Page 1

02/2013

maj 2013

www.suplement.us.edu.pl

magazyn bezpłatny

ISSN 1739-1688


Edytorial Mamy wiosnę, wreszcie schowaliśmy do szafy grube kurtki i ciepłe buty. Pogoda za oknem aż zachęca do wyjścia, tymczasem na uczelni rozpoczyna się najbardziej intensywny czas. Aby umilić ostatnie, jakże trudne tygodnie przed wakacjami, przekazujemy Wam drodzy czytelnicy ostatni w tym roku akademickim numer „Suplementu”. Tym razem raport dotyczy stołówek studenckich na wydziałach naszej uczelni – okazuje się, że nie jest z nimi najlepiej… Przed wakacjami wiele osób myśli zapewne o pracy, karierze i praktykach, dlatego w tym numerze rozbudowaliśmy dział Kariera. Razem z Kubą Weseckim proponujemy Wam też wywiad z CeZikiem - mieszkającym w Gliwicach artystą, bardzo popularnym w Internecie. Pasjonatom sztuki i historii polecam tekst przedstawiający historię i ewolucję Muzeum Śląskiego. Jak zwykle pokazujemy też wiele zjawisk. Możecie przeczytać o popularnych ostatnio szafiarkach czy memach. Będzie też coś o tatuażach, filmach made for China i trochę ciekawostek. Poruszymy także temat psów i realiów ich życia w naszym kraju. Wreszcie trochę o tak bardzo wyczekiwanych wakacjach! Przygotowaliśmy specjalny poradnik – jak nie zginąć na festiwalu. Pokażemy też, jak zorganizować sobie wspaniałe i pełne wrażeń wakacje za grosze. Nie zabraknie również nowych pomysłów na weekend. Z kolei jedna z naszych redaktorek przedstawi posiadaczy naprawdę pięknych oczy, którzy w tym roku po raz pierwszy w życiu zobaczyli śnieg! Zostało nam jeszcze kilka tygodni ciężkiej pracy, zanim z radością zakończymy sesję czekają nas jeszcze Juwenalia Śląskie. O, tym co będzie się działo w czasie tego święta studentów, możecie przeczytać w rubryce Samorządu Studenckiego. To wszystko w tym numerze, mam nadzieję, że będzie on dla Ciebie drogi czytelniku miłą lekturą i choć na chwilę oderwie od wertowania książek, skryptów i notatek… :)

Joanna Grzonka

Zespół redakcyjny Magazyn Studentów UŚ Suplement Pl. Sejmu Śląskiego 1 40-120 Katowice e-mail: suplement@us.edu.pl www: www.suplement.us.edu.pl Redaktor Naczelna: Joanna Grzonka (joanna.grzonka@op.pl) Z-ca Red. Naczelnej: Bartosz Kondziołka (toszbar@wp.pl) Sekretarz Redakcji: Jakub Wesecki (apogryf@gmail.com) Redaktorzy: Jakub Wesecki (Sprawy studenckie), Monika Wawszczyk (Kariera), Tymoteusz Wallus (Zjawisko), Bartosz Kondziołka (Kultura), Joanna Grzonka (Inne działy). Zespół Redakcyjny: Giulia Kamińska Di Giannantonio, Elżbieta Gwóźdź, Mateusz Królik, Karolina Klimas, Magdalena Chmiel, Sandra Rybińska, Sylwia Chrapek, Paulina Piechaczek. Korekta: Katarzyna Polke, Agnieszka Kliks Fotograf: Łukasz Wycisło (lukasz.wycislo@gmail.com) Współpracownicy: Katarzyna Anuszkiewicz, Barbara Koba, Olaf Lisowski, Claudia Lubszczyk, Igor Łysagóra, Filip Nowak, Aleksandra Śmigielska, Joanna Wojtas. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych reklam. Skład: Przemysław Grzonka Okładka: Kamil Walczak (www.kwalczak.carbonmade.com) Druk: 2M Promotion (608 081 881)

W tym numerze... 2 – Edytorial 3 – Raport: Na gorącym uczynku 5 – Sprawy studenckie: Ze słownika: akademik… 6 – Sprawy studenckie: Zminimalizuj się! 7 – Kariera: Połącz przyjemne z pożytecznym… Headhunting – daj się złapać w sidła kariery! 8 – Kariera: Zamiast tradycyjnego CV Stery Kariery: Wystartuj w karierę z Biurem Karier! 9 – Kariera: Którędy do pracy? 10 – Miasto: Muzeum Dziesięciolecia 11 – Zjawisko: Made for China. Hollywood kręci z Chinami. 12 – Zjawisko: Mit czy Hit? 13 – Zjawisko: Pieskie życie w kraju nad Wisłą 14 – Zjawisko: Śląski bez kompleksów 15 – Zjawisko: Zakon szafy 16 – Zjawisko: Kto się nie dziara ten fujara! 17 – Zjawisko: Memy, czyli rzeczywistość w web zwierciadle 18 – Kultura: Muzyka jest zawsze pierwsza, czyli wywiad z CeZikiem 19 – Kultura: Jak nie zginąć podczas festiwalu? 20 – Kultura: Zespoły, które naśladują 21 – Kultura: Alfabet SZPiT Katowice 22 – Podróże: Piękne oczy Ameryki 23 – Podróże: Wakacje za grosze? Poproszę! 24 – Pomysł na weekend 25 – Staże / Praktyki / Szkolenia / Warsztaty 27 – Sprawy studenckie: Samorząd Studencki przedstawia


RAPORT

Na gorącym uczynku

Sosnowiec Bufety na Wydziale Informatyki i  Nauki o Materiałach oraz Wydziale Filologicznym w Sosnowcu są prowadzone przez tę samą firmę – Gastro Tesoro. Otwarta przestrzeń budynku filologii mieści kilkanaście stolików, podczas gdy ciasne korytarze informatyki tylko dwanaście. Poza tym stołówka informatyków jest pełna zakazów: nie wolno łączyć stolików ani przynosić własnego jedzenia. Na filologii przy nazwach dań podany jest wykaz składników uczulających, czego próżno szukać na WIiNoM.

Cóż, być może informatycy chorują rzadziej. Menu w obu miejscach jest niemal identyczne i codziennie ulega drobnym zmianom. Niestety, jest też najdroższe. Można co prawda zadowolić się pierogami albo naleśnikami, ale filet z  kurczaka czy kebab kosztują od 11 do 13,50 zł. W ofercie są też inne ciepłe dania, takie jak hamburger z dodatkiem sałatki, która za każdym razem jest inna, oraz bułki i drożdżówki. Honor filologii próbuje ratować osobny bufet kanapkowy, ale on także jest raczej drogi.

WPiPs, Katowice Nie wiem, czy to ze względu na znaczną przewagę liczebną kobiet na tym wydziale, ale jedno trzeba przyznać – bufety pedagogiki i psychologii kuszą ładnym wystrojem. Zjeść tu można w dwóch miejscach: stołówce „Limonka” na  parterze oraz  kawiarni „Pod rurą” w podziemiu. „Limonka” jest utrzymana w ładnej, zielono – pomarańczowej kolorystyce. Ściany ozdabiają fotografie, na  większości stolików stoją świeże kwiaty, a dania wydawane są całkiem szybko. Co  istotne, oprócz klasycznych dań obiadowych w ofercie zawsze znajduje się przynajmniej kilka potraw wegetariańskich. Foto: Ł. Wycisło

Czy wiedzieliście, że sosnowiecka „Żyleta” to najwyższy budynek akademicki w Polsce? Wydział Nauk o Ziemi imponuje swoimi rozmiarami, przez co osobom z zewnątrz czasem trudno jest się w nim połapać. Niełatwo też odszukać tu stołówkę, która znajduje się w pobliżu auli na pierwszym piętrze. W porównaniu z całym budynkiem wnętrze bufetu wydaje się niewielkie. Jest w  nim raptem dziewięć czteroosobowych stolików, choć bez problemu zmieściłoby się ich trochę więcej. Pomimo swoich rozmiarów jest to stołówka z prawdziwego zdarzenia, w  której codziennie serwowane jest gorące danie dnia. Trafiłem na  zestaw składający się z rosołu i rolady z kluskami śląskimi. Kosztuje on 12 zł, czyli mniej niż te dwa dania osobno (odpowiednio 3 i 12 zł), i jest tak smaczny, że bez problemu nakarmiłby tyranozaura stojącego przed wejściem na wydział. Zestawy są proste, ale bardzo treściwe. Ciekawostką jest danie żaka za 6,50 zł – mięso mielone, fasola, kukurydza i dużo papryki. Można też skusić się na hamburgery, zapiekanki i naleśniki – wszystko to za nie więcej niż 7 zł. Są i przekąski: słodycze, napoje oraz bogaty wybór kaw i herbat. Po posiłku polecam wyprawę na ostatnie piętro, którą dbający o linię powinni odbyć pieszo. Przy dobrej pogodzie widok jest naprawdę fantastyczny.

Foto: Ł. Wycisło

Głodny Polak to zły Polak, głodny student to... norma. Przypuśćmy, że masz zajęcia od dziesiątej rano do dwudziestej wieczorem. Zgłodniejesz? Na pewno. A jak długo wytrzymasz mając tylko kanapki? Znajomi z akademika pewnie i kilka tygodni, ale my postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Z budżetem nie większym niż 15 złotych sprawdziliśmy co można zjeść w uczelnianych bufetach, stołówkach i kafeteriach.

suplement.us.edu.pl

Zamówiłem kotleciki drobiowe w koperkowym sosie z kopytkami i zestawem surówek. Czy już sama ta nazwa nie sprawia, że zaczyna Wam cieknąć ślinka? Nie dość, że brzmi to nieźle i równie dobrze prezentuje się na  talerzu, to jeszcze jest bardzo smaczne i  naprawdę zaspokaja głód. Być może porcja mogłaby być trochę większa, ale po raz kolejny jest to zapewne kwestia znacznej przewagi liczebnej dziewcząt na wydziale. Tym zaś przecież wystarczy przecież mniejsza liczba kalorii... Ceny potraw mięsnych wynoszą od 9 do 14 zł, natomiast dania wegetariańskie to wydatek rzędu 10 zł. Za niecałe 5 zł można posilić się zupą, nie zapominajmy też o zestawach śniadaniowych na ciepło za około 6 zł oraz bułkach i kanapkach. Uroczym dodatkiem jest kompot za 1,20 zł, jakby żywcem przeniesiony z babcinego stołu.

Filologia, Katowice Kawiarnia „Gołębnik” na Wydziale Filologicznym w Katowicach uczy jak dbać o zdrowie. Znajduje się ona na piątym piętrze, jeśli więc chcecie spalić trochę tłuszczu spróbujcie dostać się do niej schodami. Trudy wspinaczki rekompensuje widok na dachy budynków dookoła. Zgodnie ze swoją nazwą „Gołębnik” jest niewielki, gdyż mieści się w nim raptem dziesięć czteroosobowych stolików. Na szczęście niewielkie są również ceny. Potrawy ze zróżnicowanego menu nie kosztują więcej niż 10 zł. Za te pieniądze można dostać na przykład makaron z łososiem i serem mascarpone. W mojej porcji było odrobinę za dużo przypraw, ale  mimo to danie smako-

MAJ 2013

3


Foto: Ł. Wycisło

RAPORT

wało wyśmienicie. Poza tym za taką cenę nie zamierzam narzekać. Kawiarnia oferuje też na przykład chili con carne, żeberka czy placek po węgiersku. Wnętrze lokalu jest przytulne, choć nie przytłacza ilością ozdób. Szkoda tylko, że sąsiedni balkon najpewniej pozostanie zamknięty ze względu na decyzję administracji, a rozstrojone pianino jest jedynie elementem dekoracji. I pamiętajcie, że puszka Pepsi jest tutaj tańsza niż w automacie na parterze!

WBiOŚ, Katowice W labiryncie korytarzy Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska też czasem trudno się odnaleźć. Skromny bufet znajduje się na parterze. Wystrojem przypomina nieco „Gołębnik” na Wydziale Filologicznym. Stołów jest osiem, ale są one pokaźnych rozmiarów. W przeciwieństwie do nich ceny nie są duże. Najdroższym daniem jest placek po węgiersku za 11 zł. Na Wydziale Biologii królują warzywa, na przykład zasmażane na patelni czy w formie sałatki. Dostępne są także soki, przekąski, duży wybór kanapek oraz zupy w cenie 4-4,50 zł. Za 6 zł kupiłem dwa naleśniki z serem, które były dowodem na to, że cena odpowiada jakości. Danie było malutkie, a do tego odgrzewane w mikrofalówce. Przynajmniej nie musiałem długo czekać, ale wydawałoby się, że biolodzy powinni lepiej się odżywiać.

wyższa niż przewidywaliśmy. Na mniej wymagających czekają kanapki z szynką, salami lub serem, których cena także nie przyciąga – jedna kosztuje 4,90 zł. Ta sama firma prowadzi też bufet w Rektoracie – nieco większy, bardziej przestronny i zazwyczaj nie tak zatłoczony. Częściej spotyka się tu pracowników naukowych niż studentów. Wychodząc z rektoratu, trafiamy na Wydział Nauk Społecznych – do wyboru mamy tu dwa miejsca. Zacznijmy od Spinozy – kawiarni, bufetu i stołówki w jednym. Wystrój wnętrza to z pewnością nie najmocniejszy punkt tego lokalu – jako, że znajduje się on pod aulą nie ma tu okien. Całości dopełniają pomarańczowe ściany, a na nich krótkie i nieco naiwne rymowanki przypominające studentom o konieczności posprzątania po sobie. Czyżby humaniści naprawdę mieli z tym problemy? Spinoza nadrabia jednak naprawdę dużą ofertą. Gdyby ktoś nie zdążył ze zjedzeniem śniadania w  domu do południa czekają na  niego dania śniadaniowe takie jak na przykład parówki czy ja-

jecznica. Po południu równie duży jest wybór dań obiadowych – parę rodzajów zup, pirogi czy klasyczne dania typu kotlet lub smażona ryba z ziemniakami, frytkami lub surówką. Ja obstawiłam sporego naleśnika na słodko za 6 zł. Było smacznie, ale trochę za mało. Jak chyba w każdym bufecie są też bułki – duże, małe, podłużne, okrągłe, zwykłe i z ziarnami. Ceny z pewnością nie są tu zaletą, płaci się tu za wszystko: cytrynę do herbaty, chleb do zupy, a nawet odgrzanie pizzy. Zastanawiam się, czy przypadkiem to nie miejsce przeznaczone bardziej dla pracowników i gości niż dla studentów… Druga opcja to jasny i przestrony bufet piętro niżej – tu zawsze jest tłoczno, studenci przychodzą tu nie tylko jeść, ale po prostu posiedzieć, porozmawiać, pouczyć się w czasie okienka. Na ścianach wiszą filmowe plakaty (zawsze aktualne). Jeśli chodzi o  oś do zjedzenia, wybór jest nieco mniejszy – kanapki, drożdżówki, napoje i słodycze. Niepodważalną zaletą są ceny – przystępne i  dekwatne do tego, co dostajemy. Ostatnim przystankiem na kampusie jest wydział Matematyki i Fizyki. Nie ma tu stołówki, ale jest całkiem przyjemy bufet. Kupimy tu podstawowe produkty w dobrej cenie. Ja kupiłam małą, ciepłą pizzę za 3,50 zł – polecam! Dla bardziej zgłodniałych ścisłowców – hamburgery i zapiekanki.

Rybnik i Cieszyn Niestety nie udało nam się osobiście dotrzeć na  te wydziału – zdobyliśmy jednak kilka informacji. Zacznijmy od Cieszyna, bo właśnie tam znajduje się prawdziwa, studencka stołówka… w  akademiku! Prawdziwą rewelacją jest zupa za 1,50 zł i drugie danie za 7zł. Jest smacznie, tanio i schludnie. Jeśli nie mamy czasu na krótką przechadzkę w kierunku akademika można zjeść też coś na wydziale. W tamtejszym barze zjemy dwudaniowy obiad za 12 zł, dla wegetarian dobrą opcją są sałatki w cenie 5 zł. Równie dobrze sytuacja wygląda w Rybniku, gdzie za bułkę zapłacimy około 2-3 zł, a wybór dań obiadowych w przystępnych cenach jest ogromny. Do tego bardo miła obsługa!

Joanna Grzonka, Jakub Wesecki

Na Bankowej na bogato

4

MAJ 2013

Foto: F. Nowak

Chyba w żadnym innym miejscu w  Katowicach nie ma tyle wydziałów i budynków akademickich, co w okolicach ulicy Bankowej. Wydawać by się mogło, że dzięki tak dużej konkurencji będzie smaczniej i taniej. Niestety pozory często mylą. Jeśli chodzi o wystrój, zdecydowanie najlepiej prezentuje się Wydział Prawa i Administracji. Cemol to klasyczne cafe&bistro – można się czegoś napić, można też coś zjeść. Za 15zł kupiłam średniej wielkości porcję obiadową – wybór jest duży, a poszczególne elementy posiłku wybieramy sami. Ciekawym rozwiązaniem jest cena zależna od wagi dania, która niestety przy kasie okazuje się

suplement.us.edu.pl


Sprawy studenckie/UŚ

Ze słownika: akademik – członek akademii, student, dom akademicki

Wyremontowana kuchnia, cicha, ładna okolica, sympatyczni pracownicy, miła atmosfera, miejsca dla palaczy. Tak jest na Ligocie. Są też minusy. Znikający internet, małe pokoje, brak biurek, mało pralek, stan ubikacji, duża odległość od uczelni, grasujące dziki. Dla jednych drogo, dla innych nie. Tak przynajmniej mówią mieszkańcy. Piszemy o uczelnianych Domach Studenta.

O przyznanie miejsca w DS mogą ubiegać się: studenci i doktoranci UŚ, studenci i doktoranci innych szkół wyższych, a także osoby niebędące studentami ani doktorantami. Pierwszeństwo w przyznaniu miejsca w DS przysługuje m.in. znajdującemu się w trudnej sytuacji materialnej studentowi lub doktorantowi UŚ, który  jest osobą zamiejscową lub niepełnosprawną. Z kolie pierwszeństwo w przyznaniu pokoju jednoosobowego oraz pokoju jednoosobowego typu studio przysługuje studentom lub doktorantom UŚ ostatnich lat studiów pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia oraz jednolitych studiów magisterskich, studiującym na  więcej niż jednym kierunku w UŚ lub równolegle w innej szkole wyższej oraz zamieszkującym w DS w poprzednich latach studiów. Po zapewnieniu zakwaterowania studentom lub doktorantom UŚ, o ile pozwala na to liczba wolnych miejsc, w dalszej kolejności miejsca w DS mogą otrzymać studenci i doktoranci innych szkół wyższych lub osoby niebędące studentami ani doktorantami. Czy są wolne miejsca? – Na chwilę obecną jest pełne obłożenie, natomiast o wolne miejsca można na  bieżąco pytać w Dziale Studenckich Spraw Socjalnych lub  w  administracji każdego z akademików – mówi Szymik-Kozaczko.

Adriana z DS 1: – Niewiarygodnie: woda, internet, ogrzewanie! Brakuje tylko paczek żywnościowych. Płacę 375 zł. Stypendium nie otrzymuję, ale cena nie jest rażąca. Jest przyjemnie. Zastrzeżeń brak. U nas cisza, spokój i wszechogarniający pokój. Ten spokój czasem razi. Razi też brak komunikatywnych person w sąsiedztwie, ale to wynik złośliwego losu, który rzucił mnie na piętro, na którym każdy żyje w swoich 4 ścianach. Na całe szczęście są jeszcze inni. Mieszkanie w akademiku ma ten duży plus, że można poznać ludzi ze starszych lat i liczyć na ich pomoc. Bardzo miła sprawa. Dzwina z DS 2: – Jestem zadowolona z warunków. Fajnie, że jest nowa, wyremontowana kuchnia, pralnia znajduje się blisko mego pokoju i nie ma kolejek do łazienek. To ostatnie naprawdę cieszy. Ludzie mieszkający na moim piętrze są dosyć przyjaźni, nawet dla mnie, wrednego obcokrajowca z Ukrainy. Pokoje są trochę za  małe, ale można się przyzwyczaić. Co trzeci pokój posiada mały balkonik, co jest bardzo przydatne dla  palaczy. Też mam taki i cieszę się niesamowicie. Podoba mi się w sumie wszystko. Jestem zadowolona z pokoju i sąsiadów. Mogło być lepiej, ale tak jak jest, też jest dobrze. Ładna okolica, jest tu cicho i spokojnie. Portierzy są mili i uprzejmi.

demika, które wynosi 330 zł. W sumie to muszę dołożyć tylko 9 zł z własnej kieszeni lub ze stypendium. Nie jest źle. Wydaje mi się, że 339 zł za ten akademik to jest dużo, ponieważ pokoje są małe, jest w nich tylko jedno biurko na dwie osoby. W prawdzie nie ma miejsca na więcej, ale wtedy cena powinna być niższa. Wiem, że inne uczelnie, np. Politechnika Śląska w Gliwicach, mają dużo większe pokoje, a opłaty niższe. I mają tam dwa biurka! Wiem, że uczepiłam się tego biurka, ale ja spędzam przy nim większość czasu, bo inaczej niewygodnie mi się uczy czy też korzysta z komputera. Łazienki mogłyby być w lepszym stanie, zwłaszcza toalety. Pralnia jest w fatalnym stanie. Jedna pralka na  piętro to chyba jest troszkę za mało. Brakuje także miejsca do  ieszania mokrych ubrań. Sznurki, które są w tej chwili, nie zawsze są wystarczające. Nie podoba mi się to, że  okół akademika grasują dziki, co z czasem może się zrobić niebezpieczne, bo to jednak są dzikie zwierzęta. Również przeszkadza mi fakt, że akademiki są tak daleko od uczelni, jakieś 9 km, o ile się nie mylę, co czasami jest uciążliwe, ale tego nie da się zmienić. Atmosfera jest dobra, ogólnie nie mam problemu z osobami mieszkającymi w akademiku. Każdy zajmuje się swoim życiem, nikt nikomu nie wchodzi w drogę.

Bartosz Kondziołka

Płacę 339 zł. Mieszkam w dwuosobowym pokoju. To trochę za drogo, bo stypendium otrzymuję w wysokości 900 zł, ale trzeba uwzględnić jeszcze wydatki na bilet, aby  dojechać na  uczelnię. Wydaję 400 zł na  akademik i dojazd. To prawie połowa mojego stypendium. Nie podoba mi się to, że często znika internet, przeważnie wtedy, kiedy trzeba się zalogować na jakieś przedmioty lub załatwić ważną sprawę dotyczącą studiów.

W Katowicach i Sosnowcu ceny za miejsce w pokoju dwuosobowym mieszczą się w przedziale 339-402 zł za miesiąc od osoby. W Cieszynie ceny za podobny pokój wynoszą 237 lub 267 zł.

Nastój jest przyjazny. Wszyscy przeważnie poznają się w uchni przy gotowaniu obiadu lub na korytarzu na fajce. Prawie wszyscy na  piętrze się znają i są uprzejmi w  stosunku do siebie. Ale nie jest idealnie. Żyjemy w świecie, w którym są kłótnie. Ale takie tam drobne.

Jaki jest standard obiektów? – Polepsza się z każdym rokiem akademickim, remonty na bieżąco przeprowadzane są we wszystkich akademikach i nie obejmują jedynie bieżących napraw, ale także polepszenie warunków bytowych dla studentów. Akademiki dysponują także specjalnymi pokojami przystosowanymi dla  potrzeb osób niepełnosprawnych – mówi Szymik-Kozaczko.

Ilona z DS 2: – Chociaż nie to jest szczyt moich marzeń, to jestem zadowolona. Mogłoby być lepiej. Fajne wydaje mi się to, że kuchnia jest po remoncie, fajnie odnowiona, przez co jest wygodna. Ogólnie jest okej. Osoby pracujące na terenie akademika, czyli osoby z portierni i pani kierowniczka, są bardzo sympatyczne i bardzo pomocne. To jest duży plus dla tego miejsca.

Co o domach akademickich mówią ich mieszkańcy? Zapytaliśmy studentów z DS w Katowicach-Ligocie.

Płacę 339 zł za miejsce w pokoju dwuosobowym. Dostaję stypendium socjalne plus dofinansowanie do aka-

suplement.us.edu.pl

Foto: Ł. Wycisło

Uniwersytet Śląski prowadzi 10 Domów Studenta (DS): 3 w Katowicach, 4 w Sosnowcu i 3 w Cieszynie. W Katowicach-Ligocie zamknięty jest DS 3. Dlaczego? – Ze względów oszczędnościowych, kiedy zapotrzebowanie na akademiki przez dłuższy czas kształtowało się na niskim poziomie – mówi Jacek Szymik-Kozaczko, rzecznik UŚ. – Jego przyszłość nie jest rozważana jako pojedynczego budynku, a w kontekście całego osiedla akademickiego.

MAJ 2013

5


STYL ŻYCIA

Zminimalizuj się! Zwykło się mówić, że od przybytku głowa nie boli. A co, jeśli jednak boli? A ten ból, niekoniecznie głowy, urzeczywistnia się w powstałym wokół nas bałaganie, nadmiarze, a ostatecznie – w  chaosie? Natłok rzeczy często powoduje poczucie nieładu, zwłaszcza, jeśli trudno nam zaprowadzić wokół siebie porządek. Jednak także świadomość bezużyteczności tych rzeczy może powodować, że czujemy się nieswojo, nawet w prywatnej przestrzeni. Uświadomienie sobie tego może być pierwszym krokiem do minimalizmu i uporządkowania, jak się okazuje nie tylko naszego domu, ale także umysłu. Żyjemy w  świecie własności prywatnej, kapitalizmu i  konsumpcjonizmu, ciągle stawiając sobie pytanie – mieć czy być? Media nieustannie sugerują nam, a wręcz zapewniają, że kolejne produkty przewijające się w  pasmach reklam doprowadzą nas do najwyższych uczuć – począwszy od satysfakcji, przez stuprocentowe zadowolenie, na  szczęściu skończywszy. Da nam je nie tylko kredyt gotówkowy albo samochód, ale nawet kostka mydła. Zatem, na  marketingową logikę, im więcej rzeczy kupimy, tym bardziej będziemy szczęśliwi. Wychodzi na  to, że jednak ważniejsze jest „mieć”. Posiadamy tendencję do gromadzenia tandety i kiczu, byleby tylko zapełnić naszą przestrzeń przedmiotami zdobytymi po, jak nas przekonują sprzedawcy, okazyjnej cenie. Czasem nie zastanawiamy się nawet, jak bardzo jest nam niepotrzebne to, na  co właśnie wydaliśmy pieniądze. Wszystko, co zyskujemy, to jedynie złudzenie dobytku i wzbogacania się, bo większość tego, co posiadamy jest niewiele warta. Jednak samo wyobrażenie pozbycia się sporej części naszej własności wydaje się na początku na tyle absurdalne, że nie ma sensu sobie tym zawracać głowy. Lecz są ludzie, którym ten pomysł pozwolił odmienić swoje życie i, paradoksalnie, oddając bardzo dużo – zyskać jeszcze więcej. Ajka, czyli Anna Mularczyk-Meyer, zdeklarowana minimalistka, z  zawodu tłumaczka, a prywatnie autorka „Prostego bloga”, sama miała kiedyś problem z  organizowaniem swojej przestrzeni i  utrzymaniem porządku. Była jak większość z  nas – ludzi, którzy funkcjonują przytłoczeni obowiązkami,

6

MAJ 2013

rzeczywistością i brakiem czasu. Tak było kilka lat temu, zanim Ajka zaczęła szukać innego sposobu na życie. W końcu zainteresował ją minimalizm, choć najpierw tylko na poziomie materialnym: – Na początku nie sądziłam, że wprowadzę jakieś wielkie zmiany w  swoim życiu, zaczęłam porządkować mieszkanie i  szafę, pozbywać się rzeczy, eliminować nadmiar zobowiązań, ale przez długi czas powtarzałam, że nie jestem minimalistką, raczej dążę do tego. Skupiałam się głównie na  materialnym wymiarze minimalizmu, na  szafie, porządkowaniu biblioteczki, eliminowaniu nadmiaru kosmetyków – wspomina Ajka.

Pieniądze szczęścia nie dają, ani zakupy! Laikom minimalizm przeważnie kojarzy się z pozbywaniem się rzeczy i w rezultacie posiadaniem tylko tego, co niezbędne. Jest w  tym krzta prawdy, ale to wrażenie bardzo powierzchowne. Po pierwsze, niestosowne jest tu pojęcie „posiadać’, ponieważ wskazuje ono na to, że rzeczy są celem samym w sobie. Podczas gdy powinno być inaczej – rzeczy mają być narzędziem do osiągania celów. Po drugie, pozbywanie się czegoś może kojarzyć się z  yrzucaniem. Minimaliści natomiast, pozbywają się zbędnego dobytku w sposób kreatywny, na przykład sprzedając coś lub przerabiając to. Z czasem problem, co zrobić z   większością niepotrzebnych rzeczy znika, bo zmienia się styl robienia zakupów. Wielu z nas, szczególnie kobiet, robi nieprzemyślane zakupy płacąc za sterty rzeczy, których później nie wykorzystuje. Tyczy się to nie tylko ubrań i  kosmetyków, ale też innych produktów codziennego użytku. Czasem wystarczy odpowiednia ekspozycja w  sklepie lub przyciągająca uwagę wystawa, aby jakimś cudem coś wydało się niezbędne w  naszym życiu. Niejednokrotnie krótka wizyta w osiedlowym supermarkecie przekształca się w  zakupy tygodnia, a w  metalowym koszu lądują kolejne kolorowe i  trendowe opakowania z zawartością udającą jakość. Boimy się ekonomicznie myśleć, bo to kojarzy nam się z ograniczeniami w budżecie,

suplement.us.edu.pl

a nikt nie lubi się ograniczać. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że  ustanowienie sobie granic, w  pewien określony sposób, może tylko pozytywnie wpłynąć na  życie. Zaprzestając nieprzemyślanych i kompulsywnych zakupów da się zyskać – pieniądze, czas i  komfort psychiczny. Zakupy nie powinny być lekiem na  depresję czy sposobem poprawiania sobie humoru. Identycznie jest z  pieniędzmi, które tak samo, jak każda inna materia, mają być traktowane wyłącznie jako środek, nie cel: – Pieniądze są środkiem do realizacji celów. Podobnie jak zakupy. Służą do nabywania potrzebnych nam dóbr. Nie mogą jednak być celem samym w sobie – sposobem spędzania wolnego czasu czy lekarstwem na  zmartwienia czy  stresy. Pieniędzmi należy zarządzać rozsądnie i  gospodarnie, a zakupy robić wtedy i  w  takiej ilości, w  jakiej potrzeba. Nie należy nadawać im wymiaru emocjonalnego – mówi Ajka.

Materialne minimum – – duchowe maksimum Kiedy zmienia się nastawienie do świata materialnego, transformacji ulega też nasza duchowość. Zaczynamy szukać szczęścia i zadowolenia w  innych miejscach, niż przymierzalnie w  butikach czy strony sklepów internetowych. W zagraconej wcześniej przestrzeni robimy miejsce dla samych siebie i  duchowego doskonalenia. Rozszerzony artykuł dostępny na  stronie: www.suplement.us.edu.pl

Elżbieta Gwóźdź


KARIERA

Połącz przyjemne z pożytecznym – wybierz program praktyk letnich Wakacje są z pewnością jednym z ulubionych i najbardziej wyczekiwanych momentów życia studenckiej braci. Trzy miesiące odpoczynku, błogiego lenistwa, szalonych imprez i niekończących się spotkań ze znajomymi to wspaniała nagroda po całym roku zmagań z  akademickimi obowiązkami i  wyzwaniami. Planując ten czas, warto postarać się, aby wykorzystać go jak najefektywniej, czerpiąc pożytek i satysfakcję z niemal każdej chwili. Jedną z wielu propozycji mobilizujących do działania jest udział w różnego rodzaju programach letnich praktyk i staży, które nie tylko pozwalają na pozyskanie dodatkowych funduszy na wakacyjne przygody, ale także umożliwiają zdobycie cennego doświadczenia zawodowego i nawiązanie nowych znajomości.

Praktyczne korzyści Podejmując decyzję o aplikowaniu na letni staż lub praktykę, wielu studentów zastanawia się: czy to się opłaca?, co mogę na tym zyskać? Zamiana nadmorskiego czy górskiego krajobrazu na zamkniętą przestrzeń biura wymaga szczególnej motywacji i zachęt. Oto wykaz kilku podstawowych korzyści, które wiążą się z wakacyjną praktyką:

Weryfikacja zainteresowań zawodowych – samodzielne sprawdzenie, jak wygląda praca w danej firmie, na danym stanowisku to niezawodny sposób na przekonanie się, czy Twoje osobiste wyobrażenia dotyczące tych kwestii są zgodne z rzeczywistością, czy aby na pewno chcesz wybrać tę ścieżkę kariery. Pamiętaj, że praktyka jest doskonałym czasem na zastanowienie się nad swoją przyszłością, rozważenie indywidualnych celów, dążeń oraz na ewentualną zmianę dotychczasowych planów zawodowych, zwłaszcza jeśli czujesz, że nie przynoszą Ci one satysfakcji. Zdobywanie doświadczenia – praktyka umożliwia rozwój umiejętności, kwalifikacji, daje szansę wykorzystania wiedzy teoretycznej w konkretnych działaniach – to zaś prowadzi do wzrostu Twojej przewagi wśród wielu konkurentów na rynku pracy i pomaga w staraniach o atrakcyjną posadę. Poznanie potencjalnego pracodawcy – odbywając staż w firmie, z którą chętnie podjąłbyś współpracę w  rzyszłości, zwiększasz swoje szanse na pozytywne

zaprezentowanie się przed pracodawcą. Każdego dnia możesz udowadniać mu, że jesteś osobą kompetentną, sumienną i że to właśnie Ty zasługujesz na stałe miejsce w strukturze przedsiębiorstwa.

Śląska oferta Programy praktyk letnich są realizowane w coraz większej liczbie firm, także tych z terenu województwa śląskiego. Wśród najpopularniejszych organizatorów znajdują się: ING Bank Śląski, Grupa Generali, Unilever i inni. Każda ze spółek oferuje studentom możliwość spędzenia wakacji w sposób aktywny, pełen wyzwań. Uczestnikom programów często powierza się samodzielne projekty, które pozwalają im na wykazanie się i wzbogacenie swoich umiejętności – osobistych oraz interpersonalnych. Jeśli więc do tej pory nie zasmakowałeś szansy udziału w programie praktyk letnich – nic straconego! Nie wahaj się i aplikuj już dziś!

Monika Wawszczyk

Headhunting – daj się złapać w sidła kariery! W dzisiejszym świecie pracownicy coraz częściej kładą nacisk na rozwój osobisty, spełnienie zawodowe, awans... Jedną z wielu możliwości, która pozwala na osiągnięcie tych celów jest headhunting. Powstaje zatem ważne pytanie: czym jest headhunting w oczach pracownika? Szansa czy zagrożenie? Ta nadal nowoczesna tendencja, w Polsce widziana jest przez pracownika w dwojaki sposób. Z jednej strony, „pracownik – perła” obawia się zmiany pracy, środowiska, kultury organizacyjnej, natomiast z  drugiej – jest on świadomy możliwości ogromnego rozwoju. Doceniony w ten sposób, ma szansę poczucia się tą wybraną, wyjątkową jednostką.

Co nas lęka, co nas niepokoi Jak powszechnie wiadomo, wszystko co nowe budzi w nas lęk, niepokój. Pracownik pozyskiwany przez headhuntera może mieć odczucie bycia kontrolowanym przez obecnego pracodawcę. Co  więcej, często towarzyszyć mu może wrażenie, że jest to pewnego rodzaju test, sprawdzający jego lojalność wobec firmy oraz chęć działania na  jej korzyść. Poza tym, zgodnie z  regułą przekory – „każda zmiana rodzi opór”. Stan ten potęguje

fakt, iż specjalista nie jest do końca świadomy atmosfery czy warunków panujących u nowego pracodawcy.

oczekiwania kandydata w zamian za wzrost wartości przedsiębiorstwa oraz podniesienie jego konkurencyjności.

Po jasnej stronie mocy

Kto nie ryzykuje...

Na headhunting należy też spojrzeć z innej perspektywy. Jest to raczej jedyna metoda rekrutacji, która w tak dużym stopniu docenia bezcenny kapitał ludzki. Pracownik nie szuka nowego stanowiska – to praca szuka jego. Zostaje wybrany spośród miliona innych specjalistów do pełnienia danej funkcji, gdzie należy wykorzystać unikalne zdolności oraz szeroką wiedzę. W  nowej firmie, już na starcie, ma możliwość pokazania się od jak najlepszej strony. Posiada szansę zostania desygnowanym na lepsze stanowisko. Poza tym, telefon od headhuntera jest często utożsamiany z  ogromnym prestiżem w  społeczeństwie, rośnie poważanie takiej jednostki w oczach innych. Warto też zwrócić uwagę na  aspekt przyszłego wynagrodzenia takiego pracownika; firma jest w  stanie spełnić wysokie

Metoda headhuntingu stanowi dużą szansę zarówno dla pracowników, jak i pracodawców. Ta wyjątkowa możliwość indywidualnego rozwoju jednostki często bywa jednak połączona z  ogromnymi obawami ze  strony pracownika. Warto pamiętać, że jeśli nie spróbujemy, to się nie przekonamy, co byłoby dla nas lepsze i bardziej satysfakcjonujące: pozostanie w  tym punkcie na  szlaku kariery, w  którym obecnie się znajdujemy, czy może pozwolenie headhunterowi na  zmianę naszego życia zawodowego po to, by osiągnąć wyższy standard oraz polepszyć swój życiowy status?

suplement.us.edu.pl

Olaf Lisowski (Agencja Kariera Service)

MAJ 2013

7


KARIERA

Zamiast tradycyjnego CV Kończysz właśnie studia i pragniesz wykorzystać zdobytą wiedzę w  wymarzonej pracy? Nic prostszego – wystarczy, że zarejestrujesz się w platformie Biurokarier.edu.pl, uzupełnisz swój profil i wyszukasz interesujące Cię stanowisko. Zajrzyj koniecznie! Platforma Biurokarier.edu.pl umożliwia studentom i  absolwentom Uniwersytetu Śląskiego dostęp do  ofert praktyk, staży i pracy z wybranych miast, pracodawcom – dostęp do profili studentów i wyszukiwarki studentów posiadających określone umiejętności, a pracownikom Biura Karier – przesyłanie spersonalizowanych ofert pracy użytkownikom platformy oraz wyszukiwanie „idealnych” kandydatów do pracy dla konkretnych pracodawców.

swój profil, bowiem będzie on stanowić twoją wirtualną wizytówkę w kontaktach na szczeblu pracodawca-pracownik, a także będzie umożliwiać pracodawcom wyszukanie twojej osoby w gąszczu innych profili, a pracownikom Biura Karier – przesyłanie ofert pracy spełniających twoje oczekiwania i  wskazywanie konkretnym pracodawcom twojej kandydatury. Dokładnie uzupełniony profil sprawdza się również jako tradycyjne CV.

Jak prawidłowo wypełnić profil?

Wirtualne CV Dostęp do platformy możesz uzyskać po zarejestrowaniu się w systemie USOS­ web. Pamiętaj, by profesjonalnie uzupełnić

Poziom wypełnienia profilu możesz sprawdzić w zakładce „Mój profil”. Zachęcamy Cię do uzupełnienia wszystkich zakładek profilu lub zaznaczenia opcji „nie dotyczy” w przypadku, gdy w danej części profilu nie masz nic do wpisania. By uzupełnić swój profil w sposób profesjonalny zwróć uwagę na poniższe elementy: • uzupełnij podstawowe dane na swój temat (zakładka: „Dane kontaktowe”), • podaj informacje na temat przebiegu swojej edukacji (zakładki: „Studia”, „Dyplomy”, „Praca doktor-

ska”, „Studia podyplomowe”, „Studia zagraniczne”, „Wykształcenie”, „Uprawnienia zawodowe”, „Osiągnięcia”, „Kursy”), • przedstaw swoje doświadczenie zawodowe (zakładka: „Doświadczenie”) lub dodatkową działalność (zakładki: „Inna działalność”), • zaprezentuj swoje dodatkowe umiejętności (zakładki: „Języki”, „Umiejętności IT”, „Prawo jazdy”, „Umiejętności/hobby”). Jeżeli wszystkie wymienione elementy znajdą się w Twoim profilu, to będzie on lepiej oceniany przez odwiedzających go pracodawców. A przecież „jak cię widzą…”.

Katarzyna Anuszkiewicz

Stery Kariery: Wystartuj w karierę z Biurem Karier! Czy wiesz, że istnieje instytucja, która bezpłatnie pomaga studentom i  absolwentom Uniwersytetu Śląskiego w  rozwoju ich karier zawodowych? Jeśli chcesz odkryć swój potencjał zawodowy, zaplanować rozwój swojej kariery, stworzyć doskonałe dokumenty aplikacyjne, zdobyć nowe kwalifikacje lub znaleźć dopasowaną do Twoich możliwości ofertę praktyki zawodowej, stażu czy pracy – koniecznie zajrzyj do Biura Karier UŚ! Rynek pracy wymaga od studentów i  absolwentów dużego zaangażowania w  budowaniu własnej kariery zawodowej. Oprócz wysokiej średniej ocen na  dyplomie i  znajomości języków obcych, kandydat na pracownika musi także posiadać tzw. „umiejętności miękkie” i  doświadczenie zawodowe. Jak je zdobyć? Najlepiej udać się do Biura Karier UŚ (BK).

Planowanie kariery

Pośrednictwo pracy

W BK możesz skorzystać z usług doradcy zawodowego, który pomoże Ci odkryć Twoje mocne i słabe strony, zaplanować karierę zawodową zgodną z  Twoimi predyspozycjami czy stworzyć/poprawić CV i  list motywacyjny. Ponadto, doradca zawodowy zaznajomi Cię z  technikami rekrutacyjnymi, a nawet pomoże przeprowadzić próbne rozmowy kwalifikacyjne.

Rozwój osobisty Pracownicy

8

BK

i warsztaty rozwijające umiejętności „miękkie” (np.  zarządzanie czasem, zarządzanie stresem, wyznaczanie celów zawodowych), zapoznające z  pracodawcami i  ich ofertą, a także przygotowujące do zakładania własnych przedsiębiorstw. Wszystkie działania BK są nakierowane na  mobilizowanie studentów i  absolwentów UŚ do myślenia w  sposób innowacyjny i przedsiębiorczy.

organizują

rozmaite

MAJ 2013

szkolenia

Jednakże głównym celem działalności BK jest pomoc studentom i absolwentom Uniwersytetu Śląskiego w  znalezieniu interesującej oferty praktyki, stażu czy pracy – zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. Pomoc taką możesz uzyskać osobiście – zgłaszając się do Biura Karier (ul. Bankowa 12A) lub wirtualnie – pobierając z  oficjalnej strony internetowej Biura Karier (www.bk.us.edu.pl) spis cyklicznych praktyk i  staży, a także korzystając z  innowacyjnej platformy (www.biurokarier.edu.pl) umożliwiającej

suplement.us.edu.pl

dostęp do ofert praktyk, staży i  pracy z  całej Polski. Dostęp do  platformy uzyskasz po zarejestrowaniu się w  systemie USOSweb (www.usosweb.us.edu. pl), a  dzięki uproszczonej procedurze redagowania własnego profilu już po chwili będziesz mógł wyszukać i  odpowiedzieć na  interesującą Cię ofertę. Nie zapomnij, aby skrupulatnie uzupełnić swój profil, ponieważ stanowi on Twoją wirtualną wizytówkę! Musisz wiedzieć, że platforma umożliwia pracodawcom nie tylko przeglądanie profili kandydatów, ale też wyszukiwanie ich według określonych kryteriów (jeśli więc nie uzupełnisz profilu – wyszukiwarka nie wskaże Twojej kandydatury), natomiast pracownikom BK umożliwia przesyłanie ofert pracy spełniających Twoje oczekiwania. Planowanie własnej kariery zawodowej jest dziś koniecznością. Jeśli nie potrafisz odnaleźć swojej drogi zawodowej – koniecznie zgłoś się do Biura Karier UŚ.

Katarzyna Anuszkiewicz


KARIERA

Którędy do pracy? Sytuacja na rynku pracy z  roku na  rok pogarsza się. Problem ten w  szczególny sposób dotyka absolwentów uczelni wyższych, którzy uwierzyli, że po ukończeniu studiów bez trudu znajdą zatrudnienie w wymarzonej branży. Rzeczywistość napisała dla nich jednak inny scenariusz. Większość zapewne zastanawia się: czy istnieją sposoby na zwiększenie moich szans w poszukiwaniu pracy? Jeśli tak, to na czym polegają i jakie korzyści mogą mi przynieść?

Co roku absolwenci uczelni wyższych stają przed trudnym wyborem, związanym z  podjęciem ważnej decyzji życiowej, a więc tej związanej z pracą. Coraz częściej muszą oni zmagać się z  problemem wysokiego bezrobocia, odczuwając na  własnej skórze skutki niedopasowania kierunków kształcenia do potrzeb generowanych przez rynek. Sytuacja absolwentów kończących ten sam kierunek, nawet z  tym samym wynikiem końcowym, bywa zgoła inna. Wpływ na  start absolwenta mają czynniki, które nieodzownie łączą się z  kapitałem rodzinnym: ekonomicznym, kulturowym i  społecznym. Socjologowie podkreślają dużą wagę dziedziczenia pozycji społecznych. Rodzina zamożna z  większą łatwością jest w  stanie ponosić koszty towarzyszące wykształceniu dzieci, gwarantować im dostęp do  cenionych dóbr np.  do  atrakcyjnej pracy. Dużą rolę w tym zakresie odgrywa także kapitał kulturowy, nabywany dzięki socjalizacji. Nie należy zapominać, że marginalizacja, zacofanie i  bieda również są dziedziczone. Za najbardziej uznany społecznie sposób zdobywania lepszych stanowisk pracy, wyższych zarobków, wpływów i prestiżu, uważa się edukację.

Jak jest? Wśród poszukujących pracy absolwentów istnieje żart, odnoszący się do wymagań pracodawców. Mówi się, że żeby zdobyć pracę trzeba mieć ukończone dwa kierunki studiów, znać biegle dwa języki obce i posiadać 3-5 lat doświadczenia zawodowego. Niestety, młodzi ludzie mający ukończone studia wyższe – szczególnie te realizowane w trybie dziennym – nie posiadają dużego doświadczenia, a pracodawcy nie widzą sensu w  ich zatrudnianiu. Schemat ten stanowi niejako błędne koło, gdyż pozostający bez pracy młody człowiek żadnego doświadczenia nie zdobywa. Wśród przyczyn trudności związanych z  wejściem na  rynek pracy znajduje się nieodpowiednie wykształcenie. Bardzo często

dochodzi do przypadkowego wyboru szkoły, a później uczelni i  przyszłego zawodu. Choć istnieje nadwyżka absolwentów na  rynku pracy, młodzież nadal wybiera ,,ślepe uliczki” edukacji. Efektem tej sytuacji jest inflacja dyplomów i  „przeedukowanie” społeczeństwa, które nie odnajduje się na  rynku pracy. Obecnie obserwujemy przeludnienie kierunków administracyjnych i  pedagogicznych. Młodzi ludzie niestety nie mają świadomości tego stanu. W dalszym ciągu wybierają łatwe studia, nie myśląc o swojej zawodowej przyszłości.

Co zrobić? Na szczęście jest na to lekarstwo. Dzięki różnorodnym programom, istnieje możliwość zawierania umów absolwenckich z  pracodawcą. Umowa ta polega na  zatrudnianiu przez pracodawcę bezrobotnego absolwenta na okres 12 lub 18 miesięcy, podczas którego urząd zwraca część poniesionych kosztów utworzenia miejsca pracy dla danego przedsiębiorstwa. Istnieją także staże absolwenckie, które nie powinny przekraczać 12 miesięcy. Staże te funkcjonują na podstawie umowy Urzędu Pracy zawieranej z  racodawcą. Przedsiębiorstwo, które wyraża zgodę na taki staż, w okresie jego trwania nie ponosi żadnych kosztów związanych z wynagrodzeniem stażysty. Urząd Pracy może także dotować, w  formie stypendium absolwenckiego, wszelkiego rodzaju szkolenia związane z  tematyką przeciwdziałania bezrobociu, jak  również opłacać bezrobotnym osobom, które w  ciągu 6  miesięcy utraciły status absolwenta, naukę w systemie wieczorowym lub zaocznym w  ciągu 12 miesięcy.

oprócz praktyk i staży proponują kursy oraz szkolenia, niezbędne do  doskonalenia swoich umiejętności. Studencie! Nie zapominaj o możliwościach, jakie dają Ci otaczające Cię organizacje. Każda chwila poświęcona na  ozwój, każdy odbyty staż i praktyki, dają Ci szansę lepszego startu w życiu zawodowym. Korzystaj z tego, aby   ie zasilać szeregów młodych, wykształconych bezrobotnych. Postaw na  rozwój, zmianę branży oraz  amodoskonalenie. To od Ciebie zależy, z jakiego pułapu zaczniesz swoją karierę zawodową. Nie bój się działalności gospodarczych, obserwuj pracę na  Zachodzie, gdzie przechodzi się na  taki rodzaj zatrudniania. Zacznij korzystać z  proponowanych Ci dóbr w taki sposób, aby kiedyś zaprocentowały. Nie zwlekaj! Już dziś pomyśl o swojej przyszłości!

Barbara Koba (firma Aegon)

Nie czekaj! Wsparcia udzielają także biura karier, które mają kontakt ze znanymi, cenionymi na  rynku firmami. Te ostatnie,

suplement.us.edu.pl

MAJ 2013

9


Miasto

Muzeum Dziesięciolecia, czyli geneza Muzeum Śląskiego „Muzeum Śląskie w Katowicach było instytucją wyjątkową, a w  warunkach polskich – wprost niebywałą” – tymi słowami Andrzej Ryszkiewicz wspominał Muzeum Śląskie. Na naszych oczach powstaje nowy gmach tej instytucji, lecz mało kto pamięta, że Katowice czekają na to od 72 lat.

Muzeum Śląskie w Katowicach, wg. projektu Karola Schayera.

Instytucja nieprzeciętna Pierwszy etap historii Muzeum Śląskiego trwał zaledwie 12 lat. W tym czasie zamykają się narodziny, rozwój i wojenna degradacja. Początek działalności MŚ przypada na 1927r., a inicjatorem tego wydarzenia był wojewódzki konserwator zabytków Tadeusz Dobrowolski. Istnienie Muzeum zatwierdzono ustawą Sejmu Śląskiego z  23 stycznia 1929r., która  uznała instytucję za  „pomnik dziesięciolecia państwa polskiego”, jednak pierwotna nazwa –  Muzeum Dziesięciolecia – nigdy się nie przyjęła. Początkowo pozyskiwane eksponaty prezentowano w  gmachu Urzędu Wojewódzkiego, lecz planowano już budowę nowej siedziby od podstaw. Realizację tego planu rozpoczęto w  1934r., kiedy to wojewoda śląski Michał Grażyński polecił wykonanie projektu nowego gmachu MŚ Karolowi Schayer’owi. Projekt MŚ został opublikowany w lutym 1936r. Młody architekt zerwał z  dotychczasową tradycją budownictwa muzealnego i  stworzył budowlę w  pełni funkcjonalistyczną. Prace budowlane rozpoczęto jeszcze w  tym samym roku, a miejscem pod nowe Muzeum był plac położony naprzeciwko północnej elewacji Urzędu Wojewódzkiego ujęty ulicami Jagiellońską, H.  Dąbrowskiego, J. Lompy i  W.  Reymonta. Układ budynku pozwalał stworzyć sale muzealne o olbrzymiej powierzchni, którą można było swobodnie kształtować. Budynek Muzeum zaopatrzony był w  najnowsze urządzenia techniczne – nowoczesny system ogrzewania i  wentylacji zapobiegał przedostawaniu się pyłów i sadzy, zastosowano innowacyjną metodę rozpraszania światła przez specjalny system szyb, a  transport wewnątrz gmachu ułatwiały windy i ruchome schody. W tym samym czasie na  terenie Polski powstawały muzea: krakowskie i warszawskie, lecz na ich tle MŚ odznaczało się nowością w stylistyce architektonicznej. Program zasadniczy Muzeum określano jako „monografię śląskiej kultury na  tle ogólnopolskiej

10

MAJ 2013

Entartete Kunst – sztuka zwyrodniała Personel MŚ, spodziewając się zbliżającej się wojny, spakował eksponaty w drewniane skrzynie i  szukał okazji na  przewiezienie ich w  bezpieczne miejsce. 22 sierpnia 1939r. 25 skrzyń z eksponatami wyjechało pociągiem do Lublina, gdzie zostały złożone w podziemiach Muzeum Regionalnego. Przez kolejne dni wysyłano następne skrzynie. Katowice zostały zajęte przez Niemców 4 września. Resztę zbiorów zagarnęło niemieckie Landesmuseum w  Bytomiu, a gmach katowickiego Muzeum został uznany za twór „sztuki zwyrodniałej’, co objawiało się w  jego awangardowej architekturze. Niemieckie władze okupacyjne rozpoczęły jego rozbiórkę w 1941r.

Dalsze losy Muzeum Śląskiego Śląsk został wyzwolony w styczniu 1945r. W tym roku podjęto się odbudowy MŚ w Bytomiu, gdyż tam Niemcy zgromadzili zbiory i wyposażenie katowickiej siedziby. Niestety, szybko okazało się, że część zbiorów zniknęła bezpowrotnie. Już od 1948r. odczuwano potrzebę budowy nowego gmachu MŚ, lecz w  kasie Ministerstwa Kultury i  Sztuki brakowało środków na  ten cel. W  1950r. Muzeum w  Bytomiu otrzymało nazwę Muzeum Górnośląskiego, a MŚ należało szukać we Wrocławiu. Pomimo ciągłych starań nie mogło być mowy o nowej siedzibie w  Katowicach i  dopiero w  1984r. wznowiono działalność muzeum w  jednym pokoju (!) na  III piętrze budynku przy al. W. Korfantego 3. W 1986r. odbył się konkurs SARP na  nowy gmach MŚ w  Katowicach, którego laureatem został warszawski architekt Jan Fiszer. Miejscem pod budowę miała być działka w  rejonie ulic W. Stwosza, Ceglanej i  T. Kościuszki. W  2003r. zmieniono jednak plany i  pod budowę Muzeum wyznaczono teren dawanej KWK Katowice.

Kryształowe świetliki tylko na makiecie Konkurs na  nową siedzibę wygrała austriacka pracownia Riegler Riewe Architekten ZT-Ges.m.b.H

suplement.us.edu.pl

z Grazu. Projekt zachwycał i  dawał nadzieję na  interesującą nowoczesną architekturę w  centrum Katowic. Irma Kozina, katowicka historyk sztuki, tak mówi na  temat nowego MŚ: – Kiedy rozstrzygnięto konkurs na projekt, z wielkim entuzjazmem powitałam werdykt jurorów. Media informowały o zwycięstwie koncepcji, w której wyeksponowano przede wszystkim dawne obiekty pokopalniane, natomiast nowe pawilony zaprojektowano jako lśniące tafle szkła, prezentowane na  makiecie niczym wielokaratowe brylanty. Tymczasem już pierwsze analizy funkcji proponowanej struktury przyprawiły mnie o zdumienie. Okazało się, że austriaccy projektanci nie wzięli pod uwagę specyfiki założeń muzealnych i  zaplanowali na  przykład pracownie konserwacji dzieł sztuki w  podziemiach, bez dostępu światła naturalnego. Jedynym prawidłowym postępowaniem projektanta powinno być obieranie za punkt wyjścia funkcji i  potrzeb poszczególnych segmentów. Nie można wpisywać przestrzeni funkcyjnych w  wyabstrahowane formy. Zamiast symbolizować demokrację przez nawiązanie do  szklanych prostopadłościanów stosowanych na  ulicach Wiednia przez protestujących Turków (taka była geneza koncepcji), architekci powinni byli wyjść od funkcji muzeum. Na makiecie ich kryształowe świetliki są piękne. W wersji zrealizowanej matowe szklane kubusy w  ciągu dnia wyglądają kuriozalnie. Przyciągają wzrok jedynie z  uwagi na  jakość dziwności. Z tych powodów obiekt w obecnej postaci nie wzbudza już we mnie entuzjazmu. Muzeum Śląskie ma za sobą dziesięciolecia trudnej historii. Miejmy nadzieję, że nowy gmach będzie wzbudzał nasz entuzjazm swoją ekspozycją i atmosferą i pamiętajmy, że kiedyś mieliśmy najnowocześniejsze Muzeum w Polsce.

Aleksandra Śmigielska

Foto: Ł. Wycisło

Archiwum MŚ

syntezy”. W oddziale sztuki najcenniejsza była galeria malarstwa polskiego. W 1939r. zbiór ten liczył ok. 250 obrazów o najwyższej jakości artystycznej. Otwarcie Muzeum przewidziaono na wiosnę 1940r., lecz wybuch wojny przerwał jego istnienie.

Nowa siedziba Muzeum Śląskiego (w trakcie budowy).


zjawisko

MADE FOR CHINA. Hollywood kręci z Chinami. Wysokobudżetowe kino amerykańskie od zawsze było ukierunkowane na światową publiczność, lecz mimo tego nigdy nie wypierało się swojego pochodzenia. Gloryfikacja potęgi Stanów Zjednoczonych pojawiała się zawsze tam, gdzie można było dla niej znaleźć miejsce. Teraz Amerykanie otwierają się na Państwo Środka, wpuszczając Chińczyków na swoje podwórko.

W Krainie Snów pojawiła się nowa praktyka, według której filmowe przeboje coraz częściej powstają w dwóch wersjach: pierwszej – skierowanej na cały świat oraz drugiej – przeznaczonej wyłącznie na  rynek chiński. Te ostatnie bywają wzbogacone o dodatkowe sceny z  rodzimymi aktorami, które mają stawiać azjatycki kraj w pozytywnym świetle. W innych przypadkach pewne kontrowersyjne sceny zostają usunięte, aby nie złościły chińskich cenzorów, wyraźnie zatroskanych o stan moralny swoich obywateli. Czyżby Amerykanie chcieli w  ten sposób podziękować przyjaciołom z Dalekiego Wschodu za ceramikę, ubrania, tablety, glebogryzarki i inne produkty sygnowane logiem „Chinese Export”? Niestety, powód okazuje się bardziej przyziemny i jak zawsze wiąże się z pieniędzmi. W 2012 roku Chiny stały się największym zagranicznym odbiorcą kina hollywoodzkiego, wyprzedzając jednocześnie Japonię, która była dotychczas najbardziej lukratywnym rynkiem poza granicami USA. Współpraca filmowców ze wschodnimi odbiorcami zapewnia większe wpływy ze  sprzedaży biletów, o czym hollywoodzcy magnaci zdają się doskonale wiedzieć. Tym samym Amerykanie odkryli receptę na odwieczny dylemat ekonomistów: jak zarobić na Chinach, kiedy Chiny zarabiają na wszystkich?

Za garść juanów… Film może służyć jako środek artystycznego wyrazu lub jako maszyna do zarabiania pieniędzy. Zdaniem

wielu, człowiekiem któremu udało się pogodzić oba te zastosowania jest James Cameron – samozwańczy mesjasz kina i świadoma „ofiara” chińskiej cenzury. Kiedy „Titanic” ponownie wchodził na  duże ekrany w  porywającym 3D, Cameron dobrowolnie usunął ujęcia z  nagimi piersiami Kate Winslet w  chińskich kopiach filmu. Reżyser tłumaczył taką decyzję z   harakterystyczną dla siebie dezynwolturą: – Jako artysta zawsze będę przeciwny cenzurze. Jest to jednak dla mnie ważny rynek i  zamierzam robić wszystko, aby pozostał ważny także dla moich filmów. Dlatego zamierzam grać według reguł, które są dla tego rynku prymarne. To samo mogliby powiedzieć twórcy „Atlasu Chmur”, którzy zgodzili się wyciąć niemal 40-minutowy wątek homoseksualny, aby z filmem mogli zapoznać się chińscy widzowie.

W nadchodzącym widowisku „World War Z”, w którym Brad Pitt będzie uciekał przed plagą zombie, również poczyniono stosowne zmiany dla widzów z Państwa Środka. W filmie pojawi się scena, w której naukowcy będą dociekać źródła pandemii żywych trupów. Ostatecznie stwierdzą, że pierwsze oznaki zarazy odnotowano w  Chinach – taką teorię usłyszy większość widzów, ale nie Chińczycy. W ich wersji za źródło zarazy posłuży inne państwo (przedmiotem żartów jest spekulacja, że Chiny chciałyby widzieć w  tym miejscu skonfliktowany Tajwan). Zwykle scenariusz potencjalnego hitu jest pisany z myślą o jak największej publiczności, na  co dobrym przykładem jest remake filmu „Karate Kid” z  2010r. Oryginał z  lat 80. opowiadał historię chłopca, który trenował japońskie Karate pod okiem sympatycznego starca – mistrza Miyagi. W nowej wersji syn Willa Smitha wyjeżdża do Chin, aby wbrew tytułowi filmu trenować chińskie Kung Fu (u boku Jackiego Chana). Przypadek? Mistrz Miyagi byłby niepocieszony. Warto dodać, że skośnoocy cenzorzy wycięli u siebie fragment

suplement.us.edu.pl

filmu, w którym główny bohater był szykanowany przez miejscowych chuliganów, ponieważ stawiał on rodaków w niekorzystnym świetle.

…za kilka juanów więcej Ukłony w stronę Chińskiej Republiki to jedno, ale zaproszenie jej do współuczestnictwa przy tworzeniu filmów to już wyższy stopień kokieterii. Dlatego na drodze zabiegania o sympatię Chińczyków Hollywood zatroszczyło się również o rozwinięcie współpracy obu przemysłów filmowych. Efektów nie trzeba szukać daleko – „Iron Man 3” powstał jako koprodukcja amerykańsko-chińska, dzięki czemu w filmie pojawi się postać Doktora Wu – speca od  wschodniej medycyny, krzewiciela rodzimej kultury i  bliskiego przyjaciela Tony’ego Starka. W  jego rolę wciela się aktor Xueqi Wang, który nie posługuje się językiem angielskim. W chińskiej wersji filmu ma się pojawić także dodatkowa postać, którą zagra tamtejsza gwiazda, aktorka Fan Bingbing. To  jednak nie koniec, bowiem w  roli Mandaryna, czyli głównego antagonisty, obsadzono Brytyjczyka Bena Kingsleya (mimo że w  komiksach postać ta pochodziła z Chin). W przyszłym roku pojawi się również czwarta część serii „Transformers”, która także powstaje przy  udziale chińskiego kapitału i  będą w niej występować wschodni aktorzy. Być może jest to początek nowego rozdziału w kinie głównego nurtu, które dało kolejny dowód na  to, iż film traktuje wyłącznie jako produkt. Trzeba jednak przyznać, że w  tym układzie oba kraje wychodzą na  swoje: Amerykanie poszerzają rynek zbytu, a  Chińczycy pielęgnują swoją tożsamość kulturową w świecie masowej konsumpcji. O to, jaka jest w tym wszystkim rola postronnego widza, lepiej nie wnikać.

Michał Nowak

MAJ 2013

11


ZJAWISKO

Mit czy Hit? Jak mawiał bohater pewnego znanego serialu: ,,są na świecie rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły”. Od  wieków ludzie są świadkami zdarzeń, których nawet naukowcy nie są w  stanie wytłumaczyć. Ziemia to miejsce wielu legend, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez setki lat. Jednak czy wszystkie te historie to tylko zwykłe bajki, opowiadane przez babcie wnuczkom na dobranoc?

Zaginiony ląd Atlantyda to według legend kraina zniszczona przez serię trzęsień ziemi i zatopiona w  morzu. Według platońskiej teorii była to idylliczna wyspa, której mieszkańcy żyli bez konfliktów, w dostatku i ogólnie panującej radości. Jednak w  momencie, w  którym w  ich sercach zagościła chciwość, stracili swoją niewinność. Bogowie, chcąc ukarać Atlantów, zesłali na  ich krainę serię kataklizmów, a na  koniec zatopili nieczysty lud w głębi oceanu. Jako że Platon posiadał ogromny autorytet oraz bardzo szczegółowo opisał mityczny ląd, jego teoria cieszyła się uznaniem ówczesnych historyków, geografów i  myślicieli. Dopiero w  XIX wieku pojawiło się twierdzenie, że cała legenda jest tylko wymysłem filozofa, chcącego na  przykładzie Atlantydy forsować swoje poglądy społeczno-polityczne. Nadal krąży jednak kilka teorii potwierdzających istnienie mitycznej krainy. Najciekawsza z  nich mówi, że Atlantyda to tak naprawdę Antarktyda przed zlodowaceniem. Potwierdzeniem tego ma być m.in. mapa osmańskiego kartografa Piri Reisa z  1513r. Zawiera ona dokładny kształt zarówno linii brzegowej kontynentu, jak i jego powierzchni. Oficjalną datą odkrycia Antarktydy jest 1820r. Powstaje więc pytanie, skąd kartograf posiadał tak szczegółową wiedzę na  temat jej kształtu 300 lat wcześniej?

Diabelski trójkat Szerzej znany jako Trójkąt Bermudzki – to obszar w rejonie Bermudów, uznawany za region wielu niewyjaśnionych zaginięć statków i  samolotów. Powszechnie przyjmuje się, że wierzchołki trójkąta obejmują Bermudy, Miami i  Puerto Rico. Pierwsza opowieść, którą oficjalnie kojarzy się z  anomaliami trójkąta, dotyczy francuskiego trójmasztowca „Rosalie”. W 1840r. amerykański okręt

12

MAJ 2013

patrolowy natknął się na ten statek handlowy u wybrzeży Bermudów. Próba łączności z  załogą nie przyniosła skutku, wobec tego amerykańscy marynarze weszli na  pokład. Okazało się, że na  „Rosalie” nie ma żywej duszy. Od tego momentu jeszcze wiele razy spotykano się z  pływającymi po tym akwenie statkami widmo. Głośniejszą historią, dotyczącą diabelskiego trójkąta, było zaginięcie pięciu bombowców należących do marynarki USA. Samoloty wylatujące na  lot ćwiczebny nad Bermudami początkowo informowały tylko o zboczeniu z  kursu, później jednak całkowicie stracono z  nimi łączność. Pomimo natychmiastowej akcji ratunkowej, nie znaleziono nawet śladu bombowców. Wiele historii mówi także o anomaliach czasowych mających miejsce w tym rejonie. Samoloty wylatujące z bazy miały wracać z dużym czasowym wyprzedzeniem (tak jakby prędkości, które osiągały, były większe niż w rzeczywistości). Teorii na wyjaśnienie tych zdarzeń jest kilka. Najpopularniejsza mówi o występowaniu na tym terenie tzw. superpiorunów, czyli wyładowań atmosferycznych, wywołujących kilkaset razy większe napięcie niż zwykłe. Inne teorie mówią o istnieniu podwodnych wulkanów, przesuwaniu się płyt tektonicznych, silnych prądach wodnych, a są nawet takie, które dziwne zjawiska przypisują czyhającym w głębi oceanu potworom.

Wysysacz kóz Tak można przetłumaczyć hiszpańską nazwę potwora, szerzej znanego jako Chupacabra. Według legend to stworzenie żywiące się krwią i wnętrznościami takich zwierząt jak kozy, psy, gęsi czy konie. Chociaż opisy tego potwora są różne, to najczęściej pojawiającymi się motywami są gadzia fizjonomia, cienka zielona skóra, czy pokryty grubymi kolcami grzbiet. Według relacji świadków stwór mierzy od 1 do 1,5 metra wysokości i zwykle porusza się na tylnich łapach. Charakterystycznym elementem jest to, że Chupacabra wysysa krew i wnętrzności atakowanych zwierząt, zostawiając tylko ich zewnętrzną powłokę. Legenda o „wsysaczu” jest stosunkowo młoda, gdyż potwór pierwszy raz oficjalnie widziany był w  1995r. w  Puerto

suplement.us.edu.pl

Rico. W bardzo szybkim czasie odnotowano jego obecność w wielu innych hiszpańskojęzycznych krajach. Między 1995-96r. w Puerto Rico zginęło około 2 tysięcy zwierząt domowych i hodowlanych. Ich śmierć przypisuje się właśnie Chupacabrze. Naukowcy jak zwykle mają kilka wyjaśnień. Jedni uznają stwora za element latynoamerykańskiej kultury i współczesną wersję o człowieku moskicie, który według wierzeń też wysysał krew ze zwierząt. Według innej teorii, Chupacabra to tak naprawdę znane nam zwierzęta, m.in. łasica długoogoniasta lub ssaki z rodziny mangustowatych. Kryptozoolodzy twierdzą natomiast, że jest to nowy, nieznany wcześniej gatunek, taki jak yeti czy wielka stopa.

Nessie „Potwór z Loch Ness” to zwierzę (lub grupa zwierząt), które zamieszkują szkockie jezioro Loch Ness. Podobnie jak Chupacabra, Nessie uznaje się za  kryptydę, czyli nieznany jeszcze gatunek zwierzęcia, jednak jej legenda sięga dużo dalej. Pierwsze wzmianki odnotowano już w  700r. W 2003r. przeprowadzono badania poszukiwawcze, zakrojone na  jak dotąd na  najszerszą skalę. Przy użyciu nawigacji satelitarnej i  600 wiązek sonarowych przebadano całe jezioro. Niestety, niczego nie wykryto. Fanatycy uważają, że w jeziorze znajduje się bardzo głęboka jaskinia, której wykrycie sonarami jest niemożliwe. Naukowcy najczęściej tłumaczą, że wrażenie potwora sprawiać mogą duże ryby pływające w jeziorze lub długoszyje foki. Najbardziej znany opis Nessie wskazuje na  jej podobieństwo do  plezjozaura – prehistorycznego, morskiego gada o  długiej szyi. Naukowcy obalają jednak teorię, jakoby jakikolwiek dinozaur mógł przetrwać do dzisiejszych czasów, tłumacząc to po prostu zbyt niską temperaturą w jeziorze oraz zbyt małą ilością pożywienia w zbiorniku.

Tymoteusz Wallus


zjawisko

Pieskie życie w kraju nad Wisłą Kiedy podróżujemy z psem pociągiem, na bilecie widnieje napis: „bagaż podręczny”. Niestety, „psiarze” w naszym kraju bardzo często spotykają się z niewiedzą ludzi i przedmiotowym traktowaniem psów.

Foto: J. Grzonka

mywanie czystości). Jeśli więc planujesz kupno psa – pamiętaj, żeby sprawdzić w jakich warunkach żyje matka szczeniaka. Istotną informacją jest, że rodowód to jedyny dokument potwierdzający rasowość twojego pupila. Innym rozwiązaniem jest adopcja. Obecnie w Polsce działa wiele fundacji, które przygotowują psy do życia z ludźmi w domach tymczasowych. Możemy dać jakiejś psince szansę na drugie życie.

psia-mac.pl

Nie rozmnażaj

Psia mać – nie kupuj od pseudohodowców W życiu wielu z nas przychodzi moment, w którym podejmujemy decyzję o kupnie szczeniaczka. Wtedy okazuje się, że rasowy pies z rodowodem kosztuje za dużo, a  w Internecie kuszeni jesteśmy ofertami sprzedaży „rasowego” czworonoga (bez rodowodu) po znacznie niższej cenie. Korzystamy z  życiowej okazji i  tym samym finansowo wspieramy pseudohodowców – bestialskich morderców psów. Nie zdajemy sobie sprawy, że niska cena okupiona była głodem i powolna śmiercią psich matek. Czym jest pseudohodowla? To „masowa wylęgarnia psów, gdzie pies wytwarzany jest szybko i  taśmowo”- czytamy na  portalu Psia-mać.pl. Psy trzymane są przez całe życie w klatkach, bez wybiegu, bez czystej wody, bez jedzenia. Suki pokrywane są w każdym okresie rozrodczym, aż do całkowitego wycieńczenia organizmu. W końcu zdychają w  męczarniach, a ich rolę przejmują kolejne – wszystko dla zysku. Szczeniaki z takiego miotu często mają problemy zdrowotne i  z  zachowaniem (w pierwszym etapie życia szczenięcia kształtuje się wiele jego odruchów, np. utrzy-

Ludzie lubią uczłowieczać swoje czworonogi i twierdzą, że sterylizacja pozbawia psa męskości, a suki radości z macierzyństwa. Zapominamy jednak, że psy to zwierzęta. Samiec nie odczuwa przyjemności z  kopulacji, lecz robi to tylko, działając instynktownie. Kastrując psa pozbawiamy go wielu zmartwień – w  końcu nie musi rywalizować z  innymi samcami o pachnącą sukę lub ganiać wiosną za wszystkimi suniami w parku. Sterylizacja przede wszystkim zapobiega przypadkowym ciążom, a co za tym idzie, zmniejsza ilość psów w potrzebie, ale poprawia też zdrowie i  samopoczucie naszych kompanów. Niekontrolowany przyrost naturalny psów to przede wszystkim problem polskiej wsi. Suki zapięte przy budach w czasie cieczki skazane są na towarzystwo wszystkich psów z okolicy. Szczeniaki z takiego miotu są często topione lub po prostu wyrzucane na gnój.

Dialog o psach W Polsce o psach mówi się głównie w kontekście psich odchodów. Problem ten budzi falę niechęci wobec naszych czteronożnych przyjaciół, lecz ludzie zapominają, że to arogancja właścicieli czyni nasze trawniki brudnymi. Stanowczo za mało mówi się o psiej naturze i  ich potrzebach. Dzieci często straszy się: „jak będziesz niegrzeczny, to ten pies cię ugryzie!”, zamiast edukować, jak bezpiecznie nawiązać kontakt z  psem. Społeczeństwo nie jest nauczone szacunku dla zwierząt, dlatego tak wiele psów każdego roku traci dach nad głową. Zbliżają się wakacje – strach pomyśleć, ile biednych stworzeń będzie stało na drodze i wyczekiwało swojego pana.

Foto: J. Grzonka

Zakaz wyprowadzania psów Każdy właściciel psa, zaspokajając naturalną potrzebę ruchu swojego pupila, jest zmuszony do łamania prawa. Trener szkolenia psów Gocha Glajcar: – Jedną z rzeczy niezbędnych dla zdrowia i dobrego samopoczucia psa jest wysiłek fizyczny i  umysłowy, a najprostszym sposobem, żeby psu to zapewnić, jest spacer, na  którym pies ma możliwość poznawania świata,

suplement.us.edu.pl

nawiązywania kontaktów społecznych z psami, z ludźmi, spalenia nadmiaru energii, swobodnego biegania i eksploracji środowiska, zabawy, węszenia i budowania więzi z przewodnikiem. Miasto Katowice nie próbuje zaspokoić potrzeb „psiarzy”. W Uchwale Rady Miasta ze stycznia 2013 r. możemy przeczytać o tym, że „zwolnienie psa ze smyczy jest dozwolone wyłącznie na  terenie nieruchomości należycie ogrodzonej (…) i odpowiednio oznakowanej ze stosownym ostrzeżeniem”. Wiele spółdzielni mieszkaniowych wywiesza tabliczki z nakazem wyprowadzania psów na smyczy i w kagańcu. Gocha Glajcar: – Brak regularnych spacerów i odpowiedniej dawki ruchu prowadzi do frustracji psa, a to z kolei do szukania sobie innego zajęcia, które daje mu możliwość rozładowania emocji i  spalenia energii, przykładowo do nadmiernej szczekliwości, niszczenia w domu, kopania w ogrodzie, ucieczek albo agresji. Mechanizm działa więc tak, że  mamy psa, lecz nie mamy w  naszym mieście stosownego i legalnego wybiegu dla psów. Możemy łamać prawo lub mieć psa, którego frustracja w końcu stanie się problemem. Znajdą się tacy, którzy kłopotu spróbują się pozbyć oddając psa do schroniska. Placówki te są przepełnione, ale miasto nie zamierza działać profilaktycznie i szukać problemu u podstaw tego mechanizmu.

Mimo wszystko – Pozwólmy psom być psami – mówi Gocha Glajcar – zabierajmy je na ciekawe spacery, dajmy poznawać świat, biegać z psimi kumplami, pić wodę z kałuży, kąpać się w  stawie, bawmy się z  nimi w  zabawy, które najbardziej lubią. Jednak pamiętajmy, że pies musi być bezpieczny dla siebie i dla otoczenia, i dobrze wychowany, dlatego nauczmy go podstaw grzecznego zachowania, a spacery z  psem traktujmy jako przyjemność i dobrą zabawę. Jeśli więc na  twojej kanapie leży pies, to zmykaj na spacer!

Aleksandra Śmigielska

MAJ 2013

13


ZJAWISKO

Śląski bez kompleksów Kto o niej nie słyszał? Kiedyś uosabiana z brakiem ogłady czy prostactwem, obecnie nie jest już powodem do wstydu. Chciałoby się powiedzieć, że zyskuje fanów. „Ślónsko godka”, bo o niej mowa, coraz częściej pojawia się w sieci. Używają jej nie tylko ludzie starsi – to właśnie młodzi pasjonaci tworzą portale w śląskiej wersji językowej, przerabiają znane loga, nagrywają filmiki, na których pytają przechodniów o znaczenie danego gwarowego słowa. Promują to, co według nich wartościowe. Łatwo znaleźć też dłuższe teksty pisane „po ślońsku” czy słowniki śląsko-polskie. odtwórca roli Huberta Dwornioka w  serialu telewizyjnym „Święta wojna”, który był emitowany w  latach 2000-2009 na antenie TVP2. Jego bohaterowie mówili mieszaniną języka śląskiego oraz polskiego, zrozumiałą dla każdego Polaka. Inne kabarety korzystające z gwary śląskiej to m.in. Paranienormalni w skeczu parodiującym „Gwiezdne wojny”, Kabaret Młodych Panów przedstawiający m.in. „Opowieści biblijne po śląsku” czy „Cała Polska czyta dzieciom – po śląsku”. Kabaret Młodych Panów obiecał też, że o roku na Rybnicką Jesień Kabaretową będą przygotowywać skecz po śląsku. Dużym echem obiła się również parodia piosenki „Ona tańczy dla mnie”, po przygotowana przez kabaret Kafliki. Nie brak też filmików z dubbingiem po śląsku.

Wikipedyjo – swobodno yncyklopedyjo

Kilka liczb Dane GUS nie pozostawiają wątpliwości – w spisie powszechnym przeprowadzonym w 2011r. śląską tożsamość zadeklarowało aż 809 tysięcy osób, zaś 418 tysięcy postawiło ją na pierwszym miejscu. Jeśli chodzi o  sam język, to w  spisie z  2002r. używanie „ślónskij godki” w  kontaktach domowych zadeklarowało aż 56,6 tysięcy osób. W 2011r. było ich już 529 tysięcy! Kwestii języka Ślązaków nie można zatem w żaden sposób bagatelizować. Wśród językoznawców trwają jednak spory czy śląski uznawać tylko za dialekt, czy już za odrębny język. Warto dodać, że powstało coś takiego jak Ogólnopolskie Dyktando Języka Polskiego, którego pierwsza edycja przypadła na rok 2007.

Z przymrużeniem oka Gwara śląska od zawsze, mniej lub bardziej, pojawiała się w naszym życiu, nawet jeśli nie pochodzimy z Górnego Śląska. Szczególne upodobanie zyskała sobie chyba u satyryków. Jednym z bardziej znanych kabareciarzy posługujących się „ślónską godką” jest Krzysztof Hanke. Sławę zyskał jako lider kabaretu RAK, a także

14

MAJ 2013

Gwara nie pojawia się oczywiście tylko w plikach video w  kontekście kabaretowym. Znaleźć można też śląską wersję językową popularnej encyklopedii – „Wikipedyjo – swobodno yncyklopedyjo”. Na Slonskogodka. com można spotkać wiersze pisane gwarą. Gryfnie.com to z kolei portal tworzony przez ludzi zafascynowanych gwarą, chcących pokazać ją z bardziej współczesnej perspektywy. Takich stron jest oczywiście dużo, dużo więcej. Niemałą popularność zyskała też strona Klopsztanga.eu, na którą wrzucane są memy – obrazki z podpisami o dość zabawnym wydźwięku. Wyróżnia je właśnie to, że owe krótkie napisy są pisane gwarą. -  Dla internautów było to coś nowego. Dotychczas mieli styczność z  memami po  polsku czy  po  angielsku, zaś po śląsku – nigdy. Ten efekt nowości już bez wątpienia minął – dziś nasze memy śmieszą tak samo, jak ich polskojęzyczne odpowiedniki, jednak tworzone są w języku najbliższym odbiorcy. Atrakcyjność naszych memów wzrasta zapewne w  przypadku osób, które po śląsku nie mówią – dla nich te nasze obrazki to niejednokrotnie pierwsza okazja do kontaktu ze „ślōnskōm gŏdkōm” – mówi Adrian Górecki, współzałożyciel profilu Ślōnski suchar na dzisiej, student II roku prawa na WPiA UŚ. – Możemy się pochwalić liczbą ponad 60 tysięcy fanów na  Facebooku, głównie młodych mieszkańców Górnego Śląska. Serwis Klopsztanga.eu odwiedza miesięcznie ponad 50 tysięcy unikalnych użytkowników, zaś liczba wyświetleń strony sięga pół miliona. Nie spodziewaliśmy się takiego zainteresowania, ba, niczego się nie spodziewaliśmy. Założenie tego profilu było decyzją podjętą spontanicznie, choć zarówno ja, jak i  drugi admin (Grzegorz Kulik) już wcześniej byliśmy zaangażo-

suplement.us.edu.pl

wani w różne projekty związane z mową śląską – dodaje. Nie sposób też nie odnieść się do swoistego biznesu, który rozwija się wraz z rosnącą popularnością tego typu stron – pojawiają się choćby T-shirty z napisami czy wizerunkami związanymi z  tą kulturą. Popyt na  takie produkty wskazywałby na ciągle rosnącą (a przynajmniej utrzymującą się na jakimś poziomie) popularność gwary Górnego Śląska. Czy jednak ta sytuacja pozostanie niezmienna?

I co dalej? Jak długo będziemy sięgać do gwary i naszych korzeni? Jak długo potrwa ta moda i czy w ogóle jest to jakaś moda? Jak na przestrzeni najbliższych lat zmieni się nasze postrzeganie gwar, dialektów czy języków regionalnych? – Coraz częściej śląski jest narzędziem twórców kultury – nie tylko tej ludowej, ale także ambitnych realizacji młodych artystów. Bez kompleksów wkroczył w świat Internetu – poza „Sucharem” możemy znaleźć tam m.in. śląski Facebook czy Youtube. Moda jest z definicji czymś, co przemija. Sądzę, że to śląskie odrodzenie w  kulturze jest zjawiskiem trwałym. Ma to bez wątpienia związek z umacnianiem się śląskiej tożsamości. My jesteśmy tylko jednym z elementów tej wielkiej układanki. Coraz większą popularnością cieszą się śląskie gadżety, język śląski opanowuje nowe media, w środowisku naukowym toczy się burzliwa dyskusja na  temat statusu śląszczyzny. Znajomość śląskiego traktowana jest jako pewna wartość, a nie wstydliwy ciężar. Sądzę, że jeszcze kilka lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że nastąpią tak dynamiczne zmiany na tak szeroką skalę. I skuli tego jeżech festelnie rŏd – mówi Adrian.

Sylwia Chrapek


zjawisko

Zakon Szafy

Martyna Bombik „Szafiarki” to stosunkowo nowa społeczność internetowa, skupiająca ludzi żyjących i bawiących się modą. Poprzez publikacje i zamieszczanie zdjęć na swoich blogach pokazują swój styl ubierania, życia, część siebie. Oprócz blogów istnieją oficjalne profile na Facebooku, konta na Lookbooku oraz na portalach z „szafą” w adresie. – Od dziecka interesuję się modą. Kiedy miałam kilka lat, najbardziej podobały mi się kreacje gwiazd oglądanych na MTV. Później przyszło to jakoś samo od siebie – mówi Martyna Bombik z Mysłowic, właścicielka sklepu Julie.shop i autorka blogu Julie Vintage Shop. Trend na takie wyrażanie siebie i dzielenie się pasją napłynął do Polski m.in. z Wielkiej Brytanii i Francji. To właśnie tam powstawały pierwsze wirtualne szafy, skupiające tysiące fanów, a w  szczególności fanek mody. W Polsce trend ten rozwija się mniej więcej od 2007 r., kiedy wraz z  pojawieniem się bloga „Szafa Sztywniary” zaczęto używać pojęcia „szafiarka”. Od tego momentu ich liczba gwałtownie wzrosła. W roku 2009 podobnych blogów było około 200, a w 2011 już ponad 700. Same blogerki mówią o sobie, jako o „zakonie szafy”, który jest otwarty na przyjmowanie do swojego grona nowych pasjonatek.

Pokaż mi swoją szafę, a powiem Ci kim jesteś Środowisko blogerek modowych jest wyjątkowe. Stanowią dla siebie inspirację, wsparcie, wyrocznię. Są bardzo autentyczne, przez co zyskują sympatię ludzi. Dziewczyny są otwarte, a krytyka jest dla nich bodźcem do zmian i rozwoju. Charakterystyczne „szafiarki” niemal zawsze w opisach pod zdjęciami podają miejsca, w których kupiły prezentowane ubrania oraz wymieniają się adresami sklepów. Nierzadko obok znanej marki pojawia się zapis mówiący o tym, że rzecz została kupiona w second handzie. Prawdziwym powodem do dumy jest zna-

lezienie w sklepie z odzieżą używaną ubrań markowych w jak najniższej cenie. Prym wiodą ubrania przecenione i  własnoręcznie przerobione. Dziewczyny wymieniają się swoimi zdobyczami. Można odnieść wrażenie, że dla blogerek o atrakcyjności zakupu nie decyduje to, gdzie go dokonały, co zdecydowanie odróżnia je od zwykłych pasjonatów mody. Oglądając zdjęcia znanych „szafiarek” widać ciekawą zależność. Mimo braku szaleńczej pogoni za drogimi ubraniami znanych projektantów, ich outfity są modne, osadzone w obowiązujących trendach. Jednak jak same mówią, nie chcą ślepo podążać za ustalonymi w danej chwili regułami. Każda z nich dodaje do swojego stroju coś od siebie – coś, co sprawia, że strój staje się niepowtarzalny. Dziewczyny każdą swoją kreację traktują jak dzieło sztuki. – Uwielbiam łączyć różne style i ciuchy z różnych źródeł, np. z second handów i sieciówek. Próbuję stworzyć ciekawe, niepowtarzalne stylizacje przy jak najmniejszym budżecie i to wyzwanie wydaje mi się najciekawsze – mówi Martyna. Taka postawa jest genialną alternatywą dla powszechnie panującego wśród nastolatek przekonania, że droższe i firmowe stroje są lepsze.

Chodząca reklama

godziny, ale stworzenie stylizacji, zrobienie zdjęć, w moim przypadku, około tygodnia. Tak długi czas wynika z tego, że do każdej sesji poszukuję innych fotografów. Nie chcę, by moje stylizacje były przedstawione w sposób tradycyjny, czyli stojąc na baczność na tle miasta. Staram się, by każda sesja i  post miały swój klimat, przesłanie, temat – mówi Magda. Dodatkowo, mimo tak ogromnego, wzajemnego wsparcia w  grę wchodzi rywalizacja. Każda chce być najlepsza, a staje się to trudniejsze, gdyż pojawia się coraz więcej stron dotyczących tego tematu. Z całą pewnością „szafiarki” wprowadziły nowy trend, coś dotąd niespotykanego wśród nastolatek –  traktowanie swoich strojów jako swoistych dzieł sztuki, nabywanie nowych ubrań po jak najniższej cenie i dzielenie się nimi. Otwartość, przyjmowanie krytyki i radzenie sobie z nią. Być może zapoczątkowały nowe wzorce, które przyjmą się na dłużej. W myśl niepisanej zasady, że „wszystko, co dobre i świeże szybko ulega komercjalizacji” pozostaje mieć nadzieję, że dla ich autorek i naśladowców wciąż najważniejsza będzie zabawa modą i zarażanie swoją pasją innych, bo przecież właśnie przez to je pokochano.

„Szafiarki” są doskonałym przykładem na to, jak przyjemnie połączyć pasję z zarabianiem pieniędzy i zdobywaniem popularności. Niemal każdy użytkownik Internetu, chociaż odrobinę interesujący się modą, wie kim jest Honorata ‘Honey’ Skarbek czy zna modowego bloga Kasi Tusk. Według badań to właśnie te dziewczyny są najbardziej rozpoznawane przez przeglądających tego typu strony. Istnieje kilka sposobów umożliwiających osiągnięcie korzyści materialnej poprzez „zabawę z ciuchami”. Drogą do sukcesu może okazać się regularne prowadzenie bloga i  zamieszczanie na  nim zdjęć w  ubraniach znanych marek. Kiedy strona cieszyć się będzie dużą popularnością, właściciele prezentowanych marek mogą zaoferować blogerce współpracę. – Nie da się ukryć, że blogerka posiada bardzo dużo przywilejów. Mała blogerka, jak ja, może liczyć na  ubrania, które później przedstawia na swoim blogu, wejściówki na pokazy, eventy. Blogerka, która jest już rozpoznawalna w  sieci, dodatkowo zarabia na reklamach czy, jak każdy celebryta, na bywaniu na imprezach. Blogerki z wyższej półki są jak celebryci. Bywają, zarabiają, reklamują – mówi Magda Kosman z Katowic, studentka UŚ i autorka blogu caféavecMag.

Sandra Rybińska

Foto: D. Pietrzyba

Z arch. M. Bombik

Pojawiają się na pokazach mody, na wydarzeniach zarezerwowanych dla ludzi z tego świata. Miłośniczki ubrań, potrafiące znaleźć ciuch w second handzie, w szafie mamy czy na wyprzedaży. Ciekawe opinii innych, nie bojące się krytyki. Dziewczyny zyskujące popularność dzięki swojej kreatywności.

Pozory bywają mylące Prowadzenie modowego bloga nie jest proste. – Samo napisanie postu trwa stosunkowo niedługo, bo ze 2-3

suplement.us.edu.pl

Magdalena Kosman

MAJ 2013

15


ZJAWISKO

Kto się nie dziara ten fujara Jak dzięki dziurce w ciele zbliżyć się do Boga? Dlaczego przy piercingu przydaje się ziemniak? Czy da się usunąć tatuaż domowym sposobem? Co ma wspólnego potrzeba stymulacji z modyfikowaniem swojego ciała? I wreszcie – czy dziurka po piercingu pod wargą zmieni Cię w tryskającego wodą wieloryba? sterylny wenflon z apteki. Popularnym sposobem jest używanie ziemniaka. Istnieje wiele koncepcji wyjaśniających zasadność wykorzystania tego przyjaznego warzywa, znanego dobrze z  niedzielnego obiadu, w  przypadku percingu służy jednak za podpórkę pod ucho. Jak widać, profesjonalizm nie jest warunkiem koniecznym przebijania ciała.

Były igraszki, przyszły płaczki

Wybór odpowiedniego miejsca na kolczyk jest prawdopodobnie większym wyzwaniem, niż zalogowanie się przez USOS do wymarzonej grupy na WF. W starożytnym Egipcie piercing traktowano bardzo poważnie – przywilej kolczykowania się posiadali tylko ludzie z wyższych sfer, zaś kolczyk w pępku mógł nosić jedynie faraon. Dla starożytnych Rzymian obręcze w sutkach były punktem mocowania płaszczy. Aztekowie i Majowie w wardze nosili krążek złota i dzięki dziurce w języku komunikowali się z bogami. W afrykańskich plemionach im większy rozmiar dziury w uchu (dziś kojarzonej z „tunelami”), tym lepsza pozycja społeczna osób, które ją miały. W niektórych kręgach rozciąganie ucha wydaje się nieco barbarzyńskie, np. Afrykanie używali do tego zaostrzonej kości albo drewna. Niestety tutaj kończą się ciekawostki – Stary Testament zakazał piercingu, a trend odrodził się dopiero w czasach elżbietańskich.

Challenge accepted Do wykonania przekłucia przydatne mogą okazać się igły czy agrafki, jednak zainteresowanym polecam

Warto przemyśleć temat zanim zarazimy się gronkowcem, WZW, HIV albo po prostu oszpecimy sobie ciało. Należy pamiętać o zakupie dwóch kolczyków – ten o  dłuższej sztandze zakładamy zaraz po zrobieniu dziury i wymieniamy go na kolczyk z krótszą sztangą, gdy  opuchlizna ustąpi. Zła wiadomość: przez pierwsze dni po przekłuciu nie wolno pić alkoholu (rozrzedza krew, więc utrudnia gojenie trwające od 2 tygodni do  nawet 3 miesięcy), poza tym unikać trzeba wizyt na  basenie. Wbrew pozorom, dziury nie wolno przemywać wodą utlenioną, lepiej służy do tego napar z rumianku. Przekłucie to nic innego, jak otwarta rana. Nie można więc używać biżuterii wykonanej ze srebra lub  złota – niekorzystnie wpływa ona proces gojenia. Po wyjęciu kolczyków dziurki w ciele zarastają, dlatego nadzieja na wypuszczanie przez nie np. strumieni wody jest płonna. Podsumowując, prawdopodobnie lepiej zainwestować kilkadziesiąt (w zależności od salonu) złotych i być pewnym higienicznego przebiegu całej akcji.

Na zawsze razem Na Zapytaj.pl, topowym poradniku młodych Polaków, użytkownik Kaszkul na pytanie o pomysł na wzór tatuażu odpowiada krótko: „Radzę Tarzana”. Chyba każdy słyszał o  osobach, których tatuażową pamiątką z  ledwo zapamiętanej imprezy jest haczyk Nike na  stopie albo równie obfitujący w znaczenia obrazek na pośladku. Zobaczenie filmiku obrazującego usuwanie „dziary” za pomocą szlifierki u mechanika na Wykop.pl pozwala uzmysłowić sobie, że posiadanie trwałego tatuażu czasem prowadzi do aktów desperacji. W mniej domowy, za to bardziej cywilizowany sposób można pozbyć się laserowo, co często pozostawia blizny. Dobrym sposobem, by nie mieć takich rozterek, jest wizyta u  kosmetyczki. Niektóre z  nich wykonują tzw. biotatuaż – tatuaż czasowy. Utrzymuje się on do kilku lat, ale barwnik blednie najczęściej nierównomiernie, więc z konkretnego wzoru tworzą się abstrakcyjne bohomazy. Stanowisko starych wyjadaczy wobec tego zabiegu

16

MAJ 2013

suplement.us.edu.pl

jest konkretne – jak pisze vampyregirl na http://forum. bodymodifications.pl/ –  „Naznaczenie przez kosmetyczkę to dla mnie nietatuowanie się”.

Co teraz? O swoim dziaraniu opowiada Kasia: „Ostatecznie trwało to około 5 godzin, po których byłam zmęczona jak po maratonie, mimo tego, że tylko leżałam. Bolało, oczywiście”. Zaraz potem dodaje: „Chciałabym mieć jeszcze jakiś tatuaż, mam w  głowie kilka koncepcji”. Swoją pierwszą dużą, kolorową dziarę przed rodzicami ukrywała 22 miesiące. Dlaczego? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tatuaż kojarzony był jednoznacznie z  więzieniem. Jak podaje serwis Miki.hg.pl: dla 30% badanych tatuaż jest po prostu modny, dla 26% badanych jest ozdobą, a 13% badanych dzięki tatuażowi manifestuje swoją przynależność do jakiejś grupy. Tylko dla 1% ankietowanych tatuaż to dobry sposób na wyrażenie miłości.

Młodzi – gniewni Statystyki są jasne: osoby posiadające tatuaż lub piercing 2-3 razy częściej niż pozostali piją alkohol, palą papierosy i używają narkotyków – podaje Instytut Psychiatrii i  Neurologii w  Warszawie. Poza tym zachowują się agresywniej, mają większą potrzebę stymulacji (szukają nowych i intensywnych wrażeń), ale też spędzają więcej czasu poza domem. Słowem – ludzie ze zmodyfikowanym ciałem są niegrzeczni.

Magdalena Chmiel Zdjęcia: Fanpage Rock’n’Roll Tattoo and Piercing Katowice


zjawisko

Memy, czyli rzeczywistość w web zwierciadle W dobie cyfryzacji, czy to z powodu wygody, potrzeby, czy zwykłej nudy, ludzie coraz częściej, niczym filmowy Neo, rzucają się na czerwoną pigułkę, przenoszącą ich w wielki świat Matriksa, jakim jest internet, który ostatnio został zrewolucjonizowany swoją nową odsłoną. Mem to dźwiękowa lub obrazowa jednostka informacji intelektualnej lub kulturowej, przechowywana w pamięci człowieka i na dowolnych nośnikach, np. w książce, na płycie CD, przekazywana i odbierana świadomie lub nieświadomie. Od 2011 r. w  polskim internecie furorę robi ilustracja kota z  podpisem: „Co  ja  pacze?”. „Obrazek spopularyzowany został –  oczywiście – przez serwis Kwejk.pl, gdzie pojawił się 25 listopada 2011 r. – podaje Gazeta.pl. – Jako taka rzecz jest odrobinę starsza, pochodzi z facebookowej strony »Nie znam się, to się wypowiem«, na której autor regularnie umieszcza znalezione w sieci bądź zrobione przez siebie śmieszne (często jest to dość czarny humor) obrazki. Tam »Co ja pacze?« pojawiło się już 4 listopada. Dopiero jednak po spopularyzowaniu przez użytkowników Kwejka w sieci zaczęło pojawiać się mnóstwo przeróbek”.

Naśladując nas Oddziaływanie internetu na społeczeństwo radykalnie wzrasta, doprowadzając do tego, że ludzie zaczynają przenosić coraz więcej aspektów swojego życia do sieci, zaczynając od płatności, przez konta bankowe, zakupy, poszukiwanie przyjaciół, komunikację, na edukacji kończąc. Ostatnio spory „bum” w  internecie wywołały memy. Zjawisko jest o tyle specyficzne i ciekawie, że od dłuższego czasu nie przestaje się nudzić, a nawet więcej – jego popularność stale rośnie. „Mem” to słowo pochodzące od greckiego ,,mimesis”, oznaczającego naśladownictwo. Podobnie jak wy-

wnioskować cokolwiek z tej etymologii, ciężko jest wyprowadzić konkretną definicję tego pojęcia. Jak widać mem można w takim razie usytuować na półce zjawisk nieokreślonych, zaraz obok miłości, dobra i zła. Nie ma jednak sensu rozwodzić się nad opisem tego zjawiska. Ważne jest natomiast podsumowanie jego wpływu na internet, ludzi, a nawet ich życie.

Dlaczego memy to już globalna pandemia? Odpowiedź jest prosta – to istne tsunami sieci. Obrazki z tekstami czy kilkusekundowe filmiki, niczym tajemnicze wirusy na  zombie horrorach, rozprzestrzeniają się po stronach internetowych na  całym świecie. To nie tylko grafiki. To nowy styl życia! Memy nazywane są przez niektórych najmniejszą porcją informacji. To błąd. Póki co to największa porcja informacji jaka krąży, a raczej jaka dociera do odbiorców. Każde wydarzenie – polityczne, sportowe, kulturowe, które wywoła jakąkolwiek sensację, zostaje skomentowane przez memy. Tak jak streszczenie książki, memy obrazują w skrócie, co godnego uwagi ostatnio zaistniało w szeroko pojmowanym życiu publicznym. Co więcej same narzucają sposób odbierania danego zdarzenia. Śmierć Whitney Houston, odejście papieża, groźby Korei Północnej czy cztery zabójcze strzały Lewandowskiego, to tematy które również często zostają poddane ostrej krytyce czy wręcz szyderstwu autorów obrazków. To co przyciąga ludzi do memów, to przede wszystkim ich humor. Nie żyjemy przecież w średniowieczu, by  prowadzić ascetyczne życie, a skoro już godzinami siedzimy przy naszych komputerach, często mamy ochotę jakoś się rozerwać.

Kulisy totalitarnej polityki memów Podobno to moda była częstym powodem anoreksji. Moda głoszona w kolorowej prasie, telewizji, a dzisiaj także i w memach. Chociaż jest krótkotrwała, daje możliwość zaistnienia w życiu wielu ludziom, chociażby na jakiś czas. Kto bowiem nie natknął się w internecie na  różnego rodzaju anatomiczne zdjęcia kobiet – skupionych na obojczykach, kościach policzkowych i  tym podobnych? Ale co to ma wspólnego z  modą? To, że owe zdjęcia nie pozostają bez odzewu. Po pewnym czasie na  wszystkich mało popularnych serwisach społecznościowych połowa koleżanek udostępni podobne zdjęcia swoich szyj, obojczyków, kości po-

suplement.us.edu.pl

liczkowych, piszczelowych, śródręcza, łokci, uszu, paznokci... i co tam jeszcze można. Po paru minutach pod tymi zdjęciami znajdzie się pokaźna ilość „lajków”. Zdjęcie robi się popularne, coraz więcej osób zaczyna je udostępniać i oto reakcja łańcuchowa właśnie się rozpoczęła. To jednak nie wszystko. Bardzo popularne są również teorie filozoficzne na miarę Platona, wypisywane najczęściej elegancką czcionką na tle pięknych krajobrazów, co miałoby podkreślić głębokość sensu wypowiedzi. Najprawdopodobniej autorami większości tych drogowskazów życiowych są rozhisteryzowane gimnazjalistki, korzystające z praw wolności słowa, przez co atakują nasze oczy i mózg zbędnymi informacjami i pseudointelektualnymii treściami. Prawie wszędzie, gdzie internauci toczą wzajemne dyskusje, pojawiają się memy, będące poparciem czyjegoś zdania, kontrargumentem lub po prostu szyderstwem z  oponenta debaty. To nie jedyny czynnik, który niczym specjalistyczna aparatura szpitalna podtrzymuje przy życiu istnienie memów, czyniąc je popularnymi. Zapewnia im to również czysta symbioza z serwisami społecznościowymi. Cokolwiek godnego uwagi znajdzie się wśród memów, zostanie udostępnione, np. na Facebooku, a cokolwiek „sensacyjnego” zdarzy się na Facebooku, jako mem trafi do sieci. Tak działa mechanizm wzajemnej współpracy tych dwóch zjawisk wirtualnej rzeczywistości.

A to memy właśnie! Memy znalazły swoją web przystań. Ostatnimi czasy powstało wiele stron internetowych gromadzących tego rodzaju grafiki, na czym rzecz jasna zbijają fortunę. Aż żal myśleć, ile są w stanie zarabiać właściciele tych stron na reklamach tam zamieszczanych. Czy memy niosą ze sobą jakieś zagrożenie? W pewnym sensie tak. Wyobraźmy sobie, że w tym momencie nasza kompromitująca fotografia wędruje przez sto tysięcy rodzajów edytorów grafiki i trafia do internetu. Co zdjęcie, to inny podpis, inny tekst, inna anegdota. Prędkość przemieszczania się naszego zdjęcia w  internecie zacznie tak wzrastać, że wszystkie serwery staną się bolidami Roberta Kubicy, a kiedy cała akcja ucichnie, nasza twarz będzie już rozpoznawana nawet w osiedlowym warzywniaku.

Igor Łysagóra

MAJ 2013

17


Kultura

Muzyka jest zawsze pierwsza, czyli wywiad z CeZikiem

Foto: P. Kuźmicki

Cezary Nowak, zwany CeZikiem, to internetowy fenomen. Twórca niezwykle popularnych filmików udowadnia, że żaden styl muzyczny nie jest mu obcy, a chwytliwą melodię można skomponować nawet na sprzęcie kuchennym. Nam opowiedział o swojej współpracy z Czesławem Mozilem, kulisach tworzenia klipów i o tym, dlaczego sam by się nie przyjął na studia.

Jakub Wesecki: CeZik, dlaczego nie byłeś jeszcze w „Playboyu”? CeZik: Właśnie! To ja pytam, dlaczego nie byłem jeszcze w „Playboyu”?! Pytam ze względu na wywiad, jakiego twój przyjaciel Czesław Mozil udzielił temu pismu w  zeszłym roku. Zastanawia się w nim, dlaczego to ciebie nie zaproszono do rozmowy. Naprawdę? Nie widziałem tego tekstu. Muszę uściskać Czesława. Nie narzekasz na brak wywiadów. W końcu twoje klipy w serwisie YouTube biją rekordy wyświetleń. Dlaczego więc od występu w  programie „Szymon Majewski Show”, gdzie śpiewałeś piosenki wspak, nie pojawiasz się w  mediach? Brakuje propozycji czy po prostu nie chcesz? Jeśli chodzi o  „Playboya” to nie dostałem zaproszenia. Oczywiście żartuję mówiąc, że to jakiś skandal. To chyba jeszcze nie ten etap. Po „Szymon Majewski Show” padały propozycje, ale mnie nigdy nie ciągnęło do wielkich mediów. Tak naprawdę, dobrze jest mi w Internecie. Nawet jeśli w ostatnim klipie sugerowałem, że chciałbym wyjść z sieci, to moim celem było pokazanie ludziom, jaka jest siła Internetu. Chciałem ich też przekonać, żeby częściej do niego zaglądali w poszukiwaniu wartościowych treści. Jakie będą dalsze losy twoje i Czesława? Czesław nie jest zachwycony, ponieważ niejako uwięziłem go w  Internecie. Ale sam się wkopał, bo to on chciał mi pomóc. Teraz walczymy o  wydostanie się z  sieci i  to powinno wkrótce objawić się w  naszym wspólnym projekcie, więc warto śledzić nasze losy.

18

MAJ 2013

Ile zajmuje ci stworzenie jednego klipu? Niektóre powstawały przez dwa tygodnie, a inne pół roku, więc nie ma reguły. Najpierw muszę mieć pomysł. Czasem wpadam na niego w środku nocy, a czasem pomysł rodzi się bardzo długo. Jak już na  niego wpadnę, to trzeba nagrać muzykę. Muzyka jest zawsze pierwsza. Często używam wirtualnych instrumentów, takich jak kontrabas, pianino czy ostatnio chińskie skrzypce. Potem zabieram się za wideo, a to niestety jest męka. Muszę sobie ustawić statyw, ostrość, zoom, światła. Zajmuje to mnóstwo czasu, ale efekt i satysfakcja z robienia wszystkiego samemu są dużo większe. Potem jeszcze montaż, podobno nocami. Dniami i nocami. Klip z Czesławem zajął dużo czasu, bo nie mam aż takich umiejętności w profesjonalnym montażu i postprodukcji. Wielu rzeczy muszę uczyć się od początku i wiele też robię ręcznie. Pochodzisz ze Śląska, z Gliwic. Jaka jest twoja więź z regionem? Mieszkam tu od zawsze i  chyba nie mam ochoty się przeprowadzać. To jest mój region, ale nie bronię jakoś szczególnie swojej śląskości. Ciągle mi się myli znaczenie słów „hanys” i „gorol”. Potrafisz godoć po śląsku? Tylko trochę. Umiem zaintonować, ale niewiele mam wspólnego z prawdziwą śląską gwarą. Ciągle mieszkasz w  Gliwicach, ale wyprowadziłeś się już z rodzinnego domu. Tak, ale jestem mocno związany z  rodzinnym gniazdem, bo przeprowadziłem się przecznicę dalej. Jak rodzice reagowali na twoje pierwsze klipy i późniejszą popularność? Mój tata, jak to ojcowie mają w  zwyczaju, wolał żebym nie robił głupot i  zajął się poważnymi rzeczami – studia, po studiach praca i tak dalej. Zawsze patrzył na  moją muzykę, jak na  zabawę, z  przymrużeniem oka. Mama natomiast bardzo pozytywnie reaguje na wszystko to, co się dzieje. Powtarzasz, że jesteś porażką polskiego systemu edukacji. Dlaczego? Bo jestem świadomy tego, jak wygląda moja wiedza. Wydawałoby się, że po pięciu latach studiów powinienem się

suplement.us.edu.pl

dużo nauczyć, a tymczasem moja wiedza jest bardzo nierozległa, mówiąc skromnie. Sam nie dałbym sobie tytułu, w ogóle nie wpuściłbym się na studia, a co dopiero tytuł. Mimo to zostałeś magistrem inżynierem na  Politechnice Śląskiej, studiując automatykę i robotykę. Wyobrażasz sobie pracę za biurkiem przy komputerze w jakiejś firmie? Owszem, czasem, kiedy jestem zmęczony całą tą muzyką, to myślę o tym, żeby się gdzieś załapać. Oczywiście nie jako inżynier, bo kto by mnie przyjął z takim doświadczeniem, jak moje? Może na przykład agencja reklamowa? Ale na tę chwilę sam sobie znajduję pracę i wolę być niezależny. Słynni blogerzy, tacy jak Niekryty Krytyk czy Kominek, wydali książki o  tym, jak być popularnym w  Internecie. Czy według ciebie istnieje recepta na sukces? Nie, absolutnie. Nie byłbym w stanie wydać takiej książki. Nigdy nie myślałem o tym, jak sprawić, żeby moje klipy były popularne. Po prostu zawsze twierdzę, że muszę zrobić coś najlepiej, jak na tę chwilę potrafię i starać się nie powielać czegoś, co ludzie już widzieli. Jeśli komuś to pomoże, to wspaniale, ale więcej porad chyba nie mam. Boisz się, że pewnego dnia opuści cię wena i nie będziesz już w stanie tworzyć muzyki? Całymi dniami. Non stop mnie to prześladuje. Z jednej strony jest to motywujące, bo mając taką świadomość bardziej się staram. Jest to też męczące, bo myślenie o  byciu cały czas na  topie wykańcza. Dlatego trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy takimi myślami a robieniem czegoś w sposób naturalny. Jak to mówią Amerykanie: „Go with the flow!”.

Rozmawiali: Joanna Grzonka i Jakub Wesecki


Kultura

Jak nie zginąć podczas festiwalu? Sodoma i Gomora to przy tym oazy spokoju. Obóz przetrwania w porównaniu z takimi wydarzeniami to przedszkole dla najukochańszych dzieci z okolicy. Piekło w zderzeniu z tego typu imprezami jest jak anielski azyl. O co chodzi? O święto dla fanów dobrego brzmienia, czyli letnie festiwale muzyczne.

Wydarzenia, które przyciągają do Polski największe gwiazdy muzyki, cieszą się coraz większą popularnością. Nie możemy narzekać na brak opcji koncertowych. W tym roku przed nami jeszcze m.in.: Sonisphere Festival, Impact Festival, Heineken Open’er Festival, Castle Party, Reggeland, Jarocin Festiwal, Coke Live Music Festival czy Woodstock. Nie zabraknie dobrych brzmień, hektolitrów wylanego piwa, okazji do poznania ciekawych ludzi i tańców do białego rana. Na największych scenach, oświetlonych jak dom Griswoldów na święta i nagłośnionych tak, że dłuższe wytężanie słuchu grozi jego utratą, wystąpią artyści z całego świata. Koncert zagrają takie sławy jak: Florence and the Machine, HIM, Bullet for My Valentine, Thirty Seconds To Mars czy Rammstien. Ktoś niedoświadczony w festiwalowych bojach może czuć się zagubiony, a nawet przytłoczony przez kilkanaście tysięcy osób bawiących się podczas koncertów. To jest taniec, to jest życie! Oto kilka wskazówek, jak poradzić sobie na  muzycznym placu boju i pójść do nieba bez potrzeby umierania.

Spać na pieniądzach Spontaniczność to dobra rzecz, jednak wybierając się na  kilkudniowe koncertowe szaleństwo lepiej z  nią nie przesadzać. Wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Na od-

Warto przed festiwalem zaliczyć kilka godzin snu więcej niż zwykle. Na polu namiotowym, w centrum muzycznej orgii, w hałasie, pośród kilkunastu tysięcy ludzi upojonych złocistym trunkiem i  magiczną przyprawą trudno zmrużyć oko. Ze spaniem może być problem nawet z pomocą stoperów do uszu, w które i tak warto się zaopatrzyć na wypadek, gdybyście znaleźli się niebezpiecznie blisko nagłośnienia. Nocować można również u znajomych czy w tanich hotelach, jednak zwykle wiąże się to z koniecznością dojazdu na miejsce imprezy. Na festiwal najlepiej dojechać pociągami, a później, jeśli jest taka możliwość – autobusem lub tramwajem. O miejsca parkingowe w okolicy muzycznego święta naprawdę trudno, wiąże się to także z dodatkowymi kosztami, a przecież pieniędzy już nie macie, bo wydaliście je na bilety. Pociągi mają jeszcze tę zaletę, że już podczas podróży można rozpocząć zabawę z gitarą w dłoni i nowo poznanymi ludźmi, którzy też jadą wyszaleć się podczas koncertów. Przejazdy organizują również firmy transportowe, dzięki którym możemy dojechać np. z Katowic do Warszawy i wrócić zaraz po zakończeniu fiesty za około 100 zł. Dla festiwalowiczów z  prawdziwego zdarzenia wszystkie wymienione opcje są oczywiście niedorzeczne – dla nich liczy się tylko klasyczne: na stopa!

Zaopatrzyć się w MacGyvera Gdy już zaplanujemy dojazd i  nocleg, trzeba zacząć się pakować. Zabierając rzeczy na  festiwal kierujcie się jedną zasadą – nie bierzcie tego, czego strata będzie boleć. Plecak musi być pojemny! Podstawą jest zestaw suchych ubrań zapakowany w  wodoodporny worek, płaszcz przeciwdeszczowy i gumiaki (jeśli macie za dużo miejsca). Zdarza się, że podczas koncertów kilka dni leje i kąpiele błotne stają się najpopularniejszą formą spędzania czasu, dlatego nie zabierajcie nowych butów! Obuwie po obficie zroszonym deszczem festiwalu nadaje się tylko do wyrzucenia. Foto: Ł. Wycisło

Foto: Ł. Wycisło

wiedzenie wszystkich wakacyjnych imprez przeciętny student nie ma szans z powodów finansowych. Chyba że sprzeda nerkę, płuco, część wątroby, odda do lombardu złoto babci i zastawi pod hipotekę dom rodziców. Koncerty, jak większość przyjemnych rzeczy, nie są za darmo.

suplement.us.edu.pl

Festiwale nie są dla czyścioszków. Muzycznymi imprezami kieruje idea, że im grubsza warstwa błota na ciele, tym wyższa pozycja w  festiwalowej hierarchii. Kolejki pod prysznice są dłuższe niż podczas otwarcia nowej Biedronki, dlatego dobrze jest zaopatrzyć się w chusteczki nawilżające, chusteczki do higieny intymnej i papier toaletowy. Zabierzcie ze sobą również dużo reklamówek i  plastikowych worków – będziecie na nich siedzieć i nosić w nich różne rzeczy. Żeby w  ciemnościach odszukać namiot, trzeba zapatrzyć się w małą latarkę. Dobrze jest oznaczyć miejsce spoczynku. Weźcie ze sobą także naładowany telefon, który możecie zgubić lub zniszczyć (najlepiej dwa), bo punkty ładowania są oblegane w  ten sam sposób, co prysznice. Spakujcie tabletki przeciwbólowe, duże ilości wody, pamiętajcie o karimacie i śpiworze, żeby nie marznąć w nocy. Zabierzcie gotówkę, która starczy na cały festiwal, krem z filtrem UV (może wam się poszczęści i nie będzie cały czas padać) oraz prezerwatywy (może wam się poszczęści...).

Cieszyć się życiem Gdy wybije godzina zero i przybędziecie na  miejsce imprezy, zwane również miejscem kaźni i  rozpusty, po odbyciu wycieczki krajoznawczej, wybierzcie najkorzystniejsze miejsce dla waszego obozu. Namiot warto ustawić jak najdalej toalet – nie trzeba tego uzasadniać. Uzgodnijcie też ze znajomymi miejsce spotkania na wypadek, gdybyście się zgubili (telefony nie zawsze działają tak, jak trzeba). Pamiętajcie, żeby to miejsce nie było w  centrum festiwalu, pod sceną, lub w  innej obleganej lokacji, gdzie najzwyczajniej w  świecie może w  krytycznym momencie nie być wolnej przestrzeni. Zaplanujcie, na  które koncerty chcecie się podczas imprezy wybrać – nie da się bawić na wszystkich. Uważajcie, by nie pić zbyt wielu płynów na pusty żołądek i nie poobijać się zbytnio. Cała reszta to rock’n’roll! Bawcie się dobrze!

Mateusz Królik MAJ 2013

19


Kultura

Grafika: F.Nowak

Zespoły, które naśladują

Z powodzeniem koncertują z cudzymi utworami, nie łamiąc przy tym żadnych praw autorskich. Prawie wszystkie mają znajomo brzmiące nazwy, a ich koncerty cieszą się popularnością. Naśladujące zespoły zyskują coraz więcej fanów, ceniących starą, dobrą muzykę. „Tribute band” to określenie zespołu, którego celem jest możliwie jak najwierniejsze odtworzenie muzyki wybranego artysty. Bardzo często zdarza się, że grupy tego typu odtwarzają nie tylko dźwięk, ale także całe show. Pomimo tego, że taki zespół nie tworzy własnej muzyki, a tylko ją interpretuje, jego zadanie wcale nie jest proste. Aby zorganizować koncert tak, aby wydawał się identyczny z oryginalnym, wszystko musi być dopracowane w najmniejszych szczegółach, zaczynając od strojów, rekwizytów, poprzez efekty specjalne, a na brzmieniu gitar i  mikrofonów kończąc. Osoby podejmujące się takiego wyzwania muszą mieć przede wszystkim ogromne umiejętności muzyczne, dobre zaplecze techniczne (w większości przypadków także finansowe) oraz dużo energii i  wolnego czasu. Doprowadzenie do perfekcji całego koncertu to wiele godzin ćwiczeń, szukania odpowiedniego sprzętu i rekwizytów, a także opracowywania całego scenariusza. Satysfakcja z dokonania czegoś takiego jest jednak ogromna, a dobrze zorganizowany i zdeterminowany zespół może osiągnąć dużą popularność.

W pogoni za gwiazdami Kolebką zespołów typu tribute band jest Australia. Tam w latach 70. brakowało wielkich gwiazd i  głośnych przebojów. Z tej przyczyny pojawiła się tendencja do zastępowania słynnych artystów własnymi, lokalnymi wersjami. Jeden z owych naśladujących zespołów, Björn Again, imitujący zespół ABBA, przyleciał na początku lat 90. do Wielkiej Brytanii, gdzie bardzo szybko zdobył sławę, dając początek szybkiemu rozwojowi tribute bandów – najpierw na Wyspach, a później w całej Europie. Często zdarzało się, że nagrane na nowo kawałki przeżywały swoją drugą młodość. Warto wspomnieć No Way Sis, którego interpretacja piosenki Oasis „I’d Like to Teach the World to Sing” (Oasis nagrał cover utworu

20

MAJ 2013

z lat 70.) w 1997 r. znalazła się w pierwszej dwudziestce na brytyjskiej liście przebojów. Co oczywiste, „tributy” inspirują się największymi gwiazdami i legendami muzyki, takimi jak: Led Zeppelin, Queen, Madonna, Black Sabbath, Pink Floyd czy Van Halen.

Cała prawda w tytule Aby za bardzo nie odbiegać od oryginału, założyciele naśladujących formacji muszą wykazać się sporą kreatywnością, żeby nazwać swój zespół w odpowiedni sposób. Nazwa musi nawiązywać do pierwowzoru, jednocześnie eksponując charakterystyczne cechy, które w jakiś sposób wyróżniają. Wymyślane określenia zazwyczaj są łudząco podobne do oryginału, a przy tym bardzo przewrotne. Grupie kobiet, które postanowiły stworzyć imitację heavymetalowego bandu, do osiągnięcia ciekawego efektu wystarczyła niewielka zmiana. Poprzez nieznaczne zmodyfikowanie prototypu powstała bardzo podobna, ale o całkiem innym charakterze nazwa grupy The Iron Maidens. Podobnie było z zespołem AC/DShe, Lez Zeppelin czy grupą Mandonna, w której, dla odmiany, grają wyłącznie mężczyźni.

Show na wysokim poziomie Pomimo tego, że członkowie tribute bandów za cel stawiają sobie kontynuację programu poszczególnych zespołów i nie tworzą autorskiej muzyki, często zdobywają rzesze własnych fanów. Poprzez dobre przygotowanie i wierne oddawanie atmosfery, która towarzyszyła koncertom wielkiego poprzednika, stwarzają możliwość do chwilowego cofnięcia się w czasie. Jednym z tego typów zespołu jest Australian Pink Floyd Show, który ma swoich wielbicieli na  całym świecie (grupa niejednokrotnie grała w Polsce). Nic więc dziwnego, że entuzjaści czekają długie miesiące, by zoba-

suplement.us.edu.pl

czyć ich występy, a bilety na nie rozchodzą się błyskawicznie. Nowi Pink Floydzi zachwycają magicznymi wizualizacjami i efektami specjalnymi, łudząco podobnymi do słynnych wystąpień sprzed lat. Formacja nieustannie przyciąga osoby szukające wrażeń nie tylko słuchowych, ale także tych na poziomie duchowym.

Beatlesi z Wrocławia The Bootleg Beatles, Beatlemania czy Yellow Matter Custard to tylko nieliczni odtwórcy jednego z  najpopularniejszych zespołów świata – The Beatles. Okazuje się, że aby posłuchać wiernego wykonania takich przebojów jak: „Help!”, „Let it be” albo „Yellow Submarine” nie trzeba szukać na drugim końcu świata. The Beatlemen jest grupą energicznych przyjaciół, której przewodzi Grzegorz Markocki (jako John Lennon). Zespół jest całkowicie profesjonalny – członkowie zapewniają, że posiadają garnitury szyte na miarę oraz buty prosto z Liverpoolu. Koncertują w perukach, potrafią nawiązać świetny kontakt z publicznością. Między sobą rozmawiają w języku angielskim, co bynajmniej nie przeszkadza słuchaczom.

Powrót do przeszłości Czy tworzenie tribute bandów w ogóle ma sens? Na pewno tak. Wbrew pozorom między nami jest wiele osób, które doceniają dwudziestowiecznych artystów. Na dzisiejszym rynku muzycznym można przebierać do woli – prawda jest jednak taka, że niektórzy wykonawcy wypracowali specyficzny rodzaj muzyki, którego dziś nie można, albo nie chce się odtwarzać. Szansą powrotu do minionych lat mogą stać się właśnie zespoły, które naśladują. Są one także dobrą alternatywą dla  łuchacza, który zmęczony jest popularnymi dziś utworami i chce poczuć magię prawdziwej, starej muzyki.

Joanna Wojtas


Kultura

Alfabet SZPiT Katowice Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” obchodzi w tym roku 60-lecie swojego istnienia. Z okazji tego wyjątkowego jubileuszu przygotowane zostały koncerty galowe, które odbędą się w najbardziej prestiżowych salach w Polsce. 8 czerwca zespół wystąpi w Hali „Spodek” w Katowicach, natomiast 24 czerwca w Teatrze Narodowym w Warszawie. To doskonała okazja, by lepiej poznać działalność i dorobek grupy.

Arch. ZPiT Katowice

przed koncertem, a odejrzewam, że odpowiedzą: adrenalinę, podenerwowanie, być może stres, ale przede wszystkim radość z  możliwości zaprezentowania na scenie pięknych efektów swej wielogodzinnej pracy.

Wspólna pasja Arch. ZPiT Katowice

Możliwość podróżowania po całym świecie jest niewątpliwie jedną z  zalet przynależności do Zespołu Pieśni i Tańca. Warto więc w pocie czoła pracować przez cały rok, by trud ten został ukoronowany wyjazdem do  Peru, Indii, Francji, Argentyny, na  Ukrainę czy Słowację. A tam – prócz koncertów – czas wypełniony jest poznawaniem innej kultury, zwiedzaniem, podziwianiem folkloru mieszkańców. Z podróży przywozi się mnóstwo niesamowitych zdjęć, pamiątek i znajomości. Oczywiście powrotom towarzyszy apetyt na  kolejne wojaże, a koncerty zespołu zawsze przyjmowane są bardzo gorąco, nie tylko wśród zagranicznej Polonii.

Studencki Zespół Pieśni i Tańca Katowice serdecznie zaprasza wszystkich pragnących dołączyć do jego szeregów na próby, które mają miejsce we wtorki i środy o godzinie 18:00 i odbywają się w rektoracie Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Nawet jeśli uważacie, że nie pociągają was pokazy kultury regionalnej, warto zajrzeć na stronę internetową www.katowice.us.edu.pl i  spróbować udać się na koncert. Na pewno będzie to niezapomniane przeżycie, a może nawet początek nowego hobby?

Martyna Burzawa, Jakub Wesecki

Świat w zasięgu ręki Jubileusz zespołu będzie hucznie obchodzony na  całym świecie. Patronat honorowy nad  tym wydarzeniem objęli Prezydent Bronisław Komorowski. W tym roku grupa wyruszyła na  międzynarodowe tournée, które zawiodło jej członków do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Francji, Niemiec i Holandii. Nie sposób zapomnieć także o  regional-

suplement.us.edu.pl

Arch. ZPiT Katowice

Również dwa razy w tygodniu, pod opieką Państwa Zofii i Jana Czechlewskich, członkowie zespołu ćwiczą swoje umiejętności taneczne. Nauka obejmuje oberki, krakowiaki, mazury, polonezy oraz inne tańce z prawie wszystkich regionów Polski, takich jak Górny Śląsk, Krosno, Łowicz, Lublin czy Pszczyna. Wszystko po to, by na koncertach zachwycić publiczność i dać świadectwo żywotności folkloru. Zapytajcie tancerzy, co  zują

Wspólna pasja oraz spędzanie wolnego czasu na próbach, koncertach i  wyjazdach sprawiają, że członkom grupy ciężko się rozstać. Zaczynają się coraz lepiej poznawać, dzielić swe radości i  smutki, a nawet razem świętować urodziny i  śluby. Jest co celebrować, bo par, które się tutaj poznały i później stanęły na ślubnym kobiercu jest naprawdę sporo! Przede wszystkim jednak celem zespołu jest rozwój umiejętności tanecznych i wokalnych oraz przekonanie nieświadomych, że folklor jest teraz na topie.

Arch. ZPiT Katowice

Członkowie zespołu uczą się śpiewać pod czujnym okiem chórmistrza Adama Kawy. Dwa razy w tygodniu przy akompaniamencie pianina rozgrzewają do czerwoności swoje struny głosowe, by na koncertach rozgrzać i oczarować publiczność. W repertuarze grupy znajdują się pieśni ludowe ze wszystkich regionów Polski. W  anadrzu natomiast – piosenki biesiadne i okolicznościowe, które są nieodłącznym elementem wielu występów. Muzycy znają nie tylko tradycyjne utwory ludowe, ale  też pieśni religijne, powstańcze, utwory Wojciecha Kilara oraz piękne współczesne piosenki francuskie.

nych imprezach, które tym razem będą miały szczególny, świąteczny wymiar. Są wśród nich „Święto Śląska”, Piknik Country w Leśnej Dolinie oraz spotkania edukacyjne, takie jak Konkurs Muzyki i Pieśni im. Stanisława Hadyny. Oprócz nich polska trasa koncertowa obejmie między innymi Kraków, Radom, Opole i Wrocław.

MAJ 2013

21


Podróże

Piękne oczy Ameryki

Największą atrakcją był śnieg! Jakiś czas temu pisałam o sylwestrowych spotkaniach Taizé. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ostatnie ze spotkań, które odbyło się w Rzymie, będzie miało dla mnie tak niesamowitą kontynuację! Jedną z  cech charakterystycznych tych spotkań jest nawiązywanie kontaktów, niejednokrotnie przeradzających się w  piękne przyjaźnie. W tym roku przytrafiło się to również mnie. W czasie rzymskiego spotkania zaprzyjaźniłam się ze studiującą w Rzymie grupką młodych z Kolumbii, Meksyku i Brazylii. Z czasem powstał pomysł, żeby przyjechali tu, do Polski. Najpierw wszystko wydawało się nierealne, a jednak… z  początkiem kwietnia spotkaliśmy się na krakowskim lotnisku!

Trudny język i niekończący się śnieg Kiedy po kilku dniach ich pobytu pytam o Polskę, o to czy jest coś, co szczególnie ich zaskoczyło, wszyscy od razu odpowiadają: śnieg! Ja, podobnie jak większość Polaków, nie cieszyłam się tegoroczną białą Wielkanocą, ale dla moich amerykańskich gości było to niesamowite wydarzenie: – Nigdy nie miałem okazji być w miejscu, gdzie jest aż tyle śniegu! To było na prawdę świetne doświadczenie! – z entuzjazmem opowiada Jaime z Kolumbii. Do niego dołącza się Vinicius z Brazyli: – Widziałem śnieg w  czasie Bożego Narodzenia w  jednym z włoskich regionów. Bardzo mi się podobał, można było się w nim bawić, ale wystarczyło przejechać dwie godziny do Rzymu i cały śnieg znikał. A tu nie! W dzień, kiedy przylecieliśmy wszystko było białe, następnego dnia pa-

22

MAJ 2013

dało, przejechaliśmy 4 godziny – dalej sypało, pojechaliśmy do Częstochowy – tam też biało… Dziś rano padało po raz kolejny! Bardzo, bardzo piękne! To  jest obraz, który na pewno pozostanie w mojej pamięci. Poza śniegiem moi goście zwracają też uwagę na nasz trudny język. –  To jest bardzo dziwne uczucie, być w miejscu, gdzie nie rozumiesz nikogo i nikt nie rozumie Ciebie –  mówi jeden z Kolumbijczyków. Jak zauważa Padre Jorge z Meksyku, język to jeden z czynników, które otwierają drzwi danej kultury. Jeden, ale nie jedyny. Dlatego Vinicius z Brazylii dopowiada z entuzjazmem: – Czasem czułem się w Polsce jak w domu! Owszem, język był trudnością, ale uczucia – prostota i serdeczność – są takie same jak w Ameryce Łacińskiej! Czułem się tu naprawdę dobrze. Chętnie wrócę, jak tylko będę mógł! Inną z rzeczy, na które zwrócili uwagę moi znajomi to dużo mniejsze odległości. – Pochodzę z Brazylii, gdzie przemierzam tysiąc kilometrów i nie wyjeżdżam z mojego kraju – opowiada Vinicius. – Tu w Europie, w tysiąc kilometrów przejeżdżam przez trzy, cztery kraje i w każdym spotykam coś zupełnie innego. Jasne, w Brazylii też jest duża różnorodność między poszczególnymi regionami, ale tu na przestrzeni tysiąca kilometrów zmienia się zupełnie wszystko: język, moneta, kultura, religia… To jest olbrzymie bogactwo, które można spotkać tylko w tej części świata, gdzie wszystko jest takie małe! Jest też czas na  głębsze refleksje o  różnicach między naszymi kontynentami. Padre Jorge z Meksyku zwraca uwagę na dosyć subtelną różnicę, związaną z poczuciem tożsamości narodowej: – W Europie ludzie są bardziej świadomi swojej roli, jako obywatele. Są obywatelami odpowiedzialnymi, bardziej troszczą się o  swoje kraje, szanują prawo, przepisy. Kiedy się z czymś nie zgadzają, potrafią sami się zorganizować, wyjść na  ulice, zrobić marsz. Nikt ich do tego nie zmusza. W Ameryce Łacińskiej jest zupełnie inaczej. Tam kraj może upadać, a ludzi mało to interesuje. Oczywiście, jest pewna granica –  kiedy problem zaczyna dotykać ludzi bezpośrednio, wtedy reagują – ale nie ma takiego myślenia, żeby zrobić coś dla dobra kraju, żeby się zmienił…

piłkarskiej nic – dodaje i zaczyna się śmiać. A ja myślę sobie, że my o ich krajach też wiemy niewiele ponad utarte stereotypy. Powoli z  rozmowy o  Europejczykach przechodzimy do Latynoamerykanów i tego, jak są postrzegani w Europie i przez siebie samych. – Widzisz, przed przyjazdem do  Europy byłem dosyć przestraszony, bo  my Latynosi często myślimy, że w Europie nas odrzucą… – wspomina Jaime i od razu dodaje: – jak już tu przyjechałem to zrozumiałem, że tak nie jest – ludzie są normalni, nie odrzucają nas tylko dlatego, że jesteśmy Latynosami. Włącza się Padre Jorge, który dzieli się swoimi obserwacjami: – Myślę, że Meksykanie mają cały czas pewien kompleks w stosunku do kultury europejskiej. Może to są jeszcze reminiscencje konkwisty, która spowodowała, że Meksykanie to niejako nową rasą – nie jesteśmy Europejczykami, ale też nie jesteśmy rdzennymi mieszkańcami. Jesteśmy nową kulturą, która często ma z tego powodu kompleksy… Po chwili dorzuca jeszcze: – Mieszkałem pewien czas w Kolumbii i tam również widać ten kompleks, ale jest też dużo sytuacji, w których Kolumbijczycy są dumni ze swojego narodu… Chyba bardziej niż my, Meksykanie. Postanawiam sprawdzić od razu: powiecie mi coś o Kolumbii? – pytam Kolumbijczyków. – Bardzo nam jej brakuje! – po czym zaczynają opowiadać: – Niestety w Europie dominuje negatywny obraz naszego kraju. Jednak Kolumbia ma też dużo pozytywnych stron! Krajobrazy, jedzenie, gościnni ludzie, którzy dużo się śmieją… Tak, bardzo lubimy żyć śmiejąc się! Poza tym – olbrzymie bogactwo przyrody: morze, góry, pustynie, równiny, puszcze i właściwie wszystkie rodzaje klimatu! Chcesz śnieg, jedź do jednego z  andyjskich regionów, chcesz słońce – jedź nad ocean, a w mieście Medellin panuje wieczna wiosna… Wszystko to w jednym kraju! To piękna ziemia, którą się kocha. Colombia, tierra querida!

Giulia Kamińska Di Giannantonio

Colombia, tierra querida Później na spokojnie pytam ich, co  wiedzieli o  Polsce przed przyjazdem. Jaime odpowiada mi szczerze: –  Prawie nic. Tyle tylko, co z lekcji historii – o wojnie i o papieżu. Aha, jeszcze o św. Faustynie. Ona jest bardzo popularna w Ameryce Łacińskiej. O waszej drużynie

Foto: E. Castano

Foto: E. Castano

Najbardziej niesamowite były oczy. Piękne, ciepłe, głębokie i… ciemne. Tak bardzo ciemne, że źrenice prawie się nie wyróżniały! Oczy Ameryki Południowej i jej mieszkańców! Co widzą te oczy? Jak patrzą na Polskę i Europę?

Od lewej: Wiliam (Kolumbia), Vinicius ( Brazylia), Giulia, Jaime (Kolumbia)

suplement.us.edu.pl


Podróże

Wakacje za grosze? Poproszę! Gdyby istniał student będący połączeniem Bear Gryllsa i Indiany Jonesa, to na letni wypoczynek wybrałby się autostopem. Jest to najtańszy i z pewnością dostarczający najwięcej wrażeń sposób na udaną podróż. Mistrz logistyki - Może nas pan zabrać z Dublina do Edynburga? – pyta szkockie małżeństwo kierowcę samochodu. - Mogę was przewieźć, jeśli podczas jazdy nie powiecie ani słowa!  Już po dojeździe kierowca gratuluje Szkotowi:  - No, muszę przyznać, że jeszcze żadnemu z moich pasażerów nie udało się zachować milczenia w czasie jazdy!  - A wie pan – przyznaje Szkot – że w pewnym momencie chciałem krzyknąć?  - W jakim?  - Kiedy moja żona została na parkingu.

Foto: Ł. Wycisło

Uśmiechacie się? To dobrze! Uśmiech to połowa sukcesu w efektywnym łapaniu stopa. Dodajmy jeszcze uniesiony w górę kciuk i jesteśmy prawie gotowi do drogi. Prawie, bo oczywiście taki wyjazd wiąże się z gruntownymi przygotowaniami. Wygodna odzież, apteczka pierwszej pomocy czy prowiant to podstawy każdej wakacyjnej wyprawy, ale autostopowicz to spryciarz i  strateg. Zawartość plecaka będzie decydowała o jego być albo nie być. – Obowiązkowo flaga lub nalepka naszego kraju nad Wisłą. Papierosy – ile razy złapałem na fajkę! Fajnie jest mieć ze sobą strój „extra”, czyli np. udawać, że wybiera się w podróż poślubną, oczywiście jeśli jedziemy z osobą towarzyszącą płci przeciwnej –  radzi dwudziestojednoletni Krzysztof Podeszwa, student Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Swoją przygodę z autostopem rozpoczął, gdy miał osiemnaście lat i jak dotąd udało mu

się odwiedzić kilka krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a także Skandynawię i południową Hiszpanię. Jako kolejne cele obrał sobie Bałkany i Gruzję, za rok Iran – chwali się Krzysiek.

Przezorny zawsze ubezpieczony Należy pamiętać o zakazie łapania stopa na  wszystkich autostradach w  Europie. Wyjątkiem są miejsca wjazdu, parkingi czy stacje benzynowe. W niektórych stanach w USA jest to nawet uznane za włóczęgostwo, a więc niezgodne z prawem. Co kraj to obyczaj, więc przed wyjazdem warto wziąć pod uwagę mentalność mieszkańców odwiedzanego przez nas państwa – nie wszędzie będą nas witali z otwartymi ramionami. – Bardzo ciężko łapie się stopa w krajach południowych – Włoszech, Hiszpanii czy Grecji, o ile nie graniczy to z cudem. Miejscowi nie mają zwyczaju zabierać ze sobą autostopowiczów. Myślę, że na pewno nie chciałbym też stopować w Kosowie, nie wszystkie tereny są tam odminowane, stąd łatwo można „wdepnąć”- tłumaczy Krzysztof i na  cel pierwszej wyprawy poleca kraje nadbałtyckie: – O podwóz tam nietrudno, kraje są ciekawe i co ważne, nie są daleko od polskiej granicy. Taka podróż to niezaprzeczalnie szkoła przetrwania. Musimy liczyć się z  ekstremalnymi warunkami i wsiadając do każdego auta pamiętać o bezpieczeństwie. – Czego się wystrzegać? Na pewno szalonych kierowców, którzy wyprzedzają „na piątego” i  właśnie jadą na pogrzeb własnego ojca. Ludzi, na widok których nasza intuicja podpowiada, żeby się ich wystrzegać i tyle. Ja zawsze ufam swojej intuicji i jak dotychczas nie zostałem jeszcze okradziony czy pobity. Pozazdrościć! Tym bardziej, że Krzysiek przeważnie podróżuje samotnie.

li i pytali czy nie kupić nam jakiegoś jedzenia, bo wyglądaliśmy strasznie – wspomina z uśmiechem.

Złoty medal w stopowaniu Rosnące zainteresowanie tanim podróżowaniem podniosło je do rangi sportu. Założeniem tegorocznych, szesnastych już Międzynarodowych Mistrzostw Autostopowych, organizowanych przez Polski Klub Przygody było wyłonienie najszybszej autostopowej drużyny. Uczestnicy mogli korzystać tylko i wyłącznie z życzliwości kierowców, a za cel wyprawy obrano Budapeszt. Z podobną inicjatywą wyszli studenci – Akademicki Klub Podróżniczy „Rozdroże” przy Uniwersytecie Jagiellońskim po raz trzeci zachęcał do wzięcia udziału w mistrzostwach pod hasłem „StopUJ”. Wrocławskim studentom z Uniwersytetu Ekonomicznego również spodobał się pomysł i piąty wyścig Auto Stop Race miał swój finał w Dubrowniku. Liczy się nie tylko wygrana, ale przede wszystkim świetnie spędzone chwile i udana majówka.

Sztuka przetrwania

Autostop nie jedno ma imię

Decyzja o spędzeniu takich wakacji wiąże się z ryzykiem, ale jak to mówią: „no pain, no gain”. Czasami trzeba liczyć się z fiaskiem i kilkugodzinnymi pieszymi wędrówkami. Noclegi na stacjach benzynowych, toaletach czy w szczerym polu to standard. Często doskwiera chłód, deszcz i głód. Krzysiek, zapytany o  najdziwniejszą rzecz jaką jadł, wspomina surowe mięso łosia, którym poczęstował go leśniczy z  północnej Szwecji. –  Da się zjeść –  kwituje krótko. Napomknął też o historii, jaka przydarzyła mu się w Brnie, gdy podróżował z kolegą, kiedy to byli zmuszeni nocować na ulicy. – Było na tyle zimno, że wzięliśmy gazety i się nimi cali poobwijaliśmy. Ludzie nas zaczepia-

Autostopowicz nie musi ograniczać się wyłącznie do jednego sposobu przemieszczania. Bardzo popularny stał się ostatnio „carpooling”, czyli nawiązanie kontaktu między kierowcą a podróżującym – dzielą się oni kosztami i wspólnie jadą do celu. Warto też śledzić lotnicze oferty last minute oraz promocje przewoźników autokarowych takich jak Polski Bus. Ilu autostopowiczów, tyle pomysłów. Panuje skrajna swoboda i  nie ma ustalonych reguł. Najważniejsze to dobra zabawa i  ogromny bagaż wspomnień, który przywieziemy ze sobą po szczęśliwym powrocie w jednym kawałku.

suplement.us.edu.pl

Paulina Piechaczek

MAJ 2013

23


Pomysł na Weekend

Pomysł na weekend Wiosna w pełni, a to oznacza jeszcze więcej pięknych, pogodnych weekendów, które aż żal spędzać w domu. Sobotni lub niedzielny wyjazd staje się zatem prostszy w realizacji. Już po raz drugi podpowiadamy gdzie warto pojechać, pokazujemy miejsca niezwykłe i w pewien sposób nieodkryte. Rezydencja książąt Hochberg von Pless

Najwyższa drewniana budowla na świcie Radiostacja w Gliwicach powstała jeszcze przez II wojną światową w 1925 r., by rozszerzyć zasięg wrocławskiej rozgłośni na wschodnie tereny niemieckiego Śląska, a zwłaszcza na zachodnie ziemie polskie. Jej powstanie miało przede wszystkim znaczenie propagandowe. W budynku radiostacji znajdowała się sala koncertowa, studia mikrofonowe, redakcja i obsługa, a także nadajnik. Dziś budowla ta najczęściej kojarzona jest ze znaną z lekcji historii prowokacją gliwicką, ale przecież to także wspaniały zabytek techniki radiowej. W obiekcie zachowało się wiele oryginalnych urządzeń. Najcenniejszą i najbardziej znaną częścią kompleksu jest wieża nadawcza, uchodząca obecnie za jedną z najwyższych budowli drewnianych na świecie (111 m). Jej budulcem jest drewno modrzewiowe, które spaja ponad 16 tysięcy mosiężnych śrub. Wieża oświetlona jest ośmioma potężnymi reflektorami, dzięki czemu widoczna jest z odległości wielu kilometrów. Dziś radiostacja stanowi oddział Muzeum Gliwickiego, we wnętrzu podziwiać można wiele sporo oryginalnej aparatury radiowej. Zaletą jest bardzo tani bilet – 5zł (normalny), 2zł (ulgowy), a także prosty dojazd.

24

MAJ 2013

Zespół pałacowo-parkowy w Pszczynie to idealne miejsce na weekend. Ta dawna rezydencja magnacka powstała prawdopodobnie w XI lub XII wieku, ale od tego czasu była wielokrotnie przebudowywana. Wśród mieszkańców pałacu można wymienić między innymi książąt opawsko-raciborskich i cieszyńskich, a  także śląski ród Promnitzów i książąt Anhalt-Köthen-Pless. W 1847 r. rezydencja trafiła do książąt Hochberg von Pless z Książa. To właśnie oni nadali budowli obecny, neobarokowy kształt architektoniczny. W  przeciwieństwie do wielu innych zamków i pałaców na  Śląsku, zniszczonych w czasie II wojny światowej, w Pszczynie zachowało się oryginalne wyposażenie i  wystrój pałacu, który sprawia, że jest on jednym z najcenniejszych zabytków architektury rezydencjonalnej w Polsce. Naprawdę warto wydać niecałe 10zł na bilet wstępu i poznać historię i tajemnice tego niesamowitego miejsca. Po wyjściu z pałacu polecam spacer po otaczającym go parku w stylu angielskim. Park ten uchodzi za jeden z najpiękniejszych na Górnym Śląsku. Ma  powierzchnię ponad 150 hektarów i leży wzdłuż rzeki Pszczynki, która przepływa przez sztucznie utworzone stawy i kanały. Park podzielony został na trzy części: zamkowy ( integralna część parku z pałacem), dworcowy (leży wzdłuż torów kolejowych, a w jego obrębie znajduje się skatepark), zwierzyniec (w tej części w 2008 roku powstała Pokazowa Zagroda Żubrów).

suplement.us.edu.pl

Wagonikiem na 1026m.n.p.m. Osobom, które wolą spędzać czas bardziej aktywnie polecam wycieczkę na Szyndzielnię. Na miejscu znajduje się jedno z największych i najstarszych schronisk w Beskidzie Śląskim. A jak dostać się na szczyt? Są dwie opcje: pieszo, szlakiem z Bielska-Białej (1h, 30min) lub ze Szczyrku (2h, 30min). Na tych, którzy wolą się nie przemęczać czeka nowoczesna kolejka gondolowa, która w niespełna 10 minut wywiezie nas do górnej stacji, skąd do schroniska pójdziemy tylko kilka minut. Szyndzielnia może być celem podróży, ale także przystankiem, bo można wyruszyć stąd do sąsiednich schronisk na Klimczoku, Błatniej i Dębowcu lub dojść do Bystrej Śląskiej, Szczyrku, Brennej oraz Wapiennicy po drodze podziwiając wspaniałe widoki na okolice. Jeśli nudzi was chodzenie po górach i podziwianie widoków, na polanie u podnóża Szyndzielni czeka całoroczny tor saneczkowy. To świetna zabawa dla każdego – kosz jednego zjazdu wynosi 4zł, ale wykupując ich więcej zapłacimy mniej.

Joanna Grzonka


Staże / Praktyki / Szkolenia / Warsztaty Wolontariat:

Praktyki:

Fundacja Edukacyjna KOMBINATORY Fundacja poszukuje wolontariuszy – koordynatorów, którzy będą odpowiedzialni za działania organizacyjne związane z realizacją bieżących projektów. Wśród powierzonych im zadań znajdą się: poszukiwanie atrakcyjnych środków finansowania organizacji –  grantów, dotacji; kontakty z zaprzyjaźnionymi stowarzyszeniami i fundacjami; nabór nowych wolontariuszy. Działania mogą być prowadzone częściowo w siedzibie fundacji (Chorzów), jak też zdalnie. Jeśli jesteś osobą kreatywną, zaangażowaną i lubisz poznawać nowych ludzi – nie zwlekaj! Swoje zgłoszenie prześlij na adres e-mail: fundacja@kombinatory.pl lub zadzwoń pod numer telefonu: (32) 249–39-47.

AEGON Services Sp. z o.o. Sosnowiecki oddział firmy zajmujący się rozwojem, wsparciem i koordynacją sieci spółek AEGON w całej Polsce, poszukuje studentów chętnych do odbycia bezpłatnej praktyki w terminie od czerwca do października 2013 r. Wymagania: • student I-V roku, • preferowane kierunki: politologia, socjologia, prawo, ekonomia, zarządzanie, marketing, • komunikatywność, umiejętność pracy w grupie. Osoba odbywająca praktyki będzie odpowiedzialna za pozyskiwanie nowych klientów, ich obsługę oraz budowanie długoterminowych relacji z klientami firmy. CV wraz ze zgodą na przetwarzanie danych osobowych proszę kierować na adres e-mail: sosnowiec@aegonpolska.pl.

Staż: Auchan Katowice Program stażowy został przygotowany z myślą o studentach ostatniego roku studiów magisterskich i absolwentach. W czasie jego trwania (3 miesiące) studenci mogą liczyć na indywidualny plan poznania pracy w danym dziale, możliwość zdobycia doświadczenia zawodowego, stałe wynagrodzenie. Po ukończeniu stażu wybrane osoby będą mogły zostać zatrudnione w Auchan. Wymagania: • dyspozycyjność w wymiarze 40 godzin tygodniowo przez  kres 3 miesięcy, • dobra znajomość języka angielskiego lub francuskiego, • swoboda posługiwania się komputerem w środowisku Windows, • otwartość na zdobywanie nowych umiejętności i wiedzy, • mobilność, • komunikatywność, zaangażowanie, odpowiedzialność. Zainteresowane osoby proszone są o przesyłanie dokumentów aplikacyjnych (CV i list motywacyjny) na adres e-mail: rekrutacja.katowice@auchan.pl (tytuł wiadomości: Staż absolwencki w Dziale Handlowym). Więcej informacji znajdziesz na stronie internetowej: www.auchan.pl.

Szkolenia: Regionalny Ośrodek Kultury w Katowicach ROK Katowice zaprasza wszystkich chętnych do udziału w szkoleniu: „Zagadnienia Prawno-Autorskie w Działalności Instytucji Kultury”, które odbędzie się 21 czerwca 2013 r. w godz. 10:00-14:00, w siedzibie Ośrodka. Zakres tematyczny szkolenia: • istota prawa autorskiego – komu służy? czym się różni od innych praw majątkowych? • ewolucja prawa autorskiego i praw pokrewnych, • dozwolony użytek, istota regulacji (szkoły, bibliote i muzea), • praktyka ZAiKS – umowy licencyjne, sposób uzyskania, zakres, dokumentacja etc. Szkolenie jest płatne. Warunek udziału stanowi przesłanie wypełnionej karty zgłoszenia, której wzór można znaleźć na stronie internetowej: www.rok.katowice.pl. Termin zgłoszeń upływa 17 czerwca 2013 r. Regionalny Ośrodek Kultury w Katowicach przyjmuje także wstępne zapisy na: • kurs pedagogiczny dla instruktorów Amatorskiego Ruchu Artystycznego, • kurs dla instruktorów teatralnych i nauczycieli teatru. Więcej informacji na stronie internetowej: www.rok.katowice.pl (zakładka: Szkolenia i kursy)

T-Mobile Operator globalnej marki T-Mobile, świadczący pełen zakres usług telekomunikacyjnych dla klientów indywidualnych oraz instytucjonalnych, zaprasza studentów prawa, ekonomii, zarządzania lub administracji (III-V rok) do odbycia praktyk w Dziale Zarządzania Nieruchomościami w Katowicach. Od kandydatów oczekuje się umiejętności pracy w zespole i realizacji zadań samodzielnych, bardzo dobrej znajomości obsługi komputera w ramach pakietu MS Office, punktualności oraz zaangażowania. Wiedza z zakresu zarządzania nieruchomościami będzie dodatkowym atutem. Zakres obowiązków: • uzupełnianie i weryfikacja baz danych, • obsługa procesu korespondencji przychodzącej, • prowadzenie ewidencji korespondencji, • sporządzanie aneksów do umów, • wsparcie w bieżących pracach Działu. Firma oferuje kandydatom możliwość rozwoju zawodowego, profesjonalne szkolenia, atrakcyjny system wynagrodzeń, pracę w młodym i ambitnym zespole. Osoby zainteresowane odbyciem praktyk są proszone o przesłanie CV i listu motywacyjnego na adres e-mail: praca@t-mobile.pl lub praktyki@t-mobile.pl, z informacją w tytule: Praktykant w Dziale Zarządzania Nieruchomościami, Praktyki/ZNK. Więcej informacji: www.t-mobile.pl (zakładka: Kariera). MECALUX Grupa MECALUX – światowy koncern produkcyjny z blisko 50-letnim doświadczeniem na rynku systemów składowania, oferuje studentom możliwość odbycia praktyki w Dziale Marketingowym firmy. Poszukiwani są kandydaci studiujący marketing lub kierunki pokrewne (III-V rok), którzy potrafią posługiwać się językiem angielskim na poziomie komunikatywnym oraz posiadają umiejętność sprawnej obsługi pakietu MS Office. Mile widziane będą również: znajomość języka niemieckiego, znajomość podstawowych narzędzi programu Corel Draw, „lekkie pióro”. Do zadań praktykanta należeć będą: • tworzenie i aktualizacja bazy referencyjnych obiektów, • wykonywanie projektów graficznych, • redagowanie artykułów prasowych dotyczących działalności firmy, • przygotowywanie raportów oraz innych zleconych zadań. Jeśli jesteś zainteresowany zdobyciem doświadczenia w międzynarodowej firmie podczas praktyk trwających od jednego do trzech miesięcy, prześlij swoje CV oraz list motywacyjny na adres e-mail: career@mecalux.com. Personnel International Sp. z o.o. Agencja pracy Personnel International zaprasza studentów na praktyki w Dziale Księgowości w oddziale w Gliwicach. W ramach ich odbywania, studenci będą brali aktywny udział w realizacji zadań takich jak: dekretacja dokumentów, prowadzenie raportu kasowego, przygotowanie dokumentacji do rozliczeń, opisywanie faktur, pomoc przy sporządzaniu sprawozdań finansowych oraz pomoc w prowadzeniu rozrachunków z kontrahentami. Wymagania: • znajomość zagadnień z zakresu księgowości, • skrupulatność, dokładność, punktualność, • zdolność analitycznego myślenia, • rozwinięte umiejętności interpersonalne, • dobra znajomość pakietu MS Office, • motywacja, elastyczność i inicjatywa. Mile widziane jest doświadczenie w obszarze księgowości (wcześniejsze praktyki, staże). Osoba ubiegająca się o możliwość praktyki powinna być zarejestrowana w Urzędzie Pracy. Chętni proszeni są o przesłanie CV na adres e-mail: rekrutacja@personnel.com.pl. Automotive Lighting Polska Duża firma z branży motoryzacyjnej z siedzibą w Sosnowcu poszukuje kandydata na stanowisko: praktykant w Dziale BHP i Ochrony Środowiska. Mile widziani są studenci kierunków związanych z bezpieczeństwem i ochroną środowiska, którzy w stopniu podstawowym opanowali posługiwanie się językiem angielskim oraz są dobrze zaznajomieni z obsługą pakietu MS Office. W ramach bezpłatnej praktyki firma oferuje możliwość zawodowego rozwoju, pracy w międzynarodowym środowisku. Dokumenty aplikacyjne (CV) należy przesłać na adres: katarzyna.dziemianko@al-lighting.com.

suplement.us.edu.pl

MAJ 2013

25


przedstawia

Gdy nauka jest pasją – IX Studencki Festiwal Nauki

Foto: Ł. Wycisło

Festiwal Nauki jest zdecydowanie najważniejszą imprezą kulturalno-naukową w śląskim kalendarzu akademickim. Początki organizowanego corocznie Festiwalu sięgają 2005 r., kiedy to studenci po raz pierwszy zawładnęli deptakiem przy ulicy Bankowej, aby stworzyć wyjątkowe wydarzenie łączące w sobie naukowe pasje oraz młodzieńczy entuzjazm do poszerzania swoich horyzontów. Dzięki staraniom Samorządu Studenckiego, będącego organizatorem całego przedsięwzięcia, Festiwal Nauki nieustannie powiększa swoją ofertę, a także umożliwia dalszy rozwój naukowy wszystkim uczestnikom. Tegorocznej, dziewiątej edycji Festiwalu przyświecała szlachetna idea wyjścia z  nauką poza uczelniane mury, aby wszyscy mieszkańcy Katowic mogli

uczestniczyć w przygodzie, jaką jest zgłębianie wiedzy. Festiwal Nauki rozpoczął się 22 kwietnia spotkaniami z przedstawicielami Agencji Wywiadu oraz Centralnego Biura Antykorupcyjnego i Najwyższej Izby Kontroli, które odbyły się na kilka godzin przed uroczystą inauguracją. Oficjalne otwarcie Festiwalu miało miejsce w  auli im. Kazimierza Lepszego w Rektoracie UŚ. Natalia Gorzelnik, Przewodnicząca Samorządu Studenckiego, powitała zebranych gości, w gronie których znajdował się Prorektor ds. Umiędzynarodowienia, Współpracy z Otoczeniem i Promocji dr hab. Mirosław Nakonieczny. Zespół Pieśni i  Tańca Katowice uświetnił inaugurację swoim występem. Tuż po uroczystości Samorząd Studencki oraz Koła Naukowe UŚ wzięli udział w nagraniu filmu promującego działalność ruchu naukowego Uniwersytetu. Drugiego dnia Festiwalu studenci opanowali deptak przy ulicy Bankowej w  ramach Jarmarku Wiedzy. Koła Naukowe prezentowały efekty swojej pracy, jak również zachęcały licealistów do wyboru Uniwersytetu Śląskiego, jako miejsca swojej przyszłej edukacji. Przestrzeń pomiędzy Rektoratem a  Wydziałem Nauk Społecznych wypełniło ponad 50 namiotów. Muzycy, animatorzy, a także połykacze ognia sprawili, że Jarmark Wiedzy był wyjątkowo barwny i  pasjonujący nie tylko pod  względem naukowym. Kolejny dzień Festiwalu upłynął pod znakiem zabawy i  swobodnej wymiany myśli. HydePark na  Bankowej –  Dzień Zabaw umożliwił studentom wypowiedzenie się w  ważnych dla nich kwestiach, jak również dał okazję do zrelaksowania się na  mechanicznym byku czy  ściance wspinaczkowej. Trzeci dzień Festiwalu nie był jednak pozbawiony aspektu merytorycznego ‒ w  auli

26

MAJ 2013

suplement.us.edu.pl

Foto: Ł. Wycisło

Festiwal Nauki organizowany przez Samorząd Studencki Uniwersytetu Śląskiego po raz kolejny ożywił katowicką przestrzeń akademicką. Dziewiąta edycja Festiwalu, która odbyła się w dniach 22-25 kwietnia, umożliwiła wszystkim miłośnikom wiedzy rozwijanie swoich pasji oraz poszerzenie naukowych horyzontów.

im. Kazimierza Popiołka odbyła się debata „Co nam daje Uniwersytet, czyli o  znaczeniu wykształcenia humanistycznego”, w której wzięli udział JM Rektor Uniwersytetu Śląskiego prof.  zw. dr hab. Wiesław Banyś, prof. zw. dr hab. Tadeusz Sławek oraz prof. Jerzy Stuhr. 25  kwietnia zapisał się w  kalendarzu jako absolutnie bezprecedensowy Dzień Otwartych Debat. Wydarzenie umożliwiło wykładowcom UŚ wyjście poza uczelniane mury i propagowanie wiedzy w miejscach, które pozornie nie mają z nauką nic wspólnego. Wykłady wygłoszone przez Prorektora ds. Kształcenia i Studentów dr hab. prof. UŚ Ryszarda Koziołka, Prorektora ds. Umiędzynarodowienia, Współpracy z Otoczeniem i Promocji dr hab. Mirosława Nakoniecznego czy Prodziekan ds. Studenckich i Kształcenia dr hab. prof. UŚ Aldonę Skudrzyk znalazły szerokie grono odbiorców w budynku Dworca Głównego w Katowicach oraz na ulicy Mariackiej. Dzień Otwartych Debat zakończył IX Studencki Festiwal Nauki. Festiwal Nauki cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem, a jednocześnie zawdzięcza swój wyjątkowy charakter pasjonatom kształcącym się na  wydziałach Uniwersytetu Śląskiego. Tegoroczna edycja Festiwalu udowodniła, że śląscy studenci nie ustają w swoich wysiłkach i niezmiennie dążą do wzbogacenia swojej wiedzy. Owa świadomość pozwala z  optymizmem spojrzeć w  przyszłość ‒ Festiwal Nauki z  pewnością doczeka się kolejnej edycji.

Claudia Lubszczyk


1

Suplement 2013 02  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you