Issuu on Google+

Bezpłatny magazyn  NR 3  Rok I  mail:redakcja@magazynkrakowski.pl  www.magazynkrakowski.pl  24 STYCZNIA 2013

HIS T ORIA ZW YCIĘS T WA Historia dyrektora jednej z krakowskich szkół podaje krakowianom klasyczną lekcję życia. Dokładnie odwrotną od tej, do jakiej wzywał on sam. Nie ma w niej miejsca na prawdę, godność i pokorę. Te hasła brzmią dziś żałośnie. Bo nic nie dają.

W dzisiejszym „Magazynie Krakowskim” historia Zdzisława Kusztala, dyrektora VIII LO w Krakowie, cenionego i znanego pedagoga. Dla jednych postaci wybitnej; dla drugich – tragicznej. Opowieść o tym, że jedna chwila może zburzyć wszystko. Odebrać honor, nienaruszony przez lata. I szacunek – u tych, dla których

Linde-Lubaszenko: Kraków kobiet – Przechadzając się ulicami, każdego dnia – dajmy na to – w Krakowie, w każdej chwili można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Tak się składa, że ona rzeczywiście istnieje i jest uwarunkowana biologicznie – mówi nam Edward Linde-Lubaszenko, krakowski aktor. >> Wywiad na str. 8 Reklama

wcześniej było się wzorem. Narazić na śmieszność, gdy wciąż liczy się na powagę. A w tle – losy krakowskiej oświaty, w której najbardziej liczy się to, kto kogo zna. Na jej sztandarach żywe hasła: opieszałość, kolesiostwo i cynizm. Także wszechmoc władzy i wątpliwe moralnie drogowskazy duchownych. A na koniec morał: nic nie

Aleja Mogilska

jest niemożliwe. Możesz wygrać nawet, gdy przegrałeś. Jeśli tylko wszyscy dookoła spuszczą głowy. Życie toczy się dalej. Gdy w końcu zapomną, można zacząć od nowa. Ale żeby znów słuchali, musisz krzyczeć. I powtarzać jak zaklęcie: że liczy się prawda, godność i dajmy na to – miłość. >> CZYT. NA S. 3-4

Narty w Starym

J

eszcze w tym roku rozpocznie się przebudowa linii tramwajowej wraz z układem drogowym na odcinku od Ronda Mogilskiego do Placu Centralnego. To szansa na zmianę oblicza śródmiejskiego fragmentu ulicy. Czy powstanie Aleja Mogilska? >> Czytaj na str. 9

T

eatr Stary już od dawna czekał na taki duet. Wraz z Nowym Rokiem w krakowskim teatrze nadeszły czasy Jana Klaty i Sebastiana Majewskiego. Ale głosy o spodziewanej rewolucji okazały się chyba przedwczesne. Wstrzymujemy oddech i... czekamy. >> Czytaj na str. 15


2

Na poczatek

Działa to mniej więcej tak: patrzysz na nią lub na niego i już wszystko wiesz. Kochasz albo nie. Sęk w tym, że miłość od pierwszego wejrzenia to rezultat systematycznej selekcji partnerów trwającej od mniej więcej dwustu tysięcy lat. Tak przynajmniej twierdzi Edward Linde-Lubaszenko, wybitny krakowski aktor. Wszystko, co ważne, by gatunek przetrwał – przekazywane jest w genotypach. I dzięki nim wiemy, z kim spłodzimy najlepsze potomstwo. Albo co ważniejsze – kto może być dla nas najbardziej prawidłowo dobranym partnerem seksualnym. No bo przedłużanie gatunku i seks – są jednak związane nierozerwalnie.

Lekcja o kobietach W latach sześćdziesiątych Linde-Lubaszenko studiował medycynę. Jako student, starał się propagować mało znany dziś raport Kinseya – przynoszący nowe wyniki badań na temat seksualności kobiet i mężczyzn. Słuchaczy nie brakowało. Później z wnikliwością śledził kolejne raporty. Jedno z badań wykazało, że aż jedna trzecia kobiet ma znikomą seksualność. Okey, jedna trzecia dużą – za to pozostałe: są uzależnione od partnera. Czyli gdy już się zakochamy od pierwszego wejrzenia – to trzeba by liczyć, że natura sama z niczym się nie przeliczy. Można

CYTAT TYGODNIA

On łączy Polaków ponad podziałami – także politycznymi – wokół dobra. Prof. Tadeusz Gadacz z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, o Jerzym Owsiaku, w trakcie laudacji wygłoszonej przy okazji przyznania prezesowi WOŚP tytułu doktora honoris causa.

LICZBA TYGODNIA

2117 – złotych wydawali średnio w 2012 roku turyści z zagranicy odwiedzający Małopolskę – w tym Kraków. Cały region łącznie odwiedziło ponad 21 mln osób. Reklama

Czwartek, 24 stycznia 2013

albo od razu dobrze trafić, albo – mieć dużo nadziei wobec sprawczej mocy własnego temperamentu. W jednym na trzy przypadki ma się pecha, i tyle. O tym wszystkim opowiedział w rozmowie z „Magazynem Krakowskim” Edward Linde-Lubaszenko. I tylko na marginesie dodam – w przeszłości czterokrotnie żonaty. Znakomity aktor, urodzony w Białymstoku, ale od czterdziestu lat rozsmakowujący się w Krakowie. Miłośnik kobiet. Całkiem niedawno Anna Dymna, zapytana o wieloletnią

przyjaźń z Linde-Lubaszenką, odparła: należę do nielicznych kobiet, których Edek nie chciał zdobyć, przez co czuję się wyróżniona. Przyjaźń jest dużo ciekawsza: miłość przemija, przyjaźń zostaje... Anna Dymna – jedna z najpiękniejszych polskich aktorek, krakowianka. Nie sposób było nie zapytać pana Edwarda, dlaczego się nie starał? To z szacunku do Wiesia Dymnego – wyjaśnił krótko. Niedawno wyznał, że potrzebował aktorstwa, by – cytując „Biesy” Dostojewskiego – móc się prowadzić „ironicznie”. Także po to, by zarabiać przyzwoite pieniądze, osiągnąć popularność i mieć powodzenie u kobiet. I gdyby nie to, że nad wino przedkładał smakowanie wódki

– do jego życia jak ulał pasowałoby hasło: kobiety, wino i śpiew. Wszystko w nierozerwalnym związku. Gdy wygrywał Festiwal Piosenki Studenckiej w 1962 roku – albo przy okazji innych występów – dziewczyny miały prawo się w nim rozkochiwać. Za to przez alkohol – a konkretnie przez, jak sam wspomina, sowicie zakrapiane zabawy w SPATiF-ie – mogły odchodzić. Nigdy nie ukrywałem, że jestem amatorem kobiet i typem hedonisty. Nic, co ludzkie i przyjemne, nie jest mi obce – mówił Edward Linde-Lubaszenko w jednym z wywiadów. Dobrze czasem przyjąć lekcję od kogoś, kto naprawdę wie, o czym mówi. I ma na to papiery, i – przeszło pół wieku doświadczeń. JANUSZ SCHWERTNER

Smak krakowskiej bohemy Tradycyjny galicyjski smak.... To tylko melodia przeszłości, której nie sposób odtworzyć? Bez przesady. Degustacja produktów przygotowanych przez Krakowski Kredens sprawia, że czujemy aromat starego Krakowa. Udajemy się w podróż o przynajmniej sto lat wstecz – czując jeszcze oddech Austriaków, ale równocześnie unoszący się powoli w powietrzu zapach wolności. Dość jednak z polityką, bo Krakowski Kredens nie tylko stara się odtworzyć stare smaki, lecz także przybliża nam historie z życia towarzyskiego ówczesnych krakowian. Na przykład degustacja wykwintnej nalewki to znakomita okazja, by wspomnieć o alkoholowych upodobaniach krakowskiej bohemy. Oto według jednej z opowiastek, w roku 1906 do Magistratu wpłynęło zażalenie skierowane do dyrektora Fryderyka Adlera, jakoby jeden z woźnych, szacowny Felicjan Wróbel, regularnie stawiał się w pracy nawiany. Autorem skargi był niejaki Lu-

dwik Boner, szef magistrackich woźnych. Pan Adler mocno się zafrasował. I rzeczywiście uznał zachowanie woźnego za godne potępienie, lecz... z zupełnie innych powodów. Nie mógł pojąć, dlaczego pan Wróbel psuje wątrobę i obraża podniebienie smakiem jakichś podrzędnych alkoholi – zamiast delektować się znakomitymi nalewkami. Jak choćby przepalanką beskidzką, słusznie tak nazwaną, bo 45-procen-

Telefon 799-219-599 Zainteresowała lub poruszyła Cię jakaś sprawa? Zadzwoń do nas. Nasz numer jest dostępny dla Czytelników przez cały tydzień – czekamy na Wasze telefony. Zachęcamy także, by śledzić nasze konta na portalu Facebook i Twitter. Z radością porozmawiamy z Wami o Krakowie.



Od przemysłu do biznesu

Stare zakłady przemysłowe oszpecające Podgórze? Jeśli jeszcze komukolwiek z tym kojarzy się nazwa „Bonarka”, pora przyjrzeć się jej dokładniej. Bo to już nie tylko wzniesiona w 2009 roku

ogromna galeria handlowa, ale też kompleks biznesowy z prawdziwego zdarzenia. Przed kilkoma dniami uroczyście oddano do użytku prawie dziesięć tysięcy metrów kwadratowych przestrze-

tową... Sporządził stosowną odpowiedź i wezwał delikwenta do zmiany menu. A na drzwiach pokoju woźnych nakazał ponadto wywiesić napis: „przed obiadem wypić kieliszek nalewki – to tak jak lekarzowi wyjąć talara z kieszeni”. Tak postanawiając, zaszył się w swoim gabinecie i sięgnął po schowaną w sekretarzyku – butelkę tarninówki... Krakowski Kredens, szanując tradycję, sporządza nalewki zgodne z gustem tak zacnych krakowian, jakim był dyrektor Adler. Takie historie – mniej lub bardziej legendarne – towarzyszą nam przy degustacji wszystkich produktów Krakowskiego Kredensu. A jest ich co nie miara: od wspomnianych nalewek, po kawę czy herbatę; od rozbudzających zmysły słodyczy do tradycyjnych konfitur... A czegokolwiek nie smakujemy, to dajemy się uwodzić. I jak rzadko kiedy – czujemy siłę tradycji.

Szansa na Niedźwiedzia Krakowska reżyserka Małgorzata Szumowska wkrótce będzie miała szansę otrzymać Złotego Niedźwiedzia. Jej najnowszy film „W imię...” został zakwalifikowany do konkursu głównego prestiżowego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. O nagrodę powalczy z wybitnymi artystami współczesnego kina – wśród pozostałych nominowanych znaleźli się m.in. Gus Van Sant i Steven Soderbergh. „W imię...” opowiada historię zakochanego księdza, borykającego się z otaczającą go rzeczywistością. – To w gruncie rzeczy film o samotności – tłumaczy Szumowska. W roli głównej wystąpił Andrzej Chyra, a u jego boku zobaczymy m.in. Mateusza Kościukiewicza, Maję Ostaszewską i znanego z „Jesteś Bogiem” Tomasza Schuchardta. W dotychczasowej historii Berlinale nagrodę dla najlepszego reżysera zdobywali Krzysztof Kieślowski w 1994 roku i Roman Polański w 2010. ni biurowych. Całość nosi nazwę „Bonarka for Business” i wkrótce ma stać się nowoczesną dzielnicą biznesu. – Na krakowskim rynku jest duże zapotrzebowanie na funkcjonalne biura położone w dogodnej lokalizacji. Międzynarodowe firmy poszukują nowoczesnych powierzchni biurowych w Krakowie i my wychodzimy im naprzeciw – mówi Tomasz Lisiecki, dyrektor zarządzający firmy TriGranit Development Polska, która jest inwestorem projektu. Kompleks robi wrażenie. W zeszłym roku jego twórcy – z krakowskiego Biura Architektonicznego Artur Jasiński i Wspólnicy – otrzymali nawet nagrodę artURBANICA dla najlepszej przestrzeni publicznej. Znajdujące się w tym miejscu przed laty zakłady chemiczne to już prehistoria.

Magazyn Krakowski Extra Wydawca: Future is Now Na podstawie umowy franchisowej z Extra Media sp. z o. o.

Adres redakcji: Markowskiego 4/8, 31-881 Kraków. redakcja@magazynkrakowski.pl, telefon: 799-219-599 Redaguje zespół: Janusz Schwertner (redaktor naczelny), Kacper Kępiński (Przestrzeń miasta), Jakub Sochacki (Dawno temu w Krakowie), Bartosz Paleta. Reklama: Dominika Kowalska, Alicja Krok, Magdalena Wojtowicz, Mateusz Górski. Design: Sarah Balikowski. Grafika: Katarzyna Skoczylas. Redakcja nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń.


3

Temat numeru

Zwycięstwo Dyrektora Historia Zdzisława Kusztala, dyrektora krakowskiego VIII LO, daje przykre przemyślenia. Albo: bardzo optymistyczne. Nawet jeśli popełniłeś w życiu wielki błąd... ciągle jest szansa, że spotka cię za to nagroda.

Zamierzałem tylko sprawdzić, czy prawidłowo założyłem blokadę w samochodzie i udać się do teściowej. Kiedy wsiadłem do samochodu, to zobaczyłem, że tej blokady nie ma i jakoś odruchowo zapaliłem i pojechałem. (..) Ujechałem jakieś 800 metrów i zostałem zatrzymany przez Straż Miejską, bo jechałem bez zapalonych świateł. Nie przypominam sobie, żebym pchał przed sobą jakiś pachołek plastikowy, nie bardzo sobie to wyobrażam. Jakkolwiek do końca tego wykluczyć nie mogę.

Opel Astra przemierza jedną z krakowskich ulic zygzakiem, ciągnąc na masce najechany kilka chwil wcześniej pachołek. Strażnicy miejscy są zaniepokojeni, zatrzymują auto i rozpoczynają rutynową kontrolę. Kierowca wychodzi, ale lekko się zatacza. W powietrzu czuć woń alkoholu. Strażnicy wzywają policję. Tuż przed godziną pierwszą policjanci dojeżdżają w okolice stadionu Cracovii. Proszą o prawo jazdy i dowód ubezpieczenia, bezskutecznie. Sięgają po alkomat: 2,34 promila, a w drugim badaniu: niewiele ponad dwa promile. Te początkowo przeklęte cyfry, które w trakcie procesu sądowego będą wciąż powracać, okażą się później kluczowe.

Przyznaje też, że koledzy wypili dwa-trzy kieliszki więcej od niego. To kłóci się z ich zeznaniami. Współbiesiadnicy dyrektora byli przekonani, że wszyscy pili równo. Sąd nie da później wiary ich słowom, a nieścisłości uzna za nieudolnie przygotowaną wspólną wersję zdarzeń. Ale mniej więcej w tym czasie dyrektor wpada na pomysł, by sprawę rozegrać zupełnie inaczej. Zarzuca funkcjonariuszom użycie wadliwego alkotestu. Uważa też, że dwa - wykonane w odstępstwie kwadransa - pomiary zbyt drastycznie różnią się od siebie. Zresztą należało wykonać jeszcze jeden. Wokół alkomatu i paru cyfr będzie toczyć się walka przez następne kilka lat.

Póki co Zdzisław Kusztal, dyrektor VIII Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie, dydaktyk z niespełna 40-letnim stażem, zostaje odwieziony do domu i przekazany żonie – a jego samochód odholowany przez policjantów. Jest 29 sierpnia 2006 roku. Dyrektor spuszcza głowę i przyznaje się do winy. Ale później totalnie zmienia front. To wtedy rozpoczyna się prawdziwa rozgrywka.

Prolog Nauczanie młodych ludzi Zdzisław Kusztal od 1971 roku traktuje z wielką estymą. To dla niego prawdziwa misja i sposób na życie. Robi to, co kocha, więc lepiej być nie może. Zdaniem wielu, to pasja popycha go w życiu zawodowym tak daleko. Nie ma jeszcze trzydziestki, gdy obejmuje posadę dyrektora jednej z krakowskich szkół podstawowych. Nie mija dekada, a po sumiennym pokonaniu każdego szczebla zostaje powołany na urząd inspektora oświaty. Na początku lat 90, już w wolnej Polsce, spełnia jedno z życiowych marzeń. Zostaje dyrektorem VIII Liceum Ogólnokształcącego i przeprowadza prawdziwą rewolucję. Szkoła staje się jedną z najpopularniejszych i najbardziej chwalonych placówek w regionie. Goszczą w niej znani politycy, na czele z wybranym na Prezydenta Krakowa profesorem Jackiem Majchrowskim. W 1996 roku zostaje odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, dwa lata później za swoją działalność odbiera nagrodę Prezydenta Miasta Krakowa i Kuratora Oświaty. Głosy, że szkołą rządzi jak wytrawny dyktator milkną w próżni, bo Kusztal ma na koncie niemałe sukcesy. Mieczysław Marek Michalik, w 2002 roku, wówczas wicekurator oświaty. - Pan Dyrektor tworzy bardzo dobrą atmosferę i właściwe relacje w społeczności szkolnej. (..) Od 1997 roku szkoła zajmuje wysokie miejsca w rankingach szkół. Doskonale sprawdził się w kolejnych latach pełnienia swojej funkcji. Zyskał uznanie rodziców, sympatię uczniów, akceptację grona pedagogicznego. Aleksandra Zawadzka-Głowacka, wieloletnia nauczycielka w VIII LO, o Zdzisławie Kusztalu także w 2002 roku. - Jest doskonałym szefem i znakomitym menadżerem. (..) Pan Dyrektor zawsze dbał o nauczycieli i motywował ich do rozwoju zawodowego.(..) Dzięki Jego głębokiej kulturze osobistej, mądrości i taktowi, praca w naszym liceum jest prawdziwą przyjemnością. (..) Propaguje wychowanie w duchu wartości takich jak: prawda, wolność, miłość. (..) Uważam, że wysoka pozycja i

popularność naszego liceum wśród krakowskiej młodzieży jest w dużym stopniu zasługą Pana Dyrektora Kusztala. W czasie wystąpienia wygłoszonego w trakcie konkursu na dyrektora szkoły w 1992 roku Kusztal zapowiada: „Swoją działalność, wszystkie zamierzenia budował będę na prawdzie, wiedzy, godności moralnej i miłości do człowieka.”. Komisja jest pod dużym wrażeniem polotu przyszłego dyrektora. Wybiera go bez wahania. Stanowisko Kusztal traci kilkanaście lat później. Prokurator oskarża go o prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu. To wtedy godność moralna, do której wzywał dyrektor, zaczyna brzmieć jak mrzonka.

Upadek Letnia noc 2006 roku nie mogła się wydarzyć. Ale stało się – i zmieniło wszystko. Początkowo nic na to nie wskazywało. Dyrektor Kusztal spotkał się w hotelu „Ostoja” nieopodal Błoń, by świętować awans jednego z kolegów. Goście zostali oprowadzeni po wnętrzu lokalu, chcieli w tym miejscu organizować w przyszłości spotkania przy jakichś specjalnych okazjach. Wspólnie – w czwórkę - zasiedli do stołu. Kolacja typowo polska: flaki, żeberka i wódka. W nocy Kusztal opowie policjantom, że w restauracji pił piwo, ale potem zmieni zdanie. Piwa więc raczej nie było. Według zeznań stanęło na dwóch pięćdziesiątkach czystej wódki, a jak się później okazało, podobno tylko na czterdziestkach – bo tylko takimi dysponował właściciel. Po północy dyrektor Kusztal wychodzi ze spotkania. Podobno ma zamiar odwiedzić teściową, która mieszka niedaleko. Po jednego z kolegów przyjeżdża żona, która jest skłonna porozwozić całą trójkę po domach. Kusztal nie przystaje na propozycję, a zamiast do teściowej, wsiada do samochodu. Według zeznań, z zamiarem sprawdzenia, czy wcześniej zablokował skrzynię biegów To dziwne, bo ostatecznie odpala silnik i rusza w kierunku swojego mieszkania. Samochód prowadzi bardzo nieporadnie – jedzie zygzakiem, wjeżdża w ustawiony na drodze pachołek. Zatrzymują go strażnicy, ale Kusztal nie dysponuje ani

prawem jazdy, ani dowodem ubezpieczenia. Zatacza się, a wynik pomiaru alkomatem – prawie 2,4 promila – rozwiewa wątpliwości policjantów. Zeznają, że zatrzymali nietrzeźwego kierowcę. Prokurator stawia zarzuty. Dyrektor wydaje się być pod ścianą.

Wojna Zdzisław Kusztal popełnia fatalny błąd. Jak dziesiątki czy setki innych osób w Polsce prowadzi tej nocy samochód pod wpływem alkoholu. W gruncie rzeczy, mogło paść na każdego, wystarczy chwila słabości. Ale trafiło na człowieka, który ponad dekadę wcześniej wzywał do godności moralnej. Na dydaktyka, wychowawcę, który poświęcił szkole całe życie. Teraz jeden moment miał sprawić, że wszystko runie. W sytuacji patowej, skazany na porażkę – dyrektor rozpoczyna beznadziejną walkę. Z akt sprawy: Był to największy błąd w moim życiu. Jego skutki przeżywam codziennie, uświadamiając sobie, jak wielką krzywdę wyrządziłem sobie, swojej rodzinie, a pośrednio, kierowanej przeze mnie od 15 lat szkole, uczniom i nauczycielom. Wydarzenie to jest moją osobistą, życiową porażką i swoistą tragedią. To dla mnie największa kara, którą codziennie dotkliwie odczuwam. Zdaje sobie sprawę, że mój czyn powinien zostać ukarany (..). To słowa wypowiedziane przez Zdzisława Kusztala we wrześniu 2006 roku. Wkrótce będą brzmieć ledwie jak żart. W czasie rozprawy podtrzymuje, że feralnej nocy pił alkohol. Sugeruje również błędny pomiar alkomatu. O wypiciu litra piwa powiedział będąc w szoku, a w rzeczywistości wypił jedynie dwa kieliszki wódki i to przed godziną 19. 6 listopada 2007 roku zeznaje przed sądem. W trakcie przerywa wypowiedź, ociera łzy i z trudem kontynuuje. Z akt sprawy: Od początku twierdziłem, że na spotkaniu wypiłem dwa kieliszki wódki(..). Zdaje sobie sprawę, że w notatkach policji jest mowa, że piłem piwo, ale wówczas ja bym się do wszystkie przyznał, w takim byłem stanie(..).

Świadkowie zgodnie przyznają, że Zdzisław Kusztal tamtej nocy nie był pijany. On twierdzi podobnie. Po co więc – jak sam zeznawał – wsiadł do samochodu z zamiarem upewnienia się, czy prawidłowo zablokował skrzynię biegów? Czemu prowadził samochód zygzakiem? Czemu toczył przed sobą plastikowy słupek? Dlaczego nie miał przy sobie prawa jazdy? Czemu strażnicy miejscy i policjanci zgodnie twierdzili, że mocno wyczuwalna była woń alkoholu? Dlaczego się zataczał i przyznał, że wypił litr piwa? W końcu: dlaczego dyrektor określił to wydarzenie jako największy błąd w życiu i czemu przyznał się do winy, skoro – jak twierdził teraz – nie pił prawie wcale, a wszystkiemu winne są leki, związany z chorobą stan hipoglikemii i wadliwy alkomat? No właśnie, alkomat. To on miał uratować dyrektora. Ale jeszcze nie teraz. 27 czerwca 2007 roku sędzia Sebastian Mazurek uznaje Zdzisława Kusztala winnym prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwym. Kara: utrata prawa jazdy na trzy lata i grzywna. Równocześnie powiadamia o podejrzeniu złożenia fałszywych zeznań przez świadków – z braku jednoznacznych dowodów ten wniosek zostaje później uchylony. Sąd uznaje prawdziwość słów Kusztala w bardzo znikomym zakresie. W zasadzie zgadza się tylko co do tego, że spotkanie towarzyskie w „Ostoi” rzeczywiście się odbyło i że dyrektor pił alkohol. Przyjął także wyjaśnienia co do ciężkiego stanu zdrowia skazanego. Ale zastanawiające zmiany zdania nie mogły ujść uwadze. W trakcie pierwszego przesłuchania dyrektor przecież przyznał się do winy i odmówił składania dalszych wyjaśnień. A później złożył pismo, wnosząc o uwzględnienie przy wymierzaniu kary szeregu dolegliwości zdrowotnych i stresu, w jakim się znajdował. Ale potem – w czasie drugiego przesłuchania – stwierdził zagadkowo, że „w zasadzie przyznaje się do zarzutu”, lecz uznaje wynik badania alkomatem za zawyżony, na co wpływ miało jego zdrowie i przyjmowane leki. W końcu przed sądem... nie przyznaje się do popełnienia przestępstwa. Pierwsze zeznanie sąd traktuje jako najbardziej wiarygodne. Sędzia uważa, że wówczas Kusztal nie miał jeszcze czasu, by przygotować linię obrony. > Dokończenie na str. 4


4

Temat numeru

>>> Dokończenie ze str. 3 Z akt sprawy: Jest oczywiste, że gdyby rzeczywiście oskarżony czuł się trzeźwy, gdyby uważał, że po tej ilości alkoholu jaką spożył, nie mógł „wyjść taki wynik”, to od razu dałby wyraz przynajmniej swojemu zdziwieniu bądź wręcz negowałby wyniki, i co oczywiste, żądałby badania krwi, skoro alkotest jego zdaniem zawyżałby wynik. (..) Co więcej podał funkcjonariuszom Policji w toku badania, jak sam przyznaje, nawet nieprawdziwą informację co do rodzaju i ilości wypitego alkoholu, co niewątpliwie musiałoby budzić zdumienie, gdyby faktycznie oskarżony był zaskoczony wysokim wynikiem. (..) Okoliczność ta dobitnie przekonuje, iż oskarżony nie podaje w swych wyjaśnieniach prawdy co do ilości wypitego alkoholu i czasu jego spożycia. Wątpliwości budzą też rozbieżności w zeznaniach świadków i oskarżonego. W uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził wprost: świadkowie i oskarżony nie przedstawiają w tej sprawie (co do ilości spożytego alkoholu – dop.red.) prawdy, lecz jedynie – uzgodnioną wersję. Odrzuca też linię obrony dyrektora związaną z lekami, które miały mieć wpływ na wysokość poziomu alkoholu we krwi, powołując się na opinie biegłych. I w końcu hipoglikemia, niebezpieczny dla życia stan, jaki rzekomo miał akurat przechodzić dyrektor. Jedna z biegłych orzekła, że nawet jeśli feralnej nocy rzeczywiście do niej doszło, to nie mogło mieć to wpływu na zawartość alkoholu. Sędzia nie znalazł też jakichkolwiek podstaw, by założyć, że 30 sierpnia 2006 roku alkotest miał awarię. Z akt sprawy: Czyn oskarżonego nie budzi wątpliwości. Jest on osobą o prawidłowym rozwoju intelektualnym, zdawał sobie w pełni sprawę z tego, co robi, a jeżeli nawet - jak twierdzi - nie wie dlaczego ruszył samochodem, to tylko w wyniku upojenia alkoholowego, w jakim się znajdował(..). Naraził swym czynem na niebezpieczeństwo życie i zdrowie innych (..). Wymownie o stopniu tego zagrożenia świadczy fakt, iż oskarżony pchał przed sobą pachołek drogowy, jechał bez włączonych świateł, wręcz chwiał się na nogach, gdy wysiadł z samochodu. (..) Winę oskarżonego zwiększa fakt, iż jest dyrektorem liceum, wychowawcą młodzieży, dla której winien być wzorem postępowania, co tym bardziej winno obligować do przestrzegania porządku prawnego i to w tak doniosłej kwestii, zwłaszcza gdy zważyć, jak wielu sprawców przestępstwa prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości to ludzie młodzi. Wyrok zapadł, ale walka dopiero miała się rozpocząć. Apelację w imieniu Zdzisława Kusztala złożył adwokat Konrad Kozub-Ciembroniewicz. Argumenty podniesione przez obronę? Oskarżony wypił ok. godz. 19 dwa kieliszki wódki, więc trudno się dziwić, że po poinformowaniu go o stanie nietrzeźwości, uznał swoją winę. Nie miał jednak – zgodnie z treścią apelacji złożonej przez KozubaCiembroniewicza – świadomości wadliwego działania alkomatu i tego, że tak naprawdę nie stwierdzono u niego takiego wyniku. Szeroko opisano wszystkie wątpliwości związane z alkotestem. A na koniec stwierdzono, że sąd w ogóle nie ustalił, czy... dyrektor feralnej nocy prowadził „pojazd mechaniczny w ruchu lądowym, wodnym lub powietrznym”. 9 grudnia 2008 roku, dwa i pół roku po nocnej przejażdżce, dyrektor odnosi pierwszy sukces. Sąd Odwoławczy uchyla wyrok i przekazuje sprawę do ponownego rozpatrzenia. Wskazuje na kilka niedopatrzeń. Od tego czasu sprawa dotyczy już w zasadzie tylko tego, czy alkomat, jakim posłużyli się policjanci, ze względu na domniemane usterki i brak aktywizacji, może być traktowany jako dowód w sprawie. 18 marca 2009 roku, Zdzisław Kusztal na prawie trzy lata po zdarzeniu. Z akt sprawy: Nie przyznaję się do winy. Wszystko co miałem do powiedzenia już podałem, chciałem tylko dodać, że ta sprawa jest dla mnie koszmarem. (..)

Nigdy nie przyznałem się do winy. Policjant powiedział tylko, że wypełnimy protokół i pokazał mi miejsca, gdzie mam się podpisać. Nie przeczytałem tego, co podpisałem. 21 kwietnia 2010 roku zapada wyrok sądu apelacyjnego. Zdzisław Kusztal zostaje uniewinniony. Sędzia uzasadnia, że w przypadku dwóch prób wyników znacznie od siebie odbiegających należało przeprowadzić badania dodatkowe. Dużą różnicę uznał natomiast za niemożliwą – choć do końca procesu część powołanych biegłych oznaczyło ją jako dopuszczalną. Sąd uznał jednak, że ustalenie przyczyn rozbieżnych wyników rodzi niedające się rozstrzygnąć wątpliwości. Z akt sprawy: Całość powyżej omówionego materiału dowodowego pozwoliła zatem sądowi ustalić dwa zasadnicze i niewątpliwe fakty. Po pierwsze: Zdzisław Kusztal w chwili poddania go badaniu alkomatem miał w organizmie alkohol - w innym wypadku alkometr nie zadziałałby; i po wtóre: co najmniej jeden wynik badania oskarżonego był błędny. Innymi słowy: dyrektor na pewno był pod wpływem alkoholu, lecz nie sposób ustalić, czy rzeczywiście w takim stopniu, jak określiły to badania alkotestem. A takie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego. Radość dyrektora była jednak wówczas jeszcze przedwczesna. 22 czerwca tym razem wyrok uniewinniający w całości zaskarża prokurator. Z akt sprawy: Oskarżony po badaniu nie kwestionował jego wyniku, nie zażądał też pobrania krwi, a tak zachowałaby się osoba, która jest pewna tego, że dane badanie nie wykazałoby alkoholu we krwi. (..) Zdzisław Kusztal przesłuchany w charakterze podejrzanego został po ponad 12 godzinach od momentu zatrzymania go do kontroli - a więc trudno uznać, aby składając wyjaśnienia, w których przyznał się do zarzutu i nie kwestionował wyników badań, znajdował się w stanie zdenerwowania czy jakiejkolwiek presji. 8 lipca Zdzisław Kusztal kieruje pismo z prośbą o przyspieszenie terminu rozprawy odwoławczej. Trwa walka z czasem, bo w przypadku uprawomocnienia się uniewinnienia będzie mógł powrócić na stanowisko dyrektora VIII LO. Rozprawa odbywa się... 25 sierpnia, na kilka przed przed inauguracją roku szkolnego. Apelacja prokuratury zostaje odrzucona. Sędzia uznaje, że równie prawdopodobne w całej sprawie okazały się dwa twierdzenia: o zawartości w organizmie oskarżonego alkoholu przekraczającego zerowy poziom stężenia i braku możliwości precyzyjnego określenia tej wartości. Więc nareszcie – zwycięstwo.

Powrót

Czwartek, 24 stycznia 2013 W skrócie: zarówno na pierwszym, jak i drugim konkursie stawili się kandydaci świetnie przygotowani do objęcia funkcji. Problem mógł leżeć raczej w tym, na kogo postawić. Ale kandydaci nie mieli żadnych szans. Otrzymywali absurdalne pytania rodem z kabaretu Monthy Pythona. Dochodzi więc do impasu, bo kandydaci się zgłaszają, ale żaden nie uzyskuje wystarczającej aprobaty komisji. Jak to się dzieje, że w kilka dni po usłyszeniu wyroku uniewinniającego dyrektor Kusztal wraca na stanowisko? I dlaczego nie musi zgodnie z zasadami stawać do konkursu? Wszystko odbyło się w granicach prawa. Bo ono – w przypadku, gdy przez dłuższy czas nie udaje się wybrać nowego dyrektora – pozwala tę funkcję obsadzić prezydentowi miasta. A Jacek Majchrowski mógł dokonać tylko jednego wyboru. Szkoła czekała na powrót starego-nowego dyrektora. Ale od tej pory wszystko zaczęło wyglądać nieco inaczej niż wcześniej. Cały autorytet, jaki przez lata budował sobie Zdzisław Kusztal, uleciał bardzo daleko. Pozostał respekt – taki, jakim darzy się surowego ojca. Albo: dyktatora. Część nauczycieli nie ukrywała negatywnego stosunku do publicznie skompromitowanego dyrektora. Z drugiej strony wciąż wielu pozostało mu wiernych. Obie grupy łączyło milczenie. W prywatnych rozmowach nauczyciele nie mogli się nadziwić niektórym zachowaniom dyrektora, ale równocześnie – świadomość tego, że nie warto się wychylać, była powszechna. A w salach VIII LO uczniowie mogli usłyszeć od uczącego matematyki dyrektora, że w życiu – liczy się godność i prawda. Anonimowo opowiadają nam uczniowie i pracownicy VIII LO. Kusztal to osoba ze starego układu. On i grupa wspierających go nauczycieli to towarzystwo, które zna się od trzydziestu lat i nie ma żadnego interesu, by tworzyć jakąkolwiek jakość. O ile jeszcze w 2006 roku cieszył się respektem – choć już wtedy mówiono o jego niewytłumaczalnych zachowaniach – to od czasu wszczęcia postępowania jego autorytet lawinowo poleciał w dół. Nauczyciele obawiali się, że wróci na stanowisko. Wszyscy mieliśmy świadomość, że coś w tym jego powrocie jest nie tak. Że te przeciągające się patowe konkursy to nie przypadek. Moim zdaniem prezydent Majchrowski dał się mu wylizać, a gdy nastąpił dogodny moment – w oburzających okolicznościach przywrócił mu stanowisko. W szkole istniała grupa nauczycieli, która wiernie wspierała dyrektora. Była przy nim zawsze, niezależnie od okoliczności. Ale część – choć najmniejsza – miała odwagę głośno wypowiadać swój sprzeciw. Ta grupa mogła liczyć na wsparcie jeszcze kilkunastu osób, pozostających nieco z boku, głównie z obawy przed konsekwencjami.

W międzyczasie w krakowskim VIII Liceum Ogólnokształcącym brakuje dyrektora. Pojawia się niby dotychczasowa wicedyrektorka, ale wiadomo, że się nie nadaje. A na pewno nie po takim poprzedniku. Ale on, już legendarny – postrzegany jako ojciec jej sukcesu, przez lata pozostaje pod oskarżeniem. Miasto rozpisuje konkurs na jego następcę. Zwykłe rutynowe działanie zostaje odebrane jako cios. Mniej więcej w tym czasie już wiadomo, że nowego dyrektora VIII LO nie sposób będzie wybrać. To miejsce musi zaczekać na Zdzisława Kusztala. Konkursy odbywają się 10 czerwca 2008 i 2 lipca 2010 roku. Mają dziwny charakter. Niby pojawiają się kandydaci, ale są z góry skazani na porażkę.

5 maja 2011 roku. Za kilka minut startuje matura. Dyrektor tuż przed dziewiątą wchodzi do sali, by życzyć nam powodzenia. Równocześnie poleca nam sporządzanie rysunków ołówkiem, bo „każdy matematyk tak robi”. Wcześniej nauczyciele ostrzegali nas, by używać tylko długopisów. Spytałam o to dyrektora. A on zaczął na mnie krzyczeć, stwierdził, że opowiadam głupstwa. Było już po dziewiątej, cała Polska pisała maturę, a ja byłam totalnie zestresowana. Przez jego krzyki nie mogłam się skupić. Wprowadził mnóstwo zamieszania, kazał odczytywać punkty regulaminu i wzywać, bym zaczęła myśleć logicznie: piszesz maturę z matematyki i nie myślisz logicznie?! Wyprowadził mnie z równowagi. Trzęsły mi się ręce, a czas leciał.

Na łamach „Dziennika Polskiego” Małgorzata Jantos, krakowska radna, mówi wprost: to był ustawiony konkurs. - Nie pamiętam dokładnie tej sprawy, ale skoro tak powiedziałam, to rzeczywiście tak to musiało wyglądać. Wiem też, że dyrektor w końcu został przywrócony na stanowisko. Jak to oceniam? Generalnie jestem przeciwna wszelkiej kadencyjności: zarówno posłów, jak i innych urzędników, w tym także dyrektorów szkół – mówi nam dziś dr Jantos.

6 maja 2011 roku. Piszemy maturę z jednego z przedmiotów. Dzień wcześniej zachorowałam, przez co miałam problemy z kaszlem. Nie chcąc nikomu przeszkadzać, wzięłam ze sobą wodę i tabletki do ssania, żeby w razie konieczności powstrzymać kaszel. Wcześniej spytałam o zgodę komisję egzaminacyjną. Jedna z nauczycielek zdecydowała, że należy zapytać o zdanie dyrektora. Po chwili przyszedł i zaczął podniesionym tonem pytać, co się

stało. Wytłumaczyłam, a on zaczął krzyczeć: nie mogę cię dopuścić do matury! Odpowiedziałam, że chodzi o zwykły kaszel, nic więcej. To jesteś chora czy nie?! - znów krzyknął. Pobiegłam do ławki, z nerwów zaczęłam płakać. Wszyscy się temu przyglądali. Podeszła do mnie koleżanka, a dyrektor znów zaczął wołać: proszę zostawić ją w spokoju, ona nie potrzebuje pocieszycielki! Odpowiedziała mu: trzeba mieć trochę współczucia! Dyrektor na to: ja nie mam współczucia?! On nikogo nie szanuje. Potrafi wyzywać, pomiatać nami. Traktuje nas z góry, rzuca przekleństwami. Czasem aż chce się płakać. Gdyby dokładnie opowiedzieć w domu, w jaki sposób zwraca się do pracowników, to... Szkoda gadać. Po wypadku Zdzisław Kusztal stał się innym człowiekiem.

Horyzont Dyrektor ciągle cieszy się świetną opinią. Przynajmniej oficjalnie. O całym zamieszaniu wszyscy zaczynają zapominać. A i dyrektor ma powody do dumy, bo w najtrudniejszych chwilach nie zostawili go ci, na których liczył najmocniej. Bohaterowie naszej okładki. Zawsze blisko był prezydent Jacek Majchrowski, częsty gość VIII LO. Jego słowa wypowiedziane tuż po powołaniu Kusztala na stanowisko przytaczał „Dziennik Polski”. - Jeżeli ktoś jest niewinny, a przez cztery lata był ciągany po sądach i nie mógł pełnić funkcji, to uważam, że elementarną zasadą przyzwoitości jest przywrócenie go do tej funkcji. To forma zadośćuczynienia – mówił Majchrowski. Kusztala wspierał także ksiądz proboszcz Antoni Sołtysik. Wystosował nawet list w obronie dyrektora. Jego fragment przytaczał we wrześniu 2010 roku „Dziennik „Polski”. Ksiądz Sołtysik pisał: - Z całym poczuciem odpowiedzialności stwierdzam, że Pan Dyrektor cieszy się wielkim szacunkiem i zaufaniem tak wśród grona nauczycielskiego, jak i w środowisku uczniów, a nadto w środowisku moich parafian, jest bowiem człowiekiem odpowiedzialnym, solidnym, o wysokim poziomie moralnym. A obok prezydenta i proboszcza – Józef Rostworowski, wówczas kurator oświaty, który pełnił funkcję w momencie, gdy Kusztal toczył bój w sądzie. Kurator toczącej się sprawy karnej przeciwko dyrektorowi nie uznał na tyle istotnej, by... wszcząć jakiekolwiek postępowanie dyscyplinarne. Zrobił to dopiero, gdy... sprawa zdążyła się już przedawnić.

Zwycięzca Zdzisław Kusztal w beznadziejnej sytuacji odniósł triumf. Wygrał, choć wszystko wskazywało na to, że nie ma wyjścia. Dopiął swego. Po trupach? Tak. Także dzięki pomocnym dłoniom osób, u których przez lata zaskarbił sobie zaufanie. Gdyby nie Majchrowski, Sołtysik, Rostworowski wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale najwięcej zawdzięcza alkomatowi. Życzliwość rzeczy martwych. Dyrektor ostatnio odzyskał formę. Znów z uwagą zarządza szkołą, odnosi sukcesy, dba o jej prestiż. Sęk w tym, że już tylko nieliczni traktują go poważnie. To ci, którzy wciąż czują do niego szacunek albo raczej: respekt. To cena, jaką zapłacił za jeden, największy błąd w swoim życiu. Sam to przyznawał i sam miał tego świadomość. Swoim uczniom mógłby opowiadać, jak wiele może kosztować jedna głupia decyzja. Wybrał jednak inne rozwiązanie: zrzucić winę, a wkrótce - zapomnieć. Wbrew swoim zasadom, które wypracowywał bite czterdzieści lat. Stara się być dokładnie tym, kim był wcześniej. Tak jakby nic się nie wydarzyło. Ale to już niemożliwe. Dziś dla swoich uczniów może być naocznym przykładem tego, że moralność jest passé. Niewiele znaczy, bo nic nie daje. Przegrał więc moralnie? Tak. No i co z tego? JANUSZ SCHWERTNER


8

Wywiad numeru

Czwartek, 24 stycznia 2013

I w mózgu zapala się światło Edward Linde-Lubaszenko, wybitny aktor filmowy, telewizyjny i teatralny, od lat związany z Krakowem o tym, że miłość od pierwszego wejrzenia istnieje, a kobiety energię i witalność czerpią wprost od mężczyzn. Rozmawia Janusz Schwertner. Zdjęcie: Sarah Balikowski. Podobno miłość od pierwszego wejrzenia da się łatwo wyjaśnić... To czysta biologia!

nas uczyć, żeby nie kraść! Bo to wygląda, jakbyśmy robili im konkurencję! Obok siedział polityk z PO. Obruszył się, że jak można mówić tak o władzy. A Senyszyn: Ja nie mówiłam o władzy, ja użyłam metafory! No więc ja też użyłem metafory! (śmiech)

Można przejść się ulicami – dajmy na to Krakowa – i ot tak się zakochać? To jest mniej więcej tak, że człowiek istnieje od około dwustu tysięcy lat. W tym czasie wypracował sobie coś, co nazywamy instynktem samozachowawczym. Po prostu mamy w naturze to, że naszym naczelnym celem jest dbałość o przedłużenie gatunku. Genom zawdzięczamy natomiast umiejętność wyławiania sobie partnerów czy partnerek najlepiej dopasowanych do nas, dzięki którym wydamy na świat najlepsze potomstwo. Oczywiście działa przy okazji wielka studnia podświadomości, ale rzeczywiście idąc ulicą, jesteśmy w stanie dojrzeć partnerkę, z którą idealnie będziemy współpracować... prokreacyjnie. Po wielowiekowych doświadczeniach jesteśmy w stanie na pierwszy rzut oka odczytywać tego typu sygnały. Widzimy ją albo jego – i już w mózgu zapala się światełko... Pan studiował medycynę, więc wie o czym mówi. Tak, bo to rzeczywiście można wytłumaczyć naukowo. Chodzi przede wszystkim o chęć zachowania gatunku, ale wiadomo, to się łączy z dodatkowymi aspektami. Instynkt rozrodczy niesie za sobą seks i te wszystkie damsko-męskie relacje. W każdym razie to biologia podpowiada, kto jest dla nas najlepszym partnerem. Na ogół nazywa się to właśnie miłością od pierwszego wejrzenia. Na tę medycynę, o której wspomniałem, poszedł Pan podobno tylko dlatego, że blisko Akademii Medycznej mieszkała Pana ówczesna dziewczyna. A dziś studenci medycyny nie mają czasu na dziewczyny, bo ciągle się uczą.

jak z takim chłystkiem? (śmiech) Życie ze mną mogło być przyjemne, ale nadeszła pora, by się ustatkować. Wybuchła między nami jakaś bezsensowna awantura. W dramatycznych okolicznościach się rozstaliśmy, a ona później wyszła za architekta. Tak sobie myślę, że miała pewne cechy krakowskich dziewczyn z moich czasów. Na zasadzie: można się trochę pobawić,

„Tak sobie myślę, że miała pewne cechy krakowskich dziewczyn z moich czasów. Na zasadzie: można się trochę pobawić, miewać przygody – ale jak przychodzi do poważnego życia, trzeba zmienić do niego podejście.” Ja nie miałem z tym problemu! Raczej to ona przestawała znajdować czas. Opowiadałem już kiedyś publicznie tę historię, ale nigdy nie powiedziałem, jak ona potoczyła się dalej. Proszę słuchać... Ona była ode mnie o dwa lata starsza. W pewnym momencie została dokooptowana do naszej szkoły, z drugiego końca miasta. Był to pewnie rodzaj jakiegoś zesłania. Była piękna, być może jakiś nauczyciel się w niej zakochał i musieli ją przenieść gdzie indziej. I ona nagle wypatrzyła mnie – kurdupla, który sięga jej do ucha. I jakoś tak szybko doszliśmy do porozumienia. Ale w pewnym momencie, już po szkole, zaczęła szukać sobie miejsca w życiu chciała się ustatkować i... znaleźć męża. No bo

miewać przygody – ale jak przychodzi do poważnego życia, trzeba zmienić do niego podejście. Kraków uważany był za miasto typowo konserwatywne, a krakowianki...? Może trochę też, ale ja obracałem się głównie w środowisku studenckim. Piwnica pod Baranami, Jaszczury czy SPATiF, gdzie przychodzono popatrzeć jak jakiś znany aktor się upija i śpiewa sobie wieczorem na bani... W każdym razie w młodzieżowym kręgu raczej się tego nie odczuwało. Zresztą większość studentów to byli przyjezdni. Natomiast generalnie krakowianie czuli dużą dumę, że pochodzą z tego miasta. To dało się wyczuć. Coś w stylu

warszawian: nie masz cwaniaka, nad warszawiaka. Krakusi mieli podobnie. A dziewczyny? Kwestie pochodzenia raczej nie odgrywały roli. Gdy jest się na tak, to już nic nie stoi na przeszkodzie. Jedną z krakowskich dziewczyn, jaką spotkał Pan na swojej drodze, była Anna Dymna. Ona niedawno przyznała, że czuje się wyróżniona, bo była jedną z nielicznych kobiet, których nie starał się Pan zdobyć. Ale to ze względu na Wieśka Dymnego (pierwszy mąż Anny Dymnej – przyp. red.)! Ona była w trudnym momencie życia i ja w zasadzie starałem się przede wszystkim nią opiekować. Potrzebowała wtedy takiej przyjaznej duszy. To prawda, nie było żadnych prób z mojej strony. Uważałem, że mnie nawet nie wypada. Skoro mowa o kobietach i naszej seksualności, to jako student medycyny drobiazgowo analizował Pan słynny raport Kinseya. I także późniejsze badania, przynoszące nowe odkrycia. Tak, one często są bardzo ciekawe. Nie ma co ukrywać, między kobietą a mężczyzną istnieje „une petite différence”. Inne mechanizmy rządzą oboma płciami. Faceci na przykład mają taki naturalny instynkt chęci pozostawienia po sobie potomka. On budzi się zwłaszcza w jakichś sytuacjach granicznych, gdy już nawet nie obchodzi nas z kim, byle się to stało. Taką seksualność jak mężczyźni, taki samoistny popęd, ma tylko jedna trzecia kobiet.

Co z pozostałymi? Jedna trzecia posiada znikomą seksualność, a reszta... przejmuje ją od facetów. Kobieta zawsze jest takim pasożytem energetycznym. (śmiech) Mężczyzna to natomiast samoistny twórca energii. Hormony zupełnie inaczej działają w przypadku obu płci. Facet jest cały czas w gotowości, ciągle aktywny. No i dlatego jakoś przetrwamy... [Edward Linde-Lubaszenko zwraca się do córki, Beaty, która w międzyczasie przysiadła się do stołu. Wraz z espresso otrzymała kieliszek zimnej wody do popicia...] Co, Ty wódkę pijesz? Rany Boskie!

Ale skoro przeskoczyliśmy do polityki, to niegdyś opowiadał Pan, że w pewnym momencie został Pan w Polsce uznany za Żyda syjonistę, który głosi antypolskie hasła. Rzeczywiście tak było. Uważano mnie wówczas za syna Mikołaja Lubaszenki (w rzeczywistości ojcem Edwarda Linde-Lubaszenki był Lucjal Linde, Niemiec z pochodzenia, w trakcie wojny przymusowo wcielony do Wehrmahtu – przyp. red). Jako młody aktor współpracowałem z żydowskim Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym. W Teatrze Polskim we Wrocławiu była taka kameralna scena, gdzie debiutowałem, która w zasadzie była żydowska. W tym czasie nawiązałem kontakty z zarządem tego Towarzystwa – że o innych moich kontaktach z tamtą grupą nie wspomnę. Zaprzyjaźniliśmy się, aż w końcu zaproponowali mi współpracę. W tym czasie przyjeżdżały grupy Żydów rosyjskich, które udawały się na Zachód – ale że niejednokrotnie ktoś poślubiał Polkę lub Polaka, to zostawał już na stałe. Języka polskiego uczyli się głównie poprzez wiersze czy piosenki. Ja znałem rosyjski, więc miałem tam prowadzić dla nich coś w rodzaju kabaretu. Pracowałem mniej więcej dwa lata, akurat w czasie wydarzeń z 1968 roku. Zarzucono Panu, że w trakcie występów opowiada Pan antypolskie kawały. Tak zeznali moi dwaj koledzy, z którymi wcześniej piłem wódkę. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. Później z gazety dowiedziałem się, co rzekomo miałem opowiadać w formie żartu. Imputowano mi stwierdzenie: że Niemcy zamykali Żydów w obozach koncentracyjnych, żeby uchronić ich przed Polakami. Opowiada-

„Kobieta zawsze jest takim pasożytem energetycznym. Mężczyzna to natomiast samoistny twórca energii. To wszystko kwestia hormonów...” Beata Lubaszenko: No tak, już nie mogę tego słuchać! O tych kobietach-pasożytach... (śmiech) Skądże znowu, jakie pasożyty?! (śmiech) Beata Lubaszenko: Nie no, w zasadzie się z Tobą zgadzam... Ostatnio oglądałem w TVN24 dyskusję dotyczącą fotoradarów. W pewnym momencie poproszono o wypowiedź Joannę Senyszyn. Ona zaczęła mówić tym swoim specyficznym głosem: nie mogą złodzieje

łem w życiu wiele żartów, ale na pewno nie takich. Opisano mnie jako syjonistę. W marcu '68 ukazał się pierwszy artykuł na mój temat. Mieliśmy z ówczesną żoną wyprowadzić się do Kanady. W pewnym momencie postrzegano Pana jako Polaka o rosyjsko-niemiecko-żydowskich powiązaniach. Niezły miszmasz. Ale dziś to norma. Co drugi z nas to Żyd, Niemiec, komunista albo mason... No tak, jest prawie jak w 1968 roku. (śmiech) Wiem, bo przeżyłem to na własnej skórze...


Przestrzen ` miasta

Aktywne Czyżyny

stworzyć miejsca, które pokochają jedni i drudzy – tłumaczy Michał Franczyk. Poza poprawą jakości przestrzeni swojej dzielnicy, mieszkańcy Czyżyn organizują również wydarzenia integracyjne. Pod koniec września po raz pierwszy odbyły się dzielnicowe Dożynki, które były całkowicie oddolną inicjatywą dofinansowaną w ramach wcześniej wspomnianego projektu. Podczas Święta Łęgu, które przyciągnęło pokaźną liczbę uczestników, wystąpiły dzieci z lokalnej szkoły podstawowej, zorganizowano pokazy tańców regionalnych i inscenizacje. Wśród atrakcji nie zabrakło także występu orkiestry dętej z podkrakowskich Zielonek, a dzieciaki mogły korzystać do woli z karuzeli, wielkiej zjeżdżalni i przejażdżek na kucyku.

Podczas gdy władze miasta organizują – często fasadowe – konsultacje społeczne, gdy zazwyczaj tylko w kółko o nich mówią, zamiast wprowadzać je w życie – w Dzielnicy XIV mieszkańcy coraz mocniej angażują się w życie swojej społeczności. Michał Franczyk, przewodniczący czyżyńskiej komisji zagospodarowania przestrzennego: – Wszystko zaczęło się od powołania przy Radzie Dzielnicy komisji ds współpracy z NGO, której członkowie mieli odpowiednie kompetencje w zakresie pozyskiwania funduszy. Z powodów formalnych dzielnica nie mogła jednak zrobić tego sama, miasto zaś nie było przygotowane od strony formalnej. Dlatego podjęliśmy współpracę z Biurem Inicjatyw Społecznych. Teraz po uchwaleniu programu współpracy miasta z organizacjami pozarządowymi, inne dzielnice będą mogły podążać wyznaczoną przez nas drogą.

Głos mieszkańców Dzięki otrzymanemu dofinansowaniu na wspólną realizację projektu „Samorząd z inicjatywą, aktywni mieszkańcy – najlepszy efekt” plany wreszcie mogły zostać wcielone w zycie. W ramach przygotowań do aktywizacji mieszkańców przeprowadzono m.in. badania na temat oceny warunków życia na osiedlu Dywizjonu 303 oraz osiedlu domków jednorodzinnych Łęg. Dzięki temu Rada Dzielnicy uzyskała informacje, w jaki sposób może poprawić jakość przestrzeni osiedlowych w sposób, który najlepiej odpowiadać będzie potrzebom mieszkańców. Uruchomiono dyżury specjalistów, przez

Laboratorium partycypacji

co pojedyczne osoby i organizacje pragnące aktywnie działać na rzecz swojej dzielnicy, mogą pozyskiwać porady z zakresu powoływania stowarzyszeń i realizacji własnych pomysłów. Poszerzeniu wiedzy i umiejętności w zakresie partycypacji w kształtowaniu miasta służą także organizowane cyklicznie spotkania w ramach „Akademii Aktywności społecznej i Obywatelskiej” czy „Czyżyńskej Akademii Samorządności”, gdzie uczniowie szkół mogli spotkać się podczas wykładów z samorządowcami, parlamentarzystami lub specjalistami z Uniwersytetu Pedagogicznego, a na koniec wziąć udział w sesji Rady Dzielnicy XIV. Mieszkańcy mieli też możliwość uczestniczenia w zajęciach z fitnessu, kursu samoobrony dla kobiet, Akademii Seniora czy projekcie „Uczeń – Obywatel”.

Nowatorzy z Czyżyn O tym, że oddolne inicjatywy często wyprzedzają powolną urzędniczą machinę, przekonać można się było podczas jednego z Forów Dialogu Obywatelskiego poświęconego konsultacjom dotyczącym Miejscowego Planu Zagospodarowania Przestrzenneg obejmującego obszar Starych Czyżyn. W czasie konsultacji mieszkańcy po raz pierwszy w Krakowie dostali prawdziwą szansę zapoznania się z propozycjami urzędników. Przygotowano czytelne, specjalistyczne mapy i przemawiające do wyobraźni makiety urbanistyczne. Kilka tygodni później wprowadzenie podobnego rozwiązania przy opracowywaniu planów zagospodarowania zapowiedziała oficjalnie wiceprezydent Elżbieta Koterba, określając pomysł mianem „nowatorskiego”.

W działaniach dotyczących przestrzeni dzielnicy mieszkańcy mają jednak większe, niż tylko teoretyczne opiniowanie planów, osiągnięcia. Wspólnymi siłami stworzyli obywatelski projekt budowy ogrodu „Zielono mi” na osiedlu Dywizjonu 303, a następnie sami go zrealizowali w pierwszej fazie. Drugi etap ogólnodostępnego skweru zostanie zrealizowany na wiosnę. Powstał on na zaniedbanym do tej pory trawniku sąsiadującym z dawnym Lotniskiem, który wypełnił się kilkoma tysiącami ozdobnych drzew i krzewów. Do tego dojdą jeszcze alejki i mała architektura. – Budowanie społeczeństwa obywatelskiego ma ogromne znaczenie w samorządzie, bo to właśnie w tych małych ojczyznach–dzielnicach mieszkańcy spędzają najwięcej czasu. Chodzi o to, by dzięki współpracy z samorządowcami udało się

Mogilska: Aleja czy autostrada? W tym roku miasto planuje rozpoczęcie przebudowy linii tramwajowej od Ronda Mogilskiego do Placu Centralnego. Przy okazji, a może przede wszystkim, wyremontowana zostanie ul. Mogilska i al. Jana Pawła II. To szansa na zmianę oblicza śródmiejskiego fragmentu ulicy. Na kolejną poczekamy zapewne kilkadziesiąt lat. Jak widzi inwestycje miasto, a jak mieszkańcy? Wiceprezydent Krakowa ds. Rozwoju miasta Elżbieta Koterba w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdziła, że: „w obowiązującym studium Mogilska ma charakter ulicy śródmiejskiej – z usługami i przestrzeniami publicznymi, zachęcająca do ruchu pieszego”. Podkreśliła także, że nic nie stoi na przeszkodze, by taką wizję wcielić w życie. Nic poza bra-

9

kiem odwagi samych urzędników i wiceprezydenta Tadeusza Trzmiela, odpowiedzialnego bezpośrednio za inwestycje. Wizję, o której wspomina prezydent Koterba, w formie społecznej koncepcji przedstawiło już jakiś czas temu krakowskie Stowarzyszenie Przestrzeń-Ludzie-Miasto, którego działania poparły m.in. Stowarzyszenia „Kraków Miastem Ro-

werów”, „ŁAD”, Fundacja Instytut Architektury, branżowe czasopismo Architektura & Biznes, ale przede wszystkim mieszkańcy (niemal tysiąc podpisów pod petycją) i lokalni przedsiębiorcy. Na przyszły tydzień planowana jest kolejna odsłona działań, które mają doprowadzić do zmiany wizerunku tej części miasta.

Co zakłada obywatelski projekt „Aleja Mogilska”? Przede wszystkim zwrócenie przestrzeni ulicy mieszkańcom, dziś zawładniętej przez auta. To szerokie chodniki, ruch pieszy i rowerowy mogą zapewnić rozwój drobnych usług i handlu na ulicy, a nie przemierzające nią samochody. Nie bez znaczenia jest też ilość miejsc parkingowych – dziś za parkingi służą

Wszystkie działania i inicjatywy podjęte z woli samych obywateli pokazują, jak wielki potencjał drzemie w mieszkańcach Krakowa. Żeby zrealizować integrujące społeczność lokalną wydarzenie, czy poprawić jakość najbliższego otoczenia, wystarczy tylko pomoc organizacyjna i finansowa. Bez niej sami mieszkańcy sobie nie poradzą. Jak bardzo istotne są tego typu akcje klarownie pokazuje przykład Czyżyn. Ten obszar śmiało można nazwać krakowskim labolatorium partycypacji i społeczeństwa obywatelskiego. Władze Krakowa zamiast poszukiwać własnych dróg rozwiązań palących nasze miasto problemów, powinny z większą uwagą podchodzić do pomysłów mieszkańców, udzielając im koniecznego wsparcia. KACPER KĘPIŃSKI

W skrócie: W Czyżynach mieszkańcy biorą sprawy dzielnicy w swoje ręce. Nie tylko uczestniczą w konsultacjach społecznych ogłaszanych przez miasto, ale sami organizują m.in. dzielnicowe Dożynki i budują miejski ogród.

chodniki, które w kilku miejscach osiągają szerokość... jednej płyty chodnikowej. Projekt przedstawiony przez PLM zakłada budowę około stu miejsc postojowych, drogi dla rowerów, zieleni, szerokich chodników. Aby koncepcję wprowadzić w życie konieczne jest jednak ograniczenie ilości pasów ruchu (po jednym w każdą stronę lub jeden w stronę centrum i dwa w stronę Nowej Huty). Nieprawdą jest, że takie rozwiązanie całkowicie zakorkuje ten fragment miasta. Już dziś ruch w stronę Ronda Mogilskiego ogranicza się na całej długości ulicy do jednego pasa, drugi zaś używany jest głównie przez rowerzystów, którzy nie mają innego wyboru. Zatory pojawiają się jedynie przy skrzyżowaniach – i to one są ich głównym powodem, a nie szerokość jezdni. Zakładane natężenie ruchu na Mogilskiej jest porównywalne do ulic Ofiar Dąbia czy Marii Dąbrowskiej, na której zdecydowano się ograniczyć jezdnie do jednego pasa, na drugim wyznaczając miejsca parkingowe. Jak podkreślają autorzy koncepcji „Alei Mogilskiej” – projekt jest przede wszystkim początkiem

większej dyskusji, a nie gotową receptą. Powstał na drodze rozmów z mieszkańcami i przedsiębiorcami, za inspiracje posłużyły najlepsze przykłady przekształceń podobnych ulic z zachodniej Europy. Tego właśnie inicjatorzy akcji oczekują od miasta – podjęcia konstruktywnego dialogu z mieszkańcami, zapewnienia im wpływu na przestrzeń, w której żyją. I mimo że wykonawca inwestycji został już wybrany, na zmianę założeń nie jest jeszcze za późno. Nie powstał przecież jeszcze projekt przebudowy. A to daje szansę na wcielenie w życie chociaż części postulatów krakowian, zamiast realizacji kolejnej po „Autostradzie-Skawina” (ul. Grota-Roweckiego) dzielącej miasto austostrady w centrum. KACPER KĘPIŃSKI

W skrócie: Jeszcze w tym roku rozpocznie się przebudowa linii tramwajowej wraz z układem drogowym na odcinku od Ronda Mogilskiego do Placu Centralnego. Miasto nie planuje większych zmian w kształcie śródmiejskiego odcinka ulicy Mogilskiej. Innego zdania są mieszkańcy upatrujący w inwestycji szansę na zmianę oblicza swojej najbliższej okolicy.


Dawno Temu w Krakowie

13


14

`w Tym øzyje ż KrakÛ

Czwartek, 24 stycznia 2013

Szkoły albo koalicja 30 stycznia prezydencki projekt uchwały o likwidacji kilku krakowskich szkół trafi pod głosowanie. Jeszcze na początku roku wydawało się, że będzie to tylko formalność. Nie wykluczone jednak, że radni Platformy Obywatelskiej pomimo przymierza z Jackiem Majchrowskim odrzucą projekt. O sprawie likwidacji krakowskich szkół i fatalnym stylu, w jakim cały projekt starała się realizować wiceprezydent Krakowa Anna Okońska-Walkowicz pisaliśmy w poprzednim numerze „Magazynu Krakowskiego”. Już wtedy ustaliliśmy, że w przypadku każdej szkoły doszło do rażących niedopatrzeń, które sprawiały wrażenie przygotowanych nieporadnie i mało profesjonalnie. Te informacje szybko się potwierdziły. Koronny dowód? Miasto za niewiele znaczący fakt uznało istnienie w Szkole Podstawowej nr 3 przy ulicy Topolowej oddziałów integracyjnych dla dzieci wymagających specjalnej opieki. Zamierzało wszystkich uczniów SP3 przenieść do szkoły, w której takie oddziały nie są prowadzone. Po kilku dniach wiceprezydent musiała wycofać się z planu likwidacji podstawówki. Ale dotknięte zostały wszystkie szkoły. Do tej pory nie ma żadnej pewności, że zostały one wybrane

w sposób absolutnie merytoryczny. Zdaniem jednego z radnych – wypowiadającego się na naszych łamach – decydował tylko i wyłącznie klucz polityczny. W dodatku całkowicie zrezygnowano z ustalenia kryteriów, które mogłyby posłużyć do opracowywania rankingu szkół, a co za tym idzie – do wyłonienia placówek przeznaczonych do likwidacji. Zamiast tego posłużono się diagnozą określającą sytuację na przestrzeni dwóch lat. Wbrew temu, co twierdzi wiceprezydent i część radnych, szkołom nie uniemożliwiono w zasadzie żadnej reakcji. Dyrektorzy decyzję poznali zaraz po świętach Bożego Narodzenia. A nawet jeśli w 2012 roku wyprowadzili swoje szkoły na prostą, to nikt nie pokwapił się, by to sprawdzić. Wciąż także w mocy utrzymywany jest współczynnik demograficzny wyliczony przez socjologów dla całej populacji. To nonsens. Należałoby przeprowadzić wnikliwe badania demograficzne we wszystkich regionach miasta, ale do tego władze się nie kwapią. I wciąż posługują się hasłem: nadchodzi niż demograficzny, więc należy likwidować należy. W rezultacie – według diagnozy przeprowadzonej pod okiem wiceprezydent Okońskiej-Walkowicz – niż w dokładnie równym stopniu dotyka rejonów Starego Miasta, co np. Nowego Ruczaju.

Od radnych PO, z którymi rozmawialiśmy, nie uzyskaliśmy precyzyjnych odpowiedzi na pytanie, jak zamierzają głosować. Choć – trzeba przyznać – większość styczeń przeznaczyła na konsultacje z dyrektorami i rodzicami uczniów z likwidowanych szkół. W rozmowach z nami radni PO wyrażali oburzenie licznymi niedopatrzeniami i stylem działania prezydent, lecz decyzję co do zachowania się w trakcie głosowania zachowywali na później. Jeden z planów obmyślanych przez radnych zakłada odrzucenie części uchwał, a w przypadku pozostałych – uzupełnienie ich poprzez zaproponowanie szkołom nowych rozwiązań. W rezultacie i tak przynajmniej kilka szkół wytypowanych w grudniowym raporcie prawdopodobnie zostanie usuniętych. Sposób przeprowadzania likwidacji szkół obnażył kompletny brak kompetencji wiceprezydent ds. oświaty. Ale także jej stosunek do likwidowanych szkół. Odwiedziny konkretnych placówek Okońska-Walkowicz traktowała jako przykry obowiązek. A w najgorętszym okresie protestów... udała się na urlop. To jednak nie ona w tej chwili rozdaje karty. Wszystko zależy od radnych Platformy Obywatelskiej (wszyscy radni opozycyjni, w tym związani z Prawem

Triumf Kowalczyka Marcin Kowalczyk, krakowianin, absolwent PWST, otrzymał Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego. Aktor w poprzednim roku znakomicie wcielił się w rolę rapera Magika w głośnym „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida. Wśród nominowanych byli także inni absolwenci krakowskiej PWST: Joanna Kulig i Piotr Głowacki. Mam wrażenie, że pchamy aktorstwo o krok do przodu. Jestem z nas bardzo dumny – powiedział 21 stycznia odbierając Nagro-

dę im. Zbyszka Cybulskiego Marcin Kowalczyk. Słowa kierował do pozostałych nominowanych: związanych z Teatrem Starym w Krakowie Joanny Kulig (znanej z roli w „Sponsoringu”) i Piotra Głowackiego („80 milionów”) oraz do Agnieszki Grochowskiej i Julii Kijowskiej. Miniony rok był udany dla krakowskich aktorów. Kulig brawurowo odegrała rolę młodej prostytutki, która układa sobie życie oddając ciało bogatym, znacznie starszym od siebie mężczyznom. „Sponsoring” w znaczącej części zmierzył się z falą krytyki, ale wygląda na to,

że dla Kulig stał się trampoliną do dalszej kariery. Przez zagraniczne media absolwentka PWST została uznana za jedną z najciekawszych europejskich aktorek młodego pokolenia. Znacznie lepiej przyjęte zostało „80 milionów” w reżyserii Waldemara Krzystka. To opowieść o losach kilku opozycjonistów, którzy tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego wypłacają ze związkowej kasy miliony, służące później do budowania podziemia. Nominację do nagrody im. Zbyszka Cybulskiego za rolę Stanisława Sobczaka, oficera Służby Bezpieczeństwa,

i Sprawiedliwością zamierzają głosować przeciw prezydenckim uchwałom), których postawa na razie jest dwuznaczna. Z jednej strony część z nich wyśmiewa i obnaża przygotowany przez Okońską projekt, z drugiej – do tej pory nie wykluczono możliwości przyjęcia uchwały. Tak wynika ze słów zarówno Grzegorza Stawowego, przewodniczącego klubu PO, jak i Marty Pateny (na zdjęciu), odpowiedzialnej w partii za sprawy związane z edukacją.

Wciąż realny jest scenariusz odrzucenia przez radnych PO wszystkich uchwał. Takie rozwiązanie proces likwidacji szkół jedynie odwlekłoby w czasie, bo Platforma ideę zmniejszenia ilości placówek w Krakowie w pełni popiera. Dyrektorzy dostaliby jednak więcej czasu, a przede wszystkim – być może udałoby się usunąć dziesiątki zaniedbań i niedopatrzeń popełnionych przez wiceprezydent. otrzymał Piotr Głowacki. – To super przyjemność. Sam ten fakt jest podnoszący na duchu, dający siłę i wiarę, że to co robisz, ta uwaga, którą przykładasz do pracy przekłada się na uwagę innych, że ludzie z chęcią chcą ci powiedzieć, że fajnie coś robisz. To bardzo przyjemne – mówił po ogłoszeniu nominacji. Ale to Marcin Kowalczyk okazał się w tym roku najlepszy. Rola w filmie „Jesteś Bogiem” – opartym na losach działającej na przełomie XX i XXI wieku hip-hopowej grupy Paktofonika – pozwoliła, by dał się poznać szerokiej publiczności. Zadanie nie było proste, bo Kowalczyk musiał odegrać postać kultową, bardzo złożoną, w zasadzie do końca nieodkrytą. Spisał się znakomicie. – To wyjątkowa nagroda. Marzyłem kiedyś, by była

Na razie krakowska Platforma jest w rozkroku. Z jednej strony trzyma ją przymierze zawarte z prezydentem Majchrowskim, ale z drugiej – sprzeciw wobec prezydenckim działaniom w zakresie restrukturyzacji oświaty od początku wyraża część radnych. Porozumienie z Majchrowskim Platformę Obywatelską coraz bardziej zaczyna uwierać. Niewykluczone, że plany likwidacji szkół pociągną za sobą likwidację czegoś zupełnie innego. Przymierze PO z prezydentem wisi na włosku. Wiele zależy od tego, jak 30 stycznia zachowają się radni. Tych, którzy zagłosują za przyjęciem poszczególnych uchwał, będziemy prosić o tłumaczenia i odniesienie się do zarzutów, jakie przez ostatnie tygodnie trafiały do naszej redakcji ze strony wszystkich przeznaczonych do usunięcia szkół. JANUSZ SCHWERTNER

W skrócie: Radni Platformy Obywatelskiej wciąż nie zdecydowali, jak zachowają się w trakcie głosowania nad przyjęciem prezydenckich uchwał o likwidacji szkół. Przedstawiciele PO z jednej strony otwarcie krytykują projekt, a z drugiej – nie wykluczają jego poparcia. w zasięgu mojej ręki. Nie spodziewałem się, że nastąpi to już teraz. Życzyłem zwycięstwa innym kandydatom – mówił po otrzymaniu nagrody na antenie Polskiego Radia. Jeśli do grona powyższych aktorów dodać jeszcze Jakuba Gierszała, który po rolach we „Wszystko co kocham” i „Sali Samobójców” uznawany jest za jednego z najzdolniejszych polskich aktorów, wygląda na to, że Kraków filmowo ma się całkiem nieźle. JANUSZ SCHWERTNER

W skrócie: Krakowski aktor Marcin Kowalczyk został tegorocznym laureatem nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Nominację otrzymali także inni aktorzy młodego pokolenia związani z Krakowem: Joanna Kulig i Piotr Głowacki.


Kltura

15

Sezon narciarski w Teatrze W minionym sezonie teatralnym powiało zmianami. Od 1 stycznia wprowadza je nowy dyrektor artystyczny Teatru Starego, Jan Klata. Zastąpił on Mikołaja Grabowskiego, który pełnił tę funkcję przez ostatnie dziesięć lat. W połowie roku nominację na stanowisko wręczył Klacie Minister Kultury, Bogdan Zdrojewski. Nowy dyrektor w konkursie ogłoszonym przez ministerstwo pokonał czterech rywali. Werdykt zapadł jednogłośnie. Rozmowa z... Sebastianem Majewskim, zastępcą dyrektora artystycznego Teatru Starego Program, który przedstawił Pan z dyrektorem Janem Klatą zyskał już miano programu małych rewolucji. Jednak jeśli popatrzymy na to, jaką przemianę przeszedł Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu pod Pana dyrekcją, można odnieść wrażenie, że zmiany, które teraz są wprowadzane w Starym, to dopiero rozgrzewka przed przewrotem.\ Nie mnie to oceniać. Przez cały okres pracy w Wałbrzychu nigdy nie miałem osobistej potrzeby robienia rewolucji. Intencją mojego myślenia o repertuarze i działaniach w teatrze jest chęć prowadzenia z widzami sensownych dialogów. Czy ten dialog jest rewolucyjny, czy ewolucyjny to już jest kwestia sytuacji i kontekstu. Mogę tylko zapewnić, że naszym założeniem przy opracowywaniu programu nie było dokonywanie w Starym Teatrze przewrotu dla samego przewrotu. Choć oczywiście kierują nami osobiste wybory estetyczne, które może wydają się rewolucyjne. Nie zaprosiliśmy do współpracy w tej połowie sezonu Krzysztofa Garbaczewskiego, Moniki Strzępki, Marcina Libera czy Pawła Passiniego dlatego, że są to najbardziej rewolucyjni artyści, którzy mogą tu coś rozmontować. Ci artyści robią spektakle na tyle znaczące, ważne i interesujące – że Stary Teatr, scena narodowa, jest jak najbardziej miejscem dla nich.

FOT. BARTŁOMIEJ SOWA / MATERIAŁY TEATRU DRAMATYCZNEGO W WAŁBRZYCHU

Mimo jednomyślności zespołu, zmianie warty w teatrze towarzyszyły duże emocje. Po ogłoszeniu wyników konkursu, wybitny reżyser Krystian Lupa zadecydował o przerwaniu prób do najnowszego spektaklu „Miasto snów” i zrezygnował z etatu w Starym. Zarzucał on Klacie despotyzm i brak chęci do dialogu z zespołem artystycznym teatru. Miał też wątpliwości co do przebiegu samego konkursu i ignorowaniu przez ministerstwo opinii od artystów z Krakowa, którzy na miejscu Klaty najchętniej widzieliby Bartosza Szydłowskiego, dyrektora Teatru Łaźnia Nowa. Jednak niespełna miesiąc po objęciu stanowiska przez Klatę emocje zdążyły już opaść. „Miasto snów” zostanie zrealizowane, tyle że… w Warszawie, a obaj reżyserzy zażegnali konflikt i nie wykluczają współpracy.

Niekoniecznie rewolucja Jan Klata i jego zastępca, Sebastian Majewski, mają opinię twórców rewolucyjnych. Jednak w repertuarze nie sposób dopatrzyć się przewrotu. Druga połowa trwającego sezonu teatralnego upłynie pod znakiem biografii. Dyrektorzy sprowadzą do Krakowa najgłośniejszych twórców ostatnich lat. Zobaczymy spektakle dotykające polskiej historii, jak choćby: „Wanda Polka” Pawła Passiniego – czyli historia legendarnej Wandy, która nie chciała Niemca, czy „Poczet królów polskich” Krzysztofa Garbaczewskiego. Zaskakującą propozycją jest realizacja Michała Kmiecika – „Być jak Steve Jobs”. Do repertuaru wejdzie także sztuka najsławniejszego teatralnego duetu, Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ogółem do końca roku możemy spodziewać się w Starym sześciu premier. Kolejne sezony teatralne zapowiadają się wyjątkowo tradycyjnie. Klata i Majewski chcą oddać hołd artystom, którzy przyczynili się do sukcesu sceny Teatru Starego. Następne sezony będą poświęcone ikonom krakowskiego teatru. Ten najbliższy przybliży nam postać Konrada Swinarskiego. Kolejne będą dedykowane Jerzemu Jarockiemu, Andrzejowi Wajdzie, Krystianowi Lupie i Tadeuszowi Kantorowi.

Nowością w Starym będą działania edukacyjne. W kwietniu będziemy mogli zobaczyć dwie warsztatowe realizacje „Dumanowskiego”. To biografia bohatera narodowego, który żyje dokładnie przez 123 lata, czyli w okresie trwania trzech rozbiorów. Spektakle powstaną w koprodukcji z krakowską PWST. Na maj zaplanowana jest teatralizowana gra miejska – Ślady. Krakowianie będą mogli podążać drogami wspomnianych już patronów sezonów. Wtedy też odbędzie się multimedialna wystawa poświęcona artystom. Na dodatek wszystkie teksty, które od tej chwili będą prezentowane na deskach Starego zostaną udostępnione pod koniec sezonu w formie e-booków.

Teatr ma was zmieniać W tych działaniach widać wyraźną chęć otwarcia tradycyjnego Teatru Starego na miasto. Klata i Majewski dobrze odczytują nastroje krakowian, którzy od dłuższego czasu oczekiwali takiej zmiany. I trzeba im przyznać, nie tracą czasu. Kto był w ostatnich dniach na spektaklach w Teatrze Starym mógł się o tym przekonać. Sebastian Majewski witał widzów trzymając w ręce narty (o nich później) i jarzeniówkę – i oświecał publiczność. „Drodzy widzowie, teatr nie jest po to, aby wam się po-

dobać, teatr jest po to, aby was zmieniać” – te słowa towarzyszyły publiczności już do końca wieczoru. Dyrektor Sebastian Majewski zapytany o to, jak Teatr Stary miałby wyglądać za dziesięć lat odpowiedział krótko – „Tak jak mój gabinet”. A jest to pomieszczenie niebanalne i takie, w którym nie można poczuć się intruzem. Uwagę przykuwa oryginalny element wystroju. Narty. Z nimi związana jest historia, która ma szansę stać się nową legendą Teatru Starego. Kiedy Sebastian Majewski obejmował stanowisko dyrektora w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, dramaturg Jan Czapliński znalazł na śmietniku narty, które mu podarował. Historia niedawno się powtórzyła. Kiedy dyrektor przejmował swoje pomieszczenie w Starym, jednym z niewielu przedmiotów stanowiących o jego wyposażeniu były właśnie… narty. Ta niezwykła historia jest dla krakowian dobrym znakiem. Najwyraźniej Teatr Stary już od dawna czekał na taki duet. KATARZYNA WILK

W skrócie: Niespełna miesiąc po nominacji Jana Klaty na stanowisko dyrektora Teatru Starego emocje zdążyły już ostygnąć. Teraz wstrzymujemy oddech. Pewne jest, że duet Klata-Majewski nie pozwoli nam się nudzić.

Do tej pory efekty pracy tych reżyserów krakowianie mieli okazje oglądać jedynie podczas festiwali teatralnych, które odbywają się w mieście. Choć i wtedy trzeba się napracować, aby dostać się na spektakle choćby Moniki Strzępki. To w końcu okazja na zapoznanie się z pracą twórców, których nazwiska od kilku lat są w czołówce polskiego teatru. Tak, ale to także szansa dla tej sceny. Przecież Stary Teatr przez wiele lat był sceną rewolucyjną. To właśnie tu swoje spektakle robił Krystian Lupa, to tu premierę miało „Z biegiem lat, z biegiem dni” Andrzeja Wajdy. Wydaje mi się, że teatr który ma taką historię, nie powinien być sceną muzealną, czy taką która pokazuje jak klasycznie powinno się grać nasze polskie dramaty. Powinniśmy tę scenę wzbogacać. Bardzo podoba mi się zdanie, że teatr to jest miejsce, w którym trzeba wkładać kij w mrowisko. W swoich planach uwzględnione są także wydarzenia pozarepertuarowe. Wydawanie e – booków, audiobooków, organizowanie wystaw multimedialnych czy teatralizowanych gier miejskich. Rozszerzamy ofertę, bo chcemy, żeby teatr funkcjonował nie tylko w godzinach grania spektakli, ale w miarę możliwości cały dzień. Działania, które proponujemy wynikają też z tego, że przecież współcześnie żyjący człowiek potrafi robić kilka rzeczy naraz: rozmawiać przez telefon, pisać maile, czy wiązać sobie buty [lubię buty]. Instytucje powołane, do tego, by organizować ludziom czas wolny, powinny się do tego odwoływać. Dawać propozycje szerszego uczestniczenia w kulturze, nie tylko oglądania spektaklu. Skończył się już taki czas w teatrze, w którym spektakl jest jedynie automatycznym przełożeniem tekstu na scenę. Dzisiaj na kształt przedstawienia wpływają lektury reżysera, filmy które ogląda z aktorami, muzyka której słucha i rozmowy, które prowadzi. Nie da się robić teatru bez świadomości tego, co dzieje się w sztukach wizualnych, muzyce czy filmie. Te rzeczywistości podlegają ciągłym zmianom, my też się zmieniamy, więc i teatr się zmienia. Ta dynamika pokazuje, że ważne jest, aby odchodzić od modelu jednolitego dzieła sztuki na model wielowymiarowy. Jeżeli nam się uda zrobić to mądrze, to miejsce stanie się jakby ciekawsze, czytelniejsze i piękniejsze. Czego życzy Pan sobie na początek pracy w Starym Teatrze? Zawsze sobie życzę, żeby widzowie w Polsce zrozumieli, że teatr jest nowoczesną i wymagającą przestrzenią. Nie jesteśmy tylko po to, żeby dawać przyjemność. Chciałbym też, żeby widzowie Starego Teatru przychodzili do niego trochę częściej niż raz na dziesięć lat, a statystycznie tak to właśnie wygląda. I życzyłbym sobie tego, żebyśmy się teatru nie bali, nie zakładali, że to niezrozumiała forma przekazu. Bo to nieprawda. Twórcy traktują swoje zadania poważnie. Bardziej zależy im na tym, żeby zrobić spektakl, który podejmie istotny temat lub zwróci uwagę na coś, czego w codzienności już nie dostrzegamy, niż żeby zrobić przedstawienie i dołożyć go sobie do ogólnej liczby swoich realizacji. A zarówno widzom jak i sobie życzyłbym, żebyśmy się w teatrze rozsmakowywali... no niech będzie: rozkochali! ROZMAWIAŁA KATARZYNA WILK


16

Sport

Czwartek, 24 stycznia 2013 Boisko dla nikogo

Feralny plac Plac na Groblach i jego bezpośrednie okolice nie mają szczęścia do miejskich inwestycji. W ostatnich latach zorganizowany został tu szereg prac modernizacyjnych wielu obiektów. Niestety większość z nich okazała się przepłacona, niepraktyczna i przeprowadzona w niejasnych okolicznościach. Rozpoczęta w czerwcu 2009 roku budowa Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego zapowiadała się okazale. Po wykonaniu badań archeologicznych przystąpiono do budowy pawilonu o powierzchni 700 metrów kwadratowych. Obok trzynastu stoisk z pamiątkami regionalnymi zaplanowano ulokowanie w nim restauracji, punktu informacji turystycznej oraz toalet i pomieszczenia dla przewodników. Budynek kosztował 20 milionów złotych.

Centrum Widmo Wady architektoniczne projektu Witolda Cęckiewicza widoczne były na pierwszy rzut oka. Z niezrozumiałych względów trakt dla pieszych z Wawelu w stronę pomnika Smoka Wawelskiego usytuowano na dachu pawilonu, co doprowadziło do tego, iż był pomijany przez większość turystów. CORT otwarto w listopadzie 2010 roku. Po sześciu miesiącach ze względu na odnoszone straty finansowe umowy wypowiedziała większość kupców, którym udało

„Miejsce, które kiedyś było pełne uprawiającej sport młodzieży, tętniące życiem od rana do wieczora, w którym od pokoleń odbywały się zawody międzyszkolne stoi puste. Wciąż odbywają się tu lekcje wychowania fizycznego organizowane przez ponad 20 szkół, których uczniowie muszą je spędzać w opłakanych warunkach.” się wywalczyć miejsca na Bulwarze Czerwieńskim, gdzie prowadzili działalność przed przeprowadzką do pawilonu przez szereg lat. Do dziś stoiska, które dzierżawili stoją puste. Prędko upadła również restauracja. Obecnie na jej miejscu działa kawiarnia „Czuły Barbarzyńca”, która mimo dofinansowania ze strony zarządzającego obiektem Krakowskiego Biura Festiwalowego nie może stanąć na nogi. Wbrew hucznym zapowiedziom nigdy nie ulokowano w obiekcie pomieszczenia dla przewodników miejskich. Aby zapełnić powierzchnię pawilonu w okresie letnim 2011 roku umieszczono w budynku posterunek policji, który szybko został zlikwidowany ze względu na niewielkie zapotrzebowanie.

(Dez) organizacja ruchu Równolegle z budową Centrum rozpoczął się remont ulic i chodników w jego sąsiedztwie.

Na miejscu dawnego parkingu powstał ogromny plac położony między pawilonem, a ulicą Zwierzyniecką. Poza kilkoma stanowiskami dla autokarów oraz ławkami pozostaje niezagospodarowany. A przecież to ogromna przestrzeń. Nadzór nad większością terenu sprawuje Zakład Infrastruktury Komunalnej i Transportu. Jego przedstawiciele notorycznie odmawiają potencjalnym przedsiębiorcom dzierżawy części placu, tłumacząc, że zgodnie z wytycznymi miejskimi jest on przeznaczony do prowadzenia działalności gospodarczej wyłącznie w trakcie odbywających się w pobliżu imprez masowych. Poza Wiankami, których zresztą w ubiegłym roku nie było, takie wydarzenia w okolicy się nie odbywają. Równocześnie po remoncie dokonano reorganizacji ruchu drogowego. Ulica Powiśle stała się dwukierunkowa, ale tylko na odcinku prowadzącym do nowo-

otwartego parkingu podziemnego. To zastanawiające, bo niecałe dziesięć metrów dalej znajduje się droga prowadząca do starego, konkurencyjnego parkingu, do którego nie można od tej strony dojechać. Wprowadzono także strefę B na obszarze Placu na Groblach, co biorąc pod uwagę natężenie ruchu w tym rejonie jest decyzją absolutnie niezrozumiałą. Korzystają na niej jedynie funkcjonariusze Straży Miejskiej, którzy pod starym parkingiem znajdującym się obok hotelu Sheraton zorganizowali stały punkt karania mieszkańców oraz turystów, dla których jest to jedyna droga dojazdowa do wspomnianego parkingu. Wobec jego właścicielki władze miasta od lat prowadzą krzywdzącą politykę. W 2011 roku przeprowadziła generalną modernizację obiektu. Nie zezwolono jej jednak na remont muru odgradzającego parking od ulicy, argumentując, że jest to pozostałość zabytkowego browaru i inwestycję musi przeprowadzić miasto przy pozytywnej opinii konserwatora zabytków, na co nie ma pieniędzy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że cały budynek zabytkowego browaru wyburzono w 2002 roku pod budowę hotelu Sheraton. Wątpliwości budzi także objaśnienie umieszczone na znaku zakazu wjazdu na teren strefy B w obrębie Placu na Groblach. Informacja o nieobowiązywaniu zakazu w przypadku dojazdu na parking została bowiem zaklejona białą taśmą.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że nowa organizacja ruchu dostosowana została do wymagań właściciela parkingu podziemnego. Zbudowała go za 79 milionów złotych hiszpańska firma ASCAN, która otrzymała możliwość pobierania opłat przez okres 70 lat, po którego upływie parking stanie się własnością miasta. Jednym z warunków przetargu na budowę obiektu był wymóg rekultywacji terenu polegający na odtworzeniu infrastruktury sportowej, na którą składały się trzy boiska asfaltowe (do piłki nożnej, koszykówki i siatkówki). Potwierdza to wpis z 2 stycznia 2007 roku umieszczony w Biuletynie Informacji Publicznej. Zamiast trzech boisk tartanowych powstało jedno, przeznaczone do gry w piłkę nożną. Po kilku miesiącach było nie do użytku ze względu na stan murawy. Nic nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Miasto utrzymuje, iż na jego modernizację potrzeba 1,5 miliona złotych. Ale takiej kasy nie ma. Urzędnicy unikają jednak odpowiedzi na pytanie dlaczego zrezygnowano z wyłożenia boiska sztuczną nawierzchnią, co hiszpańska firma Reklama

chciała wykonać na własny koszt. Apelował o to w pismach z 2009 roku Adam Dobosz, dyrektor Międzyszkolnego Ośrodka Sportowego, który zarządza obiektem. Warto dodać, że Dzielnica I Stare Miasto jest jedyną w Krakowie, która nie została wyposażona w boisko typu Orlik. Plac na Groblach jest znakomitym miejscem do przeprowadzenia takiej inwestycji. Obecnie miejsce, które kiedyś było pełne uprawiającej sport młodzieży, tętniące życiem od rana do wieczora, w którym od pokoleń odbywały się zawody międzyszkolne stoi puste. Wciąż odbywają się tu lekcje wychowania fizycznego organizowane przez ponad 20 szkół, których uczniowie muszą je spędzać w opłakanych warunkach. BARTOSZ PALETA

W skrócie: Inwestycje przeprowadzone w rejonie Placu na Groblach nie zdały egzaminu. Zagospodarowanie Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego, Placu im. Wielkiej Armii Napoleona i boiska sportowego budzi szereg zastrzeżeń. Największym problemem jest jednak to, że miasto nie ma pomysłu na przywrócenie temu miejscu dawnego blasku.


Magazyn Krakowski - numer 3