Page 159

Fragment powieści

Daniel Abraham Smocza droga

nocy. Rozległ się drugi sygnał. Nie było na to czasu. Zacisnął zęby i ruszył w  kierunku namiotu kapitana. Kompania stała w karnych szeregach, Kalliam, Allintot i dwa tuziny innych rycerzy, spośród których wielu zdążyło już przywdziać paradne zbroje. Za nimi tłoczyli się sierżanci oraz pięć rzędów zbrojnych. Geder Palliako starał się stać na baczność, wiedząc, że ludzie za jego plecami będą oceniać szanse na zwycięstwo i przeżycie na podstawie jego kompetencji. Dokładnie tak samo, jak on polegał na kapitanie i wyżej od niego postawionym lordzie Terniganie, arcymarszałku dowodzącym całą armią. Sir Alan Klin wyszedł przed swój namiot. W chłodnym świetle poranka wyglądał niczym ucieleśnienie idealnego wojownika. Blade włosy ściągnął z tyłu. Jego mundur miał barwę tak głębokiej czerni, że wydawał się być skrojony z ciemności. Barczyste ramiona i  sterczący podbródek przywodziły na myśl ożywiony posąg. Dwaj obozowi niewolnicy przynieśli podium, które ustawili u stóp mężczyzny. Kapitan wszedł na podwyższenie. – Żołnierze – powiedział. – Wczoraj otrzymaliśmy od lorda Ternigana nowe rozkazy. Vanai zawiązało sojusz z Maccią. Nasi zwiadowcy donoszą, że sześciuset piechurów jest już w drodze, by wzmocnić garnizon Vanai. Kapitan zrobił pauzę, pozwalając, by nowa wiadomość dotarła do wszystkich. Geder zmarszczył brwi. Maccia nie była naturalnym sojusznikiem Vanai. Oba miasta od dawna skakały sobie do gardeł, walcząc o kontrolę nad rynkami przypraw i tytoniu. Czytał, że Vanai wzniesiono z drewna, głównie dlatego, że Maccia kontrolowała kamieniołomy, podczas gdy drewno spływało rzeką z północy. Z drugiej strony być może gra toczyła się o stawkę, o której on nie miał bladego pojęcia. – Te posiłki nie uratują Vanai – rzekł Alan. – Przede wszystkim dlatego, że gdy dotrą na miejsce, zastaną tam nas. Geder jeszcze mocniej zmarszczył brwi, czując, że w żołądku narasta mu nieprzyjemne uczucie. Podróż z Maccii do Vanai drogą wodną zajmowała około pięciu dni. Oni natomiast znajdowali się o przynajmniej tydzień drogi od granicy. By dotrzeć do Vanai przed posiłkami musieli... – Dziś zaczynamy forsowny marsz – powiedział Alan. – Będziemy spać w  siodłach. Będziemy jeść w drodze. A za cztery dni, uderzymy na Vanai z zaskoczenia i pokażemy im, co znaczy potęga Rozdartego Tronu! Za króla! – Za króla! – krzyknął Geder w chórze z innymi, unosząc dłoń do salutu, choć w rzeczywistości miał ochotę się rozpłakać. Wiedzieli. Wiedzieli już zeszłej nocy. Geder czuł ból wzbierający w kręgosłupie i udach. Łupanie w skroniach podwoiło siłę. Gdy wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić, Jorey Kalliam posłał mu krótkie spojrzenie, po czym odwrócił wzrok. To na tym polegał żart. Wrzucenie go do dołu kloacznego stanowiło jedynie początek. Potem wystarczyło zmusić durnia, żeby przyjął przeprosiny. Zafundować mu ciepłą kąpiel. Napełnić jego brzuch winem. Zachęcić do tańca. Wspomnienie tego, jak recytował sprośny 159 | nr 18

Literadar nr 18  
Literadar nr 18  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Advertisement