Page 1

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

teatr

W NUMERZE:

Sąd Ostateczny w Modrzejewskiej Z PIOTREM CIEPLAKIEM ROZMAWIA PAULINA SZUDROWICZ

Komedia obozowa, FOT. KAROL BUDREWICZ

TEATR Piotr Cieplak Komedia obozowa Katarzyna Kaźmierczak

MUZYKA: MUZYKA Dziękujemy Bitlesom! Piotr Cieplak, FOT. KAROL BUDREWICZ

Paulina Szudrowicz: Przez wiele lat Legnica kojarzona była wyłącznie z faktu stacjonowania tutaj garnizonu wojsk byłego Związku Radzieckiego. Zyskała w związku z tym nazwę małej Moskwy. Za sprawą Teatru i jego sukcesów zmienia się nastawienie do miasta. Trudna historia znalazła wielokrotnie odbicie w sztukach teatralnych, przez co Legnica zaistniała na mapie Polski jako znaczący ośrodek kulturalny, z bardzo dobrym Teatrem. Jacek Głomb powiedział kiedyś, że zakochał się w tym mieście, w estetycznym sensie. Czy Pan również dostrzega coś niezwykłego w naszym mieście? Piotr Cieplak: Wychowałem się w Opolu, więc architektura, jaka jest w Legnicy, nie jest mi obca. Ta poniemieckość to jest to, co znam, czuję, rozumiem... Dlatego będąc tutaj, mam wrażenie, że jestem u siebie. Niestety nie miałem jeszcze sposobności, aby urządzać sobie wycieczki po mieście, ale rynek i okoliczne uliczki są już moje. To poczucie zadomowienia wiąże się również z tym, że znam się z Jackiem Głombem wiele, wiele lat. Chociaż nigdy wcześniej nie współpracowałem z legnickimi aktorami, to wystarczyły mi dwa dni, aby wiedzieć, że to jest pierwsza liga. Oni są wyćwiczeni, bardzo elastyczni. W związku z tym ta praca jest taka, jak w domu. P.S.: Ponieważ nasza gazeta jest czasopismem kulturalnym, nie może zabraknąć pytania o to, czym dla Pana jest kultura?

P.C.: Hm... pytanie z grubej rury. To jest taka cieniutka warstewka, która decyduje o naszym człowieczeństwie. Jest to związane z naszą świadomością, z zadawaniem sobie pytań: kim ja jestem? Czy jest Pan Bóg czy Go nie ma? To jest to, co odróżnia nas na DOBRE i na ZŁE od kamieni, czy moich kotów – którym zazdroszczę wielokrotnie ich spokoju. I podkreślam tutaj, że nie wynika z tego rozróżnienia lepsze samopoczucie. Język i sztuka w obrębie tej kultury są nie tylko uświadamianiem sobie swojej wyjątkowości tu na ziemi, ale też tego, co jest przekleństwem tej wyjątkowości. Ciemnych i jasnych stron człowieczeństwa jest po równo. Dlatego kultura, język, słowa, wiersze, muzyka i teatr rozpatrują się w tym bałaganie. P.S.: W jednym z wywiadów mówił Pan, że w czasie swoich podróży rowerem nie jest ważny cel, lecz to, że jest to samotna wyprawa, bycie z sobą, rodzaj dobrej samotności. Co Pan rozumie poprzez to stwierdzenie? P.C.: Traktuję to jako trening bycia ze sobą. Wydaje się, że bycie samemu ze sobą jest proste. A nic bardziej mylnego! Trzeba trenować to bycie i gadanie ze sobą, żeby w pewnym momencie nie tłuc się po głowie pompką od roweru. Taka podróż odcina od gadania, szumu i hałasu, na który nieuchronnie jesteśmy skazani. Kiedy zostaje się samemu, to zapada cisza. I wtedy dopiero dociera do nas cały zgiełk, który ma się w głowie. I takie praktykowanie, nie tyle tłumienia hałasu, ale

jego uciszania, radzenia sobie z nim, jest jednym z elementów dobrej samotności. Trening wolności i tego, co jest reżimem, który sam sobie narzucam, to jest praktyka już do końca życia. Oczywiście, nie chodzi tu o uzyskanie mnisiej harmonii, ale praktykowanie bycia samemu ze sobą jest dla mnie bezcenne. P.S.: Jak to jest być zarówno aktorem, jak i reżyserem swojego debiutu pisarskiego – chodzi mi o nagranie słuchowiska dla Radiowej Trójki wraz z zespołem SzaZa? P.C.: Mówimy o pewnym poważnym żarcie, wyjątkowym epizodzie. Po odbyciu podróży do Portugalii napisałem dość długi tekst – coś w rodzaju książki – w którym próbowałem odtworzyć wydarzenia nie tylko te turystyczne i sportowe, ale i stan umysłu. Z fragmentów tego tekstu powstało coś w rodzaju spektaklu, który czytam. Zaś dwóch muzyków – Szamborski i Zakrocki (zespół SzaZa) – stworzyło do tego muzykę. Zostało to nagrane w formie słuchowiska do Radiowej Trójki. Muszę przyznać, że dziękuję Panu Bogu, że nie zrobił ze mnie aktora, gdyż trud i karkołomność tej pracy, jej powtarzalność nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem, jakie ukazywane jest w kolorowych pismach. Tym aktorem byłem tylko na chwilę, a praca nad tekstem była o tyle łatwa, że były to moje słowa i nie miałem poczucia kreowania kogoś. Gorzej z tym reżyserem. To jest mój naturalny żywioł, w którym się poruszam i raczej jestem tym obserwatorem, akuszerem czy inspiratorem. Kiedy nagrywa się takie słuchowisko, jest znacznie >>

Maria Peszek

SZTUKA: SZTUKA Zenon Żyburtowicz Iwona Rostkowska

LITERATURA: LITERATURA Przemek Corso Dyskusyjny Klub Książki Fantasy FILM: FILM Klub Miłośników Filmu


2

teatr

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

Historia o miłosiernej, czyli Testament psa, próba prasowa, FOT. KAROL BUDREWICZ

trudniej, bo przecież nie wyjdę sam z siebie i nie będę sam czynił sobie uwag. W tym sensie było to karkołomne zadanie. P.S.: Do Legnicy został Pan zaproszony w ramach projektu Teatr Opowieści, który jest związany z manifestem kontrrewolucyjnym. Co Pan sądzi o tej inicjatywie? Czy jest w stanie zmienić coś w sposobie myślenia Legniczan? P.C.: Ten manifest zrobił sporo szumu w środowisku teatralnym. Osobiście bardzo mi się podoba. Jednak nie traktowałbym go tak doktrynalnie: oto jest grupa ludzi, która robi swój własny domek, tworzą barykadę i mówią: my jesteśmy dobrzy, a tam są jacyś źli; my tworzymy dobry teatr, a oni zły. To może prowadzić do nieporozumień, mnożyć sztuczne podziały teatrologiczne. Na tych różnych podwórkach teatralnych powstają wspaniałe i okropne przedstawienia, a szyld rewolucyjny, antyrewolucyjny, post-dramatyczny, młodzieżowy, czy też przełamujący tabu nie czyni danego spektaklu lepszym. To jest duże zastrzeżenie, które chciałbym poczynić. Słowa „artysta”, „wolność” i „przełamywanie tabu” są często nadużywane w teatrze. Teatr nie powinien odwracać się tyłem do widza i zajmować sobą. Ja wierzę, że teatr jest do wzruszania, dla ludzi. Obok królów są też żebracy, a najczęściej tacy przeciętni, tacy jak my – trochę królowie i trochę żebracy. Ważne, by z tego wynikało coś więcej niż komunikat: „wszystko się popsuło i wszystko jest do dupy, a w ogóle to się potnijmy”. Teatr ma powinność poszukiwania jakiś punktów odniesienia, jakiś stałych, ludzkich słów, wartości, które nie sprawią, że uwierzymy, iż żyjemy w jakiejś idylli, w świecie gładkim i cieplutkim. Teatr ma powołanie, by budować opowieść. Rozmawiać z ludźmi. Nie być taki egotyczny. To jest Teatr Opowieści. Z tym się zgadzam. P.S.: A czy zgadza się Pan także ze stwierdzeniem Pawła Goźlińskiego, iż uprawia Pan teatr prawdziwie religijny? P.C.: (milczy) Z tym mam duży kłopot, gdyż te słowa pozbawione są komentarza. Bo co to znaczy prawdziwie?! Czy jest jakieś nieprawdziwie? Co to znaczy religijny? To znaczy pobożny? Radio-Maryjny? Antyradio-Maryjny? Co to są pytania religijne? Co przeczytałem w Ewangelii? Jak mówi poeta, proste pytania wymagają skomplikowanych odpowiedzi. W Polsce pojęcie „religijny” jest tak obolałe, że trzeba by było przez godzinę rozmawiać, co to jest „religijny”! Rozróżniam coś takiego, jak myślenie religijne. Ale to nie ma nic wspólnego ze szkółką niedzielną z rolą kaznodziei. Od tego nie jest teatr, od tego nie jestem też ja, pijący piwo, palący papierosy i popełniający grzechy. To myślenie obejmuje moją obecność w świecie, ale i to, że nie jestem jeden, że istnieje jeszcze świat. A to wcale nie jest powszechne przekonanie. Dopuszczam do siebie pytania o śmierć, o to, co dalej i stawiam je w teatrze, jednak sami musimy sobie na nie odpowie-

dzieć. W tym sensie można mówić, że jest to teatr religijny. Sam ten fakt nie czyni go jednak lepszym, mądrzejszym, pobożnym. To z pobożnością nie ma nic wspólnego. A już zupełnie nie ma nic wspólnego z mówieniem ludziom, jak jest i jak ma być. P.S.: Mógłby Pan w kilku zdaniach przybliżyć naszym czytelnikom treść spektaklu reżyserowanego przez Pana, który będzie miał swoją premierę już 9 grudnia? P.C.: Jakieś 20 lat temu wpadła mi w ręce broszura, w której spisano listę spektakli, które w swoim życiu wyreżyserował Konrad Swinarski – jedna z najważniejszych osób, jakie

zajmowały się kiedykolwiek teatrem w Polsce. Ku swojemu zdziwieniu odkryłem, że Swinarski czterokrotnie wystawiał sztukę Historia Miłosiernej, czyli Testament psa, jakiegoś brazylijskiego autora. Zacząłem się zastanawiać, co tak genialny reżyser znalazł w sztuce o tak debilnym tytule. Wystawił ją w Warszawie, Tel Awiwie, Berlinie i Zurychu. Byłem więc pewny, że nie może to być byle co! Sztuka jest zdumiewająca. Potwornie śmieszna! Małe miasteczko w Brazylii, skorumpowane do szpiku kości. W dodatku ostrze autora skierowane jest przeciwko hipokryzji i fałszywej pobożności. Można więc powiedzieć, że pierwsze trzydzieści minut to niezwykle ostra, antyklerykalna satyra. W totalnym skrócie chodzi o to, aby pogrzebać psa, który zdechł i aby za pieniądze bogatych właścicieli wymusić na księdzu pochowanie psa z liturgią i łacińskimi psalmami. No więc wychodzi z tego wielka afera, skandal, jednak za rzekomy testament psa udaje się to wszystko zrobić. Nawet sam biskup jest pod wrażeniem testamentu. Potem następuje zdumiewający zwrot akcji – wszyscy bohaterowie giną! To jest taki teatralny Tarantino. II akt jest czymś w rodzaju Sądu Ostatecznego. Jeszcze przed wyruszeniem do piekła, nieba, wtedy, kiedy stoimy jeszcze bez przydziału, gdy dokonuje się bilans zysków i strat, to okazuje się, że niewiele

się ostało. Każdy ciągnie za sobą jakieś niedoskonałości. Autor stara się przekroczyć to matematyczne, rachunkowe (plusy i minusy) myślenie o człowieczeństwie. W rezultacie od tonacji buffo, przez Tarantino, chciałbym, aby był to trudny, nie dostarczający łatwych odpowiedzi, ale jednak moralitet. P.S.: Pierwszy raz reżyserował Pan Historię o Miłosiernej, czyli Testament psa 15 lat temu w warszawskim Teatrze Rozmaitości – czy (a jeśli tak, to jak) z perspektywy czasu zmieniło się Pańskie podejście do spektaklu? Czy współczesna percepcja świata wpłynęła w jakiś sposób na sztukę?

P.C.: Tak, zwłaszcza ten drugi akt będzie przedstawiony całkowicie inaczej – nie wiem, czy lepiej, tamten był całkiem w porządku. Wydaje mi się, że w Legnicy będzie on bardziej smutny, bardziej okrutny. Minęło te 15 lat i sam jestem już gdzie indziej, dlatego traktuję ten tekst odmiennie. Próbuję nie ścigać się ze swoją pamięcią, co jednak nie jest łatwe. Sztukę tę robię z zupełnie innymi ludźmi, dlatego nie mam poczucia, że się powtarzam. A jeśli chodzi o świat, to nie wiem, czy tak bardzo się zmienił... Taki proboszcz, piekarz czy piekarzowa są i będą i tu się nic nie zmieniło. P.S.: W jaki sposób zachęciłby Pan młodych ludzi, aby wybrali się właśnie na ten spektakl? P.C.: (pauza, długie milczenie) Pytanie rozumiem, ale ono też mnie trochę wkurza! Teraz przyjęło się mówić młodym: słuchajcie, będzie śmiesznie, będzie ostro, będzie po bandzie. Tak, jakby ci młodzi ludzie byli specjalnej troski, że dla nich trzeba prościej, albo żeby nie było nudno. Właściwie to nie rozróżniam publiczności wiekowo, że są starsi i młodsi. To dla mnie nie ma znaczenia! Zarówno widzów jak i siebie traktuję poważnie! Ja chcę zrobić dobre przedstawienie. Więc

jeżeli młodzi ludzie maja tyle siły, żeby pofatygować się i zobaczyć, co tam się dzieje, to zapraszam! To jest jedyny warunek otwartości. Żadnej taryfy ulgowej dla młodych ludzi. P.S.: Od kilku lat następuje zwrot ku kategorii pamięci. Czy sądzi Pan, że sztuki teatralne są w stanie ocalić od zapomnienia miejsca oraz wydarzenia ważne dla lokalnej społeczności? P.C.: Wydaje mi się, że nie mogą, ale muszą! To jest ta funkcja udomawiania naszego życia. Rozpoznawania skąd i gdzie jesteśmy... W Historii o Miłosiernej, czyli testamencie psa akcja toczy się w Brazylii, ale po pierwszych sekundach tego przedstawienia mam nadzieję, iż okaże się, że to jest tutaj. Na tej scenie, w Legnicy... To jest spektakl o nas. On dzieje się TU i TERAZ. Jednak oczywiście sztuka jest napisana w taki sposób, że posiada pewien rodzaj cudzysłowu i teatralnej metafory. Takie przedsięwzięcia jak Ballada o Zakaczawiu, które otwarcie mówi: tak, to jest tutaj, czy też Orkiestra, są nadzwyczajne. Ludzie mogą przyjść i powiedzieć: „ach, to my, to ja, to tutaj, to za rogiem”. Taki typ myślenia jest mi niezwykle bliski. Od początku istnienia teatr był o nas! Ta inicjatywa Jacka nie jest powszechna w naszym kraju. W mniejszych miastach jest wiele teatrów, w których dyrektorzy robią spektakle tylko po to, żeby przypodobać się recenzentom z Warszawy. Żeby tam dobrze o nich napisali. W ten sposób odwracają się tyłem wobec tej prowincji. Traktują ją jako trampolinę w swojej karierze, bo tam w Warszawie, Moskwie jest prawdziwa sztuka. Głomb świadomie obrał inną drogę. Robi to od wielu lat, bardzo konsekwentnie i jestem mu wierny. On pomysły czerpie stąd, a nie z Warszawy czy z głów recenzentów.... P.S.: Dziękuję Panu za to, że godził się Pan na rozmowę. I korzystając z okazji, chciałabym pogratulować nagrody za najlepszego reżysera sezonu artystycznego 2011/2012. P.C.: Dziękuję bardzo. Amen.

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa, reż. Piotr Cieplak, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, premiera: 9.12.2012 r.


teatr

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

3

ALICJA SWEDURA

Rajskie getto pod dachem teatru

Theresienstadt, Theresienstadt, getto Twych marzeń, najlepsze od lat – tak śpiewali legniccy aktorzy podczas Komedii obozowej Roya Kifta w reżyserii Łukasza Czuja. Premiera spektaklu odbyła się 30 września na Scenie im. Gadzickiego. Komedia obozowa, FOT. KAROL BUDREWICZ

ne są m.in. dźwięki perkusji, gitary, akordeonu i klarnetu. Rolę wokalistów odgrywają sami aktorzy. Starannie przygotowane teksty pozwalają rozumieć przesłanie, które niesie sztuka. Ach, jak przyjemnie być mieszkańcem kraju, Honduras właśnie to mój kraj – to tylko jeden z przykładów tekstu piosenki (śpiewanej przez aktorkę Zuzę Motorniuk), w którym wyczuwalny jest komizm. Linia muzyczna daje o sobie znać niemalże przy każdym wątku. Już po pierwszych słowach piosenki można przekonać się o talencie nie tylko aktorskim, ale i wokalnym artystów. Dzięki temu tekst jest prostszy do przyswojenia dla słuchacza. Na deskach legnickiego teatru widzieliśmy już wiele zaskakujących dzieł, jednak to zasługuje na szczególne wyróżnienie. Kolejny raz artyści dali popis i dowód swojego świetnego warsztatu aktorskiego. Liczne monologi Rafała Cielucha, wcielającego się w głównego bohatera sztuki, obfitujące w emocje, są z pewnością trudne do odegrania. To wielkie wyzwanie. Mimo, że nie był on świadkiem tamtejszych wydarzeń, nie był w takim obozie, jak Terezin i prawdopodobnie nigdy nie spotkał na swojej drodze takich przeszkód, z jakimi przyszło walczyć Kurtowi, to świetnie wczuł się w rolę, potrafił unaocznić uczucia bohatera. Komedia obozowa przedstawia prawdę o przeszłości, ale w przekazie opiera się ona głównie na parodii. Cel jest jasny – widz powinien oddzielić prawdę od komizmu. Sceny muzyczne, w których aktorzy śpiewają o obozie w samych superlatywach, są tego idealnym przykładem.

To historia o życiu ludzi, dokładniej, jego końcu. Obrazuje w dosyć silnie sparodiowany sposób przebieg lat 40-stych XX wieku. Kurt Gerron to niemiecki reżyser, przebywający wtenczas w obozie koncentracyjnym. Nadzoruje on pracą tamtejszego kabaretu, działającego pod nazwą Karuzela. Jako, że jest dobry w swoim fachu, szybko zostaje wyłoniony spośród więźniów i przydzielony do nakręcenia filmu „promującego” getto. Kurt staje przed dylematem. Zgodzić się i żyć nadzieją, że zdoła wyjść żywy z obozu, czy pozostając honorowym, skazać się na pewną śmierć? To trudny wybór, ponieważ gra toczy się o życie.

Adekwatna do akcji przedstawienia scenografia, pozwala przenieść się 70 lat wstecz, do obozu Terezin. W środkowej części sceny stoją kolejno ułożone ławki, co przywodzi na myśl klasę dawnej, ubogiej szkoły. Po bokach pną się ku górze półki, na których stoją pudełka, a każdemu jest przyporządkowane jedno nazwisko, bowiem w każdym z nich są prochy człowieka. Zawieszone wokół brudne narzuty spełniają rolę tła. Kolory idealnie ze sobą współgrają, odzwierciedlają ponury nastrój opowieści. Przeważa szarość, czerń, wszystkie te kolory, za sprawą których łatwiej jest poczuć ducha ukazanej historii. W tylnej części sali, na „balkonie” stoją muzycy,

zaopatrzeni w cały wachlarz instrumentów. Akcja jest dynamiczna. Miejsce wydarzeń ciągle się zmienia. Niektórzy aktorzy mają na sobie typowe więzienne ubrania, inni te, które udało im się zachować. Stare, brudne, mało elegancie szmaty. W tamtym momencie nie ma większego znaczenia, czy jest to urzędnik, zwykły obywatel czy chociażby szanowany niegdyś reżyser. Ma to uświadomić, że niezależnie od pozycji, statusu, czy stanowiska, każdy mógł znaleźć się w tym piekle.

Spektakl Łukasza Czuja jest dla każdego. Każdy odbiera go na indywidualny sposób. Jedni wychodzą z sali z uśmiechem na twarzy, stwierdzając, że to dobra komedia. Drudzy, pogrążeni w zadumie, zastanawiają się nad przeszłością i nad tym, co nie jest im znane. Oby więcej takich spektakli, nasz teatr spisał się na szóstkę.

Komedia obozowa, reż. Łukasz Czuj, Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, premiera: 30.09.2012r.

Spektaklowi towarzyszy doborowa muzyka. Buduje ona nastrój odpowiedni do danej chwili, stwarza magiczną atmosferę. Słyszal-

Teatr – generalna próba życia Z KATARZYNĄ KAŹMIERCZAK ROZMAWIA KAROLINA KARKULOWSKA Katarzyna Kaźmierczak – przedstawicielka Stowarzyszenia Inicjatyw Twórczych, uzdrowicielka ludzkich serc, nosicielka wirusa uśmiechu, którym zaraża każdego. Czy jest coś, co byłoby ją w stanie zatrzymać? Sprawia, że nawet największy niedowiarek uwierzy, przede wszystkim w siebie. Zwykła rozmowa z nią staje się otuchą na gorsze dni, a ciepło od niej bijące – ulgą w chłodne wieczory. Jest przede wszystkim skromna. Wiele łączy ją z teatrem i to właśnie za jego pomocą potrafi dotrzeć do każdego. Czy dasz się przekonać?

Karolina Karkulowska: Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych straciło przestrzeń Sceny na Piekarach, jak radzicie sobie bez niej? Gdzie pracujecie nad swoimi projektami? Katarzyna Kaźmierczak: Uważam, że jeżeli ktoś chce coś robić, to nieważne czy ma mało czasu, czy dużo, czy ma wielką halę, czy jeden pokój, to zawsze mu się to uda. Sytuacja

jest o tyle fajna, że, mimo iż w teatrze – do którego się przenieśliśmy – jest tylko jedna sala prób i jedna scena, to zawsze możemy liczyć na gościnność, dogadać się i zmieniać tak, aby każdy mógł poświęcić się swojej działalności. K.K.: W jakich okolicznościach powstał pomysł Pogotowia Teatralnego? Jaka jest jego główna idea, myśl przewodnia? K.K.: Sama idea nie narodziła się w Legnicy, lecz w Lubinie. Kiedyś zostałam zaproszona do współpracy przy tworzeniu terapii zajęciowych dla ludzi chorych psychicznie. Z pewną dozą nieśmiałości zaproponowano teatr, terapię poprzez tworzenie spektakli. Nie każdy był początkowo chętny, przede wszystkim się bali, ale także protestowali, tłumacząc, że są dorośli, dojrzali i nie takie głupoty im w głowie. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego teatr kojarzy się z czymś niepoważnym. Niestety kilka razy miałam styczność z taką opinią. Jednak krok po kroku, okazało się, że wiele osób zaangażowało się w to i tak powstało Pogotowie Teatralne. Gdy skończyłam tam

pracę i przeniosłam się do Legnicy, obiecałam im, że stworzę taki projekt właśnie tu, tak abyśmy mogli nadal tworzyć coś razem. Mimo, że grupa się stopniowo wykruszała, ktoś odchodził, a następnie inny dochodził, zawsze był taki trzon, który trzymał się razem i tak właśnie jesteśmy. Istniejemy, działamy. K.K.: Skąd zrodził się pomysł na happening związany z Międzynarodowym Dniem Solidarności z Osobami Chorymi na Schizofrenię? Co chciałaby Pani przekazać lub na co zwrócić uwagę legniczan ? K.K.: Osoby z naszej grupy często zwracają uwagę na stereotypowe myślenie, które zakłada, że jeśli chory psychicznie, to pewnie w kaftanie. Ten stereotyp łączy się z pewnego rodzaju wstydem oraz bierze się z ludzkiej niewiedzy na dany temat. Przeciętny człowiek sądzi, że taka osoba jest nieprzewidywalna, groźna, szalona – wybuchowa i nadmiarowa. Ku naszemu zdziwieniu, takie osoby są wręcz ciche, niewidzialne, zagubione. Obraz szaleńca, robiącego spektakularne rzeczy jest kreowany przez media, głównie amerykańskie.

Zimno, duszno mi, FOT. PAWEŁ KAMZA

Owszem, takie osoby też się zdarzają, lecz ich procent jest znacznie mniejszy. Wydaje mi się, że to jest problem tak wielowymiarowy, że nie da się tego określić jedną etykietką. Wszystko, co zrobiliśmy, było właśnie po to, żeby zmienić stereotypowe uprzedzenia. K.K.: Jak zareagowały osoby, z którymi Pani współpracuje? Początkowo niechętnie, czy od razu zdecydowali się na takie przedsięwzięcie? K.K.: Wszystko zrodziło się z naszych roz>>


4

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

szym krokiem. Jest to nawet takie symboliczne wyjście z cienia osób odrzuconych przez pęd życia, wyrzuconych gdzieś na bok. Teatr jest o tyle dobrą formą, gdyż budzi emocje, trochę empatii. Nie polega to tylko na tym, aby przeczytać ulotkę i odejść. Można ich emocjonalnie „zahaczyć”. Z drugiej strony, dla osób, które są trochę wycofane, teatr może być generalną próbą życia. W teatrze można spróbować różnych rzeczy, nawet tych, które w życiu są niebezpieczne, których się boimy. Możemy zrobić to na scenie i dostać za to brawa. Możemy być kimkolwiek zechcemy. Taki przykład: w rzeczywistości jesteś cichą osobą, wychodzisz na scenę, zaczynasz krzyczeć i jeszcze cię za to chwalą. Super, nie? K.K.: Czy stawiacie sobie Państwo za zadanie edukować widzów i dostarczać im wiedzę na temat choroby?

Zimno, duszno mi, FOT. DARIUSZ HAC

mów. Byli bardzo chętni. Postawiliśmy na burzę mózgów i tak wymyśliliśmy coś na swój sposób niepowtarzalnego. Początkowo pojawiły się wątpliwości, czy postać szaleńca w kaftanie bezpieczeństwa, biegającego i krzyczącego, będzie dobrze zrozumiana, ale również zestawienie tych dwóch sytuacji, chłodnych statystyk, ludzi zacofanych ze spektakularnym szaleństwem. Jednakże podobało im się.

K.K.: Dlaczego wybrała Pani teatr, jako narzędzie pokazywania problemu? Czy jest to narzędzie wystarczające do mówienia o tak trudnych sprawach? K.K.: Wybrałam teatr, dlatego, że jest mi bliski. Z pewnością nie jest wystarczający. Wydaje mi się, że ludziom, którzy mają taki kłopot, potrzebna jest praca, a także pomoc, terapia i wiele więcej. Teatr może być pierw-

K.K.: Z jednej strony, jest to rozwój osobisty. Teatr pozwala przekraczać pewne granice. Spotykać się ze swoimi cechami, które na co dzień są mniej aktywne. Natomiast z drugiej strony, jest to mocny motyw edukacyjny i stąd też pomysł na różnego rodzaju dyskusje – improwizacje po spektaklach, aby zainspirować widza i zmotywować go do wypowiedzenia swojego zdania i przemyślenia całej sprawy. Ważne jest, żeby pamiętać, że chorym może być każdy mijający nas na ulicy człowiek. Każdego, kto chodzi z nami do pracy, szkoły,

kawiarni może dotykać ten problem lub dopiero dotknie. K.K.: Jest Pani również aktorką i wciela się w jedną z postaci w spektaklu przygotowanym przez Pogotowie Teatralne pt. Zimno, duszno mi, czy nie sprawiło Pani kłopotu wykreowanie bohaterki tak skomplikowanej emocjonalnie? K.K.:Było mi trudno między innymi dlatego, że grałam wraz z moją przyjaciółką Magdą Biegańską i ciężko mi było być jej wredną siostrą. Poza tym, na co dzień zajmuję się pomaganiem innym i ta rola stanowiła dla mnie ogromne wyzwanie. Za-wsze wszyscy krzyczeli na mnie, że jestem za dobra, za miła, że powinnam być ostrzejsza, wredna. Taka trochę jak moja postać na scenie. Każdy ma swoje ciemne i jasne strony. Miło było odkryć kawałek swojego „ja”. K.K.: Czy możemy się spodziewać jeszcze kiedyś spektakli o takiej tematyce? K.K.: Mamy takie plany. Jednak to wymaga czasu. Mamy małe etiudy, scenki. Wydaje mi się, że ważne jest, żeby to robił reżyser. Ja nim nie jestem. Jestem w stanie zrobić coś krótkiego – pracować z nimi aktorsko, ale stworzyć godzinny spektakl to dla mnie za dużo. Po coś w końcu tę reżyserię ludzie kończą (śmiech). K.K.: Dziękuję za tę miłą rozmowę i życzę kolejnych sukcesów.

JAKUB BOGACKI

MAKSYMILIAN CHLEBOSZ

Betonowi święci

Na fazie i spontanie Chojnowski kabaret Byle do przodu tworzą osoby w różnym wieku, które w małym miasteczku chcą odnaleźć swoje artystyczne „ja”.

FOT. MAGDALENA LÓPEZ-PAWŁOWICZ

Żywoty świętych osiedlowych to jeden z najlepszych polskich spektakli lalkowych. Agata Kucińska ukazuje w nim prawdę o naszych blokowiskach. Dzieło może pochwalić się świetną, aczkolwiek skromną scenografią, doskonale dobraną muzyką, a także ciekawą grą lalek. W rękach Kucińskiej stają się one czasami bardziej prawdziwe niż aktorzy. Z wielu świętych przedstawionych w książce Lidii Amejko Żywoty świętych osiedlowych (na podstawie której powstało przedstawienie), wrocławska lalkarka wybrała pięciu. Stary grzesznik Egon chce wziąć na siebie wszystkie grzechy polskich seriali, talk show oraz programów informacyjnych. W swoim małym, betonowym mieszkaniu, przy telewizorze-konfesjonale i księżach z serialu Plebania spowiada programy i pokutuje za nie. Za zgodą autorki powieści Kucińska dopisała tej postaci trochę tekstu i wyszło jej to genialnie. Inni bohaterowie, tacy jak: Angelika, Cyfrojeb, Osiedlowa Prostytutka Apolonia, czy też zbierająca marzenia Staruszka mają równie ciekawe historie. Postaci przedstawione w spektaklu są jeszcze bardziej żywe niż w książce. Każda z lalek, którymi Kucińska gra na scenie, ma swojego sobowtóra w małej wersji. Po lewej stronie sceny znajduje się bowiem makieta dachu bloku z antenami telewizyjny-

mi, na której aktorka ożywia maleńkie lalki. Postaci siedzą tam i gawędzą o tym, że ktoś musi opowiedzieć historię ich blokowiska, aby nie zostało zapomniane. Pragną, żeby ktoś napisał o nich legendę, najlepiej o każdym z osobna. Ta powtarzająca się scena jest jak gdyby przerywnikiem między historiami poszczególnych postaci, które odgrywają na przykład duże kukły (Egon i Angelika) lub twory złożone z części ciała aktorki i fragmentów lalki (Osiedlowa Prostytutka Apolonia). Każda lalka zdaje się mówić swoim własnym głosem, choć wszystkie one są ożywiane tylko przez jedną aktorkę. Co ważne, Agacie Kucińskiej udało się też nadać każdej postaci indywidualną osobowość. Spektaklowi towarzyszy wspaniała muzyka multiinstrumentalisty Sambora Dudzińskiego wykonywana na żywo. Muzyk swoim głosem rewelacyjnie imituje dźwięki z wieżowca. Wszystko razem wzięte jest przepyszną ucztą teatralną.

Żywoty świętych osiedlowych, reż. Agata Kucińska, Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, 26.10.2012r.

Ich skromna autopromocja nie przeszkadza w zbieraniu laurów na ogólnopolskich przeglądach kabaretowych, jak w Turku, gdzie zdobyli III miejsce. W Turku jest tak, że przyjeżdżają kabarety nie tylko licealistów czy gimnazjalistów, ale też kabarety studenckie, niemal już profesjonalne. Niektóre formacje, które dziś mają mocne pozycje, zaczynały właśnie tam – mówi opiekunka i dobry duch Byle do przodu, Elwira Kądziołka. Na chojnowskim festiwalu kabaretów PeKaeSy, który ściąga do miasta wiele innych trup z różnych regionów kraju, również znajdują się w ścisłej, finałowej trójce. W ostatniej edycji zajęli II miejsce. Z imprez kulturalnych w Chojnowie nie są jednak zadowoleni, choć porównując paletę wydarzeń kulturalnych sprzed kilku lat, przyznają, iż wszystko idzie w dobrym kierunku. Krytykują zbyt duże przywiązanie do budek z piwem, zamiast do dobrego programu. Nie ukrywają jednak, że część winy za taki stan rzeczy ponoszą sami chojnowianie – większe kolejki są po piwo i popcorn, niż do kasy biletowej przy scenie. Bardziej udane przedsięwzięcia kulturalne władz miasta komentują na przykładzie dopiero co wznowionej działalności kina w MDK, które wyświetliło, m.in. film Nietykalni. Mogę na palcach dwóch rąk policzyć, ile osób przychodzi. Jedynym wyjątkiem, kiedy ludzie przybyli tłumnie, był kabaret Paranienormalni – komentuje Elwira. W swoim programie artystycznym starają się dopasować tematykę skeczy do tematów przewodnich przeglądów kabaretowych, na które sumiennie uczęszczają. Nie tylko by wygrać, ale jak powiedział Kacper Majoch,

członek stałej ekipy – żeby przeżyć przygodę. Starają się podążać własnym nurtem, rozpoznawalnym dla nich samych. Stąpają na granicy rzeczywistości odbijanej w krzywym zwierciadle. Nie podoba im się fakt, że kultura słowa i przekazu w profesjonalnych kabaretach spada. Częściej słychać przekleństwa, a różnica między poziomem dzisiejszych skeczy, a tych starszych rocznikowo, jak np. kabarety Stanisława Tyma, pogłębia się coraz bardziej. W swoich skeczach stawiają na spontaniczność. Przede wszystkim wygląda to tak, że przychodzimy tu „nafazowani”, każdy opowiada, co zrobił, dajmy na to przez tydzień, z tego wybieramy ciekawe, albo zwariowane momenty i wtedy próbujemy z tego sklecić jakiś gag czy skecz – opisuje Damian Wdowiński, który również należy do stałej obsady. Najczęściej jest tak, że spotykamy się po tygodniowej przerwie i Elwira mówi do nas: „Słuchajcie, nie spałam całą noc, wymyśliłam pięć skeczy”. I tak to wygląda – dodaje Kacper Majoch. Jak widać, odpowiednio dobrane proporcje spontaniczności oraz niepoprawnie dobrego humoru okazują się być całkiem trafnym przepisem na skecz. Dobry skecz. Bo jak członkowie kabaretu zgodnie przyznają – są zadowoleni z publiczności. Docierają do ludzi, którzy chętnie przychodzą na ich występy i śmieją się. Można się o tym przekonać osobiście pod warunkiem, że pilnie będzie się czytało programy następnych imprez w Chojnowie i zwróci się uwagę na kabaret Byle do przodu.

Kabaret Byle do przodu, Miejski Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Chojnowie, Chojnów 2012.

Grudzień, jest miesiącem, w którym odbędzie się premiera spektaklu Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa w reżyserii Piotra Cieplaka. Jest to historia nie tylko o psie, który zakończył swój żywot i o jego pochówku. Całość poprowadzi nas do refleksji nad swoimi wyborami i nierozerwalnie z nimi związanymi konsekwencjami. Pierwsza odsłona będzie miała miejsce 9 grudnia na Scenie im. Gadzickiego w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy o godz. 19. W styczniu spektakl będzie można zobaczyć w dniach: 9, 10, 11, 12 i 13. Karolina Karkulowska


5

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

muzyka

WIOLETA GABRYŚ

Teatr Modrzejewskiej podziękował Bitelsom Ogromna, pozytywna energia płynęła ze Sceny im. Gadzickiego podczas legnickiego koncertu Dziękujemy Bitelsom, który odbył się 9 listopada. Dzięki występowi zespołu Big Bit oraz Ani Rusowicz przypomnieliśmy sobie nie tylko najbardziej znane, wyśmienite utwory rock and rollowego zespołu The Beatles, ale również wspomnieliśmy zmarłą Adę Rusowicz, znakomitą postać w historii polskiego bigbitu.

FOT. PATRYCJA TOCZYŃSKA, UNIVERSAL MUSIC POLSKA

Niecałe 50 lat temu na amerykańskiej liście przebojów Billboard Hot 100 Bitelsi pojawili się z utworem I Want To Hold Your Hand, który zawładnął sercami i młodych, i starszych osób na całym świecie, wywołując „Beatlemanię”. W teatrze mogliśmy przypomnieć sobie, za co ich kochaliśmy i nadal kochamy. Wspólne śpiewanie największych przebojów słynnej Czwórki z Liverpoolu wraz z zespołem Big Bit i ich The Beatles Show było zapewne dla niektórych przeżyciem niezwykłym, cofnięciem się w czasie do niesamowitych, barwnych lat 60. Licznie zgromadzona widownia z pewnością była usatysfakcjonowana repertuarem zespołu. Rozbrzmiały ponadczasowe utwory: Help, Twist and Shout, Hey Jude czy energetyczny kawałek Rock and Roll Music, przy którym ciężko było powstrzymać się od tańczenia oraz nucenia tekstu. Największą atrakcją zaplanowaną na 2-dniowe obchody był jednak koncert Ani Rusowicz, córki znanej Ady Rusowicz i laureatki czterech Fryderyków. Czekałam na Ciebie 1000

lat był jednym z pierwszych utworów, które usłyszała widownia. Następnie wraz z zespołem zagrano inne utwory z płyty Mój Big-Bit, który zawiera nie tylko autorskie piosenki wokalistki, ale również interpretacje przebojów Adrianny Rusowicz. Publiczność usłyszała m.in.: Ja i Ty, Nie pukaj do moich drzwi, Duży błąd, Za daleko mieszkasz Miły oraz Ślepa miłość, chyba najbardziej rozpoznawalna piosenka wokalistki. Moim faworytem został zdecydowanie utwór Babskie Gad-Anie, świetnie wykonany i zaśpiewany z publicznością. Radosną atmosferę koncertu powinniśmy zawdzięczać Ani, która zachęcała do wspólnej zabawy oraz nieustannie utrzymywała kontakt z publicznością. Pogratulować należy również czwórce muzyków. Prym wiódł tutaj sympatyczny, długowłosy gitarzysta Ritchie Palczewski, który zachwycał nas swoją grą na tym instrumencie w każdej piosence. Charakterystyczne brzmienie nie z tej epoki utrzymały klawisze Tomka Zienia, a bas Michała „Burzy” i bębny, za którymi zasiadł Hubert Gasiul brzmiały dokładnie tak, jak

powinny. Widać, że cały zespół jest zgrany i ma pomysł na swoje show. Dobrze dobrane jest tu wszystko: hippisowskie stroje (szerokie spodnie Ani), niepowtarzalne zachowanie wokalistki na scenie („oldschoolowe ruchy”, w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym) oraz sama scena oświetlona jasnymi reflektorami i urządzona w klimacie retro. Muzycy bezbłędnie wczuli się w klimat utworów oraz zarazili wszystkich uczestników koncertu rock and rollową energią. Podsumowując, podczas drugiego występu na Scenie im. Gadzickiego mogliśmy usłyszeć kawał dobrego, polskiego bigbitu. Ania Rusowicz jest artystką niezwykle inspirującą, wyjętą jakby z ery Dzieci Kwiatów i przeniesioną do XXI wieku. I to jest w niej właśnie tak bardzo fascynujące.

Koncert zespołu Big Bit i Ani Rusowicz, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, 9.11.2012 r.

ALEKSANDER „INDYGO” PAWŁOWSKI

MAGDALENA KWIATKOWSKA

Jezus Maria Peszek

„Imagine” Lennona triumfuje

jednym słowem są tym razem mocniejsze niż kiedykolwiek. Nie możemy zapominać o warstwie muzycznej, która zaskakuje nie mniej. Artystka porzuciła pracę z Waglewskim i Smolikiem na rzecz szefa jej zespołu Fox’a. Przy ich współpracy powstało coś zupełnie nowego, odważnego i świeżego. Cały materiał brzmi tak, że z marszu można zagrać go na żywo. Zmienił się również sposób śpiewania Marii, czasami trudno ją poznać, słuchając nowej płyty. Bardzo chciałam pozbyć się tej ornamentyki, tego wszystkiego, co do tej pory stanowiło o moim brzmieniu – komentuje artystka. I udało jej się! Na nowej płycie Maria Peszek prezentuje się w zupełnie nowej odsłonie. Niczym permanentnym tuszem zaznaczona jest w albumie depresja, z którą zmagała się przez ostatnie lata (na pocieszenie dodam, że zdarzają się też pieśni, w których radości nie brakuje), co odbiło się głośnym echem wśród krytyków. Wśród krytyków tak, lecz nie w gronie zwykłych odbiorców! Słuchacze są bardzo zadowoleni z nowych rozwiązań muzycznych i tekstowych. Na nowym krążku brak wulgaryzmów, erotyki i ani jednego słowa o seksie! Wydawać by się mogło, że nie będzie to już to samo, co kiedyś. Że przekaz nie będzie tak wyrazisty. Lecz Maria nasza kochana stanęła na wysokości zadania i prezentuje dogłębną analizę uczuć (Szara flaga), swoje zdanie o Polsce i patriotyzmie (Sorry Polsko), swój stosunek do Boga (Pan nie jest moim pasterzem) oraz to, że ma zamiar być już szczęśliwa (czego bardzo jej życzę!) w utworze o radosnym tytule Wyścigówka. Teksty

Bez wątpienia Maria Peszek nagrała swój najważniejszy album. Jej wypowiedź na płycie mimo smutku daje ulgę. Płyta wchodzi do głowy niczym nóż w masło i aby przestać jej słuchać, trzeba było by pozbyć się wszelkich sprzętów z najbliższego otoczenia. Doprawdy genialna!

Maria Peszek, Jezus Maria Peszek, Mystic Production, 2012.

W sobotni poranek 10 listopada, V Liceum Ogólnokształcące rozbrzmiało dźwiękami muzyki zespołu The Beatles. Konkurs Dziękujemy Bitlesom był kolejnym elementem obchodów 50-lecia legendarnej grupy z Liverpoolu. Młodzież z Legnicy i okolic miasta, miała szansę pokazać swój talent wokalny i umiejętności. Wystąpiło 18 solistów i 6 zespołów. Zdecydowanie za najpopularniejszy utwór można wybrać Let it be, który został wykonany przez aż 9 uczestników, a na sam koniec wystąpili oni wspólnie. Zaśpiewano również m.in.: Help, Yesterday i Hey Jude. Pierwsze miejsce, po długich naradach jury, zajęła Nicola Warda (dawna uczestniczka telewizyjnej Bitwy na głosy, w drużynie Kamila Bednarka) z piosenką Imagine. Zapytałam członków zespołu Dead Tikers o ich odczucia względem przeglądu, w którym wzięli udział: Dlaczego postanowiliście wziąć udział w konkursie? – Przede wszystkim chcieliśmy pokazać swoje umiejętności i w pewien sposób sprawdzić samych siebie.

Jakie są wasze wrażenia po występie? – Na samym początku byliśmy lekko stremowani, ale stojąc na scenie, rozluźniliśmy się i bardzo cieszymy się, że wszystko poszło po naszej myśli. Czym kierowaliście się przy wyborze piosenki? – Dużą role miało tutaj to, że jest to jedna z naszych ulubionych piosenek zespołu. Jest ona również dość trudna, więc liczyliśmy, że jako nieliczni ją wybierzemy. Konkurs Dziękujemy Bitlesom z pewnością był wydarzeniem ciekawym i wartym uwagi. Pozwolił pokazać młodzieży, co potrafi i dowiódł, że nie jest ona jedynie pokoleniem, słuchającym wyłącznie grup muzycznych wypromowanych przez media masowe. Jest nadzieja, że Teatr Modrzejewskiej, MCK, LCK i V Liceum Ogólnokształcące jeszcze nie raz zdecydują się zorganizować tego typu przegląd. Konkurs Dziękujemy Bitlesom, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, MCK, LCK, V LO w Legnicy, 10.11.2012.

W legnickim klubie muzycznym Spiżarnia nie zabraknie ciekawych wydarzeń. Już 8 grudnia koncert łódzkiego zespołu rockowego COMA. Start o 20:00; Bilety 35 (przedsprzedaż) / 45 zł (w dniu koncertu). 14 grudnia zapraszamy na koncert WSRH (skrót od Wyższej Szkoły Robienia Hałasu), hip-hopowej grupy muzycznej założonej przez znanych raperów: Shelleriniego i Słonia. Start: 20:00; Bilety: 25zł (przedsprzedaż) / 30zł (w dniu koncertu). Natomiast przed samymi świętami, bo 21 grudnia, w Spiżarni zagra Łąki Łan, grupa łącząca muzykę punkową z funkiem. Zespół będzie promować swoją najnowszą płytę Armanda, która na sklepowe półki trafiła w połowie listopada. Start: 20:00; Bilety: 30zł (przedsprzedaż) / 35 zł (w dniu koncertu). Zapraszamy! Wioleta Gabryś


6

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

sztuka

KINGA ŻUK

Niedyskrecje. Paradoksalne spojrzenie na świat, czyli wszystko od „duszy” strony Osobą, która z pewnością potrafi nieźle zaskoczyć swoja pomysłowością i kreatywnością w tworzeniu czegoś wspaniałego z dość banalnych elementów, jest Zenon Żyburtowicz. Reporter, artysta fotografik, podróżnik. Zaprezentował w Galerii Satyrykon swoją wystawę Niedyskrecje, którą mogliśmy oglądać od 2 października do 18 listopada. Z pewnością nie są to zwyczajne zdjęcia, portrety lub krajobrazy. Na pierwszym planie widnieje niewielka i dość charakterystyczna ściana czarno-białych zdjęć, które, gdy tylko podejdzie się bliżej, od razu kojarzą się z czasami PRL-u. Pierwsze z nich Pozdrowienie z Chałup – nagrodzone srebrnym medalem legnickiego Satyrykonu w 1986 roku – przedstawia biegnącą brzegiem morza, grupę młodych i nagich ludzi, za którymi odziana w fartuch i chustę babcia sunie z kijem w ręku. Obraz ten jest dla starszego pokolenia dość wyrazisty, przypominają się czasy Dzieci Kwiatów, powszechnej chęci wolności, koegzystowania z naturą. Inne, przekomiczne zdjęcie ukazuje mundurowego, który wypisuje mandat naprawdę „niebezpiecznemu kryminaliście” – psu, który z opuszczoną głową w dół wyraża swoja skruchę. Powszechnie znane peerelowskie kolejki po żywność, czy też rzeczy codziennego użytku przedstawione są tu paradoksalnie w wesołym miasteczku przy kasie do „Gabinetu złudzeń”. Obrazy te wzbudzają uczucia pełne nostalgicznych wspomnień u starszego pokolenia, a wśród młodych fascynację dawnym życiem. Mimo tych humorystycznych obrazów oglądając zdjęcia Zenona Żyburtowicza, mamy do czynienia także z czymś głębszym. W jego pracach ścierają się dwa poglądy w patrzeniu na świat – konserwatyzm jest konfrontowany z lekką pobłażliwością; widać spór pokoleniowy między starymi, a młodymi. Obrazy te mogą uświadamiać, dokąd tak naprawdę zmierzamy, czy kroczymy naprzód, czy może się cofamy. Wzbudzają w odbiorcy zaintrygowanie, ich komizm najpierw śmieszy, a po dokładniejszym obejrzeniu pobudza do głębszych przemyśleń – i to jest właśnie jedna

z tych wspaniałych rzeczy, jaką swoimi fotografiami Żyburtowicz oddziałuje na odbiorcę. W dalszej części wystawy pojawiają się już kolory. Te fotografe przedstawiają tak zwaną „historię na wesoło” z książek poświęconych tematyce powstania filmów, takich jak Ogniem i mieczem czy Stara baśń. Żyburtowicz ukazuje się jako typowy komik i człowiek kawalarz, gdy prezentuje średniowiecznego rycerza, który okiem przebitym strzałą czyta typowe pisemko dla kobiet o zdrowiu i urodzie. Na innym zdjęciu widnieje aktor, który odziany w strój średniowiecznego szlachcica, rozmawia przez telefon komórkowy. Właśnie takie nietuzinkowe i paradoksalne zestawienia dawnego ze współczesnym wzbudza powszechną radość i chęć obejrzenia więcej. Na jednym z kolejnych zdjęć, widać Zbigniewa Zamachowskiego, niosącego konia na swym ramieniu lub elegancko odzianą Hankę Bielecką na Harleyu. A na innej fotografii Beata Tyszkiewicz, siedząca z york terierem przy pięknie nakrytym stole z homarami na talerzach, uosabia grację i elegancję. Fotografie Zenona Żyburtowicza z pewnością zaskakują oryginalnością, ciekawymi połączeniami i innowacyjnością. Niedyskrecje to z pewnością znakomita wystawa, przywołująca wspomnienia w wielu odbiorcach, a u sporej części wywołująca śmiech. To fotografie, które z pewnością trzeba obejrzeć, aby przekonać się o geniuszu tego fotografa i spojrzeć na świat jego oczyma (wyobraźni).

Niedyskrecje, Zenon Żyburtowicz, Galeria Satyrykon, Legnica, 2.10-18.11.2012. Zdjęcie z wystawy Zenona Żyburtowicza, FOT. KINGA ŻUK

KAROLINA KARKULOWSKA, KINGA ŻUK

Zawsze portret – rysunki Iwony Rostkowskiej Wydawałoby się, że każdy z nas doskonale wie, czym jest rysunek, z czego się składa, jak się go wykonuje. Dzięki Iwonie Rostkowskiej, której prace mieliśmy okazję zobaczyć na wystawie Zawsze portret 9 listopada w Muzeum Miedzi w Legnicy, słowo „rysunek” nabiera zupełnie innego, głębszego znaczenia. Jeżeli można o kimś mówić, że jest skromny i pełen pozytywnych wartości oraz talentu, to z pewnością taką osobą będzie pani Iwona Rostkowska. Dusza artystyczna kreśli na kartce pełne plastyczności postaci, budynki, KOTY. Koty przede wszystkim. Wyraża całą siebie, przelewa swoją duszę na papier za pomocą ołówka. Tak niewiele jej trzeba, a tak wiele ma do zaoferowania. O sobie nie mówi raczej w superlatywach, określa się jako wybredną i marudną, a co za tym idzie, wymagającą, dlatego tak często trudno jej dogodzić. Wszystko, co udało jej się osiągnąć zawdzięcza swojej rodzinie, przyjaciołom oraz życzliwym ludziom, którzy nie raz jej pomogli. Każdy, bardziej lub mniej zasłużony, może spodziewać się z jej strony podziękowań płynących prosto z serca.

W swoich pracach autorka przedstawia wszystko to, co w życiu ją interesuje, ciekawi, z czego czerpie inspiracje i wzory. Nie są to zwykłe obrazy, ukazujące sytuacje z życia codziennego, artystka bowiem przenika w głębsze stany i odleglejsze ludzkie przeżycia. Poznajemy sfery mistyczne, wyobrażenia o niebie, piekle, które autorka interpretuje na swój metaforyczny sposób. Trzeba spojrzeć nieco dalej, niż tylko na ładny rysunek. W jej pracach można dostrzec wykorzystanie wątków mitologicznych, cytatów bliskich jej sercu

artystów, w które umiejętnie wplątuje elementy historii sztuki oraz swoją szeroką wiedzę na temat świata i życia. Ciekawym i dość intrygującym elementem w jej pracach są koty. Gdziekolwiek nie spojrzymy, na każdym rysunku pojawia się chociaż jeden sierściuch. Każdy z nich jednak jest nieco inny, w zależności od tematu obrazu i poziomu realizmu. Jako nieodłączny element każdej pracy, nadają specyficznego rysu twórczości Iwony Rostkowskiej. Artystka chętnie przedstawia małe pociechy, które są >>

Iwona Rostkowska


legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

urzeczywistnieniem jej dzieciństwa i wspomnień z nim związanych. We wszystkich pracach widać ogromną dbałość i pewną lekkość ołówka sunącego po papierze. Iwonie Rostkowskiej z łatwością przychodzi zabawa ze światłem i cieniem. W swojej perfekcyjności dąży do przedstawienia rzeczywistego obrazu rzeczy, którą rysuje. Wystawa skłania do wielu przemy-

śleń, do głębszego zastanowienia się nad sensem życia, czy pewnymi jego aspektami. Daje nam przepiękny wizualnie, ale także zmysłowy zalążek tego, co malarka czuła w czasie tworzenia. Jak sama twierdzi, korzysta z lekkim przymrużeniem oka z wiedzy jej „nauczycieli”, tj. Rebrandta, Michała Anioła, Da Vinciego czy Breugla. Jedna z jej prac, z podobizną Woodego Alena, została przedstawiona samemu „zobrazowanemu” dzięki

życzliwości i pomocy pana Michała Rusinka, który był osobistym sekretarzem Wisławy Szymborskiej. Iwona Rostkowska jest pasjonatką, kochającą sztukę i jej twórców. Współpracuje z ludźmi, dzieląc się z nimi swoją szeroką wiedzą. Prócz tego, jest mamą, żoną, przyjaciółką.

7

guje, nie powinno przejść się obok niej obojętnie. Jest czymś, co otwiera oczy i uświadamia, że nawet w takim małym mieście jak Legnica kryją się wielcy artyści. Wystawa Zawsze portret. Rysunki Iwony Rostkowskiej, Muzeum Miedzi, Legnica, 09.11.2012r.

Zawsze portret to z pewnością wystawa, którą trzeba zobaczyć. Ze względu na to, jak intry-

literatura

Łamać schematy i zaskakiwać Z PRZEMYSŁAWEM CORSO ROZMAWIA KATARZYNA RACZYŃSKA

...zacząłem pisać ten tekst w chwili, w której trafiłem do szpitala po poparzeniu... Mówię o tym, bo to ciekawostka. Bohater trafia na oddział po przedawkowaniu narkotyków. A ja korzystając z okazji i okoliczności, wypytywałem personel szpitala o objawy przedawkowania, o zasady udzielania pierwszej pomocy itd. Jedna z pielęgniarek zdziwiła się moją wnikliwością w temacie narkotyków i odmawiała mi później środków przeciwbólowych. Pojawił się pomysł, że poparzyłem się specjalnie, żeby sobie poużywać. Słowo honoru. Było ciężko.

FOT. Z ARCHIWUM TEATRU MODRZEJEWSKIEJ

Katarzyna Raczyńska: Sporo słyszałam o Pańskiej książce Studium w czerwieni. Jak zachęciłby Pan do jej przeczytania? Przemysław Corso: To książka, w którą włożyłem masę pracy. Teraz, kiedy o niej myślę, wydaje mi się przyzwoitym kryminałem. Jeżeli miałbym kogoś zachęcić, to powiedziałbym, że dla fanów gatunku nie będzie to czas stracony.

P.C. Kryminał to punkt wyjścia. Dla mnie zawsze w historii najważniejsze były i są postaci. Potraktowałem kryminał jako środek do pokazania relacji. Uważam, że wszystko już zostało powiedziane w temacie kryminałów i sztuki w ogóle. Dzisiaj autorzy mają trudniej, bo nie poruszają się po dziewiczych terenach, a po szlakach już w literaturze przetartych. Najważniejsze to odnaleźć w tekście siebie i łamać schematy. Zaskakiwać.

K.R.: Kiedy wpadł Pan na pomysł stworzenia swojej książki?

K.R.: Skąd pomysł na odwołanie się do powieści Artura Conana Doyle’a?

P.C.: Chodzi o datę i godzinę? Wydaje mi się, że pomysły przychodzą w najmniej oczekiwanym momencie. Czasami inspiracją może być obraz, pojedyncza myśl, albo zasłyszana rozmowa. Nie próbuję teraz łopatologicznie tłumaczyć, skąd biorą się pomysły, ale w gruncie rzeczy jest to właśnie tak proste. Później pozostaje tylko kwestia tego, co się z tym zrobi... Można tę pojedynczą myśl obracać w głowie tak długo, aż nabierze kształtów i wtedy zacząć pisać. Z resztą, chyba jestem tego typu autorem. Myślicielem. Dużo myślę, a mało piszę. Jeżeli chodzi o Studium w czerwieni, to jedną z pierwszych scen w książce jest pobyt bohatera w szpitalu. Ja sam zacząłem pisać ten tekst w chwili, w której trafiłem do szpitala po poparzeniu... Mówię o tym, bo to ciekawostka. Bohater trafia na oddział po przedawkowaniu narkotyków. A ja korzystając z okazji i okoliczności, wypytywałem personel szpitala o objawy przedawkowania, o zasady udzielania pierwszej pomocy itd. Jedna z pielęgniarek zdziwiła się moją wnikliwością w temacie narkotyków i odmawiała mi później środków przeciwbólowych. Pojawił się pomysł, że poparzyłem się specjalnie, żeby sobie poużywać. Słowo honoru. Było ciężko.

P.C. Zacząłem pisać w okresie, kiedy dużo czytałem Doyle’a. Zazwyczaj połykam autorów w całości. Mam na myśli to, że nie potrafię skakać od autora do autora. Muszę przeczytać wszystko, co wydał, a dopiero później chwytam za kolejnego. Dziwny system, ale inaczej nie potrafię. Inspiracja do napisania Studium w czerwieni przyszła sama. Kim byłby Sherlock Holmes gdyby istniał naprawdę?

K.R.: Dlaczego zdecydował się Pan napisać akurat kryminał?

K.R.: Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za postacią Holmesa. Wydawał mi się być zbyt wymyślony, za mało ludzki. Wiem, że główny bohater Pańskiej książki jest inspirowany postacią słynnego detektywa. Czy jest on sympatyczniejszy od Sherlocka? Jakie są między nimi różnice? P.C.: Nie ma różnic. Ale tylko pozornie. Na tym polega cała zabawa. W gruncie rzeczy wydaje mi się, że to, co łączy tych bohaterów to wiara we własny intelekt, tudzież nieomylność. Nie wspominając o skłonnościach do używek. Motywacja natomiast jest inna. K.R.: Jak długo pisał Pan swoją książkę? P.C.: Miesiące. Choć edytor tekstu twierdzi, że 22 godziny. To właśnie miałem na myśli mówiąc, że jestem autorem myślicielem.

K.R.: Czy jest Pan zadowolony z tego, co Pan napisał? P.C.: Pewnie, że nie. Jestem zadowolony, że udało mi się zadebiutować, ale nie potrafię teraz nie myśleć o Studium w czerwieni jak o tekście w całości do przepisania. Można dostać nerwicy. Nie zaglądam do tej książki. Aktualnie piszę nową. Jest o wiele lepsza. Każda kolejna musi być lepsza. O to chyba w tym wszystkim chodzi. K.R.: Kiedy zdecydował się Pan zostać dziennikarzem? P.C.: Nigdy świadomie nie podjąłem tej decyzji. Ja po prostu od zawsze pisałem. Aktualnie publikuję teksty w trzech gazetach, z czego w jednym ogólnopolskim magazynie. Mam farta, ale wydaje mi się, że po prostu zawsze byłem konsekwentny. Nigdy nie udawałem dziennikarza. Co prawda przeprowadziłem kilka wywiadów, ale głównie piszę felietony i recenzje. K.R.: Jaki był najciekawszy temat, na jaki pisał Pan jako dziennikarz? P.C.: Można by długo wymieniać. Ale jakby to zebrać do kupy, to wydaje mi się, że punktem wyjścia zawsze będą ludzie. Zawsze ludzie. Oni nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. K.R.: Jakie są teraz Pana plany zawodowe? P.C.: Kolejna książka. Nie chciałbym stanąć w miejscu. To dla mnie najważniejszy czas. Trzeba iść dalej. K.R.: Jaką radę dałby Pan młodym ludziom, którzy chcą zajmować się w życiu pisaniem? P.C.: Dużo czytać. Łączyć przyjemne z poży-

tecznym. Mógłbym powiedzieć „dużo pisać”, ale wtedy wyszedłbym na hipokrytę. Wiesz co? Tak naprawdę nie mam rad. Warto próbować. W powiedzeniu, że jak się czegoś bardzo chce, to wcześniej, czy później się to wydarzy, jest dużo prawdy. K.R.: Czy dziś, w erze telewizji oraz internetu, jest zapotrzebowanie na słowo pisane? P.C.: Czytanie staje się modą. To dobrze. Jest coś szlachetnego w czytaniu. Współcześnie ludziom, szczególnie młodym, kojarzy się to z czymś retro. Z czymś nie dla każdego. I rzeczywiście tak jest. Mam nadzieję, że historia zatoczy koło i z mody stanie się to standardem. Marzenia ściętej głowy, prawda? Tak sobie gdybam. Może trochę marudzę. K.R.: Kto był Pana pierwszym idolem? P.C.: To zależy. Mam ulubionych autorów, ulubionych reżyserów... Ludzie zapominają o tym, że idol i sława nie zawsze idą w parze. Idolem nie musi być ktoś powszechnie znany. Dla mnie w dniu dzisiejszym idolem jest mój młodszy brat Patryk. Osiąga niesamowite wyniki w sporcie [koszykówka – przyp. red.], a dla mnie to totalna abstrakcja. Nie rozumiem gier zespołowych, a powiedzieć, że ich nie lubię to zdecydowanie za mało. Patryk to taka lepsza wersja mnie. Lubię o nim tak myśleć. Powinniśmy brać przykład z lepszych od siebie... nigdy gorszych. Szkoda tylko, że wszyscy o tym zapominają. K.R.: Dziękuję za rozmowę.


8

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

KATARZYNA RACZYŃSKA

Współczesny Sherlock Holmes?

literatura

W niewielkim, nieco zapuszczonym londyńskim hotelu zostaje odnalezione ciało zamordowanego kilkuletniego chłopca. Policja nie potrafi zidentyfikować zwłok, odkryć motywu zbrodni ani, tym bardziej, złapać przestępcy… Najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby poproszenie o pomoc Sherlocka Holmesa, nieprawdaż? Szkoda, że ów słynny detektyw nie może się pojawić i bez trudu wskazać zbrodniarza… A co, jeśli jednak może? Głównym bohaterem powieści kryminalnej Studium w czerwieni Przemysława Corso jest Shaun Downey, genialny doradca psychologiczny, okazjonalnie współpracujący z policją. Anglik potrafi w ciągu kilku minut odkryć całą prawdę o człowieku, „zinterpretować go”. Wystarczy mu do tego zaledwie parę gestów, nieznaczne skrzywienie warg… Jego „dar” sprawia, że staje się on cyniczny i znudzony życiem. Główny bohater twierdzi, że „całe życie sprowadza się do spania, jedzenia, srania i seksu. Czterech prostych czynności. Oprócz tego wszystko inne było tylko nieustającą walką pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, kim chcielibyśmy być”. Dla osoby o takim umyśle wszyscy są do siebie podobni, takie same twarze, takie same myśli… W celu zapewnienia sobie intensywnych wrażeń, Shaun zażywa narkotyki. Doprowadza się do coraz większej ruiny, próbuje nawet samobójstwa. Jego współlokator, Johnny, narrator całej historii, jest początkującym lekarzem, wiernie asystującym genialnemu cynikowi. Słysząc o popełnionej zbrodni, namawia przyjaciela do pomocy policji, licząc na to, że oderwie się on od nałogów. Doradca psychologiczny niechętnie przystaje na tę propozycję i zaczyna badania, dotyczące zamordowanego chłopca. Jednak, czy narkoman i niedoszły samobójca jest w stanie rozwiązać tę zagadkę?... Jak przyznaje sam autor powieści, bezpośrednim impulsem to stworzenia postaci Shauna Downey’a była myśl: „Kim byłby Sherlock Holmes, gdyby istniał naprawdę?”.

Nawiązania do klasyka powieści kryminalnych, Arthura Conana Doyle’a, widać chociażby w tytule – pierwsza książka, w której pojawił się legendarny detektyw, nosi tytuł Studium w szkarłacie. Wielbiciel brytyjskiego pisarza bez trudu wyłapie drobne aluzje do jego twórczości, poczynając od przyjaciela-lekarza, skończywszy na uzależnieniu od narkotyków głównego bohatera. Pomimo podobieństw, powieść Przemysława Corso nie jest kontynuacją przygód słynnego detektywa ani przekalkowaniem jego postaci do naszych czasów. Nie można postawić znaku równości pomiędzy Sherlockiem Holmesem a Shaunem Downey’em. Najistotniejszą różnicą jest podejście do własnego fachu. Corso jedynie bawi się konwencją, dyskretnie puszcza oko w stronę wielbicieli gatunku. Uważam, że dzięki temu powieść jest bogatsza, ciekawsza i bardziej ironiczna. Pisarz pokazuje, że każdy człowiek, nawet geniusz, jest miotany przez wątpliwości i miewa swoje słabości. Każdy bohater ma ciemną stronę. Nie ma ideałów… Studium w czerwieni jest książką trzymającą w napięciu do ostatniej strony. Jak przystało na dobry kryminał, zakończenie zaskakuje. Jednak powieść oferuje coś więcej niż jedynie zagadkę i niebanalne rozwiązanie akcji – porusza ona także problemy egzystencjalne. Zmusza do refleksji nad sensem naszego istnienia oraz nad oddziaływaniem kultury na ludzkość. Studium… pisane jest pozornie potocznym językiem, zwraca jednak uwagę

W grudniu Legnicka Biblioteka Publiczna przygotowała wydarzenia, dzięki którym każdy, bez względu na wiek znajdzie coś dla siebie. I tak już od 1 – 31 grudnia 2012 r. w Galerii LOŻA przy ulicy Piastowskiej 22 będzie można zobaczyć wystawę Akwarele i Oleje Władysława Rewaka. Otwarcie wystawy odbędzie się 14.12.2012r. o godzinie 17:00.

prawdziwymi perełkami, chociażby takimi: Martwy chłopiec był wykrzyknikiem. Eksplozją niszczącą stare galaktyki i tworzącą nowe. Był dla nas wszystkim tym, czego nie potrafiliśmy opisać słowami. Powieść Przemysława Corso jest pozycją, która spodoba się nie tylko fanom kryminałów, ale również każdemu, kto ma ochotę na chwilę zastanowienia się nad ludzką naturą, albo po prostu, szuka rozrywki na dobrym poziomie. Z pełnym przekonaniem polecam!

Przemysław Corso, Studium w czerwieni, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2012.

Następnie 17 grudnia o godzinie 16:30 Biblioteka zaprasza najmłodszych do Filii Dziecięco – Młodzieżowej nr 2 przy ulicy Pomorskiej 56 na przedświąteczny poradnik Babci i Dziadka Świąteczne Stroiki. Następnego dnia tj. 18 grudnia w PROVINCIA Cafe Bistro Bar o godzinie 18:00 odbędzie się spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Miłym akcentem dla miłośników książek z gatunku fantasy będzie spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki Fantasy, które odbędzie się 20 grudnia o godzinie 19:00 w Provincia Cafe Bistro Bar. Zapraszamy serdecznie! Paulina Szudrowicz

KATARZYNA RACZYŃSKA

Fantastycznie fanatyczni

Klub umożliwia ludziom interesującym się książkami o tematyce fantastycznej spotykanie się ze sobą i rozmawianie na ich temat w przyjaznej atmosferze. Spotkania odbywają się dwa razy w miesiącu. Stowarzyszenie zostało założone około 4 lata temu z inicjatywy Legnickiej Biblioteki Publicznej przy ulicy Piastowskiej. Jak wspominają stali uczestnicy spotkań, na początku było ciężko zebrać większą grupę, jednak w pewnym momencie istnienia liczyła ona nawet 20 członków. To jednak przeszkadzało w dyskusji – twierdzą z przekonaniem moi rozmówcy – Kiedy jest aż tylu chętnych do rozmowy, tworzą się podgrupy i spotkanie robi się chaotyczne. Najlepiej jest, kiedy grupa ma około 10 osób – tak jak dzisiaj. Dyskusja, tocząca się przy dźwiękach muzyki Boba Dylana, dotyczyła zarówno nowości wydawniczych, jak i starszych książek. Nietrudno zauważyć, że klub dyskusyjny zasilają ludzie z pasją, którzy wiedzą, o czym mówią i lubią przedmiot swojej rozmowy. Jak na licytacji zarzucają się nazwiskami takimi

jak Sapkowski, Howard, Pilipiuk czy Neville. Z uśmiechem na ustach sprzeczają się o najlepszą wersję Conana Barbarzyńcy. Z fascynacją w oczach dyskutują o ulubionych scenach z książek i bez wysiłku przywołują cytaty. Pogawędkę dotyczącą powieści przeplatają z rozmową na temat codziennego życia, różnych rodzajów broni czy wykupienia przez Disney’a praw do Gwiezdnych wojen. Z ironią stwierdzają, że Lord Vader będzie miał w kolejnej części sagi mysie uszy. Widać wyraźnie, że perspektywa władcy Ciemnej Strony Mocy w stroju popularnej Myszki Miki nie tylko bawi, ale i nieco przeraża członków zgromadzenia. Dla rozluźnienia zmieniają temat i zaczynają dyskusję dotyczącą najnowszego Jamesa Bonda. Od przygód Brytyjczyka płynnie wracają do wyjściowego tematu. Omawiają szatę graficzną kolejnych wydań tej samej książki i zastanawiają się, która z nich jest najlepsza. Bez pardonu wyśmiewają niektórych polskich tłumaczy, wspominając chociażby takiego, który opublikował dodatkowy rozdział, o którym twórcy oryginału nawet się nie śniło. Lek-

RYS. PAULA GRZELAK

8 listopada, czwartkowy wieczór. Niepewnie otwieram drzwi niewielkiego lokalu Provincia Cafe Bistro Bar i wchodzę do środka. Lustruję pomieszczenie wzrokiem i z satysfakcją zauważam niewielką, ale wyraźnie zaaferowaną grupę, wymieniającą się właśnie grubymi książkami. Wygląda na to, że dobrze trafiłam. Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki Fantasy właśnie się zaczyna.

kość, z jaką rozmawiają, pokazuje ich miłość do fantasy: nie tylko do kilku książek, ale do całego gatunku. Zapytani o ulubioną powieść patrzą na mnie przerażeni – JEDNĄ?! Tylko jedną?! To jest niewykonalne – stwierdzają zgodnie. Ze wszystkich sił staram się nie roześmiać, widząc ich poważne miny. W końcu, nadal nie do końca przekonani, zapisują mi kilka pozycji, wśród których pojawia się Świat Dysku autorstwa Terry’ego Pratchetta. Cóż z tego, że Świat Dysku to wieloksiąg składający się z 39 części, przecież może być ulubiona powieścią, prawda? Na pierwszy rzut oka to zwykła bajka: smoki, magia i inne wróżki. Jednak kiedy się w to

zagłębisz, dostrzeżesz głębszy sens, piękny język i fascynujące przygody bohaterów. Fantastyka jest odurzająca jak narkotyk, a jednocześnie otwiera oczy na problemy naszego świata. Wiąże się z nią zarówno niebezpieczeństwo, jak i nadzieja. Jeżeli ktoś ma ochotę spróbować tej kuszącej używki, z pewnością zostanie powitany z otwartymi ramionami przez członków Dyskusyjnego Klubu Książki Fantasy. Następne spotkania odbędą się już 2 i 16 grudnia o godz. 19 w Provincia Cafe Bistro Bar przy ulicy Złotoryjskiej 25.

Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki Fantasy, Legnica 2012


literatura

9

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

MAKSYMILIAN CHLEBOSZ

Puk-puk. Kto tam? Zwycięski tekst konkursu na krótkie opowiadanie w konwencji horroru rozpisanego przez legnicki Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, listopad 2012.

FOT. KAROL BUDREWICZ

W teatrze panowała tak niesamowita cisza, że aż huczało mu w uszach. Jedynym porównaniem, jakie przychodziło mu do głowy, była kopalnia w Wieliczce lub hitlerowskie, opuszczone bunkry. Czuł się w nich równie klaustrofobicznie jak teraz, szczególnie ze świadomością, iż wtedy znajdował się pod ziemią. Teraz miał podobne wrażenie. Że nie jest w teatrze w Legnicy, to tylko miejsce, które wygląda identycznie jak budynek teatru. Jakby był pod ziemią. Po prostu, pod ziemią, czyli nigdzie, w żadnym bunkrze, do którego można wejść przez właz, ani kopalni, do której zjeżdża się windą. Jakby to wszystko było oderwane od rzeczywistości. Jak trumna, jak grobowiec faraona zasypany przez ogromne wydmy piachu, które wiatr nawiewał tu przez dwa tysiące lat. Tak właśnie opisują miejsca, do których podświadomość pacjentów trafia podczas operacji, gdy doświadczają fenomenu śmierci klinicznej. Poza czasem. Poza życiem. Nie w piekle, nie w niebie, nawet nie w czyśćcu. Jedynym elementem, który pozwalał na weryfikację, czy aby to nie jest koszmar lub inna projekcja podświadomości, były bolące, zdarte knykcie, na których spomiędzy spękanej skóry widniała zaschnięta krew. Dookoła tego wszystkiego trwało nieustanne buczenie, docierające zewsząd, jakby leciało się samolotem. Dźwięk ten, w przeciwieństwie do innych, wcale nie pozwalał na przywyknięcie do niego, jak na przykład dzieje się z pracą wentylatora w komputerze. Dopóki siedząc przy nim, nie pomyślimy o tym, że cały czas pracuje, zapominamy o nim i dopiero dociera to do nas, gdy wyłączymy komputer, wentylator się wyłączy, a my spostrzeżemy, że właśnie teraz jest cicho. W teatrze nie było cicho, była Cisza – wisiała w powietrzu, to właśnie ta Cisza buczała. Wcale nie dochodziła ona zza ścian, nie. Była w środku. Kiedy mówimy „cisza wisi w powietrzu”, nie mamy pojęcia, o czym mówimy, gdyż właśnie to była prawdziwa Cisza, tak gęsta, że można byłoby kroić ją nożem. Wibrowała. Niczym struny wszechświata. Jednak było coś jeszcze. Inny dźwięk. Upiorne stukanie, lecz nie takie, jak uderzamy w drzwi, gdy chcemy zakomunikować, iż wchodzimy do środka. To było kołatanie, jak ktoś zniecierpliwiony uderza w drzwi łazienki, czekając na swoją kolej skorzystania z toalety. Było to agresywne kołatanie, nieregularne i co było najbardziej upiorne – nieprzerwane. Stałe. Jakby ktoś pukał bez przerwy w tę samą klapę, zniecierpliwiony, zły, gotowy tak długo łomotać, aż zedrze sobie skórę z pięści, z knykciów, a gdy nie będzie miał siły stukać, zacznie drapać. Niczym ofiary pogrzebania żywcem. Znał takie sceny z dreszczowców, gdy z pomocą grabarzy odkopywano trumny w celu ekshumacji, a po oderwaniu wieka znajdowano głębokie rysy na jego wewnętrznej stronie, a zwłoki były ułożone w nieludzkiej pozie, z poodrywanymi paznokciami, zranionymi palcami. Jedynym źródłem światła w teatrze były zielone diody wskazujące wyjście z sali oraz pojedyncze kinkiety. To starczało by widzieć całą salę. Przypominało to pochodnie, rzucające blade światło na mokre mury korytarzy, tworzących labirynty w azteckich piramidach. Jednak wnętrze teatru wyglądało normalnie. Nie dostrzegł niczego, co przyprawiłoby go

o niepokój. Byłby jednak spokojny tylko wtedy, gdyby był kompletnie głuchy, a jego jedynym zmysłem byłby wzrok. To właśnie było straszne. To nie był teatr. Ten teatr był nie taki. Jedynym, co mógł zrobić, było sprawdzenie, skąd dochodzi łomotanie do drzwi. Za każdym stuknięciem coś w nim pękało. Jednak stukanie było na tyle częstotliwe, że prędzej oszalałby, niż wytrzymał każde takie stuknięcie o zdrowych zmysłach. Czuł się jak Prometeusz, któremu orzeł żywcem cały dzień rwał wątrobę, a gdy zjadł całą o zmierzchu, nim wrócił następnego ranka, wątroba była z powrotem na swoim miejscu, a orzeł mógł na nowo zadawać herosowi cierpienia. Perseusz krzyczał i krzyczał, lecz jego szaleńcze krzyki do nikogo nie docierały, jedynie wracały do niego samego odbite echem o puste i zimne granie i szczyty. Tak samo oddziaływały stukoty w teatrze. Każdy miał tak silną moc, że wystarczyłby jeden, a człowiek złamałby się psychicznie, w szaleństwie zacząłby drapać sobie uszy, dopóki nie ogłuszyłby sam siebie. Nie czułby nawet bólu. Lecz stukot wtedy nie dochodziłby do jego uszu, lecz do jego umysłu, dobywałby się tylko stamtąd, w kółko przyprawiając go o kolejne katorgi. Nie potrafiłby uciec od własnego obłędu, niczym go nie zagłuszyć, gdyby był na siłach psychicznych, myślałby o śmierci, błagałby o nią, lecz obłęd wyzułby go także z myśli. Stukot by je zagłuszał. Łomotanie go jednak łamało, lecz nie potrafiło złamać. Albo raczej nie chciało. Teraz już nie siedział, lecz stał. Sam nawet nie wiedział, kiedy wstał, tak samo jak nie pamiętał w ogóle, kiedy tu się znalazł, nie mówiąc już o tym, w jaki sposób. Już był na scenie, wszedł na nią po schodkach. Kurtyna była zasunięta. Dźwięk dochodził zaraz zza niej. Musiał podejść bliżej i wysunąć rękę pomiędzy połacie ciężkiego sukna, po czym odchylić je i zobaczyć, co się za nią kryje. Nie chciał tego robić, brzydził się tym, co może za nią zobaczyć. Bał się, choć nie był przerażony. Może gdyby bardziej się bał, zrobiłby to mechanicznie, automatycznie. Może do głosu doszedłby instynkt samozachowawczy, teraz jednak szargany był wątpliwościami, myślał zbyt trzeźwo, zbyt wiele myśli przechodziło mu przez głowę. Wsunął rękę między dwie połacie kurtyny. Jego dłoń natrafiła na pustkę. Przeraźliwą pustkę, jakby był właśnie na krańcu wszechświata i wcisnąłby rękę poza jego granice. Wiedział, że coś tam jest. Czekało zacieka-

wione, kiedy zobaczy jego rękę, wbijającą się w granicę pomiędzy światami, jednym, którym był upiorny nie-teatr a drugim, który był jeszcze głębszym kręgiem szaleństwa, jeszcze mroczniejszym, który był jeszcze większą niewiadomą, która zamiast przybliżyć go do tajemnicy, jeszcze bardziej ją zagęściła. Jak podczas podróży Dantego po Piekle, gdy każdy następny krąg był gorszy od drugiego. Po drugiej stronie lustra. Po drugiej stronie kurtyny. Jednak to nie była kraina czarów. Ale nie była też przeciwieństwem. Nie była w ogóle niczym. Musiał teraz wyjść naprzeciw demonom, tym samym, które czają się po drugiej stronie lustra, tym, które w horrorach, gdy bohater odwróci wzrok od zwierciadła, jego własne odbicie zaczyna żyć własnym życiem i stroi do niego miny.

siebie. Nie wiedział, co by zobaczył za sobą. Może Potwora, może tylko różową ścianę, a może kurtynę, którą względnie zostawił za sobą kilkadziesiąt kroków w tył, lecz gdyby się odwrócił, wciąż by tam stała, jakby sunęła za nim niczym jego własny cień, bezszelestnie, szepcząc mu, że wciąż może wrócić, może drzwi na schody będą otwarte i wyjdzie przez kawiarenkę. Wystarczy, że wsunie rękę pomiędzy jej dwie części i przekroczy z powrotem granicę. Nawet nie zastanawiając się nad tym, wiedział, iż wtedy kurtyna zaniosłaby go gdzieś indziej. Do jeszcze gorszego miejsca, choć wątpił, co by było gorsze. Może tam właśnie spełniłaby się wizja szaleństwa? Może to działa tak, jak w tej bajce, że gdy ktoś obróci się za siebie, albo stanie, zmieni się w kamień?

Połacie kurtyny były ciężkie, odchylił jedną nieco, by zobaczyć Potwora, który nieustannie w coś pukał. Nie wiedział jednak, czy ma czuć się szczęściarzem, gdyż w środku panowała całkowita ciemność, jedynie blady poblask dochodzący znikąd, rzucając delikatne światło na to, co znajdowało się za kulisami. Światło to było identyczne jak neon klubu nocnego, obwieszczającego, że bar jest otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę. To samo światło, przy którym ćmy barowe topiły swoje żałosne smutki w taniej brandy oraz klepali po tyłku podstarzałe już kelnerki ze złotymi zębami. Tutaj czuł się jak w nawiedzonym wesołym miasteczku, które jest tak częstym motywem w wielu strasznych historiach, które opowiada się na obozach przy ognisku tylko po to, by wystraszone dziewczyny zaczęły się do nas przytulać.

Stanął przed drzwiami. To właśnie zza nich dochodziło stukanie. Rytmiczne. Agresywne. Napastliwe, niecierpliwiąc się, wystukiwały nagabywanie, żeby wreszcie je otworzyć. To, co za nimi się kryje, ma coś do zrobienia, jednak zamknięte drzwi to utrudniają. Może gdy otworzy drzwi, to coś dopadnie go i zabije. Chociaż wątpił w to, śmierć byłaby tu wyzwoleniem. Znowu czuł się tak, jak przed kurtyną, choć nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd przez nią przeszedł. Pewnie tak czują się ludzie, którzy mają zidentyfikować zwłoki swoich ukochanych. Wiedzą, że prędzej czy później muszą rozpiąć zamek worka, by w zmasakrowanej twarzy dostrzec tą, którą się kochało, którą się całowało podczas składania życzeń.

Zszedł ze sceny, by całkiem wejść za kulisy. Wiedział już, że teraz będzie mógł iść tylko naprzód. Pukanie wciąż rozbrzmiewało, lecz jak wcześniej słyszał je zza kurtyny, tak teraz dochodziło zwyczajnie z głębi korytarza, który teraz się przed nim rozciągał. Mimo iż nigdy tutaj nie był, był święcie przekonany, że prawdziwe kulisy teatru wcale tak nie wyglądają. Szedł zacienionym korytarzem, pomalowanym na ciemny róż niczym korytarz podziemnego klubu nocnego, prowadzącego do zapyziałych toalet. Farba zdawała się emanować własnym światłem, gdyż nie było tu innego źródła światła, które mogłoby rzucać ten dziwny poblask, wyjęty żywcem z innego świata, świata delirium. Korytarz nie miał końca, a odwrotu już nie było. Nawet nie chciał się oglądać za siebie, wiedział, że jedyna droga prowadzi przed

Odwrócił się. Powoli, nie wiedząc co za sobą zobaczy. Było tam lustro zajmujące całą ścianę. Korytarz zmienił się w ciasny pokoik, metr na metr. W lustrze zobaczył ciemną sylwetkę swojego odbicia, które wściekle pukało w drzwi. Słyszał pukanie. Wiedział, co musi zrobić, lustro mu to mówiło. Odwrócił się, by otworzyć drzwi, lecz te były już otwarte na oścież, zapraszając go do środka ziejącą pustką. Wszedł do środka, do całkowitej ciemności. Nie było kinkietów przypominających mroczne pochodnie, nie było surrealistycznego, różowego blasku. Został za progiem drzwi, jakby wyznaczał granicę przepuszczalności światła.

ciąg dalszy w następnym numerze


10

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

film

ANETA MACKIEWICZ

Filmowe czary Przyciąga miłośników filmu. Intryguje młodzież poszukującą nowych, ciekawych wrażeń. Promuje dobre, wyszukane kino. Klub Miłośników Filmu podbija Legnicę w nietuzinkowy sposób. Dokładnie 20 lat temu, bo w listopadzie 1992 roku, legnicki Klub Miłośników Filmu został powołany do życia przy Centrum Sztuki – Teatr Dramatyczny w Legnicy. Jego prekursorem był Ireneusz Wojtków. Pieczę nad Klubem przejął zaraz po studiach. Początkowo organizował on seanse na nieistniejącej już Scenie Kameralnej Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Jego działalność filmowa wzbudzała podziw. Poza seansami w ramach KMF-u, które odbywały się dwa razy w tygodniu, organizował raz w miesiącu noc filmową, a także realizował cykle reżyserskie. Udało mu się również zorganizować czas na dyskusje poświęcone prezentowanym filmom (i nie tylko), co umożliwiło zacieśnianie więzów między członkami Klubu. Wszystkie te działania przyczyniły się do popularności i świetności KMF-u, którą cieszy się do dziś. Obecnie jego opiekunem jest Paweł Jurczyk, pracownik Legnickiego Centrum Kultury, który od 1996 roku skutecznie pielęgnuje jego renomę i dba, by wszystko sprawnie funkcjonowało. Choć jego początki w tej roli nie były proste.

W 2004 roku zapadła decyzja o zlikwidowaniu Sceny Kameralnej. Była to jedyna siedziba Klubu Miłośników Filmu, więc jego dalsza działalność stanęła wówczas pod dużym znakiem zapytania. Członkowie Klubu, razem ze swoimi sprzymierzeńcami próbowali zmienić tę decyzję, tworząc petycje i zbierając podpisy. Niestety nieskutecznie. Z pomocą przyszła jednak Odra Film z Wrocławia, która udostępniła salę Kina Piast na poniedziałkowe seanse. KMF został ocalony, chociaż zasady jego funkcjonowania znacznie się zmieniły. Zniknęły noce filmowe, cykle reżyserskie i spotkania dyskusyjne. Narazie jest dobrze, ale nie jesteśmy u siebie. Gdyby się zdarzyło, że Odra Film zdecyduje, że w poniedziałki musi mieć pełen repertuar i nie ma dla nas miejsca, to zostajemy na lodzie. Po 20 latach działalności, gdzie przez KMF przewinęło się nie setki, a już nawet tysiące osób – mówi Paweł Jurczyk. Koniec Klubu Miłośników Filmu byłby dotkliwą stratą dla legnickich pasjonatów kina. Starannie dobierany repertuar to dla nich niemała

gratka. Nie da się ukryć, że na KMFie przeważa kino nazywane artystycznym, niezależnym. Staramy się, żeby to nie były produkcje jednakowe. Prezentujemy zarówno kino europejskie, jak i amerykańskie, ale dbamy także o to, żeby pokazać filmy produkcji polskiej, albo choćby stworzony przez Polaka – tłumaczy Jurczyk. Jest więc w czym wybierać. Jednak trzeba pamiętać, że Klub Miłośników Filmu ma charakter zamknięty i na seanse mogą przyjść jedynie osoby do niego zapisane. Nie ma się jednak czym martwić, ponieważ zapisać może się każdy – bez względu na wiek, płeć, wykształcenie czy gust. Staranny dobór filmów, kameralna, spokojna atmosfera i otwartość na widza wpływają na wysoką popularność działalności klubu, którą cieszy się od początku swojego istnienia. Po przeniesieniu do Kina Piast, początkowo nie było wielkich tłumów. Jednak udało nam się dobrze zorganizować nagłośnienie i stworzyć przyjemny klimat, dzięki czemu ludzie przekonali się, że są tam naprawdę dobre warunki – podsumowuje opiekun Klubu.

W tym roku Klub Miłośników Filmu obchodzi swoje 20 urodziny. W ramach świętowania tej uroczystości organizatorzy postanowili przywołać listopadowe seanse z 1992 roku. I tak w tym miesiącu można było zobaczyć takie filmy jak Wilk stepowy, Kino Paradiso, Thelma i Louise, a także Konopielka. Czy zobaczymy je na ekranie Kina Piast za kolejne 20 lat? Miejmy nadzieję! Klub Miłośników Filmu, Legnica 2012


legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

felietony

PAULINA SZUDROWICZ

ALEKSANDER „INDYGO” PAWŁOWSKI

Pełna culturka

Hardkor i disco

Dzień dobry! Miło mi Cię poznać. Jestem Szudra.

Koniec świata jest tak blisko, uciekaj stąd, zostanie hardkor i disko – taką śpiewkę funduje wokalista zespołu SOFA, przepowiadając nam niezbyt świetlaną przyszłość.

Skoro już się grzecznie przedstawiłam, to chciałabym zadać Ci pytanie. Tak, tak – ja Tobie! Co to jest kultura? Co Ty właściwie o niej wiesz? Hm... śmieszne pytanie, co? Odpowiedź wydaje Ci się taka oczywista? Zatem zazdroszczę Ci! Więc to już koniec? Tak po prostu już po wszystkim? Nieee... nie ma tak dobrze. Trochę muszę Cię pomęczyć. Zastanów się raz jeszcze, ale tak dokładnie – co to jest kultura? Sztuka? Dobre maniery? Piękna polszczyzna? Dobrze dobrany strój do sytuacji? Styl życia? A może w ogóle coś innego? Ooo... chyba już nie jest tak łatwo, co? To może z pomocą przyjdzie nam dobry Wujek Google? No tak, sprawdzony wujcio pokazuje aż 52 100 000 wyników. Ale my nie mamy tyle czasu, żeby sprawdzić wszystkie strony. A może Ciocia Wiki da nam odpowiedź na to pytanie? W pierwszym akapicie czytamy – termin ten jest wieloznaczny, pochodzi od łac. cultus agri (uprawa ziemi), interpretuje się go w wieloraki sposób przez przedstawicieli różnych nauk. Aha, dziękujemy ci Ciociu! Jednak jak wiadomo, ciocia może się mylić. Sprawdźmy więc w literaturze naukowej. Jak pisze Antonina Kłoskowska: Kultura należy do podstawowych pojęć humanistyki współczesnej (...). Łacińskie słowo cultura oznaczało pierwotnie po prostu uprawę ziemi [o, czyli ciocia miała rację!], ale już Cyceron (...) rozszerzył jego użycie na zjawiska intelektualne, nazywając filozofię kulturą ducha1. Pufendorf (1632 – 1694, niemiecki teoretyk prawa i historyk) z kolei w swych pismach przeciwstawiał kulturę naturze. Definicja kultury, która znalazła się w słowniku Johanna Adelunga z 1774 roku, głosi: uszlachetnienie lub wysubtelnienie wszystkich duchowych i fizycznych sił człowieka albo całego ludu tak, że słowo oznacza zarówno oświecenie i uszlachetnienie rozumu przez wyzwolenie z przesądów, jak też ogładę, uszlachetnienie i wysubtelnienie obyczajów2. Natomiast Johann Herder mechanizmy kultury widział w ustalaniu się wzorów zachowania: każdy człowiek tylko przez wychowanie staje się człowiekiem3. Alfred Kroeber oraz Clyde Kluckhohn uwzględnili aż sześć typów definicji kultury (właściwie sześć aspektów, które wychodzą na plan 1 Antonina Kłoskowska, Kultura masowa, wyd. PWN, Warszawa 1980, s. 9. 2 Tamże, s.14. 3 Tamże, s. 17.

pierwszy w różnych definicjach kultury). Stefan Czarnowski pisał: Kultura jest dobrem zbiorowym i zbiorowym dorobkiem, owocem twórczego i przetwórczego wysiłku niezliczonych pokoleń. (...) O kulturze mówić możemy dopiero wówczas, gdy odkrycie czy wynalazek zostaje zachowany, gdy jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, gdy staje się dorobkiem trwałym zbiorowości ludzkiej, nie przyzwyczajeniem poszczególnej jednostki czy jej mniemaniem osobistym4. Nie ma sensu przytaczać tutaj więcej definicji wybitnych postaci. Ważne, że teraz, drogi Czytelniku, wiesz, iż już od starożytności zajmowano się tym pojęciem i na przestrzeni wieków było to dość problematyczne zagadnienie. Może przejdźmy już do czasów nam współczesnych. Profesor Stanisław Pietraszko (1928-2010, założyciel Instytutu Kulturoznawstwa we Wrocławiu) mówił, że tym, co wyróżnia nas od zwierząt, jest kultura. Człowiek jest zaś zwierzęciem wartościującym. Nie tylko zmierza do wartości, ale sam wartościuje. Dlatego definicja kultury według Pietraszki brzmi: Kultura to sposób życia podług wartości5. Przy czym sposób życia jest tutaj bardzo ważny. Jednakże konieczne jest, aby odróżniać wartości od rzeczy: w której wartość bywa upatrywana lub której to rzeczy zostaje one przypisana. A taka rzecz nazywa się wówczas dobrem6. Tak można w dużym skrócie napisać o tym, czym najpierw dla Pietraszki była, a teraz – dla jego współpracowników i studentów – jest kultura. Na koniec pragnę zaproponować Ci coś, co może być dla Ciebie miłym zakończeniem mojego wywodu – Supermarket kultury Gordona Mathewsa. Lektura w sam raz dla kogoś, kto chce być świadomy własnej tożsamości kulturowej. Choć każdy z nas utożsamia się ze specyficzną kulturą narodową, to wielu jest również takich, którzy w dzisiejszym zasobnym świecie wybierają – lub przynajmniej wierzą, że wybierają – pewne elementy swojego życia w globalnym supermarkecie kultury.(...) Jeżeli sądzisz, że możesz wybierać elementy swojego życia i kultury z zasobów całego świata – to gdzie właściwie jest twój dom?7 Z tym pytaniem pozostawiam Cię, mój wytrwały czytelniku. W końcu nie ma to tamto... po prostu pełna culturka.

4 Stefan Czarnowski, Kultura, Warszawa 1948 , s. 13. 5 Stanisław Pietraszko, Antropologiczne podstawy teorii kultury, s.19. Tekst niepublikowany. 6 Tamże, s.20. 7 Gordon Mathews, Supermarket kultury, PIW, Warszawa 2005.

Lecz hardkorem martwić się według mnie nie trzeba, bo tego nam nie brakuje – politycy zapewniają nam dostatecznie wysoki poziom adrenaliny. A disko? No właśnie. Disko. Disko niestety coraz bardziej wkracza w łaski i koroduje z naszym umysłem, niszcząc już i tak poszkodowane przez świat mózgi. Nie wiem, czy powinienem martwić się o swój los, czy też nie. Czy koniec świata nadejdzie, czy w ostateczności w ogóle nie nastąpi? A dlaczegóż to? Dlaczego ma nie nastąpić? Otóż, dlatego iż, jak uważam, Boga nie ma, więc żadne sądy ostateczne nie będą miały miejsca. Globalne ocieplenie jest kłamstwem w takim stopniu, jak lądowanie na księżycu, a kosmici jeszcze nas nie odwiedzili, więc nie sądzę, aby chciało im się fatygować akurat 21 grudnia 2012 roku (no chyba, że przybędą, aby złożyć nam szczere świąteczne życzenia). Lecz być może się mylę i czeka nas tego dnia cała gama atrakcji! Od trzęsienia ziemi, poprzez wybuchy wulkanów, aż po egipskie ciemności i aniołów chóry. Takiego widowiska to nawet na otwarcie olimpiady nie było i nie będzie, bo tylko nasz miłosierny Bóg jest w stanie stworzyć tak rozbudowany performance. A to wszystko tylko dla nas. Z miłości do gatunku ludzkiego. Aby dać nam „życie wieczne”, a tych złych (a fe!) do piekła posłać. Z drugiej strony, zastanawiam się, po co to w ogóle piszę. Gubię się już w tym wszystkim. Człowiek nie wie, co ma począć, w co wierzyć, a w co nie. Prorocy obdarzeni wizjami przewidują nam tak marny los, po czym naukowcy, telewizja i gazety odwołują całą imprezę, trąbiąc jakże radosnym sloganem: „HURRA! LUDZKOŚĆ OCALONA. BÓG NASZ WIELCE LITOŚCIWY PUŚCIŁ BITA! KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE! HURRA! HURRA!”. A człowiek biedny nic już nie wie. Nie będzie czerwonych krzyży z chmur na niebie. W głowie raban. Myśli w kłębek zwinięte kłują niczym kolczasty drut.

11

Lecz istnieje plus całego tego zamieszania. Producenci, sklepy, firmy, jak zwykle ogarnięci żądzą pieniądza, organizują nam przecenę! Wielką wyprzedaż! Aby jeszcze przed końcem świata zdążyć i wzbogacić się, choć trochę zanim wszyscy wyzioniemy ducha i spoczniemy w ziemi. Więc promocja musi być. Klamka zapadła. Nie ma zmiłuj. Na koniec przepowiednia i ode mnie! Otóż moje proroctwo brzmi: dzień, jak co dzień, nie licząc wybuchu pieca gazowego w którymś z domostw na plancie. Więc drodzy Ziemianie, pilnujcie się. Gaście światło, gaz i wodę. Pociech swych pilnujcie, a wszystko będzie git. Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim spokojnego końca świata. A będzie ich wkrótce jeszcze kilka, więc coś czuję, że nie raz będziemy mieli okazję się spotkać. IndygoLax


12

legnicki magazyn kulturalny GRUDZIEŃ 2012

o nas

I o co ten „Raban”?

Teatr Modrzejewskiej w Legnicy

Legnicki Magazyn Kulturalny „Raban” to efekt projektu edukacyjnego, jaki od roku w Legnicy przeprowadza Fundacja Teatr Nie-Taki w partnerstwie z Teatrem Modrzejewskiej i dzięki finansowemu wsparciu Fundacji „Polska Miedź”.

styczeń

Pismo jest w całości tworzone przez młodych ludzi: gimnazjalistów, licealistów i studentów. To oni piszą teksty, wymyślają linię graficzną, wprowadzają korektę, załatwiają materiał zdjęciowy, składają magazyn, kontaktują się z instytucjami kultury w mieście, organizują promocję i dystrybucję. Członkowie Fundacji Teatr Nie-Taki starają się jedynie pokazywać młodym redaktorom drogę działania, dzielić się doświadczeniem, wspierać i wyposażyć w odpowiednie narzędzia. Od kilku miesięcy spotykamy się wspólnie na warsztatach prowadzonych przez doświadczonych dziennikarzy, grafików i redaktorów. Zastanawiamy się jaką gazetę chcemy tworzyć i jaka gazeta potrzebna jest mieszkańcom Legnicy. Nasz projekt nie jest bowiem tylko wprawką młodych dziennikarzy, ale też próbą poszerzenia informacji kulturalnej miasta. Trzymają Państwo w rękach pierwszy numer „Rabanu”, nie do końca jeszcze opierzonego, ale w pełni naszego i z takiego jesteśmy dumni. Mamy szczerą nadzieję, że sięgniecie też po następne numery. Na razie obiecujemy kolejne dwa – w styczniu i lutym, a potem? Potem powinno być już coraz lepiej! Zachęcamy do rozglądania się za „Rabanem” w mieście, uważnego czytania lub pobieżnego wertowania, do krytycznych lub podtrzymujących na duchu uwag na adres: lmk.raban@gmail.com, oraz do współpracy! A przede wszystkim do udziału w legnickiej kulturze!

Ze świątecznymi pozdrowieniami Opiekun Redakcji „Rabanu” Katarzyna Knychalska

2013

4 pt.

11.00

Komedia obozowa

SG

4 pt.

19.00

Komedia obozowa

SG

5 sb.

19.00

Komedia obozowa

SG

6 sb.

19.00

Komedia obozowa

SG

9 śr.

11.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

10 cz.

11.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

11 pt.

11.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

11 pt.

19.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

12 sb.

19.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

13 nd.

19.00

Historia o Miłosiernej, czyli Testament psa

SG

16 śr.

11.00

Niekończąca sie opowieść

SG

17 cz.

11.00

Niekończąca sie opowieść

SG

19 sb.

17.00

Czytelnia Kontrrewolucyjna

SG

20 nd.

16.00

Koncert zespołu łemkowskiego DaMyr

SG

24 cz.

11.00

Inny chłopiec

SG

25 pt.

11.00

Inny chłopiec

SG

25 pt.

19.00

Świństwo

KA

26 sb.

19.00

Inny chłopiec

SG

27 nd.

19.00

Inny chłopiec

SG

SG – Scena Gadzickiego | KA – Klub Aktorski

REZERWACJE

 bilety@teatr.legnica.pl 

505 33 72 76

Radosnych Świąt Bożego Narodzenia i wielu kulturalnych chwil w Nowym Roku życzy Redakcja r e dak c j a

REDAKCJA: Jakub Bogacki, Maksymilian Chlebosz, Wioleta Gabryś, Karolina Karkulowska, Tamara Kostrz, Magdalena Kwiatkowska, Aneta Mackiewicz, Aleksander Pawłowski, Katarzyna Raczyńska, Alicja Swedura, Paulina Szudrowicz, Kinga Żuk OPIEKA REDAKCYJNA: Małgorzata Bryl, Marzena Gabryk-Ciszak, Katarzyna Knychalska

patronat wydawniczy Fundacja Teatr Nie-Taki ul. Legnicka 65 54-206 Wrocław www.teatr-nie-taki.pl

PROJEKT GRAFICZNY I SKŁAD: Maksymilian Chlebosz, Marzena Gabryk-Ciszak KOREKTA: Małgorzata Bryl, Aneta Mackiewicz NAKŁAD: 1000 egz. DRUK: Wrocławska Drukarnia Naukowa PAN, ul. Lelewela 4, Wrocław KONTAKT: lmk.raban@gmail.com

partnerzy

f i n a n s owa n i e p r o je k t u

RABAN nr 1  

Legnicki Magazyn Kulturalny RABAN

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you