Issuu on Google+

Jerzy Niemczuk


Przygody Zuzanki


Jerzy Niemczuk

wydawnictwo Papirus Ilustracje: Zuzanna Kowalska


Rozłożyła na biurku blok rysunkowy i pudełko z kredkami. Zaczęła od oka. Jak jest oko, to lepiej widać. Po chwili spojrzało na nią duże, okrągłe i ciemne. Popatrzyło najzupełniej wyraźnie, aż Zuzance od tego spojrzenia zrobiło się trochę nieswojo, ale zaraz przeszło, bo musiałazająć się drugim okiem, a kiedy je narysowała, to postanowiła udawać, że nie widzi, iżoczy na nią spoglądają. Naszkicowała dużą okrągłą głowę, wielkie kosmate uszy, błyszczącynochal, a wreszcie czarną kredką zaczęła rysować kudły, kudły, kudły, kudły... Gdy uznała, żekudłów wystarczy, wzięła się za łapska. Nie żadne tam łapki czy rączki, ale właśnie łapska z dużymi paluchami i nawet zastanawiała się, czy owe paluchy powinny być zakończone pazurami lub szponami, ale gdy popatrzyła na rysunek, poczuła się jeszcze bardziej nieswojo niżpoprzednio, bo i rysunek spoglądał na nią z dziwną miną, która mogła oznaczać różne rzeczy, a przecież nikt z nas nie zna się na minach potworów.– Ale potwór! – szepnęła dziewczynka sapiąc z wrażenia i w tej samej chwili rysunekprychnął, najwyraźniej oburzony, kartka papieru wydęła się i uniosła, a Zuzanka krzyknęła z przerażenia i poderwała się na równe nogi. Chciała wprawdzie narysować coś przerażającego, ale przecież nie do tego stopnia! Wypadła z pokoju i odetchnęła dopiero, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi. Tymczasem za drzwiami, na biurku, namalowany przez dziewczynkę stwór odkleił się od kartki, zaokrąglił, nabrał kształtów i przycupnął z obrażoną miną na blacie. – Też coś! Potwór! – mruczał pod nosem wyraźnie poruszony. – Sama jesteś potwór, łysa brodo! Wypraszam sobie, żeby ktoś taki rysował mnie bez zezwolenia i do tego przezywał! Przyszło mu do głowy, że być może został narysowany wyjątkowo brzydko i aż zatrząsł się z oburzenia. Podbiegł do stojącego na rogu biurka lusterka, zajrzał z obawą i odetchnął wyraźnie uspokojony, że jego zwykły wygląd nie został zniekształcony. Futerko było lśniące, oko bystre, a nos wilgotny i zimny, co było oznaką dobrego zdrowia. – Czego ona się czepia? – mamrotał pod nosem oglądając się ze wszystkich stron. – Lepiej byś się sobie przyjrzała, oskubana szyjo! Spojrzał na kartkę, którą przed chwilą opuścił, i zrobiło mu się przykro i bardzo smutno. Na kartce od dołu do góry nie widać było niczego poza nieprzeniknioną bielą, żadnej drogi powrotu. Dokoła otaczały go białe ściany i obce dziwne przedmioty. Zasłonił oczy łapami w nadziei, że gdy spojrzy po raz drugi, wszystko to zniknie jak zły sen, ale to nie był sen i stworek nie wiedział, co począć. Za drzwiami Zuzanka również zastanawiała się, co robić. Miała ochotę wrócić do pokoju, ale przebywanie w jednym pomieszczeniu z potworem nie należało do przyjemności. Postanowiła, że się go pozbędzie. Na wszelki wypadek zamknęła oczy, żeby nie patrzeć, i otworzyła drzwi wykrzykując na całe gardło różne słowa, które na strachy mogły działać odstraszająco. Złapała po omacku kartkę, zgniotła ją w dłoni i popędziła do kubła na śmieci. Kiedy Zuzanka niespodziewanie wtargnęła do pokoju, grubym głosem krzycząc jakieś niezrozumiałe słowa, potwór z przerażenia wpadł pod biurko, zwinął się w kłębek i zatkał sobie uszy łapami. Był przekonany, że to dziwne białe stworzenie, pędzące wprost na niego z wyciągniętymi rękami, chce go pożreć, bo po co innego wpadałoby w taki właśnie, a nie inny sposób? Futerko trzęsło się na potworze jak barani ogon, zęby dzwoniły jak szkło w kuchennej szafce, kiedy przejeżdża tramwaj. Nim zdołał ochłonąć ze strachu, stworzenie pojawiło się po raz drugi. – Och! – krzyknął potwór. – Ach! – zawołała Zuzanka, wystraszona tym niespodziewanym krzykiem spod biurka. – Och! Och! – jęknął potwór. – Ach! Ach! – pisnęła Zuzanka. – Potwór! – Straszydło! – wrzasnął potwór. – Mamo! – krzyknęła Zuzanka. – Mamo! – pisnął potwór. I w tej samej chwili zamilkli, i zaczęli spoglądać na siebie podejrzliwie, ale już bez tak wielkiego strachu, bo od dłuższego czasu nic strasznego się nie stało. Zuzanka była bardzo zdziwiona, że ktoś taki, jak to coś, może wołać mamę. – Uciekaj stąd! To mój pokój! – wykrzyknęła dziewczynka tupiąc nogą. – Ja się tutaj nie prosiłem! To ty mnie narysowałaś, a potem wyrzuciłaś kartkę! – zaburczało spod biurka. Duże okrągłe oczy stworka mrugały w popłochu, ale ponieważ oboje zauważyli, że i druga strona nie jest wolna od lęku, to strachu na jedną osobę wypadało znacznie mniej. Zuzanka była bądź co bądź u siebie w domu, więc pierwsza zaczęła odzyskiwać pewność siebie.


– Wiesz co, Zuzaku? – szepnęła dziewczynka. – Myślę, że w tym lesie może nas spotkać jakaś przygoda. Zuzak wolał, żeby przygoda spotkała ich może w jakimś przyjemniejszym miejscu, ale jako chłopakowi nie wypadało mu się do tego przyznawać, więc tylko mruknął pod nosem coś, co mogło oznaczać to albo tamto, ale nic szczególnego. – Chciałabym, żeby spotkała nas przygoda – powtórzyła Zuzanka. – A jeśli ta przygoda zamiast spotkać nas zwyczajnie, wyskoczy znienacka zza drzewa? – zauważył Zuzak bez entuzjazmu. – Możemy się tego spodziewać – przyznała dziewczynka i dodała, że spodziewane wyskoczenie wcale już nie jest takie straszne i zaskakujące. Wobec tego szli dalej spodziewając się, że zza drzew w każdej chwili może coś wyskoczyć. Było to męczące, więc ustalili, że jak już coś ma wyskakiwać, to niech wyskakuje zza najbliższego buka, a kiedy to ustalili, zza pnia wyjrzał Napadalec i zaraz się schował. Napadalców było w tym lesie dwóch i nie mieli oni nic do roboty, bo nikt tamtędy nie przechodził, poza stałymi mieszkańcami boru, którzy sobie z Napadalców nic nie robili, bo zbyt byli zajęci własnymi sprawami i nie mieli czasu ani ochoty na przydrożne awantury, a Napadalcom nie przyszło nigdy do głowy, że mogliby zająć się czymś pożytecznym i z braku zajęcia albo dla wprawy napadali na siebie nawzajem. Trzeba przyznać, że Napadalcom w ogóle mało co przychodziło do głowy. Kiedy ujrzeli niespodziewanie na bezludnej dotąd drodze parę prawdziwych podróżników, wpadali w popłoch, bo byli całkowicie nie przygotowani. Wpadli na siebie, zderzyli się łbami, aż im z uszu iskry poszły, zaplątali we własne ogony i poprzewracali. Wszystko im się pomieszało i zaczęli okładać się pięściami i tłuc ogonami, aż z buka posypały się bukowe orzeszki. – Zagmatwana sytuacja – stęknął Starszy Napadalec, nie mogąc się wyplątać z ogona brata, który na dodatek złapał go zębami za ucho. Zuzanka ze swoim kolegą stali na drodze, cierpliwie czekając, aż Napadalce się rozplączą. – Teraz moglibyśmy ich pokonać – szepnął podniecony Zuzak, który już od dawna miał ochotę na jakieś zwycięstwo.Zuzanka była jednak innego zdania. Uznała, że lekki leśny napad na świeżym powietrzu nie powinien specjalnie zaszkodzić przygodzie, a poza tym ona nigdy nie zaczynała pierwsza. – Jeszcze nie! Jeszcze nie! – krzyczały Napadalce zwijając ogony, żeby im się po raz drugi nie poplątały, a kiedy się to w końcu udało, Starszy cienkim głosem zakomenderował: – W szeregu zbiórka! Nic z tego nie wychodziło, bo Młodszy w żaden sposób nie potrafił się zebrać, sprawiał wrażenie niepełne, był mniejszy niż zwykle i nawet ruszał się z trudem. – Jakoś nie mogę... Czuję się nie całkiem – jęczał podparty przednimi łapami. Dopiero teraz starszy dostrzegł nie bez zdumienia, że brat nie zabrał ze sobą nóg. Trzeba bowiem wiedzieć, że Napadalce rozbierają się do snu o wiele bardziej niż ludzie, to znaczy na części, a następnie po przebudzeniu montują własnoręcznie. – Gdzie twoje nogi?! – syknął Starszy zasłaniając własnym ciałem niekompletnego brata przed oczyma obcych. – Jakoś nie pamiętam – buczał Młodszy – kiedy wychodziłem, to chyba nie miałem głowy. W ogóle nie pamiętam, czy wychodziłem i czy cokolwiek miałem... – Długo mamy czekać?– dobiegł zniecierpliwiony głos Zuzanki stojącej na drodze z założonymi rękami. – Bardzo przepraszamy, zaraz wszystko się wyjaśni – rzucił piskliwym głosem Starszy Napadalec kłaniając się jak bardzo uprzejmy sprzedawca, a do swojego brata zwrócił się znacznie mniej uprzejmie, bo najpierw palnął go w czoło, a potem syknął: – Jak ci nie wstyd! Marsz po nogi i wracać natychmiast, bo osoby czekają, a taka okazja może się już nie powtórzyć! – Jak mam pomaszerować? Nie mam przecież na czym... – biadolił Młodszy. – Na rękach! – wrzasnął Starszy piskliwie, bo stracił cierpliwość. – Przychodzi do roboty, jakieś trzy czwarte albo nawet pół, a potem żreć chce za czterech! – Jest nas dwóch – sprostował Młodszy. – Zamknij gębę, jak do mnie mówisz! – rozkazał Starszy i warknął, że w czasie napadu nie podaje się liczby Napadalców, bo jest to zbójecka tajemnica służbowa. – Łapy w dół i po nogi!


Planeta Analfabeta Im wyżej wzlatywała rakieta, im dalej była od niewoli, pomiatania Zuzakiem i nieudanego małżeństwa, tym odleglejsze wydawały się podróżnikom dziwaczne przejścia, a gdy w dole, pod ich stopami kraj pana Duma stał się nie większy od chusteczki albo kartki papieru, powoli zaczęli o nim zapominać. Przed nimi rozpościerała się reszta wszechświata. – Lata świetnie – powiedział Zuzak odwracając się od sterów rakiety. – Tak, tak... Lata świetnie, zanim gdzieś dolecimy – zauważył cierpko szczur, bo z powodu lekkich mdłości czuł się w powietrzu nie najlepiej. Zuzanka chciała mu narysować jakieś lekarstwo na chorobę kosmiczną, ale odparł niechętnie, że najlepszym lekarstwem jest robienie tego, co szczury robić powinny, a to możliwe jest tylko wtedy, gdy wszystkie cztery łapy mają oparcie na ziemi. Szkodliwe jest po prostu wałęsanie się z głową w chmurach. Nastawił uszu i uważnie nasłuchując ruszał wąsami. – Chyba ktoś do nas puka – oznajmił po chwili. – To meteoryty – wyjaśnił Zuzak, który był oblatany w kosmicznych nazwach. – Mete co? – skrzywił się gryzoń. – Takie kamienie, które leżą na drodze mlecznej – wyjaśniła tym razem Zuzanka. – Mogliście wybrać mniej kamienistą drogę – prychnął szczur niezadowolony. Trzęsło gona wybojach i mdłości stawały się wówczas coraz dokuczliwsze. Przypisywał je wyłącznie niewygodom podróży i nawet nie przyszło mu do głowy, że mogą być spowodowane przez zwykłe przejedzenie. Poza mdłościami odczuwał jednak gorycz, a ściślej rozgoryczenie, że bądź co bądź uratowani dzięki niemu towarzysze podróży okazują za mało wdzięczności. Z tych powodów jego trudny charakter był jeszcze trudniejszy do zniesienia. Zuzanka co pewien czas spoglądała z niepokojem na jego okrągły brzuszek.


Sam Brood pruł wodę jak torpeda, a za nim sunęły trójkątne płetwy rekinów. Daleko z tyłu została szalupa z częścią załogi, która musiała walczyć z przeciwnym wiatrem. Żaglowiec skakał po falach, nie mogąc się zdecydować, dokąd płynąć, bo wiatr zajęty był korsarzami. Burza też przeniosła się na brzeg wyspy. Podmuch wiatru przyniósł żałosny ryk jaguara. – Nie możemy go zostawić z tymi łobuzami – zdecydowała Zuzanka. – Zuzanko! – jęknął Zuzak. – Spróbujmy podpłynąć do niego z drugiej strony – szepnęła dziewczynka. – Zejdź do Ramona i zajmijcie się sterowaniem, a ja pomogę bocianowi. Szczur był oburzony pomysłem Zuzanki. – Ten kocur ma płynąć z nami?! O nie! – Może nie zechce – pocieszał go Zuzak. – Koty chcą zwykle tego, co nie podoba się szczurom – odparł ponuro Ramon. Żaglowiec zatoczył wielki łuk i dotarł do przeciwległego cypla, a jego pasażerowie nie mogli wiedzieć, co dzieje się z pozbawioną okrętu załogą. A było tak. Sam Brood pędząc na oślep wyrżnął nosem w podwodną skałę. – Ratunku! Tonę! – darł się na całe gardło. – Nie drzyj się! Przecież widzimy! – odparł kapitan podając mu wiosło. Potrzeba było trzech majtków, żeby wyciągnąć go na pokład łodzi. Wyglądał na oszołomionego i gadał od rzeczy. Chciał wiedzieć, czy na pewno został wyratowany całkowicie i czy nie wygląda na objedzonego. – Jak możesz w takich okolicznościach myśleć o jedzeniu?! – oburzył się Krwawica, który był chudy i jadł niewiele. Sam Brood odrzekł, że nie myślał o niczym innym, widząc wokół siebie ze trzydzieści rekinów. Nie wie, czemu zawdzięcza ocalenie. – Rekin nie ruszy brudnego – stwierdził najstarszy i najbardziej doświadczony pirat. – Czekały pewnie, aż się wymoczysz. – A nie mówiłem, że mycie skraca życie?! – ucieszył się bosman. Krwawica pomyślał, że jeśli to prawda, to Sam Brood powiniem być nieśmiertelny, bo z wodą ma do czynienia tylko w nagłych wypadkach. Rekiny czekały cierpliwie, aż przyczyna zanieczyszczenia zniknie z powierzchni wody. W świetle błyskawic płetwy grzbietowe połyskiwały groźnie, więc piraci ujęli wiosła w drżące dłonie i popłynęli w pośpiechu do niedalekiego już brzegu. Burza ucichła równie nagle, jak nastąpiła, ale z głębi wyspy dobiegały dziwne pomruki. To Guar tęsknym rykiem wzywał swoich znajomych. – Słyszycie? To głos bestii – odezwał się Krwawica pełnym lęku szeptem. Obejrzeli strzelby, ale w czasie burzy proch zamókł i broń nie nadawała się do użytku. Równie dobrze mogliby próbować się oganiać przed drapieżcami za pomocą kijów. – Czy na tej zakichanej wyspie jest coś do jedzenia poza owocami? – zapytał bosman ściszonym i pełnym niepokoju głosem. – Tak – odparł ponuro Krwawica – my... – My?! Sam Brood zadrżał z przemoknięcia i przerażenia. Nie minęła przecież chwila, odkąd cudem niemal wyrwał się z paszczy rekinom. Nieszczęścia wprawdzie chodzą podobno parami, ale rekinów było całe stado, to chyba dosyć nieszczęść jak na jeden dzień? – Na pewno już nas zwietrzyła – mruknął Krwawica. – Nie da się ukryć, Sam, że ciebie czuć najbardziej... Szalupa kołysała się na płytkich wodach zatoki. Nikt nie miał ochoty pierwszy postawić nogi na lądzie. Zaczęli się naradzać. Nie była to jedyna narada w tej części zatoki. Również rekiny zastanawiały się, co począć z nieprzyjemną zawartością łodzi, aż w końcu ustaliły, że dopóki szalupa pływa po ich wodach, dopóty istnieje groźba dalszych zanieczyszczeń. Wyznaczono wielkiego rekina-młota, który nabrał rozpędu i z całym impetem rąbnął w dno łodzi, tak że wszyscy pasażerowie wypadli na plażę, a potem do dzieła przystąpiła ryba-piła, tnąc pozostałość szalupy na kawałki. Nim zaatakowani piraci zdołali ochłonąć, po szalupie nie było śladu. Nawet drzazgi ryby rozniosły po całym morzu. Wystraszonym piratom wydawało się, że ryk dzikiego zwierza słychać coraz bliżej. – Trudno, nie ma innego wyjścia, jak rzucić kogoś na pożarcie – rzekł kapitan i dodał, że byłoby najlepiej, gdyby ktoś zgłosił się na ochotnika. Nikt się nie zgłaszał. – W takim razie sami kogoś wybierzemy – oznajmił Mort von Morda marszcząc brwi. Wszyscy zwrócili oczy na najsłabszego i najmniejszego pirata, rudego chłopca okrętowego, który zaczął drżeć ze strachu. – Dlaczego ja?! – zaprotestował chłopiec okrętowy. – Jestem najmniejszy, a bestia napewno wolałaby kogoś solidniejszego i wyższego stopniem.


Zuzak wzruszył ramionami. Jego zdaniem, to oni byli w niebezpieczeństwie, natomiast bocian dopiero będzie. Poza tym ptak miał parę mocnych skrzydeł. – I parę dzieci pod opieką – zauważyła dziewczynka. – Ale nam zostały tylko dwie kartki – wtrącił Ramon. – Bocian nas zdradził! – przypomniał Zuzak. – Właśnie – dodał szczur, ale zaraz zamilkł wstydliwie, ponieważ przypomniał sobie, że także i on miał na swoim koncie zdradę. Zuzanka nie chciała słyszeć o pozostawieniu bocianiąt bez pomocy. Wertowała notatki Żabobona, szukając jakiejś wskazówki, aż natrafiła na dziwaczny wierszyk napisany na samym dole strony maleńkimi literami: – Gdy Moja-Twoja zginie, przepadną po godzinie i czary, i Wagary, i koniec będzie, bo spadnę na samo dno... – Nic nie rozumiem, to jakaś czarna magia – pisnął Ramon i podrapał się łapą za uchem, ale zaraz coś mu przyszło do głowy. Obwąchał rękopis. – Jeśli to jest Moja-Twoja, to zdaje się, że właśnie zginęła – wyraził przypuszczenie i zachichotał złośliwie, a na potwierdzenie jego słów rozległ się krzyk Żabobona: – Nieszczęście! Moja żostała porwana! Wagarowie podrygując półprzytomnie w dzikim tańcu powoli wracali do przytomności. Pierwszy ocknął się Siedzący Leniwiec. Zauważył, że posąg bogini stoi na swoim zwykłym miejscu, więc przyszło mu do głowy, że czarownik przejadł się bananami i rozchorował. – Porwano Moją! Porwano! – nie przestawał biadolić Żabobon. – Co ty wygadujesz? Kto by się na nią porwał? Przecież sam mówiłeś, że jest potężna! – Bocian! – syknął czarownik z nienawiścią. – Bocian jeszt moim wrogiem! – Bocian nie podniesie kogoś, kto zjada dziennie dziesięć kilo bananów – zauważył przytomnie wódz Wagarów, który przesiedział trzy lata w jednej klasie, ale parę prostych obliczeń w pamięci potrafił wykonać. Szaman wyjaśnił, że Moja-Twoja jest wprawdzie bardzo potężna, ale przy tym lekka jak papier. – Jak papier? – zdumiał się Siedzący Leniwiec. – Raczej spora torba, skoro się w niej tyle mieści. – To jest bardzo poważna sprawa! Nie pora na żarty! – Na żarty? – wtrącił przysłuchujący się rozmowie zastępca kacyka. – To ona była nażarta i bardzo dobrze, że już jej nie ma! – Nicz nie rożumiecie, tępe durnie! – wrzeszczał Żabobon. – To będzie koniecz Wagarów! Leniwiec roześmiał się. – Ze szkoły to mogli nas wylać, ale z wagarów... – Wyleją! Wszystkich! Pójdziecie na szamo dno! Wagary pochłonie morze! Wszystko przepadnie! Możecie szobie nie wierzyć w Moją-Twoją, ale uwierzycie w przepowiednię, jak ża pół godziny woda żaleje wam oczy! Nigdy dotąd nie widzieli Żabobona w takim stanie. Skurczył się, przygarbił ze strachu tak, że dłońmi sięgał ziemi, co jeszcze bardziej upodobniło go do wielkiej, skrzeczącej ropuchy. Jego skóra stała się śliska od zimnego potu, podgardle pulsowało w szybkim tempie. Jeśli Wagarowie nie chcieli uwierzyć we wszystkie słowa starego krętacza, to mieli przynajmniej dowód, że dzieje się coś niezwykłego. – On się chyba boi – zauważył Siedzący Leniwiec, który dotąd nigdy nie widział czarownika ogarniętego strachem. – Tak, boję się – przyznał Żabobon bez wahania. – Będę musiał odejść z tego świata na pewiem czas. Ale tylko na pewien czas, aż znowu taczy jak wy wywołają mnie na powierzchnię. – A my? Co będzie z nami? – szeptali Wagarowie. – Dno. Koniecz – stwierdził szaman. – Co robić? Co mamy robić? – padały dokoła trwożliwe pytania. – Żnaleźć tego, który ukradł Moją – odparł czarownik. – Tylko to nasz może uratować. – Wezwijcie strażnika! – rozkazał wódz. W chwilę później kilku wyspiarzy przywlokło oszołomionego tańcem wartownika o nieprzytomnych oczach. Strażnik wciąż pląsał i nucił pod nosem. Widocznie uległ czarom w większym stopniu niż pozostali. Żabobon wpił w niego swoje wyłupiaste zielonkawe ślepia. – Czy ktoś kręcił się koło mojego domu w czasie narady? – zapytał. Wartownik przekrzywiał w tańcu głowę ni to kiwając, ni to kręcąc. – Nie kręć! – rozkazał szaman. – Czy widziałeś kogoś w pobliżu? Czy podejrzewasz kogoś?


– Zjadasz litery – domyślił się Zuzak i cała trójka wybuchnęła śmiechem. Idący przed nimi Lupa i strzyga obejrzeli się zaniepokojeni. – Wiecie co? – powiedział Ramon. – Ta strzyga nie jest wcale taka brzydka. Żadna piękność, ale na pewno są tacy, którym się może spodobać. Jak na strzygę to całkiem, całkiem... Wybuchnęli śmiechem po raz drugi, – Z nas się śmieją, to straszne – mruknął Lupa. – Raczej śmieszne – powiedziała Lebiega oglądając się przez ramię i roześmiała się w głos po raz pierwszy w życiu, a kiedy uśmiech zawitał na jej brzydkiej twarzy... Ramon miał rację, wcale nie była taka paskudna. Ze zdziwieniem spostrzegli, że droga, którą idą, przeobraziła się w ulicę, i że ulica ta nosi nazwę Wesołych Burbli i pora była pożegnać Zuzaka. Choć była to ulica Wesołych Burbli, to pojawił się na niej mały smuteczek, który zawsze towarzyszy pożegnaniom, a jednak dobrze, że znaleźli wreszcie drogę do domu, bo inaczej mieliby kłopoty z papierem. Został tylko skrawek wolnego miejsca na ostatniej kartce, w sam raz tyle, żeby wrócić do początku tej długiej historii, zanim rodzice zaczną się martwić. Warszawa-Piece 1987- 88


Wydawnictwo Papirus ISBN 83-86017-02-3


Przygody Zuzanki