Page 54

Historia 54 mogła. – Zawiązywał się swoisty sojusz robotniczo-chłopski, zwłaszcza we wtorki i piątki. Z upływem spożytych trunków sojusz ten jednak często się rozluźniał. Wtedy wkraczała milicja i rozwiązywała barową koalicję – wspomina znawca Bonanzy. O gościach tegoż lokalu napisał redaktor Zbigniew Nosal w reportażu na łamach „Przemian” w 1977 r. Weszliśmy pierwsi do knajpy zwanej przez bywalców Bonanzą: pan w skórzanej czapce, który ryż ze śmietaną uznał za śniadanie dla chorych, po czym zamówił pomidorową z makaronem, wasz wcale nie głodny reporter mający się wkrótce uraczyć wzmocnioną dla smaku i niepoznaki herbatką. Zaraz za nami zjawił się trzeci gość, poprosił w bufecie o mandarynkę, zapukał w szybę do czekających na zewnątrz kumpli. Przyszli z butelkami piwa w rękach, usiedli przy sąsiednim stoliku i za chwilę wyciągnęli skądś dyskretnie flaszkę po wodzie mineralnej z jakimś przezroczystym, bardzo chyba gryzącym płynem, bo krzywili się po nim, przepijając piwem prosto z butelek. Zaczęło się....

Kulinarne hity i gastronomiczne pomysły Kieleckie lokale znane były oczywiście z serwowanych dań. Ich bywalcy zgadzają się raczej, że najlepsze jedzenie podawano w Jodłowej, a kotlet pana Michała w wykonaniu tamtejszej kuchni był ponoć niezrównany. Sztandarowe danie Winnicy to z kolei słynne żarkoje, czyli mięsny gulasz podawany w glinianym naczyniu przykrytym zapieczonym ciastem chlebowym. Do Czardasza chodziło się na placek po węgiersku. Potrawę tę przyrządzano także w wielu kieleckich domach. Receptura może niezbyt skomplikowana, ale, mimo wielu starań – co niejednokrotnie słyszałem i znam także z własnych doświadczeń – te domowe placki jakoś nie wychodziły tak, jak w Czardaszu. Były smaczne, ale jednak czegoś tam brakowało… Jakiegoś drobiazgu… Może klimatu restauracji przy ówczesnym placu Obrońców? W barze Krakowskim furorę robiła galareta, czyli popularna meduza. Stąd wiadomo było, że w Kielcach na „setę i galaretę” najlepiej wybrać się właśnie tam. U Malarskiego wyjątkowo znakomite były ponoć cynaderki oraz sztuka mięsa w sosie musztardowym. Restauracyjnym hitem sprzed kilku dekad stał się śledź po japońsku. Miał zapewne tyle wspólnego z Japonią, co ryba po grecku z Grecją, ale cieszył się (i cieszy nadal) dużym powodzeniem jako świetna zakąska. Typowym dla PRL-u zwyczajem był obowiązek podania zakąski do wódki. Bez tego ani rusz. Rzecz jasna, nie wszyscy chcieli jeść na siłę kolejne porcje śledzika czy jajka na twardo. Szybko więc powstała instytucja tak zwanej zakąski przechodniej, w nienaruszonej formie sprzedawanej następnym klientom. Przepisom stawało się zadość. Poziom restauracji, barów czy kawiarni był oceniany nie tylko przez bywalców. Czasem sprawdzali to służbowo kieleccy dziennikarze (którzy oczywiście także bywali i temat doskonale znali). Odpowiedzi na pytanie, jak przedstawiała się kielecka gastronomia w przeddzień wakacji 1965 r., szukał redaktor „Słowa Ludu”. Warto przytoczyć jego relację z wędrówki po kilku popularnych lokalach. „Źródłowa” – bufet pusty i nieczynny. Specjalnością zakładu są placki ziemniaczane, ale niestety konsument musi obejść się smakiem, bowiem ich nie otrzyma. Jak oznajmiła sama szefowa kuchni, w „Źródłowej” brak ziemniaków. Jedna kelnerka do południa to stanowczo za mało. Konsumenci muszą długo czekać na podanie potrawy. W „Rybnej” jak zwykle bufet obficie zaopatrzony, a i z kuchni można było dostać różnorakie potrawy. „Kolorowa” ma przyjemną, miłą obsługę, ale za to nie ma ciastek. W kawiarni nie ma ciastek? Komentarz chyba zbyteczny. Dla odmiany w „Bristolu” kuchnia była nieczynna. Coś tam nawaliło. Na szczęście, jak informuje kierownictwo zakładu, awaria ma być szybko usunięta. Najlepiej w naszym rajdzie wypadła „Jodłowa”, w której jadłospis obejmował S I E RP I E Ń / W RZ E S I E Ń 2018

wiele potraw i – co najważniejsze – wszystkie można było otrzymać. Jak wiadomo, „Jodłowa” cieszy się dużym powodzeniem także gości zagranicznych. W „Świętokrzyskiej” jadłospis urozmaicony, ale pieprzu na przykład nie można otrzymać, bo… receptura nie przewiduje. Konsument zwrócił się do kelnera o podanie mu pieprzu. Kelner grzecznie oznajmił, że tego rarytasu w „Świętokrzyskiej” nie ma. Kiedy gość dowiedział się w kuchni, że pieprz jest, ponownie prosił kelnera o podanie. Niestety, nie otrzymał, bowiem w recepturze pieprz jako dodatek nie figuruje”. Dziennikarz-konsument tu pochwalił, tam zganił. Na koniec podkreślił jednak, że ogólnie w lokalach się poprawiło: napoje np. można otrzymać z lodu, w umywalniach są ręczniki, zakłady dysponują szerokim asortymentem potraw. I tu łyżka dziegciu, bo jednak – zdaniem redaktora – jakość tych potraw i obsługa w niektórych lokalach budzą poważne zastrzeżenia. Ale na koniec udzielił dobrej rady: więcej niż dotychczas zakłady gastronomiczne winny wprowadzać tzw. zup sezonowych: koperkowych, owocowych, chłodników, więcej jarzyn i owoców. Czasy minione to także czasy racjonalizatorskich pomysłów, odgórnie wprowadzanych przez władze. Na gastronomiczne bolączki receptą miały być serwowane tzw. obiady domowe lub dania firmowe. Koncepcję ową sprawdzał reporter „Echa Dnia” na początku 1976 r. Kielecka gastronomia wciąż nie może wybrnąć z trwającego permanentnie kryzysu. Podstawowy zarzut: restauracje nie są nastawione na żywienie. Serwuje się dania drogie, mało urozmaicone. Próbą przełamania złych tradycji miało być wprowadzenie, zgodnie z centralnymi zaleceniami, tzw. obiadów domowych – czytamy. Dziennikarz odwiedził w porze obiadowej kilka kieleckich lokali. „Świętokrzyska”, jeden z trzech zakładów gastronomicznych, gdzie wprowadzono obiady domowe, zamknięta z powodu dezynfekcji. „Łysogórska” nie sprzedaje w porze obiadowej alkoholu, ale i tak nie zachęca do wejścia. Zimno, ściany brudne. W karcie cztery zestawy dań. Jedyna zmiana w stosunku do okresu poprzedniego to zmniejszenie wyboru potraw i pogrupowanie ich w zestawy. Jak ocenia kierownik, od wprowadzenia obiadów domowych znacznie zmniejszyła się frekwencja. Podobną opinię ma kierowniczka baru „Mikrus”, gdzie obroty zmalały „dzięki” obiadom domowym. W karcie cztery zestawy, w tym „dyżurny” przez cały dzień kurczak. W pozostałych restauracjach uwzględnia się w karcie dania tzw. firmowe. Bonifikata waha się od 10 proc. np. w „Rybnej” czy „Centralnej” do 20 proc. w „Jodłowej”. Zestawy dobrane są w sposób niezbyt ciekawy, zdarza się zresztą, że są w karcie dania tańsze niż w tych „ulgowych” zestawach”. Redaktor „Echa Dnia” był nieco rozgoryczony. Cóż, gastronomia odzwyczaiła nas, że do restauracji idzie się po prostu na obiad. Kierunek ten zresztą zdaje się umacniać – kończył swój reporterski zwiad. Racjonalizacja w PRL-owskim wykonaniu jakoś zbyt często wychodziła na opak. Nie sposób opisać pokrótce wszystkich kieleckich lokali, które przez kilka dekad cieszyły się większą lub mniejszą estymą konsumentów. To zdecydowanie temat na solidną książkę. Nie sposób także pogodzić kulinarno-towarzyskie opinie wszystkich bywalców restauracji, barów czy zwyczajnych mordowni. Jak twierdzi jeden z mych rozmówców: – Knajpy są jak kobiety. Trzeba ich wiele poznać, by wybrać tę najlepszą… ■

Za nieocenioną pomoc dziękuję bywalcom dawnych kieleckich lokali: Ryszardowi Harasimowiczowi i Ryszardowi Mikurdzie. W tekście wykorzystałem też artykuły z archiwalnych numerów kieleckiej prasy. Cenne były również opowieści zasłyszane podczas Głośnego Czytania Nocą poświęconego kieleckim knajpom, zorganizowanego niegdyś w Antykwariacie Naukowym Andrzeja Metzgera.

Made in Świętokrzyskie #12  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Made in Świętokrzyskie #12  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Advertisement