Issuu on Google+

magazyn dla otwartych na literaturę i smaki

3 / 2013 (3)

HISZPANIA

LLOSA

BARCELONA

MADRYT

RÓŻNE OBLICZA KRAJU I LUDZI

MIASTO OCZAMI ZAFÓNA

PROZA KORRIDA

BARWNE ŻYCIE

WE WSPOMNIENIACH I FIKCJI

TAPAS POEZJA


KONTAKT Z REDAKCJĄ

Lato, lato...

redakcja@magazynobsesje.pl STRONA WWW http://magazynobsesje.pl REDAKTOR NACZELNA Agnieszka Pohl REDAKCJA I KOREKTA Anna Stokłosa WSPÓŁPRACOWNICY Asia Flasza Agata Jezierska Agnes A. Rose Magda Sieczko Maciej Zborowski PROJEKT OKŁADKI I SKŁAD Scared Dragon Studio Mateusz Pohl

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo redagowania nadesłanych tekstów oraz nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam.

Lato w pełni. Możemy się prażyć w słońcu. Z ogromną przyjemnością siadamy na kocu i delektujemy się słońcem, którego ciągle nam tak brakuje. Dzieci w ogrodzie taplają się w  dmuchanym basenie, z którego nie można ich wyciągnąć. Potem umęczeni upałem siadamy w cieniu i sączymy coś orzeźwiającego. A najmłodsi z zapałem oblizują lody. Chociaż mnie lato kojarzy się nie tylko z wylegiwaniem się na kocu. Kojarzy mi się z wakacjami, mnóstwem wolnego czasu i czytaniem książek. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten czas zwykle spędzamy dość aktywnie. Mimo wysokiej temperatury. Każdy dzień wykorzystujemy maksymalnie. Częściej zapraszamy znajomych do siebie, częściej gdzieś wychodzimy. Do późnej nocy biesiadujemy przy ogniskach, grillujemy, oglądamy filmy. Czasem, kiedy dysponujemy funduszami, wyruszamy w podróż. Zwiedzamy najdalsze kąty na świecie. Poznajemy odmienną kulturę. Mamy okazję skosztować egzotycznych potraw, przyprawionych w bardzo oryginalny i nieznany dla nas sposób. My natomiast nie musimy mieć pieniędzy by wybrać się do innego kraju. Wystarczy, gdy sięgnięcie po nowy numer Obsesji. Tam przeniesiecie się do Hiszpanii, dowiedziecie się, co warto przeczytać i jaką przekąską umilić sobie popołudnie.

Życzę jak najwięcej orzeźwiających chwil. Redaktor Naczelna

W NASTĘPNYM NUMERZE: Julia Child, Nigel Slater Literacko i kulinarnie Słów kilka

2


W NUMERZE SŁÓW KILKA

Z HISTORIĄ W TLE

Lato, lato . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 2

Barcelona w powieściach C. R. Zafóna . . . . . . 16

SUBIEKTYWNY WYBÓR

OPOWIADANIA

Wakacyjne podróże literackie. . . . . . . . . . . . . 4

Hiszpański sen, odc. 1 . . . . . . . . . . . . . . . . . 18

PYSZNIE NA TALERZU

FELIETON

Tapas. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 6

Korrida . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 Vamos, kawa. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 24

WYWIAD Hiszpania z całym dobrodziejstwem inwentarza. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 8

KĄCIK DZIECIĘCY Wakacje wśród Indian . . . . . . . . . . . . . . . . . 22

TEMAT NUMERU

NIEZBĘDNIK MOLA

Niegrzeczny chłopiec. . . . . . . . . . . . . . . . . . 12

Na wakacje z książką. . . . . . . . . . . . . . . . . . 25

POETYCKO

KUPA TRUPA

Limeryk. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 14

Złodziejka . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 26

MAGIA WSPOMNIEŃ

OBIEKTYWNIE

Hiszpańsko i (nie)sielsko . . . . . . . . . . . . . . . . 15

Wakacyjnie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 27

PORADNIA JĘZYKOWA Przychodzi „facet” do polszczyzny . . . . . . . . . 15

3

Zawartość numeru


Wakacyjne podróże literackie Czas wakacji sprzyja wyjazdom, leżakowaniu nad wodą. Chłodzeniu się zimnymi napojami. Jednak kiedy nie możemy podróżować do egzotycznych krajów, pozostaje nam literatura, która zabierze nas w nawet najbardziej oddalone zakątki świata. Tym razem poznamy historie ze świata, krajów hiszpańskojęzycznych, które zaspokoją nasz głód zwiedzania różnych miejsc na globie. Gorąco polecam Wam kilka pozycji na upalne lato.

fot.: © -Marcus- - Fotolia.com

Subiektywny wybór

4


WALKA KOTÓW

SEKRET JEJ OCZU

Eduardo Mendoza Znak Literanova, 2012

Eduardo Sacheri Świat Książki, 2012

Nieznany obraz namalowany przez Velazqueza i znawca historii sztuki - to wszystko pachnie historią rodem z Kodu Leonarda Da Vinci. Ale bez obaw, bo mile się zaskoczymy. To coś więcej niż badanie obrazu i jego pochodzenia. To studium burzliwych relacji politycznych, panujących w Hiszpanii tuż przed II Wojną Światową, w które zamieszany jest człowiek Bogu ducha winien. Stał się kartą przetargową dziwnych transakcji. Dreszcz przebiega po plecach, kiedy odkrywa się coraz to nowe tropy i kiedy tajemnica nabiera kształtów i rozpędu. A typowo hiszpański klimat zaostrza apetyt na więcej książek tego autora.

Zbrodnia sprzed lat okazuje się być inspiracją do stworzenia książki. Bowiem główny bohater, Chaparro, zamiast iść na przyjęcie zorganizowane z  okazji jego przejścia na emeryturę, postanawia pisać książkę o wydarzeniach sprzed lat. Proces twórczy autora przerywany jest wątpliwościami co do jego umiejętności pisania. Jednak mimo trudności, Chaparro tworzy świetnie zbudowaną historię, która trzyma w napięciu. Mamy okazję śledzić rozwiązanie zagadki zabójstwa, które jest tylko zapalnikiem całej fabuły, osadzonej w Argentynie. „Sekret jej oczu” to lekko, ale i dość ostro napisana powieść.

KIEDY JASZCZURY ŚPIEWAJĄ

ZAPACH GORZKICH POMARAŃCZY

Miguel Santana Wyd. Zysk i S-ka, 2005

Kate Lord Brown Prószyński i S-ka, 2013

Miguel Santana zabiera nas do świata całkowicie egzotycznego, do tradycji zupełnie niezrozumiałych, ale za to bardzo intrygujących. W zasadzie od pierwszych stron porywających czytelnika. „Kiedy Jaszczury śpiewają” jest bardzo magiczną, klimatyczną powieścią, której akcja toczy się w Meksyku. Legendy i realia przedstawione w powieści pozwalają nam w pełni wsiąknąć w atmosferę i wydarzenia. Z zapartym tchem poznajmy losy Aidy naznaczonej grzechem. Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę, napisaną bogatym i pięknym językiem, który tylko ułatwia wczucie się w życie bohaterów.

To powieść, gdzie dwa światy zderzają się ze sobą: czasy gen. Franco w Hiszpanii i czasy współczesnej Hiszpanii. W jednym z nich panuje stan wojny, w  drugim - pokój. Jest to piękna historia o miłości, poświęceniu i ogromnych tragediach. „Zapach gorzkich pomarańczy” pozwala uciec od problemów. Razem z główną bohaterką możemy pojechać do domku w Hiszpanii i poznawać przeszłość jej rodziny i jej nowo rozpoczęte życie. Wraz z nią poznajemy miłych ludzi, którzy także skrywają wiele ze swojej przeszłości.

Życzymy wielu relaksujących chwil w towarzystwie książek, ich historii i bohaterów.

5

Subiektywny wybór

fot.: materiały prasowe wydawnictw


MAGDA SIECZKO http://cudolepki.blogspot.com

TAPAS Hiszpania - wino i tapas. Tak kulinarnie kojarzy mi się ten kraj. W dodatku nie ma nic prostszego niż przygotowanie tej potrawy. Tapas może być wymyślne, wieloskładnikowe ale też proste i szybkie. Nie ma tutaj żadnych ograniczeń. Ważne żeby było podane w formie małych przystawek i najlepiej w doborowym towarzystwie. Prezentuję Wam moją wizję tapas. Deska prostych przekąsek. Zapewniam jednak, że jej przygotowanie zajmie Wam nie więcej niż 15 minut. Zamknięte w prostej formie smaki Hiszpanii z polską nutą.

Mini szaszłyki z suszoną śliwką i szynką serrano »» szynka serrano »» suszone śliwki »» wykałaczki Bardzo lubię podawane na ciepło koreczki z śliwki zawiniętej w boczek. Postanowiłam zrobić wersję bardziej hiszpańską. Każdy plaster szynki przekrawamy na pół. Układamy śliwkę, delikatnie ją zawijamy i spinamy wykałaczką. Zapiekamy w piekarniku rozgrzanym do 200°C przez 5 minut, aż wszystko się ładnie przyrumieni. Powinna powstać pyszna, chrupiąca skórka.

fot.: ©Magda Sieczko

Pysznie na talerzu

6


Pasta z anchois i suszonymi pomidorami »» puszka anchois »» garstka suszonych pomidorków cherry (mogą być »» »» »» »»

też zwykłe z zalewy, ale wtedy pasta będzie miała troszkę inny smak) 4 jajka ugotowane na twardo łyżka musztardy świeża bazylia i tymianek sól, pieprz do smaku (trzeba uważać z solą, bo anchois jest dość słone!)

Jajka i pomidory pokroić na mniejsze kawałki. Wszystkie składniki wrzucić do blendera. Dolać trochę oleju z puszki, żeby pasta nabrała bardziej kremowej konsystencji. Zmiksować całość na gładka masę. Gotowe! Wystarczy posmarować nią pokrojoną bagietkę. Reszta deski to proste składniki. Feta z ziołami, oliwki i kiełbaska chiorizo. Prosto i smacznie. Wystarczy lampka dobrego wina, grupka znajomych i gwarantuję, że wieczór będzie udany!

fot.: Mateusz Pohl - Scared fot.: ©Magda DragonSieczko Studio


HISZPANIA Z CAŁYM DOBRODZIEJSTWEM INWENTARZA

Michała poznałam jeszcze w podstawówce. Już wtedy był wesołym, nastawionym pozytywnie do całego świata optymistą. Kilka lat po studiach to wciąż żywy podręcznik tego, jak spełniać własne marzenia i brać z życia to, co najlepsze. O Hiszpanii i perypetiach, jakie przydarzyły mu się w tym barwnym kraju, z Michałem Wójcikiem, rozmawiała Anna Stokłosa. Ile razy byłeś w Hiszpanii? Trzy i pół. Pierwszy raz pojechałem w 2008 roku na Erasmusa do Jaén w Andaluzji. Był to najkrótszy Erasmus, o jakim słyszałem, bo trwał tylko 3,5 miesiąca. Dlaczego taki krótki? Sama selekcja zaczęła się późno, a Hiszpanie przyjęli mnie dopiero po odrzuceniu przez Włochy i Węgry. Sam odrzuciłem Słowacki Presov, bo Erasmus 140 km od domu nie wydawał mi się tak atrakcyjny jak Hiszpania. Powrót zaś musiałem przyspieszyć ze względu na pracę licencjacką i fakt, że miałem dwa tygodnie na nadrobienie całego semestru. Co do Andaluzji – pamiętam, jak zaszokował mnie tamtejszy dialekt; hiszpański, którego uczyłem się wcześniej, zawierał spółgłoski. Później oczywiście chciałem wrócić, ale że długo nie mogłem znaleźć EVS-a1 w Hiszpanii, pojechałem na wakacje do Madrytu i Granady. Niedawno zaś wróciłem z półrocznego pobytu na Gran Canarii. EVS doszedł do skutku, choć i Kanaryjczycy i Hiszpanie polemizowaliby ze stwierdzeniem, że Kanary to Hiszpania. To były moje trzy razy. A pół? Kiedyś próbowaliśmy z kolegą dojechać do Hiszpanii autostopem. Skończyło się w Rudzie Śląskiej. 1

Co Cię zafascynowało w tym kraju i jego mieszkańcach, że chciałeś tam pojechać? A potem wracałeś. Na początku ten kraj nie interesował mnie w ogóle. Uczyłem się tylko języka, a to ze względu na Shakirę, Salmę Hayek i Penelopę Cruz. Sama Hiszpania wydawała się poza zasięgiem. Ale w końcu dorosłem do dalszych podróży, a Półwysep Iberyjski to najdalej, gdzie można na naszym kontynencie dojechać, kierując się na zachód. Za Hiszpanią jest oczywiście Portugalia, ale z językiem było trudniej. W Hiszpanach niewiele mnie fascynowało, bo żadnego nie znałem. Jeśli więc coś mnie pociągało, to chyba właśnie ta egzotyka. Czy Twoje spojrzenie na ten kraj i ludzi zmieniło się w wyniku Twoich podróży? Musiało się zmienić, skoro nic o nich wcześniej nie wiedziałem. Ale czy teraz coś wiem? Ciężko mi określać Hiszpanów jako całości, bo wg mnie są bardziej zróżnicowani regionalnie, niż Polacy. Mają oczywiście parę cech wspólnych, ale przyzwyczaiłem się dość mocno rozgraniczać hiszpańskie prowincje. W Andaluzji widać duże wpływy kultury arabskiej, w kontraście do bardzo europejskiego Madrytu. Śpiewanie hymnu Asturii to swego rodzaju symbol upojenia alkoholowego, a o Galicji sporo może powiedzieć poniższy dialog koleżanki z kierowcą autobusu: Ona: Przepraszam, jedzie Pan do Boal? Kierowca: Jak pojadę, to pojadę. A jak nie pojadę, to źle będzie. Kanaryjczykom taka melancholijna filozofia jest zupełnie obca, bo bliżej im do kultury Ameryki Południowej, zaś Katalończycy i Baskowie to już zupełnie odmienne historie. Urzekło mnie kiedyś powiedzenie Basków, wg którego „Ludzie z Bilbao rodzą się, gdzie im tylko przyjdzie ochota”.

European Voluntary Service fot.: © Michał Wójcik

WW ywiad ywiad 8 8


Najfajniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w Hiszpanii? Wolontariat Europejski w Las Palmas de Gran Canaria. Ciężko sześć miesięcy określać jako jedno wydarzenie, bo był to czas tak zróżnicowany i intensywny, że można by wyjątkowymi momentami obdzielić ze trzy lata. Z drugiej strony był to swego rodzaju bąbel - coś zupełnie innego od życia codziennego. Poza tym trudno wybrać pomiędzy pierwszym nurkowaniem z butlą, surfingiem, sylwestrową butelką cydru w oceanie i  szkoleniem na Teneryfie. Zgodnie z programem wolontariatu, wraz z lokalną młodzieżą dwa razy w miesiącu braliśmy udział w takich zajęciach jak: wizyta w obserwatorium astronomicznym (niebo nad wyspami jest wyjątkowe, bo nieskażone światłami miast Europy, nie mówiąc już o smogu), kajaki, nurkowanie z butlą i z rurką czy schodzenie nurtem górskiego potoku. W ciągu pierwszego miesiąca kupiliśmy też deskę surfingową i  od czasu do czasu wybieraliśmy się na plażę poćwiczyć. Później, przy okazji warsztatów przedsiębiorczości, udało mi się zwiedzić praktycznie całą wyspę i śmiem twierdzić, że znam ją lepiej, niż wielu Kanaryjczyków. Spotkałem też niesamowitych ludzi z różnych krajów, poznając ich kultury, niezmiernie fascynujące. Nauczyłem się śpiewać armeńską dziecięcą piosenkę urodzinową i „Panie Janie” po estońsku. Wciąż zresztą kultura Estonii jest dla mnie tak samo fascynująca, jak i zagadkowa. Podsumowując, robiłem rzeczy wyjątkowe. Wiele z  nich po raz pierwszy w życiu. Ale z ludźmi, których tam poznałem, nawet te najprostsze, codzienne czynności nabierały nowych kolorów. Najgorsza rzecz? Zostawienie portfela w taksówce. Wynikło z tego mnóstwo problemów i napięć. Bo przyjechała siostra ze znajomymi i wynajęliśmy samochód, więc tak jakby jeździłem bez prawa jazdy. Gdy zatrzymała mnie Guardia Civil (coś pomiędzy policją a wojskiem), serce miałem na wysokości obojczyka. Na szczęście nie spytali o dokumenty. A przez utratę wszelkich kart nie zdążyłem kupić pamiątek. Jak Hiszpanie radzą sobie z kryzysem? Z mojego punktu widzenia w ogóle sobie nie radzą, ale paradoksalnie prawie tego nie widać. W 2008 roku, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Hiszpanię, kryzys dopiero się zaczynał i skutki nie były jeszcze widoczne. W roku 2012 zauważyłem na ulicach Madrytu ludzi proszących o pracę lub pieniądze, ale powiedziano mi, że wcześniej też się ich widywało. Rok później, idąc Trianą - główną ulicą handlową Las Palmas i widząc ludzi obładowanych zakupami, zacząłem się zastanawiać, gdzie ten kryzys. Znajoma wytłumaczyła mi, że u znacznej części społeczeństwa kryzys niewiele zmienił. 9

Wywiad

Z kolei ci, których dotknął, potrafią nie zjeść obiadu, byleby móc wieczorem wyjść ze znajomymi na kolację czy choćby piwo. Zasada “zastaw się, a postaw się” jest tam stosowana dopóty, dopóki jest jeszcze co zastawiać. Z drugiej strony, nagle wszyscy stali się ekspertami ekonomicznymi. Jeszcze parę lat temu nikogo nie obchodziła gospodarka, a nawet teraz “Marca” (czasopismo piłkarskie) jest najlepiej sprzedającą się publikacją w kraju. Ale o ekonomii słyszy się coraz częściej. Należy pamiętać, że Hiszpanie strzelili sobie w nogę tzw. “bąblem infrastrukturalnym” i windowaniem minimalnych płac. Ludzie, którzy pozaciągali kredyty na mieszkania, nagle zostali bez pracy, bez mieszkania i  z  ogromnymi odsetkami do spłaty. Takie przypadki były oczywiście nagłaśniane. Podobnie jak andaluzyjski Robin Hood - Juan Manuel Sánchez Gordillo - który w  zorganizowanej grupie rabował jedzenie z supermarketów. Nastroje społeczne pogorszył także wyciek o ��apówkach, jakie miał otrzymywać premier Rajoy oraz publikacje rzekomych prywatnych korespondencji polityków, drwiących sobie z kryzysu i społeczeństwa. Sama rodzina królewska została mocno skrytykowana po tym, jak król Juan Carlos w trakcie kryzysu zafundował sobie polowanie na słonie w Afryce (złamał wtedy biodro), a infantka Cristina została oskarżona o udział w skandalu korupcyjnym. W takich okolicznościach wszelkie cięcia w administracji publicznej spotykają się z gorącymi protestami i nie ma tygodnia, żeby gdzieś fot.: © Michał Wójcik


nie wybuchały demonstracje. Choć przy dużej częstotliwości tracą one na wydźwięku. Brzmi to dość dramatycznie, więc, żeby złagodzić ten obraz, przytoczę skargę znajomej, której kryzys “uniemożliwił studia”. Okazało się bowiem, że ograniczone środki nie pozwoliłyby jej na samodzielne wynajęcie mieszkania w Madrycie. „A dzielić mieszkania z kimś nieznajomym się przecież nie da”. Twoja ulubiona hiszpańska potrawa? Zabrzmi to nieco dziwnie, ale z Hiszpanii najlepiej kojarzy mi się włoska lasagne. Była to specjalność Pino - naszej kucharki. A sama kuchnia hiszpańska jest tak bogata, że trudno mi wybrać jedną potrawę. Bardzo lubię jamón serrano, choć przez dłuższy czas nie mogłem się do niego przekonać. Bardzo też smakuje mi tortilla, ale, co ciekawe, wolę ją na zimno. A czy sprzedałeś autochtonom jakąś polską potrawę? Jak ją przyjęli? Polskie pierogi z kapustą lepione przez czterech szwarnych kawalerów w fartuchach urosły do rangi legendy. Potrawą, która wywołała jednak najwięcej emocji był barszcz, który zobowiązałem się ugotować na Wigilię. Nigdzie nie mogłem znaleźć proszku ani koncentratu, więc kupiłem buraki. Smaku nie miało to prawie żadnego i zanim dowiedziałem się, że należało dodać soku z cytryny, wsypałem tam z pół opakowania pieprzu. Wigilię jedliśmy na dachu i trochę wiało, więc zupa była rozgrzewająca, natomiast Litwinka, Rosjanka i Estonka zaczęły narzekać na brak kapusty [sic!]. Polski barszcz przeszedł więc do historii jako czerwona woda z pieprzem. Rady dla wybierających się do Hiszpanii. 1. Nauczcie się języka. Hiszpanie z zasady nie mówią po angielsku. Nie chodzi nawet o to, że nie chcą, ale niezbyt przemyślany system nauki, wszechobecny dubbing i popularność samego języka hiszpańskiego sprawia, że nie jest to naród poliglotów.

fot.: © Michał Wójcik

2. Uważajcie na kradzieże. Nie, żeby ktoś Was napadał z bronią, ale - jak mawiają sami Hiszpanie: „w trakcie sięgania po drugą walizkę z bagażnika, ta pierwsza może zniknąć”. Na Wyspach Kanaryjskich słyszałem opowieści, jak to znajomi w dzieciństwie jechali na drugi koniec wyspy mając pieniądze na bilet tylko w jedną stronę. Wracali „na koszt turystów”, po paru dniach dobrej zabawy. 3. Jak w każdym kraju, znajomy autochton będzie najlepszym przewodnikiem. Idealnym byłoby zatrzymać się w domu zaprzyjaźnionej rodziny. Miałem okazję spędzić tak tydzień i był to wspaniały pobyt, choćby ze względu na kuchnię. 4. Hiszpańskie prawo jest nieco bardziej liberalne, jeśli chodzi o spożywanie napojów niskoprocentowych w miejscach publicznych lub przechodzenie na czerwonym świetle. Należy jednak pamiętać, że w większości prowincji legendarny “botellony” (spontaniczna i  otwarta impreza w miejscu publicznym) zostały oficjalnie zdelegalizowane. Jeśli więc będziecie szli, pijąc sobie spokojnie piwo, nic nie powinno się stać. Ale głośne śpiewanie z butelką rumu w ręce może skończyć się interwencją policji. A im po angielsku wiele nie wytłumaczycie.

WW ywiad ywiad 10 10


UWAGA! * Chcesz do ł ą czyć do nasz e j d rużyn y? * Chcesz podzi e lić s i ę z n a m i wraż e nia m i po l ek t u rz e magazyn u?

* Chcesz byś m y obję l i pa tronat e m media ln ym Twoją książ k ę?

Pisz na ad res: redakcja@magazynobsesje.p l Wi ę c ej na s tron ie: h ttp://magazynobsesje.p l Pol u b nas na Facebooku: h ttp://facebook .com/magazynobsesje

11

Wywiad


AGNIESZKA POHL

NIEGRZECZNY CHŁOPIEC Mario Vargas Llosa, peruwiański pisarz, noblista to postać w świecie twórców, która zyskała sobie rzeszę czytelników. Jego proza jest trudna, wymagająca i bardzo niesztampowa. Nie są to na pewno lektury na jeden wieczór. Historie są refleksyjne, ale bywają i szokujące. Po dużej dawce emocji czytelnik zwykle przerzuca się na chwilę na coś lżejszego, by później na nowo

fot.: © Sandra Cunningham - Fotolia.com

powrócić do powieści hiszpańskojęzycznego autora. Nic dziwnego, że tak chętnie sięgamy po książki Mario Vargasa Llosy, skoro tak bogate życie wpływa na jego twórczość. To właśnie w jego autobiografii „Jak ryba w wodzie” odkrywamy, że inspiracją wielu jego książek było jego własne życie, które potem beletryzował i przelewał na karty powieści.

Temat numeru

12


Mario Vargas Llosa to człowiek o niebywałym talencie literackim, szlifowanym od kilkudziesięciu lat. Przy pomocy języka rysuje piękne obrazy, jednak nie stroni od przekleństw czy mocnych słów powiedzianych wprost. Nawet książkę o sobie napisał, nie ukrywając nic przed czytelnikiem. A mimo to nie zarzuca nas suchymi faktami, daje nam dzieło, które czyta się lekko, jak fikcyjną powieść. Czytając autobiografię poznajemy chłopca wychowywanego wiele lat przez matkę i jej rodzinę. Jest z nimi bardzo zżyty. Kiedy po latach pojawia się ojciec, Mario nie jest w stanie przemóc się, by traktować go jak rodzica, kogoś bliskiego. To jest dla niego „ten pan”. „Ten pan” bił i matkę i dziecko. Uważał syna za zniewieściałego i buntował się przeciwko wychowaniu dziecka przez rodzinę jego żony. Mario Vargas Llosa nienawidził swojego ojca, co tylko pogarszało ich wzajemnie stosunki. Odkąd bowiem ojciec pojawił się w jego życiu na nowo, czuł że „stracił niewinność i jasną wizję świata, jaką matka, dziadkowie i wujostwo w niego wpoili”1. Stracił radość życia, poznał, co to jest przemoc i okrucieństwo. Życie okazało się nie być już takie idealne. Ukojeniem dla niego były książki i pisanie wierszy. Namiętnie czytał przygodowe powieści, wszystkie pieniądze wydawał na książki. Czytywał między innymi Karola Maya, Juliusza Verne’a czy Aleksandra Dumasa. Uciekał w poetycki świat: tworzył wiersze. W Szkole Wojskowej, do której posłał go ojciec, czytał i pisał bardzo dużo. To tam szare dni wypełniał literaturą i stawał się powoli pisarzem, choć jeszcze o tym nie wiedział. Potem na zamówienie pisał swoim kolegom listy miłosne i erotyki, by pomóc im podbić serca dziewczyn. To tam nadano mu miano Poety i ekscentryka. To również w Szkole Wojskowej przestał brzydzić się seksu. Zaczął marzyć, fantazjować i przechwalać się, ile to już „nie przeleciał” panienek. Było mu nawet głupio, że jeszcze nie współżył z żadną. Jednak zanim mógł traktować seks jako coś niegrzesznego, uważał go za coś obrzydliwego, a nawet plugawego. A to z powodu dziwnego i nie na miejscu zachowanie księdza względem niego w szkole. Spotęgowało to wstręt, który wcześniej pojawiał się, kiedy tylko ojciec z matką zamykali się w pokoju. To ksiądz sprawił, że do tej pory młody wierzący, gorliwie modlący się chłopak odchodził od wiary. Co prawda uczęszczał do kościała nadal, modlił się, ale wszystko to wynikało bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Dopiero po jakimś czasie odważył się powiedzieć, że jest ateistą.

I chociaż w Boga nie wierzył, wierzył natomiast, że może naprawić sytuację w Peru. Tak oto przypadkiem, będąc koło pięćdziesiątki, wypowiadając się negatywnie w artykule o tym, co dzieje się państwie, wplątał się w politykę. Mimo że jego druga żona, Patrycja nie była zachwycona, że porzucił to, co kochał, czyli literaturę na rzecz brudnego świata polityki. On solennie obiecywał, że będzie to tylko niewielki epizod jego życia. Jedna manifestacja, jedno przemówienie. Oczywiście na tym jednym razie nie poprzestał. Chociaż natykał się na wiele przeszkód, postanowił kandydować na stanowisko prezydenta. Jednak dla katolickich Peruwiańczyków jego ateizm, a w zasadzie agnostycyzm stał się problemem. I choć ciągle zdawał sobie sprawę, że polityka jest placem intryg, kombinatorstwa, tkwił w nim dalej, łudząc się, że uda mu się zmienić świat. Oprócz tego, że Mario Vargas Llosa był i jest pisarzem, publicystą i politykiem, jest też mężem i ojcem. Miał dwie żony. Z drugą spłodził trójkę dzieci: dwóch synów i jedną córkę. Po dziś dzień jest wśród nas i zapewne tworzy. Mam taką skrytą nadzieję, że jeszcze nas czymś zaskoczy, i że „Marzenia Celty” nie będą jego ostatnim dziełem, które będzie nam dane przeczytać.

1 „Jak ryba w wodzie” Mario Vargas Llosa, wyd. Wydawnictwo Znak, 2010, str. 118. 13

Temat numeru

fot.: materiały prasowe wydawnictwa


MACIEJ ZBOROWSKI

Pewien Francisco z Hiszpanii Malował dla króla nocami Gdy zamknął drzwi na skobel Podziwiał zaś urodę Mai kobiety z tajemnicami

fot.: © Ina Schoenrock - Fotolia.com

Poetycko

14


Agnieszka Pohl

Hiszpańsko i (nie)sielsko Jak na szpilkach oczekiwałam na końcówkę trzeciego semestru. W pośpiechu zbierałam oceny do indeksu. Bookowałam bilety do Madrytu. Wybierałam przedmioty, których miałam się uczyć na zupełnie obcej uczelni. Dopełniałam wszelkich formalności. Pakowałam wszystkie swoje rzeczy ze stancji, którą musiałam zwolnić. Dodatkowo planowałam, co zabrać ze sobą na pół roku. Bo jednak walizki bywają dla kobiet zdecydowanie za małe, nieważne jakiego są rozmiaru. Kiedy nadszedł czas wyjazdu, moje podekscytowanie rosło z każdą minutą. A tu jeszcze korki na drodze, które utrudniały mi dojazd do Warszawy z  drugiego końca Polski i wcale nie sprawiały, że mniej się denerwowałam. Co więcej, w perspektywie miałam trzygodzinny lot samolotem, nieznany kraj i ledwie poznany język. Wszystko wydawało się trudne i nie do przeskoczenia. A jednak okazało się, że nic nie było takie straszne. Hiszpanie okazali niemożliwie mili i sympatyczni. Nawet jeśli wypowiadali kilkaset słów na minutę. Z pierwszych zajęć z mediacji i negocjacji prowadzonych przez nauczyciela o czarnych, mocno kręconych włosach, pamiętam jedynie wielki potok słów, przerywany co jakiś czas wyrazem vale1. Moja konsternacja rosła z każdą minutą. Byłam święcie przekonana, że nigdy nie pojmę, co ten zabawnie wyglądający 1

Vale - bardzo często używane słowo przez Hiszpanów, mniej więcej znaczące OK.

człowiek mówi. Jednak po dwóch tygodniach wskoczyłam w jego rytm i bez przeszkód byłam w stanie go zrozumieć. Udało mi się rozszyfrować jego bełkot bez większych wysiłków. Po zajęciach wychodziłam zwiedzać Madryt i jego ulice. Zwykle wieczorem odczuwałam, że to miasto żyje. Pełno ludzi w Parku Retiro, knajpki wręcz pękały w szwach. W witrynach z daleka widziałam wiszące szynki. Z przyjemnością przyglądałam się różnym ludziom i wsłuchiwałam w melodię języka. Powoli wtapiałam się w to życie w innej kulturze, gdzie niechętnie mówią po angielsku, wychodząc z założenia, że skoro dobrze nie mówią w obcym języku, to nie będą mówić wcale. To z kolei zmuszało mnie do mówienia w ich języku, co pozwalało mi podszkolić swoje umiejętności. Jednak miłe wspomnienia zakłóca mi wizja ogromnych karaluchów, które skakały po całym mieszkaniu. Ogromnych, wielkich karaluchów, które po dziś dzień potrafią mi się śnić po nocach. To koszmarne przeżycie i pisk na ich widok towarzyszą mi nawet teraz, kiedy piszę te słowa. Po powrocie z tęsknoty za tym miejscem, zafascynowała mnie literatura hiszpańska i latynoamerykańska. Godzinami czytałam książki Llosy, Mendozy czy Zafona. Dzięki nim mogłam powrócić do czasów swojego studenckiego wyjazdu. Czasu, który niezwykle ciepło i miło wspominam. I mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane pojechać w tamte rejony świata. Teraz muszą wystarczyć mi książki.

„…ABY JĘZYK GIĘTKI POWIEDZIAŁ WSZYSTKO, CO POMYŚLI GŁOWA…” PRZYCHODZI „FACET” DO POLSZCZYZNY W łacinie „facetus” oznacza ‘zabawny, wesoły, dowcipny’ (stąd „facecja” ‘anegdota, dowcip, żart, koncept, dykteryjka’). Stąd w polszczyźnie pojawił się najpierw w odmianie slangowej, później miejskiej, warszawskiej, w której mówiło się tak o kimś spoza swojej sfery, niebranym poważnie, śmiesznie pretensjonalnym. Doroszewski pisał: „facet” ‚lekceważąco o mężczyźnie bliżej nieokreślonym, mało znanym; osobnik, indywiduum, ktoś’. Jednak nacechowanie stylistyczne tego słowa zmieniło się wraz z jego upowszechnieniem. „Facet” to dziś synonim słów „pan” i „mężczyzna” - używany oczywiście w rozmowach swobodnych, nieoficjalnych. W pewnych okolicznościach „facet” zyskuje nawet cechy pozytywne - stylistycznie okazuje się bardziej męski nawet od samego “mężczyzny”. Jeśli “chłopakiem” można być tylko do pewnego wieku, to potem trzeba zmężnieć - stać się „mężczyzną”, a najlepiej - „facetem”. Mówimy: „co z ciebie za facet?”; „bądź facetem”; chwalimy: „to prawdziwy facet”. Dziś niejedno dziewczę, gdy związek jest poważny, o swoim chłopcu powie: „to jest mój facet”. Być może pobrzmiewa w tym dalekie echo łacińskiego źródłosłowu - dziś wciąż pewne przymioty „facetusa” są mile widziane przez panie. Ciekawostki językowe zaczerpnięto z profilu kampanii społeczno-edukacyjnej „Ojczysty – dodaj do ulubionych”, zamieszczonej na portalu facebook.com: https://www.facebook.com/jezykojczysty 15

Magia wspomnień


Barcelona w powieściach C.R. Zafóna Agnes A. Rose

Carlosa Ruiza Zafóna nie trzeba chyba specjalnie przedstawiać. Już samo brzmienie tego nazwiska sprawia, że niemal każdy miłośnik twórczości hiszpańskiego pisarza przenosi się myślami do Barcelony – miasta, które stanowi centralną część większości jego powieści. Autor z wykształcenia jest dziennikarzem. Jako pisarz zadebiutował w 1993 roku powieścią „Książę Mgły”. Książka ta skierowana jest do młodzieży, podobnie jak jego trzy kolejne powieści. Obecnie pisarz mieszka w Los Angeles, gdzie całkowicie poświęcił się powieściopisarstwu oraz pisaniu scenariuszy filmowych. Naszą podróż po Barcelonie śladem bohaterów powieści C.R. Zafóna rozpocznijmy od La Rambla – słynnej, ruchliwej ulicy znajdującej się w samym centrum miasta. Wiedzie nas ona z Canaletas wprost na Cmentarz Zapomnianych Książek, który stanowi początek świata C.R. Zafóna. Przy ulicy Santa Ana naszym oczom ukazuje się księgarnia, w której mieszka Daniel Sempre – dziesięcioletni bohater „Cienia Wiatru”. Tutaj – przy ulicy Fernando – można poczuć zapach książek i drukarskiej farby. Sam Cmentarz Zapomnianych Książek to swego rodzaju fot.: © peresanz - Fotolia.com

gotycka biblioteka, która stanowi wizję pisarza wywodzącą się od ogromnych kalifornijskich hangarów, gdzie wyprzedaje się książki. W tym niezwykłym świecie i fenomenalnym labiryncie dusz znajduje się także plac Sant Felipe Neri. To tam Daniel Sempre spotyka Nurię Monfort, która jest córką Izaaka Monforta – strażnika Cmentarza Zapomnianych Książek. To szczególne miejsce opisane w powieści „Cień Wiatru” jest niczym innym, jak tylko kamiennym kłębowiskiem duchów. Plac z kościołem o fasadzie dotkniętej znamionami Wojny Domowej, ściśle przylega do Katedry Barcelońskiej. Miejsce to sprawia, że Daniel Sempre zakochuje się w dojrzalszej od siebie kobiecie, która opowiada mu tragiczną historię pewnego pisarza o nazwisku Julian Carax. Z kolei opisana w powieści pracowania kapelusznicza należąca do ojca Caraxa istnieje naprawdę. Znajduje się przy ulicy łączącej Ronde San Antonio z placem Universidad Central. Bohaterowie C.R. Zafóna w swoich najtrudniejszych chwilach poruszają się po El Raval – średniowiecznej dzielnicy Barcelony, która stanowi część Ciutat Vella. Z historią w tle

16


Niegdyś dzielnica ta cieszyła się złą giczne Pueblo Nuevo, gdzie sławą z powodu dość wysokiego ma miejsce akcja końcowej Bohaterowie C. R. Zafóna w swoich najwskaźnika prostytucji i przestępczęści „Gry Anioła”. To tam trudniejszych chwilach poruszają się po czości. W tym miejscu czytelnik główny bohater grzebie El Raval – średniowiecznej dzielnicy Barnajczęściej spotyka Romero de ciało swojego ojca – komcelony, która stanowi część Ciutat Vella. Torresa, który w „Cieniu Wiatru” batanta wojen filipińskich. przedstawiony jest jako żebrak, po Mężczyzna popadł w niełajakimś czasie okazując się wielskę, zgorzkniał, a  ostatnie kim autorytetem. Z tej dzielnicy pochodzi także pewien dni swego życia spędził, będąc w separacji z żoną. Pueblo czarny charakter, czyli detektyw Fumero. Jest on wielkim Nuevo jest także świadkiem spotkania demonicznego zwolennikiem stosowania tortur. Jego zamiłowanie do zawydawcy – Andreasa Corelli’ego – z Davidem Martinem, dawania cierpień innym ma swoje źródło w pracy u boku który dostrzega w nim zapowiedź swojej własnej śmierci. anarchistów w okresie wojny. Poświęcając tak wiele miejsca Barcelonie, C.R. Zafón W wyższej części Barcelony – miasta otoczonego gów pewien sposób składa hołd twórcy barcelońskiego mitu, rami i morzem – można dojrzeć posesje, które dość mocjakim był Antonio Gaudi. Autor w swoich powieściach no naznaczone są przez rodzinne tragedie. Miejsca takie wspomina przede wszystkim o pałacach z kutymi smojak: Vallvidriera, Pedralbes, Sarrià czy Tibidabo w powiekami Gaudiego, natomiast postaci „Cienia Wiatru”, „Gry ściach C.R. Zafóna stają się swoistymi pałacami tajemnic. Anioła” czy „Mariny” pojawiają się już w sentymentalAkcja „Mariny” rozpoczyna się w posesji Pedralbes, natonych zapiskach milionów czytelników na całym świecie. miast arystokratyczna rodzina Aldaya z „Cienia Wiatru” zamieszkuje w pałacyku przy alei Tibidabo. Jest to dom, w którym swego czasu sam pisarz pracował w  jednej z agencji reklamowych. W Pedralbes znajduje się również posiadłość opisana w „Grze Anioła”. Villa Ellius istnieje naprawdę. To dom, w którym mieszka – Pedro Vidal – barceloński milioner, jeden z bohaterów powieści. Swoją fortunę zbił, zajmując się przemysłem elektrycznym, natomiast dla relaksu pracuje jako dziennikarz. Inna postać tej powieści to David Martin, który pisuje felietony na zlecenie. Z kolei Pedro Vidal dopuszcza się ich plagiatowania, w ten sposób osiągając znacznie większy sukces, aniżeli sam autor. Nieuczciwy dziennikarz mieszka w ogromnej, modernistycznej wieży, która uchodzi za symbol wielkiej barcelońskiej arystokracji. Ribera-Ciudadela-Barcelona to dzielnica, która bardzo często odgrywa zasadniczą rolę w „Grze Anioła”. Był taki czas, kiedy nieopodal Santa Maria del Mar – wielkiego średniowiecznego kościoła – mieścił się targ Borne. W latach swojej świetności był to najważniejszy bazar w Barcelonie. W pobliżu Borne znajduje się ulica Flassaders. Jej historia wiąże się z rzemieślnikami, którzy wyrabiali tam pierzyny. Naturalnie to w tym miejscu C.R. Zafón umiejscawia ową basztę wynajmowaną przez Davida Martina. Poprzednio wieżę zamieszkiwał adwokat, którego zamordowano. Tutaj swój początek ma kryminalny wątek powieści. David Martin mieszka w Riberze, natomiast w Ciudadeli, gdzie znajduje się Ogród Zoologiczny, bohater spotyka się z obłudnym wydawcą – Andreasem Corellim, który w rzeczywistości jest diabłem wręczającym mu pewną bardzo istotną książkę. W „Cieniu Wiatru” i „Grze Anioła” cmentarze, które gromadzą rodowe historie, odgrywają rolę mszy odprawianej za dusze zmarłych. Wśród tych miejsc jest Montijuic z malowniczymi widokami na morze oraz wielkie ma17

Z historią w tle

fot.: © dbvirago - Fotolia.com


MACIEJ ZBOROWSKI

Hiszpański sen, odc. 1 Tego ranka niebo było bezchmurne, a dzień zapowiadał się zwyczajnie. Proza życia przygniatała Marcina, który w swoim życiu osiągnął co prawda bardzo wiele, ale był niesamowicie zmęczony. Zmęczony powtarzalnością zdarzeń i problemów, piętrzących się coraz wyżej nie tylko w pracy, ale co gorsza w życiu osobistym. Za dwa lata miała nadejść magiczna „czterdziestka“, a on nie miał partnerki. Był zupełnie sam. Tego dnia postanowił, że musi to zmienić. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale czuł, że musi coś zrobić, bo inaczej wszystko to, co z  takim trudem osiągnął, runie niczym domek z kart. Jak zwykle zaczął dzień od sprawdzenia poczty e-mail. Rzadko przedostawała się do niej niechciana przesyłka, ponieważ w systemie pocztowym miał bardzo dobre filtry antyspamowe. Tym razem jednak przedostała się jedna reklama, która od razu przykuła jego uwagę. Była to oferta biura turystycznego Ib Travel – wycieczka do Madrytu. Marcin poczuł nagle, że na to właśnie czekał. Potrzebował odpoczynku, możliwości poukładania myśli, a taka wycieczka to idealna okazja ku temu. Chwcił swojego smartphone’a, by zadzwonić do firmy i poprosić o dwa tygodnie zaległego urlopu. Wołkowski Tradex, w której od 2 lat był zastępcą dyrektora departamentu IT to bardzo pręźnie rozwijająca się spółka, która zajmuje się handlem podzespołami komputerowymi. W słuchawce odezwał się jak zwykle miły głos Pani Joasi, sekretarki dyrektora: — Departament IT, sekretariat dyrektora Brzofot.: © dulsita - Fotolia.com

zowskiego. W czym mogę pomóc? — Pani Joasiu, Górzecki mówi, mogę słowo z dyrektorem? — Ależ oczywiście Panie Marcinie, łącze. — Cześć Marcin, co tam? — Dyrektorze mogę prosić o dwa tygodnie urlopu, chcę wypocząć. Ostatnio czuję się troche przepracowany. Wrócę i będę jak nowy. — Wiesz co, to dobry pomysł. Jedź, my sobie tu poradzimy. Wybierasz się gdzieś dalej? — Do Madrytu. — Piękne miasto, lipcowe ostre słońce. Wypoczniesz faktycznie. Byłem z żoną w zeszłym roku. Prześle ci aplikację z zabytkami na maila, to sobie zsynchronizujesz i będziesz wiedział co warto zobaczyć. Miłego urlopu, a spróbuj nie wysłać nam kartki, to po premii pojadę - dodał ze śmiechem w głosie Brzozowski i rozłączył się Marcin odebrał maila od szefa, wgrał aplikace do telefonu, sprawdził tygodniową pogodę dla Madrytu i za pomocą kolejnej aplikacji zarezerwował pobyt w mieście. Oferta 14 dni all inclusive, last minute. Wylatywał już jutro, więc musiał spakować się dość szybko. Zawsze decyzje, które podejmował najszybciej, okazywały się tymi najkorzystniejszymi. Dlatego nie było to dla niego niczym nowym. Taki już był, troche zwariowany, ale kiedy trzeba opanowany. Rządny przygód, ale kiedy trzeba mocno stąpający po ziemi. Słowem - nie można się było z nim nudzić. Cały dzień spędził na pakowaniu. Niewątpliwym jego atutem jako informatyka był analityczny umysł, Opowiadania

18


który pomagał mu zaplanować wszystko w najdrobniejszym szczególe. Jednocześnię ów atut potrafił stać się wadą, ponieważ przez nadmierną dokładność potrzeba mu było więcej czasu by wszystko przygotować, co dla otoczenia często mogło być męczące. Kiedy już wszystko było gotowe do wyjazdu, zasnął w poczuciu dobrze spędzonego obowiązku. Jak można było przypuszczać śniły mu sie krajobrazy Hiszpani, ciepłe morze i piękne Hiszpanki. O ile pierwsze dwie sprawy w tym śnie się zgadzały, o tyle piękne Hiszpanki miały go tylko mijać na tej wycieczce. Nie mógł bowiem wiedzieć, co go spotka i że szczęście jest gdzie indziej, znacznie bliżej niego. Następnego dnia budzik obudził go w porę. Wstał, zadzwonił po taksówkę ze swojej ulubionej korporacji. Ulubionej dlatego, że jako fan wszelkich gadzetów i prostoty mógł w niej płacić za kurs telefonem. A ponieważ w portfelu zamiast gotówki nosił sam plastik, a często portfela nie nosił wcale, było to dla niego idealne rozwiązanie. Znajomy taksówkarz odwiózł go na lotnisko. Odprawił się już wcześniej, również za pomocą komórki, więc nie spieszył się zbytnio i mógł zjeść kebab u Turka. Wszędzie miał znajomych i żył według zasady „lubię piosenki, które już raz słyszałem“. Dlatego zwykle kupował tam, gdzie wiedział, że może dobrze zjeść lub kupić rzeczy dobre jakościowe, które potem będą

19

Opowiadania

służyć mu przez lata. Zdąrzył jeszcze nabyć sombrero u swojego kumpla Hose w jego lotniskowym sklepie. Hose poznał jeszcze w czasach liceum. Chodzili razem do polsko-amerykańskiej szkoły w Warszawie. Ojciec Hose był ambasadorem Hiszpanii w Warszawie, a Hose, jako człowiek o artystycznej duszy, nie zwykł poddawać się kanonom obowiązującym rodziny dyplomatów i nie w głowie było mu podążanie śladami ojca. Poszedł własną drogą i otworzył sklepik, który w krótkim czasie zaczął cieszyć się popularnością wśród turystów i przynosić nawet niezłe dochody. Panowie umówili się po powrocie Marcina na zwyczajowe, kawalerskie piwko, a sam Górzecki popędził do samolotu, bo teraz już naprawdę mógł się spóźnić. Kiedy wsiadł na pokład i stewardessa pokierowała go na jego niejsce, Marcin zaniemówił. Obok niego siedziała dziewczyna, która miała w sobie to coś. Pierwszy raz w życiu trudno mu było się przedstawić. Spojrzał w jej stronę, po czym zupełnie nie poznając siebie nieśmiało powiedział: — Jestem Marcin — Miło mi, Olga. Wiedział już, że nie będzie to zwykła wycieczka i  przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, aby w jego pamięci nie pozostały tylko zabytki Hiszpanii. CDN.

fot.: © vsurkov - Fotolia.com


KOR R IDA

Agata Jezierska

fot.: Š popoimagen - Fotolia.com

Felieton

20


Kiedy byłam młodsza, dużo łatwiej przychodziło mi ocenianie innych. Kiedy czułam, że coś mi się nie podoba, byłam dość stanowcza w osądach. Jednak po pewnym czasie zaczęło mnie zastanawiać, kiedy tak naprawdę mamy prawo oceniać innych? Kiedy mamy prawo krytykować postępowanie, które przecież może być spowodowane innymi doświadczeniami, wychowaniem, religią czy kulturą? Programy i książki podróżnicze z  dalekich wypraw uświadamiają nam, jak inaczej żyją i zachowują się ludzie zamieszkujący przeróżne zakątki naszego globu. Czasem wywołuje to w nas zdziwienie, rozbawienie, a czasem bunt. Dziś ocenianie ludzkiego postępowania, przylepianie mu łatek brzmiących „to głupie” doprowadza mnie do stanów ostatecznych. Bo przecież mamy prawo się różnić, właśnie to czyni świat pięknym i szalenie interesującym. Oczywistym jest, że nie możemy akceptować wszystkiego, każda tolerancja powinna mieć swoje granice. U mnie granicą jest cierpienie innego człowieka bądź innego stworzenia. Trudno tu nie pomyśleć w kontekście Hiszpanii o korridzie. Człowiek od początku istnienia dał sobie prawo i dostał siłę do decydowania o życiu i śmierci innych stworzeń. To my, ludzie regulujemy liczbę narodzin zwierząt, to my odpowiadamy często za ich zagładę ale i odrodzenie. I to my używamy zwierząt do pomocy w gospodarstwie, to nam zwierzęta służą czasem jako przyjaciele, a  czasem jedzenie. Najgorsze jest jednak to, że służą też w widowiskach typu korrida. Ocenianie zwyczajów innej kultury jest wielce ryzykowne, bo wyobraźmy sobie, że to nas pewnego dnia ktoś

21

Felieton

krytykuje, oczekując przy tym, że zaprzestaniemy ubierania choinki czy spożywania karpia w Wigilijny wieczór. To niemożliwe, oburzy się wielu, twierdząc że to przecież tradycja – i jej się nie zmienia. Tradycja daje nam przecież nie tylko poczucie kontaktu z przeszłością, z tymi z którymi dzieliliśmy inne wigilijne wieczory, ale także poczucie bezpieczeństwa. Dzisiejszy świat ma przecież tak zawrotne tempo, często nasze życie, praca jaką wykonujemy, miejsce zamieszkania zmienia się praktycznie z dnia na dzień, więc dobrze jest wrócić do tego co znane. Oczywiście choinka czy karp – mimo, że i tak jego traktowanie przez niektórych (przetrzymywanie czy sposób zabijania) budzi sprzeciw środowisk np. ekologów jest czymś innym niż korrida, bo ta ma służyć tylko rozrywce. Sami Hiszpanie nie są w tej sprawie jednomyślni. Dla jednych to ciągle tradycja, dla innych to powód do organizowania protestów. Nie trzeba być w Hiszpanii, aby wiedzieć, że duch korridy unosi się nad nią, chociażby w sprzedawanych pamiątkach. Słynny byczek zamieszkuje kubki, magnesy na lodówki, wachlarze. Byk i flamenco to najbardziej utożsamiane z Hiszpanią zjawiska. Ale przecież tak będzie już zawsze – w Krakowie nadal można kupić figurki rycerzy z czasów Bitwy pod Grunwaldem, a po ulicach tacy chodzą już raczej rzadko. Więc Hiszpański byk przetrwa nawet korridę. W XXI wieku, w momencie kiedy doskonale wiemy, że jednak zwierzęta czują, odczuwają ból, radość i smutek, powinniśmy, skoro nie możemy zrezygnować całkowicie z ich zabijania, chociaż darować sobie epatowanie ich śmiercią dla widowiska.

fot.: © Angel Simon - Fotolia.com


Agata Jezierska

Wakacje wśród Indian Nadeszło upragnione lato i jeszcze bardziej ukochane przez wszystkich wakacje. Dzieci mają teraz czas na wszystko, a rodzice nie muszą troszczyć się o to, czy zadanie domowe jest odrobione – dwa miesiące totalnego luzu. Nie każdy i nie na całe wakacje wysyła dzieci na kolonie czy do dziadków, dlatego dobrym pomysłem jest przygotowanie dla nich specjalnych zabaw czy gier. Tym razem mogą być to zabawy ze scenariuszem – wymagające czasu i zaangażowania, bo przecież kiedy, jak nie na wakacjach? Najlepiej takie zabawy organizować na zewnątrz, bo ruch w dzisiejszych „zasiedzianych” czasach każdemu się przyda. Zabawy, które zaproponuję, mogą być urozmaiceniem pikniku rodzinnego lub urodzin którejś pociechy. Bardzo podobają mi się zabawy, które poza rozwojem ruchowym, uczą dzieci o różnorodności świata. Np. zabawa w Indian. Na początku spotkania można opowiedzieć dzieciom, kim są Indianie – o ich odwadze, dobru i poszanowaniu środowiska. Można zwrócić w ten sposób uwagę dzieci, aby nie śmieciły w lasach czy na łąkach, a zawsze wyrzucały śmieci do kosza lub zabierały ze sobą. Należy powiedzieć maluchom, że od teraz, o ile zgodzą się postępować zgodnie z zasadailustr.: © Matthew Cole - Fotolia.com

mi, każde z nich będzie Indianinem. Zasady należy przeczytać z kartki. Według uznania można je zmienić lub dodać nowe. Oto przykładowe zasady: 1. Będziemy nieść pomoc i wsparcie każdemu z Naszego plemienia. 2. Będziemy pomagać innym, bo Indianie nie pozostawią nikogo w potrzebie. 3. Będziemy szanować Matkę Naturę – nie będziemy śmiecić, wypalać traw. 4. Będziemy szanować Zwierzęta – bo są naszymi braćmi. 5. Postaramy się dużo uśmiechać. Po przyjęciu przez dzieci zasad, którymi mają się od teraz kierować – zasad nie może być dużo, aby dzieci je pamiętały – każdy z nowych Indian zanurza palec serdeczny w farbie i zostawia ślad na kartce z zasadami, jako zgoda na ich przyjęcie. W nagrodę każdy z Indian wymyśla sobie imię, prowadzący może pomóc w wyborze lub samemu coś zaproponować. Następnie na twarzach dzieci za pomocą farb Kącik dziecięcy

22


czy pisaków do malowania skóry wykonujemy indiańskie malunki. Nie wymagają one specjalnych plastycznych umiejętności. Dla przykładu możemy narysować trójkąt bez podstawy ze strzałką skierowaną w jego stronę – co może oznaczać, „Indianinie, zawsze wracaj do domu”, albo dwie strzałki poziomo obok siebie: „Indianinie, zawsze bądź szybki jak strzała” – w tym wypadku ograniczyć nas może tylko nasza wyobraźnia.

Zabawy ruchowe dla Indian Zabaw ruchowych dla małych Indian jest nieskończenie wiele. Jedną z bardziej angażującą zabawą zarówno dla dzieci, jak i rodziców czy opiekunów jest zabawa w poszukiwanie skarbu. Wcześniej w ogrodzie lub lesie – w zależności od tego, gdzie spędzamy czas, powinniśmy ukryć skarb. Może on być schowany w obklejonym ozdobnie pudełku po butach czy wiklinowym koszyku. Mali Indianie po dostaniu mapy powinni wyruszyć na poszukiwanie skarbu. Skarbem może okazać się np. kiełbasa na ognisko lub rzeczy potrzebne do kolejnych zabaw lub drobne upominki. Aby urozmaicić zabawę, dzieci mogą dostać mapę – która nie prowadzi od razu do skarbu, ale do zadań, których wykonanie pozwoli im otrzymać wskazówki. Zadania to np. zaśpiewanie piosenki, powiedzenie wierszyka, skakanie odpowiednią ilość razy itp. INDIAŃSKI TANIEC

Należy opowiedzieć dzieciom, że aby ognisko się rozpaliło (lub aby uczcić sukces w poszukiwaniu skarbu) Indianie tańczą. W zależności od naszych możliwości możemy rozdać dzieciom instrumenty lub mogą wykonać je same (wskazówki w zabawach plastycznych). Tworzymy kółko i wykonujemy wspólny indiański taniec. NOCNA GRA W PIŁKĘ

Chociaż zabawa ma nazwę „nocna” – nie chodzi w niej o to aby grać w piłkę nocą, ale o to, aby każdemu z Indian za pomocą chustek, szalików zawiązać oczy. Kiedy ci siedzą po turecku – jeden z nich dostaje od nas piłkę i ma ją podać koledze, a kolega dalej – zabawa polega na tym, aby żaden z Indian nie wypowiedział ani słowa. Po pewnym czasie możemy dodać kolejną piłkę do zabawy. Zabawa uczy dzieci koncentracji, zachowania uwagi i ciszy oraz współpracy. 23

Kącik dziecięcy

Zabawy twórcze INSTRUMENTY

Co będzie nam potrzebne? • Obklejone puszki i plastikowe butelki. • Kamyczki, groch, ryż, kasza. • Bibuła, papier kolorowy, klej, taśma klejąca, nożyczki, wstążeczki. Na każde dziecko powinna przypadać butelka lub puszka. Należy wyjaśnić dzieciom, że dźwięk grzechotki, którą wykonają, będzie zależny od tego, czy wybiorą puszkę czy butelkę oraz czym i w jakiej ilości je napełnią. Dzieci napełniają wybrane pojemniki składnikiem i próbują, jaki wydaje dźwięk. Kiedy im odpowiada, zakręcają butelkę lub zaklejają taśmą klejącą górę puszki. Po czym ozdabiają swój instrument za pomocą bibuły, papierów czy wstążeczek. Skoro mamy już instrumenty, warto teraz nimi trochę pohałasować. Dobre do tego są proste melodie, w których rytm jest mocno widoczny, albo rytmiczne skanowanie krótkich wierszyków. OZDOBY

Każdy Indianin nosi na swojej szyi czy rękach ozdoby. Do ich wykonania proponuję użyć: • Makaronu różnych kształtów, dobrego do nawlekania na żyłkę, jak np. rurki, gwiazdki – podpieczone wcześniej w piekarniku. Uwaga! Makaronu wcześniej nie należy gotować. Należy go piec do zbrązowienia. Otrzymamy w ten sposób piękne wzory na makaronie. • Kolorowych piórek, nitek, sznureczków, koralików. • Żyłki. Ozdoby wykonuje się nawlekając na żyłkę odpowiedni makaron – do długiej żyłki można przywiązać kilka krótszych, na których końcach można zawiązać piórka, koraliki. Każdy Indianin ubiera ozdobę po jej wykonaniu – jest to dobrą pamiątką, którą mały Indianin po zakończeniu zabawy np. urodzin kolegi – zabiera do domu. Życzę udanej zabawy i bardzo twórczych pomysłów. Pamiętajcie, wakacje są po to, aby każdy dzień był przygodą! :)


Asia Flasza

VAMOS, KAWA Hiszpania. Kraj, który Polki odwiedzają z trzech powodów: Poszukiwanie męża, o ile są blondynkami. Nabycie złocistej opalenizny. Niezależnie od koloru włosów, choć blondynki są akurat tu na straconej pozycji, ponieważ wg większości pism kobiecych opalają się głównie na czerwono. Dostarczenie na portale społecznościowe materiału dowodowego dotyczącego własnych wakacji. Zdjęcie, na którym kobieta opiera się o palmę – obowiązkowe. Jak na Polkę przystało, odwiedziłam Hiszpanię i ja. Niestety, najwyraźniej nie jestem genetycznie predysponowana do posiadania męża Hiszpana (bury odcień włosów), a swoją opaleniznę załatwiam znacznie szybciej i taniej, bo za 15zł i w dodatku dwa kroki od mieszkania. Jeśli ktoś chciałby mnie uświadomić, że pracuję ciężko na swojego czerniaka, to nie - przychodzi mi to wręcz z łatwością. Opcja ze zdjęciami w moim przypadku również nie wydaje się szczególnie pociągająca. Nie wiem, jak bardzo zjawiskowa musiałaby być palma obok, aby odwrócić uwagę znajomych z Facebooka od tego, jak komicznie wychodzę na zdjęciach. Nadal łudzę się, że wyglądam tak wyłącznie na zdjęciach... Tak czy inaczej, w Hiszpanii byłam - jakkolwiek to zabrzmi - ze względów spożywczych. Paella, tortille, gazpacho, patatas bravas, chorizo, owoce morza, katalońskie sery, oliwki. O winach nie muszę chyba wspominać. Wskutek doświadczeń, tak pozytywnych dla podniebienia, niezmiernie cieszyłam się na kolejne spotkanie z kwiatem hiszpańskiej młodzieży. W końcu wymiany międzynarodowe nie tylko uczą, ale i bawią, a kto nie chciałby nauczyć się przyrządzać ulubionych bomb węglowodanowych i móc je rekonstruować na zawołanie we własnej kuchni. Ja w każdym razie chciałam. Kuchnia praskiego akademika widziała wiele: wspólne zwijanie sushi, wielogodzinne posiedzenia nad risotto. Zdarzało się, że brylowała również kuchnia polska. Kwestią czasu wydawało mi się więc namierzenie kogoś z delegacji południowców, kto odczuwa szczególny pociąg do patelni i komu nie przeszkadza Polka, zerkająca mu przez ramię i notująca z zacięciem wszystkie jego poczynania. Tu zdziwiłam się po raz pierwszy, ponieważ nikt taki się nie pojawił. Po raz drugi zdziwiłam się, a raczej dziwiłam regularnie niemal codziennie o trzeciej w nocy, gdy reprezentanci Hiszpanii rozpoczynali, oględnie mówiąc, posiedzenia towarzyskie na korytarzu. Mimo tego, że nie zdecydowałam się nigdy do nich przyłączyć, to i tak poranne wstawanie na zajęcia zrobiło się jakieś trudniejsze, a w nawyk weszło odsypianie na wykładach. fot.: © NinaMalyna - Fotolia.com

Trzecia fala zdziwienia nadeszła, gdy połączyłam dwa poprzednie fakty: jak można ani razu nie zawitać w kuchni - mieszkając drzwi w drzwi, miałam świetną pozycję do prowadzenia rejestru gotujących - a jednocześnie mieć energię imprezować całą noc? Albo wystarczały kalorie z  alkoholu, albo znajdująca się w głębokim kryzysie finansowym Hiszpania była jednak w stanie zapewnić swoim studentom wyżywienie w praskich, nie najtańszych knajpkach. Żal trochę straconej okazji, nawet jeśli umiejętności przyrządzania dań kuchni hiszpańskiej nie mogłabym raczej wpisać do ziejącego pustką CV. Z drugiej strony, do Polski wróciłam z deficytem wagowym, co pewnie nie byłoby możliwe przy częstym opychaniu się paellą. Na sam koniec, dla urozmaicenia ostatniego akapitu, pozostawiłam wisienkę na torcie: jedyny hiszpański przepis, którego tajniki udało mi się wykraść i przywieźć do kraju. Zakładam, że jest rdzennie hiszpański, ponieważ nie widziałam, żeby ktokolwiek innej nacji w akademiku go wykorzystywał. Aby nie przedłużać niepotrzebnie, przedstawiam – Spanish Style Coffee, instrukcja krok po kroku opracowana na podstawie moich obserwacji. Krok 1. Weź szklankę z kawą z mlekiem z lodówki w pokoju. Krok 2. Wstaw do mikrofalówki ustawionej na największą moc na 2 minuty. Krok 3. Przemknij niezauważenie z powrotem do pokoju. Naprawdę, nie musicie mi dziękować. Vamos, kawa!

Felieton

24


1

2

N A WA K AC J E Z K SI Ą ŻK Ą 4

3

Lato sprzyja leniuchowaniu. Niespiesznie celebrujemy każdą wolną chwilę. Powoli pijemy kawę, przerzucając kolorowe strony w magazynie. Z chęcią siadamy na zacienionym tarasie albo złaknieni słońca wykładamy się na kocu, by zaczerpnąć odrobinę promieni. I kiedy lejący się z nieba żar nie daje nam spokoju, możemy z nim skutecznie walczyć. Oto kilka niezawodnych sposób na przetrwanie upałów.

1. Wysoka temperatura potrafi wymęczyć. Nie raz i nie dwa spotykamy ludzi śpiących, zmożonych skwarem. Jest jednak na to sposób. Mrożona kawa z gałką lodów waniliowych, która orzeźwi nasze zmysły, będzie idealna na tę porę roku.. 2. Warto także mieć przy sobie krem do opalania, by zapobiec bolesnym oparzeniom skóry. Bo spaleni słońcem nie czerpiemy przyjemności z chwil spędzanych na świeżym powietrzu. 3. Dla nawodnienia organizmu przyda nam się duży arbuz, najlepiej z łyżeczką, by szybko i smacznie ugasić pragnienie.

6 5

7

4. Jeśli nie możemy jechać nad jezioro lub rzekę, dmuchany basen będzie dobrą alternatywą dla kochających wodę. 5. Jeśli mamy miejsce do wielogodzinnego moczenia się, przyda nam się również wygodny strój kąpielowy, w którym będziemy czuć się komfortowo. 6. Do wylegiwania się na trawie wystarczy nam duży kąpielowy ręcznik. 7. Także e-czytnik będzie niezastąpiony. Bez problemu weźmiesz ze sobą „stos” książek na plażę i do ogrodu. Na pewno nie zabraknie Ci niczego do czytania.

25

Niezbędnik mola

fot.: Fotolia.com


Agnieszka Pohl

Złodziejka Czytujemy kryminały. I nie ma się co tego wstydzić. Chociaż są ludzie, którzy twierdzą, że to raczej uwłaczające zajęcie. A mimo to, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, kryminały w zastraszającym tempie znikają z  półek księgarni. Zwłaszcza te skandynawskie, mroczne z bardzo dobrze zarysowanym tłem społecznym. Fascynują nas morderstwa, wysublimowane zbrodnie czy w  końcu krew tryskająca na karty powieści. Z przyjemnością obryzgamy paznokcie w napięciu, oczekując na finał historii. Tym razem skusiłam się na niewielką opowieść z wątkiem kryminalnym o kobiecie, której zamiłowanie do literatury objawiało się w bardzo oryginalny sposób. Kradła bowiem książki z księgarń i bibliotek. Robiła to w mistrzowski sposób, choć nie do końca mało dyskretny. I kto by pomyślał, że książki mogą być łakomym kąskiem dla złodzieja. Może białe kruki, ale zwykła, przeciętna książka przecież nie budzi takiego zainteresowania. Ot kupa kartek, literek i jakaś tam kolorowa okładka. A jednak! Ta młoda kobieta kochała książki i zwykle nie kryła swojej pasji do podwędzania ich z półek. Brała różne i nie miała żadnego specjalnego klucza, według którego wybierała swoje łupy. W zasadzie to była dziwna kobieta, mówiąca akcentem, który z trudem można było rozpoznać. Wiemy jedynie, że pochodziła z Hondurasu i że bezprawnie przebywała w Gwatemali. Owiana tajemnicą oszustka, która chyba nigdy nie mówiła prawdy. Przekazywała tylko swoją jej wersje. Już nieważne, czy miała ona jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Złodziejka potrafiła zgrabnie manipulować ludźmi, zwłaszcza mężczyznami, którzy łatwo tracili dla niej głowę. Dawali się wplątywać w jej intrygi. A ona bez skrupułów wykorzystywała ich łatwowierność i ufność. Kiedy uzyskała to, co chciała lub już nic innego nie mogła osiągnąć, znikała bez słowa. fot.: © kevron2001 - Fotolia.com , okładka: materiały prasowe wydawcy

Kiedy jednak nie miała co ze sobą zrobić, powracała jak bumerang, wykorzystując swoje otoczenia do cna. Bez większego trudu podejmowała trudne decyzje, posuwała się do ostateczności i z ogromnym lekceważeniem podchodziła do życia. Bez wątpienia liczyła się tylko ona, Ana Severina Bruguera z „Severiny” napisanej przez gwatemalskiego pisarza, Rodrigo Rey Rosę.

Kupa trupa

26


WA K A C YJ N I E

27

Obiektywnie

fot.: Fotolia.com



Obsesje nr 3/2013