Page 113

RECENZJE

partiach książki, które skupiają się na zażartej walce o realizację rodzinnego planu. Ryzykując cały majątek, wygodne życie i posady, bohaterowie starają się przełamać najpierw niechęć właściciela ogrodu do odstąpienia go właśnie im, a  potem niechęć banków do skredytowania tego kaprysu. Długotrwałe korowody finansowo-prawne ostatecznie kończą się pomyślnie. Rodzina nabywa zoo, by natychmiast rozpocząć kolejną walkę: o uratowanie przedsiębiorstwa, któremu grozi zamknięcie – nie spełnia bowiem nowoczesnych wymogów stawianych parkom zoologicznym, zwierzęta są w kiepskim stanie, a infrastruktura się wali. Jakby tego było mało, u żony Benjamina odnawia się guz mózgu, więc mężczyzna musi poświęcić się nie tylko pracy, ale i  opiece nad Katherine, którą z  oddaniem pielęgnuje aż do śmierci. Osobisty dramat przeplata się z ciężką pracą nad przywróceniem ogrodowi świetności, w czym nie pomagają topniejące zasoby finansowe i  wygórowane wymagania formalne. Jak na książkę o  ogrodzie zoologicznym, to zwierzęta zdecydowanie zajmują w niej za mało miejsca. Widzimy je głównie usypiane i przenoszone do furgonetek, które zabiorą je do nowych domów albo do kliniki weterynaryjnej, gdzie poddane będą niezbędnym zabiegom. Każdej takiej akcji towarzyszy przypływ adrenaliny u jej uczestników, zdarzało się bowiem, że niewłaściwy środek usypiający przestawał działać w  najmniej spodziewanym momencie. Czasem też alarm wywołuje ucieczka niebezpiecznego ssaka ze źle zabezpieczonego wybiegu. Do tego dorzucono garść ciekawostek zaczerpniętych z prac biologów i re-

fleksji o tym, jakie pierwotne mechanizmy uruchamia w człowieku ryk lwa – niezbyt to satysfakcjonujące. Lepiej udało się Benjaminowi Mee scharakteryzować ludzi, którzy z  nim współpracowali: opiekunów zwierząt, pracowników technicznych, ekspertów – ich doświadczenie, wiedza, zaangażowanie i wytrwałość pozwoliły przetrwać najgorsze i  doprowadzić do otwarcia ogrodu. Dość interesująco przedstawił też najrozmaitsze prace niezbędne, by placówka funkcjonowała: od rozbioru mięsa do wymiany słupków ogrodzeniowych, od projektowania logo do czyszczenia pojemników z gnijącymi odpadkami rzeźnymi. Są w tej książce partie naprawdę ciekawe, choćby te, dzięki którym poznajemy ukryte przed oczami zwiedzających mechanizmy funkcjonowania zoo, i  zdecydowanie słabsze i  przegadane – czytelnikowi nie są potrzebne aż tak szczegółowe opisy zmagań z  bankami i  biurokracją, chociaż niewątpliwie podkreślają determinację rodziny w  dążeniu do wytyczonego sobie celu. Benjamin Mee nie ma też talentu gawędziarskiego, cechuje go raczej gadatliwość i nadmierna chęć dzielenia się swymi przemyśleniami, często niezbyt oryginalnymi. Często tekst aż się prosi o usunięcie nadmiaru niepotrzebnych słów z  kwiecistych, rozbudowanych zdań. Autorowi daleko do pełnej uroku stylistyki Jamesa Herriota, posługuje się raczej językiem kolorowych tygodników. I  po lekturze jego książki pozostaje równie niewiele jak po lekturze takich magazynów.

113 | nr 18

Literadar nr 18  

Elektroniczny magazyn o książkach. Artykuły, wywiady, recenzje, wczesne polecanie nowości wydawniczych. Literadar jest wydawany przez portal...

Advertisement