Page 1

Andrzej Piaseczny / Zbuntowany? A w życiu!

#7

ISSN 2451-408X

magazyn bezpłatny


KIELCE I OKOLICE: Instytucje: »» Instytut Dizajnu w Kielcach (ul. Zamkowa 3) »» Dom Środowisk Twórczych (ul. Zamkowa 5)

madeinswietokrzyskie.pl

Biura podróży:

»» Fit Mania. Fitness klub (os. na Stoku 72K)

»» Agencja Turystyczno-Usługowa Gold Tour (pl. Wolności 3)

»» Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE (ul. Żeromskiego 15/2)

»» Centrum Last Minute (ul. Kościuszki 24)

»» Vita. Salon odnowy biologicznej i rehabilitacji. Kosmetyka (ul. Jagiellońska 69)

REGION:

»» Kieleckie Centrum Kultury (pl. Moniuszki 2B)

»» Centrum Medyczne Omega (Galeria Echo ul. Świętokrzyska 20)

Bodzentyn:

»» Kielecki Teatr Tańca:

»» Centrum Medyczne Omega (ul. Jagiellońska 70)

»» Muzeum Narodowe w Kielcach – Dawny Pałac Biskupów Krakowskich (pl. Zamkowy 1)

• Impresariat (pl. Moniuszki 2B)

»» Centrum Medyczne Omega (ul. Szajnowicza 13E)

• Szkoła Tańca KTT (pl. Konstytucji 3 Maja 3)

»» Świętokrzyski Park Narodowy (siedziba Dyrekcji, ul. Suchedniowska 4)

»» CH Pasaż Świętokrzyski (ul. Massalskiego 3)

Busko Zdrój:

»» Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (ul. Sienkiewicza 32)

»» Rodzinny Gabinet Kosmetyki Estetycznej „My Clinic” (ul. Przecznica 4/2)

»» Hotel Słoneczny Zdrój Medical Spa & Wellness (ul. Bohaterów Warszawy 115)

»» Biuro Wystaw Artystycznych (ul. Kapitulna 2)

»» Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego „Empatia” (ul. Turystyczna 11, lok. C)

»» Hotel Bristol (ul. 1 Maja 1)

»» Pracownia Rezonansu Magnetycznego „Rezonans” (ul. Zagnańska 77)

»» Recepcja Szpitala Górka (ul. Starkiewicza 1)

»» „Oaza Zdrowia” Agroturystyka i Zielarnia (Huta Szklana 18)

»» Recepcja Sanatorium Marconi (Park Zdrowy)

»» Filharmonia Świętokrzyska (ul. Żeromskiego 12) »» Wojewódzka Biblioteka Publiczna (ul. ks. Ściegiennego 13) »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Dworek Laszczyków w Kielcach (ul. Jana Pawła II 6) »» Wojewódzki Dom Kultury (ul. ks. Ściegiennego 2)

Gdzie znajdziecie „Made in Świętokrzyskie”?

»» Centrum Medyczne VISUS (ul. gen. Sikorskiego 14)

»» Salon Kosmetyczny Trychologia Estetica (ul. Chopina 18)

»» Kielecki Park Technologiczny (ul. Olszewskiego 6)

Restauracje/kluby/kawiarnie:

»» Regionalne Centrum Informacji Turystycznej (ul. Sienkiewicza 29)

»» Bistro/Restauracja Zielnik Kielecki (ul. Głowackiego 1)

»» Świętokrzyski Urząd Wojewódzki (al. IX Wieków Kielc 3) »» Pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni »» Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne w Podzamczu »» Gminna Biblioteka Publiczna w Samsonowie »» Gminna Biblioteka Publiczna w Miedzianej Górze »» Świętokrzyski Urząd Marszałkowski (al. IX Wieków Kielc 3)

»» Restauracja Kielecka (pl. Wolności 1)

»» Piekarnia pod Telegrafem (ul. Wojska Polskiego 34) »» Czytelnia Szpitala Krystyna (ul. Rzewuskiego 3) »» Recepcja Sanatorium Mikołaj (ul. 1 Maja 3) Chroberz: »» Ośrodek Dziedzictwa Kulturowego i Tradycji Rolnej Ponidzia (ul. Parkowa 14)

»» BÓ Burgers & Fries (ul. Leśna 18)

Jędrzejów:

»» Backstage Restaurant & Bar (ul. Żeromskiego 12)

»» Ubezpieczenia Plus Bronisław Osajda (ul. Głowackiego 3)

»» Bistro Pani Naleśnik (ul. Słowackiego 4) »» Czerwony Fortepian (ul. Bodzentyńska 10)

Kotlice (gm. Chmielnik)

»» Choco Obsession (ul. Leonarda 15)

»» Seart Meble z Drewna (Kotlice 103)

»» Si Señor (ul. Kozia 3/1) »» Calimero Café (ul. Solna 4A) »» MaxiPizza (ul. Słoneczna 1)

Malice Kościelne (gm. Lipnik n/Opatówką) »» Terra Winnica Smaku (Malice Kościelne 22)

Uczelnie:

»» Bohomass Lab (ul. Kapitulna 4)

»» Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach (Rektorat, ul. Żeromskiego 5)

Ostrowiec Świętokrzyski:

»» AleBabeczka Cukiernia (ul. Leonarda 11)

»» Miejskie Centrum Kultury (al. 3 Maja 6)

»» Pieprz i Bazylia (Plac Wolności 1)

»» Kino Etiuda (al. 3 Maja 6)

Firmy:

»» Galeria BWA (al. 3 Maja 6)

»» Politechnika Świętokrzyska (Rektorat, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7)

»» UNLOCKtheDOOR (pl. Wolności 8)

»» Centrum Medyczne VISUS (ul. Śliska 16)

»» Wszechnica Świętokrzyska (Biblioteka, ul. Orzeszkowej 15)

»» Sklep firmowy MK Porcelana (ul. Planty 16B)

Pińczów:

»» Księgarnia Pod Zegarem (ul. Warszawska 6)

»» Piekarnia pod Telegrafem (Plac Wolności 7)

Hotele/ośrodki SPA:

»» Antykwariat Naukowy im. Andrzeja Metzgera (ul. Sienkiewicza 13)

Rytwiany:

»» Hotel Uroczysko (Cedzyna 44D)

»» Auto Motors Sierpień (ul. Podlasie 16A)

»» Hotel Rytwiany Pałac (ul. Artura Radziwiłła 19)

»» Hotel Kongresowy (al. Solidarności 34)

»» Tech Oil Service (ul. Zagnańska 149)

»» Hotel Rytwiany Nowy Dworek (ul. Artura Radziwiłła 19)

»» Hotel Pod Złotą Różą (pl. Moniuszki 7)

»» Car-Bud (Daleszyce, ul. Chopina 21)

»» Hotel Tęczowy Młyn (ul. Zakładowa 4)

»» Targi Kielce (ul. Zakładowa 1)

»» Hotel Przedwiośnie (Mąchocice Kapitulne 178)

»» Wodociągi Kieleckie (ul. Krakowska 64)

»» Pensjonat Łysica Wellnes&SPA (Święta Katarzyna, ul. Kielecka 23A)

»» Souczek Design. (ul. Polna 7)

»» Hotel Tara (ul. Kościuszki 24)

»» Folwark Samochodowy – Mitsubishi i Suzuki (ul. Gustawa Morcinka 1)

»» Wyższa Szkoła Ekonomii, Prawa i Nauk Medycznych im. prof. Edwarda Lipińskiego (ul. Jagiellońska 109)

»» Binkowski Hotel (ul. Szczepaniaka 42) »» Binkowski Dworek (ul. Szczepaniaka 40) »» Hotel Aviator & SPA (Kielce-Dąbrowa, Masłów Pierwszy, ul. Szybowcowa 41)

»» Batero Spółka Jawna (ul. Pakosz 2)

»» Folwark Samochodowy – Hyundai (ul. Sandomierska 233A) »» Autocentrum I.M. Patecki (ul. Zakładowa 12)

Sandomierz: »» Centrum Informacji Turystycznej (Rynek 20) »» Brama Opatowska »» Biuro Wystaw Artystycznych (Rynek 18) »» Calimero Café (ul. Opatowska 9) Skarżysko-Kamienna: »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Słowackiego 25) »» Kombinat Formy (ul. Rejowska 99)

»» Galeria Korona Kielce (ul. Warszawska 26)

Solec Zdrój:

»» By o la la…! (Galeria Korona Kielce, ul. Warszawska 26)

»» Mineral Hotel Malinowy Raj (ul. Partyzantów 18A)

»» Creative Motion (ul. Strasza 30)

»» Hotel Medical Spa Malinowy Zdrój (ul. Leśna 7) Starachowice:

»» Studio Figura Kielce (ul. Zapolskiej 5)

»» Piekarnia pod Telegrafem (punkty przy ul. Ściegiennego 260, Żytniej 4, IX Wieków Kielc 8C, os. Barwinek 28 i Świerkowej 1)

»» MEDICODENT Stomatologia (ul. Zapolskiej 5)

»» Maxi Moda Kielce (ul. Klonowa 55C)

»» Centrum Medyczne VISUS (ul. Sawickiej 3)

»» Kino Moskwa (ul. Staszica 5)

»» UbezpieczeniaPlus Bronisław Osajda (ul. Solna 6 i Malików 150 p. 3)

»» Hotel Senator (ul. Krywki 18)

»» Przedszkole Niepubliczne Zygzak (ul. Olszewskiego 6, budynek Skye)

Stawy (gm. Imielo)

Zdrowie/rekreacja/rozrywka: »» Kompleks Świętokrzyska Polana (Chrusty, Zagnańsk, ul. Laskowa 95) »» Pływalnia Koral (Morawica, ul. Szkolna 6)

»» NZOZ Diamed (ul. Paderewskiego 48/15A) »» Kino Helios – Galeria Echo (ul. Świętokrzyska 20) »» Klub Squash Korona – Galeria Korona (ul. Warszawska 26) »» Pensjonat Wczasowo-Leczniczy „Margaretka Świętokrzyska” (Masłów, Brzezinki 83) »» Re Vitae. Centrum medycyny estetycznej i kosmetologii (ul. Wojska Polskiego 60)

»» Grupa MAC S.A. (ul. Witosa 76) »» Księgarnia Wesoła Ciuchcia (ul. Paderewskiego 49/51)

»» Starachowickie Centrum Kultury (ul. Radomska 21)

»» Gospodarstwo Rybackie „Stawy” (Stawy 2A) Włoszczowa:

»» Świętokrzyski Związek Pracodawców Prywatnych Lewiatan (ul. Warszawska 25/4)

»» Dom Kultury (ul. Wiśniowa 19)

»» Studio Figura Anny Rodak (ul. Piekoszowska 88)

»» L.A. Language Academy (ul. Żwirki 40)

»» Villa Aromat (ul. Jędrzejowska 81)


Dzień dobry! Czas, im bardziej jest pusty, tym szybciej płynie Carlos Ruiz Zafón

Redakcja „Made in Świętokrzyskie” ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce redakcja@madeinswietokrzyskie.pl www.madeinswietokrzyskie.pl Redaktor naczelna Monika Rosmanowska tel. 506 141 076 monika@madeinswietokrzyskie.pl Sekretarz redakcji Mateusz Wolski tel. 784 136 865 mateusz.wolski@madeinswietokrzyskie.pl Reklama tel. 531 114 340 reklama@madeinswietokrzyskie.pl Skład Tomasz Purski

Kolejny dzień, miesiąc, rok mija niepostrzeżenie. Gdy zdamy sobie z tego sprawę, nie możemy wyjść ze zdumienia, ile już za nami. Każdego dnia ścigamy się ze sobą i innymi, bez głębszej refleksji za czym i po co gonimy. I tylko czasami na naszej drodze pojawia się przeszkoda, która każe na chwilę zwolnić. Bo przecież – niezależnie od ciężaru gatunkowego – nie jest w stanie nas zatrzymać. „Made in Świętokrzyskie” zaangażowało się w dwie, prowadzone przez Stowarzyszenie PROREW, akcje: „Jestem kobietą, więc idę. Mammografia” i „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”. Obie mają zachęcać panie w różnym wieku do regularnych badań mammograficznych i cytologicznych. Obie są niezwykle ważne, bo mogą uratować nam życie. Tym bardziej, że większość kobiet unika badań. Ile razy – odkładając cytologię czy mammografię na później – pomyślałyśmy „jestem młoda”, „to mnie nie dotyczy”, „w mojej rodzinie nikt nie chorował”? Nie musiał! To nie jest sprawa genetyczna. Dziś rak atakuje coraz częściej, mocniej i coraz młodsze osoby. Również nam bliskie. To słowo-wyrok krąży w naszym otoczeniu, dosięgając kolejnych ważnych

dla nas ludzi. Dlatego dziś – w rocznicowym numerze „Made in Świętokrzyskie” (tak, to już rok!) – chcemy zachęcać Panie, ale też Panów, do tego, by nie odkładali tematu swojego zdrowia na spokojniejszy czas, bo taki prawdopodobnie nigdy nie nadejdzie. Zawsze będziemy za czymś gonić, zawsze będziemy mieli coś ważniejszego do załatwienia. Nie odkładajmy też na później dbania o relacje z bliskimi. Nie obiecujmy sobie, że jak tylko będziemy mieć więcej czasu, to do kogoś zadzwonimy i umówimy się na spotkanie, bo może się okazać, że jest już za późno. Cieszmy się sobą i każdą wspólną chwilą.

Wydawca Marcin Agatowski Fundacja Możesz Więcej ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce

Na okładce Andrzej Piaseczny

Monika Rosmanowska Redaktor naczelna

Zdjęcie Jacek Poremba/Sony Music


W numerze 4 Zapowiedzi 6 Na scenie, ekranie i w galerii

Balwierz Skrzyneckiego 12 Grzegorz Turnau

Fenomen kina Fenomen 24

Na szlaku z Jackiem Słowakiem

18 Zbuntowany? A w życiu! Andrzej Piaseczny

26 Siła marki

Filmowa kraina zapomnienia

Jak firmy kształtują swój wizerunek

Mistrzowskie zagranie 28

32 Teatr pochłania

Prawnik z pasją do gier

Opowieści graficzne Jerzego Ozgi 36 Mistrz komiksu

Najstarsza 48 Historia pewnej ulicy

Prochownia 56 Kielce zapomniane

Śniadanie na trawie 70 LKŚ zmienia Kielce

Niemapa, czyli Kielce łódzkim okiem 78 Po trepki na bazary

Nie takie wino proste 83 Jakub Juszyński

Trochę inny trening z mistrzem 86 Mateusz Jachlewski

Bądź jak betoniarka 88 Jakub Porada

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

8 Studenci nauczyli mnie podróżowania

Michał Kotański

44 SHL – duma naszej motoryzacji Jak rozprzestrzeniał się zakaźny wirus M

52 Akademia lepszego życia W harmonii z przyrodą

58 Szkolne dylematy mamy i taty Psychologia

74 Na tropach Hundertwassera Domy pełne zieleni

80 Omakase Sekrety Japońskiej Sztuki Kulinarnej

84 Arteterapia Mateusz Wolski & Bartosz Śmietański

87 Kielce Europejskim Miastem Sportu? Paweł Jańczyk


Zapowiedzi 6

Koncerty

Na początek „Rasputin” „Rasputin” Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina otwiera sezon 2017/2018 w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Chętnie sięgający po biografie postaci historycznych teatralny duet (twórcy m.in. „Carycy Katarzyny”) tym razem przygląda się emocjom, postawom i marzeniom, które rodzą się w momencie, gdy stary porządek chyli się ku upadkowi a na horyzoncie pojawia się bliżej nieokreślona, nieznana przyszłość. Ostatnie lata panowania carskiej rodziny Romanowów są opowieścią o zmierzchu wartości, przekonań, postaw ówczesnych elit. A sam Rasputin, sprawdzający granice wolności, staje się pretekstem do obnażenia mechanizmów sprawowania władzy. Spektakl można już oglądać. Premiera studencka – 9 października.

Kuba Badach „Oldschool” Po prawie 30 latach pracy na scenie i muzycznej aktywności jako wokalista, kompozytor i producent Kuba Badach zaprezentuje w Kielcach swój solowy album „Oldschool”. Koncert już 30 października w Kieleckim Centrum Kultury. Na płytę składa się kilkanaście kompozycji utrzymanych w zróżnicowanych stylistykach. Znajdziemy tu charakterystyczne jazzowe brzmienie zespołu Kuby Badacha, znane z płyty „Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny”, czyli fortepian Jacka Piskorza, kontrabas Michała Barańskiego i perkusję Roberta Lutego, wzbogacone brzmieniem gitary Łukasza Belcyra, hammonda Marcina Górnego oraz sekcji dętej Macieja Kocińskiego (saksofon) i Piotra Schmidta (trąbka). Usłyszymy też echa stylistyk lat 70., 80. i 90. Początek koncertu o godz. 19. Bilety kosztują 79 i 99 zł.

Na scenie

W galerii

Tak, że o Złoty Zalewski Po niezwykle ciepłym przyjęciu podczas Masscode Festival Krzysztof Zalewski wraca do Kielc. Artysta wystąpi na scenie Bohomass Lab z materiałem ze swojej najnowszej płyty „Złoto”. Krzysztof Zalewski, muzyk, kompozytor, autor tekstów, jest uważany za jednego z najlepszych wokalistów w Polsce. Po wydaniu debiutanckiej płyty „Pistolet” zniknął ze sceny na dziewięć lat. W tym czasie szlifował swój warsztat i zdobywał doświadczenie współpracując z Katarzyną Nosowską, HEY, zespołem Muchy czy Brodką. W 2013 roku powrócił z autorską płytą „Zelig”. W 2014 i 2015 roku był jednym z filarów tras Męskie Granie. Początek koncertu 10 listopada o godz. 21. Bilety kosztują 49 zł (do 8 października) i 59 zł. Można je kupić m.in. w siedzibie klubu.

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Kabaret Hrabi wystąpi 11 listopada w Kieleckim Centrum Kultury w programie „Tak, że o”. Będzie prosto, skromnie i klasycznie – zapowiadają twórcy. W opisie programu czytamy: Można naćkać instrumentów muzycznych, scenografii, dymów i świateł, fajerwerkiem brzdęknąć, wąsy dokleić, kostiumy oszałamiające przytaszczyć, a mimo to widzów nie ogłuszyć. „Tak, że o” mami więc prostotą i skromnością. Mniej wydatków, więcej korzyści. A i kabaretowa tradycja w tej formie lepiej się uchowa. Kobieta koń… potrzebujemy do tego kobiety i konia. Ale po co tak zaraz szaleć? Niech to nic nie kosztuje! Do skeczu „Kobieta koń” wystarczy tylko kobieta. Tak, że o. „Tak, że o” to jednocześnie spotkanie z klasyką – czyli źródłem kabaretu. Rozśmieszanie tradycyjnymi środkami wyrazu, a także standardowymi tematami: egzamin, baba u lekarza, mąż i żona, upierdliwa sąsiadka, policjant, zboczeniec w krzakach, wieśniak w panterce, opowiadanie kawału, anegdoty… Konferansjer, jego postawa i wyprowadzony ze starannością gest – to wyraźne ozdobniki, ale również oddanie hołdu tradycji estradowej. Jednocześnie poddanie jej delikatnej kpinie. Początek o godz. 18. Bilety kosztują 60, 70 i 80 zł i można je kupić m.in. w kasie KCK.

Kwiatki w betonie Efekty 5-letnich działań pomysłodawców projektu „Kwiatki w betonie” będzie można zobaczyć już 7 października podczas wernisażu w Szklanym Domu w Ciekotach. Ponadto sztuka edytorska z czasów PRL, specjalny pokaz Polskich Kronik Filmowych, a także koncert utworów z lat 70. Dla dzieci organizatorzy przygotowali kącik z zabawkami z epoki. „Kwiatki w betonie” to ogólnopolska akcja społeczna. W całym kraju powstają zdjęcia małej architektury, która zdobiła budynki w czasach PRL: witraży, murali, rzeźb czy elewacji budynków. Celem tych działań jest odpowiedź na pytanie co dziś dzieje się z ceramicznymi kwiatkami czy malowanymi na elewacjach dekoracjami geometrycznymi? Czy wciąż mogą zachwycać? Nadsyłane zdjęcia można zobaczyć na stronie www.kwiatki-w-betonie.blogspot.com. Start o godz. 15.30. Wernisaż rozpocznie się o godz. 17. PATRONAT:


Pasja 8

Studenci nauczyli mnie podróżowania tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia z archiwum Jacka Słowaka

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

9

Czego dowiedział się o sobie? Przede wszystkim tego, jak niewiele jeszcze wie i jaki jest malutki na tym świecie. By dojść do tej prawdy, przemierzył tysiące kilometrów, spotkał setki ludzi, o których z niezachwianą wiarą mówi, że są dobrzy.

Pamiętam go z podstawówki. W kieleckiej „siódemce” przy ul. Szkolnej siedział tuż przede mną, przez chwilę nawet dzieliliśmy wspólną ławkę. Świetny kumpel, typ zawadiaki i klasowego kawalarza, za którym wszyscy przepadali. Gdy po latach zobaczyłam na zdjęciu okoloną bujną brodą twarz, w pierwszej chwili nie mogłam dopasować jej do żadnej osoby. A przecież skądś ją znałam. Ogorzała od częstego przebywania na słońcu, uśmiechnięta i pewna siebie, przywodziła na myśl dziecięce wspomnienia z lektury przygód Robinsona Crusoe.

Coraz dalej i dalej Jacek Słowak. Podróżnik. Prezes stowarzyszenia Salutem, które od lat śmiało organizuje wyprawy do najdalszych zakątków świata. Nauczyciel akademicki. Trener. Król wioski… To ostatnie określenie wywołuje szczególny uśmiech na jego twarzy. Ledwo wrócił z 32-dniowej podróży po Azji, podążając wraz ze studentami Społecznej Akademii Nauk przez Ukrainę, Mołdawię, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan… Tylko na Krym nie zostali wpuszczeni… Swoją pasją obdziela hojnie kolejne pokolenia młodych ludzi, którzy lgną do niego, zarażając się wielkim pragnieniem odkrywana świata i wiarą, że wcale nie potrzeba do tego wielkich pieniędzy. – Nie interesują mnie pięciogwiazdkowe hotele czy all inclusive – mówi Jacek Słowak. – Staram się zaszczepiać w młodych ludziach ideę podróżowania niskobudżetowego. Niekoniecznie trzeba też wsiadać do samolotu, wystarczy przystosowany do dalekich podróży samochód. Taki jak choćby mercedes sprinter, który przez pół roku adaptowali do potrzeb wyjazdu do Azji, by mogli w nim także spać czy przygotowywać posiłki. Auto zdało egzamin. Teraz podobnie jak jego właściciel odpoczywa i przygotowuje się do kolejnej wyprawy. Bo podróżowanie jest jak narkotyk. Raz spróbujesz i nie możesz się już oprzeć. Pakujesz plecak, skrzykujesz grupę sprawdzonych ludzi, zostawiając

wszystko na długie tygodnie. Pytam Jacka jak zaczęła się jego podróżnicza przygoda? Zastanawia się dłuższą chwilę, tak jakby uporczywie szukał najwłaściwszej odpowiedzi. – Nie wyssałem tej pasji z mlekiem matki. To młodzi ludzie nauczyli mnie podróżować – mówi z pełnym przekonaniem. Gdy skończył studia informatyczne, rozpoczął pracę w Wyższej Szkole Handlowej w Kielcach na kierunku administracja systemami bezpieczeństwa. Odpowiedzialny był za zajęcia sportowe, uczył judo, nurkowania, wspinaczki, skupiając wokół siebie grono zapaleńców – głównie studentów i absolwentów uczelni. Organizował dla nich obozy sportowe – najpierw było polskie wybrzeże, potem Alpy, Bałkany, Egipt. Wciąż coraz dalej, dalej i śmielej, pokonując kolejne ograniczenia. Ma przecież na swoim koncie organizację wypraw dla osób niepełnosprawnych, które zabrał do Czarnobyla. Był w zasadzie wszędzie – Tybet i Argentyna, Hongkong i Kanada, Meksyk i Pekin... To tylko niewielki wycinek.

– W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nic innego nie robię tylko podróżuję albo przygotowuję się do wyjazdów – Jacek Słowak uśmiecha się. Wędrówka stała się taką codziennością, że przestał liczyć miejsca, które zwiedził. Dopiero jego studenci wzięli się za dokładne rachowanie i zsumowali, że wraz z podróżnikiem odwiedzili 120 krajów.

Rykszą i na ośle Koniec października 2015 roku. Ulica Krakowska w Kielcach. Autostopowicze próbują zatrzymać jakiś samochód. W końcu udaje się. Kierowca pyta, dokąd chcą jechać, a ci poważnie odpowiadają: dookoła świata. Tak właśnie dwa lata temu Jacek Słowak rozpoczął trwającą prawie pół roku podróż dokoła świata. Zwiedził sześć kontynentów, 35 krajów, przejechał prawie 80 tys. kilometrów. Na pace ciężarówek, łódką, rykszą, konno i na ośle, a nawet balonem. Głodował, śmierć zaglądała mu w oczy, siedział w więzieniu i został królem wioski. Z każdej


Pasja 10 przygody wyciągał wnioski i dowiadywał się czegoś nowego o sobie i o ludziach, bo jak tłumaczy – oprócz poruszających i osobliwych krajobrazów, to właśnie człowiek, pod każdą szerokością geograficzną, pozostaje największą i najbardziej fascynującą zagadką. – Uwielbiam poznawać ludzi – mówi podróżnik, bez chwili zastanowienia dodając, że nigdzie nie spotkał się z wrogością czy przejawami niechęci. – Zawsze spotykam się z życzliwością, ludzie pomagają mi, karmią, oferują nocleg. Tajemnica tkwi w tym, by szanować kulturę innych narodów, próbować wejść w ich świat, nie narzucając swojego sposobu myślenia. Wszystkim, którzy obruszają się na wieść o tym, że podczas jednej ze swoich podróży, tym razem do Kambodży, jadł mózg żywej małpy, odpowiada, że to element kultury kulinarnej tego kraju. Choć tamtejszy przysmak nie smakował mu specjalnie, potraktował to jako swoiste wejście w kolejny krąg wtajemniczenia. To tak jak wspinanie się na kolejną, nową górę. Tych przeróżnych specjałów smakował zresztą wiele – począwszy od skorpionów po kobrę. Ale były też wspaniałe momenty, jak sączenie w hawańskim barze El Floridita kultowego koktajlu mojito, rozsławionego przez Ernesta Hemingwaya. Jakaż to musiała być przyjemność, zwielokrotniona zresztą świadomością, że autor „Starego człowieka i morza” przesiadywał właśnie w tym pubie. Chwil wartych zapamiętania było mnóstwo. I tych przyjemnych, i tych dramatycznych, kiedy to kielecki podróżnik otarł się o śmierć. Po raz pierwszy żegnał się z życiem i towarzyszem swojej podróży – Michałem Szpakiem na pustyni w Iranie. Przebywali w mieście Tabas i właśnie tam ktoś powiedział im, że nieopodal można podziwiać piękną oazę. Nie chcieli przepuścić takiej okazji. – Ktoś podwiózł nas autem. Było rzeczywiście pięknie – figi, pomarańcze, kokosy na wyciągnięcie ręki, wokół góry – wspomina podróżnik. – Po zimnej nocy na pustyni chcia-

łem zerwać owoce. Tak niefortunnie spadłem z drzewa, że pokłułem piętę, która momentalnie spuchła jak bania. Na nic zdało się moczenie jej w wodzie. Ale musieliśmy ruszyć w drogę. Było potwornie gorąco, plastikowe butelki z wodą marszczyły się od upału. Nie traciliśmy jednak optymizmu, sądziliśmy, że szybko złapiemy stopa… W pewnym momencie podróżnicy zauważyli, że wokół nich zaczyna krążyć wataha dzikich psów. Nie mieli pod ręką ani kamienia, ani patyka, którymi mogliby odgonić zwierzęta. Zaczęli rzucać w stado tym, co mieli w plecakach, ale na niewiele się to zdało. – Nie mogłem biec, bo spuchnięta noga bolała coraz bardziej. Pot zalewał mi oczy, upał odbierał resztki sił – relacjonuje Jacek Słowak. – Wataha podchodziła już do nas na wciągnięcie ręki. Pomyślałem, że skończę życie na pustyni, rozszarpany przez psy. W pewnym momencie Michał przypomniał sobie, że ma w bucie jakąś starą kanapkę. Wyjął ją, cisnął w sforę, która rzuciła się na jedzenie i zaczęła gryźć między sobą, dając nam spokój. I wtedy nadjechał jakiś samochód. Mieliśmy za sobą siedem godzin marszu w przerażającej spiekocie. Gdy po podróży wysiedliśmy z auta, całowaliśmy asfalt.

Papuasi zapraszają do raju Drugi raz otarł się o śmierć w Papui-Nowej Gwinei. Był piękny, upalny dzień. – Wybraliśmy się nad ocean, a później popłynęliśmy łódką na plażę otoczoną skałami. Po wspaniałej biesiadzie miejPAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


… a jak królem będziesz

Mało przyjemne, dramatyczne wydarzenia rekompensują takie, jak choćby to z indonezyjskiej wyspy Sumba, gdzie nasz bohater został królem wioski. Z programu telewizyjnego Martyny Wojciechowskiej dowiedział się, że wyspa ta słynie z niezwykłych obrzędów pogrzebowych. Udało mu się dostać na ceremonię pochówku 2-letniego dziecka. – Nie było to proste, bowiem jest to zamknięta społeczność, która nie dopuszcza

obcych do udziału w takich uroczystościach – mówi Jacek Słowak. Ale, jak to często w jego życiu bywa, niezwykły zbieg okoliczności i pomoc obcych ludzi zdziałały cuda. Pewnemu miejscowemu policjantowi pokazał znane tylko sobie sztuczki z pałką oraz kajdankami i w ciągu 15 sekund skuł złapanego przestępcę. Stróż prawa w podzięce poznał go z mężczyzną, który wprowadził podróżnika w niezwykły świat mieszkańców wyspy Sumba. – Nosiłem wówczas brodę, dzieciaki łapały mnie za nią. Początkowo atmosfera była dość napięta. W pewnym momencie podszedł do mnie chłopiec, chciałem go przytulić, ale okazało się, że oni, aby wyrazić swoje przyjazne uczucia, dotykają się nosami – Jacek Słowak uśmiecha się do swoich wspomnień. – Każdy mężczyzna na tej wyspie nosi miecz. Pokazałem im, jak się nim walczy. I wtedy już byłem dla nich kimś. Dali mi miecz, ubrania, założyli turban na głowę, a wódz zabrał mnie na odległość stu metrów, pokazując mi mój nowy dom i dając do wyboru jedną z dwóch kobiet. I tak oto kielecki podróżnik stał się królem wioski. Na żadną z kobiet jednak się nie zdecydował, wszak w domu czekała na niego żona i czterech synów.

Kolejny cel: Afryka Jest w opowieściach Jacka Słowaka wielka podróżnicza pasja, ciekawość świata i ogromny szacunek dla ludzi. Jest też mądrość, bowiem wciąż dowiaduje się czegoś nowego o sobie i ludziach. To przecież dla nich przemierza kolejne kilometry. Ot, jak choćby dla polskiej sybiraczki – 92-letniej Henryki Lewczyńskiej, którą odnalazł w Teheranie. – Cel moich wypraw to ludzie, nieustająco szukam też miejsc związanych z Polską – mówi krótko. Gdzie wyruszy w swoją kolejną podróż? Palcem na mapie pokazuje Afrykę. Podróżnik chce przejechać 24 tys. kilometrów najpierw zachodnim, a potem w drodze powrotnej – wschodnim wybrzeżem. Razem – 40 państw w ciągu – jak szacuje – siedmiu miesięcy. – Afryka jest ciężka, bardzo niebezpieczna – mówi. Już myśli o tym, jakie przeróbki trzeba zrobić w aucie, które tak dzielnie spisywało się podczas podróży po Azji. Trzeba zwiększyć zawieszenie, moc klimatyzatorów, zamontować większe zbiorniki na paliwo… A potem, kto wie, może porwie się na wyprawę Drogą Kości – z Jakucka do Magadanu. Tam też Polacy – więźniowie łagrów – zostawili swój ślad, usypując z kamieni trakt, pod którym wielu z nich skończyło swój żywot. ■

REKLAMA

scowi Papuasi zabrali nas czółnami na wysepkę, która wyglądała jak raj. Kobiety zaczęły wyciągać ryż owinięty w liście bambusa, mężczyźni dzidami łowili ryby, a ich towarzyszki obierały je muszlami, a potem smażyły. Dzieciaki skakały do wody i łowiły homary. Tak spędziliśmy cały dzień, i gdy już po tych kilku godzinach sielanki wsiedliśmy do czółen, nagle załamała się pogoda. Zaczął padać deszcz, rozszalała się wichura, zrobił się zimno. Widziałem niepokój w oczach Papuasów, jeśli więc oni zaczęli się bać, to musiało być naprawdę niebezpiecznie. Jacek wspomina, że łódka, w której siedział, na zmianę pikowała pionowo w dół, a następnie podnosiła się do góry. Walka o przeżycie trwała kilka godzin. – Siedzieliśmy skuleni. Płacz, pisk, wymioty. Nic nie było widać – mówi. Nagle wyłoniła się przed nimi mała wysepka i dotarli do niej, wiosłując resztkami sił. Rozebrali się, przylgnęli do siebie nagimi ciałami, okładając się wielkimi liśćmi. – Do wysepki dopłynęła wówczas tylko nasza łódka, pozostałe dobiły dopiero po dziewięciu godzinach – kończy swoją opowieść podróżnik. Dramatyczne wydarzenia nie zniechęcają go do podróżowania. Ryzyko zawsze wliczone jest w takie wyprawy i tylko trzeba mieć nadzieję, że z każdej opresji uda się wyjść bez szwanku. Jacek zawsze liczy na dobrych ludzi, którzy wyciągną pomocną dłoń. A żywioły? Cóż, wobec nich zawsze trzeba mieć pokorę. Podróżnik z szelmowskim błyskiem w oku wspomina swój pobyt w… więzieniu w Kolumbii. – Czekaliśmy z kolegą na lotnisku w Bogocie na samolot. Odszedłem na chwilę od bagaży i nagle spostrzegłem, że ktoś skrada się do naszych plecaków. Domyśliłem się, że chce podrzucić nam narkotyki. Podbiegłem szybko i niewiele myśląc uderzyłem go. Przyjechała policja, zaprowadziła nas na posterunek na lotnisku. Wówczas mężczyzna poskarżył się, że go pobiłem. Zabrali nas do miasta na komisariat. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że mam zaraz samolot do Limy. Przesiedziałem w 30-osobowej celi pół doby – wspomina.


Postać 12

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

13

Balwierz Skrzyneckiego rozmawiał Michał Sierlecki zdjęcia Tomasz Sikora

Jego piosenki nucą kolejne pokolenia, choć poezja śpiewana nie jest łatwa w odbiorze. Teksty skłaniają do przemyśleń, a aranżacje utworów często odwołują się do muzyki klasycznej i jazzu. To nie przeszkadza mu gromadzić podczas koncertów pełne sale słuchaczy, czekających na ulubione kompozycje: „Cichosza”, „Naprawdę nie dzieje się nic”, „Bracką”. Kiedyś artysta Piwnicy Pod Baranami, dziś muzyk, aranżer, pianista, kompozytor, wokalista i poeta. W tym roku kończy 50 lat. Grzegorz Turnau.

Na początku artystycznej drogi przez trzynaście lat był Pan związany z Piwnicą pod Baranami. Pamiętam, gdy po raz pierwszy czytałem wkładkę w kasecie magnetofonowej do albumu „Pod światło”. Bardzo spodobał mi się wówczas tekst Piotra Skrzyneckiego o piosenkach Grzegorza Turnaua zamieszczony w środku: Posłuchajcie zatem słów pocieszenia i czułości. Posłuchajcie o tym jak bardzo wiele mamy lat, o trąbkach na akacji, o wielkim odkrywcy wyobraźni, o aniołach więdnących na drzewach, o cieniu i o świetle. To było jak zaproszenie do innego świata. Dla mnie „Pod światło” stał się jednym z najważniejszych albumów ostatnich dekad i najdoskonalszym dziełem w całej Pana dyskografii. W tym roku mija dwadzieścia lat od śmierci Piotra Skrzyneckiego – reżysera, scenarzysty, konferansjera Piwnicy Pod Baranami. Jak go Pan wspomina i jak dziś po latach ocenia Pan tamtą sesję? Przede wszystkim dziękuję Panu za życzliwe słowa o Piotrze Skrzyneckim. Każde życie jest przypowieścią, parabolą, ale niektóre przypowieści – jak u Orwella – są równiejsze od innych. Dużo by mówić, pan Piotr był superbohaterem dla wielu osób zajmujących się sztuką. Ja na przykład strzygłem mu brodę. Proszę o mnie napisać: balwierz Skrzyneckiego. Znane zdanie: żyj zwyczajnie, a całą swoją dzikość zachowaj dla sztuki – wydaje się być zaprzeczeniem życia pana Piotra. Ale tylko pozornie. On tę dzikość zaszczepiał – sam nie podpisywał się pod niczym właściwie. I jego życiowy kostium czarodzieja był w jakimś stopniu kamuflażem dzikości. Twórczej dzikości. Nagrywanie albumu to praca nieomal biurowa. Przygotowanie,

próby, wielokrotne podejścia. Nuty, konieczność wyboru. Normalna praca. Nagrywałem te piosenki w wieku 26 lat, teraz jestem prawie dwa razy starszy i niewiele z tego wynika. Dalej próbuję, podchodzę, wybieram. Pomysły przychodzą do głowy – głowa je też realizuje. Gdybym teraz chciał ocenić sesję „Pod światło”, to bym przede wszystkim wyróżnił twórczy wkład Marka Suberlaka – realizatora nagrania. Był świetnym partnerem dla niedoświadczonego za bardzo sprawcy całego zamieszania. No i oczywiście kolegów instrumentalistów. Zabawne – najpierw nagrywaliśmy ze Sławkiem Bernym samo piano z perkusją – bez basu. Taka brawurowa koncepcja. Reszta instrumentów była dograna później. No i ten pomysł z obojem – moja żona, Maryna, wymyśliła Pędziałka. A Mariusz się zgodził, chociaż pewnie myślał, że to taka przejściowa ekstrawagancja. A gramy razem już od 24 lat. Temu właśnie muzykowi poświęcony jest ostatni album „7 widoków w drodze do Krakowa”. Gdy na koncercie słyszę „Cichosza” z codą, gdzie obój bardzo długo trzyma jeden dźwięk i wiem, że wymaga to od muzyka wciągania powietrza przez nos z jednoczesnym wydmuchiwaniem go ustami, zawsze jestem pod wrażeniem umiejętności Mariusza Pędziałka. Jak doszło do Waszej współpracy? Jak już wspomniałem, pomysłodawczynią była Maryna. Chodziło mi o zmianę faktury instrumentalnej. Pierwsza płyta — nagrana z Jackiem Mastykarzem w Teatrze STU — była dość konwencjonalna w sensie „krakowskim”. Zresztą muzycy związani z Anawą – kolejną wersją pierwszej formacji Grechuty i Pawluśkiewicza – stanowili też wtedy trzon mojego zespołu. Obój wprowadził pewne zamieszanie. I Skaldowie, i Anawa robili coś, co dziś nazwalibyśmy „crossoverem”. To zresztą była oczywista inspi-


Postać 14

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


racja beatlesowska. Big-beat z silną, ale wewnętrzną konstrukcją barokową. A u nas – najpierw w „Cichoszy”, potem w „Brackiej”, gdzie Mariusz grał już na rożku angielskim – to się odwróciło, bo barokowe brzmienie oboju i rożka zdominowało tę — nazwijmy to — popularną fakturę. Zyskaliśmy — jako zespół, ale też i ja, jako autor muzyki — wielki atut. Dlatego nigdy się z Mariuszem artystycznie nie rozstałem, choć mieliśmy i nadal mamy przerwy w regularnej współpracy, wynikające choćby z moich zmiennych zainteresowań — przygód nieco bardziej zabarwionych jazzem, że tak powiem. Ale poza tym, że się po prostu bardzo lubimy, a Mariusz jest wybitnym artystą, jest jeszcze ta wyjątkowość brzmienia — jakże trudna do osiągnięcia. Pierwszym utworem promującym ostatni studyjny album to „Ledwie chwila”. Jest w tej muzyce jakiś niepokój, a w tekście nieubłagalność upływającego czasu: Ledwie chwila, ledwie krok A już mija cały rok Pędzą drogi, blask i kurz I za tobą I za tobą Prawie wszystko już Mimo że śmierć jest nieuchronna i dotyczy każdego z nas, nie sądzi Pan, że artyści zdołali się jednak trochę wymknąć z tej pułapki przemijalności? Wie Pan, ja niestety lubię skróty. Był taki wspaniały, krótki (może dlatego wspaniały) spektakl Jerzego Grzegorzewskiego w Starym Teatrze — „Śmierć Iwana Iljicza”. Adaptacja prozy Tołstoja. W finale jakiś gombrowiczowski balet, jakiś operetkowy kamuflaż i – deus ex machina – właśnie „maszynowo” wygłoszony przez Jana Peszka monolog, który kończył się słowami: „i umarł”. Po czym gasło światło. Nigdy nie byłem niczym tak zachwycony w teatrze. I nic lepszego nie przychodzi mi dziś do głowy w odpowiedzi na Pańskie pytanie.

Bardzo lubię Pana kontakt z publicznością w trakcie koncertów, komentarze autoironiczne i te opisujące naszą codzienność. I zawsze mam wrażenie, że odbiorcy nawiązują z Panem pewnego rodzaju rozmowę. To jest trochę porozumienie ponad podziałami. Mam kłopot z tymi sprawami, ponieważ nie mam natury kaznodziei, a jednocześnie wielokrotnie popadałem w skłonność do

REKLAMA

Album „7 widoków w drodze do Krakowa” powstał inspirowany malowidłami przedstawiającymi podkrakowskie okolice, zamek w Tenczynie, Ojców, Krzeszowice, zamek i klasztor w Tyńcu. W tej muzycznej suicie słychać głos Doroty Miśkiewicz. Współpracował Pan już z artystką na albumach „11:11”, „Fabryka Klamek”, czy w piosence „Pod rzęsami” i „Suwalskim Bolero”. Jednak to na tej płycie artystka pojawia się w zdecydowanie większej ilości utworów. To chyba nie przypadek? Dorota jest po prostu świetną, twórczą osobą, doskonałą artystką, a przy okazji jest śliczna i kochana. I w dodatku ma genialnego tatę. I powszechnie podziwianego męża. I kupiła od mojej córki samochód. Cóż można więcej powiedzieć? Zrobiliśmy razem sporo, wypiliśmy trochę wina, nigdy się nie pokłóciliśmy o pieniądze. To chyba się nazywa… przyjaźń?


Postać 16 uwodzenia publiczności. To zresztą nie jest złe, bo ludzie kupują bilet nie po to, by gapić się na pustą estradę — chcą być uwiedzeni. Ale jednocześnie mam jakiś hamulec, który włącza się wtedy, kiedy mógłbym uznać się za uwodziciela. Umiem nieźle śpiewać, grać na fortepianie, mam znakomity zespół. Wypracowałem pewien warsztat. Ale magia piosenki jest zawsze poza zasięgiem jej twórców i wykonawców. Powstaje w tej przestrzeni, o której się nie wie. Powstaje – albo nie. Album „Ultima” wydany w 1999 roku to mój drugi ulubiony Pana zestaw piosenek. I utwór „Jestem synem mego ojca” z tekstem Michała Zabłockiego. Do wątku i roli ojca w naszym życiu powrócił Pan później po latach na krążku „11:11” w pieśni „Mój ojciec” do słów Zbigniewa Herberta. Jak Pan wspomina swego tatę i jaki miał wpływ na to, czym Pan się dzisiaj zajmuje? Tato ma się bardzo dobrze, więc można by było z nim porozmawiać. Notabene — uniwersytet kielecki wydał niedawno – w opracowaniu prof. Gapysa — memuary mojego dziadka Stefana i jego brata, Stanisława, z czasów wojny. Ostatnio mam wiele okazji do rodzinnych spotkań — dzięki wysiłkowi dr. Krzysztofa Przylickiego z KUL-u miała miejsce wystawa prac malarskich mojego pradziadka Jerzego Turnaua. Byłem niedawno na jej nowej odsłonie w Przeworsku — mieście ważnym dla mojej linii Turnauów, bo majątek ziemski, w którym urodził się mój tato — Mikulice — to właśnie powiat przeworski. I pradziadek, i dziadek, i tato — byli Sindbadami, jak w wierszu Herberta. Każdy z innych powodów — i historycznych, i charakterologicznych. Tacie zawdzięczam przede wszystkim Mamę. I na odwrót. Od dawna jest Pan związany z Krakowem, ale dzieciństwo to wspomnienia z Inowrocławia, któremu zresztą poświęcona jest płyta „11:11”. Jest tam ulica Marii Konopnickiej. Kiedy przyjeżdżałem na wakacje czy ferie do Inowrocławia, do domu moich dziadków ze strony mamy, miałem różne lektury. Nie byłem tak bystry jak pan Pilch, który zakradał się na strych i przeczytał – nie wiedząc o tym, z powodu oderwania okładki – „Chłopów” Reymonta, ale zaliczyłem baśń o Panu Kleksie z ilustracjami Szancera. Dom Dziadków stoi na rogu Sienkiewicza i Konopnickiej. Wtedy wydawało mi się, że furtki do różnych baśni — np. Andersena — są, jak u Brzechwy, przy ulicy Konopnickiej. Z wielką radością przyjąłem honorowe obywatelstwo Inowrocławia — przez 11 lat organizowałem tam duże koncerty w parku uzdrowiskowym, czyli w Solankach. Ale to już zamknięty rozdział. Inowrocław – jak „Stacyjka Zdrój” – pozostanie dla mnie zawsze piękny. Od 2016 roku jest pan kierownikiem muzycznym teatru Lalka w Warszawie. Wcześniej także przy różnych okazjach słuchacze mogli usłyszeć Pańską muzykę w filmie i teatrze. Czy do spektakli i gotowych zdjęć komponuje się łatwiej, niż do tekstów wierszy? Lalka to konsekwencja mojej przyjaźni i współpracy z Jarosławem Kilianem. Znamy się i współtworzymy spektakle od PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

17 ponad 17 lat. Jarek w jakimś stopniu jest dla mnie Ambrożym Kleksem, o którym przed chwilą wspomniałem — to on mi dał kluczyk do furtek, przez które można wejść do baśni. Do tego dochodzi moja słabość z dzieciństwa – wspaniały Jan Wilkowski i jego telewizyjne audycje lalkowe z lat 70. Na nich się w dużej mierze wychowałem. Jestem zaszczycony możliwością kontynuacji tej baśni, jaką jest praca w Lalce. Zapraszam na „Krzesiwo” i inne spektakle. Teraz przygotowujemy adaptację „Krawca Niteczki”, w niedalekiej przyszłości będę chciał zadebiutować jako reżyser (i kompozytor) przy adaptacji „Karampuka” Ludwika Jerzego Kerna. Kolejnym wyjątkowym muzykiem w Pana zespole jest gitarzysta Jacek Królik, znany także z wielu sesyjnych przedsięwzięć i formacji Brathanki. Niezapomniane są jego sola w takich kompozycjach, jak „Ciała”, czy „Piosenka dla ptaka”. Czy planuje Pan album tylko na głos, fortepian i gitarę? Razem mamy już prawie 100 lat. Każdy z nas ma swoją drogę — i za, i przed sobą. Nie mamy żadnego powodu, żeby się w takich sprawach określać. Gramy, nagrywamy, przyjaźnimy się. Niech tak będzie. To wspaniały gitarzysta i świetny kolega. Wzruszyłem się „Kolędą dla tęczowego Boga” w grudniu 2016 roku do słów Jarosława Mikołajewskiego, którą wykonał Pan w duecie z Magdą Umer: Ach jak pięknie się rodzić, czy w Aleppo czy w Łodzi. Ach jak trudno REKLAMA

się rodzić w małej łodzi na wodzie. Skąd wziął się pomysł nagrania? I czy planuje Pan kolejne wspólne projekty z Magdą Umer po bardzo udanych nagraniach „Kołysanki-Utulanki” i wspólnym utworze „Co za tym pagórkiem” na jej płycie „Duety – tak młodo jak teraz”? Magda Umer była jedyną osobą, która mogła doprowadzić do mojego spotkania, a potem wywiadu z Jeremim Przyborą. Zrobiła to i zawsze będę jej za to wdzięczny. Nigdy też nie kryła swojej życzliwości dla moich wyrobów, choć bywała – chwała jej za to – szczerze krytyczna. Ale myślę, że mam w niej sojusznika — nie w sensie tzw. lojalności środowiskowej, tylko pewnego sposobu patrzenia na świat. A to jest dużo ważniejsze od poszczególnych dzieł. Ten wspólny sposób patrzenia, dzięki Jarosławowi Mikołajewskiemu i jego wierszowi, jest dostrzegalny — mam nadzieję. Jakie są Pana najbliższe plany artystyczne i kiedy możemy spodziewać się nowego albumu? Jesienią wydajemy album „L” — z okazji mojej pięćdziesiątki. Składają się na niego dwie płyty CD i jedna DVD, zawierające nigdy wcześniej niewydane piosenki i koncerty. Taki labirynt. Nagraliśmy też album, który ukaże się wiosną — ale to niespodzianka. Dziękuję za rozmowę. Bardzo dziękuję. ■


Postać 18


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

19

Andrzej Piaseczny

Zbuntowany? A w życiu! rozmawiała Daria Malicka zdjęcia Jacek Poremba/Sony Music, Krzysztof Kieliszkiewicz


Postać 20 go w ogródku na Rynku. Częściej już na Sienkiewce czy w galerii na zakupach. Tak jak teraz (śmiech). Staram się też bywać na meczach Vive, choć ostatnio nieczęsto mi się to udaje.

C

o widzisz, gdy słyszysz „Kielce”? • Hmmm… To niełatwe pytanie… Pierwsze skojarzenie to chyba po prostu… dom. To moje miejsce, oswojona przestrzeń, dająca poczucie bezpieczeństwa. Nie zawsze jest tak, że to my wybieramy dane miejsce do życia. Często to właśnie ono wybiera nas. I właśnie tak było ze mną. Nie jestem autochtonem, należę do ludności napływowej, która niejako przez zasiedzenie stała się miejscowa. A ponieważ moje życie w dużej mierze polega na przemieszczaniu się, to w mojej głowie rodzi się obraz gniazda. Miejsca, które nie jest portem, przystanią czy przystankiem, w którym się cumuje, by za chwilę zrzucić liny i płynąć dalej… To miejsce kojarzy się z domowym ciepłem. Pamiętam moment, w którym zdałem sobie z tego sprawę. Jadąc od strony Warszawy, tuż za Skarżyskiem, zobaczyłem pierwsze pagórki Kielc i wtedy pomyślałem – jestem w domu. Podobnie mam, gdy jadę od strony Łodzi i zaraz za Łysą Górą, a mieszkam w okolicy, pojawia się myśl: to już tu, jestem u siebie. Masz ulubione miejsca w Kielcach? Takie, które bardziej niż inne są Twoje? • Nie mam miejsc, które są bardziej moje niż reszta miasta. Oczywiście są pewne stałe punkty, architektoniczne czy infrastrukturalne, które mocno kojarzę z Kielcami, ale to miasto postrzegam bardziej przez pryzmat ludzi, z którymi jestem związany. Prowadzę na tyle intensywne życie, że kiedy wracam zmęczony do domu, to naprawdę nie myślę o tym, gdzie by tu wyjść na piwo, czy która knajpa w Kielcach jest najfajniejsza. Rzadko można mnie spotkać siedzącePAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Mówi się, że miłość na odległość nie jest łatwa. A czy łatwa jest przyjaźń na odległość, zwłaszcza dla kogoś, kto ciągle jest w trasie? • Wszystko jest łatwe, gdy w głowie ma się dobrze poukładane. Pewnie musielibyśmy zacząć od definicji relacji przyjacielskich i samej przyjaźni. Przyjaciel czy bliska osoba to niekoniecznie musi być ktoś, z kim spędzamy dużo czasu, kto zawsze jest obok. Mam w Kielcach przyjaciół, z którymi słyszę się, gdy jestem w drodze i z którymi staram się spotykać, gdy tylko jestem w domu. Może to moja wina, że nie potrafię poukładać kalendarza w bardziej przewidywalny sposób… Zawsze gdy tylko jestem na miejscu, nawet na krótko, dzwonię do nich i próbuję się umówić. Mówi się także, że artyści są samotni… • Dobieramy się z innymi tak, by się wzajemnie uzupełniać i odpowiadać na swoje potrzeby. Być może moi przyjaciele nie potrzebują mojej fizycznej obecności aż tak bardzo. A czy artyści są samotnikami? W pewnym sensie tak. Często słyszymy, że ktoś odszedł w samotności, przygnieciony dużymi problemami emocjonalnymi. Mnie to na szczęście nie dotyka, ale też nigdy nie starałem się być w centrum medialno-widowiskowych wydarzeń. Nie jestem celebrytą. Gdy tylko jestem w domu, żyję życiem normalnego człowieka. Nie mam potrzeby bywania na przyjęciach, rautach, pokazywania się na ściance, by na chwilę znaleźć się na Pudelku czy w rubrykach towarzyskich. To wszystko mnie nie dotyczy. Nie zawieram pustych i powierzchownych

znajomości. Mam dwoje, może troje bliskich znajomych wśród bardziej rozpoznawalnych osób, ale nie nazwałbym ich przyjaciółmi. Nie ma w moim prywatnym życiu momentów, w których wracałbym do domu i nie wiedział, co ze sobą zrobić… Masz swoich wiernych i oddanych fanów. Lubisz ich? Czy to oni są twoim motorem działania? • Życie, miłość, emocje – to napędza mnie do działania. I przyjaźń – przeżywanie wspólnie dobrych chwil i przechodzenie razem przez te trudne. Moment, w którym pomyślałbym, że piszę piosenki po to, by ktoś je kupił, byłby ostatnim w mojej karierze. Wiesz, że jest wielu artystów, którzy tak właśnie myślą? Oni żyją dla swoich fanów. • No to przepraszam, ale ja do nich nie należę. Oczywiście zależy mi na tym, by żyć z tego, co robię, by udawały mi się piosenki, by ktoś chciał ich słuchać, kupować bilety na moje koncerty, płyty. Ale to wynika przede wszystkim z fascynacji muzyką, a nie chęci wypuszczenia nowego modelu, nowej odsłony samego siebie, zarobienia kolejnych pieniędzy. Jak każdy chcę mieć satysfakcję z tego, co robię i dzięki temu mieć siłę i chęci, by zrobić kolejny krok. Jaka zatem będzie ta płyta, która ukaże się jesienią? Będzie w stylu, z którego najlepiej Cię znamy, czy okaże się totalnym zaskoczeniem? • Przy tym krążku wróciłem do producenta, z którym robiłem swoją pierwszą i drugą solową płytę. Poruszam się w obrębie muzyki pop, bo to potrafię i lubię robić, nie wstydząc się tego zupełnie i odnajdując w tym własną wartość. Będzie lirycznie – jak dotąd, może tylko w nieco innej oprawie. Trudno mi opowiadać o swojej

Mam nadzieję, że swego rodzaju dobrem mogą być dla kogoś moje piosenki. Natomiast nie byłbym aż tak odważny, żeby przyznać się do zbudowania pomnika ze spiżu… Do rozpoznawalności – chętnie, do popularności – tym bardziej. Nie lubię jednak określenia „gwiazda”. Bo cóż ono znaczy?


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

21

pracy. To odbiorca powinien mówić, jak słyszy to, co zrobiłem, jak to czuje i jaki ma to na niego wpływ. Jestem z tej płyty bardzo zadowolony. Myślę, że jestem w dobrym momencie swojego twórczego życia. Wielu artystów w pewnej chwili odchodzi od swojego artystycznego DNA, zaskakując odbiorców ekstremalnymi metamorfozami. • W obrębie jednego środowiska, jednego stylu można robić bardzo różne rzeczy. Doskonałym przykładem jest twórczość Madonny. Każda kolejna jej płyta była kompletnie inna dźwiękowo i produkcyjnie od poprzedniej, każda była niespodzianką. Natomiast ja tę amplitudę wahań mam zdecydowanie mniejszą. Moja poprzednia

płyta była orkiestrowa, więc na pewno brzmiała inaczej. Myślę już o kolejnej płycie i mogę zdradzić, że będzie to krążek, przy którym da się potańczyć. To jednak ciągle będzie to samo środowisko, ten sam obszar, ta sama liryka, choć zaprezentowana w nieco inny sposób. Mam też wrażenie, że ludzie przyzwyczajają się do moich słów, nastrojów, dźwięków. Te emocje są uniwersalne i wspólne niezależnie od tego, w jakim momencie życiowym aktualnie się znajdujemy, czy z jakiego środowiska się wywodzimy. Gdy kochamy, to kochamy podobnie. Gdy nam kogoś brakuje, to w jednakowy sposób. To są te same emocje, mimo że okazujemy je inaczej i różnie na nie reagujemy. Przekuwamy je w zachowania i słowa. Staram się układać je

w taki sposób, żeby stawały się bardzo czytelne. To sprawia mi dużą satysfakcję. Jaki jesteś na tej nowej płycie? Zakochany, zły, rozczarowany, wdzięczny? • O, wdzięczny – to ładne słowo. Tak, jestem wdzięczny – losowi, światu, Bogu, za to, co mnie spotyka… Nigdy nie bywasz zbuntowany? • Ja? Zbuntowany? A w życiu! Rzeczywiście jeszcze na żadnej płycie taki nie byłeś… • I nie będę. Nie potrafię pisać o rzeczach, które mnie denerwują i frustrują, choć i tych w moim


Postać 22 życiu nie brakuje. Wolę zgodę niż bunt. I nawet jeśli ten czasem się pojawia, nigdy nie przekuwam go w piosenkę. Artystyczny bunt jest popularny, ale nie chcę go wykorzystywać. Mogę mówić o rzeczach irytujących, ale nie będę o nich śpiewał. Jestem obecny na scenie od 25 lat i staram się poruszać w określonej aurze emocjonalnej. I niech tak zostanie. Zresztą będzie się można o tym przekonać podczas trasy z okazji jubileuszu. Zapraszam na koncert już w listopadzie. Mówisz, że nie jesteś celebrytą, że nie przeszkadza ci rozpoznawalność. A czy jesteś gwiazdą? Exegi monumentum… – mnie nie będzie, zostanie moja twórczość… • Tego rodzaju uczucie, takie myśli są wyjątkowo ulotne. Z jednej strony można pomyśleć: no tak, zrobiłem kilka rzeczy, które pozostaną w kanonie. Ale które radio gra dzisiaj Beatlesów? Dla młodzieży muzyka zaczyna się od Rihanny. Nie mówię tego w formie zarzutu. Współczesny świat po prostu taki jest. Pędzi z prędkością światła. Dostrzegam to, nie kwestionuję. Z drugiej strony – gdzie mi do Beatlesów? Użyłem grubego kalibru! Opowiem Ci pewną historię. Zwiedzałem kiedyś z przyjaciółmi cmentarz Na Rossie w Wilnie, bo lubię odwiedzać nekropolie i podziwiać nagrobkową architekturę. I tak się przechadzamy, oglądamy, czytamy i w pewnym momencie widzimy nazwisko, dziś już go nie pamiętam, na pięknym nagrobku z przełomu XVIII i XIX wieku i podpis: „gitarzysta światowej sławy”. Być może to prawda, być może w tamtym czasie tak było, ale teraz? Wszystko, co warto po sobie pozostawić, to dobro, które czynimy. Mam nadzieję, że swego rodzaju dobrem mogą być dla kogoś moje piosenki. Natomiast nie byłbym aż tak odważny, żeby przyznać się do zbudowania pomnika ze spiżu… Do rozpoznawalności – chętnie, do popularności – tym bardziej. Nie lubię jednak określenia „gwiazda”. Bo cóż ono znaczy? Gdybym był człowiekiem tego samego formatu i był tak samo popularny w innym miejscu na Ziemi, być może nie mógłbym tu tak spokojnie z Tobą siedzieć. Ale czy tego chcę? Nie! Bardzo dobrze mi się tu siedzi. Uczę się cieszyć z tego, co mam, co robię i co mi wychodzi… O czym marzysz? • Nie jestem pewien, czy marzenia powinno się wypowiadać głośno… To, o czym mógłbym mówić, pozostaje w sferze projektów i planów, nie marzeń. Nie narzekam na brak pomysłów! Byłeś Kacprem Górniakiem w „Złotopolskich”. Nie chciałbyś wrócić do filmu lub telewizji? • Najpierw film lub telewizja musiałaby chcieć mnie. Nie potrafię zabiegać o to, by się tam znaleźć. Miałem dwie, trzy propozycje. Byłem nawet na zdjęciach próbnych do jednego filmu, ale… byli lepsi ode mnie. Jeszcze kilka lat temu w każdym filmie grały te same twarze – świetni aktorzy, ale widz już nie wiedział, co ogląda, fabuły się mieszały. Na szczęście to już za nami. Mamy świetnych aktorów młodego pokolenia, którzy doskonale dają sobie radę i chociaż na planie „Złotopolskich” odebrałem dobrą szkołę, to traktuję to tylko w kategorii interesującej przygody. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

23 Czy taką przygodą jest też „The Voice of Poland”? • Zdecydowanie tak. Sposobem na życie może być tylko coś trwałego, rozrywkowy program telewizyjny jest jedynie świetną przygodą. Chyba że jest się Robertem Janowskim… (śmiech). „The Voice of Poland” sprawia mi przyjemność, bo obcuję z muzyką i ze znacznie młodszymi ode mnie ludźmi, którzy często są dopiero na początku swojej muzycznej drogi. Ten program pozwolił mi też pokazać się z zupełnie innej strony. Nie tylko śpiewam, ale mam też coś do powiedzenia. A o tym, że tak jest, wie moja publiczność powracająca na jesienne i zimowe koncerty. Mówię na nich bardzo dużo. Pytanie z zupełnie innej kategorii, choć wydaje mi się, że znam odpowiedź. Czy będziesz miał swoją linię kosmetyków, ubrań, sieć restauracji…? • Ha! Zaskoczę cię, ale nie powiem nie. Są ludzie, którzy doskonale radzą sobie w biznesie. To też jest sztuka. Spójrzmy chociażby na Michała Sołowowa czy Bertusa Servaasa. To prawdziwi mistrzowie, absolutny majstersztyk. Nergal też jest takim mistrzem… A to wypuści piwo, „szatańską kawę”. Nie mam takich zdolności, ale jeśli byłby ktoś, kto by mi w tym pomógł, kto byłby moim parterem i byłby to obszar, w którym się odnajdę, to dlaczego nie? I jeszcze inna kategoria – polityka. Angażujesz się w nią? • Prywatnie czasem tak. Publicznie – nigdy. Nie chciałbym, żeby to, co robię było kojarzone z jakąkolwiek partią polityczną. Co nie znaczy, że nie mam poglądów i, gdy dzieje się coś ważnego społecznie, gdy konkretna sprawa mnie mocno obchodzi, nie jestem w stanie oddzielić artysty od obywatela. Interesuje mnie wszystko, co dotyczy mojego kraju. Natomiast wolę mówić o konkretnych sprawach. Niezależnie od tego, kto jaką flagę dzierży, zawsze głośno mówię, gdy coś mi się nie podoba. Gdyby Puszczę Białowieską wycinał ktoś z SLD, PO, Partii Razem czy jakiejkolwiek innej – też bym mówił, że to jest zło. Bo tak jest i sympatie polityczne nie mają tu nic do rzeczy. W akcję obrony Puszczy Białowieskiej mocno zaangażowałem się na Facebooku i to uruchomiło lawinę komentarzy, pozytywnych i negatywnych. Nie jest w porządku, że Ci którzy się nie zgadzają, robią to w sposób wulgarny, bo przecież można się nie zgodzić kulturalnie. Jednym z takich komentujących był mieszkaniec Kielc, który napisał o mnie „mały człowiek angażuje się w sprawy, które go przerastają”. Nie oburzam się na ocenę mojej osoby. Pomyślałem tylko, że ciekawe, czy miałby podobne zdanie, gdyby ktoś wycinał Puszczę Jodłową. Być może tak. To jednak świadczy o nim, nie o mnie. Mówię o puszczy, bo to jest sprawa niezwykle ważna dla całych pokoleń. Wykraczająca poza sympatie polityczne, bieżące „lubię” i „nie lubię”, poza tu i teraz. Tego nie da się naprawić i odwrócić jedną decyzją… Natomiast jeśli pytasz mnie o chęć podążenia śladami Liroya czy Kukiza – to zdecydowanie nie! Takich aspiracji nie mam (śmiech).

Andrzej Piaseczny wystąpi w Kieleckim Centrum Kultury 9 listopada o godz. 19 w ramach trasy koncertowej 25 Tour. Bilety są już w sprzedaży.

REKLAMA

Dziękuję za rozmowę. ■


Miejsca mocy 24

Fenomen

kina Fenomen Historia wzlotów i upadków tekst ŁB zdjęcie Mateusz Wolski

Są takie miejsca na mapie niemalże każdego miasta, w których czas się zatrzymuje, gdzie można swobodnie pomyśleć i choć na chwilę uwolnić się od jarzma codzienności. W Kielcach jest nim kino Fenomen: przestrzeń dla kultury poza głównym, masowym nurtem; filmowa kraina zapomnienia. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Kino Fenomen, mieszczące się przy ul. Ściegiennego 2 w Kielcach, w gmachu Wojewódzkiego Domu Kultury, jest jednym z najstarszych w mieście. Wszystko zaczęło się 13 marca 1937 r., kiedy to w ówczesnym WDK, znanym jeszcze pod nazwą Dom Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, salę kinową oddano w ręce członków Związku Absolwentów Szkół Średnich


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

25 w Kielcach. Po II wojnie światowej miejsce zyskało nową nazwę i funkcjonowało, prowadzone przez nieżyjącą już Stanisławę Gos, jako kino Robotnik. Dużo później zmieniło swoją nazwę na kino Echo. Niska frekwencja i brak środków na nowoczesny sprzęt spowodowały, że w 2003 r. placówka została zamknięta. W 2008 r., dokładnie 19 grudnia, seansem polskiego filmu „Zero_Jeden_Zero” w reżyserii Piotra Łazarkiewicza rozpoczął się kolejny rozdział w historii kina. I trwa on do dziś.

Filmowy maniak na straży repertuaru Za sukcesem kina Fenomen od początku stoi Jarosław Skulski. Filmoznawca z wykształcenia i z powołania. – Kiedy miałem 5 lat siostra zabrała mnie pierwszy raz do kina. Wyszedłem z niego jako 18-latek i zrozumiałem, że nic innego nie umiem i nie lubię robić, jak tylko siedzieć w ciemnej sali i oglądać filmy – tak opowiada o początkach miłości do szklanego ekranu. Studiował w Krakowie i mieszkał przy ul. Lea, tuż obok kina Mikro, gdzie w każdej wolnej chwili mógł się oddawać swojej pasji. Jako student sprzedawał płyty w Music Corner, co sprzyjało kolejnej fascynacji, tym razem muzycznej. Kilka lat mieszkał w Londynie, gdzie w sklepie Impulse przy Liverpool Street Station odpowiadał za asortyment, a jakże, muzyczny i filmowy. Wrócił do Polski, jak tylko dowiedział się, że w Kielcach na nowo ruszy dawne kino Echo. Postanowił zawalczyć o to miejsce i stworzyć przestrzeń dla prawdziwych filmowych maniaków. – Repertuar na pierwszy miesiąc pomógł mi zaplanować mój dobry kolega, Robert Skrzydlewski, który od lat REKLAMA

prowadzi w Krakowie kino Agrafka. Przez rok działalności każdy weekend spędzałem w kinie, sprzedając bilety i dbając o widownię – wspomina Jarek Skulski. Obecnie, tak samo jak na początku, pracując nad ofertą kina, kieruje się przeświadczeniem, że repertuar musi być sprofilowany, nastawiony na konkretnych odbiorców i powinien oferować coś zupełnie innego niż pozostałe tego typu instytucje w mieście.

Miejsce kultury W Fenomenie każdy znajdzie coś dla siebie. Najmłodsi odbiorcy – Filmowe Czytanki, czyli seans filmowy poprzedzony głośnym czytaniem a kończący się warsztatami, podczas których maluchy wykonują prace plastyczne. Dla młodzieży szkolnej, nieprzerwanie od 2009 roku trwają zajęcia filmoznawcze: przez 7 lat był to ogólnopolski projekt Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej, a od 2 lat autorska Świętokrzyska Akademia Filmowa. W okresie 2010-2016 studenci kieleckich uczelni mogli uczestniczyć w Akademii Polskiego Filmu, która skupiała śmietankę filmoznawców z całej Polski. Prężnie działają również Filmowy Klub Seniora i Akademia Filmowa 50+. W wakacje odbywają się seanse powtórkowe dla spóźnialskich oraz Kino na Leżakach. Nie brakuje seansów specjalnych, z muzyką na żywo, jak chociażby projekcja „Głowy do Wycierania” z okazji urodzin kina. Podczas akcji Films for Food, widzowie poza obejrzeniem dokumentu „W obronie jedzenia”, mogli porozmawiać z dietetykiem i skosztować poczęstunku przygotowanego przez kieleckie knajpy wegańskie i wegetariańskie. Była też noc filmowa z Davidem

Lynchem, zapowiedź premiery nowego sezonu kultowego już „Miasteczka Twin Peaks”.

Wysiłki docenione

Ciężka praca kinowego zespołu została wreszcie doceniona nie tylko przez samych widzów. To właśnie Fenomen wybrano na miejsce VI Konferencji Kin Studyjnych i Lokalnych (13-15 września 2017 r.), wyjątkowego wydarzenia dla wszystkich miłośników kinematografii, a zwłaszcza dla samych prowadzących tego typu placówki. Pokazano wtedy dwa filmy: przedpremierowy „The Party” w reżyserii Sally Potter oraz dokument zatytułowany „Beksińscy. Album wideofoniczny”. Załoga jest dumna także z nominacji do prestiżowej nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej za znaczące osiągnięcia w promocji i upowszechnianiu polskiej kinematografii. Jest to jedyne takie wyróżnienie w branży, więc już sama nominacja jest bardzo dużym sukcesem. Fenomen kina Fenomen odkrywają nie tylko kielczanie. Oby tak dalej. ■

Historią kina Fenomen kontynuujemy cykl o miejscach magicznych, definiujących Kielce. Pisaliśmy już m.in. o dworcu autobusowym, PKP, Wzgórzu Zamkowym. Chcemy opowiedzieć o kinie Moskwa czy lodziarni przy ul. Złotej. A jakie są Państwa typy? Zgłoszenia miejsc wraz z krótkim opisem, dlaczego właśnie one są dla Państwa ważne, prosimy przesyłać na adres redakcja@madeinswietokrzyskie.pl.


Design 26

Kojarzy nam się z jakością, z czymś, co spełnia nasze oczekiwania. Nawet po latach wracamy myślami do marek, na przykład znanych słodyczy czy ubrań. Często przypominają nam czas dzieciństwa, młodzieńczego buntu, dorastania.

Siła marki tekst Judyta Marczewska grafiki Judyta Marczewska, Dorota Wąsik

Kupowanie markowych produktów, to coś więcej niż konsumpcja czy zaspokajanie potrzeb. To często określenie przynależności do wybranej grupy społecznej, manifestacja stylu życia, sposób komunikacji z otoczeniem. Marka to nie tylko logo lub zestaw symboli, ale osobowość firmy. Za przekazem reklamowym, metką czy markowym produktem często stoją wartości, których sobie nie uświadamiamy. Zadaniem marki jest wywoływanie emocji i skojarzeń, które kształtują zamierzone postrzeganie produktów. Marki znane z naszego podwórka, to produkty z dużą tradycją: kultowy Majonez Kielecki, Snack – Przysmak Świętokrzyski (jego eksport przyczynił się do dużego sukcesu ekonomicznego Wytwórczej Spółdzielni Pracy „Społem”), Krówka Opatowska czy naturalna woda mineralna Buskowianka.

Wizerunek a dochody Firmy z długą tradycją chętnie sięgają dziś po nowoczesny przekaz. PSS „Społem” Kielce, które wkrótce będzie obchodzić 100-lecie swojej działalności, dokonało zmiany wizerunkowej m.in. przekształcając restaurację

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

27 Royal na CBM – Centralny Bar Mleczny. Firma chce docierać w ten sposób do szerszego grona młodszych odbiorców. Opracowanie znaku graficznego i infografik baru jest minimalistyczne i nowoczesne. To dobry przykład brandu lokalu gastronomicznego. Wizerunek ważny jest również dla przedsiębiorców, firm od niedawna działających w Kielcach, jak Bushman Barber na ul. Małej, Kiosk na Krakowskiej Rogatce, Craft Beer na Piotrkowskiej, lodziarnia Bosko na Rynku i kilka innych. Widać dużą poprawę w jakości komunikatów wizualnych, co podnosi prestiż miejsca, a tym samym jego dochody.

A może zmiana?

Forum ekspertów Konferencji będzie towarzyszyło Forum Dobrych Praktyk. Celem projektu, organizowanego przez Stowarzyszenie Twórców Grafiki Użytkowej we współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytutem Dizajnu w Kielcach, jest upowszechnianie dobrych praktyk w zakresie wizerunku firmy i strategii brandingowej. Przyglądamy się tworzeniu polskich marek i pokazujemy, jak zwiększyć ich konkurencyjność. Właściwe i świadome korzystanie z wiedzy specjalistów ma bezpośredni wpływ na prestiż i wzrost znaczenia firmy, produktu czy usługi. Dlatego zespół Forum Dobrych Praktyk chce pomóc przedsiębiorcom, odpowiadając na pytania: Jak powinien wyglądać proces projektowy? Jak znaleźć dobrego wykonawcę? Jak budować własną markę? Na stoisku doradczym zdiagnozujemy sytuację firmy, opakowania lub produktu i podpowiemy, jakie zmiany można by wprowadzić w wizerunku.

Wkrótce w Targach Kielce (25 i 26 października) odbędzie się Future Private Labels Poland and CEE. Organizowana już po raz czwarty konferencja to platforma wymiany wiedzy, inspiracji i doświadczeń w zakresie zarządzania markami własnymi, a więc wytwarzanymi najczęściej na zamówienie dużych firm i sieci handlowych. Historia marek własnych w PolNajlepsze opakowania sce rozpoczęła się w połowie lat 90. Kojarzone Nowością tegorocznej edycji FPL jest cykl warsztaz odpowiednikami markowych produktów tów poświęconych przyszłości marek własnych. Tei alternatywą dla klientów o mniej zasobnych matami warsztatów będą na przykład: „Opakowaportfelach, są dziś często produktami wysokiej nia marek własnych w kategorii food i non-foood” jakości. Na przykład Melly to marka własna sieoraz „Opakowania marek w kategorii personal „Made in Świętokrzyskie” oraz Fundacja ci sklepów Biedronka, pod którą kryją się m.in. care & pharmacy”. Warsztaty przeznaczone są dla Możesz Więcej są partnerami projektu soki produkowane przez Hortex. wszystkich osób pracujących nad strategiami i pro„Forum Dobrych Praktyk” Październikowa konferencja poświęcona jest jektami opakowań marek własnych. Do udziału m.in. realnym możliwościom wprowadzenia organizatorzy zapraszają menadżerów, dostawców zmiany wizerunku (tzw. re-brandingu) opakowań, produktów, strategii i grafików. Podczas FPL przyznawane są też nagrody oraz wyróżnienia biznesowej. Zmiany te nie są proste i wymagają precyzyjnego obliczenia w konkursie na najlepsze opakowania. Do konkursu mogą się zgłaszać kosztów produkcji, oszacowania zysków i strat. Podczas konferencji będzie firmy projektujące dla marek własnych, ale też producenci i właściciele się można dowiedzieć, jakie są trendy i nowoczesne narzędzia strategiczne. marek. Mogą to być opakowania kosmetyków i środków do pielęgnacji i hiPrzyjrzymy się również, jak wprowadzano na rynek produkty, które stały się gieny żywności i napojów, środków czystości do domu i auta oraz projekty marketingowym i sprzedażowym sukcesem. FPL to konferencja z udziałem nietypowe. Zwycięzcy mogą liczyć m.in. na publikację w „Packing Polska” uznanych ekspertów branży marek własnych i przedstawicieli agencji badań – magazynie cenionym w branży opakowań w Polsce. Więcej informacji na: rynku konsumentów w Polsce. www.targikielce.pl/pl/plme.htm ■ REKLAMA


Biznes 28

Mistrzowskie zagranie rozmawiał Łukasz Wojtczak zdjęcia Magdalena Żbikowska

Od prawnika z doświadczeniem w służbach specjalnych i korporacji do współautora sukcesu gry Ogniem i Mieczem – kielczanin Konrad Sosiński swoją firmę Wargamer tworzył we własnym mieszkaniu, dziś ma biura w Szkocji i Stanach Zjednoczonych.

Podjąłem też pierwsze próby robienia własnych gier. Nie było jeszcze wtedy dostępu do takich technologii jak obecnie, więc w praktyce wyglądało to tak, że coś rysowałem, kolorowałem kredkami i wycinałem. Może się to wydawać śmieszne, ale jak na tamte czasy to była całkiem niezła produkcja. Po studiach Twoja kariera szybko nabierała rozpędu… Zanim trafiłem do renomowanej kancelarii i świata wielkiego biznesu, znalazłem się w… Urzędzie Ochrony Państwa! Przygoda z służbami specjalnymi była jedną z najciekawszych w moim życiu. Później trafiłem do dużej firmy konsultingowej Deloitte, w której zajmowałem się podatkami. Przez pewien czas wiodłeś podwójne życie: poważnego prawnika i mniej poważnego gracza. Udało mi się popełnić kilka tekstów dla firmy amerykańskiej, która wydawała grę Warzone. Spółka wkrótce zbankrutowała, ale po pewnym czasie odezwał się do mnie człowiek, który powiedział, że zamierza wznowić opisywaną przeze mnie grę, i że znalazł moje teksty. Zapytał, czy może je wykorzystać. Zgodziłem się, nawiązaliśmy kontakt, a następnie współpracę. Miałem już wówczas środki, żeby zorganizować własny biznes. Postanowiłem otworzyć firmę i sprzedawać grę Warzone w Polsce. Najpierw na stronie internetowej, później zacząłem współpracę

Jak to się stało, że Twoją życiową pasją stały się gry strategiczne? Zawsze były w moim życiu obecne, choć kiedyś w Polsce – poza Chińczykiem i Grzybobraniem – były praktycznie niedostępne. Już jako dziecko na własną rękę starałem się szukać informacji o tym, jak to wygląda na Zachodzie. Pamiętam artykuły, które opisywały rosnącą popularność gier wojennych. Gdy miałem 15 lat po raz pierwszy pojechałem za granicę, na obóz skautowski do Holandii. Trafiłem do raju! To wtedy poznałem gry z figurkami. Wszystkie pieniądze wydałem na jedną z nich. I mam ją do dziś. Na naszym PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

rynku gry planszowe zaczęły się pojawiać po przemianach ustrojowych, w większości były to spolszczone kopie tych znanych na Zachodzie. Czy jako student prawa nadal bawiłeś się żołnierzykami? Oczywiście. Na sklepowych półkach było ich wtedy coraz więcej, niestety najlepsze były poza finansowymi możliwościami studenta... Moja rodzina doskonale wiedziała, że bawię się żołnierzykami i nikogo to nie szokowało. Przyjaciele i znajomi też znali moje zainteresowania. Wielu z nich udało mi się wciągnąć w tę zabawę.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

29 z jednym z warszawskich sklepów. Działałem z moim bratem, a wkrótce dołączył do nas 17-letni wówczas Rafał Szwelicki, którego poznałem na turniejach gier. Okazał się niezwykle utalentowany. Biznes zaczął się rozkręcać, a ja miałem dwa życia – w tygodniu spotykałem się z dyrektorami finansowymi ogromnych korporacji, latałem samolotami i spałem w pięciogwiazdkowych hotelach, a w weekendy jeździłem na konwenty, spałem na podłodze w szkołach i pokazywałem żołnierzyki młodym ludziom.

żywały renesans, więc na rynku jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne firmy.

W końcu stanąłeś przed trudnym wyborem – dobra praca albo pasja... Stwierdziłem, że dłużej tak się nie da i trzeba z czegoś zrezygnować. Praca prawnika pozwoliła mi spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy, zobaczyć rzeczy, o których ludzie zwykle nie mają pojęcia. Dużo się nauczyłem, ale – mimo, że dobrze to wspominam – było to zajęcie bardzo wymagające. Nie pozwalało mi też swobodnie prowadzić rozwijającej się firmy. Ostatecznie wybrałem pasję. Wielu ludzi mi wówczas radziło, żebym popukał się w głowę. Z czasem, gdy przyszedł sukces, niektórzy zmienili zdanie, gratulowali dobrej decyzji.

Pamiętam artykuły, które opisywały rosnącą popularność gier wojennych.

I zacząłeś budować firmę… Wargamer powstał w 2005 roku. Początki nie były łatwe, pracowaliśmy w moim mieszkaniu. W końcu udało nam się otworzyć sklep przy ulicy Wilczej w Warszawie, funkcjonujący do dziś. Szybko okazało się, że jest dobry klimat dla tego rodzaju inwestycji w Polsce. Otwieraliśmy kolejne sklepy, zatrudnialiśmy pracowników. Mimo rozwoju gier komputerowych planszówki przeREKLAMA

Potrzebowaliście czegoś, co przyćmiłoby konkurencję i było Waszym sztandarowym produktem. Stworzyliście grę Ogniem i Mieczem, która stała się znakiem rozpoznawczym firmy. Na fali rosnącej konkurencji przyszedł nam do głowy pomysł stworzenia całkowicie włas-

nej gry. W ten sposób narodziła się koncepcja Ogniem i Mieczem. Podobnego projektu, dotyczącego XVII-wiecznej Polski, jeszcze na rynku nie było. Wszystko odbywało się na zasadzie: ja nie mam nic, Ty nie masz nic, razem zbudujemy firmę! I rzeczywiście tak to wyglądało, bo poza pomysłem wiele nie mieliśmy, niewiele też wiedzieliśmy na temat tego okresu historycznego. Podobał nam się głównie ze względu na obecność husarii. Przeczuwaliśmy, że to przyciągnie ludzi. Koncepcje tworzenia gry były różne. Początkowo chcieliśmy skupić się na napisaniu zasad, a modele ściągnąć z zagranicy. Niestety nie mieli tam pojęcia o XVII-wiecznej Europie

Wschodniej. Posiadali różne figurki, ale wyglądały one fatalnie. Stwierdziliśmy, że musimy stworzyć je sami. Nie było to proste, ale pewnego dnia przyszedł do mnie Rafał Szwelicki i przyniósł 1,5 centymetrową figurkę muszkietera. Mówi do mnie: zobacz, taką wydłubałem. Zapytałem, ile czasu to robił, a on odpowiedział, że godzinę. To była pierwsza figurka, która powstała do Ogniem i Mieczem, a co najważniejsze okazało się, że możemy robić je sami. Gdy mieliśmy już zasady i figurki, zaczęliśmy grać. Od początku do końca robiliśmy ją więc tak, żeby nam się podobało. Następnie pokazaliśmy grę znajomym, którzy zgodnie twierdzili, że musimy to wydać. Nie było prosto… Mieliśmy wielkie trudności ze znalezieniem firmy, która zajęłaby się profesjonalnym odlewaniem figurek, szukaliśmy nawet za granicą. Potem zastanawialiśmy się, w jakiej formie wydać grę. Była opcja niskobudżetowa oraz całkowicie odwrotna – na najwyższym poziomie. Chcieliśmy zrobić coś, czego jeszcze nikt przed nami nie zrobił. Było to bardzo kosztowne. Nie łatwo było znaleźć grafika, niektórzy z nich przynosili straszne bohomazy. W końcu trafiliśmy na osoby, które sprostały naszym oczekiwaniom. I tak na przykład Mariusz Kozik narysował dla nas szarżującą husarię, inne ilustracje tworzyli także Marek Szyszko i Tomasz Tworek. Prawdziwym hitem okazał się Wasz podręcznik do gry Ogniem i Mieczem… Podręcznik był strzałem w dziesiątkę. Pracowaliśmy nad nim prawie dwa lata. Warto dodać,


Biznes 30 że opracowanie armii osmańskiej z naszego podręcznika było i jest traktowane jako dobre źródło historyczne, bo kiedyś nic alternatywnego nie istniało. Nasi specjaliści ciężko pracowali nad tym, aby każdy detal był dopracowany w stu procentach. Premiera podręcznika miała miejsce na Targach Książki Historycznej w Warsza-

jedną pasję. Jesteś rekonstruktorem historycznym… Rekonstrukcje historyczne idealnie wpisują się w to, co robimy. To fascynujące hobby. Zawsze chciałem odtwarzać husarza, niestety nie jeżdżę aż tak dobrze konno. Jestem żołnierzem ciężkiej piechoty, specjalizującej się w rozbijaniu

Hiszpanie ryknęli „Viva el Español!”. Aż się ziemia zatrzęsła... Wyglądało to niesamowicie, ale żeby poczuć grozę, trzeba to zobaczyć na żywo. wie w 2009 roku. To było niesamowite, bo przy naszym stanowisku ustawiła się kolejka licząca około stu osób! Był to doskonały prognostyk na przyszłość. Naszym celem było zainteresowanie ludzi epoką sarmatyzmu, tak, jak interesują się starożytnym Rzymem, samurajami, czy kowbojami. Pokazanie naszej historii i spuścizny było jednym z celów przyświecających nam przy tworzeniu gry. Sukces odnieśliście również za granicą… Z angielską wersją Ogniem i Mieczem byliśmy na konwentach w różnych krajach europejskich, m.in. Anglii, Belgii, Austrii, Niemczech oraz w Stanach Zjednoczonych. Tam również wzbudziliśmy ogromne zainteresowanie. Byli ludzie, którzy kupili grę, a potem stali przez trzy dni przy stoliku naszego dilera i z dumą ją prezentowali. Dobra passa gry trwa. Pojawiają się kolejne dodatki, opowiadamy o nowych konfliktach. Dochodzą nowe armie, oprócz Rzeczypospolitej, Szwecji, chanatu krymskiego, imperium osmańskiego i Moskwy także Siedmiogród, Brandenburgia, Austria, czy Księstwo Kurlandzkie… Można grać nawet armią miasta Gdańska. Firma również się rozwija. Mamy biuro w Edynburgu i w Jackson w Stanach Zjednoczonych. Pracujecie obecnie nad kolejnymi grami? Przygotowujemy dwie, jedna z nich powinna ukazać się jeszcze w tym roku. Umieszczona w realiach XVII wieku, ale nie jest to gra stricte historyczna. Pojawiają się w niej postacie fikcyjne, z dzieł Henryka Sienkiewicza i znane z popkultury. Przy produkcji gry będą też wykorzystywane nowe technologie. Figurki są tworzone w programach graficznych, a następnie przybierają fizyczną formę za pomocą drukarek 3d. Poza światem gier planszowych masz jeszcze PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

formacji przeciwnika. Cały ekwipunek i broń są ręcznie wykonane z ogromnym pietyzmem i dbałością o detale historyczne. To chyba niezwykłe doświadczenie odtwarzać słynne wydarzenia historyczne? Pewne rzeczy można przeczytać w podręczniku, ale nic nie zastąpi doświadczenia. To niesamowite stać w szeregu, na który szarżuje husaria. Nawet jeśli wiem, że ona mi nic nie zrobi, to wrażenie, gdy konie pędzą w Twoim kierunku, ziemia drży, a żołnierze mają pochylone kopie, jest porażające. Trudno to opisać słowami, a cóż dopiero mieli czuć szwedzcy piechurzy czy janczarzy, gdy husaria, jak taran, miała za moment wpaść na nich z pełnym impetem. Nie było szans na ratunek, nikt nie był w stanie wytrzymać takiego uderzenia. Z grupą rekonstrukcyjną jeździmy do Rosji, na Ukrainę, Węgry, do Czech, Belgii, Holandii oraz Niemiec. W pamięci utkwiła mi rekonstrukcja bitwy pod Grolle w Holandii. Jako Holendrzy czekaliśmy w okopach na atak hiszpańskiej piechoty. Przed sobą widzieliśmy wzgórze, na którym ustawione były armaty, i nagle naszym oczom ukazał się las pik. Był to kilkusetosobowy oddział pikinierów. Na jego czele szli księża, podnosząc do góry monstrancję. Nagle cały oddział ukląkł i zaczął się modlić, po czym księża schowali monstrancję, dobyli mieczy i ruszyli na przedzie oddziału w naszym kierunku. Hiszpanie ryknęli „Viva el Español!”. Aż się ziemia zatrzęsła. Żołnierze w pierwszych rzędach mieli na pancerzach namalowane krzyże, nieśli obrazki z Matką Boską, mieli zawieszone różańce. Wyglądało to niesamowicie, ale żeby poczuć grozę, trzeba to zobaczyć na żywo. Co jest w Twojej opinii bardziej pouczające, gry historyczne czy rekonstrukcje?

Rekonstrukcje i pokazy są widowiskowe, ale więcej można się nauczyć, sięgając po grę. Gra wymaga sporego zaangażowania. Dużo daje już samo poznanie zasad, poza tym należy przygotować wszystkie elementy, pomalować żołnierzyki itp. Zmusza to do poszukiwania wielu informacji. Potem jest zabawa, w której uczestniczmy, a nie tylko biernie przyglądamy się rekonstruktorom. Czego można życzyć Twojej firmie? Życzylibyśmy sobie, aby ważne instytucje w Polsce, na przykład Ministerstwo Kultury, zainteresowało się tym, co robimy, pomogło się przebić i jeszcze bardziej wypromować. Dlaczego? Bo popularyzujemy polską historię i kulturę. Do tej pory odbijaliśmy się od drzwi, nikt nie był zainteresowany. Tylko Muzeum Pałac w Wilanowie uwierzyło, że to, co stworzyliśmy, jest fajne i potrzebne. Zawsze możemy na nich liczyć. Najbardziej życzymy sobie natomiast tego, aby nikt nam nie przeszkadzał! (śmiech). Dziękuję za rozmowę. ■

Konrad Sosiński – kielczanin, absolwent IV Liceum Ogólnokształcącego im. Hanki Sawickiej oraz prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Założyciel firmy Wargamer, zajmującej się produkcją i sprzedażą gier strategicznych. Członek grup rekonstrukcji historycznej. Czynnie uprawia szermierkę szablą polską i rapierem.


Kultura 32

Teatr pochłania tekst ŁB zdjęcia Mateusz Wolski

Teatr czy film

Najpierw była filozofia na Uniwersytecie Warszawskim. Następnie pomysł, by zostać reżyserem filmowym. Wprowadzony w życie: Kotański rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Wyboru dokonał na podstawie zdobytych informacji, że jeśli reżyseria, to tylko tutaj. I właśnie tam muza Melpomena dopadła go na dobre: – Teatr pochłania i trudno jest potem z niego wyjść. To miejsce uzależniające, które daje możliwość innego kontaktu z aktorem niż film. Z drugiej strony żyjemy w świecie obrazów i język filmu wkracza też do teatru: ma wpływ na to, jak montujemy sceny oraz na sposób grania aktorów – mówi zapytany, czy nie żałuje swojej decyzji.

Zawód: dyrektor

Od ponad roku Michał Kotański sprawdza się w nowej funkcji szefa kieleckiego teatru. Sam przyznaje, że nie jest to proste zadanie i regularnie pojawiają się wątpliwości, czy aby wszystko zmierza we właściwym kierunku. – To jest inny rodzaj współpracy z ludźmi. Bycie reżyserem pozwala na dobre poznać reguły, które rządzą sceną. Natomiast kiedy bierze się odpowiedzialność za całość teatru, a nie tylko za dwa miesiące pracy z wybraną grupą, perspektywa się zmienia. Jest to zupełnie odmienny rodzaj odpowiedzialności. Ważne w tym wszystkim jest również to, że teatr stanowi strukturę hierarchiczną: z jednej strony to dobre, ponieważ dzięki temu, można mieć siłę sprawczą, ale z drugiej znam teatry, w których te struktury stały się zdegenerowanymi mechanizmami, i tego chcę się wystrzegać. Poza tym wejście w tę przestrzeń i hierarchię zmienia człowieka – analizuje dotychczasowe doświadczenia. Bycie dyrektorem to również chroniczny brak czasu, który z chęcią wykorzystałoby się na rePAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Reżyser teatralny. Od listopada 2015 roku dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Były asystent m.in. Krystiana Lupy, Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego czy Mikołaja Grabowskiego. Niezwykła osobowość artystyczna. Człowiek charyzmatyczny i jednocześnie niebywale życzliwy: Michał Kotański.


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

33


Kultura 34 – dodaje. Teatr nie jest tylko po to, żeby bawić czy wzruszać. Winien też skłaniać do refleksji, choćby bolesnej i niewygodnej. – Spektakl Remigiusza Brzyka ma szansę być sztuką nie tylko o Kielcach, ale o tym, co się tak naprawdę dzieje aktualnie w Polsce i w Europie. Ofiary pogromu to przecież uchodźcy. Paralela narzuca się sama. Musimy się wszyscy sobie przyjrzeć i ocenić to, co w nas tkwi. Liczę na sensowną rozmowę z widzem – przyznaje.

Uwaga! Może boleć

fleksję czy ciekawą lekturę. – Idzie za tym pewne niebezpieczeństwo wyjałowienia, gdy człowiek jest cały czas w kieracie – podsumowuje. Rola głównego zawiadowcy tak zmiennego i nieprzewidywalnego organizmu, jakim jest teatr, nie należy do łatwych i codziennie buduje się ją na nowo. – Nie ma gotowej recepty na prowadzenie teatru w Kielcach. Nie ma jednej kieleckiej widowni. Kto inny przychodzi na „Harper”, kto inny wybiera komedię. Dialog teatru z widzem to ciągły proces, któremu trzeba się czujnie przyglądać. Ważniejsze jest dla mnie to, że publiczność chce się konfrontować z nowym teatrem i z ciekawością podchodzi do tego, co się jej proponuje – ocenia relację na linii dyrektor – widownia.

Ryzykowny sezon? Sezon 2017/2018 jest prawdopodobnie ostatnim w budynku przy ul. Sienkiewicza 32. Tuż po nim rozpocznie się gruntowny remont siedziby. Teatr będzie działał, ale w innej przestrzeni. To będzie czas próby zarówno dla aktorów jak i widzów, ale nim to się stanie warto przyjrzeć się planom zespołu na ten rok. Repertuar zapowiada się imponująco. Znane i cenione nazwiska: Wiktor Rubin, Remigiusz Brzyk, Monika Strzępka z Pawłem Demirskim, Mikołaj Grabowski i Maja Kleczewska zwiastują prawdziwą ucztę teatralną na najwyższym poziomie. Będzie ambitnie, eksperymentalnie i odważnie. Reżyserzy sięgną m.in. po Williama Szekspira, Aleksandra Fredrę i Josepha Conrada. Nie zabraknie oczywiście lżejszych spektakli z dotychczasowego repertuaru, jednakże nadchodzące premiery to przede PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

wszystkim sztuka wymagająca, która może być różnorako odebrana przez publiczność. – Mam świadomość niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą takie zaplanowanie sezonu. Będę się przyglądał reakcjom widowni i będę wyciągał wnioski na przyszłość. Trzeba być cały czas czujnym i ukierunkowanym na widza. Wiele się wyjaśni w trakcie sezonu – mówi.

Nie ma gotowej recepty na prowadzenie teatru w Kielcach. Nie ma jednej kieleckiej widowni. Przyjrzeć się sobie poprzez sztukę

W grudniu premierę będzie mieć „1946”, sztuka inspirowana pogromem kieleckim: wydarzeniami, które na zawsze odbiły piętno na stolicy województwa świętokrzyskiego i które nadal wzbudzają skrajne emocje. – Jeżeli jako społeczeństwo mamy się rozwijać, to powinniśmy się zagłębiać w takie tematy – nie ma wątpliwości Michał Kotański. – Jeśli nie chcemy bezustannie uczestniczyć w wojnie polsko-polskiej, musimy uporządkować przeszłość i stawić jej czoło. Jako naród mamy zarzuty wobec Ukraińców i Rosjan, a zapominamy o autorefleksji i konieczności przyjrzenia się własnej historii i naszym czynom

Unikanie kontrowersyjnych tematów, zwłaszcza w sztuce, nie jest – zdaniem Michała Kotańskiego – rozwiązaniem. Tak samo, jak odbieranie aktorom, czy innym osobom ze świata artystycznego, możliwości wyrażania własnych opinii. – To bardzo naiwne podejście, odbierać prawo głosu artystom. To wręcz przejaw hipokryzji i koniunkturalizmu, które są niestety dużym kłopotem w naszym społeczeństwie – mówi. W nadchodzącym sezonie kielecki teatr zabierze sceniczny głos w dyskusjach na tematy często nieprzyjemne i niewygodne. Czeka nas sześć spektakli poruszających ryzykowne tematy. Oto one: potrzeba i sens wiary w obliczu cierpienia („Rasputin”), uchodźcy i historia, do której boimy się przyznać („1946”), jałowość systemów politycznych („Jądro Ciemności”), hipokryzja religijna i społeczna („Świętoszek”), dawne wartości w zderzeniu z teraźniejszością (spektakl na podstawie jednoaktówek Fredry) i na koniec rozważania o sensie sztuki współczesnej („Jak Wam się podoba”). Mieszanka wybuchowa, która z pewnością wzbudzi duże zainteresowanie wśród krytyków i miłośników dobrego teatru. Czy tego właśnie potrzeba kielczanom? Czy jesteśmy na to gotowi? Mam nadzieję, że tak i z niecierpliwością czekam na nadchodzący czas w „Żeromskim”. Może to właśnie Kielce w tym sezonie będą teatralną stolicą Polski? ■


36


Kultura

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

37

Opowieści graficzne Jerzego Ozgi tekst Rafał Urbański ilustracja Jerzy Ozga

W ostatnich dwóch numerach magazynu staraliśmy się przybliżyć Państwu fenomen opowieści rysunkowych, które w coraz bogatszej ofercie pojawiają się na półkach księgarskich, a ich filmowe adaptacje z powodzeniem goszczą w kinach i telewizji. W artykułach pojawiały się również wątki dotyczące kieleckich autorów. Warto zatem opowiedzieć o jednej z najważniejszych postaci polskiego komiksu – Jerzym Ozdze.

Swoją artystyczną edukację Jerzy Ozga rozpoczął w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Kielcach, a kontynuował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tam rozwijał swoje zainteresowania grafiką warsztatową, komiksem i filmem. Jego dyplom był pierwszym na uczelni, który nawiązywał do niezbyt popularnej i niezbyt cenionej sztuki komiksu. Już w trakcie studiów do współpracy zaprosił go reżyser Lech Majewski, dla którego artysta do dziś wykonuje storyboardy i wizualizacje malarskie do filmów, sztuk teatralnych czy przedstawień operowych. Prace Ozgi można było podziwiać w filmach: „Autobus na Golgotę”, „Onirica – Psie Pole”, „Młyn i Krzyż”, „Dolina Bogów”; operze „Pokój Saren” i przedstawieniach teatralnych: „Odyseja”, „Król Edyp” czy „Opera za trzy grosze”. Po studiach Ozga wrócił do Kielc i zajął się… rzeźbą oraz tworzeniem komercyjnych storyboardów na zlecenie dużych agencji reklamowych, m.in. dla Young & Rubican czy Leo Burnet. Trzeba przyznać, że z kamieniem radzi sobie równie dobrze, jak z rysowaniem czy malowaniem. Jego prace rzeźbiarskie można zobaczyć m.in. na cmentarzu Orląt Lwowskich we Lwowie. Jednak to komiks jest dla Ozgi najważniejszy.

go, autora „Thorgala”; Bogusława Polcha, współautora „Funkiego Kovala”; Janusza Christy twórcy „Kajka i Kokosza” czy młodszych pokoleniowo rysowników: Przemysława Truścińskiego i Krzysztofa Gawronkiewicza. I nie chodzi tu bynajmniej o ilość wykonanych przez niego prac, ale o ich jakość. Wszystkie są na bardzo wysokim poziomie artystycznym.

Niezliczone tytuły

Stworzył swój nietuzinkowy, rozpoznawalny styl. Ostatnie komiksy z serii „Yorgi” pozostawia w formie rysunków. Dla wielu autorów komiksów ołówek jest tylko narzędziem do naszkicowania kadrów przed finalnym nałożeniem tuszu, po tej operacji ołówek jest usuwany ze strony. Dla Ozgi, ołówek jest głównym narzędziem na każdym etapie tworzenia opowieści. Zastosowanie tej metody pozwala obcować z niesamowicie ekspresyjnymi, wielowymiarowymi kadrami, w których widać swobodę i kunszt warsztatowy autora. Tworzy światy i skomplikowane industrialne pejzaże. Mimo iż często rysuje komiksy science-fiction czy fantasy, robi to w taki sposób, że trudno nie zachwycić się tymi realistycznymi, trochę depresyjnymi wizualizacjami. To samo dotyczy bohaterów, którzy pojawiają się w kadrach jego komiksów. Nie są to sztywne, papierowe postaci, jakich wiele można znaleźć w innych albumach. Nie idzie na skróty, jest perfekcjonistą. Porównując jego prace z dostępnymi na rynku popularnymi komiksami amerykańskimi czy japońskimi, można śmiało stwierdzić, że jest to stara, dobra, europejska szkoła komiksu, której niestety coraz mniej jest na rynku. ■

Jest autorem dziewięciu kilkudziesięciostronicowych albumów, m.in. zrealizowanego na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza dwuczęściowego „Quo Vadis” (wydawnictwo Kolporpress, 2001 rok) oraz czterotomowego „Yorgi” do scenariusza Dariusza Rzontkowskiego, wydawanego przez wydawnictwo Kultura Gniewu w latach 2012-2015. Ten ostatni, doskonale przyjęty przez krytyków, niedługo powróci. Trwają zaawansowane prace nad kolejnymi dwoma albumami. Jerzy Ozga ma także na swoim koncie niezliczoną ilość krótkich form, jedno lub parostronicowych historii. Jego komiksy i ilustracje były wielokrotnie publikowane na łamach „Fantastyki”, „Komiksu Fantastyki”, „Feniksa”, „AQQ”, „Komiks Forum”, „SUPER Boom”, „Zeszytów Komiksowych”, „Komiks i My”. Nie sposób wymienić wszystkich tytułów antologii, magazynów, gazet, książek i komiksowych zinów, w których ukazywały i wciąż ukazują się jego prace. Olbrzymi komiksowy dorobek Ozgi sprawia, że jest on wymieniany jednym tchem obok najważniejszych postaci polskiej sceny powieści graficznej: Grzegorza Rosińskie-

Nagrody i wystawy Jego prace cieszą się uznaniem czytelników i krytyków sztuki komiksowej. W 2003 roku Ozga otrzymał Grand Prix za komiks „Moja Ziemia Obiecana” na XIV Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Do dziś jest to największe i najważniejsze wydarzenie poświęcone komiksom, a obecnie także grom komputerowym, odbywające się w Europie Środkowo-Wschodniej. Wykonane przez Ozgę komiksowe plansze prezentowane były także na wielu wystawach zbiorowych, m.in. we francuskim Angoulême na największym festiwalu komiksu w Europie, Napoli COMICON w Neapolu, Strasbourgu, Frankfurcie, Warszawie, Łodzi.

Szkice ołówkiem


Artykuł partnerski

38

Uniwersytet łowi perełki

Rano lekcje, po południu zajęcia na uniwersytecie. To propozycja dla zdolnych uczniów kieleckich liceów i techników, którzy chcą zainwestować w siebie. Uniwersytet Jana Kochanowskiego od września 2017 roku będzie realizował dwa ciekawe projekty skierowane do uczniów kieleckich liceów i techników. Warunkiem jest wysoka średnia ocen z przedmiotu, na który kandydat składa aplikację. Podczas rekrutacji liczyć się będą także sukcesy w konkursach przedmiotowych i olimpiadach. Ideą projektów jest bowiem poszerzenie wiedzy najzdolniejszych uczniów w Kielcach. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

W uniwersyteckich laboratoriach Projekt „Uniwersytet młodych” skierowany jest do uczniów uzdolnionych w zakresie nauk przyrodniczych i ścisłych, natomiast „Pasjonaci wiedzy” dla humanistów. Weźmie w nich udział aż 168 osób. Do dyspozycji uczniów będzie kadra naukowa i uniwersyteckie laboratoria. Zajęcia odbywać się będą popołudniami kilka razy w ciągu semestru i trwać będą od trzech do pięciu godzin. W projekcie dla humanistów uczestnicy będą się zajmować m.in. stereotypami w społeczeństwie anglosaskim, kulturą germańską i rosyjską, a zajęcia będą się odbywać w języku angielskim, niemieckim i rosyjskim. Przyrodnicy i matematycy

zamkną się m.in. w laboratoriach wydziału matematyczno-przyrodniczego, gdzie będą wykonywać doświadczenia z zakresu chemii, biologii, geografii czy ochrony środowiska. – Ideą uniwersytetu jest kształcenie na poziomie standardowym, a jednocześnie musimy wyławiać perły wśród uczniów, którzy są potencjalnymi kandydatami na studentów naszej uczelni – mówi prof. dr hab. Jacek Semaniak, rektor Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Nie tylko dla przyszłych naukowców Uczestnicy projektu będą realizować indywidualne ścieżki kształcenia i wezmą udział w projektach


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

39

badawczych prowadzonych przez kadrę naukową. – Dzięki temu będą mogli rozwijać swoje pasje na miarę swoich talentów – podkreśla rektor. Nie chodzi tylko o poszerzenie wiedzy i skorzystanie z możliwości uniwersyteckich laboratoriów. – To szansa na ukształtowanie otwartej postawy, niezależnie od tego, czy w przyszłości uczestnik projektu będzie naukowcem. Postawienie pytania, sformułowanie problemu, krytyczne podejście do tego zagadnienia, poszukiwanie literatury niezbędnej do jego zrozumienia, rozwiązywanie problemu. To umiejętności potrzebne w każdej pracy – mówi profesor Jacek Semaniak. Do tego dojdzie umiejętność prezentacji swoich dokonań, gdyż częścią projektu

są konferencje i pokazy. Partnerem projektu jest Urząd Miasta w Kielcach. – Wyrównujemy szanse, dzięki korepetycjom miejskim, które od wielu lat przygotowują naszych uczniów do egzaminów zewnętrznych. Nowy projekt jest szansą dla zdolnych i ambitnych uczniów. A takich nie brakuje w kieleckich liceach i technikach – zapewnia Andrzej Sygut, wiceprezydent Kielc. Zapisy do projektów były prowadzone do 25 września. Projekty realizowane są w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. Ich łączna wartość to 457 tys. zł, z czego 385 tys. zł to środki Europejskiego Funduszu Społecznego. To już kolejna propozycja Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dla szkół. Wcześniej,

wspólnie z Uniwersytetem Jagiellońskim i Uniwersytetem Rzeszowskim, zrealizowany został projekt „Feniks” przeznaczony dla uczniów zainteresowanych fizyką. Uczelnia prowadzi także Uniwersytet Dziecięcy, zajęcia przygotowujące do matury i jest koordynatorem marcowej Świętokrzyskiej Matury Próbnej.

Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach ul. Żeromskiego 5 tel. 41 349 73 30 www.ujk.edu.pl


Artykuł partnerski

40

Jak nie nauczysz się angielskiego Jeśli po latach prób nadal nie udaje Ci się nauczyć angielskiego i masz ochotę uciekać, kiedy ktoś zwraca się do Ciebie w tym języku, może zainteresuje Cię, jakie są prawdziwe przyczyny tego stanu rzeczy. Przecież wszystkiego innego – łącznie z własnym językiem – potrafiłeś się jakoś nauczyć…

Nas – specjalistów od szybkiej nauki języków, zawsze fascynował ten temat. Mamy w tej dziedzinie spore doświadczenie: od 2009 roku nauczyliśmy angielskiego blisko 10 tys. osób, w tym w ciągu 8 tygodni pierwszą polską top model Paulinę Papierską i szerokie grono najbardziej wymagających i zapracowanych klientów: gwiazd mediów i show-biznesu, oficerów Komendy Głównej Policji i Biura Ochrony Rządu, a także członków zarządów i pracowników największych polskich przedsiębiorstw. Umiejętność swobodnej rozmowy po angielsku uczestnicy uzyskują w ciągu 6 miesięcy, zaś wskaźnik rezygnacji z nauki od lat utrzymuje się poniżej 3 proc., gdy w branży językowej normą jest… 75-80 proc. Doświadczenia te pozwalają nam z całą odpowiedzialnością potwierdzić trafność poniższej listy przyczyn trudności w opanowaniu języka obcego. Dlaczego więc jest tak źle, skoro na co dzień posługujemy się jednym z najtrudniejszych języków świata? Co robimy nie tak? PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Co robić, aby NIE NAUCZYĆ SIĘ angielskiego: • Jeśli coś nie przynosi rezultatu, nic nie zmieniaj, próbuj w nieskończoność. • Ucz się zawsze w ten sam sposób – najlepiej z list słówek, które wkuwasz jedno po drugim. • Odkładaj naukę na bardziej odpowiedni moment – na pewno kiedyś nadejdzie. • Nie próbuj mówić. Poczekaj, aż tak się nauczysz, że na pewno nie zrobisz żadnego błędu. • Ucz się przede wszystkim gramatyki. W londyńskiej restauracji na pewno przetestują Cię z czasów przeszłych. • Nie ucz się wymowy – mamrotanie pod nosem słówek z listy wystarczy.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

41 • Zaplanuj codzienną 3-godzinną naukę i wykręcaj się mnóstwem obowiązków. • Gdy ktoś odezwie się do Ciebie po angielsku, natychmiast uciekaj. • Nie szukaj żadnych innowacyjnych metod – wszystko, co się dało, zostało już na pewno wymyślone. • Nie zapisuj się na kurs. Przerwa dobrze Ci zrobi. Chociaż powyższa lista brzmi jak żart, trafnie opisuje powszechną praktykę nauki języka u większości dorosłych. To dlatego 7 na 10 osób rezygnuje z nauki języka przed upływem roku. Prawdziwy powód jest zawsze ten sam: nikłe rezultaty, niewspółmierne do wkładanego wysiłku. Dlaczego nie udaje mi się nauczyć języka, chociaż potrafiłem bez trudu nauczyć się wszystkiego innego? To nie do końca Twoja wina. Obowiązujący dziś powszechnie system edukacji, także językowej, niewiele zmienił się od czasów Bismarcka. Wtedy to powstał system kształcenia, oparty na dyscyplinie, wszechwładzy nauczyciela nad uczniem i ujednolicenia wszystkiego, co się da – od ławek i ubiorów uczniów po podręczniki i programy nauczania. Dziś edukacja, także językowa, nadal od każdego oczekuje, że nauczy się on: • tego samego • w tym samym czasie • w ten sam sposób • z tymi samymi rezultatami To tak, jakbyśmy chcieli przygotować do zawodów sportowych np. 20 biegaczy, oczekując że po wykonaniu dokładnie tych samych ćwiczeń, w takiej samej liczbie, w tym samym czasie wszyscy osiągną te same rezultaty. Gdybyż to było takie proste… Jak – mając mało czasu, pracę, dom itd. mogę szybko nauczyć się języka? Ucząc się w podobny sposób, jak nauczyłeś się własnego. To zazwyczaj inaczej, niż robiłeś to dotąd. Mark Twain powiedział, że gdyby języka ojczystego uczono REKLAMA

nas tak, jak uczy się języków obcych, nikt nigdy nie nauczyłby się mówić. Prof. Howard Gardner z Uniwersytetu Harvarda dowodzi, że nie ma jednej inteligencji, ale ma ona kilka różnych form. Gardner wyróżnia ich aż osiem – w tym także inteligencję matematyczno-logiczną i językową, na których oparta jest cała tradycyjna edukacja, w tym nauka języków. Faktem jest, iż jeśli to nie są akurat Twoje najsilniejsze inteligencje, tradycyjna nauka języka będzie dla Ciebie drogą przez mękę. Jeśli, aby coś opanować, musisz to zrobić, a nie przeczytać instrukcję – masz silną inteligencję ruchową, zaś wkuwanie odmian to dla Ciebie obcy świat. A co, jeśli Twoja najsilniejsza inteligencja to inteligencja muzyczna, interpersonalna albo wizualno-przestrzenna? Z naszych najsilniejszych inteligencji korzystamy na co dzień odruchowo – tak samo, jak po ciężką torbę sięgamy silniejszą ręką. Dopiero teraz wiadomo, że nauka dostosowana do indywidualnych typów inteligencji przynosi nieporównanie szybsze efekty. Według Raportu IBM „5 in 5” z 2013 roku, cała edukacja właśnie gwałtownie skręca w stronę indywidualizacji nauczania. Języka możesz już uczyć się tak, jak Twój mózg lubi najbardziej. Już teraz odruchowo gromadzisz informacje dotyczące np. Twojego hobby. W ten sam sposób uczymy na naszych szybkich kursach angielskiego Metodą Colina Rose. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak możesz szybko zacząć swobodnie rozmawiać po angielsku i wreszcie być sobą, umów się na spotkanie informacyjne w jednej z kilkudziesięciu placówek Instytutu Colina Rose w kraju. To nic nie kosztuje. Nasi najlepsi trenerzy wyjaśnią Ci dokładnie, jak wygląda nauka języka dostosowana do Ciebie, jak i dlaczego działa i czym najbardziej różni się od tego, co dotąd Ci się nie sprawdziło.

Metoda Colina Rose tel. 532 899 820 www.SzybkiAngielski.pl


Artykuł partnerski

42

Wyobraź sobie niewyobrażalne Eurojackpot już w Polsce Wkraczamy w nowy wymiar wygranych! Totalizator Sportowy oferuje nową międzynarodową grę – Eurojackpot. Pierwsze losowania już za nami.

• Najdroższy naszyjnik świata o wartości 209 mln zł.

Eurojackpot to niewyobrażalnie wysokie wygrane – nawet 90 mln euro, czyli około 375 mln zł! Gwarantowana pula na wygrane I stopnia w losowaniu to aż 10 mln euro (ok. 41,7 mln zł). Żeby zagrać wystarczy wytypować 5 z 50 liczb oraz 2 z 10 liczb i skreślić je na blankiecie lub zagrać na chybił trafił. Jeden zakład kosztuje 12,50 zł (10 zł stanowi stawka, a 2,50 zł dopłata). Losowania odbywają się co piątek pomiędzy godz. 20.00, a 21.00. Przeprowadza je fińska loteria Veikkaus Oy. Nagrania z losowań można oglądać na stronie www.lotto.pl. W grze Eurojackpot jest aż 12 stopni wygranych. Wygrane poniżej 2280 zł można odebrać w punktach LOTTO, a te i pozostałe – w kasach Oddziałów Totalizatora Sportowego. Ważne, by zakład zawarty został na kuponie wydawanym w Polsce. Wygrane równe i wyższe niż 10 mln euro wypłacane są w euro, a na życzenie grającego – w złotych, te niższe – tylko w złotych. Gra Eurojackpot powstała w 2012 roku i spośród wszystkich gier międzynarodowych na świecie zrzesza największą liczbę krajów. Bierze w niej udział 18 państw europejskich: Dania, Finlandia, Niemcy, Słowenia, Włochy, Holandia, Estonia, Hiszpania, Islandia, Litwa, Łotwa, Norwegia, Chorwacja, Szwecja, Czechy, Węgry, Słowacja oraz Polska. Główna wygrana w Eurojackpot – 90 mln euro – padła w 2015 roku w Czechach, w 2016 roku w Niemczech, a w 2017 roku podzieliło się nią pięciu graczy: trzech z Niemiec, jeden z Danii i jeden z Holandii. Każdy z nich otrzymał po 18 mln euro.

• 19 najdroższych zegarków świata The Patek Caliber 89. Jeden taki zegarek

Co można kupić za 90 mln euro?

• Zostać właścicielem drużyny piłkarskiej.

• 8 najdroższych samochodów świata: Rolls-Royce Sweptail o wartości 47 mln zł każdy.

• Odbyć kilkadziesiąt lotów w kosmos.

• 24 auta Ferrari LaFerrari o wartości 15,5 mln zł każdy. • 34 luksusowe apartamenty na terenie Warszawy, każdy o wartości 11 mln zł. • 937 domów marzeń o wartości 2,5 mln zł każdy na terenie Wilanowa.

• 50 psów rasy Czerwony Mastiff Tybetański. Każdy kosztuje… 7,5 mln zł. • Obraz Pabla Picassa „Dora Maar au Chat” warty 362 mln zł. kosztuje około 19,5 mln zł. • 65 najdroższych kostek Rubika. Jedna wysadzana kosztownościami kostka kosztuje 5,7 mln zł. • 75 000 kg najdroższej przyprawy świata, szafranu. Jeden gram tej przyprawy kosztuje 50 zł. • 83 333 najnowsze iPhone’y 8 o wartości około 4 500 zł każdy. • Najdroższego konia świata wycenianego na kwotę 243 mln zł. • 25 torebek Mouwad 1001 Nights Diamond Purse. Jedna taka torebka kosztuje 14,5 mln zł.

Za tę kwotę możesz także: • Spędzić 3,5 roku (1315 dni) w najdroższym apartamencie świata: Grand Penthouse w hotelu Mark w Nowym Jorku. Cena za noc wynosi 285 000 zł. • Przez 14,5 roku (759 tygodni) pływać łódką Johnny’ego Deppa. • Spędzać niekończące się wakacje w najbardziej ekskluzywnych resortach świata. • Mieć własną galerię z dziełami sztuki.

• Spędzić 39 473 noce w luksusowym pociągu Maharaja Express (9 500 zł za noc). • Zostać sponsorem polskich olimpijczyków. • Nabyć 100 proc. akcji przedsiębiorstwa notowanego na GPW.

• 78 luksusowych jachtów motorowych o wartości 4,5 mln zł każdy. • 2 najdroższe prywatne odrzutowce o wartości 155 mln zł każdy.

lotto.pl

Zagrasz?


Historia 44

SHL – duma naszej motoryzacji tekst i zdjęcia Jacek Korczyński

Gród nad Silnicą nie oparł się straszliwie zakaźnemu wirusowi M, który pustoszył niegdyś kraje zachodniej Europy. Ów motoryzacyjny bakcyl po raz pierwszy pojawił się u nas dokładnie 80 lat temu. Nie broniono się przed nim specjalnie. I w ten sposób trafił do Kielc, do Huty Ludwików. Nazywał się Villiers i pochodził z Anglii – tak w skrócie przedstawił genezę kieleckiej SHL-ki redaktor Wiesław Barański na łamach „Słowa Ludu”.

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

45 Legendarna SHL-ka Pierwszy egzemplarz słynnego SHL 98 zjechał z taśmy w 1938 roku. Decyzję o produkcji motocykla podjął rok wcześniej Otmar Kwieciński, ówczesny naczelny dyrektor Huty Ludwików S.A. w Kielcach. Z angielskich zakładów Villiersa uzyskano licencję na silnik o pojemności 98 ccm. Zwerbowałem do pracy najlepszych konstruktorów, mistrzów i techników ­– wspominał po latach dyrektor. Wyprodukowano blisko dwa tysiące tych maszyn. Prezentowane były już w 1938 roku na targach we Lwowie, a wiosną 1939 roku na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Zdobyły medal, prestiż i uznanie. SHL 98 był przed wojną najbardziej poszukiwanym, a do tego najtańszym polskim motocyklem – jego cenę ustalono na 898 zł (dla porównania popularny Sokół 600 kosztował w wersji bez wózka 2300 zł). Motocykl miał świetne parametry techniczne, a do tego ładną, smukłą sylwetkę. Dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” zadał Otmarowi Kwiecińskiemu pytanie, czy SHL 98 nie ma przypadkiem zbyt mało chromu i błysku, aby sprostać fantazjom odbiorców. Dyrektor odparł, że wytrawny motocyklista nigdy nie będzie patrzył na chrom i nikiel, ale na istotną wartość maszyny, a jeśli chodzi o kolorystykę, to firma trzyma się zasady Forda: każdy kolor jest dobry, o ile jest to kolor czarny. Skąd wzięła się nazwa SHL? Według pierwszej wersji (tak przynajmniej uważał dyrektor Kwieciński) to skrót od Suchedniowskiej Huty Ludwików. Inni twierdzili, choć raczej sporadycznie, że to rozwinięcie skrótu Spółka Huty Ludwików. Wersja numer trzy to Setka Huty Ludwików – REKLAMA

pochodząca od pojemności silnika pierwszego motocykla.

Popularne kieleckie maszyny Z biegiem czasu SHL-ka stała się legendą polskiej motoryzacji. Jej sylwetka wzbudzała zrozumiałe zainteresowanie, była przedmiotem westchnień i zazdrości. Grała w filmach obok wybitnych polskich aktorów. Była natchnieniem dla artystów i ciekawym obiektem dla fotoreporterów. Uczestniczyła w największych, nie tylko sportowych, wydarzeniach kraju – pisze o „dumie kieleckiej motoryzacji” Ryszard Mikurda, autor książki „SHL-ką przez gołoborze”, której trzecie już wydanie ukazało się w tym roku. Powstało ponad 20 modeli tych słynnych motocykli. Ostatni z nich to elegancka Gazela. Nawet gdy zaprzestano już krajowej produkcji, nasze SHL-ki cieszyły się niezłym wzięciem w Indiach. Tamtejszą licencyjną odmianę SHL M-11 nazwano Rajdoot, a ciągle unowocześniane wersje wytwarzano aż do 2005 roku. Model SHL 98 był jedynym, który udało się wyprodukować do wybuchu wojny. Ale po wojnie zaraźliwy wirus M po raz drugi zaatakował Kielce. Po szeregu konsultacji politycznych i gospodarczych w 1946 roku zadecydowano o wznowieniu wytwarzania maszyn z logo SHL. Pierwszy powojenny model oznaczono jako M-02. Z taśmy zeszły 203 sztuki. Następny, M-03, wytworzono w nakładzie 349 egzemplarzy. Później powstał SHL M-04 z krajowym silnikiem o pojemności 123 ccm. Do 1951 roku wyprodukowano ich ponad 22 tysiące. Ideą produkcji motocykli przejęła się cała załoga. Zadanie nie było łatwe.

Powojenne stosunki wymagały wielkiej ilości fantazji, samozaparcia i konsekwencji, którymi często trzeba było zastąpić braki materiałowe – pisał o owych niełatwych czasach Otmar Kwieciński, który ponownie został dyrektorem Huty, od 1948 r. przemianowanej na Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych. Niestety, trzy lata później okazało się, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nieźle rozwijającą się produkcję jednośladów przerwała polityczna decyzja władz o jej przeniesieniu do Warszawskiej Fabryki Motocykli. Oficjalnie KZWM otrzymały inne ważne zadania produkcyjne. Pierwsze warszawskie motocykle składano jeszcze z kieleckich części. W 1955 r. unowocześniony model M-06 produkowano jednak już pod nazwą WFM.

Znów w Kielcach Przyszła październikowa odwilż 1956 roku. Władza spojrzała przychylniej na kieleckie tradycje motoryzacyjne. Zakaźny wirus M po raz trzeci pojawił się w Kielcach. Po sześciu latach przerwy wznowiona została w KZWM, prowadzona równolegle z WFM, produkcja SHL M-06 z dostarczanym ze stolicy silnikiem 150 ccm. W połowie roku 1959 rozpoczęto modernizację motocykla w oparciu o doświadczenia kieleckiego biura konstrukcyjnego. Nowe rozwiązania techniczne sprawiły, że model M-06T zapewniał już większy komfort jazdy. Do 1961 roku powstało ponad 27 tysięcy egzemplarzy. Kieleccy konstruktorzy opracowali niebawem kolejną SHL-kę. Oznaczono ją symbolem M-11 i był to pierwszy polski motocykl klasy 175. Powstały dwie wersje tego eleganckiego jednośladu. Była to maszyna mod-


Historia 46

na i poszukiwana, kupić ją nie było łatwo, choć cena wcale nie należała do niskich. Obowiązywały bowiem przydziały dla sekretarzy i dyrektorów oraz przodowników pracy. Zwykły, szary człowiek musiał swoje odczekać, wcześniej zapisując się do odpowiedniego komitetu kolejkowego. Popularny SHL 175 M-11 stał się do tego sztandarowym polskim motoryzacyjnym wyrobem eksportowym. Do 1967 roku z taśmy produkcyjnej zeszło ponad 185 tysięcy tych motocykli. Następcą M-11 została nowa konstrukcja, dostosowana do europejskich trendów. Wzbudziła duże zainteresowanie wśród odwiedzających Targi Poznańskie w 1968 roku, gdzie została po raz pierwszy zaprezentowana. Wielu uznało ją niemal za rewelację. Ten model to oczywiście SHL M-17 Gazela. Jak na tamte czasy, Gazela miała niezwykle atrakcyjny wygląd, staranne wykończenie i nie odbiegała osiągami od światowych produktów. Sprzedawała się znakomicie, była do tego bardzo popularna także wśród pań. Barierą była jedynie wysoka cena, ale czegóż się nie robi dla spełnienia marzeń. Wyprodukowano aż 50 tysięcy tych modeli, z czego 15 tysięcy poszło na eksport. Mimo dużej szansy na prawdziwy podbój rynków zagranicznych, decydenci po raz kolejny powiedzieli nie. W 1970 roku zatrzymano produkcję. Gazela była ostatnim kieleckim motocyklem.

Huty Ludwików z powodzeniem wystartowała w Rajdzie Tatrzańskim. Dynamiczny rozwój sportu motocyklowego na Kielecczyźnie nastąpił dopiero w okresie powojennym. Fakt, że Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych były jedyną fabryką produkującą motocykle w zasadniczy sposób przyczyniły się do popularyzacji tej dyscypliny sportu. Nie bez znaczenia było również to, że wszyscy w zasadzie dyrektorzy KZWM przykładali wagę do rozwoju sportu – podkreśla Ryszard Mikurda. W 1948 roku w Hucie Ludwików utworzono wydział doświadczalny, który niebawem zaprezentował trzy modele motocykli sportowych. Pierwszy Zespół Fabryczny SHL w składzie: Jerzy Jankowski, Andrzej Kwiatkowski i Andrzej Kwieciński wygrał klasyfikację drużynową w VI Międzynarodowym Rajdzie Tatrzańskim w 1949 roku. SHL-ki odnosiły sukcesy w najtrudniejszych imprezach krajowych – Rajdach Tatrzańskim i Świętokrzyskim oraz na trasach motocrossowych. Po mistrzowskie tytuły sięgali m.in. Eugeniusz Frelich, Zdzisław Kałuża, Ryszard Potocki, Tomasz Armata, Marian Zając czy Zbigniew Klimecki. Pierwszym w powojennej historii mistrzem Polski został Mieczysław Markiewicz. Po wstrzymaniu produkcji motocykli w KZWM, w 1973 roku powstała sekcja motorowa w KSS Korona, która przejęła tradycje zespołu fabrycznego SHL. Już w latach 50. na rajdowych trasach motocyklowych można było spotkać także panie. Oczywiście w charakterze zawodniczek. Pionierką była kielczanka Jadwiga Sowińska, która swoje sukcesy odnosiła – ma się rozumieć – na maszynach ze stajni SHL.

Sentyment pozostał SHL-ki to dziś legendarne motocykle. Fani tych maszyn mają okazję spotykać się na corocznym Świętokrzyskim Zlocie Motocykli SHL i Pojazdów Zabytkowych. Jego pomysłodawcą jest wspomniany kielecki pasjonat motoryzacji Ryszard Mikurda, a na popularne zjazdy przybywa zawsze liczna grupa posiadaczy SHL-ek z całego kraju. Tegoroczny, jedenasty już zlot, odbył się 19 i 20 sierpnia na torze w Miedzianej Górze oraz skansenie w Tokarni. Redakcja „Made in Świętokrzyskie” objęła imprezę patronatem medialnym. ■

Sportowe wyczyny SHL-ek SHL-ki nie były oczywiście jedynie środkiem komunikacji. Odnosiły także i sportowe sukcesy. Debiut na rajdowych trasach nastąpił już w sierpniu 1939 roku, kiedy to reprezentacja PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

W tekście wykorzystano książkę Ryszarda Mikurdy „SHL-ką przez gołoborze” (Kielce 2017) oraz archiwalne numery „Słowa Ludu” i „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”.


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

47

Tradycja doskonalenia Należą też do pododdziałów historycznych prezentujących dawne polskie formacje wojskowe. Wśród nich odnajdziemy fizylierów i szwoleżerów z okresu Księstwa Warszawskiego, podchorążych z powstania listopadowego, powstańców z powstania kościuszkowskiego i ułanów legionowych Józefa Piłsudskiego. Tradycją firmy są – organizowane zgodnie z ceremoniałem wojskowym na ulicach Kielc, Radomia i Starachowic – widowiskowe i uroczyste ślubowania I klas mundurowych. Czas na rehabilitację ZDZ wydaje również uprawnienia do wykonywania zawodu m.in. operatora koparek, ładowarek do obsługi lub konserwacji stacji paliw płynnych i gazowych, dźwigów czy spawalnicze. Świadczy bezpłatne usługi pośrednictwa pracy i poradnictwa zawodowego. Jest wreszcie najprężniej działającą w regionie instytucją, organizującą bezpłatne szkolenia dofinansowywane z Unii. Zakład stale poszerza swoją działalność. W Starachowicach właśnie powstało Centrum Rehabilitacji Medicum. Do dyspozycji pacjentów są sale do fizyko – i kinezyterapii, gabinet krioterapii i hydroterapii, okłady borowinowe i sale ćwiczeń, siłownia. W planach jest też stworzenie przestrzeni z 24-godzinną opieką dla osób starszych. Aktywność na tak wielu polach nie odbywa się kosztem jakości kształcenia. A tę potwierdzają liczne nagrody i wyróżnienia, w tym przyznanie firmie Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

70 lat doświadczenia, ponad milion przeszkolonych osób i 40 tysięcy absolwentów kilkudziesięciu szkół w 20 miastach trzech województw. Zakład Doskonalenia Zawodowego w Kielcach to wiodąca instytucja szkoleniowa nie tylko naszego regionu. 1945 rok. Po wojnie w całym kraju brakuje fachowców. Ludzi, którzy mają wykonywać konkretne zawody ma wyszkolić, powołany przy ówczesnym pl. Partyzantów, Instytut Rzemieślniczy, który kształci w branży włókienniczej, gastronomicznej, skórzanej i metalowej. Dwa lata później powstaje Naukowy Instytut Rzemieślniczy. To początek funkcjonowania (już przy ul. Leonarda) Zakładu Doskonalenia Zawodowego, jako samodzielnego podmiotu gospodarczego. Prężnie rozwijająca się firma w 1964 roku rozpoczyna budowę budynku przy ul. Paderewskiego, symbolu ZDZ w Kielcach. Dziś zakład działa nie tylko na terenie województwa świętokrzyskiego, ale też w południowej części mazowieckiego oraz w powiecie miechowskim w Małopolsce. Swoje oddziały ma w 20 miastach. Ponad milion absolwentów ZDZ kształci dzieci, młodzież i dorosłych na kursach kwalifikacyjnych, a także w największej w regionie sieci kilkudziesięciu szkół niepublicznych, w tym w podstawówkach, zawodówkach (szkołach bran-

żowych), liceach, technikach i szkołach policealnych. Nawet w przedszkolu w Opatowie. Kursy m.in. bhp, budowlane, dla pielęgniarek i położnych, komputerowe czy transportowe ukończyło w sumie ponad milion osób. A mury szkół opuściło 40 tys. absolwentów. Ekonomistów, elektryków, informatyków, fryzjerów, mechaników, hotelarzy, masażystów i wielu innych. Od lat popularnością cieszą się klasy mundurowe: policyjna, wojskowa, strażacka i bezpieczeństwo wewnętrzne. Uczniowie mają zajęcia w jednostkach wojskowych, policji i straży pożarnej na terenie całego kraju. Uczą się strzelectwa, samoobrony, technik interwencji, jazdy konnej czy nurkowania.

Zakład Doskonalenia Zawodowego ul. Śląska 9, Kielce tel. 41 366 47 91 www.zdz.kielce.pl


Historia 48

Najstarsza tekst Rafał Zamojski

Pierwsza ulica z nawierzchnią z drewnianych dyli i z Silnicą na zatyłkach, miejsce zamieszkania Zofii Nałkowskiej i koncertu Ignacego Jana Paderewskiego… Najstarszą w Kielcach ul. Bodzentyńską czekają poważne zmiany.

Widok na wlot ulicy Bodzentyńskiej do Rynku przed 1885 r. (arch. Jana Leszka Adamczyka) Kościół św. Wojciecha przed rozbudową, ok. 1882 (arch. Jana Leszka Adamczyka)

Skrzyżowanie ul. Bodzentyńskiej z ul. T. Kościuszki, 1924 r. (fot. W. Kosterski, arch. Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków) PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Zdjęcie lotnicze z 1967 r. (arch. Jana Leszka Adamczyka)


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

49 Osada z kościółkiem XI wiek, początki polskiej państwowości. Rejon Łysogór to przede wszystkim wtórnie kolonizowane pustki osadnicze (odpowiedzialni za wielkie centrum metalurgiczne, zwane dziś dymarkami świętokrzyskimi, Celtowie wywędrowali z tych terenów kilkaset lat wcześniej). Na skraju puszczy, która, po jej przetrzebieniu przez celtyckich hutników, zdążyła się odnowić, zaczynają powstawać niewielkie osady. Jedną z najstarszych są Kielce. Prawdopodobnie od początku Kielce były osadą targową, przez co zyskały na tyle duże znaczenie, że postanowiono tu wybudować kościółek i utworzyć misyjną parafię pod wezwaniem św. Wojciecha. Niewykluczone, że już przy tej pierwszej kieleckiej parafii – według Jana Długosza powstałej wraz z drewnianą świątynią jeszcze w latach 80. XI stulecia – istniało małe zgromadzenie kanoników. Świadczyć o tym mogą dwie najstarsze w swoich niezmiennych granicach działki w Kielcach, czyli przylegające od wschodniej strony do dzisiejszego kościoła św. Wojciecha: dawna działka kustosza (kustodia) i dawny folwark prebendy pierzchnickiej. Parafia św. Wojciecha nie istniała długo – kilkadziesiąt, może 100 lat. Jeszcze w XII wieku została przeniesiona kilkaset metrów dalej – do ufundowanej przez biskupa Gedeona murowanej kolegiaty. Pierwszy kielecki kościółek na kolejne 800 lat (aż ponownie utworzono parafię św. Wojciecha) stał się kościółkiem cmentarnym.

Bożęcka, Bożęcińska Osada z kościółkiem powstała nad strumieniem zwanym Silnicą (Sielnicą), na cyplu otoczonym podmokłym niedostępnym terenem, przy szlaku komunikacyjnym, którego śladem biegną dzisiejsze ulice Bodzentyńska i Piotrkowska. Tym samym Bodzentyńska, której nazwa pojawia się w źródłach od XV wieku (jako Bożęcka, Borzęcka, Bożęcińska) jest najstarszą ulicą w Kielcach. Niedługo potem wyodrębniła się prowadząca do kolegiaty dzisiejsza ul. Duża, a osada zaczęła przenosić się w stronę rozwidlenia dróg, gdzie z czasem nastąpiła lokacja miasta. Utworzono rynek, którego kształt dostosowano do starego rozwidlenia. Do trzech najstarszych wybiegających z niego ulic doszła jeszcze ulica Mała. Granicę miasta wyznaczono m.in. na granicy cmentarza, przez co pierwszy kościół znalazł się poza miastem. W XVI wieku na ul. Bodzentyńskiej, na granicy miasta lokacyjnego, czyli na wysokości dzisiejszej Galerii Bodzentyńskiej, wybudowano jedną z bram wjazdowych do Kielc. Nieznany jest jej opis, dlatego też, choć źródła mówią o bramie, można domniemywać, że przypominała ona raczej niepozorną rogatkę. Biskupi krakowscy często przemieszczali się między Kielcami a Bodzentynem (gdzie od XIV wieku mieli swój zamek), dlatego też trakt łączący oba miasteczka był szczególnie ważny. W efekcie ul. Bodzentyńska jako jedyna, długo przed pojawieniem się w Kielcach pierwszego bruku, zyskała nawierzchnię z drewnianych dyli.

Strumień na zatyłkach Do końca XVIII wieku zarówno ulica do granic miasta lokacyjnego, jak i dalsza jej część zwana przedmieściem bożęckim, zabudowane były drewnianymi parterowymi domami. Wyjątkiem były XVIII-wieczne murowane jatki rzeźnicze, jedna z nielicznych komunalnych inwestycji z czasów biskupich. Relikty jatek być może zachowały się do dziś w podwórku kamienicy przy Bodzentyńskiej 3, jednak nikt do tej pory tego nie zbadał. Aż do lat 20. XIX wieku, kiedy przebito z Rynku dzisiejszą ul. Warszawską i utworzono placyk, na który przeniesiono figurę św. Tekli, pierzeja domów nieprzerwanie ciągnęła się od ul. Bodzentyńskiej do ul. Piotrkowskiej. Od

tej strony „zatyłkami” Bodzentyńskiej płynął strumień Silnica (od lat 20. XIX wieku uregulowany, ale ciągle jeszcze odkryty). Dopiero kilka lat temu śladem płynącego dziś pod ziemią strumienia wybudowano ul. Lecha Kaczyńskiego.

Wielki pożar

W sierpniu 1800 roku niemal cała drewniana zabudowa ul. Bodzentyńskiej spłonęła. Z wyjątkiem XVIII-wiecznego domu i spichlerza, leżących za kościołem, na mającej 900-letnią metrykę działce folwarku prebendy pierzchnickiej. Jak napisał w 1993 roku prof. Jan Leszek Adamczyk: Na terenie prebendy pierzchnickiej stał drewniany parterowy dom mieszkalny. Data na belce stropowej informowała, że zbudowano go w 1781 roku. Był to jedyny zachowany przy tej ulicy XVIII-wieczny drewniany dom mieszkalny (ul. Bodzentyńska 27). Kilka lat temu, w związku z porządkowaniem terenu parafialnego, wyburzono go za zgodą władz. Nie wykonano przed wyburzeniem żadnej inwentaryzacji pomiarowej ani nawet fotograficznej. Piszący te słowa zastawszy stos zwalonych belek, z jednej z nich (przekazanej do muzeum wsi) przerysował wspomnianą datę. Straciliśmy ostatnią szansę zachowania dla potomnych przykładu drewnianej zabudowy XVIII-wiecznych Kielc. Będący pozostałością dawnego folwarku XVIII-wieczny spichlerz został rozebrany przez parafię kilka lat po wspomnianym domu… W ciągu kilku lat od wielkiego pożaru z 1800 roku, w miejsce drewnianych wybudowano parterowe domy murowane. Do dziś zachowały się dwa relikty z tego okresu. To dom pod nr 19, w którym mieści się, prosperująca niemal nieprzerwanie od 1937 roku, zabytkowa piekarnia Gołębiowskich (co ciekawe dokładnie w tym samym miejscu w XVIII wieku znajdowała się piekarnia Jacentego Latosińskiego) oraz zachowany fragment domu pod numerem 9 z pięknymi sklepionymi pomieszczeniami, gdzie dziś mieści się pub Maszyna. Warto dodać, że część drewnianych domów XVIII-wiecznych Kielc była podpiwniczona, nie jest więc wykluczone, że również przy ul. Bodzentyńskiej istnieją piwnice pamiętające jeszcze czasy biskupie.

Przez mostek na Silnicy

Pierwotny drewniany kościółek św. Wojciecha dotrwał do 1763 roku, kiedy to kustosz kielecki Józef Rogalla wystawił w jego miejscu niewielką murowaną świątynię. W „Pamiętniku Sandomierskim” z 1829 roku przy opisie Kielc powołano się na żyjących jeszcze wtedy wiekowych włościan, biorących udział w rozbiórce kościoła. Stwierdzili oni, że drzewo modrzewiowe było bardzo zniszczone, oraz że z jego szczątków zbudowano spichlerz we wsi Szydłówek. Wspominali też, że w kościółku zawieszone były kły starożytnego zwierza. Jeszcze w XIX wieku teren cmentarza wokół kościoła sięgał niemal samej ulicy. Dopiero prace związane z regulacją strumienia Silnica spowodowały, że ogrodzenie cmentarza w 1837 roku cofnięto, tworząc w ten sposób zalążek dzisiejszego placu św. Wojciecha. Obecne, jeszcze bardziej cofnięte ogrodzenie powstało około 1882 roku, przed rozbudową kościoła związaną z ponownym utworzeniem przy nim parafii. Na plac wchodziło się (lub wjeżdżało) przez mostek na Silnicy. Warto wiedzieć, że parterowe domy jeszcze około 50 lat temu niemal całkiem odgradzały plac św. Wojciecha od ulicy.

Żydowska enklawa

Nowy etap w historii ul. Bodzentyńskiej rozpoczął się w 1862 roku, kiedy to w związku z ukazem cara zlikwidowano zwyczajowy zakaz osiedlania


Historia 50 się w Kielcach Żydów (związany pierwotnie z charakterem prywatnego miasta biskupów, a potem podtrzymywany z inicjatywy kieleckich kupców obawiających się konkurencji). Żydzi, którzy od tego momentu masowo zaczęli osiedlać się w Kielcach, w sposób szczególny upodobali sobie właśnie Bodzentyńską. Jak pisał w „Gazecie Kieleckiej” w 1870 roku wybitny kielecki regionalista ks. Władysław Siarkowski: Ulica Borzęcka ma także szczególny powab i dla synów Izraela, wpadamy na ten domysł z tego powodu, że od pewnego czasu coraz gęściej po niej gniazda swe zakładają, co raz też na większą chmarę ich dziatek kędzierowatych biegających po ulicy natknąć się można. Od tego czasu wyróżnikiem ul. Bodzentyńskiej stał się dynamiczny drobny żydowski handel. Przy niej też funkcjonował pierwszy w Kielcach żydowski dom modlitwy. Ta część historii ulicy zakończyła się tragicznie – hitlerowcy m.in. na Bodzentyńskiej utworzyli kieleckie getto…

Tu mieszkała Nałkowska Historia najstarszej części ul. Bodzentyńskiej to także m.in. siedziba niezwykle zasłużonego żeńskiego gimnazjum Emilii Znojkiewiczowej (Bodzentyńska 1), pierwsze w Kielcach stałe atelier fotograficzne Władysława Krajewskiego (Bodzentyńska 3), kuźnia Gwoździowskich. To archaiczny, pamiętający średniowiecze kształt działek, na których stoją kamienice (zwróćmy uwagę na zakręcające bramy). To piękny dworek, który w 1852 roku na dawnej działce kustodii wybudowała rodzina Chmielewskich, dzierżawiąca ówcześnie duży folwark na Wielkopolu (wzdłuż przedłużenia ul. Bodzentyńskiej – dziś Sandomierskiej). Nowsza, mająca XIX-wieczny rodowód część ulicy za dworkiem Chmielewskich ma również ciekawą historię. I mało szczęścia, bo niewiele z jej historycznej zabudowy się zachowało. Na rogu Bodzentyńskiej i Kościuszki mieściła się posiadłość ze stawem i ogrodem niezwykle zasłużonej dla Kielc rodziny Jarońskich. To tam m.in. koncertował Ignacy Jan Paderewski. Dziś z całego kompleksu zachował się tylko fragment głównego budynku. Północna część ulicy z zabudowaniami zakładów Kluźniaka, w tym domem, w którym przez kilka lat mieszkała Zofia Nałkowska, niemal w całości zniknęła pod buldożerami budującymi aleję IX Wieków Kielc. Zachowały się jeszcze zewnętrzne mury dawnego młyna Wacława Rudczyńskiego (dziś tzw. Wzgórze Pigwy), ale czy mają szanse przetrwać?

I funkcjonował bazar W 1945 roku, podczas przepędzania Niemców z Kielc przez sowietów idących na Berlin, spłonęła jedyna 2-piętrowa kamienica. Po wojnie na jej miejscu zbudowano kamieniczkę niższą 1-pietrową (Bodzentyńska 4). W czasie PRL-u ul. Bodzentyńską (a właściwie Armii Czerwonej – piszący te słowa ma wyrzuty sumienia, że jako dziecko poprawiał swoją babcię, która używała przedwojennej nazwy) wyróżniały dwa elementy – duża ilość zakładów pogrzebowych oraz wtorkowy i piątkowy bazar na placu po wyburzonym domu pod nr 17. Dopiero w połowie lat 80. bazar został przeniesiony na plac przy ul. Gwardii Ludowej. W ul. Bodzentyńską nie inwestowano. Pierwszej w swej historii kanalizacji doczekała się ona dopiero podczas remontu, który miał miejsce w 2001 roku. Choć dla Kielc bezcennym zabytkiem jest sam przebieg traktu, mało brakowało, by zarówno najstarsza część ul. Bodzentyńskiej, jak i duża część ul. Piotrkowskiej przestałyby istnieć. W latach 70. XX w. istniały plany przeorania starego śródmieścia poprzez przebicie dwupasmowej ul. Warszawskiej (wtedy Rewolucji Październikowej) do ul. Krakowskiej oraz zlikwidowania ul. Piotrkowskiej między gmachem Urzędu Miejskiego a rondem (w miejscu jej przebiegu miały stanąć m.in. wieżowce). PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Zabudowania dawnego młyna Wacława Rudczyńskiego, koniec lat 60. XX w. (fot. K. Wilczyński)

Rewitalizacja 2.0

W końcu ul. Bodzentyńska doczekała się remontu. 17 lat temu na niej i na fragmencie ul. Wesołej zainicjowano rewitalizację kieleckiego śródmieścia. Ulica zyskała wymienione lub zbudowane od podstaw media podziemne, nową nawierzchnię i oświetlenie. Następnie wyremontowano plac św. Wojciecha, a prywatni inwestorzy zbudowali trzy nowe kamienice. Od lat 90. nową cechą charakterystyczną ulicy stała się duża ilość lokali gastronomicznych. Wydawało się, że kiepskie czasy minęły, a najstarsza ulica o bardzo bogatej historii zacznie rozkwitać. Niestety w procesie rewitalizacji zatrzymano się w pół kroku. Bodzentyńska zawisła w czasie i przestrzeni, jako zaniedbane, zastawione samochodami zaplecze Rynku. Piszący te słowa, jako współautor przygotowanego trzy lata temu przez Stowarzyszenie Kieleckie Inwestycje „Społecznego audytu rewitalizacji ul. Bodzentyńskiej”, zaczął więc nękać władze Kielc, zyskując z czasem zaangażowaną i skuteczną sojuszniczkę w osobie radnej Agaty Wojdy.

Święto ulicy

Po serii spotkań z przedstawicielami władz miasta dziś wreszcie mamy duży powód do radości. Wiemy już, że obszar ulicy między lokalami MOPR (Bodzentyńska 32/40) a terenem parafii św. Wojciecha nie tylko został włączony do nowej odsłony programu rewitalizacji, ale też przygotowanie projektu zostanie poprzedzone pogłębionymi konsultacjami i konkursem architektonicznym (może będzie szansa na odkrycie fragmentu obecnie płynącej pod ziemią dawnej Silnicy!). Natomiast najstarszą część ulicy objęto, nie mającym precedensu w Kielcach, świetnym projektem rewitalizacji społecznej, przygotowanym przez Instytut Dizajnu. Projektem, który być może zaowocuje m.in. powstaniem pierwszego w Kielcach woonerfu (podwórca miejskiego). Pisząc ten tekst nie znam jeszcze dokładnego grafiku, ale gdy czytacie te słowa to już się dzieje! Na wrzesień przyszykowanych jest wiele niespodzianek, które powinny zakończyć się prawdziwym świętem ulicy – wielką uliczną biesiadą, w której organizacji pomogą liczne na Bodzentyńskiej lokale gastronomiczne! Ks. Władysław Siarkowski tak 147 lat temu pisał o ul. Bodzentyńskiej: W te dni wspomniana ulica w świetniejszą barwę życia przyobleka się niżeli w dni powszednie. Wieśniacy z Domaszewic, Mójczy, Zagórza, Sukowa i innych wiosek, znęceni odgłosem katarynek, lub rzępoleniem skrzypcy ochoczo nawiedzają rozlokowane po niej szynki. Tutaj, gdy im muzyka choć fałszywie utnie ulubionego oberka, a grono dziewoj obiegnie ten salon co za równo dla pięknej płci miejskiej, jak i wiejskiej ochoczo otwiera swoje podwoje, wtedy zdają się oddychać inną atmosferą powietrza i być w swoim żywiole. Miło popieścić wzrok swój widokiem wirujących par tańcującego koła, miło przysłuchać się melodji zaimprowizowanej pieśni, w której choć pod skromną formą wiersza tkwi prawdziwa poezja i ciepło uczucia. Czy zatem dziś do ulicznej biesiady na ul. Bodzentyńskiej może przygrywać lepsza kapela niż doskonale znane czytelnikom „Made in Świętokrzyskie” Tęgie Chłopy? W chwili, gdy piszę te słowa wiele wskazuje, że tak właśnie się stanie! ■


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

51

Tu jest mój dom

Często przyjeżdżają też goście np. słuchacze Uniwersytetu III Wieku czy członkowie klubów seniora. – Zależy nam na komforcie naszych podopiecznych i domowej atmosferze. Nasz dom jest otwarty na gości – zapewnia Tomasz Borowiecki, dyrektor Domu Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy. Do dyspozycji pensjonariuszy są opiekunowie i fizjoterapeuci. Dom Opieki w Pierzchnicy działa już 12 lat. Mieszkańcy to osoby z całej Polski: Szczecina, Łodzi, Sosnowca. To miejsce dla ludzi, którzy chcą jeszcze czegoś od życia. Tu znajdują przyjaźń, opiekę. Tu się bawią, integrują i otwierają na nowych ludzi i nowe zainteresowania. Tu jest ich dom. Bo przecież dom, to nie adres czy budynek, ale ludzie, którzy tworzą rodzinną atmosferę i zapewniają poczucie bezpieczeństwa.

Zaledwie 20 km od Kielc, w malowniczej okolicy Cisowsko-Orłowińskiego Parku Krajobrazowego, w budynku po dawnej szkole mieści się Dom Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy. Miejsce, w którym można znaleźć przyjaciół i realizować swoje pasje. Pan Stanisław, emerytowany górnik, uwielbia pracę w ogrodzie. Zawsze miał działkę, na której uprawiał warzywa i owoce. Tu ma własny ogródek. Pan Emil, także emeryt, jest złotą rączką. Majsterkowanie to jego pasja, więc ma dla siebie kącik, w którym może się realizować. Historie obu mężczyzn i innych podopiecznych Domu Opieki Rodzinnej w Pierzchnicy są do siebie podobne. Seniorzy, często osoby samotne, których dzieci i wnuki wyjechały za pracą, potrzebują towarzystwa, a niejednokrotnie także opieki. Ich mieszkania stały się zbyt duże i puste. W domu w Pierzchnicy czują się jak w sanatorium. Każdy ma własny pokój, w którym codziennie sprząta obsługa. Nie muszą się też martwić o gotowanie, pranie, prasowanie… I zawsze znajdzie się czwarty do brydża. – W domu jest moja babcia. Wcześniej mieszkała z nami, ale kiedy wychodziliśmy do pracy na długie godziny, zostawała sama. A gdy wieczorem chciała się wcześniej położyć, pozostali domownicy zaczynali codziennie krzątanie. W domu w Pierzchnicy

odżyła i zyskała nowych przyjaciół, którzy ją rozumieją – mówi wnuczka jednej z pensjonariuszek. Mieszkańcy domu mają do swojej dyspozycji jedno – lub dwuosobowe w pełni umeblowane pokoje. Mogą też wstawić swoje sprzęty, z którymi czują się szczególnie związani. Na miejscu jest kuchnia i całodobowa opieka pielęgniarska. Dom jest przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. Dookoła jest ogród z siłownią, a wewnątrz ogród zimowy i biblioteka. Organizowane są zajęcia terapeutyczne, m.in. manualne i muzykoterapia, gimnastyka grupowa, wyjazdy do Kielc i Buska-Zdroju.

Dom Opieki w Pierzchnicy ul. Kard. S. Wyszyńskiego 2 tel. 41 35 38 628 kom. 691 022 640 biuro@dor.com.pl


Być eko 52

Akademia lepszego życia tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Mateusz Wolski

Rodzinne warsztaty zdrowego gotowania, masaż shiatsu, warsztaty bębniarskie, spacery zielarskie, wieczory w tipi... Całe rodziny przyjeżdżają w Góry Świętokrzyskie do Akademii Poprawy Jakości Życia. Chcą spędzić czas w harmonii z przyrodą i naładować akumulatory pozytywną energią.

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

53 – Zaczęło się w latach 90. w Bieszczadach, gdzie były organizowane różne ekologiczne warsztaty. Było tai chi, capoeira, bębny – teraz popularne, a wtedy nieznane. Uczestnicy mieszkali w tipi, nie było używek, mięsa. Ludzie przyjeżdżali na dwa tygodnie, a zostawali na dwa miesiące. Przez te letnie spotkania przewinęło się ponad dwa tysiące osób. Powstała społeczność, która odkrywała ważne, ale zapomniane wartości – wspomina Stefan Poprawa, inicjator Akademii, absolwent Instytutu Makrobiotyki w Kiental w Szwajcarii, znawca żywności ekologicznej, kuchni wegetariańskiej i wegańskiej oraz popularyzator profilaktyki zdrowotnej z 20-letnim doświadczeniem. W lipcu 2015 roku po raz pierwszy, wspólnie z Dorotą Mlostoń, właścicielką Akademii Młodości, trenerką rozwoju osobistego, specjalistką z dziedziny naturalnych kosmetyków i jogi twarzy, zorganizował Letnią Akademię Poprawy Jakości Życia Ars Vitae w Ameliówce. – Góry Świętokrzyskie to jedno z cenniejszych miejsc o bogatej przyrodzie, położone w centrum Polski, dzięki czemu łatwo tu dojechać nawet z odległych zakątków kraju. W pewnym sensie jeszcze nieodkryte i to jego atut. Potencjał tych gór tkwi także w ich historii. Jestem przekonany, że istniały tu pewne centra energetyczne, wokół których skupiali się ludzie – zaznacza Poprawa.

Kosmetyki na zdrowie

Od gotowania do budowania

Kremy, balsamy, szampony, odżywki do włosów, żele pod prysznic… Dla dzieci i dorosłych. Do tego ekologiczne środki czystości, proszki i płyny do prania, a nawet tabletki do zmywarki. Vegekoszyk.pl stawia na produkty zdrowe i jak najmniej przetworzone.

Artykuł partnerski

Od marca 2016 roku Akademia dodatkowo spotyka się na comiesięcznych zjazdach w Szklanym Domu w Ciekotach. W projekt zaangażowali się mieszkańcy Gór Świętokrzyskich: znawczyni roślin Hanna „Zielicha” Świątkowska czy Wojtek Waldon, który prowadzi warszta-

– Wszystko, co znajduje się w naszym sklepie, jest nie tylko pochodzenia roślinnego, ale także nie zawiera składników, które mogą być niebezpieczne dla naszego organizmu. W składzie oferowanych przez nas kosmetyków i środków czystości nie ma szkodliwych detergentów (SLS i SLES), siarczanów oraz parabenów, czyli konserwantów – zapewnia Dariusz Olszewski, właściciel sklepu internetowego Vegekoszyk.pl. W Vegekoszyk.pl znajdziemy kosmetyki i chemię gospodarczą polskich i zagranicznych marek ze średniej półki cenowej, ale i te bardziej ekskluzywne. – Te produkty są droższe, ale warto rozważyć ich zakup. Są badania, które potwierdzają, że parabeny mogą być rakotwórcze. Wiele substancji może też wywoływać alergie – zwraca uwagę Dariusz Olszewski. Klienci coraz chętniej sięgają po naturalne i ekologiczne artykuły, także kosmetyki i środki czystości. Jeszcze kilkanaście lat temu skład produktów był dla wielu z nas sprawą drugorzędną. Dziś przywiązujemy do tego dużą wagę. – To, co jemy czy czego używamy do pielęgnacji skóry, ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Na szczęście świadomość konsumentów jest coraz większa, podobnie jak prawodawców – twierdzi Dariusz Olszewski. Vegekoszyk.pl to ponad tysiąc produktów: kilkadziesiąt rodzajów napojów roślinnych, zbożowych, substytutów mięsa, słodyczy, ekologiczne warzywa i owoce. Zakupy w Vegekoszyk.pl można zrobić składając zamówienie na stronie internetowej, a produkty odebrać w sklepie. Sprzedaż odbywa się także z dostawą do domu na terenie Kielc lub wysyłkowo.

Vegekoszyk.pl ul. Zapolskiej 41 kontakt@vegekoszyk.pl vegekoszyk.pl


Być eko 54

ty bębniarskie. Swoje gościnne progi otworzyła przed uczestnikami Akademii Szkoła Wrażliwości Ewy Skowerskiej i Mariusza Kosmalskiego w Kapkazach. Korzystali też z leśnej bani Mateusza Szwagierczaka. Warsztaty mają pomóc uczestnikom poprawić jakość życia: nauczyć zdrowszego odżywiania, aktywnego spędzania czasu i prawdziwego odpoczynku oraz budowania dobrych relacji międzyludzkich. Program zjazdów jest bogaty, można nauczyć się zdrowego gotowania zgodnie z porami roku, wykorzystywania w kuchni dzikich roślin, robienia kiszonek czy pieczenia chleba. Są też wszelkie aktywności służące zdrowiu: hatha joga, masaż shiatsu, tańce, łucznictwo oraz górskie wycieczki. W programie znajdują się też śpiewy tradycyjne oraz rękodzieło. Podczas zajęć stare t-shirty zamieniają się w klapki, a białe koszulki zyskują tęczowe wzory. Można też spróbować pracy z wikliną, nauczyć się przygotowywać naturalne kosmetyki i środki czystości, które nie szkodzą człowiekowi i naturze. W Kapkazach odbywają się warsztaty ceramiczne czy zajęcia poświęcone naturalnemu budownictwu.

Ludzie jak mandala

Tego lata w Ameliówce studenci Akademii spotkali się już po raz trzeci. W dwóch turnusach uczestniczyło po kilkadziesiąt osób. Program wypełniony był warsztatami, każdego dnia rodziły się nowe pomysły. – Każdy z uczestników może zaproponować własne zajęcia i podzielić się swoją wiedzą – mówi Stefan Poprawa. – Opowiadam o roślinach, ale prowadząc warsztaty, uczę się także od uczestników. To zawsze jest wymiana – wtóruje Hanna Świątkowska. Ludzi skupionych wokół Akademii porównuje do mandali, składającej się z mnóstwa elementów i kolorów, tworzących wspólnie pełny obraz, który zmienia się w zależności od tego, z jakiego punktu się spojrzy. Akademia jest projektem społecznym, spotkaniem, podczas którego rodzą się nowe PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

pomysły na działania. Jak przystało na uczelnię, ma swoje wydziały. „Zielicha” jest dziekanem Wydziału Czującej Natury, Wojtek Waldon – Architektury Szczęścia. Wydziałem Przytulania kieruje sześcioletnia Miriam, a dziekanem Wydziału Radości i Długowieczności – 88-letnia Irena Polkowska-Rutenberg, była uczestniczka powstania warszawskiego, która po wojnie wyjechała do USA, a od kilkunastu lat propaguje w Polsce metodę radykalnego wybaczania Colina Tippinga.

Niewolnicy rzeczy Najważniejszym aspektem Akademii jest łączność człowieka z naturą. – Najogólniej mówiąc: rozwój cywilizacji nie jest pełny. Starożytni Grecy mówili o trzech filarach rozwoju człowieka: emocjonalnym, materialnym i mentalnym. Jeśli jeden z tych filarów wyrasta ponad pozostałe, to powstaje kultura patologii. I my obecnie z taką kulturą mamy do czynienia – przekonuje Poprawa. I dodaje – Dalajlama podczas wykładu powiedział, że problem tej kultury nie leży w rozwoju technologii, ale w tym, że za rozwojem świata materialnego i mentalnego nie nadąża świat emocjonalny, empatyczny. I to jest niebezpieczne dla kultury. Zdaniem Świątkowskiej teren Gór Świętokrzyskich to bogata natura i pierwiastek ludzki. – Fundamentem, na którym powinniśmy budować, jest zrozumienie i poczucie własnej naturalności, przynależności do świata natury. Jesteśmy tak mocno związani ze strukturami cywilizacji, że trudno jest nam siebie odnaleźć. A im więcej mamy, tym bardziej stajemy się niewolnikami rzeczy, obowiązków, presji. Tutaj staramy się funkcjonować bez tego, oczywiście na ile to możliwe – zaznacza.Powstał nawet pomysł, żeby podczas letniego turnusu stworzyć miejsce bez elektronicznych gadżetów, dla tych, co chcą odpocząć od telefonów i tabletów. Może uda się go zrealizować w przyszłości… ■


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

55

Tradycja smaku mione w sposób tradycyjny: latem poprzez wypas na łące, zimą sianem pozyskanym z użytków zielonych. Dzięki temu mleko zachowuje pełen bukiet smakowo-zapachowy złożony z ziół, kwiatów i traw. Produkty mleczarni wyróżniają się unikatowym znakiem „Naturalne Świętokrzyskie”. To logo jest jednocześnie mottem firmy, która poprzez tradycyjną, naturalną produkcję zdobywa serca i podniebienia coraz to nowych klientów, szukających niepowtarzalnego i naturalnego świętokrzyskiego smaku.

Czyste środowisko i nieskażone powietrze są – obok ogromnych obszarów leśnych – jednymi z największych bogactw Pierzchnicy. Nieprzypadkowo więc właśnie tu, przed ponad dwudziestu laty, swoją działalność rozpoczęła Gminna Mleczarnia w Pierzchnicy. Firma słynąca z tradycyjnie wytwarzanych twarogów o niepowtarzalnym smaku. Położona w centralnej części województwa świętokrzyskiego, w makroregionie Wyżyny Kielecko-Sandomierskiej, Pierzchnica słynie z naturalnego środowiska. Północna część gminy leży w kotlinie Cisowsko-Orłowińskiego Parku Krajobrazowego, a południowo-wschodnia w Chmielnicko-Szydłowskim Obszarze Chronionego Krajobrazu. Bogactwo przyrodnicze stanowią lasy, należące do dawnej Puszczy Cisowskiej. I to właśnie tu, wykorzystując położenie, w 1996 roku założono Gminną Mleczarnię w Pierzchnicy. Firma szybko zdobyła zaufanie klientów. Tradycyjnie wytwarzane twarogi mają niepowtarzalny,

mleczny smak, a do ich produkcji nie używa się środków konserwujących i sztucznych barwników. Mleczarnia należy do Sieci Dziedzictwo Kulinarne Świętokrzyskie, wpierającej żywność naturalną, bezpieczną i smaczną. Firma od blisko 20 lat zajmuje się tradycyjną produkcją twarogu półtłustego, cieszącego się dużym uznaniem wśród konsumentów i ekspertów. Doskonały na kanapki i jako przekąska, sprawdza się także jako składnik serników czy naleśników. Twaróg posiada certyfikat „Jakość Tradycja”, który wyróżnia produkty wysokiej jakości, jest też laureatem wielu nagród. W ofercie mleczarni znajdziemy również chudy twaróg z Pierzchnicy. Pozbawiony tłuszczu świetnie sprawdza się w diecie, a kultury probiotyczne z rodzaju Bifidobacterium dodatkowo podnoszą jego walory odżywcze. Produkt polecany jest wszystkim dbającym o zdrowie i sylwetkę. Niepowtarzalny smak produktów wytwarzanych w mleczarni, to efekt współpracy firmy z niewielkimi gospodarstwami, w których zwierzęta są kar-

Gminna Mleczarnia w Pierzchnicy sp. z o.o. Pierzchnianka 66 26-015 Pierzchnica kom. 695 660 524 tel./fax 41 353 80 26


Kielce zapomniane 56

Prochownia tekst Rafał Zamojski zdjęcie prochowni na dawnej pocztówce

T

ajemniczy i malowniczy obiekt. Można rzec: mały romantyczny zamek na obrzeżach ówczesnych Kielc. Gdy przyjrzymy się bliżej jego funkcji, okaże się nie taki znów romantyczny, a stał na obrzeżach, bo przebywanie w jego rejonie nie było zbyt bezpieczne. Idealnie nadaje się do naszego cyklu, choć zbyt wiele nie można o nim napisać. Ta niezwykła budowla to – powstała w latach 30. XIX wieku – baszta prochowa. Kto ją zaprojektował w tak fantazyjnym gotyckim stylu, niestety nie wiemy. Była to budowla wojskowa, która służyła przechowywaniu prochu i amunicji. Po upadku powstania listopadowego w Kielcach na stałe zagościły wojska carskie i to była ich inwestycja. Stanęła w miejscu, gdzie dziś zbiegają się ulice Żeromskiego i Bema – w tamtym czasie biegła tamtędy polna droga do Zagórza (późniejsza ulica Prosta), odchodząca od drogi do Sukowa (czyli dzisiejszej ulicy Wojska Polskiego). Miasto zbliżyło się do baszty dopiero po kilkudziesięciu latach, a teren ten stał się obrzeżem nowej dzielnicy budowanej wokół Nowego Rynku (czyli dzisiejszego placu Wolności). Z czasem cały obszar nabrał charakteru wojskowego. Władze carskie w latach 80. XIX w. postanowiły w pobliżu Prochowni, przy ul. Prostej, wybudować koszary pułkowe (dziś w obiektach dawnych koszar mieści się szpital położniczy), zaś w miejscu dzisiejszego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego stanęły drewniane szopy obozu artyleryjskiego. Baszta intrygowała kielczan, lubili ją – zegar w jej kształcie przez długie lata zdobił zakład popularnego w mieście zegarmistrza Jana Zagroby. Jak opisywał Jan Pazdur z zegara-prochowni wyglądała głowa jednego z miejscowych dygnitarzy carskich, a przed nią prężyła się ruchoma postać wartownika. Baszta prochowa wzbogacała kielecki krajobraz przez około 100 lat – została rozebrana w latach 30. XX wieku. Kolejna prochownia, już nie tak fantazyjna, została wybudowana również przy ulicy Prostej, ale już przed samym Zagórzem – tam, gdzie dziś znajduje się uliczka Prochownia. ■

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

57

Gwarancja odpowiedzialności

Mocno wierzymy w to, że nie zachorujemy, nie ulegniemy wypadkowi, nasze mieszkanie nie zostanie okradzione. Nikt z nas nie chce myśleć o tym, że coś złego może mu się przydarzyć. I słusznie! Niech zrobi to za nas nasz ubezpieczyciel. UbezpieczeniaPlus, firma z 15-letnią tradycją, ma podpisane umowy z 16 towarzystwami ubezpieczeniowymi. Nie zaszkodził jej kryzys finansowy i spadek zaufania do ubezpieczycieli, ani powszechny dostęp do ubezpieczeń przez Internet i zachęta części towarzystw, by klienci rezygnowali z agentów i przenosili się do sieci. – Bezpośrednie kontakty i zaufanie wciąż są dla konsumentów ważne. Internetowa sprzedaż sprawdza się, ale jedynie przy prostym OC samochodu – nie ma wątpliwości Bronisław Osajda, właściciel firmy UbezpieczeniaPlus. Polisy dla większości z nas wciąż są zbyt skomplikowane. – Nasza obecność jest ważna, a jakość obsługi klientów stale podnoszona. Ustawa wymaga od nas posiadania konkretnej wiedzy, przestrzegania przepisów z zakresu ochrony danych osobowych, ochrony konkurencji – wylicza Bronisław Osajda. I dodaje: – Presję wywierają też zarządy towarzystw. Jesteś solidny, kompetentny,

oferujesz lepsze warunki – przetrwasz. Nasz zespół tworzą eksperci z wieloletnim doświadczeniem. Klienci nam ufają i wkrótce do naszych punktów w Kielcach, Jędrzejowie i Końskich dołączy kolejny w Krakowie. Obowiązkowe i dobrowolne UbezpieczeniaPlus to nie tylko sprzedaż polis, ale także usługi doradztwa. – Często doradzamy naszym klientom bezpłatnie. Bo choć wiem, że to brzmi jak banał, to ich dobro leży nam na sercu – przyznaje Bronisław Osajda. – Jestem osobą wierzącą, moim mentorem jest ks. Rafał Dudała z kościoła akademickiego, współtwórca grupy Talent, skupiającej przedsiębiorców. Udział w takich spotkaniach jest dla mnie inspiracją i motywacją do tego, by stale pracować nad sobą – dodaje. UbezpieczeniaPlus oferują ubezpieczenia obowiązkowe, w tym całą grupę ryzyk OC i dobrowolne, w tym m.in. majątkowe, na życie i dla firm. – Przy obowiązkowych skupiamy się na tym, by klient nie przepłacił. Tu wszystkie towarzystwa muszą spełniać zapisane w ustawie warunki. Przy dobrowolnych konieczne są analizy. Dokonujemy ich wspólnie z klientem, aby dobrze rozpoznać jego potrzeby – zdradza Osajda.

Na życie i dla firm Osajda zachęca do ubezpieczeń majątkowych, które za niewielką w stosunku do ryzyka składkę pozwalają przerzucić odpowiedzialność za skutki nieszczęść na towarzystwo. Tym bardziej, że dziś nie ubezpieczamy się już od tzw. ryzyk nazwanych, ale odwrotnie – wszystko to, co nie zostało w polisie wyłączone – jest objęte ochroną. Warte rozważenia są ubezpieczenia na życie. Szczególnie, że dziś także wyglądają inaczej, niż jeszcze kilka lat temu, kiedy to towarzystwa oferowały inwestowanie kapitału w niepewne instrumenty. Dziś to konkretny produkt. Jeśli np. mamy kredyt na mieszkanie i jesteśmy jedynym żywicielem rodziny, to w przypadku naszej śmierci ubezpieczenie pozwoli na jego spłatę. – Kupujemy gotowość do tego, że w przypadku nieprzewidzianego zdarzenia będziemy zabezpieczeni. Są oczywiście ubezpieczenia, które zawierają w sobie element inwestycji, ale jest to już świadoma decyzja klienta. Jesteśmy nawet zobligowani do przeprowadzania ankiet, które sprawdzają, czy klient jest w stanie rzetelnie ocenić swoją gotowość do podjęcia ryzyka – zwraca uwagę Bronisław Osajda. Dobrze jest też pomyśleć o ubezpieczeniach dla firm. UbezpieczeniaPlus skupiają się na małych i mikroprzedsiębiorstwach. – To, co w przypadku wystąpienia szkody rujnuje firmy, to brak możliwości świadczenia usług i ryzyko trwałego wypadnięcia z rynku. Polisa pozwala tego uniknąć – mówi.

UbezpieczeniaPlus tel. 41 230 20 20 www.uplus.pl


Psychologia 58

Szkolne dylematy mamy i taty rozmawiała Daria Malicka zdjęcie Mateusz Wolski

Pierwsze dni w szkole – pojawiają się nowe obowiązki, trzeba zapamiętać mnóstwo nowych rzeczy i radzić sobie z nimi. Czy rodzic powinien ingerować w szkolne obowiązki dziecka i jeśli tak, to jak bardzo? To oczywiście zależy głównie od dziecka i jego umiejętności odnajdywania się w różnych sytuacjach oraz od… rodziców i tego, czego do tej pory swoje pociechy nauczyli. Dzieci uczą się przez doświadczanie, warto więc już od wczesnych lat pozwalać im na samodzielność. Rolą rodzica jest wspieranie, a nie ograniczanie naturalnego rozwoju dziecka. Zachęcam do uczenia malucha odpowiedzialności za własne działania, bez ciągłego trzymania za rękę, instruowania, nadzorowania.

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Rodzice odrabiający z dziećmi zadania domowe, wypożyczający książki z bibliotek, dzwoniący do innych rodziców w sprawie tego, co zadane, to wcale nierzadkie zjawisko… Czy więcej w tym pożytku czy krzywdy dla dziecka? Czy jest jakiś moment, po przekroczeniu którego absolutnie nie powinno się już ingerować w obowiązki szkolne? A może rolą rodzica jest jednak ciągłe pilnowanie i – tak jak wielu to tłumaczy – „inwestowanie” w przyszłość dziecka? Ja nazwałabym to raczej kontrolą rodzicielską połączoną z wyręczaniem. Możemy to różnie tłumaczyć: „muszę sprawdzać lekcje, bo moje dziecko robi błędy, pisze niestarannie”, „jak nie przypilnuję, to zapomni się spakować”, „jak nie odrobi pracy domowej, dostanie jedynkę”. Większość rodziców próbuje zarządzać życiem swojego dziecka. Pamiętajmy, że wy-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Specjalista od włosów

ręczający rodzic utrudnia zdobycie doświadczenia dziecku i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania. Pokazuje mu też, że nie wierzy w jego możliwości, umiejętności rozwiązania problemu czy wykonania pracy do końca. Jeśli zachowanie dziecka zmienia się na gorsze, np. nie chce odrabiać prac domowych, może to być sygnał dla rodziców i wołanie „potrzebuję poczuć swoją niezależność”. Zachęcam do zaufania własnym dzieciom, do zaprzestania walki z nim i oddania im kontroli nad własnym życiem. Dzieci, które mogą podejmować samodzielne decyzje i ponosić ich konsekwencje, uczą się być odpowiedzialne. Są zadowolone, pewne siebie, chętniej słuchają rodziców, łatwiej budują relacje z rówieśnikami – nie muszą walczyć o własną niezależność, umieją czekać na swoją kolej oraz szanują zdanie innych. Dodatkowe zajęcia pozalekcyjne to temat rzeka. Ile, jakie, kiedy? No i – kto o nich decyduje? Wybierając zajęcia warto uwzględnić zainteresowania i predyspozycje dziecka. I – co moim zdaniem najważniejsze – odpowiedzieć sobie na pytanie, kto tych zajęć potrzebuje: dziecko czy rodzic? Jeśli dziecko – warto wspierać je w wyborach. Natomiast jeśli to rodzic nalega na aktywność, bo to jest modne, bo córka kolegi jest zachwycona lekcjami baletu, bo dzięki temu będzie miał godzinę dla siebie, proponuję wybrać inną, być może wspólną formę spędzania czasu.

Borykasz się z problemem wypadania włosów? Odwiedź trychologa! Specjalista od zmian na skórze głowy i nadmiernego wypadania włosów przeanalizuje stan skóry i cebulek włosów, ustali przyczyny schorzenia oraz dobierze najbardziej odpowiedni sposób ich pielęgnacji.

Marta Szydłowska-Pierzak – psycholożka, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna. Założycielka Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego Empatia, pracuje z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Terapeutka w programach naukowych Trakt na UW, prowadzi terapię traumy PTSD dla ofiar wypadków komunikacyjnych oraz E-compared na Uniwersytecie SWPS, pracuje z osobami cierpiącymi na depresję. Członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej.

Artykuł partnerski

Szkolne relacje z rówieśnikami... Na ile my, rodzice, możemy w nie ingerować? Jeśli to rodzic wybiera dziecku znajomych bądź ingeruje w to, z kim dziecko się przyjaźni, to czyje to są relacje – rodzica czy dziecka? Czyje potrzeby – kontroli/autonomii – zostają zaspokojone? Pamiętajmy, że dziecko nie jest naszą kopią. W toku rozwoju i doświadczania, przeżywania różnych sytuacji, kształtuje swój indywidualny sposób myślenia, postrzegania świata. Dzięki możliwości poznawania różnych ludzi, będąc w różnych sytuacjach, naturalne jest, że dziecko popełni błąd, bądź zachowa się nieodpowiedzialnie. W takiej sytuacji rodzice mają wybór – mogą wyratować dziecko z opresji, ucząc w ten sposób, że bez względu na to, co zrobi, mama lub tata wyciągnie je z kłopotów i nie musi martwić się o konsekwencje. Drugą opcją jest pozwolenie dziecku, by dostrzegło i odczuło skutki swoich działań, a dopiero wówczas zaoferowanie pomocy. Jeśli damy szansę naszym milusińskim, by ponieśli konsekwencje swoich zachowań, ci mogą nauczyć się krytycznego myślenia, obiektywnej oceny sytuacji, poszukiwania różnych wariantów wychodzenia z kolejnej trudnej sytuacji. Dziecko, które weźmie odpowiedzialność za własne postępowanie, będzie wiedziało, jak kolejną porażkę przekuć w sukces. Zauważy, że jego problemy to nie koniec świata. Pamiętajmy, dzieci szybciej uczą się na własnych błędach. ■

Trychologia kosmetyczna, czyli diagnozowanie i leczenie chorób włosów i skóry głowy, to nowość w Gabinecie Kosmetycznym Estetica. Trychologia pozwala leczyć łojotokowe zapalenie skóry, łuszczycę, łupież i inne schorzenia, a także wspomaga odrost włosów, które wypadły. Zabieg trychologiczny to idealne rozwiązanie także dla włosów pozbawionych witalności i puszących się. Ale Estetica to nie tylko trychologia kosmetyczna. Gabinet oferuje także pełny zakres zabiegów kosmetyki pielęgnacyjnej twarzy i ciała, m.in. profesjonalną mikroskopową diagnozę skóry twarzy, jonoforezę, mezoterapię igłową i bezigłową, zabiegi z użyciem fal radiowych, stylizację paznokci, pedicure, masaże. Gabinet oferuje także zabiegi z zakresu kosmetyki onkologicznej, pozwalającej na poprawę jakości i komfortu życia osób w trakcie oraz po radio-lub chemioterapii. W gabinecie stosowane są dermokosmetyki i suplementy w postaci płynów, biochelatów, mgiełek i żeli, zawierających minerały, takie jak m.in. krzem, bor, złoto i srebro, rozbite do pojedynczych jonów. Technologia monojonowa zapewnia przenikanie do najgłębszych warstw skóry i dostarcza organizmowi substancji aktywnych w najlepiej przyswajalnej formie. Używane w Estetice preparaty są wolne od parabenów, konserwantów, substancji toksycznych czy aromatów.

Gabinet Kosmetyczny Estetica ul. Chopina 18, 25-356 Kielce Elżbieta Bąk – tel. 606 803 336 Mirosława Kajdy-Piłat – tel. 502 714 659

59


Artykuł partnerski

60

Laser zamiast skalpela

Wejście laserów na rynek medyczny zrewolucjonizowało wiele zabiegów. Wiązką światła możemy usuwać tatuaże, łagodne zmiany na skórze, tkankę tłuszczową czy żylaki. Operacje są bezkrwawe, a pacjenci szybciej wracają do zdrowia. Lasery wykorzystuje się przez cały rok. Latem unikajmy jedynie zabiegów ablacyjnych, czyli takich, które złuszczają np. naskórek. Podobnie jak przy peelingach, gdy wystawianie się na słońce może prowadzić do oparzeń czy powstania rumienia. Lasery służą do depilacji, zamykania naczynek, redukowania blizn. – Co ważne, każdy – o konkretnej mocy, długości światła, czasie impulsu – ma konkretne przeznaczenie. Jeżeli trafimy do gabinetu, w którym jest jedno urządzenie, a oferowanych zabiegów całe mnóstwo, to jest to niedopuszczalne. Takich miejsc należy bezwzględnie unikać. W „Re vitae” mamy osiem laserów – wylicza dr n. med. Andrzej Kustra, właściciel „Re vitae” Centrum Medycyny Estetycznej i Chirurgii Plastycznej. Laser jest wykorzystywany codziennie w gabinecie chirurga. Przy użyciu wiązki światła, która jest wprowadzana do wnętrza niewydolnej żyły, operuje się żylaki. Zabieg wykonywany jest w miejscoPAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

wym znieczuleniu, a po dwóch godzinach pacjent wraca do domu. Lipoliza laserowa to usuwanie tkanki tłuszczowej. Tu wiązka światła jest wprowadzana pod skórę. Laserem wykonywana jest także plastyka powiek. – Niezwykle atrakcyjny zabieg, jeśli chodzi o odmłodzenie twarzy. Nie ma krwiaków, siniaków, a czas rekonwalescencji bardzo się skraca – zapewnia dr Kustra. Nie trzeba też sięgać po skalpel, aby usunąć łagodne zmiany na skórze: włókniaki, brodawki łojotokowe lub brodawki wirusowe, czyli popularne kurzajki. Laser świetnie sprawdza się również przy redukcji blizn potrądzikowych i usuwaniu przebarwień. – Mamy też mnóstwo pacjentów, którzy zgłaszają się do nas z tatuażami. Oczywiście nie da się ich usunąć, możemy je redukować, spłycać, sprawiać, że są mniej widoczne – przyznaje dr Kustra. Wybierając się na laserowy zabieg, warto wcześniej zapytać, co to jest za urządzenie, do czego jest przeznaczone, sprawdzić je w Internecie lub u zaprzyjaźnionych specjalistów. – Usuwanie np. tatuażu laserem diodowym, a więc zupełnie do tego nieprzeznaczonym, może się skończyć szpecącymi bliznami i oparzeniem skóry – zwraca uwagę dr Andrzej Kustra. Laserowe operacje powinny też być wykonywane przez lekarza lub pod jego

nadzorem. – Decydując się na zabieg sprawdźmy, czy wykonuje go lekarz i czy ma on w wybranym przez nas miejscu zarejestrowaną praktykę lekarską. Jeśli nie, to narażamy się na niepotrzebne ryzyko. Lekarz może się ubezpieczyć od odpowiedzialności cywilnej za szkody wywołane przez zabieg tylko w miejscu, w którym ma zarejestrowany gabinet – tłumaczy dr Kustra. Każda operacja powinna też być poprzedzona wywiadem lekarskim, podczas którego lekarz musi zebrać informacje dotyczące m.in. skłonności do złego gojenia się czy chorób immunologicznych, które są przeciwwskazaniem do użycia lasera.

* Dr n. med. Andrzej Kustra jest lekarzem, chirurgiem-flebologiem, lekarzem medycyny estetycznej. Specjalizację I stopnia uzyskał z chirurgii ogólnej. Absolwent Podyplomowej Szkoły Medycyny Estetycznej w Warszawie. Ukończył kursy specjalistyczne w kraju i za granicą z zakresu technik medycyny estetycznej i flebologii. Od blisko 10 lat prowadzi w Kielcach prywatną klinikę medyczną „Re vitae” Centrum Medycyny Estetycznej i Chirurgii Plastycznej.


Artykuł partnerski

62

Jestem kobietą, więc idę… na cytologię Dziewczyny! Drogie Panie! Badajcie się i namawiajcie do badań swoje mamy, babcie, córki, przyjaciółki! Rak szyjki macicy jest uleczalny! Wystarczy zgłosić się na szybką, prostą i bezbolesną cytologię, by uratować życie. Wizytę u ginekologa wpisałam już do swojego kalendarza, a Ty? Sandra Drabik, pięściarka i kickbokserka

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


Każdego dnia rak szyjki macicy zabija pięć Polek. Tymczasem regularne wykonywanie badań cytologicznych połączone ze szczepieniem przeciwko wirusowi HPV to najlepsza profilaktyka. Kobiety nie muszą umierać z powodu tej choroby! – Parę lat temu zachorowałam na raka szyjki macicy. To była trudna walka. Operacja, chemioterapia, naświetlania, brachyterapia… Przeszłam przez wiele etapów, które były dla mnie niezwykle ciężkie, walka trwała półtora roku. Dziś wiem jedną rzecz: badanie cytologiczne, które wtedy zrobiłam, uratowało mi życie – zapewnia Ida Karpińska, prezes Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości. Ida Karpińska miała 34 lata, kiedy usłyszała od lekarza słowo-wyrok: „rak”. – Byłam młoda, miałam kochającego męża, z którym chciałam mieć dzieci, wspaniałą pracę i ciągle nowe plany na przyszłość. Nie było w nich miejsca na chorobę, zwłaszcza na taką – przyznaje. I dodaje – Byłam załamana i podobnie jak tysiące innych kobiet, pozostawiona sama sobie. To wtedy zrodził się pomysł na Kwiat Kobiecości, nazwany przez Idę Karpińską „skutkiem ubocznym” jej choroby. Organizację na rzecz walki z rakiem szyjki macicy i rakiem jajnika, z którą dziś i w porozumieniu z licznymi partnerami Stowarzyszenie PROREW realizuje w Świętokrzyskiem kampanię społeczną „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”.

Co dwie minuty na świecie kobieta umiera z powodu raka szyjki macicy. Polska jest jednym z krajów Unii Europejskiej, gdzie liczba zachorowań i śmiertelność jest największa. Jak to możliwe? Powodów, dla których się nie badamy, jest co najmniej kilka. Według badań Siemens „Dlaczego Polki nie robią badań cytologicznych” dla ponad połowy pytanych barierą jest niepokój. To intymne badanie, którego bardzo często – podobnie jak wizyty u ginekologa – wstydzimy się. Często tłumaczymy się też „ważniejszymi sprawami”, „brakiem czasu”, „brakiem możliwości zwolnienia się z pracy”, „obowiązkami domowymi”. Nie ma w nas motywacji. Temat, z którym nie czujemy się komfortowo, odsuwamy jak najdalej od siebie. O profilaktyce raka szyjki macicy nie rozmawiamy z rodziną i przyjaciółmi. Obawiamy się też bólu podczas badania i wyniku cytologii, nawet jeśli wykryte zmiany okazałyby się łagodne. Tymczasem zasada „nie będę się badać, bo jeszcze coś wykryją” nie sprawdza się. 60 proc. przypadków raka szyjki macicy rozpoznaje się w Polsce zbyt późno – w drugim, a nawet trzecim stopniu zaawansowania nowotworu. Bardzo często okazuje się, że kobiety, które usłyszały tę diagnozę, nigdy wcześniej nie przechodziły badania cytologicznego. Rak szyjki macicy nie jest dziedziczny, ani uwarunkowany genetycznie. To konsekwencja przewlekłego zakażenia niektórymi typami powszechnie występującego i łatwo przenoszącego się wirusa HPV (brodawczaka ludzkiego). Szacuje się, że to zakażenie dotyka przynajmniej raz w życiu nawet 80 proc. kobiet. Do zakażenia dochodzi najczęściej podczas stosunku seksualnego. Wirus jest zagrożeniem dla każdej kobiety, niezależnie od wieku. Choroba rozwija się latami, nie dając na początku żadnych objawów. Co ważne, nowotwór we wczesnym stadium jest uleczalny. Można mu też zapobiegać. Dlatego tak ważne jest regularne wykonywanie badań cytologicznych.

REKLAMA

Groźny wirus


Artykuł partnerski

64 Badania raz w roku Badania cytologiczne to dziś najbardziej skuteczne narzędzie wykrywania stanów przedrakowych szyjki macicy. Cytologia jest bezbolesna, szybka i prosta. Pozwala na wykrycie nieprawidłowych zmian komórkowych szyjki macicy, wynikających z zakażenia zarówno we wczesnych etapach choroby, jak i na wiele lat po kontakcie z wirusem. Cytologia polega na pobraniu wymazu z szyjki macicy. Lekarz ginekolog lub pielęgniarka, używając specjalnej szczoteczki delikatnie pobiera warstwę komórek z tarczy i kanału szyjki macicy. Komórki te są następnie badane pod mikroskopem. Badanie powinno być wykonywane u każdej kobiety po inicjacji seksualnej, nie rzadziej niż co trzy lata. Zaleca się jednak wykonywać je raz do roku. Jeśli więc nigdy nie poddałaś się badaniu lub od ostatniego minęło dużo czasu – nie zwlekaj i umów się na wizytę u ginekologa. Cytologię najlepiej wykonać co najmniej cztery dni po ostatnim dniu miesiączki i nie później niż cztery dni przed rozpoczęciem kolejnej. Warto też pomyśleć o szczepieniu przeciwko onkogennym typom wirusa HPV. Szczepić można kobiety i dziewczęta powyżej 10 roku życia. Połączenie regularnie wykonywanych badań oraz szczepienia przeciwko wirusowi HPV jest obecnie najskuteczniejszą formą ochrony przed rakiem szyjki macicy.

Spotkania w gminach Projekt „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” skierowany jest do pań w wieku 25-59 lat, mieszkanek Kielc i Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego, czyli gmin: Sitkówka-Nowiny, Strawczyn, Zagnańsk, Piekoszów, Morawica, Miedziana Góra, Masłów, Górno, Daleszyce, Chmielnik, Chęciny. Do maja 2019 roku Stowarzyszenie PROREW wspólnie z partnerami przebada blisko 12,5 tys. kobiet, zapewniając także bezpłatny transport na badania i z powrotem lub umożliwiając

wykonanie cytologii na miejscu. Zorganizuje również spotkania edukacyjne, także dla tysiąca mężczyzn. – Ich celem jest przede wszystkim zwiększenie świadomości na temat konieczności poddawania się badaniom profilaktycznym, a także próba zachęcenia panów do motywowania żon i córek do wykonywania regularnej cytologii. Spotkania zorganizujemy w każdym sołectwie i popołudniami, by każdy mógł dotrzeć – zapowiada Marcin Agatowski, prezes Stowarzyszenia PROREW.

Jesteś wyjątkowa W 2014 roku (brak nowszych danych) w województwie świętokrzyskim zarejestrowano ponad 5,6 tys. zachorowań na nowotwory złośliwe. Co dziesiąty rozpoznany u kobiet to rak szyjki macicy. I każdego roku stwierdza się 70 nowych zachorowań na ten nowotwór. Niestety wciąż zbyt rzadko decydujemy się na badania. Na cytologię w ramach Populacyjnego Programu Profilaktycznego Wykrywania Raka Szyjki Macicy zgłasza się w Kielcach zaledwie 30 proc. kobiet w wieku 25-59 lat. Podobnie sytuacja wygląda na terenie KOF. – Drogie Panie, pamiętajcie o sobie. Jesteście ważne, jesteście wyjątkowe. Jesteście kobietami, więc idźcie na cytologię – zachęca Ida Karpińska. Więcej informacji na temat raka szyjki macicy i samego projektu, w tym adresy gabinetów oferujących bezpłatne badania cytologiczne, znajduje się na stronie:

www.jestemkobietacytologia.org. Kampanię „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” patronatem honorowym objęli: Wojewoda Świętokrzyski, Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Starosta Kielecki, Prezydent Kielc oraz burmistrzowie i wójtowie gmin należących do Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego.

/ 500 000 – u tylu kobiet na świecie co roku stwierdza się raka szyjki macicy, / 1 000 000 000 – tyle nowych przypadków raka szyjki macicy może się pojawić do 2050 roku, / 60 proc. chorujących kobiet nigdy wcześniej nie robiło cytologii / 10 – tyle Polek codziennie słyszy diagnozę „Ma pani raka szyjki macicy”, / 12 414 – tyle kobiet przebada bezpłatnie Stowarzyszenie PROREW, / 1000 – tylu mężczyzn Stowarzyszenie PROREW zainteresuje tematem profilaktyki raka szyjki macicy

Projekt „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego na lata 2014-2020. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Jesienno-zimowy sezon laserowy * Julita Stępień – kosmetolog z kilkunastoletnim doświadczeniem zawodowym. Absolwentka Collegium Cosmeticum, ekskluzywnego studium kształcenia kosmetologów i kosmetyczek. Właścicielka Gabinetu Kosmetyki Profesjonalnej Lumiére. Członkini Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Kosmetologii „Przyjazna Kosmetyka”.

Powoduje to podgrzanie i uszkodzenie cebulki włosowej, w takim stopniu, że włos już w tym miejscu nie odrasta. Najlepsze efekty uzyskujemy wykonując depilację laserową u osób z jasną karnacją i ciemnymi włosami. Włosy rude, siwe, blond – ze względu na brak melaniny – nie kwalifikują się do zabiegów.

Jesień i zima to idealny czas na zabieg depilacji laserowej. Szczególnie, gdy wykonuje go doświadczony kosmetolog i przy użyciu nowoczesnego oraz skutecznego lasera diodowego Light Sheer DUET. Zaczynamy sezon? Julita Stępień*: Zdecydowanie tak! Jednym z przeciwwskazań do wykonywania zabiegów z użyciem laserów jest opalona skóra. Wystawianie się na słońce może prowadzić do przebarwień. Jesienią i zimą nie ma tego niebezpieczeństwa. I to jest najlepszy czas na depilację laserową, która wymaga wykonania serii pięciu-sześciu zabiegów w kilkutygodniowych odstępach. Potrzebujemy więc kilku dobrych miesięcy… To dlatego, że włos przechodzi różne fazy wzrostu: aktywną, spoczynku i obumierania. Tylko w tej pierwszej możemy usnąć go trwale. W fazie aktywnego wzrostu jest ok. 20 proc. włosów na danej partii ciała, stąd konieczność wykonania serii. Zabiegi powtarza się najczęściej co 6 tygodni, bo naturalne przejście z ostatniej fazy wzrostu do pierwszej trwa od 4 do 12 tygodni. Po wykonaniu całej serii możemy usunąć ok. 80 – 90 proc. zbędnego owłosienia. Już po pierwszym zabiegu widać ogromną różnicę. Jakie partie ciała można depilować? Laserem Light Sheer DUET możemy usuwać nadmierne owłosienie z całego ciała, z wyjątkiem oko-

lic oczu. Zgłaszają się do nas panie z męskim owłosieniem na twarzy, co jest ogromnym problemem, ze wskazaniami dermatologicznymi w postaci wzrastających włosów, z zaburzeniami hormonalnymi i te, które robią to dla wygody, by w każdej chwili bez zastanowienia móc spakować torbę i pobiec na basen. Gładkie, wydepilowane ciało, bez wrastających włosów, stanów zapalnych czy nieogolonych włosków to komfort. Jeśli dziś zaczniemy zbiegi depilacji laserowej, latem będziemy się cieszyć gładką skórą. Laser jest skuteczny? Mechanizm działania światła laserowego sprowadza się do miejscowego, precyzyjnego podgrzania i uszkodzenia mieszka włosowego oraz komórek, biorących udział w procesie tworzenia nowego włosa. Wiązka światła emitowana przez laser pochłaniana jest przez melaninę – barwnik zawarty we włosie – i doprowadzana do mieszków włosowych.

Czy to jest bezpieczne? Laser jest wiązką światła, która działa wybiórczo i powierzchownie. Nie uszkadza pozostałych komórek skóry. Najnowsza wersja lasera Light Sheer DUET posiada certyfikat bezpieczeństwa i skuteczności Amerykańskiego Ministerstwa ds. Żywności i Leków. Jest wyposażona w dwie pracujące głowice, co pozwala na szybką i bezbolesną depilację. Zabieg trwa krócej i jest bardziej efektywny. Przed każdym zabiegiem przeprowadzamy też szczegółowy wywiad. Istnieje całe mnóstwo przeciwwskazań: przyjmowanie suplementów i leków, które są fotouczulające, choroby autoimmunologiczne, nieuregulowana cukrzyca, stany zapalne, skłonność do przebarwień, bliznowców. Oczywiście musimy się liczyć z reakcją skóry: delikatnym obrzękiem, zaczerwienieniem. Zabieg wykonują doświadczeni i certyfikowani kosmetolodzy. Dziękujemy za rozmowę.

Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej Lumiére ul. Żeromskiego 15/2, Kielce tel. 500 230 124 info@gabinetlumiere.pl www.gabinetlumiere.pl

65


Artykuł partnerski

Twoje życie. Moja sprawa Twoje życie. Męska sprawa

66

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

67 Poczucie bliskości i wsparcia. Tego – my, kobiety – oczekujemy od swoich partnerów, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Wzajemna troska o siebie to wartość, o której nie można zapominać i choć często rozumiemy ją różnie, to powinna mieć jeden wydźwięk – zdrowie partnera to nasza wspólna sprawa.

Omijamy mammografię

Męska sprawa

Według statystyk GUS i Krajowego Rejestru Nowotworów na raka choruje w Polsce około 155 tysięcy osób. Ponad 20 proc. nowotworów to rak piersi. Wiele kobiet trafiło do onkologów w rozwiniętym stadium choroby. Wiele z nich mogłoby cieszyć się zdrowiem, gdyby regularnie poddawały się badaniom profilaktycznym. Dlaczego nie zdecydowały się na ich wykonanie? Powody są różne – strach przed wynikiem, przekonywanie samej siebie, że „to mnie nie dotyczy”, obawy o ból podczas wykonywania badania, ale także brak świadomości. Kobiety, które stoczyły walkę z nowotworem, często mówią również o innych przyczynach. Tych próżno szukać w medycznych statystykach, a dotyczą kobiecej psychiki i damsko-męskich relacji. Kobiety, które dbają o zdrowie innych, często w przypadku choroby pozostawione są same sobie. Panie nie są zachęcane przez swoich partnerów do dbania o zdrowie, czasem wręcz odczuwają strach przed tym, co mężczyzna zrobi, jak się zachowa, gdy okaże się, że kobieta jest chora.

W każdej rodzinie zdrowie powinno być na pierwszym miejscu. I choć to kobieta zazwyczaj pełni rolę domowego lekarza, to warto czasem przypomnieć jej, że przyszedł czas na badania profilaktyczne. Michał Jurecki, piłkarz ręczny PGE Vive Kielce, który wraz z żoną Joanną zdecydował się wesprzeć kampanię „Jestem kobietą więc idę. Mammografia”, jasno podkreśla: – Nie ma ważniejszej rzeczy niż zdrowie. Mamy dwie córeczki i one w przyszłości też mogą być narażone na różne choroby. Dlatego dziś chcę zaapelować do mężczyzn, żeby wspierali swoje żony i partnerki. Nie tylko na etapie choroby, ale każdego dnia, zachęcając je do regularnego wykonywania badań profilaktycznych. Choć choroby onkologiczne kobiet to sprawa niezwykle delikatna, rolą mężczyzny jest stać obok partnerki i wspierać ją niezależnie od sytuacji. Nawet jeśli jest to trudne. – To mieszanka własnej bezradności, frustracji, chaosu, ale

REKLAMA


Artykuł partnerski

68 także bliskości, intymności i miłości – podpowiada Marta Szydłowska – Pierzak, psycholog i psychoterapeutka. – Tak jak kobieta powinna wspierać mężczyznę, tak mężczyzna powinien wspierać kobietę, szczególnie w chorobie – nie ma wątpliwości Joanna Jurecka. – Często wystarczy sama obecność, bycie ze sobą, rozmowa. Niezwykle ważne jest też zrozumienie i skupienie się na potrzebach chorej. I nie chodzi o to, aby zmieniać drastycznie życie, ale o to, by w codzienności i normalności być jednak wyczulonym na bliską nam osobę – tłumaczy.

Delikatność kontra siła – Wspieranie kobiet postrzegam jako prawdziwie męską rolę. Jesteśmy tą silną płcią, która powinna chronić i osłaniać kobiety. I nie chodzi o stereotypowe postrzeganie kobiet jako słabszych, ale o bliskość relacji, które powinny się sprawdzać i w dobrych, i w złych chwilach – mówi Michał Jurecki. W spocie realizowanym przez organizatorów akcji „Jestem kobietą więc idę. Mammografia” możemy usłyszeć, jak piłkarz przekonuje mężczyzn do przypominania kobietom

o badaniach. Nawet jeśli temat jest dla nich krępujący i wstydliwy. – Rozmawiamy z żoną o wszystkim. Tak rozumiem bliskość – mówi. Mężczyźni swoją siłę powinni wykorzystać właśnie do wsparcia kobiet. Tylko razem stworzą duet nie do pokonania.

Jak wspierać? Marta Szydłowska-Pierzak podkreśla, że wspieranie poważnie chorej osoby to bardzo trudne doświadczenie emocjonalne. – Dbając o siebie i chorego, warto pielęgnować uczciwą i otwartą komunikację. Dając wsparcie i zrozumienie bliskiej osobie, nie możemy grać, udawać, przemilczać, zmieniać się. Musimy pozostać sobą: postrzegać i przeżywać różne emocje, mówić wprost o tym, co w tej sytuacji najważniejsze: o bólu, lęku, bez łagodzenia czy unikania tematu. Psycholog podkreśla, że warto zaakceptować swoją bezradność – prowadzi to od odzyskania poczucia kontroli. Jednak, jak mówi Marta Szydłowska-Pierzak: – Czymś najcenniejszym i niezastąpionym, co możemy dać drugiej osobie, jest nasza uwaga i obecność.

Michał Jurecki to jeden z najbardziej utytułowanych polskich piłkarzy ręcznych. Przez lata reprezentował biało-czerwone barwy, z klubem PGE Vive Kielce wygrał Puchar Ligi Mistrzów, wielokrotnie stawał na najwyższym podium Mistrzostw Polski i Pucharu Polski. Wspólnie z żoną Joanną wychowują dwie córki.

Projekt „Jestem kobietą, więc idę. Mammografia” jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Świętokrzyskiego na lata 2014-2020. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

69

Do galerii po receptę Gdy powstał pomysł otwarcia przychodni w galerii handlowej, część pacjentów i lekarzy miała wątpliwości. Dziś chętnie przychodzą do pracy i po poradę. Jedni i drudzy zyskali dostęp do nowoczesnego laboratorium i kompleksowo wyposażonych poradni. Centrum Medyczne Omega, które leczy kielczan już od 25 lat, jako pierwsza przychodnia w mieście wprowadziła się do galerii handlowej. – Pomysł zrodził się już w momencie, gdy powstał plan rozbudowy Galerii Echo, ale wówczas – z różnych względów – nie udało nam się tutaj znaleźć. Do roz-

mów wróciliśmy po latach, tym razem z sukcesem. Takie przychodnie powstają także w innych miastach – przekonuje dr Katarzyna Nowak, dyrektor ds. medycznych Omegi. Niemniej w Kielcach lekarze najpierw musieli przełamać pewne stereotypy, REKLAMA

tkwiące nie tylko w pacjentach, ale też w nich samych. – Czasy się zmieniają, a wymagania pacjentów stale rosną. Zależy im nie tylko na profesjonalnej obsłudze, ale też na tym, aby do przychodni dało się łatwo dojechać i by było gdzie zaparkować – twierdzi dr Nowak. Dziś pacjenci chwalą położenie przychodni. To pierwszy lokal od strony windy i parkingu. Wystarczy tylko wjechać na drugi poziom i już stajemy przed odpowiednimi drzwiami. Nowa lokalizacja to także nowe funkcje. W przychodni przy ul. Świętokrzyskiej funkcjonuje nowoczesne laboratorium. – Zdecydowaną większość badań robimy na miejscu, tuż po tym, jak od pacjentów zostaną pobrane próbki. To pozwala uzyskać wiarygodne wyniki i znacznie ułatwia diagnostykę – nie ma wątpliwości Agnieszka Piechowska, kierownik laboratorium. Podobnie jest z pracownią rentgenowską, wyposażoną w nowoczesny i bezpieczny sprzęt. – Lekarz, który zleca wykonanie zdjęcia, już po kilku minutach może spojrzeć na obraz i jeszcze tego samego dnia odpowiedzieć pacjentowi na ważne pytania – zwraca uwagę dr Nowak. W nowym miejscu pacjenci mają też szeroki dostęp do diagnostyki USG, co znacznie skraca czas wizyty i nie wymaga dodatkowego przychodzenia z wynikami. W galerii funkcjonuje nowoczesna pracownia badań psychologicznych, a na pacjentów czekają m.in. dietetyk, rehabilitanci, endokrynolodzy (centrum od początku swego istnienia współpracuje ze specjalistami z Łodzi), ortopedzi, kardiolodzy, dermatolo-

dzy, a także immunolog. Do południa przychodnia obsługuje głównie pacjentów, którzy przychodzą na badania z zakresu medycyny pracy. – Wiele osób – lekarze, pielęgniarki, recepcjonistki – zajmuje się tylko nimi. To zdecydowanie skraca czas obsługi – zapewnia dr Katarzyna Nowak. Centrum Medyczne OMEGA to jednak nie tylko przychodnia w Galerii Echo, ale też przy ul. Szajnowicza i Jagiellońskiej. W pierwszej przyjmują głównie interniści i pediatrzy, w drugiej lekarze medycyny pracy, okuliści i specjaliści od leczenia niepłodności.

Centrum Medyczne Omega tel. 41 366 31 21, 41 366 31 32 www.omega.kielce.pl


3 sektor 70

Śniadanie na trawie tekst Monika Rosmanowska zdjęcia Mateusz Wolski

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

71

Magda Śledź, Katarzyna Kędzierska i Marta Lis. Prywatnie przyjaciółki realizujące się zawodowo, a po godzinach członkinie Letniego Klubu Śniadaniowego. Nieformalnej grupy, która w ostatnich latach odpowiada za niezłe zamieszanie w Kielcach.

Przyjemność piknikowania Wszystko zaczęło się od refleksji, że fajnie byłoby wziąć koc i w niedzielny poranek urządzić sobie piknik w parku. Ale czy można? Bo przecież od lat wpaja się nam zakaz deptania trawników… Rozgorzała dyskusja, także wśród znajomych dziewczyn, którzy również chętnie rozłożyliby się w parku z kocem i piknikowym koszem. – Pomyślałyśmy, że skoro inni też chcą, to powinniśmy to zrobić. Zorganizować śniadanie na trawie i zachęcić ludzi do piknikowania. A żeby wszystko było legalnie, ale też by odrzucić wszelkie wątpliwości co do tego, czy wolno wchodzić na trawę, wystąpiłyśmy do miasta o zgodę – opowiada Katarzyna Kędzierska. Pierwsze śniadanie okazało się dużym sukcesem, REKLAMA

więc miesiąc później LKŚ znów poprosił urzędników o zgodę. Tym razem jednak ta dotyczyła jedynie „powierzchni utwardzonych”. – To była kuriozalna sytuacja. Miałyśmy zorganizować piknik na bruku… Wokół sprawy zrobiło się głośno, ludzie zaczęli się buntować i mówić o innych ograniczeniach w korzystaniu z przestrzeni miejskiej. Ostatecznie miasto wycofało się z decyzji, a w parku od strony ul. Paderewskiego miała się nawet pojawić trawa, która będzie bardziej odporna na deptanie – mówi Magda Śledź. Dziś wiele osób piknikuje i to w różnych miastach. Koce rozkładają kielczanie, mieszkańcy Starachowic oraz pracownicy i rodzice dzieci z przedszkola w Bilczy. – Naszą ideą było to, aby pokazać ludziom, że można w ten sposób

ciekawie spędzić czas. Nie chodziło o to, aby te działania jakoś specjalnie nazywać, planować… Jeśli ktoś ma ochotę rozłożyć się w parku czy na trawie osiedlowego skweru, to powinien to po prostu zrobić. Dziś śniadania odbywają się już bez naszego udziału – tłumaczy Marta Lis. Każdy piknik to możliwość spotkania znajomych czy poznania nowych ludzi, którzy nawzajem częstują się tym, co przygotowali. To także szansa na przypomnienie sobie zabaw z dzieciństwa: gry w klasy, gumę, czy puszczania baniek mydlanych.

Tańce na Rynku Ludzie żyjący w mieście, zapracowani i zabiegani, często nie mają dziś czasu dla bliskich, nie


3 sektor 72 mówiąc już o relacjach sąsiedzkich. Są wyalienowani, odsuwają się od siebie i nie wykorzystują przestrzeni miejskiej do rozrywki i wypoczynku. – Chcemy wyciągnąć ludzi z domu i zachęcić ich do spędzania ze sobą czasu na świeżym powietrzu. Każdy z nas ma naturalną potrzebę życia w społeczności, tylko czasem o tym zapominamy. Wystarczy prosta inicjatywa, by przypomnieć, że jesteśmy wśród innych i że miasto jest po to, by w nim żyć, a nie samotnie egzystować – zapewnia Katarzyna Kędzierska. Dlatego kolejnym pomysłem było zorganizowanie potańcówki międzypokoleniowej na Rynku z udziałem DJ Viki, najstarszej w Polsce, 78-letniej DJki. – Przyszło tak dużo ludzi… Cała płyta Rynku była wypełniona tańczącymi, od dzieci po seniorów. Ci ludzie prawdopodobnie nigdy nie spotkaliby się w żadnym klubie. Kolejny raz zadziałał prosty pomysł – zwraca uwagę Magda Śledź.

pieniądze w programie Lech Starter, wspierającym oddolne inicjatywy. A pomogli kielczanie, którzy wzięli udział w internetowym głosowaniu na projekt. – Nie było łatwo, bo paradoksalnie zwycięskie pomysły to te z małych miejscowości, gdzie społeczności są bardziej ze sobą zżyte i łatwiej je zmobilizować – tłumaczy Katarzyna Kędzierska. Na osiedlach pojawiły się skrzynie i sadzonki warzyw, owoców i kwiatów. To, co miało zostać posadzone w ogrodach, dziewczyny z LKŚ wcześniej uzgodniły podczas specjalnych spotkań z mieszkańcami. – To oni budowali ogrody, my tylko im pomagałyśmy. Dzieci i ludzie starsi zakładali rękawiczki i brali w ręce narzędzia czy farby i pędzle do malowania skrzyń. To była nie tylko świetna zabawa, ale jedna z niewielu okazji do tego, by wyjść przed blok i zrobić coś wspólnie z sąsiadami – mówi Marta Lis.

nujemy. Pojawia się myśl, pozostałe to podchwytują i rusza lawina. Często jeszcze tego samego dnia zaczynamy działać – śmieje się Katarzyna Kędzierska. Tak właśnie było z pożegnaniem dworca PKS, dwudniową imprezą, która do kultowego „spodka” przyciągnęła tłumy. Były koncerty, potańcówka, warsztaty i zwiedzanie dworcowych zakamarków. – W te działania zaangażowało się wiele osób. I znów wystarczył impuls, by zaczęły się zgłaszać różne osoby. Miłośnicy komunikacji miejskiej, pasjonaci startych samochodów… Pisali też do nas ludzie spoza Kielc – wylicza Magda Śledź. Wszystkie działania LKŚ dziewczyny realizują po godzinach, często kosztem życia prywatnego. – Przyjaźnimy się, więc część tego życia znajdujemy właśnie w tych wspólnych inicjatywach. Próbujemy też łączyć pracę zawodową z naszą aktywnością. Na szczęście możemy

Rok później LKŚ zorganizował następną potańcówkę. – I znów porwaliśmy tłumy. To wszystko pokazuje, że ludzie chcą wychodzić z domu i spędzać ze sobą czas w miejskiej przestrzeni. Potrzebują tylko impulsu. Mamy nadzieję, że tego rodzaju inicjatyw, organizowanych przez różne grupy, będzie więcej – wierzy Marta Lis.

Dziś dziewczyny dostają zdjęcia tego, co zostało zasadzone i co zakwitło. A mieszkańcy ul. św. Stanisława Kostki zorganizowali w swoim ogrodzie śniadanie na trawie. – Te ogrody żyją. Ludzie dzielą się obowiązkami i plonami. Współpracują ze sobą, spotykają się. Powstaje społeczność, więzi się zacieśniają – nie ma wątpliwości Magda Śledź.

liczyć na pomoc wielu ludzi – przyznaje Katarzyna Kędzierska. Dziś LKŚ pracuje już nad kolejną niespodzianką dla kielczan. Żadną prośbą, ani groźbą nie udało się jednak wyciągnąć od nich szczegółów. Pozostaje cierpliwie czekać.

W miejskim ogrodzie Letni Klub Śniadaniowy odpowiada też za powstanie trzech społecznych ogrodów: dwóch na KSM-ie i jednego na Czarnowie. Grupa zdobyła PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Będzie niespodzianka – Wszystkie pomysły, które realizujemy rodzą się spontanicznie. Nie wymyślamy strategii, nie pla-

Pożegnanie dworca PKS odbywało się pod patronatem „Made in Świętokrzyskie”


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

73

Moda na maxa W sklepie przy ul. Klonowej 55c można znaleźć wszystko, co każda kobieta powinna mieć w swojej garderobie. Eleganckie zestawy do biura, sportowe stylizacje na spotkanie ze znajomymi czy modne propozycje na wieczorne wyjścia. Wszystko w rozmiarze 38-56 i z metkami renomowanych zachodnich marek: Gerry Weber, Via Appia czy Barbara Lebek. – Stawiamy na jakość i krótkie serie. Nasze produkty wykonane są z dobrych tkanin, a szyte w Europie, także w Polsce. Panie znajdą u nas rzeczy niebanalne, niepowtarzalne i w kobiecych rozmiarach. Takie, o które często dziś trudno – zapewnia Monika Gajek, właścicielka Maxi Mody. I dodaje: – Zawsze sama wybieram ubrania do sklepu, decydując się na te, które mają w sobie coś unikatowego. Czasem wystarczy detal, który wygląda intrygująco. To, co w Maxi Modzie jest równie ważne, to podejście do klienta. Panie często przychodzą nie tylko na zakupy, ale też porozmawiać. – Staramy się poznać każdą klientkę i sprawić, by dobrze się u nas czuła. Zawsze pytamy co lubi, w czym się dobrze czuje, co ma w szafie, i próbujemy doradzić, dobierając całe stylizacje. Ostatnio jedna z pań poprosiła, aby przesłać jej kilka zestawów wybranych według naszego uznania. Wszystkie jej się spodobały, nie zwróciła niczego – śmieje się Monika Gajek. Bo sklep prowadzi także sprzedaż wysyłkową. – A jeśli jest potrzeba, z naszymi produktami docieramy również do chorych i nie w pełni sprawnych kielczanek – mówi Monika Gajek. Hitem najnowszej kolekcji są kolorowe kurtki puchowe, cieszące się niezmienną popularnością – niezależnie od pory roku – koszule w ciekawych kolorach i wzorach oraz spodnie na każdą sylwetkę, doskonale dopasowujące się do figury. Do Maxi Mody warto zaglądać regularnie. Dostawy są co dwa tygodnie, a nawet częściej.

Maxi Moda ul. Klonowa 55c, Kielce kielce@maximoda.eu

max imo d a .e u

Tu nie ma znaczenia rozmiar, ani wiek. Każda klientka może czuć się wyjątkowo. Maxi Moda to także synonim dobrej jakości, ciekawego wzornictwa, świeżości i nowoczesności.


tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski

Na tropach Hundertwassera

Turystyka

74

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

75

Barcelona ma dzieła Gaudiego. Dessau chwali się dokonaniami mistrzów Bauhausu. Ryga – kamienicami tworzonymi m.in. przez Michaiła Eisensteina. A Austria? Też ma swojego wizjonera. To Friedensreich Hundertwasser. Dziś wyruszamy w podróż właśnie jego śladami. Nie tylko po Wiedniu. Historyczne centrum, kościoły, secesja, gmachy stojące przy Ringu, rezydencje, muzea... Wiedeń można zwiedzać na wiele sposobów i wieloma trasami. Również tropiąc inkrustacje w tkankę miejską, jakie wykreował Friedensreich Hundertwasser. Pod takim właśnie pseudonimem znany jest w całym świecie Friedrich Stowasser: wizjoner, malarz, architekt, antyglobalista, ekolog, filozof...

Dom pełen zieleni Najsłynniejszym dziełem artysty pozostaje Hundertwasserhaus. Stojący na rogu wąskich, wiedeńskich ulic Löwengasse i Kegelgasse przyciąga turystów z całego świata. Zbudowany w latach 80. dom – oddany do użytku w 1985 roku – powstał jako... blok komunalny. Patrząc na zdjęcie satelitarne Wiednia widać tu nie dach, ale porośniętą zielenią działkę. Hundertwasser przywracał bowiem miastu zieleń. Łączył ją ze swoją architekturą, twórczo przekształcając przestrzeń. W efekcie powstawały budynki będące z jednej strony miejscem do mieszkania, z drugiej do odpoczynku. Oddawał je w panowanie naturze. Dziś, stojąc przed kamienicą, widzimy rosnące na dachach, tarasach i balkonach drzewa oraz krzewy. W połączeniu z odważną kolorystyką i detalem tworzą jedyne w swoim rodzaju elewacje. Elewacje, na które wystarczy spojrzeć, by wiedzieć, kto je stworzył. W Domu Hundertwassera (bo tak można przełożyć na język polski tę nazwę) zdarza się wszystko. Krzywe linie, barwne plamy na fasadzie, szlaczki z kawałków glazury, kulki a nawet... niewielkie figurki lwów od strony Löwengasse (nazwa przecież zobowiązuje). Do tego okna z różnych bajek i pofalowana nawierzchnia chodnika. No i jeszcze ceramiczne, pękate kolumny – kolejny element charakterystyczny w realizacjach artysty. Zaskoczeniem jest, że budynek dobrze wpisuje się w sąsiednią zabudowę. A trzy pozostałe narożniki to klasyczne do bólu kamienice! Z boniowaniami, eleganckimi obramowaniami okien, maskami na fasadzie. O dziwo, budynek Hundertwassera nie gryzie się z nimi. Odcina się, ale nie gryzie. Jak to możliwe? To już sekret mistrza.

Nie tylko Hundertwasserhaus Opuszczenie tej części Wiednia po obejrzeniu Domu Hundertwassera byłoby poważnym błędem. Przy Kegelgasse, między istniejącą zabudową, na początku lat 90. XX wieku powstała niecodzienna tzw. Wioska Hundertwassera. Przekroczywszy jej próg, znajdziemy się w miejscu, przywołującym klimat małej miejscowości z odległych krajów arabskich. Ten kolor cegieł oraz wszędobylska zieleń! Dziś działają tu małe sklepiki m.in. z pamiątkami oraz kawiarnia. Warto nie spiesząc się, przysiąść na kawę i rozsmakować się w bajecznej atmosferze tego miejsca. A później możemy ruszyć dalej, na pobliską ulicę Untere Weißgerberstraße, gdzie znajduje się kolejne, godne zobaczenia dzieło. To KunstHausWien. Zaskakujący, bo zgoła odmienny niż Dom i Wioska. Już nie wielobarwny i rozkrzyczany, ale stonowany (o ile w przypadku Hundertwassera można mówić o stonowaniu), utrzymany głównie w czerni i bieli! Z tej szachownicy – fakt, nieregularnej, ale jednak szachownicy – wybijają się jedynie kolorowe ramy okien oraz kilka pękatych kolumn. KunstHausWien – powstał na bazie starej fabryki mebli – dziś mieści Muzeum Hundertwassera. Można obejrzeć w nim prace malarskie wizjonera, grafiki oraz zrozumieć, czy się kierował, kreując swe budynki. Dla fanów szalonego Austriaka miejsce obowiązkowe!

Na obrzeżach i na trasie Gdyby zapytać turystów, czy chcieliby obejrzeć spalarnię odpadów, pewnie niejeden z nich popukałby się w głowę. W Wiedniu pytanie to ma jednak uzasadnione drugie dno. Otóż za spalarnię z dzielnicy Spittelau na przełomie lat 80. i 90. wziął się nie kto inny, a właśnie Hundertwasser. Dzięki temu północna część miasta otrzymała obiekt, który pojawia się właściwie w każdym przewodniku po Wiedniu. (Dojazd nie sprawia kłopotów. Wystarczy wsiąść do wagoników metra i dojechać na stację Spittelau; spalarnia stoi tuż obok). Wychodząc ze stacji metra od razu widzimy strzelający w niebo komin ze


Turystyka 76

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Okulary zdobią człowieka!

złotą kulą. Złote kule – już mniejsze – powtarzają się na narożnikach budowli. A na fasadach jest to, za co Hundertwassera wszyscy lubią. Kolor, krzywe linie, okna. Jednak nie wykonane z tynku i ceramiki, ale namalowane na fasadzie z blachy. Ceramika pojawia się tylko na murowanych fragmentach budowli komunalnej. Całość z daleka wygląda jak z bajki. Czasami spalarnia jest porównywana do orientalnych budowli wyjętych z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Porównanie to wprawdzie nieco na wyrost, ale nie zmienia faktu, że Wiedeń chwali się spalarnią. I słusznie. Chwalić Hundertwasserem mogłaby się też podwiedeńska miejscowość Bad Fischau. Tu artysta zaprojektował miejsce odpoczynku dla kierowców przy autostradzie wiodącej ze stolicy w stronę Grazu. Pytanie tylko, czy sam Hundertwasser byłby zadowolony z dzisiejszego wyglądu tego miejsca? Jego pawilon restauracyjny zajmuje obecnie… lokal sieci McDonald’s. Ot, żart historii. W dziele ekologa ulokowała się jedna z największych sieci na naszym globie...

Coś dla ducha i dla ciała

Prawdziwy rozmach Hundertwasser mógł pokazać w miejscowości Bad Blumau na południu Austrii, w Styrii. Dostał zlecenie, by zaprojektować tu kompleks wypoczynkowy składający się z budynków hotelowych, gastronomicznych a także basenów pod dachem i na wolnym powietrzu. Obiekt zrealizowano w połowie lat 90. XX wieku. A autor zastosował tu wszystkie swoje patenty. Przed wejściem wita gości pękata kolumnada. Dookoła kolorowych okien nie brakuje okładzin ceramicznych. Fasady dzielą na części rzędy starych dachówek (to jeszcze jeden pomysł, z którego chętnie korzystał w swoich realizacjach). Nad dachami wznoszą się złote kopułki lub charakterystyczne wieżyczki. Na dachach budynków hotelowych – które zdają się wyrastać spod ziemi – oczywiście ta sama zieleń, co na pobliskich łąkach. Kompleks od razu stał się sensacją. Do tej pory nikt tak nie projektował kurortów. Nikt nie przerabiał też kościołów tak, jak Hundertwasser uczynił to w miejscowości Bärnbach pod Grazem. Typową, nie rzucającą się w oczy świątynię postanowił odmienić w drugiej połowie lat 80. I znów zaszalał. Na wieżę zegarową nałożył złotą kopułę, jednoznacznie kojarzącą się przecież nie z kościołem, ale z cerkwią! Fasady udekorował błękitną ceramiką oraz motywami biblijnymi. Ale największą konsternację wywołały bramy… z symbolami religii świata. Symbolami, wśród których obok yin yang czy gwiazdy Dawida pojawia się też swastyka, uznawana przez hindusów za symbol szczęścia. Na terenie Austrii było to dość odważne posunięcie.

Znane przysłowie mówi, że nie szata zdobi człowieka. Mimo to wielu z nas (jeśli nie wszyscy, lub prawie wszyscy) przywiązuje wagę do wyglądu. Projektanci prześcigają się w wymyślaniu coraz nowszych, ciekawszych wzorów, kolekcji, krojów. Ale nawet najpiękniejszy strój nie wystarczy, jeśli nie dołączymy do niego odpowiednich dodatków. Jednym z nich mogą być... nasze okulary.

Dzieł słynnego Austriaka można poszukać również poza granicami jego ojczyzny. Projektował w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Szwajcarii, a nawet toaletę publiczną w Nowej Zelandii. Popularny jest też w Niemczech. Jego realizacje można spotkać np. we Frankfurcie, Darmstadt czy Uelzen. Podróżując po wschodniej części Niemiec zajrzeć można do Wittenbergi. Hundertwaseer zadziałał także w mieście, w którym Marcin Luter przed 500 laty przybił swe tezy do drzwi kościoła zamkowego. Austriak zaprojektował Luther-Melanchthon-Gymnasium, stojące na osiedlu bloków z wielkiej płyty. Z kolei w centrum Magdeburga – znanego z romańskich i gotyckich kościołów – zrealizowano inny z jego projektów. To tzw. Zielona Cytadela, budynek, który w rzeczywistości jest... różowy. Ot, jeszcze jeden dowód na to, że architekturę – nawet wśród zabytków – można traktować z przymrużeniem oka. ■

Artykuł partnerski

Nie tylko Austria

Dawno minęły czasy, gdy okulary służyły tylko do tego, aby lepiej widzieć litery w książce czy numery autobusu na przystanku. Dzisiaj są nie tylko „urządzeniem” do korekcji wzroku. Mogą chronić przed słońcem czy wspomagać uprawianie sportu. Mogą także łączyć ze sobą wszystkie te funkcje. Mogą także, a może przede wszystkim, dodawać nam uroku, ale pod jednym warunkiem. Muszą być dobrze dopasowane, nie tylko do naszego typu urody, kształtu twarzy, czy koloru włosów i oczu, ale także do naszego stroju. Nie można popadać w skrajności, niektóre elementy po prostu do siebie nie pasują. Doświadczony optyk wie, na co zwrócić uwagę. W naszych salonach Optomet możecie liczyć na takie wsparcie i fachową pomoc naszych doradców. Optomet może pochwalić się naprawdę dużym wyborem oprawek. Jako jedyni w województwie mamy w swoim asortymencie oprawki marki Dior, Moscot, Thierry Lasry, Mykita, Porsche Design, a na naszych półkach znajdziecie okulary z firm m.in. Tom Ford, Bvlgari, Miu Miu, Dolce & Gabbana RayBan, Versace czy Prada. Nasze usługi są kompleksowe. Dzięki wiedzy i doświadczeniu zapewniamy okulary idealnie dopasowane do potrzeb. Wiemy, jak dobrać oprawki do urody, ale nie zapominamy o funkcjonalności i precyzyjności ich wykonania. Na każdym etapie, począwszy od profesjonalnego badania wzroku, przez doradztwo w wyborze i wykonanie okularów, na obsłudze po sprzedaży i serwisie kończąc, macie pełną opiekę naszych specjalistów. Dzięki naszej usłudze serwisowej, którą otrzymujecie w prezencie możecie cieszyć się doskonałym stanem swoich okularów jeszcze dłużej. Zapraszamy do salonów Optomet! Kielce, ul. Klonowa 55, tel. 41 330 38 78 Starachowice, ul. Kilińskiego 4, tel. 41 275 52 00 Starachowice, ul. Miodowa 10, tel. 41 273 33 53 www.optomet.pl

77


Turystyka 78

Niemapa, czyli Kielce łódzkim okiem tekst Agnieszka Gołębiowska rysunki i grafiki Maciej Blaźniak

Miasto wiatru, skał i rezerwatów przyrody, ale też ciekawych muzeów i centrów kultury. Jedyne takie miasto z UFO, cukiernią Pańszczyka, zalewajką i Basztą Plotkarką. Tylko tu można spytać Scyzoryka na Sienkiewce o to, którędy dojść do bazarów, by tam kupić trepki, strugaczkę czy śliwki, ale nie guguły – tak opisują Kielce łodzianki, autorki niemapy. Niemapa to seria wyróżniających się grafiką i formą niebanalnych przewodników po miastach dla rodzin z dziećmi. Zaczęło się od Łodzi, skąd pochodzą Asia Studzińska i Małgosia Żmijska, tworzące Mama Projekt. – Chciałyśmy mieć taki materiał, dzięki któremu mogłybyśmy opowiedzieć naszym dzieciom o ich mieście, jego kulturze, słowach. Z którym mogłybyśmy spacerować, rozbudzając w nich miłość do tego miejsca i pokazując, PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Przysmaki ze świata i regionu

jak ono jest niezwykłe. Rozglądałyśmy się po tym, co już istnieje i nie znalazłyśmy takiego wydawnictwa. Dlatego wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić niemapę. Do projektu zaprosiłyśmy studio Ładne Halo. Tak powstała pierwsza Niemapa Łódź, która okazała się gigantycznym sukcesem – cały nakład rozszedł się w ciągu 5 dni. To nam pokazało, że trafiłyśmy w dziesiątkę, jeśli chodzi o potrzeby ludzi – mówi Żmijska.

Kielczanie kochają swoje miasto

Opracowując niemapę kolejnego miasta, autorki do współpracy zapraszają nie tylko partnerów – w Kielcach był to głównie Instytut Dizajnu, ale przede wszystkim grupę mieszkańców, którzy typują najciekawsze ich zdaniem miejsca. Każdy może też wziąć udział w opracowaniu ilustrowanego słownika. – Pracując przy kieleckiej niemapie odkryłyśmy, że tubylcy naprawdę kochają swoje miasto. To już dziewiąta niemapa, jest nam więc łatwo wyczuć, gdzie jest zaangażowanie, pasja. Kielce naprawdę są pod tym względem niezwykłe. W sondażu on line na temat słów wzięło udział ponad tysiąc osób! – zaznacza Studzińska. I dodaje: – Byłam w Kielcach dwa lata temu na wycieczce, ale dopiero teraz, kiedy zaczęłam pracować z mieszkańcami, odkryłam to miasto i widzę je zupełnie inaczej.

Poznaj Karczówkę… nosem

Do ilustrowanego słownika kielczanina trafiły m.in. bazary, zalewajka, trepki i strugaczka oraz kilka nieapetycznych określeń związanych z chorobami. – Słowniczek zawsze budzi mnóstwo emocji. Często nie zdajemy sobie sprawy z istnienia unikatowych słów, z tego, że każde miasto ma tyle tajemnic i wspaniałych rzeczy – zaznacza Żmijska. Pracując nad niemapą, autorki zawsze starają się zamieścić w niej trochę miejsc na deszcz, trochę na słońce, coś z natury, coś z kultury, coś z nauki, a wszystkie mają sprzyjać rodzinnym spacerom. Odkrywają miejsca nieznane, a te nawet najbardziej popularne pokazują w zupełnie nowy sposób, np. zachęcają by Karczówkę poznawać za pomocą... nosa: Zamknij oczy, wyostrz węch i spróbuj wyodrębnić otaczające cię zapachy. Co czujesz? Sosny, mchy, grzyby, stare mury, łąki...? Rzucają też nowe światło na skarby, do których mieszkańcy już się przyzwyczaili: – Pokazujemy rzeczy, które mijacie co dzień i nie zauważacie. Na przykład Instytut Dizajnu. Bardzo byśmy chciały mieć taki w Łodzi – przyznaje Studzińska. Jej koleżanka dodaje, że fantastyczna jest architektura dworca autobusowego, który wkrótce będzie rewitalizowany. Łodzianki są też zachwycone cukiernią Pańszczyka przy ul. Małej.

Wehikuł Smaku to pierwsze w województwie świętokrzyskim prawdziwe delikatesy. Właściciele zadbali o każdy najdrobniejszy detal wnętrza symbolizującego kulinarną podróż po świecie. I o produkty, oferując koneserom prawdziwą ucztę rarytasów z całego globu.

Niemapa nie jest typowym przewodnikiem, który prowadzi turystów od jednej atrakcji do drugiej. Zachęca np. do rodzinnej gry „Opowieści kamieni”, tworzenia tajnego szyfru, zabawy w chowanego w ogrodzie włoskim, projektowania mebli miejskich, liczenia trylobitów czy odszukania w przestrzeni miasta konkretnych rzeźb. Poleca zakupy na bazarach, zdradza sposób na to, żeby bańki mydlane nie pękały, zaprasza na spacer po rezerwacie Sufraganiec i pokazuje, jak wyglądają chronione rośliny. Niemapę Kielce można bezpłatnie otrzymać m.in. w IDK, Muzeum Narodowym, Muzeum Zabawek i Zabawy oraz Urzędzie Miasta. Wydawnictwo zostało sfinansowane z budżetu miasta. Niemapa ukazała się w nakładzie 10 tys. egzemplarzy. Można ją też pobrać w formacie pdf ze strony niemapa.pl. Weź niemapę i idź na spacer! ■

Artykuł partnerski

I stwórz szyfr

Półki w Wehikule Smaku wypełnione są produktami, których próżno szukać w innych sklepach w Kielcach: włoskimi wędlinami długodojrzewającymi; najlepszymi serami z Francji, Hiszpanii, Włoch, Szwajcarii, a nawet Danii i Norwegii; ręcznie wyrabianymi pralinami, idealnymi na prezent, a także winami od małych producentów z różnych stron świata. Znajdziemy tu kawior czy jeden z najbardziej luksusowych przysmaków francuskiej kuchni – foie gras (pasztet strasburski z gęsich wątróbek). Wehikuł Smaku to także oryginalne produkty – makarony, przyprawy, sosy – głównie z Włoch, w bardzo dobrych cenach. Delikatesy oferują produkty z Chile, Nowej Zelandii, Chin, ale też od uznanych producentów z naszego regionu. Pieczywo pochodzi z najlepszych lokalnych piekarni: Ernesta Nogi w Mąchocicach Kapitulnych i kultowego Piekiełka, a mięso i wędliny od – cieszącej się najwyższym uznaniem klientów – Przetwórni Mięsa „Kamiński”. Każdy, kto ceni wysoką jakość i niepowtarzalność produktów spożywczych bez wątpienia znajdzie tutaj coś dla siebie. Zapraszamy!

Delikatesy „Wehikuł Smaku” ul. Starowapiennikowa 39D 25-112 Kielce tel. 797 712 998, 41 361 70 85 facebook.com/delikatesywehikulsmaku

79


Nożem i widelcem 80

Omakase rozmawiał Jakub Juszyński zdjęcia Mateusz Wolski

PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

81

Dobrego sushi nie zrobi się od razu. Przygotowania potrawy trzeba się uczyć przez wiele miesięcy, a nawet lat, najlepiej pod okiem mistrza. Jada się je najczęściej rękoma, zaczynając od lewego górnego rogu talerza, na raz i bez polewy z sosu sojowego. Sekrety japońskiej sztuki kulinarnej zdradza „Made in Świętokrzyskie” Michał Kostrzewa, mistrz sushi, który doświadczenie zdobywał w rekomendowanym przez Michelin krakowskim lokalu, a teraz gotuje dla kielczan w restauracji Sushiya przy ul. Leonarda.

Prawdziwą pizzę zjemy tylko na południu Włoch, choć zna i lubi ją cały świat. Jak to jest z sushi? Czy japońskie i europejskie wersje tej potrawy bardzo się od siebie różnią? Serwowane w Polsce sushi przebyło długą drogę. Z Japonii trafiło najpierw do Stanów, później do Europy, a w końcu do nas. W Japonii jada się głównie nigiri z dodatkiem sezonowych ryb. I nie chodzi o to, żeby mieć w barze żywą rybę i z niej wycinać świeże kawałki. W najlepszych restauracjach tuńczyk, zanim trafi na talerze, leży czasem dwa tygodnie. Łososia w Japonii w ogóle się nie podaje, je się natomiast wiele ryb, które u nas są niedostępne. Przysmakiem jest ikra jeżowca, na którą Europejczycy często nie mogą nawet patrzeć. Rolki to wymysł Japończyków dla „białych ludzi”. Forma ryby ukrytej w ryżu miała być dla nas… bardziej przystępna. Prawdziwe japońskie sushi to nigiri, które ma kształt wachlarza od góry i łódki od spodu. Ziarenka ryżu muszą mieć między sobą bąbelki powietrza, a ryba idealnie przystawać. Także ilość użytego wasabi musi być odpowiednia. To trudna sztuka, ja uczyłem się jej przez 10 miesięcy. W rolkach wszystko jest uproszczone. Jak traktują sushi Japończycy? To śniadanie, obiad, kolacja, a może tylko przekąska? Sushi jest w Japonii daniem odświętnym. Często rezerwuje się miejsce w sushi barze z okazji ważnych uroczystości rodzinnych. 30 lat temu był to prawie rytuał. Wszyscy elegancko się ubierali, nie można było używać mocnych perfum, by zapach nie przeszkadzał innym. Dziś sushi bary są w bardziej europejskim stylu, ale jakość ryby i to, jak danie jest przygotowane, wciąż jest niezwykle ważne. Są też bardzo tradycyjne, wręcz ortodoksyjne sushi bary, jak słynne Jiro czy Sai-

to, gdzie na rezerwację czeka się rok, dwa, trzy, nawet pięć… A za kilkanaście kawałków sushi płaci się ok. dwóch tysięcy złotych.

Sushi jest przygotowywane jako tzw. „finger food” – jeden kawałek gotowy do zjedzenia. W całości będzie smakował najlepiej.

Jakie grzechy popełniamy przy jedzeniu sushi? U nas używa się strasznie dużo sosu sojowego. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że jest to w zasadzie sama sól rozpuszczona w wodzie ze spleśniałą soją! Soja musi odstać przez co najmniej pół roku, potem się ją suszy, rozkrusza i łączy z solą. Jest to niezdrowe, a zbyt duża ilość soli zwyczajnie psuje smak. Uważam jednak, że jeżeli komuś smakuje sushi, to może je jeść tak, jak lubi najbardziej.

Sushi kojarzy się ze świeżymi składnikami najlepszej jakości. Można je dostać w Polsce, w Kielcach? Jest coraz lepiej, bo nie tylko bary sushi, ale i cała gastronomia musi się starać. Ludzie coraz częściej jadają poza domem i są coraz bardziej świadomi i wymagający. Coraz więcej dostawców specjalizuje się też w danej kategorii produktów, na przykład w rybach. Niektórych szukają dla mnie na targu rybnym w Lizbonie. Jak uda im

A czy są jakieś zasady, których należy przestrzegać? Nie ma żadnych konwenansów. W Japonii sushi je się rękami i gorąco do tego zachęcam. Można także używać pałeczek, ale jeśli ktoś woli nóż i widelec, to też nie widzę przeszkód. Najważniejsze, żeby jedzenie sprawiało przyjemność. A co, jeżeli chodzi o dodatki? Imbir, sos sojowy, wasabi… Jaka jest kolejność ich używania? Najlepiej jedynie dotknąć sushi sosem sojowym. Pomiędzy kolejnymi kawałkami powinno się jeść marynowany imbir. Pozwala on pozbyć się smaku poprzedniego kawałka i odczuć w pełni smak kolejnego. To szczególnie ważne przy nigiri, bo każdy kawałek jest inny. Wasabi to chrzan. Dodaje umami (nieuchwytny i delikatny smak – dop. red.), ale oryginalnie miał za zadanie dodatkowo wysterylizować rybę. Jeżeli chodzi o samo jedzenie, to zasada jest taka, że zaczyna się z lewego górnego rogu talerza. Czy to prawda, że sushi należy jeść „na raz”?


Nożem i widelcem 82 się dostać, przesyłają samolotem do Warszawy i w bardzo krótkim czasie zamówienie trafia do Kielc. Oczywiście Europa to nadal nie Japonia. Trudno jest tu dostać japońskie ryby, ale mamy bardzo do tamtych podobne. Ważne jest jednak, aby wiedzieć, co z taką rybą zrobić. Zaskakujące jest dla mnie to, że w kieleckich restauracjach używa się makreli. Ja tego nie robię. Surowa wydziela toksyny i trzeba wiedzieć, jak z nią postępować, żeby była smaczna i zjadliwa. Ma też bardzo krótką datę przydatności do spożycia. To duże wyzwanie. Skąd twoje zamiłowanie do sushi i gotowania? W dzieciństwie dużo łowiłem, zajmowałem się też oprawianiem ryb. I sprawiało mi to ogromną Jak to się stało, że trafiłeś do Kielc? Lokalizację wskazał mój szef, który chciał przenieść Hana Sushi właśnie tutaj. Mało jest w Kielcach tego typu lokali. Później wycofał się z tego, ale zdarzyło się coś jeszcze. Szef wziął pierwszy od dwóch lat urlop i nie potrafił odpocząć. Pytał ludzi, co się robi w wolny dzień… Nie chciałem iść jego drogą. Zwłaszcza, że w Krakowie pracowaliśmy 6 dni w tygodniu, a wolne mieliśmy poniedziałki. Przyjechałem do Kielc zamiast niego i… w niedziele mam zamknięte.

radość. Uwielbiałem gotować, wychodząc z założenia, że skoro da się coś zrobić w restauracji, to można to też przygotować samemu. Kiedy spróbowałem sushi, od razu przypadło mi do gustu. Zacząłem szukać informacji w Internecie i uczyć się na własną rękę. Zafascynowała mnie kuchnia azjatycka. To zdecydowanie moje smaki. Z pasji i ciekawości zrodził się Twój pomysł na życie. Teraz w Kielcach prowadzisz Sushiya. To spektakularny sukces czy raczej długa droga przez mękę? Miałem pracować z ojcem w firmie budowlanej, ale zdecydowałem, że chcę się sprawdzić w gastronomii. Mieszkałem wtedy w Krakowie i codziennie wysyłałem mnóstwo CV. Poszedłem nawet do mojej ulubionej restauracji sushi. Na stanowisko, o które się ubiegałem było 13 chętnych! Dostałem tę pracę. Po miesiącu jednak zrezygnowałem i zacząłem pracować w sushi barze, który prowadzili prawdziwi fanatycy PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

sushi. Szefem kuchni był Paweł Albrzykowski, znany w Krakowie ekspert od azjatyckich smaków. Już po 10 dniach zostawili mnie samego w kuchni, więc chyba szło mi dobrze. Pracowałem jeszcze w wielu restauracjach, aż trafiłem do Hana Sushi. Pracowali tam sami Azjaci, trudno było się dogadać, bo nie rozumiałem ani słowa z ich angielskiego. Pierwszego dnia szef kazał mi pokroić cebulę. Zrobiłem to, myśląc, że wyszło super i wtedy usłyszałem: „Zobacz, Twoje umiejętności są żadne”. Bywało różnie, szef – Taiyo Jung – był ostry, ale miałem wewnętrzną motywację, wiedziałem, że chcę się szkolić u mistrza, który sam uczył się robić sushi w Tokio i Londynie. Mój zapał był jeszcze większy, kiedy lokal otrzymał rekomendację Michelin jako pierwsza azjatycka knajpa w Polsce. Poznawałem sztukę przyrządzania sushi coraz lepiej. Wreszcie szef wpuścił mnie za bar. Zacząłem od robienia rolek. Nigiri zaczęło mi wychodzić dopiero po dwóch latach.

Kielczanie lubią sushi? Oczywiście! Lokale, które działają tu od dłuższego czasu zrobiły świetną robotę. Wiem, że klienci jeżdżą na sushi także do Krakowa czy Warszawy. Mamy też w Kielcach kilku Japończyków, z którymi rozmawiałem. Stwierdzili zgodnie, że jest zapotrzebowanie na taką kuchnię. Co najczęściej zamawiają? Lubią smażone, popularny jest węgorz i grillowana ryba z krewetką. Do sushi podchodzą dość nieufnie, ale pojawiają się także wielbiciele tego jedzenia. Mam stałych klientów, którzy przychodzą tylko na nigiri. Czy jadłeś już idealne sushi? Nie, ale dokładnie wiem, gdzie je zjem. Chcę starać się o rezerwację we wspomnianym Saito w Tokyo, gdzie potrawy to zbalansowany miks tradycji i nowoczesności. Dodatkowo szef Takashi Saito od kilku lat otrzymuje trzy gwiazdki Michelin. Jest uznawany za boga sushi. To, co robi z rybą, to coś nieprawdopodobnego. Chciałbym tam po prostu pójść i powiedzieć „omakase”, czyli daj mi to, co chcesz mi przyrządzić. Dziękuję za rozmowę. ■


Felieton

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

83

Nie takie wino proste Jakub Juszyński

J

eszcze 20, 30 lat temu na polskich i świętokrzyskich stołach królowała czysta wódka, a na schodach przed sklepami nie tak już czyste wino – napój, który ze szlachetnym, winnym trunkiem nie miał zbyt wiele wspólnego. Jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniły się gusta Polaków? Niezależnie od uroczystości – czy to urodziny, imieniny, wspólnie oglądany mecz czy odpalany grill –wciąż niesłabnącą popularnością cieszy się piwo. Zresztą świętokrzyskie to region o bogatych tradycjach browarniczych. Najmłodszy browar Belgia w latach 1999-2009 był jednym z największych w Polsce, we wcześniejszych stuleciach funkcjonowały także: browar przy Pała-

cu Biskupów Krakowskich czy browar Stumpfa. Dziś wielkiego browaru w regionie nie mamy, ale pojawiły się małe, oferujące piwa kraftowe (rzemieślnicze), coraz bardziej lubiane przez piwoszy. Niedawno na piwnej mapie regionu pojawił się też browar Sandomierz. Zobaczymy, jak mu się powiedzie. Statystyki głoszą, że jeśli nie piwem, Polacy raczą się wódką. W naszym regionie nie ma fabryki wytwarzającej ten czysty, wysokoprocentowy trunek na skalę masową. Są za to gospodarstwa, które specjalizują się w produkcji kolorowej wody ognistej, a dokładnie… nalewek, powalających najpierw smakiem, kolorem i zapachem, a zaraz potem… mocą. Dopiero trzecie miejsce alkoholowej konsumpcji Pola-

ków zajmuje szlachetne wino. Starsi mieszkańcy regionu pamiętają Wino Bodzentyńskie czy Jabłuszko Sandomierskie, ale te do szlachetnych raczej się nie zaliczały. Latka lecą, czasy się zmieniają, a wino zyskuje na jakości. We wschodniej części regionu powstają rewelacyjne białe, różowe i czerwone wina, wielokrotnie nagradzane i doceniane za swoje walory smakowe. Cudze chwalicie, swojego nie znacie… Każdy z nas wymieni nazwy masowo produkowanych piw, wódek, potrafi wskazać czasami bardzo odległe kraje, z jakich pochodzi jego ulubione wino. A może warto spróbować i przy następnej okazji sięgnąć po kieliszek czy kufel napełniony lokalnym regionalnym trunkiem? ■


Arteterapia

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

85

– No po cóż szarpiesz? Po co szarpiesz?! – Daj mi święty spokój, nie jestem w nastroju, następnym razem idziemy przez Kozią, nie tędy. – Nie sap tak, bo się udusisz. Stójże tutaj człowieku! – No nerwy mi puściły. Bromba jedna! Taka po prostu nie zejdzie ci z drogi. Widzi, że skręcasz, ma cały chodnik, ale nie ustąpi nawet o milimetr. Niedługo trzeba będzie mieć kierunkowskazy na uszach. – Ta! I prawo ruchu chodnikowego powinni wprowadzić!

Bartosz Śmietański

Mateusz Wolski


Mateusz Jachlewski

86

To był mój debiut trenerski. Debiut nie byle jaki, bo praca z dziećmi wydaje mi się bardziej wymagająca niż z doświadczonymi zawodnikami, którzy wiedzą już co i jak. Kiedy w lipcowym skwarze pożegnaliśmy się z uczestnikami pierwszego MJsCAMP – dzieciakami, które przyjechały, by poćwiczyć ze mną i Michałem Jureckim, mogliśmy powiedzieć tylko jedno: Było super! Na początek idea Kiedy wspólnie z Michałem i Fundacją Invictus zdecydowaliśmy się na organizację obozu, postawiliśmy sobie kilka zadań. Jednym z nich było zarażenie dzieciaków duchem sportu. Nie chodziło tylko o piłkę ręczną. Uczestnicy trenowali gimnastykę, mieli zajęcia na siłowni, basenie, pływali kajakami, a na dodatek przeszli trening wojskowy. Wspólnie z wychowawcami i instruktorami pokazaliśmy im, że w każdym sporcie liczą się nie tylko umiejętności, ale przed wszystkim wola walki i chęć stawania się coraz lepszym. Niedowierzanie – Tak. Ja i Michał będziemy z nimi trenować. To nie żaden chwyt marketingowy – wielokrotnie odpowiadaliśmy wątpiącym. I choć mamy w treningach doświadczenie, to stając naprzePAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

fot. Patryk Ptak

fot. Mateusz Wolski

Trochę inny trening z mistrzem

ciw dzieci, mieliśmy pietra. Dobra, nie wiem jak Michał, ale ja miałem. Wpatrywało się w nas 60 par oczu. Czułem, że targają nimi różne emocje: zaciekawienie, fascynacja, trema i… niedowierzanie, jakbyśmy byli z innej planety. Nie mogliśmy ich zawieść. Małe talenty Choć czasem było ciężko, każdy uczestnik dawał z siebie wszystko. Nie pod przymusem: granice wyznaczali sobie sami. Pewnie nie każdy z dzieciaków, które spędziły z nami 10 dni, zostanie sportowcem. Nie musi. Ale każdy z nich ma w sobie jakiś talent. Już widoczny lub jeszcze skrywany i fajnie było starać się go odkryć. Miałem szansę, by wykorzystać swoje umiejętności i pokazać dzieciom, że sport przynosi satysfakcję nie tylko zawodowcom. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać, że sport to nie tylko bieg, rzut piłką, czy skok, ale także nauka przydatnych w życiu umiejętności: dyscypliny, pracy w zespole, zasady fair-play.

Z idolem Karol Bielecki oraz Sławek Szmal, Artur Siódmiak, Marcin Gortat, Mateusz Kusznierewicz organizują swoje obozy, podobnie jak wielu innych wielkich polskich sportowców. Ich celem nie jest łowienie talentów, szukanie następców, czy katorżnicze treningi. To miejsca, gdzie młodzi mają zarażać się pasją od swoich idoli. Bo od tej pasji zaczynają się wielkie rzeczy, na przykład… wiara we własne możliwości. Było fajnie W przyszłym roku też robimy MJsCAMP. Bo na tym było fajnie. Bo dzieciaki wytrzymały bez ciągłego patrzenia w telefony. Ruszały się, grały w gry planszowe, rozmawiały ze sobą. Chcemy zakorzenić w młodych ducha sportu. Ducha dobrej zabawy i chęci spędzania czasu w sposób ciekawy i aktywny. Zarażamy uśmiechami i przyjemnością bycia dla siebie nawzajem. Jedziecie z nami? ■


Felieton

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

87

Kielce Europejskim Miastem Sportu Paweł Jańczyk

K

ielce zawsze żyły sportem, może nie tym na najwyższym poziomie, jednak źle też nie było. Mieliśmy wybitnych olimpijczyków, byli zawodnicy, którzy z dumą reprezentowali nasze miasto na ogólnopolskiej i międzynarodowej arenie. Dziś tych odnoszących indywidualne sukcesy jest mniej, natomiast sport drużynowy i masowy rozwija się nad wyraz dobrze. Punktem zwrotnym było przejęcie przez Kolporter Korony Kielce, a równie ważnym, jak nie ważniejszym, pozytywny upór prezydenta Kielc w sprawie budowy nowego stadionu. Decyzja zapadała w momencie, gdy Korona grała w III lidze, nigdy wcześniej nawet nie zbliżyła się do Ekstraklasy, a w Polsce nie było ani jednej nowoczesnej piłkarskiej areny. W międzyczasie w Kielcach pojawił się Bertus Servaas, który

z dobrej drużyny piłki ręcznej zrobił europejską markę, a Mistrzostwo Polski stało się absolutnym must have. Schody zaczynały się dopiero poza granicami, ale i tam Vive doszło na sam szczyt. Tysiące kibiców na stadionie, tysiące w Hali Legionów, setki na meczach siatkarzy i Korony Handball. Jako dwustutysięczne miasto mamy cztery zespoły w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. To absolutny rekord kraju! Żadne inne miasto nie może się pochwalić takimi osiągnięciami! Pokochaliśmy też bieganie. Jeszcze kilka lat temu w Kielcach nie działo się nic, teraz mamy jeden z najlepszych w Polsce półmaratonów (sieBIEGA Półmaraton Kielecki) oraz kilka imprez na 10 i 5 km. Rocznie we wszystkich imprezach biegowych w naszym mieście startuje kilkanaście tysięcy osób. A przecież

jest jeszcze bilard, łucznictwo, znakomite karate, taniec. Tysiące ludzi w stolicy województwa świętokrzyskiego aktywnie uczestniczy w wydarzeniach sportowych, kilkakrotnie więcej jest kibicami i odwiedza co tydzień sportowe areny. Niedawno wziąłem udział w prezentacji przed specjalną komisją sportowych walorów naszego miasta. Komisja miała zdecydować, czy Kielce zasługują na tytuł Europejskiego Miasta Sportu. Wyzwanie to niemałe, bo konkurencja ogromna. Wypadliśmy dobrze, jeszcze lepiej organizacyjnie. Pokazaliśmy, że „sport łączy”, bo aplikacja złożona została przez politycznie mocno różniących się, ale działających w jednym celu europosła Bogdana Wentę i prezydenta Wojciecha Lubawskiego. Czy Kielce są Europejskim Miastem Sportu? Już wiemy, że tak! ■


Felieton 88

Bądź jak betoniarka Jakub Porada

– Ja się uczyłem panie profesorze. – Ale się nie nauczyłeś. Przynajmniej raz w życiu każdy słyszał taki zarzut. Co prawda uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia. Jednak w życiu historia się powtarza. W którymś momencie okazuje się, że stajemy przed problemem, w jaki sposób uczyć się skutecznie. Ogarnąć całość i nie dopuścić do przeciekania czasu między palcami. Cóż bowiem po tym, że spędzamy noce nad ważnym projektem, skoro potem szef suszy nam głowę, że szkic jest niedopracowany. Przygotowujemy w pośpiechu ważny raport, a przełożeni karcą nas za niedoróbki. Wertujemy lekturę, a potem nie pamiętamy jej treści, oglądamy film, a nie pamiętamy jego tytułu. Harujemy, kosztem resztek wolnego czasu, lecz rezultaty są dalekie od oczekiwań. Marzymy o wypoczynku, ale sen z powiek spędzają nam zaległości. Masakra. Spokojnie, nie dajmy się zwariować. Istnieje rozwiązanie. Czas jest pojęciem względnym. Nie da się go zatrzymać, można go jednak lepiej wykorzystać. Zmusić, żeby stał się sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. PAŹ DZ I E RN I K / L I S TOPA D 2017

Tak robi jeden z bohaterów moich powieści z kieleckiego KSM-u: „Chłopaki w sofiksach” i „Niezły numer, czyli dziewczyny w białych tenisówkach”. Stara się, żeby dni nie przeciekały mu między palcami. I robi to w najprostszy sposób. Multiplikuje godziny i minuty. Prasuje ciuchy, słuchając audycji w radiu. Uprawia jogging, ucząc się hiszpańskich słówek. Jedzie samochodem, zaliczając kolejnego audiobooka. I nastawia wcześniej budzik, żeby przeczytać kolejną książkę. Spróbuj czasem zrobić podobnie. Stwórz listę rzeczy, które możesz robić jednocześnie, bez szkody dla ciała i ducha. Oczywiście nie popadaj w przesadę jak literacki pierwowzór. Po prostu uwolnij rezerwy w obszarach, o istnieniu których zapomniałeś. Widziałeś betoniarkę na drodze? Sunie majestatycznie na budowę, a jednocześnie mieli cement. Wykonuje dwie czynności w tym samym czasie. Zacznij brać z niej przykład. Oderwij się na chwilę od telewizora, odłóż pada do konsoli i zacznij działać. Przekonasz się, że korzyści popłyną szerokim strumieniem. Będziesz bardziej

pewny siebie, dzięki sprawom, które zdołałeś opanować. Ponadto nauczysz się samodyscypliny, która jest kolejnym krokiem do sukcesu. Wyostrzysz wreszcie zmysły, dzięki czemu osiągniesz lepsze rezultaty i przestaniesz zasłaniać się brakiem czasu. Wiem coś o tym. Prowadzę kilka programów podróżniczych, przygotowuję programy informacyjne, staram się być na bieżąco z lekturami, a do tego napisałem sześć książek. W aucie mam kurs węgierskiego, w komórce najnowszą powieść o Hubalu. Jeśli jadę pociągiem, staram się zatopić w lekturze. Kiedy mogę, idę na siłownię, jeżdżę do pracy rowerem. Nie zrobiłbym nawet połowy tego, gdybym nie umiał pracować efektywnie. Mądry człowiek powiedział: zadbajcie o centy, a dolary same o siebie zadbają. To samo odnosi się do czasu. Zadbaj o minuty, a godziny same o siebie zadbają. Przekonasz się, że nie święci garnki lepią. Spróbuj powalczyć o lepszą wersję siebie. I znajdź radość z uczenia się nowych rzeczy. Potraktuj to jako wyzwanie na powakacyjny czas. I bądź jak betoniarka. Przynajmniej od czasu do czasu. ■


Made in Świętokrzyskie #7  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Made in Świętokrzyskie #7  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Advertisement