Page 1

#

F R U I T T Y

LOUNGE #111

|

MAJ’ 2019

|

|

B E Z C E N N Y

ISSN: 1899-1262

WWW.LOUNGEMAGAZYN.PL


#

frui tty

UDO KIER

J OA N N A H A W R O T

A N A R O S

Kultowy aktor o tym, dlaczego kocha grać wampiry

Artystka mody przekonuje, że nie powinniśmy bać się rozkoszy

Szefowa kuchni zdradza nam sekret, jak wygląda smak

S T R .

S T R .

S T R .

1 8

4 6

8 8

REDAKCJA :

redaktor naczelny

zastępca redaktora naczelnego

red. działu Uroda

M A R CI N L EWIC K I marcin@loungemagazyn.pl

RAF A Ł STA NOWSKI rafal.stanowski@loungemagazyn.pl

A DRIA NA GOŁĘB IOWSKA adriana@loungemagazyn.pl

WSPÓŁPRACA:

Kuba Armata, Szymon Bira, Elena Ciuprina, Antonina Dębogórska, Luiza Dorosz, Łukasz Dziatkiewicz, Paweł Gzyl, Harel, Olga Janicka, Natalia Jeziorek, Paulina Kuźma, Katarzyna Kwiecień, Michał Massa Mąsior, Julka Michalczyk, Daria Rogowska, Malwa Wawrzynek, Katsiaryna Zhurauchanka

OKŁADKA: zdjęcia: Elena Ciuprina na ilustracji: Ada Palka

Skład graficzny: Filip Łyszczek

Wydawca: MADMEN Sp. z o. o. Redakcja Lounge Magazyn ul. Lipowa 7, 30-702 Kraków tel. (12) 633 77 33 info@loungemagazyn.p

Drogi Czytelniku, jeśli zdecydujesz się na kontakt z redakcją Lounge, Administratorem Twoich danych będzie wydawca: spółka MADMEN sp. z o.o. z siedzibą w Krakowie przy ul. Lipowej 7, 30-704 Kraków, wpisana do rejestru przedsiębiorców pod numerem KRS 0000567296, posiadająca numer NIP: 6793113681, REGON: 3620577320, z którym możesz skontaktować się pod podanymi wyżej adresami, mailem i numerem telefonu. Twoje dane będą przetwarzane wyłącznie w celu komunikacji, a podstawą prawną będzie prawnie uzasadniony interes Administratora (art. 6 ust. 1 lit. f RODO).

Poglądy zawarte w artykułach i felietonach są osobistymi przekonaniami ich autorów i nie zawsze pokrywają się z przekonaniami redakcji Lounge. Redakcja nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i przeredagowywania tekstów. Publikowanie zamieszczonych tekstów i zdjęć bez zgody redakcji jest niezgodne z prawem.

Dane, które nam podasz mogą zostać przekazane jedynie podmiotom, za pośrednictwem których odbywa się komunikacja jak np. Poczta Polska lub podmiotom, które obsługują nasz system informatyczne lub pocztowy, a przechowywać będziemy je tylko na czas korespondencji z Tobą. Przetwarzanie danych osobowych ma charakter dobrowolny, ale jest nam niezbędne do udzielnie Ci odpowiedzi. Masz prawo do żądania dostępu do nich, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia ich przetwarzania, do wniesienia sprzeciwu, przenoszenia ich. Możesz także wnieść skargę do organu nadzorczego.

3


imprezy i otwarcia fot. mat. organizatora

SPRING IT ON! – POWITANIE WIOSNY W SYMBIOSIS Wiosna coraz śmielej zagląda przez okna, co sprawia, że najwyższa pora na znalezienie inspiracji na nadchodzący sezon! 13 kwietnia w salonie SYMBIOSIS w Galerii Krakowskiej influencerki i klientki sieci miały okazję zapoznać się z najświeższymi nowościami ze świata butów i dodatków na sezon SS19. W sieci

salonów Symbiosis znaleźć można perełki takich marek jak Guess, Timberland, Lacoste, Adidas, Fila, Reebok, Baldowski i wiele innych. Tego szczególnego dnia sklep w Galerii Krakowskiej przeżył szturm influencerek, blogerek i liderek opinii. Dziewczyny sprawdzały co będzie nosić się w tym sezonie.

W wyborach pomagała im OSA Osobista Stylistka Monika Jurczyk. Dla gości oprócz świetnych akcesoriów czekał smaczny poczęstunek i upominki. Wszystko w otoczeniu świeżych kwiatów i w doskonałym towarzystwie. Nowości w Symbiosis można śledzić w salonach stacjonarnych w całej Polsce i na Symbiosis.com.pl.

P R E M I E R A Z E G A R K A C H O P I N O P. 1 0 N O . 1 2 26 kwietnia w Muzeum Fryderyka Chopina odbyła się premiera luksusowego czasomierza, Chopin Op. 10 No. 12. Twórcy nowo powstałej marki, zafascynowani ponadczasową twórczością Chopina, postanowili połączyć jego dziedzictwo ze współczesnym zegarmistrzostwem i eleganckim wzornic-

6

twem. Motywem przewodnim pierwszego zegarka Chopin jest Etiuda c-moll Op. 10 No. 12, zwana również Etiudą Rewolucyjną. 200-letnia tradycja chopinowska, 100-letnia maestria zegarmistrzowska i ponad 20-letnie doświadczenie w projektowaniu zegarków i pasja do zegarmistrzostwa

- tak właśnie narodził się pomysł na markę Chopin. Chcąc zrealizować swoje marzenia, właściciele marki nawiązali współpracę z Instytutem Fryderyka Chopina i w rezultacie uzyskali prawo do posługiwania się nazwiskiem kompozytora, a także możliwość wyprodukowania 56 zegarków rocznie.


cafeteria

BANANOWA ARMIA W OBRONIE EROTYKI Natalia LL i jej Sztuka Konsumpcyjna, to jedna z najbardziej kontrowersyjnych i głośnych prac artystycznych lat 70. Artystka w serii zdjęć i filmie wkłada do ust różne produkty spożywcze, jak banany, czy parówki. Był to jeden z pierwszych kroków na ścieżce feminizmu i swobody - która, jak się okazuje, ciągnie się aż do dzisiaj. Nie bez przyczyny - ten odważny krok zwraca uwagę na wszystkie, aktualne do dnia dzisiejszego, kwestie. Na nasze fizyczne potrzeby, również te związane z konsumpcjonizmem, które mogą sprawiać przyjemność - a my mamy prawo ją odczuwać. Gdy więc Muzeum Narodowe w Warszawie postanowiło ocenzurować kultową pracę, uznając ją za zbyt prowokującą, spotkało się z falą krytyki nie do okiełznania. Cały tłum kobiet (oraz mężczyzn) wyległ na ulicę publicznie zjadając banany. W ostatnich dniach kwietnia owoc ten stał się sygnałem buntu i walki o swoje. Kto by pomyślał, że mały owoc może tak wiele.

MAŁE AVO W WIELKIM JABŁKU Wiemy nie od dzisiaj, że awokado to owoc XXI wieku. Wszyscy mamy absolutną obsesję na jego punkcie. Nic dziwnego - jest zdrowe, pyszne, bardzo uniwersalne. Powstają więc modne restauracje, specjalizujące się w tostach z avo, dokumenty wyjaśniające jego cenę, artykuły na temat właściwości… Przyszła pora na sztukę. David Bizzaro stworzył wzruszający, krótkometrażowy film, którego głównym bohaterem jest animowana połówka awokado. To trzyminutowa historia zagubionego w Nowym Jorku owocu, który poszukuje swojej drugiej połówki. Przemierza ulice marząc o towarzystwie, rozczulając przy tym każdego widza. To niezwykła, urocza miniaturka, która skutecznie udowodni wszystkim dzieciakom, że przyjaźń jest ważna i warto jej szukać nawet w wielkim świecie żółtych taksówek i tłocznych ulic. @davidbizzaro/ instagram.com

BANAN, ĆMIĄCY PAPIEROSA Na tym nie koniec animowanych owocowych przygód. Wielu artystów daje się ponieść emocjom i inspirującym kolorom i kształtom. Soczyste, słodkie, jak już wiemy, prowokujące - banany. To o nich właśnie opowiada animacja Future Deluxe. To krótki, kolorowy klip, nasycony barwami i… przeniknięty absurdem. Oglądając go mamy wrażenie, że zupełnie nie ma sensu. I slusznie. To minuta czysto wizualnej satysfakcji, która może rozbawić albo zadziwić. Najpewniej jednak, po prostu nas odpręży. Wizualna satysfakcja nie zawsze musi być przecież połączona ze społecznym przesłaniem. Czasami wystarczy usiąść w fotelu i cieszyć się widokiem banana ćmiącego papierosa, drapiącego się po “brodzie” lub porwanego przez motyle. Niekiedy warto po prostu nabrać dystansu. www.swiss-miss.com

8


foto felieton

FOTOGRAFIA JEST SKAZANA NA SMARTFON MICHAŁ MASSA MĄSIOR Fotograf mody i reklamy. Technikę szlifował w International Center of Photography w Nowym Jorku, a także pod okiem Bruce’a Gildena i Wojciecha Plewińskiego. Na co dzień pracuje w Krakowie. Specjalizuje się w nietypowych portretach i koncepcyjnych sesjach. Nie rozstaje się z aparatem fotograficznym, co można obserwować na jego stronach madmassa.com krakowtumieszkam.pl

10

You press the button, we do the rest - tak reklamował się Kodak, wprowadzając w 1888 roku pierwszy aparat fotograficzny skierowany dla mas. „Pokolenie Kodaka” spowodowało, że na zdjęciach zaczęły pojawiać się nie tylko piękne widoki, pieczołowicie ustawiane rodziny i nienagannie wyglądający, majętni portretowani. Wraz z wprowadzeniem w 1900 r. na rynek dużo tańszej Kodak Brownie Camera fotografia zyskała nową funkcję. Aparat stał się narzędziem do za-pamiętywania rodzinnych wydarzeń i ulotnych chwil. Prawie każdy, nieza-leżnie od statusu społecznego, mógł zacząć fotografować. Od początku XX wieku aparat fotograficzny jest jednym z ważniejszych atrybutów wycieczki, spaceru rodzinnego, wyjścia i prawie każdej uroczystości. Zmieniał się jedynie wygląd i możliwości technologiczne sprzętu. Lata siedemdziesiąte upływały pod znakiem fotografii natychmiastowej dzięki Polaroidom. Kolorowe lata osiemdziesiąte przyniosły kolejne nowości. Sprzęt zaczął mieć bardzo kieszonkowe gabaryty, a mnogość punktów wywołujących filmy i wykonujących odbitki w godzinę spowodowała, że prawie każda ręka turysty była wyposażona w krótki pasek zakończony malutkim plastikowym aparatem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pod strzechy zaczęły trafiać małe aparaty cyfrowe, a zaraz potem ich bardziej zaawansowani bracia - lustrzanki amatorskie. Rewolucja cyfrowa zmieniła fotografię na zawsze. Amatorzy (i nie tylko oni) zaczęli wykonywać setki zdjęć. Bezsensowność tej czynności potwierdza fakt, że albo ich nigdzie nie zapisywali, albo zapomnieli, na którym dysku zewnętrznym lub w którym komputerze się znajdują. Montaż aparatów fotograficznych do telefonów, a następnie udoskonalanie ich oprogramowania spowodowało, że aktualnie żyjemy w czasach, w których każdy ma aparat i bez niego nie jest w stanie już funkcjonować. Stał się jednym z podstawowych narzędzi, z któ-

rych korzystamy każdego dnia. Przejął rolę skanera, notatnika, brudnopisu czy lustra. Fenomen tego narzędzia w mojej opinii leży nie do końca w samej możliwości zrobienia zdjęcia. Bo przecież nosząc kompaktowy aparat w kieszeni też możemy cały czas wykonywać fotografie. Istotnym elementem jest bardzo łatwy i wygodny dostęp do skatalogowanych i otagowanych zdjęć, możliwość korzystania z nich natychmiast. W razie potrzeby możemy odszukać starsze zasoby po czasie i miejscu ich powstania. Smartfon pozwolił nam wygodnie korzystać ze zdjęć, które wykonujemy każdego dnia. Przywołanie wspomnień jest przy jego użyciu łatwiejsze. Powstaje jednak odwieczne pytanie, czy smartfon to właściwe narzędzie dla fotografa, czy da się nim zrobić dobre zdjęcie, czy jakościowo jest ono wystarczająco dobre? Często słyszę opinię moich kolegów po fachu - jeśli chcesz profesjonalnie zajmować się robieniem zdjęć i uzyskiwać pożądane efekty, kup sobie lustrzankę. W moim rozumieniu ta opinia jest bardzo niesprawiedliwa. Podobnie jak wielu fotografów przełomu XIX i XX wieku wzięło do ręki aparat Kodaka, Andy Warhol używał Polaroida do portretowania gwiazd. Terry Richardson przez wiele lat korzystał z kompaktowych aparatów Yashica fotografując słynne modelki. A Joel Sternfeld sfotografował Dubaj telefonem komórkowym i wydał te zdjęcia w albumie iDubai. Im podobnych można doszukać się wielu. I pewnie każdy z Was zna okładki magazynów, w których zdjęcie wykonane zostało przy użyciu telefonu. Czy zatem te zdjęcia w czymś ustępują tym wykonanym lustrzanką?

Nawiązując do lustrzankowców i profesjonalistów mówiących, czym pracować, by było profesjonalnie, chciałbym powiedzieć tyle: zanim zaczniesz się zastanawiać, jaki sprzęt poszerzy Twoje możliwości, pomyśl, jak usunąć ograniczenia, które stworzyłeś sobie w głowie. Sprzęt to tylko narzędzie, którym zarejestrujesz obraz. Stokroć powtarzane powiedzenie, że najlepszy aparat to ten, który masz ze sobą, nie straci nigdy na wartości. Jeśli staniesz przed genialną sceną, fotografujesz ją tym, co masz ze sobą. Inaczej będziesz musiał opisać, co widziałeś. A to już nie jest fotografia, a kronikarstwo. Fotografia komórkowa w oczywisty sposób jest inna od pracy profesjonalnym aparatem fotograficznym. Budowa telefonu nie pozwala pracować nim tak wygodnie, jak narzędziem przeznaczonym tylko do robienia zdjęć. Telefon nie ma też tak szerokich możliwości ustawień, jakie oferuje aparat fotograficzny. Jest jednak mały, kieszonkowy i nikt nie zwraca na niego uwagi. Pomimo że profesjonalny sprzęt pozwoli nam na więcej, a jakość obrazu z niego jest dużo wyższa, to smartfon ma wiele zalet, których sprzęt „pro” nie ma i w najbliższej przyszłości prawdopodobnie mieć nie będzie. Żyjemy w świecie natychmiastowych efektów i ekshibicjonizmu zdjęciowego. Nic tak łatwo nie pozwala się dzielić ze światem fotografiami, jak smartfon. Jesteśmy na niego skazani czy się nam to podoba czy nie. Jednocześnie nie jestem w stanie patrzeć na „fotografów tableciarzy”, widok tego fenomenu wzbudza we mnie agresję. Błagam, zaprzestańmy tego! Tekst powstał we współpracy z serwisem fotopolis.pl


psychologia

INTELIGENCJA EROTYCZNA KONTRA CHLEB Z MASŁEM - Czytałam, że pani zajmuje się treningiem Inteligencji Seksualnej. - Erotycznej… - Ech, tych inteligencji jest teraz tyle! Emocjonalna, erotyczna, ja to mam chyba tylko inteligencję kulinarną! Jak to się ma - ta inteligencja erotyczna - do zwykłej inteligencji? - pyta po pierwszych kilku sesjach moja klientka, szefowa kuchni, w trakcie terapii partnerskiej.

ANTONINA DĘBOGÓRSKA Psycholog, absolwentka psychologii ogólnej UJ. Jest autorką warsztatów i wykładów poświęconych dynamice związków romantycznych. Więcej informacji można znaleźć na fejsbukowej stronie: Inteligencja Erotyczna

- Inteligencja erotyczna to wykorzystywanie inteligencji, na przykład do kontroli impulsów, które zagrażają dojrzałej erotycznie więzi pani z mężem. I często ta umiejętność całkowicie kłóci się z tą podstawową inteligencją, która pomaga nam radzić sobie ze światem. Pani strategia kontroli męża też jest bardzo inteligentna. - O której strategii pani mówi? Ja nie mam żadnej strategii! - Świadomie… nie. Ale to co pani opisuje… Chce pani od ludzi mniej niż oni od pani. Nauczyła tego panią relacja z matka, która miała pretensję o to, że pani siostry okazują jej uczucia, a pani ma do niej dystans. Wtedy pani musiała zauważyć, że pragnienie od ludzi mniej niż oni chcą od pani jest sposobem na to, aby ciągle czuć ich obecność, uwagę i mieć na wyciągnięcie ręki ich miłość i czułość - w każdej chwili. Ten mechanizm narodził się w dzieciństwie i trwa dalej w relacji z mężem. Podtrzymywanie niedosytu u innych, chroni panią przed wieloma rzeczami. Odrzuceniem, upokorzeniem, frustracją, a w związku z tym - smutkiem i samotnością. Niestety tego typu ochrona odbiera pani wiele wartościowych przeżyć. Klientka siedziała lekko oszołomiona w zastygłej pozie i z podniesionymi brwiami słuchała, jak tłumaczę, o co chodzi… jej samej. Mam trzy pary, które przyszły do mnie z tą samą, nietrafnie postawioną diagnozą: seksoholizmem. W tym wypadku żona przyprowadziła męża, niby-seksoholika, narzekając na to, że on chce uprawiać seks przez cały czas. Przy tym, za każdym razem, gdy narzekała na osaczające pożądanie męża, cała aż się rozpromieniała. Na mój opis mechanizmu, któremu się poddaje, jej entuzjazm ustąpił miejsca zaciekawieniu. Z jej męża zdjęłam niesłusznie przylepioną łatkę seksoholika. Seks to jego język miłości. On stara się za pomocą aktu seksualnego - namacalnego i cielesnego, udowodnić sobie

12

swoją wartość i potwierdzić miłość żony do siebie. W seksualności szuka ukojenia i zaspokojenia wielu potrzeb, których nie jest w stanie zaspokoić w inny sposób. Ta sfera jest dla niego ważna. W życiu i w związku. Na tyle ważna, że wymagał ciągłych zbliżeń, bez względu na to, czy żona ma na nie ochotę czy nie. Jego reakcje można w tym miejscu akurat porównać do uzależnienia. Uzależnieni zwykle przestają po jakimś czasie dbać o jakość środka, który „ćpają” - bez względu na to, co to jest alkohol, narkotyki, seks. Oczywiście czasem robi to każdy. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie smarował kompulsywnie chleba masłem, gdy był zbyt głodny, aby gotować obiad. W przypadku osób łaknących seksu z partnerami, którzy tego seksu nie chcą, mamy do czynienia z głodem uczuć. A przecież seks z osobą, która robi to z litości albo dla świętego spokoju jest jak ten chleb z masłem - zaspokaja głód ciała, daje ulgę, ale nie jest to żadna kulinarna fantazja, przyrządzona z pasją. Im częściej w gabinecie spotykam się z parami, tym lepiej rozumiem metody i teorie mojego wielkiego guru psychoterapii par - Davida Schnarcha. Mówi on o tym, że najważniejszą umiejętnością w tworzeniu związków (na każdym etapie) jest tolerowanie i samoregulacja własnych lęków. W miłości tych lęków jest całe mnóstwo. Na początku dominuje lęk przed odrzuceniem, potem dodajemy do niego lęk przed zmianami i pochłonięciem przez partnera, obawiamy się upokorzenia, zranienia, odsłonięcia ran, rozczarowania, odpowiedzialności. Liczba tych lęków tylko rośnie z czasem. Po co w ogóle to robić? Właśnie po to, żeby relacja mogła być dla nas areną samorealizacji. Głębokiej, trudnej i zdecydowanie wartej zachodu. Terapia par pomaga to zrozumieć i zamienić trudności związku w taką szansę. Konflikty przemienia w rozbieg

dla nowej rzeczywistości, w której oboje partnerzy zyskują i wzrastają jako jednostki. Miłość wiąże się z ryzykiem, że coś, czego chcemy, zostanie nam odebrane, albo nie dostaniemy tego tyle, ile chcemy. Trzeba to zaakceptować. A co z moją parą? Czeka ich trudna droga. Jego zadaniem jest znalezienie poczucia własnej wartości w innych sferach życia niż seks. Będzie musiał oddalić się od żony i stanąć na własnych nogach, po to, aby potem zbliżyć się do niej w lepszy, dojrzalszy sposób. Jej zadaniem będzie zaakceptowanie niebezpieczeństwa, jakie wiąże się z pożądaniem. Pragnienie rodzi ryzyko, które wymaga zauważenia. Trzeba na nie spojrzeć i je oswoić. Mądra miłość ma tyle samo wspólnego z ciepłem i bezpieczeństwem, co z lękiem i obawą. Zajmuję się różnicami pożądania w związkach od lat. Diagnoza seksoholizmu, gdy mowa o relacji partnerskiej, często jest nieskuteczna. Gdyby seks z partnerem był jak narkotyk, byłoby znacznie łatwiej. W rzeczywistości u osób, które są zakochane, narkotyk jest dużo niebezpieczniejszy i jest nim miłość. Chcemy ćpać miłość. Sproszkować miłość partnera, albo jego całego i wciągać kreskę za kreską. Seks daje piękną możliwość doświadczania tego cieleśnie. I jeśli ktoś wchodzi w związek, mając skrajną postawę: asekurując się totalnie przed głębokim pożądaniem i możliwością odrzucenia lub poddając związkowi całe jestestwo staje się osaczonym abstynentem lub nakręconym ćpunem. Często ci dwoje są razem w związku! Rozpracowanie tego zestawu obron daje szansę na stategie, które będą wspierały dojrzałe życie erotyczne pary. Bo seks obciążony związkowymi manipulacjami (często nieświadomymi) zwykle jest jak ten chleb z masłem - mało inteligentny kulinarnie.


imprezy i otwarcia

GALA BIZNES LIGA

zdj. mat. organizatora

Klub Shine Krakรณw. 05.04.2019

14


fo

felieton

ip Fil t.

z Łys

cze k

BANAN WPUŚCIŁ MUZEUM W MALINY Co tu zrobić, by Was zbulwersować? Ludzie płacą majątek, kupują lajki i boty, jęczą do mikrofonu na YouTube, skaczą na główkę albo walą z główki. A tymczasem wcale nie trzeba wiele, co pokazały artystki Katarzyna Kozyra i Natalia LL. Wystarczy na przykład wystawić w muzeum zdjęcie kobiety jedzącej banana.

RAFAŁ STANOWSKI Z-CA REDAKTORA NACZELNEGO Kultura jest czymś, co nierozerwalnie wiąże społeczeństwo. Dlatego nie można jej rozcinać na wysoką i niską, na sacrum i profanum, na art i pop. Wszystko łączy się w jeden kanał komunikacyjny, w którym przenikają się dźwięki Madonny i Karlheinza Stockhausena, malarstwo Leonarda Da Vinci i szablony Banksy’ego, kino Murnaua i wizualne eposy Petera Jacksona. Moda, design, grafika dopełniają przekaz nadawany przez dźwięk, obraz czy ruch. Wszystko płynie, a my jesteśmy głęboko zanurzeni w kulturalnym nurcie.

Dyrekcja Muzeum Narodowego w Warszawie właśnie fiknęła koziołka na bananie, zostawionym przez Natalię LL i Katarzynę Kozyrę – naczelne prowokatorki polskiej sztuki współczesnej. Prace, pokazujące kobietę jedzącą banana (Natalia LL) oraz wideo z panią przebraną za femme fatale, która okłada pejczem dwóch mężczyzn przebranych za psy (Kozyra), na wniosek dyrektora Muzeum, Jerzego Miziołka, zniknęły z warszawskiej Galerii Sztuki XX i XXI wieku. Uznał on, że Muzeum Narodowemu nie przystoi pokazywanie tak szokujących dzieł. Artystki musiały przecierać oczy ze zdumienia. Praca Kozyry pochodzi z 2005 roku, a więc sprzed 14 lat, natomiast dzieło Natalii LL jest jeszcze starsze, a nawet całkiem już odschoolowe - zdjęcia powstały w 1972 roku… Rozumiem, gdyby wzbudziły zgorszenie u pokolenia dzieci kwiatów (choć to mało prawdopodobne), ale dzisiaj, w erze globalnego voyeryzmu, kiedy wszyscy się podglądają i nie czują obciachu przed używaniem gadżetów o wiele bardziej obscenicznych, niż poczciwy banan? W naszych muzeach mamy więcej okropnych dzieł, które również – próbując iść tropem myślenia dyrekcji Muzeum – należałoby przykryć czapką niewidką. W Szale, Władysława Podkowińskiego, naga kobieta ujeżdża rumaka – toż to czyste zoofilskie porno! Odkrytą pierś widać też w Pochodniach Nerona, Henryka Siemiradzkiego, które zajmują – o zgrozo! - całą ścianę w sali Muzeum Narodowego w Krakowie w Sukiennicach. Nawet Warszawska Syrenka poszła po bandzie, wypinając dumnie swoje walory, i to na kilku pomnikach w centrum miasta. Dobrze, że Dama z gronostajem, Leonarda da Vinci, zachowała resztkę kultury,

skrywając się pod szatą i zasłaniając zwierzakiem, bo inaczej Polska musiałaby ukryć przed światem swoje najcenniejsze dzieło sztuki. Można się śmiać z naiwności dyrekcji, która w erze Internetu chce chronić odbiorców przed widokiem kobiety z bananem i dominy z pejczem. Dyrektor Miziołek mówi, że na uwadze ma dobre wychowanie młodzieży, która – jak rozumiem – tłumnie odwiedza galerię ze sztuką współczesną (gratuluję sukcesu frekwencyjnego!). Może wystarczyłoby, jeśli chcemy być już tacy poprawni – prezentować je w specjalnie oznaczonej sali, ostrzegając odbiorców przed ryzykiem bulwersacji. Ale i to jest błędne koło, bo zaraz zaczniemy zasłaniać nagości eksponowane na rzeźbach czy pomnikach, zbliżając się niebezpiecznie do poziomu myślenia Państwa Islamskiego. Banan mi się pojawił na ustach, obu artystkom zapewne też, bo okazało się, że ile trzeba, by wywołać w Polsce skandal. Nie musiały się napocić, nakombinować, nawymyślać, nic nie trzeba było płacić, a ludzie sami z siebie zaczęli publikować zdjęcia z bananami – oczywiście w wyrazie protestu i geście solidarności z ocenzurowanymi. Gdyby nie informacje rozpowszechniane przez muzeum, można by pomyśleć, że to jeden wielki performens obu artystek. Spójrzmy na sprawę racjonalnie, zapominając na chwilę o kontekście politycznym (dyrektora mianował minister kultury), genderowym czy kulturowym. Gdyby wycenić wartość wszystkich publikacji, które zalały media i social media, okazałoby się pewnie, że wyszła okrągła suma. Czyli Muzeum Narodowe dało się wpuścić w maliny i zrobiło coś, czego pewnie nie planowało – artystki mają świetną reklamę.

* Z ostatniej chwili: burza medialna spowodowała, że dyrektor Muzeum Narodowego zdecydował się jednak eksponować prace artystek, ale tylko do „dnia rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”, co oznacza pewnie, że i tak niedługo trafią do magazynu.

16


Na scenie MOS Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie możecie przeżyć szaloną wycieczkę do pijalni wód. Spektakl Turnus mija, a ja niczyja. Operetka sanatoryjna, Cezarego Tomaszewskiego, to doskonała zabawa, która z pewnością Was zaskoczy zwrotami akcji i szalonymi pomysłami scenariuszowymi.

wydarzenia

OPERETKA SANATORYJNA

Do Sanatorium Uzdrowiskowego i Pijalni Wód im. prof. dra Józefa Dietla przybywa grupa specjalnych gości. Siostra Wanda oprowadza ich po ośrodku i prezentuje najbardziej popularne zabiegi. Zwiedzający zastanawiają się, w co warto zainwestować: w turystykę zdrowotną, doznania sensoryczne czy może w wody lecznicze? Najnowsze badania dowodzą, że w 2035 roku woda będzie droższa od ropy. Czy znajdzie się dostawca, który będzie posiadał na wyłączność dostęp do źródeł? A może inwestowanie w starość to niebezpieczna oferta? Ordynatorem ośrodka jest prof. dr Józef Dietl, który jakiś czas temu stworzył tajemniczy napój o niezwykłych właściwościach. Dziś wieczorem goście będą mieli możliwość skosztowania go. Co kryje się za jego tajemniczymi właściwościami? I jak wpłynie na decyzje inwestorów? W sanatorium kultywowane są tradycje muzyczne uzdrowiska, szczególnie wszelkiego rodzaju sanatoryjne operetki. Rekonwalescencja odbywa się więc przy dźwiękach muzyki. Na scenie występują: Katarzyna Zawiślak Dolny, Pola Błasik
, Lidia Bogaczówna, Agnieszka Kościelniak, Karol Kubasiewicz
, Daniel Malchar, Antoni Milancej, Rafał Szumera.

fot. Monika Stolarska m a t . p r a s o w e Te a t r w K r a k o w i e


zapowiedzi

14-21.05 KRAKÓW

Drakula na żywo

Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie ponownie połączy obraz, dźwięk i wielkie emocje. Czekają nas wyjątkowe koncerty z muzyką na żywo, wśród których na specjalną uwagę zasługuje widowisko Dracula Live In Concert. - Kino kojarzyło mi się zawsze z Coppolą, bo lubię i cenię właśnie taką kinematografię, która oznacza obraz, ruch, akcję, namiętności i skrajne uczucia, takie jak miłość czy zemsta. Dlatego uznałem, że Coppola – zupełnie jak w „Ojcu Chrzestnym” – złożył mi propozycję nie do odrzucenia… – mówił Wojciech Kilar, opisując początki współpracy z reżyserem horroru, Bram Stoker’s Dracula. 15 maja 2019 roku publiczność 12. FMF, jako pierwsza na świecie obejrzy symultaniczny pokaz kostiumowego megahitu Francisa Forda Coppoli – z muzyką autorstwa Wojciecha Kilara, wykonywaną na żywo.

Ekranowa adaptacja głośnej powieści irlandzkiego pisarza, Brama Stokera, była jedynym wspólnym przedsięwzięciem Francisa Forda Coppoli i Wojciecha Kilara. Powód, dla którego gigant Hollywood zdecydował się na współpracę z kompozytorem z Katowic, z biegiem lat obrósł legendą: podług jednych zaważyły na jego decyzji kwestie finansowe, podług innych – zachwyt nad muzyką z Ziemi obiecanej, Andrzeja Wajdy. - Potrzebował kompozytora symfonicznego z doświadczeniem filmowym, stąd ten wybór. Chociaż wersja z „Ziemią obiecaną” też jest możliwa, bo jak pierwszy raz spotkaliśmy się w jego domu w San Francisco, to mój walc grał na okrągło, w każdym pomieszczeniu. Przekląłem wtedy siebie, Wajdę i w ogóle cały film… – wspominał Wojciech Kilar. Gośćmi festiwalu będą tak uznani twórcy, jak Alexandre Desplat, Don Davis czy Bruno Coulais.

maj

Kraków otwiera drzwi

fot. PION Studio

18

Festiwal Otwarte Mieszkania w Krakowie jest zaproszeniem do wejścia w światy osób, których nie znamy. Zachęcamy do przekraczania, wydawałoby się - nieprzekraczalnego, progu prywatności mieszkania czy domu, by następnie doświadczyć fascynacji odkrywania czyjegoś wnętrza i świata. Będzie to możliwe dzięki gościnności ponad trzydziestu mieszkanek i mieszkańców Krakowa, którzy podczas dwóch majowych weekendów (11-12 oraz 18-19 maja) otworzą drzwi swoich prywatnych mieszkań, domów i pracowni artystycznych dla wszystkich zainteresowanych. Otwarte zostaną między innymi: pięknie usytuowana pracownia malarska matki i córki, czyli Anny Westner-Karpowicz i Katarzyny Karpowicz, eklektyczne mieszka-

KRAKÓW

nie architekta Wojciecha Nowaka czy Willa Spissów zaprojektowana przez słynnego krakowskiego architekta Adolfa Szyszko-Bohusza. Po każdym z wnętrz uczestników oprowadzi jego właściciel lub projektant, dzięki czemu centralnym punktem wizyty staje się spotkanie. W ramach Festiwalu będzie można uczestniczyć między innymi w spacerze po dachach Kazimierza czy wyjątkowym koncercie - improwizacji muzycznej inspirowanej konkretnym wnętrzem, a także zostawić swój ślad na mapie sentymentalnej Krakowa, która będzie czekała na uczestników w Centrum Festiwalowym w Kamienicy Szołayskich - oddziale Muzeum Narodowego, przy placu Szczepańskim.


zapowiedzi

od 16.05 KATOWICE

Malarskie tournée po Europie Dzieli się ze światem pięknem, które dostrzega tylko on. Jan Stokfisz -Delarue organizuje pierwszą od 25 lat wystawę swojego malarstwa, które oprowadza nas po ulicach Paryża, Nowego Jorku, Wenecji, Barcelony czy Katowic. W 1977 roku pojechał do Francji, żeby odwiedzić znajomych i natychmiast zakochał się w Paryżu tak bardzo, że pozostał w nim przez prawie 30 lat. Swoją przygodę zaczął od fotografowania urzekających go miejsc, które później, w swojej pracowni na Montmartre, przenosił na płótno. Stokfisz - Delarue dotarł ze swoją twórczością do zbiorów niezliczonych kolekcji prywatnych i wielu

muzeów. Kilka lat temu wrócił do Polski, aby zaprosić nas w niezwykłą podróż do miejsca, gdzie wspomnienia spotykają się z marzeniami. Indywidualna wystawa Jana Stokfisza Delarue odbędzie się w katowickiej galerii sztuki współczesnej DAGMA ART przy ul. Puchały 4. Artysta pokaże ponad 20 obrazów, w tym 4 nowe, oraz wiele dotąd nieeksponowanych dzieł, z których część pochodzi z prywatnych kolekcji.

maj

POLSKA

Bezlitosny kronikarz XXI wieku Jeszcze przed francuską premierą książki Michel Houellebecq został obwołany prorokiem, zapowiadającym w swojej nowej książce bunt „żółtych kamizelek”. Okrzyknięta najbardziej rozpaczliwą i mroczną w dorobku francuskiego pisarza, Serotonina, w polskich księgarniach pojawi się już 15 maja nakładem Wydawnictwa W.A.B. Florent-Claude Labrouste ma 46 lat, nie znosi swojego imienia i faszeruje się Captorixem, lekiem antydepresyjnym, wyzwalającym serotoninę, który ma trzy działania niepożądane: mdłości, utrata libido i impotencja. Jego życie to seria niezrealizowanych planów i marzeń. Wszystkie szanse na prawdziwą miłość bezpowrotnie minęły, a życie zawodowe to seria ustępstw na rzecz własnych ideałów. - Żyłem we wła-

snym piekle, które sam zbudowałem sobie dla własnej wygody – podsumowuje gorzko bohater. Gdy pewnego dnia Florent-Claude odkrywa lubieżne filmiki porno, w których występuje jego dziewczyna, postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie. Michel Houellebecq tworzy postać narratora, pozbawionego korzeni, obsesyjnego i autodestrukcyjnego, który przygląda się swojemu życiu oraz otaczającemu go światu z opryskliwym humorem i rozdzierającą wrogością. Autor Serotoniny po raz kolejny udowadnia, że ma wybitny słuch na otaczającą go rzeczywistość, pozostając bezlitosnym kronikarzem społeczeństwa zachodniego XXI wieku, pisarzem nieokiełznanym, niewygodnym enfant terrible francuskiej literatury.

19


rozmowa

UDO KIER:

LUBIĘ GRAĆ WAMPIRY

To jeden z najbardziej charyzmatycznych i rozpoznawalnych europejskich aktorów. Trudno się dziwić, skoro wystąpił w ponad 260 filmach, na swojej zawodowej drodze spotykając największych reżyserów. Do kin wchodzi właśnie Iron Sky: Inwazja, w którym Kier wciela się w postać… Adolfa Hitlera. Na wesoło, bo sam przekonuje, że w postać nazisty na poważnie nigdy by się nie wcielił. O przyjaźni z Larsem von Trierem, wampirach i starzeniu się, z Udo Kierem rozmawia Kuba Armata.

20


rozmowa Udo Kier i Amanda Wolzek, Iron Sky 2

Co decyduje, że postanawia Pan wziąć udział w danej produkcji? - Każdy aktor poszukuje dobrego scenariusza, nie ma się co oszukiwać. Sam uważam się za szczęściarza. Spotykam świetnych ludzi na swojej drodze. Chociażby Larsa von Triera, z którym zrobiłem wiele filmów.

Spotkałem też Fassbindera, Wendersa, Van Santa, Herzoga, choć paradoksalnie nigdy ich nie szukałem. Nie miałem w swoim życiu sytuacji, żebym chodził za reżyserem i proponował mu swój udział w jego filmie. Wyobraź sobie, że jesteś Davidem Lynchem i chodzę za tobą, mówiąc, że chciałbym z tobą pracować. „A kto nie chce?” – to chyba jedyne, co mógłby odpowiedzieć

Lynch (śmiech). Najwyżej mówię reżyserom, że lubię ich filmy, ale nic ponad to. Szukam z pewnością czegoś innego, oryginalnego. Takim projektem było dla mnie chociażby Królestwo, von Triera. Od pierwszego momentu czułem, że to coś wyjątkowego. Ważną osobą był też Paul Morrisey, u którego wcielił

21


rozmowa

się pan w kultową postać hrabiego Drakuli. - To Morrisey odkrył mnie dla roli Drakuli. W filmie Holy Beasts, z którym przyjechałem do Berlina, jest jedna scena, będąca dokładnym cytatem z Krwi dla Drakuli. Nieskromnie powiem, że był to mój pomysł i wkład do filmu. Uważam zresztą, że takie rzeczy to obowiązek każdego aktora. Reżyserzy oczywiście nie muszą mnie słuchać, ale zazwyczaj o tym rozmawiamy i jeśli powiedzą „tak”, zawsze znajdziemy jakiś sposób, by przemycić określony smaczek. Najczęściej scenariusze nie są pisane pod aktora, dlatego trzeba zadbać, by były bardziej twoje. W jednym z pana wywiadów przeczytałem, że bardzo lubi pan grać role wampirów. Dlaczego? - To prawda. Ważne jest, by znać ich historię, a pochodzą z Rumunii. Byłem sam w zamku hrabiego Drakuli i choć jestem stary, to oczywiście nie wtedy, kiedy żył (śmiech). On był bardzo złym człowiekiem i jego zachowania w stosunku do ludzi obrosły już legendą. Tam zresztą też do pewnego stopnia zrodziła się legenda horroru jako gatunku. Zagranie wampira jest dla aktora możliwością popuszczenia wodzy fantazji. Można włożyć w taką postać bardzo dużo siebie. Wspomniał pan Larsa von Triera, któr y trochę odk r ył Pana dla światowego kina. Czy wciąż jest pan z nim w stałym kontakcie? Myślicie może o kolejnym wspólnym projekcie? - Nie mogę zbyt dużo zdradzić, ale jest coś na rzeczy. Niedługo zaczynamy pracę nad naprawdę dużym filmem. Wracam do Larsa także dlatego, że byłem lekko poirytowany, iż nie znalazła się dla mnie rola w jego ostatniej produkcji Dom, który zbudował Jack (śmiech). Mogłem chociaż być jedną z ofiar Matta Dillona. Jak w ogóle poznaliście się z von Trierem? - Zrobiłem kiedyś krótkometrażówkę, która pokazywana była w Cannes, w tym samym roku, co debiutancki film Larsa, Element zbrodni. Kiedy skończyła się projekcja, nie mogłem podnieść się z fotela,

22

takie zrobił na mnie wrażenie. Powiedziałem moim znajomym reżyserom, że mogą iść do domu, bo to ten film zgarnie Złotą Palmę. Poszedłem później do organizatorów z prośbą, że bardzo chciałbym poznać jedną osobę. Tę, która stoi za Elementem zbrodni. Spodziewałem się kogoś jak Fassbinder czy Kubrick. Ubranego na czarno, notorycznie w złym humorze. A spotkałem młodego faceta w swetrze. I to był von Trier. Poszliśmy na piwo, pogadaliśmy i wymieniliśmy się numerami. Rozumiem, że zadzwonił? - Kilka tygodni później zadzwonił Lars z wiadomością, że robi kolejny film, Medeę, i chciałby mi zaoferować rolę. Prosił tylko, żebym się nie golił przez miesiąc, nie mył głowy, bo w ten sposób fizycznie upodobnię się do mojego bohatera, a i von Trierowi łatwiej będzie „sprzedać” mnie producentowi. Wyglądałem bardzo dziwnie, ale finalnie dostałem tę rolę (śmiech). To był początek naszej długiej przyjaźni. Niedługo po tym zostałem ojcem chrzestnym jego pierwszego dziecka. Powiedział wtedy, że to nie jest żaden dar, bo jeśli on i jego żona zginęliby w wypadku, to odpowiedzialność za dziecko spada na mnie. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił o tym w taki sposób, ale jest to jakiś rodzaj komplementu (śmiech). Od tego czasu pracowaliśmy razem przy każdym filmie poza trzema, które były po duńsku. Spotykamy się na festiwalu w Berlinie, gdzie promuje pan film, w którym występuje u boku Geraldine Chaplin. Siedzi zresztą w pokoju obok. Z tego, co wiem, łączą w a s b l i s k i e r e l a c j e . To d o bre uczucie spotkać na planie przyjaciółkę? - Uwielbiam ją. Pracowaliśmy razem w przeszłości przy filmie Guya Maddina. Miało to miejsce w Paryżu, a konkretnie w Centrum Pompidou. To było naprawdę ciekawe doświadczenie, bo w zasadzie każdego dnia kręciliśmy nowy film. Muzeum było otwarte, ludzie zatem wchodzili, mocno się dziwili, kiedy widzieli niewielki dom, który był naszym planem zdjęciowym. Również na poziomie aktorskim było to intrygujące, bo każdego dnia musieliśmy stawać się innymi postaciami. Tak właśnie poznaliśmy się z Geraldine. Zresztą znowu pracujemy razem przy pewnej belgijskiej produkcji. To,

co w niej lubię, a jesteś ode mnie znacznie młodszy i musisz to zrozumieć, to fakt, że kiedy trzymałem ją pierwszy raz w ramionach, przez kilka sekund myślałem: Mój Boże, trzymam w ramionach córkę Charlesa Chaplina (śmiech). Od tego czasu staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. W czym pomaga także pewnie taki sam wiek, dzielą nas ledwie trzy miesiące. Podobne wrażenie musiał mieć pan z pewnością dość często, bo patrząc na imponującą filmografię, trzymał pan w ramionach wielu wspaniałych ludzi. - To prawda, ale żaden z nich nie był córką Charlesa Chaplina (śmiech). I to jest ta różnica. Chaplin to niesamowite pokłady inspiracji. Kiedy w drugiej części komedii Iron Sky wcieliłem się w rolę Hitlera, myślałem o Chaplinie i jego wspaniałym Dyktatorze. Humor jest tu kluczowy. Nigdy nie zagrałem nazisty na serio i wiem, że nigdy tego nie zrobię. Nie ma takiej możliwości, choć pojawiały się propozycje, głównie ze Stanów Zjednoczonych, bym na przykład wcielił się w rolę Eichmanna. Jeżeli byłaby to komedia, najlepiej taka, jaką zrobił Tarantino, nie ma problemu. Na poważnie – nie. Podjął pan wcześniej kwestię wieku – starzenie się dla aktora to trudna sprawa? - Urodziłem się w 1944 roku, więc dość dawno, ale nie mam z tym żadnego problemu. Jak na razie, odpukać, jestem zdrowym mężczyzną, wciąż zdolnym do tego, żeby dużo podróżować w związku z zawodowymi zobowiązaniami. Nie jest zatem źle. Widziałem jednak jakiś czas temu swoje zdjęcia, kiedy miałem 19 czy 20 lat. Mój Boże, jak dobrze wtedy wyglądałem (śmiech). Ale takie jest życie. To, że się starzeję, wcale nie oznacza, że powinienem się zamknąć w domu i w ogóle z niego nie wychodzić, tak żeby przypadkiem nikt mnie nie zobaczył. W jednym z filmów powiedział pan, że nie lubi niespodzianek. A jak jest w życiu? - Naprawdę tak powiedziałem? Chyba muszę zobaczyć ten film raz jeszcze (śmiech). W życiu zależy, czy są dobre, czy złe. Jeżeli ktoś wyciąga mnie z hotelu, a tam stoi piękny, elektryczny samochód, i mówi mi:


rozmowa Udo K ier, Iron Sk y 2

„Jest twój”, to jasne, że lubię niespodzianki. Zwłaszcza, że nie mam takiego. Wiele niespodzianek wiązało się z twoim rodakiem, z którym miałem przyjemność pracować. Myślę o Walerianie Borowczyku. Wspaniały reżyser, zwracający ogromną uwagę na detale. Ma pan teraz świetny zawodowy okres. Role u Mela Gibsona, S. Craiga Zahlera cz y Aleksandra Payne’a to duża sprawa. - Co więcej, to ci twórcy mnie znajdują. Pamiętam, jak byłem w Palm Springs i dostałem telefon od Aleksandra Payne’a. Co ważne, od niego samego, a nie od agenta czy z biura, jak to zwykle bywa. Powiedział mi wtedy, że przyjeżdża z żoną do miasta i chciałbym zjeść ze mną lunch. Zgodziłem się, po czym natychmiast przeczytałem o nim wszystko w internecie. Kiedy doszedłem do tego, że wyreżyserował Nebraskę, pomyślałem sobie: „Wow!”. Przyjechał, pogadaliśmy, co ciekawe, nie o filmie, a na setki innych tematów. Choć miałem świadomość, że cały czas mnie obserwuje. To, w jaki sposób mówię, jak gestykuluję itd. Tydzień później dowiedziałem się od

managera, że dostałem propozycję, żeby zagrać w filmie Payne’a u boku samego Christopha Waltza. Mel Gibson też taki jest? Zrobiliście razem komedię policyjną Dragged Across Concrete. - Jest świetny. Przyznam szczerze, że chciałem z nim pracować, bo narosło wokół niego mnóstwo, głównie negatywnych, plotek. To był epizod, ale dla mnie nie ma małych ról. Nawet jeżeli na papierze jest niewielka, to wiem, że jest szansa, by widzowie zapamiętali ją naprawdę na długo. Tak było chociażby w przypadku Melancholii. Wykonuję tam pewien gest, w sprawie którego przez dobrych kilka lat zaczepiało mnie sporo osób. Niewielka, acz znacząca była też rola psychiatry w absolutnym klasyku lat 90., jakim był Armageddon, Michaela Baya. - Michael Bay to jeden z najlepiej opłacanych reżyserów w Stanach Zjednoczonych. Zrobiłem z nim dwie reklamówki, m.in. dla Mercedesa. Powiedział mi wtedy, żebym

przyszedł na casting, bo przymierza się do zrobienia Armageddonu. Tak zrobiłem, ale kobieta, którą zastałem na miejscu, oznajmiła mi, że co prawda dziękuje, że przyszedłem, ale nie ma dla mnie roli. Zapytałem zatem, po co tu jestem, po co reżyser kazał mi przyjść. Później zadzwonił do mnie Bay i wspomniał, że ma dla mnie prezent: Daję ci wszystkich moich aktorów, wszystkie gwiazdy na jedną godzinę. Zrób im jednogodzinną improwizację z Udo Kierem. Spraw, żeby byli zdenerwowani i musieli się natrudzić! – wyjaśnił. Pytałem ich o to, co widzą w swojej głowie. Muszę przyznać, że trochę się wstydzili. Bezkonkurencyjny był Steve Buscemi, który cały czas mówił o kobiecym biuście. Z kolei nieodżałowany Michael Clarke Duncan, ten wielki chłop, przyszedł do mnie i tym swoim grubym głosem powiedział: Wszyscy widzą we mnie silnego faceta, czy możesz mnie przytulić? A co najbardziej podoba się panu w Iron Sky? - Jak to co? Wyobrażasz sobie drugi film, w którym mogę zagrać Adolfa Hitlera, zasuwającego na dinozaurze? (śmiech)

23


film

FILMOWE STRZAŁY KUBY ARMATY PODWÓJNE ŻYCIE reż. Olivier Assayas Francja 2018 108’

Słodki koniec dnia Kasia Smutniak, Antonio Catania, Krystyna Janda, fot. Sonia Szóstak

SŁODKI KONIEC DNIA

zdj. mat. prasowe

reż. Jacek Borcuch Polska 2019 92’ Nieczęsto się zdarza, by polski film pokazywany był na jednej z najważniejszych imprez filmowych, jaką bez wątpienia jest amerykański Sundance Film Festival, a jeszcze rzadziej, by został tam nagrodzony. Tak stało się w przypadku nowej produkcji Jacka Borcucha, który smak festiwalu założonego przez Roberta Redforda poznał już przy okazji Nieulotnych. W Słodkim końcu dnia polski reżyser próbuje zapełnić tematyczną lukę, jakim dla rodzimego kina fabularnego jest problem uchodźczy. Nie przeszkadza temu fakt, że akcja rozgrywa się w niewielkim włoskim miasteczku Volterra. To miejsce, jakie na swój dom przed laty wybrała polska noblistka w dziedzinie literatury, w której rolę wciela się doceniona na Sundance Krystyna Janda. Borcuch, wraz ze współscenarzystą, poczytnym pisarzem Szczepanem Twardochem, rozdzielają uwagę widza pomiędzy indywidualność a zbiorowość. Bezkompromisową w swym zachowaniu bohaterkę a lokalną społeczność, której nastrojami wyjątkowo łatwo można manipulować. Janda w swej roli jest przekonująca, podobnie zresztą jak włoska część obsady. Film Borcucha to nie tylko temat, ale i forma, bo duże wrażenie robią tu zdjęcia Michała Dymka oraz muzyka skomponowana przez Daniela Blooma. Premiera: 10 maja Ocena: ���� 24

Nie będę ukrywał, że Olivier Assayas to mój ulubiony, współczesny francuski reżyser. Być może ta słabość wynika z faktu, że nawet kiedy film zupełnie mu nie wyjdzie, jak w przypadku Personal Shopper, przynajmniej można się trochę pośmiać. W Podwójnym życiu również uśmiech nie schodzi z twarzy, ale akurat tym razem śmiało można założyć, że było to intencją twórcy. Assayas pokazuje swoje komediowe oblicze, nie tylko jako reżyser, ale i scenarzysta. Nie zmienia jednego, często jego filmy obracają się w środowisku artystowskim i tak jest również w przypadku Podwójnego życia. Bohaterem czyni wydawcę książek, który ideały porzuca na rzecz profitów, a świętość, jaką są papierowe wydania, dla e-booków. Jaka zatem jest złość jednego z „jego” pisarzy, snobującego się za wszelką cenę na bycie offline. To w efekcie z jednej strony przezabawna opowieść o twórczych (i nie tylko) konfliktach, z drugiej przewrotna refleksja na temat rewolucji na rynku wydawniczym (i nie tylko). Lekka, celna, pełna bon motów i słownej szermierki, a przy tym nieprzeintelektualizowana. Wisienką na torcie jest świetna, autoironiczna rola Juliette Binoche.

Premiera: 17 maja Ocena: �����

mat. prasowe Gutek Films


Nowe Menu! Produkty regionalne Ryby i owoce morza

mat. prasowe

GLORIA BELL reż. Sebastian Lelio Chile/USA 2018 102’ Ceniony chilijski reżyser Sebastian Lelio postanowił podążyć śladem Michaela Hanekego. Ten wybitny autor kina europejskiego w 2007 roku nakręcił w Stanach Zjednoczonych remake swojego kultowego filmu Funny Games. Nie byłoby pewnie w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że skopiował pierwowzór dokładnie scena po scenie. W 2013 roku Lelio pokazał na Berlinale Glorię. Zyskała ona wielką sympatię widzów, a wcielającej się w tytułową rolę Paulinie Garcíi otworzyła drogę do dużej kariery. Uniwersalna opowieść o desperacko poszukującej szczęścia i miłości starszej kobiecie okazała się na tyle atrakcyjna, że Lelio, podobnie jak wcześniej Haneke, dostał możliwość nakręcenia tego filmu raz jeszcze, w warunkach amerykańskich. Stąd na ekranie Julianne Moore i John Turturro. Poza obsadą i językiem w stosunku do filmu sprzed sześciu laty zmienia się niewiele, ale taki też był inicjalny zamysł. Gloria Bell to zatem wciąż historia, która umiejętnie balansuje pomiędzy poważniejszymi a lżejszymi tonami. Pozwala się uśmiechnąć, ale i uronić łezkę, w chwili gdy kibicujemy miotającej się bohaterce. I choć najczęściej w cenie jest oryginalność, Lelio wyszedł ze słusznego założenia, że może czasem lepiej nie zmieniać tego, co raz już dobrze się sprawdziło.

10% Kupon rabatowy na dowolne dania

Premiera: 24 maja Ocena: ����� www.vanilla-sky.pl Kraków-Salwator ul.Flisacka 3


muzyka

TAŃCZĄC NA KRATERZE WULKANU

fot.Mateusz Stankiewicz

Sorry Boys to fascynujące połączenie romantycznego brzmienia z melancholijnym klimatem w artystowskim stylu. W maju ukaże się czwarty album grupy. „Miłość” ma być jej najbardziej optymistycznym dokonaniem.

EMOCJONALNA WALKA Wielu z nas po raz pierwszy usłyszało o Sorry Boys dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu. Jedno z wczesnych nagrań zespołu trafiło bowiem na jego składankę MiniMax, z 2008 roku. Warszawska grupa działała już wtedy dwa lata. Powołało ją do życia dwóch gitarzystów – Tomek Dąbrowski i Piotr Blak. Na stanowisku basisty i bębniarza początkowo często zachodziły zmiany, ostatecznie w zespole zostali Bartek Mielczarek i Maciej

26

Gołyźniak. Najważniejsze było jednak obsadzenie miejsca przy mikrofonie – a zajęła je Bela Komoszyńska. Jej eteryczny głos szybko stał się znakiem rozpoznawczym Sorry Boys. - Jestem amatorką, nigdy się nie szkoliłam, bo zupełnie się do tego nie nadaję. Śpiewam właściwie bez udziału świadomości – w naturalny sposób. Jest mi z tym dobrze i czuję się wolna, nie zastanawiając się, czy prawidłowo wydobywam dźwięki w danym utworze – tłumaczyła wokalistka.

Bela i Tomek szybko stali się głównymi dostarczycielami piosenek dla grupy. Właściwie mogła ona nagrać swój debiutancki album już po dwóch latach, ale doszło do tego dopiero w 2010 roku. W międzyczasie Sorry Boys przeżyli dosyć radykalny zwrot w swej twórczości. Jego efektem była płyta Hard Working Classes. Warszawski zespół objawił na nim świeże i efektowne brzmienie, w którym słychać było echa dokonań tuzów alternatywnego rocka, od Cocteau


- „Hard Working Classes”, to określenie z mojego prywatnego słownika, oznaczające czas wytężonego wysiłku, w znaczeniu emocjonalnym, kiedy walczy się o najważniejsze sprawy w życiu – przede wszystkim o miłość, ale też o inne wartości. I właśnie ten czas został zamknięty na płycie w formie dziesięciu piosenek – wyjaśniała Bela. Choć Sorry Boys wykonywali początkowo swoje piosenki wyłącznie po angielsku, grupa szybko zaczęła zdobywać coraz szersze grono fanów. Przyczyniły się do tego zapewne efektowne koncerty, podczas których widać było głębokie zaangażowanie muzyków w wykonywane utwory. Nie bez znaczenia był też image muzyków. Okazali się oni tak dobrze ubrani, że zostali dostrzeżeni przez świat mody – i zagrali podczas jednego z pokazów Macieja Zienia.

ODZWIERCIEDLENIE PRZEMIAN Na drugi album Sorry Boys fani musieli czekać aż trzy lata. Sprawił to perfekcjonizm Beli i jej kolegów, którzy pracując nad nowymi piosenkami, musieli wszystko dopracować w najdrobniejszych szczegółach. Mało tego: o ile debiutancki album muzycy nagrywali sami, do zrealizowania następnego zaangażowali młodego producenta, Marka Dziedzica. Wprowadził on do muzyki grupy więcej elektroniki, dzięki czemu stała się ona bardziej przestrzenna. To sprawiło, że wokal frontmanki nabrał większej ekspresji. - Na „Vulcano” chciałam zaśpiewać zupełnie inaczej niż na „Hard Working Classes”. Ale ta zmiana brzmienia jest też czymś naturalnym, bo głos jest odzwierciedleniem przemian, jakie zachodzą w człowieku w miarę upływu czasu. A przecież wszyscy zmieniliśmy się przez te trzy lata. I to słychać na tej płycie. Poza tym, sam materiał wymógł takie, a nie inne wykonawstwo. Dotyczy to nie tylko mojego wokalu, ale również partii instrumentalnych – opowiadała Bela.

nagraniom nic z ich przebojowości – i druga płyta formacji przyniosła dwa hity: The Sun oraz Phoenix. - Stylistycznie określiłabym „Vulcano” jako płytę popową. Bo jest przystępna dla szerokiego grona słuchaczy, co postrzegam jako rzecz bardzo pozytywną. W swojej ekspresji jest jednak rockowa – szczególnie w wersji koncertowej, gdyż wykonujemy na żywo te piosenki żywiołowo i emocjonalnie. To połączenie charakteryzuje zresztą twórczość Sorry Boys od samego początku – deklarowała Bela.

ŁAKNĄC NOWEGO Finałem trasy koncertowej promującej Volcano był występ Sorry Boys, podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka w katowickiem kościele, na który zespół zaprosił chór Soul Connection Gospel Group. Muzykom tak spodobały się wielogłosowe harmonie wokalne, że wykorzystali je na kolejnej płycie. Mało tego – Bela zachwyciła się także kurpiowskim folklorem i zaprosiła do wspólnego zaśpiewania mistrzynię białego śpiewu z tamtego regionu – Apolonię Nowak. Wszystko to zbliżyło muzykę grupy z jej trzeciego albumu – Roma - do wyrafinowanego art rocka. - Zdajemy się na swój gust i intuicję – ale mamy też swojego suprvisora, czyli producenta, który jest bardzo czuły na wszelkie zawahania w kierunku konkretnego gatun-

ku muzycznego. Dlatego w moim odczuciu wszystko mieści się w granicach naszego świata, który zwyczajnie poszerzamy z każdą płytą, bo każde z nas jest osobą łaknącą nowego. Szukamy nowych inspiracji, poznajemy nowe instrumenty – tłumaczyła Bela.

muzyka

Twins i Joy Division, do Sonic Youth i Blonde Redhead.

Po stworzeniu pełnej barokowego przepychu Romy, Sorry Boys zapragnęli stworzyć na kolejnym krążku coś bardziej przejrzystego. Dlatego przy pracy nad premierowymi piosenkami postawili przede wszystkim na brzmienie gitary i fortepianu. Nie byliby jednak sobą, gdyby nie wzbogacili go dźwiękami bardziej egzotycznych instrumentów. Stąd w studiu pojawiła się harfa, cymbały i kalimba. Mało tego: do zagrania w kilku utworach zaproszono kwartet smyczkowy, a w piosence Carmen zaśpiewała Kayah. Wszystko to usłyszymy na płycie Miłość, która ukaże się 10 maja. - „Miłość” jest najbardziej bezpośrednim z naszych albumów. Jeszcze nigdy moje życie prywatne i zawodowe nie było ze sobą tak nierozerwalnie związane, jak podczas powstawania tej płyty. Po raz pierwszy wszystkie teksty na płytę napisałam w języku polskim. Proces tworzenia muzyki i słów na „Miłość” był wyjątkowo natchniony i radosny. Chciałabym, żeby w ten sam sposób te piosenki odnalazły swoje miejsce w życiu słuchaczy – zachęca Bela.

PA W E Ł G Z Y L

Wokalistka zespołu studiowała etnologię i antropologię. Zdobytą w ten sposób wiedzę wykorzystywała podczas tworzenia tekstów. To sprawiło, że na Volcano znalazły się piosenki opowiadające o archetypach, wpływających na losy ludzkości, układające się w spójną całość w formule concept-albumu. Nie ujmowało to poszczególnym

27


wydarzenia S t e v e n Ty l e r. N o w e r o z d z i a ł , r e ż . C a s e y Te b o

MUZYCZNY ŚWIAT W PIGUŁCE NA KRAKOWSKIM FESTIWALU FILMOWYM MIĘDZYNARODOWY KONKURS DOKUMENTÓW MUZYCZNYCH DOCFILMMUSIC Każdego roku filmy prezentowane w ramach konkursu DocFilmMusic zaskakują różnorodnością dźwięków i gatunków muzycznych. Historie gwiazd światowego formatu, takich jak Miles Davis czy Steven Tyler spotykają się z opowieściami o anonimowych bohaterach. Największe sceny świata konfrontowane są z domowymi studiami nagrań i salkami prób w podrzędnych domach kultury. Tak też będzie podczas 59. Krakowskiego Festiwalu Filmowego (26 maja – 2 czerwca). Spośród filmów zakwalifikowanych do konkursu, na pierwszy plan wysuwają się portrety charyzmatycznych legend rocka. W jednym z nich (Steven Tyler. Nowy rozdział, reż. Casey Tebo) śledzimy nową artystyczną ścieżkę lidera hardrockowej grupy Aerosmith. W 2016 roku prawie 70-letni Steven Tyler rozpoczął indywidualną karierę, nagrywając z nowym zespołem przebojowy album w stylu country, We’re All Somebody from Somewhere. Ich brawurowy występ w stolicy tego gatunku - Nashville, materiały zza kulis, jak i sama opowieść o przebytej przez Tylera drodze, tworzą obraz wolnego

28

i niespokojnego ducha, który odnalazł dla siebie nowe miejsce. Po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego, niemal w tym samym czasie, w największą trasę koncertową w swojej historii wyrusza niemiecka punkrockowa super grupa, Die Toten Hosen. W dokumencie muzycznym i koncertowym (Die Toten Hosen w trasie, reż. Cordula Kablitz-Post, Paul Dugdale) przyglądamy się z bliska temu legendarnemu zespołowi - zarówno w świetle reflektorów, jak i za kulisami. Krakowska publiczność będzie miała okazję spotkać się z grupą

na żywo podczas koncertu w Klubie Studio, który odbędzie się zaledwie kilka dni po zakończeniu Festiwalu. Francuski dokument Petera Webera (Duch Jamajki), przenosi widzów na zbocza góry wznoszącej się nad Kingston na Jamajce, do domu wypełnionego starymi płytami winylowymi i głosami niegdysiejszych sław muzyki reggae: Kena Boothe, Winstona McAnufa, Kiddusa I i Cedrica Mytona, słynnego lidera Congos. W ramach projektu Inna de Yard, artyści po latach ponownie się zjednoczyli, by powrócić do największych


Nazwisko Rudy Love, tytułowego bohatera filmu To jest Love (reż. John Alexander), nie jest powszechnie znane, w przeciwieństwie do jego głosu. Film ma charakter dynamicznego wideoklipu, zmontowanego z bogatych archiwaliów, w którym Mick Fleetwood, Sinbad i George Clinton odkrywają tego wyjątkowego artystę muzyki soul, który porzucił sławę, by tworzyć z rodziną.

Powrót Kate Nash, reż. Amy Goldstein

przebojów swojego repertuaru i nagrać wyjątkowy album akustyczny, pełen utworów muzycznych znanych nie tylko fanom charakterystycznego riddimu. Trzy niezwykłe kobiety są bohaterkami kolejnych dokumentów muzycznych w konkursie. Pierwsza z nich, to kultowa pieśniarka, przyjaciółka Boba Dylana i zapomniana muza lat 60-tych, Karen Dalton. Film Szukając Karen Dalton (reż. Emmanuelle Antille), to wypełniona zapierającym dech w piersiach niepowtarzalnym głosem artystki, mistyczna podróż tropem jej twórczości od Kolorado po legendarny Woodstock. Kate Nash, to pełna młodzieńczego buntu laureatka Brit Awards, ekscentryczna kompozytorka, autorka tekstów i królowa wrestlingu w telewizyjnym show Glow, która rezygnuje z pieniędzy i sławy, by otwarcie mówić o nierówności płci w branży muzycznej i przekonywać inne młode kobiety do znalezienia swojego własnego głosu. Film Powrót Kate Nash (reż. Amy Goldstein), to opowieść o kobiecej sile i zmaganiach artystów z bezwzględnym rynkiem muzycznym, w którym tylko nieliczni mają szansę tworzyć na własnych zasadach.

ćwiczą specjalnie dla nich skomponowaną operę The Disciples. Losy jej okrutnych i pozbawionych skrupułów bohaterów stopniowo przeplatają się z losami ich odtwórców, a rzeczywistość łączy się w niepokojący sposób z artystycznym dziełem. W dokumencie Męski klub (reż. Petter Sommer, Jo Vemud Svendsen), poznajemy 25 mężczyzn w dojrzałym wieku, którzy co wtorek odrywają się od codziennego życia, pijąc piwo, opowiadając sprośne dowcipy, śpiewając nieprzyzwoite rockowe piosenki, a nawet supportując Black Sabbath na wielkim koncercie w Norwegii. Chociaż pochodzą z różnych światów, łączy ich niezwykła więź i prawdziwa przyjaźń, która przechodzi trudny egzamin w obliczu ulotności życia. Bohaterem filmu Elegie z wrzosowisk (reż. Marianne Kõrver) jest Tõnu Kõrvits - jeden z najczęściej wykonywanych współczesnych estońskich kompozytorów i jego niezwykła poetycka i wizjonerska muzyka, pełna wibrujących polifonii i subtelnych harmonii, które zabierają odbiorców w mistyczne podróże. Oszałamiający wizualnie dokument, to także opowieść o ludziach, strażakach, kierowcach, fizjoterapeutach

wydarzenia

a nawet samej prezydent Estonii, którzy w taką podróż wyruszyli.

Zestawienie konkursowych filmów zamyka portret niekwestionowanej legendy, twórcy cool jazzu - Milesa Davisa. Dokument Miles Davis: Ikona jazzu (reż. Stanley Nelson), to fascynujący kolaż nigdy wcześniej nie publikowanych materiałów, w tym unikatowych zdjęć z sesji nagraniowych mistrza i nieznanych dotychczas wywiadów. Quincy Jones, Carlos Santana, Clive Davis, Wayne Shorter i Ron Carter prowadzą widzów przez zjawiskową karierę i wyjątkowe życie Milesa Davisa - jedynego w swoim rodzaju muzycznego wizjonera. Bez wątpienia niezwykłą atrakcją będzie także obecność na Festiwalu Bretta Morgena, wybitnego amerykańskiego dokumentalisty, znanego polskiej i krakowskiej publiczności z głośnego i nagrodzonego Złotym Hejnałem w 2015 roku filmu Cobain: Montage of Heck oraz prezentowanej roku temu Jane. Brett Morgen będzie pełnił funkcję przewodniczącego jury DocFilmMusic.

59. K rakowsk i Festiwal Filmowy odbędzie się w dniach 26 maja - 2 czerwca 2019 roku

Trudne zderzenie z brutalnymi prawami fonograficznego świata ukazuje także dokument Była sobie Aurora (reż. Stian Servoss, Benjamin Langeland). Tytułowa Aurora, filigranowa nastolatka z małej miejscowości na zachodzie Norwegii, szturmem zdobyła listy przebojów i sceny muzyczne na całym świecie. Po latach wyczerpujących tras koncertowych i walki o artystyczną tożsamość, staje przed dylematem, czy droga, którą kroczy jest spełnieniem jej marzeń i twórczych pragnień. W holenderskim filmie Opera uliczna (reż. Ramón Gieling), śledzimy członków amatorskiego chóru dla bezdomnych, którzy

Duch Jamajki, reż. Peter Webber

29


artysta

WSPÓŁCZESNE EMANCYPANTKI MALARSTWO SYLWII MUŻYŁO Bardzo istotną rolę, a nawet kluczową, odegrały swojego czasu ruchy feministyczne, które na dobre zmieniły status postrzegania kobiety. Walkę o lepszą pozycję społeczną tej konkretnej grupy szczególnie doceniają artyści, czerpiący inspirację z rewolucyjnych postaw i co więcej w pełni należący do grona buntowników. W obecnych czasach możemy zaobserwować liczne dzieła sztuki kontestujące na swój sposób rzeczywistość i narzucone normy. Takie prace są swego rodzaju manifestem wolności, dowodem na to, że obraz niesie za sobą ważne treści.

Marionetka, 80x80cm, 2015, olej na płótnie


artysta

Sylwia Mużyło n a Wa r s z a w s k i c h Ta r g a c h S z t u k i , Warszawa 2019

Przenosząc się do sfery obrazów, warto przypomnieć sobie dawne dzieje przedstawień kobiecych. Stanowią one wzór przemian emancypacyjnych. Historia sztuki, tak silnie związana z przedstawieniami kobiet, na przełomie wieków prezentowała płeć piękną na wiele sposobów. Obserwowaliśmy chociażby związaną z kultem płodności Wenus z Willendorfu, niedoskonałe i diaboliczne kobiety średniowiecza, aby w kolejnych latach kontestować doskonałość damskich proporcji w malarskich impresjach znanych malarzy, niekiedy fanatyków płci przeciwnej. Kultowa akademicka modelka w pewnym momencie postanowiła się jednak zbuntować, chciała pełnoprawnie studiować sztukę i dopięła swego. Jedna ze współczesnych artystek trafnie wspomina sukces swoich poprzedniczek tworząc cykl malarski skoncentrowany na kobietach. Sylwia Mużyło to absolwentka wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, malarka tworząca płótna pełne symboli i tajemniczych przedmiotów. Wielowątkową opowieść opowiadają nie tylko główne bohaterki, ale również wyimaginowane scenografie składające się z dziwacznych atrybutów i zwierząt. Na pierwszy rzut oka, trudno doszukać się w nich większego sensu, jednak istotne wartości przejawiają się właśnie w tych niepozornych szczegółach. Większość emancypantek, zarówno w pra-

Brygida, 110x100cm, 2017, olej na płótnie

31


artysta

cach graficznych jak i malarskich, fiksuje swój wzrok na odbiorcy. Przywodzi to na myśl postać trzymającej uciętą głowę Holofernesa, biblijnej Judyty z obrazu Gustava Klimta. Triumfująca dama mimo, że zachwyca swoją urodą, budzi też strach i respekt. Analogicznie dzieje się w wielu przedstawieniach Mużyło, takich jak chociażby Nimfomanka, Syrenka, Dziewczyna z filiżanką czy Dziewczyna z pistoletem. Warto dodać, że artystka przedstawia bohaterki w różnym wieku, również dzieci i nastolatki np. Makika. W kilku przypadkach, modelkami stają się same córki Sylwii Mużyło. Osobny wątek w przedstawieniach stanowią neurotyczki przyjmujące depresyjne pozy. Zniekształcone, powyginane ciała potęgują uczucie nostalgii w odbiorcy. W takich płótnach zmienia się też kolorystyka. W przypadku Brygidy pojawia się znacznie więcej ciemnych i szarych plam wokół głównej bohaterki. Mruży ona oczy, rezygnuje z przenikania wzrokiem swojego obserwatora. Artystka nie boi się ukazywać “aktorek” w kryzysowych sytuacjach, kiedy ich siła łączy się z momentem tymczasowego załamania. Mużyło daje przyzwolenie na chwilę słabości, akcentuje sytuację dzięki dekoracyjnym przedstawieniom. Najbardziej widać ten zabieg w Marionetce. Opuszczony wzrok kobiety bez włosów manifestuje odwagę. Główna postać zostaje pozbawiona sztampowego atrybutu seksapilu, wystawiona na widok oceniających, bez skrępowania tańczy w białej spódnicy baleriny na tle kwiatowych ornamentów.

Makika, 80x80cm, 2015 olej na płótnie

W obrazach Sylwii Mużyło można dopatrywać się wielu znaczeń. Trudno wyznaczyć rozsądną granicę pomiędzy wiarygodną analizą a nadinterpretacją, co sprawia, że sztuka ta nie wpisuje się w żaden konkretny nurt. Nie ulega jednak wątpliwości, że sam dobór atrybutów i tematów intryguje, tak samo jak malarskie lub graficzne przekształcenia tworzonej rzeczywistości. W jednym z wywiadów artystka trafnie zauważa, że kreuje rozległe eklektyczne scenografie, odpowiednio przetworzone przez stosowane medium. Zagadkowe obrazy są dzięki temu wolne tak samo jak ukazywane na nich bohaterki w ekstrawaganckich stylizacjach. OLGA JANICKA

32

Dziewczyna z pistoletem III, 80x80cm, 2015


farmona


gry

DRUGIE ŻYCIE STARYCH GIER Stare automaty wracają do życia na fali retrogamingu. W stolicy Małopolski powstało właśnie miejsce poświęcone tym dużym zabawkom – Krakow Arcade Museum.

Maszyny do gry poprzedziły urządzenia służące do sprzedaży towarów. Współczesne sprzęty tego rodzaju wprowadzili Anglicy w latach 80. XIX wieku. Dekadę później Amerykanie doprowadzili do prawdziwej eksplozji tej branży. I to właśnie w USA wymyślono, że można w ten sposób spędzać wolny czas. Wtedy narodził się prekursor sławetnych jednorękich bandytów, czyli maszyn hazardowych. Pod koniec ostatniego dziesięciolecia XIX wieku pojawiły się automaty służące stricte do rozrywki. Dzięki nim można było np. sprawdzić swoją siłę, obejrzeć ruchome obrazy lub zapytać o przyszłość. Jeszcze w tym samym stuleciu zaczęto produkować pierwsze maszyny z grami.

34

Paradoksalnie ich rozwój nastąpił w latach Wielkiego Kryzysu, kiedy ludzie łaknęli taniej rozrywki. Szczególną pozycję zdobyły wtedy flippery, które od lat 30. działały poprzez wrzucenie bilonu. Pierwotnie były one urządzeniami mechanicznymi, później zostały zelektryfikowane, następnie wyposażone w elektronikę i wreszcie w komputery. Oczywiście analogiczną ewolucję przeszły wszystkie automaty wrzutowe. Prawdziwą rewolucję maszynom do gry przyniosły wideogry. Pierwsze powstawały z myślą o komputerach, ale masową rozrywką stały się w przede wszystkim w formie automatowej. Lata 1978-1983 nazwano złotą erą gier arcade wideo,

czyli maszyn z monitorami. W tym czasie wideogry tworzono na ich potrzeby, dopiero później w wersji uboższej trafiały na komputery i konsole. To była taka różnica jak między filmem w kinie, a złą kopią na taśmie VHS.

ZGRANY POWRÓT Marcin Moszczyński, rocznik 1980, krakus - bywał zarówno w salonach gier w Krakowie, jak i podczas wakacji. - W Krakowie jeździło się z kumplami do Rynku na „Street Fightera”. W Hucie był salon z „Cadillacami i Dinozaurami”. Przez całe wakacje, które spędzałem w ośrodkach wczasowych, kieszon-


Atmosferę tych miejsc Marcin postanowił odtworzyć. Tak powstało otwarte z końcem marca Krakow Arcade Museum - Interaktywne Muzeum Gier Wideo. - Moim zamysłem było stworzyć miejsce, które spełniałoby dwie funkcje. Dla dorosłych powyżej trzydziestki, to nostalgiczna podróż w przeszłość. Przy okazji mogą oni swoim dzieciom, a niektórzy wnukom, pokazać gry, które uwielbiali. Granie na komputerze czy innym współczesnym sprzęcie to nie to samo. Musi być maszyna z joystickiem i przyciskami jak za dawnych lat! Tego typu obiekty powstawały już dawno temu zagranicą. Pierwsze zakładano w USA, potem w Europie Zachodniej i na Dalekim Wschodzie, ale i te w naszym regionie należą do największych na Starym Kontynencie. W Czechach istnieją już dwa, natomiast w Budapeszcie jeden, głównie flipperowy. Także w naszym kraju to nie

pierwsze miejsce tego rodzaju; podobne działają w Warszawie, Bytomiu, a także w Krakowie. Często założyciele sięgają po nazwę muzeum, podobnie jak w USA. Podobnych miejsc, nazywanych muzeami lub salonami, działa w Europie już ponad 60! Niejednokrotnie można w nich zagrać także na nowszych maszynach, zwłaszcza flipperach, jednak nastawione są przede wszystkim na oldschoolowe urządzenia.

Urodziłem się w 1972. Ten rok można przyjąć za początek gier wideo. Pierwszy raz w salonie gier znalazłem się w roku 1978 lub 1979. Działały wtedy dwa tego rodzaju miejsca w Krakowie - jedno w budynku Cafe Gallery Zakopianka na Plantach, drugie w baraku na ulicy Krakowskiej. W plantowym pamiętam elektromechaniczne maszyny strzelnicze i tego samego typu flippery. Za to w drugim zobaczyłem pierwsze wideoarcade’y. Wśród nich była z pewnością kanoniczna strzelanka SF Asteroids z 1979 r. Wideoarkadówki jawiły się niczym zjawiska z innego świata: migoczące monitory, niesamowita muzyka i dźwięki. No i przede wszystkim to, co działo się na ekranach. Kosmos, często dosłownie, bo w jego obszarze najczęściej obsadzano akcję gier wideo. Najpierw odwiedzałem salony pod opieką dziadka. Kiedy zacząłem sam chodzić na flippery (tak się mówiło, choć miano na myśli arkadówki z monitorami),

to najczęściej zaglądałem do salonu przy Nowym Kleparzu, koło pętli autobusowej; nieco rzadziej w Rynku pod studiem nagrań, incydentalnie na ulicy Grodzkiej. Oczywiście salonów było w Krakowie więcej, z czasów komuny pamiętam jeszcze te zlokalizowane na Topolowej, Czarnowiejskiej i Kalwaryjskiej, słyszałem też o miejscach przy rondzie Mogilskim i Wieczystej. Maszyny stały również w barakowozach,

grałem w takim przy Błoniach. W latach 90. szczególną pozycję zyskały salony na ul. św. Jana i w Rynku koło komisariatu. Niezbyt długo działały na ul. Floriańskiej i całodobowy w Domu Turysty. Parę maszyn stało też w barze Krokodyl na Rynku Głównym, on również przynajmniej jakiś czas działał 24 godziny na dobę.

gry

KRAKOWSKIE SALONY

Dowiedziałem się jeszcze o salonach (nie ma pewności w jakich czasach działały): koło pętli w Borku Fałęckim i Łagiewnikach, w Parku Jordana, na Stradomskiej, Miodowej, Placu Wolnicy, rogu Skawińskiej i Wietora, paru w Hucie (najważniejszy koło zakładów tytoniowych oraz na osiedlach Hutniczym, 2 Pułku Lotniczego i Oświecenia) oraz w barakowozie na Rondzie Grunwaldzkim i na Widoku. Na pewno było ich więcej.

NIE CAŁKIEM PRZEGRANE AUTOMATY Branża maszyn gier zręcznościowych nie zginęła i cały czas ewoluuje. Można na przykład postrzelać do zombie w nowym automacie na podstawie serialu The Walking Dead albo pojeździć na wyścigach ze słynnym hydraulikiem Mario. Ceny współczesnych maszyn zaczynają się od 30 tys. złotych, a kończą na czterokrotnie wyższych. Val B, specjalista od arcade, zwłaszcza flipperów, o których napisał dwie książki, mówi: - Tablety i smartfony dobiły ostatecznie arcadowe gry wideo. Czasami zdarza się, że jakieś firmy próbują wskrzesić je w nowej formule z wykorzystaniem dużych ekranów LED. Sukces odnoszą jednak tylko te, które dają nagrody lub bilety wymienialne na nagrody. Coraz lepiej wyposażone w kierownice, pedały i pistolety konsole do gier eliminują z rynku nawet okazałe symulatory jazdy (driving games) i video shooting games (wideostrzelnice).

zdj. Joanna Urbaniec

kowe pakowałem w gry w automaciarniach. Klimat salonów arcade stanowił prawdziwą esencję lat młodzieńczych - wspomina.

Retrogaming, czyli moda na stare gry wideo, sprzyja także remake’om automatów. Firmy oferują stare hity lub ich przeróbki, ceny zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych. Tyle trzeba wyłożyć na przykład na maszynę z nowoczesną wersją Ponga z 1972 r. Na szczęście większość staroci jest tańsza, choć stale drożeją.

ŁU K A S Z D Z I AT K I E W I C Z Retrogamer, flipperowiec i kolekcjoner

35


moto

SZLACHECTWO ZOBOWIĄZUJE

NOWY RANGE ROVER EVOQUE

Chociaż maksyma „noblesse oblige” stworzona została przez francuskiego pisarza, księcia de Lévis, to jej znaczenie idealnie pasuje do brytyjskiego w swych korzeniach Range Rovera Evoque. Zwycięska formuła pierwszej serii tego modelu, produkowanego przez niemal 8 lat zaowocowała liczbą ponad 200 nagród i około 770 000 egzemplarzami sprzedanych aut.

36


moto Z pewnością dlatego ogólna stylizacja nowego Evoque jest ewolucyjna, a nie rewolucyjna. Chociaż to co znajdziemy „pod skórą”, jest już zupełnie inne. Zastosowana w najnowszym modelu platforma podwoziowa JLR Premium Transverse Architecture może pomieścić silniki spalinowe, hybrydy plug-in i całkowicie elektryczne napędy. To przykład mody czasów współczesnych. Wersja, którą miałam przyjemność jeździć, wyposażona została w w 249-konny silnik benzynowy i 48-woltowy, łagodny system hybrydowy. Odzyskuje on energię hamowania, którą przechowuje w akumulatorze, by następnie wykorzystać do jazdy z niewielką prędkością oraz poprawić wydajność podczas przyspieszania samochodu. Proces ten wspomaga doskonale funkcjonująca 9-cio biegowa skrzynia automatyczna i napęd na 4 koła. Pięciodrzwiowe, sztywniejsze nadwozie nowego Evoqua o zwiększonym rozstawie osi otrzymało wiele detali od starszego i większego brata, doskonale przyjętego modelu Velar: reflektory przednie i tylne, zarys zderzaków oraz oryginalne wysuwane z nadwozia klamki drzwi. Zajmując miejsce wewnątrz dostrzegam kolejne „cytaty” ze wspomnianego modelu: wyświetlacz zastępujący klasyczną tablicę przyrządów i dwa 10-calowe ekrany dotykowe w konsoli

centralnej. Górny z nich, po uruchomieniu samochodu, samoczynnie ustawia się pod dogodnym do obserwacji kątem, dolny zaopatrzono w eleganckie aluminiowe pierścienie pokręteł. Jest w tym coś co przywodzi na myśl wyposażenie drogich jachtów. Jazda również w pewien sposób przypomina wodną podróż. Wydaje się bar-

dziej „miękka” niż w poprzednim modelu. Oczywiście nadal oznacza to odpowiednią stabilność i bardzo dobre tłumienie. Czuć w tym ducha większych modeli Range Rovera. Można wręcz pokusić się o analogię z historycznie potężną flotą morską Wielkiej Brytanii. Nawet mniejsze jej okręty korzystały z chwały ogromnych żaglowców czy krążowników. I chociaż większość egzemplarzy Evoque jest przeznaczona do

37


moto

życia w mieście lub jazdy po lewym pasie autostrady, to dobrze mieć świadomość drzemiących w tym modelu prawdziwie terenowych możliwości. Trzymając się wodnych koneksji: głębokość brodzenia najnowszego Evoque producent określa na 60 cm. Wybrałam się w podróż na praski brzeg Wisły, by pokusić się o sprawdzenie tej cechy. Mój testowy zapał powstrzymała jednak urocza atmosfera nadwiślańskiej restauracji Boathouse. Z perspektywy jej otoczenia, w wiosennej, słonecznej atmosferze wietrznego dnia mogłam jeszcze raz spojrzeć na atrakcyjne szczegóły sylwetki najmniejszego Range Rovera. Modowy charakter i modny biały kolor auta doskonale współistniał z sukienką i obuwiem pochodzącymi z kolekcji Niny Basco, którą wybrałam na tę okazję. Evoque świetnie gra rolę brytyjskiego dżentelmena, odpowiedniego towarzysza dla współczesnej, eleganckiej kobiety. W najnowszym wcieleniu zyskał zresztą jeszcze jedną przyjazną cechę. Wewnętrzne lusterko wsteczne jest zarazem ekranem, który może na życzenie wyświetlać obraz z kamery nad tylną szybą. Wolno więc je „bezkarnie” ustawić tak, by służyło jako zwierciadło do porannego makijażu. Jedno delikatne dotkniecie palcem, bez potrzeby precyzyjnego ustawiania, przywróci jego właściwą funkcję, tak aby bezpieczeństwo ruchu drogowego nie było zagrożone. A jeśli drogie Panie i mili Panowie zechcecie poznać więcej ciekawostek i na stałe zaprzyjażnić się z nowym Range Rover Evoque, zapraszam do wytwornego miejsca jakim jest „British Motor Club” – warszawski showroom i klub motoryzacyjny Jaguara i Land Rovera.

LUIZA DOROSZ heelsonwheels.pl

***

Zdjęcia: Damian Piasecki, Adam Pękala M u a : K a m i l a Ta d r y i a n Hair: Iwona Kaim Styl: Nina Basco, Sunloox

38


imprezy i otwarcia

Gala otwarcia MASTERCARD OFFCAMERA 2019

zdj. Natalia Sล‚owik

26.04.2019 Kino Kijรณw

40


felieton

MECE NASI

MODY

Do tej pory nazwiska Pinault, Arnault i Medici łączył jeden wspólny mianownik — pieniądze. O majątku Medyceuszy uczyliśmy się w szkole. O bogactwie dwóch pozostałych większość dowiedziała się dopiero ostatnio, przy okazji hojnej kwoty przeznaczonej na odbudowę katedry Notre Dame.

MALWA WAWRZYNEK

Obaj panowie należą do grona tych „obrzydliwie bogatych osób”, których nazwiska w rankingach znajdują się bardzo blisko Billa Gatesa, Warrena Buffeta, czy Marka Zuckerberga. Tak się też składa, że obaj panowie należą do jeszcze jednego grona: największego targowiska próżności, czyli biznesu mody. Bernard Arnault zarządza koncernem LVMH, a Francois-Henri Pinault grupą Kering. Ten drugi jest także mężem Salmy Hayek, ale o tym można przeczytać w innych mediach. Szybka deklaracja obu panów co do funduszy przeznaczonych na odbudowę paryskiej katedry nie jest jednak przypadkowa. Po pierwsze chodzi oczywiście o PR, nie łudźmy się, że ten przestaje mieć znaczenie nawet (a może zwłaszcza) w obliczu takich tragedii, jak zniszczenie Notre Dame. Po drugie, nie bez znaczenia jest również fakt, że obaj panowie to Francuzi chęć przywrócenia świetności tak istotnego symbolu Paryża, Francji i Europy jest więc oczywista. Po trzecie, jednak warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną zależność - obaj panowie biznesmeni rysują się jako współcześni mecenasi sztuki. Tak jak dawniej bankierzy Medyceusze, dzisiaj modowi potentaci dbają o to, aby dziedzictwo sztuki przetrwało dla kolejnych pokoleń. Katedra Notre Dame jest tego najbardziej wyrazistym symbolem, ale przecież nie jedynym. Skoro modę też można traktować jako formę sztuki, to czy obu panom nie należy się również uznanie za inne zasługi, na długo sprzed pożaru Notre

42

Dame? Bo czy moglibyśmy nadal podziwiać eklektyczne i rewolucyjne kolekcje Gucci, gdyby nie majątek pana Pinault? Co by się stało z takimi markami jak Dior, Louis Vuitton, Givenchy, czy Celine, gdyby nie dobry dryg do interesów, z którym urodził się pan Arnault? Tak jak mecenat Medyceuszy pozwolił na pełen rozkwit renesansu we Włoszech, tak dzisiaj mecenat zamożnych biznesmenów pozwala nam cieszyć się pięknymi dziełami sztuki użytkowej, jaką jest moda, zwłaszcza ta w wykonaniu najsłynniejszych paryskich i włoskich domów mody. Z pewnością znajdzie się ten, kto powie, że ten współczesny mecenat nad modą jest czystą zależnością. Zarówno Arnault i Pinault wykupują marki, które nie są w stanie utrzymać się na coraz bardziej wymagającym finansowo rynku mody. Są więc i tacy, którzy traktują ich jako symbol komercjalizacji, czasów, kiedy moda przestała zachwycać dla samego zachwytu, a stała się jedynie bardzo intratnym biznesem. Ale czy Medyceusze nie uzależniali od siebie wielkich artystów? Czy Michał Anioł byłby dzisiaj tym samym Michałem Aniołem, gdyby nie zlecenia z ramienia rodziny Medici lub zleceń, które uzyskał bezpośrednio z ich polecenia? Nawet on musiał „się sprzedać”, aby móc tworzyć i mieć za co tworzyć. Było to jego największym przekleństwem, tak jak jest w przypadku każdej firmy, która wspierana jest przez pieniądze z koncernu. Zależność boli i rzeczywiście uderza nieraz w kre-

atywność i cykl tworzenia, ale czy moglibyśmy dziś podziwiać przynajmniej połowę projektów, gdyby niektórzy projektanci z grupy Kering i LVMH pozostali całkowicie niezależni? W głowie kołacze się jeszcze jedno pytanie. Czy tak jak dawniej powstawały kaplice hojnych fundatorów (kaplica Brancaccich chociażby), rodzina Arnault i Pinault może liczyć przynajmniej na pamiątkową tablicę przybitą na ścianie schowanej w półmroku Notre Dame. Hologram? Wizualizację? Czy gdy potomni będą pytać, o historię Notre Dame i jej odbudowę, ktoś odpowie: „a wiesz, tutaj jest tablica upamiętniająca wielkich fundatorów, pana Arnault i pana Pinault, którzy ufundowali też tysiące sukienek, płaszczy, torebek i bucików, które możesz zobaczyć w muzeum”? Ciekawe są te powracające wciąż zależności pomiędzy modą, sztuką i wielkim biznesem.


newsy fot. Naomi Muras

POWRÓT DO LAT 80. Kolekcja New Romantic, Eweliny Kowal, projektantki nowej marki KOVALOWE, to autorska interpretacja kobiecej sylwetki lat 80., a w szczególności nurtu muzycznego new romantic. Zakładając na siebie kobiece projekty możemy przenieść się w czasie i wrócić do czasów, kiedy w kinach królowały takie filmy jak Łowca androidów czy Top Gun. Przypominają o tym liczne zabiegi konstrukcyjne. Szerokie ramiona optycznie powiększające sylwetkę oraz mocno zwężona talia nadająca kobiecości to ukłon w stronę stylu lat 80. Projektantka nadaje

44

nowoczesnego charakteru kolekcji poprzez zastosowanie innowacyjnych technik plisowania. Kolekcję uzupełniają własnoręcznie wykonane skórzane, szerokie pasy oraz autorskie nakrycia głowy. Projektantka do stworzenia kolekcji wykorzystała tkaniny o naturalnym składzie - kaszmir, jedwab, wełnę, nadając szlachetności swoim produktom. Kolorystka w odcieniach bieli, czerni, beżu ma podkreślić elegancki charakter kolekcji. Ewelina Kowal - abosolwentka Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru SAPU

w Krakowie. W czasie Cracow Fashion Awards kolekcja New Romantic wyróżniona została przez Radę Mody pod przewodnictwem Anny Jatczak.


newsy fot. Sonia Szóstak

MAKSIMUM KOMFORTU Undress Code to polska marka powstała z miłości do bielizny stylowej i kobiecej, ale jednocześnie wygodnej – nie będącej tylko tłem codziennej stylizacji, ale jej integralną częścią. W przeciągu zaledwie dwóch lat osiągnęła sukces na skalę światową: dzisiaj jej produkty dostępne są w 18 lokalizacjach prestiżowej Galerii Lafayette we Francji, w kilkudziesięciu multibrandowych concept storach: m.in: w Nowym Jorku, Tokio, Londynie, Shanghaju oraz w sklepie internetowym Zalando w 17 krajach. Kobieta Undress Code jest wyzwolona i pewna siebie, a bielizna jest dla niej fun-

46

damentem codziennej stylizacji. To baza, której nie musi skrywać. Subtelnie ją eksponując odzwierciedla to, jak świetnie czuje się we własnej skórze. Zmysłowość interpretuje zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie zwracając uwagi na utarte konwenanse. W myśl tej idei powstała kolekcja zapewniająca maksimum komfortu i gwarantująca najwyższą jakość wykonania. Bezszwowe wykończenia, starannie wyselekcjonowane francuskie i włoskie materiały, oryginalny design i różnorodność modeli to kwintesencja Undress Code. W kolekcji uwagę zwracają flagowe już body w wielu odsłonach – z golfem o kla-

sycznym kroju, przezroczyste, uzupełniające wieczorową stylizację, z dekoltem w literę „v” czy w wersji z welurowymi pasami w kolorze ognistej pomarańczy i turkusu. Biustonosze oraz pasujące do nich figi nie tylko zapewniają maksimum komfortu, ale i podkreślają nasz charakter i osobowość. Identyfikując się ze światem sztuki, marka Undress Code wprowadza krótkie kolekcje kapsułowe Art Capsule, inspirowane twórczością znanych artystów. Najnowsze projekty nawiązują do cyklu prac Mondriana, idealnie korespondującego z minimalistyczną estetyką marki.


POLISH FASHION DESIGN ART ONLY SINCE 2009

OPEN MON-SAT UL. STRADOMSKA 16 KRAKÓW


Joanna Hawrot kocha łączyć modę i sztukę, w myśl zasady: „From fashion to art”. Najnowszą kolekcję stworzyła we współpracy z wybitnym artystą, Maurycym Gomulickim, a jej premiera odbędzie się 11 maja, w trakcie Jazz Art Fashion Festivalu w Warszawie.

zdj. Kasia Bielska

rozmowa

NIE BÓJMY SIĘ ROZKOSZY

Wirginia Woolf powiedziała: Może się wydawać, że ubrania to jedynie pusta błahostka, ale mają one dużo ważniejszy cel niż tylko sprawianie, żeby było nam ciepło. One zmieniają to, jak postrzegamy świat i w jaki sposób świat postrzega nas. Myślisz podobnie? - Tak, to jest zdecydowanie motto mojej marki. Moda pełni formę manifestu, narzędzia do wyrażania pewnych treści, emocji. Kimona są formą, która niejednokrotnie wyrywa ludzi z szarej codzienności, uwalnia ochotę wyrazania swojej osobowości. Tak naprawdę nikt nie lubi znikać w masie bez emocji i treści. One są narzędziem do

48

celebracji. Wiele moich klientek często podkreśla, że dopóki do nas nie trafiły, ubrania zupełnie nie budziły w nich zainteresowania, kompletnie nie wzbudzały emocji, nie widziały też potencjału tego narzedzia. Tymczasem trafiły na kimona, które sprawiają, że czują się jak superbohaterki. Dlatego często sięgasz po innych ar tystów, z któr ymi tworzycie pomost między modą i sztuk ą. Najnowsz y, to Maurycy Gomulicki - nazwisko doskonale znane w kręgu ar tystycznej awangardy, jest jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych twórców, uhonorowanym nagrodami

i indywidualnymi wystawami. Odkrywasz go w zupełnie nowej roli dla świata mody. - Moda, jako taka, przestała mnie już interesować. Od samego początku działałam zgodnie z hasłem: „From fashion to art”, od pierwszego mojego performance’u w Lublinie. Zawsze byłam głodna idei, wartości w modzie, samo ubranie pozostawało na drugim planie. Było sposobem na komunikowanie się ze sobą i otoczeniem, czymś, co określam słowami „wearable art”. Jak to się stało, że przecięły się drogi, Twoja i Maur yce go Gomulickiego?


Często współpracujesz z innymi artystami podczas twor z e n i a s w o i c h k o l e k c j i . Ta k a kooperacja jest na pewno niezwykle interesująca, ale też obarczona rafami, bo przecież to starcie odmiennych idei, koncepcji, często rywalizacja ego. Jak sobie z tym radzisz? - Tego rodzaju współprace doskonale wyrażają moją koncepcję: „From fashion to art”. Nie zawsze się udają, zwłaszcza jeśli obie strony nie potrafią iść na kompromis; trzeba mieć podejście wolnomyślicielskie, otworzyć się na wizję drugiej osoby. Z Maurycym poszło znakomicie, bo on czuje ideę kooperacji, traktuje ją jako proces, w którym żadna ze stron nie stawia drugiej ograniczeń. Widziałam, że ten koncept go bardzo cieszył i dawał wiele satysfakcji. Jak wyglądało Wasze projektowanie? - Na początku działaliśmy osobno, projektując zdalnie. Maurycy jest bardzo płodnym artystą i stworzył dla mnie szereg projektów nadruku. Przez cały czas przebywał w Meksyku, wiec duży fragment kolekcji zobaczył po raz pierwszy dopiero po powrocie. Bardzo byliśmy oboje podekscytowani, ja

czułam stres, bo w dużej mierze działałam na własną rękę. Na szczęście efekty się obroniły. To był bardzo witalizujący czas, dał mi wiele przyjemności, o którą coraz ciężej w procesie tworzenia. Dotychczas słynęłaś z autorskim kimon, teraz to się zmieniło i mamy sporo nowości - postanowiłaś zaprojektować całkiem nowe elementy odzież y. - Pojawiły się elementy, które nazwałabym sportowymi – legginsy, body, a także płaszcze. Czyli wszystko to, czym możemy uzupełnić kimona. Jako, że projekty Maurycego znakomicie przekładają się na tkaninę i nie tylko kimonowe formy, powstało wiele nieplanowanych na początku elementów. Starasz się, aby ludzie wyróżniali się z tłumu. Patrzę na naszą ulicę, która zdominowana jest przez monochromatyczne kolory i zastanawiam się, czy to nie jest trochę donkichoteria? - Nie tworzę mody dla każdego, nie ścigam się z sieciówkami, projektuję ubrania, które są zaprzeczeniem casualu. Kierowane są do osób oczekujących od siebie i rzeczywistości czegoś wiecej, staram się to „wiecej” im dać. Pada słowo „kobiety ” - to one Cię inspirują najbardziej? Czy wynika to może z sytuacji społecznej, której właśnie doświadczamy, w której kobiety poczuły, że muszą znów wyjść na ulice, mówić o sobie głośno, walczyć słowem i gestem? - Wspieram je zawsze, także wolności o które walczą. Lubię, gdy kobiety w siebie wierzą, są pewne swoich wartości. Ubranie jest zawsze najblizej naszego ciala na co dzień, wpływa na nasze myśli, reakcje, warto z tego korzystać świadomie. Bill Cunningham mówił, że moda to broń, która pomaga przetrwać w warunkach codziennego życia. Myślę, że miał w zupełności rację. Ale nie uciekasz też od podejmowania tematów społecznych, czego wyrazem jest akcja #KIMONO_GIRLS.

- Stworzyłam #KIMONO_GIRLS, by pokazać twórcze, ambitne kobiety, które się nie boją mówić co myślą. Jednocześnie są kobiece, silne, zmysłowe i nawet jak noszą czerń, to wiodą bardzo kolorowe życie. Sylwia Chutnik, Karolina Czarnecka, Mirella von Chrupek i Gosia Wdowik, są ambasadorkami kultury rozkoszy, o której mówi nasza kolekcja.

rozmowa

- Spotkaliśmy się dzięki Marcie Kołakowskiej z Leto Gallery, która reprezentuje artystę. Maurycy zobaczył moje kimona z poprzedniej kolekcji, stworzone wraz z Aleksandrą Waliszewską. Wtedy zapragnął mieć swoje własne. Twórczość Maurycego była mi bardzo dobrze znana, od początku byłam zachwycona tym pomysłem, dlatego bardzo szybko przystąpiliśmy do realizacji kolekcji. Podoba mi się jego sensualna, niemal erotyczna strona twórczości, podszyta hedonistyczną filozofią, którą można określić jako kulturę rozkoszy – także w dosłownym sensie, dlatego nasz projekt nazwaliśmy Psycho Pussy. Od początku działaliśmy w całkowitej wolności, Maurycy stworzyl serie rożnorodnych projektów op-artowych i „pussy”. Ja natomiast rozpisałam je tym razem nie tylko na kimona, ale linie uzupełniającą kimona (body, legginsy, sportowe elementy). Powstała duża, wieloelementowa kolekcja. Maurycy jest wspaniałym twórcą i człowiekiem, ta kooperacja była przyjemnością, dlatego też w głównej mierze powstała tak bogata kolekcja, obojgu nam rósł apetyt w trakcie jej tworzenia.

Bardzo ambitne podejście na mało ambitnym polskim r ynku mody, któr y podobne projekty lubi omijać szerokim łukiem. Zastanawiam się, gdzie znajdujesz energię, by się tym wszystkim nie zrażać? Przez tyle lat wiele podobnie myślących projektantów albo zupełnie zniknęło z rynku, albo wyjechało na Zachód, w poszukiwaniu wyższych war tości mody. - Polski rynek jest bardzo niewdzięczny, brakuje nam odbiorców i wykształconych preferencji, innych niż te sieciowe. Cieszę się, że znalazłam swoją niszę, w której dobrze się czuję. Mam przestrzeń w której panuje wolność, i to bardzo satysfakcjonujący stan. Nie zawsze tak było, dlatego teraz bardzo doceniam swobodę w jakiej się poruszam. Po latach szukania, znalazłam swój trop, jest nim kimono oraz idea „wearable art”. Tr z y lata temu pr zeprowadziłaś się z Krakowa do Warszawy, otworz yłaś tutaj butik , urodziłaś dziecko – to znacz y, że zapuściłaś korzenie? - Dobrze się tu czuje, przeprowadzka znakomicie na mnie wpłynęła pod każdym względem. Nie wiem jak długo tu zostanę, ale czuję, że jest tu jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Kila miesięcy temu kupiłam dom w lesie, który jest moją nową fascynacją, wiążę z nim pewne plany, niekoniecznie związane z modą. Dokąd teraz zmierzasz – do świata sztuki czy mody? - Jestem wierna swojej filozofii: „From fashion to art”.

Rozmawiał R A F A Ł S T A N O W S K I

49


wydarzenia

DWA DNI Z MODĄ, MUZYKĄ I GWIAZDAMI JAZZ ART FASHION FESTIVAL W WARSZAWIE Joanna Hawrot, Paprocki&Brzozowski, La Metamorphose, premierowy koncert przebojów Kory i MAANAM w wykonaniu czołowych artystów, targi najlepszego polskiego designu. Przygotujcie się na prawdziwą rewolucję! W weekend 11-12 maja, warszawski Koneser zmieni się w miejsce tętniące muzyką, modą i designem w wykonaniu najlepszych polskich twórców. Jazz Art Fashion Festival to dwa dni pełne kreatywnych wydarzeń!

Piąta edycja będzie pod wieloma względami wyjątkowa: JAFF, festiwal o wieloletniej tradycji, po raz pierwszy odbędzie się w Warszawie i zmieni Centrum Praskie Koneser w twórczą przestrzeń sztuki, rozrywki, emocji i wyzwań artystycznych. Organizatorzy przygotowali dla uczestników wiele atrakcji. Koncert wieczoru, zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia Festiwalu, to ogólnopolska premiera Kora i MAANAM w aranżacjach jazzowych, pod kierownictwem muzycznym Krzysztofa Mroziaka, z udziałem świetnych muzyków sceny jazzowej i wokalistów: Moniki Borzym, BOVSKiej, Ani Karwan, Kasi Lins, Karoliny Artymowicz oraz Arka Kłusowskiego i Buslava. JAFF to połączenie muzyki, mody i sztuki, przenikanie się struktur i współpraca twórców. Świetnym tego wyrazem będzie premierowy pokaz kolekcji kimon, Psycho Pussy - owoc artystycznej kooperacji projektantki Joanny Hawrot i Maurycego Gomulickiego, grafika, fotografa, autora instalacji i krótkich form filmowych. Kolekcja jest wyrazem fascynacji sztuką op-artu, kobiecością i Kulturą Rozkoszy. Po raz pierwszy kolekcję kimon uzupełniają limitowane body, leginsy, sportowe płaszcze czy bluzy, a całość kierowana jest do kobiet, które traktują modę jako manifest: indywidualności, wolności i wyobraźni. Artystyczna kooperacja stanowi kontynuację autorskiej filozofii marki, From Fashion To Art. W niedzielę, 12 maja, na uczestników festiwalu czekają dwa pokazy mody: pierwszy z nich to PIANO FASHION SHOW: Ogrody Duszy Kobiety, autorstwa duetu La Metarmorphose Gawkowska & Szczęsna, którego kolekcja debiutowała na tegorocznym Paris Haute Couture Fashion Week, a trzy modele z ostatniej kolekcji zostały wyróżnione w międzynarodowym magazynie Haute Couture. Kolekcja Ogrody Duszy…, to historia pełna fantazji, subtelności oraz magii

50

francuskiego stylu. Atmosferę francuskiej finezji i lekkości podkreśli muzyka wygrana na fortepianie Steinway&Sons przez rewelacyjną Gośkę Bańkę, pianistkę, wokalistkę i kompozytorkę, wielokrotną laureatkę prestiżowych nagród w dziedzinie sztuk muzycznych. Wydarzeniem wieczoru będzie kolejny pokaz mody. Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski przedstawią wariacje na temat zmysłowych koronek i połyskujących tkanin. Zobaczymy najciekawsze looki z ostatnich pokazów oraz premierowe sylwetki, przygotowane specjalnie na Jazz Art Fashion Festival. JAFF Art & Design to część, której kuratorem jest dr hab. Dawid Korzekwa, założyciel platformy internetowej GUSTGUST.com, która wspiera i promuje wysokiej jakości produkty, kosmetyki i ubrania od najlepszych polskich projektantów. Przez dwa dni na gości JAFF czekać będzie blisko 150 pop-up store’ów, które przedstawią produkty sztuki użytkowej w najlepszym wydaniu. Oprócz pokazów mody i koncertów uczestnicy JAFF 2019 posłuchać będą mogli wykładów uznanych panelistów, prelekcji

artystów i występów muzyków, podczas JAFF Meetups – części konferencyjno-meetingowej wydarzenia. W przestrzeni Praskiego Centrum Koneser zagoszczą m.in. Basia Richard – kostiumografka i stylistka, Piotr Szaradowski – kurator, wykładowca i doktor nauk humanistycznych, Andrzej Kupniewski - Stowarzyszenie Twórców Form Złotniczych oraz Rafał Stanowski – publicysta i koordynator festiwalowej strefy Young Designers. Debatom towarzyszyć będzie strefa JAFF Creative: warsztaty m.in. z rysunku żurnalowego na sprzęcie marki Wacom oraz Eizo z artystką, ilustratorką mody Anną Halarewicz, warsztaty z jogi z panelem związanym z Herstorią, warsztaty kulinarne pod patronatem MARTINI z Larą Gessler, warsztaty plecionkarskie oraz warsztaty z tworzenia gier w 3D, który odbędzie się w przestrzeniach warszawskiego campusu Google for startups. Na wyjątkowe spotkanie z polskim bursztynem w świecie mody: wykłady, projekcje filmowe, wystawę i warsztaty zaproszą Andrzej Kupniewski i Marcin Tymiński z Fundacji Promocji Wzornictwa i Muzeum Biżuterii Współczesnej. Lounge jest partnerem medialnym wydarzenia.


włosy: Tomsz Marut / Barbara Książek / Klaudia Matysiak stylizacja: Wojciech Skulski mua: Barbara Rębiś foto: Łukasz Sokół modelka: Patrycja Kotela

Avant Après / ul. Kupa 5, Kraków / tel. 12 357 73 57 / www.avantapres.pl


essentials IDEA FIX - ONLY POLISH DESIGNERS || PIN Frida Kahlo, Audrey Hepburn, Marilyn Monroe, 25 zł || Torba worek 129PLN-149PLN Torebka saszetka, 99 zł || Spodnie złote, 190 zł || Getry, 130 zł || Sukienka metaliczna, 169 zł || Grafiki Julia Piekiełko, 65 zł WSZYSTKIE PRODUKTY DOSTĘPNĘ W IDEA FIX KONCEPT SKLEPIE W KRAKOWIE - UL.STRADOMSKA 16

52


DWA LATA, KTÓRE ZMIENIAJĄ ŻYCIE Zastanawiasz się, jak zaprojektować swoją przyszłość? Chcesz wybrać studia, które dadzą Ci szansę zdobycia wymarzonej pracy? A może masz już dość siedzenia po godzinach w korporacji i marzysz, aby ruszyć z własnym, kreatywnym biznesem? Nauka w Krakowskich Szkołach Artystycznych otworzy przed Tobą szeroki wachlarz nowych możliwości. Nie wierzysz? Przeczytaj!

Projekty absolwentek szkoły SAPU Oliwii Jankowskiej, Niny Sakowskiej i Anny Nowak-Curyło w c z a s i e C r a c ow Fa s h i o n We e k 2 0 1 9 . Fo t . A r t u r K o s t k ow s k i

NA SZCZĘŚCIE WYMAGAJĄ W Krakowskich Szkołach Artystycznych nauka to czysta przyjemność! Nie musisz jednak obawiać się o poziom zajęć. Wykładowcy KSA wymagają od studentów – głównie zaangażowania i kreatywnego myślenia. W tej szkole promowane są nowoczesne pomysły związane z modą, fotografią czy architekturą wnętrz – wiemy, że tylko takie podejście pozwala osiągnąć sukces w globalnym świecie. TYLKO PRAKTYKA I KONKRETNE REZULTATY Krakowskie Szkoły Artystyczne to jedna z niewielu uczelni artystycznych, które zostały od początku zaprojektowane z myślą o przygotowywaniu do konkretnego zawodu. Program został ułożony przez specjalistów związanych z dużymi firmami. Tu liczy się głównie praktyka: weźmiesz udział w warsztatach w specjalistycznych pracowniach, odbędziesz szkolenia z mentorami oraz będziesz uczestniczyć w wielkich wydarzeniach, jak Cracow Fashion Week czy Zaprojektowani – Krakowskie Spotkania z Dizajnem.

SPEKTAKULARNE SUKCESY Absolwenci KSA mają łatwość w zdobywaniu pracy lub z sukcesami kreują własne firmy. Po Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru SAPU zajmują się projektowaniem odzieży, obuwia, torebek, biżuterii, stylizacją, visual merchandisingiem, pracują w dużych firmach odzieżowych na wysokich stanowiskach, a nawet nimi kierują – jak Patrycja Cierocka-Szumichora, dyrektor kreatywna firmy Patrizia Aryton. Po Szkole Kreatywnej Fotografii SKF zostają fotografami mody, ślubów, reportażystami współpracując z dużymi magazynami. Międzynarodowe sukcesy osiągają m.in. Ewa Kępys, Bartłomiej Jurecki, Dawid H. Groński czy Jacek Szopik. ŚWIATOWE KONTAKTY Być artystą we współczesnym świecie to wyzwanie. Wiedza i kontakty sprawią, że będziesz tworzyć projekty, które wzbudzą zachwyt na wielu kontynentach. Międzynarodowa współpraca Krakowskich Szkół Artystycznych otwiera niejedne drzwi. Szkoła współpracuje z mediami z Polski i wielu krajów, a także z globalnymi projektami, jak Fashionclash z Holandii, Donghua Univer-

sity z Szanghaju, Fahmoda z Niemiec, European Fashion Union, Trieste Photo Days, Arts Thread, Fashion Revolution, Belgrad Photo Month. W KSA poznasz fascynujące osobowości i zdobędziesz bezcenne doświadczenie. KRAKÓW INSPIRUJE I WCIĄGA Kraków to niesamowita miejscówka do studiowania. To miasto pełne inspiracji, w którym wszędzie jest blisko, a liczne miejsca związane z kulturą i lifestyle wciągają w artystyczne życie. Tu nauka nie boli! W Krakowskich Szkołach Artystycznych, podobnie jak na ulicach, panuje międzynarodowa atmosfera - spotkasz studentów z egzotycznych krajów, jak Islandia, Mauritius czy Chiny, czekają Cię nowe przyjaźnie i fascynujące podróże. „To były niezapomniane 2 lata w moim życiu” mówią absolwenci KSA i stale odwiedzają progi Szkoły. Follow us: instagram.com/sapu_fashion_school instagram.com/szkolafotografii_photoschool www.ksa.edu.pl

53


SALUTI DI POLIGNANO zdjęcia: Anna Ciupryk stylizacja: Anna Kurpas model: Adrianna Palka

Sesja zrealizowana dzięki www.positivopuglia.pl w ramach Fit warsztatu z Adą Palką.

Specjalne podziekowania dla sklepu Underground Polignano a mare oraz restauracji Aquamarea.

54


55


56


57


58


59


QUO VADIS INFLUENCERZE? Grupa przyjaciół, organizująca sąsiedzką pomoc na osiedlu. Blogerka, która 10 lat temu była jedną z prekursorek szafiarek. Dziewczynka przekonująca na apelu szkolnym wszystkich nauczycieli i kolegów o tym, żeby zorganizować wigilię bez plastiku. Influencer niejedno ma oblicze - kim jest i dokąd podąża?

C

hoć nadal rozmawiamy o prezentach, kosmetykach do testowania i życiu, rodem z Fyre Festival (a przynajmniej wizji najbardziej luksusowego festiwalu muzycznego świata), to szumne słowo „influencer” mieści obecnie dużo więcej pojęć i niejednoznaczności. Czy nadal jest nią np. Jessica Mercedes, która z blogerki rozwinęła się w bizneswoman, prowadzącą lifestylowy portal, markę kostiumów kąpielowych Moiess Swimwear i odzieżową Veclaim? To już raczej działające na 200% przedsiębiorstwo i reprezentantka mediów, co pomagają jej rozwinąć media społecznościowe. A te ciągle się zmieniają i służą nie tylko szerzeniu informacji, ale też aktywizacji ludzi! O czym przekonujemy się nie tylko promując nowe perfumy, restaurację czy telefon.

60

REALNE ZMIANY

WIRTUALNA RZECZYWISTOŚĆ

Doświadczamy tego, jak realny wpływ, nie tylko na najbliższe otoczenie, posiadamy my sami, ale także, że jeden ruch, jedna zbiórka, może wspierać ważne, globalne inicjatywy czy być cegiełką ratunkową dla zagrożonych miejsc czy przyrody. Influencerem jest więc znajoma, organizująca zbiórkę dla fundacji Światło dla Syrii - Light For Syria czy sąsiad zaczynający akcję #trashtag w pobliskim parku i dzielnicy.

Jednak gdzieś obok tych realnych działań pojawiają się „sztuczni” influencerzy. Nad wykreowaniem wirtualnej ambasadorki Renault, a dokładniej influencerki, promującej model Kadjar pracowało około 100 osób. Liv, bo tak się nazywa, nie tylko pojawiła się w kampanii reklamowej, ale także odpowiada na pytania na chatbocie marki.

Tacy mikroinfluencerzy, znajdując się w odpowiednim miejscu i czasie, zmieniają świat. Przykład? Greta Thunberg to kilkunastoletnia szwedzka aktywistka w dziedzinie ekologii. Latem zeszłego roku zainicjowała pod tamtejszym parlamentem Strajk szkolny dla klimatu, który rozpoczęła sama, ale wraz z jego cyklicznością, dołączały do niej kolejne osoby, miasta, a później… kraje. Wystąpiła również na szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach. Stała się głosem przyszłych pokoleń, mówiąc m.in.: Eksperci szacują, że do 2050 roku na świecie będzie 250 mln uchodźców klimatycznych - osób, które w desperacji opuszczą swoje miejsce zamieszkania, gdyż warunki do życia okażą się tam nie do zniesienia. Mówicie, że kochacie swoje dzieci ponad wszystko. A mimo to na ich oczach kradniecie im przyszłość. Dziś jest nominowana do pokojowej Nagrody Nobla.

Z kolei Miquela Sousa (@lilmiquela) zebrała na instagramie grono fanów, liczące ponad 1,5 mln osób. Przypominająca postacie z simsów awatarka dziś nie prezentuje już tylko ciuchów znanych marek, ale zabiera głos w dyskusjach na ważne społecznie tematy. Opowiada się na przykład za inicjatywą, mającą na celu zakończenie ścigania, skazywania i więzienia młodzieży poniżej 18 roku życia w systemie sądownictwa karnego dla dorosłych (@justiceforyouth). W angażowaniu i budowaniu świadomości dzięki mediom społecznościowym w teorii nie powinno być przegranych. Niezależnie od tego, czy za akcją stoi marka, jeden z nas, czy sztuczna inteligencja. Jednak zacierająca się granica między tym, co realne, a co wirtualne, skłania nas do refleksji, czy poza pozytywnymi skutkami, łatwo wpadamy w sidła manipulacji? Nie tylko w kwestii wyboru nowej sukienki na lato, ale także partii rządzącej czy praw człowieka i obywatela. KASIA KWIECIEŃ

@limiquela | Instagram

Veclaim fot. Marcin Gąska


wydarzenia fot. materiały FDA

PÓŁFINAŁ FASHION DESIGNER AWARDS W warszawskiej Galerii Mokotów odbył się półfinał 10. edycji Fashion Designer Awards. Jubileuszowa edycja konkursu, pod hasłem: Be Italian Be Glamour, to inspirująca podróż po rzymskich ulicach, skąpanych w popołudniowych słońcu, z krótką przerwą na mocne espresso we florenckiej kawiarni, leniwym spacerem mediolańskim bulwarem i krótką przejażdżką gondolą po weneckich kanałach. Na wybiegu zaprezentowano autorskie projekty 20 półfinalistów. W wielkim finale Fashion Designer Awards, który odbędzie się już 27 maja, swoje autorskie kolekcje

zaprezentuje dziesięciu utalentowanych projektantów: Uladzislau Bahdanau, Marlena Czak, Magdalena Czamara, Pola Demianiuk, Weronika Górska, Anna Hasiak, Manuela Korecka, Adrian Krupa, Anastasia Solodovska. Dziesiątego finalistę wybiorą internauci. Na scenie pojawili się również eksperci, w tym m.in. fotografka Lidia Popiel, influencerka, ekspert marki AA Wings of Color - Magdalena Pieczonka, stylista Galerii Mokotów - Adam Chowański, a także zwyciężczyni 9. edycji FDA – Celina Wesołowska, autorka bloga mymoodbook - Urszula Woźniakowska oraz członkowie kapituły

Fashion Designer Awards: wykładowca Wyższej Szkoły Mody Via Moda – Andrzej Foder, head of operations showroom.pl – Kasia Wosiek, redaktor naczelna miesięcznika Avanti – Marta Kulczycka, projektantka Bizuu – Zuzanna Wachowiak, naczelna stylistka TVN - Dorota Williams, komentatorka mody - Joanna Horodyńska, autorka bloga Macademian Girl - Tamara Gonzalez Perea. Podczas tego modowego wydarzenia goście podziwiali również kolekcje wiosna/ lato marek: Warsaw Concept Store, Stefanel, Deni Cler Milano, Royal Collection, Unired Colors of Benetton oraz Armani Exchange.

61


wydarzenia

SENTYMENTALNA PODRÓŻ MACIEJA ZIENIA W Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie Maciej Zień przedstawił swoją najnowszą kolekcję, zatytułowaną Mojo. W letniej rezydencji Stanisława Augusta Poniatowskiego - ostatniego króla Polski, projektant zaprezentował trzydzieści pięć sylwetek, nawiązujących do bogatych zbiorów malarstwa i rzeźb oraz do klasycystycznej architektury obiektu. Pokaz otworzyła top modelka, Charlotte Tomaszewska - twarz kampanii kolekcji projektanta na obecny sezon.

M

ojo, to próba wyobrażenia, jak wyglądałby styl życia współczesnej mieszkanki pałacu. W tej niezwykle romantycznej kolekcji projektant odzwierciedla jej rytm dnia, od niespiesznego poranka, przez wypełnione służbowymi obowiązkami popołudnie, po wieczorne wielkie wyjście.

62

Wszystkie trzy odsłony kolekcji, to hołd złożony kobiecości i klasycznemu pięknu. - Najnowszą kolekcją wyruszam w sentymentalną podróż. Blisko dwie dekady temu, właśnie w Łazienkach, miałem swój pierwszy profesjonalny pokaz. Dziś powracam do nich, także w wymiarze symbolicznym. Mimo wielu

inspiracji, które na przestrzeni lat towarzyszyły mi w pracy twórczej, sztuka nadal pozostaje bowiem najważniejszą z nich – mówi Maciej Zień. Tytułowe Mojo, zaczerpnięte z piosenki gościa specjalnego pokazu - tria Sorry Boys - oznacza talent, dar czy urok, ale też


wydarzenia zd j. Fi l i p O k o p ny | Fa s h i o n I m a g e s

magiczny talizman. Kolekcja nasycona jest symboliką, skrywa motywy nawiązujące do astrologii, licznie występujące także w malarstwie ściennym Pałacu na Wyspie. Mojo, to krawiectwo najwyższej próby. Laserowo wycinane kwiaty, w połączeniu z misternym haftem, sprawiają wrażenie trójwymiarowych. Ręcznie wykonane aplikacje,

to ukłon w stronę haute couture. Znakomicie skrojony welurowy garnitur i marynarki smokingowe z wełny, wykończone satyną Duchesse, zachwycają kunsztem i precyzją rzemiosła. W kolekcji nie mogło zabraknąć sukni koktajlowych i wieczorowych, znaku firmowego projektanta.

Od 7 maja do 7 czerwca kolekcję będzie można oglądać na ogólnodostępnej wystawie na pier wsz ym piętrze Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

63


SUNKISSED Fotograf: Maciej Gas Stylistka/make up: Sylwia Sandera Modelka: Kate Makiela Miejsce: UV Studio Warszawa

64


65


66


67


68


69


70


71


imprezy i otwarcia

SILESIA FASHION SHOW

zdj. mat. organizatora

Silesia City Center 30-31.03.2019 Katowice

72


uroda

KOSMETYCZNE TRENDY Jaki jest największy beauty trend sezonu wiosna/lato 2019? Wypoczęta, rozświetlona skóra! Brzmi prosto? Nic bardziej mylnego! Takiego efektu nie da się osiągnąć natychmiast, dlatego to pielęgnacja wychodzi na pierwszy plan. A co z makijażem? Króluje naturalny, bardzo delikatny, rozświetlony make up w odcieniach różu. A najwięksi makijażyści podczas tygodni mody pokazali, że różem do policzków możemy wykonać właściwie cały make up. Świeżo i kobieco, jakby trochę od niechcenia, róż i już!

zdj. materiały promocyjne

1. FILORGA OXYGEN-GLOW CLEAN - Silnie działajace mleczko oczyszczające Mleczko świetnie poradzi sobie z demakijażem nawet wodoodpornego tuszu do rzęs. Pozostawia skórę nie tylko doskonale oczyszczoną, ale również nawilżoną i rozświetloną, a to wszystko dzięki czynnikom silnie pobudzającym skórę takim jak booster tlenu, kwas hialuronowy i L-enzym . Po j emno ść : 1 2 5 m l. Ce n a : 8 5 z ł.

2

1

3

2. E.L.F PORELESS FACE PRIMER- Primer Dzięki tej bazie twarz będzie niezwykle wygładzona, pory zupełnie niewidoczne, a podkład przetrwa zdecydowanie dłużej! Olejek z drzewa herbacianego, witamina A i E, które znajdziemy w składzie tego primera będą dodatkowo pielęgnować delikatną skórę twarzy. Bo podstawa to dobra podstawa! Po j emno ść : 1 4 ml. Ce n a : 4 5 z ł.

3. PIXI ROSE OIL BLEND - Serum Głównymi składnikami serum są olejek z dzikiej róży, oraz róży geranium i olejek z pestek owocu granatu. Po użyciu skóra będzie niezwykle nawilżona i promienna. Jedwabista formuła zapewnia błyskawiczne wchłanianie, dlatego nie powinny się go obawiać także właścicielki tłustej cery. No i ten zapach, obłędny! Po j emno ść : 3 0 ml. Ce n a : 1 4 5 z ł.

5

4. IVES SAINT LAURENT VOLUME EFFET FAUX CILS THE CURLER - Tusz do rzęs Ta pionierska maskara nie tylko podkręca , wydłuża i pogrubia rzęsy. Za sprawą zawartych w jej składzie olejków: z kokosa, z liści orzecha włoskiego i z bambusa dodatkowo chroni i pielęgnuje delikatne włoski. A szczoteczka zadowoli zwolenników zarówno silikonowych szczoteczek jak i tych z włosia, ponieważ została stworzona z obu tworzyw. To chyba pierwsza na rynku tak wszechstronna maskara! Po j emno ść : 6 ,5 m l. Ce n a : 1 7 5 z ł.

74

4


7

uroda

5. EXPRESS DRY NAIL LACQUER - Szybkoschnący lakier do paznokci Golden Rose Ten landrynkowy róż pięknie podkreśli pierwszą opaleniznę, a do tego schnie już w 1 minutę! To najlepszy przyjaciel nie tylko zabieganych ale i niezdecydowanych, bo w swojej kolekcji posiada aż 82 odcienie. Pojemnoś ć: 7 ml.. Cena : 5 ,50 zł.

6. DSQUARED WOOD POUR FEMM - Woda toaletowa Nowy zapach DSQUARED to mieszanka kwiatowo - drzewno piżmowa. Nutami głowy są mandarynka, liść maliny, magnolia i konwalia. W nutach serca znajdziemy osmanthus i jaśmin, a w bazie białe drzewa, cedr i ambrox. Ta kompozycja jest niezwykle intensywna i kobieca. Pojemnoś ć: 50 ml. Cena : 295 zł.

8

7. ORIGINS ORIGINAL SKIN RETEXTURING MASK WITH ROSE CLAY - Maseczka Ta maseczka dogłębnie oczyści skórę, będąc dla niej równocześnie bardzo delikatną. Wszystko dzięki śródziemnomorskiej różanej glince, kanadyjskiej wierzbownicy i złuszczającym mikrocząsteczkom jojoby. To prawdziwy pogromca rozszerzonych porów! Pojemnoś ć: 75 ml. Cena: 89 zł.

8. INDIGO NAILS LAB, HOME SPA, RICHNESS, BODY LOTION BLOOM GOLD SHIMMER - Perfumowany balsam do ciała z drobinkami złota

9

Balsam do ciała od Indigo nie tylko rozświetli ciało milionem złotych drobinek. Dzięki zawartości masła shea, oleju z orzechów makadamia i hialuronianu sodu świetnie nawilży nawet bardzo suchą skórę. Warto wspomnieć też, że balsam wchłania się błyskawicznie i jego przepiękny zapach utrzymuje się na ciele cały dzień! Pojemnoś ć: 300 ml.. Cena: 34 zł.

9. Bielenda MAKE-UP AKADEMIE MAGIC WATE - Mgiełka 3w1

6

Jeśli szukasz bazy do makijażu, rozświetlacza i produktu nawilżającego to wszystkie te kosmetyki możesz z łatwością zastąpić tą jedną mgiełką! Bielenda stworzyła świetny multifunkcyjny kosmetyk, który upiększy nie tylko twarz, ale i ciało, a także włosy! W kolekcji znajdują się 4 odcienie, ale ten w kolorze waty cukrowej da efekt baby doll skin! Pojemnoś ć: 150 ml.. Cena: 19 zł.

75


uroda

10

10. TOO FACED Fruit Cocktail - Duo rozświetlających różów do policzków Owocowo pachnące cudeńko możemy nakładać na trzy sposoby: pojednyczo jako róż, solo jako rozświetlacz lub w duecie jako rozświetlający roż! Możemy też puścić wodzę fantazji i z policzków skierować go na powieki tworząc najmodniejszy różowy make up rodem z pokazów największych projektantów. Po j emno ść : 6 ,3 2 g. Ce n a : 1 3 5 z ł.

11. MARIO BADESCU FACIAL SPRAY WITH ALOE, HERBS AND ROSEWATER - Mgiełka do twarzy

11

Koktail ekstraktów z aloesu, róży, gardenii i tymianku wspaniale odświeży skórę w ciągu dnia, a także będzie ratunkiem dla przesuszonej przez klimatyzatory twarzy. Mgiełka przywróci cerze blask i pomoże w rozjaśnieniu przebarwień. Po j emno ść : 1 1 8 m l. Ce n a : 3 9 z ł.

12. ICONIC LONDON ILLUMINATOR - Rozświetlacz To małe roziskrzone cudo jest nie tylko niezwykle wydajne, ale również wielofunkcyjne! Można je stosować solo jako standardowy rozświetlacz do policzków, z powodzeniem zastąpi kremowy cień do oczu, a także dodany do kremu, czy podkładu zamieni je w kremy bb! Tym pojedynczym kosmetykiem wyczarujemy najmodniejszy w tym sezonie make up baby doll! Po j emno ść : 1 3 ,5 m l. Ce n a : 1 4 9 z ł.

13 12

13. LANEIGE SLEEPING MASK LIP - Maska do ust Ten produkt skradł już wiele serc i jeśli masz problem z przesuszonymi ustami, pękającymi kącikami ust i suchymi skórkami, to z pewnością skradnie i Twoje. Nałożony na noc jako maska pięknie regeneruje i nawilża delikatną skórę ust, a do tego wspaniale wyrównuje koloryt! Zastąpi też pomadki czy błyszczyki, ma niesamowitą wydajność, a jego gramatura jest porównywalna do ok 4 produktów tego typu! Po j emno ść : 2 0 g. Ce n a : 8 9 z ł.

14. INGLOT AMC STAR DUST - Sypki cień do powiek W tym sezonie powraca moda na mieniące się, brokatowe cienie do powiek rodem z lat 90 tych! Ten sypki cień w kolorze różu to must have każdej fashionistki! Po j emno ść : 2 g. Ce n a : 4 3 z ł.

76

14


ÂŽ

Check your moles at home. Connect to a dermatologist. Catch skin cancer early. Save a life.

www.sklip.eu


testujemy kosmetyki

seria GdanSKIN, Ziaja Ciagle wspominam o mojej słabości do polskich kosmetyków. Wszystko dlatego, że napawa mnie duma, kiedy widzę jak dobrze radzimy sobie na kosmetycznym rynku, zostawiając daleko w tyle wielkie międzynarodowe korporacje. Produkty z naszego podwórka nie tylko coraz częściej zachwycają składami, przemyślaną strategią i spójną kampanią, ale także nierzadko genialnymi cenami. Tak też jest w przypadku nadmorskiej nawilżającej serii Gdanskin od Ziaji. W tym numerze przybliżę Wam Algowy olejek do mycia twarzy, Rozświetlający krem na dzień, Serum multinawilżające, które jest również boosterem anti-age, oraz Nawilżającą mgiełkę zapachową - kosmetyki, które przeniosą nas nad gdańską plażę. WYGLĄD I APLIKACJA

zdj. materiały promocyjne

Olejek: Krem: Serum: Mgiełka:

78

����� ����� ����� �����

Cała seria została zamknięta w plastikowych opakowaniach o kolorach morza, które zdobią przepiękne grafiki z elementami architektury gdańskiej. Olejek znajduje się w niebieskiej, przezroczystej butelce z pompką. Co ważne, dozownik posiada blokadę, dzięki czemu możemy go ze sobą zabrać w podróż, bez obawy, że się wyleje. Do umycia twarzy potrzeba około dwóch pompek produktu; ze względu na rzadką konsystencję, trzeba uważać, aby podczas nakładania kosmetyk trafił dokładnie tam gdzie chcemy. Krem natomiast zamknięto w białej plastikowej tubce, która gwarantuje higieniczną aplikację. Opakowanie jest wykonane z dość twardego plastiku, ale umożliwiającego wydobycie kosmetyku aż do ostatniej kropli. Serum jest w niebieskiej nieprzezroczystej buteleczce, także z pompką. Niestety nie jesteśmy w stanie kontrolować ile produktu pozostało w środku, a sam dozownik nie posiada blokady, dlatego warto uważać, żeby nie zgubić jego zatyczki. Pompka dozuje idealną ilość produktu za co duży plus. Na koniec mgiełka - jej opakowanie jest niemal identyczne jak to od olejeku, z tą różnicą, że mamy tu rozpylacz, zreszta bardzo udany. Aplikuje dosłownie leciutką mgiełeczkę - niestety tak jak serum, nie posiada blokady, nad czym bardzo ubolewam, bo tą mgiełkę chciałabym mieć ze sobą wszędzie, a boję się, że się rozleje.

KONSYSTENCJA, ZAPACH I K O L O R Olejek: Krem: Serum: Mgiełka:

����� ����� ����� �����

Konsystencja olejku, w moim odczuciu, niestety nie jest najbardziej udana. Olejek jest niesamowicie wodnisty i często przeciekał między palcami podczas aplikacji, wpływając znacząco na jego wydajność. Do tej pory wszystkie olejki, które stosowałam, pod wpływem wody zamieniały się w mleczka czy śmietanki; ten nie zmienia swojej konsystencji zupełnie, co akurat bardzo mi się spodobało. Nie jest bardzo tłusty, co powinno przypaść do gustu cerom mieszanym, ale wystarczająco lipidowy, by nie przesuszyć nawet najbardziej suchych skór. Jest przezroczysty i bezzapachowy, średnio wydajny. Krem za to, jest niezwykle gęsty i treściwy. Konsystencją przypomina

maść, ale bez obaw - pięknie się wchłania i pomimo mocno białego koloru, nie pozostawia trupiego filmu na twarzy. Zapach jest niezwykle urzekający i niespotykany. Najprościej nazwać go morskim, ale to w żaden sposób go nie oddaje. Rześki, ale nie słodki, świetnie nastraja i działa relaksująco. Ten zapach będzie towarzyszył pozostałym produktom, ale w różnym natężeniu. W przypadku kremu będzie dość szybko się ulatniał, nie powodując dzięki temu reakcji alergicznych, co bardzo pochwalam. Serum/booster ma lżejszą konsystencję niż krem, przez co również szybciej się wchłania. Ma białawy kolor i ten sam zapach co poprzednik, jednak jest on dłużej wyczuwalny. Mgiełka ma zwyczajowo wodnistą konsystencję, ale z odczuwalną zawartością olejków. Nie wpływa to jednak na jej kolor, więc bez obaw, nie spowoduje plam na ubraniach. Zapach tu jest zdecydowanie najbardziej wyrazisty i zupełnie szczerze, swoją intensywnością wygrywa z niejedną wodą toaletową.


W DOBRYM SALONIE FRYZJERSKIM POWINNO BYĆ JAK W DOMU. RADOŚNIE I PRZYTULNIE. CIEPŁO I BEZPIECZNIE. SPOKOJNIE I RODZINNIE. WSZYSTKIE TE ELEMENTY TOWARZYSZYŁY NAM PRZY TWORZENIU AKADEMII W KRAKOWIE. Pamiętaliśmy również, że dom, to przede wszystkim ludzie. Dlatego też nasz zespół tworzą młodzi, kreatywni, specjaliści - pasjonaci, którzy gwarantują pełen profesjonalizm i swobodną, relaksującą atmosferę. Fryzjerstwo jest sztuką i wymagającą pasją, która domaga się świeżości, twórczych inspiracji i odkryć... Kreatywność, ciekawość, poszukiwanie nowych trendów oraz spotkania z wybitnymi osobowościami świata fryzjerskiego, są punktami obowiązkowymi w ciągłym rozwoju naszego Zespołu. Pamiętamy również o tym, iż dobry fryzjer jest kreatorem, a swoje małe dzieła sztuki tworzy zawsze dla konkretnej osoby, dlatego nasi Styliści uważnie słuchają, obserwują i wychodzą naprzeciw

oczekiwaniom klientów. Zadowolenie i radość drugiej osoby są najważniejszym wyznacznikiem wartości naszej pracy oraz miarą naszego sukcesu! Każdy odwiedzający naszą Akademię w Krakowie jest traktowany wyjątkowo i z szacunkiem dla swojej indywidualności. Wizyta zawsze rozpoczyna się od konsultacji podczas której dobieramy odpowiednie strzyżenie do kształtu twarzy, bądź zabieg do typu włosów, urody oraz oczekiwań. Dzięki analizie kolorystycznej dobierany jest kolor, który idealnie podkreśli indywidualny typ urody. WITAJCIE W DOMU!

WS Academy | ul.Bocheńska 5, 31-061 Kraków | tel.795-435-103 e-mail: akademia.ws.krakow@gmail.com | Rezerwacja online: www.moment.pl/ws-academy-wierzbicki-schmidt-krakow


testujemy kosmetyki

SKŁAD Olejek: Krem: Serum: Mgiełka:

����� ����� ����� �����

Składy całej serii są zaskakujące i bardzo udane. Producent sięgnął po substancje aktywne, pozyskiwane z kolagenu morskiego i roślinności nadmorskiej. W olejku znajdziemy ekstrakt z alg, pochodną masła shea i olejku kokosowego, ale również parafinę, która nie służy wszystkim cerom i z pewnością nie przypadnie do gustu amatorkom naturalnej pielęgnacji. Krem, serum oraz mgiełka mają bardzo podobne składy. Znajdziemy w nich nawilżającą glicerynę i ekstrakt z bakopy drobnolistnej, pantenol, bioferment z cynkiem, krzemem, magnezem, miedzią i żelazem; kocankę nadmorską, zmniejszającą zaczerwienienie skóry i działającą antyseptycznie; szantę zwyczajną, łagodzącą podrażnienia wrażliwej skóry; kolagen morski, wygładzający zmarszczki i spowalniający proces starzenia, a w kremie - także mikę, która daje efekt rozświetlenia. Brzmi zachęcająco, prawda?

DZIAŁANIE Olejek: Krem: Serum: Mgiełka:

����� ����� ����� �����

Olejek ma za zadanie umyć naszą twarz i rozpuścić pozostałości makijażu, z czym świetnie sobie radzi! Bez problemu zmywał nawet bardzo kryjące podkłady, a ja próbowałam usunąć nim również tusz do rzęs. Producent ostrzega, aby nie doprowadzać do kontaktu z oczami i ma w tym wiele racji. Niestety powoduje on pieczenie i zamglenie, dlatego nie polecam demakijażu wrażliwych oczu tym kosmetykiem. Bez wątpienia pozostawia buzię dobrze oczyszczoną i nawilżoną, ale ja wolę produkty, którymi na raz mogę zmyć cały make up. Krem od początku bardzo mi się spodobał, ale też mocno zaskoczył. Spodziewałam się, że będzie nawilżał i oczami wyobraźni widziałam miliony złotych drobinek jak na rozświetlający krem przystało. Okazało się, że krem ma postać bardzo tłustego masełka, które wchłania się nadzwyczaj szybko, a rozświetlenie jest wyjątkowo eleganckie. Nie ma tu żadnych drobinek, po wchłonięciu na buzi tworzy się piękna,

80

satynowa, odbijająca światło tafla. Krem stosowany solo mocno nawadnia skórę, także tę pod oczami. Można go stosować pod makijaż, jednak nie przesadzajcie z ilością - już odrobina tego kremu wystarczy na całą buzię, a nałożony w zbyt dużej ilości może przetłuścić! Krem posiada również filtr SPF 15, który dodatkowo zadba o kondycję naszej skóry i opóźni jej procesy starzenia. Serum natomiast możemy stosować na dwa sposoby: solo i w tym wypadku nałożony na skórę szybko się wchłania, nawilża a przede wszystkim napina skórę, dając efekt wypoczętej buzi. Możemy je również stosować jako booster kremów na dzień czy na noc, a robimy to łącząc serum z ulubionym kremem i nakładając na twarz. Wtedy składniki aktywne ziajowego boostera podkręcą dodatkowo działanie innych mazideł. Serum ma jeden minus: nie byłam w stanie stosować go w okolicach oczu. Dość intensywny zapach, a może któryś ze składników powodował potworne łzawienie oczu. Szkoda, bo byłam zachwycona jego efektami i miałam nadzieję, że podreperuje delikatną skórę pod oczami. Fajnie sprawdza się pod make upem, nie wpływa on w żaden sposób na podkład, nie roluje go, nie powoduje szybszego błyszczenia skóry. Mgiełka, to moje największe odkrycie tej serii! Podchodziłam do niej bardzo sceptycznie, mocno uprzedzona, ponieważ nigdy nie byłam fanką tego typu kosmetyków. Przyznam się, że do zakupu przekonał mnie początkowo zapach - jest nieoczywisty, bardzo przyjemny i przywodzi na myśl puste plaże, smagane wiatrem. Ph tego produktu jest naturalne, więc używałam go jako toniku i świetnie spisywał się w tej roli, ale i w jego przypadku polecam trzymać go z dala od oczu. Uwielbiam spryskiwać nim ciało po wyjściu spod prysznica. Ma lekko oleistą konsystencję, więc nawilża skórę, a wchłania się w sekundę i nie musimy go wklepywać. To zdecydowanie hit dla zabieganych! Ja znalazłam dla niego jeszcze jedno zastosowanie, skierowane specjalnie dla posiadaczek naturalnie kręconych włosów. Mgiełka genialnie reanimuje loki. Jest zdecydowanie lżejsza niż odżywka, więc bez obaw o przetłuszczenie, nie skleja, dozuje tylko niewielką ilość, dlatego włosy nie będą zbyt mokre, no i pięknie podkreśla skręt loków! I ten zapach! Włosy po niej są nie tylko nawilżone ale też bosko pachną!

STOSUNEK CENY DO JAKOŚCI Olejek: � � � � �

Krem: ����� Serum: � � � � � Mgiełka: � � � � � Ziaja daje nam naprawdę wyjątkowe produkty w niezwykle przystępnych cenach. Za niemal całą serię kosmetyków do twarzy Gdanskin zapłacimy tyle, co za krem średniej półki cenowej. Dodatkowo mamy gwarancję świetnych składników aktywnych, bardzo dobrych rezultatów, no i wspieramy rodzimą markę! 140 ml olejku do mycia twarzy kosztuje ok. 13 zł; rozświetlający krem na dzień o pojemności 50 ml kupimy za ok. 10 zł; cena 50 ml serum, to również ok. 10 zł, a mgiełka, która ma 200 ml, to koszt rzędu ok. 8 zł.

OCENA KOŃCOWA Olejek: Krem: Serum: Mgiełka:

����� ����� ����� �����

Wszystkie produkty zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, jednak zdecydowanie najprzyjemniej wspominam używanie mgiełki, może dlatego, że gościła zarówno na mojej twarzy, ciele jak i włosach, i wszędzie spisywała się świetnie. Najmniej polubiłam olejek, ale tylko dlatego, że jestem leniem i do demakijażu lubię używać jednego produktu, bez podziału na twarz i oczy. Krem na dzień jest moim zdecydowanym faworytem wśród nawadniających i rozświetlających lotionów, jakich do tej pory używałam. Ten nietypowy efekt rozświetlenia pokochają posiadaczki dojrzałych cer, nic tu nie wchodzi w załamania, tylko przepięknie odbija światło! Serum użyte jako booster wzbogaci nawet kiepski krem, dlatego jeśli zalegają Wam na półkach niekoniecznie udane kosmetyczne zakupy, musicie go mieć. Ziaja stworzyła kapitalną serię i szczerze nie mogę doczekać się, żeby spróbować produktów do ciała z tej serii. Żałuję, że tak późno po nie sięgnęłam! Pamiętacie równie udaną serię brązujących produktów o nazwie Sopot? Po Gdanskin czekam na produkty ze Szczecina? Gdyni? A może Ustki? Ziaja zdecydowanie zna się na morskich klimatach jak mało kto!


Pielęgnacja do potęgi trzeciej!

Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FBI to jeden zgrany organizm, to nasza kadra medyczna to wirtuozerskie dłonie, odpowiedzialne za efektowne i efektywne rozwiązywanie Twoich urodowych wyzwań. Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FBI to jeden zgrany organizm, to nasza kadra medyczna to wirtuozerskie dłonie. Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FBI to jeden zgrany organizm.

Agentki FBI

Face and Body Institute

Tydzień z Diego Dalla Palma Diego to Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FB

Tydzień z Nanili Diego to Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FB

Tydzień z Mokosh Diego to Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FB

Tydzień z Dottore Diego to Zespół wykwalifikowanych Specjalistów FBI czeka by sprostać Twoim oczekiwaniom! Jeśli Medyczne FB


rozmowa

STACJA BIESZCZADY zdj. archiwum rozmówców

Czy można zacząć wszystko od nowa z „czterdziestką na karku”? Na „końcu świata” i bez pomocy bliskich? Jak to jest porzucić miejskie życie i zacząć żyć w pełnej symbiozie z naturą, zrezygnować z pracy w korporacji na rzecz produkcji własnych naturalnych kosmetyków? O tym opowiedzieli mi Nina i Damian Bojarscy - ludzie szczęśliwi z natury.

82

Zajmujecie się produkcją kosmetyków, olejów, jecie tylko to, co wyrośnie w Wasz ym ogródku, jesteście niemal samowystarczalni! Zawsze byliście tak blisko natury? Nina i Damian: - Oczywiście, że nie zawsze! Kiedyś mieszkaliśmy w dużym mieście, w domu na zamykanym osiedlu, mieliśmy piękny samochód i można powiedzieć, że byliśmy zamożnymi ludźmi. Damian pracował w Warszawie w korporacji, ja miałam własną firmę. W pewnym momencie zaczęło w nas coś „pękać”, tym bardziej, że mieliśmy wówczas z mężem olbrzymią nadwagę i duże problemy ze zdrowiem. Schorowana 30-latka i 40-latek z zawałem na karku! W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie dość! Chcieliśmy wyjechać w miejsce, w którym mieszka mało ludzi - są dwa takie miejsca w Polsce: albo Białowierza albo Bieszczady - a ponieważ lubimy góry, padło na Bieszczady. Spakowaliśmy niezbędne rzeczy a całe wyposażenie naszego domu, od igły po helikopter - jak

się śmieję - oddaliśmy kobiecie z domu samotnej matki. Wylądowaliśmy na polu namiotowym w Bieszczadach i tak już zostaliśmy. To tu narodziła się moja pasja zbierania ziół; Damian odkrył, że jego babcia mieszkała na tych terenach i, tak jak ona przed wojną, tak on teraz, zaczął tłoczyć oleje. Mamy swój ogródek, w którym uprawiamy warzywa. Kiedyś byliśmy mięsożercami, a ponieważ teraz jesteśmy witarianami - jemy tylko to co sami wyhodujemy w ogrodzie lub kupujemy ekologiczne warzywa i owoce oraz orzechy i ziarna na oleje. Chyba każdy przynajmniej raz w życiu marzył o tym, by „rzucić wszystko i wyjechać w B i e s z c z a d y ”. J a k t o w y g l ą d a w rzeczywistości? - To takie dość kolokwialne powiedzenie - „Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”. Bardziej chodzi o: „Rzuć wszystko, zmień swoje życie i bądź szczęśliwy”, bo jak mogliśmy się o tym już wielokrotnie przekonać, ludzie

którzy mieszkają na stałe w Bieszczadach, niekoniecznie są szczęśliwi, spełnieni i zadowoleni. W wiosce, w której zamieszkaliśmy, w większości byli to nieszczęśliwi, biedni ludzie, często czynni lub byli alkoholicy, bez pomysłu na życie. Mogłoby się wydawać, że mieszkając tutaj masz wszystkie atuty w ręku, żeby żyć zgodnie z naturą, realizując swoje pasje - a jednak tak nie jest. Kiedy przyjechaliśmy w Bieszczady, wynajęliśmy chatę od miejscowego drwala. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dom, w którym zamieszkaliśmy, nie spełniał żadnych, ale to żadnych warunków do mieszkania - to cud że przeżyliśmy w nim cały rok, nie ginąc w płomieniach lub nie zamarzając. Spaliśmy w czapkach, w śpiworach, pod grubymi kocami, a gotując obiad w kuchni, robiłam to w płaszczu i kozakach. Pamietam, że strasznie wtedy płakałam, tym bardziej, że mieliśmy małe dziecko. W tym okresie nauczyliśmy się nie tylko radzić sobie w ekstremalnych warunkach, zadbać o opał, rąbać drewno i palić w piecu, ale również nauczyliśmy się ludzi.


ponieważ oleje nie lubią dwóch rzeczy: ciepła i metalu - wchodzą w reakcję z metalem i tracą swoje cenne właściwości. Tłoczę oleje z lnu, konopii, czarnuszki, ostropestu, rzepaku, słonecznika.

rozmowa

było wtedy przepisów jak zrobić takie naturalne kosmetyki - pewnie bym skorzystała. Ale za to teraz mogę się podzielić moim doświadczeniem z innymi. Dla kogo są Wasze kosmetyki? - W zasadzie mamy kosmetyki dedykowane dla każdego. Dla młodych osób jest seria Basic, z kremem nawilżającym, na przebarwienia i do cery naczynkowej oraz świetny tonik, sprawdzający się doskonale przy problemach trądzikowych. Dla bardziej dojrzałych kobiet - takich jak ja, po czterdziestce - jest seria Premium i ukochany produkt moich klientek, czyli Krem Przeciwzmarszczkowy, naprawdę działający cuda; maska do twarzy Totalna Regeneracja oraz tonik Malinowy Eliksir Młodości. Oczywiście Panowie również znajdą coś dla siebie: wodę po goleniu, krem czy wosk i olejek do brody. O najmłodszych też nie zapomnieliśmy - mamy serię Gaja, dla najbardziej wymagających użytkowników. Kosmetyki naturalne są bezpieczne dla wszystkich? - Tak, jak najbardziej. Kosmetyki testowane były przez ponad pół roku w SPA hotelu Arłamów z fantastycznymi efektami - nawet osoby z alergiami, atopowcy mieli niesamowitą poprawę kondycji skóry po ich zastosowaniu. Można je produkować cały rok? Nino, a skąd pomysł na produkowanie własnych kosmetyków? - Zawsze kochałam przyrodę, rośliny, ludzi. Dlatego też kiedy zaczęłam mieć problemy ze skórą, rozpoczęłam poszukiwania czegoś dla siebie. I tak oto powstały moje pierwsze kosmetyki, którymi zaczęłam dzielić się z innymi. Ponieważ rośliny bardzo rozbudziły moją pasję, skończyłam naturoterapię i ziołolecznictwo, następnie kosmetologię - i oto jestem! Dzieląc się darami od Matki Natury.

- Trzeba się do tego przygotować i zebrać surowce, a następnie odpowiednio je przygotować. Jak dokładnie zrobić takie kosmetyki, piszę w mojej książce. Czy każdy może zrobić sobie krem? - Jak najbardziej, wszystko czego potrzebujemy mamy „tuż za płotem” wystarczy wziąć kosz i wyjść na łąkę czy do lasu. Matka Natura ma dla nas wszystko czego potrzebujemy.

Pamiętasz pier wsz y zrobiony przez siebie kosmetyk?

A t ł o c z e n i e o l e i ? To r a c z e j mało popularne hobby...

- Tak, to był krem, który zrobiłam z nagietka i stokrotek, zebranych przed moją chatą w Bieszczadach. Bardzo się cieszyłam, kiedy go robiłam, ale pamiętam że konsystencja okazała się fatalna (śmiech). Szkoda, że nie

Damian: - Jak wiesz, niczego nie kupujemy w sklepie. Wszystko lub prawie wszystko robimy sami, więc i również oleje - tak, jak to robiła moja babcia przed wojną. Sam tłoczę oleje na ręcznej drewnianej prasie,

Wasze działania to nie tylko produkcja, ale przede wszystkim inspiracja do podjęcia innego, nowego życia, w zgodzie z naturą. - Tak, to zupełnie inne życie, z dala od matrixa, jaki nam serwują. Bez chemii, leków, telewizji, radia, czasem i internetu. Tak jak wspomniałam wcześniej, bardzo lubimy ludzi i chcemy im pomagać - nam nikt nie pomógł, musieliśmy do tego latami dochodzić sami. Chcemy powiedzieć: obudźcie się! Założyliśmy Fundację Zdrowi z Natury - organizację non profit, którą w całości finansujemy my lub nasi przyjaciele - ta fundacja ma za zadanie propagowanie zdrowego stylu życia, natury, naturoterapii, zdrowego odżywiania. Ruszamy również z portalem pro zdrowotnym oraz o tematyce bieszczadzkiej: Miś ę chce Bieszczad i Podkarpacia. W maju zostanie wydana moja pierwsza książka, Piękni z Natury, w której dokładnie opisuję jak na bazie ziół można zrobić sobie swoje własne naturalne kosmetyki i uchylam rąbka tajemnicy jak wykonane są niektóre z moich kremów, czy toników. Możliwe, że jeszcze w tym roku zostanie wydana druga książka - Zdrowi z natury. Oprócz tego prowadzimy warsztaty i spotkania, na których dzielimy się naszą wiedzą i robimy naturalne kosmetyki. Bieszczady to przystanek czy stacja docelowa? - Stacja, może na całe życie, może nie - nie planujemy, nie wiemy co będzie jutro! Brakuje Wam czegoś z Wasze go dawnego życia? - Absolutnie niczego- zapomnieliśmy prawie, że było … Rozmawiała ADRIANA GOŁĘBIOWSKA

Więcej informacji na : nineczkamajoweczka.bieszczady.pl spizarniababcibazyli.pl fundacjazdrowiznatury.pl misiechcebieszczad.pl

83


sylwetka

DLACZEGO WARTO ĆWICZYĆ POŚLADKI?

materiał promocyjny

Dobre pytanie. Ostatnimi czasy kształtne pośladki zrobiły się bardzo modne i szczególnie ważne dla pań, mniej dla panów. Niestety, doceniamy je tylko jako efekt wizualny naszego ciała. Dlaczego niestety? Otóż mało kto z nas wie, za co odpowiedzialna jest ta duża grupa mięśniowa, na którą składa się mięsień pośladkowy wielki, mięsień pośladkowy średni i mały.

84

Mięsień pośladkowy wielki jest jednym z największych mięśni ludzkiego ciała i umożliwia utrzymanie pozycji pionowej ciała. Grupa mięśni głębokich, tj. mięsień pośladkowy średni i mały są odpowiedzialne są za rotację zewnętrzną uda i stabilizację stawu biodrowego. Zabezpieczają też przed zerwaniem więzadeł kolanowych. Ponadto, pośladki: • odpowiadają za stabilizację, czyli utrzymanie pozycji pionowej i równowagi ciała • prostują staw biodrowy, czyli pracują podczas wstawania • odciążają aparat ruchu podczas chodzenia, biegania i skakania • zabezpieczają odcinek lędźwiowy – przy braku aktywności pośladka odcinek ten jest przeciążony i wtedy często pojawiają się bóle • chronią przed wieloma kontuzjami, m.in. lędźwi, kolan, stawu skokowego, naderwaniem mięśni dwugłowych (w tylnej części uda) • mają ogromne znaczenie przy przyspieszeniu i wyproście w stawie biodrowym,

np. podczas startów w biegach (najładniej rozwinięte pośladki mają sprinterzy).

jęcia nieprawidłowej pozycji i tym samym przyczyniamy się do powstawania bólu.

To, co dla największej liczby osób jest najistotniejsze, to walory estetyczne, ale one już są owocem ciężkiej pracy i bonusem naszych treningów, jeśli oczywiście uczciwie pracujemy.

Odpowiednie rozciąganie i rozbijanie tkanek usprawnia nasz aparat ruchu i niweluje bóle w okolicy bioder, lędźwiowej oraz w samym pośladku.

Zarówno panie, jak i panowie powinni jednak pracować nad pośladkami zarówno dla zdrowia, jak i dla usprawnienia aparatu ruchu. W szczególności dotyczy to osób prowadzących siedzący tryb życia i mało aktywnych fizycznie. Są one najbardziej narażone na ryzyko kontuzji i różnego rodzaju bólów związanych z nieprawidłową postawą i nieaktywnymi mięśniami pośladkowymi. Mięśnie pośladkowe odpowiadają za prostowanie bioder i tułowia. Jeśli nie jesteśmy w stanie wyprostować bioder, jedyną metodą, aby ustawić tułów pionowo, jest przeprostowanie pleców – pogłębienie lordozy odcinka lędźwiowego. Stabilizując ciało w ten sposób, zmuszamy je do przyfot. Grube oko

Zanim zaczniemy ćwiczyć pośladki, musimy je najpierw uaktywnić, np. podczas „monster walk” z mini bandem, wznosów bioder, wznosów bioder na jednej nodze. Polecane ćwiczenia na tę grupę mięśni to hip thrust, martwy ciąg na 1 nodze, odwodzenie z taśmą, na maszynie, na bramie, z obciążeniem, przysiady – jako ćwiczenie funkcjonalne.

PA U L I N A K U Ź M A My Fitness Place


imprezy i otwarcia

MADE FOR RESTURANT

zdj. mat. organizatora

12.04.2019 Ice Centrum Kongresowe Krakรณw

86


mysł z y m za pobud

y

Galeria Krakowska, I piętro ul. Pawia 5, 31-154 Kraków tel. 12 628 72 52 restauracja@miyakosushi.pl www.miyakosushi.pl dołącz do nas


newsy

MEBLE, SMAKOŁYKI I ANI KROPLI MLEKA

zdjęcia: mat. promocyjne

Czym byłby miesiąc bez nowinek ze świata diety roślinnej i jej podbojów w każdym prawie zakątku świata. W ubiegłym roku pisaliśmy już o wegańskich lodach, które ma wprowadzić IKEA do swoich sieci bistro. Niedługo później zapadła decyzja o wege hot dogach. Dzisiaj

jedno i drugie można już zakupić w Polskich sklepach IKEA i razem robią furorę! Wegańskie lody truskawkowe są zdrowsze niż te na bazie mlekowej, a także dużo bardziej przyjazne dla środowiska. Ich produkcja pozostawia niemal o połowę mniejszy ślad węglowy. Smaczne, lekkie, modne.

Nic dziwnego, że, mimo iż od premiery nie minęło wiele czasu, są wśród klientów bardzo popularne. IKEA FOOD ma pracować nad innymi wariantami smakowymi wegańskich lodów. Trzymamy kciuki i czekamy niecierpliwie!

SOCZEK Z POMARAŃCZY I BIAŁKA KROWIEGO Jak się okazuje, nie można jednak w pełni ufać producentom spożywczym, nie wszyscy bowiem w czytelny sposób sygnalizują skład swoich produktów. Bohaterem skandalu stała się ostatnio sieć Marks&Spencer. Pewna klientka sklepu zauważyła bowiem, że w składzie niektórych soków owocowych znajduje się... wołowy kolagen. Wegańskie środowisko internautów było wprost oburzone faktem dodawa-

88

nia zwierzęcych składników, tym bardziej, że w nie jest to zaznaczone w sposób czytelny. A przecież „nikomu nie przychodzi do głowy sprawdzać skład soku” - jak podkreślają oburzeni konsumenci. Nawet zjadacze mięsa wyrazili swoje obrzydzenie sugerując, że picie soku z ekstraktem wołowym nie brzmi zachęcająco. Co ciekawe, zarząd sieci sklepów wypowiedział swoje zdanie, wedle którego

dodawanie zwierzęcych białek jest czymś korzystnym, ponieważ dostarcza organizmowi protein, a brak wyraźnego komentarza na etykiecie nie jest konieczny, jako że wspomniane soki nie są oznaczone jako wegańskie. Morał dla roślinożerców: nie każda pomarańcza daje wegański sok!


newsy

NA POŁUDNIU WSCHODEM ZAPACHNIAŁO Krakowska mapa kulinarna rozwija się niezwykle prężnie. Coraz szybciej goni stolicę w ilości restauracji odkrywczych, wegańskich, zdrowych, czy azjatyckich. Takie bowiem są preferencje współczesnego smakosza. Zgodnie z tą tendencją, na Kazimierzu otwarto miejsce idealne - poznajcie Wschód Bar.

To nowy projekt Dominiki Grabowskiej, którą Krakusy znają z popularnego Ramen People. Bistro serwuje dania street foodowe, inspirowane kuchnią azjatycką. Można zjeść smażony makaron i tajemniczą zupę, ale także bagietkę z masłem albo europejskie śniadanie ze wschodnim twistem. Kawa? Kosztuje 3 zł Wystrój? przyjemny, klimatyczny, ale również wysmakowany.

Bar wygrywa jednak atmosferą. Jest przyjazna i swobodna, skutecznie odtwarzająca atmosferę azjatyckiego Street Foodu. Warto przyjść i dać się rozgrzać klimatem dalekich zakątków świata.

Restauracja Taco Mexicano Kraków , ul. Poselska 20 tel.: 12 421 54 41 www.tacomexicano.pl

MEKSYKAŃSKA LEGENDA W CENTRUM KRAKOWA.... ZAPRASZAMY DO SPRÓBOWANIA NOWYCH DAŃ IDEALNYCH NA CHŁODNE DNI... Choriqueso z salsą blanca o dowolnej ostrości Ognisty Fajitas Monterrey z kurczakiem i grillowaną papryczką jalapeńo A na deser oryginalny meksykański sernik z polewą truskawkowo-pomarańczową

OD PONIEDZIAŁKU DO PIĄTKU W GODZINACH OD 12 DO 18 ZAPRASZAMY NA HAPPY HOURS!


rozmowa

W KUCHNI POTRAFIĘ ZOBACZYĆ SMAK

fot. Benjamin Schmuck

Ana Roš, znakomita europejska szefowa kuchni, dzieli się przepisem na sukces. Wyjątkowość restauracji Hiša Franko, w której pracuje, zauważył reżyser serialu Netflix, Chef’s Table. Teraz turyści specjalnie przyjeżdżają w góry do małego miasta w Słowenii, żeby spróbować arcydzieła gastronomii. Z Aną Roš rozmawia Katsiaryna Zhurauchanka.

Zdecydowała się Pani na pozostawienie kariery dyplomaty i zaczęłą gotować. Czy to była trudna decyzja? - To było konsekwencją przypadkowych okoliczności, ewolucją historii życia. Nie próbowałam tego powstrzymać. Po prostu odpuściłam. Skończyłam studia, potem spotkałam męża i zaczęłam pracować w restauracji. Prawie jak w meksykańskim filmie: zakochałam się, zostawiłam jedno i zaczęłam robić drugie. Tak los chciał. Co było najtrudniejsze kiedy Pani zaczęła robić pier wsze kroki w profesjonalnym gotowaniu?

90

- Najtrudniejsze było chyba to, że zaczynałam od zera. Byłam całkowitym samoukiem. Nigdy nie studiowałam gastronomii. Kiedy poszłam do kuchni, musiałam zaczynać od początku, co, uwierz mi, jak w wielu innych zawodach jest prawie niemożliwe. Co Pani mogłaby poradzić początkującym kucharzom? - Ciężko pracować. Trzymać wysoką motywację. Nie poddawać się. Nie poddawać się - to jest chyba najważniejsze. Często popełniamy błędy, bo nie mamy osoby, która mogłaby nas poprawić. To znaczy, że masz prawo na błędy i będziesz robić ich dużo. Wszyscy mamy tendencję do poddawania się, kiedy popełniamy wiele


pomyłek. Trzeba wierzyć, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. Jak ie jest Pani ulubione danie? - Uwielbiam sałatki. Z tego powodu, że czasami czuję zmęczenie tematem jedzenia. Cały czas jestem w kuchni, otoczona różnymi smakami. Muszę próbować i testować wiele dań. Z tego powodu, szczerze mówiąc, podoba mi się wizja odpoczynku z dużą miską sałatki z fasolą albo nawet bez niej. Zdarzają się dni, kiedy potrzebuję kawałka mięsa. Uwielbiam jagnięcinę. Lubię owoce morza. Ale kiedy mam zły nastrój, to potrzebuję „szczęśliwego” jedzenia. Uwielbiam dobrą pizzę. To chyba najlepsze jedzenie na świecie, które poprawia humor. Mieszkam przy włoskiej granicy. Mamy poczucie kategorii „dobra pizza” w genach. Restauracja Hisa Franko stała się nowym zabytkiem w Słowenii, w mieście Kobarid. Jakie jest najbardziej popularne danie? - Najbardziej popularne danie w naszej restauracji nie istnieje, bo ciągle zmieniam menu. Nawet najbardziej ulubione danie naszych gości podlega zmianie. Restauracja i menu jest w ciągłej ewolucji. Jeśli wczoraj najczęściej zamawiana była jagnięcina, dzisiaj może to być krabowy wrap. Ze względu na to, że restauracja znajduje się w górach, uż ywa Pani naturalnych produktów. Dlaczego restauracja nie ma jednak wegańskiego menu? - Nie mamy wegańskiego menu i nie gotujemy dla wegan. Przyczyną takiej decyzji jest funkcjonowanie restauracji. Jesteśmy ambasadorami lokalnego środowiska i ludzi, którzy tam mieszkają. Czy mieszkańcy są weganami? Nie. Oni jedzą mięso i mleko. Ale też jedzą duże ilości warzyw. Weganin musi mieć świadomość, dlaczego nie je pewnych produktów. Nie popieram tej filozofii. Nie chcę zmuszać siebie do tej idei. Jak wygląda proces tworzenia nowych przepisów? Sk ąd Pani czerpie inspirację? - Inspirację zwykle czerpię z natury, która ciągle się zmienia. I to daje nam nowe wyzwania każdego dnia. Na początku bardzo dużo o tym myślę. Przepis może mi się nawet przyśnić. Później tworzę strukturę dania, łącząc smaki, rozumiejąc jakie tekstury wykorzystać, jakimi technikami jesteśmy zainteresowani. Później siadamy razem z ekipą. Mam mały kącik w kuchni i zaczynamy pracować w różnych technikach, dzielimy pracę.


rozmowa

Parę dni później dyskutujemy, patrząc co jest możliwe do realizacji, co wygląda ciekawie. To może zajmować wiele czasu, nawet kilka godzin. Powiedziała Pani, że potrafi zobaczyć smak. Jak zatem on wygląda?

fot. Benjamin Schmuck

- Nie wiem, ponieważ po prostu widzę. Dla mnie to jest logiczne myślenie, połączenie składników. Dla innych ludzi jest to niewyobrażalne. Kiedy połączę to wszytko, rozumiem, że miałam rację. To jak dla artysty widzieć połączenie kolorów. Ten element jest małym magicznym talentem. Jaki sens ma molekularna gastronomia według Pani? Czy zwykły Kowalski, który zawsze je zupę i ziemniaki, może zrozumieć sens tej skomplikowanej dziedziny na pograniczu kuchni i nauki? - Mam takie wrażenie, że molekularna gastronomia nie jest już w modzie. Jej sens ulega transformacji. Molekularna kuchnia, to sztuka wykorzystania techniki. Nawet jeśli człowiek w domu je zupę i ziemniaki, kiedy wychodzi do restauracji, nie chce jeść tej zupy i ziemniaków. Pragnie zainwestować pieniądze w coś, czego nie może samodzielnie przygotować, bo nie ma wiedzy, technik, produktów, sprzętu, zespołu, przestrzeni i tak dalej. Kiedy decydujesz się na szczególną restaurację, robisz to dlatego, że szef ma ciekawy sposób myślenia, posługuje się wyjątkowymi technikami. One są naszym narzędziem, dzięki któremu możemy transformować jedzenie w przyjemny i niezapomniany sposób. Pani ulubiony kucharz? - Ja. Żartuję. Szczerze mówiąc, nigdy nie miałam i nie będę mieć bohatera. Szanuję niektórych bardziej, niektórych mniej. Spotkałam wielu kucharzy, których bardzo cenię. Muszę być wierna tylko sobie i znaleźć bohatera wewnątrz mnie. To jest najważniejsze.

Rozmawiała K AT S I A R Y N A ZHURAUCHANKA

92


PROSECCO

IS ALWAYS THE ANSWER AND WE HAVE GOT PROSECCO!

ZAPRASZAMY CIĘ DO WYPRÓBOWANIA NASZEJ NOWEJ LINII PIW I WIN


eco life

ZERO WASTE W KUCHNI NIE POZWÓL NA MARNOWANIE JEDZENIA! DARIA ROGOWSKA EKOCENTRYCZKA.PL

Każdego roku obserwujemy nowe trendy kulinarne. Pojawiają się nowe smaki, potrawy, można zauważyć to szczególnie w większych miastach i nowych miejscach, które się otwierają. W tym roku, poza kuchnią roślinną, bardzo mocnym trendem jest idea zero waste w kuchni, która nakazuje, aby minimalizować marnowanie żywności.

T

o wielki globalny problem. Według danych FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), wyrzucanych jest 1,3 mld ton żywności, w Europie – 100 mln ton. Choć w Stanach Zjednoczonych wyrzuca się najwięcej jedzenia, u nas też marnuje się go bardzo sporo. Statystyczny Polak wyrzuca rocznie 235 kilogramów! Razem z jedzeniem wyrzucamy swoje pieniądze trzeba mądrze gospodarować wydatkami, to nie takie trudne. Pozostałości jedzenia można wykorzystać, warto przejrzeć lodówkę co tydzień i użyć resztki, które w niej zalegają. To nie są odpady do wyrzucenia, ale bardzo często dobrej jakości produkty, z których można przygotować smaczne dania. Wiedzą o tym najlepsi polscy kucharze i szefowie kuchni. Z obierek warzyw gotują aromatyczny bulion, który jest bazą do przygotowania zupy. Nie marnują czerstwego pieczywa, bo można z niego upiec grzanki, zapiekanki lub bułkę tartą. Kluczowe jest kupowanie takiej ilości, jaką potrzebujemy, a nie zapełnianie lodówki po brzegi. POZNAJ PRODUKT Większość osób wyrzuca produkty, których nie potrafi przyrządzić. Kupujemy np. jarmuż, który po dłuższym czasie więdnie i nadaje się do wyrzucenia. Dlatego lepiej ograniczyć się do znanych produktów, a nowe kupować w konkretnym przeznaczeniu i wykorzystać je od razu, kiedy są najbardziej wartościowe. Jeśli nie lubisz spędzać dużo czasu w kuchni, nie kupuj na zapas, tym bardziej produktów których nie znasz i nie wykorzystasz od razu. Jest wiele warsztatów kulinarnych, które mogą otworzyć nas na nowe smaki i techniki

94

gotowania. Można zapisać się na nie i dowiedzieć, jak wykorzystać nowe produkty. ZERO WASTE NA CO DZIEŃ Zero waste, to zdrowy minimalizm. Najlepiej sprawdza się kupowanie na bieżąco, lokalnie i bez zbędnych opakowań. To bardzo mocny trend, który będzie jeszcze bardziej popularny. Wynika to z konieczności minimalizowania śmieci i plastiku, który produkujemy w nadmiarze. Dotyczy to wszystkich rzeczy, które kupujemy, nie tylko jedzenia. Jeśli często pijesz kawę na mieście, noś swój kubek na wynos, wrzuć do torebki bawełnianą torbę czy własne sztućce, kiedy jesteś cały dzień na mieście. Nie trzeba być bardzo radykalnym, ale warto podjąć wyzwanie i nie produkować śmieci bez potrzeby. Jedząc zdrowo i naturalnie, warto zainteresować się domowymi środkami czystości. Można je wykonać samemu bez dużego nakładu pracy, są też o wiele tańsze niż te sklepowe. Dziś mamy coraz więcej możliwości. Małe kroki sprawdzają się najlepiej - na początek wykorzystaj ocet do odkamieniania czajnika, potem użyj roztworu wody i octu do mycia szyb. O wiele łatwiej jest wprowadzać zmiany etapami. KUCHNIA ZERO WASTE Kuchnia zero waste nie polega na gotowaniu tylko z resztek, ta koncepcja stara się również minimalizować liczbę odpadów. Jak to zrobić? Naucz się wykorzystywać cały produkt - nie wyrzucaj łodygi brokułu, można dodać ją do wywaru z warzyw, albo wycisnąć z niej sok. Takie nieużywane części roślin są bardziej wartościowe niż myślisz. Niemarnowanie żywności zaczyna się w naszej świadomości. Bardzo przydat-

ne jest też planowanie posiłków: co tydzień warto zrobić sobie ich plan - głównie obiadów - i z myślą o nich robić zakupy. Śniadania i kolacje zazwyczaj są łatwiejsze do przygotowania i nie wymagają dużej ilości produktów. Pamiętaj też o odpowiednim przechowywaniu żywności, dzięki temu na dłużej zachowa świeżość. Jakiej żywności marnujemy najwięcej? Pieczywo, owoce, warzywa, nabiał, mięso. Bulion z resztek, sałatka z natką marchewki czy liśćmi rzodkiewki sprawią, że wykorzystamy całe warzywa. Dobrym sposobem na wykorzystanie zielonych części roślin jest pesto - może zrobić je z wielu ziół i roślin, np. jarmużu, szpinaku, bazylii, natki pietruszki, marchewki. KOMPOSTOWANIE Od 1 stycznia przy koszach na śmieci pojawiły się pojemniki z napisem BIO - to kolejny krok, który warto wprowadzić. Przygotuj w domu słoik lub pojemnik, w którym będziesz zbierać bioodpady i wyrzucaj je do odpowiedniego pojemnika bez dodatkowego worka. Nie każdy może mieć własny kompostownik, wymaga to opieki i odpowiedniej temperatury. Nie wrzucamy tam kości, mięsa i produktów białkowych. Z kompostownika płynie zaleta wytwarzania w pełni naturalnego nawozu. ZABIERAJ NA WYNOS Będąc w restauracji nie krępuj się poprosić o zapakowanie resztek na wynos. Jeśli ich nie zabierzesz, na pewno wylądują w koszu. U nas to ciągle nowość, w Europie to bardzo powszechne zjawisko. Warto zabrać resztki do własnego pojemnika, jeśli masz taką możliwość. Skoro już zapłaciłeś za posiłek, nie powinno się go marnować.


Istnieje w Polsce przesąd, mówiący o tym, że jeśli w danym miejscu swoje gniazdo założy bocian, domownikom wróżyć będzie to szczęście i powodzenie. W Stanicy pod Wrocławiem, na dachu starej, XIX-wiecznej gorzelni, niedawno zauważono cztery młode osobniki tego gatunku. Może się to przydać Michałowi Płuciszowi, który właśnie w tym obiekcie, w gminie Przeworno (woj. dolnośląskie), buduje swoją rzemieślniczą destylarnię, w której produkować będzie m.in. whisky. Pierwszą taką w Polsce.

zdjęcia: Szymon Bira

świat whisky

W POSZUKIWANIU UTRACONEGO SMAKU

Michał Płucisz zaprezentował swój projekt budowy destylarni Wolf & Oak Distillery podczas ostatniej edycji festiwalu Whisky Live Warsaw w Warszawie. Przed tym wydarzeniem był on już osobą i marką wyraźnie rozpoznawalną w polskiej branży alkoholowej i środowisku festiwalowym. Po raz pierwszy ze swoimi wyrobami pojawił się w 2016 roku na Festiwalu Whisky w Jastrzębiej Górze. Odbiór okazał się zaskakująco dobry, a obecność na każdej kolejnej imprezie torowała mu pole dla inwestycji w Stanicy. – To ludzie byli motorem napędowym – wspomina dzisiaj. Jak twierdzi, alkohol produkowany nie masowo, a wytwarzany z naturalnych składników i w małych partiach, robi się po to, żeby się nim dzielić

96

i o nim rozmawiać. Michał w pewnym momencie uznał, że z takiej pasji można stworzyć solidny biznes, a w dodatku oparty na zdrowych fundamentach. Od początku głównym wyznacznikiem całego przedsięwzięcia była relacja klienta z producentem, gościnność, moment zatrzymania się, spotkania i rozmowy - nie dyktat i nachalny marketing. Produkowanie alkoholu rzemieślniczego w Polsce to niełatwe zadanie – właściwie praca u podstaw. To zarażanie ludzi smakiem, edukowanie ich poprzez smak, samemu poszukiwanie nowych smaków. W przypadku produktów Wolf & Oak nie zawsze smaki te są oczywiste i nie od razu muszą się podobać. Ale to właśnie duże koncerny i masowe taśmy produkcyjne przyzwyczaiły nasze dzisiejsze podniebienia do nienaturalnych

ilości cukru, dodawanych do każdego fabrykatu oraz reagowania na szybkie bodźce – odczuwania smaku intensywnego, ale spłaszczonego i wykastrowanego. Taki kierat produkcji i konsumpcji od początku rozmijał się z ideą Wilka. Wytwarzanie dobrych i naturalnych trunków musi łączyć się z pewnym elementem kreacji. Od pomysłodawcy inwestycji dowiedziałem się, że pochodzi z rodziny artystów – jego ojciec jest zawodowym muzykiem (Kuba Płucisz, m.in. założyciel zespołu Ira, – przyp. red.). I mimo braku tradycji gastronomicznych w rodzinie Płucisz, pasja do tworzenia i eksperymentowania jak widać została przekazana dalej.


Trunek, który będzie powstawać na Dolnym Śląsku, będzie w 100% whisky żytnią. Do jej produkcji wykorzystany zostanie jeden gatunek żyta z polskich upraw, choć gospodarz nie ukrywa, że w przyszłości być może będzie chciał eksperymentować z innymi gatunkami zboża. Okazuje się, że Polska whisky może być również bardzo dobra. – Nie musimy się niczego wstydzić, nie powinniśmy też mieć żadnych kompleksów. Nie trzeba pozyskiwać od Szkotów jakiś tajemnych nauk, żeby zacząć ją produkować – wyjaśnia. Pomysłodawca inwestycji nie ukrywa, że zawsze imponowała mu tradycja polskiej Starki, jej marka, legenda produkcji. To trunek, który, jego zdaniem w pełni zasługuje na to, żeby być odrębnym gatunkiem alkoholu, jak koniak czy kalwados, a nie tylko zarejestrowanym znakiem towarowym. Powstająca w Stanicy destylarnia w swoich piwnicach posiadać będzie również specjalnie przygotowane przestrzenie przeznaczone do leżakowania beczek. Jedną z największych ciekawostek może okazać się jednak wykorzystywana przez Wolfa kompilacja dębiny, w której spocznie wyprodukowany alkohol. Nowe beczki sprowadzane są na tę potrzebę ze Stanów Zjednoczonych i powstały w stu procentach z amerykańskiego dębu białego. Producentem i bednarzem jest Black Water Barrels. Na tym nie koniec. W momencie kiedy beczki dotrą do Polski, będą

im wymieniane dennice na te z polskiego dębu. Zabieg wydaje się unikatowy. Znając skalę wpływu drewnianej beczki na smak i aromat leżakującego w niej alkoholu (zdaniem niektórych nawet do 70-80%) , takie połączenie może zjednać w sobie, jeśli nie dwie skrajności, to przynajmniej dwa odmienne profile smakowe. Amerykański dąb odda słodycz i wanilię, polska dębina włoży w alkohol pieprzność, delikatną ostrość i taniny. Rezultat może być naprawdę zaskakujący. W planach gorzelni jest zalewanie 700 beczek 200-litrowych rocznie. Na dokładkę destylarnia wzbogacać będzie smak swoich wyrobów innym typami beczek, w tym po polskim winie rzemieślniczym, ale też piwie, brandy czy koniaku. Warto wspomnieć również o gmachu zaadaptowanego obiektu. Ten zespół zabudowań pofolwarcznych, to budynek z połowy XIX wieku będący niegdyś również gorzelnią. Nie wiadomo do końca, z jakiego surowca był wytwarzany tam spirytus. Gorzelnia ta mogła funkcjonować maksymalnie do 1945 roku – do momentu, w którym pojawili się na tych terenach Rosjanie. Co ciekawe, do dzisiaj na kominie od strony północno-wschodniej widać przestrzelone cegły. Cały obiekt nie skupi się jednak tylko na produkcji alkoholu. Będzie to również przystań agroturystyczna i edukacyjna połączona z przestrzenią hotelową i restauracyjną. Niewątpliwie celem jest przyciągnięcie gości i turystów nie tylko z Polski. Twórca wyraźnie chce uczynić z miejsca stały punktu turystyczny na mapie regionu i kraju. Restauracja będzie serwować polską kuchnię, wykorzystując okolicznych producentów ekologicznych warzyw oraz lokalną hodowlę jajek kurek zielononóżek. Tym samym do polskich rzemieślniczych trunków dołączy polska kuchnia. Innowacyjnym wydaje się również pomysł na stworzenie charakteru miejsca hotelowego. Łącznie będzie on liczyć szesnaście pokoi. Liczba odnosi się bezpośrednio do szesnastu polskich województw. Każdy pokój apartamentowy ma zostać spersonalizowany pod siedzibę województwa i zawierać pewien jego element. Czym różnić będzie się „pokój górnośląski” od „pokoju mazowieckiego”? – Na odpowiedź będzie trzeba jeszcze chwilę poczekać. Finalnie destylarnia ma promować każdy region Polski, nie tylko własny. Unikatowy projekt Wolf & Oak już teraz znalazł mocne wsparcie lokalnych rządzących, ale też sam angażuje się w pomoc i rozwój okolicy. Dzięki sprzedanej charytatywnie butelce udało się wyposażyć świetlicę w są-

siedniej szkole podstawowej w Przewornie. Kolejnym pomysłem jest remont pobliskiej kładki na rzece. Przy pracy nad obiektem zatrudniani są lokalni stolarze i miejscowe firmy budowane, pomysłodawca chce, żeby miejsce to było tworzone przez ludzi, którzy tu mieszkają i stąd pochodzą. Jeśli zatem niebawem ruszy produkcja – gdzie w Polsce będziemy mogli kupić wyroby sygnowane Dębowym Wilkiem? Właściciel z dumą wspomina o barach, restauracjach i hotelach, czyli miejscach,

świat whisky

Zanim powstała idea Wolf & Oak, Michał butelkował swoje wyroby jako Wolf Distillery. Były to okowity, whisky, ale też gin - tworzone gościnnie w innych gorzelniach. Mimo powodzenia i zainteresowania, brakowało miejsca, stałej siedziby, w której główny master distiller w pełni mógłbym rozwinąć swoje skrzydła. Teraz dla powstającej w Stanicy gorzelni zlecone zostało wyprodukowanie specjalnych kotłów destylacyjnych - brzeska firma Koma na zamówienie wykonuje trzy alembiki. Jak widać w Polsce również są zakłady, które są w stanie wyprodukować dobrej jakości sprzęt gorzelniczy, co oznacza, że wcale nie trzeba kupować i ściągać go zza granicy. Dzięki temu cały proces produkcyjny będzie miał szansę odbywać się w jednym miejscu. – Trzy alembiki posłużą do destylacji rumu, ginu oraz tzw. new make czyli alkoholu, który zanim nazwiemy whisky, trafia do beczek. Kolumna ceramiczno-szklana posłuży do produkcji wódki super premium w bardzo małych nakładach – wylicza, dumny gospodarz.

gdzie można ich przede wszystkim spróbować. Zaraz potem o sklepach specjalistycznych, których w Polsce przybywa. Nigdy jednak nie mają to być ilości pozwalające na wejście do sklepów wielkopowierzchniowych. – Zdecydowanie nie jest to moim celem i targetem – podkreśla. Co istotne, ceny jego trunków mają być niewygórowane, nawet, jak na ich charakter i pozyskane do ich wykonania surowce. Kiedy więc będziemy mogli przyjrzeć się z bliska produkcji nietypowych alkoholi i na miejscu w Stanicy wziąć udział w szkoleniu bądź degustacji? Produkcja ma wystartować w lipcu 2019 roku, otwarcie całego obiektu gospodarze zapowiadają na początek przyszłego roku. Jednym z najnowszych wyrobów Wolf & Oak, powstałym w kooperatywie z inną polską rzemieślniczą i rodzinną destylarnią Drake Distillery, jest Żurawinówka z Cynamonem i Goździkiem. Rozlano jej raptem 1024 butelki. Otwieram jedną z nich – ręcznie oklejoną i podpisaną przez Michała Płucisza. Przede mną otwierają się leniwie aromaty świeżych jabłek, żurawiny, rozkopanej wilgotnej ziemi, piwnicy i słodyczy roztartego agrestu… Michale, trzymamy kciuki! SZYMON BIRA

97


na koniec

CO DRUGI WYBÓR Rusza mnie nasilona ostatnio dyskusja o zrównoważonej modzie i rozsądnych zakupach. Rusza bardzo. Słucham i czytam o doświadczeniach różnych osób, które postanowiły wytrwać w nieku-powaniu i wciąż spotykam z podobną refleksją. Że chcieli, że mogli, ale w pewnym momencie nie wyrabiają i coś jednak sobie kupić muszą. Czy to źle? Nie oceniam, zresztą sama o sobie wiem, że nigdy nie przestanę, bo zbyt dużą radość mi to sprawia.

HAREL Kr ytyk mody, autorka bloga HARELBLOG.PL

Jednak po wysłuchaniu kilku mądrych osób na pewnym bardzo interesującym panelu dyskusyj-nym w ramach festiwalu Vogue, zaczęłam zadawać sobie pytanie, co w takim razie mogę zrobić. Aleksandra Waś, założycielka Wearso Organic, jednej z pierwszych ekologicznych marek odzieżowych w Polsce, mówiła, że jeśli co drugi nasz wybór będzie zrównoważony, to już mamy połowę sukcesu. Tych słów się chwyciłam mocno i postanowiłam działać. Zaczęłam od kosmetyków. Choć byłam pewna, że w kosmetyczce mam same etyczne wybory, bo przecież kupuję w Europie, a tu od 2013 roku nie wolno sprzedawać kosmetyków testowanych na zwierzętach, gdy zaczęłam sprawdzać marki, okazało się, że nawet w jednej czwartej nie spełniają tego podstawowego kryterium. Skąd owo kryterium przyszło? W sumie z dnia na dzień zadecydowałam, że nie chcę używać nic, co przysporzyło choć promil cierpienia jakiejkolwiek żywej istocie. Czy noszę skórzane rzeczy? Owszem. Czy jem mięso? Sporadycznie, ale tak. Dlaczego więc padło na kosmetyki? I dlaczego nie uważam tego za hipokryzję? Bo jest to właśnie taki „co drugi wybór”, czyli lepsze działanie niż jego brak. W poszukiwaniach bardzo mi pomogły dwie wspaniałe kobiety, które od dawna walczą o lepsze jutro: Ewa z Happy Rabbit i Kasia z Pink Mink Studio. Obydwie aktywnie działają w internecie

98

na swoich stronach i kanałach społecznościowych, prześwietlając marki kosmetyczne, które komunikują się jako wolne od okrucieństwa. „Komunikują się”, a nie „są” - to istotna różnica, o której, dzięki wyżej wspomnianym, było mi dane się dowiedzieć bardzo szybko. I która mocno mnie rozczarowała. Bo oto czasy, w których wiadomości rozchodzą się z prędkością niemalże równą światłu. Nie minął nawet tydzień od mojego oświadczenia na Instagramie, a już zaczęłam otrzymywać propozycje współpracy od różnych firm kosmetycznych. Każda z nich zapewniała, że produkty nigdy nie były testowane na zwierzętach. Gdy jednak zaczynałam drążyć temat, czyli na przykład pytać, czy dany składnik kosmetyku również jest wolny od okrucieństwa albo czy koncern na całym świecie respektuje ten przepis, następowało albo milczenie, albo wycofanie się z propozycji. Nieliczne proszą o cierpliwość, by zebrać odpowiednie dokumenty. Cieszy, że poważnie podchodzą do sprawy, ale jednocześnie dziwi, że nie mają takich informacji dostępnych od ręki. Polski dystrybutor często może nie wiedzieć. A skoro inni nie pytają, to nie stara się do sedna dotrzeć. Dzięki Ewie i Kasi wiem, że znaczek z uśmiechniętym króliczkiem, symbol „cruelty free”, tak naprawdę niewiele znaczy, bo kryteria jego nadawania są bardzo szerokie. A to, że produkt nie był testowany na zwierzętach,

niestety nie oznacza, że ingrediencje są równie niewinne. Albo że jego azjatycki odpowiednik również nikomu nie przysporzył cierpienia na etapie powstawania. Wkręciłam się w stronę Logical Harmony, prowadzoną przez Tashinę Combs. Tu można poznać wszystkie światowe marki działające etycznie, a także te, których należy unikać. Można się też nieźle zdziwić. Nie będę zdradzać nazw, nie chciałabym przysparzać wydawnictwu kłopotów. Znajdziecie je bez problemu i zapewne zdziwicie równie mocno. O ile w ogóle Was to obchodzi. Czy musi? Nie. Bo może na przykład wolicie zadbać o to, by nie kupować kosmetyków w plastiku. Albo uważacie, że lepsze testy na zwierzętach niż na ludziach. Wolność wyboru, wiadomo. Bez względu na to, co postanowimy zmienić, jedno jest pewne. Świadomość przyjdzie i tak, a kompulsywne zakupy przejdą do historii. Oto ja w drogerii, wpatrzona w ekran telefonu, poszukująca informacji na temat genialnego tuszu, który właśnie jest w promocji. Oraz kremu, który zlikwiduje moje wszystkie zmarszczki w dwa tygodnie. Jeszcze miesiąc temu stałabym z pełnym koszykiem przy kasie. A dziś? Nie znalazłszy odpowiedzi, wychodzę z pustymi rękami oraz postanowieniem, by najpierw zużyć wszystko, co zalega na łazienkowych półkach. Przecież nie wyrzucę. To by było najbardziej okrutne.


JEŚLI WIDZISZ TU TEN MALUTKI NAPIS, POMYŚL ILE OSÓB ZOBACZY TU TWOJĄ WIELKĄ REKLAMĘ! SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI!


 Całodobowa ochrona i kontrola dostępu  Spokój i harmonia wśród bogatej zieleni

5 gwiazdek bezpieczeństwa Esencja kameralności

 Kameralność i komfort życia  Bliskie sąsiedztwo lasu  Pewność dobrego wyboru

Gdynia Chwarzno, ul. Niemena

Tel. +58 785 11 11 ⁄ hossa.gda.pl


Profile for Lounge

lounge | No. 111 | May '19  

lounge | No. 111 | May '19  

Advertisement