__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

Dagna Dywicka / Robię w kulturze

#6

ISSN 2451-408X

magazyn bezpłatny


Gdzie znajdziecie „Made in Świętokrzyskie”? Jesteśmy już w ponad 100 punktach w całym regionie. Wkrótce kolejne lokalizacje. KIELCE I OKOLICE: Instytucje: »» Instytut Dizajnu w Kielcach (ul. Zamkowa 3) »» Dom Środowisk Twórczych (ul. Zamkowa 5) »» Muzeum Narodowe w Kielcach – Dawny Pałac Biskupów Krakowskich (pl. Zamkowy 1)

»» NZOZ Diamed (ul. Paderewskiego 48/15A) »» Kino Helios – Galeria Echo (ul. Świętokrzyska 20) »» Klub Squash Korona – Galeria Korona (ul. Warszawska 26) »» Pensjonat Wczasowo-Leczniczy „Margaretka Świętokrzyska” (Masłów, Brzezinki 83)

»» Kieleckie Centrum Kultury (pl. Moniuszki 2B)

»» Re Vitae. Centrum medycyny estetycznej i kosmetologii (ul. Wojska Polskiego 60)

»» Kielecki Teatr Tańca:

»» Centrum Medyczne VISUS (ul. gen. Sikorskiego 14)

• Impresariat (pl. Moniuszki 2B)

»» Fit Mania. Fitness klub (os. na Stoku 72K)

• Szkoła Tańca KTT (pl. Konstytucji 3 Maja 3)

»» Gabinet Kosmetyki Profesjonalnej LUMIÉRE (ul. Żeromskiego 15/2)

»» Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (ul. Sienkiewicza 32) »» Biuro Wystaw Artystycznych (ul. Kapitulna 2) »» Filharmonia Świętokrzyska (ul. Żeromskiego 12) »» Wojewódzka Biblioteka Publiczna (ul. ks. Ściegiennego 13) »» Dworek Laszczyków w Kielcach (ul. Jana Pawła II 6) »» Wojewódzki Dom Kultury (ul. ks. Ściegiennego 2) »» Kielecki Park Technologiczny (ul. Olszewskiego 6) »» Regionalne Centrum Informacji Turystycznej (ul. Sienkiewicza 29) »» Świętokrzyski Urząd Wojewódzki (al. IX Wieków Kielc 3)

»» Vita. Salon odnowy biologicznej i rehabilitacji. Kosmetyka (ul. Jagiellońska 69) »» Centrum Medyczne Omega (Galeria Echo ul. Świętokrzyska 20) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Jagiellońska 70) »» Centrum Medyczne Omega (ul. Szajnowicza 13E) »» CH Pasaż Świętokrzyski (ul. Massalskiego 3) »» Rodzinny Gabinet Kosmetyki Estetycznej „My Clinic” (ul. Przecznica 4/2) »» Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego „Empatia” (ul. Turystyczna 11, lok. C)

260, Żytniej 4, al. IX Wieków Kielc 8C, os. Barwinek 28 i ul. Świerkowej 1) »» Maxi Moda Kielce (ul. Klonowa 55C) Biura podróży: »» Agencja Turystyczno-Usługowa „Gold Tour” (pl. Wolności 3) »» Centrum Last Minute (ul. Kościuszki 24) REGION: Bodzentyn: »» Świętokrzyski Park Narodowy (siedziba Dyrekcji, ul. Suchedniowska 4) Busko Zdrój: »» Hotel Słoneczny Zdrój Medical Spa & Wellness (ul. Bohaterów Warszawy 115) »» Hotel Bristol (ul. 1 Maja 1) »» Piekarnia pod Telegrafem (ul. Wojska Polskiego 34) Kotlice (gm. Chmielnik) »» Seart Meble z Drewna (Kotlice 103) Malice Kościelne (gm. Lipnik n/Opatówką)

»» Pracownia Rezonansu Magnetycznego „Rezonans” (ul. Zagnańska 77)

»» Terra Winnica Smaku (Malice Kościelne 22)

Restauracje/kluby/kawiarnie:

»» Miejskie Centrum Kultury (ul. Siennieńska 54)

»» Bistro/Restauracja Zielnik Kielecki (ul. Głowackiego 1)

»» Kino Etiuda (al. 3 Maja 6)

»» Gminna Biblioteka Publiczna w Samsonowie

»» Restauracja Kielecka (pl. Wolności 1)

»» Galeria BWA (ul. Siennieńska 54)

»» Gminna Biblioteka Publiczna w Miedzianej Górze

»» BÓ Burgers & Fries (ul. Leśna 18)

»» Centrum Medyczne VISUS (ul. Śliska 16)

»» Świętokrzyski Urząd Marszałkowski (al. IX Wieków Kielc 3)

»» Backstage Restaurant & Bar (ul. Żeromskiego 12)

»» Pałacyk Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku »» Muzeum Wsi Kieleckiej – Park Etnograficzny w Tokarni »» Regionalne Centrum Naukowo-Technologiczne w Podzamczu

»» Bistro Pani Naleśnik (ul. Słowackiego 4)

Ostrowiec Świętokrzyski:

Pińczów: »» Piekarnia pod Telegrafem (plac Wolności 7)

Uczelnie:

»» Czerwony Fortepian (ul. Bodzentyńska 10)

»» Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach (Rektorat, ul. Żeromskiego 5)

»» Choco Obsession (ul. Leonarda 15)

Rytwiany:

»» Si Señor (ul. Kozia 3/1)

»» Hotel Rytwiany „Pałac” (ul. Artura Radziwiłła 19)

»» Wyższa Szkoła Ekonomii, Prawa i Nauk Medycznych im. prof. Edwarda Lipińskiego (ul. Jagiellońska 109)

»» Calimero Café (ul. Solna 4A)

»» Hotel Rytwiany „Nowy Dworek” (ul. Artura Radziwiłła 19)

»» Politechnika Świętokrzyska (Rektorat, al. Tysiąclecia Państwa Polskiego 7)

»» Bohomass Lab (ul. Kapitulna 4)

»» Wszechnica Świętokrzyska (Biblioteka, ul. Orzeszkowej 15)

»» MaxiPizza (ul. Słoneczna 1) »» AleBabeczka Cukiernia (ul. Leonarda 11)

Sandomierz: »» Centrum Informacji Turystycznej (Rynek 20) »» Brama Opatowska

Firmy:

»» Biuro Wystaw Artystycznych (Rynek 18)

Hotele/ośrodki SPA:

»» UNLOCKtheDOOR (pl. Wolności 8)

»» Calimero Café (ul. Opatowska 9)

»» Hotel Uroczysko (Cedzyna 44D)

»» Sklep firmowy MK Porcelana (ul. Planty 16B)

»» Hotel Kongresowy (al. Solidarności 34)

»» Księgarnia Pod Zegarem (ul. Warszawska 6)

»» Hotel Pod Złotą Różą (pl. Moniuszki 7)

»» Antykwariat Naukowy im. Andrzeja Metzgera (ul. Sienkiewicza 13)

»» Hotel Tęczowy Młyn (ul. Zakładowa 4) »» Hotel Przedwiośnie (Mąchocice Kapitulne 178) »» Pensjonat Łysica Wellnes&SPA (Święta Katarzyna, ul. Kielecka 23A) »» Hotel Tara (ul. Kościuszki 24) »» Binkowski Hotel (ul. Szczepaniaka 42) »» Binkowski Dworek (ul. Szczepaniaka 40) »» Hostel Art (ul. Sienkiewicza 4C)

Skarżysko-Kamienna: »» Miejskie Centrum Kultury (ul. Słowackiego 25) »» Kombinat Formy (ul. Rejowska 99)

»» Auto Motors Sierpień (ul. Podlasie 16A)

Solec Zdrój:

»» Tech Oil Service (ul. Zagnańska 149)

»» Mineral Hotel Malinowy Raj (ul. Partyzantów 18A)

»» Car-Bud w Daleszycach (ul. Chopina 21)

»» Hotel Medical Spa Malinowy Zdrój (ul. Leśna 7)

»» Targi Kielce (ul. Zakładowa 1) »» Wodociągi Kieleckie (ul. Krakowska 64) »» Souczek Design. (ul. Polna 7) »» Batero Spółka Jawna (ul. Pakosz 2)

Starachowice: »» Starachowickie Centrum Kultury (ul. Radomska 21) »» Centrum Medyczne VISUS (ul. Sawickiej 3) »» Hotel Senator (ul. Krywki 18)

Zdrowie/rekreacja/rozrywka:

»» Folwark Samochodowy – Mitsubishi i Suzuki (ul. Gustawa Morcinka 1)

»» Kompleks Świętokrzyska Polana (Chrusty, Zagnańsk, ul. Laskowa 95)

»» Folwark Samochodowy – Hyundai (ul. Sandomierska 233A)

»» Pływalnia Koral (Morawica, ul. Szkolna 6)

»» Autocentrum I.M. Patecki (ul. Zakładowa 12)

Włoszczowa:

»» Studio Figura Kielce (ul. Zapolskiej 5)

»» Galeria Korona Kielce (ul. Warszawska 26)

»» Dom Kultury (ul. Wiśniowa 19)

»» MEDICODENT Stomatologia (ul. Zapolskiej 5)

»» By o la la…! (Galeria Korona Kielce, ul. Warszawska 26)

»» Villa Aromat (ul. Jędrzejowska 81)

»» Kino Moskwa (ul. Staszica 5)

»» Piekarnia pod Telegrafem (punkty przy ul. Ściegiennego

»» L.A. Language Academy (ul. Żwirki 40)

Stawy (gm. Imielno) »» Gospodarstwo Rybackie „Stawy” (Stawy 2A)

madeinswietokrzyskie.pl


Dzień dobry! Bez znajomości siły słów niemożliwa jest znajomość człowieka Konfucjusz

Redakcja „Made in Świętokrzyskie” ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce redakcja@madeinswietokrzyskie.pl www.madeinswietokrzyskie.pl Redaktor naczelna Monika Rosmanowska tel. 506 141 076 monika.rosmanowska@madeinswietokrzyskie.pl Sekretarz redakcji Mateusz Wolski tel. 784 136 865 mateusz.wolski@madeinswietokrzyskie.pl Reklama tel. 531 114 340 reklama@madeinswietokrzyskie.pl Skład Tomasz Purski

Autentyczność jest obecnie towarem deficytowym. Podobnie jak odpowiedzialność za słowo. Dziś wolno powiedzieć wszystko. Słowa wypływają z nas szerokim strumieniem, przybierając często kształt nieszczerych pochlebstw, pustych obietnic, kłamstw czy nawet oszczerstw. Mogą być wyrazem fałszywie pojętej troski i nieuzasadnionej krytyki, gdy wydaje nam się, że „wiemy lepiej”, jak postępować i to zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. Są źródłem plotek i zasłoną dymną, skrywającą własne ograniczenia, niedoskonałości, kompleksy czy po prostu… brak dojrzałości i zawiść. Bywają wreszcie narzędziem walki w drodze do osiągnięcia sobie tylko znanych korzyści, gdy zmieniają się w bezrefleksyjne potakiwanie i przyklaskiwanie innym. Wypowiadane bez namysłu, bez myślenia o konsekwencjach i świadomości, jak wiele złego mogą uczynić. Skąd się bierze ta chęć skupiania się nie na sobie, ale na innych? Skąd to nadmierne zainteresowanie drugim, kreowanie tematów i problemów? Skąd obmawianie i brak odwagi, by słowa prawdy czy krytyki wypowiedzieć nie za plecami, ale prosto w twarz? Umiejętność szczerej rozmowy zanika. Podobnie jak zdolność wsłuchiwania się

w siebie, swoje potrzeby, słabości. Wygodniej jest „rozwiązywać” problemy kolegi czy znajomego, także te wyimaginowane. Poziom znajomości nie ma tu w końcu żadnego znaczenia, wręcz przeciwnie: im mniej wiemy, tym łatwiej ferować wyroki. I w ten sposób odwracać uwagę od siebie. Oddając w ręce Czytelników kolejny numer magazynu „Made in Świętokrzyskie” życzę Państwu wrażliwości na słowo. To pisane, o które staraliśmy się zadbać, by wybrzmiało jak najlepiej, i to mówione, by było szczere, autentyczne. Po prostu prawdziwe.

Wydawca Marcin Agatowski Fundacja Możesz Więcej ul. Kasztanowa 12/16 25-555 Kielce

Na okładce Dagna Dywicka

Monika Rosmanowska Redaktor naczelna

Zdjęcie Mateusz Wolski


W numerze 4 Zapowiedzi 6 Na scenie, ekranie i w galerii

Burza, hipoterapia i Luk 12 Rozmowa z Karolem Jędrzejczykiem

Robię w kulturze 20 Dagna Dywicka

Paweł Pierściński

16 Być wśród najlepszych Ninja Syndrom atakuje

28 Pałacowa mozaika Odwiedzamy Chroberz

Korzeń, drzewo, gałąź… 32

36 Design z impaktem

Świętogen na tropie

Krajobraz mojego miasta

Lewandowski w druku 38 Glina zamiast tuszu

Życie karuzelą się kręci 42 „Opowieści lasku wiedeńskiego”

Pawilon restauracyjny w ogrodzie miejskim 45 Z cyklu „Kielce zapomniane”

Marsz kielecki 48 Jak kielczanie strzelców witali

Cały świat przyjeżdża do Klimontowa 54 Fundacja CampoSfera

Trenuj z mistrzem! 60 Mateusz Jachlewski

Kierunek Bratysława 66 Na granicy trzech krajów

Dziewczyny z charakterem 72 Korona Handball

Kielce dobre na lato? 78 Jakub Juszyński

Po deszczu przychodzi tęcza 80 Jakub Porada

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

8 Mistrz krajobrazu

40 Filmowe komiksy Iron Man na dużym ekranie

44 Rzecz o zbuntowanej mrówce „My się mamy nie słuchamy”

46 Kleczanowskie kurhany i tysiącletnia tradycja Co kryje ziemia sandomierska?

50 Życie, którego rytm wyznacza natura Zbawienna moc ziół

56 Wakacyjna samodzielność Dyskretna kontrola dzieci czy pełen luz?

62 Wyprawa do miasta śmierci Na motocyklu do Czarnobyla

70 Spaceruj z Nami Dyminiakami Wolontariat w schronisku

76 Arteterapia Mateusz Wolski i Bartosz Śmietański

79 Pięciogwiazdkowy namiot Paweł Jańczyk


Zapowiedzi 6

SHL-ki wracają na tor

Pożegnanie dworca

Tradycyjnie już w drugiej połowie sierpnia (18-20.08) na tor w Miedzianej Górze i do Parku Etnograficznego w Tokarni zjadą uczestnicy XI Świętokrzyskiego Zlotu Motocykli SHL i Pojazdów Zabytkowych. Zainteresowani mogą wziąć udział w 4. Weteran Moto-Biegu (Miedziana Góra) oraz 6. Motopikniku (skansen w Tokarni). W piątek, 19 sierpnia na torze w Miedzianej Górze od godz. 18 uczestnicy mają zaplanowane treningi, a dwie godziny później bieg płaski na torze kartingowym (kategoria samochody). W sobotę, 20 sierpnia na godz. 12 zaplanowano uroczyste otwarcie zlotu. Pół godziny później wystartuje bieg górski (kategoria samochody i motocykle), a o godz. 14 biegi motocyklowe na torze owalnym. Wstęp wolny. Wieczorem organizatorzy zapraszają do Kuźni Smaków w Tokarni na Wieczór Mistrzów Pióra i Kierownicy. Start o godz. 20.

Letni Klub Śniadaniowy zamierza z pompą pożegnać dworzec autobusowy przed remontem. Dwudniowa impreza rozpocznie się 8 września o godz. 19 koncertami i wydarzeniami artystycznymi, m.in. finałowym pokazem projektu artystycznego Dariusza Makaruka „Kino Mocne”, podczas którego gościnne wystąpi Kasia Kowalska. Dzień później podczas dnia otwartego będzie można zajrzeć w najgłębsze zakamarki dworca, obejrzeć wystawy i wziąć udział w warsztatach. Całość zakończy międzypokoleniowa potańcówka, czyli zabawa w budynku dworca. Wstęp na wszystkie wydarzenia jest wolny. Współorganizatorami są Urząd Miasta Kielce oraz Wzgórze Zamkowe.

Pola Negri i Czerwie

Paweł Pierściński. Krajobraz nieobecny Wystawę zdjęć Pawła Pierścińskiego ze zbiorów Muzeum Wsi Kieleckiej można oglądać w Dworku Laszczyków. Ekspozycja prezentuje kilkadziesiąt fotogramów mistrza, także tych charakterystycznych dla Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. W kolekcji Muzeum Wsi Kieleckiej znajduje się łącznie blisko trzy tysiące negatywów, diapozytywów i autorsko opracowanych powiększeń. Ekspozycję można oglądać do 27 sierpnia. W niedzielę, 21 sierpnia na terenie skansenu w Tokarni od godz. 10 rozpocznie się parada pojazdów zabytkowych i nowoczesnych. W programie tego dnia także m.in. próba sprawności jazdy slalomem, konkursy dla publiczności, mecz SHL kontra Reszta Świata. W niedzielę obowiązują bilety wstępu według cennika Muzeum Wsi Kieleckiej. Poprzednie edycje zlotu obejrzało blisko 50 tysięcy widzów, a w każdej wzięło udział ponad 300 pojazdów i ich właścicieli. PATRONAT:

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

Plenerowe kino z muzyką na żywo to kolejna wakacyjna propozycja z cyklu Tarasy sztuki, czyli letnich koncertów plenerowych. Na ekranie ustawionym przed Kieleckim Centrum Kultury zobaczymy „Manię. Historię pracownicy fabryki papierosów” w reżyserii Eugena Illesa z Polą Negri w roli głównej. Obrazowi będzie towarzyszyła muzyka wykonywana przez zespół Czerwie, alternatywną grupę tworzącą na pograniczu folku, etno, sceny absurdu, teatru i filmu. W skład zespołu wchodzą: Wojtek Zaborowski, Maciek Kudłacik, Paweł Zawarus, Piotrek Bogunia. Na swoim koncie muzycy mają sześć autorskich albumów, w tym z muzyką do filmu z Polą Negri „Mania” (2016) oraz soundtrack do arcydzieła kina niemego „Metropolis” (2017). Początek w niedzielę, 6 sierpnia o godz. 20.


8


Paweł Pierściński

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

9

Mistrz krajobrazu tekst Krzysztof Żołądek zdjęcia Krzysztof Żołądek, Paweł Pierściński (dzięki uprzejmości Muzeum Wsi Kieleckiej)

Świętokrzyskie szachownice pól, porośnięty drzewami pofalowany horyzont, góry i pagórki – nic nie umknęło jego uwadze. Rejestrował w kadrze rodzimy krajobraz i to, jak zmieniał się on na przestrzeni lat. Cóż… Będzie się zmieniał nadal, ale już nie spojrzy na niego oko mistrza. Mistrza Pierścińskiego.

Paweł Pierściński, twórca wyjątkowego stylu w fotografii, określanego mianem Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. Fotograf, ale i krytyk. Autor ponad dwustu wystaw indywidualnych. Dla wielu guru fotografii. Urodził się w maju 1938 roku. Odszedł w maju 2017. Pozostawił po sobie bogatą kolekcję zdjęć, przedstawiających nie tylko widoki okolic Kielc, ale też mieszkańców. Na wielu fotografiach utrwalił również życie świętokrzyskiej wsi. Ułożone w równe rzędy snopki siana potrafił przedstawić w plastyczny, a zarazem geometryczny sposób. Matematyka widoczna jest w jego zdjęciach nadzwyczaj często. Trójkąty, kwadraty, prostokąty – z nimi miał styczność od dawna. Jak sam przyznawał w wywiadach, pagórki w kształcie sinusoidy czy kwadraty pól pozwoliły połączyć dwie życiowe pasje: fotografię i matematykę. Świadomie poszukiwał matematycznych form w przyrodzie widzianej przez obiektyw. Tak właśnie zrodziła się Kielecka Szkoła Krajobrazu.

Wizjoner Jego pierwszym aparatem był małoobrazkowy Zorkij. I tym, i późniejszymi, utrwalał to, co roztaczało się z punktów widokowych. A to, co nie mieściło się w jednej klatce, w pojedynczym kadrze, często przedstawiał na kilku kolejnych zdjęciach, które później składał w panoramę. Tak było w latach 50., kiedy powstała panorama Gór Świętokrzyskich, czy w latach 60., kiedy to na serii połączonych ze sobą zdjęć ukazał panoramę Kielc. Dostrzegał postęp techniczny towarzyszący fotografii. Porównywał go do wynalezienia druku i odejścia do lamusa profesji kaligrafów i kronikarzy. Ogłosił to już w 1989 roku podczas przemówienia z okazji 150-lecia fotografii na spotkaniu Związku Polskich Artystów Fotografików, którego wówczas był prezesem. Usłyszał wiele słów krytyki, a nawet zarzutów, że głosi kres fotografii, ale… miał rację. Przewidział cyfrową rewolucję, która upowszechniła fotografię.

Fotografia jak kobieta Paweł Pierściński, ze swoim bogatym doświadczeniem i doskonałym warsztatem, był mistrzem fotografii dla wielu młodych twórców. Stanowił inspirację, źródło cennych wskazówek, był starszym kolegą i przyjacielem. Także dla Anny Benicewicz-Miazgi, założycielki stowarzyszenia CKfoto.pl, członkini Fotoklubu Rzeczpospolitej Polskiej, wielokrotnie nagradzanej na międzynarodowych konkursach fotograficznych. W ostatnich latach życia to z nią tytułowy mistrz krajobrazu spędził mnóstwo czasu na rozmowach

o kadrach, o przyrodzie i o matematyce. Doradzał, pomagał. – Zawsze robił to życzliwie i z charakterystyczną dla siebie pogodą ducha – wspomina Anna. – Jego zdjęcia wpisały się w nurt, w którym fotograf znajduje piękno w najbliższym, na pozór nieciekawym, otoczeniu. Wymaga to daru obserwacji i wykonania bardzo złożonej pracy. Nie sztuką jest tworzyć piękne zdjęcia, fotografując piękne rzeczy lub miejsca, ale wydobyć to piękno o wielu obliczach z obiektu pozornie zwyczajnego. A jaki był Paweł? Niezwykle pogodny, życzliwy, uczynny i otwarty. To był typ społecznika, który wspiera młodych w pasji twórczej, pomaga dobrym słowem, radą i swoją obecnością. To on pierwszy nawiązał kontakt z CKfoto.pl. Kontakt, który potem utrzymywała z nim większość członków stowarzyszenia. Gdy zgodził się na napisanie wstępu do naszej książki o fotografii panoramicznej, odbyliśmy szereg rozmów „przy ciastku”. Potem to właśnie ciastka były pretekstem kolejnych twórczych spotkań. Paweł niezwykle oryginalnie opowiadał o naszej wspólnej pasji. Na zawsze zapamiętam jego powiedzenie, że fotografia powinna być jak kobieta – piękna lub interesująca, a najlepiej jak posiada obydwie te cechy. Potem oczywiście dodawał, że ważna jest linia kobiety, która powinna być gruba i wyrazista i zamawiał kolejne słodycze – z uśmiechem wspomina Anna Benicewicz-Miazga.

Artysta zapracowany Był też Paweł Pierściński stałym gościem w domu innej fotograficznej rodziny – Pęczalskich. Krzysztof Jakub Pęczalski był wówczas małym szkrabem, ale do dziś pamięta te wizyty. – Pamiętam Pawła, jak byłem jeszcze małym berbeciem. Często siadałem u niego na kolanach, gdy odwiedzał ojca w naszym domu. Przyjaźnili się, działali razem w związku. Wtedy miałem chyba swoje pierwsze zdjęcie z Pawłem – opowiada. – Pamiętam też taką sytuację, gdy ojciec zabrał mnie na zebranie związku i te burzliwe dyskusje bardzo mi się wtedy spodobały. To było grono ludzi, od których wiele można się było nauczyć, czerpać z ich wiedzy. Ale nie miałem później częstych kontaktów z Pawłem, bo był bardzo zapracowanym artystą. Temu też pewnie zawdzięcza swój sukces, że faktycznie zasuwał. Jeśli miał temat, nie oszczędzał na materiale, a przecież to były czasy negatywów, klisz. Przepuszczał ich całe mnóstwo przez swoje aparaty. Szczególnie cenię go za jego fotografię czarno-białą. Na pewno wiele się od niego nauczyłem. I ja, i mnóstwo moich kolegów – kończy Krzysztof Pęczalski.


Paweł Pierściński 10

I choć już nie podejdzie na wernisażu i nie odniesie się do zawieszonych na wystawie zdjęć, to z pewnością niejednej osobie tej nauki jeszcze jest w stanie sporo przekazać. Wystarczy popatrzeć na jego fotografie. Przeanalizować je. Dostrzec w nich to, co Paweł Pierściński dostrzegł przez obiektyw swojego aparatu. I samemu patrzeć podobnie. Szukać piękna tam, gdzie jest ono ukryte.

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

11


Uwaga! Talent 12

Burza, Luk i hipoterapia rozmawiał Łukasz Wojtczak zdjęcia z archiwum Karola Jędrzejczyka

Karol Jędrzejczyk urodził się z mózgowym porażeniem dziecięcym i niedowładem nóg. Przypadek sprawił, że zajął się jeździectwem. Początkowo miała to być tylko hipoterapia, ale zamieniła się w prawdziwe treningi sportowe. Na sukcesy też nie trzeba było długo czekać. Dziś wspólnie z Lukiem rasy śląskiej Jędrzejczyk reprezentuje kraj na arenie międzynarodowej.

zaprezentować program, liczący np. 20 punktów, czyli na odcinku od jednej do drugiej „literki” ma zrobić koło, zakłusować, zagalopować itd. Oceniają nas sędziowie, przyznając punkty od 1 do 10 za każdy z tych 20 czy 25 elementów programu. Następnie wyliczany jest rezultat procentowy.

ŁW: Początek Twojej przygody z końmi to zupełny przypadek. Karol Jędrzejczyk: Do dzisiaj się z tego śmieję. Pewnego dnia podczas wędrówki po Górach Świętokrzyskich zaskoczyła mnie okropna burza. Szukałem miejsca, w którym mógłbym się schronić. Kątem oka zauważyłem stajnię i pomyślałem, że tam przeczekam największy deszcz. Nie wszedłem jednak do środka, stałem przed wejściem, bałem się koni. Kiedy wróciłem do domu i ochłonąłem, uznałem, że być może nadeszła pora, aby przełamać lęk. Po tygodniu pojechałem tam ponownie. Zauważył mnie właściciel Andrzej Wojciechowski, który zaproponował mi zajęcia z hipoterapii. ŁW: A kiedy podjąłeś decyzję o jeździe sportowej? KJ: To również zabawne, bo nie zrobiłem tego sam. Decyzję podjęto za mnie, a ja musiałem się jej podporządkować (śmiech). Podczas zajęć moja ówczesna trenerka stwierdziła, że jestem osobą na tyle sprawną, że lepsze od zajęć hipoterapii byłoby dla mnie normalne jeździectwo. Tak to się zaczęło. Z czasem wspólnie z moją obecną trenerką podjęliśmy decyzję o udziale w pierwszych zawodach w Warszawie. Jazdę konną długo traktowałem jako formę rehabilitacji. Teraz, przy regularnych treningach i wyjazdach, sytuacja się zmieniła, traktuję to dużo poważniej. Jeździectwo jest ważną częścią mojego życia, ale nie L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

ŁW: Co jest podstawą dobrego treningu w tym sporcie? KJ: Ważne jest, by regularnie powtarzać elementy, które ma się w swoich programach. Trzeba jednak robić to rozsądnie, nie za często, bo koń jest zwierzęciem, które uczy się na pamięć. Jeśli w danym miejscu, w którym do tej pory ćwiczyłem pewien element, chcę zrobić inny, to koń automatycznie robi to, co zazwyczaj. Należy ćwiczyć z umiarem. Osobiście staram się trenować minimum dwa, trzy razy w tygodniu, do tego dochodzi siłownia, basen i codzienna rehabilitacja. najważniejszą. Przykładam się do tego, co robię, ale mam też wiele innych obowiązków – rodzinę, uczelnię, pracę. ŁW: Na czym polega ujeżdżenie? KJ: Mówiąc najprościej, mamy czworobok o szerokości 20 metrów i szerokości 40 lub 60 metrów, na którym – w określonych odległościach – rozmieszczone są tabliczki z literkami. Jeździec ma

ŁW: Jaką rolę w ujeżdżeniu odgrywa trener? Czy podczas zawodów może reagować na bieżąco na to, co robisz? KJ: Obecnie mam dwóch trenerów. Jednego na co dzień, a drugi to trener kadry narodowej. Podczas treningów osoba prowadząca rzeczywiście reaguje na to, co robię, podchodzi, tłumaczy. Ćwiczymy dany element dotąd, aż uda nam się wykonać go poprawnie. Na zawodach inicjatywę przejmuje trener kadry, ale podczas


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

13


Uwaga! Talent 14 samego przejazdu jestem zdany wyłącznie na siebie. Każda pomoc z zewnątrz oznacza eliminację zawodnika. ŁW: Domyślam się, że w tym sporcie trzeba wypracować sobie niezwykłe porozumienie ze zwierzęciem, osiągnąć pełną harmonię. KJ: Po trupach do celu (śmiech). My uczymy się działać w harmonii z koniem, a koń z nami. Ważne jest, aby pracować z tym samym zwierzęciem. To trochę inaczej niż chociażby w przypadku skoków przez przeszkody, gdzie można zmienić konia i mimo to, dzięki umiejętnościom, dobrze sobie poradzić. W tym wypadku potrzebna jest wspólna, ciągła praca. ŁW: Konie rasy śląskiej to chyba rzadkość w tym sporcie. Osobiście bardziej kojarzą mi się z zaprzęgami… KJ: Luk to koń mojej trenerki, pani Magdaleny Uracz, która użycza mi go bezpłatnie. Jest naprawdę wyjątkowy jak na swoją rasę. Grzeczny, ułożony, posłuszny, chętny do współpracy. Jest idealny do tego sportu. Trzeba jednak przyznać, że w ujeżdżeniu rasa śląska faktycznie jest rzadkością. Są to zwierzęta potężne i mocno zbudowane. Niestety przez to szybciej tracą energię. I dlatego bezpośrednio przed startem nie mogę zbyt długo trenować. ŁW: Czy są istotne różnice między ujeżdżeniem a paraujeżdzeniem? KJ: Nie ma, może poza poziomem finansowania i nie jest tak, jak myślą niektórzy: „oni są pokrzywdzeni przez los, niech sobie jeżdżą”. Paraujeżdżeniowcy często startują na zawodach ujeżdżeniowych. W odróżnieniu od pełnosprawnych sportowców możemy korzystać z dodatkowych pomocy, możliwych na danym poziomie jeździeckim. Ja na przykład używam pasków mocujących do ostróg. Zapinam je przy strzemionach, dzięki czemu noga nie ucieka mi do tyłu podczas jazdy. Ujeżdżenie w Polsce stoi na wyższym poziomie niż paraujeżdżenie, bo my tak naprawdę dopiero przecieramy szlaki. Wierzę, że za kilka lat będziemy się mogli równać z najlepszymi. ŁW: Chciałbym, żebyś pochwalił się swoimi sukcesami. KJ: Jestem dumny, że dostałem się do kadry narodowej. To nie tylko osiągnięcie, ale i wymierne korzyści. Jako reprezentant Polski mam możliwość startowania w zawodach, bezpłatnego trenowania i rozwijania umiejętności. Jestem dwukrotnym wicemistrzem Polski oraz dwukrotnym halowym mistrzem Polski podczas L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

Karol Jędrzejczyk – 24-letni kielczanin, reprezentant kraju w paraujeżdżeniu. W swoim dorobku ma dwa tytuły wicemistrza Polski (2015 i 2016). W tych samych latach, podczas Cavaliady w Poznaniu, dwukrotnie wywalczył halowe mistrzostwo Polski. Uczestniczy w zawodach międzynarodowych, ostatnio m.in. w Katarze i Holandii. W sierpniu wystartuje na mistrzostwach świata w szwedzkim Goeteborgu. Prywatnie student Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach na kierunku edukacja artystyczna w zakresie sztuk plastycznych.


Cavaliady w Poznaniu. Od niedawna startuję w zawodach za granicą. Zaliczyłem dotąd cztery występy i szczerze mówiąc myślałem, że będzie gorzej (śmiech). Oceny sędziów są jednak podobne jak w Polsce. ŁW: Najbardziej zainteresował mnie Twój występ w Katarze. KJ: Przygoda z Katarem wyszła trochę przypadkowo. O wyjeździe dowiedziałem się zaledwie półtora miesiąca wcześniej. Wysłaliśmy zapytanie o możliwość uczestnictwa w zawodach, ale nie liczyliśmy na zbyt wiele. Katar ma w zwyczaju zapraszać tych zawodników, którzy już wcześniej tam startowali. Mimo to udało się i rozpoczęliśmy intensywne przygotowania. Na miejscu „zabiła” mnie temperatura (śmiech), konie też padały z gorąca. Zaraz po przyjeździe trzeba je było ogolić, bo inaczej dostałyby udaru. Kąpaliśmy je kilka razy dziennie. Na szczęście kraj jest bogaty, więc i zawody zorganizowano na najwyższym poziomie. Mieszkałem w pięknym hotelu, z wyśmienitym jedzeniem, a jazda odbywała się w klimatyzowanej hali. To była wspaniała przygoda. ŁW: Czy w Świętokrzyskiem jazda konna jest popularna? Jakie są nasze ośrodki jeździeckie? KJ: Jest kilka dobrych miejsc, ale trochę jeszcze nam brakuje, zwłaszcza jeśli chodzi o jazdę wyczynową. Być może to kwestia lokalnego rynku. Nie jest łatwo zachęcić nowe osoby do rozpoczęcia treningów, bo są dość wymagające i absorbujące, a przy tym kosztowne. ŁW: Mówi się, że to również niebezpieczne hobby. Czy też tak uważasz? KJ: Z konia spadłem tylko raz. Moja trenerka stała przez chwilę nieruchomo i zastanawiała się, czy się podniosę. Od tamtej pory nic takiego się nie powtórzyło. Czy jeździectwo jest niebezpieczne? Wszystko w pewnym sensie jest, idąc ulicą, można upaść i złamać nogę. Nie ma co wpadać w paranoję. Poza tym kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

ŁW: Jakie masz plany, marzenia? KJ: Jestem człowiekiem, który wie, że musi planować, ale staram się tego nie robić z dużym wyprzedzeniem. Sportowo moim najbliższym celem jest udział w sierpniowych mistrzostwach świata w szwedzkim Goeteborgu. Na tym się skupiam, a co będzie potem, zobaczymy. Prywatnie nie mam wygórowanych marzeń, chcę być po prostu szczęśliwy i zdrowy. Marzenia wtedy same się realizują. ŁW: Tego Ci życzę i dziękuję za rozmowę. ■

REKLAMA

ŁW: Czyli z czystym sumieniem możesz zachęcić młodych ludzi do spróbowania swoich sił w jeździe konnej? KJ: Oczywiście, choć nie będę się upierał przy jeździe konnej. Ważne, by młodzi oderwali się od komputerów i aktywnie spędzali czas, na świeżym powietrzu, uprawiając dowolny sport.


Uwaga! Talent 16

Być wśród najlepszych rozmawiał Michał Sierlecki zdjęcia Patryk Ptak

Ich muzyka jest mieszanką metalu, rapcore’u i djentu. Zaczynali jeszcze w latach 90. Dotychczas nagrywali i tworzyli w garażu kieleckiej Bazy Zbożowej. Odrodzili się w składzie pięciu muzyków. Właśnie wydali drugą epkę i pracują nad nowym materiałem z producentami muzycznymi ze światowej czołówki. O Ninja Syndrom było głośno także podczas ostatnich eliminacji konkursowych Przystanku Woodstock.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

17 MS: Nazwa Ninja Syndrom zobowiązuje. Chyba drzemie w Was niemała odwaga i waleczność. Jak zaczęła się Wasza przygoda z muzyką i wspólnym graniem? Michał „Karaz” Krysiński (wokal): Zaczęło się od mojej drogi muzycznej rapera. Trwało to osiem lat do 2005 roku. Potem była praca z innymi zespołami i bandami. Ninja Syndrom to mój autorski projekt, choć wspomagany na początku przez DJ Hansa ze Wzgórza Ya-Pa 3. Postanowiliśmy z kolegami użyć tej nazwy ponownie, ale już do całkowicie innej muzyki. MS: Przed zespołem nowe wyzwania i wydawnictwo, które się niebawem ukaże. Materiał powstaje przy udziale znakomitych producentów i speców od miksowania i masteringu. Podobno wszystko zaczęło się od spotkania w Szwecji

z Danielem Bergstrandem. Jego nazwisko widnieje przy najważniejszych produkcjach, takich sław jak Meshuggah, In Flames czy Behemoth. Paweł Rej (gitara): Tak. Zaczęło się w Szwecji. Wstępna produkcja materiału to tracking, czyli zarejestrowanie śladów pojedynczych instrumentów. Miksy zostały już skończone i całość trafiła do studia w Nowym Jorku, gdzie dokonano masteringu. Chcieliśmy zrobić coś bez kompromisów, na najwyższym poziomie. Szukaliśmy ludzi, którzy obracają się w podobnej do nas stylistyce. I są w tym najlepsi. Z racji tego, że Meshuggah jest obecnie blisko tych muzycznych klimatów co Ninja Syndrom, przesłaliśmy swój materiał do Daniela Bergstranda, który z nimi tworzył. On go przesłuchał i zgodził się z nami współpracować. I wyczuł nasz styl. Producenci i realizatorzy nagrań zespołów, które nas inspi-

rują, pracują także z nami. Wszystko odbywa się przez kontakt mailowy. MS: Były duże naciski ze strony producentów, by modyfikować Wasz autorski materiał? Filip Gołda (gitara): Byliśmy w stanie mocno zaufać Danielowi, jeśli chodzi o jego pomysły i wizje na ten materiał, ale okazało się, że on był bardzo usatysfakcjonowany tym, co usłyszał. Jego sugestii co do aranżacji i partii konkretnych instrumentów było dużo mniej, niż bym się spodziewał. Okazało się, że jest z nami całkiem nieźle. On ubrał to w ciekawe brzmienia podczas nagrań. Robił wszystko na najwyższym poziomie. PR: Potwierdziło się także to, co wiedzieliśmy: producenci, z którymi pracowaliśmy są przedstawicielami skrajnie różnego brzmienia. Poje-


Uwaga! Talent 18 od strony marketingowej i była to dla nas udana wycieczka. To, że nie wyszło, to po prostu los i prawidła konkursu. Na jedno zwycięstwo przypada dziesięć porażek i trzeba to wiedzieć. Nie ma się co smucić i obrażać. Mamy plany atakowania za rok. PR: Pojawia się także temat trasy koncertowej. Dotychczas graliśmy m.in. w Bułgarii. Jesienią chcemy odwiedzić również Czechy, Węgry, może Serbię i Chorwację. Świetnie wspominamy dotychczasowe koncerty na Bałkanach. Szykujemy mocny, dwutygodniowy tour po Europie.

chaliśmy do Szwecji i usłyszeliśmy bardzo organiczne dźwięki. Z kolei Taylor Larson ze Stanów Zjednoczonych stworzył miksy, którym dodał smaczki typowo amerykańskie, nowocześnie brzmiące. Staraliśmy się połączyć osoby stojące po przeciwnych stronach barykady, jeśli chodzi o realizację nagrań. Było to dość ryzykowne, ale efekt końcowy zaskoczył nas pozytywnie. MS: Ted Jensen to postać wyjątkowa w Waszym projekcie. Legenda światowego masteringu. Doskonały inżynier dźwięku pracujący m.in. przy utworze „Hotel California” The Eagles, albumie „The Stranger” Billy’ego Joela. Nie sposób nie wspomnieć o nagrodzie Grammy w 2003 roku za album „Come Away with Me”, który nagrała Norah Jones. Jak udało się nawiązać współpracę z takim fachowcem? PR: Myślę, że szybciej wymienilibyśmy znane światowe albumy, za które Ted nie jest odpowiedzialny (śmiech). Właśnie zaczynamy z nim pracę studyjną, masteringową. I na obecną chwilę nie jesteśmy w stanie powiedzieć, w którą stronę to pójdzie. Nie było żadnego problemu z nawiązaniem współpracy. Czuję dumę, że takie sławy pracują przy tym materiale i my, skromni ludzie z Gór Świętokrzyskich, mamy zaszczyt z nimi tworzyć. To, że się zgodzili, świadczy o poziomie tego, co robimy. MS: Jak muzyka Ninja Syndrom jest odbierana na koncertach? Podobno zaproponowaliście również mocne uderzenie podczas ostatnich eliminacji na Przystanku Woodstock? MK: Woodstock sam w sobie jest dla nas już sporą nobilitacją. Dużo zadziało się dzięki temu L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

MS: Na razie można usłyszeć m.in. na kanale YouTube „W Cieniu” i „Zapadam się”. Jak powstają utwory Ninja Syndrom i kiedy będziemy mogli poznać całą płytę zespołu? FG: Przygoda ze Szwecją i ludzie, których spotkaliśmy, przyczynili się do tego, że powstał maksisingiel. Ma on wzbudzić zainteresowanie wśród dystrybutorów i wytwórni płytowych i na tym nam najbardziej zależy. Czas zweryfikuje, czy do tego dojdzie. Materiał na nową płytę jest praktycznie gotowy. Natomiast do tej pory nie było nikogo, z kim chcielibyśmy współpracować i moglibyśmy oczekiwać, że z pracy nad tymi utworami wyjdzie coś fajnego. Materiał powstaje w przeróżny sposób. Czasami motywy muzyczne przychodzą do głowy podczas podróży. Oczywiście nie można zapominać o emocjach i przeżyciach, które kształtują te utwory. Najczęściej to ja dostarczam muzykę. Pozostali ubierają to w warstwę liryczną. I taki podział zadań sprawdza się mniej więcej od dwóch lat.

Skład Ninja Syndrom: Michał „Karaz” Krysiński – rap Paweł Rej – gitara Karol Tomaszewski – perkusja Radek Kielch – wokal Filip Gołda – gitara, autor muzyki


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

19 MS: Czy myśleliście kiedyś, by wystąpić w programie typu talent show? To może naiwne pytanie w odniesieniu do muzyki Ninja Syndrom, ale wielu niezależnym twórcom takie programy pomogły w dotarciu do szerszej grupy odbiorców. Przykładem może być choćby Dawid Podsiadło. FG: Dawid Podsiadło był (a może jeszcze jest) wokalistą bardzo ostro grającej kapeli Curly Heads. I gdyby to się utrzymało, a chłopaki nadal nagrywaliby płyty, to jestem w stanie uwierzyć w magię tego rodzaju programów. Jeśli jednak tak się nie dzieje, to nasz udział w takich przedsięwzięciach nie ma większego sensu. MS: Grasz na ośmiostrunowych gitarach, które dają trochę inne brzmienie, prawda? FG: Wspomniany już zespół Meshuggah jest prekursorem używania tak rozbudowanych instrumentów. Jestem ich fanem, więc w końcu i ja musiałem zacząć grać na ośmiu strunach. Brzmi zdecydowanie niżej niż standardowa gitara. Są tam dołożone struny basowe. Zainteresowałem REKLAMA

się nim, bo poczułem wielką frajdę ze słuchania muzyki zespołów Periphery czy Animals As Leaders. To mój kolejny instrument. Ciekawy, jeśli chodzi o samą konstrukcję. Ma trochę niestandardowy rozkład progów, jest za to bardzo wygodny i szczerze go polecam.

Wstępna produkcja materiału to tracking, czyli zarejestrowanie śladów pojedynczych instrumentów. Miksy zostały już skończone i całość trafiła do studia w Nowym Jorku, gdzie dokonano masteringu.

MS: Jakie są Wasze plany na nadchodzące miesiące? Koncerty czy praca w studiu? PR: Ze studia w zasadzie wyszliśmy, a teraz dopieszczamy materiał od strony produkcyjnej. Potem chcemy poszukać wydawcy i dystrybutora. Raczej będą to pomysły realizowane poza granicami kraju. Mamy także „plan B” na naszą muzykę. Jeśli zdarzy się, że żaden z dystrybutorów nie zdecyduje się z nami współpracować, to i tak sobie poradzimy. FG: Chcemy jesienią umocnić swoją pozycję koncertami i teledyskami, które zamierzamy nakręcić w trakcie wakacji. MS: Trzymam kciuki za dalsze sukcesy zespołu, życzę wytrwałości wojowników ninja i dziękuję za rozmowę. MK: Po tym, co się ostatnio wydarzyło, chcemy utrzymać odpowiedni level i tworzyć w sposób, który gwarantuje określoną jakość, a zatem pracy i zajęć w Ninja Syndrom nie zabraknie przynajmniej na najbliższe trzy lata. Dziękujemy. ■


Postać 20

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

21

Dagna Dywicka

Robię w kulturze tekst Aneta Zychma zdjęcia Mateusz Wolski


Postać 22

Rocznik 86. Antycelebrytka, niepozorna, drobna, skromna i wrażliwa. Schowana za burzą blond loków, a mimo to otwarta na ludzi. Pełna wewnętrznego ciepła. Z przyjaznym uśmiechem na twarzy, który nie znika przez cały czas trwania naszej rozmowy. Dagna Dywicka. Od 2009 roku etatowa aktorka Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Zdobywczyni dwóch Dzikich Róż 2017 dla Najlepszej Aktorki, w tym od redakcji „Made in Świętokrzyskie”.

Zapach apteki Wcale nie marzyła o karierze aktorki. Od sceny wolała atmosferę i charakterystyczny zapach apteki. Długo wyobrażała sobie siebie w fartuchu poważnej pani farmaceutki. Los jednak bywa przewrotny i pod koniec gimnazjum Dagna Dywicka za namową przyjaciół rozpoczyna swoją przygodę sceniczną w jednej z grup teatralnych w rodzinnym Toruniu. Potem wszystko rozgrywa się w klasycznym stylu, czyli w sercu i umyśle kiełkuje zafascynowanie aktorstwem i chęć realizowania się w tej dziedzinie zawodowo. W dążeniu do celu wpiera ją rodzina, z którą, mimo sporej odległości, jest nadal mocno związana.

Kielce, Kielcuszki kochane Po ukończeniu Studium Aktorskiego im. Aleksandra Sewruka przy Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie szukała swojego miejsca na wielu scenach w Polsce. Do Kielc trafiła przypadkiem. Zagrała gościnnie w „Kartotece” Tadeusza Różewicza w reżyserii Piotra Jędrzejasa, myśląc, że to jednorazowy epizod teatralny na świętokrzyskiej scenie. Przyjechała do Kielc z jedną torbą podróżną, a została na dziewięć lat. Przez cały ten czas uczyła się miasta. Dojrzewała do świadomości, że to jej nowy dom. – Bardzo długo miałam taką przypadłość, że na pytanie, skąd jestem, odpowiadałam, że z Torunia. Lokum służbowe traktowałam jak hotel, a nie mieszkanie, i to był błąd. Teraz wreszcie wiem, że mój dom aktualnie L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

23

jest tutaj, w Kielcach. Nie mam pojęcia, jak długo to jeszcze potrwa, ale obecnie jestem z Kielc i dobrze mi z tym – opowiada aktorka. Mimo że od wielu sezonów jest ściśle związana z kielecką publicznością, nadal czuje się w tym mieście anonimowo. Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy to w zwykłym rozciągniętym dresie idzie do sklepu i nagle ktoś ją rozpoznaje, ale są to miłe momenty, które najczęściej kończą się przyjemną, krótką wymianą zdań. Nie obnosi się ze swoim aktorstwem. Pytana przez nieznajomych o to, czym się zajmuje, odpowiada niezmiennie: – Robię w kulturze. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze: jeszcze za czasów, kiedy nie była oszczędna w przekazywaniu informacji i otwarcie mówiła, że jest aktorką, spotykała się najczęściej z pytaniem o to, kiedy zagra w „Klanie”. A to skutecznie zniechęcało do dalszej rozmowy. Po drugie: nie ma ochoty tłumaczyć się przypadkowym osobom ze swoich zawodowych wyborów i decyzji. Wie, że oni różnie mogą to zinterpretować. – Jest taki żart: po czym poznać aktora na rowerze? Po tym, że ma światełko skierowane w swoją stronę. W moim przypadku jest zupełnie odwrotnie. Nie lubię zwracać na siebie uwagi i peszy mnie to – wyjaśnia.

Z wiekiem trema jest coraz większa Dagna Dywicka otwarcie przyznaje się również do tego, że z niepokojem dostrzega u siebie coraz

większą tremę, choć wydawałoby się, że z nabywaniem scenicznego doświadczenia lęk przed publicznymi wystąpieniami powinien maleć. – Trema nie mija, im jestem starsza, tym trudniej jest mi sobie z nią poradzić. Prawie każde zetknięcie z publicznością, choćby kilkuminutowe, jest mniej lub bardziej stresujące. Może wynika to z faktu, że cały czas jestem poddawana ocenie, osiem godzin dziennie na próbach, a także pod-

Wcale nie marzyła o karierze aktorki. Od sceny wolała atmosferę i charakterystyczny zapach apteki. Długo wyobrażała sobie siebie w fartuchu poważnej pani farmaceutki.

czas spektakli. To chyba najczarniejsza strona w zawodzie aktora – tłumaczy aktorka. Wstyd pojawia się również w zaskakujących momentach, jak chociażby przy odbieraniu nagrody, której się zupełnie nie spodziewała. Nigdy nie ma przygotowanych przemówień na takie okazje i wyjście na scenę kończy się najczęściej


Postać 24

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

25 zwykłym „dziękuję bardzo”. Dopiero gdy emocje opadną, pojawia się refleksja, że można było powiedzieć kilka zdań więcej. Wewnętrzne obawy nie dotyczą jedynie spraw scenicznych. Pojawiają się coraz częściej w innych sferach życia. Decyzje, które kiedyś podejmowało się z łatwością, teraz sprawiają kłopoty. – Może wynika to z tego, że gdy jesteśmy młodsi, mamy mniejszą świadomość konsekwencji i pewne rzeczy robimy bez zastanowienia… – analizuje.

Męczące wątpliwości

Ciągły stres, związany z pracą nie pomaga w budowaniu pewności siebie: – Wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, zostając aktorką, pojawiają się przez cały czas i nie są to przyjemne rozważania. Zdarzają się najczęściej wtedy, gdy pracy jest w moim mniemaniu za mało, albo odwrotnie – za dużo, choć to drugie wynika z przemęczenia – pracy tak naprawdę nigdy za wiele. Mam wrażenie, że to się już nie zmieni. Planuję nawet rozpoczęcie studiów na zupełnie innym kierunku, żeby mieć coś w zanadrzu na gorsze czasy. Mimo wewnętrznych dylematów nie pozwala sobie na bylejakość, w każdą rolę, choćby była epizodyczna, wkłada 100 proc. siebie, twierdząc, że półśrodki nie mają racji bytu w tym zawodzie. – Kiedy realizuję wizję reżysera, wchodzę w to cała – podsumowuje. Są oczywiście pewne granice, których Dagna Dywicka nie przekracza: – Nie jestem typem aktorki, która wraca do domu i gotuje obiad, wczuwając się w postać. Nie obieram ziemniaków jako Kate Hart. To zupełnie nie w moim stylu. Owszem, zdarza mi się, mijając kogoś na ulicy, stwierdzić, że o tak właśnie mogłaby wyglądać moja postać, tak mogłaby się poruszać, ale nie prowadzę gier psychologicznych sama ze sobą, nie odgrywam ról w życiu codziennym.

Nauka mizdrzenia się

Największe wyzwania trafiają się wtedy, gdy grana postać jest zupełnym przeciwieństwem Dagny. Tak było w przypadku Kate w „Zabić celebrytę”. – Rola pewnej siebie, twardo stąpającej po ziemi dziewczyny była dla mnie zaskakująco trudna. Rozmawiałam nawet o tym z Radkiem Paczochą i był zaskoczony, że to dla mnie problem. Co prawda żadne dramatyczne sytuacje nie miały miejsca, ale brakowało mi możliwości inspirowania się własnymi doświadczeniami, budowałam postać, która kompletnie nie jest mną. Najbardziej męczyło mnie to, że Kate jest taka kobieca, mizdrząca się, wypinająca przed mężczyznami, a ja mam dość łobuzerską naturę i daleko mi do kokietki. Na szczęście im częś-

ciej gramy „Celebrytę”, tym więcej przyjemności czerpię z samej postaci i nawet bawi mnie taka chwilowa transformacja – przyznaje.

Cień „Kła”

Rola Siostry w spektaklu „Kieł” w reżyserii Bartosza Żurowskiego, również nie należała do łatwych. Tym razem trudność polegała na wypracowaniu umiejętności oszczędnego wyrażania emocji, ale w taki sposób, żeby widzowie mogli je mimo wszystko współodczuwać, bez zbędnych domysłów. Ważny w tym wszystkim jest fakt, że przez cały czas trwania spektaklu aktorzy nie widzą publiczności, są zamknięci w scenicznej rzeczywistości i nie mają możliwości oceny odbioru spektaklu przez oglądających. – Po „Kle” długo dochodziłam do siebie i był to dla mnie wyjątkowy spektakl w tym sezonie. Bardzo dużo siebie w niego włożyłam i musiałam to sobie poukładać w głowie – wspomina Dagna.

Interakcje z publicznością

Relacja aktor – widz jest jedną z najważniejszych na scenie. Wejście w rolę wymaga wyciszenia się, totalnego skupienia i umiejętności niereagowania na nieprzyjemnie zachowania oglądających:

Ciągły stres, związany z pracą nie pomaga w budowaniu pewności siebie: – Wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, zostając aktorką, pojawiają się przez cały czas i nie są to przyjemne rozważania. – Ciężko się gra, słysząc znudzone oddechy na widowni, szepty, szmery, odbieranie telefonów czy rozpakowywanie cukierków. To wszystko rozprasza i trzeba naprawdę uważać, żeby nie wyjść z roli. Za wszelką cenę nie wolno wrócić do prywatności, cały czas, nawet będąc poirytowanym zachowaniem publiczności, trzeba inwestować w postać – wyjaśnia. Aktorka przyznaje, że takich sytuacji jest sporo, zwłaszcza, gdy widzowie głośno wyrażają swoje niezadowolenie lub wykrzykują różne opinie w stronę grających aktorów. Każdy spektakl jest inny i nigdy nie wiadomo, co się tak naprawdę w trakcie jego trwania wydarzy. Jest to intrygujące a czasami wręcz stresujące.


Postać 26

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


Teatr jest jak sport

Drugą pasją Dagny Dywickiej, tuż po aktorstwie, jest sport, a dokładnie oglądanie wydarzeń sportowych. Od czwartego roku życia tato zabierał ją i brata na żużel. Początkowo, jak to najczęściej bywa z małymi dziewczynkami, odwrócona plecami do toru bawiła się lalkami. Z wiekiem jednak zmieniła swoje podejście i teraz z przyjemnością śledzi relacje na żywo albo bezpośrednio uczestniczy w podobnych wydarzeniach: – Uważam, że teatr i sport to bardzo podobne do siebie zjawiska. Chciałabym, żeby ludzie, oglądając spektakl, czuli w sobie te same emocje, jakie wzbudza śledzenie rywalizacji sportowej na żywo. Sama odkryła niebywałą przyjemność w trenowaniu pole dance. Zaczęło się niewinnie, próbnym pójściem dla towarzystwa, a skończyło się na regularnych treningach: – Taniec na rurze to dla mnie pewien rodzaj odskoczni, relaksu. Na zajęciach ćwiczę i tylko to się liczy, nikt mnie nie ocenia, nie ogląda z każdej strony. Zupełnie inaczej niż na siłowni, gdzie odbywają się konkursy w stylu, kto ma najładniejsze trampki. Nie mam też kompleksów. Pamiętam, jak w szkole teatralnej na zajęciach z baletu moja nauczycielka ciągle powtarzała: „Dagna, ty jesteś mniej elegancka niż małpa schodząca z drzewa”, i zawsze z sentymentem wspominam te słowa, gdy kończę jakąś figurę z wielkim klapnięciem. Dziwi mnie tylko fakt, że ludzie odbierają pole dance, jako coś z podtekstem erotycznym. Dla mnie to rodzaj zabawy, taki trzepak na podwórku, tylko z pionową rurą – zdradza.

Przyszłość

REKLAMA

Dagna Dywicka zapytana o plany na przyszłość stwierdza spokojnie, że tak naprawdę wszystko się okaże. Wie, że nadchodzący sezon również spędzi w Teatrze Żeromskiego i to jest najważniejsze. Nie ma wymarzonej roli życia, liczy na to, że jeszcze wszystko przed nią. Uważa, że z dotychczasowego dorobku najważniejsze spektakle, w jakich miała przyjemność wystąpić to „Białe małżeństwo” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej, „Mój niepokój ma przy sobie broń” Mateusza Pakuły i dwie sztuki z tego sezonu, czyli „Zabić celebrytę” Radosława Paczochy i „Kieł” Bartosza Żurowskiego. Nieśmiało napomina jedynie, że byłaby szczęśliwa, mogąc zagrać u Moniki Strzępki i Mai Kleczewskiej. Trzymam kciuki. ■


Miejsca mocy 28

Pałacowa mozaika tekst Daria Malicka zdjęcia Mateusz Wolski

Zespół pałacowo-parkowy w Chrobrzu (Pałac Wielopolskich w Chrobrzu) – mieści się w północno-zachodniej części wsi Chroberz, jest

usytuowany na południowym, wyższym brzegu Nidy. Jego historia zaczyna się w roku 1857. Wtedy to Aleksander Wielopolski, XIII ordynat pińczowski, postanowił w – będącym po sprzedaniu Pińczowa głównym ośrodkiem ordynacji – Chrobrzu, wybudować otoczony parkiem pałac. Autorem projektu był Henryk Marconi. Jednopiętrowy budynek został wybudowany w stylu późnoklasycystycznym. Prace zakończono w 1859 r. Budynek jest symetryczny. Jego prawa strona służyła do przyjmowania gości. W dawnej sali myśliwskiej – bawialni zachowały się cztery medaliony portretowe z wizerunkami kolejnych właścicieli pałacu, dzieła Andrzeja Pruszyńskiego. W sali tej, w 2000 r. Filip Bajon nakręcił scenę balu w Odolanach z „Przedwiośnia”. Do sali przyL I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

lega dawna kaplica pałacowa wykonana na planie koła. Gabinet prywatny margrabiego Wielopolskiego mieści się na parterze, w skrajnym, frontowym pomieszczeniu lewego skrzydła. Do dziś zachowało się w nim oryginalne malowidło na sklepieniu, szafa biblioteczna i biurko margrabiego. Pokoje właścicieli i gości znajdowały się na piętrze. Tylko tyle i niewiele więcej mówi Wikipedia o tym niezwykłym, magicznym punkcie na mapie Świętokrzyskiego. Niesamowita, wielowiekowa historia nietuzinkowego miejsca zamknięta w dwóch tysiącach znaków. Odkąd pierwszy raz odwiedziłam pałac w Chrobrzu nie mogę pozbyć się wrażenia, że na opisanie go nie starczyłoby mi i 100 tys. znaków. Podobnie jak warsztatu pisarskiego i czasu – bo nie sposób oddać słowami klimatu


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

29 i ducha tego miejsca; opisać światła wpadającego przez okna, uroku starego angielskiego ogrodu, architektury, zapachu i tej niepowtarzalnej atmosfery, która sprawia, że chce się tam być, być i być…

Chroberz znaczy dzielny

Już sama nazwa pałacu związana jest z pewną legendą. Król Bolesław Chrobry, wracając z wyprawy kijowskiej, zatrzymał się w bezimiennym wówczas Chrobrzu i podjął decyzję o wybudowaniu tu pierwszego drewnianego kościoła i skromnego zamku warownego. Po budowli pozostało dziś tylko wzgórze zwane podzamczem, a po wizycie króla – nazwa miejsca. W staropolskim języku „chroberz” oznaczał dzielny. Dlaczego król wybrał to miejsce? Cóż – jeśli wieki temu okolica Ponidzia posiadała równie silny urok – to trudno się mu dziwić. Pałac, którym możemy się dziś zachwycać, ufundowany został przez ordynata margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, postać kontrowersyjną i różnie ocenianą przez historyków – był posądzany o zdradę, o współpracę z Rosjanami. Osąd zostawmy jednak badaczom, dla nas cenna jest niesamowita architektoniczna spuścizna rodu Wielopolskich. Pałac projektował Henryk Marconi, znany mieszkańcom ziemi świętokrzyskiej z projektu łazienek buskich i sanatorium (1836 rok). Pałac w Chrobrzu jest trochę młodszy – powstał w latach 50. XIX w. i – jak czytamy w starych kronikach – jego budowa kosztowała około 14 tys. rubli w srebrze. Pierwotnie w projektach Marconiego, które były wysyłane w formie listów do margrabiego Wielopolskiego, było również wybudowanie obserwatorium astronomicznego oraz zegara. Możemy przypuszczać, że projektów nie zrealizowano z przyczyn finansowych. Niestety, do obecnych czasów pałac nie dotrwał w całej swej okazałości. Powstanie styczniowe, I i II wojna światowa oraz historyczne i ustrojowe zawirowania spowodowały, że wiele mebli, pamiątek, bibelotów i kolekcja figurek porcelanowych z całego świata, uległy zniszczeniu, a szczątkowe egzemplarze znajdują się w rękach prywatnych kolekcjonerów. To, co pozostało, to wspaniała architektura – sala balowa z unikatowymi kasetonami autorstwa Andrzeja Pruszyńskiego, dzieląca pałac na dwie funkcjonalne strefy – domową i gościnną czy oryginalnie zachowane obicia ścian, które zachwyciły reżysera Filipa Bajona, kręcącego właśnie w Chrobrzu kilka scen do „Przedwiośnia”. Przy pałacu funkcjonowała także kaplica na planie koła. Poza murami niewiele z niej pozostało. Obecnie podziwiać można tu ikony autorstwa Jadwigi Wierzbickiej, która przywędrowała na Ponidzie wraz z mężem wiele lat temu z terenu dawnej Rosji. Wykonane zgodnie z wszelkimi prawidłami – na suchej desce lipowej, leżakowanej minimum 5 lat, okraszonej dymem i okopconej.

Wielkie plany, niespełnione nadzieje…

Wielopolscy chcieli w Chrobrzu stworzyć bibliotekę rodu. Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o testamencie Konstantego Świdzińskiego – przyjaciela Wielopolskiego, ówczesnego posła i wielkiego bibliofila. W ostatniej woli zdecydował on o przekazaniu Aleksandrowi Wielopolskiemu swojego imponującego księgozbioru w liczbie ponad 30 tys. woluminów i ponad 500 obrazów. Jednakże po śmierci Świdzińskiego rodzina sądownie zaczęła domagać się zwrotu przekazanych testamentem darów. Aleksander Wielopolski finalnie zrzekł się schedy po przyjacielu. Cały księgozbiór trafił do biblioteki Krasińskich w Warszawie, gdzie podczas postania warszawskiego żołnierze niemieccy znieśli go do schronu i podpalili. Spłonęło wiele niesklasyfikowanych, unikatowych dzieł, wśród nich m.in. starodruk krakowski z 1469 roku. Mimo rezygnacji z masy spadkowej, pałacowa biblioteka nie była mała.


Miejsca mocy 30

Liczyła ponad 20 tys. woluminów, będących częściowo spadkiem po ordynacji rodu Myszkowskich. Do dziś przetrwały tylko pojedyncze egzemplarze – w czasie wojny książki były palone, wyrzucane przez okna, służyły jako podkład dla chodników wokół pałacu. Część zbiorów znajduje się w bibliotece wojewódzkiej w Kielcach, u prywatnych kolekcjonerów i spadkobierców.

Pałac dzisiaj… … to prawdziwa mozaika. Czasów, epok, wystaw, zagadnień, tematów. Jadąc do Chrobrza nie spodziewałam się osobnego piętra poświęconego odkryciom archeologicznym oraz złożom mineralnym z terenów Ponidzia. A zobaczyć można tutaj świadectwa kultury istniejącej na tych ziemiach już ponad 7 tys. lat temu! Eksponaty z okresu kultury pucharów lejkowatych, okres neolitu, brązu czy żelaza… Niezwykle ciekawym obiektem jest replika odkrytego tu naczynia z okresu kultury naczyń sznurowych, które ma ponad 5,5 tys. lat. Jego oryginał znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. W górnej części naczynia naukowcy dopatrzyli się pewnych charakterystycznych rycin, układających się w kształt obrazków. Badacze są skłonni zaryzykować stwierdzenie, że są one starsze niż… słynne piktogramy z Mezopotamii. I to wszystko niespełna godzinę jazdy od Kielc. Na pałacowym piętrze możemy obejrzeć także pochówki szkieletowe oraz rekonstrukcje czaszek, dzięki którym z dużym prawdopodobieństwem wiemy, jak wyglądali zmarli przed 2000 lat ludzie. Za sąsiednimi drzwiami czeka na zwiedzających ekspozycja dotycząca złóż mineralnych Ponidzia, a tam m.in. kamień zwany pińczakiem – bardzo L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

miękki po wydobyciu, dzięki czemu można go łatwo oprawiać drewnem i bardzo twardy po krystalizacji. Zrobiona jest z niego tralka tarasu chrobrzańskiego, elewacja Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, elewacje pałacu w Kurozwękach, Opactwa Cystersów w Jędrzejowie, okiennice krakowskiego Kościoła Mariackiego czy sarkofagi królewskie na Wawelu.

W hołdzie artystom Pozytywną niespodzianką jest też sala poświęcona świętokrzyskim artystom. Znaleźć tu można m.in. wspomnienie o Leszku Marcińcu, założycielu Domu Harcerza w Busku-Zdroju, autorze przewodników po ziemi buskiej, wielkim znawcy i pasjonacie historii i kultury świętokrzyskiej. Ujęła mnie wystawa poświęcona Wojtkowi Bellonowi i Wolnej Grupie Bukowinie. Rękopisy, zdjęcia – w tym Władysława Nadopty, pierwowzoru słynnego balladowego Majstra Biedy, pamiątki, wycinki prasowe i płynące


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

31 z głośników utwory zespołu sprawiają, że trudno jest opuścić to miejsce. Wolna Grupa Bukowina odwiedziła Chroberz w 2011 roku, zostawiając liczne unikatowe pamiątki. Gościła w pałacu również w ostatni długi weekend majowy i zdać się może, że tę turystyczno-poetycką atmosferę nadal można poczuć w pałacowych salach. Osobna ekspozycja poświęcona jest twórczości Adama Ochwanowskiego – felietonisty, poety i barda Ponidzia. Jego wiersze czytamy pod czujnym okiem autora, spoglądającego ze ścian z ram lekko karykaturalnych portretów. Zresztą Ochwanowski miał ogromny udział w doprowadzaniu wnętrz i ekspozycji pałacowych do stanu obecnego. To m.in. jemu pałac zawdzięcza liczne pamiątki i eksponaty dotyczące Republiki Pińczowskiej.

W izbie pamięci przyciąga wzrok oryginalna, ogromna mapa sztabowa Armii Czerwonej otrzymana od pułkownika z Warszawy. Wzruszenie budzą znajdujące się tu reprinty warszawskich gazet z przedednia wybuchu II wojny światowej, podarowane przez dyrektora pińczowskiego domu kultury. W pozostałych gablotach zgromadzono związane z tym okresem pamiątki, pamiętniki, kenkartę, „pepeszę”, pociski, ordery, zdjęcia, fotografie… Eksponaty trafiły tu dzięki pracy grupy poszukiwawczo-archeologicznej Beldonek, działającej przy stowarzyszeniu o tej samej nazwie. Jego członkowie działają na rzecz pałacu w Chrobrzu charytatywnie, powodowani miłością do tego miejsca i wspólną pasją – organizują spotkania, prelekcje, pokazy multimedialne dla szkół i wierzą, że lepsze czasy są jeszcze przed pałacem.

Izba Pamięci Republiki Pińczowskiej

Pałac jutro

Republika Pińczowska to efekt zrywu niepodległościowego na Ponidziu, który miał miejsce na przełomie lipca i sierpnia 1943 roku. Oddziały Armii Ludowej, Gwardii Ludowej i Batalionów Chłopskich – ugrupowań niechętnych sobie nawzajem – wspólnie wyzwoliły ponad 1000 km kw. ziem od Pińczowa po Proszowice i Nowe Brzesko. Powstał przyczółek sandomiersko-baranowski, zrodziły się nadzieje na nawiązanie współpracy z Rosjanami, lecz nie doszło do tego. Niemcy zmobilizowali siły i spacyfikowali powstańców. Mordowali ludność cywilną. W najbardziej okrutnej pacyfikacji Skalbmierza zginęło 200 ludzi. Niedługo powiewały biało-czerwone flagi na tym niewielkim kawałku wyzwolonej Polski. Przyjmuje się, że Republika Pińczowska istniała od 12/14 lipca do około 20 sierpnia 1943 roku. Co znamienne – w czasie okupacji w gabinecie pałacu znajdowała się wartownia i sale przesłuchań, mieszkał zarządca niemiecki, funkcjonował tu też pluton karnej ekspedycji Wehrmachtu. 20 żołnierzy zwalczało tutejszą partyzantkę i werbowało ludzi do przymusowych robót na terenie Rzeszy. A pod ich nosem wyrosła Republika Pińczowska… Ekspozycja dotycząca Republiki otwarta została 9 maja 2004 roku. I możemy przyjąć, że jest to właściwy początek funkcjonowania pałacu, jako obiektu turystycznego. Zainaugurowanie wystawy pałac zawdzięcza byłemu staroście pińczowskiemu Andrzejowi Kozerze, który był wielkim orędownikiem i sprzymierzeńcem przywrócenia Chrobrza kartom historii. REKLAMA

Jakie będą dalsze losy tego miejsca? Stowarzyszenie jest pełne nadziei, planów, marzeń i obaw. Obecnie pałac znajduje się pod zarządem Zespołu Kształcenia Rolniczego w Chrobrzu, podlegając pod właściwe ministerstwo. Współpracujący z pałacem, zakochany w tym miejscu warszawski pisarz Jerzy Rostkowski (który również przyjechał na Ponidzie, zajrzał do Chrobrza, rozejrzał się i po wygłoszonym „tu albo nigdzie” został na dłużej…) czyni starania, aby budynek przeszedł pod kuratelę Wojewódzkiego Domu Kultury i zaczął funkcjonować jako pełnoprawny obiekt kultury. Pozwoliłoby to stowarzyszeniu na pozyskanie finansowania niezbędnego do realizacji dalszych planów. A jakie są te zamierzenia? Za wcześnie, by zdradzać szczegóły, ale gwarantuję, że jeśli ich realizacja dojdzie do skutku, Pałac w Chrobrzu znany będzie nie tylko w całej Polsce ale z pewnością i w całej Europie. ■ Post scriptum Zgodnie z obawami, nie wystarczyło mi miejsca w druku, by opisać otaczający pałac 5-hektarowy ogród w stylu angielskim. Kilkusetletnie lipy, miłorzęby japońskie i klony… Niech będą zachętą do odwiedzenia Chrobrza. O pałacu w Chrobrzu opowiedzieli autorce: Łukasz Kowalski, przewodnik po pałacu Wielopolskich w Chrobrzu; Jerzy Rostkowski, pisarz i Dariusz Garlej, prezes stowarzyszenia Beldonek.


Pasja

Większość z nas chciałaby pochwalić się szlacheckimi korzeniami, znaleźć wśród zamierzchłych przodków ważnych oficjeli, bohaterów, artystów, słowem ludzi, którzy zostawili po sobie wyraźny ślad. Najczęściej jednak bywa tak, że nasi ojcowie, dziadowie i pradziadowie byli zwykłymi ludźmi – zakładali rodziny, pracowali, budowali domy… Ot, przeciętne, ale przecież wcale nie gorsze, życie.

Wszystko zaczyna się od rodziny Świat pędzi w zawrotnym tempie, a my coraz częściej zadajemy sobie pytanie o nasze korzenie, o to, kim i dlaczego tacy, a nie inni, jesteśmy. – Ludzie utożsamiają się ze swoją rodziną i w jej historii poszukują odpowiedzi na wiele pytań – mówi Kornelia Major, prezes Świętokrzyskiego Towarzystwa Genealogicznego „Świętogen”, które właśnie obchodzi jubileusz 10-lecia. Pasja kilku osób, które z uporem szperały w archiwach, przeglądały księgi parafialne czy zaglądały na domowe strychy, by odkurzyć stare zapiski, przerodziła się w misję, bo jak tłumaczy wiceprezes Towarzystwa, Ryszard Żelazny – wszystko zaczyna się od rodziny, a potem układa w historię małej ojczyzny, by na koniec wpisać się w losy kraju. Dlatego genealodzy, próbując złożyć w całość dzieje rodu, umieścić poszczególne osoby na gałęziach drzewa genealogicznego, często odkrywają nieznane fakty z przeszłości regionu. Jak choćby ten, że Mikołaj Rej miał takie marzenie, by położona nieopodal Nagłowic Oksa była drugim Krakowem. Pisarz wymyślił sobie prywatne miasto, wytyczył rynek wielkości krakowskiego… I na tym niestety się skończyło, L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Mateusz Wolski

Uroczysty obiad. Rodzina w komplecie. Wszyscy nadstawiają uszu, by za chwilę poznać długo opracowywane drzewo genealogiczne rodu. I nagle – masz babo placek – żadnego szlachciury wśród praprzodków, żadnych utraconych po powstaniu styczniowym włości. Trudno, ale w genealogii nie ma miejsca na konfabulowanie.

Korzeń, drzewo, gałąź…

32


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

33

osada nie leżała na szlaku handlowym i nie było większych szans na jej rozwój. Ale wróćmy do genealogów. – Było nas na początku zaledwie siedem osób – mówi Kornelia Major. – Widzieliśmy, jak ludzie bezradnie błądzą po archiwach, kompletnie nie wiedząc, w jaki sposób rozpocząć poszukiwania swoich przodków. A moda na badanie korzeni na początku naszego wieku zrobiła się ogromna i trwa do dziś. Ona sama – prawniczka z wykształcenia – genealogią zajmuje się od wielu lat. Skąd takie zainteresowania? – Tradycja rodzinna – uśmiecha się i po chwili dodaje, że początki nie były łatwe: – Patrzyli na mnie jak na dziwoląga, co szuka nie wiadomo czego i nie wiadomo w jakim celu. Swoją pasją skutecznie zarażała nawet tych, którzy z badaniem starych dokumentów nie mieli wcześniej do czynienia. Jedną z tych osób był Andrzeja Sasal. W archiwum zjawił się w konkretnym celu i nie bardzo wiedział, jak się po nim poruszać. Kornelia Major zaopiekowała się zagubionym między przepastnymi tomami mężczyzną tak skutecznie, że rychło rzucił on pomysł utworzenia Towarzystwa Genealogicznego, a potem sporządził drzewa dwóch rodów, rozrysowując na nich siedem pokoleń. Wyszukuje też i gromadzi dokumenty na temat swojego rodzinnego Suchedniowa. Słowem – zaraził się nieuleczalną chorobą tropienia, zbierania i szperania w starych zapiskach. Wśród genealogów są przedstawiciele różnych profesji – prawnicy, historycy, ale także inżynierowie. Ich ścisłe umysły okazują się wielkim atutem. Są również studenci, a najmłodszy pasjonat rodzinnych historii trafił do Świętogenu jako 16-latek. Dziś jest studentem zagranicznej uczelni i wciąż prowadzi badania genealogiczne.

momencie to nieistotne. Ważne, gdzie szukać informacji o rodzinnych powiązaniach, pokrewieństwach i powinowactwach, a także losach poszczególnych osób. Kościelne kroniki i księgi parafialne są nieocenionym źródłem, akty chrztu, małżeństwa czy zgonu pozwalają prześledzić historię rodzin i niczym puzzle dopasować do siebie małżonków, ich rodziców i dzieci. – Najbardziej wiarygodne są akty małżeństwa – mówi Leszek Dziedzic – członek zarządu Świętogenu, który na co dzień pracuje w Muzeum Historii Kielc. – Do każdego dokumentu trzeba jednak podchodzić z pewną dozą krytycyzmu, bowiem zdarzają się pomyłki. Bywa, że ludzie celowo podawali inne niż w rzeczywistości daty urodzenia, by na przykład uniknąć wojska. Zetknąłem się z przypadkiem, że w każdym z dziesięciu dostępnych dokumentów, była inna data narodzin. A były też takie delikatne sytuacje, że mężowie służyli w wojsku, a ich żony rodziły dzieci… I jak tu wybrnąć z obyczajowego skandalu? Jak podkreślają genealodzy, ich praca polega nie tylko na odszukiwaniu w materiałach źródłowych potrzebnych informacji, ale i ich konfrontacji oraz weryfikacji. Są jak detektywi, którzy, gdy natrafią na ślad, będą podążać nim aż do celu. Zdarza się, że wynik śledztwa mocno zaskakuje osobę zlecającą badania genealogiczne. Czasami trudno pogodzić się z niezbyt chlubną rodzinną przeszłością. – Ocieramy się niekiedy o rzeczy, o których nasi klienci nie chcieliby wiedzieć. Bywa więc, że dla dobra wszystkich pewne sprawy są przemilczane – mówi Kornelia Major. Prezes Świętogenu przypomina sobie kobietę, która poprosiła o pomoc w odnalezieniu miejsca pochówku swojego ojca – żołnierza AK. – Według jej relacji zginął on podczas akcji partyzanckiej. Tymczasem okazało się, że został rozstrzelany za kolaborację z Niemcami. Bohater okazał się zdrajcą. Odpisałam tej kobiecie, że w sprawie jej ojca nie udało mi się nic ustalić. Niezwykle cennymi źródłami są oczywiście dokumenty przechowywane w archiwach państwowych, akta sądowe, notarialne,

Genealodzy odwiedzają także cmentarze, szukając potrzebnych informacji na nagrobkach. Niezastąpionym źródłem staje się też Internet, bo każdy, nawet zupełnie nieświadomie, zostawia w sieci swój ślad.

Mąż w wojsku, żona rodzi dziecko W parafialnej kronice ksiądz napisał: Tak się wściekł na Leośkę, że kieratem jej nogę złamał. Kim była Leośka i cóż takiego uczyniła – w tym


Pasja 34

dokumenty podatkowe czy ubezpieczeniowe, spisy wyborców, materiały zgromadzone w Instytucie Pamięci Narodowej. Skarbnicą informacji są dawne akta miasta Kielce przechowywane w archiwum państwowym, z których wyłania się obraz życia stolicy województwa na przestrzeni minionych wieków. Przede wszystkim warto jednak zajrzeć do rodzinnych szpargałów – przejrzeć fotografie i uczynione na ich odwrocie notatki, zeszyty i świadectwa szkolne, zaświadczenia lekarskie, listy, spisywane dla potomnych pamiętniki. Genealodzy odwiedzają także cmentarze, szukając potrzebnych informacji na nagrobkach. Niezastąpionym źródłem staje się też Internet, bo każdy, nawet zupełnie nieświadomie, zostawia w sieci swój ślad. W ostatnich latach podejmowanych jest szereg inicjatyw mających na celu digitalizację i udostępnienie za pośrednictwem Internetu elektronicznej kopii aktów metrykalnych. Swój wkład w to dzieło ma również Świętokrzyskie Towarzystwo Genealo-

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

giczne „Świętogen”, które systematycznie pracuje nad indeksacją archiwalnych dokumentów.

Jak twoja babka z domu? Genealodzy ze Świętogenu przestrzegają mnie lojalnie, że o swojej pasji mogą mówić godzinami. Mają w zanadrzu mnóstwo anegdot i historii, które obrazują pogmatwane ludzkie losy i udowadniają, że badanie dziejów rodzin może być fascynującym i pełnym zaskoczeń zajęciem. – Remontowaliśmy Kościół Ewangelicki w Kielcach i w kopule znaleźliśmy zalakowany w butelce akt erekcyjny, w którym wymieniono nazwiska wszystkich pracujących przy budowie świątyni mistrzów – wspomina Ryszard Żelazny. – Okazało się, że jednym z murarzy był Michał Słoń, pochodzący z mojej rodzinnej gminy Miedzianej Góry. Badacze zasypują mnie pytaniami, na które tak naprawdę nie oczekują odpowiedzi. Czy wiem, że ojciec Marii Skłodowskiej-Curie urodził się w Kielcach? A czy słyszałam, że w stolicy


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

35 województwa miał rodzinę generał Wojciech Jaruzelski, a znana muzyczna rodzina Cugowskich wywodzi się z Pińczowa? Absolutną rewelacją jest dla mnie informacja, że w Bielinach urodził się Leonid Teliga – uczestnik kampanii wrześniowej, żołnierz polskich sił zbrojnych w Wielkiej Brytanii, żeglarz, pierwszy Polak, który samotnie okrążył ziemię na drewnianym jachcie. Dzięki genealogom poznaję także historię urodzonego w pobliskim Żarnowie 114-letniego Jisra’ela Kristala – najstarszego mężczyzny na świecie, który ożenił się w Małogoszczu, później wyjechał do Łodzi, gdzie prowadził manufakturę czekolady, a dziś mieszka w Hajfie. – Mnóstwo słynnych rodów wywodzi się z Kielecczyzny – mówi Kornelia Major. Ale nas interesują dzieje naszych rodzin. Od czego więc zacząć, jak szukać nazwisk przodków? Genealodzy, po otrzymaniu zadania stworzenia drzewa określonej familii, zaczynają od szczegółowego wywiadu, by wyciągnąć jak najwięcej faktów pomocnych w późniejszej pracy. A potem

szperają we wszystkich możliwych źródłach, by dodawać kolejne gałęzie drzewa genealogicznego. Tym, którzy sami chcą się zabawić w detektywa-genealoga badacze radzą, by rozpoczęli swoje śledztwo od przejrzenia rodzinnych dokumentów, spisania ważnych nazwisk, miejsc i dat oraz rozmów z członkami rodziny. Warto wybrać się na cmentarz, by odwiedzić tych, którzy już odeszli, a przecież stanowią ważne ogniwo w rodzinnej historii. Niezwykle pomocy jest także Internet i dostępne w sieci bazy danych zawierające indeksy metrykalne. – Praca genealoga wymaga ogromnej cierpliwości, dociekliwości i rzetelności – podkreśla Leszek Dziedzic, a Kornelia Major dodaje pół żartem, pół serio, że genealogia to ciężka i nieuleczalna choroba. I chyba dość zaraźliwa, bo coraz więcej osób pragnie poznać dzieje swoich przodków. Tak, jakby w uszach brzmiały im słowa Melchiora Wańkowicza: Nie podam ręki nikomu, kto nie wie, jak jego prababka z domu. ■

Obowiązek rejestrowania ślubów, chrztów i pogrzebów w księgach metrykalnych wprowadził Sobór Trydencki, który obradował w latach 1545–1563. Pod koniec XVIII wieku w Europie zaczęto wprowadzać państwową rejestrację stanu cywilnego. Na naszych ziemiach w poszczególnych zaborach proces ten przebiegał w różnym czasie. Odrębną rejestrację państwową zawdzięczamy napoleońskiemu kodeksowi cywilnemu Księstwa Warszawskiego. Stan ten utrzymał się również po utworzeniu Królestwa Polskiego. Początkowo księgi metrykalne sporządzane były w języku łacińskim, w zaborze rosyjskim wyłącznie w języku rosyjskim, choć wielu księży – jako wyraz postawy patriotycznej – spisywało dane również w języku polskim.

REKLAMA

Przedszkole Zygzak

Nowe, niepubliczne przedszkole Zygzak w Kieleckim Parku Technologicznym • całoroczna opieka w godzinach 6:30 – 18:00, • zajęcia językowe prowadzone przez nauczyciela wzbogacone o lekcje z native speakerem języka angielskiego oraz zajęcia z języka hiszpańskiego, • zajęcia z podstaw programowania oparte o autorską metodę z wykorzystaniem robota Photon, • zajęcia wspomagające logiczne myślenie (szachy).

Zapraszamy! Kielce, ul. Olszewskiego 6 (budynek Skye) tel. 665 055 814

www.przedszkolezygzak.pl


Design 36

Design z impaktem tekst i grafika Judyta Marczewska

L I P I E C / S I E RP I E Ĺƒ 2 017


m a d e in ś w i ę to k r z y s k ie

37

Impact’17 to jedno z najważniejszych wydarzeń w Europie Środkowo-Wschodniej w całości poświęcone gospodarce przyszłości. Kraków przez dwa dni był europejską stolicą innowacji. A tam gdzie gospodarka i nowe technologie, można znaleźć również design.

Podczas konferencji Impact’17 nasze miasto brało udział w sekcji TechCity, proponując wydarzenie „Dobrze zareklamowane, czyli jak skutecznie porządkować reklamy w przestrzeni publicznej polskich miast”. Dyskutowaliśmy m.in. o regulacjach prawnych, pozwalających na oczyszczanie miast z reklam czy zasadach dobrej promocji ukierunkowanej na projektowanie. Wydarzeniu towarzyszyła wystawa prezentująca projekt uporządkowania szyldów i reklam w ścisłym centrum Kielc. Podczas drugiej edycji Italian Design School w Instytucie Dizajnu w Kielcach w 2015 roku powstał usystematyzowany kod wizualny, który miał podkreślić indywidualny charakter każdej kamienicy oraz czytelnie przekazywać informację o znajdujących się tam usługach. Cały czas mamy nadzieję na jego wdrożenie. Ale nasza przestrzeń miejska to nie tylko reklamy, o których wciąż mówimy i które ciągle nam przeszkadzają, ale również płoty, ogrodzenia, place i brak zieleni.

Doceń zieleń w swoim mieście

W 2016 roku Narodowy Instytut Dziedzictwa zainaugurował kampanię społeczną pod hasłem „Krajobraz mojego miasta”. Ważnym jej elementem jest film, który stanowi część kompleksowego projektu, zachęcającego do zmian w krajobrazie polskich miast. Podstawowym założeniem jest zwiększenie świadomości i poczucia odpowiedzialności władz samorządowych za ochronę dziedzictwa lokalnego. Główny watek, jaki został w nim podjęty, to zarządzanie przestrzenią publiczną: miejscami pamięci, zielenią, reklamami zewnętrznymi oraz szeroko pojętą ochroną miejsc zabytkowych. Bo dobrze zaprojektowane układy zieleni, wpisujące się w kontekst i tożsamość danego miasta, to

inwestycja, która przekłada się na ekonomię, ale również na dobre samopoczucie mieszkańców. Bo ci nie chcą przestrzeni „pustynnej”, nijakiej. Potrzebują kontaktu z naturą. Drzewa pełnią w mieście szereg funkcji: produkują tlen, absorbują spaliny, jonizują powietrze, redukują hałas, zatrzymują pyły, rozpraszają wiatr, regulują temperaturę i wilgotność, mają właściwości bakteriobójcze. Dają także cień, zdobią miasto. I najważniejsze – korzystnie działają na naszą psychikę. W miastach szczególne zastosowanie znajdują gatunki drzew odporne na trudne warunki i zanieczyszczenia. Przy ulicach i wśród budynków powinno się sadzić klony, jarzęby, platany, jesiony, głogi, a także drzewa owocowe, jak grusza, śliwa czy jabłoń. Wzdłuż alei i w parkach sprawdzi się dąb, grab, kasztanowiec i lipa. Specjaliści radzą, aby w mieście sadzić roślinność, odporną m.in. na zasolenie czy wiatry. Warto również zwrócić uwagę na barwę, która jest zgodna z tradycjami danego miejsca, z kolorystyką elewacji otaczających budynków.

i poszanowaniu lokalnego kontekstu inne miasta europejskie np. w Holandii czy Francji mają tak wyraźny charakter architektoniczny. W Polsce każda gmina w kontakcie z profesjonalnym plastykiem może skonsultować użycie materiałów i barw stosowanych do budowy ogrodzeń. Kontakt do specjalistów można znaleźć m.in. na stronach www.sprzatamyreklamy.pl, www.krajobrazmojegomiasta.pl.

Samorządowa odpowiedzialność

Estetyka miasta to czynnik stymulujący jego rozwój – dobre miejsce dla inwestorów i turystów. Dzisiaj estetyka i wygląd miast i miasteczek zależy od samorządów. To na poziomie lokalnych władz i w oparciu o ustawę o ochronie zabytków powstają rozwiązania prawne regulujące zasady tworzenia parków kulturowych. Oby przepisy te zadziałały w krajobrazie naszego miasta jak najszybciej. ■

Ogrodzenia nie muszą dzielić

Polska to jedyny kraj w Europie, gdzie niemal na każdym kroku spotykamy drewnianą palisadę lub betonowe płoty, naśladujące pałacowe ogrodzenie. I choć grodzimy przestrzeń prywatną, to tak naprawdę ingerujemy w przestrzeń publiczną – ogrodzenie widzą wszyscy. Europejskie przepisy przy budowie ogrodzeń jasno określają rodzaje materiałów budowlanych, których można użyć, kolorystykę elewacji, a nawet kąt nachylenia płaszczyzny dachu i rodzaj stosowanej na nim dachówki. Najważniejsze jest odwołanie do lokalnych tradycji – wzorów budowalnych, wysokości budynków i detali architektonicznych. Dzięki uporządkowanym przepisom

Zespół „Dobrze Zareklamowane”: Judyta Marczewska, Michał Gdak, Maciej Rzepka, Angelika Gromotka, Iza Kuros, Dorota Wąsik. Więcej o estetyce i wyglądzie miast: www.krajobrazmojegomiasta.pl www.sprzatamyreklamy.pl


Nowe technologie 38

rozmawiał Michał Sierlecki zdjęcia z archiwum FabLab Kielce

Jest pierwszym urządzeniem w Polsce, które wykorzystuje glinę w procesie drukowania przestrzennego. Gaia to dzieło elektronika Janusza Wójcika i informatyka Pawła Rokity ze Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego FabLab Kielce. Drukarka zdobyła pierwszą nagrodę w dorocznym konkursie portalu Centrum Druku 3D z Łodzi. Na podstawie wcześniej przygotowanego komputerowego modelu wytwarza trójwymiarowe fizyczne obiekty: dzbanki, kubki i inne formy, które potem wypalane są w piecu.

się Instytut Dizajnu w Kielcach, który posiada zaplecze ceramiczne. Zaczęliśmy rozwijać swoje pomysły. Jednym z nich była drukarka GAIA 3D, która obecnie przekształciła się w projekt GAIA Multitool.

Dotychczas drukowanie kojarzyło się raczej z tuszem, atramentem i papierem. Kiedy zaczęła się Pana fascynacja drukiem 3D i chęć skonstruowania urządzenia mogącego drukować w przestrzeni i z naturalnej masy? Paweł Rokita: Druk 3D był w kręgu moich zainteresowań, choć można powiedzieć, że nie stale i jakoś „przy okazji” innej działalności. Dopiero po kilku latach mogłem wreszcie sam popracować na jednej z drukarek 3D. Gdy tylko pojawiły się możliwości, zaangażowałem się w skonstruowanie takiego urządzenia. Założyliśmy z Januszem Wójcikiem FabLab i naszą siedzibą stał L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

GAIA drukuje obiekty z gliny, która musi mieć odpowiednią konsystencję, by można ją było załadować do ekstrudera, czyli wytłaczarki. Czy sam proces tworzenia jest skomplikowany? W zasadzie są to dwa procesy. Pierwszy to CAD, czyli komputerowe wspomaganie projektowania. Jego efektem końcowym jest bryła, którą chcemy potem wytworzyć. Następnie przygotowujemy plik dla maszyny w programie CAMowskim. W zależności od tego, jaką maszyną dysponujemy: frezarką, drukarką, czy tokarką numeryczną, będzie się on różnie nazywał i działał. W przypadku drukarek 3D taki program nazywamy slicerem. Czy jest duże zainteresowanie na zastosowanie Gai choćby w obszarze edukacji, czy medycyny? Jeśli chodzi o metodę FDM, Gaia jest pełnoprawną drukarką 3D w technologii druku z two-

rzyw sztucznych. Zainteresowanie tą technologią ze strony edukacji czy medycyny jest coraz większe. To czy dany podmiot wybierze Gaię zależy od wielu czynników. Jeśli chodzi o drukowanie z gliny i innych mas półstałych jest to w tej chwili jedyna taka drukarka na rynku. By pokazać możliwości takich wydruków Stowarzyszenie Naukowo–Techniczne FabLab Kielce wzięło także udział w biciu światowego rekordu Guinessa. Na terenie hal targowych Expo XXI Warszawa ustawiona została monumentalna rzeźba piłkarza Roberta Lewandowskiego wykonana w technologii druku 3D na polskich drukarkach Urbicum i Gaia Multitool. Skąd pomysł na taki duży manekin? Jak odniósł się do niego sam sportowiec, który musiał poddać się wcześniejszemu procesowi skanowania własnego ciała? Jeśli chodzi o skanowanie, to kwestia obróbki plików jest tutaj najbardziej pracochłonna i stwarza najwięcej problemów. To przy nich trzeba spędzić najwięcej czasu, niezależnie od tego z jakiej technologii skorzystaliśmy (laser, kamera cyfrowa lub inne). Chodziło nam o to, by w tym projekcie


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

39

pojawiła się figura znanej postaci, która przyciągnie odbiorców i zainteresuje ludzi samym drukiem 3D. Robert Lewandowski nadawał się idealnie, zwłaszcza, że nie był to pierwszy kontakt piłkarza z tą technologią, bo wcześniej miał także wydrukowaną maskę, gdy leczył jedną z kontuzji. Cały wydruk trwał ponad 350 godzin, do tego należy doliczyć czas na postprocesing, czyli wykończenie. Ten ogromny manekin o wysokości trzech metrów i sześciu centymetrów został potem zlicytowany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Stowarzyszenie FabLab to ciekawa inicjatywa. Przyciągacie majsterkowiczów, hobbystów, modelarzy, pasjonatów, miłośników nowych technologii… Tak. Bardzo się cieszę, że znalazła się w Kielcach grupa tak kreatywnych osób i razem możemy tworzyć niesamowite projekty. W tej chwili działamy już cztery lata. Grupa ta powoli, ale systematycznie się powiększa, co bardzo nas cieszy. Współpracujemy również z ośrodkami naukowymi i chętnie uczestniczymy w przedsięwzięciach przemysłowych.

FabLab jest również organizatorem najważniejszej branżowej imprezy Dni Druku 3D w Kielcach. To rzeczywiście bardzo istotne wydarzenie. Także w Europie Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że będzie się rozwijać i pomoże nawiązywać kontakty ludziom zainteresowanym tematyką.

Jeśli chodzi o drukowanie z gliny i innych mas półstałych jest to w tej chwili jedyna taka drukarka na rynku. Jakie są Wasze dalsze plany? Gaia jest obecnie projektem skończonym i powoli się komercjalizuje. Chociaż wciąż jest to nisza w niszy. Kończymy też dwa kolejne projekty, o których niebawem będe mógł powiedzieć więcej. Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów. Bardzo dziękuję. ■


Kultura 40

tekst Rafał Urbański rysunek Jerzy Ozga

Komiks długo nie miał szczęścia do adaptacji filmowych i telewizyjnych. Z reguły szwankowała fabuła, kiczowata scenografia dopełniała katastrofy, a krytycy raz za razem miażdżyli swoimi recenzjami kolejne produkcje. Bywały wyjątki od tej reguły, ale tym bardziej podkreślały one ogólny brak pomysłu na zagospodarowanie tysięcy potencjalnych filmowych scenariuszy.

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

Przez kilkadziesiąt lat, nie przejmując się porażkami, kino co pewien czas podejmowało próbę realizacji jednego z popularnych tytułów komiksowych. Dość karkołomną, trzeba powiedzieć, głównie ze względu na konieczność posiadania znacznego budżetu, który pozwoliłby oddać to, co rysownicy i scenarzyści potrafili wyczarować za pomocą tylko kartki, ołówka, tuszu i farb. Na szczęście rozwijające się stosunkowo szybko techniki komputerowe dostarczyły odpowiednich narzędzi również filmowcom.

Być jak Burton

Ale po kolei… Zanim na filmowym planie na dobre zagościł komputer, co pewien czas branża wypuszczała tytuł, który dawał nadzieję, że oparte na komiksie kino rozrywkowe wreszcie się rozwinie. Jednak za każdym razem wraz z pojawieniem się kolejnych sequeli ta nadzieja gasła. Tak było w przypadku serii filmów z lat 80. o Supermanie, a sztandarowym przykładem jest


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

41

Zdrowa rywalizacja

Po 2000 roku wszystko się zmieniło. Filmowcy, graficy komputerowi i autorzy komiksów wreszcie byli w stanie stworzyć produkt, który można sprzedać, a krytycy i widzowie tłumnie ruszyli do kin. Oszałamiający sukces osiągnął „Spiderman” z 2002 roku w reżyserii Sama Raimiego. Dwie kolejne części także zostały doskonale przyjęte, otwierając drogę całej plejadzie bohaterów wydawnictwa Marvel Comics. Na ekran trafili Hulk, X-Men, Thor, Kapitan Ameryka, Iron Man, Ant-Man, Doctor Strange i wielu innych. Dziś komiksowe tytuły można liczyć w dziesiątkach. Konkurent Marvela – DC Comics także dostrzegł koniunkturę i wyprodukował doskonałą adaptację komiksu „V jak Vendetta” Alana Moora. Po sukcesie wydawnictwo raz jeszcze sięgnęło po komiks tego autora, tym razem „Strażników”. Powstał rewelacyjny film, w którym autor postawił niezwykle ciekawe pytanie: kto będzie strzegł nas przed superbohaterami posiadającymi nieograniczone moce i wypaczoną psychikę? W podobnym klimacie powstaje nowa wersja Batmana – trylogia w reżyserii Christophera Nolana. Marvel odpowiada filmami skierowanymi do dorosłego widza. Wprowadza Wolverina i Deadpoola. I okazuje się, że podniesienie kategorii wiekowej to strzał w dziesiątkę. Obecnie oba wydawnictwa wraz z wielkimi wytwórniami filmowymi produkują po kilka adaptacji komiksów rocznie. Plany na następne lata robią ogromne wrażenie.

Superman w odcinkach

Obie firmy dostrzegły, że mogą konkurować także na rynku telewizyjnym, na którym do 2012 roku nikt nie ryzykował większych inwestycji w komiksowe produkcje telewizyjne. Pierwszym zwiastunem nadchodzących zmian był sukces serialu „Tajemnice Smallville” o młodości Supermana oraz adaptacja komiksu „The Walking Dead” („Żywe trupy”). Dobre notowania ośmie-

liły producentów telewizyjnych do realizacji kolejnych tego typu produkcji. Prawdziwy przełom nastąpił w 2012 roku. Wtedy telewizja CW rozpoczęła budowę wielkiego uniwersum z bohaterami historii obrazkowych ze stajni DC Comics. W kolejnych latach wprowadzili do swojej oferty seriale: „Arrow”, „Flash”, „Supergirl”, „Legendy przyszłości”. Trzeba przyznać, że balansują one na granicy kiczu, nie są równe, a grupa docelowa odbiorców, czyli amerykańskie nastolatki, sprawia, że często dobra zabawa dominuje nad …logiką i sensem. Inaczej do tematu podeszła płatna, internetowa platforma Netflix, która bazując na komiksach Marvela wyprodukowała naprawdę ciekawe seriale. Netflix, wprowadzając po kolei na rynek takie tytuły jak: „Daredevil”, „Jessica Jones”, „Luck Cage” i „Iron Fist”, udowodnił, że można zrobić serial oparty na komiksie dla dorosłego odbiorcy. Zapowiadane na jesień tytuły powiększą ten niesamowity świat. Miłośnicy mocnych wrażeń będą mogli zobaczyć „Defenders” oraz „Punishera”. Ilość wątków, postaci, światów jest tak olbrzymia, że trudno przewidzieć, jak rozwinie się ta gałąź przemysłu. Na razie telewizja wchłania wszystko, a decyzje o zaprzestaniu dalszej produkcji zapadają rzadko. Wystarczy wspomnieć o kontynuacji kontrowersyjnego „Preachera”, mrocznego „Gotham”, „Agents of S.H.I.E.L.D.”, czy ambitnego, eksperymentalnego i psychodelicznego „Legionu”. Jak widać dla wielbicieli komiksów nastały złote czasy w kinie i telewizji.

Wątek kielecki

Europejski rynek adaptacji komiksów przy amerykańskim wypada dość skromnie. Europejczycy postawili raczej na ambitny film animowany i rzadko produkują oparte na komiksach filmy fabularne. Najbardziej rozpoznawalnymi postaciami są oczywiście „Asteriks i Obeliks”, autorstwa Alberta Uderzo i René Goscinnego. Pierwszy film o tej dwójce powstał w 1999 roku, czwarty w 2012. Trzeba także wspomnieć o słynnej „Barbarelli”, koprodukcji francusko-włoskiej z 1968 roku w reżyserii Rogera Vadima. Tego lata zobaczymy też w kinach ekranizację kultowego francuskiego komiksu „Valérian and Laureline” autorstwa Pierre’a Christina i Jeana-Clauda Mézièresa pt. „Valerian i miasto tysiąca planet” w reżyserii Luca Bessona. A co z polskim komiksem? Tu możemy mówić tylko o animacjach. W 2002 roku pojawił się film oparty na komiksach z serii „Tytus, Romek i A’Tomek” Henryka Chmielewskiego – „Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń”.

W 2011 powstał „Jeż Jerzy” na motywach komiksu Rafała Skarżyckiego i Tomasza Lwa Leśniaka. Na 2019 rok zapowiedziana jest premiera animacji „Podróż smokiem Diplodokiem”, adaptacji komiksu Tadeusza Baranowskiego. Za obydwa tytuły – „Jeża Jerzego” i „Podróż smokiem…”, odpowiada wytwórnia filmów animowanych Human Ark. Przy obu produkcjach pracował związany z Kielcami rysownik komiksów Janusz Ordon. A z reżyserem Lechem Majewskim współpracuje inny kielczanin – Jerzy Ozga. Artysta tworzył wizualizacje do takich projektów filmowych jak „Autobus na Golgotę”, „Onirica – Psie Pole”, „Młyn i Krzyż”, „Dolina Bogów”; operowych: „Pokój Saren” i teatralnych: „Odyseja”, „Król Edyp” czy „Opera za trzy grosze”. Co jakiś czas pojawiają się też informacje o animacji na postawie jednego z najpopularniejszych polskich komiksów undergroundowych „Wilq Superbohater”. Niestety jak dotąd powstał tylko jeden krótki epizod reklamowy.

Związki komiksu i filmu wciąż się zacieśniają. Komiks czerpie inspiracje ze sprawdzonych tytułów filmowych, rozwijając ledwo zarysowane fabularnie światy w olbrzymie uniwersa i dostarcza filmowcom kolejne scenariusze. Ci zaś sięgają coraz częściej po najciekawsze tytuły ze świata powieści graficznej i produkują je coraz sprawniej. Dopóki przynosi to korzyści obu stronom, nie będziemy się nudzić, oglądając kolejne wielkie przeboje kina rozrywkowego. ■

strona komiksu „Salut bohaterom” autorstwa Ozga & Zeke

cykl o Batmanie rozpoczęty przez doskonałego reżysera Tima Burtona. Dwie pierwsze części z 1989 i 1992 roku to filmy chętnie oglądane, nie tylko przez fanów komiksu. Niestety, kontynuacje z 1995 i 1997 roku w reżyserii Joela Schumachera pokazały, że potrzeba czegoś więcej niż tylko gwiazdorskiej obsady i worka pieniędzy. Tim Burton traktował widzów poważnie, bawił się konwencją, puszczał oko. Nie bał się zrobić z opowieści komiksowej dramatu, pokazać superbohatera także w chwili słabości. Długo nikt nie był w stanie tego powtórzyć…


Kultura 42

Życie karuzelą się kręci tekst Aneta Zychma zdjęcia Krzysztof Bieliński

Ostatnia premiera minionego sezonu w Teatrze im. Stefana Żeromskiego to spektakl dyplomowy studentów krakowskiej PWST. Reżyser, notabene dyrektor kieleckiej sceny, Marek Kotański sięgnął po sprawdzony i dość znany tekst Ödöna von Horvátha „Opowieści lasku wiedeńskiego”. Zrobił z niego ciekawą i nad wyraz aktualną adaptację. Śmiało można stwierdzić, że przedstawienie dyplomowe to osobny gatunek sceniczny. Ma za zadanie pokazać, że student przez lata nauki nabył odpowiednie kwalifikacje do wykonywania zawodu. Ba, ma wyłonić prawdziwe talenty, które w tym zawodzie będą pracować. To często od sukcesu bądź porażki takiego spektaklu zależy los młodego delikwenta, który wymarzył sobie kiedyś karierę aktora. Zadanie jest więc niebywale trudne i dla grającego, i dla samego reżysera. Wybór tekstu Horvátha okazał się strzałem w dziesiątkę. Umożliwił aktorom zaprezentowanie swoich umiejętności, reżyserowi stworzenie własnej, co więcej udanej, interpretacji. „Opowieści lasku wiedeńskiego” powstały w 1931 roku i są małym studium stanu umysłu wiedeńczyków po utracie wpływów imperialL I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

nych po I wojnie światowej i w przededniu faszystowskiej plagi. Moralność, etyka, współczucie zostają zastąpione pustymi doktrynami. Zaciera się granica między dobrem a złem. Bardzo łatwo znaleźć pretekst i usprawiedliwienie dla haniebnych czynów. Coraz rzadziej demaskuje się nietolerancję dla odmienności. Co gorsza, staje się ona czymś oczywistym (przykład: potępienie za nieślubne dziecko). W tak niesprzyjającej szczęściu atmosferze poznajemy główną bohaterkę Mariannę (świetna, nieprzerysowana, oszczędna kreacja Kamili Banasiak). Młodą dziewczynę, wychowywaną samotnie przez ojca. Powoli zaznajamiamy się z jej codziennością, polegającą na posłusznym wykonywaniu poleceń rodzica i zmuszaniu się do czułości z przyszłym, a jakże, wybranym przez tatusia, mężem. Im da-

lej w wiedeński las, tym więcej tego typu postaci: kobiet w pełni zależnych od pozycji, wpływów, zachowania i humorów mężczyzn. Chyba skądś to znamy, prawda? Temat po tylu latach nadal, niestety, aktualny. Prosta scenografia Barbary Hanickiej, na którą składa się karuzela podzielona na mansjony, świetnie oddaje atmosferę spektaklu. Kręcąc się, zabiera widzów do różnych miejsc, w których toczy się akcja dramatu. Symbolizuje historię, lubiącą się powtarzać z uporem maniaka. Może być też interpretowana jako indyjskie koło samsary: źródło wiecznego cierpienia, przed którym nie wyzwoli nas nawet śmierć. Do pełni smutku i zwątpienia potrzebna jest odpowiednia muzyka. I tutaj nie zawiódł Lubomir Grzelak. Korzysta oczywiście z walca Straussa, ale łączy go z dźwiękami mniej przyjaznymi dla ucha, budzącymi niepokój, a nawet i rozdrażnienie (elektroniczny bas). Mimo mało radosnej tematyki, na którą wielu widzów Żeromskiego liczyło, spektakl polecam. Skłania do refleksji i zmusza do zatrzymania się i krytycznego spojrzenia na rzeczywistość. ■


Zareklamuj siÄ™ w dobrym towarzystwie

Zapraszamy reklama@madeinswietokrzyskie.pl tel. 531 114 340 madeinswietokrzyskie.pl


Kultura 44

Rzecz o zbuntowanej mrówce tekst Aneta Zychma zdjęcie Bartek Warzecha

Teatr Lalki i Aktora „Kubuś” kolejny raz sięga po sztukę współczesnej dramatopisarki. Tym razem jest to świetny tekst Magdaleny Mrozińskiej, w którym świat przyrody staje się okazją do poruszenia tak istotnych kwestii, jak empatia wobec zwierząt czy umiejętność odnalezienia się w grupie, w której panują pewne odgórne zasady. Dzieci, za sprawą Pani myrmekolog, zostają wprowadzone w magiczny świat mrówek. Dowiadują się, jak ważne dla równowagi w ekosystemie są te na pierwszy rzut oka niepozorne owady, jakimi zasadami współżycia się kierują i na czym, tak naprawdę, polega mrówcza codzienność. Co ciekawe, najmłodsi widzowie wchodzą bez jakichkolwiek oporów w konstruktywny dialog z ową badaczką mikrobiologii, dzięki czemu angażują się w spektakl, a nawet zadają pytania, zmuszając Magdalenę Daniel do improwizacji. Głównym bohaterem spektaklu jest Mrówa – młodociany buntownik, który ma dość miliona zakazów i nakazów, jakie panują w jego społeczności. Czuje się niedoceniony i anonimowy. Jest zniesmaczony faktem, że nawet własna matka nie ma dla niego czasu przez ogrom obowiązków L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

i liczne potomstwo (które zresztą bezustannie się powiększa, zasilając mrówczą armię). Postanawia odejść w daleki świat i nic nie robić, nic nie musieć i odpoczywać. Dołącza do niego młodszy brat, który nie do końca czuje to samo, ale zależy mu na towarzystwie Mrówy. Tak rozpoczyna się przygoda dwóch malców w wielkim, obcym świecie. Bracia spotykają na swej drodze m.in. Muchę (udana rola Małgorzaty Sielskiej), Biedronkę (równie ciekawa kreacja Agaty Soboty) i Ślimaka (fenomenalna kreacja Małgorzaty Oracz). Dowiadują się, jak żyją inne owady. Muszą sami radzić sobie w kwestii pożywienia i budowy prowizorycznego domu. W międzyczasie Pani myrmekolog tłumaczy dzieciom, że samotna mrówka może przeżyć bez stada maksymalnie dwa dni. Sytuacja robi się więc niebezpieczna,

zwłaszcza gdy bracia rozdzielają się w wyniku kłótni. Nie zdradzę oczywiście finału spektaklu. Dodam tylko, że całość zostaje w delikatny sposób okraszona emocjami, która pięknie współgrają z wrażliwością dzieci. Mowa tu o poruszanym kilkakrotnie wątku relacji mama – dziecko. Mucha, jako doświadczona rodzicielka, doskonale wie, co musi czuć opuszczona Matka Mrówka. Ma też świadomość, że maluchom może stać się coś złego i w zastępstwie postanawia zaopiekować się uciekinierami. Za to Mrówa i brat tęsknią za matczynym ciepłem. Wszystko to, w połączeniu z próbą nauczenia dzieci szacunku wobec zwierząt, sprawia, że „My się mamy nie słuchamy” jest spektaklem godnym uwagi. Warto przyjrzeć się uroczym lalkom Roberta Romanowicza oraz wsłuchać w przyjemną muzykę Łukasza Pospieszalskiego. Polecam. ■


Kielce zapomniane

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

45

Pawilon restauracyjny w ogrodzie miejskim tekst Rafał Zamojski zdjęcie z archiwum prof. J. L. Adamczyka

M

Mieszczący się w obrębie Wzgórza Zamkowego kielecki park miejski im. Stanisława Staszica ma długą historię. Już w czasach biskupich (tj. do 1789 roku) na tym obszarze istniał ogród gospodarczy i wykorzystywany do różnych celów rozległy staw zwany podzameckim. Po upaństwowieniu dóbr biskupich, a następnie uczynieniu Kielc siedzibą m.in. Komisji Wojewódzkiej województwa krakowskiego, Szkoły Akademiczno-Górniczej i Głównej Dyrekcji Górniczej, ogród przydzielono ostatniej z tych instytucji. Napływ do Kielc wykształconych urzędników, wykładowców i fachowców spowodował, że miasto (a właściwie miasteczko) zaczęło zmieniać swoje oblicze. Nowe kieleckie elity zaczęły działać, by m.in. dokonać regulacji układu przestrzennego i wesprzeć rozwój miejskiej infrastruktury. Bardzo dużą wagę zaczęto też przykładać do planowania terenów spacerowych. Trzeba zaznaczyć, że ówczesne założenia były w tym zakresie bardzo ambitne – obejmowały nie tylko adaptację ogrodu pobiskupiego, ale też wyplantowanie rozległego obszaru wzdłuż Silnicy i urządzenie parków „zamiejskich” na lubianych od dawien dawna przez kielczan wzgórzach Kadzielnia (która jeszcze wtedy nie była „zjedzona” przez wapienniki) i Karczówka. Szczególnie duże zasługi miał urzędujący w latach 1816-31 pierwszy w historii kielecki wojewoda, czyli prezes Komisji Wojewódzkiej radca stanu Kacper Wielogłowski. Kielczanie zapamiętali go jako gospodarza, który doprowadził m.in. do wybrukowania wszystkich ulic, zadrzewienia topolami nadwiślańskimi dróg i alei prowadzących do miasta i – właśnie

– urządzenia w 1830 roku publicznego ogrodu miejskiego. Prezes Wielogłowski wykorzystał wyprowadzkę do Warszawy Głównej Dyrekcji Górniczej i poczynił skuteczne starania przejęcia dla celów – jak dziś byśmy powiedzieli komunalno-rekreacyjnych – dawnego biskupiego ogrodu gospodarczego wraz ze stawem. Ogród miejski przeżywał od tego czasu chwile lepsze i gorsze (w tej chwili przeżywa niestety raczej gorsze – specjaliści od założeń ogrodowych zgodnie twierdzą, że jest bardzo zaniedbany i zdziczały), jednak zawsze był bardzo lubiany przez kielczan – wiele wspomnień dawnych mieszkańców miasta (nie wyłączając Stefana Żeromskiego) dotyczy właśnie dzisiejszego parku Staszica. Park z czasem obrastał w ogrodową infrastrukturę, w tym – co nas szczególnie interesuje w tym cyklu – w ciekawe, a nieistniejące już dziś budowle. Najciekawszą z nich był piękny, „otwocki” w stylu pawilon restauracyjny wybudowany w 1873 roku. Obok pawilonu stała też dekoracyjna drewniana altana dla orkiestry. Tam właśnie odbywały się parkowe wydarzenia: festyny, loterie i koncerty. Lokale gastronomiczne funkcjonowały w budynku do roku 1936 (w ostatnim okresie egzystowała tam mająca mocno nadszarpniętą reputację kawiarnia Zacisze). Wtedy to władze miasta zdecydowały się przeznaczyć go na cele kulturalne i przekazały Towarzystwu Miłośników Sztuki – organizacji niezwykle dla międzywojennych Kielc zasłużonej. Towarzystwo uzyskało w ten sposób bardzo dobre warunki do organizowania koncertów, wystaw i odczytów. Planowało m.in. rozbudowę pawilonu i otwarcie kawiarenki połączonej z ekspozycjami obrazów i czytelnią pism artystycznych. Realizację tych planów przerwał wybuch wojny. Sam budynek egzystował do lat 50., kiedy po pożarze został rozebrany. Na jego miejscu utworzono plac z muszlą koncertową. ■


Historia 46

Kleczanowskie kurhany i tysiącletnia tradycja tekst i zdjęcia Jacek Korczyński

Zawiedzie się zapewne ten, kto oczekuje widoku ogromnych, imponujących konstrukcji. Niewielkie kurhany znajdują się wśród leśnej zieleni, a niewprawne oko wędrowca może je łatwo pomylić z nierównościami terenu utworzonymi przez naturę. Ale one tam są – świadectwo wielowiekowej historii tej ziemi oraz zwyczajów ludzi, którzy ją niegdyś zamieszkiwali. handlowym łączącym Sandomierz i Opatów z grodami środkowej Polski.

Pierwsze wykopaliska

Miejscowa tradycja głosi, że Kleczanów był ongi miasteczkiem, co zdaje się potwierdzać sposób zabudowania obecnej wioski. W tej miejscowości za czasów pogańskich mieszkała wielka ludność pod możnym właścicielem. Świadczą o tym odkrywane dawne słowiańskie groby, urny, kości spalone, a nawet pogańskie bożki – pisał ponad sto lat temu ks. Jan Wiśniewski w swym „Dekanacie sandomierskim”. Z przekazów tego znanego miłośnika historii i regionalisty dowiadujemy się o ważnym, choć przypadkowym odkryciu archeologicznym, dokonanym przez miejscowego proboszcza. Kleczanowski ksiądz w ogrodzie plebańskim chcąc zrównać dół będący na górce, W położonym niedaleko Sandomierza Kleczanowie zobaczymy na skraju przydrożnego lasu drewnianą tablicę z napisem: „Cmentarzysko ciałopalne z VIII-X wieku. 37 kurhanów”. Stoi blisko miejsca, gdzie odnaleziono i zbadano starożytne grobowce mieszkańców tych okolic. Dla archeologa szczególnie interesująca wydawała się perspektywa konfrontacji lokalnej tradycji z wynikami badań naukowych. Tradycji, kładącej nacisk na cywilizacyjne znaczenie tego ośrodka, jak i wczesną genezę wsi i parafii – twierdzi profesor Andrzej Buko z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, znawca dawnych dziejów Sandomierszczyzny. O czym mowa? Wyjaśnimy to za chwilę, bo z tymi kurhanami związana jest dawna ludowa tradycja, która przetrwała setki lat. Zacznijmy jednak od początku, od przeszłości Kleczanowa, leżącego na starym szlaku L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

o 135 łokci od kościoła odkrył grób murowany, długi 15, szeroki 5 łokci, nad którym stał ongi kopiec, jak świadczyła ogromna kupa ziemi zwalonej. Przystęp znajdował się od wschodu, a przed tym, poniżej, plac kwadratowy ręką ludzką uporządkowany. We wnętrzu grobu były pewnie framugi do składania urn znaczniejszych osób, zewnątrz zaś z trzech stron pospólstwo grzebało swe urny, jak świadczyły licznie znajdowane skorupy i kości.

Zagadka przydrożnego lasu Wiemy, że początki osadnictwa Kleczanowa sięgają jeszcze czasów przedchrześcijańskich. Tutejsza osada zaistniała na mapie wczesnopiastowskiej Polski już w IX stuleciu. Pierwsze źródłowe wzmianki pochodzą z XIII stulecia, kiedy to miejscowość ucierpiała podczas na-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

47 jazdów tatarskich. Szczególne zainteresowanie naukowców wzbudził kleczanowski las i znajdujące się w nim ziemne kopce. Przebadano je na początku lat 90. XX wieku i okazało się, że są to starożytne kurhany kryjące szczątki ludzi zamieszkujących tamtą okolicę setki lat temu. Można śmiało mówić o archeologicznej sensacji, bo jest to największe skupisko kurhanów w tej części naszego kraju. Zlokalizowano ich bowiem aż trzydzieści siedem. Kopce te zbudowane zostały na planie koła lub elipsy. Nie są zbyt duże – ich średnice wahają się w granicach od 4 do 10 metrów. Nie są także wysokie, tym bardziej teraz, po setkach lat. Zdaniem specjalistów, ich pierwotna wysokość wynosiła od około 1,5 m do najwyżej 2,5 m. Archeolodzy nie znaleźli w kopcach śladów jakichkolwiek konstrukcji. Odkryto, poza ułamkami przepalonych kości, niewielkie kawałki ceramiki. Wysnuto stąd wniosek o zastosowaniu tzw. pochówków nakurhanowych. Po spaleniu ciała – zgodnie z ówczesnym obrządkiem pogrzebowym – szczątki zmarłego rozsypywano bądź składano w urnie na szczycie kurhanu. Wewnątrz kurhanów odkryto także trzy krążki: kamienny i ceramiczne, łączone z kultem pogańskim. Znaleziska takie znane są w kulturach pradziejowych końca epoki brązu czy początków epoki żelaza.

chrześcijańskich. Nasuwa się pytanie: czy święta, o których wspominamy, nie są śladem owych dawnych igrzysk ku czci zmarłych? Jeżeli tak, to mielibyśmy do czynienia z rzadkim fenomenem ciągłości zwyczaju, odpowiednio zmodyfikowanego, którego niezmiennym czynnikiem od ponad 1000 lat pozostawałoby miejsce, przy całkowitym przekształceniu pierwotnej treści ideowej święta.

Słowiańskie świętowanie

Ta tysiącletnia tradycja związana jest z pradawnym słowiańskim świętem zwanym „stado”. Długosz uskarża się, że lud polski na pamiątkę święta słowiańsko-pogańskiego, przy opilstwie i rozwiązłości obchodzi Zielone Świątki – pisał Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”. Najwcześniejsza wzmianka o „stadzie” pojawia się właśnie w zapisach naszego kronikarza. Zanotował on, że na cześć bóstw były urządzane igrzyska w pewnych porach roku, dla przeprowadzenia których nakazywano zbierać się w miastach tłumom mieszkańców obojga płci ze wsi i osiedli. Odprawiano zaś je przez bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia (cytujemy za prof. Jerzym Strzelczykiem). Jan Długosz oburzał się, że obrządek tych igrzysk, raczej niektóre jego szczątki istnieją u Polaków aż do naszych czasów,

mimo że wyznają oni chrześcijaństwo od 500 lat, powtarzane są co roku na Zielone Świątki i przypominają dawne zabobony pogańskie. Podczas tych festynów gromady ludzi podzielone na „stada” zabawiały się śpiewając przy tym pieśni z refrenami, których niezrozumiałe słowa łatwo było brać za imiona pogańskich bóstw. Z czasem nazwa „stado” została zapomniana, a w jej miejsce pojawiły się sobótki – określane tak zapewne z powodu zwyczaju palenia ogni i zabaw urządzanych w soboty. „Sobótki” łączono także z nocą Kupały. Słowo to, ruskiego pochodzenia, wywodzi się – jak podkreśla prof. Strzelczyk – od oczyszczającego kąpania się na początku lata. Wierzono przy tym, że ogień sobótkowy nie jest zwykłym ogniem, a w ogniskach spalano uroczyście drzewka stawiane przed chałupami na Zielone Świątki. Pełne tajemniczego uroku sobótkowe zabawy fascynowały Jana Kochanowskiego, który napisał „Pieśń świętojańską o sobótce”, zaczynającą się od słów: Gdy słońce Raka zagrzewa, / A słowik więcej nie śpiewa, / Sobótkę, jako czas niesie, / Zapalono w Czarnym Lesie. Już średniowieczni kaznodzieje potępiali praktykowanie starych świąt. W XVI stuleciu do zwyczaju wszedł odpust zielonoświątkowy, który zachował jednak elementy dawnej ludowej tradycji. ■

Miejscowa tradycja przez wieki żywa Teraz powróćmy do sprawy wspomnianej dawnej ludowej tradycji, która – jak się okazuje – przetrwała w stałej formie tysiąc lat. W kleczanowskim lesie znajduje się bowiem polanka położona wśród kurhanów, która zaciekawiła archeologów. Dlaczego? Oddajmy głos prof. Andrzejowi Buko: Jej szczególne znaczenie polega na tym, iż od lat jest ona miejscem tradycyjnych zabaw mieszkańców Kleczanowa w dzień Zielonych Świątek. Są one zwieńczeniem uroczystości religijnych, których istotny akcent stanowi procesja mieszkańców parafii do lasku kleczanowskiego. Zdumiewające jest, iż tradycja ta nie znajduje odbicia w źródłach kościelnych; żaden z odpustów kościelnych nie odbywa się też w Kleczanowie w Zielone Świątki – pisze profesor. Dodaje przy tym: Zjawiska te są intrygujące wobec znanych z literatury przedmiotu przekazów źródłowych o uroczystościach strawy i tryzny, jakie w średniowieczu, a nawet w czasach nowożytnych odprawiano ku czci zmarłych na cmentarzach. Kościół próbował im przeciwdziałać, ale – wobec połowicznego skutku tych zabiegów – ich wymowę zredukowano do określonych kalendarzem świąt

W tekście wykorzystano m.in.: Kleczanów. Badania rozpoznawcze 1989-1992, red. Andrzej Buko (Warszawa 1997), Andrzej Buko Osadnictwo wiejskie na Wyżynie Sandomierskiej w świetle wyników badań Kleczanowa („Światowit” 2000, nr 2), Sacrum – sacrum chrześcijańskie. Kontynuacja miejsc kultu we wczesnośredniowiecznej Europie Środkowej, red. Krzysztof Bracha i Czesław Hadamik (Warszawa 2010), Jerzy Strzelczyk Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian (pogańskie Poznań 1998), Stanisław Urbańczyk Dawni Słowianie. Wiara i kult (Wrocław 1991).


Historia 48

Marsz kielecki

C

tekst Rafał Zamojski

W sierpniu 1914 roku strzelcy Józefa Piłsudskiego wkroczyli do Kielc. To w historii Polski jedna z ważnych, symbolicznych chwil. Ostatnio zresztą uwieczniona przez ekipę filmowców Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych odpowiedzialnych za cykl „Historia w ożywionych obrazach”. Realizowana na ulicach Kielc, z licznym udziałem kieleckich statystów, miniatura filmowa tchnęła życie w część malarskiego tryptyku Stanisława Kaczora-Batowskiego, której oryginał możemy oglądać w Muzeum Narodowym w Kielcach. L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

zy jednak ówcześni kielczanie zdali egzamin z patriotyzmu? Czy może byli tylko niechętnymi widzami w teatrze historii, który niespodziewanie do nich zawitał? W popularnych opracowaniach historii Polski hasło „wejście strzelców do Kielc” niemal zawsze „sklejone” jest z obrazkiem mieszczan zatrzaskujących okiennice przed polskim wojskiem. Ten stereotyp, karmiony wspomnieniami niektórych legionistów, mocno się zakorzenił. A jak było naprawdę?

Rosja czy Niemcy?

Zarysujmy tło historyczne: początki Wielkiej Wojny. Przez polskie ziemie zaczynają przetaczać się wojska walczących ze sobą zaborców: Rosji oraz związanych sojuszem Niemiec i Austro-Węgier. Każda ze stron ma w swoich armiach polskich rekrutów, niejednokrotnie zmuszonych walczyć przeciwko sobie. Wśród polskich patriotów ścierają się różne koncepcje wykorzystania wojny dla celów niepodległości kraju. Narodowa Demokracja głównego wroga upatruje w Niemcach i stawia na słowiański sojusz z Rosją. Wywodzące się z PPS środowiska skupione wokół Józefa Piłsudskiego przeciwnie – związują się z Austro-Węgrami (i sprzymierzonymi z nimi Niemcami) przeciwko Rosji. Do tego dochodzi prawdziwa mozaika postaw różnych mniejszych środowisk, z których każde miało swoje racje. Nikt zresztą nie mógł wtedy przewidzieć, jak potoczy się wojna – możliwych scenariuszy było wiele. Jedno jednak jest pewne: koncepcja Józefa Piłsudskiego wywołania w 1914 roku na terenie zaboru rosyjskiego masowego polskiego powstania była nierealną mrzonką, nie mającą oparcia w rzeczywistości. I to nie tylko ze względu na marazm społeczny – po prostu większość najaktywniejszych polskich patriotów z terenów Kongresówki skłaniała się ku Narodowej Demokracji i – nawet, gdy pominiemy kwestię spoglądania ku Rosji – zdecydowanie bliższe im było myślenie w kategoriach pozytywistycznej pracy

organicznej niż kolejnego zrywu powstańczego. Tak też było i w Kielcach. Większość najbardziej zasłużonych, aktywnych kielczan przełomu XIX i XX wieku była związana z Narodową Demokracją. To właśnie kielecki poseł Wiktor Jaroński wygłosił w rosyjskiej Dumie deklarację o solidarności narodu polskiego z Rosją w jej walce z Niemcami. Co ciekawe, stało się to zaledwie kilka dni przed wejściem piłsudczyków do Kielc. Z kolei kielecki biskup Augustyn Łosiński, niewątpliwy polski patriota i człowiek mający wielkie zasługi w walce z nędzą, wprost wzywał do niesłuchania strzelców, bo organicznie nie ufał niczemu, co miało jakikolwiek związek z socjalizmem. Trzeba zresztą dodać, że w swojej zdecydowanej niechęci do Piłsudskiego i legionów był nad wyraz konsekwentny – aż do swojej śmierci w 1937 roku.

Otwarte okiennice

Gdy więc, w trakcie pogłębiającego się wojennego chaosu, po ewakuacji z miasta rosyjskich władz i wojsk, do Kielc wkroczyli – poprzedzając wojska austriackie i niemieckie – polscy żołnierze, kielczanie byli zaskoczeni. Była to jednak konsternacja połączona z dużą sympatią i radością – do Kielc wrócili m.in. niedawni mieszkańcy, uchodźcy do Galicji po wydarzeniach rewolucji 1905 roku. Większość mieszczan miała zapewne sceptyczny stosunek do faktycznych możliwości licho uzbrojonego wojska, jednak widok polskich mundurów wzruszał i rozgrzewał serca. Nie było wtedy żadnego zamykania okiennic. Pierwszy pobyt strzelców w Kielcach trwał jednak krótko – w stronę miasta zaczęli ściągać Rosjanie i wyparli znacznie mniej liczne jednostki polskie i austriackie. Rosyjski dowódca – gen. Nowikow postanowił srogo ukarać kielczan za sprzyjanie polskiemu wojsku i dał im ultimatum – albo zbiorą w ciągu 24 godzin 100 tys. rubli kontrybucji, albo miasto zostanie zbombardowane i spalone. Kontrybucję udało się zebrać – m.in. dzięki pomocy łódzkiego Banku Handlowego (długi z tego tytułu były obciążeniem dla Kielc jeszcze w latach 30. XX w.), nie zatrzymało to jednak grabieży, rozstrzelań i wywózki zakładników wybranych spośród majętnych obywateli.

Powrót strzelców

Gdy niedługo potem Rosjanie zostali wyparci i do Kielc po raz drugi (tym razem na dłużej) wkroczyli strzelcy, mieszczanie witali ich ze zrozumiałą większą rezerwą. To właśnie wspomnienie tego drugiego wkroczenia do naszego miasta, które u niektórych legionistów połączyło się z rozczarowaniem, że nie wybuchło upragnione


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

49 natychmiastowe powstanie, przyczyniło się do powstania negatywnego stereotypu kielczan niechętnych piłsudczykom. W tym miejscu warto zacytować legionistę Romana Starzyńskiego: Poczciwe, kochane Kielce, jakże się zmieniły w ciągu miesiąca! Wszyscy dopytują się o znajomych strzelców, co się z nimi dzieje, wszak wywieźliśmy stąd cały baon rekrutów, który niestety wcielono do 3. PP i wysłano na Węgry. Pomimo serdeczności wieje tu jakiś chłód i jakby żal do nas, żeśmy wydali miasto na pastwę Moskali. Toteż teraz już z większą rezerwą odnoszą się do nas niż dawniej. Ta rezerwa szybko jednak topniała – w ciągu dwóch tygodni trwania Rzeczpospolitej Kieleckiej, czyli stacjonowania w mieście Józefa Piłsudskiego i jego wojsk, kielczanie i kielczanki bardzo zaangażowali się w pomoc tworzącym się na ich oczach legionom. To był wyjątkowy czas, z wielką nostalgią wspominany później przez Marszałka. Z terenu Kielc zniknęły wszystkie rosyjskie szyldy, mieszczanie wieczorami skupiali Siedziba straży ogniowej (dawna pocztówka)

Dawna siedziba straży ogniowej współcześnie (fot. Rafał Zamojski) Widok z czatowni straży ogniowej (fot. z archiwum J. L. Adamczyka)

się wokół koszar i słuchali śpiewów legionistów – szczególnie „swojego” kieleckiego batalionu. W tym czasie, w liczącym wówczas 36 tysięcy mieszkańców mieście, do legionów przystąpiło 942 ochotników, w tym cała kielecka orkiestra strażacka z Andrzejem Brzuchalem „Sikorskim” na czele. Umiłowana przez żołnierzy orkiestra towarzyszyła legionom przez całą wojnę. Co jednak szczególnie ważne – wstępując do nich, wniosła w wianie melodię (marsz nr 10 zwany potem marszem kieleckim), która następnie, po dopisaniu do niej tekstu, stała się nieformalnym

hymnem legionów i jedną z najważniejszych polskich pieśni. Ta pieśń to oczywiście „My, Pierwsza Brygada”.

Zegar na sto lat Ta historia, niewątpliwy powód kielczan do dumy, jest ciągle jeszcze mało znana. Wciąż powszechny jest fałszywy wizerunek Kielc jako miasta, w którym przed polskim wojskiem zatrzaskiwano okiennice. Naszym zadaniem jest to zmieniać. Jak to robić? Poprzez dumne eksponowanie tej części kieleckiego dziedzictwa

w przestrzeni publicznej. Cieszmy się tą historią, bo wiele miast może nam jej zazdrościć! Czy zatem Kielcom nie mógłby przygrywać nowy kurant wygrywający melodię refrenu „My Pierwsza Brygada”? A jeśli tak, to czy najlepszym miejscem na taki zegar z kurantem nie jest fronton dawnej siedziby straży ogniowej (dziś budynku pogotowia przy ul. Leonarda)? Zbliża się 100-lecie niepodległości Polski – może warto je uczcić w taki właśnie sposób – wywołujący uśmiech na twarzy kielczan i zaciekawienie wśród turystów? ■


Być eko 50

Życie, którego rytm wyznacza natura tekst Agata Niebudek-Śmiech zdjęcia Mateusz Wolski

Jeśli stoisz, to przykucnij albo najlepiej połóż się na łące. Chłoń wszystkie zapachy, na chwilę zamykając oczy, a potem otwórz je szeroko i szukaj darów natury.

Kiedyś już tu byłam i tak jak teraz wędrowałam pod górę na szczyt Huty Szklanej, co chwilę odwracając się za siebie i kradnąc łapczywie wyłaniające się widoki. Kiedyś już siedziałam na tym tarasie i zajadałam się twarożkiem z pokrzywą, mleczem i krwawnikiem. Teraz znów tu jestem i słucham opowieści o niezwykłym życiu, którego rytm wyznacza natura.

Jak okiem sięgnąć – wszędzie zioła

– To już tuzin lat, jak tu mieszkamy – uśmiecha się Teresa Tomaszewska, zielarka, propagatorka medycyny naturalnej, która w Hucie Szklanej nieopodal Świętego Krzyża prowadzi Oazę Zdrowia. Siedzimy na tarasie, na niebie pojawiają się czerwone smugi, które nieśmiało zahaczając o łagodne górskie wzniesienia, dają sygnał, że dzień powoli dobiega końca. Gospodyni przesuwa na środek stołu wiklinowy kosz wypełniony po brzegi świeżo zerwanymi ziołami. – To macierzanka – ziele świętej Hildegardy z Bingen – tłumaczy gospodyni, która jest wielką orędowniczką tej benedyktyńskiej mniszki i uzdrowicielki, jednej z najwybitniejszych kobiet, którą pięć lat temu ogłoszono Doktorem Kościoła. Jak nikt inny potrafiła ona obserwować otaczający ją świat, postrzegając człowieka jako jedność ciała i duszy, a zdrowie jako dar Boga. Wielka mistyczka poszukiwała harmonii zarówno w życiu człowieka, którego rytm wyznaczają praca i odpoczynek, jak i w żywiołach świata, z których należy rozsądnie korzystać. Św. Hildegarda zostawiła potomnym traktat o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin, który dla Teresy Tomaszewskiej jest nie tylko źródłem wiedzy, ale i nieustającym natchnieniem. – Benedyktyńska mistyczka mówiła, że naturalny sposób to taki, który odpowiada naturze człoL I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

wieka – tłumaczy. Idąc za tą wskazówką zielarka dwanaście lat temu porzuciła kieleckie osiedle, gdzie mieszkała wraz z rodziną, zrezygnowała też z pracy w firmie farmaceutycznej. Oboje z mężem pochodzą ze wsi, więc gdzieś w głębi duszy tkwiła w nich tęsknota za naturą. – Chcieliśmy zmienić styl życia, ale kluczowa była dla nas decyzja, gdzie zakotwiczymy – wspomina zielarka. – W pewnym momencie stało się dla nas jasne, że tym miejscem musi być okolica Świętego Krzyża, bowiem już od dłuższego czasu oddychaliśmy intensywnie klimatem tego miejsca. Znajomi odradzali nam przeprowadzkę, dziwili się, że mając małe dzieci, rezygnujemy z wygodnego życia w mieście. Byliśmy trochę jak szaleńcy, którzy nie zważając na przeciwności, uporczywie prą do przodu. Kupili – jak mówi – bezdomną ziemię. Wprawdzie jej poprzedni właściciel początkowo odmówił im sprzedaży, ale oni wrócili tu po raz drugi… I wówczas ich marzenie o kawałku własnego świata u stóp Świętego Krzyża spełniło się. Nie było łatwo zbudować dom na wzniesieniu, ale te trudy zrekompensowały im nieziemskie widoki na mieniące się różnymi odcieniami zieleni górskie garby, niczym nieskażone środowisko, bogactwo ptaków i roślin. I wszędzie, jak okiem sięgnąć, pełno ziół.

W Oazie Zdrowia

Teresa Tomaszewska była nastolatką, gdy zainteresowała się ziołolecznictwem. Tuż przed maturą otrzymała w prezencie opasły tom „Medycyny naturalnej”. W jej domu pełno było ziół, z podziwem patrzyła na babcię, która wiedziała, jak wykorzystać leczniczą moc roślin, a rodzina celebrowała picie popołudniowych herbatek ze świeżych ziół. Dodawało się je do kąpieli i spo-


m a d e i n Ĺ› w i Ä™ to k r z y s k i e

51


Być eko 52

Syrop z podbiału: umyte, pokrojone kwiaty lub liście układamy warstwami w słoiku, przesypujemy cukrem albo zalewamy miodem. Ugniatamy lekko i odstawiamy słoik w ciepłe miejsce. Po tygodniu zlewamy. Do bieżącego użycia można przechowywać go w ciemnym, szklanym naczyniu w lodówce przez ok. dwa tygodnie. Dla utrwalenia – można go zapasteryzować. Stosujemy trzy razy dziennie, po łyżce. Ta roślina znana jest od wieków i opisywana także przez św. Hildegardę z Bingen, jako środek w „chorobach piersiowych”. Kwiaty – można dodawać (kilka sztuk) do wiosennych sałatek: dekorują i smakują (choć mają w sobie trochę goryczy). Młode listki warto zbierać, a po pokrojeniu – mieszać z twarożkiem, posypywać kanapki i sałatki. Syrop z pączków sosnowych: 6 kg młodych pączków sosny (koniecznie z brązowymi łuskami) przesypujemy w słoju warstwami cukru (4 kg) tak, aby cukier znalazł się na wierzchu. Pozostawiamy na 12 dni w miejscu ciepłym i słonecznym. Co dwa dni mieszamy. Po tym czasie zlewamy syrop i możemy wykonać dwie jego wersje: dla dzieci (który pasteryzujemy w buteleczkach lub słoiczkach przez 15-20 minut.) lub dla dorosłych (mieszamy syrop ze spirytusem w proporcji 3:1 i zakręcamy). Syrop sosnowy to ludowy, tradycyjny specyfik przeciw przeziębieniom, łagodzący kaszel i chrypkę. L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

rządzało z nich maści… Gdy skończyła studia, rozpoczęła pracę w firmie farmaceutycznej w dziale leków roślinnych. To doświadczenie było dla niej niezwykle cenne – wyjeżdżała na szkolenia do Włoch i Szwajcarii, zgłębiała tajemnice fitoterapii, czyli dziedziny medycyny wywodzącej się z ziołolecznictwa i wykorzystującej produkty pochodzenia naturalnego, które zostały przebadane naukowo do celów leczniczych. Ale był jeszcze jeden, niezwykle istotny powód, dla którego tak uparcie i wnikliwie zgłębiała wiedzę o roślinach. – Sama ciężko zachorowałam na reumatoidalne zapalenie stawów. Tuż po urodzeniu syna, w wieku 28 lat usłyszałam od lekarzy, że nie nadaję się ani na rentę, ani do pracy. To brzmiało jak wyrok, pomyślałam sobie, że to nie przelewki i muszę na poważnie zająć się swoim zdrowiem – pani Teresa zawiesza na chwilę głos i wlewa do szklanek pyszny podpiwek. Idealnie uwarzony, z delikatną pianką, cudownie chłodzi w letnie popołudnie. Gdy na własnej skórze przekonała się, jak niezwykłe efekty może przynieść stosowanie ziół, pomyślała, że swoją pasją i wiedzą o ich zbawiennej mocy, chciałaby się dzielić z ludźmi. I tak powstała Oaza Zdrowia – wyjątkowe miejsce i niepowtarzalna marka. To z jednej strony dom

gościnny, do którego każdy może przyjechać i spędzić czas, korzystając z diety zgodnej z zaleceniami św. Hildegardy i zanurzyć się w świecie, którego rytm wyznacza natura. Z drugiej zaś – to zielarnia, czyli sklepik z ekoproduktami, u stóp klasztoru na Świętym Krzyżu, w którym każdego dnia można spotkać panią Teresę, poradzić się i kupić to, co ofiarowuje nam natura. – Uruchomienie zielarni i możliwość kontaktu z pacjentem, były dla mnie przełomowym momentem – przyznaje Teresa Tomaszewska. – Moją ambicją było to, aby nie tylko sprzedawać naturalne produkty, ale i wsłuchiwać się w problemy zdrowotne ludzi, wspierać ich fachową poradą. Pracuję z pacjentami cierpiącymi na choroby przewlekłe i autoimmunologiczne – m.in. stawów, skóry, śluzówki czy tarczycy i wiem, że do głównych przyczyn tych schorzeń należą m.in.: przewlekły stres, zakwaszenie organizmu i nieprawidłowa praca jelit, a w efekcie – często autoagresja, czyli niewyjaśnione dotąd zaburzenie immunologiczne, skutkujące „atakiem” organizmu na własne tkanki. Moją misją jest, by tak dobierać zioła dla moich pacjentów, aby zminimalizować obciążenie chorobą i poprawić jakość życia. Na własnym przykładzie przekonałam się, że jest to możliwe.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

Tlenoterapia dla skóry

Zielarka nie przypuszczała pewnie, że tak szybko zyska grono stałych klientów, którzy wracają do niej z całej Polski, ba – nawet z zagranicy. Ot, jak choćby małżeństwo ze Stanów Zjednoczonych, które każdego roku, przy okazji pobytu w Polsce, koniecznie musi zawitać do pani Teresy i uzupełnić zapasy ziół i soków. – Jedyny dylemat, który mają, to jak szczęśliwie przetransportować cały ten arsenał – śmieje się zielarka. Te powroty sprawiają, że między nią a klientami tworzą się niezwykłe więzi, a jednocześnie pojawiają się wciąż nowe wyzwania, bo każdy człowiek to osobna historia i inny problem zdrowotny. Dlatego Teresa Tomaszewska nieustannie wzbogaca swoją wiedzę z zakresu fitoterapii, dużo czyta, bierze udział w szkoleniach i jak przyznaje – im głębiej wchodzi w tematykę ziołolecznictwa, tym więcej pojawia się pytań.

Bez tlenu nie da się żyć. Bez tlenu nie da się zachować zdrowia i witalności skóry. To on stymuluje metabolizm komórkowy i naturalne funkcje regenerujące organizm. Działa przeciwzapalnie i przyspiesza produkcję kolagenu.

Chwast dodaj do sałatki

Mimo że stale oddychamy powietrzem, w skład którego wchodzi tlen, nasza skóra – nieustannie zmuszana do walki z toksynami i zanieczyszczeniami, stresem i brakiem wypoczynku – potrzebuje dodatkowego wsparcia. Im więcej niekorzystnych czynników, tym gorszy przepływ krwi i zbyt niska podaż tlenu do komórek. Niedotleniona skóra jest poszarzała i bez blasku, a z czasem staje się odwodniona. Jej procesy regeneracyjne przebiegają znacznie wolniej, przez co walka z zanieczyszczeniami staje się coraz trudniejsza, a to powoduje, że nasza skóra zaczyna się szybciej starzeć. Tlenoterapia to doskonałe rozwiązanie dla skóry zmęczonej, z widocznymi oznakami starzenia i utraty elastyczności.

– Wiosna była cudowna, na wyciągnięcie ręki krwawnik, mniszek, pokrzywa. I jeszcze gwiazdnica, uważana za uporczywy chwast: rośnie, gdzie chce, na przekór wszystkiemu i ma wspaniałe właściwości – Teresa Tomaszewska patrzy wymownie przed siebie. A wokół, jak okiem sięgnąć, wszędzie dary natury. Zielarka zawsze powtarza: – Nie tęp chwastów, lecz dodaj je do sałatki. Dzieciaki, które biorą udział w organizowanych przez nią warsztatach, same z pasją przygotowują np. deser twarożkowy ze stokrotką. Jak smakuje? Subtelnie słodkawo i aromatycznie. Ile gatunków ziół rośnie wokół domu Teresy Tomaszewskiej? Liczyła kiedyś, zbierając na tradycyjne wianki – wyszło ponad 150, tylko tych, które rozpoznaje. Liczba ta świadczy o bogactwie przyrodniczym naszego regionu, z którego zielarka korzysta pełnymi garściami. – Jeśli stoisz, to przykucnij albo najlepiej połóż się na trawie – zachęca pani Teresa i prowadzi mnie na pobliską łąkę, gdzie zrywa sprężyste, zielone listki i każe mi rozcierać je palcami. Przymykam oczy, próbując nazwać znajomy zapach. Tymianek, może podbiał, a może szałwia? – Niektóre gatunki roślin rozsiewają się naturalnie, inne przywożę, próbując zadomowić je w moim ogrodzie – mówi Teresa Tomaszewska. – Nie miałam na przykład pokrzywy, ale przyjęła się. Z Bielin przywiozłam glistnik, wciąż nie mam u siebie komosy, która wykazuje niezwykłe właściwości zdrowotne i odżywcze. Z tych wszystkich darów natury, obok których wielu z nas przechodzi obojętnie, zielarka przygotowuje mieszanki, wyciągi, maści, balsamy i kosmetyki. Potrafią one zdziałać cuda w walce z pasożytami, alergiami, łuszczycą, grzybicami czy przypadłościami reumatoidalnymi. Ale, jak przestrzega zielarka, fitoterapia wymaga cierpliwości i systematyczności. Tu nic nie wydarzy się natychmiast. I to jest wyzwanie dla nas wszystkich, którzy żyjemy w pędzie, i słowa – natychmiast, błyskawicznie, bezzwłocznie – powtarzamy jak mantrę. A tak się nie da. Naprawdę można inaczej, ale by się o tym przekonać, trzeba jechać do Huty Szklanej i wspiąć się na wzgórze, a potem przekroczyć próg Oazy Zdrowia. Na tarasie robi się coraz chłodniej. Surowe powietrze przypomina, że jesteśmy w górach. Z wnętrza domu dochodzą dźwięki pianina. To córka pani Teresy, świeżo upieczona licealistka Agatka ćwiczy frazy. Myślę sobie, że taka chwila jak ta warta jest zatrzymania. Choćby tylko w pamięci. Kiedyś znów tu wrócę, może późną jesienią zanurzę się w medytacje św. Hildegardy, która przed wiekami uczyła, jak żyć w zgodzie z sobą i naturą. Czy dziś jest to możliwe? Historia Teresy Tomaszewskiej niezbicie dowodzi, że tak. ■

Oxybrazja Peeling wodno-tlenowy to najczęściej wybierany latem zabieg oczyszczający skórę. Wyrównuje jej strukturę i koloryt, wygładza zmarszczki, redukuje blizny i przyspiesza usuwanie zaskórników. Doskonale sprawdza się przy cerze trądzikowej, wspomagając leczenie poprzez neutralizację środowiska bakterii beztlenowych i stabilizację pracy gruczołów łojowych. Latem – ze względu na intensywne działanie słońca – odradza się stosowanie wielu zabiegów kosmetycznych. Oxybrazja nie ma takich ograniczeń. Jest doskonałą kuracją, która odświeża, chłodzi i koi skórę.

Artykuł partnerski

Pomedytować ze św. Hildegardą

Infuzja tlenowa To nowoczesna metoda natleniania skóry z zewnątrz oraz wprowadzania substancji aktywnych za pomocą tlenu pod ciśnieniem. Zabieg działa odżywczo i tonizująco, pobudza oddychanie komórek, dając skórze bardziej elastyczny, zwarty i świetlisty wygląd. Ponadto ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne, powoduje zmniejszenie podrażnień. Połączenie działania samego tlenu i wykorzystania go jako nośnika dla koncentratów kosmetycznych daje możliwość poprawy jędrności skóry i jej napięcia, wygładzenia zmarszczek oraz zmniejszenia przebarwień.

Partnerem artykułu jest: Vita Beauty Therapy Odnowa Biologiczna i Kosmetologia Kielce, ul. Jagiellońska 69 tel. 534 749 812 www.vita.kielce.org

53


Być eko 54

Cały świat przyjeżdża do Klimontowa tekst Agnieszka Gołębiowska zdjęcia Mateusz Wolski

Skowronki, wróble, sierpówki i szczebiot małej Gajki słychać w ciepły czerwcowy wieczór tuż przed zachodem słońca na podwórzu dawnej szkoły w Klimontowie. Pod warunkiem, że akurat nikt nie kosi trawnika albo syrena nie wzywa strażaków. Barwne malunki na zabudowaniach to dzieło Hiszpanów. Gliniane tynki, ogród permakulturowy i altany z wierzby też stworzyli wolontariusze, którzy przyjeżdżają tu z różnych stron Polski i świata.

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

102 listy Młodych ludzi nie przyciąga do Klimontowa piękny widok nadrzecznych łąk urozmaicony starymi silosami PGR-u, ani smaczna kuchnia pań z Koła Gospodyń Wiejskich, choć jak już tu trafią, to doceniają też i te walory. Przyjeżdżają dzięki działaniom Fundacji CampoSfera, którą stworzyli i kierują Jakub Kubiec i Dorota Chacińska-Kubiec. To społecznicy, którzy na wsi chcieli spożytkować swoje doświadczenie wyniesione z pracy w organizacjach pozarządowych w Kielcach. On marzył o ekowiosce, ją zawsze interesowały zagadnienia związane z ekologicznym stylem życia – permakultura (czyli jak najmniej inwazyjna aktywność człowieka na ziemi) i naturalne budownictwo. Najpierw na własną rękę szukali budynku po dawnej szkole, w którym chcieli podjąć działania związane z wolontariatem, prawami człowieka, tolerancją, dialogiem międzykulturowym i ekologią. – Nie znaleźliśmy, więc wysłaliśmy tradycyjną pocztą listy z naszą ofertą do wszystkich 102 świętokrzyskich gmin. Odpowiedziało tylko pięć czy sześć, w tym dwie odmownie – śmieje się Dorota. Obejrzeli wszystkie zaproponowane szkoły i ta w Klimontowie spodobała im się naj-


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

55 bardziej. Na wybór wpłynął też fakt, że przyjazne ich działaniom są władze gminy Sędziszów, przede wszystkim burmistrz Wacław Szarek. Umowę dzierżawy podpisali w sierpniu 2013 roku. – Budynek był w niewesołym stanie, brakowało podłóg, część okien nadawała się do wymiany – wspomina Jakub. Cały 2014 trwał remont szkoły, który przeciągnął się na rok następny, kiedy zaczęli też działać na podwórzu. W 2016 powstały wierzbowe altany i ogród. Część remontu wykonali fachowcy, ale dużo pracy włożyli w siedzibę CampoSfery wolontariusze. Chociażby grupa skautów z Belgii, która założyła ogród permakulturowy. Jest społeczny, co oznacza, że każdy może przyjść po melisę czy pomidora. Albo czerwoną kukurydzę, której nasiona przekazała ponoć starszyzna Majów.

Realizują przeróżne projekty skierowane głównie do młodych ludzi, ale nie tylko – osoby w wieku 50+ uczyli obsługi komputera, i nabrali chęci, by więcej działań adresować do tej grupy. W ramach Ośrodka Pozytywnego Dialogu finansowanego z EOG, czyli Funduszy Norweskich poprowadzili warsztaty antydyskryminacyjne dla nauczycieli, zorganizowali Sango Festiwal i dyskusyjne kluby filmowe. Przypominali ginące zawody podczas projektu, w którym udział wzięły osoby pracujące z młodzieżą z Macedonii, Włoch, Turcji, Łotwy, Ukrainy i Polski. Młodzi przyjeżdżają na wymiany międzynarodowe, wolontariusze z różnych stron świata wpadają popracować za wikt i opierunek. Na przykład Meksykanki uczyły klimontowskie dzieci angielskiego. Młodzież z Ukrainy i trzech polskich województw zrealizowała projekt filmowy „Wolność okiem kamery”. Udostępniają też przestrzeń grupom, które na swoje warsztaty związane z prawami człowieka przyjeżdżają na przykład z Berlina. – Jedna z pań z Koła Gospodyń Wiejskich podsumowała, że teraz do Klimontowa przyjeżdża cały świat – mówi Kuba.

Glina – Myśleliśmy, co zrobić, żeby budynkowi nadać nową formę, która będzie interesująca dla gości, także zagranicznych – wspomina Jakub Kubiec. Postanowili otynkować wewnątrz wszystkie ściany gliną. Pozostałością po ambitnym planie są worki gliny zalegające w warsztacie. Prezes fundacji w pomieszczeniach hostelowych pokazuje, jak rzeczywistość zweryfikowała plany – na pierwszej otynkowanej ścianie tynk z gliny wymieszanej ze słomą sięga prawie pod sufit, na

kolejnych stopniowo coraz niżej. Stanęło na tym, że zdrowy tynk gliniany zastąpił paskudną lamperię sięgającą połowy wysokości ściany. Rzeczywistość zweryfikowała też inne zamierzenia. Wychodząc z przekonania, że do dzieci wiejskich nie docierają projekty międzynarodowe i nie mają one kontaktu z językiem angielskim, chcieli dać im takie możliwości. – Miałam idealistyczne wyobrażenie, że chętnie z tego skorzystają i zaczną wyjeżdżać na projekty, a teraz widzę duży opór i strach, musimy walczyć o uczestników wyjazdów i potrzebna jest wieloletnia praca – wyznaje Dorota Chacińska-Kubiec.

Goście ze świata

Urody pomieszczeniom dodają stare piece, kredens, który Dorota czyściła pół roku z farby, i wymalowane przez wolontariuszy obrazki oraz cytaty z Marii Skłodowskiej-Curie czy amerykańskiej antropolog kulturowej Margaret Mead. Na zdjęciach w korytarzu goście z Portugalii, Turcji i Ukrainy oraz panie z Koła Gospodyń Wiejskich. Ważny jest recykling, więc śmieci są segregowane, a półki i wieszaki zrobiono z drewnianych skrzynek. – Idea ośrodka jest taka, żeby uczyć tutaj nie tylko poprzez przekazywane podczas warsztatów treści, ale aby uczył też sam budynek, poprzez wykorzystane w nim materiały czy też napisy dotyczące tolerancji i dialogu – tłumaczy Jakub.

Uciec w Bieszczady

Angażują się w życie wsi – dźwięk syreny strażackiej elektryzuje Jakuba, który został druhem klimontowskiej drużyny Ochotniczej Straży Pożarnej, musi więc biec na zbiórkę. Dołożyli się do zakupu sztandaru i do renowacji kapliczki świętego Nepomucena. Budują ogólnodostępne boisko. W Klimontowie wychowują małą Gajkę. Myślą o stworzeniu szkoły demokratycznej, która lepiej od zwykłej podstawówki przygotuje młodych ludzi do wejścia na rynek pracy. Dorota podkreśla, że wyjazd na wieś nie jest pomysłem na życie dla każdego. – Wiele osób marzy o zamieszkaniu w takim miejscu, o tym, żeby rzucić wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady. Ale gdy przychodzi zima nie jest już tak sielsko, bywa nudno i samotnie. Całe życie spędziłam w mieście i przeniesienie się na wieś to było wyzwanie. Natomiast wiosna wszystko mi rekompensuje, a śpiew ptaków mnie uspokaja – wyznaje. ■

On marzył o ekowiosce, ją zawsze interesowały zagadnienia związane z ekologicznym stylem życia.


Psychologia 56

Wakacyjna samodzielność – dyskretna kontrola czy pełen luz? rozmawiała Daria Malicka zdjęcie Mateusz Wolski

„Synu, kiedy dorośniesz, chciałbym, żebyś był asertywny, pewny siebie i odważny. Ale teraz, kiedy jesteś dzieckiem, chcę żebyś był pasywny, grzeczny i podporządkowany” – taki model wychowawczy nie ma racji bytu. Pozwólmy dziecku na wolność, która prowadzi do odpowiedzialności – radzi Marta Szydłowska-Pierzak. Czas wolny od szkoły, czas zabawy, spotkań z rówieśnikami, to równocześnie moment dużej próby samodzielności nie tylko dla dzieci, ale też dla rodziców. Z całą pewnością czas spędzany na zewnątrz, na swobodnej zabawie może być świetną okazją do poznawania rówieśników, rozwijania umiejętności społecznych. Pamiętam chwile na trzepaku, pod drzewem, a czasem na drzewie, z gromadką roześmianych kolegów i koleżanek. Czasy nieco się zmieniły i dzisiejsze kolorowe place zabaw często są puste. Dzieci mają L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

znacznie więcej mocno absorbujących atrakcji elektronicznych, a to przecież „podwórkowe życie” dostarcza maluchom najcenniejszych lekcji. Jako rodzice pamiętamy pewnie te czasy, kiedy będąc mali, wychodziliśmy na dwór zaraz po śniadaniu, a wracaliśmy wieczorem. Radziliśmy sobie z różnymi sytuacjami. Lepiej lub gorzej. Doświadczając trudności, uczyliśmy się ponosić konsekwencje własnych zachowań, bycia odpowiedzialnym za siebie, rozwijaliśmy altruizm, doświadczaliśmy początków, końców przyjaźni i całej gamy emocji z tym związanych.

W dzisiejszych nowoczesnych czasach jest zdecydowanie trudniej zbudować bliskie, satysfakcjonujące, realne znajomości. Dzieci wszędzie noszą telefony, są stale online, wrzucają do sieci piękne, kolorowe zdjęcia, liczą „like”, są „fame”, ale w świecie realnym mają trudności w nawiązaniu czy podtrzymaniu relacji. Zabronić dziecku korzystania z telefonu? Pamiętajmy, że sposób, w jaki rodzice traktują komórki czy komputery i z nich korzystają, buduje w dziecku wzorzec postępowania. Zdarza


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

57 się, że dorośli, jeśli już pozwolą na samodzielne wyjście z domu, zachęcają dziecko do częstego kontaktu: „daj znać, gdzie będziesz”, „zadzwoń z kim będziesz się bawić”, „z nim/nią się nie zadawaj”, „napisz, o której wrócisz”. Już 7-8 letnie dzieci noszą ze sobą telefony, żeby informować rodziców o miejscu pobytu, godzinie powrotu. Zachęcam do ustalenia zasad przed wyjściem dziecka na zewnątrz i pozostawienia telefonu w domu. Często okazuje się, że to rodzic nalega „bo muszę wiedzieć, gdzie jest, z kim, co robi”, „a jak się coś stanie?”. Dziecko uczy się być pod nadzorem i jednocześnie dostaje komunikat „sam sobie nie poradzisz”. A przecież chcemy nauczyć nasze dzieci samodzielności i odpowiedzialności. „Synu, kiedy dorośniesz, chciałbym, żebyś był asertywny, pewny siebie i odważny. Ale teraz, kiedy jesteś dzieckiem chcę żebyś był pasywny, grzeczny i podporządkowany” – ten zabawny cytat pokazuje pewien model wychowawczy. To rodzic wie najlepiej, co będzie najkorzystniejsze dla dziecka, teraz i w przyszłości, również z kim może się bawić, kogo poznawać. REKLAMA

Pamiętajmy, to tak nie działa, jeśli ważny jest dla nas zrównoważony rozwój dziecka, to istotną kwestią jest wolność wyboru, nie samowola. Jest możliwa tylko wtedy, kiedy dobrze wiemy, gdzie kończą się nasze granice. Wolność to umiejętność szanowania tych granic. Wraz z wolnością rodzi się odpowiedzialność. Czyli pozwalać, nie kontrolować? Zadaniem rodziców jest wyznaczenie jasnych, precyzyjnych granic i konsekwentne ich przestrzeganie. Dzieci uczą się poszanowania norm życia społecznego, prawa, siebie i drugiego człowieka. W dzisiejszych czasach dorośli chcą być przyjaciółmi zamiast rodzicami. Chcą znać sekrety dziecka, stają się kumplami instruującymi, co zrobić w kłopocie. Nie chodzi o to, żeby przestać interesować się dzieckiem. Ważne jest, by dać mu przestrzeń dla własnego rozwoju, rozmawiając, a nie nakazując; wspierając, a nie ingerując. Obserwując destrukcyjny wpływ kolegi na dziecko, zamiast mówić „nie wolno ci się z nim/ nią bawić” warto zapytać „jak się czujesz bawiąc

się razem?”, „czy jesteś pewien, że uzyskasz od niego pomoc w trudnej sytuacji?”. Dzieci mają prawo do własnych uczuć, do tworzenia własnych przekonań. Pozwólmy im popełniać błędy, wyciągać z nich konsekwencje, pamiętając, że samotne dzieciństwo ma gorszy wpływ na rozwój naszych dzieci, niż kontakt z nieakceptowanym przez nas kolegą. ■

Marta Szydłowska-Pierzak – psycholożka, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna. Założycielka Centrum Psychoterapii i Rozwoju Osobistego EMPATIA, pracuje z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Terapeutka w programach naukowych TRAKT na UW, prowadzi terapię traumy PTSD dla ofiar wypadków komunikacyjnych oraz E-COMPARED na Uniwersytecie SWPS, pracuje z osobami cierpiącymi na depresję. Członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej.


Artykuł partnerski

58

Dla poprawy wyglądu i samopoczucia * Dr n. med. Andrzej Kustra jest lekarzem, chirurgiem-flebologiem, lekarzem medycyny estetycznej. Specjalizację I stopnia uzyskał z chirurgii ogólnej. Absolwent Podyplomowej Szkoły Medycyny Estetycznej w Warszawie. Ukończył kursy specjalistyczne w kraju i za granicą z zakresu technik medycyny estetycznej i flebologii. Od blisko 10 lat prowadzi w Kielcach prywatną klinikę medyczną „Re vitae” Centrum Medycyny Estetycznej i Chirurgii Plastycznej.

Wakacje to czas urlopów i dobry moment, by pomyśleć o zabiegach z zakresu chirurgii plastycznej. A te są coraz bardziej popularne. Rynek operacji w Polsce rośnie wraz ze wzrostem świadomości i zasobności portfeli potencjalnych pacjentów. Temat, który ma najwięcej odsłon w internetowych przeglądarkach, to plastyka piersi. Czy pacjentki często korzystają z tego rodzaju zabiegu? Dr n. med. Andrzej Kustra*: Jeszcze kilkanaście lat temu chirurgia plastyczna była trudno dostępna, trzeba było jeździć do dużych miast, finansowo także był to temat dla wielu nieosiągalny. W tej chwili pacjentka w Kielcach może na miejscu skorzystać z większości zabiegów z zakresu chirurgii plastycznej. I rzeczywiście najczęściej panie zgłaszają się do „Re vitae” z zamiarem powiększenia piersi. Jest to zabieg bezpieczny, przeprowadzany w znieczuleniu ogólnym. Wykorzystywane materiały są coraz lepszej jakości. Dziś implanty można nosić przez wiele lat. Zabieg trwa około dwóch godzin, a pacjentka tego samego dnia wychodzi do domu. Decydując się na plastykę piersi warto zwrócić uwagę na warunki oferowane przez klinikę. W „Re vitae” współpracujemy z anestezjologami, wysokiej klasy chirurgami, mamy też blok operacyjny. Kobiety często skarżą się na kształt uszu czy nosa. Decydują się na operację? Coraz częściej i, co ważne, nie chodzi tu tylko o kwestie stricte estetyczne, ale o poprawę jakości L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

życia. Dla wielu pewne mankamenty naszego ciała są dużym obciążeniem psychicznym. Leczyliśmy pacjentkę, która w wieku 60 lat zdecydowała się na operację uszu. Gdy po zabiegu zobaczyła się w lustrze, rozpłakała się i po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat obcięła włosy na krótko. Dla wielu pacjentów wygląd uszu czy nosa to ogromny problem, z którym zmagają się przez wiele lat. To też zagrożenie. Krzywa przegroda nosowa może być przyczyną częstych infekcji, nawracającego zapalenia oskrzeli, zapalenia płuc, a po latach niedotlenienia całego organizmu. Plastyka uszu jest zabiegiem prowadzonym w znieczuleniu miejscowym. Operacja nosa wymaga już głębokiego znieczulenia, bo jest to bolesny zabieg, często związany ze zmianą kształtu kości nosa. Jeśli chodzi o twarz, to rzadko mówi się też o plastyce powiek. Chcąc się odmłodzić możemy stosować wypełniacze, botoks, ale jeśli oczy będą wyglądały staro i nie będą pasowały do reszty twarzy, to na nic nasze wysiłki. Nadmiar skóry na górnych powiekach czy worki tłuszczowe pod oczami są operacyjne, a rezultaty więcej niż zadowalające. Kolejne newralgiczne miejsce to brzuch. Często plastyka tej części ciała jest jedyną alternatywą. Tak się dzieje w przypadku kobiet, które mają problem z wiotkością skóry, szczególnie po dużych ciążach. Zmiany hormonalne i mechaniczne rozciągnięcie skóry u osób, które mają słabsze geny sprawia, że skóra nie wraca do poprzednie-

go wyglądu i zabieg staje się koniecznością. Dodatkowo zdarza się, że dochodzi do rozejścia się mięśni prostych brzucha, czego nie da się zniwelować ćwiczeniami, wręcz przeciwnie, dochodzi do pogorszenia stanu. W przypadku nadmiaru tkanki tłuszczowej na brzuchu stosujemy liposukcję. Jednorazowo możemy pozbawić pacjenta kilku litrów tłuszczu, czego nie osiągniemy żadną inną metodą. Liposukcja nutacyjna dodatkowo ładnie obkurcza skórę. Zabieg liposukcji pozwala odessać tłuszcz nie tylko z brzucha, ale też z okolic lędźwiowych, bryczesów, kolan, ud. Chirurgia plastyczna pozwala się też dziś rozprawić się z żylakami. Operujemy je w sposób, który nie pozostawia blizn, jak po klasycznej operacji. Żyły zamykamy laserowo. W moim przekonaniu operacja żylaków to dziś kwestia nie chirurgii, ale właśnie chirurgii plastycznej. Co trzeci pacjent na świecie ma problem z żyłami. To mogą być żylaki, ale też popękane naczynka czy pajączki. Uczulam szczególnie na te ostatnie, które są pierwszym stadium choroby żylnej. Warto zrobić USG i sprawdzić, czy nie rozwiną nam się z tego żylaki. Czy stać nas na to wszystko? Finansowo chirurgia plastyczna nie jest już poza zasięgiem. Kliniki – „Re vitae” także – mają też systemy ratalne, dzięki którym pacjenci mogą rozłożyć płatność w czasie. Dziękujemy za rozmowę.


Mateusz Jachlewski

Trenuj z mistrzem! Tym razem zabiorę Was do świata planków, czyli popularnych desek. To ćwiczenie dobre na wiele partii mięśni – szczególnie zaś na plecy i brzuch. Podrzucam Wam kilka przykładów na to, jak urozmaicić klasyczną deskę. Potrzebne będą: duża gumowa piłka oraz piłka lekarska lub niewysokie krzesełko.

1

Plank na dużej piłce Oprzyj się łokciami na piłce. Złap równowagę, a następnie przyjmij pozycję jak do klasycznej deski. Pamiętaj o odpowiednim ułożeniu miednicy. Następnie wykonaj krążenia łokciami, nadal trzymając pozycję. Pracę wykonują jedynie ręce. Ilość powtórzeń: 10 na jedną stronę

2

Plank na dużej piłce z przyciąganiem Utrzymaj pozycję z ćwiczenia 1. Teraz pracować będą nogi. Przyciągnij kolano do łokcia – pozycja pleców się nie zmienia! Prawe kolano wędruje do prawej ręki. Ilość powtórzeń: 10 na nogę

4 L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

3

Plank ze scyzorykiem Ćwiczenie rozpoczynamy od klasycznej deski, jednak pracujemy dodatkowo rękami oraz nogami. Odrywamy dłoń od podłoża, przyciągamy ją pod pachę ręki, na której utrzymujemy ciężar ciała. Następnie zmieniamy pozycję na plank boczny i podciągamy nogę do wyciągniętej przed siebie ręki – czyli wykonujemy scyzoryk ręka-noga, ale bokiem. Ilość powtórzeń: 10 na stronę

Plank z podwyższeniem na nogi Przyjmij pozycję do deski, jednak nogi ułóż na piłce lekarskiej lub niskim krześle. Podciągamy kolana do łokcia. Lewa noga do lewej ręki, prawa do prawej. Ilość powtórzeń: 10 na stronę

Zdjęcia Patryk Ptak

60

Wykonajcie trzy takie serie, a plank zapamiętacie na dłużej!


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

61

Nasz organizm też zasłużył na wakacje DS: I unikajmy kuszących nas na każdym rogu budek z jedzeniem: lodami, goframi, fast foodami. Nie chodzi o całkowitą rezygnację, ale o umiar. Czy sami damy radę zbilansować dietę? KN: Wystarczy trzymać się prostej zasady: naszym dietetykiem jest po prostu przyroda. Latem, gdy wszystko kwitnie i owocuje, właśnie owoców i warzyw powinniśmy jeść najwięcej. Do tej zieleniny spokojnie możemy dołożyć tłustą rybę, coś z grilla, jajka. DS: Jest coraz więcej przepisów na dania, które możemy sobie przygotować ze świeżych produktów. I to wcale nie musi być czasochłonne. Można zjeść jedną potrawę kilka razy w ciągu dnia, pod warunkiem, że będzie wartościowa.

Sezon urlopowy warto wykorzystać nie tylko na odpoczynek od pracy, ale też na regenerację całego organizmu. Przemęczenie powoduje bóle głowy, brzucha, problemy ze snem, cerą… I nie łudźmy się, że nas to nie dotyczy. Po intensywnym roku pracy nasz organizm z pewnością ma dość. Co sprawia, że jesteśmy przemęczeni? Daria Sych, specjalista dietetyk w Centrum Medycyny Żywienia dr Katarzyny Nowak: Stres; źle dobrana dieta, składająca się z wielu wysoko przetworzonych produktów; używki: alkohol, papierosy, nadmiar kawy; brak snu. Jakie sygnały wysyła nam zmęczony organizm? DS: Istnieje wiele objawów osłabienia, tylko my niekoniecznie wiążemy je ze zmęczeniem. To mogą być bóle głowy, brzucha, zaparcia, wzdęcia, biegunki, nudności, wymioty. Również problemy ze snem, z cerą, włosami, paznokciami. dr Katarzyna Nowak, dyrektor ds. medycznych w Centrum Medycznym Omega: Tak dziś pędzimy, że nawet nie zauważamy, jak bardzo jesteśmy zmęczeni. Przy takim nakręceniu mamy podwyższo-

ny poziom kortyzolu. Gdy zapas hormonów stresowych się kończy, czujemy wyczerpanie. A do tego nie można dopuścić. I stąd wakacje dla organizmu. Co to oznacza i jakie działania możemy podjąć? KN: Na początek dobrze jest zrobić przegląd stanu naszego zdrowia, zbadać podstawowe parametry: morfologię, mocz, poziom cukru, cholesterolu. Często proponujemy też pacjentom zbadanie składu ciała: zawartość tkanki tłuszczowej i jej rozmieszczenie, tkanki mięśniowej, wody. Dobrze jest też sprawdzić nietolerancje pokarmowe i przyjrzeć się naszym zwyczajom życiowym i żywieniowym. Dopiero wtedy dobieramy dietę: bez alergenów i tych produktów, które wywołują u nas stany zapalne. To najlepszy odpoczynek dla całego organizmu, wzmacniamy też naszą odporność. Co w takim razie powinniśmy jeść? KN: Spróbujmy jeść więcej tego, czego nam brakuje na co dzień. Zazwyczaj są to: warzywa, zielenina, sezonowe owoce. Jeżeli jest możliwość, kupujmy produkty od rolnika, nie na straganie czy w markecie.

A co z napojami? DS: Nasz organizm dopomina się wody, a my często podlewamy go słodzonymi napojami. Każda roślinka by od tego uschła, więc i nam to nie służy. Druga rzecz to alkohol. Lepiej sięgnąć po ten dobrej jakości. Im czystszy, mniej przetworzony, tym lepiej. Mało procentowe wino, rozcieńczone z wodą i spożywane podczas posiłków może nawet działać prozdrowotnie. Lato, to też dobry czas na ruch i przebywanie na słońcu. KN: To czas gromadzenia witaminy D, którą pozyskujemy nie tylko jedząc określone produkty, ale też wystawiając skórę na słońce. Dziś, stosując filtry, blokujemy sobie dostęp witaminy D. Nie smarujmy całej skóry blokerami. Lepiej wystawić się na słońce na 20 minut, a później założyć koszulkę i odkryte miejsce posmarować naturalnymi kremami, opartymi np. na maśle kakaowym.

Partnerem artykułu jest: Centrum Medycyny Żywienia Galeria Echo w Kielcach (poziom 2+) ul. Świętokrzyska 20, tel. (41) 366 31 21 kom. 882 013 880, 602 619 161 www.cmz-kielce.pl


Turystyka

rozmawiał Jacek Korczyński zdjęcia Tomasz Dziewięcki, Ryszard Harasimowicz, Michał Matynia

Wyprawa do miasta śmierci

62

W postapokaliptycznej scenerii miastawidmo można poczuć się jak bohater znanego filmowego horroru „Jestem legendą”. Dookoła straszą puste oczodoły okien budynków znikających wśród bujnej zieleni, która zajmuje tereny zamieszkałe niegdyś przez tysiące ludzi. Rdzewiejące sprzęty, porzucone przedmioty, plac zabaw, na którym od dawna nie bawią się dzieci… Tylko pływające w rzece ogromne sumy, dokarmiane przez turystów, mają się całkiem nieźle. O swych wrażeniach z motocyklowej wyprawy do Czarnobyla i Prypeci opowiada kielczanin Ryszard Harasimowicz. L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

63

żeń, ale tacy delikwenci są zatrzymywani przez policję i karani wysokimi grzywnami. Kontrola jest tam naprawdę ścisła. Miejsca, w których liczniki zaczynają zbyt mocno trzeszczeć, najlepiej omijać z daleka. Poza samą bezpośrednią strefą awarii, za najsilniej napromieniowany teren uchodzi tak zwany Czerwony Las, do którego oczywiście lepiej nie wchodzić. Przewodnik pokazał nam w Czarnobylu – oczywiście z bezpiecznej odległości – najbardziej skażony obiekt: łyżkę koparki, która pracowała tuż po katastrofie na pierwszej linii i została tam porzucona.

Na Ukrainę wyruszyliście całą grupą. Czarnobylska „strefa wykluczenia”, obejmująca tereny bezpośrednio dotknięte katastrofą elektrowni atomowej sprzed ponad 30 lat, była tylko jednym z etapów podróży. Wyjazd organizowało kieleckie stowarzyszenie Salutem, jako motocykliści dołączyliśmy do nich. Jechaliśmy z Kielc do Sławutycza i z powrotem, to jakieś 900 kilometrów w każdą stronę. Mnóstwo wrażeń, a leżące na naszej trasie miejsca po atomowym kataklizmie chcieliśmy koniecznie zobaczyć. Czarnobyl i okolica robią piorunujące wrażenie, na każdym kroku widać ogrom tragedii, jaka spotkała mieszkańców. Turyści pojawiają się tam jednak często. Wycieczki oczywiście są odpowiednio zorganizowane, z przewodnikami, po dokładnie wytyczonych szlakach i z zachowaniem należytych warunków bezpieczeństwa. Środowisko jest nadal skażone, ale poruszaliśmy się tylko po wskazanych miejscach i przez ściśle określony czas. Zdarzają się przypadki nielegalnych dzikich wycieczek, na które wybierają się ludzie żądni mocnych wra-

Które miejsca robią na przyjezdnych największe wrażenie? Na pewno jest to słynny sarkofag, którym zostały nakryte szczątki zniszczonego reaktora. Dla mnie przeżyciem był widok Prypeci, miasta położonego kilka kilometrów od elektrowni. Przed katastrofą mieszkało tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy musieli w pośpiechu opuścić swe domy. Dziś wymarłe miasto robi ogromne wrażenie. Czas zatrzymał się tam w miejscu. Oglądaliśmy plac zabaw ze znanym z wielu fotografii diabelskim młynem, porzucone rdzewiejące pojazdy. Wstrząsająca jest panorama widoczna z dachu kilkunastopiętrowego wieżowca, nazywanego fudżijamą. Przyroda, która już przez 30 lat zarasta zurbanizowane niegdyś tereny. Jest pełno zieleni, a drzewa sięgają kilku kondygnacji. Ale nie tylko czas zrobił swoje. Strefa była regularnie rozkradana przez szabrowników, którzy zabrali to, co było dla nich przydatne lub co mogli sprzedać. Totalne szaleństwo, bo każda wyniesiona stamtąd rzecz stanowiła przecież śmiertelne zagrożenie. Dziś szabrowników praktycznie już nie ma, bo wszystko, co było do rozkradzenia, dawno już zniknęło. Wiele domów jest w strasznym stanie. Widok wnętrz budynków w Prypeci jest szokiem – oczywiście oglądaliśmy tylko te, do których pozwolono nam wejść. Szkoła z resztkami ławek i poniewierających się uczniowskich przyborów, ośrodek sportu i zdewastowany basen. Ciekawostką są malowidła na ścianach budynków, po tylu latach nadal zachowujące żywe kolory. Wytłumaczono nam, że użyta tam farba nabrała swoistych właściwości


Turystyka 64 na skutek silnego promieniowania. Przeżyciem jest widok sal szpitalnych w miejscowej lecznicy. Niektóre z nich nie zostały splądrowane i wyglądają tak, jakby niedawno opuścili je pacjenci. O upływie czasu świadczy zmurszała pościel, rozpadające się łóżka czy buteleczki z resztkami lekarstw. Swoistym dowodem tragicznych wydarzeń jest długa aleja z tabliczkami z nazwami wiosek, które po czarnobylskiej katastrofie zniknęły z powierzchni ziemi. Pokazano nam także zdalnie sterowane maszyny wykorzystywane do sprzątania terenu. Nazwano je biorobotami, bo w tak silnie skażonym środowisku elektronika siadała i operatorem takiego urządzenia musiał być człowiek. Jednak na terenie strefy mieszkają dziś ludzie… Ponad 150 osób w strefie zwanej Czarnobyl 2, czyli okolicy mniej zagrożonej promieniowaniem. Wrócili do swych domów, mają tam swój sklep, próbują normalnie żyć. Po katastrofie, kilkadziesiąt kilometrów od Czarnobyla, zbudowano miasto Sławutycz, gdzie zamieszkali wysiedleni ludzie, a także pracownicy naukowi i robotnicy zatrudnieni przy porządkowaniu miejsca kataklizmu, m.in. budowie silosów na odpady radioaktywne. Przyroda się odradza, pojawia się tam ponoć coraz więcej dzikich zwierząt. Słyszałem, że atrakcją są potężne sumy w rzece Prypeć. Zwierzyna wróciła. Widziałem zające i sarny, a nawet łosia. Przewodnicy mówili także o wizytach wilków oraz niedźwiedzi. Co do sumów w Prypeci – to naprawdę potężne ryby, niektóre mają 2,5 metra długości. Nie są to oczywiście żadne popromienne mutanty, jak niektórzy żartują, ale zwyczajne sumy od kilkudziesięciu lat spokojnie żyjące i rozmnażające się w środowisku, w które człowiek nie ingerował. Teraz są chętnie dokarmiane przez turystów, a widok takich olbrzymów robi niezłe wrażenie. Mnóstwo kilometrów przejechanych na motocyklowym siodełku. Jak oceniasz trudy tej ekspedycji? Dla mnie była to wyprawa niemal ekstremalna. Połowa maja, ale tam gdzie byliśmy temperatura wieczorami spadała poniżej zera. Szron na motocyklowych kaskach, stan dróg pozostawiający sporo do życzenia… Byłem najstarszy z liczącej siedem osób motocyklowej ekipy. Cieszę się, że na tak długiej trasie zarówno ja, jak i mój harley spisaliśmy się na medal. Dziękuję za rozmowę. ■ L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


Artykuł partnerski

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

65

Świeża rybka ze Stawów

Niespełna 15 kilometrów od Jędrzejowa we wsi Stawy, która już w XVI wieku słynęła z licznych łowisk, na 40 hektarach rozciąga się Gospodarstwo Rybackie „Stawy”. Miejsce, w którym spróbujemy wyjątkowo smacznych ryb i miło spędzimy czas na łonie natury. Położone w Dolinie Nidy w sąsiedztwie rzeki i jej dopływu Malinówki, z nieustannie bijącymi źródłami, Stawy mają doskonałe warunki do hodowli ryb. W należących do gospodarstwa 22 łowiskach pływają m.in. karp królewski, sandacz, pstrąg, sum, amur, tołpyga czy szczupak. Wszystkie są podstawą oryginalnych dań serwowanych w restauracji, m.in. pasty z wędzonego jesiotra czy pasztetu z karpia. Specjalnością tutejszej kuchni są także ryby wędzone metodą tradycyjną. – Tworząc menu, korzystamy wyłącznie z produktów naturalnych i lokalnych. Kapitan kuchni wyrusza w coraz to nowe rejsy w poszukiwaniu smaków. Jesiotr z suszonymi pomidorami ze szpinakiem w sosie śmietanowym, faworki z karpia czy filet z karpia, to kierunki, które – choć niedawno odkryte – podbiły już gusta największych miłośników ryb – przyznaje Piotr Suchoń, który gospodarstwo prowadzi wspólnie z bratem Marcinem i ojcem Mieczysławem. Próżno w Stawach szukać wyrobów wielkich czy zagranicznych koncernów. – W ofercie mamy

wody, oranżady czy piwa wyłącznie regionalnych producentów. Goście mogą także spróbować wyrabianych na miejscu i oryginalnych w smaku lemoniad z bazylii, porzeczek czy truskawek. Dania wzbogacamy też o warzywa i zioła z domowego ogródka – zdradza Marcin Suchoń. – Również ryby z naszych łowisk mają wyjątkowy smak. Tajemnica tkwi w naturalnych zbożach, którymi je dokarmiamy – dodaje Mieczysław Suchoń. Stawy to raj dla wędkarzy. Na łowisku sportowym, na którym panuje zasada „złap i wypuść” można złowić karpia ważącego nawet do 20 kg czy 15-kilogramowe jesiotry i amury. Satysfakcja ze złapania 1,5-metrowego okazu gwarantowana! Nie trze-

ba też zabierać ze sobą sprzętu, wszystko, łącznie z łódkami, wypożyczymy na miejscu. Stawy to także idealne miejsce na wypoczynek rodzinny. Na tych, którzy interesują się przyrodą, czekają biegnące wzdłuż stawów dwie ścieżki edukacyjne: „Ptaki”, na której można spotkać kormorany, czaple i bieliki, oraz „Ryby” z informacjami o rzadkich gatunkach, a także specjalne trasy edukacyjne dla szkół, na których właściciele Stawów zaszczepiają w dzieciach miłość do natury i uczą postaw proekologicznych. Właściciele gospodarstwa mają też kury, króliki, owce kameruńskie, kucyka o wdzięcznym imieniu „Minister”, psy i koty. Warto do Stawów zaglądać częściej, by trafić na zawody wędkarskie, wziąć udział w warsztatach edukacyjnych i laboratoriach doświadczalnych oraz spotkać się z dietetykiem. W Stawach można też spędzić miłe popołudnie czy weekend. A na tych, którzy nie zechcą zbyt szybko opuścić gospodarstwa, czekają komfortowe pokoje z łazienkami, dostosowane także do potrzeb osób niepełnosprawnych. Gospodarstwo Rybackie „Stawy” to miejsce, gdzie czas działa na Twoją korzyść.

Partnerem artykułu jest: Gospodarstwo Rybackie „Stawy” Stawy 2A, 28-313 Imielno stawy2a@gmail.com Marcin Suchoń – tel. 512 356 536 www.stawyrybne.com.pl


Turystyka 66

Kierunek Bratysława tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

Gdzie znaleźć rzymskie ruiny, klimatyczną starówkę, ciekawe muzea i majestatyczne rzeki, nie ruszając się zbyt daleko poza granice Polski? Rzymskie ruiny? To pewnie we Włoszech czy Chorwacji. Klimatyczna starówka? Może Austria albo Szwajcaria. Majestatyczne rzeki? Pewnie Ren... Zimno. Wystarczy wyruszyć do Bratysławy i w jej najbliższe okolice. Jesteście Państwo zaskoczeni? I dobrze! Wszak w podróżowaniu o zaskoczenia – te przyjemne – chodzi.


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

67 Punkt startowy: Kielce. Punkt docelowy: Bratysława. W Polsce droga prowadzi przez Katowice, Tychy i Cieszyn. Później zahaczymy o kawałeczek Czech. Następnie autostradą przez słowackie miasteczka – Żylinę, Trenczyn i Trnawę – prujemy już prosto do stolicy. W sumie nieco ponad 500 kilometrów. Przy dobrych wiatrach zrobimy je w 6,5 godziny. Druga z opcji samochodowych to przejazd polską A1 do granicy z Czechami, a autostradami naszych sąsiadów do granicy ze Słowacją, skąd do celu pozostaje jeszcze tylko niecałe 70 kilometrów. Oszczędzamy pół godziny. Pamiętać jednak trzeba, że i w Czechach, i na Słowacji przejazd autostradami jest płatny. Inna możliwość – pociąg. Kto może, powinien zabrać wtedy rower. Przyda się do wycieczek po okolicy. Rzut oka na mapę. Dziś Bratysława doklejona jest do granic z Austrią oraz Węgrami. Na pół dzieli ją majestatyczny Dunaj, który ma już „za sobą” Niemcy i Austrię, a przed sobą – zanim dotrze do morza Czarnego – jeszcze Węgry, Serbię oraz Rumunię. Tuż przed Bratysławą wpada do niego Morava. Niebieska plama na południe od Bratysławy (już po stronie Austrii) to Jezioro Nezyderskie. I właśnie po tym regionie będziemy dziś się przemieszczać. Trochę po Słowacji, trochę po Austrii, trochę po Węgrzech... Granicami nikt bowiem nie zaprząta sobie tu głowy.

Stare miasto na początek Na pierwszy rzut oka Bratysława może wydawać się nijaka. Minąwszy rogatki stolicy, tradycyjnie powitają nas budynki charakterystyczne dla całego dawnego bloku państw budujących socjalizm. Ale wystarczy, że na horyzoncie pojawi się zamek – z racji kształtu z czterema narożnymi wieżyczkami nazywany niekiedy odwróconym stołem – oraz wieża katedry św. Marcina, a Bratysława zacznie nas zachęcać do bliższego poznania. Starówka to plątanina wąskich, zabudowanych kamienicami uliczek. W jej sercu leży Główny Rynek z figurą rycerza Rolanda oraz dominującą nad nim bryłą ratusza (Stará radnica). Jego początki sięgają jeszcze XV stulecia. W kolejnych wiekach budowla była przebudowywana i rozbudowywana proporcjonalnie do rosnących potrzeb włodarzy i rajców. Dziś wnętrza zajmuje Muzeum Dziejów Miasta. Tuż obok stoi kościół jezuitów. Znacznie ciekawszy – i starszy – jest jednak ten wzniesiony kawałek dalej przez franciszkanów. Datowany jest na XIII wiek. Średniowieczny rodowód ma też brama Michalska zamykająca od północy starówkę. Dziś jest wspo-


Turystyka 68 wiek. Oczywiście w kolejnych stuleciach był rozbudowywany, a nowe elementy nakładały się na wcześniejsze umocnienia. Dziś zobaczyć można tu więc zarówno inspiracje gotyckie, jak i renesansowe. Bo – jak na rezydencję królów węgierskich przystało – musiał się godnie prezentować. Obecny kształt to efekt powojennej odbudowy oraz prac z ostatniego okresu, które mają przywrócić zamkowi należny blask. I tylko

mnieniem fortyfikacji, jakie otaczały Bratysławę. Pamiętać trzeba także o katedrze św. Marcina. To jeszcze jedna średniowieczna budowla – zbudowana w duchu gotyku – z interesującymi ołtarzami, rzeźbami oraz witrażami. Wieża zakończona węgierską koroną przypomina, że to właśnie w Bratysławie między 1563 a 1830 rokiem koronowano jedenastu królów i osiem królowych Węgier. Podczas spacerów po starówce co krok będziemy natykać się na kolejne pałace: Esterhazych, Pallfy’ego, Kutscherfeldów, Zichy’ego... A także zabawne rzeźby uliczne. Raz będzie to żołnierz napoleoński, raz wychylający się zza rogu paparazzi. Najsłynniejszy jest jednak Čumil – wyglądający z jednej ze studzienek kanalizacyjnych. Jego świecąca czapka pokazuje, że niejeden turysta potarł ją na szczęście.

Na jednym zamku się nie kończy Niestety, socjalistyczni budowniczowie właśnie przez starówkę postanowili poprowadzić trasę łączącą dwa brzegi Dunaju. I dziś, by dostać się na zamek, musimy pokonać szeroką arterię przechodzącą w most SNP (Słowackiego Powstania Narodowego, zrywu z 1944 roku skierowanego przeciw III Rzeszy). Trzeba jednak uczciwie przyznać, że sam most zwieńczony futurystycznym UFO to dziś jedna z ikon stolicy. Wąskie uliczki za trasą pną się ku górze, wprost na bratysławski zamek (Bratislavský hrad). Miejsce to doceniono już w neolicie. Później swoje umocnienia budowali tu Celtowie i Rzymianie. Gród bratysławski datowany jest na X L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

69 dziwnie wygląda Świętopełk, który dziś – ze swego konnego pomnika – spogląda na położone za Dunajem blokowisko Petržalka... W granicach Bratysławy leży też drugi zamek. W miejscu, gdzie do Dunaju wpada Morava, znajduje się Devin. Dziś to romantyczne ruiny, niezwykle malownicze i fotogeniczne. Okolice zamku to wymarzone miejsce na wędrówki piesze i rowerowe. Piechurzy powinni się wybrać na Devinską Kobylę. A miłośnicy dwóch kółek mogą obejrzeć leżący tuż za granicą austriacką barokowy pałac Schloßhof. W czasach komunizmu – z racji bliskości granicy – zamek Devin był terenem niedostępnym. Mimo tego nie brakło osób, które próbowały uciekać za żelazną kurtynę. Dlatego dziś u jego podnóża znajduje się symboliczna Brama Wolności. Reliktów żelaznej kurtyny poszukać można na granicy węgiersko-austriackiej pod Sopronem. Odtworzono tu częściowo zasieki i wieżyczki graniczne. Ustawiono też pomnik, przedstawiający obywateli dawnego bloku wschodniego, spoglądających z nadzieją na Zachód. Dziś – na szczęście – podróżując między REKLAMA

Słowacją, Austrią i Węgrami nikt nawet nie zapyta nas o paszport...

Gdzie Rzym? Gdzie Bratysława? Jeszcze jedną ciekawostką okolic Bratysławy są ruiny. Pozostałości przypominające o rzymskiej prowincji Panonia, można znaleźć w Rusovcach – dziś jednej z południowych dzielnic stolicy. W muzeum Antická Gerulata prezentowane są odsłonięte przez archeologów ślady obozu założonego na granicy Imperium Rzymskiego. Między współczesnymi domami obejrzeć można fundamenty budowli, a w muzeum przedmioty znalezione w trakcie badań. Znacznie większe wrażenie robią jednak inne ruiny, położone już po stronie austriackiej. W naddunajskich miejscowościach Petronell-Carnuntum oraz Bad Deutsch-Altenburg odkryto ruiny kompleksu, na który składają się miasto cywilne oraz wojskowe. Jak wyglądały w czasach świetności, można zobaczyć na makiecie. Ale nie tylko. Austriacy postanowili część budowli... zrekonstruować. Wszystko jednak z poszanowaniem antycznych technik. Zwiedzając Carnuntum możemy więc

np. zajrzeć do łaźni, gdzie nie tylko ustawiono wzorowane na rzymskich leżanki czy szafki na obuwie, ale też zrekonstruowano freski, a nawet pokazano na czym polegała różnica temperatur w poszczególnych częściach kompleksu. Możemy więc poczuć się jak Rzymianie zażywający kąpieli w caldarium czy laconicum. W sklepikach zlokalizowanych po sąsiedzku unosi się woń wędzonych ryb, czosnku i ziół. Obok jest też latryna – gdzie każdy może przysiąść na zrekonstruowanym „tronie”. I – co ważne – nie wygląda to wszystko jak antyczny Disneyland. Jeśli do kompletu dorzucimy jeszcze ruiny amfiteatrów oraz bramy Heidentor, a także nowoczesne muzeum, gdzie zebrano m.in. fragmenty antycznych rzeźb, to okaże się, że w starożytnym klimacie możemy spędzić cały dzień. Wieczorem zaś możemy zjechać nad Jezioro Nezyderskie – porastający trzcinami zbiornik na granicy Austrii i Węgier będący siedliskiem ptactwa wodnego. I bocianów – te ostatnie szczególnie upodobały sobie miasteczko Rust na zachodnim brzegu jeziora. Są dosłownie wszędzie. A podobno boćki to jeden z symboli Polski... ■


3 sektor 70

Spaceruj z Nami Dyminiakami tekst Aneta Zychma zdjęcie Mateusz Wolski

Wolontariat brzmi dumnie, wyjątkowo. W końcu to bezinteresowna, bezpłatna, świadoma i dobrowolna pomoc. Coś, co robi się nadprogramowo, nie oczekując nic w zamian. Czy spacer może być formą wolontariatu? Owszem, wystarczy wybrać się do Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Dyminach.

L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

71

Miejsce złamanych serc

Psi i koci sierociniec. Przytulisko dla niechcianych, wyrzucanych, bestialsko bitych, zaniedbywanych, cierpiących z powodu ludzkiej obojętności, znieczulicy i braku rozsądku. Ofiar niekontrolowanego rozmnażania zwierząt, braku opieki weterynaryjnej, trzymania na łańcuchu bez dostępu do wody, mody na rasowe zwierzęta i pseudohodowli. Można tak wyliczać bez końca. Mimo wielu kampanii społecznych, nawołujących do empatii, tłumaczących, że zwierzę czuje ból, strach i głód (co jest dość oczywiste, a jednak nadal trzeba o tym wielu przypominać); mimo działań, mających na celu przeciwdziałanie bezdomności zwierząt, jak: talony na sterylizację, sterylobus objazdowy, akcje w mediach społecznościowych, nadal ludzie bezmyślnie rozmnażają koty i psy, licząc na matkę naturę, która sprawę załatwi. Ingerencja człowieka w życie psów i kotów jest tak ogromna, że niestety obecnie pozostawianie ich na łaskę praw przyrody nie wchodzi w grę. Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Dyminach jest jednym z wielu takich miejsc w Polsce, do którego trafiają ofiary ludzkiej bezmyślności. Często są w stanie psychicznego i fizycznego wyczerpania. Potrzebują fachowej opieki i olbrzymiej dawki uwagi. Potrzebują człowieka, takiego przez duże „Cz”, dzięki któremu odzyskają wiarę w lepsze jutro.

Spacer, który czyni cuda

Sprawdzonym i niekwestionowanym sposobem na uszczęśliwienie psa jest zwykły spacer. I tutaj do akcji wkraczają niezastąpieni wolontariusze. Paulina Podgajna, koordynatorka wolontariatu w Dyminach, potrafi godzinami opowiadać o czworonożnych podopiecznych: jakie mają upodobania spacerowe, z kim najchętniej wychodzą, które z nich mają swoje humory, a które wolą grę w piłkę lub bieganie. „Spaceruj z Nami Dyminiakami”, tak nazywa się profil facebookowy wolontariuszy, na którym obejrzeć można zdjęcia i filmiki ze wspólnie spędzonych chwil. Niby tak niewiele, a jednak. Dzięki wolontariuszom zwierzaki mają zapewniony ruch i socjali-

zację. Mogą choć na chwilę opuścić boks i wyjść na trawę, wygrzać się w promieniach słońca i obwąchać okolicę. Mogą poczuć się choć trochę jak psy, które miały więcej szczęścia i mają dom.

Za głosem serca

Każdy z wolontariuszy ma swoją własną historię. Każdy zjawił się w Dyminach z innych powodów. Są osoby, które po prostu kochają zwierzęta i chcą im pomagać. Są też tacy, co stracili swoich szczekających lub miauczących towarzyszy, i żeby zapełnić pustkę po nich, przyszli do schroniska i nie tylko zabrali do siebie nowe zwierzę, ale też regularnie spacerują z innymi psami, któ-

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Dyminach jest jednym z wielu takich miejsc w Polsce, do którego trafiają ofiary ludzkiej bezmyślności.

re nadal nie znalazły domów. Przykładem może być pani Magdalena, która od dwóch lat, czyli od czasu śmierci swojego ukochanego psa (notabene ze schroniska), przychodzi regularnie do dyminiakowych podopiecznych i spędza z nimi jak najwięcej wolnego czasu. Są też rodzice z dziećmi i osoby starsze (pani Gabrysia ze swoją babcią – obie dzielnie spacerują z psimi ulubieńcami). Są miłośnicy kotów, którzy zjawiają się w kociarni, żeby pobawić się z mruczkami i obdarować je czułością. Często kończy się to nawiązaniem bliskiej relacji z danym zwierzęciem i ostatecznie adopcją: tyle szczęścia miała staruszka kotka imieniem Kredka, podbijając serce pani Julii (samodzielnie organizującej w szkole zbiórki darów dla zwierzaków).

Warto pomagać!

Patrząc na merdające ogony, zadowolone psie mordy i radośnie przebierające łapkami koty, nie ma wątpliwości, że to, co robią wolontariusze, ma ogromne znaczenie. Tym większe, że dzięki przebywaniu z ludźmi, zwierzęta otwierają się na świat, co znacznie zwiększa ich szansę na adopcję. Jeden spacer z podopiecznym Schroniska w Dyminach potrafi zdziałać cuda. Warto pomagać! ■


Dziewczyny z charakterem tekst Łukasz Wojtczak zdjęcia Tomasz Fąfara

Po czterech latach przerwy kieleckie piłkarki ręczne wracają do krajowej elity. Korona Handball Kielce w znakomitym stylu wygrała rozgrywki I Ligi. W efekcie do naszego miasta znów zawitają najlepsze zespoły z całej Polski.

Przypadek kieleckich szczypiornistek to prawie jak odrodzenie się Feniksa z popiołów. Coś się kończy, coś zaczyna. Ta stara prawda sprawdziła się w odniesieniu do zespołu KSS-u Kielce, który w 2013 roku, z powodu problemów finansowych, został wycofany z rozgrywek Superligi kobiet. Na szczęście to niepowodzenie przyczyniło się do powstania Korony Handball, projektu z nowymi władzami, celami, marzeniami, zespołu w całości opartego na utalentowanej kieleckiej młodzieży. Początki nie należały do najłatwiejszych. Były obawy, rodziły się pytania o przyszłość. Zmagania po zmianach szczypiornistki rozpoczęły na drugoligowych parkietach. – Nie miałyśmy większych problemów z wygraniem tych rozgrywek. Wiedziałyśmy, że mamy mocną drużynę, złożoną z młodych, ambitnych zawodniczek – wspomina Agnieszka Młynarska, kapitan zespołu.


Sport 74 Jak nie teraz, to kiedy?

Kolejne trzy sezony kielczanki spędziły na zapleczu Superligi. Jednak z każdym meczem dziewczyny zdobywały doświadczenie i czuły się coraz pewniej. – Pierwszy sezon był poznawczy. Miałyśmy ciężkie momenty, ale z czasem radziłyśmy sobie coraz lepiej. Dopiero w drugim, gdy okazało się, że zajmujemy dość wysokie miejsce, pojawiły się pierwsze rozmowy z władzami klubu, że warto jeszcze bardziej się skoncentrować i spróbować osiągnąć awans. Zabrakło nam wówczas jednej bramki. Z perspektywy czasu uważam jednak, że dobrze się stało, bo zespół nie był jeszcze wtedy w pełni gotowy na Superligę – podkreśla zawodniczka. W sezonie 2016/2017 kielczanki przystępowały do rozgrywek już z myślą o wygraniu ligi. – Minione rozgrywki wiązały się z większą presją, bo w założeniu miałyśmy walkę o powrót do elity. Zarówno my, jak i zarząd klubu, bardzo do tego dążyliśmy. Mówiliśmy sobie: jak nie teraz, to kiedy? – zdradza.

Nie będziemy Kopciuszkiem

Awans stał się faktem. – Z perspektywy czasu, wydaje mi się, jakby II Liga była wczoraj. W rzeczywistości to były cztery lata ciężkiej pracy, treningów, kontuzji, wzlotów i upadków. Zdarzały się mecze, które powinnyśmy wygrać, a było inaczej. Trzeba było się po nich szybko podnosić i walczyć dalej. Bywało też zupełnie odwrotnie – skazywane na pożarcie, potrafiłyśmy sprawiać niespodzianki – wspomina Młynarska. Sukces rodzi pytanie, czy podopieczne Tomasza Popowicza poradzą sobie w konfrontacji z najlepszymi zespołami w kraju? Zdaniem pani kapitan zespołu potrzeba cierpliwości, bo umiejętności i ambicji kielczankom na pewno nie zabraknie. – Obawy zawsze są, jak to przed nieznanym. Większość z nas nie miała okazji nigdy występować w Superlidze, kilka dziewczyn grało sporadycznie. Jednak nie ma co podchodzić do tego ze strachem. Żaden sportowiec nie może się utwierdzać w roli Kopciuszka. Zawodowiec powinien wychodzić na boisko z nastawieniem, że chce wygrać, niezależnie od klasy rywala. Naszą słabą stroną będzie mniejsze niż u przeciwniczek doświadczenie, ale każdy mecz będzie nauką i krokiem do przodu. Chcemy spokojnie zbudować stabilną drużynę, a w dalszej perspektywie walczyć o medale – zapowiada.

Łzy i emocje

Niezależnie od tego, jaki los czeka piłkarki ręczne z Kielc w kolejnym sezonie, kibice mogą być z nich dumni. Zespół to podręcznikowy przyL I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017


Nie tylko treningi

Każdy sukces sportowy wpływa na wzrost popularności danej dyscypliny. Być może na fali ostatniego sukcesu Korony Handball zwiększy się zainteresowanie młodych dziewczyn trenowaniem piłki ręcznej. Zachęcanie młodzieży do wysiłku fizycznego nie jest jednak takie łatwe. – Chętnych jest mniej niż kiedyś, ale młodzież musi wiedzieć, że piłka ręczna to nie tylko ciężkie treningi, ale również ciekawe wyjazdy na mecze, turnieje, także zagraniczne – zachęca Młynarska. – Poznajemy przy tym wielu wspaniałych ludzi. Mamy znajomych prawie w każdym zakątku Polski. Osiągnięcia sportowe wiążą się również ze stypendiami, jest więc możliwość, by od

najmłodszych lat finansować swoje zachcianki. Rozpocząć przygodę z piłką ręczną może każdy, po roku treningów już się czuje, czy to zajęcie dla nas, czy niekoniecznie – dodaje.

Pozasportowe wyzwania

Korona Handball zawsze może liczyć na wsparcie kibiców. – Grono ludzi, którzy przychodzą nas dopingować, na pewno nieco się wymieniło, ale nie zmniejszyło. To bardzo pozytywne, zwłaszcza, że grałyśmy w niższych ligach. Kibice jeżdżą z nami także na mecze wyjazdowe, choć nie ma się co oszukiwać, że w dużej mierze są to nasze rodziny i znajomi. Od tego się zaczyna i na tym buduje coś więcej – nie ma wątpliwości zawodniczka. Fani pamiętający występy KSS-u Kielce w Superlidze zastanawiają się, jak obecny klub sprosta wysokim wymogom pozasportowym. Występy wśród najlepszych obligują do skutecznej polityki władz, sporych nakładów finansowych i sprawnego marketingu. – Kwestie marketingowe – jak się wydaje – idą w dobrym kierunku od początku istnienia klubu. Kiedy KSS Kielce występował w europejskich pucharach, mało kto o tym wiedział. To nie może się powtórzyć. Co do zabezpieczenia budżetowego, skoro przed sezonem zakładamy, że naszym celem jest awans, to siłą rzeczy musimy być na niego gotowi również pod względem finansowym. Nie można dopuścić do sytuacji, że w pewnym momencie braknie pieniędzy. Takie historie przeżywał już poprzedni klub i obecny musi tego uniknąć. Przechodzenie przez to po raz kolejny mogłoby oznaczać śmierć żeńskiej piłki ręcznej w Kielcach – ostrzega Młynarska.

Pośpiech nie popłaca

W letniej przerwie rzeczą naturalną wydają się roszady kadrowe. W Kielcach do rewolucji jednak nie dojdzie, byłaby ona zresztą sprzeczna z założeniami, że Korona ma się opierać na wychowankach. – Skład zostaje, ale są też potrzebne wzmocnienia na niektórych pozycjach. Będą więc wyjątki od reguły. Mamy wprawdzie spore zaplecze w postaci juniorek, ale zbyt wczesne wprowadzanie zawodniczek do Superligi niesie za sobą ryzyko kontuzji. To jest już inna siła, mocniejszy trening, na większych obciążeniach. Mamy wiele przykładów w sporcie, że nadmierny pośpiech nie popłaca – przekonuje kapitan drużyny. Od jesieni do stolicy świętokrzyskiego będą przyjeżdżać takie zespoły jak Vistal Gdynia, Metraco Zagłębie Lubin, Kram Start Elbląg, MKS Selgros Lubin czy Pogoń Baltica Szczecin. Trzymamy kciuki! ■

REKLAMA

kład pracy z młodzieżą, która przynosi efekty. – Kobieca piłka ręczna w Kielcach zawsze słynęła ze szkolenia młodzieży, nasze zespoły zdobywały medale we wszystkich kategoriach wiekowych, dzięki temu możemy zbudować klub na lata – mówi Młynarska. Okazuje się, że trenerzy z Kielc to także wychowawcy, troszczący się o swoje podopieczne również poza halą sportową. – Kiedy dostawałyśmy gorszą ocenę w szkole lub coś przeskrobałyśmy, to czasem bardziej bałyśmy się trenerów niż rodziców. Czułyśmy respekt. Każda dziewczyna wie, że szkoła to podstawa. Trenerzy nie raz potrafili wyciągnąć nas z kłopotów w życiu prywatnym, nieodpowiedniego środowiska etc. Starali się mieć kontakt z rodzicami – zaznacza Młynarska, ubolewając jednocześnie, że podobna sytuacja nie występuje już praktycznie w żadnym innym mieście w regionie. – Piłka ręczna w Świętokrzyskiem koncentruje się głównie w Kielcach, nasze juniorki muszą grać w lidze mazowieckiej, aby mieć z kim rywalizować! Byłoby wspaniale, gdyby powstały drużyny także w innych miastach. Kiedyś było inaczej, istniały zespoły w Busku-Zdroju, Czajkowie, Pińczowie, Suchedniowie. Stamtąd wiele dziewczyn trafiało potem do nas – dodaje. Wracając do trenerów trzeba uczciwie powiedzieć, że praca z kobietami nie należy do najłatwiejszych. Szkoleniowiec musi wykazać się odpowiednim podejściem. – Jeśli trener ma do dyspozycji facetów, to w sytuacji, gdy coś jest nie tak, może nakrzyczeć, powiedzieć parę ostrzejszych słów. U kobiet jest to bardziej skomplikowane, każda reaguje inaczej, bardziej emocjonalnie. Jedna może się obrazić, druga rozpłakać, a trzecia zupełnie zablokować. Trener musi dobrze poznać charaktery poszczególnych zawodniczek. Wtedy współpraca układ się lepiej – mówi kielczanka.


Arteterapia

m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

77

osłuchajcie, jak to było. Kiedyś, zanim jeszcze zbudowali ten łuk, same schody stały. A było to ze trzy wieki temu. A więc, jak te schody tylko były, ksiądz biskup sam próbował z piwniczki balonik wina, na prawidłową celebrację nabożeństwa w katedrze, wynieść. Ciężko mu szło, bo raz, że stareńki już, lata nie te, a i balonik do najmniejszych nie należał. No i traf chciał! Czterdzieści litrów, z niewielką górką, poszło w posadzkę! O bolesnej stracie nie dowiedział się jednak nikt. Biskup słowem zaręczył, że to sam święty Marcin schody olejkiem różanym pobłogosławił, a on, by wdzięczność temu wydarzeniu odpowiednią uczynić, dwa saganki wina na mszę do Krakowa zaofiarował. – Dwa?! Jeden przecież rozbił tylko – dopytywał się ktoś uparty.

Bartosz Śmietański

Mateusz Wolski


Felieton 78

Kielce dobre na lato? Jakub Juszyński

W

iosenne, zielone łąki czy jesienne, pomarańczowe liście na bukach mają swoich fanów, ale lato… Czy Kielce są dobrym miastem na tę porę roku? Zdecydowanie tak. A oto dowody: Jeżeli jesteście fanami: A) leniuchowania to znajdziecie tu sporo miejsc, gdzie brakuje tylko leżaka i zimnego napoju. W kilkanaście minut możemy być na Stadionie, a tam lenistwu ciężko się oprzeć. B) aktywnego wypoczynku to trafiliście idealnie. Kielce jako baza wypadowa po okolicznych wzgórzach, górach i pagórkach sprawdza się idealnie. Spacery po mieście potrafią zająć kilka dni. Zarówno te miejskie, jak i aktywniejsze: na Karczówkę, Biesak czy Wietrznię. Czujecie niedosyt? Wyruszcie na spływ Czarną Nidą lub szlakiem Green Velo na wschód. C) darów lasu to jesteście w przedsionku raju. L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

Nawet nie trzeba mieć samochodu, bo autobusy zawiozą Was w miejsca, gdzie obok jagód i poziomek znajdzie rydza, maślaka czy prawdziwka. A wszystko gratis, ba!, nawet z promocyjną dawką świeżego, leśnego powietrza. D) kąpieli to znajdziecie u nas coś dla siebie. Baseny kryte prawie w każdej dzielnicy, ten przy Szczecińskiej – na świeżym powietrzu, a do tego sporo zbiorników wodnych z coraz lepszą infrastrukturą. Jeżeli lubicie kąpiele częściowe, to Lubrzanka, Bobrza czy Nida świetnie nadają się na wymoczenie nóg po trudach wędrówki. E) skamieniałości to w Kielcach i okolicy poczujecie się jak w niebie. Ramienionogi, liliowce, goniatyty czy koralowce są na wyciągnięcie ręki lub młotka. W końcu Kielce są jedynym miastem w Europie, na którego terenie odsłaniają się skały z tak wielu okresów geologicznych (od kambru do triasu).

F) osobliwości to oprócz wspomnianych już skał i pięciu rezerwatów geologicznych w granicach miasta (polecam zwłaszcza obserwację zjawisk tektonicznych w rezerwacie na Ślichowicach i wizytę na Kadzielni, ale koniecznie po zmroku), znajdziecie także i inne ciekawostki. Możecie obejrzeć jedyny w Polsce pomnik pszczoły, zobaczyć rzeźbę wykonaną z jednej bryły galeny, iść na mecz szczypiornistów Vive Tauron Kielce, zwiedzić Muzeum Zabawek i Zabawy czy policzyć „trójki” w niezwykle uporządkowanym dawnym Pałacu Biskupów Krakowskich lub stalaktyty w Jaskini Raj. Osobliwości mamy oczywiście więcej. Jedne znane, drugie trochę mniej. Pomimo wielu rzeczy, które w naszym mieście wymagają poprawy, to miejsce jako cel wakacyjnej wyprawy naprawdę warto rozważyć. A ja, bez względu na porę roku, lubię Kielce! ■


m a d e i n ś w i ę to k r z y s k i e

79

Pięciogwiazdkowy namiot Paweł Jańczyk

T

o niby tylko dwa miesiące, ale te najważniejsze 62 dni, na które czeka się przez cały rok. To czas, który Ci, co mogą, spędzają na błogim lenistwie, zwiedzaniu, odpoczynku i nieustannej zabawie. Kilka dni temu, przy okazji planowania własnego urlopu, wróciły wspomnienia i chwila refleksji… Dziś w ofertach biur podróży jest wszystko: piękne baseny, plaże, świetne hotele i znakomite jedzenie, mnóstwo atrakcji, wycieczki, aquaparki i inne cuda. Na Facebooku znajomi leżą na pięknym białym piasku, popijając drinki z palemką. Ci sami, którzy kilkanaście lat temu spędzali wakacje marzeń 15 km od Kielc. Kiedyś wymarzony wypoczynek planowało się miesiącami. „Kolosalną” odległość pokonywaliśmy na pace wypożyczonego od ojca kolegi Tarpana, a nocowaliśmy w namiotach (jeśli miał tropik to był luksus, bo o takich typu „igloo”

można było tylko pomarzyć). W czteroosobowym namiocie cztery osoby przewracały się na drugi bok równocześnie, na sygnał, bo inaczej się nie dało. Posiłki all inclusive zapewniał palnik zamontowany na butli gazowej. W menu: chińskie zupki, makaron z niczym, chleb z musztardą i kiełbasa z ogniska (od święta), ziemniaki samodzielnie wykopane na pobliskich polach oraz mleko ukradzione prosto od krowy, która przypadkowo zabłąkała się w pobliże naszego „hotelu”. Toaleta w rzece, oczywiście zimnej, podobnie jak mycie naczyń. Jeśli były tłuste, to pomagał piasek. Studnia u sołtysa dawała wodę, która była identycznego koloru jak ta w rzece, dlatego czasami nie chciało nam się do sołtysa chodzić… Ubikacja? Na drzewie, które idealnie imitowało miejsce, gdzie król chodzi piechotą. Atrakcje dodatkowe? Mnóstwo! Rzeczne spływy na materacach, niekończące się gitarowe koncer-

ty, pokojowe ataki na oddalony o kilka kilometrów obóz harcerski i rozmowy do białego rana. Próbuję sobie przypomnieć, ale chyba wtedy nie było komarów?! A wszystko to w Chojnach za Chęcinami, nad przepiękną rzeką, w cudownym lesie, gdzie – gdyby nie wizyty u sołtysa – to przez 2-3 tygodnie nie dało się spotkać kogokolwiek. Miejsce upragnionych wakacji ma oczywiście ogromne znaczenie. Pewnie, że marzyliśmy o tym, aby wyjechać nad morze lub w góry, pojechać tam pociągiem i spać w kwaterach... Niemniej jestem przekonany, że każdy z nas, a przez kilka lat przewinęło się nas kilkudziesięciu, nie zamieniłby Chojn na nic innego. Bo udane wakacje to, oprócz miejsca, także ludzie, niepowtarzalny klimat i wspomnienia, do których się wraca po latach. Aż chciałoby się tam wrócić… Może kiedyś? ■


Felieton 80

Po deszczu przychodzi tęcza Jakub Porada

– Zazdroszczę Ci, że nie bałeś się zacząć od początku. – Bałem się, ale nie miałem wyjścia. Wspominam tę rozmowę w najnowszej książce ,,Sztukmistrz w Tczewie”. Kolega z Katowic chwali mnie za to, że po chudych latach na Śląsku, osiągnąłem w stolicy sukces zawodowy i finansowy. Był bardziej utalentowany, za to mniej zdesperowany. Teraz trochę żałuje, że zabrakło mu motywacji. Od tego czasu odbyłem wiele rozmów ze znajomymi w trakcie spotkań na Śląsku, na którym spędziłem 13 lat, i w rodzinnych Kielcach, w których spędziłem ich niemal 19. Pogawędki obfitowały w komplementy na temat pracy i płacy, najczęściej kończąc się stwierdzeniem: ale ci się udało! Moment: jak to udało? Dobra pamięć działa na mnie jak satori w filozofii Zen; pozwala przywalić sobie wirtualnym kijem w łeb i rozwiać czad pochlebstw. Laury i wawrzyny pojawiły się nie dzięki układom czy szczęściu, tylko dzięki uporowi i pracy. Niemal zapomniałem, jak wysoką L I P I E C / S I E RP I E Ń 2 017

cenę musiałem zapłacić za szansę na sukces. Kiedy w 2001 r. przyjechałem do Warszawy, gotów zacząć nowe życie, nie byłem młokosem. Miałem 31 lat, a cały majątek zgromadziłem w walizce. Po wygraniu castingu na prezentera uskrzydlała mnie możliwość pracy w powstającej stacji TVN24. Rzeczą, która natomiast spędzała mi sen z powiek, był brak pieniędzy. Koszty wynajmu kawalerki i czynsz za mieszkanie w Katowicach, sprawiały, że zostawało mi 10 zł dziennie! Rozpoczęła się terapia szokowa. Postanowiłem ograniczyć koszty do minimum. Stałem się mistrzem przyrządzania podrobów; nie zawsze smakowały, lecz zawsze były tanie. Trzy razy w tygodniu memłałem żołądki drobiowe, w pozostałe dni pochłaniałem serca, obcinając nożyczkami wystające aorty przed gotowaniem. Wertowałem gazetki promocyjne. Żeby zdobyć konserwy w obniżonej cenie, jechałem na gapę aż na Wolę lub Bielany. Dużo chodziłem, potem kupiłem najtańszy rower. W miejscu dzisiejszego miasteczka Wilanów rozciągały się pola z kapustą. Szusując

między zagonami, czasami zabierałem główkę albo dwie. Marchewkę i kalarepę pozostawione przez sprzedawców zgarniałem z bazarku na Sadybie. W pracy miałem darmową kawę i Internet, kolega zaopatrzeniowiec podrzucał mi papierosy Dark, które nie schodziły w sklepach. Inny kumpel wyrobił mi kartę biblioteczną. Ten stan trwał 2 lata. Dziś mam stabilną pracę, zarabiam, podróżuję. Lubię to. A jeszcze bardziej, że udało mi się to osiągnąć w stylu amerykańskiego selfmademana. Do wszystkiego doszedłem wysiłkiem i wytrwałością. Dlaczego o tym wspominam? Bo chcę dać Wam, podobnie jak koledze ze Śląska, dowód na to, że cierpliwością i pracą ludzie się bogacą. Jeśli chcesz osiągnąć cel, bądź gotów na wyrzeczenia. Dla niego warto zaryzykować. Jeden z moich idoli, Morrissey, śpiewał, że każdy dzień jest jak niedziela. Nawet jeśli to prognoza na wyrost, spraw przynajmniej, żeby nie był jak poniedziałek. To już sukces, a za nim przyjdą kolejne. Bo po deszczu przychodzi tęcza. ■


Badania profilaktyczne fakty i mity „Nie dostałam zaproszenia, więc nie mogę się badać”, „Mam 73 lata – nie przysługuje mi darmowa mammografia”, „To strasznie boli”, „Sprzęt jest zniszczony, a lekarz i tak nie odczyta nic z tego zdjęcia” – takie i inne wypowiedzi dotyczące badań mammograficznych można usłyszeć od wielu kobiet. Czas rozprawić się z faktami i mitami dotyczącymi profilaktyki.

1. Bariera wieku Większość programów dotyczących badań mammograficznych skierowana jest do kobiet między 50 a 69 rokiem życia. Nie oznacza to jednak, że z darmowych badań nie mogą skorzystać młodsze lub starsze Panie. Kobiety przed 50-tką i po 70-tce wykonają mammografię bezpłatnie, jednak muszą najpierw dostać skierowanie od lekarza prowadzącego. Dla młodszych kobiet poleca się badanie USG.

6. Mammobusy – zły sprzęt, źli lekarze Wiele pacjentek nie decyduje się na wykonanie badań w tzw. mammobusach, skarżąc się na jakość sprzętu. Polska posiada dziś wiele nowoczesnych pojazdów, które spełniają wszelkie wymogi zarówno, jeśli chodzi o sprzęt medyczny, jak i profesjonalną załogę. Najnowsze mammografy pozwalają na wykonanie bardzo dobrej jakości zdjęć, a także ich archiwizację i porównanie z poprzednimi badaniami.

2. Mammografia powoduje nowotwory Promieniowanie X wykorzystywane do badań ma wpływ na rozwój komórek nowotworowych, jednak ilość podawana podczas mammografii jest znikoma. Badanie jest bezpieczne.

7. Rak w czasie ciąży i karmienia piersią Ciąża to błogosławiony stan, jednak nie chroni przez nowotworami. Szacuje się, że u 1 na 1000 ciężarnych diagnozuje się zmiany nowotworowe. Rak najczęściej atakuje piersi.

3. To nie wszystko Badania mammograficzne to nie jedyna profilaktyka, jaką powinny stosować kobiety. Przede wszystkim Panie muszą być świadome swojego ciała i wykonywać samobadanie piersi. Oprócz tego wskazane jest także robienie badań USG, na które skierowanie wystawia lekarz pierwszego kontaktu lub ginekolog. Warto także pamiętać o zdrowym stylu życia – ruchu i właściwym odżywianiu.

8. Bolesne badanie Badanie mammograficzne polega na ucisku piersi – to jedyny sposób, aby wykonać zdjęcie obrazujące jej strukturę. Dla większości Pań ucisk ten jest do zaakceptowania. Jeśli jednak kobieta jest wyjątkowo wrażliwa zaleca się, aby wykonać badanie podczas 4 lub 5 dnia cyklu krwawienia miesiączkowego, kiedy to piersi są mniej wrażliwe na takie bodźce.

4. Mężczyzna i rak piersi Mężczyźni również chorują na raka piersi. Choć nowotwór jest bardzo rzadko spotykany, Panowie także powinni obserwować swoje ciało, szczególnie ważne jest śledzenie zmian w okolicach sutka.

9. Nie musisz mieć zaproszenia ani skierowania Badania mammograficzne dla kobiet w wieku 50-69 są całkowicie darmowe i aby je wykonać nie potrzeba skierowania ani specjalnego zaproszenia. Wystarczy zgłosić się do przychodni lub pracowni profilaktyki badania piersi współpracującej z NFZ. Po dokonaniu rejestracji, Panie poddawane są badaniu, które trwa kilka chwil, a może uratować życie.

5. Co dwa lata Badania mammograficzne można wykonywać co dwa lata, nie oznacza jednak, że – jeśli Panie wyczują niepokojące zmiany – nie mogą robić ich częściej. To jednak wymaga skierowania. Również kobiety, u których w najbliższej rodzinie (matka, córka, siostra) stwierdzono nowotwór piersi są w grupie podwyższonego ryzyka i mogą się badać bez skierowania, w ramach tzw. skryningu co rok.

INFOLINIA 690 06 06 41 www.jestemkobieta.org

Jestem kobietą, więc idę. Mammografia.


Profile for Made in Świętokrzyskie

Made in Świętokrzyskie #6  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Made in Świętokrzyskie #6  

„Made in Świętokrzyskie” – pierwszy w regionie bezpłatny magazyn lifestylowy – to nieoczywiste miejsca, niebanalne historie i nietuzinkowe p...

Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded