Page 160

wierszyk swojego ojca i tańczył w balii pełnej wody wróciło do niego niczym cios nożem w plecy. A wszystko po to, by mogli wydać rozkaz o forsownym marszu, podczas gdy gruby idiota Palliako będzie próbował nie zrzygać się, stojąc w szeregu. Odebrali mu ostatnią noc snu i przez kilka kolejnych dni będą mogli patrzeć, jak cierpi. Towarzysze broni. Bractwo wojenne. Ciepłe, nic nieznaczące słowa. Tutaj było tak samo jak w domu. Silni naigrywali się ze słabych. Piękni gardzili brzydkimi. Zawsze i wszędzie to ci, którzy posiadali władzę, decydowali o tym, kto dostąpi łask, a kogo można traktować z góry. Geder sztywnym krokiem wrócił z powrotem do namiotu. Jego giermek przygotował już grupę niewolników gotowych do złożenia całego dobytku. Mężczyzna zignorował ich i  skrył się we wnętrzu konstrukcji, chcąc zaznać ostatnich chwil prywatności przed bitwą, wciąż oddaloną o kilka dni. Sięgnął po książkę. Nie znalazł jej tam, gdzie ją zostawił. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu lodowaty dreszcz, który nie miał nic wspólnego z jesienną pogodą. Był pijany, gdy wrócił. Mógł ją przełożyć. Mógł próbować ją czytać przed snem. Geder przeszukał swój barłóg, potem sprawdził pod łóżkiem. Przejrzał wszystkie mundury, a potem drewniane i skórzane skrzynie, w których trzymał inne rzeczy. Książki nigdzie nie było. Czuł swój przyspieszony oddech. Policzki zaczęły go palić, choć nie był w stanie powiedzieć, czy powodem był wstyd czy gniew. Wyszedł z namiotu. Niewolnicy natychmiast zerwali się na równe nogi. Resztę obozowiska pakowano już na muły i wozy. Nie było czasu. Geder skinął dartinejskiemu giermkowi. Na ten znak niewolnicy zabrali się za sprzątanie. Następnie ruszył przez obóz, choć strach paraliżował mu nogi. Musiał jednak odzyskać swoją książkę. Namiot kapitana został już zwinięty. Skórę zdjęto z rusztowania, zaś całą konstrukcję rozmontowano i ułożono na wozie. Pusta przestrzeń w miejscu, gdzie zeszłej nocy Geder wywijał hołubce, jawiła mu się niczym wyjęta z baśni dla dzieci, magiczny zamek, który zniknął wraz z nadejściem poranka. Z tą różnicą, że sir Alan Klin wciąż tam był, okryty ciężką, skórzaną peleryną jeździecką i  z  mieczem przy boku, świadczącym o  sprawowanym urzędzie. Mistrz furażerów, zwalisty pół krwi Yemmur, odbierał od kapitana rozkazy. Z technicznego punktu widzenia ranga Gedera pozwalała mu przerwać tę rozmowę, ale nie uczynił tego. Czekał. – Palliako – rzekł w końcu Klin. Serdeczny ton z zeszłej nocy zniknął bezpowrotnie. – Mój panie – powiedział Geder. – Wybacz, że cię niepokoję, ale gdy obudziłem się dzisiejszego ranka... po wczorajszej nocy... – Wykrztuś to z siebie, człowieku. – Miałem w posiadaniu pewną książkę, sir. Sir Alan Klin zamknął swoje szlachetne oczy okolone długimi rzęsami. – Myślałem, że już z tym skończyliśmy. – Skończyliśmy, sir? Wie pan o książce? Pokazałem ją panu? 160 | nr 18

Literadar nr 18  
Literadar nr 18  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Advertisement