Page 1

magazyn lifestylowy

bezpłatny

numer 19

wrzesień-październik 2016

ISSN 2353-2408 www.madeinwm.pl

RYSZARD

RYNKOWSKI INNY NIE BĘDĘ

ZBIGNIEW WODECKI Z OZDÓB MAM TYLKO TE PIÓRA

NATALIA NYKIEL

KUPIŁAM OSTATNIO NIEBIESKĄ RAMONESKĘ

MARIUSZ SIENIEWICZ

O ZATORZU TRZEBA SIĘ WYPOWIADAĆ OSTROŻNIE


DZIEŃ DOBRY

Gdzie byłeś na wakacjach? – często mierzymy się z tym pytaniem u schyłku lata. W tym sezonie bombardowaliśmy więc dociekliwych zgodną odpowiedzią: na Warmii i  Mazurach. Mało tego, zdarza nam się trysnąć czymś z pogranicza prawdy i humoru, że my tu wszyscy jesteśmy na ciągłych wakacjach. Wystarczy, że wyjeżdżamy z przyczepą kempingową dwa-trzy kwadranse od domu i już wczasujemy z tym samym zadowoleniem, co Ślązacy czy Bawarczycy, którzy biwakują wokół nas. Podporządkowujemy swoje życie gonitwie zawodowej i myślimy, że tak już musi być. Jednak na Warmii i Mazurach łatwiej jest poszukać chwil, które dają nam wytchnienie. Żyjemy w jednym wielkim zieleńcu, okraszonym granatem wody. W drodze do pracy wyrywamy cząstkę dnia, by w takich okolicznościach przyrody przewietrzyć świeżością umysł. W jednej z firm usłyszeliśmy krótki dialog w porannych godzinach: „A Ani jeszcze nie ma?” – dopytywał jej współpracownik. „Jest piękne słońce, pewnie po drodze zaszła na plażę” – usprawiedliwił nieobecność drugi. Z kolei znajomemu zdarza się odbierać z pracy partnerkę, przypływając jachtem z jednego końca jeziora na drugie. To raczej sceny z romantycznych filmów – dla nas również olsztyńskie. Kiedy stołeczna korporacja znów spotyka się po pracy – tym razem na wieczornym fi tnessie – my w czasie krótkiego popołudnia machamy wiosłem na którejś z malowniczych rzek. Sam na sam z ptakami. Albo na windsurfingu, wakeboardzie, kajaku czy na łódce – rozmawiając z Ryszardem Rynkowskim – lub w lesie, z niepodrabialnym zapachem sosen. Dlatego jedyną rzeczą, która potrafi zaburzyć rytm wakacyjnego życia na Warmii i Mazurach, jest szkolny dzwonek. Krzysztof Daukszewicz powiedział niedawno, że kiedy mija granicę Mazur, automatycznie zwalnia samochodem, bo właśnie wkroczył w strefę relaksu. My od dawna czerpiemy przyjemność z jazdy naszymi kameralnymi drogami, ze wskazówką prędkościomierza leniwie okupującą marne 70 km/h. Jest zbyt urokliwie, by pominąć to wszystko za oknem. A co dopiero będzie jesienią! Obraz: Arek Stankiewicz


SHORT Przy porannej kawie KULTURA Polecamy Warmię i Mazury RECENZJE Kultura osobista

020

SZTUKA ŻYCIA Umysł na warsztacie POSTAĆ Ryszard Rynkowski

PRODUKTY Galeria handlowa

032

TURYSTYKA Bagaż pełen endorfin KUCHNIA Zaciekawić smakiem na nowo

KUCHNIA A nóż widelec DOBRE MIEJSCE Chillout na jeziorem Sukiel GODNE UWAGI Dobre miejsca MADE IN WIEDZA I ŻYCIE Praca naukowców zaowocuje w biznesie AURA KOBIET Przepis na czas LUDZIE Rozmowy na schodach NIERUCHOMOŚCI Tyle słońca w każdym metrze NIERUCHOMOŚCI Domy dla dociekliwych NIERUCHOMOŚCI Okno na luksus TECHNOLOGIA Główny sponsor: słońce BIZNES Najpierw pokazujemy mapę

Wydawca Auris Media Group Michał Bartoszewicz biuro@auris-media.pl www.auris-media.pl Redakcja +48 733 408 350 10-801 Olsztyn, ul. Sielska 17 redakcja@madeinwm.pl www.madeinWM.pl

010 014 016 019 020

056 057 058 060 064

067 069 028 074 030 032 076 078 079 034 081 036 083 038 040 044 086 046 088 048 089 051 090 052 092 053 095 054 098

EDUKACJA Marzenia na kartce, sukces w realu ZE ŚWIATA Pomysł na miasto AKADEMIA BIZNESU Wystarczy naładować bak STYL WARMII I MAZUR Połysk rybiej łuski MODA Przechytrzyć grawitację

CIAŁO Ty się w ogóle nie zmieniasz! STYL ŻYCIA Kapsuły czasu CAR DETAILING Samochody też mają SPA

SPOD IGŁY Salon samochodowy MADE IN AUTO Bardzo Mocne Wejście AUTO Jedziemy w filharmonii REPORTAŻ Kumpla od piwa nie chce się zabić

NA CZTERY ŁAPY Stanąć na cztery łapy FELIETON Rychtyg historia DAWNO TEMU I kto to wi(e)dział BEZ TYTUŁU Zatorze nie rodzi dezerterów POZA GALERIĄ Rytm miasta W DOBRYM TOWARZYSTWIE Lista obecności MADE IN NAPISY KOŃCOWE Natalia Nykiel

Skład

Druk

Sekretarz redakcji Jolanta Bukowska, jola@madeinwm.pl

Studio Gravite, Olsztyn

Przedsiębiorstwo Poligraficzne HAKUS Maria i Andrzej Kuśmierczyk sp. j.

Reklama +48 733 408 350, reklama@madeinwm.pl

Patronaty +48 608 641 421, redakcja@madeinwm.pl

Foto Jakub Chmielewski, Piotr Dowejko, Piotr Ratuszyński, Arek Stankiewicz, Łukasz Wajszczyk

Kultura Beata Waś, beata@madeinwm.pl

Korekta Katarzyna Sosnowska-Rama

Dystrybucja +48 733 408 350, jola@madeinwm.pl

074

AUTO Seksowny diament

Redaktor naczelny Rafał Radzymiński, rafal@madeinwm.pl

Projekt graficzny Agnieszka Tańska

064

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótu i redakcyjnego opracowania tekstów przyjętych do druku. Za terść reklam nie odpowiadamy. Przedruk materiałów w  jakiejkolwiek formie i  w  jakimkolwiek języku bez pisemnej zgody Wydawcy jest zabroniony. All rights reseved!

083

098


RAZ, DWA, TRZY...

82 TYS. SAMOCHODÓW 1250 WALCZĄCYCH I 44 KONIE

82 TYS. SAMOCHODÓW OSOBOWYCH ZAREJESTROWANYCH JEST W 175-TYSIĘCZNYM OLSZTYNIE.

44 330 GOSPODARSTW ROLNYCH

100 ŁANÓW

44 330 GOSPODARSTW ROLNYCH JEST W WARMIŃSKO-MAZURSKIM. KAŻDE MA PRZECIĘTNIE 25 HEKTARÓW.

100 ŁANÓW CHEŁMIŃSKICH ZAJMOWAŁY PASTWISKA I LASY DAWNEGO OLSZTYNA WED ŁUG DOK UMENT U LOK AC Y JNEGO Z 1353 ROKU. TO PONAD POŁOWA CAŁEGO ÓWCZESNEGO TERENU.

550 GATUNKÓW DRZEW I KRZEWÓW ZNAJDUJE SIĘ W OGRODZIE DENDROLOGICZNYM ARBORETUM W KUDYPACH. OBOK RODZIMYCH SOSEN STOJĄ OKAZY Z JAPONII CZY AMERYKI PÓŁNOCNEJ, WSZYSTKIE SZCZEGÓŁOWO OPISANE.

243 RAZY

008

243 RAZY INTERWENIOWAŁO TEGO LATA WODNE POGOTOWIE RATUNKOWE NA JEZIORACH WARMII I MAZUR.

0,0027 SEKUNDY

107 kVA MOCY

1250 WALCZĄCYCH I 44 KONIE – TYLU BYŁO UCZESTNIKÓW BITWY POD GRUNWALDEM 2016. W HISTORYCZNYM OBOZIE ZAMIESZKAŁO 3000 REKONSTRUKTORÓW, A STARCIE OBEJRZAŁO OKOŁO 80 TYS. TURYSTÓW.

154 km/h 154 km/h – TO NOWY REKORD PRĘDKOŚCI USTANOWIONY MOTOCYKLEM JUNAK – NA DAWNYM PASIE STARTOWYM MIĘDZY NIDZICĄ A WIELBARKIEM OLSZTYNIANIN POBIŁ REKORD SPRZED 57 LAT O 4,7 km/h.

550 GATUNKÓW DRZEW 107 kVA MOCY WYTWARZA ELEKTROWNIA WODNA NA ŁYNIE. TURBINY Z 1927 ROKU NIEGDYŚ WPRAWIAŁY W RUCH OLSZTYŃSKIE TRAMWAJE, DZIŚ ZASILAJĄ OK. 0,5 % DZIENNEGO ZAPOTRZEBOWANIA OLSZTYNA W ENERGIĘ ELEKTRYCZNĄ.

0,0027 SEKUNDY (TO 100 RAZY MNIEJ NIŻ MRUGNIĘCIE OKIEM) – GDYBY BELG THIERRY NEUVILL O TYLE SZYBCIEJ PRZEJEŻDŻAŁ KAŻDY KILOMETR ODCINKA SPECJALNEGO RAJDU POLSKI, STANĄŁBY NA PODIUM, DO KTÓREGO PO 306 KM ŚCIGANIA ZABRAKŁO MU ZALEDWIE 0,8 SEKUNDY.


Obraz: Beata Bubik, Katarzyna Skłodowska

Obraz: Port Lotniczy Olsztyn-Mazury

INFO

PANORAMY PIERWSZE NA ŚWIECIE

PRZODKOWIE WŚRÓD BUKÓW

„Zajrzyj do wnętrza kurhanu’” – pod takim hasłem archeolodzy z Towarzystwa Naukowego Pruthenia rozpoczęli w lipcu w gminie Dywity badania i rewitalizację grobowca z wczesnej epoki żelaza (od ok. V do I w. p.n.e.). Podczas prac trafili m.in. na urnę z prochami, która została oddana do analizy. Teren wokół wykopalisk – znajdujący się w leśnictwie Buki między Bukwałdem i Cerkiewnikiem, przy Szlaku Kopernikowskim – zostanie zagospodarowany tak, aby tur yści mogli zajrzeć do wnętrza kurhanu. Jeszcze w tym roku stanie tu tablica informacyjna, a archeolodzy planują spotkania, podczas których opowiedzą o tutejszym rozległym cmentarzysku, odkrytym już w XIX wieku podczas budowy linii kolejowej Olsztyn-Braniewo. Obraz: Towarzystwo Naukowe Pruthenia

010

KORMORAN LECI WYSOKO Z a m k n i ę t e w b u telce podwędzane i podsuszane śliwki z  Ma ł opolski oraz wędzony słód, czyli Imperium Prunum z  Browaru Kormoran – to jedno z 20 piw, które znalazło się w rankingu por talu RateBeer.com. Nagrody tego ś wiatowego serwisu poświęconego browarnictwu uznawane są za prestiżowe i rzetelne, gdyż wyróżnienia przyznają sami użytkownicy witryny – wymagający miłośnicy złocistego trunku. Olsztyńskie piwo jest jedynym polskim reprezentantem w rankingu.

Obraz: Browar Kormoran

Mierzy 5325 metrów, a jej granitowa ściana prowadząca na szczyt jest niemal pionowa. Góra La Esfinge w peruwiańskich Andach nie oparła się jednak dwóm olsztyniankom, które pod koniec lipca zdobyły ją jako pierwsze Polki. Wyprawa zajęła im dwa dni, po drodze zaliczyły nocleg na skalnej półce. Ale że obie należą do kadry narodowej Polskiego Związku Alpinizmu Klubu Wysokogórskiego w Olsztynie – wytrzymały chłód i zmęczenie. Filigranowa Katarzyna Skłodowska, na co dzień lekarz ginekolog, ma 20-letnie doświadczenie we wspinaczce wysokogórskiej i zaliczony m.in. szczyt Chan Tengri w górach Tienszan (7010 m) czy Shivling w Himalajach (6 543 m), na który weszła jako pierwsza Polka. Jej towarzyszka Beata Bubik od 2005 roku wspina się w Tatrach Polskich i Słowackich, Alpach i górach wysokich.

PROSZĘ DOTYKAĆ EKSPONATY

Ekrany dotykowe, projekcje 3D, interakty wne stoły i stanowiska w tzw. rzeczywistości rozszerzonej obok tradycyjnych eksponatów – tak zwiedza się w Multimedialnym Muzeum Obozu Jenieckiego Stalag IB oraz Historii Olsztynka. Olsztynecka placówka zajęła pierwsze miejsce w konkursie na najciekawsze i nowoczesne multimedialne muzeum w  Polsce. Rywalizowało ze sobą 37 instytucji z całego kraju, o wyborze zadecydowali użytkownicy portalu kulturaonline.pl. Zw ycięskie muzeum znajduje się na poddaszu miejskiego ratusza, wstęp jest bezpłatny. www.muzeum.olsztynek.pl

Obraz: Muzeum w Olsztynku

OLSZTYNIANKI GÓRĄ!

Pas startowy z lotu ptaka, spacer po terminalu, ale i po strażnicy Lotniskowej Służby Ratowniczo-Gaśniczej, a może widok zza kierownicy wozu bojowego „Pantera”? To wszystko dostępne będzie dla każdego użytkownika spacerów wirtualnych Google Street View, który zechce przenieść się na teren Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury – pierwszego na świecie lotniska z panoramami Google. Od niedawna „polatać” można nad drogą startową czy rozejrzeć się we wnętrzu terminalu. Więcej już wkrótce.


INFO

BITWA NA SREBRO

Ludzie, elfy, krasnoludy, ogry i zwierzoludzie rodem z Polski okazali się rewelacyjni w strat e g i i n a p o l u b i t w y. A  do tego mieli dużo szczęścia, bo o losach pojedynku zadecydowały kości do gry. Z Drużynowych Mistrzostw Świata w Grach Bitewnych w Atenach (European Team Championship 2016 – 7 sierpnia) polska reprezentacja, a w niej Paweł Prusaczyk z Olsztyna przywieźli srebro. I choć dobra bitwa może trwać nawet dwa dni, drużyna z Polski – jedna z 24 z całego świata – potrzebowała trzy godziny. Lepsi byli jedynie Włosi.

Obraz: melaphoto.net

FUCHA WARTA ZŁOTA

Złoty Lew, przyznawany podczas najstarszego na świecie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji, trafi ł na Warmię i Mazury. Mieszkający pod Szczytnem reżyser Jerzy Skolimowski otrzymał go 31 sierpnia za całokształt twórczości. Podczas gali otwarcia 73. edycji MFF statuetkę wręczyli mu szef festiwalu Paolo Baratta i aktor Jeremy Irons, który zagrał główną rolę w filmie Skolimowskiego „Fucha” z 1982 roku. – Muszę zrobić jeszcze kilka filmów, by udowodnić, że zasłużyłem na tę nagrodę, by mi jej nie odebrano – mówił Skolimowski, odbierając Złotego Lwa. To nie pierwsze laury dla reżysera w Wenecji. W 2010 r. za film „ E s s e n t ia l K illin g ” otrzymał tu Specjalną Nagrodę Jury. Jego dot ychc zasową filmografię zamyka zeszłoroczny thriller „11 minut”, który był p o l s k i m k a n d y da tem do Oscara.

Obraz: archiwum prywatne

BUDZIK DO ZDROWIA

35-letni Tomasz, któremu w lipcu w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie wszczepiono stymulator pobudzający mózg do pracy, po dwóch tygodniach wybudził się ze śpiączki. 37-letni Mariusz, dziennikarz, kilkanaście dni po operacji zaczął nawet korzystać z tabletu. Poprawę stanu świadomości, choć nie tak znaczną, odnotowano również u innych pacjentów zespołu pod kierunkiem neurochirurga prof. Wojciecha Maksymowicza. W maju, razem z japońskim prof. Isao Morita, prekursorem wszczepiania stymulatorów, przeprowadził pierwsze w Polsce operacje u osób w śpiączce. Do końca roku w Olsztynie może być zoperowanych 15 pacjentów. Szpital kliniczny zabiega o utworzenie tu kliniki wybudzeń dla dorosłych, tzw. „Budzika dla dorosłych”.

NOWE ŻYCIE MEBLA

Nieco talentu i wyobraźni można przekuć na zarobek i sławę. Konkurs „Warmińska zabawka plażowa”, który trwa do 3 października, wpisze się w trzecią edycję Warmia Mazury Design Festival. Najlepsze prace zostaną wydrukowane w 3D, trafią na wystawę nad jeziorem Ukiel, a potem zostaną wdrożone do produkcji. WMDF otworzy 8 września wernisaż wystawy „Tkanina Warmii i Mazur” Anny Bałdygi w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie. Wśród festiwalowych wystaw w galeriach i olsztyńskim Parku Naukowo-Technologicznym m.in. „Uwolnić projekt” ze współczesnymi wersjami dawnego rzemiosła, „Dizajn u źródeł”, odkrywający tradycyjne techniki i  materiał y, „Obser watorium” – obiekt y uż y t kowe w  pro jek tach studentów z Ukrainy, „Nowe życie drugi wymiar” – dizajn odpowiedzialny społecznie, „Dizajn z Warmii”, „Mebel marzeń” cz y w ystaw y uczelni ar t yst ycznych z  Krakowa i Gdańska. Część wystaw będzie gościć w  Ostródzie podczas 43. Edycji Targów Meblowych 6–9 września w Expo Mazury. Info: www.formwell.pl

011

Obraz: archiwum organizatora

Obraz: ETC WFB Team Poland

Jako jedyny Polak dostał się do elitarnej jednostki gaśniczej, która chroni największą maszynę świata – Wielki Zderzacz Hadronów na terenie Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN) w Genewie. Młodszy brygadier Szymon KokotGóra, który na co dzień pracuje w  olszt yńskiej Straży Pożarnej, będzie m.in. dowódc ą zmiany w jej siedzibie na pograniczu Francji i Szwajcarii. Po przejściu kilkuetapowej rekrutacji i pokonaniu ponad 100 kandydatów z całego świata od września zaczyna 5-letnią służbę. Będzie chronił kilkuset bud y nków i  skomplikowanych maszyn, zarządzał departamentem straży, tworzył plany operacyjne i szkolił strażaków.

Obraz: PAP

NA STRAŻY NAUKI


nocnaukowcow.pan.olsztyn.pl

NAUKA

012

Kiedy?

Gdzie?


NAUKA

WYBRANE ATRAKCJE Fusion2Night ul. Bydgoska

(Instytut PAN i Olsztyńska Szkoła Wyższa im. J. Rusieckiego) 1. Spotkanie motywacyjne z Łukaszem Jakóbiakiem – twórcą internetowego talk-show „20m²” 2. Poznaj ducha walki Joanny Jędrzejczyk – spotkanie z mistrzynią UFC 3. Science Roast – pierwszy na Warmii i Mazurach Naukowy STAND-UP 4. Mądre odchudzanie z Konradem Gacą – spotkaj się z twórcą stowarzyszenia „ Fatkillers” 5. Mydlane Laboratorium – zaprojektuj i wykonaj swoje własne mydełko kosmetyczne 6. Dowody zbrodni – warsztaty technik daktyloskopowych wykorzystywanych w laboratorium kryminalistycznym 7. Bezpłatne testy na celiakię – sprawdź, czy jesteś uczulony na gluten 8. Naukowe Konstrugetti – warsztaty makaronowych konstrukcji mostowych 9. Odwiedź Fito-Zoo i zobacz, co żyje w naszych jeziorach 10. Przeżyj niezwykły seans filmowy w Kinie 5D 11. Przetestuj antyoksydanty w swoim soku 12. Kremy DIY – warsztaty komponowania kosmetyków z liofilizowanymi owocami 13. Generator Van de Graaffa – pokaz elektrostatycznej magii 14. Wheelchair basketball – mecz koszykówki na wózkach inwalidzkich 15. AirTrack – nauka sztuki latania 16. Czary mary na dobraNOC – niezwykle pokazy i eksperymenty chemiczne 17. Ślimaka kulinarna podróż – degustacje francuskich przysmaków made in Warmia&Mazury 18. Triki fizyki – pokaz doświadczeń z niezwykłego świata fizyki 19. Smakowite bakterie – sprawdź, jakie bakterie królują w Twoim menu 20. Występ kabaretu – Formacja CHATELET

Kortowo

(Biblioteka i Centrum Konferencyjne Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego) 1. Spotkanie z Wojciechem Pszoniakiem – monodram BELFER 2. Umysł przyłapany – wystawa interaktywnych eksponatów Centrum Nauki Kopernik 3. Spotkanie z Edytą Jungowską 4. Pies na receptę – pokaz efektywnego szkolenia psów 5. Naukowy odlot z angielskim – warsztaty językowe

kabaret CHATELET

20m² ŁUKASZA JAKÓBIAKA

Mądre odchudzanie z KONRADEM GACĄ

6. Świat iluzji – pokaz szalonego naukowca 7. Gdzie znaleźć GMO? – pokaz organizmów genetycznie modyfikowanych 8. Pokaz magicznych właściwości gazów 9. Technorewolucja – eksperymenty z czujnikami sterowanymi komputerem 10. Astronomia w bibliotece – pokaz nocnego nieba 11. Naukowy Explorapark – zobacz qbotor, mozaiki, płonący wieżowiec i inne interaktywne eksponaty 12. Jak zobaczyć ciepło? – warsztaty „niewidzialnej ręki” 13. Żelowe mapy białkowe – warsztaty pozyskiwania białek z materiału biologicznego 14. Czy ekonomiści grają w gry? – poznaj teorie gier i zwiększ swoje szanse na sukces 15. Owoce różnych stron świata – pokaz owoców zapomnianych, mniej rozpowszechnionych oraz egzotycznych 16. DJI Phantom – pokaz wykorzystania bezzałogowego statku powietrznego 17. Odmieniać czy nie odmieniać? – poznaj fakty i mity na temat nazwisk 18. Maść czarownic (do latania) z Wimlandii – czyli o tym, jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość 19. Czy kawa jest zawsze kawowa? – poznaj rośliny, które mogą zastąpić tradycyjną prawdziwą kawę 20. Cyberoko – obserwowanie świata w mikroskali

Centrum Miasta 1. Spotkanie autorskie z Tomaszem Jastrunem (Biblioteka „Planeta 11”) 2. „O RETY! TABLETY” – stwórz swój własny fim! (Biblioteka „Planeta 11”) 3. Ebru – warsztaty tureckiej techniki malowania na wodzie (Wojewódzka Biblioteka Publiczna) 4. Niewidzialni – wystawa obrazów widzianych okiem mikroskopu (Biblioteka w Starym Ratuszu WBP) 5. Czarowanie eksperymentami – klej do wody, kanciaste bańki i inne doświadczenia laboratoryjne (Szkoła Podstawowa nr 2) 6. Have fun with English – warsztaty językowe dla dzieci (Szkoła Podstawowa nr 2) 7. Walt Disney przedstawia – warsztaty tworzenia filmów animowanych (Państwowe Liceum Plastyczne) 8. Abecadłowa Baloniada – twórcze zabawy z Magicznym balonikiem (Biblioteka „Abecadło”) 9. Muzeum Nowoczesności – pokaz nowoczesnych technologii (Tartak Raphaelsohnów) 10. Tkanki ze szkła – wystawa tkanek zamkniętych w niezwykłych witrażach (Galeria Marszałkowska)

013


KULTURA

POLECAMY WARMIĘ I MAZURY Pierwszy w Europie Dom Pracy Twórczej powstaje w Rudzie niedaleko Mińska Mazowieckiego z inicjatywy Stowarzyszenia Integracji z Artystami Niepełnosprawnymi. Na jego budowę zostanie przeznaczony dochód z recitalu fortepianowego Leszka Możdżera, jazzowego muzyka i kompozytora. Koncert 15 września, godz. 19.00, Filharmonia Warmińsko-Mazurska

„Instrukcja obsługi kobiety” to muzyczna opowieść o naturze relacji międzyludzkich. Anna Dereszowska, aktorka i wokalistka, wykona aranżacje przebojów polskiej piosenki, m.in. „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Sing sing”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, a przeplatać je będą humorystyczne porady dla kobiet i mężczyzn. Recital 17 września, godz. 18.00, Państwowa Szkoła Muzyczna w Olsztynie

Fot. teatrsyrena.pl

MUZYCZNY PORADNIK

Fot. OTL

Fot. Anna Wloch

MOŻDŻER DLA DOMU MUZYKI

MITOLOGIA NA SCENIE Barbarzyńskie plemię wojowniczych Amazonek przybywa z odsieczą broniąc ym się Trojanom. Ich królowa Pentezylea rzuca się w wir walki. Jej motywacją nie jest obrona Troi, a żądza sławy. Historia zaczerpnięta z mitologii, spisana przez renesansowego poetę Szymona Szymonowica, jest dzisiaj wyjątkowo aktualna. A spektakl Heleny Radzikowskiej – wybitny. Spektakl „Pentezylea” 10 września, godz. 17.00, Olsztyński Teatr Lalek

Fot. Jarek Poliwko

OBEJŚCIA PEŁNE RĘKODZIEŁA Podwórkowo-domowe galerie, wystawy, warsztaty rękodzieła, koncerty, spektakle można będzie zwiedzić podczas wędrówki po gminie Jonkowo. W galerię zmieni się cała okolica – taka jest idea projektu „Sztuka w obejściu”. Artystyczne i kulinarne atrakcje przygotowały m.in. wsie Nowe Kawkowo, Pupki, Godki, Węgajty. 30 września-2 października, gmina Jonkowo

Trzy dni wypełnione koncertami, najlepsze głosy polskiego jazzu, jak Krystyna Stańko i Dorota Miśkiewicz. W programie także projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na festiwal – Nikola Kołodziejczyk Instant Ensemble oraz Jerzy Małek Groove Collective z amerykańskim raperem Andy’m Ninvalle. Jazzbląg Festiwal, 22–24 września, Centrum Sztuki Galeria EL, Elbląg

014

Jasza Mazur wywodzi się z religijnego środowiska polskich chasydów. Przekonany o własnej wyjątkowości, kpi z tradycji i prowadzi do swojego upadku. „Sztukmistrza z Lublina”, wybitną powieść Isaaca Bashevisa Singera, wyreżyserował Janusz Kijowski. Premiera 1 października, godz. 19.00, Teatr im. S. Jaracza w Olsztynie

Fot. materiały prasowe

ARTYSTA KONTRA WIARA

Fot. BWA

Fot. Miłosz Kulawiak

JAZZOWA GALERIA

EKSPERYMENTY I MIEDZIORYTY „Układ wewnętrzny” to wystawa artystów pedagogów z ASP we Wrocławiu. Łączy ich skłonność do eksperymentowania i  łamania konwencji w  malarst wie, rzeźbie i  instalacji. W  sali kameralnej – miedzioryty Grzegorza Keczmerskiego. A w listopadzie – wernisaż Izabelli Janiszewskiej-Obarek. Wernisaż 6 października, godz. 18.00, Galeria BWA w Olsztynie

Fot. wamafestival.pl

FILMOWY DIALOG KULTUR Wielokulturowość i tożsamość to tematy przewodnie WAMA Film Festival, największego w regionie i jedynego festiwalu koprodukcji filmowych w kraju. Po raz trzeci kilkadziesiąt seansów, spotkań i warsztatów skupi się na zmianach społecznych, globalizacji, religii, regionalizmie, ekonomii i polityce. Program: wamafestival.pl. 11–15 października, Filharmonia Warmińsko-Mazurska


    



                 !      


RECENZJE

KULTURA OSOBISTA MADE IN

PISZĄ, WYDAJĄ I NAGRYWAJĄ. I POCHODZĄ Z WARMII I MAZUR.

O LATANIU BOJERAMI His toria o zawodow ym żeglar zu Karolu Jab ł ońskim, k tór y sięga pamię cią do dzieciństwa i młodości, marzeń o sterowaniu dużymi jachtami i trudnej drodze do ich realizacji. Wspomina spotkania z największymi żeglarzami świata i  rozmow y z  monarchami. Opowiada o podróżach, morzach, jachtach i naj-

większym spełnionym celu – Pucharze Amer yki. I wreszcie o  lodzie, lataniu bojerami. Reasumując: tą książką olsztynianin dziękuje losowi za życiowego farta. „Czarodziej wiatru” Karol Jabłoński, Wojciech Zawioła, Wydawnictwo: Edipresse Polska

ELEKTRONICZNE TRIO Trio z Olsztyna powstało w zeszłym roku, a już ma na koncie debiutancką EP-kę z czterema utworami. Twórczość zespołu to elektronika inspirowana brzmieniami z lat 80. i 90. i muzyką grup Moderat, Massive Attack, Kavinsky, Haelos. Produkcją muzyczną zajmują się Aleksan-

der Ujma (syntezatory) i Mateusz Mróz (syntezatory, gitara basowa). Na wokalu Edyta Piskorz. Słowa w języku angielskim autorstwa całego zespołu. Jest potencjał, zarówno pod w zględem muz yki, jak i tekstów. Matander, wydawnictwo własne

ŚLIMAK NA TAPECIE Pierwsza na polskim rynku książka w całości poświęcona potrawom ze ślimaka i kawioru ślimaczego. Zawiera 120 oryginalnych receptur stworzonych przez 64 mistrzów kulinarnych, m.in. Radosława Szczepańskiego z olsztyńskiej restauracji Lumaca. Inicjatorom wydawnictwa – farmie Snails Garden spod Pasłęka – przyświecała idea przywrócenia mię-

czaka na polskie stoły. Bo mało kto wie, że pierwsze przepisy ze ślimaków pojawiły się w Polsce w XVII wieku i były bardziej popularne niż dania z wieprzowiny, co potwierdza najstarsza polska książka kucharska „Compendium ferculorum” z 1682 roku. „Ślimaka kulinarna podróż”, Wydawnictwo Studio Editorial

ARCHAICZNY POP Duet z Pisza wydał drugą płytę z nurtu new romantic/pop. Duża rozpiętość stylistyczna, mocna sekcja rytmiczna, melodyjny wokal i, jak twierdzą muzycy, celowa archaiczność brzmienia i aranżacji. Od miesięcy grupa utrzymuje się w czołówce na liście przebojów Radia Olsztyn. Mają na koncie w ygraną w  konkursie

w audycji „Łowisko Talentów”, wystąpili w „Muzycznej Jedynce” Polskiego Radia Programu 1, ich utwory można również usł yszeć w  rozgłośniach polonijnych. Do tańca i chilloutu. NoBandits, „People like you”, wydawnictwo własne


SZTUKA ŻYCIA

UMYSŁ NA WARSZTACIE TĘ METODĘ PRACY Z UMYSŁEM, STOSOWANĄ OD PONAD 2500 LAT, SZCZEGÓLNIE DOCENIA WSPÓŁCZESNA NAUKA. JEJ EFEKTY MOŻNA PRZETESTOWAĆ W BUDDYJSKIM OŚRODKU MEDYTACYJNYM W OLSZTYNIE. A PRZY OKAZJI POZNAĆ GINĄCĄ, UNIKATOWĄ KULTURĘ TYBETU. Podobno umysł generuje 70 tysięcy myśli dziennie. Nieprzerwany strumień refleksji, analiz, emocji, uczuć, planów i wspomnień. A gdyby tak zatrzymać go na chwilę i spocząć w „tu i teraz”? Rozpuścić nawyki, lęki i oczekiwania? Szybkie tempo współczesnego świata, ciągłe zmiany i stres mobilizują do poszukiwania metod, które pomagają zredukować negatywne emocje, znaleźć poczucie szczęścia bez względu na okoliczności. Bo gdzie go szukać, jeśli nie we własnym umyśle? – Ludzi, którzy przychodzą do buddyjskich ośrodków często łączy poczucie, że życie ograniczone do pracy i oglądania telewizji to zbyt mało – podkreśla dr hab. Artur Przybysławski, wykładowca uniwersytecki i nauczyciel buddyzmu. – Każdy dzień może być przecież kolejnym krokiem ku pełniejszemu przeżywaniu siebie i świata. Buddyzm ma do zaoferowania metody prowadzące do uzyskania trwałego szczęścia, które nie jest zależne od zewnętrznych warunków. Jest ono wynikiem korzystania z wiedzy o tym, jak funkcjonuje umysł przeżywający to, co się wydarza w naszym życiu. W Buddyjskim Ośrodku Medytacyjnym w Olsztynie codziennie wieczorem odby wają się otwar te medy tacje. Dzięki ich praktykowaniu możliwe jest uspokojenie umysłu i złapanie dystansu do codziennych, stresujących wydarzeń w naszym życiu. Uspokojony, spoczywający sam w sobie umysł może obudzić zdolność do doświadczania rzeczywistości w świeży i radosny sposób. Medytacja jest przedmiotem naukowych badań, potwierdzających jej pozytywne oddziaływanie zarówno na ciało, jak i umysł. A buddyjski pogląd na świat? „Jeżeli istnieje w ogóle religia, która może sprostać wymaganiom współczesnej nauki, to jest nią buddyzm” – mawiał Albert Einstein. – Nauka wyjaśnia „jak” i praktycznie ułatwia ludziom życie. Buddyzm mówi „dlaczego” i sprawia, że stają się szczęśliwi – tłumaczy Lama Ole Nydahl, nauczyciel, który przekazuje na Zachodzie metody pracy z umysłem, przez wieki kultywowane w Tybecie. 30 lat temu założył olsztyński ośrodek medytacyjny. Przez setki lat metody te nie były dostępne na Zachodzie przez izolację i położenie Tybetu. Sytuacja zmieniła się wraz z chińską „rewolucją kulturową” w latach 50. XX wieku, na skutek której większość Tybetańczyków była zmuszona opuścić swój kraj. Paradoksalnie, umożliwiło to reszcie świata poznanie kultury tybetańskiej i jej metod. Wykształconym i krytycznym ludziom Zachodu odpowiada ich niedogmatycz-

ny styl i przejrzystość. Olsztyński ośrodek jest jednym z 700 ośrodków linii Karma Kagyu – największej tybetańskiej szkoły buddyjskiej na Zachodzie, działającej na całym świecie oraz w ponad 60 miastach w Polsce. Nie tylko przybliża wiedzę na temat tego, czym jest umysł, jak z nim pracować i jakie efekty można osiągnąć dzięki medytacji. Jego celem jest również popularyzowanie ginącej kultury buddyzmu tybetańskiego. Wykłady, warsztaty medytacyjne, panele dyskusyjne, koncerty, wystawy czy pokazy filmów, skupione wokół tej tematyki, odbywają się nie tylko w ośrodku, ale też m.in. na UWM, w Miejskim Ośrodku Kultury w Olsztynie i w Galerii BWA. – Europejska wersja buddyzmu została oczyszczona z wielu rytuałów, które w naszej kulturze byłyby niezrozumiałe z powodu wyrwania ich z kontekstu – tłumaczy dr Przybysławski. – To, co zostało, to sama esencja nauk o umyśle, wyrażona w bliższym nam, współczesnym języku, zrozumiała dla inteligentnego Europejczyka. Zmieniło się opakowanie, a treść pozostała ta sama. Buddyzm dość łatwo poddawał się transformacji swojej zewnętrznej formy. Można było obserwować to na przestrzeni dziejów, kiedy z Indii trafiał do Japonii, Chin, Tybetu, za każdym razem zmieniając formę, by przystosować się do mentalności i kultury kolejnego kraju. Dziś po raz kolejny obserwujemy ten proces w Europie. Tekst: Beata Waś, obraz: archive.dwbn.org Buddyjski Ośrodek Medytacyjny Diamentowej Drogi w Olsztynie Olsztyn, ul. Wyzwolenia 30A www.olsztyn.buddyzm.pl

019


020


POSTAĆ

RYSZARD RYNKOWSKI INNY NIE BĘDĘ KIM MÓGŁBY BYĆ DZISIAJ RYSZARD RYNKOWSKI, GDYBY TROCHĘ PRZYPADKIEM, UCIEKAJĄC PRZED WOJSKIEM, NIE SCHRONIŁ SIĘ NA MUZYCZNYCH STUDIACH W OLSZTYNIE? CZY WIELKIE PRZEBOJE ZAWSZE MUSZĄ POWSTAWAĆ W DOŚĆ DZIWNYCH OKOLIC ZNOŚCIACH? I  Z A CO MOŻNA BYŁO OBERWAĆ W RODZINNYM ELBLĄGU? TYCH PYTAŃ PADNIE DOKŁ ADNIE T YLE, ILE ODPOWIEDZI.

021


POSTAĆ

(jedziemy na sesję, Ryszard Rynkowski wspomina inną sesję sprzed lat) Ryszard Rynkowski: Zaprosili mnie kiedyś na festiwal na Maltę, zaraz po „Wypijmy za błędy”. Marek Karewicz miał zrobić mi zdjęcie i mówi do mnie: „Przychodzisz do Parku Saskiego i robię ci sesję”. Ja mu na to: „Marek, boję się, że to nie wyjdzie, miałem parę sesji z VOX-em, ludzie łażą dookoła, nie potrafię się skupić, nie potrafię wykrzesać z siebie nic. Jestem sztuczny”. A Marek: „Ależ człowieku, spoko, nie ma złego modela, jest zły fotograf”. Zmarnował na mnie pięć klisz: dwie w kolorze, trzy czarno-białe. Na trzy dni przed wylotem na Maltę dzwoni do mnie: „Wiesz co, miałeś rację”. Więc mówię mu: „Marek, przecież ja wiem, jak wyglądam”. Ja to jak ten Ruski przed Pałacem Kultury – raz marynarka wisiała na palcu prawej ręki i lewą miałem w kieszeni, a raz odwrotnie. (patrząc na zapisane pytania) No, to dawaj. MADE IN: Lubisz cytaty z kultowych polskich filmów? Tak, najbardziej podoba mi się w „Rejsie” Maklakiewicz mówiący o polskich filmach. A w „Misiu”? Wszystkie Ryśki to porządne chłopy? Brawo! Faktycznie czasem można spotkać Ryśka, do którego ten cytat pasuje jak ulał. Ja jeszcze pociągnę dalej: znam się dobrze z  Ryśkiem Tymem… …nawet podobni jesteście. Tak, tak, mówił mi, że kiedyś w pociągu podpisywał za mnie autografy. Niestety, mi za niego nikt nie kazał podpisywać. Ten cytat z „Misia” można nawet trochę podrasować: wszystkie Ryśki na scenie to porządne chłopy. Znam ciąg dalszy pytania: co pan robi, że tak długo jest popularny? (śmiech) Pewnie do pary trzeba mieć Jacka Cygana? W moim przypadku na pewno tak. To moje solowe życie liczę od daty naszej pierwszej wspólnej piosenki z Jackiem, „Wypijmy za błędy”, czyli od Opola '89.

022

Na ile z Cyganem musicie się znać prywatnie, by przez tyle lat pisał ci przeboje? To o co pytasz, to jest pewien proces. Oczywiście punktem przełomowym było to, że spotkaliśmy się, obserwowaliśmy z pewnej odległości i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. On coś wiedział o mnie, ja coś o nim. Najpierw musieliśmy poznać, czy kolory, które rozróżniamy, są takie same. Bo, jak to z facetami bywa, jeden patrzy na fiolet, a drugi mówi, że to róż. Więc jeśli nasze racje są podobne, to znaczy, że będzie nam razem po drodze, łatwiej. I okazało się, że tak właśnie jest. Pierwszy tekst napisał dla mnie, choć nie do mojej muzyki. Ale uważałem, że ten tekst był moją wizytówką. To utwór „Inny nie będę”… (cytuje fragmenty) „Ładny nie będę / Tylko taki jak jestem / Zawsze wolny, niesforny / Czasem przystojny”… To miało zapowiadać, w jakim kierunku chcę iść, czyli, że to nie będzie to samo, co w VOX – przystojne chłopaki, które podskakują w rytm

muzyki i mają jakieś układy choreograficzne mniej lub bardziej zaangażowane. Na VOX był inny pomysł. Marzyliśmy, by zostać grupą europejską. Przygotowywaliśmy repertuar, który składał się z muzyki amerykańskiej lat 30., pod publiczność około pięćdziesiątki, mającą trochę sukcesów finansowych na koncie. Chcieliśmy ich bawić w dobrych miejscach. Ale żeby egzystować w Polsce, musieliśmy mieć też repertuar polski. Była moda na Bee Gees, więc powstała piosenka „Masz w oczach dwa nieba”. Była moda na dyskotekowy nurt, który szedł z Niemiec, czyli Boney M., Eruption, Afric Simone, powstała piosenka „Bananowy song”. Ale to były nasze odbicia, zwierciadełka, które miały towarzyszyć karierze w Polsce. Tu byliśmy znani, tu puszczani w radio, ale warunkiem tego była piosenka śpiewana po polsku. Ale nie przetrwaliście razem. Zaczynałem się kłócić, że nie nagrywamy płyt. Chciałem tworzyć, a my odcinaliśmy kupony. Nigdy nie przypuszczałem, że drzwi któregoś dnia zatrzasną się i  nastąpi cisza. Jak się rozstałem z VOX, nie bardzo wiedziałem, co robić, nie miałem planów na siebie. Był nawet pomysł, by zostać grajkiem na promach na Karaiby dla bogatych emerytów. I kto wie, gdyby nie zajęli się mną przyjaciele: Zbyszek Górny, Aleksander Maliszewski, Andrzej Zaucha, kabaret Elita. Pomiędzy ostatnią sesją z VOX a spotkaniem z Jackiem Cyganem było „Szczęśliwej drogi już czas”. I to było pokazanie, w którym kierunku chciałem podążać – w stronę piosenek z tekstem zbliżonym do rzeczywistości. Np. „Wypijmy za błędy” powstało przed wyborami w '89 roku. Chciałem też, by te piosenki były bardziej do słuchania niż do potupywania. Początkowo miałem wiele sygnałów ostrzegawczych, że to raczej zła droga, ale czas pokazał, że to są przeboje. Te  dzisiejsze mają jednak krótki ży wot. Zresztą dzisiaj wszystko ma krótki żywot. W pokoju można zrobić sobie płytę. Kupujesz komputer, dobrą kartę muzyczną, na której można mieć wszystko, nawet 150 próbek najlepszych perkusistów świata, połączyć to odpowiednio i będzie grało. A gdzie chwytliwa melodia i dobry tekst? Niekoniecznie muszą być. To jest właśnie problem młodych ludzi, którzy za wszelką cenę chcą wystartować, a nie wiedzą jak. Wielu producentów kombinuje więc, jak zrobić hiciora. I robią, tyle że na jeden sezon. Ale wszystko nadrabia się sprytnym marketingiem. Tak, to wszystko musi mieć oparcie w  mediach, można wspomóc skandalem, czymś, co spowoduje zaistnienie w mediach kolorowych. To trochę jak we wspomnianym „Rejsie”, kiedy inżynier Mamoń mówi, że najbardziej lubi te piosenki, które już zna. Jeśli piosenka będzie latała w radio 12 razy dziennie, to ludziom się ją wbije do głowy. Tyle że za rok nikt już o niej nie będzie pamiętał. To prawda, że „Życie jest nowelą” stworzyłeś w 40 minut? Muzykę skomponował Krzesimir Dębski, a  Jacek Cygan napisał tekst. Krzesimir zadzwonił do mnie, bym to ja ją zaśpiewał. Spotkaliśmy się na nagranie i faktycznie demówka powstała w 40 minut. No i przez 10 lat ta demówka była piosenką otwierającą serial.


POSTAĆ

A gdyby tak dzisiaj Cygan zadzwonił i powiedział: „Rysiu, musimy zrobić przebój na wakacje”. Dzwoni do mnie, bo umówiliśmy się, że na moje 25-lecie, czyli dwa lata temu, zrobimy nową płytę. Odciągam trochę ten czas. Jakiś pretekst? Nie ma pretekstu. Jest lenistwo i brak dyscypliny. Ale jest bliżej niż dalej. Jako muzyk, jak szeroki wachlarz innej muzyki masz na półce? U mnie jest to bezkres, dlatego, że ja nigdy nie byłem ani rockmanem, ani klasykiem, ani jazzmanem, ani popem. Mam swoich idoli, ale nie tylko idoli, bo czasem u jednego wykonawcy interesują mnie jeden-dwa utwory i nic więcej. Czyli muzyka mnie interesuje: struktura, kompozycja, warstwy melodyczne, rytmiczne, harmoniczne. Bardziej się czuję jak Salieri, a chciałbym być Mozartem [to nawiązanie

do filmu „Amadeusz”, w którym Antonio Salieri żyje talentem Mozarta, ale i niechęcią do niego – red.]. A Joe Cockerem? Zaśpiewałeś na wspólnym koncercie ze swoim idolem. Miałem tę przyjemność ziścić młodzieńcze marzenia. Pierwszy raz Cockera usłyszałem w  Radio Luxemburg, to było nagranie z festiwalu Woodstock, gdzie zaśpiewał „With a little help from my friends”, a moim idolem stał się wtedy, kiedy zacząłem interesować się tego rodzaju muzyką. Był to taki okres, kiedy np. w ogóle nie rozumiałem Rolling Stonesów. Myślałem, że to jakiś brud, coś prymitywnego. Beatlesi z kolei szanowali harmonię, melodykę. Wykształcony na t ych harmonicznych fundamentach, byłem ich gorącym fanem. Z kolei dopiero po latach dojrzałem, o co chodziło w „I Can’t Get No Satisfaction” albo w innych utworach. Był też taki moment, kiedy się przełamałem i słuchałem Otisa Reddinga, Steviego Wondera, odkrywałem nowe światy. To było niczym wchodzenie do

023


POSTAĆ

024


POSTAĆ

nowego ogrodu. Fascynowało mnie to i dlatego nigdy nie przypisywałem siebie do żadnego gatunku. Stąd w moich piosenkach jest czasem od sasa do lasa, mogę zaśpiewać nastrojowe „Natalie” albo z zupełnie drugiego bieguna „Weźcie sobie chłopaki ten kraj”. Jak to się stało, że śpiewałeś na wspólnym koncercie z Cockerem? Pierwszy koncert mieliśmy w 2001 roku i to spotkanie było rzeczą absolutnie komercyjną. Miałem wtedy podpisany roczny kontrakt z PZU na ponad 20 koncertów z okazji moich 50. urodzin i dwusetnych PZU. Zwieńczeniem miał być koncert finalny. Pytali mnie: „Słuchaj, finał musi być gigantyczny, z kim chciałbyś zaśpiewać?”. Od razu rzuciłeś im tego Cockera? Nie, najpierw szukałem wśród tych, którzy nie śpiewają za cienko. Nie mógłbym np. zaśpiewać ze Stingiem, bo on śpiewa tam, gdzie ja w ogóle nie sięgam. Padł Ray Charles, ale jego menedżer w ogóle nie chciał rozmawiać w tym temacie. Drugie skierowanie poszło właśnie do Cockera. Początkowo była odmowa, więc uderzyliśmy do Chrisa Rea, aż tu odzywa się menedżer Cockera.

BYŁEM NISKIEGO WZROSTU, CHODZIŁEM DO SZKOŁY MUZYCZNEJ, A MIESZKAŁEM W ROBOTNICZEJ DZIELNICY. TAM CHŁOPACZEK, KTÓRY CHODZI W PODKOLANÓWKACH I SPODENKACH NA SZELKACH ZAWSZE DOSTANIE W TYŁEK. MUSIAŁEM WIĘC ZAPISAĆ SIĘ NA TEN BOKS.

On w ogóle wiedział o istnieniu piosenkarza Rynkowskiego? A skąd! Dowiedział się dopiero, jak zgodził się na ten koncert i wysłano mu moje materiały. Poznaliśmy się na lotnisku, kiedy go odbierałem. Obydwaj mieszkaliśmy w prezydenckich apartamentach w hotelu Sheraton, trochę czasu spędziliśmy prywatnie. Przyjechał z dziewięcioosobowym składem. Na swoje próby przychodził na tzw. gotowca, wszystko mu ustawiali. Ale zaskoczyła ich jedna rzecz, bo wiadomo, że Amerykanie myślą kategoriami pieniędzy: Cocker ma dziewięć osób, a on, czyli ja, orkiestrę 36 osób, więc pewnie to musi być jakiś ważny człowiek. Byłem miło zaskoczony, że rok później zgodził się zagrać razem ze mną w Szczecinie. Potem byłem zapraszany przez jego ludzi na każdy koncert w Polsce, mogłem wejść do niego do garderoby, pogadać, przywitać się. Zwierzyłeś mu się kiedyś z twojej fascynacji jego osobą? On wiedział o tym od samego początku, bo kiedy tylko spotkałem go na lotnisku, powiedziałem mu, że właśnie spełniają mi się marzenia. Ale to dla niego było pewnie tyle, co ja bym spotkał kogoś w małym mieście w domu kultury

i ten ktoś powiedziałby mi: „Panie Ryszardzie, od dziecka słucham pana utworów”. I reagujesz: „O, fajnie, fajnie”. Ale sam fakt, że o mnie pamiętał, był dla mnie wystarczającą nagrodą. Zresztą z trójką jego muzyków nagraliśmy w 2003 roku płytę w studiu pod Manchesterem. Wczoraj po raz któryś z kolei oglądałem film o Amy Winehouse i z wielką przyjemnością zobaczyłem gitarzystę, który i ze mną nagrywał płytę. A nie uwierzysz, jaki ja wczoraj sobie film przypomniałem. No? „VIP” Juliusza Machulskiego, w którym zagrałeś. Skąd ten epizod filmowy? No właśnie, epizod, a ktoś mi potem wpisał do Wikipedii: aktor. Więc jak przed koncertem mnie nieraz zapowiadają, to wyliczają: pianista, piosenkarz, kompozytor, aktor. No, aktorem to ja nie jestem. Julek Machulski uparł się i wziął mnie do filmu. Jakimi argumentami zwerbował cię do roli bandziora? Chyba nie tylko tym, że jesteś kawał chłopa? Widocznie zobaczył we mnie takiego zbója. Ja oponowałem, ale żona powiedziała: „Jak Juliusz chce, to chyba wie, o co chodzi”. Moja rozmowa z nim była taka: „Słuchaj, ja nie jestem aktorem i nic nie potrafię”. A on: „Ty nic nie rób, tylko po prostu bądź”. Aczkolwiek jak patrzę na ten film, to dziwacznie się tam zachowuję. Gdybym miał możliwość zagrać to jeszcze raz, zagrałbym inaczej. Jest tam kilka dobrych gagów w twoim wykonaniu. Nawet parę z tych rzeczy wymyśliłem poza scenariuszem: gaszenie peta przy wannie, spotkanie harcerza na schodach, którego grał młodziutki Maciek Stuhr. Kiedy zaczepiony przeze mnie pyta przerażony „Co?”, ja mu od razu: „Jajco!”. To było moje „jajco”. Nie umiałem nic zrobić, więc chciałem jakoś inaczej zaistnieć w tym filmie. Ale ta rola schlebiała mi, bo Czarek Pazura był w tedy wschodzącym aktorem, a  ja grałem jego szefa. Byłem tym z przodu, wszędzie wchodziłem pierwszy. Choć jedna historia była tam anegdotyczna. To scena jak Krzysiu Majchrzak wpada do willi i strzela. A zanim strzela, to ja dostaję od niego w pysk. Strasznie mi się to nie podobało, bo ja, niby taki bandzior, wylatuję zza rogu i dostaję od Krzyśka z łokcia i od razu robię salto. Krzysiek był bardzo wysportowany, ja też, bo miałem jakieś swoje epizody pięściarskie, więc wszystko wyćwiczyliśmy. Miał obliczony ruch łokciem, który zatrzymywał się dosłownie dwa centymetry przed moją szczęką. A ja wywalałem się do tyłu na podłożone materace. I to wywalałem się w takim amerykańskim stylu. Chciałem, żeby to wyglądało autentycznie, że naprawdę dostaję petardę, która usprawiedliwiałaby to, że nie mogłem już później strzelać. Ale ponieważ mieszkałem wtedy w Warszawie na Wawrze i miałem kolegów z różnymi życiorysami, to podszedłem do Julka Machulskiego i mówię mu: „Julek, cały film jest ok, a tu raz dostaję w pysk i leżę. To ja już nie mam po co na dzielnicę wracać”. I jakby Pan Bóg chciał mnie przez chwilę wysłuchać: Czarek Pazura zatruł się czymś i wylądował w szpitalu. Płukali mu żołądek, a tu zdjęcia trzeba kręcić i wychodzi na to, że nie

025


POSTAĆ

Pazura będzie strzelał, tylko ja, więc nie dostanę w pysk. A ten, skubany, urwał się ze szpitala, taki strasznie wymięty, tylko po to, żeby tę scenę zagrać. (śmiech) A w ogóle pierwsza moja przygoda z filmem to była piosenka, którą skomponował Krzesimir Dębski – film „Alchemik”. Rok 1990, trzy czy cztery dni zdjęciowe, rzecz dzieje się w średniowieczu w ruinach zamku niedaleko Wałbrzycha. Z  lirą siedziałem w  oknie muru zamkowego. I  grałem. W sumie było mnie widać w filmie 12 sekund, mimo że te kilka dni siedziałem na planie. Ale przy okazji poznałem mnóstwo wspaniałych aktorów starszego pokolenia, którzy traktowali mnie jak syna. Mówili: „Eee, nie przejmuj się, film to jest czekanie. Zresztą masz tu, napij się”. Ja też chciałem zaistnieć w tym filmie, więc wyszedłem z taką inicjatywą do tresera od zwierząt, by przyzwyczaił do mnie szczura, którego trzymałem pod pachą. Jak były kręcone sceny, to ten szczur wchodził mi po nodze. Wydawało mi się, że taka kreacja będzie lepsza, niż tylko siedzenie przez 12 sekund i szarpanie strun w tej lirze. Lecimy dalej: muzyka w twoim samochodzie. A powstało parę utworów w moim samochodzie. Czasami muzyka ponosi mnie w  aucie. Najwspanialszą do jazdy stworzyła grupa Chicago – soulowy dance. A co powstało? Np. „Wznieś serce”. Jedzie się autem i nuci melodię? Jechałem z Krakowa do Świnoujścia, ponad dziewięć godzin, więc całą płytę można nagrać. Miałem dyktafon, jakąś linię melodyczną nagrałem, bas, potem w domu to poskładałem. Kilka piosenek tak powstało. Jako ciekawostkę podam, że na przykład „Bananowy song” powstał na przystanku autobusowym. W nocy w Warszawie, vis-a-vis Komitetu Centralnego PZPR, czekałem, tupiąc z zimna… No to pozostając przy komunikacji miejskiej – ty wiesz, że jako honorowy obywatel rodzinnego Elbląga masz darmową komunikację w tym mieście? A mnie bardziej zdziwiło, że zatrzymałem się raz na parkingu w Elblągu i jak poszedłem wypłacić pieniądze z bankomatu, to już miałem za szybą mandat 50 zł. Uuu… To trzeba to zmienić w uchwale Rady Miasta. Nie, po prostu miałem złą rejestrację – warszawską. (śmiech) Jako honorowy obywatel nie korzystałem z komunikacji, ale tramwajem, konkretnie linią nr 1, jeździłem codziennie przez pięć lat do liceum. 026

Podobno miałeś tam epizod kabaretowy? I nawet na Przeglądzie Zespołów Szkolnych Polski Północnej zgarnęliście II nagrodę. Polonistka prowadziła zespół słowno-muzyczny. Jestem słuchowcem, więc wszystko potrafiłem zagrać, różne przeboje. Jak tylko pojawiłem się w liceum, stałem się niepisanym szefem muzycznym tej grupy. Trzon stanowili dziesięcioklasiści, ale w miarę jak oni odchodzili po maturze, ja przejmowałem ich rolę. I tak się do niej przywiązałem, że sam nie zdałem matury. W liceum Juliusza Słowackiego utworzono tzw. międzynarodówkę – wszyscy niedouczeni i krnąbrni z prawobrzeżnej Wisły. 46 osób, w większości „znani”. Byłem w klasie, która sprawiała duże problemy dydaktyczne, więc rozwiązano ją.

I wtedy pojawił się ten pierwszy krok bokserski? Nie, to było wcześniej. Byłem niskiego wzrostu, chodziłem do szkoły muzycznej, a mieszkałem w robotniczej dzielnicy. Tam chłopaczek, który chodzi w podkolanówkach i spodenkach na szelkach zawsze dostanie w tyłek. Musiałem więc się bronić i to był powód zajęć z podstaw boksu. Kto cię zaangażował jako dziecko do gry w kościele na organach? Kiedy miałem 5,5 roku, ojciec przywiózł do domu pianino. To było w nocy. Jak drugiego dnia wrócił z pracy, ja już na tych klawiszach zagrałem „Wlazł kotek…”. To była dla mnie pełna tajemnic szafa grająca. Kiedy ojciec zobaczył, że sam umiem wystukać na klawiaturze proste melodie, to stwierdził, że trzeba mnie zacząć uczyć. Ale do szkoły muzycznej nie mogłem pójść, bo przyjmowali od siedmiu lat, więc przez te półtora roku uczył mnie organista z naszej parafii. Pochodzę z katolickiej rodziny, chodziliśmy do kościoła, chodziłem też do przedszkola przy parafii, byłem tam znany i lubiany jako dziecko. A dodatkowo siostra ojca była zakonnicą, więc kiedy przyjeżdżała do parafii, i ja tam przebywałem. No i organista zaczął mnie uczyć nut, melodii. Pierwsze występy miałem jeszcze w przedszkolu, grając na fisharmonii. Ponieważ, jak wspomniałem, byłem niskiego wzrostu, jedna z dwóch sióstr, które były naszymi opiekunkami, pedałowała na tej fisharmonii, bo moje nóżki nie dosięgały i zwisały z ławki. Później, jak byłem bardziej zaawansowany muzycznie, grałem na święta w naszym kościele św. Wojciecha. Ktoś grał w rodzinie? Mój pradziadek był organistą. W 1920 zgarnęli go Bolszewicy i ślad po nim zaginął. Kościół, w którym grał, istnieje – piękny, drewniany, prawie 300-letni, nawet stare organy zostały. Grałem na nich. Zagrałem mu „Boże, coś Polskę” i się rozpłakałem. Prąd jakiś przeszedł przeze mnie… Co sprawiło, że poszedłeś na studia do Olsztyna, a nie do bliższego i większego Gdańska? Mam nadzieję, że nikogo z Olsztyna nie obrażę – tylko dlatego, że ścigało mnie wtedy wojsko. Jak już za drugim razem zdałem maturę, to za dwoma serdecznymi szkolnymi przyjaciółmi zapragnąłem pójść do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych do Gdańska. Jeden zdał na architekturę wnętrz, drugi na grafikę. Ja nie zdałem z rysunku i powinienem był to sobie odpuścić, ale uparłem się, załatwiłem korepetycje i chodziłem do koła plastycznego do zasłużonego polonisty, ale i zarazem artysty, malarza, literata Ryszarda Tomczyka. I za drugim razem zdałem egzaminy, ale zabrakło dla mnie miejsca. Byłem piętnasty, a miejsc jedenaście plus jedno rektorskie. Więc żeby mnie wojsko nie zgarnęło, pojechałem do Olsztyna i dostałem się na Wydział Wychowania Muzycznego w Wyższej Szkole Pedagogicznej. I przeniosłem się do Olsztyna. Jak wyglądało wtedy w Olsztynie życie muzyczne po godzinach? Ono w ogóle było? Było, było. Zajęcia mieliśmy przy Pieniężnego, niemal vis-a-vis sł ynnej restauracji Pod Żaglami. Jeśli chodzi o moje znajomości muzyczne, to ze wszystkimi muzykami olsztyńskimi się znałem. I z tymi, którzy grali w zespołach, i w restauracjach.


POSTAĆ

W którejś grałeś? Np. w Staromiejskiej. Ale najdłużej grałem z zespołem, który miał kortowskie korzenie. Graliśmy w Ostródzie, gdzie otworzył się hotel i restauracja. Mieliśmy tam pół etatu i graliśmy trzy razy w tygodniu, a po graniu wracaliśmy rannym pociągiem na studia. Był to bardzo dobry dodatek do kasy, którą dostawałem z domu. Pozwalał mi swobodnie żyć, no i stać mnie było na narzeczoną. (śmiech)

Miałem narzeczoną w Olsztynie, która była warszawianką, ale studiowała właśnie tu. Nie dostała się bowiem na polonistykę w Warszawie, a w Olsztynie przyjęli ją na filologię rosyjską. Przyjechała więc tu podobnie jak ja, z tą różnicą, że jej wojsko nie ścigało. Myśleliśmy o wspólnym życiu, więc przyspieszyliśmy ślub w 1973 roku i pojechaliśmy do tej Warszawy. Marek Ałaszewski pisał muzykę do „Snu nocy letniej” w operetce. Dostałem się do niej i grałem tam. Były to jednak trzy spektakle na miesiąc, stawka po 400 zł, nie można było z tego wyżyć. Dyrekcja zaproponowała, bym został akompaniatorem baletu. I tak dostałem etat. Dlaczego w wywiadzie powiedziałeś kiedyś: „Ja, zakompleksiony chłopak z Elbląga, grający wcześniej amatorsko, zatrudniony zostałem w Warszawie w teatrze na posadzie człowieka od muzyki”. Bo co innego grać w restauracji, a co innego grać z gwiazdami i tymi wszystkimi ludźmi, którzy tworzą inny statut. Przyjeżdżasz do teatru, dostajesz siedem grubych książek i  pani dyrektor Stanisławska, która była szefową operetki i baletu, mówi: „Syneczku, a dzisiaj będziemy robić <<Życie paryskie>>”. Pach-pach, strona trzecia. Ja musiałem to wszystko znać na pamięć, by nie dać plamy, bo nigdy nie miałem przebojowości, więc i nigdzie sam bym się nie zgłosił do roboty. Nie miałem odwagi pójść gdzieś i powiedzieć: „Cześć, słuchajcie, ja jestem Rysiek, fajnie gram, może byśmy spróbowali coś razem?”. Dzisiaj pewnie ciężko byłoby ci się przebić. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie zrobiłbym nic. Pewnie byłbym zgorzkniałym, zawiedzionym nauczycielem muzyki na mazurskiej albo podelbląskiej wsi. Wierzysz w astrologię? Nie, ale jak czarny kot przebiegnie mi drogę, to wolę, żeby pierwszy przeszedł sąsiad. Wyczytałem w astrologii o inicjałach, które zaczynają się tymi samymi literami. Oto dla RR: „Przyciągasz ludzi, bo ci widzą w tobie dobro, prostolinijność i szczere zainteresowanie. Nikogo nie krytykujesz i nie oceniasz, zawsze starasz się dostrzegać zalety. Niektórzy to wykorzystują, a ty na tym tracisz”. Pasuje? Skąd to masz? Ja bym sobie to wydrukował. (śmiech)

Chyba nieźli byliście – w 1972  roku na V Festiwalu Kultury Studenckiej w  Olsztynie zostaliście laure atami i w nagrodę wysłali was na warsztaty jazzowe w Chodzieży. Na studiach stworzyłem trio – grupę El, graliśmy muzykę jazzowo-alternat y wną. Nazwę wzięliśmy od powstałej w latach 60. w Elblągu Galerii El, w której wiele się działo. Na tych warsztatach poznałem ciekawych ludzi, np. wykładowcami byli członkowie kwintetu Stańki, przyjechał Marek Ałaszewski, którego uwielbiałem. Jak już się poznaliśmy, powiedział mi: „Przyjeżdżaj do Warszawy, będziemy razem pracować”.

Mnie to podwójnie zaciekawiło, bo ja też mam RR. Mój syn też ma RR. Chciałem dać mu na imię Ksawery, ale ponieważ Michał Wiśniewski dał swojemu synowi Ksawier, to żona mnie pogoniła z tym Ksawerym. Ksawery Ignacy Rynkowski… (zamyślił się) Pięknie. Mógłby być pisarzem? Mógłby. Ale babcia powiedziała, że u nas pierworodny zawsze dostaje imię po ojcu i jest Rysio. Na zakończenie – jakby zapytać cię słowami twojej piosenki: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ty?”. Zdrowia. Muszę mieć dużo siły, bo nasz syn ma dopiero osiem lat, a chciałbym się jeszcze dowiedzieć, na jakie studia poszedł. Rozmawiał: Rafał Radzymiński, obraz: Piotr Ratuszyński Make up / stylizacja: Beata Salata

027


PRODUKTY

GALERIA HANDLOWA MADE IN

ECOMODULARNA TOPOLA Może być krzesłem, schowkiem, stolikiem, półką lub całym regałem. To ty decydujesz, jak i z ilu elementów zbudujesz swój zestaw ecoQUBE. Nawet codziennie. Bo meble Macieja Podsiadło, artysty osiadłego na Mazurach, zostały pomyślane w taki sposób, by mogły służyć przez lata i nigdy się nie znudziły. Są w pełni ekologiczne, z litego drewna topoli i w 99 proc. nadają się do recyklingu. Wytwarzane zgodnie ze sztuką lokalnego rzemiosła i  światow ymi trendami designu, występują w 15 wariantach, 9 barwach i nieskończonej ilości kombinacji. www.ecoqube.eu e-mail: info@ecoqube.eu

TORBA DO ZJEŻDŻANIA Pillow Bag z  olsztyńskiej pracowni projektów Mouse to  pikowana dwustronna torba z  nieprzemakalnej tkaniny. W środku – mocowana na napy saszetka. Regulowany pasek zamienia torbę w plecak, a po rozpięciu zamków służy jako podkład do siedzenia lub zjeżdżania na śniegu. Undula Mood Store, Olsztyn, ul. Podwale

028

WSKAZÓWKI NA GOTYK

DOMOWA KAPLICZKA

Got yckie k sz t a ł t y okien, wież i bud y nków, a na nich wskazówki. Zegary z Warmii i Mazur z konglomeratu kamiennego autorstwa rzeźbiarza Mirosława Maksimika to jeden z laureatów konkursu „Pamiątka regionu Warmii i Mazur”. Kształty symbolizujące regionalną, zabytkową architekturę dostępne w różnych kolorach. fb.com/Mirosław-Maksimik

Stanowią jeden z najbardziej charakterystycznych elementów regionalnego krajobrazu. Ceramiczne lampiony inspirowane XVIII-wiecznymi barokowymi kapliczkami różańcowymi powstały w  Kaf larni Warmińskiej. Pier wowzór można zobaczyć na trakcie pielgrzymkowym z Reszla do Świętej Lipki. www.sklepludowy.pl


PRODUKTY

WESELE NA BOGATO

ZATOKA PSTRĄGA

Tradycyjny konik weselny to najnowszy ceramiczny hit Kaflarni Warmińskiej spod Purdy. Ręcznie malowane figurki nawiązują formą i zdobieniem do regionalnej tradycji kaflarstwa, a tematycznie – do dawnego wesela, kiedy konia przystrajano w kwiaty i wstążki. Figurka zwyciężyła w konkursie „Pamiątka regionu Warmii i Mazur”. www.kaflarniawarmisnka.blogspot.com

Tak świeży i smaczny, że można jeść go na surowo. Carpaccio z pstrąga trafia na stół olsztyńskiej restauracji „Zatoka Smaku” prosto z przyległego jeziora Sukiel na Likuzach. Świetnie przyprawiona przystawka zaostrza apetyt na pozostałe menu. Zatoka Smaku, ul. Wodna 1c www.ujacka.olsztyn.pl

WŁOSKIE ESPRESSO W PÓŁLITROWEJ BUTELCE ZADZIORNYM KROKIEM Zestawione ze sobą różne rodzaje skóry i kontrastowe kolory – tak chodzi się jesienią 2016. W męskich botkach za kostkę połączono beżowo-szary zamsz z czarną licową skórą na przodzie butów. Wygodne zapięcie na zamek uzupełnia ozdobne sznurowanie, a niewysoki obcas i zadarte do góry czubki nadają im zadziornego charakteru. www.badura.pl

Kawa z odrobiną śmietanki i wyraźną czekoladową nutą na finiszu – to nie jest zamówienie z kawiarni, a walory kolejnego piwa z serii Podróże Kormorana. Coffee Stout, bo o nim mowa, kawowe skojarzenia zdradza jeszcze bezową pianką porannego espresso, umiejętnie łącząc elegancję włoskiej kawy z luzem wyspiarskiego piwowarstwa. Nic dziwnego, że na tegorocznym święcie browarników Chmielaki – najstarszego piwnego święta w Polsce – Coffee Stout otrzymał Grand Prix. www.browarkormoran.pl

029


TURYSTYKA

BAGAŻ PEŁEN ENDORFIN

030

Napoić konia, upiec chleb, porąbać drewno czy nazrywać ziół – wiejska codzienność i dziedzictwo kulturowe to dzisiaj doskonały produkt turystyczny. Jak twierdzą specjaliści z branży, aktywny wypoczynek na łonie natury i wiejskie atrakcje wypierają masową turystykę. To zasługa coraz lepszej infrastruktury sportowo-rekreacyjnej i agroturystycznej, a także rosnącej świadomości, że „zresetować się” i dostarczyć sobie endorfi n jest łatwiej wśród zieleni niż na zatłoczonych plażach czy w kurortach. No i nic tak nie służy zacieśnianiu rodzinnych więzi, jak wspólny aktywny wypoczynek. Na Warmii i Mazurach króluje aktywność nad wodą, na dwóch kółkach i oferty łączące rozrywkę z nauką. Zamiast hoteli turyści coraz częściej wybierają nocleg w stylu „slow life” na wiejskiej prowincji, która pozwala wrócić do przeszłości, do sielankowego dzieciństwa. Wypoczynek na wsi nie oznacza wyrzeczeń i braku udogodnień cywilizacji. Glamping, czyli noclegi w designerskich namiotach rodzinnych, SPA w środku lasu z masażami i jacuzzi pod chmurką, strusia farma i basen na dzikiej łące – za te atrakcje gospodarstwo Glendoria w warmińskich Ględach dostało nagrodę w ostatniej edycji konkursu Agro-Eko-Turystycznego „Zielone Lato”. – Większość gości po pierwszym pobycie wraca do nas – zapewnia Artur Kurmin, właściciel Glendorii. – Tylko raz zdarzyło się, że turysta był zawiedziony naszą ofertą. Szukał rozrywki, wielkiego świata i tłumu celebrytów, a dostał przestrzeń, żabie koncerty i zachody słońca. Konkurs promuje wiejską turystykę z ofertą dla całych rodzin. Wśród jego tegorocznych laureatów jest też Siedlisko Pasieka w Studziance, gdzie można spróbować miodu prosto z ula, czy Agrozagadka w Bogaczewie na Szlaku Wielkich Jezior Mazurskich, gdzie goście samodzielnie pieką chleb i robią sery. W Folwarku Łuknajno nad jeziorem Śniardwy,

BEZ WAKACYJNEGO TŁOKU I CEN SEZONOWYCH, ZA TO AKTYWNIE I CAŁĄ RODZINĄ. JESIENNE WEEKENDY TO DOBRY CZAS NA STRZYŻENIE OWIEC, KARMIENIE RYSI, WDZIANIE RYCERSKIEJ ZBROI CZY REJS ŻAGLOWCEM.

położonym w pobliżu rezerwatu ornitologicznego, z roweru, kajaka czy końskiego grzbietu można obserwować dzikie ptaki. Zagrody edukacyjne to prawdziwa kopalnia wiedzy przyrodniczej w praktyce. W Ziołowym Dzbanku w Sąpach podczas warsztatów wykorzystuje się właściwości łąkowych roślin. Właściciele Ekozagrody Ciche Wody w mazurskim Wężówku uczą garncarstwa, uprawiania roślin, robienia ozdób z filcu i strzyżenia owiec. Atrakcją Agroturystyki Pod Świerkiem w Marcinkowie jest Mazurska Izba Regionalna, kultywująca lokalną tradycję, kuchnię i gwarę. W ofercie Gospodarstwa Ekoagroturystycznego Kamez ze wsi Wawrochy znajdziemy m.in. dojenie krów, udział w pracach polowych, podglądanie zwierząt: dzikich i gospodarskich. W takich miejscach dorośli i dzieci zapominają o smartfonach i telewizji. Jeśli jednak nie potrafimy obejść się bez nowoczesnych technologii, warto wybrać się choćby do Interaktywnego Muzeum Państwa Krzyżackiego w Działdowie. Można tam poznać średniowieczne przepisy kulinarne, wygenerować trójwymiarowy obraz balisty czy zrobić zdjęcie w wirtualnie wykreowanym historycznym stroju. Wiele regionalnych muzeów proponuje rodzinne zwiedzanie połączone z zabawą: gry terenowe, takie jak „Na tropach Smętka i Pofajdoka” w Szczytnie czy popularne questy. Z pomocą wierszowanych łamigłówek można rozszyfrowywać tajemnice zabytków Fromborka związane z Kopernikiem, zwiedzać uzdrowisko w Gołdapi, pokonywać kajakowe szlaki upamiętniające Melchiora Wańkowicza i Michała Kajkę czy poznawać Lidzbark Warmiński z duchem Ignacego Krasickiego. Quest pomaga też zwiedzać zakątki olsztyńskiego Starego Miasta i zamku, poznawać tajemnice rozwoju techniki w Muzeum Nowoczesności czy zwyczaje zwierząt w Muzeum Przyrody.


TURYSTYKA

Zwierzaki, zwłaszcza te, które można obserwować z bliska, to rodzinny hit turystyczny w naszym regionie. Zagroda Pokazowa Żubrów w Wolisku, Stacja Badawcza PAN z fermą jeleniowatych w  Kosewie Górnym czy Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie koło Rucianego-Nidy to miejsca, gdzie zwierzęta są na wyciągnięcie ręki. Republika Ściborska – osada ekologiczna pod Baniami Mazurskimi – posiada największą w regionie hodowlę psów zaprzęgowych,

Około pięć tysięcy kilometrów szlaków rowerowych wśród warmińsko-mazurskich lasów, wzdłuż rzek i jezior czy po nasypach kolejow ych czeka na miłośników dwóch kółek. Najnowszą infrastrukturę posiada regionalna część Wschodniego Szlaku Rowerowego Green Velo. 400-kilometrową trasę podzielono na trzy odcinki: „Nad Zalewem Wiślanym”, „Warmia i okolice” i „Północne Mazury”. Miejsca Obsługi Rowerzystów wyposażone są w stojaki, wiaty

a do tego prezentuje zbiory oryginalnych przedmiotów Indian i Eskimosów. A co z miłośnikami botaniki? Leśne Arboretum w Kudypach pod Olsztynem zgromadziło tysiąc gatunków roślin i eksponaty geologiczne. Kwiaty i krzewy z różnych stron świata oraz zagrożone gatunki owadów można oglądać w Ogrodach Pokazowych i Motylarni w Marcinkowie pod Mrągowem. Garncarska Wioska z Rajskim Ogrodem w Kamionce pod Nidzicą to kilkusetletnia wieś znana z ludowego rzemiosła. Ogród pokazowy wypełnia trzy tysiące gatunków roślin. Pole do popisu mają tu rodziny z zacięciem artystycznym: czeka na nie koło garncarskie, warsztaty witrażu i malowania na szkle. Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku oprócz architektury wiejskiej, eksponatów rolniczych i zwierząt gospodarczych ma też w swojej ofercie warsztaty, m.in. sztuki ludowej. Naukę z zabawą łączą też regionalne parki rozrywki. Pod Elblągiem 64 hektary przeznaczono na sieć sztucznych kanałów, ekologicznych ścieżek edukacyjnych, replikę osady wikingów i place zabaw. Park atrakcji pod Kętrzynem zgromadził miniatury, m.in. zamku w Reszlu, bazyliki w Świętej Lipce, twierdzy Boyen w Giżycku, pałacu w Drogoszach, wieży Bismarcka w Mrągowie. W grodzisku rycerskim na terenie parku można poznać uroki średniowiecza, przymierzyć zbroję lub kolczugę rycerską. W Mrągowie działa „miasteczko” rodem z  Dzikiego Zachodu. Mali kowboje płuczą złoto, rzucają podkową, strzelają z łuku i jeżdżą na koniach. Radziecka rakieta dalekiego zasięgu Krug, śmigłowiec i amfibia przyciągają miłośników militariów do Parku Rozrywki Aktywnej w Butrynach. Na 18 hektarach mieści się tu m.in. park linowy ze 130-metrową tyrolką, trasy dla quadów, miniplaża, specjalne łowisko wędkarskie, plac zabaw z karuzelą.

i tablice informacyjne, a Miejsca Przyjazne Rowerzystom to rekomendowane obiekty noclegowe, gastronomiczne i usługowe (info: www.greenvelo.pl). Starsi na dwóch kółkach, najmłodsi w przyczepkach lub montowanych na bagażniku fotelikach – to częsty widok na szlaku. Po drodze można zajechać nad Zalew Wiślany, zwiedzić Wzgórze Katedralne i obejrzeć seans w planetarium we Fromborku, obejrzeć bogatą kolekcję eksponatów z różnych stron świata w Muzeum Misyjno-Etnograficznym w Pieniężnie. Warto na chwilę przesiąść się na konia w stadninie pałacu w Galinach czy na gołdapską kolej linowo-krzesełkową na Pięknej Górze koło Gołdapi, a także ugasić pragnienie w pijalni wód mineralnych przy Mazurskich Tężniach Solankowych w tym mieście. Po sezonie letnim pustoszeją rzeki i jeziora. Ale kajakowe spływy malowniczą Krutynią, Marózką, Sapiną, Drwęcą czy Łyną to relaksujące spotkania z dziką przyrodą również jesienią. Do połowy października kursują statki po wyremontowanym niedawno Kanale Elbląskim, którego techniczne cuda wprawiają w zdumienie nie tylko najmłodszych. A miłośnicy powieści przygodowych o piratach mogą wczuć się w klimat ich epoki podczas rejsu po Wielkich Jeziorach Mazurskich 40-metrowym żaglowcem śródlądowym „Chopin”, cumującym w Mikołajkach. Tekst: Beata Waś, Obraz: archiwum Urzędu Marszałkowskiego Województwa Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie

www.mazury.travel www.my-guide.warmia.mazury.pl

031


ZACIEKAWIĆ SMAKIEM NA NOWO ŚLIM A K W Y H A F TOWA N Y N A SER W E T K ACH PR Z Y POMIN A , ŻE R E S TAUR ACJ A ROMANTYCZNA W HOTELU SPA DR IRENA ERIS NA WZGÓRZACH DYLEWSKICH JEST WIERNA ZASADOM RUCHU SLOW FOOD, DO  KTÓREGO ZAREKOMENDOWANO JĄ 10 LAT TEMU, JAKO PIERWSZĄ W POLSCE. DZISIEJSZY KSZTAŁT MENU TO INWENCJA I WYOBRAŹNIA SZEFA KUCHNI ŁUKASZA WOJTASA.

032

Jego styl gotowania to unowocześniona tradycja, która obejmuje regionalne, wysokojakościowe, ekologiczne produkty w nowoczesnej odsłonie. Gdy Łukasz Wojtas, który szefem kuchni został tu rok temu, opowiada o klasycznym deserze według własnego pomysłu, z równą skutecznością pobudza apetyt i wyobraźnię. Popisowa „szarlotka z lodami” składa się z kruszonki migdałowo-waniliowej, lodów z cynamonu i jabłka, puszystych bez oraz mocno zasmażonych kosteczek jabłka, podlanych koniakiem i przyprawionych szafranem. To szarlotka rozbita na czynniki pierwsze, zdekonstruowana, zaskakująca. Podstawą działania Restauracji Romantyczna w Hotelu SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie są lokalne produkty z ekologicznych upraw i hodowli. Szef kuchni cieszy się, że w regionie jest tak wiele gospodarstw, z którymi można z powodzeniem współpracować. Potrafi szczegółowo i z pasją opowiadać o dostawcach i ich produktach, o tym, jak pracują, jak hodują zwierzęta, czym je karmią. Zna osobiście każdego hodowcę i rolnika. Szuka kontaktów z ludźmi, od których pozyskuje składniki dań. Zapytany o regionalne produkty, które są podstawą jego kuchni, długo wymienia: – Używamy ekologicznej mąki,

z której wypiekamy chleb. Sami zbieramy jabłka, rosnące koło naszej wędzarni czy jeżyny niedaleko zagrody z końmi. Mamy wołowinę rasy Hereford spod Miłakowa – świetne steki rib-eye i krzyżową, z której robimy tatar, bo uważam, że jest w niej więcej smaku niż w polędwicy. Są liny, szczupaki, sandacze, jesiotry ze Swaderek, jajka od zielononóżek – tych zużywamy naprawdę sporo – a warzywa z gospodarstwa ekologicznego Kwaśne Jabłko we Włodowie (to gospodarstwo produkuje też cydr, a właścicielowi szczególnie bliska jest filozofia slow food). Gęsinę bierzemy z Gęsiej Chaty w Iławie. Są też ryby morskie, dowożone raz lub dwa razy w tygodniu (obecnie w karcie mamy makrelę), i jagnięcina mazurska z Naryjskiego Młyna, nabiał z Ekołukty, a twaróg z Kierzlin. Temat serów okazuje się najszerszy. Warmia i Mazury są podobno jedynym regionem w Polsce, który produkuje sery z trzech rodzajów mleka (koziego, krowiego i owczego). W Romantycznej można zatem spróbować deski serów, są też wypiekane na miejscu i „po polsku” paluszki grissini z dodatkiem dojrzewającego owczego sera zamiast tradycyjnego parmezanu. Sery z Owczarni Lefevre i Rancza Frontiera podkreślają smak orkiszowych pierogów z jagnięciną


KUCHNIA

i szynki jagnięcej. Wędzony ser podaje się na ciepło z dodatkiem warzyw z grilla, kozi ser solankowy (sezonowany na miejscu) jest dodawany do kaszy jaglanej i jesiotra, a z sera typu roquefort szef kuchni jest w stanie skomponować deser i przyrządzić sernik na zimno. Dla Łukasza Wojtasa największą inspiracją jest produkt pozyskany od dostawców – składniki takiej jakości, że pomysły na potrawy przychodzą same do głowy. W karcie menu zawsze jest podawane pochodzenie głównych składników dań. To nie tylko ukłon w stronę lokalnych producentów, ale i wierność idei slow food. Romantyczna korzysta z tego, co tu i teraz. Karta jest sezonowa, gościom przy stolikach szczegółowo opowiada się, jak przygotowano danie, jakich składników użyto. – Współpracuję z dietetykiem – mówi szef kuchni. – Mamy zdrowe i ekologiczne produkty, ale chodzi o to, żeby całość też była korzystna dla zdrowia. Nawet takie zwykłe przyprawy, jak sól i cukier staramy się zmieniać na najzdrowsze odpowiedniki. Nie używamy olejów rafinowanych – dodaje. Cieszy go, że wraca moda na gotowanie po polsku, że kuchnia polska się zmienia i staje się zdrowa. Od babci mieszkającej w Borach Tucholskich Łukasz dostał przepis na chleb. Codzienna praca w kuchni zaczyna się od wypieku świeżego chleba na kolację. – Dla mnie to nie jest trend, to jest podstawa – podkreśla. Nie byłby sobą, gdyby trochę się nie pobawił przepisem, dodając różne rodzaje mąki czy dodatki. Śmieje się, że mimo tych zmian chleb nadal wychodzi pyszny, choć babci, przywiązanej do stałych składników, trudno było w to uwierzyć. Gdyby miał przenieść do swojej restauracji jeden element z babcinej kuchni, byłby to stary piec opalany drewnem. Ten, dzięki któremu babcina kaczka z jabłkami smakowała tak wyśmienicie. Wychowany na wsi w okolicach Jabłonowa (kujawsko-pomorskie), przyzwyczajony do tego, co samodzielnie uprawiane i hodowane (mleko, jajka, owoce, warzywa, mąka mielona w młynie), przyznaje, że umiłowanie do ekologicznych produktów wyniósł właśnie z domu. Taki sposób życia

i gotowania jest dla niego naturalny, dlatego z przyjemnością odtwarza go w tutejszej restauracji. Spokojnemu degustowaniu i celebrowaniu posiłku w restauracji Romantyczna sprzyja złożone z sześciu dań menu degustacyjne, dopełnione doskonałymi winami, wybranymi przez kierownika restauracji Marcina Bąka. Do tego kameralna przestrzeń, która mieści maksymalnie 30 osób, ograniczenie wiekowe (wstęp mają osoby od 12. roku życia), a także wymóg stroju w stylu swobodnej elegancji. No i piękne otoczenie Wzgórz Dylewskich, nazwanych przez kogoś „mazurskimi Bieszczadami” czy „małą Toskanią”. To wszystko generuje określone emocje, sprawia, że goście zapamiętują smaki, zapachy i nastrój tego miejsca na długo. Znaczenie ma też fakt, że Romantyczna nie jest typową restauracją hotelową. Jest jedną z  dwóch działających w Hotelu SPA Dr Irena Eris i wyróżnia ją całkowicie autorska kuchnia oraz atmosfera sprzyjająca celebrowaniu posiłków właśnie w duchu slow food – powoli i z namaszczeniem. W Romantycznej nikt się nie spieszy. Między innymi dlatego symbolem całego ruchu Slow Food jest ślimak. Ta wyjątkowość i odmienność restauracji sprawia, że nie tylko goście hotelu, ale także wiele osób z regionu i spoza niego wybiera to miejsce, by zjeść kolację czy odbyć biznesowe spotkanie. Zasadą ruchu Slow Food jest „ochrona prawa do smaku”, zatem, by zachować smak, trzeba nań trochę poczekać. A czekając, można porozmawiać z szefem kuchni, który chętnie zdradza tajniki warsztatu, bo prowadzi otwartą kuchnię. Dba o swoich gości, wyznając zasadę, że trzeba ich nieustannie zaskakiwać czymś nowym. Tekst: Ewa Siuda-Szymanowska Obraz: Jacek Bonecki, Jacek Kucharczyk

Restauracja Romantyczna Hotel SPA Dr Irena Eris Wzgórza Dylewskie Wysoka Wieś 22, tel. +48 89 647 11 11 DrIrenaErisSpa.com

033


A NÓŻ WIDELEC

KULTURA KULINARNA TO PRZEDE WSZ YS TK IM SZ T UK A POSZUK I WANIA I ODKRY WANIA NOW YCH SMAKÓW ORAZ UMIEJĘTNOŚĆ DELEKTOWANIA SIĘ NIMI. DLA TYCH, KTÓRZY MAJĄ CZAS DLA RESTAU-

RESTAURACJA PROHIBICJA

RACJI, A PRZEDE WSZYSTKIM DLA KREACJI JEJ KUCHARZA, SZUKAMY NA WARMII I  MAZUR ACH CIEK AW YCH DOZNAŃ KULINARNYCH.

034

Stek Don Corleone – grillowana polędwica wołowa z włoską peperonatą, konfiturą z czerwonej cebuli i pieczonym ziemniakiem. Palce lizałby sam Ojciec Chrzestny. W olsztyńskiej PROHIBICJI czułby się jak w ulubionym nowojorskim lokalu lat 20. Zanim jednak Don Corleone zamówiłby danie główne, poprosiłby o antipasti czyli przystawki, kluski gnocchi lub niezastąpioną pastę. Jak chociażby Tagliatelle della Nonna własnej produkcji, podawany z kremowym sosem z sera Gorgonzola, grillowaną polędwicą wieprzową, świeżym szpinakiem, pomidorami cherry i orzechami pinii. RESTAUACJA PROHIBICJA OLSZTYN, UL. GÓRNA 1 TEL. 723 732 002 WWW.RESTAURACJAPROHIBICJA.PL


PROSTA 38 RESTAURANT

RESTAURACJA OLSZTYŃSKA

Tradycyjne zupy rybne ma każdy nadmorski region. Węgrzy mają swoją halászlé, Chińczycy zupę z płetwy rekina, Rosjanie uchę, ale to francuska zupa Bouillabaisse uchodzi za królową rybnych zup. Choć zaczynała setki lat temu jako zupa biednych rybaków, przyrządzana z resztek połowów, z czasem weszła na salony. Zaczęto dodawać do niej szafran i białe wino. Dziś najlepszą Bouillabaisse podaje się w słynnych restauracjach Marsylii i… olsztyńskiej Restauracji PROSTA 38. W talerzu poza śródziemnomorskim wywarem znajdziecie krewetki, polędwicę z dorsza, małże, kalmary, ośmiornicę, szafran i czosnek.

Biznesowy lunch w centrum Olsztyna. Doskonała kawa, laptop, dobra prasa, a na talerzu tatar z łososia z ogórkiem z zalewy limonkowo-kolendrowej. Lekkie, orzeźwiające danie w środku dnia. Doda energii przed kolejnymi spotkaniami. Szef kuchni Restauracji Olsztyńskiej w  Hotelu Dyplomat specjalizuje się w  potrawach łączących tradycję kulinarną regionu z międzynarodowymi trendami. Do tego w karcie znajdziemy bogaty wybór starannie wyselekcjonowanych win, regionalne destylaty z warmińskich miodów oraz piwa z Browaru Kormoran.

PROSTA 38 RESTAURANT OLSZTYN, UL. PROSTA 38 TEL. 698 447 788 WWW.PROSTA38.PL

BEST WESTERN PLUS – HOTEL DYPLOMAT OLSZTYN, UL DĄBROWSZCZAKÓW 28 TEL. 89 512 41 41 WWW.HOTELDYPLOMAT.COM

035


DOBRE MIEJSCE

CHILLOUT NAD JEZIOREM SUKIEL SMAKI DZIECIŃSTWA, NIESKAŻONA NATURA, WYPOCZYNEK W CISZY I BEZ TŁUMÓW. A TO WSZYSTKO KILKA MINUT OD CENTRUM OLSZTYNA. JEŚLI SZUKACIE SPOKOJU I RYBY, KTÓRA PODOBNO ZAWSZE BIERZE – WYBIERZCIE SIĘ NAD JEZIORO SUKIEL.

036

Można łowić je rękami. Co chwilę w yskakują z wody, subtelnie zakłócając idealny spokój. Choć pstrągi żyją głównie w  rzekach, wiele lat temu upodobały sobie jezioro Sukiel na olsztyńskich Likuzach. Trudno się dziwić – leśne dzikie otoczenie, cisza, krystalicznie czysta woda. A do centrum miasta tylko kilka minut samochodem, co doceniają wędkarze i miłośnicy kuchni bazującej na przysmakach prosto spod tafli wodnej. Pstrągi, karpie, okonie, sandacze obalają tu mit, że w Olsztynie trudno zjeść świeżą rybę z jeziora. – Odkąd pamiętam, w domu zawsze były na stole ryby, a moja babcia i mama przyrządzały z nich prawdziwe kulinarne cuda – wspomina pochodząca z warmińskiej rodziny Marzena Hajdukiewicz, która od kilku pokoleń jest właścicielem jeziora Sukiel. – Sama potrafię sprawnie oczyścić rybę i przyrządzić na wiele sposobów. A sprawdzonymi recepturami dzielę się z gośćmi restauracji i pensjonatu. Zaprosiłam ich do serca mojego rodzinnego raju.

Na fundamentach starej stodoły obok rodzinnego domu Marzeny najpierw powstał dom z pokojami gościnnymi. A że miłośników zacisznego zakątka nad jeziorem z roku na rok przybywało, zamienili go z mężem na kameralny trzygwiazdkowy pensjonat „U Jacka”. O dawnym charakterze budynku przypomina jedynie elewacja z surowych desek. Restauracja „Zatoka smaku”, która powstała na parterze, to wykwintna lokalna kuchnia, bazująca nie tylko na rybach z przyległego, prywatnego jeziora. Pstrąg w boczku z czosnkiem i ziołami, carpaccio z pstrąga, zupa rybna, ale też pieczona kaczka, stek wołowy podawany na rozgrzanym kamieniu wulkanicznym, pierogi ruskie czy kurki w śmietanie – smakosze mają w czym wybierać. Jakości potraw dogląda mama Marzeny, na co dzień prowadząca nad Sukielem całoroczne łowisko dla wędkarzy. – Zdarz ył o się tu w ył owić 25 -kilogramowego karpia, pstrągi dochodzą do dwóch kilogramów, nie brakuje też olbrzymich węgorzy – wymienia Marzena. – Przy wejściu


DOBRE MIEJSCE

na łowisko tato założył gablotę ze zdjęciami największych okazów złowionych w naszym jeziorze, również przez wędkujące panie. Przez lata pojawiali się kupcy oferujący za jezioro pokaźne sumy. Odprawialiśmy ich z kwitkiem. Ten kawałek Olsztyna to dla mojej rodziny bezcenny skarb, dowód na przywiązanie do ziemi bez względu na zmieniające się czasy, zmiany polityczne i gospodarcze. Przed laty brzegi jeziora otoczone były lasem i polami. Las miejski pozostał, a pola zastąpiły częściowo działki rekreacyjne. Z pensjonatu i restauracji rozpościera się widok na pomost i  wędkarzy przychodzących tu bez względu na dzień i porę roku. Latem na miłośników wypoczynku stroniących od hałaśliwych turystycznych atrakcji czeka kameralna piaszczysta plaża z leżakami, rowerami wodnymi i łódkami. A na tych, którzy chcą spędzić tu rodzinne wakacje – drewniany domek z sauną, miejsce na grill i plac zabaw dla dzieci. W ogrzewanym namiocie, działającym od wiosny do jesieni, odbywają się rodzinne i firmowe spotkania.

– Mamy stałych gości, którzy każdego lata przyjeżdżają tu na aktywny wypoczynek – dodaje Marzena. – Dajemy im rowery i zachęcamy do korzystania z uroków warmińskiej natury i miejskiej infrastruktury sportowej. Ale do naszego sielankowego zakątka zapraszamy też olsztynian. Kiedy trafiają tu po raz pierwszy, zazwyczaj są zdumieni. Bo nie dość, że odkrywają nieskażone cywilizacją jezioro, ukryte w sercu miejskiego osiedla, pyszną kuchnię i idealne miejsce na rodzinny chillout, to mogą sami zarzucić wędkę i wyłowić sobie królewski posiłek. A tutaj ryba zawsze bierze. Tekst: Beata Waś, obraz: Arek Stankiewicz, Michał Bartoszewicz PENSJONAT U JACKA Jacek Hajdukiewicz Olsztyn, ul. Wodna 1c tel. 089 523 91 26 tel. kom. 696 100 556 www.ujacka.olsztyn.pl

037


GODNE UWAGI

RELAKS W SERCU PUSZCZY

Obraz: HJLR

Magia – to określenie najczęściej pojawia się w recenzjach gości po pobycie w Jabłoń Lake Resort, ukrytym w Puszczy Piskiej. Skąpane w zieleni, krystalicznie czyste jezioro Brzozolasek, plaża, pomosty, hamaki w cieniu drzew. Za dnia można tu odpocząć od zgiełku świata na leżaku, kajaku, rowerze, tenisowym korcie, a wieczorem ogrzać się przy ognisku czy posłuchać koncertu pod rozgwieżdżonym niebem. W relaksacyjnej strefie Sheesha Lounge z materacykami pod chmurką zbierają się miłośnicy mocnej tureckiej herbaty i wodnej fajki. W przeszklonej Restauracji Imbirowy Sad unosi się lekko egzotyczny zapach. Menu tworzą dania z lokalnych, sezonowych produktów, pochodzących z jeziora, wędzarni czy ogrodu pełnego aromatycznych warzyw. Z chlebowego pieca opalanego owocowym drzewem codziennie trafia na stół świeże pieczywo według sekretnej receptury, a także Pide, czyli turecka pizza, Lahmacun – placki z mielonym mięsem wołowym czy Lavash – gorący chlebek z czarnuszką i sezamem. Na gości czekają designerskie apartamenty z widokiem na malowniczy pejzaż, pachnące drewnem domki mazurskie albo pokoje pruskie. A jeśli komuś mało relaksu – w strefie Wellness może poddać się masażowi ziołowymi stemplami, zabiegowi czekoladowemu albo odprężającej ceremonii jabłkowej. Hotel Jabłoń Lake Resort, osada Jabłoń, 12–200 Pisz, www.jablon-resort.pl

Idealnie byłoby zaczynać tu każdy dzień. Zatopić się w miękkim fotelu na rozległym tarasie i zaciągnąć leśnym powietrzem. Wypić kawę z morąskiej palarni i zjeść śniadanie, zerkając na krzątających się na przystani żeglarzy i piękną panoramę jeziora Ukiel. W restauracji Lumaca czas płynie jakoś wolniej. Może to za sprawą mięczaków z warmińskiej farmy, którym dedykowane są niektóre dania? Przystawki – w tym ślimak na jadalnej ziemi, zupy, makarony, sałaty, dania rybne i mięsne z dużą ilością warzyw – to dopieszczona smakowo i wizualnie kuchnia z gatunku fi t i fusion. Przeszklone wnętrze restauracji z dużą ilością drewna, lokalnym malarstwem i nietuzinkowymi meblami olsztyńskiego projektanta Jacka Suszka wpisują się w nowoczesną, ekologiczną architekturę przystani Słoneczna Polana. Restauracja Lumaca, ul. Sielska 38A, Olsztyn, www.lumaca.olsztyn.pl

Obraz: Michał Przeździk-Buczkowski

Obraz: Michał Bartoszewicz

PANORAMA ZE ŚLIMAKIEM

SLOW LIFE NAD RZECZKĄ

SERY PROSTO Z ŁĄKI Balbina i Meme jako pierwsze zazwyczaj witają gości, którzy pojawiają się na farmie. Każda z kóz ma w stadzie określoną pozycję, ale wszystkie wyglądają na szczęśliwe, pasąc się na 18 hektarach kolorowych, pachnących łąk. Malownicze siedlisko otoczone zielenią to królestwo Katarzyny i Grzegorza Łaskich, którzy zamienili życie w Warszawie na oberlandzką wieś i stworzyli tu raj dla miłośników zagrodowych serów i ekologicznego stylu życia. Ich ideą jest powrót do nieskażonej chemią zdrowej żywności. Aromatyczne twarogi, sery podpuszczkowe, solankowe, naturalne i z ziołami, wędzone olchowym dymem, kefiry i jogurty posiadają certyfikaty ekologiczne. Ale i bez tego na pierwszy rzut oka widać, że to miejsce stworzone z sercem i w zgodzie z naturą. Kozia Farma, Wieś Złotna 29 pod Morągiem, www.koziafarma.pl

Obraz: koziafarma.pl

038

Po remoncie starego budynku, częściowo stojącego w wodzie, powstał jeden z najpiękniejszych zaułków na Warmii. Młyn Patryki nad malowniczą rzeczką Kośna, z  olbr z ymim ko ł em wodnym, tarasem i pięcioma pachnącymi drewnem pokojami z widokiem na malowniczą okolicę, to miejsce dla miłośników stylu życia „slow”. I takiej kuchni. Autorskie potrawy młynarza Andrzeja, bazujące na lokalnych produktach z  dużą ilością zió ł i  prz ypraw, przyciągają tu gości ze wszystkich stron świata i ciekawskich dziennikarzy. Chcą się dowiedzieć, na czym polega szczęśliwe życie na wsi. Żadna tajemnica: w ystarczy dobra książka (których mnóstwo w młynie), szum rzeczki, śpiew ptaków, zapach lasu i stres znika. Młyn Patryki Patryki 49a, 11–030 Purda www.mlynpatryki.pl


WIEDZA I ŻYCIE

PRACA NAUKOWCÓW ZAOWOCUJE W BIZNESIE RODZINNE FIRMY I MAŁE PRZEDSIĘBIORSTWA Z WARMII I MAZUR, PRODUKUJĄCE ŻYWNOŚĆ TRADYCYJNĄ, SĄ POD CORAZ WIĘKSZĄ PRESJĄ ZE STRONY GLOBALNYCH PRODUCENTÓW ŻYWNOŚCI. Z POMOCĄ PRZYSZLI IM NAUKOWCY.

040


WIEDZA I ŻYCIE

Według Komisji Europejskiej termin „żywność tradycyjna” określa tą, która jest na rynku przynajmniej przez jedno pokolenie, czyli 25 lat. Tradycyjne surowce i półprodukty związane są z określonym obszarem geograficznym, muszą też być zgodne ze specyfikacją i krajowymi przepisami. Tradycyjne metody wytwarzania to takie, które przekazywano z pokolenia na pokolenie. Te same metody w konkurencji z zaawansowanymi technologicznie procesami globalnych producentów żywności sprawiają, że lokalni producenci często przegrywają walkę o konsumenta. Z pomocą przyszli naukowcy, zaangażowani w międzynarodowy projekt „TRAFOON – sieć współpracy dla usprawnienia transferu wiedzy o innowacyjności w produkcji żywności tradycyjnej”. Projekt ma na celu poprawę wdrażania rezultatów badań z ośrodków naukowych, a także adoptowania współczesnych trendów do małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), aby wzmocnić ich pozycję rynkową. W tym celu buduje się sieć łączącą naukowców, ośrodki transferu wiedzy, stowarzyszenia i przedsiębiorców. Projekt realizuje 30 ośrodków badawczych z 14 europejskich krajów. W tym również takie instytucje jak: Uniwersytet Hohenheim w Niemczech, Uniwersytet w Ljublianie, Holenderski Instytut Agrotech-

nologiczny, Uniwersytet Cork UCC z Irlandii, Centrum Innowacyjne „Gestiona Global” z Hiszpanii, Narodowy Instytut Badań Agronomicznych INR A z Francji czy Uniwersytet w Bolonii. Wśród czterech polskich instytucji, uczestniczących w projekcie, znalazł się Instytut Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie. – Małe przedsiębiorstwa, działające w sektorze spożywczym, są pod coraz większą presją w związku z otwarciem rynków, rosnącym znaczeniem dużych detalistów i wzrostem zapotrzebowania na powtarzalne i konkurencyjne cenowo produkty spoży wcze – tłumaczy prof. Ryszard Amarowicz z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN w Olsztynie. – Ciągle zwiększające się oczekiwania konsumentów zagrażają wielu tradycyjnym wyrobom i technikom przetwarzania, które jeszcze dziś są dostępne. W  celu w spierania ma ł ych pr zedsiębior s t w projek t TRAFOON rozpoczął w listopadzie 2013 roku tworzenie sieci upowszechniania wiedzy ze szczególnym uwzględnieniem produktów zbożow ych, przetworów z  warzy w i grzybów, przetworów owocowych oraz ryb. – Produkcja żywności z lokalnych surowców, przy użyciu ponad stuletnich receptur i metod, jest fundamentem tożsamości

041


WIEDZA I ŻYCIE

042

kulturowej europejskich regionów – podkreśla dr Tomasz Jeliński z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności PAN w Olsztynie. – Na szczęście jest grupa społeczna, która tworzy rynek dla producentów żywności tradycyjnej. To ludzie, którzy domagają się produktów bezpiecznych dla zdrowia, o sprawdzonym pochodzeniu. Ma to związek z problemami wywołanymi przez przemysłowych producentów żywności masowej oraz z niejasnościami związanymi z żywnością GMO. Aby przetrwać ekonomicznie i uczestniczyć w nowoczesnym rynku konsumentów, mali producenci żywności tradycyjnej muszą rozszerzać swoje umiejętności, zarówno w zakresie rozwoju biznesu, technik produkcyjnych, jak i promowania żywieniowych oraz prozdrowotnych aspektów swoich produktów. I dlatego najważniejszym elementem projektu TRAFOON stały się warsztaty i wykłady dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Podobnych spotkań przeprowadzono do tej pory w całej Europie kilkadziesiąt. – Podczas pierwszego spotkania w Olsztynie dyskutowaliśmy o systemach jakości dla żywności regionalnej i tradycyjnej, standardach jakościowych dla owoców, zagrożeniach mikrobiologicznych w przetwórstwie owocowym, prozdrowotnym potencjale

soków owocowych i innowacyjnych technologiach przechowywania owoców – wylicza prof. Ryszard Amarowicz. – Niezwykle ciekawym spotkaniem dla świata biznesu, które zorganizowaliśmy w Warszawie, były warsztaty poświęcone żywności bezglutenowej. Odpowiedzieliśmy przedsiębiorcom między innymi na pytania, jak przygotować produkt bezglutenowy, aby był smaczny, atrakcyjny i bezpieczny dla konsumenta; jakie są współczesne trendy w produkcji i przetwórstwie owsa oraz gryki; jak wykorzystać grykę i owies do produkcji innowacyjnych produktów bezglutenowych; nad czym pracują naukowcy, przygotowujący nowatorskie produkty bezglutenowe oraz jakie problemy powinny zostać jeszcze rozwiązane? W spotkaniu uczestniczyli producenci żywności bezglutenowej, przetwórcy, handlowcy, przedstawiciele organizacji pozarządow ych (zrzeszających np. konsumentów) oraz pracownicy naukowi, prowadzący badania w zakresie doskonalenia żywności tradycyjnej i jej wykorzystania w diecie człowieka. Dzięki warsztatom uczestnicy zyskali nowe spojrzenie na prowadzony biznes. – Każdy z nas ma inne doświadczenia dotyczące przepisów, działalności, kontrahentów i spraw marketingowych.


WIEDZA I ŻYCIE

W X XI WIEKU W  POL SCE OR A Z INNYCH KR AJACH UNII EUROPEJSKIEJ OBSERWUJE SIĘ W YR A ŹNY PODZIAŁ RYNKU Ż Y WNOŚCI. Z  JEDNEJ STRONY DOMINUJE PODAŻ W Y T WARZANEJ MASOWO W YSTANDARYZOWANEJ I  UJEDNOLICONEJ Ż Y WNOŚCI GLOBALNEJ, Z DRUGIEJ NATOMIAST ROŚNIE ZAINTERESOWANIE KONSUMENTÓW I PRODUCENTÓW Ż Y WNOŚCI Ą TR A DYC Y JN Ą , WYRÓŻNIAJĄCĄ SIĘ JAKOŚCIĄ. WIĄŻE SIĘ TO ZE WZROSTEM ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZEŃSTWA, KTÓRE PRZYWIĄZUJE CORAZ WIĘKSZĄ WAGĘ DO  PROZDROWOTNEJ FUNKCJI SPOŻYWANYCH PRODUKTÓW.

ZAPRASZAMY NA KONFERENCJĘ TYTUŁ KONFERENCJI: „Łączenie tradycji i innowacji – jak osiągnąć sukces w branży rolno-spożywczej” DATA i MIEJSCE: 12–13 września 2016, Hotel HP Park, Aleja Warszawska 119, Olsztyn INFORMACJE: www.pan.olsztyn.pl/konferencja-2016

Taka wymiana doświadczeń skraca czas dochodzenia w samotności do pewnych rzeczy – nie kryje Anna Kołodziej, właścicielka sklepu internetowego z żywnością tradycyjną i prozdrowotną. Dr Maciej Oziembłowski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu dodaje: – Marka Warmii i Mazur jest silna nie tylko swoimi walorami przyrodniczymi, krajobrazowymi i architektonicznymi, ale również żywnością, którą może zaoferować turystom. Organizowane konferencje mają być okazją do wymiany poglądów i doświadczeń na temat wyzwań i perspektyw dla żywności tradycyjnej. Jak zaznacza dr Tomasz Jeliński, tylko w szerokim gronie specjalistów należy dyskutować o możliwości podniesienia atrakcyjności tego typu produktów poprzez innowacje oraz wdrażanie wyników badań naukowych. – Świat nauki ma wiele do zaoferowania przedsiębiorcom, szczególnie tym małym, których nie stać na badania – mówi prof. Ryszard Amarowicz. – Już po pierwszym spotkaniu zespołu realizującego projekt okazało się, że w różnych krajach rynki żywności tradycyjnej wyglądają skrajnie odmiennie. W krajach starej Unii są to małe i średnie przedsię-

biorstwa, które zatrudniają nawet do 100 osób. Natomiast w Polsce są to przede wszystkim małe firmy, często o charakterze rodzinnym, które w ytwarzają swoje produkty głównie na rynek lokalny. Więc aby przetrwać ekonomicznie i uczestniczyć w nowoczesnym rynku konsumentów, mali producenci muszą rozszerzać swoje umiejętności, zarówno w prowadzeniu biznesu, jak i stosowaniu takich technik w produkcji, które promują prozdrowotne właściwości produktów. Tekst: Michał Bartoszewicz Obraz: www.shutterstock.com Za pomoc w realizacji artykułu dziękujemy Telewizji Kopernik (kopernik.tv).

Projekt TRAFOON jest finansowany przez Komisję Europejską w ramach 7. Programu Ramowego UE (FP7/2007–2013), nr kontraktu 613912.

043


AURA KOBIET

PRZEPIS NA CZAS GDYBY NIE WYJAZDY NA MISTRZOSTWA W KADRZE NARODOWEJ TAEKWONDO, MOŻE NIGDY 044

NIE TRAFIŁABY DO KUCHNI. WTEDY DOSTRZEGŁA WIELOŚĆ SMAKÓW I TO, ŻE WSZYSKIE MOŻNA POWTÓRZYĆ W DOMU, GDZIE SMAKUJĄ NAJLEPIEJ. PODCZAS WARSZTATÓW AURA KOBIET KATARZYNA JANISZEWSKA ZDRADZI PRZEPIS NA TO, JAK ZNALEŹĆ CZAS NA ZDROWE GOTOWANIE, CZERPIĄC KULINARNĄ INSPIRACJĘ Z RÓŻNYCH ZAKĄTKÓW NASZEGO GLOBU. Podróżując po świecie jako reprezentantka kadry narodowej w taekwondo olimpijskim, zachwyciła się różnorodnością form i smaków kuchni świata. – Niemal całą dietę, zamiast na bieżące potrzeby, wydawałam na przyprawy i produkty żywnościowe, które chciałam przywieźć do domu – śmieje się Katarzyna Janiszewska, blogerka

kulinarna i asystentka w Katedrze Żywienia Człowieka UWM (Centrum Gastronomii z Dietetyką i Biooceną Żywności). Gdy rozmawiamy, jest świeżo po oddaniu gotowej do  obrony pracy doktorskiej z  zakresu redukcji masy ciała w taekwondo olimpijskim. Niedawno została jedyną w Polsce ambasadorką World Food Travel Association


AURA KOBIET

(światowej organizacji promującej turystykę kulinarną ukierunkowaną na żywność lokalną i slowfood), prowadzi blog janiszewska.com o sporcie, żywieniu i zdrowiu, ma dwie małe córeczki, a na swojej stronie uśmiecha się ze zdjęcia, na którym wisi na linie podczas górskiej wspinaczki. Jak w tym wszystkim znajduje jeszcze czas na gotowanie, i to z przyjemnością? – Poza pasją to przede wszystkim kwestia dobrej organizacji. Przygotowanie wartościowych posiłków nie jest trudne i naprawdę nie jest czasochłonne. Zwłaszcza, gdy zna się parę trików… – intryguje. Zajrzyjmy więc do jej garnków. Bez śniadania ani rusz. – Bo to ono daje nam energię na rozruch, równie ważną przed treningiem taekwondo, jak i wyjściem do biura – precyzuje. – Organizm może być później na najwyższych obrotach, bez ciągłego zasilania kawą. Ale gdy rano liczy się każda minuta, jedną ręką robimy makijaż, a drugą ubieramy dzieci, nie ma jeszcze czasu na zdrowe i pożywne śniadanie. – Dlatego najlepiej przygotować je dzień wcześniej – podpowiada Kasia. – Dokończenie owsianki czy gęstego koktajlu (z płatkami, siemieniem lnianym czy nasionami chia, a nie tylko z mleka i owoców) zajmie nam chwilę. To samo warto robić z drugim śniadaniem. Popularne są teraz specjalne pudełeczka, tzw. lunch boxy. One aż wymuszają swą formą, by ten posiłek urozmaicić. Do standardowych kanapek dorzucić awokado, buraki czy domową pieczeń, do przegródek pokrojoną marchewkę, owoce, orzechy czy nawet ogórek, który nie zmieścił się w kanapce. Albo surówkę z poprzedniego dnia. W lodówce nic się jej nie stanie, a my zaoszczędzimy czas. Czas to również kluczowe słowo przy obiedzie. Wszystkim tym, którzy – tak jak ona – nie lubią sterczeć przy patelni, poleca pieczenie, gotowanie na parze i mrożenie gotowych porcji na kolejne posiłki. – Jest zdrowo, różnorodnie, nie unosi się charakterystyczny zapach smażenia – wymienia. – Gotowane warzywa są dla maluchów „ble”, a z pary nawet brokuł jest smaczny! Opowiada o psychologii żywienia dzieci. O przygotowywaniu domowego chleba z trzyletnią córeczką, rodzinnych posiłkach, kolorowych warzywach i owocach, które znikają z talerzy bez wojny przy stole. – Jedzenie nie może być monotonne i powinno dawać dzieciom radość – podsumowuje Kasia. Patrząc na nią, jest się pewnym, że taką dziecięcą radość z jedzenia ma też ona w sobie. W kuchni nieustannie eksperymentuje: tradycyjnemu daniu doda nowoczesny „twist”, z trzech przepisów zrobi jeden, swój, bo podkreśla, że mody jedzeniowe zawsze należy obserwować chłodnym okiem naukowca. Skomponuje napoje probiotyczne nawet dla osób nietolerujących mleka, wymyśli genialny sposób na bolączkę pt. „nie mam czasu na śniadanie” czy zdrowy i tani posiłek do pracy. I zdradzi je tym paniom, które wezmą udział w warsztatach Aura Kobiet. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Michał Bartoszewicz

Aura Kobiet to cykl bezpłatnych warsztatów dla pań – wszystkich, niezależnie od wieku i prowadzonego stylu życia. Pomysłodawcą i realizatorem projektu jest centrum handlowe Aura Centrum. Pierwsze zajęcia zostały zorganizowane w styczniu 2015 roku. Od tego czasu już kilkaset kobiet miało możliwość rozwijania swoich zainteresowań w takich obszarach, jak moda, makijaż, fotografia, psychologia, rękodzieło czy kulinaria. W tym roku do tematów typowo lifestylowych dołączyły również zagadnienia praktyczne, związane z finansami i zarządzaniem czasem. Spotkania mają kameralny charakter – bierze w nich udział kilkanaście pań, co  gwarantuje swobodną atmosferę i bliski kontakt z prowadzącym. Prelegentkami podczas warsztatów są olsztynianki z pasją, specjalistki w swoich dziedzinach, które potrafią zarażać własnym hobby, dzielić się umiejętnościami i inspirować pomysłami. Najbliższe warsztaty Aura Kobiet odbędą się 26 listopada 2016 roku. Poprowadzi je Katarzyna Janiszewska, która przeniesie uczestniczki w świat zdrowych i prostych przepisów kulinarnych, inspirowanych jadłospisem nowych restauracji, jakie właśnie w listopadzie zadebiutują w olsztyńskiej Aurze. Ponieważ spotkanie będzie jedną z atrakcji, organizowanych w ramach otwarcia nowej strefy restauracyjnej, nie zabraknie na nim śródziemnomorskich smaków natchnionych Olimpem, azjatyckiego kolorytu gwarantowanego przez Asia Hung, porcji zdrowia od Fresh na Zdrowie i odrobiny słodkiej przyjemności w stylu Cukierni Sowa. Zapisy już trwają. Aby wziąć udział w zajęciach, wystarczy wejść na stronę www.aurakobiet.pl, wypełnić formularz i odpowiedzieć krótko na pytanie: Czy masz swój sprawdzony przepis na ulubione danie? Jeśli tak, podziel się nim z nami. Na podstawie udzielonych odpowiedzi wyłonione zostaną panie do udziału w warsztatach.

045


LUDZIE

GOŚCIMY ZBIGNIEWA WODECKIEGO*

NAWET GRZEBIENIA NIE MAM STWORZYŁ NIE TYLKO WIELE ŚWIETNYCH PRZEBOJÓW, ALE PRZEDE WSZYSTKIM SWÓJ NIEPODRABIALNY IMAGE. CZY W OGÓLE KTOŚ ROZPOZNAŁBY ZBIGNIEWA WODECKIEGO* BEZ TYCH WŁOSÓW?

MADE IN: Przyjechał pan do Olsztyna samochodem? Zbigniew Wodecki: Tak 046

Pytam, bo od niedawna mamy tramwaje, a pana tramwaje podobno lubią. O! No to się jeszcze nie zderzyłem z nimi. W Krakowie był pan dobrze znany wszystkim motorniczym. A byłem. Trzy razy się zderzyliśmy. Raz pod samym domem. Ja skręcałem, a on jechał prosto. Motorniczy obszedł moje auto. Ja nie mogłem z niego wysiąść, bo było pogniecione. Zbiegowisko się zrobiło. Zagląda mi do kabiny i mówi: „O! Wodecki! A mówili mi w zajezdni, żeby na pana uważać”. Podobno nie oszczędza pan samochodów. O prędkości mówię teraz…

Kolega kiedyś powiedział, że ja nie jeżdżę dokądś, tylko na którąś. Chcę zdążyć po prostu. Oczywiście zawsze biorę zapas, tylko że niech pan posłucha radia – na każdej autostradzie jakaś stłuczka i wszyscy stoją. Taką mamy organizację. Potem wszyscy zapieprzają, bo są cztery godziny spóźnieni – i to dopiero jest powód do robienia wypadków. Zmieniając temat, mamy w Olsztynie mistrzów świata we fryzjerstwie. Rzadko chodzę do fryzjerów, ale mam w Warszawie człowieka, który ma mnie tak strzyc, żeby w ogóle nie było widać, że byłem u niego. Bo kiedyś ostrzygłem się tak bardzo krótko, że nikt mnie potem nie poznał. Grałem wtedy koncerty w Warszawie i mieszkałem w hotelu Forum, w którym pracował mój kolega. Przychodzę raz do recepcji i mówię mu: „Cześć Ludwik, 13–26” – proszę go o klucz do pokoju. A on do mnie: „Dowód proszę”. Ja mu: „Ludwik, to ja, nie poznajesz?”.


LUDZIE

Mnie ubierają włosy i okulary, trąbka i skrzypce. Więc jak się pozbędę tych włosów, no to już nie ten człowiek. Sam pan powiedział, że włosy to pana logo. … no tak. Czas płynie, a one ciągle takie same. Mam taką tajemnicę, której na razie nie sprzedaję, jakim szamponem myję głowę. Czekam na firmę, która się zgłosi do reklamy. (śmiech)

LIMITOWANY. BEZCENNY. RĘCZNIE PISANY. MAGAZYN LIFESTYLOWY O WARMII I MAZURACH

A ma pan ubezpieczone włosy? Nie. A jakby coś się z nimi stało? Przestanę śpiewać. Choć przyznam, że jak zdejmę okulary i wyjdę z wody, to ludzie mnie jeszcze rozpoznają. …Wodecki z wody. No, jak sama nazwa wskazuje. Więc jest jakieś światełko w tunelu, że jak mi włosy wypadną, to jeszcze może parę lat pośpiewam, co? Ja się trochę dziwię, że wszyscy mówią o tych moich włosach. A przecież mam jeszcze zęby, oczy, wprawdzie słabe, dlatego noszę okulary z dużymi dioptriami, a i masa muzyków ma dłuższe włosy ode mnie, więc w czym tkwi fenomen tego? magazyn lifestylowy

numer 18

lipiec-sierpień 2016

ISSN 2353-2408 www.madeinWM.pl

 PONIEDZIELSKI   JASZCZUK

GRAŻYNA

SZAPOŁOWSKA

TO GRZECH, ŻE PANI NIE ŚPIEWA

NUMER 18   LIPIEC-SIERPIEŃ 2016

MadeIn_Okladka 18_2016_MONTAZ.indd 1

bezpłatny

SZAPOŁOWSKA 

Sam pan powiedział, że to już jak logo. Może i tak. Raz zmieniłem fryzurę, która drażniła wszystkich włącznie ze mną. Ponieważ grałem parę lat w przedstawieniu „Żołnierz królowej Madagaskaru” w szczecińskiej operze, namówiono mnie, by te włosy zapuścić i zbliżyć się do tamtej epoki. Prezentowałem się jak idiota, ale to można było spuścić na karb tego, że kreuję jakąś postać. Leżały mi te długie włosy z tyłu i wyglądałem jak pijana Mona Lisa. (śmiech)

ANDRZEJ PONIEDZIELSKI ANDRUS MÓWI NA MNIE „LOGO LISTOPADA”

JOANNA JĘDRZEJCZYK CHCIAŁABYM ZOBACZYĆ ŚWIAT OCZAMI BOGA

PAWEŁ JASZCZUK

POWIEŚĆ ZACZYNAM OD OSTATNIEJ SCENY

04.07.2016 11:47

Nigdy nie korciło pana, by poeksperymentować? Nieee… Ja nawet grzebienia nie mam. Czeszę się rękami. To jest duży kłopot mieć takie włosy jak ja i to jest moje przekleństwo, ale zdaję sobie sprawę, że one ubierają mnie na scenę. A ktoś, kto występuje na scenie, powinien jakoś wyglądać. Niektórzy mają złoty łańcuch, agrafkę w nosie, malują się, a ja, ponieważ nie noszę nawet zegarka, bo mi przeszkadza w graniu na skrzypcach, jedyne co mam z ozdób naturalnych, to te pióra. I tyle. Rozmawiał 17 sierpnia o godz. 18:30 przy temperaturze 15 stopni i w deszczu Rafał Radzymiński. Obraz: Kuba Chmielewski

* Zbigniew Wodecki – Krakus, o którym można powiedzieć: człowiek orkiestra. Zadebiutował w Opolu 44 lata temu i od tamtej pory trzyma swój poziom artystyczny. Zaliczył Piwnicę pod Baranami, Anawę, orkiestrę symfoniczną Polskiego Radia jako wybitny skrzypek, stworzył ponadczasowe przeboje jako śpiewający muzyk – jak sam siebie określa. Utwory sprzed 40 lat, nagrane w ub. roku z zespołem Mitch&Mitch Orchestra and Choir, znów wywindowały jego muzykę na szczyty list.

MAGAZYN W

WYMIARACH

www.madeinwm.pl


NIERUCHOMOŚCI

TYLE SŁOŃCA W KAŻDYM METRZE INWESTYCJA MIESZKANIOWA NOWE JAROTY TO TEŻ NOWY STANDARD NA LOKALNYM RYNKU DEVELOPERSKIM. OKAZUJE SIĘ, ŻE MOŻNA Z WŁASNEGO TARASU PATRZEĆ NA MIASTO, NIE CHŁONĄC PRZY OKAZJI JEGO ZGIEŁKU.

048

Budynek Nowe Jaroty na uboczu dzielnicy powstał z myślą o tych, którzy cenią komfort, wygodę i spokój, chcą mieć wszędzie blisko, ale być z dala od ruchliwych ulic, a przede wszystkim potrzebują przestrzeni i światła. Jak w 93-metrowym apartamencie na ostatniej, szóstej kondygnacji, ze 143-metrowym tarasem. Widok na miasto, okoliczne lasy lub gwiazdy w bezchmurną noc – gratis. – W naszym klimacie, który nie rozpieszcza słońcem, staraliśmy się budować tak, aby wykorzystać każdy promień – tłumaczy Małgorzata Nabielec, specjalista ds. sprzedaży w firmie Ango Development. – Nasza inwestycja w kształcie litery „V” ma południową ekspozycję, przeszklone balkony. Po to, aby jak najwięcej światła dziennego dostało się do wnętrz. Duże tarasy to gratka dla tych, którzy lubią aranżować otwartą przestrzeń i spędzać czas na świeżym powietrzu, np. wypić poranną kawę z widokiem na panoramę Olsztyna. Mieszkania na parterze zamiast balkonów posiadają mini-ogródki. Znajdujący się przy ul. Pieczewskiej budynek Nowe Jaroty oprócz ośmiu apartamentów posiada 117 mieszkań od 37 do 93 mkw. – Mieszkania dla studentów, emerytów i dużych rodzin – wymienia Małgorzata Nabielec. – Mieszkańcy z młodszymi dziećmi na pewno docenią bliskość szkoły, przedszkola, żłobka, przychodni, boisk oraz placów zabaw – jak największy w Olsztynie ogródek jordanowski. A na miłośników aktywnego wypoczynku czekają alejki spacerowe, ścieżka rowerowa i pobliskie kluby fitness.

Pięć minut zajmuje spacer do przystanku tramwajów i autobusów łączących z centrum, pasażu handlowo-usługowego wzdłuż ulicy Wilczyńskiego czy Galerii Warmińskiej. Z kolei usytuowanie na końcu ul. Pieczewskiej sprawia, że szum ulic tu nie dociera. Budynek w kolorach pastelowo-zielonkawych z duża ilością szkła, nadającego mu lekkości, i z nowoczesnym oświetleniem wtopi się w zielone otoczenie tej części Jarot. Pierwsi lokatorzy wprowadzą się latem 2017 roku. Budynek powstaje z tradycyjnych, ekologicznych materiałów i jako pierwszy w Olsztynie posiada standardy bezpieczeństwa, pozwalające na wjazd do podziemnych miejsc garażowych samochodami z instalacją LPG. Na wszystkich kondygnacjach, tuż obok mieszkań, znajdują się komórki lokatorskie na sprzęt lub – jak kto woli – spiżarnie. A piętra łączą z garażem podziemnym najnowszej generacji windy renomowanego producenta. Nowe Jarot y realizuje firma Ango Development, która ma na koncie m.in. realizację surowego stanu budynków na osiedlu Belweder, Browary Park czy Versal. Tekst: Beata Waś Obraz: archiwum Ango Development Sp. z o.o. Ango Development Sp. z o.o. Olsztyn, ul. Kardynała Stefana Wyszyńskiego 1/222 Tel.: +48 575 304 306 e-mail. biuro@angodevelopment.pl


Mały promień obrotu, Duży zwrot z inwestycji Myślisz o zakupie maszyny? Chcesz wypróbować i poznać zalety Volvo? Zadzwoń +48 605 786 757

Nowoczesne, kompaktowe koparki Volvo serii D o małym promieniu obrotu zostały zaprojektowane tak by sprostać najcięższym wymaganiom stawianym przez użytkowników. Dzięki solidnej konstrukcji i najwyższej jakości wykonania, ich wartość nawet z upływem lat będzie utrzymywała się na wysokim poziomie. Funkcja ECO pozwoli zaoszczędzić do 10% paliwa, podczas gdy automatyczna redukcja obrotów silnika oraz automatyczne wyłączenie silnika zadziałają kiedy maszyna wyczuje dłuższą przerwę w pracy. Dzięki zgrupowaniu punktów smarnych i kontrolnych skróciliśmy czas potrzebny na codzienną obsługę. ECR35D i ECR40D poradzą sobie w najciaśniejszych miejscach, a jeżeli dysponujesz przestrzenią – dostępna jest EC35D. Wszystkie je łączy jedno, zbudowane są by trwać – Budując Przyszłość.

Odwiedź nas w Olsztynie przy ulicy Borowej 1.

www.volvoce.pl

Volvo Maszyny Budowlane Polska


NIERUCHOMOŚCI

DOMY DLA DOCIEKLIWYCH

BARDZO LICZYMY NA DOCIEKLIWYCH KLIENTÓW, KTÓRZY BĘDĄ DOKŁADNIE SPRAWDZAĆ, Z CZEGO WYKONANY JEST BUDYNEK – DEWELOPER OBRAZUJE JAKOŚĆ „OSIEDLA POGODNEGO:)”, BUDOWANEGO W GUTKOWIE. Szukasz osiedla, gdzie czas będzie zwalniał, a ty w otoczeniu przyrody spędzisz chwile z bliskimi? Takich miejsc w Olsztynie jest wiele. Niełatwo za to z miejscem, gdzie czas nagle przyspiesza i pozwala w zaledwie kilka chwil znaleźć się w centrum miasta. Być może właśnie je znalazłeś. – Nowy dom od samego początku powinien kojarzyć się tylko z komfortem, wygodą i przyjemnością mieszkania. Dlatego nasze domy wyróżniają się na rynku tym, że są kompletnie wykończone – podkreśla Patryk Trochimiuk, prezes PBO PEDBUD, firmy deweloperskiej, która buduje w Gutkowie „Osiedle Pogodne:)”. Powstanie na nim 12 bliźniaczych domów. – Będą miały wykonane wszystkie instalacje, posadzki, tynki, ściany pokryte gładzią szpachlową i pomalowane na wskazany kolor – wylicza. Również działka wokół domu będzie kompletnie zagospodarowana: tarasy, chodniki, podjazdy, ogrodzenia oraz nasadzenia roślinne. Można pójść krok dalej i przy zakupie zlecić deweloperowi w ykończenie łazienek, kuchni czy montaż wewnętrznych drzwi. – Służymy też pomocą przy formalnościach związanych z przeprowadzaniem transakcji, uzyskaniem kredytu, sprzedażą starego mieszkania, organizacji przeprowadzki – dodaje Patryk Trochimiuk. – Wszystko po to, aby realizacja marzenia, którym jest kupno nowego domu, nie pochłaniała nerwów i czasu. W Gutkowie kusi już sam wygląd budynków, nawiązujący do otaczających osiedle lasów. – W każdym detalu budowy postawiliśmy na jakość materiałów. Zamiast prawdziwego drewna na elewacji moglibyśmy przecież użyć konglomeratów. Zamiast rynien z blachy powlekanej, te z PCV. Trójszybowe okna mogliśmy zastąpić tańszymi. Ale chcemy dać jakość w atrakcyjnej cenie – deweloper oprowadza nas wokół budynku. Jego słowa subtelnie przerywa szum drzew i ptaki, które się tu zadomowiły. – Dlatego bardzo liczymy

na dociekliwych klientów, którzy będą dokładnie sprawdzać, z czego wykonany jest budynek. Nawet, gdyby potencjalny klient postanowił młotkiem sprawdzić, co jest pod tynkiem, odkryje wapienno-piaskowe bloczki silikatowe, zapewniające doskonałą izolacją akustyczną, niską nasiąkliwość oraz stabilność termiczną budynku. – Większość deweloperów buduje z gazobetonowych bloczków, gdzie te parametry są bardzo niskie. Bo kto potem zajrzy pod tynk? – pyta retorycznie deweloper. – Do tego budynek pokryty jest styropianem o grubości 20 centymetrów. Resztę widać już bez użycia młotka: płaskie, ceramiczne dachówki, trójszybową stolarkę, drzwi wejściowe i bramę garażową o podwyższonych parametrach energooszczędnych, nowoczesne piece, rozdzielniki, grzejniki i instalacja rekuperacji. – Odzyskuje ona ciepło z  powietrza, które wydostaje się na zewnątrz domu. Dzięki temu maleje znacząco zużycie energii na ogrzewanie domu, a jednocześnie zapewnia nam ciągłe wentylowanie świeżym powietrzem wszystkich pomieszczeń w domu – deweloper wyjaśnia zasadę funkcjonowania rekuperatora. No i atut niepodważalny – przestrzeń „Osiedla Pogodne:)”. Ta na zewnątrz i wewnątrz domów. – Projektując je, dodaliśmy po kilka metrów kwadratowych do każdego pomieszczenia, zachowując atrakcyjną cenę – mówi Patryk Trochimiuk i od razu przelicza. – Przeciętnie działka domu bliźniaczego w Olsztynie ma powierzchnię 300–350 metrów kwadratowych. Na „Osiedlu Pogodne:)” mamy od 450 do 515. Tekst: Michał Bartoszewicz, obraz: archiwum PBO PEDBUD Sp. z o.o. PBO PEDBUD Sp. z o.o. Inwestor i Generalny Wykonawca inwestycji Osiedle Pogodne:) tel.: +48 885 251 000 www.pogodne.olsztyn.pl

051


NIERUCHOMOŚCI

OKNO NA LUKSUS ŻYCIE NABIERA KOLORÓW, A PIENIĄDZE ZYSKUJĄ NA WARTOŚCI. APARTAMENT NA EGZOTYCZNEJ WYSPIE CZY DOM NA MAZURACH ŁĄCZY JEDNO – NIEZW YKŁE OTOCZENIE I W YSOKI STANDARD. T YLKO TAKIE NIERUCHOMOŚCI OFERUJE ŚWIATOWA SIEĆ SOTHEBY’S INTERNATIONAL REALTY POŚREDNICZĄCA W ICH OBROCIE.

052

Z dala od codziennego pośpiechu i obowiązków, oddalony od zgiełku ulic i wielkich galerii handlowych. Otoczony nieskażoną naturą, nad malowniczym szlakiem wodnym, gdzie w każdej wolnej chwili można naładować akumulatory i wyciszyć się. Dom w Krutyni na Mazurach przed laty rozkochał w sobie przybyszy z wielkiego miasta. Wyremontowali go i nadali drugie życie. Zaprosili do wnętrz naturę – surowe drewno i kamienie. Oryginalne wyposażenie, takie jak meble z wydrążonych pni, umywalki z polnych kamieni czy lampy z poroża jelenia stworzyli rzemieślnicy z różnych stron świata. Oprócz salonu z kominkiem, jadalni i pięciu sypialni, w piwnicy powstała sauna, bar i pokój telewizyjny. Co urzekało ich w tej mazurskiej miejscowości? Otoczenie, spływy kajakowe malowniczą Krutynią i Mazurski Park Krajobrazowy z jeziorem Mokrym. Kontakt z kulturą i wielkim światem znaleźli podczas koncertowych wieczorów w mrągowskim amfiteatrze czy słynnych zawodów jeździeckich przyciągających celebrytów do pobliskiej stadniny w Gałkowie. Zimą korzystali z wyciągu na Górze Czterech Wiatrów czy tras dla narciarzy biegowych. Teraz ten całoroczny dom wakacyjny w Krutyni czeka na nowego właściciela. Działająca od dwóch lat w Polsce, a od 40 na świecie, firma Sotheby’s International Realty pośrednicząca na rynku luksusowych nieruchomości, to adres dla tych, którzy chcą spełnić marzenia o domu, apartamencie, rezydencji, a nawet wiekowym zamku czy pałacu z bogatą przeszłością. A przy okazji dobrze ulokować pieniądze. – Dom w Krutyni to tak zwany second home – tłumaczy Julia Lewandowska, dyrektor trójmiejskiego oddziału Poland Sotheby’s International Realty. – Klimatyczne miejsca z duszą rozkochują w sobie inwestorów. Remontują, dają upust swoim pasjom, doprowadzają do wysokiego standardu i cieszą się nimi, by po kilku latach sprzedać w dobrej cenie i zmienić otoczenie. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszy się też nowoczesna architektura osadzona w zieleni. To, co najbardziej urzeka naszych klientów na Warmii i Mazurach, to cisza, bliski dostęp do jezior i rzek oraz kontakt z dziką przyrodą. Na światowym rynku nieruchomości klienci z zasobnym portfelem od lat inwestują w rezydencje położone nad wodą, zabytkowe posiadłości o charakterze historycznym i apartamenty w modnych wakacyjnych kurortach. W Polsce ten trend zaczyna dopiero się rozwijać.

– Polacy inwestują w nieruchomości, bo to bezpieczne i często bardziej zyskowne niż lokata w banku – przyznaje Julia Lewandowska. – Co prawda inwestujemy najchętniej w apartamenty o wysokim standardzie, w których mieszkamy na co dzień, ale coraz więcej klientów decyduje się na drugą czy trzecią lokalizację poza głównym, rodzinnym domem. Nie tylko inwestycyjnie, ale właśnie z myślą o wolnym czasie. W ofercie sprzedaży i wynajmu mamy wyłącznie nieruchomości w sprawdzonych lokalizacjach. Pomagamy znaleźć wymarzoną rezydencję, bezobsługową nieruchomość inwestycyjną czy second home również w Trójmieście czy w górach. Jeśli ktoś marzy o ciepłym klimacie – czekają domy i apartamenty między innymi na południu Europy. Bo w ostatnich latach nieruchomości na świecie stały się dla Polaków osiągalne. Ekskluzywny wakacyjny apartament w dowolnej części Europy, z komfortowym połączeniem lotniczym, można już kupić w takiej samej cenie jak w Juracie czy Sopocie. – Zamożni Polacy mają apetyt na świat, a luksusowe nieruchomości stają się elementem stylu życia, jak marki ubrań czy samochodów – przyznaje dyrektorka. – Znalezienie idealnej nieruchomości to często wyzwanie, choćby formalno-prawne, dlatego ułatwiamy proces poszukiwania i zakupu. Słowem: otwieramy okno na świat. Tekst: Beata Waś, obraz: materiały Poland Sotheby’s International Realty

Sotheby’s International Realty Poland www.poland-sothebysrealty.pl www.sothebysrealty.com/eng Dyrektor Trójmiejskiego oddziału – Julia Lewandowska  tel.: +48 667 017 842


GŁÓWNY SPONSOR: SŁOŃCE

TECHNOLOGIA

DZIĘKI DOFINANSOWANIU UNIEJNEMU FIRMY Z NASZEGO REGIONU ZA MONTAŻ INSTALACJI FOTOWOLTAICZNEJ ZAPŁACĄ 30 TYSIĘCY ZŁOTYCH ZAMIAST 200! MADE IN: Proszę przekonać mnie do montażu paneli fotowoltaicznych na dachu naszej redakcji. MATEUSZ KWADE*: Zrobię to przy pomocy liczb. Przedsiębiorcy z naszego regionu mogą liczyć na 85-procentowe dofinansowanie w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2014-2020. Zróbmy zatem wyliczenie dla najczęściej montowanej instalacji o mocy 40 kilowatów. Ten system mieści się w definicji mikroinstalacji, dlatego nie wymaga projektu budowlanego, specjalnych wniosków do zakładu energetycznego. Procedury realizacji są szybkie i proste. Taka instalacja kosztuje około 200 tys. zł netto. Przy 85-procentowym dofinansowaniu inwestor płaci jedynie 30 tys zł. W naszej strefie klimatycznej efektywność mikroinstalacji o mocy 40 kilowatów wynosi około 40 megawatogodzin energii elektrycznej rocznie. Jedna megawatogodzina to dla przeciętnej firmy szacunkowy koszt 500 zł. Teraz wystarczy pomnożyć 40 megawatogodzin razy 500 zł. Wychodzi roczna oszczędność na poziomie 20 tys. zł rocznie. Z tej prostej kalkulacji wynika, że wkład własny w inwestycję powinien zwrócić się maksymalnie w dwa lata. Oczywiście przy założeniu, że przedsiębiorca będzie zużywał 100 proc. wyprodukowanej energii. W przypadku mniejszych przedsiębiorstw, które nadwyżkę wyprodukowanej energii będą przesyłać do zakładu energetycznego, stopa zwrotu może się nieznacznie wydłużyć do dwóch i pół, maksymalnie trzech lat. Jakie firmy mogą starać się o dofinansowanie? Program dofinansowania na wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł energii kierowany jest do przedsiębiorstw, spółdzielni, wspólnot mieszkaniow ych oraz związków

wyznaniowych, dysponujących wolną połacią dachów, elewacji lub działką gruntu. Nasz zespół pomaga na każdym etapie realizacji inwestycji: od audytu technicznego obiektu, na którym ma powstać instalacja, przez opracowanie dokumentacji projektowej i pozyskanie dofinansowania inwestycji, po montaż, uruchomienie, szkolenie obsługi i późniejszy serwis. Rynek oferuje mnóstwo firm montujących panele fotowoltaiczne. A sprawdzał pan, od kiedy one istnieją? Jakie inwestycje do tej pory realizowały? Jakim potencjałem technicznym i personalnym dysponują? Poprawnie zaprojektowana i wykonana instalacja będzie pracować przez 20 lat. Zamawiając instalację w firmie, która – tak jak nasza – istnieje 25 lat, można mieć sporą pewność, że jeśli za kolejne 20 lat ktoś zadzwoni z prośbą o serwis gwarancyjny, zjawimy się na miejscu. Ponieważ rynek fotowoltaiczny rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie, powstaje wiele firm zajmujących się montażem paneli. Nie mają doświadczenia, odpowiedniego zaplecza technicznego, personelu i kapitału. Tylko kilka procent z nich będzie istniało za kilka lat. Co dopiero za 20 lat? Rozmawiał: Michał Bartoszewicz, obraz: archiwum Corab * Mateusz Kwade, dyrektor ds. sprzedaży w olsztyńskiej firmie CORAB, polskiego producenta systemów mocowań paneli fotowoltaicznych. Spółka jest również polskim dystrybutorem produktów firmy SolarEdge, posiada szeroką ofertę paneli, inwerterów i komponentów fotowoltaicznych. Za innowacyjne rozwiązania i produkty wysokiej jakości CORAB otrzymał szereg nagród i wyróżnień, m.in. statuetkę Lidera Polskiej Gospodarki, Gazelę Biznesu, Geparda Biznesu, tytuł Ambasadora Polskiego Eksportu, Przedsiębiorstwa Fair Play czy Lidera Nowych Technologii. Corab Sp z o.o. Olsztyn, ul. Michała Kajki 4 tel.: 89 535 22 02, kom.: 539 962 420 e-mail: pv@corab.com.pl www.corab.eu

053


BIZNES

NAJPIERW POKAZUJEMY MAPĘ ESTOŃCZYCY SIĘGAJĄ RANO PO WARMIŃSKIE KOSMETYKI, SZWEDZI PRACUJĄ NA MASZYNACH ZŁOŻONYCH Z MAZURSKICH KOMPONENTÓW, A FRANCUZI WRACAJĄ PO PRACY DO MIESZKAŃ URZĄDZONYCH POLSKIMI MEBLAMI. BAJKA PRZEDSIĘBIORCY? JEŚLI TAK, TO O TYTULE „ENTERPRISE EUROPE NETWORK”.

054

Jak zawojować rynek państwa, którego mieszkańcy nie są pewni, czy Poland to nie to samo, co Holland, a Olsztyn jest dla nich niemożliwą do wymówienia, szeleszczącą nazwą? – Misję gospodarczą zaczynamy od pokazania mapy – wprowadza w temat Katarzyna Maria Bartnik, kierownik projektu z olsztyńskiego oddziału Enterprise Europe Network przy Warmińsko-Mazurskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Misje gospodarcze organizowane przez EEN służą nawiązaniu kontaktów zagranicznych i odkrywaniu nowych rynków. Jak na taki podatny – a nieraz daleko położony – grunt trafić? W 2008 roku Komisja Europejska rozpoczęła swą flagową inicjatywę pod nazwą Enterprise Europe Network. Dziś to największa międzynarodowa sieć wspierania przedsiębiorczości małych i średnich firm o ambicjach międzynarodowych, składająca się z 600 organizacji z 62 krajów. Do organizacji należy również Warmińsko-Mazurska Agencja Rozwoju Regionalnego i to stąd rozchodzą się po regionie wieści o targach, szkoleniach, konferencjach i zapotrzebo-

waniu zagranicznych interesantów. Do grona szczęśliwców otrzymujących wiadomości od EEN może dołączyć każdy MŚP (mały i średni przedsiębiorca). W olsztyńskim systemie newsletterowym jest już 335 firm. Jak zacząć? – Najpierw wypełniamy formularz i zbieramy informacje o firmie. Celem jest skrócenie drogi dotarcia do wiarygodnego kontrahenta i klienta – objaśnia Patrycja Kaczmarczyk, konsultantka projektu EEN. A po drodze sporo się dzieje. Pracownicy EEN organizują szkolenia z marketingu międzynarodowego, budowania marki, negocjacji, promocji i eksportu. Wspierają w teorii, ale przede wszystkim w praktyce: doradzają w kwestii doboru rynku, pomagają w przetłumaczeniu e-maili czy sprawdzeniu wniosku (ale nie wnikają w politykę czy ceny firmy), wreszcie – zdobywają klientów i asystują jako tłumacze przy „B2B”. – Czyli, mówiąc najprościej, takich biznesowych randkach w ciemno – precyzuje Katarzyna Maria Bartnik. – Po zarejestrowaniu się na platformie targów, np. POLAGRA FOOD,


BIZNES

przedsiębiorcy mogą zapoznać się z profilami przyjeżdżających na nie firm i umówić się na spotkanie. Jeśli nie chcą angażować się finansowo w przygotowanie stoiska, mogą przyjechać na zaplanowaną rozmowę, a przy okazji zapoznać się z aktualnymi trendami, skonfrontować swoją ofertę z poten-

w Ostródzie niewielką firmę, zajmującą się specjalistycznym projektowaniem 3D oraz w y t wórst wem małogabar y tow ych w yrobów metalow ych, takich jak uchw y ty nierdzewne lub malowane proszkowo, hartowane matryce ze stali narzędziowej, w yroby dla branży elektr ycznej.

cjalnymi odbiorcami i poznać potrzeby rynku. To korzystne ze względów ekonomicznych, pozwala uniknąć kosztów wystawiania się lub korzystania z usług firm konsultingowych. – Informacje o interesujących wydarzeniach przesyłamy w sposób zindywidualizowany, „szyty na miarę” – dodaje Patrycja Kaczmarczyk. – Prowadzimy wieloletnią współpracę z firmami, mamy bliski kontakt, więc wiemy, co zaproponować. Tak jest również z kontraktami zdobywanymi przez konsultantów EEN. Gdy tylko w międzynarodowej bazie organizacji pojawia się zapytanie, przesyłają ofertę i przekazują informacje o przedsiębiorcy. – Ręczymy za nie. Konsultanci EEN, którzy są przecież na miejscu, mogą nawet do danej firmy pojechać i ją sprawdzić – mówi Katarzyna Maria Bartnik. To istotne, bo nowej firmy zazw yczaj nie stać na zakupienie raportu o rynku, czasochłonne i niepewne zdobywanie adresów oraz opinii. EEN daje bezpieczny dostęp do cennej baz y kontak tów i  wśród takich kontak tów nas umiejscawia. Stąd na przykład zapytania z Wielkiej Brytanii o naturalne produkty spożywcze, a z Niemiec – o meble. – Warmia i Mazury są tam już znane jako ekologiczny, czysty region z prężnie rozwijającym się sektorem drzewno-meblarskim i wykształconą kadrą. Nasze fi rmy oferują dobry surowiec, w dodatku korzystają z innowacji organizacyjnych, rozwijają wzornictwo przemysłowe. To  często małe, rodzinne, ale świadome przedsiębiorstwa – ocenia Patrycja Kaczmarczyk. – Nie konkurują z Chinami, tylko z markami Europy, ich produkty są widoczne na półkach świata. Zobaczyć można na nich kosmetyki marki BIOETIQ olsztyńskiej firmy MK Natural Cosmetics. Tworzone w odpowiedzi na potrzebę naturalnej pielęgnacji skóry i dbałości o zdrowie. Wchodzące w ich skład naturalne substancje aktywne nie powodują podrażnień i alergii, a ich opakowania zachwycają świeżym, wysmakowanym designem. Dzięki wejściu do bazy Enterprise Europe Network zachwycają nie tylko w Polsce, ale i w Estonii. – Pojawiają się także zapytania ze Skandynawii czy Portugalii, a firma z Wielkiej Brytanii pomoże nam wejść do Amazonu, największego sklepu internetowego na świecie – opowiada Marzena Kaszubska, właścicielka MK Natural Cosmetics. – Wprowadzenie nowego produktu na obecny rynek jest dla małego przedsiębiorcy bardzo trudne, duże koncerny są ogromną konkurencją. Dlatego wsparcie EEN jest tak potrzebne. Również wtedy, gdy przedsiębiorca zamierza nawiązać nowe kontakty zagraniczne. Michał Kobiałka prowadzi

– W MCAD często weryfikujemy potrzeby klienta, by oszczędzić jego koszty. Okazuje się wówczas, że zamiast „rakiety kosmicznej” mamy w ykonać „Passata” – prz yrównuje obrazowo właściciel. Takie podejście doceniają polscy i zagraniczni wykonawcy. MCAD stał się producentem krat do okien i drzwi balkonowych, sprzedawanych na rynek Włoski przez firmę z Austrii. Po dołączeniu do sieci EEN otrzymuje zapytania m.in. z Wielkiej Brytanii, właśnie rozpoczyna współpracę z firmą skandynawską. Z kolei na rynku francuskim za pośrednictwem EEN pojawił się producent mebli KRISMAR. Firma, której siedziba znajduje się w Elblągu, a jej meble docierają nie tylko do państw europejskich, ale także do Ameryki, Afryki i Nowej Zelandii. Przez ponad 20 lat działalności w yspecjalizowała się w produkcji elementów meblowych oraz mebli kuchennych, pokojowych, łazienkowych i sypialnianych. Jako samodzielny producent komponentów (fronty, w tym fronty gięte, listwy i płyty z folią finish) jest niezależnym projektantem, mogącym postawić na dogodną dla klienta elastyczność i większą dbałość o jakość produktu. Dzięki Enterprise Europe Network podbijanie kolejnych rynków zagranicznych może się ziścić jeszcze szybciej. Na początku, zamiast wyruszać w drogę, wystarczy kilka kliknięć i podróż kursorem po mapie… Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: www.shutterstock.com Ośrodek Enterprise Europe Network Warmińsko-Mazurska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. w Olsztynie 10-516 Olsztyn, Plac Gen. Józefa Bema 3 tel.: +48 89 521 12 62, +48 89 535 67 82, +48 89 535 67 83 fax: +48 89 521 12 60 e-mail: een@wmarr.olsztyn.pl www.een.wmarr.olsztyn.pl

Usługi świadczone przez Enterprise Europe Network są finansowane przez Komisję Europejską i Budżet Państwa. Informacje i opinie przedstawione w  niniejszym artykule niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko EASME, Komisji Europejskiej i innych europejskich instytucji i żadna z tych instytucji czy inna osoba działająca w ich imieniu nie może zostać pociągnięta do odpowiedzialności za ewentualne wykorzystanie informacji w nim zawartych.

055


EDUKACJA

MARZENIA NA KARTCE, SUKCES W REALU GDYBY NIE OLSZTYŃSKA SZKOŁA WYŻSZA IM. JÓZEFA RUSIECKIEGO, NIE MIELIBYŚMY SZANSY NA MEDAL W ŻEGLARSTWIE PARAOLIMPIJSKIM. W PRZEDEDNIU IGRZYSK PARAOLIMPIJSKICH W RIO WYKŁADOWCY I ABSOLWENCI OSW KATARZYNA I GRZEGORZ PROKOPOWICZ OPOWIADAJĄ, GDZIE JESZCZE MOŻNA SPOTKAĆ WYCHOWANKÓW UCZELNI. MADE IN: Olsztyńska Szkoła Wyższa przełamuje bariery i odpływa rywalom – dosłownie oraz w przenośni. Grzegorz Prokopowicz: Mieliśmy spisane na kartce marzenia, które przy pomocy uczelni zaczęliśmy realizować. Żeglarstwo to bardzo drogi spor t, OSW jako pier wsza w Europie i jedna z nielicznych uczelni na świecie nabyła łodzie klasy paraolimpijskiej i tak oto dzielą nas trzy dni od wyjazdu do Rio. Gdyby nie decyzja władz uczelni, Polska nie miałaby dziś reprezentantów w tej dziedzinie [Grzegorz jest trenerem Moniki Gibes i Piotra Cichockiego z Akademickiego Klubu Sportowego przy OSW, mistrzów świata w żeglarstwie w klasie łodzi Skud 18 – red.]. Katarzyna Prokopowicz: Kiedyś, siedząc przy kawie z prof. Molikiem, zapytaliśmy, czemu w Olsztynie nie ma drużyny koszykarskiej na wózkach. Odpowiedział: bardzo dobre pytanie! Stworzyliśmy ją, od sześciu lat prowadzimy treningi. Co roku robimy pokazy podczas Juwenaliów OSW i Europejskiej Nocy Naukowców, prowadzimy rozgrywki studenckie, organizujemy cykliczny turniej dla drużyn z całej Polski, a nasi zawodnicy biorą udział w rozgrywkach Polskiej Ligi Koszykówki na Wózkach.

056

Co robią absolwenci OSW? KP: Zatrudniani są w szpitalach jako rehabilitanci, opiekują się zawodnikami w klubach sportowych, fi tness, pracują w hotelach i SPA, w których pracę znajdują również absolwentki naszej kosmetologii. Organizujemy na uczelni mistrzostwa makijażu, które przyciągają przedstawicieli firm poszukujących młodych talentów. Najlepsze dziewczyny zdobywają laury w zawodach ogólnopolskich i odbywają staże w prestiżowych ośrodkach. GP: Po praktykach w naszych laboratoriach wiele osób otwiera też własną działalność. Tylko nieliczne kluby sportowe w Olsztynie nie mają w składzie absolwentów OSW. A pracują w zawodzie również w Anglii, Irlandii. Nasza babcia, która mieszkała w Kanadzie, trafi ła na rehabilitację do naszego dawnego studenta! Jakie jeszcze kierunki święcą triumfy? KP: Na pewno terapia zajęciowa, nowy kierunek, który staje się coraz bardziej potrzebny w starzejącym się społeczeństwie. Wychodzimy do przodu, zanim zabraknie wykwalifikowanej kadry. Na topie jest też wychowanie fizyczne. GP: Łączymy zajęcia wychowania fizycznego z zajęciami z rehabilitacji. Absolwenci pracują z dziećmi, które mają wady postawy ciała, ze sportowcami po kontuzjach i osobami starszymi z chorobami cywilizacyjnymi.

KP: Większość przedmiotów jest praktyczna, np. sport osób niepełnosprawnych, adaptowana aktywność fizyczna, fizykoterapia, kinezyterapia, masaż, terapia manualna. Uczelnia ma wszystko na miejscu: własne hale sportowe, pływalnię, stadion lekkoatletyczny, korty do squasha, specjalistyczne gabinety. Współpracujemy też ze szpitalami i ośrodkami sportu, by studenci praktykowali w najlepszych miejscach. OSW ma również absolwentów na igrzyskach, z pasami MMA… GP: Tak, Joanna Jędrzejczyk jest naszą absolwentką. I takich studentów jest więcej: to Paweł Papke – siatkarz, Mateusz Kamiński – kanadyjkarz, który właśnie wrócił z Rio. KP: To też Joanna Mendak – wielokrotna medalistka IP w pływaniu, Patryk Chojnowski – medalista IP w tenisie stołowym, Tomasz Mendelski i Denis Abroziak – medaliści MŚ w kajakarstwie czy Adam Seroczyński – kajakarz, medalista z Sydney, albo Patryk Piasecki – żeglarz, olimpijczyk z Pekinu, aktualnie trenujący w zawodowej grupie kolarskiej. Chcemy, by więcej osób niepełnosprawnych uprawiało sport. Nie tylko żeglarstwo, ale koszykówkę i rugby na wózkach, siatkówkę na siedząco, goalball czy paratriathlon. Działa u nas Biuro ds. Osób Niepełnosprawnych, które pomaga korzystać ze wszystkich aspektów studiowania, od programów stypendialnych i edukacji, po czas wolny. Do potrzeb niepełnosprawnych studentów dostosowana jest tu infrastruktura. Osobom, które mają problem z przemieszczaniem się, zapewniamy osobistych asystentów, a podczas zajęć z wychowania fizycznego – trenerów. Pracownia komputerowa w bibliotece jest dostosowana do osób z dysfunkcją narządu wzroku. GP: Włączamy osoby niepełnosprawne do społeczeństwa. Na nasze zgrupowania żeglarskie przyjeżdża kadra olimpijska i z otwartymi ustami patrzy, jak pływa ktoś, kto nie ma nóg. A z drugiej strony osoby niepełnosprawne czują się w pełni akceptowane, są częścią sportowego środowiska. W OSW bardzo ważne jest też, że kadra nauczycielska to osoby aktywnie uprawiające swój zawód. Uczą nie tylko tego, co można przeczytać w podręczniku, a to przekłada się na aktywność i zaangażowanie studentów. Uczelnia kształci też na kierunkach: pedagogika, pedagogika specjalna i filologia angielska. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Arek Stankiewicz Olsztyńska Szkoła Wyższa im. J. Rusieckiego ul. Bydgoska 33 10-243 Olsztyn tel. 89 526 04 00 osw.olsztyn.pl


ZE ŚWIATA

POMYSŁ NA MIASTO BORNHOLM PRZYCIĄGA AKTYWNĄ TURYSTYKĄ, FRANCUZI ZNAJĄ SIĘ NA REWITALIZACJI, A WŁOSI POKAZUJĄ EUROPIE, JAK WARTOŚCIOWA JEST EKONOMIA SPOŁECZNA. PODCZAS TRZECH DEBAT SAMORZĄDOWCY Z WARMII I MAZUR ORAZ REGIONÓW PARTNERSKICH DZIELIĆ SIĘ BĘDĄ POMYSŁAMI NA ROZWÓJ MIAST. Budowa infrastruktury sportowo-rekreacyjnej nad jeziorem Ukiel, organizacja międzynarodowego turnieju Grand Slam czy sukces projektu „Olszt yn Akt y wnie” – o  t ym olsztyńscy samorządowcy będą opowiadać podczas debaty poświęconej rozwojowi sportu i turystyki, na którą we wrześniu przyjedzie delegacja z Bornholmu. Duńska wyspa też ma się czym pochwalić: na 40 tys. mieszkańców przypada 235 km ścieżek rowerowych, 27 żeglarskich przystani, nie wspominając o maratonie połączonym ze zwiedzaniem czy turnieju Bornholm Golf Open. – Infrastruktura rowerowa, golfowa czy wodna na Bornholmie służy mieszkańcom, ale dzięki niej realizujemy też wydarzenia o dużym znaczeniu ekonomicznym – wyjaśnia Niels Chresten Andersen, koordynator współpracy międzynarodowej w duńskim regionie Bornholm. – Mimo to wciąż chcemy się uczyć i czerpać inspiracje do rozwoju. Liczymy na wymianę doświadczeń i ciekawe pomysły od najbardziej atrakcyjnego polskiego regionu. Ełk w tym roku otrzymał od Ministerstwa Rozwoju ponad 800 tys. zł dofinansowania na rewitalizację zabytkowego śródmieścia, aktywizację jego mieszkańców i opracowanie zagospodarowania budynków na cele społeczno-kulturalne. Dlatego w październiku zbiorą się tu lokalni samorządowcy i specjaliści od rewitalizacji z francuskiego departamentu Côtes-d’Armor. Wymienią pomysły na społeczną i infrastrukturalną odnowę miast i działania podnoszące ich innowacyjność oraz konkurencyjność.

– Przedstawimy nie tylko udane projekty rewitalizacji, ale opowiemy o sukcesie wdrażania w naszym regionie idei Cittaslow – zapowiada Gustaw Marek Brzezin, marszałek województwa warmińsko-mazurskiego. – Pojedziemy do Gołdapi, regionalnego uzdrowiska, jednego z  20 miast w regionie należących do międzynarodowej sieci, w której Polska wiedzie prym zaraz za Włochami. Czego mogą uczyć nas Francuzi? Na przykład form pomocy samorządowej dla podnoszenia innowacyjności przedsiębiorstw i walki z wykluczeniem na rynku pracy. We Włoszech 75 proc. usług społecznych jest w rękach trzeciego sektora, prężnie działają tam zwłaszcza spółdzielnie socjalne. Opowiedzą o tym przedstawiciele organizacji pozarządowych i samorządowcy z Umbrii, którzy wezmą udział w listopadowej debacie w Elblągu. Temat: ekonomia społeczna. – Włoskie spó łdzielnie socjalne trak towane są preferencyjnie przy przetargach, bardzo sprawdzają się na tamtejszym rynku pracy. Pozwalają kultywować m.in. tradycyjne, lokalne rzemiosło – tłumaczy Łukasz Bielewski, dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Warmińsko-Mazurskiego. – Podczas wspólnych warsztatów w Elblągu będziemy wypracowywać modele współpracy podmiotów ekonomii społecznej z samorządem, wymienimy nasze know-how. Debaty i  wizyty studyjne, promujące osiągnięcia miast regionu, to część projektu „Miasta, w których warto żyć…”, dofinansowanego z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. – Jako jedyne województwo w kraju uzyskaliśmy dofinansowanie z MSZ na realizację projektu promującego potencjał największych ośrodków miejskich naszego regionu – nie kryje zadowolenia marszałek Brzezin. – Planowane debaty stworzą przestrzeń do dyskusji na temat zrównoważonego rozwoju miast Warmii i Mazur. A udział partnerów z zagranicy będzie okazją do promocji naszego regionu i wymiany dobrych praktyk. Tekst: Beata Waś, obraz: www.shutterstock.com

Projekt współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

057


AKADEMIA BIZNESU

WYSTARCZY NAŁADOWAĆ BAK W TEJ FIRMIE WIEDZĄ, CO TO WYPALENIE ZAWODOWE, BRAK MOTYWACJI, KADR HR I POLITYKI CSR. Z AUTOPSJI? MOŻNA TO TAK UJĄĆ. AKADEMIA KOMPAS UCZY, JAK PÓJŚĆ W KIERUNKU ODWROTNYM DO WSPOMNIANEGO I ZORIENTOWAĆ SIĘ NA ROZWÓJ.

058

Tak jak głos Krzysztofa Hołowczyca nawiguje kierowców w trasie, tak one prowadzą firmy po drogach biznesu. I choć nieraz to przeprawa bliska Dakarowi, to gdy dojeżdżają na metę, pewne jest, że klient złapał już rajdowego bakcyla. Tyle że zamiast paliwa napędza go świadoma strategia komunikacji firmy na zewnątrz i wewnątrz. Strategia mocno oparta na stylu zarządzania poprzez CSR. Małgorzata Dudek oraz Małgorzata Bukowska-Selwon edukują w Akademii Kompas, jak mieć wciąż pełny bak i w drodze do celu nie zatracić siebie. – Kilkanaście lat temu powstało wiele firm, które z 20 pracowników urosły do 300, postawiły piękne hale, urządzenia, mają doskonałą księgowość, przychody, ale coś szwankuje. Gdy rozpoczynamy współpracę, czasami okazuje się, że w tym ogromnym przedsiębiorstwie nie ma osób, które zajmowałby się polityką personalną lub strategią społecznej odpowiedzialności biznesowej – daje przykład Małgorzata Bukowska-Selwon, trener, partner biznesowy i coach inspiracji. Akademia Kompas jest firmą zewnętrzną, która pomaga pracodawcom w zmianie złych nawyków poprzez audyty wewnętrzne, szkolenia czy plany rozwojowe. – Warto pamiętać, że coach czy trener to jest partner na dobre i złe momenty – mówi Małgorzata Dudek, coach, trener, doradca CSR z listy PARP. – On towarzyszy w procesie zmian, wydobywa potencjał poprzez inspirowanie do spojrzenia na oczywiste rzeczy z różnych perspektyw, wspiera i pobudza do odwagi – podkreśla. Choć może to brzmieć jak magia, to o jej rzeczywistych efektach od lat przekonują się firmy współpracujące z Akademią. Pozostali w najbliższym czasie będę mieli ku temu aż dwie okazje – podczas bezpłatnych ogólnopolskich konferencji zorganizowanych przez Kompas w ramach realizacji projektu „Akademia zrównoważonego rozwoju”, dofinansowanego ze środków PARP. 15 września w Olsztynie i 23 września w Mrągowie dwie Małgorzaty oraz Anna Wtulich-Smulska i Ziemowit Sosiński wytyczać będą biznesowe szlaki rozwoju, z głównym kierunkowskazem na CSR. Angielskie rozwinięcie tego skrótu to Corporate Social Responsibility, czyli Społeczna Odpowiedzialność Biznesu. – CSR od dawna jest modny w Polsce. Coraz częściej firmy

zdają sobie sprawę z tego, iż długofalowy CSR to dobra inwestycja. Są to działania, w których ważna jest mapa interesariuszy o podobnych wartościach, by móc tworzyć biznes oparty na poleceniach i rekomendacjach – podkreśla Małgorzata Bukowska-Selwon, a Małgorzata Dudek dopowiada: – To są wartości budujące kręgosłup firmy: poszanowanie praw człowieka, fair play w traktowaniu pracowników i przedsiębiorców, czyli inwestowanie w kapitał ludzki, ale także w lokalną społeczność i środowisko – wymienia. – Badania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pokazują, że klienci aż w 70 proc. wybierają firmy działające wg. strategii CSR-owej! Ta strategia, gdy jest dobrze wdrożona, wpływa nie tylko na całą firmę, ale też na poszczególnych pracowników. Dzięki CSR wzrasta pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa, jego wiarygodność, zmotywowanie pracowników, a w konsekwencji i przychody. Poprzez współpracę fi rm, działających zgodnie z etyką biznesu, podnoszą się standardy i rośnie lokalna lojalność. – Wspieramy swoich – puentują dziewczyny. – Promujemy regionalny biznes, dbamy o rozwój przedsiębiorców w regionie. To tutaj jest potencjał. Chcemy pokazać, że warto grać do jednej bramki, bo łatwiej wówczas osiągnąć wyznaczony cel. Czy – parafrazując Hołowczyca – do niego dojechać. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Kuba Chmielewski Akademia Rozwoju Osobistego Kompas ul. Jagielońska 91A, 10-356 Olsztyn tel. 500 181 698 e-mail: poczta@akademiakompas.pl www.akademiakompas.pl

Projekt „Akademia zrównoważonego rozwoju” jest współfinansowany przez Szwajcarię w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.


STYL WARMII I MAZUR

POŁYSK RYBIEJ ŁUSKI SZUKAMY STYLU MODY WARMII I MAZUR. NIEGDYŚ ZIEM ODDZIELONYCH GĘSTĄ PUSZCZĄ OD RESZTY KRAJU, DZIŚ REGIONU PEŁNEGO LUDZI NOWOCZESNYCH, CIEKAWIE UBRANYCH, OTWARTYCH NA ŚWIAT, A JEDNOCZEŚNIE ŻYJĄCYCH SPOKOJNIEJ I BLIŻEJ SIEBIE NIŻ W WIELKICH POLSKICH MIASTACH. WRAZ ZE STYLISTAMI Z REGIONU BĘDZIEMY TROPIĆ W SALONACH AURY CENTRUM WARMIŃSKO-MAZURSKIE TRENDY MODOWE KOLEJNYCH PÓR ROKU.

060

Beata Salata – olsztyńska stylistka, mistrzyni wizażu i szkoleniowiec z zakresu autoprezentacji i kreowania wizerunku. Magister sztuki po łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Przez pięć lat była stylistką magazynu „Twój Styl”, jako wizażystka pracowała dla Diora, Estee Lauder, Laury Mercier. Wykładowca przedmiotu moda, stylizacja, trendy na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim oraz wizażu w olsztyńskim MEDYKU. Zajmuje się także grafiką warsztatową, inspirowaną pejzażem regionu.

Po intensywnych kolorach podróży nadchodzą stonowane barwy jesiennego biura. – Co nie musi oznaczać białej bluzki z kołnierzykiem i spodni w kant – podkreśla stylistka Beata Salata. W tym sezonie zanurzamy się w warmińskich i mazurskich jeziorach… Gotowi na skok? – Moda poza trendami – taka jest jesień 2016 na światowych wybiegach. Nie trzeba trzymać się wyznaczonych kierunków, ale wybrać to, co nas odzwierciedla. Nawet w pracy – zaznacza Beata i malowniczo opowiada o przenoszeniu otoczenia do mody: – Lubię łączenie różnych faktur. Struktura mchu i kory drzewa, błysk mokrego asfaltu z odbijającym się słońcem – to nasze oko łapie na co dzień. Nie bójmy się więc łączenia grubych swetrów ze zwiewnymi szyfonami, bo przyroda nieustannie gra przeciwieństwami. Kolor tego sezonu połyskuje jak tafla wody – na butach, żakiecie czy marynarce. Odcienie szarości, nazywane rybią łuską, idealnie wpisują się w nasz region. Stonowana stylizacja modela – z granatowymi spodniami i jasną marynarką w lekki deseń – i jeszcze nieco letni ubiór modelki to monochromatyczne wariacje na temat bieli w pracy. – Można ją przełamać elementami pudrowego różu, satynową bluzką w kwiatowy wzór czy seksownymi, wiązanymi szpilkami, które łączą satynę z aksamitem, welurem i wełną – opisuje stylistka. W kolejnej stylizacji błękitne szpilki i wełniane spodnie modelki nawiązują do nieba o poranku, połyskliwy płaszczyk – do mgły nad jeziorem. – W pracy doda nam elegancji, wieczorem seksapilu, gdy ubierzemy go jako sukienkę – proponuje Beata. Strój modela to minimalizm kolorystyczny i łączenie deseni, nawet na modnych sztybletach i koszuli w subtelny wzór. Ciepło zestawienia granatu i bordo to już jesień w pełni. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Łukasz Wajszczyk Modele: Katarzyna Zawiślak, Stanisław Sićko Stylistka/makijażystka: Beata Salata

Aura Mody to projekt realizowany przez centrum handlowe Aura Centrum i magazyn „Made in. Warmia & Mazury”. Przedstawiając kolejne stylizacje zaproszonych projektantów, w następnych numerach będziemy wspólnie poszukiwać stylu modowego Warmii i Mazur.


STYL WARMII I MAZUR

061

Ubrana w Aura Centrum  Ona: Orsay – koszula (89,99); Molton – płaszcz (699,00), spodnie (399,00); Wojas – buty (299,00)


062


STYL WARMII I MAZUR

063

Ubrani w Aura Centrum  Ona: Pretty One – bluzka (299,00), żakiet (559,00); Wojas – buty (329,00); Orsay – spodnie (119,99)  On: Vistula – marynarka (399,90), koszula (249,00), spodnie (449,00), krawat (99,90), torba (399,00); Wojas – buty (499,00) ƒ On: Vistula – koszula (249,00), spodnie (249,00), marynarka (699,00), pasek (179,00), krawat (99,00); Wojas – buty (359,00)


MODA

PRZECHYTRZYĆ GRAWITACJĘ JEST TAKI ZAWÓD, KTÓRY WŚRÓD MĘŻCZYZN OWIANY JEST LEGENDĄ. I SŁUSZNIE – DZIĘKI NIEMU ODMIENIA SIĘ ŻYCIE WIELU KOBIET, BO BIUSTONOSZ DOBRZE DOBRANY PRZEZ BRAFITTERKĘ POTRAFI DODAĆ ZDROWIA I SEKSAPILU, ODJĄĆ LAT I KILOGRAMÓW, A NAWET ZATRZYMAĆ GRAWITACJĘ…

064

Mikołaj Kopernik, siedzący niedaleko ul. 11 Listopada 7 w Olsztynie, pewnie nie zgodziłby się z pomysłem na zatrzymywanie grawitacji. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że nawet geniusz astronoma musiałby się poddać w obliczu doświadczenia brafitterek salonu Koemi. Ale zacznijmy od początku. 20 lat temu f irma Koemi otwierała swoje pierwsze salony przy ulicy Wilczyńskiego i Prostej w Olsztynie. 10 lat później nastąpił przewrót kopernikański w branży bieliźniarskiej – odkryto brafi tting, czyli sztukę indywidualnego doboru biustonoszy. Słynny rozmiar 75B, który uchodził za ideał i był noszony przez

większość kobiet, musiał ustąpić miejsca rozmiarom sięgającym dalej niż połowa alfabetu. Nareszcie odkryto, że nie jesteśmy jednakowe, a źle dobrany biustonosz wpływa nie tylko na nasz wygląd, ale przede wszystkim na samopoczucie i zdrowie. – Pamiętam, jak osiem lat temu przyszła do salonu piękna dziewczyna. Płakała. Była pielęgniarką i duży biust był jej przekleństwem: kręgosłup z trudem dźwigał ten ciężar podczas częstego pochylania się – wspomina Maria Tomalik, współwłaścicielka Koemi. – Polskie marki nie miały wówc zas dużego w y boru, sprowadzi ł y śmy więc bieliznę


MODA

z Hiszpanii. Dziewczyna wyszła od nas z czterema biustonoszami w rozmiarze 80K, przeszczęśliwa – podkreśla. Choć dziś, przy tak szerokim asor t ymencie i  rosnącej świadomości, sprawa może wydawać się błaha, to wciąż wiele kobiet nie potrafi znaleźć właściwego rozmiaru. – Zwłaszcza, że on nie jest dany nam na całe życie – zauważa Krystyna Bałakier, kierowniczka salonu Koemi. – Ciało kobiety podlega ciągłym, naturalnym zmianom: ze względu na wagę, wiek, ciążę, karmienie piersią czy fazę cyklu. Pomoc profesjonalnej brafitterki jest wówczas nieoceniona. Najczęściej popełniane błędy to zbyt mała miseczka (nawet o kilka rozmiarów) i zbyt luźny obwód biustonosza. Wbrew obiegowym opiniom to nie ramiączka utrzymują niemal cały ciężar biustu, a właśnie obwód, dlatego jego odpowiedni dobór jest tak istotny, ponieważ wspomaga regenerację więzadeł Coopera. Wśród najmniej szkodliwych, wizualnych efektów nieprawidłowo dopasowanego rozmiaru są wylewające się górą, bokiem i na plecach mało estetyczne bułeczki. Poważniejsze skutki to zaburzenia przepływu krwi i odpływ limfy (z powodu zbyt małej miseczki oraz uciskających pachy fiszbin), bóle głowy, karku, ramion i kręgosłupa, uszkodzenie części piersiowo-krzyżowej kręgosłupa, a w konsekwencji zator i wylew. Poważnie? – można zapytać, patrząc na niepozornie wyglądający biustonosz. Tymczasem jego obecna konstrukcja składa się aż z 30 części, połączonych w precyzyjny, dopracowany przez dziesiątki lat sposób.

– Współczesne dziewczyny chętnie inwestują w siebie, swoje zdrowie i komfort, ale samodzielne dobranie właściwego rozmiaru stanika jest trudne – tłumaczy Krystyna Bałakier. – Często wybieramy bieliznę oczami, a w przymierzalni okazuje się, że to jednak nie to. Wykwalifi kowana brafi tterka już w momencie, kiedy klientka wchodzi do salonu, widzi, jaki biustonosz jest potrzebny. Pod okiem profesjonalistki można przejść prawdziwą metamorfozę: pokaże się talia, wysmukli sylwetka, biust równomiernie się ułoży, postawa ciała wyprostuje, a ulubiona bluzka będzie idealnie leżeć. – To bardzo intymna relacja – dodaje Krystyna Bałakier – bo praca brafi tterki nie kończy się przed kotarą. Wchodzi do przymierzalni razem z klientką, pokazuje jak ułożyć biust, pomaga w  doborze odpowiedniego fasonu i  rozmiaru biustonosza. Panie nie czują się skrępowane, darzą nasze dziewczyny wielkim zaufaniem. Takie spotkanie powinno się odbyć przynajmniej raz do roku. – Bo poza innymi zmianami działa przecież grawitacja! – zauważa ze śmiechem pani Maria. A dobrze dobrany biustonosz potrafi grawitację przechytrzyć. Co na to nasz astronom? Niektórzy twierdzą, że „Kopernik była kobietą”, mógłby więc się przekonać, przychodząc do Koemi. Zwłaszcza że poza biustonoszami najlepszych marek polskich (jak Ava, Kinga, Alles czy Ewa Bień), francuskich (Chantelle, Simone Perele) i angielskich (Freya, Panache, Gossard), strojami kąpielowymi, figami, koszulkami nocny-

065

Dziś mamy do wyboru wiele rodzajów i fasonów, produkowanych w różnoraki sposób: poprzez formowanie termiczne z pianki, szycie z przejrzystych, mocnych siateczek, stabilnych dzianin lub miękkich koronek, usztywnianie gąbkami i wzmacnianie fiszbinami. W zależności od naszych potrzeb i okazji możemy ubrać mocno trzymający piersi biustonosz sportow y, seksowną bezszwową bardotkę, modelujący longline, strapless noszony bez ramiączek czy biustonosz skonstruowany z myślą o karmiących mamach. Do tego rozmiarówka miseczek od AA do R oraz obwody od 60 do 100 cm. Jak się w tym odnaleźć?

mi i szlafrokami czy pełną gamą rajstop wiodących producentów również panowie znajdą tu coś dla siebie – w Koemi dostępna jest także pełna oferta męskiej bielizny. I przy okazji wizyty zaspokoją może swą ciekawość dotyczącą legendarnego brafittingu… Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Piotr Ratuszyński Salon Brafittingu Koemi Olsztyn , ul. 11-Listopada 7 tel. 89 534 03 91 facebook.com/SklepKoemi


CIAŁO

TY SIĘ W OGÓLE NIE ZMIENIASZ! CZYŻBY NADCHODZIŁ WIEK BEZ MAKIJAŻU – NIEZALEŻNIE OD WIEKU? „Ty się w ogóle nie zmieniasz!” – wykrzykuje zdumiona znajoma na widok nagle spotkanej Adaline. Ta odpowiada wymijająco: „Używam dobrych kremów”. I po raz kolejny ucieka, by nie wyjawić skrywanej tajemnic y wiecznej młodości. A  gdyby akcja filmu „Wiek Adaline” działa się we współczesnym Olsztynie, w scenariuszu można byłoby wyczytać: „Ach, po prostu chodzę do BELOVED”… – To nasze najbardziej luksusowe urządzenia – mówi na wstępie Katarzyna Purchała, menedżer ds. marki BELOVED Beaut yPlace, olszt yńskiego salonu kosmetyki i medycyny estetycznej. Urządzenia Emerge i Zaffiro nazywa pere łkami: – Bo nie działają inwazyjnie, ale bardzo szybko dają efekty, widoczne już po pierwszym zabiegu. Następuje złagodzenie niedoskonałości skóry, a po kolejnych wizytach znikają zmiany trądzikowe, blizny, pociążow y brzuszek czy zmarszczki – uzupełnia. Jak to działa? Zacznijmy od twardych faktów. Emerge to frakcyjny nieablacyjny laser, który za pomocą mikrowiązek światła dokonuje resurfacingu naszego ciała. A dokładniej – w kontrolowany sposób uszkadza wybrane obszary naskórka i skóry właściwej, by poprzez biologiczny proces gojenia zastąpić zniszczone komórki nową, zdrową tkanką. To metoda, która nie wymaga okresu rekonwalescencji, bo bazuje na naturze. By uzmysłowić sobie, jak wrodzona jest dla naszego ciała umiejętność regeneracji, wystarczy przypomnieć sobie działania mobilizacyjne tkanek z popularnego serialu animowanego „Było sobie życie”. Po takiej akcji następuje odmłodzenie skóry, redukcja zmarszczek, zmian pigmentowych, blizn i rozstępów. – Właściwie makijaż nie jest już potrzebny – śmieje się pani Katarzyna. – Po kilku wizytach widać, jak kolosalna zaszła zmiana. Znikają nawet trudne do wyeliminowana kosmetykami tzw. kurze łapki,

nie ma śladu po nieestetycznych śladach potrądzikowych i nieprzyjemnie kojarzących się bliznach w yniesionych z wypadków. Równie szybko, bezboleśnie i skutecznie działa Zaffiro. To  urządzenie w yposażone w  głowicę ze szlachetnego szafirowego szkła. Poprzez emitowanie promieniowania podczerwonego IR pobudza włókna kolagenowe (które wracają do młodzieńczej formy) oraz stymuluje fibroblasty, odpowiedzialne za wytwarzanie kolagenu. Tym samym jego zawartość w skórze wzrasta o około 30%. – A efekt odmłodzenia pogłębia się przez kolejne miesiące po kuracji – dopowiada Katarzyna Purchała. – To bardzo istotne, bo z  wiekiem nasza skóra traci naturalną sprężystość. Żeby to zobrazować, zabieg Zaffiro wykonujemy najpierw na połowie twarzy. Różnica robi wrażenie. Pamiętam, jak wykonywane były pierwsze, testowe zabiegi. Zobaczyłam modelkę ze spuchniętą częścią twarzy. Zaniepokojona, zapytałam kosmetolog, co się stało. Okazało się, że ta część była dopiero przed terapią… Zdrowa, gładka skóra była już po liftingu – wspomina. Nic dziwnego, że Zaffiro to najbardziej rozchwytywana kuracja w BELOVED BeautyPlace. Polecana jest do ujędrniania skóry całego ciała: wygładza zmarszczki, likwiduje bruzdy wargowo-nosowe, obkurcza pociążowy brzuszek, podnosi opadające policzki i poprawia owal twarzy. Pełne rezultaty widoczne są po upływie od trzech do sześciu miesięcy po przeprowadzeniu terapii. Efekty, w zależności od właściwości skóry, utrzymują się od roku do dwóch lat. A zdziwione miny napotkanych znajomych – na zawsze. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Piotr Ratuszyński

BELOVED BeautyPlace Olsztyn, ul. Marka Kotańskiego 4 lokal B1.11 tel. 664 464 404 kontakt@beloved.pl www.beloved.pl

067


STYL ŻYCIA

KAPSUŁY CZASU BEZ SZ ACUNKU DL A HIS TORII, BEZ SMYK AŁKI TECHNICZNEJ, BE Z FA SC Y N ACJI DAW N Ą T ECHNIK Ą , A LE T E Ż I  BE Z K AWA ŁK A SZALEŃSTWA ZOSTALIBYŚMY TEŻ I… BEZ TEJ ZABYTKOWEJ MOTORYZACJI, K TÓR Ą MIMO WSZ YSTKO TAK Ł AT WO POTR AFIMY SIĘ PODNIEC AĆ. NIEK TÓR Z Y N AWE T UPR AWI A J Ą S T Y L Ż YCI A Z  K L A S Y K A MI N A CO DZIEŃ. CO DL A INNYCH JEST ZBIOREM NIEAKCEPTOWALNYCH WAD, W YRZECZEŃ I  KŁOPOTÓW, DLA  NICH WRĘCZ W YMARZONĄ PODRÓŻĄ W  PIERWSZEJ KLASIE. PIĘĆ LAT TEMU STWORZYLI PIĘKNE KLASYKI NA WARMII, CHOĆ NIEKTÓRYM CZAS ZATRZYMAŁ SIĘ JAKBY 50 LAT TEMU.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Arek Stankiewicz, Michał Bartoszewicz, www.shutterstock.com

069


STYL ŻYCIA

FRANCUSKIE, PIĘKNE I AWANGARDOWE KRZYSZTOF TANAJEWSKI / ARTYSTA MALARZ, GRAFIK

070

Motory, samoloty, samochody, czasopisma motoryzacyjne, garaż pełen narzędzi i ojciec, z którym zawsze jest co pomajsterkować – to środowisko, w którym dorastał. Do tego geny w rodzinie: wujek lotnik, dziadek, który po wojnie trafi ł z Wilna do Olsztyna i był tu jednym z pierwszych taksówkarzy (boczny numer 2 na Mercedesie 170). W dodatku organizator rajdów turystyczno-nawigacyjnych. Z tego też znany jest w środowisku Krzysztof. Lubi zaskakiwać towarzystwo, wykorzystując swój talent artystyczny – wręcza namalowane auta, ale z surrealistycznym akcentem (np. koleżance namalował jej Garbusa, ale podobnego do pszczoły siedzącej na kwiatku – bo ma na imię Maja). Na pierwsze własne auto porwał się tuż po maturze. Finansowo pomógł ojciec. – Gęsiej skórki dostawałem na widok Fiata 500 czy Fiata 600, więc wiedziałem, że muszę go kiedyś mieć – wspomina Krzysztof. I trafi ło się – kolega kolegi sprzedawał 600-kę rocznik ′57. Trochę złom. – Pierwsza trasa? Ponieważ nie był na chodzie, po kupnie przepchnęliśmy go z ojcem z ul. Gotowca do nas na Dajtki, o czwartej nad ranem, kiedy nie ma ruchu – rozbawia. Przez zimę zrobił i remont, i prawo jazdy. Wiosna ′89 to już ciągła trasa. – Grzał się, stawałem co parę kilometrów, ale nigdy na sznurku nie wracał – podkreśla. Tanajewski bawi się obcowaniem z klasykami. I przyzwyczaja do nich. Wpadli więc z ojcem w pułapkę pasji – przybyło więcej aut niż możliwości i czasu na ich naprawianie. Tym bardziej, że kupowali tzw. tematy do dokończenia, jak

np. nienaprawialne kiedyś Renault 30 z dziurą w silniku V6. Peugeot 404 z 1962 roku czeka na remont od dekady. Jak i starszy o trzy lata kosmiczny Saab 93 (kupił, bo jako młody chłopak zobaczył w takim Szwedów na starówce: „Jakby wikingowie nie łodzią, a UFO przylecieli”). Któregoś dnia wypatrzył w olsztyńskim ogłoszeniu Citroena 2CV. Podjechał pod komis. Nieczynne. Patrząc zza płotu, wiedział: w poniedziałek będzie mój. Ale w domu dostali z ojcem ultimatum – najpierw sprzedacie te klamoty: wspomniane Renault 30, Opla Mantę i kupione jako „dawca” Renault 20. Po 10 latach intensywnych podróży Citroen kończy właśnie kilkuletni zasłużony remont. Co z resztą? – Do emerytury jest co dłubać – rokuje i do wymienionych aut dorzuca jeszcze cztery jednoślady. – Czekaj, już sam nie pamiętam… Może coś mi się jeszcze przypomni, co stoi w kącie. Jest w tej pasji wspólny mianownik – klasyczna motoryzacja francuska. – Oglądamy dużo starego kina francuskiego. Te samochody są po prostu piękne. Awangardowe. Jest w nich totalny odlot, ale nienachalny zarazem – opisuje. – Weźmy te 2CV – tak powinien wyglądać samochód: prosty i ponadczasowy. Odkąd zawodowo maluje, klasyczne auta zaczęły się pojawiać na obrazach tak jak zamek czy pejzaż. Na pierwszą wystawę przyniósł więc Saaby. Bał się, że wyrzucą go z nimi, a komisarz zaskoczyła: „Ale super!”. Tematem zbiorowej wystawy była „Bliskość”, więc szybko uzasadnił auta: „Ludzie siedzą w nich blisko siebie”.


STYL ŻYCIA

MILICJA: CO TO ZA SAMOCHÓD? RAFAŁ SADOWSKI / WŁAŚCICIEL AGENCJI REKLAMOWEJ

Przed każdym rodzinnym wyjazdem, jak wszyscy, pakują niezbędne rzeczy. Plus skrzyneczkę na nieplanowane postoje. – Co w niej jest? Gaźnik, cewka i moduł zapłonowy, świece, przewody do układu chłodzenia – Rafał wylicza zawartość. I obowiązkowa lektura: „Naprawa samochodu Warszawa”, wydana w 1972 roku. Rok później przyszedł na świat i Rafał, i Warszawa, którą przez 10 lat zjeździł już 16 państw. Zgrany rocznik. A kiedy kupował ją od gdyńskiego taksówkarza, był przekonany, że nie da się nią jeździć po świecie. Tym bardziej, że stary szofer z dumą podkreślał, jak to kiedyś miał nią kurs nawet do Suwałk. Sterana życiem, musiała zaliczyć kompletny remont, bo Rafał nie planował kupić dużego resoraka do podziwiania w garażu, a zwyczajnie do jazdy. – Jestem pasjonatem historii, podróży i zabytkowej motoryzacji, więc jeżdżąc Warszawą na co dzień, łączę te trzy rzeczy. Te samochody to kapsuły czasu. Czuję się w nich jak 40–50 lat temu – porównuje. Jedyny dyskomfort? Wiosną, kiedy wystawia Warszawę, ma zakwasy w rękach od jeżdżenia po mieście, bo kierownica chodzi naprawdę ciężko. Auto miało też być wizytówką jego firmy reklamowej. Przed remontem graficy dorobili na drzwiach napis „Jazda próbna. Agraf” – czcionką jak w napisie „Polska Kronika Filmowa” (ekipa jeździła Warszawą), a po remoncie „Przedsiębiorstwo reklamowe Agraf”. Na spotkania służbowe jedzie nią nawet do Szczecina. – Chyba ułatwia kontakty w biznesie –

przypuszcza. – Widać, że sztywny koleś nie przyjechał. Poza tym załatwiasz sprawę, a czujesz się jak na zlocie. No i wzbudzasz szczerą sympatię. Dowody: w Zakopanem góral nie złupi cię za parking; na wschodniej granicy celnicy z ciekawości wolą zajrzeć pod maskę niż do bagażnika, a w Swietłogorsku, kiedy wjechał pod prąd, milicjant, nie wypisując mandatu, zażartował: „Zadamy dwa pytania: dlaczego wjechaliście pod prąd i co to za samochód?”. Kiedy więc planują daleki wyjazd (była nawet Szkocja) i pojawia się dylemat czy współczesnym, czy Warszawą, żona z córką zgodnie argumentują, że „jednak trochę fanu z podróży trzeba mieć”. Pierwsze zajawki na historyczną motoryzację? „Czterej pancerni i pies” i sceny z ciężkimi motocyklami z koszem bocznym. – To kwintesencja motocykla. Taki quad XX wieku – przyrównuje. Jeszcze w liceum kupił radziecką M-kę. Ale oddał go, przerażony ogromem pracy, który dawał przepustkę do jazdy. Po latach na Motobazarze w Łodzi kupił Urala z koszem bocznym, rocznik ′66. – Taki gra m.in. w „Przygodach psa cywila”, w Związku Radzieckim jeździła nim drogówka, a na co dzień w koszu wożono i kobiety z trójką dzieci, i choinki, a jak była potrzeba, to i … świnie – dopowiada. Uczestniczy nim w zlotach Rotoru, stowarzyszenia, które od 40 lat skupia pasjonatów klasycznych motocykli. To historyczne imprezy, na których poznają region. A Warszawa, jeśli będzie musiała coś jeszcze udowodnić, to być może kiedyś przywiezie Rafała z Mongolii. No, a wcześniej tam zawiezie.

071


STYL ŻYCIA

NOWE? NIE MA TAKIEJ POTRZEBY ANTONI LETKI / ARTYSTA MALARZ, ARCHITEKT WNĘTRZ

072

Ojca Hanomag Kurier, rocznik ′37 – to przy nim Antoni Letki ma swoje pierwsze motoryzacyjne zdjęcie. Miał rok. Sporo podróżowali, ojciec należał do klubu motorowego, więc turystyka rajdowa tylko podkręciła samochodowego bakcyla. – Auta fascynowały mnie od zawsze, między innymi dlatego, że dawały wolność przemieszczania się – przyrównuje. Ciekawszą motoryzacją powiało, kiedy ludzie zaczęli wyjeżdżać za granicę i sprowadzać kąski. Sporo kumpli ze studiów też zwoziło cacka z Anglii i Francji. Sam też wyjeżdżał, ale nic nie przywoził. – Za to jeździłem wszystkim tym, co koledzy zwieźli, bo, w przeciwieństwie do nich, miałem prawo jazdy już od 18. roku życia – uzasadnia. W motoryzacyjnej hierarchii Antoniego nadrzędną cechą jest solidność, bo bez niej nic nie przetrwa. W domu i w życiu otacza się rzeczami z dawnych czasów, które – ma się wrażenie – przetrwają kolejne pokolenia. Z kolei za sprawą mamy, która dość często bywała w Skandynawii, doskonale wiedzieli, że wszystko co szwedzkie, jest trwałe i porządnie zaprojektowane, bo myślących ludzi nie stać na robienie dziadostwa. Jednak pierwsze trzy samochody Antoniego to przeciwny biegun. Już pracując, kupił Syrenę z ogłoszenia w „Życiu Warszawy”. Potem dwie kolejne. Silniki padały, więc zawsze miał jeden naprawiony w rezerwie. Wytrzymywały od marnych 30 tys. km po rekordowe u Antoniego 80 tys. A jeździł sporo. Jedną Syreną godne odnotowania 350 tys. km. W 1993 roku natknął się na długo wyszukiwane ogłoszenie: „Sprzedam Volvo Amazon”. Coś, co latami

budowało chęć posiadania. Okazuje się, że to ten sam egzemplarz, który kiedyś widywał, jeszcze podczas studiów, w serwisie Volvo pod mostem Poniatowskiego. Ale Amazon wegetował już pod jabłonką u krawca na Mazowszu. Deficyt zachodnich części wyzwalał fantazję domorosłych mechaników, więc Volvo nosiło wiele cech socjalistycznej motoryzacji. I tak je zabrał. – To była jeżdżąca karykatura, a nie Volvo – wspomina. Za częściami zjeździli z żoną szwedzkie szroty. Znajomy mechanik szepnął, że w Łukcie stoi do wzięcia na części Amazon. Pojechał autobusem: z kumplem, kanistrem paliwa, pompką do kół i… akumulatorem. Tyle że to nie był obiecany Amazon, a nowszy model 142. Przemianowany zresztą na podwórkowy bar – właściciel wykorzystywał go na posiadówki z pijącym towarzystwem. Wóz zdezelowany, cena – równowartość nowych 500 zł. Stargował na 300 i zabrał się… za odpalanie. Kiedy się udało i dotoczyli się do bramy, miejscowi z „baru” zagrodzili wyjazd, uznając, że sprawnego wozu tak tanio nie oddadzą. Uciekli z podwórka wręcz po kaskadersku. Ponieważ szybko padły hamulce, w obawie przed goniącymi, schronili się w lesie. Dzisiaj, odbudowaną po latach 142-ką, każdego lata zaliczają z żoną Chorwację. – Obydwa są u mnie na dożywociu – mówi o szwedzkich klasykach. – Interesują mnie czysto mechaniczne auta, solidnie zaprojektowane, z logiczną zasadą działania. Na nowe auto nigdy się nie przesiądzie. – Za ciche, za wygodne, jedzie się jak w pierzynie. No i elektronika już tyle nie przetrwa. Nie mam więc potrzeby – uzasadnia.


STYL ŻYCIA

ĆWIERĆ WIEKU ZA JEDNYM BMW TOMASZ RUTKOWSKI / MIŁOŚNIK ZABYTKOWEJ MOTORYZACJI

Tak musiały wyglądać stare manufaktury, z których wyjeżdżały krótkoseryjne motocykle. Ile tu ich jest w częściach? – Tyle, ile zbiorników paliwa na tej półce – Tomek pokazuje górny regał w swoim garażu. I wymienia po kolei markę, model i rocznik, od których pochodzą. Wszystkie w swoim czasie będą wyglądać jak tych kilka gotowych, które dzielą posadzkę wielkiego garażu. Sięgamy do początków – to prawie równo z jego datą urodzin. – Jak tylko zrozumiałem, co się wokół mnie dzieje, to starszy o 12 lat brat już składał motocykle. Więc i ja poza garażem świata nie widziałem – wspomina. Na lekcje do olsztyńskiej samochodówki przyjeżdżał jak nie przedwojennym Harleyem, to pożyczonym od brata roadsterem Fordem Eifel rocznik ′39. – Nie kryję, byłem w szkole jakąś atrakcją – mówi o połowie lat 80. Za unikatowym przedwojennym motocyklem pojedzie wszędzie. Ostatnio 3300 km do Lizbony po 103-latka belgijskiej firmy FN, specjalizującej się w produkcji… armat. Kąsek – na chodzie i nigdy niemalowany! Precyzyjnie odtwarza datę i miejscowość, w której coś kupił. W 1989 roku, jadąc pod Płockiem, zauważył na poboczu stary motocykl na zagranicznej rejestracji. Białorusin Jura jechał wojennym Harleyem WLA z 1942 roku do rodziny w Gostyninie i zabrakło mu paliwa. – Namówiłem go na sprzedaż motocykla. Akurat wiozłem w bagażniku Indiana w częściach, co podkreśliło moją wiarygodność jako pasjonata. Zgodnie z dżentelmeńską umową odwiozłem go najpierw do rodziny, a potem na granicę – puentuje historię.

Kiedy znalazł ogłoszenie z trzema wyjątkowymi okazami i okazało się, że stają w Kaliningradzie, był na miejscu za dwie godziny. Kupił wszystkie trzy. Z kolei 27 lat temu dotarł do Nałęczowa do człowieka, który miał specyficzne wymagania co do sprzedawanego Zűndappa Sahary z oryginalnym wyposażeniem niemieckiej armii: wyłącznie zamiana na VW Garbusa, silnik do przedwojennego Fiata i kolorowy telewizor. – Akurat taki silnik miałem, telewizor przywiozłem mu z Niemiec, a Garbusa naprędce kupiłem w Kortowie. I dobiłem targu – chwali. – Skąd ja ich wszystkich wynajduję? Znał całe to środowisko, już nie tylko w Polsce. Wiem, kto co ma, ci znajomi też mają swoich znajomych i tak się do nich dociera. A jak się towarzystwo postarzało, to i zaczęło wyprzedawać. Pytam o najdłużej „wychodzony” motocykl. 25 lat negocjował rzadkie BMW R42 w Pasłęku. Kupił. Kilka lat temu wkręcił się w przedwojenne auta, którymi zwyczajnie jeździ. – Da się, o ile przełknie się to „brzydkie” zużycie paliwa – wtrąca. Rozmawiamy w sześciometrowym Packardzie rocznik ′28. Sam blok silnika ma metr. Coś go musi napędzać, a od debiutanckiej wiosny przejechał już 1593 mile. Tomek odrestaurował go w dwa lata. Części? Czego nie zdobędzie, odtwarza. Czasem nie ma się na czym wzorować, więc niektóre rozwiązania odbudowuje drogą dedukcji, popartą wiedzą techniczną. Marzy o otwarciu prywatnego muzeum. A smaczki ma, np. motocykl, który od wojny leżał zakopany w ziemi albo zatopiony w jeziorze. Nietknięte!

073


CAR DETAILING

SAMOCHODY TEŻ MAJĄ SPA

CZY MĘŻCZYŹNIE WYPADA POJECHAĆ DO SALONU URODY? TAK, ALE ZE SWOIM SAMOCHODEM. W NOWYM STUDIU BLING FACTORY SERWUJE KURACJĘ ODMŁADZAJĄCĄ ZA POMOCĄ TECHNOLOGII NUMER 1 W ŚWIECIE.

074


CAR DETAILING

Zamawiają samochody nawet za milion złotych, a i tak pierwszy kurs robią nimi właśnie tutaj. Bo dopiero po tej luksusowej kosmetyce auto wygląda jak przysłowiowy milion dolarów. Bling Factory stworzyło profesjonalne studio pielęgnacji, dedykowane wszystkim tym, którzy w samochodzie dostrzegają coś więcej niż tylko środek zdolny przetransportować ich do celu. No i przede wszystkim taki samochód mają. Umówmy się bowiem szczerze i bez niczyjej urazy – raczej nie trafiają tu podszpachlowane Ibizy, kupione za pierwszą pensję początkującego kierowcy. Miłość do aut niejedno zna oblicze, ale tym razem chodzi o efekt tzw. stanu konkursowego. To termin często używany podczas aukcji wyjątkowych pojazdów i kojarzony z białymi rękawiczkami osób, które prezentują auto koneserom. W Bling Factory, też w rękawiczkach, pracuje ledwie garstka ludzi. Wszyscy mają wspólny mianownik – pedanci ze smykałką techniczną. Precyzyjnie i z pieczołowitością, pod specjalistycznym oświetleniem, wyszukują i niwelują ostatnią niedoskonałość na lakierze, której gołym okiem i w dziennym świetle zwyczajnie nie widać (nawet nowe auta, przyprowadzone z salonu, już się do tego zabiegu kwalifikują). Bo na efekt składają się szczegóły. – Sam od małego fascynuję się samochodami i odkąd miałem pierwszy własny, zawsze musiał wyglądać perfekcyjnie. Zacząłem kupować więc maszyny i preparaty do pielęgnacji, aż po latach przerodziło się to w zawodowe zajęcie – Mateusz Rozwadowski,

Najnowszym i póki co najskuteczniejszym zabezpieczeniem lakieru są folie ochronne XPEL. To przezroczysta, niewidoczna i samonaprawialna folia poliuretanowa, na której – pod wpływem wysokiej temperatury – giną rysy. W stu procentach zabezpiecza newralgiczne miejsca narażone na odpryski kamieni i zarysowania (głównie zderzaki, maska, choć można pokryć nią całe nadwozie). Jest nierozpoznawalna gołym okiem. I przy okazji… kosztowna. Kiedy właściciel auta zdecyduje się na usługę, składa się zamówienie do producenta folii i program komputerowy wycina na ploterze gotowe arkusze pod elementy konkretnego egzemplarza, bo niektóre wersje auta mają np. pięć rodzajów zderzaków. O klasie zabezpieczenia świadczy baza aut, dostępna w danych producenta folii XPEL – brak tam pospolitych modeli, tylko wyższa półka. Ponieważ większość luksusowych aut, za którymi na ulicy zwykle odwraca się głowę, przeszła przez ich ręce, Mateusz stworzył swoim „pacjentom” warunki adekwatne do oczekiwań ich właścicieli, no i serwowanej usługi. To nowe, przeznaczone tylko do pielęgnacji 240-metrowe studio, sterylne niczym blok operacyjny w klinice chirurgicznej. Składa się z kilku pomieszczeń i w zależności od etapu całego procesu auto przebywa w jednym z nich. W tym ostatnim, gotowe już, czeka na właściciela. I jego reakcję. A bywają naprawdę emocjonujące. W studio jest jeszcze jedna zasada: pracuje się tylko nad jednym samochodem, a dopiero po nim przyjmowany jest

właściciel studia Bling Factory sięga do początków pomysłu na profesjonalne studio pielęgnacji aut. Dzisiaj Bling Factory jest jedyną w regionie firmą, która posiada certyfikat uprawniający do nakładania ceramicznych powłok ochronnych Ceramic Pro, światowego lidera w  technologii zabezpieczania lakierów (programem tej marki objęte są np. wydawane w salonach nowe Ferrari). Ceramiczny mikropancerz chroni wypielęgnowany uprzednio lakier przed drobnymi zar ysowaniami, działaniem chemii, kwaśnych deszczów, soli drogowej, ptasich odchodów, promieni słonecznych, ale też odpycha brud, zaś sam samochód bardzo łatwo się myje, bez pozostawiania smug czy zacieków. W Bling Factory procesem nakładania ceramiki zajmuje się kobieta. Reżim czasowy w nakładaniu kolejnych warstw (proces trwa nawet do ośmiu godzin) i staranność preferują właśnie damskie podejście – cierpliwość i precyzję. Zabieg musi być wykonany w odpowiednich warunkach: temperatura, wilgotność, no i do tego czas, niezbędny na utwardzenie powłoki. Nowe auto, które trafia tu z salonu na kompleksowy proces (studio współpracuje m.in. z dilerami marek premium, więc często przed odbiorem auta nowi właściciele zlecają usługę zabezpieczenia lakieru), musi zostać tu minimum na dwie doby. Za to cieszy potem oko latami, bo taką trwałość powłoki przewiduje producent.

kolejny. Wszyscy skupiają się wtedy właśnie na nim, bez nerwowego zerkania na nowego „pacjenta”. – Najwdzięczniejsze w naszej pracy jest to, że my uprawiamy pasję, ludzie płacą nieraz za to naprawdę ciężkie pieniądze, a przy okazji się cieszą – dodaje Mateusz. – Bo właśnie zobaczyli efekt na stojącej obok maszynie. Docieramy czasem do właścicieli ciekawych aut, którzy dość sceptycznie są nastawieni do powłok ceramicznych czy do kosmetyki na najwyższym poziomie. Często sami wracają, kiedy są pod wrażeniem auta znajomego. A potem przyznają, że póki nie zobaczyli efektu po pierwszym myciu zrobionego już auta, byli przekonani, że to jakiś pic – dopowiada. Bling Factory wprowadziło więc usługę długofalowej opieki nad autami klientów, by cały czas wyglądały perfekcyjnie. Zbudowali na tyle duże zaufanie (studio znajduje się na terenie niedostępnym dla osób z zewnątrz, z wszelkimi polisami ubezpieczeniowymi), że auta odbierają spod firm właścicieli i odstawiają w wyznaczonym czasie. Reakcja właściciela? Bezcenna. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Łukasz Wajszczyk Bling Factory Olsztyn, ul. Lubelska 43i kom. +48 668 685 446 e-mail: studio@blingfactory.pl www.blingfactory.pl

075


AUTO

076

SEKSOWNY DIAMENT BĘDZIE TO MOŻE I NAJWIĘKSZY PRZEŁOM W STYLISTYCE TOYOTY OD LAT. KLIENCI

JUŻ CZEKAJĄ W BLOKACH STARTOWYCH, TYM BARDZIEJ, ŻE JAPOŃCZYCY WSTRZELILI SIĘ W N A JMODNIEJSZ Y SEGMENT AU T. C Z Y M Z A SKOC Z Y CROSSOV ER C- HR?


AUTO

Przeszło 30 lat temu Budka Suflera śpiewała być może prorocze słowa o tym, jak mąż odkładał na „Toyotę przepiękną, aż strach”. Tylko kto by przypuszczał, że dzisiaj będzie mógł taką Toyotę zamówić przez Internet. C-HR jest pierwszym w Polsce autem, które można nabyć kliknięciem (toyota.pl/c-hr). Ruszyły już zapisy online, zaś 29 września Olsztyn będzie świętował oficjalny pokaz auta w miejskiej przestrzeni. Skrót C-HR zaczerpnięto od trzech kluczowych słów, które cechują nowość: Compact Hybrid Revolution. Czytaj: połączenie właściwości klasycznego auta kompaktowego z napędem hybrydowym, opakowane w rewolucyjne nadwozie. Sam producent ulokował C-HR pomiędzy Aurisem a RAV4. Ciekawostką jest, że to przełomowe dla Toyoty nadwozie wystylizowało kalifornijskie Calty Design. Znana z  nieco zachowawczego stylu Toyota tym razem pozostawiła stylistom wiele swobody. A oni zrobili wyraźny

spełnił jego oczekiwań, może zrezygnować z umowy bez żadnych konsekwencji. Ale jak się jest pewnym swojego dzieła, to można na takie zasady sobie pozwolić – C-HR testowano równie intensywnie na górskich drogach, jak i na wymagającym torze Nürburgring. A użytkownikom crossoverów zależy nie tylko na podniesionej pozycji za kierownicą i  atrakcyjnej linii nadwozia, zwinności i  dynamice prowadzenia. Chodzi jeszcze o to coś, a główny projektant dał słowo samuraja, że wraz z C-HR wprowadza do segmentu crossoverów nową wartość. Obawiamy się więc, że w kolejce ustawi się więcej chętnych, niż dilerzy będą mieli do dyspozycji aut. Tym bardziej, że auto będzie w  przedsprzedaży w  limitowanej, bogato w yposażonej wersji Prime Edition. Nową jakością będzie też klimat wnętrza, już ten dosłowny. Jest tu bowiem znany z Lexusów system Nanoe, który

ukłon w stronę świeższego klienta, który od auta oczekuje czegoś więcej, niż tylko dotychczasowej niezawodności i oszczędności. Zrobili więc coś, co średnio zorientowanej cioci można byłoby opisać jako wysoko zawieszone coupe o dość szalonej stylizacji. Sami projektanci nakreślony tu styl nazwali jako „sexy diamond”. Ciocia będzie w siódmym niebie (są nawet przetłoczenia w kształcie diamentu w podsufitce, motyw diamentu został też wykorzystany w wyglądzie przełączników, wewnętrznej strony drzwi i głośników). Kokpit i asymetryczną deskę skoncentrowano na kierowcy, podkreślając, że jest to model dla tych, którzy czują przyjemność z prowadzenia auta. O całym projekcie człowiek odpowiedzialny za jego jakość wypowiada się dość śmiało: „Włożyliśmy wiele wysiłku w zaprojektowanie każdego szczegółu, aby uzyskać pełną harmonii całość. Naszym zdaniem to najlepszy projekt wnętrza samochodu w historii marki”. Jeśli więc Toyota przyzwyczaiła was do wnętrz stonowanych i praktycznych, wreszcie zaszalała. Jest tu rewolucja przez wielkie R. Jeszcze nie wiemy, jak jeździ się C-HR, ale gdyby ktoś zamówił auto przez Internet w tzw. ciemno, a sam produkt nie

usuwa z powietrza alergeny, neutralizuje nieprzyjemne zapachy, niszczy bakterie, zwalcza wirusy i nie wysusza skóry. Przejdźmy do środkowej literki z nazwy modelu. Napęd hybrydowy w Toyocie to jak obecność koła w ogóle – obowiązek. C-HR będzie napędzać znany już z najnowszego Priusa układ hybrydowy czwartej generacji (silnik benzynowy 1,8 wspomagany elektrycznym). Układ ma 122 konie mocy i wedle danych producenta ma spalać średnio ledwie 3,7 litra na setkę. Równo dwa litry więcej ma spalać auto z konwencjonalnym napędem – 1,2 turbo o mocy 116 KM. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Toyota

Toyota Mir-Wit Olsztyn, al. Obrońców Tobruku 11 www.toyota-olsztyn.pl www.toyota.pl/c-hr Toyota C-HR 1,2 turbo – 79 900 zł Toyota C-HR hybrid – 104 900 zł

077


SPOD IGŁY

SALON SAMOCHODOWY MADE IN

KOMFORT HYBRYDY

CZESKI NIEDŹWIEDŹ

www.solix.kia.pl

www.polbis auto.pl

KIA zrobiła miłośnikom pojazdów hybrydowych niespodziankę – wypuściła model Niro, który wyposażony jest w dwusprzęgłową automatyczną skrzynię (zwykle hybrydy napędza bezstopniowa skrzynia o dyskusyjnym komforcie akustycznym). 1,6-litrowy silnik benzynowy wspomaga 43-konny silnik elektryczny. Łącznie układ daje 141 KM i wedle zapewnień producenta Niro ma spalać w mieście 3,9 l/100 km. A dla amatorów bezszelestnej jazdy KIA szykuje na nowy rok wersję plug-in, czyli z możliwością doładowania z gniazdka, co pozwoli na jazdę wyłącznie na silniku elektrycznym do 60 km. Co ciekawe, mniejszy o 12 cm od Sportage model Niro ma z kolei większy rozstaw osi, co przekłada się praktycznie na taką samą ilość miejsca w kabinie. Stylistycznie auto wpisuje się w kanon ostatnich nowości marki, które wychodzą spod ręki genialnego Petera Schreyera. Cena od 86 900 zł.

078

WŁAŚNIE DEBIUTUJĄ, UWODZĄ I KUSZĄ

Skoda miała do tej pory prawie wszystko, o czym mogli pomarzyć jej konkurenci na polskim rynku – od lat najlepszą sprzedaż, świetną opinię, pożądanie na rynku wtórnym, ponadczasową stylizację i rozsądne koszty eksploatacji. Nie miała jedynie dużego SUV-a. Ale wszystko nadrobione – 1 września zadebiutowała w Berlinie Skoda Kodiaq. Miejsce nieprzypadkowe na premierę. Otóż w herbie niemieckiej stolicy jest niedźwiedź, zaś kodiaq to odmiana niedźwiedzi żyjących na Alasce. Potężnych i silnych. Jakieś skojarzenia z autem? Skoda Kodiaq też jest potężna (470 cm), ale przy tym tak nakreślona i proporcjonalna, że nie przytłacza sylwetką. Pierwsza siedmioosobowa Skoda technicznie i stylistycznie spokrewniona jest z Superbem (te same jednostki oraz napęd 4x4). Żywot innych modeli Skody podpowiada, że konkurencja będzie miała z czeskim „niedźwiedziem” niemały problem.

UZNANIE STYLISTÓW

GWIAZDA OPLA

www.autoidea.mercedes-benz.pl

www.opel.mibo.pl

Mercedesa klasy S przedstawiać nikomu nie trzeba – najwyższa półka. A Mercedesem klasy S w wersji van jest klasa V. Patrząc na jej kokpit, trudno nawet na pierwszy rzut oka rozróżnić go od tych, które serwuje się w odmianach osobowych. Zresztą za jakość dizajnu V klasa została wyróżniona nagrodą Red Dot Award. A to najwyższe uznanie dla stylistów. V klasa to komfortowy podróżnik dla 6–8-osobowego składu. Każdy siedzi w indywidualnym fotelu z mnóstwem miejsca wokół. Wypad do Chorwacji czy w Alby to wciąż podróż w pierwszej klasie. Auto zostało wyposażone bowiem we wszystko to, co znajdziemy w najdroższych osobowych Mercedesach. Łącznie z kamerami 360, dzięki którym lawirowanie tym kolosem jest proste nawet wśród ciasnych uliczek śródziemnomorskich kurortów. Ciekawostką jest asystent bocznego wiatru – w razie konieczności czujniki przyhamowują koła od zawietrznej, by zniwelować efekt spychania z toru jazdy. Cena od 167 500 zł

Podróżowanie Oplem, nie tylko komfortową Insignią (nawiasem mówiąc, to niewiarygodne, ale nowe diesle 1,6 potrafią spalić w trasie 3,8 l/100 km!), przenosi w inny wymiar. Dosłownie. Stało się to za sprawą innowacyjnego asystenta Opel OnStar. Przyciskiem umiejscowionym przy lusterku wstecznym możemy kontaktować się z centralą (najczęściej zgłasza się miła pani), która służy nam pomocą, np. znajdzie najbliższą stację benzynową, hotel czy restaurację. A tuż po rozmowie mamy już w naszej nawigacji wprowadzoną trasę do celu. Asystent zdiagnozuje też auto przed podróżą – powie nam nawet, na ile kilometrów mamy paliwa w baku i ciśnienie w oponach. Mając odpowiednią aplikację w smartfonie, możemy sprawdzić z drugiego końca świata, czy np. auto jest zamknięte. System automatycznie wzywa na miejsce pomoc w razie wypadku i pomaga namierzyć skradzione auto. W połączeniu z systemami Insigni, asystującymi kierowcy, podróż nie może być nieprzyjemna. Cena od 90 750 zł.


AUTO

BARDZO MOCNE WEJŚCIE NOWA JAKOŚĆ BMW W TWOIM MIEŚCIE – Z TAKIM HASŁEM DEBIUTUJE W OLSZTYNIE PRZEDSTAWICIELSTWO BAWARSKIEJ MARKI, KTÓRA OD ZAWSZE POTRAFIŁA DOSTARCZAĆ EMOCJI. NAJŚWIEŻSZA ICH PORCJA JUŻ 18 WRZEŚNIA. Białe śmigło na tle błękitnego nieba wreszcie rozkręci się nad Warmią i Mazurami. Ten symbol BMW od zawsze wprowadzał atmosferę ekscytacji, a budowane od dziesięcioleci samochody wyróżniają się niepodrabialnym charakterem i temperamentem. BMW Zdunek, trójmiejski diler marki, od 17 września dniami otwartymi inauguruje swoją najnowszą inwestycję – autoryzowany serwis BMW i Mini. Siedziba wraz z salonem powstała w przebudowanym dawnym Seacie. Teraz – zarówno obiekt, jak i jego techniczne zaplecze – spełniają standardy wytyczone przez BMW. A są one takie same i jedyne obowiązujące dla wszystkich oddziałów marki. Serwis wyposażony jest w najnowsze urządzenia diagnostyczne, sam obiekt zaś pozwala na komfortową obsługę klientów. – Dysponujemy na przykład recepcją bezpośrednią, gdzie doradca serwisowy w obecności właściciela diagnozuje stan pojazdu i ewentualne usterki. Wszystko nanosi na tablet, więc po oględzinach klient ma pełną świadomość kosztów i elementów kwalifikujących się do naprawy, zaś po – ich wykonania – mówi Karol Jankowski, kierownik obsługi posprzedażnej olsztyńskiego serwisu BMW Zdunek. Samo pomieszczenie serwisu raczej nie przypomina, choć w razie potrzeby z podłogi wyjeżdża podnośnik. Również z podłogi rozświetlają się LED-y i mamy pełen obraz auta. Hala serwisowa dysponuje czterema podnośnikami dwukolumnowymi, jednym czterokolumnowym, czterema stanowiskami płaskimi i ścieżką diagnostyczną. Od października rusza autoryzowany serwis blacharsko-lakierniczy. Jest też czterostanowiskowa myjnia, bo standard BMW oznacza, że każde auto opuszczające serwis jest starannie umyte i odkurzone w środku. BMW już wiele lat temu wyznaczyło też standardy przyjęcia auta do serwisu. Za sprawą technologii przy wstępnej czyn-

ności ważniejszy od auta jest już kluczyk, z którego poprzez terminal w recepcji odczytywana jest historia serwisowa auta, zbliżające się interwały wymian płynów i części eksploatacyjnych oraz sygnalizowane ewentualne błędy. – Asystentka wie tym samym, na jak szeroką obsługę przyjechało auto i już przygotowuje odpowiednie wskazania doradcy serwisowemu – wyjaśnia Karol Jankowski. Obecność marki na Warmii i Mazurach to nic innego jak odczytanie potrzeb rynku. – W naszej bazie mamy odnotowanych aż sześciuset klientów z Warmii i Mazur, którzy odwiedzali nas w Trójmieście. Widzieliśmy więc tutaj potencjał i potrzebę funkcjonowania naszej marki – uzasadnia Agnieszka Moczyńska, szefowa marketingu BMW Zdunek. Grupa Zdunek to doskonale znana marka na Wybrzeżu, gdzie z powodzeniem funkcjonuje od niemal 40 lat. Dzisiaj jest przedstawicielem marek BMW, Mini, Renault, Dacia oraz Nissan. Samochody sprzedaje w  ośmiu salonach, zatrudnia łącznie 350 osób. Za drugi wybudowany w Trójmieście salon BMW Grupa Zdunek otrzymała w Gdyni tytuł Najlepszej Inwestycji 2014. Poza tym jest szanowanym mecenasem kultury, a przede wszystkim sportu – wpiera motocross, rajdy samochodów górskich, klub piłkarski Bałtyk Gdynia, a od trzech lat Renault Zdunek jest sponsorem tytularnym klubu żużlowego Renault Zdunek Wybrzeże Gdańsk. Wspiera też sportowców, m.in. Piotra Myszkę, wielokrotnego mistrza świata w windsurfingu, olimpijczyka z Rio oraz boksera Krzysztofa Głowackiego, zawodowego mistrza świata organizacji WBO. W weekend 17–18 września, podczas inauguracyjnych dni otwartych „Nowa jakość BMW w twoim mieście”, szykuje się wiele atrakcji z dreszczem emocji. Na najmłodszych czekają symulatory, na nieco starszych mini tor z samochodami, dla wszystkich muzyka na żywo, a od poniedziałku, dla koneserów, ekspozycja już prawdziwych BMW – w salonie będzie prezentowana gama modelowa. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: archiwum BMW

Dealer BMW Zdunek

Dealer BMW Zdunek Olsztyn Al. Warszawskie 117 c www.bmw-zdunek.pl

079


Zużycie paliwa w mieście/poza miastem/średnio: 8,3-6,8/6,2-5,2/6,7-5,9 l/100 km; emisja CO2 średnio: 177-154 g/km; klasa wydajności: A i B. Dane nie dotyczą konkretnego pojazdu i nie są częścią oferty, lecz służą jedynie porównaniu różnych typów pojazdu.

Gdy on zajmuje pierwsze miejsce, rodzina bierze pozostałe. Gotowi na wszystko: wielokrotny zwycięzca Wimbledonu Roger Federer i Klasa V z ośmioma miejscami – najlepszy samochód dla dużej rodziny. To, co dzieje się na korcie, to nic w porównaniu z tym, co może zaserwować Ci rodzina. Dlatego jesteś przygotowany na każde wyzwanie. Klasa V ze zmiennym ustawieniem foteli ma dość miejsca nawet dla ośmiu osób. Zapraszamy do salonów Mercedes-Benz.

Auto Idea – Salon i Serwis Mercedes–Benz Olsztyn, ul. Towarowa 11, tel.: +48 89 533 48 75, www.autoidea.mercedes–benz.pl

infolinia: 800 200 200


AUTO

JEDZIEMY W FILHARMONII

ZDAJE SIĘ, ŻE ST YLIŚCI VOLVO NAWET GDYBY MIELI ZAPROJEKTOWAĆ KAWAŁEK DRUTU, TO TEŻ WYSZEDŁBY ELEGANCKI. KWINTESENCJĄ LUKSUSOW YCH LIMUZYN I  RODZINNYCH KOMBI  JEST DEBIUTUJĄCE VOLVO S90 I V90.

„My zawsze projektujemy samochody po swojemu. To piękne wnętrze doskonale oddaje to, w czym jesteśmy najlepsi. Skandynawska szkoła dizajnu sprawia, że życie jest wygodniejsze i przyjemniejsze. I w tym Volvo jest nie do pobicia” – mówiąc o  now ych S90 i  V90 szef dizajnu marki wyraźnie zakomunikował, że zmieniać to się może świat, ale nie Volvo. Tak, dziedzictwo marki jest nietykalne, a umiejętne dopasowanie genów drzemiących w stylistyce do współczesnych czasów jest nad wyraz imponujące, co potwierdzają najnowsze modele – flagowa limuzyna oraz jej bliźniacze kombi. Chciałoby się rzec – piękne rodzeństwo. No i to wnętrze – minimalizm i elegancja. Volvo ściągnęło do siebie stylistę wnętrz, Brytyjczyka Robina Page, który przez ostatnie 12 lat czuwał nad atmosferą w samochodach Bentley. I to już nie wymaga komentarza. Chyba że samego mistrza, który wyraźnie podkreśla wzmacnianie tożsamości marki: – „Pod względem wystroju wnętrz moim celem będzie budowa nowoczesnego skandynawskiego rzemiosła i zabranie marki na jeszcze wyższy poziom, jeśli chodzi o luksus” – wyznał Page. Volvo ogłosiło największą rekrutację w swojej 89-letniej historii. W ciągu roku ma zatrudnić w Szwecji 400 utalentowanych inżynierów programistów z całego świata, którzy wzmocnią pozycję marki w sektorze automotive. Volvo bowiem mocno inwestuje w nowe technologie: jazdę autonomiczną, aktywne systemy bezpieczeństwa oraz elektryfikację pojazdów. Tradycyjnie już nowe modele Volvo wnoszą coś, czego w dziedzinie bezpieczeństwa nikt wcześniej nie dosięgnął.

S90 i V90 mają system zapobiegający zderzeniom z dużymi zwierzętami, które nieoczekiwanie mogą pojawić się na drodze. System bazuje oczywiście na radarach oraz kamerze, które w razie konieczności same doprowadzą samochód do hamowania. W obydwu modelach będzie też znany już z XC90 system Run-off Road Mitigation, który sam będzie potrafi ł zatrzymać auto na poboczu, gdyby np. kierowca zasnął i samochód zacząłby zjeżdżać z pasa. Funkcja ta działa w zakresie prędkości 65–140 km/h. Gamę konwencjonalnych napędów S90 i  V90 uzupełni 320-konna hybryda plug-in. Doładowana z gniazdka, będzie mogła przejechać do 50 km wyłącznie na dodatkowym, 87-konnym silniku elektrycznym. Gdyby absolutna cisza na pokładzie nie była tym, o co nam w życiu chodzi, to można wyobrazić sobie, że jest się na koncercie w goeteborskiej filharmonii. Co tam wyobrazić… Po prostu być! 19-głośnikowe nagłośnienie Bowers & Wilkins inspirowane było właśnie akustyką tej genialnej sali koncertowej. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Volvo Cars Volvo S90 – od 171 600 zł Volvo V90 – od 181 300 zł

Nord Auto Olsztyn, ul. Warszawska 117 D www.nordauto.dealervolvo.pl

081


REPORTAŻ

KUMPLA OD PIWA NIE CHCE SIĘ ZABIĆ K ANONADA S TR Z AŁÓW NIESIE SIĘ PO LESIE. S ŁYCHAĆ „DOS TAŁEM! ” I Z  ZIELENI W YŁ ANIA SIĘ ZAK AMUFLOWANA POSTAĆ. W  MUNDURZE, Z BRONIĄ W RĘKU, IDZIE UMIERAĆ. PRZEZ MINUTĘ. PÓŹNIEJ WRACA DO GRY AIRSOFT, SYMULOWANEJ WALKI WOJENNEJ. KRYJCIE SIĘ, BO KOGO TO HOBBY USTRZELI, BĘDZIE JUŻ STRACONY.

Maskuję się za drzewem i wypatruję wroga. Ukrył się na skarpie po drugiej stronie bagien, więc starcie nie będzie łatwe. Obserwuję też moich kompanów: część tak dobrze się zakamuflowała, że trudno mi ich dostrzec, pozostali cicho przebiegają od jednej kryjówki do drugiej. Czuję się jak w amerykańskim filmie wojennym: poza seriami z karabinów słyszę głównie swój ciężki oddech, bo twarz mam osłoniętą szalem. Jest mi gorąco, broń ciąży, buty grzęzną w błocie. I chyba dostałam, bo nic nie widzę… – Strasznie zaparowują mi okulary – szepczę do skradającego się obok żołnierza. – To normalne – rzuca. – Są nawet specjalne filtry anti-fog. Teraz najlepiej wyjmij kamizelkę odblaskową i idź na respawn, żeby przetrzeć gogle. Uciekam więc, a dzięki niesionej kamizelce nie jestem dezerterem, ale uczestnikiem, do którego się nie strzela, bo jest chwilowo poza walką. Docieram do wyznaczonego miejsca, tzw. respawn, czyli stosowanego w grach miejsca odradzania się po trafieniu w czasie rozgrywki. Dopiero teraz mogę zdjąć gogle chroniące oczy przed kulkami. To zasada numer jeden w zabawie Air Soft Guns – replikami broni palnej.  

ŁATKA TERMINATORA TO KONIEC

– Wąsy i Pałace – tak nazywała się ekipa, do której w 2008 roku wciągnęli mnie koledzy. Udawaliśmy Arabów – wyjaśnia Ireneusz Bogacz i  z  pe łnym osprzętowaniem próbuje wsiąść do samochodu. Już na samym początku spotkania robi się ekstremalnie – nad nami przetacza się potężna ulewa. Kiedy mam już auto załadowane czterema uzbrojonymi facetami, Irek opowiada dalej: – Całą ideą było przebrać się w dresy i biegać po lesie z kałachami. Było śmiesznie, ale wkręciłem się na dobre, więc w 2009 roku założyliśmy grupę Straszydło – Combatientes Desperados i zaczął się tzw. Airsoft lansiarski – żartuje. – Trzeba już było się oszpejować  – rzuca airsoftow ym żargonem olsztyński radca prawny.

083


REPORTAŻ

084

– Czyli wyposażyć się w sprzęt – precyzuje Marcin Dublaszewski, pseudonim Hans. – Ale można się dobrze bawić i bez tego, bo wszystko i tak sprowadza się do strzelania kulkami. Na pewno należy mieć okulary ochronne, bo oczy nie odrosną. Replikę można u nas wypożyczyć, nie trzeba od razu inwestować. Żeby zacząć, wystarczy przyjść. Hans zaczął osiem lat temu. Miał potrzebę zrobienia czegoś, wyjścia do lasu, przeżycia przygody. Kolega polecił mu ASG. – I  tak już zostałem, z  małą przer wą na dziecko – uśmiecha się. Należy do SpezialGruppe 3, która nosi mundury Bundeswery. Pracuje w administracji, tak jak Wiktor Piotrowski ze Straszydła, który wyróżnia się mundurem o  modnym ostatnio, komercyjnym wzorze PenCott Badlands. Jedynym takim w  Olszt ynie. – Lans plus sto – śmieją się chłopacy. – Tak naprawdę nosi się to, co jest wygodne, czyli szpej [osprzętowanie – red.] i replikę, dopasowane wagowo oraz funkcjonalnie do każdego indywidualnie. Kiedy idzie się na 24 godziny do lasu, to nie można zostawić tego pod drzewem i pójść dalej – tłumaczy Wiktor. – W tym roku mija mi 10 lat, od kiedy wkręciłem się w Airsoft. Mieści się w średniej wieku graczy: około 30 lat. Ale są i starsi, są dzieciaki. Już na samym początku zagaduje mnie kilkunastoletni Michał, który w Airsoft wciągnął swojego tatę. – To wielopokoleniowa zabawa. My prowadzimy takie przedszkole, jesteśmy otwarci na nowych graczy – mówi o swojej grupie ASG-Olsztyn Adam Ulatowski, pseudonim Ulat, właściciel sklepu wędkarskiego. Sam zaczął w 2002 roku, jeszcze w gimnazjum. Razem z bratem kupili repliki i poszli do lasu. Wciągnęli kumpli z klasy, ale później wyjechali na studia. – Po powrocie zebraliśmy silną ekipę i spotykamy się niemal co tydzień na strzelanie – zaskakuje. Dziś też, zamiast niedzielnego siedzenia przy stole, już od 10.00 bieganie po lesie. Gdy rozmawiamy cztery godziny później, nadal nie mają dość. Co tu się dzieje? – Najprostsza odmiana Airsoftu polega na strzelaniu do siebie dwóch przeciwnych drużyn. Wygrywa ta, która zada więcej strat przeciwnikowi – tłumaczy Irek. – Ale cele mogą być coraz bardziej skomplikowane. Na przykład należy znaleźć jakiś punkt na mapie, przetransportować VIP-a, którego przeciwnik chce zlikwidować, zdobyć bazę. Układane są

też szczegółowe scenariusze, badamy teren, opracowujemy mapy i zdobywamy zgody na strzelankę w danym miejscu. Ustalane są zasady, np. określona ilość amunicji w magazynku, sposób traktowania rannych. To tzw. Milsim, szczyt złożoności. Odmiana Airsoftu – od ang. military simulation – która ma odwzorow y wać warunki prawdziwego pola walki (wojny, konfliktu zbrojnego), z wywiadem, logistyką, taktyką i strategią. Niektóre rozgrywki trwają nawet 48 godzin, w największych w Polsce Combat Alert w Orzyszu bierze udział aż około 850 osób. Pytam, czy książki, filmy są dla nich inspiracją. – Dla mnie głównie gry komputerowe – zdradza Ulat. – Ale też historia – dodaje Wiktor, a Hans rozwija: – Same strzelanki pokazują, co można zorganizować, bo pomysły mogą być świetne, ale niegrywalne. Gry mnie nie pasjonują, raczej wychodzę od tego, jaki mam teren, ilu ludzi, co nie wyszło na spotkaniach innych grup. Największym wyzwaniem jest dobra organizacja, zwłaszcza przy wielkich imprezach. Może być dużo nieogarniętych ludzi, co jest mniejszym problemem, bo można ich łatwo zastrzelić – rzuca bezpardonowo. – Gorzej, jeśli są tacy, którzy nie przyznają się do trafień. Przypominam sobie dyskusję na forum airsoftolsztyn.pl, w której wspominano „nieśmiertelnych” członków grupy z innego miasta. – Ta gra polega na uczciwości. Tu nie ma śladów po kulkach, jak w paintballu. Dlatego jeśli ktoś się nie przyznaje do trafień, to się z nim nie gra, bo wszystko traci sens. A jak przylgnie łatka terminatora, to koniec. Nikt nie będzie chciał się z nim strzelać – wyjaśnia Irek, a Wiktor podkreśla: – Airsoft jest z założenia honorowy. Oczywiście może się zdarzyć, że nie poczuje się kulki. Ale jeśli spotyka się człowieka z „ospą” na twarzy, przekonanego, że nikt go nie trafi ł… Nazywany jest wówczas termosem.

NIEDZIELNY KOMANDOS

– Jakie to uczucie? – pytam, lekko przerażona czekającą mnie walką. – Substytut wizyty u psychologa, pozytywne zmęczenie, bo to pasja, sport i zabawa – padają odpowiedzi. – Musisz się skupić na zadaniu, które jest do wykonania. Gdy kulka przeleci ci koło ucha, to tylko zwiększa poziom adrenaliny – opisuje Wiktor. – Siedzi się w pięciu w zasadzce,


REPORTAŻ

trzeba być cicho, wytrzymać w pozycji. Widzi się już kogoś z 60 metrów, chciałoby się strzelić, a należy poczekać, podprowadzić go, by było dobre trafienie – przytacza Hans. – To niesamowita energia! Nie jest statycznie, jak na strzelnicy. – I nie ma żadnych negatywnych emocji. Sama honorowa idea Airsoftu buduje relacje międzyludzkie, nie spotykamy się tylko w lesie – mówi Irek, a Ulat dorzuca: – Kumpla od piwa niekoniecznie chce się zabić! Nawet jeśli przegrają, liczy się to, że dobrze się bawili. Po akcji mówią więc sobie „Ale mnie podszedłeś, piękny strzał!”. A wojskowy dryl? – Nic z tych rzeczy, nie mamy takich aspiracji – zarzekają się. – Są organizacje airsoftowe o charakterze paramilitarnym, ale my mamy luźne podejście. Aczkolwiek kiedy jeździmy na ambitniejsze imprezy, to musi być dowódca, żeby trzymać wszystkich w kupie. Tam możesz odpaść nawet po jednym strzale, po 10 minutach gry na drugim końcu Polski – obrazuje Irek, a Hans dodaje: – Zmienia się podejście, gdy wiesz, że masz jedno życie. Ale nadal to pasja, nie trening obronny. Na spotkaniach nie rozmawiamy o obwodzie Kaliningradzkim, tylko raczej o ostatnim odcinku „Gry o tron”. – Wojsko to dużo więcej niż strzelanie, więc jeśli ktoś myśli, że przyjdzie do lasu, kupi replikę i za pół roku będzie komandosem, to się myli. Nie czujemy się lepsi od innych – precyzuje Irek. Trzeba być sprawnym, ale po kilku spotkaniach dochodzi się do wprawy. Ulat nosi na sobie 30 kilogramów sprzętu. – Ważne, żeby przy dłuższych grach nadal mieć z nich przyjemność, a nie wypluwać wnętrzności na szlaku – celnie puentuje Hans. Dopytuję, czym jest dla nich ta pasja. Namyślają się. – Na pewno jakimś przedłużeniem zabawy z patykami, w wojnę – definiuje Irek. Wiktor mówi o harcerstwie w dzieciństwie i oderwaniu od codzienności, Ulat o tym, że trzeba mieć coś, na co czeka się cały tydzień. A Hans przytacza najczęściej zadawane im pytanie: – „Dlaczego nie zostaliście żołnierzami?”. A czy gdy ktoś lubi grać w nogę, ogląda mecze, to pytacie go, dlaczego nie został piłkarzem? – odbija piłeczkę. Każdy ma inne oczekiwania. Jedni przychodzą wystrzelać 1000 kulek, inni wolą zadania, w których nie chodzi tylko o wyeliminowanie się, ale strategię. Czasem przez kilka godzin nie pada ani jeden strzał i wszyscy wracają zachwyceni.

UWAGA, CYWIL!

Wracają do domów, a tam… repliki powieszone na ścianach? – Niee! – wołają jednocześnie. – Repy wyglądają jak prawdziwe, więc byłby odpowiedni efekt, ale nam to nie jest potrzebne. Do sprzętu i mundurów w szafach rodziny są przyzwyczajone. Mama Ulata tylko na początku prorokowała „Za rok ci się znudzi!”, jego dziewczyna wpada czasem na spotkania airsoftowe, żeby postrzelać (kobiety w Airsofcie to około 2 proc. graczy), a synek Irka na widok taty w mundurze woła „Picium, picium!”. Czas i finanse to też nie problem. – Jeśli coś jest ważne, to zawsze gdzieś się wciśnie – przekonuje Irek. – A jeśli chce się już trochę zainwestować, można się zamknąć w 500 zł – mundur może być z demobilu za 50 zł, do tego okulary, może być maska chroniąca zęby i przede wszystkim replika za kilkaset złotych. Choć są i takie za kilka dobrych tysięcy. Hans chodzi w mundurze Bundeswery: – Dziś akurat założyłem wyposażenie niemieckiego zwiadowcy – pokazuje.

– W rekonstrukcji zabawa polega na tym, by znaleźć zdjęcie żołnierzy danej jednostki w  konkretnym okresie czasu i szukać tych rzeczy, najlepiej oryginalnych. Mój mundur jest teraz już mniej popularny, spotyka się z ostracyzmem w środowisku, bo, ze względu na kolorystykę, nazywany jest żygtarnem. Ale to z zawiści – puszcza oko. – Mam oryginalną kamizelkę, apteczkę, rękawiczki, oczywiście buty i boonie hat – maskujący kapelusz. W większości grup jest dowolność stroju, bo jego główna rola to kamuflaż. Zimą noszą specjalne białe maskałaty albo po prostu kombinezony malarskie. Replikę owijają bandażem. Używają takich krótkofalówek, jak drogowcy, każda ekipa ma swój kanał. To się przydaje, dziś na przykład dwóch graczy zgubiło się na bagnach. Stosują też proste znaki porozumiewawcze: – Są grupy, które działają jak palce jednej dłoni, mają szyki, komendy, są bezgłośne – opowiada Irek. Często spotkają grzybiarzy. Przekazują sobie komendę „Uwaga, cywil!”, by przerwać ostrzał. A cywilowi mówią „Dzień dobr y ”. Biegacze cz y rowerz yści już się z  nimi oswoili. – Czasem powiedzą, że 500 metrów dalej widzieli naszych kolegów – śmieją się. – A 10 lat temu, jak jechaliśmy autobusem w mundurach i z replikami w futerałach, to pasażerowie woleli się przesiąść – wspomina Wiktor. – Gdy w ychodzę z  bloku w  mundurze, to nadal py tają, czy idę na polowanie lub ryby – śmieje się Irek. W czasie strzelanek rzeczywiście polują – na grzyby. I śmieci – w porozumieniu z leśniczym robią akcje sprzątania lasu. Nie po sobie, bo oni dbają o to, by nie śmiecić. A znajdują nawet lodówki, części samochodów. Ostatnio z małego kawałka lasu zebrali pół ciężarówki śmieci. Co do zwierząt, to dziś widzieli okazałego jelenia, w kwietniu – wilki. Przed dzikiem uciekają. Jednak poza małymi siniakami obrażenia w Airsofcie rzadko się zdarzają. Ktoś kiedyś stracił przednie zęby, komuś chirurdzy wyciągali kulki z policzka… – słyszę przykłady. I idziemy w las. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Michał Bartoszewicz W sesji zdjęciowej wzięli udział członkowie grup należących do olsztyńskiego środowiska Airsoftowego (airsoftolsztyn.pl).

085


NA CZTERY ŁAPY

086

STANĄĆ NA CZTERY ŁAPY


NA CZTERY ŁAPY

CZASEM PRZYNOSZĄ TU SWOJE ZWIERZAKI NA RĘKACH, BY PO KILKU TYGODNIACH REHABILITACJI I ĆWICZEŃ ZNÓW SZALEĆ Z NIMI PODCZAS WSPÓLNYCH SPACERÓW. CENTRUM KANVET ODMIENIA ŻYCIE I CZWORONOŻNYM PUPILOM, I ICH WŁAŚCICIELOM. Lekko otyła buldożka o imieniu Lili przyszła na kolejny zabieg, ale dzisiaj wcale nie ma ochoty przebierać łapkami w wodzie na uciekającej bieżni. Nie działają nawet wystawione przed nosem psie smakołyki. Patrzy błagalnie na właścicielkę, która zachęca ją do wysiłku: „Jeszcze parę minut, dasz radę niunia!”. – Zwierzęta są jak dzieci – porównuje Anna Kaniewska, właścicielka Weterynaryjnego Centrum Rehabilitacyjnego Kanvet w Olsztynie, lekarz weterynarii, absolwentka m.in. specjalizacji Rehabilitacja i Fizjoterapia w Medycynie Weterynaryjnej w Wiedniu i Luksemburgu. – Niektóre zwierzaki współpracują tylko, jeśli w pobliżu jest właściciel, który motywuje i podkarmia w czasie zabiegów. Na przykład pewien york nie ruszył łapką bez porcji sushi. Inne przy właścicielu wpadają w panikę. Zdarzają się więc nagłe ucieczki z bieżni wodnej, dlatego właściciele dużych psów przezornie towarzyszą pupilom w płaszczach przeciwdeszczowych. Inne wręcz się rozleniwiają, więc radzimy zostawiać je same, w naszych rękach. Jedno jest pewne: właściciele czworonogów gotowi są na wszystko, aby pomóc swoim pupilom. Najwięcej pacjentów trafia do gabinetu na wiosnę. Po jesienno-zimowym lenistwie na kanapie zwiększenie ruchu na świeżym powietrzu kończy się urazami, dyskopatią, a przez to porażeniami kończyn czy nie trzymaniem moczu. Czasami właściciele przynoszą niewładne zwierzaki na

litacji przeprowadza jedyny w Polsce komputerowy analizator chodu. – Zapewniamy również stacjonarne leczenie. Pacjenci mieszkają wtedy w zaprzyjaźnionym gospodarstwie. Dojeżdżamy do nich na zabiegi i pomagamy przystosować mieszkania do ich potrzeb – tłumaczy Anna Zduniak, zootechnik pracująca w Kanvet. – Wypożyczamy też wózek rehabilitacyjny i kapoki dla czworonogów. Nasz region ma naturalne warunki do rehabilitacji, latem warto więc zachęcać psy do pływania w jeziorach i do długich spacerów. Ruch i dieta – to tak jak w przypadku ludzi najważniejsze elementy zdrowia zwierząt. Podkarmianie przy stole przyprawionymi potrawami czy tłustym nabiałem kończy się otyłością i problemami z kręgosłupem. – Trudno czasem przetłumaczyć, że to co na stole, nie nadaje się dla zwierząt – dodaje Anna Zduniak. – Tak jak właścicielce bardzo otyłego kota, która zapewniała, że jej pupil zjada dziennie tylko porcję tradycyjnej karmy i opakowanie 18-procentowej śmietanki. Treningi kondycyjne i odchudzające w bieżni wodnej połączone z dietą pozwalają odzyskać formę i urodę, co doceniają sędziowie kynologiczni. Pewien jamnik po treningach w Kanvecie zebrał komplementy za umięśnienie. Ale Centrum to miejsce nie tylko dla czworonożnej elity. Na specjalną zniżkę mogą tu liczyć obecni i byli podopieczni schronisk dla zwierząt. – Zwierzęta często pozwalają robić ze sobą wszystko,

rękach, które po 4–5 tygodniach ćwiczeń i zabiegów wychodzą z lecznicy na własnych łapkach. – Rzadko zdarza się, że po rehabilitacji pies czy kot nie staje na cztery łapy – przyznaje Anna Kaniewska. – Nawet te po ciężkich wypadkach, często potrącone przez samochód. Najlepiej jednak, jeśli otrzymają naszą pomoc niezwłocznie, a nie kilka tygodni po urazie. O jedynym w regionie i wyposażonym w nowoczesny sprzęt Centrum Rehabilitacyjnym dla zwierząt wieść rozniosła się również poza jego granicami. Przyjeżdżają tu pacjenci z Gdańska, Krakowa, Białegostoku. Oprócz bieżni zwykłej i wodnej – stosowanych przy problemach ortopedycznych i neurologicznych – zwierzęta korzystają z masaży, elektroterapii, magnetoterapii, ultradźwięków i lasera, wykorzystywanych m.in. przy zwyrodnieniach, stanach zapalnych stawów i mięśni. A diagnostykę kulawizn i postępu rehabi-

czują intuicyjnie, że chcemy im pomóc – zauważa lekarz weterynarii. – A kiedy już nas nie potrzebują, bywa, że dają wyraźny sygnał, jak przemiły terier, który po tygodniach wspólnej pracy na „do widzenia” ugryzł mnie w rękę. Trudno pracować z zestresowanymi czworonogami, a już na pewno z tymi, których boją się sami właściciele. Dlatego robimy wszystko, aby jedni i drudzy czuli się u nas jak w domu. Na zwierzaki czekają smakołyki, a na ich opiekunów – telewizor i kawa. Tekst: Beata Waś, obraz: Piotr Ratuszyński W sesji zdjęciowej wzięły udział psy rasy Border Collie Aya i Lee, których właścicielką jest Anna Markowicz.

Weterynaryjna Centrum Rehabilitacyjne Kanvet Olsztyn, ul. Armii Krajowej 3/160 www.kanvet.pl

087


FELIETON

RYCHTYG HISTORIA ATMOSFERY I PIĘKNA WARMII I MAZUR, UWIECZNIONYCH NA STARYCH POCZTÓWKACH, SZUKAĆ MOŻNA Z PRZEWODNIKAMI PO SZLAKACH WODNYCH. JAK ICH AUTOR, WOJCIECH KUJAWSKI*, NIE TRACI ZAPAŁU PRZY 13. JUŻ TOMIE?

088

Pierwszy zbiór starych pocztówek z dawnych Prus Wschodnich znalazłem w szufladzie rodzinnego domu. Nie potrafi łem odczytać treści, ale kaligrafowane pismo na ręcznie kolorowanych widoczkach pobudzało dziecięcą wyobraźnię. Uzupełniły moją kolekcję puszek po piwie, znaczków, winylowych płyt, współczesnych kart pocztowych. Intuicyjnie czułem, że nie powinienem ich wymieniać z innymi podwórkowymi kolekcjonerami od „wszystkiego, co kolorowe”. Że te widoki z tajemniczego Allenstein i innych obcobrzmiących miejscowości mają szczególną wartość. A odkąd pamiętam, zawsze bardziej przemawiały do mnie obrazy niż słowa. Wolałem odkrywać historię w terenie niż siedzieć w książkach. Zwiedzałem zamki i kościoły krzyżackie, dawne majątki ziemskie, na żywo „czytałem” charakter miejskiej architektury. A kiedy wertowałem publikacje o historii regionu, to właśnie grafiki i ilustracje sprawiały, że chciałem zgłębić konkretny kawałek przeszłości. Dawne wyjazdy służbowe do Berlina pozwoliły mi poznać bogactwo tamtejszych antykwariatów, chętnie zaglądałem na kolekcjonerskie giełdy ze starociami. Rosnące zbiory wynajdywanych tam pocztówek z każdym spojrzeniem odkrywały w niepozornych szczegółach fragmenty historii. Były niczym puzzle, które układały się w złożony obraz ojczystego regionu. Pocztówki pozwalały cofnąć się do krajobrazu sprzed lat i często nieobecnej już architektury. Odkryć uwiecznioną na kartach wielokulturowość i codzienne zwyczaje mieszkańców. Docenić precyzję dawnego rzemiosła fotograficznego, graficznego i drukarskiego, poznać oblicze ówczesnego marketingu i reklamy, dla których karty pocztowe przedstawiające karczmy, winiarnie, sklepy, zakłady usługowe były popularnym nośnikiem. A także historie zapisane piórem, opowiadające historie miłości, dramatów, tęsknoty. W  zbiorach mam np. 11 kart pocztowych, w których żołnierz stacjonujący w olsztyńskich koszarach zapewniał narzeczoną o swojej wierności. Jedna z kartek przedstawia browar w Szczytnie i opatrzona jest stemplem głównego piwowara. Prawdziwym konikiem stały się pocztówki przedstawiające Las Miejski w Olsztynie, jego dawne lokale, zadbane alejki. Wielokrotnie przemierzyłem go z widokami „Stadtwaldu” w pamięci, szukając śladów dawnej świetności. Ale są też prywatne fotografie,

jak ta dołączona do wylicytowanej pocztówki, przedstawiająca nagrodzoną w konkursie budowlanym „trójkę murarską” i małego chłopca. Z dołączonego do niej listu wynikało, że ów chłopiec to siostrzeniec jednego z murarzy Adolfa Kajki, syna słynnego poety mazurskiego. „Rychtyg” historia – zapewniał mnie w liście opowiadającym rodzinne losy, dziękując za ilustrowane przewodniki. Nie dziwi więc chyba, że zdarza mi się czasem jechać po pocztówkę kilkaset kilometrów. Jako zapalony nurek i wodniak na spływ kajakowy po Krutyni zabrałem kiedyś „Na tropach Smętka” Melchiora Wańkowicza. Chciałem sprawdzić, czy uda mi się odnaleźć podobne emocje zawarte w jego opisach przyrody, miejsc, przedwojennych osobliwości. Przed wojną Krutynia i jego „kurhausy”, czyli domy wypoczynkowe i przejażdżki łódką po rzece, były obok rejsu parowcem po Wielkich Jeziorach Mazurskich jedną z największych atrakcji turystycznych regionu. Skojarzyłem na przykład opisywany przez Wańkowicza taras z parasolami domu wczasowego z dawnymi widokami. Jeden z przyjaciół zapytał: dlaczego nie wydasz własnej książki? I tak w 2006 roku ukazała się „Krutynia”, zawierająca część kolekcji pocztówek, uzupełnionej m.in. fragmentami starych przewodników, głównie Mieczysława Orłowicza. Ciepłe przyjęcie przez czytelników sprawiło, że 10 następnych lat poświęciłem pracy nad kolejnymi tomami. Właśnie pracuję nad 13. z serii szlaków wodnych. A niegasnący zapał zawdzięczam między innymi listom od tych, którzy z moimi książkami w plecaku objeżdżają Warmię i Mazury, szukając atmosfery i piękna uwiecznionych na starych pocztówkach. Bo poruszanie się z pomocą literatury po płynnej granicy między dawniej a dziś, czyli tak zwana turystyka porównawcza, to fantastyczny sposób na poznawanie historii, aktywny wypoczynek i uświadamianie młodemu pokoleniu, że istnieje świat poza Internetem. * Wojciech Kujawski pochodzi z Olsztyna, od 1999 roku związany także z Ełkiem, ukończył SGH w Warszawie i biznesowe studia w Glasgow. Prowadzi wydawnictwo QMK, które ma na koncie 12 ilustrowanych przewodników, obejmujących obszar Mazur, Warmii i Oberlandu – ostatni: „Prusy Górne” (2016). Miłośnik Prus Wschodnich, nurkowania, kajakowania oraz muzyki rockowej.


DAWNO TEMU

I KTO TO WI(E)DZIAŁ!

HISTORIE Z WARMII I MAZUR, KTÓRE PRZESZŁY DO HISTORII, CHOĆ NA LEKCJI HISTORII O NICH NIE USŁYSZYSZ.

1765

CZŁOWIEK Według rozkładu dnia Immanuela Kanta mieszkańcy XVIII-wiecznego Królewca regulowali zegarki. Surowa purytańska moralność i potężna dyscyplina wewnętrzna stworzyły człowieka legendę. Badacze kantyści jeszcze do 1992 roku byli przekonani, że słynny filozof i samotnik nigdy nie opuszczał rodzinnego miasta. A okazało się, że najdłuższą podróż życia odbył do… Gołdapi. Zimą 1765/1766 przybył tu na zaproszenie dowódcy garnizonu Daniela Friedricha von Lossowa. Znajomość mogli zawrzeć poprzez wydawcę Kanta, Johanna Jakoba Kantera ur. w Gołdapi (u którego filozof nawet mieszkał, lecz wyprowadził się z powodu zbyt głośnego koguta sąsiadów). Introwertyczny geniusz przejechał na Mazury około 140 km i spędził tu cztery tygodnie. Bywał w pokaźnych posiadłościach generała. Z ich korespondencji wynika, że nawiązali nić przyjaźni. „Gdyby to zależało od moich życzeń i pragnień, chciałbym schlebiać sobie nadzieją, że może jeszcze tej zimy zobaczę Pana u siebie” – pisał Lossow. Kant prosił oficera o pomoc w znalezieniu posad dla znajomych i rewanżował się przesłanymi okularami, teleskopem i lunetą. Nie wiadomo jednak, czy jeszcze kiedykolwiek opuścił ukochany Królewiec. Jego wizytę w Gołdapi upamiętniono w 1996 roku, odsłaniając poświęcony mu pomnik.

WYDARZENIE Po Traktacie Wersalskim 1920 roku na ziemiach Warmii, Mazur i Powiśla zawrzało: ludność miała dokonać wyboru pomiędzy Polską a Niemcami. Przez pół roku władze obu stron toczyły propagandową walkę o dusze wyborców. Szybko okazało się, że to niemiecki adwersarz będzie miał więcej do powiedzenia. Powstałe formacje paramilitarne kusiły weteranów wojennych i rodziny poległych, przeciwników opcji niemieckiej brutalnie przekonywały utworzone bojówki, młodzież szkolną – wychowawcy, stosujący kary za posługiwanie się językiem polskim. Na ziemie objęte plebiscytem ściągano dawnych mieszkańców, by wzięli udział w głosowaniu. Przed budynkiem dworca w Ełku witała ich brama z napisem „Zbawcy Prus Wschodnich” i apelem marszałka Hindenburga: „Wschodnioprusacy, bardzo na was liczę!”. W przededniu 11 lipca 1920 roku w mieście kipiało od wzajemnej wrogości. Ulicami przeszła parada, a na jej czele… osioł z transparentem „Głosuję za Polską”. W dniu głosowania takową decyzję podjęło jedynie siedmiu mieszkańców miasta. Pozostałe 97,89 proc. opowiedziało się za Prusami Wschodnimi (jak celowo określono na karcie Niemcy). Podobnie kształtowały się wyniki w pozostałych okręgach. Ełk stał się centralnym miejscem obchodów rocznic plebiscytowych na Mazurach. Obraz: Muzeum Historyczne w Ełku / kolekcja Giseli i Klausa Skibowskich. Więcej zdjęć na www.elkwnowoczesnosci.pl

1920

Wyszperała w historii: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Internet

MIEJSCE Jest ciemny, ciemny las, a w tym ciemnym, ciemnym lesie ciemna, ciemna dolina, a w tej ciemnej, ciemnej dolinie ciemny, ciemny głaz, a na tym ciemnym, ciemnym głazie… Strach się domyślać, co w ciemnych, średniowiecznych wiekach było. Położone wśród leśnych mokradeł, na wschód od Jeziora Kruklin, potężne staropruskie sanktuarium stało się przedmiotem licznych badań i dociekań, legend i mitów. W jego centrum znajduje się kamień o średnicy ok. czterech metrów, który w górnej części ma wgłębienie. Prawdopodobnie to misa ofiarna. Rolę ołtarza ofiarnego mógł pełnić położony na wschodnim skraju miejsca kultowego duży płaski głaz, posiadający ślady dawnej obróbki. Przy nim zauważyć można także kamienny krąg, składający się z około 20 mniejszych głazów. A w pobliskich miejscowościach Grądy i Żywki odnotowano dwa cmentarzyska powstałe w czasach wpływów rzymskich. Czy mazurska polana była niegdyś świadkiem pogańskich obrzędów? Tego z całą pewnością na razie orzec nie można. Pewne jest natomiast, że takich kultowych kamieni na ziemiach pruskich jest nawet kilkadziesiąt i badający je naukowcy napiszą o nich jeszcze niejedną dysertację.

RZECZ Jeśli nawet Czesław Miłosz czy Zbigniew Herbert nie bywali na Warmii i Mazurach, to z pewnością było tu ich słowo – mistrzowie polskiego pióra publikowali w wydawanym w latach 1955–1990 oraz 2000–2001 czasopiśmie społeczno-kulturalnym „Warmia i Mazury”. Olsztyński periodyk wielokrotnie zmieniał częstotliwość ukazywania się, format, skład redakcji, a nawet tytuł (początkowo nosił nazwę „Mazury i Warmia”), ale jedno pozostawało niezmienne – przyczyniał się do rozwoju kultury regionu, integracji twórczego środowiska i rozpowszechniania ambitnej publicystyki. Pismo powstało z inicjatywy Henryka Święcickiego, do kolegium redakcyjnego należał m.in. Hieronim Skurpski i Władysław Ogrodziński. Oprócz olsztyńskich dziennikarzy z czasopismem współpracowali artyści, pisarze, archeolodzy, historycy i naukowcy z całej Polski. To na łamach „Warmii i Mazur” publikowała Maria Zientara-Malewska i Henryk Panas, debiutowali lokalni twórcy. Tu ukazywały się wczesne teksty takich kultowych pisarzy, jak Marek Hłasko czy Edward Stachura, opracowania historyczne Andrzeja Wakara, recenzje książek, spektakli teatralnych, filmów, koncertów i wystaw, błyskotliwe felietony. Dziś do czasopisma można zajrzeć w Bibliotece w Elblągu.

1955

089


LITERATURA

ZATORZE NIE RODZI DEZERTERÓW POD OLSZTYŃSKIM NIEBEM, NA POTĘŻNYM KACU, Z KOTEM BUŁHAKOWA BŁĄKAMY SIĘ PO MITYCZNYM ZATORZU – CZYLI MARIUSZ SIENIEWICZ OPOWIADA O NOMINOWANEJ DO NIKE POWIEŚCI „CZWARTE NIEBO”.

090

MADE IN: Spogląda pan czasem na chmury wiszące nad olsztyńskim Zatorzem? Mariusz Sieniewicz: Zawsze. Niebo to niezbędny dopalacz mojej egzystencji. Daje człowiekowi oddech, buduje wertykalną perspektywę. Miejsc, w których niebo jest spłaszczone czy wycięte z pejzażu, staram się unikać. Uruchamiają we mnie lęki klaustrofobiczne, jakbym utkwił w głębokiej studni i tracił oddech. Dlatego niebo pod każdą postacią i w każdej ilości biorę! Bigos – tak określił pan kompozycję powieści „Czwarte niebo”, w ydanej w  2003  roku. To ciężkostrawna potrawa… I mam się teraz tłumaczyć? (śmiech) Przecież pisząc, wchodzi się – jak chciał Gombrowicz – w sferę snu, w jego podszepty, rozkosze, ale i udręki. Tak, „Czwarte niebo” jest bigosem, gmatwaniną różnych, choć dopełniających się smaków. Być może wiązało się to z „napięciem” emocjonalnym, jakie mi wówczas towarzyszyło, z poczuciem wykluczenia, z pierwszymi oznakami społecznych patologii, pojedynczej, jak

i pokoleniowej alienacji. Wszak opisywałem burzliwy czas drugiej połowy lat 90., gdy dopadł nas krwiożerczy kapitalizm i wbił swoje szpony w nasze serca i tyłki. Kinga Dunin napisała o  panu: „Sieniewicz to rzadki przykład polskiego pisarza, który wykracza poza utarte szlaki myślenia, jednocześnie nie tracąc kontaktu z najbardziej palącymi problemami współczesności”. Stąd niebologia Zygmunta Drzeźniaka? Niebologia jest chyba wewnętrzną metafi zyką głównego bohatera, formą obronnego eskapizmu, ucieczki od konkretnego, bolesnego świata. Niebologia to dla niego antidotum na to, co się dzieje w świecie zewnętrznym. Motto powieści to „Wszystkim Zygmuntom między oczy” – czyli komu? Wszystkim desperatom, frustratom, nihilistom i ludziom, którzy wybierają bardziej hamletowskie pozy. To motto miało wyrażać przekorę: uderzmy się między oczy tym nowym światem. Niech on nas trochę pokiereszuje, niech


LITERATURA

nami potrząśnie. To też przestroga, by się nim nie zachłystywać, bo można się udławić. Niestety, wielu się zachłysnęło i po 12 latach od premiery „Czwartego nieba” widzę, że zaczynamy się z tego budzić jak na potężnym kacu. Motto stało się tytułem adaptacji teatralnej pana powieści we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Jak ogląda się własne postaci postawione na scenie? Z dojmującym poczuciem schizofrenii: bliskości i obcości jednocześnie. Wszystkie zmysły i emocje wyrywają się do tego świata, chcą w nim się zanurzyć. Ale z drugiej strony czuje się, że to zupełnie inny język i świat, który całkowicie się usamodzielnił i mówi już po swojemu. Oglądam więc te postaci jako swoje-nie-swoje. Podczas lektury powieści czuć, że to „ukochane dziecko autora”, który „wydarł ją sobie z trzewi” – powiedział reżyser spektaklu Marek Fiedor. To osobista książka? Jestem chyba Tantalem, bo większość moich książek powstaje z trzewi. Tylko kiedy coś mnie boli i uwiera, sięgam po pisanie, próbuję to wyrazić. Ale rzeczywiście, ta książka jest najbardziej osobista. Dokonuje spowiedzi mojego pokolenia, które ni stąd, ni zowąd znalazło się na społecznym i  egzystencjalnym marginesie. I  któremu jednocześnie towarzyszyło poczucie, że jest zbędne. Że wobec salonów i apartamentów nowego świata, które raptownie zaczęły się otwierać, stoi w przedpokoju. Ta emocjonalność wynikała z frustracji – podobno cechy charakterystycznej roczników siedemdziesiątych. Choć podejrzewam, że każde pokolenie ma swoje fobie i uważa, że jest pokiereszowane, pokrzywdzone i rozjechane przez walec najróżniejszych przemian. O Olsztynie z „Czwartego nieba” pisano: prowincjonalny, kiszący się we własnym sosie niepowodzeń, bezrobocia, beznadziei. Pan się jednak nie wyprowadza. Wielokrotnie o tym mówiłem i powtórzę zaklęcie lokalnego patrioty, choć już bez takiego przekonania jak kiedyś: wyprowadzka to pewna forma dezercji. Najprościej jest spakować manatki i  uciec. Jednak istnieją tego rodzaju bagaże, których nie można ze sobą zabrać, istnieją walizki, które zawsze będą leżeć w szafie. One zostają i jednocześnie zostaje z nimi jakaś część nas. Ale też tamten Olsztyn sprzed dwudziestu lat – biedny, obolały, autystyczny – przestaje istnieć. Wspominam go z czułością. Dzisiaj Olsztyn doświadcza przemiany: staje się upudrowaną, plastikową lalą z metropolitalnym makijażem Barbie. Katafalk, starzec pogrążony w śpiączce, zawieszone między realnością i snem, ze śladami dawnego piękna i gorliwości budowniczych socjalizmu – to o Zatorzu. Ten świat tam nadal jest? Jest, ale go coraz mniej. Nowe wkracza z impetem. Jestem dość sceptycznie nastawiony do inwazji wszelkiej nowości, zapędy modernizacyjne na Zatorzu zabijają jego odrębność. Mnie bardziej kręci to, co wiąże się z atrofią, amorfi cznością, rozkładem, co jest zapisem przemijania, a nie wydmuszkową, posuniętą do granic mdłości sztucznością. Zatorze jest zanurzone w przenikających się czasach. To palimpsest, w którym można się dodrapać różnych, często nieistniejących już języków. Ale o Zatorzu trzeba się wypowiadać ostrożnie, bo co trzeci mieszkaniec Olsztyna

twierdzi, że był zatorzakiem. Odczułem to po premierze „Czwartego nieba”, kiedy zgłaszali się do mnie czytelnicy z uwagami, że Zatorze wcale tak nie wygląda. Każdy ma swoją wewnętrzną mapę Zatorza i na swój sposób mitologizuje to miejsce. Idąc powieściow ymi ulicami, ma się wrażenie, że za chwilę z któregoś z zaułków wychynie kot Behemot. Skąd duch Bułhakowa nad Zatorzem? Toksycznym doświadczeniem przemian stała się dla mnie dominacja jednych ludzi nad drugimi w imię kapitalizmu, władzy symbolicznej, narodowych czy religijnych fetyszy. Odkrywałem to jako siatkę bardzo niebezpiecznych opresji. Ten nowy świat, który nastaje, a którego personifikacją w książce jest Bela-Belowski i jego świta – rzeczywiście wyjęci jak z „Mistrza i Małgorzaty” – ma w sobie coś demonicznego, zasysającego, mrocznego. Uczestnicząc w nim, podpisujemy cyrograf. Stąd ten diaboliczny pierwiastek. Czasami, żeby wytłumaczyć nasz świat „tu i teraz”, musimy zawezwać na pomoc silniejsze moce. Behemota widziałem niedawno na Jagiellońskiej. Też był na kacu, czekał – jak Godot – na tramwaj. Cały wywiad do przeczytania na www.madeinwm.pl. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Michał Bartoszewicz

Mariusz Sieniewicz – prozaik i felietonista, pochodzący z olsztyńskiego Zatorza, z którego uparcie się nie wyprowadza – przynajmniej wewnętrznie. Laureat Nagrody Literackiej Warmii i Mazur, kilkukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej NIKE oraz Paszportu Polityki. Jeden z pomysłodawców Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Demoludy”, współtwórca pisma literackiego „Portret” (1995–2009). W przyszłym roku ukaże się jego nowa książka o roboczym tytule „Plankton”.

PARTNER CYKLU „BEZ TYTUŁU”

Pisarzy gościmy w Restauracji Lumaca, miejscu dla gości potrafiących pogodzić pochłanianie widoków, wysmakowanego designu i potraw, które można jeść oczami. Przystań żeglarska nad Jeziorem Ukiel w  Olsztynie, ul. Sielska 38A. FB/Restauracja Lumaca

091


POZA GALERIĄ

Obraz: Michał Bartoszewicz

ARTYSTÓW PREZENTUJE:

TRENDY, MODA, TECHNOLOGICZNE

RYTM MIASTA

GADŻETY, KULTOWE TEKSTY. JEJ OBRAZY SĄ LUSTREM WSPÓŁCZESNEJ MIEJSKIEJ RZECZYWISTOŚCI. JUSTYNA SOŁOWIEJ BIERZE NA WARSZTAT RODZINNY OLSZTYN I JEGO LUDZI. ZALAJKUJECIE JEJ WIZJĘ?

092

Lubi obserwować ludzi i otoczenie. Słuchać rozmów, kodować myślowe skróty, robić fotki nieodłącznym telefonem. Uważa, że aparat w komórce to rentgen naszych czasów. Kolorowych i przerażających jednocześnie, unifikujących i stawiających na indywidualizm. Jej barwne, czasem komiksowe malarstwo, ilustracje i murale to świat pełen skrótów, schematów, ale wyłapujący też to, co oryginalne i ponadczasowe. – Świat się skurczył, prawie wszyscy korzystamy z Internetu, mediów społecznościowych, komórek. Pijemy kawę ze Starbucksa, robimy selfie, nosimy „raybany” i „conversy”. Jedyne, co nas odróżnia, to chyba tylko tło – architektura i otoczenie, w którym żyjemy. W Olsztynie siłą, która czyni nasze miasto innym, jest przenikająca je natura. Sama dzięki niej ładuję baterie do działania. W moich obrazach pokazuję zlepek konformizmu współczesności i indywidualność jednostki. To swoista kronika mojego pokolenia, jego symboli, trendów. I symbiozy człowieka z miastem, która

pozwala nam się albo wtopić w jego tło albo – choć znacznie rzadziej – spektakularnie wyróżnić. Justyna Sołowiej – absolwentka Liceum Plastycznego w Olsztynie i Instytutu Sztuk Pięknych na UWM. Autorka cykli malarskich i murali (tunel przy ul. Grunwaldzkiej w Olsztynie), video, grafiki i  fotografii. Zrealizowała interdyscyplinarny projekt „W kręgu miasta”, a cykle malarskie „Rytm miasta”, „Tętniące miasto nocą” prezentowane były m.in. w programie Poziom 2.0 na TVP 2. Fundacja Środowisk Twórczych w Olsztynie przyznała jej Nagrodę Talent Roku 2014 – Kaliope. Prowadzi blog o swojej twórczości (justynasolowiej.blogspot.com). Więcej na: justynasolowiej.com. Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum artysty Mecenas projektu: Centrum Doradztwa Europejskiego i Finansowego www.cdef.pl


POZA GALERIÄ&#x201E;

093


GDZIE NAUKA JEST ZABAWĄ

Żłobek Art School, Przedszkole Art School oraz Szkoła Podstawowa Art School ul. Janowicza 2A, tel. 89 523 69 10, 666 351 148

Żłobek Art School oraz Przedszkole Art School ul. Barczewskiego 1, tel. 666 351 178, 606 202 910

www.przedszkole-artschool.pl


W DOBRYM TOWARZYSTWIE

Obraz: Pałac Pacółtowo

Obraz: www.shutterstock.com

LISTA OBECNOŚCI MADE IN

MOŻNA NIGDZIE NIE BYWAĆ, ALE JEŚLI BYWAĆ, TO TAM...

WOLNE STOPY, WOLNE MYŚLI PRASLITY, 1–3 LIPCA 2016

PAŁAC PEŁEN MUZYKI

PACÓŁTOWO, 2–24 LIPCA 2016

Żywiołowa wokalistka z Brazylii w zabytkowej wozowni, koncerty jazzowe i chopinowskie w pałacowym salonie, muzyka Bliskiego Wschodu w parku – malownicze przestrzenie Pałacu Pacółtowo przyciągnęły melomanów i miłośników kina plenerowego. Podczas pierwszej edycji Art & Music Festival zagrali m.in. Stanisław Soyka i Włodzimierz Kiniorski, akompaniujący Grażynie Szapołowskiej. W każdy weekend nokturny, mazurki i scherza Chopina grali uczestnicy konkursów chopinowskich. A artyści z kilku kontynentów zainaugurowali tu drugą edycję Wschodu Piękna – festiwal World Orchestra pomysłu Grzecha Piotrowskiego, kompozytora z Olsztyna. Słowem: było światowo.

CZAROWANIE NAD GRILLEM

MUZYKA BEZ BARIEREK

Obraz: Tomasz Bielewski

Obraz: archiwum organizatora

Przychodząc na tę imprezę, można zapomnieć, by zabrać buty – przekonywali członkowie Stowarzyszenia Warmińskich Chłopów Bosych. W ekologicznym gospodarstwie Bosa Ekologia w Praslitach koło Dobrego Miasta zorganizowali pierwsze Bosowisko. Piknik muzyczny na trawie i kiermasz ekosmaków w rytmach muzyki reggae Damiana Syjonfama dostępny był również w obuwiu, ale… nikt w nim długo nie pozostał. Dla bardziej wtajemniczonych stóp odbyły się zajęcia z tai-chi, warsztaty ceramiczne czy dyskusje na temat filozofii ekologicznego, bosego życia. A wszystko pod hasłem „Uwolnij stopy, uwolnij myśli”.

MRĄGOWO, 9 LIPCA 2016

Ananas i arbuz, grillowane z cukrem trzcinowym oraz chilli – takich potraw można było spróbować podczas II edycji The Barbecue Festival Mrągowo 2016. Głównym wydarzeniem był konkurs grillowania: tuż przed rozpoczęciem poszczególnych etapów zawodnicy otrzymywali black box’y z tajemniczymi składnikami. Ich zadaniem było wyczarowanie smacznych, ale i dobrze prezentujących się dań z grilla. Najlepsi okazali się strażacy z Mrągowa: Grzegorz Szostek, Błażej Jankowski i Krystian Nadolny. W międzyczasie publiczność festiwalu mogła wziąć udział w zajęciach Szkoły BBQ. Podczas plenerowych zajęć mistrzowie amerykańskiej kuchni uczyli przygotowywania klasycznych burgerów.

OLSZTYN, 9–10 LIPCA 2016

W leżaku, pod kocem, parasolem, w ogródkach piwnych, zaułkach i nad rzeką. Podczas pierwszej edycji olsztyńskiego Slow Life Music Festival bardziej liczyła się treść niż forma, więc twórczości artystów można było posłuchać nie tylko w amfiteatrze, ale po prostu na ulicy. Bez zadęcia, ochroniarzy i barierek. W takich warunkach wystąpiła na Starym Mieście czołówka polskiej sceny singer-songwriterskiej i alternatywnej, m.in. Kubaterra, Moriah Woods, Leski, Fismoll czy Further Away, Blackberry Hill czy lokalny The Olsten Brothers Band. Festiwal otworzył uszy na muzykę, której nie słychać w radio i ożywił klimatyczne zaułki.

095


Obraz: Greta Hrywniak

Obraz: green-spoon.com

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

MIĘCZAKI Z PUCHAREM

ZIELONKA, 10 LIPCA 2016

Niestraszne mu ciemności i bagna. Spędza noce w warmińskich lasach i na rozlewiskach, aby uchwycić obiektywem to, czego nie dostrzega ludzkie oko. Efekt długiego czasu naświetlania, który widzi dopiero na ekranie komputera, często zaskakuje. I jak twierdzi – wart jest survivalowych poświęceń. Andrzej Waszczuk pseudonim „Szczurek”, fotograf z Dobrego Miasta, pokazał swoje prace pt. „Życie nocne ptaków” w tamtejszej Stodole Kultury. Mistrzowskie ujęcia żurawi to jego specjalność. Własnym sumptem wydał pięć albumów poświęconych faunie i florze Warmii. W przygotowaniu szósta część poświęcona właśnie ptakom.

Obraz: BWA

Obraz: Rafał Radzymiński

Nie jest łatwym tematem kulinarnym. Niegdyś powszechny na polskim stole, dzisiaj wykorzystywany tylko przez mistrzów kuchni lubiących wyzwania. Tacy wzięli udział w Pierwszych Mistrzostwa Polski w Przyrządzaniu Ślimaków w Zielonce pod Warszawą. Do konkursu zorganizowanego przez farmę Snails Garden spod Pasłęka zgłosiło się 86 drużyn kucharzy z restauracji z całej Polski. Zwyciężyły „Ślimaki a la mariniere ze smardzem, musem z szalotki i trufli na puree z groszku, wanilii i palonego masła”, przyrządzone przez Radosława Gierałtowskiego i Łukasza Jabłońskiego z gdańskiej Szafarni 10. Przygotowali sześć porcji w 60 minut. Zważywszy na produkt, tempo zawrotne.

ŻURAWIE W CIEMNO

DOBRE MIASTO, 27 LIPCA 2016

096

SZTUKA ŻYCIA

OLSZTYN, 28 LIPCA-2 PAŹDZIERNIKA 2016

Ich życie to sztuka. Choć sami jej nie tworzą, otaczają się dziełami. Większość zakupów robią pod wpływem impulsu – kiedy zachwyci ich praca albo osobowość artysty. Dlatego ich kolekcja to nie tyle inwestycja tworzona zgodnie z trendami rynku sztuki, co zapis ważnych momentów, podróży, spotkań z niezwykłymi osobowościami i fascynacji ich talentem. W Galerii BWA, gdzie Maria i Marek Pileccy z Olsztyna pokazują fragment swoich zbiorów, można obejrzeć m.in. klasyków polskiej sztuki współczesnej: Tadeusza Dominika, Andrzeja Wróblewskiego, Jerzego Panka, Henryka Cześnika, Edwarda Dwurnika, Franciszka Starowieyskiego, Teresy Pągowskiej czy Jana Lebensteina.

FERRARI NA PLAŻY

OLSZTYN, 29 LIPCA 2016

Mieliśmy przez chwilę najdroższy parking w Polsce. Olsztyn był etapem rajdu Ferrari Corsa Baltica ze Śląska na Wybrzeże, w którym uczestniczyły 32 załogi jadące najnowszymi modelami Ferrari. Zaparkowane przy plaży miejskiej, w dominującym odcieniu rosso corsa, trudno, by nie wywołały poruszenia. Można było zobaczyć jedyny w Polsce egzemplarz F12 w limitowanej edycji „Tour de France”, którego wartość już po opuszczeniu salonu wzrosła do miliona… euro. Regulamin i harmonogram poszczególnych etapów rajdu był tak zaplanowany, by wymusić na załogach jazdę z przepisową prędkością. Jak przyznał jeden z kierowców, było to największe wyzwanie podczas imprezy.


Obraz: archiwum Aura Centrum

Obraz: archiwum Aura Centrum

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

CZAS NA… DOCENIENIE CZASU

OLSZTYN, 30 LIPCA I 27 SIERPNIA 2016

Tymczasem 27 sierpnia Dominika Radaszewska, znana dzieciom jako Domifika, zdradziła zgromadzonym na warsztatach mamom sposoby na kreatywne spędzanie czasu z przedszkolakiem. Uczestniczące w spotkaniu dzieciaki fikały w wymyślnych strojach w trakcie wspólnych zajęć plastycznych, a następnie wyciszyły się dzięki dziecięcym masażykom (wykonywanym własnoręcznie zrobionymi maskotkami) i bajkom wyciszajkom z Biblioteki Abecadło. To był w pełni doceniony czas.

ROSANKE: Z ŁĄKI DO BROWARU

ZNÓW BYŁO NAM ZIELONO

Obraz: Arek Stankiewicz

Obraz: Jacek Niedźwiecki

Czasu nie można rozciągnąć, ale można ujarzmić – przekonywały Barbara Kułakow oraz Marta Malinowska, prelegentki kolejnych warsztatów z cyklu Aura Kobiet. Rozmowy o zarządzaniu czasem i pieniędzmi zainspirowały uczestniczki spotkania do stworzenia optymalnych – a, wydawało się, niemożliwych – planów działania, wspartych metodą odróżniania spraw istotnych od nieważnych oraz zasadą „Czas to pieniądz, a pieniądze mogą przyjść z czasem”.

DYWITY, 6 SIERPNIA 2016

Lało się strumieniami. Pokazy warzenia w warunkach domow ych, degustacje, piwne mity, porady, gadżety, rozgr y wki w kapsle. A do tego smakołyki i rękodzieło lokalnych gospodyń oraz dużo energetycznej muzyki. Podczas sierpniowego Święta Warmińskiego Piwowara w stodole w Dywitach odszpuntowano 50-litrową beczkę warmińskiego Rosanke według receptury Mariusza Sekulskiego, Warmińskiego Chłopa Bosego. To piwo na bazie składników z pól, łąk i lasu otrzymało najwyższą ocenę podczas IV Warmińskiego Konkursu Piw Domowych. I w nagrodę w przyszłym roku uwarzy je na skalę przemysłową olsztyński Browar Kormoran. Polerujcie kufle.

OLSZTYN, 13–14 SIERPNIA 2016

Znowu się udało. Muzycznie, atmosferycznie, ekologicznie, sportowo, gastronomicznie i w ogóle. Narzekać mogą tylko ci, dla których nie starczyło biletów na trzecią edycję Olsztyn Green Festival. A to za sprawą atrakcyjnego line-upu polskich wykonawców, którzy pojawili się na dużej scenie Co Jest Grane 24 Stage i mniejszej Olsztyn Stage. Od popu, przez rap, aż do jazzu. Na tle jeziora Ukiel popis dali m.in. Smolik/Kev Fox, Brodka, Ania Dąbrowska, Wojtek Mazolewski, Kortez, Voo Voo i wielu innych. Cieszmy się, że ten festiwal trwa. Bo dzięki niemu nie tylko w muzycznych kręgach zaczęło być głośno o Olsztynie.

097


IMIĘ I NAZWISKO WYKONYWANY ZAWÓD MOJE MIASTO

Nigdy nie odmówię sobie… Coca-Coli. Lubię w sobie… nogi. Płakałam ostatnio… na koncercie Stanisławy Celińskiej. Jeszcze raz przeczytałabym… „Forresta Gumpa”. Na Warmii i Mazurach znajomych zabrałabym… na kajaki na Krutynię. W portfelu mam… totalnie wszystko, to taka alternatywa dla torebki. Nigdy nie ubiorę… nigdy nie mówię nigdy:) . Kiedy kupuję papier toaletowy… zastanawiam się nad sensem istnienia. Obejrzę się na ulicy… jeśli coś przykuje moją uwagę. 27 złotych… to dobry obiad! W kuchni zawsze wyjdzie mi… jajecznica. 098

Ostatnio rowerem pojechałam… na uczelnię w Warszawie. Przez jeden dzień chciałabym być… kimś z plemienia doliny Amazonki, mieszkać w dżungli i wieczorami odprawiać plemienne rytuały przy ognisku.

NATALIA NYKIEL WOKALISTKA PIECKI

Chciałabym zobaczyć świat oczami… nie zamieniłabym swoich oczu na żadne inne. Komfortowo czuję się… w domu i na scenie. Cofając czas, chciałabym zostać… jestem totalnie spełniona będąc tym, kim jestem. W kieszeni muszę mieć… słuchawki i iPoda. Rano w lustrze… układam plan na życie na kolejny dzień. W kolejce do kasy… słucham muzyki (słucham jej zawsze i wszędzie). Zawstydzam się… gdy nie jestem czegoś pewna i muszę to przewalczyć. Zawsze podziwiałam… Kasię Nosowską. Mój ulubiony ciuch… bluza Hummel, którą kupiłam dawno temu w lumpeksie. Ostatnio przeczytałam… „Harrego Pottera” (po raz setny), ale po angielsku. Na wyprzedaży kupiłam ostatnio… niebieską ramoneskę. Z menu nigdy nie wybiorę… flaków.


MADE IN. Warmia & Mazury / nr 19 / 2016  
MADE IN. Warmia & Mazury / nr 19 / 2016  

MADE IN. Warmia & Mazury to jedyny w regionie, wysokiej jakości bezpłatny lifestylowy magazyn o biznesie, modzie, kulturze, ciekawych ludzia...

Advertisement