia i  promowaniu wartościowych idei oraz w zmianie negatywnych postaw – precyzyjne określanie grup docelowych, rozpoznanie otoczenia (rynek, konkurenci, partnerzy). Pozostaje jeszcze kwestia najtrudniejsza – rozstrzygnięcie, czy tak naprawdę chcemy pomagać i komu? Wiążą się z  tym dwa fundamentalne pytania: 1. Komu konkretnie chcemy pomagać (czy na pewno te osoby są wykluczone); 2. Czy mamy scenariusz na sytuację, w której są środki, ludzie i infrastruktura, natomiast nie ma chętnych (wystarczająco aktywnych) do otrzymania wsparcia, które kreujemy. Czy aktywna polityka integracji „obcych” uwzględnia to, co w  tej polityce najważniejsze? Czy udaje się jej uniknąć pogłębiania problemów? Nie uda się nam, jeśli oprzemy tę politykę o instytucje, które odpowiedzialne za integrację społeczną będą rekrutować do programów kierując się jedynie stopniem zmotywowania ich beneficjentów (bo to gwarantuje, że program ukończą i będzie szansa na kolejne środki na podobne programy). Albo, gdy będziemy diagnozować sytuację tak, by legitymizować pomysły i problemy, nie zaś by poznawać ich istotę i wagę.

Albo dopóki będziemy opierać się na zrutynizowanych instytucjach pomocy społecznej czy administracji pracy, których pracownicy (jakby zamknięci w klatkach) potrzebują dowartościowania, motywacji, wiedzy i dostępu do procesów decyzyjnych. „Obcość” w sferze socjalnej będzie wciąż realna, a  jeśli zniknie, to jedynie wirtualnie (w komputerach statystyków) ze względu na kryterium: „nie pobiera świadczenia – nie jest biedny”.

Czy my się w ogóle lubimy?

Zygmunt Bauman w swej książce „Szanse etyki w zglobalizowanym świecie” twierdzi, że elementarna etyka w relacjach międzyludzkich możliwa jest tylko dzięki niepewności. Pisze on, że „niepewność jest znajomym gruntem dla osoby moralnej i jedyną ziemią, na której moralność może wykiełkować i  rozkwitnąć”. Czy w  polskich realiach niepewność przekłada się na istnienie stałych, cywilizowanych norm regulujących ludzkie relacje? Nie, ponieważ nie o  takiej niepewności mówi Bauman. Niepewność jutra, niepewność na rynku pracy czy w miejscu pracy, w powiązaniu z  niepisanym nakazem troski o  samego siebie (wzorce indywidualizmu), powodują, że powstaje mieszanka, którą możemy porównać do obaw boksera przed walką – „albo ja albo on”, z kołaczącą w głowie wątpliwością: „jak to się dla mnie skończy?”. Dlatego też brakuje w polskich realiach elementarnej życzliwości, brakuje zaufania, które socjologowie określają mianem fundamentu kapitału społecznego, pozwalającego realizować wspólnotowe cele, przeć do przodu. Wiemy to już wszyscy, że „od święta” jesteśmy narodem o wielkim sercu – zapełniają się skarbonki w styczniowo-orkiestrową niedzielę, tłumnie oddajemy krew dla chorej sportsmenki, wielu z  nas regularnie klika w  brzuszek Pajacyka, darowując posiłek ubogim dzieciom. Ale w kolejce w sklepie, w otoczeniu sąsiedzkim, w miejscach pracy czy w autobusie, patrzymy na siebie niechętnie, podejrzliwie, z zawiścią, ironią, eksponując to, co nas różni i tłumiąc to, co łączy. Być może, oczekując pozytywnych skutków transformacji ustrojowej, zapominamy, że musi ona oprzeć się na transformacji międzyludzkich stosunków, niepokojąco przypominających czasy, z których wyruszyliśmy w kierunku społecznej, politycznej i gospodarczej odnowy. Tak, jakbyśmy oczekiwali, że podzieleni, nie darzący się zaufaniem, każdy sam dla siebie, zmienimy nasz kraj w przestrzeń socjalnej szczęśliwości. Trudno nie zauważyć, że nie jesteśmy dla siebie wiarygodni, łatwiej przypominamy sobie objawy nieżyczliwości i  nieuprzejmości niż pozytywne gesty czy wsparcie innych osób. I tak czekamy na cud, socjalnie podzieleni, wpatrzeni w polityków, którzy za wszelką cenę chcą nam pokazać nie swoje walory, lecz wady innych, z wyrazem twarzy permanentnego malkontenta dusimy się w naszym zamkniętym mikro-świecie. Czyli w  „Rzeczpospolitej obcych”, czując, że coś uwiera, coś jest nie tak, ale nie wyobrażając sobie, że może być inaczej.

Arkadiusz Karwacki


41

Minimalny Dochód Gwarantowany – idea, problemy, rozwiązania

Marcin Janasik Czym jest MDG? Mówiąc w uproszczeniu, jest to nieodpłatne zapewnienie wszystkim ludziom – bez względu na wiek, płeć, naturalne i nabyte umiejętności, predyspozycje, światopogląd i  postawy społeczne – podstawowych dóbr i  usług. Oczywiście jakość życia gwarantowana przez MDG zależeć musi od aktualnej kondycji gospodarki, uwarunkowań regionalnych i społecznych. Niezależnie jednak od tego, MDG powinien obejmować całkowicie i  bezwarunkowo, bezpłatne: wyżywienie zapewniające konieczne do przeżycia składniki i  wartość kaloryczną, środki pierwszej potrzeby, zwłaszcza czystości oraz dostęp do czystej wody, elektryczności i kanalizacji, lekarstwa oraz opiekę medyczną w pełnym zakresie, edukację – od podstawowej aż po wyższą, opiekę socjalną w przypadku osób starszych i  niepełnosprawnych. Wreszcie, mieszkanie, jako podstawowy warunek umożliwiający godność egzystencji, indywidualny rozwój i komfort życia (a którego brak jest obecnie przyczyną wielu patologii i dysfunkcji społecznych).

„Dlaczego karmić nierobów?”

Pierwsza odpowiedź brzmi: „dlatego, że są ludźmi”. Nieważne, czy ktoś nie pracuje, ponieważ pracy dla niego nie ma, czy jest zbyt dumny, by podjąć zajęcie „nie licujące z jego godnością” (choć moja babcia w takich chwilach słusznie zauważała, że „wstyd, to jest kraść”; można takie postawy potępiać, ale nie zmienia to pytania, co z takimi ludźmi zrobić, a alternatywą dla „socjalu” jest przestępczość lub śmierć z głodu, braku lekarstw etc.), bo jest zbyt leniwy czy po prostu nieprzystosowany do życia w  społeczeństwie i panujących w nim zasad, czy jest wykluczony psychicznie lub społecznie w sposób utrudniający czy wręcz uniemożliwiający zdobycie pracy. Jest człowiekiem i  nie powinien przymierać głodem, żebrać o bułkę, mieszkać w kanałach czy zbiorowych noclegowniach, nie mieć pieniędzy na lekarstwa. Jest człowiekiem – i z tego właśnie powodu winniśmy, jako ci, którym się „udało”, świadczyć mu pomoc. To jednak opinia subiektywna i  opierająca się o równie subiektywną etykę i moralność, a nie o przesłanki racjonalne. Na MDG składać się muszą podatnicy, a więc ogół pracujących będzie zmuszany, by z ich

Minimalny Dochód Gwarantowany (MDG) jest jedną z najpopularniejszych idei w ruchu alterglobalistycznym. Co więcej, konieczność wprowadzenia rozwiązań w rodzaju „podatku negatywnego” postulują coraz częściej nawet liberalni ekonomiści, widząc doskonale jego potencjalnie zbawczą rolę dla społeczeństwa i gospodarki. podatków utrzymywać bezrobotnych. Nie wszyscy muszą czerpać z ideałów humanistycznych czy z dziedzictwa wielkich religii monoteistycznych (wszystkie z nich optują za współczuciem, troską o innego człowieka oraz pomocą słabszym). Potrzebne są więc argumenty świadczące o konieczności wprowadzenia MDG i korzyści, jakie czerpać z niego będzie społeczeństwo, a więc suma interesów indywidualnych.

To już ma miejsce!

Wszystkim, którzy uznają, że dopiero za pomocą MDG zaczną „opłacać darmozjadów”, trzeba uświadomić, że już to robią, zwłaszcza jeśli żyją w Europie lub Ameryce Północnej. Czym innym są stypendia socjalne dla studentów? Zasiłki dla bezrobotnych? Dodatki rodzinne, ulgi podatkowe etc.? To, że obecnie niektórzy studenci wydają stypendia socjalne na narkotyki, bezrobotni – zasiłki na alkohol, a niektóre matki – becikowe na modne ciuchy, to oczywiście zupełnie inna sprawa. System redystrybucji już teraz istnieje, choć oczywiście jest z jednej strony nieefektywny i niesprawiedliwy, a z drugiej – niewystarczający do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Brak sposobów społecznej kontroli tych wydatków wynika jednocześnie z  braku świadomości obywatelskiej oraz z dysfunkcji systemu opieki społecznej i  gospodarki korporacyjno-kapitalistycznej. Likwidacja tej redystrybucji oznacza zaostrzenie problemów społecznych (i gospodarczych!), a nie ich złagodzenie. Alternatywą jest tylko skazanie wszystkich bezrobot-


42 nych i ich rodzin na całkowite wykluczenie i śmierć głodową, a tego, zdaje się, nie chcą (a przynajmniej nie deklarują tego publicznie) nawet ortodoksyjni neoliberałowie.

Pracy starczy dla każdego?

Jednym z największych mitów jest teza o  „niewyczerpalności” rynku pracy. Jest to czysta fikcja, nie mająca oparcia w  rzeczywistości. Postęp technologiczny z  definicji oznacza poszukiwanie takich sposobów produkcji dóbr i usług, które będą tańsze i wymagające zaangażowania mniejszej ilości pracowników. Jest to naturalne i zrozumiałe dla wszystkich poza niektórymi komunistami i  socjalistami, wierzącymi w  mity o pełnym zatrudnieniu (czyli zmuszaniu pracujących do płacenia za pracę ekonomicznie nieefektywną w firmach przynoszących straty – a więc często marnowaniu większej ilości pieniędzy, niż gdyby wydać je na jakąś formę zasiłków). Również coraz bardziej wydajne sposoby organizacji oraz zarządzania pracą i pracownikami sprawiają, że do tych samych zadań potrzeba coraz mniej osób. Koncentracja kapitału i fuzje przedsiębiorstw, o ile nie stwarzają zagrożenia monopolizacji rynków, również są wskazane – pociągają za sobą odchudzanie biurokracji zarządzającej firmami, działów księgowości, logistyki etc. Rynek usług, do niedawna będący nadzieją na uratowanie sumy stanowisk do obsadzenia, przechodzi te zmiany tak samo, jak wcześniej przechodziła je produkcja i  handel. Koniunktura na Dalekim Wschodzie, nadrabiającym opóźnienie cywilizacyjne, prędzej czy później również się skończy, już teraz w Chinach i Indiach są milionowe rzesze nikomu niepotrzebnych, nisko wykwalifikowanych bezrobotnych. Postulowane przez socjalistów ograniczanie bezrobocia przez skracanie czasu pracy, jest pomysłem dobrym, ale niewystarczającym. Godzin pracy nie można ograniczać w nieskończoność. Zastępowalność na stanowiskach jest bardzo kosztowna (szkolenia, nadzór, kadry, księgowość, urlopy, zwolnienia lekarskie) a w wielu firmach działających na zasadzie projektowej odpowiedzialności pracowników, a  nie akordu przy taśmie produkcyjnej – wręcz szkodliwa. Ogranicza odpowiedzialność indywidualną za efekty pracy, zwiększa straty oraz alienację pracowników, nie mogących się utożsamiać z  projektami (np. w  firmach graficznych byłoby to w ogóle niemożliwe do wprowadzenia). Jednocześnie, koncepcja ta, pomagając pracownikom eksploatowanym bezlitośnie w niektórych firmach, utrudnia życie innym, chcącym dłużej pracować i więcej zarabiać, a niekoniecznie zatrudniać dodatkowych pracowników i dzielić się z nimi zyskami, np. w demokratycznych spółdzielniach socjalnych. Podsumowując, pracy na świecie będzie coraz mniej i  nie da się nic z  tym zrobić, chyba że zaczniemy cofać w  rozwoju cywilizację w  imię komunistycznych mrzonek z XIX wieku i ograniczymy rozwój technologiczny.

Jeżeli nie MDG, to co?

Brak większej niż obecnie redystrybucji dochodów z budżetu państw skutkować musi pogłębieniem przepaści między elitami finansowymi a bezrobotnymi i ich rodzinami. W sytuacji kurczenia się globalnego rynku pracy do powiedzmy

modelu 70/30 (70% pracujących i 30% bezrobotnych) czy 60/40, oznacza to po prostu, przy obecnym stopniu redystrybucji, skazanie kilku miliardów ludzi na śmierć z głodu, braku wody pitnej czy lekarstw lub „tylko” na wykluczenie społeczne wynikające z braku dostępu do usług publicznych odpowiadających za awans życiowy – w tym edukacji. Oczywiście nie obędzie się bez krwawych zamieszek, pogromów – i to nie w formie upragnionej przez wielu, „konstruktywnej” rewolucji społecznej, ale nieskoordynowanych, nie podbudowanych ideowo i merytorycznie wybuchów ślepej nienawiści. Już dziś umiera rocznie z  głodu, pragnienia i  braku podstawowych lekarstw więcej osób niż podczas Holocaustu przez całą II wojnę światową. Te „zaledwie kilka” milionów ludzkich tragedii rocznie jest niczym w porównaniu z czekającą nas społeczną i humanitarną katastrofą. Co bardzo ważne, popyt wewnętrzny, napędzający w gospodarce rynkowej podaż, jest wywoływany przede wszystkim nie przez najbogatszych, ale przez średniozamożnych i  ubogich konsumentów. Ile par butów może mieć i używać multimilioner? Ile kupi samochodów, lodówek, telewizorów, komputerów, telefonów komórkowych? Ile jego dziecko zużyje pieluch, odżywek i zeszytów szkolnych? Kryzys nadprodukcji, który prawie zniszczył światową gospodarkę w latach 30. XX wieku, został ograniczony właśnie przez zwiększenie redystrybucji i programów socjalnych. Pozwoliło to najbiedniejszym stworzyć falę popytu na towary pierwszej potrzeby. Neoliberalne „cięcia” są efektywne tylko na krótką metę, a ilość potencjalnych nabywców samochodów ze złota, diamentowych rolexów i tysiącmetrowych pałaców, jest doprawdy ograniczona. Powszechny MDG pozwala zatem na: 1) uniknięcie konieczności ograniczania rozwoju technologii i organizacji pracy, umożliwiającego nam lepsze, wygodniejsze i bezpieczniejsze życie; 2) uniknięcie katastrofy humanitarnej; 3) uniknięcie lub choćby odsunięcie w czasie na długie lata groźby globalnego kryzysu gospodarczego, mogącego skończyć się upadkiem naszej cywilizacji.

„Przecież zasiłki można przepić!”

Ilekroć przekonuję do konieczności wprowadzenia MDG, zawsze pada to stwierdzenie. Odpowiedź jest jedna: „a kto mówi o dawaniu ludziom gotówki, którą można przepić?”. Jestem tego zdecydowanym przeciwnikiem – jeżeli ktoś chce niszczyć swój organizm, alkoholizować się, narkotyzować czy palić papierosy – powinien starać się o  pracę, podwyższać kwalifikacje i robić to za swoje, a nie społeczne pieniądze. To niesprawiedliwe i  karygodne, jeżeli systemy redystrybucji pozwalają na takie patologie. MDG powinien polegać na stworzeniu systemu imiennych kart płatniczych z limitem wydatków na poszczególne rodzaje towarów i usług oraz kontroli ich wydatkowania w przypadku środków dysponowanych w  imieniu dzieci (a więc sprawdzaniu, czy kupowane im zeszyty lub jedzenie nie są wymieniane na gotówkę przeznaczaną na inne cele). Jako podatnik chcę wiedzieć, czy za pieniądze, które daję na edukację drugiego Einsteina, jego tata nie nabywa wódki czy usług prostytutki. Mam do tego prawo, a państwo ma obowiązek stać na jego straży.


43 „Nikomu nie będzie się chciało pracować!”

To oczywiście zarzut uzasadniony, zwłaszcza w obliczu obserwacji dzisiejszych systemów redystrybucji w Unii Europejskiej, których patologiczna skłonność do rozleniwiania społeczeństwa jest wodą na młyn neoliberałów. MDG powinien, owszem, zapewniać minimum egzystencji, ale przede wszystkim motywować do podjęcia pracy! Nie może być tak, że ktoś niepracujący żyje na podobnym, a często, wliczając czas wolny, wyższym poziomie niż osoba pracująca. Najwyższe pułapy MDG powinny być na tyle niższe od pensji minimalnej, by wysiłek podjęcia pracy i edukacji umożliwiającej jej zdobycie, był opłacalny. Przede wszystkim, MDG nie powinien umożliwiać zakupu towarów luksusowych i  nadmiernie konsumpcyjnych. Oczywiście, komputer jest obecnie do życia (np. edukacji) niezbędny, ale ze względu na ograniczoność zasobów zamiast rozdmuchiwać i tak wysokie świadczenia podatników na MDG, lepiej zainwestować w  gęstą sieć bezpłatnych publicznych punktów z  dostępem do Internetu i w szkoły, aby dzieci mogły z zajęć i infrastruktury korzystać do późna. Dla beneficjentów MDG będzie zatem transport publiczny, a nie samochody czy motocykle – takich przykładów można podać tysiące. Chcesz więcej – to pracuj. My, jako społeczeństwo, damy ci wszystkie możliwości, abyś mógł za darmo podnieść swoje kwalifikacje. Jeżeli jednak nie będziesz bardziej pracowity ani zdolniejszy od innych, to nie licz, że będziemy ci fundować najnowszy telefon komórkowy.

„Bonusem” dla II stopnia MDG mogą być środki na zwiększoną – w porównaniu z  I  stopniem – konsumpcję indywidualną, choć oczywiście z wyłączeniem używek – na wakacje czy kino. Choć wraz ze wzrostem globalnej zamożności kiedyś nawet w  I stopniu można wprowadzić „kieszonkowe” na kino czy teatr, to jednak zawsze II stopień powinien być na tyle atrakcyjny, by ludzie mieli motywację do podjęcia działań społecznie użytecznych. Dodatkową zachętą mogłoby być np. większe i  lepiej wyposażone mieszkanie. Nie należy również nie doceniać elementów prestiżowych – doceniania pracy społecznej II stopnia przez media, znajomych, rodziny itp., jako alternatywy wobec bezproduktywnego „trwania” w I stopniu.

Wysokość MDG powinna być jednocześnie zróżnicowana wewnętrznie, zależnie od aktywności beneficjentów. Owszem, lenie, lekkoduchy i niebieskie ptaki, mający w  nosie społeczeństwo, powinni mieć zapewnione minimum niezbędne do przetrwania i  godnego życia. Jednak osoby chcące podjąć jakąś społecznie użyteczną aktywność, a nie mające możliwości znalezienia pracy komercyjnej, powinny mieć „minimum” wyższe – choć oczywiście wciąż niższe od płacy minimalnej. MDG powinno być podzielone na dwa stopnie. Beneficjenci pierwszego stopnia nie mogą być „twardo” zmuszeni do podejmowania aktywności „społecznej” w zamian za świadczenia, ale „miękko” motywowani większymi uposażeniami drugiego stopnia. W ramach tej drugiej grupy, zależnie od możliwości i  zainteresowań, kierowani przez pracowników socjalnych i organizacje pozarządowe (NGO), powinni zajmować się pracami społecznymi. Na przykład sprzątaniem i budową mieszkań społecznych tam, gdzie nie ma konieczności zatrudniania komercyjnych firm (lub w ramach zleceń komercyjnych – jako pomocnicy), zajęciami artystycznymi, sportowymi, opieką nad dziećmi, niepełnosprawnymi i starszymi, udziałem w resocjalizacji więźniów, prostymi pracami w ramach instytucji państwowych i NGO (roznoszenie ulotek, rozklejanie plakatów, noszenie przesyłek) – tam, gdzie nie zniszczy to oczywiście etatów potrzebnych społeczeństwu, ale ułatwi już wykonywane zadania i zwiększy ich efektywność, jednocześnie podnosząc kwalifikacje bezrobotnych i ułatwiając im znalezienie pracy.

bnd Stephen Russell

Dwa stopnie MDG

Przecież będą „łapać fuchy”!

Oczywiście, chęć maksymalizacji korzyści indywidualnych sprawia obecnie – i zapewne będzie sprawiała zawsze – że beneficjenci systemów opieki społecznej będą chcieli je wykorzystywać i żyjąc na garnuszku innych, od czasu do czasu nielegalnie zdobywać nadwyżkę na konsumpcję nie zapewnianą im przez MDG. Trzeba zrobić wszystko, by system gospodarczy uszczelnić, a  szarą strefę zmarginalizować. Przede wszystkim jednak trzeba podnieść świadomość społeczną na tyle, by „pieniądze państwa” zastąpić „moimi podatkami, moimi pieniędzmi”, a „okradanie państwa” – „okradaniem mnie, mojej rodziny i  przyjaciół”. Działanie w  szarej strefie po-


44 winno być postrzegane jako coś nagannego i piętnowane na każdym kroku – to wyłącznie kwestia elementów procesu przyjmowania norm życia społecznego.

setki milionów pracowników (choć liczba ta wraz z postępem technologicznym będzie się zmniejszać) stałych i czasowych.

Dlaczego tylko alter-globalnie?

Równe szanse = ogólny dobrobyt

Wystarczy chwila namysłu, aby odrzucić możliwość efektywnego wprowadzenia MDG w ramach obecnych państw narodowych, zwłaszcza w warunkach neoliberalnej globalizacji. Dlaczego? Przykład UE najlepiej pokazuje mechanizm uciekania kapitału i  inwestycji z  krajów ze szczątkowym i koślawo wprowadzanym (oraz prowadzącym do nadużyć i patologii), ale jednak istniejącym MDG. Tak długo, jak istnieją kraje i  całe regiony (jak Indochiny) bez cywilizowanych norm socjalnych – tak długo inwestycje w krajach, gdzie ludzie nie chcą pracować za głodowe pensje, gdyż więcej dostaną z  „socjalu”, będą po prostu nieopłacalne. Państwa narodowe, bez wprowadzenia globalnych norm demokratycznych i szeroko związanych z etyczną gospodarką i  pracą, będą zawsze narażone na atak zjednoczonych sił międzynarodowej finansjery, która przeniesie inwestycje tam, gdzie demokracja jest fasadą, a  opieka społeczna – fikcją. Najbardziej demokratyczne państwo pozbawione zostanie środków, by MDG (lub jego pochodne) utrzymać – próby takich działań były już kilkukrotnie wprowadzane i zawsze skończyło się to albo dyktaturą, albo izolacją gospodarczą, upadkiem i chaosem (Haiti, Kuba; współczesną Wenezuelę ratuje tylko ropa naftowa).

MDG da miejsca pracy!

Rzeczywiście, MDG pozwoli na wzrost zatrudnienia w sferze znienawidzonej przez prawicę biurokracji państwowej i w hołubionej przez nią sferze organizacji pozarządowych. Sektor biurokratyczno-państwowy jest, wbrew pozorom, jednym z niewielu sektorów pozwalających w przyszłości na efektywne, a  nie puste, zwiększanie zatrudnienia. Pod warunkiem oczywiście, że zarządzany jest efektywnie, prowadzi się walkę z korupcją i alienacją urzędników ze społeczeństwa, wobec którego, jako wobec pracodawcy, mają obowiązki służebne (o czym dziś często zapominają), a wreszcie – o ile pozostawiany jest tylko tam, gdzie jest niezbędny, a gospodarka jest demokratyzowana przez akcjonariat pracowniczy, a nie „autorytaryzowana” przez państwowe firmy. Zatrudnienie dodatkowych nauczycieli i zmniejszanie liczby uczniów w klasach, zwiększanie ilości zajęć dodatkowych i ich obsługi, opieka nad osobami starszymi i  niepełnosprawnymi, obecnie często traktowana po macoszemu i  źle płatna, wreszcie kontrola nad całym systemem MDG w przyszłości – stworzy mnóstwo miejsc pracy, zmniejszając nieco napięcie społeczne spowodowane ich brakiem. Miliony osób chcących przejść z I do II stopnia MDG, pragnących wykonywać społecznie użyteczne zajęcia czy podnosić kwalifikacje, oznaczać będą wiele miejsc pracy przy ich wszechstronnej obsłudze – socjalnej, edukacyjnej czy finansowej. Dodatkowo, ogromny, nie mający precedensu w historii ludzkości, globalny impuls popytowy, w warunkach gospodarki rynkowej spowoduje zwiększenie podaży i zatrudnienia dla jej obsługi – będą to dziesiątki, jeśli nie

Nie można również zapomnieć o dodatkowej korzyści z MDG, a mianowicie z bezpłatnego – realnie, a nie tylko formalnie, jak obecnie – systemu edukacji. Tysiące geniuszów, którzy dziś w wieku szkolnym pasą owce, myją szyby samochodów, narkotyzują się itp., gdyż nie mają innej alternatywy, zaczną się uczyć i studiować. Wystarczy pomyśleć o wspaniałych wynalazkach, o genialnych odkryciach. „Równe szanse”, o których tak często mówią przed wyborami partie liberalne, są dziś fikcją – nie mamy równych szans w dostępie do edukacji, prawa, usług społecznych, na zdobycie dobrej pracy. Zasada liberalizmu, a  więc „lepszy powinien żyć lepiej”, obecnie kończy się na „lepiej żyje lepiej urodzony”, a mit „od pucybuta do milionera” urzeczywistniany jest w  ilościach śladowych tylko po to, by dać nam złudne poczucie szansy na lepszą przyszłość i nadzieję na zmianę losu.

Skąd brać pieniądze?

Jak napisałem powyżej, MDG jest możliwy do wprowadzenia w pełnej, proponowanej przeze mnie wersji świadczeń tylko w skali globalnej – a więc najprawdopodobniej przez światowy ruch alterglobalistyczny. Dopiero wraz z  realizacją innych ważnych postulatów tego ruchu – rozwojem demokracji uczestniczącej (umożliwiającej m.in. znaczące ograniczenie korupcji i  lepszą alokację zasobów w  inwestycjach publicznych), ograniczeniem zbrojeń, całkowitą likwidacją rajów podatkowych, demokratyzacją własności (umożliwiającą wraz z demokratyczną kontrolą gospodarki zmarginalizowanie szarej strefy), wreszcie – globalną integracją polityczną, możliwe będzie „uwolnienie” gigantycznych środków koniecznych do jego wprowadzenia. Na dzień dzisiejszy MDG jest możliwy do wprowadzenia w pojedynczych krajach tylko w „okrojonej” formie, przy czym na całym świecie próby takie spotykają się z kontrofensywą finansjery, która skończyć się może wyłącznie wraz z kresem jej władzy i całym systemem neoliberalnej, korporacyjnej „demokracji”.

Powszechne ubezpieczenie... od bezrobocia

Dokładnie tym jest właśnie MDG. Nawet jeśli uważasz, że jesteś mądrzejszy, sprytniejszy i lepszy od swoich konkurentów na rynku pracy, pamiętaj, że to jak ze zdrowiem – nawet najlepszemu sportowcowi może zdarzyć się wypadek lub kontuzja. Zły kredyt, wredny szef, wrogie przejęcie całej firmy – czy nie lepiej opłacić innym i sobie takie swoiste ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków życiowych? Lepiej chyba wylądować w mieszkaniu komunalnym niż na ulicy, lepiej dostać imienną kartę płatniczą do sklepu niż żebrać o pieniądze na chleb, lepiej dostać za darmo lekarstwa podczas choroby niż kraść, żeby je kupić... Marcin Janasik


45

Ruszyliśmy lawinę z Andrzejem Bulcem

rozmawia Michał Sobczyk

Andrzej Bulc: To był trochę zbieg okoliczności. Po zdaniu matury dwukrotnie nie dostałem się na studia. Jedyną szkołą, gdzie jeszcze trwał nabór, było pomaturalne technikum budowy okrętów. Zacząłem do niego chodzić we wrześniu 1970 r. Niedługo potem miały miejsce wydarzenia grudniowe. Razem z kolegami i koleżankami poszedłem na ulice Gdańska jak tylko coś się zaczęło tam dziać i  byłem bezpośrednim świadkiem walk z  ZOMO. Byłem zszokowany tym, co się dzieje. Przyjechałem z  małego Przasnysza, gdzie panowała cisza i  spokój, nikt w ogóle nie śmiał podnieść głosu. Gdy skończyłem wspomniane technikum, stocznię znałem doskonale – na każdym wydziale mieliśmy praktyki. Dlatego zatrudniłem się w stoczni, w brygadzie serwisowej firmy kooperującej, Elmoru, który robił całą automatykę okrętową. Po jakimś czasie zdałem na studia na Politechnice Gdańskiej na wydziale elektronicznym dla pracujących. Pracy w stoczni nie było dużo, więc po prostu się w niej uczyłem. Zauważył to zastępca kierownika i zaproponował mi pracę w laboratorium w macierzystym zakładzie – poszukiwali kogoś, kto by się znał na programowaniu komputerów. Okazało się, że ulokowano mnie w pokoju z pewnym inżynierem, który chwilowo był na zwolnieniu. Kierownik polecił mi zrobić porządek na jego biurku. Znalazłem tam numery „Robotnika”, komunikaty KOR-owskie, które zabrałem, przeczytałem i dałem kolegom na politechnice. Kto mógł, to je powielił – bo one docierały wówczas z Warszawy w dosłownie parunastu egzemplarzach. Za jakiś czas wrócił ten inżynier. Przywitaliśmy się, powiedziałem mu, że znalazłem takie komunikaty i  pozwoliłem je sobie pożyczyć, bo sam czytam i innym daję do czytania, a oni to przepisują. On na to, że świetnie, bo po to właśnie są. W ten sposób, jesienią 1976 r., poznałem Andrzeja Gwiazdę. I zaczęliście działać? A. B.: Gwiazda robił coś w  rodzaju komputera, który miał zbierać dane z prób silników, ale sprzęt zakupiony nam przez kierownika nie nadawał się do takich operacji. Więc czasu na politykowanie mieliśmy dużo.

Bodajże w 1977 r. pierwszy raz składano wieńce pod Stocznią Gdańską. Poszliśmy tam z Gwiazdą, byli Krzysiek i  Błażej Wyszkowscy, rodzina Rybickich, młodzi ze Studenckiego Komitetu Solidarności, a także kilkadziesiąt przypadkowych osób. Zanim przeniosłem się do Elmoru, słyszałem w  Radiu Wolna Europa o  powstaniu KOR-u i  że w Gdańsku jego przedstawicielem jest Bogdan Borusewicz. Pomyślałem, że zbiorę grupę swoich kolegów, pójdę do niego i powiem, że możemy coś robić, np. akcję ulotkową. Jednak nikt ze znajomych nie chciał. Jedynie Tomek Pieńkowski nie odmówił współpracy. Kontakt z Borusewiczem się nie udał, ale wkrótce był już Gwiazda i wspomniane składanie wieńców.

Andrzej Bulc (ur. 1951) – działacz opozycji antykomunistycznej, z wykształcenia technik elektryk. Współtwórca i jeden z liderów Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Po wyjeździe z Trójmiasta był działaczem oświatowym NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze. W stanie wojennym internowany, spędził siedem miesięcy w Białołęce. W 2005 r., po wielu latach emigracji, wrócił do Polski. Mieszka w Warszawie.

W lutym 1978 r. Kazimierz Świtoń na Śląsku założył Wolne Związki Zawodowe. To był impuls dla Was. A. B.: Rozpętała się wielka dyskusja – że to wspaniały pomysł, że trzeba tę drogę kontynuować. Bo Wolne Związki Zawodowe były na swój sposób „legalne” – komuniści ratyfikowali konwencję Międzynarodowej Organizacji Pracy, w  której był artykuł o  swobodzie działalności związkowej. Nie pomyśleli, że ktokolwiek wpadnie na pomysł, aby to wykorzystać. Bezpieka tak obsiadła jednak związek Kazia, że praktycznie uniemożliwiła mu jakąkolwiek działalność. A  w  dodatku oni nie mieli prawie żadnego kontaktu z  zakładami pracy, sam Świtoń prowadził niewielki punkt naprawy telewizorów. Na powsta-

b Michał Sobczyk

Jak zaczęła się Twoja droga do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża?


46 nie WZZ-ów na Wybrzeżu, do czego dążyliśmy z Gwiazdą i  Krzyśkiem Wyszkowskim, nie chcieli się natomiast zgodzić Kuroń z Michnikiem, a KOR był nam potrzebny, żebyśmy mieli dostęp do zachodnich dziennikarzy, do tych stacji, które na bieżąco mówiły o aresztowaniach. W końcu bodaj Wyszkowski im powiedział, że czy się zgodzą, czy nie, związki w Gdańsku powstaną. Opowiedz o początkach organizacji.

© 2005 MSZ, fot. Z. Mista

A. B.: Utarło się, że komitet założycielski liczy trzy osoby – podobnie było u Świtonia. W naszym przypadku Antoni Sokołowski, Krzysztof Wyszkowski i Gwiazda. Od razu zaczęła się nagonka bezpieki. Gwiazda przezornie wyjechał w góry, na 48 godzin wsadzili Wyszkowskiego, który miał już pewne doświadczenie. Został Sokołowski. Wyczuli, że to najsłabszy punkt. Ten były stoczniowiec miał zaawansowane choroby zawodowe, za które nie wypłacili mu żadnego odszkodowania, starał się o jakieś pieniądze. Zaczęli go nękać, kazali podpisać oświadczenie, że ze związkami nie ma nic wspólnego, a jego podpis jest sfałszowany, a następnie opublikowali je w prasie. Spytaliśmy Antosia, czy to prawda, a  on ze łzami w  oczach odpowiedział, że tak. Napisał następne oświadczenie, że został zmuszony do podpisu i że wszystko wycofuje, a myśmy to posłali do Wolnej Europy. Miałem duży magnetofon. Schowaliśmy go w  tapczanie, mikrofon był pod poduszką, zainstalowaliśmy też z Gwiazdą zdalny włącznik, żeby jak tylko bezpieka przyj-

dzie do Sokołowskiego, włączył nagrywanie. Bezpieka widocznie jednak o tym wiedziała (już wtedy wśród nas kręcił się jej agent, Edwin Myszk), nagrało się bowiem tylko tyle: „Dzień dobry, panie Antoni, ubieramy się i idziemy”. Zabrali go z mieszkania i przekupili, żeby się wycofał z komitetu. Na jego miejsce wszedł właśnie Myszk. W tym czasie zaczął się nie tyle konflikt, co pewna różnica zdań. Wyszkowski, który był blisko ze środowiskiem studenckim, chciał – nie wiem, czy to był jego pomysł, czy studentów – żeby do redakcji „Robotnika Wybrzeża” wprowadzić któregoś z nich. Myśmy się nie chcieli zgodzić: macie organizację studencką, to załatwiajcie tam swoje sprawy, ponieważ nie pracujecie, tylko studiujecie, nie macie żadnego kontaktu z zakładami pracy. Studenci śmiali się z nas nawet, że nasz program jest „kiełbasiany”: oni walczą o niepodległość, a my o „kiełbasę”, czyli sprawy socjalne pracowników. To był jeden z powodów, dla których Wyszkowski wystąpił z komitetu założycielskiego. Wtedy na jego miejsce wszedłem ja. Ten trzyosobowy skład pozostał na dłużej. Jak sobie radziliście z SB i milicją, w jaki sposób staraliście się ich przechytrzyć? A. B.: Oczywiście były rewizje, ściganie się z bezpieką, aresztowania, ale traktowaliśmy to jako problemy wliczone w koszty i w ogóle żeśmy się tym nie przejmowali. Na początku jeszcze brali nas na jakieś przesłuchania, ale później machnęli ręką, tylko prowadzili do biura spisać protokół


47 („odmawia pan zeznań? Odmawiam”), których nawet nie podpisywaliśmy. Rewizje i aresztowania były dla nas czymś normalnym. Tylko podczas składania wieńców pod stocznią trzeba się było chować. W 1978 r. to się nie udało, bo praktycznie wszystkich nas wyłapali. Chyba Joannie Gwiazdowej udało się dotrzeć pod stocznię, ale wieńca od Wolnych Związków Zawodowych nie było – miał go zorganizować Wałęsa, którego również zamknęli. Później Wasze działania nabrały impetu. A. B.: Rok później na składanie wieńców przyszły już 2-3 tysiące osób! Były też inne akcje. Jakoś w marcu 1980 r. miały być wybory. Z tej okazji zorganizowaliśmy akcję ulotkową – chyba to Joanna napisała tekst o tym, dlaczego my na te wybory nie pójdziemy. Rozszedł się w niesamowitych ilościach. Jaki był oddźwięk działań WZZ-ów wśród robotników? A. B.: Elmor był przez nas opanowany całkowicie! Pracowali tam zarówno Gwiazda i ja, jak i Alinka Pieńkowska i Bogdan Lis. Wszystkie opozycyjne pisemka leżały oficjalnie na biurkach, każdy mógł przyjść, poczytać, pożyczyć, a  kierownik na to machnął ręką. Dochodziło do tego, że gdy przyjechali zabrać Gwiazdę, to robotnicy spuścili powietrze z kół samochodu; kiedy indziej gdzieś go schowali i bezpieka nie mogła znaleźć. Robotnicy byli do nas fantastycznie nastawieni. Kiedy przeszedłem do Elmoru, co najmniej raz w tygodniu szedłem do instytutu. Żeby tam dojść, trzeba było przejść przez stocznię. Brałem torbę ulotek i rozdawałem po wydziałach. Robotnicy do tego stopnia się przyzwyczaili, że jak im kiedyś nie dostarczyłem „Robotnika”, to mieli pretensje, że im się numery nie zgadzają. A inne Wasze działania? A. B.: Prowadziliśmy zebrania samokształceniowe. Ktoś się zgłaszał do Gwiazdów, do mnie lub Borusewicza i mówił, że ma 4-5 osób i chcieliby się spotkać, porozmawiać, zacząć współpracę. Takich grup pod koniec mieliśmy tyle, że nie byliśmy w stanie ich wszystkich „obsłużyć”. To już była lawina, było czuć, że to musi wkrótce pęknąć. Na początku aktywnych było raptem z  pięć osób, ale w miarę upływu czasu wszystko się rozrastało. Przyszli Andrzej Kołodziej, Janek Karandziej i  wielu innych. Pierwsze spotkania były bardzo utajniane, żeby przypadkiem nie zwabić bezpieki, żeby młodych ludzi – bo to głównie oni przychodzili – nie przestraszyć. Na tych pierwszych spotkaniach głównym tematem było to, jak się zachować, gdy przyjdzie bezpieka, że można odmówić zeznań, że muszą mieć nakaz rewizji itd. Na kolejnych omawialiśmy np. jak się zachowywać w  przypadku zwolnień, jak się bronić przed pracą na akord, która jest formą wyzysku; opowiadał o tym Lech Kaczyński, który na uniwersytecie wykładał prawo pracy. Poza tym spotkania historyczne: o Katyniu, o 17 września – robotnicy byli bardzo ciekawi, a książek na ten temat po prostu nie było. Prasa czy książki wydawane poza cenzurą szły jak ciepłe bułki, nigdy nie mogliśmy ich nastarczyć.

Te spotkania w kilkuosobowych kółkach odegrały bardzo ważną rolę, ale później organizowane były spotkania, na których pojawiało się tylu ludzi, że nie było gdzie palca wcisnąć. Dom był obstawiony bezpieką, ale nam już było wszystko jedno. Chciałem wspomnieć, że wydaje mi się, iż WZZ-y w Gdańsku miały pewne przyzwolenie na działanie. Związki Świtonia były praktycznie całkowicie sparaliżowane, natomiast u nas co prawda były rewizje i zatrzymania, ale mogli nas przecież także gdzieś wsadzić i pies z kulawą nogą by się o nas nie upomniał. Dlaczego więc tak się nie stało? A. B.: Wielokrotnie zastanawialiśmy się nad tym z  Gwiazdą. Sprawa wyjaśniła się w  1982 r., gdy miałem kontakt z  oficerem SB – sam do mnie przyszedł. Powiedział, że Kiszczak, a także Jaruzelski i Kania, przymierzali się do wysadzenia Gierka z  siodła. Kalkulowali, że skoro w  1979  r. trzy tysiące ludzi przyszły obchodzić rocznicę Grudnia, to w 1980 r. przyszłoby pięć tysięcy albo więcej, a wtedy wystarczy kilku prowokatorów i rozróba gotowa... Znów rękami robotników chcieli zmienić ekipę. Ale sytuacja ich ubiegła, bo ludzie Gierka chcieli osiągnąć swoje cele. Strajki w tym czasie odbywały się w całym kraju co chwilę, a Stocznia Gdańska cały czas pracowała. Dlatego zwolnili Anię Walentynowicz, bo wtedy strajk był na bank. Tyle że później wszystko wymknęło się im spod kontroli. Represjom, na które napotykały działania WZZ-ów, przeciwstawialiście wewnętrzną solidarność. Zorganizowaliście choćby akcję ulotkową i głodówkę w sprawie Błażeja Wyszkowskiego, którego zamknęli na trzy miesiące za bójkę z esbekami. A. B.: Nie nazywałbym np. zamykania na 48 godzin czy rewizji specjalnie drastyczną formą represji. Zatrzymania były takie, jak w  instrukcji: jeden ubek był łagodny: „panie Andrzeju, nie można tak zakłócać spokoju, jeśli pan chce działać, to my to panu umożliwimy”. Mówiłem, że nic nie potrzebuję, więc przychodził drugi i starał się mnie zastraszyć. Jednak nigdy, przez te wszystkie lata nikt mnie nawet nie dotknął. Mieliśmy jeden drastyczny przypadek: bezpieka zamordowała Tadzia Szczepaniaka. Pytałem się tamtego oficera, czy coś na ten temat wie, na co odparł: „Panie Andrzeju, mogę powiedzieć tylko tyle, że zobaczył Wałęsę w kompromitującej sytuacji”. Motyw współpracy Lecha Wałęsy z SB jest dziś nie do uniknięcia w rozmowie o WZZ-ach. Właśnie przez Polskę przetacza się burza z powodu opublikowania książki o związkach Wałęsy z SB. Jaka jest historia tego wątku? A. B.: Dla nas czymś zastanawiającym było już to, że po Grudniu ‘70, gdy wszyscy uczestnicy strajku albo zostali spałowani, albo stracili robotę, albo – jak jeden z przywódców ze Szczecina – musieli uciekać na Zachód, to Wałę-


48 sa dostał mieszkanie. To był pierwszy niepokojący sygnał. Drugim byli znajomi stoczniowcy. Gdy zacząłem rozprowadzać bibułę w stoczni, kontaktowali się z moimi kolegami z Elmoru i mówili, że bardzo chętnie podjęliby z nami współpracę, gdyby nie obecność w  naszym kręgu Wałęsy, którego podejrzewali o związki z bezpieką. Stoczniowcy twierdzili, że w połowie lat 70. zorientowali, że Wałęsa donosi do SB o tym, co się dzieje w zakładzie. Wówczas stracił pracę w stoczni – mam wrażenie, że SB wycofało go jako nieprzydatnego, bo „spalonego” w tym środowisku. Bodajże w  1978 czy 1979  r. zatrudniono go w  Elektromontażu, chyba tylko po to, żeby stworzyć mu grupę ludzi. Bo on się wciąż chwalił, że niesamowicie dynamicznie działa, a praktycznie nikogo nie miał. Człowiek, który pracuje w stoczni przez ileś tam lat, nie ma kumplistoczniowców? Oni w tym Elektromontażu zorganizowali mu strajk – brał w  nim udział także Sylwester Niezgoda, tajny współpracownik SB – w sumie niewielkiej grupy, bo ten strajk nie wypalił, ale nareszcie miał swoją ekipę. Część osób z opozycji antykomunistycznej twierdzi, że stawiacie zarzuty Wałęsie dopiero od czasu, gdy w łonie „Solidarności” pojawił się konflikt między nim a częścią liderów WZZ, tzw. Gwiazdozbiorem. Jak ta sprawa wyglądała w roku 1978 i 1979, gdy miało mieć miejsce przyznanie się Wałęsy do współpracy z SB podczas rozpoznawania uczestników wydarzeń Grudnia 1970? A. B.: Wałęsa cały czas twierdził, że nic złego nie robił, a  w  Grudniu ‘70 jedynie rozmawiał i  negocjował. W końcu zmusiliśmy go do opowiedzenia, jak dokładnie przebiegały wydarzenia z  jego udziałem. Nagrywałem tę rozmowę na taśmę magnetofonową. W końcowym fragmencie Wałęsa powiedział, że gdy już poszedł do domu, to rano po niego przyjechali i  wzięli na komisariat. Potem kazali mu przychodzić, więc przychodził. Na pytanie „po co?”, odpowiedział, że pokazywali mu filmy i zdjęcia z wydarzeń grudniowych i rozpoznawał ludzi widocznych na nich. Coś się w  Joannie Gwiazdowej zagotowało jak to usłyszała i  powiedziała: „Lechu, toś Ty najzwyczajniej podpierdalał własnych kolegów!”. To było nagrane na wspomnianej taśmie, miałem ją i w zasadzie powinienem zrobić kopię, ale nie spodziewałem się, że to wszystko tak się potoczy. Przechowywałem ją u Tomka Pieńkowskiego. Przesłuchiwaliśmy to razem, dyskutowaliśmy na jej temat, ale Tomek nie ma pewności, czy była na niej nagrana sama końcówka – ja jestem o tym całkowicie przekonany. Taśmę dałem Bogdanowi Borusewiczowi, a on ją podobno przesłał gdzieś na Zachód, chyba do Paryża. Tekst z niej został spisany i opublikowany w jakimś periodyku, jednak bez tego ostatniego fragmentu. Podczas nagrywania wspomnień Wałęsy odniosłem wrażenie, że to, co mówi, nie jest jego tekstem, lecz zostało wyuczone na pamięć. Kiedy człowiek opowiada, to coś mu się przestawia, przypomina, wraca do czegoś, a jego opowieść była dokładnie ułożona chronologicznie od początku do końca. Po raz drugi ten tekst – słowo w słowo – został opublikowany w jego książce „Droga nadziei”. Jest rozdział poświęcony Grudnio-

wi – zajmuje ponad 20 stron i oprócz króciutkiego wstępu wszystko zostało żywcem przepisane z  taśmy, nie ma tam ani jednego innego słowa. Gdy po 1989  r. współpracowałem z  prywatną telewizją, zacząłem go wypytywać o  Grudzień. Znowu powtarzał całe fragmenty z tej taśmy. Zapytałem go o parę rzeczy, które mnie interesowały, np. jak to się stało, że gdy dostał się do komisariatu, co samo w sobie w tamtej sytuacji wydaje się niemożliwe, wyrzucił przez okno kask i  kartę zegarową, żeby stoczniowcy się zorientowali, że to nie żaden przebieraniec? Przecież taką kartę bierze się z jednego miejsca, podbija i wkłada w drugie miejsce, nikt nie nosi jej przy sobie po pracy. Odpowiedział, że nigdy się nad tym nie zastanawiał. Pytałem także o fragment wymazany z taśmy. Potwierdził, że coś takiego tam padło, więc mówię: „Lechu, rozpoznawałeś kolegów, czyli współpracowałeś z  bezpieką”. On na to, że nie rozpoznawał ludzi z imienia i z nazwiska – pytali go jedynie, kto tam idzie pierwszy, kto drugi itd. Jak dla mnie, na jedno wychodzi... Jest taki fałszywy pogląd, że świętości nie należy szargać. Bo Wałęsa był liderem, później został prezydentem, jest drugim po papieżu rozpoznawalnym na świecie Polakiem... To kompletna bzdura – ludziom trzeba powiedzieć prawdę. Gdyby on to zrobił przystępując do WZZ-ów, gdyby powiedział: słuchajcie, umoczyłem się, byłem głupi, podpisałem – natychmiast byśmy to opublikowali, a on byłby z nami, czysty. W naszej rozmowie cały przewijają się te same nazwiska – po latach z WZZ-ami kojarzeni są wyłącznie ci, którzy później odegrali ważną rolę w „Solidarności”. Chciałbym, żebyś powiedział trochę o szeregowych działaczach. Jacy to byli ludzie, skąd się wywodzili, jakie były relacje w Waszej grupie? A. B.: Przede wszystkim byli to po prostu robotnicy. Pomagali też moi koledzy z politechniki, ale większość stanowili robotnicy, głównie młodzi, bo praca w stoczni jest ciężka, wyniszczająca. Wielu nigdy nie poznałem z nazwiska, mówiło się po imieniu: Kazik, Wojtek, Józek – większość z nich była więc „anonimowa”. Gdańsk to specyficzne miasto, konglomerat różnych zawodów. Na ogół są to ludzie bardzo dobrze wykształceni, wysokiej klasy fachowcy, nawet jeśli są robotnikami. W 1968 r. trójmiejscy robotnicy, jako chyba jedyni w Polsce, przyszli na politechnikę i poparli studentów. Przecież na tych uczelniach studiowały dzieci robotników! Podobnie w 1970 r. – tyle, że na ulicach było wtedy chyba więcej studentów niż stoczniowców. Wszyscy ci ludzie później tworzyli opozycję: grupy robotnicze u nas, a studenci – SKS-y i Ruch Młodej Polski. Jakie były relacje WZZ-ów z tymi środowiskami oraz podstawowe różnice między Wami? A. B.: Mieliśmy diametralnie inny program działania. Grupy studenckie były powiązane częściowo z Moczulskim i  potem z  KPN-em, a  wcześniej z  ROPCiO. Moczulski


49 przyjeżdżał na Wybrzeże, ale do robotników nie miał żadnego dostępu, zresztą jak wszyscy oprócz nas. W zasadzie to on też chciał założyć wolne związki zawodowe, ale przy pomocy studentów – Wyszkowski go ubiegł. Ze studentami był bardzo dobry kontakt. Od samego początku utrzymywaliśmy ścisłą współpracę, razem robiliśmy kolportaż „bibuły”, studenci z  Ruchu Młodej Polski pomagali drukować „Robotnika Wybrzeża”. Był spór, gdy chcieli studenta do nas wprowadzić, ale to był w zasadzie jedyny konfliktowy punkt. Utarło się, że my organizowaliśmy obchody rocznic Grudnia, a oni 11 Listopada, 3 Maja – takie bardziej patriotyczne. Ale oba środowiska przychodziły na jedne i drugie. A jak wyglądała współpraca z „centralnym” środowiskiem opozycji odwołującej się do robotników, czyli z KOR-em? A. B.: Mieliśmy bardzo dobry kontakt z  tą częścią KOR-u – bo potem Antek Macierewicz założył własną grupę – którą określano jako lewica laicka: z  Kuroniem, Michnikiem, Jankiem Lityńskim, Heńkiem Wujcem, Zbyszkiem Romaszewskim. Z tym, że nie były to kontakty częste: w zasadzie raz wybraliśmy się całą grupą liderów WZZ na spotkanie z czołówką KOR-u, do Wujca, pod pretekstem rocznicy ślubu. Kuroń był ze dwa razy w Gdańsku, Michnik chyba raz przyjechał, najczęściej bywał Lityński. Pierwsze spotkanie, które miało być spotkaniem redakcji „Robotnika Wybrzeża” z redakcją warszawskiego „Robotnika”, miało się odbyć w mieszkaniu Błażeja Wyszkowskiego. Bezpieka tam zrobiła kocioł i go zamknęli. Warszawa nas wtedy wspierała, pomagali sprawę nagłośnić. Słabszy kontakt mieliśmy z  KPN-em i  ROPCiO. Chodziliśmy jednak na procesy ich działaczy, a oni na nasze. Ale nie było jakichś wielkich różnic ideowych, mieliśmy po prostu inny zakres działania. My mieliśmy „program kiełbasiany”. No właśnie. Dziś opozycję antykomunistyczną przedstawia się albo jako prawicę, albo jako dość bliską liberalizmowi, ale przecież wówczas nierzadko odwoływaliście się do haseł lewicowych. Joanna Gwiazda wspominała w roku 1981, że większość liderów WZZ miała poglądy bliskie przedwojennemu PPS-owi. A. B.: W ROPCiO i KPN, a także w gdańskim środowisku studenckim dominowały poglądy raczej prawicowe czy narodowe, natomiast w  Wolnych Związkach Zawodowych – lewicowe. Choć nie wiem, czy można to porównywać z PPS-em, bo to były inne czasy i realia. Pewne jest, że mieliśmy program typowo socjalny, powiedziałbym – socjalistyczny. Z tym, że nie było żadnych wyraźnych granic, że dajmy na to Gwiazdowa jest bardziej lewicowa niż ja. Można próbować takie podziały tworzyć, ale wówczas to nie miało żadnego znaczenia. Było dość szerokie spektrum postaw, bo punkt wspólny leżał gdzie indziej: postanowiliśmy, że stworzymy wolne związki zawodowe – i  zrobiliśmy to. Mała grupa zapoczątkowała

procesy, które doprowadziły do zawalenia się potężnego systemu. To, że nie licząc zbrodni bezpieki obyło się bez rozlewu krwi, byłoby niemożliwe, gdyby nie działalność, którą prowadziliśmy: szkolenia, przygotowywanie robotników do formułowania postulatów i do negocjacji. Oni byli przygotowywani, natomiast trochę bałaganu narobili nam tzw. doradcy... Grupa, w której prym wiedli Geremek i Mazowiecki. A. B.: Przyjechali do Stoczni Gdańskiej z  takim nastawieniem, żeby nie dopuścić do powstania niezależnych związków zawodowych. Byli gotowi na zaakceptowanie postulatów „kiełbasianych” – wyrównań, podwyżek – a  jeśli chodzi o  związki zawodowe, to sobie wykombinowali, że przekształcą te komunistyczne, Wałęsę zrobią szefem itd. O  tym jednak nikt w  stoczni nie chciał słyszeć, wszyscy domagali się wolnych związków. Doradcy nie mogli już zapobiec powstaniu „Solidarności”, był zakładowy komitet strajkowy i protesty praktycznie w całej Polsce. Natomiast zrobili później coś innego – niejako wymazali nazwę WZZ ze społecznej świadomości. Nie wiadomo zatem, kto organizował strajk w stoczni – wychodzi na to, że Wałęsa, co jest oczywistą bzdurą. Później konsekwentnie tę nazwę i część tych ludzi – którzy nie przyłożyli ręki do ugody z roku 1989 r. – przemilczano. Żadne media o niej nie wspominały. Gdyby nie to, że prezydent Kaczyński niedawno odznaczył kilka osób, w dalszym ciągu by tak było. Rozmawiamy z okazji 30. rocznicy utworzenia WZZów. Założyliście tę organizację, by walczyć o lepszą, wolną Polskę. Jakie są Twoje refleksje na jej temat po prawie dwóch dekadach od odzyskania suwerenności? A. B.: Gdy wróciłem z internowania, żadnej działalności już nie prowadziłem. Miałem propozycje z różnych organizacji, ale do podziemia nie schodziłem, bo wiedziałem, że to nie ma sensu. Nie wiem, po co w ogóle ci ludzie się chowali. Nie mówię o drukarniach, kolportażu czy Radiu Solidarność, natomiast te całe „szyszki” solidarnościowe – po cholerę oni siedzieli po pokojach, poprzebierani za jakichś cudaków? Podziemie to się robi, jak się bierze karabiny i walczy, a nie siedzi i zajada obfite posiłki... Natomiast pod koniec rokowań Okrągłego Stołu wyjechałem do USA. Wróciłem dopiero w 2005 r., w zupełnie innej sytuacji. Ekipa, która uczestniczyła w organizowaniu Okrągłego Stołu, chciała założyć niby-Solidarność, pokazać ludziom symbol – a samemu się po prostu uwłaszczyć. Przecież to są obecnie magnaci... Czy coś można w tej sytuacji zrobić? Nie wiem, ale co jakiś czas przypominam, że komitet założycielski Wolnych Związków Zawodowych, w przeciwieństwie do innych organizacji, nigdy się nie rozwiązał. Może się jeszcze przyda? Dziękuję za rozmowę. Warszawa, 30 lipca 2008 r.


50

Energia na kartki?

Wojciech Makowski Wyobraź sobie kraj, w którym węgiel staje się walutą. Wszyscy mają karty płatnicze umożliwiające dostęp zarówno do konta w złotówkach czy euro, jak i w węglu. Gdy płacimy rachunek za prąd czy kupujemy paliwo, używamy nie tylko pieniędzy, ale też swoich punktów węglowych. Pulę tę dostajemy od rządu, ale – aby ograniczyć emisję dwutlenku węgla – co roku jest ona trochę mniejsza. Brzmi jak science fiction? W Wielkiej Brytanii to jeden z najpoważniej traktowanych pomysłów na przygotowanie gospodarki do czasów drogiej energii, a także na powstrzymanie globalnego ocieplenia. Obecnie w  Europie działają dwa systemy ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Po pierwsze, duże przedsiębiorstwa z energochłonnych gałęzi przemysłu otrzymują od rządów uprawnienia do emisji zanieczyszczeń, którymi mogą handlować (jest to tzw. EU ETS). W Polsce debata o tym, jak podzielić uprawnienia do emisji na najbliższe pięć lat, toczyła się w mediach dość żywo. Lobbyści i specjaliści od public relations zapewne sporo zarobili na rzecznictwie interesów różnych gałęzi przemysłu, konkurujących o kwoty węglowe. Pojawiły się też głosy, że misją Polski powinno być wywrócenie całego systemu, bo jest kolejnym ekoharaczem wymyślonym przez eurobiurokratów, którzy ograniczają rozwój gospodarczy. Po drugie, niektóre kraje tworzą swoje systemy podatkowe tak, aby opodatkowanie odzwierciedlało emisje dwutlenku węgla związane z  danym produktem czy działalnością. Według raportu Tyndall Centre for Climate Change, które w 2004 r. przeanalizowało osiem takich systemów, wpływ tych podatków jest zauważalny – ale nie na tyle, aby doprowadzić do zmiany, jaka jest konieczna. Dla konsumentów opłaty te są ukryte w cenach. Jednocześnie z  funkcjonowaniem tych dwóch mechanizmów, mnożą się inicjatywy namawiające ludzi do obliczania indywidualnego „śladu węglowego” i  dokonywania różnych drobnych zmian, aby nasze

życie było mniejszym obciążeniem dla środowiska. Jednak ilość osób angażujących się w autorefleksję na temat swojego stylu życia jest wciąż zbyt mała, aby mogło to doprowadzić do złagodzenia zmian klimatu. W „analfabetyzmie węglowym” tkwi zdecydowana większość europejskich społeczeństw. W wielu z nich zmiany struktury emisji zanieczyszczeń są podobne jak w Polsce: emisje z większości gałęzi przemysłu nie zmieniają się lub lekko spadają, natomiast ogólny bilans psuje wzrost emisji spalin z  transportu drogowego i  lotniczego – czyli tych branż, które nakręca indywidualna konsumpcja.

TEQs – co to jest?

TEQs – Tradable Energy Quotas („Zbywalne przydziały energii”) są pomysłem na uczynienie systemu skutecznym poprzez jego ujednolicenie i zaangażowanie weń wszystkich podmiotów (jednostek, przedsiębiorstw i państwa) na takich samych zasadach. Jak miałoby to działać? Na początku ustalamy wielkość „tortu”, jaki jest do podziału, czyli ile gazów cieplarnianych (w przeliczeniu na dwutlenek węgla) całe społeczeństwo może wyprodukować w danym roku. David Fleming w broszurze „Energy and the common purpose” podsumowuje koncepcje wprowadzenia TEQs, proponując, aby ta wielkość była ustalana przez ciało niezależne od rządu, którego skład i działanie byłyby wzorowane na banku centralnym. Organ ten kreowałby cele emisyjne z  dwudziestoletnim horyzontem – co roku dodając kolejny „rok dwudziesty”, aby zarówno jednostki, jak i rząd wiedziały, co je czeka także w dalszej przyszłości. W pierwszym roku działania systemu celem byłoby zatrzymanie emisji na tym samym poziomie, a więc zerowy cel redukcyjny – aby wszyscy użytkownicy mogli się najpierw z nim oswoić. Po ustaleniu wolumenu emisji na cały kraj, dzielimy go pomiędzy dorosłe osoby prywatne, z których każda dostaje po równo, a reszta wystawiana jest na aukcję, podczas której uprawnienia mogą kupić przedsiębiorstwa. Również rząd leczy się własnym lekarstwem i musi nabywać uprawnienia do emisji związanych ze swoimi działaniami. Obowiązuje więc zasada „pełnej aukcji” (full auction), która w  systemie unijnym ma pojawić się w  2013


51 roku – na miejsce obecnej, gdzie 90% uprawnień jest rozdysponowywanych za darmo (Polski rząd zapowiedział 6 sierpnia, że będzie szukać mniejszości blokującej, aby nie dopuścić do wprowadzenia tego rozwiązania).

Czy drożyzna nie wystarczy?

Według Fleminga, system obejmujący wszystkich, w którym każdy obok karty płatniczej miałby kartę węglową (albo też jedną kartę łączącą te funkcje), był by łatwy do wprowadzenia i administrowania. W Polsce – kraju, gdzie połowa ludzi nie ma konta w  banku, może to wzbudzić zrozumiałe wątpliwości. Na pewno prostszy jest system, w którym obciążeniom podlegają tylko producenci energii z surowców kopalnych. Pytanie tylko, czy to działa? Zwolennicy TEQs twierdzą, że samo oddziaływanie na cenę poprzez obciążenia producentów, które konsumenci odczuwają pośrednio, to za mało. Larry Lohmann z organizacji badawczej Corner House, pisze na ten temat: „Nie jest jasne, jak cena mogłaby spowodować zmianę strukturalną, której potrzebujemy do rozwiązania problemu klimatycznego. W przeszłości cena nie była skuteczna w stymulowaniu zmiany społecznej – choć była skuteczna w stymulowaniu innych zmian (na ogół mniej znaczących od tej, której teraz nam potrzeba). Przemiany społeczne i technologiczne mające skalę, o jaką nam chodzi, trzeba wprowadzać innymi środkami”. Rok 2008 dobitnie to pokazał – sam wzrost cen zmienia niewiele. Zimą przybyły do Europy pierwsze transporty ropy za cenę powyżej 100 dolarów za baryłkę. We Francji ekolodzy powitali je radosnymi happeningami – bo w końcu taka droga ropa musi doprowadzić do spadku po-

pytu. Późniejsze wydarzenia pokazały jednak, że popyt na nią jest sztywny. Według badań brytyjskich, 1/5 posiadaczy samochodów zredukowała wydatki na żywność, aby sprostać wysokim cenom benzyny, ale tylko 12% zaczęło zastanawiać się nad zmianą samochodu na inny środek transportu. Przez USA przetoczyła się fala spotkań modlitewnych na stacjach benzynowych, podczas których adresatem próśb o obniżenie cen benzyny był sam Pan Bóg. W  wielu krajach wskutek blokad dróg pomysł obniżania cen paliw przez redukcję podatków znalazł swoje miejsce w debacie publicznej – choć Komisja Europejska trzeźwo określiła to rozwiązanie jako przeciwskuteczne, prowadzące do wzrostu marży koncernów paliwowych (w Polsce opowiedzieli się za nim posłowie PiS i wicepremier Pawlak). Przez media przetoczyła się debata na temat tego, że ceny ropy są windowane przez spekulację, więc bańka cenowa na pewno szybko pęknie. Kongres USA wezwał w  tej sprawie na przesłuchanie George’a Sorosa, jakby w nadziei, że słynny spekulant właśnie to im powie. Ten jednak przyszedł z  dość przewrotną diagnozą: „Tak, cena ropy jest wynikiem spekulacji, jednak spekulacja ta jest oparta na rzeczywistych przesłankach, którymi są po pierwsze to, że rozziew między popytem a podażą się powiększa, a po drugie – skoro tendencja wzrostowa cen jest stała, to coraz mniej opłaca się eksploatować złoża i zamieniać je na dolary, które tracą na wartości, skoro można trzymać swoje złoża pod ziemią, gdzie zyskują na wartości”. Tak więc wysokie ceny będą się utrzymywać, ale – jak zostało powiedziane – samo w sobie nie zdusi to popytu. Dlatego w TEQs regulacją objęta jest nie cena, lecz właśnie wolumen dopuszczalnej emisji zanieczyszczeń, który potem jest rozdzielany.

Prowadzące w dół schody to symbol TEQs. bnd pieter musterd


52 TEQs a podatki

Przewaga TEQs nad podatkami bierze się z tego, że podatkami objęta jest cała konsumpcja energii. Oznaczają one na ogół wzrost kosztów utrzymania dla wszystkich. Nie spełniają więc swojego celu, jakim jest powstrzymanie bardziej zamożnych przed nadmierną konsumpcją. Sztywna stawka podatkowa będzie zawsze albo za niska, aby zdyscyplinować bogatych, albo za wysoka, czyniąc życie ubogich jeszcze trudniejszym. Rozdysponowanie uprawnień pomiędzy wszystkich po równo sprawi, że emeryt z mieszkania w bloku, poruszający się transportem publicznym, będzie mógł sprzedać nadwyżkę uprawnień mieszkańcowi rezydencji z basenem na dalekich przedmieściach, dojeżdżającemu codziennie do pracy terenówką. Jest to więc rozwiązanie dyscyplinujące wszystkich, ale wspierające egalitaryzm. Ponadto, w przypadku opodatkowania ciężar sensownego wydatkowania wpływów z  tych obciążeń spoczywa na rządzie. Natomiast TEQs inspirują obywateli do samodzielnych działań, a także po prostu angażują ich w inicjatywy na rzecz wspólnego dobra, jakim jest z jednej strony powstrzymanie zmian klimatycznych, a z drugiej utrzymanie cen kwot węglowych na niskim poziomie. A jest to do osiągnięcia tylko wtedy, gdy wszyscy będą zmniejszać swoje zapotrzebowanie, a myślenie w tych kategoriach stanie się naszą drugą naturą. Bardziej radykalna wersja TEQs polegałaby na stosowaniu systemu nie tylko przy zakupie prądu czy paliwa, ale wszystkiego, na wzór VAT. Przy takim podejściu, każdy z  kolejnych sprzedawców dodawałby ślad węglowy do „ceny węglowej” produktu (zarówno jego wytworzenia, jak i  transportu czy magazynowania). Zapewne wpłynęłoby to korzystnie na ceny produktów wytwarzanych lokalnie, a  znacznie ograniczyło spożycie np. nowozelandzkiej wody mineralnej transportowanej do Europy samolotem – w Wielkiej Brytanii do jej bojkotu wzywał w tym roku sam premier Gordon Brown.

Jak chleb podczas wojny

Brytyjscy zwolennicy TEQs otwarcie przyznają, że system kartek żywnościowych, istniejący w Wielkiej Brytanii w latach 40., jest dla nich żywym źródłem inspiracji. – „Samo użycie podatków, aby kontrolować konsumpcję, zostało odrzucone podczas wojen światowych i nie pozwoliłoby osiągnąć szybkiej, dramatycznej obniżki w konsumpcji energii, której teraz potrzebujemy, aby uchronić się przed katastrofą. Zbywalne przydziały węglowe doprowadziłyby do rzeczywistej zmiany, która byłaby sprawiedliwa i  zaszła wtedy, kiedy jest na nią jeszcze czas” – mówi Mark Roodhouse, historyk z uniwersytetu w Yorku. Różnica między TEQs a systemem kartkowym, działającym dzięki papierowi i nożyczkom, polega na wykorzystaniu technologii, która zamiast kryminalizować zwykłych ludzi (bo handel kartkami zwykle był zakazany), czyni obrót bardzo prostym i automatycznym. TEQs zostały zaprojektowane jako system działający w obrębie jednego państwa. Jako taki, naturalnie podlega krytyce, bo nie gwarantuje zatrzymania globalnego ocieplenia. Skoro inne kraje pozostają poza systemem, mogą emitować tyle dwutlenku węgla, że poświęcenie tego, któ-

ry wprowadził TEQs, zostanie zaprzepaszczone. A jest to bardzo prawdopodobne, zważywszy choćby na to, jak przebiegają negocjacje następcy Protokołu z  Kioto. Od kilku lat tkwią one w martwym punkcie i coraz bardziej realne jest, że 1 stycznia 2013 r., gdy działanie Protokołu ustanie, obudzimy się bez jakiejkolwiek obowiązującej globalnie regulacji emisji gazów cieplarnianych. Czy jednak powinno to nas powstrzymywać przed wprowadzaniem systemów takich jak TEQs? Chyba nie, bo to one właśnie czynią bardziej możliwym przyjmowanie ambitnych zobowiązań redukcyjnych przez państwa. Niejako „zmniejszają” też problemy globalne do skali polityki krajowej, łatwiejszej do zrozumienia przez przeciętnego człowieka. Wreszcie – inspirują innowacje związane z oszczędzaniem energii i redukcją zanieczyszczeń, które być może nie będą przyjęte szybko na całym świecie jako obowiązkowe, ale jako przeliczalne na pieniądze – wzbudzają szerokie zainteresowanie.

Czy Londyn będzie pierwszy?

Do pomysłu najpoważniej podeszła Wielka Brytania, której rząd w tym roku zamówił studium wykonalności systemu. Czytamy w nim, że wdrożenie TEQs kosztowałoby od 700 milionów do dwóch miliardów funtów (czyli od 14 do 32 funtów na obywatela), a  roczne koszty utrzymania – ok. miliard funtów. Jak na razie projekt trafił na półkę jako trudny do wdrożenia i  z potencjałem wzbudzenia znacznych kontrowersji, ale zdążył trafić do głównego nurtu debaty i zdobyć poparcie części parlamentarzystów. Jego odłożenie tak komentował w „The Guardian” przewodniczący Międzypartyjnej Grupy ds. Zmian Klimatu, Colin Challen (Partia Pracy): „Przede wszystkim, musimy się zgodzić, że jak najszybsze redukcje emisji dwutlenku węgla są najważniejszym krokiem i będą możliwe tylko dzięki szybkiej zmianie zachowań, co oznacza konieczność wprowadzenia jakiejś formy racjonowania. Jeśli chodzi o  to ostatnie, to w ustach każdego ministra twierdzenie, że czas na osobiste przydziały węglowe jeszcze nie nadszedł, oznacza albo głęboki cynizm, albo defetyzm, albo nieuzasadnione samozadowolenie, bądź też jakąś kombinację tych trzech postaw”. TEQs nie mają jednak poparcia całego ruchu ekologicznego – np. Greenpeace uważa, że minimalizacja strat energii przy jej przesyle, które wynoszą w Wielkiej Brytanii aż 2/3, jest bardziej obiecującą strategią. Spore oszczędności przyniosłaby też eliminacja funkcji „czuwania” w sprzętach domowych – w Wielkiej Brytanii przypada na nią 8% energii zużywanej przez gospodarstwa domowe. Mimo tych wszystkich wątpliwości, TEQs pozostają w projekcie Climate Change Bill (Ustawa o zmianie klimatu), nad którą obecnie pracuje brytyjski parlament. Jej celem jest obniżenie emisji gazów cieplarnianych o  60% do roku 2050. Jeżeli zostanie uchwalona, rząd będzie mógł rozpocząć wprowadzanie TEQs bez dodatkowego pozwolenia ze strony parlamentu. Można tylko życzyć sobie, aby w Polsce debata na temat globalnego ocieplenia przebiegała na podobnym poziomie. Jak na razie nic jednak nie wskazuje, by miało tak się stać.

Wojciech Makowski


teoria w praktyce

Ziarnko do ziarnka Karioka Blumenfeld Co można zrobić z równowartością 25 dolarów? Na przykład kupić butelkę niezłego wina, książkę lub kilka biletów do kina. Albo pożyczyć pasterzowi z Ugandy na dwie nowe kozy. Tzw. mikrokredyty okazały się świetnym sposobem na walkę z  biedą, a  twórcę koncepcji uhonorowano niedawno Pokojową Nagrodą Nobla. Niewielkie pożyczki udzielane są mieszkańcom ubogich krajów na konkretne przedsięwzięcia, pozwalające im się usamodzielnić. Gdy Amerykanka Jessica Flannery – młoda absolwentka filozofii i politologii – usłyszała wykład noblisty Mohammeda Junusa, wiedziała już, czym chce się zająć. Kilka miesięcy później była we Wschodniej Afryce. Na miejscu jeszcze lepiej zrozumiała, jak istotną przyczyną ubóstwa jest brak dostępu do uczciwych kredytów – biedacy, choć praktycznie zawsze oddają długi, są atrakcyjnym klientem jedynie dla lichwiarzy. Kiedy przyjechał do niej mąż Matt, programista komputerowy z  Doliny Krzemowej, bardzo zaimponowała mu przedsiębiorczość tamtejszych społeczności, ograniczana jedynie brakiem środków. W głowach małżonków zrodził się pomysł, by uruchomić własny program mikrokredytowy, który pozwoli im oddać się nowej pasji bez konieczności osiedlania się na stałe poza USA. Tak powstała Kiva, co w języku suahili oznacza „porozumienie” oraz „jedność”: strona internetowa, która umożliwia osobom prywatnym pożyczanie pieniędzy wybranym drobnym przedsiębiorcom (fryzjerom, handlarzom, rzemieślnikom itp.) z najbiedniejszych krajów świata. Zasady działania są proste. Na stronie zamieszczane są profile mikroprzedsiębiorców, starannie selekcjonowanych przez partnerów inicjatywy – organizacje działające w  krajach Trzeciego Świata. Każdy profil zawiera zdjęcie i opis sytuacji danej osoby oraz jej potrzeb – jak dużo i na co dokładnie brakuje jej środków oraz jak długo ma zamiar zwracać pożyczone pieniądze. Gdy dokonamy wyboru, komu gotowi jesteśmy udzielić nieoprocentowanej pożyczki, przekazujemy Kivie wybraną kwotę – minimum 25 dolarów – za pośrednictwem karty kredytowej lub systemu płatności internetowych PayPal. Po uzbieraniu z wpłat różnych osób całej kwoty, fundusze przekazywane są przedsiębiorcy poprzez odpowiednią organizację partnerską, która zwykle oferuje mu także inne formy wsparcia, np. szkolenia czy doradztwo. Później już tylko otrzymuje się e-mailem informacje o tym, jak powodzi się w biznesie osobie, której udzieliliśmy pożyczki oraz jaką część kredytu spłaciła do tej pory. Zwrócone pieniądze można przekazać kolejnej osobie, wesprzeć nimi samą Kivę – lub po prostu je wycofać. Rewolucyjność tak zorganizowanego systemu kredytowania polega na umożliwieniu milionom zwykłych ludzi zaangażowania się w tego rodzaju pomoc. – „Jeśli

chcesz pożyczyć 10 tys. dolarów, masz wiele możliwości, ale jeśli masz zaledwie 25 – tylko jedną, naszą” – argumentuje Matt. Całość odbywa się w sposób nie wymagający od ofiarodawców praktycznie żadnej fatygi – dzięki temu możliwe jest zdobycie środków, które w innym przypadku nie zostałyby przeznaczone na żaden szczytny cel. Jest to nadzwyczaj wydajny sposób pomagania potrzebującym. Pieniądze trafiają do najbardziej zaradnych jednostek, dzięki czemu zyskują nie tylko one, ale całe lokalne systemy ekonomiczne. Po drugie, biurokracja jest ograniczona do minimum, a  zarówno Kiva, jak i  PayPal zrezygnowały z jakichkolwiek prowizji – jedynie przedsiębiorcy płacą niewielkie oprocentowanie, by pokryć koszty działania „swoich” organizacji pożyczkowych. Sam system funkcjonuje dzięki wsparciu ofiarodawców (również w formie bezpłatnych usług, np. ze strony firm internetowych), a także dzięki pracy niezliczonej liczby wolontariuszy. Kiva daje poczucie bezpośredniego wpływu na życie innych, którego brak często zniechęca do wspierania organizacji-molochów. Rzecznik inicjatywy, Fiona Ramsey, tak to wyjaśnia: „Jeśli głód, susza czy zaraza nigdy nie dotknęły cię osobiście, bardzo trudno jest ci wczuć się w sytuację tych, którzy cierpią z ich powodu, a tym bardziej zdecydować, co możesz dla nich zrobić. Ale jeśli ktoś mówi ci, że potrzebuje pożyczyć 25 dolarów na zakup jajek, by zacząć hodować kury – łatwo możesz postawić się na jego miejscu”. Świadomość, że kosztem znikomych wyrzeczeń można bezpośrednio i wręcz namacalnie przyczynić się do fundamentalnych zmian w życiu konkretnych osób, rodzin i całych społeczności sprawia, że za pierwszą wpłatą zazwyczaj idą kolejne. Wokół strony tworzy się też pewna wspólnota. Poszczególni darczyńcy również posiadają swoje profile, z których dowiedzieć się można m.in. tego, komu i  dlaczego chcą pomagać. Za pośrednictwem Kivy udzielono już kilkudziesięciu tysięcy pożyczek. Jednak jej twórcy przestrzegają przed traktowaniem mikrokredytów jako panaceum na problemy najsłabiej rozwiniętych krajów. Matt mówi, że dzięki nim nie zbuduje się szpitali ani nie powstrzyma epidemii malarii. Być może jednak także w rozwiązywaniu tych problemów mogą pomóc strony internetowe podobne do Kivy. Od niedawna działa np. GlobalGiving, czyli organizacja, która umożliwia ludziom dokonywanie wpłat na realizację wybranych przez nich programów zdrowotnych, edukacyjnych czy ekologicznych w ubogich krajach. Karioka Blumenfeld

Strona inicjatywy: www.kiva.org Witryna GlobalGiving: www.globalgiving.com

53


54

PO-wrotów nie będzie?

Jacek Redzimski Cztery lata temu, wraz z przystąpieniem naszego kraju do UE, Polacy nabyli prawo swobodnego osiedlania się w pozostałych państwach członkowskich. Pociągnęło to za sobą masową emigrację, głównie tam, gdzie nie wprowadzono tzw. okresów przejściowych w zakresie prawa do podejmowania zatrudnienia, szczególnie do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Szacuje się, że kraj opuściło od 700 tys. do nawet 2 milionów osób, głównie młodych i raczej dobrze wykształconych (przynajmniej w sensie formalnej edukacji). Skala zjawiska sprawiła, że temat emigracji pojawił się w ostatniej kampanii wyborczej. Upolitycznienie problemu – jak zresztą zwykle w Polsce – ograniczyło pole rzeczowej dyskusji, w miejsce której pojawiły się interpretacje zgodne z „linią partii”, choć niekoniecznie ze stanem faktycznym. Skłonność do „partyjnego” postrzegania emigracji dość szybko przyswoiły sobie główne media – co również raczej nie dziwi. W tym właśnie duchu od pewnego czasu utrzymane są informacje prasowe czy telewizyjne o  szczęśliwym końcu tułaczki współobywateli. Również politycy wieszczą masowe powroty z emigracji. Opowiada o tym premier Tusk i jego ministrowie. Radosław Sikorski, zapytany przez dziennikarza w kwietniowym wywiadzie dla BBC Hard Talk o rodzącą się dezaprobatę wobec Polaków na Wyspach, oznajmił: problemu wkrótce nie będzie, Polacy wracają do domu. Rzadko kiedy przytaczane są wiarygodne liczby, mogące potwierdzić faktyczny powrót z emigracji. Jak mantrę powtarza się natomiast argumenty o spadku kursów funta czy euro w stosunku do złotówki (czyli mniejszej opłacalności pracy za granicą), poprawie na krajowym rynku pracy czy, ogólnie, o szybko rozwijającej się gospodarce, co ma zachęcać do powrotu. Na własny użytek nazwałem tę argumentację „wulgarnym ekonomizmem”. Ekonomizmem – bo w wyjaśnianiu

zjawiska odwołuje się tylko do zmiennych ekonomicznych. Wulgarnym – bo posługuje się zaledwie kilkoma dającymi się wyrazić w liczbach zmiennymi. Moim zdaniem, masowych powrotów z  emigracji nie będzie. W  dodatku, znaczący odsetek tych, którzy wrócą, po pewnym czasie znowu wyemigruje. Dostarczenie poważnej argumentacji na rzecz takiej hipotezy wymaga modelowego odtworzenia głównych czynników budujących sytuację „uśrednionego” emigranta. Chodzi tu o motywy emigracji, ich trwałość, jej krajowe konsekwencje oraz charakter i stopień asymilacji w kraju imigracji. W tekście posługuję się danymi dotyczącymi emigracji do Wielkiej Brytanii jako największego odłamu całej fali emigracji poakcesyjnej a przez to najlepiej – choć ciągle niewystarczająco – zbadanego i opisanego.

Żadna praca nie hańbi?

Wbrew temu, do czego przekonywały media w pierwszych miesiącach po wejściu Polski do Unii, emigracja poakcesyjna nie była wyrazem pragnienia „poznania świata”, innych kultur, nauki języka czy „lepszego modelu etyki pracy”. Większość danych pokazuje, że głównym motywem była praca w ogóle albo praca za pieniądze lepsze niż w Polsce. Co jednak kluczowe w tym kontekście, emigranci godzili się na duże koszty swoich decyzji. W  pierwszym rzędzie mam na myśli konsekwencje dysproporcji pomiędzy poziomem (formalnym) wykształcenia emigrantów z Polski a rodzajem wykonywanej pracy. Gdy chodzi o wykształcenie, raport komisji ds. gospodarki Izby Lordów, dotyczący ekonomicznych efektów imigracji, opublikowany 1 kwietnia 2008 r., podaje, że aż 46% imigrantów z krajów A8 (grupa państw, które 1 maja 2004 r. stały się członkami Unii Europejskiej, pomniejszona o  Cypr i  Maltę) ukończyło edukację w wieku przynajmniej 21 lat, a kolejne 48% w wieku 18 lat. Polscy badacze zjawiska szacują, że 30% emigracji poakcesyjnej z Polski ma wyższe wykształcenie, kolejne 50% – średnie. To wskaźniki większe niż wśród imigrantów z  jakiegokolwiek innego państwa grupy A8. Co ważne, imigranci z krajów A8, a więc tym bardziej z Polski, są średnio wykształceni o wiele lepiej niż Brytyjczycy (z których jedynie 17% kształciło się do 21., a 66% – do 18. roku życia).


55 Pomimo tego, zdecydowana większość z nich (ponad 80%) weszła na rynek pracy poprzez sektor zajęć (zawodów) dla osób bez kwalifikacji lub o niskich kompetencjach (pakowacze, pomoc w gospodarstwach rolnych, pracownicy fizyczni w  fabrykach, pomoc kuchenna, sprzątacze/sprzątaczki, czy w końcu obsługa pubów i hoteli itp.). Wskazują na to dane z Worker Registration Scheme, prowadzonego przez Home Office, brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych i  administracji. Sygnalizuje to wspomniany raport komisji Izby Lordów, podając, że jedynie 13% emigrantów z krajów A8 zatrudnionych jest w pracach wymagających wysokich kwalifikacji. Wielki rozziew pomiędzy wykształceniem a wykonywaną pracą potwierdza ponadto poziom średnich zarobków emigracji poakcesyjnej, szczególnie w  porównaniu z lokalną średnią krajową. Badania zlecone przez biskupów katolickich, a wykonane przez Von Hügel Institute Uniwersytetu w Oxfordzie wśród imigrantów katolickich w Londynie, szacuje, że wśród imigrantów z Europy Wschodniej (spośród których 2/3 to Polacy) około 50% zarabia 5,9 funta na godzinę lub mniej, następne 25% zarabia nie więcej niż 7,5 funta na godzinę, a pozostali nie wychylają się wiele ponad 8 funtów na godzinę.1 Oznacza to, że górny próg zarobków 50% imigrantów jest znacznie poniżej górnego progu zarobków 10% najgorzej zarabiających Brytyjczyków (który wynosi 6,47 funta na godzinę dla pracujących na pełnym etacie2), a górny próg zarobków całej populacji imigrantów z tej części Europy jest na poziomie górnego progu 25% najgorzej uposażonych Brytyjczyków (który wynosi 8,21 funta na godzinę dla pracujących na pełen etat).3 Wspomniany raport stwierdza, że około 30% imigrantów z naszego regionu zarabia mniej niż gwarantowane prawem minimum. Inną konsekwencją prozarobkowych motywacji emigrantów z Polski jest średni czas spędzony w pracy. Podczas gdy odsetek wszystkich osób pracujących w Wielkiej Brytanii ponad 40 godzin tygodniowo wyniósł w 2007 r. 22,5%4, to wskaźnik dla imigrantów wyniósł 50%. Co istotne, wraz z nabywaniem znajomości języka i upływem czasu – wbrew

stereotypowi Zjednoczonego Królestwa jako kraju dużej mobilności społecznej i związanym z tym oczekiwaniom – imigranci zamiast awansować natrafiają tam raczej na „niski sufit”, czyli różne bariery awansu. Pośrednio wskazują na to wyniki badań. Średnia zarobków imigrantów z wyższym wykształceniem nie przekracza 7,5 funta na godzinę, podobnie niewiele pomaga w awansie dobra znajomość angielskiego (średnio – 7,7 funta) czy długość pobytu (średnio 7,64 funta na godzinę dla pobytu dłuższego niż 5-letni).5 Choć zarobki te wyraźnie różnią się od zarobków imigrantów z gorszym wykształceniem czy ze słabszą znajomością angielskiego, to ciągle sytuują dobrze wykształconą emigrację wśród ok. 20% najgorzej zarabiających. Przyczyn „niskiego sufitu” należy z pewnością szukać w  postawach samych Brytyjczyków, wyrażanych w  opiniach na temat imigracji. W  coraz większym stopniu są oni niechętni przybyszom spoza Wysp jako wprowadzającym dodatkowe obciążenia dla systemu zabezpieczeń socjalnych, służby zdrowia, zwiększającym popyt na rynku nieruchomości (co prowadzi do wzrostu cen mieszkań) oraz „pompującym” liczbę ludności zamieszkującej Wyspy do granic wytrzymałości środowiska naturalnego. Badania z początku 2008 r., przeprowadzone na zlecenie TV Channel 4 przez agencję badawczą YouGov, pokazują, że 58% rodowitych Brytyjczyków uważa napływ emigrantów za niszczący, a  w  najlepszym przypadku „rozmywający” brytyjską kulturę. 57% respondentów obwiniało imigrantów o rozpad więzi lokalnych (więcej wskazań zyskał tylko rozpad rodziny – 62%), 84% uważa, że rząd powinien całkowicie powstrzymać lub ograniczyć imigrację. 59% sądzi, że imigranci płacą mniej w podatkach niż zyskują z zasiłków i usług publicznych, 66% zgadza się lub raczej się zgadza, że imigranci przyczyniają się do dyskryminacji Brytyjczyków, gdy idzie o wielkość zarobków, co skutkuje dla nich utratą pracy (30% doświadczyło tego na własnej skórze). Tania siła robocza z Polski stanowiła i nadal stanowi jako konkurencja prawdziwe zagrożenie dla brytyjskich robotników niewykwalifikowanych. Przytoczony raport komisji

bna Wiktor Gajewski


56 Izby Lordów odnotowuje fakt, że Polacy zaszkodzili również środowiskom imigracyjnym innych grup etnicznych, takim jak np. Pakistańczycy, tradycyjnie najgorzej zarabiający na Wyspach.6 Skala determinacji Polaków była taka, że zamiast uczyć się „lepszego modelu etyki pracy” od Brytyjczyków, stali się oni dla tych ostatnich publicznym wzorem porządnego robotnika: solidnego, niezawodnego, pracowitego i – last but not least – taniego. W  kreowanie takiego wizerunku Polaków zaangażowały się w  pierwszych miesiącach po rozszerzeniu Unii nie tylko duże prywatne media, ale także brytyjskie państwowe telewizja i radio – BBC. Podsumowując: Polacy wyemigrowali do prostej, ciężkiej, często ponadnormatywnej pracy, za relatywnie małe pieniądze i z niewielkimi szansami na awans bez względu na posiadane kwalifikacje i  kompetencje kulturowe oraz długość pobytu na emigracji. Co to oznacza w  kontekście weryfikacji postawionej przeze mnie hipotezy? Otóż, kilka lat niewykwalifikowanej pracy może doprowadzić do znaczącej deprecjacji posiadanych umiejętności. Jest to dla naszej analizy tym bardziej istotne, że – uśredniając – formalne wykształcenie emigranta z Polski jest lepsze niż przeciętny poziom krajowy. O ile Polacy wykazują dużą elastyczność w podejmowaniu tzw. drugosektorowych zajęć na emigracji, jest mało prawdopodobne, aby zdecydowali się na takie rozwiązanie w kraju. A biorąc pod uwagę znaczną utratę swoich kompetencji i umiejętności, po ewentualnym powrocie nie mieliby wielkiego wyboru. Co wtedy zrobią? Ponownie wyemigrują.

Polska – społeczna pułapka emigranta

Można zadać pytanie: dlaczego wracający do kraju Polacy mieliby być mniej skłonni do podejmowania zajęć podobnych tym z okresu emigracji? Są przynajmniej trzy istotne powody. Pierwszy: Polacy mają bardzo mocno zakorzeniony stereotyp merytokratyczności krajów swojej emigracji. W  konsekwencji, praca pucybuta jest tam pierwszym stopniem na drodze do milionera, czymś może koniecznym, ale na pewno nie ostatecznym. Awans jest tu kwestią czasu. Stereotyp Polski jest zupełnie odmienny. Polska to kraj znajomości, kolesiostwa, układów, kraj z pozapychanymi kanałami awansu opartego na wiedzy i  umiejętnościach. Tu praca pomywacza straszy nieodwracalnym losem, tym bardziej, że wracający emigrant to osoba wyobcowana z lokalnych „porządków”. Po wtóre, emigrant z Polski, nawet jeśli nie racjonalizuje sobie zjazdu na drabinie społecznego uznania odłożoną szansą na sukces, znajduje się – inaczej niż w Polsce – w społecznej sytuacji, w której łatwiej znosić mu psychiczny dyskomfort płynący z niespójności jego wyznaczników statusu (zajęcie np. pomywacza versus wyższe wykształcenie). Działa tu duża anonimowość w  nowym środowisku emigracyjnym, czyli faktycznie brak otoczenia społecznego, które mogłoby zdefiniować taką niespójność jako degradację, a potem tę definicję podtrzymywać. W moim przekonaniu, obawa przed wejściem w  środowisko rozpoznające wspomnianą wyżej niespójność jako degradację, była główną barierą dla większej integracji polskiego środowiska emigracyjnego na Wyspach.7

Po trzecie wreszcie, należy powiedzieć o kwestii grup odniesienia wielu emigrantów, czyli grup, których wartościami (w szerokim rozumieniu) kierują się oni lub do których aspirują, z czym bezpośrednio wiąże się zjawisko roboczo nazwane przeze mnie „dźwignią przeliczeniową”. Otóż, grupami odniesienia polskich emigrantów są często lokalne społeczności w  Polsce, z  których się oni wywodzą. Dla tych grup zaś zarobki z Wysp (oczywiście w przeliczeniu na złotówki – nieistotne, że zupełnie nieadekwatnym) stanowią powód do uznania, a  przynajmniej do poniechania krytyki. Mniej istotny staje się tu rodzaj wykonywanej pracy, liczy się, za ile „w przeliczeniu na nasze”. Dźwignia przeliczeniowa pozwala emigrantowi z  Polski myśleć o sobie w kategoriach społecznego awansu, chociaż rodzaj pracy i „faktyczne” zarobki świadczą o czymś innym. Potwierdzeń tego stanu rzeczy należy upatrywać we wzorze konsumpcji na pokaz, który realizują emigranci podczas krótkich pobytów „urlopowych” w  kraju. Oczywiście, powrót emigrantów do kraju oznacza wygaśnięcie tego mechanizmu i jego mocy swoistego nobilitowania degradacji. Można by w tym miejscu zapytać, jakie będą reakcje polskich emigrantów na umacnianie się złotówki, innymi słowy: jak zadziała dźwignia przeliczeniowa, gdy „w przeliczeniu na nasze” emigranci będą zarabiali coraz mniej? Te mniejsze zarobki to osłabienie projektowanej i faktycznej pozycji w hierarchii grupy odniesienia. Takie osłabienie pozycji będzie się wiązało albo z  próbami zwiększenia zarobków emigrantów (mało prawdopodobne – blokada awansu) albo z  odrzuceniem wartości grupy, a w konsekwencji rezygnacją z samego uczestnictwa w grupie. Pamiętając, że te grupy funkcjonują w Polsce, paradoksalnie, mocniejsza złotówka może więc nie tyle przyciągnąć do kraju, ale od niego odepchnąć.

Obcy u siebie

Obok utraty kwalifikacji i umiejętności, wyjazd oznacza dla emigrujących Polaków – zresztą jest to uniwersalne (bez względu na nację) zjawisko – marginalizację w kraju pochodzenia. Chodzi o utratę tego, co zwie się kapitałem społecznym, czyli sieci znajomości, powiązań, wiedzy o środowisku, w  którym się żyje, przynależności grupowych itp., m.in. redukujących koszty transakcyjne, mówiąc inaczej: obniżających ryzyko i zwiększających skuteczność podejmowanych działań, zwłaszcza zarobkowych, choć nie tylko. Kilkuletni wyjazd czyni emigranta społecznym outsiderem. Emigracja Polaka często prowadzi, paradoksalnie, do marginalizacji na krajowym podwórku nie tylko jego osoby, ale także jego najbliższej rodziny, i  to tej, która kraju nie opuściła. Wynika to z  tego, że przekazy pieniężne do kraju, które wielu wysyła regularnie, powstrzymują najbliższą rodzinę przed wejściem na rynek pracy, także ją prowadząc na margines życia społecznego. Dla emigranta znika jeden z potencjalnych punktów społecznego zaczepienia po ewentualnym powrocie z emigracji. Warto w tym miejscu wiedzieć o dwojakim działaniu „rodzinnego” kapitału społecznego (silnych więzi rodzinnych). Badania pokazały, że w  podobnym stopniu co z  korzyściami wynikającymi ze wsparcia i  pomocy ze strony członków rodziny (którego, jak widać, może zabraknąć w omawianym przez nas przy-


57 padku), wiąże się on ze społeczną presją mogącą prowadzić do negatywnych zachowań. Emigrant po powrocie może się bronić przed taką presją w najlepiej mu znany sposób – poprzez kolejną emigrację. W dodatku, jeśli przyjrzymy się wzorom, wedle których rozwijała się fala emigracyjna, zauważymy, że kolejni emigranci „korzystali” ze znajomych czy bliskich, którzy wyjechali wcześniej. Upraszczając – wyemigrowali po tym jak zrobił to, przynajmniej w  części, ich kapitał społeczny. Na ten kontekst nakłada się – o czym już wspomniałem – przekonanie większości emigrantów o  kraju swojego pochodzenia jako ogarniętego układami, kolesiostwem, gdzie większość rzeczy zdobywa się poprzez znajomości, często podrasowane łapówką. I  chociaż taki kapitał społeczny określany jest mianem zdeformowanego (mającego zdecydowanie antyrozwojowy charakter dla struktur społecznych, w których dominuje), dla nas ważne jest to, że emigranci powracający do kraju nie będą dysponować ani tym kapitałem, ani jakimkolwiek innym. Warto w tym miejscu postawić jeszcze jedno pytanie: skąd w  emigrantach przeświadczenie o  Polsce jako kraju układów i dużym znaczeniu niemerytorycznych czynników społecznego awansu? Może stąd, że już ich decyzja o emigracji była reakcją na takie doświadczenia? Odpowiedź na to pytanie wymaga jednak badań – zresztą niezbyt skomplikowanych. Może warto w oparciu o takie dane zbudować miarę deformacji kapitału społecznego Polski?

Rodzina to jest siła...

Mocne i bliskie więzi rodzinne zajmują w  hierarchii deklarowanych wartości Polaków konsekwentnie najwyższe miejsce. Emigracja jest naturalnym testem realnej siły tych wartości. W dość – trzeba przyznać – perwersyjny sposób pozwala ona sprawdzić, czy nie mamy tu do czynienia jedynie z deklaracjami nie znajdującymi odbicia w codziennej praktyce. Jeśli tak nie jest, to – przyjmując hipotezę zaproponowaną przeze mnie za prawdziwą – należy się spodziewać wzmożonego ruchu emigracyjnego tych, których bliscy nie chcą i/lub nie mogą wrócić. „Emigracja babć i dziadków”, którą zaczynają opisywać polonijne media, będzie przybierać na sile... Jacek Redzimski

1. Francis Davis, Jolanta Stankeviciute, David Ebbutt, Robert Kaggwa, The Ground of Justice. The Report of a Pastoral Research Enquiry into the Needs of Migrants in London’s Catholic Community, 2007, Von Hügel Institute, St Edmund’s College, Cambridge. 2. 2007 Annual Survey of Hours and Earnings, National Statistics. 3. 2007 Annual Survey of Hours and Earnings, National Statistics. 4. 2007 Annual Survey of Hours and Earnings, National Statistics, s. 8. 5. Francis Davis, Jolanta Stankeviciute, David Ebbutt, Robert Kaggwa, The Ground... op. cit. 6. Select Committee on Economic Affairs, House of Lords, The economic impact of immigration, opublikowany 1 kwietnia 2008 r. 7. Pisałem o tym w „Obywatelu”: Życie w wielkim mieście, czyli czego nie potrafią Polacy (i Polki), „Obywatel” nr 1(21)/2005.

Różne oblicza emigracji

„Polish Portraits” (Polskie portrety) w założeniu były jedynie szkolnym projektem przygotowywanym na zaliczenie. Ale stały się chyba czymś większym. Ledwie zdając sobie sprawę z fenomenu polskiej emigracji do Wielkiej Brytanii po 2004 r., byłem zafascynowany jej istotą i chciałem ją lepiej poznać; nie wystarczała mi lektura polskich mediów, w których brakowało głębszych analiz. Zresztą to zjawisko wymyka się poznaniu, wziąwszy pod uwagę fakt, iż objęło ono bezpośrednio i pośrednio wiele milionów osób (czy jest ktoś, kto nie ma znajomego czy członka rodziny, który by mieszkał bądź pracował w Wielkiej Brytanii czy Irlandii, choćby krótkoterminowo?). Porównania z  Wielką Emigracją po 1830  r. (kilka-kilkanaście tysięcy osób) czy z  irlandzką emigracją do USA w latach 1820-1860, dają ogólny obraz tego, z czym mamy do czynienia. Projekt skoncentrował się na polskiej społeczności w  Luton, blisko 200-tysięcznym mieście 50 km na północ od Londynu. Momentami sięga ona kilkunastu tysięcy osób. Punktem wyjścia było znalezienie w niej ludzi, którzy wybijają się z tłumu: swoją pracą, zainteresowaniami lub tym, kim są, nie dają się wpisać w stereotyp Polaka ignoranta, dresiarza, cwaniaka czy nieroba. Projekt realizowany był od października 2007 r. do stycznia/lutego 2008 r., a jego bohaterami stali się: Maciek – bokser-amator, Tomek – tatuażysta, Ojciec Czesław z  polskiej parafii w  Dunstable, Przemek z Wrocławia, który pracuje w Luton jako świecki misjonarz oraz członkowie polskiego klubu w Dunstable. W „Obywatelu” prezentujemy trzy pierwsze postacie. Projekt ma swoją stronę internetową, pod adresem http://www.polish-portraits.blogspot.com/ Jakub Kępiński


58

Maciek Chłopak, który naprawdę wierzy w filozofię straight edge, od lat wegetarianin, a dodatkowo ktoś, kto przeszedł długą drogę w nie tak przecież długim życiu (jest ledwie po dwudziestce). Wydaje się kimś, kto nigdy nie przestał walczyć, czy to w życiu, czy na koncertach hard core’owych, czy w tańcu na nagie pięści gdzieś w bocznej uliczce. – Zawsze coś się działo, taka była rzeczywistość tego, kim byliśmy i gdzie żyliśmy. Przyjechał do Anglii podszkolić język w  szkole letniej, organizowanej przez jeden z  tutejszych uniwersytetów, aby po zakończeniu wakacji móc zapisać się na studia – turystykę. – Gdybym został w Polsce, najprawdopodobniej w ogóle nie przekonałbym się, co to znaczy studiować. Początki były naprawdę niełatwe – taka myśl narzuca się, gdy słuchamy historii o tym, jak nieomal został bezdomnym. – Autokar wysadził mnie na Toddington [stacja paliw przy zjeździe z autostrady M1] i nie miałem pojęcia, co robić, poza łapaniem stopa do Luton. Pierwsze wrażenia z miasta też nie należały do najciekawszych: zatłoczona, pełna Azjatów dzielnica znana jako Bury Park bardziej przypominała kolorowe targowisko w Kaszmirze czy Katmandu niż Anglię, o jakiej uczą się dzieci w polskich szkołach, tę z Big Benem czy Tower Bridge. Królowa była gdzieś tam, ale schowana głęboko w  portfelach czy przyklejona do kopert nie miała zbyt wiele do powiedzenia. – Wyglądało to beznadziejnie, uratował mnie pewien Włoch, u którego mogłem się zatrzymać. Do dzisiaj co Święta wysyłam mu życzenia.


59

W sumie to ciężko stwierdzić, dlaczego boksuję. Po prostu, robię to dla sportu. Kiedy dostanę licencję i zacznę się bić bardziej na serio, zobaczę, co dalej. Jeśli wygram pierwsze dwie walki, albo nawet je przegram, ale będę widział, że jest sens dalej trenować, zostanę. Inaczej po prostu to rzucę. Sport był zawsze nieodłącznym elementem emigracji – przykładem może być baseball i Latynosi oraz Włosi. Czy i tutaj będzie podobnie?

***

Dwóch gości walczy na ringu. Podczas przerwy Danny, trener, wspomaga większego z nich radą, po czym pozwala im kontynuować. Zaskakuje ilość dzieciaków, które przyszły na zajęcia – nie wyglądają na więcej niż 1012 lat i na pierwszy rzut oka rękawice są dla niejednego

z nich zbyt dużym obciążeniem. – Tak, sporo ich tu przychodzi, niektórzy są nawet całkiem nieźli – komentuje Maciek podczas bandażowania rąk. Pytam, jak długo zwykle trwają treningi. – To zależy, ale przeważnie około dwóch godzin: rozgrzewka, worek, potem jakieś sparringi, trochę dodatkowych ćwiczeń. Czasem Danny wyskakuje z dziwnymi pomysłami, każe ci w przerwie wyjść z sali i biegać na zewnątrz. To potrafi człowieka wykończyć. Zresztą, tu jest sporo ludzi, którzy patrzą z byka na jego metody, zdarzało mu się tak wymęczyć gości, że potem nie mieli siły się bić. Osobiście słucham jego porad, ale dostosowuję to, co mówi do swojego treningu. Oglądam się za siebie, żeby zerknąć na Danny’ego, który z lekkim uśmieszkiem na ustach bez słowa obserwuje chłopców na ringu. Tu nie ma miejsca na gadulstwo.


60

Ojciec Czeslaw Poznawszy go tego samego dnia podczas krótkiej wizyty w polskiej szkole w Luton, postanowiłem po południu odwiedzić jego parafię – Dzisiaj będzie mały maraton, mam chrzciny i dwa śluby, więc jeżeli cię to interesuje, przyjedź. Nie było sensu namyślać się dwa razy. Polska Parafia Matki Bożej Częstochowskiej mieści się przy Victoria Street w Dunstable (przedmieścia Luton). Dostać się tam nie jest problemem, właściwie wystarczy zapytać kogoś o siedzibę policji, jako że do kościoła jest od niej niedaleko. Samo Dunstable to małe miasteczko, zamieszkane głównie przez włoskich emigrantów. Kościół zaś raczej nie przypomina katolickich świątyń znanych z Polski czy z innych miejsc w Wielkiej Brytanii (wkrótce dowiem się dlaczego). Do lat 60. miejsce to należało do zboru metodystów, którzy sprzedali świątynię polskiej społeczności, złożonej przeważnie z weteranów, którzy osiedlili się tu zaraz po zakończeniu drugiej wojny. Ludzie ci szybko się zorganizowali, czego świadectwem jest obecność działających do dziś klubów polskich w Luton, Bedford i właśnie Dunstable. Charakter polskiej emigracji na Wyspy uległ sporej zmianie, jednak w owych klubach czas poniekąd się zatrzymał i każdy, kto chciałby posłuchać historii sprzed 50-60 lat i poczuć „polskość” tego ginącego już gatunku, powinien tam się znaleźć choćby na jedno niedzielne popołudnie. Tamtego dnia miałem szczęście być świadkiem polskiego ślubu, który odbywał się w polskiej parafii. Wystrzelałem chyba z tysiąc zdjęć (człowiek przestaje się dziwić tym, którzy mówią, że aparaty cyfrowe niszczą ducha robienia fotografii), każde następne gorsze od poprzedniego. Podczas edycji odkryłem zasadniczo tylko jedno ciekawe. Przedstawia ono dwóch mężczyzn wyglądających na Hindusów i krzyż niemalże „wyrastający” z głowy jednego z nich. Inne fotografie, którym udało się uchwycić ducha tamtych miejsc, to np. zdjęcia z  polskiego cmentarza, zrobione podczas obchodów Wszystkich Świętych. Niesamowita mieszanka dziwnych elementów, zabawek powpychanych w nagrobkowe grządki, ludzie jakby zamrożeni w  przeszłości i  stary różaniec owinięty wokół krzyża – czy jest coś, co silniej niż tradycja i religia opisuje Polaków? Od tej ostatniej ucieczki nie było – szczególnie, gdy tuż przed opuszczeniem kościoła znalazłem się w  domu parafialnym przy pustym stole, jakby próbującym zrozumieć, co wydarzyło się po tym, jak Ostatnia Wieczerza została już skonsumowana.


61


62

Tomek Prawdopodobnie jedna z najbardziej enigmatycznych, a  zarazem interesujących postaci, jakie dotychczas spotkałem. Tomka, z  biografią i  CV, które mogłyby wypełnić niekrótką książkę, poznałem w  przeddzień jego czterdziestych urodzin, dzięki znajomemu. Zajmuje się głównie tatuażem, lecz w  przeszłości pracował na farmie zarządzanej przez Japończyka, gdzie poznał tajniki aikido oraz kenjutsu, sztuki posługiwania się mieczem japońskim (kataną), a  także podstawy kaligrafii. Później pracował jako ochroniarz, zajmował się survivalem cywilnym i militarnym – szkolił snajperów, uczył się kowalstwa artystycznego i zarządzał kuźnią, pracował jako fotograf oraz uczył w szkole dla ochroniarzy. Czegoś brakuje? W Anglii Tomek pracował jako wolny strzelec, potem w studiu tatuażu, by znów powrócić do pracy na własne konto. Tatuowanie się jest wśród Polaków mieszkających na Wyspach czymś nieprawdopodobnie wręcz popularnym. Wytłumaczenie tego fenomenu nie jest proste; być może bierze się on z  faktu, iż tamtejsi Polacy generalnie bardzo dbają o swój wygląd – stąd już szósty czy siódmy polski zakład fryzjerski lub kosmetyczny w  Luton, kilka solariów i niemałe tłumy w miejscowych siłowniach. Często Polacy, których życie ograniczone zostaje do pracy przy taśmie w fabryce, muszą po prostu znaleźć coś, aby wypełnić sobie czas.


63 Historia przedstawiona na zdjęciach, to zapis sesji, która odbyła się późnym listopadem 2007 r., zaraz po tym, kiedy umówiłem się z Tomkiem w samym sercu „polskiej dzielnicy” Luton, jak określa się rejon Dallow Road. Pamiętam, że było przeraźliwie zimno i czekałem pod dziurawą markizą aż zauważyłem wielką sylwetkę Tomka z nieodłącznym papierosem w ustach. W rozmowie opowiedział mi o tym, jak przez siedem lat, niczym biblijny Jakub, pracował na farmie u Japończyka o polskich korzeniach; wspomniał również, iż początki jego przygody z tatuażem zaczęły się w... więzieniu, gdzie trafił jako siedemnastolatek i skąd wyniósł sporo doświadczeń. W mieszkaniu telewizor ustawiony był na jakąś polską stację, Tomek systematycznie przygotowywał cały niezbędny sprzęt, podczas gdy ja i chłopak z Rzeszowa, który miał być tatuowany, obserwowaliśmy ten cały rytuał. Tomek co chwila rzucał jakieś komentarze, opowiadał historie o tym, skąd wziął się tatuaż, gdzie i jakie techniki stosuje się na świecie, wreszcie – jak to się stało, iż jego zacięcie artystyczne przeniosło się z kartki i płótna na ludzką skórę.


chwila oddechu

Kto czyta, nie błądzi z dr. hab. Grzegorzem Leszczyńskim rozmawia Wioleta Bernacka

Dzieci mają coraz więcej możliwości zabawy i edukacji: setki kanałów telewizyjnych, Internet, gry komputerowe itp. Czy powoduje to odchodzenie od książek? Grzegorz Leszczyński: Odchodzenie od książek czy ogólniej – od czytania, dotyczy nie tylko młodzieży. W  kulturze dziecięcej czy młodzieżowej odbijają się zawsze procesy ogólnospołeczne. Pierwszym powodem niechęci do czytania książek są nie Internet, telewizja czy gry komputerowe, lecz wzorce społeczne. Jeśli dziecko od najmłodszych lat nie widzi czytających rodziców, to trudno, aby tę czynność uznawało za naturalną. Różne sposoby spędzania wolnego czasu nie stwarzają konkurencji wobec książki. Problem polega na czym innym: jak w ekonomii gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak w  kulturze łatwa rozrywka wypiera trudniejszą. To, co jest na wyciągnięcie ręki, góruje nad tym, co wymaga pewnej aktywności. Badania psychologiczne pokazują, że nie istnieją zależności typu: dziecko, które rzadziej ogląda telewizję, jest lepiej przygotowane do odbioru książki. Należy na to patrzeć inaczej: dziecko, które w rozsądny sposób Dr hab. Grzegorz Leszczyński (ur. 1956) – historyk literatury, badacz i krytyk literatury dla dzieci i młodzieży. Prodziekan Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1990-1993 pełnił funkcję zastępcy dyrektora Instytutu Literatury Polskiej UW. Od 1993 do 1995 r. był prezesem polskiej sekcji Międzynarodowej Izby ds. Książek dla Młodych (International Board on Books for Young People, IBBY), w latach 2001-2005 – przewodniczącym Kapituły Nagrody Prezydenta RP za Twórczość dla Dzieci i Młodzieży. Współprzewodniczący Międzyuczelnianego Zespołu do Badań Literatury dla Dzieci i Młodzieży. Jest m.in. autorem książek „Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku”, „Kulturowy obraz dziecka i dzieciństwa”, „Literatura i książka dziecięca. Słowo, obiegi, konteksty”, leksykonu „Elementarz literacki”, antologii „Po schodach wierszy” oraz redaktorem naukowym „Słownika literatury dziecięcej i młodzieżowej”.

b Magda Leszczyńska

64

korzysta z Internetu czy telewizji, jest bardziej przygotowane do czytania książek niż to, które od nich izolujemy. We wszystkim trzeba jednak zachować miarę, a o nią i dorosłym trudno. Bardzo powszechnym błędem wychowawczym jest „mechaniczne” ograniczanie dzieciom dostępu do telewizji czy komputera, pod hasłem: masz teraz czytać książkę! To prowadzi jedynie do tego, że lektura traktowana jest jak swego rodzaju kara, czyli przykrość, a nie przyjemność. Ukształtowanie postaw proczytelniczych jest zabiegiem niezwykle trudnym. Nawyki czytelnicze kształtują się przez lata, podobnie jak postawy moralne. Ostatnie dekady to w przypadku Polski okres szybkich zmian kulturowych: ekspansja reklamy, pojawienie się programów telewizyjnych nowego typu itp. Jakie odzwierciedlenie znalazło to w ofercie wydawniczej dla najmłodszych oraz w tym, czego oni sami poszukują w lekturach? G. L.: Zmiany w  ofercie kierowanej do dzieci, poczynając od tych, które ledwo zaczynają czytać, przez uczniów szkoły podstawowej, a kończąc na młodzieży gimnazjalnej, są wyraźne. Przede wszystkim mamy do czynienia z utworami o mniejszej objętości niż dawniej. Współczesny czytelnik jest bardzo niecierpliwy, wychowany na krótkich formach przekazu medialnego (przede wszystkim reklamach), trwających niekiedy zaledwie kilkanaście sekund. Dziecko sięga po książki zdecydowanie krótsze, z tego powodu w księgarskiej ofercie mamy cykliczne pozycje, które składają się z niewielkich odcinków, ale rzadko zdarzają się wielostronicowe powieści – „Harry Potter” jest tu wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ponadto dzisiejsza książka dla młodego człowieka jest w znacznie mniejszym stopniu zdynamizowana fabularnie, niż miało to miejsce kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Wiąże się to z powszechnym, nieledwie nieograniczonym dostępem dzieci i młodzieży do filmów. Ponieważ filmy są bardzo dynamiczne, książka przestaje być medium, które zaspokaja dziecięcy czy młodzieńczy głód przygód. Powieści dla dzisiejszych nastolatków bardzo często są skoncentrowane nie na fabule, lecz na dylematach bohatera, jego życiu wewnętrznym, portrecie psychologicznym


65 itd. Bardzo popularne są także książki, które pobudzają do śmiechu, ale oparte na innych sytuacjach komicznych niż te, które można zobaczyć na ekranie. Humor wynika z samej narracji bądź ukazania świata z  perspektywy dziecka; ten trend zaczął się od cyklu Sempé i Goscinnego o przygodach Mikołajka, dzisiaj widoczny jest choćby w seriach o Koszmarnym Karolku czy Kapitanie Majtasie. Czym jeszcze różni się współczesna literatura dziecięca od tej, w której zaczytywały się poprzednie pokolenia? Jak dużo miejsca na dziecięcych półkach zajmują te „nowe” książki? Innymi słowy, czy obecnie dzieci wychowują się na bajkach i historiach promujących inne wzorce, inaczej wyjaśniających świat itp.? G. L.: Jest prawdziwym dramatem, że dzieci nie znają oryginalnych wersji klasycznych utworów. W dużej mierze to wina rodziców, bibliotekarzy i  wychowawców, którzy chronią je przed pierwotnymi wersjami baśni, które jakoby mają mieć szkodliwy wpływ na wrażliwą dziecięcą psychikę. Wysuwa się argument, że baśnie straszą, a dziecko należy chronić przed strachem. Jest to sąd oparty na fałszywych przesłankach. Baśń to nie film, w którym wszystko dzieje się niejako na oczach odbiorcy, lecz opowieść symboliczna i dziecko w sposób symboliczny rozumie treść w niej zawartą. Dlatego dobrze by było, gdyby wilk na końcu „Czerwonego Kapturka” został ukarany, podobnie złe siostry Kopciuszka. Jest to niezwykle istotne, dotykamy bowiem kwestii równowagi dobra i zła. Nie można nauczyć wrażliwości moralnej, jeśli nie nauczy się odróżniania dobra od zła oraz nie wpoi mocnej wiary w moralny ład świata. Inną sprawą jest przykładanie do książki swoistych miar „poprawności moralnej”. Powszechny jest pogląd, że książka dla dzieci ma być gettem niewinności. Tej miary nie przykłada się już do domu rodzinnego, szkoły, Kościoła czy instytucji życia publicznego. Nawet do filmu. Tu wracamy do kwestii przyczyn, dla których dzieci nie chcą czytać. Jest to związane z emocjami czytelniczymi – jeśli w zakończeniu bajki wilk się nawraca i wesoło tańczy dookoła domu z Czerwonym Kapturkiem, obiecując, że na wieki zostanie jaroszem, napięcie czytelnicze związane z  dynamiką dobra i zła ulega unicestwieniu. A jeśli książka nie dostarcza silnych emocji, to oczywiście przegrywa z filmem i grami komputerowymi. Sami usuwamy z  książek silne emocje, a potem dziwimy się, że dzieci nie chcą czytać... Jednym z największych fenomenów czytelniczych ostatnich lat jest seria o Harrym Potterze. Jej oszałamiający sukces, tak jak i jego możliwe następstwa, wywołują bardzo różne komentarze. Jak Pan postrzega to zjawisko? G. L.: Wiele rzeczy złożyło się na sukces „Harry’ego Pottera”. Zacznijmy od podkreślenia, że książce towarzyszyła skuteczna kampania marketingowa: mit pisarki, której nie chciano wydać książki, sprzedaż kolejnych tytułów w środku nocy... Sukcesu tej książce w Polsce przysporzyła także rozgłośnia z Torunia, która okrzyczała ją dziełem satanistycznym, i apelowała do rodziców, by nie dawano książki dzieciom do

ręki. To jedynie sprzyjało popularności, bo nic tak nie smakuje, jak owoc zakazany. Trzeci powód dotyczy samej historii, która łączy bardzo dobrze sprawdzone motywy: sieroty, kopciuszka, brzydkiego kaczątka, z którego Harry przepoczwarza się w królewskiego łabędzia. Idąc dalej, jest to powieść magiczna, bo mówi o  świecie magii, ale w  przewrotny sposób wychowawcza – promuje postawę, którą należałoby pielęgnować: Harry kocha czas nauki, nienawidzi wakacji. To jest taki trochę „odwrócony świat”, z odwróconymi realiami, porządkiem wartości, który trafił w potrzeby młodych. Jeśli natomiast chodzi o jego wartość literacką, to „Harry Potter” jest arcydziełem literatury popularnej, podobnie jak swego czasu „Trędowata”. Czy powieść Mniszkówny jest zła? Jest znakomita, lecz nie należy do literatury wysokiej, nie porównuje się jej z „Panem Tadeuszem”, a z rzeczami Zarzyckiej. Miejsce „Pottera” jest obok powieści Twaina czy Makuszyńskiego, a nie obok „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Niektórzy wyrażali nadzieję, że ogromna popularność tej książki sprawi, że wiele dzieci odkryje czytanie na nowo. G. L.: Okazało się, że „Harry Potter” nie jest wcale taką „lokomotywą czytelnictwa”, jak się spodziewano. Ale dobrze pamiętam wizytę w telewizji Puls w czasie premiery jednego z tomów. W studiu były dzieci, które przed programem otrzymały nowiutką, świeżo wydaną książkę. Na jej widok zapominały o  bożym świecie, nie interesowała ich w  ogóle obecność kamer, studio telewizyjne, cała magia techniki, otwierały książkę i pochłaniały kolejne rozdziały. Moim zdaniem, jeśli młodzież nie czyta książek, to winne są książki, nie młodzież. Przychodzi chłopak czy dziewczyna do biblioteki i prosi o „coś w stylu »Harry’ego Pottera«”. I tu się robi jedna wielka pustka, ponieważ żadne inne książki nie uderzyły tak celnie w emocje czytelnicze. Oczywiście, wybór jest duży, a dziecko musi się samo rozsmakować w czytaniu – znaleźć swoje emocje. 90 proc. użytkowników bibliotek do 15. roku życia to dziewczęta, z którymi jest trochę łatwiej niż z chłopcami, bo dla nich przeznaczone są różne serie wydawnicze. Jak dziewczyna zacznie czytać, już potem wie, do czego sięgnąć i bibliotekarzowi jest łatwiej coś poradzić. Po „Harrym Potterze” pojawiła się ogromna rzesza powieści naśladujących tę konwencję. Trzeba jednak liczyć się z tym, że wśród rzeczy czytelniczo nośnych mnóstwo jest produkcji jałowej. Poza tym w Polsce, jak i na świecie, wydaje się za dużo książek, rynek księgarski zalany jest pstrokatą, kolorowo wydaną miernotą, a  rzeczy wartościowe, które mogłyby być machiną nakręcającą czytanie, po prostu w tym wysypisku giną, przepadają w tej „wieży Bubel”, jak napisał kiedyś Różewicz. Czy literatura dla dzieci i młodzieży stawia sobie jakieś cele i jest z nich „rozliczana”? G. L.: Celem literatury, jak każdej dziedziny sztuki, jest trwanie w żywiole piękna, kontakt z książką ma sprawiać przyjemność, radość, nieść satysfakcję, podobnie jak w przypadku muzyki czy malarstwa. Człowiek sięga po książkę po to, żeby z nią obcować, a nie, żeby się czegoś dowiedzieć –


66 od tego są encyklopedie i podręczniki szkolne. Dorośli popełniają błąd, szukając w książkach wartości dydaktycznych czy poznawczych; nikt pod tym kątem nie ocenia wierszy Herberta, więc dlaczego mamy za pomocą tych kategorii oceniać poezję Brzechwy i Tuwima, Anny Kamieńskiej czy Danuty Wawiłow? W akcie czytania człowiek, także bardzo mały człowiek, spotyka się z  własnymi myślami, poznaje swoje emocje, może zrozumieć siebie i  innego człowieka. W XIX w., a także w latach międzywojennych, uznawano, że książka miała służyć ukształtowaniu młodego czytelnika. W okresie PRL-u było podobnie, młodych wychowywano na budowniczych socjalizmu, stąd takie powieści jak „Hela będzie traktorzystką” Marty Michalskiej czy słynne „Soso” Heleny Bobińskiej o dziecięcych latach Stalina. Stąd zresztą również „Czterej pancerni i pies” Przymanowskiego. Dzisiaj literatura jest całkiem inna, nie stawia sobie tego rodzaju celów. Dostarcza dziecku przeżyć innej natury, skupia się na jego świecie, na jego problemach, jego poczuciu humoru. W wielu wypadkach budzi bezinteresowny śmiech, jak np. książka „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę”, w której krecik chodzi od zwierzęcia do zwierzęcia i docieka, które z nich zrobiło na niego kupę. Ta książka jest dla dziecka niezwykle śmieszna, natomiast dorośli, którym najwyraźniej tego rodzaju dowcip nie przypadał do gustu, bronili książki wskazując na jej walory poznawcze (rozpoznawanie śladów zwierząt). Z  absurdu wpadli w absurd... A czy trendy w literaturze dla najmłodszych mają jakieś istotne skutki społeczne? G. L.: Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jakie pokolenie wychowamy. U schyłku XIX w. piętnowano dziecięce wady, wśród nich lenistwo. Czy pokolenie początku XX w. było jakoś szczególnie pracowite, bardziej niż ojcowie w stylu Sienkiewicza i matki w stylu Orzeszkowej? Chyba nie. Jachowicz piętnował dokuczanie kolegom czy obżarstwo – przypomnijmy sobie historię chorego kotka. Dzieci wychowane na tych wierszach chyba nie były mniej łakome. Społeczeństwo jest kształtowane nie przez to, jakie otrzymuje książki, ale jakiego rodzaju całościowe wpływy oddziałują na młodą, dziecięcą duszę: cała kultura, której książka jest jedynie znikomą częścią... Dydaktyzm nie jest w modzie, a młody czytelnik jest szczególnie krytycznym odbiorcą. Czy książki takie, jak choćby powieści Korczaka, promujące pewne ideały wychowawcze, mogą mieć jeszcze jakąś rolę do odegrania? G. L.: W tym pytaniu zawarta jest bardzo ciekawa teza. Korczak okazuje się pisarzem niezwykle nowoczesnym, dalekim od wszelkiego moralizatorstwa. „Bankructwo Małego Dżeka” to smutna historia o małym chłopcu, który nie mógł sobie poradzić ze światem biznesu. Powieść „Kiedy znów będę mały” to historia dorosłego człowieka, który tęskni do dzieciństwa i w pewnym momencie zostaje do niego przeniesiony, jest to doświadczenie bólu, cierpienia, niezwykłej samotności, potęgowanej tym, że dziecko jest bardziej wraż-

liwe i całkowicie bezbronne. „Król Maciuś I” to świat wywrócony do góry nogami: dorośli chodzą do szkoły, a dzieci pracują, bo takie jest marzenie dziecka. Przypomnijmy sobie jednak koniec: śmierć Maciusia, zdrada przyjaciela, wojna, która cały świat niszczy itd. Korczakowskie ideały, związane z traktowaniem dziecka na pełnych prawach, z szacunkiem dla jego wrażliwości, przyświecają dzisiejszej literaturze. Ile jest wstrząsających obrazów dziecięcych losów w  „Dzieciach Ulicy”, „Dziecku Salonu”, opartych na obserwacjach pisarza portretów dziewczynek zmuszanych do prostytucji, scen sprzedawania dzieci. Korczak nigdy nie pouczał, u niego nie ma tyrad dydaktycznych – pokazywał dramat świata, wywoływał, jak Norwid, niepokój moralny i zmuszał czytelnika do refleksji, niekiedy bardzo gorzkiej, do heroizmu moralnego. I dzisiejsza literatura też pełnym głosem o tym mówi. Ideały wychowawcze nie tyle nie są w modzie, co po prostu zostały skompromitowane. Kto do tego doprowadził? I Pani, i ja, i cały świat dorosłych. Ideały te dlatego nie są popularne, gdyż jedno mówimy, a drugie robimy. Cały świat zbudowany jest na innych zasadach niż te, które głosimy, a tak naprawdę wychowuje się nie moralnymi przemowami, lecz codziennością, samym sobą. Nie tym, że się mówi dziecku „czytaj książki, a będziesz mądry”, ale tym, że się samemu czyta. Wspomniany Korczak jest w dużej mierze zapomniany jako autor literatury dziecięcej i młodzieżowej. Czy są jakieś inne polskie książki i autorzy piszący dla dzieci, których Pańskim zdaniem warto byłoby przywrócić współczesnemu najmłodszemu czytelnikowi – i z jakiego powodu? G. L.: Jest bardzo dużo takich utworów. Z  okresu PRL-u przepadło wiele wartościowych powieści. Zostały zapomniane także przez starsze pokolenie, ponieważ były to często książki wydawane w małych nakładach, o złych, krzywdzących recenzjach, potem niestety nie wznawiane. Przywrócenie książki do dziecięcego obiegu jest niezwykle trudne. Weźmy powieść Anny Kamieńskiej „Żołnierze i żołnierzyki” – znakomitą, mocną, mądrą książkę o wojnie, głęboko refleksyjną i  piękną. Tymczasem w  świadomości pokolenia została nie ona, lecz nagłaśniani „Czterej pancerni i pies”. Kolejna zapomniana powieść Kamieńskiej to „W Nieparyżu i gdzie indziej”, bardzo mądra opowieść o dwójce przyjaciół, którzy – wzorem Odyseusza – wędrują przez świat i dziwią się jego prawom. Dalej „Cyryl, gdzie jesteś” i „Podmuch malowanego wiatru” Wiktora Woroszylskiego – bardzo mocne powieści osadzone we współczesnej rzeczywistości. Są wreszcie powieści Joanny Kulmowej. To były arcydzieła naszej literatury, których bardzo szkoda. Warto byłoby do nich wrócić. A książki dla dzieci współcześnie powstające w Polsce – jak wiele pojawia się historii godnych uwagi? Jaka tematyka dominuje i czy powstają wartościowe pozycje osadzone w aktualnych realiach społecznych, znanych dzieciom z własnego doświadczenia?


67

Obecnie mamy wyraźny renesans zainteresowania opowieściami z gatunku fantasy, od monumentalnej trylogii Tolkiena po lżejszą literaturę współczesnych młodych autorów. Z czego wynika ten trend? G. L.: Myślę, że dzisiejszy świat jest bardzo zlaicyzowany, a człowiek ma taką naturę, że poszukuje tajemnicy. Rozwojowi ludzkiej kultury zawsze towarzyszyły obrzędy, rytuały, ryty, mity, wierzenia. Dzisiejszy człowiek żyje bez nich lub na ich uboczu, traktując żywe rytuały jako relikt folklorystyczny. Fantasy jest odpowiedzią na zapotrzebowanie człowieka na obcowanie z tym, co niepoznawalne rozumowo. Współczesność jest głęboko zracjonalizowana, wszystko można zważyć, zmierzyć; „mędrca szkiełko i oko” rozkłada na czynniki pierwsze nawet ludzkie uczucia i  emocje, a  odkąd możliwe jest klonowanie, ludzkie życie zostało odarte z tajemnicy. Nawet śmierć przestaje nią być, wstydliwie chowana, żeby jej nikt nie widział, tak jak starość. A człowiek w  naturalny sposób potrzebuje obcować z tym, co niewytłumaczalne. Fantasy mówi właśnie o tym, co pozarozumowe, o świecie, który jest nie do końca poznawalny. Bardzo wiele utworów fantasy mówi o tzw. światach równoległych, np. „Mroczne Materie” Pullmana czy „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa. Ten inny, ukryty przed bohaterami świat, który jakoś wpływa na ich losy, sprawia,

że czytelnik książki obcuje z tajemnicą, może nie transcedentalną, lecz literacką. Ona przekształca, modyfikuje na różne sposoby nasze myślenie o rzeczywistości. Cała sztuka, nie tylko sakralna, powstała z poszukiwania tajemnicy i myślę, że tutaj leży klucz do popularności fantasy. Moda zawsze skądś się bierze, ma gdzieś swoje zakotwiczenie, umotywowanie, swoje źródła.

b Arwen Abendstern

G. L.: Powstaje u nas bardzo dużo wartościowych książek. Ciągle mamy czynne i  twórcze pokolenie takich autorów, jak Krystyna Siesicka, Ewa Nowacka czy Małgorzata Musierowicz. Z młodszego pokolenia jest choćby Marta Fox, znakomita autorka współczesnych powieści, pogłębionych, opartych na mądrej obserwacji otoczenia. Są powieści Barbary Kosmowskiej, np. najnowsza „Złota rybka” – wielokrotnie nagradzana powieść o trudach dojrzewania, odmienności, konfliktach środowiskowych i rodzinnych, czyli sprawach nieodmiennie bliskich młodym ludziom. Jest też Anna Onichimowska, jej głośna powieść „Hera, moja nowa miłość” mówi o uzależnieniach, a wspaniały tom „Dziesięć stron świata” ukazuje dramaty, z którymi zmagają się dzisiaj nastolatki w różnych częściach świata. Onichimowska pisze także dla najmłodszych, „Dobry potwór nie jest zły” to chyba jej najbardziej znana książka, ciągle wznawiana. Z pisarzy chciałbym wymienić Grzegorza Gortata, autora świetnej powieści „Do pierwszej krwi”, rozgrywającej się w  dzisiejszej Warszawie i  opowiadającej o  konfliktach współczesnych światów: nowobogackiej, „nadzianej” młodzieży i  tej z  pozbawionej perspektyw „lumpiarskiej” części Pragi. Z  młodszych autorów warto wyróżnić Grzegorza Kasdepke, który mądrze i z humorem pisze dla mniejszych dzieci. Obok niego bez wątpienia jest miejsce dla Pawła Beręsewicza. Podsumowując, powstają w  Polsce znakomite książki dla dzieci. Mamy grono dobrych poetów, którzy pojawili się po 1990 r., a jednocześnie ciągle aktywni są autorzy starszego pokolenia – wydają nowe książki i Wanda Chotomska i Joanna Kulmowa. Mamy też grono młodszych poetów dla dzieci, jak Zofia Beszczyńska czy Małgorzata Strzałkowska. Wszystko to są bardzo krzepiące zjawiska.

Czy literatura dziecięca wymaga jakiegoś szczególnego wsparcia i promowania – kampanii popularyzujących czytanie najmłodszych, konkursów, nagród, festiwali? Jak Pan ocenia już realizowane inicjatywy w tym zakresie? G. L.: Literatura dziecięca wymaga bardzo dużego społecznego wsparcia, także promocyjnego. To jest problem bardzo skomplikowany. Konkursy literackie istnieją, niektóre od wielu lat, ale nie mają nagłośnienia, ponieważ media nie są takimi sprawami zainteresowane. W Szwecji w prasie codziennej szczegółowo recenzuje się każdą nową książkę dla dzieci, a wznowienia anonsuje lub krótko omawia. W Polsce w ogóle tego nie ma, a o konkursach mało kto wie. Przez cztery lata była przyznawana, zresztą z  mojej inicjatywy, nagroda Prezydenta RP za twórczość dla dzieci i  młodzieży. Wielokrotnie rozmawiałem z  Kancelarią urzędującej głowy państwa i  uzyskiwałem zapewnienia, że zostanie wznowiona, ale żadne ruchy za tym nie szły. A szkoda, bo miała już ona tradycję i dobrą prasę, a wśród nominowanych były takie autorytety jak Józef Wilkoń czy ks. Twardowski, wśród nagrodzonych – Wanda Chotomska, Joanna Kulmowa, Adam Kilian. Dziękuję za rozmowę. Warszawa, 25 lipca 2008 r.


68

chwila oddechu

MIASTO-OGRÓD –

idea z przeszłości dla przyszłości Andrzej Pieczyrak W czasach dynamicznego rozwoju przemysłu w XIX-wiecznej Europie, jak grzyby po deszczu powstawały fabryki, huty, kopalnie itp. W konsekwencji nastąpiła gwałtowna migracja do miast, które oferowały wiele nowych miejsc pracy i możliwości zarobku. Ten gwałtowny przyrost ludności wymuszał zmiany i dostosowanie starych organizmów miejskich do nowych funkcji. Rozwiązanie problemu częściowo wzięła na siebie nowo powstająca warstwa przemysłowców, a częściowo stare, szybko bogacące się grupy społeczne – rzemieślnicy i kupcy. To z ich inicjatywy i funduszy zaczęły powstawać osiedla mieszkaniowe, sklepy i  liczne punkty usługowe dla rosnącej rzeszy nowych mieszkańców. Jednak mimo inwestycji i  napływu kapitału, bardzo silnie odczuwalne były negatywne skutki nadmiernego zaludnienia. Paradoks sytuacji polegał na tym, że szybko bogacące się miasta, zamiast oferować wyższy standard życia, gwarantowały jedynie wzrastającą lawinowo ilość uciążliwości i problemów. Niewydolne stawały się szlaki komunikacyjne, zaopatrzenie w wodę i odprowadzanie ścieków. Konieczna stała się także rozbudowa struktury administracyjnej i oświatowej. W ten sposób rewolucja przemysłowa wymusiła nowe podejście do zagadnień związanych z organizacją życia miasta.

Narodziny idei

W 1898 r. angielski urbanista Ebenezer Howard opublikował książkę „Miasta-ogrody jutra”, w której ogłosił teorię miasta przyjaznego mieszkańcom. Miastoogród miało zapewnić wysoki standard i przyjazne warunki egzystencji, łączyć zalety życia w  mieście (duży rynek pracy, wyższe zarobki, dostęp do kultury i rozrywki) oraz życia wiejskiego (bliskość natury, spokój, czyste środowisko). Koncepcja ta miała doprowadzić do likwidacji slumsów i przeludnionych

dzielnic przemysłowych. W myśl głównych założeń, miasto miało stanowić układ współśrodkowych kręgów, z szerokimi kolistymi alejami wysadzanymi zielenią. W centrum miał znajdować się wielki park i najważniejsze obiekty użyteczności publicznej (ratusz, sala zebrań, teatr itp.). Na obrzeżach było miejsce na pas rolniczy, tam też przewidziano tereny pod strefy przemysłowe oraz zabudowę mieszkaniową. Ta nowatorska idea została zaakceptowana w Anglii. Pierwsze klasyczne miasto-ogród powstało w 1903 r. w Letchworth. W 1907 r. Sir Unwin rozpoczął prace nad podobnym miastem w Hampstead, nieopodal Londynu. Ślady idei Howarda, w pomniejszonej skali, noszą również osiedla podmiejskie: Bredford Park, Port Sunlight i Bournville w Birmingham. Inne realizacje to Stevenage, Hertfordshire i największe: Milton Keynes i Buckinghamshire. W Niemczech czołowymi propagatorami koncepcji przyjaznego miasta byli Adam Gottlieb Hermann Muthesius i Ernst May. Pierwszy był filozofem, architektem i teoretykiem architektury, który zaprojektował i doprowadził do realizacji miasta-ogrodu Hellerau pod Dreznem. Ernst May to z kolei uczeń Sir Unwina i gorący orędownik budowy miast przyjaznych dla wszystkich mieszkańców, niezależnie od ich statusu społecznego. Twórczość Maya zasadza się na łamaniu utartych stereotypów związanych z tanim budownictwem socjalnym – akcentował on bowiem troskę o wygodę użytkowników i wykazywał, że budownictwo socjalne nie musi znaczyć byle jakie. W swoich realizacjach May zwracał szczególną uwagę na aspekt zdrowotny życia w mieście: „Publicznie twierdzi się, że wielorodzinne budynki czynszowe są tańsze od domów »Schlesische Heimstätte« [przedsiębiorstwo założone przez Maya, zajmujące się szybką budową tanich domów dla niezamożnych – przyp. red.]. Istnieje jednak potrzeba ciągłego powtarzania, że owe nieznaczne oszczędności okazują się wątpliwe, jeśli rozważymy je w kategoriach gospodarki narodowej. Np. wydatki, jakie zmuszony jest pokryć naród na zlikwidowanie tzw. szkód zdrowotnych powstałych w domach czynszowych, nie pozwalają mówić o żadnych oszczędnościach”. May propagował myślenie, według którego miasto, osiedle i dom tworzą konkretną rzeczywistość, ale człowiek zajmuje w niej miejsce nadrzędne i to on ma wyznaczać kierunek działań.


69 Karta Ateńska

wano na wzór górnośląskiej wiejskiej chaty, a samo osiedle wkomponowano w istniejące obszary leśne. Mimo że część budynków w latach 70. wyburzono, na ich miejscu stawiając wieżowce, pozostała część nadal zachwyca swoją formą. Widać, że całe osiedle miało kameralny, ludzki wymiar, a równocześnie nie brakowało w nim przyjaznej, ogólnodostępnej przestrzeni publicznej. Również Gliwice, przeżywające zarówno szybki wzrost ilości zakładów przemysłowych, jak i  lawinowy przyrost mieszkańców, stanęły w obliczu konieczności przebudowy i modernizacji. Efektem była gruntowna przebudowa miasta. Zabytkową część pozostawiono bez zmian, odnawiając jedynie istniejącą zabudowę. Stworzono nową główną ulicę miasta, która połączyła dawne śródmieście z dworcem kolejowym. Ulica ta (obecna Zwycięstwa, dawniej Wilhelmstrasse) stała się kulturalno-handlowym centrum miasta. To wzdłuż niej usytuowano większość hoteli i eleganckich sklepów, teatr i  łaźnie miejskie. Jednocześnie rozpoczęto szeroko zakrojone inwestycje komunikacyjne, obejmujące różne formy transportu. Oprócz dróg, rozbudowano także sieć połączeń szynowych oraz dworzec kolejowy. Powstała jedna z pierwszych na kontynencie i wówczas najdłuższa w tej części Europy linia tramwajowa z wozami napędzanymi elektrycznie. Do dziś wyraźnie widać, że rozbudowa miasta odbywała się z uwzględnieniem koncepcji miasta-ogrodu. W tym właśnie czasie powstał regularny park centralny wraz z palmiarnią, nowe aleje i ulice obsadzone drzewami oraz kilka nowych osiedli mieszkalnych na obrzeżach miasta w otoczeniu zieleni.

Nowe trendy i wytyczne dla nowoczesnej urbanistyki próbowano usystematyzować w 1933 r. na Międzynarodowym Kongresie Architektury Nowoczesnej. Opracowany wówczas dokument, nazwany „Kartą Ateńską”, zawierał m.in. takie stwierdzenie: „Po błędach ostatnich stu lat architektura musi wrócić znowu na służbę człowieka, musi porzucić ideowy pompieryzm, musi pochylić się nad jednostką i tworzyć dla niej urządzenia, które będą określać i ułatwiać jej życie”. Przyjęte w  tym dokumencie zapisy stawiały za wzór „trzy marzenia urbanisty: słońce, przestrzeń i  zieleń”, marzenia o  mieście otwartym, bez kamiennych pustyń placów i mrocznych wąwozów ulic. W dokumencie ateńskim czytamy również: „Pomniki naszych czasów to nie tylko szkoły, szpitale i budynki rządowe, ale przede wszystkim miasta-ogrody, parki ludowe, kąpieliska, biblioteki, w których zaspokojona zostanie ludzka tęsknota za przyrodą i kulturą...”. W ten sposób próbowano ukonkretnić tę na wskroś humanistyczną ideę, w myśl której architektura i urbanistyka miały służyć człowiekowi.

Wśród regionów gwałtownie przekształcanych przez rozwój przemysłu był także Śląsk. Obfitość bogactw naturalnych, takich jak węgiel, rudy żelaza, miedzi i cynku, spowodowała, że szczególnie dynamicznie rozwijały się tutaj ośrodki przemysłowe. W wielu miastach śląskich gwałtownie wzrastała ilość mieszkańców, co z  kolei powodowało konieczność rozbudowy i modernizacji. Na początku XX w. Wrocław należał do najbardziej przeludnionych miast w Niemczech, a jego rozbudowa stała się bezwzględną koniecznością. Wiosną 1921 r. magistrat Wrocławia ogłosił konkurs na projekt rozbudowy miasta na przestrzeni trzydziestu lat, tj. do roku 1950. Zakres planowanego przedsięwzięcia obejmował problemy komunikacyjne i  gospodarcze, unowocześnienie centrum oraz – co było w tej sytuacji sprawą najpilniejszą – budowę nowych osiedli mieszkaniowych. Konkurs wrocławski był trzecim, jaki odbył się w  Niemczech. Wcześniejsze konkursy na przebudowę Berlina (1910) i Düsseldorfu (1912) były wzorem dla przedsięwzięcia wrocławskiego, a  także stanowiły początek wielkiego ruchu reformatorskiego w XX-wiecznej urbanistyce europejskiej. Jego cechą szczególną było lansowanie budownictwa mieszkaniowego wśród terenów zielonych, a  także tzw. płaskich domów, najwyżej dwupiętrowych, wzorowanych na założeniach miasta-ogrodu. Ruch zdecydowanie przeciwstawił się koszarowemu budownictwu, dominującemu w dotychczasowej urbanistyce. Oprócz Wrocławia, na Śląsku realizowano w myśl tej koncepcji m.in. takie przedsięwzięcia, jak budowa miastaogrodu w Katowicach-Giszowcu. Jest to prawdopodobnie najpełniejsza (zakończona) realizacja tej koncepcji urbanistycznej. Osiedle wzniesiono według założeń Howarda. Centralny punkt stanowił plac (dzisiejszy Plac pod Lipami), wokół którego zlokalizowano szkołę, sklepy, pocztę, gospodę, administrację osiedla, nadleśnictwo, łaźnię i pralnię. Promieniście od centralnego placu usytuowano domy robotnicze z  ogrodami. Budynki mieszkalne zaprojekto-

Willa w Katowicach – Giszowcu ba Paweł Grzywocz, www.giszowiec.sewera.pl

Na Śląsku

Miasto-ogród dzisiaj

Koncepcja miasta-ogrodu, zapomniana nieco ze względu na lata wojny i powojennej odbudowy, ze zdwojoną siłą odżyła w jednoczącej się Europie. Duży wpływ na powrót do tej koncepcji miały zarówno względy finansowe bogacącego się społeczeństwa, jak i działalność ruchów ekologicznych.


70 Bogate miasta Europy Zachodniej w większości postawiły na stopniowe wyprowadzanie ruchu tranzytowego poza centrum. Wszędzie, gdzie to możliwe, dąży się również do ograniczania ruchu samochodowego w śródmieściu. Działania takie są podyktowane nie tylko dbałością o zabytkową architekturę, ale również pragmatyzmem i  oszczędnością. Z ekonomicznego punktu widzenia, dużo tańszym rozwiązaniem jest budowanie obwodnic i inwestycje w transport zbiorowy niż przebudowa i modernizacja starych, wąskich uliczek, często wijących się wzdłuż gęstej zabudowy. Tańsze jest ograniczenie ruchu w  mocno zurbanizowanym centrum niż wyburzanie domów mieszkalnych, aby w ich miejsce budować szerokie arterie komunikacyjne. Praktyczni obywatele zachodniej Europy szybko zrozumieli, że ciche i zielone, zabytkowe centrum starego miasta przynosi dużo większe korzyści (w tym zyski z turystyki) niż udrożnienie systemu komunikacyjnego na tym obszarze. Zamiast burzenia starych kamienic, skupiono się na ich odnawianiu i tworzeniu przyjaznego klimatu dla mieszkańców i turystów. Nadmierna koncentracja spalin, spowodowana wzmożonym ruchem aut i gęstą zabudową, jest szkodliwa nie tylko dla mieszkańców, ale również dla wielu cennych obiektów architektonicznych. To kolejny argument za ograniczeniem ruchu kołowego w  centrach miast. Rosnąca zamożność oraz demokratyzacja życia publicznego sprawiły, że władze miejskie muszą się liczyć z głosem ludzi, którzy nie chcą mieszkać wśród zadymionych ulic w „betonowej dżungli”. Włodarze wielu miast zamożnej Europy zaczęli się szczycić już nie tylko ilością zakładów pracy, ale z  coraz większą dumą podkreślali ekologiczny charakter swoich miejscowości. Wiele postulatów zawartych w rewolucyjnej ongiś koncepcji miasta-ogrodu znajduje dziś swoje rozwinięcie w prawodawstwie unijnym, a zapisy Karty Ateńskiej zostały uaktualnione w 2003 r. (Nowa Karta Ateńska).

A to Polska właśnie

Przemiany polityczne, gospodarcze i społeczne ostatnich kilkunastu lat spowodowały, że również u  nas rozpoczęto modernizację wielu miejscowości w  myśl trendów popularnych w Europie. Dobrym tego przykładem są chociażby długofalowe plany zagospodarowania przestrzennego Wrocławia, zawarte m.in. w uchwale Rady Miasta z 1999 r., czy plany ujęte w „Programie Ochrony Środowiska dla Kalisza – Miasta na prawach powiatu na lata 2004-2011”. W programie dla Kalisza czytamy: „Ograniczenie zasad projektowania zieleni w mieście do aspektu estetycznego, jest niewystarczające. Istnieje potrzeba traktowania elementów zieleni położonej w mieście jako komponentów ekosystemu wychodzącego daleko poza jego granice. Jako nadrzędną formę zieleni w  aglomeracji miejskiej uznać należy układ tworzący system przyrodniczy miasta. Do systemu przyrodniczego miasta włącza się wszystkie powierzchnie biologicznie czynne. Należy dążyć do realizacji koncepcji miasta-ogrodu. Takie miasto-ogród składa się z korytarzy zieleni, łączących większe obszary zielone i parki w obrębie miasta, pas zieleni wokół terenu aglomeracji oraz tereny zielone poza miastem. Łączenie poszczególnych obszarów zielonych korzystnie wpły-

wa na mikroklimat miasta oraz jego estetykę. /.../ Bardzo ważna jest integracja aspektów przyrodniczych z planowaniem przestrzennym”. Uaktywniły się również liczne inicjatywy w miastach, które w przeszłości budowane były w myśl koncepcji miasta-ogrodu. W wielu miejscach rozpoczęto walkę o ratowanie dawnego założenia urbanistycznego i dalsze rozwijanie tej koncepcji. Działania takie widoczne są m.in. w Ciechocinku, Podkowie Leśnej, Puławach, Tuszynie czy Nałęczowie. Jednym z ciekawszych przykładów jest inicjatywa mieszkańców Podkowy Leśnej, którzy z determinacją walczą o  zachowanie pierwotnego charakteru swojej miejscowości. Jeden z autorów opracowania dotyczącego planów wobec miasta, Andrzej Tyszka, postuluje, aby „zatrzymać przyzwolenie dla »nieuchronnej« redukcji obszarów leśnych i obszarów biologicznie czynnych, a  nawet pójść dalej – ustanowić wyższy standard lesistości miasta-ogrodu. Oznacza to wiele trudnych do pojęcia zmian w polityce lokalnej wobec zielonej struktury miasta i zmian w mentalności ogółu obywateli. /.../ Należałoby wprowadzić bezwzględną ochronę wszystkich istniejących enklaw i  pojedynczych okazów oraz biogrup starodrzewu – zarówno na terenach komunalnych, jak i  na prywatnych działkach. /.../ Należy tym okazom i grupom drzew nadać status pomników przyrody, skatalogować je i oznaczyć. Zapewni to bezwzględny zakaz usuwania ich z krajobrazu miasta, a także kaleczenia pod jakimkolwiek pozorem”.

Miasto-dżungla (betonowa)

Niestety, nie wszystkim taka koncepcja jest na rękę. Zawsze znajdą się decydenci, którzy przedkładają krótkowzroczne cięcie kosztów lub szybkie zyski nad długofalowe planowanie, gdzie celem nadrzędnym powinna być jakość życia mieszkańców. Wciąż zbyt wielu samorządowców zapomina o tym, że miasto powinno być dla człowieka, a nie odwrotnie. Stale natrafiamy na działania, które w  imię fałszywie rozumianego postępu prowadzą do zaprzepaszczenia istniejących walorów przyjaznego, zielonego miasta. Również w  moim rodzinnym mieście, Gliwicach, od kilku lat trwa społeczna akcja, która ma na celu powstrzymanie budowy trasy szybkiego ruchu (tzw. Drogowa Trasa Średnicowa) przez gęsto zamieszkałe centrum [pisaliśmy o tym w „Obywatelu” nr 3(29)/2006 – przyp. red.]. Niestety, decydenci postanowili najbardziej zielone miasto Śląska uczynić poboczem czteropasmowej drogi dojazdowej do hipermarketów i  baz logistycznych. Obserwujemy efekt domina błędnych decyzji urbanistycznych. Lokalizacja obiektów o  charakterze generatorów ruchu w  centrum miasta, zamiast na obrzeżach, powoduje narastające problemy komunikacyjne, więc jako remedium oferuje się mieszkańcom trasę średnicową zamiast obwodnicy, z całym jej szkodliwym oddziaływaniem na środowisko i organizm człowieka. Miejmy nadzieję, że rosnąca świadomość i aktywność społeczna obywateli naprowadzi włodarzy miejskich na trop koncepcji miasta-ogrodu. Zarówno w Gliwicach, jak i we wszystkich innych miastach w Polsce. Andrzej Pieczyrak


71

Zrób miasto na zielono

Krzysztof Wołodźko Wioleta Bernacka Skruszyć beton

Na wielkomiejskich osiedlach relacje międzyludzkie nie należą do szczególnie zażyłych. Ludzi zamkniętych w pilnie strzeżonych mieszkaniach nie jednoczy zwykle nic. Zaraz za drzwiami „własnego M”, na klatce schodowej, zaczyna się obce terytorium. A Jacek Powałka nie chciał żyć w takim otoczeniu: niczyim i szpetnym. Pierwsze próby zmiany osiedlowego krajobrazu sięgają 2005 roku. – „Namawiałem wspólnotę mieszkaniową z mojego bloku, żebyśmy wygospodarowali fundusz na obsadzenie otoczenia drzewami i udało się nam posadzić ponad setkę wokół bloku. To są piękne platany, które rosną m.in. wzdłuż Alei Komisji Edukacji Narodowej. Później stwierdziłem, że jest tego troszeczkę mało i że mamy dużo terenów w okolicy, które potrzebują zieleni. I tak się ta akcja rozwinęła. Powstał park na Kabatach, a zaraz po drugiej stronie Alei KEN powstaje drugi. Zaś tej wiosny sadziliśmy drzewa przy Wisłostradzie na Powiślu” – opowiada inicjator akcji. I dodaje: „Zasugerowałem administracji, że część z nas ma te mieszkania na inwestycje i że ich cena wzrośnie, jeśli będzie ładnie zagospodarowana zieleń wokół nich”. Kłopoty z  urzędnikami wynikają z  tego, że część zadrzewianych terenów należy do miasta (od strony północno-zachodniego wyjścia stacji Metra „Kabaty”). Podobno miała tam powstać stacja benzynowa, ale od lat – z powodu procesu o prawo własności gruntu – okoliczni mieszkańcy wydeptywali jedynie ścieżki do metra. Gdy spadały obfite deszcze, plac zamieniał się w błotniste klepisko. Ludzie jakoś żyli w takim otoczeniu, ale chyba nie czuli się w nim najlepiej. Gdy Powałka rozpoczął akcję „Nasz Kawałek Zieleni – inicjatywa rozkosznie nielegalna”, przyłączyło się doń ponad 100 osób. Szpetny kawałek ziemi zmienił się w park. Teraz mieszkańcy Kabat walczą o  jego legalizację. – „Wiosną kończyłem kolejne dosadzenia, aleję kasztanowców czerwonych. Cały czas trwa walka z gminą Ursynów, która absolutnie nie jest skora do współpracy. W  maju dostarczyłem do urzędu ponad 500 pism podpisanych przez sąsiadów: w  sprawie nadania nazwy dla parku, wytyczenia chodnika... – opowiada pan Jacek. – Mam zamiar zorganizować happening pod koniec września. Jak będą ulewy, przejdziemy po tym wielkim błocie w gumiakach, całość nagłośnię w mediach i w tych brudnych butach pójdziemy do urzędu z petycją. Zrobimy bałagan w pięknym, nowym budynku ratusza gminy.

Późną wiosną 2007 r. mieszkaniec warszawskich Kabat, 31-letni menedżer Jacek Powałka, postanowił zmienić swoją okolicę. Zaczął sadzić drzewa. Co prawda nielegalnie, jak później zarzucali mu urzędnicy miejscy, ale przy aprobacie współmieszkańców osiedla. Inicjatywa „Nasz Park” zgromadziła wokół siebie lokalną społeczność. A na bieżąco? Głównie plewienie i przycinanie krzewów. Cały czas prowadzę uzgodnienia z zarządem oczyszczania miasta, część terenu jest w  ich władaniu. Z  nimi współpraca układa się dużo lepiej, spotykamy się co dwa miesiące i ustalamy wspólnie plany nasadzeń, a oni nam pomagają w podlewaniu”.

Zielona wizja kiełkuje

Maciej Kryszyński, jeden z bliskich współpracowników Powałki, uważa, że tego typu akcję mógł rozkręcić tylko człowiek pomysłowy, z wizją i charyzmą. – „Wielu sąsiadów robiło podobne rzeczy na własną rękę, malutkie inicjatywy, na przykład ja z mamą jakieś małe drzewko od czasu do czasu posadziliśmy, ale to były drobne akcje, a Jacek przyszedł i zrobił to z ogromnym rozmachem, wiedział jak nas zjednoczyć”. Gdyby Powałka nie przyjechał z Nowego Sącza do Warszawy, nie sprowadził się na Kabaty, ludzie nadal wydeptywaliby zabłocony placyk. A dziś nie tylko rosną tam drzewa, ale w planach jest także chodnik (na początek również nielegalny), który ma rozwiązać problem zabłoconego obuwia i odzieży. Kryszyński żałuje jednak, że inicjatywa nie zbliżyła miejscowych tak bardzo, jak tego pragnął – choć trudno w rok czy dwa zapobiec skutkom wieloletniego wyobcowania i braku żywych więzi sąsiedzkich. – „Zaangażowali się głównie sąsiedzi, zdarzało się, że przychodzili ludzie, którzy mieszkają po drugiej stronie Kabat, a spodobała im się inicjatywa i zgłaszali się z czystej chęci pomocy. Ale spodziewałem się, że będzie z tego coś więcej, jeśli chodzi o relacje


72 międzyludzkie. A to okazało się zrywem, który wszyscy bardzo pozytywnie oceniali, ale nic więcej nie wyszło. Większość osób przychodziła, chciała się dorzucić, chwilę popracować z nami – ale jakby dalej trzymają się swoich spraw” – opowiada. Jacek Powałka jest większym optymistą. – „Myślałem, że dobrze jest być anonimowym, ale absolutnie zmieniłem zdanie na ten temat. Ludzie, jeśli podejdzie się do nich właściwie, są mili, serdeczni i z reguły dobrzy. Oni między sobą rozmawiają o tym parku, plewią, wiele rodzin przychodzi z wiadrem podlewać swoje drzewa. To jest ich park i ich drzewa. To jest drzewko ich córki, więc muszą go pilnować, doglądać. Oswoiliśmy ten teren. Zauważyłem też, że zmobilizowaliśmy ludzi, którzy nie zbierali odchodów po swoich pieskach – teraz jest im głupio, gdy ktoś patrzy. Nie ma też zniszczeń, wszyscy o to dbamy, czujemy, że to wspólne...” – opowiada.

Myśl globalnie, zadrzewiaj lokalnie

Ludzie, którzy napadli na trawnik. Grupa Pewnych osób z Łodzi. © www.gpo.blox.pl

Park ma swoją stronę internetową (www.naszpark.pl), powstają też plany na przyszłość – jak te związane ze wspomnianym chodnikiem na zadrzewionym placyku. Bo jeśli tyle z tym kłopotów, to projekt musi być tego wart. Nielegalny chodnik na Kabatach będzie albo z kostki granitowej (jak na plaży Copacabana w Rio de Janeiro), albo nawiąże stylem do chodnika Gaudiego z Barcelony. Najprawdopodobniej we wrześniu ruszy zbiórka pieniędzy, poprzedzona okolicznościowym, drugim już piknikiem mieszkańców Kabat. Kontynuowane będą starania o legalizację parku. Gmina chce jednak wydzierżawić swoją część za – bagatela – blisko 50 tysięcy złotych rocznie! – „Stwierdzili, że mogą ją jedynie wydzierżawić. Żadnych inwestycji tam nie będą robić, a po okresie dzierżawy mam przywrócić teren do stanu pierwotnego w ciągu dwóch tygodni. To co, mam wyciąć drzewa?! I co, mam płacić za to, że my – mieszkańcy Ursynowa, chodzimy sobie po parku?! Jakieś zupełne pomieszanie z poplątaniem, które tylko urzędnik potrafi wymyślić” – Powałka nie kryje oburzenia.

Jego filozofia życiowa bliska jest hasłu „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Ma w planach dużą akcję, która przypomniałaby Polakom, że warto dbać o obejścia wokół domów. Przez ostatni rok mieszkał w Irlandii i obserwował, jak tam dba się o zieleń. – „Jak pięknie może wyglądać żywopłot, zwykły żywopłot. Doszedłem do wniosku, że warto jest zrobić taką akcję; negocjuję w tej chwili warunki z dużą firmą billboardową i TVP, żeby ruszyć z  kampanią »Pamiętajmy o  ogrodach«, w  ramach której m.in. będę dzielił się własnym doświadczeniem, udostępnię też infolinię i  stronę internetową po to, żeby zawiązywały się takie małe grupki w społecznościach lokalnych, żeby ludzie zebrali się i posadzili wokół siebie parę drzew” – opowiada.

Więcej trawy!

Przykład warszawskich Kabat, choć najgłośniejszy, nie jest jedyny. Ludzie chcą zieleni wokół siebie, tyle że często brak im wiedzy i pomysłów, jak zacząć działać. Rzadko też mogą liczyć na sensowną pomoc lokalnych władz. Jacek Powałka opowiada, że dzwonili do niego ludzie z Kielc, którzy planują podobne działania. Z  oddolnej inicjatywy powstały w ostatnich latach zielone projekty m.in. w Koszalinie (tzw. park dostępny na „bezpańskim gruncie”) czy w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie mieszkańcy własnym sumptem odnowili i zagospodarowali staw przy ul. Błotnej. Chlubnym przykładem współpracy mieszkańców i władz jest program „Zielone podwórka Szczecina”, w ramach którego samorząd zwraca wspólnotom mieszkaniowym znaczną część kosztów ponoszonych na tworzenie terenów zielonych i towarzyszącej im infrastruktury (jak np. ławki). Warte uwagi są także projekty nieformalnej, otwartej inicjatywy działającej na rzecz zmiany wizerunku Łodzi, określającej się jako Grupa Pewnych Osób (www.gpo.blox.pl). – „Pierwszą akcją było posianie trawy. Rzecz była trochę »tajniacka«, zrobiliśmy ją w  nocy, w  kilka osób. Potem zrobiliśmy drugą i było ok. 20 osób. Później razem z »Gazetą Wyborczą«


73 zrobiliśmy akcję, by mieszkańcy zgłaszali trawniki, o które trzeba zadbać – nadeszło bodaj 108 zgłoszeń, które ujęliśmy w specjalnym zestawieniu. Są tam zdjęcia trawników, opisy i informacje o tym, co można by zrobić, żeby było lepiej” – opowiada Szymon z GPO. Warto podkreślić, że Pewne Osoby rzadko podają nazwiska. Jak wyjaśniają, chcą uniknąć podejrzeń, że chodzi im o cokolwiek poza poprawą jakości życia w ich mieście.

Nie tylko zieleń

Oddolne akcje na rzecz miejskiej estetyki nie ograniczają się do urządzania i pielęgnowania terenów zielonych. Przykładowo, na warszawskim Mokotowie wolontariusze koordynowani przez Społeczność Chrześcijańską „Puławska” zaopiekowali się jednym z  ogródków jordanowskich: uprzątnęli trawniki, pomalowali ławki, furtki oraz piaskownice, umyli okna w komendzie policji oraz okoliczne witryny sklepowe. – „Mamy świadomość, że w ciągu tego tygodnia Mokotów ani nie stał się czysty, ani ładniejszy, ale udowodniliśmy, że jeśli się chce, to można bezinteresownie pomagać” – tłumaczył Dawid Wawrzyniak, koordynator akcji. Z kolei w Bielsku-Białej anonimowi mieszkańcy zorganizowali pomysłowy happening. Na jednej z kamienic umieścili tablicę z napisem „Uwaga, tu zostawiaj swoje śmieci”, stanowiącą ironiczny komentarz do istnienia dzikiego wysypiska w bezpośrednim sąsiedztwie starówki – i tolerowania tego faktu przez urzędników. Tablica została zdjęta, a odpady nadal były składane. Powtórzenie prowokacji przyniosło jednak efekt – wokół sprawy zrobił się szum i ulica została błyskawicznie posprzątana. Także wspomniana już GPO podejmuje wiele akcji na rzecz przywrócenia porządku i czystości w przestrzeni publicznej. Jedną z nich jest inicjatywa „Usuń bohomaz telefonem”, której celem jest szybkie i  skuteczne usuwanie wulgarnych i grafomańskich napisów ze ścian budynków. Jak przekonują Pewne Osoby, regularne interwencje powodują, że wandale rezygnują ze swej działalności. Uświadamiają też łodzianom, że zarządcy nieruchomości, zgodnie z miejskim regulaminem utrzymania czystości i porządku, mają obowiązek usuwania w ciągu 24 godzin napisów, rysunków, reklam z elewacji budynków i innych miejsc publicznie użytecznych. Kampania ma przekonać ludzi, że warto w podobnych przypadkach interweniować u Straży Miejskiej. Oprócz tego Grupa popularyzuje m.in. pomysł na „kulturalny remont”, zgodnie z którym w czasie renowacji zabytkowych budynków teren wokół nich powinien być zasłonięty w gustowny sposób. W ten sposób udało się ocalić przed wizualnym bałaganem Ławeczkę Tuwima na ul. Piotrkowskiej: remontowane budynki przykryto 20-metrowym bannerem z panoramą miasta. Z kolei akcja „Betonem w beton” wymierzona jest w urzędniczą indolencję w kwestii ścieżek rowerowych. Którejś nocy ludzie z GPO naprawili krawężniki przy delegaturach Urzędu Miasta – w trosce o estetykę, ale i  zdrowie cyklistów (zbyt wysokie krawężniki nie tylko narażają sprzęt na zniszczenie, ale i grożą wypadkami), oraz by zawstydzić urzędników. Koszt naprawy 10 krawężników nie przekroczył 100 złotych... – „Czy na taką sumę trzeba rozpisywać przetarg, czy wystarczy odrobinę dobrej woli ze strony odpowiednich służb?” – pytają na swoim blogu aktywiści.

Zróbmy to razem

Pomysł Grupy na miasto to większa dbałość o dobro wspólne. Zaangażowanie w  oddolne działania na rzecz miejskiej estetyki wiążą z  aktywnością obywatelską. A z tą wciąż jest kiepsko, choć – zdaniem Szymona – nieco lepiej niż przed paroma laty. – „Większości osób brakuje przeświadczenia, że ich zgłoszenia do nas, Straży Miejskiej, policji, przyniosą jakiś skutek. Zazwyczaj ludzie są przekonani, że ich sprawa czy zgłoszenie idzie na marne i że to wszystko nie ma sensu. Z takimi opiniami spotykaliśmy się cały czas i spotykamy nadal. Ale gdy dwa lata temu zaczynaliśmy naszą działalność od zrywania nielegalnych plakatów i zamalowywania billboardów, odzew w ogóle był mierny. A teraz jest już lepiej i coraz więcej osób chce się angażować” – cieszy się. Inicjatywa, zapoczątkowana przez kilka osób (poznały się m.in. na lokalnych forach dyskusyjnych) rozrasta się w coś w rodzaju zdecentralizowanego ruchu społecznego, wymieniającego się pomysłami w Internecie. Grupa Pewnych Osób nie ma wielkich złudzeń wobec współpracy z urzędnikami miejskimi. – „W kwestii trawników jest tyle zmian prawnych, których wprowadzenia byśmy chcieli... Najlepiej byłoby zmienić cały system dbania o  trawniki, zieleń i  małą architekturę (ławki, klomby, skwerki itd.) w Łodzi, ponieważ on tak naprawdę nie istnieje. Pierwszy krok został poczyniony w ramach doraźnej Komisji ds. Czystości, która działała jakiś czas temu, radni postulowali trochę rozwiązań. Czy zostaną jednak wprowadzone przez prezydenta? Urząd Miasta jest głuchy na propozycje płynące z zewnątrz, choć trochę się to zmienia na lepsze” – mówi Szymon. Również Maciej Kryszyński żałuje, że nie można w większym stopniu polegać na własnym mieście, które traktuje mieszkańców jak intruzów. – „Wiele naszych pomysłów rozbija się o pieniądze i relacje z władzami miasta, które zupełnie nie chcą się zaangażować – a my z własnej kieszeni nie możemy robić tych bardziej ambitnych rzeczy. Wkład własny był do tej pory ogromny. Mnóstwo pieniędzy dali ludzie, prawie w całości nasze inicjatywy zostały sfinansowane w ten sposób. A urzędnicy miejscy? No cóż, po jednym artykule przyszła ekipa, która posprzątała park, ładnie skosiła trawkę i to wszystko. To, co zrobili, należało do ich zadań już wcześniej, po prostu awanturami musieliśmy to wyegzekwować”.

Tubylcy betonu?

Na dobrą sprawę starania mieszkańców Kabat czy łódzkiej Grupy Pewnych Osób powinny być czymś oczywistym dla każdego, kto żyje w wielkim mieście. Zarówno dla „szarego człowieka”, jak i dla decydentów. Szymon zdaje sobie sprawę, że w rzeczywistości starają się wcielić w życie „program minimum”: „Chcemy, aby mieszkańcy Łodzi czy Polski zaczęli myśleć o  otoczeniu, żeby dbanie o  estetykę i  czystość nie kończyło się wraz z zamknięciem drzwi własnego mieszkania, ale by rozszerzyło się na swój blok, trawniki, na psie odchody. Nie mamy zbyt dużych wymogów: chcemy, żeby było w miarę czysto, żeby była czysta kostka brukowa, jednolita architektura jeśli chodzi o centrum, mniej brudne okolice poza śródmieściem”. Krzysztof Wołodźko, Wioleta Bernacka


74

z polski rodem

Zielona partyzantka miejska

Florence Clombe

Nawet w zamożnych miastach bez trudu można znaleźć miejsca, które aż kłują w  oczy: zapuszczone skwery, stare składowiska, ohydne osiedlowe placyki. Dla lokalnych władz urządzanie nowych terenów zielonych, zwłaszcza niewielkich, zazwyczaj znajduje się daleko na liście priorytetów – a  nawet jeśli tak nie jest, postępuje ono bardzo powoli, ze względu na konieczność tworzenia kosztownych opracowań, spory kompetencyjne, długotrwałe procedury biurokratyczne... Niektórzy obywatele nie mają tyle cierpliwości, dlatego sami wybierają miejsca warte „zazielenienia” i – nie pytając nikogo o zgodę – w jedną noc dokonują tego, co urzędnikom zajęłoby miesiące czy lata. Widok pięknych nowych rabatek czy szpalerów krzewów, a  także dreszczyk emocji towarzyszący tym nie do końca legalnym akcjom, sprawiają, że „ogródkowi partyzanci” szybko znajdują naśladowców.

ekonomiczny początku lat 70. W tym samym czasie, gdy krajobraz mniej zamożnych dzielnic miasta szpeciły liczne opuszczone działki, np. po wyburzonych budynkach, mieszkańcom doskwierał niedostatek ogólnodostępnych przestrzeni oraz zieleni. „Zieloni partyzanci”, jak sami się określili, rozpoczęli liczne akcje, m.in. porządkowali i obsadzali roślinami zapuszczone zakątki oraz szturmowali opustoszałe, ogrodzone działki za pomocą balonów wypełnionych nasionami, wodą i  nawozem, pokazując, że tego typu aktywizm może być jednocześnie zabawą. W końcu doprowadzili do powstania kilku ogrodów służących lokalnym społecznościom, a miejskie władze z czasem zatwierdziły ich status. Współczesnym kontynuatorom tej tradycji rzadziej dana jest możliwość działania na równie dużą skalę. Ceny miejskich gruntów są tak wysokie, że trudno o większe wolne przestrzenie, które nie zostałyby błyskawicznie zabudowane. Dlatego na celowniku „ogródkowych partyzantów” znalazły się zaniedbane rabatki miejskie, wysepki rozdzielające jezdnie, pasy terenu przy torach lub obrzeża parkingów samochodowych. Jednocześnie poszerzył się wachlarz powodów, dla których ludzie podejmują się nielegalnego sadzenia roślin. Podczas gdy część osób twierdzi, że swoimi akcjami chcą przywrócić właściwie znaczenie słowu „przestrzeń publiczna”, samemu ją współtworząc, bądź też wyrazić swój sprzeciw wobec polityki lokalnych władz, inni dają wyraźnie do zrozumienia, że podczas samowolnego tworzenia kwietników ideologia nie jest dla nich najważniejsza.

Buntownicy nie bez powodu

Fajnie być partyzantem!

Na całym świecie nowy rodzaj miejskiej partyzantki przejmuje kontrolę nad coraz większymi obszarami aglomeracji. Uzbrojeni w łopaty i konewki, rewolucjoniści próbują wywoływać lokalne powstania przeciwko zbyt małej ilości zieleni w przestrzeni publicznej.

Inicjatywy społeczne polegające na samowolnym sadzeniu roślin na nie swoim – bo publicznym lub prywatnym – gruncie biorą się z rozmaitych motywacji i mają bardzo różną skalę. W 1969  r. stworzenie ogólnodostępnego parku na działce należącej do Uniwersytetu Kalifornijskiego było manifestacją polityczną – tak radykalną, że na polecenie gubernatora Ronalda Reagana Gwardia Narodowa brutalnie rozpędziła studentów (co ciekawe, park ostatecznie przetrwał i  istnieje do dziś). Z kolei działania młodych nowojorczyków pod wodzą malarki Liz Christy, były jedną z reakcji na kryzys

Większość uczestników współczesnego zrywu zapewne nie ma świadomości, że swoimi działaniami wpisuje się w pewien szerszy trend kulturowy. Przykładem mogą być grupy sąsiadów, które nie oglądając się na żadne regulaminy obsadzają kwiatami czy krzewami fragmenty swoich osiedli. Jednocześnie rosną szeregi „świadomych” partyzantów, którzy regularnie uczestniczą w różnego rodzaju akcjach. Kilka tysięcy z nich stworzyło społeczność skupioną wokół strony www.guerrillagardening.org, będącej wirtualnym miejscem spotkań w celu wymiany doświadczeń oraz tablicą ogłoszeniową dla aktywistów z  poszcze-


bnd Al Pasternak

75

gólnych miast. Ludzie ci, w większości dość młodzi, nocami wybierają się poza miejsce swojego zamieszkania i – narażając się na brak zrozumienia ze strony policji czy przypadkowych przechodniów, czasem uciekających się nawet do rękoczynów – sadzą rośliny kupione za własne pieniądze, a następnie regularnie je pielęgnują. Po co? Wielu partyzantów traktuje swoją działalność jako pole do ekspresji artystycznej. Z dumą podkreślają, że ich kwiatowe kompozycje są po prostu ładniejsze niż komunalne odpowiedniki. A niejeden mówi wprost: zielona partyzantka to ciekawszy sposób spędzania czasu niż kolejny wieczór w barze czy przed telewizorem, a że przy okazji można zrobić coś pożytecznego – tym lepiej! Również Richard Reynolds, twórca wspomnianej strony internetowej, uważany za jednego z ideologów ruchu, który w swojej książce ogródkową partyzantkę mocno na wyrost stawia w  jednym szeregu m.in. z  ruchem brazylijskich chłopów walczących o przyznanie im ziemi uprawnej, działa przede wszystkim dla przyjemności: po prostu kocha rośliny. Wyjaśnia, że skoro poza właścicielami prawie nikt nie ma możliwości oglądać przydomowych ogródków, wysiłek wkładany w ich pielęgnację jest w  dużej mierze marnowany. Tym bardziej, że w  dużych miastach istnieje bardzo wiele miejsc publicznych, które mogą cieszyć oczy wszystkich, także tych, którzy nie posiadają własnego kawałka ziemi. W  wywiadach deklaruje zrozumienie dla oficjalnych instytucji, które małą aktywność w dziedzinie upiększania przestrzeni tłumaczą brakiem środków. Jego zdaniem najlepiej będzie, jeśli zajmą się one przede wszystkim sprawami, które są zbyt trudne dla samych obywateli – i  nie będą przeszkadzały im w pozostałych. – „Nie jestem eko-wojownikiem, po prostu lubię ładne ogródki i chcę, żeby pozwolono mi w spokoju się nimi zajmować” – mówi Reynolds. Przekonuje przy tym, że pytanie władz o pozwolenie na założenie klombu to strata czasu – tym bardziej, że nie można przecież uznać upiększania i pielęgnowania terenów, choćby nie miało się do nich tytułu

prawnego, za działanie przynoszące komukolwiek szkodę. Jego słowa potwierdza fakt, że w wielu miejscach świata policja i  urzędnicy nie potrafili udowodnić „ogródkowym partyzantom”, że łamią prawo.

Bunt ustateczniony?

Niektórzy krytykują ten ruch z jego militarnym sznytem (użytkownicy wspomnianej strony mają nawet swoje numery identyfikacyjne), uznając go za snobistyczną wielkomiejską modę. Coś w tym jest, o czym świadczyć może choćby fakt, że jedna z międzynarodowych firm produkujących obuwie sportowe wykorzystuje motyw nielegalnego sadzenia roślin w swojej kampanii reklamowej. Ale nawet jeśli większość radykalnych ogrodników w istocie traktuje swoją „walkę” powierzchownie i z czasem się nią znudzi, to czy powinniśmy się tym martwić? Choć część ogródków czy klombów jest niszczona bądź rozkradana, te, którym udaje się przetrwać, stają się trwałym efektem powstańczego zrywu. Co więcej, odnotowano niejeden przypadek, gdy partyzancka akcja ośmieliła mieszkańców do rozpoczęcia upiększania swojej okolicy, która z czasem zmieniła się nie do poznania. Ponadto, część „oddziałów” przekształciła się w mniej lub bardziej formalne inicjatywy lokalne o celach znacznie szerszych niż samo sadzenie roślin, a niektóre miasta pod wpływem partyzantów stworzyły specjalne programy wspierania oddolnych inicjatyw na rzecz przestrzeni publicznej. Czy to mało? Reynolds przekonuje, że działalność ogrodników może być doskonałym impulsem do refleksji nad wspólną przestrzenią, której gospodarzami wcale na co dzień się nie czujemy. Jeden z  partyzantów tak tłumaczy sens guerilla gardeningu: „Jeśli ktoś uznaje, że warto co jakiś czas odświeżyć ściany w  swoim salonie, to powinien także odświeżyć klomby w swoim sąsiedztwie – w końcu mieszkamy w jednym i drugim”. Florence Clombe tłum. Michał Sobczyk


76

IRONEZJE

ENCYKLOPEDIA WYRAŻEŃ

Jak dobrze satyrykiem być! Satyryk – nie zawód! To stan ducha... co wywoływać go nie trzeba – paszkwilem też potrafi wzruszyć duszę z pointą – też zaprzeda... Ażeby poczuć własną względność zali to szkoła humoru ważne by z plebsem wadzić o lepsze i... mieć uznanie od dworu. Z kpiarzy elity dowcipniś – wdzięk ptasi jego pamiętam kabaret klik – plik dowcip – znikł „Happy birthday to you...” i był – tele-Drozd – dla prezydenta... I jeden patriot-prześmiewca śnił, że on – ziemi tej solą! Chciał! Wpadł! W McŚwiat i... jest jej – hamburgerem & colą. Onegdaj wieszcz – dzisiaj błazen zgłębiając upadku przyczynę – bywało wysoko – do ludu dziś oko :) posuwając się – na wazelinę... Wizje – całe – czarno-białe a – częściowe – kolorowe – – więc na drzewach zamiast liści – zadyndają – humoryści-daltoniści! ........................................................ Satyryka czekają nagrody – Złote Pióro, Czerwona Róża świątyń tajnych kuszące dagoby Ba! Ponad nim unosząca się Muza... Pean, fraszka, epitafium czy liryk – czyjeż pióro tu bardziej właściwe?! Wszak poeta – (wiadomo) – to nieudany satyryk... Odwrotne twierdzenie – fałszywe!

MAKABRYCZNYCH

14. Wymię ojca Wyobraź sobie czytelniku, nawet jeśliś niewiastą, żeś chłop na schwał, co się zowie – z jajami. Jak się rozsierdzisz, to mury pękają i strach się bać. Słowem – archetyp dziarskich antenatów. I oto nagle jakiś śmierdzący skunks śmie twierdzić, żeś za komuny kapował do SB. Jasne, że wpadasz w szał, boś wszak niewinny jak dziecięca łza. Wszelako – jako nastojaszczyj katolik nawet byś mu wybaczył, ale ta cholera pysk sobie wyciera nadobnym imieniem twojego rodziciela. Twierdzi mianowicie, żeś swe kapuściane meldunki podpisywał właśnie jego imieniem i to w poufałym zdrobnieniu. No, to już się po prostu nie mieści w Pale, jakby rzekł Radovan Karadžić. A więc dlaczego, łotrze mój najmilszy, tę obrzydliwą okoliczność przemilczasz? Hę? Może więc zatem, milasku, tyś jednak coś przeskrobał? Może jako biedny, zacukany młodziak dał żeś się zastraszyć i  potulnie bezpiece barankowałeś? A  kiedy przypominający robota tajniak spisywał na Arkusz twe dane, zapomniałeś języka w gębie i dałeś sobie wpisać pierwsze lepsze pseudo, jakie wpadło do mózgownicy ubekowi tępo gapiącemu się na twoje personalia? I o tatusiu zapomniałeś, infamię na jego imię bezmyślnie sprowadziwszy? No tak, ale kiedy pierwszy przestrach minął i już się trochę z tym kapowaniem otrzaskałeś, było kilka lat, aby kryptonim wymienić. Coś tu się kupy nie trzyma. Bo może ty, robaczku, strasznie ambitny jesteś, rozsadza cię ochota, aby działać, na coś wpływać, jak najwięcej znaczyć? Może ty gadatliwy jesteś i słowotok z twej gębusi płynie żadną miarą mowy wiązanej nie przypominający? A jak twoją gadkę specjalista na papier spisze, to sam siebie dopiero rozumiesz? Może ty tak gorąco się uwielbiasz, żeś nie byle jakim TW chciał zostać, ale więcej niż AW i podpowiadałeś organom, jak zwodnicze akcje wobec ciemnych mas pracujących prowadzić? Możeś ty tak pyszny jak tłustoczwartkowy pączek i istotę świętą, przed którą w modlitwie chylą głowy pątnicy po setkach kilometrów w pyle polnych dróg, na szpilce prowadzasz, iżby ci wiernie służyła? No, skoro tak, skoro taka u  ciebie wysoka samoocena, a miliardy ludzi u twych stóp, toś ty wcale niczego nigdy się nie wstydził. Toś ty był dumny z tego kapowania w imię własnego ojca, zaimponować mu chciałeś, żeś taki ważny, że kierujesz, władasz, co powiesz to się stanie. To, że imię jego wybrałeś, nazywa się mechanizmem projekcji i identyfikacji. Bardzo prorodzinny jesteś, smętna dziecino. A że je poufale zdrobniłeś... Cóż – skoro nawet istoty świętej należycie nie uszanujesz, to i  tatkę własnego lekceważysz. I  nawet o  zgodę na posługiwanie się jego imieniem pewnie nie zapytałeś. Dlatego tę arcyważną okoliczność w rozpaczliwej i butnej swej obronie pomijasz! Paplo Maruda

Tadeusz Buraczewski

P. S. AW – Agent Wpływu.


gruba rura

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Jeffrey Kaplan Już dziesięć lat później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Samochody dominowały na ulicach miast, w większości domów były żarówki, elektryczne żelazka, odkurzacze. W domach zamieszkanych przez wyższą klasę średnią standardem były pralki, lodówki, tostery, lokówki do włosów, elektryczne ogrzewacze czy maszyny do prażenia kukurydzy. I chociaż pierwsza komercyjna rozgłośnia radiowa zaczęła nadawać dopiero w  1920 r., społeczeństwo amerykańskie, ze 122 milionami dorosłych obywateli, w samym tylko 1929 r. kupiło prawie 4,5 miliona radioodbiorników. Jednak pomimo tej potężnej fali nowych produktów i rosnącego apetytu na ich nabywanie, szefowie przedsiębiorstw byli mocno zaniepokojeni. Obawiali się, że trudno będzie zmienić typowy dla ówczesnych Amerykanów oszczędny styl życia. Jeszcze bardziej groźną wydawała się realna perspektywa, że wzrost mocy produkcyjnych przekroczy tempo, w jakim obywatele będą nabywać nowe przedmioty w przekonaniu, że są im one niezbędne. Właśnie to ostatnie zagrożenie było główną motywacją do napisania w 1929 r. przez dyrektora General Motors Research, Charlesa Ketteringa, artykułu pod znamiennym tytułem: „Konsument musi być niezadowolony”. I  bynajmniej nie było celem tego artykułu namawianie producentów do wytwarzania bubli, które po niedługim czasie nadawałyby się jedynie na śmietnik. Wyrażając poglądy szerokiej rzeszy kapitalistów, Kettering zdefiniował w  nim strategiczny zwrot w  filozofii funkcjonowania amerykańskiego przemysłu: produkcja dla zaspokajania potrzeb ludzi miała ustąpić miejsca ciągłemu tworzeniu nowych potrzeb, które zastępowałyby te już zaspokojone. Z kolei w wywiadzie udzielonym w 1927 r. czasopismu „Nation’s Business”, minister pracy James J. Davis przytoczył kilka obrazowych wskaźników, aby zilustrować problem nazwany przez „New York Times” „nasyceniem potrzeb”. Davis zauważył, że „działające w  kraju fabryki odzieżowe w  ciągu zaledwie pół roku normalnej pracy są w stanie wyprodukować taką ilość ubrań, która zaspokoi potrzeby mieszkańców”, a  tylko 14% amerykańskich fabryk obuwia byłoby zdolne wytworzyć tyle par butów, ile Amerykanie kupują w  ciągu roku. W  komentarzu do tego wywiadu dziennikarze stwierdzili, że „można sobie ła-

Prywatne samochody były w roku 1919 rzadkością, a ludzie przemieszczali się głównie za pomocą dorożek. W dzielnicach mieszkalnych królowały lampy gazowe, elektryfikacja posuwała się bardzo powoli. Energia elektryczna w prywatnych domach była luksusem dostępnym jedynie dla najbogatszych. two wyobrazić sytuację, w  której zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych ludności świata wymagałoby zaledwie trzydniowego tygodnia pracy”. Nietrudno się domyślić, że szefowie firm i  właściciele fabryk wykazywali niewielki entuzjazm wobec wizji społeczeństwa, które nie byłoby zorganizowane wokół celu, jakim jest produkcja dóbr materialnych na jak największą skalę. Z ich punktu widzenia, prowadząca do oszczędności pracy ludzkiej mechanizacja przemysłu była nie tyle szansą na wyzwolenie człowieka, co poważnym zagrożeniem dla ich pozycji w systemie sprawowania władzy. John E. Edgerton, przewodniczący Krajowego Zrzeszenia Producentów (National Association of Manufacturers – NAM), wyraził typowy dla swojej grupy społecznej pogląd w następującej deklaracji: „Opowiadam się całym sercem za rozwiązaniami, które uczynią pracę bardziej przyjemną, ale jednocześnie sprzeciwiam się wszelkim zmianom, które mogą doprowadzić do dalszego podważania jej znaczenia. Główny akcent powinien zostać położony na pracę – więcej lepszej pracy”. Jego zdaniem, „nic nie przyczynia się bardziej do powstawania radykalnych nastrojów niż niezadowolenie z życia – chyba, że czas wolny”. W końcówce lat 20. elitom politycznym i gospodarczym w  Stanach Zjednoczonych udało się znaleźć sposób na to, by zredukować zagrożenia związane ze stagnacją gospodarki i  radykalizacją klasy robotniczej. Odpowiedzią była „Ewangelia Konsumpcjonizmu” (określenie jednego z  konsultantów współpracujących z  przemysłem), z  jej podstawowym założeniem, że da się ludzi prze-

77


78 konać do tego, iż niezależnie jak wiele posiadają, jest to wciąż za mało. Powołana przez prezydenta Herberta Hoovera w 1929 r. Komisja ds. Aktualnych Przemian Gospodarczych w swoim optymistycznym raporcie tak podsumowała efekty wprowadzania w życie tej filozofii: „Dzięki reklamie i innym działaniom promocyjnym /.../ możliwy był znaczący wzrost produkcji, co pozwoliło wykorzystać dotychczas zamrożone zasoby kapitałowe”. W  raporcie stwierdzono z  nieskrywaną satysfakcją, że doszło do jakościowego przełomu w  rozumieniu i  wykorzystaniu mechanizmów rynkowych: „Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego, możliwości stojące przed nami są praktycznie nieograniczone. Wynikają one z ciągłego nienasycenia, z tego, że zaspokojenie dzisiejszych żądz skutkować będzie zawsze natychmiastowym powstaniem nowych”. W dzisiejszych czasach dewiza „pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” jest powszechnie akceptowanym sposobem na życie i  funkcjonowanie w  społeczeństwie. Zastępowanie pracy ludzkiej coraz doskonalszymi maszynami jedynie przyspieszyło ten trend. Nie ulega wątpliwości, że zastosowanie maszyn i nowoczesnych technologii może prowadzić do oszczędności pracy, ale jedynie wówczas, gdy przestają one pracować w momencie zaspokojenia naszych potrzeb. Innymi słowy, automatyzacja daje ludziom możliwość krótszej pracy, możliwość, którą jako społeczeństwo każdego dnia odrzucamy. Tym samym dajemy właścicielom owych maszyn przyzwolenie, by to oni definiowali ich funkcję, którą ma być nie redukcja pracy, lecz „wyższa wydajność” i  wynikający z  niej wprost imperatyw konsumpcji wszystkiego, co cały ten system jest w stanie wytworzyć. Już w pierwszych dniach Ery Konsumpcjonizmu znaleźli się ludzie, którzy poddawali ją ostrej krytyce. Jednym z  najbardziej wpływowych był Arthur Dahlberg, którego wydana w 1932 r. książka pt. „Jobs, Machines, and Capitalism”, była bardzo dobrze znana decydentom w Waszyngtonie. Pisał on, że „niemożność skrócenia dnia pracy /.../ jest podstawową przyczyną nierówności szans, nadmiernego rozwoju przemysłu, ogromnych strat czasu i wysiłku w związku z ciągłą konkurencją, potężnego wpływu reklamy oraz naszego imperializmu gospodarczego”. Ponieważ znaczna część produkcji nie miała już na celu zaspokojenia podstawowych potrzeb społeczeństwa, czterogodzinny dzień pracy, według Dahlberga, stawał się koniecznością, by uniknąć stoczenia się społeczeństwa w katastrofalny materializm. Utrzymanie dnia pracy w dotychczasowym wymiarze, w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, prowadzi jego zdaniem do tego, że chęć zysku staje się „zarówno twórcą, jak i narzędziem zaspokajania potrzeb duchowych”. Nie mogąc znaleźć innych sposobów powiększania zysku, przemysł „zaczyna pakować mydło w piękne pudełka, wmawiając nam, że jest ono balsamem dla duszy”. Przez pewien czas istniała wizjonerska w  swojej istocie alternatywa dla Ewangelii Konsumpcjonizmu. W 1930 r., Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy. Prezes firmy Lewis Brown i jej właściciel W. K. Kel-

logg wskazywali, że „system czterech zmian sześciogodzinnych /.../ zamiast trzech ośmiogodzinnych, zapewni pracę i tym samym źródło utrzymania dodatkowym trzystu rodzinom żyjącym w Battle Creek”. Kroki podjęte przez dyrekcję firmy spotkały się z oczywistym poparciem załogi, zwłaszcza, że kraj bardzo szybko staczał się w Wielki Kryzys. Jednak, jak wskazuje Benjamin Hunnicutt w swojej książce „Kellogg’s Six-Hour Day” (Sześciogodzinny dzień Kellogga), wizja Browna i  Kellogga sięgała dalej niż do stworzenia dodatkowych miejsc pracy. Mieli oni mianowicie nadzieję wykazać, że „swobodna wymiana towarów, usług i pracy w warunkach wolnego rynku nie musi skutkować bezmyślną konsumpcją, wyzyskiem ludzi czy nieograniczoną eksploatacją środowiska naturalnego”. Ich marzeniem było „wyzwolenie robotników poprzez stopniowe skracanie dnia pracy i wzrost płac, by ostatecznie osiągnęli oni wolność obiecaną w Deklaracji Niepodległości – dążenia do szczęścia”. Oczywiście zmiany wprowadzane w  firmie nie oznaczały rezygnacji z  zysków. Jej kadra zarządzająca była po prostu przeświadczona, że kobiety i mężczyźni zatrudnieni w zakładzie będą pracować znacznie bardziej efektywnie w  cyklu krótszych zmian. Spodziewano się też, że zatrudnienie większej liczby ludzi spowoduje wzrost siły nabywczej lokalnej społeczności i, co z  tym związane, konsumpcji dóbr, włączając w  to produkowane przez Kellogga płatki owsiane i kukurydziane. Krótszy dzień pracy łączył się z  obniżeniem całkowitych wynagrodzeń pracowników. Aby to złagodzić, Kellogg zdecydował się podwyższyć stawkę godzinową, wprowadził też system premii, które miały zachęcić ludzi do bardziej wydajnej pracy. Zlikwidowano przerwy na lunch, wychodząc z założenia, że pracownicy będą woleli przepracować swoje skrócone zmiany i wracać jak najszybciej do domów. W  wysłanym do każdego pracownika liście, Brown podkreślał rolę „dochodu psychicznego”, związanego z  „radością płynącą z  przebywania w  domu, cieszenia się jego otoczeniem, zadowolenia z  wykonywanej pracy, życzliwości sąsiadów, a także tych wszystkich przyjemności, które trudno przeliczyć na dolary i  centy”. Dłuższy wypoczynek i  większa ilość wolnego czasu, wyrażał nadzieję, doprowadzą do „wyższych standardów w szkołach oraz życiu publicznym”, co z kolei umożliwi firmie „pozyskiwanie nowych pracowników z porządnych środowisk i dobrych dzielnic”. Była to atrakcyjna wizja, i co ważniejsze, sprawdzała się. Nie tylko firma kwitła, ale jak odnotowywali dziennikarze gazet takich jak „Forbes” czy „Business Week”, zdecydowana większość pracowników zatrudnionych w Kellogg’s bardzo pozytywnie przyjęła krótszy tydzień pracy. Jeden z nich opisywał, że zmiany te skutkowały „większym zaangażowaniem w  ogrodnictwo i  upiększanie okolicy, uprawianie sportów i osobiste pasje; kwitło czytelnictwo i rozwijali się umysłowo ci, którzy mieli szczęście tam pracować”. Badania opinii przeprowadzone przez ministerstwo pracy w tamtym czasie, podobnie jak wywiady Hunnicutta z  byłymi pracownikami, w  pełni potwierdzają ten obraz. Rządowi ankieterzy wskazywali na „niewielki stopień niezadowolenia z powodu obniżonych wynagrodzeń wskutek skrócenia czasu pracy, pomimo tego, że w większości przypadków


bna Emily Price

79

obniżki te były wyraźnie odczuwalne”. Jeden z ankietowanych chwalił sobie „możliwość spędzania większej ilości czasu z rodziną”. Inny wspominał, że dzięki skróceniu dnia pracy „mógł po powrocie do domu zająć się swoim ogrodem”. Jedna z kobiet wskazywała, że jej mąż dzięki krótszym zmianom mógł spędzać więcej czasu „z czwórką synów, w okresie, gdy kontakt z ojcem był szczególnie ważny dla ich rozwoju”. Te dodatkowe godziny wolnego czasu pozwoliły części pracowników zająć się rzeczami, które w  innym przypadku pozostawałyby poza ich zasięgiem. Hunnicutt opisuje jak pod koniec jednego z wywiadów, 80-letnia kobieta zaczęła opowiadać o tenisie stołowym. „Bardzo często się spotykaliśmy. W  naszym domu stał stół do ping-ponga i krewni przychodzili na obiad, a potem wszyscy w niego graliśmy”. Z czasem doszła do takiej wprawy, że zwyciężyła w zawodach stanowych. Wiele spośród kobiet zatrudnionych w zakładach Kellogga przeznaczało dodatkowy czas wolny na prace domowe. Ale nawet wówczas organizowały one życie w taki sposób, by te prace angażowały całą rodzinę; przykładem może być robienie przetworów. Jedna z nich wspominała, jak stało się ono „projektem rodzinnym”, który sprawiał wszystkim dużo radości i satysfakcji, nawet synom, dla których było to okazją „do otworzenia się i prowadzenia szczerych rozmów”. Według Hunnicutta, robienie przetworów stało się instytucją znacznie wykraczającą swoim znaczeniem poza konserwację produktów żywnościowych. „Było okazją do dzielenia się historiami, radościami i problemami dnia codziennego, do żartowania, sprzeczania się, wspólnego śpiewania. Współczesne standardy wyalienowanej pracy zawodowej zostały odrzucone na rzecz starszego, /.../ bardziej »biesiadnego« modelu pracy wspólnej”.

Wszystko to efekt działania tysięcy maleńkich, niemal niewidocznych więzi łączących krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Składają się one na złożoną strukturę stanowiącą fundament życia społecznego, w sposób podobny do tego, w jaki żyzna ziemia jest podstawą naszej egzystencji. W momencie, gdy za naszym przyzwoleniem jeden z członków społeczności, czy to w wyniku własnej nieroztropności czy czynników zewnętrznych, zostaje zepchnięty w biedę, wystawiamy na ryzyko przetrwanie całej naszej wspólnoty. Nasze obecne położenie w  doskonały sposób obrazuje to zagadnienie. W  2005  r. wydatki amerykańskich gospodarstw domowych były, po uwzględnieniu inflacji, 12-krotnie wyższe niż w  1929 r., a  na produkty trwałe, jak samochody czy artykuły AGD, wydawały one ponad 30-krotnie więcej. Jednocześnie, w  2000  r. przeciętna rodzina spędziła w  pracy prawie 500 godzin więcej niż 20 lat wcześniej. A  zgodnie z  danymi zebranymi przez Bank Rezerw Federalnych w latach 2004 i 2005, wydatki ponad 40% rodzin w  USA przekraczają ich dochody. Przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone na kwotę 18654 dolarów, nie wliczając w to kredytów hipotecznych na zakup domów. Poziom zadłużenia w ciągu ostatnich dwóch dekad uległ podwojeniu i znajduje się obecnie na rekordowym poziomie. Bez przesady można powiedzieć, że pracujemy jak w kieracie po to tylko, by móc skonsumować tę ogromną ilość dóbr i produktów, które wychodzą z naszych fabryk. A moglibyśmy pracować mniej, wydawać mniej i wciąż żyć na bardzo przyzwoitym poziomie. Na początku lat 90. ilość produktów i  usług wytwarzanych na godzinę pracy była dwukrotnie wyższa niż w drugiej połowie lat 40., a do 2006 r. wzrosła o kolejne 30%. Innymi słowy, gdyby amerykańskie społeczeństwo kolektywnie podjęło decyzję


80

b doug wilson

by wrócić do poziomów produkcji i konsumpcji sprzed 17 lat, moglibyśmy skrócić standardowy 40-godzinny tydzień pracy do 5,3-godzinnego dnia pracy, lub – gdyby „cofnąć się” do 1948  r. – do 2,7-godzinnego dnia pracy. Już wtedy byliśmy najbogatszym krajem świata i do dnia dzisiejszego społeczeństwom wielu państw nie dane było osiągnąć tamten poziom życia. Zamiast docenić zalety bogatszego życia społecznego, będącego wynikiem wprowadzonej w życie wizji Kellogga, podporządkowaliśmy się modelowi, w  którym więzi społeczne uległy redukcji. Materializm skutecznie izoluje nas od rodziny, znajomych i sąsiadów: po prostu nie mamy dla nich czasu. W  przeciwieństwie do naszych pradziadków, którzy przeżywali swoje życie, my je tracimy. Każdy, kto przyglądałby się temu z  zewnątrz, doszedłby do wniosku że staliśmy się ofiarą jakiegoś dziwnego czaru, nowoczesnej odmiany klątwy rzuconej na króla Midasa, która wszystko czego się dotkniemy, zamienia w produkt wytworzony przez coraz doskonalszą technologię. Rzecz jasna nie wszyscy w równym stopniu uczestniczą w  tym zakupowym szaleństwie, choćby ze względów finansowych. Miliony Amerykanów zmuszone są do pracy na kilku etatach za głodowe stawki, wielu też pozostaje przed długi czas bez zatrudnienia. Tym niemniej, bieda nie stanowi bariery ochronnej przez Ewangelią Konsumpcjonizmu, z czego doskonale zdają sobie sprawę specjaliści od reklamy i marketingu. W międzyczasie, dobra nowina konsumpcjonizmu dociera daleko poza granice kraju, w którym ją pierwszy raz ogłoszono. Odzież, gry wideo, meble, zabawki i  inne towary kupowane codziennie przez miliony Amerykanów, są obecnie wytwarzane w odległych krajach, często przez marnie wynagradzanych robotników pracujących w skandalicznych warunkach. Surowce niezbędne do wytwarzania tych produktów uzyskiwane są nierzadko w wyniku rabunkowej

eksploatacji. U nas w kraju aktywność biznesowa kręci się wokół projektowania tych towarów, finansowania ich produkcji, prowadzenia zakrojonych na olbrzymią skalę kampanii reklamowych oraz – rzecz jasna – liczenia zysków. Wizja Kellogga, pomimo dużej popularności wśród jego pracowników, nie spotkała się z  ciepłym przyjęciem innych przedsiębiorców. Tym niemniej książka Dahlberga wywarła ogromny wpływ na poglądy senatora Hugo Blacka (późniejszego sędziego Sądu Najwyższego), który w 1933 r. wystąpił z projektem ustawy wprowadzającej 30-godzinny tydzień pracy. Prezydent Roosevelt, który z  początku wydawał się zgadzać z propozycjami Blacka, szybko przeszedł jednak na stronę przedstawicieli biznesu, którzy w większości sprzeciwiali się im. Co więcej, jego administracja przygotowała cały pakiet ustaw sankcjonujących 40-godzinny tydzień pracy w kształcie, w jakim występuje on do dziś. Co najmniej dekadę przed tym, jak projekt Blacka trafił pod obrady Kongresu, apostołowie Ewangelii Konsumpcjonizmu rozpoczęli opracowywanie strategii obronnych. Jednak w obliczu pogłębiającego się Wielkiego Kryzysu, społeczeństwo było co najmniej niezdecydowane w sprawie roli, jaką w państwie powinny odgrywać wielkie koncerny przemysłowe. Związki zawodowe zyskiwały nie tylko społeczne poparcie, ale także ustawowe uprawnienia, a  administracja prezydenta Roosevelta, w ramach programu Nowego Ładu, wprowadzała regulacje działalności gospodarczej na skalę niespotykaną w historii kraju. Wielu magnatów przemysłowych uznało Nowy Ład za poważne zagrożenie. James A. Emery, szef doradców prawnych NAM, ogłosił „wezwanie do broni” i  nawoływał do walki przeciwko „okowom irracjonalnych regulacji” i „hamującym postęp obciążeniom podatkowym”, charakteryzując doktrynę Nowego Ładu jako wytwór „obcych najeźdźców godzący w naszą myśl narodową”. Idąc za tym wezwaniem, reprezentowana przez NAM elita przemysłowo-gospodarcza USA – General Motors,


81 wielkie huty stali, General Foods, DuPont itp. – postanowiła stworzyć własną propagandę. Wewnętrzna notatka NAM nawoływała do „przedstawiania wszystkiego z punktu widzenia korzyści, jakie przeciętny Amerykanin odnosi z gospodarki wolnorynkowej”. NAM zorganizowała także wielką kampanię pod nazwą „American Way”. Zgodnie z protokołem jednego z zebrań NAM, jej celem było wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że „wolny rynek na równi z wolnością słowa, prasy i religijną, stanowi integralny element demokracji”. Konsumpcja nie była jedynie osią kampanii perswazyjnej – próbowano ją także wbudować w system polityczny. W broszurze programowej, opracowanej przez agencję reklamową J. Waltera Thompsona, czytelnik dowiadywał się, że „w systemie kapitalizmu prywatnego to właśnie On, Konsument i Obywatel, jest szefem”, który „nie potrzebuje czekać na kolejne wybory ani posiedzenie ławy przysięgłych. »Głosuje« bowiem za każdym razem, gdy podejmuje decyzję o nabyciu jednego produktu a odrzuceniu drugiego”. Zdaniem Edwarda Bernaysa, jednego z pionierów nowoczesnego zarządzania wizerunkiem i głównego architekta „American Way”, wybory, przed którymi staje obywatel w lokalu wyborczym, niczym się nie różnią od decyzji podejmowanych na stoisku w  pawilonie handlowym czy przed półką sklepu spożywczego. Podstawową regułą w obu przypadkach jest to, by wybór obejmował ograniczony zestaw możliwych opcji, które są z kolei starannie wyselekcjonowane przez „niewidzialny rząd” stworzony przez speców od marketingu i reklamy wielkiego biznesu. Bernays przekonuje, że w „społeczeństwie demokratycznym” obywatele „są i muszą być zarządzani, konieczne jest odgórne formowanie /.../ ich poglądów, sposobów myślenia i gustów, w większości rękami ludzi, z których istnienia społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy”. NAM utworzyło ogólnokrajową sieć, której celem było zapewnienie, by broszura J. Waltera Thompsona i inne podobne materiały trafiały do bibliotek i programów nauczania w  szkołach w  całych USA. Efektem kampanii były także liczne artykuły w prasie, w których cytowano „niezależnych ekspertów”, w rzeczywistości opłacanych przez środowiska biznesowe. Powstały też nowe czasopisma i krótkie filmy dla dzieci i dorosłych. Ich tytuły mówią same za siebie: „Tworzymy Lepszych Amerykanów”, „Sprzedawać jest rzeczą amerykańską” czy „Ameryka Podąża Naprzód”. Prawdopodobnie jednym z największych sukcesów tej kampanii była wystawa „American Way” w  czasie targów światowych, które odbyły się w  Nowym Jorku w  1939  r. Ich dyrektor określił tę wystawę jako „największe wydarzenie z dziedziny public relations w historii przemysłu”, zdolne do stawienia czoła „propagandzie Nowego Ładu”. Hasłem przewodnim targów było „Budujemy Świat Jutra”, a  one same stały się forum, na którym przedstawiciele amerykańskich korporacji w  sposób dosłowny stworzyli fundamenty przyszłego modelu gospodarczego i  społecznego. Najsłynniejszą ekspozycją była przygotowana przez General Motors na powierzchni prawie 4 tys. m2 Futurama, gdzie zwiedzający mieli możliwość odwiedzenia aglomeracji Democracity, miasta wielopasmowych autostrad, które niosły

obywateli z ich wiejskich domów do pracy w szklanych drapaczach chmur. Przy całym swoim impecie i ogromie zaangażowanych środków, „American Way” nie poskutkowała natychmiastowym, masowym, entuzjastycznym poparciem dla korporacji i prezentowanej przez nie wizji przyszłości. Tym niemniej, możliwe było stworzenie ideologicznych podwalin pod zmiany, do których doszło po zakończeniu II wojny światowej, zmiany, które stworzyły to, co do dnia dzisiejszego określa się „powojenną Ameryką”. Wybuch wojny zmusił ludzi do pracy w wymiarze nigdy nie osiągniętym za czasów Nowego Ładu, co budziło obawy o silny wzrost bezrobocia po zakończeniu działań zbrojnych. Robotnicy zatrudnieni w zakładach firmy Kellogg’s podczas wojny pracowali 48 godzin w tygodniu, ale większość z nich gotowa była na powrót do 30-godzinnego tygodnia pracy. Niestety, krótko przed wojną W. K. Kellogg i Lewis Brown przekazali zarząd nad firmą nowemu zespołowi menedżerów. Nowy zarząd widział w  krótszym dniu pracy jedynie zagrożenie i źródło kosztów, nie dostrzegając korzyści płynących z  niego. Praktycznie zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął kampanię podważającą sens takiego rozwiązania. Zaoferowano pracownikom kuszący plan dodatków finansowych w  przypadku, gdy poprą wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomimo tego, w głosowaniu przeprowadzonym w 1946 r., 77% mężczyzn i 87% kobiet zatrudnionych w firmie wyraziło chęć powrotu do 30-godzinnego tygodnia pracy. Co warte podkreślenia, decyzja ta wiązała się ze znacznym obniżeniem wynagrodzeń, ze sztucznie zawyżonego poziomu z czasów wojny. Odpowiedzią zarządu było wydanie sześciogodzinnemu dniowi pracy wojny pozycyjnej. Wysokokwalifikowanym robotnikom zatrudnionym na wydziałach, na których pomysł wydłużenia dnia pracy spotkał się z najmniejszym sprzeciwem, zaoferowano specjalne przywileje. W  Ameryce, która właśnie wydostała się z wojny i wcześniejszego kryzysu, metoda ta musiała przynieść oczekiwane skutki. Ale nie wszyscy poddali się temu trendowi. W  zakładach Kellogga istniała silna, choć kurcząca się z czasem grupa ludzi, których Hunnicutt określa mianem „Indywidualistów” (mavericks), sprzeciwiających się wprowadzeniu dłuższego dnia pracy. Na wydziałach, w których się skupiali, udało się utrzymać sześciogodzinny dzień pracy aż do 1985 r., kiedy to całkowicie i ostatecznie go zlikwidowano. „Indywidualiści” odrzucali forsowaną przez zarząd, związki zawodowe i wielu kolegów z pracy tezę, że dodatkowe wynagrodzenie związane z  wydłużeniem czasu pracy warte jest przejścia na ośmiogodzinny dzień pracy. Pomimo ogromnych różnic pomiędzy zasobnością społeczeństwa w latach 30. i 80. ubiegłego wieku, korzyści z sześciogodzinnego dnia pracy opisywano niemal identycznie. Jedna z kobiet, zaniepokojona tym, że jej syn musi dużo pracować, powiedziała, że „przez to nie ma on wcale czasu na cieszenie się życiem, na odwiedziny krewnych i znajomych, na przebywanie z rodziną, na zajmowanie się innymi rzeczami, które kocha i które sprawiały mu wcześniej wiele radości”. Niektórzy wskazywali na bezpośrednią zależność pomiędzy dłuższym dniem roboczym a  konsumpcjonizmem. „Pracując sześć godzin dziennie bardzo dobrze sobie radziłem


82 z utrzymaniem rodziny i zaspokojeniem jej podstawowych potrzeb. Dłuższa praca była mi zupełnie niepotrzebna – twierdził jeden z mężczyzn. – Wielu myślało, że po wydłużeniu dnia pracy wszyscy nagle staną się bogatsi, ale nic takiego nie nastąpiło. /.../ Niektórzy korzystając z większych zarobków szybko kupili sobie samochody, ale niewiele na tym zyskali, bo utrzymanie samochodu pochłaniało większość z dodatkowych poborów”. Grupy „Indywidualistów”, zdając sobie sprawę z tego, że wydłużenie dnia pracy będzie skutkowało redukcją zatrudnienia, określali ludzi wzywających do modelu ośmiogodzinnego „tucznikami pracy” (work hogs). „Kellogg’s zwalniał pracowników – zauważała jedna z  kobiet – a  jednocześnie niektórzy z  zatrudnionych wyrabiali ogromne ilości nadgodzin – to ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego”. Inny przywołał słowa historyka Arnolda Toynbee, który powiedział: „Albo podzielimy się pracą, albo będziemy musieli zacząć troszczyć się o tych, dla których jej zabraknie”. Ludzie żyjący w  wyniszczonych depresją latach 30., z perspektywy dnia dzisiejszego ubodzy w dobra, skwapliwie zabiegali o to, by pracować mniej – i mieć więcej czasu dla siebie i swoich rodzin. Podobnie myślały ich dzieci i wnuki w latach 80. My, jako społeczeństwo, moglibyśmy dzisiaj dokonać podobnego wyboru. Ale nie jest możliwe przeprowadzenie tego na poziomie jednostek. Chociaż „Indywidualiści” w  Kellogg’s wytrzymywali przez lata presję wywieraną na nich przez firmę i  pozostałych pracowników, koniec końców jednak rynek nie był w  stanie zaoferować im możliwości pracy w niższym wymiarze godzin za cenę ograniczenia konsumpcji. Przyczyna jest niezwykle prosta: wybór ten stałby w sprzeczności z podstawami gospodarki rynkowej – przynajmniej jej obecnej formy. Ludzie, którzy stworzyli społeczeństwo konsumentów, doskonale zdawali sobie sprawę, że był to proces polityczny i że zmiana systemu wymagałaby stworzenia potężnego ruchu politycznego. Wizja „społeczeństwa demokratycznego” prezentowana przez Bernaysa, w  której obywatele są konsumentami a  decyzje polityczne podlegają prawom marketingu, ma obecnie wielu zwolenników. Przykładem może być wypowiedź Andrew Carda, byłego szefa doradców w  administracji prezydenta George’a W. Busha. Zapytany, dlaczego czekała ona kilka miesięcy zanim przedstawiła argumenty za przeprowadzeniem inwazji na Irak, odpowiedział: „W sierpniu nikt przecież nie wprowadza nowych produktów na rynek”. Z  kolei w  roku 2004, jeden z  ważniejszych amerykańskich teoretyków prawa, sędzia federalny Richard Posner, oświadczył, że demokracja przedstawicielska „zakłada podział między rządzącymi a  rządzonymi”; ci pierwsi stanowią „klasę rządzącą”, a wszyscy pozostali mogą cieszyć się w sferze politycznej jedynie „suwerennością konsumenta”, która daje „przywilej odrzucenia konkretnego produktu, przywilej wyboru, nie zaś możliwość aktywnego wpływu na rzeczywistość”. Czasami postawy antydemokratycznego elitaryzmu w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przebijają z analiz przygotowanych przez think-tanki powiązane z elitą i reprezentujące jej interesy. Jednym z przykładów może być tekst napisany w 1975 r. przez Samuela Hun-

tingtona, znanego politologa z Uniwersytetu Harvarda, włączony do przygotowanego przez Komisję Trójstronną raportu pt. „Kryzys demokracji”. Huntington ostrzegał w  nim przed „nadmiarem demokracji”, twierdząc, że „system polityczny oparty na demokracji wymaga pewnego stopnia apatii i  braku bezpośredniego zaangażowania ze strony pewnych obywateli i  grup społecznych”. Rozwijając tę myśl, zauważa on, że „grupy znajdujące się obecnie na marginesie życia społecznego, jak ludność murzyńska, stają się jego pełnoprawnymi uczestnikami”, co „może stanowić zagrożenie dla systemu politycznego” i prowadzić do podważenia autorytetu władzy. Zgodnie z  tego typu poglądami, powszechnymi w  kręgach elit, ludzie są zbyt nieprzewidywalni i  głupi, by móc decydować o  swoim losie. „Plebs”, uważany za narzędzie produkcji w  fabryce i  narzędzie konsumpcji poza jej bramą, musi podporządkować się ustalonemu z  góry porządkowi i  przyjąć narzuconą mu rolę po to, by zachowana została stabilność społeczeństwa. Posner, na przykład, odrzucił pomysł wprowadzenia narodowego dnia dyskusji społecznej *, jako że jego skutkiem będzie „niewielkie, ale znaczące ograniczenie produkcji”. Można go zatem uznać za kontynuatora ideologii wyznawanej przez niegdysiejszych biznesmenów, że złagodzenie imperatywu „więcej pracy, lepszej pracy” skutkuje rodzeniem się postaw „radykalnych”. Już w 1835 r. bostońscy robotnicy, strajkujący i domagający się krótszego tygodnia pracy, przekonywali, że czas od niej wolny jest im potrzebny do tego, aby byli lepszymi obywatelami: „Mamy prawa i powinności wynikające z bycia obywatelami Stanów Zjednoczonych i  członkami społeczeństwa”. Doskonale zdawali sobie sprawę z  tego, że autentyczna demokracja istnieje jedynie wówczas, gdy obywatele mają chęć i  możliwość tworzenia rządu i  wpływania na prowadzoną przez niego politykę, a  nie wtedy, gdy są oni zaledwie masą zmarginalizowanych wyborców, których rola ogranicza się do wyboru dania z  oferty przedstawionej przez jakiś „niewidoczny rząd”. Postawa obywatelska wymaga poświęcenia czasu i uwagi, na co nie stać ludzi żyjących w coraz szybszym cyklu pracy i konsumpcji. Jeffrey Kaplan ­tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Orion”, w numerze majowo-czerwcowym 2008  r. Przedruk i  drobne skróty za zgodą autora. Więcej informacji o piśmie na stronie internetowej: www.orionmagazine.org Przypis tłumacza: * National Day of Deliberation – propozycja mająca na celu zachęcenie Amerykanów do dyskusji o  polityce i  rzeczywistych problemach społecznych. Dzień ten, obchodzony na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi, miałby być wolny od pracy. Ludzie spotykaliby się, aby uczcić pamięć Ojców Założycieli i przy okazji porozmawiać o najważniejszych problemach poruszanych w trakcie kampanii wyborczej.


z polski rodem

Władysław Korniłowicz – „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”

Rafał Łętocha W swoich wspomnieniach kardynał Stefan Wyszyński pisał, iż: „Wśród kapłanów, którym przypisuję największy wpływ na moje życie, w pierwszym rzędzie znajduje się ksiądz Władysław Korniłowicz, jeden z twórców dzieła dla niewidomych w Laskach, najbliższy współpracownik i duchowy kierownik Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek. Temu kapłanowi zawdzięczam bardzo dużo, chociaż /.../ nie wszystko wziąłem, co mógłbym od niego wziąć, na skutek właściwych człowiekowi oporów przeciwko łasce, jakiej wiele można było przez niego otrzymać” 2. Wskutek pochodzenia oraz wychowania ks. Korniłowicz był związany z kręgiem inteligencji polskiej epoki pozytywizmu. Urodził się w 1884 r. jako trzeci syn dr. Edwarda Korniłowicza, znanego w  Warszawie psychiatry, „pozytywisty z przekonań, przyrodnika i psychologa z wykształcenia” 3. Jak pisze s. Teresa Landy, ksiądz Korniłowicz „wyniósł z  atmosfery rodziny o wysokim poczuciu obywatelskim, uspołecznionej i szlachetnej, ścisłą więź ze swoim pokoleniem oraz szczególne dane do przyszłej swojej działalności apostolskiej. Choć rodzina zwłaszcza w  osobach ojca i  braci nastawiona racjonalistycznie, włączyła się w życie tworzącej się inteligencji radykalnej i wolnomyślnej, Władysław Korniłowicz nie uległ wpływom rodzinnym jeśli chodzi o sprawy religijne i zachował żywą wiarę dzieciństwa” 4. Co więcej, jak się wydaje, owe doświadczenia pomogły mu później w dotarciu do osób o podobnej postawie – „kółkowicze” ks. Korniłowicza będą rekrutować się głównie spośród osób religijnie indyferentnych. W 1903 r. po zdaniu matury postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Decyzja ta spotkała się z dezaprobatą ojca, który wymógł na synu przesunięcie rozstrzygnięć w  tej sprawie do czasu ukończenia studiów przyrodniczych w  Zurychu. Okres studiów w  Szwajcarii ułatwił mu z  pewnością znalezienie wspólnego języka ze swoim pokoleniem, zaznajomił z kierunkami dominującymi w ówczesnej nauce oraz z  poglądami i  postawami powszechnymi wówczas w środowiskach akademickich i inteligenckich. Tam też zetknął się z  prof. Friedrichem W. Foersterem, którego wykłady wywarły na niego duży wpływ i definitywnie utwierdziły w zamiarze porzucenia studiów przyrodniczych i wstąpienia do seminarium duchownego, co uczynił w 1905 r.5 W seminarium w Warszawie przebywał kilka miesięcy, po czym w kwietniu

Była to bez wątpienia postać nietuzinkowa, o olbrzymim charyzmacie, niespożytej energii, działająca z równym powodzeniem na różnych płaszczyznach. Z wielkim poświęceniem pomagał, jak ujął to ks. Jan Zieja, zarówno osobom ociemniałym fizycznie, jak i duchowo1. 1906  r. udał się do Fryburga Szwajcarskiego, gdzie podjął studia teologiczne. Miejsce to było wówczas ośrodkiem formacji tomistycznej, więc studia tam dały mu gruntowną znajomość owej doktryny. Kardynał Wyszyński pisał po śmierci ks. Korniłowicza, iż: „Najbardziej charakterystyczną cechą umysłowości i duchowości Ojca był tomizm. Nie był Ojciec książkowym naukowcem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Nie szperał w Tomaszu, ale żył nim. /.../ Cała duchowość Ojca była tomistyczna, tu znalazł miarę dla swej pracy w dziedzinie moralnej i duszpasterskiej. /.../ Tomizm stał się potężnym narzędziem apostolskiej działalności Ojca. Cały wielki jego wpływ na inteligencję, na młodzież akademicką, na odbiegłych od Boga, na szukających Go, na siostry zakonne, na młodzież ociemniałą tłumaczy się przeżyciem tomistycznym Ojca” 6. W 1912  r. w  Krakowie przyjął święcenia kapłańskie, następny rok poświęcił przygotowaniom do doktoratu. Przerwała je wojna. Lata 1914-1916 spędził w  Kuźnicach, pracując z  młodzieżą. Następnie jako kapelan polowy przebywał na froncie. Stanisław Krzywoszewski wspomina, iż spędził on „/.../ blisko tydzień w  okopach razem z  żołnierzami /.../ pokazał nam wartość cierpienia i  ofiary, wartość pogardy śmierci, wartość energii ducha i ciała – bez kazań – tylko w rozmowach po kilka osób lub po jednemu, w okopie i na placówce”7. Później zaś wrócił do Warszawy, gdzie w 1917 r. powstało „Kółko”.

***

Jedna ze współzałożycielek „Kółka”, s. Teresa Landy pisała: „»Kółko« powstało w 1917  r. w  sposób czysto rodzinny /.../ Grupka przyjaciół – sześć do ośmiu osób

83


84 – widziała braki swego uświadomienia religijnego, rozumiała że musi je uzupełnić. W skład tej pierwszej grupki, jak zresztą przez cały czas trwania »Kółka«, wchodziła młodzież o  wybitnych zainteresowaniach i zdolnościach naukowych lub artystycznych. Religia przyjęta w entuzjazmie wiary domagała się pogłębienia i ugruntowania intelektualnego w myśl zasady fides quaerens intellectum [wiara poszukująca rozumu – przyp. red.] /.../ Zaczęto zbierać się w małej grupce, zdobywać książki religijne, o które było wtedy bardzo trudno w Warszawie. Poprosiliśmy ks. Korniłowicza, by nam pomógł” 8.

Ksiądz Korniłowicz nie był kierownikiem czy przełożonym „Kółka”, lecz raczej jego inspiratorem i duchowym opiekunem. W świetle wspomnień s. Teresy Landy, nie chciał on niczego narzucać w kwestii tematów i metod prowadzenia obrad, często jego rola ograniczała się tylko do podsumowania czy podsunięcia ewentualnych rozwiązań9. Zadaniem „Kółka” miało być uformowanie nowej elity katolickiej, świadomej swej wiary, jej zasad. Pogłębianie znajomości prawd wiary było tak ważne dlatego, iż sytuację polskiego katolicyzmu w  tamtym czasie miała charakteryzować powierzchowna, tradycyjna religijność. Ojciec Jacek Woroniecki konstatował, że „elita katolicka w Polsce żyje tylko okruchami wiary, nie domyślając się nawet całego bogactwa, jakie się w niej zawiera” 10. Charakterystycznym miał być też brak znajomości doktryny społecznej Kościoła11. „W zachodnio-europejskiej inteligencji – pisał ten dominikanin – ustosunkowanie się do religii jest owocem głębokiego przemyślenia, które doprowadziło do stworzenia sobie zasady. Dalsze postępowanie jest już tylko zastosowaniem się do przyjętych zasad i odznacza się męską konsekwencją. U nas niestety – inaczej – wszyscy unikają myślenia jak największej chłosty” 12.

***

„Kółko” nie było formalną organizacją i nie stawiało sobie określonych celów. Stanowiło grupę ludzi, która wspólnie czytała, dyskutowała, modliła się. Większość członków „Kółka” stanowili konwertyci lub ludzie przełamujący po prostu utrwalony indyferentyzm religijny. Grono to ciągle się powiększało, obejmując stopniowo coraz szersze kręgi inteligencji. W charakterze gości lub sympatyków brali udział w zebraniach „Kółka” m.in. literaci Zofia Nałkowska i Czesław Miłosz, krytycy literaccy Karol Irzykowski, Ludwik Fryde czy Jan Kott, dziennikarze, artyści, lekarze, prawnicy i  filozofowie. Byli to ludzie wywodzący się z  różnych środowisk, o  różnorakich poglądach. Dość powiedzieć, iż można tam było spotkać jednocześnie zarówno Ludwika Winteroka, w  latach 30. redaktora „Robotnika” – centralnego dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i Jana Mosdorfa, w latach 1926-1934 przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej, Rady Naczelnej Obozu Wielkiej Polski, Sekcji Młodych Stronnictwa Narodowego, później współzałożyciela i przywódcę Obozu Narodowo-Radykalnego.

„Kółko” w znacznej mierze przyczyniło się do odrodzenia życia religijnego i tworzenia elity katolickiej w Polsce. Wyrazem tej działalności oraz jej narzędziem był założony przez „kółkowiczów” kwartalnik kulturalno-społeczny „Verbum”. Zdaniem wielu, „Verbum” było najlepszym czasopismem katolickim dwudziestolecia, prezentującym nową, intelektualną, otwartą postawę katolickiej inteligencji polskiej. Wywierało ono wpływ nie tylko na środowiska katolickie, związane z  Kościołem, ale także na pewne koła inteligencji niewierzącej13. Periodyk stanowił dość elitarne pismo, o  czym świadczyła zarówno „/.../ tematyka artykułów, jak i nazwiska autorów, wśród których znajdowali się najwybitniejsi polscy i  obcy myśliciele katoliccy”14. „Verbum” powstało w 1934 r. Redaktorem naczelnym dwóch pierwszych numerów był Konrad Górski, historyk literatury i  krytyk literacki, uczestnik zebrań „Kółka” od 1926  r. Po nim funkcję tę pełnił do roku 1939 sam ks. Korniłowicz. Na łamach pisma można było spotkać artykuły takich autorów jak: Jacques Maritain, ks. Charles Journet, o. Innocenty M. Bocheński, Leopold Caro, Ludwik Górski, ks. Konstanty Michalski, Czesław Strzeszewski i wielu innych. Swoje poezje zaś zamieszczali w nim m.in. Czesław Miłosz, Leopold Staff, Wojciech Bąk, Jerzy Liebert czy Kazimiera Iłłakowiczówna. Równocześnie z czasopismem powstało wydawnictwo o tej samej nazwie, które opublikowało szereg pozycji, m.in. „Rewolucja pokojowa” Antonio de Oliveiry Salazara, „Trzej reformatorzy: Luter – Descartes – Rousseau” Jacquesa Maritaina, Modlitwy i pieśni św. Franciszka z Asyżu czy Księgę Psalmów w przekładzie Leopolda Staffa.15 Fakt, iż „Verbum” stanowiło nową jakość na rynku prasy katolickiej w  Polsce międzywojennej potwierdzają liczne wypowiedzi i opinie z tamtego okresu. Maria Morstin-Górska odnotowywała pojawienie się nowego perio-


85 dyku, pisząc, iż wnosi on „/.../ do naszej literatury religijnej jakiś nowy ton, wypełnia lukę, którą się w tym dziale piśmiennictwa naprawdę odczuwało. /.../ Wszystkie /.../ pisma redagowane przez duchowieństwo mają założenia ściśle dydaktyczne, nauczanie i  oświecanie wiernych. Żadne z  nich nie stało się wyrazem tej przemiany jaka nastąpiła w stosunku społeczeństw do religii katolickiej /.../. Ten ton młodości i  pracy twórczej, ten dynamiczny ton dzisiejszego katolicyzmu znajduje właśnie swój wyraz w »Verbum«” 16. Wojciech Bąk natomiast konstatował, iż „wśród czasopism kulturalno-literackich wysuwają się na pierwszy plan tak ważkością poruszanych zagadnień, jak i  objętością dwa kwartalniki »Marchołt« i »Verbum«. /.../ Katolicyzm polski nie odgrywa w życiu kulturalnym Polski roli jaką mógłby odgrywać. Jest to w dużej mierze jego wina. /.../ Brak poważnego, odważnego, intelektualnego, wysoko stojącego organu publicystyki stara się powetować »Verbum«. Oczywiście ono jedno nie wystarcza. Dobrze jest jednak, że istnieje choć jedno katolickie pismo, które prezentuje nie katolicyzm »prostaczków«, ale usiłuje się zbliżyć i tym samym zbliżyć czytelnika do katolicyzmu »doktorów«” 17. „Verbum” niewątpliwie promowało styl katolicyzmu inny od wówczas dominującego. Jego cechami była otwartość intelektualna i  ideologiczna, aprobata wszystkiego, co nowe i  twórcze w  katolicyzmie europejskim, tolerancja wobec odmiennych poglądów. Propagowało katolicyzm świadomy intelektualnie, poświadczony działaniem i podkreślający rolę świeckich w  życiu Kościoła. Wynikało to wprost z  charakteru i postawy samego ks. Korniłowicza, który, jak wspominają liczne osoby, był człowiekiem niezwykle otwartym, bezpośrednim w kontaktach z ludźmi, akceptującym inne osoby z ich słabościami, problemami, a jednocześnie bezkompromisowym w sprawach wiary i moralności, stawiającym wobec innych wymagania, jakie stawiał samemu sobie. Henryka Twarowska pisze, iż był on człowiekiem serdecznym, bezpośrednim i  przyjacielskim, ośmielał wręcz „/.../ ludzi do zawierania z nim znajomości. Cechowała go delikatność, powodująca, że niczego innym nie narzucał. Miał dar uważnego słuchania człowieka i niesienia mu natychmiastowej pomocy. Do wszystkich odnosił się jednakowo; nie obojętne były mu smutki i radości drugiego człowieka /.../ Cechowała go szlachetność i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, ale nie pobłażliwość” 18.

***

Jednak najbardziej znanym dziś efektem działalności ks. Korniłowicza są Laski. „Laski służą niewidomym – pisał przed laty Tadeusz Mazowiecki – zwłaszcza niewidomym dzieciom. Ale także ludzie obdarzeni wzrokiem widzą tu więcej. Laski to równocześnie pojęcie we współczesnej kulturze i historii chrześcijaństwa w Polsce. I  wreszcie Laski to miejsce codziennej ciężkiej pracy wielu ludzi: Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, świeckich, księży, pracowników, wychowawców, nauczycieli. /.../ Laski są cząstką chrześcijaństwa i cząstką Polski, uformowaną poprzez cierpienie i poprzez otwartość wobec ludzi; są jednym z tych miejsc w świecie, którym dane było i jest być dla innych znakiem na drodze” 19.

W roku 1922 ks. Korniłowicz przeprowadził się do Lublina, gdzie rozpoczął pracę jako dyrektor konwiktu księży studiujących w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. „Kółko” jednak nie zaprzestało swej działalności po jego przenosinach. Wręcz przeciwnie – ciągle się rozwijało. Zebrania coraz częściej odbywano w  Bibliotece Wiedzy Religijnej w Warszawie. Bibliotekę tę, z inicjatywy ks. Korniłowicza, założyła w  1919  r. Irena Tyszkiewiczowa, która później, po śmierci męża rozstrzelanego w Powstaniu Warszawskim, wstąpiła do Zgromadzenia SS. Franciszkanek. Zebrania organizowane w bibliotece były jednym z przejawów zbliżenia „Kółka” do matki Elżbiety Czackiej i środowiska Lasek. Ks. Korniłowicz w 1918 r. zetknął się i rozpoczął wieloletnią współpracę z  Matką Czacką – prawnuczką Tadeusza Czackiego, która utraciła wzrok w 1898 r., w 1910 r. założyła Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Warszawie, a w 1917 r. przyjęła habit III Zakonu św. Franciszka jako siostra Elżbieta20. Przez pierwsze lata kontakty były incydentalne, ponieważ ks. Korniłowicz dojeżdżał wówczas z Lublina do Warszawy, a od 1922 r. do Lasek, gdzie przeniesiono Zakład. Dzięki Korniłowiczowi w pracę Zgromadzenia SS. Franciszkanek włączyli się nowi ludzie. „Kółko” zacieśniło współpracę z  dziełem matki Czackiej z  chwilą, gdy jedna z  jego współzałożycielek, Zofia Sokołowska, zdecydowała się wstąpić do franciszkanek21. W 1924 r. ks. Korniłowicz wspólnie z matką Czacką nadali dziełu Lasek nazwę „Triuno”, która miała symbolizować jedność trzech podmiotów (sióstr franciszkanek, świeckich pracowników i niewidomych) oraz trzech celów (charytatywnego, wychowawczo-tyflologicznego i apostolskiego)22. Był to także rok, w  którym samo „Kółko” weszło w  nowy okres rozwoju. Związane było to przede wszystkim z osobami Jerzego Lieberta i Rafała Marcelego Blutha, o których s. Teresa Landy pisze, że wnieśli „całe bogactwo swoich zainteresowań i  dociekań literackich”23. W  tym czasie powstał pod wpływem spotkań Laskowych najdojrzalszy i  najlepszy tom poezji Lieberta – „Gusła”, w  którym mówi on o ks. Korniłowiczu „ksiądz, słup w sutannie żywego ognia”24. Z  czasem zebrania w  sposób naturalny przeniosły się do Lasek, gdzie w 1927 r. zorganizowano pierwsze zamknięte rekolekcje „Kółka”. Jednak najbardziej zbliżył „Kółko” do dzieła matki Czackiej powrót z Lublina ks. Korniłowicza, który w 1930 r. został kapelanem Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. W 1933  r. z  inicjatywy Korniłowicza i  dzięki jego wsparciu finansowemu – przeznaczył na ten cel pieniądze, które otrzymał w spadku – powstał w Laskach Dom Rekolekcyjny. Ks. Korniłowicz przykładał do tej inicjatywy olbrzymią wagę, uznając za jednym ze swoich mistrzów, Friedrichem Foersterem, iż domy takie są we współczesnym świecie bardziej potrzebne niż sanatoria. Laski, jak pisał jeden z „kółkowiczów”, „/.../ były i dla Kółka i  dla innych związanych z  ks. Korniłowiczem środowisk, nie tylko zresztą świeckich, szkołą praktycznego uczenia się chrześcijańskiego świadectwa ad extra” 25. Ze wspomnień mieszkańców ośrodka w Laskach, dotyczących ks. Korniłowicza, wyłania się postać nie tylko wyjątkowego kierownika duchowego i spowiednika, ale także osoby pełnej humoru,


86 towarzysza zabaw dzieci ociemniałych. Mirosław Miroński, przebywający w Laskach w latach 1933-43, pisze o nim, iż „miał duże poczucie humoru i wprowadzał wiele radości /.../ Ojciec zawsze umiał znaleźć czas, by być razem z nami. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się, a Ojciec umiał tak się do nas dostroić, że nie wytwarzał dystansu” 26.

***

Działalność „Kółka” została brutalnie przerwana przez wojnę. Wielu jego członków poniosło przedwczesną śmierć. Rafał M. Bluth – rozstrzelany w 1939 r. jako jedna z pierwszych ofiar hitlerowskiego terroru; Ludwik Bujalski – ranny w czasie oblężenia Warszawy, zginął w 1939 r. w zbombardowanym szpitalu; Stanisław Krzywoszewski – więzień obozu oświęcimskiego, w którym zmarł w 1940 r.; Jerzy Siwecki – śmiertelnie ranny w  czasie kampanii wrześniowej. Ksiądz Korniłowicz w czasie okupacji musiał się ukrywać, ponieważ poszukiwało go gestapo w związku z odezwą do katolików niemieckich, którą ogłosił tuż przed wybuchem wojny. Przebywał pod przybranym nazwiskiem w Żułowie, gdzie znajdowała się placówka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Opieką duszpasterską otaczał tam nie tylko mieszkańców placówki, ale i okoliczną ludność. Organizował rekolekcje, prowadził regularne studia tomistyczne dla sióstr ze Zgromadzenia oraz dla osób świeckich. Okres ten to jednak również czas, gdy coraz szybciej rozwijała się u niego choroba nowotworowa. W kwietniu 1944 r. ks. Korniłowicz przeszedł pierwszą operację głowy, po której przyjechał do Lasek. Tam właśnie zmarł 26 września 1946 r. po drugiej operacji nowotworu mózgu. Pochowany został na tamtejszym cmentarzu, na tablicy nagrobnej napisano proste słowa: „Nasz Ojciec”. W 1976 r. rozpoczął się proces informacyjny jako wstęp do procesu beatyfikacyjnego ks. Korniłowicza.

***

Zakład w Laskach okazał się najtrwalszym jego dziełem. W czasie wojny powstał na jego terenie szpital wojskowy, którego wzmożona działalność przypadła na czasy powstania warszawskiego. Stanowił on także punkt kontaktowy oddziałów konspiracyjnych. W  1942  r. do Lasek przybył ks. Stefan Wyszyński, który spędził tam następne trzy lata, pełniąc funkcję kapelana obwodu AK. Po wojnie placówka działała nadal. Miała ona istotne znaczenie nie tylko ze względu na działalność tyflologiczno-wychowawczą. Władze PRL na wiele sposobów przeszkadzały w  funkcjonowaniu Lasek, a  nawet próbowały w  latach 50. doprowadzić do zamknięcia ośrodka. Mimo tych problemów, nastąpił dynamiczny rozwój placówki, m.in. dzięki darom Polonii amerykańskiej powstały nowe budynki przedszkola, szkół i warsztatów. Laski stały się też wówczas dla dużej części intelektualistów swego rodzaju przystanią, miejscem zadumy, przemyśleń, wyciszenia, mniej lub bardziej formalnych spotkań, oazą spokoju i  wolności w  czasach PRL. Nieprzypadkowo cmentarz w Laskach pełen jest nagrobków z nazwiskami wybitnych ludzi, którzy postrzegali to miejsce jako swoją duchową ojczyznę – dość wymienić Mariana Brandysa, Jana Lechonia,

Jerzego Lieberta, Andrzeja Munka, Antoniego Słonimskiego, Jerzego Zawieyskiego, ks. Jana Zieję i wielu innych. Laski stały się nawet miejscem regularnych odwiedzin i pobytu osławionej Julii „Luny” Brystygierowej, w  pierwszej połowie lat 50. dyrektora Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, odpowiedzialnego m.in. za walkę z Kościołem27. Obecnie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym przygotowuje do samodzielnego życia ok. 300 niewidomych i niedowidzących dzieci z całej Polski. Oprócz ośrodka w Laskach funkcjonują również placówki Towarzystwa w Żułowie, Sobieszewie oraz Rabce. Rafał Łętocha

1. S. E. J. Niszczota FSK, Ojciec wszystkich poszukujących. Sługa Boży ks. Władysław Korniłowicz, spowiednik, kierownik duchowy i wychowawca, Warszawa 1998, s. 477. 2. Stefan Kardynał W y s z y ń s k i, Nasz Ojciec Ksiądz Władysław Korniłowicz, Warszawa 1986, s. 53. 3. B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Paryż 1985, s. 304. 4. Siostra Teresa Franciszkanka [T. Landy], Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1959 nr 57, s. 366. 5. S. T. Landy, s. R. Wosiek, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Znak” nr 207, 1971, ss. 1167-1169. 6. Ks. S. Wyszyński, Ksiądz Władysław Korniłowicz, „Tygodnik Powszechny” nr 50/1946, s. 1. 7. S. E. J. Niszczota FSK, op.cit., s. 27. 8. [T. Landy], op.cit., ss. 370-371. 9. [T. Landy], op.cit., s. 371. 10. Ks. J. Woroniecki, Pełnia modlitwy, Poznań 1924, s. 7. 11. Ks. A. Wóycicki, Zadania i  potrzeby katolicyzmu społecznego w Polsce, Warszawa 1922, ss. 9, 19. 12. Ks. J. Woroniecki, Życie religijne współczesnej inteligencji polskiej, „Prąd” nr 1, 1926, s. 3. 13. Por. Verbum (1934-1939). Pismo i środowisko, Lublin 1976, s. 7; J. Turowicz, Formacja katolicka w dwudziestoleciu, „Znak” 1957 nr 40, ss. 403-409. 14. S. Sawicki, Verbum – Pismo i środowisko, „Znak” nr 108, 1963, ss. 648-649. 15. Ibid., ss. 473-477. 16. Ibid., s. 51. 17. Ibid., ss. 59-60. 18. s. E. J. Niszczota FSK, op. cit., ss. 459-460. 19. Ludzie Lasek, pod red. T. Mazowieckiego, Warszawa 1987, ss. 8-9. 20. S. R. Wosiek, Podstawy ideowe dzieła Lasek, „Tygodnik Powszechny” nr 20/1974, s. 5. 21. S. Sawicki, op. cit., s. 647. 22. S. R. Wosiek, op. cit., s. 5. 23. [T. Landy], op. cit., 382. 24. J. Liebert, Romantyczność, [w:] Poezje zebrane, Warszawa 1951, s. 138. 25. S. Frankiewicz, Ojciec Władysław Korniłowicz, „Więź” nr 9/1971, s. 80. 26. S. E. J. Niszczota FSK, op. cit., s. 395. 27. J. Żaryn, Córka marnotrawna, czyli Luna w Laskach, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 11, 2005.


recenzja

„Władza ludu” na serio

Bartłomiej Grubich Szkoła podstawowa jakich wiele, pierwsze w nowym roku zajęcia z wychowawcą klasy. Konsternacja i zakłopotanie: nikt nie chce się zgłosić do klasowego samorządu. W końcu nauczycielka zwraca się do najlepszego ucznia: „To może ty, Jasiu?”. Ponieważ trudno się sprzeciwić, po chwili udaje się „wybrać” także zastępcę i skarbnika. Już od małego uczymy się, że w demokracji najważniejsze jest zachowywanie pozorów. Być może jednak da się inaczej? Znaczna część polityków i ekspertów, zamiast przemyśleć wyniki niedawnego irlandzkiego referendum, głowi się, jak obejść sytuację, w której głos ludu przemówił nie tak, jak trzeba. „Czy każde wzmocnienie instytucji europejskich nie oznacza w istocie osłabienia głosów demokratycznych, wysłuchiwanych przecież tylko w obrębie państw narodowych? Obywatele wyczuwają ten paternalizm. Znów mają ratyfikować coś, w czym nie brali udziału. Rząd zapowiedział jednak, że tym razem nie będzie powtarzał referendum do skutku – aż naród powie wreszcie »tak«. A czy Irlandczycy, ten mały naród buntowników, nie są jedynymi w całej Europie, których w ogóle pyta się o zdanie?” – celnie zauważył Jürgen Habermas. Patrząc z perspektywy dziejów, demokracja ma się nieźle. Nawet w starożytnej Grecji, która dla wielu stanowi wzorzec „prawdziwej demokracji”, jedynie garstka wybranych brała udział w podejmowaniu decyzji – pozbawieni głosu byli liczni wówczas niewolnicy oraz wszystkie kobiety. Dziś obywatele mają całkiem sporo okazji do wyrażania opinii. Problem w tym, że zapewnienia o postępującej „demokratyzacji” są coraz bardziej nachalne, tymczasem w wielu przypadkach świadomie rezygnuje się z okazji do wysłuchania społeczeństwa. „Władzę ludu” ogranicza się do sporadycznej demokracji przedstawicielskiej, choć przecież nie wyczerpuje ona możliwości kryjących się w tej idei. W czasach, gdy cały Zachód uznaje ją za fundament ustroju politycznego, wiele instytucji i decyzji jest demokratycznych tylko z nazwy, a sama jej istota rzadko kiedy poddawana jest głębszej refleksji. Dlatego cieszy, iż podejmująca taką tematykę książka „Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim” ukazała się także po polsku. Jej autor, prof. Peter C. Dienel, poświęcił wiele lat życia na stworzenie nowatorskiego modelu, który społeczeństwu oddaje władzę, a wcześniej głos. Obietnicę, że „naród może brać udział w rządzeniu państwem”, zawartą w etymologii słowa „demokracja”, zdaniem autora może pomóc urzeczywist-

nić model „komórki planującej”. Jest on odpowiedzią na konkretny problem, który Dienel streszcza w trzech słowach: „państwo jest chore”. Urzędnicy lekceważą petentów (już samo to określenie stawia ich w pozycji podległej), a w polityce „temat reelekcji jest dla polityków pierwszoplanowy, długoterminowe interesy społeczeństwa podejmowane są jedynie w sferze werbalnej”. Tymczasem w wyznaczaniu i realizowaniu celów, myślenie długofalowe jest niezbędne. Choć jednostki są omylne, ich współpraca daje szansę, by z czasem dochodzić do optymalnych rozwiązań. „Dzisiejszy obywatel musi zostać wciągnięty do działania w całym możliwym dla niego zakresie, jako zdolny do współmyślenia i do współdecydowania” – przekonuje prof. Dienel. Jak to zrobić? Po pierwsze, „wciągnięcie” w działania musi być dobrowolne, zgodne z naturą demokracji i prawem do wolności osobistej. Stąd jako pierwszy krok do „demokratycznej rewolucji” Dienel wymienia problem wychowania i edukacji. Bierność i obojętność

87


88 są legitymizacją „nicnierobienia” polityków lub działań niezgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa. Nawet świetnie wykształcony człowiek nie stanie się dobrym obywatelem bez nauki życia w demokratycznym społeczeństwie. Edukacja daje szansę, by praca na rzecz społeczeństwa (a zarazem samego siebie!) nie była przymusem, lecz odbywała się chętnie i twórczo. Poza zwolennikami skrajnego indywidualizmu, każdy powinien być w stanie zrozumieć i uszanować to, iż społeczeństwo go ukształtowało – bez niego nie byłby pełną osobą. Choć edukacja jest niezbędna, to jednocześnie zdaniem autora pozostaje dalece niewystarczająca wobec faktu, że poszczególne demokratyczne instytucje nie spełniają swoich celów. „Ogólne oczekiwania, jakie w naszym społeczeństwie stawiane są wobec postępowania decyzyjnego, możemy określić za pomocą podstawowych pojęć i przesłanek: wyczerpującego poinformowania uczestników, dostatecznej motywacji do uczestnictwa, odporności na naciski grup interesów, odporności na specyficzne zainteresowania uczestników procesu decyzyjnego” – wyjaśnia. Dienel wymienia takie formy działania jak administracja, parlament, partia, plebiscyt, demoskopia, kolegia doradcze, inicjatywy obywatelskie oraz planowanie obrończe. Każda z nich spełnia pewne warunki z wyżej wymienionych, lecz inne już nie (np. wybory obejmują wszystkie grupy społeczne, lecz nie motywują do uczestnictwa). Dlatego, choć nie należy ich eliminować z życia publicznego, lecz przeciwnie – pielęgnować i ulepszać, wymagają one koniecznego uzupełnienia. W ten sposób dochodzimy do meritum pomysłu autora. Model „komórki planującej” ma na celu przede wszystkim poprawę jakości decyzji ważnych społecznie oraz otwarcie obywatelom szerokich możliwości uczestnictwa w ich podejmowaniu. W największym skrócie, komórka planująca jest „grupą obywateli, wybranych na zasadzie przypadku i na pewien ograniczony czas. Grupa ta na czas pełnienia tych obowiązków jest wynagradzana i zwalniana ze swych zawodowych obowiązków. Grupa ta musi być informowana z różnych źródeł i pracować pod kierunkiem osób prowadzących proces planowania. Celem pracy grupy jest opracowywanie rozwiązań problemów społecznych”. W dyskusji nad tym modelem najczęściej mówi się o 25 osobach, wybranych na cztery dni, koordynowanych przez dwie osoby prowadzące. Grupa bywa uzupełniona ekspertami lub przedstawicielami innych podmiotów, których dotyczą dyskutowane zagadnienia, np. firm. Dwie kwestie zawarte w powyższej definicji wydają się być szczególnie istotne. Po pierwsze, przypadkowy wybór uczestników, podobny w swojej istocie do instytucji ławy przysięgłych w sądownictwie krajów anglosaskich. Stanowi on przeciwieństwo choćby inicjatyw obywatelskich, w których działają ci, którzy chcą, mają ku temu predyspozycje i możliwości (np. czas) – często po prostu osoby z klasy średniej, których bezpośrednio dotyczy dany problem. Dienel podaje przykład forum obywatelskiego w Düsseldorfie, gdzie „na 400 osób biorących udział, było obecnych 200 architektów i planistów; należy więc przypuszczać, że w przypadku takiego »obywatelskiego postępowania« wystąpi z pewnością zachwianie równości przedstawiania interesów”. Wybór losowy likwiduje te problemy, gdyż każ-

dy ma podobne szanse uczestnictwa w działaniach danej komórki planującej. Daje jednocześnie szansę na realizację konstytucyjnej zasady, że każdy ma prawo uczestniczyć w podejmowaniu decyzji dotyczących państwa. Pozwala także, poprzez konfrontację z innymi, rozwiązać konflikty dotychczas „zawieszone” (przemilczane, marginalizowane, omawiane tendencyjnie itp.), np. etniczne czy pokoleniowe. Ważny jest też aspekt tworzenia więzi społecznych – udział w takim przedsięwzięciu pomaga lepiej poznać współmieszkańców, czasem nawet nawiązać dłuższe znajomości. Dienel, badając istniejące komórki planujące, często spotykał się z opiniami uczestników, że wspólne działania, nastawione na jakiś konkretny cel, były jednocześnie wartościowe także pod względem czysto towarzyskim. Równie istotne jak losowy wybór, jest ograniczenie uczestnictwa w danym projekcie komórki planującej do określonego czasu oraz przyznanie wynagrodzenia za udział. Ograniczenie czasowe, do np. czterech dni, podczas których odbywają się codzienne spotkania, nie powinno uniemożliwić wyrobienia opinii na dany temat. Zabezpiecza jednocześnie przed próbami zbijania kapitału politycznego – nie ma powodu, by ktoś próbował obiecywać więcej niż może dać, byleby tylko zostać wybranym ponownie, gdyż jest to niemożliwe. Tak samo jak skrócenie czasu obrad komórki, które muszą trwać tak długo, jak wstępnie ustalono, aby nie było sytuacji, że robi się coś „na szybko”, byleby wcześniej skończyć. Natomiast wynagrodzenie, wraz z ustawową gwarancją usprawiedliwienia nieobecności w pracy, ma dawać motywację do działań w komórce planującej, choć niekoniecznie materialną. „W przebiegu procesu zostało stwierdzone, że funkcja wynagrodzenia ma większe znaczenie w wymiarze prestiżowym niż w sensie czysto finansowym. W społeczeństwie pozytywniej oceniane są działania opłacane – stając się tym bardziej »znaczące«” – przekonuje autor. Kiedy już grupa się zbierze, potrzeba jeszcze osób towarzyszących procesowi rozwiązywania problemu. Przede wszystkim moderatora i asystenta, którzy muszą zorganizować spotkanie (godzina, data, miejsce), wyjaśnić cele i obowiązki, zadbać o usprawiedliwienie absencji w pracy, ewentualnie na początku wesprzeć osoby słabiej się integrujące w grupie. Oprócz tego jest jeszcze planista, czyli specjalista odpowiedzialny za pomoc w zebraniu materiałów dotyczących omawianego zagadnienia, pośredniczący w rozmowach z urzędem lub instytucjami, w miarę możliwości służący wyjaśnieniami i radami. Można oczywiście powyższe reguły modyfikować, aby były optymalne w danej sytuacji. Przykładowo, nie ma przeszkód, by w komórce planującej uczestniczyli też mieszkańcy z innego regionu czy nawet kraju (gdzie np. omawiany problem miał miejsce już wcześniej). Równie wartościową odmianą wydaje się symultaniczność spotkań komórek planujących. Polega na tym, że dwie lub więcej komórek organizuje posiedzenia w zupełnie innych miejscach i składach, lecz obradują nad tymi samymi zagadnieniami. Tak zebrane dane tworzą bardziej kompleksową analizę problemu. Jest to jedna z największych zalet modelu komórki planującej – szerokie możliwości przenoszenia dyskusji nad określonym problemem z jednego posiedzenia na drugie,


89 z jednej dzielnicy na drugą itd. Jak pisze Dienel, pogłębia to racjonalność planowania, zwiększa legitymizację opinii i poszerza możliwości partycypacji obywateli. Wykorzystanie modelu komórki planującej możliwe jest w dowolnej skali – dotyczyć może dzielnicy, miasta, państwa, a nawet kontynentu. I zawsze można dostrzec istotne efekty dla uczestników tej formy. Przede wszystkim „żąda się od obywateli wypełniania całego szeregu funkcji, jakie jedynie przez przejęcie określonych nastawień i zachowań będą mogły zostać wypełnione”. Prowadzi to do obywatelskiej aktywności, umożliwia wpływ na decyzje państwa i miasta poprzez jasno wyrażone opinie. Kolejną zaletą komórek planujących jest to, że skutecznie socjalizują ludzi. Oglądanie obrad sejmu w telewizji, a nawet pójście na wybory, w minimalnym stopniu służy edukacji obywatelskiej. Autor książki wskazuje, że udział w komórce planującej wyrabia umiejętności wyartykułowania swoich oczekiwań i potrzeb, perspektywicznego (długofalowego) myślenia w interesie ogółu, a także uczy zaufania do systemu i daje możliwości zdobycia wiedzy o funkcjonowaniu administracji. Przede wszystkim jednak sprawia, że ludzie bliscy sobie (ponieważ to jedna dzielnica czy miasto), zaczynają rozmawiać o sprawach ważnych dla siebie i swojej społeczności. Niestety, proponowany przez Dienela model często natrafia na opór ze strony polityków. „»Zawodowi obywatele« czują się dotknięci, co objawia się w postawie zachowawczej i poczuciu zagrożenia”. Zamiast wspierać takie inicjatywy, stawiają jej opór, często nawet agresywny – np. gdy Ségolène Royal chciała zastosować komórki planujące do kontroli posłów, została oskarżona o próby wprowadzenia... maoizmu. Zatem dobrze, że w Polsce pojawiła się taka książka. Nie zmienia tego faktu niezbyt staranna edycja: znaczna ilość błędów redakcyjnych, literówek (np. Betoven), a także zdań, które każą przypuszczać, iż również tłumaczenie nie jest pozbawione wad. Lepsze mogłyby być wizualne aspekty książki, począwszy od okładki i układu rozdziałów. Irytuje szczątkowa bibliografia, utrudniająca dotarcie do części cytowanych pozycji. Warto jednak przymknąć oczy na te niedoskonałości, tak jak i na to, że książka „Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim” momentami sprawia wrażenie „instrukcji obsługi komórki planującej”. Poza mało atrakcyjną formą jest bowiem także treść, pełna humanizmu, podziwu dla człowieka, ale wolna od utopii. Dienel nie twierdzi, że człowiek zawsze czyni dobrze, jest racjonalny i potrafi doskonale radzić sobie z życiem osobistym i społecznym. Jego projekt zakłada po prostu, że człowiek może decydować o sobie i że potrafi przy tym się uczyć. Nawet jeżeli popełnia błędy, to zwykle wynosi z nich naukę na przyszłość, gdyż na własnej skórze odczuwa, co zrobił źle. To zupełnie inaczej niż w przypadku błędów popełnianych przez aparat państwowy. Koncepcja komórki planującej nie jest lewicowa ani prawicowa, liberalna ani socjalna. Jest demokratyczna czy po prostu ludzka, ponieważ stanowi narzędzie, które może być wykorzystane tak, jak zechcą sami członkowie społeczeństwa. Jeżeli mieszkańcy dzielnicy chcą mieć

pod blokiem hipermarket – to ich problem. Gdy preferują park, należy się z tej decyzji cieszyć. Oba rozwiązania warto jednak uszanować. Lepsze to niż sytuacja, w której chcą parku, a i tak powstanie hipermarket... To współdecydowanie o sobie, wyniesione z tego, co często utożsamiamy z liberalizmem, wspaniale współgra z drugą stroną medalu, czyli świadomością, iż żyjemy w danym społeczeństwie, bez możliwości „wypisania” się z niego. Dienel godzi te dwa paradygmaty. Choć brzmi to górnolotnie, jesteśmy zarówno podmiotami, jak i przedmiotami. Kształtujemy świat, ale i on kształtuje nas. Nie należy przy tym myśleć o modelu komórki planującej jako o czymś abstrakcyjnym, inspirującej utopii. Książka skupia się na konkretach, napisana jest „technicznie”, skąd bierze się jej niewielka objętość (niespełna 120 stron). Jest to jednak instrukcja, którą próbuje się wcielać w życie w różnych miejscach świata, począwszy od pionierskiego projektu z 1975 r., gdy osiem komórek planujących powołano w miastach Hagen, Wuppertal i Remscheid. Kolejne próby pojawiały się z upływem lat, choć niestety nieregularnie. Wymienić można choćby „całodzienne grupy komórek planujących” z USA z roku 1985. W Tokio, po pierwszych próbach zastosowania komórek planujących, przedstawiciele władz wyrazili zainteresowanie rozwijaniem tej formy partycypacji społecznej. W Europie szczególnie aktywna w stosowaniu komórek planujących jest Hiszpania, na czele z Andaluzją. W kraju Basków od początku lat 90. korzysta się z opinii komórek planujących – i to w bardzo istotnych kwestiach, jak np. lokalizacja autostrad. Również Unia Europejska obejmuje swoim patronatem komórki planujące, co prawda dość rzadko; warto odwiedzić choćby stronę internetową www.citizenspanel.eu, gdzie znaleźć można raport dotyczący roli obszarów wiejskich w Europie, stworzony na podstawie obrad komórek planujących, w których brało udział ok. 400 osób z 10 europejskich regionów. Mimo że wątek ten w mediach pojawia się bardzo rzadko, a większość polityków tematu tego nie porusza wcale (bo nie jest im to na rękę lub po prostu nic o nim nie wiedzą), to jednak komórki planujące powstają od lat i stosowane są do bardzo różnych zagadnień – to na podstawie tych doświadczeń powstała książka. Niestety, to wciąż rzadkość, natomiast w Polsce chyba jeszcze nigdy tego typu procedur nie stosowano. Nic dziwnego, że mniej niż co trzeci Polak uważa, że ma wpływ na sprawy kraju (a tylko 4% jest o tym przekonanych!), a niewiele więcej jest osób mających poczucie wpływu na sprawy lokalne (39%). Wypada zatem wierzyć, iż komórki planujące pojawią się również w Polsce i będą faktyczną szansą współdecydowania obywateli o sobie. Bartłomiej Grubich

Peter C. Dienel, Grupy planowania w społeczeństwie obywatelskim, PPH exall, Łódź 2008, przełożyła Krystyna Nurkowska. Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej: Express Poligraficzny Ryszard Jakubczak, ul. Wólczańska 139, 90-525 Łódź, tel. (042)369036, e-mail: exall@finn.pl. Dodatkowe informacje: www.dienel.uart.pl


90

recenzja

Opowieść

o prawdziwych nie-Polakach Krzysztof Wołodźko

Truizmem jest stwierdzenie, że III Rzeczpospolita nie cieszy się zbytnią sympatią sporej części własnych obywateli jako kraj źle rządzony, niedostatecznie wywiązujący się ze swoich obowiązków, ubogi w myśli i nie mniej ubogi w kulturę. III RP jest także źle oceniana jako państwo na usługach tzw. elit. Opis wiąże się z koniecznością diagnozy. Na ile trafna i intelektualnie ciekawa jest analiza prof. Ryszarda Legutki, zawarta na kartach „Eseju o duszy polskiej”? „Esej...” to książka patetyczna, w swoich obrazach i emocjach przypominająca filipikę. A przy tym zbudowana na oczywistych, niemal banalnych przesłankach. Zachwiano polską ciągłość historyczną. Zabrano – nie tylko w wymiarze materialnym – znaczną część ziem. Przedwojenną kulturę powojenni zarządcy zdyskredytowali i poddali – w dużym stopniu w złej wierze – manipulacji. Polska stała się krajem fałszu i brzydoty,

najpierw rządzonym przez „zbirów i chamów” (PRL), później przez „prostaków” (III RP). Model komunistycznej/socjalistycznej transformacji ustrojowej, opartej na sowieckich paradygmatach, zastąpiono demo-liberalnym „buldożerem”, mniej represywnym, np. w dziedzinie swobód obywatelskich, ale nie mniej sztucznym w swym zapożyczeniu. Wszystko, o czym pisze prof. Legutko, zostało już właściwie na różne sposoby wyartykułowane i mam wrażenie, że gdyby nie (zasłużona) renoma autora, książka nie znalazłaby takiego oddźwięku. Być może jej największym walorem jest fakt, że za sprawą swej skrótowości i stosunkowo przystępnej formy stała się manifestem reprezentantów konserwatywnej części polskiej sceny ideowo-politycznej, którzy choć zwyczajowo lubią się przedstawiać jako uciemiężeni, sprawują rząd dusz nad wcale pokaźną częścią wyobrażeń społecznych. Niestety, „Esej...” wpada też w pułapki typowe dla tego środowiska; pułapki, które w „Obywatelu” wypada opisać z perspektywy socjaldemokratycznej (a przynajmniej alterstreamowej, tj. takiej, która przedstawia inną wizję i diagnozę rzeczywistości niż dominujące w mainstreamie), nie związanej jednak z mową byłej nomenklatury PRL. Jest rzeczą jasną dla historyków idei, jak wielkie napięcie rodzi konflikt między ciągłością i zmianą, czytelnym, historycznym trwaniem a radykalnym zerwaniem. Prof. Legutko jako konserwatysta jest rzecznikiem ciągłości i jednoznacznie negatywnie ocenia te wydarzenia i procesy, które – w jego opinii – doprowadziły do zerwania integralności historii Polski i powstania bytu, który nazywa „narodem PRL-owskim”. Bez wątpienia ogromne znaczenie ma tu fakt jednoznacznego, zdecydowanie niechętnego stosunku tego filozofa wobec Polski Ludowej. Stąd oczywista jest tu teza o zniszczeniu polskości, znacznym okaleczeniu tego, co zwyczajowo określa się mianem „charakteru narodowego”, a co profesor nazywa „duszą”. I tak oto po II wojnie światowej (u)kształtował się stan narodowy, który można określić, odczytując przekaz autora „Eseju...” jako „polskość nie-polska”, byt wewnętrznie sprzeczny, uwikłany w PRL-owskie realia, zniszczony przez socjalistyczny egalitaryzm i sowiecką ekspansję na Zachód. Z książki wyłania się zmitologizowany obraz miastznaków polskości: odebranego nam, od-polszczonego Lwowa, sprofanowanej przez hitlerowski terror i władzę ludową Warszawy oraz Krakowa, któremu inteligencki charakter miała odebrać Nowa Huta. Tu zresztą, w re-


91 lacji między Krakowem a Nową Hutą rodzi się nowe napięcie: między wartościowym kulturowo „żywym doświadczeniem zbiorowym” a „chaotyczną społecznością zdezorganizowaną przez historię, politykę i ideologię”. Do tej kwestii jeszcze powrócimy, by wskazać na ważny mankament myślenia prof. Legutki. Niemniej, odebranie tym trzem miejscom, a zarazem toposom polskości ich charakteru jest dla niego symbolem i punktem wyjścia dla dalszych rozważań. Ich główna teza mówi, że ostatecznie, pogodzeni z historią Polacy dokonali swoistego samoprzekształcenia, a ich mentalność i myślenie wpisały się raz na zawsze w „wewnętrzną logikę systemu”, skazując się na wtórność i nie-autentyczność, wynikające z braku własnej (autentycznej) tożsamości. Stąd u Legutki nie tylko krytyczna ocena po-październikowych swobód (wtórność jako konsekwencja różnorakich zapożyczeń z myśli Zachodu), ale i wszelkich buntów społecznych czasów Polski Ludowej: „Roszczenia wobec władzy zgłaszano w języku obowiązującej ortodoksji politycznej, czyli marksistowskiej walki proletariatu z wyzyskiem” (spod tej oceny, co zdaje się w jakiś sposób zdumiewać samego prof. Legutkę, wypada jedynie pierwsza „Solidarność”, wymykając się proponowanym przez niego schematom myślowym). Co prawda zauważa, że owym buntom towarzyszył sztafaż narodowy, ale nie budzi to w nim większego zaufania – znów zgodnie z założeniem, że właściwą tożsamość narodową Polacy stracili. Niemal każdy akt społeczny, odnoszący się czy do opisu czasów minionych, czy do teraźniejszych, traktowany jest przez autora „Eseju o duszy polskiej” jako nieautentyczny, mniej lub bardziej świadomie oszukańczy. Legutko jako demistyfikator „polskiej duszy” czyni fałszywą niemal całą związaną z nią dotykalną rzeczywistość. To stary problem filozofii społecznej: próby odkłamania opisywanych realiów jako niezbędny warunek mają za założenie, że świat (czy to od początku, czy od pewnego momentu dziejowego) – by sparafrazować św. Jana – „w kłamstwie leży”. W przypadku profesora jest to teza tak mocna, że fatalistycznie determinuje cały ogląd i analizę Polski, choć on sam, w zakończeniu „Eseju...” zdaje się wspaniałomyślnie „mieć nadzieję wbrew nadziei”. Prof. Legutko ze szczególną nieufnością, by nie powiedzieć z nutą lekceważenia, odnosi się do kwestii socjalnych, do ekonomicznych źródeł napięć społecznych czasu PRL (temat znika niemal zupełnie, gdy przychodzi do opisu III RP) i klasy robotniczej (nazwanej wprost „komunistycznymi robolami”). Godna odnotowania jest ta niechęć w opisach rodzącej się „Solidarności”: „Mimo, że czasy pierwszej Solidarności przypadają na okres rozkwitu »społeczeństwa socjalistycznego« z całym jego zdegenerowaniem i że wiele z przyczyn mobilizujących społeczną aktywność miało podłoże ekonomiczne, w sferze publicznej doszło do niespodziewanej manifestacji szlachetniejszych aspiracji Polaków”. Na ogół zrozumiałe jest u konserwatysty poczucie daleko idącego dystansu do owych „poślednich potrzeb”, jakie towarzyszą człowiekowi, a które wiążą się z „niższymi władzami duszy”. W tym jednak przypadku wydaje się to być zupełnie nie na miejscu. Socjalny charakter „Solidarności” był bowiem jej

cechą immanentną, bezpośrednio związaną z walką o prawa pracownicze i lepszy – także na płaszczyźnie kulturowej – poziom życia. Tu z pewnością powstaje jedna z istotniejszych linii konfliktu między konserwatywnym, a socjalnym opisem rzeczywistości, która każe się nieufnie odnieść do tez zawartych na kartach „Eseju...”. Z powyższą kwestią wiąże się pośrednio sposób oceny egalitaryzmu. Dla prof. Legutki jest to wartość zdecydowanie negatywna, jednoznacznie związana z pauperyzacją materialną i umysłową, „schamieniem” i zniszczeniem wyższych warstw społecznych. Można oczywiście zastanawiać się, na ile silne były te residua w PRL-owskim egalitaryzmie i jak się mają do egalitaryzmu III RP, wiązanego przezeń z triumfem prostactwa. Tu jednak wróćmy do kwestii relacji między Krakowem a Nową Hutą, socjalistycznym miastem zbudowanym dla przezwyciężenia inteligenckiego Krakowa. W opisie profesora mamy początkowo do czynienia z czytelnym przeciwstawieniem „wysokiego” Krakowa „niskiej” Nowej Hucie. Kraków to wcielenie wszelkich cnót: (drobno) mieszczańskich i inteligenckich. Nowa Huta to miasto – choć słowo to w tekście nie pada – przybłędów. Tu jednak Legutko mówi rzecz, z której dla swej książki nie wyciąga głębszych wniosków: „Nowa Huta w pewnym niezauważonym przez nikogo momencie zlała się z Krakowem i to nie tylko dlatego, iż zabudowano obszary dzielące starą część miasta z nową. To zlanie dokonało się na poziomie ludzkim, bo społeczności wtopiły się jedna w drugą, tak jak zapewne planowali inicjatorzy budowy Nowej Huty, choć niekoniecznie z przewidzianymi skutkami. Społeczność nowohucka – przypomnijmy – protestowała dzielnie przeciw komunistycznej ateizacji, a pracownicy kombinatu im. Lenina byli w roku 1980 inicjatorami ruchu w Małopolsce, który zrodził regionalną Solidarność”. W ten oto sposób rodzi się synteza, którą można uznać za wiążącą nie tylko dla tamtych wydarzeń, ale i dla III RP: przezwyciężenie PRL przy równoczesnym zachowaniu nie tylko ciągłości historycznej (oczywiście, nie tak silnej jak ta, której życzyłby sobie prof. Legutko, ale z pewnością bardziej autentycznej i żywej na mocy samych wydarzeń dziejowych), ale również społecznej aksjologii i pierwiastków wyższych, w tym religijnych, w kulturze. Kłopot w tym, że ten sposób myślenia jest dziś niepopularny zarówno wśród konserwatystów, których guru jest autor „Eseju...”, jak i wśród innych znaczących liderów społeczno-politycznych różnych opcji. Warto jednak zwrócić uwagę na możliwe przyczyny braku takiej syntezy, o których mówi prof. Legutko. Przedstawia on kilka „projektów” społecznych, czy też narodowych, jakie były udziałem Polaków po 1945 roku. Pierwszy, najbardziej oczywisty i już wspomniany to „naród PRL-owski”: ludzi złamanych przez historię, ideologię i system władzy. Drugi, stanowiący niejako alternatywny sposób bytowania, choć również skazany na uczestnictwo w pierwszym, to „naród przykościelny”, związany z instytucjonalnym Kościołem jako reprezentantem stosunkowo najmniej zdeformowanych przez system PRL-owski „klasycznych wartości”, związanych także z „duchem narodu”. Trzeci model wiąże się z dynamiką i (rosnącymi bądź


92 malejącymi) ograniczeniami ruchu opozycyjnego w PRL-u i jego wewnętrznymi podziałami. W znacznej mierze Legutko przedstawia – i wielu ludzi opozycji tamtych czasów przyznaje mu rację – niekonkluzywność opozycji, brak ostatecznego celu, integralnego projektu, szukanie wyjścia zarówno poza „naród PRL-owski” (co jego zdaniem nie było możliwe), jak i poza kwestię narodową (co z kolei wiązało się dlań z fałszywą perspektywą, przyjętą przez liberalizujące, lewicujące nurty opozycji). Równocześnie istnienie tych modeli nie było nigdy odseparowane, płynnie przechodziły jeden w drugi, łączyły się ze sobą i wzajem sobie przeczyły. Np. ruch przyparafialny może być rozumiany zarówno jako zalążek „społeczeństwa obywatelskiego”, ale także jako wspólnota stricte religijna, a także jako zbiór „ludzi PRL-owskich”. Jednak, co zdaje się sugerować Legutko, głębokie sprzeczności między tymi modelami utrudniały na dłuższą metę jakąkolwiek rzeczywistą syntezę. Taka była kondycja Polaków, gdy nastała III RP. Tu znów opis prof. Legutki nie wykracza szczególnie głęboko poza to, co o „hegemonii” demo-liberalnego dyskursu zwykło się opowiadać. W konserwatywnym opisie autora „Eseju...” główny nacisk zostaje położony na problem „treści”, jaką miałaby nieść polska dusza, a której została pozbawiona, tym razem za sprawą rodzimych moderni-

reklama

zatorów i ich obaw przed „endecką duszą polską” oraz wskutek ekspansji kulturowego prostactwa, jako signum temporis cywilizacji Zachodu. Nie jest to opis do końca nieprawdziwy, ale razi w nim – ponownie – jednostronne skupienie na kwestiach kulturowo-politycznych, z pominięciem ekonomicznych aspektów transformacji, które miały znaczny wpływ na niezbyt optymistyczny (mówiąc eufemistycznie) kształt współczesnej Polski. Jest jeszcze jedno istotne zagadnienie, które jednak dla tak silnie nastrojonego anty-PRL-owsko filozofa jest charakterystyczne: brak zwrócenia uwagi na liczne przewagi kulturalne okresu przed 1989 r. nad późniejszą sytuacją. Wiąże się z tym brak recepcji wielu kulturowo wartościowych, a nieobecnych u prof. Legutki czynników istniejących w PRL, które każą sądzić, że nić historyczna, tożsamościowa nie uległa radykalnemu zniszczeniu, lecz jedynie poważnemu nadwątleniu. Wspominam o tym jako (raczkujący) badacz polskiej filozofii, korzystający w dużej mierze z dorobku osób tworzących w czasach Polski Ludowej, a prowadzących badania nad historią rodzimej myśli. W tym kluczu nasza współczesna sytuacja nie jest absolutną negacją poprzednich epok, lecz – powtórzę – punktem wyjścia dla nowej syntezy i wcale nie na zasadzie „opcji zerowej”, jak twierdzi prof. Legutko, lecz nieuprzedzonej rekonstrukcji „przeszłości dla przyszłości” (taki tytuł nosi nb. jedna z prac prof. Stanisława Borzyma). Ostatecznie, prof. Legutko, jakby wbrew wcześniejszemu wykładowi, pozwala czytelnikowi spojrzeć w przyszłość z nadzieją. Szczerze mówiąc, opis autora nie stwarza po temu horyzontów. Czytelnik, a przynajmniej ten, który czyta jego książki z wiarą, „widzi ciemność”, albo co najwyżej może uczestniczyć w fantasmagoriach. I w pewnym sensie tak się dzieje, jeśli spojrzeć dziś na tzw. konserwatywne/prawicowe analizy rzeczywistości, w których albo przeważa wiara w wolny rynek, albo w cudowne, boskie zrządzenie losu, albo i nawet w ducha Sarmacji, lub w to wszystko po trochu. Rzeczywistość społeczno-polityczna, kulturowa i ekonomiczna nie są przecież dziedzinami mistycznymi, potrzebują realnych punktów odniesienia, z których da się w miarę logicznie wyciągać autentyczne wnioski. Nawet w dziedzinie aksjologii społecznej nie da się ich wysnuć z najlepszych chęci i najgłośniejszych jeremiad. Negacja niemal całego zastanego świata, przy równoczesnym twierdzeniu „być może będzie lepiej”, jest przecież intelektualnie nie do obrony. Niepogodzony z „narodem PRL-owskim” (nie do końca bez racji), z demo-liberalnym dyskursem (co po części wydaje się atutem) czy z egalitaryzmem współczesnej kultury (który nadto jednoznacznie zdaje mu się kojarzyć z triumfem i kultem prostactwa), prof. Legutko w swoim „Eseju o duszy polskiej”, owszem, wylewa swoim rodakom na głowę kubeł wody. Pytanie jednak, na ile ma ona właściwości o(t)rzeźwiające. Krzysztof Wołodźko

Ryszard Legutko, Esej o duszy polskiej, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2008.


93 Joanna Duda-Gwiazda

Pożytki z lenistwa Piszę ten felieton w czasie upałów, ku pokrzepieniu serc braci i sióstr w lenistwie. Kiedy zostanie opublikowany jesienią, też się przyda, ponieważ po powrocie z wakacji niektórzy z nas mają niemądry zwyczaj zadręczania się rzekomo straconym czasem. W mieście trudno już wytrzymać. Kibice się smucą. „Bolek” kontratakuje przez telewizor, gazety i telefon. Andrzej ma wytłumaczyć, dlaczego żona odezwała się wulgarnie do Lecha, gdy opowiedział, jak kapuje kolegów. To ciężki grzech w teologii miłosierdzia. „Dziennik Bałtycki” wykrył mobbing w gdańskim oddziale IPN. Po zmianie kierownictwa, kilka osób odeszło z pracy. Wszystkiemu winien dr S. Cenckiewicz, który tropi „Bolka”. Z Australii dzwonili, że w obronie dobrego imienia Lecha ktoś wysmarował gównem samochód żony Cenckiewicza. Elegancka gazeta byle gównem się nie zajmuje. Co innego mobbing. Rosną ceny benzyny i żywności, ale martwię się tym mniej osobiście. Pod koniec urzędowania premier Jarosław Kaczyński przyznał nam specjalne emerytury. Zaraz zaczęliśmy o tym radosnym wydarzeniu opowiadać i teraz wszyscy piszą do premiera Tuska. Dobrze mu tak. Chwali się swoją walką o niepodległość, niech teraz wspomoże towarzyszy walki. W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy, co robić z nadmiarem gotówki, teraz idzie nam już lepiej. Na początek dobrobytu Andrzej zażyczył sobie kilogram chałwy, kilogram fasolki szparagowej i łososia. Kupiłam duży kawałek wędzonego łososia, ale na filmie „Życie wymyka się spod kontroli” zobaczyłam ogromne, genetycznie modyfikowane ryby i teraz nie wiem, czy ten łosoś nie był za duży. Próbowaliśmy oszczędzać czas, jeżdżąc na spotkania taksówką, ale okazało się, że ulice są zakorkowane i tramwajem jest szybciej. Czas porzucić cywilizacyjny padół i udać się tam, gdzie chodzi się piechotą, maliny na krzakach rosną za darmo i nikt ich nie modyfikuje. Kto nie może zaszyć się w jakiejś głuszy, powinien wyłączyć telefon, odwrócić telewizor ekranem do ściany, nie zaśmiecać mieszkania gazetami i pożyczyć dobry kryminał. Przynajmniej w czasie urlopu należy się solidna porcja lenistwa. Niestety, imperatyw aktywności powoduje, że ludzie zmęczeni do granic wytrzymałości wybierają aktywny wypoczynek w modnej miejscowości, albo wykupują wycieczkę w stylu „siedem stolic w siedem dni”. W sprawach lenistwa jestem ekspertem do kwadratu, ponieważ wiem jak się lenić i jak walczyć z nałogiem lenistwa. Leniuchowanie sprzyja rozmyślaniom, kulturze i nauce. Gdyby nasz przodek nie był leniwy, do dzisiaj bujałby się zawieszony ogonem na drzewie, goniłby wytrwale królika i szukał dziko rosnących zbóż. Lenistwo matką wynalazków. Mimo to lenistwo ma złą opinię, chociaż już wiele czynności niezbędnych do

życia możemy wykonać bez najmniejszego trudu. Teraz każe się nam nadążyć za światem pędzącym z zawrotną szybkością. Wcale nie chodzi o świat, lecz o pieniądze. Musimy śpieszyć się, aby zarobić na życie, a jak nam się uda, to jeszcze bardziej powinniśmy się starać, aby mieć pieniędzy więcej. Moim zdaniem świat nigdzie nie pędzi, tkwi beznadziejnie w miejscu i tylko coraz szybciej wiruje wokół osi pieniędzy. To taki rodzaj centryfugi, która odwirowuje śmietankę dla bogaczy. Lenistwo może być obrzydliwym nałogiem, w naszej religii zalicza się go do grzechów głównych. Jest taka teoria, że najlepiej wyjść z nałogu wpadając w jakiś inny. Nie polecam. Próbowałam oduczyć się palenia papierosów przy pomocy mocnej kawy, ponieważ bez papierosa udawało mi się wprawdzie trafić do pracy, ale rysunek przypinałam do deski do góry nogami. Skończyło się tak, że rano musiałam i kawę wypić, i papierosa zapalić. Zwalczając lenistwo według tej recepty, można stać się leniem pracoholikiem, seksoholikiem, dobrze jeśli nie narkomanem, ponieważ amfetamina rozjaśnia umysł. Leń pracoholik? – nic w tym dziwnego. To częsty przypadek lenia, który walczy z nałogiem nieumiejętnie i w poczuciu winy. Odmawia sobie prawa do lenistwa, więc nieustannie usiłuje pracować i wciąż nic nie robi, ponieważ jest zmęczony. W zwalczaniu lenistwa pracowitością osiągnęłam tylko tyle, że Andrzej przyznał mi pierwszą kategorię lenia. Największy leń to ten, który specjalnie wcześniej wstaje, żeby dłużej nic nie robić. Najlepiej walczyć z lenistwem według recepty alkoholików – klin klinem. Kiedy już ponad miarę spiętrzą mi się zaniedbane obowiązki, wyciągam układankę na 2000 części i układam bez przerwy. Po takich męczących wagarach wszystko, co mam do zrobienia, jest proste, łatwe i przyjemne. Nie dajmy się zastraszyć, tak zwane lenistwo to bardzo często po prostu przemęczenie i permanentne niewyspanie. Najbardziej męczy praca, której nie lubimy, wykonywana wyłącznie dla pieniędzy lub prestiżu. Wybitny polski socjolog Florian Znaniecki twórczością nazywał wszystko, co człowiek robi z przyjemnością, w czym chce osiągnąć doskonałość, niezależnie od rodzaju zawodu. Wyrobnikiem może być i robotnik, i literat. Trzeba zmuszać się tylko do aktywności fizycznej. Jeśli komuś nie chce się chodzić piechotą, dystans, który może przejść, nieustannie się skraca. Wkrótce bez samochodu trudno mu poruszać się po świecie. W nieodległej perspektywie jest fotel, a potem wózek inwalidzki. Jeśli komuś nie chce się chodzić, powinien zmuszać się tak długo i wytrwale aż osiągnie stan, w którym nogi same niosą, a świetne pomysły same przychodzą do głowy. Spacery i piesze wycieczki to najlepszy rodzaj lenistwa. Joanna Duda-Gwiazda

Król jest nagi – odkrywamy kłamstwa propagandy


94 Anna Mieszczanek

Znak Zorro: dziesięć na dziesięć Na pojedynczy rozum

Budzę się któregoś poniedziałku, patrzę i nadziwić się nie mogę. Cała łaska i mądrość Wszechświata spłynęła na naszych polityków. No i siedzi przy stoliku do kawy premier od cudów, prezydent w dwóch osobach, z Jarosławem z tyłu głowy, a także szefowie całej folklorystycznej reszty polskich politycznych elit. Piją elite cafe i jedzą wafelki. Sławomir Sierakowski z doktorem Gdulą tylko te wafelki donoszą, żeby było słodko, zaś Andrzej Gwiazda z Jerzym Robertem Nowakiem dolewają i dolewają gorącą kawę i herbatę do termosów. Wciąż i wciąż. Przed każdym ze stolikowców nieduża kartka, a na niej w dziesięciu punktach najważniejsze polskie sprawy do rozwiązania. Wypisane sprawną ręką jednego myślącego Zorro, co właśnie skończył socjologię na UW i zgodnie z oczekiwaną przez dziekanat sylwetką absolwenta potrafi obserwować i nazywać kluczowe problemy społeczne. A że łaska i mądrość na nich spłynęła, więc pospołu planują stolikowcy jak tu owe problemy skutecznie rozwiązać. A telewizje to transmitują, 24live. Jednym zależy na silnym państwie, dobrych obyczajach, żeby wywalić komuchów i żeby mieli z czego podbierać do emerytury. Innym zależy na silnej pozycji przedsiębiorstw, stabilnym rozwoju gospodarczym i żeby mieli z czego podbierać do emerytury. Jeszcze innym na czymś tam innym, no i na tym podbieraniu do emerytury też. Każdy chciał też kiedyś mieć rząd dusz, ale łaska i mądrość zrobiła swoje – kapują już, że naród swój rozum ma, i tak zrobi jak zechce, więc szkoda siłowania na głupoty. Postanowili się stolikowcy samoograniczać. Ci od silnego państwa postanowili nie straszyć ludności co dzień inną katastrofą i nie konfliktować tam, gdzie konfliktów poważnych nie ma. Odpuścili nakaz nieustającego chodzenia na mszę i dawania na trzy tace w tygodniu. Ci od silnej gospodarki dostrzegli wagę traktowania siły roboczej jak godnych obywateli, o których zdrowie, edukację i emerytury warto zadbać, żeby dobrze się czuli w swoim kraju i nie chcieli wyjeżdżać. Rząd dusz zdecydowali się oddać nie-stowarzyszonym artystom. A co. Postanowili że przestaną podbierać do swoich emerytur, sprzedadzą parędziesiąt siedzib ZUS-u i dołożą z tego do emerytur nauczycielom, energetykom i górnikom. Przelali też budżetowe pieniądze sędziom, żeby sobie kupili komputery oraz wygodniejsze fotele i żeby szybciej sądzili. Urzędnikom zagrozili, że jak będą wydawać głupie decyzje, to będą płacić kary z pensji i z emerytury. Matkom, co pracują w domu, chowają dzieci i chcą – dali pensje. Postanowili, że jak zdarzy się coś ważnego, będą pytać Obywateli w referendum, jakie kto z Narodu ma zdanie. Obiecali, że będą działać zgodnie z tym, co w referendum okaże się głosem większości. Ale obie-

cali też, że i głos mniejszości będą brać pod uwagę, bo zawsze jest tam coś, nad czym warto się zastanowić. Zrobili rewolucję w sejmie. Napisali posłom na małych kartkach, że każdy z nich jest na służbie u Narodu, który ich finansuje, więc mają o tym stale pamiętać. Przykazali im też, że na czas kadencji mają się wypisać ze swoich partii, za to zapisać do jednego z dziesięciu zespołów, które mają rozwiązywać konkretne problemy – z tej listy napisanej przez Zorro świeżo po socjologii. Jak coś któryś zespół mądrego zaproponuje, cały sejm przyklaśnie, a Naród po dwóch latach wystawi w referendum dobrą cenzurkę – to poseł dostanie nagrodę. Jak naród nie wystawi dobrej cenzurki – to poseł zapłaci karę. No i jeszcze takie tam różne poustalali. A na to wszystko patrzył cały czas z góry stary Janusz Korczak z Królem Maciusiem u boku. Król Maciuś coś tam po swojemu pod nosem powtarzał, Korczak go namawiał, żeby głośniej gadał. No to Król Maciuś mówi w końcu tak: Dobrze, panowie premierzy, prezydenci i inni ważni. Nie jesteście świniami. Wreszcie się staracie. Tak powinno być. Więc już się więcej nie kłóćcie, bo to nikomu na dobre nie wychodzi. Zrozumiano? Bo jak nie, to wszystkie wafelki każę pozabierać. Oraz herbatę, kawę i transmisję telewizyjną na żywo. No.

***

W naszym postmodernistycznym i postkolonialnym świecie łatwo popaść w apatię. Może jak ktoś młodszy, to tak zaraz nie popada. Ja popadam. I stary filozof Baudrillard też. Po czasach wielkiego przewartościowania, liberalizacji i wyzwolenia, które wcale nie przyniosło takiej wolności, o jakiej marzyliśmy, Baudrillard stawia pytanie: „co dalej?”. Dla filozofa /.../ pozostaje jedynie apatia. Ale już Wojtek Wiśniewski, który o tymże filozofie pisze – nie popada. /.../ w społeczeństwie ryzyka, w którym państwo odchodzi od zabezpieczeń socjalnych, a każdy dzień obarczony jest możliwością całkowitej zagłady, inicjatywa przechodzi w nasze ręce. /.../ zyskaliśmy jednak możliwość dyskusji nad demokracją, równością, pluralizmem, dobrem wspólnym… Obecnie najważniejszym zadaniem staje się zatem to, aby w czasach „nomadycznej władzy” nie zawęzić działań do jednego pola. Obnażając wszechobecność władzy i kierując się powyższymi wartościami, nie dopuścić, żeby w epoce cyfrowej liberalizacja wszystkiego stała się przyczynkiem do powstania /.../ „społeczeństwa kontroli”, aby apatia i brak konkretnej mapy ponowoczesnego świata nie uniemożliwiały nam wspólnego działania. No dobrze, to postaram się wyjść z apatii. Zwłaszcza, że Zorro – ten świeżo po socjologii – obiecał mi trochę wafelków. Anna Mieszczanek


95 Jacek Zychowicz

Tak przemija chwała... W dziesięć lat po śmierci Zbigniewa Herberta jego wielkość poetycka wygląda na mocno nadwątloną. Zwątpili w nią nawet ci, którzy ją w swoim czasie pracowicie kreowali. Tak więc Andrzej Horubała z pewnym opóźnieniem odkrył w „Rzeczpospolitej”, że szczególnie późne wiersze Herberta na ogół nie należą do arcydzieł. Można się z nim zgodzić, że słynnemu kiedyś „17 IX” szkodzi naiwnie sielankowa wizja Polski międzywojennej, na której jedynymi ciemniejszymi punktami są radzieckie czołgi, że w pamflecie na Miłosza, zatytułowanym „Chodasiewicz”, osobista wrogość nie zapłodniła pióra... Ale przecież to się zawsze rzucało w oczy. Czemu więc menedżerowie telewizyjnych programów kulturalnych, których starsi pokoleniowo dziennikarze ochrzcili pieszczotliwie pampersami – a tak się składa, że jednym z nich był Horubała – bez najmniejszych zastrzeżeń lansowali Herberta na główny niemalże filar „kultury duchowej narodu”? Zagadkę spóźnionego rytmu, w jakim Horubała formułuje trafne oceny krytyczne, tłumaczy jego wydana przed laty powieść „Farciarz”. U jej bohatera, dającego się łatwo utożsamić z autorem, wysoko postawieni mecenasi zamawiają projekt uroczystości żałobnych na zbliżające się odejście polskiego papieża. Ten, nie ukrywając dystansu wobec umierającego zwierzchnika Kościoła oraz jego nauk, wykonuje profesjonalnie, co mu zlecono. Głosić publicznie co innego niż się myśli – i nie widzieć w tym żadnego problemu, tylko najwyżej odnajdywać pretekst do autoironicznej opowiastki – tak przedstawiał się stan ducha publicystów urabiających opinię w III RP. Kręcąc spektakle pod hasłem „Dlaczego Herbert nas zachwyca”, tak zwani pampersi na swój użytek musieli zachwycać się zupełnie odmienną – choć wątpliwe, czy lepszą – literaturą. Nic dziwnego, że wiarą, której im samym brakowało, nie zdołali zarazić publiczności. Herbertowi zdarzały się wiersze – w pełnym znaczeniu tego słowa – przepiękne. Nie da się zapomnieć „Apolla i Marsjasza”, gdzie bóg słońca oraz sztuk pięknych poddał leśnego stwora, który ośmielił się go przewyższyć sugestywnością swojego śpiewu, metodycznej wiwisekcji bez znieczulenia. W jej efekcie, Marsjasz – za pomocą tylko jednej samogłoski „A” – opowiada „nieprzebrane bogactwo swego ciała”, natomiast „wstrząsany dreszczem obrzydzenia Apollo czyści swój instrument”. Problem w tym, że poeta, jak żaden chyba inny artysta, musi wykazać się genialnością. Jeśli mu się to nie powiedzie, prędzej czy później pada pytanie, czy nie byłoby lepiej, gdyby się wypowiadał zwykłą, choćby i dziennikarską prozą. Herbertowi do tego wygórowanego, ale nieuchronnego pułapu oczekiwań zabrakło kilku szczebli. Najchętniej posługiwał się on formą paraboli, w której postacie i zdarzenia, utrwalone w historii kultury, miały komentować rzeczywistość aktualną. Taka próba patrzenia na wiek XX przez pryzmat klasycznego wykształcenia mogłaby wzbu-

dzić sympatię. Niestety, Herbert zadowolił się – dobrą dla przeciętnego inteligenta, lecz nie dla oryginalnego twórcy – obowiązkową erudycją z przedwojennego gimnazjum. Jego Marek Aureliusz nasłuchuje, jak mroczne potęgi barbarzyństwa zaczynają uderzać w „kruchy ląd” cywilizacji. Do niedawna, krytycy literaccy zapewniali zgodnym niemal chórem, że Herbertowi zawdzięczamy niepowtarzalnie wnikliwą rekonstrukcję kultury śródziemnomorskiej. Chciałoby się z nimi obejść równie okrutnie, jak Herbertowy kot z ptaszkami, które zrywał „zanim dojrzeją”. W „Zamachowcu” Stefana Georgego, późnorzymski dekadent, przygotowując się duchowo do przelania imperatorskiej krwi, krzywi się z delikatnym niesmakiem: „kto na ciele bliźniego nie szukał miejsca pod sztych / jakże lekko on żyje i jakie myśli ma płaskie...”. Jak tutaj ma się Herbert ze swoim czytankowym cesarzem-filozofem? Równie płytko, jak dosłowna treść paraboli, rysuje się u Herberta jej domyślny układ odniesienia. Jego Pan Cogito zmierza do „ciemnego kresu”, zmagając się po drodze z nicością. Chyba już łatwo zgadnąć, że w Herbertowskiej galerii symbolicznych osobistości nie zabrakło Belzebuba, grożącego rajowi i chórom anielskim. Co miały wyrażać wszystkie te prościutkie opozycje? Mnożąc je, inteligent z przedwojennego Lwowa opisywał swój utracony świat oraz siły historyczne, które go zniszczyły. Na jego miejscu, poetycki geniusz przeniknąłby jądro ciemności zamiast nad nim zrzędzić. Herbert został w swoim czasie nadmiernie wyniesiony przez mechanizmy eksploatowania kultury dla celów politycznych. Na skali, którą one wciąż określają według zasady „Murzyn zrobił swoje”, grozi mu teraz degradacja. Opozycji, wypowiadającej wojnę PRL-owi, który sypał się i bez jej udziału, potrzebny był sztandarowy idol literacki, który nigdy nie znajdował się na stalinowskim Olimpie. Przyznać trzeba, iż Herbert zorientował się, że go bez skrupułów rozgrywano. Wówczas też zerwał z dworem Adama Michnika. Kultura bywa obecnie przedmiotem tak dzikich manipulacji, że trudno z przekonaniem zaprzeczyć pogłoskom, iż ta decyzja kosztowała go Nagrodę Nobla (przyznaną Wisławie Szymborskiej, piszącej mniej więcej tak, jak Herbert, tylko słabiej). W Polsce, w której Michnik znał się tak na poezji, jak na gospodarce, Herbertowi nie podobało się głównie to, iż nie oddzielono w niej ludzi przyzwoitych od podłych równie jednoznacznie, jak on potrafił to robić w swoim świecie poetyckim. Jak na zakres przemian, których doznaliśmy, od poety autentycznej rangi można by więcej wymagać. Polska myśl i sztuka miały za mało siły wewnętrznej, żeby obronić się przed politykierstwem i komercją. Dlatego naszym wychowawcą duchowym, zamiast Herberta, będzie Tomasz Lis albo może jakiś inny, mniej opatrzony prezenter. Jacek Zychowicz

Wędrówki pod wiatr


96

AUTORZY NUMERU: Justyna Barańska (ur. 1980) – z wykształcenia historyk,

nauczyciel WOS, wychowawca kolonijny, instruktorka żeglarstwa i opiekunka osób starszych. Dla idei, z miłości lub dla pieniędzy była już m.in. nauczycielką, redaktorką, dramatopisarką, opiekunką do dzieci, tłumaczką, chórzystką, copywriterką, biuralistką, ogrodniczką, happenerką i sprzątaczką. Wszystko to, o dziwo, sprawiało jej pewną przyjemność i satysfakcję. Jej światopogląd można by uznać za lewicowy, ale ma feler w postaci ultraortodoksyjnego katolicyzmu. Nałogowo angażuje się w działania społeczne, zwłaszcza proekologiczne i na rzecz dzieci. Mieszka we Wrocławiu.

Wioleta Bernacka (ur. 1983) – doktorantka na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się transformacją ustrojową państw postkolonialnych, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej; pracę magisterską poświęciła tożsamości narodowej współczesnego społeczeństwa meksykańskiego, m.in. temu, jak wpływa na nią globalizacja. Wolne chwile spędza na robieniu zdjęć, spacerach i wycieczkach. Karioka Blumenfeld (ur. 1978) – absolwentka nauk

społecznych na University of Haifa. Pochodzi z rodziny pomarcowych emigrantów z Polski. Interesuje się kulturą chasydzką, zwłaszcza postacią cadyka Chaima Halberstama z Nowego Sącza i jego wizją skromnego życia, wyrażoną słowami: „Upodobałem sobie biedaków. A wiecie dlaczego? Bo Bóg ich sobie upodobał”. Uwielbia specyficzny przejaw kultury masowej, jakim są Teletubbies. Po roku 1989 często odwiedza Polskę, zakochana w tym kraju, jego kulturze i krajobrazie.

Tadeusz Buraczewski (ur. 1949) – inżynier, absolwent Politechniki Gdańskiej, specjalista od turbin wodnych, energetyk. Budowniczy zakładów przemysłowych w Polsce i byłej NRD. Od czasów studenckich aktywny na niwie kabaretowej. Współtworzył kabarety studenckie „Ad Hoc” i „Jelita”. Inicjator trzech imprez: Ogólnopolski Gdyński Konkurs Satyryczny „O Grudę Bursztynu”, Gdyński Konkurs Satyryczny „O Strusie Jajo” i Kaszubski Turniej Satyryczny w Pucku. Kierownik literacki i założyciel gdyńskiego kabaretu UNIQ. Stały współpracownik Programu III Polskiego Radia (magazyn „Parafonia”), satyrycznego miesięcznika „Twój Dobry Humor”, Radia Gdańsk (felietony i magazyn satyryczny „3 grosze”), Radia Eska Nord (magazyn satyryczny „Trzynastka”) oraz pomorskiej prasy lokalnej. Kontakt: tykocin@op.pl

i polityki społecznej Anny Kalaty, redaktorem naczelnym gazety „Głos Samoobrony”, a ostatnio dyrektorem generalnym Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Obecnie zajmuje się dziennikarstwem, a także m.in. pełni funkcję wiceprezesa Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych. Otwarty na poglądy niepopularne – lubi szukać ukrytych motywacji tych, którzy je szczególnie zawzięcie krytykują.

Joanna Duda-Gwiazda – inżynier okrętowiec, działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (1978) i pierwszej „Solidarności” (członek prezydium MKS-MKZ, Zarządu Regionu), w stanie wojennym internowana, niezależna dziennikarka i  publicystka („Robotnik Wybrzeża”, „Skorpion”, „Poza Układem”). Od początku do dziś konsekwentnie w opozycji do metod i polityki firmowanej przez Lecha Wałęsę i jego następców. Żona Andrzeja Gwiazdy. Stała współpracowniczka „Obywatela”. Bartłomiej Grubich (ur. 1985) – student socjologii i filozofii (UAM). W związku ze studiami mieszka w Poznaniu, choć wciąż przede wszystkim jest z Bydgoszczy. Uważa, że traci dużo czasu na rzeczy mniej istotne, że za dużo myśli i za mało działa, ale usilnie szuka dobrych proporcji pomiędzy tymi sprawami. Obecnie stara się zrozumieć przede wszystkim zjawiska sfery publicznej, globalizacji, wolności oraz koncepcje J. Habermasa – to wszystko, by zrozumieć, dlaczego tak mało rozmawiamy o rzeczach ważnych. Dlatego też chętnie „pogada”, nawet jeżeli tylko internetowo: bgrubich@interia.pl Marcin Janasik (ur. 1978) – politolog (absolwent UAM). Od 10 lat związany z ruchem alternatywnym, uczestnik i współorganizator wielu akcji i kampanii społecznych. Działając w różnych organizacjach lewicowych (m.in. Lewicowa Alternatywa, Polska Partia Socjalistyczna, Nowa Lewica), ruszył w końcu własną drogą ideową. Współzałożyciel i prezes zarządu Stowarzyszenia „Lepszy Świat”, redaktor naczelny pisma „Alterglobal”. Promotor idei centrowego alterglobalizmu, czerpiącego z wielu doktryn społecznych i  gospodarczych. Orędownik wychodzenia ponad wtórne podziały i  dogmatyzmy ideowe oraz łączenia w  działalności alternatywnej aktywizacji obywatelskiej z działalnością pomocową, edukacyjną i  kulturalną. Interesuje się marketingiem politycznym, historią, zagadnieniami związanymi z globalizacją.

Jeffrey Kaplan – amerykański aktywista obywatelski. W dzia-

Florence Clombe (ur. 1987) – kanadyjska aktywistka społeczna. Od kilku lat zaangażowana w inicjatywy lokalne w Vancouver, gdzie mieszka od urodzenia. W przyszłości chciałaby zostać strażnikiem leśnym, na razie realizuje się walcząc o zachowanie i rozwój zieleni miejskiej w swojej dzielnicy.

łalność społeczną zaangażowany od kilkudziesięciu lat, brał udział m.in. w słynnych protestach w obronie nielegalnego parku stworzonego przez studentów z Berkeley (1969 r.). Aktywnie wspiera kampanie m.in. na rzecz społecznej kontroli nad wielkim biznesem, zajmuje się działalnością badawczą i publicystyczną – jego teksty znaleźć można m.in. na łamach „Yes!” oraz „Chicago Tribune”. „Od zawsze” związany z okolicami San Francisco, obecnie zarabia tam na życie jako konsultant informatyczny.

Marcin Domagała (ur. 1976) – absolwent Wydziału Hi-

Arkadiusz Karwacki (ur. 1977) – socjolog, doktor nauk

storycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył studia podyplomowe w zakresie Integracji Europejskiej na Uniwersytecie Warszawskim i Akademię Dyplomatyczną Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Był m.in. doradcą minister pracy

humanistycznych, adiunkt i zastępca dyrektora w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Członek European Sociological Association, Polskiego Towarzystwa Socjologicznego i Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej. Au-


97 tor lub redaktor 7 książek oraz blisko 40 tekstów o charakterze naukowym podejmujących problematykę ubóstwa, wykluczenia społecznego, podklasy, kulturowego dziedziczenia społecznego nieprzystosowania oraz przeobrażeń na gruncie polskiej polityki społecznej. Realizator kilkunastu projektów badawczych (autorskich lub zespołowych).

Jakub Kępiński (ur. 1984) – pochodzi z Wrocławia i kocha Dolny Śląsk, ale Polskę już niekoniecznie. Z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego, obecnie student ostatniego roku produkcji w mediach na angielskim University of Bedfordshire. Interesują go przede wszystkim religie oraz tożsamość człowieka w XXI wieku. Poza fotografią pracuje również przy filmach dokumentalnych. Ostatnio pisał dla „Gońca Polskiego”. Rafał Łętocha (ur. 1973) – mąż i ojciec. Doktor habilitowa-

ny nauk humanistycznych, pracownik naukowy w Instytucie Religioznawstwa UJ. Autor książek „Katolicyzm a idea narodowa. Miejsce religii w myśli obozu narodowego lat okupacji” (Lublin 2002) i  „Oportet vos nasci denuo. Myśl społeczno-polityczna Jerzego Brauna” (Kraków 2006). Publikuje tu i ówdzie, czyta to i owo, słucha tego i owego. Mieszka w Myślenicach. Stały współpracownik „Obywatela”.

Wojciech Makowski (ur. 1980) – ukończył stosunki mię-

dzynarodowe na Uniwersytecie Łódzkim, pracuje w Instytucie Spraw Obywatelskich, gdzie prowadzi projekt na rzecz zrównoważonego transportu „Dajmy odetchnąć miastu” (http://www. miastowruchu.pl/).

Paplo Maruda – prawdziwe nazwisko: Jancio Rzecznik (pra-

sowy nieznanej organizacji praw człowieka). Autor setek znakomitych wierszy, z których jeden  na pewno został wydrukowany za Oceanem. W  roku 1974 stanął na drodze butelki szampana zmierzającej w  stronę burty statku na gdańskiej pochylni – od tego czasu na rencie. Bajkopisarz przygarnięty dotąd jedynie przez anarchistyczną „Mać Parjadkę”, publicysta niezaangażowany przez nikogo. Zakurzony naftaliną fundamentalista, co chwilę się wkurza i chciałby cofnąć czas – jak najdalej. Przeciwnik wszelkich partii i orędownik partii chrześcijańskiej lewicy, której w Polsce nie ma a być powinna jako jedyna. W swych licznych pseudonimach pozuje na starca, choć jest zaledwie lekko-półśrednim dziadkiem.

Anna Mieszczanek (ur. 1954) – dziennikarka, zwolniona

z pracy w stanie wojennym, w latach 80. redaktorka podziemnego pisma „Karta”, później m.in. prywatny wydawca. W latach 1996-1997 wiceprezes Społecznego Instytutu Ekologicznego, uczestniczka ruchu kobiecego. Założycielka i  pierwszy Prezes Zarządu Stowarzyszenia Forum Mediacji i Mediatorów, inicjatorka powstania Ośrodka Mediacji Rodzinnych przy Fundacji „Zadbać o świat”. Autorka wydanej w podziemiu i nagrodzonej przez Fundację „Polcul” książki o  wydarzeniach marca 1968 w  Polsce oraz współautorka (z Wojciechem Eichelbergerem) bestsellera „Jak wychować szczęśliwe dzieci”. Stała współpracowniczka „Obywatela”.

Andrzej Pieczyrak

(ur. 1964) – z wykształcenia biolog, z urodzenia i zamiłowania gliwiczanin i Ślązak. Założyciel Niezależnego Serwisu Informacyjnego Gliwice, autor licznych arty-

kułów – m.in. głosami Kapituły został wybrany Dziennikarzem Obywatelskim Roku 2007 w konkursie organizowanym przez portal Wiadomości 24.

Jacek Redzimski (ur. 1978) – z wykształcenia socjolog (absolwent UMK). Od maja 2004 do grudnia 2005 r. mieszkał i pracował w Londynie. Aktualnie pracuje dla jednej z działających w  kraju agencji badań rynku i  opinii społecznej. Oprócz tematyki migracji, interesuje go problematyka profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych w  Polsce, którą w  przeszłości przez krótki czas zajmował się zawodowo. Od kilku miesięcy mieszka w Poznaniu. Michał Sobczyk (ur. 1981) – absolwent ochrony środowi-

ska na Uniwersytecie Łódzkim. Z poglądów – egalitarysta; nieufny wobec radykalnych wizji, ceni to co sprawdzone, jak choćby spółdzielczość, transport szynowy czy tradycyjne rolnictwo. Zaślepiony miłością do Łodzi i najstarszego z tutejszych klubów piłkarskich. Lubi piwa w tradycyjnych butelkach. Zastępca redaktora naczelnego „Obywatela”.

Michał Stępień (ur. 1981) – absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, kierunku ochrona środowiska. Od 1999 r. mniej lub bardziej udzielający się w  organizacjach pozarządowych. Koneser serków waniliowych, rowerzysta, amator żeglarstwa oraz turystyki pieszej.

Bartosz Wieczorek (ur. 1972) – absolwent filozofii i politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Doktorant w  Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikował w  „Przeglądzie Filozoficznym”, „Studia Philosophiae Christianae”, „Znaku”, „Przewodniku Katolickim”, „W drodze”, „Frondzie”, „Przeglądzie Powszechnym”, „Studia Bobolanum”. Prowadzi klub miłośników filmu rosyjskiego „Spotkanie” w Rosyjskim Ośrodku Nauki i Kultury w Warszawie. Mieszka z żoną i dwójką malutkich dzieci w Warszawie. Stały współpracownik „Obywatela”. Krzysztof Wołodźko (ur. 1977) – wychował się w Szoł-

drach, pegeerowskiej wsi w Wielkopolsce, mieszka wraz z Żoną w Krakowie. Doktorant Zakładu Filozofii Polskiej w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie przygotowuje pracę o „filozofii rewolucji” Mariana Zdziechowskiego. Bliska jest mu myśl prof. Bronisława Łagowskiego. Pisał do „Życia Duchowego” i „Trybuny”; współpracuje z witryną internetową Polskiego Radia. Dla Wydawnictwa Diecezjalnego w  Sandomierzu przetłumaczył m. in. wybory tekstów św. Augustyna, św. Tomasza z  Akwinu i  kard. J. H. Newmana. Bardzo sobie ceni rosyjską literaturę piękną i gnostyckie spojrzenie na rzeczywistość. Stały współpracownik „Obywatela”.

Jacek Zychowicz (ur. 1963) – dr nauk filozoficznych, po-

lonista, tłumacz, muzykolog-amator, wykładowca akademicki, publicysta. Publikował m.in. w „Dziś”, „Trybunie”, „Myśli Socjaldemokratycznej”, „Wiadomościach Kulturalnych”, „Polityce”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Twórczości”, „Sztuce”, „Życiu” i  „Europie”. Autor książki „Mieszanka wybuchowa. Felietony i powiastki ze świata jednowymiarowego”. Stały współpracownik „Obywatela”.


98

Łódź, 17 października 2008

www.OKF.OAI.pl

r e k l a m a

Obywatelskie Konfrontacje Filmowe

Instytut na rzecz Ekorozwoju oraz Koło Naukowe Logistyki „Uni-Logistics“ zapraszają do udziału w debacie społecznej:

Miasto w ruchuTRANSPORT Te JAKI Brand New World filmy W ZRÓWNOWAŻONYM ROZWOJU? Bitwa o górę św. Anny prowokują 1980 Solidarność 1990 3 października 2008 do r. Obywatel poeta Wydział Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego dyskusji My karmimy Łódź,świat ul. Matejki 22/26 Merytorycznie jest skierowana do osób, organizacji WSHE, ul. Sterlingadebata 26, sala K-312, godz. 9-20. Wstępi instytucji wolny. zainteresowanych tworzeniem Organizatorzy:

alternatywnej polityki transportowej.

Magazyn Obywatel, Koło Politologiczne Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi

Debata jest częścią cyklu czterech debat społecznych pod wspólnym tytułem: „Innowacyjne myślenie kluczem do zrównoważonego rozwoju” w ramach realizowanego przez Instytut na rzecz Ekorozwoju PROGRAMU AKTYWNEJ EDUKACJI NA RZECZ ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU „EKOHERKULES”, którego głównym celem jest kształtowanie holistycznego myślenia o wzroście gospodarczym, jakości życia i ochronie środowiska przyrodniczego dla potrzeb wdrażania zasad zrównoważonego rozwoju.

Czyste powietrze dla wszystkich 16-22

Szczegółowe informacje o debacie wraz z formularzem zgłoszeniowym dostępne są na stronie Instytutu Września na rzecz Ekorozwoju: www.ine-isd.org.pl. Zgłoszenia telefoniczne: (0-22) 851 04 02 i faxem: Będziemy (0-22) 851 żyli 04 00 od 9 do 36 miesięcy dłużej, jeżeli poprawimy jakość powietrza w naszych miastach. Sponsor: Transport powoduje najwięcej zanieczyszczeń. Dofinansowano ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Patroni medialni:

Aby je zmniejszyć, korzystaj z komunikacji zbiorowej. Jedź rowerem. Chodź pieszo. patronat medialny

Wsparcie udzielone przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię poprzez dofinansowanie ze Środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego, a także ze środków budżetu Rzeczpospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych


Słuchaj co dwa tygodnie w soboty

w godzinach 15-18 w Studenckim Radiu Żak:

w Łodzi i okolicach na

88.8

MHz

Audycja radiowa .. słychaczy. dla wymagających

przez Internet: www.zak.lodz.pl

lub z plików MP3 (podcast) na stronie internetowej:

www.czy-masz-swiadomosc.oai.pl

słuchaj • myśl • działaj

Projekt jest realizowany dzięki wsparciu udzielonym przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię poprzez dofinansowanie ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego a także ze środków budżetu Rzeczpospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych. Projekt jest realizowany dzięki wsparciu Unii Europejskiej. Za treść niniejszego dokumentu odpowiada Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, poglądy w nim wyrażane nie odzwierciedlają w żadnym razie oficjalnego stanowiska Unii Europejskiej.


Profile for Magazyn Obywatel

OBYWATEL nr 5(43)/2008  

Archiwalny numer OBYWATELA

OBYWATEL nr 5(43)/2008  

Archiwalny numer OBYWATELA

Advertisement