Issuu on Google+

#58

marzec-kwiecień ISSN 1732-9302 www.ipewu.pl

w num erze:

JUWE

NALI A

PRAC A KA

ŻDEG DLA O?

PW


Central P... Woody Allen

Teatr 6 piętro 80 zł

40 zł

1.04

Kabaret OT.TO

1.04 Passion de Buena Vista

Galeria Czajka DOrum Art 40 zł

Dżem – Akustycznie

PkiN 70 zł

2.04

Wstępniak

Henryk Sienkiewicz Greatest Hits

Stodoła 55 zł

11.04

13.04

Spis Treści

kalendarium kwiecień-maj

Oddajemy w Wasze ręce 58. numer IPewu. Jest to efekt małych rewolucji, kilku dyskusji i kilkunastu godzin spędzonych nad tekstami, grafikami i ogarnięciem tego w całość. Za oknami jest wiosna i nawet jeśli od czasu do czasu będzie padać, kolos będzie gonił kolosa wszystko kwitnie i grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Jeszcze zanim mechanizm sesji rozszaleje się na dobre przed nami festiwal młodości – Juwenalia. Organizatorów politechnicznej edycji udało się pociągnąć za język Magdzie Sieńczuk – efekt tego znajdziecie w jej artykule w którym zdradzamy trochę festiwalowych tajemnic. Wiosna to doskonały moment, żeby zrobić coś czego dotychczas nie mogliście zrobić – argument jest jeden „czemu nie?!”. Dobrym pomysłem jest się zacząć ruszać – o tym co nieco pisze Marta Sabala – pora skorzystać. Jeśli ruch nie jest Waszą najmocniejszą stroną może warto do parku oprócz notatek z analizy i niniejszego miesięcznika zabrać paru znajomych i dobrą grę planszową. O planszówkach wspomina Michał Cichowski w swoim artykule. Oprócz tego recenzje, przepisy i wiele innych. Smacznego w imieniu całej redakcji. Damian Drewulski

Juwenalia PW

strona 4 i 5

Niezbadany wulkan energii wywiad z Hands Resist

strona 6 i 7

Praca dla Każdego

strona 8 i 9

Rock w bałkańskim wydaniu

strona 10

Student na talerzu

strona 11

Ranking filmów włoskich

strona 12 i 13

Gry planszowe

strona 14

Ruch czy bezruch Stara miłość też rdzewieje

Warsztaty nietypowych zainteresowań

Te-Tris i Rasmentalism

Moda męska

Voo Voo, Lech Janerka Redaktor Naczelny:  Damian Drewulski Redaktorzy prowadzący nr:  Damian Drewulski Redaktorzy:  Marta Sabala, Maciej Pietrukiewicz, Damian

www.wsp.pl 0 zł

Klub 55

16.04

Stodoła 45 zł

20.04

20.04

Drewulski, Joanna Motyka, Aleksandra Danilecka, Dominika Sawicka, Adam Gaafar, Jacek Kułak, Magda Sieńczuk

Dział graficzny:  Piotr Kaczmarek, Karol Dreszer Gąciarski, Sebastian Stasiuk

Administrator strony www:  Michał Tryniecki Wydawca:  Samorząd Studentów Politechniki Warszawskiej

Klub 55 20 zł

26.04

Foster The People

Palladium 110 zł

8.05

strona 16 strona 17

Recenzje teatralne

strona 18

Fotoreportaż

strona 20

P o l e c a m y w n u m e r z e :

Fotografia:  Michał Cichowski, Damian Drewulski, Krystian Korekta:  Katarzyna Nowak

Pablopavo, Praczas

strona 15

Okładka:  Sebastian Stasiuk

Juwenalia PW - co nowego w tym roku ? strona

4

Druk: dbPrint Polska www.dbprint.pl

Adres korespondencyjny: Centrum Ruchu Studenckiego ul. Waryńskiego 12, 00-631 Warszawa, z dopiskiem „i.pewu” tel/fax: (022) 234 91 05

e-mail: redakcja@ipewu.pw.edu.pl www.ipewu.pl

Praca dla kazdego? strona

8


studenci

MAGDA SIEŃCZUK

Juwenalia

Można je uwielbiać, można je krytykować, ale każdy przynajmniej raz na nich był. i nawet kiedy na nie narzekamy, to nie sposób się na nich nie pojawić. Jedni przyjdą wypić piwo na powietrzu, drudzy wpadną na koncerty, malkontentów przyciągną znajomi i studencka atmosfera całej imprezy. Coroczne święto studentów coraz bliżej, zatem postanowiliśmy przyjrzeć się najbliższej edycji i przekazać Wam, czego możecie się spodziewać po Juwenaliach PW 2012.

zrekompensuje fakt, że wraca wioska akademicka? Wielu z  Was może już jej nie pamiętać, więc pozwolę sobie przypomnieć. Wioska akademicka to stoiska różnych mediów, kół naukowych i organizacji studenckich, które promują swoje projekty i  zachęcają do współpracy. Wskrzeszenie tej inicjatywy to świetna wiadomość, gdyż

PW

nika zagra pro eco: w  planach jest akcja ”Minuta dla Ziemi”. Tak jak w przypadku parady – pomysł nie jest dopracowany, ale popieramy! Wyłączenie na chwilę świateł czy telefonów nic nas nie kosztuje, a Ziemia odetchnie. Tegoroczne juwenalia to także nowości dla imprezowiczów! Przede wszystkim Silent Disco, czyli w  skrócie:

Kto pierwszy, ten lepszy

4

Skoro mowa o juwenaliach, to wiadomo – najważniejsze pytanie: jaki zespół i  gdzie wystąpi? z  roku na rok wymagania studentów wobec swoich uczelni są coraz większe. Także sami organizatorzy ścigają się między sobą, kto będzie miał na swojej imprezie lepszy zespół i więcej atrakcji. Każdy chce zgromadzić jak największą publikę. a zatem co roku jesteśmy świadkami nieoficjalnego wyścigu uczelni po zespoły. Więcej popularnych grup muzycznych przekłada się na liczbę uczestników, a zatem i pozytywny odbiór imprezy. Kto pierwszy ten lepszy. Co roku na warszawskich juwenaliach możemy posłuchać czołówki polskiej sceny muzycznej. Juwenalia Politechniki Warszawskiej zwykle celowały w  zespoły rockowe. Podczas tegorocznej edycji możemy spodziewać się wielu nowości i miłych niespodzianek. Gdzieś w  gmachu głównym Politechniki krążą pogłoski o  dwóch wersjach festiwalu: darmowej – z  polskimi wykonawcami i  płatnej – z gwiazdą zagraniczną. Jedno wiemy na pewno – organizatorzy są wierni i rock pozostanie gatunkiem wiodącym na juwenaliowej scenie. Nie przekreśla to jednak występu zespołów reggae czy hip-hop.

przez dj-ów. Nie ma nagłośnienia, a  muzykę słychać tylko w  słuchawkach. a jeśli akurat ktoś chce pogadać z  drugą osobą, to wystarczy, że zdejmą słuchawki – na Silent Disco nie będą musieli się przekrzykiwać, jak to bywa na normalnych imprezach. Do tego ludzie tańczą i szaleją do muzyki w słuchawkach, pokazując sobie wzajemnie numer kanału, którego właśnie słuchają. Praktykowane było to m.in. na Openerze, czyli jednej z imprez, którą inspirują się organizatorzy naszych politechnicznych juwenaliów. Poza namiotem z ludźmi, bawiącymi się do muzyki w słuchawkach, planowana jest strefa fashion. Będzie to miejsce, w którym stworzony zostanie wybieg, a  studenci będą mieli okazję pokazać swoje projekty i kolekcje szerszej publiczności. Bo juwenalia to nie tylko koncerty gwiazd i jedna wielka impreza, lecz także promowanie studenckich zainteresowań

oraz dokonań. Nadal na juwenaliach takie inicjatywy są spychane na drugi plan, choć to właśnie dla takich celów to studenckie święto funkcjonuje. Ciekawe, czy śladem Politechniki pójdą także inne warszawskie uczelnie? Euro 2012 vs Juwenalia 2012

Co nowego na Syrence piszczy? Nie tylko na scenie muzycznej zajdą zmiany. w tym roku nie będzie parady studentów! Powiało grozą... ale Komisja Kultury PW zadba o to, by załatać tę ogromną dziurę. Plan działania nie jest jeszcze sprecyzowany, ale prace nieustannie trwają. Może brak parady

studenci

dzięki temu studenci będą mogli poznać wiele jednostek samorządowych, które istnieją na ich uczelni, a o których nie mieli oni zielonego pojęcia. Dodatkowo, w  tym roku Politech-

uczestnicy zgromadzeni w  wielkim namiocie dostają słuchawki z małym mikroportem i mają możliwość wyboru jednego z trzech kanałów muzycznych z  muzyką miksowaną na żywo

Imprezą, która sporo namiesza w tym roku, jest osławione już Euro 2012. Pozornie nie ma to z juwenaliami nic wspólnego... a jednak! Organizatorom Juwenaliów 2012 Euro niejako stoi na przeszkodzie. Dlaczego? Otóż co roku miasto daje uczelniom pieniądze na organizacje koncertów, ale z  po-

wodu Mistrzostw Europy w  tym roku uczelnie otrzymały 200 tysięcy złotych mniej niż w roku ubiegłym, co oznacza mniej pieniędzy na zespoły i różne inne atrakcje. a wszystko kosztuje. Dlatego, jak co roku, intensywnie poszukiwani są sponsorzy, którzy chcieliby promować się na studenckiej imprezie roku. Organizatorzy z ramienia Politechniki zapewniają, że środki od sponsorów się pojawią, choć niestety tutaj także wielką

rolę odgrywają piłkarskie rozgrywki, ponieważ większość dużych firm musi kalkulować wydatki związane z promocją swojej marki również na Euro. Jak mocno odbije się to na programie juwenaliów – okaże się dopiero w maju. Można zadać sobie pytanie: co z pieniędzmi od miasta? Przecież nie ma ich tak mało... Rzeczywiście, gdyby zebrać te środki razem, to wyszedłby z  tego budżet na naprawdę solidną imprezę. Ale przy założeniu, że każda uczelnia działa “w swoim ogródku”, pieniędzy po podziale nie jest wcale tak dużo. Kto dostanie najwięcej? Zależy to od liczby studentów. Im więcej studentów, tym proporcjonalnie więcej pieniędzy. Proste. Ktoś zada pytanie: a co, jeśli nie uda się znaleźć na czas sponsorów i odpowiednich środków finansowych? Program Juwenaliów Politechniki z  pewnością nie zostanie okrojony. Możliwe,

że będziemy musieli zapłacić za wejście, ale będzie to raczej symboliczna kwota. a jeśli udałoby się sprowadzić zagraniczną gwiazdę, jak planuje grupa zajmująca się juwenaliami, to taki układ wydaje się wręcz sprawiedliwy. Juwenalia od kuchni Jak organizacja tak dużej imprezy wygląda od środka? Grupa od kilkunastu do kilkudziesięciu osób zaczyna prace praktycznie na początku roku akademickiego. Do zaplanowania jest milion mniejszych i  większych kwestii: od wyboru zespołów, przez budżet, rozmaitą papierkologię, aż po liczbę ochroniarzy oraz toalet! o  dziwo, zabiegiem najmniej skomplikowanym jest właśnie wybór zespołów muzycznych, które mają wystąpić. Mianowicie: zbiera się grupa organizatorów i zaczyna tzw. “burzę mózgów” – każdy rzuca propozycje zespołów, później następuje eliminacja i rezerwacja osiągalnych wykonawców. Naturalnie wszyscy muszą brać pod uwagę rozmaite studenckie gusta oraz tradycję Juwenaliów PW, którym zawsze było bliżej do klimatów rockowych. Podczas koncertów mają okazję zaprezentować się też zespoły mniej znane, złożone ze studentów, które jednak same muszą przypominać o  sobie organizatorom – często zapychając skrzynki pocztowe swoimi zgłoszeniami czy nagraniami. Ci najlepsi i najwytrwalsi często tę szansę dostają. Jak widać, pomysłów na Juwenalia jest wiele. Począwszy od małej parady studentów kilku lub jednej uczelni, poprzez wskrzeszenie starych tradycji, aż po wprowadzenie wielkich nowości. Jedynym czynnikiem warunkującym są jak zwykle pieniądze. Fundusze, które organizatorzy będą musieli dokładnie policzyć i rozsądnie wydać, aby utrzymać poziom z  poprzednich lat lub też nadać tym juwenaliom nową jakość. Dlatego bez zbędnego hejtingu – wspierajmy ich, podsyłajmy swoje pomysły i z radością przyjmijmy każdą ich decyzję, każdą ogłoszoną gwiazdę, choćby nawet i wstęp miał nas trochę kosztować. w końcu, darmowe czy nie, lepsze lub gorsze... ale to NASZE juwenalia. Tekst napisany na podstawie rozmowy z Przewodniczącą Komisji Kultury, Katarzyną Ołdziejewską.

5


studenci

studenci

Niezbadany wulkan energii

wywiad z Hands Resist

MACIEK PIETRUKIEWICZ

6

Hands Resist: Hubert „Variath” Traczyk - gary Olek „Olo” Kosacki - wiosło #1 Karol Kawka - wiosło #2 Jacek „Jajco” Marek - grube struny Michał „Yogi” Traczyk - glosowe struny

Są przykładem zespołu kompletnie nieobecnego w polskim mainstreamie, podczas gdy ich utwory spokojnie mogłyby śmigać w rozmaitych rockowych stacjach radiowych. W ostatnim czasie wygrali studencki festiwal GAPA Rock, nagrali długogrający album, teraz szykują się do nagrania teledysku. A do tego ich koncerty to szalona energia sceniczna oraz nieprzewidywalna, zwariowana integracja z publiką. Polska kapela, którą warto znać, mimo że nie ma za sobą wielkiej wytwórni i tysięcy sprzedawanych płyt. Jeszcze. Spotykamy się prawie dwa miesiące po wygranym przez Was festiwalu GAPA. Co się zmieniło od tamtego czasu? Wykrystalizowała się już w głowach wizja teledysku, który był nagrodą za zwycięstwo na tym przeglądzie? Kiedy możemy się spodziewać gotowego klipu? Olo: Scenariusz został dopasowany do tekstu. Do teledysku zaprosiliśmy wokalistkę CF98 – Karcię, oraz sekcję dętą z zespołu The Mugshots, którzy udzielają się w piosence „Wszystko to, co mam”, bo do tej piosenki będzie kręcony klip. Karol: Ustaliliśmy też, że oprócz fabuły częścią teledysku ma być gruba impreza. Teledysk będziemy kręcić w kwietniu. GAPA to był Wasz pierwszy wygrany festiwal? Olo: Festiwal GAPA to pierwszy wygrany przez nas konkurs, wcześniej braliśmy udział np. w Pepsi Rock Battlefield w Hard Rock Cafe. Nigdy nie mieliśmy szczęścia do konkursów, wspomniany Pepsi Rock przegraliśmy 20 smsami! (śmiech) To zacznijmy od podstaw: czym jest Hands Resist, jaką muzę gracie? Olo: Określenie „melodyjny hardcore/ punk” jest najbliższe temu, co gramy, acz-

kolwiek nie chcemy zostać zaszufladkowani. Jest u nas dużo melodii, większość muzyki utrzymana w konwencji punk rockowej, jest trochę hardcore’u w niektórych momentach. Staramy się, aby nasza muzyka nie była tak prosta, jak „klasyczny” punk rock, ale nie chcemy też przesadzić w drugą stronę. W Internecie można znaleźć Wasze utwory śpiewane zarówno po polsku, jak i po angielsku. Wiadomo, że każda opcja ma swoje plusy i  minusy, zdecydowaliście się już na jedną? Karol: Na naszej pierwszej płycie teksty będą po polsku. Zespołom w  naszym kraju śpiewanie po angielsku nie zawsze wychodzi na dobre, różnie to bywa. Mi osobiście nasze teksty się podobają. Olo: Był pomysł, żeby drugą płytę (która już powoli powstaje na próbach) nagrać również po angielsku, żeby było łatwiej o granie gdzieś poza granicami kraju… Zobaczymy. Co Was odróżnia od tysięcy innych młodych zespołów na polskiej scenie muzycznej? Olo: Żaden zespół nie ma takiego basisty jak Jajco! (śmiech)

Najzabawniejsza, najdziwniejsza historia jaka zdarzyła się Wam przy okazji grania koncertu? Olo: Ostatnio nasz basista zszedł ze sceny i graliśmy bez niego… Karol: …powiedział, że zawsze chciał posłuchać swojego zespołu na żywo. Żyjecie muzyką czy z muzyki? Olo: Z muzyki to żaden z nas nie żyje… Karol: …to znaczy ja po części, bo udzielam lekcji gry na gitarze. Olo: Utrzymywać się z muzyki jest ciężko, ale jakby się już udało, to według mnie trzeba uważać, żeby nie zrobić z tego podejścia stricte jak do pracy, bo traci się zajawkę i radość jaką ma się z grania. Karol: w Polsce ciężko jest zarabiać na muzyce, a co dopiero z niej „żyć”. Trzeba zawsze pamiętać, żeby mieć jakieś dodatkowe źródło dochodu. Niektórzy z nas się uczą, niektórzy pracują i muzyka jest póki co naszym hobby. Nikt na wielką kasę parcia nie ma, ale fajnie by było grać i mieć z tego jakieś pieniądze. Perspektywy na przyszłość? Czego oczekujecie po projekcie Hands Resist w  perspektywie kolejnych lat? Czy nie wybiegacie tak daleko

w przyszłość i skupiacie się na najbliższych miesiącach? Olo: Robimy wszystko, żeby grać jak najlepiej i mamy nadzieję, że kiedyś będziemy bardziej rozpoznawalni. Pytanie tylko, czy ze sobą tyle wytrzymamy (śmiech). Karol: Wszystko się okaże po wydaniu płyty. Ja nie mam jakichś bardzo wielkich oczekiwań, ale gdy wydamy płytę, to zobaczymy jak spodoba się ludziom, jak będzie z propozycjami koncertów itd. Jak wygląda proces tworzenia? To bardziej obieranie jednej zgodnej drogi czy ciągłe ścieranie się? Karol: Nasz zespół to pięć totalnie różnych osób, każdy ma swoje pomysły i  podejście, pomimo, że słuchamy bardzo podobnej muzyki, są drobne szczegóły na temat których potrafimy długo dyskutować, a czasem nawet się posprzeczać. Ale z  reguły jest tak, że wszyscy mają w miarę podobne zdanie. Staramy się przy pracy nad drugą płytą dobierać kawałki, które stworzą jak najspójniejszy materiał. Olo: Każdy z  nas ma swoje zdanie, swoje podejście i szanujemy siebie nawzajem. Często musimy wybierać po prostu przez głosowanie. Karol: Mamy już ze dwie dłuższe trasy przejechane, znamy się dosyć dobrze, w różnych stanach świadomości… Także myślę, że jesteśmy dobrze zgrani. Ale tarcia muszą wszędzie występować. Jakbyśmy się nie ścierali, to ta muzyka byłaby pewnie nudna. Czego mogą się spodziewać po Waszej nowej płycie wieloletni fani oraz osoby, które z  Hands Resist zetkną się po raz pierwszy? Karol: Mamy dużo różnorodnych inspiracji, ale nasze kawałki wyróżnia przede wszystkim to, że są łatwe do zanucenia. Olo: Ci, którzy nas znają, to nas znają, więc wiedzą, czego się spodziewać, a nowi słuchacze puszczą płytkę i też im się spodoba (śmiech). Ostatnio puszczałem paru znajomym, którzy powiedzieli, że jest to fajne mocne granie, ale na płycie są też utwory, które mogą wpaść w  ucho ludziom nie słuchający na co dzień punk rockowej muzyki. Tak jak np. kawałek, do którego będziemy robili teledysk. („Wszystko to, co mam”) Karol: Na pewno każdy na tej płycie znajdzie coś dla siebie. Jak trudno jest znaleźć młodemu zespołowi w Polsce wydawcę? Jakiego wsparcia konkretnie oczekujecie? Olo: Nie jest łatwo i  byliśmy na to przygotowani. Karol: w Polsce jest bardzo dużo zespołów, które nie są znane, a grają muzykę na naprawdę wysokim poziomie. Nie rozumiem tego, że nie mogą się gdzieś

wybić dalej. w  naszym kraju promuje się zespoły o naprawdę wątpliwej wartości artystycznej. Jest dużo świetnych polskich zespołów, które poznałem choćby już podczas gry w Hands Resist, poprzez wspólne koncerty i  środowisko. Generalnie ciężko jest znaleźć wydawcę, na razie wysłaliśmy do kilku wytwórni promocyjne egzemplarze płyty i  czekamy na jakieś odpowiedzi. Variath: Jest garstka zespołów, które grają podobną do nas muzykę, ale nie ma wytwórni, która wydawałaby stricte takie brzmienia. z  reguły większe wytwórnie nie biorą pod skrzydła punk rockowych zespołów, bo uważają, że to się nie sprzeda, a jak się nie sprzeda, to po co w to ładować pieniądze? Niestety króluje tu podejście czysto „biznesowe”. Muzyką punk rockową są zainteresowane raczej mniejsze wytwórnie. Jest np. Antena Krzyku, która wydaje CF98, jest też Mystic Records, który wydaje sporo undergroundowych brzmień, może nie stricte punrockowych, ale „w okolicach”. Olo: Jeżeli chodzi o  wydanie płyty, to interesuje nas głównie wsparcie promocyjne wydawcy. Karol: No bo co z tego, że płyta byłaby nawet w sklepach, skoro nikt by o niej nie wiedział? Zresztą promocja to klucz do wszystkiego, co zauważyliśmy na niektórych koncertach. Jeśli wydarzenie jest dobrze wypromowane, to zazwyczaj przychodzi mnóstwo osób, co widać było np. na koncercie w  warszawskiej Hydrozagadce. Variath: Ciekawostka: był ostatnio koncert hardcore’owy mojego znajomego. Koncert odbył się w niedzielę o godzinie 15 i przyszło 200 osób! Więc może to też jest jakiś pomysł, żeby robić koncerty o tak wczesnej godzinie. Oczywiście promocja jest najważniejsza :) Wasze największe inspiracje? Chórem: Rise Against! Karol: Jajco cały czas powtarza, że chciałby na jednej scenie z Pennywise się znaleźć, nawet by dopłacił. A co z  łatką polskiego The Offspring, która gdzieś tam za Wami chodzi? Variath: Dla mnie to jest w ogóle najlepsza łatka, jaka może być. Bardzo lubimy wszyscy ten zespół i to jest jedna z naszych głównych inspiracji. Wiadomo, że trzeba kreować swój styl, ale jakby mieli nas do kogoś porównywać, to zestawianie z The Offspring bardzo nas cieszy. W dzisiejszych czasach kontakt z fanami jest bardzo ważny. Jak to wygląda u Was? Olo: Cieszy nas to, że pomimo tego, że jeszcze nie wydaliśmy płyty – mnóstwo osób śpiewa piosenki na koncertach!

Myślę, że wystarczy przyjść na nasz koncert, raz czy drugi – i to się od razu „łapie”. Mamy do tego charyzmatycznego wokalistę, który zawsze ma dobry kontakt z  fanami. Ostatnio przecież nawet basista zszedł ze sceny do ludzi, żeby się integrować z publiką (śmiech). Jak się dzisiaj promuje bądź co bądź młody zespół, który dopiero walczy o fanów, obecność w mediach i popularność? Bez Facebooka chyba ani rusz… Olo: Facebook to jest dzisiaj jedna z  obowiązkowych spraw. Niemożliwe, żeby jakaś firma czy zespół istniały bez strony na tym portalu społecznościowym. Yogi (nasz wokalista) zajmuje się ogarnianiem naszego facebooka, często pisze posty, utrzymuje kontakt z  fanami, wysyła różne ciekawostki. Karol: Generalnie staramy się w każdy sposób zainteresować ludzi w  internecie – z  nowej płyty udostępniliśmy na YouTube jeden utwór - „Zza Zamkniętych Drzwi”, który poniekąd promuje ten krążek. a do tego dojdzie oczywiście za jakiś czas wspomniany klip promocyjny, do którego jest kręcony teledysk (utwór „Wszystko to, co mam”). Czy oprócz sprzedaży fizycznych egzemplarzy macie zamiar udostępnić nową płytę w internecie za darmo? Variath: Chcielibyśmy udostępnić za darmo cały album. Kto ma go kupić w wersji „fizycznej”, ten i tak kupi. Wiadomo, że nie zależy nam na kasie, tylko na tym, żeby jak najwięcej ludzi słuchało naszej muzyki. Gdy płyta będzie do ściągnięcia i na przykład - pobierze ją 100 osób, a kupi 50, to i tak będzie dobrze – w końcu te 100 dodatkowych osób pozna naszą muzykę. Może być tylko tak, że jakaś wytwórnia zabroni nam udostępniać płyty za darmo, wtedy trzeba będzie się jakoś dogadać. Czego Wam życzyć tak na koniec? Variath: Czego życzyć? Przede wszystkim fajnego wydawcy, który pomoże nam w  promocji naszego debiutanckiego albumu. Mamy nadzieję, że już niedługo będziemy mogli podzielić się z  naszymi fanami naszą muzyką prezentując im naszą płytę! Nie możemy się doczekać. Zapraszamy serdecznie wszystkich na nasze koncerty, oraz na stronę na facebooku, gdzie zawsze umieszczamy info nt tego, gdzie gramy, nowości itd. - http://www.facebook.com/ Hresist . Pozdrawiamy wszystkich serdecznie !

7


studenci

Praca dla

studenci

każdego?

MAGDA SIEŃCZUK Wchodzę na znany portal internetowy, na którym możemy odnaleźć wszelkiego rodzaju ogłoszenia – od pracy zaczynając, poprzez wynajem mieszkań, aż po rzeczy do sprzedania. Wybieram miasto, jego część i branżę, w której chciałabym pracować. Wysyłam CV i listy motywacyjne, odpowiadając na interesujące mnie stanowiska. Czekam na odzew. Tydzień, dwa... irytująca cisza. Łatwe początki, błędne decyzje

8

Wielu z nas oprócz studiowania pracuje. Gdy tylko przyjechałam do Warszawy, postanowiłam pracować. Po dwóch tygodniach rozsyłania CV poszłam na którąś z kolei rozmowę o pracę i dostałam ją. Po dwóch miesiącach czułam się zmęczona i obawiałam się, że sesja mnie przygniecie. Pracę rzuciłam. Teraz znowu szukam, sesja nie okazała się taka straszna, ale niestety znalezienie nowej pracy nie jest proste. To, że nie tylko ja jej szukam, dodaje mi otuchy, ale także w pewien sposób przeraża, bo jak wyróżnić się z tłumu studentów takich jak ja? Przede wszystkim CV – ale czym może się poszczycić osoba, która nie ma doświadczenia? Zwrócić uwagę pracodawcy może wszystko. Ważny jest pomysł i  wykonanie. Oczywiście nie każdy sposób będzie nadawał się do każdej branży. Gdy ubiegamy się o pracę architekta, możemy zaserwować rekruterowi CV w formie projektu, na spotkanie w branży modowej możemy przedstawić swój własny projekt stroju. Cokolwiek uznamy za pomysłowe i przykuwające wzrok jest dobre. Ale pamiętajmy – co za dużo to nie zdrowo! Pracechce.pl i CV w rozmiarze XXL Wzbudzić zainteresowanie otoczenia udało się Radkowi Karbowskiemu z  Działdowa. Ma 21 lat, studiuje na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w  Olsztynie i  szuka pracy! Co takiego zrobił, że przytoczyłam tu jego przykład? Założył stronę internetową www.pracechce.pl. Zamieścił tam kilka słów o sobie, swoje CV i opis pracy,

której szuka. w Polsce jest to dość innowacyjny sposób poszukiwania pracy, ale na świecie często mają miejsce podobne historie. Po zaledwie pięciu godzinach od uruchomienia strona zanotowała 2000 wyświetleń. Na blog.oslawiony.pl znalazłam informację o tym, że witrynę tę odwiedziło 5 380 osób. Inny nasz rodak, Łukasz Jakubiak, postanowił wywiesić CV ogromnego formatu przed wejściem do firmy, w której chciał zdobyć pracę. Wiedział, że samym wywieszeniem plakatów nic nie wskóra, więc postawił na szum medialny i dzięki dużemu zainteresowaniu wystąpił w „Dzień dobry TVN”. Artykuł o nim pojawił się na Wirtualnej Polsce i dzięki temu Łukasz mógł przebierać w propozycjach pracy. Wujek Google i ciocia graffiti Znane są przykłady spektakularnych poszukiwań pracy ze świata. Warto tutaj przytoczyć osobę Aleca Brownsteina. Wykupił on sponsorowane linki targetowane na dyrektorów kreatywnych największych agencji reklamowych i  gdy wpisywali oni swoje imię i  nazwisko w  Google – w  wyszukiwarce pojawiał się link do strony Aleca www.alecbrownstein.com. Dzięki temu został on zaproszony na cztery rozmowy kwalifikacyjne, dostał dwie oferty pracy i  przyjął tę w  Y&R New York. Oprócz wymarzonej pracy Alec Brownstein dostał cztery nagrody za swój pomysł: Gold Pencil, Silver Pencil, Clio i  Young Gun of the Month. Ale nie tylko panowie mają kreatywne pomysły, jak zdobyć wymarzoną pracę. w Argentynie Laura Holzmann wynajęła lokalnego artystę, by ten na ścianie przed siedzibą firmy zrobił graf-

fiti przedstawiające ją przed drzwiami agencji z  ogromnym napisem „Chcę wejść!” i jej stroną internetową. Ściana wywołała duże poruszenie i już następnego dnia rano Laura dostała telefon od pracownika firmy. Została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, ale niestety pracy nie dostała. Wolontariat, doświadczenie i internetowy świat Strona pracechce.pl jest przejrzysta, szybko można odnaleźć interesujące nas informacje o właścicielu. Znajdujemy tam też radę dla studentów kierunków humanistycznych – „jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne, to lepiej jest udać się na zaoczne i nabierać doświadczenia”. Myślę, że wspomniane doświadczenie jest najważniejsze w wyścigu o pracę. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić? Gdzie nabyć? Co robić? Najbardziej przystępnym i najłatwiejszym sposobem jest wolontariat. Ludzie pytają „Co ci to da? Nie będziesz miał/a z tego pieniędzy.” Nie będę, ale w rubryce DOŚWIADCZENIE w  CV nie będzie pustki. „Jeśli ktoś myśli, że nigdy nie będzie rozliczany z przeszłości, to się grubo myli. Żeby w przyszłości żyć godnie, to już w liceum należy zacząć o niej myśleć.” – odpowiada Radek, zapytany o wolontariat. Sam pracował przy Radiu Działdowo, za darmo poświęcając swój wolny czas. Ale nie tylko, prowadził także blogi i  działał w  kilku rozgłośniach internetowych. Oprócz tego w  2010 roku zajmował się PR-em w  Wydawnictwie TELBIT, odbył straż w  Urzędzie Skarbowym w Działdowie. Dzięki temu najważniejsza rubryka jego CV nie jest pusta.

Naga prawda i granica prywatności CV, CV, ale skąd pomysł na stronę internetową? „Szukam pracy w  branży, w  której istotną sprawą jest siła przebicia, umiejętność autopromocji oraz ogólnego promowania. Od razu pomyślałem o  stronie, bo wiedziałem, że sam sobie poradzę. Można było również stworzyć aplikację na Facebooku, ale to już jest bardziej specjalistyczna wiedza, której nigdy nie posiadłem.” Na pracechce.pl możemy odnaleźć dwie wersje (skróconą i rozszerzoną) o  jego działalności, zainteresowaniach i umiejętnościach. Sama strona jest próbką tego co potrafi. „Nie spodziewałem się takiego boomu, który został wywołany przez pracechce.pl i  kilkunastu tysięcy odsłon. Mnóstwo ludzi wrzucało linki na swoje facebookowe tablice i zachęcało znajomych do robienia tego samego.” Radek usunął ze swojego CV adres i numer telefonu, bo jak mówi: „trzeba sobie wyznaczyć granicę prywatności”. Czy udało się osiągnąć cel? Znalazł pracę? „Pierwsze wiadomości pojawiły się już po kilku godzinach od uruchomienia akcji, ale nic wielkiego z nich nie wynikło. Część z nich była bardzo

padkiem potencjalny pracodawca o nas nie zapomniał. a później wszystko zależy od naszego przygotowania do rozmowy. Bardzo ważne jest też przygotowanie przed rozmową, dobrze jest dowiedzieć się jak najwięcej o firmie, w której chcielibyśmy pracować. Wtedy mamy większe szanse na zaimponowanie pracodawcy i zdobycie stanowiska. Co, gdy już czekamy przed gabinetem? Warto pamiętać o  oddychaniu, to bardzo ważne! Niedawno znajoma, która odbywała praktyki i zajmowała

ba ją tylko obudzić, a jeśli jednak jej nie ma, to można na nią zapracować. Kogo nazywamy osobą kreatywną? Zwykle jest to ktoś, kto w  towarzystwie rzuca mimochodem błyskotliwe żarty, ma wspaniałe pomysły, niekonwencjonalne rozwiązania problemów. Tylko czemu jemu się to udaje, a nam nie? Gdzieś kiedyś przeczytałam, że kreatywność nie ma nic wspólnego z  inteligencją. Niezwykle mnie to ucieszyło. Jest to po prostu umiejętność nieszablonowego myślenia,

9

pochlebna i niesamowicie motywowała do dalszego działania.” Jednak pozostał pewien niedosyt, bo pracy nadal nie ma.

się rekrutacją, powiedziała mi ciekawą rzecz. Otóż chodziło jej o  to, że za każdym razem idziemy na rozmowę kwalifikacyjną bardzo spięci, a kiedy dochodzi już do spotkania z osobą przeprowadzającą rozmowę miękną nogi, pocą się i  drżą dłonie. Nerwy. Jak je ukoić? Rada Moniki jest prosta – „to zwyczajni ludzie, oni też żartują. Wychodzą z  rozmowy i  idą na kawę z  koleżanką. Nie ma się czego bać.” Niby wszyscy to wiemy, ale myśl, że elegancka kobieta za chwilę będzie żartowała ze znajomymi z pracy przy kawie nie do końca mnie uspokaja.

Wielkie BOOM, CV i kurz

Kreatywność popłaca

Kilka przytoczonych tu przykładów może pokazywać, że kreatywność jest bardzo ważna, ale nie zapominajmy, że to nasze umiejętności są najważniejsze. Nie wystarczy dobry pomysł na zwrócenie na siebie uwagi, bo to tylko początek. Później trzeba wykazać się na rozmowie kwalifikacyjnej. Więc szukając pracy pamiętajmy, że po wielkim BOOM naszego CV długo powinien unosić się kurz, by przy-

Odejdźmy już od pracy i jej poszukiwań. Skupmy się na kreatywności. Hamuje ją w  nas szkoła, która uczy myśleć schematycznie. Nic więc dziwnego, że z czasem kreatywność w nas zasypia. a to dzięki niej możemy wpadać na niesamowite pomysły. Czytając ten tekst, doszliście do wniosku, że jednak staliście w innej kolejce, gdy Bóg rozdawał tę cechę? Nic bardziej mylnego. Ona jest w każdym z nas, trze-

którą można w sobie wyćwiczyć. Wystarczą proste zadania, które robimy sami, w domu, na kartce. Kiedy mamy ochotę i  czas. Nie potrzebujemy trenerów ani nauczycieli. Wystarczy wyobraźnia i  kilka wskazówek, które z powodzeniem znajdziemy w Google. Kreatywność popłaca w  każdej dziedzinie życia. w  domu pomaga zorganizować przestrzeń tak, by mieszkanie wyglądało ładnie, ale przy tym było praktyczne. Uczy szukania zastosowań oryginalnych, ale pomocnych. W czasach kopiowania prac z Internetu, sms-owych łańcuszków i  powielanych życzeń ludzie pragną czegoś innego, świeżego. Czegoś, co ich poruszy, zaciekawi, a przede wszystkim zaskoczy. Śmiało! Bądźmy kreatywni!


studenci

studenci

ROCK

ADAM GAAFAR

PO BAŁKAŃSKU

10

Nudzą Was już anglosaskie piosenki, a wszystkie utwory AC/DC czy Iron Maiden znacie praktycznie na pamięć? Jeżeli szukacie czegoś nowego, to mam coś, co na pewno Wam się spodoba. Sięgnijcie po płytę chorwackiego zespołu Thompson, wydaną w 2006 roku. Myślę, że po takiej dawce przyzwoitej muzyki będziecie chcieli więcej – w końcu apetyt ro��nie w miarę jedzenia. Album chorwackich bardów zatytułowany „Bilo jednom u Hrvastkoj” („Dawno temu w Chorwacji”) ma wszelkie znamiona doskonale skomponowanego krążka – znajdziemy tu zarówno spokojne ballady, jak i mocniejsze utwory. Wielu wtórują dodatkowo regionalne instrumenty, znane z pieśni ludowych. Płytę cechuje przede wszystkim dojrzałość muzyki i tekstów niosących wartościowy przekaz. Zanim jednak przystąpię do właściwej recenzji, muszę z pełną świadomością napisać, że mój stosunek do Thompsona jest mimo wszystko ambiwalentny. I zdaje mi się, że dla wielu osób nie może być on inny. Utwory Marko Perkovića i jego kolegów są w większości peanami ku czci Chorwacji i wszystkiego, co chorwackie. Bynajmniej nie jest to tylko piękna poezja śpiewana przez wielkich patriotów. Tutaj mamy do czynienia z przykrą tendencją, opartą na znanym stwierdzeniu, że od patriotyzmu już tylko krok do nacjonalizmu. Nie jest jednak moim celem zgłębianie politycznej sfery (przyznam nawet szczerze, że zgodnie z regułami obowiązującymi w naszej gazecie jest mi zabronione stosowanie takich zabiegów), ja mam zamiar zająć się jedynie muzyką. Jak określiłbym najprościej najnowszy album Thompsona? Album koncepcyjny. Celem bandu Marko Perkovića było bowiem przedstawienie przekrojowo historii Chorwacji – od samego początku, poprzez największe czasy świetności, aż do upadku kraju, który nawet wtedy nie zatracił swojej tożsamości (rzecz jak najbardziej piękna, jeśli weźmiemy pod uwagę, że kraj ten stracił niepodległość na zgoła dziewięć wieków). Nie zawsze było mi łatwo zrozumieć sens niektórych piosenek, i nie chodziło tu jedynie o bariery językowe – na naszym rynku niewiele jest bowiem dokładnych informacji dotyczących dziejów i legend Sło-

wian Południowych. W przygotowaniu tej recenzji pomógł mi mój znajomy Aleksander Arabadźić, któremu wypada mi w tym miejscu serdecznie podziękować. No, ale tyle tytułem wstępu. Zapnijcie mocno pasy i przygotujcie się na sporą dawkę dobrej muzyki. Poznajcie śpiewaną historię Chorwacji. Śpiewana historia Chorwacji Pierwszy utwór zatytułowany „Početak” („Początek”), niczym pierwsze wersety biblijnej Księgi Rodzaju, mówi o genezie ludzkości. Do tego wszystkiego mamy wspaniałą muzykę utrzymaną w mistycznym i  tajemniczym klimacie. W  kolejnym utworze „Dolazak Hrvata” („Przybycie Chorwatów”) znów występuje pewne biblijne nawiązanie – oto protoplaści Chorwatów przybywają nad tereny będące ich Ziemią Obiecaną. Być może Thompson inspirował się w tym utworze majestatycznym obrazem Otona Ivekovića zatytułowanym „Dolazak Hrvata na Jadran” („Przybycie Chorwatów nad Adriatyk”). W utworze słychać bębny i dęcie w rogi, budujące nastrój niczym z nordyckich sag. Do tego dochodzą echa i szum morza. Ujmuje w nim przede wszystkim wspaniały przekaz, głoszący przywiązanie i szacunek do ziemi przodków. Nie brakuje też utworów utrzymanych w klimacie nostalgii. W taki nastrój wprowadza nas „Klątwa króla Zvonimira” („Kletva Kralja Zvonimira”), który nawiązuje do pewnej chorwackiej legendy, poprzez którą tłumaczono przez stulecia, dlaczego kraj znalazł się na tak długo pod obcym panowaniem. Nie da się zrozumieć tego utworu bez krótkiego omówienia tejże legendy. Otóż głosi ona, że za czasów króla Demetriusza Zvonimira Chorwaci żyli w bezpieczeństwie i pokoju, toteż, kiedy postanowił on wyprawić się na wojnę, został zasztyletowany przez swoich wojów. Na łożu śmierci miał on rzucić na kraj klątwę, w myśl której, za nieposzanowanie prawowitego władcy, na bardzo długo miał nie zasiąść na tronie żaden władca spośród Chorwatów. Po śmierci Zvonimira (XI w.) Chorwacja dostała się pod panowanie Węgrów, niepodległość odzyskując dopiero w wieku XX. Nic więc dziwne-

go, że w utworze jest sporo o zburzonych marzeniach i zdrajcach, którzy do tej klęski doprowadzili (wszak biorąc pod uwagę przekaz z poprzedniej piosenki, stało się tak dlatego, że nie poszanowali oni ziemi przodków przez swój haniebny czyn). Klątwa króla Zvonimira była pierwszą piosenką Thompsona, którą w ogóle usłyszałem, dlatego mam do niej dużą sympatię. Od stronny muzycznej utwór jest jednym z moich ulubionych – bardzo żywiołowy, a zarazem oddający nieco smutny nastrój. Jak wspomniałem nieco wcześniej, mimo utraty niepodległości, Chorwaci nie utracili swojej tożsamości. Oddaje to zwłaszcza utwór „Diva Grabovčeva („Dziewica Grabovčeva”), opowiadający o męczeństwie chorwackiej dziewki, która odrzuciła zaloty Turka i przyjęcie islamu w czasie panowania Osmanów. Ot, taki patriotyczny gest sprzeciwu wobec utrzymywania jakichkolwiek stosunków ze swoimi wrogami i przywiązaniu do najwyższej wartości, jaką jest wiara chrześcijańska. Za swoją decyzję poniosła męczeńską śmierć – utwór jest zatem swego rodzaju hołdem wobec wielkiej chorwackiej patriotki. Mimo utraty niepodległości Chorwaci utrzymywali swoją tożsamość właśnie poprzez przywiązanie do ważnych wartości. Bardzo sympatycznym utworem o takim przekazie jest „Moj dida i ja” („Mój dziadek i ja”), mówiący o należnym szacunku do naszych dziadków – wielkich patriotów, przekazicieli narodowej historii i tradycji. W podobnym nastroju zachowana jest ballada „Sine mój” („Mój synu”), w której ojciec przekazuje synowi ważne wartości, w tym najważniejszą – aby zawsze polegał na Bogu i swojej wierze. Jest to także piosenka o rodzicielskiej miłości, o dumie z syna, który ma być dziedzicem patriotycznej postawy. Złoto dla ciekawych O „Bilo jednom u Hrvastkoj” mógłbym pisać jeszcze długo, lecz chcę zostawić kilka niespodzianek dla zainteresowanych – stąd powstrzymam się od przedstawienia innych, równie ciekawych, utworów z tego albumu. Robiąc szybkie podsumowanie – polecam tę płytę wszystkim poszukiwaczom nowych brzmień, fanom nie tylko rocka, ale ogólnie pojętej dobrej muzyki. Jeżeli miałbym oceniać ten album w skali dziesięciostopniowej, to bez wątpienia dałbym dziewięć. Życzę zatem wszystkim przyjemnych chwil przy słuchaniu Thompsona – i oby wywoływał on u Was podobne, pozytywne emocje.

DOMINIKA SAWICKA

STUDENT NA TALERZU Idzie wiosna, a z nią nadchodzi optymistyczna zieleń. Tym razem proponuję Wam urozmaicić kuchnię właśnie na zielono. Bohaterem tego numeru jest bowiem zielone pesto – banalnie proste w użyciu, jednocześnie nadające potrawom oryginalnego smaku a ich nazwom – profesjonalnego brzmienia. Wystarczy na obiad, zamiast makaronu z sosem pomidorowym, zrobić sobie fussili z pesto (fussili to makaron świderki) i od razu wszystkim się wydaje, że jesteśmy niezwykłymi kucharzami. Od fussili z pesto zaczniemy, później będą zielone naleśniki i mała imprezowa przekąska, również z zielonym akcentem. Wszystkich, którzy zamierzają oskarżyć mnie o burżujskie przepisy uprzedzam, że z jednego słoiczka pesto można wykonać wszystkie opisane potrawy i wcale nie wychodzi drogo.

Fussili z pesto Potrzebujesz: – zielone pesto (z bazylii) – makaron świderki (ok. 150 g na osobę) – tarty ser żółty – sól, łyżka oliwy lub oleju Przygotowanie: garnek Makaron gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oliwy, czas dobieramy zgodnie z opisem na opakowaniu. Ugotowany makaron odcedzamy, dodajemy pesto (2 łyżeczki wystarczą na porcję makaronu dla jednej osoby – pesto ma bardzo intensywny smak) i mieszamy. Podajemy posypane startym serem.

Zielone naleśniki z tuńczykiem i serem

11

Potrzebujesz: – 2 szklanki mąki – 1 jajko – 1 szklanka mleka – 1 szklanka wody – 2 łyżki pesto – puszka tuńczyka w sosie własnym – starty żółty ser – oliwki (jeśli lubisz i masz pod ręką) – sól, oliwa lub olej Przygotowanie: miska, patelnia Z naleśnikami jest tak, że każdy, kto robił je więcej niż raz, robi ciasto „na oko”, dopasowując ilość mąki i mleka podczas smażenia. Mąkę, mleko, wodę, jajko, szczyptę soli i łyżkę oliwy miksujemy. Jeśli nie mamy miksera, dobrym sposobem uniknięcia grudek jest wymieszanie składników z niewielką ilością mleka na gładką gęstą masę i następnie rozcieńczanie jej mlekiem. Dodajemy pesto i dokładnie mieszamy całość. Na rozgrzanej patelni smażymy z obu stron cienkie naleśniki. Po zdjęciu z patelni na każdym układamy łyżkę tuńczyka, pokrojone oliwki i trochę startego sera, składamy w trójkąty. Złożone naleśniki należy ułożyć na patelni i podgrzewać z obu stron około 2 minuty, żeby ser się roztopił.

Imprezowe zielone przekąski Potrzebujesz: – ciasto francuskie świeże lub mrożone – 3-4 łyżki pesto – starty żółty ser – 2 ząbki czosnku (dla tych, którzy nie boją się serwować „aromatycznych” przysmaków) Przygotowanie: praska do czosnku lub nóż i deska do krojenia, piekarnik z blaszką, papier do pieczenia (zwykle wystarczy ten, w który zawinięte jest ciasto) Mrożone ciasto wyjmujemy kilka godzin przed imprezą, żeby się rozmroziło. Rozwijamy cały arkusz ciasta, rozsmarowujemy pesto, pozostawiając wzdłuż jednego boku 1-2 cm czystego ciasta. Posypujemy serem i zawijamy ciasto w rulon, jak naleśnik, zaklejając na koniec czystym brzegiem. Z rulonu odcinamy krążki grubości 1-1,5 cm i układamy na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180° na około 20 minut.


studenci

studenci

RANKING FILMÓW WŁOSKICH

4

Arrivato Zampano – po obejrzeniu La Strady z  pewnością owo zawołanie nie będzie Ci obce. Niby historia jest smutna, Gelsomina od najmłodszych lat jest bowiem pozbawiona wolności, zostaje sprzedana przez matkę do cyrku, gdzie musi pomagać atlecie rozrywającemu łańcuchy siłą swoich mięśni. Ale następujące po sobie wydarzenia i relacja rodząca się między wspomnianą wcześniej dwójką budzą we mnie pozytywne emocje (choć Zampano nie stroni od używania siły wobec młodej, naiwnej i na swój sposób niewinnej dziewczyny). Po stronie plusów można zapisać też to, że obraz dostarcza wielu wzruszeń, zwłaszcza pod koniec.

JACEK KUŁAK

3 Włoskie kino jest cenione na całym świecie ze względu na ponadczasowość tematów, którymi się zajmuje. Dzięki temu nawet starsze filmy, wywodzące się z tej szkoły, pozostają atrakcyjne dla współczesnego widza, który ze zdziwieniem zauważy, jak aktualne są obrazy De Sici czy Felliniego.

10 12

Rocco i jego bracia [1960, reż. Luchino Visconti]

Rosaria wraz z czterema synami przeprowadza się do Mediolanu. Życie nie jest tam łatwe, ale rodzinie pomimo problemów udaje się jakoś funkcjonować. Sytuacja komplikuje się, gdy Simone popada w długi. W wyjściu z trudnej sytuacji pomaga mu Rocco, który zarabia na życie boksując. Więź pomiędzy braćmi zostaje wystawiona na poważną próbę, kiedy w  ich życiu pojawia się prostytutka Nadia, pożądana przez obu mężczyzn. Tytułowy bohater zostaje postawiony przed najtrudniejszą decyzją w  swoim życiu, musi wybrać pomiędzy rodziną a miłością.

9

Podróż do Włoch [1954, reż. Roberto Rosselini]

Film Roberta Rosseliniego przedstawia małżeństwo, które udaje się w podróż do Włoch, aby sprzedać dom, który Alex odziedziczył po swoim wuju. w  trakcie pobytu w obcym państwie para zdaje sobie sprawę, że to „pierwszy raz, od momentu gdy się poznali, kiedy są naprawdę sami”. Ta, zupełnie nowa dla nich, sytuacja sprawia, że w ich związku pojawiają się problemy. Alex i Katherine uświadamiają sobie, że przez cały czas żyli razem, tak naprawdę nic o sobie nie wiedząc. Jedną z największych zalet „Podróży do Włoch” są ukazane w  ujmujący sposób zabytki ojczyzny reżysera filmu. Razem z Katherine mamy okazję zwiedzić nie tylko włoskie ulice i budynki, które się przy niej znajdują, ale przed wszystkim świątynie, muzea, kratery wulkanu, katakumby i  Pompeje. Francois Traffaut napisał o  „Podróży do Włoch” , że jest to pierwszy nowoczesny film i ma momenty, które silnie oddziałują, a jednocześnie są subtelne. Uwagę widza zwraca przedstawienie związku, w  którym brakuje czułości i  który chyli się ku upadkowi, co jest kontrapunktem dla wspaniałych zabytków znajdujących się we Włoszech.

8

8 i pół [1963, reż. Federico Fellini]

Film można traktować jako autobiografię Felliniego, która ma dla niego wyjątkowe znaczenie. 8 i  pół nie jest może najłatwiejszym i  najprzyjemniejszym w  odbiorze obrazem, ale też nie miał takim być. Reżyser chce pokazać, że tworzenie dzieła kinematograficznego nie wiąże się z dobrą zabawą, ale często jest męką dla osoby, która się nim zajmuje. Twórca musi borykać się z  artystyczną niemocą, brakiem inspiracji, rosnącymi oczekiwaniami widowni i producentów, brakiem zrozumienia i wsparcia ze strony najbliższych osób. Tak naprawdę ze swoimi problemami zostaje pozostawiony sam. Dobrze obrazuje to scena, w której Guido śni o tym, że unosi się do nieba, jednak w pewnym momencie zostaje złapany przy pomocy liny za nogę i ściągnięty na ziemię, nie dane jest mu osiągnięcie perfekcji. w  innej ze scen bohater dusi się w  samochodzie, co też jest dobrym wyznacznikiem tego, jak niekiedy czuje się reżyser realizując film.

7

6

Przygoda [1960, reż. Michelangelo Antonioni]

Grupa zamożnych Włochów postanawia udać się jachtem na niezapomnianą wycieczkę na wulkaniczną wyspę. w  pewnym momencie zauważają, że nigdzie nie można znaleźć jednej z  uczestniczek wyprawy – Anny. Jej chłopak i  przyjaciółka postanawiają ją odnaleźć, jednak bez powodzenia. Poszukiwania sprawiają, że ta dwójka znacząco się do siebie zbliża. Zostają kochankami i zapominają o zaginionej. Film ma bardzo wolne tempo, właściwie jest pozbawiony akcji. Niektórzy powiedzą, że nic się w nim nie dzieje. Mimo to coś sprawia, że dalej go oglądamy i przenikamy do świata głównych bohaterów.

5

La dolce vita [1960, reż. Federico Fellini]

Sztuka przez duże S. Wbrew tytułowi życie w  rzymskiej metropolii wcale nie jest słodkie. Owszem, można oddać się licznym uciechom, które oferuje miasto, tak właśnie czyni grana przez Mastroianniego postać Marcella. Nie pozwala to jednak zapomnieć o  wszechobecnym zepsuciu społeczeństwa i  niemożności podjęcia konstruktywnego działania i znalezienia swojego miejsca na świecie. Główny bohater poszukuje szczęścia, ale nie potrafi go znaleźć. Być może w ogóle nie jest możliwe, aby je osiągnąć. Dla tych, którzy lubią po filmie usiąść i szukać jego różnych interpretacji.

Zaćmienie [1962, reż. Michelangelo Antonioni]

Jeden z  moich ulubionych filmów Antonioniego. w  czasach kryzysu ekonomicznego dodatkowo zyskuje na znaczeniu wątek osób uzależnionych od gry na giełdzie, którzy w  ciągu jednego dnia tracą dobytek całego życia. Pokazane są ich chwilowe sukcesy i  późniejsze dramaty. Jest to doskonałe studium ludzkiej natury. Także relacja Piero i  Vittori wydaje się być interesującym przykładem tego, jak materializm dominuje w naszym życiu. Pierwszorzędna obsada w osobach Alaina Delona i Monici Vitti.

2

Powiększenie [1966, reż. Michelangelo Antonioni]

Intrygujący obraz, w którym na pierwszy plan wysuwa się postać znudzonego życiem dekadenta. Choć jest on londyńskim fotografem na co dzień pracującym ze zjawiskowymi pięknościami, nie stroniącym od przypadkowego seksu i  palenia marihuany, cały czas czeka na coś, co będzie w stanie poruszyć jego zmysły. Pewna tajemnicza kobieta sprawia, że trafia on na ślad zbrodni, którą udaje mu się odkryć po powiększeniu uprzednio zrobionego przez siebie zdjęcia. Film posiada specyficzną atmosferę, która z łatwością potrafi przykuć uwagę.

1

Śmierć w Wenecji [1971, reż. Luchino Visconti]

Adaptacja wybitnej powieści Thomasa Manna. Gustaw Aschenbach chce odpocząć po okresie stresu w pracy i życiu osobistym. Jako cel swojej podróży wybiera Wenecję, w  której znajduje się nadmorski kurort. Akcja rozwija się jednak w niespodziewanym kierunku. Nieoczekiwanie mężczyzna będący w średnim wieku zauważa Tadzia, dorastającego chłopca, który spędza w mieście wakacje z rodziną. Zainteresowanie młodzieńcem przeradza się w fascynację, a z czasem nawet w pożądanie, bądź zakochanie. Gustaw podziwia fizyczność Tadzia z daleka, chciałby się do niego zbliżyć, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie jest to możliwe. w jego umyśle rozgrywa się niebezpieczna gra. Owo uczucie nie jest jednak jedynym zmartwieniem bohatera. Miasto jest pogrążone w  epidemii, co chwilę umierają kolejni ludzie, nie można się z niego wydostać.

La strada [1954, reż. Federico Fellini]

Złodzieje rowerów [1948, reż. Vittorio De Sica]

Najwybitniejszy film włoskiego neorealizmu. Po zakończeniu wojny ludzie w Rzymie borykają się z brakiem pracy. Kiedy ojciec małego chłopca znajduje zatrudnienie ma nadzieję, że w końcu będzie mógł sprawić, by jego syn nie był więcej głodny. Niestety zostaje mu skradziony rower – niezbędne narzędzie do wykonywania pracy przy rozwieszaniu plakatów. Przy okazji mężczyzna musi zmierzyć się z biurokracją i zawiścią innych ludzi. Szczególnie uderzająca jest finałowa scena, w której na twarzy bohatera widać wstyd, bezsilność i  rezygnację. Złodzieje rowerów poruszy nawet najbardziej obojętnego widza.

13


studenci

studenci

GRY PLANSZOWE

MICHAŁ CICHOWSKI

Niemal każdy w swojej młodości grał w gry planszowe. Takie nazwy jak chińczyk, monopoly czy drabinki są prawie wszystkim znane. Jednak nie każdy wie, że od pewnego czasu gry planszowe stają się coraz bardziej popularne – nie tylko wśród dzieci. Od pewnego czasu można zetknąć się z pojęciem Nowoczesnej Gry Planszowej. Gry te cechują się zazwyczaj dużą liczbą elementów, bardzo rozbudowanymi zasadami i  długim czasem gry. Jednak nie można tego uznać za regułę. Często zdarzają się gry złożone tylko z kart (i nie chodzi tu o  karcianki kolekcjonerskie, jak Magic: The Gathering czy popularne kilka lat temu Pokemony, w których każdy z  graczy sam składa swoją talię, dobierając karty spośród tysięcy dostępnych), niekiedy nie pojawia się plansza, a innym razem mogą to być różne układanki lub puzzle.

14

Gry planszowe można podzielić na wiele różnych sposobów. Tak więc na przykład gry familijne o  wysokim poziomie losowości (co daje dzieciom szanse na równorzędną walkę z  rodzicami lub starszym rodzeństwem), często bajkowej atmosferze i  złożone z  wielu kolorowych elementów. Przykładem takich gier są Osadnicy z  Catanu lub puzzle Carcassone. Dla odmiany gry ekonomiczne często opierają się na handlu między graczami i zazwyczaj są mało losowe. Przykładem może być Wysokie Napięcie, w  której gracze wcielają się w  zarządców koncernów elektrycznych lub polska gra Pret a Porter, gdzie gracze stają się kreatorami mody. Bardzo popularną odmianą są gry przygodowe. Często pojawia się w  nich jakaś fabuła lub jej zarys, gracze natomiast wcielają się w  konkretne role. Bardzo znanym przykładem takiej gry jest umieszczony w  świecie fantasy Talizman: Magia i  Miecz. w  tej grze uczestnicy odgrywający postacie znane z  filmów bądź książek: rycerzy, czarowników czy złodziejów, toczą ze sobą wyścig o  to, kto pierwszy zdobędzie Koronę Władzy. Zdarzają się również gry kooperacyjne, w  których gracze muszą wspólnie stawić czoła planszy. Jako przykłady można podać planszówkę rozgrywaną w świecie wykreowanym przez pisarza grozy H.P. Lovecrafta: Horror w  Arkham, gdzie głównym zadaniem grupy jest odparcie potwornych sił z innego świata, zagrażających miasteczku Arkham. Innym, dość znanym w świecie gier przykładem gry kooperacyjnej, jest gra karciana Anioł

Śmierci, bazująca na legendarnym już Space Hulku. Tutaj gracze tworzą elitarny oddział żołnierzy, którego zadaniem jest spenetrować latający w  przestrzeni kosmicznej wrak. Dość ciekawą kategorią są gry imprezowe, jak Jungle Speed czy gra o  dość przewrotnym tytule Palce w  Pralce. Gry takie nie mają zazwyczaj górnego

limitu osób, rozgrywka nie jest ograniczona ramami czasowymi, a gra opiera się bardziej na śmiechu i dobrej zabawie niż na poważnej rywalizacji. Rozgrywka w  Jungle Speed polega na wykładaniu specjalnych kart przed siebie i  chwytaniu stojącego pomiędzy graczami totemu (który czasem lubi spaść ze stołu lub wylecieć przez okno, co nie przeszkadza graczom w łapaniu go), natomiast Palce w Pralce toczą się przy dźwiękach wybijanego „We Will Rock You”. Ważnym elementem współczesnych gier planszowych są dodatki. Jeżeli wydaje nam się, że gra już niczym nas nie zaskoczy, można kupić taki dodatek (jeden lub kilka). Często wprowadzają one nowe zasady, nowe plansze, żetony czy karty. Do  niektórych gier takich dodatków pojawiło się niewiele (jeden do Anioła Śmierci, nie wiadomo po co, bo gra i tak

jest bardzo trudna, jeden do Jungle Speeda, bo w pewnym momencie karty są już znane na pamięć), do innych więcej. Rozegranie partii Talizmanu ze wszystkimi dodatkami wymaga naprawdę dużego stołu i  kilku godzin, natomiast gra w Horror w Arkham z kompletem uzupełnień (niestety, w  Polsce pojawiły się do tej pory tylko dwa) wymaga już sporego kawałka podłogi i  całej nocy.

Oczywiście, oprócz gier planszowych, istnieją inne formy rozrywki nie wymagające angażowania komputera, jak na przykład gry RPG (najprościej mówiąc: przygodowa gra planszowa bez planszy, gdzie wszystko dzieje się w wyobraźni graczy), wspomniane już kolekcjonerskie gry karciane czy gry figurowe, gdzie tworzymy swoją armię z wielu dostępnych figurek. Wielu osobom wejście do świata graczy może wydać się trudne, jednak tak nie jest. Wystarczy kupić jakąś grę i  zaprosić znajomych na wieczór, można również wybrać się na spotkanie lub konwent (na przykład nieregularnie odbywający się na Wydziale Mechatroniki PW Wieczór Gier Bez Prądu) i  przyłączyć się do wspólnej zabawy. Do grania prąd i  komputery wcale nie są konieczne!

RUCH CZY BEZRUCH? MARTA SABALA

OTO JEST PYTANIE

Skłonności do ruchu wyssaliśmy wraz z mlekiem matki. Małe dzieci mają w sobie tyle energii, że nawet przez chwilę nie chcą usiedzieć w  miejscu. z  wiekiem to się zmienia. Ostatnio daje się zauważyć, że także świat, w jakim żyjemy, wpływa na tryb naszego życia. Co dzień stajemy przed wyborem: żyć aktywnie czy pasywnie. Od zarania dziejów ludzie walczą o  byt, używając przy tym siły fizycznej, by zdobyć pokarm, odzież czy zapewnić sobie bezpieczeństwo. w związku z tym organizm człowieka przystosował się do aktywnego trybu życia. Jednak ostatnie pokolenia, w wyniku zmian cywilizacyjnych oraz postępu technicznego, zaczęły odchodzić od schematu życia opierającego się na aktywności ruchowej, wymieniając go na model wygodniejszy i  mniej męczący. Zmiana trybu życia z aktywnego na pasywny pociągnęła za sobą daleko idące konsekwencje, np. zmniejszenie zdolności przystosowawczych, co określa się jako zespoły hipokinetyczne. To bardzo tajemnicze pojęcie staje się powoli wizytówką naszych czasów. w  dwóch słowach można je wyjaśnić jako bezczynność ruchową. Hipokinezja stała się też ogromnym problemem dla współczesnego człowieka. Wielu z  nas poprzez rozrywkę i  odpoczynek rozumie oglądanie telewizji lub siedzenie przy komputerze. Po ośmiu godzinach pracy, kolejne cztery spędzone przed środkami masowego przekazu nie niosą nic dobrego ani dla naszej postawy, ani dla zdrowia. Często towarzyszący hipokinezji wysoki poziom stresu oraz wysokokaloryczne diety, z  przewagą fastfoodów, to także nic dobrego dla naszego organizmu. Wpływa to znacznie na nasze samopoczucie oraz zdrowie: nadmiar stresu powiązany jest z  niedoborem snu i  spadkiem odporności organizmu. Taki niezdrowy tryb życia, w  połączeniu z  brakiem ruchu, może doprowadzić do rozwoju chorób cywilizacyjnych, wśród których wymienia się: chorobę niedokrwienną serca, otyłość czy nerwicę. Większość z  nas myśli sobie: to mnie nie dotyczy. Co mnie obchodzą jakieś choroby cywilizacyjne, itd. Nic bardziej mylnego. Poziom aktywności na studiach jest o wiele mniejszy od poziomu aktywności w  liceum. Oczywiście nie można tego powiedzieć o wszystkich. Jednak przeciętny Polak spędza przed telewizorem średnio ponad 3 godziny dziennie. Zbliżamy się do społeczeństwa amerykańskiego, które w  tym przoduje i  prowadzi najbardziej pasywny tryb życia. Tymczasem należałoby brać przykład z Niemców czy Skandynawów, którzy znacznie mniej czasu tracą na bezruch, towarzyszący oglądaniu telewizji. Czasem to dopiero przyrost wagi, dolegliwości żołądkowe lub bóle stawów sygnalizują, że organizm się buntuje i stawia opór wobec trybu życia, w którym brakuje aktywności fizycznej.

Bezruch nie wpływa korzystnie na nasz organizm. Więc jak to zmienić? w  jaki sposób zmotywować do uprawiania sportu, skoro nagle stał się zbyteczny i wolimy wygodniejszy tryb życia? Grunt to przytoczyć odpowiednie argumenty. Siła perswazji może zdziałać cuda. Systematyczna aktywność fizyczna pomaga w uniknięciu wielu chorób, np. układu krążenia. Taki argument nie przekonałby wielu z  nas. Podobnie jak ten: poprzez ruch zwiększa się wydolność płuc oraz wytrzymałość organizmu. Choć to prawda, ma małą siłę oddziaływania. Dwa najbardziej popularne argumenty to pozbycie się tkanki tłuszczowej i  intensywny przyrost masy mięśniowej. Kobiety chcą być szczupłe, mężczyźni dobrze czują się ze swoimi mięśniami i ,,kratką” na brzuchu. Jednak niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że wysiłek fizyczny dobrze wpływa nie tylko na ciało, lecz także na ludzką psychikę – jest doskonałym sposobem odreagowania po stresującym dniu w pracy, na uczelni, kłótni z dziewczyną czy współlokatorem. Dzięki wysiłkowi fizycznemu, a  zwłaszcza dzięki widocznym efektom, poprawia się nastrój. Ponadto osoby uprawiające systematycznie sport częściej osiągają sukcesy w życiu zawodowym oraz posiadają większą stabilność emocjonalną. Najwięcej zależy od nas samych. To ty musisz chcieć. Nikt cię do tego nie zmusi. Warto więc zmienić swoje myślenie i  zacząć traktować aktywność fizyczną jak przyjemność, a  nie uciążliwy obowiązek. Najważniejszym czynnikiem, bez którego nie można rozpocząć ćwiczeń, jest własna motywacja. Co najlepiej motywuje? Przykład innej osoby oraz współzawodnictwo. Człowiek od zawsze rywalizuje, chce być jak najlepszy we wszystkim, co robi. Wspólny jogging z koleżanką lub kolegą jest lepszym zastrzykiem motywacji niż patrzenie na aerobik w TV. Na początek jako zachętę można także wykorzystać metodę kija i marchewki. Jak zmusić człowieka, by ruszył się z  kanapy i  wyszedł do ludzi? Zaproponować mu coś interesującego w  zamian. Przykładem może być wspólne wyjście na basen, na łyżwy, siłownię czy skałkę, a potem wypad do baru. Osoba decydująca się na taki wypoczynek nie myśli, że idzie uprawiać sport, że się zmęczy lub spoci, lecz idzie tam z  nastawieniem, że miło spędzi czas z  przyjaciółmi. Podstępne, ale skuteczne. W dzisiejszych czasach jedno jest pewne: nie można stawać przed wyborem czy uprawiać ćwiczenia fizyczne, czy też nie, bo są one obowiązkiem każdego z nas i wynika to nie tyle z powinności, co z natury człowieka. Bo warto zainwestować w siebie. Już wkrótce wiosna, warto przeprosić swoje dresy i zacząć dzień od porannego joggingu lub wyskoczyć po pracy na basen. Nie warto odkładać na jutro czegoś, co można zrobić dziś.

15


studenci

studenci

STARA MIŁOŚĆ ARIANA STELĘGOWSKA

TEŻ RDZEWIEJE

Pamiątkowe SMS-y zachowane w archiwum telefonu. Kartki z wyznaniem miłości, prezenty, wspólne zdjęcia. To najczęstsze pamiątki po byłych partnerach. Bo przecież prawie każdy lubi sobie powspominać dawne czasy, jak to było kiedyś z kimś, czasem już dawno zapomnianym. Jednak czy bycie sentymentalnym ma sens? Czy nie wzbudzamy w sobie tęsknoty za czymś, co już nigdy więcej nie powróci?

16

Trzymanie takich drobiazgów i traktowanie ich jako fragmentów ołtarzyków przeszłości często nie pozwala się skupić na chwili obecnej. Bo ile razy spojrzysz na taki przedmiot, wywołuje to w  tobie różne reakcje: od uśmiechu na twarzy po rozmyślanie o  tym „co by było gdyby…”. Powracanie do skończonych spraw wydaje się absurdalne. Przecież coś musi się skończyć, by coś innego mogło się zacząć. Tylko czy na pewno zaczynamy coś nowego, gdy stare siedzi wciąż w nas jak dobrze zagnieżdżony pasożyt, który tylko z pozoru nam nie szkodzi? Kolekcjonowanie pamiątek po byłych to rodzaj sznurka, na którym trzymamy wściekłego psa teraźniejszości. Prędzej czy później sznurek się urwie i dopiero wtedy nasze życie uczuciowe pójdzie, a  raczej wyrwie do przodu. Załatwienie sprawy do końca tj. pozbycie się przedmiotów, które są TYLKO przedmiotami, to moim zdaniem jedyne sensowe rozwiązanie. Jednak i bez nich pozostajemy zniewoleni przez przeszłość, która ciągnie się za nami jak przybłąkane stado psów, którymi są wspomnienia siedzące głęboko w sercu. Często też właśnie weryfikujemy stosunek obecnego partnera do nas na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Bezustanne porównania i  zestawienia to błędne koło ciągłego powrotu do dawnych relacji. Jeśli nie uwolnimy się od tego co było, nie będziemy w  stanie cieszyć się w  pełni z  nowego uczucia, które dzieje się teraz i  w tej chwili. Bo przecież kto chciałby być traktowany jako element porównawczy a  nie jako osoba jedyna, niepowtarzalna i nieporównywalna z nikim innym? To pytanie nie wymaga chyba odpowiedzi. Ale z drugiej strony miłe wspomnienia są po prostu miłe i warto je mieć. To też kształtuje nasze wyobrażenie

o  miłości, nasze oczekiwania wobec drugiej osoby. Odniesienie do przeszłości jest jakby bazą- podstawą spojrzenia na świat, ludzi, uczucia. Sentymentalne podejście stwarza w  nas poniekąd przyzwyczajenie do szczęścia, do którego podświadomie każdy z nas dąży. Poza tym uczuciowe podejście łączy się z  romantycznym pojmowaniem miłości, nawet jeśli jest ona nieszczęśliwa. Chociaż czasem bywa to postrzegane jako tkliwe, to w  sumie większość z nas pielęgnuje w sobie urywki minionych chwil, a  także przedmioty z nimi związane. Sentyment to piękna wstążka, która oplata serce i  sprawia, że przeszłość wydaje się być cudowna. Pomijam tu fakt idealizowania, który jest nieodzownym elementem zamiłowania do tego, co dawne. Im dłużej zastanawiam się nad tym tematem, tym coraz bardziej się gubię.

Bo jak we wszystkim nie ma ostatecznej i jednoznacznej odpowiedzi. Do takich „kolekcji” przeszłości można podchodzić na wiele sposobów. z  jednej strony pozbycie się wszystkiego jest dobrym rozwiązaniem, by raz na zawsze odciąć się od starego. Ale jednak bez odniesienia się do wcześniejszych doświadczeń też do końca nie jesteśmy w stanie wejść w przyszłość, gdyż brakuje konstruktywnych wniosków, ustrzegających od błędów, które już kiedyś popełniliśmy. Sentyment niech nie będzie przywiązaniem do przedmiotów, ale do pozytywnych uczuć towarzyszących miłości. Tej obecnej. Dawnej. Każdej. Oby tylko nie zabrakło rzeczy, które będą jak świstokliki, przedmioty znane z  serii książek o  młodym czarodzieju, przenosić nas w zupełnie inne miejsca.

MODA MĘSKA

POLSKA vs. ZAGRANICA

JOANNA MOTYKA Powszechne jest przekonanie, że Polaka, bez żadnego problemu, można poznać w grupie obcokrajowców. Niestety twierdzi się, że przyczyną jego rozpoznawalności nie są jakieś nadzwyczajne i  wyjątkowe cechy, lecz żenujące zachowanie i  nieco dziwny styl ubierania. Zachowanie pominiemy, uwagę skoncentrujemy na polskiej stylówie. MADE IN POLAND Co z  tym ubiorem nie tak? Dlaczego staje się on tematem niezwykle gorących i  interesujących dyskusji? Nie ma co ukrywać, polscy panowie, w przeważającej części, nie są w stanie dogonić pod względem ubioru mężczyzn z zagranicy. Mimo że kobiety dokładają starań, by ich mężczyźni wyglądali coraz lepiej, są przyzwyczajenia, które ciężko zwalczyć. Trudno powiedzieć, co szwankuje. Może ten specyficzny styl tkwi w kulturze, a  może panowie nie czują potrzeby, by wdziankiem wzbudzać zdumienie i  wywoływać uśmiech na twarzach kobiet? Może są przekonani o swojej wspaniałości i  twierdzą, że wizerunek nie umniejszy ich doskonałości? Przyczyn można się doszukiwać, jednak jak takiej sytuacji zaradzić, to już trudniejsza sprawa. Są nawyki, które wydają się trwałe i nikt ani nic nie jest w stanie ich zmienić. Przykład pierwszy: Sandały i  białe skarpety. Nie, nie, to nie jest przeżytek. Owszem, może i moda wraca, może i  na wybiegach widzimy takie połączenia, jednak typowa i  od lat obserwowana polska wersja to istny obciach. Samo połączenie nie byłoby jeszcze tak żenujące, ot zwykłe sandały, zwykłe skarpety. Jeśli dobierze się odpowiednio resztę stroju, to i  z tego da się coś skleić. Jednak nasi panowie nie mają pomysłu i zakładają białe (jednak lekko już szarawe) skarpety prawie do kolan, a do tego sandały jakiejś „kultowej” marki. Wszystko w stylizacji nieco przykrej i trudnej do zaakceptowania. Przekonanie o  obciachowości tego stroju funkcjonuje niemal w każdym kręgu, jednak jak widać w każde wakacje, śmiech śmiechem, obciach obciachem, a panowie i tak ochoczo z uśmiechem na twarzy cieszą nasze oczy tym pięknym połączeniem. Sztruksowe spodnie i flanelowa koszula w kratę to przykład, który autorkę tego tekstu może kosztować życie. Połą-

czenie funkcjonujące, w  największym natężeniu, wśród studentów politechniki. Sztruksy są ok, do koszul w kratę też się nie ma co przyczepiać, jednak to niezniszczalne połączenie sprawia, że nasi panowie nie mogą szczycić się mianem dobrze ubranych. Czy to gatunek tych rzeczy, czy kolorystyka, z pewnością coś tu nie pasuje i tym samym psuje efekt. Idąc dalej: rzeczy w rozmiarze XXL, jak po  starszym, ogromnym bracie. Zjawisko występujące w  największym natężeniu w  sezonie zimowym. Wtedy

to właśnie nasi panowie przywdziewają ochoczo wielkie, puchowe kurtki. Na głowę wsuwają dziwne, najczęściej robione z  polaru, czapki, na ręce potężne rękawice, a na domiar złego, szyje opatulają paskudnymi szalikami. Mówiąc krótko: jeden wielki misz-masz. Każda część garderoby jakaś taka duża, powyciągana. Wszystko wydaje się być wesołym, lecz niekoniecznie dobrze wyglądającym, połączeniem. Wiadomo, o  zdrowie trzeba dbać, ma być ciepło – to najważniejsze, ale czy nie może być ciepło, a jednocześnie ładnie? w polskim wydaniu zdaje się to być wręcz niemożliwe. ŚWIATŁY ŚWIAT Żeńska część naszego społeczeństwa wzdycha z  zazdrością do modnie ubranych mężczyzn z zagranicy. Kobiety nie

mogą pojąć, dlaczego panowie nie są w  stanie nadążać za światowymi trendami i zachwycać swoim ubiorem. Wiadomo, że styl ubierania Polek cieszy się uznaniem na całym świecie. Nasze panie słyną z elegancji, szyku i klasy. Sytuacja wśród mężczyzn jest całkowicie odmienna. Wizyta w kilku europejskich krajach i  można utwierdzić się w  przekonaniu, że nasi mężczyźni nie nadążają. Francja, Włochy, Hiszpania – męska moda w najlepszym wydaniu. Panowie w  niczym nie odstają od pań. Ubranie dopasowane idealnie do każdej sytuacji. Ulice pełne koloru, klasy i wdzięku. Jednym słowem – pozazdrościć. ŚWIATEŁKO w TUNELU Jednak nie można popadać w tak pesymistyczny nastrój. Nadzieja jest. Krytykować można, wytykać błędy również, ale warto dostrzec i  docenić zmiany. Ogólnie sytuacja nie jest kolorowa, są jednak przypadki, które pokazują, że Polak też potrafi. Nie chodzi oczywiście o  wzorowanie się na lansowanym w  mediach, zdaniem wielu dość obciachowym, Tomaszu Jacykowie i innych, jemu podobnych, kreatorów mody. Nie, tym panom podziękujemy. Optymizm budzić mogą raczej pojawiające się w  Polsce męskie blogi modowe, wzrastająca liczba panów w galeriach handlowych, już nie tylko jako towarzystwo dla swoich pań, lecz także jako klientów oraz widoczne na ulicach, w większym wymiarze, przypadki panów modnie ubranych. Te pozytywne akcenty obserwuje się zwłaszcza w  sezonie wiosenno-letnim. Gdy zima już odchodzi, można zrzucić ciężkie wdzianka i  pobawić się trochę modą. z  roku na rok zdaje się być coraz bardziej kolorowo, poprawnie, a  nawet modnie. Widać, że wielu mężczyzn obok praktyczności stawia również na wygląd. Wpływ telewizji, czerpanie inspiracji ze świata czy chęć niedostawania wizerunkiem od  swoich kobiet – to wszystko sprawia, że możemy z  coraz większym optymizmem patrzeć w modową przyszłość naszych panów. Nie szata zdobi człowieka; Facet nie musi wyglądać, ma być mądry – tak, tak, znamy te powiedzonka. Owszem są rzeczy ważniejsze, ubiór to nie wszystko, jednak w  dzisiejszych czasach, gdy bycie dobrze ubranym nie jest już luksusem, na który mogą sobie pozwolić tylko bogaci, warto popracować trochę nad wizerunkiem i przyczynić się do tego, że polska moda męska będzie naprawdę miła dla oka i  stanie się inspiracją dla panów z zagranicy.

17


studenci

studenci

RECENZJE

MARTYNA BĄK

„Edukacja Rity”, Teatr 6 Piętro

„Drwal”, Michał Witkowski

18

Na hasło wakacje, przed oczami pojawia się nam ciepła plaża, drink z palemką i impreza. Ostatnim skojarzeniem jest leżąca w leśnej głuszy, przysypana listopadowym śniegiem leśniczówka, z  nieprzystępnym właścicielem na dokładkę. Jednak taką scenerię urlopową wybiera Michał, bohater powieści „Drwal”. Pisarz, człowiek z  miasta, przybywa do opuszczonych Międzyzdrojów w  poszukiwaniu natchnienia i  przeżyć, które „nadałyby się do prozy.” Nie spodziewa się, że natrafi na ślad dawnej zbrodni. Witkowski serwuje nam pełną współczesnych skojarzeń, dojrzałą i  błyskotliwą ocenę polskiej mentalności. Nie szczędzi krytyki także sobie – stężenie autoironii i  uczciwości jest tu wyjątkowo wysokie. a wszystko doprawiono momentami czarnym lub absurdalnym, ale zawsze autentycznym humorem. Nie można również zapominać, że poza ciekawym stylem, nietuzinkowymi bohaterami, „Drwal” to powieść kryminalna. Jest więc akcja, napięcie i przemyślana intryga, której zakończenie musimy poznać. Jednym słowem „Drwal” to rewelacja. Nie można mu się oprzeć.

„Edukacja Rity” to sztuka, która skupia się na odnajdywaniu siebie. Frank jest zapijaczonym profesorem, niespełnionym i  zrezygnowanym. Rita to młodziutka fryzjerka z nizin społecznych, która zamierza się uczyć i  rozwijać. Ta znajomość wydaje się spisana na straty, bo bohaterów dzieli wszystko: od pochodzenia po charakter. A jednak udaje się im przetrwać i odmienić własne życie. Aby pokazać wszystkie niuanse osobowości, motywacje i  rozterki bohaterów, a  także roztoczyć przed publicznością gorzko- słodki klimat, trzeba się wykazać nie lada talentem. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że Piotr Fronczewski jako Frank, podołał zadaniu bez trudu. Co budujące, także Gosia Socha utrzymała wysoki poziom. Rita w jej wykonaniu jest nie tylko sympatyczna, ale wyrazista i wiarygodna. „Edukacja Rity” to sztuka kultowa, mimo upływających lat wciąż aktualna. Porusza problem zagubienia, odnajdywania i akceptowania siebie, przyjaźni, korzystania z  możliwości… Każdy znajdzie w  tym komediodramacie cząstkę tylko dla siebie. Cząstkę, która może wzbogacić także jego życie.

„Szalone nożyczki”, Teatr Kwadrat Historia zaczyna się niewinnie: zwykły dzień w  salonie fryzjerskim. Tonio i  Barbara obsługują klientów, między innymi gburowatego Wurzela i  stałą bywalczynię, panią Dąbek. Do zakładu nagle wpada policja: okazuje się, że jedna z  tych osób wymknęła się wśród zamieszania i  popełniła morderstwo, zabijając mieszkającą nad salonem Izabelę Richter.Tu zaczyna się zabawa. Bowiem tajemnicę rozwikłać ma publiczność. Każdy widz może mieć wpływ na śledztwo, jeśli będzie dostatecznie spostrzegawczy i  kreatywny. w  zależności od publiki, spektakl zakończy się na jeden z  kilku możliwych sposobów. Tak oryginalna gra z  widzami to jednak nie wszystko, co oferują „Szalone Nożyczki”. Przede wszystkim jest to bowiem humor. Żarty nawiązujące do aktualnych wydarzeń, naturalnie serwowane przed spontanicznych i  improwizujących aktorów niejedną osobę rozbawią do łez. Fenomenalny Jacek Łuczak (Tonio) i  pełna uroku Ewa Wencel (pani Dąbek) zdobędą nasze serca od pierwszej chwili, a wraz z resztą aktorów podarują nam wieczór pełen szczerego śmiechu i doskonałej rozrywki.

19


f o t o r e p o r t a ż

ROBOMATICON

fot.: Krystian Gąciarski


I.PEWU nr 58