Page 158

– My, moi przyjaciele, jesteśmy chlubą i nadzieją Antei – powiedział Klin, napełniając głęboki dzban winem. – Za króla Simeona! – krzyknął Gospey. Kapitan wcisnął naczynie w dłoń Gedera, a sam został z bukłakiem. – Za królestwo i cesarstwo – rzekł. – I mór na tych parweniuszy z Vanai! Wszyscy poderwali się na równe nogi. Geder stał w balii, ociekając wodą. Pozostanie w pozycji siedzącej w takiej sytuacji oznaczałoby pomniejszą zdradę stanu. Był to pierwszy toast z wielu. Wiele można byłoby zarzucić sir Alanowi Klinowi, lecz nie to, że skąpił wina. A jeśli Geder miał wrażenie, że w jego dzbanie jest przez cały czas nieco więcej trunku niż w naczyniach pozostałych, to bez wątpienia był to znak skruchy kapitana, forma przeprosin za wcześniejszy żart. Sodai zaczął recytować swój ostatni sonet, sprośny hołd dla jednej z  bardziej popularnych dziwek, które ciągnęły za taborem. Klin dopełnił jego występ, wymyślając na poczekaniu przemowę na temat męskich cnot w postaci siły ramienia, wyrobionego smaku i jurności w alkowie. Jorey i Gospey zagrali wesołą piosenkę na bębenku i fujarce z trzciny. Ich głosy pięknie się zgrywały. Gdy przyszła kolej Gedera, mężczyzna wstał ze stygnącej kąpieli, wyrecytował niedwuznaczny wierszyk i wykonał króciutki taniec, który się z nim łączył. Było to coś, czego nauczył go ojciec, gdy pewnego razu zajrzeli głębiej do kielicha. Geder nigdy nie podzielił się tym z nikim spoza rodziny. Dopiero, gdy skończył i zobaczył, że jego kamraci pokładają się ze śmiechu, zaczął zastanawiać się, jak bardzo pijany musiał być, żeby powtórzyć to tutaj. Uśmiechnął się, by ukryć nagłe zażenowanie. Czyżby właśnie stał się współwinny własnemu poniżeniu? Jego uśmiech wywołał u pozostałych nowy napad śmiechu, dopóki Klin, z trudem chwytając powietrze, nie poklepał dłonią podłogi, pokazując Gederowi, że może już usiąść. Był ser, kiełbasy i więcej wina. Podpłomyki, korniszony i jeszcze więcej wina. Rozmawiali o rzeczach, za którymi Gederowi trudno było momentami nadążyć, nie mówiąc nawet o ich spamiętaniu. W pewnym momencie złapał się na prowadzeniu mętnego wywodu na temat Utopionych jako środka wyrazu artystycznego lub intencji estetycznej. Obudził się w  swoim namiocie z  woskowanej tkaniny. Był zmarznięty, obolały i  nie mógł przypomnieć sobie drogi powrotnej. Do środka próbowały wedrzeć się słabe, ale nieustępliwe promyki światła świadczące o nadciągającym poranku. Na zewnątrz gwizdał wiatr. Geder naciągnął koc na głowę niczym przekupka chustę i zmusił się do przymknięcia powiek jeszcze na kilka minut. Macki powracającego snu dosięgły już jego umysłu, kiedy odgłos sygnału na zbiórkę uciął wszelkie nadzieje na dalszy wypoczynek. Geder podniósł się z trudem, założył świeży mundur i ściągnął włosy z tyłu głowy. Jego trzewia głośno protestowały. W głowie toczyła się wewnętrzna walka pomiędzy bólem a nudnościami. Gdyby zwymiotował wewnątrz namiotu, nikt by tego nie zauważył, ale jego giermek musiałby posprzątać bałagan, zanim wyruszyliby w dalszą drogę. Gdyby natomiast postanowił wyjść na zewnątrz, ktoś na pewno by go dostrzegł. Zaczął zastanawiać się, ile wypił poprzedniej 158 | nr 18

Literadar nr 18  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Literadar nr 18  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Advertisement