Issuu on Google+

magazyn lubelski 4[19] 2014

1


2

magazyn lubelski 4[19] 2014


od redakcji

Grażyna Stankiewicz

K

ażdy nowy numer LAJF-a to przygoda, którą pragniemy przeżywać wspólnie z Państwem, zapraszając w nieznane rejony naszej rzeczywistości. Najnowszy numer to wywiady z arcyciekawymi postaciami. Goszczącym w Lublinie przy okazji wystawienia sztuki o Niccolu Machiavellim Juliuszem Machulskim i wizjonerem polskiej gospodarki Mirosławem Tarasem. To również historia o ludziach, którzy tworzą atmosferę lubelskiego slow food, podniebne loty i pełen ciepła reportaż o marynarzu, który został człowiekiem lasu. Oby w czekające nas pełne zapachów majowe wieczory dzięki lekturze takich tekstów i oglądaniu takich zdjęć nasze życie było bardziej slow.

magazyn lubelski 4[19] 2014

3


Wsparcie dla dzieci i seniorów w województwie lubelskim Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Lublinie od lutego 2012 r. realizuje Program „Poprawa jakości usług świadczonych w domach pomocy społecznej i placówkach opiekuńczo – wychowawczych” obszaru tematycznego Ochrona Zdrowia Szwajcarsko – Polskiego Programu Współpracy. Wartość Projektu to: 6 084 128 CHF, w tym: 85%, tj. 5 171 509 CHF stanowi dofinansowanie strony szwajcarskiej. Odbiorcami projektu są mieszkańcy: 8 domów pomocy społecznej i 3 placówek opiekuńczo – wychowawczych z terenu województwa lubelskiego. Realizowane działania inwestycyjne mają na celu poprawę infrastruktury jednostek polegającą na przebudowie, rozbudowie, modernizacji, termomodernizacji, a także poprawie infrastruktury towarzyszącej oraz zakupie sprzętu i mebli, m.in. służącego rehabilitacji osób niepełnosprawnych, sprzętu RTV i sprzętu komputerowego, a tym samym mają podnosić jakoś życia mieszkańców. Ciekawym i innowacyjnym przedsięwzięciem inwestycyjnym, które realizowane jest m. in. przez Dom Pomocy Społecznej w Gościeradowie, Dom Pomocy Społecznej w  Żułowie oraz Dom Dziecka nr 2 w Zwierzyńcu jest montaż instalacji solarnej, wpływającej na znaczne zmniejszenie zużycia energii, a tym samym zmniejszenie kosztów funkcjonowania jednostek. Realizacja projektu w Domu Pomocy Społecznej „Kalina” w Lublinie i Domu Pomocy Społecznej „Senior” przyniesie wymierne korzyści podnosząc komfort życia podopiecznych poprzez zapewnienie bezpieczeństwa psychicznego i fizycznego osobom z chorobą Alzheimera i chorobami pokrewnymi m. in. poprzez instalację systemu monitoringu. Działania inwestycyjne w Domu Pomocy Społecznej „Senior” w Różance zapewnią bezpieczeństwo i możliwość swobodnego poruszania się mieszkańcom niepełnosprawnym fizycznie, ponieważ głównym założeniem projektu jest wyposażenie pokoi w meble dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych i wyposażenie łazienek w wysokiej klasy sprzętu umożliwiający samodzielne wykonywanie podstawowym czynności higienicznych. Podobne przedsięwzięcie realizuje Dom Pomocy Społecznej w Matczynie, który dzięki zakupowi urządzeń pomocniczych (podnośników transportowo – kąpielowych), a także zakupowi i montażu stanowisk kąpielowych dostępnych z trzech stron umożliwi wykonywanie podstawowych czynności higienicznych przez mieszkańców niesamodzielnych. Projekt Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, które prowadzi Dom Pomocy Społecznej w Żułowie przewiduje szereg elementów innowacyjnych. Innowacja przejawia

się w świadczeniu nowych usług dotychczas niedostępnych: terapia neuropsychologiczna metodą biofeedback, która nie jest wykorzystywana w innych domach pomocy społecznej województwa lubelskiego, pozwalającą na zachowanie równowagi psychofizycznej, emocjonalnej i sprawności poznawczych, teatroterapia, muzykoterapia, czytelnia i biblioteka Braille’a, pracownia tyflologiczna wyposażona w sprzęt komputerowy przystosowany do korzystania przez osoby z niepełnosprawnością wzrokową. Charakter innowacyjny mają także zaplanowane do zakupienia urządzenia, których stosowanie nie jest powszechne lub zastosowane zostaną po raz pierwszy: aparat Biofeedback do terapii neuropsychologicznej; sprzęt komputerowy ze specjalnym programem dla osób niewidomych i słabowidzących. Dzięki realizacji projektu i działaniom inwestycyjnym w Domu Pomocy Społecznej „Kalina” w Lublinie powstanie pierwszym w województwie lubelskim i jeden z nielicznych w Polsce oddział świadczący usługi na rzecz osób z zaburzeniami pamięci, chorobą Alzheimera i schorzeniami pokrewnymi. Dom Pomocy Społecznej w Matczynie w ramach realizacji projektu również wprowadzi do swojej oferty nowe usługi – zajęcia rehabilitacji ruchowej i rekreacji. Działania inwestycyjne, w tym przebudowy, rozbudowy, modernizacje przyczynią się również do utworzenia nowej powierzchni mieszkalnej, a tym samym nowych miejsc pobytu. Zaadoptowanie pomieszczeń na dodatkowe miejsca mieszkalne nastąpi m. in. w Domu Pomocy Społecznej w Nowinach, Domu Pomocy Społecznej w Matczynie i w Domu Pomocy Społecznej „Kalina” w Lublinie. Beneficjenci w ramach realizacji projektów podejmują działania szkoleniowe obejmujące podnoszenie kwalifikacji personelu bezpośrednio pracującego z mieszkańcami poprzez organizację specjalistycznych kursów i szkoleń skierowanych do pracowników jednostek. Działania szkoleniowe mają na celu zdobycie przez personel nowych umiejętności aby w sposób ciekawy i innowacyjny zagospodarować mieszkańcom czas, a poprzez rehabilitację zachęcić do nowych aktywności. Jednymi z najbardziej przydatnych i ciekawych kursów i szkoleń organizowanych przez Beneficjentów są: – „Proces adaptacji mieszkańca w DPS” – pozwala zminimalizować stres związany z zamieszkaniem w nowych warunkach, rozstaniem z rodziną itp. – kształcenie realizowane przez Dom Pomocy Społecznej w Matczynie, – „Terapia integracji sensorycznej” – przeznaczona dla dzieci autystycznych, z mózgowym porażeniem dziecięcym, któ-

Projekt współfinansowany przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej

4

magazyn lubelski 4[19] 2014

Biuro projektu Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Lublinie ul. Zana 38, pokój nr 903 (IXp.) 20-601 Lublin Tel. (81) 528-76-42 www.rops.lubelskie.pl/sppw/


re wykonując ćwiczenia i zabawy ruchowe poprawia jakość odbierania i przesyłania bodźców - kształcenie realizowane przez Dom Pomocy Społecznej w Matczynie i Dom Pomocy Społecznej w Łukowie, – „Choroba Alzheimera – umożliwia zrekompensowanie pracownikom deficytów związanych z organizację procesu opiekuńczo-pielęgnacyjnego dostosowanego do konkretnej jednostki chorobowej - kształcenie realizowane przez Dom Pomocy Społecznej „Kalina” w Lublinie, – Cykl szkoleń w zakresie: wykorzystanie bajek i relaksacji w  pracy z dzieckiem z zakresu pracy z dzieckiem z zachowaniami agresywnymi i jego rodziną, z zakresu zaburzeń nastroju u dzieci i młodzieży, zaburzeń lękowych - kształcenie realizowane przez Chełmskie Centrum Pomocy Dziecku i Rodzinie w Chełmie, – ,,Hortiterapia” – leczenie za pomocą ogrodów - kształcenie realizowane przez Dom Pomocy Społecznej w Gościeradowie i Dom Pomocy Społecznej w Ruskich Piaskach, – Szkolenie z zakresu „Nauki o więzi” - umożliwia opiekunom zrozumienie jakie znaczenie ma więź dla rozwoju dziecka i w jaki sposób należy wzmacniać więzi z dziećmi odseparowanymi od rodziny - kształcenie realizowane przez Placówkę Opiekuńczo – Wychowawczą w Kijanach.

Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Lublinie w  ramach Programu organizuje kursy kwalifikacyjne i kursy specjalistyczne skierowane wyłącznie do personelu medycznego zatrudnionego w domach pomocy społecznej i umożliwia podniesienie kwalifikacji zawodowych pielęgniarek/pielęgniarzy. ROPS w Lublinie doposaża również w sprzęt medyczny domy pomocy społecznej poprzez zakup przenośnych aparatów elektrokardiograficznych (EKG) oraz automatycznych urządzań do mierzenia ciśnienia tętniczego krwi i glukometrów dla uczestników kształcenia. – Wszystkie działania podejmowane przez Beneficjentów, jak i Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Lublinie bezpośrednio wpływają na realizację celu głównego projektu tj. wspierają system pomocy społecznej poprzez poprawę jakości świadczonych usług w domach pomocy społecznej i placówkach opiekuńczo–wychowawczych oraz podnoszą kwalifikacje, kompetencje kadry zatrudnionej w tych instytucjach, w szczególności bezpośrednio pracującej z mieszkańcami, a realizacja programu niewątpliwie wpływa na rozwój jednostek pomocy społecznej i podniesienie jakości życia mieszkańców, ponieważ to mieszkańcy, a nie jednostki są głównymi odbiorcami realizowanego Programu – podkreśla Aleksandra Warmińska, dyrektor Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej w Lublinie.

Projekt współfinansowany przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej Biuro projektu Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Lublinie ul. Zana 38, pokój nr 903 (IXp.) 20-601 Lublin magazyn lubelski Tel. (81) 528-76-42 www.rops.lubelskie.pl/sppw/

4[19] 2014

5


SPIS TREŚCI od redakcji

3 Grażyna Stankiewicz. Każdy nowy numer LAJF-a to przygoda... co łysemu po grzebieniu

8 Tomasz Dolar Dymek. Brodate Tango. kocia kołyska

9 Grażyna Stankiewicz. Tam, gdzie rosną truskawki. 10 tygiel z okładki

12 Na ogół mam szczęście, Z Juliuszem Machulskim[...] rozmawia Maciej Skarga, foto Robert Pranagal

ludzie

18 Jesteśmy tym, co jemy. tekst Maciej Skarga, foto Krzysztof Stanek 24 Rybak w lesie i jego żona. tekst Grażyna Stankiewicz, foto Marek Podsiadło, Michał Fujcik biznes

29 Zmieniliśmy oblicze regionu. Z Krzysztofem Grabczukiem, Wicemarszałkiem Województwa Lubelskiego, rozmawia Damian Miechowicz, foto Marta Mazurek, archiwum UM WL

32 Lubelszczyznę widzę bogatą. Z Mirosławem Tarasem[...] rozmawia Grażyna Stankiewicz, foto Krzysztof Stanek

40 Bank czasu. tekst Joanna Szubstarska, Marta Mazurek foto Marek Podsiadło 37 biz-njus sport

41 Maraton. tekst i foto Katarzyna Zadrożna 44 Kadry z lotu ptaka. tekst Maciej Skarga, foto Piotr Bakun

str. 12

moto

42 Mondeo, czyli świat. tekst i foto Piotr Nowacki przyroda

48 Trudne sąsiedztwo. tekst Iza Wołoszyńska, foto Marcin Pietrusza galeria

54 100 x Wirydarz. tekst Katarzyna Kawka, foto Michał P. Wójcik, archiwum galerii księgarnik

57 Edyta Łysiak, Tak się nie robi, Zbigniew Dmitroca, Kolorowy świat/Kto się tu ukrył?/Kto robi huhu?/Jeden, dwa, trzy.../Koła i kółka/Świeci gwiazdka, Śpiewanki–malowanki.

muzyka

58 Mateusz Grzeszczuk. We are young! We are from Poland!. 60 kultura – okruchy historia

62 Kuwałki historii. Robert Kuwałek. Lwowskie smaki.

str. 18

moda

64 Inspiracje z natury. foto, tekst, make-up, kostiumy Paweł Totoro Adamiec integracja

66 Janusz. tekst Maciej Skarga pedagog

67 Marzena Boćwińska. Zły sen Heideggera, czyli Dzień Mówienia Prawdy. kuchnia

68 Michał P. Wójcik. O Janowach. zaprosili nas

69 Lubelski EuroMajdan Kulturalny, Mecz na szczycie, Krajobrazy Chomiczewskiego,

Bal piekarza i cukiernika, Rusza produkcja „Carte Blanche”, Stare Dobre Małżeństwo.

70 wizytownik/prenumerata kalendarium imprez

74 – maj/czerwiec 2014

str. 24

str. 48 6

magazyn lubelski 4[19] 2014

str. 64

str. 54


DLACZEGO KANDYDUJĘ ❶ Bo mam dość nieefektywnego systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Mam 35 lat praktyki medycznej, wyszkoliłem wielu znakomitych lekarzy i wiem, jak będąc w Parlamencie Europejskim rozsądnie usprawnić polską służbę zdrowia. ❷ Ponieważ sprawy mojego kraju są dla mnie najważniejsze, a denerwuje mnie to, iż świetni lekarze i pielęgniarki wyjeżdżają z Polski za chlebem zubożając tym samym naszą Ojczyznę. ❸ Gdyż wielu pacjentów, lekarzy i pielęgniarek, z którymi mam kontakt prosiło mnie, bym wreszcie usprawnił polski system opieki medycznej, a także wspomógł Lubelszczyznę. ❹ Nie dla pieniędzy, gdyż dzięki Bogu i mojej ciężkiej pracy w szpitalu, na uczelni i w prywatnej przychodni, którą prowadzę od wielu lat, jestem człowiekiem dobrze sytuowanym, o czym przekonacie się Państwo po wyborze mnie na europosła.

www.profstanislawek.pl

LAJF magazyn lubelski Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 3 www.lajf.info e-mail: redakcja@lajf.info, redakcjalajf@gmail.com tel. 81 440-67-64, 887-090-604 Redaktor naczelna: Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf.info

REKLAMA i MARKETING: Edyta Madej edyta.madej@lajf.info Karol Szałacha (Zamość) k.szalacha@lajf.info Agnieszka Wojdałowicz a.wojdalowicz@lajf.info reklama@lajf.info Wydawca: KONO media sp. z o.o, 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 3 praca@lajf.info

Prezes Zarządu: Piotr Nowacki (now) p.nowacki@lajf.info

Regon 061397085, NIP 946 26 38 658, KRS 0000416313 e-mail: kono.media.sp.zoo@gmail.com

Okładka: Juliusz Machulski foto (gal)

Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Współpracownicy i korespondenci: Izabella Kimak (izk), Jola Szala (jos), Michał Fujcik (fó), Robert Kuwałek (kuw), Katarzyna Kawka (kk), Maciej Skarga (ms), Marzena Boćwińska (boć), Tomasz Chachaj (tom), Wojciech Santarek (santi), Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Adam Jabłoński (jab), Izolda Wołoszyńska (izo), Jerzy Janiszewski (jan), Klaudia Olender (kol), Barbara Kozik (koz), Ilona Dąbrowska (ido), Aleksandra Lalka (ola), Tomasz Moskal (mos), Tomasz Dolar Dymek (dym). Foto: Marcin Pietrusza (qz), Maks Skrzeczkowski (maks), Daniel Mróz (mró), Paulina Gębura-Daniewska (pg), Jerzy Liniewicz (lin), Olga MichalecChlebik (mich), Olga Bronisz (obro), Krzysztof Stanek (sta), Robert Pranagal (gal), Katarzyna Zadróżna (kat), Elwira Kusz (wir). Grafika & DTP: Michał P. Wójcik tel. 665 17 22 01

ISSN 2299–1689

Treści zawarte w czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się ze wszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wydawnictwo ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny.

magazyn lubelski 4[19] 2014

7


co łysemu po grzebieniu

Tomasz Dolar Dymek

N

areszcie! Nastały ciepłe dni. Wiosna, lub jak kto woli – zakamuflowane lato, zalała nas słońcem, dając wytchnienie po chłodnych tygodniach. Wszystko wraca do normy, trawniki seledynieją nam z każdym dniem. Wydawałoby się, że świat kroczy swoją odwieczną ścieżką, niemal do znudzenia powtarzając spektakl życia i śmierci. Poprawa pogody niesie ze sobą zmiany. Dla mnie to znakomity czas, żeby trochę odświeżyć klasyczną literaturę. Nie zamierzam tu sięgać po opasłe dzieła Lwa Tołstoja czy skupiać się na analitycznym Balzaku. Wystarczy, że skupię się na pisarzu z kraju nad Wisłą. Do ponownego przeczytania „Tanga” Sławomira Mrożka może natchnąć wiele wydarzeń. Ot, choćby taki konkurs piosenki o pięknie brzmiącej nazwie „Eurowizja”. Jaką zatem wizję ma dzisiejsza Europa? Jaka piosenka i postać staną się nowym symbolem wartości europejskich? Kogo tym razem wybiorą? – zastanawiałem się w finałowy wieczór gali. A tu takie buty. Laureatem/tką nagrody zostaje austriacki transwestyta. Upodobania ludzie mają różne, również w kwestii orientacji seksualnej. Jednak problem pojawia się moim zdaniem wtedy, gdy to ów eksces czy przebrzmiała inność idą pod auspicjami postępu. Zamiary takich poczynań najlepiej ilustruje ten cytat z Mrożka: „– A teraz znajdziemy ideę. (...) – Postęp, proszę pana. – Ale jaki postęp? – Postępowy. Do przodu. (...) – A ty��? – Tył też do przodu. – Ale wtedy przód będzie z tyłu? – Zależy, jak patrzeć. Jak od tyłu do przodu, to wtedy przód będzie z przodu, choć do tyłu. – To jakieś mętne. – Ale postępowe, proszę pana”. Co gorsza, postawienie na szok przesłania całość wykonania lub też zmniejsza jego znaczenie do minimum. Oto nowa wizja Europy. Skonsolidowanej walutowo i politycznie, w której jednak nie talent, kompozycja i warunki wokalne są istotne, a właśnie wizerunek i skandal. Artyści szokowali

Jaką zatem wizję ma dzisiejsza Europa? Jaka piosenka i postać staną się nowym symbolem wartości europejskich?

8

magazyn lubelski 4[19] 2014

Brodate Tango od zawsze. Nie jest niczym nowym fakt przeistaczania się w kobietę dla potrzeb sztuki. Znakomita rola Dustina Hoffmana w kultowym obrazie „Tootsie” czy też słynne przebieranki Freddiego Mercury'ego podczas tras koncertowych zespołu Queen nie są niczym nowym i skandalicznym. Jednak w przypadku obu panów talent stanowił najsilniejszą soczewkę, na której skupiała się uwaga słuchaczy i widzów. Kobiece kreacje stanowiły zatem dodatek, rodzaj pewnego anturażu, nigdy zaś wartość samą w sobie. Właściwie co doprowadziło do takiej sytuacji, że nie umiejętności, a wizerunek zadecydowały o zwycięstwie Conchity Wurst? A to, moi drodzy, co już dawno przewidywał Sławomir Mrożek, pisząc słynne „Tango”. Chodzi o nonkonformizm za wszelką cenę. O walkę ze starym porządkiem rzeczy na rzecz nowych rozwiązań. Przypomnę tylko, że występ Donatana i Cleo został uznany za zbyt seksistowski z racji głębokich dekoltów, jakie mogli dostrzec telewidzowie podczas wykonu piosenki „My Słowianie”. Przecież to takie zacofane i prymitywne. Ładne kobiety? A któż by chciał na to patrzeć, moi drodzy? To chyba jakaś dewiacja? Niemal porno. Postępowa i ultrapoprawna politycznie Europa chce gloryfikować dziwactwa i daleko posuniętą odmienność seksualną. To jest, moi kochani, trendy. To jest na czasie! Kobieta z brodą? Proszę bardzo. Średnio śpiewa? A któż by się tym przejmował, ważne, że przyciągnie uwagę reklamodawców i społeczności międzynarodowej. Moim zdaniem cała rzecz rozbija się o to, co ukazał Mrożek, personifikując postać Edka. Jeden z bohaterów „Tanga” emanuje prostactwem, prymitywną siłą. Jest to typowy ćwierćinteligent z awansu. Typ człowieka, który idealnie dopasuje się do każdej formy. Edek nie ma spolaryzowanych poglądów, właściwie zgodziłby się na wszystko, co w danej sytuacji może przynieść mu korzyść. Reprezentuje ucieleśnienie ochlokracji, czyli rządów motłochu. Bo z tym mamy właściwie coraz częściej do czynienia. Wartościom nadajemy coraz mniejsze znaczenie, spłaszczając ich wagę. Doprowadzamy teraz częściej do sytuacji, w której to, co od wieków normalne, staje się dziwne, i jest to, idąc za cytatem z Mrożka: „moralny przymus do niemoralności”. Po raz kolejny literatura wyprzedziła świat o kilka dziesięcioleci. Właściwie to nie mam się czym ekscytować, pozostaje mi czekać na kolejny konkurs Eurowizji, w którym ku uciesze gawiedzi ktoś ze mnie zadrwi, tańcząc brodate tango.


Tam, gdzie rosną truskawki M

ajowe spotkanie w strugach deszczu na tarasie dobiegało końca, kiedy Dorota M. wygłosiła długą tyradę na temat genetycznie modyfikowanych truskawek, z których jedną właśnie odłożyła z niesmakiem na brzeg talerza. Z zasady jest przeciwna wszelkim modyfikacjom, a zwłaszcza tym z Chin. Od kiedy pamięta, pierwsze truskawki pojawiały się w jej życiu dopiero na początku czerwca, kiedy jej mama – wielka entuzjastka tych owoców ‒ z tryumfalną miną przynosiła je w papierowej torebce jako cenną zdobycz wystaną w kolejce i kupioną za niebagatelne pieniądze w prywatnym warzywniaku pod dworcem. Dorota M. od zawsze uważała, że z zakupem truskawek należy poczekać do pełni sezonu. Od dziecka co roku o tej samej porze Dorota M. wchodziła w spór ze swoją rodzicielką, która w końcu lekceważąco machała ręką na córkę, powtarzając: „Jak zwykle nic nie rozumiesz”. Nic więc dziwnego, że Dorocie M. pierwsza truskawka w sezonie kojarzy się ze smakiem kwaśnego, wodnistego, całkiem jeszcze twardego i mało słodkiego owocu, którego nie wypadało nie zjeść, zwłaszcza za takie pieniądze. Dorota M. wcale nie pamięta smaku tych późniejszych owoców, które kosztowały niemal 10 razy mniej, były czerwone, nabrzmiałe słońcem i słodyczą. Wspomnienie rodzicielki wkraczającej do domu z przemakającą papierową torebką zawierającą biało-czerwone twarde owoce było silniejsze i zdominowało jej myślenie o truskawkach na całe życie. Co ciekawe, zupełnie inaczej niż Barbara W., która od truskawek jest uzależniona i której pierwsze zdjęcie zrobiono w zagonie, z którego co rusz wylatywały zielone ogonki. To, co zapamiętała Barbara W., to piasek w zębach, rozgryzana słodycz i mrużenie oczu od słońca, które w tych zagonach łaskotało końcówki jej rzęs. Barbara W. ze zgrozą wspomina ukochaną ciotkę spod Warszawy, która była w posiadaniu doświadczalnej plantacji i świeżo zerwane truskawki w każdej ilości rozgniatała widelcem i posypane cukrem podawała dzieciom. ‒ Nie uważasz, że to barbarzyństwo? ‒ spytała onieśmielona nagłym antygenetycznie mutowanym wywodom swojej przyjaciółki. Barbara W. generalnie rzecz biorąc jest truskawkową purystką. Pierogi z truskawkami są obrazą moralną dla truskawek, kruche ciasto z truskawkami jest czymś, co o zgrozo brzmi co najmniej jak wandalizm, nie mówiąc już o kompocie i zupie owocowej podawanej w dodatku z uformowaną

kocia kołyska

Grażyna Stankiewicz

w kształcie płaskowyżu kaszą manną i kroplą śmietany. Ale z leniwie toczącym się sezonem na truskawki Barbara W. kojarzy kilka najmilszych chwil, jakie zdarzyły się w jej dzieciństwie. Bo między domem ciotki a zagonami z truskawkami na samym środku podwórza stała stara żeliwna wanna na wygiętych nóżkach. Jej kuzyn Krzyś wlał do wanny wodę, którą przynosił wiadrami ze studni, a kiedy nagrzała się od słońca, przyniósł z domu akwarium i wszystkie rybki wrzucił do wanny. Kiedy Barbara W. zobaczyła, co jej kuzyn robi, zastygła zdumiona naprzeciwko tej wanny z najsłodszą truskawką w buzi, jaką tego dnia zerwała. Nie zdążyła nic powiedzieć, bo dwa lata starszy od niej Krzyś wziął ją za jej czteroletnią rękę i zaprowadził w kierunku wanny. Barbara W. pamięta, jak w popołudniowym czerwcowym słońcu z buzią umorusaną truskawkami, piachem i sadzą, po tym jak zjeżdżała na pupie z dachu, siedziała w wannie pełnej orzeźwiającej wody na samym środku podwórza z pływającymi wokół niej złotymi rybkami. Nad głową było słychać brzęczenie pszczół, ale poza tym była cisza i drobne pestki między zębami. Barbara W. niewiele wtedy wiedziała o życiu, choć można zaryzykować twierdzenie, że brała z niego pełnymi garściami, a kąpiel w wannie pełnej złotych rybek i z hektarem truskawek kilka metrów dalej do dziś wydaje się jej uosobieniem letniej sielanki. Słuchając tej opowieści, Dorota B. podniosła brwi. Bo dokładnie w tym samym momencie uświadomiła sobie, że w czerwcu jej ojciec obchodził urodziny i w domu zawsze piekło się dwa biszkoptowe spody, które potem były nasączane sokiem z cytryny, obkładane połówkami dojrzałych już truskawek i zalewane pomarańczową galaretką. Prawda jest taka, że nigdy do końca nie polubiła truskawek, ale trudno nie lubić tego, co z truskawkami dobrze się kojarzyło, a czego już nigdy nie będzie.

Barbara W. niewiele wtedy wiedziała o życiu, choć można zaryzykować twierdzenie, że brała z niego pełnymi garściami, a kąpiel w wannie pełnej złotych rybek i z hektarem truskawek kilka metrów dalej do dziś wydaje się jej uosobieniem letniej sielanki.

magazyn lubelski 4[19] 2014

9


tygiel

kity i hity Święto Lasu

(sta)

Park Ludowy w Lublinie powstał w 1954 roku w 10 rocznicę zawiązania się Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i był tym elementem socjalizmu, który niewątpliwie przez wiele lat Lublinowi dobrze robił. Kilka hektarów drzew, krzewów, alejek i ławek, z których do dziś zachowały się głównie drzewa i wybrzuszone alejki oraz nieostre pojęcie o tym, czym mogą być zielone płuca miasta. Zamiast znaleźć pomysł na renowację parku i nadanie mu nowego charakteru, rozpoczęto wycinkę. Wycinanie drzew ostatnio w ogóle jest trendy, zwłaszcza kiedy ścięte lipy obrabia się jako surowiec dla figur uosabiających Papieża Polaka, które to dzieła mają stanąć w Kraśniku dokładnie w miejscu, w którym rosły ścięte drzewa. Coś w zamian za coś z tego samego w kontekście myślenia jako zbędnego hobby. Tymczasem w Lublinie piły hałasują, wióry lecą, media podnoszą alarm, a ekolodzy wieszają na ściętych pniach nekrologi. I jak na ironię przylatuje kto? Prezydent RP, aby uhonorować swoją obecnością Święto Lasu na Lubelszczyźnie, a przy okazji posadzić w Parku Ludowym Dąb Wolności. Dla następnych pokoleń. Ku pamięci. (gras)

HejtStop

(fó)

W czasie okupacji niemieckiej, pod groźbą śmierci, na murach malowano napisy „Tylko świnie siedzą w kinie”, ale do dziś wydaje się to słuszne. Ulubieńcami powojennej propagandy nienawiści stali się masoni, Żydzi i cykliści, choć o tych ostatnich od dawna jest cisza. Ich miejsce zajęli pedały, gender, lewacy i brudasy. W kilku miejscach Polski z powodzeniem trwa kampania HejtStop przeciwdziałająca rasizmowi i homofobii pojawiającej się w przestrzeni publicznej miasta. W Lublinie też się coś ruszyło, a to za sprawą studentów UMCS, którzy po prostu wzięli wiaderka z farbą i zamalowali napisy. Po prostu. www.hejtstop.pl (maz)

10

magazyn lubelski 4[19] 2014


z sieci

AGROTRAVEL 2014

VI Międzynarodowe Targi Turystyki Wiejskiej i Agroturystyki AGROTRAVEL 2014 w Kielcach zakończyły się dla Lubelszczyzny sukcesem. Pierwsza nagroda dla stoiska wystawowego województwa lubelskiego oraz wyróżnienie za najciekawszą ofertę wypoczynku na wsi dla Ekomuzeum Lubelszczyny „Żywa tradycja” – mogą cieszyć. Wkrótce impreza o podobnym charakterze: II Targi Turystyki Wiejskiej i Kulturowej „Lubelskie Lato 2014”, które odbędą się na terenie powiatu krasnostawskiego i potrwają od 27 czerwca do 7 lipca.

Kajakiem przez Lubelszczynę

Coraz popularniejszy wypoczynek na kajakach przyciąga coraz więcej chętnych. Właśnie rozpoczął się nowy sezon, a na top liście niezmiennie pozostają rzeki Lubelszczy(Piotr Duma) zny, takie jak Bug, Wieprz, Tyśmienica, Włodawka, Tanew i Bukowa. Ostatnio równie popularna staje się Giełczewka. Coraz większe zainteresowanie budzi Bystrzyca, Znalezione na strychu szczególnie na łagodnym odcinku przeznaczonym na spływy rodzinne pomiędzy Dzierzkowice koło Kraśnika szczycą się nie Osmolicami a Prawiednikami, zwanym Szlakiem Drewnianych Młynów. Wyspecjalitylko malowniczymi wąwozami, uprawami zowane firmy organizują spływy integracyjne, grupowe i indywidualne. Koszt wypożyszparagów i truskawek, ale również jedną czenia jednoosobowego kajaka na kilkugodzinną wyprawę kształtuje się od 25 zł w górę. z ciekawszych na Lubelszczyźnie kolekcji Organizatorzy przypominają o niezbędniku każdego kajakarza – trampkach lub sandałach, kremie z filtrem, butelce wody, o czymś na ząb i przeciwdeszczowej kurtce. (pod) dawnego sprzętu codziennego użytku na wsi. Za sprawą panów Marian Nowaka www.kajaki.lublin.pl, www.kajakiempowieprzu.pl, www.powiat.swidnik.pl/infobiz_server.php?mod=1&aid=417 i Jana Przywary można podziwiać stare młockarnie, wagi z XIX wieku, kołowrotki, stuletnią przędzę, obuwie ze słomy i wiele innych precjozów. W zbiorach znajdują się również elementy wyposażenia wojska z okresu I wojny światowej i stoczonej w tym czasie pod Kraśnikiem bitwy. Kolekcja imponująca i godna zorganizowania w Dzierzkowicach muzeum. Więcej na www.dzierzkowicemoje.pl (maz)

czytelnicy ślą:

redakcjalajf@gmail.com

(pod)

(fó)

(fó)

Lublin ul. Kunickiego

Magnolie na KUL (Pomnik papieża Jana Pawła II i prymasza Stefana kardynała Wyszyńskiego).

magazyn lubelski 4[19] 2014

11


z okładki

Na ogół mam szczęście

Scenarzysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Dramaturg. Twórca kultowej „Seksmisji”. Od trzydziestu sześciu lat robi to, co najbardziej lubi. Z Juliuszem Machulskim o jego związku z Lublinem, jego drodze artystycznej i dokonaniach oraz o spektaklu „Machia” jego autorstwa i w jego reżyserii wystawianym w lubelskim Teatrze Starym rozmawia Maciej Skarga. foto Robert Pranagal 12

magazyn lubelski 4[19] 2014


P

ańscy rodzice Halina i Jan Machulscy, podejmując w 1957 roku pracę w Teatrze im. J. Osterwy, przyjechali do Lublina z dwuletnim synem Juliuszem. Dzięki temu, aż do przeniesienia się do Warszawy w 1963 roku, spędził Pan w naszym mieście sześć swoich najmłodszych lat. Jak je Pan wspomina? – Mieszkałem na peryferiach Lublina. Na końcu Alei Racławickich. I pamiętam dzikość tych terenów, które były miejscem naszych ówczesnych dziecięcych zabaw. Chodziliśmy, zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim, na poligon wojskowy górek czechowskich i tam piekliśmy ziemniaki. A kiedy z kotłowni, nieopodal naszego domu, wysypywano hałdy koksu, myśmy się nim nawzajem obrzucali walcząc z chłopakami z innych bloków mieszkalnych. ‒ Zapewne pamięta Pan także dawną Bystrzycę, chociaż płynęła dość daleko od Waszego osiedla. Była przecież w tamtych latach szeroką i czystą rzeką. Na jej brzegach w letnie dni opalali się ludzie, wielu się kąpało, a niektórzy pływali po niej kajakami. – Oczywiście, że pamiętam, zwłaszcza, że i mnie zdarzyło się przeżyć taki kajakowy krótki rejs z nurtem tej rzeki. Oczywiście pod opieką mamy. ‒ Większość czasu spędzał Pan jednak za kulisami i na widowni lubelskiego teatru, aby być blisko rodziców. – Nie dość , że chciałem tam z nimi być, to jeszcze zobaczyłem, że jest to zupełnie fajne miejsce. ‒ Ale nie jedyne. Wiadomo przecież, że już wtedy lubił Pan w kinie oglądać westerny. – To rozbudziło we mnie fascynację kinem na zawsze. ‒ Czy zatem można powiedzieć, że owa pierwsza styczność z teatrem i filmem zadecydowała o Pana zainteresowaniach w dorosłym życiu? – O, nie. Wtedy byłem za mały, żeby mieć tego typu przemyślenia. To była tylko moja codzienność i właściwie rzeczywistość. ‒ Ale coś tam niewątpliwie w Panu zostało i czasem się przypomina, gdy podejmuje Pan obecne realizacje w tych dwóch dziedzinach sztuki. – No jasne. To jest moje dzieciństwo i tego się nie zapomina. ‒ Co zatem stało się tym przełomowym momentem, w którym postanowił Pan poświęcić się zwłaszcza twórczości filmowej? – To nie był jeden moment. Był to wynik nasączania się tym światem, który jest nierealny, a który, np. dla moich rodziców był realny. Oczywiście nie powiedziałem sobie naraz, że chciałbym robić filmy, ale dość wcześnie zdałem sobie sprawę, że film jest czymś, co mnie najbardziej w życiu pociąga. Nawet już szkole podstawowej, chodząc często do kina zacząłem zwracać uwagę na to, co oglądam i moje wypady do kina były planowane. A później, już w liceum w Warszawie, powolutku przygotowywałem się do egzaminu wstępnego na Wydział Reżyserii Szkoły Filmowej w Łodzi. Zakładałem, że może się uda. ‒ Ale po maturze zaczął Pan studia na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. – Tylko dlatego, że nie dostałem się na wydział operatorski.

Poszedłem więc na coś, na co najłatwiej było się dostać. ‒ W następnym roku egzamin wstępny do łódzkiej „filmówki” się powiódł i podjął Pan studia filmowe. Tuż po rozpoczęciu nauki zagrał Pan, jako aktor, rolę Romka Januchty głównego bohatera w filmie Krzysztofa Kieślowskiego pt. „Personel”. Jednocześnie była okazja poznać pracę na planie filmowym. – Nie, nie można powiedzieć, że byłem aktorem, zwłaszcza, że w tym filmie brali udział tzw. naturszczycy, czyli aktorzy niezawodowi. Natomiast dla studenta pierwszego roku możliwość obserwowania tego, co się dzieje na planie filmowym była nieoceniona. Krzysztof Kieślowski debiutował tym filmem w fabule i tak się złożyło, że niektóre rzeczy także dla niego były nowe. Dzielił się więc z nami nie tylko swoją wiedzą, ale i niepewnością. I to doświadczenie rzeczywiście pozostało ze mną przez dalsze lata. ‒ W trakcie tych studiów tworzy się etiudy filmowe. Jestem ciekaw pańskiego przeżycia, gdy realizował Pan pierwszą, dokumentalną, pt. „Paralaksa” wyróżnioną, podobnie jak dwa następne krótkie filmy: „Wolna sobota” i „Gorączka mleka” Nagrodą Krytyki i Jury na Festiwalu Etiud Filmowych w Warszawie w 1978 roku. – Zawsze wtedy jest adrenalina większa niż za którymś tam kolejnym razem. Wszystko staje się nie tylko ciekawe, ale wręcz niezwykłe. Poza tym przebrnięcie przez kłopoty dość prozaiczne, jak, np. brak funduszy na takie realizacje, także się później przydaje. Udało mi się je zrealizować dzięki pomocy koleżeńskiej. Koledzy z operatorskiego wydziału robili zdjęcia, a z aktorskiego grali. ‒ Szkoła Filmowa jest dopiero wstępem i po jej ukończeniu nie jest zbyt łatwo o debiut zawodowy, oraz na jednoczesne nabranie doświadczenia. Który z polskich reżyserów miał wpływ zarówno na Pański debiut, jak też i na późniejsze dokonania filmowe? – Na samą moją twórczość może nie, ale na moją późniejszą drogę filmowo-życiową niewątpliwie duży wpływ miał Jerzy Kawalerowicz, który był moim szefem i producentem w zespole Kadr. Dzięki niemu zrobiłem oba Vabanki, Seksmisję i Kingsajz. Jednocześnie spotkałem innych reżyserów filmowych, a wśród nich Janusza Majewskiego, który był przyjacielem moich rodziców. Asystowałem mu w trakcie realizacji filmów i nawet w jednym z nich zagrałem niewielką rólkę. Był moim nieformalnym mentorem. Jak miałem jakieś problemy filmowe to udzielał mi istotnych rad. ‒ Czy w trakcie tych spotkań ze znanymi i uznanymi reżyserami coś Pana zaskoczyło, a jednocześnie stawało się interesującą podpowiedzią dotyczącą realizacji filmowych? – Jerzy Kawalerowicz niewątpliwie zaskoczył mnie głęboką znajomością kina jako medium. A przy tym nie szczędził podpowiedzi. Tworzył filmy poważne i głęboko artystyczne. Ja zaś robiłem komedie. A mimo tego, oglądając moje materiały, udzielał mi często wielu cennych porad. W trakcie naszych spotkań wystarczyły czasem jego dwa, trzy słowa, abym zrozumiał, że, np. jeśli ma być wiadomym konkretne miejsce dziania się historii opowiadanej na ekranie, to musi pojawić się jego charakterystyczny element, który widz zapamięta. To nie może być, jakaś brama. To musi być brama magazyn lubelski 4[19] 2014

13


z jakimś charakterystycznym elementem. Powiedzmy, że z czerwonymi drzwiami. Bo często na filmach, zwłaszcza z okresu peerelu, mówię tu o filmach tzw. moralnego niepokoju, było tak, że mieszkania głównych bohaterów były takie same i powodowało to zawirowania percepcji widza. Dzięki tym podpowiedziom mała blaszka w Vabanku, służąca Duńczykowi do zablokowania systemu alarmowego, pokazywana wiele razy była nie tylko ważna, ale stała się jednym z bohaterów filmu. ‒ Kolejne doświadczenie przyniósł zapewne rok studiów w Cal-Arts w Kaliforni, gdzie przebywał Pan jako stypendysta Fundacji Fullbrighta. - Jadąc tam byłem w sumie dobrze przygotowany i wiedziałem jak wygląda film amerykański. Nie byłem więc zaskoczony. Jedno jest pewne. Mają na pewno więcej środków finansowych, a co za tym idzie, np. więcej kamer na planie. A sam mechanizm działania ekip w momencie produkcji filmu funkcjonuje szalenie precyzyjnie. Każdy na planie filmowym jest podpięty pod słuchawki z mikrofonem, co ułatwia wzajemną komunikację. Nie krzyczą do siebie i jest bardzo spokojnie. U nas, jak na razie, nie da się tego zaprowadzić. ‒ Mieli ciekawiej i lepiej pisane scenariusze? – Oni tak mają do dziś. ‒ Tworzą je zapewne wedle ścisłej zasady, że kiedy się pisze scenariusz filmowy to już na początku pracy nad nim należy znać zakończenie. – To jest najważniejszą scenopisarską regułą. Przecież gdy się wyrusza w podróż to trzeba wiedzieć dokąd, bo inaczej się nie dojedzie. I tak jest z scenariuszem. Można mieć fantastyczne otwarcie opowieści, ale jak się nie ma od razu pomysłu na zakończenie, to nic z tego nie będzie. Samo pisanie scenariusza jest ciągłym jego przepisywaniem i poprawianiem aż do ostatecznej wersji, którą dopiero jest wyjście filmu z montażowni.

JUliusz MAchulski: urodzony w 1955 roku w Olsztynie syn aktorów: Haliny i Jana Machulskich. Reżyser, scenarzysta i producent filmowy, początkowo także aktor. W latach 1973-74 studiował filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1975–1978 na studiował na Wydziale Reżyserii Filmowej w PWSFTViT im. Leona Schillera w Łodzi. W latach 1984-1985 studiował w Cal-Arts w Kalifornii. Od 1988 założyciel i kierownik artystyczny studia filmowego „Zebra”. W 1993 r. wykładowca reżyserii filmowej w Hunter College w Nowym Jorku. W latach 1989-91 członek Komitetu Kinematografii. Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Członek Polskiej Akademii Filmowej, w latach 20032008 prezydent Akademii. Członek Europejskiej Akademii Filmowej (EFA). W latach 2005-2008 oraz od roku 2011 członek Rady Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. 10 grudnia 1998 odsłonięto jego gwiazdę w Alei Gwiazd na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi.

14

magazyn lubelski 4[19] 2014

‒ Może Pan powiedzieć, który z Pańskich filmów ceni Pan wyżej od pozostałych? – Tak tego nie oceniam i muszę przyznać, że tak do końca nigdy nie jestem zadowolony z żadnego filmu. Wiem tylko, że najwięcej czasu spędziłem nad scenariuszem filmu „Vabank”. I dlatego może jest on taki precyzyjny. Natomiast na pograniczu traumatycznego przeżycia był „Szwadron”. Bardzo dużo włożyłem w niego energii, emocji, oczekiwań i nadziei. A przez różne fatalne okoliczności losu, choćby wypadek na planie kiedy sprowadzona z Francji supernowoczesna kamera Panaflex marki Panavision spadła z kranu powodując czterodniowy przestój w zdjęciach i problemy z zakończeniem produkcji, cała praca nad nim była bardzo stresująca. Miałem także nadzieję na poważne pochylenie się krytyki nad tym filmem, kiedy już pojawił się w kinach. Ale tego nie było, bo wszyscy ludzie w naszym kraju, a w tym i krytycy filmowi zajęci byli cieszeniem się wolnością i konsumowaniem tego, co się wraz z nią pojawiło. Ale, paradoksalnie i często tak bywa, był to polski kandydat do Oskara ‒ I tu pojawia się pytanie: czemu to Julisz Machulski tworząc kilka niewątpliwych hitów nie był nominowany i nie został nagrodzony tą statuetką?


– Po pierwsze pewnie dlatego, że tam hity nie zawsze wygrywają. A po drugie, trzeba sobie jasno powiedzieć, że my wszyscy z Europy, czyli nie Anglosasi, możemy startować tylko w jednej kategorii: film obcojęzyczny. A jest to wąska kategoria z ponad setką konkurencyjnych filmów z całego świata. Chociaż i nam czasem się udaje, jak z nominowanym do Oskara filmem „W ciemności” Agnieszki Holland , którego miałem zaszczyt być jednym z producentów. ‒ Czym jest zatem dla Pana film? – To mój zawód. A właściwie jeden z zawodów, które wykonuję, i który uwielbiam. Jako widz z kolei mogę powiedzieć, że jest to dobra forma spędzenia czasu. Jedna z najlepszych. Oczywiście zaraz po przeczytaniu książki. ‒ A co można powiedzieć o Pana graniu w filmach. Ma Pan przecież za sobą dwanaście epizodów filmowych, a wśród nich scenę, gdzie pojawia się Pan na ekranie w jednej z ostatnich scen filmu „Kingsajz”? – Że to rzeczywiście tylko drobne epizody. A w „Kingsajz” był to raczej żart. Wydawało mi się , że moje pojawienie się w pociągu w finale filmu wraz z całą ekipą będzie znaczyło, że jedziemy na jednym wózku historii, nie tylko tej, która opowiedzieliśmy. I stąd tam moja obecność. ‒ Dwadzieścia siedem filmów, a wśród nich,m.in: dwa Vabanki, Seksmisja, Killer, „Ile waży Koń Trojanski”, „Szwadron”, „Vinci”, czy też ostatnia „AmbaSSada”. Pięć spektakli telewizyjnych. Kilka teatralnych. Praca producencka przy trzydziestu dwóch filmach, dzięki której mamy takie filmy, jak, np. : „Dzień Świra”,

„Dług”, „Psy”, „W ciemności” czy też „Mój Nikifor”. Od 1998 roku nieprzerwane prowadzenie Studia Filmowego „Zebra”. A teraz spotykamy się w przededniu premiery sztuki „ Machia” pańskiego autorstwa, którą Pan reżyseruje w lubelskim Teatrze Starym. Jest to autorsko-reżyserski kolejny debiut. Tym razem teatralny. – Rzeczywiście takim jest. Daje mi przy tym możliwość poszerzenia mego horyzontu i pola walki. Uważam, że dobre przedstawienie w teatrze niesie o wiele większe przeżycie niż po seansie filmowym. Film sprawia mi przyjemność, bo to jest mój zawód, ale teatr ma dla mnie zupełnie innego rodzaju wagę. Ma inną wartość. Trudniej jest robić teatr niż film. ‒ Ponieważ, jak niedawno Pan stwierdził: film to sprint, a teatr to maraton. – No tak. Ujęcie filmowe zapisane jednego dnia już w gruncie rzeczy jest nie do poprawienia, a w teatrze zawsze coś można zmienić. Aktor ma pomysł, reżyser ma pomysł i można spektakl udoskonalać. Nawet po premierze. ‒ Niccolo Machiavelli i jego „Książę”. Czy to nie ryzykowne przedsięwzięcie? Makiawellizm nie zawsze się dobrze niektórym kojarzy. – Pewnie dlatego, że albo nie przeczytali uważnie tego co napisał, albo nie zrozumieli do końca. Jego „Książę”, którego czasem utożsamia się wyłącznie z przebiegłością i cynizmem, w rzeczywistości był uczciwym człowiekiem, który dbał o to, żeby Florencja , jego miasto i Italia miały się dobrze. I w tym spektaklu chcę zerwać z dotychczasowymi stereotypami spojrzenia na tę postać. magazyn lubelski 4[19] 2014

15


Machiavelli, czyli w skrócie Machia, jak na niego mówili przyjaciele, po raz pierwszy pewne rzeczy nazwał po imieniu i po raz pierwszy je spisał. To były dobre rady jak zdobyć władzę i jak ją potem utrzymać. Książę musi być zdolny do dobrodziejstw i okrucieństw. Z tym, że okrucieństwa trzeba wykonywać ryczałtem za jednym zamachem, a dobrodziejstwa trzeba cedzić pomału. Tym celem, które ma uświęcać środki jest dobro państwa, co niestety w naszych czasach często jest sprzeniewierzane. Czasami dobrem jest dobro partykularne grupy osób, czy nawet jednej osoby. ‒ Czyli jest to rzecz także z przesłaniem dla naszych polityków. – Chciałbym, aby politycy częściej chodzili do Teatru, a nie do telewizji i tam mówili o sobie. Wtedy zobaczyliby jak ktoś mówi i co mówi o kimś innym. Może by się czegoś nauczyli z życia, a nie tylko mieli usta pełne frazesów na temat tego jacy są fajni, skuteczni i piękni. Bo nie są. ‒ Czym dla Pana jest tak różnoraka, a zarazem szalenie intensywna działalność artystyczna? – Niewątpliwie sposobem na życie. Muszę jednocześnie przyznać, że bez filmu nie byłbym tym kim jestem. ‒ Można zatem powiedzieć, że trafił Pan w przysłowiową dziesiątkę wybierając swoją drogę zawodową. – Pewnie tak. Na ogół mam szczęście. Marta Ledwoń (Barbera) i Adam Ferency (Niccolo Machiavelli)

Adam Ferency (Niccolo Machiavelli) i Piotr Głowacki (Francesco Tarugi)

16

magazyn lubelski 4[19] 2014


Plan gotowy, ruszają nabory Województwo lubelskie niebawem ogłosi nabór dla przedsiębiorców, którzy chcą wziąć udział w tzw. wielosektorowych misjach gospodarczych. Będą musieli oni spełnić konkretne wymogi, które przekażemy podczas ogłaszania konkursów.

7. Wielosektorowa misja gospodarcza do Republiki Tunezyjskiej Sektory: maszynowy, spożywczy (żywność), meblowy (krzesła, stoły) Termin: listopad 2014 r.

Oto wykaz misji wraz z kierunkami i orientacyjnymi terminami:

8. Wielosektorowa misja gospodarcza do Księstwa Monako Sektory: rolno spożywczy (w tym tytoniowy), maszynowy Termin: maj 2014 r., lub czerwiec – sierpień 2014 r.

1. Wielosektorowa misja gospodarcza do Wielkiej Brytanii Sektory: rolno-spożywczy, meblarski, elektromaszynowy Termin: maj – czerwiec 2014 r. 2. Wielosektorowa misja gospodarcza do Republiki Francuskiej i Monako Miejsca: Monako, Grenoble, Sophia, Antipolis Sektory: IT, ICT Termin: maj 2014 r. lub czerwiec-wrzesień 2014 r. 3. Wielosektorowa misja gospodarcza do krajów Zatoki Perskiej – Królestwa Arabii Saudyjskiej oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Sektory: maszynowy, spożywczy (żywność), meblarski Termin: maj – czerwiec 2014 r. 4. Wielosektorowa misja gospodarcza do Republiki Angoli Sektory: maszynowy, odzieżowy, spożywczy, transport, farmacja Termin: lipiec – sierpień 2014 r.

Firmy, które są zainteresowane udziałem w misjach, reprezentujące wymienione sektory, prosimy o kontakt pod numerem telefonu 81 537 16 14, lub za pośrednictwem poczty e-mail: rudzki.mariusz@lubelskie.pl. Informacji na temat tych i innych wyjazdów dla lubelskich przedsiębiorców szukać można również na stronie invest.lubelskie.pl, a także www.lubelskie.pl Wyjazdy na misje gospodarcze są realizowane w ramach projektu „Marketing gospodarczy województwa lubelskiego”, finansowanego z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego.

5. Wielosektorowa misja gospodarcza do Republiki Rwandy i Ugandy Sektory: maszynowy, odzieżowy, spożywczy, transport, farmacja, biotechnologia Termin: lipiec – sierpień 2014 r. 6. Wielosektorowa misja gospodarcza do Republiki Federalnej Nigerii Sektory: maszynowy, odzieżowy, spożywczy, chemiczny, meblowy Termin: maj – czerwiec 2014 r. magazyn lubelski 4[19] 2014

17


ludzie

Jesteśmy tym, co jemy tekst Maciej Skarga foto Krzysztof Stanek

18

magazyn lubelski 4[19] 2014


W

naturze obowiązuje równowaga na zasadzie, np. niskie – wysokie, deszczowe – słoneczne, zdrowe – chore, szybkie – wolne. I każde zawirowanie doprowadza do katastrofy. Jednym z nich jest Fast Food, czyli szybkie jedzenie. Byle gdzie, byle jak i zazwyczaj samotnie. Żeby tylko oszukać żołądek, a przy tym i siebie. Bez zastanowienia połykając w pośpiechu kanapki i życie, tracimy nie tylko zdrowie, ale i często bliskie nam osoby, z którymi przestajemy się kontaktować. Wreszcie krytyk kulinarny Carlo Petrini w 1986 roku powiedział: dość. I we Włoszech założył Stowarzyszenie Slow Food, aby chronić prawo do smaku. Nie tylko w jedzeniu, ale i w innych sferach życia z nim związanych. Stowarzyszenie zatem zajęło się ochroną oraz wspieraniem niewielkich regionalnych producentów żywności wytwarzanej metodami tradycyjnymi. Podjęło promocję dawnych receptur przygotowywania posiłków. Zaczęło zachęcać do kupowania świeżej i zdrowej żywności ze źródeł lokalnych. Jednocześnie starało się przekonać tych szybko połykających do powrotu kultury wspólnego przyrządzania i spożywania jedzenia, zgodnie z zasadą: „jeść dla przyjemności, a nie odżywiać się”. Trzy lata później w Paryżu idea ta przerodziła się w ruch międzynarodowy i wkrótce objęła ponad pięćdziesiąt krajów na wszystkich kontynentach. W swoim działaniu opiera się na tzw. conviviach, mających wspólny cel: zapewnić sobie oraz nam wszystkim możliwość pełnego czerpania i korzystania z odkryć kulinarnych ludzkości. W Polsce Slow Food pojawił się w 2002 roku. Pierwsze convivium powstało w Krakowie. W Lublinie od dwóch miesięcy działa nasze, lokalne Slow Food Convivium lubelskie in progress, powstałe w restauracji „Zielony Talerzyk” dzięki inicjatywie jego właścicielki pani Małgorzaty Wołoszuk. Tam bowiem od lat przygotowuje się potrawy z ekologicznych produktów uprawianych przez indywidualnych rolników. Menu jest tak bogate, że nie sposób przytoczyć go w pełni. Podajmy jednak dla przykładu, że serwuje się tu potrawy bez lub z niewielką ilością mięsa. Zupę gryczaną z bakaliami, racuchy dyniowe z sosem pomarańczowo-miodowym, ryż smażony z orzechami nerkowca czy też ciasta marchewkowe i gruszki z karmelem na kruchym spodzie. A atmosfera przy stołach jest wręcz domowa.

Lepszy rydz niż nic

W jednej z sal „Hadesu” przy ulicy Grodzkiej dokoła dużego stołu siedzi dwadzieścia sześć osób. Przed nimi na blacie stoją wazoniki z kwiatami, talerzyki i kilka półmisków z sałatką, a obok nich w naczynkach różnego rodzaju jadalne oleje. Zebrani dyskutują o nowych zamierzeniach lubelskiego convivium. Opowiadają i o tym, jakie interesujące potrawy udało im się zrobić w ciągu miesiąca od ostatniego spotkania. W trakcie dyskusji na salę wchodzi kilka nowych osób. Wśród nich mama z maluszkiem na ręku. Chcą się zapisać do stowarzyszenia. Oczywiście zostają przyjęci i znajduje się dla nich miejsce przy wspólnym stole.

Po kilkunastu minutach pani Jolanta Pecio z Markuszowa i Sławomir Kijek spod Turobina, producenci olei tłoczonych tradycyjną metodą, zachwalają ich wartości. Prezentują oleje: rzepakowy, słonecznikowy, makowy i rydzowy (nie mylić z grzybami) z lnianki, z jednej z najstarszych uprawnych roślin oleistych, blisko spokrewnionej z rzepakiem. Ze względu na lekko korzenny posmak olej ten nadaje się do wszelkich warzywnych sałatek, surówek, śledzi, białego sera czy też kasz. I od niego, ze względu na dość powszechne występowanie, wywodzi się znane staropolskie powiedzenie: „lepszy rydz niż nic”. Zaczyna się degustacja. Sałatka Szlemiela z klusek, fasoli, czosnku i oleju przygotowana przez państwa Cwalinów, właścicieli „Hadesu”, ser owczy od Romana Kluski spod Krasienina i bohaterowie tego wydarzenia: oleje z chlebem. Wszystkim smakuje. To widać po zadowolonych twarzach. – Spotykamy się towarzysko i smakujemy zdrowe potrawy. Z naszej lubelskiej ziemi – mówi już po spotkaniu Jan Budzyński, prowadzący convivium. – Naszym celem jest doprowadzenie do kontaktów między tymi, którzy wytwarzają prawdziwą żywność, a tymi, którzy chcą taką jeść. W lubelskim convivium skupieni są nie tylko producenci zdrowej żywności, ale także ludzie, którzy na co dzień zajmują się zupełnie czymś innym. Są wśród nas np. właściciel firmy budowlanej, człowiek od obróbki i handlu kamieniami wysokiej jakości, prezes firmy recyklingowej i przedstawiciel handlowy firmy farmaceutycznej. Ale wszyscy cenimy dobre naturalne jedzenie. Ot, choćby prawdziwe wędliny. Prawdziwe, to znaczy, po pierwsze, robione z mięsa dobrej jakości i niepompowane sztucznie w celu zwiększenia ich objętości oraz wagi. Niezanurzane po ugotowaniu lub pieczeniu w specjalnych płynach dla dodania aromatu. A po drugie, wędzone w niskiej temperaturze i w dymie, którego tamte z wielu dużych zakładów wędliniarskich na pewno nie widzą. W intencji lubelskiego convivium, jak podkreślają pozostali jego członkowie, nie chodzi o to, żeby zupełnie wyeliminować produkty sprowadzane z różnych części świata, bo tego już się nie da. Ale żeby przełożyć ciężar konsumpcji na to, co znajduje się blisko nas. – Potrawy, które tu smakujemy, są naturalne, zdrowe i nie ma w nich sztucznych polepszaczy – dodaje Mariola Tarnowska, współzałożycielka convivium. – Chcemy do nich przekonać konsumentów. Dlatego poza tymi spotkaniami mamy także na Facebooku stronę internetową, na której tworzymy mapę ekologicznych gospodarstw z Lubelszczyzny. Jest to baza producentów zdrowej żywności, z której mogą korzystać wszyscy konsumenci. Czas wrócić do dobrodziejstw własnego regionu. Przykładem takiego powrotu jest chleb bez drożdży, tylko na zakwasie, którym zajmuje się należąca do lubelskiego stowarzyszenia Angelika Szostak. Studiuje zarządzanie. Jej pasją jest fotografika, a przy tym z zamiłowaniem robi swoje chleby, m.in. dla „Zielonego Talerzyka”. – Na początku piekłam chleb na zakwasie pszennym, a teraz i na orkiszowym – podkreśla. – Rano magazyn lubelski 4[19] 2014

19


nastawiam zakwas. A po południu robię chleb. Składam ciasto w bochenki, które wzrastają w koszyczkach cztery godziny w temperaturze pokojowej lub też dwanaście – szesnaście godzin w lodówce. Taki chleb ma swój nieporównywalny smak i jest zdrowy.

Cebularz

W sklepiku „Piekarnia – bogata smakiem” przy ulicy Akademickiej w Lublinie, zanim powstało lubelskie convivium, idea Slow Foodu wdrażana była w życie już od momentu jego założenia. Właścicielka Mariola Zubrzycka, której mąż Tadeusz prowadzi piekarnię w Kraczewicach niedaleko Poniatowej, od razu wprowadziła tu osobne pomieszczenie, tzw. „śniadaniownię”. Wewnątrz dwa stoliki i długi stół na kilkanaście osób. W każdej chwili wspólnie z przyjaciółmi można przy nim spokojnie wypić kawę lub herbatę, zjeść drożdżówkę, kanapkę przygotowywaną na oczach zamawiającego, pierogi ze szpinakiem, z serami: krowim oraz kozim i oczywiście koronnego naszego regionalnego cebularza. Ten niewielki placek z cebulą oraz makiem już od czasów średniowiecza znany jest i pieczony na oleju wyłącznie na terenie Lubelszczyzny Przez wieki był takim samym biedaplackiem, jak włoska pizza. Zawsze jednak pożywnym i zaspokajającym potrzeby organizmu. Dlatego pokoleniowe firmy piekące cebularze, a do takich należy także prowadzona przez Tadeusza Zubrzyckiego, rygorystycznie podchodzą do produktów, które wchodzą w ich skład. Dobra mąka bez żadnych konserwantów, zdrowe mleko, cebula i mak uprawiane tradycyjnie, świeży olej oraz woda, najlepiej czerpana ze studni głębinowych – decydują o jego smaku i jakości. – Wypiek cebularza to reżim – mówi pani Mariola. – Ale dzięki temu przetrwał całe lata. I niebawem, ufam, że 20 czerwca tego roku, typowy lubelski cebularz o wielkości średnicy od pięciu do dwudziestu pięciu centymetrów stanie się chronionym produktem żywnościowym w Unii Europejskiej i będzie posiadać swoje oznaczenie geograficzne. Nasze Stowarzyszenie Partnerstwo Producentów Cebularza Lubelskiego czekało na ten moment siedem lat od pierwszej rejestracji na polskiej liście ministerialnej produktów tradycyjnych. I wreszcie pozostało nam tylko uprawomocnienie się wydanej już pozytywnej unijnej decyzji. Od tej pory nikt bezkarnie nie będzie mógł nas w tym produkcie podrabiać. Piekarze, którzy zechcą piec cebularza lubelskiego pod tą nazwą, o parametrach, jakie wymieniłam, oraz zgodnie z tradycyjną recepturą, będą musieli poddać tę produkcję specjalnej weryfikacji. Na każdym cebularzu zostanie wtedy umieszczone oznaczenie geograficzne i konsument będzie miał pewność, że jest to cebularz robiony tradycyjnie, ze zdrowych produktów. Być może, podobnie do cebularza, na stałe do naszego regionalnego smaku dołączy bułka „Czarcia Łapa” wypiekana z ciasta maślanego w piekarni państwa Zubrzyckich w Karczewicach. Jest to bowiem rzeczywiście smaczna dłoń, mimo tego, iż z czartowskimi palcami. Wewnątrz jej opakowania poza logo piekarni mamy legendę Czarciej Łapy napisaną po polsku i tłumaczoną także na angiel-

20

magazyn lubelski 4[19] 2014

Warsztaty w Zielonym Talerzyku przy ul. Królewskiej w Lublinie


ski. Bułka ma chroniony znak, nazwę i technologię produkcji. Jest już zarejestrowana w Unii Europejskiej. A poza niewątpliwą cechą spożywczą ma jeszcze jedną. Mianowicie – nie pleśnieje. Można więc postawić ją sobie w opakowaniu w domu jako pamiątkę. Ale kto by wytrzymał. Kiedy nie dość, że naturalne lubelskie, to na dodatek smakowite.

Qulturalne Qulinaria

Marcin Majcher, prowadzący obecnie w Lublinie restaurację włoską „Traviata”, uważa ideę Slow Foodu za słuszną, a powrót do zdrowego, a przy tym wspólnego jedzenia za szalenie ważny w naszym życiu. Przez piętnaście lat poznawał tajniki kuchni włoskiej. Zaczął od stanowiska pomocnika kucharza w restauracji w Abruzji. Jest to region, w którym urodzili się najlepsi kucharze Włoch. Pochodząc z małych miejscowości, od pokoleń sami uprawiali ziemię. Dzięki temu mieli i mają szacunek do natury. Do produktów ze swego regionu. – W latach powojennych musieli ugotować to, co mieli – podkreśla. – Ich wirtuozeria polegała na tym, żeby z trzech składników zrobić obiad dla całej rodziny. I udawało się. Słowem potęga kuchni włoskiej, uważanej za jedną z najlepszych na świecie, wzięła się z biedoty. A obecnie jedno z najprostszych dań, np. makaron z czosnkiem czy z oliwą oraz z makiem i serem podbija świat. To dobry wzorzec – dodaje. – I nasz obecny powrót do zdrowej, naturalnej i regionalnej żywności może przynieść podobny efekt. Pan Marcin, poza składnikami, które sprowadza z Włoch, co jest do prowadzenia tej kuchni nieuniknione, wykorzystuje także nasze rodzime płody. Uważa, że w sezonie nie ma lepszych pomidorów niż polskie i nasze, np. z okolic Parczewa. Poza tym mąka z Lubelszczyzny jest lepsza niż włoska. Mamy zdrowe jajka z gospodarstw rolnych

i boczek z dobrej wieprzowiny. Rodzimy boczek, co prawda, nie jest jak we Włoszech sezonowany, ale nasz wędzony i obgotowywany zawiera więcej smaku. Swoją kucharską pasję przenosi także poza swoją restaurację. Dwa lata temu razem z przyjaciółmi założył Fundację Qulturalne Qulinaria i co raz wyrusza do lubelskich gmin, dając na świeżym powietrzu pokazy gotowania z naszych regionalnych produktów. Chodzi mu o to, żeby zarazić ich mieszkańców pasją gotowania z tego, co mają obok siebie, i żeby poczuli przyjemność wspólnego bycia przy stole. – Na ostatnich warsztatach – przypomina – zrobiliśmy zupę z serwatki, czyli z produktu, z którym zazwyczaj nie wiadomo co zrobić. Dodaliśmy do niej boczku i kiełbasy. Jest bardzo zdrowa, bo serwatka ma dobre właściwości trawienne. Na poprzednich zaś zrobiliśmy np. tort z marchwi. Pojawił się już w średniowieczu, ponieważ wtedy nie było cukru na terenach Europy i do słodzenia potraw używano słodkiego ziemniaka, słodkiej marchewki czy też buraka. Mówiąc krótko, staramy się przypomnieć ludziom, by z regionalnych produktów zrobili markę naszego regionu. Chwalimy wiele kuchni światowych, a zapominamy, że kiedy do nas przyjeżdża ktoś z zagranicy, to na sam zapach naszych placków ziemniaczanych ślinka mu cieknie. Po każdym z tych pokazów i wspólnym gotowaniu wszyscy siadają do stołu, smakują to, co przygotowali, i rozmawiają. – Jedzenie powoli jest o wiele zdrowsze i każdy o tym wie – podkreśla pan Marcin. – Mamy jednocześnie więcej przyjemności i satysfakcji z życia. Jest to moment na refleksje. Nie musimy poświęcać na to dwóch godzin, jak to robią Włosi, ale ten czas jednoczy wszystkich. Zawsze z wielką satysfakcją patrzę, jak wnuczek z babcią i rodzicami jedzą to, co przed chwilą sami wspólnie przygotowali.

magazyn lubelski 4[19] 2014

21


Unikajmy skrótów

Sloow food to przecież pewna filozofia życia. Najlepsze jedzenie zaś to takie, które odżywia człowieka i daje mu przy tym zmysłową radość. Doskonale wie o tym Grzegorz Kowaluk – dietetyk. – Musimy mieć czas na jedzenie, o czym często zapominamy – stwierdza. – Sam sposób przygotowania potraw ma wpływ na ilość zawartych w jedzeniu witamin, minerałów i składników odżywczych. Jesteś tym, co jesz. Nie wybierajmy więc produktów przetworzonych tylko ze względu na czas ich przygotowania. Unikajmy takich skrótów, bo to największy błąd. Możemy sobie kupić kilka naturalnych warzyw i zrobić z tego sałatkę, a nie mieszać produktów z torebek. A sam posiłek powinien trwać przynajmniej dwadzieścia minut. Tyle czasu bowiem potrzebuje sygnał z żołądka, żeby dotrzeć do ośrodka sytości w mózgu. Wtedy cukier rozkłada się wolniej i nie mamy uczucia głodu. W innym przypadku szybkie jedzenie powoduje, że się przejadamy. Produkty fast food wysoko i szybko podnoszą cukier w organizmie. Po takim posiłku jednak dość szybko spada i dalej czujemy głód. Jest to oczywiście fałszywy alarm. Ale my znowu jemy. I odkładająca się warstwa tłuszczu gotowa.

Nowe po staremu

Na stołach: szczypior, pietruszka, mleko, twaróg, jaja, naturalny chleb razowy czysto żytni, wędliny, soki, sery kozie, miody, warzywa, kasze, owoce, mąki i oleje. W każdą sobotę można je kupić od rolników z Lubelszczyzny w Eko Bazarze przy ulicy Nadbystrzyckiej i co jakiś czas w Eco Gali przy Fabrycznej. Także na Tu Targu wegańskim na ulicy

22

magazyn lubelski 4[19] 2014

Cichej. Wszyscy sprzedający posiadają certyfikaty potwierdzające, że w danym gospodarstwie stosuje się ekologiczne sposoby upraw i produkcji pożywienia. Zdrową żywność oferują także niewielkie osiedlowe sklepiki, np. „Serce Natury” na Sławinku, sprzedający również drogą internetową. Coraz częściej kupujemy tam produkty do jedzenia. I wydawać by się mogło, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Niestety nie wszystko. Dalej bowiem polski rolnik, a w tym i nasz regionalny, chcący uprawiać i sprzedawać zdrową żywność, musi bardzo uważać, żeby nie nadziać się nie na unijne, ale na nasze polskie dość absurdalne przepisy. Aby sprzedać wytworzone w swoim gospodarstwie sery, musi założyć firmę i spełnić dokładnie takie restrykcyjne wymagania, jak wielki koncern spożywczy. Podobnie ma się rzecz w przypadku wędlin z własnego domowego wyrobu. Właściciel gospodarstwa agroturystycznego może swoich gości częstować własnymi konfiturami czy też dżemami, ale nie wolno mu już ich sprzedać na wynos. Oto tylko kilka przykładów, wśród których największym hitem jest przepis „mleczny”. Otóż mleko prosto od krowy nie jest produktem przetworzonym i jako taki nie powinno być sprzedawane. Ale przelane do butelki już nim jest. Mówiąc krótko. Z jednej strony jest Slow Food, wskazujący słuszną drogę do zdrowego sposobu odżywiania się. A z drugiej dalej mamy na niej lekko zmurszały, ale jednak istniejący rodzimy szlaban. I może czas już go rozmontować. Wtedy nie tylko powietrze będzie zdrowsze, ale i nam się w organizmach nieco polepszy.

Warsztaty kulinarne w Hadesie przy ul. Grodzkiej w Lublinie


magazyn lubelski 4[19] 2014

23


ludzie

Rybak w lesie i jego żona

tekst Grażyna Stankiewicz foto Marek Podsiadło Michał Fujcik 24

magazyn lubelski 4[19] 2014


J

est takie miejsce, gdzie kończy się wieś, a w poprzek leśnego duktu stoi biało-zielony szlaban. Jest takie miejsce, gdzie ponad głowami słychać brzęczenie pszczół, z oddali rżenie koni, a pod altaną unosi się zapach świeżo upieczonego chleba. Jest takie miejsce, gdzie czas wyznaczają rytm dnia i pory roku. W sumie takich miejsc jest trochę w Polsce. Ale to oczywiście jest wyjątkowe. magazyn lubelski 4[19] 2014

25


Leśniczówka Rudki w nadleśnictwie Kraśnik jest stara, murowana. Ma ponad 100 lat i zachowała swój pierwotny układ. Wygląda okazale i już na pierwszy rzut oka zachwyca. Nietypowym gankiem, kameralną kuchnią, starymi meblami, kolekcją książek i poroży. Podleśniczy Krzysztof Frania i jego żona Wioletta mieszkają tu prawie od ćwierć wieku. – Kiedy zobaczyliśmy to miejsce pierwszy raz, to głównie było widać wysoko rosnące chaszcze. Budynek był mocno zdewastowany, ogród zarośnięty. W piwnicy wisiał szkielet sarny, którą pewnie zostawili kłusownicy. Na początku strach było spać. Ani drogi, ani telefonu, ani psa. Więc spaliśmy ze strzelbą przy łóżku – wspomina Wioletta. Przed wojną leśniczówka była własnością Ordynacji Zamojskich, ale oddali ją państwu w ramach spłaty długu. W latach 70. leśniczówkę zdewastowali mieszkający tu robotnicy.

Rybak z Zakrzówka

Krzysztof Frania wybrał zawód zupełnie odmienny od pracy w lesie. Pradziadek, dziadek, ojciec, wujowie, stryjowie i bracia cioteczni wszyscy byli albo są związani z leśnictwem. Ale Krzysztof Frania od dziecka marzył, aby zostać marynarzem. Urodził się w Szklarach niedaleko Janowa Lubelskiego. I do chwili, kiedy nie poszedł do szkoły średniej, to wszystko było normalnie. Normalnie to znaczy, że życie toczyło się wokół lasu. Ale piętnastolatek postanowił wywrócić do góry nogami to, co było oczywiste. Pojechał do Świnoujścia na egzamin do zawodowej szkoły rybołówstwa dalekomorskiego. To wtedy po raz pierwszy zobaczył morze. Egzamin się powiódł i pan Krzysztof od razu popłynął na rejs kandydacki. Cały tydzień spędził na Bałtyku. Poczuł, że morze jest jego żywiołem. Potem były dalekomorskie rejsy, o których jeszcze po latach mówi z błyskiem w oku. – Najdłużej na morzu byłem na łowiskach południowego Atlantyku, gdzie łowiliśmy nieznaną w Polsce rybę – nototenię. Rejs trwał 188 dni – wspomina Krzysztof Frania. Proza życia spowodowała, że przyszły podleśniczy nie został ani rybakiem, ani marynarzem. Po szkole, którą kończył, trzeba było iść do wojska do marynarki wojennej i odsłużyć w okrętach podwodnych trzy lata. Krzysztofa Franię to przeraziło i zdecydował, że jednak woli oglądać świat z powierzchni lądu, a nie pod wodą. W rodzinne strony wrócił z głową pełną książek o morzu i nieco egzotycznych obrazów z zamorskich podróży. No i tak został podleśniczym.

Trochę ona, trochę on

25 lat temu Wioletta pracowała na kolei na nastawni. Kiedy zobaczyła go pierwszy raz, wyglądał na starszego niż był. Z szacunkiem zwracała się do niego „proszę pana”. – Chwilę porozmawialiśmy ze sobą. Wydał mi się nawet inteligentny – śmieje się Wioletta Frania, szczupła blondynka z burzą blond włosów, ciągle roześmiana i non stop na obcasach. Na pierwszą randkę poszli na spacer do lasu. – Wszystko, co ważne w naszym życiu, zawsze było

26

magazyn lubelski 4[19] 2014


związane z lasem – mruży oczy w słońcu, ciągle śmiejąc się. Po ślubie mieszkali pół roku u teściów koło Zakrzówka. Potem był spacer, który odmienił ich życie. Tam, gdzie znajdowała się leśniczówka, nie było już drogi, a do najbliższych zabudowań trzeba było iść lasem dobrych dwadzieścia minut szybkim krokiem. Dziś leśniczówkę otacza zadbany ogród z altaną, wybieg dla koni i pasieka. On lubi czytać, fascynuje go historia. Jest rzeźbiarzem amatorem. Głównie rzeźbi w lipie, teraz pracuje nad kapliczką, która stanie przy bramie wjazdowej na posesję. Kapliczka będzie pod wezwaniem św. Gwalberta, patrona leśników. Już pracując w lesie, skończył w Lesku technikum leśne. To przypieczętowało fakt, że został czternastym leśnikiem w rodzinie. Krzysztof Frania przez większość znajomych jest podejrzewany, że jego praca polega głównie na spacerowaniu po lesie. To też, ale w ramach obowiązków zawodowych i w znacznie szerszym zakresie. Każdy dzień jest inny – odbiórka, wydatek i mierzenie drewna. Obchód i nadzór granic leśnictwa, dbanie o stan sanitarny lasu. Zapobieganie kłusownictwu. Ale jakby tego było mało, kiedy ma wolne, też musi być ciągle w ruchu. Nawet rozmawiając, chodzi albo stoi. Wolny czas pochłaniają mu zajęcia wokół domu, konie, samo koszenie trawy raz na kilka tygodni to dwa dni dodatkowej pracy. Zbudował też altanę, w której razem z żoną przyjmują gości przy długim drewnianym stole. Stojący obok piec chlebowy ma wmurowaną na szczycie cegłę z 1907 roku.

latach postanowili przenieść się z południa Europy do Zakrzówka. Małgorzatę też fascynują lokalne klimaty. Bratowe szukają pomysłu, w jaki sposób wygenerować dodatkową energię na wspólne działania z mieszkającymi w Zakrzówku kobietami. Może jadłodajnia, może warsztaty kulinarne, a może catering… Ostatnio brały udział w Konkursie Smaków Regionalnych Nalewek w Narolu na Roztoczu i warsztatach kulinarnych „Zasmakuj w tradycji”. – Chciałybyśmy trochę uaktywnić mieszkające tu kobiety, pokazać, że można razem coś zorganizować, np. bal noworoczny. Bliżej się poznać i dobrze się bawić – przekonuje Małgorzata. W warsztatach kulinarnych, które ostatnio zorganizowały w leśniczówce, wzięło udział sporo osób. Zaskoczyła deszczowa pogoda, więc trochę działo się w altanie, trochę w leśniczówce. Obydwie wierzą, że może to był dobry początek i w końcu się uda. Same są młode, pełne zapału i wiary, że na wsi można wiele zdziałać. Jest tyle rzeczy do zrobienia, ale warto to robić razem. Jak twierdzi Krzysztof Frania – wszystko ma swój porządek. W przyrodzie, w pracy w lesie, no i w samym życiu. Jego żona Wioletta słucha go z uwagą i po chwili oznajmia, że nigdy nie zamieniłaby tego rytmu i tego życia na inne. Kiedyś może tak. Teraz już nie.

Ona wcale nie wygląda na kobietę „z lasu”. Elokwentna, zadbana, modnie ubrana. Od zawsze fascynuje ją gotowanie. W piecu w ogrodzie piecze drożdżowe jagodzianki, chleb z ziołami i mięso z rydzami. Potrawy wyczarowuje równie szybko, jak smacznie. Jej specjalnością jest chleb z ziołami zwykły albo na zakwasie żytni, piróg z kaszy gryczanej albo na słodko z kaszy jaglanej. Obydwoje robią przetwory. Jak przystało na szanującą się leśniczówkę, można tu spróbować znakomitych nalewek – z derenia, czarnej porzeczki, pigwy i mirabelek. Niemal wszystkie składniki są dostępne dookoła. No i jeszcze miód z własnej pasieki – mniszkowy, akacjowy, lipowy i wielokwiatowy. Choć pasieka to akurat królestwo syna Ernesta, który skończył szkołę pszczelarską w Pszczelej Woli, a obecnie studiuje leśnictwo na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie. I w taki oto sposób zostanie przedstawicielem kolejnego pokolenia leśników w rodzinie.

To życie, ten rytm

Wioletta i Krzysztof Frania są ciekawi nowych ludzi, potrafią uważnie słuchać, pytając, wnikają w świat, który chcą poznać. Otwarci i serdeczni znajdują czas dla przyjaciół, znajomych i przypadkowych osób, które np. zbierają grzyby w okolicy. Często nowi ludzie, którzy pojawiają się w ich życiu, zostają w nim na dłużej. Małgorzata Sawecka pochodzi z Mazur. Przez kilka lat mieszkała w Grecji, gdzie poznała brata Wioletty. Po 15 magazyn lubelski 4[19] 2014

27


Ponad stuletnia leśniczówka Rudki Nadleśnictwa Kraśnik znajduje sie na terenie gminy Zakrzówek REKLAMA

28

magazyn lubelski 4[19] 2014


biznes

Zmieniliśmy oblicze regionu

Z Krzysztofem Grabczukiem, Wicemarszałkiem Województwa Lubelskiego, rozmawia Damian Miechowicz foto Marta Mazurek, archiwum UM WL – Lubelszczyzna inaczej wyglądała 10 lat temu, inaczej wygląda dziś, a mimo to nie brakuje sceptyków, zwłaszcza wśród starszych osób. Jak wygląda podsumowanie naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej? – Przede wszystkim dzięki funduszom europejskim zmieniamy oblicze naszego województwa. Z jednej strony dokańczamy inwestycje, które ciągnęły się przez wiele lat, tu za przykład niech posłuży Teatr w Budowie w centrum Lublina, zaś z drugiej – rozpoczynamy i finalizujemy to, o czym marzyliśmy przez dziesięciolecia, jak chociażby lotnisko w Świdniku, obwodnicę Lublina, nowe drogi, chodniki, ścieżki rowerowe i setki innych przedsięwzięć. Nawet jeśli niektórzy tego jeszcze nie odczuwają, taki „odnowiony” region staje się miejscem, którym coraz bardziej interesują się zewnętrzni inwestorzy. W niedługim czasie przyniesie to kolejne, bardzo wymierne korzyści. – Jakie to będą korzyści? – Przede wszystkim nowe miejsca pracy. – Zamyka się okres dofinansowania za okres 2007‑2014. Czas na podsumowanie. Czy ma Pan poczucie właściwie wykorzystanych funduszy? – Jako województwo poradziliśmy sobie z tym bardzo dobrze, czego dowodem jest chociażby niedawna nagroda w wysokości ponad 80 mln zł za sprawne wydatkowanie środków w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Taki bonus dostaliśmy zresztą nie pierwszy raz... – Jak ocenia Pan efektywność działania lubelskich przedsiębiorców w poprzednim okresie dofinansowania i jak to rokuje w aspekcie kolejnej perspektywy finansowej? – Kiedy w poprzedniej kadencji sprawowałem funk-

cję marszałka i podjąłem decyzję o tym, że co czwarte euro trafi do firm z naszego regionu, z miejsca pojawiło się wielu oponentów, którzy zarzucali mi, że chcę wspierać prywatny biznes. Na szczęście ten biznes stanął na wysokości zadania i potrafił świetnie wykorzystać szansę, jaką stworzyły fundusze unijne, wydając na inwestycje przeszło 2 mld zł i tworząc setki nowych miejsc pracy. Wierzę, że w nowej perspektywie będzie jeszcze lepiej, tym bardziej że przy konstruowaniu nowego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego z pozostałymi członkami zarządu województwa ustaliliśmy trzy główne priorytety: miejsca pracy, miejsca pracy i jeszcze raz miejsca pracy. – Czy już na tym etapie można przewidzieć wymierne efekty tego planu? – Nad szczegółami cały czas pracujemy, jednak już wiadomo, że ze wspólnej unijnej kasy otrzymamy aż 2 mld 230 mln euro, co pod względem wysokości dostępnych środków plasuje nasze województwo na szóstym miejscu w kraju. Dodatkowo ta kwota to o ponad 500 mln euro więcej niż przyznano nam siedem lat temu! Kolejną niezwykle ważną sprawą jest to, że w 14 tzw. obszarach wsparcia RPO WL na lata 2007‑2020 na samo tylko podniesienie konkurencyjności naszych firm przeznaczymy 291 mln euro, a więc przeszło 1 mld 164 mln zł. Wsparciem tego procesu mają być m.in. badania i innowacje, na które będziemy mieli ponad 180 mln zł, szkolenia dla pracowników i różne działania związane ze zdobywaniem nowego zawodu, na co zarezerwowano 248 mln zł, a także bezpośrednie nakłady na nowe miejsca pracy w wysokości około 324 mln zł. Proszę mi wierzyć, będzie dobrze. – Trzymam za słowo. Dziękuję za rozmowę. magazyn lubelski 4[19] 2014

29


WP3 – przestrzeń wspólnych działań

N

owoczesna sieć klasy operatorskiej WP3 to ponad 300 km połączeń radiowych w paśmie licencjonowanym, 7 km światłowodu, nowoczesna serwerownia, dodatkowo: hotspoty, telecentra, telefonia IP, system biblioteczny, elektroniczna skrzynka podawcza. Na wybudowanej infrastrukturze skorzystają wszyscy: mieszkańcy, turyści, przedsiębiorcy, uczniowie.

Efekty budowy Regionalnej sieci sze- Szerokopasmowy dostęp do internetu – usługa rokopasmowej są już widoczne – zapolegająca na łączeniu pewnia Adam Niwiński, Starosta z internetem za pomocą Łęczyński – nowoczesne Centrum szybkiego łącza lub medium Zarządzania Siecią, zaawansowana o dużej przepustowości. technologicznie serwerownia, stacje bazowe – to pozwoli na „bycie” w sieci mieszkańcom powiatów łęczyńskiego, świdnickiego oraz włodawskiego. Obszarów, na których brakowało infrastruktury telekomunikacyjnej, a dodatkowo nie ma wiarygodnych planów jej budowy jest tu najwięcej - ponad 61% miejscowości. Zamieszkuje je około 45 tys. osób. Również ze względów technicznych 32% mieszkańców ma bardzo niskie łącze do 2 Mb/s. Ponad 75% mieszkańców nie ma dostępu do sieci szerokopasmowej bądź połączenie jest, ale na niewystarczającym poziomie. To z tego powodu powstał projekt „Wirtualne powiaty. Budowa społeczeństwa informacyjnego na Lubelszczyźnie. Etap III”. Otrzymał on ponad 25 mln zł dofinansowania z Unii Europejskiej. Dzięki temu możliwa była budowa regionalnej sieci szerokopasmowej. Sieć będzie udostępniana w celach komercyjnych – odpłatnie za pośrednictwem operatorów lokalnych. Wyjątek stanowi 250 miejsc publicznych, gdzie z Internetu będzie można skorzystać za darmo. Komercyjny Internet. Jak i dla kogo? Tylko operatorzy będą mogli pod- Miejsce publiczne – miejsce ogólnie dostępne. Są łączyć klientów końcowych do sieci WP3. Wybudowana infrastruktura to m.in. Szkoły, biblioteki, urzędy, domy kultury. pozwoli na zwiększenie dostępu do sieci przede wszystkim w miejscach, gdzie do tej pory było to niemożliwe. Jako operator działający na terenie miasta Włodawy i okolic mam nadzieję, że projekt ten przyczyni się do wsparcia lokalnych dostawców Internetu w możliwości oferowania nowoczesnych usług naszym klientom. Nie znamy jeszcze szczegółów, na jakich zasadach funkcjonować będzie powstająca infrastruktura, lecz mamy nadzieję, że pozwoli nam na dalszy rozwój funkcjonowania firmy na lokalnym rynku telekomunikacyjnym – mówi Krzysztof Pałka, właściciel firmy ELEKTROBIT. – Siecią WP3 będzie zarządzała spółka komunalna utworzona przez partnerskie samorządy realizujące projekt. Spółka będzie współpracowała z operatorami działającymi na obszarze objętym projektem – mówi Mirosław Król, Starosta Świdnicki. – Z każdym zainteresowanym operatorem zostanie podpisana umowa o współpracy. Uspakajamy operatorów – podjęcie współpracy nie będzie wymagało przeprowadzania przetargów, konkursów, czy innych tego typu skomplikowanych procedur

30

magazyn lubelski 4[19] 2014

– informuje Małgorzata Kolary-Woźniak, Kierownik Projektu. – Sieć WP3 będzie dostępna m.in. na obszarach wiejskich o rozproszonej budowie. W takich miejscach operatorom nie opłaca się inwestować, użytkowników jest zbyt mało, by zwróciły się koszty budowy sieci – dodaje Wiesław Holaczuk, Starosta Włodawski – Tutaj pojawia się szansa dla operatorów telekomunikacyjnych. Będą oni mogli współpracować ze spółką i dostarczać usługi bezpośrednio do klientów. Dostęp do sieci. W jaki sposób? Mieszkańcy są zainteresowani Internetem z projektu. Wybudowałem dom w Cycowie, co zrobić żeby skorzystać z WP3? – pyta Pan Marian z Cycowa. Na etapie budowy warto przeciągnąć kabel Ethernetowy z wysoko położonego miejsca w budynku (np. z dachu, komina) do miejsca wewnątrz, gdzie chcemy odbierać sygnał. Jeśli jesteśmy przed wykonaniem tynków kable będą niewidoczne. W przypadku istniejących budowli prace związane z położeniem odpowiedniej instalacji będzie mógł wykonać np. operator. Pan Marian z Cycowa, jak również inni mieszkańcy powiatów łęczyńskiego, świdnickiego i włodawskiego otrzymają dostęp do sieci szerokopasmowej za pośrednictwem operatora telekomunikacyjnego. WP3. Przestrzeń dla każdego Nasi kontrahenci to nie tylko firmy z Polski, współpracujemy również z firmami z różnych regionów świata, w tym z krajów europejskich, takich jak: Niemcy, Francja, Ukraina, Litwa, Czechy, Słowacja, Ukraina, Mołdawia czy Albania. Naszymi partnerami są również przedsiębiorcy z Chin oraz Stanów Zjednoczonych. W dzisiejszych czasach możliwy i konieczny jest codzienny kontakt np. poprzez komunikatory, a właśnie takie możliwości stwarza nam Internet – mówi Paweł Baryła, Dyrektor handlowy w Herbar Sp. z o.o. z Milejowa – Bardzo istotny jest szybki transfer informacji, dlatego stabilny i stały dostęp do sieci bezprzewodowej to podstawa. Na dzień dzisiejszy w naszym regionie z dostępem do Internetu bywa różnie, miejmy nadzieje, że projekt WP3 zmieni to na lepsze, zdecydowanie skorzystają na tym również inne firmy – dodaje Paweł Baryła. Internet dla wielu firm to jeden z podstawowych narzędzi codziennego prowadzenia działalności gospodarczej. Bez Internetu nowoczesne firmy nie są w stanie zarządzać procesem produkcji, dostaw i współpracować z klientami. Ze względu na automatyzację i wykorzystanie nowoczesnego oprogramowania w naszej działalności konieczne jest posiadanie stabilnego łącza o dużej przepustowości. Bez tego nie jesteśmy w stanie pracować – mówi Rafał Stachura, Zastępca Prezesa Zarządu Spółki Agromarina z Kulczyna (gm. Hańsk) – Dziennie produkujemy ok. 24 tys. mleka. Do obsłużenia ok. 1400 szt. bydła zatrudniamy 40 pracowników. Moja codzienna praca opiera się często na Internecie. Sprawdzanie prognozy pogody – ta informacja jest niezwykle ważna dla mnie i dla każdego rolnika. Sprawdzam ceny produktów rolniczych na krajowym i światowych rynkach. Takich informacji, których poszukuję w Internecie jest wiele, mimo pozorów są niezwykle ważne, aby rozpocząć dzień w firmie.


Darmowy Internet. Gdzie i dla kogo? W ramach projektu powstało również 250 miejsc gdzie za darmo można skorzystać z Internetu. Należy jednak pamiętać, że z darmowej sieci nie skorzystamy w domu. Korzystanie z bezpłatnego Internetu będzie proste. – przekonuje Rafał Kloc- koordynator techniczny projektu ze Starostwa Powiatowego w Łęcznej – We wskazanym miejscu publicznym informacja o dostępnej sieci WP3 pojawi się na urządzeniu użytkownika. Po kliknięciu w sieć, automatycznie przejdziemy do strony i tam system nada login i hasło potrzebne do zalogowania. Można będzie również skorzystać z tzw. telecentrów, będzie ich dokładnie 107. Miejsca te zostały wyposażone w komputery i drukarkę, więc nie ma konieczności posiadania własnego urządzenia. Lokalizacje, gdzie bezpłatnie skorzystamy z Internetu te można sprawdzić na stronie www.wirtualnepowiaty.pl.

WP3 – nowy wymiar e-administracji – łatwiej mieszkańcom

spraw załatwianych poprzez elektroniczną skrzynkę podawczą można sprawdzić na stronach internetowych urzędów.

Profil zaufany to bezpłatna metoda potwierdzania tożsamości obywatela Polski w systemach elektronicznej administracji.

Biblioteki z powiatu łęczyńskiego Podpis kwalifikowalny jest skorzystają z budowy sieci WP3 równoważny podpisowi Liczba czytelników spada z roku na własnoręcznemu. Służy do rok. Mamy nadzieję, że system bi- podpisywania dokumentów, blioteczny to zmieni. Będzie można umów. Podpis elektroniczny musi zobaczyć, jakie książki są dostępne w bibliotece i zarezerwować je onli- być weryfikowany ważnym ne. Młodzi są przyzwyczajeni do za- kwalifikowanym certyfikatem oraz składany przy pomocy łatwiania spraw przez Internet, nie bezpiecznego urządzenia do lubią szukać książek na półkach, bo składania podpisu. się gubią – stwierdza Mariola Kot z biblioteki w Milejowie. System biblioteczny nie tylko ułatwi poszukiwanie ulubionych książek, ale także zapewni bezpieczną komunikację pomiędzy bibliotekami powiatu łęczyńskiego.

WP3 – przestrzeń współpracy Sieć WP3 to ogromna szansa dla naszej Gminy – mówi Romuald Pryll, Sekretarz Gminy Hańsk. – Bezprzewodowa sieć szerokopasmowa zapewni mieszkańcom naszej Gminy dostęp do WP3 to także korzyść dla jednostek publicznych. W ramach pro- szybkiego Internetu, który stanowi podstawę rozwoju nowojektu do Urzędu Gminy Spiczyn został zakupiony nowoczesny czesnego społeczeństwa i daje szansę na polepszenie jakości sprzęt, są to m.in. komputery, drukarki, skanery. W dobie dzi- życia mieszkańców obszarów wiejskich, przyciągnięcie turysiejszych czasów praca urzędnika bez odpowiednich narzędzi stów i nowych inwestorów. – Mamy wszystkie niezbędne najest niemożliwa. Zakupiony sprzęt pozwala na efektywniejszą rzędzia do zarządzania siecią. Serwerownia centralna – gdzie pracę i szybką obsługę – przekonuje Mirosław Krzysiak, Wójt znajdują się główne urządzenia i systemy jest najbardziej zaGminy Spiczyn – ponadto wybudowana sieć umożliwi nieza- awansowana technologicznie na terenie województwa lubelwodną łączność z Internetem, a to z kolei pozwoli korzystać skiego. Mamy się czym pochwalić – podsumowuje Adam Niz wielu usług takich jak telefonia VoIP, elektroniczna skrzynka wiński, Starosta Łęczyński – Bez współpracy 19 samorządów podawcza, system biblioteczny. nie byłoby możliwe wdrożenie sieci WP3 na tak dużym terenie.

Elektroniczna obsługa w urzędach Portal Elektronicznej Elektroniczna skrzynka podawcza skrzynki podawczej (ESP) została wdrożona w Starostwie Pojest internetowym portalem wiatowym w Łęcznej oraz Urzędach obsługi interesanta oraz Gmin w Łęcznej, Ludwinie, Spiczy- wszystkie inne oprogramonie i Puchaczowie. Dzięki wdrożeniu wanie/aplikacje służące do ESP będzie możliwość załatwienia kompleksowej realizacji części spraw od początku do końca usług z zakresu obsługi interesantów w systemie bez wychodzenia z domu. Są to np. elektronicznym. zgłoszenie budowy obiektów i  robót budowlanych niewymagających pozwolenia na budowę, uzyskanie mapy ewidencyjnej czy kopii mapy zasadniczej (sytuacyjno-wysokościowej). Wcześniej należy utworzyć tzw. Profil zaufany na stronie www.epuap.gov.pl albo posiadać elektroniczny podpis kwalifikowalny. Szczegóły dotyczące

Biuro Projektu: Centrum Zarządzania Siecią al. Jana Pawła II 95 a, 21-010 Łęczna tel. 81 752 64 23 www.wirtualnepowiaty.pl

31

magazyn lubelski 4[19] Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata2014 2007-2013


biznes

Lubelszczyznę widzę bogatą

O naturalnym bogactwie Lubelszczyzny, jej potencjale przemysłowym i wizji gospodarczej regionu oraz o tym, jak w biznesie przydaje się nauka jeżdżenia na nartach – z Mirosławem Tarasem, nazywanym „cudotwórcą z Bogdanki”, biznesowym strategiem i nowo mianowanym prezesem Kompanii Węglowej SA rozmawia Grażyna Stankiewicz. foto Krzysztof Stanek 32

magazyn lubelski 4[19] 2014


– Rozmawiamy w przededniu objęcia przez Pana nowej funkcji. Kompania Węglowa SA to największa spółka węglowa w Europie, ale nie zapowiada się, że nowy angaż będzie łatwy i przyjemny. Tysiące pracowników, problemy ze związkami zawodowymi, konieczność gruntownej restrukturyzacji. Na co to wszystko Panu? – To dla mnie osobiste i zawodowe wyzwanie – skomplikowane sytuacje i adrenalina, jaka temu towarzyszy. Ale to nie tylko gra. To też świadomość czysto ludzkiej odpowiedzialności. Zapowiadana na przykład konieczność zwolnienia tysiąca pracowników to tak naprawdę ciężar pozbawienia pracy czterokrotnie większej ilości osób. To ogromna strata zarówno właśnie w ludzkim, jak i gospodarczym wymiarze. Wymaga trudnych negocjacji ze związkami zawodowymi. Więc jeśli jest to konieczne, trzeba to zrobić, ale z ludzką twarzą. Tak widzę swoją rolę w Kompanii. Niestety wiem, że nałożą się na to układy polityczne. Opozycja zawsze wykorzysta każdą problematyczną sytuację, żeby uderzyć w koalicję rządzącą. To niestety psuje polskie życie polityczne i gospodarcze. Zdaję sobie sprawę, że każdy mój krok będzie wykorzystywany przeciwko mnie i zapewne prędzej czy później zapłacę głową za konieczne zmiany. Pytanie „kiedy?” jest tym wyzwaniem… – Nie obawia się Pan tak otwarcie o tym mówić? To nie sprzyja zdobywaniu poparcia, które Panu zapewne się przyda na nowym stanowisku. – Nie. – Powiedział Pan, że pańskie życie zatacza krąg. Po maturze wyjechał Pan z Lublina na studia na Akademię Górniczo-Hutniczą, potem dostał Pan pracę w kopalni na Śląsku, później wrócił na Lubelszczyznę. Teraz ponownie wyrusza Pan na Śląsk. Chciał Pan zostać górnikiem? Tak po prostu? – W szkole średniej miałem kolegę, który pojechał pracować na Śląsk. Kiedy przyjeżdżał do Lublina, opowiadał mi, jakie tam są możliwości. Dla mnie, chłopaka z tzw. Polski B, ubogiej Lubelszczyzny, Śląsk wydawał się ziemią obiecaną. Zacząłem myśleć o górnictwie jako o zawodzie, który mógłbym wykonywać. Pojechałem w wakacje zobaczyć, jak ten Śląsk wygląda naprawdę. To był szok. Jakby zupełnie inna cywilizacja. W górnictwie zarabiało się duże pieniądze i można było coś za to kupić. Gierek dopieszczał branżę pod każdym względem. Ale w tym samym czasie na Lubelszczyźnie rozpoczęły się pierwsze wiercenia i czułem, że to właśnie jest przyszłość. – Najpierw studia, potem praca w kopalni Sośnica w Gliwicach, w końcu przez wiele lat Bogdanka, którą już, jako jej prezes, z powodzeniem wprowadził Pan na giełdę. Pańskie wizje związane z rozwojem górnictwa na Lubelszczyźnie znacznie różnią się od koncepcji regionu o charakterze głównie rolniczym, turystycznym i usługowo-uczelnianym. – W pokładach lubelskiego węgla, teraz również dzięki złożom gazu łupkowego, magazyn lubelski 4[19] 2014

33


34

magazyn lubelski 4[19] 2014


naukowym potencjale, jaki ma Lubelszczyzna i niesamowitej dynamice mieszkańców regionu, którzy potrzebują pracy i mają ciąg do bogacenia się, można osiągnąć to, co miało miejsce na Śląsku. Skok cywilizacyjny. Takie projekty snuły jeszcze władze przedwojennej Polski, czyli plany powstania Centralnego Okręgu Przemysłowego, gdzie w oparciu o złoża naturalne mogłyby powstawać i rozwijać się zakłady przemysłowe. W województwie lubelskim pokłady węgla kamiennego i gazu łupkowego mogą stać się zaczynem takiego okręgu przemysłowego. To może dać Polsce nowy napęd i zabezpieczy nasze potrzeby. Ale przede wszystkim da nam bezpieczeństwo energetyczne. W każdym państwie istnieją fundamenty, na których opiera się obrót gospodarczy tego kraju i które dają mu ekonomiczną suwerenność. Tak jak krwioobieg w organizmie, w gospodarce to jest infrastruktura transportowa, łączność, system bankowy, czyli obieg pieniądza, edukacja. To w końcu energetyka i bezpieczeństwo energetyczne kraju, które zawsze oparte są na jakimś miksie surowcowym. W Polsce dominujący udział w tym miksie ma i będzie mieć węgiel. Ten węgiel z Lubelszczyzny. Świadomość tego towarzyszy mi od bardzo dawna. Dlatego zabiegałem o inwestycje w Bogdance. Dlatego widzę takie perspektywy i szanse rozwoju regionu. Wiem też, że jest to bardzo ważne z uwagi na interes Polski. – Lubelski węgiel kamienny rzeczywiście wzbudza spore zainteresowanie. Kompania Węglowa, której z końcem kwietnia został Pan prezesem, zamierza zbudować tu kopalnię. Podobne plany mają Australijczycy. – Wcale się temu nie dziwię. Menedżerowie obu firm, planując takie inwestycje, podzielają po prostu mój punkt widzenia na temat szans i możliwości, jakie tkwią w naszym regionie. Zasoby surowcowe, w tym przypadku węgla kamiennego, niski stopień zurbanizowania terenu, kapitał ludzki zdeterminowany na sukces pozwalają planować tu inwestycje wydobywcze na dużą skalę. Australijczycy, jeśli otrzymają koncesję wydobywczą w 2016 roku, w 6 lat później mogą już uruchomić kopalnię o rocznym poziomie wydobycia ok. 7 mln ton węgla. To oznacza ok. 2–3 tysiące nowych miejsc pracy w samej kopalni i jeszcze ok. 10 tysięcy w firmach z tzw. otoczenia kopalni. Podobne efekty może przynieść inwestycja Kompanii Węglowej na Lubelszczyźnie. Jedno i drugie przedsięwzięcie widzę właśnie jako zaczyn do powstania nowego Centralnego Okręgu Przemysłowego w naszym regionie. – Po co powielać Śląsk? Jedna Bogdanka nam nie wystarczy? – Nie, bo konieczny jest efekt skali. Budowa nowych kopalni na Lubelszczyźnie i eksploatacja złóż surowcowych przyniesie geometryczny przyrost wartości w każdym aspekcie i w każdym obszarze społeczno-gospodarczego życia regionu. Mamy ku temu przesłanki. Lubelszczyzna jest tym miejscem, gdzie złoża węgla zalegają w tak dobrych warunkach górniczo-geologicznych, że eksploatacja tego

węgla jest bardzo tania. I na tej bazie, na tych 4 miliardach zasobów, można zbudować odpowiednią ilość kopalń i zakładów przemysłowych, które będę koegzystowały, tworzyć okręg przemysłowy, gdzie będzie się produkowało to, co najistotniejsze w energetyce – paliwo. To jest właśnie wielki potencjał Lubelszczyzny. Pamiętajmy też, że to praca nie tylko dla naszych mieszkańców. Ludzie z całej Polski będą tu przyjeżdżać w poszukiwaniu pracy. To będą również impulsy do powstania nowych ośrodków badawczo-rozwojowych, innowacji, opracowania i wdrażania nowoczesnych technologii. – Ile czasu na to potrzeba? – Pierwszy zalążek, jak wspomniałem, już jest. To kopalnia węgla kamiennego w Bogdance, w której miałem okazję pracować i doświadczyć tego, że można stworzyć bardzo dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo za stosunkowo niewielkie pieniądze. Kopalnie buduje się ok. 4 do 5 lat od momentu uzyskania koncesji. Gdyby zezwolono na postawienie nawet tylko tych dwóch kopalni, poza Bogdanką, to byłby już dobry początek dla przyszłego okręgu gospodarczego. Takie przedsięwzięcia wymagają przecież obsługi, a więc mogłyby powstać firmy służące górnictwu i rozwijać mogłaby się nauka i instytuty przemysłowe, które pracowałyby dla potrzeb górnictwa. Czas na powstanie takiego okręgu to 15‐20 lat. – Mimo wszystko wydaje się to za proste. Gdzie jest haczyk? – Bo do tego potrzebna jest też polityka ochrony wartości, jaką jest węgiel jako paliwo i surowiec energetyczny. Tymczasem obserwuję bezmyślne poddawanie się doktrynie, z którą zdecydowanie się nie zgadzam, uznającej węgiel jako paliwo szkodliwe i wyrządzające straty w przyrodzie. Twierdzenie, że emisja CO² powoduje efekt cieplarniany, jest co najmniej na wyrost. Nie zdobyło nawet uznania większości naukowców, którzy zgodnie podkreślają, że 96﹪ emisji dwutlenku węgla pochodzi z przyrody, a jedynie 4﹪ emisji spowodowana jest działalnością człowieka. To nie ludzie mają więc dominujący wpływ na zmiany klimatu na ziemi. O takich danych trzeba uczciwie informować, a nie przemilczać w imię chorej ideologii. Nawet gdybyśmy przestali oddychać, pozbawili życia wszystkie zwierzęta, to i tak nadal przyroda sama będzie regulowała klimat na ziemi. I o tym trzeba głośno mówić. – Jeden przeciwko większości. Naprawdę jest Pan przekonany, że mandat europosła może zmienić bieg trwającej od wielu lat kampanii informacyjnej, poskromić lobbystów i ograniczyć wysokość środków przeznaczanych na działania związane z propagowaniem redukcji emisji dwutlenku węgla? – Światem rządzi pieniądz. W związku z tym instytucje finansowe, które rządzą światem, nie są zainteresowane, by mówić prawdę. Na straszeniu efektem cieplarnianym zarabia się ogromne pieniądze. Społeczeństwo boi się czegoś, co może będzie realne za 5 tysięcy lat. Z tym zastraszaniem magazyn lubelski 4[19] 2014

35


jest jak z kapłanami egipskimi, którzy grozili, że jak lud nie zapłaci podatków, to słońce zniknie z nieba i zapanuje ciemność. Techniki manipulacji i ogłupiania ludzi nie zmieniły się od tysiącleci. – A odnawialne źródła energii? Stają się coraz popularniejsze, również na Lubelszczyźnie. Projekty z tym związane dostają krociowe dofinansowania z UE. – To jedna wielka hucpa. W tzw. OZE pakowane są olbrzymie pieniądze różnego rodzaju dotacji. Bez tych środków wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych byłoby całkowicie nieopłacalne. Rozumiem, że cały ten proces ma na celu promocję nowych technologii, które w przyszłości mogłyby zastąpić dotychczasowe kopalne surowce energetyczne. Ale forma, w jakiej jest to realizowane, sprowadza się dzisiaj do napełniania kieszeni garstce wytwórców, którzy skutecznie wykorzystali właśnie lobbystów i część naukowców, czyniąc z nich kapłanów egipskich. Gdyby te same środki zainwestowano w rozwój technologii opartych na węglu, w tym np. podziemnego zgazowywania węgla, gwarantuję, że mielibyśmy już dziś najtańszą i najczystszą energię. – Określenie „Cudotwórca z Bogdanki” i pańskie nazwisko od lat stosowane są wymiennie. A może jednak skuteczny menedżer w pakiecie z wiedzą i doświadczeniem oraz rodzajem wizjonerstwa, bez którego to wszystko by się nie udało. – Bez przesady. Takie określenie pojawiło się tylko raz w jednej z gazet i było chyba redakcyjnym żartem. Natomiast rzeczywiście, lata spędzone w górnictwie nauczyły mnie widzenia procesów czy to wydobywczych, czy biznesowych, czy społecznych w perspektywie co najmniej kilku lat do przodu. W tej branży nie można inaczej. Pracując w kopalni Bogdanka, z dzisiejszej perspektywy można uznać, że proponowane przeze mnie rozwiązania były jakimś rodzajem wizjonerstwa. Byłem dyrektorem handlowym i obserwowałem, co dzieje się z rynkiem węglowym i jak funkcjonuje kopalnia. Później zostając jej szefem, miałem świadomość, że LW Bogdanka będzie miała równie trudno, jak inne kopalnie na Śląsku. Rynek fluktuuje, koszty stałe są coraz wyższe, a po okresie koniunktury na pewno będzie flauta. Uznałem, że jedynym sposobem przeciwdziałania będzie innowacyjność procesów technologicznych i technicznych oraz skala produkcji – zwiększenie wydobycia, ograniczenie zatrudnienia, rozwój firmy i agresywne wbicie się w rynek, który już wówczas zaczął się kurczyć. Kiedy wchodziliśmy na giełdę i tłumaczyłem in-

westorom i analitykom giełdowym w Warszawie i Londynie, że to jest istota rozwoju Bogdanki, to patrzyli na mnie z niedowierzaniem. – Niektórzy nadal nie dowierzają. Nie brakuje zdecydowanie negatywnych opinii. W komentarzach internetowych można sporo ciekawych rzeczy dowiedzieć się o Panu i pańskich koncepcjach. – Nie czytam niczego, co o mnie piszą. Na forach internetowych za dużo jest frustratów i osób, które na tym biznesie się nie znają. Staram się zachować dystans i pewnego rodzaju czystość intelektualną, w której nie ma miejsca na chore emocje. To daje mi wewnętrzną siłę, pozwalającą zmierzać do wyznaczonych celów. Bez przystanków po drodze. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jest to dobry sposób na życie. – Zarządzanie kopalniami to przede wszystkimi zarządzanie wieloma tysiącami pracowników. To jedna z trudniejszych umiejętności w biznesie. Ma Pan osobistego coucha? – Nie mam żadnego coucha, choć było nim samo życie i ludzie, z którymi pracowałem. Ich sposób zarządzania i funkcjonowania, umiejętności, które mogłem podpatrywać i z których mogę korzystać. A więc najlepszym trenerem są życie i osoby, które umieją odnieść sukces. To z nich należy brać przykład, czerpać z ich doświadczenia i twórczo adaptować do zmieniającej się rzeczywistości. Jeżdżę na nartach i to całkiem dobrze, choć nigdy nie miałem nauczyciela. Ale postanowiłem, że tak długo nie będę wjeżdżał na górę wyciągiem, tylko wchodził z nartami, dopóki nie nauczę się dobrze jeździć. Jak już byłem na górze, to patrzyłem, który narciarz zjeżdża najlepiej i jeździłem za nim, naśladując go. I to jest właśnie ta życiowa nauka. Człowiek jest zwierzęciem, które jest w stanie nauczyć się wszystkiego, tylko musi brać przykład z najlepszych. Jeśli chodzi o współpracę z innymi, to oczywiście najlepiej jest mieć wokół siebie takie osoby, które się zna i wie, co oni sobą reprezentują. W pewnym sensie sprawną, skuteczną i lojalną gwardię, a tak naprawdę współautorów tego, co sam robię i osiągam. W Kompanii Węglowej jest zatrudnionych 55 tysięcy pracowników i trudno liczyć, że wszyscy zostaną gwardzistami w drodze do wyznaczonego celu. Ale każdego z nich należy szanować, trzeba próbować zdobyć ich zaufanie i przekonać do swoich planów. Każdy ma w sobie jakiś potencjał i możliwości. A ja muszę umieć to wykorzystać. – Dziękuję za rozmowę. REKLAMA

Lublin ul. Królewska 13 tel. 81-743 65 92

www.wrzos-optyk.pl

Soczewki okularowe firmy Zeiss ze zmiennym, szybkim zabarwieniem w zależności od światła słonecznego. Doskonałe do domu i na zewnątrz. Teraz -20% 36 magazyn lubelski 4[19] 2014


biz-njus przez baterie litowo-jonowe o pojemności energetycznej minimum 200 kWh. Jedno pełne ich naładowanie ma umożliwić przejechanie ok. 200 km. Każda bateria zaś, opracowana przy współpracy z naukowcami z Politechniki Lubelskiej, ma być używana przez sześć lat. I rzecz najważniejsza – w nowym autobusie w każdej chwili rozładowane baterie można będzie wymienić na naładowane. A poza tym przy wykorzystaniu istniejącej w Lublinie trolejbusowej sieci trakcyjnej ich doładowywanie na przystankach krańcowych także nie będzie stanowić problemu. Jednym słowem, niebawem będziemy poruszali się po Lublinie ekologicznym, wyGrunt na medal dajniejszym w eksploatacji niż posiadający Polska Agencja Informacji i Inwestycji silnik spalinowy i nie mniej wygodnym Zagranicznych, we współpracy z Marszałkiem Województwa Lubelskiego oraz autobusem. Będzie bowiem niskopodłogowy, o długości 12 metrów, klimatyzowany Centrum Obsługi Inwestora, zaprasza do udziału w VI edycji Ogólnopolskiego Kon- i zabierający, przy 23 miejscach siedzących, w sumie siedemdziesięciu pasażerów. (ms) kursu „Grunt na medal” 2014 wszystkich starostów, prezydentów, burmistrzów i wójtów gmin z województwa lubelskiego. Wydarzenie ma na celu promocję terenów kompleksowo przygotowanych pod inwestycje produkcyjne. Konkurs jest organizowany pod patronatem Wiceprezesa Rady Ministrów, ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego oraz Związku Województw Rzeczypospolitej Polskiej Laureaci konkursu otrzymają szansę promocji swojej gminy jako najlepszego miejsca lokalizacji dla inwestycji produkcyjnych, a wyróżnione w konkursie działki będą rekomendowane w pierwszej kolejności inwestorom zagranicznym. Ponadto uhonorowani będą mieć możliwość używania logo „Grunt na medal” we Aronia z Roztocza Lubelszczyzna to jeden z regionów, gdzie wszystkich materiałach promocyjnych. na skalę towarową uprawiana jest aronia. Termin zgłoszeń do 30 maja 2014 r. Krzewy aronii przywędrowały do Europy Więcej na www.lubelskie.pl (pod) z Kanady i wschodniego wybrzeża USA. Ze względu na zawartość w owocach witamin P, C, , B2, 6, E i karotyny aronia zaliczana jest do roślin leczniczych. Z owoców, które zbiera się na przełomie sierpnia i września, robi się soki, dżemy i nalewki oraz naturalne barwniki. W Polsce obecAutobus na prąd nie produkuje się ponad 40 tysięcy ton Mieć w biznesie partnera obok siebie to co na powierzchni około 5 tysięcy hektarów. najmniej połowa sukcesu. I o takim można Najwięcej plantacji aronii znajduje się mówić w przypadku MPK w Lublinie w Wielkopolsce, centralnej Polsce oraz na i lubelskiej spółce Ursus. Pierwsi rzucili Lubelszczyźnie. To również charakteryhasło: chcemy mieć elektryczne autobusy, styczna uprawa w Tereszpolu na Roztoa drudzy od razu odpowiedzieli: nie ma czu, skąd aronia jest eksportowana m.in. sprawy – zrobimy. I w ten sposób już jedo USA. (pod) sienią tego roku na ulicach Lublina będą testowane przez MPK autobusy elektryczne O 100 mln euro Zintegrowane Inwestycje Terytorialne to produkowane przez Ursusa. Ich silniki nowe narzędzie współpracy miast wojenapędowe o mocy 150 kW umieszczone wódzkich i otaczających je gmin, na co w piastach kół osi tylnych zasilane będą

zostało przeznaczonych 100 mln €. Porozumienie tego typu umożliwia rozwiązywanie m.in. problemów komunikacyjnych pomiędzy poszczególnymi gminami. Z jednej strony dotyczy to inwestycji budowlanych, z drugiej strony funkcjonowania poprzez wprowadzenie wspólnych biletów miejskich, wprowadzenia systemów „parkuj i jedź”, parkingów i ścieżek rowerowych. Warunkiem jest podpisanie porozumienia i napisanie wspólnych projektów. Stosowne porozumienie podpisali już Prezydent Lublina Krzysztof Żuk oraz przedstawiciele 15 gmin sąsiadujących z Lublinem. Wspólny projekt może poprawić komunikację Lublinem i Świdnikiem oraz przyspieszyć budowę obwodnicy dla Nałęczowa i Lubartowa. Inwestycje w ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych zostaną sfinansowane z Regionalnego Systemu Operacyjnego. (pod)

Targi MotoSession – nic na siłę

W Lublinie odbyły się Targi Motosession, podczas których zaprezentowano ofertę najnowszych aut, tyle że wypadła ona dość ubogo. Zabrakło atrakcji związanych z nowinkami na rynku motoryzacyjnym a potencjalni nabywcy mogą to samo zobaczyć w lubelskich salonach. Również oprawa targów pozostawiała wiele do życzenia. Gdyby nie połączenie z pokazem pojazdów zabytkowych, zawodami jazdy wyczynowej i trialu motocyklistów można uznać ten czas za stracony. Fakt, że Lublin nie jest ani Genewą ani Frankfurtem słynącymi z największych targów w Europie, nie oznacza, że można tak zlekceważ tych, tych którym takie imprezy są dedykowane. Organizatorem wydarzenia nie były wprawdzie Targi Lublin SA ale to właśnie im została przypisana zła sława tegorocznej imprezy. (now)

Zapraszamy do archiwum informacji biznesowych na www.lajf.info

magazyn lubelski 4[19] 2014

37


Wyprzedzając trendy – przyszłościowe – Inwestycja realizowana jest w idealnym czasie – momencie dokonywania się rewolucji na polskim rynku usług biznesowych. Zbiega się również ze startem nowych środków UE na lata 20142020, które wspierać będą w dużej mierze współprace międzysektorową na rzecz innowacji środowisk otoczenia biznesu, przemysłu i świata nauki – mówi Krzysztof Szydłowski, prezes SIS. Rewolucja o której tu mówimy to prawdziwy wysyp inwestycji w branży usług biznesowych, które stały się najszybciej rozwijającym się sektorem polskiej gospodarki. Polska jest obecnie liderem dla lokowania nowych centrów usługowych, a Lublin jest jednym z najatrakcyjniejszych lokalizacji dla tego typu inwestycji ze względu na systematycznie poprawiającą się infrastrukturę oraz dobrze wykształconą kadrę. To tutaj lokują się kolejne nowoczesne centra usług, rośnie też zapotrzebowanie na atrakcyjną dobrze zlokalizowaną powierzchnię biurową. Jak twierdzą eksperci ten trend utrzyma się przez kilka najbliższych lat.

Krzysztof Szydłowski – prezes zarządu Stowarzyszenia Inicjatyw Samorządowych

Podczas konferencji zaprezentowano także plany uruchomienia przez SIS jednego z pierwszych w regionie kompleksów elektrowni słonecznych o łącznej mocy 2,6 MW. To kolejne udane wpisanie się SIS w światowe trendy. Odnawialne Źródła Energii (OZE) to obecnie jeden z kluczowych obszarów rozwoju światowej gospodarki. Do 2030 roku udział OZE w łącznej mocy nowo zainstalowanych źródeł energii na świecie może wynieść nawet 70%. Możemy tu mówić o prawdziwej rewolucji, która dokona się w ciągu najbliższych lat. Jej cywilizacyjny charakter przekracza wymiar gospodarki i technologii. Czekają nas zmiany również w aspekcie kultury, stylu życia i stosunku człowieka do przyrody.

Dokonujące się przeobrażenia w sferze energetyki, to szansa na rozwój dla lubelskich firm, samorządów i świata nauki, to szansa na nowe, atrakcyjne miejsca pracy i dodatkowe dochody dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw tworzących nowy rynek prosumentów energii. Aby to osiągnąć należy stworzyć spójną, kompleksową strategię działania ziałania SIS jako instytucji otoczenia biznesu i no- oraz skoordynować współpracę wszystkich środowisk zaanwego dynamicznego inwestora na regionalnym gażowanych w rozwój energetyki. Potrzeba także stworzenia rynku wyprzedzają najnowsze trendy gospodarcze. Mogli się o tym przekonać uczestnicy konferencji zorganizowanej przez SIS w dniu 29 kwietnia 2014 r. w  lubelskim Hotelu Victoria. Konferencja „Stowarzyszenie Inicjatyw Samorządowych wobec problemów teraźniejszości i  wyzwań przyszłości” zwieńczyła realizację finansowanego ze środków RPO WL projektu „Wsparcie Stowarzyszenia Inicjatyw Samorządowych jako instytucji otoczenia biznesu i transferu wiedzy poprzez opracowanie strategii rozwoju”. Podczas spotkania zaprezentowano strategiczne obszary zaangażowania merytorycznego i inwestycyjnego SIS m.in. w dziedzinie designu, przemysłu kreatywnego oraz odnawialnych źródeł energii. Zaprezentowano także pierwsze praktyczne działania zmierzające do realizacji zakreślonych w strategii celów. Został przedstawiony m.in. projekt budowy Lubelskiego Centrum Wsparcia Biznesu „SIS Biznes Park” – zlokalizowanego w Lublinie nowoczesnego kompleksu biurowego, konferencyjnego i laboratoryjnego o powierzchni blisko 7000 m kw. Kompleks zaoferuje lubelskim przedsiębiorcom atrakcyjną przestrzeń do działania oraz szeroki wachlarz usług.

D

38

magazyn lubelski 4[19] 2014


inwestycje SIS regionalnego porozumienia – międzysektorowej platformy, zajmującej się koordynacją działań na rzecz rozwoju energetyki. SIS pomyślał już o tym i podjął konkretne działania – uczestnicy konferencji mogli zapoznać się z działalnością uruchomionego właśnie przy zaangażowaniu SIS Klastra Zrównoważonej Energetyki i OZE, który zjednoczył wokół idei rozwoju energetyki zrównoważonej i OZE lubelskie uczelnie, firmy i instytucje okołobiznesowe. Podczas konferencji zaprezentowano także działalność Klastra Designu, Innowacji i Mody. Celem powołanej przy udziale SIS instytucji jest utworzenie regionalnego Centrum pełniącego z jednej strony funkcję integratora działań na rzecz rozwoju designu rozumianego jako narzędzie innowacji, a z drugiej funkcję inkubatora przedsiębiorczości i zaplecza techniczno-doradczego dla przemysłów kreatywnych. Centrum stworzy płaszczyznę współpracy dla przedsiębiorców różnych branż co przełoży się na rozwój usług i produktów w obszarze wzornictwa, IT i ICT, multimediów, reklamy, projektowania procesów, usług czy złożonych rozwiązań technologicznych. Centrum stanie się dynamicznym środowiskiem twórczym, w którym powstawać będzie oryginalne wzornictwo na potrzeby przemysłu, przestrzenią w której tworzone będą nowe innowacyjne technologie, materiały, produkty i usługi, a wreszcie miejscem zapewniającym atrakcyjne warunki organizacyjne, techniczne i finansowe dla inkubowania nowych przedsiębiorstw, szkolenia i edukacji kadr oraz promocji talentów. Podczas spotkania dyskutowano również o przyszłości lubelskiego ekosystemu instytucjo otoczenia biznesu, a także zaprezentowano najbardziej aktualne wersje Regionalnego Program Operacyjnego Województwa Lubelskiego i Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

www.sis-dotacje.pl

Wizualizacja Lubelskiego Centrum Wsparcia Biznesu „SIS Biznes Park”

39

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Lubelskiego na lata 2007-2013

magazyn lubelski 4[19] 2014


Bank czasu

biznes

tekst Joanna Szubstarska, Marta Mazurek foto Marek Podsiadło

„P

otrzebuję pomocy w nauce języka rosyjskiego na poziomie podstawowym. W zamian mogę uczyć ukraińskiego do poziomu B2 i angielskiego do poziomu B1. Mogę też pomóc w domowym remoncie: gruntowanie, malowanie, fugi, wybór materiałów” – tak brzmi jedna z wielu ofert, jaka znalazła się na portalu oferującym wzajemne usługi. Coś, co potrafi się najlepiej, w zamian za to, co potrafi robić ktoś inny. I to bezgotówkowo.

Idea Banku Czasu zrodziła się w USA w 1980 roku i wraz z nim w „obiegu” pojawił się specjalny pieniądz. W zamian za wykonanie danej usługi otrzymywało się timedolars, które można było wymienić na pożądaną usługę wykonaną przez kogoś innego. Czyli innymi słowy samopomoc ‒ sąsiedzka, społeczna, towarzyska, bowiem spektrum usług obejmuje nawet wspólne wyjście na wesele lub studniówkę. W Polsce idea Banku Czasu pojawiła się w połowie lat 90. Przelicznikiem stały się jednostki czasu i wartość danej usługi. Przykładowo za godzinę sprzątania mieszkania można dostać 10 punktów, co jest odpowiednikiem 10 złotych. Żeby odwzajemnić usługę w postaci np. korepetycji z matematyki, trzeba pomóc w sprzątaniu przez dwie godziny. Idea Banku Czasu nie zdobyła tak dużej popularności, jak 15 lat wcześniej w USA, pomimo że odwzajemnianie usług w Polsce jest wolne od podatku. Jednak dobre praktyki nie poszły w zapomnienie. ‒ W trakcie jednego ze spotkań roboczych naszego stowarzyszenia w grudniu 2012 roku zastanawialiśmy się, w jaki sposób zaktywizować osoby pozostające bez pracy w naszym powiecie. I padła ciekawa propozycja... ‒ mówi Elżbieta Wołoszun, prezes Stowarzyszenia Lokalne Porozumienie na rzecz Zatrudnienia w Powiecie Włodawskim. Tym

40

magazyn lubelski 4[19] 2014

bardziej, że we Włodawie stopa bezrobocia kształtuje się obecnie na poziomie 25 procent. Pomysł założenia Banku Czasu na terenie Włodawy i okolic pochodził od Jolanty Dywańskiej, na co dzień pracownika włodawskiego Urzędu Pracy, znającej od lat tutejsze środowisko. Członkowie stowarzyszenia, spotykający się w każdy poniedziałek w Młodzieżowym Domu Kultury we Włodawie, podchwycili inicjatywę. Wsparcia udzielił starosta, który pozytywnie podszedł do nakreślonego planu ożywienia lokalnej społeczności. To przecież rolą samorządów przy współdziałaniu z organizacjami pozarządowymi jest promowanie i wspieranie działań ponadstandardowych. A Bank Czasu, umożliwiając pośrednictwo, przyczynia się do aktywizacji i integracji różnych środowisk. Członkowie stowarzyszenia pracują społecznie, przygotowując bazę usług i kojarząc osoby do ich realizacji. Co znajduje się na liście potrzeb? Podwożenie samochodem, naprawy motorów, rowerów, prace wymagające siły, pomoc w porządkowaniu nagrobków, wizyty w szpitalu, robienie zakupów, pomoc w gotowaniu, drobne naprawy domowe, obsługa komputera, nauka języków, sprawdzanie rachunków. Pomysłodawcy zachęcają do wypełniania ankiet i wysyłania ich drogą elektroniczną z nakreśleniem potrzeb i podaniem ofert, wskazując na dzielenie się niestandardowymi umiejętnościami, jak np. joga czy język migowy. ‒ Jeśli znajdą się osoby aktywne zawodowo, mogą zaoferować usługi, które są niedostępne z uwagi na koszty na rynku pracy i zaproponować je np. osobom bezrobotnym ‒ podkreśla Jolanta Dywańska. Chodzi tu przecież także o integrację środowiska oraz poczucie spełnienia i własny rozwój. ‒ Do działania zapraszamy też starsze osoby. Staramy się docierać wszędzie. Chcemy przełamać mur niepewności i braku zaufania – dodaje Elżbieta Wołoszun.


sport

tekst i foto Katarzyna Zadrożna

Maraton II

Maraton Lubelski już za nami. 11 maja 2014 roku z dystansem 42 km 195 m zmierzyło się 624 biegaczy z różnych stron Polski i świata. Zwycięzcą został Rafał Czarnecki z Bliżyna z czasem 2:40:58. Z kolei Katarzyna Pruszczak z czasem 2:46:53, równocześnie szefując wolontariatowi maratonu, „przy okazji” pobiegła najszybciej wśród kobiet. Lubelskim centrum święta biegania został w tym roku plac Litewski, który był punktem startowym i końcowym eventu. Wymagająca trasa maratonu biegła od Śródmieścia poprzez Kalinowszczyznę, Tatary i Czuby. Ze względu na zróżnicowane ukształtowanie terenu biegacze uznali lubelski maraton za jeden z trudniejszych w Polsce, choć zapewne kolejne kilometry dały uczestnikom unikalną okazję podziwiania dawnego i współczesnego Lublina. Lubelski wyścig to również imprezy towarzyszące: bieg przedszkolaków, bieg rodzinny oraz zabawy sportowe w Miasteczku Małego Maratończyka. II Maraton Lubelski był poprzedzony cyklem imprez „Cztery dychy do maratonu”, które rozpoczęły się jeszcze w ubiegłym roku. Jedna z nich miała miejsce w mroźną lutową noc tego roku, a ostatnia była wspólnym bieganiem wzdłuż Zalewu Zemborzyckiego. Za ideą maratonu w Lublinie stoją pasjonaci biegania i promocji zdrowego trybu życia ze Stowarzyszenia Maraton Lubelski i Fundacji Rozwoju Sportu w Lublinie. Niewątpliwie udało się rozbiegać Lublin nie tylko podczas imprez związanych z maratonem. Młodsi i starsi biegacze, niezależnie od pory dnia i roku, stali się stałym elementem krajobrazu miasta. magazyn lubelski 4[19] 2014

41


moto

tekst i foto Piotr Nowacki

Mondeo, czyli świat 42

magazyn lubelski 4[19] 2014


M

ondeo, nazwa marki FORD, pochodzi od łacińskiego słowa mundus, czyli „świat” . To nazwa czwartej już generacji tego auta. I co zaskakujące, każde kolejne pokolenie tego modelu przykuwa wzrok swoją dynamiczną sylwetką. Obecnej wersji Mondeo przysłowiowego „pazura” dodają LED-owe lampy do jazdy dziennej. Do kabiny nowego Mondeo wsiada się wygodnie, po zajęciu miejsca w środku czujemy, że siedzimy w solidnie wykonanym aucie. Fotele o dużym zakresie regulacji przyjemnie nas otulają, podtrzymując po bokach, co sprawia, że czujemy się z tym autem dobrze dopasowani. We wnętrzu natychmiast zwraca naszą uwagę środkowa konsola pulpitu. Prosta, elegancka, bez zbędnych udziwnień, czytelna dla użytkownika. Co ważne, sterowanie urządzeniami jest dość intuicyjne. Bez konieczności szczegółowego zgłębiania instrukcji obsługi możemy w krótkim czasie skorzystać z szeregu udogodnień oferowanych nam przez producenta. Powielenie konsoli znajdziemy na centralnym wyświetlaczu, zlokalizowanym pomiędzy obrotomierzem a prędkościomierzem. Możemy nim sterować, nie zdejmując rąk z kierownicy. Ilość miejsca, jaką oferuje nam Mondeo, zarówno z przodu, jak i z tyłu, z pewnością zadowoli bardziej rosłych użytkowników samochodu. Tę przestrzeń Ford zawdzięcza uniwersalnej płycie podłogowej, opracowanej we współpracy z Volvo (wykorzystywanej m.in. w takich modelach, jak S-MAX czy też Mazda 6). Nowością w testowanym modelu była niewątpliwie jednostka napędowa EcoBoost 1,6 z turbodoładowaniem o mocy 160 KM i momencie obrotowym 240 Nm. Faktycznie, podczas jazdy działała bardzo elastycznie i bez zarzutów. Na pochwałę zasługuje też poziom hałasu w kabinie – było naprawdę cicho, co jak zapewnia producent, jest również zasługą nowych silników. Jeżeli chodzi o zużycie paliwa, to mała pojemność silnika nowego Mondeo nie spełniła oczekiwań, ponieważ przy jeździe miejskiej plasowała się na poziomie 9l/100km... no cóż, masa auta najwidoczniej robi swoje. Mała pojemność silnika niewątpliwie jest odwrotnie proporcjonalna do pojemności bagażnika. 540 l przestrzeni faktycznie budziło zachwyt u większości redakcyjnych kolegów. Bez wątpienia bagażnik stanowi duży atut tego modelu. Zawieszenia i układ kierowniczy Mondeo dają kierowcy poczucie panowania nad autem i pozwalają na precyzyjne pokonywanie zakrętów. Samochód bardzo przyjemnie wybiera też nierówności na drodze. Podsumowując, porównanie obecnej, czwartej wersji Mondeo z poprzednimi generacjami tego modelu pozwala stwierdzić, że Ford z dużym sukcesem odbudowuje swoją markę. Ford ma też dodatkowy atut. Nie każdy samochód może się pochwalić, że dosiadał go sam Agent 007 James Bond w „Casino Royale”. Jak widać, nowy Ford Mondeo to auto zarówno dla ojca rodziny, jak i dla… Ale to już dywagacje do innego działu. magazyn lubelski 4[19] 2014

43


sport

Kadry z lotu ptaka tekst Maciej Skarga foto Piotr Bakun

44

magazyn lubelski 4[19] 2014


Z

apinasz na sobie uprząż łączącą cię z leżącym za tobą, np. na trawie jakiegoś placu, elastycznym skrzydłem o wadze 4‒8 kg. Po rozłożeniu w powietrzu osiągnie powierzchnię od 20 do 30 m2 i będzie przypominać współczesny spadochron. Chwytasz w dłonie spięte zakończenia jego linek. Bierzesz rozbieg ze wzgórza i po chwili lecisz. Pod niebem, jak ptak. Paralotnia wywodząca się od tzw. „spadochronów szybujących” (nie mylić z lotnią ani też motolotnią, które mają sztywne skrzydło o innym kształcie) uniesie cię coraz wyżej i wyżej. A jeśli mieszkasz na nizinach, dodatkowo dopinasz do uprzęży na plecach silnik dwusuwowy ze śmigłem obudowanym specjalnym koszem. Biegniesz kilkanaście metrów i także wznosisz się do królestwa ptaków. Możesz też do specjalnego wózka z napędem i śmigłem domontować odpowiednio większe skrzydło, tworząc motoparalotnię. Ale efekt podniebny będzie taki sam. Zanim to jednak zrobisz, musisz ukończyć odpowiedni kurs i uzyskać świadectwo kwalifikacji pilota paralotniowego. Powinieneś mieć także ważne ubezpieczenie OC. Rzadko, co prawda, dochodzi do kontroli tych dokumentów, przecież startować można i spod własnego domu. Niczego to jednak nie zmienia. Licencję trzeba mieć. Na Lubelszczyźnie nie ma zbyt wielu miejsc umożliwiających latanie swobodne (bez napędu) dzięki prądom wznoszącym na zboczu górskim. Ale można startować np. ze skarpy w Janowcu nad Wisłą, ze stoku narciarskiego przy drodze do Kazimierza Dolnego czy też z urokliwego stoku w miejscowości Gliniska koło Uchań. Start za wyciągarką jest już bardziej możliwy w każdym płaskim terenie. Bardzo często paralotniarze robią to w okolicach Fajsławic. Bywa także, że korzystają z lotniska PWSZ w Chełmie w miejscowości Depułtycze Królewskie czy też w Radawcu pod Lublinem. Natomiast do startu z napędem silnika wystarczy często każda niezadrzewiona łąka. Trzeba jednak wiedzieć, że prawo nie dopuszcza do startowania z każdego miejsca w pobliżu miast,

Piotr Bakun na swojej paralotni

magazyn lubelski 4[19] 2014

45


lotnisk i rejonów, w których nie dopuszcza się lotów. Tak więc przed lotem należy sprawdzić miejscowe ograniczenia dotyczące przestrzeni powietrznej. Nie lecisz szybko, około 35 km na godzinę. Z silnikiem możesz w trzy godziny pokonać około stu kilometrów. A przy swobodnym locie, wykorzystując kominy powietrzne, nawet dwieście. Sterujesz, pociągając dłońmi za uchwyty połączone z linkami z tylną częścią skrzydła. Pomagasz skrętom, balansując ciałem. I masz czas na przyjrzenie się tym okolicom na ziemi, po których pewnie niejednokrotnie chodziłeś, ale nigdy tak dokładnie i z taką głębią nie mogłeś ich dostrzec. Wie o tym doskonale Piotr Bakun ze Stołpia niedaleko Chełma. Jest nauczycielem informatyki w miejscowym gimnazjum. Ma szczęśliwą rodzinę. Ale gdy tylko po południu zauważy, że jest pogodnie i bezwietrznie, zabiera ze sobą aparat fotograficzny, przypina się do swojej paralotni z silnikiem i leci nad lubelskim Roztoczem, aby zatrzymać w kadrze jego piękno widziane z góry. – Są to niezapomniane chwile, o których marzyłem od dziecka – opowiada. – Zanim poznałem pierwsze tajniki takiego latania u moich przyjaciół z Krasnostawskiego Stowarzyszenia Paralotniarzy i nim uzyskałem niezbędną licencję paralotniarza, wspinałem się po skałkach w Kobylanach pod Krakowem. Ale teraz wiem, że wybierając podniebne wędrówki, zrobiłem słusznie. I nie ma chyba silniejszych emocji od tych, jakie przeżywam w trakcie lotu. Wtedy wszelkie kłopoty pozostawiam na ziemi, a odprężenie, jakie przychodzi tuż po wylądowaniu, pozwala mi pozytywniej spojrzeć na problemy dnia

46

magazyn lubelski 4[19] 2014

codziennego. Proszę mi wierzyć, że zobaczyć swój dom i rodzinę z góry, to jest naprawdę coś. Nie tylko, bowiem połączenie dwóch pasji: paralotniarstwa i fotografiki to jest coś o jeszcze większym wymiarze. Fotogramy Piotra Bakuna, jednego z dziesięciu chełmskich paralotniarzy, znajdą się niebawem w albumie jego autorstwa. Kilka z nich prezentujemy na naszych łamach. Poza tym jego fotografie z lotu są nieocenioną pomocą dla archeologów pracujących na tym terenie. I często odkrywają im ślady historii, których inaczej dostrzec nie sposób. – Uwielbiam fotografowanie z lotu ptaka – podkreśla. – Zwłaszcza jesienią. Wtedy najmocniej dostrzega się w złocieniach jej kolory i dymy snujące się ponad ziemią. Delektuję się nimi. Mnie się nigdzie nie śpieszy. Myślę, że niedługo dokonam przelotu nad doliną Wieprza. Ta rzeka wijąca się zakolami jest wspaniała i zarazem jakże dumna. Chciałbym zatrzymać to w kadrze. Piotr Bakun, podobnie jak inni paralotniarze, połączył w sobie dwa światy: podniebny i ziemski na tyle silnie, że bez nich nie wyobraża sobie życia. I wcale nie buja w obłokach, ale zawsze lata rozważnie i bezpiecznie. Wie przy tym, że w razie awarii silnika wyląduje, jak na paralotni, bez napędu. Będąc także na wysokości ponad stu metrów, ma również możliwość skorzystania ze spadochronu zapasowego. A ryzyko? Zawsze istnieje, ale jest niewiele większe od np. żeglowania, rejsu statkiem, jazdy samochodem czy też rowerem po drodze publicznej. Wszystko zależy, w tym przypadku, od lotniarza. I dla osób, które już w swojej naturze mają łamanie zasad bezpieczeństwa, każdy


lot będzie niebezpieczny. Ci zaś, którzy przez lata rozsądnie podchodzą do praw natury i czują nieopisaną swobodę przy podniebnym locie, wiedzą jedno, że nie sposób żyć bez tej porcji adrenaliny, jaka ich wtedy ogarnia. Paralotniarstwo to jeden z najpopularniejszych sportów lotniczych, w szczególności w Europie oraz Ameryce Północnej. Można uprawiać go turystycznie i wyczynowo, biorąc udział w mistrzostwach Polski, Europy, świata i na lotniczych igrzyskach olimpijskich. Nowy sprzęt do jego uprawiania: skrzydło, napęd, kask, odpowiednie obuwie, radio, przyrządy lotnicze itp. może kosztować nawet około 20‑30 tysięcy. Używany w dobrym stanie ok. 10 tysięcy złotych.

REKLAMA

magazyn lubelski 4[19] 2014

47


przyroda

TRUDNE SĄSIEDZTWO tekst Iza Wołoszyńska foto Marcin Pietrusza

48

magazyn lubelski 4[19] 2014


W

lubelskim skansenie kilka lat temu zamieszkała rodzina bobrów. Ich obecność wydawała się miłą niespodzianką – pamiętamy przecież czasy, kiedy bóbr był zwierzęciem rzadkim, na granicy wyginięcia – i dodawała uroku naturalistycznym założeniom krajobrazowym skansenu. Tym razem niespodzianka stała się nieco kłopotliwa. A nawet mocno kłopotliwa.

Z każdym mijającym rokiem, w wyniku bobrzych zwyczajów żywieniowych i inżynieryjnych, padała jedna z potężnych topoli, które rosły nad przepływającą przez Muzeum Wsi Lubelskiej Czechówką. Miały ponad 30 lat i stanowiły naturalną barierę odgradzającą od ruchliwej Alei Warszawskiej. A kiedy w 2012 roku zaczęto przebudowę tej ulicy, sprawa koegzystencji z bobrami skomplikowała się jeszcze bardziej. ‒ Prace przy budowie nowej drogi zaburzyły spokój bobrów mieszkających wzdłuż Czechówki. Hałas, drgania terenu, obecność ciężkiego sprzętu spowodowały, że bobry zaczęły szukać azylu i znalazły go u nas. Niestety ich zwiększona ilość pociągnęła za sobą kolejne straty i to nie tylko w drzewostanie. W skarpach wzdłuż rzeczki i stawu powstały długie korytarze i komory. Jest to niebezpieczne dla osób zwiedzających, bo grozi zawaleniem czy obsunięciem gruntu ‒ tłumaczy Elżbieta Skowrońska, kierownik Działu Ekspozycji i Konserwacji Krajobrazu w lubelskim skansenie. Kolejnym czynnikiem komplikującym dobre sąsiedztwo są tamy budowane przez bobry na ciekach wodnych. Sprytni budowniczowie tamami z gałęzi, błota i trzcin zagradzają drogę wodzie, by stworzyć idealne

dla siebie warunki życia, czyli zbiornik wodny.

Miarka się przebrała

Tama wybudowana na Czechówce podniosła poziom wody, w wyniku czego dwa hektary łąki zmieniły się w zupełnie bezużyteczne z ludzkiego punktu widzenia bagno. Nic więc dziwnego, że postanowiono coś z tym zrobić. ‒ Ale sprawa jest nadzwyczaj delikatna; z jednej strony mamy zniszczenia ekspozycji i zagrożenie dla ludzi, z drugiej dobro gatunku objętego ochroną. Baliśmy się podjąć nieuważne kroki, mogące mieć negatywne skutki dla „naszych” bobrów bądź naruszające prawo! – mówi Agata Kozak z Działu Ekspozycji i Konserwacji Krajobrazu. Zaczęły się mozolne próby znalezienia rozwiązania. Rozmowy z przyrodnikami i instytucjami zaangażowanymi w ochronę środowiska. Pomysły były różne, niektóre niedające się przytoczyć, inne rozważne, na przykład takie, by część skansenu poświęcić na ostoję bobra. W końcu zostało wystosowane pismo do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Lublinie opisujące sytuację. Następstwem tego było przeprowadzenie wizji lokalnej i decyzja zezwalająca na „odstępstwo od zakazu umyślnego przemieszczania z miejsc regularnego przebywania na inne miejsca osobników bobra europejskiego” przy zachowaniu odpowiednich warunków. Wtedy pojawiło się pytanie, kto ma skansenowe bobry „przemieścić”. Panie Elżbieta i Agata przeprowadziły szereg rozmów m.in. z urzędnikami ze Zwierzyńca, którzy temat poznali już na własnej skórze, ratując drzewa wokół Stawu Kościelnego. Okazało się, że najlepszą opinią cieszy magazyn lubelski 4[19] 2014

49


się ekipa z Polskiego Związku Łowieckiego w Suwałkach pod kierownictwem Jana Goździewskiego, wieloletniego badacza bobrów, zaangażowanego w realizację „Programu aktywnej ochrony bobra europejskiego w Polsce”. Trzonem ekipy są bracia Roman i Antoni Łanczkowscy i ich młodsi pomocnicy – dwóch Danieli oraz dwa nieustraszone teriery niemieckie. Panowie Roman i Antoni kawał życia poświęcili reintrodukcji bobrów, więc takie niecodzienne akcje są dla nich chlebem powszednim. Jesienią 2013 wszystko było na dobrej drodze do przeprowadzenia „przesiedlenia”. Ale brakowało pieniędzy. Wtedy w sukurs przyszedł Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Lublinie przyznał skansenowi dotację na odłowienie gryzoni. Udało się, bo wszystko odbyło się „rzutem na taśmę”, tuż przed nastaniem okresu rozrodu i wychowu młodych.

Akcja

Rankiem 16 kwietnia 2014 roku ekipa wkroczyła do skansenu. Teriery Tina i Tropik pełne pasji do tropienia wskazywały, gdzie szukać ukrytych w podziemnych norach bobrów. Cała sztuka polega na tym, by bobrowi nie pozwolić z tej nory uciec do wody. ‒ Staw jest co prawda obstawiony siecią, ale bóbr, jak płynie spokojnie, to potrafi cichutko dnem podpłynąć do sieci, podnieść ją łapką i tyle go widzieli! ‒ pan Roman dzieli się swoimi obserwacjami, które zebrał w ciągu 35 lat odławiania bobrów. Jak zobaczyć, że bóbr wypłynął z nory? Tego nie wiem. Roman Łanczkowski nie ma wątpliwości, krzykiem zwołuje brodzących w woderach kompanów, podcinają sieć kilkoma sprawnymi ruchami i ciągną ją na brzeg. Wszyscy naraz obezwładniają szamoczące się zwierzę i po

50

magazyn lubelski 4[19] 2014

chwili w rękach pana Antoniego widzę oswobodzonego z sieci tłuściutkiego bobra z błyszczącymi czarnymi oczkami i pomarańczowymi zębami śmiesznie wystającymi z pyszczka. Tymi zębami bez trudu może bardzo poważnie zranić człowieka, tym bardziej zadziwiające jest to, że członkowie ekipy nie używają żadnych rękawic, a jedynym gwarantem zachowania integralności ich dłoni jest zdecydowany, silny chwyt, który nie pozwoli gryzoniowi na żadne sztuczki. Żywe trofeum jest zamykane w klatce, do której absolutnie nie można wkładać palców, choć tak bardzo chce się dotknąć błyszczącego futra! Bóbr potrafi być niezwykle szybki i w takich stresujących okolicznościach może odpowiedzieć agresją. Panowie wracają do pracy, znów przeczesują brzeg w poszukiwaniu nor, wypłaszają zwierzaka, monitorują toń wody. I akcja. Czasem trzeba czekać, bo bóbr po opuszczeniu nory zaczaja się w wodzie. ‒ Wtedy wiadomo, że mamy kwadrans odpoczynku – bo tyle wytrzymuje bóbr pod wodą bez nabrania powietrza – zdradza kolejne tajniki fachu pan Roman. Po kilku godzinach pracy efekt był następujący: pięć bobrów, skąpany w wodzie jeden z pomocników, zadrapany Tropik. Do wieczora wynik powiększył się o jeszcze jednego zwierzaka odłowionego ze stawu w Ogrodzie Botanicznym, który znajduje się po sąsiedzku naprzeciwko skansenu. ‒ Lubelski Ogród Botaniczny również był zasiedlony przez bobry i w trosce o swoje kolekcje musiał się ich pozbyć. Dlatego akcją odłowu objęliśmy od razu oba miejsca. Zresztą, gdyby zostawić je w botaniku, zaraz byłyby z powrotem w skansenie... ‒ wyjaśnia pan Antoni. Każdy z namierzonych przez „bobrowników” zwierzak został złapany. W skansenie zamieszkiwała


magazyn lubelski 4[19] 2014

51


rodzina z matką seniorką na czele. Odstępstwem od normy była młoda samica, która powinna już opuścić rodzinny dom i zacząć samodzielne życie. Z kolei w botaniku żył samotnie dorodny samiec. Następnego dnia myśliwi upewnili się, czy zostawiają Muzeum Wsi Lubelskiej i Ogród Botaniczny UMCS wolne od uciążliwych gryzoni. ‒ Teren zostawiamy czysty, odłowione bobry trafią do rzeki Wieprz. Ale czy w ich miejsce nie pojawią się nowe – tego zagwarantować nie można. Bobrów jest w Polsce coraz więcej i należy się z tego cieszyć, bo ich działalność jest dla środowiska bardzo korzystna, chociażby przez to, że spiętrzanie wód zabezpiecza przez suszą, a tamy stanowią wspaniały naturalny filtr rzecznej wody ‒ wyjaśnia Roman Łanczkowski. Po wypuszczeniu bobry chwilę rozglądały się po okolicy, po czym powoli ruszyły w stronę rzeki. Aklimatyzacji pomaga to, że przesiedla się zawsze całe rodziny. Nasze lubelskie bobry są więc

w nowym miejscu, ale w starym gronie. Zdaje się, że udało się tym razem znaleźć kompromis pomiędzy prawami przyrody a potrzebami człowieka. Parafrazując znane powiedzenie, można wynik akcji podsumować tak: „bóbr jest syty i skansen cały”. Populacja bobra w Polsce w latach powojennych liczyła poniżej 200 osobników. Przez lata prowadzenia reintrodukcji, czyli ponownego wprowadzenia wytępionego gatunku na stare miejsca bytowania, dziś ich liczbę w naszym kraju szacuje się na ponad 40 tysięcy. Na Lubelszczyźnie mamy ich około 10-12 tysięcy. Bóbr jest największym gryzoniem Europy, zwierzęciem rodzinnym i zasadniczo monogamicznym. Jest jednym z nielicznych zwierząt, które tak jak człowiek, dostosowują środowisko do swoich potrzeb. Z tą różnicą, że wyrafinowana inżynieria bobrów ma wyłącznie korzystne skutki dla środowiska naturalnego. REKLAMA

Mo¿esz tanio podró¿owaæ do najatrakcyjniejszych zak¹tków województwa lubelskiego! SprawdŸ nasze oferty promocyjne! www.przewozyregionalne.pl

52

magazyn lubelski 4[19] 2014


Promocja

z nagrodami Najnowszy spot promocyjny województwa „Lubelskie – na chwilę lub na dłużej” zdobył uznanie specjalistów z branży. Ma on na swoim koncie już dwie nagrody, przyznane na prestiżowych festiwalach filmów turystycznych. Opracowania scenariusza i realizacji spotu podjęła się warszawska agencja reklamowa San Markos. Zdjęcia kręcono m.in. w: Porcie Lotniczym Lublin, Szkole Orląt w Dęblinie, szklarniach JMP Flowers w Stężycy, Zakładach Azotowych Puławy, Kazimierzu Dolnym, Zamościu, na Roztoczu, a także na Torze Lublin. Materiał był emitowany na początku roku na antenie głównych stacji telewizyjnych: w TVN, Polsacie, TVP1 i TVP2, a także kanałach tematycznych i stacjach partnerskich TVN-u, m.in. w TVN24, TVN Style, Animal Planet, Discovery Channel, MTV, National Geographic i Ale kino+. Łącznie, województwo zamówiło ponad 2 tysiące emisji. Niedługo potem film został doceniony nie tylko przez widzów, ale również przez branżę turystyczną. Podczas jednego z największych w Europie Festiwalu Filmów Turystycznych „Das Goldene Stadttor” (Złota Brama), towarzyszącego Targom Turystycznym ITB w Berlinie, zdobył III miejsce. Z kolei przed tygodniem do Lublina dotarła wiadomość o tym, że również jury Festiwalu Filmów Turystycznych „Tourfilmriga” w Rydze przyznało mu trzecią lokatę. Cała kampania marketingowa została doceniona również na Targach kultury i promocji miast i regionów w Płocku „Poloniada 2014”, zdobywając pierwsze miejsce w konkursie na Liderów Promocji. – Zdobyte nagrody cieszą tym bardziej, że na festiwalach konkurencja była naprawdę ostra. W Berlinie jury oceniało ponad 100 filmów, z kolei na festiwal w Rydze zgłoszono aż 150 produkcji. Na szczęście przekaz zawarty w „Lubelskie – na chwilę lub na dłużej” jest na tyle przekonujący, że świetnie poradziliśmy sobie z oceną jurorów. Nagrody to jedno, zaś uznanie widzów to drugie. Dostaję z całej Polski sygnały o tym, że spot naprawdę się podobał i że pod jego wpływem niektórzy zmodyfikowali swoje wakacyjne plany. I o to nam w głównej mierze chodziło – podsumowuje Piotr Franaszek, dyrektor Departamentu Promocji i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego w Lublinie.

magazyn lubelski 4[19] 2014

53


galeria

100 x Wirydarz

tekst Katarzyna Kawka foto Michał P. Wójcik archiwum galerii

O

twarcie wyjątkowej wystawy odbyło się w Galerii Sztuki Wirydarz. Każda wystawa jest niezwykła, ale ta jest nadzwyczajna, ponieważ jubileuszowa. Setną wystawą w Wirydarzu jest prezentacja malarstwa wybitnego warszawskiego malarza – profesora Jarosława Modzelewskiego. Jak na setny jubileusz przystało, świętowano z rozmachem. Gościło wielu znakomitych artystów z całej Polski, między innymi malarze Franciszek Maśluszczak, Waldemar Marszałek, Mieczysław Olszewski i Leszek Sobocki oraz malarz i kompozytor Jan Kanty Pawluśkiewicz. Po wernisażu miało miejsce wydarzenie muzyczne – koncert zespołu Raz Dwa Trzy w Teatrze Starym oraz zakończone nad ranem spotkanie towarzyskie. Na wystawie zaprezentowano najnowsze obrazy profesora Jarosława Modzelewskiego, absolwenta warszawskiej ASP, którą skończył w 1980 roku pod opieką artystyczną Stefana Gierowskiego. Modzelewski był współzałożycielem artystycznej warszawskiej „GRUPPY”. W 1998 roku został laureatem Paszportu „Polityki”. Malarz od wielu lat prezentuje swoje prace na indywidualnych i zbiorowych wystawach, także poza granicami kraju – w Brukseli, Berlinie i Rzymie. Obrazy artysty będzie można oglądać w Wirydarzu do 23 czerwca 2014. Ale nie byłoby tych wszystkich artystyczno-towarzyskich sytuacji, gdyby nie Piotr Zieliński. Założyciel Galerii Sztuki Wirydarz, jednocześnie jej kustosz i kurator wystaw od zawsze jest związany ze sztuką. To dzięki niemu Lublin zaistniał jako ważne miejsce na wystawienniczej mapie Polski i jest dziś w czołówce najbardziej liczących się galerii. Sprawca tego artystycznego zamieszania urodził się w 1964 roku w Bochni. Po ukończeniu Studium Aktorskiego w Teatrze Stu w Krakowie studiował polonistykę na Wydziale Nauk Humanistycznych KUL. Równocześnie rozpoczął działalność w teatrze Scena Plastyczna KUL, gdzie przez 15 lat pełnił funkcję aktora i menedżera teatru. Uczestniczenie w realizowaniu artystycznych wizji Leszka Mądzika, podróże i ludzie, których miał okazję poznać, ukształtowały jego wrażliwość jako znawcy sztuki współczesnej. Galeria Sztuki Wirydarz początkowo mieściła się przy ulicy Narutowicza 8, obecnie znajduje się na Starym Mieście, przy Grodzkiej 19. Galeria zadebiutowała wystawą lubelskiej graficzki Zofii Kopel-Szulz. W ciągu 15 lat działania galerii Piotr Zieliński zaprezentował prace wielu wybitnych artystów, głównie malarzy, ale także rysowników, fotografów, m.in. Kiejstuta Bereźnickiego, Tadeusza Kantora, Waldemara Marszałka, Stasysa Eidrigeviciusa, Ryszarda Stryjca, Andrzeja Dudzińskiego, Adama Kawiaka, Edwarda Hartwiga, Marii Targońskiej, a nawet projekty scenograficzne Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy.

54

magazyn lubelski 4[19] 2014


Stasys Eidrigevicius

Leszek Sobocki

Kiejstut Bereznicki

Z wystawy magazyn lubelski 4[19]Portret 2014Sarmacki 55


Z wystawy Jarosław Modzelewski

Jerzy Duda-Gracz

Piotr Naliwajko

Z wystawy Artur Winiarski

Z wystawy Stanisław Chomiczewski

Z wystawy Miro Biały

Jacek Malczewski

Zbylut Grzywacz

Jarosław Modzelewski

Z wystawy Portret Sarmacki

56

Z wystawy Rafał Eret

magazyn lubelski 4[19] 2014

Franciszek Maśluszczak

Artur Winiarski


księgarnik

L

iteratura dla kobiet i pisana przez kobiety jest na topie, a spektakularny początek temu festiwalowi kobiecej literatury dała Katarzyna Grochola z lepszymi i gorszymi pozycjami wydawniczymi plus przedruki z literatury obcojęzycznej. Z pewnością ośmieliło to nie tylko do pisania, ale również do pewnej specyfiki uprawiania tego rodzaju literatury. „Tak się nie robi” to książka poruszająca modną tematykę singielki po trzydziestce, bez uczuciowego przydziału, czatującej na portalach randkowych i dzielącej się niemal każdym swoim krokiem uczynionym w ciągu dnia, włącznie z relacją kto, gdzie i za ile spożywa obiad oraz ile kosztują tanie trunki w dyskontach. W narracji znalazło się sporo opisów niedogodności życia codziennego i czyhających niebezpieczeństw. Sposobem na przyciągnięcia czytelnika (czytelniczki sic!) są cytaty z konwersacji prowadzonych na rzeczonych portalach randkowych oraz wszechobecna desperacja w poszukiwaniu swojej drugiej połowy. Opowieści towarzyszy uczucie smutku, że tak to może w istocie wyglądać. Autorką jest była dziennikarka radiowa i prasowa – Edyta Łysiak, rocznik 1972, mieszkająca w okolicach Kazimierza Dolnego, która już zapowiedziała opisanie dalszych losów głównej bohaterki Marty. Miejmy nadzieję, że będzie dowcipniej i z nieco głębszą refleksją, bo książka wydaje się zbyt „płaska” emocjonalnie i z proporcjonalnie za dużą ilością banału. Nawet jak na literaturę dla kobiet po trzydziestce. Brakuje jej też bardziej finezyjnego języka, choć niektórym wyczuwalny dziennikarski przekaz może przypaść do gustu. (mas) Edyta Łysiak, Tak się nie robi, Wydawca Novae Res, Gdynia 2014.

Spotkałem raz małego psa, Chciałem zapytać, jak się ma. A on powiedział mi: - Hau, hau! Ciekawe, co na myśli miał? Wierszyk-rymowanka Zbigniewa Dmitrocy przeznaczony dla najmłodszych dzieci jako jeden z wielu, wydany został w serii Akademii Mądrego Dziecka przez oficynę Egmont. Seria książeczek z tekstami poety to wspaniała zabawa oraz doskonałe stopniowe przygotowywanie do nauki czytania i pisania oraz uczenia się matematyki, poradzenia sobie w przyszłości w szkole i w życiu. Plastyka i konstrukcja książeczek (wycięte otwory w tekturkach) pomagają w rozwijaniu sprawności manualnej i koordynacji wzrokowo-ruchowej oraz poszerzaniu wiedzy najmłodszych dzieciaków do 3-4 lat. Dla starszych i ich nauczycieli wydano „Śpiewanki – malowanki”. Przygotowane zostały z myślą o nauczycielach i instruktorach prowadzących zajęcia muzyczno-ruchowe

z dziećmi. Do książeczki dołączona jest płyta CD z partiami wokalnymi oraz karaoke z linią melodyczną. Doskonałe książki na prezenty dla najmłodszych z okazji Dnia Dziecka. (fó) Zbigniew Dmitroca, Kolorowy świat/Kto się tu ukrył?/Kto robi hu-hu?/Jeden, dwa, trzy.../Koła i kółka/Świeci gwiazdka, seria: Akademia mądrego dziecka. A to ciekawe (0-2/3 lata), Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2014. Zbigniew Dmitroca-słowa, Janusz Lawgmin-muzyka, Magdalena Józefczuk-Dmitroca-rysunki, Śpiewanki ‒ malowanki, (książka z płytą CD), Wydawnictwo Polihymnia, Lublin 2014.

magazyn lubelski 4[19] 2014

57


muzyka

We are young!

Mateusz Grzeszczuk

We are from

O

statnim czasem na przeprowadzenie wywiadu udało mi się namówić Filipa Majerowskiego, połowę bratniego duetu We Call It A Sound, który gra muzykę z pogranicza folku i elektroniki. Na końcowe pytanie: Czego mogę Wam życzyć? odpowiedział: Żeby Polacy nie kupowali tylko rap płyt. Chwilę po tym, jak padły te słowa – zdziwiłem się, po głębszym zastanowieniu – przyznałem rację. Polacy to wyjątkowo muzykalny naród, ale stoją na czele jednej uwłaczającej statystyki. Długie obserwacje, surfowanie po Internecie, relacje znajomych muzyków stale dają mi do zrozumienia, że mamy ewidentny problem z systemem gratyfikacji artystów, zakupem minimalnej ilości płyt czy chociażby skonstruowaniem bardziej ambitnej playlisty na odtwarzaczu. Cierpią na tym głównie młodzi artyści, którzy próbują zdobyć własną publiczność, stale walcząc ze stereotypem spijającego piankę i zarabiającego kokosy artysty. Co tak naprawdę oferuje nam młoda polska siła? Kto rzeczywiście jest naszą muzyczną alternatywną nadzieją?

Neurotyczne znaczy polskie

Artur Rojek w rozmowie z Pawłem Gzylem, zapytany o samotność i własne lęki, użył sformułowania „polish neurotic”, które jest używane przez ludzi mieszkających za granicą i mających do czynienia z Polakami. Określenie to doskonale wskazuje coraz częstszy kierunek muzycznych zamiłowań „Polaka słuchacza” i „Polaka twórcy”. My po prostu lubimy się smęcić, lubimy wyszukiwać takich artystów, którzy obraną estetyką pomogą nam odnaleźć wyobcowanie i ucieczkę od problemów. Młodzi artyści sceny alternatywnej umiejętnie zbadali teren i tak oto mamy na rynku tych, którzy mogliby z sukcesem podbijać nawet jego zagraniczną część. Stać się nim mógłby z pewnością Fismoll, a dokładniej Arkadiusz Glensk, młody artysta, którego twórczość doskonale pasowałaby jako soundtrack do filmu „Perfect Sense” w reżyserii Davida Mackenzie. To ktoś, kogo najlepiej przesłuchiwać „na jesień”, zresztą on sam też wspomina, że to właśnie ta pora roku bywa dla niego najbardziej płodną artystycznie. Swojej debiutanckiej płycie nadał tytuł „At Glade”, a jej motywem przewodnim jest właśnie wędrówka na polanę. Fismoll, mieszkając na blokowisku, odkrył

58

magazyn lubelski 4[19] 2014

Poland! tam własną, która znajduje się 300 metrów od jego miejsca zamieszkania. To miejsce refleksji, które ma też trochę z metafizyki. Artysta już zdołał zebrać pozytywne głosy od krytyków i recenzentów muzycznych, a zachwyca się nim sama Katarzyna Nosowska. ‒ Wszyscy moi bliscy już wiedzą – Kaśka słucha Fismolla! Chłopak upłynnia mi serce ‒ dodaje. Arek unika castingów i telewizyjnych show. Pytany o możliwość uczestnictwa w podobnym wydarzeniu, wspomina, że nie potrafi nic, co można byłoby zaprezentować w takim programie, a na casting przyszedłby źle ubrany. Informacja o jego skandynawskich korzeniach to także plotka, choć jego twórczość doskonale pasuje do ukochanego przez niego islandzkiego zespołu Sigur Rós.

Doskonale w alternatywne trendy wpasował się także krakowski artysta Patrick The Pan, który rozpoczynał od nagrywania kawałków na mikrofonie od Skype’a, a jeszcze w ostatnim czasie podróżował jako support na trasie koncertowej Artura Rojka. To doskonały przykład na to, że to, co na polskim rynku, co najbardziej wartościowe, dzieje się też gdzieś na uboczu, po cichości. Muzyka Patricka The Pan ma coś z surowości, nietknięcia, czystości i braku „skażenia” światem zewnętrznym. Całkiem niedawno zrezygnował z pełnej anonimowości, podpisując umowę z wytwórnią Kayax. Wcześniej występował na festiwalu Opener, zdołał zaprosić do współpracy znanego aktora Piotra Cyrwusa, który wystąpił w jego teledysku, a aktualnie pracuje nad kolejną płytą. Tym razem nie na domowym mikrofonie i nie w miętowym salonie, a profesjonalnym studio. Przykładów młodych, zdolnych, alternatywnych nie musimy szukać zbyt daleko. Świetnie radzi sobie młoda lubelska wokalistka Ola Komsta, ukrywająca się pod pseudonimem Oly. Ma dopiero 20 lat, pochodzi z Nałęczowa i już zdołała zauważyć ją polska wytwórnia NextPop, pod której skrzydłami tworzy wspomniany wcześniej Fismoll. Z kolei Oly smuci się muzycznie za pomocą kalimby i ukulele, swój debiut zapowiada na jesień, a jakiś czas temu mogła zaprezentować się na scenie programu telewizyjnego Dzień Dobry TVN. Miłośnikom melancholijnych brzmień warta polecenia jest także muzyka niedawnych debiutantów Tobiasza „Coldaira” Bilińskiego, który powrócił ze swojej trasy koncertowej po USA, oraz Daniela Spaleniaka, który śmiało mógłby trafić na krążek Nicka Cave’a.


Warty podglądania jest także Błażej Król, który po dwóch płytach nagranych z UL/KR zawiesił działalność zespołu i nagrał debiut solowy wydany pod własnym nazwiskiem. Krążek „Nielot” to jedno z największych wiosennych objawień tego roku.

Przez sample do serca

Narzekać też nie mogą fani muzyki elektronicznej, mamy bowiem niezłą reprezentację, która może stać się nadzieją na światowe sceny electropopu. W dniu premiery albumu ich krążek okrzyknięto najbardziej wyczekiwaną polską płytą. Kamp! ‒ a o nich mowa, to łódzkie trio, które powinno założyć własną firmę odzieżową wypuszczającą na rynek bluzy z kapturami, które są ich znakiem rozpoznawczym. To, co ujmuje mnie w nich najbardziej, to fakt pewnej samodzielności, bowiem album stworzyły tylko trzy osoby, dodatkowo wydając go sumptem własnej wytwórni Brennnessel Records. Jak w Polsce, równie sławni są w krajach latynoamerykańskich. ‒ Latynosi mają bardzo podobny zmysł melodii i harmonii do Polaków. Oni uwielbiają melodyjne rzeczy ‒ dodaje zespół. Z wytwórnią Kamp! związany jest także duet Rebeka ‒ Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny, którzy do sklepów wypuścili „Helladę”, album z mieszanką eksperymentalnego popu i elektroniki. W trakcie ich lubelskiego koncertu zostałem zaintrygowany faktem, że zespół odegrał wszystkie kompozycje na instrumentach, nie wyręczając się zestawem sampli. Rebeka to jeden z najbardziej utalentowanych duetów w Polsce, pozostający może jeszcze w kuluarach salonów i sławy, ale krok po kroku zdobywający swoją publiczność. Pomimo tego, że projekt miał swoje początki w 2008 roku, to dopiero niedawno stał się subtelnym, klimatycznym zjawiskiem na naszej rodzimej scenie. Polscy fani młodej elektroniki powinni równie często przeglądać nowe produkcje wydawnictwa U Know Me Records, pod których szyldem działa m.in. duet XxanaXX, który według fanów „to najlepszy dowód na to, że producenci X Factor nie są potrzebni, by osiągnąć karierę”. Zespół założony w 2012 roku tworzy Klaudia Szafrańska oraz Michał Wasilewski i już mają za sobą występy na renomowanym festiwalu Opener oraz Audioriver. Pod ich wytwórnią działa także Kixnare, a dokładniej Łukasz Maszczyński, którego singiel „Gucci Dough” był jednym z kandydatów na polski utwór 2013 roku.

Lekkość i energia

Muzyczną karierę można zacząć także od wspólnego jedzenia pierników. Doskonałym potwierdzeniem tej tezy jest historia zespołu Lilly Hates Roses, który w moim zestawieniu przypadnie fanom amerykańskiego folku. Duet tworzy Kasia Gołomska i Kamil Durski, którzy do LHR przynieśli ze sobą wcześniejsze doświadczenia muzyczne. Ich debiutancki singiel „Youth” został zauważony przez radio KEXP (USA) oraz brytyjski magazyn NME. Ten utwór miał tak magiczną siłę, że udało im się zorganizować trasę (7 koncertów) w oparciu o tę jedną piosenkę! ‒ Ludzie wiedzą, że mieliśmy jeden numer i spodziewali się, że reszta to nie dubstep ‒ dodaje Kamil Durski. Lilly Hates Roses to także laureaci drugiej edycji Make More Music, konkursu Empiku dla muzycznych debiutantów grających autorskie kompozycje. Na playlistach radosnych fanów alternatywy wylądować powinna również Marcelina ‒ prawdopodobniej jedyna polska artystka o indiańskiej duszy. Większy rozgłos dał jej nie tyle album „Wschody Zachody”, ile duet z Piotrem Roguckim przy okazji utworu „Karmelove”. Marcelina to słodka artystka z domieszką chili, która na swoje największe sukcesy musi jeszcze poczekać. Potwierdzenie muzycznego hasła „od zera do bohatera”. Fanom lekkich brzmień godna polecenia jest także Kari Amirian, zespół BOKKA oraz Fair Weather Friends. Choć wielu mogłoby polemizować z tym stwierdzeniem ‒ polscy młodzi artyści nie mają w tym kraju lekko, w szczególności, że nie bierzemy żadnej odpowiedzialności za chociażby początkowy przebieg ich rozwoju, kariery, nie wspomagając ani środkami technicznymi, ani nawet czasami zakupem najtańszego biletu. Niechętnie odwiedzamy sklepy muzyczne, a jeżeli mamy zamiar pójść na koncert, to najchętniej ten „na dni miasta pod chmurką”, który nie wymaga od nas wyłożenia grubszej ilości finansów. Wytłumaczeniem dla wielu jest reprezentowany przez nich niski poziom artystyczny, aczkolwiek znamy przykłady wielu, którzy początkowo niezauważalni, stali się ikonami dopiero po pewnym czasie. Kamp!

foto4[19] Michał Włodarczuk magazyn lubelski 2014 59


kultura – okruchy Ex Thesauro Universitatis W Muzeum Okręgowym w Rzeszowie została otwarta wystawa Ex Thesauro Universitatis ze zbiorów sztuki KUL. Ta wędrująca wystawa odwiedziła już muzea w Suwałkach, Lesznie i Kozłówce. Na wystawie prezentowanych jest 350 obiektów, które na co dzień wykorzystywane są w procesie kształcenia studentów historii sztuki. Są to m.in. obrazy i rysunki wybitnych artystów polskich, m.in. Piotra Michałowskiego, Jana Matejki, Józefa Chełmońskiego, Jacka i Rafała Malczewskich, Józefa Pankiewicza i Jerzego Nowosielskiego. Na szczególną uwagę zasługują obrazy: Ecce Homo niderlandzkiego naśladowcy Juana de Flandes z około 1574 r., Sacra Conversazione związana z czynnym w Wenecji w poł. XVI w. warsztatem Francesca Rizzo da Santacroce oraz Polowanie Hendrika Verschuringa z 1646 r. Wystawa Ex Thesauro Universitatis była wiodącym wydarzeniem IX edycji Europejskiej Nocy Muzeów w Rzeszowie. Kolekcję można oglądać do 31 sierpnia w barokowych wnętrzach dawnego klasztoru oo. pijarów, obecnie gmachu głównym rzeszowskiego muzeum przy ul. 3 Maja 19. (Lidia Jaskuła)

NMP i św. Augustyna w Kraśniku za konserwację prezbiterium kościoła parafialnego, państwu Barbarze i Dariuszowi Chwesiukom za remont i konserwację pałacu w Cieleśnicy oraz Gminie Lublin za konserwację i restaurację powizytkowskiego zespołu klasztornego w Lublinie i jego adaptację na potrzeby miejskiego Centrum Kultury. Były to realizacje skomplikowane pod względem konserwatorskim, ale trzeba przyznać, że efekt jest wyjątkowy. (ms)

Żurawie 2014 Zakończyła się już siódma edycja projektu „Żurawie – Lubelskie Wyróżnienia Kulturalne”. Na uroczystej gali, która miała miejsce w siedzibie Radio Lublin, nagrody finansowe przyznane przez Krzysztofa Żuka, Prezydenta Miasta Lublina, i statuetki „Żurawi” ufundowane przez Urząd Marszałkowski Województwa Lubelskiego odebrali: w kategorii „Słowo” Mateusz Nowak – filolog i logopeda, w kategorii „Dźwięk” Adam Lato – producent muzyczny, w kategorii „Obraz” Marta Zgierska – fotografka i w kategorii „Animator” Monika Czapka, bibliotekarka związana z Fundacją „5 Medium”. Po raz kolejny dzięki organizatorom tej nagrody, którymi są Fundacja Kultury Audiowizualnej „Beetle” i Radio Lublin, wyłoniono młodych i zdolnych artystów działających w Lublinie. I niech te „Żurawie” niosą ich jak najwyżej. (ms)

(qz)

Wyjątkowe realizacje Od piętnastu lat Wojewódzki Konserwator Zabytków w Lublinie w konkursie o „Laur Konserwatorski” nagradza konserwatorów i gospodarzy budynków, którzy przywracają dawny blask zabytkom i czynią je funkcjonalnymi. Tegoroczne cztery główne nagrody przyznano: Gminie Biała Podlaska za odtworzenie barokowego ogrodu na terenie zespołu zamkowego Radziwiłłów w Białej Podlaskiej, Parafii Rzymskokatolickiej pw. Wniebowzięcia

60

magazyn lubelski 4[19] 2014

KODY Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej KODY w Lublinie wystartował z niebywałym koncertem pochodzącego z San Francisco kwartetu smyczkowego Kronos Quartet. Ten istniejący od 40 lat zespół łączy w sobie to, co jest ideą KODÓW, czyli nowatorstwo i klasykę. Niemal prosto z jubileuszu, który miał miejsce w Carnegie Hall, muzycy zaprezentowali w Lublinie najnowszy materiał „The Serquent Risadome” Terry’ego Rileya. Przy okazji warto przypomnieć, że komisarzem festiwalu jest wybitny kompozytor, pianista i improwizator – Jerzy Kornowicz. A zaproszenie Kronos Quartet jest jeszcze jednym dowodem na to, że Lubelszczyzna znakomicie wpisuje się w tygiel kulturowy i wielowątkowość w muzyce. Ale to dopiero początek, bowiem już w lipcu w Lublinie festiwal Inne Brzmienia. (maz)

(qz)

Piękny 70-latek Muzeum Zamoyskich w Kozłówce obchodzi w tym roku swoje 70-lecie, a także 20-lecie Galerii Socrealizmu. Wiek dodaje muzeum coraz większego splendoru. To nie tylko jedna z najlepiej zachowanych siedzib magnackich w Polsce, ale też znakomita oferta wystawiennicza. Poza stałymi ekspozycjami i zadbanym ogrodem muzeum zaplanowało liczne imprezy urodzinowe: koncerty, spektakle teatralne i wystawy, w tym dopiero co otwartą retrospektywną wystawę grafik Barbary i Stanisława Bałdygów. Główna impreza wystawiennicza tego roku „Zaczęło się w Kozłówce” będzie miała miejsce w lipcu. A tymczasem dobra wiadomość dla tych, którzy lubią odwiedzać Muzeum Zamoyskich w środku tygodnia – w środy wejścia są za darmo. (pod)


kultura – okruchy Krzysztof Borowiec „In Memoriam” W niedzielę 4 maja 2014 roku zmarł w Lublinie Krzysztof Borowiec (ur. 1951), twórca lubelskiego teatru alternatywnego Grupa Chwilowa. Za debiut zespołu uznaje się wieczór poetycki Gdzie postawić przecinek (1975). Już rok później na I Konfrontacjach Młodego Teatru w Lublinie wystawił Scenariusz (1976). Pod reżyserią spektaklu, który był prezentowany m.in. w niemieckim Scheersbergu, podpisali się wspólnie Krzysztof Borowiec i Jerzy Lużyński. Kolejne premiery to: Pokaz (1977), Lepsza przemiana materii (1978), Martwa natura (1980), Cudowna historia (1983) i Postój w pustyni (1991), który zdobył na festiwalu w Edynburgu główną nagrodę Fringe First. (fó) (gal)

Jazzowo Już po raz szósty odbył się Lublin Jazz Festival, jedno z największych wydarzeń tego typu w Polsce. Między 25 a 27 kwietnia w Centrum Kultury w Lublinie w mocno zróżnicowanym programie znaleźli się m.in. Victor Wooten, który znajduje się na liście dziesięciu najlepszych basistów wszech czasów według czytelników magazynu „Rolling Stone”, zespół Mop Mop Sound System, który nagrał ścieżkę dźwiękową do filmu Woody`ego Allena „Zakochani w Rzymie”, Philipp Jagschitz Trio, Semafor Combo, Ravi Coltrane Quartet oraz lubelski zespół Tatvamasi. Jak twierdzi organizatorka festiwalu Barbara Luszawska: – Na koncertach pojawia się dużo młodych ludzi, co nie jest typowe dla tej muzyki np. w Niemczech czy Austrii. Panuje dobra, twórcza atmosfera, artyści się dobrze u nas czują, co sprzyja tworzeniu jam session. Jedno z takich spotkań zaowocowało nagraniem płyty przez zespół Hera i Hamida Drake'a, spontanicznie zagrali ze sobą, a efektem tego było powstanie płyty „Seven Lines”. (kaw)

Medal „Powstanie w Getcie Warszawskim” Robert Kuwałek – pracownik Muzeum na Majdanku, historyk zajmujący się badaniami dziejów Zagłady otrzymał 17 kwietnia br. medal „Powstanie w Getcie Warszawskim”. Wyróżnienie przyznawane jest co roku przez Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej. Otrzymują go osoby szczególnie zasłużone dla budowy dobrych stosunków polsko-żydowskich, występujące przeciwko przejawom ksenofobii, nacjonalizmu i antysemityzmu. (fó)

Koncertowy doktorat Okazuje się, że koncert może być pracą naukową. „Powróćmy jak za dawnych lat” jest częścią przewodu doktorskiego lubelskiego muzyka jazzowego, kompozytora i dyrygenta Tomasza Momota, który do udziału w tym naukowym przedsięwzięciu zaprosił nie tylko swoją orkiestrę, kwartet „Cztery czwarte”, ale również solistów wykonujących repertuar międzywojennych piosenek. Pięknie zaśpiewali je Artur Gadowski, Tomasz Rakowski, Jan Kondrak, (Patryk Mizerski) Krzysztof Cugowski, Tomasz Korpanty i Natalia Wilk. Doktorantowi zostaje jeszcze do zdania język angielski oraz obrona międzywojennym. Ale póki co powtórka pracy poświęconej muzycznym i histokoncertu 12 czerwca w Centrum Kongrerycznym aspektom piosenki w XX-leciu sowym UP w Lublinie. (maz) REKLAMA

magazyn lubelski 4[19] 2014

61


historia

Lwowskie smaki O

statni długi weekend majowy we Lwowie – pierwsze, co się rzuciło w oczy, to brak Polaków na ulicach. Zazwyczaj w długie weekendy grupy polskie stanowią zdecydowaną większość turystów (fó) w tym mieście. W tym roku Polaków we Lwowie było jak na lekarstwo. Niestety, ludzie w Polsce, zamiast myśleć, patrzeć na mapy (gdzie Lwów, a gdzie Słowiańsk, Donieck, Odessa?), chłoną jedynie papkę medialną i chyba lubią się straszyć. LWÓ JEST BEzpieczny! Nie ma tam walk, zamieszek. Miasto funkcjonuje normalnie, w tym restauracje, kawiarnie i targi i temu aspektowi Lwowa chciałbym poświęcić moje rozważania, a jest o czym i nie wiem, czy miejsca mi tutaj wystarczy. Kawa lwowska – z niej słynie Lwów. W historycznym centrum i w nowych dzielnicach są różne sieci specjalistycznych sklepów z kawą, połączonych od razu z kawiarniami, gdzie kawy różnych

Pan Edzio w Atlasie.

62

(kuw) magazyn lubelski 4[19] 2014

gatunków i smaków można popróbować, przegryzając pysznymi ciastkami. Kiedy mam czas, zazwyczaj wstępuję do „Manufaktury kawy” przy przedwojennej ul. Sobieskiego (dzisiaj Braci Rohatyńców), by zakupić swoje ulubione gatunki kawy. Proszę też o zmielenie, za to potem zazwyczaj mam problem w pokoju hotelowym, bo zapach świeżo mielonej kawy jest dominujący i nie pomaga podwójne opakowanie. Lwów zawsze słynął z kawiarni i teraz wraca do dawnej tradycji, wskrzeszając nawet te, które funkcjonowały przed II wojną światową. Takim przykładem jest kawiarnia i restauracja „Atlas” w rynku. Do 1939 r. było to bardzo popularne miejsce wśród lwowskiej inteligencji, a także lokalnych polityków, w tym posłów i senatorów na Sejm RP. Nazwa lokalu pochodziła od nazwiska właściciela. Oczywiście, w czasach sowieckich nie było mowy o tym, żeby ten lokal mógł funkcjonować normalnie. Była tu jakaś podrzędna kawiarnia, ale podobno nawet za Sowietów Lwów słynął z dobrej kawy. „Atlas” odrodził się chyba w grudniu zeszłego roku. Przywrócono mu nawet elementy dawnego wyposażenia ze słynnym „Panem Edziem” na czele, czyli nazwą toalety. Kawę mają bardzo dobrą, nie


omieszkałem spróbować. Podobnie jak wybór win. Karta dań to reprint karty przedwojennej, a można w niej znaleźć takie potrawy, jak flaczki po lwowsku, żurek polski czy bogracz. Przyznam się, nie próbowałem. Za to moje współtowarzyszki podróży próbowały ciastek – podobno rewelacyjne. Cenowo – raczej drogo, ale jeszcze nie są to ceny, które mogłyby zwalić z nóg turystę z Polski, zwłaszcza przy obecnym kursie hrywny. Wegetarianizm po lwowsku – to zjawisko kompletnie nowe. Kuchnia galicyjska i ukraińska to potrawy preferujące tłuszczyk. Oczywiście, są też potrawy mączne, jak słynne warenyky, czyli pierogi z kartoflami lub kartoflami i serem, ale i one lubią się kąpać w tłuszczyku lub śmietanie. Można też spróbować przepysznych derunów, czyli placków kartoflanych, które podaje się z różnymi sosami, w tym także mięsnym. Najlepsze pierogi i placki jadłem we Lwowie w niewielkiej restauracyjce „U pani Stefy”, położonej na Wałach Hetmańskich, niedaleko pomnika Mickiewicza. Jednak dla wegetarian, a już zwłaszcza dla wegan, Lwów i w ogóle Ukraina raczej nie były łaskawe. Wreszcie i dla nich zaświeciło światełko w tunelu. W tym roku, na Starym Mieście, przy dawnej ul. Sobieskiego, obok „Manufaktury kawy” swoje podwoje otworzyła pierwsza we Lwowie wegetariańsko-wegańska restauracja „Green”. Konsumpcję w niej można połączyć z zakupami spożywczymi, albowiem funkcjonuje tu niewielki sklepik. Restauracja jest miła, nieco hipsterska, a poszedłem tam ze względu na jedynego w naszej niewielkiej grupce weganina. Potrawy były smaczne. Ja akurat zamówiłem sobie sałatkę Oliwie, czyli naszą wielowarzywną, ale tutaj podawana była bez majonezu, za to z jakimś sosem przypominającym go, i bez mięsa, bo na Ukrainie zazwyczaj do tej sałatki podaje się mięso. Na drugie był makaron ryżowy z warzywami w stylu tajskim. Inni zamawiali sobie wegańską wersję śledzia pod szubą, gdzie śledzia zastąpiła trawa morska – przyznam, że interesujący smak, lub wegański chłodnik (kucharz, gdzie przyprawy?!). „Green” odróżnia się od innych restauracji ukraińskich również tym, że nie podaje się tam żadnego alkoholu, a do picia serwuje się soki i kompot z suszu. Nie jestem wegetaria-

(kuw)

(kuw)

ninem, ale to doświadczenie uważam za interesujące. Targi lwowskie – to miejsce, które ma w sobie coś. Nie lubię chodzić na Rynek Krakowski, ponieważ jakoś dziwnie mi się robi zakupy na cmentarzu. Tak, to nie pomyłka. Przedwojenny Rynek Krakowski to dzisiejszy targ Dobrobyt, ulokowany w dużej mierze na miejscu, gdzie stała Wielka Synagoga Przedmiejska, ale wokół niej zawsze był targ. Natomiast obecny Rynek Krakowski mieści się na terenie dawnego starego cmentarza żydowskiego, zniszczonego w czasie wojny i zaraz po niej. Wolę chodzić na Dobrobyt. Czegoż tam nie ma: warzywa, owoce świeże i suszone, wędliny, w tym sało, które smakuje mi bardzo, ale tylko we Lwowie. Hitem ostatniego czasu są przyprawy. Na Dobrobycie sprzedaje je młody Ormianin lub Kirgiz. Ktoś by pomyślał, co tam przyprawy? Ale ten chłopak z umiejętnością magika miesza je ze sobą, tworząc coś zupełnie nowego i przy tym pięknie pachnącego. Obok niego stoi chyba jego ojciec i sprzedaje kiszone na ostro pomidory, bakłażany i paprykę. Świetna zakąska! Nowością był starszy pan, hodowca kóz spod Lwowa i producent serów kozich. Za serami tymi normalnie nie przepadam, ale te były bardzo dobre. Nie omieszkałem kupić. Pan z serami pojawia się tylko w piątki i po lwowsku zachęca: „Wsiadajcie w piątki w pociąg lub autobus i przyjeżdżajcie do Lwowa na dobre sery”. Ja bym dodał: jedźcie w ogóle do Lwowa – po smaki i wrażenia, a przy tym nie ma się czego bać.

Sało i inne kiełbasy na targu we Lwowie.

Królestwo przypraw. Obok: wegańska szuba.

(kuw)

magazyn lubelski 4[19] 2014

63


moda

Inspiracje z natury foto, tekst, make-up, kostiumy Paweł Totoro Adamiec

N

atura, jako źródło inspiracji, pozwala na korzystanie z różnorodnej gamy motywów. Zasoby wzorców w postaci kolorów, form i zjawisk odnajdziemy na każdym poziomie jej komplikacji. Zarówno zaczynając od spojrzenia krajobrazowego, jak i detalicznego, mamy możliwość doszukiwania się szeroko pojętego piękna. W naturze zamknięta jest najdoskonalsza estetyka, dzięki czemu wzorowanie się na jej dowolnych formach umożliwia uzyskanie wspaniałych efektów. Zależności zaczerpnięte z przyrody wykorzystać możemy również w stylizacjach, zarówno ubioru, makijażu, jak i włosów. Wykorzystujmy gotowe wzorce, przenosząc układy grafik, kształtów i barw, na przykład ze skrzydeł motyli czy barwnych kwiatostanów, jako inspiracji do make-upów, strojów i dodatków. Metalowa broszka bądź spinka do włosów w kształcie ważki czy wzory liści paproci na materiale nie tylko są piękną ozdobą kreacji, ale zaserwowane z gustem nadają jej wymowności. Aby w każdym procesie twórczym (stylizacje, fotografia, malarstwo, rysunek, rzeźba) osiągnąć satysfakcjonujące nas rezultaty, muszą zostać utrzymane odpowiednie warunki. Najważniejszą rolę, prócz umiejętności technicznych, gustu i doświadczenia autora, odgrywa wrażliwość. Pozwala ona na kreatywne interpretowanie zachodzących procesów czy motywów oraz pokazywanie ich we właściwy sposób. Dzięki niej możliwy jest rozwój emocjonalny człowieka oraz jego pojęcie artyzmu. Pamiętajmy, że zmysł wzroku odgrywa w naszym życiu najważniejszą rolę. Obraz determinuje nasze samopoczucie, ponieważ instynktownie poszukujemy elementów pięknych. Dlatego tak ważne w kreowaniu jest zachowanie równowagi pomiędzy formą a treścią oraz czytelności, różnorodności i rozpoznawalności prezentowanych tematów. Oddziałując barwą, światłem, formą i kompozycją, można wpływać na odbiorców i ukazywać im nową estetykę, której nie dostrzegają, oraz wywołać emocje, których się nie spodziewali.

PAWEŁ TOTRO ADamiec fotograf, charakteryzator, projektant; wykładowca KUL, Lubelskiej Szkoły Fotografii i SPpsS Lublin. Współzałożyciel Fundacji Kultury Audiowizualnej beetle.pl oraz członek składu Agencji Multimedialnej kaiju.pl. Autor okładki do pierwszej polskiej encyklopedii mody Fashion Book Poland. Laureat Żurawi 2011. W swoich pracach ukazuje mocno teatralną i zniekształconą rzeczywistość wraz z wprowadzonymi w nią osobliwymi postaciami. Tworząc kreacje i makijaże, często sięga po nietypowe materiały i techniki. Inspiracje odnajduje w przyrodzie, baśniach, muzyce oraz w świecie mody, stawiając na innowacyjność przedstawionych historii oraz na możliwość dowolnej ich interpretacji.

64

magazyn lubelski 4[19] 2014

modelka Wioletta Grzelak


modelka Maria Januszczyk

modelka Michalina Dziel

modelka Daria Zdolska

magazyn lubelski 4[19] 2014

65


integracja

Janusz

tekst Maciej Skarga

J

(now)

66

anusz Stefaniuk przez wiele lat pracował na tłoczni w dawnym FSC. Obsługiwał prasę, która tłoczyła narożniki do samochodów „Lublin” i „Żuk”. Miał doświadczenie i dbał o bezpieczeństwo. Codziennie sprawdzał prasę przed uruchomieniem i był pewien jej niezawodnego działania. Jednak pewnego dnia zdarzył się nieprzewidziany moment, który potocznie często nazywa się złośliwością przedmiotów martwych. Nagle na hali zabrakło zasilania. Prasa stała się bezwolna. I zanim tuż po włożeniu do niej nowego arkusza blachy zdążył cofnąć prawą dłoń – ciężki kloc metalu tłoczącego opadł na nią i zmiażdżył mu palce. Znalazł się szpitalu. A tam amputacja palców, dość długie leczenie samej dłoni i wreszcie rehabilitacja. Miał dobrą opiekę i najbliższych przy sobie. A mimo tego zaczęły go nachodzić różne czarne myśli. – Miałem – wspomina – nawet myśli samobójcze. Bo cóż tu teraz ze mną będzie? Do dotychczasowej pracy się nie nadawałem. Do innej pewnie bez sprawnej prawej ręki nikt także mnie nie weźmie. Czyli jestem do niczego i nikomu nie będę już potrzebny. A być tylko ciężarem w domu? Nie, tego sobie zupełnie nie wyobrażałem. Byłem załamany. Na szczęście lekarz prowadzący jego przypadek odbył z nim wiele rozmów, przekonując, że nie musi być tak, jak myśli. W końcu poza niedowładem dłoni i kikutami palców jest jeszcze silny i zdrowy. Ponadto ma przecież sprawną lewą rękę. Trzeba tylko chcieć – podpowiadał. Panie Januszu, głowa do góry! Uwierzył. Wziął się w garść, co było tym łatwiejsze, że w FSC przyjęli go serdecznie i dali drobną pracę w kontroli jakości detali. Niestety, FSC niebawem rozwiązano. Znowu pozostał bez żadnego zajęcia. I wtedy, podobnie jak kilku innym niepełnosprawnym, pomógł mu Krzysztof Chudy, prezes lubelskiego Zakładu Obróbki Mechanicznej, mieszczącego się w jednej z dawnych hal FSC. W 2006 roku przyjął go do pracy, dając mu stanowisko przy maszynie, przy której jego niepełnosprawność nie stanowi przeszkody. – Istniejemy od 2002 roku – mówi Krzysztof Chudy. – Robiliśmy obróbkę mechaniczną odlewów odkuwek i konstrukcji spawanych. Dostarczaliśmy komponenty do produkcji samochodów osobowych

magazyn lubelski 4[19] 2014

i dostawczych. M.in. Fiata w FSO. Obecnie gro produkcji to oprzyrządowanie dla przemysłu metalowego na rynku: Polski i Niemiec. Ale robimy też do Austrii i Anglii korpusy do koparek. Mamy obrabiarki konwencjonalne, używane jako maszyny pomocnicze, i obrabiarki sterowane numerycznie do produkcji podstawowej. I na takiej właśnie pracuje pan Stefaniuk. Jesteśmy z jego pracy zadowoleni. Maszyna o dwóch niewielkich boksach. W każdym z nich metalowy bęben z uchwytami. Pan Janusz bierze w lewą rękę niewielki kwadrat z otworami, który w efekcie ma służyć jako przycisk uszczelki. Wkłada go do pierwszego bębna i pokręcając specjalnym kluczem, dociska uchwyt. To samo robi w drugim bębnie. Po czym zamyka metalowe drzwi i wewnątrz już maszyna, sterowana numerycznie, wykonuje odpowiedni szlif. Potem tylko wyjąć te elementy, sprawdzić ich jakość, założyć kolejne i chwilę poczekać. Praca absolutnie nieuciążliwa i bezpieczna. I nie wymaga obu sprawnych rąk. Trzeba mieć tylko, jak Janusz Stefaniuk z dawnych lat pracy w FSC, nabyte doświadczenie w podstawowej obsłudze takich urządzeń. – Dzięki temu, że nasz prezes dał mi stanowisko, na którym mogę pracować, stanąłem na nogi i zacząłem inaczej myśleć – stwierdza. – Otworzyłem się na świat. Poczułem i czuję, że jestem jeszcze potrzebny i nie jestem jednak taki do niczego. Siedem lat już pracuję. Czyli się sprawdzam. Co mi daje praca poza zarobkiem? Ot, choćby to, że po tylu latach tu przepracowanych coraz częściej przestaje się odczuwać, że jest się niepełnosprawnym. Gdybym nie miał tej pracy, to by było o wiele gorzej. Obecnie można powiedzieć, że jest nawet o wiele lepiej niż sobie na początku zakładał. Bowiem nie tylko sobie, ale i innym pomaga. Jego bliski kolega, który stracił nogę, do niedawna był kompletnie załamany. W sumie nie chciało mu się żyć. Stefaniuk był jednak uparty i tak długo mu tłumaczył, podając przy tym siebie jako dobry przykład, że wreszcie kolega podjął pracę. Drobną i w miarę swoich możliwości, ale zawsze. – Mam teraz z tego powodu wielką satysfakcję – podkreśla. – A to wszystko jest wynikiem tego, że sam uwierzyłem w siebie i czymś się zająłem, zamiast, jak wielu w podobnych sytuacjach, schować się w domu czy też w narożniku ulicy. Janusz Stefaniuk ma dla innych niepełnosprawnych swoje hasło: Ludzie, nie załamujcie się i bądźcie tacy, jacy byliście przed kalectwem. Jak będą chęci, to i praca się znajdzie. I ma niewątpliwie rację.


pedagog

Zły sen Heideggera, czyli Dzień Mówienia Prawdy

M

iałam pewne profetyczne przeczucia i ta wizja (ku mojemu przerażeniu) nabrała rzeczywistych kształtów. Czyżbym uwierzyła w kolejny koniec świata? Odkąd przespałam ten, który miał się wydarzyć w pewien lipcowy poranek, przestałam ufać apokaliptycznym przepowiedniom. Jednak 4 maja Twitter ujawnił to, czego obawiałam się od dłuższego czasu. Pod tą datą kryje się Dzień Mówienia Prawdy. Nie jest to żadne święto, którego odsłona następuje przy wyrwaniu kartki z kalendarza, ale #hashtag – dla niewtajemniczonych, do których i ja należę, to fraza lub słowo poprzedzone symbolem „#”. Dzięki niemu łatwo zlokalizować w internecie dyskusję na wybrany temat. Wystarczy „klik” i znak ten przenosi nas do wszystkich wpisów, w których użyto danego hasła. Pokolenie tzw. digital natives, czyli „sieciowych tubylców”, posiadło tę tajemną moc lokalizowania dyskusji na dany temat. Dla nas, dinozaurów, może brzmieć to cokolwiek skomplikowanie, ale dla naszych dzieci jest to chleb powszedni. Jedna z amerykańskich badaczek twierdzi, że „rodzice nie do końca rozumieją, czym jest internet dla nastolatków, demonizują i moralizują. Chcą w ten sposób chronić dzieci przed nieznanym. A nieznanego zawsze się boimy. Może czas więc poznać swego „wroga” i zajrzeć na Facebooka?”. Zajrzałam więc do sieci i to, co zobaczyłam, nie napawa mnie optymizmem. Oto próbka moich poszukiwań. Jedna z nastolatek pisze: „Chciałabym mieć na T przyjaciółkę, której bym mogła wszystko powiedzieć”, druga zaś dodaje: „uwielbiam wchodzić na twitera, tu prawie każdy jest miły, zawsze można z kimś popisać i czasem nawet liczyć na pomoc”. Dalej nie jest lepiej: „na zewnątrz jestem twarda, ale wewnątrz dużo rzeczy mnie tak boli, że niektórzy byliby przerażeni, gdyby wiedzieli” i wreszcie „tak serio to wszystko ukrywam przed realem”. Spełnił się więc zły sen Martina Heideggera: „Technika pokonała wszystkie oddalenia, jednak nie uprzystępniła żadnej bliskości”. Obecnie zaciera się granica pomiędzy światem wirtualnym a realnym. Nie mówię jednak o „pomieszaniu rzeczywistości”.

Nie twierdzę też, że młodzież, tkwiąc z nosem w smartfonie, nie wie, co tak naprawdę dzieje się wokół. Ale nie jestem pewna, czy dzieci zdają sobie z tego sprawę, że odzierają się z anonimowości. Czy wykrzyczenie bólu, ekshibicjonizm emocjonalny, wyrażenie zagubienia i niepewności siebie nie wystawia ich na żer wirtualnych hien? Nie należę do przeciwników Internetu. Sama jestem jego użytkownikiem, zachęcam innych do wykorzystywania tego narzędzia, ale mam świadomość wszelkich niebezpieczeństw, jakie za sobą niesie. Nic nie zastąpi kontaktu z drugim człowiekiem, ale tym osobistym, czasem intymnym (to o bliskości dusz, a nie ciał). Dla uzupełnienia tych „przemyśleń” sięgnęłam też do komentarzy. Jeden z nich jest niezwykle czytelny: „Jak widać, wynalazki takie jak Twitter, Facebook (wbrew temu, co obiecują) wcale nie przybliżają ludzi do siebie i nie czynią ich szczęśliwszymi, i o dziwo – wcale nie łamią barier w międzyludzkiej komunikacji. Jedno, co robią, to na pewno ją spłycają”. Czy zatem sprawa jest beznadziejna? Nie do końca. Paweł Tkaczyk, ceniony ekspert zajmujący się portalami społecznościowymi, twierdzi, że na social media trzeba mieć swego rodzaju „prawo jazdy”. Trzeba wiedzieć, jak się go używa. I nie chodzi tu o stałą kontrolę prywatności nastolatka w imię jego bezpieczeństwa, rodzicielską inwigilację czatów, zaglądanie przez ramię lub szlaban na komputer i zabieranie telefonu komórkowego. Rzecz w edukacji, która ma do odegrania kolosalna rolę, ale też w rozumnym stosunku rodziców do nowoczesnych technologii. Nikt i nic nie zatrzyma ich rozwoju. Dorośli powinni uczyć prawidłowych relacji międzyludzkich, wiary w drugiego człowieka i konieczności mówienia prawdy, która jest cnotą polegającą na tym, „by okazywać się prawdziwym w swoich czynach, by mówić prawdę w swoich słowach, wystrzegając się dwulicowości, udawania i obłudy”.

Wystarczy „klik” i znak ten przenosi nas do wszystkich wpisów, w których użyto danego hasła. Pokolenie tzw. digital natives, czyli „sieciowych tubylców”, posiadło tę tajemną moc lokalizowania dyskusji na dany temat.

magazyn lubelski 4[19] 2014

67


kuchnia

O Janowach

L

ubelskie to kraina przeciwności i kontrastów. Leżąca między dwiema najważniejszymi rzekami Polski ‒ Wisłą i Bugiem. Między płaskim piaszczystym Podlasiem a puszczańskim Roztoczem. Obejmuje obszar Niziny Południowopodlaskiej, Polesia Wołyńskiego, Wyżyny Lubelskiej, Wyżyny Wołyńskiej i Kotliny Sandomierskiej. Przyrodniczo również zróżnicowana między bagniskami i torfowiskami a zalesionymi wzgórzami. Historycznie przez wieki zamieszkiwana przez ludność różnych nacji i kultur wytworzyła tak różnorodne formy kulinarne, że trudno nam mówić kompleksowo o kuchni Lubelszczyzny, tak jak możemy powiedzieć o kuchni Kaszubów czy Ślązaków. Lubelska kuchnia jest zbiorem wielorakich kultur i tradycji. Na krańcach województwa znajdują się dwie historyczne miejscowości, na północy Janów Podlaski (o statusie miasta jeszcze do 1946 r.), słynny z hodowli koni czystej krwi arabskiej oraz corocznych aukcji koni przyciągających hodowców i wystawców z kraju i z zagranicy. Założona w 1817 roku państwowa stadnina koni to najbardziej znana i najstarsza stadnina w Polsce. Na południu mamy powiatowy Janów Lubelski, który historycznie powstał jako ośrodek administracyjny i handlowy dla okolicznych dóbr Ordynacji Zamojskiej. Na północy na polach króluje ziemniak, a na południu gryka, oczywiście jest to daleko idące uproszczenie, jednak warunki glebowe i kultura upraw odbija się bardzo wyraźnie w kuchni lokalnej. Wspaniałe cepeliny, kartacze, kiszki ziemniaczane, babki ziemniaczane, pyzy i wiele innych, wszystkie te dania wymagają kartofli do wykonania. Na południu gryczaki, kaszaki, hryczaki, jaglaki, pirogi (nie mylić z pierogami), bułki nadziewane gryczką, placki z mąki gryczanej, kasza prażona, biała... tutaj króluje kasza. A pomiędzy, w samym środku, leży Lublin i tutaj te dwie tradycje nakładają się, to tu możemy skosztować tych wszystkich potraw... ale mniejsza... Dla porównania niechaj tu będą przykładem najprostsze i zarazem najsłynniejsze dania lubelskie, „zwykłe” pierogi z różnymi farszami. Przy okazji odwiedzin brata w Białej Podlaskiej pojechaliśmy do stadniny janowskiej popatrzeć na wspaniałe konie arabskie. Po zwiedzaniu usiedliśmy w miejscowej jadłodajni, prosząc o jakiś miejscowy przysmak. Podano nam pierogi janowskie z farszem z ziemniaków, czosnku i boczku.

68

magazyn lubelski 4[19] 2014

Pierogi janowskie z ziemniakami Składniki: 0,5 kg mąki pszennej, 3 dag masła, ciepła woda, sól, gotowane ziemniaki, czosnek, boczek surowy lub wędzony, cebula, szklanka wody, sól, pieprz. Sposób przyrządzenia: Ziemniaki obieramy, myjemy, gotujemy w osolonej wodzie lub jak ja gotujemy w łupinach i obieramy. Boczek kroimy w małą kosteczkę, wytapiamy nie za mocno. Odkładamy do zmielenia, zostawiając część do okrasy. Na patelni na pozostawiony stopiony tłuszcz wrzucamy posiekaną cebulę, podsmażamy, pod koniec dodajemy posiekany czosnek, tak by się nie przypalił, bo będzie wtedy gorzki. Przepuszczamy wszystkie składniki przez maszynkę. Farsz doprawiamy do smaku. Z mąki, masła, ciepłej wody i soli wyrabiamy ciasto na pierogi. Z ciasta wykrawamy kółka, nakładamy farsz, sklejamy brzegi, uważając, by farsz nie dostał się między nie. Wrzucamy na osoloną, gotującą się wodę. Gdy pierogi wypłyną, wyławiamy je, układając dość luźno (można pokropić oliwą, olejem lub roztopionym masłem, by się nie skleiły). Na talerzu, podając, polewać tłuszczem ze skwarkami z roztopionego boczku. Na dorocznej imprezie odbywającej się w Janowie Lubelskim już od dwunastu lat pod nazwą Janowski Festiwal Kaszy „Gryczaki” (w tym roku 9‒10 sierpnia) można skosztować dziesiątek potraw wykonanych na bazie kasz wszelakich...Wspaniały festyn produktów regionalnych, na którym nie wypada nie być choćby raz na kilka lat. Pierogi janowskie z kaszą gryczaną Składniki: 0,5 kg mąki pszennej, 3 dag masła, ciepła woda, sól, szklanka kaszy gryczanej, szklanka wody, 0,75 szklanki mleka, 15 dag twarogu, sól, cukier, mięta. Sposób przyrządzenia: Z mąki, masła, ciepłej wody i soli wyrobić ciasto na pierogi. Kaszę ugotować w wodzie z mlekiem, wystudzić, dodać twarogu i soli. Wymieszać, dobrze wyrabiając. Niekiedy dajemy miętę do farszu, tak do wersji słodkiej, jak i wytrawnej. Farszem nadziewać kółeczka wycięte z ciasta. Gotować w lekko osolonej wodzie. Polewać masłem lub/i śmietaną, a wytrawne podawać ze skwarkami. Powodzenia i smacznego.


O

toczone ciągnącymi się aż po horyzont polami Podedwórze to perła wśród innych miejscowości położonych na Polesiu Lubelskim. Miejsce na krzyżowaniu się dróg dojazdowych na Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie, Białą Podlaską i do Parczewa. Jego znakiem rozpoznawczym są usytuowane w centrum gminy figura Chrystusa Frasobliwego z XVI wieku, zabytkowa kaplica rodziny Szlubowskich, słynąca ze znakomitej kuchni gospoda i malarsko udekorowany budynek Urzędu Gminy. Mało kto wie, że od 2007 roku gmina Podedwórze zajmuje pierwsze miejsce w pozyskiwaniu środków unijnych na jednego mieszkańca w kategorii gmin wiejskich. Dzięki temu w krótkim czasie zostały zamontowane kolektory słoneczne w 150 gospodarstwach domowych, a projekt wykorzystania energii odnawialnej został uznany za jedną z 10 najlepszych inwestycji w Polsce w 2012 roku. O ekologicznym charakterze gminy świadczą również nowoczesny system kanalizacji oraz odprowadzania odpadów. Dzięki dofinansowaniu z UE wybudowano ponad 7 km dróg asfaltowych. Na terenie gminy znajduje się już prawie 4 km ścieżek rowerowych, a w najbliższym czasie powstanie kolejnych 45 km. Z myślą o odwiedzających Podedwórze zostało zorganizowanych 5 miejsc rekreacji turystycznej. Aby łatwiej było przeprowadzać inwestycje, Podedwórze wraz z 4 sąsiednimi gminami Jabłoń, Wisznice, Sosnówka, Rossosz zawiązały partnerstwo „Dolina Zielawy”. Pomysł ten został wyróżniony przez ministra rozwoju regionalnego w 2012, a w roku 2013 Prezydent RP Bronisław Komorowski uznał „Dolinę Zielawy” za najlepsze partnerstwo w Polsce. Gmina Podedwórze jest gminą otwartą na nowych mieszkańców, którzy w krajobrazie zabytkowych poleskich chałup

Ewa Bilkiewicz, Andrzej Korniluk

Gmina Podedwórze Tam, gdzie rosną cynie i pachną rumianki

i wśród rozległych łąk i pól szukają wytchnienia od codzienności w aglomeracjach miejskich. Nie tylko w czasie letnich wakacji mieszkają tu malarze, aktorzy, pisarze i biznesmeni, przyjeżdżający z najodleglejszych stron Polski. Turyści odnajdują w atmosferze Podedwórza i okolicznych miejscowości i wsi to, co najlepszego jest w kultywowaniu miejscowej kultury i tradycji muzycznej, teatralnej i kulinarnej. Znajdując się na terenie gminy, trudno nie odwiedzić Krainy Rumianku – wioski tematycznej znajdującej się w pobliskim Hołownie. To zespół dawnego budownictwa drewnianego charakterystycznego dla Polesia Zachodniego, z wiejskim SPA, pracownią ceramiczną, potańcówkami w stodole i innowacyjnym ekologicznym domem z gliny i słomy. Ideą przewodnią tego miejsca są uprawy rumianku, z którego słynie okolica. Tegoroczne Święto Krainy Rumianku już 15 czerwca. W wydarzeniu weźmie udział m.in. unikalny zespół śpiewaczy „Rumenok” z obrzędem związanym z leczniczymi i magicznymi właściwościami rumianku pt. „Rumenok – zeło dywo dywelne”, który był bohaterem m.in. Festiwalu Gwary i Kultury Wschodniego Pogranicza, jaki odbył się w ramach projektu „Polesia czar zamknięty w słowach”. – Podedwórze jest gminą nietypową, innowacyjną i niezwykle nowoczesną. Stawiamy na rozwój mieszkańców, ale też jesteśmy otwarci na gości z zewnątrz. Oferujemy przestrzeń i krajobrazy, jakich nie ma gdzie indziej, miejsca do jeżdżenia rowerami, uprawiania nordic walking, zażywania kąpieli słonecznych i  smakowania regionalnej kuchni. U nas zajdziecie Państwo spokój, ciszę i świat, do którego chcielibyście uciec podczas urlopu – zaprasza Krzysztof Chilczuk, Wójt Gminy Podedwórze. www.gmina-podedworze.pl www.krainarumianku.pl www.dolinazielawy.pl magazyn lubelski 4[19] 2014

69


zaprosili nas

Na planie „Carte Blanche”

W

(sta)

iększość zdjęć do filmu „Carte Blanche” w reżyserii Jacka Lusińskiego już za nami. Film opowiada historię Macieja Białka, nauczyciela historii, który przez cztery lata ukrywał postępującą chorobę oczu. W tę postać wcielił się Andrzej Chyra. W filmie zobaczymy również m.in. Arkadiusza Jakubika, Urszulę Grabowską oraz odtwórcę roli Rudego z „Kamieni na szaniec” – Tomasza Ziętka. Zdjęcia były realizowane w lubelskich plenerach oraz szkole „Biskupiak” na Czwartku. W filmie bierze udział blisko sześćdziesięciu aktorów i kilkuset statystów wybranych podczas castingów. Współproducentem filmu jest Aurum Film z Lublina. Wstępna data premiery jest przewidziana na listopad 2014 roku. Film będzie dostępny również w wersji z audiodeskrypcją. (Dominika Siek)

70

magazyn lubelski 4[19] 2014

Wyścig kolarski tandemów

4

(sta)

maja w centrum Lublina został rozegrany V etap o Puchar Prezydenta Miasta Lublin w ramach XVII Międzynarodowego Wyścigu Kolarskiego Tandemów, w którym wystartowało 13 męskich i 5 damskich załóg. Zawodnicy pokonali odpowiednio 40 i 30 okrążeń, każde liczące około 1 km długości. W wyścigach biorą udział tandemy składające się z pilota i niewidomego lub niedowidzącego zawodnika. Organizatorem jest Klub Kolarski Tandemowy Hetman Lublin, którego prezesem jest niewidomy adwokat z Lublina, którego historię LAJF opisał na swoich łamach we wrześniu 2013. (maz)


zaprosili nas

Majówka historyczna

P

(maks)

ojazdy wojskowe, broń, umundurowanie, a także inne elementy wojskowego ekwipunku ściągnęły mieszkańców i turystów podczas „Spotkania z historią”, jakie miało miejsce w długi weekend na rynku w Kazimierzu nad Wisłą. Okazją do takiego spotkania jest 70. rocznica zwycięstwa żołnierzy 2. Korpusu Polskiego pod dowództwem gen. Władysława Andersa w Bitwie o Monte Cassino, a także zbliżające się rocznice zwycięskich walk polskiej 1. Dywizji Pancernej w Normandii, Belgii i Holandii. I to właśnie tematyka historii Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie zdominowała atmosferę tego, co działo się na kazimierskim rynku. Nic więc dziwnego, że nie zabrakło historii o legendarnym niedźwiedziu Wojtku adoptowanym przez żołnierzy gen. Andersa i piosenek Hanki Ordonówny. (pod)

O Widzącym z Lublina

W

(sta)

synagodze dawnej Jeszywas Chachmej Lublin w Hotelu Ilan odbyła się się premiera filmu dokumentalnego w reżyserii Grażyny Stankiewicz pt. „Widzący z Lublina”, który opowiada historię legendarnego cadyka Jakuba Icchaka Horowica, a który mieszkał w Lublinie przy równie legendarnej ul. Szerokiej 28. Widzący z Lublina był jednym z twórców chasydyzmu na ziemiach Polski i przewidział m.in. klęskę Napoleona w Rosji. Zmarł w tajemniczych okolicznościach w 1815 roku. Na jego grób pielgrzymują chasydzi z całego świata. Film jest jedną z 20 produkcji współfinansowanych przez Lubelski Fundusz Filmowy i wkrótce będziemy mogli go zobaczyć w jednym z lubelskich kin. Producentami filmu są dwie lubelskie firmy N-Vision i OTO Agencja Producencka. (maz)

magazyn lubelski 4[19] 2014

71


zaprosili nas

Antropolog o kryminale

M

(fó)

ariusz Czubaj, pisarz, antropolog, profesor antropologii kultury w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, spotkał się w Radio Lublin w majowy wieczór z czytelnikami swoich powieści kryminalnych. Pisarz jest twórcą cyklu „Polski psychopata” o Rudolfie Heinzu – profilerze, miłośniku bluesa, karatece. W cyklu ukazały się 21:37, Kołysanka dla mordercy, Zanim znowu zabiję. Za powieść 21:37 otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej 2008 roku. Tym razem pisarz zaprezentował najnowszą swoją książkę Martwe popołudnie, otwierającą nowy cykl kryminalny z prywatnym detektywem Marcinem Hłasko w roli głównej. Spotkanie tradycyjnie zostało poprowadzone przez Agatę Koss-Dybałę. (fó)

72

magazyn lubelski 4[19] 2014

Lublin jest FOTO

VIII

(ka)

Lubelskie Dni Fotografii pod hasłem „Fotografia dokumentalna. Realizm czy kreacja?”, organizowane przez Grupę Fotografów Lubelskich, ze względu na rozpiętość tematyczną warsztatów i możliwość konfrontacji swoich możliwości, podobnie jak w poprzednich latach, były dużym wydarzeniem. Zarówno dla znawców tej dziedziny sztuki, jak też i dla początkujących. W czasie trzydniowego festiwalu fotograficznego można było obejrzeć wystawy znanych dokumentalistów, jak choćby Tadeusza Żaczka z Białej Podlaskiej, czy też poznać prace członków Lubelskiego Towarzystwa Fotograficznego: Marcina Michałowskiego, Grzegorza Pawlaka i związanego z LAJF-em Roberta Pranagala, który zaprezentował swoje ostatnie prace na wystawie zatytułowanej „Powiedz mi...”. (ms)


wizytownik

rogowo.weebly.com rogowo.weebly.com Najpiękniejsza plaża nad polskim morzem

Gospoda Sto Pociech

22-100 CHEŁM ul. Pocztowa 38 tel. 889 555 626, 82 542 11 05

LAJF

magazyn lubelski

LAJF

magazyn lubelski

magazyn lubelski 4[19] 2014

73


maj/czerwiec 2014 7 czerwca

22–25 maja

PUŁAWY

PUŁAWY

Puławskie Targi Turystyczne

Promocja najnowszego tomiku poezji Zbigniewa Dmitrocy pt „Geoglify”

Skwer Niepodległości, godz. 9.00-18.00.

Puławskie Spotkania Lalkarzy, Dom Chemika, ul. Wojska Polskiego 4.

15 czerwca LUBLIN

XVI Święto Chleba

Plac Zamkowy.

29–30 maja PAWŁÓW

VII Ogólnopolski Zlot Miłośników Twórczości Ryszarda Kapuścińskiego

21–22 czerwca PONIATOWA

Dni Poniatowej

7–8 czerwca

22–25 maja PIASECZNO

Noc Kultury

XXVIII Lubelski Rajd Pojazdów Zabytkowych”

Pojezierze Łęczyńsko–Włodawskie, start w Piasecznie o 9.00.

LUBLIN

– 21 czerwca puszczanie wianków na zalewie, 22 czerwca koncert Eweliny Lisowskiej i zespołu Vena Valley, Plac Targowy, od godz. 16.00

31 maja SIENNICA NADOLNA

Zawody jeździeckie

Stajnia Adrenalina, Siennica Nadolna 38.

14–15 czerwca LUBLIN

24h rysowanie komiksów

Dom Kultury Narnia, ul. Lwowska 12

26–28 czerwca ŚWIDNIK

Port Lotniczy Lublin 15 czerwca HOŁOWNO Gmina Podedwórze

Święto Krainy Rumianków

23–28 maja LUBLIN

Wielokulturowy Lublin

Śródmieście Lublina. Jest próbą przybliżenia odrębności kultur mniejszości narodowych, ale też ich wzajemnego przenikania i uzupełniania. Projekt skupia się nie tylko na ukazaniu istniejącego do dziś bogactwa różnorodności narodowej i wyznaniowej grodu nad Bystrzycą. Prezentowane będą kultury i tradycje: afrykańska, bałkańska, białoruska, buddyjska, czeczeńska, ewangelicka, greckokatolicka, muzułmańska, ormiańska, prawosławna, romska, ukraińska, żydowska.

74

1–2 czerwca Jarmark poezji

magazyn lubelski 4[19] 2014

LUBLIN

Coroczne święto w najpiękniejszej wiosce tematycznej w Polsce. Godzina drogi z Lublina, pomiędzy Parczewem a Wisznicami, wiejskie SPA, kultowy zespól RUMENOK i mnóstwo niespodzianek w pięknych okolicznościach przyrody. Godz. 12.00

Do Portu Lotniczego Lublin wybiera się największa legenda lotnictwa ‒ maszyna bojowa Sir Supermarine Spitfire! Pojawi się w Świdniku, aby oddać hołd Tadeuszowi Górze, pilotowi 303, 306 i 315 Dywizjonu Myśliwskiego.


magazyn lubelski 4[19] 2014

75


76

magazyn lubelski 4[19] 2014


LAJF Magazyn Lubelski #19