Issuu on Google+

Wojciech

Korda nr 67, wiosna 2014


KWAS CHLEBOWY - NAPOJEM MUZYKÓW


KWAS CHLEBOWY - NAPOJEM MUZYKÓW

67 - 2013 zima OKLADA.indd 2

2014-03-24 22:22:37


Słowa wstępnie pisane

Ś

więtował bowiem dwie znaczące daty w  swoim ważnym,niekwestionowanym życiorysie.Opisywanie jego biografii jest raczej nieuzasadnione.Każdy kto chociaż trochę interesuje się muzyką rozrywkową wielokrotnie spotkał się z  tym wykonawcą zaczynającym w  chórze profesora Stefana Stuligrosza Poznańskie Słowiki. Bliższe CV znajdą Czytelnicy w każdej Wikipedii,encyklopedii,kompendium. Wśród towarzyszących Wojciechowi Kordzie wystąpili wypróbowani przez lata muzycy,którzy grali i  komponowali dla ABC,GRUPY STRESS,TEST,ZESPOŁU MR ZOOB,ORKIESTRY ZBIGNIEWA GÓRNEGO.Byli to Tomasz Dziubiński,Andrzej Mikołajczak,Janusz Piątkowski,,Przemysław Śledz Sledziuha,Krzysztof Jarmużek,Marek Surdyk.Można by zrobić własny plebiscyt na Top Twenty najpopularniejszych utworów jakie wylansował Wojciech Korda w różnych okresach aktywnej działalności - i tak z niego nie wiele by wynikało - przez pół wieku na estradzie i w studio jak z rogu obfitości posypywały się liczne przeboje dzisiaj uznawane za standardy polskiej muzyki rozrywkowej. Stwierdzenie,że Wojciech Korda jest ostatnim z żyjących legend polskiego rock and rolla;jednym z  ostatnim laureatów Złotej

Dziesiątki szczecińskiego Festiwalu Młodych Talentów z 1962 roku nie ma określenia na wyrost. Byliśmy prawie,że w  komplecie redakcyjnym na rzeczonym Benefisie.Opisujemy koncert z różnych optyk i siedzeń.Mieliśmy niebywałą okazję go usłyszeć w dobrej wokalnej formie i  wskrzesił blask szalonych lat 60-tych i  70-tych na żywo.Przypomniał nam okres polskiego big beatu.Ale nie tylko.Przecież nagrał nową płytę i  z  niej utwory(Te łzy niepotrzebne nikomu i  Mój świat niebiesko czarny) też znalazły się w tym benefisowym koncercie. Oprócz Jubilata wystąpili także Julka Hermańska, duet Magda Nowakowska-Przemysław Śledz Slediuha,Jan Zieliński,Jarosław Królikowski ,Olo Aleksander Gołębiowski,zespoły Black Night i bydgoskie Żuki.Koncert prowadzili Hanna Klenczon (siotra Krzysztofa) i  niżej podpisany.Elementy wizualne tworzące Scenografię przygotowali Hieronim Dymalski i  Roman Hermański. Chciałoby się podobnych koncertów jak ten w  Poznaniu słyszeć więcej! Pomimo,że polityka kulturalna w mieście stołecznym Poznaniu nie jest przychylna takim inicjatywom,to Benefis nie tylko się odbył,ale i  udał na przekór rządom technokraty,prezydenta Poznania.Nawet go nie było stać na przesłanie listu gratulacyjnego.A Jubilat Wojciech Korda otrzymał takowych kilkanaście .Czy ktoś ma jakieś pytania? Chętnie na nie odpowiem,bo jestem czynnym uczestnikiem życia kulturalnego w Poznaniu. I śledzę na bieżąco co w muzyce się dzieje… Krzysztof Wodniczak

W numerze: I tak trzymaj Wojciechu 2 Mam nadzieje, że tort urodzinowy był równie smaczny, jak cała impreza 3 MIEJSKA RADA SENIORÓW 5 WARTO BYŁO BYĆ 7 Podwójny jubileusz Wojciecha Kordy 8 WOJCIECH KORDAi jego goście 1 0

Płytoteka Patlewicza 14 Farida w Ptasim Tulipanie 24 Włoskie i niemieckie ślady Niemena po… 40 latach 28 Non omnis moriar… 30 Ucichło,ale nie do końca 31 Wielce Szanowny Czesławie! 33 RHYTHM AND BLUES 35 Wovoki 37

tak słyszałem  36 by jacekolechowski 40 Elvis Recorded In Memphis 44 Gospel zabrzmiał na MTP 46 Prosto ze schronu 48 TRZY MOSTY  50 ROK BIEŻĄCY ROKIEM CHOPINA? 53 JIM HALL  56 PACO de LUCIA  57

Magazyn Muzyczny brzmienia

Założony w 1990 roku przez Czesława Niemena Wydrzyckiego i Krzysztofa Wodniczaka Wydawca: VODNIX, Adres redakcji: ul. Turkusowa 3/130, 60-658 Poznań, tel. 61 823 09 22. Redaguje zespół: Krzysztof Wodniczak (redaktor naczelny) wodniczak@poczta. onet. pl, Hieronim Dymalski, Dominik Górny, Andrzej Patlewicz, Krzysztof Styszyński, Leszek Szambelan, Andrzej Wilowski. Fot. Hieronim Dymalski


I tak trzymaj Wojciechu

Takie rocznicowe koncerty często wpadają w pułapkę "dopieszczenia@ solenizanta,który pod wpływem zmasowanych pochwał zapomina o publiczności.WOJCIECH KORDA TO JEDNAK INNA LIGA.Udowodnił to przez ostatnie 50 lat dając nam płyty,przeboje,koncerty…siebie. W poniedziałkowy wieczór zaprosił swoich przyjaciół muzyków i słuchaczy na lekcję rock and rolla.I nie była to "muzyczna cepelia" tylko prawdziwie pulsujące emocje przekazywane unikalnym głosem i łomotem (przyjemnym łomotem) instrumentów.Były koncertowe wersje jego muzycznej biografii (przeboje,przeboje,przeboje) i zagrany finał ze spotkanym po 20 latach gitarzysta Darkiem Kozakiewiczem.Ich wspomnienie LIVE - Jimi Hendrixa porwało całe audytorium bez względu na wiek i odzienie wierzchnie. Wojciech Korda nie potrafi żyć bez rock and rolla.Jest jego symbolem.Ale nie jest to (pomimo godnego wieku) artysta pomnikowy i encyklopedyczny.Podczas koncertu udowodnił,że nadal kocha te robotę i dlatego jego muzyczny świat jest prawdziwy.A bez prawdy rock and roll nie przetrwałby do dzisiaj,a my nie darlibyśmy się bez opamiętania:"a niedziela będzie dla naaaaas…" Arkadiusz Kozłowski

P.S.Przepraszam znajomych gości,że poświęciłem im tak mało uwagi (a byłoby o czym pisać), ale tego wieczora mieliśmy jednego Bohatera - WOJCIECHA KORDĘ

2

magazyn muzyczny

brzmienia


Mam nadzieje, że tort urodzinowy był równie smaczny, jak cała impreza Z

 tego, co pamętam, to pierwsza część była zbyt długa i troche z różnych parafi. Nie wiem, może taki był zamiar scenariusza. Druga przypominała prywatki z dawnych lat i tu publiczność, niegdysiejsze nastolatki bawiła się dobrze. Pod względem artystycznym uważam za najbardziej udany blues z tekstem Bogdana Loeblaa. To powinien być przyszy repertuar Wojciecha Kordy. Mnie to bardziej przekonuje, niż repertuarr z płyty „Mój świat niebiesko-czarny”. Jest wielu świetnych bluesmanów i myśle, że wśród „młodziaków” znalazłby znakomitych kompanów i koniecznie namówić Bogdana Loebla, aby napisać dla niego kilka bluesów. Finał też był dobry, energetyczny i spontaniczny, chociaż solówki manieryczne i powtarzalne Kozakiewicza już mi się przejadły. Mam wrażenie, zę potrafi zagrać wszystko, tylko nie jak sam Kozakiewicz. „Żuki” jak zwykle sympatyczne, to też jest jakiś pomysł. Mnie martwi tylko ta pasja imitatorów, Ten apetycznie wyglądający i jakże smakowity a przecież piosenki, co tu dużo mówić standardy muzyki tort urodzinowy wykonała Cukiernia Piotra nie tylko rozrywkowej „Beatlesów” sa tak pomysłowe Koperskiego. Fot.Hieronim Dymalski. i niepowtarzalne, że można je wykonać na milion sposobów, ale dlaczego powtarzać starą maniere. Podziwiam biegłość, ale tego patentu nie rozumiem. Niezmiennie mi żal Jarosława Królikowskiegfgo, bo ma wielkie możliwości i może tez by sam czegoś własnego spróbował nie tylko z repertuaru Niemena. Rozumiejąc ograniczenia, jednak protestuje przeciw playbackom, nawet pół-playbackom. Estrada jest miejscem dla żywej muzyki. Może wystarczyłby Jarkowi jeden akompaniator na klawiszach, gitarze, czy fortepianie, wypadłoby to lepiej. Dodatkowym obciążeniem jest to, zę nie może się rozwinąć, musi się dokładnie trzymać tego, co jest w podkładzie. Przecież doskonale wiemy, ze Czesław Niemen też lubił zaskakiwać, bawić się frazą i starał się nie powtarzać wykonań na żywo, zawsze coś dodać, zmienic. Duet Przemysława Sleziuhy z Magdą znakomity i atutem było to, że zrobili to po swojemu, nie powtarzając sprawdzonych patentów. Powtarzam to do znudzenia, jezli gracie i spiewacie standardy, róbcie to po swojemu, nie kopiujcie. Maleńkie dwa przypisy. „Hey Joe” to melodia meksykańska a nie Hendrixa. Inna rzecz, że „Satisfaction” to plagiat i niestety „Otoczaki” do dziś udają, że nic o tym nie wiedzą, nie będe sie wypowiadać i przypominać komu i w jakich okolicznościach go ukradli. O czym wspominał sam jubilat, dawniej dostęp do muzyki światowej był ograniczony, ale nie tylku u nas. Właśnie zafascynowani muzyką egzotyczną czarną, młodzi rockmani z wysp kupowali od marynarzy single z bluesami, nikomu nie znanymi i przerabiali na własne przeboje. Moze to było sympatyczne, że Wojciech Korda przypomniał stare przeboje, ale mówiąc szczerze, mnie to juz dzisiaj nie bierze. Dlatego nie napisze recenzji, Nie każdy artysta artysta żyje przeszłością to się zwija, a nie rozwija. Czekam na stylowe bluesy and. w wykonaniu jubilata, bo myślę, że do takiego repertuaru dojrzał. 

magazyn muzyczny

brzmienia

3


4

magazyn muzyczny

brzmienia


Spośród muzyków poznańskiej sceny bigbitowej i rockowej Wojciech Korda był i jest największą gwiazdą. Przez kilka dekad był wzorem dla kolejnych pokoleń muzyków i nie wątpliwie bez niego nie tylko poznańska scena, ale i polska wyglądałaby zupełnie inaczej. Jako laureat Festiwalu Młodych Talentów, wkrótce po maturze stał się głosem pokolenia. Trafił do zespołu „Niebiesko Czarni” wówczas pełnego talentów, jednak to Wojciech Korda został liderem aż do końca kariery grupy. Zadecydowały o tym talent, pracowitość i inwencja. Charakterystyczny timbre głosu, wizerunek artysty idealnie wypełniały potrzebna rockowego idola. Zespół „Niebiesko Czarni” będący pod wpływem muzyki anglosaskiej, szybko zapracował sobie na oryginalność, dorobił się własnego stylu. Nastolatki z lat sześćdziesiątych pamiętają „Niedziela będzie dla nas”, ale przypomnienie w bigbitowej wersji ludowych tematów, połączyła pokolenia „Głęboka studzienka” i inne. Zafascynowany nowym kierunkiem w muzyce rockowej Wojciech Korda z kolegami nagrał kilka przebojów Jimi Hendrixa. Po balladzie „Adagio cantabile” sam stał się klasykiem rocka w Polsce.”Mamy dla was kwiaty” przeniosły na grunt polski ideały hipisowskie. Przyjdzie kolej na protest songi; „Na betonie kwiaty nie rosną”. Od zbuntowanego nastolatka, do poszukującego artysty w rockowej awangardzie, tak można by najkrócej streścić historie kariery jubilata. Jej zwieńczeniem było nagranie rockowej opery „Naga”. Jednak działalność estradowa Wojciecha Kordy na tym nie zakończyła się, jest nadal aktywny i ciągle występuje, choć nie gości na listach przebojów, to ma ciągle wierną i pamiętąjacą publiczność. Ta publiczność czeka na zapowiadaną płytę „Mój świat niebiesko czarny „. Czekając na ten album, pozwalam sobie w imieniu koleżanek i kolegów ze towarzystwa „PTAAAK” podziękować Wojciechowi Kordzie za te pół wieku dostarczania emocji i wzruszeń, z nadzieją na dalsze.

MIEJSKA RADA SENIORÓW W POZNANIU

Pan Wojciech Korda Wielce Szanowny Jubilacie! Nie często zdarzają się tak wspaniałe jubileusze: Pańskie 70. urodziny i jednocześnie 50-lecie działalności estradowo-nagraniowej. A zaczynał Pan, przypomnijmy, w chórze Profesora Stefana Stuligrosza „Poznańskie Słowiki”. Jest Pan dla nas niewątpliwie legendą polskiego rock and rolla i ostatnim z laureatów Złotej Dziesiątki Szczecińskiego Festiwalu Młodych Talentów z 1962 roku. I mimo upływu lat nadal cieszy Pan miłośników swego talentu dobrą formą wokalną, dokumentując ją nagraniami nowych płyt i koncertami. W żywej pamięci i naszych sercach zachowujemy Pana jako wokalistę niezwykle popularnego zespołu ‚Niebiesko-Czarnych’, do którego sławy bez wątpienia Pan się przyczynił. Pamiętamy też, że bywały w Pana twórczości wokalnej wykonania, o których Czesław Niemen powiedział kiedyś: „Śpiewasz to nie gorzej niż ja”, co w tych ustach zabrzmiało jak najlepsza recenzja Pańskiego wielkiego talentu. Proszę przyjąć od grupy Pana fanów z Miejskiej Rady Seniorów Poznania słowa wdzięczności za dostarczone nam przeżycia artystyczne. Życzymy też, aby cieszył się Pan jak najdłużej dobrym zdrowiem i zadowoleniem ze spełnionego życia. Z wyrazami głębokiego szacunku Krzysztof Wodniczak Przewodniczący . MIEJSKA RADA SENIORÓW

Andrzej Wilowski vice prezes

Drogi, Kochany Wojtku!

Bardzo chciałem być obok Ciebie w dniu Twego Benefisu z okazji 70-lecia urodzin i 50-lecia pracy artystycznej. To wielkie osiągnięcie, które lokuje Ciebie na czele artystów, których 50 lat temu raził grom rock and rolla i którzy ten gatunek artystycznej twórczości konsekwentnie uprawiali. Byłeś prekursorem rock and rolla w Polsce, otwartym na wszelki nowości, mody i trendy – wzorem do naśladowania. Dziś, kiedy „muzyka młodzieżowa” przeżywa okres pokoleniowej zmiany, a „stary, dobry rock and roll” powoli przechodzi do historii – Ty stajesz się jego żywą legendą, zasługującą na podziw, uznanie i szacunek. Życzę Ci, Drogi Wojtku, dalszych sukcesów, zdrowia, wytrwałości i kolejnych osiągnięć. Twój przyjaciel. Franciszek Walicki. magazyn muzyczny

LIST GRATULACYNY Szanowny Jubilat Wojciech Korda Serdeczne gratulacje Drogiemu Jubilatowi z osiągnięcia godziwego wieku 70 lat oraz 50-lecia działalności artystycznej składają byłe „Słowiki” z Kompanii Druha Stuligrosza. Jesteśmy dumni, że jeden z nas osiągnął wielki sukces artystyczny i stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich wykonawców muzyki rozrywkowej. Przepraszamy, że z przyczyn od nas niezależnych musieliśmy zrezygnować z udziału z naszym chórem w Twoim Drogi Jubilacie święcie. Natomiast, chętnie gościć Ciebie będziemy na jednym z najbliższych naszych tradycyjnych „Spotkań wtorkowych”, aby nie tylko móc słuchać i podziwiać Twoją maestrię wykonawczą, ale również byśmy mogli złożyć serdeczne życzenia i gratulacje osobiście. Życzmy abyś mógł jeszcze długie lata bawić polską publiczność swoją sztuką w dobrym zdrowiu i kondycji. A więc, jak mawiał nasz Druh „100 LAT + VAT” Z serdecznymi pozdrowieniami W imieniu Kompanii Druha Stuligrosza Prezes Zarządu dr inż. Grzegorz Cwojdziński Poznań, dnia 17 marca 2014r.

brzmienia

5


Stowarzyszenie Muzyczne

Stowarzyszenie Muzyczne BRZMIENIA życzy Tobie Wojtku tego czego sam pragniesz. MIŁOŚCI Tobie nie życzmy bo ją już masz, URODY też nie, bo mężczyzna nie musi być ładny, wystarczy,że jest przystojny,a Ty jesteś,TALENTU?- a po co Ci większy. Może SZCZĘŚCIA?, ale jeśli ma się miłość, talent, urodę to co to jest jak nie samo szczęście? Chyba że – no jak myślisz? ZDROWIA, zdrowia i jeszcze raz zdrowia po to żebyś mógł dalej wykorzystywać wszystko to co już masz ku zadowoleniu Twoich fanek i fanów. Danuta Rogalska sekretarz

6

magazyn muzyczny

brzmienia


Nie często

zdarza mi się być na koncercie

szczególnej okazji. A

 taki był BENEFIS WOJCIECHA KORDY.Dla mnie jednoznacznie określany jako pełno wymiarowe WYDARZENIE tegorocznego kwartału,a może i całego 2014 roku.Może są i tacy,którzy mówią "to nie czas dla Wojciecha Kordy,jego czas dawno przebrzmiał a on"wyleciał" bezpowrotnie z orbity muzycznej,a nas starocie w stylu Niebiesko Czarnych ani ziębią ani parzą. Jakże byliby zdziwieni gdyby uczestniczyli w  tym koncercie,który ex poznański zbuntowany Słowik - jak go określał profesor Stefan Stuligrosz -na swoje pięćdziesiąt lat działalności w studio i  na estradzie.Czy trzeba zrobić krok do przodu? Czy taka jest właściwa optyka widzenia? Korda wykonując repertuar sprzed lat wykazał się silnym,niezniszczalnym głosem ,a my zrozumieliśmy,że teraz już nie pisze się takich utworów jakie komponował dla Niebiesko Czarnych Wojciech Korda,teraz nie pisze się takich tekstów (może poza wyjątkiem Andrzeja Kosmali,który jak pewien poeta mówi czy uciekasz czy ścigasz - zatrzymaj się!)),teraz nie ma takiej miłości jak ta opisana w piosenkach Wojciecha Kordy,Koncertowe wspomnienia niósł jak jasne świece,które rozpalone pokazywały jego samorodny talent,który miał szczęście,że trafił na kilku "szlifierzy" (Franciszek Walicki,Zbigniew Podgajny,Janusz Popławski,Janusz Piątkowski). Wojciech Korda jest zaangażowany od blisko 50 lat w tworzenie historii polskiej muzyki rozrywkowej,chociaż bliższe określenie powinno być rockowej.Na BENEFIS zaproszono wielu artystów utalentowanych lecz nie mających takich zasług dla kultury jak Wojciech Korda,co dostrzegł Prezydent R.P.Bronisław Komorowski dekorując go przed miesiącem krzyżem za zasługi na polu działalności artystycznej. Wojciechu nadal sprawiaj swoją muzyka,swoim śpiewaniem żeby nam żyło się szczęśliwiej ,przecież po to powstał zespól MANAAM,aby ma nam… być lepiej. Krystian Wagay

WARTO BYŁO BYĆ W

ypełniona po brzegi sala fanów muzyki Wojciecha Kordy. Cudowny koncert,powrót do wspomnień.Gratulacje dla Jubilata napłynęły z Polski i całego świata.Zabrakło jedynie tych jednych,najważniejszych od prezydenta Poznania i władz miasta,które Wojciech Korda rozsławiał przez 50 lat swojej działalności artystycznej.SMUTNE!!!Honor uratował Krzysztof Wodniczak szef Miejskiej Rady Seniorów przekazując Dyplom Gratulacyjny dla Wojciecha Kordy w imieniu liczącej 120 tysięcy osób grupki seniorów. Nie znoszę koncertów dłuższych niż 2-godzinnych,są i tak za długie...Wszystkie maratony ( może poza sportowymi) są męczące. Uważam,że lepszy jest niedosyt niż przesyt.Kiedy poinformowano,ze będzie to koncert trzy godzinny z przerwą wbiłem się w tłum i  grzecznie wszedłem na salę.Zapragnąłem z  innymi bywalcami koncertów powspominać lata 60 i 70-e.Do przerwy było niezle,za mało było śpiewającego jubilata,a przecież wszyscy przyszli posłuchać właśnie jego,chociaż miło było wysłuchać śpiewającego tenora Opery Wrocławskiej Jarosława Królikowskiego przypominającego repertuar Czesława Niemena Wydrzyckiego z  okresu występów w  Niebiesko Czarnych.Ciepłe wrażenie wywołała też 12 letnia Julka Hermańskaze Swarzędza.Dobry nauczyciel dostrzegł jej talent,a ktoś dal szansę na występ - oby go nie zaprzepaściła i za lat kilka wspominała na deskach wielkiej sceny,że to ona własnie miała zaszczyt rozpocząć benefis legendy polskiego rock and rolla Wojciecha Kordy. Po przerwie dopiero rozpoczął się show.Zespół wokalno - instrumentalny Żuki ,Darek Kozakiewicz ii Wojciech Korda wypełnili tzw.drugiego seta.Jubilat szalał na scenie zupełnie tak jak co najmniej 30 lat temu.Zachwycona publiczność nie dała okazji,aby wypuścić go ze sceny.Warto było zostać na 2-giej części,chociaż bolały mnie mnie plecy,gdzie kończą swoją szlachetna nazwę,to jednak warto było i żyjemy nadzieja,że usłyszymy go jeszcze w tak doskonalej formie wokalnej jeszcze nie raz! Przystawił mocny stempel w historię muzyki rozrywkową. Lechosław Lerczak

magazyn muzyczny

brzmienia

7


Podwójny jubileusz Wojciecha Kordy W

poniedziałkowy wieczór 17 marca br. wypełniona po brzegi sala Centrum Kongresowo-Dydaktycznego UM w Poznaniu zgotowała owacyjne przyjęcie Wojciechowi Kordzie. Ten zasłużony dla polskiego rock and rolla artysta obchodził właśnie 70-lecie urodzin oraz 50-lecie pobytu na estradzie. Był to niezwykle udany koncert. Wojciech Kędziora, pseudonim artystyczne Korda jest gitarzystą, wokalistą i kompozytorem nietuzinkowym, artysta o ogromnych możliwościach i  niewyczerpanych zasobach energii. Urodzony w marcu 1944r. w Poznaniu rozpoczął muzyczna karierę w słynnym chórze „Poznańskie Słowiki” kierowanym przez prof. Stefana Stuligrosza, w  którym śpiewał przez 6 lat. Swoje solowe występy estradowe rozpoczął w  poznańskim klubie studenckim „Odnowa”. W 1962 r. wystąpił na I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie i znalazł się w finałowej tzw. „Złotej dziesiątce” z takimi znanymi później piosenkarzami jak Czesław Niemen, Karin Stanek, Wojtkiem Gąssowskim i  Heleną Majdaniec. Na tym festiwalu uwagę na Wojtka zwrócił kierownik artystyczny Niebiesko-Czarnych – Franciszek Walicki, który zaproponował mu dołączenie do składu zespołu. Kord jednak odmówił chciał bowiem ukończyć naukę w Technikum Geodezyjnym po jego ukończeniu musiał dokonać wyboru : Politechnika czy estrada. Zwyciężyło zamiłowanie do muzyki. W styczniu w 1964r. Wojtek nagrał swoją pierwszą piosenkę „Niewinny złodziej” w Studiu Polskiego Radia w Warszawie, poczym zdecydował się na nawiązanie współpracy z zespołem Niebiesko-Czarni i został jego wokalistą. Komponował także piosenki. Dwunastoletnia praca w zespole przyniosła takie przeboje jak: „Niedziela będzie dla nas”, „Hej tam w dolinie”, „Płynie Wisła”, „Na betonie kwiaty nie rosną”, „Adrea Doria” oraz wiele innych. Rozwiązanie Niebiesko-Czarnych w czerwcu w 1976r. zmobilizowało Kordę do dalszej ciężkiej pracy. W latach 1977- 1980 grał i śpiewał z utworzonym z Adą Rusowicz duecie „Ada i Korda” nagrali wówczas jedyny album pt. „Masz na mnie sposób”. Na drodze artystycznej W. Kordy były także m.in. wyjazdy do Skan-

8

magazyn muzyczny

brzmienia


dynawii i oraz ośrodków polonijnych w USA i Kanady. Od powrotu w połowie lat 90 –tych z USA, Kanady i Australii do dnia dzisiejszego, Wojtek aktywnie koncertuje bawiąc publiczność swoimi niezapomnianymi przebojami z okresu Niebiesko-Czarnych, solowymi nagraniami oraz dziesiątkami anglo- amerykańskich hitów. Od 2010 r. do teraz Wojtek występuje na scenach krajowych i zagranicznych pokazując swój kunszt artystyczny i nagrywa nowe przeboje. W przygotowaniu jest także jego najnowsza płyta nagrana w studiu Andrzeja Kosmali. Benefis prowadzony przez Hannę Klenczon i Krzysztofa Wodniczaka przeplatany był występami zaproszonych przez jubilata gości. Odśpiewano mu Sto Lat, a następnie Wojciech Korda ostrym wejściem piosenką „Stary niedźwiedź mocno śpi” rozpoczął muzykowanie. Podczas trwającego ponad 3 godziny koncertu wykonał on kilkanaście swoich największych przebojów, z klasyki rock and rolla

magazyn muzyczny

oraz piosenki z przygotowywanej nowej płyty. Zaśpiewał też dedykowana swojemu przyjacielowi, Czesławowi Niemenowi piosenkę „ Są łzy niepotrzebne nikomu” . Jubileusz uświetniło kilkudziesięciu gości solistów i muzyków, z którymi Wojtek współpracował przez minione 50 lat. W prezencie dedykowali też oni jubilatowi swoje przeboje. Gorąco oklaskiwani byli m.in. znany zespół „Żuki”, który obok własnych utworów wykonali kilka przebojów z repertuarów Beatlesów, zespól Tomasza Dziubińskiego. Na zakończenie zagrał czołowy polski gitarzysta Dariusz Kozakiewicz z zespołu Perfect. Warto również dodać, że za całokształt swojej pracy artystycznej Wojciech Korda został odznaczony przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego Złotym Krzyżem Zasługi. Otrzymał też liczne listy gratulacyjne m.in. od konsula RP w Berlinie.

brzmienia

Tadeusz Kujanek Zdjęcia Hieronim Dymalski

9


WOJCIECH KORDA i jego goście – 17.03.2014, Poznań, Centrum Kongresowo-Dydaktyczne

I

dąc do gustownej sali koncertowej w  Centrum Kongresowo-Dydaktycznym przy ul. Przybyszewskiego, byłem przekonany, iż koncert jubilata Wojciecha Kordy potrwa góra ze dwie godziny. Okazało się, że z  niewielką ok. kwadransową przerwą zainstalowaną gdzieś w granicach środka przedstawienia, całość trwała jeszcze raz tyle. Nigdy nie byłem big-beatowcem, w  czym trochę usprawiedliwia mnie mój wiek (wciąż jestem jeszcze przed pięćdziesiątką), ale i  jakoś nie do końca wyczuwałem magii tego naszego r’n’rolla, o  pardon - big beatu. Poza tym, nie przepadałem raczej specjalnie za naszymi „kolorowymi” grupami, typu: Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni czy Czerwonymi Gitarami. Być może z  racji konfliktu pokoleń, nie ujmowała mnie liryka powyższych, a także sama muzyka wydawała się nieco do tyłu w stosunku do Beatlesów, Stonesów, Byrdsów, itp ... Choć tu muszę się przyznać do pewnej sympatii względem nieco późniejszych Czerwonych Gitar - ze szczególnym uwzględnieniem melancholijnego okresu z Sewerynem Krajewskim - z naciskiem na fantastyczny longplay „Port Piratów”. Ale to inne lata, nie mające przecież nic wspólnego z dzisiejszym koncertem. Wojciech Korda, to bardzo ciekawa postać na naszej muzycznej scenie. Postać, którą należy szanować, a  dorobek artystyczny znać. Poza tym, już tak nieco abstrahując, artysta jest ojcem Ani Rusowicz, którą wielbię, o  czym dobrze wiedzą Czytelnicy tego bloga, jak i Słuchacze „Nawiedzonego Studia”. Dzisiejszy koncert był okazją do ukoronowania 50-lecia pożycia artystycznego oraz 70-lecia urodzin maestra. Kilku zaprzyjaźnionych ludzi postanowiło wraz z jubilatem zorganizować specjalny show, na którym to stawiła się w  większości młodzież tamtych lat, co w efekcie spowodowało, iż ja sam poczułem się niezwykle młodo. A coś takiego nie przytrafiło mi się już od dobrego ćwierć wieku. Aby jednak nie było tak hola hola, pragnę dodać, iż na

10

magazyn muzyczny

solidnie wypełnionej sali nie obyło się także bez osób naprawdę bardzo młodych - nawet takich, dla których Nirvana czy Prodigy, to już dziadki. Na scenie rozstawiona perkusja, organy, gitary, a także stół z białym obrusem i smakowicie wyglądającym tortem, którym opychali się jedynie zaproszeni goście i organizatorzy. Niektórzy nawet jedząc więcej, niż po jednym kawałku. Najpierw podkład poleciał z taśmy, Pan Wojciech zaśpiewał do niego na samo dzień dobry, a później także zasiadł do tortu, nieprzerwanie przez dobrych kilkadziesiąt minut przeżuwając jego uroki. Na scenie zaczęli co rusz pojawiać się przeróżni goście - mniej lub bardziej znani. Niektórzy tylko grali (grupa Black Night), inni wspominkowo z Panem Wojtkiem opowiadali (Hanna Klenczon - siostra Krzysztofa Klenczona), bądź śpiewali z  dedykacją dla byłego muzyka Niebiesko-Czarnych (m.in. Julka ze szkoły nr 4 w Swarzędzu, Jan Zieliński - to chyba ten z Bolter, czy Marta Nowakowska, która wraz z gitarzystą Mr Zoob - Przemysławem

brzmienia


Śledziem, wykonała m.in „The House Of The Rising Sun”). I tak sobie brnął ten koncert w  miłej, wręcz rodzinnej atmosferze, gdzie poszczególne kompozycje przeplatano anegdotami i  ciekawostkami, w  czym prym wiódł konferansjer dzisiejszego wieczoru - Krzysztof Wodniczak. Oj, dostało się z  jego ust naszym poznańskim włodarzom, którzy nie zauważyli jubileuszu Wojciecha Kordy. Szczególnie gorzkim tonem Pan Wodniczak obdarował naszego Prezydenta Grobelnego. No tak, Prezydent Komorowski wręczył Złoty Krzyż Artyście, a  Prezydent Mojego Miasta wolał nie tracić kolejki u fryzjera. Na scenie pojawił się także Jarosław Królikowski. I to w repertuarze swojego ulubieńca Czesława Niemena. Muzyk przyodziany w odpowiedni kapelusz, okulary, a i efektownie wyszywane wdzianko, zaśpiewał m.in: „Czas jak Rzeka” czy „Dziwny jest ten Świat”. Chwilę później nastąpiło na żywo telefoniczne połączenie z aktorką Magdą Zawadzką, która życzyła Panu Kordzie samych naj naj naj ... Teraz już Gości ciąg dalszy, bowiem po chwili na scenie zamontowali się Żuki z Bydgoszczy, no i dali czadu. Rozruszali publikę zdrowo. Zagrali spory set Beatlesów („All My Loving”, „Lady Madonna”, „Get Back”, „Back in the U.S.S.R.”, „Come Together” i na zakończenie „Hey Jude”, choć chwilkę wcześniej jeszcze Klenczonowskie „Latawce z  moich stron”). Grupa fajnie zabrzmiała i jako pierwsza tego wieczoru zagrała iście r’n’rollowo. Wojciech Korda, aby nie być dłużnym, po chwili także pojawił się na scenie, i w towarzystwie sekstetu (dwa razy klawisze, dwie gitary, bas + perkusja), wziął się wreszcie do roboty, przez co poleciało m.in: „Hej tam w dolinie”, „Niedziela będzie dla nas”, „Przyszedł do mnie blues”, „Są takie łzy niepotrzebne”, a także wiązanki rock’n’rollowych szlagierów: „Roll Over Beethoven”, „Shake Rattle And Roll”, „Hound Dog”, Great Balls On Fire”, ponownie Beatlesowskie „I Saw Her Standing There” czy Presleyowski „Jailhouse Rock”. Jeszcze trochę wcześniej, tak pod koniec pierwszej części koncertu, muzyk zaśpiewał nową piosenkę (w słowach podkreślając barwy niebiesko-czarne), która niebawem powinna ukazać się na jego nowej płycie. Po takiej dawce hitów, spora część publiczności uznała, że to już koniec i zaczęła opuszczać salę. Od razu na to zareagowali Krzysztof Wodniczak, Wojciech Korda i kilku innych gości, którzy wręcz nakazali powrót ludowi na swoje miejsca, zapowiadając kolejnego gościa, a i przy okazji jedną z gwiazd wieczoru - Dariusza Kozakiewicza - obecnie gitarzystę Perfectu, a  w  przeszłości muzyka Test, Breakout, a i współpracownika Wojciecha Kordy czy Haliny Frąckowiak - która to artystka także miała zaszczycić swą osobą dzisiejszą uroczystość, lecz niestety dosłownie chwilkę wcześniej zaniemogła. Z  Dariuszem Kozakiewiczem nasz jubilat wykonał „Hey Joe” z rep. Jimiego Hendrixa, a na już absolutny sam koniec na scenie pojawili się wszyscy goście, wspólnie grając i odśpiewując „(I Can’t Get No) Satisfaction” - Rolling Stonesów. I to było godne zakończenie, albowiem publiczność domagała się jeszcze jakiegoś bisu, co wprawiło nieco w  zakłopotanie wszystkich muzyków, którzy nie przewidzieli takiego scenariusza, nie bardzo wiedząc co jeszcze by tu zagrać. Wyręczył ich w tym Pan Wodniczak, który stwierdził, że nie ma już nic lepszego na zakończenie jak „Satisfaction”, przez co nie ma sensu już niczego na siłę poprawiać. I to był naprawdę koniec. Później już tylko odbiór kurtek z szatni oraz auta z drogiego niewyasfaltowanego parkingu (15 zł) , no i do domu ... To był fajny koncert. Przyjemnie było w  nim uczestniczyć. Najlepszego Panie Wojtku !!!

Kultura obca jest mocarzom? J

eszcze nie umilkły w uszach dźwięki koncertu urodzinowego Wojciecha Kordy, a możemy już podsumować to wydarzenie, jako niezapomniany koncert, który pozostanie w  naszej pamięci jeszcze bardzo długo. Koncert trwał prawie 4 godziny, a  muzyka w wykonaniu solenizanta i jego gości była wspaniała, daje nam przeświadczenie, że mimo braku pomocy ze strony naszych „wspaniałych” władz, daliśmy sobie radę, a Wam panowie podziękujemy przy okazji wyborów. Brak szacunku dla artystów zasłużonych dla kraju, dostrzeżonych przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polski nie może przejść do porządku dziennego. Miejskie władze nie poszczekają wybitnych poznaniaków. Także młodzi ludzie związani z kulturą, zarzucają rządzącym Poznania festiwalizację poznańskiego życia kulturalnego. Większość środków z kulturalnego budżetu miasta jest przyznawana dużym wydarzeniom, te małe - nie mając środków finansowych obumierają lub przenoszą się do innych miast. Czy to jest naszych mocarzy zadaniem, zniszczyć kulturę w mieście Poznaniu? Obecnie wszystko na to wskazuje, bo nasz prezydent bardziej zainteresowany jest innymi wydarzeniami, tylko nie kulturą. Panie prezydencie artyści i ich zwolennicy mają już tego dość i Panu zapamiętają, a w niedługim czasie się zrewanżują. Co popieramy?!!

Andrzej Masłowski

magazyn muzyczny

brzmienia

Roman Hermański, www.sztukanascenie.pl

11


Wojciech Korda potęgą(ROCKA)jest i basta! N

ie było owo spotkanie w żadnym stopniu podsumowaniem dawnych, czy niedawnych poszukiwań i ról, w jakie przez blisko pół wieku wcielał się wokalnie solenizant, lecz po prostu artystyczne świętowanie Jego urodzin. Wraz z nim także wystąpili muzycy tacy jak: Tomasz Dziubiński, Andrzej Mikołajczak, Przemysław Śledź, Krzysztof Jarmużek, Janusz Piątkowski. Przybyli też licznie melomani, przyjaciele, a niektórzy z nich chcąc uczcić 70 rocznicę urodzin Wojciecha Kordy przynieśli na wieczór swe utwory prozaiczne i poetyckie , zdjęcia archiwalne, plakaty, foldery, książki, grafikę i obrazy poświęcone temu wokaliście. Artysta zrewanżował się im w zamian za ofiarowaną twórczość swoją muzyką i śpiewem. A że jest wytwornym -ba !Wybitnym wokalistą -wieczór artystyczno-urodzinowy wypadł celująco. Uzdolniony także gawędziarsko wokalista przekazywał słuchaczom obrazki ze swego życia wykonującą błyskotliwy mały powrót do barwnej, nie tak aż dalekiej przeszłości i zachwycając tym wszystkich słuchaczy.Wykonania wokalne przez Wojciecha takich przebojów jak: „Niedziela będzie dla nas”, „Powiedzcie jej”, „Andrea Doria”, „Mamy dla was kwiaty” w wersji swingowo-akustycznej niewiele przypominały te znane z wykonań Niebiesko-Czarnych. Ale i  tak duchy nieżyjących muzyków (Klenczon,Podgajny,Popławski,Wydrzycki) krążyły nad naszymi głowami. I  dobrze,że Korda zaprezentował nowe wersje, ponieważ nadały one starym przebojom niebanalnego, wręcz oryginalnego odczytania oraz nowych brzmień. Trzeba tu dodać-bardzo stylowych.A  poznański wokalista ma się czym dzielić,i dzieli się muzycznymi w dur i moll „dziełkami” Wszystkie wykonania (również te z utworami z repertuaru Elvisa Presleya,Jerry Lee Lewisa i Jimi Hendrixa -kapitalne Hey Joe z  gitarowymi riffami Darka Kozakiewicza uraczyły wszystkich świetnymi wykonaniami.

12

magazyn muzyczny

Lecz nie tylko Korda Jubilat zaprezentował swe walory głosowe. Posłuchaliśmy także - na zasadzie pewnej pokoleniowej otwartości - 12 letniej Julki Hermańskiej,doświadczonego showmana Jana Zielińskiego,tenora Opery Wrocławskiej ,Jarosława Królikowskiego- w  rep.Czesława Niemena Wydrzyckiego z  okresu Niebiesko Czarnych,oryginalnego duetu Magda Nowakowska- Przemysław Śledz Slediuha oraz kwartetu Black Night ( w gitarowym repertuarze) i zespołu instrumentalno-wokalnego Żuki perfekcyjnie wykonujący utwory spółki John Lennon-Paul McCartney. Wzniosłe karty śpiewania Kordy wybijały się w twórczości polskich rockmanów. Niebiesko-Czarni -to był jedyny polski zespół, który bywał tłumiony przez normy i konsekwencje. Z czasem podjął walkę o należne mu miejsce. I wywalczył to miejsce, a to za sprawą buntowniczego (profesor Stefan Stuligrosz mawiał o nim Zbuntowany Słowik) wokalisty Wojciecha Kordy. Po zaledwie czterogodzinnym występie okraszonym osobistymi pogwarkami i nawiązaniem do dawnych, niedawnych spotkań zostaliśmy poczęstowani smacznym tortem. Wieczór możemy uznać za nadzwyczaj artystycznie udany,że jest zapotrzebowanie na taki klimat muzycznej,kipiącej beztroska zabawą. Te okrągłe urodziny oraz 50 lecie pracy artystycznej w studio i na estradzie Artyście sprawiły nie tylko satysfakcję ( utwór z rep. Rolling Stones Satysfaction wykonano na finał z udziałem blisko dwudziestu muzyków) ,ale i pokazały z jakim uznaniem cieszy się ten Nasz Senior i przede wszystkim w jakiej jest dobrej formie wokalnej i fizycznej. Wypada życzyć więc Wojciechowi Kordzie zdrowia i w pełni zasłużonego miejsca w panteonie polskiej muzyki.Pozostał niezwykły ładunek emocjonalny w jego utworach.W Polsce na przełomie tysiącleci można go zaliczyć do wąskiego grona liderów.Odcisnął bowiem swoje piętno w polskiej kulturze XX wieku.

brzmienia

Krzysztof Wodniczak


FOTOREPORTAŻ

WIKTORA FRANCZYSZYNA

magazyn muzyczny

brzmienia

13


Płytoteka Patlewicza Płyty

AGNES OBEL – „Aventine” wydawnictwo: Play It Again Sam/ Mystic Production

P

owściągliwa twarz młodej dziewczyny widniejąca na okładce płyty przypomina, iż mamy tu do czynienia z artystką, która nie epatuje urodą a  jedynie świetnym warsztatem wokalnym i  umiejętnością budowania nastroju. Agnes Obel – bo o  niej mowa udowodniła to także ostatnio „na żywo” podczas koncertu w  Polsce, że jej czarujący głos osadzony w  nurcie muzyki folkowej jest zewsząd interesujący. Artystka jest już doskonale znana w rodzinnym kraju, gdzie odniosła sukces swoją pierwszą płytą „Philharmonics” za którą otrzymała 5 nagród duńskiego przemysłu muzycznego (Danish Music Awards). Tym razem wokalistka na swoim drugim solowym krążku zaproponowała słuchaczom 11 nowych kompozycji, które po trochu przypominają klimatem wcześniejsze dokonania jej ulubionych artystek PJ Harvey i Joni Mitchell. Swój delikatny głos wokalistka traktuje jak dodatkowy instrument, choć przekaz tekstowy jest tutaj również bardzo ważny. Album otwiera instrumentalny utwór „Chord Left” z  długim wstępem fortepianu. W  „Fuel To Fire” wokalnie Agnes jest bliska sztuce wokalnej Liz Fraser z Cocteau Twins. W podobnym nastroju utrzymane są „Dorian” czy tytułowy „Aventine” z partiami skrzypiec i wiolonczeli Anne Mueller i  Miki Rosen. Jednostajny dźwięk szarpiącej gitary Roberta Kondorossi i kojący głos Agnes Obel w„Run Cried” robi wrażenie. Zmienna faktura fortepianu w  instrumentalnym zaledwie ponad minutowym „The Crawling” rozbudza naszą wyobraźnię jeszcze bardziej. W tych utworach jest sporo melancholii, zadumy i  pięknych dźwięków, które rozprzestrzeniają się również w dalszej części płyty „Aventine”. Niebanalnie a wręcz urokliwie wypadają pozostałe kompozycje jak „Tokka” w  którym wokalnie a  nawet w  dwój głosie i  trójgłosie artystka dotyka czułych miejsc. „The Curse” z fortepianowym wstępem, rozprzestrzenia się wraz z  wokalną partią Agnes, którą wzmacnia na dodatek przepięknie brzmiąca w tle wiolonczela. W „Pass Them By” głos współgra na równi z fortepianem. Mocniejsze akordy fortepianu od pierwszego dźwięku słychać w  dwu minutowym instrumentalnym utworze „Words Are Dead”. Agnes Obel nie tylko pięknie śpiewa akompaniując sobie na fortepianie ( co zresztą czyni to we wszystkich kompozycjach) co ważne jest ich autorką i producentką. Album zamyka przepięknym 3 minutowym tematem „Smoke & Mirrors” w którym słyszymy za fortepianu jej pełen refleksji głos. Mimo tej wyczuwalnej na każdym kroku skandynawskiej aury nagrania zostały zrealizowane jak na ironię w Berlinie gdzie wokalistka mieszka od wielu lat. Płyta zawierająca piękne uro-

14

magazyn muzyczny

kliwe barwy muzyczne wydana została nakładem firmy Play It Again Sam, tej samej która wydaje Arcane Roots, Deus czy Liz Green.

JONNY LANG – „Fight For My Soul” wydawnictwo: Provogue/ Mascot / Mystic

A

merykański gitarzysta i  wokalista – nazywany przed laty cudownym dzieckiem i wirtuozem gitary znacznie wydoroślał od momentu wydania debiutanckiej płyty „Smokin’”. Jego sukces częściowo wynikał z  głosu, brzmiącego jak u  dorosłego bluesmana. Zawierał w sobie szorstkość, doskonały falset, co wywarło w  znaczący wpływ na jego dalszą karierę. Drugą częścią sukcesu stanowiły ostre gitarowe partie solowe, które pokazywały jego naturalny talent wzmocniony długoletnią pracą. Niezależnie od tego niebywałego sukcesu młody muzyk dość szybko zadomowił się w świecie bluesa, gromadząc wokół siebie tłumy, gdziekolwiek się pojawił. Szybko zdobył uznanie też sławnych gitarzystów na całym świecie, m.in. Erica Claptona, który zaprosił młodego muzyka na Crossroads Guitar Festival, który w świecie bluesa ma swoją renomę. Jonny Lang zadebiutował jako 16 – to latek zyskując od razu nie tylko uznanie krytyków ale też przykuł uwagę swoimi kolejnymi albumami: „Lie to Me” (97 ), „Wander This World” (98) „Long Time Coming” (2003), „Turn Around” (2006) i  udziałem w  filmie Blues Brothers 2000. Na koncertowym krążku „Live at the Ryman” Jonny Lang zyskał reputację głębokiego, emocjonalnego wykonawcy „na żywo”. Uczestniczył w trasach koncertowych i zyskał uznanie takich grup jak The Rolling Stones, Aerosmith, B.B. Kinga czy Jeffa Becka. Najnowszy album Jonny Langa nagrany po cztero letniej przerwie zatytułowany „Fight For My Soul „ ( Walka o moją duszę ) zawiera 11 premierowych kompozycji osadzonych w zupełnie innej muzycznej konwencji do której zdążył nas wszystkich przyzwyczaić przez długie lata. Jak słychać w otwierającym „Blew Up” jak i  „Breakin’ In” iż artysta szukał swojej drogi muzycznej. Ortodoksyjni sympatycy bluesa będą tym albumem rozczarowani. Artysta nigdy się nie zarzekał, że na stałe w jego repertuarze zagości blues i to w takim wydaniu jakiego go poznaliśmy podczas pierwszej czy drugiej płyty. Spora część repertuaru z  najnowszego longplaya ( „We Are The Same”, „What You’re Looking For”, „Not Right”, “All of A Sudden”, “Seasons” ) jest dość dynamiczna ale utrzymana w garażowo/popowym klimacie. Jego kompozycje nacechowane są dawką gitarowego grania, ale tym razem solówki są bardziej oszczędne i nie mające cech wirtuozowskich. Zarówno „The Truth” ( Prawda) jak i „River” (Rzeka) są swoistymi wyznaniami artysty nad uciekającym czasem i okresem w którym młody Lang dojrzewał wciągając jak gąbka ważne życiowe wartości.

brzmienia


MARY J. BLIGE – „A Mary Christmas” wydawnictwo: Verve/Matriarch Records/ Universal Music Polska

O

d początku lat 90. Mary J. Blige sprzedaje albumy w  kilkumilionowych nakładach. Jej największym atutem jest szczerość wypowiedzi. Osiągając status gwiazdy zdominowała nominacje do nagród Grammy, nagród Billboardu, a  dzięki swoim fanom otrzymała statuetkę American Music Awards. Sukcesy tej ciemnoskórej wokalistki od lat cieszą nie tylko sympatyków soulu, ale także tych, którzy uwielbiają jej zapędy wokalne w nieco inne rejony. Tym razem Mary J. Blige pokazuje się w nieco innym repertuarze. Na okładce widzimy wokalistkę ubraną w śnieżno białe futro stającą na tle świąteczno – bożonarodzeniowej scenerii. Album „A Mary Christmas”, co już sam tytuł wyjaśnia to zbiór świątecznych piosenek, które słuchacze znają z wielu innych wykonań. Jednak nie przeszkodziło to wokalistce, aby pokazać je w nieco innej konwencji z nieco zmienioną aranżacją Williama Ross’a  i  grającego na instrumentach klawiszowych Davida Fostera, który dyryguje tutaj również swoją orkiestrą. Otwierający temat „Little Drummer Boy” napisany przed laty przez Katherine Davis, Henry Onorati i Harry Simeone mówiący o małym doboszu – to nic innego jak próba przeniesienia tego znanego utworu w rejony muzyki gospels z wykorzystaniem chóru i kilku sesyjnych muzyków tej miary co basista Alex Al, perkusista Rexsell Hardy Jr. . W bardziej soulowym klimacie utrzymana jest balladowa wersja utworu „Have Yourself a Merry Little Christmas” z pokaźną sekcją instrumentów smyczkowych prowadzonych przez Jerry’ego Hey’a i grającego na pianie Rhodes samego Davida Fostera. Przepiękna w swojej wymowie kompozycja Oscara Hammersteina i  Richarda Rodgersa – „My Favorite Things” z  rozbuchanym przez Fostera arsenałem dźwiękowych efektów przypomina interpretację Jamesa Ingrama sprzed wielu lat. Soulowy głos Mary J. Blige i sekcja dęta niczym z Power of Tower to pierwszoplanowe elementy, które słychać w najbardziej przebojowym numerze „This Christmas” napisanym przez Donny Hathawaya i  Nadine McKinnor. W  anielskim klimacie utrzymany jest „The Christmas Song (Chestnuts Roasting on An Open Fire)”, który niegdyś wykonywał niedościgniony crooner Mel Torme i to on też przyczynił się do jej powstania. Poza orkiestracjami, dzwoneczkami słychać świetne solo gitarowe, które należy do Andreasa Varady a  na zestawie perkusyjnym bębni Vinnie Colaiuta. „Rudo nosy renifer” (Rudolph – The Red – Nosed Reindeer)” to powrót do lat 30 i 40., kiedy z głośników radiowych rozbrzmiewały popularne orkiestry. Podobnie dzieje się i tu. Partie instrumentów dętych zostały wzbogacone o kilka dodatkowych instrumentów: fortepian Chrisa Waldena, gitarę Dustina Higginsa i bas Chucka Berghofera. Jedną ze współczesnych piosenek, jaka znalazła się w  tym świątecznym zestawie jest kompozycja Leigh Harline i Ned’a Washingtona „When You Wish Upon a Star” w której obok Mary J. Blige pojawia się inna gwiazda współczesnej wokalistyki Barbra Streisand. Ich wokalny duet wspomaga na trąbce tworząc świąteczny nastrój Chris Botti. Dźwiękami fortepianu rozpoczyna się sentymentalny „Mary, Did You Know” podobnie jest w przypadku „Do You Hear (What

magazyn muzyczny

I  Hear?), który wokalistka śpiewa w  duecie z Jessie J a w chórkach pojawia się dodatkowo Angela Fisher. Jeśli się wsłuchamy uważnie przypomina jakby go żywcem wyjęto ze starej słynnej kompozycji „Heal the World”, którą tak pięknie śpiewał przed laty Michael Jackson. Poza Davidem Fosterem grającym na fortepianie i  keyboardzie w  tym utworze gitarowe partie należą do Dean’a  Parks’a a za perkusją zasiadł tym razem Kendu Isaacs. Świąteczne emocje wywołuje interpretacja kompozycji napisanej przez Raymonda Vinci i Henri Martinet’a – „Petit Papa (Noel)”, którą wokalistka śpiewa zarówno po francusku i angielsku, ale zdecydowanie rozbudowaną partię wokalną po francusku wykonuje Olivier Bassil. Wokalistka błyszczy ponownie w „The First (Noel)” precyzyjnie przenosząc swój śpiew w stronę muzyki soulowej spod znaku Arethy Franklin, która to diva soulu może być spokojna o swoje dziedzictwo. Potężnie rozbudowany utwór z  udziałem grupy wokalnej The Clark Sisters brzmi niczym chór gospels wyjęty z  filmu „The Blues Brothers”. Jak przystało na świąteczny album nie mogło zabraknąć popularnej pieśni bożonarodzeniowej wywodzącej się z  Niemiec „Cicha Noc” Grubera, która tak mocno zakorzeniła się również w Ameryce. Mary J. Blige śpiewa „Silent Night” po angielsku i hiszpańsku a towarzyszący jej w duecie Marc Anthony śpiewający jedynie po hiszpańsku, ale co rusz wkrada do tej pieśni słowa „Noche De Paz”. Przearanżowana przez Davida Fostera kołysanka nabrała tutaj jeszcze zupełnie innego kolorytu a udział gitarzysty Ramona Stagnaro i gitarzysty Deana Parksa sprawiają, iż utwór ten stał się w ich wykonaniu jeszcze bardziej wyjątkowy.

RPWL – „ A Show Beyond Man And Time” wydawnictwo: Metal Mind Production

R

PWL to niemiecki zespół, którego muzykę można zakwalifikować jako rock progresywny z  elementami art-rocka. Na ich płytach znajdziemy błyskotliwe kompozycje, chwytliwe melodie, dojrzałe i  intrygujące brzmienie! To prawdziwy prog-rock z  klasą – współczesny, lecz nawiązujący przy tym do dobrych tradycji gatunku. W  ich muzyce słychać ducha Pink Floyd – od grania coverów właśnie tego zespołu, RPWL rozpoczął w 1997 roku swoją karierę. Bardzo szybko muzycy wypracowali jednak swój własny, rozpoznawalny styl, czego dowodzą wydane znakomite studyjne płyty: “God Has Failed” (2000), „Trying to Kiss the Sun” (2002), „Stock” (2003), „World Through My Eyes” (2005), „9” (2007), „The RPWL Experience” (2008), „The Gentle Art of Music” (2010). Najnowszą płytą w dyskografii RPWL jest „Beyond Man and Time” z  2012 roku i  materiał z  tej właśnie płyty znalazł się w programie koncertu w Teatrze Śląskim. Płyta „Beyond Man and Time” jest pierwszym w historii zespołu albumem koncepcyjnym. Jego inspiracją było kultowe dzieło niemieckiego filozofa Friedricha Nietzsche „Tako rzecze Zaratustra”. W tej symbolicznej, stylizowanej na biblijną opowieści, tytułowy mędrzec głosi nietzscheańskie prawdy o ludzkiej naturze, o  potrzebie jej przezwyciężenia, o  afirmacji bytu i  o  wiecznym

brzmienia

15


powrocie. Ustami Zaratustry autor podważa tradycyjne pojęcie moralności i  przedstawia swoją koncepcję „nadczłowieka”. W podobny sposób skonstruowana jest historia przedstawiona przez RPWL. Muzycznie album otworzył zupełnie nowy rozdział w karierze zespołu – mamy tu sporo elementów klawiszowych, hinduskich efektów perkusyjnych. Nowością było także użycie sitar. Na najnowszym DVD tego jednego z  najciekawszych niemieckich zespołów z  nurtu art-prog rocka – RPWL zatytułowanym „A Show Beyond Man And Time” znalazł się zapis koncertu jaki odbył się w lutym 2013 roku w katowickim Teatrze Śląskim. Był to drugi występ zespołu w  tym miejscu, jednak tym razem było to wydarzenie szczególne. RPWL zaprezentował po raz ostatni w  całości koncertową wersję płyty „Beyond Man and Time”. Ale nie tylko. Wśród niespodzianek było także jedno z najbardziej lubianych nagrań formacji, utwór “Roses”, z gościnnym udziałem Raya Wilsona (ex-Genesis, Stiltskin). Oprócz koncertu w teatrze, na DVD „A Show Beyond Man And Time” znalazło się także szereg materiałów dodatkowych m.in. wywiad z  członkami zespołu.  „A  Show Beyond Man And Time” ukazał się także jako 2LP. Muzycznie album otworzył zupełnie nowy rozdział w karierze zespołu, który tworzą: Yogi Lang – wokal, klawisze, Kalle Wallner – gitara, Werner Taus – gitara basowa, Marc Turiaux – perkusja, Markus Jehle – klawisze. Jest tu sporo elementów klawiszowych i hinduskich efektów perkusyjnych. Nowością jest tu także użycie sitar. Album „A  Show Beyond Man And Time” dostępny jest w  dwóch wersjach: DVD oraz 2 CD DG. Wersja audio przez dwa tygodnie od wydania była dostępna do odsłuchu w serwisie Progstreaming.

WAGLEWSKI – FISZ – EMADE – „Matka, Syn, Bóg” wydawnictwo: Agora S.A.

A

lbum “Matka, Syn, Bóg” został wydany po pięciu latach od “Męskiej Muzyki”, która uzyskała status Platynowej Płyty. Ponowne połączenie rodzinnych sił w  projekt Waglewski -Fisz- Emade przynosi rewelacyjny album, w  którym otrzymujemy porządną porcję rocka w klasycznym wydaniu. Przez ostatnie pięć lat w  życiu muzyków sporo się wydarzyło. Głowa rodziny Wojciech Waglewski jak zwykle nagrywał albumy ze swoim Voo Voo, a bracia Fisz i Emade założyli zespół Kim Nowak, w którym dają upust swoim klasycznym, rockowym fascynacjom. Nagrali już dwa albumy .Teraz znowu przyszedł czas na współpracę na linii ojciec – synowie. Tytuł krążka “Matka, Syn, Bóg” to ich wspólna wypowiedź artystyczna dotykająca spraw ważnych.. To płyta wymyślona wspólnie zespołowo, ponieważ od czasu poprzedniej płyty będącej jednorazowych projektem, powstał zespół Waglewski Fisz Emade, w związku z tym większa dojrzałość i większa spójność materiału. Po ukończeniu i przesłuchaniu całości, nie mogli oprzeć się wrażeniu, że to najbardziej osobisty, najgłębszy i  jednocześnie najprawdziwszy materiał biorąc pod uwagę wszystko to, czego dokonali do tej pory. Tego można było się spodziewać po tym albumie. Po raz kolejny muzycy pokazali na czym polega moc oszczędnego gitarowego grania i precyzyjnej

16

magazyn muzyczny

aranżacji. Waglewscy – ojciec i synowie – nagrywając te najnowsze piosenki mieli świadomość i bazę ze wspólnie zrealizowanej poprzedniej płyty „Męska muzyka”. Mamy tu bliską bluesowi i  zarazem najszlachetniejszą odmianę rocka, której optymalny szlif brzmieniowy nadał odpowiedzialny za produkcję Emade. Co do tekstów te wyszły spod ręki Fisza, który już wielokrotnie udowodnił że potrafi pisać niezłe teksty a tym razem zawarł w nich solidną dawkę dramatyzmu. Teksty Wojtka Waglewskiego (zwłaszcza „Posłuchaj” czy „Ile jeszcze życia”),pozbawione złudzeń ocierają się o wcześniejsze schematy – momentami z okresu Voo Voo. Fisz równie poważnie mierzy się z kwestiami ostatecznymi („Ojciec”, „Bóg”). Waglewscy pokazali na płycie, że refleksyjność nie musi być prostą pochodną wieku. Ojciec, i syn mają podobne zainteresowania muzyczne i brną przez życie po tej samej drodze nacechowanej bluesem, folkiem i współczesną balladą spod znaku Neila Younga i jemu podobnych.

KATIE MELUA – „Ketevan” wydawnictwo: Dramatico Entertainment/ MJM Music PL

B

rytyjska piosenkarka urodzona w  Gruzji jest Absolwentką BRIT School for the Performing Arts. Jak wielu młodych zdolnych muzyków tak i  ona wyniosła z  uczelni sporo muzycznych doświadczeń. Jej kariera nigdy by się nie potoczyła tak szybko, gdyby nie wrodzony talent wokalny a  na dodatek niecodzienna uroda. Jako młoda dziewczyna wsłuchiwała się w utwory Joni Mitchell, Boba Dylana, Eve Cassidy, ale także interesowała ją irlandzka muzyka ludowa oraz muzyka indiańska. Już debiutanckim albumem odniosła sukces. Płyta „Call Off the Serach” (2003) weszła od razu na pierwsze miejsce brytyjskich zestawień list przebojów. To właśnie na nim pojawiły się piosenki autorstwa Johna Mayalla, Randy Newmana, Jamesa Sheltona i  jej własne. Po śmierci Eve Cassidy młodziutka Katie napisała przepiękny utwór „Faraway Voice”, który złożyła w pewnym sensie hołd swej mentorce. Jej kariera rozpoczęła się z  chwilą, kiedy na jej drodze pojawił się kompozytor i  producent Mike Batt, który poszukiwał kogoś o  wyjątkowym głosie. Katie Melua okazała się ta właśnie tą osobą, która w umiejętny sposób potrafiła śpiewać jazz , blues i typową balladę. Kolejne ukazujące się albumy zawierały więcej piosenek tworzonych przez nią samą. Jednym z  nich był krążek „Piece by Piece” (2005), który zawierał cover The Cure „Just Like Heaven” z 1987 roku, który nagrała piosenkarka dla studia filmowego Dream Works, jako ścieżkę dźwiękową do filmu „Jak w  Niebie” ( „Just Like Heaven”) z  Reeese Witherspoon. Znaczącym faktem w  jej karierze była współpraca z  zespołem Queen, którego słuchała w  młodości .Zaśpiewała wraz z  nimi w  2005 roku piosenkę „Too Much Love Will Kill You”, co jak sama przyznała, było spełnieniem jednego z jej marzeń jeszcze z dzieciństwa. „Ketevan” to jej najnowszy studyjny krążek na którym znalazło się 11 utworów. Album otwiera „Never Felt Less Like Dancing” z fortepianowym wstępem i rozbudowaną wokalizą. Podobnie dzieje się w „Sailing Ships From Heaven”

brzmienia


w którym rozbrzmiewają instrumenty smyczkowe. Potężny bas Tim’a  Harries’a  otwiera kompozycję „Love Is A  Silent Thief” po którym przenikliwy głos wokalistki wbija się w sam środek utworu jeszcze mocniej. Dopełniają całości dwaj gitarzyści: Chris Spedding i Luke Batt oraz perkusista Henry Spinetti. Gitarowe motywy grane przez Luke’a  Batt’a  i  lekko zabarwiony głos w klimacie „kalifornijskiego sound rocka” rozprzestrzenia się w „Shiver And Shake”. Nostalgiczny dźwięk gitary i melancholia w  głosie pojawia się w  „The Love I’m Frightened Of”. W  klimacie ballady utrzymany jest „Where Does The Ocean Go?” wokalistka przemierza głosem przez różne rejony zadając sobie tytułowe w utworze pytanie. Wspomagający na fortepianie i gitarze Luke Batt potęguje klimat jeszcze mocniej. Brzmienie ukulele na którym gra John Parricelli w utworze „Idiot School” przypomina stareńkie nagrania z lat 30 i 40. a do tego czarująca gra na klarnecie Paula Stevensa. Powtarzający się po trzykroć w piosence „Mad, Mad Men” może się odnieść w pewnym sensie do popularnego amerykańskiego serialu ( wyświetlanego także w naszej telewizji) na harmonijce ustnej słyszymy fantastycznego Paul’a  Jones’a  , za banjo chwycił ponownie John Parricelli a na ukulele zagrał Fabian Taverne – same nazwiska już mówią za siebie. „Chase Me” to bodaj najsmutniejszy utwór na płycie w którym popisową grę pokazuje John Parricelli. Fortepian, głos i kontrabas to jedyne instrumenty, które towarzyszą utworowi „I  Never Fall”. Katie Melua przepięknie rozkłada swoją wokalizę na części a instrumenty jedynie delikatnie podkreślają jej walory wokalne. Całość albumu zamyka kompozycja Mike’a Batt’a „I Will Be There”, który to muzyk objawia się po raz kolejny jako utalentowany kompozytor ale i autor tekstów napisanych do pięciu utworów. Do  „The Love I’m Frightened Of” napisanego przez Luke’a  Batt’a  z  jego tekstem i  muzyką powstał przepiękny teledysk. On wspólnie z  bratem Mike’em jest producentem najnowszej płyty Katie Melua będącym szóstym studyjnym krążkiem w jej karierze. Premiera płyty odbyła się w  dziesiątą rocznicę sukcesu debiutanckiego albumu „Call Of The Search”. Jakby tego było mało, tytuł płyty też nie jest przypadkowy. Ketevan to gruzińskie imię artystki.

AGA ZARYAN – “Remembering Nina & Abbey” a Tribute to Nina Simone & Abbey Lincoln wydawca: Parlophone Music Poland/ Warner Music Group/Centrala

T

akiej płyty mogliśmy się spodziewać. Aga Zaryan nagrywając ten album z najważniejszymi piosenkami Niny Simone i Abbey Lincoln stała się ich propagatorką. Na ich muzyce się wychowała i już na poprzedniej płycie zaśpiewała jeden ze sztandarowych utworów Abbey Lincoln „Throw It Away” i od tamtej pory utwór ten na stałe wszedł do jej repertuaru. Pięć lat wcześniej na debiutanckiej płycie „My Lullaby” jeszcze jako Agnieszka Skrzypek śpiewała pieśni Niny Simone. Tamte piosenki bez wątpienia przepowiadały tę nową płytę. Wokalistka w towarzystwie amerykańskich muzyków opowiada historię jednych

magazyn muzyczny

z  najważniejszych postaci sceny muzycznej XX wieku. Album ukazujący się w  10. rocznicę śmierci Niny Simone jest powrotem do pierwszych fascynacji muzycznych artystki. “Remembering Nina & Abbey” jest zbiorem wyjątkowych kompozycji, które na trwałe zapisały się w historii muzyki. Na płycie słyszymy nowe interpretacje tych dobrze znanych tematów. Aga Zaryan znów śpiewa w języku jazzu, czyli po angielsku. “Remembering Nina & Abbey” jest też albumem tematycznym, którego bohaterkami są dwie kobiety; kultowa Nina Simone oraz charyzmatyczna Abbey Lincoln, uważana za ostatnią wielką divę złotej ery jazzu. To, co łączy Ninę i Abbey to ich niezłomna postawa artystyczna, sposób w jaki mówiły o rzeczach ważnych dla świata kobiet. Nina Simone to ikona muzyki XX wieku, postać tragiczna. Legendarna ze względu na charyzmatyczny głos i  swój sceniczny temperament. Druga z  bohaterek to równie interesująca, ale mniej znana Abbey Lincoln, kobieta nietuzinkowa o silnej osobowości. Ostatnia diva złotej ery jazzu. Obie walczyły o zniesienie segregacji rasowej. Jak mówi sama wokalistka “… Nina Simone oraz Abbey Lincoln to postacie, które od lat inspirują mnie do tworzenia. Mimo tego, że żyję w innych czasach i innym miejscu, one są mi bardzo bliskie, to bratnie dusze. Uwielbiam artystów wyrazistych, takich, których twórczość i postawa zapada w pamięć i powoduje przemyślenia … Duch Niny Simone jest wiecznie żywy. Kiedy na koncertach gramy piosenki z jej repertuaru panuje magiczna atmosfera. „Remembering Nina & Abbey” to również spotkanie światowych gwiazd jazzu, który skompletował niezawodny kontrabasista i  członek jej międzynarodowego zespołu Darek Oleszkiewicz. To za jego udziałem udało się zorganizować tzw. dream team. W  nagraniach wzięła udział harfistka Carol Robbins, która nagrywała jeszcze z  samą Niną Simone. Partie wokalne Agi Zaryan przeplatają genialne solówki na fortepianie Geri Allen i grającego na gitarze Larry’ego Koonse’a. Wszystko w  akompaniamencie jednego z  najwybitniejszych współczesnych perkusistów Brian’a Blade’a ( występował z Joni Mitchell, Bobem Dylanem a  ostatnio jest stałym członkiem zespołu Wayne’a  Shorter’a). Muzycy wykonują kompozycje z  niespotykaną swobodą. Być może jest to powód iż album był nagrywany klasyczną techniką z  lat 50-tych w  legendarnym Conway Recording Studios w  Hollywood. Wybór utworów oraz miejsca nie był przypadkowy, wokalistka, aby zinterpretować na nowo najważniejsze utwory z  repertuaru dwóch ikon muzyki XX wieku rozpoczyna słynnym pięknym, przejmującym songiem Bennie Beniamina i  Glorii Caldwell „Don’t Let Me Be Misunderstood”, który zaśpiewała po swojemu. Bardziej jest on znany z wykonania Erica Burdona i The Animals, ale tę pieśń Nina Simone śpiewała znacznie wcześniej. Znakomicie wypadają w jej wykonaniu („Wild Is The Wind” Dimitri Tiomkina i Ned’a Washingtona, „My Baby Just Cares For Me” Waltera Donaldsona, „When Love Was You And Me” Thad’a Jonesa, „Long As You’re Living” Juliana Priestera. Jej własne interpretacje kompozycji Niny Simone – “I Want A Little Sugar In My Bowl” czy muzycznych dzieł Abbey Lincoln – „I Got Thunder (And It Rings) czy „Bird Alone” z wyeksponowanym fortepianem Geri Allen mają posmak refleksyjny z liryczną nutą. Sporym zaskoczeniem jest włączenie na płytę kompozycji Leo Ferre – „Avec Les Temps”, którą Aga Zaryan śpiewa po francusku. Album zamyka zaledwie dwu – minutowa kompozycja Anthony’ego Newley’a i Leslie Bricusse – „Beautiful Land”, która jest urokliwą kołysanką w której Aga Zaryan pokazuje jedynie zarys swoich wokalnych możliwości.

brzmienia

17


MONIKA BORZYM – „My Places” wydawnictwo: Sony Music Poland

C

o najczęściej robią artyści, których album zachwycił recenzentów i  na dodatek świetnie się sprzedał? Starają się ów sukces powtórzyć. Monika Borzym była zasłużenie wychwalana za swój debiut „Girl Talk”, smaczną kolekcję kobiecych hitów, przemienionych w  szlachetne, jazzowe ballady przez aranżera Gila Goldsteina. Album pokrył się w Polsce platyną, ale wokalistka nawet nie próbowała nagrać po raz drugi tej takiej samej płyty. Wręcz przeciwnie – wraca z  materiałem niemal w  pełni autorskim, z  nowym zespołem i  nowym pomysłem na swoją muzykę. Oto co mówi sama Monika Borzym o  tym projekcie „Po to wybrałam sobie taki gatunek muzyczny, a nie np. pop na trzech akordach, żeby całe życie móc się rozwijać i żeby mnie to nigdy nie znudziło. Nie wyobrażam sobie kopiowania swoich poprzednich płyt. Poza tym mam dopiero 23 lata, wszystko u mnie bardzo szybko się zmienia. Podobają mi się nowe rzeczy, poznaję nowych ludzi, więc szukam też nowych brzmień. A że jestem wokalistką, która ma ogromne wsparcie ze strony wytwórni, co daje mi możliwość spełniania marzeń muzycznych, korzystam z  tej możliwości. Wymyślam sobie muzyków, o  współpracy z  którymi marzę i  cieszę się jak mała dziewczynka kiedy okazuje się, że to możliwe” – tak Monika objaśnia zmiany jakie zaszły na „My Place”. A wymarzyła sobie tym razem m.in. arcymistrza gitary jazzowej Johna Scofielda, który zagrał w otwierającym album utworze „Falling” i „Only Girl In the World” brazylijskiego wirtuoza gitary akustycznej Romero Lubambo, którego grę możemy podziwiać w „The Quiet Crowd”, wybitnego saksofonistę Chrisa Pottera, który na swoim tenorze pomrukuje w tytułowym „My Place” zaś na sopranie zagrał w  „In the Name of Love”. Nie mogło zabraknąć genialnego trębacza Randy’ego Breckera, który coraz częściej otwiera się na wspołprace z polskimi muzykami jazzowymi ( ostatnie dokonania z  Włodkiem Pawlikiem i  zespołem High Definition) a  teraz z  Moniką Borzym. Jego fantastyczną grę na flugelhornie słychać w  dwóch kompozycjach: „Unrequited” i „Świat w proszku” To nie wszyscy goście – w zespole nagrywającym album znaleźli się również muzycy tej klasy co gitarzysta Larry Campbell (znany ze współpracy z Bobem Dylanem i Paulem Simonem), perkusista Kenny Wollesen (grywał z  Johnem Zornem, Norah Jones i  John’em Scofield’em) i basista Tony Scherr (m.in. Norah Jones, The Lounge Lizards, John Scofield). Nie zmienił się tylko producent Matt Pierson, któremu polska artystka postanowiła zaufać po raz drugi.  „Świetnie się rozumiemy, wiedziałam, że mogę mu totalnie zaufać i miałam w studiu poczucie bezpieczeństwa, a to bardzo ważne. Okazało się, że dobrze wybraliśmy. Matt w pełni stanął na wysokości zadania, nie ściągał nas ku korzennemu jazzowi, tylko pozwalał odlatywać” – tłumaczy swoją decyzję Monika. Jej najważniejszym partnerem na „My Place” nie był jednak żaden bohater amerykańskich scen, ale Polak, kolega ze szkoły, pianista Mariusz Obijalski. To on jest autorem lwiej części materiału, współ odpowiada również za aranżacje. „To jest Midas, taki gość, który czego się nie dotknie, to mu od razu

18

magazyn muzyczny

wychodzi” – chwali go wokalistka. – „Jest autorem zdecydowanej większości muzyki na płycie”.Wspólne kompozycje Mariusza i Moniki, oscylujące pomiędzy balladą jazzową, a ambitnym popem, to podstawa tej płyty, ale znalazło się i miejsce dla trzech coverów. Tym razem są to “Only Girl in the World” z repertuaru Rihanny, “The Quiet Crowd” Patricka Watsona oraz “In the Name of Love” Kenny’ego Rankina.  Jak w  skrócie podsumować drugi album Moniki Borzym? Tytuł wspomnianego przed chwilą hitu Rihanny przychodzi z  pomocą. Bo Monika to już nieobiecująca, sprawna wokalistka jazzowa, ale artystka, która znalazła własny, oryginalny styl pomiędzy gatunkami, swoje miejsce na muzycznej scenie. Album promuje wydany na singlu utwór „Off To Sea” z muzyką Mariusza Obijalskiego i z angielskim tekstem Karliny Covington.

CHICK COREA – „The Vigil” wydawnictwo: Stretch Records/Concord Jazz/ Universal Music Polska

C

hick Corea dziś już grubo po 70. od niemal początków swojej kariery był postacią niepokorną. W  równym stopniu interesował go free – jazz jak i szeroko pojęta muzyka poważna, echa klasyków XX wieku, kompozycje grupy 6-ciu. Niebagatelną role w jego muzycznej karierze odegrały włoskie i  hiszpańskie wpływy, które wykorzystał pianista w  swoich dwóch sztandarowych kompozycjach „La Fiesta” i „Spain”. Oba utwory rozpaliły przed laty serca słuchaczy na całym świecie. Pokazał w niebywały sposób jak muzyka jazzowa może stapiać się z muzyką flamenco. Mimo swego wieku jest nadal znakomitym pianistą o potężnej ekspresji. Pięknie łączy grupy instrumentalistów w jedną całość a jego popisy są nadal mistrzowskie. Okres elektryczny w karierze Chicka Corei spowodował lawinę naśladowań m.in. Marc Cary i wielu jemu podobnych. Może w ten sposób dochodzi się do rezultatów, ale o ogromnym talencie decyduje jednak wyjątkowość muzyka. Corea ma w dalszym ciągu wyjątkowy dar łączenia gatunków a  to z  czystym jazzem a  to z  nowoczesnym time’ingiem i  porywającym rytmem. Te wszystkie atuty wykorzystał na swoim najnowszym albumie „The Vigil”, który nawiązuje do elektrycznego okresu spod znaku Return To Forever będącego wzorcowym zespołem fusion – rock. Muzyk nigdy nie krył, że fascynują go instrumenty elektroniczne to on wprowadził te instrumenty do formacji Return To Forever. Na nowej płycie pianista otoczył się zestawem instrumentów klawiszowych (Yamaha CFIIIS Concert Grand Piano, Motif XF8, Moog. Voyager ). Poza liderem w składzie muzyków znaleźli się : Tim Garland ( saksofon tenorowy i sopranowy, klarnet basowy, flet),Charles Altura ( gitara akustyczna i elektryczna), Hadrien Feraud ( bas ), Marcus Gilmore (perkusja) i  Pernell Saturnino, którego grę na zestawie perkusyjnym słychać jedynie w trzech utworach („Galary 32 Star 4 ( The Stars Are Your Playthings Forever ), „Planet Chia” i  „Portals to Forever” ). Jeden z  utworów a  dokładnie „Royalty” dedykowany jest mentorowi i  przyjacielowi Roy’owi Haynes’owi. Ta iście balladowa kompozycja z wyeksponowanym tenorem Tima Garlanda to jeden z najspokojniejszych, nostalgicznych tematów na płycie. W „Outside of Space” słychać głos mezzosopranistki Gayle Moran – Corea ( prywatnie żona

brzmienia


muzyka ), która budując improwizacyjne frazy znalazła swoje miejsce w tej kameralnej poetyce. Zupełnie inaczej potraktowali kompozycję inspirowaną Coltrane’owskim brzmieniem „Pledge for Peace” („A Prayer Inspired by John Coltrane”) dwaj jazzowi mistrzowie: basista Stanley Clarke i grający na tenorze Ravi Coltrane. Mimo iż jest to nagranie koncertowe ( szkoda że nie podano skąd ) to słychać tu wyraźne sola obu muzyków a także sola samego lidera. Album wieńczy silnie zaznaczona przez muzyków kompozycja „Legacy” („To The Creators of Our Music Culture Who Have Kept The Vigil”).Świetne popisy poszczególnych muzyków sprawiają że wszystko jest tu tak jak należy ( mocny drive, mocne sola i gęsta faktura perkusji ). Z takim potencjałem muzyków Chick Corea nie musi się martwić o dalszy przebieg jego jazzowych a nawet poza jazzowych wybryków.

STACEY KENT – „The Changing Lights” wydawnictwo: Parlophone Music Polska

A

merykańska wokalistka od wielu lat mieszka ze swoim mężem Anglikiem – zresztą świetnym saksofonistą Jim’em Tomlinsonem w Wielkiej Brytanii. Cieszy się tam a w szczególności we Francji od lat niesłabnącym powodzeniem. Sięgając po utwory legendarnych francuskich artystów jak Serge Gainsbourg przysporzyła sobie nad Tamizą mnóstwo fanów. Jej kolejna francusko – języczna płyta „Raconte – moi” tylko potwierdziła jej pozycję na tamtejszym rynku. Wokalistka śpiewa czarującym głosem jakby wydobywała go wprost ze swojej duszy. Uważana jest za jedną z najciekawszych wokalistek jazzowych na świecie. Swoją karierę rozpoczynała od śpiewania jazzowych standardów w  londyńskich klubach, jednak umiejętność łączenia popowej wrażliwości z romantycznym podejściem do klasyki gatunku bardzo szybko zdobyły jej oddane grono wielbicieli na całym niemal świecie. Literacka wrażliwość Stacey Kent wyróżnia ją spośród innych wokalistek a  najnowsza płyta „The Changing Lights” jest tego najlepszym przykładem. Tytułowy utwór to światło skierowane tym razem na Brazylię. Stacey jest tutaj taką Astrud Gilberto zaś jej życiowy partner saksofonista Jim Tomlinson jest takim Stan’em Getz’em. Pozostały zestaw muzyków tworzą: ( Graham Harvey ( fortepian, Fender Rhodes),Roberto Menescal (gitara),, John Parricelli (gitara),Jeremy Brown (kontrabas) dwaj perkusiści Matt Home i  Joshua Morrison oraz Raymond Bittencourt ( ganza). Płytę otwiera kompozycja Gene’a Lees’a , Viniciusa De Moraesa i Toma Jobima – „This Happy Madness”.W klimat muzyki brazylijskiej wprowadza zarówno inna jak nie najsłynniejsza kompozycja Jobima „One Note Samba (Samba De Uma Nota So) oraz Joao Bosco – „O Bebado E A Equilibrista”, którą połączyła wokalistka ze słynnym tematem „Smile”napisanym przez Charlie Chaplina. Pojawiają się na płycie też całkiem nowe kompozycje Jima Tomlinsona – „Walter, Oh Walter” , „The Changing Lights”, „A Tarde” i „Chanson Legere”. Ten ostatni z tekstem Bernie Beaupere nawiązuje do francuskiego okresu Stacey Kent, kiedy to śpiewała na scenie La Cigale w Paryżu. Jednak przeważają na płycie kompozycje z lekka brazylijskim rodowodem jak utwory z tekstem i muzyką Paulo Sergio

magazyn muzyczny

Valle/ Pingarilho/ Normana Gimbela i Marcusa Valle – „ The Face In Love” , Nelsona Motty, Alana i Marilyn Bergman – „Like A Lover” czy portugalskiego poety Antonio Ladeiry – „Mais Uma Vez” i „ A Tarde” odśpiewanych przez Stacey również po portugalsku.. Od wielu lat Stacey Kent współpracuje też z powieściopisarzem Kazuo Ishiguro ( autorem m.in. książek „Okruchy dnia” oraz „Nie opuszczaj mnie”). To on napisał teksty do utworów „The Summer We Crossed Europe In The Rain”, “Waiter, Oh Waiter” oraz tytułowy “Changing Lights”. Nagrania zostały zrealizowane w  trzech różnych geograficznych miejscach w Curtis Schwartz Studio w Sussex w Stirling Studio w Colorado oraz w Borquinho Studio w Rio de Janeiro. Zarejestrowany materiał przedstawia urzekającą, promieniejącą i  szczerą artystkę w jej najlepszej formie.

JOE COCKER – „Live At Montreux 1987” wydawnictwo: Eagle Records/ Mystic Production

A

lbumy sygnowane znakiem bodaj największego i  najbardziej rozpoznawalnego festiwalu jazzowego na świecie jakim jest Montreaux cieszą się sporym powodzeniem. Nieżyjący już Claude Nobs – wielka postać tego festiwalu zapraszał poza gwiazdami jazzu także muzyków rockowych: Santanę, Deep Purple czy właśnie Joe Cockera. Dzisiejszy Cocker niewiele ma z rockiem wspólnego idąc na kompromis uległ presji komercyjnego rynku. Ale wtedy jeszcze w latach 60 potrafił fantastycznie interpretować utwory Beatlesów w  soulowym stylu Raya Charlesa m.in. słynny „With A  Little Help From My Friends”. Dzięki temu utworowi został entuzjastycznie przyjęty na festiwalu Woodstock w 1969 roku. Z czasem osiadł w Ameryce i tam zaczął nagrywać ale już utwory w nieco łagodniejszym klimacie muzyki pop dzięki którym powrócił w latach 80 i 90 na szczyty list przebojów. Kiedy w maju 2013 roku występował w Warszawie zaśpiewał piosenki ze swego wówczas najnowszego albumu „Fire It Up” przy którym pracował jako producent Matt Serletic. W  tym samym niemal czasie w drugiej części Europy na półki sklepowe trafił koncertowy album „Live At Montreux 1987” będący zapisem występu Joe Cockera jaki miał miejsce 8 lipca 1987 roku w  sali Casino w Montreux w ramach The Montreux Jazz Festiwal. Cocker swoim zachrypniętym głosem wyśpiewał swoje największe numery, które weszły do kanonu muzyki rockowej. One też wypełniają zawartość albumu począwszy od Dylanowskiego utworu „Dear Landlord” poprzez kompozycję Randy Newmana „You Can Leave Your Hat On” napisaną przez Dave’a Masona „Feeling Alright” po kompozycję spółki Richard Feldman/Patrick Robinson „Civilized Man”. Zafascynowany głosem ciemnoskórych wokalistów włączył utwór z repertuaru Marvina Gaye’a „Inner City Blues”. Pozostały repertuar to kompozycja Jimmy Webba „Just Like Always”, utwór Will’a Jenningsa/ Buffy Sainte Marie i jej męża Jack’a Nitzche „Up Where We Belong” trzy lata wcześniej dokładnie w 1983 roku wszedł na ścieżkę dźwiękową filmu “An Officer And A Gentelman”. Podczas tego koncertu Cocker zaśpiewał jeszcze

brzmienia

19


dwie inne kompozycje Boba Dylana „Seven Days” oraz Watching The River Flow”. Z kolei „Shelter Me” to kompozycja napisana przez Nick’a Di Stefano. Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym koncertowym zestawie słynnej kompozycji Lennona i McCartneya “With A Little Help From My Friends” czy rozsławionej przez Billy’ego Prestona „You Are So Beautiful”. Całość zamyka kompozycja amerykańskiego pieśniarza i poety Randy Newmana „Guilty”. Oczywiście większość tych utworów broni się sama a  Cocker zaśpiewał je z pazurem z udziałem wyśmienitych muzyków: pianisty Charles’a Girodano, keyboardzisty i saksofonisty Ric’a Cunningham’a, gitarzysty Cliff’a  Goodwin’a, perkusisty Eric’a  Parker’a, basisty John’a  Troy’a  i  organisty Larry’ego Marshall’a. Wokalnie wspomogły Cockera dwie urocze śpiewające w  chórkach wokalistki Maxine Green i Janice Hughes. Umiejętności zarówno tych wokalistek jak i  samych muzyków można zobaczyć na drugim krążku DVD dołączonym do zawartości albumu. Joe Cocker swego czasu powiedział, że nie lubi, by konwencje się powtarzały, dlatego na program tego koncertu w Szwajcarii wybrał zróżnicowany repertuar przy którym można powspominać dawne czasy do których artysta odwołuje się i tym razem.

traumatyczne wydarzenia wpływają na życie człowieka. Filar zespołu Tom Scholtz pokazał się nie tylko jako utalentowany gitarzysta, klawiszowiec ale też jako interesujący autor tekstów i  znakomity producent. Do współpracy zaprosił byłego wokalistę Brada Delpa, współpracującego od 2001 roku basistę udzielającego się wokalnie również w  chórkach Kimberley’a  Dahme, współpracującego od 2007 roku wokalistę wspierającego Tommy’ego DeCarlo oraz nowego muzyka Davida Victora. To właśnie z  nimi stworzył nowy materiał oparty na sprawdzonych schematach sprzed lat. Album otwiera udana kompozycja „Haeven on Earth” za którą podążają kolejne wysmakowane dźwięki „Didn’t Mean to Fall In Love”, „Last Day of School”, „Sail Away”, „Life, Love & Hope”, „If You Were In Love”, „Someday”, „Love Got Away”, „”Someone (2.0)”, „You Gave Up on Love”. Całość zamyka “The Way You Look Tonight”. Utwory są dopracowane w  najdrobniejszych szczegółach, taka by mogły sprostać wszystkim najnowszym standardom. Przekaz tych utworów – to historie płynące prosto z  serca nagrane na tym samym sprzęcie, na którym zostały zarejestrowane ich wcześniejsze albumy ( „Don’t Look Back” (78), „Third Stage” (86) czy „Walk On ‘ (94). Tego albumu słucha się wyśmienicie. Na te nowe nagrania Bostonu warto było czekać aż tyle lat.

BOSTON – „Life, Love & Hope” wydawnictwo : Mystic Production

DON AIREY – “Keyed Up” wydawnictwo: Mascot Music/ Mystic

N

azwa Boston miłośnikom muzyki kojarzyć się może z dwoma rzeczami - z miejscem najsłynniejszej uczelni Berklee School of Music oraz ze słynną amerykańską grupą rockową.. To właśnie ona powraca po latach z  nową studyjna płytą zatytułowaną „Life, Love & Hope”. Album jest pierwszym studyjnym krążkiem grupy od ponad 10 lat. Lider zespołu Tom Scholtz dzielił swój czas pomiędzy muzykowanie, a  działalność przedsiębiorczą ( jest on producentem studyjnego sprzętu nagraniowego). To właśnie on ( absolwent znanej politechniki Massachusetts Institute of Technology )w  1971 roku właśnie w  Bostonie założył grupę, która w  krótkim czasie przyćmiła swoją muzyką i nieskazitelnym brzmieniem inne amerykańskie zespoły. Scholz ( gitarzysta, pianista i  zarazem świetny inżynier dźwięku ) pracując w  tamtym czasie dla Polaroida, skontruował własnym sposobem 12 – ścieżkowe studio nagraniowe, które zainstalował w  piwnicy swego domu. Tam z  czterema kolegami nagrał demonstracyjne taśmy, które wysłał do wytworni Epic a ta zachwycona profesjonalizmem zespołu w 1975 roku podpisała z nimi kontrakt. Debiutancki album „Boston” (76) spotkał się ze znakomitym przyjęciem, stając się najlepiej sprzedającym się debiutem rockowym w  historii. Na płycie znalazły się tak fantastyczne kawałki Boston jak: „More Than A  Feeling”, „Piece of Mind” czy „Foreplay/Long Time” bez których zespół nie mógł się obejść na koncertach. Jak na taki zespół o takich niebywałych możliwościach brzmieniowych grupa zafundowała swoim fanom jedynie 5 albumów. Inspiracją dla nowych 11 kompozycji, które wypełniają najnowszy album „Life , Love & Hope” były refleksje na temat, jak pewne

20

magazyn muzyczny

K

eyboardzista jest od wielu lat najlepiej znany fanom Deep Purple. Jego muzyczna kariera zaczęła się jednak znacznie wcześniej. Wczesne epizody z Cozy’m Powell’em i  Colloseum II ( gdzie nawiązał współpracę z Gary’m Moore’em ) przyniosły mu reputację jednego z najlepszych muzyków końca lat 70., którą podtrzymywał przez kolejne dwie dekady, grając z  Whitesnake, którego album „1987” sprzedał się w  mln. egzemplarzy oraz z  Ozzy’m Osbournem. Oprócz współpracy z  Gary’m Moore’em i wspomnianym Cozy’m Powellem był związany z Jethro Tull, Colinem Blunstone’em oraz ELO II – reaktywowanym wcieleniem gwiazdy lat 70. ale już bez Jeffa Lynne’a. Don Aires znalazł się również w składzie arcyambitnego przedsięwzięcia G3 Joe’ego Satriani’ego. Po serii licznych koncertów z bogami gitary związał się z Bernie’m Marsden’em i Mick’iem Moody’m w beztroskim zespole założonym w hołdzie Whitesnake pod nazwą Snakes. Aires nie poświęcał jednak całej swojej kariery na pracę z grupami w ten czy inny sposób związanymi z Deep Purple w  którym zastąpił Jon’a  Lorda początkowo na 4 koncertach a  potem już na stałe. Album „House of Pain” Deep Purple był dziełem klasycznym właśnie za sprawą genialnej gry Don’a Aireya, którą pokazał na wielu koncertach a także na ostatnim Purplowskim albumie „Now What ?!”. Poza intensywnymi zajęciami w  Deep Purple Don Aires komponuje też na własne potrzeby. Najnowszy album firmowany jego nazwiskiem zatytułowany „Keyed Up” to już czwarty solowy krążek. Brzmieniowo i stylowo przypominający Deep Purple, ale osadzony nieco w innej konwencji. Aires zaprosił do studia wielu

brzmienia


swoich przyjaciół z  różnych muzycznych półek Darrin’a  Mooney’a  ( Primal Scream), Rob’a  Harris’a  ( Jamiroquai), Grahama Bonnet’a i Alexa Meadowsa. Ale też nie mógł zapomnieć o  swoim przyjacielu, znakomitym gitarzyście Gary’m Moore’rze, którego gitarę wykorzystał w utworach „Adagio” i „Mini Suite”. Album zawierający 11 utworów otwiera kompozycja „3 In The Morning” z  bogato ilustrowaną partią instrumentów klawiszowych. Pozostałe utwory: „Beat The Retreat”, „Blue Rondo A  La Turk” ( znany chociażby z  wykonania pianisty Dave’a Brubecka ) zawierają rozbudowane unisona. Spokojnie zaczynający się „Solomon’s Song” potęguje w pewnym momencie partia klawiszy Aireya. W  „Claire D’Loon” łkająca gitara idealnie współgra z klawiszami i perkusją nadając temu utworowi szczególny wyraz. Zaledwie muśnięty wokal, który słyszymy z  oddali. Inspirujące i  frapujące zarazem są dwie kolejne kompozycje „Flight Of Inspiration” ( sam tytuł wiele wyjaśnia) oraz „Inside The Godbox”. W pełni rozbudowany „Difficult To Cure 2013” ( jakże do złudzenia przypomina hymn Unii Europejskiej). W „Mini Suite” , „Lament/Jig”, „Restless Spirit”, „What Went Wrong” i „Adagio” ( z  przepiękną grą Gary Moore’a  ) Don Airey wydobywa ze swojego Hammonda dźwięki najczystszej wody. Klamrą zamykającą płyty jest przepięknie rozciągnięta brzmieniowo kompozycja „Grace”, której chciało by się słuchać bez końca.

FOREIGNER – „I Want To Know What Love Is – The Ballads “ wydawnictwo: Ear Music/Edel / Mystic

O

bok Kansas, Boston, Aerosmith na amerykańskim rynku pojawiła się w  połowie lat 70. równie interesująca grupa, Foreigner, która podbiła swoimi przebojami serca słuchaczy niemal na całym świecie. Założycielem zespołu był gitarzysta Mick Jones, który już wcześniej jako 17-to latek występował na estradzie. Początkowo grał w zespole Nero and The Gladiators, potem przez dłuższy czas współpracował w Paryżu z Johnny Hollidayem, wreszcie poznał Garry Wright’a, z  grupy Spooky Tooth z  którym powołali nową grupę Wonderwheel, której żywot okazał się niestety bardzo krótki. Pod szyldem Foreigner (Cudzoziemiec) latem 1977 roku Mick Jones wraz z  nowymi muzykami nagrywa debiutancki album zatytułowany po prostu „Foreigner”. Była to bardzo udana płyta, która w krótkim czasie rozeszła w  nakładzie 4 mln. egzemplarzy.Do największych przebojów grupy należą utwory ( zresztą wydane na singlach): It Feels Like The First Time”, „Coldas Ice”, „Starrider”, „Long, Long Way From Home” i goszczący przez dłuższy czas wówczas na listach przebojów „Hot Blooded”. Do 1995 roku grupa nagrała 9 albumów. W  2009 roku ukazał się podwójny retrospekcyjny album „Can’t Slow Down” z dodatkowymi utworami na DVD. Po dłuższej nieobecności i niemalże zapomnieniu grupa Foreigner ponownie odświeżyła swoje dawne „stareńkie” przeboje ale już bez wokalisty Lou Gramma. Jego rolę wiele lat temu przejął wokalista Kelly Hansen, który posiada podobną barwę głosu. Pozostały trzon

magazyn muzyczny

„nowego składu” zespołu tworzą: Tom Gimbel ( gitara, saksofon,śpiew w chórkach),Michael Bluestein (syntezatory, piano, organy, clavinet), Mark Schulman ( perkusja) oraz basista Jeff Pilson, który zarazem jest producentem tego najnowszego albumu. Podstawowa zawartość krążka CD zrealizowana w  Pilsound Studios w  Santa Clarita w  Kalifornii oraz Poppy Studios i  Dunham Studios w  Nowym Jorku zawiera jedynie znane ballady począwszy od sztandarowej kompozycji Micka Jonesa „I Want To Know What Love Is” w którym słychać dodatkowo głosy członków The Dukedale Gil Ellis Choir z wokalnym scatem Tity Hutchison, poprzez skomponowane wspólnie z Lou Grammem „In Pieces”, „Waiting For A  Girl Like You”, „When It Comes To Love”, „Feels Like The First Time”, „Say You Will”, „The Flame Stall Burns”. W „Save Me” pojawili się dodatkowo inni muzycy: na syntezatorach zagrała Samantha Ronson, na gitarze Jimmy Messer a na perkusji Aaron Sterling. Jak za dawnych lat świetnie wypadają też „I Can’t Gile Up”, „Fool For You Anyway”, „As Long As I Live”, „I’ll Be Home Tonight”, „Double Vision” i  zamykający „Long, Long Way From Home”. To właśnie od tego ostatniego utworu grupa rozpoczynała swoje bardzo efektowne koncerty. Akordy utworu dobiegały w ciemności a kiedy na estradzie zapalały się światła, oczom widzów ukazywał się piękny świetlny globus zawieszony pod sufitem, który symbolizował ich międzynarodowe pochodzenie. Digi Pack-owa wersja albumu powiększona została o  akustyczne wykonania niemalże tych samych utworów zarejestrowanych w  Dornier Museum w  Friedrichshafen w  Niemczech 31 lipca 2013 roku. Podczas tego niecodziennego koncertu akustycznego Foreigner zaprezentowała różnorodny materiał z którego na płyte wybrano jedynie 12 utworow 8 znanych z CD 1 „Double Vision”, „Long, Long Way From Home”, „Say You Will”, „When It Comes To Love”, „Waiting For A Girl Like You”, „Fool For You Anyway”, „Feels Like The First Time” i „I Want To Know What Love Is” oraz 4 inne kompozycje: “Dirty White Boy”, “That’s All Right”, “Juke Box Hero” i zamykający CD 2 akustyczna wersja niegdyś przebojowego utworu “Hot Blooded”. Mimo tak zaawansowanej produkcji i  spójności styl grupy Foreigner nadal oscyluje wokół southern rocka z  elementami R&B i melodyjnego popu.

LISA STANSFIELD – „ Seven” wydawnictwo: Ear Music/ Edel/ Mystic

D

ługo wyczekiwany album jednej z  najciekawszych brytyjskich wokalistek Lisy Stansfield zatytułowany po prostu „Seven” ukazał się po niemal 9-ciu latach milczenia. Warto przypomnieć, iż ostatni studyjny album artystki, „The Moment” pojawił się w 2005 roku a jej niemal wszystkie poprzednie dokonania były wielkim sukcesem. Miłośnicy zmysłowych interpretacji Lisy Stansfield w  stylu soul pamiętają jej największe hity: „All Around The World” , „Change”, „All Woman” czy „Treat Me Like A Woman”, które spowodowały olbrzymi sukces brytyjskiej artystki,

brzmienia

21


której piosenki osiągnęły pierwszą pozycję na liście amerykańskiego tygodnika Billboard w  kategorii „rhythm and blues”. Po 1991 roku i ukazaniu się drugiej płyty „Real Love”, która ugruntowała jej pozycję wśród gwiazd pierwszej wielkości a jednocześnie sprzedaży płyt ( pond 3,5 mln. egzemplarzy) Lisa Stansfield wzięła udział w koncercie The Freddie Merkury Tribute Concert. Jej wykonanie utworu „I Want To Break Free” z zespołem Queen jest do tej pory jednym z najbardziej podniosłych i wzruszających momentów w historii popu. W 2003 roku ukazał się kompilacyjny album „Biography”, zawierający jej największe przeboje, a  jesienią 2004 roku – kolejny krążek studyjny „The Moment”. O tym, że słuchacze nie zapomnieli głosu najlepszej soulowej wokalistki na Wyspach, świadczy powodzenie nowego singla z utworem „Can’t Dance”, który otwiera jej najnowszą płytę „Seven”( 2014). Utwór pnie się na wielu listach przebojów i  jak przystało na przebój wyjątkowo starannie został dobrany na ten nowy album a  do tego świetnie zaaranżowany według najlepszych soulowych wzorców. Na fali zainteresowania „czarna muzyką” Lisa Stansfield może liczyć na duże powodzenie zwłaszcza że dysponuje doskonałym głosem i zróżnicowanym repertuarem z jakim mamy do czynienia na tej nowej płycie. Tytuł płyty to jednocześnie wyraźne zaznaczenie, iż jest to siódmy album w  karierze artystki tym razem wyprodukowany i napisany wspólnie z mężem Ian’em Devaney’em, który jest autorem muzyki do kilku dostrzeżonych również przez krytykę filmów: „The Bodyguard” i „Indecent Proposal”. Poza singlowym utworem “ Can’t Dance” płytę wypełniają równie udane utwory: „Why”, „So Be It”, „Stupid Heart”, „The Crown”, „Picket Fence”, „The Rain”, „Conversation”, „Curry On”. Wszystkie te utwory zostały nagrane w Los Angeles i Manchesterze, a gościnnie udzielają się na nich m.in. John „JR” Robinson i Jerry Hey, obydwaj odpowiedzialni za trzy najważniejsze i  zarazem najpopularniejsze albumy Michaela Jacksona „Off The Wall”, „Thriller” i „Bad”. Płytę zamyka mówiący o miłości „Love Can”. Tych 10 –ciu nowych utworów Listy Stansfield słucha się jak zwykle z  wielką przyjemnością. Jej piosenki trafiają do ucha także tym słuchaczom, którzy szukają melodyjnych utworów jak również wymagającym odbiorcom muzyki pop ceniącym staranne aranżacje i co najważniejsze perfekcyjne interpretacje a te w wykonaniu brytyjskiej wokalistki są bez zarzutu.

ROBBEN FORD – “A Day In Nashville” wydawnictwo: Provogue/Mascot Music/ Mystic

O

d lat zachwyca swoją grą na gitarze a na dodatek z niebywałą lekkością porusza się w okolicach bluesa, funky a nawet jazzu. Potrafi znakomicie łączyć te wszystkie style w jeden muzyczny segment z  którego to wydobywa się niesamowita energia. Ci, którzy pozostają wobec niej obojętni, słysząc tylko dziwnie skonstruowaną kadencję harmoniczną z  ubogą melodią, nie mogą zrozumieć wystarczająco tych, którzy odczuwają jej potężne działanie. Robben Ford od wielu lat podąża drogą naznaczoną bluesem, choć w  jego kręgu zainteresowań są też inne style w których sprawdza się wyśmienicie zarówno jako gitarzysta i interesujący wokalista posiadający ciepły głos. Przez lata swojej kariery współpracował z  zespołami grającymi róż-

22

magazyn muzyczny

norodną stylistykę jak choćby Yellow Jackets. Stał też na czele własnej bluesowej formacji The Blue Line z którą nagrał wiele interesujących albumów. Jego płyty realizowane były w  konwencjach stricte elektrycznych. Wyjątkiem był krążek „The Authorized Bootleg” nagrany z  wykorzystaniem instrumentarium brzmiącego bardziej akustycznie. Amerykański gitarzysta po wyczerpujących koncertach promujących jego poprzednią płytę „Bringing It Back Home” znów pełen pomysłów i inwencji twórczych postanowił zarejestrować kilka nowych piosenek, szczególnie, że ostatnio nagrywał niemal same covery. Otwierający album „Green Grass, Rainwater” to utwór z pogranicza southern rocka bliski momentami popu. Słychać w nim fantastyczne gitarowe zagrywki i  odrobinę Steely Dan, które dają mgliste tylko wrażenie o klasie tej piosenki. Z kolei „Midnight Comes Too Soon” to jazzujący blues zagrany w umiarkowanym tempie z fanrtastycznymi responsami gitary, zmianami rytmu, zatrzymaniami i  bardzo dobrą wokalistyką. W  swingującym shuffle „Ain’t Drinking Beer No More” pojawia się puzonista Barry Green grający na codzień z jazzowym crooner’em Tony’m Bennett’em a do tego pulsujące organy Ricky’ego Petersona współpracownika Davida Sanborna. Poza tym Robbena Forda wspomagają wokalnie też inni muzycy a  pulsujący rytm jego gitary nadaje dodatkowego posmaku. Funkujący „Top Down Blues” to instrumentalny utwór, gdzie oprócz brylującego na basie Briana Allena, możemy podziwiać grę dwóch gitarzystów i  wspaniałe popisy puzonisty Barry’ego Greena. W  nagraniu udało się uchwycić atmosferę bluesowo/jazzowego jamu, nie pozostawiając złudzeń, co do perfekcyjności muzyków. Rewelacyjnie od pierwszej nuty, i  lekko w  klimacie Tedeschi-Trucks Band brzmi „Different People”. Z  fantastycznymi organami, zatrzymaniami i  olbrzymią dynamiką, gdzie pasja miesza się z melancholią. Ford po raz kolejny powraca do specyficznego brzmienia i klimatu, który kojarzy się z  formacją Donalda Fagena Steely Dan pod urokiem którego jest od wielu lat. Już na poprzednim albumie „ Bringing It Back Home” można było to zauważyć. Tym razem w piosence „Cut Your Loose” jednym z dwóch coverów umieszczonych na tej płycie słychać płaczącą gitarę Forda .Wcześniej temat ten nagrał James Cotton i  może dlatego oszałamiające solo na organach Hammonda wykonuje niedościgniony Ricky Peterson. Kompozycję „Poor Kelly Blues” napisał kiedyś Maceo Merriweather i jest to bez wątpienia kolejny pełen uroku bluesowy kawałek na tej znakomitej płycie, gdzie gitary mają mnóstwo do powiedzenia, a sekcja z organami i puzonem punktuje frazy. Może się wydawać nieprawdopodobne a jednak. Robben Ford wraz z plejadą wyśmienitych muzyków w jeden dzień uporali się z nagraniem dziewięciu piosenek, które pulsują jak jeden muzyczny organizm. Doskonale słychać to w  instrumentalnym i silnie zabarwionym jazzem utworze „Thump and Bump” w  którym na pierwszym planie słychać puzon pełniąc rolę instrumentu prowadzącego. Album zamyka swingujący, chicagowski shuffle „Just Another Country Road”. Wokal Robbena Forda został wzbogacony tutaj genialnymi zagraniami puzonu, a  jego autorskie solówki gitarowe pokazują jak bardzo muzyk oddalił się od bluesowego mainstreamu.

brzmienia


Ksiązki NEIL YOUNG – „ Marzenie hippisa – Autobiografia” wydawnictwo: Pascal

T

o już druga pozycja biograficzna o  Neilu Youngu fantastycznym gitarzyście i  wokaliście, który debiutował jeszcze w pierwszej połowie lat 60. Autobiografia – „Marzenie Hippisa” napisana przez samego Neila Younga ze zdjęciem muzyka na okładce autorstwa Lindy McCartney (oryginalny tytuł: Waging Heavy Peace ) w tłumaczeniu Reginy Mościckiej pokazuje osobowość jednego z największych twórców folkowo/rockowej ballady. W rodzinnym mieście Toronto i okolicach stolicy kanadyjskiego stanu Ontario, pamiętają go, jako jednego z wybijających się pieśniarzy folkowych oraz założyciela pierwszych w  kraju „klonowego liścia” zespołów folk – rockowych, z których największą lokalną sławę zdobył sobie jako Neil Young and The Squies. Young, jak większość wówczas interpretatorów „folk music”, naśladował Boba Dylana. I jak większość wybijających się Kanadyjczyków – związał się z rynkiem amerykańskim. Tu, po pierwszych rozczarowaniach a nawet niepowodzeniach, z kilkoma przyjaciółmi m.in. ze Stephenem Stillsem założył w  Los Angeles, grupę rockową, która w 1966 roku przyjęła nazwę parowca Buffalo Springfield. Od tego momentu zaczęła się jego właściwa kariera. Grupa stała się prekursorem nowego stylu muzycznego tzw. country – rocka, w którym przez dłuższy okres czasu nikt nie był w stanie z nimi konkurować. Już w rok potem Buffalo Springfield krytyka uznaje za najbardziej intrygującą amerykańską grupę koncertową. Rzeczywiście – wspaniałą na „żywo”, co jednak nigdy nie znalazło odbicia na płytach. Po trzech latach muzykowania zespół zawiesił działalność, a jego gitarzysta solowy – ,od czasu do czasu – także wokalista, na tyle został zauważony, iż natychmiast zaproponowano mu nagranie solowego albumu. Potem następnych z „Every Knows This Is Nowhere” na czele. Neil Young kolejnymi krążkami przetarł szlaki zarówno najbardziej wpływowym country – rockowym albumem w historii „After The Gold Rush” czy wydanym dwa lata później „Harvest”(73).Album dotarł do szczytu list przebojów po obu stronach Oceanu Atlantyckiego, a krytycy nazwali go najwspanialszym wokalistą i kompozytorem swojego pokolenia. W tamtym okresie Neil Young przeżywał depresję i był zniechęcony, stracił z  powodu przedawkowania heroiny dwójkę bliskich przyjaciół – gitarzystę Crazy Horse, Danny’ego Whitten’a i pracującego przy trasach koncertowych Bruce’a Berry’ego, a jego komercyjny sukces sprawił, że czuł się uwięziony i odizolowany. Wokalista, gitarzysta, kompozytor w ciągu swej muzycznej kariery podążał też ponurą wytyczoną przez siebie trasą, odyseją żalu, zniesmaczenia. Pokazywał w swoich piosenkach koniec hipisowskiej beztroski, obraz kokainowego zepsucia Zachodniego Wybrzeża. W  piosence „Revolution Blues” doprowadził do jego alienacji do agresywnej skrajności. Naćpane gwiazdy Zachodniego Wybrzeża były tylko jednym z celów snajperskich popisów Younga. Rozprawiał się nawet w swoich utworach ze swoim pełnym problemów małżeństwem z  aktorką Carrie Snodgress, co uwiecznił w  smutnym kawałku „Motion Pictures”. Nieznośne teksty pisane przez Neila Younga stawały się kontrowersyjne. Ze swoim toksycznym zaduchem wdrapał się na 69 miejsce listy przebojów utworem „Walk On”. Young sięgał też po muzyczne żarty z Lynyrd Skynyrd, którzy wspomnieli go w swoim utworze

magazyn muzyczny

„Sweet Home Alabama”. Zgrzytliwe brzmienie Neila Younga zostało najlepiej przedstawione na albumie „Everybody Knows This Is Nowhere” (69) będąca wielką miłością do nagrań na żywo, metody, która idealnie pasowała do spontanicznego, surowego epickiego country-rocka Younga i jego Crazy Horse. Piosenki z tego albumu pozostały do dziś na liście utworów koncertowych Younga, nawet po kanonizacji Younga jako ojca chrzestnego grunge’u. W  1979 roku Artysta świętował przetrwanie lat 70. bez kompromisów. Magazyn „Village Voice” nominował go nawet do tytułu artysty dekady, potwierdzając, że był jedną z niewielu gwiazd epoki, razem z Dylanem i Van Morrisonem, którym udała się transformacja. Neil Young rozwijał swoją solową karierę na dwóch frontach: występował solo grając na akustycznej gitarze a elektryczną działalność wspierał go zespół Crazy Horse. Jedna z jego piosenek o ulotnej naturze „My,My,Hey, Hey” stała się legendarna, kiedy Kurt Cobain z Nirvany zacytował ją w notatce, którą napisał przed popełnieniem samobójstwa. Warto również wspomnieć o  krótkiej, choć wspaniale zapowiadającej się współpracy Younga z  trio – Crosby, Stills, Nash pod koniec 1969 roku. Grupa utrzymała się w  tym składzie niewiele ponad rok – chociaż później odżywała na krótsze lub dłuższe okresy.O  tym wszystkim można dowiedzieć się z  tej najnowszej Autobiografii Neila Younga – autora fantastycznych poetyckich pieśni, gniewnych songów śpiewanych w  przejmujący sposób, głosem o barwie zbliżonej do wykonawców murzyńskich. Oprawę muzyczną jego utworów stanowią po dziś dzień oszczędne, ostre i mocne zarazem sola gitarowe.

brzmienia

Opr. Andrzej Patlewicz

23


Farida w Ptasim Tulipanie W styczniowy dość ciepły jak na tę porę roku wieczór (jakże inny, niż dwa lata temu ,kiedy to Farida przybyła z koncertem do mroźnego Poznania) ponownie piękna wciąż diwa spotkała się ze swoimi wielkopolskimi fanami .Ta ceniona od lat w  Polsce włoska piosenkarka, laureatka Nagrody Dziennikarzy Sopot 70 o  pseudonimie artystycznym Farida,a właściwie prywatnie w rzeczywistości nosząca nazwisko Concetta Gangi przed równo dwoma laty odwiedziła wtenczas skuty lodem Poznań. Pomimo takiej pogody była wówczas jednak ona serdecznie oczekiwana i gorąco przyjęta przez słuchających ją melomanów. Ja także wówczas miałam przyjemność i zaszczyt nie tylko uczestniczyć w jej występie i wieczorze koncertowym w  nowo wybudowanej sali Akademii Medycznej, lecz również i pisać recenzję z tej uczty duchowej na tych samych czcigodnych łamach „Brzmień”. Powtórne jednakże kilka dni temu moje na żywo spotkanie z tą muzą sztuki śpiewaczej przebiegało zupełnie inaczej, niż poprzednie. Bowiem ta dawna niemenowska miłość tym razem wy-

24

magazyn muzyczny

jątkowo nie śpiewała, lecz mówiła. Przybywając do restauracji Tulipan, będącym jednocześnie miejscem środowych spotkań członków PTAAAK-a Farida tym razem zamiast prezentowania swego słowiczego śpiewu rozmawiała z uczestnikami zgromadzenia, odpowiadała na ich czasami dość trudne i kłopotliwe pytania, opowiadała o sobie i udzielając autografów fotografowała się ze swymi wielbicielami, wśród których byli przedstawiciele niekoniecznie płci brzydszej. Całość spotkania otworzył oczywiście Krzysztof Wodniczak-dawny niemenowski menager. Opowiadał on na wstępie m.in.swoje wrażenia z jej występów podczas Festiwalu w Sopocie w 1970 r., przybliżając w ten sposób postać artystki słuchaczom.Wyrażał się on również o czcigodnym gościu wieczoru w  ten sposób,że była to muza Niemena, jego wielka miłość i  bogdanka artystyczna.15 stycznia br.ta włoska piosenkarka mogła dlatego rozmawiać Poznaniakami i  poświęcić im ten wieczór, gdyż przyleciała do Polski ze względu na swoje uczestnictwo w koncercie w Zielonej Górze z okazji 10 rocznicy

brzmienia


śmierci Niemena(która minęła właśnie 17 stycznia).Ewelina Rajchel ,którą pamiętam ze świetnego wokalu podczas pierwszej części koncertu sprzed dwóch lat(którym to występem poprzedziła wykonania Faridy) opowiedziała nam też, iż odwiedziła jakiś czas temu ją we Włoszech. Zaprzyjaźniły się, a bariera językowa między nimi nie istnieje, ponieważ Ewelina świetnie posługuje się językiem włoskim.Mieliśmy okazję się o tym przekonać,ponieważ podczas spotkania służyła wykonawczyni norwidowskiego „Italiam!Italiam” za tłumacza .Gość wieczoru przyleciał wraz ze swą przyjaciółką z Włoch,a jest nią Annalisa Apalay, która wybrała ją spotykając przypadkowo na ulicy do zagrania w  epizodzie filmowym.Gdy była niemenowska muza weszła i  otrzymała od zgromadzonych w  sali na przywitanie oklaski, niespodziewanie dla obecnych odpowiedziała:„Dziękuję bardzo”-wyjątkowo ładnie jak na Włoszkę i wyraźnie po polsku!Zapewne to wyrażenie potrafiła ona powiedzieć dzięki wpływowi Niemena, który ją tego nauczył ,podobnie jak i wielu innych słów polskich. Pierwsze pytanie ze strony tulipanowej sali dotyczyło tego, kiedy zobaczyła ona po raz pierwszy naszą ojczyznę?Na co Concetta odpowiedziała, że przyjechała pierwszy raz do Polski i zobaczyła, jak wygląda ten kraj w 1970 r.,kiedy to uczestniczyła w Festiwalu Piosenki w Sopocie i z miejsca podbiła wówczas serca publiczności otrzymując Nagrodę Dziennikarzy.Jej przebój „Vedray, Vedray” jak doskonale pamiętam śpiewała długo potem cała Polska!Muzykalna artystka posiada z tego okresu i właśnie z tegoż festiwalu bardzo wiele miłych i pięknych wspomnień,które można zaliczyć do wyjątkowych.Ponieważ były to czasy, w  których piosenkarka była niemenowską rusałką, można się tylko domyślać z  niedopowiedzeń, iż miała ona na myśli postać Czesława wraz z obecnym między nimi wtenczas uczuciem.Bohaterka wieczoru opowiadała też nam o pierwszej próbie przed swym festiwalowym występem. Zmęczona podróżą i  nierozśpiewana była

magazyn muzyczny

w słabej formie i nie najlepiej jej ten pierwszy śpiew na polskiej ziemi wychodził.Dyrygent był pozbawiony konwenansów i  niezadowolony z poziomu śpiewu diwy pozwolił sobie nawet powiedzieć do niej niegrzecznie:„Kogo oni tu przysłali z  tych Włoch!”Kiedy jednak usłyszał, jak pięknie zaśpiewała tak nieładnie potraktowana przez niego niedawno włoska artystka już na samym publicznym występie wieczorem, potrafił przyznać się do błędu. Za kulisami uklęknął przed nią i całując w rękę – przeprosił. Właśnie podczas tego jej występu w Sopocie był wtedy tam obecny i słuchał jej na żywo K. Wodniczak, siedząc wśród dziennikarzy i również wybierając ją, jako pretendentkę do nagrody.A przecież to wówczas otrzymała Concetta Nagrodę Dziennikarzy.Natomiast pan Andrzej powiedział ,iż był we Włoszech i chciałby wiedzieć, z jakim regionem piosenkarka czuje się związana najbardziej?Na co gość wieczoru odpowiedział,że jest to starożytna miejscowość Taormina(powstała aż w  IV w.p.n.e.!) na Sycylii leżąca w prowincji Mesyna.Zapytała też ją pewna pisarka, jak się czuje Farida w  Palermo? Ponieważ ona będąc we Włoszech, w jego okolicach również tam mieszkała.I wtedy Włoszka niespodziewanie zaczęła śpiewać w odpowiedzi po polsku:„Niby nic, a tak to się zaczęło….”Pewna kobieta z kolei zapytała, o to kiedy drogi Niemena i  jej się zeszły, czyli w  jakich okolicznościach spotkała go i zobaczyła po raz pierwszy we Włoszech? Wokalistka odparła,że w  Cartagillo uczestnicząc w  festiwalu,podczas którego w samochodach przystrojonych insygniami danego artysty muzycy jeździli po różnych miastach,ponieważ taka była konwencja tej imprezy.W jednym z nich, a mianowicie w Cartagillo spotkali się w 70 r. Natychmiast spojrzenie Niemena zafascynowało ją i od razu po krótkiej rozmowie poczuli,że się świetnie rozumieją , jakby się znali od dawna.Zapytała się też jakaś pani o to,skąd się wzięło i co w rzeczywistości znaczy to dziwne artystyczne imię:„Farida”? W tym momencie w imieniu diwy od-

brzmienia

25


powiedziała Ewelina Rajchel ,iż rozmawiała już kiedyś z nią na ten temat i powtórzyła zgromadzonym te wyjaśnienia.Mianowicie dziadek wokalistki(ze strony jej matki),który był Egipcjaninem ,gdy była ona małym dzieckiem głaskał ją po włosach i powtarzał:„Farida, Farida”, a z czasem tak zaczął się do niej zwracać.W języku egipskim to słowo znaczy:„wyjątkowa”.Ktoś z obecnych zapytał też o to, co się mówi o polskich piosenkarzach we Włoszech i czy gość

26

magazyn muzyczny

usłyszał kiedyś może śpiewu tak znów popularnej w Polsce i w Rosji wskutek telewizyjnego serialu Anny German choćby z płyty?Farida nie potrafiła powiedzieć, co się sądzi o polskich wykonawcach we Włoszech i w zasadzie oprócz Niemena twórczości polskich piosenkarzy prawie nie zna, a o Annie German nigdy też nie słyszała.Można tę niewiedzę tłumaczyć tym,że rodzimych doskonałych , zdolnych i  utalentowanych wokalistów we Włoszech jest bardzo wielu.Zapytano się też, czy w tym czasie,kiedy Niemen był we Włoszech miała już ona wtedy swoich fanów i już była w  swym kraju znana?Usłyszeliśmy odpowiedź,że już wówczas robiła w  swoim kraju karierę i  miała swoich wielbicieli.Dodała też ,że być może tego nie wiemy,iż Czesław podczas stanu wojennego miał propozycję wyjazdu m.in. do USA z Polski.Lecz nie chciał wcale wyjeżdżać mówiąc: „że powinien cierpieć wraz z innymi Polakami i nie zostawiać swojej ojczyzny.” Na swój sposób Wydrzycki był patriotą,która to cecha w jego osobowości mało była znana szerokiemu ogółowi.Jednakże to właśnie on wychowany w innym kraju(przyjechał przecież do Polski w  wieku prawie 20 lat) zapewne rozumiał więcej od innych , co to znaczy ojczyzna i jak trudny do wytrzymania jest jej brak!Włoska wokalistka była wiele razy w Polsce i zadeklarowała ,że:»„bardzo”( wypowiedziane zostało to po polsku) ją kocha«.Obecnie przyjechała do nas na krótko, lecz cały czas odczuwa Polskę jako swoją drugą ojczyznę.Gdy piosenkarka miała po raz pierwszy przyjechać do Polski( a były to czasy głębokiego komunizmu) artyści włoscy jej odradzali,mówiąc że nie ma po co jechać i co tam będzie robić?A ona ,kiedy przyjechała do naszego kraju,nagle poczuła się mile zaskoczona i od tego czasu jest zachwycona Polską! Przyjeżdżała już tu kilka razy … Gwiazda kończy dwujęzycznie swą wypowiedź dotyczącą wrażeń z  przyjazdów do naszej ziemi mówiąc:„I love Polonia”.Natomiast któraś ze słuchaczek stwierdziła,że dwa razy była we Włoszech i czuła się tam w czasie swego pobytu, jak w domu, u siebie.W których krajach wobec tego czuje się artystka równie dobrze, jak w Polsce?Na co wokalistka odpowiedziała ku naszemu zaskoczeniu ,że tym miejscem, w którym jest jej tak dobrze ,jak w  rodzimych stronach jest Izrael, no i oczywiście Polska. Padło też pytanie, w jaki sposób powstają piosenki śpiewane przez artystkę, kto jest autorem słów i muzyki?Odpowiedź brzmiała,że na początku jej kariery utwory były pisane dla niej, a teraz już od jakiegoś czasu sama sobie pisze teksty.Starszy pan natomiast zadał pytanie o  zainteresowania pozamuzyczne czcigodnego gościa.Piosenkarka przekazała słuchaczom,że się wieloma dziedzinami interesuje i np. ubrania dla siebie szyje sama,fotografuje,zajmuje się też aktorstwem.Przyjechała do Poznania ze scenarzystką Apalay,u  której w  jednym z  epizodów zagrała w  jej filmie.Film ten był tak skonstruowany kompozycyjnie,iż zawierał trzy różne epizody.Wokalistka włoska gra również czasami w teatrze.Napisała też sama własną biografię, która jednak głównie ujęta jest od emocjonalnej strony jej życia,a nie zawodowej. Znakomita artystka wyściskała tuż po tej wypowiedzi swoją koleżankę Lilę również tłumaczkę z włoskiego,mówiąc iż:„…ma takie dwie osoby: Ewelinę Rajchel i Lilę,którym ufa i je bardzo lubi, a nawet kocha!”W momencie tych osobistych wyznań wło-

brzmienia


skiej solistki wszedł do sali Wojciech Korda,który w  dniu poprzednim został odznaczony w Warszawie przez prezydenta Komorowskiego.Ten były „Słowik” współpracował niegdyś z  Niemenem,występowali razem w  Niebiesko-Czarnych.Ale pomimo to,że dobrze znali się z Czesławem pan Wojciech osobiście nigdy nie spotkał się z Faridą(od tego momentu przekłada z włoskiego słuchaczom p. Lila).Nowo przybyły wyznał,iż z Wydrzyckim byli przyjaciółmi w jednym zespole śpiewając czasami w duecie. Po krótkiej rozmowie z Kordą(przez tłumaczkę) dowiadując się o tym,że Wojtek grał wspólnie i znał się z Czesławem daje mu piosenkarka w prezencie całusa w policzek. Zostaje to skwitowane głośnymi oklaskami ze strony uczestników spotkania. Wiedząc,że wokalistka ma w  repertuarze „Adagio na smyczki”,rzekomo autorstwa Albinionego(które i ja wielokrotnie wykonywałam na organach i  flecie), a  w  rzeczywistości zmarłego przed 15 laty Remo Giacotto zapytałam,czyjego autorstwa jest tekst, który gwiazda śpiewa po włosku i  czy wie o  tym,kto jest w  rzeczywistości kompozytorem tego utworu?Odpowiedziano mi ,że funkcjonuje ten tekst we Włoszech,a  śpiewaczka w  rzeczywistości nie wiedziała o  tej największej mistyfikacji muzycznej XX w. Bowiem mało kto zdaje sobie sprawę nawet z wykonawców tego rzekomego utworu Albinioniego,że nie wiadomo dlaczego Giacotto chciał ukryć swoje autorstwo! I nie jest nawet to prawdą,że wykorzystał tylko ten włoski muzykolog odnaleziony rzekomo w gruzach biblioteki drezdeńskiej pod koniec II wojny światowej fragment orkiestrowej partii basu nieznanego koncertu Thomasa Albinioniego.Szczegółowe badania nad materiałem muzycznym tego rozpowszechnionego przez orkiestrę von Karajana utworu wykazały bezprzecznie bowiem,że został on napisany w zupełnej całości w  obecnych czasach.Nie wiadomo do dziś z  jakich powodów Giazotto nie chciał się przyznać do napisania go, co w świetle badań jest bezsprzecznie oczywiste!Poproszona o zaśpiewanie czegoś diwa prezentuje fragment „Vedrai,vedrai”, a  tuż potem niemenowskie „ Nie jesteś moja”po polsku!!! Następnie wykonuje też „Volare” (Gipsy Kings )i wciąga całą salę do wspólnego śpiewania.Zadano również Gangi pytanie,kiedy zaczęła śpiewać(chodziło o  wiek)?Na co lapidarnie i  sprytnie diwa odpowiedziała,że :„Najpierw urodził się głos , a potem urodziła się ona”.Popularna artystka uchyliła też rąbka z życia prywatnego,przekazując obecnym wiadomość, iż jej syn jest perkusistą i  gra z  zespołem dwa lata temu zmarłego nagle na atak serca podczas trasy tak znanego nawet i w Polsce Luccio Dalla.Posiada też córkę,lecz gwiazda nie ujawniła obecnym , czym się ona zajmuje i co obecnie robi. Krzysztof Wodniczak z  kolei zainteresowany był scenariuszem filmu i  okolicznościami wzajemnego spotkania się scenografki Annalisy Apalay z  artystką. Odpowiedziała na to sama Annalisa-opowiadając o  tym ,jak to spotkała się przypadkowo z  Faridą na ulicy.Natychmiast się polubiły i  przypadły sobie nie tylko do gustu, ale i  do serca. Annalisa jest pisarką i  chciała zrobić film dokumentalny na temat poznanej niedawno Concetty,lecz jednak w tym czasie współpracowała ona z reżyserem i akurat filmowała historię składającą się z  epizodów trzech opowieści różnych postaci.W  samym filmie zmieniła jednak Faridę w  trochę bajkową postać, wkładając trochę w  scenariusz prawdziwych rzeczy na temat piosenkarki do filmowej akcji,jednocześnie dodając trochę surrealistycznego wątku,niezbyt zgodnego z  rzeczywistością. Wokalistka była bardzo zainteresowana jej koncepcją swej roli, pomagała w kreacji postaci, więc też dobrze obie się bawiły przy produkcji tegoż filmu.Śpiewaczka znała cały tekst swoich wystąpień podczas nakręcania na pamięć -co jest rzadkością w  czasie

magazyn muzyczny

pracy wśród aktorów. Annalisa mocno chwaliła sobie współpracę z  nią,mówiąc iż:„Farida to prawdziwa profesjonalistka!”Ekipa filmowa współpracująca z nimi przez ten czas zakochała się dosłownie w  piosenkarce,urzekła ich bowiem ona swoją osobowością i bezpośredniością.Pewna starsza pani stwierdziła,iż pamięta świetnie diwę z jej z koncertów podczas festiwalu w Sopocie,kiedy to wspaniałym głosem podbiła obecną tam publiczność.Słuchając jej obecnie, słyszy również,że i teraz mimo upływu czasu śpiewa ona tak samo!Farida w podziękowaniu za ten komplement odpowiada pięknie po polsku:„Jesteście wspaniali!”.A Krzysztof Wodniczak dodał do wyznania niegdysiejszej niemenowskiej muzy,że z nagranej płyty w 1970 r. odblokowany został utwór „Musica Magica” w internecie na na You Tube.Jest to piosenka podarowana przez Wydrzyckiego Faridzie w okresie ,gdy łączyło ich płomienne uczucie.Lecz zaciekle walczyła o  prawa do niej(co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe!) przez długi czas wdowa po Niemenie. Natomiast poznański artysta fotografik Jacek Kulm powiedział, iż będąc we Włoszech poznał osobiście tak popularnego w  latach pięćdziesiątych włoskiego śpiewaka Massimo Ranieri,który wtenczas ,gdy z nim się spotkał,przerwał właśnie (w 1975 r.)swą wokalną karierę.W tym czasie bowiem raczej zajmował się aktorstwem w filmach.Pana Jacka interesowało bardzo, czy jego włoski znajomy wrócił do śpiewania?Na co wokalistka odpowiedziała,że Ramieri ponownie wrócił do śpiewania pod koniec lat 80 i jak dotąd jest popularny wykonując niekiedy trudne partie wokalne. Jednakże( mimo, że ceni jego wykonania), nigdy osobiście z nim nie miała się okazji zobaczyć, ponieważ ona mieszka na Sycylii w Palermo, a wspomniany przed chwilą aktor i piosenkarz w głębi Włoch .A to już jest naprawdę spora odległość! Fotografik był też ciekawy, którego z włoskich śpiewaków ceni sobie najbardziej gość wieczoru.Odpowiedź na to zapytanie okazała się mocno kłopotliwa dla Concetty, która po chwili zastanowienia odrzekła, że jest jej jednoznacznie na nie trudno odpowiedzieć.W jej kraju(i nie tylko) jest wielu utalentowanych wokalistów,którzy naprawdę pięknie i  profesjonalnie prezentują śpiewane przez siebie utwory.Faktem jednak jest,że do nich można zaliczyć zapewne i nieżyjącego już Luccio Dalla, w którego zespole gra jej syn.Lecz naprawdę niełatwo jest jej wskazać tego najlepszego w jej mniemaniu wokalistę,ponieważ jest ich naprawdę duża liczba. Natomiast znana mi pani Ewa stwierdziła,iż jest wielbicielką Marino Marini -popularnego w końcu lat 50 i na początku 60 również w Polsce.Nowe zapytanie brzmiało więc:„Czy piosenkarka miała okazję poznać go osobiście, albo też może z  nim współpracować?”Na co śpiewaczka odpowiedziała,że osobiście nie miała okazji go poznać i śpiewać razem z nim tym bardziej nie miała w tym układzie możliwości.Na koniec spotkania z Faridą zabrał głos Krzysztof Wodniczak mówiąc ,że gość wieczoru będzie jeszcze rozdawał autografy( była dla obecnych do zakupienia dostępna historyczna już winylowa płyta z  lat 70 z  nagraniami muzykalnej artystki), a  także zaprasza wszystkich obecnych do wspólnej pamiątkowej fotografii.Popularna w latach siedemdziesiątych w Polsce włoska wokalistka serdecznie w  kilku słowach pożegnała się ze swoimi poznańskimi fanami.Lecz jeszcze mimo tego oficjalnego zakończenia zgromadzenia jeszcze długo potem rozdawała ona swoje autografy i fotografowała się ze swoimi sympatykami pozując najpierw z wszystkimi obecnymi na sali do zbiorowego zdjęcia,a następnie również do pamiątkowych wizerunków z pojedynczymi uczestnikami spotkania,czekającymi cierpliwie w długiej kolejce na upragnioną swoją podobiznę w towarzystwie włoskiej diwy!

brzmienia

Mniszka Brudnica zdjęcia Hieronim Dymalski

27


Włoskie i niemieckie ślady Niemena po… 40 latach

L

os zdarzył, że w Polskich Nagraniach u sympatycznej Iwony Thierry, poznałem reżysera Krzysztofa Magowskiego, który po świetnym muzycznym dokumencie o Ryszardzie Ridlu („Sie macie ludzie”), aktualnie pracuje nad pełnometrażowym filmem „Sen o Warszawie”. Dokument dotyczy idola kilku pokoleń polaków – Czesłwa Niemena i  obejmuje wszystkie etapy i  epiziody (niektóre zupełnie nieznane) z życia Artysty. Krzysztof zaproponował mi współpracę, dzięki temu dane mi było uczestniczyć przy dokumentowaniu włoskich i niemieckich ścieżek życia mojego idola. Wyznaczają je słowa klucze: Farida, San Remo, CBS International. Nic dziwnego, że zaproszenie do udziału w filmie otrzymała osoba najbardziej kompetentna – włoski manager, promotor i producent płyt Niemena – prof. Francesco lo Bianco. Spotkanie ułatwiła przyjaciółka mojej siostry, Renata Donarska (od 40 lat Włoszka z wyboru), która nie odmówiła pomocy i perfekcyjnie zorganizowała nasz pobyt. Ale po kolei. Z Warszawy wyjechaliśmy 9 października i do naszej bazy w Pre-

28

magazyn muzyczny

dore dojechaliśmy po kilkunastu godzinach. Godzinny korek na Morawach pod Sławkowem (dawniej Austerlitz) wykorzystaliśmy na zwiedzenie pola słynnej bitwy. Włochy powitały nas wiosenno letnią pogodą + 23 stopnie. Zwiastowało to udany pobyt. Następnego dnia wyruszyliśmy do Bolonii. Renata odnalazła miejsce, w którym funkcjonował niegdyś ekskluzywny Stork Club (występowała w nim czołówka włoskich piosenkarzy, a także Niemen z Akwarelami i Jimi Hendrix). Po zwiedzeniu starówki (trafiliśmy na „MortadellaBo”, czyli Festiwal Mortadelli) długo oczekiwane spotkanie z prof. Francesco Lo Bianco. Profesor przyjął nas bardzo serdecznie, z rozrzewnieniem wspominał dawne czasy, posiada walizkę zdjęć i  profesjonalne taśmy z nagraniami Niemena, które wzbogaciły moją kolekcję („Strange is this world” próbna anglojęzyczna wersja, „Lei mi dara’un bambino” z repertuaru zespołu Cameleonti, a także reklamowy film z  Czesławem zrealizowany na słynnych Hiszpańskich Schodach w Rzymie). Opowieściom nie było końca. Dowiedzieliśmy się o przyjaźni Niemena

brzmienia


z muzykiem Dimitrio Stratosem - Grekiem naturalizowanym we włoszech, promocyjnych występach Czesława we włoskiej telewizji RAI Uno- program Pippo Baudo „Settevoci”, wreszcie o „Niemenie-sterniku” podczas rejsów (jachtem profesora) po Morzu Adriatyckim. Nie zabrakło wątku miłosnego Czesława i Faridy. Nagranie wywiadu przebiegło w  bardzo serdecznej atmosferze. Podczas rozmowy dowiadujemy się, że fotograf Massimo Perisi posiada zdjęcia Niemena. Tu rozczarowanie, okazało się, że nie Niemena, ale jego drugiej żony, która jako modelka, także miała swoją włoską przygodę. Francesco lo Bianco darzył Niemena szczególną sympatią. Biały Ford Transit (nie mylić z  białym Fordem Mustangiem) to prezent, nazwa zespołu „Niemen Enigmatic” także. Jednak to wszystko były „drobiazgi”. Gdy włoski epiozd dobiegał końca, profesor ofiarował Niemenowi coś bardziej wartościowego - kontrakt z firmą CBS International. Był to moment zwrotny w Jego karierze. Zaowocowało to awangardowymi płytami „Strange is this world”, “Ode to Venus”, “Mourner’s Rhapsody” a także wspomnieniową “Russische Lieder”. Ale to już zupełnie inna historia a przede wszystkim muzyka. Pomimo napiętego harmonogramu pobytu, odwiedzałem sklepy muzyczne. Spotkała mnie miła niespodzianka. Na składance kompaktowej „Quei Favolosi anni’60” ( Te wspaniałe lata 60-te) umieszczono piosenkę „24 ore spese bane con amore” w wykonaniu Niemena. Było to już drugie wydanie płyty sprzedawanej jako offerta specjale. Ostatni dzień zdjęciowy wypełnił pobyt w stolicy włoskiej piosenki San Remo. To tu w 1967 roku wystąpiła Anna German, a w 1970 roku miał zaśpiewać Czesław Niemen. Niestety, włoskie, komunistyczne związki zawodowe (w ostatniej chwili) skutecznie zablokowały występ Polaka. Ironią losu ( i pamiatką) okazały się płyty winylowe San Remo’70 wydane w  ponad 20 krajach świata (od Meksyku po Japonię) z piosenką „La Prima cosa bella”w wykonaniu Niemena. Na występ w San Remo Niemen musiał czekać okrągłe dwadzieścia lat. W 1990 roku Francesco Kossiga, ówczesny Prezydent Republiki Włoskiej, z okazji 40 Jubileuszowego Festiwalu Piosenki Włoskiej zorganizował koncert San Remo Liberta. Reklamowany jako ”Il Meglio Dello Spettacolo Dell’Europa Dell’Est” (Najlepszy ze spektakli Europy Wschodniej). Wystąpili wykonawcy z siedmiu byłych państw socjalistycznych, które wyzwoliły się z dominacji Związku Radzieckiego. Polskę reprezentowała Maryla Rodowicz, Małgorzata Ostrowska z  zespołem Lombard oraz Czesław Niemen, który wzruszająco wykonał pieśń „Terra Deflorata”. Krzysztof Magowski swym dużym wanem po wąskich, górzystych uliczkach, co chwila dokonuje ekwilibrystycznych manewrów aby dotrzeć w okolice Teatru Ariston, gdzie 02.03.1990 roku wystapił Niemen. I choć San Remo było nam znane z filmu dokumentującego pobyt oraz występ naszych artystów nie było to łatwe. Ścisłe centrum zamknięte jest dla samochodów. Problem rozwiazuje z kamerami na plecach, energiczny operator Maciek. Po zwiedzeniu miasta, pełni wrażeń, wracamy do gościnnego Predore. Następnego dnia wyruszamy przez historyczną alpejską przełęcz Passo del Brennero do Niemiec. Austria przywitała nas obfitymi opadami śniegu. Po drodze Insbruck i górująca nad miastem skocznia, którą w 2001 roku „przeskakiwał” Adam Małysz. W  Monachium dowiedzieliśmy się, że Reinhold Mack inżynier dźwięku i producent takich zespołów jak: Queen, Electric Light

magazyn muzyczny

Orchestra, SBB i Niemena wyjechał do Kaliforni. Union Studios gdzie Niemen nagrał Lp.”Strange is this world” nie istnieje. Budynek został rozebrany. Następny ślad prowadzi do hotelu Arabella Scheraton lub jak kto woli Arabella Hochhaus, gdzie znajdowało się „Music land Studio”, w  którym Czesław nagrał Lp. „Ode to Venus” i „Russische Lieder”. To studio również nie istnieje (nowa linia metra przebiegająca opodal dokonała swego), ale przynajmniej pozostało miejsce, które Krzysztof dokumentuje. Wracamy do Polski. W ciagu pięciu dni przejechaliśmy 4500 km. Do San Remo pojechaliśmy dla jednego ujęcia. Czy będzie to miało przełożenie na prawie kompletną dokumentacje życia Czesława Niemena przekonamy się wkrótce. Władze TVP i  sponsorzy po kolaudacji filmu nagrodzili Krzysztofa Magowskiego brawami. Jest to nie tylko opowieść o  Niemenie, to także lekcja naszej najnowszej historii. Materiału jest bardzo dużo. TVP namawia Krzysztofa na trzyodcinkowy serial. Premiera filmu przewidziana jest na 2014 r. To już dziesiąta rocznica przedwczesnego odejścia Czesława. Okazuje się, że można kultywować pamięć po wielkim artyście w sposób godny. Wcześniej uczynili to także w swych filmach Eugeniusz Szpakowski oraz Tomasz Radziemski.

brzmienia

Tadeusz Skliński

29


Non omnis moriar… Gdy umiera artysta, słyszymy wśród różnych okazjonalnych banałów,że pozostawił po sobie wiekopomne dzieła, dzięki którym żyć będzie w naszej pamięci. Po paru latach jednak zarówno osobę, jak i jej dokonania otacza mgła zapomnienia i na dźwięk jego nazwiska zastanawiamy się , czy był poetą, czy może malarzem. Powiecie -przesadzam? Obejrzyjcie jakiś teleturniej. Ale Jego to nie dotyczy. Czesław Niemen. Kiedy umierał dziesięć lat temu uważany był za nieco zakurzony relikt PRL-u, nie dlatego - jakby mu to wypomnieli dzisiejsi publicyści/?/- że „współpracował”, lecz po prostu żył w tych trudnych czasach, choć przez całe twórcze życie był w opozycji do obowiązujących wtedy kanonów. Ich strażnicy byli bezradni wobec zdumiewającej popularności faceta, który soulowe murzyńskie frazy łączył z kresowym zaśpiewem. Jego artystyczny pseudonim budził w nich strach przed reakcją wielkiego sąsiada, a w rodakach nostalgię za utraconą częścią ojczyzny. I do tego jeszcze te włosy, te stroje, ta muzyka! Nic dziwnego, że miał pod górkę: zwłaszcza niektórzy dyspozycyjni jak w każdym ustroju dziennikarze, nie zostawiali na nim suchej nitki. Drwili z pseudonimu/Niemena czy Niemna?/,wyśmiewali teksty, zarzucali plagiaty, pisali, że nie śpiewa, lecz krzyczy, donosili o rzekomych aferach – a on trwał w swym wykreowanym wizerunku i świadomy swej sztuki wyniośle dystansował się od tego zgiełku uciekając w świat muzyki. Gdy rozpoczynałem swą muzyczną przygodę, był moim idolem. Pilnie nasłuchiwałem, czy w radiu nie pojawi się nowy utwór Czesława. Zapędzałem wtedy swój amatorski zespół do roboty i wkrótce -na tanecznych wieczorkach w Krośnie nad Wisłokiem rozbrzmiewała kopia nowego hitu Niemena. Dobra to była szkoła. Ale jakże wielka była moja trema, kiedy w  roku 1970 stanąłem przed mistrzem twarzą w twarz! Byłem wówczas szefem zespołu Respekt, mającego ambicję grać jazz-rocka. Zaproszono nas do wypełnienia pierwszej części Jego koncertu głównie dlatego, że w skład grupy wchodziły również pięknie śpiewające wokalistki z debiutującą wówczas Krystyną Prońko na czele -Niemen wykorzystał je jako chórek w swym recitalu. I tak objechaliśmy wspólnie Polskę, dzięki czemu miałem możliwość nie tylko docenić kunszt wokalisty, podziwiać wspaniałych muzyków mu towarzyszących, ale także przeżyć pierwsze przykre zdumienie po artykułach prasowych na temat rzekomo nieobyczajnego zachowania Czesława w Radomsku, gdzie podobno miał wypiąć d… na publiczność. Byłem tam- nic takiego się nie zdarzyło!Od tego czasu wszelkie „dziennikarskie rewelacje” , jakich nam nie szczędzą współcześni pismacy „mam w wielkim poważaniu”. Spotkałem Go jeszcze wiele razy -w studiach nagraniowych, na festiwalach i koncertach, a także w  prywatnych okolicznościach. Coraz bardziej wycofany, nieufny wobec ludzi, zamknięty w  sobie -jakże inny niż pełen radości życia, trochę naiwny, spontaniczny młodzieniec z  początków kariery. Trudno się zresztą dziwić po numerze, jaki wycięła Mu telewizja, montując z fragmentów wywiadu werbalne poparcie dla autorów stanu wojennego. Jego sława i pozycja miała swoją, bolesną cenę. I  On ją płacił zgorzknieniem, które towarzyszyło Mu pod koniec życia i  które słychać w  jego muzyce. Bowiem publiczność, spragniona zachodnich skocznych dyskotekowych nowości uznała jego ówczesną oryginalną twórczość za trudną i niezrozumiałą, wręcz dziwaczną, radiowi didżeje zachłystywali się dokonaniami współczesnych jednodniowych gwiazd, On zaś w samotności tworzył muzykę nie dla idiotów, lecz dla siebie. Był – mimo hałasu, jaki wokół niego kiedyś czyniono -skromnym, a nawet nieśmiałym człowiekiem. I taki odszedł cicho dziesięć lat temu. Ale przecież -nie wszystek… Wspominam Go, bo Jego piosenki towarzyszyły mi w  latach młodości, bo zawdzięczam Mu wybór życiowej drogi, bo cierpliwość, z jaką znosił przeciwności losu dała mi wzór do naśladowania. I za to,Czesław, że byłeś”obok nas”na tym dziwnym świecie, gdzie „czas, jak rzeka” płynie, dziękujemy Ci z niejednego serca. Antoni Kopff

30

magazyn muzyczny

brzmienia


Ucichło, ale nie do końca Nie będziemy za bardzo wspominali.Pan czternaście lat był menedżerm Czesława Niemna Wydrzyckiego,co było istota waszej współpracy ? KRZYSZTOF WODNICZAK - Może opowiem jakie były początki naszej bliskiej znajomości.W latach 70. zaproponowałem Mu przeprowadzenie wywiadu dla muzycznego pisma M-JAK MUZYKA.Zgodził się.Rozmawialiśmy przez kilka godzin.Chciałem przygotować namiastkę wywiadu rzeki,na wzór rozmów Krzysztofa Kakolewskiego z Melchiorem Wańkowiczem.Spisałem wszystko i następnego dnia w Hotelu Bazar dałem Czesławowi do autoryzacji naszego „ wywiadu-strumyka”(rodzaj wywiadu rzeki),który - jak wszystko,co robił ten Artysta - został potraktowany bardzo poważnie,bez spoufalania się.Potem spotykaliśmy się częściej przy okazji koncertów w Polsce czy zagranicą. Lata osiemdziesiąte to boom muzyki elektronicznej.Niemen był chłonny na taka formę muzyki progresywnej. K.W.Tak.We wrześniu 1989 r. zarejestrowaliśmy w Poznaniu Stowarzyszenie Muzyki Elektronicznej - na wzór Polskiego Stowarzyszenie Jazzowego.Ja zostałem prezesem,a Niemen został oczywiście prezesem honorowym.Przełomowym znaczeniem w naszej znajomości był koncert dla miasta 10 czerwca 1990 roku na schodach poznańskiego Ratusza ;był Czesław Niemen Wydrzycki,trzy chóry,lasery,10 tysięcy słuchaczy.Od tego momentu Niemen obdarzył mnie bezgraniczną życzliwością i zaufaniem.Robiliśmy koncerty,może nie było ich zbyt wiele-On nie był zainteresowany ilością,lecz jakością produkcji muzycznej. Czy byliście przyjaciółmi? K.W.Mogę powiedzieć,że tak.Niemen fascynował się muzyką elektroniczną,wydał płytę Terra Deflorata nieco religijną,a ja już popularyzowałem contemporay christan music-współczesną muzykę chrześcijańską i jej odnogę gospel i … tak zawiązały się nasze kontakty zawodowe i prywatne.Czesław ujął - nie tylko mnie-otwartością dla ludzi,lojalnością i pomocą wobec potrzebujących.Nie wynosił się,nie twierdził,że jest kimś wielkim i wbrew niektórym opiniom nie dbał o poklask.Owszem,nie łatwo się z nim współpracowało.Wymagał bowiem od siebie i od innych,ale nie były to kwestie niewykonalne.Niczego Mu nie podpowiadałem,nie wprowadzałem żadnych korekt podczas ustaleń odnośnie koncertów ( nie było ich wiele,na scenie nie mogło być żadnego loga,bilbordu sponsorskiego) lub nagrań.Najlepiej wiedział:co,kiedy i jak.Od początku naszej znajomości przyjeliśmy pewne pryncypia i trzymaliśmy się ich. Przed dziesięcioma laty 17 stycznia zmarł Artysta i… ucichło! – K.W.Rozmawialiśmy między świętami bożonarodzonymi a Sylwestrem,snuliśmy plany odnośnie wydania płyty,mówiliśmy o „rodzącym się” utworze „Piękny jest ten świat”.Słyszę jeszcze charakterystyczny dzwięk Jego słów…Podczas pogrzebu na warszawskich Powązkach postanowiłem „wyprawiać” Czesławowi URODZINY. 16 lutego po raz dziesiąty organizuję taki Urodzinowy Koncert. Bliznę po odejściu dobra pamięć leczy.Muzycy zagrają,śpiewacy zaśpiewają,aktorzy i poeci zarecytują specjalnie napisane wiersze dla Niemena,malarze namalują Jego portrety.To wszystko zabiorę do Starych Wasilszek,gdzie jest Izba Pamięci Niemena ,w której to wiersze i grafiki, obrazy znajdą swoje miejsce. Rozmawiała: DAROW

magazyn muzyczny

brzmienia

31


Poznań, 17.01.201r r.

Wielce Szanowny Czesławie! Tak zaczął bym list do Ciebie wtedy, gdy byłeś jeszcze wśród nas fizycznie. Gdy Twój głos dobiegał już z głośników radiowych, a  z  adapterów marki „Bambino” śpiewałeś już nieco zachrypniętym głosem w  związku ze zdarciem się płyty, bardzo często pocztówkowej „Płonie stodoła” - rozgrzewając do białości atmosferę naszych prywatek, zakrapianych czasem winem, a czasem nieco wyżej procentowym alkoholem, po którym wędrowało się do tapczanu bądź nań, lub spadało się ze schodów. Po materialnych i przenośnych „schodach” wędrowało już 100 mld osobników ludzkich, osiągając czasem wymarzone punctum, a najczęściej pozostając gdzieś pomiędzy szutem i gruzem cywilizacyjnym – spamem ewolucji, ślepej i głuchej, wrażliwej jedynie na skład atmosfery, klimatu i nieprzewidzianych katastrof kosmicznych. Twoja postać zaczęła pojawiać się na ekranie pierwszych polskich telewizorów. Śpiewałeś w „liście przebojów” „Klęcząc przed Tobą”, „Wspomnienie”, „Pod papugami”, doprowadzając do pasji ówczesnych rządzących społeczeństwem, pasożytujących jak ich poprzednicy na jego dorobku materialnym i artystycznym. Dla większości z tych „trzymających władzę” byłeś osobą kontrowersyjną – odmienną ze swymi dłuższymi włosami, parzenicami na fantazyjnych bluzach i odmiennym sposobem artykulacji utworu wokalnego, różniącego się np. od „Siwego włosa” bądź „Maryjo, królowo Polski”. Oni mieli swoje nowe założenia pracy kolektywnej, siermiężną indoktrynację, która była przeciwnością wielkopańskiego stylu bycia i życia. Ci ostatni jednak nie rządzili inaczej od chłopów i robotników. Sposoby rządzenia ludzką małpą nie mającą narzędzi do spełniania władzy są bardzo ograniczone, stąd podobne, lecz nazywane inaczej. Tak dynamiczne zmiany społeczne kolejne nacje wprowadzały przy pomocy mordu – bo tylko taki dawał w miarę szybki sposób powstrzymać społeczną nawałnicę i w miarę szybko zmienić dotychczasowy ustrój- wycinając w pień tzw. elity, które często pokoleniami wprowadzane były w  sposoby rządzenia „motłochem”. Jedynym wyplenieniem poprzednich sposobów wykorzystywania „pospólstwa” była fizyczna eliminacja. W ten sposób „wyczyszczono” w Katyniu czy Miednoje z nawyków rządzenia oficerów, mających zawsze władzę nad niższymi stopniem, profesorów i księży, mających władzę nad świadomością „maluczkich”, policjantów, znęcających się chronicznie nad miejską biedotą - zarabiającymi swym ciałem dziećmi, młodymi dziewczętami, zmuszonymi do pracy przez swe matki, i te ostatnie, które najczęściej nie miały na pożywienie dla swych dzieci też – nie mając wyboru - musiały dawać ciała jaśniepanom oraz najczęściej bezrobotnemu mężowi –też pod przymusem. Podobnie jak dyktatura proletariatu zlikwidowała inteligencję tak samo uczyniła armia nazistowska dobijając pozostałych polskich uczonych, naukowców, a więc wszystkich tych, którzy mogliby stanowić zarzewie myśli wyzwoleńczej, w istocie walki o jakieś tam swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym. Wyobraź sobie, że na jednym z poznańskich cmentarzy znajduje się reszta po jednym z doskonałych polskich naukowców w dziedzinie chemii, którego mózg niemieccy naziści umieścili w słoju z formaliną, aby „przyszłość hitlerowska miała wyobrażenie”… Już po przejęciu władzy chłoporobotnicy dobijali potencjalne wojsko Narodowych Sił Zbrojnych czy Armii Krajowej. Owi sanacyjni „budowniczy” Wielkiej Polski –katolickiej - kopali pod sobą „czarne dziury”. wykorzystywani przez brytyjskich i amerykańskich syjonistów stanowili pośmiewisko dla świata. Gdyby władzę przejął tchórz – przedstawiciel sanacji, spróchniałej i zdemoralizowanej do cna, gardłujący z Londynu, Armia Krajowa stała by się „obstawą” dla „starej” władzy - tych, którzy ratowali się ucieczką z gromionej ze wschodu i zachodu Polski. Tymczasem historia wydała ryk radości i powołała jako Stróży porządku Armię Ludową, Bataliony Chłopskie i Gwardię Ludową. Sposób, jakiego użyli „towarzysze” nie był w historii ludzkiej małpy niczym nowym. Podobnie podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej „obywatele” pozbyli się przy pomocy gilotyny hrabiów, baronów jak i królów wraz z ich potomstwem, które mogło być przypadkiem kontynuacją „starego”. Wszak „przyzwyczajenie to druga natura”. A tuż przed Napoleonem w podobny sposób gwałciła ludzkie prawo św. Inkwizycja, organizując religijną nagonkę inkwizytorska Policja. Abyś mi nie zarzucił Szanowny Czesławie, że jestem advocato diaboli „komuny” przytoczę Ci o wiele wcześniejsze fakty historyczne, które stały się dla późniejszych „głodnych władzy” powtórką z „rozrywki” dla „gminu”. Otóż Faraonowie budowali piramidy rękami fellachów nie dla siebie i Bogów, choć tak głosili kapłani z uwagi na

32

magazyn muzyczny

brzmienia


potrzeby chwili. Owa budowa była zajęciem zastępczym podczas wylewu Nilu. mogli, z braku pracy „na roli” wpaść na pomysł obalić panujących nad wszystkim faraona, a przede wszystkim kapłanów. Kapłani od może tysięcy lat gromadzili skrzętnie wiedzę naukową o zaćmieniach słońca bądź księżyca, i w razie wystąpienia takiego zjawiska organizowali „pospólstwu” „cyrk”, ukazując swą moc w  rządzeniu naszą najbliższą gwiazdą – i  całą resztą. Mijały wieki i dożyliśmy podobnego cyrku w postaci obalenia „komuny” z udziałem clowna na skalę globalną -Wałęsy i „obalenia muru berlińskiego”. Drogi Czesławie jeszcze jeden fakt z życia ludzkiej małpy. Otóż w czasach likwidacji kultury Majów przez wysłanników suwerenów watykańskich ci pierwsi uśmiercili jednorazowo 20 tys. Majów, Podległych kapłanom i władcy. Podobno ten fakt bardzo rozczulił nauczycieli nowej wiary i porządku, stąd nakazali zniszczyć księgi starożytnych. Była to odwieczna wiedza, gromadzona od pokoleń kapłanów - fachowców od dostosowywania umysłów ówczesnych mieszkańców Ameryki Południowej do potrzeb „trzymających władzę. Nie ma ceny za władzę, o czym wiedzieli wszyscy małpio ludzcy poprzednicy, obdzierając żywcem ze skóry ofiary „na cześć Bogom – czyt. Władzy. Tę zdartą skórę „na gorąco” ubierali kapłani obnosząc się w niej przez kilka dni. Wzmacniało to kapłańskie znaczenie - moc i potęgę w oczach „plebsu”. Dla propagatorów nowej prawdy było najważniejsze zniszczyć „źródło prawdy” poprzedniej władzy, która bardzo płakała nad niszczeniem sprawdzanej od setek lat „prawdy”. Być może zgodziłbyś się, Drogi Czesławie, że owi kapłani nie czuli się utuleni w żalu nad swymi ofiarami, lecz nad utratą zapisanej pismem obrazkowym wiedzy, mogącej być użyteczną w sterowaniu „czerwonym motłochem”. A pamiętasz aferę, gdy …”Niemen śpiewa po rosyjsku!!!”… Polscy rusofobi tupali nogami popuszczając w portki z wrażenia, słysząc, że Czesław Niemen Wydrzycki śpiewa w znienawidzonym przez jakąś tam grupę Polaków z rodzin skrzywdzonych przez falangę armii radzieckiej 17 września 1939r.? A cóż może prosty naród, któremu „trzymający władzę” rozkazują pod karą śmierci – być może z lekka opóźnionej podczas boju - i hasełkami typu „Bóg, Honor i Ojczyzna (też Radnaja) bić i mordować swych braci genetycznych? Kiedy Ty w połowie lat siedemdziesiątych stałeś na szczycie twórców muzyki młodzieżowej ja wraz z poznańską grupą jazzowo rockową „Bardowie” zakwalifikowałem się do finału Festiwalu Młodzieżowej Muzyki Rozrywkowej w Chorzowie. Był to rok 1975. Organizatorzy owego zjazdu kapel z całej Polski dali nam „szansę” wystąpienia pierwszym w kolejce. Na scenie stał już Twój sprzęt nagłaśniający. Po koncercie kwalifikującym miał się odbyć Twój występ. Byłeś również członkiem jury. Jakież było moje i Hani Banaszak zdziwienie, nie wyłączając zdziwienia reszty muzyków, gdy nasze głosy poszły pod niebiosy”, gdyż były emitowane jedynie przez ogólne – podsufitowe nagłośnienie „spodka Katowickiego”, w którym odbywała się cała impreza. Coś jednak musiało zwrócić Twą uwagę w naszym graniu i śpiewaniu, skoro w krótki czas po wykreowaniu połowy zwrotki ktoś zaczął wciskać mi do ręki jakiś inny mikrofon. Okazało się, że był to elektroakustyk Twego zespołu. Nakazałeś udostępnić mu swą aparaturę nagłaśniającą, przygotowaną do Twego występu. Oczywiście, jak to bywa do dzisiaj między Polską południową a północną istnieją jakieś niewytłumaczalne animozje, Nie zostaliśmy zakwalifikowani jako laureaci, a jedynie dla zaznaczenia „czegoś w kontekście” zdecydowano się na nasz występ wśród wynagrodzonych. Jak głosiła plotka zakulisowa powodem takiego potraktowania nas było to, że przyjechaliśmy z wielkopolski. Po raz pierwszy i niestety prawdopodobnie ostatni udało mi się na żywo usłyszeć występ Stasia Sojki, a po raz pierwszy, ale nie ostatni Józefa Skrzeka. Tuż po występie zostałem sprowadzony przez mą ówczesną żonę (nie ostatnią!) za kulisy. I tam po raz pierwszy i ostatni stanąłem z Tobą „oko w oko”. To znaczy, że to ja stanąłem w Twoje oko, ponieważ ja już traciłem wzrok, co właściwie spowodowało wstrzymanie mej ewentualnej kariery artystycznej w roli wokalisty i saksofonisty. Bardzo żałuję, Drogi Czesławie, że nie udało mi się spotkać Ciebie na prywatnym gruncie, ot tak, gdzieś w domowych pieleszach, dyskutując o ziemskich sprawach i miejscu takich artystów jak ty i ja. Wśród muzyków czy malarzy (nie pokojowych) bywają ludzie rozgarnięci, interesujący się nie tylko graniem i śpiewaniem czy Biblią. Rozwój intelektu pomaga bardzo w rozwoju fantazji muzycznej. Nie mój Szanowny kreatorze, Świat nie jest dziwny, on jest taki jaki jest! Głodny żarcia w celu spełnienia ewolucyjnego obrządku aktu seksualnego, umożliwiającego przetrwanie najstarszej i najwytrwalszej puli bitów zawartych w podwójnej spirali życia –helisie , będącej ciągiem informacji dla możliwości repliki -mutujących się raz na milion lat - genów, umożliwiających powstanie pokoleń. Od momentu zaistnienia życia na Ziemi jest ono nieustannie poddawane bitom informacji, które w sposób bardzo energetycznie oszczędny (poza aktem seksualnym) replikują swój genotyp. Od momentu spełnienia się nawiązki procesów życiowych wszczyna się kabotyński, wariacki kierat pasożytowania białka na białku. Być może, Drogi Czesławie zadalibyśmy pytanie komu i czemu to służy? A może, biorąc pod uwagę autoimmunologiczne działanie ludzkiej małpy, przypadnie Ziemi los Wenus? Włodzimierz Janowski

P.S. A może gdyby środowisko medyczne nie było „do kupienia” żył byś może jeszcze kilka, a może kilkanaście lat dłużej?

magazyn muzyczny

brzmienia

33


R

Jak za dawnych lat…

andez-vous o 6.10” - pewnie niewiele słowa te mówią współczesnej młodzieży, „pokolenia MTV”. Dzisiejsza młodzież przyzwyczajona jest do tego, że wszelkie nowości zza oceanu docierają do nas natychmiast i  mogą praktycznie tego samego dnia, co gdzie indziej na świecie posłuchać najnowszego przeboju tego czy tamtego wykonawcy. Nie zawsze tak bywało – i  to nie tylko dlatego, że nie zawsze był internet. Były czasy, gdy każdy dźwięk i każde słowo były sprawdzane pod kątem ideologicznym, a  władze próbowały decydować nawet o  tym, czego obywatele mają słuchać. Pamiętny koncert The Rolling Stones w  Warszawie w  1967 roku był zaskakującym wyjątkiem, bowiem nawet rodzimą odmianę rock’n’rolla „bezpieczniej” było nazwać „mocnym uderzeniem” „big-beate’m”. W tym samym roku, w którym w  Warszawie wystąpili „Stonesi”, Radio Wolna Europa zaczęło nadawać „Ranez-vous o 6.10”, prowadzoną przez Danutę Nowakowską i Jana Tyszkiewicza, w której można było usłyszeć nową i modną muzykę, która nie miała dostępu za „Żelazną Kurtynę”. Był to pewien sposób, by młodym – przede wszystkim – ludziom w  Polsce przynieść odrobinę wolności, a  z  drugiej strony, przyciągając ich muzyką do radioodbiorników, pobudzić ich także do zaangażowania się w życie społeczne i polityczne, do dążenia do przemian w kraju. Przez wiele kolejnych lat młodzi siadali przy radiach, by móc posłuchać Elvisa Presleya, Fatsa Domino, Perry’ego Como, Jerry Lee Lewisa czy Pata Boona i wielu innych. Wśród tych młodych, którzy w tamtych latach o poranku zasiadali przy radioodbiornikach, był m.in. Krzysztof Wodniczak, który po latach podkreśla, że właśnie ta audycja ukształtowała jego muzyczne upodobania. On to właśnie postanowił samą audycję, a  nade wszystko jej klimat, przypomnieć Poznaniakom, tworząc „audycję na żywo” w klimatycznym bistro „Ab Ovo” przy ul. Jackowskiego. Pierwsze takie spotkanie odbyło się pod koniec grudnia ub.r, a kolejne w styczniu. Idąc na to drugie spotkanie z 20 minutowym wyprzedzeniem sądziłem, że będę jednym z pierwszych, ale obie sale lokalu były już pełne. Jest to zadziwiające, jak temu człowiekowi udaje się przyciągnąć tak wielu ludzi bez wielkiej reklamy. Choć wieczór nie zaczął się tak, jak zaczynały się programy RWE, a od „Karawany” Duke’a Ellingtona, to z pewnością nikt nie narzekał, gdyż wspaniale wprowadziła ona zgromadzonych w  klimat spotkania. Potem Jerzy Garniewicz zaśpiewał polską wersję wspaniałej „La Boheme” Charlesa Aznavoura. Mało że polską, to jeszcze do tego poznańską, gdyż paryski Montmartr wykonawca zamienił na poznański Sołacz – bodajże najbardziej urokliwą dzielnicę tego miasta, która mogłaby oczarować wielu artystów. Pojawił się też Tadeusz Lis – uliczny artysta, znany dobrze bywalcom poznańskiego Starego Rynku, o którym cała Polska usłyszała w 2012 roku, gdy „strażnicy prawa” próbowali go stamtąd usunąć i karać za „zakłócanie spokoju”. Mogliśmy usłyszeć „Hey rock’n’roll”, „Bradiagę”, swoje własne utwory - „blues dla bezdomnych” i  „Poznań nasze miasto” - i  kilka kawałków z  repertuaru grupy „Dżem”. Wspomógł on też… połowę zespołu Mill Street One, czyli Macieja Osucha i Marcina Bilskiego. Połowę, gdyż druga połowa zespołu pozostała za murami… aresztu przy ul. Młyńskiej 1. Zespół „Zielony Koń” wykonał piosenki z repertuaru Jacka Kaczmarskiego: „Modlitwę o  wschodzie słońca” („Każdy twój wyrok

34

magazyn muzyczny

Jerzy Garniewicz

Ewelina Rajchel i Piotr Kałużny przyjmę twardy…”) i  „Mury”. „Moja żona, lekarz weterynarii z  40-letnim stażem, chyba jeszcze zielonego konia nie widziała, ale dziś miała okazję wysłuchać” śmiał się K. Wodniczak, a młodzi artyści zebrali zasłużone brawa. Był z nami także prof. Piotr Kałużny – znakomity pianista, który grywał z  takimi sławami, jak: Henryk Miśkiewicz, Krzesimir Dębski, Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski, Jan Ptaszyn Wróblewski, Natalie Cole czy Hanna Banaszak… Tego wieczoru wstąpił w towarzystwie Eweliny Rajchel, a razem wykonali dla nas: „That’s what friends are for” i „Falling out of love” Burta Bacharcha oraz „Nim wstanie dzień” Krzysztofa Komedy. Bardzo trudno byłoby wymienić wszystkich, którzy tego wieczoru mieli w ręku mikrofon – choć pewnie by wypadało. A usłyszeć mogliśmy jeszcze kawałki Erica Claptona, Roya Orbisona, Richie Kinga, Jimmiego Hendrixa, Janis Joplin czy Elvisa Presleya… Przy dźwiękach muzyki czas szybko płynął i choć chciałoby się pozostać do białego rana… No, ale przecież będą kolejne takie spotkania!

brzmienia

Marcin Winiarski Zdjęcia Hieronim Dymalski


RHYTHM AND BLUES pierwszy polski zespół rock and rollowy. (data 24 IV 1959 jest uważana za dzień symbolicznych narodzin polskiego rocka).

S

kład grupy wchodzili:gitarzysta Leszek Bogdanowicz (właściwie Bogusław Grzyb), kontrabasista Leonard Szymański, perkusista Edward Malicki,oraz Andrzej Sułocki na fortepianie i  Jan Kirsznik na saksofonie tenorowym. Wokaliści to : Bogusław Wyrobek (nazywany Polskim Presleyem) i Marek Tarnowski (właściwie Wojciech Zieliński). Zespół współtworzył guru rocka – Franciszek Walicki. M. innymi zespół R&B wygrał Ogólnopolski Konkurs Orkiestr Jazzowych i  Rozrywkowych, zorganizowany przez „Sztandar Młodych” w Warszawie. W  lipcu 1959 do zespołu doszedł 15-letni wtedy - Wasil Michaj, znanym później jako Michaj Burano. następnie Andrzej Jordan (właściwie Andrzej Szmilichowski). W  połowie września 1959 roku zespół dokonał jedynych nagrań radiowych: Butterfingers, Elevator Rock, Stormy Weather, James Rider, Mambo Rock, Rock-a-Beatin’ Boogie, Big Boogie-Woogie orazMalaguena. We wrześniu 1959 wyruszył na tournée po Polsce. Koncerty okazały się wielkim sukcesem. W salach gdzie występowali – po kilku piosenkach R’rollowych nastepował hałas, krzyki, gwizdy zagłuszające często muzykę i  rzucanie lub okrecanie marynarek nad głowami. W Poznaniu wystapili w hali targowej chyba nr.9 ,tam gdzie był pawilon ZSRR - wejscie od strony ul. Swierczewskiego (Bukowska ). Byłem tam (jesień 1959) z k0legami -Robertem ,Zbychem Wierszyckim i Jankiem Tyliszem. Też machalismy marynarami. Kiedy wyszlismy na ulicę ,już czekała na nas milicja . Wtedy po raz pierwszy dostałem pałą po plecach. Wtedy pałki były krótkie i lekko zgięte a i tak na plecach był ślad. Co ciekawe to to,że Michaj Burano spiewał wtedy sławetne „TUTTI FRUTTI „ - nie znał angielskiego , więc improwizował słowa angielskie odpowiednio je akcentując. Było to śmieszne, ale to nic. Niestety stanowisko „czynników partyjnych”, było krótkie…

magazyn muzyczny

organizatorzy nie potrafią zapewnić porządku na koncertach. W związku z tym ,po koncercie w Katowicach 17 IX 1959, kiedy to na widowni zaczęto palić gazety, ówczesny katowicki I sekretarz KW PZPR Edward Gierek nakazał odwołanie kolejnego występu. Zarządzenie Ministerstwa Kultury i  Sztuki, zakazało występów w salach większych niż 400 miejsc !!!! Ponoć ostatni koncert odbył się 27 X 1959 w Gdańsku, zespół został rozwiązany 22 VI 1960 oficjalną uchwałą gdańskiego Jazz Clubu. MUZA zdążyła nagrać kilka ich utworów na płyty . Po nich(R&B) powstał też w Gdańsku zespół „ Pięćlinii’ , zmienił kolejno nazwy na „Pięciolinie” i w końcu „Czerwone Gitary”. „Pięćlinii „ i „Pięciolinie „ występowali w czasie letnich wakacji w Sopocie w klubie obok plaży pod dużym namiotem (lata60/62 ). Także i tam parokrotnie z kumplami jeździlismy >AUTOSTOPEM < do Sopotu (spanie na plaży) lub pociagiem .Wtedy konduktor dostawał „w łapę” i…jazda.p.s na youtube wiaruchna powciskała nawet filmiki z ‚Pięcioliniami” . Ciekawe skąd to mają ? Następne zespoły to znane wszyskim „Niebiesko i Czerwono Czarni „ itd…

brzmienia

Piotr Zieliński

35


AUTOBUS Z JAROCINA

O

d jesieni ubiegłego roku Polskie Towarzystwo Artystów, Autorów, Animatorów Kultury PTAAAK organizuje dla poznańskiego środowiska kultury cotygodniowe spotkania artystyczne. Prezentowane na nich były filmy dokumentalne dotyczące nieżyjących już piosenkarzy, spotkania z autorami książek, ale przede wszystkim koncerty muzyczne. Te ostatnie związane były zarówno z rocznicami nieobecnych już wśród nas artystów, jak i będące prezentacją aktualnej twórczości poznańskich muzyków. Na zakończenie pierwszego sezonu spotkań artystycznych poznańskiej publiczności zaprezentowali się młodzi piosenkarze z  Jarocina. Wszyscy oni związani są z prężnie działającym Jarocińskim Ośrodkiem Kultury. Idąc na ich koncert przekonany byłem, że będą śpiewać do podkładów muzycznych. Po raz pierwszy zdziwiłem się, gdy przed klubem zobaczyłem autobus na jarocińskich rejestracjach. Natomiast po raz drugi zdumiałem się, gdy wszedłem do niewielkiego przecież Gniazda PTAAAK-a, jakim jest restauracja Tulipan znajdujące się na pl. Wielkopolskim. Przed bufetem zobaczyłem perkusję, klawisze, stanowiska dla trzech gitar i  basu oraz trzy mikrofony dla wokalistów. Natomiast w  garderobie zobaczyłem kilkanaście osób. Jak się później okazało byli wśród nich kolejni instrumentaliści – saksofonista, oraz muzycy grający na harmonijce ustnej czy dziecięcej violi. Muzycy z Jarocina zaprezentowali poznańskiej publiczności cały wachlarz muzycznych stylów – od piosenki literackiej, poprzez muzykę popularną aż po rocka i bluesa. Były to zarówno ich autorskie piosenki, jak i covery znanych polskich i zagranicznych wykonawców, takich jak Paul McCartney,

36

magazyn muzyczny

Ray Charles, Eric Clapton, Martyna Jakubowicz, czy Kora. Bardzo duże wrażenie wywarły na mnie piosenki wykonywane przez laureatki właśnie co zakończonego Festiwalu Piosenki Francuskiej. Te młode dziewczyny pokazały nie tylko doskonałe warunki głosowe i świetny wyczucie języka francuskiego, ale przede wszystkim ogromną wrażliwość na linię melodyczną całkowicie odmienną od dominującej dzisiaj linii anglosaskiej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że nie był to występ wyłącznie młodych muzyków. Przed mikrofonem stanęli również dojrzali piosenkarze – Martyna, Barbara Kutera z Bełchatowa będąca od stycznia tego roku dyrektorem Jarocińskiego Ośrodka Kultury. Ponadto swoje umiejętności wokalne zaprezentował osiadły niedawno w Polsce Holender Kierownikiem muzycznym i aranżerem wszystkich utworów był doświadczony muzyk Bogusław Harry Jorendalczyk . W zespole akompaniującym piosenkarzom nie zabrakło również rewelacyjnego gitarzysty . Ciekawe jest to, że wszyscy występujący muzycy żyją i  mieszkają w  Jarocinie. W  mieście, które trzy dekady temu nieoczekiwanie stało się stolicą polskiej piosenki. Przecież tutaj odbywały się Wielkopolskie Rytmy Młodych, które później zostały przekształcone w  Festiwal w  Jarocinie. To właśnie tutaj debiutowały zespoły takie jak TSA, Sztywny Pal Azji czy Piżama Porno. Zapewne duch muzyki unoszący się nad tym wielkopolskim miastem sprawił, że jego mieszkańcy też doskonale śpiewają. Dlatego jestem przekonany, że autobus z muzykami z Jarocina daleko zajedzie. Jerzy Jernas

brzmienia

Fot. Hieronim Dymalski


Wovoki

(projekt Raphaela Rogińskiego) Witaj!

Nie wiem czy wiesz, ale kiedy byłem dzieckiem, Indianie stali się – na całkiem długą chwilę – moimi ulubieńcami. W  tym czasie dosłownie pożarłem kilka historycznych książek na ich temat i  chyba nawet zapragnąłem być wojownikiem mieszkającym w tipi! Ten prosty, wędrowny tryb życia wydawał mi się wtedy jedyną drogą do osiągniecia pełni wolności, a przemierzanie na czarnym koniu XIX-wiecznej Ameryki, przy jednoczesnym polowaniu na mityczne bizony, to wizja niemal niebiańska! Później, jak to dzieci mają w zwyczaju, odłożyłem te marzenia na rzecz innych zauroczeń i wątek indiański w wieku kilkunastu lat, wydawało mi się definitywnie, zamknąłem. No i pomyliłem się – nieoczekiwanie, na chwilę powrócili, uderzając z zupełnie innych obszarów, niż te, które jako dziecko odrobinę poznałem. Wovoka 16.02.2014 Dragon, Poznań Zaczęli bardzo mocno – długi, transowy i  nieco psychodeliczny utwór, rozwijał się tak ekscytująco, że już w  pierwszej minucie przeszły mnie ciarki – dawno czegoś podobnego nie czułem. Ten charakterystyczny, miarowo przyspieszający potok dźwięków był tak wciągający, że na chwilę straciłem swoje analityczne słuchanie i odpłynąłem. Kiedy nieco ochłonąłem, doszedłem szybko do wniosku, że jedyną grupą, ze słyszanych przeze mnie na żywo, która czasem zapuszczała się w podobne, nastrojowo, rejony było Boogie Chilli za kadencji Andrzeja Kubiaka – działy się niekiedy takie historie w trakcie wariacji na kanwie Hookerowego Highway 13. Różnica jest jednak zasadnicza – u  Boogie Chilli trans stanowił tylko efekt uboczny mocnego gitarowego zderzenia, osadzonego w bluesie – u Wovoki – odwrotnie. Flow stał się głównym środkiem wyrazu, a znaczenie takich elementów, jak rock czy blues, choć miały cały czas mocną pozycję, było drugoplanowe. Do tego momentu nie miałem pojęcia, jak bardzo brakowało mi żywego doświadczenia podobnych dźwięków! Jeśli chodzi o  fundamentalne skojarzenia – natychmiast rzuciło mi się do uszu dwóch gigantów – Pink Floyd z koncertowej Ummagummy oraz, przede wszystkim, duch wczesnego The Doors, którego co jakiś czas przyzywał Raphael Rogiński. Pozwól, że na chwilę się przy nim zatrzymam – kiedy go słucha-

magazyn muzyczny

łem – jak brzmi, ile kolorów wydobywa z  instrumentu, z  jakim spokojem i klasą traktuje gitarę, dając każdej partii spokojnie wybrzmieć, pomyślałem, że gdyby w tym kształcie pojawił się w Stanach np. w roku ’67, to dziś miałby status Jimmiego Hendrixa! Miks spokoju z dzikimi, pozornie niekontrolowanymi akcentami rockowymi, przeplatanymi free jazzem o  narkotycznej barwie wprawiał mnie w niemałe uniesienie! Iście NIEZIEMSKI muzyk, który posiada też, bardzo rzadką, umiejętność budowania nastroju podczas dłuższych partii solowych. W efekcie, z minuty na minutę, wkraczałem w trochę inną czasoprzestrzeń, po to, by zupełnie niespodziewanie – w  jednej chwili – powrócić na ziemię. Raphaelowi wtórował, nieprzeciętnie sprawny i muzycznie wręcz surrealistyczny, Paweł Szpura. Niestety jego nie miałem okazji aż tak podziwiać, bo tomy, do spółki z werblem, brzmiały mało precyzyjnie i spora część tego zaangażowania ulatywała w powietrze. Talerze dźwięczały natomiast jak trzeba i ich współpraca z gitarowymi sprzęgami stała się moim kolejnym, sporym odkryciem podczas tego koncertu. Żeńska część składu, choć nie tak efektowna – trzymała poziom. Na klawiszu dominował rejestr hammondowy, czasem zmieniając się na basowy, ładnie budując tło i  dając trochę przestrzeni, a  niski głos Mewy Chabieri (choć nie jestem jakimś zagorzałym fanem) bojowo kontrastował z otoczeniem, czego rezultat też był przyzwoity. Słabiej, moim zdaniem, wypadły te tradycyjne, bardziej konwencjonalne, fragmenty. Nie, żeby jakoś przeszkadzały, ale odebrałem je wyłącznie jako chwile oddechu, po których znów mogłem dać się porwać hipnotycznym szaleństwom prowadzącym do innych światów. Drugi i ostatni, mniej pozytywny element, to moja mocno zaburzona percepcja. Chory i z poważnie zatkanym jednym uchem, nie pozwoliłem się do końca namówić na podróż we wszystkie zakamarki tych przedziwnych, odsłanianych krain, w których Indianie gdy przestawali tańczyć, to siadali przy ognisku i w otoczeniu jakichś czarodziejskich oparów miewali, dość osobliwe, prorocze wizje dotyczące oblicza muzyki za 100 i więcej lat…

brzmienia

Maciej Geming

37


tak słyszałem

– andrzej chylewski

Pod pretekstem muzyki filmowej

Z

imny, poniedziałkowy (2 grudnia) wieczór (godzina 19.00) w kameralnych wnętrzach „Pod Pretekstem”. Przy stolikach gromadzą się stali i okazjonalni bywalcy. Melomani? Sadziłem, że będzie ich więcej… Choćby ze względu na rodzaj muzyki - jazz, raczej tradycyjny, tematykę - polskie tematy filmowe, czy wreszcie profesjonalnych wykonawców z  poznańską pianistką Katarzyną Stroińską-Sierant na czele. Ale - jak się bardzo szybko wyjaśnia - nie ilość świadczy o jakości. Już od pierwszej prezentacji - słynny „Sex appeal” z filmu Leona Trystana „Piętro wyżej” (1937) z wyborną muzyką Henryka Warsa - publiczność eksplodowała oklaskami i  wokalnym aplauzem. Gęsta, może nawet nieco za głośna w wykonaniu (ale tylko początkowo) aranżacja (wszystkie autorstwa utalentowanej pianistki) swą klasycznością typową dla przedwojennych big-bandów i charakterystyczną pulsacją rytmiczną i akcentową wyznaczyła przebieg bardzo atrakcyjnego wieczoru. Udane współgranie członków sekstetu „Movie Jazz” (Jarosław Wachowiak, Jan Adamczewski, Robert Błoszyk i Łukasz Matuszewski - saksofony tudzież flet poprzeczny - J. A., Piotr Wiśniewski - kontrabas, Mirosław Kamiński - perkusja) z liderką Katarzyną Stroińską-Sierant sprawiło, że każda kolejna kompozycja z jednej strony przywoływała z pamięci oryginał. Jakże różnorodny, boć to wokalny - jak choćby z serialu Radosława Piwowarskiego „Jan Serce” z nastrojową, wyborną muzyką Seweryna Krajewskiego, to instrumentalny - jak choćby Walc Barbary z filmu „Noce i dnie” Jerzego Antczaka z muzyką Waldemara Kazaneckiego, czy zaledwie egzystujący jako motyw przewodni, by wymienić serial „Ekstradycja” Wojciecha Wójcika z  muzyką Jerzego Satanowskiego i  Janusza Stokłosy. Z  drugiej ukazywała sprawność instrumentalną członków septetu, wreszcie wspomniane już bogate pomysły aranżacyjne pianistki. Szczytowym osiągnięciem było zapewne oddanie stylistyki big-bandowej filmów „Vabank”, czy czołówki serialu „Wojna domowa” (jak zwykle genialny Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz!) zaledwie instrumentalnym septetem! Swoistymi kropkami nad i niemal każdego filmowego obrazka były instrumentalne solówki, w których brylowała bardzo sprawna klawiaturowa liderka. I jeszcze swoista konstatacja: jazz, tradycyjny w szczególności, nie rozpoczął się w Polsce po wypadkach poznańskich 1956 roku - jak chcą niektórzy publicyści - lecz szereg lat przed II wojną światową. I co to był za jazz! Opisany koncert był okazją do posłuchania wspaniałego jazzu, ale też promocją najnowszej płyty grupy. Płyty na której znalazły się także inne przeboje polskiej muzyki filmowej wielkich mistrzów, jak Wojciech Kilar, Andrzej Kurylewicz czy Krzysztof Komeda. I oczywiście nieocenionego „Dudusia”.

Hildegarda w Owińskach

P

rzez minione wieki zwana była Sybillą Reńską i teutońską prorokinią. Ta święta benedyktyńska mistyczka do dziś jawi się jako intrygująca postać średniowiecza. Zwłaszcza, że swoich

38

magazyn muzyczny

współczesnych wyprzedzała w  przemyśleniach i  działaniach co najmniej o całe dekady. Hildegarda z  Bingen (niemieckie miasteczko nad Renem) żyła w latach 1098 - 1179 i obdarzona darem wizji działała w dziedzinach teologii, medycyny i muzyki. Ten ostatni aspekt twórczości przeoryszy żeńskiego klasztoru na Górze Świętego Dyzyboda ujawnił się w trakcie spektaklu słowno-muzycznego, który odbył się 1 września przed kościołem pod wezwaniem Świętego Jana Chrzciciela i w jego późnobarokowych wnętrzach. Świątynia powstała w  latach 1720-28 według projektu Pompeo Ferrariego, a wszystko to w podpoznańskich Owińskach. Owoc wielomiesięcznych przemyśleń Jarosława Kostki, poznańskiego pianisty i  kompozytora jazzowego, to kolejny przykład rosnącej w  ostatnich latach popularności twórczości utalentowanej Niemki (vide Festiwal „Muzyka w Raju” w lubuskim Paradyżu). Na spektakl złożyły się teksty słowne ze zbioru wizji zatytułowanego „Scivias” („Poznaj drogi Pana”) odczytane przez Grażynę Wydrowską oraz antyfony i responsoria Hildegardy wykonane przez Chór ProVobis i dyrygentkę Krystynę Kamińską. Już pierwsze dźwięki antyfony „O viriditas digi…”, wyłaniające się z  mroków świątyni, oplecione wspaniałymi improwizacjami świetnego saksofonisty Jacka Skrzypczaka stworzyły urzekający, kontemplacyjny nastrój. A  kiedy dołączyły się jeszcze finezyjne improwizacje klawiszowe Jarka Kostki czar ujął wszystkich w  wypełnionym publicznością kościele. Czar tak cudownie wykreowany przez Jana Garbarka i „The Hilliard Ensemble” choćby na płytach „Officium”, „Officium Novum” i  „Mnemosyne”. Wokalny dodekanet (jedenaście dziewczyn i dyrygentka) zaskakiwał pięknymi unisonami i jakością głosów (przygotowanie Benigny Jaskulskiej), a instrumentaliści wrażliwością brzmieniową w  akustyce wnętrz. Tak oto niemal tysiąc lat odległości dwóch światów zbiegło się w 80-minutowe misterium piękna i nie tylko religijnego przeżycia.

20 lat Arte dei Suonatori

N

azwa Arte dei Suonatori jest już od dawna doskonale znana poznańskim melomanom. Nie są w tej znajomości odosobnieni, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę rozmaite i  bogate kontakty tej orkiestry w Polsce i na świecie. Kontakty w świecie muzyki dawnej, ale i  klasycznej, przysłowiowo wręcz wiedeńskiej. Potwierdzeniem powyższej konstatacji są takie liczby jak: 11 płyt CD wytwórni szwedzkich, duńskich i holenderskich, 25 nagród płytowych, współpraca z  40 solistami i  dyrygentami z  najwyższych półek, tudzież z muzykami 29 krajów z sześciu kontynentów, ponad 1000 wykonanych utworów, ponad 500 koncertów, ponad 100 transmisji koncertów i tysiące retransmisji. Jest jeszcze wiele liczb dotyczących prób, hoteli, zerwanych strun i  kilogramów papieru nutowego oraz … prozaicznych kropli potu wylanych w drodze do opisanych osiągnięć. Atrakcyjnym dla poznańskich melomanów potwierdzeniem powyższych konstatacji i  danych był zapewne koncert orkiestry

brzmienia


Arte dei Suonatori, który zainaugurował obchody dwudziestolecia istnienia zespołu. Wypełniona po brzegi Aula Nova w Poznaniu była 1 grudnia świadkiem prawdziwej uczty przygotowanej przez orkiestrę, której prymariuszką i solistką była Rachel Podger. Wspaniała brytyjska (ojciec Brytyjczyk, matka Niemka) skrzypaczka i  dyrygentka, a  także założycielka rozmaitych grup muzycznych i pedagog (profesor Guildhall School of Music and Drama, Royal Welsh College of Music and Drama, Hochschule Bremen, Royal Danish Academy of Music) jest uważana jeśli nie za królową (rocznik 1968), to z pewnością za księżniczkę najwyższego rodu w dziedzinie muzyki dawnej aż po klasycyzm Wolfganga Amadeusa Mozarta. Nie był to pierwszy kontakt orkiestry z Brytyjką, ale jak i poprzednie, równie ekscytujący właśnie z racji wykonanego repertuaru Mozarta (Koncert skrzypcowy D-dur KV 218 i G-dur KV 216) i Josepha Haydna (symfonia e-moll nr 44). Gra Podger pełna była pięknego, stylowego brzmienia jej wspaniałego instrumentu z pracowni Pesariniego, ucznia późnego Antonia Stradivariego, instrumentu powstałego w Genui w 1739 roku. Ale to, co najbardziej porywało w jej grze to swoisty temperament i  ekspresja, kontrolowane jednak bardzo precyzyjnie w odniesieniu do ważności każdego dźwięku i frazy i logika narracji. Jakże wspaniałą rzeczą jest obserwacja zespolonego piękna gry i jej realizatorki. Kapitalną pointą koncertu był drugi, solowy bis Rachel Podger, Largo F-dur z III sonaty C-dur na skrzypce solo Johanna Sebastiana Bacha.

Postscriptum z 18 grudnia:

W

ypełniona po brzegi Aula Nova Akademii Muzycznej. Na estradzie kwartet jazzowy w  składzie: Katarzyna Stroińska-Sierant - fortepian, Maciej Kociński - saksofony, Piotr Max Wiśniewski - kontrabas, Sławomir Tokłowicz - perkusja, w jednym utworze Mirosław Kamiński - darabuka. To egzamin habilitacyjny pedagoga tej uczelni - dr. Katarzyny. Kolejno rozbrzmiewają ludowe melodie wielkopolskie zaaranżowane przez nią na kwartet jazzowy. Swing przeplatany melancholią, to mocniejszą synkopacją, akcentuacją, bardziej dysonansową harmonią, z kulminacjami solówek i  pięknych dialogów saksofonów z  fortepianem. A potem długie brawa. Zasłużone!

Ile kosztuje talent?

R

óżnie mówiono o dokonaniach Teatru Wielkiego imienia Stanisława Moniuszki w  Poznaniu w  minionych latach. Głoszono sądy aprioryczne i  zdeterminowane wrodzonym poznańskim konserwatyzmem. Nie trzeba daleko szukać, by przypomnieć atmosferę poprzedzającą (!) zeszłoroczną premierę bardzo atrakcyjnego spektaklu „Slow man” Nicholasa Lensa. Także ostatnią premierę - 6 grudnia 2013 roku - „Portretu” Mieczysława Wajnberga skwitowały grzeczne, ale nie entuzjastyczne brawa, widownia miejscami świeciła pustkami, a dyrekcja Teatru żaliła się, że na kolejne spektakle bilety sprzedają się opornie. Złośliwi mogliby powiedzieć, że i  aura była tego dnia przeciwna poczynaniom poznańskiej sceny operowej, ale realiści - ci którzy przybyli jednak na premierę wiedzą, że to właśnie potworna ślizgawica spowodowała, że

magazyn muzyczny

wiele osób, w tym trzy autokary spoza Poznania, nie dotarło do gmachu pod Pegazem lub dotarło ze sporym opóźnieniem. Świadomi sytuacji organizatorzy opóźnili nawet rozpoczęcie premiery o około 20 minut! Powyższe dość obszerne dywagacje na temat okoliczności najnowszej premiery operowej w Poznaniu ukazują - mam nadzieję - jak często, zwłaszcza w ostatnich czasach, o jakości i ważkości nowej propozycji kulturalnej decydują oceny powierzchowne, mające cechy zaledwie domysłu lub plotki, a nie wiedza i możliwie obiektywna krytyka. A  przecież właśnie one pokazują, że zaprezentowanie Poznaniowi i  Polsce „odkrytego” przez Zachód polsko-żydowskiego kompozytora Mieczysława Wajnberga (1919-1996) to godna podziwu decyzja dyrekcji Teatru Wielkiego w  naszym mieście. Z niemal encyklopedyczną zwięzłością można powtórzyć za warszawskim krytykiem obecnym na premierze: „Poznański „Portret” to odkrycie: drapieżny, współczesny spektakl z niezwykłą muzyką.” To bardzo ważny spektakl dla tej sceny i dla zabranej Polakom przez skomplikowane dzieje cząstki jej historii kultury. O tym jak dalece i skutecznie zabranej niech świadczy fakt absolutnej nieznajomości dokonań Wajnberga nawet w  środowisku muzyków, wśród których ci „świadomi” uważali go za kompozytora sowieckiego. Wprawdzie w ostatnich latach polskie filharmonie prezentowały wyimek symfoniczny i kameralny tego twórcy stawianego w ZSRR XX wieku po Szostakowiczu i Prokofiewie, ale nie zmieniało to ogólnej i muzycznej percepcji twórcy opery „Pasażerka”, skądinąd wystawianej ostatnio w Warszawie. Ojców sukcesu poznańskiego „Portretu” jest wielu. Dla mnie bezspornym liderem jest sam kompozytor, który do teatralnej materii opowiadania Nikołaja Gogola przerobionego na libretto przez Aleksandra Miedwiediewa napisał porywającą muzykę, wysoce oryginalną, kapitalnie zorkiestrowaną i  pełną swoistego idącego w  stronę aż groteski humoru, a  przede wszystko bardzo teatralną. Drugim ojcem sukcesu jest brytyjski reżyser David Pountney. Wykreowany przez niego groteskowy świat jest spójny, konsekwentny, a przez to wiarygodny. Bo teza, że na każdego artystę czekają pokusy, którym nie tak trudno ulec, w jego wersji jest aksjomatyczną wręcz prawdą. A wspomniany humor także i w warstwie reżyserskiej pokazuje, że znów śmiejemy się z samych siebie. Nawet jeśli czasami przez łzy i gniew. Kolejnym sprawcą sukcesu jest wykonawcza strona spektaklu. Orkiestra „torturowana” przez Gabriela Chmurę pod batutą Tadeusza Kozłowskiego czuje się pewnie i nie zgrzyta, a sprawnie ułatwia narrację solistom. A z nich rewelacyjnie prezentuje się Jacek Laszczkowski, z którego kreacji wyłania się nie tylko znakomity wokalista, przekonujący aktor, ale i prawdziwy - choć to artysta - człowiek. Przecież także i kilku innych artystów może zapisać w  swoich dokonaniach sukces: Michał Partyka, Stanisław Kuflyuk, Piotr Friebe, czy Marek Szymański. Dobre duchy czuwają nad polską - czytaj poznańską - prapremierą „Portretu”, boć przecież dodać trzeba do powyższych pochwał i  niemal bibliofilsko opracowaną i  edytowaną książkę (!) programową i jeszcze inną książkę. Danuta Gwizdalanka napisała, a Teatr wydał inaugurując serię Biblioteki Pegaza pierwszą tego rodzaju publikację w Polsce o Mieczysławie Wajnbergu. Lektura obu książek, jak i sam spektakl - godne polecenia!

brzmienia

Andrzej Chylewski

39


by jacekolechowski rock w rok Muzyka punk rock. Wywiad. D

ziennikarz muzyczny, młodszy brat polityka Andrzeja Olechowskiego pracował wtedy w  Rozgłośni Harcerskiej i  w  wytwórni płytowej Tonpress. Był też współtwórcą agencji koncertowej Rock Estrada. W muzyce Kryzysu dostrzegł powrót do klasycznego, surowego rock’n’rolla. Zafascynowało go to do tego stopnia, że przyjął funkcję ich menadżera. Dzięki niemu zespół Kryzys a potem przekształcona z Kryzysu Brygada Kryzys odnosiły sukces, grały na wielu trasach koncertowych. Gdyby nie Olechowski, Kryzys nie byłby w  stanie zaistnieć medialnie ani grając tak wiele koncertów, przejść do historii rocka.

Muzyka punk rock …Bylem aktywnym dziennikarzem muzycznym i  doskonale orientowałem się, co się działo na świecie. Punk był w  pewnym sensie do przewidzenia. Przede wszystkim zniknął rock. To, co było w latach 50., 60., to wszystko zginęło na rzecz muzyki typu Genesis, Emerson, Lake & Palmer. Gdzieś te emocje musiały ujść. Nie mogły ujść w kierunku disco, kolejnego wcielenia Boney M. Dochodziło już do tego, że Skaldowie grali Bacha, a Józef Skrzek w planetarium w Chorzowie patrzył przez lunetę w kosmos i grał na klawiszach. Siedziało tam ze 30 osób wpatrzonych, zasłuchanych, ale to już przecież przestawało mieć coś wspólnego z rock ‘n’ rollem. Bardzo mi się podobało to, co się zaczęło dziać na świecie. Coś między nową falą a punk rockiem. Później ten kierunek załapał trochę więcej agresji, założył glany i  mundurek. Ale początek był łagodny; marynareczki, krawaciki. To wszystko przypominało boom lat sześćdziesiątych. To było dokładnie to, co grali w  Anglii The Searchers, Hollies czy Garry and the Peacemakers. Cały Liverpool i  Mersey Sound . Pamiętam, jak Amok (Andrzej Turczynowicz) zaprosił mnie do Sound Clubu w  Remoncie. Przyniosłem wtedy płytę Searchersów, a  młodzież się cieszyła: O, jaka git kapela punkowa!. A  wtedy The Searchers to byli staroć, 15 lat po debiucie. To nie było może dokładnie to samo, ale to samo ujście.

40

magazyn muzyczny

Osobowość punk Gdzieś te emocje muszą iść, a to jest muzyka tworzona do wyrażania emocji. Później zaistniały różne nie ciekawe rzeczy. Ale dużo też dobrego zostało. Punk obejmował szerokie spektrum. Po prostu to, co się później działo, mnie się już mniej podobało. Ogólnie rzecz biorąc to jest rock’ n’ roll, to musiało zaistnieć i to było fajne. Drugą rzeczą jest to, że ruch punk rockowy jeszcze raz udowodnił, że to nie jest ważne, jak się gra, czy gra się rewelacyjnie, czy poprawnie, czy nie. Ważny jest kształt tej muzyki, ważna jest siła tego wszystkiego, co nie tylko daje gitara, nie tylko daje jakiś tam instrument, ale daje jeszcze dusza, atmosfera. To, co było jeszcze w Kryzysie ważne i do dzisiaj jest nie do powtórzenia, to była charyzmatyczna osobowość Maćka Góralskiego, który nie był muzykiem, kiepsko grał, natomiast to się na nim wszystko zasadzało. To była jego głowa, jego duch to wszystko ogarniał. Spiryt taki. Taką postacią był też Tomek Świtalski, który wirtuozem saksofonu nie był, ale po prostu miał saksofon i bez niego to się by nie liczyło. Siła kapeli to jest właśnie ta całość, wygląd itd. Tu wszystkie zmysły muszą pracować. Po wyjęciu nawet jednego elementu czy dwóch okazuje się, że wszystko pada. Każdy element tworzy całość i jest równie ważny. I to było to, co mnie ujęło i wciągnęło w Kryzys.

Pierwszy kontakt z Kryzysem Zacząłem puszczać muzykę punkową, nowofalową w  radiu, kiedy zgłosił się do mnie Maciek Góralski. Opowiedział mi o kapeli. Podchodziłem do tego raczej sceptycznie, ale wciągnął mnie jego zapał. Zaprosił mnie na koncert w studenckim klubie Pudło. Nawet nie wiedziałem, że jest taki klub na Mokotowie. Klub jak klub, ale kapela wyszła i to mnie złapało. Odniosłem takie właśnie wrażenie, jakie miałem kiedyś na filmie „The Hard Day’s Night” Beatlesów. Pierwszy akord. Chłopaki wylatują i zaczyna się fantastycznie dziać. Dokładnie to samo tutaj, może z mniejszymi umiejętnościami, ale atmosfera i duch tego wszystkiego to było właśnie to, o co mi chodziło.

brzmienia


Manager

Torwar

Trudno mi powiedzieć, czy byłem managerem, czy nie, bo ja nie wiem, co wtedy oznaczało manager. W  każdym razie, to mi się podobało i  postawiłem sobie jakieś zadanie, proste zadanie. Kapela musi być znana. Nie powiem, żebym temu zadaniu poświęcił życie, ale był to niezły kawał roboty (ha!). Szkoda, że się to tak potoczyło, że sława rozwaliła Kryzys. Uważam, że kapela się skończyła wraz z odejściem Maćka. Wtedy, gdyby można było ich wzmocnić muzycznie, ale nie indywidualnościami, toby można było to dalej pociągnąć. Irek był dobrym basistą. Gdyby można było dać wspomaganie Maćkowi i Robertowi, toby ta kapela jeszcze ciągnęła. Natomiast Tomek Lipiński po dojściu do zespołu po prostu go przejął. Nie bylem na tyle zżyty z kapelą, żeby się orientować w  prywatnych ich sprawach i  nawet specjalnie tego nie chciałem. Pewnego dnia po prostu się dowiedziałem, że Maciek odchodzi. Myślałem, że to tylko chwilowe i  wszystko wróci do stanu poprzedniego, ale nie wróciło. Na pewno powstało coś bardzo ciekawego, ale to już było bardziej wydumane, bardziej profesjonalnie i urynkowione. Straciło ten pazur. Tomek Lipiński jest dobrym popowym wokalistą. A Robert zginął. Z tym swoim pazurem, zginął.

Pamiętam koncert na Torwarze. Mieliśmy jeden problem. Chłopaków wyrzucili niedawno z Remontu. Nie tylko ich, tylko w ogóle pogonili towarzystwo punkowe. Stał za tym mój dobry znajomy Marek Karewicz, do którego nie mam pretensji i nigdy nie miałem, bo był dużym autorytetem muzycznym i  mógł tak chcieć, mógł nie lubić. (Ja szybko załatwiłem próby w klubie Park u Mariusza Dumy). Na Torwarze, on właśnie miał zapowiadać Kryzys, ale oświadczył, że nigdy w życiu. Wybrnęliśmy z tego w ten sposób, że Zbyszek Hołdys ich zapowiedział po skończeniu swojego koncertu.

Promocja/Lista przebojów.

Płyta francuska

To był numer niewyobrażalny, bo jak zrobić przebój z  kawałka, który nawet nie był nagrany. Sztuka była nie z tej ziemi. „Telewizja” weszła na listę przebojów Rozgłośni Harcerskiej, gdzie pracowałem, ale to było jakieś kiepskie nagranie, Rozgłośnia też nie była jakoś specjalnie słyszalna. Natomiast wykorzystałem to, że Lista Przebojów Rozgłośni Harcerskiej była drukowana w kilku czsopismach. Jak się pojawiła w druku, to już było coś. Pojawiło się też w  „Panoramie” śląskiej. A  to był organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a na I miejscu Kryzys z „Telewizją”! Wtedy jednak środowisko dziennikarzy muzycznych było małe. Ludzie się znali i po prostu lubili. Jak już wspomniałem, pracowałem wtedy w Rozgłośni Harcerskiej, miałem też własną audycję w Czwórce, w Polskim Radiu, gdzie miałem dowolność repertuaru.

Ta płyta poszła poza mna, bez mojej i  zespołu wiedzy. Płyta ta, podobnie jek i póżniejsza angielska, była żadna, nagrana na magnetofonie szpulowym surówka. Ale to był fajny greps. Był wtedy w mainstrimie nurt nazwany Muzyka Młodej Generacji, chociaż wielu z  nich debiutowało jeszcze w  latach 60… W  ramach tego cyklu dbył się maraton Rock Arena w Poznaniu. Trzydniowy festiwal w dobrej obsadzie: Porter Band, Iza Trojanowska, Kombi. Jest konferencja prasowa rano, rozpoczynająca imprezę. Siedzą oficjalni bardzo organizatorzy za stołem przykrytym zielonym suknem, paprotka z jednej strony, paprotka z drugiej, wymieniają, kto będzie. Pada pytanie z sali: A gdzie zespół Kryzys? Organizator wstaje i odpowiada, że bardzo by chciał, żeby Kryzys wystąpił, ale to, ale tamto, niektórzy z  nich mają matury itp. W  tym momencie drzwi się otwierają i  wchodzi w  pełnym składzie zespół Kryzys. Oczywiście w wielkiej tajemnicy przygotowaliśmy to „nagłe” wejście. Ja wiedziałem, że tak się stanie i  wyciągnąłem spod stołu te francuskie płyty. To stało się wydarzeniem. Ale też zabraliśmy show organizatorom spod znaku Muzyki Młodej Generacji, bo nie było relacji prasowej, która by nie napisała o tym, jak to zespół Kryzys nie wystąpił na Rock Arenie. Takimi grepsami robiliśmy huk wokół kapeli. Zespół nie wystąpił, a się o nim napisało i  to z  sympatią. Większość z  fachowych recenzentów, jakby usłyszała zespół, toby z taką sympatią prawdopodobnie nie napisała. Ale sytuacja się spodobała. Wchodzą młodzi chłopcy, jest płyta, jest greps. Organizatorzy festiwalu z pięć lat się do mnie nie odzywali. Wyznaczyłem sobie za cel, żeby zrobić huk wokół kapeli, spopularyzować ją i to się udało.

Koncerty Był to okres, w którym się dużo działo. Koncerty były wszędzie. Kwestia tylko była, żeby to tak zorganizować, żebyśmy my w tym wszystkim uczestniczyli. Koncerty były różne, łącznie z  tymi dziwnymi. Kiedyś braliśmy udział w koncercie na Święcie Prasy Młodzieżowej reżyserowanym przez rock’n’rollowca Filipa Holszańskiego, w dobrym towarzystwie: my, Porter Band, Onomatopeja i jeszcze ktoś. Dla mnie ukoronowaniem tego czasu był fantastyczny koncert na Pop Session w Sopocie. Kilka tysięcy ludzie dało „standing ovation”. Poczułem wtedy, że tak miało być. Że to ma sens. Wtedy nie było tak, że krzyknęło się na ulicy i robiło się koncert Były estrady, domy kultury. Jednak trzeba było mieć kapelę gdzieś przypisaną. Myśmy się w pewnym momencie znaleźli się razem z Perfectem w Robotniczym Centrum Kultury Ursus w jakiejś ich agencji, która robiła koncerty. Dzięki Zbyszkowi Hołdysowi się tam znaleźliśmy.

magazyn muzyczny

Koncert w Opolu O godz 16-ej, jasno jak cholera, zespół Kryzys wychodzi, zaczyna rzeźbić, a publika siedzi, patrzy zdziwiona; co to jest. Czerwiec, jasno i zero kontaktu z publicznością, która przecież przyszła w ramach festiwalu piosenki. Sam koncert to był Rock w  Opolu. To było przeżycie! Tu się chłopaki męczą, a tu zero reakcji, publika nie reagowała. W końcu Góralski się poderwał, rzucił pałeczkami i krzyknął; „Nie wiem, mięsa się pewnie najedliście!”.

Czarna płyta Brygady Kryzys Pracowałem wtedy w  Tonpressie i  chciałem się przebić z  płytami Kryzysu i  Perfectu. Przyjechałem z  klubu w  Ursusie do

brzmienia

41


Na zdjęciu:Koncert z cyklu RockBlok na torze kolarskim w Pruszkowie w 1983 r. Grzegorz Kuczyński i Jacek Olechowski. Foto Ada Lyons 42

magazyn muzyczny

brzmienia


Tonpressu i  mówię o  Perfekcie, że kapela jest rewelacyjna. O Kryzysie wszyscy wiedzieli i traktowali mnie jak idiotę. Oczywiście mnie zlekceważyli. Po prostu kierownikiem artystycznym Tonpressu był Krzysztof Sadowski, znany jazzman, który piany dostawał na ustach, jak takie kapele słyszał. To był czas, w którym towarzystwo jazzowe nie bardzo kochało się z rockmanami. Jednak mi się udało. Swoim entuzjazmem zaraziłem ówczesną szefową Tonpressu panią Kempę, żonę członka Politbiura. Jej się może nie spodobała Brygada Kryzys, ale mój entuzjazm. Zgodziła się na nagranie. Wtedy Tonpress skończył budowę nowego studia na Wawrzyszewie i to miały być testowe nagrania Brygady. Perfect już miał nagrania radiowe. Wynalazłem realizatora Kubę Nowakowskiego. Wywodził się z  warszawskich kapel lat 60., Grupa Pięciu itd., to był dobry wybór, bo płyta jest dobrze zrobiona, świetnie brzmi. Dzięki entuzjazmowi paru ludzi. Dla mnie to była ogromna satysfakcja. Płyta to było coś. Ja nie doczekałem momentu w którym ta płyta się ukazała, bo mnie po 13 grudnia wyrzucili z  roboty. Z  radia mnie nie wyrzucili, po prostu przepustki nie miałem. Stare straciły ważność, nowej nie dostałem. Fakt, że z  Rafałem Szczęsnym Wagnerowskim przesadziliśmy. Za bardzo uwierzyliśmy w  cały karnawał solidarnościowy. Zapomnieliśmy, że pracujemy w  instytucji, której organem założycielskim był KC PZPR. To była Krajowa Agencja Wydawnicza, której redakcją był Tonpress i  jak myśmy się zamieszali w tworzenie <Solidarności>, to czego mieliśmy oczekiwać? Że nas będą na rękach nosić? Stanisław Cejrowski, legendarna postać środowiska jazzowego i  rockowego przyjął mnie do Stołecznej Estrady i  stworzyliśmy Rock Estradę. Mieliśmy Brygadę Kryzys, Oddzial Zamknięty, Lady Pank i Republikę. Republika pod auspicjami Rock Estrady zadebiutowała w Warszawie na koncercie w Hali Gwardii…

Stan wojenny Bylem na koncercie w Hali Gwardii, ale nie 13 lutego, bo to data, którą będę pamiętać do końca życia; tego dnia z domu mnie zgarnęli i  najbliższe 48 gdzin spędziłem na Walicowie, więc to jest data wyryta maksymalnie. Natomiast dobrze pamiętam koncert w  Hali Gwardii w  stanie wojennym. To był koncert Republiki, Lady Pank i  chyba Stalowego Bagażu. Wiąże się z  nim taka historia: w rozumieniu szefostwa Hali Gwardii stan wojenny to ład i  porządek i  w  związku z  tym na widowni miały być ustawione krzesła. I  były: równiutko w  rzędy poustawiane. Można sobie wyobrazić, co było w  trakcie i  po koncercie. Nie zapomnę tego widoku; rozpaczający szef Hali Gwardii i  taka kupa, kupa tych rozkładanych krzeseł, a raczej tego co z nich pozostało. Ale dobra; chcieli, to mieli.

Płyta nr 3 Wydany został też LP angielski, ten z Pałacem Kultury. To było z  nagrania z  koncertu w  Rivierze Remont. Jak te nagrania się wydostały na zewnątrz i kto w tym maczał palce; nie wiem. Kolega, który przeprowadzał całą ta angielska operację, zdecudowanie kasy na tym nie zrobił. Nikt nie zrobił. Nie był to artystyczny hit. Nie to był finansowy hit. Pamiętam, że było pełno tych płyt w sklepie na Słupeckiej. Tutaj się na pewno sprzedawały dobrze. Ale ile? Potem, jeśli chodzi o Brygadę Kryzys, to się wszystko rozmyło. Rock Estrada finansowała im próby, sprzęt dawała, ale wszy-

magazyn muzyczny

scy wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. To nawet nie chodziło o stan wojenny. Ta płyta angielska była już takim dowodem. Jeszcze przed samym stanem wojennym była trasa koncertowa TV 21 z koncertem w Sali Kongresowej. Sala była wypełniona, 3 tysiące ludzi! TV 21 to była kapela nowofalowa, lekka. To było dobre zderzenie. Brygada Kryzys już wtedy była cięższa, rozkręcała się, a oni z takim powerem (siłą), jaki kiedyś miał Kryzys.

UK Subs i inne koncerty. Wspólnie z Antkiem Kołakiem w Rock Estradzie zrobiliśmy też świetną trasę UK Subs z  Republiką. Całą Polskę przejechaliśmy. Hala Olivii, Torwar, wszędzie bilety sprzedane na full. To był kawał dobrej muzyki, fantastyczne zdarzenia. Na Torwarze były dwa koncerty po 7 tys. ludzi. W połowie trasy dostaliśmy informację, że wszystkie bilety na Torwarze są wyprzedane. Podjęliśmy decyzję, żeby następny koncert organizować. Zebrała się Podstawowa Organizacja Partyjna, aby nas powstrzymać. Stasio Cejrowski nagle na zwolnienie poszedł. A my z Olsztyna wysłaliśmy informację: sprzedawać! W końcu wyszło na nasze. Ta zabawa była nie z tej ziemi, ale z tym trzeba było żyć. To był element gry. Jak tu przechytrzyć władze. Każdy koncert, każdy występ, każde nagranie musiało mieć stempel cenzury. Wszystkie: i Kryzysu, i Brygady miały. Wszystkie opowieści o tym, że cenzura ingerowała akurat w  tych przypadkach są po prostu nieprawdziwe. Oczywiście były takie. Zbyszek Hołdys walczył ostro. Grzesiek Kuczyński, który mieszkał trochę w  Londynie, trochę w Warszawie, miał jakieś kontakty. Oczywiście to wszystko musiało przejść przez Pagart. Pagart nam jako Rock Estradzie przy Stołecznej Estradzie odpuszczał, bo nie interesowały go mniej znane kapele. Budgie, UFO; te duże zabierał, organizował koncerty. TV 21, UK Subs, Spear of Destiny zostawiał dla nas. Te kapele nie były nawet drogie w tamtych czasach. Przed stanem wojennym mieliśmy z kapelą jechać do Holandii na jakąś imprezę, ale nie pojechaliśmy, ponieważ miejscowi się nie wyrobili. Myśmy to interpretowali, że stan wojenny itd., ale się okazało, że wina leżała po stronie organizatorów. W  Jugosławii natomiast byli, w  Belgradzie( bezemnie). Kombi i  Czesław Niemen grali w Szwecji w stanie wojennym. Jaka była różnica między punk rockiem a rock ‘n’ rollem, to można było w trasie zobaczyć. Pół autobusu piło , a pół paliło . Dorośli byli w środku (ha) Punk był pokoleniowy muzycznie. Socjologicznie to była kwestia mody. Jak “nowo” było! W PRL-u lat 80’ tych przecież było obrzydliwie siermiężnie. Każde nowe trendy ubarwiały życie, monotonną, brudno-szarą codzienność. Coś się działo i dawało poczucie związku ze światem. Ja pamiętam jeszcze w latach 60., jak oglądałem film „A hard day’ s night” z The Beatles w kinie, to utożsamiałem się z nimi, z ich muzyką. Mieliśmy po tyle samo lat i mniej więcej to samo się działo. Mieliśmy zdecydowanie utrudniony dostęp do wszystkiego, ale dawaliśmy radę. Pamiętam, jakim świętem była płyta. Punk był nowy, była zmiana. Przyszedł też czas agresji. Ale to już temat dla socjologa. Reszta to muzyka i show-biznes. Jaki ten show-biznes w PRL-u był, ale był. Byliśmy w nim.” Rozmawiała Ada Lyons.

Wywiad ten ma się ukazać w zapowiadanej kontynuacji albumu “Polski Punk”.

brzmienia

43


Elvis Recorded Live On Stage In Memphis (ELVIS: Promised Land, www.gregnolan.blog.interia.pl)

44

magazyn muzyczny

brzmienia


T

rasy z Elvisem były ekstremalnie szybkie i pasjonujące. Jedyna rutyna w jaką mogliśmy popaść to – ‘nie popaść w rutynę’”, wyznał mi w  trakcie rozmowy Donnie Sumner, członek legendarnej grupy gospel, The Stamps Quartet i jeden z założycieli formacji The Voice, która w marcu 1974 roku towarzyszyła Elvisowi Presley’owi na scenie podczas występu w  jego rodzinnym mieście – Memphis, w stanie Tennessee. Koncert, który uwieczniła na płycie „Elvis Recorded Live On Stage In Memphis” wytwórnia RCA odbył się w  ramach jedenastej trasy koncertowej króla rock’n’rolla po Stanach Zjednoczonych. Trwała ona dwadzieścia dni i obejmowała występy w takich miastach jak Montgomery, Charlotte, Richmond i  Memphis (w  tym ostatnim mieście Presley dał wówczas aż pięć wyprzedanych koncertów). „Z  Elvisem nagrałem płytę ‘Live In Memphis’”, wspominał podczas konferencji prasowej w Poznaniu w 2010 roku gitarzysta basowy Elvisa, Duke Bardwell. „Wystąpiłem z  nim po raz pierwszy w styczniu 1974 roku w Las Vegas a któregoś dnia podczas trasy koncertowej, właściwie pod jej koniec, w Memphis, występowaliśmy wówczas przez czternaście dni, oznajmił nam, że będzie nagrywana płyta. ‘Jaka płyta?’, spytałem. ‘No koncertowa’ odparł”. W  roku 1974 Elvis występował na scenie więcej niż kiedykolwiek wcześniej (niektórzy biografowie porównują nawet dzisiaj, że trzydziesto-dziewięcio letni wówczas Presley występował w  tamtym roku co najmniej z  taką częstotliwością jak w  latach pięćdziesiątych). Wizyta w  studiu nagraniowym nie mieściła się w tym napiętym harmonogramie a wytwórnia RCA wciąż potrzebowała materiału na nową płytę (nagrane w grudniu 1973 roku w Stax Studio piosenki były w stanie zapełnić jeden lub góra dwa longplaye. Drugi z trzech krążków zawierających utwory nagrane w Stax, „Good Times”, trafił do sprzedaży dokładnie w ostatni dzień marcowego tournee). Jedynym rozwiązaniem stało się więc zrealizowanie kolejnego albumu ‘live’ (był to już piąty po „Elvis In Person”, „On Stage”, „Elvis As Recorded At Madison Square Garden” i „Aloha From Hawaii” krążek zawierający zapis występu piosenkarza wydany na przestrzeni pięciu lat). Wybór miasta, w którym dokonano nagrania był niemal oczywisty. Elvis nie występował w swoim rodzinnym Memphis od 25 lutego 1961 roku kiedy to na deskach Ellis Auditorium zagrał dwa koncerty, z których dochód został przeznaczony na cele dobroczynne. Ostatniego dnia trasy, 20 marca 1974 roku, wytwórnia RCA podstawiła więc swoje mobilne studio pod wypełnioną ponad dwunastoma tysiącami fanów salę Midsouth Coliseum w Memphis… i po prostu zarejestrowała show. Rejestracji dokonano bez „żadnych wcześniejszych prób”, skomplikowanych prób dźwiękowych a także jak pisze Ernst Jorgensen w „Platinum: A Life In Music”, „bez żadnego planu awaryjnego na wypadek gdyby coś tego wieczora poszło nie tak”. Prawdopodobnie jedyny test na jaki zdecydowało się kierownictwo RCA polegał na zarejestrowaniu dwa dni wcześniej innego występu Presley’a - w Richmond w stanie Virginia (jeden z wielbicieli artysty widział ponoć pod halą Richmond Coliseum mobilne studio RCA). Występ w Memphis odbył się o godzinie pół do dziewiątej wieczorem. Elvis był w znakomitej formie. W ciągu godzinnego występu zaprezentował swoje najważniejsze przeboje, rozpoczynając od mocnego „See See Rider” poprzez porywające medley z piosenka-

magazyn muzyczny

mi „Long Tall Sally/Whole Lotta Shakin’ Goin’ On/Mama Don’t Dance/Flip, Flop And Flay/Jailhouse Rock/Hound Dog”, cover hitu Olivii Newton-John „Let Me Be There”, rock’n’rollowe standardy w stylu „Lawdy Miss Clawdy” czy „My Baby Left Me” aż po zapierające dech w piersiach „How Great Thou Art”. Na estradzie towarzyszyło mu kilkudziesięciu muzyków i wokalistów w  tym sekcja rytmiczna znana jako TCB Band w  której skład wchodzili gitarzyści James Burton, John Wilkinson i Charlie Hodge, basista Duke Bardwell, perkusista Ronnie Tutt oraz klawiszowiec Glen D.Hardin a także sopranistka Kathy Westmorland, kwartety wokalne, The Sweet Inspirations, J.D.Sumner & The Stamps, Voice oraz orkiestra pod dyrekcją Joe Guercio (Joe Guercio & His Orchestra). Zaledwie kilka miesięcy po koncercie, 7 lipca 1974 roku, płyta zatytułowana „Elvis Recorded Live On Stage In Memphis” dokumentująca powrót Elvisa do rodzinnego miasta była już w sprzedaży. Znalazło się na niej czternaście z ponad dwudziestu utworów nagranych w Midsouth Coliseum (producenci albumu nie zamieścili kompletnego koncertu z powodu ograniczeń czasowych płyty winylowej). Zdjęcie na słynna okładkę, na której zamiast piosenkarza widniała jego posiadłość w Memphis, Graceland, wykonał prywatny fotograf Presley’a, Ed Bonja. Kiedy przeprowadzałem z  nim wywiad tak wspominał tamtą nietypową sesję zdjęciową: „następnym razem byłem w Graceland w 1974 roku żeby zrobić zdjęcia bramy, domu i podjazdu na okładkę płyty ‚Elvis Recorded Live On Stage In Memphis’. Tym razem nie widziałem jednak Elvisa. Było wcześnie rano i jeszcze spał. Lamar Fike oprowadził mnie po domu i przylegających do niego terenach, a kucharka zrobiła mi hamburgera na drugie śniadanie. To była bardzo krótka wizyta. Jeszcze tego samego dnia popołudniu byłem z powrotem w Los Angeles ze zdjęciami, które zrobiłem”. Nowy album Elvisa został bardzo dobrze przyjęty. W  sierpniu 1974 roku uplasował się na trzydziestym trzecim miejscu na liście najlepiej sprzedających się płyt a w zestawieniach z muzyką country dotarł kolejno do piątej pozycji w rankingu Billboard Country Albums i  pierwszej pozycji na liście Billboard Cashbox Country Albums (na szczycie tego zestawienia „Elvis Recorded Live On Stage In Memphis” utrzymywał się aż przez dwa tygodnie!). Za wykonaną podczas koncertu w Memphis pieśń „How Great Thou Art” Elvisowi przyznano trzecią Nagrodę Grammy. Dokładnie w  40. rocznicę tego legendarnego koncertu,18 marca br, wytwórnia Sony Legacy skieruje na rynek wyjątkowe wydawnictwo (ta niezwykła płyta będzie także dostępna w polskich sklepach). Dwupłytowy album „Elvis Recorded Live On Stage In Memphis – 40th Anniversary” nie będzie tylko zwykłą reedycją katalogowej płyty Presley’a. Fani znajdą na nim nie tylko kompletny zapis (a więc także i pominięte na oryginalnym longplayu piosenki) występu Elvisa z  20 marca 1974 roku ale także nigdy wcześniej niepublikowany oficjalnie próbny show z 18 marca 1974 roku z Richmond w stanie Virginia zarejestrowany przez wytwórnię RCA! Oprócz tego na drugim krążku zamieszczone zostanie dodatkowo aż pięć nagrań ze styczniowych prób króla rock’n’rolla z  zespołem, które odbyły się w  hollywoodzkim studiu wytwórni RCA w  sierpniu 1974 roku. Ten album to obowiązkowa pozycja w każdej kolekcji!

brzmienia

Mariusz Ogiegło

45


Gospel zabrzmiał na MTP Alabama… Ten amerykański stan kojarzy mi się bardzo dobrze „gospelowo” - bo wiadomo: The Blind Boys of Alabama, Take 6 czy… Nate „King” Cole, który – choć nie jest u nas akurat z tego znany – także był człowiekiem wierzącym i  oddającym Bogu chwałę poprzez muzykę gospel. Alabama miło się kojarzy, więc gdy usłyszałem o koncercie Alabama Gospel Choir, który odwiedził nasz kraj w grudniu, naturalna była chęć, by ich posłuchać.

Podobno… O chórze można było przeczytać w publikowanych zapowiedziach m.in., że jest to „jeden z  najbardziej znanych na świecie”, jest „ekskluzywną grupą wokalistów” i  „uznawany jest za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego gospel”. Na kimś, kto się na muzyce nie zna zapewnienia takie robią pewne wrażenie. Ten zaś, kto muzyką gospel żyje na co dzień, mógł się zdziwić, że o tak „sławnym” i „wybitnym” chórze słyszy po raz pierwszy w życiu i nawet w Google’u trudno o nim cokolwiek znaleźć. Podobno chór (!) ma historyczne powiązania z założonym w 1896 roku adwentystycznym chórem Aeolians. Podobno (!) jego dyrektorem jest światowej sławy psalmista Jeffrey Allen Murdock. Podobno (!) zespół często występuje w amerykańskiej telewizji, a ma także na koncie występy w prestiżowej nowojorskiej sali Carnegie Hall, „Kryształowej Katedrze” w Los Angeles a nawet w… Białym

46

magazyn muzyczny

Domu. Podobno (!) od 2003 roku ma swoją gwiazdę w  Alabama Music Hall of Fame. Podobno (!) z chórem współpracuje raper Terrence „T-Bone” Frierson, laureat Grammy, który zresztą zgodnie z zapowiedziami miał z nim przyjechać do Polski – chórzyści byli zdumieni pytaniem o niego i wskazali kogo innego ze swego składu, Dariusa Paucka, jako podobno (!) laureata Grammy. Zbyt wiele jest tych „podobno”, bowiem nie sposób potwierdzić tych wiadomości o  zespole. Tym, co jest pewne jest fakt, że do Polski przyjechało 20 świetnych wokalistów, występujących pod kierunkiem Brysona Robertsona, którym przesadzona reklama wcale nie jest potrzebna. Byłoby o wiele lepiej, gdyby chór określano „interesującym”, „zasługującym na uwagę” i  nawet „znakomitym” – bowiem takim w rzeczywistości był. W ciągu niemal dwóch tygodni spędzonych w  Polsce zespół wystąpił w  Zielonej Górze, Radomiu, Wrocławiu, Poznaniu, Koszalinie, Bydgoszczy, Krakowie i Kielcach.

Koncert uratowany Poznański koncert nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem. Być może po części było to spowodowane tym, że że Alabama Gospel Choir niemalże „otarło się” o słynny zespół Harlem Gospel Choir, który wystąpił w  Poznaniu zaledwie 2 tygodnie później. Pierwotnie miał odbyć się w hali „Arena”. Potem w pięknej „Sali

brzmienia


Ziemi” Międzynarodowych Targów Poznańskich. W  końcu publiczność – około 70 osób – zaproszono do znacznie mniejszej i tak naprawdę zupełnie nie nadającej się na tego typu imprezy sali. Wielki szacunek jednak należy się organizatorom – agencji „EuroSpectacles” - którzy dołożyli wszelkich starań, by koncert mimo kłopotów mógł się odbyć. W tych warunkach jednak zespół z pewnością nie miał szansy zaprezentować w pełni swoich możliwości. Muzyka gospel kojarzy się najczęściej z ogromnym żarem, dynamizmem graniczącym niekiedy wręcz z ekstazą, z barwnymi, roztańczonymi i  klaszczącymi chórami. Alabama Gospel Choir jest jednak zespołem w zupełnie innym stylu. Repertuar zespołu był mocno stonowany. Do tego stopnia, że niekiedy trzeba było się uważnie wsłuchać, gdyż śpiew schodził niemal do szeptu (a brak było nagłośnienia). Brakowało, przynajmniej w  pierwszej części występu, jakiegoś urozmaicenia, przeplatania się utworów o różnej dynamice, które skłaniałyby do klęknięcia na chwilę, a wkrótce potem szalonego tańca. Nie brakowało natomiast znakomitych popisów wokalnych poszczególnych członków zespołu, z których każdy jest bardzo utalentowanym i  znakomicie wyszkolonym śpiewakiem. Na szczególną uwagę zasługują wokalne popisy Kyli Jade (sopran), która dysponuje głosem o imponującej skali. Jednak „nie ma róży bez kolców” i trudno zrozumieć dlaczego w jej śpiewie pojawiły się brzmienia operowe, które zdecydowanie nie pasują do muzyki gospel. Popisy można by nieco ograniczyć.

Trochę mało „ognia” Poważnym atutem chóru, prócz talentów i  dobrego „warsztatu”, jest to, że oparli swój program nie na znanych, „ogranych” niemiłosiernie pieśniach, lecz na kompozycjach, które nawet dla ludzi od lat słuchających muzyki gospel były czymś nowym, świeżym. „You are my everything…”, „You make me happy…” (wspaniała pieśń, której potencjał jednak nie został do końca wykorzystany, bowiem w finale można jej było nadać cudowny, modlitewny charakter), „God is my protection…” - wyśpiewywał chór w pierwszej części swego występu. I tu bardzo pozytywne zaskoczenie: artyści, Te bardziej znane pojawiły się także, jako „medley” (m.in. „What a Friend we have in Jesus”, „When pece like a river”, „I love you Lord” i „We exalt Thee”) i później, już na sam koniec koncertu („Oh happy day”). Gdyby jeszcze w tym śpiewaniu było więcej „ognia”! Ten „ogień” artyści wykrzesali dopiero później, gdy zagrali najprawdziwszy, „energetyczny”… funky gospel. Z tym stylem – bardzo popularnym czterdzieści lat temu – dziś spotykamy się niezwykle rzadko (a  szkoda!). Kto wie, czy Alabama Gospel Choir nie przywieźli go do naszego kraju jako pierwsi? Chwała im za to! Choć instrumentarium radykalnie ograniczono – do jednego tylko bębenka – to właśnie tą muzyką wykonawcy sprawili, że przynajmniej niektórzy spośród zgromadzonych zaczęli tańczyć. Prawdziwy „ogień” zapłonął jednak dopiero w  ostatnich minutach koncertu. Publiczność łatwo go podchwyciła, lecz szkoda, że płonął tak krótko. Choć Alabama Gospel Choir nie jest ani jednym z najbardziej znanych, ani też jednym z  najwybitniejszych wykonawców muzyki gospel na świecie, to jednak dwie spędzone z  nimi godziny były bardzo przyjemne. Szkoda, że tego koncertu nie można było przenieść, z powodu przepisów kościelnych, do jednego z urokliwych kościołów poznańskiego śródmieścia - „naturalne” (w  pewnym sensie) dla takiej muzyki otoczenie, dałoby pewnością słuchaczom więcej przyjemności. Marcin Woźniak

magazyn muzyczny

brzmienia

47


Prosto ze schronu KONCERT JAKIEGO W POZNANIU JESZCZE NIE BYŁO

48

magazyn muzyczny

brzmienia


Z

darzają się koncerty inne niż wszystkie. Ten, o którym piszę, był w historii poznańskiego Festiwalu Artystycznego „Mimo Wszystko w Przystani” już sześćdziesiąty. Estrada Schronu Kultury „Europa” – przy ul. Rolnej 24 w Poznaniu, widziała już wiele i słyszała niejednego artystę. Ale tym razem było wyjątkowo! Przy fortepianie zasiadł niewidomy muzyk Grzegorz DOWGIAŁLO i zaśpiewał – na dobry początek - „Dziwny świat” Czesława Niemena. Piosenkę, a właściwie pieśń niezmiernie ważną dla mojego pokolenia. Dlatego nie lubię, gdy inny wykonawca usiłuje się zmierzyć z tym utworem. Lecz gdy świeżo upieczony absolwent Krakowskiej Akademii Muzycznej rozpoczął swój „żal do świata”, ciarki przeszły słuchaczom po plecach. Może dlatego, że on w tym dziwnym świecie widzi nas inaczej, a może dlatego, że mieliśmy wrażenie, że to jego „hymn o miłości” do świata, który dla Grzegorza jest przede wszystkim muzyką? Gdy śpiewał, że „ludzi dobrej jest więcej”– czuliśmy, że zwraca się – do nas i do swoich przyjaciół z  zespołu MEZALIANS ART. Cała piątka – podobnie jak Grzesiek albo nie widzi, albo widzi bardzo niewiele. Ale dopóki są tacy ludzie jak Karolina Żelichowska, Iwona Zięba, Łukasz Baruch, Przemek Cackowski i Mariusz Trzeciak, którzy pokonali setki kilometrów, aby wspólnie cieszyć się z ukończenia przez Grześka – dodajmy, z wyróżnieniem- krakowskiej uczelni, łatwiej uwierzyć, że „ten świat nie zginie nigdy dzięki nim”… i  może jeszcze dzięki tysiącom zapaleńców, którzy w niezliczonych klubach goszczą artystów, takich jak oni… Powinienem w  piśmie muzycznym zrecenzować zaśpiewane covery i oryginalne utwory Cackowskiego i  Dowgiałły. Interpretacje dopracowane w  każdej piosence do perfekcji! Ja jednak cały czas patrząc na Grześka w  kapeluszu sugerującym krotochwilne podejście do własnego „Dyplomu z  Meazaliansem” - jak nazwano ten niezwykły koncert, gdzieś z tyłu głowy miałem zakończenie piosenki Niemena: „ n a d s z e d ł już czas, najwyższy czas – nienawiść zniszczyć w sobie”. Oby tylko ten „dziwny świat” nie zniszczył złem, którego przecież wciąż doświadczamy i  którym codziennie, niestety również media nas epatują, wspaniałego diamentu naszej sceny jakim jest pianista i  perkusista, autor tekstów i  kompozytor Grzegorz Dowgiałło. Bez wątpienia może osiągnąć w  polskiej rozrywce to co Ray Charles w  Ameryce. Oby tylko jak najrzadziej doświadczał tego, że może go ktoś „słowem złym” zabić „tak jak nożem”. Przy jego wrażliwej duszy musiałby wtedy jeszcze z większym bólem wykrzyczeć: „dziwny jest ten świat”! Roman Kawecki (autor jest społecznym dyrektorem Festiwalu Artystycznego Mimo Wszystko w Przystani)

49


TRZY MOSTY W PIWNICY POD BARANAMI

50

magazyn muzyczny

brzmienia


W

ierzę, że wystąpi Pan kiedyś w  Krakowie, w  Piwnicy Pod Baranami” – napisała do Dominika Górnego w liście Tamara Kalinowska, jedna z artystek „Piwnicy Pod Baranami”. Tak też się stało – 26 listopada 2013 roku – na scenie, podczas recitalu „Trzy Mosty”, który stworzył wraz ze swoimi przyjaciółmi – Grzegorzem Grześkowiakiem (znanym m.in. z bycia reżyserem „Snu o Poznaniu”), Małgorzatą Franek-Malinowską (niegdyś związaną z  polską sceną kabaretową), Renatą Baranowską oraz z Piotrem Łakomym. Jak to się stało, że zespól autorski (Za) Delikatni tam wystąpił i w ogóle się z sobą spotkał? Zaproszenie z Piwnicy właściwie napłynęło samo. Wspomnieć jednak trzeba, iż jakiś czas temu Dominik Górny, najmłodszy członek zespołu poznał Jadwigę Badowską (członka ZLP Oddział w Poznaniu), nestorkę wileńskiego rodu poetów. To właśnie ona zapoznała go z literackim światem Poznania i Wielkopolski. Po ponad 15 latach od tamtego czasu, odnalazła go jej wnuczka, Małgorzata, która poprosiła o pomoc w zorganizowaniu wieczoru autorskiego poświęconego pamięci Jadwigi Badowskiej. Odbył się on 6 listopada 2012 roku w ramach Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. Tam spotkali się wszyscy (z wyjątkiem Piotra, który dołączył do nich później) po raz pierwszy. Od tamtego czasu tworzą autorski zespół wykonujący piosenkę poetycką, balladę rockową i nie tylko… W „Piwnicy Pod Baranami” zaśpiewali blisko 30 piosenek. W większości z nich spotkały się wiersze Dominika Górnego z muzyką Grzegorza Grześkowiaka. Wspomnieć trzeba, że D. Górny napisał też muzykę do dwóch kompozycji „Walc Damy Serce” i „Róża, wiatr i człowiek”. Ciekawostką jest fakt, że każdy z członków zespołu ma już własne dokonania oraz dobrą pozycję w  środowisku artystycznym w  Polsce. Mimo to k.j. połączyli siły. Jaka będzie ich dalsza droga. Pewnie usłyszymy… 

magazyn muzyczny

brzmienia

51


Przereklamowane „Ludzkie gadanie” 9

października 2013 roku w Klubie Dekada w Warszawie odbyła się premiera książki „Ludzkie gadanie. Życie, rock and roll i inne nałogi”, autorstwa dziennikarzy muzycznych, Marii Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka. Książka w twardej oprawie, starannie wydana, ilustrowana zdjęciami, liczy 382 strony. Po premierowej sprzedaży wielce nagłaśniana zwłaszcza w polskim radiu, anonsowana w prasie. „Ludzkie gadanie”, to rozmowa autorów o czasach PRL-u z perspektywy sceny muzycznej oraz o zdarzeniach nie odległych tych z okresu Wideoteki Dorosłego Człowieka. Zawiera szereg nieznanych opowieści o największych gwiazdach piosenkarskich lat 60. i 70. jak i obyczajowe migawki z pracy w radiu i telewizji.

Książka zawiera ponadto autorskie wywiady Marii Szabłowskiej z polskimi osobowościami muzycznymi i dziennikarskimi. Mamy wywiad z Witoldem Pogranicznym, Andrzejem Korzyńskim, Piotrem Kaczkowskim, Andrzejem Olechowskim, Tadeuszem Nalepą, Haliną Frąckowiak, Sewerynem Krajewskim, Markiem Grechutą i Czesławem Niemenem. Wszystkie wywiady pochodzą z 1993 roku i chociaż należą do nieco zamierzchłych, to jednak zawsze stanowią wartość poznawczą. W sumie zajmują jedną trzecią Wywiady stanowiłyby rzeczywiście znaczne wzbogacenie książki, gdyby nie fakt, że są one powtórzone (wiele w wersji skróconej) z książki Marii Szabłowskiej „Cały ten big beat”, opublikowanej przez wydawnictwo Opus w 1993 roku. Czy wobec manewru autorów książki, wielbiciele muzyki tamtych lat, mogą być usatysfakcjonowani „Ludzkim gadaniem”?! Krzysztof Kąkol

52

magazyn muzyczny

brzmienia


ROK BIEŻĄCY ROKIEM O

CHOPINA?

dbyło się i dalej odbędzie się ponad 300 wydarzeń związanych z postacią i muzyką Chopina – taką liczbę podał dyr. Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina – dr Artur Szklener na konferencji w końcu lutego. Trudno wyliczyć nawet te najważniejsze, ale spróbujemy. Przez ostatnią dekadę (22 luty – 1 marca) trwały najdłuższe urodziny kompozytora. Wśród wielu wydarzeń odnotujmy: recital fortepianowy Yundi-ego (I nagroda w Konkursie Chopinowskim 2000 r.) 1 marca w Filharmonii Narodowej (nietransmitowany), także recital 1 marca – ale Japonki Akiko Ebi o g. 12 w Żelazowej Woli. Mogliśmy go posłuchać w radiowej Dwójce.

WYSTAWA ZA WYSTAWĄ Także tam 1 marca otwarto wystawę (czynna do 4 maja, potem mobilna) w pawilonie Preludium pt. „Takiem tęgo dudlił, że się wszyscy zlecieli” – instrumentów ludowych na ziemiach polskich w czasach młodego Fryderyka, instrumentów wypożyczonych z różnych muzeów, a tytuł ekspozycji pochodzi z korespondencji kompozytora w której opisywał swe doznania z gry na owych. W warszawskim Muzeum F. Chopina ponadto otwarto wystawę (czynną do 31 sierpnia)„Mały Chopinoskop” – składa się ona z  najciekawszych prac plastycznych dzieci i młodzieży – inspirowanych wizerunkiem i muzyką kompozytora. W tym roku przypada 200 lecie urodzin Oskara Kolberga – stąd mamy ROK KOLBERGOWSKI. Jako ojciec polskiej etnografii Oskar jest najbardziej zasłużonym i upamiętnionym członkiem rodziny Kolbergów. Warto dodać, iż pochodzący z Przysuszy Kolbergowie przez pewien okres mieszkali po sąsiedzku z  rodziną Chopinów w  oficynie Pałacu Kazimierzowskiego w Warszawie, a sam Oskar, 4 lata młodszy od Fryderyka, także komponował (był czynnym muzykiem). Jego prace Chopin skomentował: „dobre chęci, ale za wąski w plecach”. Z okazji Roku otwarto w dniu urodzin Kolberga 22 lutego wystawę pn. „Powiedzcie podziękowanie Kolbergowi za jego mozolną pracę. Oskar Kolberg: etnograf, (muzyk)ograf, chopinolog”. Oglądamy ją w Muzeum Chopina do 4 maja, potem rusza w Polskę; można też pobrać aplikację (na Android) skanując kod QR i uzyskać do ekspozycji dostęp wirtualny.

SPOTKANIA I KONCERTY Skoro jesteśmy przy działaniach popularyzatorskich i edukacyjnych – to polecamy pierwsze wtorki miesiąca w Muzeum Chopina „IQ CHOPIN” – program dla dorosłych „Fortepian (r)ewolucyjny” Marka Brachy & Michała Brulińskiego dotyczący zagadnień wykonawstwa historycznego i roli fortepianu w kontekście społecznym XIX w. (będą przykłady muzyczne). Trzecie wtorki to programy Piotra Mysłakowskiego „Chopin – fakty i  mity” – kontrowersje źródłowe związane z  biografią kompozytora. W  pozostałe wtorki odbywać się będą Gallery Talks lub inne spotkania, np. autorskie. Ogłoszono też konkurs na portret Fryderyka – dla młodych twórców do 36 lat, wyniki jego będą przedmiotem czasowej wystawy w 2015. To też rok kolejnego Konkursu i trwają przygotowania do jego przeprowadzenia (młode polskie talenty). War-

magazyn muzyczny

to wspomnieć o Dniu Dziecka 1 czerwca w Żelazowej Woli (atrakcje rodzinne, koncerty uznanych artystów i  debiutantów), o  Święcie Muzyki 21 czerwca – naciskiem na improwizację muzyczną. „Przyjemne Chwilki” to będą letnie imprezy w plenerze – na tarasie Pałacu Ostrogskich oraz na wyspie Barkarola w Parku w Żelazowej Woli. Maja one na celu edukację muzyczną – wplatanie w warsztaty koncertów dla dzieci.

KONFERENCJE W przeddzień festiwalu „Chopin i jego Europa” 14 sierpnia w Radziejowicach zorganizowany zostanie dzień warsztatowo-konferencyjny pod roboczym tytułem „Muzyka źródeł Polska – Norwegia”. Formuła połączy wykłady naukowe oraz koncerty muzyków tradycyjnych z Polski i Norwegii. Podstawowym zagadnieniem będą kwestie podobieństw i różnic muzyki ludowej tych dwóch krajów. I jeszcze jedna wystawa: „Od romantycznego poszukiwania tożsamości narodowej i kulturowej do modernistycznych przewartościowań. Chopin – Tellefsen /Przybyszewski – Wiess – Munch” będzie trwała od 14 września br. do 22 lutego 2015. Nieco wcześniej odbędzie się Międzynarodowa Konferencja muzykologiczna w Trondheim – 4 września, jej zagadnieniem stanie się kształtowanie tożsamości narodowej obserwowanej przez pryzmat XIX wiecznej kultury Polski i Norwegii, także potrzeba definiowania i podkreślenia swej odrębności – w historii, języku, tradycji i sztuce.

FESTIWAL „CHOPIN I JEGO EUROPA” PO RAZ DZIESIĄTY Nie do wiary – to już dziesiąty Festiwal! Zapowiada się niezwykle interesująco, będzie miał miejsce w dn. 15 – 31 sierpnia w salach Koncertowej i Kameralnej FN, Studio Koncertowym PR im. W. Lutosławskiego (głównie) oraz po jednym koncercie w Teatrze Wielkim i w Bazylice św. Krzyża. Dysponujemy pełnym programem owych koncertów i w jednym z nr „Głosu” podamy szczegóły. Teraz tylko ogólnie: wysłuchamy (także przez PR program Drugi) ponad 30 koncertów, recitali – od kameralnych po symfoniczne, jazzowe i operowe. W programie muzyka polska od Chopina do współczesności (obchodzimy Rocznicę urodzin Andrzeja Panufnika), muzyka norweska od Tellefsena i Griega do Nordheima, koncert Griega w oryginalnym brzmieniu. Długo by wyliczać gwiazdy – Maria Joao Pires, Dang Thai Son, Piotr Anderszewski, Jan Lisiecki, Martha Argerich, Janusz Olejniczak i Nelson Goerner. Udział renomowanych orkiestr p/k Fransa Bruggena, Jerzego Maksymiuka, Jacka Kasprzyka czy Marka Mosia oraz zespołów Belcea Quartet, Apollon Musagete Quartet – to tak przykładowo. Wzruszeń i muzycznych emocji zapewne nie zabraknie. Do tematów „chopinowskich” wracać będziemy – choćby do omówienia opasłego, prawie 900 str. dzieła, jakie ukazało się nakładem NIFC pt. „Chopin w podróży. Glosy do biografii” napisanego przez Henryka F. Nowaczyka – a „czyta się” go się zaiste wartko.

brzmienia

Adam St. Trąbiński

53


ANTHONY STRONG

MILOS KARADAGLIC POWER OF THE HORNS

N

iespełna 30-letni (ur. 29 października 1984 w Croydon pod Londynem) pianista, kompozytor i  wokalista Anthony Strong należy do grupy takich artystów, jak: Michael Buble, Jamie Cullum czy Matt Dusk. Gruntownie wykształconych – Anthony Strong ukończył kilka prestiżowych uczelni, m.in. the Royal Academy of Music – znających warsztat kompozytorski oraz posiadających nieodzowny talent wykonawczy. Będąc jeszcze studentem często występował jako side-man i muzyk sesyjny, także w programach telewizyjnych. W 2009 ukazał się jego debiutancki album „Guaranteed!” – dobrze przyjęty, był pianistą w  reklamówce Adriena Brody’ego w Super Bowl w 2011 (Stella Artois’s „Crying Jean”). Przez 9 miesięcy grał z sukcesem rolę Jerry Lee Lewisa na londyńskim West Endzie w musicalu „Million Dollar Quartet”. Strong na stałe rezyduje w  Paryżu, ma też kontrakt ze znaną wytwórnią Naive dla której w ub. roku nagrał omawiany album „STEPPING OUT”. Z czternastu utworów pięć to jego kompozycje – niemal dorównujące pozostałym standardom jazzowym. Jest błyskotliwym pianistą, dobrym aranżerem na combo jazzowe – prawie wszystkich tutaj nagrań w konwencji smooth. W ub. miesiącu Strong wystąpił z mini tournee w Polsce: Fabryka Trzciny i Studio Koncertowe pr. III PR, Chorzów i Wrocław. Natomiast ponad 30-letni Milos Karadaglić, pochodzący z Czarnogóry, jest odkryciem w świecie gitary klasycznej. Niesamowicie utalentowany chłopak zmuszony został do wyboru tego instrumentu (także do początkowego śpiewania) przez okoliczności. Z  początkiem lat 90. Jugosławia rozpadała się na niezależne republiki w atmosferze walk, rodziców Milosa nie było stać na jego wymarzony fortepian czy na regularną naukę muzyki pod okiem nauczyciela. Cywilizacyjnym szokiem była dla niego (i  jego matki) pierwsza wizyta w Paryżu w grudniu 1996, gdzie przybył na swój koncert. Szkot David Russell zaprotegował go do londyńskiej Royal Academy of Music. Od

54

magazyn muzyczny

kilku lat Milos ma ekskluzywny kontrakt z największą wytwórnią klasyki DGG. W  końcu lutego ukazał się tam jego czwarty album pt. „ARANJUEZ” – zgodnie z tytułem poświęcony hiszpańskiej muzyce gitarowej, szerzej – podróży poprzez krajobraz hiszpański. „Nagrania te – mówi Milos – są hołdem dla tej muzyki i jej twórców, którzy zmienili historyczny kierunek rozwoju gitary klasycznej”. Tytuł pochodzi od słynnej kompozycji Joaquina Rodrigo (1901-1999), 21 min. „Concierto de Aranjuez” – na gitarę i orkiestrę. Aranjuez – urokliwe i pełne zieleni miasto 50 km na południe od Madrytu, miasto, w którym miodowy miesiąc spędził niewidomy od wieku 3 lat kompozytor. Orkiestrą tutaj jest zespół londyńskich symfoników wspaniale dyrygowany przez słynnego już maestro, Kanadyjczyka Yannick Nezet-Segiuna. Lecz gwiazdą w tym nagraniu jest Milos – na nowo odkrywający tak szalenie eksploatowany utwór. Z nie mniejszym artyzmem gra on Manuela de Falli (1876-1946) „Homenaje” i „Danza del Molinero” (fragment „Trójgraniastego kapelusza”). Poza tym na krążku mamy Rodriga „Invocation Y Danza” – na gitarę oraz z  orkiestrą „Fantasia para un gentilhombre”. „Wielka” płyta zapisana częściowo w Studio 1 na Abbey Road. Jedenastoosobowa orkiestra z podwójnymi sekcjami rytmiczną i dętą Power of the Horns to kolejny pomysł kompozytora, dyrygenta, trębacza …i wokalisty – nieco zwariowanego Piotra Damasiewicza. Prawdą jest, iż po pewnym okresie rozwoju wybitni muzycy – liderzy pragną mieć swoją orkiestrę by przy jej pomocy realizować pomysły. O takich przykładach pisze w gustownie (m.in. fotosy Jana Bebla) wydanej książeczce Maciej Karłowski. Album „ALAMAN” (Fortune) jest podwójną rejestracją specjalnego nocnego koncertu z 30 kwietnia 2012 r. w katowickim klubie Scena GuGalander. Podwójnego, gdyż oprócz CD mamy DVD (bodaj kręconym przez 5 kamer), gdzie tytułowy „Alaman” jest tej samej długości, drugi utwór „Troid” jest na DVD dłuższy o 8 min. a kompozycja trzecia „Psalm dla Williama Parkera” ma ten sam czas. Duża porcja nowoczesnego podejścia do materii muzycznej.

brzmienia

Adam St. Trąbiński


K

Kantata Carmina IaniciI

antata Carmina IaniciI, to piękny, podniosły homage kompozytora Roberta Kanaana dla szesnastowiecznej poezji i  osoby Klemensa Janickiego, najwybitniejszego łacińskojęzycznego poety doby Odrodzenia. Klemens Janicki urodził się 17 listopada 1516 roku w  okolicach Żnina pod Gnieznem i  był pierwszym, poetą, który wprowadził do literatury polskiej elegię, znany od starożytności gatunek liryki wyróżniający się specyficzną formą wersyfikacyjną zwaną dystychem elegijnym, połączeniem dwóch wersów: heksametru (wersu złożonego z  sześciu stóp) oraz pentametru (wersu pięciostopowego). Tematyka elegii, początkowo żałobna, utrzymana w  tonie smutnego rozpamiętywania i żalu, z czasem stała się bardzo urozmaicona i mogła obejmować sprawy polityczne, erotyczne, czy też filozoficzne. Wzorami dla Janickiego byli elegicy rzymscy: Tibullus, Propercjusz i przede wszystkim Owidiusz. Tytuł Księgi Żalów nawiązuje do dzieła Owidiusza, także zbioru elegii: Tristia (Żale), pisanych na wygnaniu w Tomi, sygnalizując zbieżność między sytuacją egzystencjalną Owidiusza a  Janickiego. Swoją chorobę (puchlina wodna) postrzegał poeta jako swoiste wygnanie. W Carmina Ianici, kompozytor wykorzystuje fragmenty Elegii I, Elegii III i najbardziej z nich przejmujące fragmenty Elegii: „De se ipso ad Posteritatem” – „O sobie dla potomności”. Słowa tejże właśnie „elegiaco carmine descriptae” (elegii wierszem pisanej), stają się przewrotnie afirmacją trwania, przeciw-

magazyn muzyczny

stawiając kruchości życia - potęgę wartości niezmiennych, takich jak Mądrość, Cnota, Pamięć i hart Ducha. Janicki opisał w  „De se ipso ad Posteritatem” własne życie podsumowane w  momencie oczekiwania na nadchodzącą śmierć – był to pierwszy w literaturze polskiej utwór cechujący się tak bardzo osobistym i  dojrzałym tonem a jednocześnie poetycko wyrażonym przekonaniem autora, że jego poezja może zapewnić mu nieśmiertelność. Tak się rzeczywiście stało – Klemens Janicki zmarł przedwcześnie w 1543 r., a  poczucie własnego „non omnis moriar”, zawarł najpełniej w  antycypowanej dla siebie inskrypcji nagrobnej: Tu bez nadziei i trwogi spoczywam, Prawdziwie żywy. Żegnaj życie zmarłe. Pod względem muzycznym CARMINA IANICII jest utworem postmodernistycznym, z charakterystycznym kolażem form (jak u Luciano Berio czy Alfreda Schnittke), z podkreśleniem rangi solowego dźwięku, niczym w muzyce Arvo Parta, a także z odniesieniami do stylistyki renesansowej, uwzględniającej rangę tematów i konsonansów. W kompozycji słychać echa ekspresjonizmu oraz witalizmu, znakomicie konweniującej z osobistymi i pastoralnymi wątkami renesansowej poezji Ianiciusa.

brzmienia

Piotr Gerach

55


JIM HALL – gigant gitary jazzowej ( 1930 – 2013 )

A

merykański gigant gitary jazzowej tak właśnie określali go zarówno krytycy jak i początkujący gitarzyści, którzy chcieli mu dorównać. Urodził się 4 grudnia 1930 w Buffalo jako James Stanley Hall. Wychowany w rodzinie muzyków, w wieku 10 lat rozpoczął naukę gry na gitarze. Mając 13 lat grał już w Cleveland w zespole jazzowym. Uczęszczał do Cleveland Institute of Music i studiował grę na gitarze klasycznej w Los Angeles u Vincente Gomeza. Pozostawał wówczas pod wpływem muzyki Django Reinhardta. Współpracował z całą czołówką muzyki jazzowej. Lista nazwisk jest imponująca. W  latach 50. występował w  różnych grupach (Chico Hamilton Quintet, 1955-1956; Jimmy Giuffre Three, 1956-1959) oraz jako muzyk studyjny. Nagrał wówczas m.in. album z Billem Evansem. Dzięki występom z Ellą Fitzgerald (1960-1961) w Ameryce Południowej poznał bossa novę. Na początku lat 60. podjął współpracę z  Sonnym Rollinsem (19611962). Pod koniec lat 60. nagrywał z  Gerrym Mulliganem, Quincym Jonesem i Herbiem Hancockiem. W latach 70. nagrywał między innymi z Ornette’em Colemanem, czy w duecie z basistą Ronem Carterem. Nagrał też płyty z takimi muzykami jak Michel Petrucciani, Mike Stern i Pat Metheny. Właśnie z Patem Metheny’m zrealizował w 1999 roku wspólny album zatytułowany „Jim Hall – Pat Metheny” na którym znalazły się spontaniczne improwizacje tych obu muzyków. Jim Hall lubił pokazywać swój kunszt podczas koncertów na żywo zaś Pat Metheny przekazywał swoje wycyzelowane, dopieszczone kompozycje w większości na płytach. Gitarzysta otaczany był wyjątkowym kultem. W samych superlatywach wypowiadali się o nim zarówno John Scofield jak i Pat Metheny dla których był ich największym idolem. Wykorzystywali w swojej stylistyce zaczerpnięte z Halla niektóre elementy gry. Jim Hall koncertował w Polsce kilkakrotnie. Mogliśmy podziwiać jego grę podczas koncertu w studiu Lutosław-

56

magazyn muzyczny

skiego w Warszawie, gdzie grał pianissimo – tak cichutko, że publiczność momentami zamierała z zachwytu. W 2004 roku został laureatem NEA Jazz Master Award. Jego dorobek płytowy jest imponujący a  świadczy o  nim także rozmaitość i  różnorodność prezentowanych nagrań począwszy od 1957 roku, kiedy wydał swój pierwszy album Jazz Guitar a  potem już poleciało.1959 Seven Pieces (z  Jimmym Giuffre’em) ,1960 Good Friday ,1962 Undercurrent (z Billem Evansem) ,The Bridge (z Sonnym Rollinsem),1963 Live at the Half Note (z Artem Farmerem),1964 Glad to Be Unhappy,1966 Intermodulation,1969 It’s Nice to Be with You,1971 Where Would I Be?,1972 Alone Together (z Ronem Carterem),1975 Concierto (z  Paulem Desmondem),Jim Hall Live! Commitment,1976 Jim Hall Live in Tokio,1978 Jim Hall and Red Mitchell,1979 Live at the North Sea Jazz Festival (z Bobem Brookmeyerem),1981 Circles,1981 It’s a Breeze (z Itzhakiem Perlmanem i  Andrè Previnem),1982 First Edition,1984 Telephone (z Ronem Carterem),1986 Jim Hall’s Three ,1987 Power of Three (z  Michelem Petruccianim i  Wayne’em Shorterem),1988 These Roots,1989 All Across the City,1991 Live at Town Hall,1992 Youkali Subsequently,1993 Live at Village West Something Special ,1994 Dedications & Inspirations ,1996 Dialogues,1997 Textures ,1998 Live at the Village Vanguard By Arrangement ,1999 Jim Hall & Pat Metheny Jim Hall,2000 Grand Slam: Live at the Regattabar, Cambridge Massachusetts Ballad Essentials ,2001 Jim Hall & Basses,2002 Live in Tokio,2004 Magic Meeting,2005 Blues on the Rocks ,Duologues (z Enrico Pieranunzim) ,Free Association,2006 Complete Jazz Guitar Concierto Wspólnie z Pat’em Metheny’m nagrał słynny standard „All The Thing You Are”, który nie ma sobie równych. Jim Hall zmarł 10 grudnia 2013 roku w Nowym Jorku w wieku 83 lat.

brzmienia

Opr. Andrzej Patlewicz


PACO de LUCIA

pożegnanie wirtuoza

gitary flamenco

(1947 – 2014 )

K

ażde nagranie Paco de Lucii było wydarzeniem samym w sobie. Muzyka jaką tworzył przez lata była niewiarygodna, wyczerpująca i  jednocześnie zdumiewająca. Każdy miał określone możliwości – nawet geniusze. Przez lata uważano, że Paco de Lucia osiągnął szczyt w „Sirocco”. Ale tak się nie stało. Muzykę jaką tworzył znacznie później była głębsza, bardziej ekspresyjna i bardziej flamenco. Technika gry Paco de Lucii była zdumiewająca, komunikująca słuchaczom czystą intymność, choć w  przeszłości mogła wydawać się bardziej arogancka. Ten niezwykły człowiek- gitarzysta nie starał się zdumiewać sprawnością, miał ambitniejszy cel – biorąc nas za rękę prowadził do samego rdzenia flamenco i  własnego życia. Paco de Lucia (właśc. Francisco Sanchez Gomez) urodził się 21 grudnia 1947 r. w Algeciras ( południowa Hiszpania) w rodzinie, w której silnie zakorzenione były muzyczne tradycje Andaluzji. W wieku 5 lat otrzymał od ojca, wybitnego gitarzysty, Antonio Sancheza, swoją pierwszą gitarę. Ojciec, już od najmłodszych lat dbał o jego wykształcenie muzyczne a jednocześnie był jego nauczycielem. Zadebiutował w 1958 r. występując na żywo w Radio Algeciras; rok później zdobył pierwszą nagrodę na konkursie Festival Concurso International Flamenco de Jerez de la Frontera. Rozpoczął podróżowanie i koncertowanie po całym świecie, na razie jeszcze jako członek różnych zespołów muzyki hiszpańskiej. W 1965 roku nagrał swój pierwszy album, „Dos Guitarras Flamencas”. Jako solista zadebiutował w 1967 r., gdy do sklepów trafił album „La fabulosa guitarra de Paco de Lucia”. Dwa lata później została wydana „Fantasia Flamenca” – to wtedy wykrystalizował się styl gitarzysty, łączący tradycję flamenco z jazzem. W 1973 roku ukazała się płyta „Fuente y Caudal”. W 1975 roku, wraz z albumem „Fuente y Caudal”, Paco rozpoczął swój dialog z improwizacją i rumbą w „Entre Dos Aguas”. Zdefiniował swój własny styl odbiegający od klasycznych brzmień Fla-

magazyn muzyczny

menco, który zyskał sławę światowego zjawiska. Fundamentem tego była prostota brzmień bębnów, basów i perkusji. „Siroco” to album najbardziej melodyjnie i  harmonijnie zbliżony do dźwięków Flamenco, oraz „Luzia”, owoc mrocznego okresu nieobecności, były momentem przełomowym w  jego twórczości, a  intuicja i talent stały się dla Paco de Lucia znakiem rozpoznawczym. Wydany w  1976 roku album „Almoraima” przyniósł Paco de Lucii międzynarodową sławę. W  tym czasie współpracował on m.in. ze śpiewakiem Camaronem de la Isla. Wspólnie nagrali dziewięć płyt. Paco De Lucia pracował również z gitarzystą jazzowym Johnem McLaughlinem. Jego muzyczny dialog pomiędzy dźwiękami z  Brazylii, jazzem (Larry Coryell, Chick Corea, Al di Meola lub John Mclaughilin), a muzyką klasyczną (Albeniz, Falla, Rodrigo) były źródłem zarówno jego muzycznego niepokoju jak i ogromnej potęgi możliwości. Nie ma zatem wątpliwości, że Paco de Lucia był jednym z tych, którzy rozpoczęli nowy rozdział w historii muzyki flamenco. W 1981 r. do sklepów płytowych trafił album „Friday Night in San Francisco” ( Piątkowy wieczór w San Francisco ) będący rejestracją zagranego rok wcześniej koncertu jaki miał miejsce 5.12.1980 roku w San Francisco dla 10-tysięcznej publiczności. Słychać jego unikatową gitarę w  towarzystwie przyjaciół i  konkurentów zarazem ( dwóch wielkich mistrzów gitary Al di Meoli i Johna McLaughlina).Płyta okazała się najlepiej sprzedającym się krążkiem i zarazem jedną z najpiękniejszych płyt ostatniego półwiecza a z pewnością jedną z najważniejszych albumów koncertowych ( akustycznych) jakiekolwiek zostały stworzone osiągając sprzedaż w  nakładzie 1,5 miliona egzemplarzy. Wspólnie nagrali jeszcze dwie inne znakomite płyty: „Passion Grace & Fire” ( czerwiec 1983) oraz „The Guitar Trio” (wrzesień 1996). Potem John McLaughlin zaprosił go do nagrania swojej autorskiej płyty „The Promise” na której Paco De Lucia zagrał z wielką ma-

brzmienia

57


estrią.. Wspólne wykonanie „El Ciego” pomogło w podjęciu decyzji o nagraniu płyty, a potem o wielkim światowym tournne. Jak wspominał Paco: „Praca w studiu przypomina malowanie obrazu. Możesz potrzebować miesięcy na dopracowanie szczegółów”. Zapraszany był do współpracy tez przez innych artystów. I tak latem 1996 roku wziął udział w nagraniu utworu będącej współkompozycją Michaela Kamana „Have You Ever Really Loved A Woman” kanadyjskiego wokalisty i  gitarzysty Bryana Adamsa. Utwór z przepiękną solówką gitary akustycznej Paco De Lucia został wykorzystany na potrzeby filmu „Don Juan De Marco”.Dyskografia gitarzysty składa się z ponad 50 albumów, w tym kompozycje przygotowane do takich filmów jak „Carmen” Carlosa Saury . Setki zdobytych nagród, oraz wszelkie innowacje jakie wprowadził do muzyki Paco de Lucia, sprawiły, że stał się muzykiem rozpoznawalnym na całym świecie po pierwszych gitarowych dźwiękach. Wirtuoz gitary flamenco występował w  Polsce wielokrotnie. Po raz pierwszy przyjechał do Polski pod koniec lat 70. grając we Wrocławiu podczas festiwalu Jazz nad Odrą do którego powrócił ponownie 27 kwietnia 2011 roku dając przepiękny koncert w Hali Stulecia. I tam spotkałem artystę po raz ostatni. Znacznie wcześniej pojawił się w Łodzi występując w jednym z tamtejszych teatrów. W 1996 roku przyjechał wraz z historycznym The Guitar Trio ( Meola – McLaughlin) a było to dokładnie 27.06.1996 roku . Przed przyjazdem do Polski w udzielonym wywiadzie powiedział: „Chciałbym, żeby w dniu w którym będę grał w Polsce, nawiedziła mnie inspiracja, żebym mógł dać publiczności z siebie wszystko. Jeśli przyjdzie, jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie”. Sala Kongresowa była wypełniona po brzegi a  publiczność tamtego wieczoru po prostu oszalała. To spowodowało organizatorów do kolejnego przyjazdu muzyków do Warszawy, gdzie wystąpili kilka miesięcy później 8.10.1996 roku. Wspaniałe pojedynki trojga muzyków siedzących na trzech krzesełkach na scenie do dziś zapisały się w naszej pamięci. W udzielonym wywiadzie powiedział wówczas: „Gdy jest nas trzech na scenie, gdy współzawodniczymy muzycznie, co wieczór walcząc o każde solo, to poziom adrenaliny wzrasta. Najważniejsze jest wyjść na scenę, czuć podniecenie i  te odrobinę szaleństwa”. Al. Di Meola wspominał: „Pierwszy raz usłyszałem Paco, gdy grałem z Chickiem Coreą w połowie lat 70. Pojechaliśmy do Hiszpanii, a tam wszyscy mówili o Paco. Podobało mi się, że on chciał grać nowe flamenco, poszerzyć jego tradycyjne brzmienie”.Po raz ostatni przyszło go nam oglądać i słuchać „na żywo” w lipcu 2013 r. na festiwalu Warsaw Summer Jazz Days. Światowej sławy hiszpański gitarzysta flamenco nadzwyczaj cenił sobie koncerty na żywo. Mówił: Podniecenia, które towarzyszy występowi na scenie, nie da się uzyskać w  studiu”. Kochający nad wyraz życie zmarł nagle na atak serca w środę 26 lutego 2014 roku w  Cancun w  Meksyku mając zaledwie 66 lat. Śmierć gitarzysty to „niepowetowana strata dla świata kultury, dla Andaluzji” – oświadczył burmistrz Algeciras Jose Ignacio Landaluce.Władze miasta na wieść o śmierci artysty ogłosiły żałobę. Zawsze powtarzał :Nie znam silniejszej używki niż inspiracja. Ale ona przychodzi raz na dwa, trzy miesiące, czasami raz na miesiąc. Jeśli nie ma inspiracji, jesteś tylko wyrobnikiem. Lubię życie na skraju przepaści, bo to miejsce bardziej interesujące niż wszystkie inne. Nieraz zachwiałem się, zaczynałem spadać. I ratowała mnie tylko muzyka. Bez muzyki czułbym się, jakbym był zamknięty w  szpitalu dla obłąkanych w  kaftanie bezpieczeństwa.Dla wielu z nas kochających jego muzykę Paco de Lucia zostanie na zawsze niepowtarzalnym wzorcem muzyki flamenco. Opr. Andrzej Patlewicz

58

magazyn muzyczny

Roman „PAZUR” Wojciechowski Wspomnienie

R

oman „Pazur” Wojciechowski to jeden z najznamienitszych wokalistów w naszym kraju. Jego wkład w tworzenie muzyki bluesowej i rockowej w naszym kraju jest ogromny. Na przestrzeni ponad 40 lat swojej działalności współpracował ze wszystkimi liczącymi się twórcami polskiej muzyki rozrywkowej. Wystarczy wymienić: Wiślanie 69, Aerobus, Breakout, Dżem, Haliną Frąckowiak, Darkiem Kozakiewiczem, Andrzej Urny, Leszek Cichoński, Krzysztof Misiak, Marek Raduli, Mietek Jurecki, Włodek Krakus, Andrzej Rusek, Jacek Gazda, Andrzej Ryszka, Krzysztof Głuch. Po mimo obszernej biografii jego działania solowe zostały zarejestrowane, do tej pory, jedynie na dwóch albumach: „Cień kapelusza” z 1998 roku i „Pazur sings The Beatles” z 2005 roku. W tym roku ukazał się jego trzeci solowy album zatytułowany „Wspomnienie” poświęcony pamięci Czesław Niemena. Znalazło się na nim piętnaście klasycznych utworów Czesława Niemena. „Płyta „Wspomnienie” to inne spojrzenie na starszą twórczość Czesława. Właściwie powinna się ona nazywać „Niemen według Pazura”. Większość tych utworów słyszałem w wykonaniu Czesława 30 - 40 lat temu. Zaśpiewałem tak jak je zapamiętałem”. Roman „Pazur” Wojciechowski

brzmienia


Katarzyna Bovery: Gwiazda do zapamiętania J

ej kariera była stosunkowo krótka, a o piosenkach się przez lata zapomniało. Szkoda, bo Katarzyna Bovery mogła konkurować z najlepszymi wokalistkami lat 60. Teraz Muza Polskie Nagrania przypomina przeboje artystki. Wyszukanie informacji o tej niezwykle utalentowanej wokalistce z lat 60. graniczy niemal z cudem. A przecież Katarzyna Bovery dysponowała znakomitym głosem, miała bogaty, wielojęzyczny i  wielokulturowy repertuar (śpiewała, poza polskimi, piosenki włoskie, francuskie, hiszpańskie i  angielskie) i  dobrze dobrane zespoły, zwłaszcza Jazzowy Zygmunta Wicharego. Zaistniała nawet w  filmie „Zbrodniarz i  panna” Janusza Nasfetera, gdzie przy jednym z jej utworów „Dobra jest noc” Zbigniew Cybulski rozkochiwał w sobie Ewę Krzyżewską na parkiecie tanecznym w Międzyzdrojach. Muza Polskie Nagrania niedawno przypomniała o  Katarzynie Bovery fantastycznym dwupłytowym albumem, na którym znalazły się nie tylko wszystkie największe przeboje gwiazdy, ale i mniej znane piosenki. To ogromny prezent nie tylko dla fanów, ale przede wszystkim dla tych, którzy bezskutecznie poszukiwali jakichś nagrań pochodzącej ze Śląska artystki. Bovery właśnie w  Chorzowie rozpoczynała swoją karierę, a  Zygmunt Wichary bardzo szybko przekonał się, że ma do czynienia z  wielkim talentem. Nagrania z jego zespołem odbyły się w 1961 roku, dwa lata później Katarzyna Bovery śpiewała już w na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w  Opolu, gdzie zdobyła wyróżnienie i  zwróciła na siebie uwagę. Tego samego roku w Sopocie zajęła III miejsce (m.in. po Annie German) śpiewając „Daj mi zachować wspomnienia” i „Dobra jest noc”. Do tego stopnia rozpaliła wyobraźnię, że miała mnóstwo naśladowczyń. W  Raciborzu uczennice technikum ekonomicznego nazwały się na jej cześć Boverynki. Wielkim sukcesem dla Bovery był też wyjazd na koncerty do Stanów Zjednoczonych, gdzie w 1966 roku, obok Ewy Demarczyk i Anny German wystąpiła w programie „The Polish Stars Parade”. W Ameryce Katarzyna Bovery poznała swojego męża i  niedługo potem przestała śpiewać i występować. Szkoda. Co straciliśmy przekonamy się słuchając 40 piosenek z jej repertuaru z klimatami od jazzowych poprzez swingujące po folkowe (choć hiszpańskie). W  pamięć zapada wiele z nich, choćby wielki przebój „Daj mi zachować wspomnienia”, „Dobra jest noc”, czy „Quando, quando” nagrane z zespołem Wicharego, w którym trębacz po prostu oczarowywał. Ale wielkie wzruszenie wciąż potrafią wywołać „Ave Maria no morro” oraz „Ave Maria (La Novia)”, niegdyś miały je w swoim dossier największe gwiazdy. Puryści uznają, że język włoski nie najlepiej „leżał” Bovery, ale nie o akcent tu przecież chodzi, a o głos. Tak znaczący, że swego czasu porównywano go do głosu Milvy, wielkiej włoskiej piosenkarki. A, by przekonać się, że nie była to wyłącznie kurtuazja, mat (kol) wystarczy sięgnąć po płyty polskiej gwiazdy.  magazyn muzyczny

brzmienia

59


czytelnicy piszą

Pojawiła się najnowsza płyta zespołu DAGADANA. Tym razem słynąca z  niesztampowego łączenia folkloru z  muzyką elektroniczną grupa sięgnęła po twórczość niesłusznie zapomnianego poety – Janusza Różewicza. Promocji albumu towarzyszyć będzie trasa koncertowa. „List do Ciebie” to studyjny album, na którym łączą się charakterystyczne dla zespołu DAGADANA brzmienia z twórczością mało znanego w  Polsce poety, Janusza Różewicza (brata Tadeusza i Stanisława). „Musimy opowiedzieć historię tej niesamowitej, utalentowanej postaci” – podkreślają muzycy, którzy ostatnie miesiące intensywnie podróżowali po całym świecie, koncertując m.in. w Azji, Europie i Ameryce Południowej. Nowy album składa się z jedenastu utworów. Starannie wybrane teksty Janusza Różewicza przenikają się świetnie z warstwą brzmieniową nagranego materiału. Za pomocą muzyki DAGADANA próbuje podkreślić piękno twórczości młodego poety, którego świat nie zdążył poznać i docenić. Muzycy mają nadzieję, że to niecodzienne połączenie ułatwi wierszom trafienie do jak największego grona odbiorców. Projekt wspiera również rodzina poety, w  tym jego brat – Tadeusz Różewicz. Do współpracy przy albu-

mie grupa zaprosiła amerykańskiego perkusistę Franka Parkera (współpracował m.in. z  Kurtem Ellingiem, Randym Breckerem i Johnem Patituccim), a nad całością produkcji muzycznej czuwał Marcin Pospieszalski (wcześniej współpracował m.in. z  zespołami: Armia, Raz Dwa Trzy, Martyna Jakubowicz, Zakopower, Tie Break, Young Power, Soyka Yanina & Kompania oraz z Anną Marią Jopek). Na szczególną uwagę zasługuje również sposób wydania albumu. Oprócz płyty CD opakowanie zawiera bowiem wybór wierszy Janusza Różewicza (w  polskim, ukraińskim i  angielskim tłumaczeniu), komentarze wielu znamienitych dziennikarzy, muzyków i twórców kultury, a także list od DAGADANA. Całość ilustrują specjalnie na tę okazję przygotowane kolaże. Muzycy sięgnęli do rodzinnych archiwów i udostępnili znalezione w nich zdjęcia. Na klimatycznych fotografiach odnaleźć można niejedną znajomą twarz. Trzy dni przed premierą płyty zespół wyruszy w  trasę koncertową. Grupa odwiedzi nie tylko duże ośrodki (m.in. Białystok, Poznań, Szczecin, Warszawę czy Wrocław), ale także mniejsze miasteczka (np. Strumień). Koncertom towarzyszyć będzie akcja pisania i  wysyłania listów. Każdy, kto przybędzie na koncert DAGADANA, będzie mógł wysłać dag niepowtarzalną pamiątkę do swoich bliskich.

*** Szanowny Krzysztofie! Otrzymałem bardzo dużo podziękowań za miłe spotkanie z  okazji benefisu Wojciecha Kordy. Ja tylko powiadomiłem znajomych. Główne słowa uznania należą się Jubilatowi i oczywiście organizatorom. Twoja zasługa w  promowaniu i  organizacji takich koncertów jest ogromna za co pięknie dziękujemy. Oczywiście apetyt rośnie w  miarę jedzenia.Chcemy więcej i  w  tym miejscu prosimy Ciebie o  kultywowanie spotkań i muzyki lat 60..70... it.d Ten rok 2014 jest szczególnie bogaty i  sprzyja spotkaniom rocznicowym. Wojciech Korda,Niemen,Presley i inne nazwiska czekają na przypomnienie ich dorobku,morze na rzece?. Wspominałeś kiedyś o  swoim pomyśle, organizacji sympatycznych wypadów muzycznych,stateczkiem płaskodennym po rzece Warcie. Temat świetny,czekamy na jego realizację. Wiem,że władze miasta,powiatu a  nawet województwa,jak również inni sponsorzy, wspomogą taką inicjatywę. Jestem pewien,że rady osiedlowe- Stare Miasto,Winogrady a  nawet Wilda i  Rataje w  ramach akcji” Warta Poznania Warta” dołączą do akcji. Wiem,że Puszczykowo,Oborniki a może nawet Konin ,chętnie w  takich rejsach-” Country,Rock,Blues”-będą uczestniczyć. Trzymamy kciuki!! Lechosław Lerczak

60

magazyn muzyczny

brzmienia


XIX Muzeum Jazz Festiwal - Ostrów Wielkopolski 11.04.2014  r. Sala koncertowa Szkoły Muzycznej godzina 18.00: Janusz Szrom/Zbigniew Wrombel Quartet „Śpiewnik” Janusz Szrom- vocal Zbigniew Wrombel - kontrabas Piotr Wrombel - fortepian Krzysztof Szmańda - perkusja 26.04.2014 r. Kino Komeda godzina 19.00: Leszek Żądło Ensemble Komeda Suite Leszek Żądło saksofon tenorowy Leszek Kułakowski fortepian Piotr Kułakowski kontrabas Jacek Pelc perkusja Kenny Garrett Quintet Kenny Garrett -saksofon altowy Rudy Bird - instrumenty perkusyjne Vernell Brown - fortepian Coreolan Hort - kontrabas McClenty Hunter - perkusja Serdecznie zapraszam Jerzy Wojciechowski www.jazzwmuzeum.art.pl

*** JACEK KACZMARSKI wraca do ODK Pod Lipam

magazyn muzyczny

brzmienia

61



brzmienia 67