Issuu on Google+

nr 6 Grudzień 2010

Film

Wolę bajki Ocelota

Literatura

Western Ostateczny

Sztuka

Metalowe Rzeźboboty

Muzyka

Shakira - Sale el Sol

Fotografia

Portrety wybrane


2

Łóżko Majora Grudzień 2010

Spis Treści


Spis treści

3

Spis treści

Wstępniak

Spis treści

Numer grudniowy, zgodnie z zapowiedzią, ukazuje się równo z datą pierwszego grudnia. Grudzień wykazuje cechy niezmienne: dla studenta przyjmuje formy nocy polarnej i trwa uparcie, kłując zimnem. Wszyscy (oprócz naszej korektorki, która ma niedobory tłuszczu) życzymy sobie zatem więcej ŚNIEGU żeby było choć ciut jaśniej i weselej. Niestety, w kwestii ciekawych dialogów staliśmy się dość nudni lub(i) leniwi. Lub też, z powodu nawału pracy, porozumiewamy się w formach skróconych. Zobowiązujemy się do dodania niedługo czegoś zróżnicowanego do naszego zinu - może komiksu...? Jeśli chcielibyście się pokazać u nas, zarówno od strony artystycznej jak i literackiej, to nadsyłajcie do nas nasze prace/artykuły :) Im więcej różnorodności, tym lepiej dla kultury! Maila możecie znaleźć pod spisem treści oraz na stronie. Kończąc nasz Miejscowypełniacz: wierzymy, że numer poprawi Wam choć trochę szarobure nastroje lub oderwie od rzeczywistości. Życzenia zdążymy Wam złożyć jeszcze na stronie, a o samych świętach napisała dla Was Pam.

Wstępniak3 Spis treści 3 Film4 Wolę bajki Ocelota Wyjście przez sklep z pamiątkami Zanim odejdą wody

4 8 11

Fotografia12

Portrety12 Wybrane12

Sztuka18 Metalowe Rzeźboboty

18

Literatura20

Od ogółu do szczegółu i z powrotem - cz. 2 20 Western ostateczny, czyli Krwawy Południk Cormaca McCarthy’ego 23

Muzyka24 ARMIA - Freak Shakira - Sale el Sol

24 25

Autor26 Idealny nieznajomy

W Łóżku z Pam

26

27

Naczelny z żoną

Naczelny: Film: Fotografia: Muzyka: Sztuka: Literatura: Dział autorski: Felieton:

Oskar Gargas Julia Bachman, Przemek Król Przemek Król Michał „Miguel” Maciejewski Julia Bachman Ksawery Nałęcz-Jawecki Przemek Król, Michał „Miguel” Maciejewski Patrick „Val” Banaszkiewicz Pamela Kucińska

Korekta: Anna Militz, Julek Siemiątkowski Skład i oprawa graficzna:  Beata Zofia Rączka Zdjęcie na okładce: Przemek Król Grafika po lewej: Beata Zofia Rączka

Kontakt z nami we wszelkich sprawach: lozkomajora@gmail.com

Łóżko Majora Grudzień 2010


Film

4

Film

Wolę bajki Ocelota

Oglądacie czasem bajki dla dzieci? Ja nie umiem bez nich żyć. Kiedy przez cały dzień piszę jakiś zupełnie niezrozumiały esej, wnikam w zawiłe i hermetyczne teksty naukowe, czy po prostu w zawrotnym tempie notuję na wykładach – wieczorem potrzebne mi jest koniecznie coś, co mnie zabawi, nie wymagając przy tym większej pracy intelektualnej. Bajki doskonale wpisują się w takie potrzeby: przewidywalna fabuła i prosty podział na dobrych i złych, nie wymagają od widza dużej koncentracji. Poza tym, jak w filmie „Tańcząc w ciemnościach” mówiła Selma (grana przez Björk) „Lubię je, bo tak naprawdę nigdy w nich nie dzieje się nic złego”. Miała co prawda na myśli musicale, ale zasada jest ta sama: ani bajki ani musicale nie bywają depresyjne, najczęściej na końcu jest wyczekiwany happyend. Po ciężkim dniu gwarantują chwilę ucieczki w świat, który jest zrozumiały i bezpieczny.

Łóżko Majora Grudzień 2010

Problem zaczyna się wtedy gdy widz, mimo, że szuka lekkiej rozrywki, wymaga od bajki pewnego poziomu. W telewizji, na kanałach typu Cartoon Network, kreskówki, na które się natykam są tyleż głupie, co brzydkie; co do repertuaru kinowego irytuje mnie obecna moda na animację dla dzieci w 3D. Disney czy Dream Works (pomijając mały wyjątek potwierdzający regułę, czyli Księżniczkę i żabę) praktycznie nie tworzą już swoich filmów inaczej. Szczerze mówiąc, w moich oczach bohaterowie tych animacji, których nienaturalne proporcje ciała w „płaskich” kreskówkach nie rażą, gdy stają się przestrzenni i tym samym bardziej „realni”, zaczynają przypominać mutanty o zbyt wielkich oczach i głowach. Nie twierdzę oczywiście, że dzisiejsza animacja 3D jest do kitu (było by to rażącym przejawem ignorancji), mówię jedynie o mainstreamie filmów dziecięcych. Można im też sporo zarzucić fabularnie: same tytuły typu Potwory kontra Obcy czy Klopsiki i inne zjawiska pogodowe mówią


Film

za siebie. Wychowałam się na starych animacjach Disneya i brakuje mi bardzo w tych dzisiejszych bajkach starej, dobrej, klasycznej „baśniowości”. Ostatnio, chyba jedyny film 3D od którego poczułam odrobinę tej dawnej aury, to Jak wytresować smoka. Jeden film, to jednak nadal mało. Dlatego tak cieszy mnie istnienie kogoś takiego jak Michel Ocelot, francuskiego animatora, perfekcjonisty w każdym calu: zarówno od strony wizualnej, jak i fabularnej. Odkopuje on mało znane w Europie baśnie i legendy (afrykańskie, arabskie, egipskie itp.), sam pisze na ich podstawie proste, ale i mądre scenariusze i tworzy czarujące animacje. Mówiąc „czarujące” mam na myśli – nie da się ich oglądać inaczej niż na dvd, bo wymagają ciągłego zatrzymywania pojedynczych obrazów i wzdychania „ach i och, jakie to śliczne”. Ba, nawet, gdy w 2006 roku, w filmie „Azur i Asmar” postanowił po raz pierwszy wykorzystać

5

animację 3D, jego charakterystyczna, niezwykle dekoracyjna estetyka nie utraciła wdzięku. Bardzo popularny we Francji, obsypany od góry do dołu nagrodami animator, poza ojczyzną pozostał do niedawna niezauważony – do niedawna, ponieważ ostatnio nieoczekiwanie natknęłam się na jego debiutancki film pełnometrażowy z 1998 roku, „Kirikou i Czarownica”, nie gdzie indziej, tylko w polskiej telewizji. Lekko psychodeliczna, fascynująca wizualnie opowieść tocząca się w świecie afrykańskich fetyszów ,śniła mi się potem po nocach – nie wspominając już o wszystkich następnych dziełach monsieur Ocelota, które, oglądane przeze mnie po kolei okazywały się z czasem coraz lepsze i lepsze… Wspomniana przeze mnie Selma z Tańcząc w ciemnościach byłaby zachwycona. Swoją drogą, czy to nie odtwórczyni tej roli, Björk, ma na koncie teledysk zrobiony przez Ocelota – do piosenki Earth Intruders?… Julia Bachman

Łóżko Majora Grudzień 2010


6

Łóżko Majora Grudzień 2010

Film


Film

7

Łóżko Majora Grudzień 2010


8

Film

Wyjście przez sklep z pamiątkami Główny problem z pierwszym filmem Banksy’ego jest taki, że w zasadzie nie wiadomo jak go zrecenzować czy choćby opisać. Dzieje się tak m. in. dlatego, że te niecałe 90 min materiału wymyka się jakiejkolwiek klasyfikacji, do której przyzwyczaiło nas konwencjonalne kino. Można uznać, że to dokument, bo pojawiają się prawdziwe postacie, opowiada prawdziwą historię i inne takie. Ale jeżeli tak, to o czym do cholery jest ? Bo na pewno nie o street arcie i jego historii. No więc może film fabularny. Znowu pudło, bo nie ma tu akcji w klasycznym tego słowa znaczeniu, są częste wstawki wywiadów z różnymi osobami i ogólnie jest bardzo dziwnie. Ten specyficzny efekt obcości potęguje nieodparte wrażenie, utrzymujące się jeszcze długo po zakończeniu seansu, że Banksy bezczelnie robi sobie z nas jaja. Ale po kolei. Film opowiada historię francuskiego imigranta mieszkającego w L.A., Thierry’ego Guetty. Na oko sympatyczny facet pod 40-stke, z gigantycznymi bokobrodami i śmiesznym kapelusikiem dopełniającym stroju. Thierry żyje na przyzwoitym poziomie, jest właścicielem butiku z ekstrawaganckimi ciuchami. To co go odróżnia od reszty społeczeństwa to pewna, wydawałoby się nieszkodliwa, mania. Mianowicie, od 11 roku życia nie rozstaje się z kamerą video, dokumentując każdą sekundę swojego życia. Gdy zaczyna się interesować street artem poprzez Invadera, rzekomo będącego jego kuzynem, bardzo szybko daje o sobie znać jego nowa obsesja – poznać i sfilmować Banksy’ego. I historię tego właśnie „poznania” opowiada „Wyjście przez sklep z pamiątkami”. Tylko, że jest mały szkopuł. Po wyjściu z kina nie jesteśmy pewni czy Thierry, czy Mr. Brainwash, bo taki pseudonim przyjmuje, to rzeczywista postać. Ten facet jest naprawdę tak dziwny i zakręcony, że mamy wrażenie, że wymyślił go Banksy jako tajną broń, która miała uderzyć w rynek sztuki. Możemy później, co prawda, wypowiedzieć magiczne zaklęcie „Google prawdę Ci powie” i poszukać jakichś informacji na temat Guetty, ale kto mi zagwarantuje czy artykuł na Wiki, który właśnie czytam jest prawdziwy ? Może Banksy tu też był ? Zresztą nawet jeżeli wszystkie informacje o nim są zgodne z prawdą, to dalej nie wyklucza tezy, że „wymyślił” go Banksy, zważając na ogromny wpływ jaki miał na tego śmiesznego Francuza, co doskonale widać na filmie. Innymi walorami „Wyjścia przez sklep z pamiątkami” (poza samą fabułą) jest dokumentacją wielu akcji przeprowadzonych przez co bardziej znanych przedstawicieli street artu. Z rzeczy, które rzucają się w oczy najbardziej mamy malowanie słynnego graffiti na murze bezpieczeństwa w Izraelu, mamy akcję z września 2006 roku, kiedy Łóżko Majora Grudzień 2010

Banksy przymocował kukłę imitującą więźnia z Guantanamo w Disneylandzie w Kaliforni oraz montowanie rannej budki telefonicznej w Londynie. Ponadto została tu zarejestrowana spora część działalności Sheparda Fairey’ego oraz wspomnianego już Invadera. Znowu nie mamy pewności czy to rzeczywiste nagrania tych wydarzeń, możemy się tylko domyślać na ile w filmie zostały wykorzystane różne archiwalne nagrania samych artystów, a na ile to sfabrykowany materiał. Szczególny urok ma fragment, gdzie Banksy pokazuje Thierry’emu kartony z własnoręcznie wydrukowanym milionem funtów, różniące się od oryginalnych tylko tym, że widnieje na nich podobizna księżnej Diany, a nie królowej Elżbiety. Artysta opowiada, że rozdał kiedyś kilka z nich na jakimś festiwalu, a ludzie, którzy je dostali najzwyczajniej w świecie kupili za nie piwo i nikt nie zauważył


Film

oszustwa. Tu następuje chwila ciszy i zaraz potem kwestia Banksy’ego: „Wtedy do mnie dotarło, że podrobiliśmy milion funtów. Za to można dostać 10 lat”. Ja osobiście w tym momencie już płakałem ze śmiechu. Film na dobrą sprawę składa się z całej serii takich scenek, dość zręcznie przeplatanych z tym, co z braku lepszego określenia, zmuszeni jesteśmy uznać za główną oś fabularną. Nie mają one dużego wpływu na akcję, ale pokazują ciekawe aspekty tego nurtu sztuki, zmuszającego do ciągłego balansowania na granicy prawa. Nie dają też odpowiedzi na żadne pytanie postawione w filmie ani tym bardziej na żadne dotyczące samego Banksy’ego, co do których łudziliśmy się, że „Wyjście przez sklep z pamiątkami” na nie odpowie.

9

Ten film naprawdę jest strasznie dziwny. Ma dość nieokreśloną konstrukcję, mieszającą fabułę i dokument i jednocześnie tworzącą coś nowego (jedyne co można do niego w jakikolwiek sposób porównać to „Brooklyn Boogie” Wayne’a Wanga). Jak już wspomniałem, zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania i sprawia, że człowiek staje się nieufny wobec rzeczywistości. Obawiam się, że należy uznać, iż Banksy po raz kolejny robi sobie z nas jaja. Ale ja chyba lubię jak się ze mnie robi jaja w tak dobrym stylu. Polecam. P. K.

Łóżko Majora Grudzień 2010


Film

10 Zeszłoroczne Kac Vegas Todda Phillipsa okazało się najmilszą niespodzianką roku. Rubaszna komedia o grupie skacowanych kumpli była tym czego oczekiwała widownia z całego świata. Reżyser nakręcił zabójczo śmieszną komedię balansującą na granicy dobrego smaku, która była jednocześnie bardzo udanym portretem mężczyzn i relacji między nimi. Powyższy opis idealnie pasuje także do jego najnowszego filmu- jeśli pokochaliście Kac Vegas pokochacie również Zanim odejdą wody. Film przedstawia historię Petera (Robert Downey Jr.), który za wszelką cenę chce towarzyszyć swojej żonie przy porodzie. By jednak móc uczestniczyć w tym jakże ważnym wydarzeniu, musi przemierzyć pół kraju. W dzisiejszych czasach to żaden problem- istnieją przecież samoloty. Wszystko komplikuje się wraz z pojawieniem się początkującego aktora, Ethana (Zach Galifianakis), który staje się towarzyszem podroży Petera. Rozpoczyna się pełna przygód „jazda bez trzymanki”. Reżyser nakręcił pełnokrwistą komedię drogi. Jak już wcześniej pisałem, film jest łudząco podobny do jego poprzedniego obrazu, jednak autor uchronił się przed kopiowaniem schematów i klisz. Nad Zanim odejdą wody unosi się ten sam specyficzny duch wczorajszej imprezy, który wisiał nad Kac Vegas, aczkolwiek całość jest świeża, bardzo przyjemna w odbiorze, a przede wszystkim dowcipna. Niestety, nie jest to film pozbawiony błędów. Relacje głównych bohaterów są przedstawione w dosyć chaotyczny sposób, a nagła zmiana bardzo ostrego stosunku Petera do towarzysza, nie do końca przekonuje. Można na to jednak przymknąć oko, ponieważ aktorzy sprawili, że nawet najbardziej absurdalna i dziurawa scenariuszowo sytuacja kompletnie nie przeszkadza. Galifianakis po raz kolejny gra głównego przygłupa, która ma dostarczać widowni jak najwięcej radości. Świetne jest jednak to, że nie powtarza on swojego występu z poprzedniego filmu Phillipsa. Oglądając Ethana w jego wykonaniu absolutnie nie ma się uczucia powtórki z rozrywki, a było to bardzo trudne zadanie. Ale największą niespodzianką filmu jest Downey Jr. To oczywiście wybitny aktor, który wyśmienicie zagrałby nawet drzewo, ale nie spodziewałem się, że tak sugestywnie wcieli się w ułożonego architekta, który cały czas stara się być „poważnym człowiekiem”. Peter jest zupełnym przeciwieństwem aktora, który słynie z bardzo burzliwej, imprezowej, przeszłości. Kapitalna robota. „Zanim odejdą wody” to naprawdę bardzo dobra komedia, która zapewnia sto minut rozrywki na wysokim poziomie. Reżyser udowodnił, że jego zeszłoroczny sukces nie był tylko jednorazowym przebłyskiem geniuszu. Jedyne czego należy sobie obecnie życzyć, to tego żeby Phillips nie osiadł na laurach i kolejnymi swoimi filmami podnosił komediową poprzeczkę jeszcze i jeszcze wyżej. Jan Grabowski

Łóżko Majora Grudzień 2010

Zanim


11

Film

odejdą wody Łóżko Majora Grudzień 2010


Fotografia

12

Portrety Wybrane

Fotografia

Dzisiejsza odsłona Fotografii będzie trochę inne niż zwykle. Wynika to z tego, że doszedłem ostatnio do wniosku, że dział ten, szumnie nazywający się fotograficznym, zaczął ostatnio przybierać niebezpiecznie tekstową formę. Mówiąc wprost, sam nie zauważyłem kiedy zrobił się strasznie przegadany, więc w ramach skruchy i żalu za grzechy, proponuje wam dzisiaj minimum tekstu oraz obszerną galerię zdjęć, portretowych oczywiście, bo zamierzam pozostać w temacie, który rozpocząłem w poprzednim numerze. Fotografie zostały dobrane przede wszystkim pod kątem różnorodności, więc prawdopodobnie każdy znajdzie tu coś, co mu się spodoba i coś, co się podobać nie będzie. Enjoy. P. K.

U góry: Przemek Król, 2010 ; poniżej: Gniewomin Iwanidis - barman i współzałożyciel filrmy 360 stopni (www.360degrees.pl, Anna Militz, 2010; po prawej: Przemek Król 2009

Łóżko Majora Grudzień 2010


Fotografia

13

; 9

Łóżko Majora Grudzień 2010


Fotografia

14

U góry: Autoportret, Beata Z. Rączka 2008; u dołu: Autoportret, Adela Sznajder 2010; po prawej: Autoportret, Beata Z. Rączka 2009

Łóżko Majora Grudzień 2010


Fotografia

15

Łóżko Majora Grudzień 2010


16

Fotografia

Maria Janczak 2010

Łóżko Majora Grudzień 2010


Fotografia

17

Oskar Gargas 2008

Łóżko Majora Grudzień 2010


18

Sztuka

Metalowe Rzeźboboty 2 Biennale Rzeźby w Warszawie 2010 – takie hasło zaskoczyło mnie ostatnio na warszawskich plakatach, bo skoro „2 Biennale”– to kiedyś musiało być pierwsze, a za nic nie mogłam sobie takiej imprezy przypomnieć. Wszystko wyjaśniło się na stronie organizatora, czyli Festiwalu Wola Art. Hucznie reklamowana akcja była reaktywacją po 42 latach (!) starego, dobrego, komunistycznego eventu, jakim było Biennale Rzeźby w Metalu w 1968 roku. Wtedy właśnie powstała słynna żyrafa spod bazaru Olimpijka, czy długi na niemal trzy kilometry, po części do dziś zachowany, pas rzeźb przy ulicy Kasprzaka. Mimo, że II Biennale Rzeźby w Metalu brzmiało nieco sztywnie i nudno, postanowiłam załapać się na parę dni festiwalu.

Sztuka

Jak się okazało, to całkiem przyjemnie zorganizowane wydarzenie: rozpoczęte epicką klubową imprezą w garażu Pasażu Muranowskiego, oferowało wystawę awangardowej rzeźby polskiej i rosyjskiej (w tym Kazimierza Malewicza, od legendarnego już Czarnego kwadratu na białym tle), warsztaty z Ciguë (grupą młodych francuskich architektów), konferencję o polskiej rzeźbie i dwie instalacje zrobione pod hasłem Przestrzeń. Rozwinięcie. Jedna z nich, autorstwa Kasi Fudakowski, stanęła nieopodal rzeźb z poprzedniego Biennale. Przypomina dwie, duże (czte-

Łóżko Majora Grudzień 2010

Poniżej: Lizetta przed renowacją oraz ta sama Lizetta z 1968 roku; U góry: Rzeźboboty


19

Sztuka

z Biennale według Krystiana Rosińskiego . Od lewej: „Żyrafa”, „Modulor Konstruktor” oraz „Lizetta Membrana”

rometrowe), ażurowe „bramy” na kółkach. „Skrzydła” bram to jakby zwrócone ku sobie twarze widziane z profilu. Jak można przeczytać na stronie festiwalu, Dla artystki ideą było zrobienie czegoś, co na co dzień łatwo jest przeoczyć, ale gdy już wiesz gdzie masz patrzeć cała przestrzeń zmienia się i staje się częścią rzeźby. Ruchome formy przestrzenne za każdym razem będą tworzyły inną kompozycję, w zależności od układów tworzonych przez widzów. Rzeczywiście instalacja jest nieco ukryta i aby ją zauważyć, trzeba o niej wiedzieć. A wiedzieć warto, ponieważ zostanie tam tylko na trzy miesiące od końca festiwalu (czyli mniej więcej do końca stycznia). Szczerze mówiąc, choć instalacja Kasi Fudakowski wywołuję sympatię (można się na niej uwiesić i przejechać), to większe wrażenie zrobiły na mnie jednak…komunistyczne rzeźby ze starego Biennale. Przez wiele, wiele lat stały one, zakryte przez krzaki, zardzewiałe, przypominające jakiś wyjątkowo szpetny złom. Gdy zobaczyłam je wszystkie razem po renowacji, błyszczące, kolorowe, pięknie wyeksponowane na pasie zieleni w środku jezdni, po prostu zamarłam. Ciężko uwierzyć, że taki skarb ukrywał się cicho na Woli, zupełnie zrujnowany i zaniedbany przez władze dzielnicy…

Nie tylko na mnie najwyraźniej zrobiły one wrażenie. Na blogu frontwola.blogspot.com artysta Krystian Rosiński (podpisujący się jako Astrowiktor) donosił w lutym tego roku jakoby japońscy filmowcy planowali nakręcić o tych rzeźbach  film. Oczywiście to żart i prowokacja, ale jaka udana:  Cała historia opiera się na niezwykle dramatycznej kanwie: wolscy superbohaterowie, tj. Waryński, Retuta Ordonówna, Świerczewski, Kasprzak itd. wraz z armią rzeźbotów z biennale (m.in. z żyrafą) muszą powstrzymać i opanować Niemców z SS-sturmbatalionu 500 mających za zadanie zabić wszystkich Polaków.  Nie będzie to tylko tzw. "prosta strzelanka". Będzie to strzelanka trudna i wielowątkowa. Będzie tam miłość, zdrada i śpiew. Będą prelekcje wygłaszane do Niemców na Polu Prelekcyjnym, będzie wątek kolaboracyjny z udziałem Towarzystwa Przyjaciół Niewoli, będą nieprzespane noce, strawa i zryw. Będą - szczególnie lubiane przez wyrobionego widza - "itede" oraz "itepe. 

Julka Bachman

Łóżko Majora Grudzień 2010


Literatura

20

Od ogółu do szczegółu i z powrotem

cz. 2

Literatura

Pod koniec lat 50. amerykański czarny kryminał zaczyna dogorywać. Jednym z powodów takiego obrotu spraw jest fakt, że rzeczywistość, którą opisywał, była już coraz bardziej historyczna. Odmalowywanie Zachodniego Wybrzeża, a w szczególności Los Angeles, jako siedliska zbrodni i zepsucia, bardzo adekwatne jeszcze 10 lat wcześniej, w 1955 roku sprawiało, że powieści Macdonalda czy Chandlera niebezpiecznie traciły oparcie w rzeczywistości, które od czasów Conan Doyle’a było jedną z istotnych cech gatunku. Polityka sensacyjna

Początek lat 70. przynosi nowe ciekawe zjawisko w historii literatury. Zaczynają powstawać, głównie w Anglii i USA, powieści, będące w połowie drogi między czarnym kryminałem, a przedwojenną powieścią sensacyjno-awanturniczą. Z tego pierwszego biorą szybkie tempo akcji i odrobinę „mroczny” klimat, natomiast z drugiego technikę budowania relacji między bohaterami i podobny sposób komplikacji fabuły. Jednak największym novum jest tematyka i tło akcji. Otóż, mamy tu jeden z pierwszych przykładów w literaturze światowej oddolnego przenikania konfliktu ideologicznego do powieści, konkretnie klimatu zimnej wojny, oddziałującego na cały świat szczególnie silnie w latach 70. i 80. Najlepszym przykładem są tutaj książki Fredericka Forsytha, których akcja praktycznie zawsze opisuje zakulisowe starcia mocarstw i walkę wywiadów, w tym przypadku najczęściej radzieckiego KGB i brytyjskiego MI6. Co więcej, powieści te zostały napisane w taki sposób, że naprawdę trudno się nie domyśleć, że autor dość jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron konfliktu, oczywiście zachodniej. Twórczość Forsytha wyróżnia zastosowanie stylu bliskiego dziennikarskiemu, co sprawia, że czytelnik ma wrażenie jakby miał do czynienia z relacją reporterską, a nie fikcyjną opowieścią. Odczucie to jest jeszcze spotęgowane przez wysoki poziom szczegółowości i profesjonalizmu opisów działań tajnych służb, nierzadko mogących służyć za swoisty poradnik w takich dziedzinach jak zmiana tożsamości czy organizowanie zamachów. Inną odmianą literatury tego typu są dzieła Roberta Ludluma, na czele z trylogią Bourne’a, chyba najbardziej znaną w dorobku pisarza. Podstawowa różnica polega na przesunięciu wielkiej polityki na dalszy plan. Tu, w przeciwieństwie do prozy Forsytha, większy nacisk jest położony na machinacje jednostek w obrębie systemu, a nie całych państw w ramach zimnowojennego konflikŁóżko Majora Grudzień 2010

Frederick Forsyth

tu. Ważne miejsce u Ludluma zajmują też motywy osobiste i rozwinięte opisy stanu psychicznego bohatera, jak np. wątek utraty pamięci we wspomnianej trylogii. Gatunek ma się nieźle do dziś co można zaobserwować chociażby po tym ile osób bierze na warsztat notatki pozostawione przez Ludluma i tworzy z nich własne „koprodukcje”. 07 zgłoś się Cofnijmy się do połowy lat 50. i zwrócimy wzrok na całkowicie wtedy nieliterackie (przynajmniej nie w klasycznym rozumieniu tego słowa) rejony świata, na wygrzebujący się powoli ze stalinizmu blok wschodni. Gdy przyjrzymy się dokładniej powieściom powstającym w tamtym okresie,


Literatura zobaczymy osobliwie sowiecki wkład w historię kryminału, czyli powieść milicyjną. Autorami tego terminu jest duet Barańczak - Martuszewska, a konkretnie chodzi o pewną mutację socrealistycznego produkcyjniaka, służącą głównie do gloryfikowania Milicji. Konstrukcją bardzo przypomina to klasyczny kryminał w stylu Christie czy Conan Doyle’a, tutaj także mamy wykorzystanie naukowych metod śledztwa, ukazanie mechanizmów pracy organów ścigania i przestępcę, który jest zdegenerowaną jednostką żerującą na, z natury dobrym, społeczeństwie. Różnica polega na tym, że głównym bohaterem jest detektyw – milicjant, a całość ma, jak już było wspomniane, na celu robienie dobrego PR dzielnym funkcjonariuszom Milicji Obywatelskiej. Co ciekawe, nawet tutaj pojawiają się różnego rodzaju odstępstwa od kanonu jak np. „Zły” Tyrmanda, będący „odwilżową” wersją powieści milicyjnej, gdzie bohatera w mundurze zastąpił tajemniczy mściciel, tytułowy Zły, walczący z niesprawiedliwością na ulicach Warszawy. Breslau Pod koniec lat 90. po raz kolejny wydaje się, że powieść kryminalna definitywnie odchodzi do przeszłości, wyparta głównie przez nowoczesną literaturę sensacyjną, repre-

21

zentowaną przede wszystkim przez Grishama i Ludluma. Jednak podobnie jak wcześniej było z czarnym kryminałem oraz thrillerem politycznym w stylu Forsytha tak i teraz znalazł się ktoś, kto postanowił pchnąć gatunek na nowe tory. Mowa tu o Marku Krajewskim i jego debiucie z 1999 roku, czyli „Śmierci w Breslau”. Tak naprawdę określenie „nowe tory” nie do końca tu pasuje, ponieważ na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z wiernopoddańczą kalką Chandlera, zręcznie napisaną, ale dalej kalką. To o co w takim razie chodzi ? Przyjrzyjmy się różnicom. Po pierwsze, miejscem akcji jest przedwojenny Wrocław. Niby logiczne, że nie Los Angeles, bo pisze to Polak, bo to bliższe mu rejony (Krajewski jest z Wrocławia), etc. Tylko, że w porównaniu do L.A. Wrocław lat 20. i 30. to jednak peryferia, średniej wielkości miasto położone na wschodzie Niemiec, posiadające zupełnie inny klimat i nastroje społeczne. Mimo to okazuje się, że można tam umieścić akcję tego typu powieści. Kolejną rzeczą jest zmiana bohatera. Eberhard Mock (centralna postać cyklu z Breslau) to pracownik wrocławskiego Prezydium Policji, w randze komisarza. Stop. Widział ktoś u Chandlera, żeby główny bohater był funkcjonariuszem oficjalnych organów ścigania i miał do pomocy całą państwową machinę śledczą ? No niezbyt, czyli trafiamy na kolejne odejście od kanonu. Warto też zauważyć, że powieści Krajewskiego mają także wartość poznawczą, a konkretnie jeżeli ktoś nikadr z filmu Tożsamość Bourne’a

Łóżko Majora Grudzień 2010


Literatura

22

gdy nie był we Wrocławiu to po przeczytaniu chociaż jednej części cyklu poczuje się jakby właśnie obejrzał reporterski zapis wyglądu historycznego centrum miasta i okolic. Pod kątem dokładności w opisach ulic i kamienic naprawdę nie da się autorowi nic zarzucić. Ostatnią sprawą jest język. Krajewski jest z wykształcenia i zawodu filologiem klasycznym, zatrudnionym do niedawna jako asystent na Uniwersytecie Wrocławskim, co daje się wyczuć bardzo szybko w trakcie czytania jego książek. W szczególności zwracają uwagę pojawiająca się w różnych kontekstach i wątkach greka i łacina oraz wkradający się co jakiś czas lekko barokowy opis, zawsze z mocnym odwołaniem do antycznej kultury czy mitologii. Wszystko to złożyło się na oszałamiający sukces, który sprawił, że dziś, jeżeli istnieją jeszcze jakieś europejskie języki, na które powieści wrocławskiego pisarza nie zostały przełożone, to z dużym prawdopodobieństwem są to języki martwe. A sam Krajewski kilka lat temu podziękował uniwersytetowi za współpracę i został zawodowym pisarzem. Jego powieści można lubić albo nie, ale ważne jest jednak to, że rozpoczął renesans kryminału w naszym

kraju. Pomijam już kilku mniej lub bardziej utalentowanych jego naśladowców, ale zaczęły się też pojawiać rzeczy dużo ciekawsze nawet niż sam prekursor nowego nurtu jak chociażby „Morderstwo w Alei Róż” Tadeusza Cegielskiego (recenzja w numerze 11/2010), będące celowym pomieszaniem różnych wątków i konwencji, czy pozycje nawiązujące do twórczości Agathy Christie i innych klasyków powieści detektywistycznej. A więc umarł król, niech żyje król. Radujmy się. P. K.

Milicja Obywatelska

Łóżko Majora Grudzień 2010


Western ostateczny, 23

Literatura

czyli Krwawy Południk Cormaca McCarthy’ego

Już jakiś czas temu stwierdziłem, że słowo powinno służyć faktom, a nie fikcji, i choć z każdym przeczytanym tekstem coraz bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu, to i tak co jakiś czas sięgam po fikcję. Tak też stało się ostatnio, wpadła mi w ręce książka nie byle jaka. Cormac McCathy mimo swego wieku (77 lat) ma na swoim koncie zaledwie dziesięć powieści, lecz każda z nich okazała się odnieść wielki sukces i każdy powinien już znać co najmniej jedną z nich, chociażby pozycję taką jak To nie jest kraj dla starych ludzi, która w 2007 roku została zekranizowana przez braci Joela i Ethana Coen. Krwawy Południk, piąta pozycja z dorobku autora, jest powieścią wyjątkową. Ma w sobie moc, zmiażdży Cię, przeżuje i wypluje. Wypluje z epicką siłą w rwący nurt rzeki krwi towarzyszącej powstawaniu Stanów Zjednoczonych. Rzecz dzieje się w połowie dziewiętnastego wieku na spustoszonych wojną meksykańsko-amerykańską terenach Teksasu. To miejsce, gdzie nie obowiązuje żadne prawo. To świat przemocy, gwałtu i chaosu. McCarthy nie oszczędzi Ci żadnych szczegółów. Dosłownie porwie Cię w środek tamtego świata.

łowców skalpów - Sędziego. Wydaje się, że to opowieść o Dzieciaku (tylko pod takim imieniem występuje główny bohater) i jego dojrzewaniu, o metamorfozie z młodego, nieobeznanego w świecie, głupkowatego chłopca w bezlitosnego mordercę. Jednak McCarthy nagle zmienia tok swojego opowiadania. Zaczyna bardziej skupiać się na łowcach skalpów, którzy polują na Indian. Ci natomiast z samobójczym zapałem bronią swoich ziem i dosłownie zarzynają tych pierwszych. McCarthy ukazuje tu szare karty historii Ameryki i okrucieństwo jej towarzyszące. Znów jednak opowieść zmienia ton, tym razem autor przedstawia szaleństwo, a język opowieści nabiera poetyckiego rytmu. Mamy tu do czynienia z książką genialną. McCarthy stworzył western ostateczny. Ta książka jest podsumowaniem, pewnym zamknięciem wszystkich opowieści o Dzikim Zachodzie. Na dodatek jest co do szczegółu przemyślana: bez zbędnych postaci, niepotrzebnych epizodów. Opisy są wręcz drastyczne i na pewien sposób bolesne. Książka ta plasuje się w pierwszej dziesiątce mojej listy książek, które trzeba przeczytać zanim umrzesz. MUST READ! R.H.

Czternastoletni, zafascynowany przemocą, chłopiec-włóczykij ucieka z domu i wyrusza w stronę Teksasu, gdzie poznaje psychopatycznego socjopatę, lidera gangu Łóżko Majora Grudzień 2010


24

Muzyka

Muzyka

ARMIA

Freak

Długo zbierałem się do tego, by spróbować zrecenzować tą płytę. Ale w końcu się odważę. To w końcu Armia – trzymana od 25 lat żelazną ręką przez Tomka Budzyńskiego, ostatnio ponownie ze składem, w którym odnajdziemy Roberta Brylewskiego i Sławka Gołaszewskiego. I chyba ten powrót w zestawieniu z zawartością „Freak” był najbardziej szokujący. Bo płyta, którą nagrali jest kompletnie inna od wszystkich poprzednich.

Ci, którzy przyzwyczaili się do punkowo-metalowo-hardcorowego wizerunku Armii po przesłuchaniu tej płyty byli zapewne w niemałym szoku. To zupełnie nowa Armia! Zespół zaczął grać skrzyżowanie jazzu i progresywnego rocka. Elementy metalowe też są, ale przeważa całkowita psychodela, napędzana szalonymi solówkami saksofonu, tworzonymi przez wspomnianego Sławka Gołaszewskiego i Mateusza Pospieszalskiego, znanego najbardziej z grupy Voo Voo. Do tego szaleńcza gra na basie w wykonaniu Dr. Kmiety i naprawdę niesamowita gra Krzyżyka sprawiają, że płyty słucha się w ogromnym napięciu. Widać, że Budzyński daje kompanom maksimum swobody twórczej, więc gitary Brylewskiego i Klimczaka też brzmią w szalony sposób. To wszystko sprawia wrażenie jednego wielkiego muzycznego szpitala psychiatrycznego. Co do tekstów i wokali, to trzeba przede wszystkim zauważyć, że zostały napisane w całości po angielsku. Ten fakt, przynajmniej mi, utrudnia odbiór tych piosenek. Łóżko Majora Grudzień 2010

Tomek, po naprawdę ostro zaśpiewanej płycie Der Prozzess, teraz uderza w łagodne tony, jak mu się to już zdarzało na Pocałunku Mongolskiego Księcia oraz Legendzie. Mało tutaj krzyku, więcej autentycznego śpiewu. Do tego aksamitny głos Gera z The Soundrops, który pojawiając się w niektórych kawałkach, dodatkowo uspokaja tą „roztrzęsioną” muzycznie płytę. Jedynym zgrzytem jest wokal Roberta Brylewskiego – uwielbiam go jako gitarzystę, tylko czemu on musi śpiewać? Kwęka jakby go ktoś za coś trzymał i ciągnął w dół. Smutne, ale prawdziwe. Płyta Freak jest naprawdę ekstremalnym doznaniem. Trzeba mieć dużo otwartej duszy, by pomieścić takie wrażenia naraz. Mniej odpornym polecam słuchanie jej kawałkami. Bo to, że słuchać warto – to fakt bezsporny. Muzyka może być świeża, nieważne jak długo grasz w jednym zespole. Trzeba mieć po prostu dużo chęci i jeszcze więcej odwagi. To właśnie udowodniła wszystkim słuchaczom Armia. Miguel


25

Muzyka

Shakira Sale el Sol

„Siekiera, Siekiera” – przepiękny zapis fonetyczny słów wypowiadanych przez Wyclef Jeana w piosence Hips don’t lie w wykonaniu wyżej wymienionego oraz Shakiry, zapadł w pamięć naprawdę wszystkim. Ale w sumie nie o tym miałem pisać. Tylko o nowej płycie rzeczonej Shakiry. Po nieudanym eksperymencie, gdzie, jak wszystkie divy współczesnego popu ery przed Gagą, próbowała się na rzeczoną stylizować, wróciła z nową płytą, która jest tak bezczelnie popowa, że wręcz niemożliwością jest nie podrygiwanie przy tych piosenkach. Byłby to jawny grzech. Płyta Sale El Sol/The Sun comes out to wybuchowa mieszanka popu, latino oraz rocka, która jest niesamowicie popowa oraz przebojowa. Każdy kawałek nadaje się na porządnego singla, chociaż już teraz wiadomo jakie kawałki nimi będą. Przecież nie odpuszczą możliwości nie pokazania Pitbulla w TV. No ale trzeba przyznać, że nie jest to zarzut. Dawno nie słuchałem tak dobrej jakościowo płyty. Shakira ma swój charakterystyczny głos, którego nie da się podrobić i nie da się przebić w żaden sposób. Zaskakuje świetną formą, jestem pod permanentnym wrażeniem tego, że odkąd pojawiła się wśród szerokiej publiczności prawie 10 lat temu, dalej wygląda praktycznie tak samo. To jest niebywały cud natury. Każdej kobiecie polecam tyle treningów tańca brzucha. Szybkie podsumowanie – to idealna płyta na każdą imprezę, ludzie na pewno będą przy niej szaleć. Shakira starzeje się niezwykle powoli, więc warto by tworzyła swoją muzykę aż do osiemdziesiątki. Przecież w takiej formie nawet jako staruszka dalej będzie nęcąco ruszać biodrami oraz klatką piersiową. Niech nie zabiera moim dzieciom w przyszłości przyjemności oglądania tego jak świetnie może ruszać się kobieta. Miguel

Łóżko Majora Grudzień 2010


26

Autor

Idealny nieznajomy Kręćmy się. Karuzelo. Chodź mała, weź mnie za rękę. Jak śpiewał Knopfler, jesteśmy idealnymi nieznajomymi. Nic o sobie nie wiemy, to znaczy, że nie wiemy jak bardzo jesteśmy wadliwi. Jak bardzo uszkodzeni. Jak bardzo nie do zniesienia. Zabiorę Cię do wieczoru, położę Cię na trawie i przedstawię Ci siebie z moich marzeń i wyuzdanych wyobrażeń, z niemoralnych przekonań, dokładnie takiego jakim bardzo chciałem się widzieć. Spójrz na księżyc. Czy widzisz? To piękne, bo możemy dostrzec jak on się rusza. Popatrz przez chwilę... Spójrz na chmury dookoła, jak jaśnieją od blasku, który tak naprawdę wcale nie jest jego... Ale czy to teraz ważne? Możemy poudawać, że to jego blask, prawda? Powiemy sobie: blask księżyca. Tak, przeżyłem bardzo dużo jak na swój wiek. Jestem nieco cięższy, ale mam siłę i radzę sobie. Doceniam to co mam. Potrafię się cieszyć, pewnie bardziej niż niejeden człowiek. Spójrz, jak bardzo można cieszyć się tym zapachem nocy i trawy już lekko wilgotnej. (Pewnie nigdy nie zdążę Ci powiedzieć, jak bardzo Cię potrzebuje, kłamię obrzydliwie, mówiąc, że sobie radzę, tak obrzydliwie jak kłamie ktoś, kto twierdzi, że nie „nie mówi całej prawdy”, że to kłamstwem nie jest...).

Autor

Znajdziesz powód ,żeby dotknąć mojej ręki. Będziesz chciała pokazać mi gwiazdę, która prześladuje Cię w snach. Powiesz, że kiedyś po kwasie byłaś tam, na jej migającej powierzchni. Oczywiście poczęstuję Cię papierosem. (Nie powinienem palić, ale to już część tego rytuału. Tak jak i wielu innych dziennie). Oboje jeszcze wierzymy w wolność. Jeszcze nie stwardnieliśmy do końca, to właśnie nas do siebie zbliża. Żadne z nas nie zabierze ręki – mimo że nie jest ani mi, ani Tobie wygodnie, będziemy bać się poruszyć, w ekstazie podziwiając wagę tego momentu, w strachu wstrzymując oddech, by nie prysło. Nie umknęło w niewypowiedzenie. Możemy mówić i możemy milczeć. Pewnie to będzie bardziej razem dla nas obojga niż już od dawna z kimkolwiek. Możemy sobie zaufać, bo nic nas nie łączy poza tą chwilą. Możemy marzyć o sobie w dowolny sposób. Nie jesteśmy obciążeni odpowiedzialnością za własne marzenia tej nocy. Cała ta przestrzeń która nas mimowolnie wypełnia, dostaje się razem z wdychanym powietrzem, pobudza gdzieś w środku nas coś, czego zawsze staraliśmy się nie stracić, raczej wręcz pielęgnować – zakochanie. Zgubny motyw, zaślepiający i niezdrowy, ale jakże piękny i dający nam siłę i nadzieje... A oboje na pewno potrzebujemy nadziei. Gdyby tak nie było, nie było by nas akurat tutaj i teraz. Nie wiem, czy będę potrafił Ci to powiedzieć, ale twoja sylwetka na tle nocnego nieba, z papierosem i nieułożonymi włosami zawsze będzie dla mnie piękniejsza niż modelki i aktorki całego świata pokazane przez najlepszych fotografów. Cały romantyzm świata skroplił się gdzieś niedaleko mojego błędnika, samoistnie wyciska się porami mojej skóry, dlatego dzisiaj właśnie i ja i Ty będziemy zupełnie inaczej pachnieć. Czytałem kiedyś, że ludzie całując się podświadomie przechylają głowy w przeciwne strony by dotrzeć nosem blisko specjalnego miejsca, które w takim momencie wydziela dużą ilość feromonów. Nasz organizm wtedy właśnie stwierdza, czy partnerka jest dla nas dobra. Nie wiem.

Wiem za to, że to co teraz robimy, to obracanie w dłoniach dziecięcej kolorowanki - kolorujemy ją tak spontanicznie, jak tylko tu i teraz można, bez nawyków, sugestii i kanonów. I pewnie jeszcze dziś będziemy się bzykać. Będziemy to robić dwa albo trzy razy dłużej niż zwykle. Oboje parokrotnie dojdziemy. Sprawi nam to radość, wyczerpie nas. Uznamy, że to był jeden z lepszych stosunków w naszym życiu. I poczujemy się wolni, tak jak wolny czuje się człowiek pakujący się w objęcia śmierci, skacząc z wysokiego klifu. Nie wiem, czy dasz mi coś, po czym miałbym Cię zapamiętać. Ja bym tak zrobił, ale... Tutaj kończy się nasza wolność, tu kończy się nasza możliwość braku odpowiedzialności. Tu zaczynamy widzieć się naprawdę. Ja bym tak zrobił, ale nie wiem czy ty też. Nie mogę już sobie wyobrazić. Nie mogę korzystać dalej z tej nadziei, bo może pociągnąć mnie za sobą na dno, zwane rozpaczą. Idealny nieznajomy. Idealna nieznajoma. Michał „Dżem” Gągała

Łóżko Majora Grudzień 2010


Kiedyś było tak: przygotowania do Bożego Narodzenia rozpoczynały się wraz z Adwentem. Rodziny wyciszały się, chodziły do Kościoła, powoli przygotowywano mięsa, pierniki, myślano o drzewku, ręcznie wyrabiano ozdoby choinkowe i prezenty. Potem, wraz ze stopniowym zmiejszaniem się wpływu Kościoła katolickiego na Polaków, zwiększał się powoli wpływ amerykańskiej kultury. A z owym wpływem wiadomo, co przyszło: wielce potępiana dziś komercjalizacja wszystkiego, więc oczywiście także Bożego Narodzenia. I zaczęło się kupowanie drogich lub chociaż drogo wyglądających prezentów, zdobywanie kupnych słodyczy i pseudo-barszczu z kartonu w miejsce domowych wypieków i barszczu przygotowywanego ze skrupulatnością i z prawdziwego zakwasu buraczanego, zaczęły się reklamy z misiem i TIRem Coca-Coli. Teraz zjawisko to zakrawa już poważnie na teren absurdu: supermarkety, telefonie komórkowe, producenci żywności, ubrań, książek próbują wpędzić nas w histerię kupowania "najlepszych prezentów" już od końca października, a choinka przed Empikiem przy Palmie błyskała w ostatnią zimę światełkami przy piętnastu stopniach i nie była to kwestia anomalii pogodowej.

27

wać się w atmosferze nadchodzących Świąt - niezależnie od tego, czy są dla nas najcenniejszymi chwilami spędzanymi z wielką, hałaśliwą rodziną, czy po prostu sporym kawałkiem wolnego od szkoły i pracy, który możemy poświęcić na słodkie COKOLWIEK - bez zahaczania o w dużej mierze nieznośny, komercyjny wymiar Bożego Narodzenia. Wszystkim Czytelnikom życzę Świąt spędzonych bez zgrzytów - czyli dokładnie tak, jak sobie wybierzecie! No i oczywiście mnóstwa żarcia i prezentów :) Pamela Kucińska

W Łóżku z Pam

Felieton

Z ulgą stwierdzam, że to się zmienia. Kiedy to piszę, jest połowa listopada, a w zeszłym tygodniu nie widziałam jeszcze choinki przed Empikiem. Co prawda, delikatesy Alma proponowały mi zakup koszy świątecznych pod koniec października, ale TIRa Coca-Coli jeszcze na billboardach nie widziałam, co więcej - nie słyszałam "Last Christmas" w radio. Może to dlatego, że nie oglądam telewizji, a słucham tylko Eski Rock, która prawdopodobnie bojkotuje podobne przeboje...? Nie wiem, ale ze zdziwieniem skonstatowałam... Że czegoś mi, kurczę, już brakuje. Jak to, 15 listopada i tylko w jednym sklepie widziałam czekoladowe mikołaje?! Wydaje mi się, że oczekiwanie na Święta to dla wielu osób - w tym mnie - podstawowy czynnik przetrwania listopada, najbardziej ponurego miesiąca w roku, w którym na dodatek czekają na nas egzaminy półsemestralne i brak możliwości uczenia się w hamaku w ogrodzie... Może więc zauważmy wreszcie, że zachowania komercyjne to kwestia wyboru: nie trzeba przecież rezygnować z długiego oczekiwania na Boże Narodzenie, jeśli nie chce się brać udziału w "nakręcaniu" Świąt przez wszelkie instytucje, którym zależy na naszych pieniądzach. Oczekiwanie to piękna rzecz! Wystarczy puścić kolędy do śniadania, czytać - najlepiej na głos, z kimś, poświęcając temu trochę czasu - "Tajemnicę Bożego Narodzenia" Josteina Gaardera, w której jest jeden rozdział na każdy dzień grudnia albo jakieś inne historyjki utrzymane w klimacie świątecznym, pomóc komuś napisać (jak ja synkowi), a może zaszaleć i samemu to zrobić - list do Świętego Mikołaja, wykrawać i piec pierniki, lepić ozdoby choinkowe z masy solnej czy papieru... I już powoli rozkosznie rozpły-

Grafika: Ala Leszyńska

Łóżko Majora Grudzień 2010


Felieton

28

To miejsce na Twoją

REKLAMĘ

Łóżko Majora Grudzień 2010


Łóżko Majora