Page 1

magazyn lifestylowy

bezpłatny

numer 18

lipiec-sierpień 2016

ISSN 2353-2408 www.madeinWM.pl

GRAŻYNA

SZAPOŁOWSKA

TO GRZECH, ŻE PANI NIE ŚPIEWA

ANDRZEJ PONIEDZIELSKI ANDRUS MÓWI NA MNIE „LOGO LISTOPADA”

JOANNA JĘDRZEJCZYK CHCIAŁABYM ZOBACZYĆ ŚWIAT OCZAMI BOGA

PAWEŁ JASZCZUK

POWIEŚĆ ZACZYNAM OD OSTATNIEJ SCENY


SHORT Przy porannej kawie KULTURA Polecamy Warmię i Mazury KULTURA Windą po sukces

014

RECENZJE Kultura osobista POSTAĆ Grażyna Szapołowska

PRODUKTY Galeria handlowa MANUFAKTURA Bogini nowej ery TURYSTYKA Szlakiem dwóch mieczy SLOW LIFE Drogowskaz na tradycję

032

WEEKEND 50 twarzy Klekotek

WEEKEND Jak u babci: kury, pierogi i... ostry rock? DOBRE MIEJSCA Ile gałek dzisiaj? GODNE UWAGI Dobre miejsca MADE IN

051

KUCHNIA A nuż widelec STYL ŻYCIA Jak oni jedzą ROZRYWKA Selfie z rakietą REKREACJA Kochanie, jestem na polu REPORTAŻ Odpięci od stabilizacji

AUTO Bez benzyny

Wydawca Auris Media Group Michał Bartoszewicz biuro@auris-media.pl www.auris-media.pl Redakcja +48 733 408 350 10-801 Olsztyn, ul. Sielska 17 redakcja@madeinwm.pl www.madeinWM.pl

008 010 011 012 014

058 060 062 063

066 068 022 070 024 026 074 028 076 032 077 078 080 034 082 036 084 038 086 040 088 043 089 048 090 050 093 051 094 095 055 098

TECHNIKA Bracie, ratuj diesla

TECHNOLOGIA Z koparką przez ocean WARSZTAT Serwis Vol. 2 AUTO Niebieska zadziora

AUTO Dogonić Porsche STYL WARMII I MAZUR Co zmieści się w walizce?

070

FASHION Kolekcja gwiazd MEDYCYNA Prezydent w kitlu CIAŁO Cellulit? Nie znam STOMATOLOGIA Przyroda nie lubi pustki AURA KOBIET Ściągam od dzieci LUDZIE Rozmowy na schodach NIERUCHOMOŚCI Apartamenty i osiedla BEZ TYTUŁU Fabuła z drzazgi FELIETON Warmiński busking DAWNO TEMU I kto to wi(e)dział POZA GALERIĄ Mistyka łąki i google PARTY&FOTO Kredyt od CDEF PARTY&FOTO 147 mistrzowskich uderzeń W DOBRYM TOWARZYSTWIE Lista obecności MADE IN NAPISY KOŃCOWE Joanna Jędrzejczyk

Skład

Druk

Sekretarz redakcji Jolanta Bukowska, jola@madeinwm.pl

Studio Gravite, Olsztyn

Przedsiębiorstwo Poligraficzne HAKUS Maria i Andrzej Kuśmierczyk sp. j.

Projekt graficzny Agnieszka Tańska

Patronaty +48 608 641 421, redakcja@madeinwm.pl

Foto Jakub Chmielewski, Piotr Dowejko, Paulina Drozda, Piotr Ratuszyński, Arek Stankiewicz, Łukasz Wajszczyk, Marcin Zalech

Kultura Beata Waś, beata@madeinwm.pl

Korekta Katarzyna Sosnowska-Rama

Dystrybucja +48 733 408 350, jola@madeinwm.pl

063

SPOD IGŁY Salon samochodowy MADE IN

Redaktor naczelny Rafał Radzymiński, rafal@madeinwm.pl

Reklama +48 733 408 350, reklama@madeinwm.pl

058

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótu i redakcyjnego opracowania tekstów przyjętych do druku. Za terść reklam nie odpowiadamy. Przedruk materiałów w  jakiejkolwiek formie i  w  jakimkolwiek języku bez pisemnej zgody Wydawcy jest zabroniony. All rights reseved!

090


RAZ, DWA, TRZY...

006

MADE IN


INFO

NIEWINNE, SPRAWIEDLIWE OWACJE

Obraz: archiwum OSW

Wojenne dramaty, lokalne aktorki, pejzaż Warmii i Mazur. Owacje i nagrody publiczności otrzymały na festiwalach w USA dwa filmy, które powstały w regionie. „Sprawiedliwy” w reż. Michała Szczerbica otrzymał w kwietniu Nagrodę Publiczności 12. edycji New York Polish Film Festival. W jedną z głównych ról wcieliła się nidziczanka Katarzyna Dąbrowska, a zdjęcia do filmu powstały w Spychowie i Rozogach pod Szczytnem. Obraz „Niewinne” w reżyserii Anne Fontaine docenili widzowie na kwietniowym Colcoa French Film Festival w Hollywood. W tle sanktuarium w Krośnie i Orneta, a w roli bohaterek filmu – zakonnic – m.in. aktorki olsztyńskiego Teatru im. S. Jaracza.

TRZEBA STANĄĆ NAD WODĄ 008

Ona trenuje dopiero od dwóch lat. On tak długo, że nawet nie chce się przyznać od kiedy. Półtora roku temu stworzyli team, któr y wprawia w  zdumienie wielokrotnych zwycięzców. W maju br. Monika Gibas i Piotr Cichocki z AKS OSW Olsztyn zostali mistrzami świata w klasie Skud 18 w holenderskim Medemblik, zdobywając pierwszy złoty medal w historii Polski w tej klasie łodzi. A od początku lipca przygotowują się w Rio de Janeiro do Letnich Igrzysk Paraolimpijskich 2016, znów jako pierwsi Polacy w tej kategorii. – Jeszcze dwa lata temu marzyliśmy o tym miejscu – wspomina ich trener, Grzegorz Prokopowicz, a Monika podkreśla: – Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Jak dziewczyna jeżdżąca wózkiem i sporo od niej starszy facet, który po wyścigu dookoła świata stał się niepełnosprawny, zdobywają światowe trofea? – Choć tak wiele nas różni, nasza trójka rozumie się bez słów – podkreśla Piotr. – Czasem mam nawet wrażenie, że to oni są ode mnie starsi – śmieje się. – Żeby zrozumieć ten fenomen, trzeba stanąć nad wodą.

DZIEDZICTWO WARŃIJI

Gdyby przenieść się na XIX-wieczną wieś warmińską, o drogę można by zapytać jedynie po warńijsku. Tych, którzy nic by nie zrozumieli, odesłano by do Łolstyna – gdzie mówiono też w języku niemieckim. Tymczasem dziś nawet najstarszy grózek (stary człowiek) gwarą warmińską nie cziajsto mówi. A to właśnie nasza gwara znalazła się na liście niematerialnego dziedzictwa narodowego – jako pierwszy wpis z Warmii i Mazur. Wniosek złożyli wieloletni popularyzatorzy regionu: Edward Cyfus, rodowity Warmiak, autor książek o dawnej Warmii, oraz prof. Izabela Lewandowska, historyk i regionalista z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Po tym sukcesie planują wzmóc działania upowszechniające pier wotny język Warńiji, wszystkie informacje zamieszczane będą na profilu na Facebooku: Gwara warmińska. Będzieta lajkować?

ŚLIMAK DO RANY PRZYŁÓŻ

Płazy mają wyjątkową zdolność do regeneracji: rany goją się u nich bezbliznowo, utracony ogon odrasta. Z homo sapiens jest gorzej – choć blizna po operacji w okresie płodowym zagoi się bez śladu, to już po narodzinach jesteśmy skazani na blizny, a odrastanie ręki jest możliwe jedynie w filmach science fiction. Ale kto wie, do czego doprowadzą badania olsztyńskich naukowców? – Od dawna intryguje nas pytanie: czy ludzie posiadają niewykorzystywane mechanizmy regeneracji? Pomimo ogromnych wysiłków, zjawisko to nadal pozostaje tajemnicą – tłumaczy prof. Barbara Gawrońska-Kozak z Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie. – Obecnie koncentrujemy się na wykazaniu udziału czynnika Foxn1 w procesie gojenia urazów skórnych. Profesor zaobserwowała, że tego genu nie posiadają płody oraz tzw. myszy nagie, u których urazy skóry goją się bezbliznowo: – Dlatego badania naszego zespołu oparte są na modelu szczególnego szczepu myszy „zielonych”, transgenicznych. By móc pracować metodami biologii molekularnej, Foxn1 zostało połączone z zielonym białkiem fluorescencyjnym, dzięki czemu mamy możliwość śledzenia obecności genu w organizmie oraz w hodowlach komórkowych. Zespół prof. Gawrońskiej-Kozak rozpoczyna również badania nad terapeutycznym zastosowaniem śluzu ślimaków. Właściwości regeneracyjne gatunku Helix Aspersa znane są już w kosmetologii, teraz czas na medycynę. Stąd współpraca z mazurską plantacją Snails Garden państwa Skalmowskich oraz Szpitalem Wojewódzkim i Dziecięcym w Olsztynie. Dzięki utworzeniu unikalnego w skali kraju „banku tkanek skórnych” naukowcy sprawdzą, czy śluz ślimaka może być wykorzystany jako środek leczniczy podczas gojenia się zranionych tkanek.

Obraz: Michał Bartoszewicz

Obraz: materiały prasowe

PRZY PORANNEJ KAWIE NA WARMII I MAZURACH...


INFO

Pierwszy motocykl kupił jeszcze jako nastolatek: za własne pieniądze i przede wszystkim w tajemnicy przed rodzicami. – Musiałem go chować w garażu u kolegi – wspomina ze śmiechem Paweł Muranowski, olsztynianin pochodzący z Biskupca. Dziś staje na podiach Mistrzostw Krajów Nadbałtyckich, choć zawodowo – w klasie 600 – ściga się dopiero od trzech sezonów. – Wyścigiem jest dla mnie każdy dzień. Rywalizacja, ryzyko i adrenalina to jest to, co mnie nakręca. Dzięki ciągłym treningom i wsparciu partnerów mogę osiągać wyniki. Ale gdy przyjeżdża przed zawodami na nowy tor i uczy się na pamięć każdego zakrętu, nie zakłada zwycięstwa za wszelką cenę. Nakręca się na więcej, kiedy swoją 600-ką wyprzedza ścigacze z klasy 1000.

PROSTO W ZĘBY!

Najbardziej odjechane motocykle powstają w warsztacie Custom Bikes na olsztyńskim Zatorzu. Ich twórca, „Piter”, właśnie dostał na to dowód. Podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich Motor Show, na których rozegrano Mistrzostwa Polski Motocykli Customowych, projekt „Pitera” otrzymał pierwszą nagrodę w kategorii freestyle. Warsztat Piotra Jóźwiaka słynie z produkcji finezyjnych customowych motocykli, każdy inny. O wizji zwycięskiej maszyny, z charakterystycznym dla siebie luzem w słowach, powiedział: – Przez parę lat nazbierało się rupieci, więc trzeba było poukładać je w całość. Dzieło można podziwiać godzinami, najlepiej w salonie zamiast mebla, choć – w przeciwieństwie do wielu customowych wizji, którymi zwyczajnie nie da się jeździć – maszyny „Pitera” zjeżdżają na kołach nawet Europę. A fantazji wciąż im nie brak. Np. korek wlewu paliwa nagrodzonej maszyny pochodzi prosto od rosyjskiego kanistra. Ma jeszcze nabitą cenę z 1990 roku: pięć rubli i 50 kopiejek. Dorzucając 25 tys. euro, można dostać korek wraz z całą resztą.

PITER-CUSTOM-KOSMOS

W tej walce nikt zębów nie straci, choć bojowe pozy i rękawice bokserskie są w natarciu na każdym plakacie. W roli napastników – dentyści, przeciwnikiem – próchnica. Akcja „Podejmij walkę” olsztyńskiej kliniki stomatologicznej Kraina Zdrowego Uśmiechu od maja nokautuje problemy dentystyczne mieszkańców regionu. Organizuje bezpłatne porady stomatologiczne pod specjalnym numerem telefonu, wizyty adaptacyjne dla dzieci oraz przeglądy dla dorosłych w siedzibie kliniki i ogólnodostępne akcje profilaktyczne w Galerii Warmińskiej: konsultacje i przeglądy stomatologiczne z wykorzystaniem kamery diagnostycznej Sopro Care do nisko inwazyjnej, wczesnej diagnost yki pły tki nazębnej oraz próchnicy. 130:1 – w takiej skali 23 lipca w Krainie Zdrowego Uśmiechu będzie można zobaczyć własne zęby i dziąsła, by precyzyjnie uderzyć w ubytki lub im zapobiec. Więcej informacji na krainazdrowegousmiechu.pl oraz profilu Facebook.

BUDZIK DO ŻYCIA

Pionierskie operacje wszczepienia s t ymulatorów czterem osobom w śpiączce przeprowadził w  maju w  olsz t y ńskim Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym zespół prof. Wojciecha Maksymowicza pod kierunkiem japoń skiego neurochirurga prof. Isao Morita. Specjalistę, który ma za sobą w Japonii ok. 300 tego rodzaju operacji, ściągnęła do Polski Fundacja Ewy Błaszczyk „Akogo?”. Zabieg daje szansę na odzyskanie świadomości przez pacjentów przebywających w śpiączce. I choć potrzeba na to czasu, lekarze zauważyli w ciągu pierwszych tygodni po operacjach pozytywne zmiany w zachowaniu pacjentów. Zespół prof. Maksymowicza planuje kolejne wszczepienia stymulatorów, a szpital kliniczny w Olsztynie zabiega o utworzenie w nim kliniki wybudzeń dla dorosłych, tzw. „Budzika dla dorosłych”.

ZASŁUŻONE GRAFIKI

Jej prace trafiają na konkursy i wystawy grafiki warsztatowej do najdalszych zakątków świata. Swoje wklęsłodruki, linoryty, książki artystyczne i instalacje wystawiała m.in. w Egipcie, Chinach, Japonii, Argentynie, Francji czy w murach starożytnego pałacu Dioklecjana w  Chorwacji. Zdobyła wiele nagród i wyróżnień na prestiżowych konkursach międzynarodowych. Prof. Małgorzacie Chomicz, wykładowcy grafiki w Instytucie Sztuk Pięknych UWM w Olsztynie, w obszernym curriculum brakowało odznaki honorowej „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. I w maju Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznał ją za dorobek artystyczny i międzynarodowe działania na rzecz upowszechniania polskiej sztuki.

Obraz: Michał Bartoszewicz

Z GARAŻU NA PODIUM

Magazyn MADE IN. Warmia & Mazury dołączył do grona firm, które mogą promować się znakiem „Produkt Warmia Mazury”. Od dwóch lat samorząd województwa warmińsko-mazurskiego realizuje projekt, który ma promować usługi, wydarzenia i produkty odznaczające się wysoką jakością i w 100 procentach pochodzące z naszego regionu. Dzięki sygnowaniu ich charakterystycznym logotypem, skuteczniej, a przede wszystkim świadomiej będziemy mogli kreować patriotyzm konsumencki i wzbudzić zainteresowanie lokalnymi markami, k tóre s woim f unkcjo nowaniem wspomagają gospodarczo region. Dot ychc zas wręc zono 276  certy fikatów „Produkt Warmia Mazury”.

Obraz: PAP/USK/Michał Ciucias

Obraz: arch. Urząd Marszałkowski

JESTEŚMY MADE IN WARMIA I MAZURY

009


KULTURA

010


KULTURA

011


RECENZJE


Luxury Resort

SPA

Riding Club

RECITALE CHOPINOWSKIE W PAŁACU PACÓŁTOWO Mamy przyjemność zaprośić Państwa na muzyczne Recitale Chopinowskie w Pałacu Pacółtowo. Wybitni pianiści, w tym uczestnicy oraz laureaci Konkursów Chopinowskich, poprowadzą Państwa przez piękno muzyki klasycznej rozbrzmiewającej w sali balowej oraz ogrodach pałacowych. Od 14 maja do 18 września, 2016 Sobota: 1700 | Niedziela 1200

op

in a

Nasi wirutozi:

T T V o w ar P K zyst ul t

Im i a w

en i a F r y

de

a ryk

Ch

a ur

: at n o : Honorow y P a t r ny

Patronat m e d i a

contact: +48 609 554 010

l

palac@palacpacoltowo.pl

fb.com/PalacPacoltowo/

consierge: +48 690 161 198

instagram.com/PalacPacoltowo/

www.PalacPacoltowo.pl


POSTAĆ

014


POSTAĆ

015


POSTAĆ

016


POSTAĆ

017


018


POSTAĆ

019


POSTAĆ

020


POSTAĆ

021


PRODUKTY

GALERIA HANDLOWA MADE IN

LODÓWKA NA LUDOWO

Pary w strojach ludowych z Warmii i Mazur zamiast tradycyjnego widoczku z wakacji. Drewniane, ręcznie malowane magnesy na lodówkę to regionalna pamiątka autorstwa Ewy i Waldemara Majcherów, ludowych twórców z Olsztyna. Mini rzeźby, dostępne również w postaci breloczków, posiadają certyfikat produktu regionalnego. Wyroby artystów, m.in. malarstwo na szkle, można kupić na straganie w Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku. facebook.com/Majcher Manufaktura

STWORZONE NA WARMII I MAZURACH I FIRMOWANE PRZEZ LUDZI WARMII I MAZUR.

KAWA NA REGIONALNĄ ŁAWĘ

Kawa na Warmii i Mazurach? Choćby na drugim końca świata. Stolik kawowy w kształcie granic regionu to  gadżet do  biura, domu i na prezent dla wszystkich fanów tego zakątka Polski. Mebel Holdis Warmia & Masuria ma blat z zaimpregnowanego drewna bukowego plus wykonane ręcznie metalowe nogi w stylu lat 40. Klucz do montażu i śruby – w zestawie ze stolikiem. Słowem: skręć sobie region sam. www.holdis.co

GDYBY KÓZKA… 022

W PASKI I ZA KRATĘ

Na spacer, do piaskownicy, przedszkola i szkoł y. Gdy pomyślnie przejdą test y – wchodzą na  war sz t at . Koszule, spodenki, sukienki i spódniczki marki SeeSaw ze Starego Kawkowa to połączenie klasyki z wygodą. A jeśli dziecięce ubranka z tkaniny w kratkę, paski, wzorzyste lub gładkie podbiją serca dorosłych – wystarczy zamówić dużą wersję. www.seesaw.pl

Gdyby kózka nie skakała, to… takiego sera by nie było. Kozy z wolnego chowu Koziej Farmy w Złotnej wychodzą swobodnie na łąkę, a wyskakane tam mleko przetwarzane jest natychmiast po udoju. Świeże powietrze, ekologiczne pasze, brak szkodliwego transportu przekładają się na najwyższą jakość wytworów. Z lokalnej serowarni trafiają do znanych hoteli i restauracji regionu oraz klientów indywidualnych. Prócz tradycyjnych serów najwięcej wielbicieli ma nagradzany na festiwalach Twarożek Oberlandzki – śmietankowy, o kremowej konsystencji, z pełnotłustego, pasteryzowanego mleka. Zawiera jedynie kultury bakterii i podpuszczkę. www.koziafarma.pl


PRODUKTY

JEDYNE WYJŚCIE

NERKA NA ROWERZE

Pomieści portfel, dokument y, telefon, okular y, pomadkę. Idealna w podróży, na rowerze i w pubie. Saszetka nerka – galanteryjny hit, od kilku sezonów pojawiający się w kolekcjach największych projektantów, ma swoją warmińską wersję. Dostępny w różnych kolorach i wzorach – od świnek przez rower y, po  angielską prasę. Do  kupienia m.in. w TasBike Coffee Shop & Service w Olsztynie. www.tulanki.pl

Do ślubu, w całodziennej bieganinie w pracy albo na wieczór z przyjaciółmi: i w teatrze, i w klubie. Wygodą muszą dorównywać zjawiskowej urodzie – swojej i właścicielki. Czółenka. Od 34 lat ponad 200 konstruktorów, projektantów i wykwalifikowanych osób z doświadczeniem przy tworzeniu butów pracuje nad nimi w BADURZE – wiodącej, całkowicie polskiej marce obuwniczej. Kolekcja na lato 2016 już wyszła, a gdzie ty w niej wyjdziesz? Salon BADURA, Olsztyn, Aleja Marsz. Piłsudskiego 16, Aura Centrum

023

O SMAKU Z TATARAKU

Opowieści dziadka, widok na Jezioro Wulpińskie i jedzenie, z którego słyną Warmia i Mazury. Takie inspiracje zamknął w słoiku zastępca szefa kuchni restauracji Stella w Sząbruku. Powstał okoń w tataraku, II miejsce Smaków Mazur Warmii i Powiśla 2015 i rozchwytywana potrawa na wynos dla gości Ośrodka Copernicus. Receptura objęta jest tajemnicą, zdradzić możemy jedynie, że szczególny smak nadaje mu rosnący w okolicy tatarak (jadalny tylko dwa razy w roku i po odpowiedniej obróbce termicznej) oraz warmińsko-mazurskie miody. www.copernicus.olsztyn.pl

DĄB ERGONOMICZNIE

Wyrazisty rysunek, silne skosy i ostre cięcia łączy z ergonomią, o którą na pierwszy rzut oka fotela MULINO się nie podejrzewa. Prostota, wygoda i naturalny dąb to owoc inspiracji Jacka Wojciecha Suszka współczesną, monumentalną architekturą Warmii i  Mazur, w ykorzystującą surowce naturalne. W serii MULINO z kolekcji Suszek Design jest również hoker barowy, stół i stół barowy, a w projektach kolejne elementy zestawu, jak regał czy huśtawka. Rozsiąść można się w restauracji Lumaca nad jeziorem Ukiel. www.suszek.pl


SIŁA NATURY, MĄDROŚĆ PRZODKÓW, DUCHOWE POSZUKIWANIA. W BIŻUTERII WAREGENA JEST PODOBNO MOC. BO KTO RAZ JĄ ZAŁOŻY – WRACA PO WIĘCEJ.

obraz: White Alice

BOGINI NOWEJ ERY

MISTERNE RĘKODZIEŁO, A W NIM


MANUFAKTURA

Idziesz polną drogą i widzisz zwykły kamień. A oni dostrzegają niepowtarzalny kształt, wzór i kolor, energię zgromadzoną w kawałku skały przez tysiąclecia. Kamień w ich pracowni przechodzi metamorfozę, po której nie sposób już nie dostrzec jego piękna. W połączeniu z mosiądzem i patyną przybiera kształty spirali, tajemniczych znaków i symboli. Nazwy kolczyków, wisiorów, kolii, pierścieni i bransolet dodatkowo pobudzają wyobraźnię. A klienci mówią o wewnętrznych przemianach, przypływie energii i inspiracji. Wracają po

nośnikiem znaczeń, przypisywanych jej przez duchowych guru. Chroniła i wzmacniała. Wtedy powstał pierwszy kształt wisiora – Waregena – co w języku pruskim oznacza „moc bogini”. Artyści nie tworzyli jednak replik wiekowej biżuterii, ale jej własną interpretację, przefiltrowaną przez swoje wieloletnie poszukiwania i inspiracje. – Od młodości interesowały mnie religie, wierzenia z różnych zakątków świata – zdradza Jerzy. – Po latach stwierdzam, że w każdej z nich chodzi o to samo, czyli miłość. W mojej

kolejne ozdoby i przywożą znajomych. Czary? Przypadek? A może serce, które wkładają w dzieła ich twórcy? – Nasza biżuteria to połączenie wiedzy, talentu, wieloletnich duchowych poszukiwań, inspiracji historią regionu – wylicza Jerzy Stankiewicz, twórca biżuterii Waregena. – My jej nie sprzedajemy, wymieniamy się z klientami, dając to, co mamy najlepsze. Co otrzymujemy? Motywację i wiarę, że to, co robimy, jest ważne. Nierzadko zdobywamy nowych przyjaciół. Autorska „Art Galler y ” Jolanty i  Jerzego Stankiewiczów w Kruszewcu pod Kętrzynem to połączenie galerii z salonem dyskusyjnym. Łatwo tu trafić, ale trudno odjechać. Czas podczas rozmowy z właścicielami płynie jakoś inaczej… Niekiedy trafiają tu turyści zmierzający pobliską drogą do Wilczego Szańca w Gierłoży. – Jedna z klientek zajechała po przedmiot chroniący przed złą energią w hitlerowskich bunkrach – wspomina Jerzy. – Wzięła też biżuterię z myślą o wizycie w krajach arabskich i opiece przed spotkaniem z tamtejszą kulturą. Czasem, zanim opowiemy klientom o naszych inspiracjach, sami przypisują biżuterii moc ochronną. – To intuicja podpowiada im, po jaki przedmiot sięgnąć – dodaje Jolanta. – Kilkuletni synek znajomych uparł się, że musi mieć jeden z wisiorków. Kiedy powiedzieliśmy, że jego nazwa to „Bezpieczeństwo”, rodzice nieco zdębieli, uzmysłowili sobie parę ważnych spraw… A zaczęło się 12 lat temu od wystawy w węgorzewskim muzeum. Przybliżała działalność Kurta Obitza – badacza i popularyzatora kultury Mazurów. To wtedy Jerzy, rzeźbiarz i malarz po lubelskim Wydziale Sztuki, poczuł, że chce wiedzieć więcej o przodkach tych ziem, ich kulturze i wierzeniach. Rozpoczął poszukiwania w literaturze, trafi ł na książkę „Dzieje Prusów” Łucji Okulicz-Kozaryn. A potem odwiedził archiwa Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie i mógł dotknąć ozdób sprzed setek lat, odnalezionych przez archeologów na terenie regionu. – Poczułem silne wibracje, moc – wspomina. – Miałem wrażenie, że szamani tamtych czasów otworzyli przede mną jakąś furtkę, wybrali do kontynuowania pewnej idei. Przed wiekami biżuteria spełniała nie tylko rolę ozdób, ale była

wyobraźni pojawiają się gotowe obrazy, kształty. Dopadają mnie nagle – na przykład kiedy siedzę w kinie. Wtedy chwytam za ołówek i robię szkice, dopracowuję je w komputerze, a żona, z którą rozumiemy się bez słów, nadaje im nazwy, pomaga w ostatnim etapie powstawania biżuterii. W pracowni pełnej mosiądzu, kamieni, bursztynów, korali czy turkusów powstaje nie tylko damska i męska biżuteria o tajemniczych nazwach „Nowa era”, „Cztery żywioły”, „Słoneczny krąg”, „Koło obfitości” czy „Spirala szczęścia”. Można tu obejrzeć również inne prace Jerzego, który tworzy rzeźby i obiekty na indywidualne zamówienia do wnętrz i ogrodów. Jest również autorem statuetek dla firm i instytucji. – Pewnego dnia usłyszeliśmy pisk opon i cofający się na drodze samochód. Jego właścicielka poczuła wewnętrzny przymus, aby zajechać do galerii. Albo turystka z Niemiec. Z kieszeni wyjęła wytarty pierścień z kolekcji Waregeny sprzed lat. Pracując w szpitalu, nie ma zwyczaju nosić go na palcu, ale jak twierdziła – nie rozstaje się z nim. Ozdoby z Kruszewca, które można kupić również przez Internet, trafi ły m.in. do Australii, USA, Japonii, Emiratów Arabskich, Skandynawii. – Klienci piszą, że biżuteria jest dla nich impulsem do zmian, wyzwala odwagę do realizacji marzeń, inspiruje do poszukiwań – przyznaje Jola. – Kiedy mam zły nastrój, unikam pracy. Jestem przekonana, że przekazujemy przedmiotom naszą energię. Dlatego wolę dzielić się swoją radością, spełnieniem i pięknem, które dostrzegam w każdej cząstce natury. I mądrością prastarych plemion, które w pewnych kwestiach wyprzedziły swoją wiedzą współczesnych naukowców… Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum Waregeny

ART GALLERY Pracownia Autorska Stankiewicz Kętrzyn, Kruszewiec 32A, kom. +48 695 651 116 www.waregena.pl www.stankiewicz-art.pl www.JerzyStankiewicz.netgaleria.eu

025


TURYSTYKA

SZLAKIEM DWÓCH MIECZY CO JEDZONO, JAK BUDOWANO I WALCZONO W ŚREDNIOWIECZU? W LIPCU NA POLACH GRUNWALDZKICH – EPOK A W  PIGUŁCE. A  NA MIŁOŚNIKÓW BARDZIEJ K AMER ALNEGO POZNAWANIA HISTORII CZEK A CAŁOROCZNY SZLAK PĘTLI GRUNWALDZKIEJ.

026

Przyjeżdżają tu samochodami, do zbudowania obozowisk używają mechanicznych pił, a potem na kilka dni cofają się o ponad sześćset lat. W obozach rekonstruktorów żyje się tak, jak w średniowieczu. Dlatego potrawy przyrządza się w kociołkach na ognisku, śpi w namiotach na słomie, kroi nożami od prawdziwego kowala i jada drewnianymi sztućcami. Na 606 rocznicę Bitwy pod Grunwaldem zjadą rycerze i białogłowy z Polski, Litwy, Ukrainy, Niemiec, Białorusi, Włoch, Hiszpanii i Finlandii – będzie międzynarodowo jak w 1410 roku. – Spodziewamy się około pięciu tysięcy rekonstruktorów w obozie, w tym półtora tysiąca walczących w inscenizacji 16 lipca – mówi wójt Gminy Grunwald Henryk Kacprzyk. – Z każdym rokiem rośnie liczba uczestników, ale przede wszystkim poziom imprezy. Dzięki coraz lepszej broni i strojom z epoki jest bliższa średniowiecznym realiom. Dni Grunwaldu 2016 (12–17 lipca) to nie tylko inscenizacja bitwy, ale też pokazy pracy rzemieślników, muzyka folkowa i dawna, turnieje, Mistrzostwa Polski w Walkach Rycerskich, podczas których w szranki staną rycerze obu płci. – Turnieje kobiet cieszą się powodzeniem zarówno wśród publiczności, jak i zawodniczek – dodaje dr Szymon Drej, dyrektor Muzeum Bitwy pod Grunwaldem w Stębarku. – Panie radzą sobie w walkach tak samo dobrze jak mężczyźni. Świadczy o tym chociażby trzecie miejsce, jakie zajęła Kamila Henkelman w walkach na miecz i tarczę podczas niedawno zakończonych Mistrzostwach Świata Walk Rycerskich. Na Warmii i Mazurach ruch rekonstruktorski rozwija się bardzo prężnie. Niemal w każdym zamku i większości miast istnieją bractwa rycerskie, których członkowie reprezentują region na turniejach krajowych i międzynarodowych [jak Marcin Waszkielis z Kętrzyna, pięciokrotny medalista w mistrzostwach świata w sportowych walkach rycerskich – red.]. Na polu bitwy z 1410 roku, położonym dwa kilometry od wsi Grunwald, pamiątką po starciu są pozostałości kaplicy.

Budowlę wznieśli w 1411 roku Krzyżacy, aby upamiętnić poległych w bitwie rycerzy. Podobno stanęła tam, gdzie zginął wielki mistrz Ulrich von Jungingen. W  miejscu, z którego prawdopodobnie dowodził król Jagiełło, postawiono pomnik z ciosów granitowych – do budowy użyto materiałów z wysadzonego przez hitlerowców Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie. Kamienny amfiteatr z makietą ukazuje położenie wojsk przed walką, a muzeum prezentuje m.in. związane z nią eksponaty. – W czasie ostatnich badań archeologicznych pozyskaliśmy w okolicach Grunwaldu niemal 400 zabytków ruchomych, w tym ponad 100 związanych z samą bitwą – mówi dyrektor muzeum. – Zostały poddane konserwacji i udostępnione zwiedzającym. Można więc osobiście zobaczyć, jak wyglądają „naoczni świadkowie” grunwaldzkiego starcia. Bitwa pod Grunwaldem, organizowana przez Gminę Grunwald, Fundację Grunwald, Muzeum Bitwy pod Grunwaldem i Narodowe Centrum Kultury, to nie tylko symbol chwały polskiego oręża. Starcie było kulminacją wydarzeń, które rozgrywały się na tutejszych ziemiach odkąd w 1226 roku książę Konrad Mazowiecki o pomoc w walce z pogańskimi plemionami poprosił Zakon Krzyżacki. Przez związane z nimi miejsca, gotyckie zamki i kościoły, elementy fortyfikacji oraz krajobrazy pojezierzy wokół Wzgórz Dylewskich, prowadzi drogowy Szlak Pętli Grunwaldzkiej. Nad Nidzicą, która leżała w ważnym strategicznie punkcie przy granicy z Mazowszem, góruje największy rezydencyjno-obronny zamek krzyżacki na Mazurach. Czteroskrzydłowa twierdza, wzniesiona pod koniec XIV w., była miejscem konferencji rozjemczej z  udziałem wielkiego mistrza Konrada Wallenroda, litewskiego księcia Skirgiełły i  mazowieckiego księcia Ziemowita. Maszerująca pod Grunwald armia polsko-litewska przejęła Nidzicę bez oporu na trzy dni przed bit wą. Dzisiaj zamek jest m.in siedzibą prężnego Bractwa Rycerskiego Komturii


TURYSTYKA

Nidzickiej. Można tu również obejrzeć kopie uzbrojenia piechoty chłopskiej i rycerstwa z okresu bitwy pod Grunwaldem. Olbrzymia mapa państwa krzyżackiego w podłodze, symulator machin oblężniczych w 3D i rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem, zaprezentowana w formie gry strategicznej. Stare dzieje w nowoczesnej odsłonie to specjalność Interaktywnego Muzeum Państwa Krzyżackiego, działającego w  barokow ym ratuszu w  Działdowie. W  nowoczesnym muzeum, które dwa lata temu zostało jednym z siedmiu cudów Polski w plebiscycie miesięcznika „National Geographic Traveler”, można prześledzić dzieje zakonów rycerskich od momentu ich powstania po czasy współczesne. Oprócz poznania makiet zamków i strategii wojennych, dowiemy się, jak żyli mieszkańcy ówczesnych osad i co gościło w zamkowej kuchni. W jej menu m.in. niedźwiedzie łapy i ogony bobrów. Wojska Jagiełły, zdążające pod Grunwald, oprócz Działdowa zajęły także Lidzbark nad rzeką Wel i krzyżacki zamek. Dzisiaj najstarszą budowlą w miasteczku leżącym na terenie parku krajobrazowego jest gotycki dom zakonny z XVI wieku. Ale będąc tu, można dowiedzieć się, jak przed wiekami gaszono pożary, a także skąd pochodzi silnik pierwszego polskiego samochodu osobowego. Jedyne w  regionie Warmińsko-Mazurskie Muzeum Pożarnictwa prezentuje m.in. starą drewnianą prasikawkę, 300-letnią, ręcznie pisaną księgę bractwa kowalskiego czy motopompę „Syrena” z lat 30. XX w. z warszawskiej fabryki, która użyczyła żerańskim pojazdom osobowym nie tylko dwusuwowego silnika, ale także nazwy. W miejscu, w którym założono Nowe Miasto Lubawskie, znajdowało się dogodne przejście przez Drwęcę. Aby zapewnić ochronę brodu, w 1320 roku Krzyżacy zbudowali murowany zamek, a  miasto zostało otoczone murami, których fragmenty przetrwały do dzisiaj. W kościele pw. św. Tomasza Apostoła z XIV w. znajduje się największy w Polsce zespół średniowiecznych i XVII-wiecznych malowideł ściennych. W lipcu 1410 roku armia polsko-litewska podeszła do pobliskiego Kurzętnika, chcąc przeprawić się przez Drwęcę. W obliczu wroga, który zajął pozycje za rzeką, Jagiełło odstąpił od przeprawy w trudnym terenie. – Gdyby nie ostrożność Władysława Jagiełły, do głównego starcia mogłoby dojść właśnie tutaj – mówi Szymon Drej. – Polski władca nie zdecydował się jednak na forsowanie strzeżonego przez Krzyżaków brodu, dzięki czemu kolejne spotkanie obu armii miało miejsce pod Grunwaldem. Dzisiaj znajdują się tu ruiny potężnej budowli obronnej, a ze wzgórza zamkowego rozciąga się imponująca panorama doliny Drwęcy. Mury obronne Lubawy stanowią pozostałość po gotyckim zamku biskupów chełmińskich, wzniesionym w  XIV  w. przez biskupa Arnolda, który po bitwie złożył hołd Jagielle. W latach swojej świetności ustępował bogactwem tylko twierdzy malborskiej. Do dzisiaj przetrwały jedynie fragmenty, ale Lubawa znana jest z zabytków sakralnych. Gotycki Kościół św. Anny przechowuje słynącą z cudów figurę Matki Boskiej Lipskiej. W kościele pw. św. Jana Chrzciciela i Michała Archanioła zachowały się m.in. stalle z początku X VII  w., barokow y ołtarz, renesansowa ambona czy krucyfiks z XIV w. Barokowy Kościół pw. św. Wawrzyńca w Rożentalu obok Lubawy to perła architektury drewnianej z XVIII-wiecznym wyposażeniem.

Po przegranej bitwie pod Grunwaldem ciało mistrza zakonu Ulricha von Jungingena przewieziono do ostródzkiego zamku. W 1806 roku mury te gościły także Napoleona, który dowodził stąd swym imperium. Przez 650 lat wielokrotnie burzony i palony, swój obecny kształt zamek zawdzięcza odbudowie rozpoczętej w 1974 roku. Zamek w Olsztynku, zamykający pętlę szlaku, powstał w okresie największego prosperity Zakonu. Drewnianą warownię w połowie XIV w. zastąpiono zabudową murowaną, podlegającą komturowi ostródzkiemu Guntherowi von Hohensteinowi, od którego nazwiska przyjęła się nazwa założonej tu osady. Dwa dni po bitwie grunwaldzkiej stanęły pod nią wojska polsko-litewskie. Krzyżacka załoga zamku poddała go walkowerem, dobrowolnie otwierając bramy. Szlak Pętli Grunwaldzkiej, liczący 263 km, można zwiedzać w kilku wariantach. Drogę wskażą tablice z dwoma mieczami – symbolem zwycięstwa króla polskiego nad zakonem krzyżackim. Tekst: Beata Waś, Obraz: archiwum Urzędu Marszałkowskiego Województwa Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, www.shutterstock.com

www.mazury.travel www.my-guide.warmia.mazury.pl Wydarzenia związane z epoką średniowiecza: • 9 lipca, zamek w Nidzicy – Turniej Rycerski o Buzdygan Wielkiego Mistrza Winrych von Kniprode • 22–24 lipca, Szczytno – IX Otwarty Turniej Łuczniczy o  Puchar Juranda • 13 sierpnia, Ryn – Festiwal Kultury Średniowiecza „Masuria 2 – Życie na pograniczu” – pokazy, koncerty, zabawy w klimacie rycerskim, widowisko historyczne, jarmark średniowieczny

027


SLOW LIFE

DROGOWSKAZ NA TRADYCJĘ TWIERDZĄ ŻE WYSTARCZY ZEJŚĆ Z UTARTEGO SZLAKU ABY ODNALEŹĆ NIEZWYKŁĄ KRAINĘ. WIMLANDIA – GRUPA MIŁOŚNIKÓW TRADYCJI, DOBREJ KUCHNI I RZEMIOSŁA, ZAPRASZA NA PODRÓŻ, PO KTÓREJ ŻYCIE ZWALANIA TEMPO.

028

Jeśli zapytać przeciętnego turystę o atrakcje Warmii i Mazur, wskaże na jeziora, jachty, ryby, gotyckie zamki i bociany. A gdyby tak ugościć go zupą z pokrzywy? Przegonić po łące na bosaka? Wznieść toast szampanem z kwiatów bzu? Nauczyć lepić koniki z gliny? Spłynąć rzeką otoczoną wąwozem dzikiej zieleni? A na odjezdne zapakować słoik lokalnego miodu, kozi ser lub dżem z szyszek sosny. Taki gość szybko nie zapomni o bajkowej krainie, jej nieskażonych cywilizacją krajobrazach, niezwykłych smakach i spotkaniach z pasjonatami życia w zgodzie z naturą. A jeśli do tej pory nie odróżniał Warmii od Mazur – nadrobi zaległości. – Wimlandia to idea łącząca więcej niż dwa historyczne obszary, promująca ich potencjał przyrodniczy, kulinarny, rzemieślniczy, artystyczny – tłumaczy prof. Stanisław Czachorowski z Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodnicznym UWM, jeden z inicjatorów nieformalnej grupy drobnych przedsiębiorców „Wimlandia”. – Chcemy budować nową tożsamość regionu, zachęcać do korzystania nie tylko z utartych szlaków turystycznych, znanych atrakcji i sztandarowych potraw. Proponujemy turystykę pogłębioną, czerpiącą z idei „slow life”. Marek Molęda, któr y prowadzi pod Miłakowem razem z teściem gospodarstwo pasieczne „Miody Wowka” uważa, że od paru lat rośnie zainteresowanie ofertą małych manufaktur, gospodarstw nastawionych na indywidualnych klientów. – Mamy przesyt wypoczynkiem wśród masowych atrakcji – przyznaje. – Wimlandia zaprasza do swojego grona sprawdzonych usługodawców i producentów, których oferta jest zbudowana na najwyższej jakości, każda na swój sposób

oryginalna, bo mimo że bazuje na tradycyjnych sposobach produkcji, ma nowoczesne „opakowanie”. Spotkania naradcze „wimlandczyków ” przeradzają się często w prawdziwe uczty. Każdy przynosi coś ze swojej spiżarni: nalewkę z ziół, marynowane korzenie topinambura, lemoniadę z pokrzywy czy placek z kozim serem i warmińskim olejem rzepakowym, któremu nie dorówna żadna importowana oliwa… – Stawiamy na jakość życia, a nie pośpiech i niską cenę – dodaje Tomasz Szmitkowski, właściciel olsztyńskiej restauracji Cudne Manowce. – Odkrywamy tradycję i historię na nowo, jesteśmy pionierami w przywracaniu regionalnej kuchni, zapomnianych ziół i warzyw, jak świerząbek bulwiasty, pasternak, schorzonera czy choćby pokrzywa – dawniej uważana za afrodyzjak, a obecnie za skarbnicę witamin. Wymieniamy się sezonowymi produktami z własnych pól, ogrodów, hodowli. A  naszą ofertę kulinarną uzupełnia np. nietuzinkowa ceramika z Kaflarni Warmińskiej. Co jest podstawą ich relacji? Zaufanie i pomoc, bezpośredni kontakt, pozwalający nie tylko na budowanie życzliwych relacji, ale i wzajemne testowanie produktów, wymianę doświadczeń. No i ograniczenie kosztownego, nieekologicznego transportu produktów. Ale nie chodzi tylko o wsparcie, „szeptaną” promocję i wymianę handlową wewnątrz grupy drobnych przedsiębiorców. Sieć Wimlandii tworzy około dwudziestu gospodarstw agroturystycznych, restauracji, pracowni rękodzielniczych, sklepów i małych zakładów produkcyjnych. Wspólnie wystawiają się na festynach, targach, a kontakt z międzynarodowym środowiskiem naukowym za pośrednictwem współpracy z UWM to okazja do promocji regionu również za granicą. – Byłam zbulwersowana, kiedy na jednym z ogólnopolskich portali gastronomicznych pominięto nasz region – tłumaczy Alina Janeczek, właścicielka Restauracji z Zielonym Piecem w Olsztynku. – Stwierdziłam, że musimy się bronić, wziąć sprawy w nasze ręce. Uruchomiliśmy media, poprosiliśmy o pomoc uniwersytet. Przecież wakacje spędza tu pół Polski, jeśli nie Europy. Dobre życie, wysoka jakość usług i produktów – mamy tu miejsca unikatowe. Promujemy nie tylko własną działalność, ale jesteśmy ambasadorami regionu. Kiedy pada hasło, że do Francji wybiera się delegacja


SLOW LIFE

z Olsztyna, przygotowujemy wspólny koszyk. Marynaty, sery, mięsiwa, rękodzieło – każdy daje to, w czym się wyspecjalizował i co sprawia, że klienci do nas wracają. – Czasem słyszę od moich gości: takich Mazur nie znaliśmy – dodaje Grzegorz Łaski, właściciel Koziej Farmy w Złotnej pod Morągiem. – Wielu turystów nie odróżnia obu krain. Warmia ma tę przewagę, że nie jest tak popularna wśród miłośników jachtów, jezior, budek z  fr y tkami. Goście z Niemiec, Włoch, Holandii zachwycają się tu przestrzenią i smakiem serów, który kojarzą z dzieciństwa. I o dziwo nikt nie pyta o jezioro. Bo warmińska cisza, czyste powietrze, wiejska prostota, posiłek oparty na świeżym lokalnym produkcie to unikat na skalę europejską. Zaczęli od wydrukowania mapy. Dostępna w każdym punkcie należącym do Wimlandii, wskazuje drogę do ukrytych wśród pól gospodarstw, lokali i zakładów rozrzuconych po Warmii i zachodnich Mazurach. Logo: drewniany drogowskaz, zachęcający do odkrywania krainy pełnej tajemnic i przygód. Znak rozpoznawczy: malowane warmińskie kamienie przed każdą z „baz”.

jak ta prosta forma wypoczynku na świeżym powietrzu potrafi wciągnąć, zmotywować i zintegrować pokolenia. Wimlandczycy wymieniają się doświadczeniami nie tylko w temacie produkcji i usług, ale też np. działań w mediach społecznościowych. A prof. Czachorowski zachęca, aby tak jak on, dzielić się na blogu kulinarnymi odkryciami, gdzie nauka i historia łączy się z rzemiosłem gastronomicznym. – Nie każdy potrafił korzystać w pełni z dobrodziejstw Internetu i bezkosztowej reklamy, w tej chwili nasze profile na Facebooku stały się jednym z kanałów promocji, kontaktujemy się między sobą poprzez grupowy czat – zdradza Alicja Derdoń z olsztyńskiej Kawiarni Moja. – To narzędzie do promocji, np. w moim przypadku – tradycyjnych wypieków, zachęcania do korzystania z rodzinnych receptur, wymiany spostrzeżeń z klientami. Mają potencjał i zapał większy niż niejedna formalna grupa czy stowarzyszenie. I choć póki co – jak mówią – żyją i działają na „kocią łapę”, w planach jest sformalizowanie grupy. – Nie ukrywamy, że przydałoby nam się wsparcie z urzędu – przyznaje Alina Janeczek. – Bo skoro my pokazujemy to,

– Nie jesteśmy dla siebie konkurencją, wspólnie tworzymy kompleksową ofertę regionalną – zapewnia Grzegorz Białaś z Zajazdu Kłobuk w Małdytach. – Taka inicjatywa oddolna jest bardziej elastyczna niż narzucona przez regulaminy, urzędy. Jeden klient staje się wspólny dla nas wszystkich. Bo oprócz tego, że chce spróbować lokalnych przysmaków, często ma ochotę na aktywny wypoczynek, chce kupić niebanalną pamiątkę, zabrać dzieci na farmę ze zwierzętami, do ciekawego muzeum, na ryby lub kajak. – Młode pokolenie jest odcięte od natury – przyznaje Tomasz Piłat, z Centrum Edukacji i Promocji Szlaku Pojezierza Olsztyńskiego Północny Szlak Rybacki w Łajsach. – Nie wie na przykład, że można skubnąć szczawiu prosto z pola czy na kanapkę położyć rosnący pod domem bluszczyk kurdybanek. Zapomnieliśmy, że wędkowanie może być frajdą i formą rodzinnego spędzenia czasu. Nie trzeba szukać daleko. Podczas konkursów wędkarskich obserwujemy,

co najlepsze w regionie, dlaczego region nie mógłby pomóc nam w promocji tych działań? – Nasza rola nie ogranicza się tylko do prowadzenia gospodarstw, raczenia gości wyszukaną kuchnią – dodaje Katarzyna Przedwojewska z Uroczyska Deresze w Giławach. – Edukujemy przyjezdnych, wskazujemy na różnice historyczne, przyrodnicze czy nawet religijne krain na styku których działamy. – Opuszczając kilka lat temu miasto, zmieniłam dotychczasowe priorytety – przyznaje jej wspólniczka Beata Sacharuk. – Wieś uczy uważności, pokory i szacunku dla otoczenia oraz dorobku naszych przodków. Wierzymy, że każdy gość opuszcza nasz region nie tylko bardziej wyciszony, ale też uświadomiony, wrażliwszy na otoczenie, historię. Wimlandia to rodzaj misji – zatrzymać świat który odchodzi i pokazać jak jest fascynujący…  Tekst: Beata Waś

029


SLOW LIFE

030


50 TWARZY KLEKOTEK CZY SĄ  HOTELE ST WORZONE DO  MIŁOSNYCH W YPOCZYNKÓW? SKORO W  MENU RESTAUR ACJI DANIA ZAWIER AJĄ AFRODYZJAKI, W  K ARCIE SPA RY TUAŁY DL A PAR POBUDZ AJĄ ZMYSŁY, W  POKOJACH ŁOŻ A Z  NAJLEPSZ YMI MATER ACAMI ŚWIATA , A W HOTELU I WOKÓŁ NIEGO PEŁNO UROCZYCH ZAKAMARKÓW, W KTÓRYCH MOŻNA...

032

Nawet przy pełnym obłożeniu ciężko tu kogoś spotkać. Wnętrza Hotelu Młyn Klekotki i Sento SPA zostały tak zaplanowane, by dać gościom maksimum intymności. Podobnie jak 130-hektarowy teren wokół. – U nas nie ma basenu, nad którym stoją dziesiątki leżaków obok siebie. Nie ma też wielkiej restauracji z bufetem, jak w hotelach sieciowych – subtelnie podkreśla kierownik recepcji Magdalena Wiśniewska, kiedy oprowadza nas po ogrodzie pełnym uroczych zakamarków. Faktycznie, leżaki stoją tu dwójkami, a nie dziesiątkami, między drzewami parami rozwieszone hamaki. Wypatrujemy ukryte pośród zieleni jacuzzi pod gwiazdami, niewielki pawilon herbaciany, romantyczną ścieżkę energii drzew i wnętrze dębu płodności, jak głosi legenda. Na tyle duże, że podobno niejedna para postanowiła tę legendę sprawdzić. – Jest tu na tyle kameralnie i nietłoczno, że kiedyś jeden z gości zapytał: „Chyba słabo u was z obłożeniem?”. Kiedy usłyszał, że w hotelu mamy ponad setkę gości, był w szoku – wspomina Magdalena Wiśniewska. – Nawet korty tenisowe

są w środku lasu, by ktoś, kto nie umie grać, nie czuł na sobie wzroku innych osób. Takie rozwiązania sprzyjają parom, które szukają w hotelu intymności. – To  miejsce stworzone do  romansów – uśmiecha się Joanna Przybyła, menadżer Sento SPA, sz ybko prec y zując. – Chodzi ocz y wiście o  rozpaloną na nowo namiętność małżeńską. We wszystkim co robimy, organizując pobyt par, staramy się rozpalać ich zmysły. Od restauracji, w której można zamówić dania z afrodyzjakami, przez wspomniane zakamarki w ogrodzie, po rytuały w naszym SPA. Idealnym rytuałem dla par jest IN-YO. To holistyczny zabieg z naturalną aromaterapią i najwyższej jakości olejami. Do tego masaż ciała i twarzy na grubej soli morskiej, aromatyczne Ofuro i finalny zmysłowy masaż twarzy i ciała oraz Furako. – Te rytuały uczą miłości do ciała i rozpalają zmysły – przekonuje Joanna Przybyła. – Później nasi goście w zacisznych przestrzeniach hotelu mogą uwolnić swoje fantazje.


Naczelną zasadą personelu Hotelu Mł yn Klekotki jest: co dzieje się w Klekotkach, pozostaje w Klekotkach. – Może to wszystko brzmi frywolnie, ale chodzi nam przede wszystkim o to, by przebywające tu pary znalazły w sobie harmonię i miłość. Aby przez cały czas poświęcały uwagę tylko sobie – dodaje Magdalena Wiśniewska. – Mamy tu mnóstwo par z wielkich aglomeracji, które szukają u nas ucieczki przed zgiełkiem miasta. Doceniają to szczególnie dojrzałe osoby, po 35. roku życia. To zdecydowana większość naszych gości. Młodzi szukają dyskotek, głośnej rozrywki. Tu jej nie znajdą. W Klekotkach nowością tego sezonu jest ścieżka szlakiem energii drzew. Oprowadza nas Joanna Przybyła: – Drzewa sprzyjają wyciszeniu i medytacji. Mają korzenie, dające kontakt z poprzednimi wcieleniami, ze swoją podświadomością. Pień to my w obecnym czasie. Korona to kontakt z wyższymi energiami. To właśnie pod drzewem medytował Budda i tam osiągnął oświecenie. Każdy z gatunków ma wyjątkowe właściwości. Zagłębiając się w  przygotowany przez hotel opis trasy, dowiadujemy się, że brzoza obdarza dobrym samopoczuciem, uspokaja i pociesza. Buk wytwarza bardzo silne pole energetyczne, pomaga się uspokoić i poprawia zdolność koncentracji. Dąb pobudza nie tylko fi zycznie, ale i budzi

wewnętrzną moc, poprawia krążenie kr wi i przy wraca energię życiową. Czeremcha zapewnia natchnienie. Jesion to symbol siły i wytrzymałości. Jego energia pomaga poznać i zrozumieć własne uczucia oraz emocje. Wibracje klonu wzmacniają ośrodek energet yczny gardła i  zwiększają zdolność wypowiadania się. A l eszczyna, uważana przez Słowian za jedno z najbardziej magicznych drzew, chroni przed chorobami. Leszczynowych gałązek używano jako różdżek do odnajdywania żył złota i skarbów, do dziś za ich pomocą szuka się podziemnych źródeł wody. W lesie wokół Hotelu Młyn Klekotki znajdziecie jeszcze lipę, modrzew, olchę, sosnę, świerk, wiąz i wierzbę. Ich moce, podsycając romantyczną atmosferę, czekają na spacerowiczów. Tekst: Michał Bartoszewicz, obraz: Arkadiusz Stankiewicz Modele: Aneta Puławska, Damian Botwina (Brilliant Model Management)

Hotel Młyn Klekotki Godkowo, Klekotki 1 Tel.: 55 249 00 00 email: recepcja@hotelmlynklekotki.pl www.hotelmlynklekotki.pl

033


034

JAK U BABCI: KRÓLIKI, PIEROGI I… OSTRY ROCK? JEST TAKIE MIEJSCE, DO KTÓREGO WARSZAWIANIE W PA DA J Ą P O P O ŁU D N I EM N A L E G EN DA R N E PLACUSZKI Z JAGODAMI, INNI GOŚCIE NADŁOŻĄ DROGI, BY ZJEŚĆ DOMOWE PIEROGI, A  KOLEJNE POKOLENIA STAŁYCH BYWALCÓW SPĘDZĄ CAŁY URLOP. CO TAKIEGO JEST W  KLIMACIE ZŁOTEGO STRUGA, ŻE OD 22 LAT PRZYCIĄGA JAK MAGNES?


DOBRE MIEJSCA

Niemal stuletni, warmiński dom pełen klimatycznych, wysłużonych mebli, bibelotów, gwaru i muzyki. W ogrodzie młodsi biegają za kurczakami i karmią króliki, starsi mają czas na poranną kawę i gazetę w wygodnym fotelu czy popołudniowe piwko w cieniu drzewa. Ktoś leniwie skubie porzeczki z krzaka, ktoś inny woła, że idzie nad pobliskie Jezioro Pluszne, jeszcze inny gra na pianinie albo usiłuje policzyć chętnych na swojskie pierogi. Rodzinne wakacje u babci? Tak Złoty Strug w Pluskach koło Stawigudy odbierają hotelowi oraz restauracyjni goście. Różnicę stanowią może tylko odbywające się tu w sobotę kabarety i koncerty – jazzowe, rockowe, bluesowe. Dodają babcinej atmosferze ikry. Ale zacznijmy od twardych faktów. – Większość firm powstałych na początku lat 90. upadło. Pozostało zaledwie pięć procent, bo to nie jest łatwy rynek: permanentny brak urlopu, praca przez całą dobę – wylicza właścicielka Teresa Rokicka. – Nasz Złoty Strug cieszy już 22. rok, a pokoje hotelowe od 34 lat. Bo to nie jest tylko biznes, przychodzimy tu jak do domu. Domu z historią. Przed 1939 rokiem był sklepem cynamonowym, w czasie wojny – nielegalnym klubem pokerowym, a później przez 30 lat czekał na obecnych właścicieli, którzy założyli tu wówczas… stolarnię. Z niej pochodzą piękne okna budynku i jego dzisiejsza nazwa. Prusko-warmińską kuchnią oraz całorocznymi pokojami gościnnymi z przytulnym wystrojem i kominkami podbił serca oraz żołądki dawnych Warmiaków i wczasowiczów. Lin w śmietanie, duszone kurki, pierogi czy kapusta z kmin-

kiem po warmińsku, na śniadanie legendarne już placki z jagodami. No i jajecznica ze szczypiorkiem. Ale jaka! Wszystko domowe i prawdziwie regionalne: – Jajka są z Tomaryn, mięso z Biskupca, mąka, owoce czy grzyby od okolicznych dostawców – wymienia syn pani Teresy, Adam Rokicki. Od kiedy został managerem Złotego Struga, wprowadza tu szczyptę światowego fermentu. Na scenie daje wybrzmieć nieznanym zespołom rockowym i uznanym jazzowym muzykom. W kuchni – daniom dla wegetarian czy elementom włoskiej tradycji, jak makaron z anchois i papryczkami czy pizza, o której goście mówią, że taką jedli tylko w Rzymie. – Adam kształcił się za granicą, Sławek i Piotr, doświadczeni szefowie kuchni, pochodzą z Warmii. Razem łączą najlepsze kulinarne trendy z naszą tradycją – opowiada pani Teresa. Po te smaki mieszkańcy Warszawy potrafią przyjechać choć na kilka popołudniowych godzin. Inni zjadą z trasy i zajrzą, żeby popracować lub po prostu posiedzieć i pogadać. Nawet cały dzień. – Tu kelner nad nikim nie stoi, zerkając nerwowo na zegarek – tłumaczy Adam. – Dajemy gościom domową swobodę. Wielu wraca w każde wakacje, święta. Z pokolenia na pokolenie albo by pokazać dzieciom, gdzie spędzało się wakacje w młodości. Przytulne, wysmakowane wnętrza pokoi z kominkami, rotundowa sala barowa czy restauracyjna z urokliwymi zakamarkami to dobre miejsca do wspomnień. – Ale my się nie zatrzymujemy. Naszym obecnym marzeniem jest własny mały browar, by goście mogli spróbować Plusznego piwa, warzonego na miejscowej wodzie z indywidualnie skomponowanych składników – wyjawia pani Teresa. Jeśli to piwo będzie równie znakomite jak jego wzór – najstarszy na świecie browar, od 1040 roku do dziś warzący piwo w Centrum Naukowym Weihenstephan Technicznego Uniwersytetu w Monachium, w którym Adam studiował browarnictwo – to do obecnych 22 lat działalności Złotego Strugu z lekkością doliczane będą kolejne dwudziestki. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Łukasz Wajszczyk

Złoty Strug Teresa Rokicka Pluski, ul. Jeziorna 83 tel. +48 606 859 320 – ADAM tel. +48 608 487 543 – TERESA zlotystrug@zlotystrug.pl www. zlotystrug.com

035


DOBRE MIEJSCA

ILE GAŁEK PODAĆ? TO MIAŁ BYĆ MIESIĄC BEZ SŁODYCZY… JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE WYCHODZĘ Z TRZEMA GAŁKAMI LODÓW?! – ZASTANAWIAM SIĘ, IDĄC OLSZTYŃSKĄ STARÓWKĄ. MOŻE UZNAJMY, ŻE SŁODYCZ TEJ KRAINY ZROBIŁA MI DZIEŃ DZIECKA.

036

Jedno miejsce, trzy sceny. Jest 2006 rok. Marian Dziędziel i Paulina Holz podpisują umowę, dzięki której on zyska fortunę, a ona upragnioną karierę. W tle słychać dzwony olsztyńskiej katedry. Koniec ujęcia. Cofamy się o 120 lat. Otto Naujack jest już jednym z najznamienitszych przedsiębiorców dawnego Olsztyna. Spogląda na rynek i wchodzi do swojej kamienicy przy ówczesnej ulicy Krzywej. Cięcie. 130 lat później to wy idziecie pod adres ul. Hugona Kołłątaja 23. Interesy? Może przy okazji. Najpierw obstawcie, przy którym stoliku kawiarnianego ogródka 10 lat temu siedzieli aktorzy grający w filmie „Taxi A” albo jakim samochodem podjeżdżał pod te drzwi majętny XIX-wieczny biznesmen. A później podejdźcie do lady w Słodyczy tej Krainy, by z trudem zdecydować się na kilka rodzajów rzemieślniczo wykonanych lodów i jak dzieci cieszyć się ich smakiem. Może ktoś nawet sięgnie pamięcią kilkadziesiąt lat wstecz. Do roku 1974, czasu powstania tego miejsca, czyli pierwszej lodziarni na olsztyńskiej starówce, do dziś najstarszej, nieprzerwanie działającej rodzinnej cukierni oraz kawiarni w mieście. Co nie znaczy, że starej duchem. – Wspominamy z nostalgią smaki z dzieciństwa. Niestety dzisiejsze mleko, śmietanka czy jajka to zupełnie inne produkty niż te sprzed 30 czy 40 lat. Również obecne urządzenia do wytwarzania lodów dają inny wyrób. Może kiedyś uruchomimy maszynę, przy pomocy której lody robił tato, sięgniemy po receptury z lat 70. i urządzimy konfrontację: stare vs. nowe? – zastanawiają się właściciele Słodyczy tej Krainy, Małgorzata i Andrzej Broniccy. Niezmienne w  Słodyczy pozostaje to, że ciasta, deser y i oczywiście lody robione są na miejscu, przez pracowników cukierni. – Siedzimy teraz nad częścią pracowni – obrazują. – Chcemy mieć pewność, że to, co otrzymuje klient, jest w pełni dopracowane. I nawet jeśli będzie codziennie przychodzić do nas po ulubiony smak, to nigdy się nie zawiedzie. Sami właściciele, z racji swojej pracy, często mają ochotę na coś słodkiego poza progami Słodyczy. – Lubimy próbować

wszystkiego, co nowe. Jeśli coś nas zafascynuje, daje o sobie znać nasze „zboczenie zawodowe”: robimy sekcję ciastka – zdradzają ze śmiechem. Analizują wygląd, smak, składniki. Gdy coś ich zainspiruje, potrafią nawet pół roku pracować nad nową słodyczą: próbują sami, testują na rodzinie… – Nigdy na gościach Słodyczy – podkreślają. – Ale z bliskich jak dotąd wszyscy żyją w dobrym zdrowiu! – żartują. Klienci również. Wielu już pokoleniowo zamawia u nich słynne torty. – Najpierw na wesele, później chrzciny, komunie, osiemnastki i kolejne wesele – wylicza pani Małgorzata. To zasługa ich rzemieślniczego podejścia do biznesu. Produkty nie mają w Słodyczy niebotycznie rozbudowanej listy składników. Baza lodów to świeże mleko, świeża śmietanka i cukier (w większości od dostawców z Warmii i Mazur) oraz własna praca – bazę właściciele robią osobiście. Co jakiś czas ją modyfikują, bo dążą do perfekcji. Czyli natura i lokalność. Hiperlokalność, bo przecież gotowe lody nie muszą przechodzić transportu, z pracowni trafiają wprost za przeszkloną ladę. – W dodatku trzy smaki lodów są produkowane na oczach klientów – wskazują Broniccy. – Goście mogą więc zjeść deser „prosto z maszyny”. I tu pojawia się problem. Które wybrać? Prócz klasyki sezonowo jest jabłko, mirabelka, pomidor, arbuz czy dacquoise (z orzechami i daktylami). Czasem pojawiają się lody z piwa Guiness (na Świętego Patryka) albo z sera pleśniowego. W upały z białego wina, na 3 Maja – biało-czerwone. Można wyliczać długo, a problem zawsze pozostaje ten sam: ile gałek tym razem? Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Paulina Drozda Pracownia Cukiernicza Słodycz Tej Krainy Olsztyn, Hugona Kołłątaja 23 tel.: +48 89 527 42 41 kontakt@slodycztejkrainy.pl www.slodycztejkrainy.pl


GODNE UWAGI

DZIECKO HOLISTYCZNIE

Obraz: archiwum Art. School

Do tej szkoły, przedszkola czy żłobka nie trzeba dzieci wypychać. W placówkach Niepublicznego Przedszkola Artystyczno-Językowego oraz Niepublicznej Szkoły Podstawowej Art School w Olsztynie przekonują, że dziecka nie wystarczy nakarmić, poedukować i oddać do domu. Tu myśli się holistycznie. Własna kuchnia w obu punktach, sterowana komputerowo wymiana powietrza, budynki dostosowane do osób z niepełnosprawnościami oraz centrum rehabilitacyjne z jedyną w regionie komorą hiperbaryczną – to dla ciała. Nauka języków obcych (nawet tych egzotycznych, jak japoński), samoobrona, balet czy taniec współczesny, zajęcia z logopedą czy psychologiem – to dla ducha. I mamy komplet. Art School, Olsztyn, ul. Janowicza 2 oraz ul. Barczewskiego 1

150-letni dom i ogromna stodoła z drewnianym parkietem. Dookoła lasy, łąki i jeziora. Gospodarstwo „Kawkowo” na Warmii to nie tylko raj dla miłośników wiejskiej sielanki, ale też dla poszukujących inspiracji i nowych umiejętności. Na stu metrach k wadratow ych stodo ł y i  w  zielonym otoczeniu można zorganizować imprezę, artystyczny plener, warsztaty tańca, jogi czy nagrać płytę. Na gości czeka 25 miejsc noclegowych w pachnących drewnem pokojach zabytkowego domu, biblioteka, salon z kominkiem, sala kinowa, stół do ping-ponga i sprzęt tur yst yczny. A  także podgrzewana na ogniu wanna pod chmurką. Agroturystyka „Kawkowo”, Nowe Kawkowo 21

Obraz: Stanisław Kamionka

038

Obraz: Mateusz Klimek

NAD OGNIEM I POD CHMURKĄ

RELAKS W SZUWARACH

Uwielbiają podróże po świecie, ale też proste życie na wsi. Z tego połączenia Kasia i Maciej, politolożka i archeolog, stworzyli zatopiony w mazurskim lesie kameralny Gościniec Szuwary. Dom z bali, pełen kwiatów ogród, przeszklona weranda, gdzie podają śniadania, klimatyczna świetlica z  kominkiem, jasne pokoje i apartamenty dla gości. Minimalny skandynawski styl, ręcznie wykonane meble i wyposażenie z surowego drewna, hamaki w ogrodzie. A w pobliżu urokliwa rzeka Krutynia – ulubiony szlak kajakarzy. Światowo, ale zacisznie. Gościniec Szuwary, Krutyń 54 b, Piecki www.szuwary.info


A NÓŻ WIDELEC

KULTURA KULINARNA TO PRZEDE WSZ YS TK IM SZ T UK A POSZUK I WANIA I ODKRY WANIA NOW YCH SMAKÓW ORAZ UMIEJĘTNOŚĆ DELEKTOWANIA SIĘ NIMI. DLA TYCH, KTÓRZY MAJĄ CZAS DLA RESTAU-

RESTAURACJA STELLA

RACJI, A PRZEDE WSZYSTKIM DLA KREACJI JEJ KUCHARZA, SZUKAMY NA WARMII I  MAZUR ACH CIEK AW YCH DOZNAŃ KULINARNYCH. ZASTĘPCA SZEFA KUCHNI

MARCIN KRZYKOWSKI 040

Sandacz z jeziora Wulpinek smażony sauté na oliwie z  autorską mieszanką przypraw. Do  tego panierowana cukinia oraz mus z jabłka i marchewki ze świeżą miętą. Danie  idealne na letni obiad nad wodą. Orzeźwiające dzięki musowi. RESTAURACJA STELLA OŚRODEK COPERNICUS SZĄBRUK SIŁA 85, 11-036 GIETRZWAŁD TEL. 89 513 09 78, 660 411 092


YOKO RESTAURANT

TRATTORIA LA RIVA

SUSHIMAN

SZEF KUCHNI

ROBERT NALEWAJEK

PIOTR KRAJZEWICZ

Maki, uramaki, nigiri, gunkan i sashimi. A w nich świeży tuńczyk, węgorz, krewetki, tatar z łososia, kawior, warzywa i  wyselekcjonowany ryż. Całość wygląda obłędnie, bo dla prawdziwego sushimana każda rolka to dzieło sztuki – musi pobudzać wszystkie zmysły.

Smażony łupacz w panierce z  mąki gryczanej. Posypany prażonym słonecznikiem. Do tego duszony por w śmietanie i młode, smażone ziemniaki. To danie dla osób poszukujących delikatnych smaków, bowiem żaden ze składników nie dominuje.

YOKO RESTAURANT STARE MIASTO 17/21 10-026 OLSZTYN TEL. 89 533 88 33

RESTAURACJA TRATTORIA LA RIVA HOTEL WILLA PORT ART & ART & BUSINESS UL. MICKIEWICZA 17 14-100 OSTRÓDA 89 642 46 09

041


STYL ŻYCIA

JAK ONI JEDZĄ WEDLE OBIEGOWYCH OPINII SĄ CIĄGLE GŁODNI, SPĘDZAJĄ CAŁE DNIE W KUCHNI ALBO POD KROPLÓWK Ą. T YMCZ A SEM ONI ZE ZDROW YM I  SY T YM UŚMIECHEM PRZEŁ AMUJĄ WSZYSTKIE STEREOTYPY. ZAGLĄDAMY W TALERZE ZWOLENNIKÓW ŻYWNOŚCI EKO, WEGETARIAN I WITARIAN, BY ZOBACZYĆ, Z CZYM TO SIĘ JE.

Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Arek Stankiewicz

043


STYL ŻYCIA

WSZYSTKIE KLOMBY BYŚCIE ZJEDLI BOŻENA SEKULSKA / INŻYNIER CHEMII ROLNEJ, PROWADZI EKOGOSPODARSTWO

044

Jak na ironię, dwadzieścia parę lat temu opuściła olsztyńską Akademię Rolniczo-Techniczną jako magister inżynier chemii rolnej. Ale już badając zawartości łąk torfowych, zauważyła, że najlepsze są ziemie nienawożone. Wiedzę wyniesioną ze studiów w przewrotny sposób wykorzystała kilka lat później, gdy wraz z mężem założyła gospodarstwo ekologiczne w Praslitach. – Dostaliśmy numer 100, w całej Polsce było takich gospodarstw raptem 200. Dziś na samych Warmii i Mazurach jest ich tysiące – obrazuje Bożena Sekulska. – Byliśmy ideowcami i idealistami jednocześnie, bez dotacji – śmieje się. Z tych idei wyrósł naturalny styl życia tak oryginalny, że nieustannie przyciąga media oraz grupy wycieczkowe. – Ale dla nas to jest całkowicie zwyczajne – podkreśla. – Nie udajemy przed telewizją, po prostu tak żyjemy – wskazuje na swoje bose stopy (przez cały rok), pole truskawek, grządki z ekologicznie uprawianymi warzywami, stojący obok dom i stodoły. Stąd pochodzi większość tego, co je. Z naturalnego chowu kur są jajka, z  przydomowego zielnika dolatuje zapach przypraw, a  z  upraw star ych odmian zbóż – jak orkisz, płaskurka, żyto czy samopsza – jest mąka. W specjalnym piecu chlebow ym pieką się właśnie bochny chleba na zakwasie, na dworze siąpi deszcz, a tu ciepełko… Widzę też przygotowane do w ypieku piwne ciasteczka z  marmoladą. – No tak, bo nie jestem ortodoksem – zaznacza

Bożena. – Nie używam cukru, ale nieraz zjem zdrowe słodycze, z miodem, orzechami czy gorzką czekoladą. Ostatnio po zakupach z córką kupiłam nawet rurkę z kremem! – przyznaje. Ze sklepu mają głównie oliwę, oliwki, olej i sól – himalajską i kamienną. Sery od sąsiadki. W McDonaldzie byli raz, dzieciom nie smakowało. Czasem kupuje też mięso. Wegetarianizmu próbowała przez dwa lata, ale gdy dwuletni wówczas synek ściągał kości ze stołu teściów – spasowała. Dziś je wegetariańskie śniadania, obiad pół na pół. Wyznaje zasadę, że jeśli smakuje coś zwierzętom, to człowiekowi też może. Od zbierania pokrzywy ma ślady na rękach. Używa jej jako alternatywy do szpinaku. – Jest bardzo zdrowa, a jaka wychodzi z niej zupa! – zachwala. – Kupna żywność jest bardzo wyjałowiona. Najwięcej opowiada o kwiatach. Kwiatkach do jedzenia. Wiosną f io łki, mniszek lekarski, najlepiej na surowo. Do tego tobołki, bluszczyk kurdybanek, jasnota – wymienia nieznane mi nazwy. Nasturcje są lekko pikantne, smażone kwiaty nagietka – pyszne, ogórecznik przepiękny. Z czarnego bzu robi racuszki i „soczki z gumijagód” dla dzieci. – Właściwie mamy wszystkie kwiaty… Nawet rzeżuchy czy rukoli. A od kiedy używamy wyciskarki, możemy wyciskać trawy – cieszy się. – Szwagier ostatnio żartował, że nie moglibyśmy mieszkać w mieście, bo objedlibyśmy wszystkie klomby!


STYL ŻYCIA

W KRAINIE TURLANEGO HOT-DOGA JAREK POLIWKO / FOTOGRAF

– Nie mam potrzeby niesienia kaganka oświaty – mówi Jarek Poliwko i rozwija: – Wegetarianom wrzuca się misyjność, ludzie się tłumaczą „Sorry, zjadłem kurczaka”, jakbym cierpiał na widok każdego udka. Nie robię zamieszania. Jak mam reportaż weselny, to proszę tylko o coś bezmięsnego, choćby jajko sadzone. I zawsze pada po chwili: „A może rybkę pan zje?” – śmieje się. – Gdy odmawiam, reagują: „Jak to musi być ciężko!”. A jemu jest lekko jak nigdy. Na wegetarianizm przeszedł półtora roku temu i stał się fenomenem wśród znajomych: w ciągu pół roku schudł 20 kilogramów. – Jestem więc neofitą, ale przymierzałem się do tego od lat. Odżywiałem się zdrowo i zbierałem wiedzę, by jeść różnorodnie i smacznie. Poza tym ideologiczny aspekt był dla mnie ważny: miałem świadomość, że uczestniczę w procesie hodowli hurtowej. Oczywiście zawsze ktoś dostanie po dupie. Jedząc soję, przyczyniasz się do wycinki Amazonii… Najlepiej mieć swój ogródek. Chciałbym, choć pielenie to koszmar z dzieciństwa! – wspomina. Każdy posiłek dostarcza mu wszystkich potrzebnych substancji. Potwierdziły to badania: wyniki w normie, zniknęły problemy z  ciśnieniem i  cholesterolem, kilogramy nie wróciły, chociaż odstawił tylko niektóre produkty i przestał kompulsywnie jeść. Rusza się tyle, co wcześniej. – Jako wegetarianin odkrywasz banalne rzeczy – zdradza. – Przestajesz śmierdzieć, ustępują zmiany trądzikowe. Nie wspo-

minając o tym, że od jakiegoś czasu odczuwałem regres intelektualny. Teraz jakby mi się coś odetkało w głowie. Może to odtrucie organizmu? – zastanawia się. Mama początkowo wpadła w panikę pt. „Co ugotować, jak przyjedziesz?!”. – Ale zaczęła podglądać, jak ja gotuję, wkręciła się. Robimy genialne pierogi – zachwala Jarek. – Trudniej było z audytorium dużej rodziny. To kraina mięsem kapiąca, więc na święta zabieram ze sobą pudełka z jedzeniem. Gdy przechodzisz na wegetarianizm, wszyscy cię straszą, że zaczniesz chorować. Paradoksalnie, jest odwrotnie! Przyznaje, że na początku trzeba trochę się nagimnastykować, ale to mit, że kuchnia wegetariańska jest pracochłonna. – Większość potraw robię w pół godziny i to nie są żadne zapchajdziury. Zresztą jedząc warzywa, szybko się sycisz i nagle odkrywasz, że jesz pięć razy dziennie, czyli idealnie. Żeby to zachować, w trasę po naszej krainie turlanego hot-doga też jadę z pudełkiem – kwituje. Gotować uwielbia. – Fascynuję się smakami, w kuchni wpadam w szał bitewny – śmieje się. – Testuję kucharzy, czytam blogi, modyfikuję. Nie jem słodyczy i dużo mniej solę. Prawie całkowicie odstawiłem produkty mączne i nabiał. Odkryłem płatki drożdżowe. Petarda! Smakują jak parmezan. Robię też przetwory, bomby warzywne pieczone w folii. I moi sąsiedzi są wegetarianami. Prowadzimy otwarte domy, przychodzi np. Żaneta i mówi, że jest zupa. Moim marzeniem jest własny bar wegetariański.

045


STYL ŻYCIA

MOJA KONSTYTUCJA

MONIKA WOJCZULANIS / ARTETERAPEUTKA, NAUCZYCIELKA JOGI

046

– W każdą Wigilię mam rocznicę – zaczyna opowiadać Monika Wojczulanis. – To w tedy podjęłam dec yzję, że zostanę wegetarianką. Kiełkowało to we mnie jakiś czas, należałam do subkultury punkrockowej i rozmawialiśmy ze znajomymi o procederze skazywania zwierząt na cierpienie – wspomina. Miała 15 lat. Mama oponowała i próbowała klasycznego argumentu: „Sama będziesz sobie gotować!”. – Powiedziałam „ok”, choć dotąd nie lubię kucharzyć. Ale młodsze rodzeństwo wkrótce poszło w moje ślady, a mama bardzo kocha swoje dzieci – uśmiecha się – więc szybko nauczyła się fantastycznej kuchni wegetariańskiej. Robi najlepszy wegebigos, pierogi, placki z kasz – rozmarza się Monika. Po 24 latach wegetarianizmu ma idealne wyniki zdrowia. Nie choruje, nigdy nie miała anemii, braków żelaza podczas ciąży. – Lekarz dziwił się „Niemożliwe!”. A ja po prostu słucham swojego ciała. Nie potrzebuję mięsa, czuję się lekka. Działam zgodnie z prawem Ahimsy, niekrzywdzenia drugiej istoty, liznęłam trochę Ajurwedy i określono moją konstytucję (prakriti), czyli uwarunkowania fizyczne i psychiczne. Gdy przestała jeść mięso, przyszła joga. Dziś jest arteterapeutką – leczy sztuką – oraz nauczycielką jogi. W związku z tym nie pije kawy ani czarnej herbaty, alkohol rzadko, bo jako joginka musi się wyciszyć. Wiele osób z jej grupy ćwiczeniowej przestało jeść mięso, ponieważ dieta ma ogromne znaczenie dla medytacji.

Nie przekonuje jednak na siłę. – Miałam czas weganizmu, ale nie robię problemu, gdy ktoś np. grilluje. Tata Igi je mięso, ona sama ma możliwość wyboru – mówi o kilkuletniej córce, która kręci się przy nas wraz z psem Ofu (to po nigeryjsku pierwszy, z miotu). – Ofu oczywiście je mięso, jest normalnym labradorem łakomczuchem. Monika nie pije też mleka, bo nabiał jest dla niej niewskazany. – I jajek nie jem, to przecież kurza menstruacja. Natura powinna to sama regulować – podkreśla. Dlatego nie nosi futer, skórzanych butów i ubrań, wybiera kosmetyki nietestowane na zwierzętach. Jedynie serów nie umie odstawić, za bardzo je lubi. Uwielbia hummus, hoduje kiełki, piecze chleb, np. z  samych ziaren. Pije ziołowe herbaty, pokrzywa to podstawa. Jak mówi, nie jest straszną paszteciarą, ale sojowy czasem zje. Lato to jej czas: są świeże warzywa i owoce. Truskawki, owsianka na wodzie z pestkami dyni czy słonecznika i śniadanie gotowe. Ale najpierw jeszcze młody jęczmień, na czczo, by oczyścić jelita, zebrać złogi. Albo woda z miodem, imbirem i cytryną. Na lunch sałatka grecka, na obiad proste, szybkie potrawy, bo ma dużo obowiązków. – Makaron z sosem serowym, pieczarkami i szpinakiem, pieczone cukinie, zupa krem czy kotlety z samej kaszy gryczanej i pietruszki, pyszne! – zachwala. Kolacje je rzadko, bo dwie-trzy godziny przed jogą nie powinno się jeść. – Wypijam moją pokrzywę i tyle.


STYL ŻYCIA

WIDZIELIŚCIE PRZEZIĘBIONEGO DZIKA? ANDRZEJ WASILAK / INSTRUKTOR TAI-CHI, PROWADZI WIELOBRANŻOWĄ DZIAŁALNOŚĆ GOSPODARCZĄ

Mówi, że nie je, nie myje się i nie nosi butów. On się odżywia, czyści i chodzi boso. Przysiadamy na ławce w Parku Jakubowskim i  Andrzej Wasilak (naprawdę boso) pędzi z opowieścią. Jak na kogoś, kto nie je, ma bardzo dużo energii. – Bo odżywianie to jedzenie zgodnie ze swoją naturą i potrzebą. Nie oczami, bo coś ładnie wygląda, czyli jest sztuczne i bezwartościowe – uściśla. Jest witarianinem – nie je pokarmów poddanych obróbce termicznej. A właściwie nie spożywa: – Od słowa ży-we! – sylabizuje. – A nie usmażone. Jesteśmy roślinożercami, bo mielimy, przeżuwamy jedzenie. Nie mamy ryja, pazurów, dostępne jest nam tylko to, co wyrosło ponad ziemię. Mięso jest tkanką łączną, więc nie jesteśmy w stanie jej strawić bez przetworzenia. Nawet Indianie nie polowali codziennie, a my tylko schabowe i schabowe! – obrazuje. Najważniejsze jest picie wody. – Tylko nie z kolorowej, plastikowej butelki, bo to pusta woda. Wodę żywą, jak z gór, można wyprodukować generatorem – precyzuje. – Poza tym nie ma zwierząt, które wyciskałyby sobie soki. A widzieliście kiedyś przeziębionego dzika albo kaczkę w butach? – formułuje swoją filozofię życiową, wskazując na drepczącego przy stawie ptaka. Je głównie sezonowe owoce i warzywa. Niemyte, bo z pola Stowarzyszenia Warmińskich Chłopów Bosych. Tu coś skubnie, tam coś wyrwie. Zgodnie z tym, co podpowiada mu organizm. – Zioła to podstawa, zwłaszcza mniszek lekarski.

I kwiaty. Nagietek (słodziutki!) są czystym antybiotykiem, można je dodawać do każdego posiłku – radzi. – Trzeba jeść kapustę, szpinak, jarmuż, musztardowiec, bazylię… – wylicza. – Po prostu zielone. Bez siarki nie da się trawić. Truskawki je z szypułkami, jabłka, czereśnie czy awokado – w całości, bo pestki mają najwięcej właściwości antyrakowych. – Pestkę od awokado można zetrzeć, dodać do sałatki albo ususzoną do herbaty – tłumaczy. Zimą ma orzechy, przetwory, surowe dynie. – Rokitnik jem prosto z zamrażarki, bo się nie mrozi. Jest pyszny, kwaśny, zawiera niebotyczną ilość witaminy C! – podkreśla. Ziemniaki nazywa antyjedzeniem, zupę najgorszym pożywieniem człowieka, bo strawionych musi być wiele składników przy zaangażowaniu różnych enzymów. Podobnie jest z surówką: – Powinniśmy ją zjeść przed posiłkiem, inaczej w 40 stopniach czeka na mięsie w kolejce do strawienia – sugestywnie opisuje. Zdaje sobie sprawę, że jest oryginałem. – To zaczęło się kilkanaście lat temu, miałem alergię, łuszczycę, początki cukrzycy i problemy z jelitami. Dowiedziałem się, że dużą rolę w doborze diety pełni grupa krwi. Gdy zacząłem się do tego stosować, wszystko odeszło – przekonuje. Pytam o rodzinę. Odpowiada, że część jego zasad przyswajają. Czasem podstępem, gdy np. do pudełka po markowych lodach włoży domowe, z kaszy jaglanej. I wyczekuje reakcji.

047


ROZRYWKA

SELFIE Z RAKIETĄ DOSTANĄ U WAS WYSTARCZAJĄCY WYCISK, ŻEBY NIE MIELI SIŁY IŚĆ W MIASTO? – ZAPYTAŁA KLIENTKA, KTÓRA SZUKAŁA POMYSŁU NA WIECZÓR KAWALERSKI DLA PRZYSZŁEGO MĘŻA. DOBRZE TRAFIŁA. PO WIZYCIE W PARKU ROZRYWKI AKTYWNEJ BARTBO WYZWAŃ I ADRENALINY STARCZA NA DŁUGO.

048

Można przyjechać tu samochodem albo przylecieć helikopterem. Jak prezes pewnej firmy, która zorganizowała tu imprezę integracyjną. Jego pilot namierzył dwuhektarowe pole z kukurydzą i charakterystyczny labirynt w kształcie logo Bartbo. To jedna z letnich atrakcji parku Rozrywki Aktywnej w Butrynach. – Labirynt ma jedno wejście i jedno wyjście, więc trzeba trochę pobłądzić, zanim dotrze się do celu. Niektórym zajmuje to trzy godziny – zdradza Przemek Pichalski, prezes i dyrektor działu marketingu w firmie Bartbo. – Chcieliśmy, aby było nas widać z samolotów lecących do portu w Szymanach. I z powietrza, i z lądu 18 hektarów parku wygląda czasem jak wesołe miasteczko. Bywa, że z jego atrakcji na terenie otwartym i kawałku Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej korzysta jednocześnie pięć tys. osób. Jedni celują z łuku i broni na strzelnicy. Inni zdobywają polne drogi na quadach lub imponującym monster tracku. Przełamują lęk wysokości w parku

linowym ze 130-metrową tyrolką albo klaustrofobię, tocząc się z górki do stawu w środku plastikowej, dmuchanej kuli zwanej zorbingiem. A jeśli ktoś ma ochotę dać w kość sobie i innym – ubiera się w mundur i z bronią pełną amunicji z kolorową farbą bawi się w wojnę. – Do gry w paintball specjalnie zakupiliśmy kawałek lasu – dodaje Przemek. – Zdarzyło się jednak, że zbłąkany grzybiarz porzucił swój koszyk na widok uzbrojonych ludzi w mundurach moro. W tej zabawie najbardziej zaciekłe są kobiety. A szefa czy szefową firmy łatwo rozpoznać z daleka – ich mundur jest zazwyczaj najbardziej naznaczony kolorową farbą. Ale Bartbo to nie tylko imprezy firmowe, integracja i rywalizacja pracowników firm, którzy docierają tu z różnych zakątków świata. Park powstał głownie z myślą o rodzinach, które spędzają ze sobą coraz mniej czasu, zwłaszcza w  akty wny sposób. A  tu rozerwać się i  odpocząć może


ROZRYWKA

każdy – bez względu na wiek i temperament. Na dzieci czekają zjeżdżalnie, karuzele, tor z samochodzikami i większość pozostałych atrakcji parku w asyście dorosłych. A na starszych? – Mieliśmy tu imprezę z okazji 30. rocznicy ślubu i okazało się, że osoby w podeszłym wieku świetnie bawią się w paintball. Jedna z panien młodych zjeżdżała w sukni ślubnej na tyrolce. Inna klientka w asyście całej rodziny przełamywała lęk, wolno zaliczając jedną z trudniejszych tras w parku linowym. Nie zdziwi nas żadna zachcianka. Zachęcamy do nowych wyzwań, w ludziach odzywają się pierwotne instynkty, mobilizacja do przełamywania słabości. Z dala od miasta, wśród warmińskich pól i lasów jest też miejsce dla tych, którzy szukają spokoju i wyciszenia. Nad zarybionym łowiskiem czekają wędki, na mini plaży nad stawem – leżaki i wodne rowery, a jak dopadnie głód, można zrobić grilla, ognisko albo zjeść w parkowej karczmie, gdzie lokalne gospodynie przygotowują to, z czego słynie regionalna kuchnia. Co pół godziny na terenie parku rozlega się charakterystyczny warkot śmigłowca. Odrestaurowany Mi-2 jest już na emeryturze, ale za to nadaje się do zabawy i robienia pamiątkowych zdjęć. Wmontowany silnik elektryczny odpala śmigło i efekty dźwiękowe. Niewtajemniczeni wpadają cza-

sem w popłoch. – Jeden z ojców wsadził dziecko do kokpitu, aby bawiło się przyciskami. Kiedy silnik się uruchomił, zarzucił malucha na plecy i zaczął biec w stronę parkingu, nie chcąc narażać się na problemy – wspomina Przemek. Śmigłowiec to część Ekspozycji Pojazdów Militarnych – jednej z pasji Bartka Boguckiego, właściciela Bartbo. Obok polskiej ciężarówki Star 660, Mercedesa Unimoga z lat 70., który służył w niemieckiej armii, amfibii transportowej na gumowych gąsienicach, wiosną stanął tu nowy eksponat. Widok pojazdu transportowego ZIŁ 137T z lat 80. z radziecką rakietą dalekiego zasięgu Krug zatrzymuje zdumionych kierowców przejeżdżających obok parku. – To zdemilitaryzowany sprzęt, który będzie wpisany do rejestru zabytków – tłumaczy Bartek. – W Polsce znajdowały się trzy tego typu rakiety, które do 2011 roku służyły w polskiej armii. Jedna z nich trafi ła do nas i przyciąga pasjonatów, a przede wszystkim służy jako tło do selfie. Tekst: Beata Waś, obraz: Tomasz Niewęgłowski, archiwum Bartbo Park Rozrywki Aktywnej BARTBO Olsztyn, Butryny tel. 89 513 32 82, kom. 600 133 419 www.bartbo-parkrozrywki.pl

049


REKREACJA

KOCHANIE, JESTEM NA POLU ILE TRZEBA MIEĆ PIENIĘDZY, BY GRAĆ W GOLFA? WYSTARCZY KILKA ZŁOTYCH NA WODĘ MINERALNĄ, BY EWENTUALNIE UGASIĆ EMOCJE PO ROZEGRANEJ PARTII. POLE MAZURY GOLF & COUNTRY CLUB W PODOLSZTYŃSKICH NATERKACH PRZEŁAMUJE WSZELKIE STEREOTYPY O RZEKOMO ELITARNYM SPORCIE.

050

Stereotypy nie dość, że są krzywdzące, to jeszcze trudno je zwalczyć. Przykłady z golfa są klasyczne: parząc na zarobki czołowych golfistów świata, ma się wrażenie, że to zabawa dla bogaczy, a patrząc na jakikolwiek sportowy samochód, zwykle z politowaniem komentujemy jego bagażnik, że chyba tylko kije golfowe można w nim upchnąć. No właśnie, i jak tu nie bać się golfa? To dyscyplina bez granic wiekowych i jakichkolwiek innych. Grają dziadek z wnuczkiem, niektórzy sami ze sobą, inni wpadają przed pracą na szybką rundę golfa albo zmawiają się na towarzyską partię z przyjaciółmi. – Bardziej niż dyscyplinę postrzegam to jako styl życia – przyrównuje Waldemar Bacławski, właściciel Mazury Golf & Country Club w Naterkach. – To gra mentalna, która uczy spokoju, precyzji i panowania nad emocjami. Ma nieskończoną ilość kombinacji i wbrew obiegowej opinii nie jest to dyscyplina nudna, a wręcz wyczerpująca. To fenomen, że ci, którzy nie lubią spacerować, za piłeczką golfową z przyjemnością przemierzają na polu po osiem-dziesięć kilometrów. Do tego dostajemy dużą porcję emocji, dobre towarzystwo i dawkę świeżego mazurskiego powietrza w przepięknej okolicy. Kardiologicznie to idealny sport, dlatego na przykład w Szwecji gracze golfa otrzymują zniżki w składkach ubezpieczeń społecznych. A grają w zasadzie do końca życia – dodaje. By spopularyzować tę dyscyplinę i u nas, w Naterkach, na jednym z najlepszych pól golfowych w Polsce (a z pewnością z najlepszą infrastrukturą) prowadzone są niedzielne darmowe kursy golfa, ze sprzętem, instruktorem i polem do dyspozycji. Całkowicie bezpłatnie pole udostępnione

jest młodzieży do 16. roku życia, jedyne w kraju. A zwykli pasjonaci, którzy zarazili się golfem (podobno od tego nie ma odwrotu), płacą… 25 złotych za wejście – równowartość biletu do kina w weekend. – Zrywamy z mitem, że golf to gra dla milionerów ze Stanów Zjednoczonych. Tam właśnie jest on masową dyscypliną, uprawianą rekreacyjnie przez 30 milionów ludzi – zaznacza Bacławski. – W innych krajach popularność jest równie wysoka, choćby u naszych południowych sąsiadów, Czechów. A kiedy na przykład w Skandynawii zapyta się młodzieńca, czy grał w golfa, odpowie: „Jasne, przecież w szkole gramy”. Czego dowiemy się o  golfie po pier wszym spotkaniu? Po pierwszych wrażeniach z kijem pewnie padnie standardowy komentarz: „Myślałem, że to prostsze”. Poznamy techniczne podstaw y, zasady gr y, historię dyscypliny, no i etykietę, bo golf należy do sportów, w których pewnych zasad należy się trzymać. A kiedy przyjdą efekty? Ci, którzy po pierwszej lekcji krzyczą „To sport dla mnie!”, nawet po pół roku ćwiczeń są w stanie sportowo spróbować swoich sił. Znajdźcie drugą dyscyplinę, w której tak szybko można wystawić swój zapał do konfrontacji w zawodach sportowych. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: archiwum MG&CC, www.shutterstock.com

Mazury Golf & Country Club Naterki, ul. Golfowa 20a www.mazurygolf.pl


REPORTAŻ

ODPIĘCI OD STABILIZACJI GRZEGORZ DZIK. NATURA NA STRES Dobiega północ, a w norweskim miasteczku Tromsø za kołem podbiegunowym wciąż jasno, słychać śpiew ptaków. To jeden z tych dni, kiedy słońce nie zachodzi. I tak trudno zasnąć – za dużo emocji przed podróżą. Sprzęt prawie skompletowany: lekki namiot, który od tej pory będzie jego domem, dmuchany ponton, kuchenka wielopaliwowa, węd-

T YLKO ONI I NATUR A . EK S TREMALNY MRÓZ, PALĄCE SŁOŃCE, DZIKIE ZWIERZĘTA, WALKA ZE SŁ ABOŚCIAMI I  WIELK A NIEWIADOMA: CZ YM Z A SKOC Z Y KOLEJN Y DZIEŃ. K IM S Ą LUDZIE, KTÓRZY ZOSTAWIAJĄ CIEPŁE POSADY, BEZPIECZNE DOMY I  RUSZAJĄ W  NIEZNANE? CO JEST CELEM ICH PODRÓŻY? MOŻE WŁAŚNIE SAMA DROGA. ka, kamera, termiczne ubrania, żywność liofi lizowana i… kolorowy kamyk. Przy każdej poprzedniej podróży jakimś cudem zawsze zaplątał się w plecaku. Od tej pory będzie jedynym towarzyszem Grzegorza, który nadchodzące miesiące spędzi na pieszej wędrówce przez Półwysep Skandynawski – około pięć tys. km. – Wiem, że po tej wyprawie nic nie będzie takie samo jak przedtem – mówi Grzegorz Dzik, pochodzący z Mrągowa. Ma 32 lata, osiem ostatnich mieszka w Norwegii. – Pozbyłem się wielu swoich rzeczy, aby przygotować się do wyprawy. Zrezygnowałem z pracy i mieszkania. Nie będzie miejsca, do którego mogę wrócić, będę więc kontynuował podróż w innej części świata. Jedyne, co żal mi zostawiać, to kolekcja płyt. W podróży muszę ograniczyć muzykę, mieć oczy i uszy szeroko otwarte na wszelkie znaki z otoczenia. 8 czerwca wyruszył spod latarni w Lindesnes na południowym krańcu Norwegii. Za kilka miesięcy znajdzie się na Nordkinn, najdalej wysuniętym na północ krańcu Europy. Jesienią zmieni sprzęt na zimowy – sanie i narty. A potem Finlandia, noce polarne, lapońska tundra, agresywne woły piżmowe, mrozy dochodzące do minus 45 stopni i głęboki śnieg. Co daje impuls do takiej wyprawy?

051


REPORTAŻ

052

– Miałem dosyć poczucia, że marnuję swoje życie, pracując na etacie i próbując zadowolić się kilkoma tygodniami urlopu – tłumaczy Grzegorz. – Czułem, że jest mi za ciasno w codziennej ramówce. Wolność coraz wyraźniej dopominała się o mnie. W głowie roiły się scenariusze wyprawy, oczami wyobraźni widziałem siebie codziennie w nowym miejscu. Kiedy w zeszłym roku przełamałem swoje lęki i zaliczyłem nurkowanie przy norweskich fiordach z dziewięciometrowymi orkami, wiedziałem, że już nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Planujesz, gromadzisz sprzęt, trenujesz kondycję, zamykasz sprawy. I odpinasz się od codzienności, rutyny. Samotna podróż to spotkanie ze światem, ale przede wszystkim z samym sobą. – Umysł człowieka to ciasna klatka – przyznaje. – Kiedy postanawia iść pod prąd, czeka go walka z samym sobą. To największe wyzwanie w podróży, przynajmniej w początkow ym etapie. Lęki, że tracę finansową pł ynność, poczucie winy, że jestem częścią społeczeńst wa i  po-

RAFAŁ KITOWSKI. MÓW MI LUCKY LUKE!

winienem wieść normalne życie. Czeka mnie katharsis związane z konformizmem, nawykami i poczuciem obowiązku. Potem na słońcu, wietrze, w strumieniu, w blasku zorzy polarnej dotychczasowe priorytety rozpuszczą się. Zos t anie c z ys t a radość, choć pewnie również walka o przetrwanie. Dlaczego Półwysep Skandynawski? To część Europy, gdzie można rozbić namiot dosłownie wszędzie. A Grześka zawsze kręciły tutejsze krajobrazy. Od dziecka zaczytywał się w książkach o Wikingach, zdobywał samotnie mazurskie przestrzenie. A potem wyjechał do Norwegii i po pracy zjechał ją wzdłuż i wszerz. Samotny trawers przez półwysep to pierwsza tego typu wyprawa w historii. Finansowana z własnych środków i doposażona przez producentów sprzętu sportowego. – Nie szukałem towarzysza tej podróży, ciężko znaleźć osobę, która chce stawić czoło tak trudnym doświadczeniom i współpracować – przyznaje. – Liczę na własne siły, chcę szukać motywacji i rozwiązań problemów w sobie, dopóki będzie to możliwe. Wolę świadomość, że moje życie zależy ode mnie, a nie od rozwiązań i oczekiwań innych. Natura, kąpiel w lodowatej wodzie, ekstremalna aktywność zawsze były moim lekarstwem na problemy i stres. Chcę to mieć na co dzień i inspirować innych, aby wzięli w garść swoje życie. Zacznę od książki i dokumentacji filmowej, która powstanie w trakcie podróży i samotnych wieczorów w namiocie. O ile nie zamarznie mi sprzęt…

domem, to 58. kraj, który odwiedził na dwóch kółkach z polską flagą na bagażniku. W Polsce był ostatnio cztery lata temu, po ciężkim wypadku na drodze w Kenii – jak twierdzi, jedynym przykrym doświadczeniu, jakie spotkało go podczas kilku lat podróży. To, że żyje, można uznać za cud. – Rower zmielony, czaszka pęknięta w 16 miejscach, uszkodzony kręgosłup – wylicza. – Lekarze w szpitalu w Nairobi, gdzie przewieziono mnie helikopterem, składali moją głowę niczym kawałki puzzli. Po rocznej rehabilitacji w Polsce byłem gotowy, aby wrócić do Afryki. Gdyby nie wypadek, nie miałbym okazji pożegnać się z moją mamą, która odeszła podczas mojego powrotu do kraju. Słowo „przypadek” wykreśliłem ze swojego słownika. Moje życiowe motto to: Hakuna matata! [w jęz. suahili „nie ma problemu” – red.]. Po latach podróży wiem, że świat jest dużo piękniejszy, bezpieczniejszy i przyjaźniejszy niż ten oglądany w mediach. Kiedy podczas podróży po Afryce dojechał do RPA, złapał w porcie „jachtostopa”. Popłynął razem z rowerem na Trinidad, południowe Karaiby, stamtąd na Martynikę, a potem załapał się na rejs katamaranem do Cartageny de Colombia w Ameryce Południowej. Z czego żyje? Z grania na ulicach, w busach. Jego mini-koncerty na śpiew, gitarę, harmonijkę i tamburyn szybko stają się lokalną atrakcją. W repertuarze m.in. Maryla Rodowicz, Stare Dobre Małżeństwo i stary polski rock. – Ludzie zazw yczaj reagują entuzjastycznie, a  im biedniejszy kraj, tym chętniej się dzielą z ulicznymi artystami,

Mija 10 lat, odkąd „odpiął się” od stabilizacji. Miał już wówczas za sobą bliższe i dalsze rowerowe wyprawy, w tym podróż dookoła Europy na dwóch kółkach. I zapragnął więcej. Złożył wypowiedzenie w pracy, spakował plecak, gitarę i ruszył rowerem dookoła świata. Na start: Skandynawia. – Stwierdziłem, że nie chcę reszty życia spędzić w fabryce na linii produkcyjnej – tłumaczy 42-letni Rafał, technolog drewna spod Nowego Miasta Lubawskiego. – Miałem w sobie wystarczająco dużo wiary, optymizmu i odwagi, aby zacząć spełniać marzenia. Bo w pewnym momencie trzeba sobie zadać pytanie: co lubię w życiu robić najbardziej? I zacząć to robić. Moja odpowiedź brzmiała: podróże rowerowe i muzyka. Połączyłem dwie pasje i po latach stwierdzam, że to najlepsze, co mogłem dla siebie zrobić. Nie mam jakiegoś konkretnego celu – chcę poznać jak najwięcej świata. Żyję w drodze i kocham to. Rafał ma na liczniku 107 tys. km, zaliczył cztery kontynenty, a Chile, które są jego tymczasowym


REPORTAŻ

podróżnikami – zaskakuje. – Na jedzenie zawsze zapracuję, resztę tradycyjnych potrzeb życiowych podróż zminimalizowała. Czasem budżet ratują drobne stolarskie fuchy. Doświadczenia z podróży, które opisuje na stronie internetowej (rafalkitowski.pl) to gotowy materiał na serię fi lmów przygodowych: spotkania z dzikimi zwierzętami, egzotycznymi kulturami, a  przede wszystkim ogromną gościnnością. – Chyba najmilsze wspomnienia mam z Syrii, gdzie trafi łem, zanim wybuchła tam wojna – twierdzi podróżnik. – Czułem dyskomfort, wybierając jedno z kilku zaproszeń, a odmawiając pozostałym propozycji posiłku czy noclegu. „Gość w dom, Bóg w dom” – często słyszę te słowa w różnych częściach świata. Za czym tęsknię? Czasem za warmińskimi łąkami, lasami i zapachem zieleni. Poza tym wszędzie czuję się jak w domu. Zdaję sobie sprawę, że niewielu ludzi ma takie szczęście jak ja: żyć z jednego hobby (grania na gitarze), by kontynuować drugie – podróżowanie rowerem. Mów mi Lucky Luke!

statku pod banderą holenderską. I rzucił pracę marynarza, aby pójść własną drogą. Ma na koncie m.in. samotne przejście Pirenejów od Morza Śródziemnego po Ocean Atlantycki. Dotarł konno do plemienia Tsataan, ostatnich Indian Mongolii. Wędrował pieszo po rzece Kołymie przy minus 53  stopniach. Syberię Prz ybajkalską przeszedł pieszo, 300 kilometrów przez rzeki, tajgę i góry. Bajkał przepłynął wzdłuż zardzewiałym kutrem. Ale jego ulubioną częścią świata jest daleka Północ. Samotnie spłynął pontonem 3100 km największą rzeką Alaski – Yukon, a na pięciometrowym canoe pokonał cztery tys. km systemu rzecznego Mackenzie. – To już nie tyle ciekawość świata, co uzależnienie od mocnych doznań, pokonywania swoich słabości – przyznaje obieżyświat. – Pasja, bez której nie mogę żyć, chociaż czasem ją przeklinam. Potrafię wyciszyć się zaledwie przez kilka dni po powrocie do domu. Potem nie jestem w stanie zapanować nad tęsknotą za kolejnym wyzwaniem, w głowie zaczyna kiełkować następna podróż.

MARCIN GIENIECZKO. BIEGUN NA PASJĘ

Ekspedycja na Biegun Południowy to jego największe wyzwanie. Nie zamierza tylko dojść do stacji Scotta, jak jego poprzednik Marek Kamiński, ale i wrócić do wybrzeży Antarktydy o własnych siłach (2400 km marszu). – Dlatego niezbędna jest dokładnie zaplanowana logistyka i motywacja – tłumaczy. – Grenlandia jest bardzo podobna do Antarktydy, jej przejście poprzedzi najważniejszą część projektu. Dzięki temu będę lepiej wiedział, jak rozłożyć siły fizyczne i psychiczne. Wierzę, że dam radę, ale wiem też, że będzie to ostatnie tak duże wyzwanie w moim eksploracyjnym doświadczeniu. Marcin między podróżami prowadzi w ykłady dla firm, spotyka się z ludźmi i motywuje ich, by szukać w sobie siły i spełniać marzenia. W każdej chwili może wrócić na statek, gdzie czekają go świetne zarobki i stała praca. Lecz jak twierdzi, pieniądze to nie wszystko. Mimo że wiele razy otarł się o śmierć, nie myśli o stabilizacji. – Nie żyję dla robienia kasy, ale tego, co kocham – twierdzi. – A nagrodami, które dostaję za wyprawy, dzielę się z innymi, np. z podopiecznymi Pomorskiego Hospicjum dla Dzieci. Uważam, że tyle, ile dostaję od życia, muszę oddać. Eksploracja polega na samotnym przeżywaniu niezwykłych chwil, a później dzieleniu się tym z innymi. Więcej o podróżniku na stronie: gienieczko.pl

Mówią, że dociera tam, gdzie inni zawracają. I nawet ustalenie rekordu Guinnessa w  przepłynięciu Amazonki na dystansie 5573 km w canoe nie jest w stanie zatrzymać go w domu na dłużej. W lipcu rusza na pieszą, 1300-kilometrową wędrówkę przez Mongolię, potem 1200 km przez Grenlandię i kanadyjskie góry Mackenzie. To etapy przygotowań do zdobycia za dwa lata Bieguna Południowego w 100. rocznicę niepodległości Polski. W czerwcu popłynął jachtem Krispol do Norwegii, by odebrać specjalnie zbudowane na tę wyprawę sanie. – Na taką wyprawę trzeba się przygotowywać jak do igrzysk olimpijskich – mówi 38-letni Marcin Gienieczko, który pochodzi z Kętrzyna i mieszka w Kosakowie nad Zatoką Pucką. – Na Antarktydzie nie mam możliwości popełnienia błędu, inaczej czeka mnie śmierć. Ale ciekawość, do czego zdolny jest człowiek, jak radzi sobie w ekstremalnych warunkach – to motywacja, aby napierać do przodu. Chcę pokazać innym, że aby dokonać wielkich rzeczy, wystarczy chęć i jasny cel. Od dzieciństwa kochał sport, grał w tenisa stołowego po sześć godzin dziennie. Przesiadywał w mazurskich lasach, budował szałasy, uczył się z książki żeglarskich węzłów. Zdobył patent na jeziorze Ryn, zaliczył wędrówki po Bieszczadach i  Tatrach. Potem na Alasce, pracując na w ysokościach, zarobił swój pierwszy 1000 dolarów, pływał na

Tekst: Beata Waś Oraz: archiwum bohaterów

053


Skuter czy

Motocykl Co wybierasz? CBR125R 224 zł / miesięcznie*

Nowość N o 2016 PCX125 EURO 4 180 zł / miesięcznie* m

• Sprawdzona technologia • Niskie zużycie paliwa • Unikalna stylistyka • Wszechstronne w każdych warunkach. www.honda.pl

*Promocja finansowania 3x30 dotyczy oferty Honda Finance, wyliczonej na podstawie następujących kryteriów: wartość pojazdu 14 200PLN (CBR125R) lub 11 400PLN (PCX125), okres finansowani finansowania ia 36 miesięcy miesięcy, wpłata własna 4 260PLN (CBR125R) lub 3 420PLN (PCX125), raty 1-35 w wysokości 224PLN (CBR125R) lub 180PLN (PCX125), rata 36 w wysokości 4 273PLN (CBR125R) lub 3 431PLN (PCX125). RRSO 10,40%, Nominalna stopa procentowa 7,90%. Całkowita wartość pożyczki wynosi 10 338PLN (CBR125R) lub 8 299PLN (PCX125). Podane raty zostały wyliczone od wartości brutto pojazdu. Niniejsza oferta nie stanowi oferty handlowej w rozumieniu art. 66 i następnych Kodeksu Cywilnego. Zawarcie Umowy Pożyczki uzależnione jest od decyzji Raiffeisen-Leasing Polska S.A., podjętej w szczególności na podstawie analizy zdolności kredytowej Wnioskodawcy.

HONDA DASZUTA Olsztyn, ul. Sikorskiego 33, tel. 89 541 96 95, www.honda.daszuta.pl


AUTO

BEZ BENZYNY BEZSZELESTNYM PRZYJAZDEM NAD JEZIORO NIE SPŁOSZYLIŚMY ŁABĘDZI. TO JUŻ WYSTARCZAJĄCY ARGUMENT, BY STWIERDZIĆ, ŻE I ONE LUBIĄ HYBRYDY? 055


AUTO

056

Wyobrażacie sobie największe jezioro w Olsztynie w połowie wypełnione benzyną? W niewdzięcznym kierunku wysłałem wasze zmysły, ale widzę w tym porównaniu pewien sens. Otóż Toyota, która 19 lat temu wprowadziła na masową skalę samochody o napędzie hybrydowym (silnik spalinowy, który dla niższego spalania wspomagany jest elektrycznym), sprzedała ich na świecie już osiem milionów sztuk. Na japońskich, zapewne, kalkulatorach wyliczono, że te osiem milionów hybryd spaliło w tym czasie o 22 mld litrów benzyny mniej, niż gdyby ich właściciele jeździli porównywalnymi pojazdami, ale z konwencjonalnymi napędami. Ponieważ 22 mld litrów paliwa ani mi, ani państwu, ani nikomu innemu normalnemu niewiele podsuwa do wyobraźni, przełożyłem to na miarę znacznie nam bliższą – na jeziora. I proszę – to największe olsztyńskie, Ukiel, wedle szacunków mieści 43 mld litrów. Ale to jeszcze nic, bo nie wspomniałem, że hybrydowe Toyoty nie wyemitowały w tym czasie do atmosfery 58 mln ton dwutlenku węgla. By nie nudzić już nikogo przeliczenia-

mi gęstości właściwej gazów, z mojego brudnopisu szybko donoszę, że gdyby chcieć przykryć jakiś obszar metrowej grubości pierzyną, składającą się z tego „uratowanego” szkodliwego CO2, zasłonilibyśmy połowę olsztyńskiego powiatu. Po t ym obrazow ym wstępie nie trzeba już naukowego podłoża, by przekonać się do słusznego kierunku, jaki obrała Toyota. Zwyczajnie żyje się nam wszystkim bardziej ekologicznie. Dlatego kiedy ktoś pyta o największy bajer samochodowy ostatnich lat, szybko odpowiadam – możliwość przemieszczania się bez paliwa. Każda hybryda zdolna jest do poruszania się wyłącznie na silniku elektrycznym w promieniu skromnych 2–3 kilometrów. Zamanifestujmy więc swoje proekologiczne myślenie i podjedźmy na samym silniku elektrycznym po dziecko do szkoły, po zakupy albo wyjedźmy ze swojego osiedla. My tak podjechaliśmy na sesję zdjęciową najnowszą Toyotą RAV4 hybrid. Kiedy uprawiasz jakiś sport, można ze


AUTO

sprzętem, bez ingerencji w środowisko, przybliżyć się do natury tak bardzo, jak tylko się da (a SUV-em naprawdę blisko się da). Coraz więcej kierowców rozumie ideę tego napędu, bo z ośmiu milionów sprzedanych hybryd, milion rozszedł się w trzy ostatnie kwartały. To skala rosnącego zainteresowania nowoczesną i ekologiczną technologią. W Polsce każdego roku sprzedaż hybrydowych Toyot (oraz Lexusów, które należą do Toyoty) rośnie po około 40 proc. Oszczędność wszystkich potrafi zakręcić. Kiedyś hybrydy odstraszały rzekomo skomplikowaną (czytaj: awaryjną) technologią. Po latach użytkowania statystyki nie pozostawiają miejsca na fałsz – pozbawione wielu podzespołów (rozrusznik, sprzęgło, turbiny) hybrydowe Priusy zajmują drugie miejsca w rankingach bezawaryjności wśród aut 6–9-letnich. Za chwilę każda Toyota będzie miała swoją hybrydową odmianę. Przykład RAV4 pokazuje też, że przyszłościowo znikać będą też z ofert silniki diesla, którym coraz trudniej spełnić wymogi czystości. Klienci RAV4 już rzadko pytają o diesla.

Hybryda rozwiązała im wszelkie wątpliwości: pali tyle samo, kosztuje podobnie, ale tańsza jest w serwisowaniu i ma o wiele lepsze osiągi (prawie 200 koni). Przyszłość jest już napisana. Musimy tylko przyjąć ją do wiadomości.  Tekst: Rafał Radzymiński Obraz: Piotr Dowejko

Toyota Mir-Wit Olsztyn, al. Obrońców Tobruku 11 www.toyota-olsztyn.pl Toyota RAV4 hybrid 4x2 Prestige – 160,9 tys. zł W sesji gościnnie wystąpili pasjonaci wakeboardu: Emila Czarnecka i Mikołaj Pszczółkowski. Podziękowania za pomoc w realizacji sesji właścicielom Nice Bay przy Zatoce Miłej w Olsztynie – miejscu do uprawiania wakeboardingu.

057


CI GOŚCIE Z V-TECH OLSZTYN SŁUSZNIE NAZWALI SIĘ „KLINIKĄ MOCY”. TRAFISZ TU ZE SWOIM „ZATKANYM” DIESLEM NICZYM 058

DO KARDIOCHIRURGA ZE SZWANKUJĄCYM SERCEM. WZOREM DOBRYCH PRAKTYK LEKARSKICH I BAŚNIOWYCH MORAŁÓW DOBRO PACJENTA MUSI WYGRAĆ Z ODGÓRNIE NARZUCANĄ NAM CHOROBĄ SYSTEMU.

Często zdarzają się sceny z życia właściciela samochodu, który przeklina dzień jego nabycia. Jak ta. Do olsztyńskiego autoryzowanego serwisu przyjeżdża właściciel świeżo nabytego kilkulatka. Takiego, o jakim marzył, z silnikiem diesla, bo – wiadomo – mniej pali. Ponieważ samochód nie chciał przyjechać, przywiozła go laweta. Serwisant diagnozuje: „Całkowicie zapchany filtr cząstek stałych”. Klient: „Trudno, proszę wymienić”. Serwisant z troską w głosie: „A wie pan, ile to kosztuje?”. Klient, jeszcze spokojnym tonem: „Nie. A ile? Dwieście? Trzysta?”. Serwisant: „Piętnaście tysięcy dwieście plus wymiana”. K lient , tonem już niespokojnym: „W ymiana c zego? Samochodu?!”. Oto początek ballady o filtrze cząstek stałych, kosztownym w produkcji (zawiera metale szlachetne) i absurdalnie kosztownym w wymianie (od kilku do kilkunastu tys. zł), choć nie większym od półkilogramowego bochenka chleba. Właściciele w miarę współczesnych aut z silnikami


TECHNIKA

diesla jeżdżą jak z wyrokami o nieokreślonych terminach egzekucji. W 2003 roku filtr (zwany DPF lub FAP) debiutował w Peugeocie 607. Dzisiaj ma go każdy nowy diesel. Jego proekologiczna idea była i wciąż jest słuszna: ma wyłapywać cząstki sadzy, raz na jakiś czas dopalić je i wypuścić jako mniej szkodliwe. Piękne. – Ale realia życiowe już tak piękne nie są – tytułem wstępu rozpoczyna Michał Gałon, który wspólnie z bratem Piotrem prowadzi „Klinikę mocy” V-tech Olsztyn, poprawiającą efektywność silników. A  potem opowiada: żeby sadze regularnie się w  filtrze wypalały, trzeba mu zapewnić odpowiednie warunki jazdy: prędkość powyżej 60 km/h i obroty 2500–3000 przez kilkanaście minut. Niestety, żadna kontrolka w aucie nie zapowiada, że filtr będzie się wypalał za ileś minut albo kilometrów. Jeśli więc stale jeździmy po mieście, w korkach, a filtr wejdzie w fazę dopalania, to teoretycznie powinniśmy natychmiast znaleźć się na trasie szybkiego ruchu, by dać filtrowi warunki do dopalenia się. Realne? Nierealne. Dlatego z każdą taką nieudaną akcją dopalania kanaliki filtra zwyczajnie się zapychają. Stopniowo, aż do całkowitej niedrożności (o gorszych konsekwencjach czytaj w ramce). – I postawmy się w sytuacji przeciętnej czteroosobowej rodziny, która jeździ kilkuletnim dieslem, z pewnością dlatego, by użytkowało się go taniej, i któregoś dnia musi wziąć kilka tys. zł kredytu, bo filtr unieruchomił im samochód – Piotr przytacza zwykłą życiową sytuację, których przez ich warsztat przewinęły się grube dziesiątki. – Dlatego walcząc poniekąd z kwadraturą tego błędnego koła, buntujemy się przeciwko temu, że dzisiaj nie robi się aut, które przejadą bez poważnej awarii 200 tysięcy kilometrów. Opowiada się nam o dziurze ozonowej i globalnym ociepleniu, a my, zwykli użytkownicy, płacimy za to wszystko tyle, że brakuje nam potem na wczasy dla rodziny czy przyjemności dla dzieci. A gdyby tak fi ltrów cząstek stałych nie było? To jest właśnie pytanie wbite pomiędzy wspomniane życiowe realia a słuszność narzucanych norm. W wielu krajach na świecie auta produkowane są bez filtrów, gdyż nie obowiązują tam normy emisji spalin. Z kolei w zamożnych krajach Unii Europejskiej premiuje się posiadaczy ekologicznych diesli. W Polsce, gdzie siła nabywcza jest kilkukrotnie niższa niż w zamożnych unijnych krajach, premiowania kompletnie brak. – Więc w imię jakich korzyści my, niezamożne społeczeństwo na dorobku, mamy ponosić koszty tych zasad? – pyta Michał. Problem filtrów cząstek stałych zagościł w ich codziennej pracy właśnie z powodu potrzeb zwyczajnych użytkowników. Na co dzień V-tech Olsztyn zajmuje się podnoszeniem mocy silników, więc zawiłości elektroniki samochodowej są żywiołem, w którym poruszają się bracia Gałon. Ponieważ dezaktywacja filtrów cząstek stałych to nie tylko fizyczne pozbawienie puszki z  układu w ydechowego, a  przede wszystkim ingerencja w oprogramowanie sterujące podzespołami i systemami pojazdu, stąd właściciele nieszczęsnych diesli odnaleźli ich mniej więcej tak samo, jak pacjent z wieńcówką odnajduje polecanego kardiologa. – Dzwonią do nas kierowcy i już w pierwszym zdaniu mówią, że w swoim aucie – tu podają markę i model – mają problem z filtrem. A my im w drugim zdaniu dopowiadamy: jaki mają silnik, moc, rok produkcji oraz przybliżony przebieg – Piotr Gałon przytacza przebieg standardowej rozmowy. – I oni zdziwieni: „A skąd pan to wszystko wie?”. No wiem, w tej

wersji auta to standardowy problem. Niektóre modele aut wracają do nas jak bumerangi – obrazuje. Kto tu winien? Producentom narzuca się normy. Stosują więc taką technologię, by te normy spełnić. Doliczają to do ceny. Dilerzy sprzedają samochody, nie do końca informują zaślepionego klienta, z jakimi problemami zmierzy się, jeśli nie będzie właściwie użytkował auta. Jeśli ktoś jeździ głównie w ruchu miejskim, diesel będzie najgorszym rozwiązaniem i dobrym krokiem w kierunku dużych wydatków zamiast obiecanych niskich kosztów eksploatacji. No i na końcu tej drabinki zawsze jest ten, który za wszystko płaci. Kto? Cytując klasyka inżyniera Mamonia: „Pan płaci, pani płaci, my płacimy… społeczeństwo płaci”. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Marcin Zalech

Klinika mocy V-tech Olsztyn 11-041 Olsztyn, ul. Sokola 6b www.vtech.olsztyn.pl

059


060


MADE IN

TECHNOLOGIA

061


WARSZTAT

SERWIS VOL. 2 JEST TU DUŻO ZBIEŻNOŚCI: WSPÓLNA JAKOŚĆ, WSPÓLNE MIEJSCE I NAWET TRZY PIERWSZE LITERY FIRMY SAMOCHODOWEJ SĄ WSPÓLNE. OLSZTYŃSKI DILER VOLVO POSZERZYŁ USŁUGI O AUTORYZOWANY SERWIS MARKI VOLKSWAGEN.

062

Łatwo się pisze o marce Volkswagen w kontekście Volvo. Obydwie marki łączy bowiem nie tylko podobnie zaczynająca się nazwa, ale też i podobna filozofia działania: rzetelnie, perfekcyjnie i z poszanowaniem własnej tradycji. Obydwie firmy mają olbrzymi odsetek lojalnych klientów, a na to pracuje się długimi latami. I nie tylko przy pomocy samego produktu, ale przede wszystkim standardem dalszej jego obsługi. We wspólnym obiekcie olsztyńskiego dilera Volvo, Nord Auto otworzył autoryzowany serwis marek Volkswagen oraz Volkswagen Samochody Użytkowe (koncern z Wolfsburga rozdziela w swojej nomenklaturze marki produkujące samochody osobowe i dostawcze). – Zbudowaliśmy spory kapitał zaufania jako diler i serwis marki Volvo i będziemy starali się ten standard zaproponować klientom Volkswagena – mówi o otwartym autoryzowanym serwisie Emilian Puchalski, kierownik serwisu Volkswagen Nord Auto. Autor yzowana stacja obsługi to przy obecnym tempie postępu technologicznego samochodów spore wyzwanie. Zwłaszcza dla wyposażenia serwisów w urządzenia diagnostyczne. – My, jako nowa placówka, dysponujemy kompletną i najnowocześniejszą aparaturą, włącznie z urządzeniami do kalibracji systemów wspomagających kierowcę podczas jazdy – dodaje Emilian Puchalski. Mowa o systemach kamer, radarów i czujników dbających o to, by pojazd nie zjechał z właściwego pasa, by nie zderzył się z innym pojazdem i by w porę zahamował przed przeszkodą. By wszystko działało niezawodnie, musi to być precyzyjnie ustawione. A jak ostrzega kierownik serwisu, precyzję działania tych urządzeń może pogorszyć nawet

wjechanie z większą prędkością na krawężnik, że o drobnej kolizji nie wspominając. W  ogóle nowoczesne ser wisy bardziej zaczynają przypominać laboratoria, aniżeli stereotypowe wyobrażenie o brudnych halach z mechanikami w usmarowanych kombinezonach. Coraz więcej napraw przejmują urządzenia elektroniczne, współpracujące z samochodem nawet za pomocą Wi-Fi. – Jadąc na jazdę próbną, serwisant może zabrać ze sobą tablet, który podczas normalnych warunków pracy samochodu zdiagnozuje problemy – podaje przykład. – Nasze systemy wykorzystują najnowocześniejszą technologię, łączącą diagnostykę własną samochodu, technikę pomiarową i dokumentację techniczną. Przy wspomaganym poszukiwaniu błędów systemy te znacząco skracają czas potrzebny na znalezienie usterki, dzięki czemu wyraźnie obniżają się koszty napraw. Normy czasogodzinowe serwisów dla danej marki są jednakowe. Każdy serwis ma jednak swoje stawki roboczogodziny. Z okazji otwarcia serwis VW w Nord Auto wprowadził promocyjne stawki, a specjalnym pakietem objął klientów flotowych. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

Volkswagen Nord Auto Olsztyn, ul. Warszawska 117 D tel. 89 512 00 70 www.nordauto.com.pl


AUTO

063

CZASEM WYSTARCZY DOPISAĆ DWIE NIEWINNE LITERKI GT, BY WYZWOLIĆ Z SIEBIE MAŁEGO DRANIA.


AUTO

064


AUTO

Na swoim Porsche 550 Spyder, obok nazwy modelu, James Dean dopisał pieszczotliwe „mały drań”. Z racji charakteru wozu. Tym bardziej, że młodego gwiazdora kina ciągnęło do ścigania. Spyder miał 110 koni i choć dzisiaj brzmi to jak oczywista pomyłka, to 60 lat temu w 550-kilogramowym odkrytym samochodzie robiło wrażenie. Co tu ukr y wać, wielu szuka w  ż yciu swojego „małego drania” i pewnie każdy z nich materializuje marzenia, wypełniając lukę w garażu. Taki „mały drań” potrafi wiele: poprawić nastrój, kiedy rankiem spojrzysz na jego mocne rysy, zamienić wydane pieniądze na satysfakcję, oderwać od codziennej prozy, a nawet wkurzyć kumpli. Bo sąsiadów z pewnością. Owszem, stan punktów karnych też potrafi zmienić, ale najsmaczniejsze w tym wszystkim jest to, by zwyczajnie nie dać się sprowokować „małemu draniowi”. On i tak tyle razy będzie przeszywał cię swoją zadziornością, ile razy będziesz otwierał garaż. Kontroluj się – jak przy kochance. Inaczej stracisz głowę. Z Renault Megane GT też będziecie mieć kłopoty. Wystarczy na nie spojrzeć, a tętno spoczynkowe wybudza się do niebezpiecznych rejestrów. To warte analizy zjawisko: zwykły rodzinny wóz, a w zestawieniu z akurat tymi literami alfabetu – GT – posiada władzę nad emocjami każdego, komu nie jest obojętne, czym zmierza do celu. Choć „w kwitach” 205-konny silnik 1,6 turbo wydawałby się nazbyt cherlawy jak na coś, co ma mnie za chwilę „zaadrenalinować”, to zza kierownicy Megane GT faktycznie to robi. Seryjna dwusprzęgłowa skrzynia EDC rasowo strzela biegami, ale jest tu też furtka dla sprawnych manualnie: sterczące obok kierownicy łopaty (na szczęście na stałe) do żonglowania siedmioma przełożeniami w górę lub w dół. W ogóle dla tych, którzy lubią grzebać w ustawieniach auta, współczesna technologia Renault stworzyła wręcz możliwość konfigurowania Megane GT na różne oblicza. Może być zadziorne i prowokujące albo komfortowe i poprawne jak tylko byśmy oczekiwali od rodzinnego kompakta. Możecie ruszać spod świateł z procedurą startową launch control, kiedy systemy przejmą za ciebie jak najefektywniejsze przyspieszenie. Możecie być nie tylko mistrzem prostej, bo system czterech kół skrętnych sprawia wrażenie, jakby tylna oś domykała łuk. Śmiało, ciśnijcie, seryjne kubełki trzymają jak dobre kleszcze. Duet naszych rajdowców zaproszonych do sesji też się pobawił. Ich świat rajdowy mogliśmy połączyć jedynym wspólnym mianownikiem – rajdówkę też napędza 1,6 turbo. Reszta to już inny wymiar. Ale jak zgodnie przyznali, zapoznanie trasy rajdów chętnie zrobiliby taką zadziorną „meganką”. Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Kuba Chmielewski

Renault Megane GT 205, cena 102 100 zł W  sesji gościnnie wystąpiła olsztyńska załoga rajdowa: Zbigniew Staniszewski (wciąż jeden z najszybszych Polaków na szutrach) i pilot Sebastian Rozwadowski (mistrz Polski z 2014 roku w rajdach samochodowych i tegoroczny uczestnik Rajdu Dakar). Po 10 latach przerwy duet Staniszewski/Rozwadowski znów zasiadł do wspólnych startów. 25 czerwca wygrali na Peugeocie 207 szutrowy Rajd Warmiński w klasie „Gość”. Podziękowania dla Galerii Warmińskiej za pomoc w realizacji sesji.

065


SPOD IGŁY

SALON SAMOCHODOWY MADE IN

066

WŁAŚNIE DEBIUTUJĄ, UWODZĄ I KUSZĄ

PROPORCJE ZAWSZE MODNE Volkswageny kocha się za to, że każde kolejne generacje z zewnątrz zawsze są ewolucją, a cała reszta rewolucją. Dlatego bardzo wolno się starzeją, mimo iż ciągle świetnie jeżdżą. I najnowszy Tiguan nie będzie tu wyjątkiem, bo znów trzymano się żelaznej zasady: mniej oznacza więcej. Temat stylistyki Volkswagen zawsze wygrywa nadzwyczaj solidną proporcją. Tiguan sięgnął po najnowszą technologię. Może mieć zamiast klasycznych wskaźników 12,3-calowy Active Info Display, który można zmienić na jedną z sześciu konfiguracji. Ciekawostką na wyświetlaczu jest profil offroadowy, który pokazuje obraz kąta skrętu kół. Z kolei dzięki systemowi CAM Connect kierowca może wyświetlać na ekranie obraz z tylnych miejsc. Cena od 97 980 zł. www.autowimar.warmia.pl

KLASA MISTRZOWSKA To co najlepszego wymyśliła dotąd motoryzacja, jest w tym samochodzie. Najnowsza E klasa Mercedesa to jeżdżące arcydzieło techniki. Potrafi całkowicie wyręczyć kierowcę w korkach i w trasie (po dłuższym przytrzymaniu kierunkowskazu auto samo zmienia pas ruchu). Ale kierownicę wciąż przyjemnie jest tu trzymać – teraz posiada coś niespotykanego – niewielkie touchpady do sterowania funkcjami. A jest tu czym sterować. Samych odcieni podświetlenia wnętrza jest… 64. Zbierający świetne recenzje nowy dwulitrowy diesel w połączeniu z wysoką izolacją akustyczną kabiny i rekordowym dla tej klasy aut współczynnikiem oporu powietrza (Cx 0,23) sprawiają, że podróżujemy w świecie ciszy. Cena: 190 tys. zł. www.autoidea.mercedes-benz.pl

RODZINNY TALIZMAN Wygodny, przyjemnie prowadzący się i lekko irytujący inne rodzinne kombi – taki jest najnowszy Renault Talisman Grandtour. Choć w wielu przypadkach będzie kupowany wzrokiem, to jednak kryje w sobie całe doświadczenie francuskiej marki w budowie rodzinnych aut do komfortowo zaliczanych podróży. Następca Laguny podniósł poprzeczkę we wszystkim. I sobie, i rywalom. Zakręty pokonuje z gracją baletnicy – to zasługa układu czterech skrętnych kół 4Control, przy niższych prędkościach zwinniej wychodzi z zakrętu, przy wyższych zaś pewniej pokonuje łuki. Do tego układ jezdny sterowany systemem Multi-Sense. Zgodnie z trendem Renault zastosowało silniki o wyższej wydajności, ale wszystkie ograniczone do pojemności 1,6. Mało? Przejedźcie się najmocniejszymi odmianami, by rozwiać obawy. Cena od 96,9 tys. zł. www.alcar-renault.pl

HYBRYDA O PALIWO NIE PYTA Ford potwierdza swoją ofertą trend, od którego raczej nie uciekniemy. Limuzynę Mondeo wyposażył w napęd hybrydowy (niedostępny w kombi i liftbacku), który dysponuje łączną mocą 187 KM. Auto dedykowane jest osobom, które szukają spokoju i komfortu za kierownicą, moralnie czują się zatroskani o środowisko, no i dość często korzystają z auta w mieście. Dlaczego? Bo elektryczny silnik najbardziej wspomaga właśnie podczas ruszania i niewielkich prędkości. Stąd w danych fabrycznych, w rubryce „spalanie w mieście”, znajdziemy zaskakująco skąpą liczbę 2,8 l/100 km. Trzeba wybitnie przewidującej i spokojnej jazdy, by ten wynik osiągnąć, ale nawet gdy będzie nieco wyższy, to nikt wielkiemu i wygodnemu Fordowi wypominać tego nie będzie. Kiedyś normą dla takich aut było 12,8. Oto skala postępu. Cena: 129,7 tys. zł. www.bigautohandel.pl


AUTO

PIERWSZY W TEJ CZĘŚCI EUROPY OFICJALNY SALON SPRZEDAŻY UŻYWANYCH PORSCHE POWSTAŁ W SOPOCIE. PROGRAM PORSCHE APPROVED OFERUJE WYŁĄCZNIE PERFEKCYJNE 068

MODELE LEGENDARNEJ MARKI. Jeśli często słyszymy o samochodach Porsche, że „legenda nigdy się nie starzeje”, to w tym przypadku słowa nabierają dosłownego wymiaru. Porsche Approved to wprowadzony przez markę Porsche program certyfikowanych samochodów używanych. Zobowiązania związane z programem oznaczają, że naby te uży wane Porsche jest tak bliskie fabrycznego stanu, jak to tylko możliwe. Dlatego każdy samochód, zanim trafi do klientów, jest przeanalizowany pod kątem aż 111 punktów weryfikacyjnych. Jeżeli jakakolwiek część wymaga wymiany, zostanie wymieniona na oryginalną Porsche. W kolejnym etapie pojazd przejdzie kompletną

jazdę próbną i ostateczną kontrolę jakości. Dokładnie sprawdzane jest też pochodzenie auta i jego historia. Po pomyślnej weryfikacji samochód – o ile jego wiek nie przekracza 10 lat, a przebieg 200 tys. kilometrów – otrzymuje gwarancję Porsche Approved, potwierdzającą doprowadzenie do stanu zgodności z rygorystycznymi normami w zakresie stanu mechaniki i nadwozia. Integralną częścią programu jest Porsche Assistance – całodobowy serwis gwarancyjny, działający każdego dnia na całym świecie. Obejmuje usługi serwisowe w razie awarii, samochód zastępczy klasy premium oraz zorganizowanie opieki wedle standardów klienta Porsche. Sopocki salon Porsche Approved to działający od stycznia 2016 pierwszy w Europie Środkowo-Wschodniej oficjalny punkt sprzedaży uży wanych Porsche. I  now y adres wszystkich tych, którzy szukają emocji zza kierownicy tej legendarnej marki. Wybór? Od kilkuletnich Porsche 911, przez Cayenne, aż do edycji limitowanych czy samochodów przygotowywanych na indywidualne zamówienie – często nie do kupienia w żadnym innym miejscu. Obraz: Porsche Approved, Sopot Porsche Centrum


www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved

Nadaj kształt swoim marzeniom. Nadaj kształt swoim marzeniom. Porsche Approved. Porsche Approved.

Porsche Approved Centrum Samochodów Używanych Porsche Approved Centrum al. Niepodległości 956 Samochodów Używanych 81-861 Sopot al. Niepodległości 956 tel.: 58 550 91 10 81-861 Sopot tel. kom.: 515 000 911 tel.: 58 550 91 10 www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved tel. kom.: 515 000 911 www.porsche-sopot.plt Ofertat Porsche Approved


STYL WARMII I MAZUR

CO ZMIEŚCI SIĘ W WALIZCE SZUK AMY ST YLU WARMII I MAZUR. NIEGDYŚ ZIEM ODDZIELONYCH GĘSTĄ PUSZCZĄ OD RESZT Y KR AJU, DZIŚ REGIONU PEŁNEGO LUDZI NOWOCZESNYCH, CIEK AWIE UBR ANYCH, OT WART YCH NA ŚWIAT, A JEDNOCZEŚNIE ŻYJĄCYCH SPOKOJNIEJ I BLIŻEJ SIEBIE NIŻ W WIELKICH POLSKICH MIASTACH. WR AZ ZE ST YLISTAMI Z REGIONU BĘDZIEMY TROPIĆ W SALONACH AURY CENTRUM OLSZT YNA WARMIŃSKO-MAZURSKIE TRENDY KOLEJNYCH PÓR ROKU. – Lubię, kiedy ludzie są modni w zgodzie ze swoim stylem życia, okazją – mówi stylistka Agata Bałdyga. – Powstałe stylizacje nawiązują do wakacyjnego klimatu, prosto z nad wody. Wybrane zestawy ubrań to propozycja na ciepłe dni, a zarazem wyraz luzu i kreatywności, którą wymusza na nas ograniczona pojemność walizki. Stąd sportowo-elegancki styl pary wybierającej się na żagle. – „White total look”, czyli biel od stóp do głów, podkreśla opaleniznę modelki, odbija słońce i odpowiada na mentalną potrzebę noszenia latem jasnych kolorów – opowiada Agata. – Nie chciałam, by marynarskie paski, hit każdych wakacji, zdominowały strój modela. Pojawiają się więc jedynie na przewiązanym swetrze. Koszula w pawie pióra to komunikat dla panów: nie bójcie się łączenia wzorów! Dodatki i detale wybrzmiewają najgłośniej w tych minimalistycznych stylizacjach. U chłopaka brąz butów, paska i  zegarka, u  dziewczyny ażurowe elementy na  swetrze i butach, tropikalny print na torbie czy złoto akcesoriów. – Nutka klasyki i minimum biżuterii pozwalają na wygodę oraz uniwersalność tych strojów. Można je ubrać niezależnie od wieku, a na kolację w eleganckiej przystani wystarczy zmienić dodatki. Podczas urlopu lubimy testować naszą szafę. – Zestawienie stroju kąpielowego z żakietem, spodniami z wysokim stanem i butami na platformie to efekt zabawy modą: dla dziewczyny z duszą surferki, która częściej niż bieliznę nosi bikini – uśmiecha się Agata. Sportowy wygląd modela podkreśla modna kurtka bomberka oraz praktyczna nerka. Białe szorty dopełniają kolory reszty stroju. Intensywne jak wakacyjne wrażenia z żagli. 070

Agata Bałdyga – stylistka, właścicielka marki DORADCA STYLU, pomagającej odnaleźć indywidualny sposób ubierania się. Organizatorka pierwszych targów mody w Olsztynie, pokazów, warsztatów. Wielbicielka stylu ulicznego, minimalizmu oraz miksowania elementów sportowych z eleganckimi. Wykształcenie psychologiczne i modowe łączy w pracy nazywanej przez jej klientów „terapią wizerunkową”.

Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Arek Stankiewicz Modele: Monika Ciołkowska, Adrian Rogala Stylistka: Doradca Stylu Agata Bałdyga Makijaż: Agata Sawicka Make up, Fryzury: Atelier Fryzjerskie Dariusz Chodnicki Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Centrum Rekreacyjno-Sportowemu „Ukiel” w Olsztynie

Aura Mody to projekt realizowany przez centrum handlowe Aura Centrum i magazyn „Made in. Warmia & Mazury”. Przedstawiając kolejne stylizacje zaproszonych projektantów, w następnych numerach będziemy wspólnie poszukiwać stylu modowego Warmii i Mazur.


STYL WARMII I MAZUR

071

Ubrani w Aura Centrum Ona: Solar – szorty (149,00), sweter (329,00), torba (89,00), narzuta jeansowa (329,00); H&M – okulary (19,90); Nike – buty (499,99) On: Kappahl – koszula (149,99), szorty (149,99), sweter (80,00), pasek (99,99), okulary (59,99); Ryłko – buty (329,90)


STYL WARMII I MAZUR


STYL WARMII I MAZUR

073

Ubrani w Aura Centrum On: KappAhl – szorty (129,99), koszulka Polo (79,99), Kurtka (230,00); New Yorker – okulary (34,99); H&M – bransoletka (29,99); Puma – buty (419,99) Ona: KappAhl – spodnie (100,00), czapka (54,99); Gatta – bikini(157,90); Solar – żakiet (369,00), torba (169,00); Puma – buty (589,99)


Joanna Krupa

Kolekcja Gwiazd Modelka Joanna Krupa, piosenkarka Doda, najlepsza polska tenisistka Agnieszka Radwańska, aktorki Katarzyna Zielińska, i Edyta Herbuś, to tylko niektóre gwiazdy, które nie kryją, że najnowsza kolekcja Lilou skradła ich serca. To absolutny hit tego sezonu. Subtelny naszyjnik ze znakiem nieskończoności to obowiązkowy look dla każdej trendsetterki! Bransoletka do której można dołączyć wymarzoną zawieszkę oraz pierścionek to talizmany, na których można wygrawerować swoje uczucia. Imię, ważna data, motto a może wyznanie – decyzja należy do Ciebie? Bądź jak gwiazda i stwórz kompozycję z pięknych emocji. Znajdź swój styl i poczuj się wyjątkowo. Biżuteria Lilou to także pomysł na niepowtarzalny prezent, który z pewnością wywoła uśmiech na twarzy. Biżuteria dostępna jest w srebrze próby 925, pozłoceniu 23 karatowym złotem oraz na specjalne zamówienie w złocie. Wystarczy odwiedzić butik Lilou w Olsztynie i przekonać się, ze jest to świat ponadczasowych emocji i najnowszych trendów.

Agnieszka Radwańska

Katarzyna Zielińska

Butik Lilou Olsztyn, Stare Miasto 29/32 www.lilou.pl www.facebook.pl/bemylilou

Doda

Edyta Herbuś


Zapraszamy do salonu firmowego PATRIZIA ARYTON Galeria Warmińska, ul. Tuwima 26, Olsztyn


MEDYCYNA

PREZYDENT W KITLU GDY ZOSTAJE SIĘ PREZYDENTEM NAJWIĘKSZEJ ORGANIZACJI STOMATOLOGICZNEJ W EUROPIE, NIE ZAMIENIA SIĘ GABINETU LEKARSKIEGO NA BIAŁY DOM – MÓWI ANNA LELLA, NOWA PREZYDENT ERO-FDI, EUROPEJSKIEJ ORGANIZACJI REGIONALNEJ ŚWIATOWEJ FEDERACJI DENTYSTYCZNEJ. MADE IN: Jest takie powiedzenie: „zjeść na czymś zęby”. By zostać prezydentem ERO-FDI, musiała pani zjeść zęby na stomatologii? Anna Lella: Można tak powiedzieć. (śmiech) Ale wśród wielu aktywności związanych z moim zawodem najważniejsza jest dla mnie praca stomatologa w specjalności periodontologia. To jest podstawa i nie chciałabym z tego rezygnować. Na innych polach działam właściwie od końca studiów, i w Warmińsko-Mazurskiej Izbie Okręgowej, gdzie aktualnie jestem wiceprezesem, i w Naczelnej Radzie Lekarskiej, gdzie przewodniczyłam Krajowej Komisji Stomatologicznej, i w strukturach europejskich. Krok po kroku nowe wyzwania. Teraz zamieni pani biały gabinet dentystyczny na biały dom? (śmiech) Ciekawe jest to, że ERO FDI w gruncie rzeczy nie ma biura. Komunikujemy się internetowo i tylko od czasu do czasu spotykamy. W poprzedniej kadencji, jako prezydent elekt, trzy razy zaprosiłam zarząd do Polski. Zawsze bardzo się z tego cieszę. Może spotkamy się też w Olsztynie, zwłaszcza, że mamy już lotnisko.

076

Jak zostaje się prezydentem stomatologów? Jest kampania wyborcza? Do tego raczej dochodzi się pracą. To nie jest amerykańska kampania, nic z tych rzeczy. Od 2003 roku jestem zaangażowana w międzynarodową współpracę z Naczelną Izbą Lekarską, najpierw byłam delegatem na sesjach plenarnych ERO-FDI, następnie kolejno członkiem grupy roboczej, przewodniczącą, sekretarzem generalnym zarządu, aż trzy lata temu zostałam wybrana na prezydenta elekta. Jako elekt ma się trzy lata, by wdrożyć się w zadania organizacji i sprawnie przejąć dowodzenie organizacją. W Polsce nie funkcjonuje taki system, a szkoda. FDI jest platformą do wymiany doświadczeń – to jej główne zadanie. Informujemy się, jakie mamy na co dzień problemy, jakie są zagrożenia dla naszego zawodu, dbamy o jego jakość, szkolenia podyplomowe. Obecnie do ERO, europejskiej części FDI, należy 37 państw Europy. Media stale podkreślają, że jest pani pierwszą kobietą na tym stanowisku. Według pani jest to istotne? Myślę, że tak, bo europejska organizacja – ERO-FDI – ma ponad 50 lat. Natomiast Światowa Federacja ponad sto i tylko dwa razy, w dodatku niedawno, prezesami były tam kobiety.

Ale w zawodzie stomatologa kobiety dominują. W Polsce. Nie jest to taki oczywisty model w innych państwach, szczególnie Europy Zachodniej. Dopiero od niedawna obserwowana jest tam feminizacja zawodu. W Polsce rzeczywiście było tak od  zawsze. Być może w ynika to z tego, że kiedy studiowałam, na wydziale lekarskim obowiązywał podział miejsc – 50 proc. dla każdej płci. Koleżanki zaskarżyły to, skutecznie. Natomiast na stomatologii nie było podziału i blisko 80 proc. stomatologów to kobiety. Jakie znaczenie ma pani sukces dla polskiej stomatologii? Mam nadzieję, że pokażę innym, jak można się rozwinąć na arenie międzynarodowej. Ale najważniejsze jest dla mnie, by szerzyć w Europie i na świecie dobry wizerunek polskiej stomatologii. We wrześniu będziemy gościć Światowy Kongres FDI w Poznaniu – to nasz sukces i szansa na pokazanie, czym zajmują się polskie uczelnie. Stomatologia zawsze była w Polsce bliżej medycyny, tymczasem w niektórych krajach funkcjonował model dentystyki naprawczo-rzemieślniczej, co jest obecnie krytykowane. Polska od przemian ’89 roku i wejścia do Unii cały czas walczy ze stereotypowymi wyobrażeniami o naszym kraju. Każdy kto do nas przyjeżdża, jest pozytywnie zdziwiony. A gdy ktoś klasyfi kuje nas do Europy Wschodniej, podkreślam, że jesteśmy Europą Centralną. Moi koledzy są już tak wyćwiczeni, że nawet jak mówią o Wschodzie, to podkreślają: „Ania, ale nie o tobie mówimy”. (śmiech) Szpital Uniwersytecki znany jest ze skomplikowanych operacji stomatologicznych. Jest szansa na przyjazd FDI także na Warmię i Mazury? Nie sądzę, to jest naprawdę ogromna impreza, w całej Polsce tylko Międzynarodowe Targi Poznańskie są w stanie spełnić wymagane kryteria. Ale nasz uniwersytet bardzo ładnie się rozwija, jest zauważany na arenie międzynarodowej, w tym roku studenci medycyny osiągnęli najlepsze w kraju wyniki egzaminów końcowych. Niektórzy zarzucali nam prowincjonalność, nie wierzyli, że medycyna uda się w Olsztynie. A pokazaliśmy, że jesteśmy w tym naprawdę dobrzy. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Michał Bartoszewicz Anna Lella – lekarz stomatolog w specjalności periodontologia. W latach 2007-2014 wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej i  przewodnicząca Komisji Stomatologicznej NRL, obecnie wiceprezes Warmińsko-Mazurskiej Okręgowej Izby Lekarskiej oraz nowo wybrana prezydent Europejskiej Regionalnej Organizacji Światowej Federacji Dentystycznej (ERO-FDI).


CIAŁO

077


STOMATOLOGIA

PRZYRODA NIE LUBI PUSTKI MOGĄ DZIAŁ AĆ JAK ELIKSIR MŁODOŚCI ALBO TRUCIZNA. ZĘBY. PEŁNIĄ ROLĘ FUNDAMENTÓW NASZEGO ORGANIZMU – GDY UTRACIMY CHOĆ JEDEN Z NICH, CHWIAĆ ZACZYNA SIĘ CAŁA KONSTRUKCJA. IMPLANTY SĄ NA TEJ BUDOWIE INTRATNĄ INWESTYCJĄ. MADE IN: Braki w uzębieniu mogą postarzać silniej niż zmarszczki? Sebastian Pytlowany*: Jak najbardziej. Zęby są naturalną podporą dla tkanek miękkich, podpierają policzki, wargi, stanowią bardzo ważną składową wyglądu człowieka. Odpowiednie wyprofilowanie i zdrowy, pełny uśmiech mogą wręcz odmłodzić. Migreny czy bóle kręgosłupa nie są zazwyczaj wiązane z uzębieniem. Powinny? Zdecydowanie, bo uzębienie ma wpływ na cały organizm. Bóle często związane są z zaburzeniami w stawie skroniowo-żuchwowym, spowodowanymi brakami w uzębieniu, bruksizmem (dziennym lub nocnym zgrzytaniem zębami). Stany zapalne zębów mogą powodować problemy z układem trawiennym, bo to jego początek. Pacjent z takimi objawami przechodzi konsultację neurologiczną, laryngologiczną, stomatologiczną. Należy pamiętać, że każdy utracony ząb powinien być odbudowany, ponieważ zmienia przestrzenne ułożenie żuchwy, a to powoduje inne napięcie mięśniowe i może doprowadzić do przykurczy i bóli. Wyjątkiem są ósemki, które w razie potrzeby można usunąć bez niepożądanych skutków, bo ewolucja dąży do zaniku tych zębów. 078

Implanty to stosunkowo nowa metoda. W czym wyprzeda starsze rozwiązania? Pierwsze implanty pojawiły się około 30 lat temu i może nie jest to dużo w ogólnej skali, ale 30 lat doświadczeń, badań i obserwacji ma znaczenie. W czym są lepsze? Przede wszystkim dają możliwość odtworzenia zębów w bardzo fizjologicznych warunkach. Korzeń zęba i korona są zastąpione tytanową śrubą, na którym zbudowany jest ząb. To elementy niewyjmowane, bardzo estetyczne i łatwo pacjent się do nich przyzwyczaja. Starsze metody to protezy wyjmowane, które są mało wygodne, oraz mostek, czyli konstrukcja montowana na stałe w jamie ustnej. Ale ona często wymaga oszlifowania i okoronowania zdrowych zębów. Trzeba je poświęcić. A implanty nie niszczą własnych struktur.

Z tytanem wiążą się pewne stereotypy: uruchamianie alarmów na lotniskach, w sklepach. Oczywiście implanty tytanowe nigdy w ten sposób nie zadziałają, inaczej co drugi pasażer linii lotniczych musiałby być brany na kontrolę osobistą. (uśmiech) Często pojawia się także pytanie, czy uniemożliwiają badanie rezonansem magnetycznym. Otóż nie. Wystarczy przed zabiegiem poinformować technika o implantach, wyniki będą dokładne. Podobno zostały odkryte przez przypadek. Przez Ingvara Branemarka, szwedzkiego ortopedę, który badał przepływy krwi w kościach i podczas doświadczeń wszczepiał tytanowe komory do kości. Zauważył, że nie jest w stanie ich usunąć bez wyłamywania. To zjawisko nazwał osteointegracją – kość rozpoznaje tytan jako coś własnego, komórki kostne potrafią przepłynąć do tytanu i zrosnąć się. W tej chwili wiemy już na ten temat bardzo dużo, są opracowywane nowe technologie powierzchni tytanu, metody mocniejszej integracji. Czy są jakieś przeciwskazania do wstawienia implantów? Dzielą się na bezwzględne i względne. Pierwszych jest mało: dysmorfofobia, czyli chorobliwy lęk zmiany własnego ciała, a także alkoholizm i narkomania. Drugie to chemioterapia czy stan pozawałowy. Ciąża nie jest przeciwskazaniem, natomiast nie możemy zbadać pacjentki radiologicznie, więc zalecamy poczekać na rozwiązanie. Jeśli późno uzupełnimy braki, zmiany będą nieodwracalne? Im dłużej zwlekamy, tym jest trudniej. Dochodzi do zwiotczenia mięśni, które muszą przypomnieć sobie swoją dawną formę. Zęby należy traktować jako cały układ stomatognatyczny i dynamiczny. Chociaż pojedyncze zaburzenie – brak jednego zęba, wstawienie plomby za wysokiej lub za niskiej – powoduje, że tracimy napięcie między zębami. Zęby zaczynają się przesuwać, bo kontaktują się punktami stycznymi. Jeżeli tracimy jeden z nich, tracimy wszystkie. A przyroda nie lubi pustki. Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: archiwum Pro Dentis * Lek. stom. Sebastian Pytlowany, specjalista protetyki stomatologicznej oraz lek. stom. Anna Pytlowany, specjalista stomatologii zachowawczej z endodoncją – właściciele olsztyńskiej Kliniki Stomatologicznej Pro Dentis.

Klinika Stomatologiczna Pro Dentis Olsztyn, ul. Kanta 13 tel. 89 543 33 88 prodentis@pro-dentis.pl www.pro-dentis.pl


STOMATOLOGIA

ZADBAĆ O ZDROWIE MOŻNA NAWET NA RATY* Ma około 40 lat, może partnera, jedno lub dwoje dzieci, mieszkanie czy dom, na pewno stabilną sytuację zawodową. I rzadko się uśmiecha. Takie kobiety stanowią dwie trzecie klientów MediRat, pionierskiego systemu finansowania oraz płatności ratalnych za dowolne, komercyjne usługi medyczne i stomatologiczne. To jedyna tego typu firma w Polsce. Od sześciu lat współpracuje już z trzema tysiącami klinik i gabinetów, w tym z olsztyńskim Pro Dentis. Problem braku uśmiechu rozwiązuje zwłaszcza, gdy kredyt brany jest na implanty: zabiegi endodontyczno-protetyczne, implantoprotetyczne i  z  zakresu stomatologii estetycznej. Bo zadbane zęby stały się nie tylko nieodzowną wizytówką aktorów, celebrytów czy polityków, ale tych wszystkich, dla których istotna jest dobra prezencja osobista – na gruncie prywatnym i zawodowym. – Niedawno rozmawiałem z mężczyzną w średnim wieku, zajmującym się zawodowo handlem, który przyznał, że uzupełnienie braków w uzębieniu i możliwość szerokiego uśmiechu bardzo pomogłaby mu w pracy i w pozyskiwaniu nowych kontrahentów – opowiada Jakub Czarzasty, prezes Medical Finance Group SA, operatora MediRat. – Bez wątpienia czas wstydliwie zaciśniętych ust bezpowrotnie minął – podsumowuje. Zwłaszcza, że to zaledwie aspekt estetyczny. Medycyna jest pod tym względem… bezwzględna – braki w uzębieniu mogą mieć katastrofalne skutki zdrowotne. Do poprawy świadomości na ten temat przyczynia się obecny trend życia w zgodzie z własnym ciałem i ekologią. Zamiast inwestować w powszechnie dostępne dobra materialne, wolimy przekierować naszą energię, czas i finanse na własne zdrowie. – Od dwóch-trzech lat liczba klientów, którzy korzystają z naszej usługi, stale zwiększa się o minimum 100% – podaje Paweł Olewiński, menager ds. marketingu firmy. – Pozyskanie zewnętrznego finansowania jest uznawane za rozwiązanie wygodne, bezpieczne i korzystne, bo nie obciąża domowego budżetu i chroni zgromadzone oszczędności. W takiej sytuacji decyzja o radyklanej zmianie w zakresie poprawy wyglądu jest łatwiejsza. Usługi MediRat są uzupełnieniem oferty bankowej, ale proces obsługi klienta uwzględnia jego specyfi czną sytuację oraz potrzeby. Dlatego procedura wnioskowania o finansowanie i formuła płatności ratalnych jest prostsza – wszystkie ustalenia są prowadzone przez telefon. Sprawdzana jest zdolność kredytowa oraz historia kredytowa klienta lub osoby poręczającej (w przypadku pacjentów zarabiających za granicą). Niepotrzebny jest wkład własny, potwierdzeniem dochodów jest wydruk z rachunku bankowego. Łącznie wystarczy 15 minut, by ustalić szczegóły finansowania oraz warunki spłaty, a gotową umowę przywozi kurier pod wskazany adres. Wówczas kwota wynikająca z kosztorysu leczenia trafia bezpośrednio na rachunek kliniki, która wykona leczenie, nawet tego samego dnia, w którym jest

podpisana umowa. – Spłata pierwszej raty sfinansowanej kwoty zwykle następuje po miesiącu – tłumaczy prezes Jakub Czarzasty. – Raty są równe, rozłożone zgodnie z preferencjami pacjenta, a wcześniejsza spłata nie wymaga dodatkowych kosztów. Specjalizujemy się w finansowaniu usług medycznych, więc dodatkowym atutem jest brak nękania pacjenta ofertami sprzedaży innych produktów finansowych, z których zwykle żyją banki. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: archiwum MediRaty

* Dla pierwszych pięciu pacjentów, którzy zarezerwują termin w Klinice Pro Dentis na hasło „MediRaty”, leczenie implantologiczne na raty 0%.

Medical Finance Group SA ul. Lechicka 23a, 02-156 Warszawa Ogólnopolska MediLinia: 22 266 83 70 (pon.-pt. 8-20, sob. 9-14) www.mediraty.pl

079


AURA KOBIET

ŚCIĄGAM OD DZIECI 080

BYŁA JUŻ AKTORKĄ, REŻYSERKĄ, POLONISTKĄ I INSTRUKTORKĄ TAŃCA. NIC DZIWNEGO, ENERGIA JĄ ROZNOSI. TAKI PAKIET DOŚWIADCZEŃ PRZEKUŁA NA PRACĘ Z DZIEĆMI. DOMINIKA RADASZEWSKA POPROWADZI WARSZTATY Z CYKLU AURA KOBIET, KTÓREGO UCZESTNICZKI DOWIEDZĄ SIĘ, JAK KREATYWNIE ZAJĄĆ PRZEDSZKOLAKA.

– Jestem szczęściarą. Wykonuję pracę łączącą moją pasję i umiejętności, choć nie planowałam żadnej strategii rozwoju zawodowego – zaczyna Dominika Radaszewska. – To dzieci mnie znalazły – oświadcza z przekonaniem. Dopytuję: a magisterium z filologii polskiej o specjalności teatralnej i nauczycielskiej, reżyseria teatru dzieci i młodzieży, kursy i podyplomówki to co? – No tak, to ważne – przyznaje. – Ale to, co najważniejsze, czerpię od dzieci – odpowiada. – Choć nie mają takiego doświadczenia jak dorośli, są najlepszymi nauczycielami. Obserwuję i ściągam! – śmieje się. Mówi, że robi to od zawsze. Była już polonistką, przedszkolanką, instruktorką tańca i teatru, występowała na deskach Teatru im. Stefana Jaracza, od lat reżyseruje spektakle Teatru Prawie Dorosłego w  Bar tągu. Stąd


AURA KOBIET

pewnie ten teatralny żargon: – Spotkanie z dzieckiem to dla mnie największa premiera, do każdych zajęć muszę się rzetelnie przygotować. Nigdy sobie nie odpuszczam. Nawet jeśli coś zadziałało u 150 dzieci, to np. u 151 nie zadziała – obrazuje. – Dlatego spontaniczność, szczera radość, uczciwość są konieczne. Nie sprawia mi to trudności, bo swojego wewnętrznego dziecka nigdy się nie pozbyłam. Mamą została 10 lat temu. To wtedy zaczęła szukać sposobu na nieszablonowe spędzanie czasu z synkiem. – Zauważyłam, że Filip dużo więcej uczy się z zabaw, podczas których i mi jest fajnie. Nawet specjalistyczne metody pedagogiczne nie dają takich efektów jak spotkania z innymi dziećmi i rodzicami, w atmosferze wspólnej kreatywności. Zakiełkował więc pomysł na zajęcia rozwijające dla maluchów w wieku od kilku miesięcy do lat. To urozmaicenie dla dzieciaków i inspiracja dla rodziców, którzy czują się zdezorientowani, gdy dziecko nudzi się w domu. Spotkania prowadzi w Olsztynie już dziewiąty rok. – Ale ja nie mam monopolu na dziecięcą miłość, nie jestem konkurencją dla rodziców – zarzeka się Dominika. – Oni są moimi pomocnikami i od tego, czy się otworzą, zależy efektywność zajęć. Ich dzieci wyczuwają to błyskawicznie – tłumaczy. Zabawy ruchowe, masażyki, czytanie na głos mądrych, z artyzmem wydanych książek, wprawki taneczne, ćwiczenia artykulacyjne czy zadania plastyczne – podczas spotkań rodzice uświadamiają sobie, że to nie wymyślne, nowoczesne zabawki są dla dzieciaków najbardziej atrakcyjne. – Największy potencjał na wspólne, radosne spędzanie czasu mamy w sobie – wyjaśnia Dominika. I podkreśla, że sama wciąż od dzieci się uczy. Ich radości z drobiazgów, innego spojrzenia, doświadczania własnego ciała i muzyki. Wychowane przez nią maluchy można liczyć w setkach, ale rozpozna je wszędzie, nawet gdy podrosną. – Lecę na wakacje, a na lotnisku spotykam swoich wychowanków. Albo podchodzą ich mamy i jako jedna z pierwszych osób dowiaduję się, że są w ciąży – uśmiecha się szeroko. Czasem zastanawia się, kto z dziecięcych zabaw czerpie więcej radości – maluch czy dorosły? – Dziecko może być dobrą przykrywką – żartuje Dominika. Podczas warsztatów Aury Kobiet będzie chciała pokazać zgromadzonym mamom, że każdy z nas ma w sobie to wewnętrzne dziecko. Trzeba je tylko czasem wydobyć: przy pomocy intuicji, dobrej książki czy… własnych dzieci, które – rzecz jasna – również przyjdą na spotkanie w Aurze. Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama Obraz: Michał Bartoszewicz, Tomasz Grabowski

Aura Kobiet to cykl bezpłatnych warsztatów dla pań – wszystkich, niezależnie od wieku i prowadzonego stylu życia. Pomysłodawcą i realizatorem projektu jest centrum handlowe Aura Centrum. Pierwsze zajęcia zostały zorganizowane w styczniu 2015 roku. Od tego czasu kilkadziesiąt kobiet miało możliwość rozwijania swoich zainteresowań w takich obszarach, jak moda, makijaż, fotografi a, psychologia czy kulinaria. W tym roku do tematów typowo lifestylowych dołączą również zagadnienia praktyczne, związane z finansami, edukacją i medycyną. Spotkania mają kameralny charakter – bierze w nich udział kilkanaście pań, co gwarantuje swobodną atmosferę i bliski kontakt z prowadzącym. Prelegentkami podczas warsztatów są osoby z pasją, specjalistki w swoich dziedzinach, które potrafią zarażać własnym hobby, dzielić się umiejętnościami i inspirować pomysłami. Najbliższe warsztat y Aura Kobiet odbędą się 30 lipca 2016  roku. Ich tematem będzie efekt y wne zarządzanie czasem i pieniędzmi. Prowadzące: Barbara Kułakow i Marta Malinowska. Zapisy ruszają 29 czerwca. Zajęcia z Dominiką Radaszewską, dotyczące kreatywnego spędzania czasu z  przedszkolakiem, odbędą się 27 sierpnia 2016 roku, zapisy od 3 sierpnia. Aby wziąć udział w warsztatach, wystarczy wejść na stronę www.aurakobiet.pl, wypełnić formularz i odpowiedzieć krótko na pytanie związane z tematyką nadchodzącego spotkania. Na podstawie udzielonych odpowiedzi w yłonione zostaną panie do udziału w warsztatach.

081


LUDZIE

GOŚCIMY ANDRZEJA PONIEDZIELSKIEGO*

PODANIE O PÓŁTORA DOLARA WŁASNYM SMUTKIEM POTRAFI POŁOŻYĆ ZE ŚMIECHU INTELIGENTNEGO WIDZA. NA DWIE GODZINY PRZED W YJŚCIEM NA  SCENĘ PRZENOSIMY SIĘ Z  ANDRZEJEM PONIEDZIELSKIM* DO  CZ ASÓW STUDIOWANIA NA... POLITECHNICE. POWAŻNIE!

MADE IN: Próbowałem sobie wyobrazić taką oto scenę: inżynier Andrzej Poniedzielski wchodzi na halę produkcyjną w dużym zakładzie i opieprza swoich pracowników. Andrzej Poniedzielski: Hahaha! (naprawdę się uśmiechnął) Oczywiście patrząc w podłogę. No to jest wyzwanie. Ale ja tak pracowałem przez chwilę, jako inżynier. W moich czasach, jak się kończyło politechnikę, trzeba było te studia odpracować i za umowne pięć groszy musieliśmy odbyć tzw. staż obowiązkowy. Co to znaczy „za pięć groszy”? Za stawkę najniższą z możliwych. 082

Gdzie pan „robił”, że tak się zakładowo wyrażę? W Kombinacie Maszyn Włókienniczych „Wifama”. Zajmowałem się obsługą serwisową maszyn sterowanych numerycznie. Bardzo trudna praca – siedziało się osiem godzin i czekało na awarię maszyny. I tak jak koledzy mieli pod opieką maszyny bułgarskie czy rosyjskie, to czasem do nich wychodzili, ale ja miałem amerykańskie, więc nawet z tej pakamery się nie ruszałem. Dodatkowym utrudnieniem, choć można go postrzegać jako ułatwienie, było to, że każdy z nas miał miesięcznie przydział ogromnej ilości spirytusu do czyszczenia styków tych maszyn... Spożywczego spirytusu, dodam, na terenie zakładu zamkniętego. Spirytus był bardzo drogi, więc jak były jakieś popularne imieniny, wycieczki w celach jego pozyskania mieliśmy z samej dyrekcji.

Maszyna hula, jest nadwyżka spirytusu... Robota jak marzenie. Przez pewien czas to bawi, a potem nie za bardzo. Nie ma nic gorszego niż stan gotowości bezproduktywnej. Potem niewiele mi się zmieniło, bo byłem konferansjerem, gdzie jest podobny stan gotowości przez kilka godzin, choć tu co jakiś czas chociaż wychodzi się na scenę. Z czego pan robił dyplom? Temat brzmiał: „Wykorzystanie czipa kalkulatorowego do pomiaru natężenia prądu, napięcia, rezystancji i mocy”. To była kolejna paranoja, bo te wartości – napięcie i prąd – są mierzalne w sposób normalny w obwodzie elektrycznym, natomiast rezystancja powstaje przez podzielenie napięcia przez prąd, a moc powstaje przez pomnożenie napięcia przez prąd na danym odbiorniku. I do tego wykorzystałem czip z kalkulatora Brda, naszego polskiego osiągnięcia, który to wszystko mnożył. I dzielił, jak się okazało. Pytam o ten egzamin w kontekście obrony ustnej egzaminu. Jak to mogło wyglądać albo brzmieć? Żart w tym tkwił, że to była praca praktyczna, więc ja to urządzenie musiałem wykonać. Było to działanie, jakby mniej więcej zlecono mi powtórne wymyślenie koła – zbierałem nieregularne bloki kamienne i ociosywałem je, mimo iż koło już dawno ludzkość znała. Skończyło się to śmiesznie, bo okazało się, że brak dostępności pewnych części elektronicznych na rynku wspólnoty krajów socjalistycznych uniemożliwił mi


LUDZIE

zakończenie tej pracy. Promotor poradził mi, bym napisał kuriozalne podanie do dziekanatu o przydział dewiz w wysokości dolar pięćdziesiąt na zakup kostki elektronicznej na Zachodzie. Podanie zostało odrzucone. Kazał mi napisać drugie. Odrzucili tym bardziej. Czym to uzasadniono? Że nie mają dewiz w takiej wysokości. Więc pytam promotora: „To co ja mam teraz, panie profesorze, zrobić?”. A on mi mówi: „Idź do składnicy harcerskiej, kup pan sklejkę szóstkę i to co pan zrobił, obuduj pan w jakąś taką zgrabną skrzyneczkę”. I moja obrona wyglądała tak, że zebrało się gremium z różnych politechnik. W teorii, śmiem przypuszczać, byłem mocniejszy od niektórych z nich. Więc kiedy obroniłem tę teorię, zaproponowano mi prezentację pracy. I tak, po pięciu latach, bo tyle mi zeszło, wziąłem tę moją skrzyneczkę, włączyłem przewód do gniazdka, przycisnąłem rosyjski przycisk marki Isostat i zapaliła się zielona lampka. I na tym skończyłem prezentację pracy. Byli bardzo zdziwieni, ale pokazałem im te odrzucone podania oraz cały dowód logiczny, że bez tej kości nie ruszę dalej. Dostałem z egzaminu cztery i pół, a ta moja praca, myślę, leży gdzieś w piwnicach Politechniki Świętokrzyskiej. To pańskie patrzenie w podłogę na scenie to wyszło naturalnie czy pan się dorobił go z jakiegoś powodu? Myślę, że naturalnie, bo ja nic nie zrobiłbym na siłę. Wynika to z mojej wrodzonej nieśmiałości i sposobu bycia na scenie. Jeśli sukces definiować jako długotrwałe bycie na niej, to tajemnica mojego sukcesu jest taka, że ja nie jestem w pełni przygotowany do tego, co mam powiedzieć. Jestem przygotowany w 30 procentach. Więc jak się nie ma wszystkiego na pamięć, to następuje proces myślenia. A to widać i ludzie wtedy współczują. Ja z kolei, żeby myśleć, nie mogę się rozpraszać, więc i nie mogę patrzeć na nich. I tak to jest. Dodam, że nie bardzo lubię, kiedy na sali są dzieci, bo dzieci są żywiołem nieobliczalnym. Kiedy na sali jest chwila ciszy i ja biorę oddech, dziecko potrafi powiedzieć: „mamo, siku!”. I to jest w stanie mnie rozproszyć. Rozumiem więc, że przed lustrem też nigdy pan nie ćwiczył występów, bo mija się to z celem. Nigdy w życiu. Podobnie jest z moim śpiewaniem. To są niećwiczone rzeczy. W ogóle po tych 40 latach na scenie nie wzbudza pan wiarygodności jako elektryk automatyk. (śmiech) W sensie, że jestem... ...oderwany od świata inżynierskiego. A ja na te studia poszedłem, poprzedzając je pięcioletnim technikum elektrycznym, więc to nie było takie fiu bździu. Na studiach profesorowie mówili, że jestem w tym kierunku uzdolniony i że mam coś, co się nazywa intuicją techniczną. To było prawdziwe powołanie. Ale też szybko zauważyłem, że ten świat, taki podległy fizyce i matematyce, daje fajne samopoczucie, bo okazuje się, że wszystko można stabelaryzować, wzór można na wszystko napisać, a przynajmniej jest taka pokusa. A ja mam taką skłonność wewnętrzną, że jak w coś wchodzę i mnie to pochłonie, to jest w stanie pochłonąć całego. Czułem to jako niebezpieczeństwo i udałem się, już w szkole średniej, w bardziej mgliste rejony, gdzie nie

do końca działa prawo Ohma, Kirchhoffa czy innych panów. Jako antidotum. Myślę, że to jest uruchamianie dwóch różnych części mózgu i dzięki temu może nie zwariowałem do końca ani w jednej, ani w drugiej części. Lista naukowców, która odpłynęła w rejony trudne, jest duża. A to lawirowanie między jednym a drugim daje mi pewien spokój i oddech. W normalnym życiu, jak to w życiu, czasem trzeba odbyć męczącą rozmowę z urzędnikiem, policjantem czy panią, która cierpliwie wydzwania z sieci komórkowej czy banku. Pan daje się wciągać w te rozmowy? Stosuję wtedy stan wstrzemięźliwości umysłowej. Stan abstrakcji, która ich rozkłada i oni pierwsi odkładają słuchawkę. Na Olsztyńskie Spotkania Zamkowe przyjeżdża pan od prawie 40 lat. Przeżyłem tu wiele upojnych chwil, w obydwu tego słowa znaczeniach. Jak w końcówce lat 70. wyglądało życie pozakulisowe? W akademiku albo hotelu, jak go nam dali przy okazji. Był taki jeden na górce, „Żołnierski” się na niego mówiło, choć równie dobrze mógł być na ulicy Żołnierskiej. Wszystko działo się w pokojach. A nie w knajpach? Gastronomia knajpiana potrzebna była tylko do pozyskania białka, natomiast cały człowiek był gdzie indziej. Jakąś szczególną więź zbudował pan z nieodżałowaną lipą? [10 lat temu wichura złamała 120-letnią lipę rosnącą na dziedzińcu zamkowym, nieodłączny element scenerii spotkań „Śpiewajmy poezję” – red.] Zbudowałem, bo kiedy tyle lat się do niej jeździło, to ona miała dla mnie znaczenie ważniejsze od samego zamku. Ona plus ta studnia, na której była scena. Nawet podczas jednego koncertu wróżyłem, kiedy skończą się te spotkania. Otóż wtedy, kiedy któregoś dnia, podczas występów, rozlegnie się łomotanie (stuka pięścią w stół), wyjdzie Krzyżak i zapyta: „Co się tu dzieje?”. Bo nie zniesie tego smutku, który tam się wylewa. I pan, jak inżynier, zmieni wtedy to wszystko na „Olsztyńskie Spotkania Zakładowe”. (śmiech). Ktoś nazwał pana: bard o smutnym spojrzeniu. Różnie mnie już nazywali. Artur Andrus mówił na mnie „logo listopada”. Proponował nawet, by moja podobizna była na mapach pogody w miejscach, gdzie jest obniżone ciśnienie. Wojciech Karolak nazwał mnie np. wulkanem spokoju. A ja sam na siebie mówię kurhan radości. Rozmawiał (na  schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w  Olsztynie, 8 czerwca o godz. 17.20 przy temperaturze 19 stopni) Rafał Radzymiński. Obraz: Michał Bartoszewicz

* Andrzej Poniedzielski – mistrz piosenki poetyckiej i konferansjer od niemal 40 lat związany z polską sceną kabaretową (wyróżniony w 1977 roku na Olsztyńskich Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję”). Aktor Teatru Ateneum, z wykształcenia magister inżynier automatyk. 8 czerwca wystąpił w Olsztynie ze swoim jubileuszowym programem „LIVE?”.

083


NIERUCHOMOŚCI

084

APARTAMENTY I OSIEDLA

WARMIA I MAZURY – MIESZKAJ I PRACUJ TAM, GDZIE INNI PRZYJEŻDŻAJĄ WYPOCZYWAĆ

Miejska dolina spokoju Położone z dala od wielkomiejskiego gwaru, urzeka wytęsknioną ciszą. A gdy znów zapragniemy wejść w rytm miasta, z Osiedla Nad Doliną na olsztyńskich Jarotach szybko trafimy w okolice Galerii Warmińskiej. W pobliżu znajduje się także pełna infrastruktura usługowa. Na terenie inwestycji docelowo powstaną cztery budynki, na które złoży się ponad 200 mieszkań o metrażu od 35,70 do 80,98 m² oraz przynależące do nich piwnice. Dodatkowo oddanych będzie do użytku 45 indywidualnych garaży oraz liczne nadziemne miejsca parkingowe. Więcej o ofercie na stronie: www.masbud.pl

Jest las, nie ma nas? Dom w lesie, ale bez konieczności dojazdu do miasta – tak można mieszkać na olsztyńskim Przylesiu. Z lasem za oknem i pobliskim centrum osiedle ośmiu budynków wielorodzinnych oraz 16 domków jednorodzinnych w zabudowie szeregowej spełnia marzenia lubiących łączyć to, co pozornie niemożliwe. Oprócz bezpiecznego placu zabaw i podziemnej hali garażowej znajduje się tam 18 lokali usługowych. Duże okna i przestronne balkony wypełniają słońcem funkcjonalnie zaprojektowane pomieszczenia. W sprzedaży pozostało kilkanaście mieszkań o metrażu od 38,37 do 49,00 m². Więcej o ofercie na stronie: www.freedom-nieruchomosci.pl oraz www.ipbilawa.com.pl

Z sadu na piknik Teren Osiedla „Sady nad Łyną” ma południowo-zachodnią wystawę, dzięki czemu wszystkie budynki są ciepłe i słoneczne. Z mieszkań z dwu – i trójstronnym układem rozciąga się widok na malownicze sady i dolinę rzeki Łyny, do mieszkań parterowych przynależą prywatne ogródki, a jeśli ktoś chce się wyrwać na podmiejski piknik – wystarczy tylko kilka minut jazdy rowerem nad pobliskie jezioro lub do lasu. Inwestor zaplanował tu dwa budynki wielorodzinne utrzymane w prostej, stylowej architekturze. Metraż dostępnych lokali mieści się w przedziale od 37 do 72 m². Więcej o ofercie na stronie: www.freedom-nieruchomosci.pl oraz www.makdom.pl

Żbik w naturalnym środowisku Osiedle Żbik przy ul. Żbiczej olsztyńskich Redykajn zostało zaprojektowane w zgodzie z otaczającą je naturą. Składa się z 12 stylowych, nowocześnie urządzonych apartamentów o metrażu od 76 lub 78 m². Do lokali na parterze przynależą ogródki, mieszkania na piętrze posiadają zarówno taras, jak i balkon. Swobodę parkowania zapewniają miejsca zlokalizowane pod budynkiem, a codzienny relaks i rekreację – pobliskie Jezioro Ukiel oraz plaża miejska. Kolejne apartamenty dewelopera powstają przy ul. Rzepakowej, niedługo rusza także inwestycja przy ul. Kanarkowej. Więcej o ofercie na stronie: www.freedom-nieruchomosci.pl Freedom Nieruchomości Sp. z o.o. Sp. k. Olsztyn, ul. A. Mickiewicza 21/23 tel.: 89 677 14 20 www.freedom-nieruchomosci.pl

Więcej informacji pod numerem: 531 750 200


LITERATURA

FABUŁA Z DRZAZGI ZAMARZNIĘTE JEZIORO KORTOWSKIE W ŚRODKU LATA, STOSY DZIENNIKÓW Z PRZEDWOJENNEGO LWOWA, LAS, ZBRODNIA I KARA – TO ŚWIAT KRYMINAŁÓW PAWŁA JASZCZUKA. AUTOR NAGRODZONEJ WIELKIM KALIBREM POWIEŚCI „FORESTA UMBRA” OPOWIADA O KREOWANIU FABUŁY I PODRÓŻACH W CZASIE.

086

MADE IN: Gdzie najlepiej czyta się kryminały? Paweł Jaszczuk: Myślę, że specjalnych warunków nie trzeba sobie zapewniać, dobra powieść sensacyjna potrafi pobudzić wyobraźnię i przenieść do świata równoległego. Możemy czytać na przystanku, w tramwaju... Ale wymarzonym miejscem jest chyba własny fotel. „Foresta Umbra” – tytuł był inspiracją do powstania książki czy raczej wyszedł z gąszczu fabuły? Powieść miała kilka tytułów, pamiętam „Srebrne podkówki”, „Różane magnolie”… Tytuł przyszedł do mnie sam. Gdy powieść była już niemal gotowa, przypomniałem sobie o lesie Foresta Umbra we Włoszech, w którym niedawno przebywałem. Anagramy, zwielokrotniony sens tytułu – to tylko pasja głównego bohatera czy i autora powieści? To gra literacka, na którą sobie pozwalam, gdy piszę, ale przede wszystkim sposób myślenia mojego bohatera,

doskonale wykształconego prawnika ze Lwowa, miasta, w którym być nudnym człowiekiem po prostu nie uchodziło. Jakub Stern to błyskotliwy dziennikarz, który zajmuje się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Gra w skojarzenia jest dla niego naturalna. Myślę, że poprzez taki sposób obrazowania czytelnik wchodzi do aberracyjnego świata, w którym mało znaczące sytuacje nabierają wymiaru psychodelicznego. Zanim czytelnik zostanie wciągnięty do  mrocznego lasu, znajduje się w rozpalonym słońcem Lwowie dwudziestolecia międzywojennego. Jak rekonstruuje się taki świat? Wiele lat temu usłyszałem historię o sadyście, znęcającym się w okrutny sposób nad kobietami. Ta opowieść wbiła się we mnie jak drzazga. Zdałem sobie w końcu sprawę, że jeśli tej historii komuś nie opowiem, nie dam początku i zakończenia, to będę z tym bólem żył. Napisałem więc


LITERATURA

powieść rozgrywającą się na Kresach przedwojennej Polski. To przyniosło mi ulgę. Jakub Stern jest gwiazdą tamtejszego dziennikarstwa. Inspirował się pan wycinkami z ówczesnej prasy? Stworzyłem redakcję „Kuriera Lwowskiego”, który po 1936 roku już się nie ukazywał. Inspirował mnie „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. Sprowadziłem roczniki „IKC” i z zacięciem je wertowałem. Poznałem przedwojenny dziennikarski język, ciekawostki, również te z półświatka: kto z kim zadarł, za co poszedł siedzieć. Chłonąłem treść artykułów i ogłoszeń, jakbym czytał najlepszą powieść. Bez tego historycznego przygotowania nie mógłbym wybrać się do miasta-legendy, którego już nie ma. Balzac i Flaubert mieli zostać prawnikami, Bułhakow był wenerologiem i po trzydziestce rzucił medycynę dla pióra. Pan również zawodowo daleko odbiegł od pisarstwa. Tak, ale kiedy w  latach 70. studiowałem budownictwo na Politechnice Gdańskiej, to był tygiel kultury, przyjeżdżały najlepsze polskie teatry, spotykało się znakomitych pisarzy. Gdańsk był miastem niepokornym, miałem dostęp do „Kultury Paryskiej”, pism wolnościowych z powielaczy, współ t worzyłem pismo studenckie. Wielkiego zwrotu w mojej świadomości dokonał Dostojewski. W przerwie między obliczeniami i  kreśleniem projektów czy tałem „Zbrodnię i Karę” w oryginale, pisma Sartre’a. Takim byłem typem! (śmiech) Po trzech latach zerwałem z uczelnią i zamierzałem przenieść się na fi lozofi ę do Poznania, ale po  rozmowie z  rodzicami wróciłem na  budownic t wo. Wkrótce założyłem rodzinę, a na pytania filozoficzne musiałem sobie sam odpowiedzieć. I jest pan pewnie jednym z niewielu inżynierów z nagrodą literacką. Agatha Christie w czasie wojny pracowała jako technik farmacji, co znalazło odbicie w jej kryminałach. U pana jest podobnie? Widzę pewną analogię: moja żona jest farmaceutką (śmiech) i jej praca mnie inspiruje. Ale zawsze staram się pisać w taki sposób, żeby była to wyprawa w nieznane. Odwiedziłem przedwojenny Lwów, ta wyprawa pochłonęła mi pięć lat życia. Właśnie oddałem do wydawnictwa kolejny, piąty tom przygód Jakuba Sterna. W jakich okolicznościach wpada pan na pomysł „kto zabił”? To jest najtrudniejsze pytanie, choć wydaje się najprostsze. Chodzi o to, żeby tak zagmatwać fabułę, by czytelnik poznał prawdę w ostatnim momencie. Dlatego powieść zaczynam od końcowej sceny, później się cofam. To nie jest pisanie linearne. Budzę się w środku nocy, bo odnajduję odpowiedzi na postawione pytania, wstaję i szybko notuję rozwiązania. Chodzi pan po mrocznych zakątkach miasta w poszukiwaniu inspiracji? Tak, np. powieść „Testament Schlichtingera” pozwoliła mi poznać Olsztyn z 1914 roku. To była wyprawa do szpitala dla psychicznie chor ych w  Kortowie. Pisałem ją latem, a wydawało mi się, że jest grudzień, Jezioro Kortowskie jest zamarznięte, a ja po nim chodzę… Nawiedzały mnie takie dziwne stany, wszystko było podporządkowane wyobraźni.

Urodził się pan w Ostródzie, od lat mieszka w Olsztynie – aura Warmii i Mazur wisi w powieściowym Lwowie lub lesie? Na pewno. Dużo wędruję po lasach, w okolicach Olsztyna chodzę śladami wilków, wybieram stare, zapomniane drogi. Warmia i Mazury to urocza kraina. Przed powstaniem powieści „Foresta Umbra” byłem w tytułowym lesie. Wysiedliśmy z samochodu i zaatakowały nas muchy, tysiące! Jakby chciały nas pożreć. Opisałem to przerażające miejsce. Inne fragmenty dyktowałem żonie, gdy płynęliśmy kajakiem na Litwie. Powieść to swego rodzaju patchwork utkany z fikcji i prawdy. À propos, przyniosłem powieść Marka Krajewskiego „Rzeki Hadesu”. Marek, jako człowiek z zasadami, zapytał mnie, czy zgodzę się, by przeniósł swego literackiego bohatera do Lwowa. Zgodziłem się, ale postawiłem warunek: Popielski musi napić się ze Sternem piwa! I tak też się stało. Odwzajemniłem się i bohater Marka występuje u mnie w „Akuszerze śmierci”. To mrugnięcie w stronę czytelnika. Cały wywiad do przeczytania na www.madeinwm.pl Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama, obraz: Michał Bartoszewicz Paweł Jaszczuk – pisarz, krytyk literacki, inżynier budownictwa i pasjonat filozofii. Urodził się w Ostródzie, mieszka w Olsztynie. Zadebiutował szkicem literackim na  łamach miesięcznika „Warmia i  Mazury”. Jest członkiem Związku Literatów Polskich, autorem dziesięciu powieści, dramatów i opowiadań. Podczas II Festiwalu Kryminału w Krakowie otrzymał prestiżową nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polskojęzyczną książkę kryminalną 2004 roku – „Foresta Umbra”, otwierającą cykl o Jakubie Sternie.

PARTNERZY CYKLU „BEZ TYTUŁU”

Pisarzy gościmy w Restauracji Lumaca, miejscu dla gości potrafiących pogodzić pochłanianie widoków, wysmakowanego designu i  potraw, które można jeść oczami. Przystań żeglarska nad Jeziorem Ukiel w  Olsztynie, ul. Sielska 38A. FB/Restauracja Lumaca Towarzyszy nam kawa z Palarni Kawy Lani Coffee, której idea narodziła się na hawajskiej wyspie Big Island. Warmińsko-mazurska palarnia oraz wysokojakościowe ziarna kaw z różnych części świata, świeżo palonych na zamówienie klienta... Przy takim smaku i aromacie każdy sięgnie po książkę. www.lanicoffee.pl

087


FELIETON

L ATO, PLENER, MUZ YK A ... A GDYBY TAK COFNĄĆ SIĘ DO  CZ ASÓW, KIEDY NA  KONCERTACH NIE  ROBILIŚMY SOBIE SELFIE I  PUBLICZNOŚCI NIE ODGR ADZAŁ OD  SCENY MUR OCHRONIARZY? –  O  ULICZNE WYSTĘPY Z  TĘSKNOTĄ PYTA TOMASZ BIELEWSKI*.

088

Zamarzył mi się festiwal alternatywny, promujący artystów gotowych na bliski kontakt z publicznością. Tworzących w domowym zaciszu, niesponsorowanych przez koncerny. Rzucony Miejskiemu Ośrodkowi Kultury pomysł zaskoczył. Slow Life Music Festival stał się częścią Olsztyńskiego Lata Artystycznego. Oprócz artystów z nurtu szeroko pojętej alternatywy i singer-songwritingu przypomni, że warto w życiu zwolnić. Poza głównymi koncertami, odbywającymi się w Amfiteatrze im. Czesława Niemena, muzycy występują również w otwartej przestrzeni miasta: od parków, przez wąskie uliczki starówki, do innych, równie urokliwych zaułków miasta. Udowadniają, że nie potrzeba wielkich scen, nagłośnienia i efektów, by zagrać świetny koncert. To swoisty ukłon w stronę występów ulicznych (z ang. busking), tak popularnych na całym świecie. Bo czy w odbiorze muzyki na żywo jest coś lepszego od możliwości bliskiego obcowania z artystą, siedząc z nim na jednej ławce i mając go na wyciągnięcie ręki? Chyba tylko możliwość przeniesienia się z nim na koc i kontynuowanie sjesty w piknikowym klimacie. Mamy nadzieję, że taka forma występów zagości tu na stałe – plenerów godnych pozazdroszczenia, klimatycznych kamienic czy podwórek mamy aż nadto. Weźmy tylko przykład z Ani Brody, która na olsztyńskim Zatorzu gra dla sąsiadów, a jej uliczne koncerty na śpiew i cymbały przyciągają coraz więcej gapiów, integrują lokalną społeczność. Na starówce stale widuje się ulicznych grajków. Czasem ktoś przystanie, ale zazwyczaj mijani są z obojętnością. Szkoda nam czasu? Złotówki? Wstydzimy się interakcji? W tłumie pewnie jest raźniej, ale za to jesteśmy widzem anonimowym, nie mamy szans na kontakt z wykonawcą. A chciałoby się czasem wymienić myślami, zrecenzować, przybić „piątkę”.

Wiele lokali nie organizuje występów na żywo, a te, które zar yzykują, dokładają do  interesu. Ale z  drugiej strony są na rynku dziesiątki artystów, którzy wręcz palą się do zaprezentowania swojej twórczości. Ich zarobkiem jest satysfakcja i uprawianie pasji. Wśród nich nierzadko kryją się perełki, wyłowione właśnie dlatego, że ktoś dał im szansę. Niech pokłosiem Slow Life Music Festival będzie większa ilość olsztyńskich buskerów. Po Olsztyńskich Nocach Bluesowych niech częściej wybrzmiewa taka muzyka w lokalach, a jazz nie będzie kojarzony z czymś nudnym, przeznaczonym głownie dla intelektualnej niszy. Czy naprawdę potrzebujemy aktualizowanych co chwila statusów na Facebooku, selfie spod sceny, dziesiątek hashtagów i lajków? Tak szczerze: ile razy wróciliśmy do tych zdjęć i filmików robionych telefonem? Może warto w pełni skupić się na tym, co chcą przekazać nam artyści. Posłuchać tekstów piosenek, wsłuchać się w dźwięki, postarać się wyłapać drobne smaczki w tle, zwrócić uwagę na otoczenie, ludzi wokół nas, ich emocje. Nie będziemy już mieli okazji przeżyć drugi takiego samego koncertu, więc zamiast zapisywać wszystko na kartach pamięci, po prostu zachowajmy te chwile w środku siebie. Fryderyk Nietzsche napisał kiedyś, że życie bez muzyki byłoby pomyłką. Układajmy zatem nasz życiowy soundtrack nie tylko ze smakiem, ale z naciskiem na „tu i teraz”. * Tomasz Bielewski – giżycczanin zamieszkały w Olsztynie, twórca bloga Brodata Muzyka (brodatamuzyka.blogspot.com). Miłośnik natury i fanatyk muzyki. Za niektórymi wykonawcami zjechał pół Europy. Fotografuje i opisuje artystów, recenzuje płyty, łapie chwile.


MADE IN

DAWNO TEMU

089


POZA GALERIĄ

Obraz: Joanna Barchetto

ARTYSTÓW PREZENTUJE:

MISTYKA ŁĄKI I GOOGLE 090

Jarek Gach wszechświat najchętniej odkrywa na warmińskiej łące pod domem. Co nie znaczy, że obce mu są inspiracje z dalekich stron. Niegdyś na Zlocie Przyjaciół Indian poznał nieżyjącego już Sat-Okha, autora książek dla młodzieży, które pochłaniał w dzieciństwie. Zadał mu nurtujące od dawna pytanie: jak Indianie, nie mając odpowiedniego sprzętu, robili otwory w długich cybuchach fajek? Sat-Okh odpowiedział, że robiło się mały otwór na jednym końcu cybucha i umieszczało tam kornika. Potem zawieszało nad ogniskiem, kornikiem do dołu, i… robota szła migiem. Tego typu historie to pożywka dla jego wyobraźni. Rozpoznawalna kreska artysty pojawia się w komiksach i książkach przygodowych, ale też programach telewizyjnych, na okładkach płyt czy w reklamach. – Inspiruje mnie natura, filozofia, mistyka. W komiksie lubię baśń fantasy, zabarwioną delikatnie erotyką, wypełnioną ukrytymi znaczeniami. Nie podejmuję się jedynie tematów umacniających negatywne postawy jak przemoc, wyzysk, nierówności – tłumaczy Jarek. – Choć jestem domatorem

ADRES: POD LASEM. ZAWÓD: RYSOWNIK – WOLNY PTAK. ULUBIONY TEMAT: BAŚŃ FANTASY LEKKO ZABARWIONA EROTYKĄ.

i na Warmii mam wszystko, co mi potrzebne do tworzenia, od dzieciństwa pochłaniam biblioteki, atlasy i encyklopedie. Teraz inspirację czerpię dodatkowo z… Google. Jarosław Gach (ur. 1973) – absolwent Liceum Sztuk Plastycznych w Olsztynie. Tajemnice warsztatu zgłębiał pod okiem malarza Tadeusza Piotrowskiego. Specjalizuje się w rysunku komiksowym i ilustracji książkowej. W dorobku ma również ilustrację prasową, projekty plakatów, rysunki reklamowe i najnowszą okładkę płyty grupy Shannon. Współtworzył dla TVP program kulturalny „Hurtownia Książek” (komiks). Laureat Konwentu Komiksowego w Łodzi (1994). Ilustrował m.in. powieść Stanisława Supłatowicza (Sat-Okh) i Leszka Michalika pt. „Tajemnica Rzeki Bobrów”. W 2010 roku otrzymał nagrodę Fundacji Środowisk Twórczych „Talent Roku” za komiks w gwarze warmińskiej. Tekst: Beata Waś, obraz: archiwum artysty Mecenas projektu: Centrum Doradztwa Europejskiego i Finansowego www.cdef.pl


„Muzeum Warmii i Mazur”

„Biegun” Wyd. Marka Kamińskiego

POZA GALERIĄ

091


FOTORELACJA

– TYM RAZEM GOŚCIMY PAŃSTWA W TEATRZE, BO NIE UKRYWAMY, ŻE ZAINTRYGOWAŁA NAS SZTUKA, KTÓREJ T Y TUŁ LEŻY BARDZO BLISKO NASZEJ DZIAŁALNOŚCI Z AWODOWEJ: „KREDY T” – ELŻBIETA LENDO Z  CENTRUM DORADZTWA FINANSOWEGO I EUROPEJSKIEGO W YJAŚNIŁA ODMIENNĄ SCENERIĘ CYKLU „SPOTK AŃ Z ARTYSTĄ”, KTÓRE – PROMUJĄC W SWOJEJ SIEDZIBIE SZTUKĘ – STAŁY SIĘ JUŻ NIEODŁĄCZNYMI ELEMENTAMI FUNKCJONOWANIA CDEF. NA SCENIE KAMERALNEJ TEATRU IM. S. JARACZA PIOTR MACHALICA W DUECIE Z  PIOTREM BOROWSKIM ZAGRALI SZTUKĘ HISZPAŃSKIEGO DRAMATURGA „KREDYT” (TO WSPÓLNA PRODUKCJA OLSZTYŃSKIEGO TEATRU Z CZĘSTOCHOWSKIM IM. A. MICKIEWICZA, ZAŚ CDEF JEST SPONSOREM SPEKTAKLU). JAK SAM MACHALICA PRZYZNAŁ, PERYPETIE KLIENTA BANKU, STARAJĄCEGO SIĘ O  KREDYT, ORAZ CHŁODNEGO W  K ALKULACJI DYREKTORA TEJŻE PLACÓWKI SĄ NIEMAL WYJĘTE Z JEGO ŻYCIOWEJ SYTUACJI. W SPEKTAKL WPLECIONO JEDNAK PODSZYTĄ EROTYKĄ INTRYGĘ, KTÓRA WŚRÓD PUBLICZNOŚCI PRZEZ CAŁE

Fotorelacja: Arek Stankiewicz

DWA AKTY WYWOŁUJE SALWY ŚMIECHU.

093


PARTY & FOTO

PONIEWAŻ GOLF UWIELBIA PRECYZJĘ, TO AKURAT WYDARZENIE ODNOTUJEMY Z RÓWNĄ STARANNOŚCIĄ. WR AZ Z  JUBILEUSZOWĄ, 10. EDYCJĄ DR IRENA ERIS LADIES’ GOLF CUP, TURNIEJ POWRÓCIŁ DO NATEREK NA POLE MAZURY GOLF & COUNTRY CLUB. W JEDNYM Z NAJWIĘKSZYCH W EUROPIE I NAJBARDZIEJ PRESTIŻOWYCH TURNIEJÓW GOLFOWYCH DLA KOBIET RYWALIZOWAŁO 113 ZAWODNICZEK, CHOĆ JUŻ W 36 GODZIN OD OTWARCIA LIST CHĘTNYCH ZGŁOSIŁO SIĘ AŻ 170. PODCZAS DWÓCH DNI TURNIEJU, 6 I 7 CZERWCA, PANIE ODDAŁY 25 TYS. UDERZEŃ (NAJMNIEJ, TYCH NA WAGĘ ZWYCIĘSTWA – 147 – NALEŻAŁO DO DOROTY ZALEWSKIEJ, 16-LETNIEJ ZAWODNICZKI ZE SZCZECINA). W TE SAME DWA DNI PANIE PRZEMASZEROWAŁY NA POLU GOLFOWYM AŻ TRZY TYS. KM, Z BUTELEK POLAŁO SIĘ 120 LITRÓW SZAMPANA PERRIER-JOUËT (DO WYGRANIA BYŁA JEDYNA W POLSCE DZIEWIĘCIOLITROWA BUTELKA TEGO WYJĄTKOWEGO TRUNKU), A NA KONIEC ROZDANO 15 STATUETEK ZAPROJEKTOWANYCH SPECJALNIE NA TURNIEJ PRZEZ FIRMĘ YES.

Fotorelacja: Marek Darnikowski

094


W DOBRYM TOWARZYSTWIE

obraz: VGP

obraz: archiwum Aura Centrum

LISTA OBECNOŚCI MADE IN

MOŻNA NIGDZIE NIE BYWAĆ, ALE JEŚLI BYWAĆ, TO TAM...

ANIA zaSUV-a!

SIŁA, 11–12 MAJA 2016

ZMALOWAŁY VINTAGE

OLSZTYN, 14 MAJA 2016

Pędzle, farby, wzorniki i suszarki – w taki sprzęt uzbroiło się 15 pań podczas warsztatów vintage, zorganizowanych w Aurze Centrum. Pod dowództwem Justyny Karwackiej-Kielak z Mój Dom Vintage uczestniczki cyklu Aury Kobiet stanęły naprzeciw starych sprzętów, deseczek, szkatułek czy zegarów i rozpoczęły bój o nowy wygląd mebli. Dziecięce stołeczki i wytworne krzesła w żywych, pastelowych kolorach ekologicznych farb, tabliczki z napisami oddającymi ducha domu, do którego trafią, kreatywne rozwiązania, orientalne wzory i retro estetyka oraz zaangażowanie warsztatowiczek zrobiły swoje – trudno znaleźć ładniejsze pole bitewne.

META DLA TWARDZIELI

TRAFIĆ ZA PIERWSZYM RAZEM

Na tym biegu spotka cię wszystko, co najgorsze. Znienawidzisz za to organizatorów, prawdopodobnie wykończony padniesz na mecie, a mimo to ponad pół tys. osób zasmakowało tego. Speed Cross Race to zawody, które mierzą, czy jesteś odporny na… wszystko. Ten ekstremalny bieg to nie tylko rywalizacja w błocie, wodzie i między drutami kolczastymi, ale też i ścisła współpraca z rywalem biegnącym obok. Bez niej nie pokonacie wielu przeszkód. Zawodnicy startowali w dwóch kategoriach: Master (14 km), do którego zgłosiło się więcej chętnych (wygrał Mateusz Krawiecki – 1 h 43 min) oraz Challenger (6 km, wygrał Jacek Cabaj – 40 min. 23 s).

Mistrzowskiej klasy pole golfowe w Naterkach doczekało się i mistrzowskiej klasy obiektów. Nawiązujący do warmińskiego stylu dom klubowy wtapia się w pola Mazury Golf & Country Club. Z tarasów zmysł wzorku można delektować panoramą, zaś zmysł smaku poddać kucharzowi restauracji „Hole in One”, co w języku golfistów oznacza coś bardzo pożądanego – trafić w dołek jednym uderzeniem. Powstało multifunkcyjne miejsce dedykowane nie tylko graczom (50 miejsc noclegowych, wkrótce sala konferencyjna, całoroczny symulator golfa), ale i tym, którzy w pięknej scenerii chcą spędzić czas. Inauguracji towarzyszył turniej Inter Parts Grand Prix I w którym zagrało 80 golfistów.

obraz: Kuba Chmielewski

obraz: Radosław Walaugo

Na polską premierę najnowszego SUV-a Volkswagen wybrał scenerię półwyspu na jeziorze Wulpińskim – Hotel Marina Golf Club w Sile. Nic dziwnego – już pierwsze spojrzenie na Tiguana budzi skojarzenia z rekreacją na wysokim poziomie. Wzorem innych nowości VW, Tiguan wprowadza w świat zaawansowanej technologii – np. sam potrafi zaparkować w luce, tyłem, z podpiętą przyczepą, co sprawdziliśmy przy hotelowym molo. Choć najnowszemu Volkswagenowi trudno będzie znaleźć konkurencję, marketingowcom marki udało się to przynajmniej na jeden wieczór. Drugą gwiazdą premiery była bowiem Ania Dąbrowska, która z muzykami na scenie wyzwoliła najlepsze bity.

OLSZTYN, 14 MAJA 2016

NATERKI, 21 MAJA 2016

095


obraz: Piotr Ratuszyński

Obraz: Robert Kobylinski Photography

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

PIĘKNA MONIKA

SUŁOWO, 27 MAJA 2016

Nie każdy może być na konkursie chopinowskim, ale każdy może posłuchać muzyki Chopina w wykonaniu uczestników tegoż konkursu. Pałac Pacółtowo stał się letnią mekką dla wielbicieli twórczości wielkiego kompozytora. W kameralnym salonie, a jeśli pogoda pozwoli, to siedząc w pałacowych ogrodach, rozbrzmiewają tu w weekendy Recitale Chopinowskie. W ten ostatni majowy wrażeń dostarczył Łukasz Krupiński, półfinalista ubiegłorocznego konkursu chopinowskiego. Oprawą i słowem towarzyszącym wprowadza w świat nokturnów, mazurków i polonezów Jan Popis, jeden z najwybitniejszych znawców muzyki Chopina, komentator Międzynarodowych Konkursów Pianistycznych im. F. Chopina.

obraz: Paweł Koziński

obraz: Arek Stankiewicz

Wywalczyła koronę najpiękniejszej dziewczyny w regionie, Volkswagena Up!, ufundowanego przez Auto Wimar Warmia oraz kwalifikację do finału wyborów Miss Polski 2016. Monika Ciołkowska, blond piękność z Olsztyna, ma dobrą passę. W maju w Dworku Romanowskim w Sułowie pod Bisztynkiem pokonała 17 innych kandydatek w  konkursie regionalnym Miss Warmii i Mazur 2016. A podczas czerwcowego ćwierćfi nału Miss Polski zakwalifi kowała się do dalszego etapu konkursu. Trzymamy kciuki za finał, który odbędzie się w grudniu w Krynicy Zdrój.

MAZURKI W PAŁACU

PACÓŁTOWO, 28–29 MAJA 2016

096

PARYŻ POD BELKĄ

NIDZICA, 10 CZERWCA 2016

To był wernisaż, który przerodził się w paryski wieczór. Galeria pod Belką w nidzickim zamku gościła wystawę „Mon Chéri Paris” pochodzącej z Nidzicy Justyny Radzymińskiej, zawodowo specjalizującej się w fotografii portretowej. Zdjęcia udowodniły, że na słynne miejsca Paryża można jeszcze spojrzeć w odmienny sposób. A sama fotografka udowodniła, że i wernisaż może być inny. Quizz wiedzy o Paryżu rozkręcił gości, a kiedy popakowali nagrody, rozpoczęły się tańce w rytm francuskiej muzyki na żywo (z tekstami w polskiej interpretacji Bogusi Szpandowskiej i Jagody Łubińskiej oraz muzykami z Niezależnej Formacji Artystycznej).

MOC TO NIE WSZYSTKO

OLSZTYN, 11–12 CZERWCA 2016

Zwykle takie imprezy opisuje się zapachem palonej gumy i porykujących silników. Przełamiemy ten schemat, bo i organizatorzy tegorocznej edycji Night Power przełamali schematy. Jeśli wisienką na torcie były nocne wyścigi na 1/8 mili na ul. Sikorskiego, to cały tort czekał na dachu Galerii Warmińskiej. Nigdzie indziej nie można było zobaczyć drifterów wyjeżdżających z niższego piętra parkingu. Reszta dachu była przesiąknięta motoryzacją z różnymi porcjami emocji: od cywilnych nowości po kres fantazji. Na stoisku V-tech można było np. zobaczyć pierwsze w kraju auto oklejone folią… zamszową. Kto był, ten widział, że zamiast polerki, wymagało szczotkowania.


obraz: Arkadiusz Dziczek

obraz: www.grandslam.pzps.pl

W DOBRYM TOWARZYSTWIE

TRZECI ZAWODNIK: PUBLICZNOŚĆ

PIĘKNO I SPRYT DAWNYCH PRUS

5100 miejsc czekało na kibiców na trybunach czterech boisk turnieju FIVB Beach Volleyball World Tour Warmia Mazury Grand Slam Olsztyn 2016. Mówiąc o ciekawych liczbach, warto przytoczyć też sumy, które trafiły na konta zwycięskich par w olsztyńskim turnieju. Zarówno Łotysze Aleksandrs Samoilovs i Janis Smedins, jak i Niemki Laura Ludwig i Kira Walkenhorst wchodząc na najwyższy stopień podium, podnosili czek na kwotę 57 tys. dolarów. Niestety, nawet na niższych stopniach zabrakło Polaków. Nie brakowało ich natomiast na trybunach. W czasie całego turnieju przez trybuny przewinęło się łącznie ponad 57 tys. kibiców.

W Noc Kupały dzieją się cuda. W  Dźwierzutach uczestnicy I Festiwalu Kultury Słowiańskiej i Pruskiej świętowali zgodnie z dawną tradycją i współczesnymi zwyczajami. Festiwal rozpoczął się biegiem o Złotą Babę Dźwierzucką, czyli ręcznie wyrzeźbioną figurę Baby Pruskiej. Przybyli Słowianie i Prusacy mogli wziąć udział w otwartych warsztatach garncarskich, kuśnierskich, czerpania papieru czy robienia laleczek z gałganków i dopingować sołeckich kucharzy w boju o najsmaczniejszą potrawę według starych przepisów, jak np. zupa chlebowa czy polewka z lebiody. Wybrano też najpiękniejszą i jednocześnie najsprytniejszą Słowiankę i Prusinkę oraz najdzielniejszego woja.

SELFIE NA JACHCIE

BABCIA, KAPEĆ I PIERWSZY NORWEG

DŹWIERZUTY, 25 CZERWCA 2016

obraz: archiwum organizatora

obraz: Łukasz Pączkowski / www.off-roadsport.pl

OLSZTYN, 14–19 CZERWCA 2016

OLSZTYN, 24–26 CZERWCA 2016

Dla jednych motorówka, dla innych biżuteria z mot y wem żeglarskim. Choć podczas drugiej edycji Targów Sportów Wodnych Olsztyn Water Expo więcej było oglądających niż kupujących, organizatorzy planują już trzecią edycję. Na Słonecznej Polanie w czerwcowy weekend pojawiło się ponad 20 wystawców z całego kraju. Można było kupić lub jedynie zrobić selfie przy jachtach, łodziach motorowych, katamaranach czy poznać nowinki ze świata skuterów wodnych, windsurfingu i kajaków. Na jeziorze regaty Olsztyn Water Expo Sailing Cup i  akrobacje na fl yboardzie (na zdjęciu), na brzegu – pokazy tańca. Słowem: atrakcje na mokro i sucho.

MIKOŁAJKI, 30 CZERWCA – 3 LIPCA 2016

O nieprzewidywalności motorsportu po raz kolejny przekonali się kibice siódmej eliminacji mistrzostw świata w rajdach, której bazą tradycyjnie były Mikołajki. Niemal cały rajd prowadził Estończyk Ott Tänak. Pierwszego w życiu zwycięstwa w WRC pozbawiła go przebita opona na przedostatnim oesie. Wygrali Norwegowie Andreas Mikkelsen/Jaerega Andersa w VW Polo R WRC. W Rajdzie Polski mieliśmy piękny olsztyński akcent – z numerem 0, a więc bezpośrednio przed pierwszym zawodnikiem, oesy otwierał Krzysztof Hołowczyc pilotowany przez Macieja Wisławskiego. Ten kultowy duet pojechał równie kultową rajdówką – klasycznym Subaru Imprezą, zwanym przez kibiców „Hołka” babcią.

097


098


Made in / nr 18 / lipiec-sierpień / 2016  
Made in / nr 18 / lipiec-sierpień / 2016  

MADE IN. Warmia & Mazury to jedyny w regionie, wysokiej jakości bezpłatny lifestylowy magazyn o biznesie, modzie, kulturze, ciekawych ludzia...

Advertisement