Page 1

Miesięcznik Kulturalny Studentów Politechniki Warszawskiej

#56

grudzień ISSN 1732-9302 www.ipewu.pl

w num erze:

PRYW A TNA P

SŁUŻ RZYJ ACIE BA Z L DRO WIA CZY WRÓ G?


kalendarium grudzień Gaba Kulka Stodoła

Pablopavo

Myslovitz

Hard Rock Cafe 22-32zł

06.12

EastWest Rockers Proxima 27-35zł

Stodoła 45-52zł

06.12

07.12

08.12

George Dorn

Mt Eden M25 29-40zł

Dżem

Screams

Hydrozagadka

09.12

Stodoła 40-47zł

09.12

09.12 10.12

Łąki Łan Blind Guardian

Proxima 21-42zł

Crystal Viper

Stodoła 130zł

11.12

Acid Drinkers

Lao Che

Grave Digger

Hard Rock Cafe 32-45zł

12.12

13.12

Ortega Cartel

Lavoholics

Stodoła 40-47zł

The Jonesz

15.12

Ten Typ Mes Kino Wars

Palladium 42zł

17.12

16.12

Sorry Boys Kombajn D o Zbierania

Kur Po Wio skach

Hydrozagad ka 15zł (studenci fr

ee)

18.12

Hybrydy 25-30zł

18.12

Battlefield Pepsi Rock

On Fire The Car Is Cafe Hard Rock

10-15zł

27.11


Spis Treści

Wstępniak

Też zadajecie sobie czasem pytanie: Jak żyć? Pewnie bardziej w formie żartu, niż konstruktywnych rozmyślań na temat codziennej egzystencji… Bo gdzie znaleźć na takowe czas, gdy świat dookoła nas pędzi: tu kolos, tam projekt, a jeszcze zajęcia dodatkowe, spotkania ze znajomych, za dwa dni impreza itd. itd. Milion zajęć, a jak dojdzie do tego świąteczny pośpiech i ze wszystkim trzeba przed rzeczoną przerwą zdążyć, to rzeczywiście ciężko o chwilę wytchnienia. Jest w internecie (i z pewnością szybko sami znajdziecie to na youtubie) wystąpienie nieżyjącego już Steve’a Jobsa podczas uroczystości rozdania dyplomów na Uniwersytecie Stanforda. Były CEO firmy Apple opowiadał, że każdego ranka spogląda w lustro i pyta się samego siebie: „Jeżeli dziś byłby ostatni dzień mojego życia, czy chciałbym robić to, co zamierzam dziś robić?”. Oczywiście, jeśli raz odpowiemy sobie w duszy: „nie”, to nie będzie wcale znaczyło, że mamy rzucić wszystko i obrócić swoje życie o 180 stopni. Ale jeśli ta odpowiedź będzie się wciąż powtarzała, może warto byłoby coś w swoim życiu zmienić? Nie trzeba od razu np. rzucać studiów, wystarczy dodać sobie do rozkładu dnia rzecz, która będzie sprawiała, że warto z łóżka co rano wstać. W tym numerze I.PEWU staramy się przynajmniej kilka ciekawych dróg podpowiedzieć: w środku znajdziecie m.in. artykuł o tańcu, który dla wielu staje się życiową pasją, oraz inspirujący wywiad z Marcinem Rosłoniem, który łączy ze świetnym skutkiem mnóstwo ulubionych zajęć. Fani filmów odnajdą się w rankingu produkcji francuskich, a z kolei dzięki „Studentowi Na Talerzu” może ktoś z Was podłapie bakcyla gotowania? Prawda jest taka, że wszystko może naprowadzić nas na trop tego naszego życiowego spełnienia. Tylko nie przestawajmy szukać.

Maciek Pietrukiewicz

Ranking filmów francuskich strona 4 i 5 Imperia wszechczasów strona 6 i 7

Wywiad z Marcinem Rosłoniem strona 8, 9 i 10

Sonda “Jak żyć”

strona 11

Recenzja miejsc

strona 11

Przetańczyć życie

strona 12 i 13

Nie bój się międzynarodowych strona 13

Motocyklowy chillout

strona 14 i 15

Krwawa ikona popkultury strona 16

Redaktor Naczelny:  Maciej Pietrukiewicz Zastępca Redaktora Naczelnego:  Damian Drewulski Redaktorzy prowadzący nr:  Maciej Pietrukiewicz, Damian Drewulski

Redaktorzy:  Marta Sabala, Marta Patyk, Maciej Pietrukiewicz, Damian Drewulski, Joanna Motyka, Aleksandra Danilecka, Dominika Sawicka, Adam Gaafar, Jacek Kułak, Marcin Bąkowicz, Magda Sieńczuk

Dział graficzny:  Michał Tryniecki Fotografia:  Michał Cichowski, Damian Drewulski, Marta Patyk

Korekta:  Katarzyna Nowak Administrator strony www:  Michał Tryniecki Wydawca:  Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej Okładka:  Damian Drewulski

Prywatna służba zdrowia, przyjaciel czy wróg strona 17

Student na talerzu

strona 18

Polecamy w numerze: Imperia wszechczasów ranking największych państw w historii

strona

6

Druk: dbPrint Polska www.dbprint.pl Adres korespondencyjny: Centrum Ruchu Studenckiego ul. Waryńskiego 12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem „i.pewu” tel/fax: (022) 234 91 05

e-mail: redakcja@ipewu.pw.edu.pl www.ipewu.pw.edu.pl

Wywiad z Marcinem Rosłoniem strona

10


studenci

RANKING FILMÓW FRANCUSKICH JACEK KUŁAK Przeciętnemu człowiekowi Francja kojarzy się z wieżą Eiffela, Paryżem i prezydentem Sarkozym, ale również z miłością, romantyzmem i magiczną atmosferą. Francuskie filmy, choć nieco zapomniane przez współczesnych kinomaniaków, należą do ścisłej światowej czołówki głównie dzięki temu, że potrafią oddać niezwykłą specyfikę tego kraju.

10

4

Do utraty tchu [1960, reż. Jean-Luc Godard]

Przyznaję, że osobiście nie przepadam za obrazami wyreżyserowanymi przez Jeana-Luca Godarda. Nie sposób jednak nie docenić jego wkładu w rozwój światowej kinematografii. Do utraty tchu to jeden z pierwszych i najbardziej wpływowy film nurtu francuskiej nowej fali. W rolę głównego bohatera wcielił się kultowy Jean-Paul Belmondo, którego postać była inspirowana legendą kina Humphreyem Bogartem. Warto zobaczyć chociażby ze względu na nowatorskie podejście do montażu.

8

Celine i Julie odpływają [1974, reż. Jacques Rivette]

7

Wycieczka na wieś [1936, reż. Jean Renoir]

6

Playtime [1967, reż. Jacques Tati]

5

Zeszłego roku w Marienbadzie [1961, reż. Alain Resnais]

Celine i Julie wciągają widza do swojego świata i zachęcają go do wspólnej zabawy. Zabawy formą w najlepszej postaci. Oryginalne spojrzenie na film i sposób jego tworzenia. Słowem kluczem wydaje się być również wyobraźnia. Film z jednej stroni zapewnia chwilę wytchnienia i prezentuje zabawne sytuacje, z drugiej zaś zmusza do refleksji i pokazuje, że na niektóre sprawy warto spojrzeć w zupełnie inny sposób.

Jak wadę przekuć w zaletę? Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w Wycieczce na wieś. Wprawdzie z powodu deszczowej pogody Renoir ostatecznie zdecydował się porzucić ten projekt, jednak producent, pomimo braku dwóch scen, postanowił pokazać go szerszej publiczności. Na szczęście. zisiejsi odbiorcy zachwycają się tym, jak przyroda i zmieniające się warunki atmosferyczne współgrają z burzliwymi uczuciami bohaterów, choć wizja reżysera tego nie zakładała. eżeli ktoś chciałby opisać ten film w sposób bardziej poetycki, mógłby wyrazić to zdaniem: „Jest to liryczna, romantyczna wizja francuskiej wsi, przepełniona nostalgią dla straconej miłości.”

9

Napoleon [1927, reż. Abel Gance]

Wielkich mistrzów kina poznajemy między innymi po tym, że potrafią trzymać się swojej wizji pomimo przeciwności, które napotykają podczas kręcenia filmu. Abel Gance, reżyserując Napoleona, musiał radzić sobie z brakiem zrozumienia dla pomysłu stworzenia monumentalnej, choć niezwykle kosztownej opowieści o losach najsłynniejszego z francuskich wodzów. Nie chciał iść na ustępstwa, pragnął, by to co sobie zaplanował było niesamowitym przeżyciem dla widza – eksperymentował w warstwie wizualnej, wybierał innowacyjne rozwiązania. Wydarzenia zawarte w tym obrazie obejmują okres od młodości Napoleona, aż po kampanię włoską i planowo stanowić miały jedną z sześciu części. Choć pozostałe nigdy nie zostały nakręcone, Gance swoją postawą potwierdził przewijającą się w Napoleonie maksymę - „Impossible is not french.”

Czy film właściwie pozbawiony fabuły, z bardzo wątłą linią dialogową, może okazać się arcydziełem? Okazuje się, że tak, czego doskonałym przykładem jest Playtime . Siła tego obrazu nie leży w opowiadanej historii, a w odważnych, innowacyjnych scenach, które składają się na coś w rodzaju serii mini gagów. Obraz był wielkim eksperymentem i pomimo braku sukcesu komercyjnego stał się kamieniem milowym światowej kinematografii. „Nie tylko powinno się go obejrzeć kilka razy, ale i z kilku różnych miejsc w kinie”.

Zeszłego roku w Marienbadzie urzeka widza już od pierwszych scen. Zdaje się być obrazem nierealnym, osadzonym we śnie, bądź w innej rzeczywistości. Historia opowiadana przez nieznajomego (X) jednym wyda się wiarygodna, inni zaś uznają,


studenci że kierują nim wyłącznie pobudki seksualne i nie uwierzą w żadne jego słowo. W filmie widać również nawiązanie do koncepcji heglowskiej. Jest tutaj teza (spotkaliśmy się rok temu), antyteza (to niemożliwe) , po czym znowu następuje powrót do punktu wyjścia i historii opowiadanej przez mężczyznę. Przez to tworzy się koło, z którego ciężko jest się wydostać. W pewnym momencie zdaje się, że konwersacja pomiędzy kobietą i mężczyzną mogłaby trwać w nieskończoność, a i tak nie doszliby oni do jednej, wspólnej wersji. Powstała synteza prowadzi bowiem do rozpoczęcia od nowa tej samej dyskusji.

2

Reguły gry [1939, reż. Jean Renoir]

Tragikomedia jest interesująca ze względu na różne rodzaje emocji, które wywołuje. Renoir poszedł jednak o krok dalej.

Swój film nasycił taką ilością akcji, ekranowego chaosu i zwrotów sytuacji, że ciężko ogarnąć wszystkie wydarzenia, które mają tu miejsce. Tym bardziej, że zastosowano tu głębię ostrości, co pozwala widzowi śledzić to, co się dzieje, na kilku rożnych płaszczyznach. Myślą przewodnią dzieła Renoira jest stwierdzenie, że „ten, kto nie dopasuje się do reguł gry, przegrywa.” Ty przegrasz, jeśli nie obejrzysz tego filmu.

4

Filar [1962, reż. Chris Marker]

Podróże w czasie od lat zajmują umysły naukowców, ale także zwykłych ludzi. Marker tworzy wizję świata, który wpada w pułapkę manipulowania przeszłością. Film jest złożony z nieruchomych obrazów, które wspomaga głos narratora komentującego następujące po sobie wydarzenia. Odbiorca tego dzieła ma wrażenie, że zapoznaje się nie z dziełem kinematograficznym, a z niezwykle wciągającą książką. Dla fanów science-fiction oraz osób, które lubią być zaskakiwane.

3

1

Komedianci [1945, reż. Marcel Carne]

By w pełni zdać sobie sprawę jak wybitnym dziełem są Komedianci, należy wziąć pod uwagę okoliczności powstawania filmu. Okupujący Francję Niemcy sami uczestniczyli w projekcie, nie zdając sobie do końca sprawy w czym biorą udział. Współpracowali przy jego tworzeniu razem z działaczami opozycji, a także osobami narodowości żydowskiej.

Atalanta [1934, reż. Jean Vigo]

Gwarantuję, że po obejrzeniu tego filmu zostanie on w Twojej pamięci na całe życie. Jest w nim coś ciepłego, magicznego, co sprawia, że nawet po latach wspomina się go z uśmiechem na ustach. Prosta historia o miłości kobiety i mężczyzny nie jest tu najważniejsza. Hipnotyzująca atmosfera Atalanty jest tym, co wyróżnia ją z tysięcy podobnych produkcji. Obrazy dryfującej barki, zanurzania głowy w wiadrze w poszukiwaniu ukochanej, kajuty Julesa i wiele innych, to jedne z najpiękniejszych scen w historii kinematografii. Wojna i trudne okoliczności realizacyjne nie przeszkodziły Marcelowi Carne w stworzeniu prawdziwego masterpiece, którego zaletami można by obdzielić kilka innych projektów. Piękno wizualne Komediantów (z charakterystycznym uczuciem ,,snu na jawie”), niezwykła diegeza, na którą składają się oryginalne, wyraźnie zarysowane postaci, ulice pełne życia (szczególnie w scenie otwarcia i zamknięcia filmu), doskonałe odwzorowanie realiów epoki, oryginalne stroje i rekwizyty, to tylko niektóre z zalet tego obrazu. Komedianci poruszają też wiele ważnych spraw. Miłość, która jawi się tu jako siła najwyższa, ednak nieuchronnie prowadzi do destrukcji. Rodzina, która nie daje szczęścia i nie jest źródłem wsparcia. Konflikt jednostki i społeczeństwa. Życie, które jest teatrem. Problemy z tożsamością. Kiedy dodać do tego wszystkiego sporą dawkę humoru, doskonale napisane dialogi i zachwycające przedstawienia teatralne, otrzymujemy dzieło kompletne, ze wszech miar zasługujące na uwagę widza.

5


studenci ADAM GAAFAR Terytoria obecnych państwa są wynikami dawnych podbojów, walk i traktatów. Jak to w historii bywa, każda nacja dążyła do stworzenia jak najsilniejszego i najbogatszego kraju. W tym nietypowym rankingu przedstawiłem wybrane, największe państwa w historii. MIEJSCE 10. CESARSTWO RZYMSKIE

Rzymianie stworzyli wprawdzie najmniejsze z prezentowanych tu imperiów, lecz trzeba ich wymienić z kilku ważnych powodów. Po pierwsze terytorium ich mocarstwa objęło znaczną część Europy, co sprawia, że ich kultura stanowi podwaliny naszej. Po drugie stworzyli świetnie zorganizowany system zarządzania swym imperium oraz stanowili nieporównywalną w tamtych czasach potęgę wojskową. Było to niewątpliwie przyczyną długotrwałości ich mocarstwa. Rzymianom udało się zdobyć żyzny Egipt, zaś potężną niegdyś Kartaginę zrównali doszczętnie z ziemią. W szczytowym okresie Cesarstwo Rzymskie obejmowało powierzchnię około 4,6 milionów km2, a więc od czasów republiki zwiększyło swe rozmiary ponad dwukrotnie (wtedy miało niecałe 2 miliony km2 ).

Imperia

wszechczasów Ranking największych państw w historii

MIEJSCE 8. IMPERIUM OSMAŃSKIE

Założone przez Osmana I państwo tureckie mogło liczyć na poszerzanie terytoriów dzięki słabnącej pozycji Cesarstwa Bizantyjskiego. Na przełomie XIII i XIV wieku prowadzono kampanie w Azji Mniejszej, które pozwoliły na całkowite jej opanowanie. Następnie przystąpiono do ekspansji na Bałkanach, których podbicie zajęło Turkom prawie dwa wieki. Jednym z największych sukcesów było zdobycie Konstantynopola w 1453 roku. Podboje ustały po odsieczy wiedeńskiej 1683 roku i wtedy też Imperium Osmańskie osiągnęło największy zasięg terytorialny, wynoszący blisko 5, 2 milionów km2.

6

MIEJSCE 7. IMPERIUM PERSKIE ACHEMENIDÓW MIEJSCE 9. PAŃSTWO ALEKSANDRA WIELKIEGO

Nie bez znaczenia Aleksandra Wielkiego uważa się za jednego z największych strategów w historii. Macedonia, małe państwo nieco ignorowane przez swych sąsiadów Hellenów, doprowadziło pod jego przywództwem do upadku ogromnego imperium Persów. Nie umniejszając oczywiście jego wyczynów, trzeba jednak zaznaczyć, że końcowe rozmiary jego mocarstwa nie były wynikiem walki z wieloma ludami, jak to bywało w wypadku innych potęg, lecz wiązały się z pokonaniem jednego najważniejszego, o rozległych terytoriach. Stworzone przez Aleksandra państwo liczyło łącznie 5 km2.

Jest to przykład małej krainy, która w krótkim czasie stała się ogromnym mocarstwem. Około 550 roku p.n.e. Cyrus II Wieki z dynastii Achemenidów zjednoczył perskie plemiona zamieszkujące kraj Anszan i pokonał Medów, którym był do tej pory podporządkowany. W ciągu niespełna 25 lat podbił wiele bliskowschodnich plemion i krajów- zdobył Babilonię, państwa Azji Mniejszej oraz rozlegle tereny Azji Środkowej. Jego następca Kambyzes II dołączył do imperium Egipt, Nubię i Cyrenajkę, tym samym zostawiając po sobie imperium liczące blisko 8 milionów km2. Persowie stworzyli największe z państw starożytności, obejmujące 3 kontynenty: Azję, Europę i Afrykę.


studenci MIEJSCE 6. KALIFAT UMAJJIDÓW Po śmierci Proroka Muhammada w 632 roku, Arabowie zaczęli serię spektakularnych podbojów. Zdobyli rozległe tereny Bliskiego Wschodu, a za panowania Umajjidów, którzy objęli rządy w 661 roku, stworzone imperium osiągnęło największe z możliwych rozmiarów. Oprócz zdobycia przez ową dynastię resztek północnej Afryki, opanowano także dużą część Hiszpanii, co wiązało się z próbami rozszerzenia ekspansji na Europę. W 756 roku kalifat Umajjidów liczył blisko 13 milionów km2.

MIEJSCE 3. IMPERIUM ROSYJSKIE Dzisiejsza ojczyzna Władimira Putina jest spadkobierczynią państwa wielkich carów. Nazwę Imperium Rosyjskie przyjęto po koronacji Piotra Wielkiego w 1721 roku i używano aż do 1917. Był to tytuł w pełni zasłużony. W XIX wieku granice Rosji sięgały Chin i Korei.

MIEJSCE 5. IMPERIUM CHIŃSKIE DYNASTII QUING Mandżurska dynastia Quing, panująca w Chinach w latach 1644- 1912 wkroczyła na arenę wielkich mocarstw w wieku XVIII. Prowadzone przez nią podboje sprawiły, że w 1790 roku obszar państwa wynosił prawie 15 milionów km2. Był to jednocześnie najludniejszy kraj w tamtych czasach ( i pozostało tak zresztą po dziś dzień). Pod koniec XIX wieku Chiny zostały zaatakowane przez Japonię, Wielką Brytanię i Francję. Rozszarpywanie kraju przez różnych okupantów trwało do początków XX wieku. Dynastia straciła władzę wskutek wybuchu rewolucji, której celem było wprowadzenie ustroju republikańskiego

W 1866 roku państwo to osiągnęło swe największe w dziejach rozmiary, wynoszące blisko 23 miliony km2( dla porównania obecnie zajmuje powierzchnię około 17 milionów km2). MIEJSCE 2. IMPERIUM MONGOLSKIE W latach 1202- 1227 Temudżyn, czy jak kto woli Czyngischan, prowadził gwałtowne i skuteczne ekspansje terytorialne, kontynuowane przez jego następców. Agresywne podboje spowodowały, ze Mongołów obawiali się zarówno Europejczycy jak i Arabowie. Mongołowie atakowali także Węgry i Polskę, oraz uzależnili od siebie Ruś Kijowską i Bizancjum. Pod koniec XIII wieku rozległe imperium liczyło około 33 milionów km2. MIEJSCE 1. IMPERIUM BRYTYJSKIE Wielka Brytania tworzyła swe mocarstwo przez około 300 lat. Narzucano swoją dominację na różne sposoby- od ekspansji terytorialnej po działalność handlową. W 1922 roku osiągnęło swe największe rozmiary – wraz z koloniami liczyło łącznie około 33.7 milionów km2. Zajmowało zatem blisko ¼ zamieszkałej powierzchni lądowej świata i było nieco większe niż Afryka.

MIEJSCE 4. HISZPAŃSKIE IMPERIUM KOLONIALNE Po rekonkwiście i odkryciu Ameryki Hiszpania zaczęła budować liczące się mocarstwo. Wielkie bogactwa i niestanowiący dużego zagrożenia Indianie, ukazały Nowy Świat jako interesujący obszar do skolonizowania. U szczytu potęgi Hiszpania posiadała swe kolonie na kilku kontynentach: w obu Amerykach, Oceanii, Europie, Afryce i Azji. U szczytu potęgi terytorium tego imperium liczyło 20 milionów km2.

Tereny ogromnego mocarstwa porozrzucane były po wszystkich kontynentach, stąd nadano mu miano „imperium nigdy niezachodzącego słońca” , zawsze bowiem istniało takie miejsce na ziemi, gdzie w dowolnym momencie panował dzień.

7


studenci

Jestem cały czas na plus

Wywiad

z Marcinem Rosłoniem Maciek Pietrukiewicz

Tam biegnę, żeby przebiec 120 km, tutaj biegnę, żeby pobić swój czas. Obecnie to 3 godziny, 2 minuty i 49 sekund, a dla maratończyka-amatora najfajniejszy czas to jest, jak jest „2” z przodu. Wszystko co poniżej 3 godzin już oznacza, że jesteś bardzo dobrym amatorem. Tego jeszcze nie osiągnąłem i to jest mój cel prywatny na przyszły rok, jeśli chodzi o maratony uliczne. A biegi górskie… jest ich bez liku.

Zdobył Mistrzostwo Polski z Legią Warszawa, biega setki kilometrów w maratonach, komentuje spotkania ligi angielskiej w Canal+, a teraz napisał książkę “Mowa Trawa”. Co będzie dalej?

8

Ciężko było zerwać z futbolem? To był 2006 rok, kiedy przestałem grać w piłkę w Legii. Było mi ciężko rozstać się z dużym boiskiem, natomiast musiałem podejmować dorosłe decyzje: czy zostać już tylko w Canal+ i pracować jako komentator i dziennikarz sportowy w tej redakcji, czy jednak szukać swojego szczęścia gdzieś poza Warszawą. Inne kluby tutaj w okolicy nie wchodziły w grę, bo nie chciałem grać w trzeciej lidze, np. w Mazowszu Grójec. Myślałem tylko o Ekstraklasie. Dostałem propozycję z Lechii Gdańsk, która wtedy grała w drugiej lidze, i tak się zastanawiałem. Pojawiła się jakaś nieostra propozycja z Grecji, gdzieś ktoś by mnie wysłał na Cypr, natomiast to było tylko może, może, może… Żaden trener z Ekstraklasy się na mnie nie zdecydował wprost i po dwóch miesiącach takiego wyczekiwania zdecydowałem się podpisać kontrakt z Canal+ i tak zostało. Potem był futsal w Warszawie – to taka moja kolejna przygoda z rozkręcaniem ekstraklasowej drużyny. Udało się awansować i to było piękne, bo to stworzyliśmy razem z grupą kumpli z Uniwersytetu Warszawskiego. Jednak w jakimś momencie stwierdziłem, że to już nie ma sensu. Bycie byłym zawodowcem z taką czasami chorą ambicją, jeśli chodzi o zwyciężanie, wśród amatorów stało się uciążliwe. I dla tych amatorów, i dla mnie. Ja zdecydowałem się spasować i skupiłem się na bieganiu. To jest teraz taka największa pasja mojego życia. A jakie masz cele związane z bieganiem? To są raczej większe dystanse? Większe. Boję się tego i moja rodzina też się boi, że będą jeszcze większe. Przebiegłem teraz w sierpniu 120 kilometrów wokół masywu Mont Blanc – to był mój bieg życia do tej pory. Ale mam już zgromadzonych 5 punktów kwalifikacyjnych na przyszłoroczne 166 km wokół tego masywu. Tutaj nie ma barier, nie ma końca. Można biegać 24 godziny, 48 godzin. Są mistrzostwa Polski czy świata w tych biegach… Myślę, że to będzie się rozwijało. Bardzo pociągają mnie góry. Bieganie po lasach, górach, ścieżkach. Ktoś powie: „Zwykły maraton uliczny to jest dla ciebie pestka”, a to jest zupełnie inna bajka…

Nadal zdarza Ci się biegać do redakcji Canal+? Zdarza mi się biegać do redakcji lub do znajomych. Jak gdzieś jedziemy, np. na Zacisze - a mieszkamy na Ursynowie (to jest odległość 25 km) - to żona pakuje się do samochodu z córką, a ja biegnę. Zabieramy ciuchy na zmianę i tam się kąpię. Ale różnie to bywa. Teraz mam okres roztrenowania, czasami mi się w ogóle nie chce przez trzy dni wyjść pobiegać. Potem mnie wyrzuty sumienia tak męczą, że wkładam buty i biegnę do lasu. Taki optymalny dystans dla mnie teraz, żeby dobrze się czuć, to jest 15 km, w sezonie nawet 35. Kiedy pierwszy raz ktoś Ci powiedział, że masz radiowy głos lub chociaż taki, który nadaje się do komentowania? Ten głos to jest wielki kapitał dla każdego komentatora, natomiast ja swojego do końca nie potrafię tak w 100% docenić. Nie jest to głos lektorski, na pewno czytanie przeze mnie filmów nie wchodzi w rachubę, nie jest to też głos jak Jacka Laskowskiego - w komentatorskiej gwarze mówi się, że jest to głos „z dupy” – mocno pracuje przepona i to jest taki bardzo niski, tubalny głos. Są tacy komentatorzy, którzy mają świetny głos. Mój zwraca uwagę i przykuwa właśnie tym, że nie jest taki niski, jest bardziej emocjonalny, zaangażowany. Ale czy to jest głos radiowy? Nie wiem, nie pracowałem nigdy w radiu, natomiast jest to moje wielkie marzenie, żeby kiedyś mieć swoją audycję. To super przygoda, w dodatku nie widać cię, więc z jednej strony jest mniejsza presja, ale z drugiej zupełnie inna specyfika roboty, bo to wcale nie znaczy, że jest łatwiej czy luźniej. A jak zaczęła się Twoja przygoda z komentowaniem? Zawsze na boisku miałeś tyle przemyśleń jak grałeś? O mnie mówiono: „Przeciętny piłkarz obdarzony nieprzeciętną inteligencją”. Na pewno znacznie bardziej wiedziałem, jak zagrać piłkę, niż potrafiłem to zrobić. W 2001 roku trafiłem do redakcji Canal+ dzięki prezesowi Markowi Pietruszce i Januszowi Basałajowi, którzy byli wtedy na tych górnych stanowiskach w Legii i Canal+. I jak trafiłem, to zostałem. Na początku jako ktoś minimalnie rozpoznawalny w środowisku piłkarskim. W tej redakcji miałem o tyle łatwiej, że tam wszyscy byli pasjonatami piłki, byli już wtedy bardzo doświadczonymi dziennikarzami o uznanej marce, a ja dopiero wkraczałem w ten świat. Chodziłem na trening, potem biegłem do redakcji i tak wyglądał mój niemal każdy dzień. W pewnym momencie to było groteskowe, bo łączyłem pracę komentatora z grą w Ekstraklasie w barwach Legii Warszawa. Tam oczywiście


studenci zdobyłem mistrzostwo, ale potem wyczerpała się ta formuła współpracy, rozwiązałem kontrakt i podpisałem z Canal+. I teraz jestem już tylko i wyłącznie człowiekiem tej stacji. Uważasz to za duży plus, że jesteś byłym piłkarzem? Czy to Ci bardzo pomaga w pracy komentatora? To, że zdobyłem medal Mistrza Polski w 2006 roku, jest niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Zwłaszcza, że zdobyłem go w koszulce Legii po kilku sezonach bez mistrzostwa. Mija 6 lat i jak na razie nie ma kolejnego takiego tytułu dla Legii. Bycie byłym piłkarzem mi na pewno bardzo pomaga w środowisku piłkarskim, bo nikt nie patrzy na mnie jak na dyletanta i nie mówi: „A, ten grał w trzeciej lidze, to co on ma do powiedzenia”. Piłkarze często tak upraszczają, że jak ktoś nie grał w piłkę, to nie może być ani dobrym trenerem, ani sędzią czy komentatorem. Wiemy, że to są wierutne bzdury, bo przykłady takich gości jak Jose Mourinho, Rafael Benitez czy Arsene Wenger to udowadniają. Oni wielkich karier piłkarskich nie zrobili, a są jednymi z najlepszych managerów na świecie. To bycie piłkarzem mi na pewno pomaga, natomiast trzeba tak ukierunkować te swoje umiejętności, tę przeszłość, żeby nie było, że ja jestem tylko od gadania o sprawach czysto piłkarskich i nic innego nie umiem powiedzieć. Mój potencjał był zawsze taki, że byłem dość inteligentny, w szkole mi nauka szła bardzo łatwo, ponadto mam swobodę wypowiedzi, taką potoczystość. I gdzieś tak się to sprzęgło, że zostałem komentatorem piłkarskim, który jest ceniony w środowisku właśnie za to, że rozumie, co piłkarze chcą zrobić od początku do końca, rozumie sędziów, jak popełniają błąd. Ja nikogo nie wybielam za wszelką cenę, nikogo nie chwalę na siłę, ale nikogo też nie krytykuję. Po prostu obiektywnie analizuję to, co się wydarzyło, lub to, co się mogło wydarzyć. Ja cały czas pozytywnie mówię o piłce, bo ją uwielbiam jako grę i szukam pomysłów oraz dobrych rozwiązań, na które mnie nigdy nie było stać. Nie ma tak, że jestem zazdrosny, że ktoś dobrze podał czy coś z tych rzeczy. Ja jestem cały czas na plus. Jak wygląda to Twoje przygotowanie się do meczu? Czy tylko wpadasz do studia, zerkasz na statystyki i jedziesz? Czy to jednak jest bardziej żmudna praca, żeby do każdego meczu się bardzo dobrze przygotować? To jest proces, który jest różny w zależności od wydarzenia. Jeżeli to jest mecz ligi angielskiej, który ja robię trzy razy w tygodniu – sobota, niedziela, poniedziałek lub dwa w sobotę, a w niedzielę jeden – to jest to niewątpliwie łatwiejsze. Anglicy mają świetne strony dotyczące sportu, więc bardzo łatwo się z nich przygotować. Po drugie, jak to już jest 11 kolejka Premier League, to wiesz, o czym mówisz. Manchester United komentowałem już 5-6 razy, Queens Park Rangers – 4 razy, kilka razy Arsenal… Poza tym jeśli siedzisz w tym, interesujesz się, to jest o wiele łatwiej. Nie musisz oglądać każdego meczu czy siedzieć nad notatkami osiem godzin, żeby udowodnić, jak dobrze się przygotowałeś, nikogo to nie interesuje. Możesz przygotowywać się pięć minut, ważne, żebyś nie mylił piłkarzy, wiedział o czym mówisz i żeby to wszystko było strawne. Nie umiem więc powiedzieć, że przygotowuję się np. dwie godziny do meczu, zawsze jednak mam ze sobą kilka kartek ciekawostek. Co z tego wybiorę, to już moja sprawa. Ponadto mam jeszcze współkomentatora albo eksperta u boku. Jaki był najdziwniejszy mecz albo sytuacja, jaką zdarzyło Ci się komentować? Dziwny był bardzo mój debiut komentatorski, jeszcze nie jako samodzielnego komentatora, a jako eksperta. Pojechaliśmy na mecz Górnik Zabrze – Legia Warszawa. Ja bardzo czekałem na tę chwilę, żeby usiąść, pokazać się w okienku, w kamerze, przygotowałem sobie strój i bardzo mocno to przeżywałem, bo to były moje początki w Canal+. Przyjechaliśmy na ten mecz do Zabrza, zaczęliśmy komentować i zaczął padać śnieg… Spadło

go tyle, że po 20 minutach sędzia przerwał mecz! Mówię: „Co to jest za debiut, jakiego ja mam niefarta?” Przyjechaliśmy komentować, spadł śnieg, boisko jest zasypane i sędzia zastanawia się, czy wznowić grę… Myślę wtedy: „Debiut 20-minutowy, ależ katastrofa..” Ale wreszcie wznowili grę i było już dobrze. Akurat wtedy Legia przegrała 0:1, Kaondera strzelił gola dla Górnika. A w ogóle to jak wyjeżdżaliśmy z Warszawy, to jeszcze Janusz Basałaj miał drobną stłuczkę, więc te wszystkie wydarzenia były trochę nietypowe. Ale nie miałem takich przygód, że np. spóźniłem się na mecz, że nie dojechałem, że coś się totalnie popsuło, że popełniłem jakiś błąd czy komentowałem mecz Norwich City z Blackburn Rowers, a mówiłem o zupełnie innych zespołach. Takich przypadków nie było. Nie miałem tez biegunki, że musiałem wybiegać z dziupli komentatorskiej – wiadomo, to przypadłość, która może przytrafić się każdemu, nie musisz być komentatorem, żeby dopadło cię rozwolnienie. Czasami pytają się nas, komentatorów, czego się najbardziej boimy – jeden czkawki na antenie, drugi, że się zacznie śmiać i nie będzie w stanie powstrzymać… Ja najbardziej mam taką obawę, że jak się najem przedziwnych rzeczy wcześniej, może to się odbić jakąś niestrawnością i problemami żołądkowymi. Takie moje komentatorskie widmo. Rzadko który komentator czy były zawodnik jest w stanie napisać książkę i to taką, która będzie dobrze odbierana w środowisku. Powiedz, skąd wpadłeś na pomysł na Mowę Trawę? Już wtedy wiedziałeś, że to będzie sukces? Dalej nie wiem, czy to będzie sukces. Mam nadzieję, że to będzie coś, co będzie odebrane w środowisku bardzo pozytywnie i się przyjmie. I że od emerytów i rencistów aż po młodych chłopców, którzy kochają futbol, przez kibiców, piłkarzy i trenerów – że wszyscy będą chcieli to przeczytać, będą zadowoleni i każdy wybierze sobie z tego coś, z czym piłka się mu kojarzy. Taki był zamysł, bo to jest pozytywna lektura. Mało jest książek tego typu w Polsce. W ogóle rynek książek sportowych ogranicza się przede wszystkim albo do książek związanych z historią naszych reprezentacji w różnych dyscyplinach, albo z opowieściami o ludziach, którym się z jakichś względów nie powiodło, ich kariera się załamała, bo mieli problemy zdrowotne albo wpadli w nałogi. Jest też sporo autobiografii różnych sportowców. Natomiast nie ma czegoś, co pozwala wejść na moment do szatni piłkarskich, poczuć ich smak, zapach, podsłuchać, jak rozmawiają piłkarze... Mowa Trawa taką lekturą właśnie może być. A pomysł wziął się stąd, że mieliśmy swego czasu w Canal+ taki program, który nazywał się właśnie Mowa Trawa. Powstały wtedy dwa krótkie odcinki, ja się tym zajmowałem i miałem swoją bazę haseł. Potem gdzieś zostawiliśmy ten projekt na boku, ale ja po kilku latach wróciłem do niego. Zacząłem pisać, najpierw dla siebie, i w końcu powstał z tego słownik piłkarskiej polszczyzny. Jest tam dużo anegdot, cytatów, Twoich własnych wspomnień. Łącznie można tam znaleźć coś koło 200 pojęć… Jak długo zajęło Ci pisanie tej książki? Faktycznie to było bardzo dużo materiału i jak skończyłem pisać, to zdałem sobie sprawę, że minęło 15 miesięcy, nawet nie wiedziałem kiedy. Potem kolejne miesiące poszły jeszcze na proces wydawniczy, który także nie jest dwutygodniowy, le co najmniej kwartalny. Tworzenie takiej książki to jest dużo myślenia, szukania, zastanawiania się, rozmawiania z innymi ludźmi, jak się mówiło w szatniach 5-ligowych, jak w 3-ligowych, jak mówiliśmy w juniorach, jak to było w Legii czy w dorosłym życiu. Oczywiście masę z tych pojęć miałem w sobie, w swojej głowie, czułem je, patrzyłem na każdą część swojego ciała i mówiłem „goleń – tutaj się nakłada ochraniacze, czyli deski”, „stopy – zastanawiałem się, jakie buty piłkarskie – czy lanki, wkręty, sztole, trampkokorki, śniegówki” i tego typu historie… To jest 130 haseł, które mają masę podhaseł i dodatkowo jeszcze 70 piłkarskich prawd, więc nawet tego się nie da tak dokładnie

9


studenci policzyć. Jest hasło „pole” dotyczące boiska, natomiast tam jest kilkanaście innych określeń, jak się mówi w szatni piłkarskiej na boisko. Przecież są boiska nierówne jak „kartofliska”, są boiska piaszczyste jak „sahary”, są wielkie jak stadion Maracana, są równe jak „stół” czy „dywan” i to można mnożyć w nieskończoność. Na Śląsku ktoś powie, że jest „hasiok”, czyli śmietnik albo że jest „gryfna flecha”, czyli fajna murawa. To są właśnie te uroki pisania o piłce nożnej. Ale też nie chciałem popadać w przesadę i pisać, jak się na wszystko mówi na Śląsku, bo tam się na wszystko mówi inaczej.

10

A były jakieś zwroty, które także Ciebie zaskoczyły? Czy były może jakieś fantazyjne określenia, że nie spodziewałeś się, że się tak mówi na jakąś rzecz czy zagranie? Mam takiego dobrego przyjaciela od dzieciństwa, razem graliśmy w Legii w wieku dziecięcym aż do juniora. Był bramkarzem więc pytałem go np.: „Jak mówicie na pusty przelot?” – to jest takie hasło, które dotyczy często właśnie bramkarzy. On mi odpowiada: „Na pusty przelot u mnie w klubie zawsze mówili Aisha”. Ja mówię: „Aisha? Dlaczego?”, a on mi na to: „Jest ta piosenka: <<I znów przeszła obok mnie…>>” (śmiech) I zacząłem się zastanawiać, że rzeczywiście ma sens taka sytuacja: bramkarz wybiega do dośrodkowania i mija się z piłką, to koledzy na treningu mu śpiewają: „I znów przeszła obok mnie”. To często były rzeczy zależące od środowiska, pamiętam np. że miałem takiego zwariowanego bramkarza – bo bramkarz to jest zwariowana postać w szatni - jak piłka minimalnie wychodziła na aut i sędzia machał chorągiewką, to zawsze krzyczał: „Panie sędzio, ząbkami się trzymała!”. Geneza tego powiedzenia jest w grze w kapsle – grało się kiedyś w kapsle „na trasie” i ja to też opisuję w Mowie Trawie. Czasami gdzieś o to swoje dzieciństwo zahaczam: lata ’80, ’90, dorastanie, jeszcze czasy PRL-u… Wielu chłopców, którzy teraz marzą o wielkiej karierze piłkarskiej, nigdy tego nie poznało, więc może jak poczytają Mowę Trawę, to czegoś się dowiedzą lub zaczną pytać rodziców o te czasy. To też mocna strona tej książki, że nie jest ona tylko dla ludzi, którzy gdzieś tam grali zawodowo w piłkę, ale i dla każdego kibica… Próbowałem właśnie pisać tak, żeby zaciekawić każdego: tych, którzy na piłce się w ogóle nie znają i tych, którzy o piłce wiedzą wszystko. Wiemy, że w Polsce wszyscy znają się na polityce, medycynie i piłce nożnej (śmiech). Ale chciałem, żeby jeśli weźmie to do ręki były piłkarz, np. Grzegorz Mielcarski, mój kolega z redakcji Canal+ czy każdy inny zawodnik, żeby przyjemnie mu się to czytało. Żeby to nie było tylko słownikowe wytłumaczenie, ale jakaś pewna historia, która pokazuje mechanizmy przemieniania słów, tóre są w naszym języku na co dzień do takich standardów i potrzeb piłkarskiej szatni. Koleżanki mojej żony to czytały, także jej brat, który pracuje w ministerstwie kultury i zupełnie nie interesuje się piłką… Jesteśmy teraz we Wrzeniu Świata, kawiarence, której współwłaścicielem jest Mariusz Szczygieł, znany bardzo dobry dziennikarz. Jemu też podarowałem jeden egzemplarz i on do mnie później przesyła mailem krótką recenzję, a w niej: „Marcin, ja wszystko rozumiem, a przecież to o futbolu jest!”. A on się w ogóle piłką nie interesuje… Chciałem też, żeby pozytywnie spojrzeli na futbol ci, którzy mają złe zdanie, bo czytają w mediach o ustawkach, awanturach kibiców, korupcji… Takie rzeczy się zdarzają i będą się zdarzać, natomiast ja piszę o piłce tylko pozytywnie, tylko do przodu, tylko na tak. Myślisz już nad kolejną książką? Dużo osób mnie o to pyta, ale nie, nie myślę o żadnej innej książce na razie, bo chciałbym poczuć taką wielką frajdę, że jest ta na rynku, że ludzie chcą ją poczytać, chcą ją mieć. Teraz przychodzą Mikołajki, święta Bożego Narodzenia, to jest świetna okazja na to, żeby zrobić komuś ciekawy prezent. Ta uniwersalność Mowy Trawy może zainteresować wszystkich.

O kolejnej książce nie myślę, chociaż narzuca się słownik komentatorskiej polszczyzny... Na razie to temat na przyszłość. Byłeś piłkarzem, komentujesz mecze, na razie napisałeś jedną książkę. Co będzie później? Wiemy, że trenowałeś drużynę Młodych Wilków, odbyłeś kurs sędziowski… Jak widzisz swoją przyszłość? Właśnie mój kolega z Canal+, jedna z twarzy naszej stacji, Andrzej Twarowski, kiedy usiedliśmy któregoś dnia obok siebie, mówi do mnie: „No i co, Marcinku, przebiegłeś już maratony, biegałeś po górach, komentujesz mecze, zdobyłeś Mistrzostwo Polski, książkę napisałeś… Jaki masz plan teraz?”. Ja sam nie wiem, jaki jest teraz plan. Szukam jakiejś swojej drogi, ale częściowo już ją wytyczyłem. Nie zostanę górnikiem, lekarzem, ja dalej będę w sporcie i w piłce – to jest coś, z czym wiąże się nieodłącznie moje życie od podwórka aż po najpiękniejsze stadionie w Polsce i na świecie. Nie mam jakiegoś specjalnie ciekawego planu, może ruszę w to sędziowanie… Środowisko sędziowskie też potrzebuje kogoś, kto ma uznaną markę. Wiesz, żeby robić coś bardzo dobrze: trenować młodzież w Młodych Wilkach czy zostać sędzią, trzeba mieć mnóstwo wolnego czasu. Ja mam 20-miesięczną córkę, mam rodzinę, mam swoje bieganie i oczywiście pracę w Canal+… Czasu mi starcza na różne dodatkowe rozrywki, których jednak też nie chcę się pozbawiać, bo ja wciąż jestem młodym człowiekiem, będę miał tylko 34 lata w lutym. Dla niektórych studentów może to się wydawać dziwne, ale to wcale nie jest jeszcze koniec życia, to nie jest jeszcze emerytura (śmiech). Masz jakieś cele w komentatorstwie, których jeszcze nie zrealizowałeś? Miło byłoby móc wyjeżdżać na mecze ligi angielskiej, które komentuję, odwiedzać takie stadiony jak Stamford Bridge, Emirates Stadium, Old Trafford. Moim największym marzeniem, mimo że nie jestem kibicem Liverpoolu – zresztą nie jestem fanem żadnej angielskiej drużyny, po prostu uwielbiam tę ligę – jest pojechać na Anfield Road i posłuchać „You’ll Never Walk Alone” na żywo. Chciałbym poczuć to na własnej skórze i żeby to była część mojego komentarza, a nie jedynie wycieczka, gdzie kupuję bilety i siadam na trybunach. Chciałbym komentować tam jakieś ważne wydarzenie, np. szlagier Liverpool vs Arsenal / Manchester United / Chelsea / Manchester City, usłyszeć hymn i poczuć te ciarki na plecach. Regularnie w komentarzu to jest – my wtedy nic nie mówimy i słuchamy z Rafałem Nahornym tego hymnu Liverpoolu. To jest coś, co unosi cię, ale tylko w krześle, w małym pomieszczeniu. Byłoby miło poczuć to na stadionie. Liga angielska to Twoim zdaniem jest najlepsza liga świata? Czy jednak ta niezbilansowana hiszpańska? Bardzo cenię ligę angielską, bo ona jest najbliższa mojemu sposobowi myślenia o piłce i mojemu charakterowi. Oczywiście widzę, że Barcelona jest najlepszą drużyną na świecie, nieosiągalną dla wszystkich: dla Manchesteru United, Manchesteru City i Chelsea razem wziętych. To jest inny sposób myślenia, grania w piłkę, inny sposób wychowania sobie zawodników, inne umiejętności, swoboda, sposób poruszania się, rozumienia futbolu jako takiego. Natomiast liga angielska jest kapitalna, bo komentujesz sto spotkań Premiership i tylko cztery wydają ci się nudne, reszta w jakiś sposób jest świetna. Komentowałem ligę hiszpańską i przyznam szczerze, że częściej byłem zawiedziony niż jakoś niesamowicie oczarowany Primera Division. Mamy dla Was dwa egzemplarze Mowy Trawy z autografami Marcina Rosłonia! Wystarczy w oryginalny, kreatywny sposób rozwinąć dwa terminy, które pojawiają się w tej książce: “Aisha” oraz “Tarzan”. Najciekawsze dwie odpowiedzi zostaną nagrodzone. Maile z hasłem “Mowa Trawa” w tytule prosimy wysyłać do 23 grudnia pod adres konkurs@ipewu.pw.edu.pl


studenci “To proste. Najważniejsze, żeby w życiu niczego nie żałować. Oczywiście to trudne, ale warto przynajmniej się o to starać. Jeśli nie wyrządziliśmy nikomu wielkiej krzywdy to jest szansa, że nasze życie było naprawdę wartościowe.” Michał

“Wydaje mi się, że trzeba żyć szybko. Brać z życia co możemy, starać się walczyć cały czas. Wtedy na końcu będziemy mogli odpocząć. Taką mam nadzieję.”

“Chyba nie mamy na to najwiekszego wpływu. Musimy starać się wykorzystać to co dostajemy od życia i starać się robić swoje. “ Magda

“Po coś przychodzimy na ten świat, chyba po to, żeby zostawić coś po sobie. Żeby następne “Nie mam pojęcia. Po prostu żyję, mam nadzieję pokolenia mogły wykorzystać nasz dorobek, że na to pytanie będę mógł odpowiedzieć naszą spuściznę. W najgorszym wypadku za 60 lat, kiedy coś o życiu będę wiedział.” trzeba tak żyć, żeby przynajmniej niczego Marcin nie żałować i móc spojrzeć w oczy wnukom.”

Szymon

Sylwia “[Śmiech]. Nie wiem. Chyba najważniejsze, żeby żyć, żeby móc potem o czymś opowiedzieć, coś przedstawić. Wiesz, kiedy usiądziesz w fotelu przed wnukami powinieneś mieć czym ich zainteresować, zaimponować. Tak chyba trzeba żyć.” Adrian

Napotkanych na Politechnice studentów pytamy ... DAMIAN DREWULSKI

Pytanie ostatnio bardzo popularne i równie wyświechtane. Jak patrzą na to studenci Politechniki Warszawskiej? Pytaliśmy o to na Auli Głównej.

RECENZJE MIEJSC... Mam Ochotę Mam Ochotę nie dostarczy klimatu, który sprzyjałby romantycznym spotkaniom we dwoje, jest natomiast idealnym miejscem na posiady i dyskusje w szerszym gronie. Doskonale nadaje się, żeby wpaść na chwilę i odetchnąć po ciężkim dniu. Lokal mieści się w budynku Ośrodka Kultury Ochoty przy Grójeckiej 75. Tu mała podpowiedź dla chcących odwiedzić – wejścia szukamy z boku, od frontu też można, ale wymaga to większego wysiłku. Porozkładane książki, rozrzucone zabawki, meble przeniesione ze szczęśliwie minionego ustroju, wszystko to buduje iście domowy klimat. Przestronne wnętrze nie sprzyja nastrojowi intymności, za to wspaniale nadaje się do małych koncertów czy występów na znajdującej się wewnątrz scenie. W lokalu, niemal przez cały tydzień, odbywają się wydarzenia artystyczne czy choćby jam session. Bar sprawia wrażenie otwartej kuchni, warto zaufać obsłudze i proponowanym przez nich dodatkom do złocistego trunku… piwo z sokiem: ananasowym, mango czy wiśniowym, to prawdziwe mistrzostwo. Ceny przystępne, porównywalne z większością takich miejsc w Stolicy. Co może przeszkadzać? Brak muzyki, która, Naszym zdaniem, powinna gdzieś tam w tle pobrzmiewać oraz nie do końca odczuwalny, specyficzny klimat miejsca. Warto zajrzeć, napić się „innego” piwa, delektować się smakiem oferowanych wypieków, porysować pastelami czy poczytać książkę. Znajdzie się jeszcze kilka innych atrakcji, na które z pewnością będziemy mieć ochotę.

Joanna Motyka, Damian Drewulski

11

RECENZJE LOKALI... Resort, to miejsce bardzo eko- cały wystrój stanowią przedmioty pochodzące z recyklingu. Największą uwagę przykuwa bar zrobiony z książek oraz stołki barowe, którymi są po prostu plastikowe skrzynki po napojach. Minimalistyczny wystrój nie przypadnie do gustu każdemu. Krzesła są mało wygodne, stoliki po prostu małe. Z drugiej strony, po którymś piwie takie błahe rzeczy przestają mieć znaczenie. No i ciemno też trochę jest – raczej tam nie poczytacie… Niezłe drinki, nienachalny i przytulny wystrój, no i przede wszystkim dobra lokalizacja - kilka kroków od Placu Bankowego z jednej, z drugiej zaś tuż przy Placu Teatralnym. Klubokawiarnia Resort to niezła propozycja . Dla równowagi mogę dodać, że w sali dla niepalących nie znalazłem tego co mnie w pubach przyciąga najbardziej - obszernych, wygodnych siedzeń, w których mówiąc wprost, mógłbym się wygodnie rozsiąść. Owszem, jest jedna kanapa, na której można się „rozłożyć”, ale co to za ilość jak na taki lokal. J. Motyka, M. Pietrukiewicz, D.Drewulski

Resort RECENZJE LOKALI...


studenci

ŻYCIE PRZETAŃCZYĆ

JOANNA MOTYKA STANDARD, WHY NOT.

12

Warto zacząć od standardu. Mężczyzna we fraku i lakierkach, kobieta w długiej sukni i pantoflach na obcasie- to elementy charakterystyczne dla tańców standardowych, czyli walca wiedeńskiego, walca angielskiego, tanga, quickstepa czy fokstrota. Tańce te, kojarzone z turniejami, znane tylko nielicznym, Polacy pokochali dzięki popularnemu show Taniec z gwiazdami. I zaczęło się, szkoły tańca przeżywały prawdziwe oblężenie, każdy chciał tańczyć jak jego ulubieniec z ekranu. Powstawały nowe miejsca, w których można było doskonalić swe umiejętności. Mieszkańcy stolicy zyskali jeszcze jedną fantastyczną możliwość mogli szkolić się pod okiem tancerzy z popularnego show. Cała Polska, jak długa i szeroka, tańczyła. Każdy niedzielny wieczór spędzaliśmy przed ekranami telewizorów, by podziwiać szalejących na parkiecie celebrytów. Razem z jurorami komentowaliśmy taneczne postępy uczestników. Poznaliśmy określenia: rama, plie, releve itp. Zostaliśmy tanecznymi ekspertami. Jednak, jak można było się spodziewać, era na takie klimaty minęła i poczuliśmy potrzebę nowości…

YOU CAN DANCE.

Zarażeni tańcem dostaliśmy inne taneczne show. TVN zaserwował nam nową rozrywkę- You can dance, bo o tym programie mowa, zawładną naszą rzeczywistością. Program ten przedstawiał młodych, zapalonych i zakochanych w tańcu ludzi. Nie był to już taniec tradycyjny. Tango, walc, fokstrot zeszły na drugi plan. Rozpoczęła się era funky, dancehallu czy modern jazzu. Szkoły tańca poszerzały swój repertuar. W bogatej ofercie każdy mógł znaleźć coś

Taniec od zawsze towarzyszył człowiekowi. Był i ciągle jest sposobem na wyrażenie uczuć i emocji. Jednak w dzisiejszych czasach jego funkcja uległa nieco zmianie. To już nie tylko dodatek do życia, to często sposób i styl życia.

odpowiedniego dla siebie. Taniec stał się stylem życia i sposobem na wyrażenie swojej osobowości. Parkietowe inspiracje przenoszone były do życia codziennego- charakterystyczna dla danego stylu muzyka, styl ubierania- weszły i w naszą poza taneczną rzeczywistość.

TANECZNE HITY.

Co obecnie cieszy się powodzeniem? Z pewnością kursy taneczne przeznaczone tylko dla pań. Oferta jest dość bogata i ciągle się poszerza. Ostatnimi czasy hitem jest zainspirowana latynoskimi rytmami mieszanka tańca i fitness- zumba. Jest to taniec przeznaczony dla każdego, a raczej każdej. Kroki nie są trudne, a zabawa podczas tańcaprzednia. Zdaniem osób zarażonych tym stylem, zumba napełnia optymizmem i wprawia w świetne samopoczucie. Pomocne w odkrywaniu swej kobiecości stały się tańce takie jak: sexy dance czy taniec brzucha. Podobno pomagają kobietom w odkrywaniu własnego ja. Podnoszą samoocenę i dają możliwość

zaprzyjaźnienia się z własnym ciałem. Na uwagę zasługują również kursy tańca przeznaczone dla par. Powszechna stała się moda na wyreżyserowany, skrzętnie przygotowany pierwszy taniec weselny. Na kilka miesięcy przed uroczystością, pary zapisują się na kurs , by ćwiczyć skomplikowane figury, piękne podnoszenia i opadania. Wszystko po to, by poprzez ruch wyrazić swe uczucie , aby zadziwić i dostarczyć wzruszeń. Przecież ten pierwszy taniec musi być cudowny i wyjątkowy. W tym wypadku nie można sobie pozwolić na przypadkowość i spontaniczność. Może jaki pierwszy taniec, taka i reszta wspólnego życia?!

EGZOTYCZNE KLIMATY.

To nie koniec tanecznej wyliczanki. Warto poświęcić nieco uwagi egzotycznej tematyce. Tańce rodem z dzikiej Afryki? Czemu nie. Plemienne brzmienia, ruchy jak w transie, wyrażenie siebie, swych emocji i tego co nam w duszy siedzi, a wszystko to przy dźwiękach bębnów. Na takie szaleństwo możemy sobie pozwolić


studenci wybierając afro- aerobic, afro- brazil, afro fussion czy dancehall. Wywodzące się z Czarnego Lądu plemienne tańce są czymś nowym na rynku, ale zyskują coraz większą popularność. Przyciągają swą naturalnością i możliwością ekspresji. W ruchu można oddać swe emocje, przez chwilę poczuć wolność i swobodę i choć na moment oderwać się od współczesnego, do granic możliwości, ucywilizowanego świata. Wybierając taki styl zatapiamy się również w kulturze, chcemy poznawać historię tego tańca, odkrywać jego korzenie. Ciekawym pomysłem, są organizowane przez szkoły tańca dni danego stylu. Uczestnicy kursów podczas takich imprez

mają możliwość uczestniczenia w różnego rodzaju warsztatach. Rozwijają swoją wiedzę na temat danego stylu. Mają również okazję podszkolić swe umiejętności taneczne. Bardzo często wydarzeniom takim towarzyszą pokazy mistrzów, od których można nauczyć się naprawdę sporo. Taniec, który od zawsze spełniał wiele funkcji: pomagał w prawidłowym rozwoju człowieka, był jedną z form terapii, kojarzył się z obrzędami religijnymi, w dzisiejszych czasach zyskał nowe znaczenia. W świecie biegu, pieniądza, konsumpcji, stał się drogą wyrażenia swych emocji, często wręcz, wyrzucenia frustracji dnia codziennego. Okazał się

pomocny w poznawaniu swego ducha, ale też i ciała. Stał się elementem naszego życia, w ogromnym stopniu wypromowanym przez telewizję. Zaczęło się od tanecznych programów. Następnie tańczyć zaczęli Nasi ulubieńcy z seriali. Taniec znalazł swe miejsce również w filmie. W końcu tańczyliśmy już wszyscy. Jednak mody mają to do siebie, że przemijają, ciekawe zatem , czy wraz z końcem ery na lansowanie tańca w telewizji, przy tej formie aktywności nie pozostanie tylko garstka prawdziwych zapaleńców…?

13

NIE BÓJ SIĘ MIĘDZYNARODOWYCH MAGDA SIEŃCZUK Wyjechać na rok, nie martwić się studiami ani pracą. Po prostu wyjechać. Kto by tak nie chciał? Pokusa jest tym większa, że w tym czasie można zrobić coś pożytecznego. Otóż powiedzmy sobie o wolontariacie międzynarodowym. Na jednym z takich projektów jest Jan Bober. Jak dostać się na projekt europejski? Otóż rzecz wydaje się na początku strasznie skomplikowana i trudna, ale tak nie jest. Pierwszą rzeczą jaką musimy zrobić to znaleźć organizacje, która zajmuje się projektami EVS. Po znalezieniu takiej organizacji i przejściu przez rozmowę kwalifikacyjną (nie jest to trudne ) możemy zacząć poszukiwanie naszego wymarzonego projektu w europejskiej bazie projektów znajdującej się pod linkiem (http://ec.europa.eu/youth/ evs/aod/). Jest to ogromna baza z ofertami projektów .

Jakiego rodzaju są projekty możemy znaleźć? Rodzajów jest bardzo dużo od pracy w Brytyjskim przedszkolu po bycie pomocnikiem w trenera delfinów. Tak więc to tylko zależy od nas jaki projekt wybierzemy. Niech nie wydaje wam się, że to jest takie proste, trzeba się bardzo postarać i nie poprzestawać na wysłaniu jednego zgłoszenia na jeden projekt. Jak łatwo się domyślić nie tylko wy będziecie chcieli brać udział w wolontariacie. Kto może zostać takim wolontariuszem? Każdy obywatel UE może się o to ubiegać …więc macie sporą konkurencje (miej więcej około 100 na jedno miejsce). Zaznaczę jeszcze, że projekt EVS może trwać max. 12 miesięcy i można go zrobić tylko raz w życiu. Więc bądźcie rozsądni jeśli chodzi o wybór, a nie skończycie tak jak ja. Co znaczy ‘nie skończycie tak jak ja’ ? To może teraz trochę o moim projekcie, jego plusach i trochę większych minusach. Mój projekt ma miejsce na Sycyli w mieście Enna, trwa on 10 miesięcy

i jego celem jest walka z dyskryminacją. Wszystko ładnie, pięknie, ale mija już 3 miesiąc, a my nadal poza siedzeniem w domu nie mamy nic do roboty. Oczywiście czasem coś robimy, ale sumując nasze 69 dni pobytu tutaj tylko przez 15 dni “pracowaliśmy”. Dalej nie będę przybliżał problemów, bo to nie o to chodzi. Chcę tylko powiedzieć, że aby uniknąć takich nieprzyjemności należy dokładnie zapoznać się z planem wolontariatu. A po dostaniu się na taki projekt najrozsądniej jest skontaktować się z jego kierownikiem i poprosić o dokładny plan zajęć. Nie musi być on na cały okres, ale żeby przynajmniej określili co chcą robić miesiąc po miesiącu. To są, wydaje mi się, podstawowe informacje jakie musicie znać. Oczywiście utrzymując kontakt z wasza organizacją otrzymacie dużo informacji i potrzebną pomoc w przygotowywaniu do wyjazdu. A i nie chce was pospieszać, ale zostało wam niewiele czasu na taki projekt, ponieważ od połowy przyszłego roku UE prawdopodobnie wstrzyma dotacje na takie projekty. Ale nie martwcie się macie jeszcze czas :)


studenci

MOTOCYKLOWY CHILLOUT Większe i mniejsze, sportowe i turystyczne, ale zawsze szybkie i niezawodne, jeśli chodzi o korki, pokonujące niezliczone ilości kilometrów. Motocykle – w tym jednym słowie zawiera się wszystko: towarzysząca im przyjemność, adrenalina, wiatr we włosach, niezapomniane chwile, które chce się za każdym razem przeżywać od nowa. Wraz z nadejściem wiosny rozpoczyna się nowy sezon motocyklowy i szał, który towarzyszy pokonywaniu kilometrów.

MARTA SABALA MOTOCYKLE DUŻE I MAŁE

14

Wśród znawców motocykli obecnie obowiązuje podział jednośladów na kilka kategorii: sportowe, sportowo-turystyczne, turystyczne, terenowe, choppery i cruisery, klasyczne oraz zabytkowe. Główną zaletą motocykli sportowych jest szybkość i przyjemność, jaka płynie z jazdy. Od początku tworzenia się subkultury motocyklowej to właśnie prędkość, jaką osiągał motocykl, decydowała o tym, kto był przewodniczącym w grupie. Motocykle sportowo-turystyczne łączą w sobie prędkość oraz komfort jazdy, zaś tzw. turystyki ze względu na długie trasy, jakie się na nich wykonuje przede wszystkim muszą być wygodne. Do motocykli terenowych zalicza się m.in. enduro, którego cechą jest przede wszystkim wytrzymałość. Cruisery i choppery są stylizowane na lata 40. Wich wypadku została złamana zasada, że motocykl musi być szybki, ponieważ te motocykle mają być przede wszystkim pięknie i dostojnie się prezentować – tak by wzbudzić podziw na twarzy osoby obserwującej podróż motocyklem. Swoją własną półkę w świecie motocyklowym posiadają motocykle marki Harley-Davidson (choć są cruiserami), o których marzy większość zapalonych motocyklistów, a które charakteryzują się elegancją i niebywałym szykiem oraz odrębną grupą użytkowników. Ostatnio podobną sławą, co legendarne Harleye cieszą się wszelkie modele ścigaczy Ducati. Ich kariera sięgnęła tak daleko, że w 2009 roku, dwóch kierowców Ducati: Casey Stoner i Troy Bayliss wraz ze swymi maszynami zostało uwiecznionych na monetach. Natomiast motocykle zabytkowe należą do najszlachetniejszych odmian tego gatunku i posiadają je prawdziwi koneserzy i hobbyści. Ostatnio jednak worek motocyklowy poszerza się, ponieważ coraz częściej wkładane są do niego skutery, motorowery oraz quady. Wielu się

buntuje przeciw wliczaniu tych pojazdów do grupy motocykli ze względu na to, że nie spełniają p o d s t aw o w e g o warunku: nie są aż tak szybkie.Nie mniej jednak wszystko się zmienia, a miłość do motocykli zaczyna się coraz wcześniej u młodych mężczyzn i kobiet, więc nie należy im odbierać szansy na robienie tego, co kochają, ale zawsze powinna towarzyszyć temu rozwaga i umiarkowanie.

3 TWARZE MOTOCYKLISTY

Jak wszystko obecnie, tak motocyklowy szał miał swój początek w Stanach Zjednoczonych. Amerykańska armia po II wojnie światowej wyprzedawała za bezcen motocykle i każdy mógł je nabyć. Tak zwani ridersi jeździli na motocyklach w celu znalezienia pracy, zaś potem uznano niebezpiecznie szybkie motocykle za łatwy

sposób na wzbogacenie się i stąd odłam motocyklistów o charakterze gangsterskim. Lata 60. przyniosły kolejne zmiany, kiedy to motocykliści solidaryzowali się z modą panującą wszędzie wokół i zaczęli być nazywani rockersami. Niedługo potem ustalił się stereotyp panujący do dziś. Motocyklistą była osoba nosząca czarną kurtkę z naszywkami, często w kształcie trupiej czaszki, którą zastępują tatuaże.


studenci Ten wizerunek kontynuują posiadacze chopperów i cruiserów, a ich oblicze przypomina wizerunek macho lub twardziela. Kolejne oblicze motocyklistów to właściciele motocykli terenowych i turystycznych, których stroje są czarne lub kolorowe, a przede wszystkim komfortowe i wytrzymałe. O s t a t n i wizerunek motocyklisty to ten sportowy, a często stylizowany też w kwestii u b i o r u i motocykla na mistrzów z a w o d ó w m o t o r y zacyjnych. Tutaj można pozwolić sobie na największą fantazję i kontrowersję.

MODA MOTOCYKLOWA

Najważniejszym dla motocyklisty, oczywiście poza motocyklem i wrażeniami płynącymi z jazdy, jest strój. W przeciwieństwie do współczesnej mody nie ma on szokować, być ekstrawagancki czy kontrowersyjny, ale przede wszystkim musi spełniać funkcję ochronną przed zimnem, wilgocią oraz amortyzować ewentualne upadki. Aczkolwiek strój jest też wizytówką motocyklisty, powinien być dopasowany do jego charakteru oraz typu motocykla. Moda motocyklowa również ewoluowała przez lata. Zaczęło się od skórzanych kurtek, których noszenie przetrwało do dziś, choć już niekoniecznie wyłącznie na motocyklach. Do kurtek dodawano emblematy, naszywki, które potem zostały zamienione pikami. Nie obeszło się także bez wysokich butów, wytartych dżinsów oraz hełmów, które zostały zamienione na kaski, stanowiące ochronę głowy, wzbogacone o szybkę, chroniącą przed owadami i wiatrem podczas rozwijania prędkości. W latach 70. uznanie zdobyły jedno lub dwu częściowe kombinezony

z ochraniaczami na kolanach i kostkach, które dziś cieszą się dużą popularnością u użytkowników motocykli sportowych. Wśród niezbędnika motocyklisty znajdą się również rękawiczki sięgające za nadgarstek, pas nerkowy oraz kominiarka, osłaniająca twarz pod kaskiem. Posiadacze chopperów, cruiserów, a także często motocykli klasycznych, kultywują tradycję w modzie i preferują czarne skórzane kurtki z ćwiekami i naszywkami, spodnie o tym samym kroju oraz buty tzw. ,,kowbojki”. Uż y t k o w n i c y m o t o c y k l i turystycznych i terenowych wymieniają kurtki i kombinezony na ubrania wykonane z tkaniny syntetycznej i buty na grubszej podeszwie. Jednak są też osoby, które wyznaczają własne trendy i style, nawet w jeździe motocyklem. Pink nie przeszkadzała krótka spódnica i szpilki, by cieszyć się z podróży motocyklem. Niektórzy zrobią wszystko, by zwrócić na siebie uwagę, nawet kosztem własnego bezpieczeństwa.

CHILLOUT

Coraz częściej odchodzi się od stereotypowego patrzenia na motocyklistów jako na jednostki będące poza prawem, łamiące wszelkie możliwe zasady, a często stwarzające zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też dla innych. W końcu stąd wzięło się określenie dość pejoratywnie nacechowane: ,,dawcy nerek” czy też ,,dawcy organów”. Obecnie, jeszcze subtelnie, aczkolwiek już się to zaznacza, że motocyklista to przede wszystkim osoba. Nie musi należeć do zbiorowości, do jakiegoś klubu, może być wolnym strzelcem lub po prostu pasjonatem, który kocha adrenalinę i motoryzację. Media wielokrotnie pokazują też dobrą stronę motocyklistów, którzy dzięki większej ilości koni mechanicznych mogli ująć przestępcę,

uratowali dziecko czy wykonali inny gest w kierunku ludzkości. Zadziwiające jest to, jak diametralnie zmienił się wizerunek motocyklisty na przełomie kilkudziesięciu lat. Dziś każdy może jeździć motocyklem. Bez względu na to, co robi na co dzień. Motocykl może być doskonałą odskocznią od pracy, rodziny, trudnych spraw i problemów. Jazda motocyklem daje wolność, chwilę zapomnienia, pozwala ukoić nerwy. Jest dobrym lekarstwem na wszelkie problemy. W czasie jazdy motocyklem, podnosi się poziom adrenaliny oraz wzrasta produkcja hormonu szczęścia – serotonina. Nie należy jednak zapominać, że jazda motocyklem to sport dla ludzi o mocnych nerwach, a jednocześnie rozważnych i odpowiedzialnych. A to dla wszystkich, których pasją są motocykle i wszystko, co z nimi związane. Oto kilka przydatnych adresów. Najważniejsze punkty z odzieżą motocyklową i wszelkimi akcesoriami na terenie Warszawy i okolic: 4rider.pl Sp z o.o. Warszawa, Płowiecka 61, Acebiker, Warszawa, Łopuszańska (www.acebiker.pl/sklep/),

35

Devilbikers Odzież Motocyklowa Michał Gdak Warszawa, Skarbka z Gór 21D/12, Mini-Bike., Warszawa, Nowolipki 17, Sebpol PPHU Sebastian Birula-Białynicki. Akcesoria motocyklowe, ubrania Raszyn, Al. Krakowska 10, Sklep Moto-akcesorioa Aleja Marszałka Józefa Piłsudskiego 2A, Marki (www.motoakcesoria.pl/), Sklep motocyklowy Motostore, ul. Wiertnicza 65a Warszawa (www.motostore.pl/), Sklep motocyklowy TARBOR Warszawa, ul. Kijowska 11 (www.tarbor.pl/), UHMA BIKE, Warszawa, Modlińska 258 (http://www.uhma-bike.pl/).

15


studenci

WŁAD PALOWNIK

Krwawa ikona popkultury

Jego imię nie mówi być może niektórym zbyt wiele. Postać ta posłużyła jednak Bramowi Stokerowi za inspirację jego najsłynniejszego thrilleru, opowiadającego o mesmerycznym hrabim Drakuli. Kim był owy Wład i cóż takiego uczynił, że wydał się idealny na pierwowzór krwiożerczego wampira?

ADAM GAAFAR

16

Wład był żyjącym w XV wieku hospodarem (władcą) Wołoszczyzny historycznej krainy leżącej w centrum dzisiejszej Rumunii. Urodził się w 1431 roku w Siedmiogrodzie, czyli ojczyźnie słynnego wampira. Inną nazwą tej krainy jest bowiem Transylwania. Trzeba przyznać, że nasz bohater był pełen sprzeczności. Jego przydomek- Draculea, czy po prostuDrakula- znaczy tyle co „syn Smoka” lub „Syn Diabła”. Mimo to nic nie stało na przeszkodzie by potomek samego Lucyfera mógł być zagorzałym uczestnikiem wypraw krzyżowych. Ba! Powołany do życia Zakon Smoka, miał służyć głównie temu celowi- obronie chrześcijaństwa przed Turkami. W zakonie służył ojciec Włada, co dało mu przydomek Draco- Smok. Sam Wład, oprócz przydomku Draculea posiadał jeszcze dwa inne. Jego rodacy nazywali go Tepes, zaś wrodzy Turcy Kazykły bej. Oba określenia miały to samo znaczenie: Palownik. Jego postać owiana jest licznymi legendami o okrutnych czynach, które dokonał, trzeba jednak mieć na uwadze, że nie wszystkie są prawdziwe. Przede wszystkim spora część „faktów” z jego życia pochodzi ze źródeł sporządzonych przez jego wrogów, a jak to często bywa, zwycięzcy sądzą pokonanych. Nie ulega więc wątpliwości, że spełniały one funkcje propagandowe, często mijające się z prawdą. Powołując się jednak na znakomitą powieść historyczną Chrisa Humphersa, zatytułowaną „Vlad. The Last Confession”( „Wład. Ostatnia spowiedź”) trzeba przyznać, że swoje za uszami miał. Autor odsiał prawdę od zwykłych pamfletów, uświadamiając czytelnika, że niezależnie od propagandy szerzonej przez wrogów, Wład w pełni zasługiwał na swój przydomek. Wład utrzymywał pokojowe stosunki z Turkami do 1459 roku, kiedy to umocnił swoją pozycję na tronie. W młodości spędził ponadto 7 lat na dworze

tureckim, w charakterze zakładnika. Po zdobyciu silnej władzy zaczęły się jego krwawe metody rozprawy z wrogami i utrzymywania porządku wewnętrznego. Kiedy postanowił zaprzestać płacenia haraczu sułtanowi Mehmedowi II Zdobywcy, doszło do starć. Turcy słono zapłacili za swą porażkę - pokonanych wrogów Wład kazał powbijać na pale, przy czym dowódca wojska oraz turecki poseł zostali „uhonorowani” palami wyższymi od pozostałych. Z czasem stało się to wizytówką Włada- dawał on wybrańcom wyższe pale, aby mogli… zaczerpnąć świeższego powietrza! Zasłynął także sprytną pułapką zastawioną na Turków w 1462 roku. Wtargnął nocą do ich obozu, ze sporą ilością wojowników przebranych w tureckie stroje, niszcząc, paląc i zabijając. Wywołało to zamęt i dezorientację wśród wrogów, którzy zaczęli się wówczas zabijać nawzajem. Po skończonej bitwie okazało się, że Wład, wraz ze swymi ludźmi, dawno opuścili obóz. Mimo to Turcy postanowili zdobyć Targoviste - siedzibę wołoskiego hospodara. Tutaj czekała na nich niemiła

niespodzianka powitalna- przed oczyma ukazały im się tysiące pali, na które nabito tureckich jeńców. Według przekazu greckiego historyka Chalkondylesa, rząd pali miał 3 kilometry długości i co najmniej kilometr szerokości. Ta krwawa „dekoracja” Włada przeszła do historii

pod nazwą „Lasu Pali”. Wład ostatecznie przegrał jednak swe zbrojne potyczki. Wysłany Węgrom w 1462 roku, został bezpodstawnie oskarżony o knowania z Turkami i pozbawiony władzy przez swego brata, Radu Pięknego. W niewoli i na wygnaniu przyszło spędzić mu ostatnie 14 lat życia. Po śmierci odcięto mu głowę, którą wysłano do Stambułu. Jego odwieczny wróg, sułtan Mehmed II wywiesił ją wówczas na bramie dawnego Konstantynopola, na której wisiała tak długo aż zgniła. Był to oczywisty odwet - próba ośmieszenia człowieka, który nieraz drwił sobie z niego palując jego wojowników przygotowując skuteczne zasadzki. Jak wspomniałem wcześniej, na temat życia Drakuli powstało wiele pamfletów, ukazujących się po jego śmierci. Wiele z wczesnych tekstów propagandowych powstało w Siedmiogrodzie- ukazywały one dawnego hospodara jako okrutnego tyrana gotującego ofiary żywcem i wbijającego na pale matki z dziećmi. Przekleństwem Drakuli było umrzeć w czasach rozpowszechniania się druku. Dzięki temu obieg informacji był szybki, a ludzie tak wtedy jak i teraz, łaknęli kontrowersji. W Niemczech pod koniec XV wieku przestawiano Drakulę ako księcia pijącego ludzką krew. Nic więc dziwnego, że Wład wydał się idealnym pierwowzorem wampira, powołanego do życia pod koniec XIX wieku. I chociaż historia jednego z największych wrogów zdobywcy Konstantynopola ( czyli sułtana Mehmeda Zdobywcy) jest dziś wielu osobom mniej znana, niż ludziom żyjącym pod koniec XV wieku , to jednak powieść Stokera pozwoliła na jego wskrzeszenie. Wprawdzie powołano się na złe czyny Włada, ale jak mówi słynne powiedzenie show biznesu - lepiej aby mówili źle, niż żeby nie mówili wcale. I o to chyba chodzi. Od pięciu wieków mówi się o nim jedynie w kontekście jego okrucieństwa, lecz jest już na pewno dużo lepiej niż kiedyś - nie jest Wład ofiarą politycznej propagandy, lecz ikoną kultury masowej. Wprawdzie jest to ikona krwawa, ale w niczym mu to nie przeszkadza-choć o Władzie Palowniku nie jest dziś głośno, to Drakulę znają wszyscy.


studenci MARTA SABALA DAMIAN DREWULSKI Prywatna służba zdrowia przewyższa państwową w kilku drobiazgach, co wcale nie znaczy, że jest od niej lepsza. Są to przede wszystkim: miła obsługa, nowoczesny sprzęt medyczny, czystość i zaangażowanie pracowników medycznych. Zaletą placówek prywatnych jest pewne uporządkowanie. Brakuje tego w państwowej służbie zdrowia. W ,,państwówce” są numerki, ale także trafiają się pilniejsze sytuacje niż numerek, np. komuś się spieszy i wepchnie się w kolejkę lub lekarz poprosi kogoś poza kolejnością. Takie przypadki natomiast nie zdarzają się w prywatnej służbie zdrowia, jeśli nie jest to uzasadnione. Wszystko odbywa się zgodnie ze standardami. Wizyta jest rejestrowana, miła recepcjonistka tudzież recepcjonista kieruje do gabinetu, pod którym pacjent oczekuje na wizytę. Oczywiście w każdej chwili może liczyć na pomoc pielęgniarki, która zawsze jest tam, gdzie powinna być. Zaś lekarz w czasie 15 minutowej (lub 20 minutowej w przypadku specjalisty) wizyty naturalnie rozwieje wszelkie nasze problemy, przeprowadzi badanie i, jeśli jest to placówka skomputeryzowana, wprowadzi opis wizyty do karty pacjenta i wydrukuje recepty. Pragmatycznie porównuje to spotkany student medycyny - Piotr: „Przewaga prywatnej opieki medycznej w porównaniu z publiczną jest miażdżąca. To trochę tak, jakby porównywać budowę z jakiegoś publicznego przetargu i budowę prywatną. Na tej pierwszej widzimy robotników mających niemal cały czas przerwę, a na drugiej mróweczki, które bardzo sprawnie uwijają się z kolejnymi etapami pracy.” Ten schemat jest dość nierealny. Można mu zarzucić wiele mankamentów. Po pierwsze wizyta internisty to koszt ok. 100 - 150zł za 15 minut. W tym czasie niewiele można dowiedzieć się na temat swojego stanu zdrowia. Nie mówiąc już o szczegółowym badaniu. Komputer często pomaga na wizycie, ale niekiedy też przeszkadza – zwłaszcza wtedy, gdy się psuje lub, gdy pada system i należy wstrzymać pracę i przyjmowanie pacjentów. Z takiej sytuacji już o wiele gorzej wybrnąć. Jak widać nie jest tak kolorowo jakby się wydawało. Dostępność wizyt w prywatnej służbie zdrowia wcale nie jest lepsza niż w państwowej. Na USG ortopedyczne w niektórych placówkach prywatnej służby zdrowia trzeba czekać nawet pół roku, czyli niewiele krócej niż w państwowych przychodniach. Tak oceniają to sami pacjenci: ,,Jeśli chodzi o czas oczekiwania, to niestety coraz częściej w większości prywatnych klinik jest podobnie, niekiedy trzeba czekać nawet 3 tygodnie... Wolę jednak zaczekać 3 tygodnie na specjalistę

niż pójść do naszej służby zdrowia o zgrozoooo.”. Nie jest także prawdą, że do każdego specjalisty, czy na każde badanie, można dostać się nie tyle bez kolejki, co bez skierowania. W prywatnej służbie zdrowia także funkcjonują skierowania, wymagane są na inwazyjne lub szkodliwe badania, np. RTG, jak również do niektórych specjalistów, choć nie do wszystkich. Skierowanie nie jest wymagane do endokrynologa, kardiologa, laryngologa czy neurologa, podczas, gdy w państwowej służbie zdrowia potrzebujemy skierowanie do każdego specjalisty. Generuje to nie tylko koszta, wyrzucanie papieru, ale też powoduje większe zamieszanie. I oczywiście za te usługi płacimy, albo inaczej – płacimy za miłą obsługę, czystość i za to, że personel medyczny wypełnia standardy, z których jest potem

PRYWATNA

SŁUŻBA ZDROWIA

PRZYJACIEL CZY WRÓG rozliczany. Natomiast nie zawsze za miłą atmosferę, bo i w prywatnych placówkach medycznych opóźnienia sięgają nawet do godziny, co potrafi każdego wyprowadzić z równowagi. Natomiast, jeśli chodzi o lekarzy specjalistów, ich wykształcenie i doświadczenie zawodowe, to nie ma żadnej różnicy. Lekarz jest lekarzem, musi skończyć studia medyczne, doświadczenie zaś nabywa lecząc ludzi. Poza tym wielu lekarzy pracuje w państwowej służbie zdrowia i dorabia sobie w prywatnej. Pacjenci prywatnych placówek zdrowia mają różne opinie na temat ich funkcjonowania. Warto poznać niektóre z nich. Zdania w tej kwestii są podzielone, niektórzy polecają prywatne placówki, twierdząc, że: ,,zapisujesz się na konkretną godzinę, wchodzisz, wychodzisz i po sprawie.;)”, z kolei inni to negują: ,,tylko że na konkretna wizytę to z dużym wyprzedzeniem.... a jak byłam ostatnio chora.. to albo mnie ganiali z wizyta na drugi koniec Warszawy albo musiałam czekać na korytarzu 2-3 godziny... bo w sezonie grypy mieli tylko 1-go lekarza dyżurnego..:(” Już teraz prowadzone są w Polsce dysputy na temat sprywatyzowania służby zdrowia. „Niektórzy straszą nas, że po prywatyzacji przychodnie i szpitale będą nastawione tylko na zysk i to odbije się na pacjencie.” – mówi wspominany wcześniej student medycyny ”A ja zapytam, jeżeli szpital nie będzie zarabiał to za co kupi nowy rezonans magnetyczny, respirator, inkubator czy nawet aparat do pozytonowej emisyjnej tomografii komputerowej, których w Polsce

jest kilka?” Należy się jednak zastanowić, czy naprawdę jest to takie eldorado jak nam wmawiają. Życie to nie bajka, należy o tym pamiętać. Po sprywatyzowaniu służby zdrowia, wcale nie będzie lepiej. Doskonale podsumowuje to jeden z uczestników forum internetowego (Marek1taki) w prowadzonej tam dyskusji: ,,Czy sądzi Pan, że po likwidacji publicznej służby zdrowia znikną kolejki, syf, kiła i mogiła, że będzie tylko ten miraż pięknych gabinetów bez kolejek? Te kolejki przeniosą się właśnie tam (…), te wszystkie patologie “zagoszczą” w prywatnej służbie zdrowia (…)”. Opinię tą prostuje Piotr „Inną stroną problemu jest finansowanie leczenia. W tej chwili mamy NFZ - który jest monopolistą. Jeżeli uwolnimy rynek ubezpieczeń medycznych, zacznie działać konkurencja, która wymusi racjonalne ceny ubezpieczeń.” Póki co, potrzebne są nam i prywatne i państwowe placówki zdrowia. Nie zawsze jesteśmy w stanie ominąć bariery finansowe, które stawiają przed nami prywatne centra medyczne. Poza tym prywatna służba zdrowia nie zawsze widzi w pacjencie osobę chorą, często jest to po prostu klient. Natomiast państwowa służba zdrowia nie zawsze widzi w pacjencie człowieka. Jest to bolączka naszych czasów – dialog, nastawienie do drugiej osoby, gdy osiągniemy an tym polu kompromis, a państwowa służba zdrowia nie będzie tak zadłużona, nie będziemy obawiać się jej prywatyzacji, a na rynku spokojnie będą funkcjonować zarówno państwowe jak i prywatne placówki ,uzupełniając się, a nie zwalczając.

17


studenci

STUDENT NA TALERZU DOMINIKA SAWICKA Za oknami w Hiszpanii jeszcze jesień, za tymi w Polsce już od jakiegoś czasu zimowe temperatury. Taka aura jak najbardziej sprzyja gotowaniu, pieczeniu i piciu gorącego kakao. Dlatego dzisiaj podzielę się z Wami przepisem na cukinię kremową, który jest bardzo prosty, ale trochę nietypowy i może urozmaicić spędzane w domowym zaciszu popołudnie. Do tego również bardzo proste w przygotowaniu malutkie rogaliki francuskie, świetnie pasujące do gorącego kakao i filmu albo porannej kawy. Robi się je naprawdę szybko, więc wystarczy mieć pod ręką ciasto francuskie i nawet niezapowiedzianych gości można przywitać słodką niespodzianką. Rogaliki francuskie z czekoladą

UWAGA! Wersja bardzo prosta! Składniki: ciasto francuskie świeże lub mrożone (można dostać w każdym supermarkecie) tabliczka czekolady mlecznej lub gorzkiej, według uznania 1 białko jajka 3 łyżki cukru Potrzebujesz: nóż, piekarnik z blachą do pieczenia, papier do pieczenia (często wystarczy ten, w który zawinięte jest ciasto w opakowaniu)

18

Mrożone ciasto wyjmujemy z zamrażarki kilka godzin przed przygotowaniem, świeże potrzebuje tylko około 10 minut poza lodówką. Czekoladę łamiemy lub kroimy tak, żeby uzyskać kawałki rozmiaru mniej więcej pół kostki. Ciasto francuskie kroimy na nieduże trójkąty (najwygodniejsze są prostokątne), pośrodku każdego trójkąta układamy kawałek czekolady i zawijamy nadając kształt rogalika. Należy zadbać o to, żeby ciasto szczelnie się zakleiło, inaczej czekolada wypłynie przy pieczeniu. Rogaliki układamy na blasze wyłożonej paSpaghetti z kremową cukinią pierem, każdy smarujemy białkiem (można użyć pędzla lub łyżeczki) Składniki: i posypujemy odrobiną cukru. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika makaron spaghetti na 15-20 minut. cukinia (1 średnia na osobę wystarczy) 2 łyżki białego serka do smarowania kanapek łyżkę masła lub oleju 1 ząbek czosnku sól, pieprz Potrzebujesz: garnek, patelnię, nóż Cukinię myjemy i kroimy w plasterki (im cieńsze tym szybciej są gotowe), podsmażamy delikatnie na patelni, po 3-5 minutach dodajemy pół szklanki wody i dusimy pod przykryciem. Czosnek wyciskamy lub bardzo drobno kroimy. Przyprawiamy cukinię solą i pieprzem, dodajemy czosnek i dusimy kolejne kilka minut. Kiedy plastry cukinii zmienią kolor na bardziej przezroczysty dodajemy biały serek i mieszamy. Podajemy z makaronem ugotowanym według przepisu na opakowaniu.


SUDOKU

Celem jest wypełnienie diagramu 9x9 w taki sposób, aby w każdym wierszu, w każdej kolumnie i w każdym z dziewięciu pogrubionych kwadratów 3x3 znalazło się po jednej cyfrze od 1 do 9.

I.PEWU nr 56  

56 numer Miesięcznika Kulturalnego Studentów Politechniki Warszawskiej

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you