Issuu on Google+

Bezpłatny magazyn  NR 2  Rok I  mail:redakcja@magazynkrakowski.pl  www.magazynkrakowski.pl  10 STYCZNIA 2013

WO JN A O SZKOŁY Wiceprezydent Krakowa, Anna Okońska-Walkowicz przeprowadza procedurę likwidacji krakowskich szkół w sposób skandaliczny. A przecież musiała wiedzieć, że nie zdoła schować się w zaciszu prezydenckich gabinetów. Teraz zbiera zasłużoną krytykę...

W całej procedurze praktycznie nic nie zostało zrobione tak, jak powinno. O szacunku względem dyrektorów, rodziców i uczniów nie było mowy na żadnym etapie działań. Samą decyzję Okońska-Walkowicz ogłosiła... 28 grudnia. Między Wigilią a Sylwestrem, przez co maksymalnie utrudniła szkołom możliwość reakcji. Później w mediach sama przyznała, że „nie chciała wywo-

Lassota: Partia jest nie najważniejsza – Tak jest w naszej historii, że gdy pojawia się zagrożenie, nieszczęście – to dopiero wtedy udaje nam się zjednoczyć siły. Nie chciałbym, żebyśmy musieli czekać na jakiś kataklizm, byśmy znów poczuli jedność – mówi w rozmowie z nami Józef Lassota, były prezydent Krakowa. >> Wywiad na str. 8 Reklama

ływać burzy”. To wypowiedź, która kompromituje całą operację przygotowania likwidacji szkół. Wiceprezydent od początku mogła liczyć na pomocną dłoń Jacka Majchrowskiego. Ten przy użyciu specjalnej uchwały prezydenckiej spowodował, że pierwsze czytanie projektu w Urzędzie Miasta odbyło się już wczoraj! Sprawdziliśmy – jeszcze w grudniu dyskutowanie nad uchwałą

Lifting Galerii

o likwidacji w ogóle nie było przewidziane. Zaskoczeni byli nawet radni Platformy Obywatelskiej, którzy zlekceważyli doświadczenie prezydenta. Majchrowski w TVP przyznał za to, że w 2014 roku szkół likwidować nie będzie, bo... to rok wyborczy. >> O SKANDALICZNEJ PROCEDURZE LIKWIDACJI CZYT. NA S. 3-4

Kraków chce Igrzysk

Co

widzą zaraz po przyjeździe do Krakowa wszyscy podróżujący koleją? Wielką, ślepą ścianę, zaplecza, śmietniki, kominy i instalacje techniczne Galerii Krakowskiej. Wkrótce najbrzydsza część handlowego molocha ma szansę stać się trochę bardziej przyjemna. >> Czytaj na str. 9

Nie

udało się z EURO 2012, ale niektórzy liczą, że tym razem będzie inaczej. Jagna Marczułajtis, posłanka PO i była znakomita snowboardzistka chce zorganizować w Krakowie Zimowe Igrzyska Olimpijskie w 2022 roku. Przyglądamy się pomysłom inicjatorki projektu. >> Czytaj na str. 15


2

Na poczatek

Nie przesądzamy, czy likwidacja szkół jest w Krakowie potrzebna. Tak naprawdę dyskusja na ten temat powinna trwać właśnie teraz, ale... władze miasta uznały ją chyba za nieistotną. I od razu przystąpiły do działania. Wiceprezydent Anna Okońska-Walkowicz ciągle przywołuje niekorzystny dla Polski czynnik demograficzny i fatalną sytuację budżetową. Ale odwagi, by przystąpić do rozmów z mieszkańcami zabrakło jej już na starcie. Skoro sama dysponuje silnymi argumentami, to dlaczego nie znalazła czasu, by jeszcze w 2012 roku odwiedzić likwidowane szkoły? Sposób, w jaki wiceprezydent dokonuje restrukturyzacji krakowskiej oświaty jest skandaliczny. I niezależnie od tego, kto ma rację, styl działa-

Czwartek, 10 stycznia 2012

Apel o styl nia władz miasta w tej sprawie kompromituje cały projekt. Ze strony Magistratu w kółko słyszymy zaklęcie – potrzebne są cięcia, bo budżet od dawna jest przeciążony. To każe zastanawiać się nad nieudolnością ludzi, którzy obecnie mają Kraków w swoich rękach. Ale nawet zakładając wysokie kompetencje rządzących część działań pani wiceprezydent jest niewytłumaczalna. No bo skoro powołujemy się na konieczność wprowadzania oszczędności, to po co zlikwidowane ma

Prof. Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa, w programie TVP Kraków z uśmiechem na twarzy tłumaczył powody, dla których w przyszłym roku szkoły nie powinny obawiać się likwidacji.

LICZBA TYGODNIA

100 – milionów złotych kosztowałoby wybudowanie toru do saneczkarstwa, gdyby Kraków wygrał walkę o organizację zimowych Igrzysk Olimpijskich Reklama

wano o likwidacji szkoły. Rozrastające się wokół kompleksy mieszkalne zignorowano. Po kilku latach placówkę trzeba było otwierać na nowo – i to większą o połowę. Całą procedurę dało się przeprowadzić inaczej. W innym stylu. Dziś nie ma żadnej pewności, że szkoły przeznaczone do likwidacji zostały wskazane w sposób kompetentny. Teraz wszystko w rękach radnych. Oni sami nie mieli czasu, by przyjrzeć się uzasadnieniom, odwiedzić szkoły, wysłuchać argumentów. I nawet jeżeli widzą potrzebę zamykania niektórych placówek, powinni zagłosować przeciwko prezydenckim uchwałom. Zaprotestować. Jeśli nie ze względu na treść – to na styl. Bo ten był koszmarny. JANUSZ SCHWERTNER

Pierwszy był Jagiełło

CYTAT TYGODNIA

Sądzę, że w 2014 roku nie będzie żadnej likwidacji szkół, bo jest to rok wyborczy.

zostać Gimnazjum nr 22? Przecież jego budynek zostanie przejęty przez inną szkołę. Zmieni się tylko szyld, a na całej operacji miasto zarobi najwyżej kilka tysięcy złotych – bo etatu zostanie pozbawiona dyrektor placówki. Takie pytania od tygodnia stawialiśmy urzędnikom. Uzyskiwaliśmy wymijające odpowiedzi. To też dało nam do myślenia. Jak mantra powtarzany jest argument o zmianach demograficznych. Ten akurat wydaje się być zrozumiały – jesteśmy społe-

czeństwem starzejącym się, więc populacja stale będzie się nam zmniejszać. To fakt. Jak poinformował nas Wydział Edukacji korzystano z badań przygotowanych przez niezależnych socjologów. Sęk w tym, że... wzięto pod uwagę wskaźnik dla całej Polski. Jednorako potraktowano wszystkie regiony, a to ryzykowna droga na skróty. Wystarczy spojrzeć na rozwój niektórych osiedli w mieście, gdzie akurat mieszkańców tylko przybywa. Zresztą raport Głównego Urzędu Statystycznego przewiduje, że w latach 2012-2020 liczba uczniów w wieku podstawowym i gimnazjalnym będzie... sukcesywnie rosnąć! Tych obliczeń Wydział Edukacji w ogóle nie wziął pod uwagę. Dlatego może się powtórzyć sytuacja, jak ta ze szkołą w Kobierzynie. Tam też zdecydo-

S

koro w tej kolumnie chwalimy się tym, co nasze, lokalne – to dlaczego by nie napisać o produkcie tak mocno związanym z Krakowem, jak tylko to możliwe? A historia obwarzanków jest bardzo ciekawa. Nie będziemy za to tłumaczyć, na czym polega ich magia – przecież wszyscy jesteśmy krakowianami. Zacznijmy od nazwy. Często wymiennie stosuje się określenia „obwarzanek” i „bajgiel”. Podobno jeszcze przed wybuchem II wojny światowej oba nazywały dokładnie ten sam wypiek. Różnica polegała na tym, czy posługiwano się językiem polskim czy jidysz – w czasach, gdy istotny procent krakowskiego społeczeństwa stanowili Żydzi. Tak czy siak, chodziło mniej więcej o to samo. Różnice zaczęły się krystalizować dopiero w XX wieku, gdy bajgiel stał się słodkim krążkiem w amerykańskim stylu. Za to kłótnie o to, co było pierwsze – obwarzanek czy bajgiel – zdaniem historyków nie mają sensu. I tak pogodzić może ich niemiecki precel, od którego prawdopodobnie wywodzą się

oba te wytwory piekarniczej sztuki. Pierwsze krakowskie obwarzanki smakował już król Władysław Jagiełło. A jeśli nie on, to na pewno ktoś z przedstawicieli jego licznego dworu, bo wzmianka o nich została odnaleziona w sporządzanych w tamtym czasie raportach rachunkowych. Miłośnikiem obwarzanków musiał być za to Jan Olbracht. Decyzją z z 1496

Telefon 799-219-599 Zainteresowała lub poruszyła Cię jakaś sprawa? Zadzwoń do nas. Nasz numer jest dostępny dla Czytelników przez cały tydzień – czekamy na Wasze telefony. Zachęcamy także, by śledzić nasze konta na portalu Facebook i Twitter. Z radością porozmawiamy z Wami o Krakowie.



Wojna o flagi Na

kamienicy przy ulicy Brackiej kilka tygodni temu zawisła tęczowa flaga. Tuż obok niej powiewa flaga biało-czerwona. Pierwszą zawiesiła posłanka Ruchu Palikota Anna Grodzka, druga – symbolizuje m.in. patriotyzm jednego z mieszkańców budynku – posła Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Dudy. Problem w tym, że... oboje od niedawna są sąsiadami. Spór, choć może błahy, musiał się rozpalić. Tęczowa flaga Grodzkiej to symbol ruchu LGTB – walczącego o prawa mniejszości homoseksualnych. To nie podoba się posłowi

Dudzie, choć przyznaje on, że nie miałby żadnych pretensji, gdyby Grodzka umieściła swój symbol w oknie własnego biura, a nie na fasadzie całej kamienicy. W wojence między krakowskimi politykami zwycięstwo odniósł ostatecznie Andrzej Duda. Flaga, którą przy Brackiej zawiesiła przedstawiciela Ruchu Palikota, została zdjęta. Nie poświęcamy tej sprawie więcej uwagi, bo doprawdy są w Krakowie istotniejsze sprawy. A pochodząca z Otwocka, związana z Warszawą, posłanka Grodzka wciąż nie udowodniła, że problemy naszego miasta rzeczywiście ją obchodzą.

roku nadał on krakowskim piekarzom przywilej wypiekania. Nieco ponad sto lat później, podjęto dekret, zgodnie z którym obwarzanki można było sprzedawać tylko i wyłącznie na terenie Krakowa. I tak jest do dziś! Te wyrabiane zgodnie ze specjalną recepturą są dostępne tylko w naszym mieście. Zresztą obwarzanki bardzo mocno zostały wciągnięte w politykę. W 2010 roku zostały wpisane na listę produktów Unii Europejskiej podlegających ochronie. Na koniec jeszcze parę słów o finansach. Na podstawie cen obwarzanków przekonujemy się, że krakowskie społeczeństwo – jakkolwiek by nie mówić – stale się bogaci. Obwarzanki od lat stale drożeją, ale ich sprzedaż wcale się nie zmniejsza. A producentom ciągle opłaca się wynajmować specjalne obwarzankowe stoiska. Choć w ostatnim czasie podrożały one o... 2700 procent. Dziś, by wynająć jeden metr kwadratowy w centrum trzeba zapłacić aż 90 zł. Obwarzanki przetrwały już nie takie kryzysy.

Kryzysowy Sylwester Jeśli porównać krakowskiego Sylwestra z imprezami, jakie odbyły się w Warszawie i Wrocławiu, to nasze miasto wypadło raczej blado. Przynajmniej na papierze. Ze względu na olbrzymi kryzys finansów Krakowa, władze na jego organizację przeznaczyły jedynie niewiele ponad 600 tys. złotych. W innych miastach wydano miliony. Krakowski rynek odwiedziło tylko 20 tys. osób. Ale czy rzeczywiście było gorzej? Niekoniecznie. Kameralna atmosfera imprezy okazała się jej największą zaletą. Zabrakło telewizyjnych gwiazd – za to na scenie wystąpiły lokalne grupy: Pod Budą, Kroke czy Wawele. Nie przyciągnęły one młodych ludzi, ale ci – korzystali z uroków nocnych klubów na Rynku, Kazimierzu czy w Podgórzu. Tam też atrakcji nie brakowało. Przez całą noc policja nie odnotowała żadnych incydentów. Nowy Rok przywitano w Krakowie oszczędnie, ale z klasą. Magazyn Krakowski Extra Wydawca: Future is Now Na podstawie umowy franchisowej z Extra Media sp. z o. o.

Adres redakcji: Markowskiego 4/8, 31-881 Kraków. redakcja@magazynkrakowski.pl, telefon: 799-219-599 Redaguje zespół: Janusz Schwertner (redaktor naczelny), Kacper Kępiński (Przestrzeń miasta), Jakub Sochacki (Dawno temu w Krakowie), Bartosz Paleta. Reklama: Dominika Kowalska, Alicja Krok, Magdalena Wojtowicz, Mateusz Górski. Design: Sarah Balikowski. Grafika: Katarzyna Skoczylas. Redakcja nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń.


Temat numeru

3

OKOŃSKIEJ

WALKA BEZNADZIEJNA

Dwadzieścia pięć szkół do likwidacji – to był pierwotny plan wiceprezydent Krakowa Anny Okońskiej-Walkowicz, która do swojego pomysłu starała się przekonać radnych. Nic z tego. Głos sprzeciwu usłyszała nawet od klubu Platformy Obywatelskiej. To wtedy sytuacja zaczęła się komplikować. O swoich zamiarach Okońska poinformowała wcześniej krakowskie media, więc było już za późno, by całkowicie wycofać się z pomysłu. Ostatecznie padło na 14 szkół, spośród których dziewięć przeznaczonych jest do całkowitej likwidacji. Wszystko zostało przygotowane w pośpiechu, w zaciszu gabinetów i w fatalnym stylu. Jak ustaliliśmy, wglądu do opracowanej listy przeznaczonych do usunięcia placówek nie mieli nawet radni zasiadający w Komisji Edukacji! Całą procedurę przygotowała wiceprezydent Okońska-Walkowicz przy współpracy z Martą Pateną, radną PO, przewodniczącą Komisji Edukacji UMK. Nad wszystkim czuwał prezydent Jacek Majchrowski. Klucz polityczny Mirosław Gilarski, radny bezpartyjny, członek komisji. – O wyborze szkół przeznaczonych do likwidacji decydował tylko i wyłącznie klucz polityczny. Trudno więc dyskutować merytorycznie, bo dane, statystyki i zdrowy rozsądek nie mają tu nic do rzeczy. Niż demograficzny jest faktem i należy zrobić

wszystko, by miasto było przygotowane na zmiany. Ale cała procedura została przeprowadzona sposób skandaliczny. W ogóle nie powinniśmy traktować jej poważnie. Przykro mi to mówić, lecz jedyna wina likwidowanych szkół polega na braku znajomości w otoczeniu pana prezydenta. Sprawdziliśmy, jak krok po kroku wyglądały działania prezydent Okońskiej, zanim poinformowano szkoły i media o likwidacji. W 2011 roku poproszono wszystkie placówki, by określiły faktyczny stan swoich szkół. Chodziło m.in. o liczbę uczniów, o sytuację finansową czy wyniki naukowe. Nie informowano wówczas, że przygotowywane dane będą służyć ustalaniu listy placówek wskazanych do likwidacji. Dyrektorzy byli przekonani, że sporządzają rutynową diagnozę. We wrześniu 2012 roku do publicznej wiadomości podano listę szkół zawierającą wszystkie dane. Dzięki niej, można było zorientować się, w jakiej sytuacji znajdują się poszczególne placówki. Nie poinformowano jednak, że te usytuowane najniżej wkrótce zostaną przekazane do likwidacji! Mimo to prezydent Okońska twierdzi, że już wtedy powinny one podjąć plany naprawcze, a obecne protesty są znacznie spóźnione. Te słowa oburzają dyrektorów szkół. Zresztą większość, mając na uwadze słabą sytuację, w rzeczywistości podjęła działania, dokumentując je w pismach przekazanych do Magistratu przed kilkoma dniami. A zarzut braku refleksu, jaki postawiła szkołom wiceprezydent niezbyt wiarygodnie brzmi w ustach osoby, która już we wrześniu mając gotową listę szkół przeznaczonych do likwidacji, zdecydowała się opublikować ją dopiero 28 grudnia! Konferencję prasową zwołała dokładnie pomiędzy świętami i Nowym Rokiem. Wcześniej, na łamach „Gazety Wyborczej” przyznawała, że po prostu nie

Anna Okońska-Walkowicz, wiceprezydent Krakowa ds. edukacji Nie wzięliśmy pod uwagę działań prowadzonych przez szkoły po publikacji raportu, jednak pragnę podkreślić, iż zgodnie z zasadą gospodarności dyrektorzy odpowiedzialni za placówki powinni dbać o ich stan finansowo-organizacyjny przez cały okres urzędowania. Nie zaś dopiero wtedy, gdy ich szkole grozi zamknięcie. Podstawowym kryterium były wyniki egzaminu oraz liczba uczniów w poszczególnych placówkach. W poprzednim roku restrukturyzacja nie objęła Nowej Huty, dlatego obecnie starannie przygotowaliśmy projekt poświęcony w znacznej części tej dzielnicy. Likwidacja szkół jest wynikiem zaniedbania przez Kraków kwestii restrukturyzacji. Inne miasta rozpoczęły tego typu działania już w 2004 roku.

chce wywoływać burzy. Barbara Nowak, prezes Związku Nauczycieli Polskich, radna PiS zasiadająca w komisji edukacji. – Pani wiceprezydent zachowała się perfidnie. Ogłoszenie decyzji w okresie świątecznym dowodzi tylko braku jakiegokolwiek szacunku wobec dyrektorów, rodziców, ale także dzieci. Pomijając już fakt, czy w ogóle należy w Krakowie likwidować szkoły, cała procedura jest podejrzana i mówiąc delikatnie mało profesjonalna.

Manewr prezydenta Radną Nowak prosimy także o komentarz wypowiedzi prezydenta Majchrowskiego, który w TVP Kraków ze śmiechem przyznał, że w 2014 roku raczej do kolejnych zamknięć nie dojdzie, bo... to rok wyborczy. – Ręce opadają. Gdy usłyszałam tę wypowiedź, zrobiło mi się słabo. Dlatego powtarzam: twórcy tego projektu, a więc otoczenie wiceprezydent Okońskiej i część radnych PO, się ośmieszyli. Prezydent Majchrowski nie ma żadnej wizji. To tylko skok na kasę. Musimy się temu sprzeciwić i głosować w Radzie Miasta przeciwko uchwałom. Według naszych informacji, początkowo została opracowana lista dwudziestu pięciu szkół, które miały zostać zamknięte. Na to nie przystał jednak klub radnych PO, na czele z Martą Pateną, wraz z wiceprezydent Okońską odpowiedzialna za cały projekt. Informacja o planowanej restrukturyzacji wcześniej poszła już jednak w świat, więc decyzję o całkowitym zawieszeniu działań uznano za zbyt ryzykowny pomysł. Ostatecznie padło na 14 placówek, spośród których dziewięć ma przestać istnieć. Ale jeszcze w grudniu próżno było szukać projektów uchwał o likwidacji szkół! > Dokończenie na str. 4


4

Temat numeru

>>> Dokończenie ze str. 3 Dopiero po interwencji prezydenta Majchrowskiego i skorzystaniu przez niego z przyspieszonego trybu prezydenckiego termin pierwszego czytania ustanowiono na 9 stycznia. Ot, jeden z wielu manewrów zastosowanych przez rządzących. Mimo że można było to zrobić znacznie wcześniej, do czego nieświadomie przyznała się sama wiceprezydent, szkołom dano niespełna dwa tygodnie, by mogły zareagować jeszcze przed pierwszym czytaniem projektu. Według naszych informacji, to zaskoczyło nawet sprzymierzonych z prezydentem radnych PO. Większość z nich całej sprawie przyjrzała się dopiero po Nowym Roku! To wprowadziło zamieszanie także w samej Platformie. Część radnych nie ukrywało swojej dezaprobaty wobec działań Majchrowskiego. W trakcie spotkań z rodzicami i przedstawicielami szkół nie potrafili jednak odpowiedzieć, jak zamierzają głosować. Tłumaczyli się... brakiem czasu, by przeanalizować całą sprawę. Pytaliśmy, czy wobec tego zdecydują o tym, by odwlec dyskusję w Radzie Miasta przynajmniej o kilka miesięcy, by poświęcić ten czas na konsultacje społeczne. Radni odpowiadali wymijająco, a Marta Patena w trakcie jednego ze spotkań przy ulicy Praskiej odpowiedziała nam, że „przecież istnieje pewien ustalony kalendarz, od którego nie ma odwrotu”. Katarzyna Pabian, radna PO, także zasiada w Komisji Edukacji. – Sama nie miałam wglądu do dokumentów określających kryteria i uzasadnienie likwidacji poszczególnych szkół. Przyznaję, że forma całego działania mi nie odpowiada. Takie traktowanie szkół jest niewyobrażalne. Nie dano dyrektorom wystarczająco dużo czasu, by móc spokojnie przedstawić własne argumenty. Jak zagłosuję? W klubie czeka nas burzliwa dyskusja. Według części radnych, z którymi rozmawialiśmy, termin 9 stycznia był ustalony już wcześniej między Martą Pateną o wiceprezydent Anną Okońską-Walkowicz.

sytuacji wszystkich szkół zostaną sporządzone kryteria. Ale w tym czasie wiceprezydent Okońska wpadła na inny pomysł: z punktów umieszczonych w diagnozie uczynić kryteria, na podstawie których miasto wybierze najsłabsze placówki i powołując się na „obiektywne przesłanki” przekaże je do likwidacji. To bodaj największy absurd całej procedury. W diagnozie poproszono szkoły, by przedstawiły swoją sytuację w zakresie m.in. kosztów utrzymania jednego ucznia, stanu technicznego budynku, wyników nauczania czy wypracowanego dochodu. Pani prezydent Okońska przekonywała, że te dane mają być jedynie punktem wyjścia i nie zostaną potraktowane jako kryteria przy dokonywaniu wyboru. Stało się jednak inaczej. – Okońska stara się nam wszystkim mydlić oczy – wprost przyznaje Mirosław Gilarski, radny bezpartyjny. Barbara Nowak z PiS dodaje. – Nie można między diagnozą a kryteriami stawiać znaku równości! To oczywiste głupstwo, którym pani wiceprezydent stara się wprowadzić opinię publiczną w błąd. Przyglądamy się punktom, które zostały wzięte pod uwagę w diagnozie i potraktowane jako kryteria przy ustalaniu listy krakowskich szkół. Budzą one kontrowersje, a w dodatku dotyczą tylko dwóch lat. Standardem wydaje się przyjęcie okresu znacznie dłuższego: minimum trzech lat, a zdaniem ekspertów – około sześciu. Nie brano też pod uwagę obecnej sytuacji szkół. Nawet jeśli któraś z likwidowanych placówek ma szansę osiągnąć dochód pozwalający jej na zminimalizowanie dopłat ze środków miasta, to i tak nie będzie to brane pod uwagę.

Szkoły walczą

Poza przyjętymi punktami, które posłużyły do opracowania diagnozy, Wydział Edukacji opracowujący listę jako punkt wyjścia i przyczynę podjęcia procesu likwidacji traktuje czynnik demograficzny. Według socjologów osiągnie on pułap ok. 3% – o tyle w najbliższych latach zmniejszy się populacja. Tylko że... to statystyki dla całej Polski. Nie brano pod uwagę demografii dla poDiagnoza jak kryteria szczególnych regionów miasta. To zupełnie niezrozuWątpliwości budzą nie tylko polityczne gry, ale też miałe, ale w Wydziale Edukacji wciąż przekonują, że to merytoryczne przygotowanie listy likwidowanych najlepszy pomysł. Nawet jeśli... wokół likwidowanych szkół. Do tej pory nie sporządzono żadnych kryteriów, szkół rozrastają się nowe kompleksy mieszkalne. To duna podstawie których taka decyzja mogła zostać podję- ży błąd. Według badań Głównego Urzędu Statystyczta! Szkoły zostały jedynie poproszone o zdiagnozowa- nego liczba uczniów gimnazjów i podstawówek w najnie swojej sytuacji, w dodatku wzięto pod uwagę jedy- bliższych latach... wzrośnie! Choćby w przedziale 13nie dwa poprzednie lata. Dopiero w dalszej kolejności 15 lat w 2011 roku w Krakowie było niespełna 18 tys. należało opracować szczegółowe kryteria, które nie dzieci, ale już w 2020 roku – będzie ich ponad 19 tysięmogły się sprowadzać jedynie do punktów zawartych cy. Wydział Edukacji te informacje ignoruje, powołując w diagnozie. W Wydziale Edukacji usłyszeliśmy, że się jedynie na spadek liczby uczniów z poprzednich lat. niepotrzebnie się czepiamy, bo przecież nad analizą sySprawdziliśmy sytuacje wszystkich szkół przekazatuacji wszystkich szkół pracowali niezależni eksperci, nych do likwidacji. Każda z nich dysponuje solidnymi którzy opracowali szczegółowe kryteria. argumentami, które należałoby rozważyć. A na to poTo tylko część prawdy. W rzeczywistości pomiędzy trzeba czasu i dobrej woli. Atmosfera w wielu z nich radnymi a panią wiceprezydent istniała niepisa- jest z jednej strony bojowa, a z drugiej – opłakana. Prana umowa, że dopiero po przeprowadzeniu diagnozy cownica Gimnazjum nr 44 w trakcie rozmowy z nami rozpłakała się, tłumacząc, że boi się o los uczniów. Nie tych najlepKryteria likwidacji szkół: szych, lecz tych, którzy potrzebują szczególnej uwagi. A cała restrukPOPULARNOŚĆ (ocena rekrutacji) turyzacja jest wymierzona przede WYNIKI EGZAMINÓW ZEWNĘTRZNYCH wszystkim w dzieci osiągające najsłabsze wyniki – choć nie bierze EDUKACYJNA WARTOŚĆ DODANA się pod uwagę ani ich sytuacji rodzinnej, ani indywidualnych preSTAN TECHNICZNY BUDYNKU dyspozycji. W likwidowanych szkołach panuje niezrozumienie STAN FINANSOWY (DOPŁATY) wobec decyzji wiceprezydent. To LICZBA ODDZIAŁÓW I UCZNIÓW wszystko wynik braku jakiegokolwiek dialogu, bo przed ogłoszePOMIESZCZENIA DO NAUKI niem listy w tej sprawie nie odbyły się żadne konsultacje społeczne. WYPOSAŻENIE

Czwartek, 10 stycznia 2012

LISTA SZKÓŁ DO LIKWIDACJI: - Szkoła Podstawowa nr 3, ul. Topolowa 22 - Szkoła Podstawowa nr 52, os. Dywizjonu 303 66 - Szkoła Podstawowa nr 104, os. Wysokie 7 - Gimnazjum nr 22, ul. Skwerowa 3 - Gimnazjum nr 27, ul. Malborska 98 - Gimnazjum nr 44, os. Na Stoku 34 - Gimnazjum nr 45, os. Willowe 1 - Gimnazjum nr 50, ul. Bulwarowa 33 - Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 16, os. Niepodległości 19 Miasto na żadnym etapie nie podjęło próby wytłumaczenia swoich decyzji. A niektóre decyzje wydają się być zupełnie nieprzemyślane. Zlikwidowane ma zostać na przykład Gimnazjum nr 22, ale jego budynek... będzie użytkować Gimnazjum nr 21. Poza szyldem i być może wymianą kadry nauczycielskiej nie zmieni się więc nic. Miasto na całej operacji zaoszczędzi kilka tysięcy złotych – bo etatu zostanie pozbawiona dyrektorka Gimnazjum 22. O sensowność tej operacji pytaliśmy w trakcie jednego ze spotkań z mieszkańcami Martę Patenę, ale przewodnicząca Komisji Edukacji zasłaniała się... brakiem dokładnej wiedzy. Zresztą spotkanie zakończyła zapewnieniem, że nie wyobraża sobie, by Gimnazjum nr 21 zajmowało dwa oddalone od siebie budynki. Chcąc dotrzymać słowa, będzie zatem musiała zagłosować przeciwko prezydenckiej uchwale. Szereg absurdów wykazały też władze innej likwidowanej szkoły – Gimnazjum nr 27. – W uzasadnieniu, które otrzymaliśmy z Urzędu Miasta, nie uwzględniono, że w naszym budynku mieszczą się Szkoła Podstawowa im. Borzęckiej, Osiedlowy Dom Kultury czy Staromiejskie Centrum Kultury Młodzieży. Stwierdzenie, że nasi uczniowie korzystają z 25 sal jest więc nieprawdziwe, bo część z nich została przez nas wynajęta – tłumaczy Marta Kozłowska-Jewuła, dyrektorka szkoły. Gimnazjum dowodzi, że średnie godzinowe obciążenie sal – ważne kryterium, brane pod uwagę przy ustalaniu listy – wynosi o ponad godzinę mniej, niż napisano w dokumencie. Poddaje także w wątpliwość zastosowany przez miasto czynnik demograficzny obliczony w skali całego kraju. Powołując się na badanie „Wskazania dotyczące modernizacji sieci szkolnej i organizacji pracy szkół w Krakowie” sugeruje, że na terenie zajmowanym przez szkoły nastąpi wzrost liczby uczniów gimnazjum o 16%! Szkoła zapewnia także, że w 2013 roku uzyska znacznie wyższy dochód niż w poprzednich latach. Ma on sięgnąć 115 tysięcy złotych. Podobnie jak w przypadku wszystkich szkół całkowicie zignorowano też waśnie klubowe – dzieci zostaną dużymi grupami przeniesione z osiedli związanych z Wisłą do tych, sprzyjających Cracovii – lub na odwrót. To igranie ze zdrowiem i życiem uczniów. Małgorzata Hutyra, dyrektorka Gimnazjum nr 44. – O zamiarze likwidacji dowiedzieliśmy się 28 grudnia. Jako uzasadnienie podano nam frazesy – mała liczba uczniów, wysokie koszty utrzymania i słabe wyniki egzaminów. Nikt nie podjął z nami próby rozmowy. A dane, na których oparła się wiceprezydent, były nieaktualne. Istotne wątpliwości zgłasza także Gimnazjum nr 45. W jego przypadku inicjatorzy likwidacji szkół nie uwzględnili choćby tego, ze placówka znaczną część budynku wynajmuje Wyższej Szkole Zawodowej. A Gimnazjum nr 50 jeszcze niedawno było przenoszone z os. Zgody na ul. Bulwarową. Teraz ma zostać zlikwidowane. Radni będą musieli też odnieść się

do zarzutu wystosowanego przez Szkołę Podstawową nr 3. Placówka ta posiada oddziały integracyjne dla dzieci o potrzebie kształcenia specjalnego, tymczasem szkoła, do której mają trafić jej uczniowie, takowych nie posiada. – Niestety w dzisiejszym ekonomicznym podejściu władz miasta do szkolnictwa dzieci mogą stracić tę opiekę – mówi nam Beata Waśniowska, nauczycielka z SP3. Za to Szkoła Podstawowa nr 52 tłumaczy, że jest jedyną tego typu placówką na rozbudowującym się osiedlu Dywizjonu 303. Szkoła Podstawowa nr 104 – podobnie jak wszystkie inne – zaraz po ogłoszeniu listy ogłosiła protest. – Nie wiemy, z którego roku pochodzą zawarte w raporcie dane ani czyją tak naprawdę opinię wyraża. Został on przeprowadzony bez wiedzy rodziców i pracowników szkoły, nie odbyła się żadne rozmowy, żadne wizyty – piszą w piśmie protestacyjnym rodzice uczniów z SP 104.

Pytania bez odpowiedzi W tej szkole odbyło się jedno z pierwszych spotkań wiceprezydent Okońskiej z dyrekcją i rodzicami uczniów. Przebiegało w fatalnej atmosferze. Na nasze pytanie o to, dlaczego przyjęto kryteria związane wyłącznie z diagnozą szkół, pani wiceprezydent odpowiedziała, że przecież jakieś kryteria należy przyjąć. W spotkaniu uczestniczył też Dariusz Domajewski, kierownik Referatu ds. Organizacji Pracy Szkół i Placówek Samorządowych, ale on do części pytań w ogóle nie potrafił się odnieść. W całej sprawie kontrowersje budzi także działalność Anny Okońskiej-Walkowicz w Społecznym Towarzystwie Oświatowym. Zrzesza ono fundacje zajmujące się szkolnictwem niepublicznym – opłacane z kasy państwowej i miejskiej w ten sam sposób, co publiczne. Towarzystwo ma na celu m.in. interweniowanie w szczególnie trudnych sprawach u władz samorządowych. Teraz nie musi tego robić, bo prezes Okońska jest zarazem wiceprezydentem ds. edukacyjnych. Od roku. A członkiem STO od dwudziestu pięciu lat. Już po zamknięciu tego wydania zostało przewidziane pierwsze czytanie projektu uchwał w Radzie Miasta. Według naszych informacji, od początku tygodnia w klubie radnych Platformy Obywatelskiej trwały burzliwe obrady. Nie wszyscy byli przekonani do przedstawionej przez wiceprezydent Okońską listy. A wczoraj w godzinach popołudniowych na placu Wszystkich Świętych odbył się protest przeciwko liJanusz Schwertner kwidacji szkół. Współpraca: Bartosz Paleta

W skrócie: Styl, w jakim wiceprezydent Anna Okońska-Walkowicz dokonuje likwidacji krakowskich szkół jest fatalny. Na każdym etapie działań wykazano się brakiem szacunku wobec dyrektorów, nauczycieli, rodziców i uczniów.


8

Wywiad numeru

Czwartek, 10 stycznia 2012

Partia jest nie najważniejsza Józef Lassota, były prezydent Krakowa, a obecnie poseł Platformy Obywatelskiej o tym, jak bardzo krakowianie są podzieleni i o tym, czy cieszy się, że w Sejmie zasiadają też krakowscy politycy innych partii. Rozmawia Janusz Schwertner. Zdjęcie: Sarah Balikowski. Jak bardzo krakowianie są dzisiaj podzieleni? Nie ma co kryć, podziały są dosyć mocne. Ten główny dotyczy sporów między sympatykami PiS i PO, zresztą tak jak w całej Polsce. Nie widzę natomiast jakichś radykalnych postaw. Dotyczy to wszystkich partii, także Ruchu Palikota. Szkoda, że ten podział nie bierze się z jakichś różnic programowych, lecz tylko i wyłącznie z emocji. Katastrofa smoleńska wciąż jest paliwem do podsycania złej atmosfery. To wszystko zaczęło się gdzieś na górze i trafiło do Krakowa. Media podtrzymują taki stan, ale bardziej martwi mnie postawa Kościoła. Odwiedzam różne parafie i nie zawsze to, co w nich słyszę, służy budowaniu jedności.

dynie kryzysu, lecz raczej racjonalności gospodarowania finansami. Jeśli w szkole jest kilkunastu uczniów, to nikt rozsądny nie będzie utrzymywał szkoły. Bo to nie miałoby żadnego uzasadnienia. Odpowiedzialność przy dysponowaniu publicznymi pieniędzmi jest ogromna. Dużo większa niż w przypadku własnych pieniędzy. Bo jak pan źle wyda swoje, to najwyżej trochę będzie żałował. W przypadku publicznej kasy sprawa jest znacznie trudniejsza. Martwi mnie tylko, że przez lata prezydent Krakowa zaniedbywał sprawę i teraz nagle został przymuszony, bo zaczęło brakować pieniędzy. Szkoda, że nie przewidział tej sytuacji wcześniej. My piszemy o stylu, w jakim przeprowadzana jest likwidacja szkół. Prezydent Okońska poinformowała placówki o swojej decyzji w okresie świątecznym, bo – jak sama przyznała – wcześniej nie chciała wywoływać burzy. A jednak burza i tak nastąpiła... Mieszkańców należy przygotowywać do ta ważnych projektów. Oni muszą wiedzieć, dlaczego dana decyzja jest podejmowana. Ogłoszenie listy w okresie świątecznym było niepoważne. A przecież dyrektorzy, rodzice, nauczyciele – to partnerzy władz samorządowych.

Media rzeczywiście mają pożywkę. Ostatnio żyły sporem pomiędzy Andrzejem Dudą i Anną Grodzką. Posłanka Ruchu Palikota wywiesiła tęczową flagę, przeciwko czemu ostro protestowano. Naprawdę nie wiem, czemu to ma służyć. Ale pewien folklor polityczny istnieje od zawsze. Tego typu zachowania traktowałbym w tych kategoriach. Ja powiem coś prostego: politycy powinni pracować. Nad konkretnymi sprawami czy ustawami. Oczywiście część potrzebuje zainteresowania mediów i w jakiejś mierze to rozumiem. One pozwalają się przebijać, a Ruch Palikota uwielbia to wykorzystywać. Mnie to natomiast nie bardzo interesuje. Uważa Pan, że posłowie innych partii: jak Duda, Grodzka czy Gibała są Krakowowi potrzebni? To jasne, w końcu zostali wybrani przez ludzi. Jeśli chodzi o posłankę Grodzką, to nie jest ona związana z naszym miastem, ale do Sejmu dostała się z innych powodów. Skoro mieszkańcy uznali, że przyda się w parlamencie, to należy to uszanować. Za to Łukasz Gibała był wcześniej w naszej partii, a teraz próbuje coś zdziałać gdzie indziej. Jeżeli oni wszyscy starają się wnieść coś dobrego dla Krakowa, to świetnie. Nie mam zamiaru nikogo przekreślać. Zawsze jest jednak pytanie, czy wszystkie działania rzeczywiście służą naszemu miastu. Ale ja nie potępiam nikogo – nawet za jakieś działania, które podyktowane są głównie chęcią wywołania zainteresowania mediów. Cieszy się Pan z obecności swoich krakowskich konkurentów w Sejmie? Oni są bardzo aktywni w sprawach gospodarczych. Doceniam to. Choć ich projekty są czasem oderwane od rzeczywistości i przez to skazane na porażkę. Ważne jednak, że starają się dotykać tych istotnych sfer. Martwi jedynie sposób, w jaki chcą przeprowadzać niektóre pomysły. Nie liczą się z konsekwencjami, które dla budżetu państwa mogłyby być zabójcze. Nawet patrząc przez pryzmat własnego miasta trzeba o tym pamiętać. Wtłoczenia w polityczne podziały baliście się też chyba w stowarzyszeniu „Sieć Solidarności”, w którym Pan działa. Od razu musieliście zaznaczyć, ze będziecie pomagać wszystkim byłym działaczom „S”,

„Jeżeli wszyscy krakowscy politycy starają się wnieść coś dobrego dla naszego miasta, to świetnie. Nie mam zamiaru nikogo przekreślać.” a nie tylko tym, którzy po '89 wybrali „odpowiedni” obóz. Tak, na tym polega cały sens uczestnictwa w tym stowarzyszeniu. By nie spoglądać na barwy polityczne. Nie widzę na szczęście żadnych napięć i mam nadzieję, że one nigdy się nie uaktywnią. W ogóle nie rozmawiamy tam o bieżącej polityce. Chcemy na zasadzie ekwiwalentu pomagać osobom, które działały w „S” – a teraz nierzadko żyją w biedzie. Bo im wręczane są ordery – to oczywiście dobrze – ale my chcemy przede wszystkim pomagać im godnie żyć. To też próba odwołania się do etosu Solidarności, która dziś kojarzy się praktycznie tylko z kłótniami? Raczej nie. Można byłoby się odwoływać do tamtej idei, gdyby polskie państwo – tak jak przed '89 – było zniewolone. A jest przecież demokratyczne, choć niektórzy chcą myśleć inaczej... Mamy wolność, więc sama idea musi być dziś zupełnie inna. W Stowarzyszeniu próbujemy obejść podziały, nienawiść, złe nastawienie wynikające z atmosfery politycznej. Poseł Fedorowicz opowiadał nam o badaniach, które wskazują na to, że dziś siłę łączenia Polaków ma głównie wspólne

przeżywanie cierpienia. To dosyć pesymistyczne. Pan widzi jakieś inne wartości, które mają zdolność łączenia krakowian? Tak jest w naszej historii, że gdy pojawia się zagrożenie, nieszczęście – to dopiero wtedy udaje nam się zjednoczyć siły. Nie chciałbym, żebyśmy musieli czekać na jakiś kataklizm, byśmy znów to poczuli. Trzeba budować jedność na bazie konkretnych spraw. Ja szedłem do wyborów z hasłem: „Żeby w Sejmie była rozwaga”. Ona przydałaby się także u nas, w samorządzie, gdzie ciągle tak wiele jest partyjności. Niestety ugrupowaniom udało się zdominować lokalną politykę. A trzeba dawać przykład odwrotny. Przekonywać, że partia nie jest najważniejsza. Że to tylko środek do celu. Mamy wrażenie, że niezależnie od barw partyjnych radni mają spory problem z zarządzaniem Krakowem. Budżet miasta jest w największym kryzysie od lat. Zbliżamy się do ściany? To lekka przesada. Nie jest aż tak tragicznie, nic za chwilę się nie zawali. Natomiast dobry gospodarz nie powinien dopuścić do tego, że swobodnie wydaje się pieniądze i nie myśli o tym, co będzie potem. To jest trudne, ale trzeba patrzeć zawsze nie tylko o jeden dzień do przodu. Moja główna pre-

tensja do prezydenta Majchrowskiego polega na tym, że on i jego współpracownicy nie wykazali się odpowiednią przezornością. Ciągle wydawano i nie myślano o dalszej perspektywie. Ale na kiepską sytuację nałożyło się też kilka innych czynników. Choćby nieszczęsne EURO 2012. Mówię „nieszczęsne”, bo niestety nie odbyło się ono w Krakowie. Obok nosa przeszedł nam olbrzymi skok cywilizacyjny, który umożliwiłby nieprawdopodobny rozwój. Już dziś moglibyśmy mieć obwodnicę miasta. Niestety prezydent nie zdołał tego przeprowadzić. Prezydent Majchrowski twierdzi, że został oszukany. Przekonują Pana jego argumenty? Absolutnie do mnie nie trafiają. Niech pan prezydent przypomni sobie, że w kluczowych momentach nie ruszył się osobiście i nie pilnował sprawy. Inni prezydenci zawsze byli na miejscu. To nie jest sprawa oszustwa, tylko lenistwa. Teraz oszczędności miasto szuka w edukacji. Ale zamykanie szkół to nie jest sprawa je-

Oliwy do ognia dolał prezydent Majchrowski. Zapowiedział, że w 2014 roku dalszych likwidacji nie należy się spodziewać, bo... to rok wyborczy. Dyrektorzy odebrali to jako cios. Nie słyszałem tej wypowiedzi, ale takie lekceważenie sobie ludzi jest olbrzymim błędem. Jeśli tak rzeczywiście zrobił, to zachował się w sposób absolutnie nieodpowiedni. Chciałem jeszcze zapytać Pana o Cracovię – tym razem nie jako posła i byłego prezydenta miasta, lecz byłego prezesa tego klubu. W poprzednich latach musiały śnić się Panu koszmary. Cracovia zawodziła na całej linii. W klubie sportowym – podobnie jak w mieście – potrzebny jest dobry gospodarz. Oczywiście pieniądze też są ważne, ale klucz to dobra atmosfera. Można wynająć sobie zawodników, dobrze im płacić, ale sam klimat jest niezwykle istotny. Mam wrażenie, że od kiedy w klubie pojawił się prof. Janusz Filipiak, to tego brakuje. Nie ma tam chemii. Cracovia wróci w tym roku do elity? Chciałbym, żeby wróciła. Niektórzy żartują, że niedługo Wisła zrobi jej miejsce... (śmiech)

„Tak jest w naszej historii, że gdy pojawia się zagrożenie, nieszczęście – to dopiero wtedy udaje nam się zjednoczyć siły. Nie chciałbym, żebyśmy musieli czekać na jakiś kataklizm, byśmy znów to poczuli”.


9

Przestrzen ` miasta

Nowe Co? 10 lat zaniedbań Szerokie ulice i place wypełnione spacerującymi ludźmi, dziesiątki sklepów i restauracji, nowoczesne biura i budynki mieszkalne, nowy dworzec i reprezentacyjny plac przy głównym wejściu. Jednym słowem: miasto. Nowe Miasto. Co zostało z idei sprzed dziesięciu lat i jakie są szanse na to, że śródmieście Krakowa rozszerzy się ku północy? Nowe Miasto to obszar wzdłuż ulicy Pawiej, ograniczony od południa ulicą Lubicz, od północy zaś estakadą nad torami kolejowymi. Po raz pierwszy o tym obszarze głośno zrobiło się w 2003 roku za sprawą koncepcji firmy Tishman Speyer. Planowano wówczas budowę centrum handlowego z jednym pasażem, otoczonego obszernymi placami. Centralnym punktem budynku miał być przestronny hall dworcowy podporządkowany funkcjom komunikacyjnym i reprezentacyjnym. Firma wycofała się jednak z inwestycji, którą przejęła i zmodyfikowała niemiecka ECE wystawiając w centrum Krakowa odwróconego tyłem do miasta molocha, którego wszystkie funkcje podporządkowane są handlowi. Razem z Galerią przebudowana została ulica Pawia i pl. Kolejowy. Ten wkrótce zyskał patrona – Jana Nowaka-Jeziorańskiego i zamknięcie od strony zachodniej budynkiem Hotelu Andels. Drugim, jak dotąd niezrealizowanym etapem Nowego Miasta, miała być budowa biurowca przy ul. Pawiej według projektu jednego

z najbardziej znanych polskich biur architektonicznych – JEMS.

Krakowskie Centrum Komunikacyjne Poza funkcjami handlowymi, biurowymi i reprezentacyjnymi istotną częścią Nowego Miasta jest Krakowskie Centrum Komunikacyjne. W jego sład wchodzą dworce: autobusowy i kolejowy oraz tunel tramwajowy. Inwestycję rozpoczętą w latach 70 ubiegłego wieku cechuje przede wszystkim niespójność. Dworzec autobusowy zrealizowany w okrojonej formie (ze wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z utrudnionym dostępem do hali i zbyt małą poczekalnią), podziemna hala dworca kolejowego (czy raczej przedłużenie centrum handlowego z dodatkową funkcją dworcową), której budowy końca nie widać (niedawno zbankrutował jej wykonawca). I dalej: tunel tramwajowy bez możliwości rozbudowy w innych kierunkach, ciasne przyszłe główne wejście do dworca od strony ul. Pawiej przez Galerię Krakowską z takimi przeszkodami, jak schody ruchome wyrastające dokładnie na jego środku. Albo przeskalowane rozwiązania drogowe, estakady zabijające i dzielące przestrzeń publiczną.... Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność.

Nowe Miasto Archiszop Budynki z terenu Nowego Miasta mają jednak na swoim koncie kilka nagród (czy też nominacji) i szanse na kolejne. Powodów do dumy jednak brak, bo chodzi o Ar-

chi-szopy, które są przyznawane za wątpliwe rozwiązania architektoniczne. W 2007 roku statuetkę otrzymała Galeria Krakowska, zaś w 2010 roku nominowano hotel, a w zasadzie zespół dwóch hoteli sieci Ibis, zlokalizowanych na wysokości przystanku Politechnika. Wbrew pozorom nie chodzi tu o ich wyjątkową brzydotę, ale krzyczącą nijakość, która nie przystaje do miejsca, w którym się znajduje. Szansę na zgarnięcie kolejnej nagrody ma kamienica budowana przy ul. Kurniki. Jej pretensjonalna, lekko historyzująca architektura przywodzi na myśl nadmorskie prowincjonalne pensjonaty z lat dziewięćdziesiątych. Resztki wizerunku okolicy – poza kilkoma zabytkowymi obiektami – ratują jedynie Hotel Andels zlokalizowany na pl. Jana-Nowaka Jeziorańskiego i zespół mieszkaniowy Angel City, który mimo dobrej architektury wciąż nie jest w całości wypełniony lokalami usługowymi przy chodnikach. Pewnie głównie z powodu zasysającej uliczne życie Galerii i przeskalowanych, nieprzyjaznych przestrzeniach komunikacyjnych. Charakteryzujących się zresztą przepastnymi ilościami asfaltu i zerowym udziałem zieleni. Gaszenie światła nad Nowym Centrum Częściowo odrębne od Nowego Miasta miało być tzw. „Nowe Centrum” – obszar leżący po wschodniej stronie Dworca Głównego z dużym potencjałem nie tylko ze względu na świetną dostępność komunikacyjną, ale także zlokalizowany tu kampus Uniwersytetu Ekonomicznego. W 2009 roku krakowskie Stowarzyszenie

„Przestrzeń-Ludzie-Miasto” wystąpiło do władz miasta z wnioskiem o pilne przygotowanie dla tego terenu planu zagospodarowania i podjęcie dyskusji na temat jego przyszłości oraz roli w tkance miasta. Marcin Skrzątek, przedstawiciel stowarzyszenia. – Mimo że od czasu, gdy staraliśmy się wytworzyć zainteresowanie społeczne wokół tematu „Nowego Centrum Miasta” minęło kilka lat, władze Krakowa pozostały głuche. Nie podjęto żadnych działań w celu zapewnienia odpowiedniego kształtu przyszłej tkanki miejskiej. Teren po wschodniej stronie dworca można śmiało uznać za stracony. Będą powstawać kolejne bloki, być może z „Żabkami” w przyziemiu. Władze miasta nie mają i nie będą miały żadnego wpływu na kształt ani jakość powstających kolejnych kwartałów zabudowy. Konsekwencje takiej postawy władz miasta już zaczynają być widoczne – przy ul. Rakowickiej powstaje właśnie grodzone osiedle apartamentowców. To blokowa monokultura, zupełnie odcinająca się od miejskiego kontekstu. Niedługo miastu przyjdzie się zmierzyć z ogromem zaniedbań. W całym zespole planowanym na 400 mieszkań znajdą się tylko cztery lokale użytkowe i zero przestrzeni publicznych. Na ironię zakrawa też fakt, że reklamowane przez dewelopera jako „ekskluzywne” osiedle odsyła swoich mieszkańców do fitnessclubu ulokowanego w... Uniwersytecie Ekonomicznym.

Perspektywy na przyszłość? Przyszłość, ale czego? Nowe Cen-

trum od lat nie funkcjonuje już w debacie publicznej. Owszem, pojawiają się pewne problemy i zagadnienia, które są poruszane przez polityków i lokalne media, lecz nikt nie analizuje ich w kontekście zapomnianego projektu nowej dzielnicy. Podczas gdy wiceprezydent Krakowa Elżbieta Koterba zapowiada utworzenie kolejnego Nowego Miasta w Płaszowie, to pierwsze dalej nie jest objęte Miejscowym Planem Zagospodarowania Przestrzennego. A to on byłby środkiem zabezpieczającym interesy miasta w zakresie architektury i urbanistyki. Niestety jak do tej pory ani Rada Miasta Krakowa, ani Prezydent nie podjęli inicjatywy stworzenia takiego dokumentu. W najbliższym czasie nie ma także realnych szans na wykupienie i utworzenie planowanego między ulicą Pawią a kościołem św. Floriana placu miejskiego. Zamiast tego podróżnych wysiadających z nowego dworca podziemnego witać będą parkingi, reklamy, przystanki busów i marnej jakości arKACPER KĘPIŃSKI chitektura. W skrócie: W 2003 roku firma Tishman Speyer po raz pierwszy zaprezentowała plany budowy nowego dworca głównego w Krakowie i stworzenia całkiem nowej dzielnicy. Z pierwotnego planu nazwanego szumnie „Nowym miastem” niewiele jednak zostało, zaś widoki, które oglądać możemy spacerując ul. Pawią czy Wita Stwosza w niczym nie przypominają śródmieścia europejskiej metropolii.

Street art wkroczy na ściany Galerii Krakowskiej Co widzą zaraz po przyjeździe do Krakowa wszyscy podróżujący koleją? Wielką, ślepą ścianę, zaplecza, śmietniki, kominy i instalacje techniczne Galerii Krakowskiej. Wkrótce najbrzydsza część handlowego molocha ma szansę stać się trochę bardziej przyjemna. Wszystko za sprawą konkursu artystycznego MALL WALL ART. Organizator konkursu, czyli Galeria Krakowska, oddaje ponad 1400 m2 do dyspozycji artystów. Ściana będzie nośnikiem muralu, który ma wzbogacić przestrzeń publiczną miasta. O ile oczywiście można nazwać tym mianem zaplecza galerii handlowej. Co ważne – organizatorzy nie narzucają żadnych ram tematycznych, dzięki

czemu jedyne ograniczenie dla twórców to kształt i wielkość ściany. Ta ostatnia jest na tyle imponująca, że ma szansę stać się nośnikiem jednego z największych murali w Polsce. A przy tym – jak sza-

cują organizatorzy – oglądanym codziennie przez około 40 tysięcy osób. Podczas zorganizowanych wspólnie przez zarząd Galerii i krakowskie media spotkań w Muzeum Sztuki Współczesnej pojawi-

ły się pomysły, aby mural promował wydarzenia kulturalne w mieście, był wizytówką i zaproszeniem do Krakowa. Jednak większość zaproszonych gości była zdania, iż należy oddać tę decyzję w ręce arty-

stów. Na zgłoszenia konkursowe organizatorzy czekają do końca lutego. Nagrodą dla zwycięzcy poza samą realizacją projektu zaplanowaną na koniec kwietnia będzie 20 000 zł ufundowane przez Galerię. W jedenastoosobowym jury konkursu zasiądą zaś przedstawiciele nie tylko samego właściciela budynku, ale także lokalni dziennikarze, urzędnicy i artyści. Wśród nich m.in. dyrektorka MOCAK-u Maria Anna Potocka, wiceprezydent Magdalena Sroka i szefowa Krakowskiego Biura Festiwalowego Iza Helbin. A także Artur Wabik – twórca murali i jednocześnie dyrektor artystyczny konkursu. Nic nie zmieni jednak faktu, że Galeria Krakowska jest odciętym od przestrzeni miasta, najbardziej introwertycznym budynkiem w centrum Krakowa, który zasysa

aktywność z pobliskich ulic i placów. Najlepiej świadczy o tym obraz ulicy Pawiej, która pozbawiona wejść do poszczególnych sklepów i kawiarni stała się pieszą trasą tranzytową ze zdegradowaną małą architekturą (kwietniki zamieniły się w kosze na śmieci, bo te zdążyły się już rozlecieć). Mural na ścianie centrum handlowego będzie więc miłym dla oka dodatkiem, który nie zdoła jednak znacząco zmienić odbioru okolicy. Tym bardziej że miejsce, które wybrano na jego ekspozycję, zostanie zmarginalizowane po otwarciu podziemnej hali dworca głównego. KACPER KĘPIŃSKI

W skrócie: Galeria Krakowska ogłosiła konkurs na artystyczne zagospodarowanie jednej ze swoich ścian od strony peronów dworca PKP. Mural ma uatrakcyjnić przestrzeń publiczną wokół budynku, dziś zdominowaną przez nieatrakcyjne zaplecza techniczne centrum handlowego.


Dawno Temu w Krakowie

13


14

Kultura

Czwartek, 10 stycznia 2012

Niekoniecznie supermarket Jeśli brać pod uwagę ilość kin studyjnych działających w naszym mieście, Kraków jest zupełnie wyjątkowy. Kultura kameralnych sal i długich rozmów o filmie ciągle ma się u nas doskonale Może dzięki temu kino Agrafka otrzymało dwa lata temu nagrodę dla najlepszego kina w Polsce? O sile tkwiącej w kameralnych kinach opowiadają nam szef Agrafki Robert Skrzydlewski oraz krakowski aktor teatralny i filmowy Tomasz Schimscheiner. Mówiłeś w wywiadach, że czekałeś dwadzieścia lat, by otworzyć własne kino. Udało się, a po dwóch latach „Agrafka” została wybrana najlepszym kinem w Polsce. Robert Skrzydlewski: Traktujemy to wyróżnienie jako dowód uznania za cały dorobek naszej pracy. Otwierając Agrafkę, nie stawialiśmy z Bogdanem Balickim (współwłaściciel kina – przyp. red.) pierwszych kroków. Dobrze wiedzieliśmy, na czym to polega. Ja sam bardzo długo pracuję w kinie, zaczynałem jeszcze jako student w kinie „Wanda”. A nagroda? Zdobyli ją wszyscy ludzie pracujący w Agrafce, bo oni tworzą tutaj tę specyficzną atmosferę. Bo kino to głównie ci ludzie, a nie same mury. Zdecydowałeś się otworzyć kino, bo nadarzył się jakiś szczególny moment? Myślałem o tym od dawna. Jak się cały czas pracuje u kogoś, to człowiek w końcu zastanawia się, czy nie mógłby zrobić czegoś po swojemu. Tylko że to nie takie proste. Ja miałem szczęście, bo był przy mnie Bogdan – z którym pracowałem wcześniej w Kinie Pod Baranami. On namówił mnie, żebyśmy założyli fundację, a kilka miesięcy później kino. I zaczęło się układać. W dużej mierze wspomógł was Polski Instytut Sztuki Fil mowej. No tak, bez ich pomocy byłoby nam bardzo ciężko. Nie ma co kryć, nie mieliśmy żadnych poważnych oszczędności, jedynie jakieś drobne pieniądze. Większość prac wykonaliśmy więc własnymi rękami. Sporo pomogli nam znajomi. O ekipie remontowej, spełniającej wszystkie nasze zachcianki, mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Ale daliśmy radę. . Traktujesz Kraków jako miejsce sprzyjające małym kinom? Zdecydowanie tak. Krakowianie uwielbiają kina studyjne. To

Tomasz Schimscheiner

dzięki nim sporo kameralnych, tradycyjnych sal ma szansę spokojnie funkcjonować. To wszystko zasługa rzeszy miłośników kina. Nie filmu, lecz kina – zaznaczam, bo to spora różnica. Można kochać filmy i na tym poprzestawać. Być po prostu widzem. Ale można też zachwycać się kinem, jego kulisami, kuchnią, atmosferą. Dlatego mogą powstawać kolejne multipleksy, bo one i tak nie zdołają wyprzeć kameralnych kin. W Agrafce w ostatnim czasie organizowaliście m.in. Akademię Orange. Szansę sprawdzenia się w robieniu filmów dostali nastoletni twórcy. Nie byłeś rozczarowany, że później zainteresowanie akcją nieco spadło? Nie, bo to była świetna impreza. Filmy, które udało im się nakręcić, były świetne. Jeden zrobił na nas kolosalne wrażenie. Grupa nastolatków pod okiem Grzegorza Zaricznego zrobiła coś niezwykłego. Dlatego nie jestem rozczarowany. Chyba że pozytywnie. (śmiech) Świetnie przyjął się cykl „Szpilki w Agrafce”, skierowany tylko do kobiet... To fenomen! Tam zbiera się śmietanka krakowskiego feminizmu? Nie, nie, cała idea opiera się natym, że kobiety świetnie się organizują. Potrafią się same mobilizować, zbierać w grupkach. Mamy już stałe bywalczynie, które nie

Robert Skrzydlewski. Wieloletni kierownik Kina Pod Baranami, współtwórca Mikroffali przy Klubie Sztuki Filmowej Mikro, członek Rady Polskiej Federacji DKF, regionalny przedstawiciel firm Gutek Film, Vivarto oraz Art House. Od lat współpracuje przy organizacji Międzynarodowego Festiwalu Era Nowe Horyzonty, a ostatnio również Festiwalu OFF Plus Camera. Współwłaściciel krakowskich kin „KIKA” i „Agrafka”, które zostało uznane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej najlepszym kinem w Polsce w 2010 roku.

omijają żadnego spotkania. Cała impreza odbywa się co miesiąc i ma w dużej mierze charakter towarzyski. Jest winko, poczęstunek, ciasteczka. A co najciekawsze, do końca nie wiadomo, jaki film zaprezentujemy. Gdybym chciał coś podobnego zrobić dla facetów, byłoby mi trudno znaleźć jakikolwiek punkt zaczepny. Cokolwiek wspólnego, co mogłoby zachęcić do przyjścia większą grupę. Może puściłbym mecz? Ale część dalej byłaby rozczarowana. Tak sobie myślę, że my jakoś inaczej odbieramy tę kulturę. Inaczej ją przeżywamy. Jeszcze inaczej przeżywają dzieci, ale one akurat tłumnie odwiedzają Agrafkę. Jak udało się przekonać rodziców, by przychodzili z nimi do kina? Cykl zrodził się, gdy pracowałem jeszcze w Kinie Kijów. Na szczęście cały projekt pozostał przy mnie i mogłem go kontynuować w Agrafce. Chodzi o to, by robić coś na kształt poranków filmowych dla dzieci. Chcę przy okazji sięgać do tradycji z czasów dzieciństwa mojego pokolenia. Pokazujemy filmy bardzo ciekawe technicznie – z epoki, gdy nie dokonywano jeszcze obróbki komputerowej. Mamy coś, czego nie zobaczysz dziś w telewizji. A dla dzieci to jest pierwszy kontakt z kinem. Pamiętam, że gdy przed laty byłem ze swoimi dziećmi w jednym z multipleksów, to one bardzo źle to odebrały. Były fajne animacje, ale wszystko było dla nich za duże: ekran, wielka sala, a do tego hałas... Brakowało im takiego domowego klimatu. Takiej atmosfery, jaką staramy się wytworzyć w Agrafce. U nas dzieci ściągają buty, gonią się po sali, siedzą na poduszkach albo na ziemi. Nie jest za głośno, nie ma gigantycznego ekranu i olbrzymiej sali. I to są świetne warunki, by zaprzyjaźnić dzieci z kinem.

krakowski aktor filmowy i teatralny Na czym polega wartość kina studyjnego? Chodzi przede wszystkim o to, że można tam zobaczyć filmy, które nie są powszechnie dystrybuowane. Z różnych powodów: nie mają wystarczającego budżetu, by móc się promować, są przygotowywane na 2-3 kopiach, a ich jedyną szansą są przeglądy i festiwale filmowe. Nie mają możliwości zaistnienia na szerszą skalę, bo ktoś uznał, że by się „nie sprzedały”. Kino studyjne to miejsce, gdzie można przekonać się, co świat myśli o świecie. W multipleksie widzisz wesołe miasteczko, a tam – rzeczywistość. I dzięki temu dowiadujesz się, czym tak naprawdę żyje dziś kultura – jakie sprawy są teraz ważne? Odnajdujesz mianownik, do którego możesz się odnieść... albo po prostu widzisz tam swoje własne życie. Zazwyczaj po obejrzeniu filmu w kinie studyjnym od razu chce się o nim pogadać. Dlatego siadasz z kumplami i bez przerwy gadacie. Kończy się noc, widzisz już dno w drugiej flaszce – a dyskusja nadal się nie kończy. I ona przynosi zaskakujące spostrzeżenia. Bo po tych filmach rozmawia się o życiu, o problemach, jakie chcemy dotknąć – o pomysłach na swoją przyszłość. Wizyta w kinie studyjnym daje powód, by stawiać sobie takie pytania. Różnicę między kinem studyjnym a multipleksem można porównać do tej, jaka zachodzi między teatrem impresaryjnym a autorskim. W tym pierwszym widz musi być przygotowany na to, że będzie uczestniczył w pewnym wydarzeniu komercyjnym – na wyższym bądź niższym poziomie – w którym nie ma miejsca na zbytnie przeintelektualizowanie. Za to teatr autorski, podobnie jak kino studyjne, podaje myśl intelektualną o dzisiejszym świecie. Oczywiście nie mogłoby istnieć tylko kino studyjne. To byłoby za mało. Multipleksy też są potrzebne. Ale czasem jak patrzę na prezentowane w nich produkcje wysokobudżetowe, to patrzę na szerszy kontekst. Ubawiłem się, zobaczyłem dobre efekty – tylko zastanawiam się: do czego to zmierza? Kino 3D, 7D, a zaraz będą na nas pluli z ekranu. W porządku, tylko co mi to daje? W opozycji do tego powstaje choćby taki film, jaki zrobiliśmy niedawno z Baronem – „Wszystkie kobiety Mateusza”. Dający chwilę czasu na zastanowienie się nad sobą, nad światem. Podobnie jak w biegu – trzeba sobie czasem odpocząć. Ja lubię odpoczywać w kinie studyjnym. A przy tym daje mi ono pretekst do dyskusji z przyjaciółmi. I to jest wielkie. Sam chodzisz czasem do multipleksów? Tak.. Bo one też są potrzebne. Oczywiście denerwuje mnie popcorn, siorbanie, jedzenie, więc nie chodzę tam często. Ale potrafię sobie wybrać taki moment, gdy nie ma tłumu i jest spokojniej. Wtedy czuję się dobrze. A kina studyjne? Na czym polega ich wyjątkowość?

Na pewno bronią się repertuarem. W multipleksach nie ma wielu świetnych filmów, którym brakowało kasy na większą promocję. Ich reklama opiera się na czasopismach czy ulotkach, a nie na milionowej kampanii marketingowej. Te filmy są nieraz szalenie ważne i byłoby wielką szkodą ich nie zobaczyć. Poza tym, tutaj bardziej obcujesz z filmem. Między multipleksem a kinem studyjnym jest taka

różnica, jak pomiędzy pójściem do swojego, kameralnego sklepiku, gdzie czujesz się swobodnie – a odwiedzinami wielkiego, zatłoczonego marketu. Sęk w tym, że mnie średnio odpowiada supermarket. Podobnie jest z kinami – wolę te, w których wszystko toczy się wolniej. A ja lubię po seansie pogadać o filmie, poczuć jego atmosferę. Zrobiłeś sobie kiedyś w Agrafce prywatny seans? Całkiem prywatny nie, ale z Bogdanem Pawlickim zaliczyliśmy samotne seanse. A poza tym, wiadomo – szewc bez butów chodzi. Czasami nie miałem czasu, by obejrzeć wszystkie prezentowane przez nas filmy, więc przedłużałem czas dystrybucji. I później sam sobie wyświetlałem. Bo szkoda byłoby przegapić coś naprawdę dobrego. ROZMAWIAŁ: JANUSZ SCHWERTNER

Krakowskie kina studyjne Kino Mikro adres: ul. J. Lea 5 w internecie: www.kinomikro.pl Kino Pod Baranami adres: Rynek Główny 27 w internecie: www.kinopodbaranami.pl ARS adres: Ul. Św. Tomasza 11 w internecie: www.ars.pl Sfinks adres: Os. Górali 5 w internecine: www.kinosfinks.pl Kijów.Centrum adres: ul. Krasińskiego 34 w internecie: www.kinosfinks.pl Paradox adres: ul. Krupnicza 38 w internecie: www.kinoparadox.pl Agrafka adres: ul. Krowoderska 8 w internecie: www.kinoagrafka.pl Kika adres: ul. Krasickiego 18 w internecie: www.kinokika.pl Kino 18, PAUZA adres: ul.Floriańska 18/5 w internecie: www.pauza.pl


15

Sport

Krakowska żądza Igrzysk To już nie tylko propozycja trzykrotnej olimpijki, a obecnie posłanki Platformy Obywatelskiej Jagny Marczułajtis oraz dr hab. Szymona Krasickiego z Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie. Projekt organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku poparł m. in. prezydent Jacek Majchrowski, Marszałek Województwa Małopolskiego Marek Sowa oraz przedstawiciele Zakopanego i Słowacji. że Kraków miałby pełnić głównie rolę marketingowej wizytówki zawodów oraz być siedzibą największej wioski olimpijskiej, której postawienie i utrzymanie również wiąże się ze sporymi wydatkami. W Krakowie miałyby miejsce zawody wyłącznie w niszowych dyscyplinach, wymagające potężnych nakładów finansowych związanych m. in. z budową od podstaw dwóch obiektów sportowych, których wykorzystanie w przyszłości przez miasto byłoby wątpliwe. W tej sytuacji – przy jednoczesnym braku gwarancji finansowych ze strony organów centralnych – władze miasta podjęły decyzję o przeznaczeniu aż 1,5 miliona złotych na przygotowanie aplikacji, zapłatę wymaganych składek oraz promocję olimpiady w naszym mieście. Środki te zarezerwowano Reklama

KRAKÓW – VANCOUVER Jeden z pomysłodawców, Szymon Krasicki twierdzi, że byłyby to tanie igrzyska. Podobny pogląd panował wśród organizatorów olimpiady w 2010 roku, która odbyła się w kanadyjskim Vancouver. W 2004 roku zakładano koszty na poziomie 354 milionów dolarów, te jednak ostatecznie przekroczyły 6 miliardów dolarów. Obiekt do łyżwiarstwa szybkiego kosztował 178 mln dolarów, projekt polski zakłada wzniesienie takiego obiektu w Krakowie za niecałe 100 mln złotych. Tanim przedsięwzięciem było lodowisko do curlingu, które kosztowało Kanadyjczyków 40 mln dolarów. Najdroższą z inwestycji może się okazać tor saneczkarsko-bobslejowy. W Vancouver kosztował 105 mln dolarów. W Myślenicach miałby powstać za 100 mln złotych. Rozważane jest jednak wzniesienie droższego obiektu w oparciu o projekt publiczno-prywatny za około 250 mln złotych, który w przeciwieństwie do tańszej wersji miałby w przyszłości przynosić zyski. Problem w tym, że wciąż niejasne jest stanowisko władz centralnych, a projekt zakłada pokrycie kosztów organizacji Igrzysk głównie z budżetu państwa. Zdaniem Marczułajtis w tej sprawie odbyły się już jednak pierwsze spotkania naszczeblu rządowym. Wszystko idzie podobno w dobrym kierunku.

Słowacy pomogą Według założeń, w Zakopanem miałyby się odbyć zawody w biathlonie oraz w skokach

i biegach narciarskich. Strzelnica i skocznie wymagają modernizacji, lecz prawdziwym zmartwieniem władz miasta są wytyczone już trasy biegowe. Właściciele nie chcą bowiem słyszeć o sprzedaży działek, a burmistrzowi Januszowi Majchrowi postawiono ultimatum rozwiązania problemu do 15 stycznia. W przeciwnym wypadku Zakopane straci możliwość organizacji zawodów w tej dyscyplinie na rzecz Mszany Dolnej lub Nowego Targu. Pod Tatra-

mi ważniejsze jest jednak referendum w sprawie odwołania burmistrza, które odbędzie się za kilka dni. Problem stanowi także brak toru saneczkarsko-bobslejowego, który miałby powstać za olbrzymie pieniądze na Górze Chełm w Myślenicach. Zawody snowboardowe byłyby rozgrywane w Jurgowie. Projekt zakłada także wsparcie Słowaków ze względu na brak możliwości zorganizowania w Polsce zawodów w konkurencjach alpejskich. Te miałyby miejsce (podobnie jak freestyle) w ośrodku narciarskim Jasna na górze Chopok. Słowacy liczą jednak na zorganizowanie u nich również rozgrywek hokejowych. To może uniemożliwić im regulamin olimpijski, który zakłada, że jeżeli nie da się wykazać przeciwwskazań do odbycia zawodów w danej dyscyplinie na terenie kraju organizującego Igrzyska, to nie powinny się odbywać w innym państwie. Pomysłodawczyni, posłanka Jagna Marczułajtis zapewnia, że władze polskie wspólnie ze słowackimi wystąpią do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego o rozważenie możliwości przeprowadzenia turnieju hokejowego na terenie obu krajów. Po stronie polskiej rozgrywki miałyby się odbywać w Oświęcimiu i Katowicach.

się największą w Polsce, pomysł ten jest bardzo kontrowersyjny. W hali krakowskiej, budowanej za ponad 400 milionów złotych, kibice mogliby oglądać wyłącznie zawody w łyżwiarstwie figurowym i short tracku. W Krakowie planowane są także rozgrywki curlingowe. Wstępny projekt nie zakłada jednak modernizacji lodowiska Cracovii, lecz wzniesienie w tym celu nowej budowli, która miałaby powstać w sąsiedztwie AWF. Największym zmartwieniem naszego miasta może być jednak budowa toru do łyżwiarstwa szybkiego, który istnieje w Zakopanem, ale nie spełnia wymogów olimpijskich. Nie jest bowiem zadaszony. W rozmowie z „Magazynem Krakowskim” Jagna Marczułajtis wysuwa propozycję zbudowania go obok powstającego Centrum Kongresowego przy Rondzie Grunwaldzkim. Po Igrzyskach trybuny zostałyby zniesione, a hala mogłaby zostać przeznaczona pod mające się odbywać kiedyś w tym miejscu targi. Projekt zadaszenia stadionu Wisły, na którym według założeń miałaby zostać zorganizowana także ceremonia otwarcia i zamknięcia Igrzysk, upadł ze względu na negatywną opinię architektów. Nie ma jednak opinii odnośnie stadionu Cracovii.

W Krakowie skromnie

Władze miasta do tematu organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie podeszły bez należytego sceptycyzmu. Analizując wstępne projekty i założenia łatwo odnieść wrażenie,

Biorąc pod uwagę stan techniczny tych lodowisk oraz trwającą budowę hali widowiskowo-sportowej w Czy��ynach, która pomieści 15 tysięcy widzów i stanie

Promocja bez gwarancji

w uchwalonym niedawno budżecie miasta na 2013 rok. Czyli w tym samym dokumencie, który jest podstawą zamykania szkół na terenie Krakowa ze względu na rzekomy brak środków finansowych na ich utrzymanie. Na razie nie ma też oczywiście żadnej gwarancji wyboru Krakowa na gospodarza Igrzysk przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Rywalami są bowiem szwajcarskie Sankt-Moritz, Oslo, Barcelona oraz Lwów. BARTOSZ PALETA

W skrócie: Igrzyska Olimpijskie to wielka sportowa impreza, która mogłaby dodatkowo wypromować Kraków na świecie. Wątpliwości budzą jednak szczegóły całego projektu, który dla naszego miasta niekoniecznie byłby opłacalny.


16

Reklama

Czwartek, 10 stycznia 2012


Magazyn Krakowski nr 2