Issuu on Google+

Grupa Copernicus numer 3 (9) 2012

str. 10

Energia do dyskusji

Za i przeciw energii jądrowej

str. 8

FIZ niezmiennie atrakcyjne Jak przygotować się na zmiany w podatkach

Nicolas

Berggruen bezdomny miliarder


MIESZKANIA NA SPRZEDAŻ BIURA DO WYNAJĘCIA ceny od

8 200 PLN/m

2

Browar Lubicz - stylowe mieszkania w samym centrum Krakowa Pomiędzy starannie odrestaurowanymi zabytkami architektury przemysłowej XIX wieku, wkomponowano 7 nowoczesnych budynków mieszkalno - usługowych z podziemnym parkingiem. Kontrast między współczesnością a historią nadaje przedsięwzięciu niepowtarzalny charakter i wpisuje je w unikalną atmosferę Krakowa - miasta, w którym harmonijnie współistnieją nowoczesność i tradycja.

• Dworzec Główny - 300 m • Rynek Główny - 900 m • Kazimierz - 1,8 km • Wawel - 1,8 km • Wisła - 1,9 km

Biuro sprzedaży: Centrum Biurowe Lubicz Kraków, ul. Lubicz 23 tel: +48 12 433 03 90

tel: +48 784 386 493 www.browarlubicz.pl info@browarlubicz.pl


edytorial

Szanowni Państwo

Z

Fot. na okładce: xxxxxxxxxxx fot.: materiały prasowe Grupy Copernicus

a oknami złota polska jesień. Świat wygląda pięknie – można więc popaść w błogostan, a przed nami tyle wyzwań. Zewsząd jesteśmy straszeni kolejną odsłoną kryzysu, która tym razem nie oszczędzi nawet Polski – zielonej wyspy na europejskim morzu problemów. Czy będzie tak źle, jak wieszczy większość? Jest wiele argumentów przemawiających za tym, że faktycznie idzie sztorm. Grecja znowu wróciła na pierwsze strony gazet, tym razem w towarzystwie większej siostry – Hiszpanii, która lada dzień ma poprosić o pomoc w ratowaniu swoich finansów. Fed stara się ratować rachityczną gospodarkę USA poprzez QE3, czyli po prostu przez wlewanie świeżo wydrukowanych dolarów na rynek. Nawet pracowici Chińczycy łapią zadyszkę i będą rosnąć wolniej – około 7 proc. w skali roku (taki wzrost nadal pozostaje w sferze marzeń większości państw). Łatwo więc nabrać przekonania, że może być tylko gorzej. Owszem, gdyby nie kilka faktów. Indeksy giełdowe rosną i to mocniej, niż się spodziewano. Ceny surowców strategicznych, takich jak ropa i miedź, nie spadają, chociaż w obliczu globalnej katastrofy powinny. A polska waluta i polskie obligacje skarbowe, od roku skazywane na pożarcie, są wyjątkowo mocne (rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych na poziomie 4,7 proc., euro kosztuje znowu niewiele ponad 4 zł). Pojawia się pytanie: czy inwestorzy działają świadomie, a decyzje inwestycyjne są oparte na racjonalnej analizie? Czy może opierają się na zasłyszanych, łatwo wpadających w ucho komentarzach? Jestem przekonany, że rynki będą zachowywały się inaczej, niż oczekuje większość. Ani nie będziemy mieli dużych spadków (tym bardziej ataków paniki), ani nie wytworzy się silny, wieloletni trend wzrostowy. Chyba że ropa znacząco stanieje – wtedy czekają nas spore, a przede wszystkim fundamentalnie uzasadnione wzrosty na rynkach akcji.

W bieżącym numerze skupiamy się na świadomości, dzięki której zdajemy sobie sprawę ze zjawisk zachodzących w naszym otoczeniu i możemy na nie skutecznie reagować, co obecnie jest szczególnie istotne. Na naszej okładce gości Nicolas Berggruen – miliarder, który z wyboru odrzuca dobra materialne i skupia się na działalności filantropijnej. Wewnątrz numeru poruszamy palący problem zapotrzebowania na energię, z którym Polska będzie musiała się zmierzyć. Podpowiadamy Państwu, w co najlepiej inwestować w czasach kryzysu oraz jak połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli podróżowanie z możliwością niesienia pomocy innym. Zapraszam do lektury!

Marcin Billewicz Prezes Zarządu Copernicus Securities SA

% | 8/2012

1


spis treści

temat kwartału:

Świadomość 10

rynek

30

coaching

18

lider

32

kadr na smak

26

w drodze

36

ostatnie słowo

Energia do dyskusji Nicolas Berggruen chce zmieniać świat Podróż za niejeden uśmiech

Finanse&Biznes

Świadomość, że wszystkich nas coś łączy Menu do zmiany

Jakub Żulczyk o świadomości swojego psa

Po godzinach

4

% z kwarTału

24

% na mapie

5

Subiektywnie o finansach

28

Postać

34

klub gentlemana

6 8

2

26

Co słychać w Grupie Copernicus? Maciej Samcik: Pójdź człowieku do złota

% z wydarzeń

Po pierwsze elastyczność

Jesień obfituje w ciekawe wydarzenia

L. Ron Hubbard – mesjasz za miliony Potencjał lepiej zarządzany

Rozmowy o pieniądzach FIZ niezmiennie atrakcyjne – wywiad z Piotrem Grabowskim

12

INwestor

14

pomysł na biznes

20

półka z książkami

22

gadające głowy

Nieruchomość za granicą, tylko w kryzysie Polskie dobra luksusowe

Nowe teorie ekonomii i inwestowania Sztuka kreacji, czyli nowe pomysły na walkę z kryzysem

% | 3 (9) 2012

Magazyn „%”; Właściciel: Grupa Copernicus, Salzburg Center, ul. Grójecka 5, 02-019 Warszawa, tel.: +48 22 44 00 100 Redakcja, projekt graficzny, reklama, produkcja: Novimedia Sp. z o.o. (Novimedia jest częścią Grupy Wydawniczej Zwierciadło) www.novimedia.pl [Zespół – Dyrektor Wydawniczy: Monika Maciąg, Wydawca: Angelika Zdankiewicz, Szef Studia Graficznego: Marta DZIUBALSKA, Senior Art Graphic: Paweł Rygol, Korekta: Elżbieta Woźniak, Fotoedycja: Piotr W. Bartoszek, Produkcja: Robert Jeżewski, Szef Biura Reklamy Grupy Zwierciadło: Elżbieta Hołubka, e-mail: e.holubka@zwierciadlo.pl] Jeśli nie chcą Państwo znajdować się na liście dystrybucyjnej magazynu „%”, prosimy o informację zwrotną na adres: pr@copernicus.pl.


Finanse&Biznes

Fot.: Shutterstock

Zarabianie pieniędzy jest ekscytujące

FIZ niezmiennie atrakcyjny

nieruchomości za granicą

energia do dyskusji

MILIARDER CHCE ZMIENIAĆ ŚWIAT

Jak efektywnie fukcjonować po wejściu w życie zmian w podatku dochodowym

Kryzys to dobry czas na kupno apartamentu na południu Europy

Polsce grozi kryzys energetyczny. Jak temu zaradzić?

Nie ma domu, samochodu ani zegarka, a dzieła sztuki oddaje do muzeów


% z kwartału

Nowe produkty

w ofercie Copernicus Capital TFI SA Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Copernicus rozwija ofertę parasola Copernicus FIO. W ramach niego utworzony został piąty subfundusz – Dłużny Skarbowy Plus. Jest on adresowany do klientów, którym zależy na stabilności inwestycji i jej regularnym wzroście. Fundusz lokuje aktywa głównie w papiery dłużne o średnim i długim terminie wykupu oraz instrumenty rynku pieniężnego. Znaczna część portfela będzie inwestowana w długoterminowe obligacje skarbowe; ryzyko inwestycyjne fundusz określa jako niskie. Obecnie wartość aktywów zgromadzonych w parasolu Copernicus FIO wynosi ponad 275 mln zł. Subfundusze cieszą się stale rosnącym zainteresowaniem wśród inwestorów. Od kilku miesięcy osiągają najwyższe stopy zwrotu, co potwierdzają wysokie miejsca w rankingach publikowanych przez media. 

Fundusze na szóstkę Subfundusze Copernicus FIO zarządzane przez Copernicus Capital TFI SA na najwyższych pozycjach za II kwartał 2012 r. Po raz kolejny zarządzający funduszami akcyjnymi Copernicus wypracowali najwyższe stopy zwrotu, osiągając tym samym czołowe pozycje w rankingu serwisu Analizy Online. Zwycięstwo jest przede wszystkim rezultatem wyników inwestycyjnych funduszy, ale też jakości i zróżnicowania oferty.

4

% | 3 (9) 2012

• Subfundusz Dłużnych Papierów Korporacyjnych w okresie ostatnich trzech miesięcy dał zarobić jego uczestnikom 2,5 proc., co według Analiz Online, czołowego ośrodka analizującego fundusze inwestycyjne, jest najlepszym wynikiem. Dobre wyniki zarządzania pozwoliły na zgromadzenie ponad 252 mln zł aktywów w tym subfunduszu – jest to najwyższa wartość w historii funduszu.

• Subfundusz Akcji za trzy miesiące osiągnął stopę zwrotu w wysokości 1,3 proc., dzięki czemu nie tylko zajął pierwsze miejsce w swojej kategorii, ale przede wszystkim – jako jeden z dwóch funduszy – uchronił swoich klientów przed stratą i wyprzedził konkurencję pod względem wypracowanej stopy zwrotu.

• Subfundusz Płynnościowy Plus za ostatni kwartał wypracował stopę zwrotu w wysokości 1,8 proc. i tym samym uplasował się na drugiej pozycji wśród funduszy z grupy gotówkowych i pieniężnych uniwersalnych. Mimo że jest to najmłodszy fundusz pod parasolem, klienci zainwestowali w niego już ponad 23 mln zł.

• Subfundusz Akcji Dywidendowych znajdujący się pod parasolem Copernicus FIO od początku roku wypracował stopę zwrotu w wysokości 23,9 proc. Wynik ten jest o ponad 10 pkt proc. wyższy od funduszu inwestycyjnego otwartego zajmującego drugą pozycję w zestawieniu. Wysoka, dodatnia stopa zwrotu funduszu pozwala mu być zdecydowanym liderem wśród funduszy z grupy porównawczej.

Towarzystwo Inwestycyjne Copernicus zarządza obecnie środkami o wartości ponad 7,4 mld zł. Pozwala to na stałe utrzymywanie wysokiej pozycji wśród największych TFI na polskim rynku. Na wartość zarządzanych aktywów składają się środki zgromadzone w subfunduszach wchodzących w skład Copernicus FIO oraz w prywatnych funduszach zamkniętych.


subiektywnie o finansach

Pójdź człowieku

do złota

Maciej Samcik bloger finansowy, dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Fot.: Shutterstock, archiwum prywatne

M

oda na złoto wśród Polaków nabiera rozpędu. Największy sprzedawca kruszcu w kraju, spółka Mennica Polska, w ciągu pierwszego półrocza sprzedał prawie 4 tony złota inwestycyjnego. Dla porównania: w pierwszym półroczu 2011 r. udało się włożyć klientom do kieszeni tylko tonę kruszcu, więc wzrost jest ogromny. Mennica Wrocławska, drugi największy sprzedawca, od stycznia do czerwca 2012 r. sprzedała 600 kg, a trzecia firma tego typu – Inwestycje Alternatywne Profit – co najmniej pół tony. Dorzucając do tego kilku mniejszych sprzedawców, można szacować, że w pierwszej połowie roku w naszych skarbczykach znalazło się 5,5 tony złota inwestycyjnego. To może nawet dwa razy więcej niż w całym zeszłym roku. Wtedy kupiliśmy jakieś 2-3 tony złota. Popyt na złoto rośnie, bo trafia ono pod strzechy. Monety i sztabki coraz częściej są sprzedawane nawet w... okienkach bankowych. Mennice porozumiały się ostatnio z bankami, m.in. z: BZ WBK, BOŚ, Deutsche Bank, Aliorem, wcześniej złoto można było kupić np. w oddziałach Raiffeisen Bank. Do sprzedaży wprowadziły je nawet banki spółdzielcze. A może nie powinienem się dziwić, wszak spółdzielcy rekrutują swoich klientów raczej spośród zwolenników konserwatywnego inwestowania (a sztabka zakopana w ogródku spełnia w tym zakresie najlepsze standardy, prawda?). Wprowadzenie złota inwestycyjnego do bankowej sieci dystrybucji powoduje skokowy wzrost zainteresowania, bo o ile od prywatnej firmy pośredniczącej nie każdy byłby gotów kupić sztabkę, o tyle interes uwiarygodniony przez bank staje się znacznie bardziej popularny. Zadziwia mnie, że z tej mody nie korzystają fundusze inwestycyjne. Kilkanaście towarzystw funduszy ma w swojej ofercie różnego rodzaju fundusze surowcowe, w których poczesne miejsce zajmują aktywa związane ze złotem. Przeważnie są to tylko akcje spółek mających kopalnie złota, ale zdarzają się i takie fundusze, które lokują w kontrakty terminowe na złoto bądź w udziały funduszy kupujących fizyczne złoto. Nie zauważyłem, by polscy powiernicy mieli ochotę uszczknąć cokolwiek ze „złotego” tortu. O ile w pierwszym półroczu Polacy zainwestowali w złoto inwestycyjne w postaci sztabek i monet ponad 900 mln zł, o tyle dopływy do funduszy inwestycyjnych mających cokolwiek wspólnego ze złotem były raczej niewielkie; np. fundusze Investor Gold FiZ i Investor Gold FiO, zarządzające łącznie kwotą 370 mln zł, w tym roku osiągnęły saldo nabyć i umorzeń nieprzekraczające w obu funduszach 15 mln zł. Z danych firmy Analizy Online zajmującej się rynkiem funduszy inwestycyjnych wynika, że jeszcze pod koniec zeszłego roku aktywa wszystkich zarejestrowanych w Polsce funduszy o profilu surowcowym wynosiły 863 mln zł. U progu jesieni 2012 r. aktywa surowcowych powierników nie przekraczały już 580 mln zł. Udziały rynkowe funduszy inwestujących na rynku surowcowym spadły w ciągu półrocza z 0,8 proc. do 0,5 proc. Nie da się oszacować, ile polskich pieniędzy trafiło do globalnych funduszy lokujących w złoto (u polskich pośredników można np. nabyć udziały funduszu Schroder Gold & Metals lokującego w sztabki) oraz tych, które mają akcje producentów złota (Black Rock World Gold, Franklin Gold & Precious Metals). Jedno jest pewne: fundusze inwestycyjne zdecydowanie przegrywają wyścig do kieszeni Polaków z mennicami i innymi pośrednikami handlującymi sztabkami lub złotymi monetami. Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma w tym nic dziwnego, bo ludziom kupującym fizyczne złoto chodzi głównie o zabezpieczenie się na wypadek hiperinflacji albo kryzysu gospodarczego, a nie o korzystną inwestycję finansową. Dlatego antykryzysowa moda na złoto zawsze będzie dotyczyła raczej fizycznego złota niż tego w postaci

papierów wartościowych, które oferują fundusze inwestycyjne. Bo złoto w papierku nigdy nie będzie stuprocentowo pewne, nigdy do końca nie wiadomo, czy rzeczywiście istnieje i czy można je – w kryzysowej chwili – zamienić na kruszec. Jednak nawet biorąc na to wszystko poprawkę, nie mogę wyjść ze zdziwienia, w jak małym stopniu fundusze surowcowe i inwestujące na rynku złota korzystają z mody na cenny kruszec. Przecież nie będzie już lepszego momentu, by uświadomić klientom funduszy inwestycyjnych, że surowce – a zwłaszcza złoto – to niezły pomysł na różnicowanie portfela inwestycyjnego, na włożenie do koszyka „czegoś innego”. Nawet jeśli to „coś innego” wiąże się z pewnym ryzykiem, że weźmiemy w ten sposób udział w pompowaniu bańki spekulacyjnej, dość intensywnie już napompowanej marzeniami o inwestorskich zyskach. Wiadomo, że inwestycje w surowce nie powinny być proponowane każdemu, bo to raczej aktywa uzupełniające portfele inwestycyjne, i to w miarę dojrzałe portfele, niż coś dla początkującego inwestora (choć przecież w jakiejś mierze powyższe zastrzeżenie dotyczy też nabywców fizycznego złota w sztabkach lub monetach). Nie ma sensu proponować udziałów w „złotym” funduszu komuś, kto ma portfel zbudowany wyłącznie z obligacji i bezpiecznego funduszu pieniężnego. Ale dla kogoś, kto ma już w portfelu akcje, obligacje, lokaty i fundusze, dorzucenie ekspozycji na rynek złota jest z pewnością rzeczą godną rozważenia. I o tych klientów fundusze powinny z większą determinacją powalczyć, by nie oddawać tak bezceremonialnie pola sprzedawcom sztabek. Bo coś mi mówi, że światowy kryzys jeszcze się z nami nie żegna i moda na złoto przez jakiś czas potrwa.

Inwestycje w surowce

nie powinny być proponowane każdemu, bo to raczej aktywa uzupełniające % | 3 (9) 2012

5


% Z WYDARZEŃ

Po pierwsze

elastyczność 6

% | 3 (9) 2012


% Z WYDARZEŃ

Czasy, gdy obligacje można było kupić, a potem spokojnie czekać na niewielki, ale pewny zysk, minęły. Duża zmienność i niepewność na rynkach powodują, że zarządzający muszą aktywnie dopasowywać skład portfela obligacji do aktualnej sytuacji. To duże wyzwanie, ale mogące przynieść znacznie bardziej satysfakcjonujące wyniki. Tekst: Małgorzata Remisiewicz

W

łaśnie taką politykę realizuje większość produktów dłużnych Copernicus Capital TFI, w tym najmłodszy – subfundusz Dłużny Skarbowy Plus. W niepewnych czasach nawet aksjomaty tracą rację bytu. Jeszcze niedawno słowo „obligacja” było kojarzone niemal automatycznie z pozbawionym ryzyka papierem rządowym, a inwestycję w tym segmencie traktowano jako alternatywę dla osób zainteresowanych niewielkim, ale stabilnym przychodem. Inwestorów liczących na „prawdziwe” zyski kierowano raczej na rynek akcji. Tymczasem ostatnie trzy lata pokazały, że to obligacje dzierżą palmę pierwszeństwa pod względem stopy zwrotu: średnio na inwestycji w obligacje (bądź w fundusz obligacji) można było w ciągu trzech lat zarobić ponad 20 proc., na akcjach – stracić przeciętnie 2,4 proc. Dla porównania inflacja w tym okresie przekroczyła 10 proc.

Fot.: Shutterstock

Firmy pewniejsze od państw

Zmienił się też status obligacji rządowych – przez wiele lat postrzeganych jako ultrabezpieczne. Kłopoty zadłużeniowe krajów strefy euro przypomniały, że gwarancja państwa nic nie znaczy, jeśli ów gwarant stoi na krawędzi gospodarczej katastrofy. Z drugiej strony wśród emitentów obligacji korporacyjnych – uważanych przecież tradycyjnie za bardziej ryzykowny segment rynku długu – można bez trudu znaleźć podmioty, którym Grecja czy Hiszpania mogłyby pozazdrościć kondycji finansowej, co znajduje potwierdzenie w ocenach agencji ratingowych. Takich przykładów nie brakuje i w Polsce: rating obligacji PKN Orlen jest dziś praktycznie

zbliżony do oceny wiarygodności papierów emitowanych przez Skarb Państwa. Nic więc dziwnego, że najlepsze obligacje korporacyjne coraz częściej trafiają do portfeli tradycyjnych funduszy obligacyjnych – w celu zwiększenia nie tylko ich potencjału wzrostu, ale i bezpieczeństwa (dzięki dywersyfikacji środków pomiędzy papiery różnych emitentów, o odmiennej płynności, różnym terminie zapadalności, konstrukcji itd.). Przykładowo w portfelu nowego produktu Copernicus – subfunduszu Dłużnego Skarbowego Plus – będą dominować długoterminowe obligacje skarbowe, ale w zależności od techniki zarządzania do 30 proc. jego składu mogą stanowić obligacje korporacyjne.

Mniejszy może więcej

Oczywiście, są i będą przykłady emitentów, którzy nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań. Taka jest natura rynków obligacji korporacyjnych: dla setek podmiotów emisja papierów jest trampoliną wynoszącą ich do wyższej biznesowej ligi, ale są i tacy, którzy przecenili możliwości – swoje i rynku. Wszyscy mamy w pamięci falę kłopotów polskich spółek budowlanych (DSS, PBG), która doprowadziła do tąpnięcia wycen wielu funduszy obligacji. Konsekwencje były dla wielu inwestorów bardzo dotkliwe, przede wszystkim z uwagi na bardzo małą płynność rynku obligacji korporacyjnych i komunalnych w Polsce. Choć ten segment bardzo szybko rośnie, ciągle jest we wczesnej fazie rozwoju i odgrywa marginalną rolę w strukturze rynku długu. Dla porównania w USA wartość rynku obligacji stanowiła w 2011 r. równowartość ponad połowy PKB i ponad 40 proc. kapitalizacji amerykańskiej

giełdy, w Polsce te wskaźniki wynosiły – odpowiednio – 3 proc. i 7,5 proc. Płytki i mało płynny rynek powoduje, że największe podmioty są niejako zmuszone (skalą napływów środków do ich funduszy) do inwestowania znacznych kwot w takie instrumenty, jakie w danym momencie są dostępne na rynku. A szybkie wyjście z takiej lokaty jest – przy dużym zaangażowaniu – praktycznie niemożliwe. Mniejsze podmioty, jak Copernicus TFI, mogą znacznie aktywniej i elastyczniej działać, w porę wycofując się (jak to było w przypadku papierów DSS) z inwestycji o niepewnych perspektywach. Tą elastycznością cechują się wszystkie dłużne fundusze Copernicusa – zarządzający dokonują aktywnej alokacji środków inwestorów z wykorzystaniem różnych technik (np. krótkiej sprzedaży) i szerokiej palety instrumentów finansowych. Taka polityka inwestycyjna – oparta na dywersyfikacji i aktywnym dopasowaniu do bieżącej sytuacji na rynku (perspektyw wzrostu, stóp procentowych itd.) – sprawia, że środki inwestorów pracują na dobry wynik niezależnie od koniunktury.

ostatnie trzy lata pokazały,

że to obligacje dzierżą palmę pierwszeństwa pod względem stopy zwrotu

ZDANIEM EKSPERTA Tomasz Glinicki Zastępca Dyrektora Departamentu Zarządzania Aktywami Copernicus Capital TFI Fazy koniunktury nie mają dla naszych inwestorów większego znaczenia, dokładamy wszelkich starań, by mogli oni cieszyć się satysfakcjonującymi zyskami niezależnie od rynkowej „pogody”. To zasługa generalnej strategii produktów dłużnych (w tym najmłodszego – subfunduszu Dłużnego Skarbowego Plus), zakładającej, że w miarę możliwości stosujemy dużo bardziej wyrafinowane techniki zarządzania niż proste nabycie papierów i trzymanie ich do czasu wykupu. Aktywne zarządzanie portfelem pozwala na wykorzystywanie nieefektywności rynku, która pojawia się przy skokach rentowności, i zarabianie na tym. To dobra wiadomość dla inwestorów.

% | 3 (9) 2012

7


rozmowy o pieniądzach

Planowane zmiany przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zmodyfikują zasady funkcjonowania struktur opartych na spółkach komandytowo-akcyjnych oraz funduszach inwestycyjnych zamkniętych. Wyjaśniamy, jak inwestorzy powinni się przygotować, by funkcjonować efektywnie po wejściu w życie zmian w podatkach.

FIZ

niezmiennie atrakcyjne

Z Piotrem Grabowskim, Prezesem Zarządu Copernicus Capital TFI,

rozmawia Małgorzata Remisiewicz

8

% | 3 (9) 2012


rozmowy o pieniądzach

z tym, że zmiany wejdą w życie później, być może nawet w 2014 r. Warto jednak podkreślić, że niezależnie od terminu nowelizacji jesteśmy w stanie bardzo szybko – jeszcze w tym roku – dostarczyć klientom alternatywne rozwiązania, które uchronią ich przed negatywnymi konsekwencjami zmian. Warto mieć świadomość nieuchronności zmian, by odpowiednio na nie zareagować. Jak zapowiedź nowelizacji przyjęli nasi klienci? To grupa wyjątkowo świadomych i dociekliwych inwestorów, dlatego już od kilku miesięcy zwracają się do nas z wątpliwościami i pytaniami

na poziomie wspólników), który emituje papiery wartościowe mogące być lokatą funduszy. Zestawienie tego faktu z ustawowym zwolnieniem funduszu inwestycyjnego z podatku dochodowego stanowiło o atrakcyjności tego typu rozwiązań. Jedynym ograniczeniem jest tu skala prowadzonej działalności – musi być na tyle duża, by korzyści utrzymania struktury przewyższały koszty jej utrzymania (roczny koszt utrzymania tego typu struktury to 300-350 tys. zł). Jaką alternatywę mają nasi klienci? Konstrukcja prawna zbliżona do SKA (spółka osobowa emitująca

FIZ były zawsze znakiem rozpoznawczym Copernicus Capital, firma jest jednym z liderów tego segmentu rynku kapitałowego.Czy zmiany podatkowe oznaczają koniec pewnej epoki w historii FIZ w Polsce? na temat optymalizacji podatkowej w nowych realiach. Niezależnie od tego jesteśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi klientami i informujemy ich o spodziewanym zakresie zmian i sposobach reagowania na nie.

R

Fot.: Shutterstock

ynek spodziewał się, że zmiany w ustawie o CIT wejdą w życie na początku przyszłego roku. Dziś już widać, że to raczej niemożliwe. Wokół proponowanych zapisów pojawiło się wiele wątpliwości, zgłaszanych m.in. przez Rządowe Centrum Legislacji, dlatego należy liczyć się

Wokół proponowanych zapisów pojawiło się wiele wątpliwości.

Wyjaśnijmy, na czym polega istota spodziewanych zmian. Projekt ustawy z 24 sierpnia 2012 r. zakłada, że spółki komandytowo-akcyjne (SKA) staną się podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych na zasadach analogicznych do spółek kapitałowych. Oznacza to, że struktura oparta na SKA i FIZ (Fundusz Inwestycyjny Zamknięty) nie będzie już pozwalała na prowadzenie działalności gospodarczej w taki sposób, by nie podlegała ona obciążeniu podatkiem CIT. Przypomnijmy, że w obecnie obowiązujących przepisach SKA jest podmiotem transparentnym podatkowo (osiągane przez nią dochody podlegały opodatkowaniu

udziały czy papiery wartościowe) nie jest tylko polską domeną. Za najbardziej efektywną strukturę uważamy oparcie FIZ na spółce działającej w Danii, która miałaby udziały w polskiej spółce (bądź kilku) komandytowej. Możliwe jest oczywiście prowadzenie działalności bezpośrednio w ramach spółki duńskiej, ale dla kontrahentów, współpracowników czy pracowników bardziej zrozumiała będzie – w naszej ocenie – konstrukcja, w której stroną umowy będzie spółka polska, a nie zagraniczna. Z myślą o klientach związanych z branżą nieruchomości bardzo dokładnie analizujemy możliwość tworzenia funduszy nieruchomościowych, tzn. takich, w których fundusz posiadałby nieruchomości bezpośrednio, a nie przez spółki portfelowe, jak to było dotychczas. W takim wariancie nadal będzie można skorzystać z pełnego zwolnienia z podatku dochodowego.

Z jakimi dodatkowymi czynnościami i kosztami muszą liczyć się klienci chcący skorzystać z tego rozwiązania? Koszt otwarcia i późniejszego prowadzenia takiej spółki pod duńską jurysdykcją to około 10 tys. euro rocznie – i to praktycznie jedyna niedogodność. Jesteśmy przygotowani na to, by wesprzeć klienta na każdym etapie zmiany konstrukcji prawnej. Możemy zaproponować inwestorom inne rozwiązania, np. spółki w innych krajach bądź wyposażenie SKA w tarczę podatkową. Mniejszym zainteresowaniem cieszą się takie rozwiązania jak ulokowanie przedsiębiorstwa w specjalnej strefie ekonomicznej (ograniczenia co do branż lokowanych w SSE). FIZ były zawsze znakiem rozpoznawczym Copernicus Capital, firma jest jednym z liderów tego segmentu rynku kapitałowego. Czy zmiany podatkowe oznaczają koniec pewnej epoki w historii FIZ w Polsce? Nie, zmieniają się tylko narzędzia, a nie uniwersalny sens struktur opartych na FIZ. FIZ nadal pozostanie atrakcyjnym narzędziem odroczenia płatności podatku od zysków kapitałowych (środki, które trafiłyby do fiskusa, mogą być reinwestowane, co przyspieszy rozwój przedsiębiorstwa) albo narzędziem dystrybucji posiadanych środków do uczestników funduszu. Dziękuję za rozmowę.

Warto jednak podkreślić, że niezależnie od terminu nowelizacji jesteśmy w stanie bardzo szybko – jeszcze w tym roku – dostarczyć klientom alternatywne rozwiązania, które uchronią ich przed negatywnymi konsekwencjami zmian.

% | 3 (9) 2012

9


rynek

Energia

do dyskusji

O tym, że w najbliższych latach Polsce grozi kryzys energetyczny, mówi się od dawna. Szacuje się, że do 2030 r. zapotrzebowanie na energię elektryczną wzrośnie o prawie 40 proc., przy czym dodatkowe zapotrzebowanie będzie zaspokajane przez gaz, energię odnawialną i jądrową. Tekst: Anna Krawczyńska

10

% | 3 (9) 2012

D

ziś polska energetyka prawie w całości opiera się na węglu, ale wymagania przewidziane w polityce klimatycznej Unii Europejskiej zmuszają nas do modernizacji konwencjonalnych źródeł energii. Nasze zobowiązania są proste: w ramach walki z globalnym ociepleniem zobowiązaliśmy się ograniczyć emisję CO2 do atmosfery. Energię z węgla możemy zastąpić na kilka sposobów, jednym z nich jest wybudowanie elektrowni jądrowej. Do jej budowy kilka miesięcy temu

przekonywał mieszkańców Wybrzeża współzałożyciel Greenpeace, obecnie konsultant ds. zrównoważonego rozwoju dr Patrick Moore. – Przyszłość Polski to czysta, bezpieczna i pewna energia nuklearna – mówił podczas spotkania zorganizowanego przez Polską Grupę Energetyczną. Miejsce spotkań nie było przypadkowe. Właśnie nad polskim morzem ma stanąć pierwsza elektrownia jądrowa. Na razie jesteśmy na etapie wyboru lokalizacji – typuje się trzy miejsca: Gąski, Choczewo, Żarnowiec. Według planów rządu


rynek WAżNE ARGUMENTY Polską. Przede wszystkim dlatego, że jest to przedsięwzięcie długotrwałe, wymagające wysokich nakładów finansowych, ale także dlatego, że jego wdrożenie będzie przez wiele lat wywierać ogromny wpływ na polską gospodarkę, społeczeństwo i biznes. Zwolennicy energetyki jądrowej mówią o wielu korzyściach zarówno gospodarczych, jak i politycznych. Przeciwnicy i sceptycy twierdzą z kolei, że budowa elektrowni jądrowej jest najmniej korzystnym rozwiązaniem z powodu np. słabego doświadczenia Polski we wdrażaniu nowych technologii. Według nich największą wadą jest cena. Koszt budowy elektrowni atomowej to 40-50 mld zł.

Nasze, bo polskie

Fot.: Reporter Poland, Shutterstock

ostateczna decyzja o tym, gdzie powstanie elektrownia, ma zapaść do końca roku. Koniec inwestycji jest planowany na 2025 r.

Wpływ na gospodarkę

Nie ma co ukrywać – wyzwanie jest ogromne. I nie chodzi tylko o społeczne nastawienie, ekologię i strach przed kolejną katastrofą, który po awarii w elektrowni w Fukushimie znów ogarnia całą Europę. Program energetyki jądrowej jest jednym z największych wyzwań społeczno-gospodarczych, jakie stoją przed

Pewne jest jedno: wybudowanie elektrowni wyłącznie przez zagranicznych wykonawców, a potem jej eksploatacja z wykorzystaniem zagranicznych firm nie jest czymś, co powinno nas satysfakcjonować. Podczas debaty z udziałem pomorskich i zachodniopomorskich przedsiębiorców, która odbyła się pod koniec sierpnia tego roku w Gniewinie, wielokrotnie podkreślano, jak ważne jest zagwarantowanie udziału polskich przedsiębiorstw w powstaniu elektrowni jądrowej. Wiadomo, sami elektrowni nie wybudujemy, ponieważ nie mamy kompetencji w tej dziedzinie, ale są już na rynku polskie firmy, które zdobywają niezbędne doświadczenie, uczestnicząc w budowach elektrowni jądrowej za granicą. Tak więc krajowy, a także lokalny biznes może przy okazji tego przedsięwzięcia zarabiać jako podwykonawca. Szacuje się, że krajowe podmioty gospodarcze są dziś w stanie wykonać 100 proc. robót budowlano-montażowych. Dodatkowo mogą zapewnić dostawę materiałów, a także udział wykwalifikowanych pracowników, w tym m.in. geodetów, kierowników budów, inżynierów nadzoru inwestorskiego, inspektorów

Wprowadzanie nowych technik zawsze wywoływało protesty części społeczeństwa. W XIV w. w Anglii sprzeciwiano się wprowadzeniu węgla zamiast drewna na opał. Dopiero gdy większość lasów wyrąbano, a ludzie masowo umierali z zimna, uznano, że węgiel jest niezbędnym środkiem opałowym. A jakie są faktycznie argumenty za energetyką jądrową i przeciw niej? ZA • Daje więcej energii elektrycznej niż jakiekolwiek inne źródła naturalne. • Normalnie pracująca elektrownia jądrowa nie emituje do środowiska żadnych pyłów ani gazów spalinowych. • Promieniotwórczość można wykorzystywać do ratowania zdrowia i życia ludzi, u których stwierdzono chorobę nowotworową. • Przetwarzając energię jądrową w elektryczną, można zbudować miniaturową baterię o małej mocy, ale za to o długim czasie pracy. Stosuje się ją m.in. w stymulatorach serca. • Elektrownie jądrowe nie są zależne od występowania surowca, można je budować w miejscach, w których są akurat najbardziej potrzebne. PRZECIW • W wyniku eksploatacji elektrowni atomowej powstaje zużyte paliwo, które jeszcze przez długi czas pozostaje aktywne. Jego składowanie może być niebezpieczne dla środowiska, jeśli będzie przeprowadzane nieodpowiednio. Najlepszym miejscem składowania są dawne kopalnie soli, ale nie ma gwarancji, że pojemnik lub miejsce wytrzymają w nienaruszonym stanie wystarczająco długo, choćby ze względu na ruchy sejsmiczne Ziemi. Poza tym nikt nie chce mieszkać tam, gdzie są składowane odpady. • Istnieje ryzyko awarii, a co za tym idzie – ogromnego skażenia środowiska. • Zagrożeniem jest transport odpadów radioaktywnych, zwłaszcza w sytuacji ewentualnego wypadku. • Energię jądrową wykorzystano do produkcji bomby atomowej.

BHP. Oczywiście, projekt technologii i budynku samego reaktora będzie dostarczony przez generalnego wykonawcę. Pozostałe obiekty mogą być z powodzeniem projektowane przez polskie biura specjalistyczne koordynowane i nadzorowane przez generalnego wykonawcę.

Zysk dla wszystkich

Zwolennicy energetyki jądrowej podkreślają, że każda inwestycja w nowe technologie powoduje wzrost i rozwój. Znaczenie będzie miało wszystko: od inwestycji towarzyszących budowie, w szczególności rozbudowy lokalnej infrastruktury energetycznej i drogowej, poprzez

Program energetyki jądrowej

jest jednym z największych wyzwań społeczno-gospodarczych, jakie stoją przed Polską

wzrost zatrudnienia, napływ nowych mieszkańców, zapotrzebowanie na nowe usługi, po podwyższenie jakości świadczonych usług i dostarczonych towarów, co podniesie z kolei atrakcyjność polskich przedsiębiorstw na arenie międzynarodowej i pozwoli na większą ekspansję. Szansa na rozwój nie ogranicza się tylko do etapu budowy. Wiadomo, że elektrownie już funkcjonujące rocznie generują nawet kilkaset milionów euro zamówień głównie na utrzymanie, konserwację obiektu, dostawy usług, podzespołów i materiałów. To spora kwota i być może szansa na kooperację dla lokalnego biznesu. Ale żeby ten ambitny plan się powiódł, konieczne jest wykształcenie kadry dla energetyki jądrowej i utworzenie odpowiedniego zaplecza naukowo-badawczego. Ich rozwój przyniesie korzyści całej gospodarce, napędzając jej wzrost, co w obecnej sytuacji jest szczególnie ważnym argumentem. Wymaga to jednak myślenia i planowania na kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat do przodu.

% | 3 (9) 2012

11


inwestor

tylko w kryzysie Inwestycja w apartament na południu Europy o tej porze roku jest wyjątkowo kusząca. Daje szansę na zysk, pod warunkiem że wybór nieruchomości będzie trafiony. Tekst: Magdalena A. Olczak

12

% | 3 (9) 2012

H

iszpania to dla jednych wakacyjny raj z palmami, znakomitym winem i nigdy niezachodzącym słońcem, dla innych kraj, który od bankructwa dzieli zaledwie kilka chwil. Dlatego już od dwóch, trzech lat polujący na tanie nieruchomości przeczesują katalogi w poszukiwaniu prawdziwych rarytasów.

Według dostępnych statystyk w ojczyźnie Riojy na nabywców czeka od 800 tys. do 1 mln mieszkań, ale mniej oficjalne dane wskazują, że liczba ta może być nawet dwa razy większa. Od pęknięcia bańki na rynku nieruchomości w 2008 r. średnio tracą na wartości nawet kilkanaście procent rocznie. Nie brakuje lokalizacji, których ceny obniżyły się na tyle, że mieszkanie czy dom można

Fot.: Shutterstock

Nieruchomość za granicą


inwestor

kupić za jedną trzecią tego, na ile były wyceniane w czasie boomu. Obecnie większość z nich należy do banków, które przejęły je od zadłużonych i niewypłacalnych deweloperów. Instytucje finansowe, które wnioskują o rządową pomoc, starają się z kolei równocześnie upłynniać posiadane aktywa, czyli przede wszystkim sprzedawać zajęte lokalne. Z drugiej strony znajdują się w tak trudnej sytuacji, że nie są w stanie udzielać zwykłym Hiszpanom kredytów na ich zakup, dlatego grono potencjalnych odbiorców systematycznie kurczy się do grupy cudzoziemców dysponujących gotówką. Jak pokazują dane za pierwsze miesiące tego roku, liczba transakcji zbycia nieruchomości spadła o jedną trzecią. Dlatego, jak szacuje Bartłomiej Maczulak z firmy Rellox zajmującej się sprzedażą zagranicznych nieruchomości, obecna sytuacja gospodarcza Hiszpanii będzie sprzyjała dalszemu spadkowi cen poszczególnych lokali. Niektóre prognozy na 2012 r. mówią, że może on wynieść nawet 20 proc.

Majorka ciągle w cenie

Za nieruchomość w śródlądowej części Hiszpanii trzeba zapłacić przeciętnie około 252 tys. euro, z kolei zakup na Majorce to wyższy wydatek – w granicach 456 tys. euro. Apartament na Costa Blanca można mieć już za 120 tys. euro, a w nieco lepszej lokalizacji, czyli w północnej części Costa Blanca, za 200 tys. euro. Eksperci odradzają Costa Brava – tam zimą temperatura spada do 5 stopni Celsjusza i zdarzają się częste opady deszczu. – Ze względów inwestycyjnych szczególnie atrakcyjne hiszpańskie regiony to: Andaluzja – Costa del Sol i Valencja oraz Murcia z Costa Blanca i Costa Calida. Są atrakcyjne dla turystów, mają znakomity klimat i bogatą kulturę – mówi Andrzej Bursa z firmy Carisma sprzedającej nieruchomości z całej Europy. Ciekawą opcją inwestycyjną, którą ostatnio coraz częściej polecają pośrednicy, jest zakup nieruchomości w pobliżu pola golfowego. Zwykle nadmorskie miejscowości są oblegane przez turystów tylko w sezonie letnim, czyli od połowy czerwca do połowy września, a amatorzy golfa nie rezygnują z gry wiosną ani jesienią, a nawet zimą, więc szansa na wynajem przez cały rok jest znacznie większa niż w przypadku nieruchomości zlokalizowanych w popularnych kurortach. Małgorzata Wargocka-Borska z firmy Casa en Sol, specjalizującej się

Ostatnie miesiące 2012 r. mogą okazać się wyjątkowo dobre

dla tych, którzy planują zakup własnego mieszkania czy domu w Hiszpanii w sprzedaży domów i apartamentów w Hiszpanii, twierdzi, że obecnie najatrakcyjniejszym zakupem będzie luksusowa nieruchomość w tzw. linii brzegowej, czyli położona w bezpośrednim sąsiedztwie wody. W ciągu ostatnich dwóch, trzech lat nawet na rynku pierwotnym stawki w tej kategorii zostały obniżone o 30 proc.; np. dom położony w pierwszej linii brzegowej na Costa Blanca, który pierwotnie kosztował 1 mln euro, dzisiaj można nabyć za 699 tys. euro, zdarzają się też 132-metrowe apartamenty przecenione z 650 tys. euro na 360 tys. euro.

Jak wybierać

Zastanawiając się nad zakupem apartamentu w rejonie turystycznym, warto wziąć pod uwagę dwa czynniki. Jeden to atrakcyjność nieruchomości pod kątem wynajmu, drugi – wzrost jej wartości. Eksperci zwracają uwagę, że więcej na wynajmie zarobią ci, którzy zdecydują się na apartament. Szersza grupa klientów będzie zainteresowana jego wynajęciem z uwagi na przystępniejszą

cenę. Najwięcej jednak zyskają ci, którzy zdecydują się na mieszkanie w pierwszej linii brzegowej, z panoramicznym widokiem na morze. Sporym wzięciem cieszą się te dwupokojowe, z dwoma łazienkami, dobrze wyposażone i położone w wygodnej komunikacyjnie lokalizacji. – Największe perspektywy zwrotu z inwestycji da obiekt nowy, dobrze skomunikowany, położony blisko plaży, morza i wszystkich punktów usługowo-handlowych, jak sklepy, bary, restauracje, apteka itp. – mówi Małgorzata Wargocka-Borska. Jeśli natomiast ktoś chciałby w danej nieruchomości sam spędzać wakacje, powinien kierować się przede wszystkim indywidualnymi preferencjami – np. znaleźć lokum nieco na uboczu, ale w malowniczej okolicy. W takim przypadku musimy liczyć się z tym, że zysk z wynajmu będzie znacznie niższy. Wtedy też, w zależności od oczekiwań, na zakup nieruchomości można przeznaczyć znacznie mniej – od 150 tys. do 200 tys. euro.

– Niemniej przy takim położeniu trudno przewidzieć, jak będzie się zmieniać w przyszłości wartość naszej nieruchomości – dodaje Wargocka-Borska.

Ważna zmiana

Ostatnie miesiące 2012 r. mogą okazać się wyjątkowo dobre dla tych, którzy planują zakup własnego mieszkania czy domu w Hiszpanii. Od nowego roku zmieniają się na niekorzyść hiszpańskie przepisy podatkowe. Pod koniec obowiązywania starych zasad sprzedający mogą być bardziej skorzy do negocjacji – dzięki temu można zyskać średnio 10 proc., a nawet 20 proc. rabatu. – Aktualnie VAT przy zakupie nowych nieruchomości wynosi 4 proc., a od 1 stycznia 2013 r. będzie to 10 proc. Samorządy lokalne z kolei rozpatrują podniesienie w przyszłym roku podatków od posiadania nieruchomości – podkreśla Andrzej Bursa. Chociaż mieszkanie na rynku wtórnym można kupić już za 50 tys. euro, to zdaniem ekspertów, żeby inwestycja przyniosła zadowalającą stopę zwrotu, trzeba się liczyć z jednorazowym wydatkiem rzędu 400 tys. euro. Ważnym czynnikiem jest również kurs euro, po jakim nieruchomość zostanie zakupiona. Jeśli będzie wysoki, to w przypadku umocnienia się złotego w kolejnych latach wynajem może okazać się mniej opłacalny w porównaniu z nakładami, jakie trzeba było ponieść. 

% | 3 (9) 2012

13


pomysł na biznes

Polskie dobra luksusowe Tekst: Rafał Tomański

– nieustępliwa walka, sukcesy i tajemnica, która do dzisiaj nie została rozwiązana. Trudno o lepszą inspirację. Jak piszą o sobie twórcy zegarków Copernicus: „Chcemy opowiadać historie, wywoływać wspomnienia, budzić skojarzenia, nawet prowokować…”.

Rowery nie tylko kremowe Sunreef ma w swojej ofercie katamarany żaglowe, motorowe, ale też jachty typu „custom made”

P

olska nie jest krajem luksusu i elegancji. W końcu wciąż nie mamy własnej edycji „Vouge’a”, jednego z najbardziej znanych pism modowych, a właściciele domu handlowego Wolf Bracka o niektóre ekskluzywne marki musieli zabiegać wyjątkowo długo. Nie oznacza to jednak, że nie możemy luksusu i elegancji produkować. I na nowo go definiować, kojarząc nie tylko z wysoką ceną, ale z wyjątkowym designem, starannym wykonaniem oraz… polską odwagą.

Zegarki z okrętu

Trzy lata temu dwóch ludzi spoza biznesu zegarkowego, Marcin Lewandowski i Marek Filipczyk, postanowiło zrealizować niedające im spokoju marzenie – stworzyć polską markę  eleganckich zegarków, które będą nawiązywały do polskiej kultury, sztuki i technologii. Rok minął, zanim projekty sygnowane marką Copernicus Watch mogli zobaczyć przyjaciele i klienci. Do dziś

14

% | 3 (9) 2012

stworzyli dwie serie: garniturową i sportową. Pierwsza nawiązuje do klasyki polskiego zegarmistrzostwa, czyli zegarków Atlas produkowanych w latach 60. w Zakładach Mechaniczno-Precyzyjnych Błonie. Wzorem do stworzenia drugiej serii jest… manometr pochodzący z legendarnego okrętu wojskowego ORP Orzeł. Zwodowany w 1938 r. był jednym z  najnowocześniejszych okrętów w momencie wybuchu II wojny światowej. W jego historii zdarzyło się wszystko Rowery Creme Cycled dostępne są nie tylko w kremowych kolorach

Producent modnych rowerów Creme Cycles również nie chce produkować „tylko” rowerów. Na swojej stronie pisze: „Bicycles for us are CREative MEans of transport. We really believe that a bike ride a day lets out creative energy”. Creme Cycles to stylowe rowery miejskie w pięknych klasycznych lub pastelowych kolorach. Są retro i modern jednocześnie, każdy detal idealnie pasuje do reszty. Pomysł narodził się pewnego dnia na poddaszu, gdzie twórcy znaleźli stare części rowerowe, którymi zachwycili się tak bardzo, że zamarzyli sami robić tak samo dobre i piękne rowery. Droga do realizacji marzenia nie była prosta, ale chyba się opłaciło. Rowery Creme szybko przestały być tylko ładnym sprzętem, a stały się elementem lifestyle’u, o co producenci zadbali

Copernicus Watch to polskie zegarki inspirowane historią i kulturą równie starannie jak o sam produkt. Ich materiały promocyjne są utrzymane w jednej konwencji i zawsze w języku angielskim. Lista dystrybutorów obejmuje Niemcy, Wielką Brytanię, Australię, Danię, a nawet kraje azjatyckie – Koreę i Japonię. Same rowery zaś można zobaczyć nie tylko na ulicach, ale też na stronach z dobrym designem.

Jachtem po sławę

Polskie jachty można natomiast spotkać nie tylko na naszych jeziorach, ale i podczas wakacji za granicą. Wydaje się naturalne, że skoro mamy tyle jezior i dostęp do morza, nie brak u nas producentów sprzętu do pływania. Liczba mnoga jest zamierzona – w tej dziedzinie mamy kilku liderów. Janmor, Delphia Yacht, Galeon czy Sunreef to marki z tradycją, słynące z jakości wykonania sprzętu jachtowego oraz motorowodnego. Ich konstrukcje stanowią światową czołówkę w branży. Rocznie w naszym kraju powstaje ponad 20 tys. łodzi żaglowych i motorowych o długości do 9,5 m. Eksportowane są głównie do Niemiec, Francji i Szwecji. Słyniemy też z produkcji większych łodzi i luksusowych katamaranów. Większość działających dziś polskich stoczni jachtowych powstała tuż po upadku komunizmu. Polacy zaczynali od prostych konstrukcji, poznawali technologię, by w końcu zdobyć zasłużoną pozycję na rynku, a nawet stać się jego liderem. Trzeba było nie lada fantazji, ale przede wszystkim odwagi, by pokazać, że Polska, choć luksusem nie stoi, bardzo chętnie i dobrze go produkuje.

Fot.: materiały promocyjne

Kiedyś mieliśmy Fiata 126p i Poloneza. Potem długo, długo nic… A dziś? Dziś mimo utyskiwań z różnych stron, że Polska nic nie produkuje, mamy nasze dobra: piękne i luksusowe. Zegarki, jachty, a nawet bardzo eleganckie rowery.


Advertorial

SLOW WEAR

Tej jesieni w atelier Balthazar Private Tailors prawdziwy urodzaj nowości: prochowce Sealup, buty Carmina, koszule Finamore, szale, krawaty i poszetki Rody oraz ręcznie robione parasole od seniora Maglii. Wszystko dla dżentelmenów.

T

wórcy Balthazar Private Tailors, współpracującego z jedną z najlepszych manufaktur krawieckich – neapolitańską Sartoria Partenopea, otworzyli w warszawskim hotelu Sheraton większe atelier z wyselekcjonowanymi dodatkami dla mężczyzn. Lista marek rozbudza zmysły znawców tematu, podobnie jak lektura menu w restauracji z kilkoma gwiazdkami Michelin. Sartoria Partenopea, gdzie Balthazar szyje garnitury, ma ponad 100-letnią tradycję. Pracują tam mistrzowie krawiectwa słynący w świecie z perfekcji, dzięki której powstają dzieła najwyższej jakości. Garnitury neapolitańskie są lekkie, bez konstrukcji, dopasowane do sylwetki. Taliowane marynarki z szerokimi klapami i wszywane

dość wysoko rękawy z minimalnym marszczeniem – to najbardziej charakterystyczne cechy neapolitańskiego stylu. Dzięki atelier Balthazar Private Tailors ręcznie szyte garnitury i legendarne umiejętności mistrzów z Neapolu są dostępne także w Polsce.

Slow wear, czyli przyjemność tworzenia garderoby

– Zależało nam na tym, aby atelier Balthazar było miejscem, w którym mężczyzna z fachową pomocą doradców może skompletować swoją garderobę: uszyć garnitur, płaszcz, marynarkę i spodnie, a także dobrać odpowiednie buty i akcesoria – mówi prezes Wojciech Bieńkowski i dodaje: – To kompleksowe image advisory.

Skąd pomysł? Coraz częściej zmęczeni masowymi markami luksusowymi wybieramy się na zakupy do małych, autorskich butików. Po modzie na slow food zawitała w Polsce moda na slow wear. W Warszawie nie było dotąd takiego miejsca specjalnie dla mężczyzn. To zainspirowało właścicieli marki Balthazar, którzy po powrocie z targów Pitti Uomo we Florencji postanowili oferować unikatowe rzeczy w stylowym butiku.

Kultowe marki made with love

Od września w butiku można kupić krawaty, poszetki i szale zaprojektowane przez Lucę Rodę, który z pasji do drukowania tkanin uczynił swój znak rozpoznawczy. Jest jednym z najlepszych kolorystów w branży jedwabniczej we Włoszech. Za jego produktami stoi jakość oraz prawdziwa pasja. Są też koszule szyte na miarę w Neapolu przez założoną w 1925 r. manufakturę Finamore. Katalog tkanin zawiera bawełny i lny od najlepszych producentów. Każda koszula jest wykonana ręcznie i wykończona z nadzwyczajną precyzją. Buty Carmina z doskonałej jakości skór pochodzą z jednej z najciekawszych rodzinnych manufaktur obuwniczych

z ponad 150-letnią tradycją. A jak wiadomo, znalezienie dobrych butów dla mężczyzn to nie lada wyzwanie. W kolekcji wiosna–lato 2013 pojawią się jeansy z najlepszego na świecie denimu tkanego w Japonii! Mała włoska manufaktura szyje je w krótkich seriach z wielkim przywiązaniem do detali. Na jesienną słotę doskonałym wyborem będą prochowce Sealup 1935 oraz parasole od Francesco Maglii, które można uznać za dzieła sztuki użytkowej. Senior Maglia jest przedstawicielem piątego pokolenia rodziny zarządzającej manufakturą. Firma zaczęła działalność w 1850 r. i jest jedną z niewielu na świecie, które nadal produkują parasole, używając tradycyjnych technik rzemieślniczych. W pracowni Maglia swoje kolekcje zamawiają największe domy mody w Europie. Wymagający klienci mają możliwość kupić parasol zrobiony na specjalne zamówienie, np. z tkanego i impregnowanego jedwabiu lub z rączką z krokodylej skóry. Dostępnych jest kilkadziesiąt gatunków skór, drewna i tkanin. – Naszym klientom oferujemy prawdziwie unikatowe rzeczy o świetnej relacji ceny do jakości – mówią zgodnie partnerzy i doradcy Balthazar Private Tailors (www.balthazar.pl).

% | 3 (9) 2012

15


lider

Miliarder, Imagine no possessions, czyli wyobraź sobie, że nie ma własności – śpiewał w jednej z piosenek John Lennon. Nasz bohater miał wtedy 10 lat i nie spodziewał się, że takie podejście zdefiniuje jego przyszłe życie. Kilkadziesiąt lat później spakował swoje rzeczy do papierowej torby i pojechał do innego miasta. Czy to podstarzały hippis? A może jeden z hipstersów? Nic z tych rzeczy – to jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Tekst: Rafał Tomański

16

% | 3 (9) 2012

Fot.: Corbis, rys. Paweł Rygol/Novimedia CP

który chce zmienić świat


lider

N

icolas Berggruen ma obecnie 51 lat. Jest synem niemieckiego kolekcjonera sztuki, Heinza Berggruena. Heinz miał szczęście poznać Pabla Picassa i zaprzyjaźnić się z nim w najlepszym okresie jego twórczości. Kolekcja dzieł sztuki osiągnęła niebotyczną wartość, ale młody Nicolas nie odziedziczył jej w całości. Od ojca dostał 250 tys. dolarów (skromną sumę wobec całości majątku) i musiał jakoś je pomnożyć. Inwestował w nieruchomości, hotele, zakładał firmy, skutecznie inwestował i tak doszedł do poziomu prawie 2,5 mld dolarów. Kilka lat temu miliarder doszedł do wniosku, że jest tak bogaty, że nawet nie robiąc żadnych biznesowych ruchów, obserwuje powiększający się stan swojego konta. Stwierdził, że ma dość tej „nudy”, i musi coś zmienić. Sprzedał kilka swoich posiadłości, większość rzeczy i stał się bogaczem, do którego przylgnął przydomek „bezdomny”. Berggruen mieszka w hotelach, potrafi zmieniać je nawet 14 razy w ciągu miesiąca. Nie ma samochodu, nie posiada żadnego domu. Co więcej, nie obnosi się z drogim zegarkiem na ręku, ponieważ nie ma zegarka. Dwie rzeczy, o których mówi, że wolałby z nich nie rezygnować, to telefon BlackBerry (do odbierania maili i załatwiania spraw) oraz prywatny odrzutowiec. Podobno nosi także ubrania do momentu, aż zaczynają rozpadać się ze starości. Ale nie chodzi o przesadną oszczędność w stylu założyciela Ikei Ingvara Kamprada (Szwed znany jest z tego, że liczy każdy pieniądz, jeździ starym Volvo i nie otacza się drogimi rzeczami). To bardziej potrzeba bycia niezależnym, manifestowania samego siebie w wyjątkowy sposób. Nicolas Berggruen od dziecka miał własne zdanie i trudny charakter.

Berggruen mieszka w hotelach, potrafi zmieniać je nawet 14 razy w ciągu miesiąca.

Nie ma samochodu, nie posiada żadnego domu. Co więcej, nie obnosi się z drogim zegarkiem na ręku, ponieważ nie ma zegarka

Nie dość, że jego ojciec otaczał się artystami, to jeszcze jego matka była artystką. Przyszły miliarder jako mały chłopak wymyślał konstytucje fikcyjnych państw i dyskutował ze znanymi osobami, które gościły w jego domu. Wyrzucono go z prywatnej szkoły w Szwajcarii, a gdy kontynuował studia we Francji, zainteresował się teorią socjalizmu. W pewnym momencie stwierdził, że nie zamierza uczyć się języka angielskiego, ponieważ to język imperializmu. Zmienił zdanie, gdy wyjechał do Nowego Jorku studiować ekonomię, wtedy też przyznał, że prawdziwy świat oznacza kapitalizm.

Równowaga ekonomiczna dla Europy

Obecnie, wiele lat po pierwszych doświadczeniach z pomnażaniem kapitału, Berggruen chce przede wszystkim zmieniać świat. I nie jest to tylko PR-owe oświadczenie, żeby podbudować własną pozycję w świecie finansjery. Miliarder założył specjalną grupę – Council for the Future of Europe (czyli Radę Przyszłości Europy) – by przywrócić równowagę ekonomiczną na Starym Kontynencie. Wiadomo, Grecja ogłaszająca bankructwo, chwiejące się gospodarki Hiszpanii, Włoch, Portugalii czy nawet momentami Holandii to nie wróży niczego dobrego. Obietnica bezterminowego dodrukowywania pieniądza, jaką ostatnio banki centralne UE usłyszały od Maria Draghiego, szefa Europejskiego Banku Centralnego, wydawała się ostatecznym krokiem, gdy wszystko inne zawiedzie. Przecież ekonomiści stronią od zwiększania ilości pieniądza w ekosystemie, ponieważ może to bezpośrednio napędzać inflację. A kto chciałby mieć dodatkową głowę hydry do ścinania w momencie, gdy już wystarczająco wiele problemów dostarczają dziurawe budżety niegdysiejszych europejskich potęg gospodarczych. Niemcy, kraj o chwilowo najbardziej stabilnej gospodarce w Unii, najdłużej zwlekały, żeby zezwolić na taki dodruk, a przecież Nicolas Berggruen jest Niemcem właśnie. Dla Reichsbanku, kanclerz Angeli Merkel, a także dla niemieckiego społeczeństwa utrzymanie siły euro i własnej gospodarki działającej jak sprawny mechanizm było zawsze kwestią honoru. Tym bardziej że Niemcy nie tak dawno, bo w latach 30. ubiegłego

% | 3 (9) 2012

17


lider

wieku, doświadczyły hiperinflacji. Awersja do pompowania pieniądza w rynek i do skupowania obligacji zagrożonych państw płynąca z Berlina była jak najbardziej zrozumiała. Takie zachowawcze podejście powinno być intuicyjne dla bohatera naszego artykułu, ale miliarder zawsze wolał mieć własne zdanie.

Rada nieformalnej polityki

Jeżdżąc po świecie i poznając sławnych ludzi, doszedł do wniosku, że sposób, w jaki zarządzana jest obecnie Unia Europejska, to przeżytek. Te wszystkie napięte harmonogramy, spotkania, niekończące się uściski rąk, uśmiechanie się do obiektywów (gdy w rzeczywistości nie ma się z czego śmiać), znowu spotkania, kolejne uściski, krótki sen i codziennie od nowa ten sam kierat – to według Nicolasa wykańcza polityków. Robi z nich ludzi-roboty, dla których działanie ku poprawie gospodarki po prostu nie mieści się w spisie rzeczy do zrobienia. Przemęczeni politycy nie mogą się skupić na swoich celach i kryzys się tylko pogłębia. Postulatem miliardera jest przywrócenie zadymionych pokoi rodem z dawnych klubów dla dżentelmenów. Możliwość powrotu do takiej nieformalnej atmosfery spotkań mogłaby pomóc. W tym celu powstała wspomniana rada. W jej składzie udało się skupić byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira, byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera i kilku laureatów Nagrody Nobla. W inwestowaniu w byłych szefów rządów Nicolas Bergruen może bowiem wykorzystać ich doświadczenie, kontakty i nabyty dystans do rządzenia. Jedno jest pewne – może uwagę tych polityków kupić. Stać go na to, jest człowiekiem obytym w towarzystwie i wyrobionym w najwyższych sferach. Można by zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem nie chciałby wszystkich na świecie przerobić na swój obraz i podobieństwo, ale pytany o to miliarder odpowiada, że na szczęście dla świata takim oryginałem jest tylko on sam. Uważa, że gdyby każdy szedł w jego ślady, świata już dawno by nie było.

Łączenie grup interesów

Berggruen nigdy się nie ożenił ani nie ma dzieci, ale czuje się świadomym obywatelem świata. I co najważniejsze, chce go naprawiać. Berggruen Holdings inwestuje

18

% | 3 (9) 2012

Jeżdżąc po świecie i poznając sławnych ludzi, doszedł

do wniosku, że sposób, w jaki zarządzana jest Unia Europejska, to przeżytek. Te wszystkie napięte harmonogramy, spotkania, niekończące się uściski rąk, uśmiechanie się do obiektywów – to jego zdaniem wykańcza polityków

w rozmaite przedsiębiorstwa na całym świecie – w taki sposób Nicolas stał się głównym akcjonariuszem Burger Kinga oraz za symboliczne 1 euro (oraz ponad 90 mln dolarów zainwestowanych w następnej kolejności) uratował 25 tys. miejsc pracy w sieci domów handlowych Karstadt. Chce naprawiać nie tylko Europę, kolejny think tank założył w Kalifornii. Tam nie ma byłych premierów i noblistów, ale są byli sekretarze stanu i wpływowi amerykańscy politycy. Utworzona z nich grupa doradcza stara się utworzyć pokaźne rezerwy finansowe na gorsze czasy. Takie środki miałyby się nazywać Rainy Day Fund, czyli dosłownie: fundusz na deszczowy dzień, ponieważ w Kalifornii opady deszczu należą do rzadkości (wszak już

hippisi śpiewali, że „it never rains in sunny California” – nigdy nie pada w słonecznej Kalifornii). Skuteczny lobbing i łączenie grup interesów (były szef Google Eric Schmidt spotyka się z byłą sekretarz stanu Condoleezą Rice i gubernatorem Arnoldem Schwarzeneggerem) oraz niewiarygodna siła przebicia Berggruena prawdopodobnie doprowadzą do ogólnostanowego głosowania w sprawie utworzenia takich rezerw finansowych. Być może dojdzie do tego już w 2014 r. Pytanie samo się nasuwa: po co to wszystko? Nicolas Berggruen uważa, że jedyne, co po nas zostaje, to nasze czyny. Nic innego się nie liczy. Prowadzi zatem swoje życie bogacza-nomady i działa. Przekazał kolekcje dzieł sztuki do muzeów, żeby nie martwić się o składowanie

ich w konkretnym miejscu i żeby mogły służyć ludziom. I z papierową torbą pod pachą (do której wkłada telefon BlackBerry) przemierza świat swoim prywatnym odrzutowcem. Trudno powiedzieć, czy to sen, czy jawa, ale przecież najważniejsze są czyny, więc dajmy miliarderowi działać. 


advertorial

Żeglarstwo to nasza pasja!

W 1990 r. bracia Piotr i Wojciech Kot założyli małą rodzinną firmę w Olecku. Od tamtej pory Delphia Yachts szybko się rozwijała i dzisiaj jest największym w Polsce producentem jachtów w segmencie do 15m, wielokrotnie nagradzanym na krajowych oraz międzynarodowych wystawach i konkursach.

O

becnie firma pod własną marką oferuje czternaście modeli łodzi, produkując ponad 1000 łodzi motorowych oraz około 100 jachtów żaglowych w ciągu roku. Od wielu lat Delphia Yachts współpracuje z amerykańską firmą Brunswick Marine in EMEA – jako podwykonawca łodzi motorowych Quicksilver i Uttern. Tempo ekspansji Delphia Yachts odzwierciedla się w liczbach. Sieć dealerska Delphi rozciąga się obecnie od Ameryki Północnej i Południowej, przez Europę, Azję, po Japonię i Australię. Z dwuosobowej spółki powstała firma zatrudniająca 420 pracowników – od siedziby głównej w Warszawie, przez zakłady produkcyjne w Olecku, po marinę w Gdańsku. W 2011 r. obroty firmy wyniosły prawie 16 mln euro, z czego ponad 90 proc. stanowi eksport. Ten imponujący sukces Delphia Yachts osiągnęła dzięki stosowaniu w produkcji materiałów najwyższej jakości oraz przywiązywaniu szczególnej wagi do detalu, przy czym firma oferuje produkt w bardzo konkurencyjnej cenie. Dla Delphia Yachts istotne są także działania na rzecz ochrony środowiska. W stolarni zostały zainstalowane separatory pyłów, zrezygnowano z ogrzewania

Wszystkie jachty Delhia spełniają najwyższe wymogi jakości

kotłami węglowymi – na ich miejscu stanęły kotły olejowe, a w specjalnie wydzielonej stacji recyklingu konsekwentnie jest prowadzona segregacja odpadów. Od 2002 r. w stoczni stosuje się materiały i komponenty przyjazne środowisku, np. żywice o niskiej emisji styrenu. Od 2003 r. firma posiada ISO 9001. Wszystkie jachty są certyfikowane przez Polski Rejestr Statków oraz niemiecki instytut Germanischer Lloyd, co potwierdza, że spełniają najwyższe wymogi jakości. Delphia Yachts współpracuje także z Centrum Techniki Okrętowej w Gdańsku, gdzie badane i testowane są prototypy. Troska o jakość i przyszłościowe myślenie Delphia Yachts rozchodzą się głośnym echem na rynku. Liczne

stowarzyszenia i organizacje doceniły firmę za jej wkład w szkutnictwo i rzemiosło żeglarskie. W 2011 r. Delphia 47 została laureatem nagrody Teraz Polska w kategorii produktu. Jacht Delphia 31 zdobył nagrodę Croatian Boat Of The Year 2012 oraz nominację do prestiżowej nagrody European Yacht Of The Year 2012. Od kilku lat stocznia produkuje także spacerowe jachty motorowe pod nazwą Nautika, które cieszą się dużą popularnością – w tym roku został wypuszczony już piąty model tej serii. Warto wspomnieć, że Nautika 1300 została wyróżniona w konkursie Dobry Wzór 2012 przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego oraz otrzymała nominację do prestiżowej nagrody European Yacht Of The Year 2011.

% | 3 (9) 2012

19


Przeczytał i zrecenzował: Jerzy Jezierowicz

półka z książkami Maciej Samcik Tomáš Sedláček

Ekonomia dobra i zła. W poszukiwaniu istoty ekonomii od Gilgamesza do Wall Street Studio Emka, Warszawa 2012

Jak pomnażać oszczędności? Samo Sedno, Warszawa 2012

To chyba najlepiej napisany podręcznik do inwestowania, jaki miałem okazję czytać. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest pełnym kompendium wiedzy o zarabianiu na rynku finansowym. Ale styl Samcika powoduje, że od lektury naprawdę trudno się oderwać. Rewelacyjna książka na początek przygody z inwestowaniem

N

Don Tapscott, Anthony D. Williams

Makrowikinomia. Reset świata i biznesu Studio Emka, Warszawa 2011

Z tą książką mam problem. Opisuje bowiem, jak możemy zmienić na lepszy dalece nieidealny świat, w jakim przyszło nam żyć. Nie wiem tylko, czy te metody faktycznie da się zastosować

N

ajstarsze teksty ludzkości to teksty o ekonomii. Opisy mechanizmów rządzących rynkiem Sedláček odnajduje nie tylko w Starym i Nowym Testamencie, ale nawet w „Eposie o Gilgameszu”. To fascynująca podróż przez mity i opowieści, które towarzyszyły nam od zawsze – i w których od zawsze ekonomia odgrywała dużą rolę. To także krytyka panującego obecnie kultu nieomylności jakże omylnych w gruncie rzeczy modeli i analiz ekonomicznych, bo przecież dziedzinę zajmującą się ludzkimi działaniami naprawdę trudno uznać na naukę ścisłą. I wreszcie – to przypomnienie, że nauki o pieniądzu i o ludzkich motywacjach nie da się oddzielić od nauki o dobru i złu. Dzięki niezwykłej erudycji autora to rzecz świetnie napisana. Nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Na naszej półce znajdziesz lektury według klucza

20

% | 3 (9) 2012

S

tare instytucje już sobie nie radzą. Tapscott i Williams nie załamują jednak rąk – zasypują czytelnika przykładami działań, które dzięki oddolnej inicjatywie zwykłych ludzi, spiętych w grupę przez globalną internetową sieć, zmieniają świat na lepsze. Piszą o założycielu sieci minifabryk samochodowych. O internetowym serwisie skutecznie nakłaniającym ludzi do redukcji emisji dwutlenku węgla. O sieciowych platformach umożliwiających współużytkowanie samochodów – co odbija się korzystnie nie tylko na portfelach, ale i na emisji szkodliwych substancji. To książka niewątpliwie wizjonerska, napisana z pasją i z pewnością warta przeczytania. Ale mam jedną wątpliwość – czy to przypadkiem nie jest już science fiction? Mimo tej wątpliwości polecam – niech każdy sam się przekona.

W godzinach szczytu – warto spóźnić się na spotkanie, by ją przeczytać, wartościowa, dobra lektura Po lunchu – w sam raz do popołudniowej kawy, nie trzeba się spieszyć, ale też nie należy czekać z lekturą do wieczora Do poduszki – skutecznie usypia i wycisza umysł, polecamy jedynie jako środek nasenny

Fot.: materiały prasowe

To nie tylko sprawa liczb. To także sprawa etyki. Czeski ekonomista stawia ekonomię w miejscu, z którego się wywodzi: to nauka humanistyczna, która powinna mówić nie tylko o pieniądzach

ie znalazłem w tej książce niczego, co mogłoby odstraszyć początkującego inwestora. Samcik, jeden z najlepszych polskich dziennikarzy zajmujących się tematyką finansową, pisze językiem zrozumiałym, podając dokładnie tyle przykładów, ile trzeba, by zilustrować problem, a przy tym posługuje się lekkim stylem, który nie pozwala ani na chwilę odłożyć książki. Bardzo dużą wartością jest rozdział, jakiego w wielu tego typu podręcznikach brakuje – o tym, jak w ogóle znaleźć pieniądze do inwestowania. Samcik przekonuje, że domowy budżet da się tak zorganizować, by wygenerować nadwyżki, które później warto pomnażać. Opisy metod inwestowania i ryzyka czyhającego na inwestora to jedno. Chyba największa wartość książki tkwi jednak w tym, że naprawdę zaraża inwestorską pasją.


R


gadające głowy

Sztuka kreacji

Polityczną jesień wypełniają sprawy związane z gospodarką. Dziwnych pomysłów na styku gospodarki i polityki w tym sezonie zrodziło się naprawdę sporo. Tekst: Jerzy Jezierowicz

Jarosław Kaczyński, prezes PIS: Jest kwestia naszej przyszłości. Przyszłości, czyli nowych Polaków, przyrostu naturalnego. Polska się zwija. Jeśli podliczyć emigrację i bezrobocie, brakuje nam w tej chwili 3,5 mln miejsc pracy. Brakuje milionów mieszkań, brakuje polityki prorodzinnej.

A ja – jak zwykle tendencyjnie – przyczepiłbym się do jednego tylko z zaprezentowanych pomysłów. Szef PiS zapowiedział, że w ciągu 10 lat stworzy 1 mln 200 tys. nowych

22

% | 3 (9) 2012

miejsc pracy. Nie wyjaśnił natomiast, dlaczego mierzy tak… nisko – ekonomiści przypominają, że w ciągu ostatnich ośmiu lat powstało dwukrotnie więcej nowych miejsc pracy. A przecież to też były lata kryzysowe. Oczywiście, nie było mowy o żadnych wyliczeniach kosztów nowego programu PiS, co niestety zmusza mnie do potraktowania „Alternatywy 2012” w kategoriach żartu. W kolejnych dniach kilka razy mieliśmy okazję wysłuchać premiera Donalda Tuska. Najpierw wraz z ministrem finansów prezentował założenia przyszłorocznej ustawy budżetowej, z marsową miną mówiąc o czekającym nas spowolnieniu. Kilka dni później, zapytany przez dziennikarzy o płacę minimalną (akurat mijał termin podpisania rozporządzenia w tej sprawie), Tusk jednoznacznie oświadczył:

Donald Tusk, premier RP: Z całą pewnością płaca minimalna nie może rosnąć w sytuacji, gdy wzrost jest spowolniony. Zgadzam się, że windowanie płacy minimalnej, szczególnie w sytuacji, kiedy wzrost gospodarczy jest mniejszy, może pośrednio lub bezpośrednio wpłynąć na wzrost bezrobocia.

Po czym zaledwie kilka godzin później podpisał rozporządzenie… podnoszące w przyszłym roku płacę minimalną. Niezbyt znacznie, bo o 100 zł brutto (związki zawodowe chciały podwyżki nawet o 170 zł brutto), ale jednak podnoszące. Nachodzi mnie dość przerażająca myśl – czyżby premier nie zawsze wiedział, o czym mówi? A na koniec moim zdaniem dotychczasowy hit sezonu: Solidarna Polska prezentuje swoją alternatywę dla obecnego rządu. I swojego… kandydata na premiera. Któż to? Otóż – Tadeusz Cymański! Szef SP Zbigniew Ziobro, prezentując kandydata, jak w bęben walił w obecny gabinet:

Zbigniew Ziobro, szef SP: „Skoro ten rząd nie potrafił radzić sobie i rozwiązywać problemów, które stały przed Polską w czasach tłustych, (…) to czy ten rząd ma jakiekolwiek szanse i ten premier, by poradzić sobie w czasach trudnych?”. Cóż, mówienie, że gabinet Tuska działał w latach tłustych, to – delikatnie mówiąc – dość odważne stwierdzenie. Ale idźmy dalej. Partia Ziobry ma pomysły na uzdrowienie Polski. Szczególnie akcentuje konieczność zniesienia immunitetu parlamentarnego, połączenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, wprowadzenia specjalizacji do wymiaru sprawiedliwości, a także wyposażenia Najwyższej Izby Kontroli w możliwość wnoszenia aktów oskarżenia. Na szczęście – wszystkie pomysły tzw. ziobrystów można bez obawy umieścić w kategorii politycznego żartu.  Ilustracje: Paweł Rygol, MIA

Z

aczął PiS: 2 września zaprezentował program „Alternatywa 2012”. Jarosław Kaczyński przekonywał:


Po godzinach Życie toczy się gdzie indziej

potencjał lepiej zarządzany

Podróż za niejeden uśmiech

% NA MAPIE

Mesjasz za miliony

Jak znani menedżerowie wykorzystują czas wolny od pracy

Trend na spędzanie wakacji zaangażowanych społecznie

Jesień obfituje w kulturalne wydarzenia. Polecamy najlepsze

Jak pisarz science fiction stworzył nową religię


% na mapie

14-21.10

do 25.11

Unsound Festival

13. Biennale Architektury

Kraków

Wenecja

Na festiwalu warto zwracać uwagę, na czym artyści grają koncerty

To także przedsięwzięcie, które z małego, alternatywnego festiwalu w ciągu kilku lat przeobraziło się w wydarzenie organizowane z dużym rozmachem. Od niedzieli do niedzieli muzyka zabrzmi w różnych miejscach, takich jak synagoga, hotel, muzeum i oczywiście kluby. Za sprawą znakomitych artystów z całego świata będą mroczne, noise’owe spotkania na szczycie, popłyną dźwięki elektroniki i elektronicznego eksperymentu, nie zabraknie też czegoś do tańca (oczywiście w weekend). Lista twórców jest zbyt długa, by ją tu przytaczać. Nasze typy to: Julia Holter, która w jednym z kościołów zaprezentuje nowe aranżacje swoich utworów z towarzyszeniem kwintetu smyczkowego, oraz Shackleton, Pole, Theo Parrish i Ducktails. A także polscy artyści, jak siedmioosobowa grupa Inner City, która wystąpi z projektem „Kleksploitation” (podstawą do niego jest muzyka z cyklu filmów o Panu Kleksie), oraz Bambino Sound System, który za pomocą przenośnych gramofonów Bambino i kolekcji polskich pocztówek dźwiękowych odtworzy niezapomnianą atmosferę prywatki w peerelowskim bloku. Mamy jeszcze ponad miesiąc, by wybrać się na Międzynarodową Wystawę Architektury w Wenecji i podziwiać wizjonerskie projekty na granicy architektury i sztuki. Hasło przewodnie tej edycji to „Common Ground”, czyli wspólna płaszczyzna. Kuratorem ekspozycji jest brytyski architekt David Chipperfield, twórca m.in. przebudowy Tate Modern w Londynie. Na Biennale będzie można zobaczyć instalację polskiej artystki młodego pokolenia Katarzyny Krakowiak. Jej projekt przenosi to, co dzieje się w przestrzeni wspólnej, czyli na zewnątrz, do wnętrza pawilonu. Jeśli brzmi to zbyt enigmatycznie, tym bardziej należy wybrać się do Wenecji, by zobaczyć pracę Krakowiak na własne oczy. 

12-21.10

10.10.2012-28.01.2013

Edward

Hopper

Grand Palais, Paryż To najsłynniejszy z amerykańskich malarzy. I chyba jeden z najspokojniejszych, bo wiódł życie przykładne, spokojne i bez skandali. Stąd może charakteryzująca jego dzieła melancholia, zawsze samotni boha-

terowie oraz zapomniane przydrożne bary i stacje benzynowe. W młodości mieszkał w Paryżu i w końcu wraca tu ze 120 dziełami, także z okresu paryskiego. Jego obrazy są jak kadry z amerykańskiego filmu, przypominają hollywoodzki technicolor. Zachwycał się nimi Hitchcock, a ze współczesnych filmowców m.in. Wenders i Jarmusch. Obrazy Hoppera rzadko są wypożyczane poza granice USA, dlatego wystawa jest prawdziwym wydarzeniem w nadsekwańskiej stolicy.

Warszawski Festiwal Filmowy Warszawa

To dobra okazja, by zobaczyć tyle ciekawych filmów w jednym mieście

Gdzie, jeśli nie w kinie, najlepiej schować się przed pierwszymi chłodami. Teraz mamy ku temu dobrą okazję. Warszawski Festiwal Filmowy ma za sobą 26 lat historii. Przeszedł długą drogę – od skromnej, ambitnej imprezy studenckiej do festiwalu filmowego z prawdziwego zdarzenia. W tym roku filmem otwarcia jest „Imagine” Andrzeja

24

% | 3 (9) 2012

Jakimowskiego (autora m.in. nagradzanych „Sztuczek” i „Zmruż oczy”). Swoje polskie premiery będą tu też miały takie filmy jak „Samsara” Rona Fricke’a (reżysera „Baraki”), druga część trylogii o trzech cnotach chrześcijańskich „Raj: Wiara” Ulricha Seidla i „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego. Oprócz tego do obejrzenia będzie kilkadziesiąt

filmów, których część najprawdopodobniej trudno będzie zobaczyć w kinie poza festiwalem. 


% na mapie 18-28.10

12.11 Poznań, 13.11 Warszawa, 14.11 Gdynia

Łódź Orquesta Design Buena Vista Social Club Festi- feat. Omara Portuondo wal Łódź

Hasło przewodnie 6. edycji festiwalu, „Awareness”, podkreśla rolę, jaką w designie, poza użytecznością i estetyką, odgrywa świadomość. Interpretują je trzy wystawy programu głównego: „Kto ty jesteś?”, „The Future is Stupid”, „Punkty widzenia – punkty siedzenia”. Warto też wybrać się na wystawę „must have” prezentującą projekty rodzimego designu, porozmawiać z ekspertami na forum Design & Architektura czy wysłać dziecko na warsztaty dla najmłodszych. Na zwiedzających czekać będą dziesiątki ekspozycji i wydarzeń towarzyszących. Specjalnie na festiwal do Łodzi przyjedzie ponad 1100 obiektów autorstwa przeszło 640 projektantów. 

5.11

Gotye

Hala Torwar, Warszawa

Fot.: materiały prasowe,

Gotye dobrze radzi sobie z popularnością, podróżując po świecie z koncertami

Jego występ był tak nieunikniony, jak niemożliwa jest nieznajomość piosenki „Somebody That I Used To Know”, która jest sama w sobie fenomenem. Teledysk zamieszczony w czerwcu tego roku w jednym z serwisów w zaledwie trzy tygodnie zanotował aż 4 mln odsłon. Obecnie to już ponad 218 mln. Autralijski muzyk pochodzenia belgijskiego z dnia na dzień stał się znanym i pożądanym na całym świecie artystą. Czy jest autorem jednego przeboju, będzie się można przekonać już niedługo. 

Listopadową aurę skutecznie może pokonać tylko energia prosto z gorącej Kuby. Orquesta Buena Vista Social Club to kwintesencja kubańskiej muzyki. W skład grupy wchodzą prawdziwi weterani popularnego w latach 40. hawańskiego klubu, artyści biorący udział w nagraniu albumu oraz w filmie o tym samym tytule. Buena Vista Social Club to nie tylko miejsce, płyta zaliczana przez magazyn „Rolling Stone” do listy albumów wszech czasów czy film nominowany do Oscara – to międzynarodowy fenomen, który spopularyzował na całym świecie son, danzón, bolero, guajirę i inne kubańskie rytmy. Występ orkiestry na czele z genialną Omarą Portuondo to podróż w głąb Kuby, opowieść pełna pasji, radości życia i porywającej muzyki, która wypełniała niegdyś legendarny hawański klub. 

8.12

Bal maskowy: Giuseppe Verdi, The Metropolitan Opera: Live in HD Kino Helios, Wrocław

To wielokrotnie nagradzana seria transmisji na żywo w jakości HD z najsłynniejszego operowego teatru na świecie. Transmitowane spektakle to wydarzenia nieprzeciętne pod względem artystycznym – muzycznym, wokalnym i aktorskim. Oglądając je na dużym ekranie kinowym, można mieć wrażenie rzeczywistego uczestnictwa. „Bal maskowy” jest kolejną operą transmitowaną w ten sposób. Jak mówi o niej sam reżyser: należy ona do najwspanialszych kompozycji Verdiego. Zachwyca gamą nastrojów, od lekkich po intensywnie dramatyczne. Verdi łączy je z nieprawdopodobną teatralną energią. „Bal maskowy” to sceniczny dynamit. 

% | 3 (9) 2012

25


w drodze

Podróż

Kiedyś podróżowanie było ważnym elementem wykształcenia człowieka. Teraz podróżujemy głównie po to, by odpocząć. Ale i to się zmienia. Na całym świecie powstają biura organizujące wyprawy, podczas których nie tylko zwiedzamy, ale też pomagamy lokalnej społeczności. Tekst: Jan Kowalski

26

% | 3 (9) 2012

Fot.: materiały prasowe

za niejeden uśmiech


w drodze Nauczanie języka angielskiego dzieci w Azji to jedna z możliwości spędzenia wakacji.

pomocy, rozwozić żywność albo uczyć miejscowe dzieci. Jednym słowem – nie tylko robimy sobie zdjęcia z plemieniem z murzyńskiej wioski i kupujemy od miejscowych drewnianą maskę do powieszenia na ścianie, ale poświęcamy własny czas, żeby wczuć się w ich potrzeby na miejscu. Udział w tego typu projekcie pozwala nam poczuć się tak, jakbyśmy zakładali prywatną fundację charytatywną. Do tego przecież czas wyjazdu to nasz prywatny, jedyny i długo wyczekiwany urlop (na który w większości przypadków możemy pozwolić sobie raz w roku).

Zaangażowanie własną pracą

Balaton i odpoczywać na plażach w Bułgarii, ale można też zwiedzić cały świat. Za kilka złotych okazyjnie polatać po Europie, a za tysiąc złotych z małym okładem szykować się na Azję – ofert i możliwości jest wiele. Rośnie także społeczna świadomość turystów i chęć wczucia się w lokalne warunki. I nie chodzi tu o zjedzenie curry rękami prosto z liścia czy przejażdżkę na słoniu.

Jeździć w taki sposób można praktycznie wszędzie. Najczęściej wybiera się wioski w Ameryce Południowej (szczególnie Boliwia, Peru, Ekwador), na drugim miejscu jest Afryka i dalej Indochiny. W Polsce tego rodzaju usługi nie są jeszcze bardzo popularne. Jedną z pierwszych organizacji, do której można się wybrać po taką ofertę, jest Fundacja Marka Kamińskiego. Poza organizacją pomocy dla niepełnosprawnych i nieuleczalnie chorych dzieci znany polarnik postanowił stworzyć program „Podróżuję świadomie” (razem z biurem podróży Aslema), w którym łączy przyjemność

podróżowania, poznawania nowego, ciekawego świata z pożytecznym działaniem na rzecz lokalnego środowiska. W zależności od możliwości i sytuacji będzie to pomoc przy budowie szpitala w himalajskiej wiosce, materialne wsparcie przy wyposażeniu szkoły, pomoc w pracach polowych, organizowanie zajęć dla dzieci lub prace na terenie parków narodowych. Na świecie można skorzystać m.in. z Green Route Africa – przedsiębiorstwo ma ponad 20-letnie doświadczenie w wysyłaniu klientów na świadome wyprawy. Do dyspozycji podróżników są zespoły pracowników w wielu największych miastach Afryki, którzy dostosują cel podróży do konkretnych potrzeb. Zgodnie ze słowami Robina McLeoda, menedżera ds. sprzedaży Green Route Africa, klienci mogą zaangażować się w ten program nie tylko poprzez dokonywanie finansowych darowizn, ale także własną pracą, np. podczas budowy klasy szkolnej, przy sadzeniu drzew czy urządzaniu ogródków warzywnych w miastach. Świadoma turystyka zyskuje zwolenników i być może pojawi się w ofertach tradycyjnych biur podróży. Dobrze jest przecież wykorzystać własne możliwości i pomyśleć o potrzebujących.

Coś więcej niż zdjęcia z wakacji

Turystyka zmierza w kierunku społecznego zaangażowania. Trend ma swoje początki w społecznym zaanagżowaniu biznesu.

K

iedyś atrakcją był wyjazd nad węgierskie jezioro Balaton albo wczasy w Bułgarii. Nie można było swobodnie poruszać się po świecie, głównie przez problemy z paszportami. Polacy cieszyli się z możliwości zmiany otoczenia i wyrwania się gdziekolwiek za granicę. Dzisiaj także można pojechać nad

Pojawia się nowy typ turysty – społecznie zaangażowanego. Ten trend wziął się od tzw. Corporate Community Involvement, a mówiąc po polsku: społecznego zaangażowania biznesu. Na przestrzeni ostatnich lat zdążyliśmy się przyzwyczaić do CSR, czyli biznesu odpowiedzialnego społecznie. Następnie biznes i przedsiębiorcy uświadomili sobie, że planując działania, mogą uwzględniać sprawy ważne dla lokalnych społeczności. Zaczęto organizować akcje wolontariatu pracowniczego, podczas których pracownicy firmy mogli dobrowolnie angażować się w działania w innym kraju. Tak powstała turystyka zaangażowana społecznie. Dzięki temu przyjemne naprawdę może iść w parze z pożytecznym. Jeżeli chcemy udowodnić, że los biedniejszej części kraju, do którego jedziemy, nie jest nam obojętny, mamy wiele możliwości. Można sadzić drzewa, pomagać przy budowie szpitala czy lokalnego centrum

Jeżeli chcemy udowodnić,

że los biedniejszej części kraju, do którego jedziemy, nie jest nam obojętny, mamy wiele możliwości, by to pokazać

% | 3 (9) 2012

27


postać

opisuje założyciela jednego z najbardziej kontrowersyjnych ruchów na świecie. No, może z wyjątkiem fragmentu o ideałach.

Zaczynał od pisania historii science fiction. Kiedy „odkrył” dianetykę i założył ruch, a później kościół scjentologów, kolejne kartki zapisywał coraz bardziej surowymi regułami przynależności

mesjasz za miliony Jako młody człowiek powtarzał, że lepszym od pisania sposobem na zarobienie prawdziwych pieniędzy jest stworzenie nowej religii. Zrealizował pomysł na tyle skutecznie, że na jego konto zaczęły wpływać miliony. Jak pisarz science fiction stworzył jedną z najbardziej kontrowersyjnych organizacji na świecie? Tekst: Angelika Zdankiewicz/Novimedia

28

% | 3 (9) 2012

L

afayette Ron Hubbard urodził się 13 marca w 1911 r. Według astrologii jest spod znaku Ryb. Co mówią horoskopy o ludziach urodzonych tego dnia? Ich osobowość jest bardzo złożona i zbudowana na bazie rozmaitych kontrastów. Z jednej strony bowiem są oni wielkimi indywidualistami, mają szczytne ideały i cel, którego się trzymają i do którego dążą. Z drugiej strony mają sporą intuicję, dzięki której trafnie przewidują przyszłe wydarzenia i konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. Nawet jeśli uznamy horoskopy za szarlataństwo (na pewno nie większe niż scjenotologia), musimy przyznać, że akurat ten bardzo trafnie

Na temat Hubbarda krąży wiele legend. Mały Ron wychowywał się w Montanie w całkiem normalnej rodzinie, jego matka była nauczycielką, a ojciec oficerem w armii. W biografii wydanej przez Kościół scjentologiczny przeczytamy, że „był cudownym dzieckiem, które nauczyło się ujeżdżać konia w wieku lat czterech, zanim było w stanie chodzić, czytać i pisać”. Są tam również informacje, jakoby wychowywał się na ranczu dziadka, gdzie spędzał czas, jeżdżąc na koniach i polując na kojoty. To po dziadku miał odziedziczyć majątek i interesy w Ameryce i Afryce Południowej. Jednak współczesne zapisy pokazują, że dziadek wcale nie posiadał rancza, owszem, był weterynarzem, ale nie farmerem. Podobnych informacji, podawanych przez Hubbarda i Kościół scjentologiczny, a następnie obalanych przez dokumenty i archiwa oraz jego przeciwników, jest sporo. Hubbard służył w armii, ale wcale nie odnosił wielu sukcesów i nie był ranny. Uczęszczał na wykłady z fizyki molekularnej i jądrowej (czym później podpierał teorie scjentologiczne), ale nie studiował na tym kierunku, jak twierdzi w biografii. Nie studiował też jako nastolatek pod kierunkiem uczonych i świętych duchownych lamajskich, tylko odbył podróż z rodzicami, podczas której zatrzymał się m.in. w Honolulu, Szanghaju i Hongkongu. Łatwość fantazjowania przydała mu się w pisaniu. W latach 30. XX w. Hubbard był całkiem znanym pisarzem science fiction – i to akurat prawda. Pisywał m.in. do gazety studenckiej na George Washington University, ale też  do kultowego magazynu „The Pulp”. Stawka dla pisarzy wynosiła wtedy cent od słowa – później Hubbard powie, że to śmieszna kwota i jeśli człowiek chce zarobić  prawdziwie pieniądze, powinien założyć własny Kościół. Już wtedy w jego głowie rozwijał się taki pomysł. W 1938 r. napisał „Excalibur” (rękopis nieopublikowany), o którym zwykł mówić „TA książka”. Kościół scjentologiczny uznał ją za kluczowy etap w rozwijaniu zasady scjentologii i dianetyki i 20 lat później oferował manuskrypt za 1,5 tys.

Fot.: Press Association/East News, Photoshot/Reporter

Fantazje nie tylko na swój temat


postać

dolarów z zastrzeżeniem, że poza kupującym nie może jej przeczytać nikt inny, dopóki Hubbard chodzi po ziemi.

Kontakt z wyższą inteligencją

Od dziecka wykazywał zainteresowanie ludzkim umysłem, a później tym, czego umysł nie jest w stanie pojąć. Jako nastolatek pobierał nauki o freudyzmie u znajomego ojca, który był ponoć uczniem Freuda. Kilkanaście lat później dzięki znajomemu Johnowi „Jackowi” Parsonsowi mocno zafascynował się czarną magią. Ów znajomy pisał o Hubbardzie do mistrza czarnej magii Aleistera Crowleya: „Mimo że nie ma formalnego wykształcenia w magii, wykazuje duże zrozumienie w tej dziedzinie. Z niektórych jego doświadczeń wnioskuję, że jest w bezpośrednim kontakcie z jakąś wyższą inteligencją, aniołem stróżem. (…) On jest najbardziej thelemiczną osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem, i to w pełnej zgodzie z własnymi zasadami”. Przygoda skończyła się, kiedy Hubbard próbował oszukać przyjaciela i jego mistrza na dość dużą sumę. Gdy się wydało, kontakt został zerwany, a panowie jeszcze długo sądzili się o odszkodowania. Hubbard potrzebował pieniędzy, więc po kilku latach przerwy wrócił do pisania. Zapewne wizja nowej religii tliła się w nim od dawna, trudno jednak powiedzieć, co ją tak nagle wyzwoliło. Czy był to kontakt z czarną magią czy kolejna porcja spisanych historii science fiction? Faktem jest, że Hubbard był już znacznie bogatszy w doświadczenia i gdy po raz pierwszy w czasopiśmie (oczywiście!) fantastycznonaukowym ogłosił teorię nowej „nauki myśli”, czyli dianetyki, na której opiera się scjentologia, numer ten rozszedł się błyskawicznie. Pisał w nim: „Jej moc jest niewiarygodna: dianetyka leczy takie choroby jak wrzód dwunastnicy, astma, zapalenie stawów, jak zresztą wszystkie dolegliwości psychosomatyczne”.

W latach 30. Hubbard był całkiem znanym pisarzem science fiction. Pisywał m.in. do gazety studenckiej na George Washington University, ale też do kultowego magazynu „The Pulp”

Dianetyka miała pomagać ludziom pokonać nadpobudliwość, natręctwa, blokadę psychiczną, leczyć choroby o podłożu psychosomatycznym. I chociaż nie gwarantowała nieśmiertelności, miała znacznie przedłużać życie. Hubbard szybko założył fundację i w końcu… zaczął zarabiać pieniądze. Wszedł w nową rolę jak świadomy biznesmen, specjalista od marketingu i lider porywający tłumy – w jednej osobie.

Łatwość opowiadania historii

Żeby popularność dianetyki szybko się nie skończyła, oparł ją na „naukowym” doświadczeniu i w ten sposób wykreował nową gałąź wiedzy, którą nazwał scjentologią. Stworzył całą strukturę płatnych kursów, treningów terapeutycznych, seansów grupowych połączonych z psychoanalizą. Wprowadził obowiązek zachowania tajemnicy – scjentolodzy nie mogą przekazywać żadnych informacji

Na festiwalu w Wenecji światową premierę miał film „The Master” w reż. Paula Thomasa Andersona – jak mówi autor – jedynie inspirowany osobą L. Rona Hubbarda. Film wywołał jednak falę gniewu wśród scjentologów, którzy próbowali zablokować projekcję w Hollywood. Nawiązania do Hubbarda są aż nazbyt widoczne, mimo że fabuła jest fikcyjna. „The Master” opowiada o charyzmatycznym intelektualiście, który po II wojnie światowej wraca do USA i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Tworzy własny system wierzeń, który ma złowić inne zagubione dusze. Do polskich kin film wchodzi 16 listopada.

poza organizację. Aby spotęgować atmosferę elitarności, wymyślił specjalne wyrazy, którymi mieli posługiwać się jego uczniowie (scjentologia ma dwa ogromne słowniki liczące ponad 1000 stron słów i zdań). Przede wszystkim jednak Hubbard wykazał się wielką charyzmą, o której ci, którzy go znali, mówili: „Był bardzo imponującym, oddanym i zabawnym człowiekiem z ogromną charyzmą. Po prostu chciałem usłyszeć każde słowo, które miał do powiedzenia, i słuchać każdej jego mądrości”. Isaac Asimov przypomniał w swojej autobiografii, jak na jednym z przyjęć „wszyscy siedzieli cicho jak kociaki i słuchali Hubbarda”. Nie tylko mówił, ale i bardzo dużo pisał. Jest m.in. rekordzistą Guinnessa jako autor najczęściej publikowany (1084 dzieła, w tym jedno tłumaczone na 70 języków, dwie książki miały po 6 mln i 7 mln egzemplarzy nakładu). Większość późniejszych publikacji oczywiście dotyczyła dianetyki i pogłębiania teorii scjentologii. Na ile przydała się mu się w tym łatwość budowania historii z gatunku science fiction?

Religia to Kościół

Nękany przez fiskusa i krytykowany przez lekarzy-naukowców, zdecydował się w 1953 r. wcielić w życie swoją wizję zarabiania prawdziwych pieniędzy – przekształcił „naukę” w „religię”, zakładając Kościół scjentologów. Tym samym jego dochody były wolne od podatków. To jednak

nie był koniec kłopotów: owszem, scjentologia znalazła wielu, i to wpływowych entuzjastów, ale proporcjonalnie przybywało jej też krytyków. Zła sława scjentologów związana jest m.in. z ich agresywnym stosunkiem do świata, w szczególności zaś do osób postrzeganych jako przeciwnicy. Wewnątrz organizacji istnieje Urząd Nadzoru, który tropi przypadki nielojalności. Ci, którzy się  tego dopuszczają, stają się celem nagonki i zbiorowych szykan zwanych (o, ironio!) „fair play”. O Kościele scjentologicznym mówi się, że jest to najbardziej bezwzględny, terrorystyczny, a zarazem dochodowy kult, jaki kiedykolwiek funkcjonował na świecie. O samym Hubbardzie natomiast można usłyszeć tyle opinii, ilu jest jego biografów. Niewątpliwie był to człowiek obdarzony wielką wyobraźnią i charyzmą. Na tyle wielką, by świadomie podjąć ryzyko kontroli zastępów umysłów ludzkich. I zbić na tym fortunę. Dianetyka nie uchroniła go jednak przed chorobą – po przewklekłym zapaleniu trzustki dostał udaru mózgu i zmarł w wieku 75 lat. Miał trzy żony i sześcioro dzieci. W 1986 r., 18 lat po jego śmierci, Kościół scjentologów miał 8 mln wyznawców na całym świecie. W Grecji, Niemczech, Australii i we Francji całkowicie zakazano jego działalności. 

% | 3 (9) 2012

29


coaching

Świadomość, że wszystkich nas coś łączy

Prawdziwy sukces możemy odnieść tylko wtedy, kiedy zadbamy, aby nasze plany służyły nie tylko nam, lecz także innym ludziom i światu. Ale jak to zrobić, gdy koncentrujemy się na zaspokajaniu własnych potrzeb i pogoni za zyskiem? Potrzebujemy cnoty świadomości – mówi Wojciech Eichelberger, współtwórca programu Quest Rozmawiała: Beata Pawłowicz

O

powieść, która ilustruje ten etap Questu, mówi o  polityku, który zrobił karierę, ale skupiony na sobie lekceważył żonę, wykorzystywał seksualnie inne kobiety i  stosował własne kryterium uczciwości. Gdy trafił pod sąd i stracił pozycję, zdał sobie sprawę z tego, że krzywdził innych. W  programie Quest świadomość jest rozumiana jako wyjście poza perspektywę egocentryczną. Dzięki niej zaczynamy widzieć swoje potrzeby, cele i  aspiracje w  kontekście ich wpływu na nasze bliższe i dalsze otoczenie, a  nawet planetę, na której podróżujemy przez kosmos. Chodzi o refleksję nad tym, czy nasze intencje i  działania biorą pod uwagę interes całego złożonego systemu, którego jesteśmy częścią. Bo jeśli przynajmniej w  jakiejś mierze nie uwzględnimy tego wymiaru naszych przedsięwzięć, może się to skończyć egotyczną obsesją. I  mimo satysfakcjonującego przejścia wszystkich poprzednich etapów Questu nasz sukces stanie się gorzki i kruchy. Aby uciec od lęku o jego trwałość, od wątpliwości w jego sens i  od wyrzutów sumienia, będziemy tworzyć wielkościową iluzję siebie, której ostatecznym wyrazem jest poczucie się panem, panią świata i ludzi. Polityk, którego historię przytacza Quest, po kilku latach pokonał egotyzm i wrócił do życia publicznego. Na pierwszym wiecu powiedział do zgromadzonych: „jestem z wami”. W takim oświadczeniu nie chodzi tylko o słowa, ale o głęboką świadomość tego, że nie jesteśmy nikim szczególnym. Politycy często mówią: jesteśmy z wami. Ale to nie znaczy, że naprawdę się tak czują. Wprawdzie odnieśli częściowy sukces, przechodząc przez poprzednie etapy Questu. Zaczęli od pokory, od właściwie postawionych pytań, a potem zdołali uchronić swoje odkrycia i poglądy przed zamachami na ich autonomię. Stworzyli też wizję celów, co dało im wiarę, że podążają we właściwym kierunku. I  choć wykrzesali z  siebie również odwagę, by zacząć wprowadzać w życie to, czego

30

% | 3 (9) 2012


coaching

em

po

t ia

k

św iadomo ś ć

zj

ag

a

a u to n o mi a

i

a

od

w

wiara

Fot.: Shutterstock, materiały prasowe Wydawnictwa Czarna Owca

pa

w

Wszyscy chcielibyśmy odnieść sukces, umieć sięgać do nadświadomości i  być szczęśliwi w  miłości. Ale nawet jeśli wspólnotowa perspektywa ma być warunkiem szczęścia, to i tak boimy się ją przyjąć. Oczywiście, bo ta perspektywa radykalnie zmieni nasz sposób widzenia siebie. Przestaniemy się utożsamiać

wo l n o ś ć

Próbujemy, podobnie jak koncerny, ten brak świadomości łatać raz do roku jakąś formą działalności charytatywnej. Jak sensownie pogodzić dbanie o siebie i o swoje sprawy, chęć wzbogacenia się z perspektywą bycia częścią wspólnoty?

Cnotę świadomości ilustruje także opowieść o  mężczyźnie, który spotkał na ulicy nieznajomą. Zamienił z  nią może dwa zdania, a  kiedy się rozstali, zrozumiał, że to była kobieta jego życia. Postanowił ją odnaleźć, prawie nic o  niej nie wiedząc. I to mu się udało. Czego ta historia ma nas nauczyć? Aby odnaleźć to, co naprawdę ważne, musimy wejść w taki stan świadomości, który wykracza poza logiczne myślenie i odwołuje się do intuicji, przeczucia i wiary w to, że wszystkich nas coś łączy. Wtedy możemy bez wysiłku w  sposób naturalny doświadczyć tego, co nazywa się jasnowidzeniem. Przekaz jest więc taki: jeśli chcesz osiągnąć ważny cel, np. odnaleźć wielką miłość, musisz przekroczyć egoistyczną perspektywę. Inaczej to się po prostu nie wydarzy. Bohater tego opowiadania musiał obudzić w sobie pokorę, wizję, odwagę i świadomość jedności, by mając tylko jedną niejasną informację, znaleźć kobietę swego życia w wielkim mieście.

Koło etapów/cnót Questu

a

To poczucie bycia nadczłowiekiem nie dotyczy tylko polityków. Myślę, że zwiedzeni wagą swoich dokonań zawodowych często lekceważymy dom, dzieci, bliskich. To każdemu może się zdarzyć: w  domu, w  firmie, w  partii, w  zarządzaniu państwem – gdy nagle wpadniemy w  stan umysłu, który nie pozwala nam dostrzec szerszego kontekstu i  konsekwencji naszych działań. Kryzys finansów świata, jakiego doświadczamy ostatnio, to rezultat tego, że ludzie odpowiedzialni za rynki finansowe zajęli się wyłącznie pomnażaniem zysku firm, dla których pracowali. Nie byli w stanie dostrzec, że konsekwencje ich chciwości uderzą w  końcu w  nich samych. Podobnie się dzieje w naszych relacjach z  przyrodą. Bezwzględne eksploatowanie Ziemi uderza w  nas samych. Jeśli interesuje nas wyłącznie pomnażanie zysków i własne dobre samopoczucie, to znaczy, że nie przeszliśmy jeszcze w Queście etapu świadomości.

Wystarczy dostrzec, że jesteśmy elementem ogromnego zintegrowanego mechanizmu. A więc czyniąc coś, co szkodzi temu mechanizmowi, zaburzamy równowagę całości i  prędzej czy później – na własnej skórze – odczujemy tego negatywne skutki. Świadomość jest wnuczką wiary, siostrą autonomii i  córką odwagi. To przecież ten rodzaj jednoczącej świadomości jest postulowany jako cel duchowej praktyki przez Kościoły i  religie. Ale to nie znaczy, że aby otworzyć w  sobie tę wyższą świadomość, trzeba praktykować jakąś religię. Podstawowa jedność wszystkiego, co się jawi, stała się współcześnie centralnym aspektem naukowego opisu świata w  kategoriach fizyki i  mechaniki kwantowej. Osoby niereligijne czerpią inspiracje do takiego oglądu świata także z  głębokiej ekologii i  z  psychologii transpersonalnej. Ale wystarczy też odwołać się do własnego doświadczenia i  dostrzec, że w  relacjach z  innymi dążenie do zaspokajania tylko własnych potrzeb nieuchronnie prowadzi do cierpienia.

or

pragną – nie znaczy to wcale, że automatycznie otwiera się przed nimi kraina świadomości. Quest definiuje świadomość jako zdolność do widzenia swojego celu, wizji i  siebie samego jako jednego z  niezliczonych przejawów uniwersalnego procesu nieustającej przemiany i rozwoju. A więc świadomość to zdolność do postrzegania jedności wszystkiego, co istnieje. Stąd poczuciu jedności towarzyszy bezcenne poczucie skromności i proporcji. Gdy nam tego zbraknie, może zacząć się nam wydawać, iż mamy receptę na zbawienie świata, zaś ci, którzy nie chcą nas słuchać, są godnymi pogardy wrogami dobra, na które my mamy monopol. Taki stan umysłu zapowiada zwykle jakąś awanturę na większą lub mniejszą skalę, nieuchronnie unieważni ona dobro, które miało być przez nas czynione. Wszystkie wielkie przewroty miały taką genezę. Bo gdy ideologom i  przywódcom zabraknie prawdziwej, nieegocentrycznej świadomości, to, co miało służyć innym i  światu, zaczyna służyć budowaniu ich wielkościowych iluzji.

Quest to program rozwoju wewnętrznego, który zakłada, że realizacja każdego celu czy marzenia wymaga wykształcenia w sobie ośmiu duchowych cnót (patrz rys.). Mówi także, że na przeszkodzie staje nam osiem zagrożeń – cieni tych cnót (m.in. pycha, uzależnienie, egoizm)

z  egocentrycznym ja – działanie na rzecz innych będziemy przeżywać jako robienie czegoś dla siebie. Dla Siebie przez duże S. Nie jest to więc płacenie raz na rok na cele charytatywne, by uspokoić sumienie. Chodzi o  nieustającą świadomość, że cokolwiek zrobimy dla świata, dla przyrody, dla innych, robimy to dla siebie. Znam wielu ludzi, którzy powtarzają: dobro do nas wraca. Nie jest to jednak wymiana w rodzaju: jak ja ci coś dam, to ty mi coś oddasz. Albo: jak się zatroszczę o las, to będę miał na co patrzeć przez okno i  jeszcze myśleć: „to dzięki mnie ten las rośnie”. To byłby egocentryzm i  pycha w  przebraniu szlachetności. Świadomość w  Queście rodzi prawdziwie bezinteresowne działanie. Ale chyba nie wymaga ona rezygnacji ze swoich potrzeb? Zyskując świadomość jedności, nie mamy poczucia rezygnacji z  własnych potrzeb, bo czujemy, że one w  ten właśnie sposób najlepiej są zaspokajane. To daje nam spokój, otwartość, budzi zaufanie do ludzi i  samego siebie. Lecz prawdą jest, że wielu z  nas rezygnuje z  siebie, by

zyskać miłość, uznanie, akceptację. To nie ma nic wspólnego ze świadomością jedności. Mówiąc inaczej: trzeba nauczyć się kochać samego siebie, aby móc z czasem odkryć, że jest to zarazem kochanie innych. Dlatego świadomość jest dopiero szóstą cnotą Questu. Bo musimy najpierw dzięki pokorze uzyskać autonomię, potem wizję, wiarę i  odwagę, poczuć mocno siebie i  swoje granice, aby podjąć temat świadomości i  doświadczyć jedności wszystkiego, co istnieje. Jak mówią praktykujący zen: aby zbić dzban, trzeba mieć dzban. 

Wojciech Eichelberger psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy

% | 3 (9) 2012

31


kadr na smak

MENU do zmiany Dobre filmy to takie, w których jesteśmy świadkami przemiany bohatera. Czy to na skutek wydarzeń, jakie serwuje mu los, czy w efekcie własnych decyzji – bohater musi się zmienić. A do tego potrzeba… kalorii. Tekst: Piotr Bruś-Klepacki

Eastwood zmienia bohatera

Walt Kowalski w „Gran Torino”, grany przez Clinta Estwooda, to weteran wojny w Korei i rasista. Do tego jest burkliwy i daleki od politycznej poprawności, symbolizując najgorsze wady starego człowieka. Ta postawa zostaje jednak zrewidowana przez sąsiadów z Azji (za którymi oczywiście nie przepada). Kiedy stawia opór miejscowemu gangowi, zdobywa ich sympatię. Początkowo jest skrajnie niechętny, ale z czasem przełamuje swoje uprzedzenia i zaprzyjaźnia się z młodymi Tao i Sue. Być może gdyby Kowalski wcześniej spóbował pożywnej zupy pho, nie byłby tak niechętny Azjatom. Wiadomo, podróże kulinarne także kształcą.

32

% | 3 (9) 2012

ZUPA PHO (4 duże porcje) Składniki na wywar: 1,5 kg kości wołowych ze szpikiem i z chrząstkami 0,5 kg karkówki wołowej podzielonej na 2 części duży kawałek obranego świeżego imbiru, przeciętego wzdłuż, lekko rozbitego i przypalonego nad ogniem (podobnie jak cebula do polskiego rosołu) 2 cebule obrane i przypalone nad ogniem 2,5 łyżki sosu rybnego 2 łyżki cukru 6 całych gwiazdek anyżu uprażonych na patelni 4 całe ząbki czosnku lekko uprażone na patelni 1 łyżka soli

Noodle i wołowina: 300 g cienkiego makaronu ryżowego przyrządzonego według opisu na opakowaniu 100 g polędwicy wołowej lekko zmrożonej, pociętej na bardzo cienkie plasterki w poprzek włókien Przybranie (bardzo ważny dodatek!): pół cebuli drobno posiekanej 1/4 kubka posiekanej kolendry 300 g kiełków fasoli mung 6 gałązek tajskiej bazylii 4 małe tajskie papryczki chili 1 cytryna pocięta na ćwiartki świeżo zmielony czarny pieprz

W dużym garnku gotujemy 3,5 l wody. Do drugiego garnka wkładamy kości i karkówkę wołową, zalewamy wodą – doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez 5 min. Przekładamy kości i mięso do pierwszego garnka z gotującą się wodą. Kiedy woda ponownie się zagotuje, zmniejszamy ogień (usuwamy szum i tłuszcz z powierzchni wody). Następnie dodajemy opalony imbir i cebulę, sos rybny i cukier. Gotujemy na wolnym ogniu, aż mięso zrobi się miękkie. Wyjmujemy jeden kawałek karkówki i zanurzamy w zimnej wodzie na 10 min, żeby mięso nie ściemniało i nie wyschło. Następnie osuszamy mięso, tniemy na cienkie kawałki i odstawiamy. Resztę wywaru z drugim kawałkiem mięsa gotujemy około godziny, po czym dodajemy gwiazdki anyżu, ząbki czosnku i gotujemy jeszcze przez 30 min. Po tym czasie usuwamy anyż i czosnek z wywaru. Dodajemy sól i kontynuujemy gotowanie na wolnym ogniu – czas całkowitego gotowania nie powinien być krótszy niż 2 godz. Do misek wkładamy porcje gorącego makaronu ryżowego, dodajemy kilka kawałków pociętej karkówki i surowych płatków polędwicy. Zalewamy to gorącym wywarem i przybieramy cebulką, kolendrą, kiełkami fasoli, ziołami, plasterkami papryczek chili, polewamy sokiem z cytryny i posypujemy zmielonym czarnym pieprzem.

Fot.: Sony Pictures, materiały prasowe, Shutterstock

K

iedy pozycja wyjściowa bohatera nie jest zbyt atrakcyjna – jest cyniczny, odpychający, sieje wokół siebie zniszczenie – wiadomo, że musi zdarzyć się coś, dzięki czemu zmieni się on w innego, dobrego człowieka. W napięciu obserwujemy jego zmagania z samym sobą i oczekujemy, że na koniec dobro wygra ze złem, charakter – z pokusami, a bohater zwycięży antybohatera. Jedzenie jest ostatnią rzeczą, o jakiej nasz bohater myśli, ale przecież by dokonała się zmiana, musi mieć dużo siły, czyli pożywnie jeść. Żadnych pustych kalorii, zajadania stresu czy podjadania między posiłkami – potrzeba mu pełnowartościowego, odżywczego jedzenia, które wzmocni go w walce z samym sobą.


kadr na smak

Zawsze może być lepiej Pisarz Melvin Udall w „Lepiej być nie może” nie robi dobrego wrażenia – to stary dziwak, egocentryk, ogarnięty manią zachowania czystości. Sąsiedzi go szczerze nienawidzą, on też za nimi nie przepada, a wręcz unika kontaktu z ludźmi. Jedyną osobą, którą toleruje, jest kelnerka z jadłodajni, w której ma zwyczaj jadać obiady (zawsze przy tym samym stoliku i lepiej, by nie był zajęty!). I właśnie ta kobieta zapoczątkuje zmianę pisarza – ze złośliwego starego dziada w czarującego dojrzałego mężczyznę. Nie przychodzi mu to łatwo, a po drodze czeka na niego wiele komediowych perypetii. Specjalnie dla niego na poprawę nastroju…

KORZENNE CIASTO DYNIOWE Składniki: 400 g dyni 2 szklanki mąki pszennej 1 szklanka cukru 2 jajka 1/2 szklanki oleju 3/4 szklanki mleka 1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 szklanka rodzynek (można dodać orzechy) 1 łyżeczka cynamonu 1 łyżeczka suszonego imbiru 1/2 łyżeczki zielonego kardamonu (wyłuskanego) 6 goździków 1 łyżeczka ziaren kolendry

W moździerzu ucieramy kardamon, goździki i kolendrę, dodajemy cynamon i imbir. Dynię obieramy i ścieramy na drobnej tarce. Oddzielnie mieszamy suche (razem z przyprawami) i mokre składniki. Do mokrych składników dodajemy startą dynię i rodzynki. Następnie wsypujemy suche składniki i delikatnie mieszamy, aż się połączą. Masę przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w temperaturze 180 stopni – od 45 do 50 min.

KANAPKA REWOLWEROWCA Składniki: pełnoziarniste pieczywo grube plastery pieczeni z indyka jajko na twardo sałata ogórek kiszony cebula czerwona masło chrzan sól i pieprz Na posmarowane masłem pieczywo kładziemy warstwami: sałatę, pieczeń, jajko, ogórek, plasterki cebuli i znowu sałatę. Wszystko okraszamy dużą ilością chrzanu.

Surrealistyczna podróż kowboja

Tytułowy „Kret” to bezimienny włóczęga, rewolwerowiec, który by udowodnić miłość kobiecie, porzuca syna i wyrusza na poszukiwanie czterech mistrzów – rewolwerowców, by ich zabić i zostać największym ze wszystkich. Walczy, pokonuje przeciwności losu, ale pewnego dnia… zostaje zupełnie sam. Traci wszystko, co zdobył do tej pory. Bohater odradza się jako święty głupiec, który zaczyna pomagać słabszym od siebie. Wymaga to od niego wiele wysiłku i wytrwałości, dlatego jego śniadania powinny być bardzo pożywne.

% | 3 (9) 2012

33


klub gentlemana

Potencjał

LEPIEJ ZARZĄDZANY Gotują w restauracjach, prowadzą autobusy, trenują szkolne drużyny sportowe. Po godzinach. Bo na co dzień są właścicielami firm o światowej sławie, menedżerami w dużych przedsiębiorstwach, a nawet uznanymi dyrygentami. Świadomie zdejmują kostium ważniaka, by stać się misterem nobody. Co czyni ich jeszcze bardziej wyjątkowymi. Tekst: Rafał Tomański

34

% | 3 (9) 2012

S

obotni wieczór. Chicago. Dzielnica Wicker Park. Idziecie do jednej z restauracji sushi i od wejścia wita was Andrew Mason, założyciel firmy Groupon, giganta e-commerce. Miliarder i wizjoner, który na co dzień kieruje tysiącami pracowników na całym świecie. Z usług jego serwisu korzystają miliony użytkowników. Teraz przenosimy się na Ukrainę i cofamy się do Euro 2012 – reprezentacja Anglii przyjeżdża do hotelu, a za kierownicą autokaru siedzi Zygmunt Kukla, znany dyrygent stojący na czele zespołu Kukla Band. Dyrygował w musicalu „Metro”, był dyrektorem artystycznym festiwalu w Opolu, ale po 12 latach wrócił do prowadzenia autobusów, bo – jak sam mówi – strasznie to lubi… Dlaczego dochodzi do tak dziwnych z pozoru połączeń hobby?

Kontakt ze zwykłymi ludźmi

Groupon Andrew Masona został w pewnym momencie nazwany „najszybciej rosnącą firmą w historii” (tak pisał magazyn „Forbes”). Użytkowników szacuje się nawet na 150 mln, serwis działa na 48 rynkach na całym świecie. Obecnie jednak akcje Grouponu spadają, a firma szuka sposobu na odnalezienie się w nowych realiach e-commerce. Ale nie to jest powodem, dla którego jej szef dorabia w weekendy w restauracji sushi. Nie robi tego dla pieniędzy, mimo że w ciągu ostatnich 9 miesięcy akcje Grouponu straciły 85 proc., a majątek samego Masona skurczył się z 1,4 mld do 230 mln dolarów. Nie jest to też działanie reklamowe – Mason zastrzega, że w wywiadach nie może pojawić się nazwa restauracji (z forów internetowych wiadomo, że prawdopodobnie jest to Mirai Sushi).


klub gentlemana

Andrew Mason chce mieć kontakt ze zwykłymi ludźmi, by lepiej rozumieć, na czym polega sukces danego lokalu. W wywiadzie dla magazynu „Bloomberg” mówi wprost: „Chcę lepiej zrozumieć, co w warunkach lokalnych przedsiębiorców najlepiej działa – jak robią rezerwacje, jak radzą sobie z płatnościami i jak zarządzają zapasami”. Nie ma w tym żadnego zadzierania nosa ani chęci wyróżnienia się z tłumu na siłę. Dyrygent Zygmunt Kukla także osiągnął w swoim zawodzie wiele i z powodzeniem mógł poświęcić się nowym projektom. Wrócił jednak do prowadzenia autobusów, zajęcia, które większości z nas może się kojarzyć z pracą pozbawioną polotu i niedającą radości. Kukla przyznaje, że nie umie tego wytłumaczyć, ale autobusy to jego największa pasja. Podobno dyrygenta można spotkać w warszawskiej linii 507, pięć dni w miesiącu jeździ po Warszawie i przyjemności z jazdy nie psują mu nawet dziurawe stołeczne drogi. Poza tym przebywanie blisko ludzi daje mu prawdziwą satysfakcję.

Fot.: Shutterstock.com; materiały promocyjne

W poszukiwaniu twórczych działań

Być może największą radość daje przekraczanie własnych barier i realizacja z pozoru nieosiągalnych celów. To chyba najlepszy opis ludzi sukcesu. Zajmują się niestandardowymi rzeczami, dlatego ich hobby nie może być zwyczajne. Paul Pluschkell, szef firmy Spigit specjalizującej się w wyłapywaniu startupowych produktów w Dolinie Krzemowej, po pracy zdejmuje garnitur i przebiera się w sportowe ubranie. Od lat trenuje młodych baseballistów i ma na swoim koncie nawet mistrzostwo kraju. Kolejny CEO, Tom Georgens, poza kierowaniem firmą NetApp (zajmującą się przechowywaniem danych) jest zapalonym krótkofalowcem i bierze udział w międzynarodowych konkursach. O hobby pytano dyrektorów z całego świata. Ankietowani opisywali tak nietypowe zajęcia jak projektowanie pokazów sztucznych ogni (Mike Workman, Pillar Data Systems), heli-skiing, czyli jazdę na nartach po wyskoczeniu z helikoptera (Patrice Etlin, Advent International), latanie oryginalnym myśliwcem P-51 Mustang z czasów II wojny światowej (Eugene Mallett, Alpine Air) czy wreszcie łapanie bydła na lasso

jak w filmach o Dzikim Zachodzie (Mike Petrie, Petrie & Associates). Znany psycholog biznesu Jacek Santorski tłumaczy to następująco: – Ludzi przedsiębiorczych cechuje zazwyczaj wysoki poziom kreatywności, zapotrzebowania na silne bodźce. Niektórzy są mocno ekscentryczni. Dzięki tym cechom są tymi kim są. W przypadku przychodów rzędu kilkuset tysięcy dolarów poziom szczęścia i posiadanej kasy korelują ze sobą. Po przekroczeniu

– firmy, która pracuje nad samochodem nowej ery, napędzanym silnikiem elektrycznym. Elon Musk chce latać w kosmos, a jego marzeniem jest umrzeć na Marsie. Założył więc firmę SpaceX zajmującą się technologiami kosmicznymi. W maju bieżącego roku firma wystrzeliła rakietę z kosmodromu na Florydzie. Udało się dzięki niej umieścić kapsułę Dragon, pierwszy komercyjny pojazd kosmiczny, który połączył się z Międzynarodową Stacją Andrew Mason, szef Groupona, robi różne rzeczy po pracy i wcale nie dlatego, że akcje jego firmy straciły 85 proc. wartości

wynagrodzenia przeciętnego menedżera, nie mówiąc już o prezesach, przedsiębiorcach, artystach czy sportowcach – milionerach, pieniądze się przydają, ale szczęścia nie dają. Dlatego ludzie, nawet średnio majętni, nadal szukają. Niektórzy dla osiągnięć czy statusu gonią za większą kasą, wielu jednak poszukuje nowych doznań, przygód i twórczych działań – kwituje Santorski. Te poszukiwania czasem przybierają formy tak nierzeczywiste, że aż zakrawają na bajkę. Elon Musk, przedsiębiorca z USA urodzony w RPA, nie chce poprzestać na tym, że wprowadził e-commerce na nowe drogi (współtworzył serwis płatności internetowych i obecnie także mobilnych PayPal). Nie wystarcza mu także założenie Tesla Motors

Kosmiczną i będzie w przyszłości służył NASA do przewozu sprzętu na orbitę.

Zarządzanie swoim potencjałem

Dr Marek Wojciechowski, psycholog biznesu, tłumaczy to syndromem Piotrusia Pana. – Nie wszyscy możemy sobie pozwolić na spełnianie dziecięcych marzeń, ale kiedy to już jest możliwe, odnajdujemy w tym bardzo wiele motywujących do działania emocji. Za nic mamy normy i wzorce, często paraliżujące na co dzień. Chcemy realizować się w tym, co od zawsze chodziło nam po głowie. Sam po sobie wiem, jak bardzo od zawsze chciałem prowadzić wóz strażacki i jak taka możliwość wpłynęła na mój rozwój

i moje – jestem przekonany – lepsze, pełniejsze postrzeganie świata – dodaje dr Marek Wojciechowski. Nietypowe hobby mają też polscy menedżerowie. – Znam takich, którzy wzorem np. Foresta Gumpa pielęgnują szkolne trawniki lub trenują amatorską drużynę młodych kolarzy – mówi Wojciechowski. – Jeden z najbogatszych Polaków w wolne dni kucharzy w swojej knajpce i pewnie żaden z gości jego lokalu nie przypuszcza nawet, że danie, które zamawia, skomponował mu prawdziwy polski milioner – komentuje psycholog. Dlaczego to robią? Według Wojciechowskiego z jednej strony to doskonały sposób na odreagowanie codziennych zawodowych stresów, emocji. Z drugiej – taka zmiana kontekstu zawodowego funkcjonowania pozwala wielu ludziom zmienić postrzeganie świata i problemów, przed jakimi stoją. Jest bardzo często impulsem, źródłem nowego, pełniejszego postrzegania rzeczywistości. Menedżer, na co dzień zajmujący się zarządzaniem wieloma milionami złotych, z czasem może popaść w zawodową rutynę. Praca w charakterze np. kierowcy autobusu (jak w przypadku dyrygenta Zygmunta Kukli) daje okazję doświadczenia świata z bogactwem jego problemów na innym poziomie, co w efekcie sprawia, że jego potencjał jako menedżera, ale i jako człowieka jest pełniejszy i lepiej zarządzany. 

Ludzi przedsiębiorczych cechuje

zazwyczaj wysoki poziom kreatywności, zapotrzebowania na silne bodźce. Niektórzy są mocno ekscentryczni. Dzięki tym cechom są tymi kim są

% | 3 (9) 2012

35


OSTATNIE SŁOWO

Mój pies

Budda

Jakub Żulczyk Pisarz, autor m.in. „Zrób mi jakąś krzywdę”, „Zmorojewa” i „Świątyni”. Publicysta „Wprost”, „Elle”, „Exklusiva” i „Machiny”. Wbrew temu, co mówią, miły młody człowiek

Mój pies jest szczęśliwy i nieśmiertelny, ponieważ nie ma świadomości

– i tego mu zazdroszczę. Nie potrzebuje jej, aby być kompletnie zanurzonym w życiu, które go otacza, i reagować na nie całą swoją psią maszynerią 36

% | 3 (9) 2012

wakacje. Naprawdę nie potrzebował do tego przeklętego oprogramowania, które już Nietzsche nazwał największym przekleństwem człowieka. W przeciwieństwie do mojego psa jestem istotą świadomą. Starałem się być nią całe życie. Co więcej, usilnie ją w sobie hodowałem, jako osoba słuchająca za młodu punk rocka i czytająca zbójeckie książki, od Kena Keseya, przez George’a Orwella, po Philipa K. Dicka. Grzebałem się w swojej podi nadświadomości z uporem godnym lepszej sprawy. Żałuję. Mądry jest ktoś, kto powiedział, że najszczęśliwszy jest ten głupi. Przesycony lekturami, informacjami, spostrzeżeniami i ludźmi jedyne, co w sobie wyhodowałem prócz nerwicy i nałogów, to defetystyczny, depresyjny obraz świata i ludzkości, dla której nie ma ani nadziei, ani ratunku. Nawet te miłe rzeczy, które ów ratunek mają upozorować, po chwili zamieniają się w szlam. A i tak przecież na końcu wszyscy umrzemy. Podobno najszczęśliwszymi ludźmi są buddyści. Buddyzm, który ja rozumiem jako zaawansowany trening odchodzenia z tego świata, uczy czyszczenia umysłu z toksyn własnych myśli i wyrzekania się przyziemnych, do niczego nieprowadzących aspiracji w celu osiągnięcia nirwany, czyli kompletnego zagłuszenia ego. Gdy się nad tym głębiej zastanowić, jest to najbardziej rozsądny system filozoficzno-religijny wypracowany przez małpę zwaną człowiekiem. Moja nerwica natręctw jest oczywiście zbyt zaawansowana, abym bawił się w buddyzm. Ale ku pokrzepieniu serc mam buddystę na chacie. Codziennie widzę, jak leżąc na podłodze, wgapiony w jakiś nieokreślony punkt, osiąga nirwanę, oczywiście odrobinę przy tym posapuje i śmierdzi – ale nikt nie mówił, że droga do nirwany jest nowo oddaną autostradą. W każdym razie on leży. Ja myślę i cierpię. Tak spędzamy dni. Świat i ludzkość w tym czasie zmierzają ku zagładzie, ale wie o tym jedynie moja pieprzona świadomość. Mój pies z reguły reaguje na te fakty drapaniem się tylną łapą po łbie. Jak prawdziwy buddysta. 

Fot.: Zbigniew Szarzyński

P

atrzę na swojego psa, pięcioletniego owczarka niemieckiego o imieniu Gal, i zazdroszczę mu jak jasna cholera. Gal ma cały czas zakłopotany wzrok istoty przyłapanej na byciu sobą. Większość czasu, poza zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych, wypełnia mu wzdychanie i leżenie na podłodze. Oczywiście, wstanie, gdy usłyszy znajomy odgłos chrupek o smaku padliny przesypujących się w torbie leżącej na lodówce. Ale generalnie sobie leży. Czasem sapnie. Ot tyle. Ożywia się dopiero na dworze, kiedy otaczające go bodźce – inne psy, śmieci, kupy, samochody – składają mu niejasną, choć bardzo podniecającą obietnicę wielkiej przygody. Zazdroszczę mojemu psu, bo jest szczęśliwy i nieśmiertelny. Mój pies jest szczęśliwy, ponieważ nie myśli. Przyjmuje napływające do niego bodźce z całym ich dobrodziejstwem i podczas rozkosznego inhalowania się aromatem zgniłej wędliny z siatki porzuconej na mokotowskim trawniku żadna myśl nie zakłóca jego wielkiego, poczciwego łba. Ewentualnie zastanawia się, czy ją pożreć, czy najpierw na nią naszczekać w celu unieruchomienia jej strachem. Nie myśli o tym, kiedy przyjdzie przelew, co oznacza dziwne kłucie w klatce piersiowej, czy na pewno zapłacił za prąd, czy wraz z dwudziestym dziewiątym rokiem życia bezpowrotnie minęła mu cała jego radość i czy dziś rano w Mokpolu będą mieli Lavazzę, która właśnie się skończyła. Nie skupia się na tym. Liczy się tylko to, co dzieje się w danym momencie – kupa, siatka ze zgniłym mięsem, majaczący na horyzoncie buldog francuski, który na pewno zostanie jego najlepszym przyjacielem. Mój pies jest nieśmiertelny, ponieważ żyje w bezczasie. Nie wie, że właśnie jest wtorek, i jego mózg nie przeprowadza operacji typu „Jezus Maria, przecież poprzedni wtorek był godzinę temu, a ten wtorek rok temu zdarzył się przed pięcioma minutami”. Nie zderza się z majaczącą na horyzoncie śmiercią, a czas, który mu do niej pozostał, nie jest dla niego policzalny. Zdaje sobie sprawę, że jest dzień – wtedy jego państwo chodzą po mieszkaniu i coś robią, mogą dać mu jeść i wyprowadzić go na dwór, i że jest noc, kiedy jest ciemno i państwo leżą. Ewentualnie pan siedzi przy komputerze i coś robi. Ale nie odczuwa tych zmian w kontekście czasu. W świadomości mojego psa panuje uświęcona wieczność. Gdy w końcu umrze, przyjmie to najprawdopodobniej z takim samym spokojem, jak każdą ze swoich drzemek. Nawet tego nie zauważy. Mój pies jest szczęśliwy i nieśmiertelny, ponieważ nie ma świadomości – i tego mu zazdroszczę. Nie potrzebuje jej, aby być kompletnie zanurzonym w życiu, które go otacza, i reagować na nie całą swoją psią maszynerią. Podejrzewam, że nie wie nawet, że jest psem, ale nie rozbija to jego osobowości, którą w skrócie można by określić mianem wesołej. Nie potrzebuje jej do tego, aby być uważnym – jego czas reakcji wynosi ułamki sekund, zwłaszcza na wspomniane chrupki, a także na przebiegające daleko koty i inne psy. Nauczył się też rozpoznawać słowo „spacer”; wypowiedzenie go sprawia, że Gal zaczyna biegać po chałupie jak człowiek, który zgubił paszport godzinę przed wylotem na


Kościół św. Trójcy. Tej nocy odkryłam, co mi w duszy gra.

LANCIA VOYAGER lanciavoyager.pl

DZIEL SIĘ EMOCJAMI!

Kieruj się komfortowym rabatem do 12 860 zł* Wyposażenie w cenie: trzystrefowa automatyczna klimatyzacja, 17” felgi aluminiowe.

Wyjątkowy system Stow’n Go®

* Oferta dotyczy modelu Lancia Voyager 2.8 AT6 PLATINUM. Zużycie paliwa 7,9 l/100 km (cykl mieszany), emisja CO2 207 g/km (dane na podstawie pomiarów wg dyrektywy UE).

ELEGANZA IN MOVIMENTO. Dal 1906.


Magazyn%_wyd 9