Issuu on Google+


Drodzy czytelnicy, Fcuk w końcu doczekał się swojego pierwszego dodatku modowego. Długo przygotowywaliśmy się do tego, by wreszcie ukazał światło dzienne. A więc bierzcie i czerpcie z tego wszyscy, ubierajcie się modnie i FCUK-owo, nie szczędźcie pieniążków na ładne fatałaszki. Co prawda nie szata zdobi człowieka lecz odwrotnie, ale co tam.                                                                                                           Dominika Koryga

Pomysłodawca: Mateusz Papliński Redaktor Naczelna: Dominika Koryga Redakcja: Mateusz Papliński, Remigiusz Najdek, heartFAILure, Pulina Łatanik, Andrzej Agopsowicz, Michał Stachura, Łukasz Michalewicz, Paweł Hekman, Daria Kubasiewicz, Aleksandra "Acidolka" Mielińska, Natalia Kozłowska, PigFace, Sebastian Rzepiel, Wojciech Waloch, Nikodem Sarna, Remigiusz Grześkiewicz, Łukasz Świerkowski, Damian Łobacz, Maciej Kardaś Współpraca: Paulina Mietłowska Okładka: Paulina Mietłowska Ilustracje: Aleksandra Koryga, Coffincat, Wepritz84 Korekta: Karolina Buganik Kontakt: projekt.fcuk@gmail.com 781-310-379 669-852-371 www.fcuk.net.pl


6


2

6 października zmarł legendarny prezenter „Teleranka ” Tadeusz Broś. Miał 62 lata. Z wykształcenia był aktorem estradowym oraz reżyserem programów telewizyjnych. Od 1980r. do początków lat 90-tych był głównym prezenterem „Teleranka” TVP. W latach 90-tych Tadeusz Broś był redaktorem naczelnym „Roweru Błażeja”. Pracę w TVP zakończył w 2000 roku. Po opuszczeniu Telewizji Polskiej pracował jako telemarketer i taksówkarz.

P

olscy internauci, najchętniej spędziliby dzień z kabareciarzami. Z badań ARC Rynek i Opinia wynika, że członkowie kabaretu Ani Mru-Mru i Kabaretu Moralnego Niepokoju są wśród osób, z którymi polscy internauci chcieliby spędzić dzień. Aż 40% ankietowanych wskazało Michała Wójcika z kabaretu Ani Mru-Mru. Na drugim miejscu znalazła się członkini Kabaretu Moralnego Niepokoju – Katarzyna Pakosińska.

Y

outube przygotowuje się do walki o telewidza. Zapowiedział uruchomienie blisko 100 nowych kanałów z oryginalnymi programami, dzięki którym serwis chce rywalizować z tradycyjnymi stacjami telewizyjnymi. Serwis, który od niedawna należy do Google oficjalnie ogłosił, że pierwsze kanały takiego typu wejdą do sieci już w listopadzie. Następne zaś będą sukcesywnie pojawiać się w przyszłym roku.

B

adania, które zostały przeprowadzone przez firmę BBC Entertainment i Darling.pl wykazały, mężczyźni zarówno jak kobiety na pierwszej randce się nie całują!!! Samotni, podczas pierwszych spotkań wyżej cenią osobowość i poczucie humoru niż atrakcyjny wygląd partnera. Z badań wynika, że zaledwie 1% ankietowanych kobiet całuje się podczas pierwszej randki, a ponad połowa z nich nie robi tego wcale.

8


A

kademicki Inkubator Przedsiębiorczości czeka na studentów Uniwersytetu Zielonogórskiego. Młodzi biznesmeni, którym uda się dostać miejsce w placówce, będą mogli liczyć na pomoc księgowych i prawników. Biura, które czekają na studentów są w pełni wyposażone, a koszty jakie wiążą się z ich utrzymaniem są niskie.

P

ilot Tadeusz Wrona, któremu w ostatni wtorek udało się awaryjnie wylądować samolotem pasażerskim bez podwozia, pierwsze samolotowe szlify zdobywał w Aeroklubie Ziemi Lubuskiej.

Z

ielonogórski Wagmostaw w końcu wypięknieje. Już nie długo rozpoczną się prace nad  jego rewitalizacją. Ma powstać muszla koncertowa, nowy zbiornik wodny oraz ścieżki rowerowe. Będzie pięknie jak przed laty.

win!

GTA San Zacisze!

CBŚ rozbiło gang złodziei samochodów. Grupa działała m.in. na terenie województwa lubuskiego i specjalizowała się w luksusowych autach z małym przebiegiem. Po tej wiadomości w redakcji Fcuka zapanowała wielka radość. Nareszcie możemy być spokojni o nasze BMW i Lexusy.

Spółka ZOO!

Zielona Góra będzie miała mini zoo. Powstanie ono w okolicy Ogrodu Botanicznego. Fundusze na ten projekt miasto pozyskało dzięki współpracy z niemieckim Cottbus. Przy realizacji inwestycji miasto ma współpracować z Uniwersytetem Zielonogórskim. Jej szczegóły nie są jeszcze znane, ale podobno chodzi o obsadę klatek dla orłów i wybiegu dla osłów.

! L I A F

Kalkomania!

Sześciu absolwentów społecznego liceum "Szkoła Twórczego Myślenia" musi powtórzyć maturę z matematyki. Eksperci OKE uznali że licealiści musieli ściągać na egzaminie. Dowodem na to są identycznie odpowiedzi i... błędy w zadaniach. Wybitnie "nietwórcze" kombinowanie.

Kapitalistki!

Zielonogórskie Handlarki Chryzantem wzorem największych krezusów stosują zasadę "po trupach do celu". W ostatni październikowy weekend urządziły sobie stoisko handlowe z... tablicy poświęconej "Bohaterom II Wojny Światowej", pod którą leżą prochy żołnierzy.


. idzie niz

I zegarki przestawiliśmy, żesz ja pierrrdolę… Znaczy – zima idzie, bo jak się robi ciemno o 17.00, to znaczy, że zaraz w reklamach pojawią się ciężarówki Coca-Coli, w radiu będą do zarzygania katowali „Last Christmas”, a w wyniku jesienno-zimowych depresji odsetek samobójstw wzrośnie. Była inauguracja roku akademickiego, był Halogen – takie pogańskie święto z dyniami, było w końcu Święto Zmarzłych i wszystkich na cmentarzach adekwatnie do pogody wypiździło. Jednak w tej połowie roku nie było jeszcze śniegu. Zima jest piękna tylko na obrazkach. Z trzech głównych przyczyn. Po pierwsze: na śniegu można się wykopyrtnąć. Pół biedy, gdy śnieżek miękki i dopiero co naprószywszy, ściąga nas siłą grawitacji, by nas przytulić. Gorzej, gdy trochę stopnieje, a potem w nocy przymarznie, wtedy idziesz, łiiii, i ręka, noga połamana. Rzeź. Powód drugi: na śniegu można się wykopyrtnąć. Ale tym razem już nie idąc z paputa, tylko jadąc samochodem. Ucieczka przed wykopyrtnięciem w wersji hard wymaga expert skilla, bo z poślizgu nie każdy wyjść potrafi. Zima i rozjechany na ulicy śnieg sprawiają, że strach jeździć. Powód trzeci: można się wykop… a nie. Tym razem nie. Trzeci powód, przez który nie lubię zimy jest następujący: ja jej po prostu nie lubię, a nie lubię nie lubić, zwłaszcza jak jest zimno, ciemno, mokro – samo zło. Jakoś zagmatwany ten potok dzisiejszych moich myśli. Chyba zima idzie… Na wszelki więc wypadek, korzystając z okazji, przypominam drogowcom, żeby znowu nie zaspali: w tym roku będzie, kurwa, zima! Żebyście się nie obudzili z ręką w czyichś gaciach, i żebym ja nie musiał pod swoje auto podpinać pługu i orać to białe gówno. I już mi nerwy dzwonią jak dzwonki sań.

heartFAILure

11


18lecie grupy

SPOKO

Pełnoletność w lutym zbliża się wielkimi krokami. Dziś działają w 4 miastach: Żarach, Sulechowie, Zielonej Górze i Nowej Soli. W Zielonej Górze tańczy ich aż 250 osób. Ogólnie zaś jest ich ponad 500 . Z Filipem Czeszykiem z Studia Tańca Trans i grupy SPOKO rozmawia Remigiusz Grześkiewicz. Fcuk: Dumny jesteś z tego, ze spod twoich skrzydeł wyszło tylu młodych fajnych ludzi? Filip Czeszyk: Wiesz co, ja jestem nauczycielem, nasze studio to nie jest tylko studio tańca. Obok tańca dzieje się wokół nas dużo innych rzeczy. Tańczymy, malujemy, gramy w teatrze, po prostu sporo tego jest. Jak ja byłem młody to słyszałem, że młodzież jest straszna. A to wcale nie prawda. Każdy z nas był kiedyś młody, musiał wypracować swoje zdanie. Młodzież wciąż jest taka sama. Jakie macie plany na najbliższą i dalszą przyszłość? -No na pewno będzie nasza „osiemnastka”, mamy już rozmowy wstępne na naprawdę wielgachną imprezę pod koniec czerwca, ale szczegółów zdradzić na razie nie mogę. Zawsze w czasie ferii mamy warsztaty, tak też będzie w tym roku. Staramy się właśnie zaprosić choreografów z Paryża, Los Angeles i Nowego Jorku. Do końca tego roku chcemy ruszyć sprawę z akcją "Poławiacze Pereł" w Zielonej Górze i Żarach. Będzie to turniej dla tych, którzy uwielbiają tańczyć, będzie się działo. No i na co dzień prowadzimy swoje zajęcia z tańca, więc jeśli ktoś ma taką zajawkę niech się do nas zgłasza. Pamiętasz film Step UP? Czy dzięki temu wzrosło zainteresowanie tańcem? -Tak naprawdę, to prawdziwe tsunami taneczne, jeśli już to "buchnęło", ale myślę, że lepiej będzie "roz12

poczęło się", po tym jak do ramówki TVNu wszedł program You Can Dance. Wtedy był ogromny wzrost zainteresowania, trwa to w sumie do dziś. To co się stało w nowej erze You Can, to fenomen na skalę świata. Trzy lata temu byliśmy w zupełnie innej rzeczywistości tanecznej… W tej chwili podczas wakacji w Polsce,  możesz uczyć się tańczyć od najlepszych ludzi na świecie. Kiedy  ja byłem młody, to marzyłem by kogoś z nich spotkać, bo widziałem ich tylko w klipach, filmach, byli po prostu niedostępni. Dzięki temu poziom tańca w Polsce ogromnie wzrósł, jesteśmy silnym tanecznie europejskim krajem.  Trochę jeszcze do stanów i Japończyków nam brakuje, oni są niesamowici, ale jest naprawdę nieźle. Właśnie miałem pytać. Zdarzają się battle'ki [walki] na taniec, jak to miało miejsce w niektórych filmach o tańcu? -Właśnie mówiłem o evencie w Czechach SDK, tam soliści wychodzą i tańczą „Tu i teraz” bez przygotowanego wcześniej układu. Losuje się rywala, jeden staje naprzeciw drugiego. DJ daje im odpowiedni sygnał kiedy mają zacząć i skończyć. Tańczy się do tego co aktualnie zapuszcza DJ. To jest trochę jak rozmowa, rozmowa na taniec.

Fotografia: Wojciech Waloch


.

smierc w starozytnosci ,

,

,

. . . Tak sie, akurat złozyło, ze biezacy w , numer Fcuka wychodzi w ,tygodniu, , którym wypada 1  listopada, czyli obchody . naszego, chrzescijanskiego , , swieta zmarłych. Postanowiłem wiec przyblizyc nieco kwestie zwiazane z , . . wiara, w zycie pozagrobowe, tyle tylko, ze nie w dzisiejszych czasach, . ale w wydaniu starozytnym.

N

ajstarsze cywilizacje na świecie pojawiły się na terenie dzisiejszego Egiptu i Bliskiego Wschodu ok. 3000 lat przed Chrystusem i wykształciły odmienne, choć równie ciekawe, wyobrażenia dotyczące pośmiertnych losów człowieka i wizji świata zmarłych. Czas trwania obu tych cywilizacji był bardzo długi (ponad 2500 lat!), tak więc w miarę naturalnego rozwoju i kontaktów z innymi ludami pewne rzeczy ulegały zmianie. Niemniej, na podstawie dotychczas odkrytych źródeł, można odtworzyć pewne ogólne koncepcje śmierci, życia w zaświatach i obowiązków wobec zmarłych, które były dla nich charakterystyczne praktycznie w każdym momencie. Bliski Wschód Początki cywilizacji na żyznej równinie, rozpościerającej się wzdłuż koryt dwóch dużych rzek, Tygrysu i Eufratu, są związane z pojawieniem się na jej obszarze ludu Sumerów. Nie wiadomo skąd Sumerowie przybyli na tereny południowej Mezopotamii, na których założyli swoje miasta, i które pozostawiły tak liczne ślady ich wspaniałej kultury, nie wiadomo też do jakiej grupy można zaliczyć język, którym się posługiwali – nie jest to bowiem ani język semicki, ani indoeuropejski. Wiadomo natomiast, że jest to najstarszy lud, który pozostawił po sobie źródła pisane, w tym także zbiór tekstów religijnych. Po trwającej blisko tysiąc lat „dominacji” sumeryjskiej (choć przerwanej na ok. 150 lat przez rządy dynastii założonej przez Sargona z Akadu), na

14

terenie Bliskiego Wschodu pojawiły się nowe siły polityczne, w tym przede wszystkim Babilończycy i Asyryjczycy. Przejęli oni język Sargona, czyli semicki język akadyjski, a w dużej mierze także spuściznę kulturową i religijną Sumerów. Bóstwa i obrzędy babilońskie oraz asyryjskie w przypadkach, w których można je porównać, bazując na tekstach, wykazują duże podobieństwo do bóstw i obrzędów sumeryjskich (choć nie są to w 100% ich odpowiedniki), tak więc występuje między nimi zauważalna ciągłość kulturowa. Dopiero w I tysiącleciu p.n.e. państwo nowo babilońskie upadło, a po trwającym ok. 200 lat panowaniu perskim, Mezopotamia została podbita przez Aleksandra Wielkiego, co wiązało się ze wzrostem wpływu kultury i religii greckiej na tym obszarze. W wierzeniach mezopotamskich świat zmarłych nosił różne nazwy, takie jak „kraina bez powrotu”, „góra” czy „wielkie miasto” i zajmował przestrzeń pod oceanem wód podziemnych. Mity przedstawiają krainę zmarłych jako miejsce ponure i bardzo nieprzyjemne, w którym zmarli wiodą nudną i szarą egzystencję, pozbawioną kolorów i smaku bytowania wśród żywych. Pokrywały ją tumany kurzu, nie było w niej ani odrobiny jedzenia i wody. Wedle niektórych mitów nieco lepiej usytuowane były osoby zasłużone i władcy, np. legendarny Gilgamesz, oraz ojcowie wielu dzieci, bo tylko dzięki trosce rodziny lub innej grupy ludzi pamiętającej o zmarłym, która polegała na składaniu nieboszczykowi ofiar i modleniu się w jego intencji, warunki „bytu” mogły stać się nieco lepsze.▶


Niemniej ogólna wizja życia po śmierci była bardzo negatywna. Oprócz zmarłych, w krainie bez powrotu (z której faktycznie nie było powrotu – nikt, nawet istoty boskie, nie mógł zmartwychwstać; czasowo odwiedzać świat żywych mógł jedynie Nergal i duchy tych ludzi, o których nikt nie zadbał po śmierci) przebywali też bogowie i szereg mitycznych postaci z nimi związanych. W środku tego pustkowia znajdował się pałac bogini Ereszkigal, która wspólnie ze swoim małżonkiem Nergalem rządziła światem zmarłych. Ereszkigal, której imię tłumaczy się jako „Pani wielkiej ziemi” była potężną boginią, siostrą słynnej bogini Isztar, której jednak, mimo ważnej funkcji, rzadko dedykowano sanktuaria w świecie żywych. Bardziej popularny wśród ludzi był jej mąż, którego czczono w wielu miastach, m. in. w Nippur, Ur i Uruk. Natomiast w miejscowości Kuta odkryto sanktuarium poświęcone obojgu bóstwom. W pałacu, który według mitów wykonany był z drogiego lapis-lazuli, a dodatkowo otaczało go siedem potężnych murów, poza parą dzierżącą władzę nad światem zmarłych, mieszkał także majordomus imieniem Ningiszzida, wezyr Ereszkigal, czyli Namtar, zarządca pałacu Pabilsag i pisarka Gesztinana, którzy wspomagali boską parę w codziennym funkcjonowaniu. W świecie zmarłych przebywali jeszcze tzw. bogowie Anunnaki, czyli sędziowie, przed obliczem których każdy zmarły stawał nago, gdy tylko do tego świata trafił. Co ciekawe, nie byli oni sędziami w naszym rozumieniu – zmarły nie był sądzony ze swoich czynów, które popełnił za życia. Pobyt w krainie zmarłych nie miał charakteru kary; trafiał tam każdy, bez względu na to, kim był i co robił przed śmiercią. Na terenie Międzyrzecza ludzie byli chowani w podobny sposób, jak w Egipcie (patrz niżej), tj. ich ciała nacierano olejkami i balsamowano, a następnie zawijano w całun i zamykano w glinianych sarkofagach. Po procesji pogrzebowej zwłoki składano do grobu i wyposażano w żywność, wodę oraz gliniane figurki i modele przedmiotów i urządzeń 16

codziennego użytku. Mimo tego podobieństwa groby możnych nie cechowały się aż takim rozmachem jak egipskie piramidy, czy mastaby. Były co prawda bogato wyposażane i zdobione, jednak nie stały się widocznym znakiem i wizytówką swojej kultury. O ile wiadomo, w tradycji starożytnej Mezopotamii nie istniała żadna koncepcja święta zmarłych w takiej formie, w jakiej my je dziś obchodzimy. Zmarli byli raczej przedmiotem strachu, ponieważ wierzono, że ci z nich, za których nikt nie składa ofiar ani nie zanosi modłów, wracają jako duchy do świata żywych i wyrządzają ludziom różnego rodzaju krzywdy. Ofiary i żywność dla zmarłych składano więc na co dzień i przy okazji niektórych ważniejszych świąt właśnie po to, by ich przebłagać i nie ściągać z powrotem z krainy, do której trafili. Egipt Cywilizacja, która rozkwitła w delcie Nilu, jest tylko nieco młodsza niż sumeryjska, niezbyt oddalona od Mezopotamii w sensie geograficznym, a dodatkowo w podobny sposób straciła swoją suwerenność (pod naporem Persów, a później Aleksandra Wielkiego), niemniej jednak problemy eschatologiczne były w niej rozumiane nieco inaczej. Warto zacząć od tego, że w życiu Egipcjanina śmierć, czy może raczej kwestia przygotowania do życia pozagrobowego, była czymś niezwykle ważnym. U podstawy tej troski leżało przekonanie, że człowiek składa się z sześciu elementów, z czego trzy tworzyły ciało, a trzy stanowiły elementy ludzkiego ducha. Natomiast bezwzględnym warunkiem egzystencji po śmierci było zachowanie się ciała – wierzono bowiem, że po zgonie jeden z elementów duszy, nazywany przez Egipcjan ka, trafia z powrotem do ciała i dopiero wtedy zmarły może szczęśliwie funkcjonować w zaświatach. Stąd właśnie wywodzi się słynny dla tej kultury zwyczaj mumifikacji zwłok przed złożeniem ich do grobu. Ciało po zmumifikowaniu i wyposażeniu w amulety, które miały je w magiczny sposób zabezpieczać, wkładano do trumny. Trumnę przygoto-


wywano jako miejsce zamieszkania zmarłego, stąd też dorabiano jej uszy i oczy, żeby zmarły mógł dostrzec dary grobowe i zachodzące wokół niego wydarzenia, domalowywano także drzwi na wypadek, gdyby ka postanowiło opuścić swój „dom”. Trumny były polichromowane, a od okresu Średniego Państwa pojawiły się także sarkofagi w kształcie mumii, we wnętrzu których znajdowały się przedstawienia scen z „życia” w zaświatach, od strony zewnętrznej natomiast pokrywano je malowidłami związanymi z adoracją bogów przez zmarłego, wędrówką boga słońca, czy sądem nad zmarłymi. Podobnie, jako pośmiertne mieszkanie, postrzegano także grób, dlatego jego ściany również były dekorowane w taki sposób. Oprócz zabalsamowanych zwłok i amuletów do trumny wkładano także kanopy, w których umieszczano organy zmarłego (nieodzowne jako fragment ciała, ale usuwane z niego w trakcie mumifikacji) oraz tzw. uszebti czyli figurki służących – żeby szczęścia grzebanej osoby nie zakłócały obowiązki związane z codziennymi obowiązkami w gospodarstwie, które miała ona utrzymywać także w świecie zmarłych. Pozostałą część wyposażenia grobowego stanowiły różnego rodzaju przedmioty, które towarzyszyły nieboszczykowi za życia lub też wykonane specjalnie dla niego, z myślą o jego egzystencji po śmierci (jak na przykład glinianie modele przedstawiające różne urządzenia stosowane w życiu codziennym) oraz żywność. Przed złożeniem do grobu wyruszał kondukt pogrzebowy, w którym brał udział kapłan, bliscy zmarłego oraz płaczki (jeśli, oczywiście, krewnych zmarłego było na to stać). Trumnę niesiono na zachodnią stronę Nilu, do nekropoli (co miało być odzwierciedleniem wędrówki boga świata zmarłych, Ozyrysa, do miejscowości Abydos; czasami było to rzeczywiste odtworzenie tej drogi), a przed samym momentem pochówku odbywał się szereg rytuałów oczyszczających, takich jak obmywanie, czy palenie kadzideł – wszystko po to, żeby zapewnić denatowi możliwe najlepszą egzystencję w zaświatach.

Na pogrzebie nie kończył się jednak zakres obowiązków wobec nieżyjących. Regularnie składano ofiary, zanoszono zmarłemu świeże jedzenie i wodę, odprawiano modlitwy i zaklęcia mające zapobiec różnym nieprzyjemnym wydarzeniom w świecie zmarłych. Żyjący byli również zobowiązani do wspominania imienia zmarłego, wierzono nawet, że można się z nimi kontaktować. Świadczą o tym znaleziska listów, które były do nich adresowane, a które odkryto we wnętrzach grobowców. Kraina zmarłych mieściła się w dolnej części trójdzielnego świata wyobrażonego przez Egipcjan. Jej władcą był Ozyrys, widziano ją zarówno jak krainę, w której można funkcjonować szczęśliwie, ale zarazem straszną i pełną niebezpieczeństw. W przeciwieństwie do Mezopotamii, w Egipcie wierzono, że los człowieka w zaświatach zależy także od tego, jaki był za życia. Zmarły stawał przed sądem, który ważąc (w sensie dosłownym – na jednej szali serce, na drugiej pióro prawdy) jego uczynki oceniał, czy był dobrym, czy złym człowiekiem i decydował, czy trafi na wyspę szczęśliwości, czy też spotka go cierpienie. Co ciekawe, do grobu wkładano czasem także mapę krainy zmarłych, żeby nieboszczyk, po pozytywnym wyroku sądu, nie zabłądził i nie miał problemów z dotarciem do właściwego miejsca. Na koniec należy dodać, że w starożytnym Egipcie istniał także zwyczaj swego rodzaju święta zmarłych. Wierzono, że podczas tzw. Pięknego Święta Pustynnej Doliny bóg Amon z Karnaku odwiedza swoją świątynię w Luksorze i nekropolę na drugim brzegu Nilu, tak więc ludzie również odwiedzali w tym czasie swoich zmarłych. Przychodzili razem z żywnością, kwiatami oraz muzyką i świętowali przy wejściu do grobu. Było to wydarzenie pełne radości i śpiewu, wspominano tych, którzy odeszli, a czasem wyrażano nadzieję, że żyjących obecnie też spotka pomyślny los w zaświatach.

Tekst: Nikodem Sarna Ilustracja: Coffincat

17


,

i mam napisac tekst

Niby nic trudnego, złożyć kilka liter w wyrazy, kilka wyrazów w zdania, kilka zdań w akapit, a kilka akapitów w tekst. W międzyczasie warto wrzucić jeszcze jakiś wstęp, następnie rozwinięcie, a na końcu jakieś intrygujące zakończenie. Niby nic trudnego. No to zaczynamy. Zapomniałem o pewnej rzeczy. W sumie to najważniejszej. W każdym tekście najważniejszy jest temat. Więc o czym by tu napisać? Hm, sytuacja gospodarcza w kraju już mnie męczy, polityka póki co przystopowała po wyborach, więc nie ma sensu o niej pisać, warstwa sportowa nie przynosi żadnych niespodziewanych rozwiązań… Mógłbym napisać co nieco o jakichś pierdołach, zakończyć to jakimś filozoficznym wywodem i zapewne by wystarczyło, ale jako człowiek ambitny postawiłem sobie za cel napisanie czegoś ambitnego. Tylko co będzie wystarczająco ambitne? Może napiszę coś o samochodach? Wszak każdy właściciel samochodu ma wielkie ambicje. A to, że jego skoda jest najlepsza, a to, że jego passat w dieslu pali najmniej, a to znowu czyjś seat jest najszybszy pomimo tego, że ma już 15 lat. Każdy kierowca ma wielkie ambicje, chciałby, aby jego auto było najlepsze pod każdym względem, lecz niestety często zapominamy o tym, że nasze dwudziestoletnie auta nie są niestety szczytem techniki i najlepsze lata mają już za sobą. Ale ambicja pozostaje. Dochodzę jednak do wniosku, że pisanie o motoryzacji nie jest szczytem moich ambicji. Aby zaspokoić moją ambicję, moje pragnienie stworzenia naprawdę czegoś wielkiego, czegoś na miarę etosu literackiego, muszę znaleźć jakiś inny, lepszy temat. Umówmy się, o samochodach nikt jeszcze etosu nie napisał. Więc może napiszę coś o miłości? O tym, że znana piosenkarka rozwiodła się z jeszcze bardziej znanym aktorem? Lub o tym, że znany piłkarz reprezentacji zdradzał swoją żonę podczas każdego zgrupowania? A zapomniałem, miało nie być o sporcie. Z drugiej strony, nic nie podnosi tak czytelności jakiegoś pisma, jak dobry skandal obyczajowy. Tylko dlaczego bohaterami takiego skandalu zawsze musi być ktoś znany? Ktoś z pierwszych stron gazet? A gdybym opisał jak pani Zosia z klatki „C” spotyka się z Panem Zenkiem z klatki „D” zawsze wtedy, gdy jej mąż wychodzi do pracy? Świetny skandal obyczajowy. Jest tajemnica, romans, strach, a ponadto, gdy mąż Pani Zosi dowie się o wszystkim, może zakończyć się to wszystko morderstwem. Afera i skandal murowane! Tylko coś mi mówi, że nikogo nie zainteresuje ta historia, chyba że zamiast Pani Zosi i Pana Zenka bohaterami naszego skandalu zostaliby Rysiek z klanu i Edyta Górniak. Wtedy to by było coś. A tak, Zenek z Zośką nie zagwarantują mi tego, że ktoś się nimi zainteresuje. Nadal nie zaspokoiłem swoich ambicji. W związku z tym napiszę może coś o zwierzętach. Wszystkie poradniki dotyczące czworonogów, dotyczą przeważnie kotów i psów. Jak to się psiaczkiem zaopiekować, jakiego żwiru wsypać kotu do kuwety, żeby mu się dobrze kupczyło, a i żeby zapach nie kuł w oczy. Przeczytałem kiedyś taki poradnik, no może nie cały, ale rozdział, który dotyczył rasy mojego psa przeanalizowałem dogłębnie (w sumie pies nie jest mój, tylko wybranki mego serca, ale tak często go widzę, że czuję jakby był

18


mój). Po porównaniu specyfikacji zachowań owej rasy z tym, co piszą w książce, a tym jaki jest pies, doszedłem do wniosku, że osoba pisząca ten poradnik nie znała się na psach. Po chwili jednak pomyślałem, że książki jakiegoś głupka nikt by nie wydał, więc gość musiał znać się na rzeczy. Wpadłem więc na pomysł przeczytania książki mojemu psu, aby zmienił swoje zachowanie i dostosował się do tego, co piszą w książce. Efekt był taki, że pies w czasie, gdy mu ją czytałem skoczył na mnie, wyrwał mi książkę i ją po prostu zżarł. Jak widać pisanie o zwierzętach jest mało ambitne, skoro główny zainteresowany nie chce słuchać tego, co jest napisane. Z ambicją często jest tak, że próbujemy ją zaspokoić na siłę, wijemy się w gąszczu możliwości i nie możemy wybrać niczego, co by nam odpowiadało. Przerost ambicji jest bardzo groźnym schorzeniem. Często chcemy osiągnąć coś, co nie jest nam w danej chwili dane. Ja również chciałbym mieć najszybszy samochód, zwierzaka, który nie zrobi mi psikusa i nie naleje do buta, być najlepszym w tym, co robie i nie schodzić poniżej jakiegoś poziomu. Wiem jednak, że mój piętnastoletni samochód, pomimo tego, że powoli, to zawsze dowiezie mnie tam, gdzie chcę, a psa, pomimo tego, że czasem mam go serdecznie dosyć, nie zamieniłbym na żadnego innego zwierzaka. To my wyznaczamy granice własnych ambicji, to od nas zależy jak szybko osiągniemy cel, lecz pamiętajmy o tym, że przerost ambicji może się źle skończyć, nawet jeżeli nie dla nas, to dla innych. Ja właśnie zaspokoiłem swoją ambicję, pisząc ten tekst, bo pomimo tego, że pisałem o niczym, to Ty czytelniku i tak przeczytałeś to do końca.

Łukasz Świerkowski


20


22

29 października w Klubie Roksana wreszcie zagrały „Świetliki”. Tuż przed rozpoczęciem koncertu, udało mi się porozmawiać z liderem zespołu - Marcinem Świetlickim.

Fcuk: Jak smakował barszcz? Marcin Świetlicki: Barszczyk niczego sobie. Krokieciki też były pyszne. Człowiek różne rzeczy po drodze je, później wraca do domu i cierpi. Myśli Pan, że po tych krokietach będzie Pan cierpiał? -A nie wiem, bo już od dwóch dni jemy po różnych miejscach, więc nie wiadomo po czym konkretnie. Na facebookowym fanpage’u świetlików jest taki opis waszego zespołu: „Świetliki” to zespół brutalnych doświadczeń. -Ale nie ja to napisałem. Ja z żadnymi Facebookami nie mam nic wspólnego. W takim razie czy według Pana zespół „Świetliki” można określać właśnie tak? -A to zależy jak się na to patrzy. Nie wymyśliłem tego i nie jestem za to odpowiedzialny. Zespół od momentu swojego założenia gra nie-

mal w niezmienionym składzie. W dzisiejszych czasach to dość niespotykana sytuacja. Jak jest recepta na stworzenie zespołu, który wytrzyma 20lat? -Alkohol i wzajemne uzależnienie finansowe. Jak można wyrzucić kogoś, kto jest nam winien pieniądze? Liczymy na to, że może kiedyś odda. Zmieniamy skład bardzo często. W roku 1996 przyjęliśmy nowego niepotrzebnego członka. Następną członkinię, która dzisiaj zagra, też niepotrzebnie przyjęliśmy. Ostatnią płytę nagraliście w 2005 roku… -My nie mamy takich potrzeb, jak np. Kazik, który ma dom na Teneryfie, i by go utrzymać musi co roku nagrywać płyty. Mieszkamy w Krakowie, oczywiście remonty są kosztowne, ale nie na tyle, by co roku wydawać płyty. Współpracowaliście z Lindą, Nosowską, kto bę-


24

dzie następny? -No właśnie z Zuzią współpracujemy, która tu siedzi. Ona bardzo ładnie gra na altówce. Ani Linda, ani Nosowska się nie sprawdzili, a Zuzia dzisiaj zagra z nami już po raz piąty. Linda zagrał jeden koncert, Nosowska żadnego. Oni kompletnie się nie nadawali do naszego zespołu. Zuzia jest najlepsza z całej tej trójki. A czy Panu, jako pisarzowi, często proponowana jest współpraca? -A jako pisarzowi to tak. Dostaję od czasu do czasu e-maile. Ostatnio napisały do mnie jakieś stuknięte panie, że chcą wyhaftować złotymi nićmi na firance, z okazji roku Czesława Miłosza, mój wiersz. I powieszą tę firankę w okolicy domu Miłosza. Bez sensu kompletnie. Jakby Miłoszowi zaproponowano, że z okazji moich urodzin wyhaftują mu mój wiersz, to by się na pewno nie zgodził, to ja się też nie zgodziłem. Proponują mi różni artyści współpracę, ale to już się nie nazywa współpraca tylko projekt. Ja już wtedy jestem zobowiązany, by w tym projekcie uczestniczyć. Zawsze to są jakieś głupo-

ty. Na przykład jakiś pan piszę sobie podanie do Unii Europejskiej, że będzie fragmentami wierszy ozdabiać toalety miejskie. On dostaje za to kasę, a ja mam mu oddawać swoje wiersze. Nie zgadzam się na żadne takie projekty. Powiedział Pan kiedyś w rozmowie na temat pańskich książek, że "czuje się jak stolarz, który zrobił tysięczną szafę”. -Nie mam takich emocji z książkami, jak miałem kiedyś, że książkę wąchałem, oglądałem, kartkowałem. Najczęściej jak dostaję egzemplarz nowej książki, to go odstawiam na półkę. W ogóle do niego nie zaglądam, w ogóle tą książką się nie przejmuję. Stolarz nie podziwia swojej tysięcznej szafy, naprawdę. Zdarza się Panu mieć tremę przed koncertami? -Nie, ja zawsze mam tremę po koncertach. Jakoś tak dziwnie jestem skonstruowany, że wszelkie wątpliwości mam po koncercie. Wtedy jestem najbardziej rozdygotany i wściekły. Jest Pan niezadowolony ze swoich koncertów? -Nigdy nie byłem zadowolony z siebie. Z kolegów▶


26


bardzo często, natomiast z siebie nigdy. W 1994 roku odmówił Pan przyjęcia Paszportu Polityki… -To się sto razy z tego tłumaczyłem. Interesuje mnie jak ocenia Pan tę decyzję z perspektywy czasu. -Bardzo dobrze! O wszystkich tych, którzy dostali ten Paszport, Polityka pisze (jeśli o nich pisze): „Laureat Paszportu Polityki”. Ja nie chcę mieć takiego pseudonimu, ani taką obelgą być obdarzanym. Nie było mi to do niczego potrzebne i bardzo dobrze, że odmówiłem. Powinienem tak robić w większej ilości rzeczy w swoim życiu, bo życie polega na odmawianiu, a nie na żądaniu. Dlaczego brzydzi się pan teatrem? -A bo w teatrze się nie pali. Do kościoła nie chodzę, bo się nie pali. Do teatru nie chodzę, bo się nie pali. To nie był Pan nigdy na żadnym spektaklu? -Byłem, czasami mnie przymuszano do tego, ale już jestem dorosły i mogę robić co chcę. Jako dziecko byłem prowadzany na siłę. Zresztą ja tam w teatr nie wierzę. Co to za przyjemność, patrzeć jak się

ludzie męczą, mówią cudzy tekst, gdyby swój chociaż mówili… Tomek Radziszewski: …zwłaszcza, że obecny teatr to domena gejowskich reżyserów. Marcin Świetlicki: No właśnie. Ja to przewidziałem już dawno temu, że to będzie domena gejowskich reżyserów. Co ja będę na ich święta chodził, oni na moje nie przychodzą. W takim razie recytacja, konkursy recytatorskie, też nie mają sensu? - Okropność! Byłem teraz jurorem konkursu recytatorskiego zorganizowanego dla aktorów uczących się na trzecim roku akademii aktorskich z całej Polski. To naprawdę jest bez sensu. Ludzie mówią rzeczy, których nie rozumieją, starają się je powiedzieć pięknie, a efekt wcale taki nie jest. Staje się to piękne, jeśli jest powiedziane ze zrozumieniem. A cóż takie dziecko może zrozumieć z wiersza? Idąc tym tropem – co sądzi Pan o poezji śpiewanej? -Sam termin jest bez sensu, natomiast jeżeli tekst piosenki jest poetycki, oraz zaśpiewany dobrze, to▶


28


ja jestem za tym. Jeżeli coś się robi ze zrozumieniem, to jest to do wybaczenia. Zdarzyło się Panu, podczas takich konkursów recytatorskich występować w roli jurora i słyszeć ze sceny swój wiersz? -Nie, to mi się nie zdarzyło, ale mówiono mi, że na YouTube jest młody człowiek, który recytuje mój wiersz. Pod tą jego recytacją są komentarze, że robi to lepiej ode mnie. Naturalnie ja w to nie wierzę, ponieważ ja robię wszystko najlepiej. Niedługo będzie Pan również jurorem na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału. -Jurorem ja już dawno przestałem być. To w takim w razie w sieci pojawiły się kłamstwa na ten temat? -W Internecie są głównie kłamstwa. Jurorem przestałem być w roku 2006, ponieważ wydałem sam swoją książkę i nie mogłem jej oceniać. Będę uczestnikiem tego festiwalu z różnych powodów, ale jurorem już nie jestem. I bardzo dobrze, bo trzech jurorów to… a nie będę gadał…. Gdyby życie postawiło Pana przed wyborem - rok

służby w wojsku albo rok pracy w telewizji, to co by pan wybrał? -Tak, byłem dwa lata w wojsku i dwa lata w telewizji. Jakby mnie gonili hitlerowcy, to poszedłbym do wojska. Żołd był niski, ale czułem, że na niego zasługiwałem. Za to w telewizji, robiłem z siebie małpę i kompletnie te pieniądze, które dostałem, nie były zasłużone. Były one odszkodowaniem za straty moralne. Więc wybrałbym wojsko. Telewizja jest rzeczą bardzo obrzydliwą. W wojsku są normalne reguły. Jest przełożony, który znęca się nad podwładnymi, a w telewizji są sami przełożeni. Teraz to sobie mogę tak gadać. Obydwie instytucje są ohydne, tam jest się blisko zła. Dziękuję za rozmowę Panie Marcinie. -Dziękuję.

Rozmawiała: Dominika Koryga Fotografie: Mateusz Papliński

31


32

N

iektórzy wielbiciele Metalliki mają za złe Lou Reedowi, że stworzył album z ich ulubieńcami. Oficjalna premiera „Lulu”, wspólnego albumu Metaliki i Lou Reeda, miała miejsce 31 października. Wydawnictwo od samego początku wzbudza skrajne emocji. Czasami reakcje te przybierają niepokojące rozmiary, czego dowodem jest ostatnia wypowiedz Reeda – „Fani Metaliki grożą mi, że mnie zastrzelą tylko dlatego, że jestem na tej płycie.”

G

wiazdy kultowego filmu „American Pie” powracają na ekrany kin. W Internecie pojawił się zwiastun komedii „American Reunion”, kontynuacji serii „American Pie”. W najnowszej komedii bohaterowie zorganizują za pośrednictwem Facebooka zjazd, podczas którego przekonają się, jak zmieniło się ich życie od czasu wesele Michelle i Jima.

2

7 października zmarł producent Bartosz Zjawin. O śmierci producenta poinformował Chada na swoich Facebooku, doniesienia potwierdzili później inni raperzy. Produkcje Bartosza Zjawina stały się znane na szerszą skalę po jego obecności na klasycznym albumie Eldo „Enternia”. W późniejszych latach Zjawin współpracował również z Grammatikiem. Odpowiadał także za całość produkcji „Muzyki emocjonalnej” Pezeta.

Q

Q

ueen znów z Freedie'em Mercurym. Zespół Queen planuje wydać album ze starymi demówkami. Gitarzysta Brian May potwierdził, że wraz z perkusistą Rogerem Taylorem przekopuje starszy materiał formacji w celu skomponowania składanki z nigdy dotąd niepublikowanymi utworami - oczywiście z Freddie'em Mercurym na wokalu. 

ueen znów z Freedie'em Mercurym. Zespół Queen planuje wydać album ze starymi demówkami. Gitarzysta Brian May potwierdził, że wraz z perkusistą Rogerem Taylorem przekopuje starszy materiał formacji w celu skomponowania składanki z nigdy dotąd niepublikowanymi utworami - oczywiście z Freddie'em Mercurym na wokalu. 


34

bogacze bez pulsu

Czy śmierć, pomijając kwestie zawarte w Biblii, może być początkiem czegoś więcej ? Dla niektórych jest początkiem jeszcze większych pieniędzy, których nie udało im się zarobić podczas swojego życia, dla innych zanik pulsu zwiastować może długo oczekiwany pierwszy sukces. Nie jest to sprawa odszkodowania, które dostaną najbliżsi, lecz doskonale prowadzonej ,,nagonki” ludzi, którzy znają się na sukcesie, promowaniu oraz wielkich pieniądzach.

P

amiętam doskonale reklamę, która kilka lat temu nawiedzała polskie stacje telewizyjne, o ile dobrze pamiętam była to reklama pewnej marki samochodu. Mężczyzna z kobietą jadą autem leśną drogą, w pewnym momencie wjeżdżają na polanę, na środku której stoi dom, a na ganku siedzi świetnie znana postać wszystkim ludziom na świecie, tylko około 30 lat starsza, niż wyrysowana w naszej głowie postać ze starych plakatów, zdjęć, okładek płyt oraz filmów. Gwiazda z Memphis macha z wielką złością i irytacją, ponieważ pasażerowie zupełnie przypadkiem znaleźli jego kryjówkę. To tylko reklama, lecz po każdym jej oglądnięciu zadawałem sobie pytanie ,,co by było, gdyby jednak to była prawda?”. Co jeśli gwiazdy z czołówki, aby przejść na zasłużoną emeryturę wybierają drogę, której temat powtarza się w środowisku osób szukających sensacji? Ale nie chcę się skupiać tutaj tylko i wyłącznie na spiskowych teoriach. Fenomenem większym dla ludzi, których bardzo pociągają pieniądze jest to, że gwiazdy, które zakończyły swój

żywot zarabiają do dziś sumy, o których żyjący ludzie szklanego ekranu mogą tylko pomarzyć. Jeden z magazynów przeznaczonych dla menedżerów oraz biznesmanów stworzył ranking gwiazd, które po swej wyjaśnionej czy niewyjaśnionej śmierci wciąż zarabiają miliony. Znalazły się tam oczywiście takie osoby, za których wykorzystanie twarzy, głosu, piosenek czy po prostu imienia i nazwiska w reklamach, filmach czy piosenkach, płacono ogromne pieniądze. John Lennon, Albert Einstein, Jimi Hendrix i czołowa trójka, gdzie na najniższym stopniu podium stanęła piękna Marylin Monroe. Srebro przypadło królowi rock and rolla Elvisowi, a bezkonkurencyjny okazał się Michael Jackson, który za rok 2010 zgarnął 170 milionów dolarów. Gwiazdy nadal żyją w naszych sercach? Tak, jak w Polsce nie mówi się wiele złych słów o gwiazdach takich, jak Rysiek Riedel, Piotr ,,Magik” Łuszcz czy Anna Jantar, tak samo postępuje reszta świata. Robimy to przede wszystkim z szacunku! Rispekt ok! Nawet, jeśli ten ktoś miał wiele słabości,


36

problemów i nie był wzorem dla młodzieży jak, np. wymieniony wyżej wokalista Dżemu czy niedawno zmarła Amy Winehouse. Ktoś był dla nas wielki za życia i wielkim pozostanie! Ale co z osobą, która nigdy nie słuchała muzyki Nirvany, dopóki jej założyciel, twarz zespołu oraz wokalista Kurt Cobain, nie strzelił sobie mówiąc w cudzysłowie ,,samobója”? Otóż społeczeństwo zostaje porwane zawsze po tragicznej lub niewyjaśnionej śmierci gwiazd w wir manii, którą podkręcają ludzie czekający na zyski z sensacji, jaką jest owe nieszczęście. Dlaczego ludzie wyzywający Jacksona od pedofila i napieprzający wciąż na jego (będący w kiepskim stanie) nos, ustawili się pierwsi w kolejce po bilety do kina na ,,This is it” lub kupili pośmiertną składankę ,,the Best of …” , tłumacząc się, że muszą oddać mu hołd. Większość takich ludzi widząc, że król popu jest w modzie, nie chce być do tyłu i pomimo wcześniejszych innych nastawień i poglądów, przeczy samemu sobie i obraża prawdziwych fanów (polecam znaleźć sobie, oraz przesłuchać kawałek Jona Lajoie ,,Michael Jackson is Dead”). Oprócz historii cudownego dzieciaka The Jackson 5, znana na cały świat jest historia dzieciaka urodzonego 16 czerwca 1971 roku w Nowym Jorku. Młody 25 letni raper zostaje ofiarą porachunków gangsterskich, w które był zamieszany, jego historia trafia na pierwsze strony gazet. Niektórzy ludzie poznają osobę jaką jest Tupac Amaru Shakur. Dla wielbicieli Hip-hopu w latach 90. jest czołówką, ale dla pozostałych 2Pac zaczyna wchodzić coraz częściej w ich głowy dopiero po roku 96, po roku, w którym wydano na niego wyrok. Raper zginął zostawiając za sobą 5 albumów, wizytę w więzieniu oraz kilka dobrych filmów, w których zagrał między innymi u boku Mickeya Rourka i Jamesa Belushiego. Jednak, bawiąc się w matematyka 2Pac po 13 września 1996 roku, czyli po tragicznej śmierci, wydał 3 razy więcej albumów. Istnieje mnóstwo podejrzeń i teorii, które naprawdę mogą potwierdzać

tezę, że 2Pac mógł upozorować swą śmierć. Warto pogrzebać w Google, tam znajdziemy osoby, które dotarły do ciekawych dowodów. Niestety wszystko kręci się wokół pieniędzy, sławy i sensacji. Prawdziwi giganci warci są takiego szumu. Jednak, czy naprawdę po śmierci, oni sami chcieliby, aby ich wizerunki reklamowały płatki śniadaniowe czy filmy Disneya? Skoro podziwiamy ich i  uznajemy za ikony kultury między innymi dlatego właśnie, że za życia szerokim łukiem omijali reklamy, komercyjne sprzedawanie się, że byli sobą i tworzyli coś swojego, a nie podpinali pod coś, co oznaczało pieniądze i zyski. Ktoś był sławny, kreatywny, pełen charyzmy i talentu, tego kogoś już z nami nie ma. Odnosimy się z szacunkiem dla nich, uznajemy ich za bogów, którzy ubarwili i wznieśli na wyżyny poziom kultury na całym świecie. Żyliśmy lub żyjemy nadal ich bogatym życiorysem, ich historiami i nieprawdopodobnymi i niewyjaśnionymi losami. Po śmierci ich rodziny, menadżerowie lub właściciele praw autorskich dostają duże pieniądze. Później rodzi się ktoś, kto poznaje Notoriusa BIG, Marka Grechutę, Heatha Ledgera, Patricka Swayze, Boba Dylana, Freddiego Mercurego czy Czesława Niemena, jako kogoś, którego twarz użyta jest w reklamie jakiegoś produktu czy głos użyty w marnym remixie jakiejś piosenki. Tego typu działania marketingowe niszczą osobowości, których już z nami nie ma, a młode pokolenia nie mają możliwości poznania ich prawdziwej twórczości, z których są najbardziej znani. Pamiętajmy o nich! Bo jeśli zapomnimy, to zniszczymy coś cennego, co Oni stworzyli. Ktoś kiedyś powiedział o kimś sławnym, kto zbyt wcześnie odszedł na drugą stronę życia, że ,,on nie umarł, on nadal żyje i jest tu z nami, przecież umarli są Ci, którzy zostali zapomniani ”.

Maciej Kardaś


38

czysty Bboying Od kilku dni w internecie można zobaczyć klip do utworu Rademeneza „Break”. Utwór pochodzi z pierwszej składanki „Wbita Na Bita”. Za bit odpowiedzialny jest GRB zaś sam teledysk jest zapowiedzią zbliżającej się solowej płyty Radka Blonkowskiego. trum znajdowały sie budynki i miejsca, które paFcuk: W czwartek 27 października klip do kawałka "Break" miał swoją premierę w Snooker klubie. Jak przyjęła go publiczność? Radek Blonkowski: Ku memu zdziwieniu na te niecałe 4 minuty prezentacji klipu Break pojawiło się sporo osób. Brawa, które usłyszałem po premierze, którymi zebrani obdarowali wszystkich, którzy pomogli przy tej produkcji były dla mnie bardzo miłym gestem. Naprawdę nie spodziewałem się tego ale dało mi to do myślenia. Wiem ,że nie przestane działać w tym kierunku i będę wciąż się rozwijał. Zdjęcia do teledysku powstały w Zielonej Górze i Amsterdamie. Skąd wziął się pomysł na lokalizację nagrania w stolicy Holandii? -Na ten pomysł wpadł Oskar Kozłowski, czyli osoba odpowiedzialna za wszystkie zdjęcia w tym klipie. Amsterdam został wybrany dlatego, iż w jego cen-

sowały Oskarowi pod względem kolorystyki oraz jego wizji. Założeniem kręcenia w stolicy Holandii nie było pokazanie tego , że jesteśmy w Amsterdamie, lecz zrobienie jak najlepszych ujęć w miejscach, które Oskar wcześniej sam dobrał. Fcuk: Klip ma promować twój solowy album, kiedy dokładnie możemy spodziewać się premiery ? -Dokładny termin premiery mojego solowego albumu nie jest mi jeszcze znany, natomiast wstępny cel, który sobie założyłem to przełom roku 2011/2012. Jak będzie to czas pokaże, ale wszystko zależy od wielu czynników, które maja na to wpływ.  Teledysk jest bardzo profesjonalny. Opowiedz coś więcej o ludziach, którzy zajęli się stroną techniczną. -Jak już wcześniej wspomniałem zdjęciami zajął się Oskar Kozłowski, wielokrotnie nagradzany absolwent Warszawskiej Szkoły Filmowej. Montażem


fot. Maciek Wieczorek

zajął się Bartosz Gajek, który sprostał temu zadaniu na wysokim poziomie. Produkcja muzyczna to zasługa Tomasza Siwickiego "GRB" rapera oraz producenta bitów, który razem ze mną wspólnie tworzy dwuosobowy skład o nazwie Tamotua. Cała obróbką graficzną teledysku zajął się Jerzy Drozda Jr działający w Poligon Studio. Nagranie tekstu, którego autorem jestem ja, miało miejsce w De-ReCords, w którym magikiem siedzącym za sterami jest Filip Drzewiecki "Drzewo". Producentem klipu jest firma odzieżowa Elade Street Wear. Serdecz-

nie dziękuje również za pomoc Teatrowi Lubuskiemu oraz Komendzie Miejskiej Straży Pożarnej. Na koniec chciałbym zacytować pewne słowa "Sukces jednej osoby zależy od chęci wielu osób ", a wiele osób miało chęć, by mi pomóc. Za co z całego serca dziękuje.

Rozmawiał: Mateusz Papliński

fot. Przemysław Blonkowski 39


40

Gonjasufi - „MU.ZZ.LE”. Po zeszłorocznym sukcesie debiutanckiego krążka, „A Sufi And A Killer”, nagranego do spółki z The Gaslamp Killer, szalony jogin powraca. Jak mówi sam artysta, na krążku usłyszymy mniej słów, a więcej bitów. Znając pomysły Sumacha możemy się spodziewać potężnej dawki zakurzonych basów, przesterowanych syntezatorów i szalonych sampli. By umilić oczekiwanie na nowe produkcje, Gonjasufi udostępnił za darmo EP'kę „9th Inning” (recenzja w numerze).

As I Lay Dying - „Decas”. Czołowi przedstawiciele chrześcijańskiego metalcore'u powracają z nowym materiałem. Zespół obchodzi w tym roku dziesięciolecie działalności i z tej okazji przygotował prawdziwą gratkę dla swoich fanów. Na „Decas znajdą się trzy zupełnie nowe kompozycję, covery (m.in. Slayer i Judas Priest) i kilka remixów poprzednich kompozycji grupy. Trochę martwi to ostatnie. Miejmy nadzieję, że oszczędzą nam zawodu na miarę grupy Korn.

Korn - „Path Of Totality”. Najchętniej bym przemilczał całą sprawę na temat współpracy grupy Korn i Skrillexa ze względu na sentyment do ekipy J. Davisa. Powiem tylko, że Korn postanowił zamienić nu-metal na dubstep, a w powietrzu unosi się cudowna woń katastrofy. W tej zbrodni swoje palce maczać, prócz wyżej wymienionych, mają Noisia, Feed Me i Datsik. Zgiń, przepadnij!

ONRA - „Chinoiseries Pt 2”. Francuz z wietnamskimi korzeniami powraca z drugą odsłoną jednych z najgenialniejszych krążków w historii instrumentalnego hip hopu. Pierwsza część „Chinoiseries” ociekała bogactwem znakomitych bitów i sampli wyszperanych ze starych winyli, znalezionych gdzieś na hanoiskim targu. Płyta, podobnie jak poprzedni LP „Long Distance” ma obfitować w klimaty space-heavy-future disco podlane sowicie tradycyjną muzyką Wietnamu i Chin.


YOGA

SUTRA

Pustynia nieopodal Los Angeles, marihuana, joga i sekwencer – tak prezentuje się przepis na abstrakcyjny hip hop AD 2011.

Z

a sprawą swojego debiutanckiego wydawnictwa, „A Sufi And A Killer” z 2010 roku, Sumach Ecks a.k.a. Gonjasufi sporo namieszał w świecie eksperymentalnego hip hopu. Brudne bity, ciężka atmosfera i pełna szaleństwa nawijka sprawiły, że krążek zyskał tyle samo zwolenników, co przeciwników. Wydawnictwo z remixami, które ukazało się kilka miesięcy później tylko umocniły jego pozycję wśród najbardziej inspirujących muzyków skupionych wokół wytwórni Brainfeeder. Po miesiącach milczenia szalony jogin postanowił nieco przypomnieć o sobie i udostępnił całkowicie za darmo nowe wydawnictwo, EP'kę „9th Inning”. Materiał na krążku to cztery szalone jak „Bonanza” kompozycje przepełnione brudem i kurzem. Zaczyna się z wysokiego C, utworem „9thng”. Muzyczna miniatura powolnym bitem po morzu samplowanych chórów i rytmicznej rymowanki Sumacha. Klasyczny przykład stylu reprezentowanego przez artystów ze stajni Flying Lotus. Kolejny, „Demonchild” brzmi niczym żywcem wyjęty z jakiegoś horroru. Ukryte w tle perkusonalia, przesterowany, grobowy wokal i atmosfera niepokoju stają się władcami naszego umysłu przez kolejne 3 mi-

nuty. Zgoła odmienny klimat prezentuje „Eatfish” w duecie z BLU. To już przykład klasycznego hip hopu. Bity, sample i rymy wyrzucane z prędkością i celnością karabinu maszynowego. Wydawnictwo zamyka „Thelows”, który idealnie komponuje się z panoramą zatłoczonego miasta. Jazzowe wstawki, niespieszny rytm i delikatne zaśpiewy Sumacha. W niespełna dwadzieścia minut Gonjasufi serwuję nam porządną lekcję abstrakcyjnej muzyki na najwyższym poziomie. Kolejny raz udowadnia, że sukces debiutanckiego krążka nie był przypadkowy. „9th Inning” EP to świetny materiał, który zdaje się być znakomitym prognostykiem na przyszłość i zapowiedziany na 2012 rok mini-album.

Łukasz Michalewicz

Gonjasufi „9th Inning” EP


42

P

o takim niby-poważnym wstępie czas na mięcho. Istnieje kilka strategii obrony tego materiału, każda tak samo idiotyczna. Według jednej tu chodzi o treść. Naprawdę? Cóż, trzeba było wydać pieprzoną książkę. Ja dostałem podwójny album, który nie był bynajmniej audiobookiem, więc chyba jednak gdzieś w zamyśle była muzyka. A ta jest... Nie, jeszcze nie. Drugi sposób – mój ulubiony – jest autorstwa fanów (fanatyków) zespołu na M. Mianowicie chodzi o to, że Metallica – jak zwykle – gra świetnie, riffy, że jaaaa i James czasem ryknie i klimat i jaaaa, a za miernotę odpowiedzialny jest Lou Reed. Booo ja to nie jestem takim bezkrytycznym fanem, po prostu Metalyca wydała same genialne i zajebiste płyty, no. Łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądały sesje nagraniowe panów. Lou wziął do rąk książkę i rzekł: „dobra, to wy grajcie, a ja będę czytać. Już! Była sobie raz...” James H.: „Byyyłaaaaa...!” Myślicie, że się nabijam? Włączcie sobie dowolny fragment tego czegoś, wygląda to właśnie tak. Czyli karykaturalnie. Reed melorecytuje przez półtorej godziny historię nie-

mieckiej dziwki, a Hetfield dokrzykuje jakieś mało sensowne wersy – po 2, 3 słowa. I tak siedemnaście razy. Lubiliście Metallikę za ich pierwsze pięć płyt, a znienawidziliście po dwóch ostatnich? Po „Lulu” będziecie błagać, by pozwolono wam posłuchać „St. Anger”, powiedzmy, ze sto dziewięćdziesiąt razy. Konkrety? Proszę bardzo. Mamy tragiczną historię prostytutki, przedstawioną na nowo sztukę teatralną z początku ubiegłego wieku. Krążek (a w sumie dwa krążki) trwa(ją) 87minut, które wytrzymałem tylko dlatego, że jednocześnie grałem w Tony Hawk’s Pro Skater. Mamy tu 10 utworów, z czego najkrótszy ma trochę ponad 4min., a najdłuższy blisko dwadzieścia. Te dwa kawałki (odpowiednio „Brandenburg Gate” i „Junior Dad”) są jednocześnie moimi ulubionymi, bo jeden jest najkrótszy, a drugi ostatni na płycie. Nie znajduję słów, by odpowiednio odradzić ten materiał. „Lulu” brzmi jak bardzo słaby żart, tym słabszy, że zrobiony na poważnie. Ta muzyka jest zła i brzydka, jak okładka albumu (w końcu bohaterka była z Niemiec). Jeśli „Friday” Rebecci Black to najgorsza nagrana piosenka, to „Lulu” jest najgorszą wydaną płytą, długą, monotonną, męczącą, żenującą i głupią. Szkoda słuchu. Szkoda czasu. Szkoda pieniędzy, chyba, że na prezent dla śmiertelnego wroga. I życzę wam serdecznie, aby wasz wszelki kontakt z „Lulu” skończył się na tym tekście. Amen.

Michał Stachura


A

ndy Turner i Ed Handley powołali Plaid do życia na początku lat 90. miała to by odskocznia od mieszanki breakbeatu i techno, którą serwowali słuchaczom do spółki z Kenem Downie w ramach projektu The Black Dog. Dzięki niecodziennym rozwiązaniom aranżacyjnym, olbrzymiej wrażliwości i przedziwnej melodyce duet został obwołany prekursorami IDM. Albumy wydawane dla WARP należą dziś do klasyki „inteligentnej muzyki tanecznej” i aż dziw bierze, że na nowy krążek przyszło nam czekać osiem długich lat. Na „Scintilli” otrzymujemy dziesięć zupełnie nowych kompozycji, które w idealny sposób nawiązuje to przeszłości grupy, a także wytaczają nowy kierunek muzycznych poszukiwań. Już od pierwszych taktów „Missing” z łatwości możemy rozpoznać charakterystyczny styl Plaid. Senna harmonia fortepianu, dzwonków i klawesynu powolnymi krokami zmierza ku mrocznym głębinom ludzkiego umysłu. Delikatny żeński wokal niczym syreni śpiew omamia nasz umysł. Początek 10 na 10! Do kolejnego zachwytu pozostaje nam czekać do kompozycji numer cztery, „Unbank”. Masywna linia basowa rozdziera ambientowy pejzaż malowany zwiewnym wokalem i chwytając mocno za rękę syntezatorową melodię i przesterowany klawisz rusza w podróż marszowym bitem. Absolut! To chyba najlepsza kompozycja Plaid w historii! „Tender Hooks” zachwyca bulgoczącym basem, któremu wtórują rozmazane syntezatory jakby nagrywane w morskiej otchłani. Do tego dochodzi rytmiczny połamaniec, w fantastycz-

ny sposób nawiązujący do wczesnych dokonań The Black Dog. Chwila zadumy nachodzi nas przy „Craft Nine” gdzie spokojne, basowe dudnienie jest oparciem dla dzwonków wybrzmiewających delikatnym szmerem. A to tylko niewinne preludium do IDM'owej wariacji na temat wobbli i pogłosów w „Sömnl” oraz szalonej dźwiękowej kawalkaty w „Founded”. W tej drugiej kompozycji po raz kolejny duet pokazuje w jaki sposób wykorzystywać żeńskie wokale. Na zakończenie otrzymujemy muzyczną wizytówkę brzmień rodem z początku lat 90. i katalogu WARP - „Talk To Us”, który na nowo definiuje zwrot „brain dance”. Szkoda, że te trzynaście kompozycji przemija tak szybko, gdyż obcowanie z nimi to największa przyjemność. Plaid swoim nowym albumem udowadnia, że przez ostatnie osiem lat nie próżnowali. Nagrali jeden z najlepszych krążków w swojej dyskografii. Pełen wrażliwości, uczuć, dbałości o każdy najdrobniejszy szczegół. Słuchając „Scintilli” donosi się wrażenie, jakoby Turner i Handley starali się pokazać jak wygląda sen.

Łukasz Michalewicz


44

Trzy nastroje: melancholia Halloween, Alaska – All The Night Calls Came In Liście spadają, wszystko gnije, umiera, pada deszcz, chleb drożeje, ludzie umierają, padaczka totalna. Jak powiedział pewien znany filozof: żal, że ja pierdolę. Właśnie takie klimaty swoim graniem penetruje (penetruje, heh) zespół Halloween, Alaska. Ich płyta „All The Night Calls Came In” to taki the best of jesiennych nastrojów. Nie ma tu porażającego smutku, są za to ślady nostalgii melancholii, naiwności. Zespół gra jak tysiąc innych, a wokalistą mógłby być twój sąsiad z bloku. Ale nie to się liczy. Po godzinie słuchania Amerykanów po prostu kupujemy ten klimat. To delikatne, indie rockowe granie nienachalnie wpływa na nasz nastrój jak film, którego nie widzieliśmy dziesięć lat. Kiedyś wszystko było lepsze, mniej problemów, przyjaźnie, dobre czasy, a teraz to jakoś gównianie. Takie piosenki jak „You Are Not Well”, „Dead Air”, czy “3:1” może nie od razu wejdą wam pod czaszkę, ale przypomną sobie po jakimś czasie i nim się zorientujecie, regularnie będziecie sięgać po ten krążek. Trzy nastroje: uśmiech Stevie Jackson – (I Can’t Get No) Stevie Jackson Ten album poprawia humor już samym ultrapomysłowym tytułem. Gitarzysta Belle and Sebastian postanowił wyjrzeć spod skrzydeł Stuarta Murdocha i spróbować swych sił solo. Jak to wychodzi? Różnie. Mamy tu radosne klimaty wzięte z macierzystej formacji Jacksona, ale bez Murdocha to nie to

samo. Przede wszystkim płyty Belle and Sebastian nie znają takiego słowa jak „wypełniacz”. Weźmy ostatni krążek Szkotów, „Write About Love” – każda jedna piosenka była świetna. Tu niestety tak dobrze nie jest, ale w radosnym brzdękoleniu Steviego jest coś, co działa i się udziela. Tym tajemniczym czymś jest autentyczność i prostota. Weźmy podany z łobuzerskim uśmiechem tekst: „czy kiedyś się obudziłeś po wysłaniu e-maila do swej przyjaciółki? Czy obudziłeś się po wyznaniu swych uczuć komuś, kogo kochasz?”. To i okrzyki w refrenie „Do send! Don’t send! Do send! Don’t send!” układa się w najlepszy utwór na płycie. Ale... uśmiech zastyga nam na ustach, gdy orientujemy się, że to piosenka o nas. Każdy ma pochowane gdzieś pod łóżkiem wstydliwe historie związane z wyznaniem uczuć. Na uwagę zasługuje też „Where Do All The Good Girls Go”. Wiadomo o czym. „(I Can’t Get No) Stevie Jackson” to krążek, z którego potrzebne są nam 3-4 piosenki, ale kiedy już nas złapią za uszy, to tak łatwo nie puszczą. Do send! Don’t send! Trzy nastroje: odcienie szarości Real Estate – Days Muszę się przyznać, że tę płytę miałem zjechać jak niegdyś nauczycielka biologii mnie na lekcji anatomii, gdy przeczytałem o niej bardzo ważne zdanie. Jeden z rodzimych recenzentów napisał: „Jeśli coś jest niezobowiązująco ładne, łatwo to przeoczyć”. Po przeczytaniu tego pomyślałem, że może rzeczywiście nie dostrzegamy już rzeczy po prostu ładnych


i łatwych. Bez wzruszeń, bez wyzwań intelektualnych, muzyka, która zaczyna i kończy się na nośniku CD. Mając to w głowie włączyłem „Days” po raz drugi. I rzeczywiście coś w nim jest. To nie tak, że nagle ocena skacze do 10/10, ale coś jest w tych piosenkach, co idealnie nadaje się na jesienne popołudnie, szczególnie takie, jak to dziś – nie musiałem iść do pracy, za oknem świeci słońce. Wow. Konkrety? Przyjemne „Out Of Tune”, delikatnie bujające “Kinder Blumen” (dzwonik w tle – świetny patent!) i „Younger Than Yesterday”. Trudno dalej wymie-

niać, bo piosenki są prawie identyczne. To dobrze i źle. Płyta jest bardzo spójna, ale po kilku przesłuchaniach pamiętam tylko parę tytułów piosenek. W paru momentach „Days” brzmi trochę podobnie do albumu Halloween, Alaska (zapraszam dwa akapity wyżej), ale jest albumem gorszym. Jeśli jednak potrzebujecie nieprzykuwającego uwagi tła do nicnierobienia, nowy materiał Real Estate jest czymś dla was.

Michał Stachura


46

K

uduro to połączenie tradycyjnej muzyki afrykańskiej z hip hopem, rave'em i piekielnymi liniami basowymi. Świat poznał się na tej szamańskiej miksturze zaledwie kilka lat temu, kiedy ukazał się album „Black Diamond”, portugalskiego trio Buraka Som Sistema. W mgnieniu oka parkiety opętała prawdziwa, afrykańska gorączka. Hajp jaki pojawił się wokół grupy w pewnym momencie stał się mocno niestrawny. Kuduro stało się muzyczną cytryną, z której każdy chciał wycisnąć jak najwięcej soku. Na szczęście sami zainteresowani podeszli do tego wszystkiego z należytym dystansem i powoli usuwali się w cień. Jak się okazało była to tylko cisza przed burzą. Burzą, którą świat poznał pod nazwą „Komba”. Zaczyna się jak u Hitchcocka – trzęsienie ziemi i napięcie wzrasta. „Eskeleto” z udziałem Afrikan Boy to creme de la creme muzyki kuduro. Basowe wobble wiercą dziury w czaszce aż miło, a rytm łamie się jak paralityczna żyrafa. Kolejne utwory, tytułowa „Komba” i „Voodoo Love” to szalone wyprawy w rejony footwork/bassaline, których tempa nie zniósłby sam Haile Gebrselassie . Bas dudni

niczym stado biegnących słoni, a piskliwe syntezatory rozdzierają bębenki. Ale to tylko początek! Z każdą kolejną kompozycją trio udowadnia, że nie bierze jeńców. Siłę ich muzyki można przyrównać tylko do podmuchu atomowego. Przesadzam? Wystarczy posłuchać „LOL & POP” - szalony dance punk'owy rytm i klawisze rozdzierające kolejne basowe wobble niczym Rejtan swe szaty. Wbrew tytułowi, „Hangover (BaBaBa)” nie jest najlepszą propozycją na syndrom dnia poprzedniego. Dzika recytacja trzech onomatopej i „swojskiego” „nienienienienienie” sunie szalonym tempem przez kolejne takty połamanego rytmu obrzydzając każdą, wypitą kroplę alkoholu. Na zakończenie przygody z „Komba” otrzymujemy dwa walce, „Macumba” i „Burakaton”, które jeszcze na długo będą wybrzmiewać w naszej głowie. Jednak całą zabawę, jakiej doświadczyliśmy, psuje jeden, maluczki szkopuł – wtórność. Wszystkie utwory brzmią bliźniaczo podobnie. Aranżacyjnych kwiatków to my tu nie uświadczymy. Stylistyka kuduro jest prosta jak budowa cepa i sprawia, że dwanaście utworów z „Komba” brzmi jak jeden. Przez to obcowanie z najnowszym albumem Buraka Som Sistema sprowadza się do okazjonalnego, odwleczonego w czasie dawkowania. Po pierwszym odsłuchu najnormalniej się znudzi, a nie tego oczekujemy od dobrych albumów.

Łukasz Michalewicz


48


50

NIE DYMI SIE, Rok 1950. Nowy Jork, zadymiony bar. Trwa koncert jazzowy, pianista między jedną, a drugą natchnioną solówką odpala papierosa. Wydaje się, że nie dym, a atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Zespół z widownią łączy się w dziwnym transie.

Rok 2011. Nowy Jork, bar. Trwa koncert jazzowy, pianiście między jedną, a drugą natchnioną solówką zachciało się zapalić. „Chyba czas na solo perkusji” – pomyślał, udając się do palarni na drugim końcu lokalu. I tylko widowni trochę przeszkadzało, że perkusista grał solówkę po raz czternasty przez ostatnią godzinę. Michał: Rok temu popełniono zbrodnię. Wyobrażacie sobie, żeby wprowadzić zakaz karmienia dzieci piersią? Albo dać do wszystkich więzień wyłącznie mydło w płynie? A jednak to właśnie zrobiono - mając w dupie realne potrzeby klienta, 15 listopada 2010 roku nielegalnym uczyniono to, co dla wielu było chlebem powszednim. Od tego czasu nie można palić w tzw. "miejscach publicznych" (co to w ogóle znaczy?), wliczając w to bary. W filmie "Dziękujemy za palenie" jest bardzo wyraźnie pokazane, że tytoń to nie tylko trucizna, ale też coś, co jest ważne społecznie i kulturalnie. Spójrzmy prawdzie w oczy kto widział, żeby w ośmiu centymetrach zmieścić tyle zajebistości?- Pod wieloma względami inny, niż tylko kawałkiem bibuły i suszonych chwastów. Łukasz: Żydo-masońskie siły doszły do głosu i stało się. Pamiętam pierwsze dni po wprowadzeniu zakazu jak ciężko było się przestawić na "nie pal przy piwie w barze", a panowie w mundurach z uśmiechem na twarzach wlepiali mandaty palaczom na wrocławskim rynku. W jednym momencie każdy miłośnik tytoniu został sprowadzony do poziomu bandyty. Te spojrzenia ludzi kiedy w mroźny wieczór stało się na dworze przy popielniczce, bo w

środku zakaz i huj.  Do tego "rodzyny" marudzące, że się pali kiedy starałeś takowego wyminąć na przejściu - "Zakaz jest, młody człowieku i ja sobie nie życzę, by mi ktoś tu palił!". Wtedy to była tragedia.  Dziś jednak po tych prawie 365 dniach mam troszkę inne spojrzenie na "zakaz palenia w miejscach publicznych". Troszkę się zmieniło, być może dojrzałem lub zgupłem, ale widzę w tym wszystkim "plusy dodatnie". Michał: Ja widzę dostosowanie się z braku opcji. Co prawda nie było inwazji na bary w Zielonej Górze, ale strach został posiany. Aż chciałoby się powiedzieć jak Sharon Stone "no i co zrobicie? pozwiecie mnie za palenie?" Ostatnio myślałem o tym w jednym z niewielu miejsc wyposażonych w palarnię. Aby wyjść zapalić, trzeba podeptać jednego znajomego, zaświecić tyłkiem drugiemu, wylać piwo i potknąć się o nogę od stołu. Co ciekawe, całkowicie legalne okazuje się używanie perfum w windach i autobusach [sic!]. Panuje przekonanie, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, tylko odwróciły się proporcje miejsca przeznaczonego na strefy dla palących i niepalących. Przepraszam, czy ktoś widział te miejsca? Na ogół są to klitki bez stolika czy


krzesła, które Sanepid widziały w gazecie. Zalegającej na podłodze, swoją drogą. Łukasz: Żółć przemawia przez ciebie, chłopcze. Ale racji trochę też masz. Pomimo wprowadzenia zakazu i buńczucznych zapowiedzi, że bary/restauracje/ kluby powalczą o klienta "z dymkiem" i utworzą palarnie - nie stało się nic. Wiocha totalna. Fajnie kiedy można zajarać sobie w miejscu gdzie są krzesła, ale najczęściej są to popielniczki wystawione przed piwodajnią i tyle. Nawet głupiego daszka chroniącego przed deszczem poskąpili. Palenie stało się domeną twardzieli, którzy potrafią wypalić ćmika na dworze przy dwudziestostopniowym mrozie odziani tylko w t-shirt. Plusem jednak jest komfort panujący w miejscu docelowym. Do tej pory dane nam było dusić się oparach szczypiącego dymu i prać ubrania po każdorazowej wyprawie na piwo. Teraz jest milej i przyjemniej. W powietrzu. Albo nie boimy się, że nawalony jak bela Tomek, który postanowił powywijać trochę na parkiecie przypali nam nowe "kreszówki". A dziury w nowym dresie bym nie zniósł... Michał: Ale duszenie się w oparach groziło tylko w najgorszych lokalach, gdzie nie słyszano jeszcze o klimatyzacji! Ja mimo wszystko tęsknie. Kilka lat temu podczas koncertu The Rolling Stones w Nowym Jorku burmistrz kazał aresztować zespół po koncercie, bo (tak jak od przynajmniej ćwierć wieku) zadymili sobie w Madison Square Garden. Ja rozumiem walkę o płuca, ale nie dajmy się zwariować. A zapędy walczących o zdrowe płuca nawet nie swoje, ale moje i Twoje, Łukaszu, bywają już totalnie niezdrowe. Łukasz: No tak. Strasznie mnie wkurwia kiedy ktoś twierdzi co jest dla mnie lepsze vide ceny fajek, zakazy. Ale nie ukrywajmy, że miejsc klimatyzowanych jest tak naprawdę jak na lekarstwo. A nawet najlepsza klimatyzacja  nie pomoże kiedy faję odpali, dajmy na to, 50 osób. Ciężko jednak rozpatrywać wszystkie za i przeciw, bo tak naprawdę zawszę trafi się jakiś kontrargument. Przeciw samemu zakazowi bym nie występował, a raczej przeciw głupkom, którzy chcą nam mówić co jest dobre, a co jest be. No i właścicielom "miejsc publicznych" za posiada-

nie głęboko w dupie potrzeb klientów. Ja wybrałem palenie świadomie i mi z tym dobrze! Michał: Ja zawsze się zastanawiałem, czy udzie naprawdę są podzieleni na palących i niepalących, czy może są miłośnicy tytoniu popierający w tej sprawie jego przeciwników i odwrotnie. Na własnym przykładzie przekonuję się, że można - rzuciłem i nadal uważam, że zakaz w tych warunkach jest bzdurą. Według prawa nie można kupić miejsca, zrobić z niego knajpy, dać wielki napis "Tylko dla palących", nazwać to miejsce "Pod Wesołą Fajeczką"i zapalić w środku, bo jakiś niepalący mógłby wejść! Kolejny kurewsko piękny dzień w państwie prawa. Łukasz: Ciekawe kiedy dojdziemy do zamykania fast foodów, bo są niezdrowe i tuczą. No i jakiś grubasek mógłby wejść. Jak to bywa najczęściej w naszym pięknym kraju, myśli się tylko jednej stronie konfliktu, drugą traktując po macoszemu. Ja się nie mieszam, bo palę. Palę gdzie chce i kiedy chce. Hamuje się w miejscach publicznych, ale nie dlatego, że takie jest prawo. Robię to z wygody, własnej wygody. Skręcam, zwijam, roluję, a potem odpalam i się delektuje. Że niby umrę? Każdy kiedyś umrze. Michał: Paaanie, dojdziemy nawet do tego, że drzewa będą nielegalne, bo samochody mogę się o nie rozbić. I to tylko dlatego, że w tym konflikcie nie chodzi o czyjąś rację, tylko o bardzo polskie robienie sobie nawzajem na złość. Ja mam tylko nadzieję, że nadejdzie jeszcze czas, by zapalić nad piwem W POMIESZCZENIU. Sam wtedy zapalę, mimo rzucenia. Póki co pozostaje życzyć - palcie na zdrowie! Łukasz: W pomieszczeniu nad piwem zapalisz, jeżeli powstaną palarnie z prawdziwego zdarzenia. Póki co zostaje kręcenie nosem. Na złość? Nie wydaje mi się. Plan mieli dobry, ale gorzej z realizacją - jakie to polskie. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze.

Michał Stachura Łukasz Michalewicz


Ś

WIAT: Od jakiegoś czasu świat mody czeka na wynik tej patowej sytuacji. Królowa Elżbieta nie chce by księżna Catherine pojawiła się na okładce amerykańskiego Vouge. Co innego sądzi naczelna biblii mody – Anna Wintour, która wprost marzy, by właśnie Kate Middleton uświetniła jedną z okładek. Negocjatorem pomiędzy księżną, a królową jest Mario Testino. On także miałby wykonać zdjęcia. Pozostaje czekać.

W

YDARZENIA: Długo wyczekiwana kolekcja „The very best of Versace” for H&M pojawi się w 300 sklepach na całym świecie 17 listopada. I nieźle da po kieszeniach. W sieci dostępny jest już pełen lookbook projektów (wraz z cenami), które są kwintesencją domu mody Versace. Żywe kolory, skóry, zwierzęce nadruki i greckie motywy. Na szczególną uwagę zasługują piękne modele sukienek w linii damskiej oraz kolorowe, odważne garnitury w linii męskiej.

K

RAJ: Za nami FashionPhilosophy Fashion Week Poland czyli największe modowe wydarzenie w kraju. Jak co roku w Łodzi, tym razem w Kompleksie Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej na Księżym Młynie, zgromadzono najlepszych polskich i zagranicznych projektantów, którzy pokazali swoje kolekcje sezonu Wiosna/Lato 2012. Do największych wydarzeń zaliczyć można inauguracyjny pokaz gości specjalnych Custo Barcelona czy udział Jeremiego Scotta.

Z

ZA KULIS: Czyżby Anja Rubik zadzierała nosa? W jednym z ostatnich wywiadów dla prasy modowej powiedziała co myśli na temat swego uczestnictwa w pokazach polskich projektantów: „To wpłynie źle na mój wizerunek. Już nie wypada mi pojawić się na wybiegu u projektanta, który nie jest w światowej czołówce, albo wychodzić w środku, w stylizacji nr 28 lub 30.” Ach, te topmodelki.

O ut of fashion: : E v a h t s u M Kolor: burgund na ubraniach i na ustach Wzór: skóra węża, pepitka, gwiazdki Trend: metaliczne rurki i paznokcie

Kolor: szary od stóp do głów Wzór: żeglarskie paski Trend: elastyczne dżinsy o dwa rozmary za małe


56

Second hand

jest jak terapia Second handy wyznaczyły nowy szlak mody, którym kroczą bloggerki, celebryci i wszystkie fashion victims. Oryginalnie i za małe pieniądze. W lumpeksach można skompletować outfit, który będzie budził zachwyt i zawstydzenie fanów mody z sieciówek. Pamiętajcie, papierowa metka o niczym nie świadczy. Do rozmowy na temat fenomenu second handu zaprosiliśmy Agnieszkę Kwartę, właścicielkę zielonogórskiego sklepu z odzieżą używaną „Butik u Agnieszki”. Fcuk: Za nami otwarcie Twojego butiku w nowym miejscu. A kiedy właściwie zaczęła się Twoja przygoda z odzieżą używaną? Agnieszka Kwarta: Tę przygodę rozpoczęłam ponad 10 lat temu. Pracowałam, a dokładniej z mojego punktu widzenia, prowadziłam u innych ludzi sklep tego rodzaju. Z czasem człowiek zaczyna za-

stanawiać się nad sobą i dochodzi do wniosku, że dlaczego nie może pracować sam na siebie i stało się. Przyznam, że moja decyzja otworzenia własnego sklepu rodziła się w głowie przez parę lat, ale brakowało mi odwagi. Wiadomo jak ten handel teraz wygląda. Ale w życiu trzeba ryzykować. Przez lata mogłaś obserwować jak zmieniało się


podejście ludzi do kupna rzeczy używanych. Czy aktualnie second handy rzeczywiście przeżywają renesans? -Mało tego, że mogłam obserwować, ale nawet napisałam na ten temat pracę inżynierską i  muszę przyznać, że ludzie z miłą chęcią ubierają się w sklepach tego typu. Chodzi tu przede wszystkim o to, że rzeczy są jedyne w swoim rodzaju, jakość z najwyższej półki i cena, choć nie zawsze o nią chodzi. Teraz ludzie są skłonni zapłacić większe pieniądze za coś, co jest rzeczywiście tego warte. Takie sklepy działają na ludzi jak terapia, oderwanie się od zmartwień i trosk, typowy relaks. Dla mnie polowanie to najprzyjemniejsza część zakupów w lumpeksie. Ale często słyszy się głosy: Poszedłbym/Poszłabym do lumpeksu, ale po prostu nie wiem jak szukać ciekawych rzeczy. Co poradziłabyś takim ludziom? -Z mojego punktu widzenia to tylko kwestia czasu oraz przełamania psychicznego. Jeszcze dla niektórych kupowanie w takich sklepach jest ujmą, ale zapewniam, że nie ma się czego wstydzić. Poza tym, dla mnie nie ma czegoś takiego jak „ciekawe ciuchy” albo „perełki”. Trzeba pamiętać, że każdy z nas jest inny, tak naprawdę co innego nam się podoba. Jeżeli ktoś nie radzi sobie w takich sklepach i nie może się odnaleźć, najlepiej zgłosić się bezpośrednio do nas, a my już będziemy wiedziały jak temu zaradzić. Zapewniam. Czy określenie „szmateksy” w stosunku do sklepów z odzieżą używaną uważasz za obraźliwe? -Tak. Jakby ktoś nazwał tak mój sklep, to cały by z niego nie wyszedł ;) A tak na poważnie, to kilkanaście lat temu może były szmateksy, ale teraz są to eleganckie sklepy na wysokim poziomie. Przynajmniej mój taki jest. Mogę przyznać, że mój sklep nie odbiega w żadnym stopniu od sklepów w galeriach handlowych. Kiedyś głównie ze względu na ceny, do lumpeksów zaglądali studenci, biedni artyści oraz członkowie subkultur. Teraz, można tam spotkać także osoby bardzo zamożne. Jacy ludzie zaglądają do Twojego butiku?

-Zaglądają wszyscy, od studentów po tzw. zielonogórską elitę i nie tylko. Mamy też klientki z Warszawy, Poznania. Bardzo często są to bardzo zamożni ludzie. Zagęszczenie second handów w Zielonej Górze jest dość spore. Czym musi się wyróżniać lumpeks, żeby ludzie chętnie do niego zaglądali? -Każdy ma na ten temat inne zdanie, ale na przykładzie mojego sklepu mogę powiedzieć, że musi to być przede wszystkim przyjazna atmosfera i odpowiedni klimat, aby klient wiedział, że jest najważniejszy. Odzież musi być starannie wyselekcjonowana i poukładana asortymentowo. Czy aktualne trendy, moda wyznaczana przez światowych projektantów i podchwytywana przez znane sieciówki ma wpływ na towar, który wybierasz? -Jak najbardziej. Przy wyborze towaru nawet trzeba kierować się modą i trendami. Moi klienci uwielbiają być modni i niepowtarzalni. A „klient nasz pan”. Co z Twojego punktu widzenia jest największą siłą lumpeksów i najbardziej przyciąga ludzi: niskie ceny, oryginalność, szybko zmieniający się asortyment czy dostępność różnych rozmiarów? -Właściwie wszystkie te czynniki mają wpływ na siłę lumpeksów. Dostępność różnych numerów jest ważna, szczególnie dla osób z rozmiarem XL i XXL. Teraz puszyste panie też mogą być eleganckie i modne. Bez kompleksów. Jako właścicielka sklepu z odzieżą używaną masz pod ręką mnóstwo fantastycznych ubrań. A czy zdarza Ci się czasem zaglądać do centrów handlowych na zakupy? -Nie czuję takiej potrzeby, aby kupować odzież w innych sklepach. Raczej nie zdarza mi się zaglądać do centrów handlowych. Chińszczyźnie mówię zdecydowane Nie! Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Daria Kubasiewicz Fotografia: Wojciech Waloch


58


70

MODA w alkowie

Jestem facetem i ten niezaprzeczalny fakt w ocenie pełnokrwistych i ociekających testosteronem samców alfa powinien ostatecznie uniemożliwić mojej osobie jakiekolwiek kontakty ze światem mody. Wszyscy wszak wiedzą, że prawdziwy facet nie je miodu, miast tego żuje pszczoły, a jakkolwiek rozumiana moda to zajęcie dla bab i tych zorientowanych inaczej – każdy twardziel pozujący na Stevena Seagala Wam to powie. Sęk w tym, że do Seagala brakuje mi jakichś czterdziestu kilogramów, za miodem przepadam, zwłaszcza na świeżej bułce, a pszczół najzwyczajniej w świecie się boję. Idąc tym tropem, śmiało można więc stwierdzić, że moda mniej lub bardziej ociera się o mój krąg zainteresowań. Czy należy zatem uznać mnie za chwalebny wyjątek? Absolutnie nie, bowiem w pewnych okolicznościach moda staje się domeną każdego przedstawiciela brzydszej części ludzkości, a uwarunkowane ignorancją lub testosteronem uprzedzenia przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Innymi słowy, są w życiu mężczyzny takie sytuacje, w których wirtuozeria smaku osiąga, nomen omen, szczyt. Kobiety niezaprzeczalnie są mistrzyniami w generowaniu estetycznych doznań, a prawdziwym tour de force ich wyjątkowych umiejętności jest alkowa. Odpowiednio dobrana stylizacja w mgnieniu oka uczyni z sypialni wybieg na miarę paryskiego Fashion Week, a piejącego z zachwytu samca wprawi w stan bezgranicznej euforii. Jestem przekonany, że dobrze dobrana bielizna ma większą moc oddziaływania niż najlepsze używki. Wiadomo, cały heteroseksualny świat kręci się wokół kobiet i nie ma od tej reguły wyjątków. Nie ma także lepszej okazji do studiowania modowych trendów przez zapatrzonego w swą męskość faceta, niż sypialnia. Nawet jeśli bierze Karla Lagerfelda za holenderskiego piłkarza, sukienkę myli ze spódnicą, a bolerko z bajglem, to poprzez kuszący i tchnący tajemnicą sypialniany przyodziewek, staje się prawdziwym wirtuozem mody, a także w pewien sposób projektantem. Chyba żadna kobieta nie ma bowiem wątpliwości, że adresatem kolejnego walentynkowego prezentu pod postacią zalotnej koszuli nocnej jest mężczyzna. Wybór, odpowiednie dopasowanie, a wreszcie wizualizacja dokonanego zakupu na talii partnerki to niechybnie akt twórczy, przy którym prace cenionych projektantów trącą amatorszczyzną. Przywołany wyżej „akt twórczy” to w zasadzie jedyny kontakt mężczyzn z modą w warunkach sypialnianych, nie ma więc co się dziwić namiętności z jaką oddają się kolejnym trendom. Cała reszta należy bowiem do pań, a liczba rekwizytów, którymi mogą się otoczyć ograniczona jest wyłącznie przez wyobraźnię i czas potrzebny do szybkiego zrzucenia ich na poręcz krzesła. Weźmy za przykład niewinne z pozoru skarpetki. Każdy facet lgnący do łóżka w skarpetkach jest kwintesencją żenady, co do tego nie


mam wątpliwości. I na nic zdadzą się tłumaczenia, że w stopy zimno, że nie chce się ich zdjąć, że od dziecka mamusia kazała nosić. Koniec, basta, skarpetki za łóżko, albo wynocha z pokoju. Gdy jednak skarpetki połączymy z kształtną dziewczęcą stopą, zyskujemy całkiem uroczy obrazek. A jeśli dołożymy do tego męską koszulę założoną niepostrzeżenie nad ranem, to otrzymamy kreację modną o każdej porze roku. Im bardziej wygnieciona, tym lepiej. Dla nieco bardziej odważnych wypada zaproponować dodatek pod postacią wąskiego krawata. Sporą popularnością cieszą się także nieco mniej ekstrawaganckie rekwizyty np. niezbyt wysublimowany, a jednak wciąż pozostający na czasie męski T-shirt z nazwą ulubionego zespołu (wersja muzyczna) lub klubu piłkarskiego (wersja sportowa). Dla dziewczyn o nieco bardziej oficjalnym usposobieniu warto polecić szpilki, choć jest to w pewien sposób dodatek niebezpieczny, mogący skutkować niezamierzonym uszczerbkiem na zdrowiu partnera, zwłaszcza, gdy zbyt nonszalancko zrzuci je na podłogę. Moda funkcjonująca w alkowie nie jest zbyt rozbuchana. To mężczyzna dobiera dodatki, kobieta zaś pełni rolę dzieła sztuki. Męskiej, a jakże. Swoją drogą nie ma chyba bardziej sprawiedliwego podziału – jakby nie patrzeć obie strony czerpią zysk z tego jakże sugestywnego pokazu mody. Należy pamiętać jednak o pewnej regule – absolutnie każdy sypialniany trend ma bardzo krótki żywot i w mgnieniu oka ląduje obok łóżka. Innymi słowy – moda najwyższych lotów.

Damian Łobacz



Fcuk nr16