Page 1

#7

011

maj 2

Christina Hachfeld-Tapukai

14

Wywiad z TOMASZEM KOĹ ODZIEJCZAKIEM

Niebo nad Maralal

127


REKLAMA


3

Co w numerze: Editorial ........5

39

14

NEWS! ........6 Subiektywny przegląd nowości książkowych ........12 14 Jestem nerdowaty ........14

Ostateczny triumf 300 kultury frajerów* ...........3 Ostatnia krew Nelsona: 39 Królik po japońsku .............39 Konkurs ........41

45

53

Lato w pelerynie/Lato w trykocie (co lepsze?) ........45 45 Zawód (?): 53 Dziennikarz komiksowy ....53 Dziecięce zaczytanie: Wiosenny atak rinowirusów ....62 Książki, które przeczytam mojemu synowi ....68 O zdradliwości zapożyczeń (6) Dezawuować, czyli ....72 „Ostatnia noc w Chateau Marmont” ....74 Recenzje ........80

30


#7 maj 2

011

Literadar jest wydawany przez: Porta Capena Sp. z o.o. ul. Świdnicka 19/315, 50-066 Wrocław Wydawca: Adam Błażowski Redaktor naczelny: Piotr Stankiewicz piotr.stankiewicz@literadar.pl tel. 535 215 200 Współpracownicy: Bogusława Brojacz, Juliusz Doboszewski, Grzegorz Grzybczyk, Waldemar Jagodziński, Mieczysław Jędrzejowski, Dorota Jurek, Katarzyna Kędzierska, Przemysław Klaman, Iwona Kosmala, Joanna Krasińska, Bartek Łopatka (polter.pl), Maciej Malinowski, Joanna Marczuk, Grzegorz Nowak, Marek Piwoński,

Maciej Reputakowski, Iwona Romańska, Maciej Sabat, Krzysztof Schechtel, Łukasz Skoczylas, Michał Stańkowski, Dorota Tukaj, Michał Paweł Urbaniak, Mateusz Wielgosz, Tymoteusz Wronka, Roksana Ziora Dział książek dla dzieci i młodzieży: Sylwia Skulimowska sylwia.skulimowska@literadar.pl Newsy i społeczność: Dawid Sznajder, Natalia Szpak Korekta: Marta Świerczyńska – kierownik zespołu korektorskiego korekta@literadar.pl Projekt graficzny i skład: Mateusz Janusz (Studio DTP Hussars Creation) Okładka: Chopin New Romantic (Kultura Gniewu 2011) Rys. Jakub Rebelka

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, jednocześnie zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i poprawek w nadesłanych materiałach.


fot. Mateusz Janusz

5

Editorial

P

amiętacie może cytat dotyczący klasyki, przypisywany Markowi Twainowi? Mam wrażenie, że pasuje jak ulał do sytuacji komiksu w Polsce.

Wszyscy mówią o komiksie. Oglądam telewizję śniadaniową – komiks, informacje branżowe – komiks, tygodniki opinii recenzują kolejne zeszyty, mural Papcia Chmiela o Powstaniu Warszawskim. Wreszcie jakiś czas temu cała ta afera z Chopinem – wszędzie komiks. I na koniec dnia okazuje się,

że komiksy czyta garstka maniaków, reszta tylko o nich mówi, a wydawcy w najlepszym razie wychodzą na zero. I może nie powinienem się dziwić, sytuację weryfikuje niewidzialna ręka rynku, klienci głosują portfelami. Jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że coś nam umyka, jakaś ważna część współczesnego kodu kulturowego. Może jednak mamy prawo oczekiwać, że ktoś wreszcie dostrzeże ten problem. W Polsce regularnie dotowane są produkcje filmowe, których nikt nigdy, poza komisją festiwalową, nie zobaczy. Do-

towane są filharmonie, do których jak bydło spędza się młodzież w nadziei, że to coś zmieni w ich stosunku do Haendla lub Rachmaninowa. Generalnie dotowane są przedsięwzięcia kulturalne, które nie mają szans na wolnym, z natury brutalnym rynku. I tu niespodzianka. Komiks nie wpisuje się w ten schemat. Dlaczego? Mam nadzieję, że lektura tego numeru pozwoli Państwu wyrobić sobie zdanie na ten temat. A także na wiele innych. Serdecznie zapraszam. Piotr Stankiewicz Redaktor naczelny


NEWS! Śpieszcie się kupować książki, tak szybko zdrożeją Na początku maja zaczęła obowiązywać pięcioprocentowa stawka podatku VAT na książki. Grzegorz Gauden, prezes Polskiego Instytutu Książki, ostrzegał na antenie TOK FM, że zmiana zasad rozliczeń między wydawcami a dystrybutorami, oraz zmiana sposobu płacenia VAT-u, spowoduje wzrost cen nie o 5%, a od 10 do 20%. Prawdopodobnie mniej książek będzie wydawanych, a wiele drobnych, niszowych wydawnictw upadnie. Na domiar złego Ogólnopolskie Stowarzyszenie Księgarzy zabiega w Senacie o wprowadzenie ustawy regulującej ceny książek, na wzór prawa stosowanego we Francji. Projekt tej ustawy zakłada nałożenie na książki sztywnych cen, uniemożliwiających stosowanie rabatów przez duże sieci księgarni, czy marketów. Póki co, przed nami krótki okres obniżek cen książek. Hurtownie i księgarnie będą starać się pozbyć, poprzez promocje i wyprzedaże, książek których nie udało im się sprzedać przed wejściem nowej stawki VAT-u w życie.

20. rocznica śmierci Kosińskiego Jerzy Nikodem Kosiński urodził się 14 czerwca 1933 roku w Łodzi, w żydowskiej rodzinie Lewinkopfów. W czasie II wojny światowej zmienili nazwisko na Kosińscy i wyjechali z Łodzi. W 1957 r. Kosiński wyemigrował do Stanów Zjednoczonych jako jeden z dziewiętnastu stypendystów Fundacji Forda. W 1965 r. wydał swoją najgłośniejszą książkę „Malowany ptak” – powieść o dramatycznym losie żydowskiego dziecka, błąkającego się podczas okupacji po polskich wsiach. We Francji uznano ją za najlepszą zagraniczną powieść roku. Potem Kosiński wykładał na Wesleyan University, w Princeton i Yale. Otrzymał kilka tytułów doctora honoris causa. W 1973 r. został prezesem amerykańskiego Pen Clubu i sprawował tę funkcję przez dwie kadencje. W 1988 r. opublikował ostatnią powieść pt. „Pustelnik z 69 ulicy”. W tym samym roku – po 31 latach od wyjazdu do USA – odwiedził Polskę. 3 maja 1991 roku Jerzy Kosiński popełnił samobójstwo w wannie w swoim nowojorskim mieszkaniu. Źródło: http://www.ksiazka.net.pl/


7

Zadaliśmy pytanie tej treści fanom BiblioNETki na Facebooku. Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy czytają „Literadar” i wracają do niego wraz z każdym numerem. Niestety okazało się, że aż 40% biblionetkowiczów nie słyszało Literadarze. Chcemy to szybko zmienić. Zachęcamy do polubienia naszej strony: http://www.facebook.com/Literadar i polecania nas waszym znajomym.

56. Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie odwołane Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie odbywały się nieprzerwanie od 56 lat. Organizowane początkowo w Poznaniu, od 1958 roku miały swoją stałą siedzibę w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. W tym roku organizator – Ars Polona – podjął decyzję o zawieszeniu Międzynarodowych Targów Książki. Nie oznacza to jednak, że Warszawa pozostała bez imprezy wydawniczej. W dniach 12-15 maja Pałac Kultury i Nauki gościł II Warszawskie Targi Książki.

Rywalizacja dwóch wydawniczych imprez miała swój początek wiosną 2010 roku. Bunt wydawców przeciwko Ars Polonie doprowadził do powstania nowej imprezy – Warszawskich Targów Książki (WTK). WTK powstały z inicjatywy wydawców, którzy od lat narzekali na wysokie ceny stoisk proponowane przez Ars Polonę i monopolistyczny charakter prowadzenia imprezy. Obserwatorzy rynku podkreślali, że w Warszawie nie ma miejsca na dwie tak duże imprezy wydawnicze, zwłaszcza jeżeli obie będą się odbywały w maju i w tym samym miejscu.

Festiwal Komiksowa Warszawa W 2011 roku główna część Festiwalu Komiksowa Warszawa odbyła się w dniach 12-15 maja w Pałacu Kultury i Nauki w ramach Warszawskich Targów Książki. Gośćmi drugiej edycji Festiwalu byli m.in. Papcio Chmiel, Bogusław Polch, Tomasz Kołodziejczak, Yslaire i Tony Sandoval. W programie znalazły się też spotkania z twórcami z Polski, wydawcami, sesje autografów i pokazy filmowe. Na stoisku wydawnictwa Egmont można było wziąć udział w pokazowej grze w planszówkę „Kajko i Kokosz”, która powstała na podstawie bardzo popularnej serii komiksowej Janusza Christy. Wręczone zostały nagrody Polskiego Stowarzyszenia Komiksowego za najlepsze komiksy i dla najlepszych autorów roku 2010. Przedstawione zostały także wyniki konkursu stypendialnego Gildia.pl. http://www.komiksowawarszawa.pl/


Przypominamy o akcji społecznej „Dzielę się książkami” W dniach 3-5 czerwca 2011 podczas Targów Książki dla Dzieci w Krakowie będzie można podzielić się książkami z dziećmi z domów dziecka i szpitali. BiblioNETka.pl oraz Literadar są patronami medialnymi akcji „Dzielę się książkami”. Więcej informacji na stronie: dzielesieksiazkami.pl.

Poznański Klub z Kawą nad Książką: Książka: „Saturn: Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya” Jacek Dehnel Data spotkania: 4 czerwiec, godz. 15:00 Miejsce: Sweet Surrender, ul. Krasińskiego 1/1, Poznań Hasło rezerwacji: Miasto Słów Osoba kontaktowa: Natalia, natalia.szpak@miastoslow.pl Gdański Klub z Kawą nad Książką: Książka: „Ono” Doroty Terakowskiej Data spotkania: 09 lipiec, godz. 15.00 Miejsce: Fikcja Cafe w Gdańsku Wrzeszczu przy ul. Grunwaldzkiej 99/101 Hasło rezerwacji: Miasto Słów

Spotkania Klubu z Kawą nad Książką Warszawski Klub z Kawą nad Książką: Książka: „Układ” Elia Kanzan Data spotkania: 12 czerwiec, godz. 17:00 Osoba kontaktowa: Aga, miastoslow@miastoslow.pl Chorzowski Klub z Kawą nad Książką: Książka: „Grek Zorba” Nikos Kazantakis Data spotkania: 16 czerwiec, godz. 18:30 Miejsce: I piętro w księgarni-antykwariacie-kawiarni „Słowo”, Chorzów, ul. Wolności 15 Hasło rezerwacji: Miasto Słów Osoba kontaktowa: Ramona, ramona.sobieraj@miastoslow.pl oraz Natalia, natalia.markiewicz@miastoslow.pl

Osoba kontaktowa: Dominika, dominika.wendykowska@miastoslow.pl Sosnowski Klub z Kawą nad Książką: Książka: „Samotność w sieci” Janusz Leon Wiśniewski Data spotkania: 26 czerwiec, godz. 16:00 Miejsce: już wkrótce Hasło rezerwacji: Miasto Słów Osoba kontaktowa: Tomek, tomasz.pawlik@miastoslow.pl


9

Zlot redakcji Literadaru W sobotę 16 kwietnia, w Krakowie, odbył się „zapoznawczo-roboczy” zlot redakcji Literadaru. Ze względu na fakt, iż współpracownicy magazynu mieszkają w różnych częściach Polski, dla wielu z nich była to pierwsza okazja do poznania się „na żywo”. Spotkanie poprowadził redaktor naczelny Piotr Stankiewicz, przybyli również Adam Błażowski, wydawca Literadaru i admin BiblioNETki, oraz Agnieszka Szczęśniak założycielka i prezes fundacji Miasto Słów.

Na spotkaniu omawiano dotychczasową pracę przy tworzeniu magazynu, szczegóły dotyczące konstruowania zawartości, składu magazynu i jego szaty graficznej. Redaktor naczelny przedsta-

wił również plany na przyszłość. Dyskutowana była przyszła formuła magazynu, przedstawiane tematy i kierunki rozwo-

ju pisma. Do najważniejszych ustaleń należy ekspansja Literadaru w kierunku e-czytników oraz własna strona, stanowiąca dodatkową kanał komunikacji z czytelnikami.

Z panią Agnieszką Szczęśniak ustalono zakres współpracy pomiędzy Literadarem i fundacją Miasto Słów. Obie strony były zainteresowane podjęciem ścisłej współpracy, co uczyniło spotkanie wyjątkowo owocnym. W pierwszym okresie zostanie położony duży nacisk na wspólne działania w ramach programu „Klub z Kawą nad Książką”. Spotkanie upłynęło w sympatycznej i twórczej atmosferze, dającej nadzieję, że współpraca przy tworzeniu Literadaru będzie jeszcze lepsza i efektywniejsza, a każdy numer pisma ciekawszy i lepszy od poprzedniego. Tekst i zdjęcia: Dawid Sznajder


Z przyjemnością informujemy, że Literadar objął patronat medialny oraz przyznał znak jakości następującym nowościom książkowym:

nika "Fantastyka". Wybór ma zawierać takie opowiadania SF, które nic nie utraciły ze swojej świeżości, nadal są kapitalnymi perełkami literackimi opartymi na dobrym pomyśle. W antologii znajdą się opowiadania po części znane polskiemu czytelnikowi, ale publikowane dotąd tylko w prasie (Literatura na świecie, Problemy, Fantastyka) lub nigdzie nie publikowane. Kluczem do wyboru są dwa słowa: OPOWIADANIA NIEZAPOMNIANE. Czyli takie, które pomimo upływu lat wciąż stoją nam przed oczami, choć często zapomnieliśmy ich tytuł i autora. I wciąż wywołują w nas dreszczyk emocji. To po prostu dobra literatura. Dla każdego. Niezależnie od upodobań literackich, przekonań czy wyznania. Większość tych opowiadań przetłumaczył sam Lech Jęczmyk.

Rakietowe szlaki Antologia Reaktywacja kolejnej legendarnej antologii Lecha Jęczmyka, po Krokach w nieznane. O ile jednak ten drugi tytuł jest przeglądem najnowszej światowej fantastyki, to Rakietowe szlaki mają być antologią klasycznych opowiadań. Lech Jęczmyk to legendarny selekcjoner antologii, tłumacz (m.in. Heller, Le Guin, Dick, Vonnegut), redaktor licznych serii książkowych, redaktor miesięcz-

Pieśni Umierającej Ziemi Antologia Wybór znakomitych opowiadań, osadzonych w świe-

cie Umierającej Ziemi stworzonym przez Jacka Vance'a, a zebranych porzez George'a R.R. Martina i Gardnera Dozois. Jest wspaniałym hołdem dla Jacka Vance'a złożonym przez najwybitniejszych amerykańskich i brytyjskich pisarzy. George R.R. Martin o twórczości Jacka Vance’a: „Świat stworzony przez Vance’a może konkurować ze Śródziemiem Tolkiena i Erą Hyboryjską Roberta E. Howarda jako jedna z najbardziej niezapomnianych i wpływowych krain. Poruszyła mnie również poetyka języka Vance’a (nie wspominając o tym, jak bardzo wzbogaciła mój zasób słownictwa!). Jego dialogi z kolei były tak figlarne, wytrawne i dowcipne, że do tej pory nie mogę się ich naczytać. Jednakże to jego bohaterów pokochałem najbardziej. T’sain i T’sais, Guyala ze Sfere, Turjana z Miir… no i oczywiście Liane’a Wędrowca, którego spotkanie z Chunem Nieuniknionym prawdopodobnie pozostanie moim ulubionym opowiadaniem fantasy.”


11


Subiektywny przegląd nowości książkowych za skórę, by pragnąc zemsty odważył się popełnić odrażającą zbrodnię?

Terry Pratchett W północ się odzieję

Yrsa Sigurðardóttir Spójrz na mnie

Na tę książkę czekali wszyscy fani Świata Dysku. Tiffany Obolała, młoda czarownica z Kredy, wraz z zaprzyjaźnionymi z nią Nac Mac Feeglami, stawi czoła nowemu niebezpieczeństwu. Tym razem będzie musiała pokonać pogardę i wrogość zwykłych ludzi i kryjącą się za nimi mroczną tajemnicę.

P iąty

Czy jej się to uda? I czy uniknie

stosu? Będziemy mogli się o tym przekonać już 17 maja. Jeszcze lepszą wiadomością jest to, że w październiku, w Wielkiej Brytanii, ukaże się Snuff, czyli kolejny tom z podcyklu o Straży Miejskiej Ankh-Morpork. Mamy nadzieję, że już za rok, będziemy mogli poinformować o polskiej premierze tej książki.

tom, dobrze w Polsce przyjętego, kryminału z domieszką horroru, wprost z mroźnej Islandii.

Thora Gudmundsdottir jest rozwódką, matką samotnie wychowującą dwójkę dzieci i prawniczką, która otrzymała zlecenie rozwiązania wyjątkowo ponurej zbrodni.

Peter Watts Rozgwiazda

Debiutancka

powieść autora Ślepowidzenia. Peter Watts, prócz bycia pisarzem, jest biologiem morskim, zajmującym się ssakami.

Rozgwiazda to pierwszy tom Chłopiec z zespołem Downa, trylogii o ryfterach, zmodyfiko-

pensjonariusz zakłądu psychiatrycznego, został uznany winnym wzniecenia pożaru i spowodowania śmierci czworga podopiecznych ośrodka rehabilitacyjnego. Czy chory na autyzm chłopak albo głuchoniema i niewidoma nastolatka mogli komuś aż tak zajść

wanych genetycznie ludziach, przystosowanych do życia w morskich głębinach. Trzy kilometry pod powierzchnią Pacyfiku, pośród klifów i rowów płyty tektonicznej Juan de Fuca, znajduje się elektrownia, którą obsługują ryfterzy. Istnie-


13

je tam także coś, czego nikt nie spodziewał się odkryć...

Tomáš Halík Teatr dla aniołów Życie jako religijny eksperyment

Najnowsza książka Tomáša Halíka to zaproszenie do swoistej gry intelektualnej. Pozwala ona oderwać się od własnego punktu widzenia i spojrzeć na świat oczami ludzi przeżywających swoją wiarę w odmienny sposób, doświadczyć czegoś zupełnie innego, poznać lepiej obce, czasem wręcz wrogie terytorium. Autor przenikliwie diagnozu-

je współczesny świat, odsłania jego złożoność i ambiwalentność. Chce spojrzeć na rzeczywistość niejako „oczami aniołów”. Halík stawia czytelnikowi niezwykle ważne pytania: Czy można przeżyć wiarę bez wiary? Gdzie nasi niewierzący przyjaciele mogą spotkać

się z Bogiem? Dlaczego chrześcijanin czasami powinien być ateistą? I szuka z czytelnikiem odpowiedzi.

przed fanatyzmem jak i nihilizmem.

Duchowość

ateistyczną warto przeczytać jako przymiarkę do The Good Book: A Humanist Bible A.C. Graylinga, a być może i innych książek w podobnym tonie, które po pierwszym uderzeniu „nowego ateizmu”, będą starać się załagodzić wizerunek ateisty – nieprzejednanego racjonalisty.

André Comte-Sponville Duchowość ateistyczna

André Malraux powiedział, a wielu po nim powtórzyło, że wiek XXI będzie wiekiem religii, albo nie będzie go wcale. Współcześni filozofowie ateistyczni zdają się przyznawać mu rację przynajmniej w tym, że każdy człowiek potrzebuje duchowości w tych, coraz bardziej stechnicyzowanych czasach. Dla

André Comte-Sponville duchowość jest zbyt istotna, by pozostawić ją różnego rodzaju fundamentalistom. Podobnie laickość jest zbyt cenna, by zawładnąć nią mieli najbardziej szaleni przeciwnicy religii. Dlatego też istotne jest odnalezienie duchowości bez Boga, bez dogmatów, bez kościoła, takiej, która chroniłaby nas zarówno

Sławomir Mrożek Stanisław Lem Listy

Dwaj

wielcy pisarze. Dwie odmienne osobowości, dwa różne temperamenty. Wydawać by się mogło, że Stanisława Lema ze Sławomirem Mrożkiem niewiele łączyło. Okazuje się jednak, że pisarze przez wiele lat byli przyjaciółmi i pisali do siebie arcyciekawe listy. Książka, wzbogacona o liczne fotografie, rzuca nowe światło na twórczość pisarzy i czasy, w których przyszło im żyć.

Premier odebrał książki od internautów Organizatorzy akcji “Czytam, bo lubię to” – Michał Świgoń (Histmag.org) i Sławomir Krempa (Granice.pl) wręczyli premierowi Donaldowi Tuskowi 10 książek, które wyłoniło jury ekspertów oraz grono internautów głosujących na stronie internetowej: http://czytambolubieto.pl. Szef rządu odebrał prezent w piątek po godzinie 16:00, podczas Warszawskich Targów Książki.


Jestem nerdowaty


15

TOMASZ KOŁODZIEJCZAK Debiutował w 1985 roku opowiadaniem Kukiełki (Przegląd Techniczny). Wydał powieści: Wybierz swoją śmierć, Krew i Kamień, Kolory sztandarów, Schwytany w światła, tomy opowiadań Wrócę do ciebie, kacie, Przygody rycerza Darlana, grę Rzeźbiarze Pierścieni, komiks Darlan i Horwazy: Złoty Kur (rysunki – Krzysztof Kopeć). Sześciokrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza Zajdla, otrzymał ją w roku 1996 za powieść Kolory sztandarów. Scenarzysta komiksowy – napisał wiele nowel dla Przemysława „Trusta” Truścińskiego. Trzykrotny laureat Śląkfy za działalność wydawniczą i fanowską. Laureat Nagrody im. Papcia Chmiela za zasługi dla komiksu w Polsce. Członek grupy literackiej Klub Tfurcuf. Obecnie jest wydawcą komiksów dla dzieci i dorosłych w wydawnictwie Egmont Polska. W roku 2010 otrzymał odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przyznaną przez Ministra Kultury Dziedzictwa Narodowego.

P

isarz, scenarzysta, wydawca. Weteran ruchu fanowskiego. Kiedy byłem młodym chłopakiem, Tomasz Kołodziejczak należał do ważnych osób w moim życiu, czytałem jego artykuły, czytałem jego książki. Oto dorosły facet, który lubił to, co ja, i potrafił o tym pięknie mówić.

Teraz miałem okazję wreszcie

go poznać i porozmawiać, co – nie ukrywam – stanowiło dla mnie dużą przyjemność.

Zapraszam serdecznie

do przeczytania wywiadu Piotr Stankiewicz

Fotografie: archiwum Tomasza Kołodziejczaka


Czy Polacy w kontekście recepcji komiksu powinni odczuwać kompleks w stosunku do Zachodu? Tradycja komiksowa w Polsce sięga lat 20. XX wieku. W II RP komiks rozwijał się bujnie, przede wszystkim w postaci stripów prasowych, dorobił się też swojego arcydzieła, czyli Przygód Koziołka Matołka. Niestety, wojna, a potem PRL skutecznie ograniczyły rodzimą twórczość i odcięły dostęp do komiksu światowego. Po roku 1956 komiksy znów zaczęły się ukazywać w większych ilościach, powstały klasyczne cykle, takie jak Tytus, Romek i A’Tomek, Kajko i Kokosz czy Kapitan Żbik. W latach 70. i 80. tych serii wychodziło całkiem sporo. Jednak zdecydowanie nie tyle,

co w głównych centrach światowego komiksu – Francji, Belgii, USA czy Japonii. Kultura komiksowa nie zaimplantowała się u nas, nie byliśmy na bieżąco z przemianami, jakim ta forma sztuki narracyjnej podlegała na świecie. Dopiero w ciągu ostatnich 10 lat ukazało się w Polsce wiele klasycznych tytułów, nadrobiliśmy kilka dekad rozwoju tego medium. Czytelnik może więc obcować z najwybitniejszymi dokonaniami gatunku. Patrząc z tej perspektywy, kompleksów już mieć nie musimy. Niestety, jednak do dziś komiks występuje u nas jako bardzo wąski, niszowy segment rynku wydawniczego. Nakłady są, nie licząc kilku dosłownie serii, bardzo małe, ekspozycja na półkach słaba, nawet największe światowe przeboje sprzedają się często w ilościach rzędu 1000-1500 egzemplarzy. Medium uważane za „masowe” funkcjonuje w obiegu znawców, miłośników, kontemplatorów, zbieraczy. Nie wykształcił się u nas (tak jak w latach 30.-60. XX wieku na Zachodzie i w Japonii) duży, głęboki rynek – z prasą, wieloma wydawcami, licznymi bestsellerami, potężną bazą czytelniczą. Na największe komiksowe festiwale we Francji czy USA zjeżdża po 200 000 fanów, a odbywa się tych imprez corocznie mnóstwo, w wielu miastach. W Polsce na największy i jedyny liczący się od lat festiwal (czyli MFK w Łodzi) przyjeżdża 2 000 czytelników. Dodam jeszcze, że Polska nie stanowi wyjątku w naszej części Europy, w dawnych demoludach sytuacja wygląda podobnie. Wciąż też komiks postrzegany jest przez sporą część odbiorców, twórców i komentatorów kultury jako forma „podsztuki”, gorszej, głupszej, skierowanej do analfabetów.


17

To oczywiście wynika – jak każdy rasizm, w tym wypadku kulturowy – z ignorancji. Przykład: na odbywającym się we wrześniu br. Europejskim Kongresie Kultury w ogóle nie przewidziano obecności twórców komiksu. Powstała nawet w środowisku inicjatywa „Komiks bękartem kultury”, mająca uzmysłowić organizatorom kongresu, że czegoś jednak w europejskiej kulturze niedowidzą. Czy mamy jako naród inny gust komiksowy niż Francuzi lub Belgowie? Najpopularniejsze w Polsce komiksy, czyli Asterix i Thorgal, to formaty frankofońskie (aczkolwiek stworzone przez panów o nazwiskach Goscinny i Rosiński [śmiech]). W komiksie dziecięcym, prasowym dominuje amerykańska klasyka (Kaczor Donald,

Scooby Doo, Star Wars). Ukazuje się wiele dobrych mang. Jeśli chodzi o polski komiks współczesny, to – paradoksalnie – największymi hitami są serie utrzymane w plastycznych i treściowych klimatach undergroundowych (czy też na underground stylizowane): Jeż Jerzy, Wilq, Osiedle Swoboda. Jednocześnie ze względów, o których już mówiłem, w Polsce (poza Asteriksem i Thorgalem) wcale nie widać jakiejś przewagi komiksów gatunkowych (horror, fantasy, kryminał, s.f., humor czy superhero itp.), które osiągają największe, idące czasem w setki tysięcy, nakłady we Francji czy USA. Nieliczny, acz wyrobiony czytelnik szuka raczej polskich edycji dzieł mistrzów – kanonu, tytułów ciekawych artystycznie, głośnych (Meobiusa, Eisnera, Bilala itp.).


Czy Egmont widzi w Polsce potencjalnego konkurenta na rynku komiksu? Rozumiem, że rozmawiamy o komiksach w formacie książkowym, nie o dziecięcej prasie komiksowej. Trudno mi odpowiadać na tak postawione pytanie. Jesteśmy największym wydawcą, mamy w ofercie największe komiksowe bestsellery. I tak naprawdę jedynym dużym mainstreamowym, który ma ten rodzaj oferty (kilku innych, jak Znak, Nasza Księgarnia czy Prószyński, wydaje coś od czasu do czasu). Większość firm regularnie publikujących komiksy w Polsce to małe wydawnictwa, prowadzone przez pasjonatów, z biurem w postaci komputera na biurku. To jest bardzo mały segment rynku i raczej nie przewiduję tu jakichś eksplozji. Można odnieść wrażenie, że szlak wytyczany przez wydawców komiksów w Polsce znaczą też bielejące kości tych firm, którym się nie udało. Nakłady tych, którym się udało, są mizerne. Skąd bierze się ta mikrość polskiego rynku? No, zapewne i z błędów popełnionych przez wydawców. Ale zasadniczo z przyczyn, o których mówiłem wcześniej

– braku dużej, stabilnej grupy czytelniczej. Wszyscy znamy magiczne księgarskie słowo „rotacja”. Jeśli na tym samym metrze półki można postawić bestsellerową powieść albo niskonakładowy komiks – to jasne, że księgarz postawi powieść. Słyszę czasami: „komiksy są drogie”. Rzeczywiście, nie są tanie, ale tak jest na całym świecie, że to stosunkowo droga forma rozrywki w porównaniu z kinem czy książką. Z drugiej strony jednak, czy ta różnica jest tak wielka? Wyjście do kina dla dwóch osób (same bilety) to w Warszawie 40-50 zł. Za 1,5 godziny rozrywki plus 20 minut nudnych reklam. 40-50 zł to też cena komiksu o objętości zapewniającej godzinę lektury, po której jednak zostaje nam na półce ładny przedmiot. Do tego komiksu można wrócić, można odsprzedać na Allegro itd., itp. Komiksy polskich autorów wydawane są raczej w niszy, a z pewnością nie wydaje ich Egmont. Świadczy to o kryzysie w polskiej twórczości komiksowej czy też jest to tylko element gry rynkowej? Świadczy to tylko o tym, że w Polsce praktycznie nie istnieje rynek polskiego komiksu analogiczny do rynku polskiej fantastyki, powieści kobiecej czy kryminalnej. Polscy autorzy żyją – uogólniając oczywiście – z rysowania storyboardów dla agencji reklamowych. Komiksy robią na festiwalowe konkursy; gdy pojawia się płatne zlecenie instytucjonalne (np. komiks promujący jakieś miasto); czasem do fanzinów czy Internetu. Ostatni duży projekt, który mógłbym nazwać komercyjnym, to właśnie przez nas wydany komiks Wiedźmin, nowa przygoda


19

Geralta z Rivii, oczywiście towarzysząca premierze gry komputerowej Witcher 2. Kilku autorów pracuje dla zagranicznych wydawców (Adler, Gawronkiewicz, Kowalski, Oleksicki) – z tego da się żyć. Albumy Polaków w Polsce to raczej przedsięwzięcie artystyczne, prestiżowe, towarzyskie, ale nie biznesowe. Mamy wspaniałych twórców komiksu z okresu PRL: Christa, Papcio Chmiel, Baranowski, Rosiński. Można mówić o polskiej szkole komiksowej pozbawionej kontynuatorów? Proszę nie zapominać o Kasprzaku, Pawel, Polchu, Szyszce, Wróblewskim. Powiedziałbym tak: istnieje dziura generacyjna. To swoisty paradoks – w późnym PRL-u, w latach 70. i pierwszej połowie 80. ukazywało się stosunkowo dużo komiksów i to właśnie gatunkowych, mainstreamowych – humorystycznych, sensacyjnych, wojennych, science fiction, historycznych. Istniały pisma (Relax, Alfa), komiksy regularnie publikowała prasa (Świat Młodych, ale też na przykład Wieczór Wybrzeża). Myśmy wtedy oczywiście narzekali, że komiksów jest za mało, zbieraliśmy je jak skarby. Do dziś mam w domu grube zeszyty wyklejone wyciętymi ze ŚM komiksami. Jednak polscy autorzy mogli publikować, ćwiczyć warsztat, a wszystko, co wyrysowali, sprzedawało się na pniu. Jednocześnie muszę powiedzieć, że to dość niesamowite – na tak ograniczonym rynku, przy braku dostępu do produkcji światowej, powstawało wiele świetnych rzeczy. Dowcipnych, profesjonalnie narysowanych, wciągających. Kryzys przyszedł pod koniec lat 80. i w latach 90.

Niby pojawiło się więcej produkcji, wreszcie mogliśmy poczytać komiks zachodni, ale jednocześnie czytelnik odwrócił się od komiksu polskiego. Nowo zakładane pisma padały, nawet taki potencjalny hit jak seria Wiedźmin nie był jakimś wielkim sukcesem. Pojawiło się wtedy kilku doskonałych rysowników (wspomnę tu tylko Gawronkiewicza i Truścińskiego), ale drukowali oni głównie w fanzinach, pokazywali prace na wystawach itp. Próbowali robić komiks gatunkowy, głównie fantastykę, bo na tym sami się chowali. Ta generacja twórców, powiedzmy w przybliżeniu 40-55, nie zostawiła po sobie wielu serii, albumów, ważnych bohaterów (przynajmniej na razie), nawet jeśli ich poszczególne dokonania i umiejętności są wysoko cenione.


Natomiast mocno zaznaczyli swoją obecność twórcy młodsi, generacyjni, opowiadający komiksy o swoich rówieśnikach i dla nich przeznaczone, związani z pismem Produkt lub drukujący krótkie odcinki w prasie hiphopowej czy komputerowej (Śledziński, Minkiewicz, Leśniak, Skarżycki, Adler, Piątkowski). Oni stworzyli kolejną grupę popularnych bohaterów polskiego komiksu: Jeża Jerzego, Wilqa, ekipę z Osiedla Swoboda. Tyle że ze względu na treść, język, formę graficzną, są to często opowieści niestrawne dla starszych odbiorców.

Ale znowu – ci wszyscy bohaterzy pojawili się ponad dekadę temu. Nie widzę, niestety, ich następców. Pisze Pan książki, ostatnio Fabryka Słów wydała pański Czarny horyzont. Proszę opowiedzieć o genezie pomysłu na jej fabułę. Akcja tej powieści toczy się w świecie, który zacząłem budować wcześniej, między innymi w nominowanym do Nagrody im. Janusza Zajdla opowiadaniu Piękna i graf.


21

Wiele osób zarzuca Czarnemu horyzontowi, że jest to powieść zdecydowanie za krótka, niewygrywająca wszystkich zaprzęgniętych w fabułę pomysłów i wątków. Jest Pan gotów zgodzić się z tymi opiniami? A jakże, zgadzam się. To po prostu krótka powieść, a współczesny czytelnik przyzwyczajony jest do wieloczęściowych cykli składających się z grubaśnych tomów. Świat przedstawiony w książce rozwijam w opowiadaniach. I rzecz jasna wiem o nim znacznie więcej, niż pokazałem w dotychczas opublikowanych tekstach. Czy zamierza Pan kontynuować pomysły rozpoczęte Czarnym horyzontem w kolejnych książkach? Piszę obecnie nowele, które – razem z wcześniej publikowanymi w prasie i antologiach – utworzą zbiór opowiadań z powieściowego świata. Ukaże się on w tym lub na początku przyszłego roku. Wcześniej, bo jesienią, na rynek trafi zbiór opowiadań z innego mojego uniwersum, Dominum Solarnego, znanego z powieści Kolory sztandarów. Pokazuję w książce Europę w roku mniej więcej 2060, najechaną przez magiczne stwory z równoległych rzeczywistości. Świat jest zdewastowany i okupowany. Kilka krain wciąż się broni, w tym Polska, wsparta przez innych przybyszów, którzy nawet ustanowili u nas swoje królestwo. Całość to miks fantasy, science fiction i powieści przygodowej. Myślę, że udało mi się zbudować interesujący, oryginalny, fantastyczny świat i zainstalować w nim ciekawych bohaterów.

Czy Pana wizja Polski w Czarnym horyzoncie była w zamierzeniu ironiczna, czy też pobrzmiewają w niej echa naszych narodowych tęsknot? Jak rozumiem, pyta Pan o wykorzystane przeze mnie obficie w kreacji powieściowego uniwersum motywy z historii Polski i naszą mitologię narodową? Odbiór książki pozostawiam oczywiście czytelnikowi. Ja, konstruując fantastyczny świat, w którym w naszą realność wnikają baśnie, mity i kulturowe toposy, wyszedłem z dość pro-


z mitologii patriotycznych. O Grunwaldzie myślimy Matejką, o Monte Cassino Wańkowiczem, o husarii Sienkiewiczem i tak dalej. W mojej powieści elfy, które uległy swoistej polonizacji, przyjęły część tego dziedzictwa.

stego założenia. Intelektualno-emocjonalne zaplecze współczesnego człowieka budowane jest z wielu faktofikcyjnych konstruktów – mitologii klasycznych, religii, nauki, tradycji literackich, symboli plastycznych, ale też

W swoich poprzednich książkach (Kolory sztandarów, Schwytany w światła, Wrócę do ciebie kacie) przemycał Pan własne, dosyć wyraziste dodajmy, obserwacje społeczne i polityczne. Czy w przypadku takich zabiegów nie ma obawy, że przy braku umiaru ze strony autora, możemy mieć do czynienia z mało subtelną agitką? Na gruncie fantastyki chociażby, przydarzyło się to kilku pisarzom. Piszę książki o rzeczach ważnych i ciekawych dla mnie samego, mając nadzieję, że sprawią też frajdę rozsądnie dużej grupie czytelników. A polityka, historia, ten cały werk dziejów bardzo mnie interesuje. W moich powieściach przedstawione są różne cywilizacje, różne systemy polityczne, sposoby postrzegania świata. Moi bohaterowie mają dylematy, ale dokonują wyborów i działają – bo to powieści akcji. Nie zawsze zgodnie z moimi własnymi poglądami, to wszak postacie fikcyjne. Ale oczywiście utykam w swojej twórczości własne widzenie świata – jak zresztą większość pisarzy – bo to przecież moja proza, a nie czyjaś. A jakie jest miejsce polityki w literaturze? Relacje człowiek – władza, człowiek – prawo, człowiek – historia to zawsze były i będą jedne z głównych silników sztuki. Antygona jest o tym, i Makbet, i Dziady, i Wesele, i Opowieści kołymskie. Współcześni pisarze też


23

sączą swoje światopoglądy, dlaczegóżby mieli tego nie czynić? Byle robili to zręcznie. W moich książkach nie zajmuję się polityką rozumianą jako bieżący spór o władzę. Bardziej ciekawią mnie reakcje ludzi zmuszonych do poddawania się różnego typu opresji generowanej przez rządy czy inne siły nacisku społecznego, na przykład media. Interesują mnie zmiany organizacji i funkcjonowania społeczeństw związane z progresem technologicznym. Zajmuje mnie ewolucja etyki i prawa wynikająca z rozwoju nauki i techniki. Pisanie w Pana przypadku to raczej sporadyczne zajęcie, na pół gwizdka można by rzec. Gdyby nie wydawał Pan komiksów pisałby Pan więcej? Zdecydowanie jestem pisarzem weekendowym. Pracuję w wydawnictwie Egmont na pełen etat, zarządzam dwoma grupami wydawnictw. Od 15 lat prowadzę tygodnik Kaczor Donald i inne pisma dla dzieci. Druga działka to Klub Świata Komiksu, czyli te wszystkie tytuły dla starszych odbiorców. Czasu, siły i energii zostaje mi tyle, żeby w sobotę lub w niedzielę postukać trochę w klawisze komputera. Na dodatek lubię robić różne rzeczy, próbować różnych tematów, więc w ciągu ostatnich lat napisałem i krótką powieść, i kilka opowiadań i scenariuszy do komiksów, i trochę publicystyki poświęconej fantastyce, komiksowi i ogólnie kulturze popularnej. Choć ja od sformułowania „kultura popularna” wolę określenie „kultura gatunkowa”. Bo jeśli kulturą popularną jest ta magma płynąca z telewizorów i radia, to proza science fiction, sensacyjna, historyczna, dobry komiks, gra komputerowa, animacja nie ma z tym szajsem nic wspólnego.

Jest Pan znanym i nagradzanym animatorem ruchu fanowskiego. Czy pamięta Pan, jak w jednym ze swoich tekstów snuł marzenia o wielkim centrum fanowskim, budynku w którym spotykaliby się ludzie o podobnych zainteresowaniach – komiks, gry, fantastyka? Czy sądzi Pan, że coś takiego miałoby szansę zaistnieć? Idea była taka – centrum fantastyki i komiksu. Instytucja z wielką biblioteką, wystawami, miejscem na przeglądy filmowe, spotkania z twórcami. Ale też warsztaty dla dzieci, debaty literackie, wykłady popularnonaukowe, granie w planszówki czy zwykłe spotkania towarzyskie. Kawiarnia, sklep z książkami i gadżetami. Nietypowa, żywa, aktywna instytucja kultury, edukacji, nauki i rozrywki. Tylko


jest jeden problem… pieniądze. Na lokal, na obsadę, na działalność. O zbiory się nie martwię, bez problemu zgromadzilibyśmy na starcie – korzystając właśnie z siły fandomu – wielotysięczną kolekcję woluminów, obiektów na ekspozycje, wolontariuszy itp. No, to pomarzyłem sobie… [śmiech]. Jakiś czas temu bardzo krytycznie odniósł się Pan do kwestii czytania komiksów np. w Empikach, jako formy okradania wydawcy. Czy podtrzymuje Pan tę opinię? Nigdy i nigdzie nie powiedziałem, że czytanie w Empikach to okradanie wydawcy. Natomiast oprotestowałem zachęcanie do tego procederu przez jedną z gazet.

Zwróciłem też uwagę na negatywne skutki – zniszczone książki, brak dochodów wydawcy i autora. Przy czym szło nie o zwykłe przeglądanie produktu przed podjęciem decyzji o jego zakupie, tylko o systemowe, programowe zaliczanie książek czy komiksów na wygodnym pufie podstawionym przez księgarza. Zdania nie zmieniłem, bo po prostu jest ono słuszne. Książki do darmowego czytania znajdują się w bibliotekach. Obecnie chyba powoli biblioteki uważa się za relikt dawnych czasów, dodajmy mało atrakcyjny? Mam wrażenie, że rola bibliotek jest zdecydowanie niedoceniana w polskim obiegu kultury. Zdarza mi się je odwiedzać w ramach spotkań autorskich. Zazwyczaj spotykam tam pracowników (najczęściej panie) zainteresowanych kulturą i jej promocją, ciekawych nowych książek i ich twórców, fascynatów literatury po prostu. Inteligentów w najlepszym rozumieniu tego słowa, pracujących – o ile mi wiadomo – za marne pieniądze. Bibliotekarze wykonują świetną robotę i jeśli narzekamy w Polsce na czytelnictwo, to być może właśnie biblioteki należałoby zasilić gotówką, umożliwiającą większe zakupy i aktywizację działalności. W którymś wywiadzie stwierdził Pan, że pisze takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. Mógłby Pan rozwinąć tę myśl? To proste – lubię czytać dobrą fantastykę, więc chciałbym też dobrą pisać [śmiech]. Teraz oczywiście powinienem powiedzieć, co to znaczy, ta „dobra fan-


25

tastyka”. To temat na osobny referat. W skrócie: fantastyka będzie dobrą literaturą, jeśli będzie spełniać powinności każdej dobrej literatury – opowiadać ciekawe historie, operować pięknym językiem, wzbudzać emocje, budować interesujące postacie, odszukać jakiś kawałek prawdy o naszym życiu. Podsumowując – dobra fantastyka może nieść te same wartości, co każda inna odmiana literatury, ale też powinna realizować swoją gatunkową specyfikę (niekoniecznie wszystkie jej elementy naraz). Wielu krytyków i naukowców zajmujących się literaturą tak naprawdę nie rozumie tej odmienności i nie potrafi się nią zachwycić, a bez tego nie da się rozmawiać o gatunku. To tak jak z kry-

minałem – powieść może być napisana przeciętnie i nie przedstawiać żadnych poważnych problemów egzystencjalnych, ale jeśli zbrodnia i rozwiązanie zagadki są przez autora przeprowadzane po zegarmistrzowsku, to wszyscy uznamy, że czytaliśmy świetny kryminał. Zabrzmiało jak manifest. Zatem, czy wybór fantastycznej poetyki jest świadomym wyborem pisarza – twórcy? Dostaje do ręki narzędzia, którymi nie dysponuje ktoś, kto w swojej twórczości odnosi się tylko do rzeczywistości? Fantastyka to literatura gatunkowa, a więc ma swoją specyfikę, dodatkowe kanony i niepowtarzalne możliwości. Znowu w skrócie, trzy z nich uważam za najważniejsze.


Budowa światów – fantastyka umożliwia nam podróże do czasów i miejsc, do których nigdy nie będzie dane nam dotrzeć. W przeszłość i przyszłość. Do odległych galaktyk i w głąb magicznych krain. Do ponurych dystopii i wizjonerskich utopii. Zadaniem pisarza fantastyki jest stworzenie wiarygodnego, choć nieistniejącego świata, wypchanie go scenografią i gadżetami, wizjami przyszłej nauki i alternatywnych wiar, oryginalnymi urządzeniami i potworami. Ale i porządkami społecznymi, systemami politycznymi i dogmatami religijnymi.

Tak, by czytelnik zawiesił swoje poczucie empirii i powędrował do nieistniejących przecież krain tak, jakby były prawdziwe. Emocje poznawania i rozumienia świata – fantastyka (wbrew pozorom nie tylko naukowa, także fantasy) towarzyszy jednej z elementarnych ludzkich potrzeb, naukowego poznawania świata. To jest jej specyfika, jej istota. Literatura obyczajowa czy psychologiczna obsługują inne obszary naszych emocji – np. relacji rodzinnych, problemów z alkoholem, samotności, szukania sensu życia. A fantastyka towarzyszy roz-


27

gryzaniu nieznanego, nowego wynalazku, planety, całej krainy. Jej bohaterami często są naukowcy, podróżnicy, odkrywcy. Sam proces odbioru takiej książki – gdy czytelnik na pierwszej stronie powieści zostaje wrzucony do nowego świata, a potem (prowadzony przez autora) musi odkryć jego strukturę, geografię, prawa, biologię – jest przecież procesem paranaukowym. Czytelnik fantastyki staje się na te kilka godzin lektury paperbackowym Newtonem, Kolumbem, Armstrongiem. To dlatego wielu humanistów ma problem z percepcją klasycznej fantastyki naukowej. Ona po prostu dotyka tego rodzaju emocji i potrzeb intelektualnych, które ich akurat nie poruszają (i dlatego są właśnie humanistami, a nie na przykład fizykami kwantowymi). Fantastyka jako narzędzie – ten gatunek umożliwia literackie badanie zmian całych społeczeństw, ale i indywidualnych ludzkich reakcji na te zmiany. Przez lata to było podstawowe paliwo popularności fantastyki. Jak będzie wyglądał świat, w którym klonowanie stanie się powszechne? Jak rządy i kościoły zareagują na pojawienie się na Ziemi obcych? Czy rozwój prostej i łatwo dostępnej rozrywki sprawi, że książki zostaną kiedyś zakazane? Zajdel, w swoich świetnych powieściach z początku lat 80., opisywał i badał społeczeństwa zniewolone. Lem (a po nim np. twórca cyberpunku, Gibson) analizował konsekwencje digitalizacji umysłu człowieka. A Brzezińska (żeby użyć przykładu fantasy) cywilizacyjny proces powstawania legendy i mitu. Przyjęcie konwencji fantastycznej umożliwia budowanie metafor, zniekształcanie niektórych kierunków rozwoju dla wydobycia kon-

kretnych zjawisk, tworzenie literackich systemów wirtualnych, na których testuje się różne koncepcje. Jeden z moich ulubionych cytatów: „Fantastyka naukowa już dziś próbuje odpowiedzieć na pytania, które ludzkość zada sobie dopiero jutro”. Dawno temu w miesięczniku Magia i miecz prowadził Pan stałą rubrykę „Okiem zewnętrznym”, w której polecał Pan dobre i ważne z pańskiego punktu widzenia książki. Pamiętam, że dzięki Panu sięgnąłem po Las ożywionego mitu Roberta Holdstocka. Czy dzisiaj działania popularyzujące czytanie dobrej literatury również mają sens? Pewnie, że mają. A dyskutowanie o przeczytanych książkach, czy to bezpośrednio ze znajomymi, czy zdalnie – z dobrym recenzentem – to jedna z przyjemniejszych rzeczy, jakie w życiu można robić. Oczywiście, każde medium ma swoją specyfikę. Ja w Magii… pisałem dla młodych ludzi, którzy grali w gry fabularne, ale niekoniecznie mieli już dużą wiedzę o literaturze. Starałem się więc pokazać im kanon gatunku. A z drugiej strony literaturę z pomysłami, które mogły dać inspirację do RPG-owej zabawy – pomysły na przygody, twisty fabularne czy choćby tylko fajne monstra. Był Pan również jakiś czas redaktorem naczelnym wspomnianego wyżej miesięcznika. Jak Pan wspomina ten okres? Fani gier RPG różnią się od fanów komiksu? Byłem prawie 20 lat młodszy, więc oczywiście wspominam ten okres bardzo miło. Szef wydawnictwa MAG, Jacek Ro-


dek, zebrał w redakcji ekipę młodych ludzi, studentów, czasem wręcz licealistów. Wielu naszych autorów świetnie znało się na RPG, ale niespecjalnie umiało poprawnie napisać dwa zdania. Dla większości wymaganie terminowego oddania tekstu wydawało się dziwną fanaberią redaktora. A ja miałem zarządzać tą gromadą. Naprawdę niezłe wariatkowo. Uczyliśmy się tam zawodu, przyjaźniliśmy, graliśmy, czytaliśmy, pisaliśmy. Redakcja była miejscem pracy, ale i centrum życia towarzyskiego. Tak samo zresztą funkcjonował miesięcznik literacki Feniks, dla którego pisałem publicystykę i prozę. Partyzantka to trochę była, jak chyba w każdej branży w Polsce na początku lat 90. To też okres Voyagera. Był to kwartalnik literacki, publikujący polską prozę fantastyczną, który wydawałem razem z Dariuszem Zientalakiem. Jeździliśmy pociągami po Polsce z plecakami pełnymi książek, wstawialiśmy je do księgarń, próbowaliśmy odbierać kasę z poprzedniej dostawy. Po drodze, w różnych miastach, pomieszkiwaliśmy u przyjaciół od fantastyki, gdzie przegadywaliśmy przy piwie całe noce, więc zysk z całego przedsięwzięcia znikał. I to było fajne, ale na dłuższą metę nie mogło działać. Kiedy w połowie lat 90. przeniosłem się do Egmontu, musiałem nieco przestawić tryby myślenia – to była bardzo sympatyczna, ale jednak korporacja. Więc – biurko, godziny pracy, raporty i tak dalej. Wiele się nauczyłem, ale też dawne fandomowe doświadczenia wykorzystywałem ku chwale firmy,

na przykład kiedy – według konwentowych wzorców – robiliśmy gigantyczne zloty fanek pisma dla dziewczynek Witch. A wracając do fanów komiksu? Środowisko komiksowe jest zdecydowanie mniejsze niż fantastyczne, nie ma drukowanego, dostępnego w kioskach magazynu, nie ma tylu publikujących rodzimych autorów, silnego zorganizowanego fandomu, oprzyrządowania krytyczno-literackiego. Tak długiej tradycji po prostu. Ale fani komiksu to ten sam typ ludzi, co fani fantastyki czy RPG. Ja w ogóle uwielbiam ludzi z pozytywną szajbą, hobbystów, zbieraczy, miłośników. nerdów. Niezależnie od tego, czy zbierają książki s.f., budują makiety kolejek, hodują rybki czy działają w grupach rekonstrukcyjnych. To są ludzie ciekawi świata, często z misją propagowania swojego hobby, zaangażowani w działania społeczne na rzecz swego środowiska. Jest o czym z nimi pogadać, można się od nich wiele dowiedzieć, dać się wessać w ich pasje. Sam jestem nerdowaty nieco, więc mam wielką frajdę z tego, że praktycznie całe moje życie zawodowe związane było z moimi trzema największymi hobby – literaturą fantastyczną, komiksami i grami. Ile ma Pan wzrostu? Rano mam 196 centymetrów, ale do wieczora to już trochę osiadam. Jest Pan wielkim dzieckiem? Wciąż pasjonuję się wieloma sprawami, które zafascynowały mnie 30 lat temu. Ale chyba już dorosłem, nie widać?


29


Ostateczny triumf kultury

frajerów* Od

paru lat dumnie chodzą po Ziemi, nie przejmując się komentarzami odnośnie niemodnych strojów, dziecinnych zainteresowań i braku tężyzny fizycznej. Od kiedy? To proste, odkąd w 1999 roku Billy Gates przeskoczył magiczną granicę stu miliardów dolców. Sprawdza się powiedzenie Charlesa Sykesa: „Sza-

nuj frajerów w szkole, bo możesz skończyć, pracując dla nich”. Ale wielka kasa to nie wszystko, kluczem do emancypacji nerdów jest ich kultura. Oni stanowią większość kinomaniaków i użytkowników gier komputerowych. To jedna z niewielu grup społecznych, która potrafi czytać ze zrozumieniem, kupuje książki i komiksy. No właśnie, komiksy. Ostateczny, totalny argument.


31

fot. Zemsta Frajer贸w (1984)


Pokolenia urodzone po szalonych latach 50. nie bardzo mają szansę wiedzieć, kto i dlaczego wymyślił w Stanach Zjednoczonych Urząd do spraw Kontroli Komiksu. A cała sprawa ocierała się lekko o walkę z bolszewizmem i czerwonymi – paranoję, którą Amerykanów zaraził senator Joseph McCarthy. Bezpośrednią przyczyną były, jak to często w USA, zaniepokojone Dzielne Amerykańskie Matki, które na każdym kroku szukają zbrodniczych wpływów mogących wypaczyć serca i umysły ich dziatek. Płomiennym ostrzem ich krytyki stała się zajadła praca doktora psychologii, Fredrica Werthama, o wiele mówiącym tytule Uwiedzenie niewinności. Na fali samokrytyki amerykańscy wydawcy założyli autocenzurującą organizację – Amerykańskie Stowarzyszenie Magazynów Komiksowych – która zajęła się pilnowaniem, aby historyjki obrazkowe nie zawierały bolszewickich treści. Gołych bab, przemocy, przestępstw, narkotyków, wampirów, wilkołaków i zombie, czyli wszystkich tych rzeczy, które Czerwone Pająki z Kremla szykowały do ataku na Ostoję Demokracji. CCA (Comics Code of Authority) – czyli Urząd do spraw Kodeksu Komiksowego nie miał teoretycznie żadnej kontroli nad komiksiarzami. Jedyne, co mógł, to opiniować wydawane komiksy i odmawiać umieszczenia na nich swojej pieczątki. W praktyce jednak oznaczało to kompletne odcięcie komiksu od dystrybucji. Tylko wydawnictwa zaopatrzone w The Seal mogły pojawiać się w kioskach i sklepikach z prasą, które były podówczas jedynym kanałem sprzedaży komiksów. Cała reszta, czyli nie-

* Jazda obowiązkowa z notą słownikową. Frajerów zawdzięczamy Polskiej Szkole Tłumaczy Filmowych i filmowi Revenge of the Nerds (1984) przetłumaczonemu na biedną, smutną i polską Zemstę frajerów. Słowo to zajmuje poczesne miejsce w pamięci kinomanów, obok takich diamentów translacji jak Mordercze kuleczki (ang. Phantasm), Wirujący seks (ang. Dirty dancing) czy Młodzi gniewni (ang. Dangerous Minds). „Nerd” to termin stosowany na określenie społecznych nieudaczników, którzy w młodzieńczych latach bardziej interesują się fizyką niż ciupcianiem. Niezrozumiani przez koleżanki i kolegów są pośmiewiskiem całego kampusu. Pierwszy zapis słowa „nerd” pochodzi z dziecięcej książeczki If I ran the ZOO (autorstwa amerykańskiego komiksiarza, Dra Seussa) wydanej w 1950 roku, ale dopiero artykuł na temat młodzieżowej nowomowy opublikowany w Newsweeku przynosi prawdziwą popularność temu określeniu używanemu do obrażania ludzi nudnych, nieciekawych i ogólnie badziewnych. Pryszcze, tłuste włosy, gargantuiczne aparaty ortodontyczne, okulary jak denka od butelek. Smutni, spoceni chłopcy, którym nikt nigdy nie wytłumaczył, że dezodorant nie gryzie, a koszula wpuszczona w spodnie z elany nie jest najlepszym strojem na imprezę. Zepchnięci na margines kultury młodzieżowej, zamknięci w piwnicach rodzinnych domów (hej, to nie żaden Fritzl ani nowe średniowiecze – kto widział choćby jeden odcinek Różowych lat siedemdziesiątych, ten wie, że piwnica amerykańskiego domu to wypaśnie duże i wygodne pomieszczenie), przytuleni do szarego plastiku swoich komputerów, zasypani figurkami smoków i trolli, zakopani po uszy w katalogach strojów kąpielowych i … komiksach.


33

szczególnie pokorni goście, tacy jak Robert Crumb (autor przygód plugawego kota Fritza), Art Spiegelman (późniejszy autor głośnego Mausa) czy Terry Gilliam (ten od Pythonów i 12 małp), nagle znalazła się w podziemiu. Fritz, kocur jebaka i miłośnik LSD trafili na witryny hipisowskich sklepów z dziwnymi używkami, prasą drugiego obiegu i akcesoriami do zażywania narkotyków. Paradoksalnie te niepokorne komiksy mają się całkiem dobrze, funkcjonując z dala od wielkich pieniędzy. Scena oczyściła się z ludzi pozbawionych pasji – nic dziwnego, model biznesowy wygląda tak, że autor musi od początku do końca sfinansować swój projekt. I nawet w przypadku powodzenia nie może liczyć na wielkie pieniądze ze sprzedaży – nakłady undergroundowych wydawnictw, w porównaniu do głównego nurtu, są ekstremalnie niskie. Zostają tylko ci, którzy mają w sobie prawdziwe powołanie. Nie znaczy to, że każdy komiksowy produkt z tamtych lat, pozbawiony pieczęci CCA jest perłą, ale bez wątpienia podziemny rynek staje się kuźnią wielkich talentów. Koniunktura jest tak dobra, że obok dziwnych sklepów powstają pierwsze sklepy komiksowe, specjalizujące się w dostarczaniu konkretnego asortymentu dla określonego klienta. Ich prawdziwy boom jeszcze nie nadszedł, ale pierwsze jaskółki pojawiają się już w latach 70. Podział na legalnych i komuchów trwa. W kioskach i drogeriach opowieści o superbohaterach schodzą jak ciepłe bułeczki. Lata 30. i 40. nauczyły Amerykanów,


że kolorowe historyjki obrazkowe nie są niczym złym. Ojcowie, wychowani na przygodach Supermana i Batmana, kupują komiksy swoim synom. Cieplutka kołderka Kodeksu otula fabuły i eliminuje z nich każdy niepożądany element. W szczytowym momencie – na przełomie lat 60. i 70. – wszystko, co jest komiksem i ma na okładce znaczek od CCA, to albo lekko infantylna opowieść o cwanych kolesiach w majtkach założonych na spodnie, którzy ratują świat przed kolejnymi zagrożeniami, albo leciutkie paski komiksowe w stylu Fistaszków czy Denisa Rozrabiaki. Nic więc dziwnego, że krytycy nie znajdują w komiksie treści godnych uwagi. Sprzedaż jest, sztuki jakoś brak, ale nikt się specjalnie za nią nie ogląda.

Nagle, w 1978 roku, Will Eisner, jeden z najbardziej uznanych amerykańskich twórców głównego nurtu, ogłasza na rynku coś innego. Dwieście stron w jednej okładce. Bez wątpienia wpływ na tę decyzję miały europejskie pisma – Pilote, Metal Hurlant, 2000 AD – pełne brutalnych, dziwacznych opowieści takich artystów jak Moebius, Enki Bilal, Milo Manara, Alejandro Jodorowsky, Pat Mills, Carlos Ezquerra. Szlaki przecierały również pokaźne objętościowo wyskoki podziemnych twórców, jak choćby Bloodstar Richarda Corbena. Nowe dzieło Eisnera nosi tytuł Umowa z Bogiem i inne opowieści z czynszówki (w Polsce trzydzieści lat później Tomek Kołodziejczak z Egmontu wyda ten komiks w tomie Umowa z Bogiem: Trylogia). Powieść graficzna – bo tak Eisner określił swoje wydawnictwo – trafia do... księgarń. Eisner decyduje się pominąć sklepy dla hipisów, a brak pieczęci CCA zmusza go do odpuszczenia sobie kiosków i drogerii. Sprzedaż, po pierwszym słabym okresie, zaczyna być zaskakująco wysoka. I nagle wszyscy już wiedzą, że powieści graficzne to po pierwsze finansowy hit, a po drugie – sztuka.

Czemu komiks jest najważniejszą z form przekazu? Salvador Dalí powiedział kiedyś: „Komiks będzie kulturą roku 3794”. Świat zmienia się szybciej, niż to przewidział hiszpański surrealista; komiks, jeśli jeszcze nie jest, to na pewno będzie kulturą XXI wieku. W ciągu ostatnich 20 lat paradygmat przekazywania informacji zmienił się z teksto-


35

Chwilę po albumie Eisnera podziemie wypluwa całą masę powieści graficznych. Frank Miller wypuszcza Powrót Mrocznego Rycerza – kompletnie nowy wizerunek Batmana. Kilka miesięcy później publikuje kolejny album, oszałamiającą graficznie Elektrę: Assassin, stworzoną pospołu z jednym z najgenialniejszych rysowników, Billem Sienkiewiczem. Te dwie historie na zawsze zmieniły oblicze komiksu. Powrót Mrocznego Rycerza wywraca do góry nogami historię człowieka nietoperza. Elegancki Bruce Wayne, mściciel i obrońca niewinnych, w opowieści Millera jest starym, złamanym paranoikiem, który porzucił karierę Mrocznego Rycerza po śmierci (nieodwracalnej i ostatecznej – tego nigdy nie było w mainstreamowym komiksie) Robina. Inne jest również Gotham – zimne, nieludzkie, pozbawione cienia gotyckiej elegancji. Miller jest autorem scenariusza i jednocześnie ilustratorem – Batman to jego autorska kreacja, od początku do końca taka, jaka miał być w zamierzeniu artysty. W Elektrze Sienkiewicz postawił na niezwykle manieryczny, ekspresyjny styl malarski. Ładunek emocji zawarty w jego

rysunkach jest niesamowity. Forma zmienia się, przechodzi od malunków i kolażu przez karykaturę aż do niezrozumiałych bazgrołów. Postaci stają się ikonami wartości, jakie przenoszą. Scenariusz Elektry to schizofreniczna opowieść, pozbawiona chronologii, zapętlona między kilka mówiących postaci, które nieustannie wracają do przeszłych wydarzeń bądź wybiegają w przód. Czas i przestrzeń mieszają się, zmienia się technika graficzna, fabuła komplikuje się – oto komiks, który objawił olbrzymie bogactwo formalne medium i pokazał niezwykłe możliwości gatunku. W tym samym czasie Alan Moore i Dave Gibbons wydają niesamowitych Strażników, którzy na zawsze zmienią obraz komiksu superbohaterskiego, redefiniując gatunek. Po raz pierwszy bohaterowie mają realny wpływ na rzeczywistość – historia ich Ameryki różni się od naszej – czasoprzestrzeń jest zaburzona, toczy się alternatywną ścieżką na skutek działania superherosów. Amerykanie wygrali wojnę w Wietnamie, Nixon cieszy się zaufaniem publicznym, a Watergate nigdy nie było. Bohaterowie to postaci w trykotach rozgrywające swoją grę i jednocześnie pionki w innej grze wyższego rzędu. Obraz

wego w obrazkowy. Ikona staje się podstawową jednostką organizacji życia, to według ikon i obrazów układamy swoje działania. Już nie ma „Wyjścia ewakuacyjnego” – na ścianie jest ludek, który biegnie do otwartych drzwi. W autobusach nic nie mówi „Skasuj bilet natychmiast po wejściu do pojazdu”, zamiast tego mamy obrazek kasownika z biletem w pyszczku. Instrukcja obsługi mebli z IKEA pozbawiona jest jakichkolwiek słów! Świat wokół nas przestawia się na porządek ikoniczny. Obrazkowy. Komiksowy.


Królowie amerykańskiego komiksu – Alan Moore, Neil Gaiman, Grant Morrison, Simon Bisley, Garth Ennis, Waren Ellis, Mark Millar – to Brytyjczycy. Ta brytyjska inwazja rozpoczęła się w połowie lat 80., spora część najważniejszych dzieł współczesnego amerykańskiego komiksu to zasługa wyspiarzy. Ale należy pamiętać, że nie byłoby ich nigdy bez takich twórców jak Jerry Siegel i Joe Shuster (Superman), Bob Kane (Batman), Stan Lee, Jack Kirby i Steve Ditko (X-men, Kapitan Ameryka, Fantastyczna Czwórka, Iron Man, Spider-Man).

przedstawiony przez Moore’a jest niezwykle gorzki i ironiczny, wymierzony w cały nurt superbohaterskiego komiksu. Perłą w koronie powieści graficznych z lat 80. staje się Maus Arta Spiegelmana. Rozliczenie z Holokaustem ubrane zostaje w znany z pasków zabieg – bohaterami opowieści stają się myszy, koty, świnie i żaby. Płaczliwa historia Władka, młodego Żyda ocalonego z wojennej pożogi, opowiadana po latach synowi trafia na papier. Jest absolutnie skonkretyzowana, jednostkowa i ograniczona zarówno formą komiksu, stylistyką, jak i pamięcią autora. Paradoksalnie te ograniczenia zmieniają ją w opowieść uniwersalną, szczerą, prawdziwą i zaangażowaną.

Niestety, kryzys z początku lat 90. usadza podziemnych komiksiarzy na powrót w sklepach dla ćpunów. Nakłady spadają prawie tak szybko, jak indeks giełdowy Dow Jones. W overgroundzie jest niewiele lepiej. Kodeks Komiksu faktycznie od dawna nie funkcjonuje. W głównonurtowych, masowych wydawnictwach, takich jak Spider-Man czy Fantastyczna Czwórka, pojawiają się narkotyki, przemoc i skorumpowani przedstawiciele władz. Powstają tytuły takie jak Wolverine (1974) czy The Punisher (1986) w całości poświęcone rzeczom przez Kodeks zabronionym. Branża podupada, nakłady maleją, ceny rosną. Masy frajerów i nerdów nadal kupują komiksy – nie jest to już powód do wstydu, ale nikt specjalnie nie chwali się swoją pasją. Jednocześnie wydawcy sztucznie pompują bańkę wydawniczą – unikatowe okładki, reedycje, sztuczne tworzenie białych kruków – branżowe sklepy kupują wszystko i świetnie radzą sobie, wpychając dzieciakom kolejne albumy. Ostateczne dorżnięcie Kodeksu odbywa się rękami dwóch postaci. Simon Bisley spuszcza z łańcucha najemnego mordercę z planety Czarnia – Lobo (1992). W tym samym roku potępiony Spawn Todda McFarlane’a opuszcza Piekło w poszukiwaniu zemsty i przemocy. Ale nawet oni nie potrafią sprostać spadkowi PKB i ogólnej recesji gospodarczej. Lata 90. to okres prawdziwej stagnacji, która kończy się w szalonym błysku katany. Wesley Snipes, w czarnym płaszczu i okularach, wyrusza polować na wampiry. Jest 1998 rok i Blade zarabia blisko 150 milionów dolarów. Oparta na komiksie


37

fot. X-Men Geneza: Wolverine (2009)

z wydawnictwa Marvel historia pół wampira cieszy się niebywałym powodzeniem. Czas spróbować czegoś nowego? W 2000 roku na ekrany trafia ekranizacja najsłynniejszego komiksu Marvela, X-men. Strzał w dziesiątkę – film zarabia 300 milionów dolarów. Kolejne dwa lata i do kin trafia Spider-Man! I znowu sukces, zapchane sale i ponad 820 milionów zysku! Po drugiej stronie barykady też nie próżnują – Alan Moore sprzedaje prawa do historii o Kubie Rozpruwaczu i w 2001 roku Z piekła rodem zarabia prawie 80 milionów dolarów. Hellboy, Sin City, 300, Batman: Początek, Strażnicy, Jonah Hex, Thor... Hollywood kocha komiks. Hollywood kocha nerdów. Miłość jest wielka, gorąca i odwzajemniona – na każdy film przychodzą rzesze fanów, przebra-

nych, zaopatrzonych w kubeczki, figurki, zabawki, plecaki, pościel i oczywiście komiksy ze swoimi ukochanymi bohaterami. To już nie jest banda pryszczatych wyrzutków społecznych. To doktor fizyki Leonard Hofstadter i jego przyjaciel Sheldon Cooper, fizyk z dwoma doktoratami (postaci z kultowego serialu komediowego Big Ben Theory). To Zack Snyder, Seth MacFarlane, George Takei, Trey Parker, Matt Stone, Stefani Germanotta. Twój szef, twój kolega z pracy, twój ulubiony autor z Literadaru. Wszystkich łączy wiedza, że dziesięć rodzajów ludzi to tak naprawdę dwa rodzaje ludzi. I wielka miłość do komiksów. A komiks? Mimo narzekań fanów i wydawców ma się nieźle. I oby tak było dalej.


a n o s l Ne

Fot. shutterstock.com

i w r k a l p o r K

iódma

s Odsłona


39

Królik po japońsku

M

ieliśmy jakiś czas temu spotkanie redakcyjne, na którym padło, mocne w swej wymowie, zdanie: - „Do pisania publicystyki trzeba mieć talent na poziomie Wańkowicza albo Kapuścińskiego...” - „Wszystko się zgadza” – pomyślałem tylko, miast odrzec, i zabrałem się za siódmą Kroplę.

Czasami bywa tak, że wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują nam jeden, bardzo ściśle określony kierunek. Można się wysilać i starać pójść dokładnie gdzie indziej, co byłoby bardzo polskie, ale i w równym stopniu niemądre. „Face your destiny” – powiedziałby mistrz Yoda. „Don’t underestimate the power of the dark side” – dodałby Imperator. Tym razem nie wolno mi zlekceważyć potęgi the bunny side. No bo tak – przed chwilą była Wielkanoc – znak pierwszy. A Wielkanoc to zajączek. A zajączek to jakby prawie królik. Niedawno leciał na Planete Królik po berlińsku – znak drugi. A ten numer Literadaru jest o komiksie – znak decydujący, bo trzeci. Zatem przechodzę w tym odcinku na the bunny side of life i biorę się do złożenia hołdu królikowi Usagi Yojimbo. Królik samuraj, oto bohater siódmej Kropli.


Sugerowany podkład muzyczny z filmu Księżniczka Mononoke http://www. youtube.com/watch?v=8XOV2L-eM38 (z pozdrowieniami dla Drugiej kozy). Sugerowany trunek – zielona herbata, koniecznie w japońskiej miseczce. Wyobraźcie więc sobie siedemnastowieczną Japonię. Kraj reguł równie okrutnych, co honorowych, gdzie spory rozwiązują ostrza katan, a trzewia rozpruwa się na najmniejsze skinienie swojego Daimyo1. A teraz wywalcie z niej wszystkich Japończyków, niech spieprzają na kurosawowsko ugiętych nogach w stronę najbliższego morza. Następnie zagońcie na ich miejsce zwierzątka – pieski, liski, krówki i jednego królika. Macie to? To jednak nie koniec atrakcji – okazuje się, że uciekający skośnoocy pozostawili po sobie swoje katany, kimona, wachlarze, a wraz z nimi obyczaje, domostwa i bushido2. I to wszystko zwierzątka sobie przyswajają. Witajcie w świecie Stana Sakai, geniusza, który 27 lat temu rozpoczął rysować niezwykłą serię o Miyamoto Usagim. Sakai odmalował swój świat po mistrzowsku i wcale nie mam na myśli wyłącznie jego talentów graficznych. Stworzył go pełnokrwiście, z perfekcyjnym oddaniem oryginalnych realiów. Jego bohaterowie są tak prawdziwi i tak charakterystyczni, że po dwóch minutach czytania zapomina się o tym, że są to przecież Suweren w feudalnej Japonii. Kodeks honorowy samurajów.

1 2

antropomorfizowane zwierzęta! Postaci drugoplanowe to zazwyczaj odmiany łagodne – misie (czy inne psiaki) pozbawione zarostu, o ze wszech miar randomowych twarzach. Inaczej postaci kluczowe. Tu pojawiają się nosorożec, lew (to sojusznicy) albo lis lub wilk (to rywale). Kluczowi bohaterowie są niepowtarzalni, mocno odróżniają się od bohaterów tła, od razu rozpoznajemy ich twarze. Sakai osiągnął takie mistrzostwo, że w scenach, w których pojawia się kilka nieznanych postaci od razu domyślamy się, które z nich odegrają jakieś znaczące role. Ze wspaniałym wyczuciem dodaje też swym zwierzęcym bohaterom szczegóły i „smaczki”. Samuraj nosorożec ma złamany róg, samuraj świnia ma doczepiony drewniany (lecz wciąż świński) nos (ryj). Staruszkowie mają siwe, japońskie bródki, złoczyńcy chodzą niedogoleni. Słowem, są niejednokrotnie bardziej ludzcy niż sami ludzie i jest to niezwykła umiejętność Sakai, która budzi mój najgłębszy podziw. Ale przecież nie dlatego historia Usagiego trafia do Kropli. Pies pogrzebany jest w samym króliku. Bo Yojimbo (co znaczy strażnik) to przedstawiciel jednego z kilku ideałów faceta. W tym wypadku tego romantycznego, do którego wzdychają kobiety. Sam nie szuka kłopotów, ale z każdych tarapatów potrafi się wydobyć. Zawsze stanie w obronie damy lub kogoś słabszego. Zawsze najwyżej stawiać będzie honor i prawość. Do tego wszystkiego nieśmiały wobec kobiet, wzdychający do jednej, nieoglądający się za innymi (nie, nie mam jego numeru telefonu, poza tym to królik!!). Usagi to zacięty twardziel, bez śladu sukinsyna w sobie. Dobrze jest czasem poczytać i o takich.


41

Konkurs Rozszyfruj tytuły książek: 1. Milczący szef włoskiej mafii 2. Wyrywny Żyd ma kłopoty z prawem, w rezultacie zostaje Rzymianinem. 3. Student zabija lichwiarkę, ale pęka na śledztwie. Na odpowiedzi czekamy do 15 czerwca. Proszę pisać na adres konkursy@literadar.pl (w treści maila prosimy o podanie odpowiedzi, Imienia i Nazwiska, danych do wysyłki oraz telefonu).

do wygrania: Laureacii konkursów z Literadaru nr 6: Konkurs 1 Paweł Rzepa Dorota Panek

3 x zestaw Nagrody ufundowali:

Konkurs 2 Magdalena Romanek Kaja Głogowska Michał Adamowicz Agnieszka Swięchowicz Kamila Hankus

Promic, Zysk i S-ka, Ars Machina Kilka słów wyjaśnienia. Drodzy Państwo biorący udział w naszych konkursach. Mieliśmy szereg problemów z terminowością wysyłki nagród. Bardzo za wszystkie utrudnienia przepraszamy. Aby uniknąć dalszych problemów, uprzejmie prosimy wszystkich laureatów, którzy dotychczas nie otrzymali nagrody o kontakt z Panią Barbarą Bułaj barbara.bulaj@portacapena.com. W treści maila prosimy o podanie danych adresowych, nagrody oraz numeru Literadaru. Niezależnie od tego robimy co w naszej mocy, aby zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości. Jeszcze raz przepraszam w imieniu własnym i redakcji. Piotr Stankiewicz


Drugim powodem jest niepowtarzalny klimat historii o króliku samuraju. Na wskroś japoński: zazwyczaj w emocjach oszczędny, lecz w chwilach akcji gwałtowny. Wychwalający honor, pokazujący zależności zhierarchizowanego społeczeństwa, ale zachowujący ducha romantycznej szlachetności. Pozostawiający wiele miejsca na zadumę i kontemplację. Nieepatujący feerią barw i pstrokacizną. Czyta się ten komiks z namysłem, chociaż sama historia pochłania. Kiedy akcja przyspiesza i zaczynam wertować strony proporcjonalnie szybciej, a więc mniej wnikliwie, odruchowo się zatrzymuję, wracam, rzucam okiem na każde kolejne okienko. Ale wciąż wydaje mi się, że nie dość dokładnie, że gubię smaczki, tracę pojedyncze gesty, miny, elementy tła albo pędzącego tokage... Kiedyś przeczytałem takie zdanie o Prostej historii Lyncha: „Trzeba być wielkim mistrzem, żeby zrobić świetny film o rzeczach prostych”. To zdanie jak ulał pasuje do Sakai – trzeba być w istocie wielkim, aby opowiadać historie tak proste, bazujące na uczuciach najpierwotniej-

szych, ukazujące odwieczne dylematy człowieka w sposób świeży, nienużący, wciąż potrafiąc zaskakiwać i fascynować. Sakai opowiada w nich o niegodziwych urzędnikach, honorowych, lecz ubogich samurajach, o kurtyzanach chowających przed wrogami swoje dzieci, ale i o demonach prosto z japońskich wierzeń ludowych, o zbłąkanych duszach i pokutujących za swe grzechy duchach. Fantastycznie buduje też relacje pomiędzy Usagim i Tomoe, czyli dwojgiem istot, które ciągnie ku sobie, które chciałyby być blisko, lecz powstrzymują je konwenanse i stosunki społeczne, a także własna nieśmiałość i nieumiejętność wyrażania emocji. Dzieje się w ich relacjach wszystko, lecz równocześnie nie dzieje się nic. Ich kwintesencją jest niezapomniana historia o ceremoniale parzenia herbaty, na którą Tomoe zaprasza Usagiego. To zdecydowanie najlepsza obrazkowa historia, jaką kiedykolwiek czytałem, pełna symboliki, oszczędna w słowach kwintesencja stylu autora. Stan Sakai to również geniusz obrazowania emocji. Fantastycznie panuje nad


43

mimiką bohaterów – widać, kiedy są oni zdenerwowani, zakłopotani, kiedy się złoszczą, a kiedy są smutni. Jeden mówi, drugi słucha w skupieniu albo przeciwnie, rozgląda się, co pokazuje tego skupienia deficyt. Jeden jest wesoły, drugi na jego wesołość reaguje uśmiechem albo gasi go smutkiem i melancholią. Odnoszę częstokroć wrażenie, że postaci z tego komiksu są przedłużeniem woli samego twórcy i robią wszystko tak, jak on sobie zamarzył i zaplanował. Nie ma tej bariery nieprzekładalności – przeciwnie – jakby nie istniała, jakby rysowanie i opowiadanie historii było najprostszą rzeczą na świecie. Sakai przywraca wiarę, że można pisać (i rysować) prosto i bez udziwnień, dotykając równocześnie rzeczy ważnych i pięknych. Że nie trzeba zawsze szokować, oblepiać wszystko błockiem, wywracać i stawiać na głowie. Prostota, staranność i precyzja to wizytówki tego wielkiego mistrza komiksu. Na koniec nawiązania. Pierwsze – ostatnio pytaliśmy o autorów, którzy znakomicie potrafią oddać bohaterów płci obojga. Na śmierć zapomnia-

łem wówczas o Stanie Sakai. U niego postaci kobiece mają wiele aspektów, odgrywają role tradycyjne, ale i wojownicze, bywają uległe, ale i zdradliwe, dzielne oraz okrutne. Z jednej strony nie jest ahistoryczny, nie stara się nam genderowo wmówić, że w Japonii 90% kobiet nosiło katany; lecz z drugiej pokazuje, że też nie wszystkie gotowały kulki ryżowe dla swych dzielnych mężów. To nawiązanie pierwsze. A drugie wiąże się z nowym literadarowym cyklem o książkach dla najmłodszych. I tak jak Piotrek chętnie czytałby swemu Patrykowi historie o mężnym Eskimosie (kiedy czytałem jego tekst, to w głowie zaczęło mi kołatać, że ja też je kiedyś pochłaniałem), tak ja chętnie podzieliłbym się z moim Frankiem historiami o Usagim. Opowieściami o honorze, ale też o byciu po prostu porządnym i dzielnym (w znaczeniu, który nadał mu Piotrek) człowiekiem. Może przy okazji zauważy, że ten grubawy nosorożec – Gen – to przecież cały wujek Wielgosz! To też byłaby wartość dodana, świadcząca o tym, że mamy podobne skojarzenia. Bezcenne – jak mawia reklama...


Fotografie: Captain America - Paramount Pictures, Marvel Studios Cowboys & Aliens - Universal Pictures Green Lantern - Warner Bros. Pictures Priest - Screen Gems (Sony) Thor - Paramount Pictures, Marvel Studios X-Men: First Class - 20th Century Fox


rys. Maciej Dybał

45

Lato w pelerynie/ Lato w trykocie

(co lepsze?) Mateusz Wielgosz

M

ożna powiedzieć, że w Hollywood mają ręce pełne roboty. Z roku na rok puchnie im lato. W latach 80. ten bogaty okres w kinie trwał od czerwca do sierpnia, co nie dziwiło nikogo. To było jednak inne tysiąclecie. Teraz machina ma większy apetyt i lato według producentów rozrywki trwać może nawet pięć miesięcy, od maja do września. W tym roku za symboliczne

otwarcie sezonu letniego uznano amerykańską premierę Thora 6 maja (co niezwykle rzadkie, do Polski trafił już 29 kwietnia). Ileż się trzeba napracować, żeby szczelnie wypełnić tyle weekendów premierami, które z kolei wypełnią kina? Najwyraźniej niewiele. Jeśli zerknąć na tytuły, to można odnieść wrażenie, że zmieniają się tylko numerki. Czwarta część Piratów z Karaibów, czwarta część Małych agentów, piąty film z cyklu Szybcy i wściekli. Po raz piąty też


Oszukujemy przeznaczenie. Ósmy film z małpami (Geneza planety małp) i ósma część ekranizacji siedmiotomowego Pottera. Na dobrą sprawę trzeba tylko wynegocjować gaże, ustalić, kto bierze który weekend, i jazda. Przecież każdy już wie, co robić, widz też wie, co zobaczy.

Żarty na bok. Filmy dobrałem złośliwie, ale to przecież nie wszystko. Czeka nas jeszcze niejedna komedia o pierdzeniu i rzyganiu, komedie romantyczne, no i kilka horrorów z klątwami RTV, mordercami z fantazją i bandą rozwrzeszczanych nastolatków, których nie zobaczymy już nigdy

Kilka słów o okowach, w jakie MPAA (Motion Picture Association of America – przyp. red.) wciska amerykańską kinematografię. Kategorie wiekowe nadawane przez tę wrogą logice i sztuce organizację nie mają żadnej mocy prawnej, a jednak pomiot „wielkiej szóstki” hollywoodzkich studiów filmowych od kilku dekad skutecznie deformuje przemysł następującymi oznaczeniami: G (General Audiences) – oznacza film przeznaczony dla wszystkich widzów. Obecnie oznaczenie to prawie nie istnieje. W 2010 roku do kin trafił JEDEN film z kategorią G – Toy Story 3. Niemal wszystkie pozostałe miały symbol PG. PG (Parental Guidance Suggested) – oznacza to, że niektóre materiały w filmie mogą być nieodpowiednie dla młodszych odbiorców (sugestia nadzoru osoby dorosłej). Tu wrzuca się większość animacji dla dzieci oraz niektóre filmy, które odarto całkowicie z najmniejszej choćby kropli krwi czy agresji niezakamuflowanej bajkową fikcją. PG-13 (Parents Strongly Cautioned) – tu grożą nam materiały nieodpowiednie dla osób poniżej trzynastego roku życia. Tu robi się pieniądze. Filmy te przeznaczone są dla wi-

więcej na ekranie. Kusić nas będą również gadające ludzkim głosem roboty, gadające ludzkim głosem zwierzątka i gadający ludzkim głosem Mike Tyson… Teraz już naprawdę żarty na bok. Bo chociaż Fabryka Snów zasypuje nas ekranizacjami komiksów i traktuje je podobnie jak większość wcześniej wymienionych trocin, tu jednak trafia się trochę urozmaiceń. W 2011 nie ma szału – fabularnie nie liczmy na coś z ambicjami Mrocznego Rycerza, rozmachem Strażników czy estetyką Sin City – ale jest się czemu przyjrzeć. Osobnicy stojący z boku pewnie wzruszą ramionami


47

w równej mierze na którąś tam część Oszukać przeznaczenie, jak i na kolejny komiks. Jednak w przypadku „trykociarzy” (którzy dzięki Bogu na srebrnym ekranie raczej nie noszą majtek na spodnie i w ogóle stroją się mniej cyrkowo) jest więcej powodów do emocji. downi, która dostaje kieszonkowe i może chodzić do kina bez rodziców (choć zaleca się ich szczególną ostrożność). Umowna przemoc, brak krwi, golizny i wulgaryzmów. Jeśli film ma duży budżet, to jest betonowym gmachem rentowności. R (Restricted, ograniczone) – osoby poniżej siedemnastego roku życia mogą iść na film jedynie w towarzystwie osoby dorosłej. A to gwarantuje wpływy poniżej dwustu amerykańskich baniek (do dziś tylko dziewięć filmów z „erką” przekroczyło tę barierę). Spory zysk może tu zapewnić tylko krwawe widowisko lub Tarantino na reżyserskim stołku. W przeciwnym razie mamy do czynienia z drobnicą, którą mało kto się przejmuje. NC-17 (No One 17 and under admitted) – film przeznaczony dla widowni powyżej siedemnastego roku życia. Największym „hitem” w tej kategorii były Showgirls, które w 1995 zarobiły połowę swojego 40-milionowego budżetu. Niecałą połowę. Tyle gwoli wyjaśnienia. MPAA jeszcze wielokrotnie będzie obiektem przytyków w następnych częściach cyklu.

Komiks w amerykańskiej kulturze zajmuje zupełnie inną pozycję niż u nas. Nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że obsadzeniu roli Spider-Mana czy Batmana towarzyszą podobne emocje jak w Polsce przy decyzji o tym, kto zagra Karola Wojtyłę czy Piłsudskiego. Rysowani bohaterowie pokroju Batmana i Człowieka Ze Stali mają już po siedemdziesiąt lat. Innymi słowy, nie brak Amerykanów, którzy wychowali się z nimi i dokonali żywota, pasjonując się ich przygodami. Dzisiejsza widownia PG-13 w USA w większości prawdopodobnie komiksowy szał wyssała z mlekiem matki. Nad Wisłą ten nabożny stosunek

mógłby oznaczać brak szans na sprostanie oczekiwaniom kogokolwiek. Jednak niekonsekwencja fabularna i całkowity brak pewników są nieodłączną częścią tej gałęzi kultury. I chyba to ratuje wielu twórców przed linczem. Bohaterowie komiksowi ginęli, odradzali się, ich tożsamości, moce, charaktery zmieniały się jak w kalejdoskopie. A konsument przyjmuje to ze spokojem, bo tak go wychowano. To daje sporą swobodę twórcom. Zupełny luz psychiczny też daje im zapewne fakt, że ekranizacja komiksu (jeśli tylko nie zaliczy kategorii wiekowej R) to absolutny pewniak kasowy. Nawet jeśli krytycy i publika będą mieszać


„dzieło” z błotem, sam pierwszy weekend powinien zwrócić poniesione nakłady. Jedyny stres reżyser może wiązać z tym, że jeśli zrobi chałę, to nie dostanie angażu na sequel. W takim przypadku bohater trafia na półkę na kilka lat, by później zekranizował go na nowo ktoś inny (casus chociażby Hulka, którego w 2003 popełnił Ang Lee, a po pięciu latach na nowo przedstawił Louis Leterrier). Amerykańscy nastolatkowie są cudowną widownią, która kupi dosłownie wszystko. W te wakacje czeka ich sześć wypadów tylko na kino komiksowe. Zaczną od Thora, później pojawi się Ksiądz, potem X-Men: Pierwsza klasa, następnie Zielona Latarnia, Captain America: Pierwsze Starcie i na koniec Kowboje i obcy. Z tej grupki tylko dwa tytuły uchroniły się przed trzecim wymiarem. Pozostałe nie dość, że w 3D, to jeszcze w takim oszukiwanym, tj. kręcone jedną kamerą, a potem kaleczone przez speców od konwersji za grube pieniądze, tak żeby można było wydrzeć więcej z portfela widza. To oczywiście bolączka nie tylko tej kategorii filmów. 3D w złym wydaniu (bo ogólnie jestem entuzjastą tej technologii, jeśli jest stosowana od początku i z głową) jest tak dużo, że na dobrą sprawę nie zdziwi mnie, jeśli w 2012 ktoś będzie reklamował film tym, że NIE jest w „czy-de”. A to pierwszy krok, by przez głupi marketing i nieudolność zaszkodzić tej technologii.


49


Czy warto będzie wydawać pieniądze na droższe bilety za dodatkowy wymiar? To każdy musi ocenić sam, bo ja nie mam odwagi, by cokolwiek polecić w ciemno. Każdy jednak wymiar ma coś do zaoferowania i żaden nie jest przegrany na starcie. Dwa filmy proponują komiksowość pełną gębą, przynajmniej wszystko na to wskazuje. W większości filmów w tej stylistyce bohater jest odstępstwem od normy, facetem w kostiumie w zwykłym mieście, pełnym zwykłych mieszkańców, z reguły ma do towarzystwa tylko jednego dziwaka, który jest jego przeciwnikiem. Thor i Zielona Latarnia może rozgrywają się w większości na Ziemi, jednak w pierwszym nie brakuje Asgardu, rodzinnej planety boskiego młotkowego, w drugim natomiast w jednej scenie zobaczymy chyba więcej ras obcych niż w całych Gwiezdnych wojnach. Co zabawne, obydwa obrazy zadają również kłam moim słowom o strojach filmowych superbohaterów. Niestety, ostateczny efekt, delikatnie mówiąc, nie powala. Jeden razi plastikiem, drugi komputerowością cyfrowych majtek na cyfrowym kostiumiku. W obu jednak czeka nas parada dziwaków i dziwnych miejsc rządzących się nieziemskimi prawami. X-Men: Pierwsza klasa i Captain America: Pierwsze starcie (to nie moje tłumaczenia tytułów) kuszą natomiast umieszczeniem akcji w niedalekiej przeszłości (co mogło być nie mniejszym wyzwaniem niż obce planety). W pierwszym zobaczymy, jak komiksowi mutanci wpłynęli na sytuację w czasie kryzysu kubańskiego. Ponadto film ten porywa się na bardzo istotną relację między Xavierem a Magneto. Choć po-

przednie filmy stawiały głównie na młode pokolenie mutantów, to właśnie ci dwaj napędzają cały cykl. Oznacza to również, że łatwo sobie na tej historyjce wybić zęby, ale choć Matthew Vaughn nie ma imponującej filmografii, to do tej pory niczego nie zawalił. Kapitan Ameryka natomiast poszaleje w czasie drugiej wojny światowej. Film ten może się pochwalić bardzo atrakcyjną obsadą: zaczynając od Chrisa Evansa, który udowadnia, że nie wszyscy młodzi aktorzy są lalusiowatymi wymoczkami, przez charakterystyczne twarze jak Toby Jones czy Stanley Tucci, kończąc na nazwiskach takich jak Hugo Weaving i Tommy Lee Jones. Film jest również ostatnią prostą przed ogromną superprodukcją The Avengers, do której widownię szykowano już w dwóch częściach Iron Mana, Hulku i Thorze. W 2012 wszyscy ci bohaterowie (i nie tylko oni) zjednoczą się przeciw wspólnym wrogom. W cieniu emocji związanych z tymi olbrzymami może przemknąć Ksiądz – ekranizacja koreańskiego komiksu pod tym samym tytułem. Może to i dobrze, bo zapowiada się jak pozbawiony smaku miks późniejszych części Resident Evil z Equilibrium, szykuje się wzorcowy przedstawiciel kina, w którym efektowność zastępuje się efekciarskością, a klimat klimaciarstwem. Dodatkowo złą wróżbą jest niezwykle długo odwlekana premiera oraz Paul Bettany, który chętnie marnuje swój talent w kiepskich filmach. Większą ciekawość wzbudzają we mnie Kowboje i obcy. Jon Favreau wydaje się idealnym reżyserem do takiego szaleństwa. Dodajmy do tego świetną obsadę, w któ-


51

rej najzabawniej wypada Harrison Ford po niemal trzech dekadach znowu zagra kowboja strzelającego do kosmitów. Zapowiada się ogromny ładunek dystansu, którego ewidentnie brakuje w zwiastunach Księdza. Kosmici, nordyccy bogowie, superżołnierze, mutanci, karate księża, magiczne pierścienie… Producenci wyciągają rękę w kierunku portfeli milionów widzów, zarzucając ich dosłownie wszystkim (choć wielu powiedziałoby raczej „czymkolwiek”), najchętniej w wyższej cenie trzech wymiarów. Filmowy zawrót głowy pięciomiesięcznych wakacji kusi kolejnymi częściami zeszłorocznych hitów i nieporadnymi remake’ami klasyków sprzed lat. Fabryka Snów stawia na pewniaki. Może my też powinniśmy, zamykając się w domu i wyciągając z półki Dwunastu gniewnych ludzi, Harakiri, Ojca Chrzestnego i Życie Carlita.


53

Zawód (?):

Dziennikarz komiksowy

P

aździernik 2010. Trwa panel wydawców na 21. Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, największej tego typu imprezie w Polsce. Rozmowa trady-

cyjnie dotyczy kondycji rodzimego rynku komiksowego. Wydawcy i uczestnicy zastanawiają się, co można jeszcze robić dla popularyzacji tego medium w kraju, w którym komiks traktuje się jak rozrywkę dla dzieci. Tomasz Kołodziejczak, odpowiedzialny za działkę komiksową w wydawnictwie Egmont Polska, stwierdza, że w kwestii obecności w mediach nie jest źle. Mówi: „Wszędzie mamy swoich ludzi” (cytuję z pamięci).


Stwierdzenie dotyczyło głównie prasy drukowanej. Rzeczywiście, prawie wszystkie szanujące się periodyki od czasu do czasu zamieszczają recenzje nowości lub artykuł poświęcony obrazkowym historiom. Punktem dojścia w procesie przebijania się do prasy tekstów poświęconych komiksowi była rubryka „Pod chmurką”, która zagościła w „Przekroju”. Dla środowiska komiksowego było to spore wydarzenie, a autorowi kolumny, Sebastianowi Frąckiewiczowi, kibicowali komiksiarze z całego Internetu. Tak, właśnie z Internetu, tutaj bowiem pisze o komiksie najwięcej osób. Gdy parę ładnych lat temu upadły magazyny „Produkt”, „AQQ” oraz „KKK”, pisanie o komiksach przeniosło się na dobre do sieci. Smutny los wznowionego „Ziniola”, który obok ambitnych komiksów oferował porządną publicystykę, ale po dziesięciu numerach ogłosił przeniesienie do wirtuala, dobrze ilustruje ciekawe zjawisko. Takie pismo ma kto robić. Tylko nie bardzo jest dla kogo. Mamy bowiem do czynienia z praw-

dziwą nadreprezentacją ludzi, którzy mają coś ciekawego do napisania o komiksie. Przyjrzyjmy się liczbom. Standardowy nakład komiksu to około 1000 egzemplarzy, największe hity typu Thorgal ukazują się w kilkunastu tysiącach. Zasadniczo jednak komiksy regularnie czyta i interesuje się tym, co dzieje się na rynku, co najwyżej kilka tysięcy osób. Dla tych oszałamiających zastępów istnieje około dziesięciu (!) portali lub stron dostarczających regularnie (dzień w dzień!) wieści z polskiego podwórka i re-

cenzje nowości. Wyobraźmy sobie dziesięć tygodników opinii pokroju „Polityki” czy „Wprost”. Do tego doliczyć należy okazjonalne szpalty poświęcone komiksowi w prasie, od „Gazety Wyborczej” po dodatki kulturalne i lokalne gazety. Tyle że publikowane w sieci i drukiem teksty rzadko spotykają się z szerszym odzewem. Zazwyczaj są pisane z wewnętrznej potrzeby lub poczucia misji autora i na tym kończy się ich społeczne oddziaływanie. Funkcjonują w obiegu zamkniętym pomiędzy wydawcami, autorami komiksów, innymi dziennikarzami i garstką obserwujących to fanów.

Kim są zatem ludzie, którzy produkują te treści? Tutaj odpowiedź jest prosta: także fanami, miłośnikami komiksu. Nikt nie uczy ich pisania o komiksie, nie istnieje w Polsce żadna katedra komiksoznawstwa czy komiksologii. Próżno szukać nawet pojedynczych kursów na wydziałach filologicznych lub uczelniach artystycznych. Jeśli więc chce się o komiksie pisać z sensem, trzeba kształcić się samemu, będąc na bieżąco z aktualnościami wydawniczymi i sięgając po nieliczne opracowania naukowe. Trudno tych self-made dziennikarzy i krytyków wrzucić do jednego wora. Jedni są licealistami lub studentami, którzy piszą w wolnym czasie, korzystając ze swobody oferowanej przez Internet. Inni zawodowymi żurnalistami, którzy komiks traktują jako jedno z pól swojej działalności. Poza pasją i chęcią wpływania na gusta

innych, najczęstszą motywacją do pisania jest możliwość uzyskania egzemplarzy recenzenckich. Dotyczy to zwłaszcza portali,


55

które działają na zasadzie fanowskiej. Tutaj nie ma co liczyć na pieniążki za swoją radosną twórczość. W takiej sytuacji możliwość otrzymania – często bardzo drogiego – komiksu do recenzji potrafi być zachętą samą w sobie. Są chwile, gdy bywa to bardzo satysfakcjonujące. Niekiedy można też poczuć, że uczestniczy się w czymś ważnym, jak podczas skutecznego protestu wobec decyzji Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sprawie antologii Chopin New Romantic (MSZ chciało zniszczyć cały nakład kontrowersyjnego komiksu). Tylko jak długo można tak działać dla idei i dobra komiksu?

Fajnie i zdrowo jest żyć z tego, co się kocha. Niestety, nie mam dla większości potencjalnych dziennikarzy komiksowych dobrych wieści. Z tej amatorskiej działalności nieprędko uda się przejść na zawodowstwo i walczyć w wadze ciężkiej. Skoro w ciągu roku w Polsce ukazuje się co najwyżej kilkadziesiąt wartych uwagi komiksów (czym to jest przy rynku książek czy gier?), nie ma co liczyć na masowe zapotrzebowanie na specjalistów od historyjek obrazkowych. Pozostaje jednak droga dla tych, którzy nie mają w zwyczaju obrażać się na rzeczywistość. Na komiksie rzeczywistość się nie kończy i byłoby arogancją myśleć inaczej. Ci, którzy mają tego świadomość, podchodzą do komiksu jako elementu uzupełniającego ich zawodowe portfolio. Dzisiaj, gdy komiks często przebija się do mediów i wpływa na inne dziedziny sztuki oraz rozrywki (kino, gry), warto się na nim znać. Ale to nie wystarczy, by świat padł przed nami na kolana.

Pisząc powyższy tekst, zwróciłem się do paru osób, które poświęcają komiksowi sporo swojego czasu i myśli. Zapytałem, co sprawiło, że zajęli się tym medium i jakie mają plany na przyszłość. Oddaję im głos.

Sebastian Frąckiewicz (Przekrój) http://podchmurka.blogspot.com/ „Piszę o komiksie, bo czytam komiksy od dziecka i lubię to medium, w którym w bardzo ciekawy sposób wpływają na siebie środki ze sztuk wizualnych i literatury. I jest to po prostu interesujące. Od początku także chciałem pisać o komiksie do niekomiksowych mediów, żeby zerwać z przekonaniem, że jest to medium hermetyczne, dla tzw. fanów. Traktuję to jako dodatkową pracę, takie praco-hobby”. Kuba Oleksak (SPLOT, Kolorowe Zeszyty) http://kolorowezeszyty.blogspot.com/ „Ciągle się dziwię, jak przez tyle lat, mniej więcej od 2006 roku, prawie nieprzerwanie piszę o komiksach w sieci i na papierze, w różnych magazynach, periodykach, stronach


i blogach. Całkiem niebywała sprawa, że przez ten czas znalazłem tyle samozaparcia i siły, żeby się w to bawić. Komiksy czytam, od kiedy pamiętam, a kiedy tylko zorientowałem się, że w sieci można o nich porozmawiać, bardzo szybko zacząłem wsiąkać w komiksowe środowisko. Dojście do tego punktu, w którym się znajduję, to proces ewolucyjny. Najpierw były pogaduchy na forum, potem uważna lektura komiksowej publicystyki, literatury na ten temat, dziesiątki komiksów i wreszcie pierwsze samodzielne próby pisarsko-dziennikarskie. Pasja? Pewnie tak, ale również typowe komiksowe mierzenie się na pytongi, czyja racja i czyj punkt widzenia jest najlepszy, czyja racja jest najmojsza. Ot, taki agon intelektualny w komiksowym światku”. Marek ‘Warlock’ Choroszucha (Wielkie Archiwum Komiksu) http://www.wak.net.pl/ „Dlaczego założyłem swoją stronę? Z pasji do komiksów i z pasji do ko-

dowania, i nadal tak jest. Jestem innym miłośnikiem komiksów niż większość. W komiksie szukam rysunku, potem historii, a na końcu (lub wcale) interesuje mnie, kto to narysował/napisał. Oceniam kadry, potem historię. Nie czytam komiksów źle narysowanych niezależnie od nagonki medialnej na dany tytuł. Mam specyficzny gust, dlatego też staram się nie oceniać komiksów publicznie. WAK więc nie służy ocenianiu, a informowaniu o tym, co się ukazało lub co się ukaże. Nie dzielę komiksów wiekowo – piszę o każdym tytule tyle, ile mogę zdobyć informacji na jego temat. Archiwizuję i będę to robił, ile starczy mi sił. Nikt mi za to nie płaci. Nie zarabiam na stronie, nie zarabiałem i zarabiać nie będę. Jestem sam od kilku lat, nie mam pomocników. Moje zaangażowanie w to, co robię, zależy tylko ode mnie, a robię to, bo po prostu chcę.

W chwili, gdy ten tekst był oddawany do redakcji, „komiksowo” obiegła wieść o decyzji Jarka Machały (znanego jako Jarek Obważanek), który przez jedenaście lat prowadził serwis Wrak.pl, o zakończeniu działalności. Jarek był jedną z osób, które prosiłem o wypowiedź dla „Literadaru”. Pozwalam sobie zacytować fragment jego oświadczenia ze strony Wrak.pl. „Po długim namyśle podjąłem decyzję o zakończeniu kariery redaktora naczelnego WRAKa. Prowadziłem ten portal raz lepiej raz gorzej przez niemal 11 lat, czyli ponad 1/3 swojego życia. Miałem kupę frajdy z jego redagowania i z reakcji, jakie wśród was wywoływał. Dzięki niemu poznałem mnóstwo fantastycznych osób, miałem okazję zaglądać za


57

Plany mam związane tylko z usprawnianiem działania WAK-a i uzupełnienia jego zasobów. Nie czuję się dziennikarzem komiksowym i nie chcę za takiego uchodzić (i Boże broń, mam nadzieję, że nie uchodzę). A tak na marginesie, o czym miałbym pisać? Ci, co umieją rysować (Polacy), rysują poza Polską lub im się nie chce, bo szuflady pełne już mają. Więc o czym/o kim pisać? O przedrukach zagranicznych? O sytuacji na rynku komiksowym nie warto. Wydawnictwa podcinają gałęzie, na których siedzą. Tworzą błędne koła, zero reklamy, zła sprzedaż, obniżony nakład, podwyższona cena, ciągle brak reklamy, jeszcze gorsza sprzedaż, kolejny obniżony nakład... tytuł znika. Jestem miłośnikiem translacji – żadne wydawnictwo nie jest w stanie tego zastąpić. Mamy XXI wiek, target się rozproszył, a żaden wydawca nie zawraca sobie głowy tym, by go scalić. Więc o czym pisać? O umierających tytułach jak FK z Egmontu? O umierających wydawnictwach? Kącik z nekrologami”.

Kuba Jankowski (Polter.pl) http://komiks.polter.pl „Nie wyobrażam sobie swojego normalnego dnia pracy, czy też dnia wolnego, bez komiksu. Może być pod każdą postacią: filmu komiksowego, lektury dla relaksu, lektury do recenzji, tłumaczenia, sczytywania dla znajomego wydawcy, przeglądania niusów, czytania książek o komiksie, tłumaczenia komiksu, redakcji tłumaczenia etc. Pani psycholog w moim liceum też tak wyszło z mojego testu osobowości-zainteresowań: »Wyczuwam u pana silny związek z grafiką, plastyką. Praca na takim polu będzie panu sprawiać przyjemność i w takiej pracy pan się odnajdzie«. To było około 13 lat temu... Nigdy nie miałem czasu, żeby ćwiczyć rysunek, dlatego też nie rysuję już komiksów, za to w scenariuszach próbuję sobie grzebać. Chyba jednak słowo było dla mnie zawsze łatwiejszym materiałem do obróbki.

kulisy wielu ciekawych komiksowych inicjatyw. Czas jednak pogodzić się z tym, że w życiu obowiązków jest coraz więcej, a czasu nie przybywa […]. Nie rozstaję się z „komiksowem” – komiksowymi przyjaciółmi i znajomymi, komiksowymi imprezami, komiksowym internetem. Nadal będę wspierał wybrane inicjatywy w formie i zakresie, który uznam za stosowny, nadal będę robił zdjęcia na tych imprezach, na które uda mi się pojechać”. Pełną treść oświadczenia znajdziecie tutaj: http://wrak.pl/index.php?strona=aktu&n=2011.05.01


Bloga www.przypadkiem.blogspot.com założyłem między innymi z tego właśnie powodu. Z potrzeby pisania i dzielenia się swoimi komiksowymi spostrzeżeniami (fora internetowe nigdy mi nie wystarczały), ale nie tylko. Chciałem też zaistnieć w środowisku komiksowym, poznać ludzi, zareklamować się jako tłumacz, pisać o nieznanym w Polsce komiksie portugalskim (potem o hiszpańskojęzycznym), bo uznałem, że warto go pokazać. Naiwnie liczyłem, że zawartość bloga może posłużyć za quasi-dziennikarskie portfolio w przyszłości, tzn. że ktoś z Internetu mnie wyłowi i na pisaniu o komiksie będę sobie dorabiał do skromnego wynagrodzenia uniwersyteckiego. Poniekąd zrobił to Poltergeist, gdzie od końca stycznia jestem szefem działu komiksowego. Satysfakcji jest z tego dużo, pieniędzy brak, ale nie zniechęcam się. Ograniczyłem trochę wydatki na komiksy, bo egzemplarze recenzyjne dostaję za darmo. Drugą część komiksów, którą bym normalnie kupował, dostaję jako egzemplarze autorskie za tłumaczenia, kolejną część od mojej Kasi, której pomagam redagować teksty tłumaczeń z francuskiego. Czytam też trochę tytułów zagranicznych, które wydawcy chcą sprawdzić przed inwestowaniem w ich wydanie, i piszę ich wewnętrzne recenzje. Jasne, dobrze byłoby zostać recenzentem wewnętrznym na umowie z wydawnictwem, ale niestety nie ma tak dobrze. Wymierny zysk działania dziennikarskiego w polskim komiksowie to właśnie darmowe egzemplarze komiksów, dostęp

do tytułów zagranicznych i ewentualne zlecenia na ich tłumaczenie (to z recenzji wewnętrznych, oczywiście). Jest jeszcze zysk-inwestycja w postaci dużej liczby kontaktów, które mogą ciekawymi projektami skutkować w przyszłości. Byle na tę świetlaną przyszłość nie trzeba zbyt długo czekać... W zasadzie przekroczyłem już trzydziestkę, więc powinienem twardo odmawiać udziału w projektach „ku chwale”, ale póki mam trochę wolnego czasu, nie jest mi żal poświęcać go na komiks pro bono. Docelowo myślę o pisaniu o komiksie na akord w dziale kulturalnym jakiegoś tygodnika, bo Internet oprócz szerokiego zasięgu niestety przyzwyczaja również do traktowania i tworzenia jego zawartości za darmo. Dopóki za coś czytelnik nie musi płacić, to jest super. Zainteresowanie spada, kiedy pojawiają się nawet tzw. mikropłatności (które mogą generować spory zysk przy liczbie użytkowników Internetu). Oprócz ataku na prasę, zastanawiam się nad pisaniem książek o komiksach. Zapewne od strony tłumaczeniowej będzie najłatwiej, ale i inne płaszczyzny wyjściowe z czasem się znajdą. Oczywiście dążyć będę do tego, aby na dziennikarstwie komiksowym zarabiać, ale ogólnie myślę, że w tej działce nie ma w najbliższym czasie szans na stworzenie nawet minirynku pracy, zwłaszcza w Internecie, bo komiks w Polsce to dziwna sprawa: sporo ludzi się w niego bawi, ale podobno nikt z niego się nie utrzymuje”.


59

Karol Wiśniewski (Aleja Komiksu) http://komiks.nast.pl/ „Do Alei dołączyłem w 2006 roku. Zadecydowała nie tylko pasja, ale i fakt, że zarówno ja, jak i ówczesny naczelny, czyli Grzegorz Ciecieląg, byliśmy z tego samego miasta i tej samej uczelni. Bardzo lubiłem komiksy, więc możliwość rozszerzenia tej pasji wydała mi się niezwykle interesująca. Mogłem rozwinąć swoje możliwości pisarskie i dziennikarskie, nauczyć się, jak funkcjonuje portal internetowy, a także przeczytać mnóstwo komiksów, do których wcześniej nie miałem dostępu. Plany na przyszłość względem pisania o komiksach… Gdybym miał więcej czasu to wprowadziłbym te plany w życie. A tak wiem, że będę pisał o nich mniej i mniej – z przyczyn prozaicznie życiowych. Zresztą jest to kwestia, która dotyka obecnie dużą część komiksowych mediów: ludzie się starzeją (dorastają?) i z przyczyn finansowo-osobistych ograniczają lub całkowicie odchodzą od pisania o komiksie. Pasja i hobby ustępują miejsca rzeczywistości. W związku z tym zmniejszy się liczba blogów publicystycznych. Przewiduję też, że niektóre portale również znikną lub zredukują obszar swej działalności. Zresztą, jak na rozmiar naszego rynku komiksowego mieliśmy wręcz nadmiar komiksowej publicystyki

i informacji w sieci. Gwoli ścisłości: brakowało jej w tzw. mainstreamowych mediach, podczas gdy dziesięć portali ogólnokomiksowych puszczało te same newsy. I nadal będzie tak robiło (tak, jestem współwinny). Oczywiście, krytyka komiksowa nie zginie, ale z pewnością zmieni się i ulegnie skurczeniu. Przynajmniej na kilka lat, aż pojawi się kolejne pokolenie wyżu demograficznego i ożywienie rynku komiksowego. Wydaje mi się jednak, że tematycznie będzie mniej rozważań nad komiksem undergroundowym i niezależnym, a więcej niż obecnie będzie pisało się o mainstreamie. Polskie strony, które traktują wyłącznie o komiksach Marvela czy DC mają więcej odwiedzin niż np. Aleja Komiksu, która teoretycznie pisze o wszystkim. Ruch na tamtejszych forach jest też dużo większy niż na forum Alei, Poltera czy Gildii (mówię o działach komiksowych). Wydaje mi się, że to zjawisko będzie się nasilać. Komiksy są drogie, ale skany już nie, dochodzi też wpływ filmów i animacji. Zresztą, ogólnie i tak zajmujemy się niszą w niszy: ludzie lubią czytać komiksy, ale czytać o komiksie – dużo mniej, a czytać o niszowych komiksach – prawie w ogóle. Taka prawda, takie hobby”. Tomasz Pstrągowski (Komiksomania.pl) http://komiksomania.pl/ „Zacząłem na studiach, zakładając z Krzyśkiem Urbańskim »Komikz«. Trochę dlatego, że uważałem, że mam coś ciekawego do na-


pisania. Trochę dlatego, że chciałem zapunktować u mojego promotora, prof. Jerzego Szyłaka. A trochę dlatego, że nie stać mnie było na komiksy, a egzemplarze recenzenckie kusiły. Do Komiksomanii dostałem się, bo dobrze wypadłem na rozmowie – doświadczenie przy »Komikzie« raczej nie zaszkodziło. Dziś pisanie o komiksach to moja praca. Mam swoje stanowisko, pensję, cele serwisu. Moim planem jest ciągnąć Komiksomanię tak długo, jak długo będą żyli ludzie, którzy chcą ją czytać. Póki co czuję jeszcze misję wprowadzania komiksów na salony mainstreamu, ale to się najprawdopodobniej niedługo skończy, konkurencja nie śpi. Perspektyw nie widzę. Nasza działka znajduje się w stagnacji, serwisy egzystują głównie dzięki newsom i recenzjom, nie uznając innych gatunków publicystycznych. Czasami odnoszę wrażenie, że niektórych redaktorów nie stać zresztą na nic więcej. Problemem jest też niszowość tematyki. Poważne komiksowe teksty zawsze będą czytać nieliczni. A jest ich na tyle mało i są na tyle niemrawi, by nie opłacało się dla nich zmieniać modelu wypracowanego przez te kilka ostatnich lat”.

n g ą i c Ś rad e t i L

n

y z c e a


61

#7

011

maj 2

nij r a d ik!

ytn

Christina Hachfeld-Tapukai

14

Wywiad z TOMASZEM KOĹ ODZIEJCZAKIEM

Niebo nad Maralal

wersja testowa

127


c

ie c e i

Dz

cz

a ez

ie

n yta

WIOSENNY ATAK RINOWIRUSÓW

W

iosna, ptaszki ćwierkają, dzieci... kichają. Kichają, prychają, nosem pociągają, nogą powłóczą, energię mają zerową, apetyt znikomy – czas na wizytę u lekarza. Moja trzyletnia córka ma zakodowany całkiem sympatyczny wizerunek polskiej służby zdrowia. Przychodnia to miejsce zabawy z innymi dziećmi, bieganie po korytarzach, jeżdżenie windą i przede wszystkim nowe zabawki. Dla niej same atrakcje, a dla lekarzy na pożarcie – młodsza siostra. Co na to wspomniane dziecię? Półtoraroczna Destrukcja dyplomatycznie wstrzymuje się od odpowiedzi. Stanowczy protest wyrażony głównie samogłoską aaaa słychać tylko, gdy trafia w pielęgniarskie ręce (z jej perspektywy zapewne straszliwe szpony). Wysokie tony siostrzanych lamentów nie robią na Demolce żadnego wrażenia. Wyścig samochodzików wokół lekarskiej

wagi pochłania ją całkowicie. Zresztą temat szczepień dawno już gruntownie omówiłyśmy z książeczkami w ręku. Teoretyczne lekcje wsparła praktyka – kalendarz malucha naszpikowany jest spotkaniami z igłą i strzykawką. W rezultacie lekarskie ABC Demolka ma w małym paluszku. Otoskop czy stetoskop nie mają dla niej żadnych tajemnic, a płacz małej Destrukcji nie jest straszny, lecz zrozumiały. Czy wiecie, że najwięcej bakterii i zarazków zadomowiło się na pilotach od telewizorów? Na klawiaturze komputera też założyły sporą kolonię. Najlepiej (oprócz ich wyczyszczenia) odstawić na chwilę telewizję i Internet i poczytać maluchom na przykład o ataku rinowirusów. Rządy tej mikroskopijnej, a jednak liczbowo gigantycznej armii podstępnych stworzeń przez długi czas pozbawiały moich bliskich sił i woli działania. Dobrze jest poznać metody walki przeciwnika. Do książek więc!


63

tuzy i czerwone majteczki Clarka Kenta wywołują uśmiech na twarzy. Ich bronią są maszyny przypominające... odkurzacze. Oryginalna książeczka, dużo medycznej wiedzy i spora dawka zabawy.

Wojciech Feleszko, pediatra obdarzony fantazją i pisarskim talentem, i Ignacy Czwartos, grafik, który nie boi się postraszyć dzieci, stworzyli razem unikalne dzieło Lądowanie Rinowirusów. Z dużą dawką humoru opowiadają dzieciom o tym, co tak naprawdę dzieje się w ich małych noskach podczas przeziębienia, gdy zakatarzone i z gorączką przymusowo leżakują w łóżku.

Tytuł: Lądowanie Rinowirusów. Przeziębienie Autor: Wojciech Feleszko Wydawnictwo Hokus-Pokus Ilustracje: Ignacy Czwartos Seria: Na sygnale Liczba stron: 40 Cena: 27,99 zł Twarda oprawa

W wesołej rodzinie Nosków z chorobą dzielnie walczy przedszkolak Kajtek. Mama Monika zapobiegliwie wzywa na pomoc ulubieńca wszystkich domowników, doktora Florentego Orzeszkę. Ten szybko przybywa na swoim skuterze, bada małego pacjenta i oprócz przepisania stosownych medykamentów tłumaczy mu króciutko, że właśnie w tej chwili w jego organizmie toczy się walka plutonu Limfocytów z groźnym najeźdźcą, Rinowirusami. Zabawną opowieść Feleszki znakomicie uzupełniają ilustracje. Hordy dzikich Rinowirusów z dzidami i nożami, dosiadających dziwnych wężowych stworów o ostrych zębach są śmieszno-straszne. Limfocyty odziane przez Czwartosa w strój superbohatera, znamienne niebieskie raj-

Obrazkowa książeczka edukacyjna pomaga wyjaśnić najmłodszym, jak i dlaczego należy dbać o zdrowie. Ilustracje przedstawiają dzieci w różnych sytuacjach: podczas jedzenia posiłków, przy codziennej kąpieli, a nawet w czasie korzystanie z toalety. Młody czytelnik dowiaduje się między innymi, która żywność jest zdro-


wa, dlaczego nie warto zwlekać z pójściem spać, skąd biorą się choroby, poznaje nawet niemiłe stworzonka odpowiedzialne za swędzenie skóry głowy, czyli wszy. W prosty i przystępny sposób pokazane są konsekwencje braku troski o zdrowie: objadanie się słodyczami i sporadyczne używanie szczoteczki do zębów kończy się wizytą u dentysty, niemycie rąk prowadzi do przeziębienia, a niewyspanie jest gwarancją złego humoru następnego dnia. Dokładnie zilustrowane są etapy wizyty u lekarza – od badania stetoskopem i oglądania gardła, przez sprawdzenie stanu uszu i pomiar ciśnienia, aż po ważenie i mierzenie. Autorka przybliża również temat szczepień. Książeczka nie zachwyci szatą graficzną czy fabułą, ale jej walory edukacyjno-wychowawcze sprawiają, że warto ją umieścić w dziecięcej biblioteczce. Przede wszystkim prewencja... Tytuł: Dbaj o Zdrowie Autor: Nathalie Belineau, Emilie Beaumont Wydawnictwo: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Ilustracje: Sylvie Michelet Tłumaczenie: Zuzanna Apiecionek Seria: Obrazki dla Maluchów Liczba stron: 32 Cena: 12,49 zł Twarda oprawa

Seria To nic strasznego oswaja maluchy z trudnymi sytuacjami: przeprowadzką, narodzinami rodzeństwa lub, jak w przypadku opisywanej właśnie książeczki, wizyty u lekarza. Perypetie pięcioosobowej (nie licząc psa i kota) rodziny Kowalskich wywołują uśmiech na twarzy małego i dużego czytelnika. Ilustracje Stephena Cartwrighta jak zawsze pełne są ciepła i humoru. Codzienne sytuacje związane z okiełznaniem i wychowaniem trojga dzieci obfitują w komizm. Wizyta u lekarza zmienia się w wielką wyprawę, gdy okazuje się, że najmłodsze maleństwo czeka szczepienie, siostrę boli gardło, a starszy brat ma zwichniętą rękę. Lekturę urozmaica zabawa. Ilustrator bawi się z czytelnikiem, ukrywając przed nim na każdej stronie małą, żółtą kaczuszkę. Uważny czytelnik znajdzie ją w rozmaitych zakamarkach, nawet w koszu na śmieci.


65

Atutem książeczki jest też duża czcionka i prosty, nieskomplikowany tekst pomagający w nauce czytania Tytuł: Wizyta u lekarza Autor: Anne Civardi Wydawnictwo Book House Ilustracje: Stephen Cartwright Tłumaczenie: Marta Łukasiak Seria: To nic strasznego Liczba stron: 16 Cena: 15,50 zł Twarda oprawa

Wielki smok pożera jagody Czupieńków. Mało tego, monstrum zmusza sympatyczne stworki, by zbierały owoce pokrzepidełka tylko dla niego. Książeczka stworzona przez francusko-polski duet, pisarza Gerarda Moncomble i rysownika Pawła Pawlaka, tchnie ciepłem. Uczy, że nie wszystkie potwory są potworne, opowiada o empatii, odwadze i wybaczeniu. Oglądanie ilustracji szybko przekształca się w podziwianie warsztatu ilustratora. Smok-nie-smok z ogonem bobra i rogami, zabawne Czupieńki i przede wszystkim dobór radosnych, wesołych kolorów wywołują uśmiech na twarzy dziecka. To już druga książeczka o przygodach Czupieńków. Wcześniej drukiem ukazała się Gwiazdka, historia o zimowych przygodach miłych ludków. Twórcy w planach mają jeszcze dwie części, w których tłem akcji będą kolejne pory roku – wiosna i lato. Żaden z Czupienków nie jest nawet lekko zakatarzony. W książeczce nie znajdziemy ani słowa o przeziębieniu, jednak gdy naszą pociechę gnębi jakaś choroba, Czupieńki umilą ten trudny czas.

Patyczkowate rączki, wydłużony, pocieszny pyszczek i krasnali wzrost. Oto Czupieńki, małe, leśne stworzonka. Mieszkają w kolorowych domkach na drzewach, noszą wielgachne czapy i barwne płaszczyki. Nie wadzą nikomu. Zajadają swój ulubiony przysmak, czyli jagody czerwonych pokrzepidełek, i gromadzą zapasy na zimę. Jesienny wiatr porywa czerwono-żółte liście z drzew, więc już najwyższy czas zapełnić spiżarnię. Nagle „ziemię zalał cień głęboki jak noc”.

Tytuł: Smok Autor: Gerard Moncomble Wydawnictwo Media Rodzina Ilustracje: Paweł Pawlak Seria: Czupieńki Liczba stron: 36 Cena: 22,50 zł Twarda oprawa


POD LUPĄ !!!

DLA DZIECI WWIEKU:

4-6

2-3

2-4

3-5

BAWI

!!!

!

!!!

!!

UCZY

!!!

!!!

!!

!!

CIESZY OKO – SZATA GRAFICZNA

!!!

!

!!!

!!!

CIESZY UCHO – EFEKTY DŹWIĘKOWE

-

-

-

-

WIERSZEM PISANE

-

-

-

-

Z KRAINY FANTAZJI

-

-

-


67

Z ŻYCIA WZIĘTE - AUTOR O CODZIENNOŚCI

-

AUTOR BAJKI OPOWIADA

-

-

-

AUTOR O ŻYCIU I ŚMIERCI – POWAŻNE TEMATY

!

-

-

!!

AUTOR PRZYBLIŻA HISTORIĘ

-

-

-

-

AUTOR STRASZY

!

-

-

-

DODATKOWE ATRAKCJE – NIETYPOWE DEKORACJE

-

-

-

-

DOROSŁY TEŻ POLUBI

!!

!

!!!

!!!


Fot. shutterstock.com

Książki, które przeczytam mojemu swyicnz owi Piotr Stankie

D

ziś opowiem o czymś, co już zacząłem czytać Patrykowi, ale musiałem przerwać na wyraźne żądanie mojej żony, ale o tym za chwilę. Dobór tytułów do cyklu, jak już kiedyś wspomniałem, jest całkowicie subiektywny, jestem i zamierzam być w tym suwerenny. Piszę o tym, ponieważ tym razem wybór podyktowany jest też faktem, że ten numer skupia się w dużej mierze na komiksie. Pewnie prędzej czy później wspomniałbym o Koziołku Matołku, ale skoro jest okazja… Tak naprawdę ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to komiks, czy tylko wierszowane historyjki z obrazkami. Nie wiem nawet, czy sami twórcy (Makuszyński i Wa-

lentynowicz) mieli świadomość tworzenia podwalin pod polską sztukę komiksową. Pewne jest to, że na historyjkach o średnio rozgarniętym koziołku wychowało się kilka pokoleń polskich dzieci, otrzymując gigantyczną dawkę fantastycznych przeżyć wizualnych i emocjonalnych. Pamiętam


69

dobrze moje własne, zaczytane egzemplarze wszystkich ksiąg, do dzisiaj w każdej chwili mogę wyrecytować sporo tekstu, a każdy obrazek na zawsze wbił mi się w pamięć. Wiem to stąd, że Dziadek Patysia zabrał go jakiś czas temu do Pacanowa i kupił mu tam zbiorcze, nowe wydanie wszystkich przygód. Dzięki temu miałem okazję odświeżyć sobie te historyjki i przekonać się, że dzieciństwo, oprócz smaków i zapachów, ma jeszcze kolory i obrazki. Dzisiaj oczywiście takie rzeczy robi się inaczej, być może lepiej. Z pewnością kreska w Przygodach Koziołka Matołka miała prawo się zestarzeć, dla mnie jednak stanowi bilet powrotny do pokoju mojego Dziadka lub pełnego słońca balkonu z widokiem na podwórko, na którym czytałem/oglądałem właśnie te historyjki. Pamiętam też, że czytała mi je Babcia po powrocie z pracy, przy stole w kuchni (wychowywałem się w rodzinie kilkupokoleniowej, co było naprawdę super). Jak wspomniałem, zacząłem jakiś czas temu czytać o Koziołku Matołku mojemu synowi. Niestety, fragment z Babą Jagą zrobił na nim dość duże wrażenie. Na tyle duże, że moja najlepsza żona zakazała mi kontynuować. Od razu spieszę z pewnym wyjaśnieniem. Nie jestem zwolennikiem

straszenia dzieci, ale nie uważam też, że odrobina dreszczyku czy lęk przed czymś sprawią, że do końca gimnazjum będę sponsorował nowe samochody różnej maści terapeutom. Niemniej z powodów znanych większości mężów czekam, aż Patryk będzie trochę starszy. W tajemnicy powiem, że już się nie boi Baby Jagi, a to od momentu, kiedy mu powiedziałem, co Tata jej zrobi, jak ją spotka. Chciałem jednak zwrócić uwagę na to, że z dzisiejszego punktu widzenia komiks o Koziołku Matołku jest być może okrutny, rasistowski i pełen nieprawdziwych informacji o świecie. Za to go lubię między innymi. Bo stawia sobie za cel rozbudzanie ciekawości małych dziatek, a nie uczenie ich o świecie. Nie jest też rasistowski, ale skrojony na inne czasy, kiedy czarnego człowieka nazywało się murzynem i nikt nie robił z tego wielkiej sprawy. Nie było też wtedy książek o dwóch tatusiach, kupie ani zwierzątkach, które wszystkie się przyjaźnią, a lwy jedzą tofu. Być może część treści będzie już niezrozumiała dla naszych dzieci (czy ktoś pamięta, czym był Gebethner i Wolff?), tekst pełen jest archaicznych, z naszego punktu widzenia, sformułowań. Co ciekawe, dla mnie i moich rówieśni-


ków treść była raczej łatwa do zrozumienia, choć nie kąpałem się nigdy w balii, nie używałem też kałamarza. Z drugiej strony może to być dokonała okazja, żeby wzbogacić słownictwo dziecka i poćwiczyć trudną sztukę tłumaczenia świata, nawet jeśli to świat, jak wspomniałem, nieprzystający do obecnych realiów. Kwintesencją tych książeczek są tak naprawdę przygody, a potrzeba ich przeżywania nie przemija u dzieci. To, czego doświadcza dzielny kozi bohater, jest istotnie niesamowite, autorzy dali popis genialnej wyobraźni, akcja nie zwalnia ani na chwilę. Raz Matołek staje się małpim królem, by za chwilę grać w filmie lub brylować na balu. Z pewnością dobrze będzie dozować dziecku czytane historyjki, aby nie zrobić mu mętliku w głowie. Można też omijać fragmenty, które naszym zdaniem są zbyt dosadne lub dosłowne, jak fragment o ucinaniu koziołkowi głowy lub chęci zjedzenia go przez domniemanego przyjaciela. Co Koziołek Matołek może dać mojemu synowi? Rozbudzenie tęsknoty za przygodami, przedwojenny sznyt, bogate słownictwo i mnóstwo powodów, aby z Patrykiem rozmawiać i tłumaczyć mu opisane w komiksie historie. A co dla mnie? Chyba należę do tych osób, dla których dawniej oranżada była smaczniejsza, a lody Bambino bardziej bambinowe. Dzieciństwo to magiczna kraina, która niechętnie otwiera swoje podwoje przed dorosłymi profanami. Być może właśnie Przygody Koziołka Matołka dadzą mi taką możliwość, zwłaszcza że dzisiaj już nie powstają takie bajki dla dzieci.

n g ą i c Ś rad e t i L

n

y z c e a


71

#7

011

maj 2

nij r a d ik!

ytn

Christina Hachfeld-Tapukai

14

Wywiad z TOMASZEM KOĹ ODZIEJCZAKIEM

Niebo nad Maralal

wersja testowa

127


Maciej Malinowski jest mistrzem ortografii polskiej (katowickie „Dyktando”), autorem książek „(...) boby było lepiej. Mistrz polskiej ortografii pokazuje, jak trudna jest polszczyzna, i namawia językoznawców do... zmian w pisowni (Kraków 2002 r.); „Obcy język polski” (Łódź 2003 r.) oraz „Co z tą polszczyzną?” (Kraków 2007 r.). Od 2002 r. prowadzi rubrykę językową w ogólnopolskim tygodniku „Angora”.

O zdradliwości zapożyczeń (6)

Dezawuować, czyli…

S ł o w o dezawuować należy to tych zapożyczeń, którymi chętnie posługują się politycy, parlamentarzyści, naukowcy, dziennikarze. Jest niewątpliwie modne. Nie mam jednak wątpliwości, że natychmiast by zniknęło ze słownic-

twa sporej grupy Polaków (głównie tych poważnie traktujących sprawy własnego języka), gdyby wiedzieli oni, jakie jest faktyczne jego znaczenie… Na przykładzie dezawuować postaram się pokazać, jaki los może spotkać wyraz pochodzenia obcego, który dawno temu wszedł do polszczyzny, otrzymał definicję zgodnie z tym, co oznacza w oryginale, ale który później, wskutek samowoli użytkowników języka i mało zdecydowanego stanowiska lingwistów (sic!), stał się neosemantyzmem. Nie byłoby i w tym jednak niczego zaskakującego, gdyby nie to, że w wydawnictwach poprawnościowych znajdują się jeszcze dziś… odmienne definicje omawianego czasownika! Oto dowód: Mały słownik wyrazów obcych Feliksa Jakubowskiego (z 1959 r.): dezawuować ‘nie godzić się ze stanowiskiem i czynami osoby, która działała z czyjegoś upoważnienia; zaprzeczać, nie uznawać’; Poradnik językowy. Podręcznik dla pracowników prasy, radia i telewizji (z 1969 r.) Marii Kniagininowej i Walerego Pisarka: dezawuować ‘cofnąć uznanie, ganić, nie pochwalać, ujemnie oceniać’; Słownik poprawnej polszczyzny PWN (z 1973 r.) pod red. prof. Witolda Doroszewskiego i Haliny Kurkowskiej: dezawuować ‘oświadczać, że osoba powołująca się w swym działaniu na czyjeś zaufanie lub upoważnienie już do tego zaufania lub upoważnienia nie ma prawa; ‘cofać uznanie’; ‘oceniać ujemnie; dezaprobować’. Słownik wyrazów obcych PWN (z 1978 r.) pod red. Jana Tokarskiego: dezawuować ‘oświadczyć, że osoba powołująca się


73

w swym działaniu na czyjeś zaufanie lub upoważnienie już do tego nie ma prawa’; Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem (z 1989 r.) Władysława Kopalińskiego: dezawuować ‘ nie uznać czyjegoś prawa do jakichś działań, do reprezentowania kogo a. czego, do występowania w czyimś imieniu’; ‘wyrzec się odpowiedzialności za kogo, cofnąć aprobatę’; ‘dyskredytować kogo’. Słownik języka polskiego PWN (z 1992 r.) pod red. prof. Mieczysława Szymczaka: dezawuować ‘nie uznawać czyjegoś prawa do jakichś działań, do występowania w czyimś imieniu; cofać aprobatę, kwestionować upoważnienie’. Mały słownik języka polskiego PWN (z 1997 r.) pod red. Elżbiety Sobol: dezawuować ‘ oświadczyć, że osoba powołująca się w swym działaniu na czyjeś zaufanie lub upoważnienie już do tego nie ma prawa’; ‘cofnąć uznanie, zaprzeczać, dezaprobować’; Nowy słownik poprawnej polszczyzny PWN (z 2000 r.) pod red. prof. Andrzeja Makowskiego: dezawuować ‘odmawiać komuś prawa do występowania w czyimś imieniu, cofać swoją aprobatę dla kogoś, dane komuś upoważnienie do czegoś; nie uznawać czyichś praw do robienia czegoś’. Uwaga! Wyraz błędnie używany w znaczeniu ‘demaskować, odkrywać czyjeś prawdziwe oblicze’ oraz w znaczeniu ‘oceniać ujemnie’. Wielki słownik wyrazów obcych PWN (z 2003 r.) pod red. Mirosława Bańki: dezawuować ‘pomniejszać czyjeś zasługi lub wartość czegoś’; ‘dyskredytować’; Uniwersalny słownik języka polskiego PWN (z 2003 r.).pod red. prof. Stanisława Dubisza: dezawuować ‘umniejszać wartość czegoś, podważać coś, dyskredytować’.

Co widać z tego zestawienia? Ano to, że po pierwsze, prof. prof. Maria Kniagininowa, Walery Pisarek i Witold Doroszewski dopuszczają do użycia dezawuować w znaczeniu ‘ujemnie oceniać’, a prof. Andrzej Markowski – nie, a po drugie, że najnowsze słowniki w ogóle pomijają znaczenie ‘odmawiać komuś prawa do występowania w czyimś imieniu, cofać swoją aprobatę dla kogoś, dane komuś upoważnienie do czegoś; nie uznawać czyichś praw do robienia czegoś’. Według nich dezawuować to ‘umniejszać wartość czegoś, podważać coś, dyskredytować’. Trudno zrozumieć, dlaczego zrezygnowano z podstawowej definicji czasownika dezawuować, skoro pochodzi on od słowa désavouer ‘wyprzeć się, odwołać, nie uznać (czegoś), zaprzeczyć (czemuś)’. Jeśli później coś dziwnego stało się z rozumieniem tego zapożyczenia, to pal sześć − polszczyzna zna przecież przypadki rozszerzenia sensu wyrazów czy wyrażeń. Ale na Boga! Nie wolno kompletnie rezygnować z jednego znaczenia na rzecz innego! Nie mam wątpliwości, że wtórna definicja czasownika dezawuować, czyli ‘umniejszać wartość czegoś, podważać coś, dyskredytować’, powinna trafić do słowników, jednak podstawowe znaczenie musi się tam znaleźć na pierwszym miejscu! Na wszelki wypadek sam powstrzymuję się przed używaniem tego słowa, które w dodatku trzeba wymawiać jako [dezawuować, a nie: dezawułować]. Wciąż za dużo wokół niego niejasności… Maciej Malinowski


Męska rzecz, Damskie sprawy czyli płciowe dyskusje o książkach toczą Dorota Tukaj i Michał Urbaniak

„Ostatnia noc

w Chateau Marmont” M. Lauren Weisberger M. Lauren Weisberger jest cenioną autorką powieści obyczajowych, wybijających się ponad typową „chick-lit”. Co prawda równie łatwo się je czyta, natomiast mniej tu humoru (często charakterystycznego dla książek bridgetjonesopodobnych), a więcej oskarżania współczesnych mechanizmów społecznych. W swojej najnowszej książce Weisberger przedstawia dzieje Brooke i Juliana Alterów, małżeństwa, które musi się zmierzyć z nieoczekiwaną sławą.

D. O tym, że autorka potrafi coś więcej, niż tworzyć kolejne mutacje przygód Bridget Jones, nie trzeba mnie nawet specjalnie przekonywać. Należę do tych osób, które przeczytały i doceniły jej pierwszą powieść, Diabeł ubiera się u Prady, na długo przed jej zekranizowaniem. Ale przyznam szczerze, że mój kontakt z dwiema następnymi ograniczył się do przeczytania noty na okładce i zerknięcia do środka, gdzie jakoś trudno mi było dostrzec tę zjadliwą ironię, stanowiącą


75

główny atut Diabła…. I gdyby nie Ty, taki los również spotkałby Ostatnią noc w Chateau Marmont, do której ani trochę nie przyciągnął mnie tytuł pachnący melodramatem. M. A mówi się, że właśnie to najbardziej nęci kobiety! Myślałem, że już sobie przygotowałaś chusteczki. D. Mówi się, mówi i może nawet w statystyce znajduje to jakieś odzwierciedlenie. Chociaż nie bardzo rozumiem, na czym to zjawisko polega, bo ja nawet na etapie młodzieńczej chwiejności emocjonalnej zawsze miałam zapotrzebowanie na literaturę traktującą o czymś więcej niż tylko o wyznaniach, rozstaniach i powrotach. Weźmy takie Przeminęło z wiatrem – gdyby nie rewelacyjne tło historyczno-obyczajowe, samym wątkiem romansowym można by się zanudzić na śmierć! M. Ale tutaj mamy do czynienia z zupełnie innymi okolicznościami. Alterów poznajemy w momencie, gdy mają już za sobą etap flirtów, podchodów i gorących uniesień (zresztą opisany nie tandetnie, ale z umiarem). Są zwyczajnym małżeństwem… D. No, niezupełnie zwyczajnym, bo jeszcze niedawno taki układ był w ogóle nierealny, a i dziś ludziom myślącym bardziej konwencjonalnie może się wydać nie do przyjęcia! Żeby żona, pracując na dwóch etatach, cierpliwie utrzymywała męża – niszowego artystę – czekając na chwilę, kiedy i jemu uda się w końcu coś zarobić? M. Romantyczne!

D. Nie romantyczne, tylko nielogiczne i niepraktyczne! Wystarczy poczytać prasę kobiecą, by się połapać, że taka sytuacja rodzi konflikty i frustracje. Rzadko której parze udaje się ją przetrwać przez okres dłuższy niż rok czy dwa. A tutaj sprawa ciągnie się przez pięć lat, ona z pokorą haruje, a on zawzięcie robi swoje, nie próbując ani trochę jej ulżyć. Aha, nie, przepraszam… „Pomaga jej sprzątać, płacić rachunki i zajmować się psem”. To nazywasz normalnym małżeństwem? M. Przecież jest podział obowiązków! To bardzo miłe, że Weisberger przedstawia alternatywny, daleki od konserwatywnego model rodziny. To lubię. D. Wybacz, ale moim zdaniem to nie jest model alternatywny, tylko pozornie odwrócony – Brooke przejmuje rolę mężczy-


zny, Julian pozwala się utrzymywać, ale tak naprawdę to właśnie on wszystkim kieruje! Popatrz, jak ona reaguje na pytanie brata o plany prokreacyjne: powtarza za Julianem „kiedyś, któregoś dnia”, chociaż sama zdaje sobie sprawę, że zegar biologiczny działa na jej niekorzyść. Ona wypiera ze świadomości swoje potrzeby, bo on ma inną wizję najbliższej przyszłości! M. I na miejsce liberalizmu znów wchodzi ten nudny konserwatywny model. Dokąd zmierzasz, świecie? D. Jak by to powiedzieć… może do przedłużenia istnienia gatunku? Bez prokreacji to raczej niemożliwe, a i sama prokreacja nie wystarczy, człowiek to nie jakiś robaczek, który natychmiast po wykluciu się zaczyna żyć na własny rachunek – trzeba go przez jakiś czas chronić, trzeba mu stworzyć jakiś system wartości. M. Na przykład taki drobnomieszczański jak w rodzinie Juliana? D. Lepszy taki niż żaden! Gdyby Julian wychowywał się na ulicy, raczej nie miałby szans przekonać się, że ma zdolności muzyczne. A potem, jak chyba zauważyłeś, i tak odrzuca styl życia rodziców. I wcale nie powiela schematu, jaki zna z domu, tylko go odwraca – u starszych Alterów zarabia ojciec, a rządzi matka. Za to kiedy Julian zaczyna łapać wiatr w żagle, męska dominacja bardzo pięknie wychodzi na wierzch. On się może nie pokazywać tygodniami w domu, ale kiedy kiwnie palcem, żona ma na zawołanie zwalniać się z pracy i jechać na

jakiś idiotyczny bankiet czy galę; kompletnie go nie obchodzi, że ona kocha swoją pracę, chce się rozwijać zawodowo, a nie być szykowną ozdobą swojego sławnego męża! M. Nie przypisuj wszystkiego, co złe, Julianowi! Brooke powinna być bardziej asertywna i od razu się zbuntować. D. To akurat też wiem, ale czy zawsze robimy to, co powinniśmy? Zwłaszcza w literaturze? M. No, nie, i może na szczęście – bo musisz przyznać, że konflikt interesów został bardzo przekonująco ukazany. Wydaje się, że kompromis jest niemożliwy, tym bardziej że chyba każdemu z nich bardziej zależy na własnej karierze niż na swojej drugiej połowie. D. No, w przypadku mężczyzn to raczej standard. A zwłaszcza mężczyzn, którzy w jakiś sposób wybijają się ponad przeciętność. Nie będę tu wyliczała różnych znanych osobistości, którym natychmiast po zyskaniu popularności uderzyła woda sodowa do głowy. M. Śmiało… D. W każdym razie – jeżeli ON dostaje propozycję pracy w innym mieście czy za granicą, to z góry zakłada, że ona zrezygnuje z własnej pracy, kontaktów towarzyskich, ulubionej fryzjerki – taki scenariusz, że on zrezygnuje, bo nie chce jej pozbawiać tego, na czym jej zależy, praktycznie nie bywa brany pod uwagę. I tak samo jest z Julianem.


77

M. Ale przecież taki facet robi to zazwyczaj dla żony i dla rodziny! Skoro mu się trafia fajna fucha, to ma z niej zrezygnować, żeby żona pozostała przy pani Krysi, bo robi świetną trwałą? Co z priorytetami?! D. Ech, męska dosłowność! Zamiast fryzjerki może być biblioteka, koło gospodyń wiejskich, cokolwiek, co dla danej kobiety jest wyznacznikiem jakiejś stabilności albo dostarcza jej poczucia satysfakcji. W przypadku Brooke to jest przede wszystkim praca, zwłaszcza ta w szkole, która jest jednocześnie misją: nasza bohaterka otwarcie występuje przeciw irracjonalnej i szkodliwej tezie, że każda kobieta przez całe życie powinna mieć gabaryty słabo rozwiniętej dwunastolatki. Za to duży plus dla autorki. M. Ale chyba nie myślisz, że po przeczytaniu tej książki projektanci nagle przerzucą się na ciuchy w rozmiarze XXL? D. Nie mam w tej kwestii złudzeń, ale zwróć uwagę, że między wieszakiem a szafą jest jeszcze kilka rozmiarów pośrednich, czego ludzie ze świata mody – zresztą bardzo często mężczyźni – nie raczą dostrzegać! I tu dla autorki kolejny plus za nieprzylegalność do stereotypów – sama Brooke, choć jest niebrzydka i dość zgrabna, nie wygląda jak modelka i ani trochę się tym nie przejmuje, dokąd nie zostanie jej to dane do zrozumienia w dość nietaktowny sposób. Julian też nie jest ósmym cudem świata – niewysoki i z zaczynającą się łysinką – za to piękny Leo, chociaż taki piękny, to kawał szui.

Lauren Weisberger (ur. 28 marca 1977 r. w Scranton w stanie Pensylwania), amerykańska pisarka, autorka bestsellera z 2003 roku Diabeł ubiera się u Prady. W 1999 roku ukończyła Cornell University. Przez prawie rok była asystentką szefowej amerykańskiej edycji popularnego magazynu mody Vogue, Anny Wintour . Następnie podjęła pracę w czasopiśmie podróżniczym Departures. Oprócz błyskotliwego debiutu powieściowego Diabeł ubiera się u Prady, Lauren Weisberger napisała również Portier nosi garnitur od Gabbany (2005), za którą wydawca zapłacił 1 mln dolarów zaliczki, W pogoni za Harrym Winstonem (2008), oraz jest jedną z autorek antologicznych opowiadań Amerykańskie dziewczyny poszukują szczęścia. 25 maja 2010 roku w Stanach Zjednoczonych opublikowano, przez wydawnictwo Simon & Schuster, kolejna książka Lauren Weisberger pt. Last Night At Chateau Marmont która ukazała się w Polsce w Marcu 2011 roku pod tytułem "Ostatnia Noc w Chateau Marmont". (Wikipedia)


M. Tak, Weisberger nie popada w schematy, rezygnuje z oklepanych wątków, których można by się w takiej powieści spodziewać (na przykład atrakcyjna menadżerka Samara nie próbuje podrywać Juliana).

dników z niższej półki, żeby wiedzieć, że to problem dość powszechny.

D. Całe szczęście, bo i bez tego zdążył małżonce zalać sadła za skórę! Powiem Ci, że chociaż przy czytaniu nie doznałam szczególnie gorących emocji, to w jednym miejscu aż zazgrzytałam zębami – kiedy Brooke z takim samozaparciem wydaje niewyobrażalną wcześniej sumę na ubraniową niespodziankę dla Juliana, a on beztrosko wraca do domu z walizą dziesięć razy droższych ciuchów i radośnie oświadcza, że zmienia image. Trudno o gorszy afront dla kochającej kobiety!

D. Tylko do pewnego momentu, bo gdy wychodzi na jaw rzekoma zdrada Juliana, akcja zaczyna się wlec. Może to celowy zabieg, żeby pokazać, jaka Brooke czuje się bezsilna, gdy wszyscy ciągle kłują ją w oczy tymi zdjęciami – ale robi się nudno. A już zakończenie... Przecież pisarka, zamiast pozostawić rozwiązanie w zawieszeniu i dać czytelnikowi sposobność do rozmyślań, za jednym zamachem uzdrawia związek Alterów, i to w tak melodramatycznym tonie, że nie powstydziłaby się go nawet światowa specjalistka w tym zakresie – nasza ulubiona Danielle Steel!

M. No bo bohaterowie są autentyczni w swoich rozterkach czy frustracjach – autorka, opisując problemy Alterów, przedstawia kilka naprawdę celnych obserwacji obyczajowych dotyczących związków i w ogóle relacji międzyludzkich. Poza tym Ostatnia noc w Chateau Marmont świetnie pokazuje, jak całe życie człowieka, któremu się powiodło, staje się własnością publiczną – obcy ludzie mają wgląd w jego garnki i koszyki z zakupami, zyskują prawo komentowania każdej miny, każdego ruchu, każdego słowa gwiazdora czy członków jego rodziny. D. Wątpię, żeby było to dla czytelnika zaskakujące odkrycie. Wystarczy poczytać komentarze internautów pod wiadomościami dotyczącymi jakichkolwiek znanych osobistości albo obejrzeć okładki paru tygo-

M. Ale musisz przyznać, że autorka nieźle sobie poradziła z jego przedstawieniem.

M. Oj, prawda, to zakończenie też mnie ubodło. Całkiem dobrą powieść obyczajową, poruszającą niebanalny problem, spartaczyć w najgorszy z możliwych sposobów! Przez ten miód i lukier nie tknę przez miesiąc słodyczy! D. I bardzo dobrze, nasza bohaterka jako dyplomowana dietetyczka zaraz powiedziałaby Ci, czym grozi nadużycie cukru! M. A ja za to chętnie powiedziałbym autorce, żeby odłożyła chick-litowe powieści na najwyższą półkę regału. Widać nadmiar lukru, częsty w historiach o Bridget Jones i jej siostrach, szkodzi samej Weisberger! I to jej się przyda porada jakiejś dietetyczki – tyle że literackiej.


79

cz Zobtfaolio Por ne! on-li


Recenzje 82 Allen na scenie 83 Elbing 1945, Tom II: Pierwyj Gorod 85 Hardcore Zen 87 Czeczenia. Rok III 89 Polesie 90 Bez przebaczenia 92 Trzy żywoty świętych 94 Cięcie. Opowieść o chirurgii 95 Prefekt 97 Bociany zawsze wracają do gniazd 99 Ta trzcina żyje 100 Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia 102 Wintercraft 104 Afrika Korps. Pustynne Pantery.

105 107 109 111 113 115 117 118 120 122 123 125 127 129 130 132

Akacja Prawo, nie zemsta Diamentowe psy/ Turkusowe dni Dom w Toskanii Bornholm, Bornholm Dzicy wojownicy Czarodzieje Weranda pełna słońca Stracony chłopiec czyli tajemnice sekty mormonów Za wszelką cenę Zemsta hrabiego Skarbka Trucicielka Niebo nad Maralal Trojka Dżozef 7 Cudów Świata


81


Allen na scenie Woody Allen

Woody Allen przyzwyczaił nas do swojego wyjątkowego stylu i oryginalnego poczucia humoru. I jedno, i drugie znajdziemy w najnowszym wydawnictwie sygnowanym jego nazwiskiem. Jest to zbiór pięciu utworów scenicznych, wydanych już wcześniej w Polsce w innych publikacjach tego autora – w Skutkach ubocznych, Wyrównać rachunki oraz Bez piór. Pięć zawartych w opisywanym tomie utworów to kolejno: Pytanie, Gdy śmierć zastuka, Nad kobietami Lovborga, Śmierć i Bóg. Pełne patosu tytuły idealnie korespondują z treściami, które Allen przekazuje nam w swoich dziełach – widzimy w nich świat odwrócony do góry nogami, absurdalny i groteskowy. Allen wznosi się tutaj na wyżyny swoich

możliwości. Bohaterowie jego dramatów to karykatury postaci historycznych lub żywe zaprzeczenia stereotypów. Mamy więc okazję poznać podczas lektury m.in. nieporadną Śmierć, mało przerażającego mordercę, Abrahama Lincolna i jego żonę Mary Todd oraz greckiego dramatopisarza, któremu zależy tylko na zdobyciu pierwszej nagrody na festiwalu. Patos zostaje przez Allena bezlitośnie wyśmiany, powaga zostaje zastąpiona komizmem, a czytelnik bawi się przy tym wyśmienicie. W krótkich dramatach Allen na swój wyjątkowy sposób łączy historię z teraźniejszością, bawi się konwencjami i dorobkiem światowej kultury. I tak w Pytaniu przenosi czytelnika do ogarniętych wojną

domową Stanów Zjednoczonych, w Bogu zaś do starożytnej Grecji. Nad kobietami Lovborga wyśmiewa nadęty sposób wypowiadania się o wielkich klasycznych dramatopisarzach (jak można sądzić, prawdopodobnie w nawiązaniu do dzieł Henryka Ibsena). W Bogu czytamy zapis zabawy z widownią i tragikomiczne wykorzystanie słynnego cytatu Nietzschego w formie scenicznej, w Gdy śmierć zastuka stajemy się świadkami komediowej interpretacji motywu

Tytuł: Allen na scenie Autor: Woody Allen Tłumaczenie: Bogdan Baran, Piotr W. Cholewa, Jacek Łaszcz Wydawnictwo: Rebis 2011 Liczba stron: 196 Cena: 29,90 zł Uwagi: twarda okładka, obwoluta


83

gry ze śmiercią o jeszcze jeden dzień życia. Nawiązania do historii literatury i historii powszechnej są liczne i wplecione w komedie Allena w sposób mistrzowski. O czym więc możemy przeczytać w dramatach włączonych do zbioru Allen na scenie? Pytanie to historia zrozpaczonego ojca, którego syn skazany został na śmierć za niesubordynację w czasie pełnienia warty. Ojciec postanawia udać się osobiście do prezy-

denta Lincolna i błagać go o łaskę. Gdy śmierć zastuka jest historią nowojorskiego producenta ubrań, który stara się wywieść w pole samą Śmierć. Nad kobietami Lovborga to zbiór cytatów z wyimaginowanych sztuk autorstwa tytułowego skandynawskiego dramatopisarza, opatrzony licznymi komentarzami Allena. Śmierć to zapis nieudanego polowania na maniakalnego mordercę. Bóg zaś przedstawia proces tworzenia

utworu dramatycznego na potrzeby ateńskiego festiwalu. Allen przedstawia nam tutaj sztukę w sztuce (ta wystawiana w Atenach nosi tytuł Niewolnik), włączając do jej tworzenia widownię. Mamy więc przekrój przez różną tematykę, mamy różnych bohaterów i różne motywy. Ale wszystkie utwory zebrane w książce łączy satysfakcja czytelnika i świetna zabawa, jaką ma on z lektury Allena na scenie.

zniszczył pierwszą większą, rdzennie niemiecką miejscowość na drodze Sowietów.

Elbing 1945, Tom II: Pierwyj Gorod Tomasz Stężała

Jest styczeń 1945 roku. Nieubłagany walec radzieckiej armii zamyka w śmiertelnym kotle wokół Elbląga niedobitki Wehrmachtu, Volkssturmistów, uciekinierów i mieszkańców miasta. Te drama-

tyczne wydarzenia zostały opisane w recenzowanym wcześniej na łamach „Literadaru” Elbing 1945: Odnalezione wspomnienia. Drugi z kolei tom pokazuje oblicze brutalnego i krwawego szturmu, który

Tytuł: Elbing 1945, Tom II: Pierwyj Gorod Autor: Tomasz Stężała Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica 2011 Liczba stron: 468 Cena: 34,90 zł


Sposób prezentacji wydarzeń nie uległ zmianie, dalej mamy wgląd w obie strony konfliktu – poznajemy punkt widzenia zarówno żołnierzy radzieckich, jak i faszystów. Każdy szczegół operacji radzieckiej i niemieckiej obrony oddany został jeszcze bardziej drobiazgowo niż w poprzednim tomie. Do tego stopnia, że tę część należałoby czytać z mapą miasta i okolic w ręku, inaczej czytelnik będzie czuł się zagubiony w natłoku szczegółów. Ich nadmiar nie pozostaje bez wpływu na dynamikę powieści, która pod koniec staje się po prostu męcząca. Tyle informacji powinno znaleźć się w pozycji naukowej, bo w fabule się nie sprawdza. Pełne poświęcenia przełamywanie niemieckich pozycji, linia za linią, ulica po ulicy, dom po domu, zostało skontrastowane z częstym okrucieństwem i prostactwem radzieckich żołnierzy. Nie brakuje mocnych scen kontaktów „wyzwolicieli” z „giermańcami”, na szczęście bez zbytniego epatowania brutalnością. Z drugiej zaś strony mamy Niemców, którzy bronią swoich do-

mów (dosłownie). Paradoksalnie zaciskamy nerwowo zęby, czytając o nieudanych niemieckich kontratakach, i irytujemy się na łatwość radzieckich postępów. I to pomimo tego że Niemcy w tym zestawieniu bynajmniej nie zasługują na miano aniołów. Przedstawienie ich zmagań z ludzkiej perspektywy dało jednak efekt naturalnej sympatii wobec słabszego. Ten obraz jest uzupełniony o wstrząsający fresk niszczonego systematycznie miasta. Jest to świetny przykład, jak w doszczętny sposób Prusy zostały przeorane wojną, w nie mniejszym stopniu niż wiele innych miast Europy. Dorobek dziesiątek pokoleń, setki życiorysów na skutek szaleństwa jednej epoki w jednej chwili obróciło się w pył. Cała złożona sieć społeczna ożywiająca ten region uległa bezpowrotnej anihilacji. To uświadamia, że w takich miastach jak Elbląg Polacy długo nie mogli załatać urwanej ciągłości substancji miejskiej i jej tradycyjnych wartości. Ta obcość w jakiś sposób przypomina o miastach utraconych przez Rzeczpospolitą na

wschodzie, podobnie potraktowanych inżynierią społeczną na masową skalę. Przestają wtedy dziwić resentymenty potomków tzw. „wypędzonych”, które są także naszym udziałem względem Wilna czy Lwowa. Fabule brakuje bardziej wyrazistej puenty, książka się kończy upadkiem miasta i ucieczką jego komendanta. Brakuje podsumowania strat w ludności cywilnej i zniszczonej zabudowie. Interesujące, zwłaszcza dla czytelników spoza Elbląga, byłoby przedstawienie losów miasta już po zakończeniu działań wojennych, co spotkało jego mieszkańców i w jaki sposób zaczynała się tam Polska. Może autor jako autochton uznał, że jest to wiedza powszechnie znana? Tomasz Stężała swoją dwutomową powieścią dał ważne świadectwo dziejów niektórych części naszego kraju, dziś wstydliwie zapomnianych. Nie stawiając żadnych oskarżeń (jak ma to miejsce np. u Grossa), dał asumpt do przemyśleń na temat trudnych aspektów polskiej tożsamości.


85

Hardcore Zen Brad Warner

Amerykański rocker, grający w hałaśliwej, hardcore’owej kapeli. Kompletnie opętany Godzillą i Ultramanem wielbiciel japońskich filmów klasy B. Miłośnik pomalowanych psychometalowców z KISS. Twój prywatny mistrz Zen. Poznaj Brada Warnera, wschodzącą na polskim firmamencie kolejną gwiazdę amerykańskiej popkultury. Hardcore zen to autobiograficzna opowieść o Ameryce lat 90., muzyce punkrockowej, Japonii i buddyzmie. I jednocześnie, jak przystało na książkę o zen, nie jest autobiografią, portretem epoki i wszystkim innym. Jest receptą na życie, kolejnym kluczem do otwarcia pustej szkatułki zen. Kiedy czytelnik obcuje z tym tekstem,

może mieć wrażenie, że wydarzenia i postaci, o których czyta, są nadmiarowe, nieważne i kompletnie redundantne. Doświadczenie Brada Warnera może stać się uniwersalne, dostępne każdemu, dzielone między milionami jedermannów. I jednocześnie, jak przystało na książkę o zen, jest unikatowe, osobiste i absolutnie nieprzekładalne. Zachodnia kultura uwielbia zen. Pieści się z nim, odkąd nauczyła się czytać. Wielu starało się przybliżyć koncept stojący za drogą Buddy. Napisano dziesiątki książek o zen, każde pokolenie miało swoich przewodników, tłumaczących ów zen na nowo, w sposób dopasowany do aktualnej mody i mentalności. Brad Warner jest wła-

Tytuł: Hardcore Zen Autor: Brad Warner Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska Wydawnictwo: Elay 2010 Liczba stron: 216 Cena: brak ceny na okładce

śnie takim przewodnikiem, dzieckiem swoich czasów, z bagażem doświadczeń i przekonań wolnego człowieka Zachodu. Jego wykład o zen jest jasny i przystępny, oparty na dziesiątkach anegdotycznych przykładów z życia. Być może za tysiąc lat opowieści o zenistycznej Godzilli staną się nowymi koanami – kto wie? Zen Brada Warnera kompletnie odarte jest z mistycznej otoczki rodem z filmów kung-fu. Autor gra w otwarte karty – w jego wersji (buddyzm Soto) nie ma żadnego Oświecenia. Światło nie spada na człowieka, nie otwiera mu oczu i nie czyni z niego istoty doskonałej. Medytacja zazen jest piekielnie nudna, to po


prostu siedzenie i gapienie się w ścianę. Jest czynnością, od której boli dupa, a czasem przewraca się w głowie od złych myśli, jakie potrafią wyjść z głębin nieświadomości. Szlachetne, dystyngowane zen. Brudny i śmierdzący punk, tanie i nieprawdziwe filmowe potwory z gumy. Oto składowe rzeczywistości. Wymieszane, pozamieniane określeniami. Bo kiedy można napisać scenariusz filmu dla dzieci tak, żeby

pokazać pewne uniwersalne wartości, to gumowy potwór staje się dystyngowany i szlachetny, a zen, przez osmozę, zapewne nabiera trochę brudku i gumowości. Ale taka jest Rzeczywistość – nie ma o niczym pojęcia, jest pełna wątpliwości i niepewności. Dobry tekst często charakteryzuje się tym, że można go czytać na wielu poziomach. Taki jest właśnie Hardcore zen. Autobiografia, zbiór anegdot, opowiastki o mistrzach

zen i ich dziwacznych zwyczajach, wykład filozofii i manifest dobrego życia. To zdecydowanie wartościowa pozycja, godna polecenia każdemu. Laik znajdzie w niej przystępny obraz nieprzetłumaczalnej kultury. Praktyk zobaczy innego praktyka, mistrza zen przy pracy. Każdy zobaczy porządnego gościa, który zasługuje na pochwałę za dobrą, pogodną, ciepłą i wesołą książkę o najtrudniejszej rzeczy na świecie – filozofii.


87

Czeczenia. Rok III Jonathan Littell

Jonathan Littell, amerykański dziennikarz, ma już na swoim koncie bestsellerową powieść Łaskawe. Jego najnowsza książka, reportaż zatytułowany Czeczenia. Rok III, jest owocem kilkumiesięcznego pobytu w odbudowywanej po wojnie Czeczenii. Już na samym początku Littell zaznacza, że reportaż powstawał dwa razy. Pierwsza wersja, zgodnie z wyjaśnieniami autora, utrzymana była w tonie optymistycznym. Reportaż miał pokazać Czeczenię jako kraj, który pomimo pewnych trudności rozwija się i staje się państwem spokojnym. Jedno zdarzenie spowodowało, że dziennikarz zmienił swoją opinię na temat sytuacji w Czeczenii i napisał reportaż od nowa.

Jonathan Littell opisuje na pozór bezpieczny i szczęśliwy kraj rządzony przez Ramzana Kadyrowa – „największego budowniczego na świecie” i protegowanego Rosji. Czeczenia jest dynamicznie odbudowywana, zmienia się. Dla samego autora, który już wcześniej przyjeżdżał do Czeczenii z pomocą humanitarną podczas obu wojen, przede wszystkim stolica państwa – Grozny – zmieniła się nie do poznania. Nie ma śladów zniszczeń wojennych, powstają nowe budynki, domy, ulice, dworce, lotniska. Ludzie czują się tu bezpiecznie (przynajmniej ci, którzy nie doświadczają represji). Największym problemem wydaje się korupcja, która osiąga tu przerażające rozmiary. „Otkat” trzeba

zapłacić prawie przy każdej okazji, nawet po to, żeby dostać pracę pielęgniarki, kierowcy autobusu czy strażaka. Wręczenie łapówki nie daje jednak gwarancji, że posady Tytuł: Czeczenia. Rok III Autor: Jonathan Littell Tłumaczenie: Małgorzata Kozłowska Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Liczba stron: 206 Cena: 34,90 zł

się nie straci. Bezpieczeństwo i spokój to pozory, za którymi kryje się terror i przemoc. Ludzie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, są torturowani, zdarzają się morderstwa. I właśnie zabójstwo jednej ze współpracowniczek „Memoriału” (największego rosyjskiego stowarzyszenia obrony praw człowieka), Natalii Estemirowej, otwiera reporterowi oczy. Dzięki temu zauważa on zjawisko zwane „czeczenizacją” oraz sposób


sprawowania przez Kadyrowa władzy, która składa się z pięciu filarów: poparcia ze strony Putina, terroru, wzmożonej odbudowy kraju, kooptacji (przeciąganie byłych wrogów na swoją stronę) i islamu. Littell wszystkie te filary opisuje i tłumaczy ich znaczenie dla kraju. Tytułowy rok III to właśnie trzeci rok rządów Ramzana Kadyrowa. Książce można postawić kilka zarzutów. Zostajemy wręcz zasypani mnóstwem dat i nazwisk, w pewnym momencie trudno jest zapamiętać kto jest kim (trzeba dodać, że często te nazwiska są trudne i długie), padają też terminy, które początkowo nie są wyjaśnione. Prawda jest jednak taka, że aby przed-

stawić to, co dzieje się w Czeczenii obecnie oraz jej skomplikowaną sytuację, nie sposób tych wszystkich informacji pominąć. Autor stara się rzucić snop światła na zagmatwaną historię tej kaukaskiej republiki i trzeba przyznać, że nie jest to łatwe zadanie. Plusem dla Littella jest to, że wyraźnie widać, iż zna się on na tym, o czym pisze. Jednak długie zdania mogą wywołać u czytelnika znużenie. Lektura wymaga od czytającego dużego skupienia uwagi, momentami może być nawet nieco trudna. Czeczenia. Rok III to reportaż literacki. Autor bardzo często wyraża w nim swoje odczucia. Przyznaje się do błędów w interpretacji nie-

których wydarzeń. Snuje domysły co do uczuć i przeżyć bohaterów, na przykład uprowadzonej Natalii Estemirowej. Takie domysły wydają się zbędne, tym bardziej że Littell nie posiada na ten temat żadnej wiedzy. Można też odnieść wrażenie, że zbyt dużo mówi o sobie. Wyrażanie własnej opinii jest dozwolone w reportażu literackim, jednak w pewnych momentach czytelnikowi może się wydawać, że czyta pamiętnik, a nie reportaż o Czeczenii. Te wtrącenia mają jednak wartość, pozwalają poznać zdanie autora na temat otaczającego go świata, jego wrażliwość na innych oraz mogą pomóc w interpretacji niektórych sytuacji.

Portal cieszący się ogromną popularnością, dedykowany głownie mniejszościom seksualnym oraz osobom heteroseksualnym zainteresowanym kulturą i problematyką środowiska LGBT. Porusza i komentuje problemy przede wszystkim kulturalne, społeczne i lifestylowe, ale również z kręgu zdrowia i urody.


89

Polesie Antoni Ferdynand Ossendowski

Kto rozpoczynał świadomą egzystencję czytelniczą w czasach PRL, za pośrednictwem wierszowanej bajki Kornela Makuszyńskiego Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki miał szanse poznać nazwisko znanego w latach międzywojennych autora książek podróżniczych i przygodowych – ale żeby się zaznajomić z jakimkolwiek jego dziełem, musiał mieć dziadków czy sąsiadów, którym udało się przechować przedwojenny księgozbiór. Dopiero przed kilku laty dwa wydawnictwa rozpoczęły wznawianie utworów Antoniego Ferdynanda (albo Ferdynanda Antoniego, jak podają niektóre źródła) Ossendowskiego, pisanych piękną, choć dosyć staroświecką polszczyzną.

Polesie jest w tym asortymencie pozycją dość nietypową, bo zamiast odległych azjatyckich i afrykańskich krain opisuje zachowane na wschodnich rubieżach Europy siedlisko dzikiej przyrody i ludu żyjącego tak samo jak jego przodkowie sprzed kilku Tytuł: Polesie Autor: Antoni Ferdynand Ossendowski Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2010 Liczba stron: 272 Cena: 45,00 zł Uwagi: oprawa twarda z płóciennym grzbietem

czy nawet i kilkunastu stuleci. W dwudziestoleciu międzywojennym, gdy powstawała ta książka, będąca raczej monografią niż reportażem czy przewodnikiem, znaczna część Polesia mieściła się w granicach administracyjnych II RP (choć z przynależnością etniczną ludności sprawa przedstawiała się już nie tak prosto). Ambicją autora było zapoznanie rodaków z pięknem tej niemal egzotycznej ziemi, ale i z jej mankamentami – mało zachęcającym klimatem, nieurodzajną (przynajmniej w sensie agronomicznym) glebą, prymitywizmem mieszkańców – i zaakcentowanie faktu, że „Polska (…) już dąży do odmiany tego pustynnego, ubogiego kraju w żyzne łany, myśli o nowych środkach dobrobytu Poleszuków, uczy ich, oświeca i wychowuje na swych obywateli”. Chyba właśnie ta misja cywilizacyjna wyjątkowo leżała Ossendowskiemu na sercu, bo w tekście wielokrotnie podkreśla szkodliwość rabunkowej gospodarki prowadzonej przez tamtejszych wieśniaków – niekontrolowanego wyrębu drzew,


odstrzału dzikiego ptactwa i zwierzyny – i generalnie nie ma zbyt dobrego zdania o ich walorach moralnych (aż się prosi wstawić tu pewien przeuroczy cytat, który jednakże w oryginale zajmuje prawie pół stroniczki). A co prócz tego? Znajdziemy w książce systematyczne przedstawienie realiów geograficznych opisywanej krainy, jej historii, przyrody, wreszcie warunków bytowych, zajęć, wierzeń i obyczajowości mieszkańców, uzupełnione sporą liczbą wyrazistych, nastrojowych (czarno-białych, zgodnie z ówczesnymi możliwościami technicznymi) zdjęć autorstwa znanego w dwudziestoleciu mię-

dzywojennym fotografika, Jana Bułhaka. Tę literacką podróż, stosunkowo nieodległą w czasie i przestrzeni, może nam trochę uprzykrzyć maniera językowa autora; i chodzi tu nie tyle o samo słownictwo, bogate w archaizmy i wyrazy ukraińskie czy może białoruskie (na ogół wtrącone w tekst bez przypisów), ile o popadanie w patetyczny styl, widoczny zwłaszcza w zachwytach nad przyrodą („wznoszone ręką nieznanego budowniczego, opętanego milczącym szałem potęg ziemi, płomieniem twórczym i władną żądzą piękna”) i fragmentach dotyczących historii („głęboko wżłobiły się w ich duszę

Bez przebaczenia Agnieszka Lingas-Łoniewska

ponure wspominki o losach dalekich pradziadów, pod niewiadomymi leżących kurhanami”). A jednak ta polszczyzna „z myszką” ma swój urok, kwiecistymi opisami przywodzi na myśl scenerię Lata leśnych ludzi Rodziewiczówny – i to nieprzypadkowo – bo pisarka w tamtych właśnie stronach, „na wschód od Kobrynia, koło stacji kolejowej Horodec, w swej Hruszowej” spędziła większość swego życia. Dodatkową zaletę książki stanowi solidna oprawa i stylowa szata graficzna, już od pierwszego rzutu oka na okładkę wprowadzająca w klimat minionych czasów.

Bez przebaczenia jest debiutem Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, pisarki rozsławionej ostatnio zwłaszcza na blogach literackich. Jak można zauważyć, przeglądając strony internetowe, rozmaici czytelnicy zazwyczaj prześcigają się w zachwytach nad jej powieściami. Czy słusznie? Osiemnastoletnia Paulina Litwiak po tragicznej śmierci najbliższych jest


91

zmuszona przenieść się do domu swego nieznanego biologicznego ojca. Adam Latkowski, który porzucił jej matkę, regularne płacenie alimentów postanawia zamienić na stały dozór nad córką. Powszechnie szanowany generał okazuje się człowiekiem kipiącym nienawiścią, despotycznym, nieznoszącym sprzeciwu, kierującym się ustalonymi przez siebie sztywnymi zasadami. Życie pod taką dyktaturą nie jest łatwe dla młodej, dość nerwowej dziewczyny, dodatkowo nękanej przez koszmary przeszłości. Paulina ciężko znosi odmianę losu – aż do przypadkowego spotkania z zabójczo przystojnym żołnierzem, Piotrem Sadowskim. Między tym dwojgiem szybko nawiązuje się wzajemna fascynacja. Ich miłość jest gwałtowna, namiętna, ale także wyniszczająca, pełna burz i przeciwności. Na przeszkodzie ich związkowi stają zarówno ludzie, jak i rozliczne tajemnice, traumy, a wreszcie nieporozumienia. Paulina i Piotr rozstają się w dramatycznych okolicznościach, ale nie mogą o sobie zapomnieć. Czy dane im będzie

jeszcze szczęśliwe, wspólne życie? Pod względem schematu fabularnego Bez przebaczenia prezentuje się bez zarzutu. Ta historia dość niepokornego Kopciuszka, który trafia do domu złej macochy (w tym przypadku złego ojca) i zostaje wybawiony przez przystojnego księcia (pokochanego od pierwszego wejrzenia, a jakże), z którym żyje długo i szczęśliwie (albo i nie), była niejednokrotnie ukazywana w literaturze. I właściwie nie ma w tym nic złego – przecież nawet z najbardziej zwietrzałego pomysłu można stworzyć wspaniałą książkę. Jednak w tym wypadku to się nie udało. Mam nieodparte wrażenie, że książka Lingas-Łoniewskiej rościła sobie prawo do miana ambitnej, poruszającej powieści o potędze miłości – niestety ostatecznie wyszło z tego pospolite romansowe czytadło. Historia jest dość schematyczna, a akcja łatwa do przewidzenia, ale te grzechy jeszcze można autorce odpuścić. Natomiast trudno zlekceważyć koszmarny styl, jakim napisane zostało Bez przebaczenia.

Tytuł: Bez przebaczenia Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska Wydawnictwo: Innowacyjne 2010 Liczba stron: 340 Cena: 29,90 zł

Nie ma tu ani odrobiny finezji, choćby na poziomie językowym, całość jest dość kulawa stylistycznie, pełna powtórzeń i napompowana nieznośnym patosem. Lingas-Łoniewska ciekawe zdarzenia zamyka w kilku akapitach, za to rozwodzi się nad historią miłosną Piotra i Pauliny. Zdaję sobie sprawę, że to główny temat Bez przebaczenia, ale nie popadajmy w przesadę. Przedstawienie każdego gestu i każdego spojrzenia (w dodatku w sposób często przywodzący na myśl Mniszkównę) jest nużące. Nie wspomnę już o szczegółowym rozpisaniu scen erotycznych – to jest nie tyle nie-


smaczne, co komiczne. Do tego trzeba dorzucić płytkie przemyślenia bohaterów (w przypadku Pauliny – owej wrażliwej, artystycznej duszy – czasem sprowadzają się one do wykrzyknień i przekleństw, stawiając pod ogromnym znakiem zapytania jej dojrzałość). Właściwie główny zarzut, który można postawić tej książce to przegadanie – puste dialogi wloką się stronami, mnożą się także słabo rozbudowane sceny

oraz miałkie myśli, a niektóre fragmenty są jakby żywcem wycięte z harlequinów. I w sumie pozostaje żal, bo Bez przebaczenia mogło być naprawdę udaną powieścią, przecież pomysł, choć dość sztampowy, jeszcze niczego nie przekreślał, a wręcz przeciwnie – otwierał sporo możliwości. Przypisanie większej roli drugoplanowym postaciom, odpowiednie rozłożenie powieściowych akcentów,

Trzy żywoty świętych Eduardo Mendoza

„Nowa parodia Eduardo Mendozy”. Tak El País nazwał zbiór opowiadań Trzy żywoty świętych, który w 2009 roku ukazał się w Hiszpanii. Określenie to nie powinno dziwić nikogo, kto miał już okazję zetknąć

się z twórczością autora, cenionego przez swoich wielbicieli m.in. za humor i ironię. Prawdopodobnie pierwszym współczesnym pisarzem hiszpańskim („hiszpański” w znaczeniu „pochodzący z Hiszpanii”), który przycho-

rozwinięcie niektórych wątków, skorzystanie z rozmaitych tricków pisarskich czy pogłębienie psychologiczne, a wreszcie większa zręczność stylistyczna sprawiłyby, że dzieło Agnieszki Lingas-Łoniewskiej stałoby się całkiem dobrą, przyjemną w czytaniu obyczajówką. Niestety pozostaje tylko zbyt prostą książką podpadającą pod romansidło niższego sortu. I to jest właśnie w Bez przebaczenia niewybaczalne.

dzi do głowy przeciętnemu polskiemu czytelnikowi, jest Arturo Pérez-Reverte lub Carlos Ruiz Zafón. Hiszpańska literatura współczesna to jednak nie tylko ci dwaj panowie, więc jeśli ktoś chciałby spróbować czegoś innego, warto zapoznać się z dziełami Mendozy. Świadomie piszę „innego”, nie: „nowego”. Mendoza posiada dłuższy staż pisarski niż wymienieni wyżej autorzy, po prostu polski rynek wydawniczy na dobre zaczął go odkrywać dopiero po roku 2000. Wciąż jednak wiele utworów – w tym najnowsza książka pisarza, Riña de gatos. Madrid, 1936 (Kłót-


93

nia kotów. Madryt, 1936), za którą otrzymał hiszpańską nagrodę Premio Planeta – pozostaje nieprzetłumaczonych na język polski. Trzy żywoty świętych. Trzy opowiadania, które powstały w różnych okresach twórczości Mendozy. Wieloryb to, jak deklaruje autor we wstępie, początkowy etap jego kariery i zarazem najdłuższy utwór w zbiorze. Akcja rozpoczyna się w 1952 roku w Barcelonie, w przededniu Kongresu Eucharystycznego, w którym – niejako organizacyjnie – uczestniczy rodzina narratora. Mianowicie na czas kongresu przyjmuje ona pod swój dach pochodzącego z Ameryki Łacińskiej biskupa, który, na skutek nieszczęśliwego splotu okoliczności, zostaje zmuszony do dłuższego pobytu w Barcelonie. Kolejne opowiadanie, Finał Dubslava, przenosi nas na afrykańską pustynię, gdzie tytułowy bohater dowiaduje się o nagłej śmierci matki i zamiast na pogrzeb, wybiera się do Brukseli, by w imieniu swojej rodzicielki odebrać przyznaną jej w tym samym czasie nagrodę za osiągnięcia naukowe. W Pomyłce natomiast – najnowszym utworze – poznajemy niespełnio-

Tytuł: Trzy żywoty świętych Autor: Eduardo Mendoza Tłumaczenie: Marzena Chrobak Wydawnictwo: Znak Liczba stron: 180 Cena: 27,49 zł

ną nauczycielkę literatury, która decyduje się na pracę w więzieniu i której obecność zaważy na całym późniejszym życiu jednego z więźniów. Trzeba przyznać, że Mendoza posiada znakomity styl oraz że w każdym opowiadaniu potrafi stworzyć specyficzną atmosferę, dzięki której zanurzamy się całkowicie w świecie przedstawionym. Czytając Wieloryba, czuje się barcelońskie upały, widzi miasto zatłoczone przez gości kongresu, towarzyszy się narratorowi w rodzinnych perypetiach. W Finale Dubslava potrzeba tylko kilku stron, by przed oczami stanęły nam opisywane przez niego wydarzenia. Równie szybko zostajemy wciągnięci w losy pani Fornillos oraz wspomnianego

więźnia w Pomyłce. Mendoza bardzo plastycznie odmalowuje zarówno postaci, jak i miejsca, i mimo krótkich form przekazuje w swych opowiadaniach bardzo wiele treści – również tej niedopowiedzianej. Co sprawiło, że te – tak różne przecież – utwory znalazły się w jednym zbiorze? Warto przyjrzeć się tytułowi. Trzy żywoty świętych sugerują treść religijną i teoretycznie to religia – poprzez postacie opisywanych świętych – powinna być tym łącznikiem. Wiemy już jednak, że tematyka opowiadań jest nieco inna. Ale czy rzeczywiście nie pojawiają się w nich święci? A może po prostu nie są to święci odpowiadający znanym nam definicjom? Mendoza wyróżnia kilka kategorii świętości i zgodnie z jedną z nich, nieco przewrotną, w jego utworach święci rzeczywiście występują. Trudno w to uwierzyć, czytając powyżej krótkie streszczenia poszczególnych opowiadań? W takim razie nie pozostaje nic innego, jak sięgnąć po książkę i samemu przekonać się, kogo i przede wszystkim dlaczego Mendoza określa mianem „świętego”.


Cięcie. Opowieść o chirurgii Gabriel Weston

Pisanie nienaukowych, zbeletryzowanych książek o medycynie, a szczególnie o chirurgii, stało się ostatnio popularne. Autorami najczęściej są sami lekarze, którzy rozpoznawszy w sobie artystycznego ducha, chcą przelać na papier własne doświadczenia i przeżycia w sposób przystępny dla zwykłych zjadaczy chleba. Jedną z takich pisarek jest Gabriel Weston, brytyjska chirurg, która w swojej książce Cięcie. Opowieść o chirurgii w ciekawy i zgrabny sposób opowiada o swoim zawodzie. W czternastu rozdziałach opisuje różne aspekty pracy chirurga. Pisze o trudnych początkach, niewygodach życia świeżo upieczonego lekarza, pierwszych zadaniach, oswajaniu zjawiska

śmierci i o tym, jak ciężko jest kobiecie przebić się w tym zawodzie. Przedstawia dylematy młodego lekarza, zarówno te dotyczące godzenia życia zawodowego z prywatnym, jak również dobra pacjenta i dbania o własną karierę. Opisuje szpitalną rzeczywistość oczami lekarza, który Tytuł: Cięcie. Opowieść o chirurgii Autor: Gabriel Weston Tłumaczenie: Magdalena Czech Wydawnictwo: Znak 2010 Liczba stron: 192 Cena: 32,90 zł

na dodatek jest kobietą. Zauważa więc nie tylko cierpienie i strach pacjentów, ale też zmęczenie i ciężką pracę personelu. Niektóre operacje trwają nawet kilka godzin, są wyczerpujące i stresujące. Chociaż w książce nie brakuje opisów szczegółowych i silnie działających na wyobraźnię (na przykład operacja odjęcia piersi), to autorka w dużej mierze skupia się na emocjach towarzyszących chirurgowi w pracy. Podkreśla rolę komunikacji między lekarzami i umiejętności rozmowy z pacjentem. Gabriel Weston prowadzi nas ścieżką swojej kariery, aż do momentu, w którym podejmuje ważną dla siebie decyzję. Dzięki swojej ambicji osiąga w tym zawodzie bardzo dużo, nie ukrywa jednak faktu, że zdarzało jej się popełniać błędy. Pod koniec każdego rozdziału wyjawia, co dla niej znaczy być dobrym chirurgiem w danym kontekście. Książkę czyta się szybko i łatwo. Przede wszystkim dlatego, że napisana jest ładnym i prostym językiem. Wytłumaczone są wszystkie trudne i niezrozumiałe pojęcia z dziedziny medycyny,


95

pojawiają się też liczne nawiązania do literatury i to tej z najwyższej półki (np. Szekspira). Niestety momentami wywołuje to kuriozalne wrażenie, na przykład w sytuacji, gdy autorka ma zbadać pacjentkę cierpiącą na hemoroidy i przypomina jej się wers ze Śpiewu Przemytników z powieści Kiplinga. Temat książki może zaciekawiać, ponieważ do-

tyczy elitarnego i przez to interesującego zawodu. Decydowanie o cudzym zdrowiu bądź życiu jest według autorki trudne, ale też fascynujące. Gabriel Weston wielokrotnie podkreśla piękno chirurgii. Można pokusić się o stwierdzenie, że Cięcie… jest apoteozą tej specjalizacji. Dużym plusem jest to, że autorka nie gloryfikuje swojej osoby

Prefekt Alastair Reynolds

Książki Alastaira Reynoldsa cieszą się na rynku anglojęzycznym dużą popularnością. Świadczy o tym między innymi fakt, że dwa lata temu autor ten podpisał milionowy kontrakt, w którym zobowiązał się do napisania dziesięciu książek w ciągu dekady. U nas jednakże

nie zdobył licznej rzeszy fanów, a wydawanie jego książek stanęło w pewnym momencie pod znakiem zapytania. Na szczęście coś drgnęło i dzięki temu ukazał się m.in. Prefekt. Tym razem Reynolds, znany przede wszystkim ze świetnych space oper, serwuje czytelnikom roz-

i nie uważa się za najlepszego specjalistę. Potrafi być przy tym bardzo krytyczna. Przyznaje, że nieraz jej kariera była ważniejsza od dobra chorego. Dzięki temu narracja poprowadzona w pierwszej osobie wydaje się szczera. I szkoda tylko, że (jak sama Weston zaznacza we wstępie) „książka ta nie jest ścisłym opisem faktów”.

grywkę na nieco mniejszą skalę… ale tylko niewiele mniejszą. Brytyjski pisarz w swej powieści skonstruował całkiem udaną kombinację: połączył space operę z powieścią detektywistyczną, a do tego domieszał jeszcze elementy thrillera, dzięki czemu otrzymaliśmy trzymającą w napięciu powieść sensacyjną. W kosmicznej scenerii, wśród tysięcy orbitujących wokół planety habitatów, bohaterom przychodzi zmierzyć się z przeciwnikiem, którego celem jest zapanowanie nad całym obszarem. Powstrzymać go mogą jedynie prefekci – ludzie


stojący na straży porządku i demokracji w zróżnicowanym, kosmicznym społeczeństwie. Wraz z rozwojem wydarzeń okaże się, że intryga rozciąga się na wiele lat wstecz, obejmując również przeszłość głównych postaci. Stosowane przez Reynoldsa rozwiązania i zabiegi fabularne są proste, ale skuteczne. Czerpie on zarówno z klasycznych rozwiązań rodem z powieści sensacyjnych, jak i – w warstwie koncepcyjnej i kreacji świata – z pomysłów ugruntowanych na niwie science fiction. Można nawet powiedzieć, że w tej książce daje on od siebie stosunkowo mało; bazuje na metodach opracowanych na długo przed nim. Mimo tego ani przez moment nie ma się poczucia wtórności – nie pozwala na to dynamicznie prowadzona akcja. Wydarzenia opisane w powieści mają miejsce we wszechświecie znanym ze wcześniejszych, wydanych w Polsce książek Reynoldsa (Przestrzeń objawienia, Migotliwa wstęga, Arka odkupienia, Otchłań roz-

Tytuł: Prefekt Autor: Alastair Reynolds Tłumaczenie: Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski Wydawnictwo: Mag, 2010 Liczba stron: 573 Cena: 45, 00 zł

grzeszenia), ale utwór nie jest z nimi powiązany fabularnie. Stanowi on swego rodzaju preludium do wspomnianych pozycji. Różnica między nimi a Prefektem polega na rozłożeniu akcentów. Tym razem fabuła toczy się bardziej kameralnie, na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, a większe znaczenie uzyskują jednostki i prowadzone przez nie śledztwo. W tle, co typowe dla tego pisarza, czai się znacznie większe zagrożenie – i chociaż walka z nim stanowi sedno fa-

buły – to właśnie losy poszczególnych postaci wysuwają się na pierwszy plan. Czytelnika bardziej ciekawi, co się stanie z bohaterami niż główny wątek mający dosyć standardowy i przewidywalny przebieg. Prefekta można czytać bez znajomości innych tytułów Reynoldsa; tym samym może stanowić dobre wprowadzenie do jego twórczości, z racji trudnej dostępności niektórych z wcześniej wydanych pozycji. Dodatkowym atutem, który ułatwi wejście w wykreowany świat, jest wartka akcja i stosunkowo nieduże natężenie specjalistycznego i naukowego nazewnictwa, co było dosyć częste we wcześniejszych książkach. Z drugiej strony dotychczasowi fani książek Reynoldsa mogą poczuć się nieco rozczarowani Prefektem dokładnie z tych samych powodów – tym razem nie otrzymają tego, do czego zostali przyzwyczajeni. Niemniej powinni dać się wciągnąć w lekturę, a po jej skończeniu czuć zadowolenie.


97

Bociany zawsze wracają do gniazd Ewa Ostrowska

Ewa Ostrowska jest pisarką wszechstronną (wśród jej literackiego dorobku – obecnego już od wielu lat na rynku – można wymienić zarówno powieści psychologiczno-obyczajowe, jak i kryminały czy thrillery, a wreszcie książki dla dzieci i młodzieży), ale jednocześnie chyba za mało znaną współczesnym czytelnikom. Obecnie jej nazwisko można kojarzyć z serią opowiastek przeznaczonych dla najmłodszych czytelników. Wznowiona ostatnio i poprawiona powieść Bociany zawsze wracają do gniazd jest przeznaczona dla młodzieży, ale czy to oznacza, że tylko dzisiejsza młodzież powinna po nią sięgnąć? Bynajmniej.

Główną bohaterką tej książki jest Agnieszka Miłobędzka, rozpieszczona córka zamożnego biznesmena. Z dnia na dzień świat czternastolatki legł w gruzach – jej rodzice rozstają się, więc Tytuł: Bociany zawsze wracają do gniazd Autor: Ewa Ostrowska Wydawnictwo: Skrzat 2011 Liczba stron: 356 Cena: 19,90 zł

wraz z matką wyjeżdża ona do Kalinowa, gdzie mieszkają jej dziadkowie. Niezrozumiała rozłąka z ukochanym ojcem, wyrwanie z naturalnego środowiska i zamienienie luksusów apartamentowca na skromne warunki wiejskiego domku dziadków (u których do tej pory spędzała tylko wakacje) sprawiają, że dziewczyna czuje się zupełnie zagubiona. Czy będzie w stanie odnaleźć swoje miejsce na świecie? Czy w końcu zrozumie, co jest w życiu najważniejsze? Brzmi trochę jak dość typowa, prosta, acz przejawiająca pewne ambicje powieść dla młodzieży? Być może. A jednak Bociany zawsze wracają do gniazd to coś znacznie więcej. Portret psychologiczny zagubionej, lecz stopniowo dojrzewającej Agnieszki jest skonstruowany wręcz perfekcyjnie. To postać bardzo złożona, niesprowadzona jedynie do jakiegoś szablonu. Stanowi ona właściwie ofiarę rozgrywek własnych rodziców – jest dla nich niczym worek bokserski do trenowania


nienawiści. Uwięziona pomiędzy prymitywnym, wiecznie wywyższającym się ojcem a dość pasywną i nieco egoistyczną matką, jako powieściowa bohaterka mogła być ukształtowana wedle niepisanych schematów – i odgrywać rolę skrzywdzonego anioła albo buntowniczki. Zamiast tego Ostrowska tworzy postać pełnokrwistą, łączącą w sobie miłość z nienawiścią, a agresję i nieprzystępność z potrzebą akceptacji i zrozumienia. Te emocje i mechanizmy działania przeplatają się ze sobą, sprawiając, że Agnieszka jest po prostu prawdziwa. Jej konflikty wewnętrzne również są przekonujące. Niechęć okazywana kochającym ją dziadkom i rodzicom połączona z ich uwielbieniem, posłuszeństwo pomimo niezgody z dorosłymi, uprzedzenia wobec mieszkańców wsi, poczucie bycia pępkiem świata – to wszystko jest skutkiem wychowywania w toksycznym domu oraz wpojenia niewłaściwych wzorców.

Bociany … to książka, po którą równie dobrze mogliby – a nawet powinni – sięgnąć rodzice. Ostrowska bezlitośnie opisuje świat dorosłych, którego ofiarą często pada dziecko. Państwo Miłobędzcy nie są właściwie źli, lecz po prostu niedojrzali i nieszczęśliwi, a córka przejmuje po nich postawy i zachowania. Ojciec Agnieszki traktuje jej matkę jak kolejny gadżet w swoim luksusowym, poukładanym życiu, co ona sama długo (i biernie) znosi. Między małżonkami nie ma wzajemnego szacunku czy zrozumienia, nie potrafią oni ze sobą rozmawiać, stale ścierają się ich zupełnie odmienne światopoglądy. Mimowolnym świadkiem tego wszystkiego jest Agnieszka – zresztą jej rodzice całkiem jawnie stawiają ją na osi swoich konfliktów, czyniąc uczestniczką ciągłych kłótni. Wszystko zostaje przykryte płaszczykiem pozorów „szczęśliwej polskiej rodziny” – i chyba właśnie to ujęcie jest najgorsze – okrutne, ale właściwie jakże typowe, zgodne z powiedzeniem

o własnych brudach, które pierze się w czterech ścianach. Ewa Ostrowska jest pisarką niezwykle utalentowaną i wybitną. Otwarcie demaskuje okrucieństwo skrywane za tym, co pozornie normalne, perfekcyjnie diagnozuje problemy dzisiejszego społeczeństwa (nawet starsze z jej powieści – a do takich zalicza się Bociany zawsze wracają do gniazd – niewiele straciły na aktualności), umiejętnie gra czytelnikowi na emocjach. Oskarża, ale nie sili się na nachalne moralizatorstwo. Uderza celnie, ale jednocześnie skłania do przemyśleń. Jest to powieść dla młodzieży – i na pewno dla tego odbiorcy będzie interesująca. To również jedna z pozycji uniwersalnych, w których również czytelnik dorosły znajdzie coś dla siebie. Szkoda by było, gdyby tak mądra, przejmująca i dobrze napisana książka utonęła wśród bezwartościowych czytadeł młodzieżowych, które niestety zalewają księgarniane półki.


99

Ta trzcina żyje Pearl Buck

Dziwna to książka. Dziwna, bo choć napisana przez Amerykankę wychowaną w Chinach, to nie opowiadająca ani o prawdziwej, ani o przybranej ojczyźnie autorki. Dopiero niedawno mogliśmy się przekonać, że fascynacja Pearl Buck kulturą Wschodu sięgała także poza kraj, w którym pisarka spędziła plus minus jedną trzecią swego życia: wydany przed dwoma laty Ukryty kwiat opowiada o miłości Japonki i Amerykanina, zaś Ta trzcina żyje (przełożona na polski blisko pół wieku od ukazania się oryginału) – to spory rozdział dziejów Korei, widziany przez pryzmat losów czterech pokoleń pewnej rodziny. Rzecz rozpoczyna się w latach 80. XIX wieku. Na tronie zasiada ostatni król

z dynastii Yi; na dworze ścierają się wpływy chińskie i japońskie, a są i zwolennicy nawiązania bliższych kontaktów dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi. Kim Il-han i jego ojciec pochodzą z zamożnej rodziny szlacheckiej i należą do zaufanych doradców królewskiej pary. Młodszy z nich zyskuje nawet sposobność odbycia podróży do egzotycznego kraju przyszłych sprzymierzeńców, ale czy z ich udziałem, czy bez, historia i tak potoczy się po swojemu. Za życia Il-hana dokona się zamach stanu i nastąpi powrót królewskiej pary, wybuchnie fala rozruchów społecznych, a osłabiony nimi kraj podbiją Japończycy. Pod ich panowaniem dorosną synowie i wnuki Il-hana, nie

tracąc jednak nadziei na lepsze czasy. I zwłaszcza starszy syn, Yul-chan, będzie przez całe życie pamiętał lekcję, jakiej udzielił mu ojciec, gdy jeszcze wszystko było po staremu: naród jest jak bambusowy zagajnik – można zniszczyć świeże pędy, ale póki trzcina ma podziemne korzenie, będzie żyła i z czasem wypuści setki nowych odrośli… Tytuł: Ta trzcina żyje Autor: Pearl Buck Tłumaczenie: Jędrzej Burakiewicz i Jędrzej Polak Wydawnictwo: Muza SA 2010 Liczba stron: 494 Cena: 39,99 zł

Dziwna to książka. Dziwna, bo z jednej strony niezmiernie wciągająca i dostarczająca mnóstwa ciekawych informacji – zwłaszcza czytelnikowi, który historię Korei zna ledwie, ledwie i tylko od momentu podziału na Północną i Południową,


a o obyczajach, tradycjach i mentalności ludzi zamieszkujących ten region też niewiele wie. Jednak z drugiej strony irytująca czytankowym stylem i wykładaniem kawy na ławę nawet tam, gdzie wystarczyłoby pewne rzeczy przekazać w sposób mniej dosłowny. Pedagogiczny zapał autorki można zrozumieć, zapoznawszy się ze wstępem i posłowiem (biorąc pod uwagę fakt, że przeciętny Amerykanin orientuje się w temacie zapewne jeszcze mniej niż przeciętny Europejczyk, właściwie nie należy się

dziwić, że chwilami ma się wrażenie, jakby czytało się lekturę dla starszych klas szkoły podstawowej). Ale jeśli chodzi o zawiłości relacji międzyludzkich, zdecydowanie lepiej, gdy czytelnik dochodzi do nich, zagłębiając się w treść dialogów (świetnym przykładem są dyskusje młodszego syna Il-hana z rodzicami i narzeczoną), niż gdy po kilku stronach opisujących zachowanie danych postaci napotyka podsumowanie w rodzaju: „Różnica między Liangiem a Saszą była taka, że Liang żył w spoko-

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia Marek Tomalik

Marek Tomalik to zakochany w Australii podróżnik i dziennikarz. Jak powiedział w jednym z wywiadów, pierwsza podróż

do Australii w 1989 roku obudziła w nim trwającą do dzisiaj chęć podróżowania i odkrywania ludzi i miejsc.

ju, nie tocząc wewnętrznej walki, jakby po urodzeniu zdołał się wspiąć na górę, natomiast Sasza wciąż był uwięziony w sobie, walczył z własnymi zmiennymi nastrojami i nie mógł sam siebie przeskoczyć”. Ostatecznie jednak przeważają plusy – zwłaszcza wartości poznawcze, dopełnione barwnymi, wyrazistymi, pełnymi reporterskiej wręcz dokładności scenkami rodzajowymi i opisami tradycyjnych strojów i ceremonii. To wystarczy, by odczuć satysfakcję z lektury.

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia to druga książka, którą Tomalik poświęcił swojemu ukochanemu miejscu na Ziemi. Prezentuje się ona bardzo zachęcająco: przyciągająca wzrok okładka, śliski papier, piękne zdjęcia. Poza tym krótka notka biograficzna autora, informująca o jego licznych publikacjach w różnych magazynach oraz poprzednich książkach sugeruje, że mamy do czynienia z osobą, której nieobce jest pióro. Co więcej, książce pa-


101

tronuje Radio Trójka. Tylko czytać. Na początku rzeczywiście można dać się zwieść temu wszystkiemu, zwłaszcza że kilka pierwszych stron sprawia bardzo dobre wrażenie. Czytelnik się wciąga, zaczyna „czuć klimat”, może nawet utożsamiać się z autorem, gdy ten pisze o powodach, dla których podróżuje. Niestety, im dalej, tym gorzej. Po pierwsze, wydaje się, że Tomalik nie do końca potrafi się zdecydować, o czym tak naprawdę chce pisać. O początkach swoich podróży? O licznych wyprawach, które organizował i w których brał udział? O poznanych ludziach? O dawnych odkrywcach kontynentu? O Polakach mieszkających w Australii? O tym, jak przeżyć w buszu? O kangurach? O australijskiej florze? To wszystko można znaleźć w książce Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia. Sporo tego jak na 300 stron, z których wiele zajmują zdjęcia. Co więcej, poza wyodrębnionymi częściami o Aborygenach wszystkie inne informacje są pomieszane, przeplatają się nawzajem, co przy tak dużej ich ilości zwyczajnie tworzy chaos. Nie widać żadnej reguły w takim,

a nie innym uporządkowaniu treści, czytelnik skacze z miejsca na miejsce i od tematu do tematu. W audycji Trójkowy Znak Jakości reklamowano książkę jako dobrą zarówno dla osób nieznających Australii, jak i dla tych, którzy sporo już o niej wiedzą. Trudno się z tym zgodzić – laik poczuje się przytłoczony ilością chaotycznie zaprezentowanych informacji, natomiast miłośnik Australii raczej nie odkryje dzięki książce niczego nowego. Pomijając tematykę, Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia nie zachwyca również formą. Niestety, to pozycja, która bardzo wyraźnie pokazuje, że znakomity podróżnik niekoniecznie musi być świetnym pisarzem. Styl jest poprawny – i to wszystko. Książka po prostu nie wciąga. Trudno powiedzieć, czy to wina wyłącznie sposobu pisania, czy może również treści – wspomnienia czy anegdoty, które bardzo wiele znaczą dla autora, niekoniecznie muszą być interesujące i zrozumiałe dla czytelnika. Widać także, że Tomalik jest zakochany w Australii, ale swojego zachwytu nie potrafi przekazać odbiorcy;

nie zasiewa w sercu tęsknoty za dalekim buszem czy – podobno najpiękniejszymi na świecie – złocistymi plażami. Należy jednak przyznać, że książka zawiera bardzo wiele ciekawostek, przemycanych podczas opisów kolejnych wypraw i pomiędzy nimi. Poza tym drugą połowę książki czyta się zdecyTytuł: Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia Autor: Marek Tomalik Wydawnictwo: Otwarte 2011 Liczba stron: 317 Cena: 35,99 zł

dowanie lepiej – być może dzięki przyzwyczajeniu się do stylu autora, ale duży udział mają w tym na pewno rozdziały o Aborygenach, zdecydowanie najciekawsze w całej pozycji. Czy to jednak wystarczy, by zrekompensować wymienione wcześniej wady? Każdy szuka w książkach czegoś innego i każdy musi sam ocenić, czy podoba mu się literatura podróżnicza w wydaniu Marka Tomalika.


Wintercraft Jenna Burtenshaw

Zaciekawi, ale nie zaintryguje. Przykuje uwagę, ale nie rozpali większych emocji. Wintercraft, młodzieżowe dark fantasy w wykonaniu Jenny Burtenshaw czyta się przyjemnie, choć z uczuciem ciągłego niedosytu. Mogła to bowiem być książka fascynująca. A nie jest. Niebezpieczeństwo, ciemność i nadnaturalne moce to cechy fantasy, które Jenna Burtenshaw lubi najbardziej. W wywiadzie dla portalu Bart’s Bookshelf autorka wyznała, że tworząc świat swej pierwszej powieści, zmiksowała po prostu to, co pociąga ją jako czytelnika. Albion – wyspa, na której toczy się akcja Wintercraftu – jest miejscem mrocznym i posępnym. Niegdyś był to bo-

gaty kraj rządzony przez najbardziej poważanych obywateli, słynących ze swej mądrości i uczciwości. Teraz pochłonięty wojną, wyniszczony biedą i korupcją Albion powoli ogarnia wewnętrzny chaos. Wysoka Rada dzierżąca władzę na wyspie koncentruje się na działaniach wojennych. Jej członkowie ponad wszystko przedkładają dźwięk złotych monet we własnych sakiewkach. Los szarego człowieka, o ile nie można na nim zarobić, nikogo nie interesuje. Nad wyspą unosi się aura śmierci. Albion jest jedynym na świecie miejscem, gdzie rodzą się Utalentowani, osoby obdarzone szczególną mocą, zdolne przenikać do krainy umarłych, potrafiące rozmawiać

ze zmarłymi, a nawet czasem przywracać ich do życia. Dar pokonywania granicy między życiem a śmiercią jest przekleństwem. Utalentowani są ścigani, osaczani i porywani. Dla Wysokiej Rady ich zdolności są zbyt cenne, by mogli oni cieszyć się wolnością. Nieoczekiwanie ogromny talent ujawnia się u młodziutkiej Kate Winters. Na rozkaz Da’ru, bezlitosnej członkini Wysokiej Rady, w pogoń za dziewczyną wyrusza owiany złą sławą mordercy poborca Silas. Wkrótce najważniejsze staje się zdobycie Wintercraftu, dawno zaginionej księgi, przewodnika po arkanach magii w świecie umarłych. Tytuł: Wintercraft Autor: Jenna Burtenshaw Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Liczba stron: 304 Cena: 29,90 zł


103

Magiczny artefakt i nastoletni bohater mimo woli; dobrze to znamy. Motywy wykorzystywane tak często i od tak dawna, że ich baśniowa symbolika niemal wyblakła ze starości. Jednak zręczny artysta, mistrz słownej żonglerki potrafi przywrócić im blask i zbudować na nich literackie widowisko. Czy udało się to Jennie Burtenshaw? Połowicznie. Kreacja świata Albionu budzi uznanie. Pomysłowa, dopracowana w szczegółach, fantastyczna wizja kraju wyspiarzy jest głównym atutem książki. Mroczne opisy cmentarnej stolicy Fume i złowieszczego Nocnego Pociągu pełnego więźniów są barwne i dynamiczne. Parowa maszyna szaleńczo pędzi, koła skrzypią, hamulce zgrzytają, a noc przeraża. Złudzenie, że mamy w ręku wyjątkowo dobrą powieść, rozwiewa się powoli wraz z każdą przeczytaną stroną. Im dłużej

śledzimy losy Kate, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że niejeden dziesięciolatek ma głębsze przemyślenia niż główna bohaterka Wintercraftu. Autorka zdecydowanie nie doceniła nastoletniego czytelnika. Warstwa psychologiczna książki jest mocno uproszczona. Nie znaczy to jednak, że wszystkie postacie są mdłe i bezbarwne. Wśród dramatis personae wyróżnia się Edgar, pechowy cwaniaczek, chwiejny przyjaciel i tchórzliwy bohater. Od początku intryguje też osoba Silasa, bezwzględnego sługi Wysokiej Rady. Tajemniczy mężczyzna o nadludzkiej sile i lodowatym spojrzeniu wzbudza przerażenie we wszystkich mieszkańcach Albionu. Inne postacie są nieco papierowe, brak im emocjonalnej głębi, jednak autorka rekompensuje to czytelnikowi szybkim tempem akcji. Odłożenie książki na wieczne „dokoń-

czę później” nie wchodzi w grę. Gdy wydaje się nam, że doskonale wiemy, jak za chwilę potoczą się losy bohaterów, Jenna Burtenshaw udowadnia, że jej wyobraźnia szybuje dalej i śmielej. Zaskakujące przygody i niespodziewane sytuacje pojawiają się niemal w każdym rozdziale. Trudno się nudzić. Mieszane uczucia wywołują morderstwa Silasa. Trup nie ściele się gęsto na każdej stronie, tekst nie ocieka krwią, jednak śmierć zadawana niemal automatycznie przez wypranego z uczuć zabójcę nie jest potraktowana z odpowiednią powagą. I choć Kate jest przerażona bezdusznością swego prześladowcy, to brakuje nieco głębszej refleksji nad wartością życia. Wintercraft to dopiero pierwsza część cyklu i zarazem debiut pisarski Jenny Burtenshaw. Debiut na tyle obiecujący, że warto zapamiętać nazwisko autorki.


Afrika Korps. Pustynne Pantery. Leo Kessler

Każdą kolejną książkę autorstwa Leo Kesslera czyta się coraz łatwiej, choć początek jest trudny. Nieważne, od którego tomu czytelnik zacznie śledzić opowieść o losach Batalionu Szturmowego Wotan – dla wnikliwego, analitycznego i lubiącego historię odbiorcy to trudna lekcja walki z własną wiedzą historyczną i elementarną logiką. Przełom następuje w momencie uświadomienia sobie, że nie ma się do czynienia z książką historyczną ani z literaturą o jakichkolwiek wyższych aspiracjach. Leo Kessler (pisarz brytyjski, prawdziwe nazwisko Charles Whiting) tworzy w gatunku nazywanym z angielska pulp. To tania literatura, wydawana w niewielkim,

Tytuł: Afrika Korps. Pustynne Pantery. Autor: Leo Kessler Tłumaczenie: Instytut Wydawnictwo: Erica Liczba stron: 280 Cena: 28,00 zł

kieszonkowym formacie, z miękką okładką, na średniej jakości papierze. Literatura czysto rozrywkowa – tzw. zabijacz czasu podczas dojazdu do pracy albo w kolejce w przychodni. Od tego momentu jest już

łatwo. A nawet smacznie. Bohaterowie Afrika Korps. Pustynne Pantery jadą do Afryki, gdzie, jako elitarna, ale nielubiana jednostka, dostają do wykonania trudne, praktycznie samobójcze zadanie, które może wpłynąć na losy całej północnoafrykańskiej batalii, a w konsekwencji całej II wojny światowej. Dominuje wątek przygodowy. Są tu zmagania z dziką przyrodą, brakiem wody, walka z własnymi słabościami, nieustanne problemy z nieprzystosowanym do trudnych warunków sprzętem, zagrożenie ze strony dzikich plemion nomadów czy niebezpieczna gra ze szpiegami. Mamy też bitwę z brytyjskimi jednostkami specjalnymi. Cały czas coś się dzieje, postacie są nieustannie narażane na coraz to nowe niebezpieczeństwa, z których często, ale nie zawsze wychodzą obronną ręką. Czytelnik łatwo zauważy, że główni bohaterowie – kapitan von Dodenburg czy sierżant Schulze – są nietykalni, bo przecież obowiązkowo mają się pojawić w następnej części cyklu. Ale co do pozosta-


105

łych dwustu esesmanów z Wotana oraz całej plejady postaci obu stron konfliktu autor takich planów nie ma, więc giną oni często w kolejnych potyczkach, zasadzkach i bitwach. Kessler epatuje fizjologią i słabościami psychiki bohaterów, co ma na celu podniesienie temperatury opisów. Właśnie – opisy. Jak zwykle u Kesslera, krew się leje strumieniami, wy-

buchy patroszą walczących, wybijają im oczy i zęby, odrywają kończyny. Jest też całkiem sporo seksu i koszarowego humoru. Miłośnik literatury historycznej zainteresowany II wojną światową i szukający książki, którą można poczytać wieczorem w fotelu przy kubku aromatycznej herbaty, niech szuka dalej. Jednak jeśli komuś szykuje się oczekiwanie

Akacja David Anthony

Czytelnik pragnący dowiedzieć się czegoś o Akacji przed przystąpieniem do lektury bez trudu znajdzie w sieci kilka recenzji, w których przyrównywana jest ona do rozsławionej ostatnimi czasy sagi Pieśń lodu i ognia G. R. R. Martina. Nie znając tej ostatniej, trudno wypowiadać się

o podobieństwach i różnicach, trzeba zatem przedstawić Akację, nie uciekając się do porównań. Oto planeta, której nazwy nie znamy, ukształtowana na podobieństwo Ziemi i zamieszkana, choć różniąca się od niej występowaniem przynajmniej jednej dodatkowej rasy hu-

na samolot w pełnej hali odlotów, na miejscu pomiędzy liczną rodziną pakistańską a wycieczką niedosłyszących niemieckich emerytów, przy dźwiękach kolejnych komunikatów wyczytywanych przez megafon, to niech zabierze z sobą Afrika Korps. Katharsis nie będzie, ale czas popłynie szybko, bo Kessler przyjemnie wciąga.

manoidów (przynajmniej, bo tylko Numreków poznajemy w pierwszej części trylogii) i kilku gatunków fauny. Oto Znany Świat, obejmujący spory kontynent wraz z przylegającymi doń wyspami. Z jednej z tych wysp, Akacji, wywodzi się dynastia Akaranów, która wieki temu objęła panowanie nad sześcioma prowincjami, połączonymi w ogromne Imperium Akacjańskie. Ale władcom imperium tylko wydaje się, że to oni nim rządzą; w rzeczywistości są tylko marionetkami, co roku pokornie oddającymi demonicznym Lothan Aklun setki dzieci swych poddanych – „bez


zadawania żadnych pytań, bez stawiania warunków co do ich losu i bez możliwości powrotu” – w zamian za obietnicę pokoju i dostawę narkotyku zwanego mgłą, za sprawą którego i królowie, i słudzy pozbywają się marzeń o zmienianiu świata na lepsze. Więcej od nich ma do powiedzenia Liga Statków, tajemnicza organizacja, której ingerencja w losy narodów raczej nie ogranicza się do deklarowanego oficjalnie pośrednictwa handlowego. Oto rodzina królewska, a na jej czele Leodan Akaran, bodaj jedyny w tej dynastii, którego kiedykolwiek nawiedziły wątpliwości co do słuszności mechanizmów funkcjonowania imperium. Za młodu jego buntownicze zapędy zostały skutecznie ostudzone przez ojca, a teraz, jeśli nawet czasem odżywają, toną w oparach narkotyku, którym pociesza się władca po śmierci żony, albo pierzchają pod wpływem obaw o los dzieci. Jego potomstwo – Aliver, Corinn, Mena i Dariel – nie jest świadome dylematów ojca, nie wie też, że w jego bibliotece spoczywa niebez-

Tytuł: Akacja Autor: David Anthony Durham Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz Wydawnictwo: MAG 2010 Liczba stron: 592 Cena: 45,00 zł

pieczna księga, od której może zależeć los przyszłych pokoleń. I nikt z nich nie przeczuwa, że wkrótce wydarzy się coś, co wstrząśnie całym Znanym Światem. Zajmująca prawie sześćset stron opowieść o kulisach władzy, o zdradzie i zemście, o tęsknotach, ambicjach i wyrzeczeniach, magii ma w sobie jak na lekarstwo. Żadnych zaczarowanych rekwizytów, żadnych błyskotliwych pojedynków na zaklęcia. I nawet wkraczający do akcji pradawni Mówcy Bogów, choć obdarzeni ponadnaturalną mocą, niewiele mają wspólnego z klasycznym wyobrażeniem czarodzieja. Jednak nie w magii tkwi siła tej powieści. Jednym

z jej atutów jest przekonujące zobrazowanie mechanizmów walki o władzę; nie dajmy się zwieść fantastycznej scenerii, miast tego przypomnijmy sobie wydarzenia z ziemskiego średniowiecza czy starożytności, a podobieństwa ukażą się nam jak na dłoni. Kolejną, może nawet większą zaletą, jest wielowymiarowość postaci: tu praktycznie nie ma ani stuprocentowej czerni, ani stuprocentowej bieli. Niełatwo opowiedzieć się po czyjejś stronie, gdy bojownicy o wolność jawią się jako bardziej perfidni, bardziej prymitywni i nieporównanie okrutniejsi niż tyrani, których pragną obalić, gdy w każdej chwili zbawca może okazać się zdrajcą, a przestępca człowiekiem wielkiego serca – i odwrotnie. Prawie każdy liczący się bohater przechodzi w ciągu tych kilkunastu lat, na przestrzeni których rozgrywa się akcja, jakąś przemianę albo ujawnia nieznane wcześniej fakty z przeszłości, które każą na niego spojrzeć w innym świetle. Trzeci atut to kompozycja. Każdy kolejny rozdział przenosi czytelnika na plan innego wątku, a tych jest od trzech


107

do pięciu równocześnie; wymaga to większego natężenia uwagi niż przy czytaniu powieści, której akcja toczy się jednym torem, ale też zapobiega monotonii i bardziej wciąga. Jedynym mankamentem wydania polskiego jest brak mapki świata; tę jednakże można we własnym zakresie znaleźć na stronie autora, i na szczęście, bo dzięki niej znacznie łatwiej śledzić migracje bohaterów. Jak głoszą recenzje w prasie amerykańskiej, kolejny tom cyklu jest równie emocjonujący i równie zaskakujący, pozostaje więc tylko czekać na polski przekład.

Prawo, nie zemsta Szymon Wiesenthal

Szymon Wiesenthal jest ikoną. Popkultura i masowa wyobraźnia przyswoiły sobie „łowcę nazistów”, podobnie zresztą, jak i samych nazistów. Wiesenthal przestał być osobą, a stał się instytucją: nieuchronną, karzącą ręką dla zbrodniarzy wojennych pokroju Eichmanna. Katalizatorem dla sprawiedliwych, ale opieszałych systemów sądowych. Kryształowym wojownikiem słusznej sprawy. Dowodem na to, że każda zbrodnia prędzej czy później zostanie ukarana. Zgodnie z prawem i sumieniem. Książka Prawo, nie zemsta otwiera oczy na wiele uproszczeń i przekłamań w powyższym akapicie. Stereotypy są

potrzebne, bo ułatwiają nam układanie w głowach rozmaitych wiadomości. Ale mogą także, przez nadmierne uproszczenie, być bardzo mylące. To, co robił Szymon Wiesenthal (zmarł w 2005 roku), było niewątpliwie ważne, słuszne i potrzebne, lecz on sam nie był kryształowy. Książka, którą Znak wydał w roku 2010, pierwszy raz drukiem ukazała się w roku 1989. Może dlatego, że poprawność polityczna nie była wtedy jeszcze powszechnie obowiązująca, a może dlatego, że Wiesenthal był człowiekiem lubiącym wydawać kategoryczne osądy, w książce mnóstwo jest sformułowań wedle


dzisiejszej miary niedopuszczalnych. Autor niemal wprost szufladkuje i przykleja etykietki: Zbrodniarzom Niemcom, Kłamliwym Austriakom, Naiwnym Amerykanom, Okrutnym Ukraińcom, Podłym Polakom, Szlachetnym Żydom. Antysemita to, zgodnie z kontekstem książki, „osoba wyrażająca inne poglądy niż Wiesenthal”. Nawet jeżeli sama jest Żydem, jak Kreisky. Nie jest tak, że koniec II wojny światowej był końcem prężnie zorganizowanego nazizmu, po którym pozostały jedynie pustki i małe grupki skinheadów, śmiesznie emocjonujące się faszystowskimi emblematami czy kordzikiem SS. Chcąc legalnie tropić i karać nazistów (czemu poświęcił się praktycznie całkowicie od samego wyzwolenia z obozu koncentracyjnego w Buchenawaldzie), Szymon Wiesenthal nieustannie przebijał się przez mur sprawnie działających organizacji byłych nazistów (jak słynna Odessa), zwykłej mię-

dzyludzkiej solidarności dawnych towarzyszy broni i ich rodzin oraz obojętności i inercji ludzi uważających, że w imię świętego spokoju lepiej nie rozdrapywać tych starych ran. Nie działał sam. Do pomocy zawsze miał grono ludzi, zwłaszcza młodych idealistów, w tym często także Niemców, chcących odciążyć sumienie z czynów ojców czy wujów. Amerykańscy Żydzi pomagali organizacji Wiesenthala finansowo, a przynajmniej w kilku sytuacjach interweniował także izraelski wywiad (do czego się nie przyznaje). To prawda, że opisywanie pomocników w książce mogłoby ich narazić na niebezpieczeństwo, odnieść można jednak wrażenie, że autor po prostu lubi skupiać akcję na swojej osobie. Książka składa się z dwóch przemieszanych z sobą części. Na początku i na końcu możemy poczytać o filozoficznym i moralnym aspekcie poszukiwania byłych nazistów oraz o towarzyszących Holokaustowi i późniejszemu tropieniu zbrodniarzy

Tytuł: Prawo, nie zemsta Autor: Szymon Wiesenthal Wydawnictwo: Znak 2010 Liczba stron: 456 Cena: 39,90 zł

postawach ludzi, instytucji i narodów. Środek to opisy poszczególnych akcji – począwszy od opisu sylwetki zbrodniarza i okrucieństw wojennych, poprzez późniejsze śledztwo, aż do ujęcia i osądzenia. Zazwyczaj, bo są i przypadki, kiedy się nie udało, trop się rwał, współpracownicy zawiedli albo wymiar sprawiedliwości okazał się dziurawy. To najbarwniejsza część książki – ma znamiona dobrej powieści sensacyjnej. Tyle że czytelnikowi ciąży prawdziwość fabuły i ciężar (dokładnie opisanych) popełnionych zbrodni. Właśnie ten ciężar wpływa na odbiór książ-


109

ki. To z pewnością ważna i potrzebna pozycja, z którą warto się zapoznać. Z przyczyn ogólnoludzkich. Ale nie jest to łatwa lektura. Za oknem wiosna, słońce rozświetla klomby i soczyste zielone liście na drzewach, ptaki

śpiewają, kwiaty pachną. A na kartach książki esesmański pies zagryza dziecko, przeprowadzane są wiwisekcje, odbywa się selekcja na obozowej rampie, strażniczka katuje więźniarki… Po wojnie sprawcy prowadzą spo-

Diamentowe psy /Turkusowe dni Alastair Reynolds

Sięgając po najnowszą książkę Alastaira Reynoldsa wydaną przez MAG-a, czytelnik w jednym tomie otrzymuje dwie nowele. Oba utwory osadzone są w uniwersum znanym z poprzednich książek autora, tych z serii zapoczątkowanej przez powieść Przestrzeń objawienia. Cykl zyskał sobie uznanie czytelników, tak na Zachodzie, jak również w Polsce, i należy do jednej z najlepiej sprzedają-

cych się serii z gatunku hard SF. Wszechświat wykreowany przez Reynoldsa nie należy do najprzyjemniejszych. Nie ma tu miejsca na gwiezdne imperia, wielkie federacje i pełne statków kosmicznych szlaki handlowe. Ludzkość rozproszona po całej galaktyce i podzielona na małe, wrogie frakcje zmaga się w brutalnej walce o przetrwanie z samą sobą. Wizja przy-

kojne, normalne życie. Są dobrymi sąsiadami, szanowanymi obywatelami. I trzeba poruszyć niebo i ziemię, żeby dosięgła ich sprawiedliwość. Każdy rozdział książki jest jak uderzenie esesmańską szpicrutą. Boli.

szłości jest realistyczna, ponura i odmalowana w odcieniach szarości, dzięki czemu dobrze trafia w gust bardziej wymagającego czytelnika. Choć fabuła Diamentowych psów/Turkusowych dni ma miejsce we wszechświecie znanym ze wspomnianej serii, jest zupełnie Tytuł: Diamentowe psy /Turkusowe dni Autor: Alastair Reynolds Tłumaczenie: Piotr Staniewski i Grażyna Grygiel Wydawnictwo: MAG 2010 Liczba stron: 224 Cena: 29,00 zł


niezwiązana z wątkami występującymi w poprzednich tomach. Owszem, miłośnicy książek Reynoldsa bez trudu odnajdą nawiązania i rozpoznają odwiedzane już miejsca, niemniej czytelnicy dopiero odkrywający jego twórczość mogą się spokojnie obejść bez lektury poprzednich. Pierwsza, nieco dłuższa nowela – Diamentowe psy – opowiada o grupie śmiałków pragnących zbadać tajemniczą Wieżę Krwi. Budowla ta, stworzona przez obcą człowiekowi cywilizację, odnaleziona została na odległej, pustej planecie. Jej podstawę zdobią ciała osób, które chciały zdobyć jej szczyt, a to, co znajduje się w najwyższym pokoju ogromnej wieży, nadal pozostaje tajemnicą. W czasie lektury czytelnik towarzyszy Richardowi Swiftowi, który skuszony przez starego przyjaciela, bierze udział w wyprawie mającej zbadać wieżę. Dołączają do nich także kapitan statku kosmicznego, kontrowersyjny doktor, który zmienił praktycznie całe swoje ciało w maszynę, specjalistka od łamania zabezpieczeń komputerowych i kobieta, która w wyniku kontaktu z obcymi formami życia ob-

darzona została niesamowitym zmysłem matematycznym. Bohaterom przyjdzie zmagać się z kolejnymi zagadkami, jakie stawia przed nimi wieża, oraz bezlitosnymi, krwawymi karami za każdą pomyłkę. Autorowi udaje się zaciekawić czytelnika tajemniczą, wrogą scenerią i klimatem niczym z dobrego horroru. Pod tym względem fabuła przypomina głośny film Cube, do którego autor nawiązuje pośrednio w treści opowiadania. Nie sposób oderwać się od książki, czekając na zakończenie, które wynagradza cierpliwość. Jednocześnie historię czyta się lekko, a pierwsze zagubienie pośród dziwnych nazw, pojęć i terminów, jakich używa autor, mija dosyć szybko, gdy czytelnik oswoi się ze złożonym światem przyszłości. Turkusowe dni przenoszą czytelnika na planetę Turkus. Większą część tej planety pokrywa żywy ocean zasiedlony przez bezrozumne organizmy zwane Żonglerami Wzorców. Naqi, główna bohaterka, jest badaczką tych stworzeń, jednak jej życie traci sens po śmierci siostry. Obwiniając

się za tę tragedię, ma nadzieję, że przybywający na planetę naukowcy pomogą jej znaleźć nowy cel. Rzeczywistość jak zwykle okazuje się zupełnie inna. Opowiadanie początkowo usypia czujność czytelnika, nęcąc opisami życia na Turkusie i kontaktów z Żonglerami Wzorców. W pewnym momencie akcja nabiera tempa, a fabuła zostaje wywrócona do góry nogami, zaskakując czytelnika. Słowem, po raz kolejny Reynolds pokazuje, na co go stać, mieszcząc na niecałych stu stronach zamkniętą, porywającą opowieść. Właściwie trudno doszukać się wad w książce Reynoldsa – obie nowele na równym poziomie dostarczają niebanalnej czytelniczej rozrywki, którą docenią zarówno miłośnicy gatunku, jak i osoby sporadycznie sięgające po science fiction. Choć obie części książki mogłyby zostać wydane osobno (a łączy je jedynie drobny szczegół), w równej mierze udowadniają, że Alastair Reynolds to autor, obok którego twórczości nie można przejść obojętnie. Jedynym zarzutem jest dosyć skromna objętość tomu.


111

Dom w Toskanii Anita Stojałowska

Dom w Toskanii to debiutancka książka Anity Stojałowskiej, oparta na faktach z jej życia, choć napisana zgodnie z zasadą 50% na 50%, czyli połowa historii to fakty, połowa to wytwór wyobraźni. Opowiada o marzeniach oraz upartym dążeniu do ich spełnienia mimo przeciwności losu. Akcja początkowo rozwija się powoli. Można w tym czasie poznać głównych bohaterów i ich codzienne życie. Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy Anna i Kuba zostają oszukani przez pewną Dunkę o imieniu Nanna. Są więc zmuszeni do zmiany planów związanych z wakacjami i zamiast spędzić je w Kopenhadze wyruszają do gorącej

Toskanii. Małżeństwo zachwycone klimatem i architekturą tego regionu Włoch postanawia kupić tam dom i osiedlić się na stałe. Długie poszukiwania, rozmowy oraz kłopoty z tym związane to początkowe perypetie bohaterów. Opisy, które towarzyszą historii Anki i Kuby, sprawiają, że łatwo zakochać się w tej krainie. Jest to świat Tytuł: Dom w Toskanii Autor: Anita Stojałowska Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2010 Liczba stron: 334 Cena: 32,90 zł

pełen zapachów i nierozerwalnej więzi z przeszłością. Czytając książkę, można poczuć na skórze ciepły, letni wiatr i tak jak bohaterowie, zamarzyć o znalezieniu swojego miejsca na Ziemi właśnie tam. Ciekawe opisy domów, pełnych tajemnic, nieodkrytych zakamarków i towarzyszącej im historii mogą zadziwić czytelnika. Równie piękna jak Toskania jest dojrzała miłość łącząca dwoje bohaterów. Pierwszą część książki wypełniają wydarzenia związane z poszukiwaniem domu. Kiedy Anka i Kuba są już zdecydowani na kupno, okazuje się, że jednak coś jest nie tak – właściciele są podejrzani, dach przecieka i dom nie nadaje się do zamieszkania. Nie zraża to jednak bohaterów do dalszych poszukiwań. Aż wreszcie nastaje TEN dzień. Znajdują wymarzone miejsce, gdzie chcą spędzić resztę swojego życia. Następuje gorący okres pakowania, planowania i przeprowadzki. I wtedy przychodzi pewnego rodzaju załamanie… Tak rozpoczyna się druga część książki. Zagłębiając się


w nią, uświadamiamy sobie, jak bardzo rządzi nami przypadek. Jest to opowieść o prawdziwym życiu, nie bajka ze szczęśliwym zakończeniem. Opowiada o sile charakteru, która pozwala pokonać wszelkie przeciwności losu. Równie dobrze, jak opisy krajobrazów, przedstawione są relacje i uczucia towarzyszące bohaterom – nie tylko piękna miłość, ale także gorzkie poczucie osamotnienia i bezradności w walce z przeciwnościami. Ciekawie przedstawieni zostali także Włosi wplątani w toczącą się historię. Autorka w zabawny

sposób wplotła w fabułę opis ich bezproblemowego podejścia do życia. Jak się okazuje, Włosi są wesołym narodem, który zawsze ma na wszystko czas, wiecznie się spóźnia i tryska dobrym humorem. To idealni partnerzy do zabawy poprawiającej nastrój, co jest bardzo potrzebne Ance. Narracja poprowadzona jest w pierwszej osobie, dzięki czemu łatwiej uwierzyć, że opisana historia działa się naprawdę. Dom w Toskanii istnieje w rzeczywistości, autorka zamieszkała w nim i nadal go

remontuje. Pragnie zostać w nim na stałe i już nigdzie się nie przeprowadzać. Z całą pewnością należy polecić tę książkę osobom kochającym podróże, piękne krajobrazy i długie wieczory spędzane na rozmowach przy lampce ulubionego (włoskiego oczywiście) wina, a także tym, którzy wolą odpocząć w towarzystwie ciekawej książki. Dom w Toskanii otwiera przed czytelnikiem stare, drewniane drzwi i zaprasza do zwiedzania małych miasteczek pełnych uroku i historii…


113

Bornholm, Bornholm Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Bornholm, Bornholm Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, autora bardzo dobrze przyjętej powieści Rzeczy pierwsze, składa się z dwóch równolegle opowiadanych historii o mężczyznach żyjących na tytułowej wyspie. Pierwszym z nich jest Horst Bartlik, nauczyciel przyrody, który w przededniu wybuchu II wojny światowej snuje typowe dla kryzysu wieku średniego rozważania nad sensem własnego życia, a w szczególności niezbyt udanego – jak nagle stwierdza – małżeństwa. Drugim natomiast jest mający za sobą dwa nieudane związki młody człowiek, który, czuwając przy szpitalnym łóżku nieprzytomnej matki, opowiada jej swoje przeżycia. Wątkiem łączącym

obie narracje jest zniewolenie przez płeć przeciwną – dominującą i zimną żonę oraz nadopiekuńczą, apodyktyczną matkę. Początek opowieści jest bardzo obiecujący, a notka od wydawcy wzbudza apetyt na głęboką, skłaniającą do przemyśleń lekturę i nadzieję na podróż przez wyboiste drogi przemiany prowadzącej ku dojrzałości i niezależności. Rozczarowanie jest wręcz bolesne. Pierwsze fragmenty książki wyjątkowo skutecznie wprowadzają nastrój refleksji, a przyglądając się aktualnemu położeniu postaci, czytelnik prawie bezwiednie przechodzi do rozważań nad własnym. Czytelniczki, przeglądając się w lustrze niszczących zachowań żony Bartlika

i matki młodzieńca, są wręcz zmuszone do weryfikacji własnych postaw względem męża, partnera czy syna. Tym bowiem, co na początku ujmuje odbiorcę, jest niezwykła szczerość autora, który pokazuje, jak wielką krzywdę potrafi zrobić mężczyźnie bliska mu osoba. Niestety, po dobrym początku, w dalszej części Bornholm... nie spełnia oczekiwań czytelnika. Swobodny i niewymuszony język, za sprawą którego można odnieść wrażenie, że raczej słucha się opowieści, niż czyta książkę, zaczyna po pewnym czasie przypominać – o ironio – stereotypowo „babską” paplaninę. Dotyczy to szczególnie pierwszoosobowej narracji Tytuł: Bornholm, Bornholm Autor: Hubert Klimko-Dobrzaniecki Wydawnictwo: Znak 2011 Liczba stron: 240 Cena: 34,90 zł


w wątku z chorą matką, gdzie pojawiają się powtórzenia i dygresje typowe dla języka mówionego, lecz na dłuższą metę irytujące w formie pisanej. Dodatkowo, zbliżając się do końca, uświadamiamy sobie, że powieść nie jest niczym więcej niż sprawnie opisaną częścią życia dwóch panów, którzy zakładanej pierwotnie przemiany w żaden znaczący sposób nie doświadczają. Co za tym idzie, lektura – mimo niewątpliwie mocnych stron – jako całość pozostawia niesmak i wrażenie, że właśnie przeczytało się historie ofiar losu, którymi bohaterowie w dużej mierze pozostali aż do końca. Lekiem na całe zło świata dla mężczyzny wydaje się seks z prostytutką, zresztą spora część akcji obraca się wokół frustracji seksualnej rzutującej na wszystkie aspekty życia przedstawicieli płci brzydkiej i kładzie się cieniem na ich zdolnościach intelektualnych. Wyzwolenie od dominującej żony polega tutaj na zgwałceniu jej, zmuszeniu sekretarki szantażem do seksu czy uprawianiu turystyki erotycznej. I o ile po pierwszych rozdziałach panie rzeczywiście muszą

uderzyć się w pierś i zastanowić nad własnym zachowaniem, o tyle im dalej, tym bardziej mierzi przedmiotowe traktowanie żeńskich postaci, nawet jeżeli bierze się poprawkę na to, że męska literatura ma swoje prawa. Również fakt, że obaj panowie funkcjonują prawie wyłącznie w kontekście kobiet – od trudnych, wymagających i niszczących relacji z nimi uciekają do łatwych, niezobowiązujących, erotycznych przygód – jest poważną słabością tej pozycji. Autor nie pokusił się o próbę poprowadzenia swoich bohaterów do większej, prawdziwie męskiej dojrzałości, niezależnej od aktualnych relacji z płcią piękną. Ten fakt jedynie pogłębia obraz nieudacznika, od którego obu Bornholmczyków miało nadzieję się uwolnić. Żeby oddać powieści sprawiedliwość (w końcu nie bez powodu przytłaczająca większość recenzji wychwala ją pod niebiosa) – wiele fragmentów niesie ze sobą bezkompromisowo szczery i głęboki obraz ludzkiej psychiki. Niejednokrotnie książka zmusza do myślenia i napisana jest naprawdę ładnym, żywym językiem, a historie opo-

wiedziane są dosyć ciekawie. Lekturze towarzyszy poczucie, że gdzieś między wierszami kryje się głębia, do której przy pewnym wysiłku można dotrzeć. Problem jednak polega na tym, że wspomniane wyżej, irytujące aspekty skutecznie zniechęcają do poszukiwań, a tym, co wybija się na pierwszy plan, jest dojmujące wrażenie prostactwa i bezmyślności bohaterów. Niezwykle trudno jest ocenić książkę, która z pewnością nie jest kiepska, na większości recenzentów wywiera skrajnie pozytywne wrażenie i zdecydowanie wyróżnia się w polskiej prozie, a jednocześnie zawodzi oczekiwania i momentami nudzi lub drażni. Kiedy początkowe współczucie i zrozumienie dla bohaterów przekształca się w chęć potrząśnięcia nimi, a cała sympatia do nich ulatuje, powieść traci moc poruszania odbiorcy, jej siła przekazu znika, a subiektywna punktacja drastycznie spada. Mimo wszystko warto sięgnąć po Bornholm, Bornholm choćby po to, żeby wyrobić sobie własną opinię na temat tego, z pewnością znaczącego dla współczesnej literatury polskiej, dzieła.


115

Dzicy wojownicy Viviane Moore

Dzicy wojownicy autorstwa Viviane Moore to druga część serii historycznych kryminałów, które opowiadają o dwóch średniowiecznych detektywach, Hugonie i Tankredzie, rozwiązujących zagadki kolejnych, tajemniczych morderstw. Popularna na Zachodzie seria Rycerze Sycylii doczekała się już siedmiu części, a u nas dopiero zaczyna szukać sobie czytelników. Czy ma szansę powtórzyć zachodni sukces? Duet, wokół którego skupia się akcja, należy do tych ciekawych. Hugo z Tarsu jest Maurem, posiada rozległą wiedzę z dziedziny medycyny i jest jednocześnie niezrównanym szermierzem. Pod jego opieką znajduje się

Tankred – młody, osiemnastoletni mężczyzna, którego przeszłość jest tajemnicą zarówno dla czytelnika, jak i samego młodzieńca. Tych dwóch łączy szczególna więź: Arab jest nie tylko mistrzem i mentorem chłopaka, ale i przybranym ojcem, który posiada wieTytuł: Dzicy wojownicy Autor: Viviane Moore Tłumaczenie: Justyna Sozańska Wydawnictwo: W.A.B. 2010 Liczba stron: 320 Cena: 39.90 zł Uwagi: oprawa twarda z obwolutą

dzę na temat przeszłości Tankreda, jednak związany dawną przysięgą nie może mu na razie wyjawić całej prawdy. Polscy czytelnicy mieli już okazję zapoznać się z pierwszą częścią sagi zatytułowaną Ludzie wiatru. Wówczas te dwie postacie musiały rozwiązać zagadkę serii zgonów w normandzkim zamku Pirou. Choć kryminalna łamigłówka została rozwiązana, wiele wątków, szczególnie tych związanych z głównymi bohaterami, pozostało otwartych. Akcja drugiej części początkowo umiejscowiona jest w Normandii, skąd Hugo i Tankred mają wyruszyć statkiem na Sycylię. Ich długa droga rozpoczyna się w miasteczku Barfleur, które zostało nawiedzone przez okrutnego mordercę zabijającego małych chłopców. Cała sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy bohaterowie wyruszają w podróż. Wtedy okazuje się, że morderca ukrywa się pośród załogi lub pasażerów na pokładzie jednego ze statków. Oprócz prób rozwiązania zagadki tajemnicze-


go morderstwa w książce znajdziemy kilka innych ciekawie zapowiadających się wątków. Na jednym ze statków podróżujących do Sycylii znajdują się tytułowi dzicy wojownicy – elitarny oddział gwardzistów króla Henryka II Plantageneta (akcja książki toczy się w roku 1156), którzy strzegą tajemniczego ładunku. Wśród innych pasażerów znajduje się także Bartolomeo d’Avallino, dawny wróg Tankreda i Hugona, Giovanni Della Luna, prowadzący życie hulaki kupiec, czy wreszcie Eleonora, dama mająca poślubić sycylijskiego możnowładcę. Wydawać by się więc mogło, że są to dobre składniki, których efektem będzie niezwykle zajmująca lektura. Niestety, autorka nie do końca spełnia te oczekiwania. Przede wszystkim książka jest krótka i bardzo często nie ma miejsca na rozwinięcie wspomnianych wątków. Czasami można odnieść wrażenie, że pisarka nie miała pomysłu, co z nimi począć lub też, że ich obecność jest jedynie elementem odwlekającym finał. Zresztą samo zakończenie nie jest specjalnym

zaskoczeniem dla wprawnego czytelnika tego typu literatury. Sposób kreacji bohaterów również pozostawia wiele do życzenia. Zdecydowana większość z nich nie różni się zbytnio od siebie i jest mało przekonująca. Parze protagonistów daleko do słynnego duetu stworzonego przez Conan Doyle’a, żeby nie wspomnieć o znanych z kart Imienia róży Wilhelmie z Baskerville i nowicjuszu Adso. W czym w takim razie tkwi sekret popularności tej serii? Dzicy wojownicy są przede wszystkim dobrze napisaną, lekkostrawną lekturą, którą przeczytać można nawet w jeden wieczór. Daleko tej książce do skomplikowanych i wyrafinowanych kryminałów, w których napięcie rośnie z każdym przeczytanym rozdziałem, a finał jest zaskoczeniem zarówno dla bohaterów, jak i czytelnika. Najbardziej interesujące są sekrety głównych bohaterów częściowo wyjaśniane w trakcie lektury. Rozwiązane zostają też wątki z poprzedniej części, pojawiają się również ko-

lejne, jednak ich finał czytelnicy poznają dopiero w czekających na wydanie odsłonach serii. Właśnie ta ciągłość fabularna sprawia, że czytelnik, mimo niedociągnięć, skłonny jest wybaczyć niektóre z nich i sięgnąć po kolejną część. Na pochwałę zasługuje wydanie książki – twarda oprawa i częściowo lakierowana obwoluta prezentują się naprawdę dobrze. Z drugiej strony tekstu na stronach jest tak niewiele, że na 320 stronach spokojnie zmieściłby się dwie części cyklu. Za blisko 40 złotych większość czytelników chciałaby dostać więcej niż książkę na jeden wieczór. Otwierając przed czytelnikiem świat średniowiecznych żeglarzy, normańskich wojowników i kryminalnych zagadek, Dzicy wojownicy pozostają lekturą ciekawą. Patrząc na popularność książek Viviane Moore, można mieć nadzieję, że seria będzie stawać się coraz lepsza w kolejnych tomach. A następnego, zatytułowanego Przeklęty okręt, możemy się spodziewać już w lipcu.


117

Czarodzieje Lev Grossman

Powieść L. Grossmana doskonale wpisuje się w nurt powieści fantastycznych, w których pierwszoplanową rolę odgrywa magia. Czarodzieje stanowią udaną mieszankę pomysłów zaczerpniętych z bestsellerowych powieści C.S. Lewisa, J.K. Rowling czy nieco mniej znanego polskiemu czytelnikowi Ch. Williamsa. Pojawia się zatem u Grossmana motyw magicznej gry czarodziejów. Gra ta przypomina szachy, a objaśnienie jej reguł trwa „jakieś dziesięć lat”. Miejsce Lewisowskiego Lasu Między Światami wypełnionego sadzawkami zajmuje nieco przerażające Miasto Ni Tu Ni Tam, w którym rolę przejść między światami pełnią fontanny. Williamsowski ka-

Tytuł: Czarodzieje Autor: Lev Grossman Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska Wydawnictwo: Sonia Draga Liczba stron: 494 Cena: 37,00 zł

mień z korony Salomona, umożliwiający posiadaczowi podróże w czasie i przestrzeni, zostaje zastąpiony guzikiem, który pozwala przenieść się do Miasta Ni Tu Ni Tam. Zamiast Aslana z Narnii mamy barany będące wszechmocnymi bóstwami z Fillory, magicznego świata równole-

głego czekającego na ratunek. Podobieństwa można by tu mnożyć. Grossman właściwie nie proponuje czytelnikowi nowatorskich rozwiązań, nie zaskakuje go nowymi pomysłami, lecz umiejętnie miesza znane motywy, serwując świetny koktajl z literatury fantasy. Czytelnik obeznany z nią ma niemałą frajdę, odkrywając kolejny zapożyczony motyw w nieco zmienionym wydaniu. Quentin Coldwater, główny bohater powieści, zamiast odbyć rozmowę kwalifikacyjną do Princeton, zdaje pomyślnie egzaminy do tajemniczego College’u Nauk Magicznych Brakebills. Jak się wkrótce okazuje, świat magii jest równie skomplikowany jak otaczająca bohatera wcześniej niemagiczna rzeczywistość. Zostanie czarodziejem wymaga nie tylko ponadprzeciętnych zdolności intelektualnych, którymi obdarzeni są wszyscy kandydaci do sekretnego college’u, ale także wręcz niezwykłej siły woli i ogromnego samozaparcia, np. aby nauczyć się zaklęć pochodzących z różnych kultur, a co za tym idzie – w różnych ję-


zykach. Zadaniem bohatera nie jest dążenie do określonego celu, lecz poznawanie nowo odkrytego świata (niezwykłego i przerażającego zarazem). Jak się okazuje, nauka magii to ciężka praca, wymagająca zarówno sprawnych palców, wyginających się pod najdziwniejszymi kątami, jak również ogromnej cierpliwości i staranności w poprawnym opanowywaniu zaklęć. Co ciekawe, młodzi adepci sztuk magicznych niemal niczym nie różnią się od zwykłych rówieśników – piją, palą, przeżywają rozterki miłosne, a za popełnione błędy muszą ponosić konsekwencje.

Grossman nie ogranicza się jedynie do pokazania zmagań z magiczną szkolną rzeczywistością. Po zakończeniu edukacji wysyła bohaterów do realnego świata, gdzie przez „realność rozumie się rzeczy niemagiczne, obsesję pieniędzy i tony śmieci”, gdzie rządzi „surowa niezmodyfikowana fizyka”, gdzie wszystko jest tylko tym, czym jest, i niczym więcej, gdzie prozaiczność szerzy się jak epidemia. Dla czarodzieja nie jest to świat, w którym może się realizować, dlatego gdy pojawia się szansa na ucieczkę do równoległej rzeczywistości, w której magia jest nor-

Weranda pełna słońca Juliette Fay

Juliette Fay ukończyła Harvard – już sama ta informacja może wywołać błysk

zainteresowania w oku czytelnika. Bo jakie to książki pisze się po latach spędzo-

malnością, a normalność jest magiczna, bohaterowie decydują się tam wyruszyć – do Fillory. I dopiero tam przekonują się, czy właściwie wykorzystali czas spędzony w Brakebills. W większości książek o magii i światach równoległych od początku wiadomo, jaki jest cel działań głównego bohatera, a dobro musi zawsze zwyciężyć. Tym razem tak nie jest. Grossman skupia się na ukazaniu spotkania młodego człowieka z wymarzonym światem magii, ale nawet tam magia nie może naprawić skutków złych wyborów.

nych na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów świata? Żeby na sam początek nie wprowadzać zbyt dużo optymizmu, powiedzmy sobie – różne. Ale okazuje się, że wśród tych „różnych” są twory godne uwagi, zerknijmy zresztą sami. Nie można powiedzieć, że autorka porusza tematy lekkie, łatwe i przyjemne. Główna bohaterka Werandy pełnej słońca, nie pierwszej już i pewnie nie


119

ostatniej powieści Fay, to kobieta w średnim wieku, w pojedynkę wychowująca dwoje dzieci. Janie LaMarche nagle staje się samotna i nie z wyboru (swojego lub czyjegoś), ale z powodów całkowicie od niej niezależnych – oto w wyniku fatalnego splotu wydarzeń w wypadku drogowym ginie jej mąż, Robby. To stawia ją w sytuacji granicznej. Choć wcale tego nie chce, musi spróbować uporać się z zupełnie nowymi, nieznanymi jej dotychczas problemami, które te nowe okoliczności stwarzają. Na domiar złego to wszystko dzieje się jednocześnie i swoim ogromem przeraża Janie, dla której w danej chwili najważniejsze jest chyba tylko to, żeby się z miejsca nie załamać… Sytuacja wydaje się beznadziejna, a nasza bohaterka ma wszelkie powody, żeby czuć rozgoryczenie. Wtedy właśnie dookoła niej zaczynają gromadzić się ludzie chcący bezinteresownie pomóc. Różne – mniej lub bardziej – będą się te próby niesienia pomocy udawać. W ostatecznym rozrachunku okaże się jednak, że każda z nich – mniejsza

czy większa – to jedna z wielu cegiełek, dzięki którym Janie będzie w stanie zbudować na nowo swój świat. I można powiedzieć, że czytelnik uczy się tu życia razem z bohaterką. Postaci otaczające kobietę to zarówno rodzina, jak i osoby obce, włączając w to nawet budowlańca, który znalazł się w pobliżu jeszcze z inicjatywy Robby’ego. Tworzą one istny kalejdoskop osobowości i to w sensie dosłownym, wywołują bowiem (przynajmniej w Janie) emocje z całej palety barw – od przygnębienia i irytacji aż do czystej, autentycznej radości. Narracja układa się tu dwutorowo, raz występując w postaci personalnej (z perspektywy Janie), raz w formie narracji pamiętnikarskiej, a konkretnie dziennika, który znajomy ksiądz (notabene bardzo ciekawa postać!) nakazał prowadzić bohaterce w ramach swego rodzaju terapii. Wszystkie zdarzenia, mniej lub bardziej subiektywnie, poznajemy więc za pośrednictwem Janie, co skutkuje określoną, zabarwioną emocjonalnie perspektywą, którą automatycznie przyjmuje czytelnik. Ma to tę

Tytuł: Weranda pełna słońca Autor: Juliette Fay Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko Wydawnictwo: Otwarte Liczba stron: 432 Cena: 34,90 zł

zaletę, że stanowi wcale dobre studium psychiki bohaterki. Weranda pełna słońca to opowieść o odradzaniu się, o tym, że gdy w życiu pewne rzeczy się kończą, inne mogą się dopiero zacząć – trzeba im tylko dać szansę. Ponadto jednym z poruszanych wątków jest ten odwieczny truizm, że nie ma ludzi bez problemów. Kłopoty są mniejsze lub większe, a jednak każdy je ma, o czym przekonuje się Janie. Należy oddać autorce sprawiedliwość za to, że nie uczyniła głównej bohaterki ani męczennicą rodem z literatury martyrologicznej ani też hiperwytrzymałą heroiną, jakąś Wonder Woman. Janie to prawdziwa kobieta


z krwi i kości, mająca może nawet trochę więcej wad niż zalet, ale to czyni ją wiarygodną w oczach odbiorcy, i o to chodziło. Biorąc pod uwagę kłopotliwość poruszanych

problemów, ich niejednoznaczność i momentami wręcz kontrowersyjność, trzeba przyznać, że Juliette Fay poradziła sobie całkiem nieźle. Na egzaminie z twórczości literac-

Stracony chłopiec czyli tajemnice sekty mormonów Brent W. Jeffs Maria Szalawitz

Tytuł może nam nasuwać pewne skojarzenia, niewykluczone, że ma również na celu maksymalne zaciekawienie czytelnika. Książka ta została napisana przez Brenta Jeffsa, który urodził się i dorastał jako członek wspólnoty jednego z odłamów Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, gdzie praktykuje się wielożeństwo. Jest to autobiografia, tym samym można przyjąć, że opisane przez autora wydarzenia są autentyczne. Takie

przynajmniej wrażenie sprawia treść książki, choć dominuje w niej nacechowana subiektywizmem narracja. Kościół, o którym mowa, odgrywa w życiu swoich wyznawców rolę najważniejszą. Prorocy stojący na jego czele wyznaczają sposób życia i postępowania swoich wiernych niemal w każdej dziedzinie. Dotyczy to zarówno życia rodzinnego, jak też zawodowego, edukacji, własności i wielu innych aspektów, takich jak sposób ubierania

kiej, gdyby było to przedmiotem akademickim (w Ameryce jest – nazywa się to creative writing) dostałaby za to zasłużoną czwórkę – nawet taką z plusikiem.

się, zawierania małżeństw itp. Wszystko toczy się w miarę sprawnie i bez większych problemów, dopóki na czele wspólnoty nie staje wuj autora, Warren Jeffs. Niestety, mamy tutaj klasyczny przypadek nie tylko nadużywania władzy przez psychopatycznego tyrana, ale również patologii, jaką jest pedofilia, a której ofiarą pada między innymi sam autor. Nie odsłaniając zbytnio kulis wydarzeń opisanych w książce, należy nadmienić, że fakt objęcia władzy przez wuja ma tragiczne konsekwencje dla rodziny Brenta. Na skutek jego intryg rodzina chłopca zostaje ekskomunikowana, co równa się pozbawieniu jej jakiegokolwiek wsparcia ze strony wspólnoty, wszyscy odwracają się do niej plecami. Nauka życia poza parasolem wspólnoty jest doświadczeniem niezwykle traumatycznym.


121

Tytuł: Stracony chłopiec czyli tajemnice sekty mormonów Autor: Brent W. Jeffs Maria Szalawitz Tłumaczenie: Zuzanna Załęska Wydawnictwo: Videograf II 2010 Liczba stron: 286 Cena: 32,90 zł

Kilka słów należy poświęcić pojęciu „straconych chłopców”. Kiedy dorastający chłopiec zbuntował się przeciwko zasadom panującym we wspólnocie, rodzice

w takim przypadku mieli obowiązek porzucenia go, w przeciwnym razie całą rodzinę by ekskomunikowano. Dziecko, które dosłownie porzucano na poboczu drogi, zdawało sobie sprawę, że odtąd nie ma już nikogo bliskiego i dokąd wracać. Skala tego zjawiska była na tyle poważna, że jeden ze „straconych chłopców” założył fundację, pomagająca takim jak on stanąć na nogi w nowej rzeczywistości. Czasami jednak ta pomoc przychodziła zbyt późno. Dwaj bracia autora zmarli przedwcześnie, uzależnieni od narkotyków. Język powieści jest niezwykle bogaty, a przy tym prosty, tak jakby ktoś z sąsiedztwa opowiadał nam o swoich przeżyciach. Oprócz bezspornie ciekawej treści atrakcyjność książki podnoszą ilustracje

– autentyczne zdjęcia dokumentujące różne momenty z życia chłopca, jego rodziców czy rodzeństwa. Co więcej – możemy zobaczyć zdjęcie owego demonicznego wuja, a także jednej z jego bardzo licznych żon. Dla czytelnika nie znającego realiów opisywanych w książce będzie to niezwykle interesująca wiedza. Opisane przez autora jego własne przeżycia przybliżają w sposób bardzo wyrazisty zarówno specyficzne cechy tej niezwykłej wspólnoty, jak też problemy, jakie mają w związku z tym jej członkowie. Dowiadujemy się, jak funkcjonuje i z czym boryka się rodzina, w której jest jeden ojciec , kilka matek, kilkanaścioro dzieci. Warto sięgnąć po tę pozycję – nie tylko ciekawi, ale daje też wiele do myślenia.


Za wszelką cenę Candace Bushnell

Za wszelką cenę to książka opowiadająca o kilku miesiącach z życia modelki firmy Victoria’s Secret, Janey Wilcox, która, mając 30 lat, wreszcie zadomowiła się w wyższych sferach społeczeństwa w Nowym Jorku. Jednak to jej nie wystarcza. Janey ma podłą przeszłość obejmującą niesmaczne związki z wieloma bogatymi mężczyznami i słynie w mieście z tego, że zrobi wszystko dla pieniędzy. Nie przeszkadza to kobiecie w poślubieniu Seldena Rose, potężnego producenta filmowego i szefa stacji telewizyjnej, z którym zapoznaje ją nowa przyjaciółka – Mimi Kilroy – ciesząca się szacunkiem nowojorskiej elity. Małżonkowie spędzają miesiąc miodowy we Włoszech, co

jednak nie przypada bohaterce do gustu. Brakuje jej zakupowego szaleństwa, któremu oddawała się każdego dnia. Janey jest przekonana, że odtąd jej życie będzie idealne. Poślubiła bogatego mężczyznę i ma wielu przyjaciół w wyższych sferach. Z czasem dochodzi do wniosku, że wyszła za człowieka, który nie spełnia jej wymagań. Bohaterka staje przed wyborem – mąż i spokojny, pełen ciepła dom czy sława, pieniądze i wpływy. Dla Janey wybór jest oczywisty. Jednak ciągła pogoń za pieniędzmi i władzą grozi jej upadkiem w światku bogatych Nowego Jorku. Opowieść jest pełna bogactwa, intryg oraz zdrady – zarówno małżeńskiej, jak i wśród „najbliższych”

przyjaciół. Odsłania kurtynę, za którą kryje się świat, o jakim marzą miliony, świat sławnych i rozpoznawalnych, w rozumieniu wielu – tych lepszych. Czy możliwe jest zdobycie prawdziwej przyjaźni i miłości w świecie obłudy? Wydaje się, że jedynym celem życiowym bohaterki jest bycie najlepszym graczem na

Tytuł: Za wszelką cenę Autor: Candace Bushnell Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz Wydawnictwo: Znak 2010 Liczba stron: 605 Cena: 34,90 zł

scenie elity społeczeństwa, zrobi ona wszystko, aby się tam dostać, a później utrzymać. Jej płytkość może stać się z czasem irytująca. W książce znajdzie się wiele przykładów na to, co dla Janey znaczą takie pojęcia, jak współczucie, sympatia i szczerość. Dla każdego z tych uczuć ma swoją własną definicję. Z każdą kolej-


123

ną historią czytelnik przekonuje się, jak mało znaczą te uczucia w wielkim nowojorskim świecie. Autorka w bardzo jasny sposób przekazuje nam swoją wizję tamtejszych elit. Niewiele trzeba, aby w jednej chwili być ulubieńcem paparazzich, a za chwilę doświadczyć wyciągnięcia na światło dzienne najciemniejszych i najbardziej osobistych spraw, które każdy chce zatrzymać w tajemnicy. Książka napisana została jednak z lekkim przymrużeniem oka. Jest przyjemną lekturą w sam raz na popołudnie. Można się pośmiać z przygód bohaterki, jej rozterek i wyimaginowanych dramatów, które przeżywa na co dzień. Jakże inne są one od naszych codziennych spraw. Ciekawie przedstawiono również koneksje pomiędzy różnymi osobami z tego światka. Bohaterka ma wpływy nie tylko wśród producentów filmowych czy właścicieli stacji telewizyjnych, ale też sportowców i prawników. I choć jest to świat bardzo mały i hermetyczny, a każdy o każdym wie wszystko, to właśnie tam Janey pragnie zabłysnąć za wszelką cenę.

Zemsta hrabiego Skarbka Yves Sente

Komiks, aby był udany, musi się składać z dobrego scenariusza i świetnych rysunków. Być może sformułowanie to tchnie banałem, ale niestety zbyt często jeden z tych elementów odbiega jakością od drugiego w sposób znaczący. W rezultacie odbiorca, czytelnik, klient wreszcie ma do czynienia z produktem niepełnym, o zaniżonej jakości czy wręcz jej pozbawionym. Bo jest chyba tak, że spora grupa miłośników komiksu jest w stanie wybaczyć mielizny scenariusza, pod warunkiem że rysunek ich urzeknie. I odwrotnie – świetny scenariusz wynagradza innym niedostatki kreski autora rysunków. Tak czy inaczej istnieje spora szansa, że w powyższej sytuacji ktoś będzie niezadowolony.

Zemsta hrabiego Skarbka to chlubny przykład na doskonałe połączenie obu wspomnianych


składowych we wspaniałą jedność, która daje wrażenie obcowania z prawdziwą sztuką. Nie jest to bez znaczenia, gdyż właśnie jednym z tematów komiksu jest sztuka, a dokładniej malarstwo. Fabuła zanurzona w klimacie światka paryskich artystów i marszandów w pierwszej połowie XIX wieku, tchnie jednocześnie parnym, gorącym powietrzem tropikalnych wysp. Bo są też tu karaibscy piraci, piękne kobiety, szaleństwo oraz pasja tworzeTytuł: Zemsta hrabiego Skarbka Autor: Yves Sente Rysunki: Grzegorz Rosiński Tłumaczenie: Maria Mosiewicz Wydawnictwo: Egmont 2010 Liczba stron: 128 Cena: 75,00 zł Uwagi: Oprawa twarda z wkładką

nia i niszczenia, w tle pobrzmiewają zaś echa ważnych wydarzeń z historii Polski. Przede wszystkim jednak jest opowieść o tytułowej zemście. To scenariuszowy majstersztyk, o p ow i e d z i a n y w formie przypominającej powieść szkatułkową, pełen intertekstualnych odniesień. I tak jak Perez-Reverte w Kapitanie Alatriste puszczał oko do czytelników znających fabułę Trzech muszkieterów, sugerując, co naprawdę było pierwotnie kanwą opisywanych przez Dumasa wydarzeń, tak tu spotykamy się z podobnym zabiegiem, tyle że dotyczącym, a jakże, Hrabiego Monte Christo. Yves Sente jako twórca scenariusza zasłużył na ogromne uznanie, ale nie osiągnąłby takiego efektu bez wsparcia i współpracy z talentem Grzegorza Rosińskiego. To jeden z najbardziej znanych na Zachodzie polskich rysowników, z pewnością też najbardziej

utalentowanych. W Polsce, oczywiście, wszyscy kojarzą go z serii o przygodach Thorgala. Pracując tyle lat, kilkakrotnie zmieniał styl i go doskonalił, aby w pewnym momencie porzucić go na rzecz nowej maniery. I zdarza się, że niektórym fanom nie zawsze te zmiany przypadają do gustu. Stylistykę zastosowaną w Zemście… obserwujemy od kilku lat w innych jego pracach. O ile tam sprawdza się różnie, o tyle w tym przypadku wydaje się idealna. Przede wszystkim poszczególne kadry nie są rysowane, a malowane. W pierwszym momencie sprawiają wrażenie niedopracowanych i rozmytych,


125

jednak szybko okazuje się, jakie bogactwo szczegółów zawierają pojedyncze sceny. Znany ze świetnych twarzy Rosiński i tym razem pozwala nam poznawać różne typy ludzkie i skrajne emocje bohaterów właśnie dzięki świetnemu portretowaniu. Kolory brudnego Paryża w mgnieniu oka potrafią zmienić się w feerię barw tropikalnej wyspy, by za chwilę przeistoczyć się w sączący się z każdej strony mrok nocy. Mamy też do czynienia ze wspaniałym wyczuciem dynamiki poszczególnych ujęć, które przywodzą na myśl film, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z jednej strony jest to komiks w każdym calu europejski, mogący śmiało stawać do walki o uznanie na artystycznych i komiksowych salonach, z drugiej zaś polskie akcenty czynią go bliskim sercu polskiego czytelnika. Scenariusz i grafika połączyły się w doskonałych proporcjach, aby dać prawdziwe dzieło sztuki, nie tylko komiksowej. I dodajmy, że w pewnym sensie też jest to komiks o Chopinie, ale jakże różny od tego najnowszego.

Trucicielka Eric – Emmanuel Schmitt

Eric-Emmanuel Schmitt, znany na świecie francuski dramaturg i powieściopisarz, kojarzący się przeciętnemu polskiemu czytelnikowi przede wszystkim z utworem Oskar i pani Róża, jest autorem zbioru opowiadań wydanych w naszym kraju pod tytułem Trucicielka. Tomik, składający się z czterech niedługich tekstów oraz fragmentu dziennik prowadzonego w okresie powstawania dzieła, zawiera wszystko, czego można się po tym autorze spodziewać: głębokie, uniwersalne prawdy, podane w doskonale dopracowanej formie. Nie jest to lekka, niezobowiązująca rozrywka, ale dzięki niezaprzeczalnym zdolnościom pisarskim Schmitta osoby nieprzepadające za skomplikowanymi

traktatami filozoficznymi nie mają się czego obawiać – książkę czyta się naprawdę przyjemnie. Bohaterami opowiadań są: starsza kobieta (tytułowa trucicielka, domniemana morderczyni trzech mężów i kochanka, ale nigdy nie udowodniono jej winy; Tytuł: Trucicielka Autor: Eric – Emmanuel Schmitt Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak-Wszelaki Wydawnictwo: Znak 2011 Liczba stron: 248 Cena: 27,90 zł


ulega ona fascynacji młodym księdzem i otwiera się przed nim, ujawniając ukrywaną przez lata prawdę), prosty marynarz (na wieść o śmierci córki zostaje on zmuszony do przyjrzenia się własnemu życiu) dwaj obiecujący muzycy (połączeni przez los w dramatycznym momencie po to, by diametralnie zmienić drogę, którą podążali do tej pory) oraz przeżywające poważny kryzys małżeństwo (nieoczekiwanie staje ono w obliczu śmiertelnej choroby). Nawet pokrótce przedstawiona tematyka daje przedsmak wagi problemów, jakie są w tomiku poruszane. Są to najgłębsze, bo przedstawione w kontekście śmierci, aspekty ludzkiej egzystencji; zwykle nie zajmujemy się nimi na co dzień, aż do momentu, kiedy sami stajemy przed obliczem tego, co nieuniknione. W swoich dziełach Schmitt daje czytelnikom szansę na zmierzenie się z tymi zagadnieniami (zanim czytających zmuszą do tego życiowe okoliczności) i dla tych, którzy zechcą skorzystać z tej szansy, będzie to cenne i wzbogacające przeżycie. Styl, jakim posługuje się autor, opisując historie bohaterów, jest zaskakująco mało

emocjonalny, sprawia wręcz wrażenie dziennikarskiego zapisu faktów, co stanowi ogromny plus. Poruszając bowiem wątki egzystencjalne, Schmitt unika pełnego truizmów banału i grania na uczuciach, kierując swoje przesłanie, a raczej wyzwanie do zmierzenia się z trudnymi pytaniami, do intelektu odbiorcy. I chwała mu za to, gdyż zamiast pławić się w patetycznej, afektowanej papce, którą często serwują pisarze poruszający podobne problemy, możemy swoje przeżywanie lektury oddać pod kierownictwo rozumu. Dzięki temu każda zmiana, jakiej doświadczymy, ma szanse być trwała i wpłynąć na nasz system wartości w sposób znaczący, zamiast pozostać chwilowym, tanim wzruszeniem. Lakoniczność i mnogość niedopowiedzeń cechujące język autora, otwierają szerokie możliwości dla osobistych interpretacji, skojarzeń oraz wniosków, co zresztą – jak wynika z fragmentu dziennika – jest zabiegiem świadomym i zamierzonym. „Gdy książka jest ukończona, zaczyna się jej życie” pisze Schmitt i oddaje czytelnikowi ogromną przestrzeń dla jego własnej wrażliwości.

Trucicielkę można przeczytać jak zbiór w miarę ciekawych opowiadań i bez chwili refleksji pójść w swoją stronę, a ponieważ ani fabuła nie jest porywająca, ani akcja szczególnie wartka, książka jako potencjalne źródło rozrywki raczej rozczaruje. Można również, zgodnie z intencją autora, wykorzystać ją jako pretekst do zmierzenia się z aspektami naszego życia, które na co dzień nie mają wstępu na listę rzeczy pilnych: czy znam i kocham swoje dzieci i współmałżonka, tak jak na to zasługują; co i w jaki sposób wpłynęło na to, jakim jestem człowiekiem, i czy przypadkiem nie poszedłem drogą, która niszczy mnie i moje otoczenie; jakie są skutki wyborów, których dokonuję. A to tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym znajdują się takie tematy, jak miłość, obsesja, wolność, determinizm, odkupienie oraz niepowtarzalne, specyficzne dla osobowości i doświadczenia konkretnego odbiorcy interpretacje, nadające czytanym historiom indywidualny sens. Cytując bowiem za autorem Woltera: „(...) najlepsze książki to te, które w połowie zostały napisane przez wyobraźnię czytelnika”.


127

Niebo nad Maralal Christina Hachfeld-Tapukai

Christina Hachfeld-Tapukai jest z pochodzenia Niemką. Była szczęśliwą żoną i matką dwóch synów. Jej mąż, niestety, zmarł przedwcześnie, a Christina jakiś czas później wybrała się w podróż do Afryki. Znalazła się w Kenii, która urzekła ją swoim dzikim pięknem. Tam też spotkała nową miłość – przystojnego mężczyznę o imieniu Leptati – wojownika z plemienia Samburu. Autorka snuje swoją opowieść w sposób niezwykle ciekawy, wręcz fascynujący. Trudno się oderwać od lektury. Podtytuł książki brzmi następująco: Moje życie u boku wojownika Samburu. Pisząc to dzieło, autorka jest już od dziewiętnastu lat żoną Lpetati. Fakt ten świadczy o tym, że jej „się

udało”, zważywszy na to, że, jak ona sama stwierdza, związki dwojga ludzi tak różnych kultur nie rokują trwałości, wręcz przeciwnie, są one często zawierane ze strony „białej” dla przygody, a z „czarnej” dla korzyści materialnych. Christina znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony ma ojczyznę w Niemczech, gdzie żyją jej synowie, przy czym wkrótce ma zostać babcią. Jej drugą ojczyzną jest wioska plemienia Samburu, której mieszkańcy żyją w lepiankach z gliny zmieszanej z łajnem. Nie posiadają dosłownie niczego, przy życiu utrzymują się, pijąc mleko krów, kóz i owiec, o ile owe zwierzęta nie padną z braku wody i pożywienia w porze suchej. Mieszkańcy wio-

ski nie znają pojęcia czasu, nigdzie im się nie spieszy. Praktykują obrzezanie dziewcząt, które wydają za mąż często wbrew ich woli. Odrobina pitnej wody jest bezcennym prezentem. Christina została nie tylko żoną Lpetati, ale również członkiem jego licznej rodziny, która oczekuje z jej strony troski i wsparcia materialnego. Mąż i jego rodzina nie mają pieniędzy, więc kobieta sama zarabia, zabawiając turystów w charakterze członka zespołu muzycznego. W tym celu odbywa bardzo daleką podróż w warunkach wręcz nieludzkich. Wynajmuje mały domek, z którego podczas jej nieobecności ktoś Tytuł: Niebo nad Maralal Autor: Christina Hachfeld-Tapukai Tłumaczenie: Jolanta Janicka Wydawnictwo: TELBIT Liczba stron: 383 Cena: 39,90 zł


kradnie prąd i wodę. Sypia, trzymając pod ręką maczetę i gaz pieprzowy. Pomimo tak nieprzychylnej rzeczywistości Christina nie tylko pomaga rodzinie męża, ale również obcym, przez co naraża się na ostrą krytykę ze strony starszych członków plemienia. Poza rodziną męża Christina troszczy się również o pięcioro przybranych dzieci, którym zapewnia utrzymanie i solidną edukację. Strona po stronie wzrasta podziw czytelnika dla tej kobiety. Pojawiają się pytania: Jak to możliwe, że ma ona w sobie tyle siły? Co ją motywuje? W jaki sposób jest w stanie zachowywać pogodę ducha? Jakim cudem potrafi się dostosować do tak ekstremalnych sytuacji? Jak to możliwe, że jej małżeństwo przetrwało tyle lat?

Na niektóre z tych pytań autorka odpowiada bezpośrednio, odpowiedź na inne możemy znaleźć między wierszami, zaś reszta pozostaje w gestii naszych własnych refleksji. Należy również podkreślić inne wartości dzieła. Karty książki zapełniają różnorodne postaci, ludzkie charaktery opisane są niezwykle wnikliwie. Poznajemy też warunki życia, które decydują niejednokrotnie o takich a nie innych wyborach. Autorka powstrzymuje się przy tym od krytyki i jednoznacznych ocen. Wręcz przeciwnie – z jej wypowiedzi emanuje ciepło i życzliwość. Jeszcze jedna bardzo istotna kwestia. Przyroda – to niezwykłe piękno wokół – zarówno ożywiona,

jak i nieożywiona, to, co autorka nazywa „magią Afryki”. Oddajmy głos jej samej: Mogłabym bez końca spoglądać na płonące niebo o poranku, gdy w powietrzu unosi się jeszcze zapach nocy, hieny nawołując się, znikają w oddali, a z nozdrzy zebr wydobywa się para. Wciąż uwielbiam budzić się w tej dziczy, słysząc znajome dźwięki. Wciąż pragnę chłonąć magię tego obcego, mistycznego świata. Książka wywiera ogromne wrażenie, wzbudza podziw dla autorki, a także wyzwala chęć poznania bliżej opisanego przez nią piękna. Zachęca do podróży i osobistego zapoznania się z egzotyką i magią Kenii. Pozycja bezsprzecznie godna polecenia.


129

Książkę poleca

Bartek Łopatka

Trojka Stepan Chapman

Są książki, których zdrowy psychicznie człowiek nie powinien czytać. Pozycje tak surrealistyczne i pokręcone, że ich lektura czy próba nadążenia za wyobraźnią pisarza skrzywia percepcję i zaburza poczucie rzeczywistości. Taką powieścią zdecydowanie jest Trojka Stepana Chapmana, którą niedawno wydał MAG w serii Uczta Wyobraźni. W oślepiającym blasku trzech fioletowych słońc troje wędrowców – stara Meksykanka, zautomatyzo-

wany samochód terenowy i brontozaur – od setek lat brnie przez pustynię. Już sam początek okładkowego opisu daje przedsmak tego, czym ta książka jest – ostrą jazdą bez trzymanki przez szalone i nieprzewidywalne wizje autora. Chapman przedstawia podróż protagonistów i opowiada ich historię, mieszając epoki, realia, pojęcia. W miarę lektury chaos poznawczy pogłębia się – każde kolejne wspomnienie bohaterów zaprzecza poprzednim, nadaje całkiem nowy sens

ich czynom oraz wszystkim wydarzeniom. Ale, co zdumiewające, pisarz nie popadł w błędny krąg negacji, po pewnym czasie z Trojki wyłania się pewien szkielet logiczny, który sprawia, że przynajmniej część tej książki staje się zrozumiała, przez co zabiegi literackie nabierają jeszcze większej wartości. Z pewnością to jedna z bardziej niesamowitych książek fantastycznych dostępnych na naszym rynku. Przypadnie do gustu fanom innowacji, new weirdu oraz trudnych, wymagających lektur. Chapman, ocierając się o grafomanię, wykreował niesamowite historie i charaktery – Alex, Naomi i Eva są postaciami skrajnie nieszablonowymi, intrygującymi, a jednocześnie wręcz irytującymi ciągłą zmiennością. Przyzwyczajenie się do ich nietypowości i odmienności od znanych i lubianych schematów zajmuje sporo czasu. Dodatkowo komplikują to ich zamiany ciał – powłoki fizyczne nie są na stałe przypisane do danej osobowości, co wręcz uniemożliwia jakiekolwiek próby utożsamiania się z książkowymi bohaterami.


Problemy te wynikają również z języka, jakiego pisarz używa. Skomplikowane, nieznane słownictwo, opisujące nieistniejące, dziwaczne rzeczy, bawienie się w słowotwórstwo oraz ciągłe zmienianie charakterystyki i temperatury tekstu utrudniają odbiór i wymagają od czytelnika sporego wysiłku intelektualnego. Wpływają również na zrozumienie tekstu. Można jednak zauważyć w nim pewien rys logiczny i podjąć próbę jego interpretacji, tak by niósł jakiś sens, ale który na pewno nie będzie jedynym możliwym lub właściwym sensem. Przy bogactwie języka, odniesień oraz wyżej wspomnianych rozmaitych zabiegów, jakie Chapman zastosował, można tę książkę analizować z wielu różnych perspektyw, za każdym razem osiągając inny wynik. Trojka z pewnością będzie wdzięcznym tematem do rozmów literaturoznawczych, zarówno tych domorosłych, jak i fachowych.

Dżozef Jakub Małecki

O tym, że Małecki jest mistrzem storytellingu, wiadomo nie od dziś. Dżozef, najnowsza powieść poznańskiego pisarza, tylko to potwierdza. Nie można jednak powiedzieć, że nie jest wyjątkiem od reguły, bo przeciwnie, właśnie tym jest – wyjątkową pozycją tak w twórczości Małeckiego, jak i w literaturze w ogóle. Bohaterem Dżozefa, a zarazem jego narratorem, jest nikt inny jak zwykły blokers. Mało ambitnego, dwudziestotrzyletniego absolwenta zawodówki, Grzesia Bednara, w ciągu trzech dni spotyka apogeum pecha – najpierw ktoś kradnie mu telefon, następnego dnia chłopak traci pracę, a w kolejnym trafia do szpitala z solidnie strzaskanym nosem. Tam jego niedolę podziela trzech

innych mężczyzn – biznesmen Kurz, irytujący Maruda i spokojny pan Stasiu, zwany Czwartym, pochłonięty książkami Josepha Conrada. Szpitalne dni ciągną się niemiłosiernie, w szafce obok łóżka piętrzą się pomarańcze i powoli kończą się dwuzłotówki na jedyną rozrywkę – telewizję. Wydawałoby się, że każdy dzień wygląda tak samo, a mężczyzn zacznie szybko nużyć swoje towarzystwo. Wszystko się zmienia, kiedy małomówny Czwarty zaczyna nocą silnie gorączkować i dyktuje Grzesiowi tajemniczą opowieść. Niebawem szpitalna rzeczywistość zmieni się w prawdziwy koszmar. To, co charakterystyczne w twórczości Małeckiego, a tym samym silnie przyciągające do każdej kolejnej książki, to kreacja bohaterów.


131

Zwyczajowo jedną z głównych postaci jest niepozorny chłopak, drobny cwaniaczek z podblokowej ławki, któremu w życiu zależy tylko na dobrej zabawie, dziewczynach, pakowaniu na siłowni i świętym spokoju. Taki bohater ukazany w swoim naturalnym środowisku, zapędzony gdzieś na margines nie tylko literackiej rzeczywistości sprawia, że książki Małeckiego są powieściami, które w pewien sposób grają stereotypami. Nigdy bowiem, a już na pewno nie w przypadku Grzesia Bednara, postać życiowego obiboka nie jest negatywna – jak zwykło się kojarzyć. Przeciwnie, poprzez swoją prostotę zwyczajnie daje się lubić. Autor ściąga literackiego bohatera z piedestału, czyniąc z niego chłopaka z sąsiedztwa, popełniającego drobne grzeszki, ale za to pełnokrwistego człowieka. Nie są to też postaci skrajnie przerysowane, stylizowane na jak najbardziej podobne zwykłym ludziom, zawsze mimo wszystko obdarzone jakąś drażniącą manierą, która sprawia, że tracą na wiarygodności. Ot, zwykli mieszkańcy blokowych osiedli, ziomki, jakich setki w całej Polsce, spod klatki, ze swoimi wadami i zaletami. Grzesio ma dziewczynę (której nawet nie

lubi), kochających i wiecznie zmartwionych rodziców, paczkę nierozgarniętych przyjaciół i swój mały świat. Właśnie z takiego chłopaka Jakub Małecki stwarza postać zupełnie wyjątkową, która dźwiga brzemię jego twórczości (wespół z pracownikami korporacji finansowych, jak w przypadku Przemytnika cudu).Autor ten tworzy powieści dresiarskie, nacechowane nutą tajemniczości i niepokojącej aury. Dżozef bowiem, poza typowym dla Małeckiego bohaterem, ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną dla twórcy Błędów – niezwykłą fantastyczność, trącącą z lekka Bułhakowem, ale jednak indywidualną, sprawiającą, że poznański pisarz z książki na książkę staje się coraz jaśniej błyszczącą perłą w koronie literatury fantastycznej. Realizm magiczny wprowadzany przez Małeckiego sprawia, że jego powieści odchodzą nieco od klasycznych utworów fantastycznych. Trudno bowiem przewidzieć, co się wydarzy i jaki jest autorski zamysł, bo pozornie historie zaczynają się zwyczajnie, bez jakiegokolwiek magicznego naznaczenia. Oczywiście, mając w pamięci poprzednie publikacje autora, można pró-

Tytuł: Dżozef Autor: Jakub Małecki Wydawnictwo: W.A.B 2011 Liczba stron: 379 Cena: 37,90 zł

bować się domyślić, co czeka nas dalej, jednak na nic zda się nawet wyjątkowo bujna czytelnicza wyobraźnia. Każda strona powieści jest świeża, jakby pisana w trakcie lektury. Dzieje się też tak za sprawą języka – swobodnego, luźnego, potocznego, ale dalekiego od infantylizmu i grafomaństwa, które takim opowieściom mogłyby towarzyszyć. Małecki jawi się jako utalentowany rzemieślnik słowa, który prawdziwie pokrętną, przesyconą niesamowitością fabułę potrafi przedstawić w lekki, prosty i przyjemny sposób. Pozostaje przy tym wierny językowi literackiemu, a więc obfitującemu w błyskotliwe uwagi, obrazowość i plastyczność. Niezwykła inteligencja charakteryzująca książki Małeckiego sprawia, że i wspomniany bohater – dresiarz i cwaniaczek – i fabuła


czysto rozrywkowa, zawieszona między rzeczywistością a magią, wyprowadzają jego książki poza ramy literatury popularnej. Nie sposób też nie wspomnieć o erudycji autora i mniejszych lub większych aluzjach literackich – od lokalnych legend po Josepha Conrada, a wszystkiemu patronuje wspomniany Bułhakow. Uprawiany przez Małeckiego storytelling będący połączeniem powieści dresiarskiej z realizmem magicznym jest cie-

kawy nie tylko ze względu na stronę językową czy urzekającą fabułę. Pomysłowość pisarza co rusz zaskakuje, a niezwykle bogata wyobraźnia sprawia, że przenosi on czytelnika do zupełnie innego świata. Często jest to paralelna, odczarowana rzeczywistość, pełna wad, kontrastów i różnego rodzaju demonów. Dżozef jest powieścią mającą dużo więcej do powiedzenia, niż tylko to, co ukazuje w tekście, jest czymś więcej niż zwykłą literacką rozrywką.

Warto też wspomnieć o ciekawej konstrukcji najnowszej powieści Małeckiego. Otóż jest ona utworem metatekstowym, opowieścią o opowieści, swoistym dwa w jednym. Dzięki temu zabiegowi wyłania się też dodatkowy główny bohater, zupełnie niespodziewany i jakże inny od blokersa Grzesia Bednara, bohater, który określa całą książkę i ma bodaj największe w niej znaczenie.

Grę możesz kupić w:

7 Cudów Świata Gra Planszowa

Czasem bywa tak, że oczekiwania zbudowane na podstawie niepochlebnych opinii z różnych źródeł sprawiają, ze nasze nastawienie do danej rzeczy jest, delikatnie mówiąc, nie najlepsze. Bywa też odwrotnie – suma oczekiwań rozdmuchana zachwytami innych w rezultacie nie może być spełniona. 7 Cudów autorstwa Antoine’a Bauzy (znanego dotych-

czas głównie dzięki Ghost Stories) to gra, która niesie ze sobą bagaż ogromnych oczekiwań. Na targach SPIEL w Essen okazała się najgorętszą premierą (a było ich ponad 600), zdobyła już uznanie krytyków, a co ważniejsze, samych graczy. Nagroda Gry Roku we Francji, nagroda od graczy w Szwajcarii, nagroda jury na Międzynarodowym Festiwalu w Cannes.

Ma też bardzo wysoką pozycję w światowym rankingu boardgamegeek.com. W grze występuje naprawdę niewielka ilość tekstu. Znakomita większość zasad oparta jest na systemie symboli, które zostały doskonale opracowane, i po zaledwie jednej, dwóch rozgrywkach dla każdego stają się one intuicyjne i jasne. Wykonanie gry


133

to światowy poziom. Grafiki (autorstwa Miguela Coimbra) są bardzo przyjemne dla oka i mogą się podobać. W pudełku otrzymujemy małe plansze odpowiadające tytułowym cudom, kilka wyprasek żetonów, znaczniki monet i kilkaset kart stanowiących najważniejszy element gry. Wszystko wykonane jest z dobrych materiałów. Gra przeznaczona jest dla trzech do siedmiu graczy, a w instrukcji znajduje się oficjalny wariant rozgrywki dla dwóch osób. Daje to spory wachlarz możliwości. Dzięki temu 7 Cudów nadaje się do spędzenia miłego wieczoru we dwoje, jak również w większym gronie. Sama instrukcja napisana jest klarownie i przystępnie. Wiele miejsca poświęcono przykładom z rozgrywki, co pozwala szybko opanować i zrozumieć zasady, które nie są skomplikowane, mimo iż w trakcie gry dokonuje się ważnych wyborów i zdecydowanie trzeba pomyśleć nad tym, co się robi. Zasad gry uczymy się szybko, a to istotne w przypadku, kiedy chcemy włączyć do zabawy nowe osoby. Sama rozgrywka trwa około 30 minut. Dzięki temu pierwszą partię można potraktować treningowo. Daje

to również możliwość zagrania wielokrotnie w trakcie jednego wieczoru i jak pokazuje doświadczenie, tak często się zdarza. W grze rozwijamy swoje miasto i ewentualnie budujemy jeden z tytułowych siedmiu cudów. Wygrywa ten gracz, który rozwinie swoje miasto w najbardziej efektywny sposób. Istnieje na to szereg sposobów, takich jak rozwój metropolii, rozkwit kultury, siły militarnej czy handel pomiędzy sąsiednimi miastami, który wprowadza współzależność między graczami. Najciekawszym aspektem gry jest to, że po wykorzystaniu swojej karty przekazuje się ją dalej, do gracza obok. Z jednej strony wprowadza to element ciągłego czekania na nowe karty, ale też interesującej interakcji, ponieważ gracz, widząc, co rozwija przeciwnik, może w swoim ruchu wykorzystać lub odrzucić kartę, która mogłaby mu się przydać. Element współzawodnictwa, co trzeba podkreślić, nie jest bardzo inwazyjny i zdecydowanie nie ma cech złośliwości. W efekcie można grać praktycznie z każdym, a gra okazuje się świetnym tytułem rodzinnym. Najpoważniejszym zarzutem wydaje się fakt, że nie ma moż-

liwości (szczególnie przy większej liczbie graczy) planowania swoich ruchów z dużym wyprzedzeniem. Ciągła analiza możliwych opcji sprawia z kolei, że podczas rozgrywki pojawia się bardzo dużo emocji. To niezwykle intensywne pół godziny, a możliwość zagrania kilka razy daje każdemu szansę na zwycięstwo w trakcie trwającego dłużej spotkania. 7 Cudów to gra niemalże dla wszystkich. Szybkie i proste rozgrywki, przyjemna tematyka, estetyczne wydanie sprawią, że bardzo często będzie ona lądować na stole. Z powodzeniem można ją zarekomendować jako jeden z pierwszych tytułów dla początkujących planszówkowiczów. Bo jest ona po prostu bardzo dobra. Na ten rok zapowiedziano dodatek. 7 Cudów: Liderzy wprowadzi nowy typ kart, tytułowych liderów, np. Ramzesa, Leonidasa, Kleopatrę, Hannibala i innych. To szansa na odświeżenie gry i nowe, ciekawe rozwiązania. Nawiązując do początku recenzji, jest to pozycja, która nie tylko spełnia pokładane w niej nadzieje związane ze świetnymi recenzjami, ale wychodzi ponad te oczekiwania, dając graczom satysfakcję na wielu poziomach.


Literadar. Magazyn o ksiazkach  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Advertisement