Page 1

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3 | miesięcznik

ISSN 2299-8896

t e a t r

W NUMERZE:

O ambitnym bliźniaku, który ma coś z tygrysa Z KATARZYNĄ DWORAK ROZMAWIA DANIELA WOŁOSIŃSKA Jeżeli ktoś jej mówi, że nie da rady czegoś zrobić, to daje mu najlepszy prezent. Odwraca się i odpowiada: no to patrz! W horoskopy nie wierzy, czyta je tylko po to, żeby się rozbawić. Co nie zmienia faktu, iż jest typowym zodiakalnym bliźniakiem. Przesuwa przedziałek we włosach raz bardziej w lewo, a raz nieco w prawo – w pierwszej sytuacji nadaje jej to zadziorny charakter, a w drugiejnieco łagodniejszy wygląd. Jej charakter jest pełen sprzeczności, ale doskonale sobie z nim radzi. I chociaż ludzie czasami pytają ją: „Dlaczego jesteś taka smutna?”, Kasia Dworak nie jest smutna. Jest osobą pogodną, pełną pasji i pomysłów. Czasami tylko musi się „zastanowić”.

Historyczne miejsca, FOT. KARMELINA KULPA

TEATR Katarzyna Dworak Madonna, księżyc i pies Festiwal Lokersi 20 lat po

MUZYKA 1241. Bitwa pod Legnicą John Newman

SZTUKA Napoleon w Legnicy FOT. ARCHIWUM PRYWATNE KATARZYNY DWORAK

Zaglądam przez lekko uchylone drzwi. Widzę nie w pełni zagospodarowane, ale duże pomieszczenie. Dość przytulne. Krzyczę: „Dzień dobry”, bo nie wiem, gdzie chowa się moja rozmówczyni. Nagle wychyla się zza zasłony, akurat pali. Ma dobry humor, a w sumie to się spieszy. Jutro wylatuje do Argentyny ze spektaklem III Furie. Przed wyjściem z domu słuchała Iron Maiden. Na początek serwuję Kasi kilka szybkich pytań, żeby potem dyskretnie zapytać ją o to, co trudne. Daniela Wołosińska: Marzę, żeby kiedyś…? Katarzyna Dworak: Mam wiele marzeń. Teraz marzę o udanej premierze spektaklu Droga śliska od traw, nad którym razem z „moim Wolakiem” pracujemy. Premiera już 14 grudnia. Uwielbiam, kiedy moje marzenia się spełniają. Twoja tajna broń w przypadku wpadki?

Śmieję się w głos! A kiedy na scenie zdarzy mi się coś niespodziewanego, muszę tak poprzestawiać swoją postać, żebym mogła się śmiać i żeby była to transformacja niezauważona. Wzruszasz się, gdy…? Zawsze się wzruszam! Potrafię się wzruszyć nawet na reklamie, albo na horrorze! Nigdy nie oddałabym…? To proste! Rodziny. Całego ciepła, domu i miłości, które są z nią związane. Głupieję, kiedy…? Bez przerwy. To takie moje stany euforii, jakbym była dzieckiem. Jedzenie jest dla mnie…? ...wszystkim. Naprawdę kocham jeść. Szczególnie lody i golonkę.

Zawsze musisz być najlepsza? Oczywiście, że muszę! Jestem chorobliwie ambitna, zawsze wysoko stawiam sobie poprzeczkę i wiele od siebie wymagam. Niezależnie od tego, co robię, czy uprawiam np. sport czy jestem w pracy. Po prostu walczę i często udaje mi się wygrywać, bo nie umiem i nie potrafię odpuścić. Kiedy śpiewasz? Śpiewam, gdy mi każą. Żartuję. Naprawdę lubię to robić. To moja pasja, którą mam w sobie od dziecka. Kiedyś miałam zespół rockowy, a w teatrze jest wiele przedstawień, gdzie trzeba się wykazać wokalnie. Czego w życiu się boisz? Tego, że mogę stracić najbliższe mi osoby, bo na los nie mam wpływu. Natomiast najbardziej przerażają mnie telefony, kiedy słyszę: „słuchaj Kasia, tylko się nie denerwuj”, albo „usiądź proszę”. To momenty, kiedy zamieram >>

Bliżej Przerysowania

LITERATURA Jakub Ćwiek Małgorzata GutowskaAdamczyk

FILM Tak po prostu jest Proxima – Super Story


2

teatr

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

i jest mi ciężko. Jesteś z Bytomia, co więc sprowadza Cię do Legnicy? Przyjechałam tu w wieku 22 lat w odpowiedzi na propozycję Jacka Głomba, który wtedy tworzył zespół teatralny. Tutaj uczyłam się zawodu. Byłam świadkiem rozwoju naszego teatru. Pamiętam czasy, kiedy na widowni siedziało kilkanaście osób. Od tego czasu rzeczywiście wiele się zmieniło! Nigdy nie chciałaś się przeprowadzić? Nie, Legnica ma jeden z najlepszych teatrów w Polsce, poza tym lubię to miasto, bo tu mam swój dom, tutaj poznałam Pawła, tutaj urodziła się moja córka, tutaj też nauczyłam się zawodu. Jako kobieta masz na głowie dom i pracę, którą zresztą kochasz. Tworzycie z mężem ciągle coś nowego, obydwoje rozwijacie się kulturalnie. Kiedy czas na domowe sprawy? Widzisz, ja robię wiele rzeczy w jednym czasie. Uczę się roli podczas prania, sprzątam podczas gotowania itp. Nie lubię nudy, ciszy. Potrzebne mi jest życie w ciągłym ruchu. No właśnie, a co ze sportem, który ciągle Ci w życiu towarzyszy? Uwielbiam sport, rywalizację, adrenalinę. Lubię robić rzeczy, które nie do końca odzwierciedlają delikatność kobiet. Jeszcze nie jeżdżę na motorze, ale mam nadzieję, że zacznę. Nie znoszę stagnacji, sport jest nieodłączną częścią mojego życia. Od dziecka uprawiałam pływanie, co było w jakiś sposób naturalne, bo mój ojciec był w kadrze Polski piłkarzy wodnych. Potem siatkówka w AZS KATOWICE. Ze sportu zrezygnowałam na rzecz teatru i absolutnie nie żałuję tej decyzji. Zawsze wiedziałam, kim chcę być w życiu. Opowiesz o tym szerzej? Już jako dziecko robiłam teatrzyki dla mamy. Śpiewałam, przebierałam się. Chciałam zobaczyć, jak to jest, kiedy można w sekundę

stać się kimś innym, w innym miejscu i innym czasie. Dzisiaj moja córka (ma osiem lat) robi to, co ja w jej wieku, z czego jestem dumna i bardzo jej kibicuję. Mama wspierała Cię w teatralnej pasji? Nigdy niczego mi nie zabraniała, nie krytykowała mnie. Co prawda chciała, żebym była lekarzem, ale ja na widok krwi mdleję! I to pewnie dla niej w liceum poszłam do klasy o profilu biochemicznym. Grałaś kiedyś lekarza? Tak! W Głębokiej wodzie ginekolożkę. Od razu wiedziałam, że to nie mój zawód. Poza tym źle wyglądam w białym kitlu. W takim razie to aktor jest dla roli czy rola dla aktora? Bywa różnie, a wszystko zależy od reżysera. Są tacy, którzy wiedzą, czego chcą, są też inni, którzy wymagają od nas, żebyśmy znaleźli sposób na postać. Gdzie szukasz inspiracji, kiedy tworzysz? Wszędzie. Na ulicy, na dworcu, w sklepie. Najlepszą inspiracją na tworzenie jest samo życie. Jak kreujesz swoją postać? Zawsze staram się bronić swojej postaci. Staram się stworzyć postać w taki sposób, żeby miała jak najwięcej zalet, cech, za jakie można ją uwielbiać, ale także dążę do tego, aby tę postać na równi z uwielbieniem można było znienawidzić, staram się nacechować ją bardzo negatywnie. Strasznie cieszę się, kiedy słyszę po zagraniu nieprzyjemnej postaci: „Matko, jak ja pani nienawidzę, jak ja pani nie znoszę!”. To znaczy, że dobrze wykonałam swoją pracę. Dostajesz niełatwe role. Jak sobie poradziłaś z zagraniem Kasandry w III Furiach? To postać wulgarna, z trudnym charakterem. Nie przeszkadzało Ci bycie prostytutką?

rą grałam. Teatr to nie życie. W realu pewnie nie pokazałabym się w takich ciuszkach, ale nie mam nic przeciwko takim Kasandrom. A co powiesz o powierzchownej Piekarzowej z przedstawienia Historia o Miłosiernej, czyli testament psa? No cóż, to postać w założeniu komediowa, przynajmniej w pierwszej części spektaklu. W drugiej części poznajemy jej inną twarz i już nie możemy mówić, że jest powierzchowna. Jak czułaś się w spektaklu Madonna, księżyc i pies, który jest komedią? Po zagraniu głównej roli opętanej przeoryszy w Matce Joannie od Aniołów nagle przeniosłaś się w inny świat. Może nie w inny świat, bo ról komediowych zagrałam już kilka, ale to było miłe zaskoczenie, że Lech Raczak robi komedię. Oby więcej takich akcji. Jeździsz po Polsce i całym świecie. Masz styczność z innymi teatrami. Jak to jest między aktorami? Nie lubicie się, bo rywalizujecie? Osobiście nigdy nie spotkałam się z takim przekonaniem, że aktorzy z różnych teatrów za sobą nie przepadają. Te spotkania mają bardziej charakter koleżeński. W końcu uprawiamy ten sam zawód. Bardziej się od siebie uczymy i doceniamy swoją pracę, pokazujemy, co mamy pokazać i się rozjeżdżamy. Nie ma zawiści i rywalizacji jak na zawodach sportowych. Rola aktorki pomaga Ci w życiu czy wręcz odwrotnie? Nie jestem celebrytką, żebym musiała zmagać się z jakimiś przykrościami. Jeśli ktoś rozpozna mnie na ulicy, to po prostu się uśmiecha, a ja ten uśmiech odwzajemniam. Kiedy ludzie są pogodni i weseli, jest jakoś łatwiej. Nauczyłaś się żyć w dwóch światach, odgrywasz role człowieka fikcyjnego i żyjącego naprawdę. Gdzie jest Ci lepiej?

To nie ja byłam prostytutką, tylko postać, któ-

Pomimo, że lubię wcielać się w różne role, lepiej mi w prawdziwym świecie. Tu mam rodzinę. Bez pacy dałabym sobie radę, bez nich nie. Lubisz być w centrum chaosu, biegniesz ku hałasowi. A odpoczywasz czasem? Tak, bardzo często odpoczywam, lubię się zaszyć gdzieś w ciszy. Czasami! Żeby się zastanowić. Wtedy też mam czas na tworzenie. I lubię podróżować. Pracowałaś ciężko, co widać w każdym ze spektakli, które podobają się ludziom. W dzisiejszych czasach tłumy przychodzą do teatru i to nie dlatego, że nudzą się w domu. Przychodzą kształcić się kulturalnie dzięki wam, aktorom. Dążyłaś do „Bomby sezonu”? Uważam, że każdemu z nas taka „Bomba” się należy, bo spektakl tworzy cały zespół, nie tylko jeden aktor. I wiem, że moja nagroda to też zasługa moich kolegów. Gdyby tylko jedno z nas się przykładało, efekt nie byłby taki, jak mówisz. Jestem zaskoczona tą nagrodą, bardzo się cieszę. A gdybyś dostała propozycję zagrania w jakimś mega dobrym filmie, zostawiłabyś teatr? Gdyby ta propozycja była naprawdę tak zniewalająca, na pewno poprosiłabym Jacka Głomba o chwilę przerwy, ale nie zrezygnowałabym z teatru. Kocham to, co robię, nie jest też dla mnie ważne, czy gram codziennie dla trzystu osób w teatrze czy raz do roku dla tysięcy przed telewizorami. W teatrze pracę mam ciągle, bez przerwy coś na mnie czeka. Dzięki temu poszerzam swoje horyzonty i nie stoję w miejscu. Otrzymałaś jeszcze jedną ważną nagrodę w tym roku. Zodiakalnemu tygrysowi [Katarzyna Dworak urodzona jest w 1974 roku – przyp. red.] w 2013 roku należą się same zrealizowane plany, spełnione marzenia, sukcesy i dobrobyt. Wiesz coś o tym? Nie! Ale to miłe. Oby naprawdę tak było.

KAROLINA KARKULOWSKA

Tam, gdzie stąpa pies, a wzrok nie sięga Madonna z psem na księżycu. Brzmi irracjonalnie, ale tak właśnie było. Każdy wierzy w to, w co chce wierzyć. W takim razie co potrafili sobie wyobrazić mieszkańcy niewielkiej wioski? Mieszkańcy małej rumuńskiej wioski wierzą, że po wniebowzięciu Madonna wylądowała na księżycu. Tak, zakwaterowała się na jasno-szarej, pełnej kraterów powierzchni księżyca. Tam miała wieść spokojne, niczym niezmącone życie pozaziemskie. Niestety Ziemianie jak to Ziemianie chcą zawładnąć nie tylko powierzchnią, po której stąpają, ale także wszechświatem. Zaczęło się od Rosjan, którzy wysyłając psa Łajkę, tam gdzie człowiek nogą nie sięga, chcieli dokonać cudu. Ich celem było zdobycie przewagi nad Ameryką. Mieszkańcu rumuńskiej wioski martwią się jednak, że Madonna zostanie przez Rosjan zgładzona. Śmieszne, co? Bo tak faktycznie jest. Madonna, księżyc i pies to komedia porywająca, a zarazem pouczająca i przedstawiająca realia życia w zapadłej wiosce. Bohaterzy opowieści poruszą, rozśmieszą, a także nieraz wprawią nas w irytację, kiedy to kolejny raz usłyszymy absurdalne tezy stawiane przez „wieśniaków”. Spektakl w reżyserii Lecha Raczaka można było zobaczyć (i na pewno jeszcze będzie można) na Scenie na Nowym Świecie w Legnicy. Swoją premierę miał 8 września. Jest to adaptacja powieści niemieckiego pisarza Rolfa Bauerdicka. Podczas spektaklu widzowie mieli niepowtarzalną okazję, aby obserwować życie, jakie toczy się wśród bałkańskiej społeczności. Na

ich oczach odgrywał się dramat zbrodni, ale też wesołe perypetie zakrapiane odrobiną alkoholu. Skromni i niewykształceni mieszkańcy wioski widzieli w sobie jedynych obrońców Matki Boskiej. Zadaniem, które sobie postawili, by ją obronić przed Rosjanami, było zrobienie zdjęcia Madonnie na księżycu aparatem, który Pavel Botev (Bartosz Bulanda) dostał od Fritza Hofmanna (Paweł Palcat), swojego szkolnego kolegi. Zdjęcie chcieli zawieźć wraz z listem wprost do rąk amerykańskich władz, które miały uratować Madonnę. W tym samym czasie w wiosce ginęli ludzie w niewyjaśnionych okolicznościach. Można było się jedynie domyślać, kto stoi za śmiercią proboszcza Joannesa Baptisty (Paweł Wolak) i nauczycielki Angeli Barbulescu (Magdalena Biegańska).

bałkańską rzeczywistość. Puste sklepowe półki, drut kolczasty pełniący funkcję anteny telewizyjnej, bieda podkreślona pustymi butelkami po alkoholu składały się na obraz nędzy i zacofania. Kostiumy przygotowała Ewa Tetlak, a ruchem scenicznym zajął się Witold Jurewicz. W harmonogramie teatromana i każdego legniczanina powinien znaleźć się czas na to

widowisko. Nie ma takiego spektaklu, którego nie byłoby warto zobaczyć. Każdy z nich nas czegoś uczy, kształtuje naszą opinię. Każda wolna chwila poświęcona dla teatru to chwila wykorzystana dobrze, która nie pójdzie na marne. Madonna, księżyc i pies, reż. Lech Raczak, Teatr Modrzejewskiej, premiera: 8 września 2013.

Oprawą muzyczną przedstawienia i tym razem zajął się znany w naszym legnickim teatrze Jacek Hałas, który tworzył muzykę m.in. do Matki Joanny od Aniołów. Widz zostaje zahipnotyzowany muzyką spektaklu. Łączy się ona w całość z grą aktorów i łatwo dostosowuje się do scenicznych sytuacji, dając płynny przekaz. W części muzycznej mogliśmy usłyszeć akordeon w wykonaniu Łukasza Matuszyka, a także skrzypce Stroha w wykonaniu Marty Sochal-Matuszyk. Zadaniem Piotra Tetlaka było przygotowanie unikalnej scenografii, która w całości oddała

FOT. KAMILA WEREMCZUK

FOT. KAROL BUDREWICZ


teatr

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D

2 0 1 3

3

PATRYK CHMIELEWSKI

Lokersi – przegląd spektakli miejsca Żyjąc w rzeczywistości, w której wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, ciężko jest nam znaleźć czas na przemyślenia i analizę tego, co zostawiamy za sobą. W świecie cyfryzacji i nowoczesnych technologii mamy możliwość podglądania i uczestniczenia w życiu innych, często zupełnie obcych nam osób. Im bardziej coś jest odległe i egzotyczne, tym lepiej. Wolimy śledzić losy ludzi, których nie znamy, bo wydaje nam się to zdecydowanie ciekawsze niż historie, które tworzymy my sami i ludzie z naszego najbliższego otoczenia. Świat, który nas otacza, sprawia wrażenie nudnego i szarego. Jednak wystarczy zatrzymać się na chwilę, złapać głębszy oddech i zastanowić się, jak jest naprawdę. Stopniowo wypieramy z własnej świadomości nasze korzenie. Nie chcemy dostrzegać wyjątkowości naszych rodziców i dziadków, bo przecież życie idealnej Pani z telewizji jest zdecydowanie bardziej interesujące. Może jednak warto uświadomić sobie, że czasami wystarczy chwila, aby dowiedzieć się czegoś zupełnie innego. Rozmowa i najzwyklejszy dialog to w naszych czasach „towar” deficytowy. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że najciekawsze i przede wszystkim prawdziwe historie czekają tuż za rogiem. Musimy tylko szerzej otworzyć oczy i nauczyć się słuchać.

Zwolennikiem teorii słuchania jest Jacek Głomb – dyrektor Teatru Modrzejewskiej, który od wielu lat eksploatuje lokalne historie i stara się zainteresować nimi innych ludzi. Legnicka publiczność miała okazję być częścią świata metaforycznych opowieści podczas tegorocznego minifestiwalu ,,Lokersi – przegląd spektakli miejsca’’. Zaprezentowane historie skupiały się głównie na wątku lokalnego bohatera. Taką osobą może być każdy z nas, więc charakter opowieści jest wyjątkowo uniwersalny. Możemy utożsamić się z tym, co widzimy na scenie, bo przecież taka historia mogła wydarzyć się tuż za przysłowiowym płotem. Festiwal w piątkowy wieczór 11 października rozpoczął się przedstawieniem Piąta strona świata Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego z Katowic. Teatralna adaptacja powieści Kazimierza Kutza w reżyserii Roberta Talarczyka przenosi publiczność do małego zakątka Śląska – miasteczka Szopienice, dzisiejszej dzielnicy Katowic. Opis śląskiego mikroświata wykreowanego przez Kutza jest wyjątkowo prawdziwy i rzeczywisty. Widz przenosi się do świata, w którym na każdym kroku konfrontowana jest codzienność z nieskończonością, a to, co zwyczajne z tym, co metafizyczne. Główny bohater staje się łącznikiem opowiadanych historii i przewodnikiem tej niesamowitej wyprawy w głąb samego siebie. Podczas przedstawienia nieuchronnie zbliża się do odnalezienia prawdy. Wypowiadając zdanie: „(…) skąd bierze się poszczególny człowiek – w tym przypadku jo – co się na niego składa, co jego własne, a co cudze, co dziedziczne, przejęte, a co niepowtarzalne”, tworzy sobie płaszczyznę do rozważań nad losem swoim i najbliższych przyjaciół. Alojzy i Lucek są dla niego jak bracia. Mają własne, odrębne historie, ale przez cały czas czują łączącą ich, niewidzialną więź. Wyjątkowość perypetii prezentowanych na scenie na zmianę bawi i skłania do refleksji. Przez rzeczoną wyjątkowość perypetie bohaterów wydają się być oderwane od rzeczywistości, jednak cały czas możemy w nich dostrzec zwykłych ludzi. Ludzi, których mijamy każdego dnia na swojej drodze. Mówiąc o Piątej stronie świata, nie sposób nie zwrócić uwagi na wyjątkową rolę kobiet, które zawsze czuwają przy swoich mężczyznach. Pomagają, wspierają i cierpliwie czekają za każdym razem, kiedy pojawi się taka potrzeba. To one sprawiają wrażenie spoiwa, które pomaga bohaterom twardo stąpać po ziemi i stawiać czoła napotykanym problemom. Najwyraźniej widzimy to dzięki Chrobakowej (Grażyna Bułka) i Mariannie (Ewa Leśniak) – „celtyckie wdowy” bardzo dobrze wiedzą, w jaki sposób kontrolować życie najbliższych. Knują, snują plany i kontrolują życie Lucka i Adeli. Sprawnie dostosowują się do zmieniających się sytuacji i zawsze bronią swoich racji. Minimalistyczna scenografia i rekwizyty użyte w tym widowisku teatralnym tworzą niesamowitą

PIĄTA STRONA ŚWIATA, REŻ. ROBERT TALARCZYK, FOT. KRZYSZTOF LISIAK

miętnik z procesu powstawania spektaklu, który w znaczący sposób poszerza wiedzę widza o to, czego nie może zobaczyć na co dzień. Wydarzeniu towarzyszyła promocja książki Katarzyny Knychalskiej – Kokolobolo. Dziennik z sali prób, która przez ponad trzy miesiące uważnie przyglądała się procesowi przygotowywania spektaklu. Będąc częścią ekipy, obserwowała trud wkładany przez reżysera i przygotowywania aktorów do wejścia w odgrywane role. Tego typu przedsięwzięcie dokumentujące to niewątpliwie rzadkość na płaszczyźnie działań teatrów. Zebrana publika przeżywała emocje razem z grupą tworzącą spektakl. Nie zabrakło wspomnień, śmiechu i wzruszeń. Widzowie mogli przekonać się, że efekt końcowy, który można zobaczyć na scenie, to rezultat wielu godzin ciężkiej i często mozolnej pracy przeplatanej nieporozumieniami i chwilami zwątpienia. Zgromadzony materiał wiele uświadomił dociekliwemu widzowi oraz pokazał „teatralną kuchnię”, która jest integralną częścią każdego przedstawienia. Ostatniego dnia festiwalu ,,Lokersi” odbyła się projekcja animacji Ośrodka „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” z Sejn – Opowieści pogranicza. Powstały projekt jest wynikiem trzech serii warsztatów dla dzieci i młodzieży z różnych środowisk narodowościowych, kulturowych i religijnych. Grupa młodych ludzi (5-18 lat) z pomocą starszych kolegów zebrała legendy, wspomnienia i opowieści swoich sąsiadów, rodziców i dziadków. Zgromadzony materiał postanowili pokazać szerszej publiczności i pod okiem doświadczonych artystów wykreowali magiczny świat w pełnych poezji animacjach. Dzięki temu każdy z widzów ma okazję przekonać się na własnej skórze, jak wyglądała rzeczywistość wielokulturowych Sejn zamieszkanych przez Żydów, Litwinów, Polaków, Cyganów i Rosjan.

atmosferę, nie odwracają uwagi obserwatora od tego, co najważniejsze, czyli historii. Ewa Satalecka tworząc scenografię, postanowiła ożywić martwą, białą przestrzeń i w nieinwazyjny sposób wplotła do opowieści animacje spójne z prezentowanymi perypetiami. Metafizyczna podróż po wspomnieniach Kutza spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem zebranych widzów, którzy obsypali aktorów gromkimi brawami. Kolejnym wydarzeniem był koncert grupy Pieśni Odzyskane w składzie: Olga Chojak, Joanna Chojak, Marta Derejczyk, Joanna Kasper, Joanna Skowrońska oraz Kamil Dawid Gałuszka. Słuchacze zebrani w Caffe Modjeska mieli okazję wysłuchać pieśni przywiezione po wojnie na Ziemiach Zachodnich przez przesiedleńców z Kresów Drugiej Rzeczpospolitej, a więc terenów dzisiejszej Ukrainy, Białorusi lub Litwy, ale także Jugosławii czy Bukowiny. Artyści skupili się na poszukiwaniach dolnośląskich śpiewaków, aby wysłuchać ich pieśni, ale przede wszystkim historii ich życia. Jak sami mówią o utworach ze swojego repertuaru: ,,Uważamy, że warto je śpiewać, bo po prostu warto śpiewać. Warto je śpiewać, bo są piękne. Warto je śpiewać, bo opowiadają o nas, o tym skąd się wywodzimy. Każdy z nas jest czyimś wnukiem’’. Zespół zajmuje się nie tylko wykonywaniem ludowych pieśni, bierze również czynny udział w wyprawach terenowych do najstarszych mistrzów śpiewu i muzyki ludowej. Dzięki temu są wystarczająco wiarygodni, aby za pomocą swojego talentu przekazywać historię kolejnym pokoleniom. Nie pozwalają jej umrzeć i pielęgnują wartości, które pielęgnować warto. W sobotnie popołudnie 12 października le-

gnicka publiczność miała okazję obejrzeć przedstawienie Kokolobolo, czyli opowieść o przypadkach Ślepego Maksa i Szai Magnata przygotowane przez zespół z Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka z Łodzi w reżyserii Jacka Głomba. Fabuła opowieści wpisana w historię przedwojennej Łodzi jest niezwykle barwna i intrygująca. Scena na Nowym Świecie na jakiś czas zamieniła się w brudne, łódzkie podziemie. Maks to postać pełna sprzeczności. Z jednej strony przestępca i oszust, z drugiej strony człowiek z wielkim sercem, który potrafił pomagać potrzebującym, wykorzystując swoją pozycję. Po wielu latach spotyka swojego przyjaciela, Szaję. Łącząca ich więź owocuje propozycją współpracy w prowadzonych przez Maksa „interesach”. Niestety ich oczekiwania względem przyszłości różnią się od siebie, a narastająca lawina nieporozumień przynosi same kłopoty. Atmosferę wielokulturowego miasta idealnie odzwierciedlają perypetie bohaterów skupionych wokół Maksa. W knajpie o nazwie „Kokolobolo” mieszają się ze sobą nie tylko historie bohaterów, ale przede wszystkim uczucia. Miłość, nienawiść, pragnienie władzy i ostatecznie konieczność przetrwania w nowej rzeczywistości, w której zasady dyktują hitlerowscy oprawcy z łódzkiego getta. Niebanalne dialogi przeplatane piosenkami autorstwa Roberta Urbańskiego i muzyka na żywo sprawiły, że każdy z widzów mógł chociaż przez chwilę poczuć się jak uczestnik wydarzeń i członek szajki jednookiego Maksa. Po przedstawieniu część widzów, aktorzy i twórcy spektaklu przenieśli się do kawiarni Caffe Modjeska, w której odbyła się projekcja filmu Kokolobolo – opowieść o powstawaniu spektaklu Katarzyny Dąbkowskiej. Ten nietypowy materiał to swego rodzaju wideopa-

Ostatnim widowiskiem teatralnym zaplanowanym w ramach festiwalu był Bolko Kantor Cieszyńskiego Studio Teatralnego w Cieszynie w reżyserii Bogusława Słupczyńskiego. Opowieść o mitycznym herosie z sąsiedztwa doskonale obrazuje to, że bohaterów nie musimy szukać daleko. Adolf „Bolko” Kantor to człowiek o niezwykle barwnym życiorysie – człowiek od spraw niemożliwych. Urodzony w 1910 roku na Zaolziu trenował boks od dziesiątego roku życia, w 1933 roku zdobył mistrzostwo Polski w wadze półciężkiej i nie oddał go aż do wybuchu wojny. Wystąpił w filmie Niedorajda (1937) jako ringowy partner Adolfa Dymszy. W swoim życiorysie miał zapisany pobyt w obozie koncentracyjnym w Dachau, napad na gestapowca, wcielenie do Wehrmachtu i wyrok śmierci za próbę ucieczki – zmieniony z szacunku dla jego osiągnięć sportowych na służbę w karnej kompanii we Włoszech. Nie przestając trenować, wstąpił do Armii Andersa, a za walki pod Monte Casino i Bolonią przyznano mu dwukrotnie Krzyż Walecznych. Po powrocie do Polski przez wiele lat organizował życie sportowe w rodzinnych stronach i udzielał rad trenerom bokserskiej kadry narodowej. Z czasem jego wybuchowe usposobienie i mocny charakter przysporzyły mu wrogów wśród władz, a skutki przeżyć nadszarpnęły jego kondycję psychiczną i fizyczną. Zmarł zapomniany w 1992 roku. Każde z wydarzeń idealnie wpisało się w nurt opowieści konsekwentnie realizowany przez Teatr Modrzejewskiej w Legnicy. W ten październikowy weekend to właśnie Legnica mogła pochwalić się tytułem najbardziej lokalnego miasta w Polsce. Uniwersalizm opowieści pozwalał widzom identyfikować się z prezentowanymi historiami, bo przecież w każdej z nich dostrzec można było fragment siebie, fragment swojej małej, intymnej historii. Festiwal „Lokersi – przegląd spektakli miejsca”, Teatr Modrzejewskiej, Caffe Modjeska, Scena na Nowym Świecie, 11-13 października 2013.


4

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

PAULINA SZUDROWICZ

20 lat po, czyli polsko-ruskiego galimatiasu ciąg dalszy „Ja nie gawari pa ruski” – zwracam się na wstępie do zbliżających się w moim kierunku gości. „Nic nie szkodzi, my znamy język polski” – odpowiadają bez zająknięcia. Po chwili, jak starzy znajomi, rozmawiamy o życiu w dawnej Liegnitz – pełnej kwiatów i poniemieckich kamienic. Tak właśnie rozpoczyna się pierwszy dzień projektu 20 lat po, którego pomysłodawcą jest Teatr Modrzejewskiej. O wydarzeniu, które miało miejsce we wrześniu bieżącego roku, było głośno już na miesiąc przed nim. A wszystko przez to, że wciąż nie umiemy poradzić sobie z faktem, iż historii nie można zmienić ani wymazać, lecz stanowi niezwykły materiał badawczy, który pomaga nam nie dopuścić do tzw. powtórki z rozrywki. Nawet największy ignorant przyzna mi rację – historia nas konstytuuje i pozwala patrzeć w przyszłość z większą rozwagą. Nieprzychylni temu spotkaniu twierdzili, że poprzez projekt Jacek Głomb pragnie świętować czasy, kiedy w Legnicy stacjonowały oddziały Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Zapytajmy więc, jaka idea przyświecała dyrektorowi Teatru Modrzejewskiej, kiedy postanowił zaprosić Rosjan oraz Polaków do uczestnictwa w projekcie 20 lat po? Jak można przeczytać we wstępie programu, napisanym przez Jacka Głomba: „Podstawową ideą naszego projektu jest SPOTKANIE. Ponad podziałami, ponad ideologiami, przywołujące historię, ale przede wszystkim tę ludzką, indywidualną. Nie chcemy zapominać, w jakim historycznym kontekście obywatele ZSRR przybywali do Legnicy i dlaczego nasze miasto do dziś nazywa się «małą Moskwą». (...) Chcemy POROZMAWIAĆ o tym, co było dobre i co złe. Nie będzie to więc nostalgiczno-sentymentalny powrót do tamtych czasów, ale poważna, niepozbawiona ostrych sądów rozmowa”. Jak napisał Jacek Głomb, tak też było. Podczas konferencji, w której uczestniczyli dr Andrzej Grajewski, prof. Aleksiej Miller oraz prof. Andrzej Paczkowski nie tylko wspominano, jak miło żyło się w dawnej Legnicy (oczywiście ktoś przytoczył słynny dowcip o tym, że z lotu ptaka Legnica wyglądała jak talerz pierogów – w połowie ruskie, w połowie leniwe), ale również jak polsko-radziecki „związek” był niebezpieczny. Powiedzenie: „od miłości do nienawiści jeden krok” nabierało

zatem w tamtych czasach realnego znaczenia. Dlatego też nie była to, jakby zdawać się mogło, grzeczna i poprawna politycznie wymiana zdań. Szczególnie chętnie wspominano o wydarzeniach, które w dalszym ciągu stanowią silny bodziec niepozwalający na poprawę relacji polsko-rosyjskich, jak np. katastrofa prezydenckiego Tupolewa w 2010 roku. A co można napisać o byłych mieszkańcach „Małej Moskwy”? No cóż, do dzisiaj pamiętają nawet najdrobniejsze szczegóły związane z życiem w Legnicy. Chociażby zapach, jaki unosił się na klatce schodowej, w której mieszkali, czy stare nazwy ulic. Z niezwykłym pietyzmem opowiadają o dorastaniu w wielokulturowej Legnicy, pokazując czarno-białe zdjęcia, przedstawiające szkoły, do których uczęszczali, nieistniejące już kamienice, miejsca, gdzie chodzili na spacery czy przeżywali swoje pierwsze miłości...

komentowała para lektorów (zarówno po polsku, jak i po rosyjsku). Niewątpliwą atrakcją była także możliwość obejrzenia wydarzenia z każdej strony. Kiedy tylko widzom znudziło się obserwowanie wydarzeń „po stronie” niemieckiej, mogli przejść na drugą stronę barykady. Legnica, czy tego chcemy czy nie, tuż po II wojnie światowej stanowiła wielokulturowy tygiel, pośród którego poza nami – Polakami, Żydami, Niemcami, Ukraińcami, Łemkami, Romami, Grekami – żyli Ruscy. Handlowaliśmy z nimi, piliśmy wódkę, przyjaźniliśmy się, kłóciliśmy czy nawet walczyliśmy przeciw nim. Ten polsko-ruski galimatias trwał 45 lat. Jak wskazują wyniki badań etnograficznych, przeprowadzonych przez studentów Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego w latach 2010-2013, wielu mieszkańców

Kolejnym ciekawym wydarzeniem na mapie tego trzydniowego projektu okazała się odegrana z niezwykłym rozmachem inscenizacja zdobycia Liegnitz przez oddziały radzieckie w lutym 1945 roku. Punktualnie o 15:00 w Parku Miejskim na wyznaczonym „polu walki” pojawiły się czołgi oraz oddziały Armii Radzieckiej i Niemieckiej. Z pewnością można powiedzieć, że rekonstrukcja cieszyła się dużym zainteresowaniem, zwłaszcza wśród najmłodszych mieszkańców naszego miasta (mimo że na ulotce napisano: wydarzenie – pełne huków i dymu – nie jest dla dzieci). Widać, że i tym razem sprawdziło się stare powiedzenie: „zakazany owoc smakuje najlepiej”. Pirotechniczne efekty – wybuchy, wystrzały, eksplozje, zasłony dymne itp. – były na tyle atrakcyjne, iż nawet uczestnicy rekonstrukcji nie mogli się powstrzymać przed zerknięciem w stronę zbliżających się czołgów (a należy dodać, że osoby te grały już od jakichś dziesięciu minut nieżywych żołnierzy!). Dodatkowym atutem widowiska był fakt, że wszystko, co było odgrywane przez aktorów,

Legnicy odnosi się z sentymentem do czasów, kiedy ich sąsiadami byli Rosjanie. Dlaczego więc tak bardzo jesteśmy przeciwni spotkaniom tego typu? W końcu odrzucanie przeszłość sprawia, że przyszłość staje się jeszcze bardziej niepewna... 20 lat po, Teatr Modrzejewskiej, 13-15 września 2013.

FOT. KAROL BUDREWICZ

muzyka

KATARZYNA RACZYŃSKA

Średniowieczny Broadway Nam, ludziom żyjącym w XXI wieku trudno jest zrozumieć prawa rządzące erą mieczy i zamków warownych. Jest ona często zwana „ciemnym wiekiem”. Uważam, że należy pogratulować osobom, które podjęły się zadania ukazania ówczesnych realiów na legnickiej scenie. 29 sierpnia odbyła się premiera musicalu 1241. Bitwa pod Legnicą. Spektakl otrzymał owacje na stojąco i zebrał bardzo wiele pozytywnych opinii. Jednak, żeby stworzyć to dwugodzinne przedstawienie, młodzi artyści pracowali przez ponad osiem miesięcy. Prace w ramach projektu Młodzież Tworzy Musical rozpoczęły się jeszcze w grudniu 2012 roku. W założeniu inicjatywa miała połączyć młodych Legniczan, pragnących spełniać się artystycznie. Zamysł okazał się strzałem w dziesiątkę, monumentalne przedsięwzięcie zgromadziło pod swoim sztandarem niemal osiemdziesięciu młodych legnickich artystów. Na czele armii zaangażowanych stała niezastąpiona koordynatorka, Joanna Brylowska. Jako uczestniczka projektu mogę z czystym sumieniem napisać, że bez jej silnej woli i samozaparcia ten spektakl by nie powstał. Studentka nie tylko zajmowała się koordynacją całej inicjatywy, ale również stworzyła scenariusz spektaklu, który później wyreżyserowała. Muzykę stworzył Andrzej Łucki, libretto Adrian Sielicki, a choreografię Anna Sobańska.

By praca tak dużej grupy ludzi przebiegała jak najsprawniej, przyjęto system pracy w sekcjach. Były to kolejno: sekcja wokalna, taneczna, scenograficzna, kostiumowa, dokumentalna, charakteryzatorsko-fryzjerska, orkiestra i statyści. Najwcześniej, bo już w styczniu, zaczęły próby dwie sekcje sceniczne: wokalna i taneczna. Soliści i chór ćwiczyli pod okiem Krzysztofa Augustyniaka, odpowiedzialnego za kierownictwo muzyczne. Artyści poświęcili wiele długich godzin na dopracowanie kolejnych fraz. Aktorzy wcielający się w główne role musieli sprostać nie tylko niełatwemu zadaniu panowania nad wszystkimi detalami muzycznymi, ale również ukazać emocje, targające bohaterami sztuki. „Obowiązkowa” historia miłosna była ciężkim orzechem do zgryzienia dla

odtwórców głównych ról: Małgorzaty Rojek (Anna Przemyślidka) i Adama Goli (Henryk II Pobożny). Niełatwo obnażyć się (zarówno emocjonalnie, jak i dosłownie) przed szeroką publicznością. Opowieść o kolejnych etapach pięknej miłości w świecie pełnym krwi (przelewanej za wiarę chrześcijańską) oraz sztywnych norm społecznych miała w sobie pewien specyficzny urok. I pomimo tego, że nie można się było spodziewać happy endu, oglądało się ją z prawdziwym zainteresowaniem. Sekcja taneczna, ćwicząca pod okiem Anny Sobańskiej, poprzez choreografię starała się bez słów przekazać uczucia i emocje – zarówno te piękne, jak miłość i radość, ale również te, których ludzie woleliby uniknąć, czyli strach na polu bitwy, desperację konających czy żal po śmierci najukochańszej

osoby. Tancerze poświęcili bardzo wiele czasu na dopracowanie układów nie tylko pod względem technicznym, ale właśnie emocjonalnym. Kierowniczka sekcji starała się dbać nawet o tak pozornie nieistotne szczegóły, jak mimika tancerzy. Osobiście uważam, że efekt pracy był naprawdę warty każdej minuty spędzonej na szlifowaniu choreografii. Szczególnie do gustu przypadł mi niezwykły taniec, stworzony do utworu Śmierci śmiech. Tancerze wprowadzili tak niesamowity klimat, że niemal czułam palce Ponurego Żniwiarza na moich ramionach… Najliczniejszą, a zarazem najgłośniejszą sekcją projektu była orkiestra pod batutą Radosława Dronia. To przede wszystkim od nich zależało wywieranie bezpośredniego wpływu na podświadomość widza oraz, rzecz jasna, >>


muzyka

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D

brzmienie całego spektaklu. Przyznam szczerze, że raczej nie znam się na niuansach muzycznych, więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy pod względem brzmienia było idealnie. Nie wiem. Ale, szczerze mówiąc, nawet jeśli nie, to nieważne. Atmosfera, jaką udało się stworzyć tym młodym ludziom, była naprawdę niepowtarzalna. Dźwięki, które wydobywali ze swych instrumentów, zapadły mi głęboko w pamięć. Linia muzyczna uwertury towarzyszyła mi przez tygodnie. Ogromne brawa należą się zarówno kompozytorowi, jak i wszystkim muzykom. I, rzecz jasna, dyrygentowi.

Na każdej próbie artystom towarzyszyły kamera i aparat, dzięki czemu mamy tak wiele fantastycznych materiałów, ukazujących postęp artystów. Ewolucję muzyczno-aktorską możemy śledzić dzięki sekcji dokumentującej, zajmującej się obserwacją przygotowań

5

miała także sekcja charakteryzatorsko-fryzjerska, za której pracę odpowiadały Leontyna Pusz i Dorota Brylowska. To one dokonały „ostatniego muśnięcia pędzlem”, dążąc do uzyskania jak największej autentyczności dzieła. Trudno mi powiedzieć, czy udało im się stworzyć prawdziwie średniowieczne makijaże i fryzury, ponieważ nie mam żadnego odwołania, ale z pewnością wykonały kawał świetnej roboty jeżeli chodzi o postać musicalowego czarnego charakteru – Mieszka II Otyłego (w tej roli niezapomniany Adam Janicki o głosie na wagę złota). Patrząc na aktora przed i po nałożeniu makijażu i stworzeniu fryzury, naprawdę można było uwierzyć, że zamienił się w prawdziwego typa spod ciemnej gwiazdy.

Co można stworzyć, mając w rękach papier, karton, starą szafę, takera i nieograniczoną ilość wszelkiego rodzaju klejów? I, naturalnie, nie należy zapomnieć o dużej ilości samozaparcia i optymizmu… Każdy musicalowy scenograf Wam powie, że bardzo wiele. Właściwie wszystko. Jakieś życzenia? Mamy na składzie świniaka, kiełbasy, (niemal) autentyczną studnię, a nawet ołtarz. Ach, sala tronowa też jest… Sekcja scenograficzna pod kierownictwem Marty Koczurko spędziła wiele tygodni, siedząc na dziedzińcu Akademii Rycerskiej i wylewała pot, krew i łzy, pragnąc stworzyć scenografię godną projektu Młodzież Tworzy Musical. Nie wiem, czy jako współautorka mam prawo się wypowiadać na ten temat, ale uważam, że stworzyłyśmy prawdziwe cuda z papieru. Świnka została przez wszystkich wytulona i wycałowana, zyskała nawet ogromnie szlachetne imię – Mela, więc chyba jednak ktoś nas docenił… Jedno jest pewne: NIGDY przed żadną studnią nie klęczało tyle młodych dziewcząt, wspomaganych przez studenta Politechniki Wrocławskiej. Drugą sekcją, pracującą godzinami na kolanach, była sekcja kostiumowa, pod wodzą Aleksandry Koczurko. Kolorowe bele różnorodnych materiałów czekały cierpliwie na swoją kolej. Młodzi i bądź co bądź niezbyt doświadczeni krawcy zabrali się do pracy z zapałem maskującym wszelkie niedoskonałości w fachu. Za linijki służyły w miarę proste kawałki drewna, wykroje wciąż miały za mało centymetrów wszerz lub wzdłuż, jednak dzięki mieszance optymizmu i ciężkiej pracy po nocach wszystkie stroje zostały skończone na czas. Ostatnie poprawki trwały jeszcze w dzień premiery, ale ostatecznie żaden z nich nie rozpadł się na scenie czy tuż za nią. Mi osobiście najbardziej do gustu przypadła suknia ślubna Anny Przemyślidki oraz czarne skrzydła tancerzy, dzięki którym naprawdę wyglądali jak Aniołowie Śmierci.

2 0 1 3

Musical miał być początkowo wystawiony na scenie na dziedzińcu Akademii Rycerskiej, jednak z powodu braku funduszy i innych niesprzyjających okoliczności, musiał być przeniesiony. Dzięki uprzejmości dyrektora Teatru Modrzejewskiej, Jacka Głomba premiera odbyła się na deskach Sceny im. Gadzickiego. Dyrektor sam zajmuje się reżyserią wielu spektakli, więc z radością wspomógł młodych aktorów paroma cennymi radami. Dzięki współpracy z teatrem uczestnicy programu mieli okazję zobaczyć legnicką scenę „z drugiej strony”. Artyści marzący o pracy na scenie mogli zobaczyć, jak w praktyce wyglądają ich marzenia, a sekcje „techniczne” czuwały za autentycznymi teatralnymi kulisami, niejednokrotnie „przestawiając” aktorów, myśląc, że ci ostatni tylko zawadzają… Julia Pater miała okazję wprawienia się w roli inspicjenta, który, choć niewidoczny, ma duży wpływ na całokształt przedstawienia. Musical 1241. Bitwa pod Legnicą był wystawiany dotąd trzy razy: dwa na scenie legnickiego teatru i raz w Legnickim Polu. Każde z przedstawień było nieco inne. Młodzież mogła poczuć, jak bardzo różni się atmosfera przed premierą a drugim wystawieniem sztuki.

FOT. FACEBOOK FANPAGE „MŁODZIEŻ TWORZY MUSICAL”

musicalu. Do ich zadań należało tworzenie filmów, tekstów i robienie zdjęć. Fotografie ukazują nie tylko intensywne próby, ale także przerwy pomiędzy nimi. Oglądając te ostatnie, można zauważyć, że uczestnicy projektu świetnie dogadywali się nie tylko na scenie, ale i poza nią. Musical zawierający tak wiele scen zbiorowych, do których należały m.in. fragmenty obrazujące typowy ruch miejski czy średniowieczne wesele, nie obyłyby się bez sekcji statystów pod wodzą Aleksandra Łukasiewi-

cza. Pomimo przelotnych problemów, takich jak opanowanie układu tanecznego, mającego miejsce na weselu czy próby okiełznania niesfornych dzieciaków, wszystkim artystom udało się zgrać. To właśnie sekcja statystów był odpowiedzialna za scenę bitwy pod Legnicą i za fragment obrazujący śmierć samego Henryka Pobożnego. I nie można zapominać o ich zawodowej grze aktorskiej w roli trupów, rozrzuconych na polu bitwy. Brawo kwiecie polskiego rycerstwa!

Projekt Młodzież Tworzy Musical odniósł sukces. Dziesiątki młodych ludzi systematycznie przychodziło na wielogodzinne próby, pomimo zmęczenia wyśmienicie się przy tym bawiąc. Mimo tego, że spektakl został już wystawiony, MTM nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa. Już dziś wiadomo, że Joanna Brylowska szykuje kolejny projekt. Jeśli jesteście zainteresowani pokazaniem siebie i swojego talentu szerszej publiczności, utrzymujcie stałą czujność. Niebawem pojawią się informacje dotyczące przesłuchań do kolejnego spektaklu.

1241. Bitwa pod Legnicą, projekt Młodzież Tworzy Musical, styczeń-sierpień 2013.

Na wygląd aktorów i tancerzy duży wpływ

TAMARA KOSTRZ

Tribute. Zatańcz ze mną! Tribute to debiutancka płyta dwudziestotrzyletniego Brytyjczyka Johna Newmana, którego głos powala wręcz na kolana. Został on wypromowany przede wszystkim przez zespół Rudimental, bowiem nagrał z nimi dwa niesamowicie dobre kawałki: Feel the love, który zajął czołowe miejsce na brytyjskich listach przebojów w czerwcu 2012 roku, a także Not Giving In, który zajmował 14. miejsce na listach UK Singles Chart. Za to jaką furorę zrobił jego solowy singiel?! Love Me Again jest utworem, który zna cały świat, świadczy o tym fakt, że trafił na sam szczyt UK Singles Chart, a także zajął pierwsze miejsce na liście singli w iTunes aż w czternastu krajach. Album Tribute został wydany 14 października tego roku w Wielkiej Brytanii, a jego producenci to Ant Whiting, John Newman, Steve Booker i Mike Spencer. Edycja deluxe albumu zawiera trzy dodatkowe utwory, czyli razem czternaście utworów. Album jest przede wszystkim połączeniem popu i soulu.

Love Me Again jest utworem zaraźliwym, porywa do tańca, słysząc go, ma się ochotę bawić. Jest też jednym z moich ulubionych kawałków, bo genialny wokal i świetna oprawa muzyczna są tłem do tekstu, w którym artysta pyta ukochaną, czy może go znów pokochać. Zresztą większości jego tekstów zachwyca mnie swoją treścią, barwnością, metaforami, to coś nowego połączone z czymś starym.

Okładka nie powala na kolana. John w sepii, biało-złote tło i czarny tytuł. Nie oddaje tego, co znajduje się w środku, a moim skromnym zdaniem zdjęcie Newmana jest po prostu brzydkie, słabe jakościowo. Już bardziej do mnie przemawia okładka edycji deluxe, a mianowicie jej prostota. Złoto z bielą mówi „weź mnie i odkryj, co mam w środku”. Podsumowując, oprawa płyty mogłaby być bardziej ambitna. Wokal Newmana to diament i to naprawdę genialnie oszlifowany. Nie widzę żadnych minusów, nie mogę się do niczego przyczepić. Jego głos jest bardzo ciepły, energiczny wręcz optymistyczny, gdy się go usłyszy nie można o nim zapomnieć, przejść obojętnie. No i oczywiście wisienką na torcie jest akcent artysty – lekko niechlujny, zdecydowanie nie jest podręcznikowy ani dżentelmeński tylko właśnie z nutą zadziorności.

Rytm utworowi Try nadają klaśnięcia w dłonie. Out Of My Head urzeka od pierwszych dźwięków: fortepian, skrzypce, to zdecydowanie kawałek, który potrafi pochłonąć. Dalej mamy Losing Sleep czy Cheating, który niedługo będzie kolejnym wielkim singlem. Treść albumu jest utrzymana w klimacie miłości, złamanego serca, artysta śpiewa o kobiecie, do kobiety, ale nie jest zachowana konwencja melancholii czy smutku jak zazwyczaj przy tego typu tematyce, tylko na przekór z płyty bije pewien optymizm.

Tego nie da się opisać, to trzeba pochłonąć. Zdecydowanie polecam i jak już można wnioskować po tej przesyconej komplementami recenzji, daję 10 na 10, a nawet i więcej! Tribute, John Newman, Universal, Island Records, 14 października 2013.


6

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

szt uka

HANNA KANTOR

,,Żar i proch, ołów i dym”, czyli wspomnienia o Napoleonie w Legnicy i Bolesławcu Ambicje cesarza Francuzów, Napoleona Bonapartego daleko wykraczały poza wyobraźnię i możliwości innych władców. Dla jednych był bogiem wojny, dla innych porywał się „z motyką na księżyc”. Jedno jest pewne, zawitał też u nas. Dolny Śląsk postanowił uczcić to obchodami dwusetnej rocznicy kampanii Napoleona na ziemiach śląskich. Zdarzyło się akurat tak, że właśnie w anno Domini 2013 przypada dwusetna rocznica kampanii Napoleona Bonaparte na ziemiach śląskich. Przenieśmy się więc dwieście lat wstecz, gdy cały Śląsk znajdował się pod władaniem pruskiej dynastii Hohenzollernów. Natomiast sam Napoleon przebywał w naszych okolicach dokładnie w 1813 roku, przygotowując się na, jak się potem okazało, nieudaną wyprawę na Rosję. Prusy, a więc i Legnica, która znajdowała się w ich obrębie, zostały objęte okupacją francuską. Wystawa Żar i proch, ołów i dym – Rok 1813 w Legnicy, którą mogliśmy oglądać w Muzeum Miedzi w Legnicy od sierpnia do października, to nic innego jak zbiór wspaniałych pozostałości po Napoleonie Bonaparte. Francuzi odbyli z Prusakami wiele potyczek. Najbardziej znane to bitwa pod Kaczawą i Bolesławcem. Nie były to jednak jedynie francusko-pruskie walki. Polacy towarzyszyli cesarzowi jako gwardia szwoleżerów, czyli lekka kawaleria, pod wodzą samego Dezyderego Chłapowskiego. Nawet po przegranej z Rosją Polacy pozostali wierni Napoleonowi, do końca osłaniając jego wojska. A warto wiedzieć, że rosyjskie wojsko goniło Napoleona aż do samej Francji… Jeśli wojna to oczywiście broń, więc legnickie Muzeum Miedzi prezentowało na wystawie m.in. autentyczne karabiny piechoty oraz szable kawalerii francuskiej. Udostępniono też zwiedzającym wiele relacji z pobytu cesarza napisanych przez ówczesnych mieszkańców Legnicy. Niestety Legniczanie pisali same negatywne relacje, gdyż Napoleon jako wróg wkraczający do miasta stał się równocześnie okupantem. To właśnie obawa przed okupacją francuską sprawiła, iż w ostatnich dniach maja 1813 roku wielu zamożnych obywateli Legnicy opuściło wraz ze swoimi rodzinami zagrożone miasto. Aby w pełni oddać ducha tamtych czasów, wystawa przyozdobiona została w obrazy batalistyczne, plany bitew oraz portrety do-

wódców wojska, a także w wiele wizerunków samego Napoleona. Wystawa Żar i proch, ołów i dym nie skupiała jedynie eksponatów legnickiego muzeum. Cenne zabytki zaprezentowane na wystawie pochodzą też ze zbiorów, m.in.: Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Muzeum Regionalnego z Jawora, kolekcji prywatnych, Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu czy Muzeum Tkactwa z Kamiennej Góry. Do tego ostatniego należą drogocenne warcaby z kości słoniowej, którymi według przekazów grał Napoleon we Lwówku Śląskim. Wszystko, co zachowało się w Polsce po cesarzu, jest objęte szczególną opieką i traktowane niczym relikwie oraz z dumą prezentowane. Nie tylko w Legnicy, ale i również w Bolesławcu. Podobno tamtejsze muzeum w swych zbiorach posiada niebieską filiżankę, z której Napoleon pił poranną kawę. Mało tego, kawę w niebieskiej filiżance Napoleon wypił około siódmej rano w gospodzie „Pod Czarnym Orłem” w pokoju na pierwszym piętrze przy minusowej temperaturze na zewnątrz 22,5 stopnia! Co ciekawe, Bolesławiec wziął sobie do serca obowiązek zorganizowania obchodów dwusetnej rocznicy pobytu Napoleona na Śląsku i zaszalał dużo bardziej niż Legnica. W Bolesławcu był prawdziwy „żar i proch, ołów i dym”, czyli inscenizacja bitwy o Bolesławiec. Jeśli ktoś czuł dalej niedosyt historii po rekonstrukcji bitwy, Bolesławiec przygotował również żołnierskie obozowisko, które można było zwiedzać, a w którym mieścił się m.in. szpital polowy z tamtych czasów z pokazem ówczesnych zabiegów chirurgicznych. Sam cesarz na Dolnym Śląsku nie zabawił długo. Po podbiciu pruskich terenów rozpoczął inwazję na Rosję. Jak wiadomo, porażka kampanii rosyjskiej zadała Napoleonowi miażdżący cios, po którym nigdy już się nie podniósł. Mimo prób powrotu, jak 100 dni Napoleona, kariera dowódcy bezpowrotnie się

skończyła. Dwusetna rocznica kampanii Napoleona na ziemiach śląskich to świetna okazja, by może nie tyle powspominać stare dzieje, a raczej dowiedzieć się czegoś o historii ziem, na których mieszkamy. Tym bardziej że epoka napoleońska odbiła na Polakach niemałe piętno. Wraz z upadkiem Napoleona nastąpił upadek Księstwa Warszawskiego i polskiej niepodległości na następne sto lat.

Wystawa żar i proch, ołów i dym – Rok 1813 w Legnicy, Muzeum Miedzi w Legnicy, sierpień-październik, 2013. Wystawa 1813-2013. Dwusetna rocznica kampanii napoleońskiej na Śląsku 1813, Bolesławiec, 6-7 września, 2013.

KINGA ŻUK

Ruch na kartce papieru Gdy ciało zgrane jest z duszą, a każe napięcie mięśni harmonijnie splata się z najdrobniejszym szumem w muzyce, wtedy dochodzi do perfekcji. To właśnie tancerze posługujący się takimi umiejętnościami potrafią przekazać pewną historię, opowieść, scenę. Dochodzi do tego, że znajdują się ludzie, którzy chcą przenieść całą tę dynamikę na kartkę papieru. Takim właśnie człowiekiem jest Krzysztof Juretko, który urodził się w Legnicy, jednak od wielu lat mieszka i pracuje w Wuppertalu. Rysownik, malarz, rzeźbiarz. Absolwent studiów pedagogicznych we Wrocławiu, potem także sztuk plastycznych i pedagogiki sztuki na Uniwersytecie w Wuppertalu. Malarstwa uczył się w pracowni Tadeusza Wrońskiego. Jest autorem wielu wystaw indywidualnych i zbiorowych w całych Niemczech, a także na terenie Polski. Członek Bergiskiego Stowarzyszenia Artystycznego. Jego prace, pokazywane na obecnej wystawie Przerysownia – dialektyczny dyskurs rysunków w Galerii Sztuki Ring, to seria obrazów malowanych przy użyciu węgla i ołówka.

Zostały one zainspirowane estetyką tańca, jaką prezentuje niemiecka grupa choreografki Piny Bausch i jej znanego na całym świecie teatru tańca. Główne motto Piny brzmi: „Artysta to nie tylko osoba, która interesująco się porusza, bo istotne jest także to, co człowieka porusza”. Autor wystawy spędził z tancerzami wiele godzin na treningach, starając się przenieść ich ruch na papier, uzyskując tym samym pracę o wymiarze przestrzennym. Jak sam autor powiedział podczas wernisażu: „Moje spotkanie z Piną Bausch miało miejsce w 1993 roku, więc będę już obchodził jubileusz 20-lecia. Chciałem spróbować czegoś nowego, jakiegoś wyzwania. Szukając formy rysunku, szukając modela w pracowni, >>

FOT. KINGA ŻUK


sztuka

7

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D

nie znalazłem tego, co określa ruch i dynamika ruchu, a ponieważ jestem z natury zafascynowany tańcem, będąc na treningach i spektaklach, chciałem być częścią zespołu i przekładać ruch tancerza na papier, niestety dwuwymiarowy. Jest to możliwe, jednak długi czas zajęło mi mocowanie się z formą ruchu, co nie jest takie proste. Jednak udało mi się znaleźć pewien miernik symbiozy i przekładać te poruszające figury na papier, szukając tego trzeciego wymiaru, czasu czy przestrzeni”.

Autor chciał przenieść na kartkę moment, ułamek sekundy, fragment ruchu wykonywanego przez tancerzy. Jego celem nie było dokładne przekazanie jednej pozy, a fragmentu sentencji wraz z przejściem, dynamiką i pewnym zanikaniem. Chciał utrwalić na obrazie to, co przemija, co kończy się, zanim jeszcze zdążyło się dobrze zacząć. Myślę, że Krzysztof Juretko osiągnął swój cel, ponieważ spoglądając na te obrazy i przyglądając im się, możemy dostrzec ten ułamek ruchu, jest to na swój sposób pewna iluzja, gra z naszym mózgiem. Coś, co z pozoru dla człowieka niezainteresowanego sztuką wydaje się zwykłym bazgrołem lub dla bardziej z pozoru obeznanego – początkiem pracy, szkicem, dla znawcy lub zainteresowanego jest pełną perfekcją formy i treści, harmonią ruchu i ołówka przedstawionymi na kartce za pomocą postaci tańczącego. Rysunki utrzymane są raczej w stonowanej kolorystyce: czerni, szarościach, grafitach. Na niektórych pracach możemy dojrzeć drobne elementy kolorystyczne. Wystawa jest z pewnością warta obejrzenia, nie zanudzi, nie będzie trudna w zrozumieniu, jest za to ciekawa i dynamiczna. Przerysowania – dialektyczny dyskurs rysunków, 5 października 2013, Galeria Ring.

2 0 1 3

KARMELINA KULPA

Wystawa wuppertalskich artystów Bliżej / Näher w Galerii Sztuki Z okazji 20. rocznicy współpracy Legnicy z miastem Wuppertal zorganizowano w naszej legnickiej Galerii Sztuki wystawę wuppertalskich artystów. Wernisaż odbył się 5 października. Od razu przy wejściu uwagę zwracają na siebie prace Johannesa Birkhölzera Historyczne miejsca. Seria ukazuje ruiny i symbole miejsc historycznych wykonane akwafortą, czyli techniką polegającą na trawieniu płyt metalowych z naniesionym rysunkiem i wykonaniem z nich odbitek. Są to obrazy zmuszające do refleksji nad czasem i miejscem człowieka w historii. Kolejnymi bardzo wyrazistym artystą, którego obrazy goszczą na wystawie, jest Enrique Rabasseda. Jego dzieła malarskie Dyrygent oraz Głowa, wykonane w mrocznych barwach olejem na płótnie, niemalże turpistycznie obrazują człowieka, przez co intrygują i przypominają dzieła ekspresjonisty Ernesta Ludwika Kirchnera. Wystawa nie skupia tylko i wyłącznie dzieł malarskich, ale również rzeźbę i fotografię. Niezwykle przyciągające są kontrowersyjne fotografie Aliny Groβ, przedstawiające w artystyczny sposób akt – części ciała kobiety zasłonięte mackami ośmiornicy. Z kolei rzeźby artystki Rosemarie Kau są melancholijne i surrealistyczne. Autorka wykonuje je z różnych (i nietypowych w rzeźbie) skał surowcowych. Na wystawie można zobaczyć również prace Christiana Stübena, fotografa, który uważa, że wszystko, co jest potrzebne by wykonać dobre zdjęcie, to jakikolwiek aparat i dobre „oko” fotografa. W Legnicy wystawił fotografie, na których fotografowany obiekt jest niejasny, ale dzięki tytułom (np. Streszczenie – Trzech mędrców podążających za gwiazdą) zdjęcia zyskują miano dzieł abstrakcyjnych. W przeciwieństwie do Christiana Stübena, który

nadaje obrazom wymyślne tytuły, prace Michaela Allesa są wystawione jako dzieła Bez tytułu, ponieważ pięć portretów twarzy, wiszących obok siebie na ścianie, mówi same za siebie. Obrazy pokazują upływający czas, co oddają zmarszczki i zmęczenie widniejące na twarzach sportretowanych ludzi. Dzieła Hildy Birkhölzer-Dehnert natomiast łączą w sobie elementy fotografii i malarstwa, które tworzą różnorodne pejzaże pustyń i gór w barwach czarno-białych lub sepii. Najbardziej podobały mi się obrazy Krzysztofa Juretko, który skupia się przede wszystkim na ukazaniu człowieka w ruchu. Częstym motywem obrazów są tancerki teatru tańca Tanztheater Piny Bausch w Wuppertalu. Dynamizm i siła ciała, ale też zmęczenie tancerek namalowanych przez Juretko, niesamowicie przypominają baletnice ze szkiców impresjonisty Edgara Degasa, tyle że są wykonane w monochromatycznych barwach. Rysunki malarza mamy okazję podziwiać nie tylko w Galerii Sztuki, ale też w Galerii Ring, w której artysta ma swoją samodzielną wystawę. Natomiast nie przemówiły do mnie prace Reginy Künzler, ze względu na to iż obrazy i kolaże są pełne kolorów, które według mnie niedobrze ze sobą współgrają, a na dodatek bez określonego tytułu odbiorcom niełatwo zinterpretować obraz. Twórczość Künzler ma raczej charakter dekoracyjny i nic poza tym. Dlatego dla mnie, człowieka, który lubi interpretować i zastanawiać się nad symboliką obrazów, prace są nieatrakcyjne, ale to rzecz gustu. Nie zachwyciły mnie również wystawione fotomontaże Jochena Roedszu-

FOT. KARMELINA KULPA

sa, ponieważ były mało oryginalne. Szkoda, gdyż inne prace tego artysty – na których przerabia graficznie dzieła znanych malarzy, takich jak Ingres czy Degas, nadając znanym arcydziełom nowe, ciekawe oblicze – są zdecydowanie warte uwagi. Szczerze zachęcam do odwiedzenia tej niezwykłej wystawy zdolnych wuppertalskich artystów, która nie tylko jest manifestem sztuki współczesnej, ale też symbolem partnerstwa naszego miasta z Wuppertalem. Bliżej / Näher, Galeria Sztuki, Legnica, 5-27 października 2013.

literatura

ALICJA SWEDURA

Embrionalny stan słów

Zaczyna się od narodzin – jak to zwykle bywa – pomysłu. Swoje bujne dzieciństwo spędza na kartce, każda z nich to jakiś dzień. Z biegiem czasu przybywa kartek i powstaje COŚ na kształt zbioru (pamiętnika?). Ostatnia strona, ostatnia kropka – i oto jest. Tak powstaje książka.

FOT. KINGA ŻUK

FOT. KINGA ŻUK

Książka swą młodość ma zaplanowaną w wystało spisane. Po co więc to robić? Po co po dawnictwie, gdzie spędza dłuższy czas. Tam raz kolejny tworzyć kopię czegoś, co przedardostaje pierwsze ubranie, zdobywa pierwszy ło się już przez okrutny rynek wydawniczy wizerunek. Teraz wygląda poważnie, już nie i znalazło swoich odbiorców? Maria Gutowjest stosem makulatury. Trafia do miejsca, ska-Adamczyk przekonuje jednak, że warto: w którym co chwilę słychać uroczy dzwone„Najpiękniejszy moment w życiu autora to czek. Staje się gwiazdą – to jest jej czas. Jest ten, kiedy jego książka zostanie pierwszy raz rozchwytywana przez towarzystwa różnej w pełni przeczytana”. maści. Podawana z rąk do rąk trafia niemalże do każdego. I to całe dorastanie wydaje Niemniej słowa, które czytamy, oprawione się takie piękne... przy tym w całkiem ładną okładkę, to tylko efekt końcowy. Zanim trafiły do naszych rąk, 26 września w Czytelni Naukowej Legnickiej musiały przejść długą, naprawdę długą i wyBiblioteki Publicznej Małgorzata Gutowskaskokową podróż, której nie widzieliśmy, której -Adamczyk rozwiewa wszelkie złudzenia doświadkami nie byliśmy. A szkoda. Może włatyczące pracy pisarza. Jako autorka trzech śnie wtedy potrafilibyśmy je należycie doceczęści Cukierni pod Amorem, scenarzystka nić. Praca pisarza łączy się z ogromnym truserialu Na wspólnej i laureatka kilku nagród dem, który zrozumieć może prawdopodobnie literackich bez trudu może powiedzieć, na tylko pisarz. Nie każdy dzień jest odpowiedni czym polega prawdziwe pisanie. I na dowód do tworzenia. Pisania nie można zaplanotego czyni trafne porównanie: „Pisanie jest wać. Odpowiednia myśl, ten genialny pomysł jak odrabianie zadania z najbardziej nielubiamoże pojawić się w każdej chwili. Jak to częnego przedmiotu”. Pisarka odważnie wyjawia: sto mówi służba zdrowia: „Trzeba czekać”. „Ja nie lubię pisać”. I myślę, że takie słowa Pojawia się nieoczekiwanie. Raz, gdy wypiz ust pisarzy padają często. Autorka przekojasz ostatnią kroplę pomarańczowej oranżanuje: „Jest naprawdę bardzo ciężko usiąść dy. Drugi, kiedy rozemocjonowany oglądasz i napisać stronę z sensem. Z takim sensem, kolejny odcinek Mody na sukces. Kolejny, który nas zadowala i który daje nam poczukiedy karmisz swojego żółwia. Kiedy stoisz cie, że zrobiliśmy to coś”. Ci, którzy sądzą, że w kolejce po 30 dag. żółtego sera, kiedy zapisanie to czysta przyjemność, a słowa sypią jadasz się „Sevendaysem”, kiedy słyszysz od się jak z rękawa, są w wielkim błędzie. Pisakasjerki niewinne: „Mogę być winna grosik?”. nie trwa tygodnie, miesiące, czasami nawet I największym bólem dla pisarza – jak twierlata. Czasami nie powstaje nic, bo w pewnym dzi Małgorzata Gutowska-Adamczyk – jest to, momencie okazuje się, że już wszystko zo-

że nie ma on wówczas pod ręką długopisu i kartki, po czym opowiada: „Idę do łazienki, myję zęby, a tu powieść zaczyna lecieć ze mnie ciurkiem. Oczywiście tego nie zapisuję. Następnego dnia tłukę głową o ścianę i zastanawiam się, dlaczego tego nie zapisałam, skoro to było takie dobre?!”. Ten, kto nigdy nie zadał sobie trudu stworzenia czegoś na kształt książki, może pytać, może się zastanawiać, po co ludzie to robią. Czy nie wystarczającą odpowiedzią byłoby: a czy nie przyjemnie jest zobaczyć swoje nazwisko na okładce? Czy nie sprawia przyjemności dawanie jej innym? Chociażby dla tych chwil. Po długiej, wyczerpującej i niebywale porywającej opowieści o pisarstwie pojawia się temat dosyć kontrowersyjny dla zebranych (w sali są i uczniowie, i nauczyciele). Mianowicie: polskie, współczesne szkolnictwo. Kiedy Małgorzata Gutowska-Adamczyk skończyła studia na wydziale wiedzy o teatrze, w jej świadomości zagnieździło się pewne poczucie, że nic nie umie. I w związku z tym powinna się uczyć. Najlepiej zacząć wszystko jeszcze raz, od początku. Dwa lata, które spędziła, ucząc innych, nauczyły ją samą, że szkoła jest niezwykle ważnym tematem. „To miejsce, w którym tracimy bardzo dużo czasu, nie zyskując zbyt wiele w zamian” – stwierdza. A co z nabytą wiedzą, Pani Małgorzato, co z osobistą satysfakcją? Pisarka stara się walczyć z podstawowymi błędami szkolnictwa. Z lek>>


8

sztuka

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

turami, które według niej zabijają czytelnictwo. Dlaczego uczniowie nie czytają lektur? Autorka na to pytanie odpowiada tak: „Jeśli jadąc z Legnicy do Chojnowa, spotkalibyśmy traktorzystę, który akurat kosi kukurydzę, kazali mu wysiąść i zabrali do eleganckiej restauracji, a następnie kazali jeść mu sushi, to jest mało prawdopodobne, że on się tym sushi zachwyci. Raczej prędko zapyta, gdzie jest tu bar z golonką”. Według Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk tak samo jest z uczniami. Jedynym sposobem nauczenia młodzieży literatury, kochania ją, czerpania z niej zysku, jest ukazanie jej jako lustro. Młody człowiek musi się odnaleźć w tym, co czyta. Tylko jak ma się odnaleźć w czymś, czego nie rozumie, co go kompletnie nie interesuje, nie rozumie języka, w którym jest pisane? W związku z tym nie czyta. Małgorzata Gutowska-Adamczyk bezwzględnie stwierdza: „Szkoła uczy młodzież kłamać. Oni nie rozumieją, na czym polega to, że ich matki mogą zachwycać się powieścią W Pustyni i w Puszczy. Oni nie rozumieją języka Krzyżaków. Zachwycają się za to

Harrym Potterem. Więc dajmy im to, czym się zachwycą!”. Odważne, nasycone szczerością, bezwzględne wypowiedzi pani Gutowskiej-Adamczyk wywołały atmosferę zbiorowego zamyślenia. Przybliżenie jej biografii jako pisarki spowodowały jeszcze większy podziw dla jej osoby. Pani Małgorzata obnaża realia strudzonego pisarza, które dla większości z nas (jak mniemam) nie były znane. Mieliśmy okazję zobaczyć książkę „od podszewki”, nie tak jak zwykle – pełną, w grubej okładce. Usłyszeliśmy o interesującym procesie jej dorastania. Zagłębiliśmy się w atrakcyjny (z pozoru) świat pisarstwa i na jakąś chwilę oderwaliśmy od codzienności. Oby więcej takich wykładów – dziękujemy!

FOT. ALICJA SWEDURA

Wieczór z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk, Czytelnia Naukowa Legnickiej Biblioteki Publicznej, 26 września 2013.

HANNA KANTOR

Jakub Ćwiek w krainie rock ‘n’ rolla Jakub Ćwiek – pisarz fantasy, twórca cyklów opowiadań. Znany wśród polskich fanów fantasy, których serca podbił cyklem opowiadań Kłamca. Oryginalny i kontrowersyjny choćby za sprawą zbioru opowiadań Gotuj z papieżem. Tytułowe opowiadanie to historia pewnej mistyfikacji, której ofiarą pada pośmiertnie polski papież, oskarżony o kanibalizm. 19 września w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Chojnowie miało odbyć się spotkanie literackie z pisarzem fantasy Jakubem Ćwiekiem. „Miało odbyć się spotkanie”, gdyż mimo że pisarz pojawił się, spotkaniem literackim zupełnie nazwać tego nie mogę. Wiedziałam, że pisarz przyjedzie w ramach trasy „Rock and Read Festival”, czyli jak głoszą sami zainteresowani – największej trasy promującej czytelnictwo i muzykę rockową w Polsce, mającej w tym roku już drugą edycję. Jednak to, z czym zetknęłam się podczas samego spotkania, zniwelowało moje oczekiwania i obraz spotkań literackich. Biegnąc w deszczu do biblioteki, jak zwykle spóźniona, kompletnie nie byłam przygotowana na to, co czekało na mnie wewnątrz. Na zewnątrz w sumie też, gdyż przed budynkiem biblioteki stał konwój aut, z motocyklami na przyczepach oraz z narysowanymi na kamperze postaciami reklamującymi nową książkę Ćwieka. Na marginesie książka ta pod niepozornym tytułem Chłopcy 2 jest kontynuacją opowieści o Zagubionych Chłopcach, dawnych towarzyszach Piotrusia Pana, którzy w wersji Ćwieka zdeprawowani zostali przez Dzwoneczka – tutaj w postaci seksownej blondynki, dowodzącej ich harleyowym gangiem. Gdy skonsternowana i cała mokra weszłam do środka budynku, ujrzałam, że w malutkim

holu biblioteki gra zespół rockowy. Po półgodzinnym koncercie muzycy, a wraz z nimi słuchacze, panie bibliotekarki oraz ostatni spóźnieni przenieśli się na piętro, aby udać się na spotkanie z pisarzem. A tam, po już niemałej dawce szoku, kolejne zaskoczenie. Wejście pisarza do sali zostało zainscenizowane niemalże z artystycznym rozmachem. W towarzystwie swej świty oraz z podkładem znanej rockowej piosenki wszedł powolnym, aczkolwiek majestatycznym krokiem w neonowożółtych okularach, rozwiązanych butach oraz ekstrawaganckim połączeniu skórzanej kamizelki z frędzelkami nałożonej na skórzaną kurtkę, już bez frędzelków, wyczekiwany Jakub Ćwiek. Wejście pisarza byłoby godne światowej sławy gwiazdy rocka, gdyby tylko nie miejsce prowincjonalnej biblioteki, publiki w wieku gimnazjalnym i formatu samej „gwiazdy”.

da się jedynie w kilku słowach. Dwie godziny spędzone z pisarzem i ani jedna wzmianka o jego książce. O czym zatem mówił Ćwiek? Mówił długo i ze szczegółami o… życiu w trasie. I na tym można byłoby właściwie zakończyć, gdyż przygody z policją wesołej gromadki Ćwieka były wprawdzie zabawne, aczkolwiek dla kogoś, kto przyszedł na praw-

dziwe spotkanie z literaturą, opowieści te to marnotrawstwo czasu. Na wreszcie zadane pytanie przez kogoś z widowni: „Czy skoro jest to spotkanie, w myśl którego pisarz powinien promować swoją nową książkę, w tym wypadku Chłopców 2, czy autor wypowie się trochę na jej temat?” Ćwiek odpowiedział po prostu: „Nie”. Jak potem tłumaczył, konwencja spotkań z nim jest taka, a nie inna, dlatego że nie lubi rozmawiać o swoich książkach, co, jak twierdzi, byłoby pokłonem ku własnej osobie. Być może Jakub Ćwiek nie jest chwalipiętą, jednak w ramach trasy, która podobno ma promować literaturę, muzykę i rockandrollowy styl życia, kompletny brak literatury aż boli. Jedyne, co ratowało to spotkanie, to zorganizowana na sam koniec najpierw nauka, a potem zabawa w grę karcianą Kłamca stworzoną na podstawie powieści Ćwieka. Sam pomysł trasy rockowo-literackiej, jedynej takiej w swoim rodzaju, jest pomysłem bardzo nietuzinkowym i za to należą się gratulacje Jakubowi Ćwiekowi. Jednak druga edycja „Rock and Read Festival” jest niestety klapą, bo z read ponownie zrobiło się roll, a słuchanie o rock 'n’ rollowych przygodach w trasie już nie jest tak oryginalne, jaką pierwotnie trasa ta miała być. Coś, co powinno być jedynie deserem, dodatkiem, zastąpiło danie główne. I wyszłam ze spotkania głodna. Literatury.

U boku pisarza zasiedli ilustratorzy: twórca rysunków do gry karcianej na podstawie powieści Jakuba Ćwieka, Robert Sienicki oraz ilustrator Chłopców – Iwo Strzelecki, a także nieznana, jak sama o sobie powiedziała, pisarka, Aneta Jadowska oraz dwie młode kobiety, których role w trasie Ćwieka nie zostały ujawnione, a jedna kryła się pod pseudonimem „Dziunia”. Jak wygląd spotkania można opisywać długo i skrupulatnie, tak jego przebieg, w przeciwieństwie, nakreślić

„Rock and Read Festival”, Miejska Biblioteka Publiczna w Chojnowie, 19 września 2013.

f I l m

MAKSYMILIAN CHLEBOSZ

Złota miedź

„Który jest kurwa kibicem?” – takie retoryczne pytanie słyszymy we wstępie. Film na to pytanie odpowiada. Kibicami byli wszyscy faceci siedzący za mną na Scenie na Nowym Świecie ubrani w dresy Miedzianki. Tak samo jak kibicami są wszyscy ci, którzy chodzą co mecz na młyn kibicować piłkarzom w niebieskich strojach MKS Miedzianki. Pytanie to otwiera dokumentalny film zatytułowany Tak po prostu jest, który miał premierę 18 października i jest właśnie o nich, o kibicach Miedzianki. Jest owocem współpracy Ośrodka „Nowy Świat” ze Stowarzyszeniem Kibiców „Tylko Miedź”. Głównymi nazwiskami w przedsięwzięciu są Magdalena Pietrewicz i Michał Czerwonka. Film jest jednocześnie autoportretem i portretem. Opowiada on bowiem o ludziach, którzy dzielą jedno podwórko i jedną pasję. Zostali oni zaopatrzeni w parę nieskomplikowanych kamer i mieli nagrywać to, co uznają za najważniejsze, co w rezultacie dało zdjęcia zarówno ze stadio-

FOT. KAROL BUDREWICZ

nu, z podwórka czy własnych domów – dlatego jest to autoportret. Portret natomiast został nakreślony przez Konrada Dąbkiewicza, który był drugą siłą powstawania filmu – pełnił funkcję profesjonalnego operatora, który rejestruje tamten świat z obcej perspektywy, człowieka z ubocza. Ujęcia można rozróżnić na te robione z trzęsącej się ręki w prywatnych mieszkaniach oraz profesjonalne, kręcone przez obcego obserwatora. Jednak mimo braku wprawy w operowanie kamerą, panowie z Nowego Świata stanęli na wysokości zadania i błędy w warsztacie zauważane i tak tylko przez profesjonalistów nie rzucają się

w oczy, ponieważ to nie miał być film kręcony wedle scenariusza. Miał on na celu zdemitologizować wizerunek kibica jako chuligana, oddzielić grubą kreską kibiców od kiboli. Kamera towarzyszyła chłopakom w różnych miejscach. Widzimy ich przygotowujących się na mecz, a nawet podczas porannego ubierania się zastanawiających się, czy jest na tyle zimno, aby wybrać bluzę. Widzimy ich na młynie krzyczących dopingujące hasła, nierzadko ze swoimi dziećmi, przejmującymi pasję od swoich rodziców. Mamy okazję także oglądać, jak wspólnie przy ognisku i muzyce >>


fIlm

z samochodu dyskutują o stworzeniu nowej sektorówki, czyli banneru do rozciągnięcia na trybunach podczas meczu. Scena ta jest jedną z tych, które pokazują oddanie klubowi – chłopaki kłócą się przy wspólnym ognisku o to, że to nie graficy powinni podsuwać im pomysły na układ liter i „ślimaka”, czyli herb Miedzianki. Oni są kibicami, ich sektorówka, ich drużyna, ich pomysł. Kibice przed obiektywem opowiadają historie z wyjazdów, wypowiadają się także o swoich synach, którym już od małego zaszczepiają pasję do piłki nożnej. To, czy film demitologizuje negatywny stereotyp „kibola rozróby”, można poddać pod dyskusję. Ciężko zrealizować ten zamiar w jedynie pół godziny. Dokument jednak otwiera okno na ważny element legnickiej rzeczywistości – na społeczność Nowego Świata, na kibiców Miedzianki. Część celu z pewnością została zrealizowana – okno to otworzono drogą kultury. Nareszcie ludzie nie mówią

9

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D

2 0 1 3

o chłopakach jak o chuliganach. Nakręcili własny film, o sobie. To się ceni. Wyszli ze swoją pasją do ludzi, którzy przez to przestaną spoglądać na nich jak na osobny świat, przynajmniej do pewnego stopnia. Śmiało można uznać, że owe okno na kibiców nie zostało nieśmiało uchylone, a otworzono je na oścież, pozwalając ludziom przez nie wchodzić i wychodzić. Miejmy nadzieję, iż dzięki temu przechodzeniu powstanie kolejny film lub kolejny projekt kulturalny, zacierający granice między Legniczanami i niwelujący negatywne stereotypy. Brawo Panowie.

Tak po prostu jest, współpraca Ośrodka „Nowy Świat” ze Stowarzyszeniem Kibiców „Tylko Miedź”, Legnica 2013.

FOT. KAROL BUDREWICZ

KAROLINA KARKULOWSKA

Od „STORY” do „SUPER STORY” Kiedy wszyscy udali się na wakacyjny odpoczynek, oni pracowali. Kiedy wszyscy uczniowie spakowali tornistry i poszli do szkoły, oni rozpoczęli zdjęcia do filmu. Na jakim etapie znajdują się teraz? Jak daleko się posunęli? Czyli, co nowego u Proximy? Jeśli zmiany, to tylko na lepsze. Mimo problemów napotykanych na swojej drodze twórcy Super story mają w sobie dużo optymizmu i dobrego nastawienia do pracy, co pozwala im posuwać się do przodu każdego dnia. Nie brakuje im zapału i to pozwoliło im dojść do miejsca, w którym obecnie się znajdują. Zdjęcia rozpoczęli 14 września. Do tej pory zrealizowali m.in. miłosną scenę na dachu i scenę zabójstwa. Przed nimi jeszcze kilka pościgów, scen akcji pełnych brutalności. Nie nudzą się. W przerwie między zdjęciami, które odbywają się w weekendy, montują, kombinują, tworzą. W każde ujęcie wkładają dużo wysiłku, ponieważ liczy się najmniejszy szczegół. Współpraca pomiędzy członkami ekipy przebiega bardzo sprawnie, co przyniosło taki, a nie inny obrót sprawy. Na planie nie ma osoby bez przyporządkowanej funkcji

i dzięki temu, że zajmują się tym, co do nich należy, a nie wszystkim na raz, nie wchodzą sobie w drogę.

reżyser w każdej chwili mógł spojrzeć na poszczególne sceny. Początkowo zdecydowani byli na analogowy system zapisu na taśmie, który miałby bardziej wpasować się w klimat filmu. Jednak zapadła inna decyzja i produkcja powstanie w HD. Film ma trafić do dystrybucji na DVD, do telewizji oraz do kin studyjnych w Polsce. Tak, jak informowaliśmy w poprzednim numerze („Raban” nr 7, czerwiec 2013), zdjęcia do filmu odbywać się będą na terenie Legnicy poza jednym wyjątkiem – Kopalni Kruszywa w Szczytnikach. Poszczególne ujęcia będą przedstawione na tle znanych nam mniej lub bardziej miejsc, w tym: Lotnisko przy ulicy Schumana, zajezdnia MPK, a głównie V Liceum Ogólnokształcące. To właśnie Kamil wraz z Joanną Różaną, która na planie jest scenografem, dokonali wyboru takich miejsc. Jeżdżąc od

FOT. KAROL BUDREWICZ

FOT. KAROL BUDREWICZ

miejsca do miejsca, zdecydowali się na kilka tych, które ich zainteresowały. Wszystkie główne role zostały obsadzone i jak mówią, są z nich bardzo zadowoleni. Prócz głównej roli męskiej Kamila jest także żeńska pierwszoplanowa postać Doroty, w którą wcieliła się Katarzyna Leligdowicz. Do swojej produkcji mają jeszcze zamiar przygarnąć kilka dusz. Będą to małe role epizodyczne. Dzięki pracy na planie zdobywają ogromne doświadczenie. Uczą się pracy w grupie, przed kamerami, a przede wszystkim mobilizacji. Wielu z aktorów jest jeszcze młodych. Współpraca z Proximą zapewnia im lekki i przyjemny start, który pozwala im z każdym dniem czuć się swobodniej przed kamerami na planie. Lekki stres, który pewnie dopadł każdego w pierwszym dniu zdjęć, powoli usuwa się na bok i ustępuje miejsca czynnej

aktywności. Każdy dzień uczy ich czegoś nowego, co umożliwia polepszanie filmu z coraz to nowszym ujęciem. Praca przy filmie wymaga również szybkiego podejmowania decyzji w sytuacjach kryzysowych. Trzeba umieć być przygotowanym na wszystkie okoliczności i niespodzianki. Super Story to film niezależny. Jak na tych „niezależnych” doskonale sobie radzą. Ambicja oraz zapał pomagają im brnąć do przodu. Nie potrzebują wcale dużych środków finansowych, by zrobić coś dobrze. Ludzie biorąc ich za amatorów, nie mają pojęcia, jaką bombę szykują im „chłopaki” ze studia Proxima. Zapewne będzie to duże wydarzenie dla miasta Legnica, dla mieszkańców, aktorów, a przede wszystkim ich samych – Karola, Kamila oraz Marcina. Super Story, Proxima, wrzesień 2013.

Wyjątek stanowią trzy osoby, którą tworzą fundament całego filmu. Bez nich nie byłoby początku ani finału. Karol Węglewski, który jest producentem, oprócz podejmowania kluczowych decyzji, wcielił się w rolę „Szefa”. Marcina Majkowskiego na planie dostrzec można w słuchawkach na uszach, kontrolującego jakość dźwięku. Na jego barkach spoczywa również stworzenie oryginalnej muzyki do filmu przy współpracy z zespołem Naked Canvas ze Złotoryi. Okazję pokazać się będzie miała także wokalistka tego zespołu – Malwina Jańta, która zagra w roli epizodycznej. Kamil Brade – reżyser, scenarzysta, główny bohater. Jego obowiązkiem jest mieć czujne oko nad wszystkim. Kiedy wciela się w planową postać agenta, musi bacznie zwracać uwagę na to, czy prócz jego pracy praca innych jest wykonywana tak, jak to sobie wyobraził. Czasami coś może umknąć jego uwadze. Jednakże na planie znajduje się monitor, do którego bezpośrednio przekazywane są informacje z kamery tak, aby FOT. KAROLINA KARKULOWSKA


10

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

felietony

TAMARA KOSTRZ

KINGA ŻUK

Ja. Grom z jasnego nieba. My.

Pomyśl, zanim powiesz!

Zaczyna się od tego, że jesteś młodą singielką, bawisz się wyśmienicie, niczym się nie przejmujesz, ale nagle zaczyna Ci czegoś brakować. I bum! Jak grom z jasnego nieba pojawia się druga połówka, ale nie w tym rzecz.

Ile to już razy zdarzyło się Wam strzelić jakąś gafę, wystrzelić jak z procy, powiedzieć coś, zanim mózg zdążył cokolwiek przetworzyć i pomyśleć? Ze sto, tysiąc, milion? Pewnie tak. Nie martwcie się jednak, zdarza się to wszystkim, nie zależnie od tego, w jakim mówią języku, jakiej są narodowości czy z jakiego krańca świata pochodzą.

Bo niby jest wszystko pięknie, cudownie, kich problemów, nie myślałaś w kategoriach bajecznie się wręcz układa. Poznajecie się, „my” tylko „ja”, byłaś pełną energii singielką, pomału zauważacie swoje wady i zalety, dą- która świetnie dawała sobie radę sama. Pojawił się On. On się uśmiecha, On Cię przyżycie małymi kroczkami do kontaktu również tula, On mówi ciekawe rzeczy, On Cię słucha, fizycznego, do pierwszego pocałunku, do bawi Cię. Zabawne, przecież mówi się, że pierwszego spaceru za rękę. I nagle budzisz nie da się zmienić człowieka, a my Drogie się z ręką w nocniku, bo tak naprawdę nie wiesz, w jakim miejscu się znajdujesz, na ja- Panie, zresztą jak i Panowie zmieniamy się kim levelu uczuciowym, tudzież znajomości. pod wpływem miłości. Przestajemy żyć tylko Pojawiają się pytania, wątpliwości, zastana- dla siebie, a zaczynamy żyć razem. I tak dawiasz się, chcesz to określić jak najszybciej. lej, i dalej… I znów Ci się przypomina telefon, Ok, wyjaśnione, jest dobrze. I nagle wynaj- milczący telefon, nie dzwoni nie pisze. To Cię dujesz kolejny powód szału. Telefon. No tak, wykańcza! A co jest najgłupsze? Najgłupsze przecież to jest straszne, jeżeli facet przez jest to, że On się odezwie, a Ty natychmiast pół godziny go nie odbiera. Jak to zinterpre- zapominasz o wszystkich wewnętrznych roztować, odczytać? terkach i od razu micha Ci się cieszy.

Mi również wiele razy zdarzyło się kilka niefortunnych sytuacji, o których wolałoby się zapomnieć, co już jest nie lada sztuką, jednakże czas leczy rany, a stare przypały przeganiają nowe ot, co. Ach, te straszne, bezduszne słowa wylewające się potokiem z naszych ust, to wszystko ich wina. Co one sobie wyobrażają? Myślą, że są najważniejsze i wszystko im wolno, że zamiast dać pierwszy ruch naszemu ukochanemu, pomocnemu mózgowi, wpychają się nieproszone w kolejkę i wszystko psują? Co za szuje… Nie do wiary. Ileż to już razy za młodu, pod wpływem nagłego przypływu endorfin i adrenaliny podczas rozmowy z rodzicami wymsknęło nam się, brzydkie, wulgarne słowo, które zapadło nam w pamięci, bo gdzieś je usłyszeliśmy? Ale wtopa, tylko schować się pod stół i nie wychodzić, myśli sobie dziesięcioletnie dziecko. I co potem począć z takim zniesmaczonym rodzicem, który bije się w głowę i myśli: „Co ja takiego zrobiłem źle?”, normalnie jakaś patologia.

Badumbs… Zapraszamy na quiz. Pytanie pierwsze: dlaczego druga połówka nie odbiera telefonu? Odpowiedź A) rozładował mu się telefon / nie ma kasy na koncie. Odpowiedź B) jest mega zajęty / śpi. Odpowiedź C) na pewno mu się coś stało, umrę bez niego (panika i krzyki). Odpowiedź D) zielone czupiradła z planety Venus pożerają go żywcem. Za poprawną odpowiedź milion nowiutkich dolarów! Ha, ha… śmieszne, a zarazem tragiczne. Bo jeszcze niedawno nie miałaś ta-

Często z powodu zniecierpliwienia i szybkiej chęci wyrażenia swoich myśli przerywamy komuś zdanie i, jak lwica broniąca swoje małe, wykrzykujemy swoje racje, a niedokończona myśl naszego rozmówcy okazuje się po naszym nagłym wybuchu jednak tym, o czym właśnie przed chwilą z impetem podzieliliśmy się z połową osiedla. À propos krzyku, oj biedne nasze usta, kiedy podczas siarczystej i zażartej kłótni ktoś pod wpływem

emocji wyrzuci z siebie wszystko, co na duszy zalegało. Niekoniecznie będą to prawdziwe oskarżenia, bo zaznaczają, że najpierw mówimy, a potem myślimy, tak naprawdę większość tych słów była wypowiedziana pod wpływem złości i była nie prawdziwa. No i co potem zrobić? Niedomówienia, fochy, biedni, obrażeni partnerzy rozmowy, jak tu im wytłumaczyć po takiej jatce, kiedy oni wzburzeni gotują się w środku, że nie zupełnie o to Wam chodziło? Nic, trzeba czekać, aż emocje opadną, a krew wróci do stałej temperatury. Te słowa są jak jakieś cholerne, jadowite węże, kąsają szybko i boleśnie i tylko wyssanie jadu potrafi uratować od zatracenia. Biedni my, ludzie, niewolnicy, podwładni wielkiego, niezwyciężonego „Pana Słowa”. Kto by pomyślał, że taką zaciętą walkę trzeba z nim toczyć. Chyba to mózg ma najciężej. W sumie to nawet mu współczuję, bo on jako rozważny i mądry wie wszystko najlepiej. Potrafi ubrać słowa tak, żeby wyglądały pięknie i zachwycająco, jednak kapryśne i wybuchowe słowa, jak przystało na władcę, nie zawsze chcą się ubierać tak, jak dyktuje im to kochany mózg. Chyba tylko MY możemy wspomóc „Pana Mózg”, skłonić „Pana Słowo”, żeby trochę harmonijnie i z większą pokorą współpracował. Zwolnijmy więc tempo, nie śpieszmy się, bo jak mówi sprawdzone, polskie przysłowie: „Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”.


legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D

2 0 1 3

11


12

legnicki magazyn kulturalny L I S T O P A D 2 0 1 3

W listopadzie Legnicka Biblioteka Publiczna zadbała o atrakcje dla wszystkich mieszkańców naszego miasta. Miłośników czytania Biblioteka zaprasza na cykliczne spotkania Klubów Książki: Mangi i Anime (13 listopada, godz. 10:00, Filia nr 4), Fantasy (14 i 28 listopada, godz. 19:00, PROVINCIA Cafe Bistro Bar), dla Młodzieży ( 22 listopada, godz. 16:00, Filia nr 4), na Prowincji (26 listopada, godz. 18:00, PROVINCIA Cafe Bistro Bar).

Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

Natomiast dla tych, którzy lubią tworzyć, Legnicka Czytelnia Naukowa przygotowała warsztaty literackie Pisemne bazgroty – literackie pieszczoty ( 18 listopada, godz. 18:00), warsztaty rękodzieła artystycznego (spotkania odbędą się 6, 13 ,20 , 27 listopada, godz. 15:00), a dla osób zainteresowanych ekologią sesję popularnonaukową Co zrobić z odpadami? Problematyka odpadowa w świadomości Polaków (13 listopada, godz. 10:00). Zapraszamy!

l i s t o p a d

Paulina Szudrowicz

Legnickie Centrum Kultury w listopadzie przygotowało wiele interesujących imprez. I wszystko już od pierwszych dni miesiąca! 5 listopada, w Galerii Satyrykon startuje wystawa le mot. Choć na wernisaż trzeba poczekać aż do 28 listopada – warto przyjrzeć się jej już wcześniej. W tym miesiącu nie zabraknie także atrakcji dla legnickich melomanów. Już 11 listopada LCK zaprasza na koncert słynnego Wojciecha Waglewskiego. Voo Voo „Przy Lampce” to projekt skupiający się na kameralnej, akustycznej oprawie. Niemała gratka dla fanów zespołu. Bilety do nabycia w siedzibie LCKu.

2 0 1 3

3 nd.

19.00 Zabijanie Gomułki – PREMIERA

5 wt.

11.00

6 śr.

18.00 Nagroda Ludwika Gadzickiego – uroczysta gala SG

7 cz.

11.00

Zabijanie Gomułki

SG

8 pt.

11.00

Zabijanie Gomułki

SG

8 pt.

19.00 Zabijanie Gomułki

SG

9 sb.

18.00 Koncert Anity Lipnickiej

SG

10 nd.

20.00 Bal Niepodległości

SG

13 śr.

11.00

Niekończąca się opowieść

SG

14 cz.

12.00

Patryk K. – monodram Krzysztofa Grabowskiego

SG

14 cz.

19.00 Patryk K. – monodram Krzysztofa Grabowskiego

SG

SG

Zabijanie Gomułki

SG

Kolejną okazją do zasmakowania dobrej muzyki będzie koncert z cyklu strefa de. Zagrają Jafia Namuel oraz Radical Soul Ammunition. Scenę legnickiej Spiżarni tym razem opanują rytmy reggae. Muzyczne wydarzenia zakończy znany już w naszym mieście Legnica Blues Day. 29 listopada, w Kręgielni Kometa zagrają Open Blues i Tortilla.

15 pt.

19.00 Koncert Lwowskiego Tria Fortepianowego

SG

18 pn.

18.00 Koncert Zespołu Pieśni i Tańca Ziemia Legnicka

SG

Dla fanów Artura Andrusa LCK przygotował specjalną niespodziankę. 17 listopada, w Teatrze Miejskim w Jaworze odbędzie się kabaretowy recital tego niekonwencjonalnego artysty. Organizatorzy zapewniają zastrzyk dobrego humoru. Zapraszamy serdecznie!

21 cz.

19.00 Niekończąca się opowieść

SG

22 pt.

19.00 Intermediale

SG

23 sb.

19.00 Intermediale

SG

24 nd.

12.00

24 nd.

16.00 Intermediale

SG

27 śr.

18.00 Gdzie ja się kończę i zaczynasz Ty – DUANAMA

SG

28 cz.

11.00

Pierwsza komunia

SG

29 pt.

11.00

Pierwsza komunia

SG

29 pt.

19.00 Koncert Agnieszki Grochowicz

CM

30 sb.

19.00 Pierwsza komunia

SG

Aneta Mackiewicz

Listopad w legnickiej Spiżarni zapowiada się niezwykle interesująco, zróżnicowany repertuar może sprawić, że każdy znajdzie coś dla siebie. I tak już 9 listopada będzie można wybrać się na koncert Materii (bilety: 15/20 zł, godz. 20:00). Natomiast w niedzielę 17 listopada na deskach Klubu zagości jeden z bardziej popularnych wokalistów młodego pokolenia – Kamil Bednarek (bilety: 30/35 zł, godz. 20:00). Kolejnym mocnym akcentem będzie koncert Czesława Mozila wraz z zespołem – Czesław Śpiewa, który odbędzie się 22 listopada ( bilety 40/50 zł, godz. 20:00). Dzień później tj. 23 listopada w legnickiej Spiżarni zagoszczą słynni bracia – Figo Fagot ( bilety: 25/35 zł. godz. 20:00). Na koniec miesiąca, 30 listopada, odbędzie się koncert muzyki alternatywnej zespołów Kabanos oraz Zacier ( bilety: 20/30 zł, godz. 20:00). Z pewnością wielu legniczan ucieszy fakt, że 13 grudnia będzie miał miejsce koncert kultowej już grupy Lao Che (więcej informacji wkrótce). Zapraszamy serdecznie!

Niekończąca się opowieść

SG

SG – Scena Gadzickiego | KR – Kawiarnia Ratuszowa | CM Caffe Modjeska

REZERWACJE

 bilety@teatr.legnica.pl 

505 33 72 76

Polubcie RABAN na FACEBOOKU! nasze artykuły przeczytacie także na portalu www.pik.legnica.pl.

Paulina Szudrowicz

numer online znajdziecie na www.issuu.com/lmk_raban

re dak cj a

REDAKCJA: Maksymilian Chlebosz, Patryk Chmielewski, Hanna Kantor, Karolina Karkulowska, Tamara Kostrz, Karmelina Kulpa, Aneta Mackiewicz, Katarzyna Raczyńska, Alicja Swedura, Paulina Szudrowicz, Daniela Wołosińska, Kinga Żuk OPIEKA REDAKCYJNA: Małgorzata Bryl, Marzena Gabryk, Katarzyna Knychalska

patronat wydawniczy Fundacja Teatr Nie-Taki ul. Legnicka 65 54-206 Wrocław www.teatr-nie-taki.pl

PROJEKT GRAFICZNY I SKŁAD: Maksymilian Chlebosz KOREKTA: Małgorzata Bryl NAKŁAD: 1000 egz. DRUK: Wrocławska Drukarnia Naukowa PAN, ul. Lelewela 4, Wrocław KONTAKT: lmk.raban@gmail.com

partnerzy

f i n a n s owa n i e p r o je k t u Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Raban nr 8  

Legnicki Magazyn Kulturalny "RABAN" - nr 8 / listopad 2013

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you