Page 43

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

43

Bielińscy odsłaniają kurtynę tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Mateusz Wolski

Przed premierą zazwyczaj bywają histeryczni, choć próbują – niestety mało skutecznie – w odpowiednim momencie zamykać drzwi teatru i nie przenosić sceny do domu. Ale prawda jest taka, że aktor rzadko kiedy wychodzi z pracy – czy to na spacerze z psem, czy to podczas jazdy samochodem – jego myśli wciąż krążą wokół roli, nad którą właśnie pracuje.

Próbowałam trochę ich na siebie napuścić. Może jakaś mała kłótnia, może trochę narzekania, że tak trudno żyć dwóm artystom pod jednym dachem i że bywają zmęczeni sobą. Trochę pikanterii przecież nigdy nie zaszkodzi, przeciwnie – artykuł będzie ciekawszy. Nic z tego. Wyglądają na ludzi, którym nieustająco, mimo upływu lat, wciąż ze sobą jest dobrze. Miłość? Z pewnością. Przyjaźń? Bez dwóch zdań.

Duet w życiu i na scenie

Choć to nie jest proste zadanie, Teresie i Mirosławowi Bielińskim się udało. Aktorska para stworzyła jedyny w swoim rodzaju duet – na scenie i w życiu. Ulubieńcy kieleckiej publiczności zagrali wspólnie w ponad 50 sztukach i wciąż spragnieni są wspólnej, twórczej pracy, o czym świadczy powołane przez nich Stowarzyszenie Teatr TeTaTeT. Scena – z założenia komediowa – ma już za sobą pierwszą premierę – sztukę „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliota. To druga w Polsce inscenizacja tej zabawnej, choć nieco gorzkiej, historii o czterech przyjaciółkach „na śmierć i życie”, z których jedna odchodzi na zawsze. Z zaświatów próbuje nieco sterować życiem swoich kumpelek od brydża i uzmysłowić im, co w życiu jest najważniejsze. Zasłużony aplauz publiczności, spragnionej dobrej rozrywki, dodał Bielińskim skrzydeł. Aktorzy nie kryją, że tworząc prywatny teatr, rzucili się na głęboką wodę. Szczęśliwie nie utonęli. O stworzeniu własnej, autorskiej sceny aktorska para myślała od dawna. Ale wciąż brakowało czasu, by ten pomysł zrealizować. W Teatrze im. Stefana Żeromskiego spędzali całe dnie, dzieci były małe, nie wystarczało godzin na sprostanie wszystkim obowiązkom… Ale gdy ich pociechy – Maria i Maciej – dorosły i rozpoczęły życie na własny rachunek, wolnych chwil nieco przybyło i Mirosław z Teresą wrócili do pomysłu sprzed lat. Zmobilizowali ich też przyjaciele, a zachętą do podjęcia ryzyka były doświadczenia kolegów z Rzeszowa, którzy od kilku lat prowadzą prywatną scenę. Zarejestrowali stowarzyszenie, zakasali rękawy, uzbroili się w dużą dawkę optymizmu i uporu. Ruszyli do przodu. Zamysł był prosty – chcieli stworzyć teatr grający komedie, bo jak mówią, ludzie – zmęczeni swoimi codziennymi problemami – potrzebują dobrej rozrywki. Chcą teatru, który dostarczy im sporej dawki śmiechu i wzruszeń.

Dorównać Molierowi

– Gdybym był smutasem, to z pewnością nie chciałbym robić komedii – mówi Mirosław Bieliński. Aktor lubi, gdy ludzie są uśmiechnięci i szczęś-

liwi, choć przyznaje, że praca nad takim repertuarem jest trudna i bardzo wymagająca. Podczas prób człowiekowi niekoniecznie jest do śmiechu, bo skonstruowanie dobrze skrojonej komedii to – cytując za Churchillem – krew, znój, łzy i pot. Na szczęście tylko podczas prób, bo potem już ma być lekko i zabawnie. Mirosław Bieliński coś wie na ten temat, wyreżyserował w kieleckim teatrze trzy komedie: „Kpiny i kpinki”, „Hotelowe manewry” i „Wrócę przed północą”. Wie, że w takim lekkim repertuarze wszystko musi być dopracowane do najmniejszego szczegółu, gestu czy słowa. Na początku jednak musi być dobry tekst – inteligentny, z błyskotliwymi dialogami, pomysłową intrygą i zaskakującą pointą. Podczas prób twórcom towarzyszy jednak zawsze niepewność – czy to, co ich bawi, rozśmieszy również publiczność? Odpowiedź na to pytanie przychodzi niestety dopiero podczas premiery. – Niedościgniony mistrzem komedii był oczywiście Molier – dodaje aktor. – Jeśli reżyser i aktorzy nie spłaszczą tekstu i nie będą przy nim za bardzo kombinować, to wszystko powinno się udać. Mirek Bieliński przywołuje wielokrotnie wystawianą na scenach całego świata, kultową już farsę „Mayday” Raya Cooneya. Dramaturg miał taki zwyczaj, że zanim dopuszczał swoje sztuki do oficjalnych premier, jeździł z nimi po całej Anglii, obserwował reakcje publiczności i po każdym spektaklu robił poprawki. Dopiero po stu przedstawieniach odbywała się premiera w Londynie.

Partytura na pięć postaci

Na debiut swojego teatru TeTaTeT aktorskie małżeństwo wybrało sztukę „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliota. Mirek zajął się reżyserią, Teresa zagrała jedną z ról. Towarzyszą im: Beata Pszeniczna, Ewa Pająk, Wiktoria Kulaszewska, Magdalena Daniel, Andrzej Plata i Adrian Wajda. – To świetnie rozpisana na pięć postaci partytura – trzy kobiety w wieku 50+ i dwoje młodych ludzi, którzy sprawiają wrażenie nieprzystosowanych do życia we współczesnym świecie – mówi Teresa Bielińska. Dodaje, że w sztuce urzekło ją to, iż jest to pełna wzruszeń i zaskoczeń opowieść o przyjaźni silniejszej niż śmierć. Trzy przyjaciółki – Connie, Milli i Lena próbują pogodzić się ze stratą tej czwartej, której nieobecność burzy ich dotychczasowy rytm życia. Tymczasem… No właśnie, więcej nie zdradzimy, bowiem komedia ma widza zaskoczyć. Streszczenia więc nie będzie, trzeba po prostu iść do teatru. Jak zapowiadają Bielińscy – po sukcesie frekwencyjnym przedstawień granych w maju i czerwcu w Centrum Biznesu w Kielcach – do

Made in Świętokrzyskie #12  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Made in Świętokrzyskie #12  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Advertisement