Issuu on Google+

nr 3 Sierpień/Wrzesień 2010

Galerie autorskie

Fotografia Dada-grafia, surre-grafia

Sztuka

Antychryst będzie Artyst Ars homo erotica Letni nieletni

Muzyka Katy Perry

Autor

Papierosy Miodowa


Wstępniak

Wstępniak

Spis treści

Trzeci numer łóżka, jak zostało powiedziane, jest nieco dłuższy od reszty, z powodu przerwy sierpniowej. Mieliśmy różne sprawy na głowie, a także wyjazdy w celach rekreacyjnych. Mamy nadzieję, że Wasze wakacje również płyną/upłynęły dobrze, że odpoczęliście już troszeczkę od bajzlu świata codziennego. Rozpocznę numer malutką publicystyką, poruszając temat hurtowni mięsa do kebabów, odkrytej ostatnio pod Dworcem Centralnym w Warszawie. Czy może być coś tak zarazem logicznego i absurdalnie komediowego, jak ten właśnie fakt? Jednak fanów baraniny w porządnym wykonaniu uspokoję, że większość tych miejsc, które z owego składowiska korzystały, raczej szybko zbankrutuje. Zaś te jakościowo dobre (podejrzewam, że i tak część z Was wie, gdzie takie się znajdują) tylko na tym zyskają. Oczywiście numer ten niewiele ma z tym wspólnego, ale kto powiedział, że nie można wtrącać małych dygresji? Póki co - nikt. Tym stwierdzeniem zakończę krótki wstęp do wrześniowego numeru i życzę wam miłej lektury. Val

Wstępniak2 Spis treści 2 Galeria autorska: Beata Zofia Rączka 4 Film12

O tym, jak rosyjscy alchemicy zjedli teatr w konserwie 12 Incepcja13 Radio na fali  14

Fotografia15 Dada-grafia, Surre-grafia Subiektywny przepis na zdjęcie

15 18

Galeria autorska: Przemek Król 19 Sztuka29 „Ars homo erotica” Letni nieletni Antychryst będzie Artyst

29 30 31

Galeria autorska: Alicja Leszyńska 34 Literatura39

Impresja Miguelowa o Stanisławie Lemie 39 Powiedzieć wszystko, czyli rzecz o „120 dniach”40

Galeria autorska: Adela Sznajder 42 Muzyka48

Muzyka popowa w Polsce 48 Katy Perry - Teenage Dream48 Emarosa - Emarosa49 Jarecki & BRK - Mucha nie siada50 Kryzys - Kryzys komunizmu51 Ewa Farna - Virtuální51

Autor53

Inne geografie 53 Papierosy53 Miodowa55

Film: Fotografia: Muzyka: Sztuka:

Julia Bachman, Przemek Król Przemek Król Michał „Miguel” Maciejewski Julia Bachman Ksawery Nałęcz-Jawecki Literatura: Przemek Król, Michał „Miguel” Maciejewski Dział autorski: Patrick „Val” Banaszkiewicz Korekta: Anna Militz, Julek Siemiątkowski Skład i oprawa graficzna:  Beata Zofia Rączka, Oskar Gargas Grafika na okładce: Beata Zofia Rączka Grafika na stronie obok: Alicja Leszyńska

Zapraszamy na naszą stronę: http://lozkomajora.pl Kontakt z nami we wszelkich sprawach: lozkomajora@gmail.com


Galeria


Fotografia: Beata Zofia RÄ…czka


Fotografia: Beata Zofia RÄ…czka


Fotografia: Beata Zofia RÄ…czka


Fotografie: Beata Zofia RÄ…czka


Film

12

O tym, jak rosyjscy alchemicy zjedli teatr w konserwie

Film

Nie wystarczy wynaleźć kinematograf. Był taki moment, w latach dwudziestych i wcześniej, kiedy kino było nieme – i nie chodzi mi tu o brak dźwięku, ale o brak własnego języka. Filmy kręcono wówczas na scenach, wśród teatralnych dekoracji, aktorzy stali, zwróceni przodem do kamery, statyczni, ujęcia były bardzo proste, podzielone na „odsłony”. Jednym słowem, kino było zaledwie spektaklem teatralnym przeniesionym na ekran, nazywanym nawet „teatrem w konserwie”. Były nowe możliwości, ale nie było pomysłu na nową mowę, wymyśloną specjalnie do toczenia opowieści przez film. Oczywiście ktoś to musiał zmienić. Najbardziej twórczy okazali się Rosjanie. Nieprzypadkowo – ustrój totalitarny, pragnący rewolucji, „lubi” próbującą obalić dotychczasowy ład awangardę. Jej zadaniem było właśnie znalezienie konkurencyjnych dla teatralizacji, nowych rozwiązań . Jeszcze bardziej zaś totalitaryzm lubi kino, które, trzeba to zaznaczyć, było rozrywką popularną i tanią, proletariacką. Zanim dodano do niego dźwięk, nie wymagało zrozumienia języka, dlatego np. w Stanach było ulubioną formą spędzania czasu zwykle obcojęzycznych i ubogich emigrantów. To pod ich gusta kręcono wówczas lekkostrawne melodramaty i kryminały. Lenin szybko dostrzegł w kinie, nieburżujskiej sztuce, doskonały, propagandowy potencjał, nazywając je „dla nas najważniejszą ze sztuk”. Tym, co miało różnić film od spektaklu, był montaż. Jako pierwszy zaczął eksperymentować awangardowy reżyser Lew Kuleszow. Przeprowadził proste badanie: prezentował widzom po kolei tę samą twarz aktora (nie wyrażającego żadnych emocji) w zestawieniu z ujęciami, kolejno: zupy, trumny, noża itp. Neutralną postać odbierano wówczas odpowiednio jako: głodną, zrozpaczoną, myślącą o popełnieniu zbrodni. Kuleszow zrozumiał, że widz szuka ciągu logicznego w pojawiających się obrazach, co buduje ich wzajemny wpływ na siebie, bliskość. Nazwał więc to zjawisko bliskością syntagamtyczną obrazu. Następny krok do przodu popełnił Siergiej Eisenstein, znany z „Pancernika Potiomkina” . Jako pierwszy zastosował, do celów propagandowych, tzw. montaż intelektualny, czyli takie dobranie ujęć, by pośrednio przedstawić odbiorcy pewną ideę. Na przykład obraz zasmuconej żebraczki w łachmanach z niemowlęciem przy piersi nie zawiera sam w sobie wniosku. Tak samo ujęcie ubranej w kosztowne stroje bogatej panny obżerającej się kawiorem ze złotego talerzyka. Jednak połączone w jedną sekwencję stają się już zaprezentowaniem rzeczy abstrakcyjnej, refleksji: istnieje niesprawiedliwość społeczna. Innowacje Kuleszowa, Eisensteina, jak i następnych rosyjskich „alchemików kina”, Pudowkina, który wymyślił montaż konstruktywny (każde ujęcie wynika bezpośrednio z poprzedniego) czy Dowożenki, który montował jak poeta, pozwalając swoim obrazom na wieloznaczność, doprowadziły do totalnego zachłyśnięcia się możliwościami monŁóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

tażu i kamery. Dziga Wiertow opublikował wreszcie maifest „Kino-oko” głoszący z wielką pewnością, że oko kamery widzi dokładniej i szerzej niż ludzkie, powinno więc rejestrować nie fikcję, lecz dostarczać nam informacji o rzeczywistości. To była już zapowiedź przyszłej popularności dokumentu jako gatunku. Tak czy inaczej, dzięki Rosjanom kino zaczęło wreszcie mówić za siebie, a nie być nieudolną kopią teatru. Aby zdać sobie sprawę, iż posiada ono odrębny język, wystarczy wyróżnić jego poziomy. W zależności od stopnia zaznajomienia z kinem (poziom zero oznacza oglądanie filmu pierwszy raz w życiu i bycie jeszcze ‘filmowym idiotą’; czwarty to poziom krytyka filmowego) wyróżnia się następujące: 0 : odbiór dosłowny, czyli: widzę mężczyznę w czerwonym swetrze/cięcie/widzę czerwony sweter na podłodze/ znowu cięcie/widzę znowu mężczyznę, ale bez swetra; i wniosek widza, który rozumuje jeszcze zbyt prosto: to nie może być ten sam co na początku, nie ma przecież czerwonego swetra 1: dostrzeżenie ciągłości: ta sama scena odebrana jako: skoro miał sweter, sweter leży teraz na podłodze, a on jest topless, znaczy to niewątpliwie, że w międzyczasie (podczas cięcia) go zdjął 2:świadomość iluzji: ta sama scena odebrana jako: widzę aktora (!) zdejmującego z siebie czerwony sweter. Zrozumienie, że jest to fikcyjna historyjka 3:zrozumienie przekazu: wszystkie poziomy powyżej + rozumiem czemu reżyser to przedstawia (np. zerwanie z siebie przez bohatera czerwonego swetra z sierpem i młotem oznacza jego odżegnanie się od komunistycznych poglądów; odczytanie warstwy symboliki i „przesłania”) 4:wszystkie powyżej + znajomość zasad filmowego montażu Rosyjscy alchemicy kina chyba jako pierwsi wdrapali się na czwarty poziom: ich metody montażu były efektem intelektualnej pracy. „Teatr w konserwie” nie mógł już mieć szans. Kino, dotychczas pozbawione swojej mowy otworzyło wreszcie usta i zjadło go. I potem jeszcze długo miało mówić, wciąż dodając nowe słowa. Julia Bachman


Film

Incepcja Przyznaję się bez bicia, że tym razem Christopher Nolan mnie zaskoczył. Po obejrzeniu „Mrocznego rycerza”, drugiej, nakręconej przez tego reżysera części przygód Batmana, pogodziłem się z faktem, że już nie zobaczę takich filmów jak „Memento” czy „Prestiż”. Pozostanie mi jedynie oglądanie co jakiś czas niezłych, ale nie wybitnych obrazów, balansujących między thrillerem a kryminałem. Tymczasem zostałem znienacka zaatakowany „Incepcją” i po pierwszej rundzie został odtrąbiony koniec walki przez knock out. Christopher Nolan – Przemek Król – 1:0. Mamy do czynienia z filmem naprawdę niesamowitym. Sama konstrukcja fabuły jest tak niezwykła i nowatorska, że widz na początku całkowicie błędnie rozumie akcję filmu. Sama intryga natomiast, na pierwszy rzut oka, wydaje się raczej nieskomplikowana. Dom Cobb (Leonardo DiCaprio) jest światowej klasy specjalistą od specyficznego rodzaju szpiegostwa przemysłowego, polegającego na wchodzeniu, przy pomocy specjalnej aparatury, do snu ofiary i wydobywanie jej sekretów. Spotykamy go, gdy dostaje propozycję przeprowadzenia incepcji, czyli zaszczepienia jakiejś myśli w podświadomości ofiary, tak żeby ta uznała ją za własną. W zamian, zleceniodawca użyje swych wpływów i doprowadzi do uchylenia ciążącego na Cobbie amerykańskiego nakazu aresztowania, co pozwoli temu ostatniemu wrócić do domu po dłuższym okresie wygnania. Jedyny problem polega na tym, że w powszechnej opinii, dokonanie tytułowej incepcji jest niemożliwe, ponieważ umysł zawsze odnajduje genezę myśli. Mimo to, stawka jest na tyle duża, że główny bohater podejmuje się wyzwania i przechodzi do układania planu oraz kompletowania zespołu.

13

Dwójkę głównych bohaterów grają tutaj, wspomniany już DiCaprio oraz Marion Cotillard, w roli pani Cobb, i nie skłamię jeżeli powiem, że to role idealnie dobrane do tych aktorów. DiCaprio, swojego czasu aktor bardzo nierówny, grający zarówno w kompletnych niewypałach jak i w arcydziełach, od jakiegoś czasu wygląda jakby wydoroślał i co film uracza nas próbkami swojego niezwykłego talentu. Natomiast Cotillard, odgrywa typ postaci dla niej już poniekąd klasyczny, tajemniczej piękności, z jednej strony mądrej i dobrej, a z drugiej okrutnej femme fatale. „Incepcja” posiada też to, co spora część filmów Nolana, nieśmiertelnego Michaela Caine’a w roli drugoplanowej, co zawsze jest miłe dla oka i ucha. Kolejnym zachwycającym aspektem filmu są efekty specjalne. Nie chodzi nawet o same graficzne fajerwerki tylko o pomysł tego, jak zostały zaprojektowane i użyte w filmie. Szczególnie powalający jest Paryż w sennej wizji Ariadne (Ellen Page, znana m.in. z „Juno”), architektki w grupie Cobba. Jednak zwraca uwagę fakt, że same sny zostały tu przedstawione w bardzo realistycznej konwencji, nie dostaniemy tu tajemniczych, zasnutych mgłami pejzaży rodem z Shultza. Warto też wspomnieć, że pomimo całej technologiczno-fantastycznej otoczki, film jest podręcznikowym przykładem gatunku, nazywanego dość trafnie przez Anglików heist film, który na nasze można by przetłumaczyć jako „kino skoku” (na bank albo na coś innego). Obraz zdecydowanie godny polecenia, chociaż minimalnie drażni dość łopatologiczna furtka do potencjalnej drugiej części, ale da się to wybaczyć. Wnioskuję za otworzeniem szampana i wypiciem za to, że Christopher Nolan przestał kręcić filmy niezłe i wrócił do kręcenia filmów bliskich geniuszowi. P.K.

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


14

Radio na fali Kolejny recenzowany w tym numerze film nie jest jakąś szczególną nowością (światowa premiera miała miejsce w połowie 2009 roku). Ale u nas, na peryferiach kultury filmowej, przeszedł kompletnie niezauważony, więc uznałem, że warto się nim zająć. „Radio na fali” wyreżyserował Richard Curtis, znany głównie z kręcenia angielskich komedii, takich jak „Cztery wesela i pogrzeb” czy bardziej romantycznego „Notting Hill”. Tym razem nie zmienił szczególnie swojego stylu, co mu się chwali, bo jest naprawdę dobry w tym co robi. Oparta na faktach fabuła filmu została osadzona w połowie lat

60. w Anglii i opowiada historię pirackiej radiostacji, przełamującej monopol BBC w eterze. Pomysł polegał na tym, żeby załadować sprzęt i DJ-ów na statek, wypłynąć 200 metrów za granicę wód terytorialnych i nadawać na falach średnich na prawie całą Wielką Brytanię. Radio Rock, tytułowe radio na fali, puszcza najczęściej rocka, któremu BBC poświęca tylko ok. godziny na dobę, ponieważ rząd uznaje go za zbyt wywrotową muzykę. Głównym bohaterem jest tu młody chłopak Carl (Tom Sturridge), którego matka wysyła na Radio Rock, ponieważ został wyrzucony z kolejnej szkoły. Pomysł dość niecodzienny, ale w toku fabuły poznajemy jej prawdziwe intencje. Załoga Radia Rock prezentuje się jako dość przypadkowa, ale zgrana zbieranina (wyjątkiem jest jeden z DJ-ów, który okazuje się być kompletnie nieznany reszcie z powodu prowadzenia programu późno w nocy). Mamy Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Film tu Hrabiego, granego przez Phillipa Seymoura-Hoffmana charyzmatycznego amerykańskiego hipisa po trzydziestce, a przy tym autora głównej wieczornej audycji. Kolejne indywiduum, to jak zawsze bezbłędny, Bill Nighy, grający kapitana statku i właściciela radia. Kolekcję dopełniają sławny angielski prezenter radiowy, konkurujący z Hrabią Gavin Kavanagh (Rhys Ifans), wyglądający jak Mick Jagger w najlepszych czasach oraz niepozorny Doctor Dave (Nick Frost), zajmujący się podrywaniem dziewczyn i dawaniem rad Carlowi. Bezsprzecznie największym atutem filmu jest muzyka, ponieważ usłyszymy tutaj praktycznie całościowy przegląd przebojów z lat sześćdziesiątych, z naciskiem na zespoły brytyjskie. Obok Jimiego Hendrixa i Davida Bowiego pojawiają się m.in. The Kinks i The Hollies, czyli zespoły w dzisiejszych czasach już trochę zapomniane. Serwowaniu nam coraz to nowych kawałków sprzyja konstrukcja fabuły, bo większość muzyki słyszymy w momencie kiedy puszcza ją któryś z DJ-ów. Z racji tego, że pod względem upodobań różnią się między sobą dość mocno, to razem ze zmieniającymi się osobami w studiu, zmienia się także to co słyszymy, a efekt końcowy jest naprawdę bardzo dobry. Naprawdę ciężko zrozumieć, czemu u nas takie filmy przechodzą kompletnie bez echa. Curtis pokazał nam portret naprawdę ciekawego wycinku historii, dorzucił do tego prawie dwie godziny świetnej muzyki i kwiat brytyjskiego aktorstwa. Potrzebujemy czegoś więcej? Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, to proponuje w trybie ekspresowym skoczyć do jakiegoś Empiku i zaopatrzyć się w dvd z filmem. P.K.


Fotografia

15

Dada-grafia, Surre-grafia 1916 rok, sam środek I Wojny Światowej. Zurych, miasto położone między dwoma najpotężniejszymi państwami uczestniczącymi w tej wojnie. W Kabarecie Voltaire spotyka się kilku Niemców i Francuzów wraz z pewnym Rumunem. Właśnie obserwujemy powstanie dadaizmu, jednego z pierwszych nurtów awangardy. Podstawowym założeniem programowym nowego ruchu było zniszczenie starej mieszczańskiej sztuki poprzez tworzenie rzeczy na tyle z nią kontrastujących, żeby klasyczne dzieła straciły sens. W cenie była spontaniczność, przypadkowość oraz jak najmocniejsze „przywalenie” mieszczańskiej kulturze.

Różne eksperymenty z obiema głównymi technikami fotograficznymi dadaizmu, fotogramami, jak później były nazywane dzieła Raya i Schada, oraz fotomontażem trwają jeszcze do okolic 1923 roku. Następuje wtedy stopniowe rozproszenie i zanik ruchu, głównie z powodu faktu, że nie

John Heartfield, Dadamerica, ok. 1918

Fotografia

Po krótkim czasie (w ogóle dadaizm, jako taki, trwa najpóźniej do 1923 roku) kilku artystów, identyfikujących się z nowym prądem, doszło do wniosku, że same improwizowane poematy czy prześmiewcze spektakle przestają im wystarczać i należy poszukać nowych środków wyrazu. Dwóch z nich, Max Ernst i John Heartfield, na szczęście dla potomnych, znalazło fotografię, a pierwszą techniką, którą zaczęli stosować był fotomontaż, znany w sztuce od kilkudziesięciu lat. Najważniejsze było tu odkrycie tego, jakie efekty daje Christian Schad, 1918 nakładanie na siebie różnych negatywów w procesie tworzenie odbitki. Jednak w ogólnym odbiorze, ingerencja w proces została uznana za zbyt świadomą, przez co nie spełniała do końca założeń dadaizmu. Na kolejny pomysł wpadł Christian Schad w 1918 roku. Na papierze światłoczułym leżącym pod powiększalnikiem należy rozsypać losową ilość drobnych przedmiotów i całość naświetlić, co da efekt abstrakcyjnych cieni na czarnym tle. Tutaj wynik całego procesu spotkał się z lepszym odbiorem, głównie z racji swej przypadkowości i nowatorskiego podejścia do dość starej już (w rozumieniu dadaistów) dziedziny, а schadogramy, jak został ochrzczony nowy wynalazek, zaczęły być nazywane „fotografią bez fotografii” z racji nie uczestniczenia w procesie negatywu ani aparatu. Interesującą odmianą tej techniki były rayogramy, tworzone w tym samym czasie przez Man Raya w Nowym Yorku. Różnica polegała na używaniu większych przedmiotów o bardziej urozmaiconych bryłach i układaniu z nich, w częściowo świadomy sposób, geometrycznych kompozycji.

Man Ray, 1918

był on w stanie sprostać stawianym sobie wymaganiom. Natomiast wspomniani fotografowie, albo zaczęli, jak John Heartfield oddawać swój talent na służbę ideologii (najczęściej niemieckiego komunizmu i antynazizmu), albo zaczęli, jak Man Ray zmierzać w stronę pojawiającego się już na horyzoncie surrealizmu. W 1924 roku Andre Breton publikuje w Paryżu pierwszy „Manifest Surrealizmu”, konstytuując tym samym Paryską Grupę Surrealistów, w której znalazło się wielu dawnych dadaistów. Jednak tym razem założenia prograŁóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


Fotografia

16 mowe były już inne. Teoria Bretona zakładała, poza samym antymieszczańskim buntem, przeprowadzenie rewolucji umysłowej, mającej doprowadzić ludzkość do nowej wspaniałej przyszłości. Podstawową sferą zainteresowania surrealistów stała się ludzka podświadomość i nieświaJohn Heartfield, „The cross wasn’t heavy enough”, 1931 domość, przez co specjalne względy zyskała fotografia. Uważano, że ta dziedzina, jako jedna z niewielu, jest zdolna pozbawić człowieka racjonalnego wpływu na dzieło z powodu utraty kontroli nad efektem końcowym po naciśnięciu spustu. Ponownie zainteresowano się także fotogramami Man Raya, ale jednym z najdonioślejszych osiągnięć surrealizmu okazały się eksperymenty Raula Ubac, który zaczął stosować na dużą skalę tzw. techniki specjalne. Pomysł polegał na tym, żeby najpierw podgrzać negatyw, co mocno zmieniało jego wartości tonalne, a następnie zastosować zjawisko pseudosolaryzacji, polegające na użyciu dodatkowego źródła światła w procesie naświetlania odbitki. Przez to powstawał obraz pozytywowy z nałożonym, słabszym obrazem negatywowym, co dawało efekt tajemniczego echa sfotografowanej rzeczywistości. Finalnym etapem tworzenia dzieła było wplecenie tak uzyskanych odbitek w fotomontaż, co dość często prowadziło do wytworzenia u odbiorcy tak pożądanego wrażenia komplet-

John Heartfield, 1932

nego chaosu. Inny nurt fotografii surrealistycznej polegał na takim zainscenizowaniu zastanej rzeczywistości, żeby zaczęła przypominać senne wizje, a uchwycone przedmioty straciły swój naturalny wygląd. Dobrym przykładem jest tu Hans Bellmer i jego cykl opisujący metamorfozy dziecięcej lalki. Mimo że, w obu tych ruchach artystycznych fotografia była tylko jednym z nurtów i w żadnym nie zadomowiła się na stałe, to zachowały się metody i techniki wymyślone przez jej twórców, jak np. fotomontaże Heartfielda, stosowane przez niego z powodzeniem w propagandowych pismach, takich jak „Arbeiter Ilustrierte Zeitung” w latach 20. i 30. Jednak chyba najważniejszym osiągnięciem awangardowej fotografii było ostateczne oderwanie jej od XIX-wieczne,j dokumentacyjnej lub quasi-dokumentacyjnej formy, która od tej pory stała się dziedziną wyłącznie fotoreportażu. Raul Ubac, „Portret przez lustro”, 1930

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

P.K.


Fotografia

17

Hans Bellmer, Metamorfozy lalki, 1934

Raul Ubac, Niko, ok. 1928

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


18

Subiektywny przepis na zdjęcie Kota Schrödingera znają praktycznie wszyscy. Eksperyment ten zdążył się już zadomowić na stałe w popkulturze, niezależnie o jakiej konkretnie jej dziedzinie mówimy. Nic zresztą dziwnego, stary Schrödinger wpadł na tę dość wyrafinowaną kocią torturę ku chwale mechaniki kwantowej 75 lat temu. A że pomysł jest ciekawy i utrzymany raczej w konwencji czarnego humoru, to jakoś wyciekł ze swojej macierzystej dziedziny wprost do świata McDonalda i Coca-Coli. Dla tych, którzy jakimś cudem się z nim nie spotkali, krótkie streszczenie (zaleca się pamiętać, że to eksperyment myślowy i nigdy nie został przeprowadzony w praktyce, inaczej można nabrać niezbyt przyjaznych uczuć do profesorów fizyki kwantowej). Potrzebujemy żywego kota, truciznę, pojemnik, licznika Geigera i ustrojstwo generujące średnio jedną cząstkę promieniotwórczą na godzinę (istotne słowo „średnio”). Przyda się jeszcze młotek. Spinamy wszystko ze sobą (poza zwierzakiem) w ten sposób, żeby licznik Geigera, po wykryciu wzrostu promieniowania, sprawił, że młotek rozbije naczynie z trującym gazem. Do tak przygotowanego i uszczelnionego pojemnika wsadzamy kota, zamykamy i czekamy godzinę. I co się okazuje? Nasz futrzak miał 50% szans na przeżycie, ale dopóki nie zdejmiemy pokrywy nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy mu się udało, czy nie. I teraz najlepsza część. Według mechaniki kwantowej, tak długo jak pudełko jest zamknięte, kot jest jednocześnie żywy i martwy. Błagam, tylko nie każcie mi tego tłumaczyć, nie znam się na mechanice kwantowej, szczerze mówiąc nie do końca wierzę, że ktokolwiek się zna, wystarczy mi absurdalny efekt tego doświadczenia. No dobra, ktoś zapyta, czemu człowiek w dziale o fotografii pisze o jakichś bredniach wymyślonych przez jakiegoś Niemca wieki temu. Generalnie chodzi o to, że wymyśliłem jak twórczo wykorzystać ten eksperyment w fotografii, a że jak wiadomo bez głupich pomysłów nie powstałaby cywilizacja, tak więc, przed państwem…

Koreks Schrödingera 1. Tym razem bez analoga w ogóle nie mamy o czym rozmawiać, więc fanatycy cyfry są proszeni o przerzucenie strony. 2. Zaczynamy od przekręcenia całej rolki dowolnego filmu. Efekt będzie tym lepszy im więcej wysiłku włożymy w zrobienie zdjęć. W sensie: wypieszczona kompozycja, manipulacja głębią ostrości, jakiś system strefowy, chodzi o to, żeby włożyć serce w eksperyment. I preferowane tematy: architektura, krajobraz, ludzie, abstrakcja się tu raczej nie sprawdzi. 3. Wyciągamy film i pakujemy do koreksu. 4. NIE ZACZYNAMY WYWOŁYWAĆ FILMU. 5. Przygotowujemy stół w ciemni, na tyle duży, żeby zmieściły nam się na nim wszystkie posiadane odczynniki, Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Fotografia plus kilka innych butelek. Dobrze by było, żeby tego było w sumie ok. 10 sztuk (chemia ma być gotowa do użytku). 6. Dorzucamy do naszego kompletu jeszcze kilka przypadkowych płynów, tak z 5-6 butelek, w rozpiętości od ludwika do whisky, chodzi o kompletnie przypadkową zbieraninę. 7. Teraz jest nam niezbędna dodatkowa osoba w celu zachowania czystości doświadczenia. Jeżeli ktoś ma młodszego brata albo siostrę w wieku 8-10 lat to wygrał. Generalnie chodzi o kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia o wywoływaniu filmów, a z dziećmi plus jest taki, że lubią eksperymentować i nie mają aż tak skażonego racjonalizmem umysłu jak dorośli. 8. Pokazujemy naszej ofierze jak się wlewa chemię do koreksu i zostawiamy go sam na sam z naszym wymuskanym filmem, mówiąc żeby wlał do środka mieszankę jaką mu się podoba i zawołał jak skończy. 9. Następnie odbieramy koreks i mieszamy standardową długość czasu, metoda dowolna z tą różnicą, że jeżeli w punkcie 6. dodaliśmy jakiś gazowany płyn to poleca się jednak kręcić szpulą zamiast machać. Następnie powtarzamy punkt 8. i 9. do końca procesu wywoływania, tak jakbyśmy używali najzwyklejszej w świecie chemii, prosząc jednak za każdym razem o, w miarę możliwości, inną mieszankę. 10. W tym miejscu dochodzimy do końca eksperymentu. Przed wyciągnięciem filmu z koreksu nasz negatyw jest jednocześnie „żywy” i „martwy”. Osobiście uważam takie postawienie sprawy za niezwykle ciekawe. Możliwości są nieograniczone. Możemy odkryć, że udało nam się uzyskać absolutnie fantastyczne kontrasty, jednocześnie wiedząc, że nigdy nie uda nam się odtworzyć dokładnej receptury. Może się też okazać, że mieszanka była w jakiś sposób żrąca i po naszym filmie zostało kilka smętnych strzępków albo i to nie. Całkowicie pozarozumowy eksperyment, pokazujący nam jak bardzo w tej zabawie jesteśmy we władzy medium, nad którym rzekomo panujemy. Ewentualnych znawców mechaniki kwantowej przepraszam za ewentualną obrazoburczość i ewentualne nieścisłości w opisie eksperymentu. Przykładowych efektów tym razem nie ma, bo jak wiemy „kot jest jednocześnie żywy i martwy”. Zamiast tego mały przegląd zdjęć niezwiązanych z tematem:) P. K.


Fotografia: Przemek Kr贸l

Galeria


Fotografia: Przemek Kr贸l


Fotografia: Przemek Kr贸l


Fotografia: Przemek Kr贸l


Fotografia: Przemek Kr贸l


Fotografia: Przemek Kr贸l


29

„Ars homo erotica”

Muzeum Narodowe 11.06.2010-05.09.2010 Z dwóch powodów byłem entuzjastycznie nastawiony do tego projektu. Po pierwsze, takie ukazanie „sztuki gejowskiej”, w państwowej placówce, jest wydarzeniem niezwykłym dla polskiej sceny artystycznej. Po drugie, jest to pierwsza, od afery ze zdjęciem genitaliów w kształcie krzyża, wystawa wzbudzająca tak ogromne poruszenie społeczne. Choć było jasne, że kiedyś taki przełom w walce o prawa mniejszości musi nastąpić, to zawsze jest on donośny i emocjonalnie traktowany. Mając świadomość zbiorowych emocji, jakie wzbudza ten zbiór prac, wszedłem do muzeum pełen optymizmu, z ciekawskim nastawieniem na coś rewolucyjnego.

Charakter wykładu jest może nie dla mnie, ale prostota przekazu jaką nadaje, ma swoje zalety. Społeczeństwo może się po prostu dowiedzieć, że „geje” byli, są i będą obecni w sztuce i tym samym w społeczeństwie, choć tego drugiego trzeba się już domyślić. Ksawery Nałęcz-Jawecki

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Sztuka

Początek, owszem, jest bardzo obiecujący. Rzeźba kilku mnichów, stawiających tęczowy sztandar, przywodzi na myśl słynne amerykańskie zdjęcie Sztandaru z Iwo Jimy. Tak mocny akcent sugeruje, że całość prac będzie równie mocna. Może będzie coś o walce, zaangażowaniu, w dodatku wszystko karykaturalnie, na śmieszno? Ale niestety, już kilka prac dalej kończy się widowiskowe, gejowskie show na jakie liczyłem, a zaczyna się wykład. Atmosferę tę wprowadzają profesjonalnie przygotowane tablice informacyjne, umieszczone przed wejście do każdej z sal. Każda sala ma też swój oddzielny temat, które można by nazwać: Akt Męski-Rysunek, Transseksualizm czy Film „Gejowski”. Informatory mówią nam więc o tym, jakie np. klasyczna rzeźba męska miała funkcje w sztuce, a obok stoją jej przykłady od starożytności do współczesnych odwzorowań. Najciekawszą dla mnie częścią była cześć lesbijska. Prace bardzo współczesne, emocjonalne odróżniają się od charakteru całości. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie fotograficzny tryptyk ukazujący młodego chłopca o bardzo kobiecej urodzie. Jest w nim coś poruszającego, uczucia przebijają z fotografii i naprawdę można niemal dotknąć piękna, jakie wiąże się z różnorodnością seksualną. Trzeba też oddać hołd profesjonalizmowi kuratora i projektanta ekspozycji. Z technicznego punktu widzenia wszystko zostało perfekcyjnie przygotowane. Również wspomniane tablice informacyjne są bardzo treściwe i świetnie spełniają funkcję edukacyjną. Ogólnie jednak Ars Homo Erotica nie tyle co zawiodła moje oczekiwania, co zmyliła mnie swoją reputacją. Nie ma o co robić społecznej afery, nic nie powinno być tutaj kontrowersyjne. Jest to po prostu wystawa o tym, jak na przestrzeni dziejów kształtowała się SZTUKA homoseksualna i trans-genderowa. Bardzo mało, według mnie za mało, jest opisywania społecznej sytuacji i wołania o równouprawnienie. Tematem bowiem jest sztuka, forma - nie jej przesłanie. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. I być może tak należało skonfigurować całość, żeby w ogóle te prace mogły zaistnieć w Muzeum Narodowym. Zabrakło mi jednak tej walki, emocji i humoru. Nieliczne prace, które je ukazywały, zginęły w tłumie informacji, zupełnie jak na nudnej acz profesjonalnej prelekcji.


30

Sztuka

Letni nieletni Na ścianie, z policyjnych kogutów ułożone migające HWDP, pomalowana ławka szkolna i dobiegająca z głośników litania „…i uwielbiam kupować nowe buty, nie żałuję, nie żałuję, nie żałuję” – dobry komentarz młodych o sobie samych można było podziwiać do 22 sierpnia; "Letni nieletni. Młodzież w sztuce współczesnej" to następna, po Liberze doskonała wystawa Zachęty w ostatnim czasie. Skoro młodzież, to trochę wygłupów a trochę deprechy, i tak można było najpierw się zmartwić kompilacją smutnych dwóch panów: człowieka z marmuru i człowieka z żelaza ze współczesnym człowiekiem z dupy, jakże pozbawionym wartości (zdjęcie poniżej) albo na widok tej samej pracy po prostu się roześmiać. Dobrym komentarzem do współczesności był ołtarzyk Ady Kaczmarczyk, zrobiony, między innymi, z pary wystawnych, złotych butów na wysokim obcasie, torebki i biżuterii, który na ekraniku wygrywał rodzaj różańca. Słuchało się o tym, co „modląca się” wyznaje: wcieranie w siebie kremu, dostawanie prezentów, jedzenie czekolady, chodzenie do kina… Innymi perełkami były wieszak z czarnymi koszulkami na których wypisano, w sposób stylizowany na nazwy heavy metalowych zespołów, popularne antydepresanty, „Aktywności zimowe” Moniki Drożyńskiej, która na serwetkach wyhaftowała hasła znalezione na murach czy wspomniane

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Witkowski Adam, Syf, 2009

już „H.W.D.P.” Kamila Kuskowskiego, zrobione z 52 syren policyjnych. Atutem wystawy był brak apokaliptycznego tonu i ogłaszania „upadku obyczajów” współczesnej młodzieży. Oczywiście nie obyło się bez krytyki konsumpcjonizmu i opresyjności współczesnych warunków życia; wydaje mi się jednak, że nie było ani banalnie ani zbyt prosto. „Letni nieletni” Zachęty byli sfrustrowani, przesłodzeni, zagubieni, roześmiani, i przede wszystkim, różnorodni. Julia Bachman


Sztuka

31

mural w Serocku, nieopodal Zalewu Zegrzyńskiego

oryginalny szablon „Antychryst będzie Artyst” ze strony Twożywa

Antychryst będzie Artyst Zabijemy was słowami. Antychryst będzie Artyst. Sztuka albo życie. Czy te groźby brzmią dla Ciebie znajomo? Jeżeli tak, gratuluję czujnego oka, Warszawiaku. Jeśli nie – czas dowiedzieć się, kim jest grupa Twożywo i jej grupa matka - Pinokio. Wszystko zaczęło się od trzech twórczych licealistów, którzy choć nigdy nie skończyli ASP, artystycznie ‘sterroryzowali’ stolicę. Mariusz Libel, Krzysztof Sidorek i Robert Czajka ochrzcili się w 1995 roku mianem „Grupa Pinokio” i pod tą nazwą przeprowadzili legendarną już akcję „Antychryst Będzie Artyst”. Zaprojektowali plakaty, szablony, billboardy i vlepki z tym właśnie, tajemniczym hasłem, skrzyknęli znajomych i udali się podbijać nimi miasto. Skutkiem tego, 15 lat później spacerując w okolicach Woli czy Śródmieścia, co bardziej uważni przechodnie wciąż widząc enigmatyczny szablon zastanawiają się : kim jest Artyst, co ma wspólnego z Antychrystem i kto w zasadzie próbuje mnie nastraszyć?

Próbując zrozumieć twórczość Pinokia natknęłam się na następujący opis Stacha Szabłowskiego: „(…) lapidarne, ale niepokojąco wieloznaczne komunikaty (…)Wytrącały one przechodniów z percepcyjnego letargu i wprowadzały w stan gotowości do zmierzenia się z podejrzaną, być może nawet wywrotową treścią". Mocna stroną Pinokia jest właśnie niejednoznaczność, pozostawienie dużego pola dla wolności interpretacji przy jednoczesnej prowokacji, która ma zasiać w odbiorcy wątpliwość i zainteresować go. Więć co w końcu oznacza „Antychryst będzie Artyst”? Dla mnie ta praca to przede wszystkim komunikat: „Zobacz mnie, zdziw się mną, przestań myśleć o tym, o czym myślałeś wcześniej i pomyśl o Artyście”. Potem można ją interpretować jako żartobliwe odgrażanie się, że jeszcze będzie o nas głośno czy jako, po prostu, nad zwyczaj udaną próbę zasiania zamętu w mieście. Udaną, bo słowo „Antychryst” było bardzo często zamazywane, a vlepki i plakaty – zrywane, zdaje się więc, że wzbudziły niepokój skutecznie. Był 1998 rok, kiedy po odejściu Roberta Czajki narodziło się Twożywo. Na gruncie Pinokia miało już swój charakterystyczny styl estetyczny, który, wg Wikipedii „inspiruje się konstruktywizmem, pop artem, futuryzmem, reklamą, poezją konkretną”. Wikipedyści mają rację : prace Twożywa są proste estetycznie, ale zawierają chwytliwe slogany, zabawy słowem, eksperymenty typograficzne. Atutem ich działalności jest dostępność: jej polem jest przede wszystkim przestrzeń publiczna, rozumiana nie tylko jako miasto Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


32 i szeroko pojęty streetart, który Twożywo wciąż produkuje, ale także jako Internet. Nie trzeba iść do galerii by obejrzeć ich projekty – wystarczy wyjsć na ulicę. Albo i nawet nie, ponieważ na stronie www.twozywo.art.pl znajduje się kompletne archiwum prac . Częścią ideologii artystów jest także udostępnianie sztuki taniej, dla ludzi młodych, nieposiadających zasobnych portfeli – dlatego, na przykład, plakat ze słynnym „Antychrystem” można sobie nabyć na podanej wyżej stronie za kilkadziesiąt złotych.

Sztuka Jeżeli zaglądasz na stronę Obiegu albo Krytyki Politycznej (lub czytasz książki przez nią wydawane) kupujesz Gazetę Wyborczą, masz na półce pozycje z serii „Idee” czy „Kanon” , rzucasz czasem okiem na plakaty informujące o wydarzeniach w Zachęcie, TR-rze czy Nowym Wspaniałym Świecie – miałeś już do czynienia z ilustracjami Twożywa. Jeżeli chodzisz dużo po mieście, niejednokrotnie mijałeś ich szablony, billboardy, murale . Następnym razem, gdy się na nie natkniesz, możesz mruknąć pod nosem coś o tym, że Antychryst będzie jeszcze Artyst. Julka Bachman

mural w Krakowie

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


33

Sztuka

"Czystość jest?" -mural na budynku Sanepidu w Warszawie ze sprytnie ukrytymi między literkami kopulującymi parami

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


Galeria


Grafika: Alicja Leszyńska


Grafiki: Alicja Leszyńska


Grafiki: Alicja Leszyńska


Literatura

Impresja Miguelowa o Stanisławie Lemie

Stanisław Lem – człowiek legenda. Najwybitniejszy wśród najwybitniejszych polskich pisarzy drugiej połowy XX wieku. Wiem, niedoceniany był co niemiara, zwłaszcza dlatego że pisał przecież science-fiction, a to się nie godzi poważnemu pisarzowi pisać takich szmir. Lecz jednak to jego powinni obdarować Noblem. Nie Szymborską i nie Miłosza. Właśnie Lema. Ale jak szanowna kapituła mogłaby się zniżyć do poziomu dennego sci-fi. Szkoda. Bo powinna. Lem był wybitny nie ze względu na lekkie i przyciągające czytelnika pióro, bo takich pisarzy mamy na pęczki i warto ich pielęgnować. Nawet świetnie pomyślana książka, napisana przez człowieka, który może usypiać wszystko w promieniu pięciu kilometrów, traci jakikolwiek sens.

Ale do rzeczy. Czemu się zachwycam tym całym Lemem, przecież to tylko bajkopisarz. A właśnie że nie!

Na planecie tej doszło do wielkiej rewolucji biologicznej, która sprawiła, że suckesywnie trzeba było przekształcać dogmaty wiary, ponieważ nie przystawały do rozwoju biologicznej mechaniki. Okazywało się, że każdy może być nieśmiertelny, że każdy może być wiecznie młody. Zabiegi teologiczne były bardzo skomplikowane, jednak koniec końców historia zakończyła się tym, że prawdziwą wiarą zajmowały się tylko i wyłącznie roboty, ponieważ kult Boga zastąpiono kultem człowieka jako istoty mogącej samodzielnie wpływać na swój kształt. Zatracono się w kulcie samotworzenia swojej osobowości, gubiąc przy okazji możliwość budowania twardych zasad moralnych i etycznych, bo skoro każdy jest sobie panem, to każdy też stanowi o prawach, które obowiązują tylko jego. Drugą przykuwającą wzrok podróżą było odwiedzenie planety, której władcy zadecydowali, że wszyscy będą żyli w wodzie. Po prostu. Mają poddać się zrybieniu. A wszelkie bóle są tylko powodowane oporem materii, który trzeba zwalczać. Przypomina mi to każde siłowe wprowadzanie jakiejkolwiek ideologii. Zwłaszcza tej, która niezbyt przystaje do rzeczywistości. Wtedy każdy z nas ma opór. Jednak gdy ktoś nam tłumaczy, że to wina nasza, a nie ideologii, w końcu ulegamy złudzeniu i nosimy garb, którym obdarzono nas na wieki wieków.

Literatura

Geniusz Lema polegał na jego wiedzy. Gigantycznej, nieogarniętej przez nikogo przedtem i potem, wiedzy. I łączył tą wiedzę właśnie z lekkim piórem. Czysta magia.

39

Moje przygody z Lemem zaczęły się od Opowieści o pilocie Pirxie, które są świetną powieścią przygodową, które świadczą o niesamowitym talencie pana Stanisława do tworzenia życiowych historii. Tak naprawdę kosmiczne podróże to tylko otoczka. Prawda leży dalej w tym samym miejscu, wystarczy zmienić trochę wystrój otoczenia i masz kolejną historię. Drugą książką, którą zacząłem już poważniejsze przygody były Dzienniki Gwiazdowe. Zbiór fikcyjnych pamiętników słynnego gwiazdokrążcy Iljona Tichy'ego, był pasjonujący nie tylko ze względu na to, że działo się w nich wiele. Nawet bardzo wiele. Moją szczególną uwagę przykuła podróż Iljona na pewną planetę, której wiara łudząco przypominała współczesną wiarę katolicką, tak powszechną w naszych czasach, chociaż coraz bardziej zagubioną w problemach, które nie powinny jej dotyczyć. Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


Literatura

40 Teraz przejdę do trzeciej ksiażki, jak dla mnie najważniejszej w dorobku Lema, niestety praktycznie nie wznawianej i w ogóle nie omawianej w żadnych podręcznikach, co według mnie jest karygodne. Dialogi to książka wzorowana po części na Platonie, ale przede wszystkim na George'u Berkeleyu. Z jego dialogów wyciągnięto też postacie dwóch filozofów, jednego skrajnego materialisty, drugiego jednak poszukującego równowagi między materią a światem wyższym, ponadmaterialnym. Filonus i Hylas podejmują dysputy na tematy różne, świeże w czasach gdy dopiero gałąź nauki, zwana cybernetyką, była w powijakach i większość rzeczy można było jeszcze rozważać w sposób czysto teoretyczny. Co jest w Dialogach najciekawszego? Moim zdaniem najciekawszym problemem, który jest tam poruszany, jest kopiowalność i „przenaszalność” ludzkiej świadomości. Filozof-materialista, twierdzi, że gdyby utworzyć jego kopię w identycznej konstrukcji jak on, to po śmierci mógłby zostać przeniesiony do drugiego ciała, bez konsekwencji psychicznych. Jednak pojawił się problem - istnieje ryzyko błędu i stworzenia kopii przed śmiercią. W tym momencie dylemat jest taki, czy faktycznie ludzka świadomość jest powiązana z istnieniem duszy. Materialny świat wyklucza jej istnienie. Jednak pojawia się problem, gdy właśnie rozważymy przenaszalność świadomości. Mógłbym pisać o Lemie bez końca. Był geniuszem. Czystym geniuszem. Erudytą, którego zainteresowania wykraczały daleko poza standardy fantastyki naukowej. Filozofia, cybernetyka, teologia, socjologia, psychologia. Wszystkie te zagadnienia są do odnalezienia w jego książkach. Trzeba tylko mocno nad nimi posiedzieć. Pamiętajcie o Stanisławie Lemie. Polska nigdy wcześniej i, być może nigdy później, nie wypuści na świat takiego umysłu. Przypomina mi się też historia Philipa K. Dicka, który w swoim paranoicznym zwidzie pisał do FBI, że powinni zająć się przypadkiem naszego pisarza, bo przecież niemożliwe jest by jeden człowiek miał taką wiedzę. I umiał pisać w różnych stylach. Na pewno był to zespół ludzi. Nikt mu nie uwierzył. A Lem potem sam śmiał się z tego we wstępie do Dzienników Gwiazdowych. Ludzie, czytajcie go. Wzbogacajcie się. Bo szczerze - tylko jeszcze przy Kołakowskim filozofia była dla mnie tak łatwa. Miguel

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Powiedzieć wszystko, czyli rzecz o „120 dniach”

Pierwsze polskie wydanie „Stu dwudziestu dni sodomy czyli szkoły libertynizmu” Markiza de Sade pochodzi z 1992 roku. Egzemplarzy nie było dużo, a na dodatek szybko się rozeszły. Należy zresztą pochwalić decydentów z wydawnictwa „Mireki” za wykazanie się odwagą, niezbędną do wydania u nas tej jednej z najbardziej skandalizujących powieści w historii literatury. Od tego czasu pojawiło się kilka dodruków, kilka nowych wydań, a ostatnio wyszła wersja moim zdaniem najdoskonalsza. Jest to poprawione tłumaczenie Bogdana Banasiaka i Kazimierza Matuszewskiego, dwóch prawdopodobnie największych polskich specjalistów od twórczości Markiza, opatrzone obszernymi komentarzami obu panów oraz bardzo dobrej jakości reprodukcjami rycin z flamandzkiego wydania „Histoire de Justine” de Sade’a z 1797 roku. W książce znajdziemy też sześćset szczegółowych przypisów gwarantujących, że wszystkie wątpliwości co do treści, konkretnych słów czy pojęć zostaną wyjaśnione. Fabuła utworu nie jest specjalnie skomplikowana, przynajmniej jeżeli chodzi o samą intrygę. Akcja powieści dzieje się u schyłku panowania Ludwika XIV i opowiada historię czterech zamożnych przyjaciół, księcia de Blangis, jego brata biskupa, prezydenta Izby sądowej Curvala i dzierżawcy Durceta. Cała czwórka, zatwardziali zbrodniarze i libertyni w najgorszym znaczeniu tego słowa, postanawiają na cztery miesiące zamknąć się w niedostępnym szwajcarskim zamku Silling, należącym do jednego z nich, i tam oddawać się najwymyślniejszym ekscesom seksualnym. W celu zapewnienia sobie inspiracji, zabierają ze sobą cztery największe paryskie stręczycielki, Duclos, Champville, Martaine oraz Desgranges, z których każda ma miesiąc na opowiedzenie 150. najbardziej interesujących historii ze swojego życia. Daje to w sumie 600 opowieści, podzielonych odpowiednio na namiętności proste (opowiedziane w listopadzie), podwójne (grudzień), zbrodnicze (styczeń) oraz mordercze (luty). Jako obiekty libertyńskich praktyk zostaje zabranych osiem dziewcząt, ośmiu chłopców, ośmiu dorosłych mężczyzn, dobranych pod kątem wielkości członka, oraz małżonki każdego z libertynów (wyjątkiem jest biskup, w przypadku którego rolę małżonki pełni jego nieślubna córka). Przyznaję, zmierzenie się z tą powieścią to spore wyzwanie. Pierwszą rzeczą, która sprawia trudności jest fakt, że mamy do czynienia z dziełem niedokończonym. O ile sama fabularna część utworu wydaje się być kompletna, to niestety całościowa redakcja tekstu i nadanie mu ostatecznego szlifu pozostały jedynie w sferze planów de Sade’a. Przerwało je przeniesienie go z Bastylii do Charenton w nocy z 3. na 4. lipca 1789 roku bez prawa do zabrania swoich rzeczy, a gdy dziesięć dni później twierdza padła, rękopisy Markiza, w tym „120 dni”, wpadły w ręce szabrow-


Literatura ników. O zamiarze wprowadzenia ostatecznych korekt redakcyjnych świadczy wiele komentarzy odautorskich, zachowanych w tym wydaniu, co dodaje mu więcej smaku. Bogdan Banasiak podjął się wyzwania dokończenia dzieła Markiza i na końcu dostajemy próbę systematyzacji, polegającej na wyliczeniu wszystkich libertynów pojawiających się w opowieściach, wskazanie historii, w których pojawiają się te same postacie oraz krótkie opisy osób pojawiających się najczęściej, a wszystko to oczywiście opatrzone odpowiednimi komentarzami i wyjaśnieniami. Druga rzecz, która składa się na trudność lektury to sama fabuła i wydarzenia w niej opisywane. Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego, szczególnie nie dla ludzi o słabych nerwach. Wśród sześciuset opisanych namiętności znajdziemy sporo ciekawych, co najmniej kilkanaście dość zabawnych i jeszcze więcej naprawdę zadziwiających, ale wiele opowieści zwyczajnie przyprawia o mdłości, a ostatni miesiąc, czyli mordercze opowieści Desgranges, jest naprawdę przerażający. Należy jasno zaznaczyć, że powieść tą każdy czyta na własne życzenie i odpowiedzialność, i z pewnością nie każdy przez nią

41

przebrnie mimo faktu, że jakość stylu pisarskiego i lekkość pióra jest tu na poziomie naprawdę rzadko spotykanym. Kto jednak dotrwa do końca i będzie zdolny chłodnym okiem spojrzeć na całość, zobaczy fascynujące studium obyczajowości, fizjologii oraz seksualności tamtych czasów, i to jak wiele w tej materii się zmieniło do dzisiaj. Niezłym przykładem jest fakt, że zawsze kiedy w książce pojawia się akt homoseksualny, jedna ze stron musi przyjąć rolę kobiecą, a druga męską, natomiast obecnie już nie wiąże się zagadnień aktywności lub pasywności z konkretną płcią. Inna ciekawa kwestia poruszana przez Markiza to to, do jakiego stopnia światopogląd wpływa na gust i upodobania. Czterech głównych bohaterów jest zdeklarowanymi zwolennikami sodomii z powodu tego, że za sodomię można wylądować na stosie, przez co jest bardziej pociągająca. Mamy tu do czynienia z książką niecodzienną, bardzo ważną dla europejskiej kultury, a przy tym zdecydowanie z najlepszym jej wydaniem. Stanowczo nie każdemu będzie pasować sama materia powieści, ale każdemu, kto jest skłonny chociaż z czystej ciekawości sprawdzić ją na własnej skórze jestem zobowiązany zdecydowanie ją polecić. P. K.

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


Galeria


Fotografia: Adela Sznajder


Fotografie: Adela Sznajder


Muzyka

48

Katy Perry

Zaczynam temat, który jest przykry, smutny i w ogóle jest strasznie zły, bo ja bardzo ubolewam nad stanem współczesnej muzyki polskiej.

Katy Perry – objawienie muzyki popowej, trochę inne zapewne niż Lady Gaga, jednak przebojem wdarła się na listy i wcale nie miała żadnych oporów przy walce z wyżej wymienioną. Jej hity I kissed a girl i Hot'n'cold szalały po wszelkich telewizjach, mimo kontrowersyjnej treści pierwszej piosenki. Cała pierwsza poważna płyta (bo Katy, jeszcze wtedy pod swoim prawdziwym nazwiskiem Hudson, nagrała płytę z muzyką chrześcijańską) była zbiorem ciekawego popu, wybijającego się trochę ponad amerykańską przeciętność muzyczną, która i tak jest na znacznie lepszym poziomie niż na przykład polski pop.

Muzyka

Muzyka popowa w Polsce

Teenage Dream

Wpierw definicja muzyki popowej – muzyka, która jest naprawdę popularna i zdobywa ogólny poklask większości publiczności, najczęściej mało stykającej się i interesującej się muzyką w jakikolwiek zorganizowany i skoordynowany sposób. Jest to moja definicja, każdy może mieć swoją. Faktem jest, że jest to smutne. Przeglądając każdą listę przebojów, zasmucam się na jak niskim poziomie jest polska kultura muzyczna, ponieważ nie ma tam nic, co nawiązywałoby w jakikolwiek sposób do porządnej muzyki. To czysta szmira, czasem trochę lepsza, czasem na kompletnym dnie, ale zazwyczaj po prostu czysta prowokacja wobec moich wrażeń estetycznych. Zalewa nas ogromna ilość popu amerykańskiego, niestety nikt się nie zebrał do tego, by się postarać o jakiekolwiek wzorowanie się na tym czystym mistrzostwie. Tworzą przede wszystkim smętne popowe ballady i pseudorockowe piosenki. Gwiazdami zostają takie muzyczne miernoty jak Feel czy Patrycja Markowska, nie mówiąc już o odnowionej wersji Kombi, która jest totalną estetyczną porażką i gniotem, który nie powinien w żaden sposób wypływać na powierzchnie, bo nawet niektóre piosenki disco polo są od tego dużo lepsze. Przeglądałem wszelkie notowania, spisy, listy, audycje. Wniosek jest taki, że tak naprawdę z tego wszystkiego może Chylińska nadaje się by być słuchana. Kompletnie niedoceniona płyta Agnieszki jest według mnie jedną z najlepszych popowych płyt, które wyszły w ostatnich latach. Przecież świetnego popu jest mnóstwo. Tylko czemu dalej wszyscy uznają go za alternatywę i nie dopuszczają do głosu. Przecież jest wiele zespołów, grających trochę bardziej wytężoną muzykę niż durne teksty i proste, powtarzalne melodie. Projekty Gaby Kulki, Kumka Olik, ostatnia płyta Natalii Kukulskiej, a także przedostatnia. Jest tego naprawdę dużo. Tylko niestety polski naród jest ułomny. Nie umie słuchać porządnej muzyki. Jest to smutna sprawa, naprawdę bardzo smutna, żale wylewam wielkie, że tak wielu artystów tak nisko upadło. Można przecież tworzyć pop bez robienia z siebie idioty. Podsumowując, muzyka popowa w Polsce jest dostosowana do naszego narodu. I to jest naprawdę przerażające, jak w ciągu dwudziestu lat nasze gusta muzyczne upadły, jak bardzo staliśmy się podatni na wielkie szmiry i straszne melodie rodem z casio. Ludzie. Opamiętajcie się wreszcie. Nie będziecie żałować. Miguel

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Ale do rzeczy. Kolejna płyta, po której już niestety widać zmiany, które sprawiły, że każda „stara” gwiazda popu chce nagrywać jak Lady Gaga. Płyta jest bardzo taneczna. Wyjątkowo. Nie ma piosenki, która nie nadawałaby się na porządny singiel, który spokojnie hulałby po listach przebojów i mógłby być okraszony dobrym, obrazoburczym teledyskiem. Zabrakło mi jednak elementów muzyki rockowej, które tak bardzo mi się podobały na pierwszej płycie. To jest typowo elektroniczna płyta, bardzo mocno podbita klasycznym electro, mocno bijąca po uszach. Więc uważajcie, tu trzeba naprawdę pilnować głośników by uszy nie odpadły przy najbliższej okazji, a przecież jeszcze tyle płyt będzie do przesłuchania. Producencko sama śmietanka - Dr. Luke, Stargate i Tricky Stewart. Zapewniają oni, że płyta nie będzie nużąca, chociaż jak dla mnie za mało tutaj klasycznego popu. A takiego zawsze wszyscy chętnie słuchają. Wokalnie – cóż, zabawy z komputerową modulacją głosu za pomocą autotune'a i pokrewnych osobiście zaczynają mnie bardzo irytować, bo każda płyta jest okraszona przynajmniej jedną taką piosenką. Tutaj też się zdarzyła taka wpadka, a ja naprawdę uważam, że Katy ma dobry głos, który może nie wypada genialnie na żywo, ale jest mocny i niezwykle charakterystyczny. Tekstowo jest jak zawsze. Swobodne spostrzeżenia Perry na temat związków damsko-męskich, seksu, trochę ob-


49

Muzyka

Na pierwszy ogień wystawiłem zespół Emarosa. Wyjątkowy pod względem jednego z najlepszych wokalistów w tych klimatach muzycznych, czyli Johny'ego Craiga. Wcześniej śpiewał on w Dance Gavin Dance, teraz ma podobno śpiewać w obu zespołach naraz. Nie wiem, nie wnikam. Jest to ich druga płyta. Pierwsza była interesująca, chociaż nierówna. Nawet świetny głos Craiga nie nadrabiał strat w melodiach i rytmach. A teraz? Płyta jest ciekawa. Grana na typowe jedno kopyto, melodyjny post-hardcore, jednak jest to muzyka naprawdę dobra. Zaskakuje pewnymi rozwiązaniami muzycznymi, czasem załamaniem rytmu, jakimś popykaniem na jakimś klawiszu. Nie ma szczególnej monotonii dla kogoś, kto naprawdę słucha tej muzyki, bo dla innych jednak może być męczące. Więc by docenić tą płytę trzeba jednak trochę posiedzieć nad współczesną sceną post-hardcore, ponieważ inaczej uznacie płytę za nudną.

serwacji społecznych. Szanuję ją za to, że sama jest w stanie pisać świetne teksty, nie potrzebuje do tego sztabu tekściarzy, którzy tworzyliby dla niej wielkie przeboje. Podsumujmy – płyta jest dobra, może na wybitność się nie szykuje, ale przecież w tej muzyce chyba nie o to chodzi. Na pewno jak ktoś ją zarzuci na domówce, to parkiet nie będzie pusty, chyba że trafią się ludzie wierzący w starą zasadę, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Słuchajcie Katy Perry. Warto, można dzięki temu uwierzyć, że popowa muzyka nie musi kończyć się na kolejnych klonach Lady Gagi. Chociaż nawet Katy się niebezpiecznie do niej zbliżyła. Módlmy się wiec by, tak jak Christina Aguilera, nie przefarbowała sobie włosów na biały wręcz kolor. Miguel

Emarosa

No ale teraz przejdę do wokalisty. Bo on stanowi o głównej sile tego zespołu. Johny Craig jest znany z tego, że jego głos jest silnie inspirowany r&b, jest mocny i niepiskliwy, jak większości się zdarza. Jego solowe dokonania mają mało wspólnego z muzyką tworzoną w Emarosie, co dodatkowo świadczy o jego naprawdę niesamowitych umiejętnościach wokalnych. Po prostu w swojej klasie jest geniuszem. Podsumujmy. Muzyka raczej niespotykana w Polsce, ale naprawdę dobra i godna posłuchania, może jednak niewprawionego słuchacza męczyć. Do tego genialny wokalista, który spokojnie może radzić sobie w warunkach poza sceną post-hardcore, zwaną pogardliwie sceną emo, z którą w sumie nie ma aż tak wiele wspólnego. Więc cóż. Szukajcie. Post-hardcore'u, emo, screamo. Jest tego wiele. I mnóstwo rzeczy faktycznie wartościowych. Nie przejmujcie się dziećmi z grzywkami. One trochę nie wiedzą co ze sobą po prostu zrobić. Miguel

Emarosa

No dobra. Teraz będzie coś dziwnego. Muzyka bardzo mało popularna w Polsce, raczej wiązana z dzieciakami biegającymi z czarnymi grzywkami i uważającymi, że świat jest zły, a jak facet i dziewczyna się nie odróżniają to jest super. Jednym słowem - recenzuję płytę zespołu z klimatu post-hardcore'u współczesnego, zbyt często uważanego za muzykę emo, chociaż ma z nią nieczęsto coś wspólnego.

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


50

Muzyka

Jarecki & BRK Mucha nie siada

Wreszcie! Po tylu latach czekania, Jarecki wypłynął z kolejną płytą. Wiem, że miał duże opóźnienia, z muzyki chłopaki zabawę mają a nie pieniądze, więc nie mogą się zbytnio spieszyć, bo za coś trzeba żyć, prawda? No, ale w końcu pojawiła się na półkach nowa płyta. I znowu miałem świetny ubaw. Bo to tak rzadkie, żeby grać w Polsce muzykę z jajem, bez nadęcia i napięcia, grać ją dla siebie i publiki przy okazji. Bez żadnego gadaniu o biedzie w blokach i o tym jakie prawdziwy hiphopowiec powinien mieć poważanie do policji (JP na 100% itp.) Wreszcie ktoś rozjaśnił tą scenę. Jarecki, wraz ze swym kuzynem BRK, nagrali płytę pełną perełek. Na świetnym poziomie tekstowym i producenckim. A teraz krótko - kim jest Jarecki. W 2006 roku wygrał Debiuty na festiwalu w Opolu piosenką Leń. Dwa lata później pojawiła się płyta „Styldohwil”, gdzie Jarecki przedstawił swoje bardzo luźne podejście do hip-hopu i naprawdę wielkie możliwości wokalne, rzadko na polskiej scenie rapowej dostrzegane. Jest także członkiem zespołu Kultórwa, który łączył hip hop z muzyką graną na żywych instrumentach, na pograniczu funka, reggae i rocka. Ale powróćmy do płyty „Mucha nie siada”. No i powiem tak – jest naprawdę nieźle. Nawet lepiej niż nieźle – jest genialnie, warto tego słuchać od rana do wieczora.

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Zestaw gości – Grubson, Cheeba, Dj 600V, Ten Typ Mes – może nie jest szczególnie powalający. Ale i tak dziwi ich obecność – na poprzedniej płycie nie pojawił się żaden gość. Tekstowo – jak zawsze z pełnym luzem, gloryfikując spokojny tryb życia i podejścia do muzyki, wychwalanie bycia wśród przyjaciół i delektowania się dobrą muzyką. Jest pozytywnie, bujająco. Jarecki na tej płycie już praktycznie nie śpiewa, nad czym ja osobiście ubolewam bardzo, bo lubiłem jednak jak nadawał swoim rapom swój charakterystyczny zaśpiew. Muzycznie? Mamy wszystko. Od soulu, poprzez dancehall po bardzo mocne rapowe podkłady; w zależności od fantazji mamy tu klasyczne bity złotej ery, mamy west coast, east coast. Nawet crunkowe klimaty znowu objawiły się w tej płycie. Można potańczyć, poskakać. Pokrzyczeć na koncertach także byłoby warto – w końcu chłopaki do tego też zachęcają. Mamy jednego skita prezentującego mistrzostwo scratchingu DJ BRK. Dla każdego coś miłego. Podsumujmy. Płyta Jareckiego i BRK nie jest dla rapowych purystów, którzy biegają w bluzach JP i innych takich Firm. Nie jest to prawdziwy uliczny rap o życiu, bo chłopaki tak nie żyją więc po co mają się pisać na takie gadanie. Pełen luz, chillout. Można tworzyć rap z jajem, nie prześmiewając go przy tym. I to jest właśnie taka płyta. Zainteresujcie się nią. A nuż uda wam się odzyskać wiarę w polski hip-hop. Miguel


51

Muzyka

Kryzys

Ewa Farna

Aż mi głupio pisać recenzję tego zespołu. Toż to wielka legenda i to przez wielkie wszystkie litery. Od Kryzysu właśnie rozpoczęła się historia polskiego punk-rocka, od Kryzysu muzyka w PRL-u przestała się mieścić w powszechnych ramach, oni pierwsi wypłynęli na szeroką wodę. No i wreszcie dorobili się pełnoprawnej płyty. I szkoda. Dla mnie legenda upadła.

Miejsce urodzenia - Třinec. Obywatelstwo - czeskie. Narodowość - Polska. Osiągnięcia - trzy płyty studyjne w Czechach, koncertówka z DVD, dwie płyty w Polsce, trzecia w przygotowaniu. Czeskie Słowiki - w 2006 Debiut Roku, w 2007 czwarte miejsce w kategorii Piosenkarka, w 2008 i 2009 trzecie. Trzy nominacje do nagrody Anděl, w tym roku nagroda Piosenkarki Roku. Dwie platynowe płyty za „Měls mě vůbec rád” i „Ticho”. Rok 2009 - Superjedynka za Debiut Roku, nagrody na Top Trendy w Sopocie, nominacja do MTV Europe Music Awards w kategorii Best Polish Act. I masa innych, mniejszych nagród.

Kryzys komunizmu

Virtuální

Płyta „Kryzys komunizmu” to dla mnie kabaret starszych panów, którzy po 30 latach stwierdzili, że jednak wydadzą coś nowego. Właściwie starego, ale w nowej oprawie, z odpowiednim mixem i innym bajerami, które dostarcza współczesna sztuka nagrywania i produkowania płyt. Tylko ja się pytam – po co? Nie powiem, znam te kawałki dobrze, bywałem na reaktywowanym Kryzysie, bo jednak sława tego zespołu sięga i mojego pokolenia, mimo że zespół rozpadł się 9 lat przed moim urodzeniem. Ale smutną prawdą jest, że nie jest to płyta wybitna, czego można byłoby się spodziewać po panu Brylewskim i Góralskim. Wpierw zacznijmy od wokalisty. Robert Brylewski jest już człowiekiem trochę starszym, obecnie już ogolonym na łyso. I niestety nie wpłynęło to w żaden sposób na jego możliwości wokalne. Tak jak w przypadku Falarka, jego wokal dodawał jeszcze silniejszej dawki transu w tą muzykę, tak w przypadku Kryzysu jest męczący. Kwękający wokalista bardzo mało kojarzy mi się z prawdziwym punkiem, który jednak bardziej jest zbliżony do krzyku niż do śpiewu. A niestety, Brylewski tylko kwęka. Muzycznie jest trochę lepiej, zwłaszcza że pewną dozę psychodelii do muzyki granej przez zespół dodaje saksofon Alka Koreckiego, którego szanuję bardzo za rzeczy, które tworzył na przestrzeni lat z różnymi zespołami (zwłaszcza z Neumą, zespołem, który poniekąd ubóstwiam i bardzo zachęcam). Tekstowo – dalej buntowniczo, ale te teksty coraz bardziej tracą na aktualności. Większość odbiorców nie zrozumie tych aluzji, przecież mamy po 20 lat i PRL znamy najwyżej z telewizji lub lekcji historii, i to też nie wszyscy. Podsumujmy. Gdyby to nie był Kryzys, uznałbym, że to po prostu średnia płyta średniego zespołu, któremu zebrało się na to, by nagrać album, mimo że nie do końca mają coś do przekazania. Ale to Kryzys. Ten wielki Kryzys, od którego karierę rozpoczął Robert Brylewski, który napędził stworzenie Brygady Kryzys i innych pociotków, grających inteligentnego punka w czasach, kiedy było trudno o sprzęt, a co dopiero mówić o nagrywaniu. A tak, to obecnie mamy paradę wspomnień. I nie zazdroszczę tym, którzy słuchali Kryzysu na żywo, a teraz będą skazani na tą płytę. Bo naprawdę, poza saksofonem Koreckiego, nie ma tu nic ciekawego. Potraktujmy tą płytę tylko i wyłącznie jako lekcja historii. Nic więcej. Niestety. Miguel

Wait, wait, wait! Ile ona ma lat?! Na początku sierpnia skończyła siedemnaście. Właśnie tak, siedemnaście. Pierwszy raz usłyszałam Ewę całkiem przypadkiem, był to utwór z „Virtuálnych“ - Samota anděla (Samotność anioła). Spodobał mi się jej głos, spodobała muzyka. Parę dni później zobaczyłam ją u Wojewódzkiego i dopiero po chwili skojarzyłam, że ją znam, że to ta panna od Samoty... ! Miała trzynaście lat, kiedy nagrała pierwszą płytę. Była najmłodszą artystką, która ruszyła w trasę koncertową po Republice Czeskiej. Od początku pracuje z profesjonalistami. Jej menadżer, Leszek Wronka, współpracował z wieloma czeskimi gwiazdami włączając Karela Gotta. Zespół, z którym Ewa występuje, to chłopaki młode, ale w większości po Konserwatorium Jaroslava Ježka, jednej z najlepszych wyższych szkół muzycznych, kształcącej głównie w kierunku muzyki jazzowej. Perkusista, František Poborský, przez pewien czas występował w kapeli Čechomor. Więc jak - niesamowity talent czy dobrze wypromowany produkt, maszynka do zarabiania? Skomponować dla niej piosenkę to pewny dochód. „W ciągu dziesięciu minut napisałem dla Farnej piosenkę, teraz grają ją pewnie sto razy dziennie w radiach, także polskich” powiedział Jan Ponocný, kompozytor i gitarzysta Cirkus Praha czy The Wavemen. A muzyka? Wybrałam jej ostatnią płytę „Virtuální“. W najbliższych miesiącach ukaże się polska wersja tego albumu (wg aktualnych informacji pod polskim tytułem „EWAkuacja”). Ale zanim to się stanie, posłuchajmy nagrań czeskich, zobaczmy, czym przeprowadziliśmy inwazję muzyczną na naszych południowych sąsiadów. O czym śpiewa? Nie spodziewajmy się tutaj głębokich tekstów, to mimo wszystko nastolatka śpiewająca dla przede wszystkim dla nastolatek. Utwór Virtuální (Wirtualnie) – to historia typowo współczesna, miłość w sieci. Miłość czy „miłość”? Sama nie wie, przecież on w mejlu nie usłyszy co ją naprawdę dręczy, nie wie jak pachnie, jak tak Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


52 naprawdę wygląda. Więc może by się tak spotkać skoro „je nenormální být jen virtuální” („jest nienormalne być tylko wirtualnie”). Reszta płyty jest także w myśl zasady, że wszystkie piosenki są o miłości. Raz szczęśliwszej, raz mniej i głównie mniej. W Toužím (Pragnę) zmaga się ze średnim zainteresowaniem partnera, który właściwie nie bardzo wie, co się z nią dzieje. A z nią się dzieje, że pragnie stworzyć swój świat i on jest tak całkiem przypadkiem jego częścią. Że szesnastolatka wspomina tam parę razy o grzesznej miłości, to chyba już nikogo nie dziwi. A trzeba zaznaczyć, że na tej płycie pojawiają się w końcu teksty tworzone bądź współtworzone przez Ewę i Toužímjest jednym z przykładów. Odbiegająca tematem od miłości – choć czy naprawdę? - jest piosenka Ty jsi král (Ty jesteś królem). O kim mowa?

Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Muzyka Oczywiście, że o królu popu, o czym zresztą informuje podtytuł. Wiele odkrywczego z tego utworu nie wyniesiemy, jest to po prostu wyraz żalu po idolu z dzieciństwa. Gdzie zaklasyfikować Farnę? Najlepszą kategorią jest chyba pop-rock. Jeśli skupić się na muzyce, na genialnym wokalu – ja mówię rock. Kiedy jednak zaczniecie rozumieć słowa – lub posłuchacie polskich nagrań – brzmi to jednak dość popowo. Dlatego, drodzy Rodacy, słuchajcie tej małej po czesku. A tak na koniec – nie przypomina się Wam Avril Lavigne? Mi tak i myślę, że to dobre porównanie. Tylko mam nadzieję, że o dużej Ewie będzie tak samo głośno jak teraz, a nawet bardziej. Bo, przepraszam, ale czy ktoś może mi powiedzieć co się stało z Avril? Anna Militz


53

Autor

Inne geografie Niedzielny poranek. Z szarej mgły,z niewyraźnych kształtów, zaczynają wynurzać się konkretne, namacalne i znane, tak mi jak i każdemu, symbole, gesty. Z pełnego snu i mar sennych zaspania - ze świata pełnego surrealnych, abstrakcyjnych form istnienia, następuje nieuchronne przejście w świat logiczny, uporządkowany i nazwany. Sekret tkwi w uchwyceniu tego jednego momentu. Chwili przejścia stanowiącej most między dwoma światami. Te światy - trzeba tu zauważyć - są kształtowane przez nasz własny sposób ich odbioru. Jeżeli uda się go uchwycić, zyskuje się ogromną władzę. Klucz otwierający jeszcze jeden świat. Najbardziej elastyczny i najbardziej odrealniony. To odrealnienie jest potęgowane przez - paradoksalnie - podobieństwo do świata realnego. Ten świat jest tak naprawdę hybrydą. Nałożeniem się na siebie światów z dwóch stron mostu.

Jest jezioro, jest i wielki blok górujący nad nim. Dokładnie tak jak kiedyś. Nocą. Teraz pozwalam mu istnieć. Daję mu czas, by okazało się, że jest dobry. Zachwyca mnie jego złożona prostota. Ta nienazwana oczywistość. Idealna częstotliwość powtarzania się gestów, w skali od mikro do makro. Lekko pochylona ręka rzucająca okruchy chleba, potem wędrująca do kieszeni. Chaos dokładnie wytyczonych nieznanym wzorem ruchów kaczek. Psy i ludzie jak obraz namalowany tysiąc razy w różnych kolorach. Różnią się ra-

Wypalam papierosa. Między formami realnymi i nierealnymi nadal jeszcze istnieją jezioro, blok, ludzie. Starannie zabieram się za przygotowanie trzeciego obrazu. Tworzę reguły. Stwierdzam najpierw, że życie to ruch i żadnej chwili nie zatrzymam na dłużej. Wkładam dłonie w rękawiczki mojego ojca. Druga zasada będzie brzmiała "To jest ważne". Stwarzam więc miłość. Znowu przemieszczam się rowerem w głąb tego sobie-świata. Przecież cały sekret tkwi w tym, żeby nie próbować go zatrzymać, uchwycić. W końcu życie to ruch. Michał „Dżem” Gągała

Papierosy

Autor

Niedzielny poranek. Następuje przejście, a mi udaje się uchwycić ten moment. Rowerem wyjeżdżam ze świata snu i powoli coraz bardziej znajduje sam siebie w Warszawie. Mijam ludzi i nazywam ich ludźmi. Tworzę rzeczywistość. Patrzę jej głęboko w oczy. Nie boję się, nie uciekam, nie opuszczam głowy. Mijam drzewa - mogę je nazwać jak tylko chcę. Nie mam tak naprawdę żadnego kierunku. Podążam spontanicznie wybranymi odcinkami rozrzuconymi w nieskończonej plątaninie ścieżek. Fragment obrazu. Tworzę ten obraz. Nigdy więcej go nie zobaczę, bo może istnieć tylko w tej jednej i konkretnej chwili. Właśnie to determinuje jego wartość. Uświadamiam sobie, że jest bezcenny. Tworzę świat dookoła. Tworzę ulice, przejścia dla pieszych, restauracje tworzę. Sprawiam, że stają się otwarte. Tworzę wspomnienia. Tworzę ciszę. Kończę akt tworzenia.

sami, płaszczami, fryzurami. Podążają jednak tymi samymi trasami, myślą w tym samym języku, tymi samymi słowami. Mamy już drugi obraz istniejący przez krótką chwilę. Też wyjątkowy.

To było jedno z tych miasteczek, w których mieszkańcy czują się lepsi od okolicznych wiosek tylko dlatego że posiadają rynek. Nieistotne, że rynek jest zazwyczaj jedynie poszerzoną o przystanek pksowy główną ulicą. Ale jest kiosk, są dwa sklepy i przede wszystkim kościół. Sklepy w niedzielę są grzecznie zamknięte, ale tylko do końca ostatniej, popołudniowej mszy. Po mszy już wszystko rozgrzeszone, Pan Bóg nie widzi. Na Rynku - przecież niewątpliwe zasługuje na wielką literę! - może być jeszcze knajpa. Czasem wystarcza tylko ławka pod drzewem. Takie miasto, rozumiesz. To może być miasto zupełnie Nigdzie, a może być sypialnią sypialni któregoś z większych miast. Gdyby postawili tam tesco, w weekendy dziewczyny zakładałyby najlepsze spódniczki, a chłopcy eleganckie koszule. I chodziliby na spacery między regałami, na hot doga w budzie przed wejściem. Takie miejsce, rozumiesz. Raczej się w nim nie zatrzymujesz, już lepiej stanąć w przydrożnym barze, nawet tym dla tirowców. Lepiej zjeść zapiekankę na stacji benzynowej, śmieciożarcie w Macu. Ale tym razem tam się zatrzymałeś, nie bardzo wiesz po co, nie bardzo wiesz dlaczego. Zatrzymaliśmy samochód na Rynku i, zanim wysiedliśmy, już to czuliśmy. Mamy rejestrację ze stolicy. Jesteśmy obcy, jesteśmy paniska. Kurwa jasna, co my tu robimy? Otwieram drzwi i czuję to coraz mocniej. Przypomina mi się scena z "Jazdy", czuję się winna, jakbym okradała miejscowy oddział banku. Idiotko, tu nawet nie ma banku, to nie film. - Mam wrażenie, że wszyscy się na nas gapią. - mówisz cicho. Wcale nie pomagasz, wcale a wcale. Mam nadzieję, że Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


54

Autor papierosów-legend. Twoja dusza poety jest urzeczona, fascynacja wylewa ci się oczami. Moja dusza niespełnionego etnografa wybudza się tylko gdy słyszy nową markę. - ...walety, klubowe, elde, redłajty.. - L&My niebieskie, dwie paczki. - przerywam. Bierzemy jeszcze zapalniczkę z gołą babą i uciekamy. Właściwie ja uciekam, ty jesteś już zaczarowany tym miejscem, tą dziurą. Cieszysz się jak wtedy, gdy znaleźliśmy stację benzynową czynną w dni powszednie do 20, w niedziele zamknięte. Zwykle nie zatrzymujesz się w takich miejscach, nawet nie zwalniasz zbytnio. Przecinamy dziesiątki takich miejscowości, czasem pokazujemy sobie coś przez okno. Ale nie stajemy nawet żeby zrobić zdjęcie, te wszystkie miejscowości kończą się zanim zdążysz się zatrzymać. A teraz stoimy i palimy te cholerne elemy na środku jakiegoś Rynku i widzę jak się zakochujesz. Że wyjmiesz aparat, będziesz chciał się przejść, zjeść coś w barze. Przenocować tu, zapamiętać nazwę tego Nigdzie... Z jednej strony widzę twoją radość, twoje pragnienie poznania nowego. Ale ostatniej nocy znów miałam koszmary, znów to niebo w kolorze gołebi, świat z lodu, horrory z dzieciństwa. Zostanie tutaj dłużej niż do końca tego papierosa na pewno mi nie pomoże. - Gapią się na nas,jedźmy. Ktoś wytoczył się z baru. Jak oni to robią, że poznają wszystkie rejestracje? Już woła kumpli na zewnątrz żeby zobaczyli kto to przyjechał. Wiem, nic nam nie zrobią, staną tylko i będą się gapić zamroczonym wzrokiem, z całej siły pokazując nam, jak bardzo jesteśmy obcy. Słyszę już syki "warszafka, warszafka..", nie chcę czekać na "wypierdalać". - Jedźmy.

ty w głowie masz scenę z "Easyridera", że jesteś przekonany, że zaraz nas ktoś zastrzeli za twoje półdługie włosy. - Gapią się. Oczywiście, że się gapią. Kurwa jasna, co my tu robimy? - Papierosy. Papierosy, najgorsza opcja. Moglibyśmy potrzebować załatwić cokolwiek w tej dziurze, tylko nie fajki. - Camele niebieskie poproszę. Już lepiej gdybym ja to powiedziała, kobieta może być głupią cipą, paniusią, która sobie życzy sobie niewiadomo czego, jakby nie widziała gdzie jest. Sprzedawczyni się uśmiecha, nawet nie wiesz, że właśnie stałeś się długowłosą ciotą, która pali słabe papierosy i jeszcze takie drogie! Ja za to mogę sobie wpisać w CV, że jestem uberkretynką, że się prowadzam z kimś takim. - Cameli nie ma. - A co u pani dostaniemy? - Elemy czerwone, niebieskie, karo, brydżowe, fajranty, poznańskie, mocne... Rejestruje tylko L&My, ty stoisz zasłuchany w litanię Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Gdy byłam mała, myślałam o takich miejscach, że są urocze. Wchodziłam do miejscowych spelun, szumnie nazywanych kawiarniami, siadałam w kącie. Zamawiałam herbatę i byłam zachwycona gdy barmanka mówiła "czy złote". Na pocztówkach do przyjaciółek pisałam o rozlatujących się domach, które uważałam za magiczne. Teraz wiem, to wszystko gówno prawda, możliwość kupienia w miejscowym sklepie papierowej czarownicy nie czyni jeszcze takiej wiochy Krainą Czarów. Mijamy tabliczę z nazwą miejscowości, czytasz ją głośno. Zakochałeś się, już wymyślasz jakiś wiersz, który opisze i piękno, i tragedię tego miejsca. Wszystko przez papierosy, zawsze przez nie kończymy w złych miejscach. - Paskudna dziura. - mówisz nagle - Obiecaj, że więcej nie zapomnisz kupić fajek. Anna Militz


Autor

55

Miodowa Warszawa. Ulica Miodowa, na zejściu z ulicą Długą, przepełniona była ludźmi. Przeróżne kapelusze, meloniki, cylindry, berety, owinięte apaszkami, chustami, tudzież welurowe. Całej scenerii tego jesiennego poranka towarzyszyły krzyki szoku, czy też przestraszenia. Ktoś zginął. Ale jak? Skoczył z okna? Wpadł pod rozpędzony samochód? Zamordował go ktoś? A może zawał serca? Różne rzeczy ludziom przychodziły do głowy. Niezależnie od przyczyny, ofiara, nieszczęśnik, czy też może samobójca, leżał na wznak. Nie było żadnych widocznych ran na jego ciele, ale pomimo tego, strużka krwi spływała powoli po policzku. Policja powoli zaczynała odpychać ludzi, ciało wkrótce zostało zabrane z miejsca zdarzenia. Pracownicy kostnicy będą mieli dłuższy dzień w pracy… Długie ramiona światła przebijającego się przez mgłę, zamierały jednak po kilku metrach stawiając pytanie: jak daleko do źródła tego światła? Kiedy ludzie, drzemiąc, czy też raczej śniąc, marzyli o rzeczach niespełnionych, gdzieś tutaj, pośród wilgoci gęstej mgły, stał zagubiony człowiek. Stał zziębnięty, odziany tylko w bieliznę, starał sobie wszystko wytłumaczyć, absurd tej sytuacji. Przed chwilą umarł, ale czemu teraz znajduje się w nieokreślonym miejscu, otoczony przez mgłę. Widział to światło w oddali, ale jego instynkty mówiły mu, aby się nie zbliżać do źródła. Przecież jest w samej bieliźnie! Nagle usłyszał warczenie. Z przerażeniem wypisanym na twarzy, powoli obrócił się. Robił to tak powoli, jakby bał się zobaczyć samą śmierć za sobą. Warcząca śmierć? Ciekawe. Za sobą zobaczył wilka. Ale nie jakiegoś tam wilka. Wilk ten był albinosem, a do tego miał co najmniej półtora metra w kłębie. Człowiek zaczął myśleć szybko, oceniając tą sytuację. I jak to mózg człowieka, będąc pod efektem działania wielu bodźców zewnętrznych (w tym wypadku wydawało się być ich za wiele), zaczął panikować. Typowo. Ale próbował się z całych sił opierać panice rozlewającej się po jego wnętrznościach. Zaczął biec ile sił w nogach przed siebie. Chyba nie wytrzymał. Usłyszał tupot tych jakże potwornych i olbrzymich łap. „Jezusie kochanieńki! Zaraz mnie rozszarpie!”, myślał przerażony człeczyna, biegnąc, ale powoli tracąc dech. Biegł jednak dalej, starając się nie myśleć o swojej kiepskiej kondycji. Nie zmienia to oczywiście faktu, że wilk, jak większość stworzeń psowatych, dogonił człowieka po krótkim czasie. Przebiegł obok niego, wykonał obrót, i hamując tyłem zatrzymał się przed mężczyzną, który upadł aż z wrażenia.

W całym huraganie jakże absurdalnych wydarzeń, człowiek nagle sobie uświadomił, że już przecież nie żyje. Leżał tak jeszcze trochę, po czym powoli się podniósł, aby spojrzeć wilczemu wynaturzeniu w czerwone ślepia. Jednak podczas podnoszenia się, usłyszał głos: -Czego ty się boisz? Mężczyzna rozejrzał się dookoła, jakby otępiały, szukając źródła głosu. Przez chwilę jeszcze się rozglądał, bo chciał zaprzeczyć oczywistemu faktowi, który sądzę, że drogi czytelnik już odkrył. Otóż do człowieka odezwał się ten wielki wilk. Mężczyzna wybałuszył oczy na psa, po czym jakby uciekła z niego cała siła. „Gdzie ja jestem?”, pomyślał, „Pewnie zapadłem w śpiączkę, a teraz dręczą mnie jakieś durne sny…”. Człowiek zaczął się uspakajać, przetarł oczy. Gdy cofnął rękę, leżał w łóżku szpitalnym, cały obolały… No dobrze, tak naprawdę, gdy cofnął rękę, nic się nie zmieniło. - Może już przestaniesz się zastanawiać nad możliwością owych wydarzeń, tylko się wreszcie zapytasz, czemu one się… dzieją? – zapytał wilk. - To jest jakiś żart. Czy tak wygląda śmierć? – człowiek zadał pytanie w powietrze, nie do wilka. - Możesz to nazywać jak chcesz, ale na pewno nie śmiercią. Twoja dusza opuściła chwilowo ciało, które teraz jest w stagnacji. - wilk nie zwracał uwagi na rozkojarzenie i niedowierzanie człowieka. „W stagnacji? Zaraz, zaraz, takie rzeczy się nie zdarzają.”, myślał wciąż nad swym losem mężczyzna w bieliźnie. I tutaj, w tym zamyśleniu, zostawimy go razem z gigantycznym wilkiem, tylko po to (tylko?), aby przejść do zupełnie innego miejsca… Gdzieś w Londynie, a dokładniej na samym środku Picadilly Circus, pojawił się nagle ciekawy jegomość. Jako że tłumy przechodniów przechodziły po pasach, zaś samochody krążyły dookoła, nikt nie zwracał uwagi na zupełnie niespodziewane pojawienie się kogoś, kto dodatkowo był ubrany tak ekscentrycznie. Miał na sobie biały surdut, włosy obcięte na średnią długość, ale zaczesane do tyłu. Co by zresztą nie mówić, całe jego ubranie było białe, skóra blada, nieskalana żadnymi ubytkami, zaś włosy miał tak jasne, że niemalże białe. Jednak było coś bardzo niepokojącego w jego wyglądzie (oprócz całości, rzecz jasna). Otóż jego oczy, błękitne, były tak niesamowicie głębokie i zarazem przenikliwe, że mało kto byłby w stanie w nie spojrzeć. Ktoś, bo tak go na czas jakiś nazwiemy, ruszył przez ulicę, swobodnie wymijając stojące w korku samochody. Jego kroki były pewne, zaś sposób poruszania dostojny i finezyjny. Idealny, można by rzec. Lecz znowu coś się nie zgadzało. W całej tej dostojności była jakaś taka straszna siła, zdolna zmienić wszystko w proch. „Ktoś” minął jedną przecznicę, aby zaraz skręcić do najbliższej kawiarni, jaka się napatoczyła. Wszedł tam dosyć butnie, podszedł do lady i powiedział: Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010


56 -Poproszę kawę z whiskey. – Jego głos, jak na mężczyznę, był bardzo aksamitny, a do tego tak niesamowicie… potężny. Pracownica kawiarni była tak zszokowana tym „kimś”, że przez chwilę nie odpowiadała, wgapiając się w niego jak sroka w gnat. Po chwili jednak doszła do siebie i zaczęła realizować zamówienie. „Ktoś” usiadł w fotelu po środku sali, wyciągnął papierośnicę, a z niej długiego, czarnego papierosa. Zapalił go, zaciągnął się powoli, gdy nagle podszedł do niego jeden z pracowników i delikatnie dał znać, że nie wolno tu palić. Jednak nasz „ktoś” rzekł powoli, jeszcze mocniejszym głosem niż poprzednio: -Ja jednak sądzę, że to nie sprawia problemu. -Jednak poproszę pana o zgaszenie papierosa. – odpowiedział mu młody chłopak, będąc nieco sfrustrowanym i zdziwionym sytuacją. Mężczyzna w bieli zmarszczył brwi. Mgła powoli zanikała, ukazując poręcze mostu, po którym szli. Światełko okazało się być latarnią stojącą sto metrów dalej. Nic specjalnego. Co dwieście metrów stała latarnia, przy prawej poręczy mostu. Sam most zrobiony był z granitu, zaś wody, czy też przepaści nad którą został zbudowany widać nie było, bo jednak mgła jeszcze całkiem się nie ulotniła. Człowiek szedł powoli obok wilka, nie odzywając się. Starał się myśleć jak najmniej, lecz nagle przyszło mu do głowy jedno małe, głupawe pytanie. Jego ciekawość zaczęła się rwać, każąc właścicielowi je zadać, ale ten starał się jak najdłużej wytrzymać. W końcu jednak prawie wypluł je z siebie. - Czemu na samym początku było tylko światełko po jednej stronie? Chwila ciszy, po czym wilk stanął. - A jak myślisz? Co ci mówi słowo „początek”? – odpowiedział pytaniem lupus. - Aha, czyli tam na początku nie ma nic? Nawet światła? Byłeś tam kiedyś? – znowu zapytał mężczyzna. - Nie byłem. A odpowiedź wymyśliłem na poczekaniu. Człowiek chwilę spoglądał na wilka, ale gdy ten ruszył, mężczyzna dorównał mu kroku. Cała podróż po moście ciągnęła się już bardzo długo i człowiek zastanawiał się, dokąd ten wielki wilk go prowadzi. Pomimo wcześniej zadawanych pytań, tego człowiek nie chciał zadać. Coś mówiło mu, że ono jakoś nie jest właściwe, a do tego pewnie w krótkim czasie uzyska na nie odpowiedź. Wilk nie należał do rozmownych (jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało), więc szli w milczeniu przez dobre kilka godzin, zaś człowiek rozglądał się dookoła, wyczekując jakiejkolwiek zmiany w scenerii. Jednak otoczenie zdawało się mieć to w głębokim poważaniu, i jak na złość, nie zmieniało się w ogóle. Raz tylko wzrok człowieka uwagę przykuło coś dziwnego. - Widzisz to? – powiedział mężczyzna do wilka, wskazując w kierunku czubka latarni. Tam, na tejże właśnie latarni, siedział wielki kruk. Jego oczy spoglądały wprost na naszych „podróżników”. Łóżko Majora Sierpień/Wrzesień 2010

Autor - Śmierć musi mieć jakichś posłańców. Brzmi jak jakiś tani tekst, ale to prawda. – odpowiedział wilk swoim grubym głosem. Mężczyzna poczuł się dziwnie, gdy pomyślał, że śmierć go ogląda oczami kruka. Nie dość, że w końcu nie wiedział, czy żyje, czy nie, to jeszcze teraz, przez tego kruka, namnożyło mu się pytań w głowie, a tych, mogłoby się zdawać, w zupełności mu na razie wystarczyło. Oczywiście, ku wszelkim obiekcjom jakie mógłby wytoczyć ów człowiek, duża ilość pytań miała dopiero nadejść. Ale żeby nie zapełniać czytelnikowi głowy bezsensownymi zdaniami o niczym, przejdziemy do tego, co się stało przez następne kilka godzin. Tudzież minut. Gdy mężczyzna zaczął tracić jakąkolwiek nadzieję na to, że w końcu most się skończy, nagle z mgły wyłoniła się gigantyczna brama, przy której stały dwa olbrzymie posągi. Jeden z nich to była przepiękna kobieta, trzymająca kosę w jednej ręce, na drugiej siedział jej kruk. Drugi posąg przedstawiał chłopca ze skrzydłami. Podobny był on do anioła, ale na czole miał rogi, a z kątów oczu spływały mu łzy. Miał zezłoszczony wyraz twarzy, jakby odczuwał potworny żal, gniew w stosunku do otaczającego go świata. - Masz może jakieś imię? – zapytał wilk - Co? A… tak! – otrząsł się z wrażenia człowiek. - To może mi je powiesz? - Robert, ale jakoś tak z angielska mnie nazywano Rob. A ty? - Mnie „z angielska” nigdy nie nazywano. Człowiek już miał na czubku języka ciętą ripostę, kiedy nagle brama otworzyła się, ukazując niemalże gargantuiczny plac otoczony murem. Właściwie to plac ten był tak wielki, że nie było widać jego końca. Ale coś mówiło Robertowi, że jest to plac. I że jest otoczony murem. Ku olbrzymiemu zdziwieniu Roberta, a nawet i towarzyszącego mu Wilka albinosa, z mgły wyłonił się biegnący w bok mężczyzna, drący się w niebogłosy. Krzyczał coś na kształt: „Schowajcie pieniądze! Manaty są tutaj!”. -Przyzwyczaj się, nie wszyscy tutaj są w pełni rozumu. – powiedział wilk, po czym powoli przeszedł przez bramę, za nim Robert, odprowadzając wzrokiem nieokreślonego wariata. Brama powoli zamknęła się za jego plecami, co przywołało Robowi do głowy pełno nowych, po części nawet bezsensownych pytań. Val


Łóżko Majora