Page 1

magazyn lifestylowy

bezpłatny

numer 20

listopad-grudzień 2016

ISSN 2353-2408 www.madeinwm.pl

JERZY

HOFFMAN MIAŁEM FART

NORBI MARTYROLOGIA WOJENNA SPROWADZA MNIE DO PIONU

MACIEJ MARCINKIEWICZ

W MOTORSPORCIE MAM JUŻ INNE CELE NIŻ ZBIERANIE PUCHARÓW

ROBERT BOLESTO

MÓJ SCENARIUSZ O BEKSIŃSKICH LEŻAŁ W SZUFLADZIE OD LAT


STUDIO FORM ARCHITEKTONICZNYCH PANTEL

PROJEKTUJEMY: SIEDZIBY FIRM, OBIEKTY HANDLOWO-USŁUGOWE, BUDYNKI UŻYTECZNOŚCI PUBLICZNEJ, BUDYNKI OŚWIATY, BUDYNKI ZABYTKOWE, BUDYNKI WIELORODZINNE, HOTELE, REZYDENCJE I DOMY JEDNORODZINNE, WNĘTRZA

STUDIO FORM ARCHITEKTONICZNYCH PANTEL ARCHITEKT TOMASZ LELLA OLSZTYN, UL. RYBAKI 40, TEL. 89 527 56 60, SEKRETARIAT@PANTEL.OLSZTYN.PL, WWW.PANTEL.OLSZTYN.PL


Instrumenty klawiszowe: Rafał Radzymiński (redaktor naczelny) • trąbka: Dominika Myślak (dziennikarka) • trąbka: Arek Stankiewicz (fotograf) • saksofon: Martyna Siudak (dziennikarka) • waltornia: Piotr Dowejko (fotograf) • gitara: Michał Bartoszewicz (wydawca) • śpiew: Beata Waś (dziennikarka) • perkusja: Kuba Chmielewski (fotograf) • gitara akustyczna: Łukasz Wajszczyk (fotograf) • bas: Jola Bukowska (sekretarz redakcji) • śpiew: Katarzyna Sosnowska-Rama (dziennikarka) • gitara: Radek Pazdrijowski (grafik) • akustyk: Niunia (asystentka wydawcy)

DZIEŃ DOBRY

Zawsze fascynowało nas zjawisko formowania się zespołów muzycznych, których później słuchają kolejne pokolenia. Czy to siła twórczej chemii, zderzenie mocnych osobowości czy geniusz lidera czynią ich muzykę nieśmiertelną? Z zapałem wchłaniamy więc biogramy, które odsłaniają kulisy wielkich kapel. Nikt od razu mistrzem nie został – to pewne. Ale pewne jest też to, że każdy po cichu chciał nim być. I to jest ważne – mierzyć wysoko, wystawiać swój potencjał na próbę. I wreszcie poddać się ocenie: przepaść albo zostać idolem. Sukces formuje się w zespole. Nie byłoby MADE IN, gdybyśmy dalej byli solistami, niektórzy nawet niezłymi. Ciągle dostrajamy się, bo zespół musi stroić – filharmonicy znają to z każdej próby. Tych muzycznych alegorii można doszukiwać się wiele w życiu codziennym. Cokolwiek byśmy nie robili, to dobrze, gdyby zagrało. Ujęło odbiorcę. Bo bez tej eksplozji energii między twórcą a odbiorcą zostalibyśmy jedynie marnymi kolekcjonerami własnych ambicji. Po trzech latach obecności na rynku zespół MADE IN Warmia & Mazury wyszedł na scenę, by nisko ukłonić się za tę zwrotną energię, którą dostaje. A przecież każdy to chyba zna z koncertów: im żywiej na widowni, tym ostrzej na scenie. Chce się grać, chce się tworzyć, chce się poszerzać wąskie horyzonty. Właśnie oddajemy nasz 20. numer. Każdy był naszą małą trasą koncertową po Warmii i Mazurach. Uzależnieni jesteśmy od spotykania się z wartościowymi ludźmi, których chcemy wprowadzać na łamy magazynu. To nasze dragi. Z czułością dopieszczamy każdy numer po nocach. Tak wygląda nasz „mejdinowy” sex, drags and rock’n’roll. Jeśli w jakikolwiek sposób pomogliśmy spojrzeć na ten region z większym optymizmem i większym poczuciem dumy, jeśli komukolwiek pomogliśmy odnaleźć tożsamość z Warmią i Mazurami, to bez udawanej skromności dodamy z naszej sceny, że zagrało. Obraz: Agata Kurczak

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy: klubowi muzycznemu Nowy Andergrant / Olsztyn, ul. Dworcowa 32 oraz salonowi muzycznemu Riff / Olsztyn, ul. Prosta 39


SHORT Przy porannej kawie KULTURA Polecamy Warmię i Mazury RECENZJE Kultura osobista KULTURA Scenariusz, który przeleżał w szufladzie kilka lat

016

POSTAĆ Jerzy Hoffman

PRODUKTY Galeria handlowa BIZNES Aż chce się coś wysłać GODNE UWAGI Dobre miejsca MADE IN DOBRE MIEJSCE Gwiazdka z aplauzem TURYSTYKA Śnieg z adrenaliną

032

WHISKY & FOOD Jak u wyspiarzy

DOBRE MIEJSCE Widoki na danie główne

034

CIAŁO Gładko poszło SPA Po Nobla do Starych Sadów STOMATOLOGIA Stomatologia jutra już dziś URODA Mądrzejsza dusza, ładniejsze ciało STYL WARMII I MAZUR Cebulka na jesień MODA W poszukiwaniu sukni idealnej AURA KOBIET Aura zmienną jest LUDZIE Rozmowy na schodach PRAWO Franki w sądzie

Wydawca Auris Media Group Michał Bartoszewicz biuro@auris-media.pl www.auris-media.pl Redakcja +48 733 408 350 10-801 Olsztyn, ul. Sielska 17 redakcja@madeinwm.pl www.madeinWM.pl

008 010 012 015 016

056 058 060 063 064 065

024 026 066 028 068 031 071 032 074 034 076 036 077 039 081 040 086 042 043 089 044 090 048 092 050 094 052 095 055 098

FINANSE Nie przekładamy papierów WARMIA I MAZURY Mój region, nasz znak CZŁOWIEK BIZNESU Silny zespół, mocny biznes WNĘTRZE Mała filiżanka, a duża zmiana NIERUCHOMOŚCI Spacer po przyszłym domu AUDIO Koncert w domu. Na żywo

NIERUCHOMOŚCI Miasto w parku MOTORSPORT Lekcja u mistrza AUTO Mokka X wie wszystko

SPOD IGŁY Salon samochodowy MADE IN AUTO Rugbysta doskonały

REPORTAŻ Nietykalni 2016

DAWNO TEMU I kto to wi(e)dział FELIETON Drożdże na warsztacie POZA GALERIĄ Tiry pełne sztuki PARTY & FOTO Obcy, ale pomocny W DOBRYM TOWARZYSTWIE Lista obecności MADE IN NAPISY KOŃCOWE Przemysław Opalach

Druk

Sekretarz redakcji Jolanta Bukowska, jola@madeinwm.pl

Studio Gravite, Olsztyn

Przedsiębiorstwo Poligraficzne HAKUS Maria i Andrzej Kuśmierczyk sp. j.

Patronaty +48 608 641 421, redakcja@madeinwm.pl

Foto Jakub Chmielewski, Piotr Dowejko, Piotr Ratuszyński, Arek Stankiewicz, Łukasz Wajszczyk

Kultura Beata Waś, beata@madeinwm.pl

Korekta Katarzyna Sosnowska-Rama

Dystrybucja +48 733 408 350, jola@madeinwm.pl

074

STYL ŻYCIA 8000 plus

Skład

Reklama +48 733 408 350, reklama@madeinwm.pl

071

WARSZTAT Jadą wozy kolorowe

Redaktor naczelny Rafał Radzymiński, rafal@madeinwm.pl

Projekt graficzny Agnieszka Tańska

065

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótu i redakcyjnego opracowania tekstów przyjętych do druku. Za terść reklam nie odpowiadamy. Przedruk materiałów w  jakiejkolwiek formie i  w  jakimkolwiek języku bez pisemnej zgody Wydawcy jest zabroniony. All rights reseved!

086


RAZ, DWA, TRZY...

4436 SAMOCHODÓW

25 ZŁ MIESIĘCZNIE

4436 – ŚREDNIO TYLE SAMOCHODÓW KAŻDEGO MIESIĄCA REJESTROWANYCH JEST PO RAZ PIERWSZY NA WARMII I MAZURACH.

50 BOISK DO PIŁKI NOŻNEJ ZAJMUJĄ WSZYSTKIE TARGOWISKA W REGIONIE (JEST ICH 80). ROCZNIE POBIERANYCH JEST Z NICH 4,3 MLN ZŁ OPŁAT.

25 ZŁ WYDAJE MIESIĘCZNIE STATYSTYCZNY MIESZKANIEC WARMII I MAZUR NA PAPIEROSY I ALKOHOL. TO O DWA ZŁOTE MNIEJ NIŻ NA LEKI.

40000 SEANSÓW

50 BOISK

40 TYS. SEANSÓW WYŚWIETLA ROCZNIE 20 KIN DZIAŁAJĄCYCH W REGIONIE. ZGROMADZIŁY 991 TYS. WIDZÓW – ŚREDNIO NA JEDNYM FILMIE JEST 25 OSÓB.

21,5 % GOSPODARSTW DOMOWYCH 21,5 PROC. GOSPODARSTW DOMOWYCH NA WARMII I MAZURACH MA ZMYWARKĘ. TO PIĘCIOKROTNY PRZYROST W CIĄGU OSTATNICH 10 LAT.

006

138,1 DECYBELA 138,1 DECYBELA WYKRZYCZELI ZWYCIĘZCY (IDENTYCZNY WYNIK W KATEGORII KOBIET I MĘŻCZYZN) XXI MIĘDZYNARODOWEGO KONKURSU KRZYKU W GOŁDAPI. STARTUJĄCY ODRZUTOWIEC EMITUJE 120 DB.

8,15 % POWIERZCHNI

86 KORTÓW TENISOWYCH CZEKA W REGIONIE NA TENISISTÓW.

44 LATA

86 KORTÓW

44 LATA LICZY NAJSTARSZY FUNKCJONUJĄCY KLUB AUTOMOBILOWY W REGIONIE – OLSZTYŃSKI KLUB MOTOROWY.

8,15 PROC. POWIERZCHNI ADMINISTRACYJNEJ OLSZTYNA ZAJMUJĄ JEZIORA. NA KAŻDEGO MIESZKAŃCA PRZYPADA 43 MKW. – TYLE, ILE DWUPOKOJOWE MIESZKANIE.


www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved

Nadaj kształt swoim marzeniom. Porsche Approved.

Porsche Approved Centrum Samochodów Używanych al. Niepodlegowci 956 81-861 Sopot tel.: 58 550 91 10 tel. kom.: 515 000 911 www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved


INFO

ROWEROWE LUMINESCENCJE I DOOKOŁA JEZIORA

Obraz: IRZIBZPAN

Choć ze ścieżek rowerowych i samych jednośladów słynie Holandia, to trasa w Lidzbarku Warmińskim zaprzątnęła ostatnio wyobraźnię rowerzystów, ekologów, naukowców i wszystkich tych, którzy lubią nietypowe nowinki. Ta nowość ma 150 m nawierzchni, zawierającej tzw. luminofory, czyli substancje syntetyczne, które pochłaniają dzienne światło, a nocą przez ponad 10 godzin oddają nagromadzoną energię w postaci niebieskiej poświaty. Lidzbarska ścieżka jest więc samowystarczalna i ekologiczna, co czyni ją unikatem. Zaprojektowano ją w laboratorium TPA w Pruszkowie, a wykonała firma Strabag. Można na niej nawet na zwykłym składaku… zabłysnąć. Zabłysnąć będzie też można kondycją na 304-kilometrowej Mazurskiej Pętli Rowerowej – szlaku, który powstanie wokół Wielkich Jezior Mazurskich, m.in. przez Węgorzewo, Giżycko, Pisz, Mikołajki, Ryn i Mrągowo. Po opracowaniu koncepcji, trwająca trzy lata inwestycja ma ruszyć pod koniec 2017 roku. Całość pochłonie ponad 54 mln zł, z czego aż 46 mln z dofinansowania.

Mistrzem świata w w yciskaniu sztangi leżąc został olsztynianin Michał Rudziński. 6 października podczas Mistrzostw Świata w  Herzberg w  Niemczech, najważniejszej imprezy sportowej federacji WUAP, wywalczył tytuł mistrzowski w kategorii 140+. Ale najbardziej prestiżowym osiągnięciem zawodnika klubu Sukces Olsztyn jest zdobycie tytułu Open Absolut w formule R AW z nowym rekordem świata i Europy federacji WUAP – 290 kg. W tej kategorii klasyfikowani są wszyscy zawodnicy z  poszczególnych wag, czyli odebrał również medal przyznany najsilniejszemu ze wszystkich uczestników mistrzostw świata. W wyciskaniu sztangi leżąc ma już na koncie tytuł mistrza Europy 2015, mistrza Polski 2014 i 2016.

Obraz: Stefano Verducci

Obraz: archiwum Strabag

REKORD NA LEŻĄCO

008

SZKOLNICTWO NA WARSZTACIE

Umiędzynarodowienie edukacji, rozwój humanistyki i nauk społecznych oraz współpraca z sektorem biznesu – tym między innymi będzie zajmowała się Rada Kongresu Nauki. Tworzy ją 52 naukowców z całej Polski, a wśród nich prof. Monika Kaczmarek z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie. Razem z pozostałymi przedstawicielami nauk humanistycznych, społecznych, ścisłych, medycznych czy technicznych będzie pracowała nad propozycjami reform w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym.

MISTRZOSTWO POZA KATEGORIĄ

W jej sztuce łączy się wrażliwość, wyobraźnia i  technika – tak jur y I  Międzynarodowego Biennale Sztuki Współczesnej we włoskiej Perugii uzasadniło swój werdykt. Prof. Małgorzata Chomicz, graficzka i od 20 lat wykładowca na Wydziale Sztuki UWM, zdobyła Primo Assoluto – nagrodę ponad wszystkimi kategoriami w ymienionymi w  regulaminie konkursu. W październiku brało w nim udział 36 światowej sławy artystów, którzy swoje prace prezentowali w różnych kategoriach.


Obraz: fb.com/jacek.chamera

INFO

Obraz: fb.com/Michał-Rudziński

WYCZESAŁ PARYŻ

800 fr yzjerów z prawie 30 państw, a  wśród nich najlepszy olsztynianin. Jacek Chamera wrócił we wrześniu z fryzjerskich mistrzostw Europy w Paryżu z podwójnym złotem: w konkurencji fryzura klasyczna i w rywalizacji drużynowej. To największy sukces polskiej kadry juniorów w historii, przebili nawet mistrzów świata – Włochów. Jacek pracuje w zawodzie trzy lata, a jego trenerami są Andrzej i Paweł Matraccy. Teraz przed młodym mistrzem Europy kolejne wyzwanie – zdobycie mistrzostwa świata w Paryżu w przyszłym roku.

Najpotężniejszym sposobem udzielenia swojego doświadczenia jest wyjaśnienie, jakim sposobem się go nabyło – kierując się tymi słowami, Samorząd Województwa Warmińsko-Mazurskiego zainicjował międzynarodową dyskusję o efektywnej polityce miejskiej. Gospodarzami debat organizowanych w ramach projektu „Miasta, w których warto żyć…” były te trzy największe w regionie: Olsztyn, Elbląg i Ełk. – Cieszę się, że jako jedyne województwo w kraju uzyskaliśmy dofinansowanie z Ministerstwa Spraw Zagranicznych na realizację projektu promującego potencjał największych ośrodków miejskich naszego regionu – komentuje marszałek Gustaw Marek Brzezin. Wrześniowa debata w Olsztynie poświęcona była rozwojowi sportu i turystyki. Wzięli w niej udział samorządowcy, eksperci i partnerzy z Bornholmu, którzy opowiadali o swoich doświadczeniach w promocji regionu poprzez sport. Wcześniej zwiedzili region, dzięki czemu mogli ocenić turystyczny potencjał Warmii i Mazur. – Trudno tu dodać coś ponad to, co już tu robicie – stwierdził Niels Chresten Andersen, koordynator ds. międzynarodowych administracji Bornholmu. – Powinniście dalej wykorzystywać jeziora, lasy oraz rozwijać turystykę rowerową. Kolejne spotkanie odbyło się w Ełku, gdzie pojawiła się delegacja z departamentu Côtes d’Armor we Francji. Porównanie polskich i francuskich doświadczeń pozwoliło pokazać, w jaki sposób realizować modelowe projekty rewitalizacyj-

Obraz: Archiwum Urzędu Marszałkowskiego

MIASTA, W KTÓRYCH WARTO ŻYĆ

ne i jak tego typu działania wpływają na atrakcyjność miast. Uczestnicy rozmow y omawiali też metody komunikacji z mieszkańcami oraz innowacyjność streetworkingu. O ekonomii społecznej w pierwszych dniach listopada rozmawiali uczestnicy ostatniej debaty w Elblągu, gdzie swój know-how zaprezentowali eksperci z włoskiej Umbrii. Debatę zakończyła sesja networkingowa, podczas której lokalni społecznicy mieli możliwość bezpośredniej wymiany doświadczeń i nawiązania kontaktów z włoskimi partnerami. Projekt realizowany jest przez Departament Współpracy Międzynarodowej Urzędu Marszałkowskiego w ramach konkursu MSZ „Wsparcie wymiaru samorządowego i obywatelskiego polskiej polityki zagranicznej 2016”. Jego całkowita wartość to blisko 115 tys. zł.

Projekt współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

009


KULTURA

Obraz: fb/pinkfreudmusic

POLECAMY WARMIĘ I MAZURY MUZYKA INCOGNITO

Zespół jazzowy Pink Freud z Wojtkiem Mazolewskim na czele przypomina o  swoich fascynacjach elektroniką, nadając jej instrumentalny wymiar. Na najnowszym albumie – gorąco przyjętym przez krytykę i który zaprezentuje w Olsztynie – reinterpretuje muzykę legendarnego duetu Autechre. Koncert 23 listopada, godz. 20.00, Olsztyn, Nowy Andergrant

40 LAT ZE SZTUKĄ

Obraz: Jakub Obarek

W swoich malarskich, poetyckich wizjach miesza techniki i  technologie, sięga po pędzel, ołówek, piórko czy pastele. Wystawa „Tożsamość zapisana” to dzieła balansujące pomiędzy formą abstrakcyjną a realną. Wpisze się w 40-lecie pracy twórczej Izabelli Janiszewskej-Obarek, prof. Instytutu Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Uprawia rysunek, malarstwo sztalugowe, malarstwo na jedwabiu. Jej prace znajdują się w kolekcjach muzealnych, zbiorach prywatnych m.in. w Szwecji, Francji, Niemczech, Włoszech, Kanadzie, USA, Watykanie. Wernisaż 10 listopada, godz. 18.00, duża sala Galerii BWA

TITANIC W URANII

010

DLA KOGO ZŁOTE SZKŁO?

Obraz: Adam Żądło

Najpiękniejsze standardy jazzowe plus kompozycje saksofonisty Piotra Barona to program koncertu z cyklu Jazz w Filharmonii. Z grupą Piotr Baron Quartet wystąpi Gary Smulyan, saksofonista barytonowy, którego kompozycje uzupełnią repertuar. Koncert 11 grudnia, godz. 18.00, Filharmonia Warmińsko-Mazurska

MIŁOSNE MIGAWKI Obraz: royalconcert.pl

Przeboje z filmu „Skyfall”, „Titanic” czy „Upiór w operze” – podczas Koncertu Muzyki Filmowej wystąpi Justyna Steczkowska, Andrzej Piaseczny, Krzysztof Cugowski, Janusz Radek, Mietek Szcześniak cz y Krzysztof Kiljański w towarzystwie ponad 50-osobowej orkiestry Tomasza Szymusia. Całość poprowadzi Grażyna Torbicka i Tomasz Raczek. Koncert 23 listopada, Olsztyn, Hala Urania

JAZZOWE SAKSOFONY

Człowiek, przyroda i architektura – mistrzowskie ujęcia w tych tematach zaprezentuje pokonkursowa wystawa Otwartych Mistrzostw Fotograficznych 2016. W ogólnopolskiej rywalizacji m.in. o Grad Prix i Złote Szkło biorą udział profesjonaliści i amatorzy fotografii. Wernisaż 10 listopada, godz. 18.00, Olsztyn, Galeria Amfilada MOK

„Zjednoczenie dwóch Korei” francuskiego dramaturga Joëla Pommerata w reż. Gábora Máté z Węgier to epilog X edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Nowa Europa – Demoludy. Seria niepowiązanych ze sobą migawek to opowieść o miłości, która niejedno ma imię. Spektakl 10 listopada, godz. 19.00, duża scena Teatru im. S. Jaracza Obraz: archiwum Teatru

Lustrzana rozeta na scenie i nowe aranżacje utworów z płyty „Migracje” Meli Koteluk. Trasa koncertowa pod hasłem „Zmienne tętno” nawiązuje do nowych artystycznych poszukiwań artystki. Jak sama zapowiada, przenosi słuchaczy w inny wymiar, pełen uważności i łagodności. Koncert 18 listopada, godz. 19.00, Olsztyn, CEiIK

Obraz: Honorata Karapuda

KRAINA ŁAGODNOŚCI

AUTECHRE: REAKTYWACJA

Obraz: PAP/Andrzej Rybczyński

Obraz: fb.com/bokka

Narobili szumu na międz ynarodowej scenie muzycznej, mimo że od początku działają incognito. Artyści zespołu Bokka występują w maskach, by skierować uwagę na to, co najważniejsze – muzykę. Ich trasa koncertowa promuje drugi albumu pt. „Don’t Kiss And Tell”. Koncert 17 listopada, Olsztyn, Arte Klubogaleria


RECENZJE

KULTURA OSOBISTA MADE IN

PISZĄ, WYDAJĄ I NAGRYWAJĄ. I POCHODZĄ Z WARMII I MAZUR.

MUZYCZNE PIASKI Eksperyment łączy na pozór odmienne, nie pasujące do siebie muzyczne światy. Slaid jest niezależnym projektem muzycznym, a jego uczestnicy pochodzą głównie z Olsztyna. Nagrania zebrane na pierwszej płycie „Sands” to mieszanka muz yki eksper ymentalnej, trip hopu i new rocka. Powstawały od 2014 roku

podczas sesji nagraniowych z udziałem gości zaproszonych przez Rafała Litwina  – perkusistę i  pomysłodawcę projektu. Na płycie usłyszymy wokal Piotra Wasyluka i Tomasza Bardegi, kontrabasy i saksofony Bartka Kuźniaka, gitary Sławka Jóźwiaka i Andrzeja Choromańskiego. Slaid, „Sands”, wyd. własne

POEZJA NATURY Znany jest m.in. z akcji proekologicznych i działań integrujących wiejską społeczność. W  międz yczasie pisze wiersze m.in. o miłości do ludzi i przyrody, o społeczeństwie i krzywdzie, którą człowiek wyrządza naturze. Wiersze Piotra Romanowskiego, ekologa i społecznika mieszkającego w  Godkach pod Jonkowem,

do tej pory można było czytać głównie w Internecie. We wrześniu na rynku ukazał się jego debiutancki tomik z pięknymi ilustracjami Iwony Sojki, skrzypaczki i rysowniczki, również związanej z warmińską wsią. Piotr Romanowski, „Z księżycem na niebie rysuję”, wyd. Witanet

PUSTYNNY ROCK Klasyka rocka z nowocześnie brzmiącymi riffami – olsztyńska grupa zabiera w muzyczną podróż do lat 70. Jednocześnie w ich twórczości można usłyszeć sporo nowego stoner rocka i grunge’u. Hipnot yzujące dźwięki gitar w  jednej chwili potrafią zmienić się w  huczącą ścianę dźwięku. Zespół powstał w marcu

2013 roku i od tamtej pory zagrał prawie 100 koncertów w całej Polsce. Ich pierwsza długogrająca płyta zawiera 11 energe t yc znych u t worów, u t r z y manych w  klimacie hard rocka i  stoner rocka z domieszką grunge’u. Traffic Junky „Desert Carnivale, wyd. własne

WYSMAKOWANY SINGIEL Singiel zapowiada pierwszą solową płytę Agnieszki Skryckiej, wokalistki olsztyńskiego zespołu Ejtobangla, uczestniczki telewizyjnych programów muzycznych. Utwór „Spadam” nawiązuje do polskiej muzyki z lat 90. w nowoczesnym aranżu. Artystka współpracowała przy nim m.in. z muzykami zespołu Loka, multiinstru-

mentalistą Michałem Sołtanem, z Bartkiem Caboniem, Marcinem Romanowskim z zespołu Red Lips. W nagraniach można znaleźć rock, funk czy wysmakowany pop. Reszta płyty – na wiosnę. Agnieszka Skrycka, „Spadam”, wyd. Fonografika


KULTURA

SCENARIUSZ, KTÓRY PRZELEŻAŁ W SZUFLADZIE KILKA LAT W PREMIEROW Y WEEKEND „OSTATNIĄ RODZINĘ” OBEJR Z AŁO W  KINACH PONAD 100 T YS. WIDZÓW. O  WIELOLETNIEJ PR ACY NAD UDOKUMENTOWANIEM HISTORII BEKSIŃSKICH OPOWIADA POCHODZĄCY Z KĘTRZYNA SCENARZYSTA FILMU ROBERT BOLESTO. MADE IN: Mimo rewelacyjnego przyjęcia filmu przez krytykę i widzów, pojawiły się też głosy, że zrobiliście z Beksińskich – zwłaszcza Tomasza – szaleńców. Poprawiłbyś dzisiaj scenariusz? Robert Bolesto: Żałuję, że nie wszystkie sceny weszły do filmu, trzeba było część z nich odrzucić przy montażu, np. scenę, w której Zosia, Zdzisław i Tomek jadą na złomowisko z dwiema kamerami, by nagrać samochód po wypadku. Ale czuję dużą satysfakcję z efektu końcowego, bo film jest bliski moim wyobrażeniom na temat bohaterów. Każdy, kto zetknął się z Beksińskimi, ma jednak własną wizję, więc trudno wszystkim dogodzić. Wiedzieliście, że będzie problem z przyjęciem przez widzów filmowego Tomka? Jasne. Jego fani, dawni słuchacze, mają wyidealizowany obraz, zbudowany na podstawie emocji, które stwarzał swoim głosem i charyzmą na antenie Trójki. My skupiamy się na tym, co się działo, kiedy rodzina funkcjonowała we własnym gronie, bez osób trzecich. Zarzut, że przedstawiamy Tomka jako osobę niespełna rozumu, wynika z nieuważności. Zbudowaliśmy go inaczej niż pozostałych bohaterów. Jest kalką swoich fascynacji ze świata filmu i muzyki. „Nie wiedziałem, że jest pan duchem” – zwraca się do niego Piotr Dmochowski, marszand Zdzisława. Tomek był trochę nierealną postacią, odtwarzał w życiu role, cytował. Jednak widzowie skupiają się bardziej na porównaniach naszych bohaterów z oryginalnymi nagraniami z życia Beksińskich, które można znaleźć np. na YouTube. Film bazuje na prawdziwych wydarzeniach, jednak jest to fabuła. A katastrofa lotnicza, w której Tomek brał udział? Rzeczywiście ją przewidział? Usłyszał o niej od numerologa, z którym się konsultował. Wspominał o  tym osobie z  bliskiego grona. Wybuchów w samolocie było w rzeczywistości więcej niż w filmie, ale chcieliśmy uniknąć hollywoodzkich efektów. Kilkanaście lat zajęło ci studiowanie życiorysu Beksińskich. Ułożyłeś te puzzle czy zabrakło elementów? Zostały luki w materiałach, którymi dysponowałem. W muzeum w Sanoku, gdzie znajduje się większość dokumentacji pozostawionej przez Zdzisława Beksińskiego, nie dostałem wszystkich nagrań VHS, wglądu do dzienników. To dyrektor muzeum decydował o tym, co wyciągnie z sejfu i mi udostępni. Ale nie to było najgorsze. Przestałem się w pewnym momencie wgłębiać, bo czułem, że zaczynam tonąć w ilości materiałów i wątków z ich życia. Czuję nasycenie ich histo-

rią, nie przeczytałem nawet „Dzienników”, które niedawno ukazały się na rynku. Twoja fascynacja Beksińskimi zaczęła się od audycji radiowych Tomka czy malarstwa Zdzisława? Na audycje Tomka się nie załapałem. W latach 90. pożyczyłem od koleżanki album z malarstwem Zdzisława, potem natknąłem się na reportaż „Leży we mnie martwy anioł” Wojciecha Tochmana. Beksińscy bardziej zaciekawili mnie jako ludzie niż artyści. Zacząłem pisać o nich sztukę teatralną, a po morderstwie malarza powstał scenariusz filmowy, który przeleżał kilka lat w szufladzie. Zgłosił się po niego reżyser Jan P. Matuszyński, który przeczytał o nim przypadkiem na stronie Zdzisława Beksińskiego na Wikipedii. Na festiwalu filmowym w  Locarno ludzie śmiali się na seansie, a  w  polskim kinie więcej ciszy i  łez. Za bardzo sugerujemy się mitem o  fatum nad rodziną Beksińskich? Za granicą odbierają film w innym kontekście. W Polsce większość widowni wie, na jaką historię idzie i jest trochę wycofana. Ponadto my, naród katolicki, mamy problem z tragikomedią, nie potrafimy reagować z dystansem w obliczu nieszczęścia, nie wypada nam się śmiać. Jesteśmy ponurakami. Masz już nową historię na film? Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu „Serce miłości” na podstawie mojego scenariusza w reżyserii Łukasza Rondudy. To historia o żyjących artystach: Zuzannie Bartoszek i Wojciechu Bąkowskim, ich relacji mistrz-uczennica, miłości i życiu, które łączy się ze sztuką. W rolach głównych zobaczymy Justynę Wasilewską i Jacka Poniedziałka. Takie współczesne love story, swoisty rewers Beksińskich. Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Hubert Komerski

Robert Bolesto – ur. w 1977 r. w Kętrzynie, skończył tam technikum elektryczne. Studiował na Politechnice Warszawskiej, której nie skończył, zaliczył dwuletnie warsztaty pisarskie w Collegium Civitas w Warszawie. W 2000 roku zadebiutował w „Rzeczpospolitej” opowiadaniem „Gorący dzień”. Autor dramatów i scenariuszy filmowych, m.in. „Hardkor Disko”, „Córki dancingu”. Film „Ostania rodzina”, nagrodzony m.in. Złotymi Lwami na festiwalu filmowym w Gdyni, opowiada o 28 latach życia w Warszawie Zdzisława Beksińskiego, wybitnego malarza, jego żony Zofii oraz ich syna Tomasza, dziennikarza muzycznego i tłumacza.

015


POSTAĆ

JERZY HOFFMAN MIAŁEM FART WŁ A ŚCIWIE POWINIEN BYĆ UZN A N Y Z A WSPÓŁAUTORA TRYLOGII – BEZ JEGO FILMÓW WYOBRAŹNIA ZBIOROWA KILKU OSTATNICH POKOLEŃ POLAKÓW NIE BYŁABY TAKA SAMA. DLACZEGO KRĘCIŁ W ODWROTNEJ KOLEJNOŚCI NIŻ SIENKIEWICZ PISAŁ, CZYM RÓŻNIŁ SIĘ OD DZISIEJSZYCH TRZYNASTOLATKÓW, 016

NA KOGO LUBI PATRZEĆ PRZEZ SZKŁO I CZEMU MIESZK A W  DOMU NA WODZIE? JERZY HOFFMAN WPROWADZA NAS NA PLAN FILMOWY SWOJEGO ŻYCIA. REŻYSERIĘ TYM RAZEM POZOSTAWIŁ KRAJOBRAZOWI MAZUR.


POSTAĆ

017


POSTAĆ

Jerzy Hoffman: Moglibyśmy usiąść na górze w bibliotece, ale mamy tam problem z osami. (Siadamy więc na dole domu na wodzie w Sikorach Juskich. Przed nami rozciąga się widok na jezioro Łaśmiady, w oddali widać tylko wyspę porośniętą lasem. Pada. Zapatrzeni, wiemy już, dlaczego Jerzy Hoffman mieszka tu od niemal 40 lat) MADE IN: Od paru dni leje deszcz. Nie boi się pan potopu? (śmiech) Wie pani, w odróżnieniu od rzek, jeziora nie wylewają. Ja swój „Potop” przeżyłem 40 lat temu.

018

Jest taki, dość wyświechtany już, frazes, mówiący, że życie pisze najlepsze scenariusze. Ale Pana życie to rzeczywiście gotowy materiał filmowy – przynajmniej na trylogię. „Oby dane ci było żyć w ciekaw ych czasach” – to chińskie przekleństwo. A ja przyszedłem na świat rok przed dojściem Hitlera do władzy. Jednak tak już bez żartów, to bardzo trudne życie miało pokolenie moich rodziców. Ojciec poszedł na front w wieku 18 lat, po zdanej maturze w 1916 roku, i był trzykrotnie ranny. Zahaczył o dwie wojny. Ja na szczęście tylko o jedną i de facto byłem od niej daleko, bo na Syberii. Paradoks polega na tym, że dzięki temu żyję. W kraju zginąłbym w Holocauście, jak ogromna większość mojej rodziny. Na początku wywiadu rzeki Po mnie choćby „Potop” opowiada pan Jackowi Szczerbie o wróżbie wypowiedzianej przez cygankę „Daleko zajdziesz i zginiesz nagłą śmiercią”. Komentuje ją pan w ten sposób: „Trochę się przestraszyłem […], choć byłem już wtedy dorosły”. I dookreśla pan: „Miałem trzynaście lat, piłem, paliłem, byłem

po pierwszej kobiecie, a po poważnej bójce wiedziałem, co to nóż”. W czasie wojny żyło się szybciej? Nasze pokolenie trzynastolatków w porównaniu z dzisiejszymi to ojcowie dzieciom. Kolosalna różnica. Ja w wieku siedmiu lat na wyciągnięcie ręki widziałem trupy, rezultaty bombardowań, dziewczynkę rozpaczającą nad matką, czyli to, co normalnie znamy z kadrów filmowych. Bardzo szybko dorośleliśmy. Chłopcy z szóstej klasy od nas z Syberii, którzy repetowali dwa-trzy razy (a takich było sporo), szli na front. Ja właśnie sześć klas na Syberii skończyłem. W książce co wspomnienie, to anegdota-perełka. Można było poderwać na nie dziewczyny? Czy ja wiem… Dziewczyny moich czasów, moje jednolatki, miały podobne doświadczenia. Zresztą ja nigdy nie należałem do podrywaczy. Nie wierzę. Na pewno nie byłem czarusiem. A czytając wywiad z panem, trudno właściwie określić, czy jest tam więcej kobiet czy różnego rodzaju trunków. Ach, no wie pani… Nasze pokolenie kochało kobiety i one nas kochały. Jak to w tej rosyjskiej piosence: „Ja kocham cię życie i mam nadzieję, że to nawzajem”. Miłość była odwdzięczana miłością. Nawiązując jeszcze do rozmowy z Cyganką – wracał pan wówczas z pięcioletniej zsyłki na Syberii. To tam pierwszy raz przeczytał pan „Pana Wołodyjowskiego”. Tak, to była pierwsza książka, którą ojciec przesłał mi, gdy tylko przekroczyli z wojskiem dawną granicę Polski.


POSTAĆ

Później przyszedł jeszcze „Potop”, natomiast „Ogniem i mieczem” nie przepuściła cenzura. Nie można powiedzieć, że ja Sienkiewicza czytałem. Ja się w nim zaczytywałem! „Ogniem i mieczem” poznałem na końcu, już w Polsce. I tak się złożyło, że w takiej kolejności nakręciłem też Trylogię. To nie był przypadek. Po „Krzyżakach” rękę na „Potopie” położył Ford. Aleksander Ford by ł absolutnym w ładcą kina polskiego, jakakolwiek dyskusja czy konkurencja była z nim w tym czasie niemożliwa. Gdy na przykład miał jakieś problemy z wojskiem, podnosił telefon i dzwonił do Aleksandra Zawadzkiego, ówczesnego Przewodniczącego Rady Państwa, czyli odpowiednika naszego prezydenta, i mówił: „Olek? Tu Olek. Jakiś generał nie chce dać nam wojska! Komu jest ten fi lm potrzebny – mnie czy wam?!”. I była sprawa załatwiona. Wolny był natomiast „Pan Wołodyjowski”. Telewizja zaproponowała Jerzemu Lutowskiemu napisanie serialu „Przygody pana Michała”. A on, wiedząc, że mam absolutnego szmyrgla na punkcie Sienkiewicza, zaproponował mi realizację. Odpowiedziałem, że serial owszem, ale przede wszystkim interesuje mnie kino. Wspólnie napisaliśmy scenariusz filmowy. Miałem robić obie realizacje, ale później przyszedł rok ’68 – jak było, mówiłem o tym wielokrotnie. W  każdym razie w  serialu była większość moich aktorów, kamera na moim planie, moje dekoracje, kostiumy i  sceny batalistyczne, a  mojego nazwiska nie było. Takie czasy. Ale kiedy w  trakcie przygotowań do „Potopu” jeden z kolegów zaproponował mi, że on zrobi serial, to powiedziałem „Tym razem na mojej dupie nikt się nie przewiezie”.

Co takiego jest w literaturze Sienkiewicza? No co jest w jego literaturze, że całe pokolenia młodych ludzi – i tych, którzy walczyli o Polskę, i tych, co szli do lasu w czasie partyzantki – przyjmowały pseudonimy z sienkiewiczowskich powieści? On pobudzał naszą fantazję, ziszczał nasze marzenia. To później tak się stało, że słowo patriotyzm albo zaczęło być czymś wstydliwym, albo próbowano je zdewaluować, upartyjnić, utożsamić z nacjonalizmem. Różne były losy tego pojęcia. A dla naszego pokolenia to było coś absolutnie samo zrozumiałego. Może to brzydko brzmi, ale to był psi obowiązek! Zaproponowano mi kiedyś udział w dyskusji o tym, czy warto ginąć za ojczyznę. Dla nas takiej dyskusji nie było, bo inaczej ojczyzny by nie było. I nie mogliby nasi politycy pokrzykiwać z ław sejmowych, bo nie byłoby polskiego sejmu. Czytuje pan jeszcze Trylogię? Czasami tak. Jak się jakoś tak parszywie czuję… Zresztą stała się rzecz dziwna. Dopóki nie nakręciłem filmu, mogłem wziąć udział w każdej olimpiadzie na temat Trylogii, bo znałem ją niemal na pamięć. Ale w filmie wiele rzeczy uległo zmianie i później już nie byłem pewny, co było u Sienkiewicza, a co u mnie. Po nominacji „Potopu” do Oscara, 7,5 mln widzów „Ogniem i  mieczem” osiągnął pan stan spełnienia? Nakręcenie Trylogii było pana marzeniem zawodowym przez cztery dekady. O realizację „Ogniem i mieczem” walczyłem ponad 11 lat, przy czym nie była to tylko sprawa cenzury, bo już w ostatnim okresie PRL-u minister kultury i sztuki, wspaniały historyk prof. Krawczyk przeboksował (w ramach likwidacji

019


POSTAĆ

tzw. białych plam w stosunkach polsko-sowieckich) realizację właśnie „Ogniem i mieczem”. Przyznał dotację, ale następna pani minister ją zlikwidowała. Zaczęła się walka o pieniądze. Nigdy już nie miałem dostatecznej ilości funduszy, by zrobić ten film tak, jak marzyłem. Dlatego zabrakło niektórych scen, a przede wszystkim przestrzeni – nie było stepów, dzikich pól. Po prostu zabrakło pieniędzy. Zaciągnęliśmy pierwszy w powojennej Polsce kredyt na realizację filmu! Ten dom był zastawiony, zastawione było moje mieszkanie w Warszawie i mieszkanie producenta Jurka Michaluka. Niewielu w nas wierzyło, a jednak film powstał.

020

À propos pieniędzy – po sukcesie ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego” miał pan propozycję lukratywnego kontraktu we Włoszech, ale wrócił pan do kraju. Po „Potop”. „Pan Wołodyjowski” przeszedł z dużym powodzeniem po ekranach włoskich kin. Zaproponowano mi więc w Cinecittà realizację dwóch tematów: „Carskiego kuriera” Juliusza Verne albo „Córki kapitana” Puszkina. Gaża, którą mi proponowano, w Polsce była jak sezamie otwórz się. Ale ja chciałem przenieść na ekran sienkiewiczowski „Potop”. Nie żałuję tej decyzji. Zresztą po nominacji „Potopu” do Oscara proponowano mi zostanie w Hollywood i też wybrałem powrót. Dlaczego? Było wiele względów. To tak jak Napoleonowi tłumaczono, dlaczego nie oddano salwy na jego cześć: „Z siedemnastu powodów. Po pierwsze: nie mamy armat”. „Dziękuję, więcej nie trzeba” – odpowiedział Napoleon. „Po pierwsze” to oznaczało wówczas emigrację do końca życia. Nikt z nas nie przewidywał upadku komunizmu, choć dzisiaj są mędr-

cy, którzy twierdzą, że wiedzieli… Taka decyzja oznaczała, że nigdy nie zobaczy się Polski, rodziców, przyjaciół. A po drugie byłem wtedy krótko po 40-tce. Mając tyle lat w Hollywood, trzeba być całkowicie niezależnym i nie musieć niczego – a nie skakać. Ja lubiłem skakać z własnej woli, a to duża różnica. W Polsce również oczekiwano po mnie wiele po „Potopie”, więc nakręciłem „Trędowatą”. Skandal był ogromny wśród krytyki i nie miałem już problemu! (śmiech) Wróćmy do początku – jak syn wziętych lekarzy znalazł się na moskiewskiej reżyserii filmowej? Rodzice oczywiście marzyli, że pójdę na medycynę. Tak między nami mówiąc – mniej groźny jest dla ludzi jeszcze jeden mierny reżyser niż mierny lekarz. Na Syberii co prawda stawiałem bańki, rwałem zęby, ale tylko górne – bo łatwiej. Jednak nie wzbudzało to we mnie zapału. Pisałem też trochę wierszy. Gorzej – drukowano je. Na szczęście szybko zrozumiałem, że „pan poeta, pan poeta, tylko morda nie ta”. Później wygrałem jakiś konkurs w radiu na słuchowisko o bitwie pod Lenino na podstawie opowieści ojca. Robiłem inscenizacje, zacząłem brać lekcje reżyserii w teatrze w Bydgoszczy u prof. Muskata. Ale okazało się, że nie mieszczę się w teatrze. Potrzebna mi była przestrzeń, tysiące statystów. A w ogóle zaczęło się od tego, że przed maturą siedziałem w parku z moim przyjacielem Jarkiem Szymkiewiczem i zastanawialiśmy się, jaki wybrać zawód, żeby nie pracować od ósmej do szesnastej. On został krytykiem, a ja reżyserem. (śmiech) Dlaczego w Moskwie? W Polsce musiałbym najpierw skończyć inne studia, a nie chciałem czekać. Dostałem się przez kumoterstwo – co też nie jest tajemnicą – bo okazało się, że przewodniczącym komisji był przyjaciel ojca z frontu.


POSTAĆ

Pana córka, Joanna, także nie poszła w ślady ojca, ale za to niedawno zagrała ją Kate Winslet w filmie o Stevie Jobsie. Tak, właśnie dumny jestem z tego, że nie jest znana jako córka Jerzego Hoffmana, tylko ja jako jej ojciec. Choć wcześniej Joanna chciała być archeologiem. Ponieważ jej matka była Ormianką, wybrała sobie jako temat pracy doktorskiej Starą Armenię. Wykopaliska odbywały się w Dolinie Uraratu, nad samą granicą turecką. Była obywatelką amerykańską i w czasie zimnej wojny nie mogła być dopuszczona do strefy przygranicznej. Na szczęście pacjentem ojca był prof. Michałowski, słynny egiptolog, i przez niego rektor akademii w ówczesnym Leningradzie pozwolił córce na udział w tych pracach. Niemożliwe stało się możliwe, ale do momentu, kiedy nie rąbnęła zaciekła zimna wojna – przed samym finałem pracy Joanny! Ona była w kompletnej rozpaczy. Przyjaciele zaproponowali, by przyjechała odpocząć do Doliny Krzemowej. I tak to się potoczyło. [ Joanna, jako jedyna kobieta, znalazła się w pięcioosobowym zespole, który skonstruował osobisty komputer Macintosh. – red.] Wyjechała stąd cztery dni temu. Odwiedził mnie też starszy wnuk z narzeczoną Hinduską, młodszy wnuk. I z przyjaciół zawsze ktoś tu mieszka. A pan jak często tu bywa? Jestem tu każdego roku od maja do końca października. Dawniej również w zimie! Tu montowałem „Piękną nieznajomą”, „Ogniem i mieczem”, „Ukrainę”, „Starą baśń”. Po operacji, wycięciu części płuca – bo za długo, niestety, paliłem – nie mogę już tu bywać zimą. Za ostry klimat, wilgoć. Ale pięknie jest! Jezioro zamarznięte, biel, ciężarówki jeżdżą po nim z jednego końca na drugi, rybacy siedzą nad przeręblami… Polski film zawdzięcza coś temu widokowi? Na pewno. Wie pani, to jest moje sanatorium dla duszy. Ja tu ładuję akumulatory. Ze swoim organizmem obchodziłem się w sposób wręcz barbarzyński, co potwierdził pewien wybitny profesor, który mnie badał: „Genetycznie pochodzi pan z bardzo długowiecznej rodziny, ale trybem życia zrobił pan wszystko, żeby to zniwelować”. (śmiech) To, że jestem w takiej formie, to dzięki temu! (szerokim gestem wskazuje na mazurski krajobraz) Cieszy mnie każda pogoda, nawet taka, bo jezioro ciągle się zmienia. Tutaj jest i szkwał, i te chmury się odbijają… Tam przy pomoście mam swój okręt z flagą z czasów Władysława IV z bitwy pod Oliwą, ręka wzniesiona z bułatem. Pływamy nim w dość wesołym towarzystwie. No właśnie – Szczerba pisze o panu „imprezowicz i miłośnik czystej wódki”, ale zaznacza też „nie sypiał z aktorkami”, a pan wspomina w książce, że w pracy pił pan tylko raz. Plan filmowy to sacrum? Nie, nie, inaczej. Było takie powiedzenie o polskim reżyserze. Skacowany przychodzi na plan i pyta „Cso kręcimy?”. Skr ypt podaje numer sceny i  ujęcia, a  on „Ale jaki film kręcimy?!”. Na moich oczach rozegrał się dramat Edka Skórzewskiego, który był moim bardzo bliskim przyjacielem i najbliższym współpracownikiem. W dodatku kiedyś tak się zdarzyło, że kręciliśmy ze św. pamięci operatorem Jurkiem Lipmanem poważną scenę plenerową w „Panu Wołodyjowskim”. Ach, jak nam się pracowało! A później obejrzeliśmy materiał na ekranie… To może być niezrozumiałe dla dzisiej-

szych filmowców, bo dziś cały czas ma się podgląd, a kiedyś trzeba było czekać, aż materiał zostanie wywołany. Jeśli kręciło się za granicą i to był film barwny, to czekało się nawet 14 dni, żeby zobaczyć, co się zrobiło. Jak zobaczyliśmy, cośmy zrobili, to złapaliśmy się za głowy. I to był ostatni raz, kiedy wypiłem w czasie zdjęć. Poza tym alkohol nie interesuje mnie nawet w najmniejszej ilości, jeśli jestem sam. Nie potrzebuję drinka, żeby się dobrze czuć. Ale uwielbiam biesiadę, towarzystwo, lubię patrzeć w oczy przyjaciół przez szkło… Wielu było takich, którzy nie dawali panu rady. Znany jest pan z siły fizycznej, która nawet przy przyjacielskich uściskach łamała żebra… Wspomniała pani, że w moim pokoleniu nie wszyscy tak brawurowo przeszli przez życie. Właśnie ta siła fizyczna odegrała niebagatelną rolę, bo na dalekiej Syberii, wśród tamtejszych chłopaków, siła pięści podpierała autorytet. Szersze grono zna pana jako reżysera, który nie ugina się przed najtrudniejszymi scenami batalistycznymi. Co pana napędza? Bo ja wiem… Są różni malarze: portreciści, bataliści, maryniści. A ja, czytając Sienkiewicza, przekładałem sobie step dzikich pól na lasostep Ałtajskiego Kraju. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie bitwa na polu lodowym w „Aleksandrze Newskim” Eisensteina. Wojna towarzyszyła mojemu dzieciństwu i dojrzewaniu. Jeszcze przed jej wybuchem wszyscy bawiliśmy się w wojsko, bo dorośli żyli wiadomościami z frontów z Abisynii i Hiszpanii. Wokół wszystko walczyło, więc i w naszym gorlickim parku powstawały osobne wojska, a na Syberii ulica biła się z ulicą. To było całkowicie naturalne. Urodził się pan w Krakowie, dzieciństwo spędził w małopolskich Gorlicach i na Syberii, później było liceum w Bydgoszczy i studia w Moskwie, następnie Łódź i Warszawa… Skąd te Mazury? Z filmu! Niedaleko stąd, w Orzyszu kręciłem bardzo duże sceny „Do krwi ostatniej” – bitwę pod Lenino na poligonie, obóz w  Sielcach. Był 1976  rok. Woził mnie taksówkarz, Janek Brzuchalski z Ełku. Mówił „Panie Jureczku, kupiłby pan jakiś dom na Mazurach!”. A ja „Panie Janku, jaki dom?! Ja i moja żona jesteśmy cyganie, dziś tu, jutro tam”. I tak długo mnie prześladował, aż powiedziałem: „Będzie dom na wodzie, to kupię”. A on, że „Za Niemca były takie domy, teraz nie ma”. Minął niecały rok, kręcę w  Białymstoku serial „Do krwi ostatniej” (po całej chryi, jak zdjęto fi lm z ekranów, bo przecież my po raz pierwszy powiedzieliśmy o Katyniu „A jeśli to prawda?”) i dostaję telefon „Jest dom na wodzie!”. Przyjechałem. Ruina absolutna. Góra całkowicie zawalona, tej części, w której jesteśmy, w ogóle nie było. Ale ruina postawiona tak, jak dziś już nie wolno stawiać domów – to znaczy: mur i woda. (klaszcze energicznie) Jak był sztorm, dopóki nie postawiłem falochronu, bryzgi wody wpadały mi do środka. I tak jestem tu ponad 35 lat. To już kawałek życia, nie? Wyczytałam, że w tutejszym salonie wisi ocalała z rodzinnych Gorlic lampa. Jak myśli pan „jadę do domu”, to właśnie tu? Mam co prawda też dom w  Warszawie, ale tak… To tu. O, lampa jest tutaj, a ten piec niedawno sprowadziłem znad

021


POSTAĆ

granicy niemieckiej. (prowadzi nas przez dom; fotograf Arek Stankiewicz: A mnie zaciekawiła kolekcja klaunów) Ja zawsze lubiłem coś zbierać. Proszę, tu są sowy, tu replika lampy Łukasiewicza, tu modele starych samochodów… A wędkuje pan? O, nie, nie, nie. Owszem, bardzo lubię ryby, ale od momentu, kiedy są na patelni. A co to jest? (podzwania elementem kolejnej kolekcji) Janczary! (śpiewa) „Puchowy śniegu tren / W krąg roztoczył lśnień czary, / Dźwięczą sanek janczary”. To jest to. Kiedyś dużo tu pływałem. Na wiosłach, przez kanał do Starych Juch, wpław aż do tamtej wyspy i z powrotem. Ale po operacji już nie mogę, więc pływam na moim okręcie. Tu jest strefa ciszy. Wprawdzie w ciągu dwóch sezonów jakimś dziwnym statkiem przypływały wycieczki, żeby mnie zobaczyć, ale na szczęście umarło to śmiercią naturalną. To pana pustelnia? Z tą pustelnią to nie przesadzajmy. Po prostu potrafię tu być sam, bo jest wiele nieprzeczytanych książek, nieobejrzanych filmów, niewysłuchanej muzyki. I mnóstwo wspaniałych wschodów i zachodów słońca. Pełno tu ptactwa, nie każde ukochane, bo są ogromne stada kormoranów. Jak u Hitchcocka. A przecież wszędzie tam, gdzie mieszkają, umiera las, bo ich odchody są jadowite, zawierają kwas solny. Poza tym wielu moich bliskich kolegów jest już tam. (wskazuje palcem ku górze) Zawsze mogłem sobie pozwolić na luksus bycia z ludźmi, wśród których chciałem być, ale tych ludzi jest niestety coraz mniej. Mnie niedługo stuknie 85 lat. Dzięki opiece wspaniałego lekarza dr. Mikołaja Cywoniuka z Ełku utrzymuję nienajgorszą formę. Podobno można tu solidnie dograć w brydża… Tu się gra w brydża! (wskazuje na stół, przy którym siedzimy i wysuwa ukryte szufladki) Powinny być karty… O, a te szufladki są na szklanki.

022

Bardzo praktyczne. Spotyka się tu polska kinematografia? Kiedyś w brydża grywaliśmy często, chętnych było wielu. Dziś niestety trudno o czwórkę. Przy tych rozsuwanych stołach siadało do 30 osób, samych bliskich. To tutaj wznosił swój tradycyjny toast Wiktor Zborowski: „Nie życzę wam pieniędzy, bo na Titanicu wszyscy byli bogaci. Nie życzę wam zdrowia, bo na Titanicu wszyscy byli zdrowi. Życzę wam fartu!”. Ja miałem fart. Ale też trzeba było dać mu szansę. Choć są ludzie, którzy mają pecha. Ja wierzę w „co komu pisane”. Np. mój ojciec: będąc na przepustce w czasie I wojny światowej, dostał od mojego dziadka gruby, oprawny w skórę notes. Miał go na sercu w kieszeni bluzy mundurowej i dostał kulą w pierś! Widziałem ten poszarpany kulą notes w domu, jeszcze przed wojną. A w czasie II wojny ojciec wyszedł z ziemianki, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza – już jako lekarz. Wyszedł, a w ziemiankę uderzyła krowa, czyli taka niemiecka mina. Wszyscy, którzy byli w środku, zginęli, a ojciec został tylko kontuzjowany. Co komu pisane… Kogo z filmowców trudno ograć w brydża? Ja lubię grać, co nie znaczy, że umiem. Natomiast gra z nami były mistrz świata w brydża sportowego, a w tej chwili mistrz Europy. Ale on nie jest filmowcem.

TO JEST MOJE SANATORIUM DLA DUSZY. ZE SWOIM ORGANIZMEM OBCHODZIŁEM SIĘ W SPOSÓB WRĘCZ BARBARZYŃSKI. TO, ŻE JESTEM W TAKIEJ FORMIE, TO DZIĘKI TEMU MIEJSCU! CIESZY MNIE KAŻDA POGODA , NAWE T TAK A , BO JEZIORO CIĄGLE SIĘ ZMIENIA.

Ma pan ulubione lokalne trunki? Najbardziej to ja lubię, proszę panią, czystą wódkę. Lubię Krwawą Mery, bo w czasie diety nie wymaga zakąski, lubię dobrą whisky. Jak się zresztą okazuje, to, co smakuje daleko od kraju, jest związane z tą ziemią, na której się jest. Np. Cuba Libre na Kubie było wspaniałe, tequila w Meksyku też, a u nas średnio. Trudno na Karaibach pić wódkę, ale w naszym klimacie, z dobrą zakąską – mój Boże… Zmieniając temat – nieopodal domu znajduje się nagrobek ze zdjęciem psa. Co to za historia? To była Kaja, mój ukochany pies. Jestem psiarzem, w odróżnieniu od mojej żony Jagody, która jest kociarą. Ja miałem kota na Syberii. Ukradł z trudem zorganizowane masło dla chorego dziecka sąsiadów. Dramat był straszny. Spuściłem manto kotu, a on w nocy rzucił mi się do gardła. Nie jest więc to moje ukochane zwierzę. A Kaja to nie był pies, to był człowiek. Nawiązując jeszcze do Mazur – nawet oświadczył się pan pod Grunwaldem. O, a Grunwaldu jakoś nigdy z Mazurami nie kojarzyłem. (śmiech) Pojechaliśmy tam z  Edkiem Skórzewskim po film o bitwie pod Grunwaldem. I tam oświadczyłem się mojej, nież yjącej już, żonie Walent ynie. Ale f ilmu nie zrobiliśmy.


POSTAĆ

A na co reżyser Jerzy Hoffman chodzi do kina? Ja jestem normalnym widzem. Potrafię się wzruszać, śmiać. Jeśli film chwyci mnie za gardło, to idę za reżyserem, a jeśli pozostawia mnie chłodnym, to zaczynam oglądać to z boku. Przede wszystkim lubię dobre kino amerykańskie. W ten sposób określił pana kino Wojciech Has. Tak, po tym jak przez pięć godzin oglądał „Potop” na stojąco – podczas pierwszego pokazu w łódzkiej wytwórni. Zresztą amerykańska krytyka filmowa mówiła, że jestem najbardziej hollywoodzkim reżyserem z europejskich reżyserów. (śmiech) Spotkać można pana w olsztyńskim kinie – jest pan ambasadorem WAMA Film Festival. Tak, w tym roku przewodniczyłem jury fi lmów krótkiego metrażu. A zaczęło się od „Kota” Bastkowskiego, z którym po raz pierwszy zetknąłem się przy kręceniu „Ogniem i mieczem” – był jednym z dwóch montażystów. Sam montował też „Bitwę warszawską”. A co do WAMA Film Festival – nigdy za dużo miejsc, gdzie ludzie kultury mogliby się spotkać, coś zaprezentować, podyskutować, czasem pokłócić. Gdzie młodzi mogliby się czegoś nauczyć, a ludzie przy okazji coś zobaczyć. Żyjemy w czasach dla kultury niezbyt przychylnych, czasach niesłychanie zmaterializowanych. A tu młodzi ludzie, którzy mają masę entuzjazmu, postawili na

tożsamość, na korzenie, właśnie na tej ziemi, gdzie różnice kulturowe ze sobą żyją i się mieszają. Wierzyłem, że się im uda, ale nie przypuszczałem, że aż tak. Przyjeżdża tu pan samochodem? Prawo jazdy zrobił pan w wieku 60 lat. Jeżdżę sam do Ełku, ale na dłuższych trasach już nie – czuję, że jestem zmęczony, przez co mogę stanowić zagrożenie na drodze. A czemu tak późno? W wieku 17 lat miałem prawo jazdy na motor, później robiłem fi lm za fi lmem, więc ktoś mnie zawsze woził. I nie było właściwie okazji. Podobna historia była z  jeżdżeniem konno. Nauczyłem się na Syberii, na oklep oczywiście. Jeździłem całkiem przyzwoicie, więc np. w  czasie kręcenia filmu „Na  drogach Armenii ” podróż po kręt ych i  ur wist ych drogach Kaukazu odbyłem konno. A gdy zacząłem realizować Trylogię, musiałem podpisać zobowiązanie, że nie siądę na konia, bo każdy dzień zdjęciowy kosztował duże pieniądze i  gdybym upadł, przer wał zdjęcia… Wszyscy moi asystenci korzystali z okazji do jazdy w czasie tych moich – konnych zresztą bardzo – fi lmów, a ja niestety nie mogłem. Aż przyszedł taki moment, że było już za późno. No i nie jeżdżę konno. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Arek Stankiewicz

023


PRODUKTY

GALERIA HANDLOWA MADE IN

AUTO CIĄGLE NOWE

CICHE WINYLE

Ten produkt z pewnością dedykowany jest wszystkim purystom motoryzacyjnym. Folia ochronna XPEL ULTIMATE to najskuteczniejsze zabezpieczenie lakieru samochodowego, jakim dysponuje dzisiejsza technologia. Jest w zasadzie niewidoczna gołym okiem (idealnie przezroczysta, samoregenerująca się, nie odbarwia się), a skutecznie chroni powłokę lakierniczą przed odpryskami, zarysowaniami, żywicą, ptasimi odchodami. Folią można zabezpieczyć też wybrane newralgiczne fragmenty nadwozia: zderzaki, maskę, nadkola, progi czy lusterka (producent folii dostarcza gotowe elementy pod konkretną wersję auta). Pielęgnuje się ją jak zwykły lakier, a w każdej chwili można ją zdjąć. Jedynym certyfikowanym studio na Warmii i Mazurach, które aplikuje folie ochronne XPEL, jest olsztyńskie Bling Factory – profesjonaliści od car detailingu. www.blingfactory.pl

Z tymi winylami wszystko zagra, jak należy: są ciche, odporne na zarysowania, modne oraz ekologiczne. I nie mówimy o  powracając ych do łask muzycznych płytach winylowych, ale o podłogach z winylu. Ich wyciszające właściwości, różnorodna, naturalna kolorystyka, wielość kształtów, a także szybki montaż oraz wysoka odporność na wilgoć i zniszczenia powodują, że winyl na podłodze ma równie wielu zwolenników jak ten na adapterze. I starzeje się z taką samą klasą. Cena produktu już od 129 zł / m². Podłogarnia Olsztyn ul.Budowlana 2b www.podlogarnia.pl

024

ŚWIĄTECZNA SŁOMA

WŁASNE JEZIORO

Aniołki, wiedźmy, koziołki, baranki, sople, komety, bombki i szopki – ze zwykłej słomy i kłosów można zrobić świąteczne cuda. Tę rzadką umiejętność posiada Helena Kołodziej, artystka należąca do Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Jej misterne ozdoby choinkowe to oryginalny wystrój nie tylko rustykalnych wnętrz. Manufaktura Sztuki, Olsztyn, ul. Staromiejska 1

Głębiny regionalnych jezior i ich otoczenie – barometryczne mapy 3D z tektury i sklejki to gratka dla żeglarzy, nurków, wędkarzy, ale też dekoratorów wnętrz. Opracowane cyfrowo, wycinane laserowo i wykańczane ręcznie projekty dowolnych akwenów wodnych, nie tylko Warmii i Mazur, powstają na zamówienie. www.handyprojectstudio.com


PRODUKTY

SIŁA OZDOBY Przed wiekami biżuteria pełniła rolę ozdób i była nośnikiem znaczeń przypisy wanych jej przez duchowych guru, chroniła i wzmacniała. Cztery Żywioły – komplet z mosiądzu patynowanego i  bursztynów – akty wizuje rozum, racjonalne myślenie, prawość, wytrwałość. Jerzy i Jolanta Stankiewiczowie, tworząc misterne rękodzieło, inspirują się historią plemion żyjących dawniej na terenie regionu. www.waregena.pl

OBROTNE VOLVO W Volvo mają naprawdę obrotne maszyny. Dzięki zaproszeniu klientów do uczestniczenia we wszystkich etapach prac konstrukcyjnych i produkcyjnych modelu EWR150E, koparka ta stała się synonimem potrzeb jej użytkowników. Zmieści się wszędzie, bo ma najmniejszy parametr obrotu na rynku (wśród maszyn zgodnych z rygorystyczną normą emisji spalin Stage IV), kompaktową budowę nadwozia, komfortową kabinę z doskonałą widocznością we wszystkich kierunkach oraz różne rodzaje podwozia – klient sobie dopasuje. Volvo Maszyny Budowlane Polska Sp. z o.o., ul. Borowa 1, 10–242 Olsztyn

025

KUBKI PLUS WYOBRAŹNIA

BOHO I CELEBRYTKI

Herbata plus piernik – połączenie idealne na zimowe wieczory. Ciastka w kształcie warmińskich chatek, łódek czy ozdabiane lukrowanym logo Olsztyna to przy okazji regionalna pamiątka. Lucyna Milanowska-Kotulak z Bartąga tworzonymi ręcznie łakociami pobudza kubki smakowe i wyobraźnię. Manufaktura Sztuki, Olsztyn, ul. Staromiejska 1

Koronka i aksamitna taśma – na to połączenie stawia w jesienno-zimowym sezonie warmińska marka odzieżowa Karen Paul. Lekkie, romantyczne, podkreślające kobiecość kreacje doceniają miłośniczki stylu boho, również te z pierwszych stron gazet. Butik Karen Paul, Olsztyn, ul. 1 Maja www.karenpaul.pl


BIZNES

POWSTAŁY Z BLACHY, WSPOMNIEŃ I SERII NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ. PODOBNO LISTONOSZE NA CAŁYM ŚWIECIE GŁOWIĄ SIĘ, DLACZEGO DO TYCH SKRZYNEK POCZTOWYCH TRAFIAJĄ TYLKO DOBRE WIADOMOŚCI. W CZYM TKWI SEKRET SKRZYNECZEK Z WARMII, OPOWIADAJĄ ZBIGNIEW I ŁUKASZ SMYKOWIE*.

AŻ CHCE SIĘ COŚ WYSŁAĆ MADE IN: Piszecie jeszcze listy? Łukasz Smyk: Listy może nie, ale na strychu przechowujemy klasery pocztówek z całego świata – w czasie studiów miałem krótki romans z losową wymianą kartek poprzez serwis Postcrossing. Można powiedzieć, że wróciłem do tego, od kiedy zaczęliśmy sprzedawać skrzynki pocztowe, bo jedną z form pogłębiania relacji z naszym klientami stało się właśnie wysyłanie kartek. W każdej sprzedanej skrzynce umieszczamy pierwszą wiadomość: pocztówkę z naszym mottem „Na dobre wiadomości!” i  ręcznie w ypisanymi pozdrowieniami ze stolicy Warmii i Mazur. Dostajemy odpowiedzi, ale i kartki na święta.

026

Pod jakie adresy trafiają kartki z Olsztyna? ŁS: Czyli gdzie są nasze skrzyneczki? Ooo, to wymieniaj, tato. (śmiech) Zbigniew Smyk: W Europie są właściwie wszędzie, od Rosji po Portugalię. W zeszłym roku trafiliśmy też do Australii, w  t ym roku do Kanady, Meksyku i  Stanów Zjednoczonych. Nasz zasięg można śledzić na profilu na Facebooku „Skrzyneczka z Warmii” – piszemy tam, gdzie została wysłana skrzyneczka i umieszczamy mapę, pokazującą, ile mil pokonała. A wracając do naszego hasła – wzięliśmy je od Wojciecha Cejrowskiego. W podarowanej nam książce wpisał dedykację: „Życzę samych dobrych wiadomości”. Zaprzyjaźniliśmy się, co roku odwiedza nas na Jarmarku Dominikańskim, żeby zobaczyć, jak rozwija się nam firma. A zaczęło się od tego, że jako pierwszy został właścicielem żółtej skrzynki. Przechodził codziennie obok naszego stanowiska i w końcu

zagadał, że same brązy, szarości (zgodnie z tym, jakie kiedyś były szkolne teczki), a on kolorową by chciał. Zostawiłem więc żonę w Gdańsku i przyjechałem do Olsztyna, żeby te skrzyneczki przemalować! Co się wtedy działo… Zauważyła nas Gazeta Wyborcza, bo idealnie wpisujemy się w ideę Jarmarku – autentycznego rękodzieła, czegoś oryginalnego. Czasem żartuję, że na Jarmarku czuję się jak gwiazda. (śmiech) Bo tu wywiad z lokalną telewizją, tu odwiedza mnie Cejrowski. Ale tak naprawdę to dzięki spotkaniom z klientami czuję, że ta praca ma sens. A zaczęło się od przypadku. ZS: Kilka lat temu pracowałem we włoskiej firmie w Olsztynku jako dyrektor ds. produkcji drobiu. Jechałem do Ostródy, gdy staranował mnie inny kierowca, po czym uciekł. Przez pół roku dochodziłem do siebie, straciłem pracę, ciężko było. Zrezygnowany, przeczytałem w gazecie ogłoszenie „Szukam kierownika do zakładu kowalskiego”. Zgłosiłem się. Choć nie miałem pojęcia o  kowalst wie, bardzo szybko nauczyłem się fachu, niuansów pracy kowalskiej, spawalniczej. I spodobało mi się to. Po pół roku zakład zamknięto, a ja znów zostałem na lodzie, miałem jednak umiejętności i  sprzęt, któr y wówczas nabyłem, a nasz sąsiad chciał mieć nowy płot. Wykonałem go razem z kolegą, ale została stara skrzynka, która nie pasowała do tego ogrodzenia. Zrobiłem mu w prezencie nową – właśnie w kształcie teczki. Kiedy zobaczył ją syn, pomyślał, że to stara skórzana teczka. „Ale bajer!” – wołał i chciał, bym zrobił następną, dla jego przyjaciół na parapetówkę. Od tego się zaczęło.


BIZNES

Przez całą zimę zrobiłem 40 skrzynek na zamówienie Łukasza, rozeszły się wśród znajomych. Wtedy powiedział „A teraz pojedziesz na Jarmark Dominikański do Gdańska i pokażesz je ludziom”. W ogóle sobie tego nie wyobrażałem: ja, w tym tłumie? Ale żona też była chętna i pojechaliśmy na cztery ostatnie dni. Stałe stoiska były już wykupione, trzeba było polować na wolne miejsce, więc byliśmy tam już o trzeciej w nocy. Jak zaczęliśmy się rozstawiać, z ciekawości przyszli do nas ochroniarze. „Zakasujecie cały Jarmark!” – stwierdzili. Przez te kilka dni sprzedałem 20 skrzynek, poznałem masę życzliwych ludzi, przestałem się bać. Otaczający nas kramikarze rysowali nawet, jakie dokładnie mieli teczki, więc zacząłem wykonywać nowe modele. Był 2013 rok. Krótko później przyjechał do mnie pan, który zauważył nas w Gdańsku, pytając, czy mam jeszcze te skrzyneczki. Mówię, że mam i pokazuję ze 20. A on na to, że bierze wszystkie. Okazało się, że ma w Hamburgu galerię. Od tego czasu regularnie współpracujemy. I dziś sprzedajemy około 100 skrzynek miesięcznie. Skąd ten fenomen? ZS: Zauważyliśmy, że nasze skrzynki przywołują wspomnienia. Mnóstwo Szwedów, Norwegów czy Finów opowiada, że też mieli takie szkolne teczki. Pewna pani nie mogła się oderwać od naszego stoiska, miała tylko jeden problem – jak zabrać skrzynkę samolotem? Jednak ostatniego dnia pobytu w Gdańsku wzięła teczkę, stwierdzając, że jakoś wszystkich przekona. Skrzynki kupowane są też jako prezenty na ślub czy urodziny. ŁS: Na niektórych znajduje się ramka na numer domu czy wizytówkę, co też jest związane z tym, jak wyglądały szkolne teczki. Wszystkie były przecież jednakowe, więc musiały być podpisane. Poza tym Skrzyneczki z Warmii wykonane są z grubej ocynkowanej blachy, więc są solidne i praktyczne. Odpowiedni otwór pozwala na swobodne włożenie listów o formacie A4, a boczne drzwiczki – zabezpieczone zamkiem bębenkowym – są na tyle szerokie, że zapewniają wygodny dostęp do korespondencji. Pod teczką znajduje się jeszcze gazetnik. Chciałbym też podkreślić, że w trakcie powstawania Skrzyneczki z Warmii otrzymaliśmy ogromną pomoc od lokalnych firm. Kreatika Studio opracowała naszą stronę wizerunkową, a dzięki wsparciu Kancelarii Radcy Prawnego Huberta Kaczmarka sprawnie pozyskaliśmy wzór użytkowy. Ciepłe barwy i retro przetarcia do tej nostalgii nawiązują? ŁS: Tak i zauważam, że z roku na rok Polacy kupują coraz więcej kolorowych skrzynek – wcześniej wybierali bardziej klasycznie: brązy, szarości. Do Grecji idą zazwyczaj niebieskie, niedawno również do greckiej ambasady, do krajów Skandynawskich – czerwone. W tym roku na jarmarku mieliśmy nawet róże, turkusy. Wszystkie poszły. ZS: Na naszej stronie internetowej mamy osiem podstawowych kolorów do wyboru i różne modele. Ale nieraz dostaję wiadomość z zapytaniem o konkretny kolor, np. taki sam, jaki mają parapety. I  taką skrzynkę również w ykonuję. To rzemieślnicza, rodzinna pasja. Wszystkie detale robimy sami, zamawiamy jedynie duże elementy – na taką skalę nie bylibyśmy w stanie ich w całości wykonać. Co ważne, montaż skrzynek pasuje do każdego rodzaju ogrodzenia, bramy, furtki czy drzwi wejściowych.

Dostajecie od klientów mnóstwo zdjęć zamontowanych już skrzynek. Ale nie przychodzą chyba pocztą tradycyjną? ŁS: Przysyłane są oczywiście pocztą mailową, dzięki czemu możemy je pokazać na stronie internetowej. Od czerwca mama opiekuje się stroną facebookową Skrzyneczki z Warmii. Dzięki jej postom, zdjęciom, żartobliwym komentarzom o milowych podróżach naszych skrzynek w poszukiwaniu nowego domu mamy coraz więcej lajków i followersów na całym świecie. Myślę więc, że dzięki powstaniu naszej firmy idea pisania listów wraca, bo aż chce się coś wysłać do takiej skrzynki! Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Łukasz Wajszczyk

* ZBIGNIEW I ŁUKASZ SMYKOWIE – pierwszy zajmował się zarządzaniem, drugi jest lekarzem. W duecie ojciec-syn w 2013 roku stworzyli Skrzyneczkę z Warmii – rodzinną manufakturę skrzynek pocztowych w kształcie dawnych teczek szkolnych. Choć korespondują z klientami z całego świata, to wciąż ich ulubionym adresem są olsztyńskie Dajtki. Skrzyneczka z Warmii Olsztyn, ul. Kłosowa 82 Zbigniew Smyk tel.: +48 505 174 970 www.skrzyneczka.olsztyn.pl www.facebook.com/skrzyneczka/

027


GODNE UWAGI

RYTUAŁ W STODOLE

Obraz: arch. Termy Warmińskie

Obraz: arch. Hotel Klekotki

Mazurska stodoła nad rzeką, wśród ogrodów, a w niej ekstrawaganckie wnętrza, pachnące Orientem. Drewniane wanny, rozgrzewające beczki Furako, fitosauny czy kamienny ciepły stół do zabiegów. Klekotki Sento Spa to największy w Europie kompleks inspirowany tradycją japońskich łaźni. Wystarczy jedna wizyta, aby zostawić stres i napięcie. Rytuały, masaże i zabiegi kosmetyczne nie tylko poprawiają urodę i kondycję, ale przede wszystkim głęboko relaksują. Choćby zabieg Tsukika, m.in. z kwasem hialuronowym, połączony z odprężającym masażem Shiatsu. Można tu również poznać japoński rytuał oczyszczania twarzy czy wymodelować ją masażem Menard, łączącym techniki ujędrniające i japońską akupresurę. A widok z okien stodoły… To terapia sama w sobie. Klekotki Sento Spa – Hotel Młyn Klekotki, Godkowo

NOWY LOOK NA NOWY ROK?

WSPOMNIENIA NA MOKRO

Obraz: Joanna Barchetto

Nie da się zatrzymać czasu, ale można go spowolnić. Poprawić urodę, wymodelować sylwetkę, usunąć cellulit lub pozbyć się żylaków. Klinika łączy innowacyjne zabiegi medyc yny estet ycznej z chirurgią plastyczną, korzysta z  najnowszych odkr yć technologii: od usuwania owłosienia, przez nieinwazyjny lifting i mezoterapię, po ginekologię estetyczną czy powiększanie piersi. Subtelne zmiany albo naprawa defektów natury pod okiem lekarzy i kosmetologów w klimatycznych pomieszczeniach w sercu miasta. A może na gwiazdkę zafundować sobie odmieniony „look” i lepsze samopoczucie? Klinika Look Med, Olsztyn, ul. Lelewela 6a/3

Można tu wykorzystać wszystkie jej możliwości: rozrywkowe, odprężające, zdrowotne. Woda gra główną rolę w Termach Warmińskich, ale by wa, że goście w ychodzą stąd mokrzy również z innych powodów. Mowa nie tylko o saunach, SPA, kortach czy kręgielni, ale też zabawie przy muzyce. Karaoke i dyskoteki z udziałem didżejów i w ykonawców z całej Polski w nastrojowym Terma Club przyciągają miłośników tańca i housowych dźwięków. A bale w salach konferencyjnych to podróż w czasie. Przykład? Andrzejki w klimacie PRL-u czy bal sylwestrowy Disco Retro z muzyką lat 90. Do tańca i do wspomnień. Termy Warmińskie, Lidzbark Warmiński, ul. Kąpielowa 1

028

Tradycyjny smak, warmińska architektura plus opcja zakupowa „drive trough” dla wygodnych. Budynek Piekarni Tyrolskiej w Stawigudzie autorstwa olsztyńskiego Studia Form Architektonicznych „Pantel” to jedna z jego realizacji, nawiązujących do regionalnego budownictwa. Spadzisty dach, czerwona cegła, surowe drewno i szkło plus nastrojowe oświetlenie i  meble. Wpadnijcie po pieczy wo i  nacieszcie oczy. A jeśli spieszycie się – wystarczy zaparkować pod oknem piekarni. Sprzedaż z okienka, wykorzystywana głównie przez fast-foody, sprawdza się również w przypadku produktów „slow”. Piekarnia Tyrolska, Stawiguda

Obraz: Michał Bartoszewicz

CHLEB PROSTO Z OKNA


DOBRE MIEJSCE

GWIAZDKA Z APLAUZEM OPŁATEK, KARP, PODSUMOWANIE ROKU. CZY FIRMOWA WIGILIA MOŻE CZYMŚ ZASKOCZYĆ? W HOTELU ANDERS W STARYCH JABŁONKACH KLIMAT ŚWIĄT UDZIELA SIĘ NA KAŻDYM SZCZEBLU KARIERY. Plan działania: zbudować igloo, upiec pierniki, wygrzać się w saunie. System współpracy: bez hierarchii, podziałów, szty wnych ról. Cel strategiczny: moty wacja, integracja i świąteczne nastrojenie. Kto chętny do projektu? Szefowi się nie odmawia… – Organizacje firmow ych wigilii uświadomił y nam jak bardzo Polacy kochają świąteczną tradycję. Żadne mody nie są w stanie jej wyprzeć – twierdzi Daniel Błaszkiewicz, dyrektor generalny Hotelu Anders w Starych Jabłonkach. – Najbardziej czekamy na zapach choinki, smak świątecznych potraw w mistrzowskim wykonaniu, no i oderwanie od pracy. Coraz częściej wybór miejsca pada na hotele z domową atmosferą, z dala od miejskiego zgiełku, wśród natury i tam, gdzie można aktywnie spędzić czas. Malownicze jezioro Szeląg Mały, nad któr ym położony jest Hotel Anders, pokrywa się lodem już po pierwszych przymrozkach. I wtedy widać, ile dziecka drzemie w każdym dorosłym. A kiedy porządnie sypnie śniegiem – nawet najbardziej poważni biznesmeni dają się ponieść fantazji. W hotelowym otoczeniu pojawiają się bałwany, igloo i wymyślne rzeźby. Mróz nie przeszkadza też korzystać ze szlaków spacerowych wokół jeziora, prezentujących historyczne i przyrodnicze ciekawostki. – A do tego kuligi, ognisko z muzyką na żywo i pieczeniem drożdżowych „jaszczurów” na patyku – wymienia dyrektor hotelu. – Na życzenie organizujemy przejażdżki psimi zaprzęgami albo zimową „olimpiadę”. Jeśli pogoda nie dopisuje – czeka SPA, basen, kręgle, kasyno i parkiet czynny do białego rana. Uroczystym kolacjom firmowym z wigilijnym menu często towarzyszą „jasełka”. Przygotowane przez pracowników anegdoty z ostatniego roku życia firmy to często luźny wstęp do rocznych podsumowań i nagród. W roli Mikołaja – oczywiście szef firmy. Hotel czasem aż huczy od aplauzów… Na początku grudnia w hotelowym holu pojawia się olbrzymia choinka i jak na Stare Jabłonki przystało – nastrojowe świąteczne dekoracje z jabłkowym motywem. Aż się prosi, aby upichcić coś świątecznego. Zatem fartuchy, czapki i do garów. Oto warsztaty kulinarne pieczenia pierników i  innych przysmaków świątecznych pod okiem mistrza Dariusza Strucińskiego, od 20 lat związanego z tutejszą Restauracją Pałacową. – Popularność kulinarnych show telewizyjnych, blogów gastronomicznych sprawia, że coraz bardziej dbamy o to, co mamy na talerzu – przyznaje szef kuchni. – Chcemy już nie tylko dobrze zjeść, ale również wziąć udział w kulinarnym

„wydarzeniu”, spróbować przygody z kreowaniem smaku. Warsztaty jak Akademia Czekolady, Kuchnia Włoska czy Slow Food to sprawdzona forma integracji. W kuchni dystans między ludźmi znika, dajemy ponieść się zmysłom i wyobraźni. Restauracja Hotelu Anders po raz czwarty znalazła się na liście plebiscytu Poland 100 Best Restaurants i otrzymała Nagrodę „Grand Award – trzy widelce”. Słynie z potraw kuchni tradycyjnej, bazującej na lokalnych produktach, świeżych rybach. Dlatego podczas Świąt Bożego Narodzenia w hotelu zwykle jest komplet gości. Polędwica z karpia, śledzik z konfitowanym kartoflem, zupa ze szczupaka, barszcz na grzybowym zakwasie, sandacz z pęczakiem, gołąbki z gęsiną – to niektóre z dań świątecznego menu. Uroczysta kolacja wigilijna, kolędy na żywo, rodzinne warsztaty, spotkanie z Mikołajem, spacery z przewodnikiem przyciągają na Mazury miłośników tradycji z różnych stron Polski, ale też sąsiednich krajów – Skandynawii, Niemiec czy Rosji. – Mamy gości, którzy od lat spędzają u nas święta, mają tu „swój” pokój i stolik w restauracji – zdradza dyrektor. – Coraz szybsze tempo życia w mieście sprawia, że święta wykorzystujemy na odpoczynek z dala od miasta. Wyczerpujące przygotowania i zakupowy szał zamieniamy na mazurską ciszę i widoki. Często słyszymy od gości, że nie tylko przyjeżdżają tu odpocząć, ale też odkryć na nowo prawdziwy sens tych rodzinnych świąt. Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum Hotelu Anders, www.shutterstock.com

Hotel**** ANDERS w Starych Jabłonkach Stare Jabłonki, ul. Spacerowa 2 tel:. + 48 89 642 70 00 www.hotelanders.pl

031


TURYSTYKA

ŚNIEG Z ADRENALINĄ KRAINA TYSIĄCA JEZIOR ALBO LODOWYCH TAFLI. ALE TEŻ OŚNIEŻONYCH WZGÓRZ I SZLAKÓW, REGENERACYJNYCH SPA I TĘTNIĄCYCH ŻYCIEM PARKÓW WODNYCH. PO CO WIĘC CZEKAĆ DO WIOSNY, ABY NABRAĆ FORMY?

032

Wystarczy kilka stopni mrozu i śnieg, aby polodowcowy krajobraz Warmii i Mazur zmienił „etykietkę” i zamiast żeglarzy, przyciągał miłośników sportów zimowych. Może nie tych, którzy potrzebują ekstremalnych doznań wśród alpejskich lodowców, ale zwolenników opcji: blisko, swojsko, w przystępnej cenie i na wysokim poziomie. – Zima na Warmii i Mazurach przez lata była niedoceniana – twierdzi Dorota Zalewska-Bomba, dyrektor Departamentu Turystyki Urzędu Marszałkowskiego Województwa Warmińsko-Mazurskiego. – Ale za sprawą ośrodków narciarskich, całorocznej agroturystyki, które prężnie działają w regionie, turystów przybywa. Nie wspominając o czteroi pięciogwiazdkowych hotelach z infrastrukturą SPA & wellness. Wysoki poziom, ciekawa oferta i dobra cena. Sezon letni, po raz pierwszy wsparty transportem lotniczym, był wyjątkowo dobry dla regionalnej branży turystycznej. Liczymy, że lotnisko w Szymanach przysłuży się też zimie. Przed wojną na terenach Prus Wschodnich działały niewielkie skocznie narciarskie, m.in. w Rudziskach Pasymskich, gdzie niemiecka kadra przygotowywała się do Igrzysk Olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku. – Do muzeum trafi ły drewniane narty z 1937 roku, na których prawdopodobnie skakali tam żołnierze niemieccy – przypuszcza Tomasz Lenkiewicz, szef olsztyńskiego Muzeum Sportu. – Pozostałe skocznie działały np. w Wilkasach pod Giżyckiem, Miłomłynie, na Pięknej Górze w Gołdapi. Na zachowanej jeszcze do niedawna skoczni na Krzyżowej Górze w Lidzbarku Warmińskim w 1996 roku rekordowy wynik 35 m osiągnął Tomisław Tajner, syn prezesa Polskiego Związku Narciarskiego, który w 2002 roku znalazł się w reprezentacji Polski podczas Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. A w Elblągu trenowała Helena Pilejczyk, łyżwiarka,

jedyna medalistka olimpijska z regionu w sportach zimowych, która zdobyła brąz w Squaw Valley w 1960 roku. Długie tradycje ma Ośrodek Sportowy „Góra Czterech Wiatrów” pod Mrągowem, gdzie na narciarzy czeka pięć tras o łącznej długości około 1800 m. Działają tutaj trzy wyciągi, snowpark, w ypożyczalnia sprzętu i  schronisko z  zapleczem gastronomicznym. Również pięć tras – łącznie około 2150  m – oświetlonych, naśnieżanych i  ratrakowanych znajdą narciarze i snowboardziści na Pięknej Górze koło Gołdapi. Do dyspozycji są cztery wyciągi i kolejka krzesełkowa, dwie wypożyczalnie sprzętu z profesjonalnym serwisem, restauracja z infrastrukturą noclegową i obrotowa kawiarnia na szczycie. Przy odpowiedniej pogodzie działa również 1200-metrowy tor saneczkowy. Stok narciarski w miejscowości Okrągłe koło Wydmin to cztery trasy o długości 1500 m i trzy wyciągi. Na miejscu można korzystać z wypożyczalni nart i akcesoriów oraz pensjonatu z barem i restauracją. Cztery wyciągi i trasy (łącznie 1080 m) oferuje Góra Chrobrego w Elblągu. Działa tu tor do snowtubingu (120 m), snowpark, wypożyczalnia sprzętu i zaplecze gastronomiczne. Stok narciarski Kartasiówka pod Olsztynem to trzy trasy po 280 m, obsługiwane przez trzy wyciągi, wypożyczalnia sprzętu i mała gastronomia. W ubiegłym sezonie otwarto Ośrodek Narciarski „Kurza Góra” w Kurzętniku – docelowo będzie dysponował pięcioma naśnieżanymi i oświetlonymi trasami narciarskimi o łącznej długości blisko 3000 m, wypożyczalnią sprzętu i dwoma obiektami gastronomicznymi. Stok narciarski przy hotelu Gołębiewski w Mikołajkach, również naśnieżany i oświetlony, ma około 100 m szerokości i umożliwia zjazdy do 700 m. Do tego wyciąg z czteroosobowymi kanapami i wypożyczalnia sprzętu.


TURYSTYKA

Narciarstwo biegowe nie wymaga takich umiejętności jak zjazdy na stokach. Malownicze trasy narciarskie wytyczane są w okolicach Góry Chrobrego w Elblągu, nad jeziorem Ukiel w Olsztynie, w Puszczy Piskiej wokół wioski narciarskiej Wiartel pomiędzy Rucianem-Nidą a Piszem, na skraju Puszczy Boreckiej w okolicach miejscowości Łękuk. Miłośników biegania na nartach przyciągają też szlaki wokół najwyższego wzniesienia w regionie – Dylewskiej Góry (312 m n.p.m). W Lesie Kumiecie koło Gołdapi trasy mają łącznie 15 km, a w dzielnicy uzdrowiskowej miasta działa oświetlona trasa o długości 1,5 km. Przy odpowiednich warunkach lodowych i wietrznych na taflach zamarzniętych jezior pojawiają się pojazdy rodem z Formuły 1. Tyle że bez jazgotu silników i w pięknej scenerii. Bojery – żeglarstwo lodowe, uprawiane w regionie od końca II wojny światowej – przeżywa renesans. Nie trzeba być żeglarzem, by spróbować latania na ślizgach lodowych, m.in. z Polską Flotą Lodową z Giżycka, QRS-Mazury – szkołą sportów wodnych i ekstremalnych z Giżycka, Skysail z Olsztyna, Caligulą z Mikołajek czy przy Gospodzie Pod Czarnym Łabędziem w Rydzewie nad Niegocinem. Ten ostatni to jeden z najlepszych europejskich akwenów bojerowych. Fani dużych prędkości zasmakują też w snowtubingu – jeździe na ogromnej dętce na stoku Góry Czterech Wiatrów czy Góry Chrobrego. W Rydzewie nad Niegocinem dętka doczepiana jest do quada lub skutera śnieżnego, a przejażdżka odbywa się po zamarzniętej tafli jeziora. Snowkiting to z kolei jazda po lodzie i śniegu na nartach lub desce snowboardowej ciągniętej przez latawiec, a iceboarding łączy żagiel i platformę na płozach. Szkolenia odbywają się m.in. na jeziorze Śniardwy. Na miłośników ostrej jazdy po zaspach czekają skutery śnieżne i quady, które można wypożyczyć w wielu miejscach w regionie. Kuligi z wykorzystaniem zaprzęgu konnego to specjalność obiektów dysponujących stajniami, a z psich zaprzęgów słynie m.in. „Republika Ściborska” pod Baniami Mazurskimi. Całoroczne lodowisko (a także tor saneczkowy) działa w hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. Sezonowe kryte lodowiska działają w Giżycku, Ełku i Elblągu, a zadaszone – w Bartoszycach. W wielu miejscowościach przy sprzyjających warunkach uruchamiane są lodowiska na świeżym powietrzu (m.in. trzy w Olsztynie). Ruch na mazurskich rzekach, które rzadko pokrywa lód, trwa przez cały rok. Wystarczy komplet ciepłych ubrań i termos z gorącą herbatą, aby wybrać się na zimowy spływ kajakowy, np. Pisą, Drwęcą, Welem, Krutynią czy Łyną. Nurkowanie pod taflą lodu ma tę zaletę, że widoczność może dochodzić nawet do 20 m. Odpowiednio przygotowuje do tej przygody np. Akademicki Klub Płetwonurków „Skorpena” w Olsztynie czy Sekcja Nurkowa MOPR w Giżycku. Na poszukujących regeneracji ciała i ducha niekoniecznie na mrozie czekają obiekty SPA i wellness – na każdą kieszeń: od luksusowego hotelu na Wzgórzach Dylewskich po dwugwiazdkowe obiekty z basenami i ofertą pielęgnacyjną. Niektóre z nich znajdują się w zabytkowych dworach i pałacach (np. w Pacółtowie, Kaliszkach, Kadynach, Starych Jabłonkach), młynach (np. w Godkowie i Elblągu) czy gotyckich zamkach (w Lidzbarku Warmińskim i Rynie). Można w nich korzystać m.in. z zabiegów fizykoterapii, kąpieli leczniczych, masaży, hydromasaży, zabiegów medycyny estetycznej i kosmetycznych. Są oferty, które nawiązują do starożytnych rzymski łaźni czy tradycji orientalnych, np.

hinduskiej Ajurwedy lub japońskiego Sento. Albo bazują na dawnych tradycyjnych ceremoniach, jak „Eliksir młodości Księcia Witolda” – masaż i zabieg pielęgnacyjny przy dźwiękach średniowiecznych pieśni. Na rodzinną rozrywkę z wodą w roli głównej zapraszają m.in. hotele w Mikołajkach, Ostródzie, Pluskach. Lidzbarskie Termy Warmińskie to największy w regionie całoroczny kompleks rekreacyjno-kąpielow y, w  któr ym można też odprężyć się „na sucho”. Sześć hektarów dla zdrowia, relaksu, urody, aktywnego wypoczynku, rozrywki i biznesu. W znajdującym się tu kompleksie basenów po raz pierwszy w regionie zostały wykorzystane wody termalne. Jedyną miejscowością w województwie o statusie uzdrowiska jest Gołdap – z najczystszym powietrzem w Polsce i zasobami borowinowymi. Na wszystkich, którzy chcą podreperować zdrowie, czekają Mazurskie Tężnie Solankowe oraz Pijalnia Wód Mineralnych i Leczniczych. W tutejszym Sanatorium „Wital” leczone są m.in. schorzenia narządów ruchu, kardiologiczne, choroby układu oddechowego i nerwowego. Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum Urzędu Marszałkowskiego

IMPREZY NARCIARSKIE I BOJEROWE 2017: • 14 stycznia – XXII Amatorskie Mistrzostwa Polski w Narciarstwie Alpejskim i Snowboardzie „Family Cup 2017” – Góra Czterech Wiatrów • 7–8 stycznia – Lodowy Puchar Giżycka (bojery) • 20 stycznia – Mistrzostwa Dziennikarzy w Narciarstwie Alpejskim i Snowboardzie „Puchar Trzech Gór Warmii i Mazur” • II Mazury Loppet Cup – Grand Prix w Narciarstwie Biegowym: 4 lutego – XII Bieg Sasinów na Wzgórzach Dylewskich 11 lutego – XXIX Bieg Jaćwingów w Gołdapi 18 lutego – IV Piski Bieg o Puchar Jabłoni w okolicach Pisza • 4–5 lutego – Regaty o Puchar Nadbrzeża na Zalewie Wiślanym (bojery) • 4–5 marca – Memoriał Henryka Aniołkowskiego w Ogonkach nad Śniardwami (bojery) • 11 marca – Zawody o „Puchar Góry Czterech Wiatrów”

www.mazury.travel www.my-guide.warmia.mazury.pl

033


WHISKY & FOOD

034

JAK U WYSPIARZY ZAPRASZAM NA MOJE URODZINY DO HIGHLANDERA. NA DOLNYM POZIOMIE MAMY W YNAJĘTĄ SALĘ W  W YSPIARSKIM KLIMACIE, RÓWNIEŻ Z  WYSPIARSKIM JEDZENIEM I  ZASKAKUJĄCYMI BURGERAMI. JAK JUŻ PEWNIE SIĘ DOMYŚLACIE, ZAPOWIADA SIĘ WIECZÓR Z WHISKY. SPRÓBUJEMY NAWET GRZANEJ – PONOĆ W ZIMNE DNI CZYNI CUDA. ALE WSZYSTKIEGO DOWIECIE SIĘ NA MAŁYM SZKOLENIU DEGUSTACYJNYM W TRAKCIE. DO ZOBACZENIA!

No właśnie, tak to wszystko wygląda. Highlander przestał kojarzyć się wyłącznie z klimatycznym miejscem dla koneserów dobrego trunku. Owszem, od 13 lat nie znajdziecie w  regionie drugiego whisky baru z takim asortymentem (to jeden z najbardziej cenionych w kraju), ale przy przeciągających się towarzyskich spotkaniach i lampce c ze go ś m o c n i e j s ze go z w y c z a j n i e wyostrza się apetyt. Wtedy chcemy sięgnąć po menu. Wyspiarski klimat Highlandera nie mógł zaoferować do przekąszenia niczego innego, jak równie wyspiarskie pozycje: fish and chips (dorsz w cieście angielskim), tatar (np. ze śledzia na liściach cykorii albo szkocki z wędzonym szprotem) czy klasyczne burgery z czystej wołowiny (od angielskich z jajkiem, przez meksykańskie z papryczką, greckie z serem feta i oliwkami, włoskie z mozzarellą i suszonymi pomidorami, aż po amerykańskie z bekonem). Ale łatwej drogi do zaistnienia w  menu Food Highlander burgery nie miały. Otóż nie wystarczyło zebrać od lokalnych dostawców wyselekcjonowane składniki (podstawa to 100-procentowa wołowina), ale przede wszystkim


WHISKY & FOOD

wypracować recepturę przyrządzania. Tak jak blenderzy nadają whisky ostateczny koloryt smaków, tak kucharze szlifują finalny wzorzec firmowanych potraw. A samo menu, które stało się dzisiaj uzupełnieniem oferty Whisky Bar, niewinnie rozwinęło się od zamawianych wraz z trunkami popularnych szkotek, czyli zakąsek, jak np. hummus z oliwą sezamową, papr yczki nadziewane serem czy choćby koreczki śledziowe. Roz winięcie ofer t y o  gastronomię nakręci ł o gości na organizowanie w  Highlanderze spotkań okolicznościowych, firmowych, urodzinowych, ś wiątec znych. St ali by walc y pubu doskonale znają jego podział na dwie części: tę z poziomu ulicy – Highland – oraz w zaadoptowanych pomieszczeniach piwnicznych, gdzie odtworzono atmosferę klasow ych w yspiarskich pubów – to Lowland. Ten podział klubu odzwierciedla XIX-wieczny podział Anglii właśnie na Highland i Lowland, wynikający z wysokości narzuconych podatków płaconych od destylarni. Lowland w Highlanderze, mimo iż windą zjeżdżasz ledwie o piętro, jest podróżą żywcem do Szkocji. Wystarczy,

że drzwi windy się rozsuną i już widzisz przy barze trzech Szkotów w kraciastych kiltach (sprawdźcie, co Szkoci robią w toalecie). Przyjazd tutaj to jest to przysłowiowe zostawienie całej reszty za drzwiami. Nastrój wnętrza sprawia, że nawet trzy niezależne imprezy będą cieszyć się kameralnym klimatem – do dyspozycji jest też odizolowana od reszty sala VIP. Ale niezależnie od tego, w której części Highlandera będziesz ucztował, w  ś wiąt y ni whisk y pr z y jemnością wliczoną w pobyt jest delektowanie się tym trunkiem. Jego urok polega na tym, że tak naprawdę nikt nigdy nie zrozumie i nie pozna go w stu procentach. Zbyt wiele składowych decyduje o finalnych walorach zapachowo-smakow ych. Jednak wzbogacić kulturę obcowania z whisky wręcz należy. Stąd popularne są tu szkolenia połączone z  degustacjami. Już po godzinie będziemy śmiać się z błędnych stereotypów, które krążą wokół sposobu picia whisky – że niby jak ktoś preferuje czystą, to jest w nim więcej konesera niż w tym, który miesza z wodą, colą czy lodem. Ale obalanie mitów zostawimy kiperom, którzy do towarzyskiego spo-

tkania mogą wprowadzić sporą porcję kulturotwórczego pierwiastka. Taka sztuka degustacji będzie z pewnością dobrą przepustką do świata szlachetnych alkoholi. Dopytajcie w Highlanderze o grzaną whisk y. K iedy t ylko powieje ch ł o dem, wyspiarze zamawiają w pubach złoty napój doprawiony goździkami, miodem i  pomarańczą, ser wowany w temperaturze herbaty. Sekret tkwi jedynie w umiejętnym przyrządzeniu i  dobraniu proporcji. A  o  to już dba z wieziony tu ze Szkocji or yginalny przepis. Można ją robić zarówno na bazie trunków zblendowanych, jak i single maltów Glenfi ddicha. Ci, którzy wpadają tu w zimne dni na grzaną whisky, szybko przyznają, że „robi to, co powinna zrobić”. Tekst: Rafał Radzymiński Obraz: Arek Stankiewicz

Highlander Whisky Bar Olsztyn, Stare Miasto 29/32 www.highlander.pl

Krzysztof Małek, szef kuchni Highladner Whisky Bar

035


DOBRE MIEJSCE

WIDOKI NA DANIE GŁÓWNE MOŻNA BY POWIEDZIEĆ, ŻE GOŚCIE PRZYJEŻDŻAJĄ TU NAJEŚĆ SIĘ WIDOKIEM. MOŻNA, GDYBY NIE TA KUCHNIA – NIE POZOSTAWIA WĄTPLIWOŚCI, CO W MAZURIANIE GRA PIERWSZE SKRZYPCE.

036

Gdy Krzysztof Dunajski nawiguje kogoś do swojej restauracji, spotyka się z niedowierzaniem: „Jak to w ścisłym centrum i nad jeziorem? To się nie wyklucza?” – padają pytania. Nie w szczycieńskiej Mazurianie: tuż za rondem w centrum miasta można się najeść już samym widokiem, choć to niejedyne widoki na obiecujące dania… – Kiedy 16 lat temu otworzyłem w Szczytnie małą restaurację z kuchnią włoską, w tym miejscu była jeszcze goła ziemia – wskazuje Krzysztof. – Widząc, ilu mamy gości, zauważyliśmy, że jest potencjał na coś więcej. Zaryzykowałem i tak mija nam już 10 lat. Mijający czas widać też na stanowiących leitmotiv Mazuriany czarno-białych fotografiach dawnego Szczytna. Przejeż-

dżające dorożki, markizy i szyldy nad witrynami sklepów, szykowni przechodnie, targi – tak uwiecznione urokliwe uliczki przedwojennego Ortelsburga wpisują się w holenderski dizajn restauracji i jej regionalny charakter. Dla tego klimatu tradycji z twistem stali bywalcy nadkładają kawał drogi. Kiedy siedzą już przy restauracyjnym stole, krajobraz jeziora Szczytno Małe rekompensuje im dodatkowe kilometry. Nad wodą spacerują przechodnie i latają mazurskie ptaki, a goście Mazuriany – w miarę pojawiania się na stole kolejnych dań – planują już kolejną wizytę. – Co dziś dla pana? – dolatuje do nas pytanie kelnerki, obsługującej jednego z klientów. Równie często pada tu „To samo co zawsze?”. By nie być gołosłownym, wystarczy wspomnieć


DOBRE MIEJSCE

o nagrodzie największego na świecie portalu turystycznego TripAdvisor (przyznanej Mazurianie w 2016 roku dzięki pozytywnym opiniom klientów), certyfikacie Dziedzictwo Kulinarne Warmia Mazury Powiśle oraz Top Warmii i Mazur. – Nasze początki były prawdziwie rzemieślnicze, gotowałem sam i razem z żoną – wspomina Krzysztof Dunajski. Dziś ma sprawdzoną załogę, tę samą od powstania restauracji. Pracują jak mała manufaktura: na miejscu powstają domowe ciasta, przetwory czy kopytka. A szef i tak zagląda do kuchni – lubi poeksperymentować. Do podanego nam staropolskiego gulaszu z sarniny, zamiast tradycyjnych ziemniaków czy kaszy, serwowane są… No właśnie – co? – To faworki naleśnikowe na słono – zaskakuje właściciel Mazuriany.

Dopiero po naszym dopytywaniu dorzuca mimochodem: – To ja tak sobie wymyśliłem. Wymysł okazuje się bardzo trafny. Podobnie jest z innymi daniami. Stąd pochodzi uwielbiana przez gości Solianka (treściwa zupa na bazie pomidorów), zwycięski w regionie Kartoflak Mazurski z aromatycznymi grzybami leśnymi albo kultowy już, robiony na miejscu syrop sosnowy do naleśników na słodko. Jedni przyjeżdżają tu na solidną golonkę po mazursku, peklowaną z kapustą i grzybami, inni na fit sałatki z plastrami kaczki lub sarniny, wielu na lokalne ryby. Zasada lokalności obowiązuje też podawane w Mazurianie piwo czy miód. To, jak goście restauracji przywiązani są do ulubionych smaków, obrazują próby zmian w menu: – Zdarzyło nam się, że wracaliśmy do poprzednich wersji, bo goście skarżyli się, że nie ma ich dania – opowiada właściciel. W tym czasie dwie panie wybierają przy barze menu na planowane spotkanie firmowe. Witając się z właścicielem, śmieją się: „My już tradycyjnie tutaj”. Tak jak wiele firm, które równie dobrze mogłyby pojechać do Warszawy czy Olsztyna. Konferencje, wesela i rodzinne uroczystości odbywają się w górnej sali restauracji. Dzięki temu parter Mazuriany jest zawsze otwarty dla gości indywidualnych. Widoku wystarczy dla wszystkich. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Łukasz Wajszczyk Restauracja Mazuriana Szczytno, ul. Sienkiewicza 2 tel. 89 624 14 93 e-mail: restauracja.mazuriana@gmail.com www.mazuriana.szczytno.pl

037


Luxury Resort SPA O�rodek Je�dziecki

Mistrz�masa�u�ajurwedyjskiego�i�jogi� Changampalli��izhakkillath�Jubair� w�Pa�acu�Pacó�towo

M

asa��ajurwedyjski�jest�per���w�ród�zabiegów�

medycyny�starohinduskiej.�Od�niedawna�zago�ci�� w�nowej�ofercie�SPA�Pa�acu�Pacó�towo,�na�dobre�

wpisuj�c�si��w�ofert��wspania�ych�rytua�ów�piel�gnacyj�����

Przy�zabiegach�piel�gnacyjnych�oraz�masa�ach�niezwykle�wa�n�� rol��odgrywa�specjalista,�który�je�przeprowadza,�ale�równie�� produkty,�których�podczas�nich�u�ywa.�Równie��w�tym�przypad-

ku�Pa�ac�Pacó�towo�zadba��o�najmniejsze�szczegó�y�sprowadzaj�c�

nych.�Masa�e�przenosz�ce�w�zupe�nie�inn��rzeczywisto��,�������

z�Indii,�ca�kowicie�naturalne�olejki,�na�bazie�zio�owej�posiadaj�ce�

relaksu�s��wykonywane�przez�specjalist��z�Indii���Jubaira�

skór�,�ale�tak�e�oczyszczaj��i�regeneruj��cia�o.

w�której�nasze�cia�o�i�umys��odpoczywaj��oraz�osi�gaj��pe�ni�� Changampalliego.� Changampalli�Kizhakkillath�Jubair�pochodzi�z�miasta�Kerala��� miejsca�narodzin�samej�Ajurwedy�w�po�udniowo-zachodnich�

medyczne�w�a�ciwo�ci.�Stosowane�przy�masa�ach,�piel�gnuj��

Ajurweda�to�rozwini�ty�w�staro�ytno�ci�system�holistycznej� medycyny�naturalnej,��lozo�a�sztuki��ycia�oparta�na��wiadomym� d��eniu�cz�owieka�do�osi�gni�cia�ca�kowitej�harmonii�jednocze-

Indiach,�co�pozwoli�o�mu�na�15�lat�pog��biania�wiedzy�na�temat�

�nie�cia�a,�ducha�oraz�umys�u,�pomagaj�c�tym�samym�zrozumie��

wykwali�kowanym�masa�yst�,�ale�tak�e�znawc��holistycznej�

po��czone�z�naszym�zdrowiem�psychicznym,�mentalnym�������������

cel�i�sens��ycia.�Traktuje�nasze�cia�o�oraz�dusz��jako�jedno,� s a m e j �j e j ��l o z o �i , �t e c h n i k �i �z r o z u m i e n i a �j e j �z n a c z e n i a���������������������� wierz�c,��e�zdrowie��zyczne�naszego�cia�a�jest�bezpo�rednio� w�medycynie�indyjskiej.�Wszystko�to�sprawia,��e�jest�nie�tylko� medycyny�indyjskiej�oraz�trenerem�jogi.�Dzi�ki�jego�umiej�-

i�emocjonalnym.�W�oparciu�o�jej�nauk��i��lozo���powsta��masa��

tno�ciom�i�bogatemu�do�wiadczeniu�masa�e,�które�wykonuje��������� ajurwedyjski�-�rozbudowany�zespó��technik�dzia�aj�cym�na�ca�e� cia�o,�wspomagaj�cy�ka�dy�uk�ad�w�naszym�organizmie. w�Pa�acu�Pacó�towo�s��wyj�tkowe�i�niepowtarzalne,�przenosz�ce� w��wiat�g��bokiego�relaksu,�spokoju�i�ukojenia.�Korzy�ci� p�yn�cych�z�masa�u�ajurwedyjskiego��jest�niezliczona�ilo���-�

Oferta�masa�y�w�pa�acowym�SPA�wykonywanych�przez�mistrza�

zaczynaj�c�od�piel�gnacyjnych,�na�zdrowotnych�ko�cz�c.�

techniki�Ajurwedy�-�Changampalli�Kizhakkillath�Jubair���jest�

�atwiejsze�trawienie�czy�usuni�cie�sztywno�ci�w�stawach�to�tylko�

nych,�indyjskich�i�terapeutycznych�czy�chocia�by�rytua�ów,�które�

Wzmocniony�system�odporno�ciowy,�poprawione�kr��enie,� przyk�ady�jak�masa��ajurwedyjski�pomaga�zachowa��zdrowie�na�

d�ugo,�pro�laktycznie�zapobiegaj�c�chorobom�zanim�rozwin���������

si��w�naszym�ciele.�

bogata.�Go�cie�mog��skorzysta��równie��z�masa�y�relaksacyjnie�tylko�odpr��aj��cia�o,�ale�te��wyciszaj��umys��dzia�aj�c� �agodz�co�i�przeciwstarzeniowo.�Pe�na�oferta�jest�dost�pna�na�

stronie�www.palacpacoltowo.pl


�����

CIAŁO

GŁADKO POSZŁO CO ŁĄCZY WŁOSKĄ MAFIĘ Z OLSZTYŃSKIM SALONEM BELOVED BEAUTYPLACE? W OBU RZĄDZI SOPRANO – W PIERWSZYM WYPADKU BOSS TONY SOPRANO, W DRUGIM SOPRANO ICE, NAJBARDZIEJ KOMPLEKSOWA DEPILACJA LASEROWA.

Tonemu Soprano z kultowego już serialu „Rodzina Soprano” nie zawsze idzie w pracy gładko. Włoska mafia to w końcu trudna branża. Ale jeszcze trudniej jest z usunięciem wytrwale odrastających włosków. Wyrastają szybciej niż wrogowie bossa na amerykańskiej ulicy i – tak jak oni – w najmniej oczekiwanych miejscach. Jednak Soprano ICE zawsze kończy pracę z gładkim efektem. – To najnowocześniejsze urządzenie do depilacji laserowej na rynku i  jednocześnie nowość w  Olsztynie – podkreśla Katarzyna Purchała, menedżer ds. marki BELOVED BeautyPlace, olsztyńskiego salonu kosmetyki i medycyny estetycznej. – Soprano ICE jako jedyne działa za pomocą trzech rodzajów lasera: aleksandrytowego, diodowego oraz Nd YAG, dzięki czemu skutecznie usuwa każdego rodzaju owłosienie, niezależnie od typu karnacji. W dodatku zabiegi są bezbolesne, bezpieczne i szybkie, od października 2016 dostępne w naszym salonie. To dobra wiadomość dla osób, które borykają się z silnym owłosieniem, ale i tych, które cenią sobie wygodę trwałego efektu gładkiej skóry. Meszek pod nosem, na plecach czy brzuchu jest często krępującą cechą urody pań o ciemniejszej karnacji. Decydując się na ten rodzaj depilacji, nie muszą obawiać się oparzeń związanych z wykonywaniem zabiegu nawet na intensywnie opalonym ciele. Nie bez przyczyny w nazwie urządzenia pojawia się słowo „ice” – oznacza tu zaawansowaną technologię aktywnego chłodzenia kontaktowego, która chroni naskórek i zapewnia pacjentowi nieosiągalny dotychczas

komfort. Podczas stopniowego nagrzewania tkanki krótkie impulsy o dużej częstotliwości przedostają się do mieszków włosowych, usuwają je i hamują ich ponowny wzrost przy jednoczesnej ochronie skóry właściwej. – Docierają nawet do najtrudniej dostępnych partii ciała, jak uszy czy nozdrza, bo Soprano wyposażone jest w specjalną małą końcówkę Facial Tip – tłumaczy Katarzyna Purchała. – Z tej opcji korzystają szczególnie panowie. Drugi rodzaj końcówki nosi nazwę Speed i – jak można szybko się domyślić – zapewnia krótszy czas depilacji dzięki większemu okienku zabiegowemu, działającemu na dużych powierzchniach skóry. Problem niewydepilowanych nóg nie pojawi się już przy spontanicznym wypadzie na basen czy przedłużającej się randce… I tu warto jeszcze wspomnieć o bezbolesnym charakterze tej metody. Docenią to wszyscy, którzy choć raz depilowali okolice pach czy bikini. Po wykonaniu serii zabiegów (około czterech do sześciu) efekt utrzymuje się na zawsze. To dużo dłużej niż niejeden boss włoskiej mafii. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: archiwum BELOVED BeautyPlace

BELOVED BeautyPlace Olsztyn, ul. Marka Kotańskiego 4 lokal B1.11 tel. 664 464 404 kontakt@beloved.pl www.beloved.pl

039


SPA

PO NOBLA DO STARYCH SADÓW NA POCZĄTKU WAKACJI DO MIKOŁAJEK PRZYJEŻDŻA SIĘ NA RAJD POLSKI. W WAKACJE, WIADOMO – NA ŻEGLARSKIE ŻYCIE. PO WAK ACJACH STALI BY WALCY, NAWET CI Z KOŃCA KRAJU, PRZYJEŻDŻAJĄ DO SPA W ROBERT’S PORT. CZYM ICH KUSI?

040

Hotele selekcjonuje się chociażby pod kątem przyznanych im gwiazdek. A hotelowe SPA? Zwykle niewiele odbiega od ilości tych gwiazdek, jednak klienci, dla których wizyty w SPA to wręcz systematyczny sposób na relaks i odnowę ciała, mają też i swoją hierarchię: jeśli są zabiegi na bazie preparatów Klapp Cosmetics i  BABORa, można jechać w ciemno choćby na koniec Polski. Do Starych Sadów pod Mikołajkami przyjeżdżają samochody z rejestracjami nie tylko z odległych zakątków kraju, ale też i z zagranicy. Pod hotelem Robert’s Port niektóre z aut są już doskonale znane obsłudze – należą do klientów, którzy regularnie zjeżdżają tu nawet trzy razy w roku. A częstotliwość wizyt może się jeszcze zwiększyć, bo od maja w SPA serwuje się też zabiegi na bazie preparatów niemieckiej marki Klapp Cosmetics. Dołączyła tym samym do – obecnej od trzech lat w SPA – wiodącej w branży marki kosmetycznej BABOR, która w tym roku świętuje 60-lecie. W branży kosmetycznej, nie tylko w rodzimych Niemczech, ale i w Europie, BABOR oraz Klapp Cosmetics są markami tak samo uznanymi, jak chociażby Porsche w motoryzacji. Można więc powiedzieć, że SPA w Robert’s Port to jak garaż, w którym czekają dwie niemieckie supermaszyny. Obydwie marki kosmetyczne są liderami w innowacyjności zabiegów kosmetycznych. Dość powiedzieć, że nowatorskiej linii preparatów Repacell marki Klapp przyznano pierwsze miejsce w prestiżowym konkursie Beauty Premium 2016

za najlepszy kosmetyk do pielęgnacji twarzy. Innowacyjna linia bazuje na komórkowych badaniach telomerazy, które w 2009 roku zostały nagrodzone Nagrodą Nobla. W czym tkwi fenomen preparatu Repacell? By nie wgłębiać się w zawiłą chemię – wysoce skoncentrowane składniki pochodzenia roślinnego o dużej aktywności biologicznej chronią DNA komórek, spowalniając tempo ich starzenia się, wspierając regenerację skóry, jej napięcie, elastyczność i nawilżenie. Co ważne, preparat wykazuje się równą skutecznością na każdym rodzaju skóry. Tegorocznym hitem Klapp Cosmetics są też dwufazowe ampułki Bi-Phase Serum o natychmiastowym efekcie działania (cztery rodzaje, m.in. wygładzające zmarszczki, odbudowujące kolagen, nawilżające). Obydwie marki to jednak nie tylko pionierskie preparaty. To przede wszystkim standard usług bazujących na firmowanych przez siebie zdobyczach nowoczesnej kosmetologii. Posiadają więc własne centra szkoleniowe, stąd terapeutki pracujące na jej preparatach, gdziekolwiek na świecie byśmy nie skorzystali z zabiegów na twarz oraz rytuałów na ciało, zawsze wykonają je z taką samą precyzją. – Do tej perfekcji dochodzi się na profesjonalnych szkoleniach – podkreśla Marzena Ozga, menedżer SPA w hotelu Robert’s Port w Starych Sadach. – Tu nawet palec terapeutki nie może uciskać choćby o pół centymetra dalej niż powinien.


SPA

Ale klienci i tak mają swoje ulubione terapeutki, więc umawiając się na przyjazd, obowiązkowo o nie dopytują. – Znamy preferencje naszych stałych klientów, stąd to budowanie zadowolenia – nie kryje Aneta Ruszewska, terapeutka SPA. Trendem w odmładzaniu jest mezoterapia bezigłowa. To nieinwazyjny system odmładzania skóry, gdzie impulsami elektrycznymi ułatwia się i wzmaga wnikanie aktywnych składników zawartych w kosmetykach pielęgnacyjnych. Pół godziny po zabiegu można nałożyć makijaż i iść prosto na bal, co przy metodach inwazyjnych jest nierealne.

biegów Klapp Men i BABOR Men), a także o… dzieci. SPA dla nastolatek to już żadna nowość, ale Kids SPA wciąż brzmi zaskakująco. Trafiają tu już czterolatki (pod opieką rodzica) na delikatne masaże pleców, stóp i dłoni z użyciem olejków i masełek o ulubionych owocowych zapachach. Są też pakiety zabiegów dla przyszłych mam. – Obserwujemy rosnący trend rodzinnego SPA. A dzieciaczki? One z wielką rozkoszą oddają się tym zabiegom i kiedy terapeutka kończy im masować jedną nóżkę, same podtykają drugą, mówiąc „A telas ta” – opowiada Aneta Ruszewska.

Skóra jest odbiciem kondycji organizmu. Komunikuje nadmiar stresu, złą dietę czy choroby. Doświadczone terapeutki wychwytują taki stan po pierwszej diagnozie. A te nie zawsze bywają optymistyczne, zwłaszcza u pań, które nierozważnie korzystały z zabiegów medycyny estetycznej. – Z powodu braku właściwej pielęgnacji skóry zarówno na zewnątrz, jak i od wewnątrz, mimo pozornie dobrego efektu, skóra jest często w kiepskim stanie – zauważa Ewelina Koper, kosmetyczka w SPA Robert’s Port. – Dlatego zabieg na twarz dobierany jest w gabinecie dopiero po ocenie skóry. W Robert’s Port ankietuje się klientów. Mimo iż hotel ma założony standard usług SPA na wysokim poziomie, a klienci też przyjeżdżają tu z dość wysokimi oczekiwaniami, to udaje się zebrać z ankiet wyniki przewyższające oczekiwania. Stąd dochodzi do takich sytuacji, że do tutejszego SPA przyjeżdżają klienci na zabiegi z okolicznych hoteli, mimo iż tam też mają do dyspozycji pakiet usług. – Hotele pełnią dzisiaj już inną funkcję niż tylko celowe miejsce do spania i udziału w konferencjach – przekonuje Marzena Ozga. – Przede wszystkim zapewniają relaks i odpoczynek od codziennego zgiełku oraz możliwość zregenerowania ciała. To coraz częstszy motyw odwiedzin hoteli, które już samym położeniem, z taflą błękitu jeziora za oknem, działają regenerująco. W  Robert ’s Port, tak samo jak o  urodę pań, terapeutki zadbają również o panów (jest też linia kosmetyków i za-

Szeroki wachlarz zabiegów i stosowanych preparatów odzwierciedla dość szeroko zakrojony cennik w karcie zabiegów. Ale ich efekt szybko zmienia nastawienie nawet do pieniądza. Stąd dobrą metodą na przełamanie się jest otrzymany voucher, który bez stresowania się cennikiem pozwoli docenić różnicę. Czasem terapeutki stosują zabieg najpierw na pół twarzy, by zobrazować różnicę. – Pewna pani wahała się przed zabiegiem, czy kupić jeden krem z linii kosmetycznej. Po zabiegach na nim kupiła całą serię – kwituje terapeutka. Bo jeśli klientki pytają o to, jak długo utrzyma się efekt zabiegu, mogą usłyszeć najmądrzejszą z odpowiedzi: tak długo, jak zechce się później stosować codzienną domową pielęgnację. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz, Konrad Poświata

HOTEL ROBERT’S PORT **** Lake Resort & SPA Witalna Przystań Stare Sady 4, Mikołajki + 48 87 429 84 82 spa@hotel-port.pl www.hotel-port.pl

041


STOMATOLOGIA

STOMATOLOGIA JUTRA JUŻ DZIŚ CHCEMY OFEROWAĆ PACJENTOM STOMATOLOGICZNE TECHNOLOGIE PRZYSZŁOŚCI W PRZYSTĘPNYCH CENACH – PODKREŚLA DR GRAŻYNA POWIDEŁ, WŁAŚCICIELKA CENTRUM DENTYSTYCZNEGO EURODENT W  LIDZBARKU WARMIŃSKIM. GOTOWI NA FUTURYSTYCZNĄ WYCIECZKĘ?

042

Aby wybrać się w przyszłość, na początek musimy cofnąć się w czasie o 20 lat. – Podglądałam najnowocześniejsze gabinet y stomatologiczne na świecie i  marzyłam, aby stworzyć taki we własnym mieście – wspomina Grażyna Powideł, właścicielka Centrum Dentystycznego Eurodent w Lidzbarku Warmińskim. Swoją wizję zamieniła w futur ystyczny gabinet pełen ultranowoczesnych sprzętów. Wszystko to sprawia, że do Lidzbarka Warmińskiego przyjeżdżają pacjenci z całej Europy. – Oczywiście w swoich krajach mają usługi na podobnym poziomie, ale koszty leczenia są tam dużo wyższe – mówi właścicielka gabinetu. – W naszym gabinecie oferujemy stomatologiczną technologię przyszłości w przystępnych cenach. Gabinet oferuje kompleksowe leczenie, ponieważ pracuje tu zespół lekarzy specjalizujących się w różnych dziedzinach stomatologii: protetyce, ortodoncji, implantologii, chirurgii stomatologicznej, endodoncji periodontologii i stomatologii estetycznej. – Dzięki temu, że prowadzimy również laboratorium protetyczne, oferujemy kompleksowe leczenie stomatologiczne – podkreśla Grażyna Powideł. Zespół dopełniają higienistka stomatologiczna, asystentka i technik dentystyczny. – Zachowując najwyższe standardy, pracujemy na cztery ręce. Zawsze lekarz współpracuje z higienistką lub asystentką – uzasadnia właścicielka. – To praca wymagająca niezwykłej precyzji, więc bez dodatkowych rąk asysty nie można mówić o dokładności.

Ale nawet najlepsi specjaliści bez nowoczesnego sprzętu niewiele zdziałają. Wśród urządzeń jest tu np. jedyny w Lidzbarku Warmińskim mikroskop wykorzystywany m.in. w endodoncji, mikrochirurgii i implantologii. – Bez jego użycia leczenie kanałowe to jakiś kaskaderski wyczyn – komentuje Grażyna Powideł. Z kolei kamera wewnątrzustna umożliwia pacjentom śledzenie postępów w leczeniu. Kiedy więc pacjent przychodzi np. na zabieg usunięcia kamienia, a jest przekonany, że ma zdrowe zęby, diagnozę stomatologa może oglądać bezpośrednio na 40-calowym ekranie z jakością HD. – Lista sprzętów, które pomagają nam w codziennej pracy, jest długa: tomograf CBCT do diagnostyki implantologicznej, chirurgicznej i endodontycznej, system implantologiczny BEGO, cyfrowy czytnik koloru zębów, RTG / RVG, Implantmed W&H, elektroniczny zestaw do endodoncji, system do komputerowego znieczulenia – wylicza właścicielka. Od niedawna w Eurodencie można upiększyć swój uśmiech, nie tylko lecząc zęby. Można usunąć m. in. zmarszczki, wyleczyć bruksizm, nadpotliwość, poprawić kontur ust. – Wprowadzanie usług medycyny estetycznej w gabinetach stomatologicznych to ogólnoświatowa tendencja, w ynikająca z potrzeb pacjentów – wyjaśnia Grażyna Powideł. – Dentysta to dyplomowany lekarz, który sprawia, że mamy ochotę się uśmiechać. Ale czasem, gdy już wewnątrz jamy ustnej jest wszystko w najlepszym porządku, warto trochę poprawić to, co wokół, czyli usta i twarz. Tu też nieustannie się rozwijamy, szkolimy i testujemy nowe technologie podczas konferencji branżowych. Oczywiście nie raz słyszy się o tym, że zabiegi medycyny estetycznej wykonują kosmetyczki, ale decyzję o wyborze gabinetu zostawiamy pacjentom. Tekst: Michał Bartoszewicz, obraz: Arek Stankiewicz EURODENT Centrum Dentystyczne Grażyna Powideł Lidzbark Warmiński, ul. Konstytucji 3 Maja 3 www.eurodentlidzbark.pl


URODA

MĄDRZEJSZA DUSZA, ŁADNIEJSZE CIAŁO PODOBNO NAJLEPSZE NA WALKĘ Z MIJAJĄCYM CZASEM SĄ: DOPASOWANA DIETA, PODREPEROWANIE DUSZY, RUCH ORAZ WIZYTY U KOSMETYCZKI. NO I CZASAMI ZAKUPY. A GDYBY TAK WSZYSTKIE TE RZECZY ZNALEŹĆ W JEDNYM MIEJSCU? Z racji zawodu Magdalena Kozak-Brzozowska obserwuje na co dzień wiele kobiet. Każda ma swoje ukryte potrzeby este tyczne, jednak samo przyjście do jej gabinetu nie zawsze oznacza konieczności wykonania zabiegu. Chyba że tego na… duszy. Bo np. w  pracy zatrudnili młodszą i atrakcyjniejszą albo mąż nie patrzy już takim zalotnym spojrzeniem, jak kiedyś… – Kobiety mają kompleksy, swoją wymyśloną nieatrakcyjność zajadają, przez co jeszcze bardziej tracą pewność siebie. Chcę im pomagać – mówi właścicielka gabinetu Gaja Bio Kosmetyka. I szybko podkreśla: – Każda kobieta jest piękna, trzeba to tylko pokazać. Najważniejsze – jej zdaniem – jest pamiętanie o tym, co daje się swojemu organizmowi. Na wygląd skóry wpływają: regularna pielęgnacja, aktywność fizyczna i jadłospis. – Zazwyczaj dbamy o rzeczy, które nie mają znaczenia, biegamy za rzeczami materialnymi, zapominając o tym, że mamy jedno ciało i jedną skórę do końca życia – zaznacza. Skóra to największy narząd naszego ciała, nie tylko czucia, ale przede wszystkim naturalnej bariery biologicznej. Jest gładka i jędrna, bo zawiera kolagen, elastynę i kwas hialuronowy. Ale z upływem lat ich poziom systematycznie spada. Naturalny proces starzenia skóry zależny jest od czynników wewnętrznych (np. genów) i zewnętrznych (np. promieniowanie UV). Jednak systematyczne zabiegi u kosmetyczki, nawet te mniej inwazyjne, przyczyniają się do dobrego wyglądu skóry.

Magdalena, właścicielka gabinetu, bez skrępowania opowiada, że każdego roku robi sobie botoks. „Młodsza nie będę, ale wyglądać na taką mogę” – to hasło, które przekazuje swoim klientkom. A bywa, że te są pogubione w świecie, któremu rytm nadają programy telewizyjne (i nie tylko) z kultem młodości i wyrzeźbionego ciała. Sporo z nich nie wierzy w siebie. – Moja w tym rola, żeby je do tego zmobilizować: przez treningi czy zabiegi – dodaje Magda. Z  zabiegów oferowanych w  Gaja Bio Kosmetyka najpopularniejsza ostatnio jest mezoterapia igłowa, po której skóra wygląda na dobrze odżywioną, wypoczętą, drobne zmarszczki całkowicie znikają, a  te głębsze ulegają spłyceniu. Z zabiegów na ciało klientki uwielbiają masaż próżniowy Primelle, który wspomaga efekt ładnej skóry i znacznie redukuje cellulit. – Nie chodzi mi o straszenie kobiet konsekwencjami niezdrowego stylu życia, tylko o to, by uświadomić im, jak zadbać o siebie – podkreśla Magdalena Kozak-Brzozowska. – Podstawowa zasada to nie zmuszać do tego, czego się nie lubi. Do Gaja Bio Kosmetyka często przychodzą dziewczyny, które chcą szybko schudnąć, głodzą się, niszcząc sobie tarczycę, przez co efekt może być zupełnie odwrotny. A tu raczej chodzi o to, by był ktoś obok, wyciągnął pomocną rękę i powiedział: zrobimy to, ale małymi krokami. Nie zawsze łatwymi. Jednak właścicielka gabinetu nieustannie zachęca do walki o siebie. Sama też kiedyś ją stoczyła. Jako dziecko chorowała na serce. Nie mogła ćwiczyć i biegać po podwórku: klasyczne wychowanie pod kloszem. W końcu zbuntowała się przeciw zakazom. Sport dał jej determinację i przekreślił wizję pójścia na rentę w młodzieńczym wieku. Dzisiaj jest kosmetolożką, trenerem odnowy biologicznej, instruktorką fitness i trenerką personalną. Od czterech lat z powodzeniem prowadzi gabinet kosmetyczny, któr y specjalizuje się w  odmładzaniu i  w yszczuplaniu. Można w nim nie tylko skorzystać z zabiegów kosmetologii estetycznej, ale także zasięgnąć pomocy dietetyka, trenera personalnego oraz porad stylistki. Tekst: Martyna Siudak, obraz: Piotr Dowejko

043

GAJA – Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej i Estetycznej Olsztyn, ul. Okólna 3, tel.: +48 697 248 756 www.gaja.olsztyn.pl FB: Facebook/GajaBioKosmetyka


STYL WARMII I MAZUR

CEBULKA NA JESIEŃ SZUKAMY STYLU MODY WARMII I MAZUR. NIEGDYŚ ZIEM ODDZIELONYCH GĘSTĄ PUSZCZĄ OD RESZTY KRAJU, DZIŚ REGIONU PEŁNEGO LUDZI NOWOCZESNYCH, CIEK AWIE UBRANYCH, OTWARTYCH NA ŚWIAT, A JEDNOCZEŚNIE ŻYJĄCYCH SPOKOJNIEJ I BLIŻEJ SIEBIE NIŻ W WIELKICH POLSKICH MIASTACH. WRAZ ZE STYLISTAMI Z REGIONU TROPIMY W SALONACH AURY CENTRUM WARMIŃSKO-MAZURSKIE TRENDY MODOWE KOLEJNYCH PÓR ROKU.

044

Agata Bałdyga – stylistka, właścicielka marki DORADCA STYLU, pomagającej odnaleźć indywidualny sposób ubierania się. Organizatorka pierwszych targów mody w Olsztynie, pokazów, warsztatów. Wielbicielka stylu ulicznego, minimalizmu oraz miksowania elementów sportowych z eleganckimi. Wykształcenie psychologiczne i modowe łączy w pracy nazywanej przez jej klientów „terapią wizerunkową”.

– Magia stylizacji wychodzi przy warstwach, dlatego tak bardzo lubię jesień. Ubieranie na cebulkę to zabawa fasonami, długością ciuchów, barwami – wymienia stylistka Agata Bałdyga. Jej inspiracją były kolory jesiennego Parku Centralnego, ale z nutą światowych trendów. Do szarości dodała więc pudrowy róż, kolor tego sezonu. – A ciepłe kolory połączyłam z ponadczasowym dżinsem. Jestem zwolenniczką szafy uniwersalnej, z klasyczną bazą. Dzięki niej, niezależnie od pory roku i mody, szybko możemy przygotować udaną stylizację. Para ze zdjęć wygląda jakby znalazła się w parku w przerwie między służbowymi spotkaniami. Płaszczyk modelki w stylu lat 60. w urocze ptaszki uzupełniają ciężkie półbuty jak z lat 90. i skarpetki, które połyskują na rajstopach. – Dziś coraz więcej kobiet jest świadomych siebie. Nie idą na kompromisy i zamiast eleganckich szpilek wybierają wygodę płaskiego obuwia – komentuje stylistka. Stonowany strój modela ożywiają podwinięte nogawki spodni, kolor bordo (na skarpetkach i szaliku) oraz bluza z kapturem, zamiast koszuli czy swetra. – Oczywiście nie w każdej pracy można sobie na to pozwolić, ale jeśli nie jest wymagany garnitur, postawmy na swobodny styl, który jest dużym atutem, gdy przemieszczamy się samochodem. Pojedyncze stylizacje są propozycją na weekend. – Na przedłużanej, musztardowej parce modela wszyscy zawieszali oko. Jest niesamowicie energetyczna! Do tego sweter z szalowym kołnierzem, elementy czerwieni i mamy olsztyńskiego trapera – śmieje się Agata. – Modelkę ubrałam w botki-kaloszki z detalem w panterkę, zielony płaszczyk z rękawem trzy czwarte, kolorowy golf i plecak. Wygodnie, w sam raz na skakanie z psem przez kałuże. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Łukasz Wajszczyk Modele: Justyna Pikiel, Michał Lachowicz Stylistka: Agata Bałdyga Stylizacja makijażu i włosów modelki: Justyna Pikiel Stylizacja włosów i brody modela: Barber Shop Dziekońscy

Aura Mody to projekt realizowany przez centrum handlowe Aura Centrum i magazyn „MADE IN. Warmia & Mazury”. Przedstawiając kolejne stylizacje zaproszonych projektantów, poszukiwaliśmy wspólnie stylu modowego Warmii i Mazur.


STYL WARMII I MAZUR

045

Ubrani w Aura Centrum Ona: Gerry Weber – golf (459,00), sweter (339,00), płaszcz (399,00), spódnica (389,00), torebka (329,00); Big Star – rękawiczki (29,99); H&M – skarpety (29,90), pompon (29,99); Badura – buty (349,99). On: Big Star – bluza (169,99), szalik (59,99); Klimaty – spodnie (579,00), marynarka (749,00); Badura – buty (469,99), torba (399,99); Vistula – skarpety (24,00).


STYL WARMII I MAZUR

047

Ubrani w Aura Centrum  Ona: Gerry Weber – golf (239,00), sweter (399,00); Klimaty – kurtka (1049,00), buty (449,00), plecak (639,00); Big Star – spodnie (249,99). ƒ On: Klimaty – kurtka (1349,00); sweter (675,00), T-shirt (179,00); Big Star – spodnie (229,99); Wojas – buty (399,00).


KLASYCZNA ELEGANCJA, KRÓLEWSKI PRZEPYCH ALBO ARTYSTYCZNA NONSZALANCJA – NAJWAŻNIEJSZE W TYM DNIU TO POZOSTAĆ SOBĄ. SALON ŚLUBNY ARIANNE OD ĆWIERĆ WIEKU DOBIERA SUKNIE DO OSOBOWOŚCI.

To był ślub stulecia – księżna Kate wyglądała bajecznie. Kiedy świat obiegły zdjęcia z uroczystości angielskiej pary, właścicielki olsztyńskiego Salonu Ślubnego Arianne wiedział y, z  jakim w yzwaniem przyjdzie im się zmierzyć. Wiele klientek, poszukując ślubnej kreacji, inspiruje się zdjęciami celebrytek. Ten dzień chcą przeżyć równie w yjątkowo jak gwiazdy z  czerwonych dywanów. – Żeby jednak wybrać tę jedyną i najpiękniejszą suknię, trzeba ją zmierzyć i zdecydować, który fason najlepiej podkreśla styl i figurę przyszłej panny młodej. Bo najważniejsze w tym dniu, to być sobą – twierdzi Anna Czujko, która od 25 lat prowadzi w Olsztynie salon ślubny. Z takim doświadczeniem w branży łatwo o trafną poradę i wybór kolekcji, która zaspokoi wymagające klientki. Swoją suknię znajdą tu i artystki z nonszalanckim stylem łamiącym konwenanse, i  elegantki ceniące klasykę. Opinia o  salonie Arianne rozchodzi się drogą pantoflową i przechodzi z pokolenia na pokolenie. – Wiele klientek trafia do nas z córkami, siostrami – przyznaje właścicielka. – A niektóre ubierają się u nas więcej niż tylko ten jeden raz. Suknie i dodatki trafiają tu głównie z polskich sprawdzonych i renomowanych pracowni projektowych, ale też z Hiszpanii, Włoch czy Stanów Zjednoczonych. To unikatowe, najczęściej pojedyncze egzemplarze: od prostych, ascetycznych modeli, przez dopasowane „syreny”, rozszerzaną ku dołowi „literę A”, po ponadczasowe, bogato zdobione „księżniczki”, ozdabiane szlachetnymi kamieniami, kryształkami Swarovskiego. – Lekki styl boho i botanical, eteryczne, zwiewne kreacje – to trend dominujący na rynku od dwóch lat – wymienia Gabriela Hatłas-Czujko, synowa Anny, doradca ślubny w salonie Arianne i autorka bloga ślubnego z inspiracjami dla par młodych (bridalideas.pl). – Jako że moda zatacza koło, wśród dodatków wróciły wianki z żywych kwiatów, opaski w stylu bohemy. Klientki wierne swojemu codziennemu stylowi nie idą na kompromisy – do białych sukien zakładają np. trampki albo martensy. Każdego roku znajdujemy na

W POSZUKIWANIU SUKNI IDEALNEJ

MODA

targach ślubnych w Polsce i Europie marki, które rzucają nas na kolana kunsztem wykonania, tkaninami, projektami. Chcemy, żeby nasze klientki miały możliwość w yboru sukni spośród t ych najpiękniejszych. St ąd dec y zja o  ot warciu kolejnego punk tu z modą ślubną. Butik Arianne powstanie przy ul. Dąbrowszczaków 14 – całkiem nową kolekcję sukien dla panien młodych uzupełnią tu kreacje koktajlowe oraz fraki i smokingi dla panów. – Chociaż poszukiwania sukni ślubnej obecnie zaczynamy najczęściej w Internecie, tą wymarzoną, zjawiskową kreację trzeba wyłowić wśród setek innych, zmierzyć i sprawdzić, czy dobrze się w niej czujemy – twierdzi Gabriela. – Suknia ślubna to nie przebranie, tylko ukoronowanie ważnego momentu. Polskie wesela, choć zamieniają się w nowoczesne, tematyczne eventy, nadal są huczne. Suknia powinna podkreślić osobowość, wpisać się w styl uroczystości, a także zapewnić komfort przez wiele godzin. Kreacje od Arianne trafiają na uroczystości w całej Polsce, ale również do Rzymu, Niemiec, Anglii i Skandynawii. – Nie ma lepszej wizytówki niż zdjęcia i podziękowania od naszych zadowolonych klientek – przyznaje Anna Czujko. – Każdy dzień niesie ze sobą silne emocje, to praca, która wymaga umiejętności dobrego psychologa. Ale kiedy uda się wypracować efekt finalny, dobrać kreację idealną, satysfakcja jest ogromna. Zadowolone klientki dają nam motywację i odwagę, aby sięgać po światowe trendy, wprowadzać nowatorskie pomysły. I rozwijać pasję, bez której nie udałoby się prowadzić tej działalności przez ćwierć wieku i połączyć w niej dwa pokolenia. Tekst: Beata Waś

Salon Ślubny Arianne Olsztyn, ul. Pieniężnego 5

Butik Ślubny Arianne Olsztyn, ul. Dąbrowszczaków 14

www.arianne.pl www.facebook.pl/ArianneModaSlubna

049


AURA KOBIET

AURA ZMIENNĄ JEST JEŚLI AURA JEST KOBIETĄ, TO I CHCE WYGLĄDAĆ ATRAKCYJNIE. A JEŚLI KOBIETY CHCĄ COŚ ZMIENIĆ W SWOIM ŻYCIU, TO AURA WŁAŚNIE TO UCZYNIŁA. O KOBIECEJ TOŻSAMOŚCI AURY CENTRUM ROZMAWIAMY Z ANNĄ GOSPODAREK, DYREKTOR OLSZTYŃSKIEGO CENTRUM HANDLOWEGO.

050

MADE IN: Jak każda kobieta, Aura lubi pięknie wyglądać? Anna Gospodarek: (śmiech) Tak, dlatego przez ostatnich kilkanaście miesięcy nasze centrum handlowe przechodziło liczne zmiany. Realizowaliśmy po kilka modernizacji w miesiącu, co wiązało się z okresowymi zamknięciami poszczególnych butików. Otwarte w nowej odsłonie – i często też lokalizacji – sklepy takich marek jak Reserved, Rossmann, Unisono, Apart Big Star, Home&You i CCC od progu zapraszają nowoczesnym, jasnym i przestronnym wnętrzem. Na liście zmodernizowanych sklepów znajduje się w sumie kilkadziesiąt lokali. Aura Centrum jest z mieszkańcami Olsztyna już od ponad dekady. Stąd te zmiany? W 2013 roku, jeszcze przed zmianą nazwy z Alfy na Aurę, zmodernizowana została część naszego obiektu. Remont

powierzchni wspólnych jednak zawsze powinien iść w parze z modernizacją poszczególnych sklepów. Dlatego od dłuższego czasu zachęcamy naszych najemców do czynnego włączenia się w te zmiany. Ich efekt jest widoczny, a za kulminację tego procesu można uznać otwarcie nowych restauracji, które pierwszych klientów powitają już w listopadzie. Otwarcie strefy restauracji połączone będzie z podsumowaniem projektu Aura Kobiet? Od stycznia 2015 roku prowadzimy program o nazwie Aura Kobiet. Jest to cykl bezpłatnych warsztatów dla pań. Jego podstawą była przede wszystkim aktywizacja olsztynianek z pasją i pokazanie tych pasji szerszej grupie odbiorców. Zapraszaliśmy do współpracy oddane swej pracy stylistki i wizażystki, szefowe kuchni i mistrzynie szycia, boginie rękodzieła oraz prawdziwe władczynie


AURA KOBIET

aparatu fotograficznego i komputera. Wszystkie one podczas kameralnych spotkań warsztatowych dzieliły się swoją pasją z naszymi klientkami. W kilkunastoosobowych grupach zarażały swoimi talentami i przekonywały, że możliwe jest pogodzenie pracy zawodowej z wciągającym hobby. Niektóre pokazywały nawet, jak z tego hobby uczynić sposób na życie. Ile kobiet skorzystało z projektu? W trakcie dwóch edycji cyklu zorganizowaliśmy 12 warsztatów, w których w sumie uczestniczyło blisko 200 pań. To 200 zadowolonych klientek, którym często otworzyliśmy drogę do nowego, dającego satysfakcję zajęcia. Już niebawem, 26 listopada, na ostatnie w tym roku spotkanie w ramach Aury Kobiet zaprosimy kolejne kilkanaście pań. Zapisy na stronie www.aurakobiet.pl już trwają. Tym razem zainteresujemy uczestniczki tematyką zdrowego gotowania, inspirowanego kuchniami z różnych stron świata. Pomysły na dania zaczerpniemy z menu restauracji, które zaledwie tydzień wcześniej otworzą się w nowej strefie gastronomicznej – Olimp i Asia Hung, ponadto Cukiernia Sowa, lodziarnia Grycan oraz punkt ze świeżymi sokami Fresh na Zdrowie. Nie jest pani rodowitą olsztynianką – jak postrzega pani Aurę i sam Olsztyn? Zanim ścieżka kariery zawiodła mnie do Olsztyna, miałam okazję mieszkać i pracować w Paryżu, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i Opolu. Pochodzę natomiast znad morza. Mam zatem za sobą dość bogaty wachlarz zmian i to właśnie te zmiany dały mi szerokie spojrzenie na otoczenie i ludzi wokół mnie. Olsztyn jest jednym z najładniejszych miast, z którymi do tej pory byłam związana. Bliskość lasów i jezior, historia miasta, kultura – to wszystko mnie fascynuje. Sama Aura natomiast urzeka mnie swoim zaangażowaniem w sprawy miasta, jesteśmy zlokalizowani w sercu olsztyńskiego centrum i nic tego nie zmieni. Taki stan rzeczy nadaje kierunek naszym działaniom – chcemy budować dalszą współpracę z lokalnymi instytucjami, takimi jak Miejski Ośrodek Kultury w Olsztynie czy Teatr im. Stefana Jaracza. Na centrach handlowych spoczywa dzisiaj dość duża odpowiedzialność zagospodarowania czasu wolnego odwiedzających nas gości. Nam jednak ta odpowiedzialność nie ciąży, wprost przeciwnie – motywuje do poszukiwania ciekawych rozwiązań i projektowania nietuzinkowych planów marketingowych. Rozmawiał: Michał Bartoszewicz, obraz: Michał Bartoszewicz

AURA KOBIET – WARSZTATY KULINARNE 26 listopada 2016 – AURA Centrum Olsztyna Al. Piłsudskiego 16 Zapisy: www.aurakobiet.pl Najbliższe warsztaty Aura Kobiet poprowadzi Katarzyna Janiszewska, która przeniesie uczestniczki w świat zdrowych i prostych przepisów kulinarnych, inspirowanych jadłospisem nowych restauracji, które w listopadzie zadebiutują w olsztyńskiej Aurze. Nie zabraknie śródziemnomorskich smaków natchnionych Olimpem, azjatyckiego kolorytu gwarantowanego przez Asia Hung, porcji zdrowia od Fresh na Zdrowie i odrobiny słodkiej przyjemności w stylu Cukierni Sowa. Aby wziąć udział w zajęciach, wystarczy wejść na stronę www.aurakobiet.pl, wypełnić formularz i odpowiedzieć krótko na pytanie: Czy masz swój sprawdzony przepis na ulubione danie? Na podstawie udzielonych odpowiedzi wyłonione zostaną panie do udziału w warsztatach. Aura Kobiet to cykl bezpłatnych warsztatów dla pań – wszystkich, niezależnie od wieku i prowadzonego stylu życia. Pomysłodawcą i realizatorem projektu jest centrum handlowe Aura Centrum. Pierwsze zajęcia zostały zorganizowane w styczniu 2015 roku. Od tego czasu już kilkaset kobiet miało możliwość rozwijania swoich zainteresowań w takich obszarach jak moda, makijaż, fotografia, psychologia, finanse, zarządzanie czasem, rękodzieło czy kulinaria. Prelegentkami podczas warsztatów są olsztynianki z pasją, specjalistki w swoich dziedzinach, które potrafią zarażać własnym hobby, dzielić się umiejętnościami i inspirować pomysłami.

051


LUDZIE

GOŚCIMY NORBERTA DUDZIUKA*

ILE TĘ BEKĘ MOŻNA KRĘCIĆ MÓWISZ: NORBI*, MYŚLISZ: WESOŁEK W ORYGINALNYCH CIUCHACH. TYMCZASEM DLA ZRÓWNOWAŻENIA TEGO ROZRYWKOWEGO USPOSOBIENIA NORBI UCIEKA W CIĘŻKĄ MARTYROLOGICZNĄ LITERATURĘ FAKTU. MADE IN: Skoro spotykamy się z Norbim, to oczywiste, że porozmawiamy o… wojennych książkach. Norbi: Zaskakujące, prawda? No właśnie, a dla kogo jest to oczywiste? Chyba tylko dla mojej rodziny i dla ludzi, z którymi jeżdżę w trasy na koncerty. Zamęczam ich historią, a oni nie mogą już tego słuchać, bo czytam o najkrwawszym i najbrutalniejszym rozdziale II wojny światowej, czyli Holocaust plus martyrologia. Wcześniej nie opowiadałem o tym, bo i nikt mnie o to nie pytał.

052

Kiedy cię to zainteresowanie dopadło? Już w podstawówce. I to przez przypadek. Moja mama czytała książkę, bodajże „Dymy nad Birkenau”. Mnie, małolata, wciągnęła wręcz jak książka przygodowa. Trochę drastycznie i dziwnie to zabrzmiało, ale tak właśnie było. Potem okazało się, że dziadek mojej pierwszej żony siedział w Dachau. Kiedy jeszcze żył, opowiadał mi takie rzeczy, że włosy się na głowie jeżyły. Ciekawiło mnie to. Nie myślałeś o tym, by pójść na studia historyczne? Nie. Traktowałem to jedynie jako wielkie zainteresowanie. Ktoś się ostatnio śmiał, choć to czarny humor, że z moją wiedzą powinienem być przewodnikiem po Oświęcimiu. Fortyfikacje hitlerowskie na Mazurach też masz w małym paluszku? Oczywiście zwiedziłem je wielokrotnie, ale nie fascynuje mnie to tak bardzo, jak kwestie związane z martyrologią. To zastanawiające, jak działała taka machina wobec milionów ludzi. Jak można było ich tylu uwięzić, a potem uśmiercić. Wręcz w sposób fabryczny, taśmowy. To mi się nie mieściło w głowie.

Dużą masz biblioteczkę w tym temacie? Sporo książek pożyczam znajomym i one do mnie zwykle nie wracają. Przeczytałem tego bardzo dużo, ale nie kupuję książek jak leci. Dość starannie wybieram. Ostatnio po raz kolejny czytałem „Anus Mundi” Wiesława Kielara. To człowiek, który trafi ł do Auschwitz transportem tarnowskim, w pierwszych dniach, więc miał jeden z pierwszych numerów. I przeżył cały obóz. Opisy są bardzo brutalne i tragiczne. My razem tu wzięci przetrwalibyśmy w takim obozie może kilka dni, a ludzie przetrzymywali to latami. Można wyczytać, jak omijali śmierć w sposób wręcz niemożliwy. Intensywnie koncertujesz, ciągle w trasie, nawet spotkać nam się trudno było, a na czytanie trzeba czasu. Kiedy czytasz? Jak jadę z ekipą busem, to wyłączam się i czytam. Tak samo w hotelach. Zawód muzyka jest dość dziwny, bo jedziesz nieraz dziesięć godzin na koncert, by godzinę śpiewać. Sam występ to przyjemność, ale najgorsza jest podróż. A jak są odległości, to są i hotele. Za młodu z kumplami bawiliśmy się i piliśmy wódkę, a teraz, jako chłop dorosły, biorę książkę i czytam. Co na to ekipa z busa? Mówią, żebym zapisał się do IPN-u. (śmiech) Ale powiem ci, co zrobiłem kilka lat temu, jak graliśmy koncert koło Oświęcimia. Mówię do zespołu: „Panowie, zapraszam na w ycieczkę”. Wzięliśmy przewodniczkę, która na dobrą sprawę była niepotrzebna, bo jak zacząłem im opowiadać, to sama powiedziała: „O, wiedzę, że pan mocno w temacie siedzi”. Z miejsc, gdzie zginęło ponad milion ludzi, wychodzili ze słabymi minami. I teraz wyobraź sobie, że ta przewodniczka podchodzi do nas na zakończenie, już przy bramie, i do


LUDZIE

naszego perkusisty, który nawet podobny do mnie nie jest, mówi: „Poznałam pana, mogę prosić o autograf?”. W takim miejscu nie wypadało się śmiać, więc musieliśmy odejść, bo nie mogliśmy wytrzymać. À propos rozpoznawania, to ciekaw jestem reakcji sprzedawców w księgarniach, kiedy rzucasz im na ladę stos książek wojennych, a nie płyt z muzyką rozrywkową. Babka ostatnio powiedziała do mnie: „Co, na prezent?” Ja jej: „Nie, proszę pani, to ja się interesuję”. A ona: „Chyba pan żartuje”. Tę brutalną historię trzeba znać. Dlatego chciałbym zabrać nasze dwie córki, moją i obecnej żony, na wycieczkę – żeby nie zabrzmiało to wręcz psychopatycznie – po obozach: Sachsenhausen, Buchenwald, Dachau i skończyć Mauthausen w Austrii. Wiem, wiem, to fatalnie wygląda, kiedy znajomi zapytają: „Gdzie pojechałeś z córkami? ”. „Na w ycieczkę po obozach koncentracyjnych”. Ale chodzi tu o przybliżenie młodzieży historii, dziewczyny mają już 17 i 20 lat. Podkradają ci książki? Starsza tak, ostatnio „Sonderkommando”. To chyba największy ciężar, jaki czytałem – wspomnienia człowieka, który przeżył Sonderkommando, oddział składający się młodych, silnych żydów, którzy zajmowali się wprowadzaniem do komory, zabieraniem ubrań, zamykaniem na rygiel, potem wyciąganiem i spalaniem. Węgierski film o Sonderkommando, „Syn Szawła”, dostał w tym roku Oskara w kategorii fi lmów nieanglojęzycznych. To najmocniejszy fi lm fabularny nakręcony w tym temacie. Ciężar konkretny, dla ludzi o mocnych nerwach. A jeszcze jak ktoś ma rozwiniętą wyobraźnię, to kaplica totalna. No właśnie, jak się naczytasz o tej martyrologii, to nie rzutuje to na twoje samopoczucie? Wiesz dlaczego być może wszedłem w ten temat? Ja na co dzień mam tyle radości i brechtu, tej głupizny, że to mnie zwyczajnie do pionu sprowadza. Dla równowagi. Jestem ogromnym optymistą, mam świetnych ludzi wokół siebie, wszystko mi się układa. Do tego gram około stu koncertów rocznie, a wiesz jacy są muzycy – ja mówię na to zjazd lekkoduchów. Więc cały czas jest beka, jaja i luz. A ile tę bekę można kręcić? Trzeba czasem zejść na ziemię i przypomnieć sobie, że jest życie normalne, a było też i okrutne. Choć jak się patrzy na Syrię, Koreę Północną, może nawet na Ukrainę, to któż wie, co tam się dzieje. Rozmawiał na schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w Olsztynie (w piątek 28 października o godz. 18.20 przy temperaturze 8 stopni) Rafał Radzymiński, obraz: Arek Stankiewcz.

* Norbi, czyli muzyczny pseudonim Norberta Dudziuka, olsztyńskiego piosenkarza i prezentera radiowego. 19 lat temu wdarł się na scenę muzyczną przebojami z nurtu pop, dance i  disco, zgarniając od razu Fryderyka za debiutancki album „Samertajm”. Artysta aktywny na wielu płaszczyznach (programy TV, audycje radiowe, współpraca z innymi gwiazdami), znany z nietuzinkowego stylu ubierania się, a także bez skrępowania promujący się jako wykonawca, który zaśpiewa dosłownie wszędzie.


PRAWO

FRANKI W SĄDZIE SKĄD NA WOKANDACH SĄDÓW W CAŁYM KRAJU TYLE SPRAW DOTYCZĄCYCH KREDYTÓW WALUTOWYCH? ROZMAWIAMY O TYM Z IZABELLĄ BORKOWSKĄ, OLSZTYŃSKIM ADWOKATEM. MADE IN: Na jakiej podstawie tworzone są pozwy przeciwko bankom? Adwokat Izabella Borkowska: Do 2008 roku wiele banków proponowało umowy kredytów walutowych, w których znajdowały się klauzule niedozwolone, kształtujące interesy klientów w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami. Umowa kredytu wskazana w prawie bankowym to taka, w której bank udostępnia kwotę kredytu, a  kredytobiorca musi zwrócić kapitał, odsetki i prowizję. I nic więcej. A dochodzi do sytuacji, że nie bierze się pod uwagę kwoty kapitału, która faktycznie została udostępniona i przelana na konto klienta w złotówkach – tylko kwotę kapitału przeliczoną na walutę obcą. Spłacamy coś więcej niż to, co jest przewidziane przez prawo. Przy przeliczeniu startowym kwota kredytu ze złotówek była przeliczana na walutę obcą według kursu kupna tej waluty ustalanego przez bank i od tej chwili zobowiązanie kredytobiorcy było wyrażone w walucie obcej. Później poszczególne raty kredytu przeliczane były z waluty obcej na złotówki według kursu sprzedaży ustalanego przez bank. Tylko bank wiedział, na podstawie jakich wskaźników te kursy były ustalane. W umowie kredytu nie dzielił się jednak tą wiedzą z klientem. Można to zakwestionować przed sądem? Tak. Dlatego trzeba zajrzeć do swoich dokumentów kredytowych, bo może okazać się, że jest podstawa, by walczyć przed sądem o zwrot nadpłaconych pieniędzy. To jak rozwiązać ten problem? W pierwszej kolejności kancelaria adwokacka analizuje umowę kredytową i wszystkie zawarte do niej aneksy pod kątem klauzul niedozwolonych. Następnie klient podpisuje pełnomocnictwo i na jego podstawie kancelaria występuje o  dokument y do banku. Po uz y skaniu dokumentów z banku obliczana jest nadpłata, czyli różnica pomiędzy t ym, ile fakt ycznie klient zapłacił, a  t ym, ile powinien zapłacić, gdyby umowa kredytu była wykonywana zgodnie z  prawem. Kolejnym krokiem jest sporządzenie przez kancelarię pozwu o zwrot na rzecz klienta kwoty pieniężnej stanowiącej tę właśnie różnicę. Jak wygląda orzecznictwo sądowe dotyczące tych kredytów? Na razie wszystkie toczące się sprawy rozpatrywane są na korzyść kredytobiorców. Sąd uznaje kredyt jako złotowy z  oprocentowaniem z  umow y kredy towej i  zasądza od banku zwrot nadpłaty. Są też sprawy dotyczące bankowych tytułów egzekucyjnych (BTE). To pozasądowe tytuły

egzekuc yjne, k tóre po nadaniu im przez sąd klauzuli wykonalności stawały się tytułami wykonawczymi i były podstawą wszczęcia przeciwko kredytobiorcy postępowania egzekucyjnego przez komornika sądowego. Trybunał Konstytucyjny stwierdził jednak, że takie praktyki naruszają konstytucyjną zasadę równości i banki od sierpnia 2016 roku nie mają już prawa tych tytułów egzekucyjnych wystawiać. Są jednak jeszcze stare egzekucje prowadzone na podstawie takiego bankowego tytułu egzekucyjnego i dochodzi nawet do sprzedaży domu kredytobiorcy. Można to zatrzymać? Tak, jak najbardziej. Są już w tym zakresie prawomocne wyroki sądów powszechnych. Głośna sprawa tocząca się od 2013 roku przed Sądem Okręgowym w Szczecinie o pozbawienie bankowego tytułu egzekucyjnego klauzuli wykonalności znalazła swój pozytywny finał we wrześniu tego roku przed Sądem Najwyższym, który oddalił skargę kasacyjną banku i stanął po stronie kredytobiorcy. W uzasadnieniu tego w yroku jest zawarta cała argumentacja mówiąca o tym, że indeksacja kredytu do waluty obcej była niedozwolona, że bank ustalał tabele kursów kupna i sprzedaży waluty obcej, jak chciał, że klientowi został przedstawiony do podpisania wzorzec umowy i umowa kredytu nie była z nim w żaden sposób negocjowana. Do tego dochodzi jeszcze Rzecznik Finansowy, który w czerwcu tego roku opublikował raport i dokonał w nim analizy umów kredytowych indeksowanych i denominowanych do waluty obcej pod kątem zawartych w nich klauzul niedozwolonych i wskazał nawet, że takie umowy mogą być nieważne. I co to by oznaczało dla stron tej umowy kredytu? Otóż strony tej umowy powinny wzajemnie sobie zwrócić to, co od siebie wcześniej otrzymały. A zatem bank powinien oddać kredytobiorcy zapłacone przez niego raty kredytu i koszty związane z uruchomieniem kredytu. A klient powinien zwrócić bankowi udostępniony mu kapitał. W sytuacji uznania przez sąd takiej umowy za nieważną w całości dojdzie do sytuacji, tak jakby umowa kredytu nigdy nie została zawarta. Taki wyrok unieważniający umowę kredytu w całości zapadł już w sierpniu 2016 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie. I jeśli się uprawomocni, to będzie precedens. Rozmawiał: Michał Bartoszewicz, obraz: Michał Bartoszewicz

Adwokat Izabella Borkowska jest członkiem Izby Adwokackiej w Olsztynie i właścicielką Kancelarii Adwokackiej w Olsztynie (www.borkowskaadwokat.pl).

055


FINANSE

NIE PRZEKŁADAMY PAPIERÓW

„ N U D N Y K SI ĘG OW Y TO N A J G O R S ZE , CO M OŻE SP OT K AĆ PR ZEDSI Ę B I O RC Ę ” – TA K B R ZM I PIERWSZE PR Z YK A Z ANIE PR ACOWNIKÓW BRBK . SZKOLENI W AK ADEMII BRBK S TA Ż YŚCI NIE WKUWAJĄ GO NA BL ACHĘ. PO PROSTU PO MIESIĘCZNYM KURSIE Z APOMINAJĄ, CO TO NUDA.

056

Jest ponury, jesienny poniedziałek. To idealna aura, by wyobrazić sobie znany z literatury obrazek: znudzony księgowy mozolnie wpisuje do kajetu kolejne rzędy cyfr. Ziewa. Wie, że nie tylko dziś, ale przez kolejne dni, miesiące i lata nic ciekawego go w tej pracy nie spotka. Z takim wizerunkiem w głowie wchodzę do BRBK – Biura Rachunkowego Barbary Kułakow w Olsztynie. Ziewania brak. Jest otwarta przestrzeń, praca wre. I padają słowa, które wybudzają mnie z letargu: – „Wyprany” księgowy to najgorsze, co może spotkać przedsiębiorcę, bo brak twórczego podejścia do tego zawodu to najdroższe podatki. W dodatku przepisy stają się tak trudne i wszystko się tak dynamicznie zmienia, że nudni ludzie zwyczajnie nie utrzymają się w księgowości – zaznacza na wstępie Barbara Kułakow, która 25 lat temu założyła BRBK. –Doświadczenie zawodowe mam jeszcze dłuższe, dlatego wiem, że chronienie się przed wypaleniem w pracy, stawianie sobie nowych wyzwań jest bardzo istotne. Mi wypalenie już nie grozi. Od lat robię wszystko, abym w mojej firmie nie musiała być najważniejsza. A moi pracownicy mają na szczęście olbrzymi apetyt na życie. Praca ich nie męczy, więc stworzyli drużynę biegową, która z  logo BRBK na sportowych koszulkach biega po kolejne medale. Startują

w licznych biegach w całym województwie. Ostatnio zdobyli trzecie miejsce w klasyfikacji drużynowej w „Olsztyn Biega”, indywidualnie drugie i trzecie wywalczyły Marta i Magda – to budzi mój podziw. Nudni ludzie są nudnymi księgowymi. Jak mówi pani Barbara: – To nie jest zawód dla osób schematycznych, bo ograniczanie się do przekładania papierów, jak automat, jest niekorzystne – i dla klientów, i dla samych pracowników. Na księgowych spoczywa coraz większa odpowiedzialność, ustawodawca narzuca nam ciągły rozwój. Wdrożenie Jednolitego Pliku Kontrolnego [nowy sposób raportowania danych przez przedsiębiorców – red.] i planowane zaostrzenie sankcji za uszczuplenia podatkowe – to nieodległa przyszłość przedsiębiorców i księgowych. O swoich 50 pracownikach właścicielka Biura mówi: „kreatywni, piekielnie inteligentni ludzie sukcesu”. Zajmują newralgiczną pozycję między organami skarbowymi a podatnikiem. Nie tylko gromadzą dane, ale przede wszystkim je analizują i dostarczają wiedzę zarządom i właścicielom kilkuset, obsługiwanych w BRBK, firm. Niektórzy z nich po godzinach uprawiają sporty ekstremalne, ale właściwie można powiedzieć, że to samo robią w pracy – wspinają się wciąż po nowe wyzwania.


FINANSE

– Szukają ich instynktownie, by bronić się przed wypaleniem i rutyną, a przy okazji znajdują nowych zawodników do drużyny – uśmiecha się pani Barbara. – Jedenaście lat temu Artur przyszedł do nas na staż, obecnie jest dyrektorem firmy. Każdy, kto uczył się zawodu w BRBK i wytrwał, został zatrudniony. Łowimy najlepszych. To właśnie oni odnoszą największe sukcesy, jednocześnie pracują i studiują. Moi ludzie wiedzą, że to także ich firma, a nie tylko moja. A tym, którzy przeszli już wszystkie szczeble, dajemy kolej-

Jeśli sprawdzą się podczas stażu, zostaną na stałe wdrożeni do zespołów Biura lub znajdą pracę wśród partnerów biznesowych BRBK. – Tak działa Biznes Odpowiedzialny Społecznie – tłumaczy Marta Malinowska z BRBK. – Inwestowanie w  młodych ludzi uwagi i wiedzy, oddawanie siebie nie jest policzalne. Tworzymy pomost między wiedzą akademicką a praktyką. Uczymy podatków, rachunkowości, komunikacji z klientem i  pokazujemy, że w  księgowości można się realizować.

ne impulsy do rozwoju – np. w postaci szkolenia młodych w Akademii BRBK. Akademia BRBK nadaje ramy formalne działaniom, które w Biurze są prowadzone już od lat. To szkolenia absolwentów szkół ekonomicznych oraz wyższych uczelni takich kierunków jak ekonomia czy zarządzanie. W dniu naszej rozmowy pierwsza grupa Akademii odebrała certyfi katy ukończenia intensywnego, miesięcznego szkolenia teoretycznego i praktycznego. Sześciu stażystów, 180 godzin codziennych zajęć z profesjonalistami i obopólne, pozytywne zaskoczenie – tak jednym zdaniem można by podsumować efekty akademickiego eksperymentu pracowników Biura. Bo to oni stworzyli Akademię. Poświęcili sporo czasu i energii, by podzielić się wiedzą, pasją i wyszkolić młodzież na adeptów sztuki księgowości. – Przygotowali test końcowy, a że sami są młodzi i krytyczni, to sprawdzian był bardzo wymagający – ocenia Barbara Kułakow. – Tuż przed egzaminem przyszedł do mnie dyrektor, zaniepokojony tym, czy test nie będzie za trudny. Ale nie było już czasu na zmiany. Wyniki przerosły nasze oczekiwania: najniższy to 86 procent! Wykładowcy – koledzy, którzy sprawdzali prace – nie oparli się refleksji: są lepsi od nas, kiedy trafiliśmy tu w ich wieku. Takich właśnie szukamy – z pomysłem na siebie i pasją. Stażyści wynikami zdziwieni nie byli. – W czasie miesięcznego kursu nauczyliśmy się więcej niż przez całe studia – oceniają. Gdy pytam ich o stereotyp księgowego, odpowiadają bez zastanowienia: – Nieśmiała, mało przebojowa osoba nie poradzi sobie w tym zawodzie. To coraz wyższa ranga. Trzeba się nieustannie rozwijać, poziomem wiedzy odpowiadać na wymagania klienta. Nie jest łatwo, ale to był na pewno dobry wybór – podsumowują.

Obecnie rozpoczynamy nabór do kolejnej edycji kursu w naszej Akademii. – Słyszymy ciągłe narzekania na młodych, lecz do nas trafiają naprawdę dojrzali, ambitni ludzie. Trzeba tylko dać im szansę, pochylić się nad nimi, a nie jedynie wydawać polecenia – dodaje Barbara Kułakow. – To oczywiście wymaga czasu, ale jaką mamy frajdę, gdy widzimy, że taki nieopierzony księgowy staje na nogach. Ktoś może powiedzieć, że to zabawa w przedsiębiorstwo. I słusznie – praca nie musi być nudna, a na pewno może być satysfakcjonująca. Robimy to, aby klienci chcieli do nas przychodzić. Stąd w BRBK pomysł na Szkołę Przedsiębiorczości. To oferta dla osób, które zakładają działalność lub prowadzą ją krócej niż rok. – Zaplanowane przez nas warsztaty są częścią Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości, który w tym roku przypada w dniach 14–20 listopada. Hasło przewodnie to pytanie „Czy przedsiębiorczości można się nauczyć?”. Będziemy rozmawiać na temat osobowości, mapy celów, w  przejrzysty sposób przekażemy porady specjalistów i udowodnimy, że biznes zaczyna się w głowie – nie można robić nic bez emocji, na chłodno – obrazuje Marta Malinowska, a Barbara Kułakow szybko dodaje: – Absolutnie z emocjami, ale z chłodną kalkulacją! Zapisy poprzez stronę internetową BRBK oraz na Facebooku. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Arek Stankiewicz

Doradca Podatkowy Barbara Kułakow Biuro Rachunkowe Olsztyn, ul. M. Zientary Malewskiej 25 www.brbk.pl

057


WARMIA & MAZURY

MÓJ REGION, NASZ ZNAK CERTYFIKAT „PRODUKT WARMIA MAZURY” TO SATYSFAKCJA, PRESTIŻ I WSPARCIE LOKALNEJ PRZEDSIĘBIORCZOŚCI. W CIĄGU DWÓCH LAT SAMORZĄD WOJEWÓDZTWA WARMIŃSKO-MAZURSKIEGO PRZYZNAŁ ICH 277 – ZA PRODUKTY, USŁUGI I WYDARZENIA, KTÓRE PRÓCZ LOKALNOŚCI SYMBOLIZUJĄ TEŻ JAKOŚĆ, ORYGINALNOŚĆ, RZETELNOŚĆ I KONSUMENCKI PATRIOTYZM. JAK PRZYZNANIE CERTYFIKATU WPŁYNĘŁO NA POSTRZEGANIE WYRÓŻNIONYCH FIRM? Monika Dąbrowska, organizatorka „Biegu na 6 łap”: Certyfikat to nie tylko satysfakcja, ale i wzrost prestiżu oraz rozpoznawalności organizowanej akcji. Została przecież doceniona przez ważny urząd, sama informacja o biegu dotarła do znacznie szerszego grona i „Bieg na 6 łap” wdrażany jest teraz w innych schroniskach. Dlatego jeśli ktoś szuka potwierdzenia, że to, co robi, jest wysokiej jakości, reprezentuje nasz region i jest chlubą Warmii i Mazur, powinien ubiegać się o certyfikat. Kaflarnia Warmińska Eleonory Toś: Certyfikat jest powodem do dumy, dającym wiele nowych kontaktów, co owocuje poznaniem ciekawych ludzi. Posiadanie jego budzi szacunek do firmy i utwierdza w tym, że robi się coś dobrego i bardzo wartościowego, bo „byle co” nie dostaje certyfikatu. Jeśli komuś jest on przyznany, to wiadomo, że jest to firma, której można zaufać i na której produktach można polegać, bo są miarodajne i wysokiej jakości. Zofia Wojciechowska, Instytut Hortiterapii Zielony Promień: Certyfikat jest tym, co firmę wyróżnia i przekłada się na późniejszy wynik ekonomiczny. „Produktu Warmia Mazury” to rękojmia jakości, na którą coraz częściej zwracają uwagę klienci. Mając ten certyfikat, jesteśmy bardziej rozpoznawalni, a  dzięki temu możemy osiągnąć lepsze wyniki ekonomiczne, bo łatwiej jest nas wyszukać. Ten znak zachęca do nawiązania współpracy, ma się bowiem wtedy przeświadczenie, że firma w jakiś sposób została sprawdzona, przeszła weryfikację i jest rzetelnym partnerem.

058

Paweł Matracki, Matraccy Fryzjerstwo: Certyfikat daje dużą satysfakcję, bo jest to nagroda lokalna. A utożsamianie się z  Warmią i  Mazurami jest świetne, bo tutaj mieszkamy, żyjemy i jest to znane miejsce. Warto się starać o ten znak, bo Warmia i Mazury to jeden z najlepszych regionów pod kątem tego naszego cudu, tych jezior, przez co jesteśmy coraz bardziej rozpoznawalni na całym świecie. Kojarzenie się z takim certyfi katem daje o wiele większą wiarygodność, tym bardziej, że jest on u nas, na Warmii, znany i wysoko pozycjonowany. Ewa Kot, Delphia Jachts: Wyróżnienie to daje tym większą satysfakcję, że zostaliśmy docenieni w regionie, w którym prowadzimy działalność. Dzięki certyfi katowi zwiększyła się także rozpoznawalność i wiarygodność firmy nie tylko na Warmii i Mazurach. Certyfikat pomaga dotrzeć do nowych odbiorców, zwiększyć świadomość marki, zachęcić do zapoznania się z jej ofertą. Warto aplikować o takie wyróż-

nienie, by podkreślać, że prowadzimy działalność na Warmii i Mazurach i dołączyć do grona firm, które na przestrzeni lat zdobyły zaufanie, zostały zauważone i docenione. Anna Haszczyn, ośrodek wypoczynkowy Gwarek: Posiadanie certyfikatu, oprócz niewątpliwej satysfakcji, daje także większe zainteresowanie produktami wśród potencjalnych klientów. Ma to szczególne znaczenie zarówno dla naszej placówki, jak i dla regionu. Więcej klientów to wzrost przychodów, a co za tym idzie – większe możliwość modernizacji placówki i zwiększenia rynku pracy. Znak „Produkt Warmia Mazury” czyni firmę wiarygodną i jednocześnie identyfikowaną z regionem, jest gwarantem profesjonalizmu i najwyższej jakości. Małgorzata Płoska, Stowarzyszenie Wzornictwo Przemysłowe Warmii i Mazur: Certyfikat daje ogromną wewnętrzną satysfakcję. Jest zwieńczeniem i docenieniem naszych działań, które bardzo mocno nas cieszą i zachęcają, żebyśmy dalej robili swoje. Dzięki symbolowi „Produkt Warmia Mazury” zyskuje się na wizerunku, łatwiej jest taką firmę odszukać. Odkąd mamy certyfikat, znajduje nas wiele przedsiębiorców, mimo że sami nie inwestujemy w marketing. Warto starać się o otrzymanie „Produktu Warmia Mazury”, bo jest to nagroda, której nie można kupić, a która wzmacnia, daje poczucie zadowolenia i może być „motorem” do dalszej pracy. Elżbieta Obrębska, Muzeum Budownictwa Ludowego, Park Etnograficzny: Certyfikat to wielki powód do dumy. Dzięki niemu jest głośniej o imprezach, które są organizowane w muzeum. To także ocena, która pokazuje, że każdy, kto się o niego starał i go otrzymał, prowadzi działania dobrej klasy. Taka firma stara się robić coś więcej niż tylko podstawowe rzeczy, ma o wiele wyższy poziom przedsięwzięć. Certyfikat to również większa reklama dla firmy i gwarancja dobrej jakości oraz wysokiego poziomu działań. Tekst: Dominika Myślak, obraz: Arek Stankiewicz Znak Produkt Warmia Mazury służy wspieraniu lokalnych przedsiębiorców, zwiększaniu atrakcyjności gospodarczej regionu, a  także rozpowszechnianiu lokalnego patriotyzmu. Dzięki oznakowaniu flagowych produktów, usług i wydarzeń z naszego województwa wyróżniamy te, z których jesteśmy znani i które chcemy promować. Zachęcając do wspierania lokalnych producentów, pragniemy budować wśród mieszkańców poczucie przynależności do regionu. Gustaw Marek Brzezin marszałek województwa warmińsko-mazurskiego


SILNY ZESPÓŁ, MOCNY BIZNES PO SZEŚCIU LATACH NA RYNKU FIRMA, KTÓRĄ ZAŁOŻYŁ, PODBIJA KRAJOWY RYNEK NIERUCHOMOŚCI. KOLEJNY CEL? ŚWIAT. O TYM, JAK ROZWIJAĆ WŁASNY BIZNES BEZ OGLĄDANIA SIĘ NA WĄTPLIWOŚCI, OPOWIADA PAWEŁ GÓRSKI, WSPÓŁZAŁOŻYCIEL FIRMY FREEDOM NIERUCHOMOŚCI.

060

MADE IN: Chciałabym założyć własną firmę i pracować na swój rachunek. Jakie pytanie powinnam sobie najpierw postawić? Paweł Górski: Pytanie zasadnicze: jaką cenę jesteś gotowa za to zapłacić? A ty jaką zapłaciłeś? Zacząłem swój biznes sześć lat temu od zera, ale dużo wcześniej miałem jego wizję. Powstała po przeczytaniu inspirujących książek o pomnażaniu kapitału przez inwestowanie w nieruchomości. Podczas studiów prawniczych postanowiłem zostać handlowcem, aby nauczyć się sprzedaży, komunikacji, które są podstawą każdego biznesu. Jako przedstawiciel handlowy miałem niezłe wyniki i udało mi się odłożyć trochę pieniędzy. Po studiach żadne biuro nieruchomości nie chciało mnie jednak przyjąć, więc otworzyłem własne. I przez pierwsze pół roku ciężko zgromadzone oszczędności jedynie topniały. Sprzedałem potem mieszkanie, aby doinwestować firmę i postawiłem wszyst-

ko na jedną kartę. Uciekałem w sport i lektury biznesowe, aby przetrwać lęki przed przyszłością. I co sprawiło, że się odbiłeś? Żeby nie poddać się, trzeba mieć mocne „po co?”. W biznesie najważniejsza jest konsekwencja. Wiedziałem, że jego siła tkwi w ludziach, kapitale i rozwoju, ciągle szukałem partnerów do prowadzenia wspólnej firmy. Mimo że prognozy dla rynku nieruchomości były coraz gorsze, zaczęliśmy wypracowywać coraz większe zyski. Podchodziłem do tego z dużą pokorą i niepewnością. Podświadomie czułem, że kiedy inni tną koszty, należy iść w przeciwną stronę – szukać kompetentnych wspólników, inwestować w reklamę i zatrudniać ludzi. Że drogą do bycia liderem na lokalnym rynku jest robienie tego, czego nie robią inni. Jak znaleźć rynkową niszę? Potrzebne są trzy decyzje. Po pierwsze: branża. Najlepiej, aby wynikała z pasji. Na początku pomyślałem, że skoro


CZŁOWIEK BIZNESU

interesuje mnie fotografia, literatura biznesowa, połączę to w branży nieruchomości. A pośrednictwo to najtańszy sposób, aby w nią wejść. Druga decyzja to: czy podążać za mentorem i silną marką, czy samemu dochodzić do wszystkiego metodą prób i błędów. Ja wybrałem tę drugą. Półtora roku szukałem modelu biznesowego, dzisiejsza wiedza to suma wszystkich porażek. Trzecie zadanie to ułożenie biznesplanu na podstawie dostępnych danych. Jeśli ich brakuje, należy prowadzić testy rynkowe na najmniejszej próbie, tak żeby ewentualna strata była minimalna. Kiedy zaczynałem, nie wiedziałem na przykład, jaka jest średnia sprzedaż nieruchomości w Olsztynie. Dzisiaj takie dane posiadamy.

w książce „Jednominutowy milioner”. W biznesie wygrywa zespół, im większy i silniejszy, tym większa energia i sukces. Trzeba umieć się nim dzielić z innymi. Biznes jest trochę jak piłka nożna – 11 zawodników zawsze wygra z jednym.

A jeśli mentor, to skąd go wziąć? Są gotowe oferty wejścia w biznes, systemy franczyzowe o kwotach inwestycji już od 10 tys. zł. Inną drogą jest znalezienie mentora, osoby, która osiągnęła w biznesie to, co my chcemy osiągnąć. Gdybym miał jeszcze raz zaczynać biznes, poszedłbym na skróty, właśnie z mentorem przy boku.

A gdybym chciała sprzedać mieszkanie, to dlaczego z Freedom? Dzisiaj każdy może np. zbudować dom na podstawie filmów w Internecie. Ale jak robi to pierwszy raz, nie przewidzi wszystkich kosztów. Przy drugim będzie już bardziej przewidujący. Nasza efektywność w sprzedaży mieszkań polega na tym, że mocno wchodzimy z  nową ofertą na r ynek. Dobrze ją prezentujemy, promujemy, budujemy zainteresowanie. Robimy dzień otwarty, zapraszając niczym na premierę filmu. Kupowanie to przyjemność, dreszczyk emocji, który towarzyszy negocjacjom. Nie windujemy ceny jak życzyliby sobie niektórzy, a dostosowujemy do oczekiwań rynkowych. Realne szacowanie cen sprzedaży jest know-how, stanowiącym jeden z fundamentów skuteczności.

Bardziej liczy się w biznesie teoria czy praktyka? Zdecydowanie praktyka. Na studiach zdobyłem ogólną wiedzę, moje sześć lat doświadczenia w biznesie to najdroższe MBA. Pierwszy rok biznesu to nauka. Nie powinniśmy zadręczać się pytaniami, czy się uda, tylko kiedy się uda i czy wystarczy środków. Wiedziałem, że chcąc zbudować ogólnopolską firmę, będę musiał non stop reinwestować wypracowany zysk, biorąc minimalną wypłatę. Tak powstało wiele firm, jak np. Amazon, który przez pierwsze lata był przeinwestowywany. Na stronie internetowej firmy dużo komunikujecie o kulturze pracy. Co to oznacza w biznesie? Model, który wymyśliłem, opiera się na wysokiej jakości usług. Kiedy rynek proponował słabej jakości zdjęcia, nie najlepszą prezentację ogłoszeń, my opieraliśmy się na profesjonalnych sesjach foto, aranżacjach, home stagingu. Zawyżyliśmy poprzeczkę i pomału cała branża zaczęła się zmieniać. Ale wyścigi na najlepszy marketing to nie jest sedno sprawy. Upatruję sukcesu rynkowego nie w reklamie wizualnej, tylko w wyszkoleniu ludzi w kwestii umiejętności sprzedażowych oraz menedżerskich. Wysokie kompetencje to rzecz, której konkurencja nie może łatwo skopiować. Jeśli ktoś jest dobry, to będziesz rekomendowany, np. w Olsztynie 64 proc. klientów przychodzi do nas z polecenia innych. Co więcej, dziś nasz oddział sprzedaje co czwarte mieszkanie na rynku i bez wątpienia wyznacza standardy sprzedaży nieruchomości. A jak znaleźć dobrych pracowników? Jeśli tworzy się bardzo wyrazistą identyfikację wizualną firmy i  w yrazisty przekaz, któr y odróżnia od reszty, to ludzie chcą się z nim utożsamić. Albo to jest ich świat i chcą za wszelką cenę się w nim znaleźć, albo nie. Rozwój naszej sieci franczyzowej – 34 odziały w dwa i pół roku – świadczy o tym, że ludzie, którzy szukają pomysłu na biznes, chcą dołączyć do prężnej społeczności. Wszystko zaczyna się od wizerunku. Najtrudniejszy w zatrudnianiu pracowników jest początek. Bo pierwsi wartościowi ludzie, których znajdziesz, przyciągają następnych. Wciągają do teamu swoich znajomych i w pewien sposób ręczą za ich kompetencje. „Buduj biznes z pozycji obfitości” – napisał Mark V. Hansen

Jak szkolicie pracowników? Stawiamy na szkolenia, które dają trwały efekt i konkretne umiejętności, a nie tylko pozytywną energię. Żołnierze na wojnie potrzebują karabinu, a nie okrzyków „zwyciężymy”. Uczymy m.in. narzędzi dotyczących rozmów z klientem, pracy z ofertą. Uczymy ich konkretnych umiejętności, łatwych do zastosowania.

37 oddziałów fi rmy satysfakcjonuje cię czy chcesz się dalej rozwijać? Początkowo marzyłem, aby stworzyć sieć ogólnopolską. Teraz marzę o tym, aby za 20 lat Freedom było największym pośrednikiem nieruchomości na świecie. Pracuję na podstawie wizji, a nie celów. W bestsellerowej książce „Bieganie metodą Galloway’a” autor twierdzi, że człowiek jest tak zaprogramowany, że może maszerować bez końca. Non stop. Jest takie plemię, które podąża za swoją ofiarą 2–3 dni, aż zwierzę padnie – jak dawniej się działo. Ja w biznesie działam podobnie. Mam zapisaną wizję i idę za nią dopóki się nie ziści. Regularnie do niej wracam, chcę, aby utrwalała się w mojej podświadomości. Zgodnie z nią potrzebujemy trzech lat, aby wejść na rynek międzynarodowy. A mógłbyś być rentierem i żyć spokojnie… Jakbym sprzedał firmę, to pewnie tak. Na razie jestem bogaty na papierze. Ale nie o to chodzi. Potrzebuję wyzwań, lecz staram się nie zatracić ośmiogodzinnego rytmu pracy, o ile nie jestem w delegacji. Zaczynam dzień od rytuałów tybetańskich, trenuję Krav Magę, MMA. Ostatnio uczyliśmy się „manewru” w parterze – jak wyjść z duszenia przez przyciskanie oczu przeciwnika opuszkami palców. Po takim treningu otwieram maila i nic mnie nie rusza. Bo biznes to tylko część życia, a dużo większe problemy mogą nas zaskoczyć z zupełnie innej strony. Rozmawiała: Beata Waś Obraz: Michał Bartoszewicz, grafika: Piotr Baluta

Freedom Nieruchomości Sp. z o.o. Sp. k. Olsztyn, ul. A. Mickiewicza 21/23 tel.: 89 677 14 20 www.freedom-nieruchomosci.pl

061


WNĘTRZE

MAŁA FILIŻANKA, A DUŻA ZMIANA SKANDYNAWSKIE WZORNICTWO I MARKOWE MANUFAKTURY WYZWALAJĄ W NAS DEKORATORSKIE ZACIĘCIE. DO PRZETESTOWANIA W WERANDZIE, SKLEPIE DLA OSÓB WRAŻLIWYCH NA PIĘKNO.

Niewiele trzeba, aby szaremu porankowi nadać nieco magii. Wystarczą miedziana, dizajnerska kafetiera, filiżanka i talerzyk z dziełem sztuki, ceramiczna łyżeczka. Po co czekać, aż inni poprawią nam nastrój? – Każdy z nas ma potrzebę otaczania się pięknem, ale realizujemy ją często jedynie „lajkując” stylizowane wnętrzarskie fotki w Internecie – zauważa Magdalena Karpińska, właścicielka sklepu Weranda. – A wystarczy czasem jeden w yjątkow y przedmiot, aby zrobić atmosferę, nacieszyć wzrok, zatrzymać chwilę. Bez pomocy dekoratorów wnętrz i kosztownych inwestycji. Po dwóch latach spędzonych w Norwegii Magda tęskniła w Olsztynie za skandynawskim stylem – kwintesencją prostoty, funkcjonalności i ponadczasowego piękna. I obyczajami, z którymi się tam zetknęła. – W Skandynawii ceni się jakość i gatunek, począwszy od ubrań, skończywszy na wystroju wnętrz czy samochodach – wymienia. – W marketach często stoi termos z kawą i ciasteczkami, aby uprzyjemnić zakupy klientom. Mimo surowego klimatu, celebruje się życie na każdym kroku. Weranda to nie tylko miejsce, gdzie można znaleźć wyroby europejskich markowych manufaktur. Na klientów czeka kawa i coś słodkiego, a zwykłe zakupy zmieniają się w rozmowy o wnętrzach, kolorach, porcelanie i dalekich podróżach. – Trafiają do mnie niezwykłe osoby, wrażliwe na piękno i podróżujące po świecie, które dostrzegają i doceniają autentyczną jakość i oryginalność – dodaje Magda. – Ale najczęściej klienci kupują piękne, elegancko opakowane przedmioty jedynie z myślą o innych. „W jaki kolor bibułki zapakować pani filiżankę?” – zapytałam kiedyś klientkę. „Nie musi pani pakować – to dla mnie” – usłyszałam. – Mamy nawyk pozbawiania się drobnych przyjemności lub odkładania ich na specjalną okazję. Pastelową, wesołą zastawę duńskiej marki Green Gate można dowolnie komponować z naczyń zdobionych kropkami, paskami, gwiazdkami, złotem czy pudrowym różem. Francuskie kielichy z grubego szkła nawiązują do dworskiej obyczajowości, a sztućce przypominają te z zastawy rodowej. Angielskie kubki posiadają certyfi katy Muzeum Wiktorii i Alberta, skąd pochodzą wypalane na nich wzory. Sztuczne drzewka oliwne, róże czy przyprószone śniegiem gałązki duńskiej marki Lene Bjerre, do złudzenia przypomi-

nające żywe rośliny, to ozdoba pozbawionych słońca zakamarków. Zaparzacze do kawy i herbaty holenderskiej firmy La Cafetiere łączą tradycję, jakość i ciekawy dizajn. A zastawy sygnowane giełdą kwiatową Royal Botanic Gardens to porcelana na każdą okazję. K lientk i spędz ają godziny na pr zeglądaniu gr ubych katalogów tych firm, które budzą w nich dekoratorskie pasje. – To przedmioty wysokiej jakości, odporne na mycie w zmywarkach, stworzone do używania na co dzień, a nie tylko w święta. Czasem klienci mówią, że jeden wyszukany przedmiot daje początek wielkim zmianom. Nie tylko we wnętrzach domów, ale też w  świadomości – przy tacza właścicielka Werandy. Tekst: Beata Waś, obraz: Łukasz Wajszczyk

063

Weranda Magdalena Karpińska Olsztyn, ul. Dąbrowszczaków 4 tel.: +48 509 337 771 fb/skandynawskieklimaty/


NIERUCHOMOŚCI

to inne firmy, coraz więcej jest biur, które oferują podobną jakość. Może to jeszcze nie do końca to, o co nam chodzi, ale w branży zaczyna się coś zmieniać.

SPACER PO PRZYSZŁYM DOMU KUPUJESZ MIESZKANIE, BIERZESZ KREDYT, SPRZEDAJESZ DOM… – JUŻ PRZYGNIATAJĄ CIĘ FORMALNOŚCI I NAWET NIE WIESZ, OD CZEGO ZACZĄĆ SWOJĄ WĘDRÓWKĘ PRZEZ MĘKĘ? ONI WIEDZĄ. MAŁO TEGO, LUBIĄ TO ROBIĆ.

064

MADE IN: W grudniu świętujecie drugie urodziny Grupy CDF*. W czym się wyspecjalizowaliście? Paweł Buczyłko: Zaczynaliśmy osiem lat temu jako doradcy finansowi, a rozszerzyliśmy działalność o pośrednictwo w obrocie nieruchomościami. W jednym miejscu klient może zostać obsłużony w wielu kategoriach. Wprowadziliśmy na rynek nową jakość w postaci kompleksowości. Sławomir Jabłonowski: Zmieniliśmy też jakość usług w pośrednictwie nieruchomościami. Wprowadziliśmy i nadal wprowadzamy nowe usługi, które do tej pory nie były na rynku widoczne: wirtualny spacer czy pokazywanie nieruchomości nagranych za pomocą dronów. Wykorzystujemy wszystkie możliwości, które daje Internet. PB: Wykorzystujemy też takie narzędzia, jak home staging, czyli zabieg, który ma przygotować nieruchomość do wyszczególnienia jej atutów, by wyglądała lepiej, była atrakcyjniejsza dla klienta. Czasami wystarczy mieszkanie posprzątać, wynieść niepotrzebne meble, postawić kilka przyciągających wzrok gadżetów. SJ: Dzięki temu zabiegowi można wyłączyć wrażenie zamieszkiwania przez sprzedającego. Ukrywamy prywatne elementy, by kupujący oczami wyobraźni widział już siebie w tym mieszkaniu. Często bywa tak, że mieszkanie zyskuje na wartości i sprzedaje się je za wyższą cenę. PB: Wcześniej na portalach branżowych nie można było wrzucać np. własnych linków do wirtualnych spacerów. Po naszych interwencjach pojawiły się specjalne rubryki, gdzie można te spacery wklejać. Część portali zainteresowała się tym i zaczęła promować takie działania. Podchwyciły

A wam o co chodzi? PB: O zmianę wizerunku pośrednika w obrocie nieruchomościami. SJ: Jeżeli chodzi o podejście do pośrednika w obrocie nieruchomościami, to stereotyp był i jest fatalny. To nam bardzo przeszkadza. Dążymy do podejścia zachodniego, gdzie to jest faktycznie zawód zaufania publicznego. Dlatego my nie tytułujemy się agentami, wpajamy raczej ideę doradztwa. PB: Klienci jeszcze tego nie rozumieją, a to przecież taka sama usługa jak każda inna. Płaci się za konkretną jakość. Niestety, biura same sobie zaszkodziły, zepsuły rynek. Odcinamy grubą kreską myśl, że bierzemy pieniądze za skojarzenie stron: kupującego i sprzedającego. Powoli udaje się to zmieniać. Czyli nie bierzecie prowizji jedynie za pomoc w sprzedaży? PB: Nasz klient od początku wie, ile środków możemy zainwestować w jego ofertę. Zamiast obietnic, są konkretne działania. Bierzemy prowizję, ale za szereg wykonanych usług, a nie za zamieszczenie ogłoszenia na Gratce. Żeby dobrze wypromować nieruchomość, często trzeba zainwestować sporo środków. My je inwestujemy. SJ: Nasze zobowiązania wobec klienta są zapisane w umowie. Mamy wyszczególnione pozycje, które musimy zrealizować. To nie są umowy jednostronne. Chcemy działać typowo partnersko. PB: To właśnie odróżnia nas od dużych firm korporacyjnych. Klient jest inaczej traktowany. Badamy jego problem i dajemy możliwości rozwiązania go. Chcemy, by czuł się u nas jako ten jedyny. Taka jest nasza idea. Przez dwa lata zanotowaliście ponad 30 mln uruchomionych kredytów i kilkadziesiąt transakcji w obrocie nieruchomości. Pamiętacie tę najszybszą? PB: Przyjechała do nas pani ze Stanów Zjednoczonych. Stanęła w biurze z torbami, bo nie miała gdzie mieszkać. Zostawiła tu cały swój dobytek i pojechała z naszą pracownicą szukać w mieście mieszkania. Następnego dnia podpisała akt notarialny. Pomogliśmy jej jeszcze się umeblować i w dwa dni sprawa była zamknięta. Macie jakieś życzenia na te drugie urodziny? PB: Więcej świadomych klientów. (śmiech) Rozmawiała: Martyna Siudak, obraz: Arek Stankiewicz

* Grupa CDF (Centrum Doradztwa Finansowego i Nieruchomości) oferuje kompleksowe usługi w zakresie doradztwa rozwiązań finansowych i formalnych, związanych z pozyskaniem kredytów mieszkaniowych, a także pomoc przy zakupie lub sprzedaży nieruchomości.

Centrum Doradztwa Finansowego i Nieruchomości Grupa CDF Olsztyn, ul. Mazurska 12/18 Tel.: 89 527 78 13 www: grupacdf.pl  FB: facebook/grupacdf/


AUDIO

KONCERT W DOMU NA ŻYWO WIECZORAMI ZAPRASZAMY Z ŻONĄ DIANE KRALL, MELODY GARDOT I INNE ŚWIATOWE DIWY NA PRYWATNE KONCERTY W NASZYM SALONIE. ŚPIEWAJĄ T YLKO DL A NAS – NAPISAŁ W  REFERENCJACH JEDEN Z KLIENTÓW LUXURY AUDIO. TA OLSZTYŃSKA FIRMA ZAJMUJE SIĘ DORADZTWEM PRZY KUPNIE WYSOKIEJ KLASY SPRZĘTU AUDIO-STEREO. Nagrywając płytę, realizatorzy dźwięku wiedzą, że większość słuchaczy odtworzy ją na standardowym sprzęcie. Na nim jednak, w wąskim paśmie dźwięku, nie są w stanie usłyszeć wszystkiego, co udało się nagrać w studio. – Dopiero odpowiedni sprzęt sprawia, że słychać każde dotknięcie struny poprzedzające jej pociągnięcie, każdą wibrację pudła rezonansowego, głębię brzmienia wokalu – mówiąc to, Piotr Barański, właściciel olsztyńskiej firmy Luxury Audio, wkłada do odtwarzacza wartego kilkadziesiąt tysięcy złotych składankę najlepszego jazzu ostatnich lat. Efekt? Zespoły jakby zmaterializowały się przed nami. Już po kilkuminutowym odsłuchu cena zestawu (z kolumnami, wzmacniaczem i okablowaniem) tak nie szokuje. Mimo iż wart ponad 100 tys. zł. – W dźwięku na płycie jest cała masa informacji, której nie usłyszymy na odtwarzaczach z marketu. W klasowym sprzęcie otrzymujemy niezwykłą barwę dźwięku, zbliżoną do rzeczywistej, zjawiska przestrzenne, dynamikę utworu. To dla wielu audiofilów doświadczenia większe od samego koncertu. Ponieważ często występy na żywo są źle nagłośnione, odbiór dźwięku zakłóca mnóstwo czynników zewnętrznych. Natomiast w studio artysta ma czas, aby dopracować swoją muzykę, a realizator nadać jej odpowiednie brzmienie. I to kupujemy wraz z urządzeniami wysokiej klasy. To bilet do świata muzyki i emocji z nią związanych.

A czy za mniejsze pieniądze można skompletować coś, co przyzwoicie gra? – Są audiofile i melomani, którzy uważają, że dobrego zestawu nie można skompletować za mniej niż milion złotych, ale tak naprawdę już za kilkanaście tysięcy można stworzyć niezły zestaw z używanego sprzętu – dodaje Piotr Barański, wkładając tym razem do odtwarzacza CD muzykę klasyczną. I komentuje: – Wiele osób na takim sprzęcie właśnie odkrywa klasykę. Słyszą wielowarstwowość, przestrzeń, mnogość instrumentów. Jak mówi właściciel Luxury Audio, za kilkanaście tysięcy można kupić nowy zestaw w markecie, ale… – Zapłacimy za znaną markę, marże dystrybutorów, wygląd i jakieś nieistotne funkcje. Za te same pieniądze można skompletować zestaw z dobrych niszowych marek – wyjaśnia. – Zapewniam, że odtwarzacz, wzmacniacz, kolumny i okablowanie takich producentów będzie grało latami. Np. w moim zestawie prezentacyjnym jest japoński odtwarzacz, który ma już prawie 20 lat. A nadal kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. To bardzo niszowa branża, dlatego trzeba ogromnej wiedzy, żeby dobrać odpowiedni sprzęt do odpowiedniego pomieszczenia i upodobań muzycznych klienta – zaznacza. – Aktualnie producenci stawiają również duży nacisk na design swoich urządzeń. Ten potrafi zachwycić niejednego konesera sztuki. Dlatego pewnie o klasie zestawu prezentacyjnego audio-stereo można przekonać się właśnie w olsztyńskiej Galerii SCENA X, łączącej sztukę obrazu i dźwięku. – Rozmawiając z ludźmi o tak drogim audio, zachęcam, by odwiedzili nas ze swoją ulubioną płytą i posłuchali, jak może ona brzmieć na wysokiej klasy sprzęcie – zachęca Piotr Barański, ale po chwili ostrzega: – Tylko że po takim doświadczeniu ciężko będzie słuchać jej na dotychczasowym sprzęcie. Okazuje się, że nie trzeba mieć w domu biblioteki płyt CD lub winyli, aby cieszyć się z zakupu wysokiej klasy sprzętu audio. – W dobie dzisiejszych możliwości technologicznych nawet muzyka w cyfrowej wersji daje nam to, co płyta winylowa i CD. Odpowiedni odtwarzacz trzeba tylko wesprzeć kolumnami, wzmacniaczem, a  gdy sprzęt podepniemy jeszcze do telewizora, mamy we własnym salonie koncerty na żywo, kiedy tylko zechcemy. I zawsze siedzimy w pierwszym rzędzie. Tekst i obraz: Michał Bartoszewicz LUXURY AUDIO miejsce spotkań z klientami: Galeria Scena X (Kopernik Park) Olsztyn, ul. 1 Maja 5a/120 info@luxuryaudio.pl www.luxuryaudio.pl

065


NIERUCHOMOŚCI

MIASTO W PARKU W  MIEŚCIE OGRODZIE NIE POWINNO DZIWIĆ OSIEDLE MIESZK ANIOWE Z  DWUDZIESTOHEKTAROWYM PARKIEM… KTO JEDNAK ZDZIWIONY, NIECH ZAJRZY DO CITY PARK. MADE IN: Nie chcemy za wiele? Miejskie życie w symbiozie z naturą jest możliwe? Piotr Kaczmarczyk*: Myślę, że w Olsztynie tak. Bywam służbowo w większych ośrodkach miejskich, np. w Warszawie, i przez to jeszcze bardziej doceniam nasze miasto – bo gdzie indziej ta symbioza jest trudniejsza. Oczywiście mieszkając w mieście, nie będziemy w pełni na łonie natury. Ale gdy jeżdżę tu rowerem, czuję, że wdycham świeże powietrze, a czasem widzę nawet kuny, lisy i zające – skaczące po mieście wojewódzkim! (śmiech) Nazwa Osiedle City Park nawiązuje do olsztyńskiego hasła Miasto Ogród? Tak. Wynika to z tego, że z przyjemnością obserwuję, jak pozytywnie zmienia się Olsztyn: to, że nie powstają tu fabryki, ma też swoje plusy, miasto zwraca się ku wodzie, naturze, rozwija się infrastruktura użyteczności publicznej. Nasze osiedle jest inwestycją komercyjną, lecz poprzez nią chcemy dorzucić nasz kamyczek do miejskiego ogródka, włączyć te tereny do tkanki miejskiej.

066

które łączymy, by zyskać powierzchnię około 80 mkw. Elastyczność to duży plus rynku pierwotnego. W zasadzie możemy wybudować mieszkanie „pod klienta”, ogranicza nas tylko układ otworów okiennych. Staraliśmy się, by było ich dużo, by pomieszczenia były doświetlone – w niektórych salonach są trzy okna, dzięki czemu można zaaranżować aneks kuchenny, wydzielić oddzielną kuchnię lub odrębny pokój. Dostosowujemy też rozkład ścian działowych, grzejników i kontaktów, dajemy namiastkę projektowania własnego domu – w cenie mieszkania. Wystarczy wcześniej się zgłosić, gdy mamy jeszcze taką możliwość i jest duży wybór lokali. W  budynkach znajdą się nowoczesne windy, będą trzy klatki, by mieszkania były komfortowo rozlokowane. W hali garażowej są miejsca postojowe, znaleźliśmy też miejsce na komórki lokatorskie i ogólnodostępne pomieszczenia gospodarcze – wózkownie czy rowerownie. Mieszkania nad lokalami usługowymi, na pierwszym piętrze, mają tarasy o powierzchni nawet 80 mkw., oddawane z mieszkaniem nieodpłatnie.

Co będzie widać z okien City Park? Z jednej strony osiedla jest skrzyżowanie dość istotnych ulic Krasickiego i Barcza, wzdłuż których ma przebiegać druga nitka linii tramwajowej. Mamy więc dobrą komunikację z pozostałą częścią miasta. W dodatku jest planowany rozwój ścieżek rowerowych, a jeśli odwołać się do autorytetów urbanistyki, to wiadomo, że przestawianie się na alternatywne do samochodu formy transportu pozytywnie wpływa na miejskie środowisko. Ale do tego potrzebne jest lokowanie inwestycji w miejscach, które są do tego dobrze przystosowane. Tereny pod powstanie City Park mają już odpowiednią infrastrukturę, są media, woda, energia, dostęp do szkół, przedszkoli i sklepów. Dlatego tak naturalne jest budowanie osiedla mieszkaniowego w tym miejscu, zamiast na pustych rogatkach miasta. Wracając do otoczenia: opowiedziałem o pierwszym członie nazwy – City. Drugi – Park – odnosi się do parku, który miasto planuje tu zrealizować. Podobno są już fundusze, koncepcja przewiduje powierzchnię aż 20 ha, czyli większą od Parku Centralnego. Od alejki spacerowej, łączącej Nagórki z Jarotami, aż do Galerii Warmińskiej będzie można przejść parkiem.

Kiedy będą mogli się urządzać pierwsi mieszkańcy? Inwestycję będziemy realizować w dwóch etapach. Powstaną trzy budynki, największy pomieści 120 mieszkań i 19 lokali usługowych. Po jego realizacji rozpoczniemy drugi etap – kolejnych dwóch budynków. Latem 2018 roku będziemy oddawać pierwsze mieszkania. Prowadzimy już przedsprzedaż, przyjmujemy rezerwacje. Kilkadziesiąt mieszkań jest już zarezerwowanych, głównie przez klientów, którzy zaufali nam przy poprzednich inwestycjach i chcą to robić dalej. Co ważne, zajmujemy się też kredytami, możemy więc pomóc w nabyciu i wykończeniu mieszkania.

A co znajdzie się we wnętrzu osiedla? Mieszkania mają metraż od 36 do 69 mkw. Mniejszych nie zrobimy, natomiast możemy je powiększyć – wśród wspomnianych rezerwacji mamy już dwa przykłady mieszkań,

Biuro Sprzedaży City Park Olsztyn, ul. Krasickiego (na terenie inwestycji, od strony ul. Barcza) www.cityparkolsztyn.pl

*Piotr Kaczmarczyk, manager sprzedaży inwestycji Osiedle City Park, pełnomocnik inwestora TJ Development. Założyciel firmy Broker, z jego pasji do mieszkaniowego rynku pierwotnego zrodziła się misja profesjonalnej, kompleksowej obsługi branży deweloperskiej. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Arek Stankiewicz


MOTORSPORT

LEKCJA U MISTRZA

OTO FACET, KTÓRY RYWALIZUJE ZA KIEROWNICĄ OD ĆWIERĆ WIEKU I CIĘGLE NIE DAJE SIĘ DOGONIĆ. CHOĆ MACIEJ MARCINKIEWICZ NA TORACH WYŚCIGOWYCH ZGARNIA KOLEJNE MISTRZOWSKIE TYTUŁY, TO POŻYTEK Z NICH MA ZUPEŁNIE KTO INNY.

068

– Który to już twój puchar w karierze? – (cisza, jakby próbował szacować) Dwieście może się uzbiera – odpowiada liczbą bez większej ekscytacji. Dawno już przestał je kolekcjonować, bo dzisiaj w motorsporcie kieruje się innymi celami – szkolić tych, którzy też chcą szybko jeździć po torze, i organizować imprezy, na których emocje i prędkość jadą na jednym fotelu. Co nie znaczy, że na torze będzie odpuszczał rywalom. Właśnie przypieczętował swój dziewiąty mistrzowski tytuł. W  tym sezonie w  Endurance – długodystansowych w yścigowych mistrzostwach Polski. Endurance to godzinne wyścigi: dwóch zmieniających się kierowców, taktyka, pit stop, zmiana opon, tankowanie. Tytuł wywalczyli w parze z Mariuszem Misztą, zawodnikiem, którego sam nauczył wyścigowego rzemiosła. Tak właśnie realizuje cele olsztyński mistrz – pod opieką ma każdego sezonu kilku rokujących zawodników w kraju. W tym sezonie nie wygrali tylko jednego z wyścigów. I to przez awarię skrzyni biegów w ich Radicalu SR8 RX. To wyczynowy bolid o mocy 430 KM, co przy masie 690 kg rozpędza go do pierwszej setki w 2,8 s. I lepiej żeby nie lał deszcz, bo wte-

dy, w zestawieniu z konkurencyjnymi wyścigówkami Porsche, Maserati czy Lamborghini, perfidnie się prowadzi. Ma trzy centymetry prześwitu, więc przy dużych prędkościach pod płaskim podwoziem tworzy się wodna poduszka i jedzie się prawie jak w ciągłym aquaplaningu. I jedną tegoroczną rundę, tuż przed startem, właśnie uprzedziła ulewa. Z pierwszego pola startowego rozpoczynający wyścig Miszta popłynął, i to dosłownie, na koniec stawki. Cały wyścig (na pit stop Miszta zjechał już jako czwarty), a zwłaszcza finisz, musiał zrobić na rywalach wrażenie, kiedy na ostatnim okrążeniu Marcinkiewicz wyprzedzał właśnie prowadzący w wyścigu bolid (czas okrążenia miał aż o 10 s lepszy od drugiego najszybszego zawodnika). – Prawie zęby wbiłem w kierownicę, ale nikt nam potem nie będzie mówił, że w Radicalu tylko na suchym jesteśmy szybcy – Maciek skwitował swoje szaleństwo. Ale nie zawsze gładko szło. Kilka razy w karierze karetka wiozła go do szpitala prosto z toru (dla odmiany śmigłowcem z Istanbul Park w Turcji, kiedy przy 280 km/h przyładował w barierę). Wypadki w tym sporcie dość często oddzielają się cienką linią od sceny kończącej. – Nigdy tanio skóry nie sprzedawałem – przyznaje.


MOTORSPORT

Przygodę z motorsportem zaczął w niewdzięcznych czasach przełomu gospodarczego w Polsce. Pasję wywąchał wraz ze spalinami. Kiedy jego ojciec startował w motocrossie, on w tym czasie leżał w wózku w parku maszyn, gdzie pracowali mechanicy. Kiedy skończył 10 lat, ojciec zaczął główkować, jak niewielkiemu wzrostem chłopakowi załatwić gokarta. Kupił zdezelowanego i przez całą zimę remontował w piwnicy na olsztyńskich Nagórkach. Pierwszą przejażdżkę Maciek odbył po podwórku, ale jeszcze bez silnika, bo… go nie mieli. Pchali więc koledzy. Ojciec zaczął ustawiać mu slalomy na wyasfaltowanym placu przy stadionie Stomilu, a po miesiącu posłał już na pierwsze w życiu zawody. Czwarte miejsce wśród doświadczonych młodzików, i to ścigając się na oponach od rolniczej maszyny, dobrze rokowało. Jeszcze w tym samym sezonie ’89 w Lubawie wygrał wyścig zorganizowany z okazji

Kim oni są? Z pewnością nie takimi samymi Marcinkiewiczami, którzy w bloku w piwnicy skręcali stary wózek, rozpiłowując wiertłami u zaprzyjaźnionego dentysty kanały dolotowe w silniku dla podrasowania maszyny. – Szkolę osoby, które od młodego pasjonowały się motoryzacją, ale dzisiaj, kiedy osiągnęły już duże sukcesy w biznesie, ich motor yzac yjne marzenia stają się realne. A  bycie kierowcą wyścigowym jest kwintesencją tej pasji – precyzuje. – Osobie, która bardzo chciałaby zostać kierowcą wyścigowym, a ma ku temu predyspozycje i możliwości, jestem w stanie poprowadzić karierę we właściwym kierunku, od zdobycia licencji, zorganizowania profesjonalnego sprzętu, testów na najlepszych torach wyścigowych Europy, aż po udział w  w yścigach. Prz ykładem takiej ścieżki jest właśnie Mariusz, k tórego zacząłem ucz yć sześć lat temu – dodaje.

święta 22 lipca. Stanął pierwszy raz w życiu na najwyższym stopniu podium, ale ci z drugiego i trzeciego i tak przewyższali go o pół głowy. Po 25 latach spędzonych na torach wyścigowych, dziewięciu tytułach mistrzowskich zdobytych w kraju, rywalizacji na wszystkich największych torach Europy (roku temu, wygrywając osiem rund z ośmiu zaplanowanych, zdobył Puchar Słowacji, w którym startowali zawodnicy z Czech, Słowacji, Węgier i Polski), zjeżdżeniu najlepszych wyścigówek i  wspomnianych dwóch setkach w y walczonych pucharów wciąż nie potrafi żyć w  świecie bez szybkich samochodów. Od lat prowadzi w telewizji programy motoryzacyjne, zawsze z autami dostarczającymi emocji. Wiele sezonów komentował wyścigi LeMans dla stacji sportowych. Przy dużych wydarzeniach motoryzacyjnych jest z kolei specem od tworzenia scenariuszy dynamicznych pokazów, łącznie z czuwaniem nad ich bezpieczeństwem, bo emocje przy 100-tysięcznej publice potrafią ponieść nawet licencjonowanych zawodników. Taką widownię mają pokazy, które Maciek, jako dyrektor sportowy, od siedmiu lat tworzy podczas Verva Street Racing, największym motoryzacyjnym show w Europie. Dzisiaj pełni już w całym tym wyścigowym światku nieco inną rolę – trenera, a raczej menedżera. Wypracowaną przez ćwierć wieku wiedzą dzieli się z tymi, którzy wyścigów dopiero chcą posmakować.

Dzisiaj jest tak zaawansowana technika diagnozująca pracę kierowcy w czasie jazdy, że na podstawie telemetrii, filmów on board z  zarejestrowanymi parametrami jazdy oraz wspólnego jeżdżenia – jak przyznaje – jest w stanie ocenić czyjś potencjał po jednym dniu testowym. Jednak przy całym tym technologicznym postępie Marcinkiewicz nie uciekł od kolebki wyścigów, czyli od kartingu. Od trzech lat prowadzi w Olsztynie Tor Kormoran, jeden z najlepszych torów kartingowych w kraju. – Historia jakby zatoczyła koło – Maciek wtrąca z nutą sentymentu. Trenują tu też i jego zawodnicy, bo karting to podstawa w tym sporcie. Jak gamy i pasaże dla filharmonika. Na torze organizuje zawody dla tych, którzy mają ochotę posmakować wyścigowego klimatu. Ale nie tylko, bo jazda po torze to też duży aspekt edukacyjny. – To świetna lekcja czucia pojazdu, dobrego obierania toru w zakręcie, wychwycenia momentu utraty przyczepności i  uczenia się podejmowania prawidłowej i natychmiastowej reakcji. Tu możesz przekonać się, skąd na drodze biorą się wypadki. Tyle że bez konsekwencji. Wielu kierowców, których szkoliłem na torze, inaczej potem zachowuje się na drodze. Często mi mówią: „Wiem, że teraz jeżdżę inaczej, dojrzalej” albo że jak powalczą na torze, to potem na drodze już nie muszą szaleć – przytacza. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: archiwum Macieja Marcinkiewicza

069


TWOJE BMW JEST W DOBRYCH RĘKACH. AUTORYZOWANY SERWIS BMW ZDUNEK.

Jakość, wydajność i innowacyjność – to trzy filary serwisu BMW, na którym zawsze możesz polegać. BMW już w fazie planowania nowych samochodów uwzględnia przyszłe usługi i koncepcje serwisowe, nigdy nie zapominając przy tym o głównym celu: zapewnieniu najlepszego serwisu Twojego BMW, a tym samym nieograniczonej radości z jazdy.

Autoryzowany Serwis BMW Zdunek al. Warszawska 117C 10-701 Olsztyn Tel.: +48 536 281 101 www.bmw-zdunek.pl

Dowiedz się więcej: www.bmw-zdunek.pl


AUTO

MOKKA X WIE WSZYSTKO W S Z Y S T K I M T Y M , K TÓ R Z Y N I E P OT R A F I Ą Ż YĆ B E Z S WO JEGO ULUBIONEGO SMARTFONA , OPEL ST WORZ YŁ SAMOCHÓD, K TÓRY BĘDZIE WA SZ YM… SMARTFO NEM. JAK Ż YJE SIĘ Z SUPERTECHNOLOGIĄ MOKKI X ?

071


AUTO

072

Jeśli korzystacie jeszcze z telefonu na klawisze, macie do wyboru: przeczytać inny tekst albo kupić smartfon. Wtedy dopiero zrozumiecie, czym jest współczesna technologia, którą udostępniają samochody. Jako człowiek podążający za nowinkami zwykle w ostatnim szeregu pędzącego peletonu, czuję czasem lekkie poirytowanie, kiedy widzę na wyświetlaczu kolejny komunikat nakazujący pobranie jakiejś aplikacji. Już samo to słowo wyzwala tęsknotę za dawną prostotą. Chociażby za przełącznikiem od czegoś konkretnego, z klasycznym ustawieniem on/off. Jednak ilość pożytecznych aplikacji, którą właśnie nam się aplikuje, sprawia, że nie ma sensu z tym cyberświatem walczyć ani się na niego gniewać, tylko zwyczajnie nauczyć się z nim współpracować. Średnio się orientuję, jak od kuchni działa aplikacja, ale uznałem, że to jak kolejny klucz w pęczku tych od domu, garażu i piwnicy. Wcale nie muszę znać budowy zamka, by kluczem go otworzyć. Tym oto schematem zebrałem sobie w nowym smartfonie (a co tam!) mnóstwo aplikacji, które nawet ogarnąłem. Na przykład jedna z nich skanuje muzykę, którą słyszę i podaje mi utwór, wykonawcę oraz gotowy, wygooglowany link do kliknięcia tegoż utworu. Dlatego kiedy czytam, że Opla Mokkę X z osobistym opiekunem Opel OnStar mogę za pomocą smartfona otworzyć, zablokować, a nawet sprawdzić olej w silniku, będąc na drugiej półkuli, z tej końcówki peletonu przesuwam się na jego czoło. Jestem pierwszy w kolejce po technologię, bo ona zwyczajnie uprzyjemnia życie. Mokka X to nie jest jakaś specjalna wersja (o ten „iks” mi chodzi). Po prostu Opel lekko zmodyfikował nazewnictwo swoich modeli i Mokka jest właśnie prekursorem zmian –

odtąd rekreacyjno-terenowe Ople będą do nazwy modelu miały dodaną literę X, kojarzącą się z ponadprzeciętnymi walorami jezdnymi (również z inteligentnym napędem 4x4, teraz też i mocnym 152-konnym silnikiem skonfi gurowanym z automatyczną skrzynią). Przy okazji Mokka X przeszła poważną metamorfozę. Sympatyczną linię gruntownie odświeżono. To spr y tne, że zmienienie w yrazu twarzy (znaczy – przodu auta) plus podrasowanie sylwetki dostarcza zupełnie świeżych doznań. Multimedialne zmiany pociągnęły za sobą przede wszystkim przebudowę wnętrza Mokki X. Centrum dowodzenia stanowi teraz ośmiocalowy wyświetlacz systemu IntelliLink. Jeśli macie smartfon z systemem operacyjnym Android lub sprzęt Appla, to po odpaleniu auta ekran waszego smartfona jest już widoczny


AUTO

na tym samochodowym wyświetlaczu. Dotykając odpowiednich ikon, korzystacie z tego, co w swoim smartfonie zgromadziliście. Powyżywajcie się teraz na tych wszystkich aplikacjach. Np. mając usługę Opel OnStar, aplikacja Glympse powiadomi waszą rodzinę, że już do niej jedziecie. Niebawem dojdzie możliwość korzystania ze stałego połączenia z Internetem nawet w siedmiu urządzeniach jednocześnie. Czyli cztery osoby na pokładzie, każda podpięta ze smartfonem pod Wi-Fi, no i wszyscy – prócz kierowcy – jeszcze z tabletami. Niezła ekipa. To cieszy, że dzisiaj nie trzeba mieć topowej limuzyny, by czerpać przyjemność z najnowszych zdobyczy. Ma je miejskie rekreacyjne auto. Mokka X ma też wszystkie dobrodziejstwa, asystujące nieuważnemu kierowcy (pilnuje,

by nie zrobić stłuczki, nie zjechać z drogi, czyta znaki ograniczenia prędkości itp.). Nie będę krył, że podobne rzeczy można już znaleźć w innych autach. Ale Opel ma jeszcze gwiazdę w zanadrzu, która stawia go przed całą resztą. To system Opel On Star – osobisty opiekun kierowcy. Jednym przyciskiem przywołujecie sympatyczny głos (zgłasza się najczęściej miła pani). I w czym ten opiekun nam pomoże? Wymyślajcie różne prośby, od zapytania o pogodę u celu podróży, przez znalezienie ciekawej restauracji w okolicy ( jeśli się na na którąś zdecydujecie, asystentka od razu wprowadzi nam jej adres do naszej nawigacji), aż po zdalną weryfikację stanu auta, jeśli w czasie jazdy zapaliła się jakaś kontrolka. A gdyby nasza Mokka X spodobała się też komuś innemu i zwyczajnie nie było jej tam, gdzie ostatnio zaparkowaliśmy, po zgłoszeniu na policję, opiekun OnStar pomoże ustalić pozycję auta i… zablokować mu zapłon. Poczucie komfortu, bezpieczeństwa i przyjemności jazdy samochodem przeszły dzisiaj w ręce nie nowoczesnych konstrukcji, wymyślnych systemów od hamowania, naprowadzania czy mocnych silników, ale usług mobilnych. Martwe przedmioty dostają sztuczną inteligencję. I dobrze, bo zawsze trzeba zakładać, że ta ludzka zwyczajnie może mieć swój słabszy dzień. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: GM Opel Mokka X Elite 1,4 turbo 140 KM – 84 750 zł Opel MIBO Olsztyn, ul. Jagiellończyka 41 C www.mibo.com.pl

073


074

NAJLEPSI W OLSZTYNIE, NAJSZYBSI NA ŚWIECIE, REKORDZIŚCI GUINNESSA. „GRAFFIT – ZMIEŃ KOLOR” SPRAWIA, ŻE WŁAŚCICIELE UŻYWANYCH SAMOCHODÓW ZNÓW CIESZĄ SIĘ NIMI, JAKBY KUPILI SOBIE NOWE ZABAWKI. Zapisy? Jak do wziętego lekarza – z miesięcznym wyprzedzeniem. Potem 4–5 dni zabiegów i odbieramy samochód w nowej skórze. Dosłownie. Zmiana koloru auta przy pomocy profesjonalnych folii to ostatnio największy hit w motoryzacyjnej modzie. – Nieważne, jakie samochody zostawiają u nas klienci, ważne jest, że odbierając je, cieszą się, jakby

kupili zupełnie nowe auto – podkreśla Krystian Czyż, który wraz z Bartkiem Czausem stworzyli w Olsztynie wiodącą firmę w oklejaniu aut „Graffit – zmień kolor”. Sam odbiór gotowego auta też jest u nich przeżyciem. By podsycić emocje, dzieło w nowych szatach czeka na przybycie właściciela przykryte tak samo, jak debiutujące za chwilę


WARSZTAT

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Kuba Chmielewski

Obraz: Wojciech Lewandowski

nowości na światowych salonach samochodowych. I ten bezcenny moment – reakcja właściciela, kiedy widzi swoje auto w nowym odcieniu, w macie, w połysku czy satynie. Pasjonaci aut, którym zamarzyło się nie tyle ich wymienienie, co zmiana wizerunku, najczęściej trafiają tu już z wytypowanym nowym kolorem. Ale ośmiu na dziesięciu z nich i tak decyduje się na jeszcze inny. To pod wpływem sugestii i doświadczenia Krystiana i Bartka. – Niektóre kolory i rodzaje folii pasują do określonego typu samochodu – dodaje Krystian. Pierwsze auto oklejał w wieku… czterech lat. To były resoraki, kupowane przez mamę w Peweksie. Krystian zmieniał im kolor, wycinając pod wymiar naklejki. Do liceum poszedł do olsztyńskiego plastyka. Nieważne z jakiego przedmiotu, zeszyty i tak miał całe w narysowanych przez siebie samochodach. Na praktyki trafi ł do agencji reklamowej, która pracowała już z foliami. Na poważnie z branżą zetknął się jednak podczas pracy w Niemczech w firmie, która profesjonalnie oklejała auta. Dzisiaj przyznaje, że najlepsze, co wyniósł po trzech spędzonych tam latach, to przywiązanie do wysokiej jakości usług. Dlatego w kolejnej pracy dość szybko został doceniony. To była londyńska agencja reklamowa Taxi Promotions, która oklejała kultowe taksówki. Po powrocie do kraju otworzył już własny biznes, najpierw w przydomowym garażu. Motto pozostało to wywiezione z Niemiec: jakość ponad wszystko. Dobra opinia rozeszła się mniej więcej w takim tempie, w jakim jeździły auta, które oklejał. Były to rajdówki. Dzisiaj mają profesjonalny warsztat, stale powiększany. Mają, bo pasja Krystiana skrzyżowała się z kumplem z plastyka, wspomnianym Bartkiem. W zasadzie jednym telefonem przypieczętowali wspólny biznes. Jak przyznaje Krystian, w ich sukces z równą siłą wierzyły jedynie trzy osoby: ich dwóch oraz Dominika, dziewczyna Krystiana ( już może kupować resoraki, bo niebawem na świat przyjdzie następca). Dzisiaj nie muszą udowadniać już nic. Trzy lata temu Krystian zdobył tytuł I wicemistrza Polski w oklejaniu samochodów (chodzi o jakość, szybkość, kreatywność). Rok później był już mistrzem świata, a w maju ub. roku, wraz z sześcioosobowym zespołem najlepszych aplikatorów z Polski, zdo-

byli Rekord Guinnessa w oklejaniu auta na czas. Zmienili kolor Audi w 39 minut i 26 sekund. Dzisiaj mają klientów nie tylko z Olsztyna, regionu, a nawet całego kraju, ale też i z zagranicy. Cały zespół „Grafiit – zmień kolor” to grupa maniaków z przynajmniej jedną w ymaganą w tym fachu cechą: perfekcja. Bez niej nie ma w ymaganego efektu. A  do warsztatu biorą czasem samochody za grube setki tysięcy złotych. Aplikują folie najlepszych światow ych marek – PWF, 3M (mają najwyższy z  możliw ych certyfikatów przyznawany aplikatorom przez 3M Endorsed Vehicle Graphics Installer). Samych odcieni folii 3M jest około 100. Teraz jest moda na grafi ty, stonowane szarości, satyny oraz niebieskie. Pojawiły się też folie chromowane, ale w „Grafiit – zmień kolor” jeszcze jej nie aplikują. Czekają, aż jakość nowości osiągnie wymagany poziom. – Póki co nie ma satysfakcjonującej jakości, a nasi klienci polecają nas właśnie za jakość – dodaje Krystian. Każdy samochód, któremu zmieniają kolor nadwozia czy samych detali (również elementy wnętrza i felg), ma założoną dokumentację oraz zmagazynowaną zapasową folię. To na wypadek, gdyby ktoś uszkodził np. błotnik, drzwi, zderzak. Drobne rysy nie wymagają ingerencji – wysokiej klasy folia jest samonaprawialna pod wpływem wysokiej temperatury. Ale prócz walorów estet ycznych oraz indy widualizacji auta niektórzy klienci oklejają samochód po to, by przed sprzedażą tę folię… zdjąć. Ponieważ technologia nakładania eliminuje potrzebę cięcia jej na lakierze (a więc bez uszkodzeń), jego stan jest identyczny jak w dniu oklejenia.

Graffit – zmień kolor Olsztyn, ul. Lubelska 37D tel.: +48 518 621 222 www.graffit-zmienkolor.pl Do końca roku w „Graffit – zmień kolor” 20% rabatu na wszystkie usługi.

075


SPOD IGŁY

SALON SAMOCHODOWY MADE IN

WSZYSTKIE LICZBY NA PIĄTKĘ

PIĘKNIE I OSZCZĘDNIE

TAK, TO JEST SERYJNA TOYOTA

EINE KLEINE GTI

Będąc gdziekolwiek w świecie, wyciągasz smartfon z kieszeni i za pomocą funkcji Remote 3D View widzisz obraz z kamer wokół swojego nowego BMW serii 5. To najważniejsza premiera koncernu, a mając na uwadze sześć ostatnich premier serii 5, którymi zawsze zakasowali konkurencję, wyjątku nie będzie. Siódmą odsłonę już można zamawiać w salonach BMW. Jest popisem możliwości technologicznych auta jutra (sterowanie gestami, w uproszczony sposób można zaparkować je w luce parkingowej czy w garażu, stojąc… obok). Najsłabsza odmiana ma 190-konnego diesla. Najsłabsze osiągi nowej „piątki” to 7,7 s do setki i 238 km/h. Ach, i jeszcze jeden malutki parametr – spalanie w trasie 3,7 litra. Auto, które mierzy 4,94 cm! Ale jeśli ma się najlepszy współczynnik oporu powietrza wśród sedanów świata (Cx 0,22)… Na dobicie rywali jest już gotowe M5, przyspieszające w cztery sekundy do setki i hybryda, która ma spalać dwa litry. Tu wszystkie liczby robią wrażenie. Cena od 209,3 tys. zł. www.olsztyn.bmw-service-zdunek.pl

076

WŁAŚNIE DEBIUTUJĄ, UWODZĄ I KUSZĄ

Jeśli ktoś jeszcze kojarzył Toyotę z nieco zachowawczym stylem, modelem C-HR Japończycy ostatecznie zakneblowali usta wszystkim malkontentom. Ten crossover jest największą sensacją stylistyczną marki, ale tak właśnie projektanci widzieli sylwetkę sportowo-rekreacyjnego auta. Wnętrze? Przesadą nie będzie, jeśli dodamy, że jest bardziej sportowe i z charakterem niż w coupe GT86. C-HR (skrót od Compact Hybrid Revolution) jest pierwszym w kraju autem, które można nabyć przez Internet (toyota.pl/c-hr). Zresztą w Polsce już trwa szał zamówień na to auto (najwięcej spośród europejskich krajów!). Dostępne są dwie wersje: konwencjonalna (1,2 turbo) oraz hybrydowa (napęd z najnowszego Priusa) – ciesząca się zdecydowanie większą popularnością. Cena od 79,9 tys. zł www.toyota-olsztyn.pl

No i doczekaliśmy się dnia, kiedy pokazywane na salonach samochodow ych kuszące koncept y Hyundaia można wreszcie kupić. Ioniq to pojazd skonstruowany na przyszłość. Dostępna jest hybrydowa wersja tego zgrabnego kompaktu, ale za chwilę dołączy hybryda typu plug-in, czyli dodatkowo zasilana prądem z gniazdka, którą bez paliwa można przejechać do 50 km, no i wersja całkowicie elektryczna. Ioniq hybrydowy odznacza się wysoką kulturą jazdy, co w dużej mierze jest zasługą dwusprzęgłowej automat ycznej skrz yni biegów. To ewenement wśród dostępnych hybryd, które zwykle współpracują z nieprzyjemnie w yjącymi przy przyspieszaniu bezstopniow ymi skrzyniami. Przy umiejętnej jeździe Ioniq spali w mieście około czterech litrów paliwa. Ciekawostką jest możliwość bezprzewodowego ładowania smartfona, z dyskretnym przypomnieniem, gdybyście zapomnieli o nim, wychodząc z auta. Cena od 99,9 tys. zł. www.daszuta.hyundai.pl

Kolorowy dla pań, z supertechnologią dla młodych, z mocnym audio dla wymagających (300-watowy zestaw Beats gra jak w sali koncertowej) i dynamiczny dla tych z charakterem (silnik 1,0 TSI dostarcza identycznych osiągów jak w pierwszym Golfie GTI). Odmłodzony Volkswagen up! potrafi rozkochać wszystkich, choć już i w poprzedniej odsłonie był najchętniej kupowanym miejskim autem. Nic dziwnego – to niewielkie nadwozie kryje duże wnętrze, a układ jezdny przyjemność prowadzenia. Najlepszą z opcji, którą trzeba wybrać, jest stacja dokująca „maps+more”. Wpinacie w nią swój smartfon i za pomocą aplikacji rządzicie całym up!-em: system poznaje odręczne pismo, więc wystarczą pierwsze litery wyrazów, by wywołać żądane nazwisko z książki telefonicznej czy miejscowość w nawigacji. Cena od 36 390 zł. Auto Wimar Warmia, www.volkswagen-autowimar.pl


AUTO

RUGBYSTA DOSKONAŁY FIAT SPRZEDAJE U NAS NAJWIĘCEJ SAMOCHODÓW UŻYTKOWYCH, MIMO IŻ DO KOMPLETNEJ GAMY BRAKOWAŁO MU MOCNEGO PIKAPA. BRAKUJĄCYM OGNIWEM JEST FULLBACK.

077


AUTO

078

Fullback – w rugby oraz amerykańskim futbolu ostatni zawodnik w linii obrony, ale też obrońca o cechach napastnika, który potrafi dobiec do pola punktowego i zdobyć przyłożenie. „Nasz pikap jest dokładnie taki sam – przygotowany na każdą sytuację” – porównał Fiata Fullbacka podczas włoskiej premiery Domenico Gostoli, szef marki Fiat Professional. – „Powstał on z realnych potrzeb naszych klientów i nadaje się do zastosowań zarówno zawodowych, ale też związanych z wyzwaniami życia codziennego”. W jakiejkolwiek części świata byśmy się nie znaleźli, pikapy odgrywają tam ważne role. Np. w Afryce i na Bliskim Wschodzie stanowią ponad połowę wśród wszystkich aut użytkowych. W  Stanach Zjednoczonych od lat najlepiej sprzedającymi się samochodami są wielkie pikapy. Fiat (a właściwie grupa FCA – Fiat Chrysler Automobiles), który auta sprzedaje w zasadzie na całym świecie, nie mógł nie wypełnić pikapowej luki. Tym bardziej, że samochody użytkowe Fiata (nazywane Fiat Professional) mają swoją pozycję na rynku i wciąż lepiej sprzedają się od konkurentów. I tak oto na ubiegłorocznym Międzynarodowym Salonie Samochodowym w Dubaju Włosi zaskoczyli świat, prezentując nieźle wyglądającą nowość. Fiat Fullback powstał w wyniku partnerskiej współpracy opartej na sprawdzonej platformie i niezawodnym napędzie. Wizualnie styliści Fiata dostosowali go do swojej gamy modelowej, a ponieważ talentu do projektowania Włochom nigdy nie brakowało, efekt jest bardzo udany. Mierzący 5,3 metra długości pikap to teoretycznie najgorsze, czym można wybrać się do zatłoczonego miasta. I to jest racja. Ale jest też druga strona medalu – jego zawiesze-

nie, które ignoruje drogowe fuszerki. Dotychczas w dowcipach o samochodzie, który skutecznie pokonuje każdy krawężnik, bohaterem był pojazd… służbowy. Fullback też taranuje wszystkie przeszkody, a jedynie na tych większych lekko zabuja nadwoziem. Pikapy przyzwyczaiły nas, że lepiej jeżdżą w terenie niż po autostradzie. W Fullbacku ma się wrażenie, że najlepiej czuje się on przy podróżnych prędkościach 150 km/h, a zaskakujący widok wskazówki dobiegającej do końca prędkościomierza bardziej prawdopodobny jest w porządnym SUV-ie niż w roboczym wozie. Temperamentu 180-konnemu nowemu silnikowi japońskich inżynierów odmówić nie można. Ten siłacz ciągnie ponad trzytonową przyczepę, mając dodatkowo na pace za tylną szybą tonę ładunku. Jak znam realia kilku afrykańskich krajów, do których trafi Fullback, i tak obciążą go jeszcze bardziej. Nam za to nie o ładunki chodziło, a o fason. Miło bowiem popatrzeć na przyjemny dla oka samochód i to w atrakcyjnej scenerii. Pod stajnie Ośrodka Jeździeckiego Pałacu Pacółtowo, w których wiszą kryształowe żyrandole, dotarliśmy drogą poza asfaltem – zwyczajnie bezdrożem, jak azymut wytyczał linię. A co! Tym samym lekko przybrudziliśmy Fiata. Konie zaś wyglądają tu jakby za chwilę miały prezentować się na światowych wybiegach. No i te odrestaurowane zabytkowe powozy. Ale widać Fullback nie zaburzył tego folwarcznego szyku, bo stajenny, który wyprowadzał konie, zapraszał nas na Hubertusa. Choć bardziej chodziło mu o Fiata, bo – jak podkreślił – będzie pasował do imprezy. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz


AUTO

079

Fiat Fullback występuje w dwóch wariantach nadwoziow ych: z  dwudrzwiową przedłużaną kabiną oraz z czterodrzwiową podwójną kabiną (auto jest dłuższe o 10 cm, ale i o 33 cm ma krótszą część załadunkową). Dostępny jest w dwóch wariantach wyposażenia (SX i LX), z dieslem 2,4 o mocach 150 i 180 KM oraz z manualną i automatyczną skrzynią biegów. Napęd 4x4 posiada tryb jazdy na tylną oś, na obydwie osie do prędkości 100 km/h, z blokadą centralnego mechanizmu różnicowego oraz reduktorem.

Fiat Fullback 2,4 MJ 180 KM automat LX – 135 300 zł

RESMA Autoryzowany dieler Fiata i Jeepa Olsztyn, al. Obrońców Tobruku 5 www.resma.pl Podziękowania dla Ośrodka Jeździeckiego Pałacu Pacółtowo za pomoc w realizacji sesji.


STYL ŻYCIA

8OOO PLUS JAK NIE W YNISZCZ AJĄC Y MRÓZ, TO W YPAL AJĄCE OCZ Y SŁOŃCE, A JUŻ N A PE WNO BR A K T LENU – EK S T REM A LNE WA RUNK I TO NIE JES T DL A NICH POWÓD, A BY NIE PRÓBOWAĆ S WOICH SIŁ W KONFRONTACJI Z ZABÓJCZYMI OŚMIOTYSIĘCZNIKAMI. CO ICH TAM CIĄGNIE I JAK ODNAJDUJĄ SIĘ W NORMALNYM ŻYCIU PO POWROCIE? HIMALAIŚCI Z  WARMII I  MAZUR OPOWIADAJĄ, CZEGO UCZĄ GÓRY.

Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum bohaterów, www.shutterstock.com

081


STYL ŻYCIA

EMOCJE BEZ TLENU PAWEŁ JUSZCZYSZYN / PRAWNIK

082

Miłością do gór zarazili go rodzice – geografowie. Już w liceum samotnie zaliczył większość szczytów w  Tatrach, noclegi w skalnych kolebach i odmrożenie palców. Zdobycie Mont Blanc i paru innych trudnych alpejskich szczytów w czasach studiów zachęciło go, aby iść wyżej. Próba wejścia w trzyosobowym zespole na szczyt dzikiego Kampire Dior (7168  m) w  górach Karakorum była prawdziw ym chrztem. – Na wysokości 6500 m jeden z moich partnerów dostał choroby wysokościowej – wspomina. – Kiedy sprowadzaliśmy go na dół, obok zeszła lawina i ściągnęło naszych towarzyszy. Byliśmy związani liną i udało się ich wyasekurować. Kolega skręcił kolano. Lekarka z teamu wyszła nam naprzeciw, by podać mu leki i adrenalinę, a potem sama wpadła w szczelinę i dopiero po paru godzinach ją wydostaliśmy. Przeżyliśmy też bunt tragarzy, którzy odmówili nam dalszej pomocy u progu lodowca. Dogadaliśmy się pod warunkiem, że lekarka zrobi przegląd medyczny mieszkańców ich wioski u podnóża gór. Przygód wystarczyło mu do następnego urlopu. W 2008 roku był gotowy zdobyć himalajski ośmiotysięcznik Cho-Oyu. Po wylądowaniu w Katmandu okazało się, że granice Tybetu zostały zamknięte ze względu na olimpiadę w Chinach. Ekspedycja zmieniła cel – nepalska góra Manaslu (8156 m), ósmy pod względem w ysokości szcz y t świata i  jeden z trzech najtrudniejszych – po K2 i Annapurnie. – Wiedzieliśmy o niej tyle, ile przeczytaliśmy w nepalskiej kafejce internetowej – przyznaje. – Nie mieliśmy tragarzy

ani przewodników. Przez 10 dni padał śnieg, w tym czasie stymulowaliśmy organizm do aklimatyzacji. Któregoś dnia, po powrocie do obozu II na 6400 m, zastaliśmy namiot dwa metry pod śniegiem, straciliśmy część sprzętu. Do wierzchołka szczytu zabrakło 50 metrów w pionie. Na ostatniej grani zalegały niebezpieczne nawisy śnieżne i nie chcieliśmy stawiać wszystkiego na jedną kartę. Mimo to jesteśmy pierwszymi alpinistami z regionu, którzy bez tlenu przekroczyli wysokość 8000 m. Paweł twierdzi, że trudne sprawy sądowe, w których na co dzień bierze udział, to nic w porównaniu z emocjami, jakie pojawiają się w górach. – Wyczerpanie i stres wyciąga słabości, złość i agresję – twierdzi. – Wystarczy, że ktoś w ekipie ma cięższy plecak od towarzyszy i dochodzi do kłótni. Po chwili wspólny cel na nowo zespala ludzi. Po mocnych przeżyciach nabiera się odporności, codzienne problemy nie powalają łatwo. No i uczę się rozumieć punkt widzenia innych. Kilka razy otarł się o śmierć. Po lawinie kamiennej w austriackich Alpach ze ściany wyciągał go razem z ranioną partnerką helikopter ratunkowy. Na Kaukazie uciekał przed burzą, oszczędzając na asekuracji. Po poślizgu na lodowym podłożu katapultowało go z partnerem 150 metrów. Splątani liną, przelecieli na gruzińską stronę góry. – Pomyślałem: znowu się udało. Nigdy więcej. Ale mija parę dni i zaczyna dojrzewać nowy plan: zdobyć któryś z pięknych, dzikich szczytów – przyznaje. – Im mniej uczęszczany, tym pragnienie większe.


STYL ŻYCIA

SZCZYT MEDYTACJI KATARZYNA SKŁODOWSKA / LEKARZ GINEKOLOG

„Gratuluję, mi się to nigdy nie udało!” – dogonił ją zdyszany mężczyzna na końcu ul. Skłodowskiej-Curie. Podjazd rowerem pod stromą olsztyńską uliczkę z dzieckiem na bagażniku to dla niej pestka. Ale filigranowa Kasia ma na koncie dużo większe wyczyny, jak choćby czarny pas w karate. A kiedy zbliża się urlop, pakuje żelazny „szpej” do plecaka, który waży połowę tego, co ona. Kierunek: Alpy, Himalaje, Andy albo Karakorum. – Po maturze pojechałam w Tatry i zakochałam się w górach – wspomina Kasia. – Podczas studiów na Akademii Medycznej ukończyłam kurs taternicki i złapałam bakcyla na dobre. Kiedy jej córka miała dwa lata, po raz pierwszy poczuła, że czas na prawdziwe wyzwania. I za pierwszym podejściem zdobyła szczyt Khan Tengri (7010 m) w górach Tien-Shan w Azji. A potem razem z Małgorzatą Jurewicz weszły na Shivling (6543  m) w  Himalajach jako pierwsze Polki w historii. – Sukcesy sprawiły, że nabrałam pewności siebie. Ale góry uczą pokory i rozprawiają się z ego – przyznaje. W 2007 roku wróciła w Himalaje na dziką górę Dhaulagiri II (7751 m). – Podczas wspinaczki po lodowej ścianie zniknął mój partner, a szum potoku zagłuszał kontakt między nami – relacjonuje. – Na przyrządzie zaciskowym podciągnęłam się do góry i… zawisłam w przestrzeni, tracąc kontakt ze ścianą. Wokół spadały kamienie, po raz pierwszy pomyślałam „to koniec”. Podczas powrotu na wysokości 6500 metrów zrobiła się gęsta mgła i straciliśmy orientację. Ale nigdy nie jest tak źle, jak nam się wydaje. Ograniczenia i strach tkwią głównie w umyśle.

Wiosną 2008 roku, w duecie z Kingą Baranowską, stawiła się pod Dhualagiri (8167 m) w Himalajach. Wspinaczka bez pomocy tragarzy i wspomagania tlenowego. – Doszłam do ponad 7000 m i powaliła mnie choroba wysokościowa. Zrezygnowałam z ostatniej części wspinaczki. Nie wchodzę za wszelką cenę. Jeśli czuję, że jest słabo, wycofuję się – przyznaje. Rok później była gotowa zdobyć ośmiot ysięczniki Gasherbrum I i II w górach Karakorum. Tym razem spędziła w obozie 40 dni, czekając na „okno pogodowe”. Udało się osiągnąć maksymalnie 7000 m. – Mimo tego, że czasem traci się czas i  pieniądze, pociąga mnie prostota życia w górach – przyznaje. – Najważniejsze jest „tu i teraz”, to, co ma się przed nosem: roztopienie śniegu na herbatę, wykopanie platformy pod namiot na zboczu. Każdy krok w  górę to rodzaj medytacji, maksymalne skupienie. Te doświadczenia przenoszę do życia „na dole”. Bo ginekologia to też ekstremalna dziedzina. Nad stołem operacyjnym podczas zagrożonego porodu nie „gdybam”, tylko działam. W Andach w cztery tygodnie zdobyła sześciotysięczniki, w ymagające wspinaczki śnieżno-lodowej: Artesonraju, Ranrapalca, Tacllaraju, Pisco. W  lipcu wróciła do Peru z Beatą Bubik z Olsztyńskiego Klubu Wysokogórskiego, by zawalczyć o pionową, trudną ścianę góry La Esfinge. Choć wycieńczone i odwodnione, zdobyły szczyt jako pierwsze Polki, a może nawet pierwsze kobiety w historii.

083


STYL ŻYCIA

FIGLE NA DACHU ŚWIATA MARCIN KACZKAN / NAUCZYCIEL AKADEMICKI

084

Zimą 2002 roku zabrakło mu 961 metrów, aby stanąć na szczycie K2 (8611 m) – najgroźniejszego ośmiotysięcznika świata. Przez 12 kolejnych lat wspinał się po górach Europy i Azji: Pamir, Karakorum, Himalaje. Sprawdzał, na co go stać i dopiął swego – zdobył górę-mordercę latem. A za rok planuje dokończyć zimową ekspedycję. – Motywacja jest prosta: K2 to ostatni niezdobyty zimą ośmiotysięcznik – tłumaczy pochodzący z Nidzicy Marcin. – To nie kwestia chorych ambicji, tylko ciekawego celu i wyzwania. – Kiedy po raz pier wszy zjawiłem się pod górą, byłem młokosem. To był skok na głęboką wodę. Popełniłem wiele błędów, organizm się zbuntował. Ale doświadczenie we wspinaczce gra na moją korzyść. Dziś wiem, że ciało i umysł na dużych wysokościach płatają figle. Trzeba być czujnym, aby nie przegapić choćby pragnienia i  głodu, których się nie czuje. I nie pozwalać sobie na zbyt długi odpoczynek powyżej 7900 m, bo jest pewne, że będzie on wieczny. Jak wygląda codzienność człowieka, który chce dokonać niemożliwego? – Nigdy nie miałem sportowego zacięcia, trenuję głównie przed samymi wyprawami, jem normalnie – tłumaczy. – Na wyprawach górskich przydają się zapasy energetyczne, nawet „oponka” na brzuchu. Wiele szczytów zdobył w samotności, jak Nanga Parbat (8126 m) czy dwa z pięciu siedmiotysięczników byłego ZSRR – Pik Lenina i Pobiedy. Za ich skompletowanie jako trzeci Polak otrzymał w 2008 roku tytuł Śnieżnej Pantery.

– Nie interesuje mnie rywalizacja, góry to spotkanie z samym sobą, słabościami – obrazuje. – Unikam tłumów, Mont Everest jest dla mnie zbyt komercyjny, wolę góry nieujarzmione. Nigdy nie myślę, że mogę nie wrócić, w trakcie trudnej akcji nie ma czasu na analizy. Kiedy w Alpach spadałem w szczelinę, w ciągu kilku sekund myślałem o tym, co zrobi partner, kiedy poczuje szarpnięcie liny. A kiedy zjechałem ze zbocza Piku Pobiedy, zamiast strachu, czułem złość, że tyle wysiłku poszło na marne. Na Politechnice Warszawskiej prowadzi wykłady z optoelektroniki, a  podczas w ypraw odpowiada za łączność radiową. – Staram się oddzielać góry od życia zawodowego, rodzinnego, nie zarażam swoją pasją najbliższych ani studentów – twierdzi. – Trudno wrócić do normalnego życia po wyprawach, ale pomaga mi fakt, że jestem minimalistą. Góry nauczyły mnie cierpliwości do siebie i innych. I tego, że musimy dać z siebie wszystko, ale z tym, na co nie mamy wpływu, nie należy walczyć. Brał udział w letniej wyprawie na Gaszerbrum I, podczas której zginął Artur Hajzer, twórca projektu Polski Himalaizm Zimowy. – Podczas wyjścia do obozu pierwszego zgubiliśmy drogę – wspomina. – Obok pojawił się lisek i Artur zaproponował, abyśmy szli za nim. Okazał się świetnym przewodnikiem w labiryncie szczelin i seraków. Po powrocie do domu po tej tragicznej wyprawie zapytałem siebie: czy ta pasja jest warta życia? Przecież góry to sterta skał, lodu i śniegu. Ale z pasji nie należy się tłumaczyć…


STYL ŻYCIA

TO TYLKO AWARIA JAROSŁAW GAWRYSIAK / INFORMATYK

Przed wyprawą na Broad Peak dostał specjalne pozwolenie na korzystanie ze schodów Pałacu Kultury. Ponad 40 pięter z obciążeniem na nogach i plecach pokonywał truchcikiem przez kilka miesięcy. Teraz wystarczy mu 10 pięter wieżowca, w którym mieszka na warszawskim Mokotowie. 30 wejść od parteru po dach z 20-kilogramowym plecakiem zajmuje mu zaledwie dwie godziny, a przy okazji poznaje sąsiadów. Cel treningów – zdobycie Mount Everest wiosną 2017. To będzie drugie podejście do najwyższej góry świata. Dwa lata temu trzęsienie ziemi w Nepalu zatrzymało amerykańską ekspedycję, w której był uczestnikiem. – Wstrząsy zaskoczyły nas w obozie na lodowcu, w którym półtora tysiąca osób z całego świata przygotowywało się do wspinaczki – wspomina Jarek, pochodzący z Mrągowa. – Podmuch wiatru i lawina zmiotły namioty, zginęło ponad 20 osób. Mieliśmy dużo szczęścia, rozstawiając się za morenowym grzbietem, który nas osłonił, ale nasza wyprawa zamieniła się w akcję humanitarną. Po kilkunastu dniach, z dwuletnim pozwoleniem na wejście na Mount Everest (koszt: 12 tys. dolarów), wróciliśmy do kraju. Wspinać się zaczął dopiero po trzydziestce. Namówiła go partnerka – pasjonatka gór. Szybko nadrobił czas poświęcany wcześniej żeglarstwu. Zdobył Ama Dablam (6856 m) w Himalajach, a potem dołączył do programu Polski Himalaizm Zimowy i wyprawy na Nanga Parbat (8126 m), gdzie osiągnął wysokość 7900 m. Pod Broad Peak (8051 m) spędził trzy miesiące zimą 2012, czekając na warunki pogodo-

we, które pozwoliły na osiągniecie 7600 m. Kilka miesięcy później zginęło tam, schodząc ze szczytu, dwóch polskich himalaistów – Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka. – Nasza wyprawa nie zakończyła się pełnym sukcesem, ale za to nie było ofiar w ludziach – zaznacza. – Pasja nie może być ważniejsza od życia. Na Broad Peak Middle, który udało się zdobyć w historii jedynie 12 wspinaczom, brakowało nam do szczytu kilkudziesięciu metrów trudnej wspinaczki skalnym żebrem. Choroba wysokościowa doprowadziła kolegę do stanu ryzykownego dla życia. Jako lider zespołu podjąłem decyzję o odwrocie całej ekipy. Tego lata zaplanowaliśmy trawers Gaszerbrumów I i II. Silne słońce topiło śnieg, wspinaczka przy słabej asekuracji i obrywach śnieżnych byłaby… jazdą po bandzie. Od ośmiu lat każdy urlop i święta spędza w górach, czasem prosi w firmie o bezpłatne tygodnie wolnego. – Górom podporządkowałem swoje życie i pracę – przyznaje. – Wyprawy rewitalizują, pozwalają zresetować umysł. Wyłączam na kilka tygodni telefon i wchodzę w inny świat, całkowicie podporządkowany naturze, jej kaprysom i bogactwu. W firmie odpowiadam za tysiące komputerów, organizując wyprawę, muszę zadbać o każdy szczegół – od zapasu baterii, po lekarstwa czy niezbędne pozwolenia. A potem rozliczyć się z tego ze sponsorami. To uczy sprawnej logistyki, przewidywania i współpracy. A przede wszystkim konsekwencji i odporności. W pracy żadna awaria nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.

085


REPORTAŻ

NIETYKALNI 2016 NA PODSTAWIE HISTORII SPARALIŻOWANEGO MILIONERA NAKRĘCONO FILM „NIETYKALNI”, KTÓRY PODBIŁ ŚWIAT. ICH NAZWISKA, ZDJĘCIA I MEDALE TEŻ OBIEGAJĄ ŚWIAT, CHOĆ ZAMIAST MILIONÓW MAJĄ TYLKO WOLĘ WALKI Z WŁASNĄ NIEPEŁNOSPRAWNOŚCIĄ I CZASEM – W TRAKCIE WYŚCIGU. POZNAJCIE WIĘC HISTORIE TYCH, KTÓRZY REPREZENTOWALI POLSKĘ, WARMIĘ I MAZURY PODCZAS IGRZYSK PARAOLIMPIJSKICH RIO 2016. MAM WODOWSTRĘT

086

– Trener zabronił mi mówić, że żegluję od 48 lat… bo tacy ludzie już nie żyją – wybucha śmiechem Piotr Cichocki, mistrz świata w żeglarstwie w klasie Skud 18, który wraz z Moniką Gibes i pod opieką trenerską Grzegorza Prokopowicza reprezentował Polskę na igrzyskach paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Gdy miał pięć lat, były trener jego ojca (wielokrotnego mistrza Polski w pływaniu wpław) powiedział o nim „Zrobimy z ciebie mistrza olimpijskiego”. Piotr przez trzy lata dwa razy dziennie wyrabiał na basenie kolejne kilometry – do czasu, aż nabawił się czyraków. – Na szczęście! Ojciec nie dał za wygraną i zabrał mnie do klubu żeglarskiego. To było to. Złapał bakcyla. Stopniowo zaczął zdobywać mistrzostwa w Polsce, Europie i na świecie. Gdy pytam, czym jest dla niego żeglarstwo, przez dłuższy czas milczy. – Moim życiem – odpowiada wreszcie. – Mimo że na tym sporcie nie da się zarobić. Pewnie jakbym był piłkarzem, to byłbym bardzo bogaty. Ale nie tak bogaty w przeżycia, doznania. To wyjątkowo skomplikowana dyscyplina. Rozpoznanie pogody, wody, taktyczno-techniczne niuanse – tego uczy się przez lata. Każdy żeglarz musi mieć szósty zmysł, by czytać wodę jak książkę. Ja mam. Im jestem starszy, tym lepszy. Na każdym akwenie czuje się jak ryba w wodzie, jednak do wody nie wchodzi. – Mam wodowstręt! – śmieje się. – Ale jak na łódce dostaję falą, to mi nie przeszkadza. Swego czasu spróbował windsurfingu, przez osiem lat był w kadrze narodowej. – A gdy skakałem już po pięć metrów i robiłem salta, wymyśliłem sobie katamarany. Zakochałem

się, to przepiękna klasa żeglarska. Mam trzy tytuły mistrza Polski, niestety na jeżdżenie po świecie nie było pieniędzy. Wówczas pojawiła się propozycja wzięcia udziału w wyścigu dookoła świata. Popłynął, choć woli krótsze dystanse, z oddechem przeciwnika na plecach. Wyścigu nie ukończył. Ze środka oceanu, 20-metrowych fal i wiatru 190 km/h trafi ł do brazylijskiego szpitala. Diagnoza: obustronna jałowa martwica głowy kości udowej. Liofilizowane jedzenie i woda z odsalarki nie miały wartości odżywczych, więc doszło do zablokowania żył. Wstawiono mu endoprotezy obu bioder. – No jestem cyborgiem. Na początku trochę się załamałem. Przez pięć lat chodziłem o  kulach… Co nie znaczy, że przestałem żeglować! – natychmiast wyprowadza z błędu. Łykał leki przeciwbólowe, ale było coraz trudniej. Myślał nawet, że już nigdy nie będzie żeglować, jednak po trzech miesiącach od operacji w 2005 roku znów wsiadł na katamaran. A kiedy usłyszał o planach Grzegorza Prokopowicza, dzięki któremu Akademicki Klub Sportowy przy Olsztyńskiej Szkole Wyższej im. Józefa Rusieckiego nabył łodzie klasy Skud 18, wywalczył kwalifikację paraolimpijską. Z młodszą o prawie 30 lat Moniką Gibes stworzyli duet, który po niespełna trzech latach wspólnych treningów zdobył mistrzostwo świata. Najpier w podczas eliminacji w  Polsce w ygrali wszystkie 20 wyścigów, później w grudniu 2015 w australijskim Melbourne zajęli piąte miejsce. Holendrom, którzy mieli czwarte, zaproponowali, by zostać sparingpartnerami. Ćwiczyli w Walencji i w holenderskim Medemblik. Holendrzy wymiękali już po godzinie pływania przy przeszywającym wietrze. – My wytrzymywaliśmy trzy-cztery


REPORTAŻ

godziny – porównuje Piotr. – I potem wygraliśmy tam dwa tytuły mistrzów świata. Dlatego byłem pewny, że w Rio zdobędziemy medal. Co noc mi się to śni, przypominam sobie błędy, które popełniłem. Każdy wyścig mam w głowie.

JEDYNYM OGRANICZENIEM SĄ SCHODY

Opowiada, że w dzieciństwie grała w tenisa i tańczyła w klubie tańca towarzyskiego. Żeglować zaczęła trzy lata temu, jako dwudziestoparolatka. I to wszystko, poruszając się na wózku inwalidzkim. – Ograniczenia mamy tylko w głowie, sami je sobie tworzymy – mówi z przekonaniem Monika Gibes. – Moim jedynym ograniczeniem są schody, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże. Urodziła się z przepukliną oponowo-rdzeniową i wodogłowiem. Dzięki podejściu jej mamy nigdy nie czuła się niepełnosprawna. Piotra poznała w Fundacji Aktywnej Rehabilitacji, gdzie była instruktorką. Po raz pierwszy usłyszała, że mogłaby żeglować i postanowiła spróbować. Tak po prostu? – dziwię się. – To wymagało oczywiście dużego samozaparcia, mobilizacji. Jestem dość kruchą osobą, trudno było mi co chwilę gdzieś wyjeżdżać, ale to mnie psychicznie wzmocniło. Dzięki żeglarstwu zaczęłam się bardziej rozwijać pod względem emocjonalnym – opowiada. Gdy zwracam uwagę, że nie wspomina nawet o strachu przed nieznanym i katorżniczych treningach, wyjaśnia z prostotą: – Ból towarzyszy mi od zawsze. A łódka jest bardzo bezpieczna, właściwie niewywracalna. Najłatwiej zamknąć się w strefie komfortu, ale bez przełamania lęków nic nie osiągniemy. Naszym celem było Rio. Gdy wchodzi na wodę, z wózka przesiada się na specjalny fotel. Wtedy liczy się tylko łódka, wszystko inne zostaje na lądzie. To wolność od myśli, od nadwyrężonego kręgosłupa – w czasie zawodów nie czuje bólu, musi się przecież maksymalnie skupić. Kiedy wygrali mistrzostwa świata, długo nie mogła uwierzyć, że to prawda. – Ciężko na to pracowaliśmy, ale zawsze jestem sceptyczna, nie nakręcam się na wygraną. Poza tym mój staż jest bardzo krótki – ocenia. – Jestem sternikiem, ale tak naprawdę rękami Piotra, a on moimi oczami. Jest bardzo doświadczonym żeglarzem, zawiaduje całą misją. Z Grzegorzem rozumieją się bez słów. Gdyby nie oni i współpraca z OSW, nie miałabym okazji, by być w Rio. Ostatecznie na igrzyskach zajęli czwarte miejsce, przegrywając brąz o jeden punkt i srebro o dwa. Raz zaliczyli falstart, raz dyskwalifikację, ale sumiennie odrabiali punkty. – Jednego dnia walczymy o pierwsze miejsce i na ostatniej prostej, na środku zatoki – która jest naprawdę bardzo duża – najeżdżamy łódką na karton… Straciliśmy dwa miejsca, w innym wyścigu znów dwa, przez silny prąd. Płakałem jak małe dziecko i to nie tylko w Rio. Dziś już się pozbierałem, nie będę płakał, ok? – ironizuje Piotr. Polacy nigdy nie mieli tak dobrego miejsca w tej dyscyplinie. On chciałby za cztery lata znów zawalczyć, ale właśnie zdjęto żeglarstwo z igrzysk paraolimpijskich. Nie ma dość. Choć spędził ostatnio 180 dni na wodzie, to gdy po powrocie ożenił się i żona zaproponowała podróż poślubną na jachcie – odpowiedział, że choćby dziś. Z podróży do Rio zapamiętał tak brudną wodę, że organizatorzy zabraniali do niej wchodzić, by oczyścić łódki. – Bali się, że czymś się zarazimy. Co drugi dzień dźwigi wyjmowały więc łódki z wody – tłumaczy Piotr. – Naprawdę byłem w piękniejszych miejscach, a najpiękniejszym są Warmia i Mazury. Teraz mieszkam w Olsztynie. Tu woda jest czysta i w dodatku słodka.

IGRZYSKA NA SKŁADAKU

Pech, którym rządzi przypadek i zupełnie nieprzypadkowe szczęśliwe zakończenia – taka sinusoida to chyba znak szczególny Anny Harkowskiej, kolarki, pięciokrotnej medalistki paraolimpijskiej. Wypadek w 2002 roku przekreślił jej poprzednie osiągnięcia. Zamiast brać udział w maratonach, triathlonach i wyścigach kolarskich, mogła tylko leżeć – po potrąceniu przez autobus zdiagnozowano u niej 26 złamań w lewej nodze, zniszczoną kość strzałkową i staw skokowy. – Lekarze zastanawiali się nad amputacją lub całkowitym usztywnieniem nogi, w dodatku po kolejnej operacji okazało się, że zarażono mnie w szpitalu gronkowcem. Z bólu nie spałam przez siedem miesięcy – wymienia Ania. Z początkowej rezygnacji przeszła do ataku. Poszła na studia podyplomowe z rehabilitacji, by sama mogła sobie pomóc. – Bo pierwszy rehabilitant powiedział, że mogę sobie wyobrażać, że ruszam palcem lewej stopy, ale i tak mi się nie uda – wspomina. Jednak po pół roku od wypadku, dzięki bezinteresownej pomocy innych fachowców, zaczęła chodzić na… rękach. Z kilku godzin ćwiczeń zrobiło się 14 dziennie. – Zawzięłam się. Była zima, mama woziła mnie na sankach na siłownię, basen. Pamiętam, jak pierwszy raz na kilka sekund stanęłam na nogach. Uwierzyłam, że wrócę do kolarstwa.

Dwa lata później wygrała wyścig. Smaczku dodawał zwycięstwu fakt, iż na widowni byli też ci, którzy uważali, że już nigdy nie będzie chodzić. Następnie zdobyła mistrzostwo Polski na szosie. A w 2007 roku dowiedziała się przypadkiem o sporcie osób niepełnosprawnych. Od roku 2011 jest zawodniczką OKS Warmia i Mazury Olsztyn. – Niełatwo było wówczas w Polsce dostać się do związku i klubu paraolimpijskiego, a dziś nasz klub sam szuka zawodników i ogłasza bezpłatne uczestnictwo w treningach. Dużo pozytywnych zmian zaistniało dzięki prezesowi Piotrowi Łożyńskiemu. To jemu i mojemu trenerowi Marianowi Kowalskiemu dedykuję wszystkie medale – deklaruje Ania. Przywiozła już pięć sreber – trzy z paraolimpiady w Londynie i dwa z Rio de Janeiro. – W tym roku było naprawdę ciężko, bo dziewczyny się poprawiły – mówi o rywalkach. W dodatku znów dopadł ją pech. Już na początku, w samolocie, spadła na nią jej własna walizka. Głowa bolała ją przez całe igrzyska, ale nie chciała się zbadać, bo bała się, że nie zostanie dopuszczona do wyścigu. Po przylocie przeziębiła się, bo wszędzie były duże zmiany temperatur: – Brazylijczycy uwielbiają klimatyzację, to oznaka luksusu. Dlatego w budynkach musieliśmy ubierać czapki. Było tam 15 stopni, a na

087


REPORTAŻ

olimpijskie dostarczają mu najsilniejsze przeżycia: – Sport pełnosprawnych jest bardziej przyziemny, mocniej skomercjalizowany. Tam nie ma aż takiej determinacji, bo choć każdy sportowiec musi przekraczać granice wytrzymałości, to paraolimpijczyk przekracza jeszcze granice kontuzji, choroby. Motywacja, chęć udowodnienia, że to możliwe, są nieporównywalnie większe – tłumaczy. Paraolimpiada w Rio de Janeiro jest trzecim tego typu przeżyciem w jego karierze. Z Pekinu w 2008 roku przywiózł brąz, z Londynu w 2012 – srebro. A właściwie przywieźli, wraz z drugim zawodnikiem z tandemu, Krzysztofem Kosikowskim. To z nim w 2005 roku wygrał mistrzostwa Europy (zdobywając pierwszy złoty medal dla Polski w tej dyscyplinie), a w 2006 i 2007 mistrzostwa świata. Swoją rolę wyjaśnia obrazowo: – Zawodnik paraolimpijski w tandemie z pełnosprawnym pilotem jest niewidomy lub niedowidzący. Pilot jest więc jego oczami. Musi być lepiej

088

zewnątrz 37. Do tego dochodziły jeszcze koszmarnie gryzące komary, na które nieustannie polowaliśmy – śmieje się. Apogeum nastąpiło dzień przed startem. Ktoś ukradł jej rękawiczki przygotowane na zawody, przejeżdżający samochód uderzył ją w łokieć, a trener przyszedł z najgorszą wiadomością: podczas transportu połamał się jej rower. – Mój najlepszy! Był piękny, idealnie dopasowany do limitów wagowych i wart fortunę. Płakałam i właściwie chciałam już wracać do domu. Ale w nocy trener Ani wraz z mechanikiem z Belgii złożyli dla niej rower z pożyczonych części. I na takim składaku wystartowała w wyścigu. – Na nagraniu widać, jak mimo braku sił walczę do samego końca. Koncentrowałam się na każdym nadepnięciu na pedał. Po pierwszym medalu nic już mi nie przeszkadzało, nawet obce siodełko – wspomina olimpijskie emocje. Mówi, że na igrzyskach paraolimpijskich są ogromne. – Ktoś nie ma obu nóg, jednej ręki i ściga się na rowerze, osiągając lepsze wyniki niż olimpijczycy! – podaje przykład. – To daje takiego mentalnego kopa. Człowiek patrzy i myśli: „No mi w takim razie nic nie jest”. Londyńskich kibiców wspomina jako bardzo zaangażowanych, trzy miesiące przed igrzyskami nie było już biletów. – W Rio też była świetnie atmosfera, Brazylijczycy potrafią się bawić. Ale pięknie jest tam tylko na widokówkach. Hotel wyglądał, jakby był wciąż w budowie. Widoków nie było, bo okna były brudne od cementu, w pokojach wciąż nieposprzątane, choć z obsługi przychodziło jednocześnie nawet dziewięć osób. I ciągle ginęły nam rzeczy – skarpetki, ale i laptopy. Jeden reporter został napadnięty na plaży: rozebrali go i dobrze, że łatwo ściągała mu się obrączka, więc nie ucięli mu palca. Sama nie miała możliwości, żeby zobaczyć coś poza olimpijską wioską, bo musiała oszczędzać nogi przed wyścigami. Ale zdążyła spowodować pościg – brazylijscy karabinierzy strzelali za nią, gdy przebiegła przez bramkę bez pokazania legitymacji: – Jakiś ważniak polityczny zajął drogę i nie mogłam dojechać na czas. Prawie nie zdążyłabym na tor!

POŁAMANIA KÓŁ

– Takich emocji i adrenaliny nie doświadczam na innych zawodach – przekonuje Artur Korc, olsztyński kolarz, pilot w tandemach paraolimpijskich. Dwa razy w tygodniu ściga się na rowerach solowych i wielokrotnie zdobywał kolarskie mistrzostwa Polski, ale to mistrzostwa oraz igrzyska para-

przygotowany od zawodnika, bo to na nim ciąży odpowiedzialność: podejmowanie decyzji w trakcie wyścigu, naciskanie hamulców, zmiana przełożeń. Zawodnik ma się trzymać, słuchać pilota, nie bać się wykładać na zakrętach, a jeśli jest tak silny, jak pilot, to mamy ideał – wymienia i po chwili zastanowienia dodaje: – Tandemy pociągają też dlatego, że są bardziej niebezpieczne. Co obrazuje historia z Rio. Artur wraz z Przemysławem Wegnerem (jeżdżą w tandemie od dwóch lat) zajęli piąte miejsce. W wyścigu ze startu wspólnego pojechali na ostatnim z trzech zabranych kompletów kół. Najgorszym, treningowym. Pozostałe dwa połamali na objeździe trasy wyścigowej, która była skrajnie niebezpieczna, trudna technicznie, nadzorowana stromymi podjazdami i zjazdami. Raz zaliczyli wywrotkę, na szczęście tylko solidnie się poobijali. Dwie godziny wcześniej na tej samej trasie jeden zawodnik zginął. Kiedy rozmawiamy, chłopacy przygotowują się już do mistrzostw świata w RPA w przyszłym roku. Obaj mają po czterdzieści parę lat, rywalizują z 20-latkami, ale w kraju nie ma lepszego tandemu. Żyją właściwie na walizkach między zawodami a zgrupowaniami. Gdy pytam, co powoduje, że mimo to jadą dalej, Artur przyznaje: – Kończyłem już karierę po Pekinie, po Londynie też kończyłem, ale jakoś tak… się nie da. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Arkadiusz Skrzypiński, Grzegorz Prokopowicz, Mirosław Jurek


DAWNO TEMU

I KTO TO WI(E)DZIAŁ!

HISTORIE Z WARMII I MAZUR, KTÓRE PRZESZŁY DO HISTORII, CHOĆ NA LEKCJI HISTORII O NICH NIE USŁYSZYSZ.

1949 XIII w.

CZŁOWIEK Był geniuszem teatru przedwojnia, międzywojnia i czasów po II wojnie światowej. Przeżył 99 lat, z czego większość na scenie – zagrał blisko tysiąc ról. Naprawdę nazywał się Ludwik Napoleon Karol Sosnowski, pseudonim artystyczny przyjął od nazwiska drugiej z trzech żon, słynnej Ireny Solskiej, by uniknąć zatrzymania przez żandarmerię za uchylanie się od służby w wojsku austriackim. 3 września 1949 roku przyjechał do Olsztyna, aby zagrać w sztuce Fredry „Pan Jowialski”. Tego dnia wszyscy pracownicy Teatru im. Stefana Jaracza ustawili się w szpalerze na okazałych schodach gmachu, a 94-letni wówczas mistrz podawał każdemu dłoń, na której składano pocałunki… Tak oto Ludwik Solski wkroczył w progi olsztyńskiego teatru. Świadkowie wspominali, że mówił i poruszał się tak, jakby był młodszy o przynajmniej 30 lat. W czasie prób był cierpliwy, ale potrafił też zawołać do aktorów na scenie: „Prędko, na prawo, na prawo, do stu diabłów!”. 10 września odbyła się premiera sztuki, podczas której nawet najmniejszy gest czy spojrzenie legendarnego „nestora polskiej sceny” wywoływały szalone oklaski. Przez sześć następnych tygodni Solski objeżdżał ze spektaklem olsztyńskie – „Pana Jowialskiego” zobaczyło 40 tys. widzów. (Więcej: „Jest teatr w Olsztynie” Tadeusza Prusińskiego)

WYDARZENIE W tej historii było tyle nagłych zwrotów akcji, że aż trudno uwierzyć, iż scenariusz napisało życie, a dopiero później amerykański scenarzysta. Rzadko też się zdarza, że główny bohater był w rzeczywistości przystojniejszy od hollywoodzkiego aktora, a prawdziwe wydarzenia barwniejsze niż w filmie. Jeśli mowa o nieudanym zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu koło Kętrzyna oraz super produkcji „Walkiria” z 2008 roku, to mamy komplet. Grany przez Toma Cruise’a pułkownik Claus von Stauffenberg wyglądał jak modelowy oficer, a przepaska na straconym oku, brak prawej dłoni i dwóch palców u lewej (pamiątki z Tunezji po amerykańskich myśliwcach) dodały mu charyzmy. Był jednym z najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera i jednocześnie przywódcą ruchu planującego zamach na niego, mający na celu odsunięcie nazistów od władzy. Misja pod kryptonimem „Walkiria” miała swoje apogeum w kwaterze głównej Führera, gdy Stauffenberg przybył na obecne Mazury z walizką zawierającą ładunek wybuchowy. Jednak w wyniku splotu nieoczekiwanych wydarzeń (przeniesienie narady do drewnianego baraku, kalectwo Clausa, które uniemożliwiło szybkie uzbrojenie obu ładunków czy przypadkowe przestawienie teczki w inne miejsce) sam Hitler wyszedł z potężnej eksplozji bez szwanku. Film z ostrzału krytyki – już nie.

1944

Wyszperała w historii: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Internet

MIEJSCE Gdy oglądamy muzealne eksponaty, leżące bezpiecznie w gablotach, ostatnim miejscem, które przychodzi nam do głowy, jest miejska latryna. Cóż miałaby tam robić chińska porcelana czy okulary? Tymczasem średniowieczne toalety pełniły także rolę śmietników. Dzięki miękkiemu lądowaniu wiele przedmiotów przetrwało długie wieki i dziś możemy je zobaczyć np. w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu, mieście niebywałych odkryć. To wyroby lokalne, ale i z importu, co świadczy o zamożności elbląskich mieszczan. Na wystawie zobaczyć można unikatowe na skalę europejską instrumenty muzyczne, np. giternę z XV w., której brakuje jedynie strun z jelit – uległy rozkładowi. Są świnki skarbonki, buty czy nożyczki z XIV wieku, niezwykle rzadka ceramika mauretańska, XVIII-wieczna chińska porcelana i holenderskie narzędzia, jakich nie mają nawet w Amsterdamie. W jednej z latryn znaleziono aż siedem mioteł, w innej naczynia apteczne, fiołki i ampułki, w jeszcze innej – XV-wieczne okulary-lenonki, z zielonymi szkłami przeciwsłonecznymi lub przeciwkurzowymi, w oprawkach z kości. Oczywiście wystawione są też zabytkowe deski sedesowe – o różnych fasonach i wzorach. Pod nimi znajdowały się doły o głębokości około pięciu metrów. Ze 180 elbląskich dołów pochodzą eksponaty nawet z XIII wieku.

RZECZ Tygodnik „Ha-Maggid” zbliżył pruski wówczas Ełk (niem. Lyck) do najważniejszych ośrodków kulturalnych XIX-wiecznej Europy. Wydawany od 1865 roku, był pierwszym hebrajskojęzycznym czasopismem na świecie. Założycielem „Posłańca” (jak tłumaczy się z hebrajskiego ów tytuł) był ełcki rabin i dziennikarz Elizer Lipman Silberman, znany również jako doradca rolniczy i założyciel znakomitej biblioteki, budzącej zachwyt mieszkańców niezależnie od ich wiary (niestety cenne woluminy spłonęły podczas I wojny światowej). Zgodnie z wizją Silbermanna „Ha-Maggid” miała być nowoczesną, opiniotwórczą gazetą, w której publikowano nie tylko aktualności ze świata i żydowskiej społeczności (myślą przewodnią była kolonizacja Palestyny), ale i poezję czy opracowania naukowe. Autorami byli najwięksi XIX-wieczni żydowscy pisarze i myśliciele. Nic dziwnego, że pismo stało się ewenementem czytelniczym – przy nakładzie nieprzekraczającym 1800 sztuk, trafiało do odbiorców w Imperium Rosyjskim, całej Europie, a nawet poza nią. Osiem lat po powstaniu tygodnika Silberman otworzył także stowarzyszenie wydawnicze Mekize Nirdamim (hebr. „Przebudzić Śpiących”), które wydawało niepublikowane wcześniej lub dawno nieistniejące w druku książki w języku hebrajskim. Filie stowarzyszenia prędko powstały w tak prestiżowych miastach, jak Londyn, Paryż, Padwa, Berlin czy Wilno. (Więcej: pruskihoryzont.blogspot.com)

1865

089


FELIETON

DROŻDŻE NA WARSZTACIE O TYM, DLACZEGO PASJA PIWNA ZATACZA CORAZ SZERSZE KRĘGI I CO WSPÓLNEGO Z JEGO PRODUKCJĄ MA CZESKA SUPERMODELKA, PISZE ARTUR KAMIŃSKI*.

090

Uwarzmy piwo z marchewką – rzucił w zeszłym roku nasz prezes. Wyzwanie podjęło siedmiu piwowarów i  jeden „winiarz”. Każdy przygotował swoją recepturę. Marchewkę dodawano na surowo lub po rozdrobnieniu do zacieru z powstającą brzeczką. Byli też tacy, którzy marchewkę karmelizowali w piekarniku i dodawali tylko do fermentacji cichej, tak jak robi się „chmielenie na zimno”. Ilu piwowarów, tyle pomysłów. Ograniczała jedynie wyobraźnia. Uwarzono więc marchewkowe pszeniczne, marchewkową IPA, marchewkowy Ale, marchewkowe przyprawowe oraz bardzo wymyślne, nie tylko z nazwy – Belgian Carrot Wheat Ale. Jakie było piwo zdobywcy pierwszego miejsca? Jak ciasto marchewkowe – przyprawowe, korzenne, goździkowe. Na drugi ogień poszło piwo z burakiem. Browar Jaroty, Browar Bociana, Browar Czarny, Browarmiak – mieszczą się w domowych kuchniach, piwnicach, altankach, amatorskich „laboratoriach”. W  Polsce piwo w domu warzy kilkadziesiąt tys. osób. W Polskim Stowarzyszeniu Piwowarów Domowych zarejestrowanych jest ok. 800 członków, w tym ponad 25 z Warmii i Mazur. Piwna pasja zatacza coraz szersze kręgi, a pomysły na jego produkcję wprawiają w zdumienie. Warzono już piwo z wody z lodowca, z drożdży wyciągniętych z wieloletniej brody piwowara, piwo z dodatkiem śledzia czy zakwaszano piwo bakteriami pobranymi… z miejsc intymnych czeskiej supermodelki. Nasza działalność idzie pod prąd rynkowych trendów – tzw. lagera, czyli piwa sprzedawanego masowo, które smakuje wszystkim i wszędzie. Bez względu na to, czy pije się go przy grillu czy w eleganckiej restauracji, bez względu na temperaturę podania czy rodzaj szkła. Słowem – bez należytej atencji i minimum wiedzy. Współczesny rynek, z jednego z najważniejszych trunków w historii świata, uczynił beznamiętny napój alkoholowy. A przecież piwo ma historię nieustępującą choćby winu! Sięga ona piątego millenium p.n.e., a udokumentowane pochodzenie można znaleźć w Kodeksie Hammurabiego. W Egipcie odkopano browar datowany na 3700 lat p.n.e. O prawo do warzenia i wyszynku piwa toczono przez wieki boje, a książę Leszek Biały tłumaczył się papieżowi z nieobecności w wyprawie krzyżowej słowami: „W Palestynie piwa nie ma i żyć przeto tam nie można”.

Co roku organizujemy Warmiński Konkurs Piw Domowych. Jedną z kategorii jest piwo w stylu Rosanke. To historyczny trunek chłopów warmińskich, którzy posilali się nim podczas prac polowych w upalne dni. Receptura została odnaleziona przez olsztyńskich muzealników. Coraz więcej browarów rzemieślniczych warzy to piwo, jednocześnie promując tradycję piwowarską Warmii i Mazur. Jak choćby ostatni zwycięzca konkursu Mariusz Sekulski, Warmiński Chłop Bosy, który uwarzył Rosanke w starych kadziach opalanych drewnem, z surowców ze swojego pola. Znaczy tak, jak dawniej prawdziwi chłopi robili. W przyszłym roku jego recepturę weźmie na warsztat Browar Kormoran. Niezłą frajdę sprawiło nam ostatnio odtworzenie szczepu norweskich drożdży Kveik, pozyskanych z butelki prosto ze Skandynawii. Trafi ła do Olsztyna jako ciekawostka. Przy pomocy laborantów z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego pozyskaliśmy komórki drożdżowe z dna naczynia, które namnożono w sterylnych warunkach i w domach odtworzyliśmy jego styl. A potem wysłaliśmy próbki do firmy produkującej drożdże dla browarów rzemieślniczych, aby namnożyć je na skalę masową. Jako pierwszy uwarzył nietuzinkowego Kveika w dużej ilości Browar Warmia z Olsztyna. Odkrywając świat piwa, można dobrać trunek do każdej okazji. Jesień to idealna pora, aby raczyć się koźlakiem, belgijskim dublem. Zimą dominują rozgrzewające piwa w stylu Russian Imperial Stout czy Barley Wine. Są piwa, które podaje się w temperaturze pokojowej i w szkle do koniaku. Dlatego kiedy mamy ochotę na piwo, nie zamawiajmy pierwszego z menu. Spróbujmy zgłębić temat, sięgnąć do własnych zmysłów i przynajmniej określić, co lubimy. Piwo potrafi zaskoczyć bukietem smaku nie mniej niż wykwintne wino. A jak sięgniemy jeszcze głębiej – odkryjemy niejedną fascynującą historię browarniczą. Obraz: Michał Bartoszewicz

* Artur Kamiński – olsztynianin na co dzień związany z branżą turystyczną. Wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, certyfikowany sędzia piwny, organizator cyklu imprez bitew piwnych Warmińskie PiwoWARy. Z pasją opowiada o piwie, szerzy kulturę jego picia (www.piwne-degustacje.pl).


POZA GALERIĄ

ARTYSTÓW PREZENTUJE:

TIRY PEŁNE SZTUKI MONUMENTALNE CZĘŚCI CIAŁA, FORMY ARCHITEKTONICZNE I ABSTRAKCYJNE KSZTAŁTY – JEGO DZIEŁA ZATRZYMUJĄ W BIEGU PRZECHODNIÓW. PIOTR NOWAK, RZEŹBIARZ POCHODZĄCY Z OLSZTYNA, TWORZY MIĘDZY WARMIĄ A NORWEGIĄ.

092

Ponad dwutonowy ceramiczny mózg stał się w Oslo rozpoznawalnym punktem spotkań i tłem do fotek. Olbrzymie, 12-metrowe binokle z włókna szklanego zawisną niebawem na jednej z norweskich szkół. Ceramiczne uszy pojawiły się na składowisku kontenerów, a wypalane maski gazowe w kwieciste wzorki trafiły do gabloty w muzeum. Wiele rzeźb Piotra Nowaka nie mieści się w tradycyjnej pracowni. Artysta tworzy je m.in. w halach, zakładach na rodzinnej Warmii, a potem tirami wysyła w świat. Głównie do Norwegii, gdzie mieszka od siedmiu lat i gdzie jego rzeźby są atrakcją miejsc publicznych. – Na uczelnię artystyczną do Oslo przyciągnęło mnie zaplecze techniczne z największymi w Europie piecami ceramicznymi – tłumaczy Piotr. – Ale w twórczości ważna jest dla mnie różnorodność, więc projekty realizuję też przy użyciu innych materiałów, jak

metal, kamień, beton, a nawet… włosy. Przez sztukę badam miejsce, rolę i funkcjonowanie jednostki we współczesnym społeczeństwie zachodnim, granice między sprzecznościami, które drzemią w człowieku. Piotr Nowak ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Olsztynie, ASP we Wrocławiu oraz National Academy of the Arts w Oslo w Norwegii. Studiował również w Portugalii. Wystawia w galeriach i bierze udział w projektach na całym świecie, m.in. w Korei, Wenezueli, Belgii, Danii czy Hiszpanii. Do tej pory nie miał jednak wystawy w rodzinnym Olsztynie. Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum artysty Mecenas projektu: Centrum Doradztwa Europejskiego i Finansowego www.cdef.pl


POZA GALERIÄ„

093


Fotorelacja: Mateusz Naumowicz

PARTY & FOTO

OBCY, ALE POMOCNY JEŚLI BAWIĄ SIĘ NA INNYCH PLANETACH, TO WŁAŚNIE TAK MOGŁOBY TO WYGLĄDAĆ. BYLI TU WSZYSCY ZNANI Z FILMÓW S.F., NIEKTÓRZY NAWET JESZCZE BARDZIEJ SZK ARADNI. ALE PIĘKNO TEGO WIECZORU WŁAŚNIE NA TYM POLEGAŁO – NA CYBERKLIMACIE. BYLI OBCY, LECZ BARDZO PRZYJAŹNI, WRĘCZ POMOCNI. MROCZNEJ NOCY 22 PAŹDZIERNIKA, PODCZAS III CHARYTATYWNEGO BALU HALLOWEEN ZORGANIZOWANEGO PRZEZ ROTARY CLUB OLSZT YN VARMIA, ZBIERANO ŚRODKI NA SPRZĘT DLA PODOPIECZNYCH CENTRUM OPIEKI PALIATYWNEJ IM. JANA PAWŁA II W OLSZTYNIE. LICYTOWANO FANTY POWAŻNE (NP. GALAKTYCZNE DZIEŁO NA PŁÓTNIE ROBERTA LISTWANA) I  MNIEJ POWAŻNE (STRÓJ ROBOTA BENDERA Z  KRESKÓWKI FUTURAMA – ZW YCIĘSKI PRZEBIER ANIEC MONTOWAŁ GO TRZY DNI, ALE ZA EFEKT UCZESTNICY BALU ZAPAMIĘTAJĄ TO NA TRZY LATA). KLIMAT IMPREZY WYMAGAŁ KREACJI NIE TYLKO OD UCZESTNIKÓW, ALE PRZEDE WSZYSTKIM OD SAMYCH ORGANIZATORÓW, CHOCIAŻBY DO ZA ADOPTOWANIA ZWYKŁEJ HALI, W  KTÓREJ SPRZĘT BUDOWLANY WYPOŻYCZA FIRMA RENTAX. PONIEWAŻ NIE ROBI SIĘ TAKICH IMPREZ W  NASZEJ GALAKTYCE, WIĘC GDYBY NIE COVERY BRACI SOPRANO, SPROWADZAJĄCE NAS NA ZIEMSKĄ TWÓRCZOŚĆ, MOŻNA BYŁO 094

POMYŚLEĆ, ŻE SPOCK ZE STAR TREK A ISTNIEJE NAPRAWDĘ. A KTO MIAŁ JUŻ DOSYĆ, MÓWIŁ: ET GO HOME.


W DOBRYM TOWARZYSTWIE

Obraz: Arkadiusz Korczin

Obraz: Rafał Radzymiński

LISTA OBECNOŚCI MADE IN

MOŻNA NIGDZIE NIE BYWAĆ, ALE JEŚLI BYWAĆ, TO TAM...

QUO VADIS, MŁODOŚĆ I KRZYŻ OLSZTYN, 16 WRZEŚNIA 2016

PIĘKNE KLASYKI NA WARMII

OLSZTYN, 15 PAŹDZIERNIK 2016

Piękne Klasyki na Warmii świętowały zakończenie swojego piątego sezonu. Ekspozycji zaby tkow ych pojazdów na podzamczu towarzyszyła wystawa malarstwa o tematyce dawnej motoryzacji autorstwa pasjonatów i współtwórców inicjatywy, artystów plastyków Antoniego Letkiego i Krzysztofa Tanajewskiego. Pierwszy odsłonił na własnych rysunkach kulisy pasji do motoryzacji (najstarsze prace liczyły 65 lat!), drugi przyciągnął spojrzenia panów, bo wystawę zatytułowaną „Piękne & klasyki” poświęcił z równą troską zabytkowym samochodom i zmysłowym paniom. W tym roku na wydarzenie przyjechali zabytkami pasjonaci z Kaliningradu. Oczywiście Wołgi były.

RYGOR MIEDZIORYTU

JEDEN ŻAGIEL DLA WSZYSTKICH

Od 500 lat do jego tworzenia używa się tego samego narzędzia – rylca. Miedzioryt – grafika przypominająca rysunek, to ulubiona technika prof. Grzegorza Keczmerskiego, pochodzącego z Ostródy wykładowcy Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Jego prace można było oglądać w Galerii Sztuki BWA. – Fascynuje mnie fenomen rygoru tej techniki i nieskrępowanej możliwości działań nieobwarowanych żadnym nakazem, swobodna kreacja – przyznaje artysta. – W technice miedziorytu znaczącą rolę odgrywa czas, a sam proces i dojrzewanie koncepcji wymagają powrotów, oglądu poszczególnych etapów pracy i wielokrotnego dotykania płyty narzędziem.

„Żagle Warmii i Mazur” – tak nazywają się wręczone fi rmom po raz pierwszy przez marszałka województwa warmińsko-mazurskiego nagrody, które wcześniej przyznawane były w trzech różnych konkursach: Przedsiębiorstwo Odpowiedzialne Społecznie WaMaBOSS, Najlepszy Produkt i Usługa Warmii i Mazur oraz Warmińsko-Mazurska Nagroda Jakości. Teraz są jedną z kategorii „Żagli”. Jak podkreślał marszałek, żaglówka to piękny symbol Warmii i Mazur, więc liczy, że nagrodzone firmy nabiorą wiatru w żagle i wypłyną na szerokie wody. Wyróżniono też firmę cieszącą się największym uznaniem internautów – stanicę wodną w Mikołajkach „Ach! Mazury”.

Obraz: Sebastian Woźniak

Obraz: archiwum organizatora

Chopin miał 19 lat, kiedy skomponował koncert f-moll. O dwa lata starszy Szymon Nehring (ubiegłoroczny finalista Konkursu Chopinowskiego) po mistrzowsku zagrał go na inauguracji 71. sezonu artystycznego Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej. Dzień wceśniej Steinwaya rozegrał już Leszek Możdżer podczas koncertu „Dom Muzyki”. Zaś uwerturą do sezonu był koncert wielkiego dzieła patrona filharmonii, Feliksa Nowowiejskiego – Quo vadis. Orkiestra wykonała go w... kościele w rodzinnym Barczewie kompozytora. Podczas uroczystości inauguracyjnych dyrektor naczelny i artystyczny filharmonii Piotr Sułkowski odebrał nadany przez prezydenta RP Srebrny Krzyż Zasługi.

OLSZTYN, 6–30 PAŹDZIERNIKA 2016

OLSZTYN, 4 LISTOPADA 2016

095


ORIENTACJA NA WARMIĘ I MAZURY

WYSTARTOWALI TAK JAK BMW

Mapa, kompas i żurawie. Jeziora, lasy i  bagna. Każdemu, kto kocha biegi na orientację, na takie hasła but y same wskakują na nogi. W III Warmińsko-Mazurskim Rajdzie na Orientację „Abentojra” niemal 70 0 osób poszukiwał o punktów kontrolnych w Rezerwacie Las Warmiński. Były kilkudziesięciokilometrowe odcinki dla zawodowców, trasy rodzinne i te dla biegnących z psem. Niemal setka zawodników nocowała w specjalnie zbudowanym na tę okazję namiotowym miasteczku u stóp Kartasiówki.

Że by ł to obiek t dł ugo w yczekiwany w Olsztynie, świadczy choćby zainteresowanie, jakim cieszył się podczas debiutu. Nowy salon i serwis marek BMW i MINI odwiedziło tego dnia niemal tysiąc osób. Przedstawicielstwo otworzył znany trójmiejski diler Zdunek BMW. O ile dzieci emocjonowały się elektrycznymi wyścigówkami BMW na mini torze, to dorośli mieli już czym się ekscytować w realu. Do Olsztyna zjechało futurystyczne cudo techniki bawarskiego koncernu – sportowy hybrydowy model BMW i8.

ROMANTYCZNA KOLACJA

WYSOKA WIEŚ, 8 WRZEŚNIA 2016

Restauracja Romantyczna w Hotelu SPA Dr Irena Eris na Dylewskich Wzgórzach ś więtowa ła 10. rocznicę otr z ymania rekomendacji Slow Food Polska (i to jako pierwsza w kraju). To miejsce do celebrowania posi ł ków opar t ych na sprawdzonych lokalnych produk tach i przede wszystkim na kunszcie i kreacji szefa kuchni Łukasza Wojtasa. 10 kompozycji smaków na 10. urodziny to był jego prezent dla gości wieczoru, których podjęli właściciele – Irena Eris z mężem Henrykiem Orfingerem.

MAGIA SPADANIA

OLSZTYN, 18 WRZEŚNIA 2016

OLSZTYN, 18 WRZEŚNIA 2016

Warmiński pejzaż, klimat sprzed wieków, siła miłości i kobiecości. Klip singla „Spadam” olsztyńskiej wokalistki Agnieszki Skr yckiej to popis muzyczny, aktorski i taneczny. Wyreżyserowała go Olga Czyżykiewicz, na planie pojawiły się m.in. aktor Marcin Janos, wokalistki Czerwonego Tulipana i tancerki Pracowni Tańca Pr y zmat . Premiera pr z ycią gnę ła do Teatru im. S. Jaracza jego twórców i fanów Agnieszki – uczestniczki programów telewizyjnych Bitwa na Głosy, Must Be The Music czy Szansy na Sukces.

Obraz: archiwum organizatora

Obraz: Aleksandra Ciemięga

Obraz: archiwum Hotel SPA dr Irena Eris

OLSZTYN, 3 WRZEŚNIA 2016

096

Obraz: Marcin Pławiński MPFotogrfia

Obraz: Rafał Radzymiński

Obraz: archiwum organizatora

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

GALERIA PEŁNA PASJI

OLSZTYN, 1–22 PAŹDZIERNIKA 2016

R zeka Bug to rozpoznawalny mot y w malarstwa prof. Stanisława Baja z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Pejzaże artysty można było oglądać w nowo otwartej Olsztyńskiej Galerii Sztuki prowadzonej przez Małgorzatę i Marcina Bienendę, pasjonatów i kolekcjonerów sztuki. – Galeria powstała z pasji i z myślą o prezentowaniu dorobku znaczących, uznanych artystów oraz tych, którzy dopiero wkroczyli w świat sztuki – tłumaczą. – To co prezentujemy, to twórczość dobra, uczciwa, nie poddająca się trendom.

NOC, A NIKT NIE SPAŁ

OLSZTYN, 30 WRZEŚNIA 2016

Ponad 10 000 zwiedzających, 130 naukowych atrakcji, 12 godzin doświadczeń, pokazów i warsztatów, dziesiątki litrów odczynników laborator yjnych i  dociekliwe pytania, których zliczyć już się nie da. Tak wyglądała Europejska Noc Naukowców „Fusion 2 Night” w Olsztynie. Centrum wydarzeń zlokalizowane było w Instytucie Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN oraz Olsztyńskiej Szkole Wyższej. Naukowców można było spotkać też w budynkach UWM i centrum miasta.


Obraz: archiwum organizatora

Obraz: archiwum OGWB

Obraz: Ewa Jarmuszewicz

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

STOP KLATKA

BLIKLE BEZ KIJA I MARCHEWKI

Najkrótszy miał 3 min i 13 s, najdłuższy 41,5 min – IV International Film Festival in Olsztyn „Prison Movie” ( jedyny tego typu w Europie) gościł 24 filmy o tematyce więziennej, w różny sposób łamiąc stereotypy życia za murem. – Te filmy to spotkanie z prawdą i życiem bez reklam – wyznała Joanna Kondrat, nagrodzona za muzykę do filmu „Karma”. Za film profesjonalny Grand Prix festiwalu zdobyły „Schody do wolności” Zdzisława Najdy. Za amatorski – Monika Dąbrowska za „Sześć łap zza krat”.

Pierwszy raz z Olsztynie wystąpił z wykładem prof. Andrzej Blikle, prawnuk założyciela słynnej rodzinnej cukierni A. Blikle, matematyk, ale i mistrz cukiernictwa zajmujący się również zarządzaniem kompleksową jakością przedsiębiorstw. Na zaproszenie Olszt yńskiej Grupy Wspierania Biznesu prof. Blikle uczestniczył w konferencji „Sukces małej firmy” skierowanej do początkujących w biznesie, którym – w relacji z pracownikami – radził: – Zrezygnujcie z wszelkiej formy kar i nagród, czyli kija i marchewki.

OLSZTYN, 28 WRZEŚNIA 2016

TOŻSAMOŚĆ Z FESTIWALEM

OLSZTYN, 11–15 PAŹDZIERNIKA 2016

Trzecia edycja WAMA Film Festival odnosiła się do tożsamości, która czasem bywa posagiem, a nieraz przekleństwem. Stąd podczas festiwalu znalazły się filmy mówiące o najważniejszych problemach w spó ł c ze snego ś w iat a. WA M A F ilm Festival to jednak nie t ylko dziesiątki pokazów, ale też warsztaty i debaty poruszające zagadnienia współczesnego kina. Grand Prix Konkursu Głównego przyznano „Nieznajomej dziewczynie”, za Film Krótki „Lokatorkom”, publiczność wybrała „Ja, Daniel Blake”.

Obraz: fb.com/babafest

Obraz: archiwum organizatora

OLSZTYN, 20 PAŹDZIERNIKA 2016

BABSKIE METAMORFOZY

OLSZTYN, 11–26 PAŹDZIERNIKA 2016

Bezinteresownie robią coś dla innych i sprawiają, że świat staje się lepszy. Jak Monika Dąbrowska z Olsztyna, organizatorka „Biegu na 6 łap” w schronisku dla zwierząt. Za akcję integrującą środowiska otrzymała tytuł Baba Fest 2016. Konkurs dla aktywnych kobiet z regionu, to część 6. Festiwalu Baba Fest. A poza sceną: couching, decupage, narzędzia rozwoju biznesu, makijażowe metamorfozy i warsztaty rozwijające pasje i talenty. Dochód z festiwalu zasili olsztyński oddział Fundacji Mam Marzenie.

ESENCJA UMYSŁU

OLSZTYN, 7–15 PAŹDZIERNIKA 2016

Jak r zec z y wis t a jes t r zec z y wis tość? Czym jest szczęście z punktu widzenia psychologii, filozofii i buddyzmu? I jak je osiągnąć z pomocą medytacji? III Festiwal Kultury Buddyjskiej „Przestrzeń umysłu” przyciągnął nie tylko miłośników dalekowschodnich tradycji. Podczas wykładów, warsztatów, pokazów filmów i dyskusji można było poznać praktyczne metody redukcji negaty wnych emocji

i stresu. Choć metody te narodziły się w Tybecie 2500 lat temu, od kilkudziesięciu lat w  uwspó łcześnionej wersji stosowane są na Zachodzie i docenia je obecna nauka. Festiwal zorganizował Buddyjski Ośrodek Medy tacyjny Diamentowej Drogi w  Olsztynie (otwarty codziennie przy ul. Wyzwolenia 30 A), który 30 lat temu założył nauczyciel buddyzmu Lama Ole Nydahl.

097


IMIĘ I NAZWISKO WYKONYWANY ZAWÓD MOJE MIASTO

BOKSER OLSZTYN

Ostatnie 10 zł wydałbym… Mam nadzieję, że mnie to nie spotka.

Komfortowo czuję się… wśród rodziny.

Jeszcze raz przeczytałbym… „Księgę mojego życia”.

Cofając czas, chciałbym zostać… taki, jaki jestem.

Za kierownicą jestem… odpowiedzialny. Na Warmii i Mazurach znajomych zabrałbym… na plażę miejską. W portfelu mam… zdjęcia rodziny. Nigdy nie ubiorę… się w szare kolory. Nie odbiorę telefonu… po godzinie 22. 27 złotych… Ale plus VAT? W kuchni zawsze wyjdzie mi… spaghetti. Nigdy nie odmówię sobie… słodyczy. Przez jeden dzień chciałbym być… znów dzieckiem. 098

PRZEMYSŁAW OPALACH

W kieszeni muszę mieć… klucze, gdy stoję przed drzwiami do domu. Rano w lustrze… widzę swoją twarz. W kolejce do kasy… przeglądam wiadomości w telefonie. Nie chciałbym stracić… rodziny i przyjaciół. Zawstydzam się… przy mojej żonie. Mój ulubiony ciuch… Nie mam. Ostatnio przeczytałem… sms-a. Chciałbym mieć obraz… rzeczywistości.

Nie cierpię zapachu… papierosów.

Najdłuższy dystans, jaki przebiegłem to… 25 km.

Moje kolejne urodziny… Muszę do nich najpierw dożyć.

Podgłaśniam radio, gdy… słyszę wiadomości z kraju.

Lubię w sobie… determinację do osiągnięcia celu.

Z menu nigdy nie wybiorę… po prostu tego, czego nie lubię.


MADE IN. Warmia & Mazury / nr 20 / 2016  
MADE IN. Warmia & Mazury / nr 20 / 2016  

Bezpłatny magazyn lifestylowy o Warmii i Mazurach. O ciekawych ludziach, ich inicjatywach i ich ulubionych miejscach. O modzie, kulturze, di...

Advertisement