Issuu on Google+

....... .......................... . . ....................................... ........ .......................................... ......... ............................ ............................................. ................. .......................... ................................................ Jesień 2010: ............................................... .................................................. ........................................... ................................................... ......................................... ................................................... *Prapremiery ....................................... ................................................... ....................................... ................................................... *Gastro w Moralist ......................................... ................................................................ ........................................... *Muszla Fest ................................................................ ............................................. .............................................................. *Babie Lato .............................................. ........................................................... ............................................... ......................................................... *StarForce ................................................ .................................................. ................................................. ................................................. *Papuasi ................................................. ................................................. ................................................. ................................................ w Bydgoszczy ................................................. .............................................. ................................................ ........................................... ............................................... .................................... .............................................. ......................... ............................................ ...................... www.moment.pl ......................................... ... ... ...................................... ................................. ...........................

#054 bezpłatny miesięcznik lifestylowy

wrzesień 2010 ISSN 1734-896x


moment magazyn

Intro http://www.facebook.com/magazyn.moment

http://www.issuu.com/magazyn_moment

intro patronaty zapowiedzi temat miesiąca news kalendarium wywiad felietony zapowiedzi filmowe recenzje muzyczne kulturalnie i na temat tu nas znajdziesz relacje wykrywacz talentów kulinarna zadyszka

Wydawca:

project manager: Arkadiusz Hapka Redakcja: Kuba Ignasiak (redaktor naczelny) kuba@moment.pl Liwia Jezierska Piotr Aftka Remigiusz Ławniczak Janek Świerkowski Marek Szpak aka Screwball Jakub Chmielewski aka TV Monika Balcer

Partnerzy:

Współpracownicy: Justyna Król Dorota Androsz Karol Wąsik aka Vonsko Sławomir Richert Jarek Jaworski Jarosław Krawczewki aka Counter Arek Wiśniewski aka Pestka, Pe Adam Sierociński aka Sierot Foto: Szymon Milner (okładka) Sylwia Bartchodzie Projekt:

Szymon Kaźmierczak...... www.biteme.pl

Moment dostępny w:

FABRYKA C Sp. z o. o. 85-055 Bydgoszcz ul. Zduny 8 tel. 52 322 52 83 moment@moment.pl general manager: Wojciech Jaworski

FABRYKA C Sp. z o. o. Szymon Milner (design, skład, DTP, reklamy) - www.szymonmilner.wordpress.com Dawid Wiśniewski aka Dawit (kalendarium)

Marketing: Arkadiusz Hapka (project manager) - ahapka@fabrykac.pl tel. kom. 0 504276675 tel. kom. 0 505121011 Wojciech Jaworski - wjaworski@fabrykac.pl

www.biteme.pl


Tabu na Jesień – Ordo Ab Chao (porządek z chaosu) rzy zaangażowali się w projekt Tabu. Po wieli wielu latach sporów i przekomarzań przyszedł czas, w którym tzw. scena underground zjednoczyła się dla jednej wspólnej idei. Jaki będzie efekt tej współpracy? Powoli z chaosu zaczyna tworzyć się nowy porządek. Niedługo przekonacie się o tym sami. Jeśli zapytacie na co liczymy, to odpowiadamy, że przede wszystkim na Was! Tabu będzie miejscem otwartym na ciekawe pomysły, dlatego jeśli jesteś organizatorem czy promotorem oryginalnych imprez bądź eventów – skontaktuj się z nami. Nasze plany na przyszłość to stały rozwój zaplecza technicznego oraz praca nad tym, aby lokal bardziej przyciągał niż to miało miejsce dotychczas. Jednocześnie będziemy się starali wychodzić poza ramy imprezy jako takiej i urozmaicać życie klubu różnymi formami ekspresji czy sztuki. Stale pamiętając, że oczywiście najważniejsza jest dobra muzyka. Tabu

zapowiedzi

Wakacje dobiegły końca, a wraz z nimi również nasza seria imprez wakacyjnych. Na jesień szykujemy całą masę imprez z udziałem bardzo ciekawych gości. We wrześniu powraca drum’n’bassowy cykl Climatic Night. Nie zabraknie również melanżowego „papy smerfa”, czyli Piko, który ponownie wszystkich zwoła na ‘naradę’ przy napojach wysoko-wyskokowych. We wrześniu odbędzie się również kolejna edycja imprezy PESTKAGRZANA, a więc ponownie dancefloor i chillout w wykonaniu bydgoskich czarnych turntable’istów. Szczegółowe informacje odnośnie eventów dostępne są na naszej stronie: www.tabubar.com.pl. Na bazie obserwacji, które poczyniliśmy podczas pierwszego roku naszej działalności oraz bazując na doświadczeniach wielu aktywnych postaci naszej lokalnej sceny staramy się zredefiniować czym jest TABU. Naszym celem jest stworzenie miejsca skupiającego środowiska artystyczne nowoczesnej sztuki audio-wizualnej i nie tylko. Warto zauważyć, że obecna sytuacja stwarza bardzo obiecujące warunki do ogólnego rozwoju ze względu na liczną ilość promotorów, projektów oraz dj-ów, któ-

3


zapowiedzi

Moralist we Wrześniu – robimy Gastro

4

Temperatura zaczyna spadać, wieczory coraz dłuższe i coraz chłodniejsze, powoli zbliża się jesień. Dlatego też pracujemy już bardzo intensywnie nad całym programem imprez i wydarzeń jakie zagoszczą w Moralist tej jesieni. Na pewno nie zabraknie Czwartkowych Afer, które we wrześniu otworzy DJ Bajo. Oprócz niego pojawią się także Vibe, Grzana i Face. W ostatni czwartek września odbędzie się specjalna edycja Czwartkowych Afer z mixem VIDEO. DJ Bajo i DJ Vibe 30 września wspólnie przygotują nam urozmaicenie czwartkowych imprez. Czekamy też na potwierdzenie terminu eventu z Muno.pl - nowego medium, które wielu z Was kojarzy z portalem Muzika Nova. Moralist nie zamyka się również na koncerty muzyczne, ale co do konkretów na razie milczymy. Na specjalną uwagę we wrześniu zasługuje impreza Bartender’s Classic. To trzecia edycja konkursu barmańskiego połączonego z imprezą Gastro. W poniedziałek, 6 września przyjadą do nas najlepsi barmani z klubów z Bydgoszczy, Torunia, Olsztyna, Trójmiasta, Warszawy oraz Łodzi. Celem imprezy jest wyłonienie najlepszego barmana w stylu klasycznym Polski Północnej. Zawody toczone będą na zasadach pucharowych. Początek eliminacji o godzinie 16. Start części finałowej o godzinie 18. Finał przewidziany jest na godzinę 21:30 na głównym barze. Po części konkursowej zabawa dla uczestników i gości konkursu tzw. GastroParty. Główną atrakcją wieczoru będzie pokaz barmański w wykonaniu Tomka Małka i Marka Posłusznego. Razem założyli „Flair Factory” - pierwszą w Polsce agencję świadczącą kompleksowe usługi barmańskie (od pokazów barmańskich

po warsztaty i kursy flair). Szerszej publiczności dali się poznać biorąc udział w programie „Mam talent” gdzie udało im się dotrzeć do półfinałów. Dorobek Flair Factory to ponad 450 pokazów i prezentacji na eventach w całej Polsce. Jako jedyna grupa z Polski są zapraszani na najważniejsze targi gastronomiczne na świecie, m.in. „Barshows 2008” w Londynie, „Vinexpo 2007” w Bordeaux, „BBC Good Food 2007” w Londynie, „Metro Milano 2007” w Mediolanie czy „Lion Expo 2007” w Lionie. Występowali również na stadionie Wembley w 2008 roku podczas finału Pucharu Anglii „FA Cup”. W soboty klubowe brzmienia spod znaku house, które rozpoczniemy 4 września imprezą z DJ-em Jarre-ckim obok niego pojawi się DJ Deep Pressure oraz DJ Kevlar. W sobotę, 11 września odbędzie się wyjątkowa edycja imprezy MASHAP. Rezydenta cyklu Bajo oraz DJ Seb Brandt’a wesprze Jamajski Spekulant (dla wtajemniczonych Seb Skalski). Podczas tej edycji doświadczymy rzadkich odmian ‘czarnego grania’ w połączeniu z najlepszymi numerami jakie zagra nam sam Herr Brandt. Tydzień później, 18 września prawdziwy smakołyk - kolejna edycja imprezy GŁOSY, na której po raz pierwszy w Moralist usłyszymy głos Lady Wiosny. Oprócz tego na saksofonie rewelacyjny Banan oraz DJ Lone, którego przedstawiać nie trzeba. Ostatnia sobota września to impreza UTOPIA NIGHT, która nie odbyła się w wakacje z przyczyn od nas niezależnych. Impreza to również hołd dla legendarnego klubu UTOPIA w Warszawie, który niedawno zamknięto. Na imprezie pojawi się rezydent tego lokalu DJ Nobis oraz utopijne niespodzianki. Moralist

Wrzesień w Moralist • 2.09 - Czwartkowe Afery - DJ Bajo • 4.09 - Lick The Discoball - Jarre-cki, Kevlar, Deep Pressure • 6.09 - Bartender’s Calssic • 9.09 - Czwartkowe Afert - DJ Vibe • 11.09 - MASHAP - Jamajski spekulant, Seb Brandt i Bajo • 15.09 - Czwartkowe Afery - DJ Grzana • 18.09 - GŁOSY - Lady Wiosna, DJ Lone, DJ Aimar, Banan - SAX • 23.09 - Czwartkowe Afery - DJ Face • 25.09 - UTOPIA NIGHT- DJ Nobis, DJ Keta • 30.09 - Czwartkowe Afery VIDEO - DJ Vibe & DJ Bajo


Czarno-białe Ani Mru-Mru!

Historia kabaretu Ani Mru-Mru nie jest długa, bo kabaret nie jest aż taki stary. Powstał tak naprawdę we wrześniu 1999 roku. Obecnie tworzą go Marcin Wójcik (założyciel i pomysłodawca), Michał Wójcik (pamiętny Tofik) i Waldemar Wilkołek. Grupa jest wielokrotnym laureatem licznych festiwali oraz przeglądów kabaretowych. Wśród nich można wymienić te najważniejsze: PaKA, Festiwal Kabaretów Studenckich „Wyjście z cienia”, Mazurskie Lato Kabaretowe oraz Lidzbarska Biesiada Humoru i Satyry. Otrzymali ponadto w 2007 roku Telekamerę

w kategorii kabaret oraz Świra za piosenkę Rolnik. Dzięki nim wielokrotnie mogliśmy przekonać się, że wizyta w chińskiej restauracji może być iście surrealistycznym przeżyciem, a George Clooney to brzydal. Najważniejsze, że ten kabaret nie zajmuje się polityką, dlatego nie trzeba orientować się w aktualnych wydarzeniach, aby odnaleźć się w ich skeczach. Ani Mru-Mru to kabaret dla każdego. Cytując komików: „Nasz klient, nasz Pan!”, oczekujemy na porządną dawkę dobrej zabawy i śmiechu aż do łez. Maciej Federowicz Kabaret Ani Mru-Mru 26.09.2010, Filharmonia Pomorska, Bydgoszcz, godz. 17.30 / 20.30 Bilety: 50/70 zł

Szykujcie się wszyscy fani dobrego i tłustego rapu na drugą już odsłonę imprezy z cyklu The Ultimate FAT Beats – Only The Best Rap Music! Twórcy tego nietuzinkowego przedsięwzięcia, czyli Yaki i Demar zapraszają 3 września do klubu Yakiza. Impreza startuje o godzinie 21.30, a bilet kosztuje zaledwie 5 zł. Musicie tam być, bo duet zapewnia, że usłyszymy tylko i wyłącznie najlepszy rap, a także najciekawsze jointy z naszej sceny. Będzie się działo, bo zagrają sami organizatorzy, czyli DJ Yaki i Demar. Wyposażeni w najnowocześniejszy sprzęt grający oraz ogromny talent dostarczą wytrawnej publiczności Yakizy niebywałych wrażeń muzycznych w postaci tylko tłustych beatów. DJ Yaki to człowiek wielu pasji. Jest gitarzystą oscylującym między różnymi gatunkami muzycznymi, DJ’em, mistrzem scretchingu, producentem muzycznym i fotografem amatorem. Jednak najważniejszy w jego działalności jest fakt, że od początku związany jest z bydgoskim środowiskiem hip-hopowym i fundacją Kultury Yakiza. Demar to z kolei laureat scretchowej nagrody Nobla, którego inspirują ciężkie brzmienia zakorzenione w hip-hopie, funky, jazzie i ambiencie. Ta impreza zapewnia, że bydgoska scena muzyczna to nie tylko rockowe brzmienia, ale także rap w najlepszym wydaniu. ByDGoski Rap.pl zaprasza do Yakizy!

zapowiedzi

Mamy doskonałą wiadomość dla wszystkich fanów dobrego humoru i satyry w najlepszym wydaniu. Kabaret Ani Mru-Mru zawita do Bydgoszczy z zupełnie nowym programem „Czerń czy Biel”. Trio z Lublina wystąpi 26 września na deskach Filharmonii Pomorskiej aż dwukrotnie (godz.: 17.30 i 20.30). Jak twierdzą sami twórcy, pod tajemniczą nazwą zupełnie nowego programu „Czerń czy Biel” kryje się eksplozja niebanalnego humoru w kapitalnych aranżacjach.

Tylko tłusty rap!

Maciej Federowicz The Ultimate Fat Beats 3.09.2010, BCSK Yakiza, Bydgoszcz, godz. 21.30 Bilety: 5 zł

5


zapowiedzi

Muzyczny jazgot!

>> Każdego roku młodzi bydgoszczanie z niecierpliwością czekają na festiwal krzyżujący dźwięki metal-punk-reggae. 4 września odbędzie się ósma już edycja festiwalu Muszla Fest goszczącego na scenie muszli koncertowej w Parku im. Witosa. Imprezę rozpocznie o godzinie 16 Kontagion, którego thrashowe riffy oraz blastowe rytmy skierowane są do dynamicznych odbiorców. Zespół działający od trzech lat połączył muzyków Unborn Suffer oraz Enemy Division i ma na koncie epkę zatytułowaną po prostu „!”. Następnie zagra Killed By Car, czyli kwartet aktywnie koncertujący w bydgoskich klubach. Zwalniając trochę tempo, w dynamicznym, punkowym rytmie, warto posłuchać, o czym śpiewa w języku angielskim Mr. Froog. Ku zadowoleniu zwolenników reggae, organizatorzy przewidzieli świeżą krew z kręgu bydgoskich, ale także jamajskich rytmów, czyli Stream Of Light. Zdajemy sobie sprawę, że wśród jamajskich rytmów w Bydgoszczy królują Dubska, ale wierzymy, że wśród ciężkich brzmień SOL ukoi zmysły słuchaczy.

6

W tym roku Muszla Fest to jednak zdecydowanie metal. Vidian to kolejna formacja hołdująca tempu przekraczającemu 200 bpm i mrocznym riffom przenikliwych gitar. Techniczny kunszt Vidian doceniły takie zespoły jak Blinded, Tides From Nebula, Sammath Naur, Mortis Dei, z którymi zespół koncertował, promując epkę. Na scenie muszli usłyszeć będzie można kompozycje z realizowanego obecnie debiutanckiego LP. Druga część tegorocznego koncertu Muszla Fest to dwa zapisane w pamięci złotymi zgłoskami zespoły. Pierwszy z nich - Schizma – funkcjonujący od 18 lat zespół, jak żaden inny w mieście, wytycza własną drogę hardcore’owej kwintesencji. Szacunek dla tej formacji bierze się nie tylko z wydanych siedmiu dużych płyt i licznych kompilacji, koncertów zagranych praktycznie na całym świecie, ale także z wykazywanej żywotności przez te lata. Jak żaden inny

zespół oddaje też ze sceny, jaką wartością są lojalni fani, przybywający na ich koncerty. Jasność przekazu, niezniszczalna siła trwania, hardcore w najczystszej postaci - ostry, bezkompromisowy, jednoznaczny, nie dla każdego. Drugi zespół, który pojawi się w finale to Something Like Elvis. Związany z wytwórnią Antena Krzyku w decydującym momencie istnienia koncertował z największymi zespołami niezależnego kanonu hardcore punk. Później zaproszony został na trasę koncertową z kanadyjskim zespołem No Means No oraz amerykańskim Fugazi, spotykając się z euforycznym przyjęciem w Belgii, Holandii, Austrii, Niemczech i Republice Czeskiej. Właśnie niczym nieskrępowana energia, wyzwalana poprzez poszukiwania muzyczne (w składzie akordeon, instrumenty klawiszowe, zamiany instrumentami), zaowocowała licznymi koncertami z pogranicza


Jubileusz bydgoskiej orkiestry

performance w muzeach, galeriach i klubach powodując, że zakończenie działalności zespołu w roku 2003 przyjęte zostało z rozczarowaniem. SLE osiągnął wiele, jest rozpoznawalną na całym świecie marką, docenianą i nagradzaną. W sobotę, 4 września wieczorem będziemy mieli okazję zobaczyć i posłuchać zespół po reaktywacji, a wiedząc, że członkowie formacji udzielają się aktywnie w projektach Contemporary Noise Quintet oraz Potty Umbrella, możemy mieć pewność, że SLE będzie mocnym i atrakcyjnym zakończeniem Muszla Fest 2010. Każda osoba śledząca bydgoską scenę muzyczną wie, że Muszla Fest łączy wyjątkowo wielopokoleniową tradycję szacunku dla rocka z jej lokalnym charakterem. Ferment muzyczny w mieście buzuje i widać wyraźnie, dlaczego Muszlę Fest warto wspierać. Maciej Federowicz Muszla Fest 4.09.2010, Muszla Koncertowa, Bydgoszcz, godz. 16 Wstęp wolny!

Wszystko zaczęło się od niemieckich uzdrowisk. To tam przez kilka długich lat pracował Marek Czekała, gdzie wykonywał muzykę lekką, łatwą i przyjemną. Jednak daleko od rodziny. Pomyślał: „Jeśli tu muzyka Straussów jest tak świetnie odbierana, to dlaczego nie w Polsce?” Wrócił do Bydgoszczy i wraz z Bogdanem Sulkowskim założyli Orkiestrę im. Johanna Straussa działającą przy Towarzystwie Polsko-Austriackim. Ich drogi niedługo potem się rozeszły, ale orkiestra i muzyka zostały. Zaczęło się skromnie. Z założenia orkiestra miała dawać ok. 5 koncertów rocznie, wykonywać wyłącznie muzykę wiedeńską i salonową z repertuaru Straussów, Kalmana i innych podobnych im kompozytorów. 15 lat temu była to w tym regionie jedyna taka orkiestra i szybko zyskała dużą renomę, jednak okazało się, że Strauss nie wystarczy – z tak doskonałymi instrumentalistami w zespole do repertuaru orkiestry zaczęły wchodzić utwory gospel, muzyka oratoryjna, muzyka rockowa wykonywana z zespołem Żuki czy utwory Chopina. Przez 15 lat istnienia orkiestra dała ponad 700 koncertów w kraju i za granicą, reprezentując miasto Bydgoszcz oraz województwo kujawsko-pomorskie m.in. w Szwecji czy w Niemczech na targach Expo. Występowała na najważniejszych scenach w Polsce, takich jak Sala Kongresowa czy Zamek Królewski, brała udział w wielu projektach m.in. w koncercie dla Pierwszej Damy, Marii Kaczyńskiej, czy uroczystościach dla szefów misji dyplomatycznych. Regularnie zapraszana jest także na Ciechocińskie Impresje Artystyczne, gdzie poprzez pracę z młodzieżą niepełnosprawną zyskuje nową per-

spektywę oraz doświadczenie muzyczne. Przez cały ten czas bardzo dobrze układała się współpraca z bydgoskimi instytucjami, takimi jak MOK czy Urząd Miasta, który w ogromnym stopniu pomaga również w organizacji Koncertu Jubileuszowego, objętego patronatem honorowym Prezydenta Bydgoszczy, Konstantego Dombrowicza.

zapowiedzi patronat

>> 11 września o godzinie 19.00 na Wyspie Młyńskiej odbędzie się Wielki Koncert Jubileuszowy Orkiestry im. Johanna Straussa z Bydgoszczy, którą 15 lat temu założył Marek Czekała.

Wielki Koncert Jubileuszowy Orkiestry przypominać będzie o jej początkach. Usłyszymy zatem głównie utwory Straussów, słynne walce, polki oraz fragmenty najpopularniejszych operetek. Do udziału w koncercie celowo zaproszeni zostali artyści, którzy od wielu lat współpracują z orkiestrą, głównie śpiewacy pochodzący z Bydgoszczy. Swój kunszt wokalny oraz sceniczny podczas tego sobotniego wieczoru zaprezentują zatem Agnieszka Olszewska, Magdalena Polkowska, Tomasz Madej oraz Dariusz Stachura. Koncert jak zwykle dowcipnie poprowadzi Marek Czekała. Ale na tym nie koniec - na pewno na koncercie na słuchaczy czekać będzie także kilka niespodzianek i na operetce się nie skończy! Najlepiej przyjść i przekonać się samemu. Zapraszamy 11 września na Wyspę Młyńską! Więcej o koncercie i orkiestrze na stronie www.orkiestra.bydgoszcz.pl. e-moll Koncert Jubileuszowy Orkiestry im. Johana Straussa 11.09.2010, Wyspa Młyńska, Bydgoszcz, godz. 19 Wstęp wolny!

77


zapowiedzi

Imperium zaatakuje!

8

Kto z nas nie pamięta słów: „dawno, dawno temu w odległej galaktyce…”? Tym prologiem rozpoczyna się jedna z najwspanialszych sag filmowych na świecie. Okrągła rocznica premiery piątego epizodu „Gwiezdnych Wojen” zatytułowanego „Imperium Kontratakuje” jest przyczyną bydgoskiej celebracji kolejnej części opowieści z odległej galaktyki. Sukces pierwszej edycji Zlotu Miłośników Gwiezdnych Wojen StarForce pozwolił organizatorom na przygotowanie kolejnej odsłony eventu. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami tegoroczna impreza rozpocznie się w Bydgoszczy w dniu 10 września i potrwa dwa dni. Podobnie jak w zeszłym roku, tak i teraz gród nad Brdą odwiedzą tysiące fanów z całego świata poprzebieranych w stroje rycerzy jedi, padawanów i szturmowców imperium. Wezmą oni udział w spotkaniach autorskich, prelekcjach, grach i zabawach związanych oczywiście z dziełem George’a Lucasa. Zaplanowano również specjalną wystawę replik pojazdów, wnętrz i strojów szturmowców, którą będzie można podziwiać w Centrum Kongresowym Opery Nova. Dopełnieniem ekspozycji będą niesamowite, malowane na płótnie obrazy nawiązujące do wydarzeń i postaci z „Gwiezdnych Wojen”. Gościem specjalnym imprezy będzie brytyjski aktor David Prowse, odtwórca roli Dartha Vadera. Jego atletyczna budowa i ponad dwa metry wzrostu sprawiły, że Lucas uznał, iż idealnie nadaje się do roli Dartha Vadera. Drugim gościem będzie aktor Tomasz Bednarek, który w polskiej wersji językowej filmów „Atak klonów” i „Zemsta Sithów” mówi głosem Anakina Skywalkera.

Brazylijski hardcore!

Wstęp na imprezy wolny, więc wskoczcie w nadświetlną i poznajcie świat „Gwiezdnych Wojen”. Szczegóły: www.starforce.eu. Maciej Federowicz StarForce 10-12.09.2010, Wyspa Młyńska/Opera Nova, Bydgoszcz Wstęp wolny!

W ramach europejskiej trasy do toruńskiego klubu eNeRDe zawita kontrowersyjny i głośno grający zespół U-Ganga. We wtorek 7 września o godzinie 20 będziecie mieli jedyną i niepowtarzalną okazję, aby posłuchać koncertu matalowo-hardcore’owej kapeli prosto z odległej Brazylii! U-Ganga powstała 16 lat temu w stanie Minas Gerais w Brazylii. Warto dodać, że z tego samego miejsca wywodzi się także kultowa już Sepultura. Wokalistą zespołu jest Manu Joker - perkusista legendarnego już dziś brazylijskiego zespołu metalowego Sarcófago. Zespół ma na swoim koncie pięć wydawnictw, a ich nowy album, trzeci w karierze pod tytułem: „Vol. 03: Caos Carma Conceito”, został zmasterowany przez Harrisa Johnsa w Music Lab Berlin (m.in. Voivod, Kreator, Sepultura, Helloween). Na naszym kontynencie został wydany przez Metal Solidiers Records z Portugalii. W muzyce U-Gangi da się przede wszystkim usłyszeć doskonałe połączenie crossoveru z thrash metalem i hardcorem. Wszystko to doprawione jest hip-hopowymi samplami/scretchami, dubową atmosferą oraz tekstami, które ciągle ocierają się o filozoficzne pytania na temat samorealizacji i ludzkich dylematów moralnych. Wierzymy, że toruńska publiczność nie zawiedzie i tłumnie zawita do eNeRDe, żeby posłuchać muzyki hardcore’owej w najczystszym wydaniu. Maciej Federowicz U-Ganga 7.09.2010, eNeRDe, Toruń, godz. 20


The Bill + supporty

Klimatycznie w Tabu

Polski Ozzy Osbourne - taką etykietkę przyklejono już dawno Maciejowi Januszko. Zresztą ciężko uniknąć porównań, bo wokalista grupy Mech oprócz podobieństw w możliwościach gardłowych, nie unika scenicznych zachowań a’la Ozzy. No może powstrzymuje się od odgryzania głów ptactwu. Dodajcie do tego “Dzikiego” Chancewicza grającego na gitarze Zakka Wylde’a, plującego piwem jak Zakk, a i samą grą też mu niewiele ustepującego. Szoł rodem zza oceanu przy gwarancji koncertu wysokich lotów.

Niedawno ukazała się siódma płyta zespołu The Bill, tym razem nagrana w czteroosobowym składzie z udziałem sekcji dętej. Płyta nieco inna niż poprzednie, bowiem opowiada “Historie prawdziwe” (taki jest tytuł – przyp.red.). Historie, które może przeżyć każdy, lub których niejeden już doświadczył. Płyta o życiu, zwątpieniu, walce, nadziei i wygranej. W warstwie muzycznej zwraca uwagę dużo bogatsza aranżacja oraz sporo melodii. Są tu typowe dla The Billa “czady”, ale jest też sporo melodyjnego rockowego grania wzbogacanego instrumentami dętymi i klawiszami.

W sobotę, 11 września w bydgoskim Tabubarze odbędzie się dziewiąta już edycja imprezy spod znaku Climatic Night. Tym razem klimatyczne, melodyjne drum’n’bassy prezentować będą goście z Wrocławia i Łodzi. Nie zabraknie też żywego grania.

Mech zagrał na największych festiwalach i wydarzeniach kulturalnych w kraju i ma w dorobku występy u boku takich gwiazd jak KORN, Black Label Society SOULFLY, a także BLACK SABBATH-HEAVEN&HELL czy URIAH HEEP. Zespół jest pomysłodawcą i gospodarzem corocznego festiwalu MECH-DAY Rock nad Bałtykiem w Kołobrzegu gdzie na zaproszenie Mech-u wystąpili min. CARRION, POGODNO, LIPALI, ACID DRINKERS, TSA, MACIEJ MALEŃCZUK, HEY, VOO VOO. W ich dyskografii znajduje się, bardzo dobry zresztą, soundtrack do “PainKiller” - jednej z pierwszych polskich gier FPP. a.

Punkowcy zdecydowanie wracają do formy. To już ich trzecia płyta po reaktywacji. Rozpędzają się też koncertowo. Na przełomie 2007 i 2008 roku zespół wyruszył w trasę koncertową z również niedawno reaktywowanym STRAJKIEM odwiedzając kilka miast. Na zaproszenie zespołu Farben Lehre Thebille odwiedzają trasę Punky Reggae Live. No i teraz kolejna. Trzecia młodośc jak nic. a.

The Bill + supporty 24.09.2010, Estrada, Bydgoszcz, godz. 20 Bilety: 15/18 zł

Mech 26.09.2010, Estrada, Bydgoszcz, godz. 19 Bilety: 20 zł

zapowiedzi

Mech w Estradzie

Headlinerami Climatic Night vol. 9 będą dj Plagi (Trip2Space/Wrocław) do spółki z Gregiem (Wrocław). Pierwszy z nich urodził się w Płocku, w którym na własne oczy doglądał jak rozwija się festiwal, który dziś znają wszyscy – Audioriver. W swej twórczości miał okres minimalowo-techniczny, jednak dość szybko odkrył potęgę d’n’b, która wciągnęła go na dobre. Od lat promuje melodyjne odmiany drum’n’bassu nie stroniąc od wspólnych występów z „żywymi” muzykami. Tak będzie i tym razem, bowiem jego set wzbogacony będzie o subtelne dźwięki skrzypiec generowane przez Grega. Ten ostatni od dwóch lat stara się łączyć swoje klasyczne wykształcenie muzyczne z najnowszymi trendami muzyki klubowej, konsekwentnie łamiąc wszelkie bariery wyobraźni, udowadniając, jak wiele można wydobyć z klasycznego instrumentu. Cechą charakterystyczną jego stylu są popisowe mushupy, wykonywane zawsze spontanicznie, często na konkretnie życzenie klubowiczów, co nadaje jego performance’om wyjątkowy element nieprzewidywalności. Czym zaskoczy tym razem? Przekonajcie się już 11 września w Tabu. Wspomnianej dwójce wsparcia udzielą: Destruction (Paranoia/Łódź), Screwball (Apk), Gruesome (Dance or Die) oraz Do:cent (Independent). Będzie grubo. kig Climatic Night vol.9 11.09.2010, Tabubar, Bydgoszcz, godz. 21 Bilety: 10 zł

The Bill

9


zapowiedzi

Papuasi w Bydgoszczy >> W piątek, 10 września w bydgoskim Muzeum Fotografii odbędzie się wernisaż wystawy fotografii Karoliny Sypniewskiej. Ekspozycja zatytułowana „W kręgu obrzędów. Azja i Oceania” odkryje przed widzem codzienne życie mieszkańców Papui Nowej Gwinei, Vanuatu, Indonezji, Australii, Malezji, Nepalu i Indii. Autorka wystawy – Karolina Sypniewska – jest pasjonatką dalekich wypraw na własną rękę. Swoją przygodę z podróżami rozpoczęła jako 7-latka wyjeżdżając z rodzicami do Meksyku. Od kilku lat pełna pozytywnej energii spełnia swoje marzenia poznając najdalsze zakamarki naszego świata z plecakiem. Podróżowanie to jej żywioł - stopem, na niskim budżecie, mieszkając u tubylców, Karolina najbardziej w wojażach ceni sobie kontakt z lokalnymi mieszkańcami. Nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu i po kolejnej podróży w głowie planuje następną. Fascynacja dzikimi kulturami i miejscami nietkniętymi w dużym stopniu przez kulturę zachodu doprowadziła ją np. na wyspy Vanuatu, Papuę Nową Gwineę, Bangladesz, Birmę, Mongolię, Pakistan, Iran czy Indie. Rosja i Australia na dłużej zagościły w jej kalendarzu- studia i praca pozwoliły na głębsze zagłębienie się w tamtejszą kulturę i okoliczne miejsca. Jej obserwacje są bezcenne. - Obrzędy mają stałe miejsce w kalendarzach i ludzkich sercach na całym świecie. Choć festiwale i rytuały zakorzenione są w przeszłości, nadają sens teraźniejszości – wyjaśnia swoją fascynację Karolina. - W poszukiwaniu dzikich rytuałów wciąż praktykowanych w XXI-wieku wybrałam daleką Oceanię i Azję. Fascynacja odległymi kulturami, ich obyczajami i życiem codziennym była od zawsze obiektem moich pragnień. Celem mojej podróży było przeniesienie się w świat, który w minimalnym stopniu został dotknięty przez zachodnią cywilizację. Na miejscu okazało się, że się nie pomyliła. - Poję-

10

cie XXI wieku w krajach rozwijających się ma zupełnie inne znaczenie niż w Europie – wyjaśnia autorka wystawy. - Życie bez bieżącej wody, elektryczności, technologii czy sklepów. Każdy codziennie zdobywa dla siebie jedzenie łowiąc, polując na dziki, krokodyle czy wspinając się na palmy po kokosy, banany i inne owoce. Koncept znanej nam ‘higieny’ praktycznie nie istnieje, a toalety, jeżeli są, to często drewniane chatki budowane nad wodą, w której tubylcy zarazem kąpią się czy myją naczynia… Podróżowanie w takich miejscach to wielkie wyzwanie i niecodzienna przygoda. Karolina podeszła do tematu profesjonalnie. Postanowiła uwiecznić własne odczucia i obserwacje robiąc setki, o ile nie tysiące zdjęć. Pewien, starannie wyselekcjonowany ułamek tego potężnego archiwum zdjęciowego postanowiła pokazać szerszej publiczności – tak zrodził się pomysł zorganizowania wystawy. Została ona podzielona na trzy części: rytuały, ludzie oraz style życia. Podczas wernisażu, który odbędzie się w piątek 10 września o godz. 18 zaprezentowana zostanie multimedialna prezentacja z tej podróży pełnej przeżyć, uniesień i wzruszeń. Na wernisażu odbędzie się również aukcja zdjęć, z której dochód przeznaczony zostanie na społeczność Papui Nowej Gwinei. Warto! Kuba Ignasiak W kręgu obrzędów. Azja i Oceania 10.09.2010, Muzeum Fotografii, Bydgoszcz, godz. 18 [wernisaż] Wstęp wolny!


Woody Allen kontratakuje! <<

Tym razem na ekranie zagości najnowsze dzieło Woody’ego Allena - „Co nas kręci, co nas podnieca”. Od dawna czekaliśmy na powrót do wysokiej formy tego niemłodego już mistrza sarkazmu oraz ironii. Po nieudanej wyprawie do Europy, podczas której Allen trzykrotnie przyjrzał się bliżej Londynowi i raz zwiedził Barcelonę, reżyser wraca do ukochanego Nowego Jorku. Fabuła, w której jak zwykle najważniejszym tematem są relacje damsko-męskie, przypomina najważniejsze dzieła Allena takie jak „Annie Hall”, czy „Manhattan”. Allen znalazł w tym filmie godnego dla siebie następcę w osobie komika Larry’ego Davida. Odgrywana przez niego postać niedoszłego noblisty Borisa Yellnikoffa to ucieleśnienie wszystkiego, czym jawił się sam reżyser od początku swojej kariery filmowej, czyli hipochondria, neurotyczność, anhedonia, a przede wszystkim inteligencja. Boris radykalnie zmienia styl życia pod wpływem uczucia do zaledwie 20-letniej Melody, która ucieka od małomiasteczkowej rodziny i znajduje tymczasową przystań w nowojorskim mieszkaniu ekscentrycznego geniusza. We wszystko wmiesza się stateczna matka Melody, która podobnie do córki da ponieść się emocjom w Wielkim Jabłku. Wszystko to nie pozostaje bez wpływu na życie Borisa i staje się powodem wielu zabawnych perypetii. Maciej Federowicz Kino Letnie: „Co nas kręci, co nas podnieca” 2.09.2010, Muszla Koncertowa, Bydgoszcz Wstęp wolny!

Wakacje to czas, w którym jak grzyby po deszczu wyrastają nowe festiwale. We wrześniu warto zwrócić uwagę na Festiwal Aktywności Kobiet „Babie Lato”, który odbędzie się 4 września na polanie Różopole. Głównym wydarzeniem imprezy będzie koncert Renaty Przemyk. Wokalistka znana jest przede wszystkim z takich przebojów jak: „Babę zesłał Bóg”, „Bo jeśli tak ma być”, czy „Zero”. Trudno jednoznacznie określić twórczość muzyczną Renaty - ani rock, ani piosenka poetycka, ani alternatywa nie określają jej istoty, którą sama artystka nazywa wiecznym poszukiwaniem brzmień, wzruszeń i klimatów do niczego przedtem niepodobnych. W plebiscycie „Polityki” i „Wprost” znalazła się w setce najwybitniejszych artystów minionego stulecia.

patronat zapowiedzi

Kalendarzowe lato dobiega już niestety końca, ale w ramach Bydgoskiego Artystycznego Lata możemy cały czas cieszyć się słoneczną atmosferą. To wszystko za sprawą kolejnego seansu z cyklu Kino Letnie, który odbędzie się 2 września (czwartek) o godzinie 21 w Muszli Koncertowej.

Babskie Babie Lato

Ponadto od godziny 14 o wrażenia muzyczne zadba kapela The Drinkers, która jak twierdzi gra „o miłości”, ponieważ trochę się na niej zna. Na scenie pojawią się także koszykarki bydgoskiego Klubu Sportowego Basket 25 – Artego oraz zespół tańca irlandzkiego Donegal. Oprócz wydarzeń odbywających się na scenie, mnóstwo atrakcji towarzyszyło będzie festiwalowi na całej powierzchni polany Różopole. Będą to m.in. oferty edukacyjne bydgoskich uczelni, rozmowy na temat pracy, samozatrudnienia oraz możliwości uzyskania wsparcia finansowego dla własnego biznesu z przedstawicielami m.in. Powiatowego Urzędu Pracy i Centrum Aktywności Kobiety, czy warsztaty urody. Maciej Federowicz Babie Lato 4.09.2010, Różopole, Bydgoszcz, godz. 14 Wstęp wolny!

11 11


zapowiedzi opowiadanie

Maszynka do szczęścia

12

Na peryferiach miasta w tajnym laboratorium profesor Ulatowski pracował nad wynalazkiem, który miał uszczęśliwić wszystkich Polaków. Zawsze marzył o wielkich odkryciach, o naprawianiu świata. Już w szkole średniej wydawało mu się, że jest 40 i 4. Ale nic z tego nie wyszło, więc zrezygnował z poetyckich popierdywań na rzecz nauk ścisłych. Szybko okazało się, że ma niebywały talent. Gdy dostał Nobla, chłopaki z NASA próbowali go zwerbować, ale dziarsko odmówił. Napisał do Uni o dofinansowanie na budowę laboratorium naukowego i po roku mógł już spokojnie pracować w swojej supertajnej bazie na Osowej. Początkowo badania nie przynosiły efektów. Po drodze przydarzyła mu się nawet dotkliwa porażka zawodowa. (Profesor stworzył robota, bliźniaczo podobnego do człowieka, praktycznie nie do odróżnienia pod względem fizycznym. Robot miał nieść pomoc umęczonemu narodowi. Ulatowski puścił go więc w miasto. Eksperyment nie powiódł się, gdyż android nie posiadał zawiści, cwaniactwa, podłości, chciwości i głupoty. Krótko mówiąc, wszystko co ludzkie było mu obce. W pewnym momencie zniknął, a po kilku tygodniach pojawił się na brzegu Brdy z roztrzaskaną czaszencją). Ale tym razem profesor był przekonany o sukcesie. Naukowiec przeprowadził ostatnie testy. Wynik były niesamowity. Okazało się, że wreszcie udało mu się wymyślić Aparat Do Zapominania (A-Z). Tyle lat nad tym pracował, tyle poświęcił zdrowia, zrezygnował z życia osobistego (Agnieszka uciekła z pewnym geodetą), aż wreszcie jest. Mamy to! – cieszył się jak wariat. Aparat profesora z pozoru wyglądał niewinnie. Przypominał telefon komórkowy z dwoma ekranikami. Na Kongresie Naukowym Ulatowski tryumfował. - Wyobraźcie sobie Państwo – mówił podczas prezentacji – ile dobrego mój wynalazek może wnieść

w naszą codzienną egzystencję. Jego obsługa jest dziecinnie prosta. Przypuśćmy, że ktoś wyrządził nam wielką krzywdę, przypuśćmy, że przydarzyła się nam jakaś wielka tragedia, straciliśmy bliskich, zawiedli nas przyjaciele. Pamięć o tym wszystkim utrudnia nam właściwe funkcjonowanie. Sięgamy wówczas po A-Z. Na pierwszym ekranie wpisujemy to, o czym chcemy zapomnieć. Na drugim ekranie określamy jak długo chcemy o tym niepamiętać (ilość dni, tygodni, miesięcy lub lat). Pozostaje tylko nacisnąć ten różowy guziczek i przed snem wsunąć aparat pod poduszkę…

Aparat Do Zapominania, który media szybko ochrzciły „Maszynką do szczęścia” początkowo znalazł zastosowanie głównie w medycynie, ale w krótkim czasie ludzie z branży rozrywkowej zdali sobie sprawę z jego ogromnego potencjału komercyjnego. To może być prawdziwy hicior! I rzeczywiście. Produkt trafił do supermarketów, a producenci zbili oszałamiającą kasę. Wkrótce kraj zalała fala zapominania. „Maszynka do szczęścia” wciągała jak narkotyk. Niemal wszyscy na początku, w pierwszym ekraniku wpisywali słowo Polska, a w drugim ∞ i kładli się spać. Poranki po takiej nocy były niezapomniane. Ale społeczeństwo nie stało się lepsze. Aparat okazał się masowo używanym środkiem sumieniobójczym. Niewierni małżonkowie, aby pozbyć się skrupułów, przed zdradami wklepywali do aparatów imiona swoich partnerów, a po ostrym posuwanku wracali do domów i wklepywali imiona kochanków. Gdy zbliżał się pierwszy, szefowie szybciutko wklepywali do aparatów słowo „wypłaty”. Z drugiej strony, całe tłumy natychmiast wpisały słowo „praca”. Często zdarzały się: „rodzina”, „Bóg”; niektórzy wpisywali „starość”; wszelkie choroby, jakby zapomnienie mogło przed nimi chronić; wreszcie słowo „śmierć”. Ulatowski rozczarowany i zniechęcony pogrążył się w ciemnościach. Po kilku miesiącach rozpoczął pracę nad antidotum. Gdy dowiedzieli się o tym producenci „Maszynki do szczęścia”, wpadli w panikę. Nie mogli pozwolić, aby profesor odebrał im kurę znoszącą złote jajka. Wysłano więc zamachowca w kostiumie ninja, który pod osłoną nocy wdarł się do pokoju Ulatowskiego. Morderca wpisał na ekranie A-Z słowo ‘oddychanie’ i wsunął pod poduszkę śpiącego profesora. Dalej nie pamiętam. Marcin Karnowski


Festiwal Prapremier Bydgoszcz 2010

Bydgoski Festiwal Prapremier ma już swoją markę, znaną w całym kraju, jak i poza jego granicami. Co roku na to wielkie święto teatru zjeżdżają aktorzy i reżyserzy z całej Polski. Również widownia w tych festiwalowych dniach nie ogranicza się wyłącznie do lokalnych miłośników Melpomeny. Na widowni co roku nie brakuje też znanych, choć nie zawsze lubianych (co zrozumiałe) krytyków teatralnych z całego kraju. Na czym polega fenomen tego festiwalu? To proste – to bodaj najlepszy i najbardziej obszerny, choć mocno subiektywny, przegląd spektakli minionego sezonu. Fakt ten jak magnes przyciąga wytrawnych widzów teatralnych, ale również twórców, dla których pokazanie się w Bydgoszczy jest z pewnością nie lada zaszczytem. Nie inaczej będzie w tym roku. Podczas tegorocznego Festiwalu Prapremier zobaczymy w sumie 14 spektakli, w tym aż 3 spektakle TPB: „Babel” w reżyserii Mai Kleczewskiej, „Joannę d’Arc. Proces w Rouen” w reż. Remigiusza Brzyka oraz koprodukcję TPB i Nationaltheater Mannheim - „Kill the kac” w reż. Gesine Danckwart. Ten ostatni spektakl swoją premierę miał już w maju br. w Mannheim, jednak bydgoska publiczność będzie miała pierwszą okazję, żeby go zobaczyć – właśnie podczas tegorocznego Festiwalu Prapremier. Długo by wymieniać pozostałe spektakle, które pojawią się w przeglądzie festiwalowym. Z pewnością więcej miejsca poświęcimy im w październikowym wydaniu Magazynu „Moment” jednak już dziś warto wspomnieć o kilku z nich, które koniecznie powinniście zobaczyć. Mowa tu między

innymi o takich pozycjach, jak: „Getsemani” Dawida Hare w reż. Anny Augustynowicz (koprodukcja Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego z Kalisza i szczecińskiego Teatru Współczesnego), „Twarzą do ściany” Martina Crimpa w reż. Iwo Vedrala (Teatr im. Stefana Jaracza z Olsztyna), „Kochanowo i okolice” Przemysława Jurka w reż. Aldony Figury (Teatr Powszechny Łódź), „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej” Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki (Teatr Dramatyczny Wałbrzych), czy „Turandot” na podstawie libretta opery „Turandot” oraz fragmentów listów Giacomo Pucciniego w reż. Pawła Passiniego (neTTHEATRE CENTRUM KULTURY Lublin/Grupa Coincidentia Białystok). Bydgoską publiczność z pewnością ucieszy też możliwość zobaczenia „Orgii” Piere Paolo Pasoliniego w przekładzie Ewy Bal i reżyserii Wiktora Rubina. Radość ta wynikać będzie z obecności na scenie długo niewidzianej w grodzie nad Brdą Doroty Androsz. Ta młoda aktorka była częścią bydgoskiego zespołu w latach 2004 – 2006, by w roku 2007 zasilić szeregi gdańskiego Teatru Wybrzeże, w którym występuje do dziś. Podczas tytułowej „Orgii” na scenie zobaczymy ją w towarzystwie Marka Tyndy. Szykuje się więc spektakl pełen napięć, uczuć i seksualności – słowem brutalnej choć poetyckiej damsko-męskiej gry. Co z niej wyniknie? Zobaczcie sami. Na koniec warto wspomnieć o Aneksie do Festiwalu Prapremier. W tym roku bę-

dzie on skupiony na próbach czytanych sztuk katalońskich, przy współudziale twórców hiszpańskich. Projekt otrzymał nazwę Teatr Sala Beckett/Międzynarodowy Warsztat Dramaturgiczny i będzie prawdopodobnie pierwszym tego typu przedsięwzięciem w naszym kraju. Tym bardziej nie wolno go przegapić.

zapowiedzi

Wraz z początkiem października w Teatrze Polskim w Bydgoszczy rusza tegoroczna edycja Festiwalu Prapremier Bydgoszcz 2010. W tym roku Festiwal oraz Aneks odbędą się w dniach 1-17 października. Tego nie możecie przegapić.

Szczegółowy program wraz z opisami najciekawszych spektakli opublikujemy już w październikowym wydaniu Magazynu „Moment”. Niebawem wszelkie niezbędne dla Was, drodzy Czytelnicy, informacje powinny się również pojawić na festiwalowej stronie: www.prapremiery.pl. Kuba Ignasiak Festiwal Prapremier 2010 1-17.10.2010, Teatr Polski Bydgoszcz

13


zapowiedzi ralacja

Audioriver 2010 >> Nigdy nie byłem w Płocku. To, położone nad samą Wisła, malownicze miasteczko najwyżej omijałem w drodze do stolicy czy innych miejsc. Na Audioriver wybierałem się już nie raz, ale zawsze coś mi wypadało. W tym roku zdecydowałem jednak, że taka impreza nie może mnie ominąć po raz kolejny. Do Płocka wyruszyliśmy słuszną, czteroosobową ekipą załadowaną w ledwo dyszące od ciężaru Renault Twigo, zwane również czule Seledynową Ninją. Jedyna kobieta na pokładzie stanowczo zabroniła postojów w miejscach, gdzie można było natrafić na popularne „leśne ssaki“, w związku z powyższym tempem błyskawicznym pojawiliśmy się w Płocku. Jak się szybko okazało, transport samochodowy w tym, niezbyt przecież wielkim mieście, to klasyczny sen pijanego idioty. Wszystko to dzięki niezliczonym remontom dróg, które skutecznie uniemożliwiały dotarcie gdziekolwiek. Ostatecznie udało się jednak zacumować w hotelu, po czym można było ruszyć na Stary Rynek, gdzie rozstawili się już partnerzy Audioriver w ramach projektu Rynek Niezależny, o którym wspomnę później. Festiwal zaczął się od spektakularnego, choć raczej niezbyt oczekiwanego akcentu. Dokładnie o godzinie 20.00, nad płocką plażą rozpoczął swój set dj Urwanie Chmury. Nie wyglądało to zbyt przyjemnie, szczególnie w kontekście głównej, odkrytej sceny. Nie ukrywam, trzymałem mocno kciuki, żeby Pan Deszcz jednak sobie poszedł grać na innej imprezie. Ten grzecznie posłuchał i w okolicach 22.00 niebo się przejaśniło. Tak zostało już do końca. Pogodowych zgrzytów (poza drobnymi opadami) już w tym roku na Audioriver nie stwierdzono. Na plaży postawiono cztery sceny. W pierwszy dzień festiwalu szczególną uwagę zwróciłem na namiot, gdzie zagrało kilka pierwszoligowych gwiazd

14

„połamanej“ sceny z Sub Focusem na czele. Tu czas na małą uwagę. Nie będę udawał znawcy wszystkiego, co się na Audioriver działo. W związku z powyższym, dla uzupełnienia polecam zapoznać się z ramką obok/poniżej, gdzie swoje przemyślenia na temat festiwalu spisał kolega Kanter. Ale wróćmy do tematu. Bardzo spodobał mi się show Quemist, którzy razem z mc rozgrzali publikę do wrzenia, a zaraz po nich wyszedł Sub Focus. Ten niestety nieco mnie rozczarował, ale być może za bardzo znam twórczość tego pana, myślałem, że trochę bardziej zaskoczy. Jednak po rozmowach z publicznością okazało się, że raczej bredzę – występ Sub Focusa większości bardzo smakował. Niedługo później na scenie mieli się pojawić Holendrzy z tercetu Noisia, jednak przed nimi gruby dubstep wyścielił jeszcze Plastician (nie mylić z Plastikman’em). Jeżeli chodzi o inne sceny, uwagę zwracało na pewno bardzo taneczne (nawet jak na moje złamane ucho) Simian Mobile Disco. Rynek Niezależny to zupełnie nietypowa, jak na polskie festiwale, inicjatywa. Po zakończeniu pierwszej nocy wypełnionej kakofonią najróżniejszych odmian elektroniki, wiele osób przeniosło się na płocki Stary Rynek, gdzie można było posłuchać i potańczyć do nieco spokojniejszej muzyki (choć nie zawsze) oraz odwiedzić szereg namiotów, w których odbywały się akcje mniej lub bardziej związane ze sceną muzyki elektronicznej. Właśnie podczas tej leniwej soboty można było poczuć, że Płock został przejęty przez młodych, pozytywnych ludzi, którzy nie pojawili się tam przypadkowo. Obrazki starszych, zawsze uśmiechniętych mieszkańców tego miasta utwierdziły mnie w przekonaniu, że Audioriver kreuje czystą magię. Wyzwala sympatyczny klimat, poczucie serdeczności... nawet jeśli na prostą pizzę trzeba było czekać półtorej godziny. No ale tak to bywa, kiedy nagle zjawia się kilkana-

ście tysięcy miłośników włoskiej kuchni. No dobra, może nie miłośników. Raczej skazanych właśnie na tę kuchnię. W Płocku nie ma punktu gastronomicznego, który by nie oferował pizzy. Przynajmniej ja takiego nie stwierdziłem. Ale dosyć już o włoskich plackach. Rynek Niezależny to przysłowiowa „dziesiona“, liczę że w przyszłym roku akcja zostanie powtórzona, czy nawet rozbudowana. Do drugiego festiwalowego wieczoru podchodziłem trochę jak do jeża. Lista artystów nie przedstawiała się (jak na mój gust) specjalnie przebojowo, liczyłem więc na niespodzianki. Jak się miało później okazać, sobota klasycznie „urwała“ – muzycznie było znacznie, znacznie lepiej niż dzień wcześniej. Na początku bardzo miło mnie zaskoczył dBridge (kiedyś w Bad Company), który zagrał czyściutki, dojrzały i głęboki drum and bass, bez taniego efekciarstwa. Być może zdziwią się wszyscy, którzy znają mój muzyczny gust, ale tak – dBridge zagrał o wiele lepiej, niż wszystkie piątkowe gwiazdy. A to był dopiero początek. Pewnie wiele osób będzie wspominało koncert Laurenta Garniera, który razem z zespołem pokazał jak powinno się robić muzykę, nie tylko elektroniczną. Gdzieś tam w


Na Audioriver ciężko było odróżnić fanów poszczególnych gatunków muzycznych. Nie ma, że ja słucham tylko dnb, a ty tylko house. Do Płocka przyjeżdzają po prostu fani dobrej muzyki. A tej na Audioriver nie brakowało. W przyszłym roku, mam nadzieję, że znowu pojadę na tę wielką, w każdym sensie, imprezę. Screwball

relacje

międzyczasie hipnotycznym housem pobujał Four Tet, a za chwilę pół festiwalu ruszyło do „cyrkowego“ namiotu, zobaczyć show headlinera Audioriver 2010 – Plastikman’a. No cóż, wizualnie wyglądało to naprawdę nieźle, ale generalnie kojarzyło mi się trochę z odcinkiem FurTv, gdzie brazylijski dj Lapeno konkuruje z dj JoJo, który podczas swoich setów nie używa gramofonów tylko małego, białego, bezosobowego sześcianu. Inaczej mówiąc, show Ritchiego Hawtina był mocno odhumanizowany, sztuczny i pusty. Idźmy gdzieś indziej, najlepiej na główną scenę, gdzie właśnie wchodzi Spor. Ah, tutaj dochodzimy do najlepszego występu całego Audioriver. Mocno drum and bassowy artysta wciągnął do zabawy bardzo wiele osób, które w innych warunkach uciekłyby jak najdalej od głośników. Niesamowity kontakt z publicznością sprawił, że plażowy piasek pod stopami rozgrzanego tłumu niemal zaczął przekształcać się w szkło. Niesamowity występ młodego producenta, który świeżym spojrzeniem i wyczuciem publiczności przyćmił legendy.

Bardziej taneczny Audioriver

Audioriver to nie tylko festiwal, ale także monitor trendów. Zestawiając tegoroczną edycję z zeszłoroczną można zauważyć wyraźny zwrot w stronę muzyki tanecznej. W zeszłym roku można było doświadczyć widowiska Moderat, występu Telefon Tel Aviv czy mocno minimalistycznego seta Richie Hawtina. W tym roku to podczas starego numeru „Crispy Bacon” Laurenta Garniera wszyscy szaleją, a festiwal zamyka guru techno/elektro Anthony Rother, który gra poruszające techno. Nawet Plastikman w tym roku grał zdecydowanie bardziej tanecznie. Na uwagę zasługiwał też set Karotte, który puszczał torpedę za torpedą i trzymał publikę w piątek w Cyrku do samego końca. I, mimo że na festiwalu było dużo akcentów eksperymentalnych i to na bardzo dobrym poziomie, to generalnie widać, że muzyka elektroniczna zatacza pełne koło i nadciąga okres imprez taneczno-energetycznych. Kanter

15


felieton

Jesteś swoją kokainą!

f

Ku trwodze stroskanych rodziców, a uciesze młodych gniewnych, nie zapominając o podstarzałych z depresją - używki to niezły biznes i nikt z beneficjentów z niego nie zrezygnuje. Ani pani w monopolowym, ani młodzieniec z pitbullem, ani przedsiębiorca szydzący z kolejnych ustaw anty-dopalaczowych. W obliczu kryzysu warto na tym biznesie zaoszczędzić i poszukać substancji psychoaktywnych leżących sobie spokojnie w naszym ciele i czekających tylko na uaktywnienie. Większość z nich jest o wiele zdrowsza i rozsądniejsza, niż dowolne świństwo, jakie sprzeda ci dowolnie zły człowiek, w dowolnie zdegenerowanym miejscu. „You are the perfect drug!” - jak śpiewał Trent Reznor. To Ci właśnie zamierzam powiedzieć. Zapraszam do przeglądu naturalnych metod skrzywiania swojej percepcji. Zacznijmy od luzu... Medytacja Inaczej - zagłębianie się w myślach, rozważanie. Sam na widok medytujących dostawałem odruchowej pukacji w czoło, no bo w czym może mi pomóc długotrwałe “Ommmmmm”? Dla rozważań odrzućmy wszelkie powódki religijne. Skupmy się na warstwie technicznej. Z szerokiego wyboru

16

technik medytacyjnych wybieramy najprostszą skupianiu się na oddechu, doświadczaniu siebie, wyciszeniu. Niby nic, a jeśli nauczymy się medytować poprawnie (są nawet kursy), mamy do dyspozycji takie przyjazne efekty jak zmniejszenie ciśnienia krwi i tętna, jak również metabolizmu. W zamian podkręcamy w górę częstotliwość swoich fal mózgowych, redukujemy lęk i kwas mlekowy w mięśniach. Jeśli w medytowaniu się rozsmakujemy dłużej na nasze ciało spływa poczucie harmonii, akceptacja i pewność siebie, zdolność koncentracji, zmniejszenie podatności na stres, łatwiejszy dostęp do emocji, zwiększoną empatię. Odczuwamy też mniej lęków, również przed śmiercią. Brzmi jak rejestr korzystnych efektów MDMA, czy THC. Medytacja zaś nie powoduje syndromów dnia następnego i kolejnych. Czyżby taoiści i buddyści byli sprytniejsi od ludów Europy ? Hiperwentylacja Wyluzowani? To teraz z grubej rury! Pamiętasz, jak na długiej przerwie koledzy przypierali się do muru, naciskając na klatkę piersiową i lekko omdlewali? To zjawiska pokrewne do hiperwentylacji, czyli wprowadzenia do systemu większej ilo-

ści tlenu, niż ta, do której przywykł. Z góry ostrzegam - tlen jest toksyczny. Dlatego właśnie oddychamy powietrzem, a nie tlenem (nie ogarniających ostatniego zdania odsyłam do podstawówki). Technika jest prosta, jak konstrukcja bojowego cepa. Położyć się na łóżku, zadbać o to, aby nie dało się w nic huknąć ręką, ani nogą (sic!) i przez pięć minut baaaaaardzo intensywnie i szybko oddychać. Co się dzieje - następuje szok tlenowy, organizm zaczyna szybciej spalać węglowodany, tłuszcze i białka. W efekcie generujemy nadmiar adenozynotrójfosforanu (brzmi wystarczająco narkotycznie, prawda?). Trik polega na tym, że jest to substancja potrzebna głównie przy uprawianiu sportu, a przecież leżymy w łóżku. Gdzieś się musi ta magiczna substancja podziać - i stąd czary! Zimno, drgawki, nerwica, omdlenie. Nie brzmi zachęcająco? Bungee jumping też mi nie brzmi, a są tacy, którzy na samą myśl nerwowo tupią nóżkami. Podobnie jest z fanami hiperwentylacji. Podobno warto wzbogacić przeżycia słuchaniem muzyki. Trudno również odbyć sesję dłuższą niż 5-10 minut. Organizm mocno broni się przed takimi praktykami. Doświadczeni relacjonują, że to ponoć bardzo zdrowe, że poprawia samopoczucie, że ożywia i podnosi ciśnienie.


Seks Jeśli jednak z odwagą u Ciebie słabo, a o wiele wyżej cenisz sobie jej krewną - rozwagę, pogadajmy o seksie. Nikogo nie trzeba przekonywać, że seks to rzecz fajna. Na marginesie przypomnę, że jeśli już po imprezie, to warto się zabezpieczyć, z przyczyn zarówno zdrowotnych, jak społecznych. Zadziwiająco duża liczba młodych ludzi nie zwraca na to uwagi, czego efektem są potem pociechy wychowywane przez przypadek, zwykle stające się stałymi klientami dilera, rozładowując fatalne układy rodzinne. A nie o to nam idzie. Wyjmijmy z seksu to co w nim najlepsze. Zakładając, że poszło fajnie i oboje jesteście zadowoleni, czyli że żaden stres nie przeszkodził w przeżyciu - właśnie macie ochotę skichać się w kołdrę ze szczęścia. Jest błogo, zniknęło całe napięcie, czujecie się emocjonalnie spełnieni i radośni. Znowu brzmi to trochę jak rejestr objawów narkotycznych. Odpowiedzialne za to są przede wszystkim endorfiny, oksytocyny i prolaktyny. Zbiór substancji, które powinni sprzedawać w aptekach. Stres znika. Jest wesoło, jest super. Ten stan niestety w miarę szybko mija, ale któż nam zabroni powtarzać przyjęcia „działki”! Zwłaszcza, że w ten sposób spalamy niemało kalorii, jak również pielęgnujemy swój związek, co z kolei ma dalsze przyjemne konsekwencje. Dalsza reklama tego pomysłu na spędzenie wieczoru wydaje mi się być niepotrzebną. Sukces A w ubraniu co? W ubraniu trzeba sobie wyznaczyć cel, możliwie nieodległy, realny, ale też niezbyt prosty. Brian Tracy, w swojej książce „Zjedz

tę żabę” proponuje każdy dzień rozpocząć od zajęcia się najtrudniejszym, najmniej przyjemnym, ale również najwięcej znaczącym zadaniem. Taką żabą właśnie, na którą nie mamy ochoty. Niech zadanie przyniesie uznanie pracodawcy, dobrą ocenę z egzaminu, albo samą świadomość, że odwaliło się kawał dobrej roboty. Mózg nagradza takie zachowania szybkim strzałem dopaminy. Zgodnie z teorią B. Tracy’ego kopniak, jaki dostajemy w tym momencie daje nam pozytywną energię na resztę dnia. Nie brzmi realnie? Radzę spróbować. W opozycji do dopaminowych ćpunów stoją wszyscy smętni leniwcy. Im dopaminy wiecznie brak, bo nic nie osiągają. Innym sposobem osiągnięcia kopa dopaminowego są alkohole, opiaty i amfetamina. Wybór należy do Ciebie. Dla uwiarygodnienia mojej teorii proponuję sobie przypomnieć wszystkie swoje wielkie sukcesy. Pierwsza strzelona bramka, zdanie pierwszej sesji egzaminacyjnej, podwyżka, czy choćby podpisanie umowy o pracę. Super było? Pewnie, że super. Za darmo i zdrowo. Sport To najcięższy z naturalnych narkotyków. Nie jest tajemnicą, że ludzie uprawiający sport są weselsi, lepiej im się żyje, mniej się stresują. Są też zdrowsi, o ile nie przyszło im do głowy uprawiać sportu wyczynowo. Nie rozumieją też w ogóle argumentu nieruchliwych, wykręcających się brakiem czasu. Z autopsji wiem, że pewna grupa tych wiecznie zajętych, to ludzie poświęcający niemałą ilość czasu na obcowanie z używkami. Tu jest pies pogrzebany. Przestaw się na używki własne, bo to, co można z organizmu wyjąć w trakcie wysiłku jest niemożliwe do osiągnięcia w laboratorium! Szczypta teorii: każdy człowiek ma określony parametr tętna maksymalnego. To takie tętno, że już bardziej się nie da. W największym uproszczeniu tętno to wynosi 220 - wiek w latach = HrMax. Czyli jakieś 180-195.

Trafiłem? Teraz znajdź sobie sport, w którym jesteś w stanie przez przynajmniej 45 minut utrzymać się w tak zwanym drugim zakresie tlenowym, czyli pomiędzy 70 a 85% wspomnianego wyżej tętna maksymalnego. Najlepiej sprawdzają się tutaj sporty dość monotonne, takie jak bieganie, pływanie, czy jazda rowerem szosowym. Jednakowoż równo pracujący piłkarz, też da radę. Masz to? To świetnie właśnie w tej chwili w Twoim ciele wzrasta poziom endorfin (hormony szczęścia), fenoloetyloaminy (hormon zakochania) i anandamidu. To ostatnie to naturalny kannabinoid. Jest bliskim krewnym tetrahydrokanabinolu, który Ty już dobrze wiesz gdzie znaleźć... ;) W telegraficznym skrócie - dobrze skrojony trening, to szalony miks szczęścia i bzykania, po zmiażdżeniu małym lolkiem. Za mało? W tym stanie mniej odczuwa się ból, nie ma stresu, nie ma nieszczęścia. Trzeba tylko nieco uważać, żeby podwyższony próg bólu nie spowodował w nas jakiejś kontuzji, bo na przykład nie zauważymy w czas, że zmęczone pedałowaniem kolano spuchło jak worek. Jednak to mało prawdopodobne. O wiele bardziej prawdopodobne jest, że spadnie nam trochę kilogramów i przyjemniej się będzie spało. Nie będzie też żadnego doła następnego dnia, ani kaca. Trzeba tylko przezwyciężyć wychowanego w sobie przez lata leniwca, który wszystko to nauczył się przyjmować bez najmniejszego wysiłku i nie widzi żadnej potrzeby, żeby nagle ten wygodny stan rzeczy zmieniać. Powodzenia!

felieton

Osobiście nie polecałbym tego rodzaju rozrywek, gdyż wyczuwam w nich pewne ryzyko, ale z ogromną chęcią wysłucham relacji. Wrzuć mi krótki opis na jakubch@gmail.com, jeśliś odważny/odważna.

TV

1717


kulinarna zadyszka

Bydgoszcz na szerokości geograficznej śniadania

18

Ludwik Lewin odbył „Podróż po stołach Francji”, a ja tego lata zasmakowałam kilku polskich miast i miasteczek. Podróż bez większych uniesień kulinarnych, ale za to z Lewinem pod pachą, więc bywało wybornie. A pisał tak: „Byli czasy. Wszyscy mieli urlopy i coraz więcej ludzi miało samochody. Jeszcze jednak nie tak wielu, by życie zatruwały korki. Zjeżdżano na południe w rytm piosenki Cherlesa Treneta o słonecznej szosie. A Burgundia leżała na szerokosci geograficznej obiadu. Gdy wybijało południe, podróżni, samych siebie oszukując, współbrzmieniem kierunku i godziny, czuli, że są u celu, i zatrzymywali swe pojazdy przed wysypanymi wzdłuż szlaku jak grzyby po deszczu restauracjami, knajpkami i gospodami.” Korków się raczej nie pozbędziemy. Alternatywy dla Charlesa Treneta również nie zamierzam poszukiwać. Ale co by było, gdyby Bydgoszcz leżała na szerokosci geograficznej obiadu? Albo nawet śniadania? Tak – śniadania! Dotąd tylko przejeżdżający (!) przez Bydgoszcz turyści mieliby apetyczny powód, by zostać do rana. Żeby przetrwać do wykwintnego śniadanka należałoby coś przekąsić pod wieczór i w ten sposób podniebienia podróżujących ominąłby wyłącznie bydgoski obiad. A obiad w restauracji to przecież nic oryginalnego. Nie ma chyba takiej, w której by tego posiłku nie podawano na naście sposobów. Co innego śniadanie... Jajecznica na maśle i kropka. Ewentualnie jakieś wariacje jajeczne w postaci omletu. I koniec menu. I jak tu przetrwać do rozmaitości obiadowych na takim standardowym podkładzie... Szukając ratunku u Lewina, zamilkłam pokornie. Jedyna potrawa, która mogła zmieścić się w moim śniadaniowym budżecie, mieściła się w nim jedynie w czterech piątych. Byłoby pysznie, gdybym znalazła sponsora na 50 gramów trufli. Póki co – nici

z francuskiego petit-déjeuner. Jak zatem zdobyć bydgoskie „diamenty kulinarne”? Dalsza lektura rozbudziła wyobraźnię: „Król zrobił siusiu i wkrótce potem w miejscu tym pojawiły się cudowne bulwy.” Uzbroiłam się w czujność i w lewinową wskazówkę, że dobrą truflę poznam po „kształcie bombiastym i jędrności”. No cóż – padło na pomidory. Na śniadanie proponuję zatem:   Kotleciki pomidorowe • pomidory (koniecznie takie, które nie tylko wyglądają, ale i smakują jak pomidory!) • młoda cebulka • bazylia, pietruszka (najlepiej świeże, ale niekoniecznie) • jajko • mąka • sól • tłuszcz do smażenia (najlepiej oliwa)   Bombiaste kroimy na cząstki (koktailowe wystarczy na pół) i rozgniatamy widelcem. Dodajemy posiekane zioła i cebulkę – w ilości zależnej od upodobań. Proporcje wagowe pomidorów i mąki to mniej więcej 2:1, wobec czego na pół kilograma Jędrnych przypada ćwierć opakowania mąki (jeśli wypłynie za dużo soku, dodajemy odpowiednio więcej mąki, ewentualnie odlewamy nadmiar płynu). Na taką ilość powinno wystarczyć jedno jajko. Doprawiamy solą i smażymy płaskie placuszki na dobrze rozgrzanym tłuszczu. Zainwestowałam w suszoną bazylię i za 10 zł przygotowuję fantazyjne śniadanie dla całej świty królewskiej.   Perigordzka legenda rozbudziła moje nadzieje. Tylko kto i gdzie miałby – z przeproszeniem – nasiusiać, żeby miasto rozsławić? I co by wyrosło? Makaka


19

Tegoroczne uroczyste obchody dwusetnych urodzin Chopina zmuszają do refleksji i podsumowań. Nie ma wątpliwości, że nasz genialny pianista i kompozytor zasługuje na takowe. Niestety debaty i zaduma zwykle pojawiają się od święta. Choć z drugiej strony, lepiej późno niż wcale. Przeciętny Polak wie o Chopinie tyle, co o Słowackim. Wszyscy wiemy, że ten drugi „Wielkim poetą był” i tyle samo wiemy o naszym wielkim, genialnym muzyku. Przedstawione badania socjologiczne mówią wyraźnie. Nie znamy twórczości jednego z największych artystów w dziejach. O procencie ludzi, którzy mogą taką wiedzę posiadać nie będę pisał, bo to ułamek. Mieszkańcy Warszawy zapytani o pomnik stojący w Łazienkach, nie są do końca pewni. Wiele osób typowało innego wielkiego Polaka. Tym razem był to Mickiewicz. W kuźniach wiedzy również nie jest za wesoło. W szkołach podstawowych muzyka często traktowana jest po macoszemu. Uczniowie nie słuchają muzyki klasycznej i jest ona prowadzona często przez przypadkowe osoby. Studenci też nie są lepsi. Kogo obchodzi jakiś tam „szopen”. Muzyka klasyczna jest po prostu „be”. Muzyka poważna stała się bardzo instytucjonalna. Można ją usłyszeć w filharmonii, operze i na nielicznych koncertach plenerowych. Nie jest blisko człowieka, tak jak kiedyś. Przynajmniej w naszym kraju. Aby poprawić kondycje społeczeństwa,

apeluję: sprzedajmy Chopina! Uczmy się od innych. Austriacy z W.A Mozarta zrobili markę, która świetnie się sprzedaje. W całej Austrii można zakupić mnóstwo produktów wykorzystujących jego wizerunek. Wybór jest przeogromny. Od długopisów po czekoladę. Gdzie by się nie obrócić wszędzie Mozart. Zastanawiałem się nad tym czy komercyjne podejście do kompozytora i jego twórczości jest słuszne. W pierwszej chwili niesmak wzbudził powszechnie rozwieszany w Polskich miastach, plakat z Chopinem w modnym dresiku. Po dłuższej chwili zastanowienia stwierdzam, że to genialne posunięcie. Powinien stać się nasza narodową marką. Potrzebny jest dobry marketing i reklama. Za modą i trendami przyjdzie czas na twórczość kompozytora. Jego muzyka sama się obroni. Niektórzy mogą nie popierać takiego podejścia do sztuki wysokiej. Jednak, gdy wspomniany wyżej ułamek ludzi znających muzykę Chopina, czy innego kompozytora się powiększy - jest warto! Niestety pozostaje nam smutek. I to solidnie zapity. Oczywiście wódką marki Fryderyk Chopin.

kalendarium

felieton

Chopin, sprzedajmy go!

tekst nadesłany

PLAKAT by Piotr Micherewicz

19


zapowiedzi filmowe

Zapowiedzi filmowe Bazil

reżyseria: Jean-Pierre Jeunet; scenariusz: Jean-Pierre Jeunet, Guillaume Laurant; gatunek: komedia kryminalna; premiera: 10 września 2010

Pamiętacie zgraję przedziwnych postaci zamieszkujących ciemne kadry „Delicatessen” albo „Miasta zaginionych dzieci”? Jeśli nie, pamiętacie na pewno słoneczną „Amelię”. Nowy film Jean Pierre Jeuneta, zaludniony przez nie mniej ekscentryczne towarzystwo sprawi, że znów przeniesiecie się do zadziwiającego świata. Życie Bazila jest zniszczone przez broń. Jego ojciec zosta�� zabity przez minę, a on sam przypadkowo otrzymał kulę w głowę. Nie można jej wyjąć, ponieważ grozi to paraliżem, a pozostawienie jej sprawia, że każda chwila się liczy. Po stracie pracy i domu Bazil układa zawiły plan zemsty. W jaki sposób zniszczyć dwóch producentów broni z pomocą grupy outsiderów wprost z krainy wyobraźni? Zobaczcie sami.

reżyseria: Maciej Prykowski; scenariusz: Adrian Katroshi; gatunek: komedia romantyczna; premiera: 10 września 2010

Spokojne życie śląskiego osiedla familoków Fytel w Bytomiu-Łagiewnikach zakłóca nagłe pojawienie się tajemniczego ekshibicjonisty w różowym szlafroczku. Enigmatyczny „Zgorszeniec” wstrząśnie społecznością miejscowych blokowisk, przyczyniając się do kaskady zaskakujących wydarzeń i splatając ze sobą kilka życiorysów. Jeśli chcecie wziąć udział w działaniach osiedlowej Grupy Pościgowej, poznać zamaskowanego pana w różowym i podobał się Wam „Rezerwat”, zobaczcie, co jego producenci zaserwowali tym razem w ślunskim sosie.

reżyseria: Péter Kerekes; scenariusz: Péter Kerekes; gatunek: dokumentalny; premiera: 1 września 2010

Opowieść o tych, którzy mogą wpłynąć na bieg historii, chociaż raczej nie trafią na karty podręczników. W polowych garkuchniach patroszy, ćwiartuje, sieka i podsmaża się dania dla tysięcy żołnierzy. To groteskowy film o „kuchennym polu walki”, gdzie przygotowanie jedzenia staje się istotnym elementem strategii. Jak twierdzi jedna z bohaterek: „Dobrze najedzeni żołnierze wysadzają innych w powietrze o wiele lepiej niż zwykle”. Między kolejnymi śmiertelnymi przepisami, reżyser częstuje nas prawdami ciężkiego kalibru. A wszystko podane w atmosferze absurdu i groteski, gdzieś z pogranicza Hrabala i filmu „M.A.S.H”. Obraz uhonorowany w 2009 roku Nagrodą dla Najlepszego Filmu Dokumentalnego Prix Arte.

Zgorszenie publiczne

Kucharze historii

KO

20


Dziennik, Tatry Słowackie Mogłem się tego spodziewać – trzydzieści osiem przecinek pięć. I wcale nie maczałem termometru w gorącej herbacie. Dwie musujące Aspirin C, cztery Rutinoskorbiny. W dodatku za oknem trzydzieści jeden stopni w cieniu. Jeszcze tylko osiem godzin w pracy, a potem już spokojnie odpocznę cztery godziny w pociągu do Warszawy. Od stycznia do grudnia łykam może ze trzy tabletki przeciwbólowe, w aptece ostatnio byłem po szczoteczkę do zębów. Nie narzekam. Choruję ze dwa razy do roku i jak tylko jestem chory wiem, że szykuje mi się wyjazd. To chyba rodzinne. W zeszłym roku w Albufeirze, akurat jak wyszło słońce nad Portugalią, siostrze skoczyła temperatura. Do tego czterdzieści stopni na plaży, łącznie w promieniu dwóch metrów od niej topiły się lody na patykach. Dwa miesiące temu pojechała w Bieszczady na cztery dni, z czego przez dwa ostatnie miała grypę żołądkową. Nie wiem, czy mam to po niej, czy ona po mnie, ale dwa lata temu na dzień przed wylotem do Edynburga siedziałem u lekarza i oczekiwałem, że mnie naprawi na tyle, żebym mógł bez

ograniczeń testować szkockie piwa. Włocławek. Jestem mokry. Leje się ze mnie. Pływam. Dwa dni temu, podczas robienia listy rzeczy niezbędnych do zabrania, moja dziewczyna zza książki rzucała mi celne uwagi. Kiedy doszedłem do środków higieny, rzuciła, że oczywiście, że sztyft muszę wziąć. Udałem, że nie słyszałem. Ale dzisiaj rano podczas pakowania, jednak najważniejszą rzeczą, o której nawet nie pamiętałem, okazał się dezodorant w sztyfcie. - Co my tu mamy... Pasta, miniaturowy szampon, szczoteczka, mydło w płynie... - Weź sztyft! Próbowałem podyskutować, że nawet nie wiem, czy na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów będzie letnia woda, w której będę mógł się umyć, i że nie będę chodzić po sklepach i barach. Usłyszałem, że sztyft mogę wziąć. – Dla własnego dobrego samopoczucia. Tak, dobrze. Wziąłem. Po powrocie opowiedziałem wszystko, dość szczegółowo. Nie mówiłem, że sztyftu użyłem dwa razy – przed trasą Bydgoszcz-Warszawa, i tydzień później Warszawa-Bydgoszcz. Rzeczywiście, czułem się całkiem nieźle.

Łowicz. Facet naprzeciwko dopija trzecie piwo. Chyba mu zazdroszczę. Próbuję sobie też odpowiedzieć, czemu nie mam nic do jedzenia. Ładnie pachnie w tym Łowiczu, tu chyba te dżemy robią... Jakoś nie przepadam, ale jestem taki głody, że zjadłbym pół bułki z dżemem. Dzień kończę u Piotra w Warszawie. Ta przyjemność kosztowała mnie pięćdziesiąt jeden złotych. Jutro wydam drugie tyle na dojazd do Krakowa, stamtąd osiemnaście złotych do Zakopanego, osiem złotych do Palenicy Białczańskiej i jedno euro do Starego Smokovca. Ale na razie oglądamy jeszcze ćwierćfinał Urugwaj – Ghana przy jakiejś słowackiej groszkówce z sokiem porzeczkowym. W regulaminowym czasie 1:1, w ostatniej minucie dogrywki napastnik Suarez sprytnie wybija rękoma piłkę ze swojej bramki, mimo, że jest napastnikiem. Dostaje czerwoną kartkę, Asamoah Gyan nie wykorzystuje karnego, a w serii rzutów karnych 4:2 wygrywa Urugwaj. Piotrowi o pierwszej w nocy się przypomniało i tłucze kotlety. Podejrzewam, że jest bardziej pijany niż ostatnio na działce na sylwestra, gdzie wrzucał petardy i strzelał z kaloszy ojca Krygera. Jeszcze tylko dwie musujące Aspirin C plus cztery Rutinoskorbiny. I żeby nie padało, nie mam żadnych nieprzemakalnych spodni.

labolatorium turystyczne kalendarium

Dzień pierwszy Piątek, 2 lipca 2010

kasper.linge

21


recenzje muzyczne

Recenzje muzyczne

22

Arcade Fire „The Suburbs” indie rock/alt.rock

Bill Callahan „Sometimes I Wish We Were An Eagle” Alternative pop/rock

Groove Armada „Black Light” Alternative dance

Zaczęło się od dwu-utworowego wydawnictwa, z którym przyszło uwielbienie dla tytułowego „The Suburbs”. Ale nie ma co gadać, „Funeral” jest nie do przebicia. Arcade Fire już nigdy nie będą brzmieć, jakby nie umieli grać i jakby nagrywali płytę w opuszczonej piwnicy. Już nigdy nie będą tacy ciency, to już nigdy nie będzie taka deprecha, to już nie są te pogrzeby co kiedyś. „The Suburbs” oczywiście bliżej do „Neon Bible”, do tej „tłocznej” produkcji, głębokiego brzmienia. I zdecydowanie daleko do „Funeral”, mimo że „The Suburbs (Continued)” to tak naprawdę „Neighborhood #1 (Tunnels)” z pierwszej płyty. Bo „The Suburbs” to popularne od dłuższego czasu wokale Myszki Miki, jak w „Modern Man”. W większości Arcade Fire brzmią, jak rozwrzeszczane post-punkowe dzieciaki, z wesołkowatymi melodyjkami, jak w „Empty Room”, czy „Half Light II (No Celebration)”. Aranżacje na smyczki rozpisał Owen Pallett i słucha się tego całkiem, całkiem. Do tego saksofon i francuski rożek... A na Pitchforku napisali, że brzmią „without sounding like they’re carrying the weight of the Word”, ale ja jednak wolę przy nich nie spędzać przyjemnych chwil.

“Well I used to be darker, Then I got lighter, then I got dark again”. Czyli wszystko po staremu. Bill Callahan alias Smog jest taki nie od wczoraj. Płyty nagrywa od 1992 roku i raz jest mniej osowiały, raz bardziej, a mimo to zawsze brzmi, jakby mruczał pod nosem coś, czego nikt nie chce słuchać, ale jemu to specjalnie nie przeszkadza. Nie mizdrzy się, wydaje płyty. „Sometimes I Wish We Were An Eagle” jest dopiero drugim albumem, który wydał pod własnym imieniem i nazwiskiem, i w sumie nie specjalnie mnie to interesuje, dlaczego tak, a nie inaczej. Ważne, że od pierwszego na liście „Jim Cain” wiem, o co chodzi. Tym razem jest raczej miło i przyjemnie, bez obolałego serca. Bill buczy sobie zwiewne piosenki w starym stylu. Mało jest tak przekonujących wykonawców, ale Billowi nie sposób nie ufać. Jakby podawał wszystko na tacy. Mimo, że czasami śpiewa, jak śpiewałby pewnie ten lektor Jacek z Youtube’a, bez emocji towarzyszących ludziom. Nie zapominajmy, że Bill jest lo-fi weteranem, więc jeżeli oczekujecie czegoś oczywistego, na pewno się zawiedziecie. Zastanówcie się, czy na pewno chcecie poświęcić czas Billowi.

Nigdy nie byłem fanem Groove Armady, nie widziałem ich na żywo, nie mam żadnej płyty i chyba dobrze mi z tym. „Black light” mam raczej z przypadku. Ale od niedawna jestem wielbicielem „Look Me In The Eye Sister”. Genialny, mroczny kawał dyskotekowego mięsa. Cała płyta jest przełożeniem elektronicznego brzmienia z lat 80. na dekadenckie lata rozpusty 2000-ne. Choć zdarzają się też dziwne rzeczy, jak „Just For Tonight” z pitoleniem na gitarce, jak granie Coldplay’a przy ognisku. Ale tak, jak w „Look Me In The Eye Sister” Jess Larrabee robi to tak, że kolana miękną. Podkłady chodzą po głowie, mrowią, a najlepsze, że można słuchać tych utworów w nieskończoność. Melodie i aranże są mocnymi plusami płyty, choć „I Won’t Kneel” nie wiem, z czym mi się kojarzy, ale chyba z niczym dobrym. Już wiem - kojarzy mi się z radiem. Nie wiem, jak poprzednie wydawnictwa Groove Armady, ale „Black light” w połowie jest płytą radiową, a w drugiej połowie stara się stanąć w opozycji do obowiązujących trendów. Pozostaje więc pytanie, ile razy przy czytaniu tego tekstu pomyślałeś o seksie?

kasper.linge

kasper.linge

kasper.linge


Respecta Sounds

Killzone 2 Guerrilla Games PLAYSTATION3

„Incepcja”, reż. Christopher Nolan

W 2005 r., podczas konferencji prasowej Sony Computer Entertainment na targach E3 pokazany został trailer produkcji, która graficznie miała zmiażdżyć wszystko, co do tej pory zostało pokazane. Na grę studia Guerilla musieliśmy czekać aż 4 lata. Jak się okazało, trailer z 2005 r. był najzwyklejszą w świecie ściemą, za którą Sony do dzisiaj obrywa. Nie zmienia to jednak faktu, że „Killzone 2” to rewelacyjnie wyglądająca gra. Nie tak bardzo jak niesławny trailer, ale i tak momentami urywa przysłowiową szczękę. W grze wcielamy się w niejakiego Sev’a, który chyba ma jakieś ukraińskie korzenie, wszak jego ksywa to skrót nazwiska Sevchenko (nie mylić z Andrijem). Nasz protagonista jest wojakiem ISA, czyli takich jakby kosmicznych aliantów, natomiast tymi złymi są Helghaści. Niczym dobrzy Amerykanie, nasza armia dokonuje inwazji na Helghan, czyli rodzimą planetę tych domyślnych złych. A tam już klasycznie - idziemy, rąbiemy i gwałcimy wszystko dookoła. Gra często jest porównywana do Xboxowego „Gears of War”, trzeba jednak zwrócić uwagę, że „Killzone” to klasyczny FPP, czyli akcję obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby. Muszę przyznać, że pomimo, iż gra w pewnym momencie nuży, pod koniec całkiem fajnie się rozkręca, a do tego posiada bardzo sympatyczny tryb multi. Tak, wiem, że „Killzone 2” to gra z zeszłego roku, jednak dopiero tegoroczny sezon ogórkowy pomógł mi odrobić kilka zaległości. I nie żałuję. Produkcja Guerilla to rewelacyjny kawałek rozrywki, a dzięki trybowi multi starczającej na długi, długi czas.

Po obejrzeniu „Wyspy tajemnic”, w której brawurową rolę zagrał Leonardo DiCaprio i wciąż mając w pamięci „Mrocznego rycerza” Nolana strasznie zgrzałem się na „Incepcję”. Trailer był obiecujący, kino kusiło wielkim ekranem i klimatyzacją. Poszliśmy, usiedliśmy, przeczekaliśmy reklamy i... No ja się wynudziłem strasznie. Fabuła w skrócie wygląda tak – dzielny Leo jest specjalistą od „wchodzenia” w cudze sny i wykradania z nich konkretnych informacji. Jest więc wyjętym spoza prawa przemysłowym szpiegiem, który dostaje misję specjalną – zaszczepienie „złej” myśli w umyśle syna umierającego rekina biznesu. Nagrodą ma być czysta kartoteka i powrót do ukochanych dzieci, które musiał porzucić po śmierci żony. Niby fajnie, niby oryginalnie, ale jakoś tak bez szału. Owszem – efekty, które wcale nie są w 3D zapierają dech w piersiach. Podobnie jak widoczki, bo nasz protagonista i jego świta jeżdżą po całym świecie, naginając krajobrazy do granic możliwości. Brzmi obiecująco, prawda? Początkowo rzeczywiście dałem się porwać tej magicznej, sennej wizji świata, ale szybko się z tego otrząsnąłem, a to za sprawą fabuły, która jest przekombinowana. Szczególnie, kiedy nasi bohaterowie produkują sen we śnie, we śnie, we śnie, we śnie... Za dużo, za bardzo, za długo, na siłę. Dodajcie do tego nieznośny wątek miłosny – zmarłą żonę pojawiającą się w snach dzielnego Leo, która chyba z 10 razy powtarza pewną frazę – że tak powiem – do znudzenia. Mnie znudziła. Z momentów letargu wyrywały mnie tylko głośne strzały i sceny walki, których w tym filmie nie brakuje. Na moje ziew i tyle.

Kuba Ignasiak

Screwball

Kuba Ignasiak

recenzje płyta / gra / film

W połowie lipca br. pojawiła się najnowsza kompilacja RESPECTA SOUNDS. Płytka składa się z 7 utworów polskich producentów i wokalistów, prezentujących nowe oblicza połamanych, bujających basem brzmień. Spotkali się na niej Kwazar, Cheeba, S.w.i.m, Pixel, duet Hajer Boss, CJ Reign, Tom Encore oraz bydgoszczanin dj Screwball. Ta płyta przywraca wiarę w to, że styl jungle i jego pochodne mają się wciąż bardzo dobrze i wcale nie są rozdziałem zamkniętym. Każdy z 7 numerów ma inny styl, inaczej buja, inaczej się rozkręca. Znajdziemy tu zarówno wgniatające basem w ziemię dubstepy, energetyczne jungle, które sprawiają, że kiedy już nóżka nam zacznie tupać, to nie może przestać, ale nie tylko. Znalazł się nawet jeden dubwise’owy remix CJ Regina, który przyjemnie ociera się o nieco już zakurzony 2step, co mnie osobiście cieszy niezmiernie. Płytka ta idealnie nadaje się na gorące imprezy w ogródku, jak i na klubowe parkiety. W aucie, zapewniam, też daje radę. Generalnie kompilacja ta zasługuje na szóstkę, jednak odjąłem jej punkt za to, że nie składa się na nią 7 odrębnych numerów, a jedynie 5 pod przewodnictwem kawałka tytułowego [„Respecta Sound”], który artyści remixują tu aż trzykrotnie. Owszem, numer jest zacny i dobrze się go słucha, ale przy trzecim razie już trochę nuży. Nie zmienia to faktu, że płyta naprawdę buja i powinna się znaleźć w kolekcji każdego miłośnika zarówno stylów reggae-pochodnych jak i połamanych na różne sposoby bitów. Aż chce się krzyknąć: Jungle is massive! Ajt...

2323



moment #54