Page 1

h książek | 40 recenzji raturze (cz. 2) | 70 różnyc

Indianie w lite

| Filmy na koniec świata

entalnym natarciu

| Biblionetka w sentym

#14

011

zień 2

Grud

kabel, mason i poezja miłosza Piotr Stankiewicz przepytuje Michała Rusinka


Co w numerze: 10 Newsy 6 Subiektywny przegląd nowości książkowych 8 Wywiad Michał Rusinek Kabel, mason i poezja Miłosza

10

Tu są indianie. O Indianach w literaturze i kulturze popularnej

25

Ta druga koza Kino końca świata

37

Męska Rzecz, Damskie sprawy

44

Kobiece fantasy Trudi Canavan

51

Biblionetkowicze piszą sentymentalnie Pisarka sześciu zmysłów

56

Dziecięce zaczytanie Manifest

62

25

Recenzje 75

37 51

62

3 | nr 14 grudzień 2011 r.


#14

011

zień 2

Grud

Literadar jest wydawany przez: Porta Capena Sp. z o.o. ul. Świdnicka 19/315, 50-066 Wrocław Wydawca: Adam Błażowski Redaktor naczelny: Piotr Stankiewicz piotr.stankiewicz@literadar.pl tel. 535 215 200 Współpracownicy: Michał Bryda, Robert Ciombor, Tomasz Chmielik, Piotr Chojnacki, Monika Gielarek, Waldemar Jagodziński, Przemysław Klaman, Marcin Kłak, Iwona Kosmal, Katarzyna Malec, Joanna Marczuk, Marek Mydel, Grzegorz Nowak, Marek Piwoński, Ewa Popielarz, Maciej Reputakowski, Maciej Sabat, Krzysztof Schechtel, Michał Stańkowski, Natalia Szpak, Piotr Tomza,

Dorota Tukaj, Michał Paweł Urbaniak, Mateusz Wielgosz, Tymoteusz Wronka, Roksana Ziora-Krysa PR i kontakty z wydawcami. Dział książek dla dzieci: Sylwia Skulimowska sylwia.skulimowska@literadar.pl tel. 792 291 281 Newsy i nowości książkowe: Dawid Sznajder dawid.sznajder@literadar.pl Korekta: Marta Świerczyńska – kierownik zespołu korektorskiego korekta@literadar.pl Projekt graficzny i skład: Mateusz Janusz (Studio DTP Hussars Creation) Okładka: Fot. Mateusz Janusz

Redakcja nie zwraca materiałów nie zamówionych, jednocześnie zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów i poprawek w nadesłanych materiałach.


fot. Mateusz Janusz

Editorial

Z

bliżamy się powoli i z pewnym mozołem do końca roku. Trudno uciec w takich momentach od podsumowań, które są o tyle niemiarodajne, że zależą w szczególności od tego, jak wyglądał sam finisz. Jakim był ten finisz, a co za tym idzie, cały rok dla branży wydawniczej dowiemy się pewnie pod koniec stycznia. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby należał do udanych. Na naszych oczach doszło do sporych zawirowań na rynku książki, część firm zmieniła właściciela, niektóre (bardzo duże zresztą) zdaje się, że za chwilę zmienią, nakłady maleją, a ceny w księgarniach dla wielu wołają o pomstę do nieba. W związku z VAT-em na książki wszyscy zostaliśmy nabici w butelkę.

Co w numerze? Polecam dobry i obfity jak zawsze dział dziecięcy, który pod światłym przewodem Sylwii Skulimowskiej ma się coraz lepiej. Ponadto druga część artykułu Natalii Szpak o Indianach w literaturze i kulturze popularnej – to naprawdę coś. Zawiera mnóstwo informacji, ciekawostek, a dla osób, które zaczytywały się kiedyś książkami o Indianach, daje możliwość nostalgicznej podróży w świat lektur młodzieńczych. Kiedy omawialiśmy z panią Natalią ogólne zręby tego tekstu, zastanawiałem się, czy kogoś to jeszcze interesuje. Po pierwszej części artykułu wiemy już, że naprawdę sporo osób czekało na część drugą, która… tadaaa… już za kilka stron. Jak zwykle nie zapomnieliśmy o tych, którzy czytają Literadar po to, aby wiedzieć, na co wydać pieniądze w księgarni. Czeka na nich blisko 40 świeżuteńkich recenzji. Może zdążą przed Gwiazdką. Całość domyka rozmowa z Michałem Rusinkiem, który zabiera nas w świat krakowskich literatów i poetów.

Dla Literadaru ten rok był z kolei bardzo intensywny i pracowity, ale i udany. Bardzo dużo zmian, część na lepsze, co do niektórych czas pokaże, a historia oceni, jak powiedział kiedyś popularny każdego roku w grudniu generał. Jest coraz lepiej, pismo zaczyna funkcjonować nie tylko w świadomości miłośników książek i wydawców, ale też wśród osób, które zdają się nie mieć z tymi zagadnieniami nic wspólnego. Nie mamy jednak złudzeń, przed nami wiele pracy, często polegającej na uświadomieniu ogółowi, że Literadar (i podobne mu przedsięwzięcia) to taka sama prasa jak ta w kiosku czy salonie prasowym.

Z całego serca wszystkim Państwu życzymy cudownych Świąt Bożego Narodzenia, wspaniałych prezentów pod choinką i dobrego 2012 roku, z dobrymi książkami do kupienia za rozsądną cenę. Piotr Stankiewicz i zespół Literadaru

5 | nr 14 grudzień 2011 r.


NEWSY

Nagroda literacka Angelus dla Swietłany Aleksijewicz

„Pióra Fredry” wręczone

Znamy już laureatów konkursu na Najlepszą Książkę Roku 2011 „Pióro Fredry”. Ogłoszenie wyników oraz wręczenie statuetek otworzyło dwudziestą edycję Wrocławskich Promocji Dobrych Książek. Nagrodę główną oraz tytuł Najlepszej Książki Roku 2011 otrzymało wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria za książkę Krzysztofa Kornackiego Popiół i diament Andrzeja Wajdy. Uhonorowano ją za bogatą, kompetentną i znakomicie udokumentowaną monografię jednego z najważniejszych filmów w historii dwudziestowiecznej kultury polskiej, opracowaną edytorsko w sposób umożliwiający czytelnikowi pełne korzystanie z warstwy ilustracyjnej i tekstu. Równorzędne nagrody otrzymały następujące wydawnictwa: Carta Blanca – Adam Dylewski, Historia pieniądza na ziemiach polskich; Media Rodzina – Wojciech Widłak, Dwa serca anioła; Wydawnictwo Literackie – Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956-1978; Wydawnictwo Marginesy – Chris Niedenthal Zawód: fotograf; Wydawnictwo W.A.B. – seria Fortuna i Fatum. Więcej informacji: www.wpdk.pl 6 | nr 14 grudzień 2011 r.

Jury Literackiej Nagrody Europy Środkowej postanowiło przyznać nagrodę Angelus 2011, za najlepszą książkę prozatorską opublikowaną w Polsce w ubiegłym roku, Swietłanie Aleksijewicz za powieść Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Książka napisana w 1983 roku, dwa lata przeleżała w wydawnictwie. Autorkę oskarżono o „pacyfizm, naturalizm oraz podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej”. W okresie pieriestrojki książka ukazywała się w odcinkach w dwóch rosyjskich czasopismach. Opublikowano ją w Mińsku i w Moskwie w łącznym nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy. Na podstawie książki powstał cykl filmów dokumentalnych, wyróżniony m.in. Srebrnym Gołębiem na Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Animowanych w Lipsku. Nagrodę dla tłumacza otrzymał Jerzy Czech. http://www.angelus.com.pl


Miłosz w centrum Wrocławia

Przez cały grudzień w galerii Dolnośląskiego Centrum Informacji Kulturalnej (Wrocław, Rynek-Ratusz 24) można oglądać najciekawsze komiksowe ujęcia sylwetki polskiego noblisty. 16 prac jest efektem ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Ośrodek Kultury i Sztuki. W Galerii DCIK zobaczymy także inne rysunkowe interpretacje dzieł i biografii autora Zniewolonego umysłu. Wystawa potrwa do 29 grudnia. Wstęp wolny. Źródło: gildia.pl

Podsumowanie XX Targów Książki Historycznej

Jubileuszowe XX Targi Książki Historycznej, organizowane jak co roku przez Porozumienie Wydawców Książki Historycznej i Fundację „Historia i Kultura”, odbyły się w dniach 24–27 listopada 2011 roku, po raz trzeci w Arkadach Kubickiego na Zamku Królewskim w Warszawie. W tym roku został pobity rekord frekwencyjny – przez cztery dni targowe do Arkad przybyło prawie 21 000 osób zainteresowanych historią. Tegoroczne Targi Książki Historycznej odnotowały też rekordową liczbę wystawców – w sumie 196 wydawców z całej Polski. W ramach Salonu Muzeów swój dorobek zaprezentowało ponad 50 placówek z całego kraju. Na Salonie Bibliotek można było się też zapoznać z ofertą ponad 30 wystawców bibliotecznych. Targom towarzyszyły liczne spotkania z autorami i historykami oraz panele dyskusyjne. Gośćmi specjalnymi XX Targów Książki Historycznej byli autorzy: Marek Sołonin i Wladimir Bieszanow. Dzięki uprzejmości Instytutu Pamięci Narodowej na Sali Kinowej codziennie odbywały się projekcje filmów dokumentalnych. Dla zainteresowanych okresem Drugiej Rzeczypospolitej Sławomir Koper, autor bestsellerowych książek o elitach tego okresu, przygotował spacer historyczny trasą wpływowych kobiet II RP. Więcej informacji: histmag.org 7 | nr 14 grudzień 2011 r.

Spotkania Klubu z Kawą nad Książką Warszawa Książka: „Mag” Johna Fowlesa Data: 12 lutego 2012, godz. 16.00 Kontakt: Aga miastoslow@miastoslow.pl Kraków Książka: „Instynkt gry” Juli Zeh Data: 11 grudnia 2011, godz.14.00 Miejsce: Cheder Cafe, Kraków ul. Józefa 36 Kontakt: Asia, asia@miastoslow.pl, 509 551 161 Poznań Książka: „Służące” Kathryn Stockett Data: 10 grudnia 2011 r., godz. 16.00 Miejsce: Cafe Szpilka, ul. Żydowska 28 Kontakt: Anna Kubacka (anna.kubacka@miastoslow.pl), Aneta Rzysko (aneta.rzysko@miastoslow.pl) Gdańsk Książka: „Ziemia kłamstw” Anne B. Ragde Data: 17 grudnia 2011 r., godz.16.00 Kontakt: Dominika, dominika.wendykowska@miastoslow.pl Żyrardów Książka: Oliver Pötzch „Córka kata” Data: 10 grudnia 2011 r., godz. 17.00 Miejsce: Café Filiżanka, 96-300 Żyrardów, ul. Mireckiego 83 Kontakt: Beata, beata.stanecka-busz@miastoslow.pl Sosnowiec Książka: „Intruz” Stephenie Meyer Data: 11 grudnia 2011 r., godz. 15.00 Osoba kontaktowa: Tomek, tomasz.pawlik@miastoslow.pl


Dawid Sznajder

Subiektywny przegląd nowości książkowych

Carlo Collodi Pinokio Albumowe wydanie dobrze wszystkim znanej książki. W nowym, uwspółcześnionym tłumaczeniu i z niezwykłymi ilustracjami. Bajecznie piękne i strasznie drogie. W sam raz pod choinkę.

Christos H. Papadimitriou, Alecos Papadatos, Apostolos Doxiadis, Annie Di Donna Logikomiks. W poszukiwaniu prawdy Czwartego września 1939 roku, tuż po ataku nazistowskich Niemiec na Polskę, Bertrand Russell – genialny matematyk i filozof – ma gościnnie wystąpić na jednym z uniwersytetów. Trwają dyskusje o przystąpieniu kolejnych państw do wojny. Russell: „Zostałem poproszony o wygłoszenie wykładu poświęconego znaczeniu logiki w życiu człowieka. Gdybym dosłownie potraktował ten temat, byłby to najkrótszy wykład w historii. Więc opowiem wam o moim życiu”.

Logikomiks to opowieść o niezwykłym człowieku, wytrwałej pracy, epokowych odkryciach i dramatycznych porażkach, tocząca się w cieniu wielkiej historii. Logikomiks to rzetelna wiedza matematyczna i filozoficzna podana w oryginalnej, przystępnej formie.

Robert E. Howard Conan i pradawni bogowie Pierwsza z trzech części opowiadań o Conanie, w oryginalnych wersjach i ułożonych w takiej kolejności, w jakiej pisał je Howard. Bogato ilustrowany tom, prócz znanych w Polsce opowiadań zawiera nigdy niepublikowane materiały oraz mapy hyboryjskiego świata narysowane przez samego autora.

Antologia Science Fiction Twarda fantastyka naukowa nie jest obecnie zbyt popularna w Polsce. Przynajmniej wśród pisarzy. Mam jednak 8 | nr 14 grudzień 2011 r.

nadzieję, że zapowiadana na okładce zbioru „bezkompromisowa hard SF” nie jest tylko czczą obietnicą. Najnowsza minipowieść Jacka Dukaja, wchodząca w skład antologii, z pewnością osłodzi ewentualny zawód.

Tove Jansson Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi – Co było potem? Po raz pierwszy w Polsce (po niemal pięćdziesięciu latach od powstania) wydana została obrazkowa opowieść o Muminkach, przeznaczona dla najmłodszych czytelników. Dzięki specjalnie zaprojektowanym wycięciom i dziurkom autorka stworzyła efekt wielowarstwowości, odsłaniając na każdej stronie skrawek tajemnicy następnych wydarzeń. Wyraziste kolory, osobliwe postaci, ekspresywne wariacje kaligrafowanej czcionki tworzą z książki przyjazną dziecku całość odzwierciadlającą niesamowitą i przepiękną wizję Tove Jansson.


Adam Boniecki Lepiej palić fajkę niż czarownice Lepiej palić fajkę niż czarownice to przewodnik po najważniejszych tematach ostatnich miesięcy omawianych przez ks. Bonieckiego, który pisał m.in. o wewnątrzkościelnym dialogu, o tym, jak rozmawiać z inaczej myślącymi, o szacunku dla krzyża i o satanizmie, o listach biskupów i polskich antyklerykałach, ale też o sile Ewangelii. Wstępy do książki napisali obecny redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Piotr Mucharski oraz sam ks. Boniecki. Tom będzie zawierać zdjęcia autorstwa Grażyny Makary, pokazujące zarówno codzienne życie w „Tygodniku Powszechnym”, jak i prywatne życie ks. Bonieckiego.

Już wkrótce nowa strona Literadaru! www.literadar.pl

ZAPRASZAMY! 9 | nr 14 grudzień 2011 r.


kabel, mason i poezja miłosza Wywiad z michałem rusinkiem, pisarzem, poetą, tłumaczem, wykładowcą, literackim celebrytą, sekretarzem Wisławy Szymborskiej. Rozmawia: Piotr Stankiewicz, Zdjęcia: Mateusz Janusz


a a

WYWIAD

Michał rusinek


WYWIAD

Michał rusinek

Czytał pan już wcześniej „Literadar”? Tak, czytałem. Bardzo mi się podobał. Teraz to bardzo dobry, jak myślę, tryb funkcjonowania prasy literackiej, bo jej dotychczasowa formuła, zdaje się, dogorywa. Powiedzmy sobie szczerze: stare, dobre pisma literackie funkcjonują w bardzo wąskich kręgach. Jestem natomiast wielkim fanem takich pism, które pod atrakcyjnym płaszczykiem przemycają istotne treści. Na przykład lubię „Bluszcz”, szczególnie odkąd się tam pojawił Rafał Bryndal. Opielił, że tak powiem, „Bluszcz” z pewnych chwastów i zrobił pismo, które naprawdę jest poświęcone literaturze i zarazem stoi w empiku między „Vivą” a „Galą”.

bielizny słynnych ludzi, to muszę znaleźć odpowiednią taką formułę, żeby jednak komuś coś przekazać, nie obrażając go, ale i zrobić to tak, by samemu nie stracić twarzy. „Literadar” powstał poniekąd po to, żeby podnieść prestiż literatury rozrywkowej czy wagonowej – w najlepszym tego słowa znaczeniu. W czasach PRL-u była literatura wysoka i literatura niska, kropka. Dla tych ludzi, którzy pamiętają tą stratyfikację literatury wówczas panującą, to jest granica nie do przejścia. Trzeba by było jednak myśleć w kategoriach literatury trzeciej drogi. Lubię przykład takiej powieści Odojewskiego. On zawsze pisał właściwie o tym samym. Natomiast jak nastały lata 90., zorientował się, że już nie wystarczy być dysydentem, żeby być popularnym. Aby się książki sprzedawały, żeby je czytano, trzeba coś jeszcze zrobić. Siedział w Niemczech i widział, jak wygląda tam rynek książki. Napisał powieść Oksana – także o stosunkach polsko-ukraińskich, o których zawsze pisał. Natomiast ubrał tę powieść w formę romansu, który się bardzo dobrze czyta, po prostu. Przecież literatura nie może tylko boleć, musi też sprawiać jakąś przyjemność.

Jaka jest zatem droga rozwoju czy też dogorywania tradycyjnej prasy literackiej? Stare pisma, które się zajmowały literaturą albo przeszły lifting i dobrze na tym wyszły, albo go nie przeszły, uznawszy, że Parnas ponad wszystko. One funkcjonują, jak myślę, wyłącznie w bibliotekach i jeśli trafiają do kiosków czy empików, to są tam umieszczane właściwe z litości. To jest takie pisanie do dziupli. Elitarność elitarnością, jednak miło by było, gdyby więcej ludzi czytało książki, a nie żeby przekonywać do czytania już w zasadzie przekonanych. Ja bym się nie bał różnego rodzaju nowoczesnych mediów, ale także pewnej popularnej medialności. Natomiast uważam, że nie można się jej dać wessać. Jeśli jestem zapraszany do programu porannego telewizji, żeby mówić o książce między sałatką jarzynową a plotkami z życia

Mam ze sobą wydrukowany pana biogram z Wikipedii. A tak, to ktoś mi zrobił. Chyba jest w porządku. Jest dość lakoniczny, chciałby pan o coś ten biogram uzupełnić? Uważam, że biogramy im krótsze, tym elegantsze. Nie ma tutaj wpisanego przed12

| nr 14 grudzień 2011 r.


To może pytanie należało postawić inaczej. Z czego bardziej lubi być pan znany? To jasne, że wolę być znany z tego, co sam robię. Jestem egoistą. Ale też nie jestem pewien, czy „znaność” jest tu najistotniejsza...

szkola, które ukończyłem, czyli wynika z niego, że mam jakieś braki w edukacji – więc ewentualnie przedszkole. Zainspirowany pana osobą, spędziłem wczorajszy wieczór na podejmowaniu niezdarnych prób poetyckich, które będę stopniowo prezentował. Na początek pytanie w formie lepieja. Lepiej znanym być pisarzem czy Wisławy sekretarzem? Dobre pytanie! Ja myślę, że stawia mnie w takiej opozycji, z której bym się chciał wymknąć. Nie uważam się za pisarza i nie mam takich ambicji. Od czasu do czasu pisuję. Natomiast jeżeli pan zapyta, czy jak pisuję, to chciałbym, żeby to o tym się mówiło, no to pewnie, że tak jest.

Do pewnego momentu Michał Rusinek funkcjonował tylko w jednym kontekście – sekretarza Szymborskiej. Od jakiegoś czasu – stąd ten lepiej – ten stan rzeczy ulega zmianie. Zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy, jak zostałem tym sekretarzem. Po pierwsze nie mogę opierać na tym swojej twórczości czy swojej kariery naukowej, nie mogę, krótko mówiąc, pisać o Szymborskiej. Przyjąłem taką zasadę, ponieważ to by było zachowanie niesportowe. Po drugie uświadomiłem 13

| nr 14 grudzień 2011 r.


WYWIAD

Michał rusinek

Czyli wykreślamy. A etap? Etap jest na pewno. Za największy zysk uważam wejście do jakiegoś środowiska. Wejście bocznymi drzwiczkami, takimi dla służby, ale ponieważ mam w sobie rodzaj bezczelności, to zostałem. Zaprzyjaźniłem się z wieloma ludźmi, do których normalnie dostęp byłby trudniejszy, i byłem świadkiem takich sytuacji, często anegdotycznych, do których nie miałbym dostępu. Środowisko literackie, szczególnie krakowskie, jest szalenie hermetyczne. Padło nawet takie pytanie, zadał mi je pewien bardzo znany pisarz: „Michale, a właściwie skąd ty się wziąłeś?”. Odpowiedziałem, jak kiedyś pan Jerzy Wasowski, że są w to zamieszani moi rodzice, ale to jest pikantna sprawa... Z jednej strony cechuje mnie bezczelność, a z drugiej – amatorszczyzna. Ja jestem amatorem. Szymborska nie potrafiłaby chyba mieć wokół siebie żadnego profesjonalisty, w sensie biura, czegoś oficjalnego. Ona musi sobie ludzi sprywatyzować.

sobie, że ja nie powinienem być poetą, bo stworzy to też jakiś niezdrowy układ. To moje pisanie przyszło tak zupełnie przypadkowo. Do pewnego momentu uważałem się za tłumacza. Ostatnio mi się już mniej chce tłumaczyć, piszę jakieś swoje rzeczy, które mnie interesują, ale to było takie założenie na początek. Aczkolwiek denerwowało mnie, kiedy na przykład występowałem w mediach, mówiłem o czymś w kontekście literatury dla dzieci i byłem podpisywany jako sekretarz Szymborskiej. Nie dlatego, żebym się tego wstydził, tylko dlatego, że nie jako sekretarz się wypowiadałem. Czyli jest łata, która ma sporą szansę przylgnąć do pana na całe życie? Możliwe. Uważam, że to jest jednak wielki honor. Jestem z tego ogromnie dumny. Czy zatem bycie sekretarzem noblistki to dla pana (znowu zabawię się słowami) etat czy etap? Posada czy postawa? Kamień węgielny czy węgiel kamienny? Pytanie jest bardziej inteligentne od jakiejkolwiek możliwej odpowiedzi. Wszystko po trochę, z wyjątkiem tego, że nie mówiłbym o etacie, dlatego że nigdy nie funkcjonowałem w sposób tak sformalizowany.

Mówi Michał czy panie Michale? Panie Michale, zawsze jesteśmy na pan/pani. Przeszła z moją żoną i dziećmi na ty, natomiast ze mną jednak nie, to jest taki znak. Bywa, że pani Szymborska odbija od pana ja14 | nr 14 grudzień 2011 r.


kieś swoje idee czy pomysły? Pyta na przykład: panie Michale, powinno być tak czy powinno być tak? Ona czasami się konsultuje, ale jest osobą, której tak naprawdę nie można przekonać. Ja jej nie przekonuję do niczego. Jeśli zapyta, co o tym sądzę, ja odpowiadam, a ona to rozważa. W kwestiach bardzo trudnych, powiedzmy, politycznie, moralnie, zdarzały się takie decyzje, miała parę osób, do których dzwoniła, ale tych ludzi już w zasadzie nie ma... Co tam jeszcze było: etap, etat, kamień węgielny? Posada czy postawa? Posada – w takim luźnym sensie. Kamień węgielny czy węgiel kamienny? Nigdy bym w kategorii węgla tego nie ujmował. Chociaż te pierwsze miesiące pracy były ciężkie również fizycznie, w tym sensie, że trzeba było „fedrować” ogromną korespondencję – by zachować tę górniczą metaforykę. Wtedy jeszcze nie było maili. Większość korespondencji przychodziła w postaci albo takich rolek faksu, albo po prostu tradycyjnymi listami, które zajmowały jeden z dwóch maleńkich pokoików. Trzeba było sobie z tym poradzić. 15 | nr 14 grudzień 2011 r.


WYWIAD

Michał rusinek

Ostatnie pytanie z serii „do sekretarza Szymborskiej”. Był jakiś casting na to stanowisko? Tak, było coś takiego. Podobno już jakiś czas przed Noblem Szymborska zastanawiała się nad przyjęciem kogoś do pracy. Namawiano ją ze względów czysto praktycznych, żeby to był ktoś, kto się będzie zajmował korespondencją. Kiedy wybuchł Nobel, uświadomiła sobie, że zdecydowanie potrzebuje kogoś do pomocy. I że to musi być ktoś faktycznie oddelegowany do tej pracy, a nie ktoś znajomy, który będzie od czasu do czasu jej pomagał. Wiem, że równolegle ze mną zgłosił się pewien dyplomata, ale przeraził ją wymaganiami formalnymi. Chciał mieć, po pierwsze, wynajęte biuro, po drugie sekretarkę, po trzecie telefon, po czwarte to, po piąte tamto. To jest naturalne, dlatego że w ten sposób funkcjonuje na przykład Günter Grass: ma normalny sekretariat. Natomiast ja byłem świeżo po magisterium, dostałem się na studia doktoranckie, byłem trochę w jakimś zawieszeniu, więc byłem dobrym, jak myślę, kandydatem. Stwierdziłem, że komputer mam w domu, dokupiłem tylko tzw. faks-modem, i że wystarczy mi telefon domowy, komórki jeszcze nie miałem. Jest taka anegdota, którą wielokrotnie opowiadałem. Kiedy byłem na takiej pierwszej rozmowie, pani Wisława powiedziała, że ciągle jej dzwoni telefon i że nie może go wyłączyć, bo jest zastawiony przez meblościankę. Kładła na tym telefonie jakąś kołdrę, żeby móc spać, po prostu. Więc poprosiłem o nożyczki i przeciąłem kabel. Telefon przestał dzwonić, a ja zostałem przyjęty do pracy. Oczywiście to jest tylko połowa historii, bo później pobiegłem do najbliższego sklepu

z telefonami i kupiłem nowy, z automatyczną sekretarką. To rozwiązało sprawę. Na początku jej przyjaciele mieli do mnie pretensje, że odgradzam od nich Szymborską, ale dzięki temu mogła pracować. Bywa pan poetą? Nie, tego bym nie powiedział. Pisuję rzeczy rymowane. Mam kolejne pytanie, również w formie lepieja. Lepiej być poetą leszczem czy uznanym martwym wieszczem? (śmiech) Dobre, dobre. Moja poezja jest chyba lousy, jak mówił Bob Dylan. Chociaż lousy w ustach Boba Dylana, to przecież też jest coś. On tak mówił do Joan Baez. A to jeszcze lepiej. Kiedyś zapytano Miłosza, jak być sławnym poetą. Odpowiedział: mało chcieć. Bardzo mi się to podoba. Zauważyłem, że lepiej wychodzą mi rzeczy, które robię przy okazji. Jeżeli się mocno na coś nastawiam, że, uwaga – siadam, i, uwaga – piszę, to w ogóle nie wyjdzie. Czyli mało chcieć. Wtedy być może z tego leszcza coś będzie. Mając jeszcze raz 18-19 lat i stojąc przed bramą na ulicy Gołębiej 20 (Wydział Polonistyki), Michał Rusinek przekroczyłby ten próg? Z pewnością. Uważam, że to jedna z ciekawszych przygód mojego życia, ze względu na ludzi których tam poznałem i ze względu na tych profesorów, z którymi miałem do czynienia. 16

| nr 14 grudzień 2011 r.


17 | nr 14 grudzień 2011 r.


WYWIAD

Michał rusinek

Pamięta pan swój limeryk napisany ku czci profesor Teresy Walas? Ale który? Napisałem kilka. Nie jestem jak Broniewski, nie pamiętam wszystkiego, co napisałem.

Widzę, że pan zrobił niezły research. Natomiast: Językoznawcy z Włocławka uwięzła w gardle przydawka, kiedy Teresa Wu nie odkłoniła się mu i jeszcze dostała brawka.

Pytam o ten wpisowy do Loży Limerycznej. Aha, ten! Ja nie pisałem, jestem prezesem tej loży, więc proszę pana…

To jeszcze jeden taki stary limeryk. Z naszą lożą powiązana była pewna anegdota. Już od wielu lat współpracuję z Podyplomowym Studium Retoryki, uczę tam między innymi księży. To jest instytucja związana zarówno z UJ, jak i z Papieską Akademią Teologiczną. No i ktoś na PAT złożył donos do władz szkoły, że jeden z pracowników jest masonem.

Zrobiłem sobie mały research i dowiedziałem się, że pani profesor Walas w pewnym okresie wzbudziła na krakowskiej polonistyce sporo silnych emocji, wywróciła trochę stary porządek, zmieniła układ sił. Nawet poza polonistyką…

Że pan? No ja. No bo loża może być tylko masońska...

To prawda, że kochali się w niej beznadziejnie znani i uznani dziś profesorowie? Proszę pana, admirowano ją w kraju i za granicą! To znakomita osoba z ogromnym temperamentem, wdziękiem i seksapilem, który się przekładał na życie naukowe. Nawet o najnudniejszych teoriach potrafiła tak mówić, że słuchało się z przyjemnością.

Atmosfera Krakowa sprzyja powstawaniu salonów poetyckich? Kraków ma dwie cechy. Pierwsza to architektoniczna koncentryczność, która powoduje to, że tworzą się takie środowiska, a druga to halny. Jak wieje halny, to wtedy ludziom się wydaje, że są poetami. Rozumiem, że pan jednak czuje się członkiem jakiegoś środowiska poetyckiego czy literackiego? Tak, ale jest bardzo nieformalne.

Na przykład o Spinozie? Doktor Walas na Formozie Miała wykład o Spinozie,      W którym fakt, że mąż tak świetny      Zmarł bezżenny i bezdzietny  Przedstawiła w pełnej grozie.

Co się robi w takim środowisku? Pija się wódeczkę i antagonizuje z zawistnymi kolegami? 18 | nr 14 grudzień 2011 r.


Kilka lat temu pewien profesor UJ spoliczkował w teatrze pewnego specjalistę od Becketta i sprawa od razu urosła w taką aferę polityczną. Pamiętam, że opowiadałem o tym Szymborskiej, która obu panów zna. Powiedziała: „To nic takiego, za moich czasów co tydzień ktoś komuś dawał w mordę i nikt nie robił z tego afery”. W ogóle to już nie jest tak jak dawniej, ludzie są jacyś delikatni i eleganccy, wymuskani... Natomiast te instytucje czy salony, z którymi byłem związany miały jedną nadrzędną cechę. Były absolutnie bezinteresowne. Nie chodziło o to, żeby stworzyć książkę i zabłysnąć, żeby

19 | nr 14 grudzień 2011 r.


WYWIAD

Michał rusinek

Napisał pan książkę dla dzieci o przekręcaniu wyrazów, czyli Jak robić przekręty. Powstanie poradnik przekrętów dla dorosłych? Od retoryki do erotyki nie jest daleka droga. Nie, dlatego że język dziecięcy mnie bawi. Jego niedostatki można przekształcić, dostrzec w nich coś cudownego. Przekręty dorosłych śmieszą, ale też wzbudzają żałość.

się sprzedało. Raczej było to oddolne, po którejś wódeczce ktoś wpadał na pomysł, a może byśmy coś takiego zrobili. Kiedyś dowiedzieliśmy się, że pani Szymborska bardzo lubi bokserów, bokserzy występują też w jej poezji, powtarzała, że się kocha w Gołocie. Napisaliśmy więc w kilka osób tom wierszy w imieniu Andrzeja Gołoty pod tytułem Sobie a guzom. Wydaliśmy to bardzo elegancko, w formie serii Biblioteki Narodowej, i wręczyliśmy pani Szymborskiej na urodziny. Tego typu inicjatywy to nie było, tak jak pan mówi, antagonizowanie, tylko rodzaj bezinteresownej zabawy.

Jest pan znany również z ukucia nazwy dla pewnego rodzaju zabawnych wierszyków, czyli moskalików. Postanowiłem przy panu wypłynąć, jak mło20

| nr 14 grudzień 2011 r.


dy twórca przy starszym, nobliwszym i doświadczeńszym. Przygotowując pytania wymyśliłem też dwa moskaliki. Oba zatytułowane Nobel dla Szymborskiej. Pierwszy jest gorszy:

my razem stworzyć coś nowego. Chciałem z panem uzgodnić nowy gatunek poetycki: literadaryki lub literadarki. Będą to wierszyki, które zaczynają się od słów „gdy czytam”, następnie podać należy, co się czyta i w jakich okolicznościach, na końcu zaś dziwne lub absurdalne konsekwencje z tego wynikające. Byłby to nasz skromny udział w promowaniu czytelnictwa. Mam nawet kilka gotowych:

Gdy ktoś powie żarcik gruby, Że się Nobel nie należy Wtedy świadkiem jego zguby Będzie kościół w Białowieży. Drugi podoba mi się bardziej:

Gdy czytam książkę przy kawie Zazwyczaj kiepsko się bawię Bo krwi ciśnienie mi skacze I serce w piersi kołacze.

Gdy ktoś powie, że Polacy Dumni muszą być z noblisty Wnet załatwię go na cacy Z pomocą redemptorysty.

albo: Mam jeszcze limeryk o niespełnionym poecie Rusinku:

Gdy czytam poezję miłosną Nadzieje na romans mi rosną Z pyska wtedy cieknie mi ślina I chwyta pectoris angina.

Michał Rusinek z Krakowa Uwielbiał przekręcać słowa Tak bardzo się w tym zapamiętał Aż temat ów go opętał I życie sobie zmarnował.

I ostatni: Gdy czytam wiersze Norwida Myślę sobie, ale bida Cyprian w lecie, Kamil w zimie Nuda twe prawdziwe imię.

Bardzo możliwe, że to tak będzie. Jeżelibym zszedł niekorzystnie, to proszę wyryć mi to w granicie albo przynajmniej lastryko.

Świetnie! Może jeszcze coś takiego: Gdy czytam poezję Miłosza, to własną wyrzucam do kosza: zza grobu są prześladowani przez wieszcza do cna – grafomani.

To nie koniec, chciałem panu zaproponować nazwanie nowego gatunku, ponieważ korzystam z tego zaszczytu i honoru, że się tutaj widzimy i może21

| nr 14 grudzień 2011 r.


WYWIAD

Michał rusinek

Rozumiem, że tym samym Michał Rusinek usankcjonował zasady rządzące nowym gatunkiem – literadarkami. Mnie to kojarzy się jeszcze z gatunkiem zwanym z angielska „clerihew”, który ja teraz poniekąd uprawiam na łamach „Bluszcza”. To są fikcyjne biografie, Barańczak je nazywał biografiołami. Ja sobie wymyśliłem plotki o kompozytorach. Zawsze musi być w pierwszym wersie nazwisko kompozytora, natomiast całość kończyć się musi tytułem jego utworu. To może, a nawet musi, być kompletnie „od czapy”: Był organistą Gabriel Fauré, lecz się otrząsnął w samą porę i rzekł wzdychając: „Kto od rana wciąż ma utkwiony wzrok w organach, temu się nigdy nie ułoży życie intymne. To mnie trwoży! Może gdy schowam gdzieś organy ułożę coś na kształt PAVANY?”

I nie jest to część garderoby. (śmiech) (śmiech) Ja próbuję czasem dorabiać jakąś ideologię czy filozofię do tej zabawy, miewam nawet czasami wykłady o literaturze niepoważnej, ale nie chcę się tym zajmować naukowo i pisać, że to już u Platona i Arystotelesa albo że już Adam i Ewa w Raju... Boję się, że jeżeli do takiej literatury czy takiej zabawy, o której mówimy, ale również do literatury rozrywkowej zaczną dobierać się literaturoznawcy, to jest trochę tak, jakby małpie dać brzytwę. To raczej grozi nudą. Wie pan, najnudniejsze książki naukowe to książki o dowcipie i humorze... Ale też uważam, że literaturoznawcy mają prawo – ba, wszyscy mamy prawo – do własnej interpretacji. Profesor Stanisław Balbus napisał książkę o Szymborskiej, w której pokazuje łączność między nią a wątkami filozofii Leibniza. Fakt, iż Szymborska – jak sama twierdzi – nigdy Leibniza nie czytała, nie podważa tezy Balbusa. Liczy się dialog między tekstami, a nie między pisarzami.

albo Miał pewien pan nazwiskiem Ravel wielką ochotę zwiedzić Wawel. Lecz kuzyn rzecze: „Maurycy! Tam jest wilgotno, jak w piwnicy. Twój lekarz ciągle mówi to ci, żebyś wystrzegał się wilgoci, bo cię reumatyzm sponiewiera i nie napiszesz nam BOLERA”.

Być może z kolei, jeśliby nie interpretować tekstu w oderwaniu od twórcy, to byłoby mniej habilitacji? Broniłbym filologów. Czytanie tekstu jako tekstu, a nie tekstu jako dymku unoszącego się nad konkretnym autorem nie tylko nie jest przyczynkarskie, ale wręcz fascynujące. Owszem, w skrajnych przypadkach bywa komiczne, ale często pozwala znaleźć w tekście wiele aktualnych, ważnych znaczeń.

To jest oczywiście gatunek wysoki, dla wyższych sfer, ludzi wykształconych, którzy wiedzą, co to jest Bolero Ravela i że tego się nie je. 22

| nr 14 grudzień 2011 r.


Chciałbym zapytać o ważne książki, co czytał Michał, jakie książki ukształtowały Rusinka? Tolkien kiedyś spowodował, że wszedłem w świat literatury. Pamiętam wrażenie, jak czytałem Czarnoksiężnika z archipelagu Ursuli Le Guin, teraz bym już pewnie tego tak nie czytał, ale to była dla mnie powieść – objawienie. Potem było takie podgryzanie poezji, Herbert to było wielkie odkrycie, jako poeta heroiczny, a zarazem ironiczny. Potem Szymborska, w bardzo szczególnych warunkach. Moja koleżanka w liceum umierała na raka. Kiedyś sobie zażyczyła, żeby jej pożyczyć Szymborską, wiedziała, że moi rodzice mają sporą bibliotekę. Pojechałem więc do niej w odwiedziny na drugi koniec Krakowa i tak z nudów zacząłem w autobusie czytać coś, co do tej pory uważałem, za przeproszeniem, za poezję kobiecą. I po drodze przekonałem się, że jest to poezja, że tak powiem, bezprzymiotnikowa, mówiąca tak bardzo do mnie. To był chyba Wszelki przypadek albo Ludzie na moście. Mało brakowało, a bym tego tomu w ogóle nie pożyczył tej koleżance! Później była eseistyka, zacząłem powoli odchodzić od fikcji. Eseiści francuscy, na przykład Michel Foucault, Roland Barthes. Acz jest pisarz, którego mogę zabrać na bezludną wyspę, chociaż go już parę razy w całości przeczytałem – Jorge Luis Borges. Absolutny

mistrz krótki form, wspaniały stylista, który miał szczęście do polskich tłumaczy. Same grube fisze. Nie wymieni pan na przykład Crichtona albo Ludluma? O, na takiej literaturze uczyłem się angielskiego, ale nie chce mi się jej czytać po polsku. Może kiedyś, na emeryturze. A co pan lubi z tandety? Z tandety lubię Bonda. Czytać opowiadania, ale te stare, i oglądać filmy. Udało mi się namiętnością do Bonda zarazić moje dzieci. Czytanie to przyjemność czy oblig inteligenta? O nie, żaden oblig. Do czytania mam taki stosunek, jak do kuchni. To znaczy, że to jest coś naturalnego, że człowiek ma w domu bibliotekę, tak samo jak ma lodówkę. A ci, którzy nie czytają? Myślę, że oni są w jakimś sensie ubożsi. Nie chodzi mi o erudycję, umiejętność przywoływania cytatów na każdą okazję, ale o ubóstwo stylistyczne i, by tak rzec, hermeneutyczne. Książki nie są przecież celem samym w sobie. Są czymś w rodzaju poligonu, na którym uczymy się czytać i rozumieć świat.

23 | nr 14 grudzień 2011 r.


Indianie w literaturze część 2

S

Skarb w Srebrnym Jeziorze (1962), wspólna produkcja RFN, Francji i byłej Jugosławii, dał początek przenoszeniu na ekran powieści Karola Maya (nie była to co prawda pierwsza adaptacja utworu Maya, ale wcześniejsze filmy przeszły raczej bez echa). Choć miał niewiele wspólnego z literackim pierwowzorem, odniósł w Niemczech niesamowity sukces kasowy i stał się pierwszym laureatem nagrody Goldene Leinwand

(Złoty Ekran), przyznawanej filmom, które w ciągu 18 miesięcy od premiery zgromadziły w kinach co najmniej 3 miliony widzów. Również główny motyw muzyczny – skomponowana przez Martina Böttchera Old-Shatterhand-Melodie – przez kilka miesięcy nie schodził z list przebojów, a wydany singiel został sprzedany w liczbie ponad 100 000 egzemplarzy. I choć kolejne filmy o Winnetou wyświetlano

Pierre Brice – francuski Winnetou - francuski aktor, urodzony w 1929 roku - debiutował w 1955 roku małą rolą w filmie Ça va barder - w 1962 roku zagrał Winnetou w filmie Skarb w Srebrnym Jeziorze; wystąpił też we wszystkich kolejnych produkcjach o Winnetou – rola ta stała się rolą jego życia i przyniosła mu ogromną popularność w Niemczech i w wielu państwach bloku wschodniego – dla wielu osób Winnetou już na zawsze będzie miał twarz Pierre’a Brice

24 | nr 14 grudzień 2011 r.


Tu są

indianie

również w enerdowskich kinach, filmowcy z Niemiec Wschodnich (oraz z innych krajów bloku wschodniego) rozpoczęli kręcenie swoich własnych westernów z Indianami w rolach głównych, tzw. Indianerfilme. Obrazy te docierały do Polski, gdzie swój renesans przeżywała wówczas właśnie literatura podejmująca problematykę indiańską. Po II wojnie światowej powieści o Indianach niemalże zniknęły w Polsce z księgarskich półek lub też pojawiały się ocenzurowane, jak powojenne wydania książek Maya. Jednak dla zwykłych ludzi Indianie symbolizowali przede wszystkim walkę o wolność, trudno się więc dziwić, że Polacy wciąż chętnie o nich czytali, niejako się z nimi utożsamiając. Wszystko zmieniło się po odwilży październikowej w 1956 roku – Indianie znów stali się bohaterami książek, dla komunistycznych władz będąc swego rodzaju symbolem walki z amerykańskim imperializmem.

Szara Sowa (1888-1938) - naprawdę nazywał się Archibald Stansfeld Belaney - z pochodzenia Anglik, od dzieciństwa interesował się Indianami - w wieku 18 lat wyemigrował do Kanady, by studiować rolnictwo, szybko jednak porzucił ten zamiar i rozpoczął życie trapera - zafascynowany plemieniem Odżibwejów, uczył się ich języka i poznawał ich kulturę; ożenił się z Odżibwejką Angele Egwuna i wkrótce potem zaczął podawać się za Indianina (choć, by być precyzyjnym, należałoby użyć wyrazu „Metys”, ponieważ Szara Sowa twierdził, że jest synem Szkota i kobiety z plemienia Apaczów) - duży wpływ na jego życie wywarła jego trzecia żona, pochodząca z plemienia Mohawków Anahareo, która zachęciła Szarą Sowę do publikacji jego książek; dzięki nim stał się znany jako obrońca środowiska naturalnego - dopiero po jego śmierci odkryto jego prawdziwą tożsamość - w 1999 roku Richard Attenborough nakręcił film Szara Sowa z Piercem Brosnanem w roli tytułowej

Indianie wracają z emigracji Rok 1956 zapoczątkował więc na polskim rynku wydawniczym prawdziwy wysyp książek „indiańskich”, który trwał przez kolejne 30 lat. Niektóre to całkowicie fikcyjne opowieści, inne odwoływały się do prawdziwych wydarzeń i rzeczywistych postaci lub też przedstawiały indiańskie legendy; różniła je forma i sposób podej-

ścia do tematu, ale zdecydowana większość z nich skierowana była do nastoletniego czytelnika. Niejednokrotnie polskich autorów inspirowały historyczne wydarzenia i postacie wielkich indiańskich przywódców. W rezultacie powstawały książki, 25

| nr 14 grudzień 2011 r.


tu są

indianie

które przybliżały czytelnikom epizody dotyczące głównie wojen toczonych przez Indian przeciwko białym. Oczywiście nie były to publikacje typowo naukowe, ale dzięki swojej formie – raczej łatwej w odbiorze powieści, z wyważoną ilością faktów historycznych – docierały do sporej grupy osób, będąc dla wielu z nich jedynym źródłem wiedzy o indiańskiej części amerykańskiej historii. W 1958 roku jednocześnie pojawiły się dwie książki podejmujące tę samą problematykę – powstanie Pontiaka, wodza Indian Ottawa, w latach 1763-1766. Choć rebelia (wzniecona przeciwko Brytyjczykom tuż po zakończeniu tzw. brytyjskiej wojny z Francuzami i Indianami, kończącej francuską dominację w Ameryce Północnej) upadła, sam Pontiak przeszedł do historii jako jeden z największych indiańskich przywódców. Nora Szczepańska w Sprzysiężeniu Czarnej Wydry na pierwszy plan wysuwa fikcyjne postacie, sam Pontiak pojawia się w książce dopiero po pewnym czasie, a powieść obejmuje tylko rok 1763, kończąc się wraz z nieudanym oblężeniem przez Indian fortu Detroit. Jan Szczepański w utworze Czarne wampumy głoszą wojnę: Powstanie Pontiaka 1763-1764 przedstawia z kolei szersze tło historyczne i całą fabułę ogniskuje wokół głównych uczestni-

Słynni indiańscy

wodzowie

Pontiac (ok. 1720-1769) – wódz plemienia Ottawa. W 1763 roku stanął na czele powstania przeciwko Brytyjczykom. Zakończyło się ono klęską Indian, ale równocześnie ograniczyło brytyjskie osadnictwo, a w dłuższej perspektywie stało się jednym z czynników, które doprowadziły do amerykańskiej wojny o niepodległość. Tecumseh (1768-1813) – wódz Szaunisów, próbował utworzyć konfederację plemion indiańskich, by powstrzymać osiedlanie się białych ludzi na kolejnych terenach Indian. Koalicja wielu plemion indiańskich odniosła kilka znaczących sukcesów w walce z Amerykanami, ale po śmierci Tecumseha zabrakło osoby, która potrafiłaby po raz kolejny zjednoczyć tak dużą liczbę plemion. Cochise (ok. 1805-1874) – wódz z plemienia Apaczów Chiricahua, walczył z Meksykanami i z Amerykanami. Był wybitnym przywódcą i doskonałym strategiem, ale gdy zorientował się, że dalsza walka nie ma sensu, rozpoczął działania mające doprowadzić do podpisania korzystnego dla jego plemienia traktatu z Amerykanami. W wyniku prowadzonych przez niego negocjacji w 1872 roku utworzono rezerwat Chiricahua, cieszący się znaczną autonomią – jedyny taki rezerwat w całych Stanach. Niestety w kilka lat po jego śmierci rezerwat został zlikwidowany. Geronimo (1829-1909) – wódz z plemienia Apaczów Chiricahua. Gdy meksykańscy żołnierze zamordowali całą jego rodzinę, wypowiedział prywatną wojnę Meksykanom; później prowadził walki również z Amerykanami. Stosował głównie technikę wojny podjazdowej, odnosząc wiele zwycięstw przy niewielkiej liczebności swoich oddziałów. Poddał się po ponad 30 latach walki, zmarł w rezerwacie. Siedzący Byk (ok. 1831-1890) – wódz z plemienia Teton Dakotów, jeden z dowódców w bitwie nad Little Bighorn w 1876 roku, kiedy połączone siły Dakotów i Czejenów odniosły spektakularne zwycięstwo nad oddziałem wojska amerykańskiego dowodzonym przez podpułkownika George’a Armstronga Custera. Wódz Józef (1840-1904) – wódz plemienia Nez Perce, sprzeciwiał się przesiedleniu swojego plemienia do rezerwatu, próbując jednak wyłącznie pokojowych metod w celu powstrzymania Amerykanów; mimo to ostatecznie doszło do wojny. Nazywany „czerwonym Napoleonem” ze względu na swoje ogromne zdolności militarne. Szalony Koń (1849-1877) – wódz plemienia Dakotów Oglala, jeden z dowódców w bitwie nad Little Bighorn. W Górach Czarnych powstaje monumentalny pomnik Szalonego Konia, zaprojektowany przez Korczaka Ziółkowskiego, amerykańskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia.

26 | nr 14 grudzień 2011 r.


ków powstania. Książka jest zdecydowanie bardziej opisowa i faktograficzna – starszy czytelnik chętniej sięgnie zapewne właśnie po nią niż po powieść Szczepańskiej. Warto przy okazji wspomnieć o publikacji Aleksandra Sudaka pt.: Detroit 1763, wydanej w 2006 roku w serii wydawniczej Historyczne bitwy

Stanisław Supłatowicz (1920-2003)

i przedstawiającej rebelię w sposób bardziej naukowy. Rok 1958 to także pojawienie się Ziemi Słonych Skał, pierwszej książki Stanisława Supłatowicza, znanego większości czytelników pod indiańskim imieniem Sat-Okh (Długie Pióro). W nurt pisania powieści indiańskich włącza się w tym samym czasie Alfred Szklarski, wysyłając

- znany jako Sat-Okh (Długie Pióro) - pierwszych kilkanaście lat swojego życia spędził w indiańskiej osadzie w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie - jego matka, Stanisława Supłatowicz, na początku XX wieku została zesłana na Syberię i po ponad 10 latach wraz z grupą Polaków podjęła dramatyczną próbę ucieczki do Kanady, przedostając się przez Cieśninę Beringa i Alaskę. Niemal umierająca została uratowana przez indiańskich myśliwych. Gdy wyzdrowiała, pozostała w ich wiosce i poślubiła Wysokiego Orła, wodza plemienia Szaunisów – z tego związku narodził się Sat-Okh - jego życie było tak ciekawe i pełne niesamowitych zwrotów wydarzeń, że można by o nim napisać nie tylko osobny artykuł, ale i pokaźną książkę. Podczas II wojny światowej walczył w szeregach Armii Krajowej, za co został aresztowany po wojnie; po wyjściu z więzienia pływał przez wiele lat na statkach Polskich Linii Oceanicznych - tęskniąc za swoim indiańskim dziedzictwem, zaczął pisać książki związane z tą tematyką – pierwsza z nich, Ziemia Słonych Skał, to jego swoista autobiografia (niesamowicie popularna i tłumaczona na wiele języków). Poza tym wydał jeszcze między innymi Białego Mustanga, Głos prerii i Fort nad Athabaską (tę ostatnią wspólnie z polskim pisarzem Yacta-Oyą) - współtwórca Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian, z jego inicjatywy powstawało także Muzeum Indian Północnoamerykańskich w Wymysłowie koło Tucholi

27 | nr 14 grudzień 2011 r.


tu są

indianie

Indiańskie filmy w latach 90.* - Tańczący z wilkami (1990) Kevina Costnera – amerykański porucznik, wysłany do opuszczonego fortu gdzieś na Dzikim Zachodzie, zaprzyjaźnia się z żyjącymi w pobliżu Indianami. Klasyk gatunku, na motywach powieści i według scenariusza Michaela Blake’a. - Czarna suknia (1991) Bruce’a Beresforda – Lothaire Bluteau w roli ojca Laforgue, jezuity, który próbuje nawracać północnoamerykańskich Indian na chrześcijaństwo. - Syn Gwiazdy Porannej (1991) Mike’a Robe’a – biograficzna historia George’a Armstronga Custera, podpułkownika armii amerykańskiej, który zginął w bitwie nad Little Bighorn. - Ostatni Mohikanin (1992) Michaela Manna – adaptacja powieści Jamesa Fenimore’a Coopera. Losy dwóch Mohikanów i wychowanego wśród Indian białego przypadkowo splatają się z losami angielskiego generała i jego córek. Również klasyka gatunku. - Geronimo: Amerykańska legenda (1993) Waltera Hilla – bardzo dobry po względem historycznym film o Geronimo, jednym z najsłynniejszych indiańskich wodzów. -

Truposz (1995) Jima Jarmuscha – dziewiętnastowieczne Stany Zjednoczone i Johnny Depp w roli Williama Blake’a – księgowego, który na skutek splotu nieszczęśliwych wypadków zostaje oskarżony o zabójstwo dwóch osób i ratuje się ucieczką w towarzystwie przypadkowo spotkanego Indianina. Specyficzny film drogi na granicy jawy i snu oraz na styku dwóch światów – racjonalnego świata białych ludzi i symbolicznej krainy Indian. - Pocahontas (1995) – animowana produkcja Disneya opowiadająca historię chyba najbardziej znanej białym ludziom Indianki – film ma jednak niewiele wspólnego z losami prawdziwej Pocahontas. - Szalony Koń (1996) Johna Irvina – biograficzny film opowiadający o życiu Szalonego Konia, jednego z najwybitniejszych indiańskich wodzów. -

Szara Sowa (1999) Richarda Attenborougha – biografia Archibalda Stansfelda Belaneya, znanego jako Szara Sowa – żyjącego w pierwszej połowie XX-ego wieku Anglika, który podawał się za Indianina i promował szacunek dla środowiska naturalnego. * Po roku 2000 nie powstała żadna duża produkcja podejmująca temat Indian.

28 | nr 14 grudzień 2011 r.


A tymczasem „na zgniłym Zachodzie”

Tomka Wilmowskiego, bohatera cyklu Przygody Tomka, do Ameryki Północnej. Akcja książki Tomek na wojennej ścieżce rozgrywa się w Nowym Meksyku, na pograniczu amerykańsko-meksykańskim. Nastoletni bohater, dzięki swojej odwadze i szlachetności, zyskuje szacunek i przyjaźń żyjących tam Indian. Przyjaźń ta okazuje się wzbogacająca dla obu stron – Tomek niejednokrotnie korzysta z pomocy Indian, ci natomiast przekonują się, że nie wszyscy biali ludzie są z definicji ich wrogami. Podobnie jak w dwóch pierwszych utworach o przygodach Tomka autor, poza wartką akcją, dba także o warstwę dydaktyczną, przemycając w treści informacje o burzliwej historii regionu i jego mieszkańców. Wyraźnie widać też proindiańskość powieści – plemię Indian występujących w roli czarnych charakterów okazuje się ostatecznie „zainspirowane” do złych działań przez białego ranczera.

Choć od lat 60. w Stanach Zjednoczonych zainteresowanie tematyką Dzikiego Zachodu i Indian zaczęło słabnąć, nie znaczy to, że w literaturze nic się w tym temacie nie działo. W 1960 roku powieścią Witajcie w Ciężkich Czasach debiutuje Edgar Laurence Doctorow, rok później pojawia się Horseman, Pass By, debiutancka książka Larry’ego McMurtry’ego, w 1964 roku Thomas Berger wydaje Małego Wielkiego Człowieka, a w 1968 roku pojawia się Prawdziwe męstwo Charlesa Portisa. Co ważne, wszystkie wymienione powieści zostały sfilmowane. Swoje kolejne, historyczne prace, z których część poświęcona jest Indianom oraz stosunkom indiańsko-amerykańskim, publikuje też systematycznie amerykański historyk Dee Brown, czego ukoronowaniem staje się wydana w 1970 roku najsłynniejsza jego książka – Pochowaj me serce w Wounded Knee, w której autor podejmuje się przedstawienia dziewiętnastowiecznej historii wojen indiańsko-amerykańskich. Utwór okazał się prawdziwym bestsellerem, a kilka lat temu został przeniesiony ekran w postaci produkcji telewizyjnej. W 1984 roku Larry McMurtry opublikował swoją prawdopodobnie najbardziej znaną (obok Czułych słówek) książkę, Na południe od Brazos, w której znajdziemy chyba wszystkie elementy charakterystyczne dla gatunku western. Bohaterowie utworu, wędrując z małego teksańskiego miasteczka Lonesome Dove do Montany, przeżywają na szlaku liczne przygody, tak wciągające czytelników, że już 5 lat później Simon Wincer kręci na podstawie powieści serial w gwiazdorskiej obsadzie (Tommy Lee Jones, Robert Duvall, Danny Glover, Angelica Huston), który również zyskał dużą popularność. W tym samym czasie brytyjski reżyser Roland Joffé reżyseruje film Misja (1986), z Jeremym Ironsem i Robertem De Niro w rolach głównych. Akcja rozgrywa się w Brazylii, na terenach zamieszkałych przez Indian Guarani, których próbuje ewangelizować młody jezuita Gabriel (Irons) z pomocą nawróconego żołnierza (De Niro). Dziki Zachód i Indianie wędrują nawet do fantastyki – Orson Scott Card swój cykl Opowieść o Alvinie Stwórcy (pierwszy tom, Siódmy syn, zostaje wydany w 1987 roku) umiejscawia w alternatywnej dziewiętnastowiecznej Ameryce Północnej; w drugim tomie pojawia się nawet „odpowiednik” historycznego Tecumseha – Ta-Kumsaw.

Również w tym samym czasie pojawia się utwór Bolesława Mrówczyńskiego pt. Cień Montezumy: Opowieść o Indianinie29

| nr 14 grudzień 2011 r.


tu są

indianie

-tułaczu i pułkowniku Luisie de Tulancingo, polskim powstańcu. Mrówczyński, który w 1981 roku otrzymał nagrodę Prezesa Rady Ministrów za swoją twórczość dla dzieci i młodzieży, obecnie – w przeciwieństwie do chociażby Alfreda Szklarskiego – pozostaje niemal całkowicie nieznany czytelnikom. W swojej twórczości inspirował się (pozostając oryginalnym w swych pomysłach) Henrykiem Sienkiewiczem i Władysławem Umińskim, wspominanym w pierwszej części artykułu. W związku z tym jego pisarstwo można podzielić na dwa typy: powieści historyczne rozgrywające się w Polsce oraz powieści podróżniczo-przygodowe, których akcja toczy się między innymi na konty-

nencie amerykańskim. Do tego drugiego nurtu należy właśnie wspomniany wyżej Cień Montezumy... opisujący meksykańską walkę o niepodległość pod przywództwem Benito Juareza, jak również wydane później Droga wśród skał: Opowieść peruwiańska oraz cykl Bartochowie: Opowieść brazylijska o rodzie śląskim, który na drugiej półkuli budował nową ojczyznę. Mrówczyński ogromną wagę przykładał do poprawności geograficznej i historycznej, zgodności treści ze stanem faktycznym. Jego celem była dydaktyka, chciał, by poza poczuciem przeżycia egzotycznej przygody na łamach danej powieści czytelnicy wynieśli z niej jak najwięcej wiedzy.

Indiański boom w Polsce Lata 60. i 70. to intensywna obecność Indian i w polskiej literaturze, i w kinie (na ekranach pojawiały się zarówno zachodnioniemieckie adaptacje powieści Maya, jak i amerykańskie produkcje). W 1965 roku dziennikarz Wiesław Wernic publikuje książkę Tropy wiodą przez prerię, zapoczątkowującą tzw. Sagę traperską, która będzie wydawana przez kolejne 25 lat (dwa ostatnie tomy wydano już po śmieci autora). Główni bohaterowie cyklu – doktor Jan i jego przyjaciel, traper Karol Gordon – podróżują po Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, spotykają na swojej drodze najróżniejszych ludzi i przeżywają pasjonujące przygody. Saga traperska, mimo iż w pewnym sensie schematyczna, cieszyła się bardzo dużą popularnością, autor pisał ciekawie i wciągająco, dbał także o dokład30 | nr 14 grudzień 2011 r.


31 | nr 14 grudzień 2011 r.


tu są

indianie

ne oddanie realiów w swoich utworach, poświęcając w nich sporo miejsca Indianom i ich kulturze. W międzyczasie Tomek Wilmowski wraca na kontynent amerykański w powieści Tomek u źródeł Amazonki, a Jan Szczepański publikuje swoją drugą książkę o Indianach, podejmując tym razem temat Czejenów w utworze Dopóki trawa rośnie, dopóki rzeki płyną – dzieje plemienia Czejenów 1835-1860. Pierwsza część tytułu nawiązuje się do słów amerykańskiego prezydenta Andrew Jacksona, który, chcąc przesiedlić plemiona Czoktawów i Czikasawów, obiecał im, że na nowo nadanych im ziemiach będą mogli mieszkać „dopóki trawa rośnie, dopóki rzeki płyną”, czyli zawsze. Oczywiście obietnica

ta nie została dotrzymana i wpisała się w cały szereg złamanych przez Amerykanów umów z Indianami. Słowa Jacksona stały się także inspi-

32 | nr 14 grudzień 2011 r.


racją dla utworu As long as the grass shall grow, napisanego przez Petera La Farge’a i wykonywanego przez Johnny’ego Casha: http:// www.youtube.com/watch?hl=en&v=HSdNDFj5zJQ&gl=US

Równolegle ze Złotem Gór Czarnych powstała Trylogia indiańska Longina Jana Okonia (Tecumseh, Czerwonoskóry generał i Śladami Tecumseha). Autor, jak wielu pisarzy wcześniej, wykorzystał prawdziwe wydarzenia, a jednym z głównych bohaterów uczynił Tecumseha, wodza plemienia Szaunisów (jednocześnie brytyjskiego generała), który na początku XIX wieku prowadził intensywne działania na rzecz utworzenia konfederacji plemion indiańskich, zdolnej przeciwstawić się Amerykanom. Okoń nie stworzył książki stricte historycznej; walczący u boku Tecumseha Polak, Ryszard Kos, jest postacią fikcyjną, a opisywane fakty nie zawsze odpowiadają prawdzie historycznej, gdyż w wielu przypadkach nie ma też wystarczającej liczby źródeł, by odtworzyć niektóre wydarzenia. Mimo to jest to warta uwagi pozycja, przybliżająca polskiemu czytelnikowi osobę wybitnego indiańskiego wodza i wielkiego człowieka.

W drugiej połowie lat 70. powstaje trylogia Złoto Gór Czarnych (składają się na nią powieści Orle pióra, Przekleństwo złota i Ostatnia walka Dakotów) autorstwa Krystyny i Alfreda Szklarskich. Autorzy w dwóch pierwszych tomach przedstawiają codzienne życie członków plemienia Santee Dakotów, zaś ostatnia część – jak można domyślić się chociażby po tytule – ukazuje coraz silniejszą ekspansję białych osadników i tragiczną walkę Indian o zachowanie swej ziemi, kultury, tożsamości. Główni bohaterowie są fikcyjni, ale akcja wszystkich trzech tomów osadzona jest w głębokim kontekście historycznym. Autorzy bardzo dobrze przygotowali się do napisania swojej trylogii, dzięki czemu nie są to tylko zwykłe książki przygodowe, ale utwory zawierające również ogrom informacji o zwyczajach opisywanego plemienia oraz historii jego walk z Amerykanami. Prace nad trylogią pochłonęły Szklarskiemu sporo czasu i zapewne był to jeden z powodów, dla których kolejny tom przygód Tomka, Tomek w Gran Chaco, stanowiący bezpośrednią kontynuację Tomka w u źródeł Amazonki, ukazał się dopiero w 1987 roku, czyli dokładnie 20 lat po publikacji poprzedniej części.

Do historii sięgnął też Arkady Fiedler, który razem ze swoim synem Markiem wydał książkę Indiański Napoleon Gór Skalistych (utwór opowiada o innym słynnym indiańskim przywódcy, wodzu Józefie). 33

| nr 14 grudzień 2011 r.


tu są

indianie

Zmiana miejsca i formy Indianie nie wrócili już nigdy do Polski jako bohaterowie powieści przygodowo-historycznych, ale też nie zniknęli zupełnie. Można w zasadzie powiedzieć, że tylko przenieśli się w inne rejony literackie i geograficzne. Dziś przeciętny polski czytelnik spotyka się z nimi choćby w książkach Wojciecha Cejrowskiego i Beaty Pawlikowskiej, stanowiących relacje z kolejnych wypraw podróżników. Kto nie słyszał o takich tytułach jak Gringo wśród dzikich plemion czy Blondynka w dżungli? To już jednak całkowicie inny typ literatury podejmującej indiańską problematykę, do tego bogato ilustrowany zdjęciami, zaś w kręgu zainteresowań podróżników znajdują się głównie rdzenni mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. Za to w 2005 roku pojawiła się bardzo ciekawa książkowa relacja z wyprawy po Stanach Zjednoczonych i licznych spotkań z północnoamerykańskimi Indianami. Wszyscy jesteśmy Indianami Ediego i Asi Pyrek w bardzo ciekawy sposób pokazuje życie ludności Indígena na terenie USA, a czytelnik razem z autorami może wejść do indiańskiego rezerwatu, zobaczyć jego mieszkańców dzięki licznym zdjęciom i poczuć niezwykłą atmosferę miejsca, gdzie zacierają się granice między przeszłością a teraźniejszością. Ameryce Prekolumbijskiej poświęcił natomiast swój zbiór esejów, zatytułowany Meksykański sen albo przerwana myśl etnicznej Ameryki, Jean-Marie Gustave Le Clézio, francuski laureat Nagrody Nobla z 2008 roku. To znakomita praca, która z pewnością zainteresuje nie tylko pasjonatów tematu – w przystępny sposób opowiada o indiańskich mitach i wierzeniach, o roli, jaką odegrały podczas podboju; stawia też pytanie o ewentualny rozwój indiańskich kultur, gdyby biały człowiek nie odkrył dla siebie Nowego Świata. Również sama ludność Indígena doświadcza już od jakiegoś czasu swego rodzaju etnicznego przebudzenia, dzięki czemu powstał już szereg książek opisujących indiańskie doświadczenia z punktu widzenia Indian właśnie. Daniel Craig, odtwórca jednej z głównych ról w filmie Kowboje i obcy (2011) Johna Favreau, powiedział: „były klasyczne westerny, w których Apacze są zawsze niedobrzy, i rewizjonistyczne antywesterny, w których są zawsze dobrzy. Ja zagrałem w takim, w którym ludzie tęsknią za jakimikolwiek Indianami”. I coś w tym jest – choć tęsknimy chyba nie tyle za samymi Indianami, co za pewnymi ideami, symbolami, które utożsamiamy z Indianami, będącymi jedną wielką alegorią przemijania, odchodzenia starego porządku na rzecz nowego, ale także swego rodzaju utraty własnej przeszłości i kultury. W dzisiejszych czasach, kiedy świat prze coraz bardziej do przodu, coraz częściej pojawiają się refleksje nacechowane tęsknotą za tym, co już odeszło, co może bezpowrotnie utraciliśmy w naszym pędzie ku przyszłości; za czymś pierwotnym, nieskażonym cywilizacją. Indianie natomiast wciąż znajdują się jakby na granicy dwóch światów, choć tak brutalnie okaleczeni kulturowo, zdołali część swoich zwyczajów i rytuałów zachować; w jakiś przedziwny sposób przyciągają i fascynują nas do dzisiaj. 34 | nr 14 grudzień 2011 r.


Kilka lat później już sam Marek Fiedler w powieści Szalony Koń podjął się przedstawienia losów tytułowego Szalonego Konia, jednego z indiańskich dowódców w bitwie nad Little Bighorn (podczas której Indianie rozgromili wojska amerykańskie pod wodzą podpułkownika George’a Armstronga Custera – ze strony Amerykanów nikt nie przeżył). Warto przy tej okazji wspomnieć o ważnym filmie odnoszącym się do tej tematyki – Syn gwiazdy porannej stanowi fabularyzowaną filmową biografię generała Custera właśnie.

ria Indian i jej tragiczny rys ujęła na tyle mocno, że albo umieszczali wydarzenia i postacie historyczne na pierwszym planie, albo tworzyli z nich bardzo rozbudo-

Strony warte polecenia www.cochise.com.pl – strona pani Zofii Kozimor o Apaczach i indiańskiej Ameryce

wane tło powieści. Nawet jeśli całość była fikcyjna – jak w przypadku przygód Tomka Wilmowskiego czy Sagi traperskiej – to jednak starali się możliwie wiernie oddać ówczesne realia. Natalia Szpak

Podsumowując nurt powieści „indiańskich” w polskiej literaturze, można powiedzieć, że większość autorów histo-

Profesjonalne strony WWW dla firm www.WebTemplar.com Niskie ceny za doskonałą jakość! Krótkie terminy realizacji! Gwarancja na wszystkie produkty! Wsparcie marketingowe i reklamowe! Już wkrótce szczegółowa oferta na naszej stronie WWW!

35 | nr 14 grudzień 2011 r.

Zadzwoń! tel. 662 02 80 30


rys. Maciej Dybał

Ki

końc

A

rabska Wiosna Ludów, koniec ery promów kosmicznych, Osama bin Laden i Muammar Kaddafi odstrzeleni, kolosalne trzęsienie ziemi w Japonii, okupacja Wall Street, ślub Kate i Williama – przebić tak obfity w atrakcje rok może chyba tylko koniec świata. Ale ten temat jest już przecież passe od premiery 2012 Rolanda Emmericha w 2009 roku. Jednak, jeśli spojrzeć na to, co szykują nam wytwórnie filmowe, można odnieść wrażenie, że podskórnie boją się, że idzie ku nam koniec świata i trzeba wyprodukować jak najwięcej, póki czas. W rzeczywistości jednak to tylko dobrze naoliwiona maszynka, która jak co roku wyciągnie chciwie ręce w kierunku naszych portfeli. Przyjrzyjmy się zatem, czym kusić nas będą kina w 2012 roku. 36 | nr 14 grudzień 2011 r.


no

Mateusz Wielgosz

ca świata

37 | nr 14 grudzień 2011 r.


ta druga koza

Po pierwsze szykuje się duża dawka filmów ze strony uznanych nazwisk. W styczniu dotrze do nas Rzeź Romana Polańskiego. Na świecie obraz został odebrany bardzo pozytywnie – to dynamiczny spektakl czwórki świetnych aktorów w zamkniętej przestrzeni. Haywire, szpiegowski thriller Stevena Soderbergha nie ma jeszcze wyznaczonej polskiej daty premiery, ale bez wątpienia doczekamy się jej. Z obowiązku wypada wspomnieć

ku mówić o SF. Pogłoski mówią również o niesamowitej warstwie wizualnej, w tym o 20-minutowym ujęciu otwierającym film (co brzmi prawdopodobnie po niesamowitych master shotach w Ludzkich Dzieciach). Pod koniec roku natomiast rodzeństwo Wachowskich (bo przecież już nie bracia) uraczy nas filmem zdecydowanie zaliczającym się do gatunku sciencie fiction – Cloud Atlas to ekranizacja książki Davida Mitchella o in-

Carnage – Sony Pictures Classics

o kolejnym filmie Tima Burtona – Dark Shadows, który będzie historyjką o wiedźmach i wampirach z Johnnym Deppem w roli głównej i muzyką Danny’ego Elfmana, niespodzianek brak. Pod koniec 2012 Alfonso Caurón szykuje widowisko, na które ostrzę sobie pazurki od jakiegoś czasu – Gravity. To historia dwójki astronautów uwięzionych w wyniku wypadku na orbicie okołoziemskiej. Scenariusz zgarnął masę pozytywnych opinii, całość ma być tak niezwykle realistyczna, że trudno będzie w tym wypad-

teresującej strukturze. Sześć zagnieżdżonych historii rozciąga się od połowy dziewiętnastego wieku przez współczesność aż po przyszłość bliską i odległą, postapokaliptyczną. Większość tych tytułów obecnie przyćmiewa jednak styczniowa premiera Dziewczyny z tatuażem Davida Finchera. Sam jestem mocno sceptyczny. Po pierwsze, mam lekkie uczulenie na robienie remake’ów filmów już dwa lata po premierze oryginału. Po drugie, czuję, że nie doczekam się powrotu Finchera z Podziemnego Kręgu czy Siedem. Znacznie 38

| nr 14 grudzień 2011 r.


większe nadzieje wiążę z nowym Tarantino, czyli Django Unchained. Tym razem, zamiast westernu pod wojennym płaszczykiem (Bękarty Wojny), mamy dostać western pełną gębą, w obsadzie nie gorszej niż w przypadku obrazka z 2009. Tarantino przez lata wspominał, że wychował się na makaroniarstwie w sosie Sergio Leone i spółki. Najwyższa pora by zobaczyć, co z tego wyniósł.

z Karaibów, gdzie z parkowej atrakcji wyczarowano cykl, który zarobił już cztery miliardy dolarów. John Carter to również kino przygodowe, więc nie wydaje się to niemożliwe. Znacznie większe emocje wzbudza jednak majowa premiera Avengers. To zwieńczenie długiej drogi Marvel Studios. Po kilku filmach „założyciel-

– Marv el Stu d The A venge rs

To jednak tylko waga półciężka 2012 roku. Spójrzmy, jakie filmy powalczą o zyski idące w ciężkie setki milionów. W marcu (dość wcześnie jak na blockbuster) Disney zaatakuje kina ekranizacją marsjańskiego cyklu Edgara Rice Burroughsa (twórcy postaci Tarzana) sprzed stu lat. John Carter to historia tytułowego weterana wojny secesyjnej przeniesionego na Marsa, ogarniętego wojną, pełnego fantastycznych stworzeń, czterorękich Tharków i pięknych księżniczek. Jestem bardzo ciekawy, czy Disneyowi uda się powtórzyć sukces Piratów

ios

John Carter – Walt Disney Pictures

39 | nr 14 grudzień 2011 r.


skich” grupka superbohaterów dostaje jedno wielkie, wspólne widowisko. Oczeki-

r Bros. Pictures

Hobbit – Warne

wania są ogromne, co z reguły kończy się kiepsko. Nie należy jednak tracić nadziei, bo na stołku reżysera zasiada Joss Whedon, który udowodnił w serialu Firefly, że potrafi pomieścić dziewiątkę bohaterów w czterdziestominutowym formacie. Tu ma sześciu (super)bohaterów, których widownia już zna i pełny metraż, by wszystkich w pełni zaprezentować. Nie mniejsze zainteresowanie towarzyszy od początku produkcji Prometeusza Ridleya Scotta, który po trzydziestu latach powraca do SF i to z prequelem Obcego. Na razie niewiele wiadomo. Według pogłosek jedynie finał ma być nawiązaniem do słynnego cyklu, a film jako całość ma stać na własnych nogach. Mam ogromne wątpliwości w wypadku fabuły, która może razić głupotami rodem z twórczości Ericha von Danikena. Tytuł zapala też lampkę alarmową „łopatologiczna symbolika”. Z drugiej strony – to Ridley Scott, co wystarcza, by Prometeusz otrzymał szansę. Na lipiec zaplanowano finał trylogii Mrocznego Rycerza. Nie zaliczam się do ludzi stawiających poprzedni film 40

| nr 14 grudzień 2011 r.


ta druga koza

ponad Ojcem Chrzestnym, jednak nie ulega wątpliwości, że Christopher Nolan postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Szczególnie kreacja Heatha Ledgera obrosła taką legendą, że najnowszy film nie uniknie niekończących się porównań łotrów. Produkcja nowego Batmana ma ogromne problemy z utrzymaniem czegokolwiek w tajemnicy, patrząc na towarzyszące temu emocje, nie wygląda to na celowy zabieg

w tym technikaliów. Hobbit ma przetrzeć szlak wyższej ilości klatek w kinie – kręcony jest nie tylko w 3D (które przemyślane jest już na etapie storyboardów), ale i w czterdziestu ośmiu klatkach na sekundę. Z wymienionych tu blockbusterów o jakość Hobbita jestem najspokojniejszy. Czy to wszystko? Oczywiście, że nie. Na koniec kilka tytułów różnej maści. W 2012 do kin trafi Skyfall – czyli kolejny Bond.

Sherlock Holmes: Game Of Shadows – Warner Bros. Pictures

marketingowy. Momentami wydaje mi się, że jestem jedynym, który czeka na ten film, jednocześnie bez towarzyszących temu ekstremalnych uczuć. Do grudnia przyjdzie nam natomiast czekać na powrót do Śródziemia. Peter Jackson pilnie pracuje nad Hobbitem, którego podzielono na dwa filmy. Przecieków jest niewiele, sporadycznie natomiast pojawiają się obszerne reportaże z planu, dając świadectwo temu, jak ogromną ilość uwagi przykłada się do najmniejszych detali,

W rolę agenta Jej Królewskiej Mości wcieli się po raz trzeci Daniel Craig, na krześle reżyserskim zasiada Sam Mendes (American Beauty). Casino Royale było ciekawym (i udanym) eksperymentem, Quantum of Solace kompletną porażką. Skyfall jest zatem w tym momencie zupełnie nieprzewidywalny. Innym sequelem, który czai się już za rogiem (światowa premiera na dniach, polska w styczniu) jest Sherlock Holmes: Gra Cieni. Trailer wskazuje na metodę „więcej, głośniej, mocniej”, jak jest w rzeczywisto41

| nr 14 grudzień 2011 r.


ta druga koza

Prometheus – 20th Century Fox Dziewczyna z tatuażem – Columbia Pictures (Sony)

The Avengers – Marvel Studios

Chronicle – 20th Century Fox

jak się strzela. Po tym filmie świat rzeczywiście może się skończyć. Na deser zostawiłem sobie trzy ciekawostki, na które wyczekuję. Kronika – historia trzech nastolatków, którzy zyskali nadnaturalne moce, przedstawiona w formie znalezionej taśmy z amatorskiej kamery. Zwiastun zdradza niebanalne ukazanie tematu i ponury nastrój. Premiera już w lutym. Zaledwie tydzień temu dowiedziałem

ści, dowiemy się niedługo. Ja obiecuję sobie wiele po postaci profesora Moriarty’ego (w tej roli Jared Harris). W sierpniu ludzie, których wychował Sly Stallone i Arnie Schwarzenegger z pewnością nie przegapią Expendables 2, których obsadę wzbogacili Jean Claude Van Damme i Chuck Norris. Ponadto tym razem Bruce Willis i Arnold nie ograniczą się tylko do krótkiej wymiany zdań, ale również pokażą młodziakom, 42

| nr 14 grudzień 2011 r.


się o Lockout – nie ma jeszcze daty polskiej premiery, ale po trailerze nie wierzę, że ominie nasze kina. To humorystyczna sensacja SF w produkcji Luca Besson. Bohater grany przez Guya Pearce’a wygląda na kosmiczną wersję Johna McClane’a, musi uratować córkę prezydenta z ogarniętego buntem więzienia. W kosmosie. Całość ma posmak wspomnianego wyżej serialu Firefly. Beztroska akcja, zero powagi. Czegóż więcej można chcieć? Na koniec wspomnę o debiucie reżyserskim Ralpha Fiennesa – Coriolanus. To ekranizacja jednej z mniej znanych sztuk Szekspira. Film został fantastycznie przyjęty przez widownię festiwalową, w związku z czym liczę, że trafi do dystrybucji w Polsce. Fiennes zdecydował się na współczesne stroje i estetykę oraz oryginalne dialogi.

Rozwiązanie to jest już sprawdzone i wygląda na to, że raz jeszcze wypadło dobrze. Rok 2012 wygląda nader obiecująco. Szykuje się kilkanaście wizyt w kinie, z których większość nie powinna być rozczarowująca. Udanego Sylwestra życzy ta druga koza! Coriolanus – The Weinstein Company

ZRODZONY Z FANTASTYKI

43 | nr 14 grudzień 2011 r.


Męska rzecz, Damskie sprawy czyli płciowe dyskusje o książkach toczą Dorota Tukaj i Michał Urbaniak

44 | nr 14 grudzień 2011 r.


Męska rzecz

45 | nr 14 grudzień 2011 r.

damskie sprawy


Męska rzecz

damskie sprawy

Na początku tego roku Empik naprawdę zadziwił swoich klientów – przy odpowiednio kosztownym zakupie otrzymywało się gratis powieść Moniki Szwai Nie dla mięczaków. Taki bonus na pewno okazał się miłą niespodzianką dla wielu moli książkowych, a także mógł się przyczynić do realnego wzrostu czytelnictwa w Polsce. Oby więcej takich inicjatyw!

A gdzie tam nowego! A Mężczyzna i dziecko Parsonsa z bardzo podobną fabułą (podobną, nie identyczną, bo w odróżnieniu od Piotra, Harry zostaje na lodzie z małym dzieckiem, którym się musi opiekować i które mu nieco komplikuje wchodzenie w nowe relacje męsko-damskie)? Zakładając, że mężczyzna w ogóle ma zamiar czytać romans, podejrzewam, że wybierze raczej taki, po którym będzie się spodziewał ukazania spraw ze swojego punktu widzenia. Swojego, czyli męskiego. A tego nie będzie oczekiwał po autorce płci żeńskiej.

A u mnie taki pomysł budzi mieszane uczucia. Gdyby było to wznowienie jakiegoś tytułu od dawna niewydawanego, próba przypomnienia któregoś mniej znanego klasyka, wymowa tego gestu byłaby jednoznaczna. Ale jeśli jest to książka współczesnego pisarza, z góry przeznaczona tylko do darmowego rozdawania, czytelnik może sobie pomyśleć, że najwidoczniej jest to tak słabe, że się nie sprzeda w normalnym trybie albo skoro autor pisał na zamówienie, wiedząc, że jego dzieło będzie traktowane jak paczka gumy do żucia czy plastikowa łyżeczka, to się pewnie do roboty nie przyłożył. Nie wiem, czy to dobra metoda!

Phi, z tego wynika, że autor czy autorka nie powinni pisać o przedstawicielach płci przeciwnej, bo przecież mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus! Nie podejrzewałem Cię o takie uleganie stereotypom! Przypomnę, że takie bohaterki jak Manon Lescaut, Anna Karenina, Emma Bovary czy Rebecca Sharp stworzyli mężczyźni!

Co najmniej 90% dzieł opublikowanych do XIX wieku włącznie stworzyli mężczyźni, bo kobiety najpierw w ogóle nie miały wstępu na literacki Parnas, a potem był on poważnie utrudniony. Ale dzisiaj, kiedy udział obu płci w produkcji beletrystyki jest mniej więcej równy, to chyba normalne, że chcąc czytać o problemach kobiet szukamy utworów napisanych przez kobiety, i odwrotnie.

Każda jest dobra, aby walczyć z wtórnym analfabetyzmem Polaków (jeśli wierzyć statystykom – jedna przeczytana książka rocznie na jednego krajana!). Pomijając tę kwestię, trzeba stwierdzić, że pomysł na romans dla mężczyzn – którym właśnie jest ta minipowieść Szwai – to coś zupełnie nowego na polskim rynku.

A może właśnie spojrzenie na problemy płci od drugiej strony zapewnia zdrowy dystans? 46

| nr 14 grudzień 2011 r.


Zobaczmy, jaki jest ten męski bohater wykreowany przez kobietę. Piotr Voigt to czterdziestoletni „kawaler z odzysku”, w czym przypomina trochę Judytę z Nigdy w życiu Grocholi. Rozwód z Karoliną (która nie dość, że traktowała go wyjątkowo instrumentalnie, to jeszcze systematycznie przyprawiała mu rogi) okazuje się wybawieniem, a jednak jest w pewien sposób przykry. Teraz Piotr, ten biedny męski Kopciuszek, musi sobie poukładać życie na nowo; i oto w kilka godzin później przypadkiem spotyka księżniczkę – i oczywiście jest nią zafascynowany od pierwszego wejrzenia...

dziś i przez kobiety, i przez mężczyzn z niezmienną przyjemnością. A dlaczego? Bo jest tam coś więcej niż wzdychanie, picie sobie z dzióbków i sakramentalne „a potem żyli długo i szczęśliwie”! Są wyraziste, wielowymiarowe charaktery, jest rzut oka na zachowanie się człowieka w sytuacjach kryzysowych. I to jest ważniejsze niż kokietowanie czytelnika przesłodzonym zakończeniem…

Ale przecież w Nie dla mięczaków nie ma żadnego słodzenia. Wręcz przeciwnie, autorka postanowiła pokazać swojego bohatera i jego otoczenie z przymrużeniem oka! To nie melodramat jak Przeminęło z wiatrem, bliżej temu raczej do komedii romantycznej. I wcale nie kończy się banalną przysięgą przed ołtarzem!

A wszystko zmierza do sakramentalnego „tak”. Nudne, banalne i przewidywalne, ale czego innego spodziewać się po romansach?

No właśnie, tu jest literacki pies pogrzebany. Bo w tym romansie przeznaczonym dla płci brzydszej mamy cały zestaw elementów, które większość panów – w powszechnym mniemaniu – odstraszają przed czytaniem tego gatunku literatury.

No, faktycznie… „I wreszcie poszli do tego łóżka”. Cóż za niebanalne zakończenie! Jedyne, co można powiedzieć na jego obronę, to że pozostawia jakieś niedopowiedzenie, jakiś margines domysłów, bo przecież sam seks niczego nie przypieczętowuje.

Nie tylko panów zniechęca ckliwość, przewidywalność i tematyka miłosna pozbawiona jakiejś głębszej refleksji obyczajowej czy psychologicznej! To kwestia nie tyle płci, ile zapotrzebowania na ambitniejszą prozę. Bo przecież jedna z najsłynniejszych powieści o miłości – Przeminęło z wiatrem – jest czytywana do

A musi? Takie poszukiwanie przypieczętowania w postaci aktu ślubu jest charakterystyczne raczej dla kobiet, a przecież to nie do nich adresowana jest ta powieść. Gdyby autorka nie poprzestała na oświadczynach i łóżku, tylko konsekwentnie doprowadziła Piotra i Maję do ślubu, byłoby nudno i stereotypowo. 47

| nr 14 grudzień 2011 r.


Męska rzecz

damskie sprawy

– Danielle Steel – wszystkie piękne, młode (bądź młodo wyglądające) i bogate. Nawet bez tego jest... Piotr-Kopciuszek został skrzywdzony przez zdradzającą połowicę, ale z drugiej strony sam nie pozostawał jej dłużny, usprawiedliwiając się, że romans ze współpracowniczką czy znajomą nie jest podyktowany miłością, więc się nie liczy. To jest dopiero stereotypowe! Facet ma społeczne przyzwolenie na „skoki w bok”, a jak kobieta pozwala sobie na to samo, to jest..., to oznacza, że się źle prowadzi.

No właśnie, Piotr jest mniej więcej tak samo z życia wzięty, jak te idealne postacie zaludniające powieści Steel – nie dość, że spełniony zawodowo i dobrze sytuowany, to jeszcze jest przystojny, elegancki, ma „doskonałą sylwetkę i zgrabne ruchy”, a równocześnie nie ma w sobie nic ze snoba czy aroganckiego dorobkiewicza. Toż to jakiś książę z bajki! Gdzie do niego przeciętnemu polskiemu czterdziestoparolatkowi, nawet gdyby wziąć tylko tych czytających?

Jednak wydaje mi się, że Szwaja musiała stworzyć postać Piotra ze stereotypów, dzięki temu przeciętny mężczyzna będzie mógł się z nim identyfikować. Czytelniczki powieści z gatunku „chick-lit” również mogą się identyfikować z bohaterkami – Bridget, Judytą i innymi.

Gdyby zrobić z niego kogoś innego, ta powiastka nie byłaby już niezobowiązującym romansidłem – a tu najwyraźniej o to chodziło – lektura lekka łatwa i przyjemna, w sam raz dobra dla podwyższenia czytelnictwa.

No, z Piotrem to chyba nie tak łatwo się utożsamiać! Niewielu jest w Polsce takich mężczyzn, którzy w porę wyczuli pismo nosem i z własnej woli porzucili bezpieczne, jak się wydawało, posady w dużych państwowych zakładach, by ze swojego hobby uczynić sposób zarabiania na życie, a jeszcze mniej takich, którym się to udało tak jak bohaterowi… Znasz kogoś, kto otrzymał „prestiżową nagrodę przyznawaną przez biznesowe tuzy najbardziej obiecującym małym firmom w kraju”?

Tylko, czy aby na pewno spełni to zadanie? Skoro ktoś zakupił w Empiku paczkę książek – no to chyba już nie trzeba zachęcać go do czytania. A jeśli w ogóle nic nie czyta i przyszedł tylko po parę filmów z gatunku „zabili-go-i-uciekł”, to raczej wątpię, żeby doznał czytelniczego nawrócenia, znajdując w reklamówce coś, co ani nie wzrusza, ani nie śmieszy (mimo że autorka stara się utrzymać narrację w konwencji komediowej), ani nie skłania do refleksji!

Nie… Z drugiej strony przypomnę Ci bohaterki królowej romansów 48

| nr 14 grudzień 2011 r.


Nie skłania do refleksji? Szwaja porusza przecież niebanalne problemy (niedopasowanie w małżeństwie, homoseksualizm, choroba Alzheimera), a przy tym daje literackiego kuksańca tradycyjnej rodzinie, jak wielu współczesnych polskich prozaików.

Mimo wszystko w tle obyczajowym (pomijając kreację postaci) Szwaja trzyma się bliżej ziemi. Tutaj nie ma konfliktów na skalę światową, psychopatycznych seryjnych zabójców, których trzeba wytropić i przy okazji ocalić ukochaną – i to się liczy na plus. Bohaterowie chodzą po górach, odwiedzają muzea, jedzą naleśniki, co najwyżej ratują dzieciaki przed upadkiem – i to jest w porządku.

Ale po tych ważnych tematach autorka się jakoś tak błyskawicznie prześlizguje; to, co mogłoby być poruszające, jest powierzchowne i bez głębi. Nawet jeśli to niezobowiązujące czytadło, dobrze by mu zrobiły jakieś psychologiczne uzasadnienia motywacji bohaterów.

Tu muszę Ci przyznać rację, a autorce punkt za wierność szczegółom: w tej karczmie w Koniakowie, do której wysłała bohaterów, naprawdę podają takie „małe” porcje, a piosenka śpiewana przez starowinkę z chaty opodal, wchodzi w skład repertuaru jednego z regionalnych zespołów. Ale to nie wystarczy, by wzbudzić głębsze emocje czy skłonić do przemyśleń. Może i powieść, zgodnie z tytułem, nie jest przeznaczona dla mięczaków, ale na pewno też nie dla koneserów literatury. I może właśnie dlatego taką książkę – nie stawiającą przed czytelnikiem wygórowanych wymagań – wybrano jako dodatek do zakupów w Empiku.

No, ale przecież mamy do czynienia z bajką dla dorosłych mężczyzn, a bajki – jak wiadomo – rządzą się swoimi prawami.

A czy dorośli mężczyźni lubią takie bajki? Bo sądząc po zestawie ulubionych lektur znanych mi panów po czterdziestce, to większość z nich wolałaby się raczej wcielić w Aragorna, Roberta Langdona, Jacka Reachera czy któregokolwiek z tych supermanów, którzy dzięki typowo męskim przymiotom pokonują wszelkie zło tego świata (i ewentualnie przy okazji zdobywają przychylność kobiety) niż w taki ideał na swojską miarę, znacznie bardziej realny i przez to paradoksalnie boleśniej przypominający im, że w porównaniu z nim są mali i nijacy…

Mimo wszystko dobrze, że taka inicjatywa miała miejsce – i oby takich więcej.

Choć promocja ambitniejszej literatury na pewno by nie zaszkodziła… 49

| nr 14 grudzień 2011 r.


Kobiece fantasy Trudi Canavan

50 | nr 14 grudzień 2011 r.


kobiece

Gdy

w latach 60. i 70. pisarskie sukcesy odnosiły Ursula K. Le Guin (Ziemiomorze), Andre Norton (Świata Czarownic) czy Anne Mc Caffrey (Jeźdźcy Smoków z Pern), pojawiło się pojęcie „fantasy kobiecej”. Do dziś trwa dyskusja, czy w ogóle można mówić o takim zjawisku, a jeśli tak, to jakie są jego wyznaczniki. W odróżnieniu od powieści fantasy pisanych przez mężczyzn (którzy na długo zdominowali cały gatunek), tu najczęściej głównym bohaterem jest kobieta, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ciężar przeniesiony jest na przemyślenia bohaterów, a sama akcja toczy się nieco wolniej, skupiając się raczej na emocjach towarzyszących wydarzeniom. Silniej akcentowana jest też seksualność, pomijana zwykle w tym nurcie literatury, a w najlepszym razie traktowana zdawkowo, co stanowi swoistą spuściznę po Tolkienie. Co wydaje się oczywiste, literaturę tę tworzą zasadniczo kobiety, a wyjątek w postaci Neila Gaimana może tylko potwierdzać regułę. Niewątpliwie jedną z reprezentantek takiego podejścia jest mieszkająca w Australii Trudi Canavan. Międzynarodową sławę przyniosła jej Trylogia Czarnego Maga. Pozytywny odbiór pierwszej trylogii zachęcił ówczesną debiutantkę do napisania kolejnej – Ery Pięciorga (Kapłanka w bieli, Ostatnia z dzikich, Głos bogów). Na fali sukcesu pierwszej trylogii, powstał też jej prequel – Uczennica Maga. Obecnie pisarka pracuje nad ostatnią częścią Trylogii Zdrajcy, która z powrotem zabiera czytelnika do dobrze już znanego świata kyraliańskiej Gildii Magów.

fantasy

Chyba każdy miłośnik literatury fantasy kojarzy postać w zwiewnych szatach zdobiącą okładkę kolejnych części debiutanckiego cyklu, w którym po raz pierwszy Canavan wykreowała świat przepełniony magią, niepozbawiony jednak prozaicznych ograniczeń. Podobnie jak zwykli śmiertelnicy, tak i magowie muszą zmagać się na co dzień z problemami, które nie znikną dzięki eliksirom czy wypowiedzianym zaklęciom: każdy pragnie miłości i poszukuje przyjaciół, u boku których można stawić czoła problemom. Również inne podstawowe zasady rządzące naszym światem przeni-

51 | nr 14 grudzień 2011 r.


kobiece

fantasy

należą w jej książkach raczej do rzadkości, co pewnie przysparza też krytyków. Śledząc losy bohaterów, trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka wykorzystuje fabułę do (miejscami nachalnego) promowania wśród czytelników wielowymiarowej tolerancji, stając ramię w ramię z autorkami literatury społecznie zaangażowanej. W swojej twórczości ukazuje zwykle społeczeństwa podzielone na klasy, prezentując rodzące to konflikty wraz z ich genezą. Co ciekawe, autorzy literatury fantasy (czy

kają do tego stworzonego przez Canavan, jak chociażby to, że wyrządzone zło zemści się prędzej czy później, podobnie jak powróci uczynione dobro. Cechą charakterystyczną jej twórczości jest też sposób kreacji bohaterów. W gruncie rzeczy są to postaci jednowymiarowe, czytelnik od samego początku wie, co ma o nich sądzić – są albo dobre, albo złe. Ma to swoje zalety, dzięki temu akcja jest w pełni zrozumiała i nie wymaga głębokiej analizy postaw protagonistów, jednak brak pogłębionej psychologii postaci sprawia, że nieoczekiwane zwroty akcji 52 | nr 14 grudzień 2011 r.


nawet fantastyki ogólnie) chętnie posługują się motywem różnic społecznych, które nabierają szczególnego znaczenia w tak małych społecznościach, jak szkoła czy uniwersytet. Kłopoty Sonei, jednej z bohaterek Canavan, na uczelni, przypominają miejscami trudności Rona, przyjaciela Harry’ego Pottera, który z powodu ubóstwa panującego w domu cierpi na kompleks niższości. Na swój sposób Sonea przypomina także inną bohaterkę z cyklu o Harrym Potterze – Hermionę. Obie pilnie się uczyły, by udowodnić, że zasługują na pobieranie nauk w szkole, w której się znalazły. Obie też potrafią wykorzystać tradycyjną wiedzę w niekonwencjonalny sposób, dowodząc tym samym swojej inteligencji. Sonea w pewnym momencie sama zaczyna walczyć o przyjmowanie na magiczny uniwersytet osób obdarzonych magią, które pochodzą z nizin społecznych. Walka ta przypomina z kolei potyczki Eskariny, bohaterki Równoumagicznienia Prachetta, starającej się o podjęcie nauki na Niewidocznym Uniwersytecie, gdzie mogą kształcić się tylko mężczyźni. Zachęcając do tolerancji, Canavan nie pomija sfery seksualności i odmiennych upodobań w tym zakresie, pokazując różne podejścia do tych kwestii. Podczas gdy

w jednej krainie praktyki homoseksualne są karane śmiercią, w innej nie wzbudzają najmniejszego nawet zgorszenia. Następuje zatem przeniesienie do wyimaginowanego świata popularnej dziś tezy, że to kultura i tradycja, jako główne czynniki, warunkują nasze postrzeganie rzeczywistości. Warto podkreślić, iż wątek miłości gejowskiej czy lesbijskiej w literaturze fantasy pojawiał się już wcześniej. Dla przykładu w Matce chrzestnej Noc autorstwa Rachel Pollack pokazana jest miłość dwóch kobiet, Lynn 53

| nr 14 grudzień 2011 r.


wiele pomysłów na rolę magii czy funkcjonowanie szkoły, która by jej uczyła (choćby Czarnoksiężnik z Archipelagu), australijska pisarka przedstawiła swoją własną oryginalną koncepcję kształcenia, która ewoluuje od nauczania indywidualnego pokazanego w Uczennicy maga do nauczania grupowego, opisanego w pierwszej trylogii. Zmienia się sposób nauczania i metody, choć pewne elementy mogą wywołać niemałe zdziwienie, jak na przykład dręczenie jednego ucznia przez innych i brak reakcji ze strony nauczycieli jako sposób na roz-

Flewelling w Szczęściu w mrokach opisała z kolei kolejne etapy zauroczenia dwóch mężczyzn. Nawiązania do homoseksualizmu znaleźć można też w słynnych Mgłach Avalonu Marion Zimmer Bradley. Odniesienia do miłości gejowskiej są też w Harrym Potterze. Na jednym ze spotkań autorskich sama J. K. Rowling przyznała, że gejem jest Albus Dumbledore, który kochał się w czarodzieju Grindelwaldzie. Nieodłączną towarzyszką większości bohaterów Canavan jest magia, którą trzeba okiełznać i nauczyć się z niej korzystać. I choć do tej pory w fantasy przedstawiono 54 | nr 14 grudzień 2011 r.


wijanie mocy. Co ciekawe, moc magiczna, o której marzy niejeden miłośnik literatury fantasy, pokazana jest z różnych, diametralnie odmiennych punktów widzenia – podczas gdy dla jednych jest spełnieniem marzeń, a zgłębianie arkanów magii staje się sensem życia, dla innych jest przekleństwem zamykającym w murach Gildii na resztę życia, nie pozwalającym na realizację innych marzeń. Również w zależności od cyklu moc jest albo udziałem wszystkich ludzi albo tylko wybrańców losu. Z kolei w Erze Pięciorga czytelnik zostaje zaskoczony nowym pomysłem – w wykreowanym tu świecie ogromną rolę odgrywają religia i bogowie, a więc elementy, których na próżno dotychczas szukać w innych pozycjach autorstwa Canavan. I tu nie brakuje tak typowego dydaktyzmu. Z drugiej jednak strony trudno nie pochwalić trudu przekonania czytelnika, że warto posłużyć się własnym rozumem, zamiast ślepo słuchać innych. Warto wspomnieć, że Canavan jest także autorką opowiadań, we wstępie do których przyznaje jednak, iż tym gatunkiem literackim zajmuje się stosunkowo rzadko, gdyż z reguły potrzebuje kilku tomów na przeniesienie swoich pomysłów na papier bez straty dla całości. A szkoda, bo te krótkie formy wciągają równie mocno, co liczące kilkaset stron powieści. W dostępnym w Polsce od niedawna zbiorze opowiadań, każde z nich zaopatrzone jest krótkim posłowiem, z którego dowiadujemy się między innymi o źródłach inspiracji oraz o warsztacie literackim – jest to niewątpliwie świetny pomysł na zapoznanie czytelnika z metodą pracy pisarki, a także na ukazanie tego fragmentu życia prywatnego, który wpływa na twórczość literacką.

Po przeczytaniu jednej powieści australijskiej pisarki bez problemu rozpoznamy w kolejnych jej charakterystyczny styl i elementy, którymi cechują sie wszystkie opublikowane do tej pory książki. Można to lubić albo nie, ale jeśli chociaż jedna z nich nas wciągnie, moż-

na być pewnym, że sięgniemy po kolejne, nie zauważając, jak szybko przeczytanych zostało kilkaset stron. I tak jak w latach 90. XX w. sercami polskich miłośników/ miłośniczek fantasy zawładnął Świat Czarownic Andre Norton, tak teraz twórczość Canavan ma szansę na stałe wzbogacić kanon tej literatury, nie tylko w jej kobiecej odmianie. Waldemar Jagodziński 55

| nr 14 grudzień 2011 r.


Biblionetkowicze piszą sentymentalnie

PISARKA SZEŚCIU ZMYSŁÓW

K

ogórkiem maczanym w zimnym jogurcie. Mam książki pasujące do koca i do leżaka. Książki pikantne i słodkie. Hałaśliwe i wyciszone. Wracam do nich zgodnie z nastrojem, dopasowując Kraszewskiego do długiego, zimowego wieczoru, herbaty malinowej i stukania kropel deszczu o blaszany parapet, a Murakamiego do upalnych popołudni w miejscowym parku, wody z plastikowej butelki i zapachu słodkich gofrów ze sklepiku na kółkach. Mam na półce powieści, od których robię się głodna, i takie, po których mam przepiękne, kolorowe sny. Przyzwyczaiłam się już do tego mojego podziału i zupełnie bezwiednie przyporządkowuję kolejne nabytki do odpowiednich kategorii. Aż tu kilka miesięcy temu dostałam w prezencie coś, co zachwiało porządkiem – dwutomową opowieść, która jednocześnie pachnie, choć czasem ten zapach jest przykry, trudny do zniesienia, smakuje czasem zbyt słodko, a innym razem gorzko,

iedy kupuję nową książkę, zwłaszcza świeżo wydaną i zdobioną licznymi ilustracjami, nie mogę się doczekać, żeby ją w domu spokojnie obwąchać, posłuchać szelestu pierwszy raz rozdzielanych stron i rozkosznego, choć ledwie słyszalnego trzeszczenia grzbietu, przesunąć opuszkiem palca po delikatnie wypukłym druku, przekartkować pospiesznie, a potem zachłannie czytać, czytać, czytać, popijając przy tym dobrą herbatę i pogryzając smakołyki. Bo ja, proszę państwa, jestem czytelniczką totalną – wchłaniam literaturę wszystkimi zmysłami. Pewnie dlatego tak trudno mi się oderwać od lektury, że nie tylko jedna nić mnie z książką wiąże. Mam ukochane książki na zimę, do których pasuje herbata z łyżeczką rumu, i książki letnie – do zagryzania świeżym 56

| nr 14 grudzień 2011 r.


podsuwa wyraziste obrazy, tętni dźwiękami, melodią mowy, drażniącymi hałasami i kojącymi szmerami; książkę, która powoduje zawroty głowy i dreszcz na skórze. Nie wiem, czy jakakolwiek najnowsza technologia może mi zapewnić taki zestaw doznań.

krwiści ludzie kotłują się pomiędzy kartkami, rozsiewają własne zapachy, pomrukują, szepczą, gryzą chleb, popijają kwaśne piwo, pocą się lub marzną, tracą zmysły albo tylko odchodzą od nich i wracają, żeby poczuć wszystko jeszcze mocniej i wyraźniej.

Co mnie szczególnie cieszy – autorka jest osobą młodą, a co ważniejsze, nadal pisze, mogę więc mieć nadzieję, że po zachwycającej Piaskowej Górze i jeszcze lepszej Chmurdalii powstaną następne i że też mnie tak zmysłowo oczarują. Do powieści Joanny Bator pasują ogórki kiszone i bita śmietana. Można je czytać w metrze, w łóżku pod kołdrą, na nudnym służbowym spotkaniu i na głos przyjaciółce. Czasem oczy od nich bolą, jak od patrzenia w rozjarzony monitor, a czasem w gardle przez nie drapie, jakby się trochę chciało płakać.

Piaskowa Góra i Chmurdalia to powieści o zawikłanych ludzkich losach, o związkach, emocjach i krzywdach, ale nie ma tu żadnych górnolotnych sentencji, psychologicznych teorii ani zimnego dystansu wobec zdarzeń – zwłaszcza nie ma dystansu! Czytelnik jest tak blisko przerażonej Jadzi Chmury, że czuje ten strach nosem i skórą, słyszy i ma go na języku. Tu nie ma nic papierowego, plastikowego czy cyfrowego – samo żywe ciało, wszystkie jego sześć zmysłów. I nic nie pozostaje samo; jedno wynika z drugiego, z trzecim się wiąże, a wszystko to się miesza i splata razem, jak przysłowia Jadwigi Maślakowej – co komu pisane, temu w wodę kamień, i pisz pan mogiła.

Niestety, często zdarza mi się narzekać, że ciekawy wątek psują „papierowe” i niewiarygodne postaci, sztuczne ludziki, których ani polubić, ani znienawidzić nie ma za co. Kilka razy zdarzyło mi się, że po przeczytaniu połowy tęgiej książki nadal nie potrafiłam sobie wyobrazić jej głównych bohaterów – cóż za rozczarowanie i nuda! To jak spędzić wieczór z człowiekiem, który bezustannie opowiada o cenach pasz albo najnowszych trendach w pielęgnacji paznokci. Takich książek nie da się doczytać do końca, chyba że już naprawdę nie ma w domu nic innego, nawet instrukcji obsługi żelazka. A u Joanny Bator żywi, pełno-

No i masz babo księżą oborę – znów dziś będę czytać do północy, bo wyjęłam Piaskową Górę tylko na chwilkę, żeby sprawdzić to i owo, a ona już mnie złapała, oplotła pnączem z Zalesia, zamroczyła i trzyma. Czego i Wam serdecznie życzę z okazji Świąt i Nowego Roku. Katarzyna Janecka (Ka.ja) Czytatnik autorki 57

| nr 14 grudzień 2011 r.


58 | nr 14 grudzień 2011 r.


zencie Mikołajkowym Najbliższym” (ortografia oryginalna). Ciekawe zjawisko!

No i przyszło nam omawiać kawał prawdziwie męskiej prozy! Kto wie, może za jakiś czas pojawi się u Krzysztofa Schechtela?

Męska proza, której entuzjastyczne recenzje piszą głównie anonimowe osoby płci żeńskiej, i to chyba dość młode, biorąc pod uwagę treść tekstów zamieszczonych na stronie wydawcy! „Książka jest dobrą rozrywką i ciekawym materiałem dydaktycznym, ponieważ doskonale przystosowuje nas do zaistniałej sytuacji. Czytelne opisy pozostałości po przyrodzie, potwornie uderzają w nasz obraz o jej pięknie”, „trafiła się niezła perła, kupię ją w pre-

59 | nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

dziecięce z 60 | nr 14 grudzień 2011 r.


61 | nr 14 grudzień 2011 r.

fot. shutterstock.com

zaczytanie


dziecięce zaczytanie

MANIFEST B

iały już tylko z nazwy, pocerowany i połatany. Doświadczony życiowo, wręcz wyeksploatowany wzbudza współczucie.

atowany życiowo ja jestem? Fantastyczne życie mam. Full wypas, mega super jazda bez trzymanki, czy jak wy to tam mówicie. Przygoda za przygodą. Chadzam sobie do zoo i śmieję się do innych futrzastych, bawię się na placu zabaw, do parku mnie wożą, do kina zabierają bez biletu, jeżdżę pociągiem, samochodem, autobusem. Wszędzie sobie spaceruję z małą za rękę. Jestem całowany, przytulany i kochany. Tylko pozazdrościć. Zazdrościsz mi pewnie. Co tam mruczysz pod nosem?

Coś tu przynudzać zaczynasz. Co takie zdziwione spojrzenie mi puszczasz? To o mnie, więc słuchaj, co mówię i zapisuj. No pisz, ja nie mogę, łapki mam za duże. My Misie... No piszesz? Dyktuję przecież! Piszesz już? Bo nie mam całej nocy na pogaduchy!

Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. Jestem najważniejszy. Daj to wielkimi literami. N A J W A Ż N I E J S Z Y. Może jeszcze podkreślisz jakimś szlaczkiem? Nie? Eh, brak Ci fantazji. Jesteś taka wielkopoważniedorosła. Co z tego, że nie ma takiego wyrazu? Jest, stworzyłem go! Nie przerywaj. Pisz!

My, Misie, stanowczo protestujemy przeciw manii czystości. Wy, rodzice, macie prawdziwego fioła na punkcie mycia, prania i takich tam. Normalnie mydło i proszek to wasze ulubione narzędzie tortur. Trochę piachu i błota jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Mała plamka i już, bach trach do pralki. Wypraszam sobie takie traktowanie. Futerko mi się przerzedza i uszko obluzowuje. Wirowanie lubię tylko na karuzeli. Pustynny wypoczynek na kaloryferze też mnie nie kręci. I jaki wyeksplo-

Jestem najważniejszy w życiu dziecka. Ja i moi bracia Misie. Nie, napisz Niedźwiedzie, brzmi dostojniej. NIE! NIE MAM KOMPLEKSÓW! I NIE KRZY62

| nr 14 grudzień 2011 r.


CZĘ! Pocieszyciel, towarzysz zabaw, strażnik snu, przyjaciel w każdych tarapatach. Tego dziecko nie znajdzie u byle lali czy autka. Tylko miś może... Co ty tu wypisujesz?! No tak, wszędzie piszesz, jakbym była facetem.Typowo dorosłe jechanie stereotypem. Ja jestem misiowa dziewczynka. Nie Kubuś, Bartek czy Pan Miś, ale Michasia. Ona, tak jak co najmniej połowa pluszowej populacji. Zapamiętajcie to sobie wy wszechwiedzące dwunożne istoty. Pokaż, czy wszystko wstukałaś, co ci zapodałam. Dlaczego dziwnie mówię? A jak mam mówić? Pokaż łaskawie, czy wiernie oddałaś sens i wagę mych slów? Ja jestem miśka z charakterem, nie byle Plastuś. No bezczelność! Ziewnęłaś! Nie wypieraj się, to nic nie da, widziałam. Nie rozumiesz powagi sytuacji. To JA do ciebie mówię. MIŚ. Jutro się schowam i cały dzień będziesz miała do bani. Spacer bez misia? Bajeczka bez misia? Sen bez misia? Czujesz ten zgrzyt? Zgubienie misia to nie problem – to głośna, płaczliwa dziecięca tragedia. Dotarło?

Miś Uszatek Czesław Janczarski Rec. Ewa Popielarz Wznowienia książek dla dzieci to najlepsze, co przygotowują dla nas współczesne wydawnictwa. Książki, które pamiętamy z dzieciństwa, mają w sobie jakąś magię przyciągania, która każe do nich wracać, kiedy na świecie pojawiają się kolejne pokolenia. Zaczytane, zapisane, zamalowane – często nie nadają się już do lektury. I wtedy z pomocą przychodzi nowe wydanie. Nakładem Wydawnictwa „Nasza Księgarnia” ukazał się niedawno zbiór opowiadań Czesława Janczarskiego o Misiu Uszatku. Książka obejmuje cztery tomy wydawane po raz pierwszy w latach 60. XX wieku: Przygody i wędrówki Misia Uszatka, Nowi przyjaciele Misia Uszatka, Gromadka Misia Uszatka i Bajki Misia Uszatka, brak

Czy ty wiesz, kto napisał kryminał Tajemnice Czerwonego Domu? Nie? A romans Dwoje ludzi? Ale Chatkę Puchatka znasz, prawda? Kim byłby A. A. Milne bez Kubusia, Janczarski bez Uszatka, Bond bez Paddingtona? Co się śmiejesz? Jaki James Bond. Ty się w ogóle nie wczuwasz. Ja mam nawet swój Światowy Dzień Pluszowego Misia. Eh, z tobą to takie gadanie. Pokaż mi lepiej tę recenzję. Tę o Uszatku chciałabym pierwszą poczytać. To mój idol. Też mu uszko szwankuje, wiesz... Sylwia Skulimowska 63

| nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

tylko Zaczarowanego koła… Wydawcy zdecydowali się zachować oryginalną szatę graficzną autorstwa Zbigniewa Rychlickiego. Dzięki temu z kart książki zerka na nas tak dobrze wszystkim znany – głównie z dobranocki – miś w czerwonych spodenkach. A przygód ma ten miś co niemiara! Wszędzie potrafi znaleźć coś niezwykłego. Nawet okruszki czy zapomniane papierki po cukierkach dają okazję do zabawy i nauki. Dzieci do polubienia misia z oklapniętym uszkiem przekonywać nie trzeba. Maluchy mają wrodzoną umiejętność obdarzania miłością każdego pluszaka, który stanie na ich drodze. Dorosłych za to do lektury Misia Uszatka – oprócz wrodzonego uroku głównego bohatera – skłonić może bogactwo możliwości, jakie płyną z kart książki. To nie tylko proste historie o odrobinę naiwnym niedźwiadku i jego przyjaciołach. To majstersztyki gier słownych, ukrytych morałów i wielu okazji do aktywnej zabawy. Mnóstwo opowiadań wykorzystuje ciekawy efekt, jaki daje dosłowne zrozumienie frazeologizmu – na przykład wówczas, kiedy Uszatek wybiega na pole szukać ciasta, które „uciekło” z formy. Nie ma tu wprost wyartykułowanych morałów, co zostawia rodzicowi pole do prowadzenia z dziećmi rozmów na ważne tematy. Trzeba przecież zastanowić się nad tym, czy Uszatek miał rację, upierając się, że widział spadające z nieba gwiazdki, a nie żaden śnieg, i dlaczego pewien Wojtuś bał się iść do przedszkola. W innym miejscu dowiadujemy się, jak powstaje chleb, jak pracują mrówki, kto mieszka w lesie, dlaczego zimą drzewa wyglądają tak smutno, kiedy

jest dziś, jutro, a kiedy wczoraj… Uważni czytelnicy zabawią się także, odnajdując intertekstualne nawiązania do znanych bajek Kornela Makuszyńskiego i wierszy Juliana Tuwima w postaciach Małpki Fiki-Miki czy Murzynka Bambo. Jeśli przyjąć, że idealna bajka nie tylko bawi, ale również uczy, nie tylko moralizuje, ale też pozwala przyjemnie spędzić czas, to Misiowi Uszatkowi Czesława Janczarskiego bardzo blisko do ideału. Te wiekowe już opowiadania o pluszowym misiu z pewnością wywołają uśmiech na twarzy niejednego jeszcze dziecka. Jak tu się nie uśmiechnąć, widząc poczciwy pyszczek Uszatka, który nic a nic się nie starzeje, chociaż ma już ponad 50 lat… Tytuł: Miś Uszatek Autor: Czesław Janczarski Ilustrator: Zbigniew Rychlicki Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2011 Liczba stron: 248 Cena: 49,90 zł Twarda oprawa

64 | nr 14 grudzień 2011 r.


W życie Michaela Bonda, pracownika rozgłośni BBC, próbującego wcześniej bez powodzenia zajmować się pisaniem, Paddington wkroczył zupełnie przypadkowo. W Wigilię 1957 roku Bond chciał w londyńskim sklepie nabyć prezent dla żony, gdy wtem jego wzrok przyciągnął smutny miś – smutny, gdyż był jedynym, którego nikt nie kupił. Zabawka trafiła do mieszkania w pobliżu dworca Paddington i otrzymała takie właśnie imię. A potem, niespodziewanie, pewnego dnia Michael Bond wystukał na maszynie pierwsze zdanie książki, która zyskała popularność jako Miś zwany Paddington. W księgarniach ukazała się w 1958 roku. Paddington wyrusza do miasta, Paddington na wycieczce i Paddington ma rację powstały (odpowiednio) w 1968, 1970 i 1974 roku, co nie ma większego znaczenia, gdyż wcale się nie zestarzały. Tym razem niedźwiadek ma okazję uczestniczyć w wydarzeniach towarzyskich: ślubie znajomego sprzedawcy i eleganckim balu charytatywnym. Taki bal nie dość, że wymaga zdobycia smokingu, to jeszcze zmusza Paddingtona do nauki tańca z zaskakującym, jak zwykle, wynikiem. Oczywiście życie nie składa się z samych uroczystości, niekiedy przynosi także ból zęba – a opowieść o misiu u dentysty jest najzabawniejszą historyjką ze wszystkich zebranych w trzech tomikach. Zmorą Paddingtona jest również pan Curry, skąpy i złośliwy sąsiad, który tylko czyha, by wykorzystać prostodusznego niedźwiadka – i za każdym razem jest srogo za to karany. Zazwyczaj problemy misia biorą się z nadmiaru entuzjazmu i chęci pomocy, jak wtedy, gdy chcąc umożliwić panu Gruberowi, swemu przyjacielowi, udział w paradzie starych

Paddington wyrusza do miasta Paddington na wycieczce Paddington ma rację Michael Bond Rec. Piotr Chojnacki Mały miś z mrocznych zakątków Peru, znaleziony na londyńskim dworcu Paddington, szybko zadomowił się nie tylko u państwa Brown przy Windsor Gardens 32, ale zajął też stałe miejsce w sercach małych i – nie ukrywajmy – również całkiem dużych czytelników. Cóż takiego ma w sobie Paddington, że jego perypetie śledzi się z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy? Otóż niedźwiadek ma wielki talent do wpadania w tarapaty i jeszcze większy do wydobywania się z nich z olbrzymim wdziękiem. Jak mawia pani Bird, gospodyni państwa Brown: „Niedźwiedzie mają to do siebie, że zawsze spadają na cztery łapy, cokolwiek by się działo”. 65

| nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

pojazdów, stacza walkę zapaśniczą z olbrzymim Waligórą. Jako prawdziwy peruwiański patriota miś włącza się też do meczu rugby rozgrywanego przez drużynę Peru i uczniów angielskiej szkoły. Paddington jest niedźwiadkiem z talentem nie tylko do popadania w kabałę. Co prawda, jego łapy nie są specjalnie zręczne, ale mimo to próbuje swych sił, a to w szyciu (co kończy się odkryciem, że jest właścicielem prawdziwego skarbu), a to w przygotowywaniu deserów, co przyprawia o rozpacz panią Bird, która biada nad zniszczonymi garnkami, i dostarcza niespodziewanych wrażeń pewnemu ufnemu stomatologowi. Miś dzielnie stawia czoło wyzwaniom: bierze udział w zawodach w skokach przez przeszkody i wynajduje niezwykły sposób kierowania koniem, odkrywa też w sobie żyłkę detektywistyczną, chociaż przestępcy okazują się jedynie wytworami jego bujnej wyobraźni. Udaje mu się też wstrząsnąć porządnie dwiema brytyjskimi instytucjami – szkołą i sądem. Seria książek o Paddingtonie ma w Polsce szczęście do tłumaczy – począwszy od klasycznych przekładów dwóch pierwszych tomów dokonanych przez Kazimierza Piotrowskiego, który wysoko postawił poprzeczkę kontynuatorom: Annie Pajek, Piotrowi Pieńkowskiemu i Michałowi Rusinkowi. Niełatwo oddać po polsku wszystkie przejęzyczenia Paddingtona i gry słów, których mnóstwo jest w każdym tomie, ale tłumacze wychodzą z tego obronną ręką. Tomiki są starannie wydane i opatrzone czarno-białymi ilustracjami Peggy Fortnum – Paddington po prostu nie może wyglądać inaczej, jak na jej obrazkach. Opowiadania Michaela Bonda są pełne ciepła i uśmiechu. Młodsi czytelnicy z wypiekami na twarzy będą śledzić perypetie Pad-

dingtona i żywo reagować na jego gafy, starsi zwrócą uwagę na lekko ironiczny humor, reprezentowany szczególnie przez panią Bird – zasadniczą i wymagającą, ale gotową rzucić się z parasolem na każdego, kto chciałby skrzywdzić podopiecznego państwa Brown. Mogłoby się wydawać, że autorowi szybko wyczerpią się tematy, Bond jednak tak skonstruował swoje opowieści, że nawet najbardziej banalne i zwyczajne wydarzenie dzięki Paddingtonowi staje się niezwykłe i zaczyna nabierać nowych wymiarów – niedźwiadek potrafi bowiem skomplikować każdą sytuację i jeszcze wciąga w swoje problemy wszystkich naokoło. Dzięki temu książki o Paddingtonie się pamięta i darzy sentymentem, każdy pragnie bowiem czasem dać się wciągnąć w wir nieco absurdalnej czy wręcz surrealistycznej przygody w niby zwyczajnym świecie, w którym jednak nikogo nie dziwi gadający miś, a dużo większe zdziwienie budzi jego okropnie zniszczony kapelusz. Tytuł: Paddington wyrusza do miasta Autor: Michael Bond Tłumacz: Anna Pajek Tytuł: Paddington na wycieczce Tłumacz: Michał Rusinek Tytuł: Paddington ma rację Tłumacz: Piotr Pieńkowski Ilustrator: Peggy Fortnum Wydawnictwo: Znak 2010, 2011 Liczba stron: 144 Cena: 25,90 zł Oprawa twarda 66

| nr 14 grudzień 2011 r.


szalot. I tutaj ponownie mali i duzi sympatycy przygód Pana Brumma domyślają się, że – jak zawsze – niedźwiedź, nie zważając na przeciwności losu, znajdzie rozwiązanie. Taka z niego wytrwała gapa. Perypetie niedźwiedzia opowiedziane są prostym i przystępnym językiem. Nad tekstem dominują ładne ilustracje. Są duże, kolorowe (ale nie krzykliwe) i zabawne. Historyjki Daniela Nappa to humor trochę w stylu Charliego Chaplina. Pełno tu gaf, upadków i potknięć, czyli tego, co małe dzieci śmieszy najbardziej. Każde łaps i chlaps, trach i bach wywołuje głośną i radosną reakcję maluchów. A potem pada: przeczytaj jeszcze raz, proszę jeszcze raz. Tym razem dorosłych nie trzeba długo namawiać. Pan Brumm rozweseli każdego. To jest zresztą jego główne zadanie. Sympatyczny niedźwiedź nie uczy literek i nie moralizuje, tylko (i aż) po prostu bawi. Popularność serii dostrzegło niemieckie studio animacji Trikk17. Trwają prace nad filmem animowanym o przygodach wielkiego niedźwiedzia i małej rybki. Efekty można już podejrzeć na blogu Daniela Nappa. „Choo-inka!” zakrzyknie pewnie Pan Brumm swoje ulubione słówko, gdy tylko się dowie.

Pan Brumm utknął na dobre Daniel Napp Rec. Sylwia Skulimowska Grunt to dobra organizacja. W poniedziałki Pan Brumm lubi pływać, w soboty zawsze ogląda mecz piłki nożnej, zaś w niedzielę odpoczywa ze słoikiem miodu w łapie. Jednak tym razem słodkie łasuchowanie zmieniło się w poważne tarapaty. Daniel Napp, niemiecki pisarz i ilustrator książek dla dzieci, jak zwykle wpakował wielkiego niedźwiedzia w oryginalne kłopoty. Już z okładki autor składa najmłodszym czytelnikom obietnicę dobrej zabawy – głowa Pana Brumma tkwi niemal cała w akwarium. Kto zna Pana Brumma, tego ten widok zupełnie nie zdziwi. Ten niedźwiedź to futrzane wcielenie niezdarności. Jak wydostać głowę z akwarium? To nie takie proste, bo nadal tkwi w nim jego lokator, złota rybka, najlepszy przyjaciel niedźwiedzia o wdzięcznym imieniu Ka-

Tytuł: Pan Brumm utknął na dobre Autor i ilustrator: Daniel Napp Tłumaczenie: Elżbieta Zarych Wydawnictwo Bona, 2011 Liczba stron: 32 Cena: 24 zł Twarda oprawa

67 | nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

pający po ziemi czytelnik wysunie zatem prosty wniosek, że to książeczka dla dzieci starszych niż trzy lata. Niestety, tu zawodzi fabuła. Jest przewidywalna, za mało się w niej dzieje, brakuje emocji. Historyjki są za krótkie. Optymista może komplementować, że to idealna książeczka do czytania na dobranoc. Jednak realista wie, że jego dzieci wolą akcję. Nawet przed snem. Niech coś się dzieje, niech będzie strasznie, smutno albo wesoło. Tymczasem jest poprawnie i nijako. Miś Petit maluje obraz wieży Eiffla, by go sprzedać i kupić prezent swojej przyjaciółce. Milusia szuka idealnego podarunku dla owieczki. Miś z Londynu zaprasza na herbatkę głodne wróble. Nao odkrywa, że frytki i słodycze nie służą zdrowiu. Niedźwiadek polarny pokonuje strach przed pływaniem.

Bajki o misiach z czterech stron świata Aniela Cholewińska–Szkolik Rec. Sylwia Skulimowska Zerkamy z zaciekawieniem na okładkę, bierzemy książkę do ręki, czytamy i ... Czytelnik optymista po lekturze stwierdzi, że to pozycja urocza. Pluszowe misie uczą o wartości przyjaźni i o pokonywaniu przeciwności. Cieszą oko barwne ilustracje i podróże palcem po mapie. Pesymista odrzuci książkę po kilku stronach i burkliwie zamarudzi: czy oni myślą, że dzieci wszystko łykną?

Lepsze dla książki byłyby cztery rozbudowane i nieco weselsze historie o misiach niż czternaście króciusieńkich ze zbyt mocnym akcentem wychowawczym. Pomysł na książeczkę jest fantastyczny, wykonanie średnie. Dla maluchów zapamiętale kolekcjonujących misie – pozycja idealna. U pozostałych Bajki o misiach... mają małe szanse na honorowe miejsce na półce z ulubionymi książkami.

Realista, silący się na bycie obiektywnym (czyli dążący do nieistniejącego w świecie ludzkim ideału) zastanowi się, do kogo jest adresowana ta książeczka. Że ładna, każdy widzi: twarda oprawa, piękne, intensywne kolory, talent Marty Kurczewskiej. Szata graficzna jest mocną stroną Bajek o misiach z czterech stron świata. Jednak dla najmłodszych czytelników ilustracji jest stanowczo za mało. Twardo stą-

Tytuł: Bajki o misiach z czterech stron świata Autor: Aniela Cholewińska-Szkolik Ilustrator: Marta Kurczewska Wydawnictwo Book House, 2011 Liczba stron: 80 Cena: 24,90 zł Twarda oprawa 68

| nr 14 grudzień 2011 r.


mięcią, czyli od zawsze, pan Jan był stary, ale nigdy niczego mu nie brakowało. Miał nos, uszy, nogi, ręce. Miał nawet włosy, choć mniej niż tata. Od tego momentu dziewczynka staje się świadkiem zmian w wyglądzie i zachowaniu pana Jana, które świadczą o postępującej chorobie i starzeniu. Kasia jest wrażliwym dzieckiem i wnikliwym obserwatorem. – Dlaczego panu tak trzęsą się ręce? – spytała kiedyś, widząc, że trudno mu trafić dłonią do torebki z pokruszonym chlebem. – Próbuję przechytrzyć gołębie – roześmiał się staruszek. – One myślą, że rzucam w lewo, a ja rzucam w prawo, one – że tu, a ja tam… Taka zabawa… Kiedy kiedyś… to opowieść o sprawach, o których trudno nam mówić, a często jeszcze trudniej opowiadać o nich dziecku. W tej historii nic nie jest powiedziane wprost. Takt, z jakim Jarosław Mikołajewski rozwija historię, sprawia, że choć nigdzie w książce nie pojawia się słowo choroba ani śmierć, to dziecko szybko pojmie istotę przekazu i będzie bardziej otwarte na trudniejsze i poważniejsze rozmowy. Kiedy kiedyś… jest pełne emocji, na pewno niejednemu rodzicowi zadrży głos przy czytaniu, a na twarzy niejednego malucha pojawią się łzy wzruszenia. Książka może zachwycić oprawą graficzną. Wspaniałe ilustracje stworzone przez Dorotę Łoskot-Cichocką podkreślają subtelny charakter spraw, których dotyczy opowieść, a ich wysmakowany surrealizm zachęca młodego czytelnika do stawiania nowych pytań i śledzenia historii. Duże znaczenie ma też sam układ tekstu i kolory użyte w tekście – wszystko razem tworzy całość, która jest jednocześnie łagodna

Kiedy kiedyś, czyli Kasia, Panjan i Pangór Jarosław Mikołajewski Rec. Michał Stańkowski Kasia to sympatyczna dziewczynka, która chodzi do szkoły, ma mamę i tatę, dwie starsze siostry, Karolinę i Anię, oraz psa Lunę. Jej przyjacielem jest Pan Jan (Panjan, jak mówi Kasia), starszy mężczyzna, który lubi siedzieć na ławce przed domem i karmić gołębie. Lubi też, kiedy przysiada się do niego Kasia i razem rozmawiają – często żartem o sprawach poważnych. Panjan ma poczucie humoru, jak przyznaje Kasia: na przykład na Lunę nie mówi Luna, tylko Brzózka, bo też jest biała w czarne łaty. Pewnego dnia Kasia zauważa zmianę w wyglądzie staruszka: – Co się panu stało z włosami?! (…) Od kiedy Kasia sięgała pa69

| nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

i poetycka, przyciąga wzrok i nie pozwala oderwać się od lektury. Historia o Kasi i Panjanie to nie tylko piękna opowieść i pretekst do rozmowy z dzieckiem o trudnych sprawach, które dotyczą nas wszystkich. To okazja do pięknego spotkania, wspólnego przeżywania i wzruszeń. Subtelne spojrzenie na tematy starości, choroby, śmierci i rozstania, pomoże dziecku oswoić się z nimi, a metafory zawarte w książce mogą stanowić oparcie w tych trudnych chwilach, kiedy będzie ono musiało się zmierzyć z nimi w rzeczywistości. Lektura tylko na spokojny czas, kiedy dziecko i rodzic mogą skoncentrować się na książce i szukaniu odpowiedzi na ważne pytania.

Tytuł: Kiedy kiedyś, czyli Kasia, Panjan i Pangór Autor: Jarosław Mikołajewski Ilustracje: Dorota Łoskot-Cichocka Wydawnictwo Literacki Egmont, 2011 Liczba stron: 32 Cena: 29,99 Oprawa twarda, kredowy papier

70 | nr 14 grudzień 2011 r.


rzysty i ładny. Szata graficzna jest miła dla oka, kolorowe rysunki zachęcają do zabawy kredkami. Ćwiczenia ułożone są tematycznie. Na początku autorka proponuje łatwe zadania, na przykład rysowanie kwiatów, listków czy drzew. Im dalej w głąb książki, tym poprzeczka idzie coraz bardziej w górę. Ilustratorka pokazuje jak sprawnie i szybko etapami narysować twarz i ciało, zwraca uwagę na strukturę i objętość, tłumaczy rolę kolorów zimnych, ciepłych i uzupełniających. Pocieszne i zabawne są podobizny zwierzątek. Ich uśmiechnięte pyszczki spodobają się wielu maluchom. Jeszcze więcej można ich znaleźć w drugim podręczniku ilustratorki Uczę się rysować dżunglę. Książeczki Rosy M. Curto to jakość i funkcjonalność w ładnej oprawie. Zbędnych i krzykliwych bajerów brak.

Uczę się rysować. 100 przykładów i wzorów. Rosa M. Curto Rec. Sylwia Skulimowska

Tytuł: Uczę się rysować. 100 przykładów i wzorów. Autor i ilustrator: Rosy M. Curto Wydawnictwo Świat Książki, 2011 Liczba stron: 96 Cena: 26 zł

Dla wszystkich, których pociąga idea korka-niekapka. Prostota i funkcjonalność. Nic się nie lepi, syrop jest tam, gdzie ma być, nic i nikogo nie trzeba myć. Przyjemna forma i jeszcze raz funkcjonalność. Taka właśnie jest ta książka. Bez kiepskich, umieszczanych na siłę i bez pomysłu wypychanek, naklejek i udziwnień, bez zadań typu weź kalkę i przerysuj wzór, następnie naklej rysunek na karton, pokoloruj, wytnij... Nie, tutaj nikt nie testuje cierpliwości czytelnika. Dostajemy dokładnie to, co obiecuje nam tytuł: na niemal stu stronach uczymy się rysować i dobrze się przy tym bawimy (dzieci też). Mamy mnóstwo prostych, użytecznych przykładów i wzorów. Wszystko jest podane w sposób jasny, przej71

| nr 14 grudzień 2011 r.


dziecięce zaczytanie

miejcu w książeczkach o Basi jest rodzina. Prawdziwa, zwyczajnie nadzwyczajna rodzina. Mama, ubrana po domowemu, trochę niedbale, w okularach, z małym Frankiem w chuście. Zapracowany tata, buntowniczy starszy brat, dziadkowie ze zmarszczkami na twarzy i dłoniach, no i oczywiście pomysłowa łobuziara Basia w pasiastym ubranku i spodenkach, które czasem niebezpiecznie zsuwają się z pupy. To, czego nie oddaje tekst, dopowiadają ilustracje. Wyidealizowany portret rodzinny idzie w kąt. Mali czytelnicy doceniają realizm historii – chłoną każde zdanie, oglądają każdy obrazek. Fabuła jest tym bardziej wciągająca, że to nie Basia, a jej mama popada w największe kłopoty. A Wigilia tuż tuż... Basia i Boże Narodzenie Zofia Stanecka, Marianna Oklejak Rec. Sylwia Skulimowska

Seria o przygodach Basi chwalona jest za oryginalną, wyrazistą szatę graficzną, naturalność i poczucie humoru. I są to w pełni zasłużone pochwały. Na największe komplementy zasługuje główna bohaterka stworzona słowem przez Zofię Stanecką i kreską przez Mariannę Oklejak. Basia jest dzieckiem żywym i spontanicznym, psoci, jest zazdrosna o rodzeństwo, miewa zły humor. Nie jest niegrzeczna czy źle wychowana. Jest normalna. Nie da się jej nie polubić. No i ta ciepła, świąteczna atmosfera ogarniająca nas podczas czytania...

Mama (...) grzebała w spiżarni w poszukiwaniu przyprawy do piernika. A Basia kiwała się na kuchennym stołku i też grzebała, tylko palcem w jogurcie. - Zuzia powiedziała – zawołała w kierunku spiżarni - że Święty Mikołaj nie istnieje. Ze spiżarni dobiegło westchnienie. - Powiedziała - Basia włożyła sobie do ust garść oblepionych jogurtem czekoladowych kulek – że jesztem głupie dżeczko, jeszli wierzę w Szwiętego Mikołaja, bo to wszystko brzdura.

Tytuł: Basia i Boże Narodzenie Autor: Zofia Stanecka Ilustrator: Marianna Oklejak Wydawnictwo Egmont, 2011 Liczba stron: 24 Cena: 14,99 zł

Poznanie prawdy o biskupie z Miry, który rozdał ubogim swój majątek nie jest wcale głównym tematem książki. Boże Narodzenie to tło. Jak zwykle na pierwszym 72

| nr 14 grudzień 2011 r.


POD LUPĄ Ocena: 3 Ocena: 5,5

Ocena: 5

Ocena: 5

3+

5+

3+

3+

!!!

-

!

!

!!!

!!

!

!

!!!

!!!

!

!!!

!!!

!!

!!!

!!!

!!

!!

Z krainy fantazji

-

-

-

Z życia wzięte - Autor o codzienności

-

-

-

-

Autor bajki opowiada

-

-

-

-

-

-

Autorytet o życiu i śmierci - poważne tematy

-

-

-

-

-

-

Dorosły też polubi

!!

!!!

!!!

-

!!!

!

!!!

Ocena: 5

Ocena: 6

Ocena: 6

Dla dzieci w wieku

3-6

5+

2+

Bawi

!!

!!!

Uczy

!!!

Cieszy oko Szata graficzna

73

| nr 14 grudzień 2011 r.


Rece

Druga strona medalu 76 | Afryka Trek. Od przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro 78 | Potęga Google’a Miecz Nieśmiertelnego t. 21 92 | Blitzkrieg 1939. Marsz na Warszawę 96 | Dom na krańcu świata 98 | Książę Nova Swing 108 | Zamachowcy i zdrajcy. Z dziejów terroru w carskiej Rosji 110 | Mapa i terytorium 112 z kangurami. Australijskie przygody 118 | 1812: Serce74Zimy 120 | Dane wrażliwe 124 | Kraken 126 | Lucyfer: jednym niebem 136 | Zamiast papierosów 138 | Zamiast czekolady 138 | 365 dni dla ciebie 138 | Historia m | nr 14 grudzień 2011 r. Z Afganistanu.pl. Alfabet polskiej misji 146 | Słońce Słońc 148 | Historia czarów i czarownic 150


enzje

80 | Nazista i fryzjer 82 | Mistrzyni przypraw 84 | Zwiastun burzy 86 | Tropiciel 88 | Prywatne smaki PRL-u 90 | Mgły 100 | Mróz 102 | Druga diagnoza 104 | W oblężonym Leningradzie. Dramatyczne wspomnienia 106 | 2 | Wielka księga ekstremalnego SF 114 | Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy 116 | Śniadanie : Exodus 128 | Szare śniegi Syberii 130 | Łowcy głów 75 132 | Sekretna córka 134 | Pod jednym dachem, pod mojego (nie)ciała. Pozbierać się po anoreksji 140| nr|14 Horror w Arkham 142 | Strzeż się psa. Psi kryminał 144 | grudzień 2011 r.


Druga strona medalu Patrick O’Brian

Tytuł: Druga strona medalu Autor: Patrick O’Brian Tłumaczenie: Marcin Mortka Wydawnictwo: Zysk i s-ka 2011 Liczba stron: 362 Cena: 35,90 zł

Kolejny, jedenasty już tom cyklu Morskich opowieści Patricka O’Briana, został właśnie wydany na polskim rynku. Tym samym przekroczono półmetek oryginalnej serii, tworzonej od 1974 do 2000 roku, a liczącej dwadzieścia jeden tomów. Według większości specjalistów zajmujących się tą tematyką jest to jeden z najlepszych lub po prostu najlepszy cykl marynistyczny w historii gatunku.

Każdy kolejny tom tej serii jest dla jej fanów podróżą do miejsc dobrze znanych – niczym powrót w bardzo dawno niewidziane okolice, które poznaje się po znajomych znakach, odgłosach czy zapachach. Jest tak, ponieważ Parick O’Brian odtworzył świat początków XIX wieku z niezwykłą precyzją i wiernością wobec realiów. Co więcej, jego postaci to skomplikowani bohaterowie,

76 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

którzy kochają, nienawidzą, mają pasje, ale i słabości. Można też odnieść wrażenie, że angielski autor myślał poprzez ich pryzmat, opisując naturalne dla nich zachowania w sytuacjach, wobec których ich postawił. Wybierał w tym celu wiele prawdziwych wydarzeń, zarówno morskich, jak i lądowych, do tej scenerii wprowadzał swoich bohaterów, którzy po prostu zachowywali się po swojemu. Nie tak, jak chciałby tego autor, ale tak, jak gdyby oni naprawdę tam żyli. Zresztą ich życie cały czas się zmienia. To nie jest seria, w której bohaterowie mają ciągle dwadzieścia lat i mleko pod nosem. Przeciwnie – mają żony i dorastające dzieci, ich kariera rozwija się lub lega w gruzach, ich przyjaciele obejmują samodzielne dowództwa albo giną niespodziewanie w walce. Wchodząc w ten świat, naprawdę można się zapomnieć, oderwać od codzienności, od swojego „tu i teraz”. Jednak cykl ten, a więc i jego ostatnia (z wydanych w Polsce) część jest, obiektywnie patrząc, bardzo niejednorodny, dyskusyjny. Z nim trzeba się zestroić, pokochać go. Jeśli się to nie uda, będzie po prostu jednostajny i nudny. Ba, dostarczy wielu rozczarowań, ponieważ O’Brian często przerywa w połowie drogi pasjonujące morskie pogonie czy bitwy, czasem też w całym tomie, będącym opisem długiego na kilka tysięcy morskich mil rejsu, nie stworzy do nich ani jednej okazji. Dla miłośnika tej serii będzie to naturalna kolej rzeczy – wszak nie każda pogoń kończy się sukcesem, a i przecież wiele rejsów, nawet w czasie wojny, upływało w całkowicie nudny sposób. Niemniej jednak, dla współczesnego, przyzwyczajonego do pasjonujących zwrotów akcji, czytelnika

podejście to może wydać się niezrozumiałe. Jeśli natomiast ktoś chce poznać marynistyczną prozę w najlepszym wydaniu, bardzo jednostajną i realistyczną, opisującą mikrokosmos, jakim jest okręt oraz jego zmagania z naturą czy wrogiem, to nie powinien zwlekać z rozpoczęciem kolekcjonowania tej serii. Dostanie dokładnie to, czego oczekuje, a im oczekiwać będzie więcej, tym bardziej będzie usatysfakcjonowany. Na koniec pozostawiam słów kilka dla tych, którzy czytali dziesięć poprzednich części i czekają na to, co przyniesie jedenasta. Przede wszystkim kontynuację Portu zdrady (zdecydowanie bardziej niż Pana i władcy), z wątkami szpiegowskimi, z zakulisowymi rozgrywkami i historią autentycznej afery oraz losów zaplątanego w nią głównego bohatera. Od razu uprzedzam – to jedna z najmniej morskich z dotychczasowych części, niemal w całości dziejąca się w Londynie i Ashgrove. Tylko na początku można podziwiać maestrię opisu zmagań HMS Surprise z wrogim Anglikom kaprem. Mimo tego książka jest naprawdę znakomita i nie sądzę, aby ktokolwiek z fanów O’Briana był nią rozczarowany. PS Tak się złożyło, że numer, w którym mam ponownie okazję zajmować się prozą Patricka O’Briana będącą tematem pierwszej części Kropli krwi Nelsona, jest równocześnie tym, od którego począwszy przestanie się ona ukazywać. Można zatem powiedzieć, że historia zatoczyła krąg, a wszystkim czytelnikom moich dwunastu kolejnych felietonów grzecznie kłaniam się w pas z podziękowaniami.

Kropla krwi

77 | nr 14 grudzień 2011 r.

Nelsona Krzysztof Sch

echtel


Afryka Trek.

Od przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro Sonia i Alexandre Poussin

Tytuł: Afryka Trek. Od przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro Autor: Sonia i Alexandre Poussin Tłumaczenie: Agnieszka Wojtyczek-Bonnand Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 496 Cena: 42,90 zł

O Afryce napisano już mnóstwo. Reportaże, publicystyka polityczna, wspomnienia emigrantów, misjonarzy czy lekarzy, którzy przez jakiś czas pomieszkiwali na tym kontynencie, wreszcie relacje podróżników-pasjonatów, przemierzających mniejsze lub większe jego obszary wszelkimi dostępnymi środkami komunikacji. Nie

sposób tego wszystkiego przeczytać, a tymczasem wciąż pojawiają się nowe pozycje, przedstawiające te lub inne aspekty Czarnego Lądu z punktu widzenia jasnoskórych przybyszów. Na przykład książka Alexandre’a i Soni Poussin. Ta para trzydziestolatków, rozsmakowawszy się już wcześniej w po-

78 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

dróżowaniu po różnych regionach świata, 1 stycznia 2001 roku rozpoczyna realizację swojego marzenia: pieszej podróży wzdłuż wschodniego brzegu kontynentu afrykańskiego. Nie zamierzają bić rekordów, nie są też pierwszymi, którzy odważyli się na podobny wyczyn, i w dodatku podróżują we dwoje, a nie w pojedynkę, jak na przykład nasz rodak Kazimierz Nowak, który ponad pół wieku wcześniej przejechał Afrykę na rowerze. Cóż więc nadzwyczajnego jest w tej ich eskapadzie? Odwaga? Ma jej pod dostatkiem każdy, kto wyprawia się w rejony odludne i trudno dostępne. Determinacja? Może nawet więcej musi jej wykazać ktoś, dla kogo warunkiem jest osiągnięcie celu podróży w wyznaczonym czasie. Jakieś szczególne utrudnienia? I to nie; oboje są młodzi, zdrowi, wysportowani, znają przynajmniej po jednym języku prócz francuskiego i dysponują dostateczną ilością pieniędzy, by w razie potrzeby uzupełnić żywność czy wyposażenie. Nietypowy cel – „symbolicznie odtworzyć pierwszą podróż pierwszego człowieka”? To na pewno, ale co najważniejsze – tu liczy się nie tyle sama podróż, ile sposób jej relacjonowania. Bez ciekawości poznania, bez zmysłu obserwacji zapis takiej wędrówki mógłby wyglądać bardziej niż banalnie. Ponadprzeciętne zacięcie naukowe kazałoby autorom zanudzać czytelnika drobiazgowym wyliczaniem szczegółów demograficznych, geologicznych czy botanicznych, a tak modny dzisiaj gawędziarski luz – przesadnie ubarwiać tekst onomatopejami czy nie zawsze trafionymi dowcipami. Żadnego z tych mankamentów u Poussinów nie znajdziemy. Alexandre – bo to on zdaje nam sprawę

z opisanego w tym tomie pierwszego etapu podróży – wykazuje się umiejętnością perfekcyjnego wręcz zachowania równowagi pomiędzy dokładnością szczegółów a swobodą narracji, powagą a humorem. I, co może równie ważne, przestrzegania maksymalnego obiektywizmu przy opowiadaniu o niełatwych relacjach między białymi i czarnymi mieszkańcami południa Afryki. Może się wydawać, że faworyzuje raczej tych drugich, tyle tam podziwu dla ubogich wieśniaków dzielących się z obcymi dosłownie ostatnim kęsem pożywienia, dla wykształconych autochtonów, którzy zamiast szukać szczęścia w Europie czy Ameryce, zostają wśród swoich, poświęcając się nauczaniu, leczeniu czy promocji miejscowej kultury. Taka afirmacja to postawa dość częsta wśród Europejczyków, pragnących podświadomie zadośćuczynić potomkom ludów kiedyś ciemiężonych przez białych kolonizatorów. Na szczęście widać, że Poussin skrupulatnie przestrzega zasady audiatur et altera pars, przytaczając także racje białych mieszkańców RPA czy Zimbabwe, których szczere zamiary pokojowego współistnienia z współobywatelami pochodzenia afrykańskiego nie z ich winy spełzły na niczym. Nie bójmy się jednak zbytniego upolitycznienia tej relacji; o wiele więcej miejsca zajmują tu portrety ludzi spotykanych przez podróżników, opisy krajobrazów i osobiste refleksje Alexandre’a, spisywane pełnym uroku językiem – czasem dość potocznym, czasem nieledwie poetyckim. A cała opowieść, ilustrowana masą barwnych zdjęć, ma w sobie tyle uroku, że nawet jeśli nie jesteśmy szczególnie zafascynowani kontynentem afrykańskim, trudno się od niej oderwać. 79

| nr 14 grudzień 2011 r.


biznes!

Potęga Google’a Richard L. Brandt

Tytuł: Potęga Google’a Autor: Richard L. Brandt Tłumaczenie: Jacek Żuławik Wydawnictwo: Znak 2011 Liczba stron: 256 Cena: 37.90 zł

Chyba trudno byłoby znaleźć w cywilizowanym świecie osobę, która nie wiedziałaby, co stoi za nazwą Google. Najbardziej popularna wyszukiwarka na świecie codziennie ułatwia korzystanie z Internetu setkom milionów użytkowników. Jej popularność sprawiła nawet, że „wygooglować” jest dziś synonimem poszukiwania informacji. Aż trudno uwierzyć, że jedna z najbardziej wpływowych korporacji

jeszcze w 1998 roku mieściła się w garażu. Niewątpliwe za jej ogromnym sukcesem stoją założyciele – Larry Page i Sergey Brin. Dwóch młodych doktorantów Stanfordu postanowiło usprawnić sposób, w jaki przeszukiwane były zasoby naukowe uniwersytetu. Początkowo swój pomysł chcieli sprzedać, jednak nie znalazł się odpowiedni kupiec, dlatego zdecydowali działać na własną rękę. To była decyzja, która

80 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

miała zmienić oblicze świata i rozwijającego się Internetu. Na okładce książki przeczytamy zachęcające hasło: „Poznaj sekrety Larry’ego i Sergeya”. Autor mierzy wysoko, próbując odpowiedzieć na pytanie, „co tkwi w głowach ojców założycieli?”. Obaj panowie są niezwykle skryci, rzadko udzielają wywiadów i publicznych wypowiedzi, a najlepiej czują się w towarzystwie podobnych sobie inżynierów i naukowców, których rzesze pracują dla wielkiej firmy. Nie oznacza to jednak, że Larry i Sergey odeszli w cień. Przez całą historię Google’a nigdy nie pozwolili sobie odebrać kontroli nad firmą, nawet gdy przyszło im rozmawiać z poważnymi inwestorami albo po raz pierwszy debiutować na giełdzie. Zawsze nieugięci, pewni swego, czasem nawet obcesowi, konsekwentnie realizują swoje pomysły i mało co jest ich w stanie powstrzymać. To prawdziwa szara eminencja Internetu i spiritus movens całej machiny korporacyjnej, gdzie nawet rekrutacja na stanowiska techniczne nie może być przeprowadzona bez ich opinii. Daleko jednak od prawdy są wszyscy ci, którzy chcieliby widzieć w nich ponurych mruków pragnących opanować świat. Od zawsze przyświeca im niezmienna filozofia, która jest jednocześnie mottem firmy: „nie czynić zła”. To właśnie dzięki wierności zasadom moralnym udało im się wybić na rynku, gdzie nikt nie dawał im szans stworzenia korporacji, której organizacja wymykałaby się wszelkim schematom, oraz zawojowania giełdy jak żadna inna spółka. Potęga Google’a jest więc nie tylko historią sukcesu wielkiego giganta internetowego, ale pokazuje również, jak prosta idea oraz młodzieńczy upór i determinacja po-

trafią zmieniać świat. Dwaj faceci, niczym bibliotekarze z Aleksandrii, zapragnęli skatalogować każdy element ludzkiego dorobku, a następnie udostępnić go każdemu człowiekowi. Ten zamiar udaje im się z powodzeniem realizować od przeszło trzynastu lat. Choć autor książki wyraźnie sympatyzuje z założycielami Google’a, nie boi się zgłębiać trudnych tematów. Wokół firmy z Mountain View narosło wiele kontrowersji i przez lata zyskała sobie ona wielu zaciekłych wrogów. Google powoli wkracza w każdą sferę ludzkiego życia – ułatwia korzystanie z poczty internetowej, zdobywa coraz więcej użytkowników swojej przeglądarki, tworzy własny system komputerowy, a nawet portal społecznościowy, który ma ambicję walczyć z Facebookiem. Nic dziwnego, że konkurencja czuje się zagrożona i wciąż szuka nowych metod walki z gigantem. Jedynym mankamentem książki jest fakt, że oryginalnie została wydana w 2009 roku i mimo uzupełnienia wciąż nie nadąża za pędzącą jak błyskawica technologią. Nawet rok w branży informatycznej urasta do rangi epoki astronomicznej, gdyż w ciągu tego czasu zmienić się może tak wiele. Potęga Google’a opisuje sukcesy i porażki wielkich założycieli, próbuje pokazać świat ich oczami oraz stara się wyjaśnić motywy ich postępowania. Richard L. Brandt dokonał niemożliwego i na kartach stosunkowo niewielkiej publikacji zdołał nakreślić osobowość obu biznesmenów w przekonujący sposób. Historia tych dwóch okazała się pasjonującą i inspirującą lekturą, godną polecenia każdemu, kto interesuje się problemami współczesnej technologii, jak i osobom zupełnie z nią nieobeznanym – prędzej czy później i tak zetkną się z efektami pracy bohaterów tej książki. 81

| nr 14 grudzień 2011 r.


Nazista i fryzjer Edgar Hilsenrath

Tytuł: Nazista i fryzjer Autor: Edgar Hilsenrath Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 2011 Cena: 39,90 zł Liczba stron: 432

II wojna światowa i zagłada Żydów ujmowane z perspektywy ofiar są tematami bardzo częstymi w literaturze. Znacznie rzadziej spotyka się książki, w których głos mają oprawcy. Nazista i fryzjer to przewrotna książka o Holokauście, widzianym oczami byłego nazisty i zbrodniarza wojennego. Z tego powodu przez długi czas

w Niemczech nie decydowano się na jej wydanie, uważając ją za zbyt makabryczną, niestosownie satyryczną i wulgarną. Dopiero odniesiony w USA sukces zmienił ten stan rzeczy. Główny bohater powieści podczas II wojny światowej jako SS Oberscharführer Maks Schulz, czysty aryjczyk, wraz z innymi ludobójca-

82 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

mi mordował Żydów. Po wojnie ukrywający się w Izraelu Maks przyjmuje imię i nazwisko swojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, Icka Finkelsteina, którego sam wcześniej zabił. Pracuje jako fryzjer w Bejt Dawid, jest szanowanym i lubianym przez innych Żydem. Edgar Hilsenrath napisał pełną czarnego humoru, bulwersującą powieść o najbardziej przerażającej zbrodni XX wieku. Jednym z głównych środków, jakimi posługiwał się autor, jest groteska. Wykorzystał ją szczególnie w opisie głównego bohatera. Maks Schulz jest co prawda rasowym aryjczykiem, prawdziwym Niemcem, ale wygląda jak karykaturalny Żyd, ma żabie oczy, zepsute zęby, odstające uszy i płaskostopie. Do tego wszystkiego uważany jest przez innych za gorszego i opóźnionego w rozwoju. Maks nie jest do końca normalny, krzywdzony od dziecka przez innych, gwałcony przez ojczyma, wiecznie głodny i brudny, z licznymi kompleksami i zaburzeniami nie potrafi racjonalnie oceniać rzeczywistości. Stając się katem, ma możliwość wreszcie udowodnić swoją siłę i odwagę, dowartościować się. Jest całkowicie bezrefleksyjny w tym, co robi. Morduje, bo inni też mordują. Ale zabija jeszcze z jednego powodu. Boi się, że inaczej sam zginie. Kluczowa jest tutaj jego brzydota, ponieważ bohater czuje, że musi pokazywać, że tym bardziej nienawidzi Żydów (choć tak wcale nie jest), im bardziej jest do nich podobny. Paradoksalnie to właśnie ten dziwaczny wygląd pozwala mu uratować się po wojnie i wyjechać do Izraela. Autor wyśmiewa więc w Naziście… nie tylko Niemców, ale też Żydów,

którzy w pewnym momencie uwierzyli w swój stereotypowy wizerunek stworzony przez nazistów. Pierwszoosobowa narracja ma formę relacji z przeszłości, wyznania, a może nawet spowiedzi. Maks mówi o tym, co zrobił, wzbogacając raz po raz swoją opowieść o nowe szczegóły. Adresuje ją do kilku osób. Zwierza się pani Holle, żydowskiemu sędziemu, z którym się przyjaźni, a nawet Ickowi Finkelsteinowi, który od dawna nie żyje. Wynika to z ciągłej potrzeby mówienia o tym, co stało się jego udziałem. Bohater nie może, a raczej nie chce zapomnieć. Chce kary, sprawiedliwości, a jednak nie ma to nic wspólnego z wyrzutami sumienia. Osobowość Maksa Schulza ma o tyle znaczenie, że przez jego postać autor pokazał, co może się stać, kiedy propagandowe hasła trafią do osób niepotrafiących myśleć rozsądnie i wyciągać właściwych wniosków. Autor nie analizuje postaw szefów SS i „pomysłodawców” Holokaustu, ale zwykłych Niemców, którzy często zabijali, bo nie widzieli innego wyjścia. Jednocześnie tego nie usprawiedliwia ani nie rozgrzesza. Nazista i fryzjer to zdecydowanie książka warta polecenia i uwagi. Brutalność i wulgarność mogą zniechęcać niektórych czytelników, a prześmiewczy sposób mówienia o tragicznych wydarzeniach II wojny światowej – oburzać i razić. Wydaje się jednak, że czarny humor i absurdalność są najlepszym środkiem wyrazu, by pokazać Holokaust z perspektywy, jaką przyjął autor. Bez wątpienia patos i nadmierna powaga byłyby w tym wypadku nie do przyjęcia. 83

| nr 14 grudzień 2011 r.


Mistrzyni przypraw Chitra Banerjee Divakaruni

Tytuł: Mistrzyni przypraw Autor: Chitra Banerjee Divakaruni Tłumaczenie: Klaudia Michalak-Palarz Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 391 Cena: 34,90 zł

To już nie pierwsza na naszym rynku książka, której tematyka obraca się wokół – mniej lub bardziej interesującego, zwykle jednak obcego Europie – świata kultury indyjskiej. Tym razem swoistą enklawą wspomnianej kultury staje się mały sklepik z przyprawami, zagubiony gdzieś wśród ulic miasta Oakland w Kalifor-

nii. Bowiem właśnie tutaj trafiła Tilo, jedna z rozsianych po całym świecie tajemniczych Mistrzyń Przypraw. Przybywszy na tę ziemię, przybrała ciało starej kobiety, by móc w spokoju zajmować się tym, którym poświęciła siebie – przyprawom (owszem, jak najbardziej upersonifikowanym!). Ona to właśnie zaprasza czytelnika

84 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

do posłuchania jej – jakby na to nie patrzeć niezwykłej – historii. Snuje ją w sposób spokojny, pierwszoosobową narrację prowadząc nieśpiesznie, przesypując zdania pomiędzy palcami niczym sypki proszek przypraw. Dumna kobieta przez całe swoje życie uczy się pokory. Głównymi cechami bohaterki są zdecydowanie egocentryzm oraz przekonanie o własnej niezwykłości. Z drugiej strony Tilo zauważa swoje wady, co może i zyskałoby u czytelnika aprobatę, gdyby się za nie co chwilę nie „biczowała”, nie umiejąc w żaden sposób skierować swojego monologu na inne tory. Jak sama mówi, miała w życiu wiele imion – Nayan Tara, Bhagyavati, wreszcie Tilo – z których każde reprezentuje jakiś etap w jej życiu, już zamknięty, choć niekoniecznie zapomniany. W cichym zakątku sklepiku z przyprawami, nie całkiem pogodzona z losem Tilo wywołuje na światło dzienne pogrzebane w pamięci wspomnienia. Tę samotną gwiazdę otaczają różne postaci drugoplanowe i poboczne. Krzyżują swoje ścieżki, stając w pewnym momencie naprzeciw Mistrzyni Przypraw, zatrzymując się przy niej na dłużej lub krócej. Uwaga powołanej do pomocy innym Mistrzyni skupia się szczególnie na grupie tych pokrzywdzonych przez los. Jest wśród nich maltretowana żona, dziadek rozdartej poważnym konfliktem rodziny, prześladowany w szkole chłopiec. Jest też i tajemniczy Amerykanin, który pod powłoką niedoskonałego ciała starej kobiety dostrzega w Tilo wciąż młodą, głodną życia kobietę. Wplatając ten motyw w książkę, autorka zobrazowała zarazem jedną z najbardziej gorzkich

prawd – niezależnie od wieku, wszyscy chcą być kochani i dla kogoś piękni. I choćbyśmy kiedyś myśleli, że naszym przeznaczeniem jest samotność, głęboko w naszej naturze leży pragnienie dzielenia życia z kimś najbliższym. O tej właśnie stronie swojego jestestwa przekonuje się w pewnym momencie dumna Tilo i, dostrzegłszy swoją wcześniejszą lekkomyślność, zaczyna łamać ograniczające ją zasady. Niestety fabuła powieści rozchodzi się w szwach. Nie ma w niej zbyt wiele autentyczności, co być może koresponduje z ideą realizmu magicznego, wskazanego we fragmencie szumnej recenzji zamieszczonej na tylnej okładce, a zaczerpniętej z „The New Yorker”. Dla niektórych średnio przekonujące. W dużej mierze Mistrzynię przypraw ratuje jednak zawarta w niej doza życiowej mądrości w hinduskim wydaniu, o której my, Europejczycy, mamy dość mgliste pojęcie. Nie zawsze elementy tej wielowiekowej tradycji znajdują jednak drogę do czytelnika, gdyż, tak jak przyprawy, należy je dozować z umiarem.

85 | nr 14 grudzień 2011 r.


Zwiastun burzy Bernard Cornwell

Tytuł: Zwiastun burzy Autor: Bernard Cornwell Tłumaczenie: Amanda Bełdowska Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica 2011 Liczba stron: 590 Cena: 42,90

Inżynier Mamoń z kultowego Rejsu lubi takie piosenki, które już kiedyś słyszał. Gdyby takie samo podejście kierowało nim przy wyborze książek, na pewno ucieszyłby się ze Zwiastunu burzy, bo zdecydowanie jest to książka, którą już kiedyś czytał. Chyba że inżynier Mamoń nie należy do wielbicieli literatury, ale to już te-

mat na zupełnie inną historię. Kolejny dobry tom kolejnego dobrego cyklu Cornwella czyta się, co zapewne nie zaskoczy nikogo, bardzo dobrze. Wartka, potoczysta akcja, rozbudowane postaci, potężna robota włożona w odmalowanie historycznego tła. Książka jest jak dobry schabowy w knajpie, w której kelnera znamy od

86 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

lat – nie zaskoczy niczym, ale za to jest stuprocentowa pewność, że dostaniemy kawał porządnego mięcha.

Zwiastun burzy wiele wnosi do kreacji bohatera. Kreska, jaką żywot Uhtreda z Bebbanburga jest rysowany, zdecydowanie nabiera finezji. Pierwszy tom rzucił czytelnikowi przed oczy lekkomyślnego, głośnego i pyszałkowatego młodzieniaszka, który nie stroni od walki, ale w głowie ma niewiele. Drugi tom przynosi istotne zmiany. Uhtred staje się mężczyzną, dojrzałym i inteligentnym wojem. Nadal targają nim pasje i emocje, ale już nie one sterują nim bez reszty. Mamy do czynienia z człowiekiem, który doskonale wie, w jakim miejscu się znajduje i jak wiele odeń zależy. Bo przecież to w jego rękach spoczywa los Brytanii. Pogłębieniu kreacji bohatera służy również ukazanie wewnętrznego rozdarcia, niemożności wyboru między Alfredem a Duńczykami – z jednej strony jest przysięga, z drugiej przyjaźń i kultura. Bez cienia wątpliwości wewnętrzne zmagania Uhtreda i wynikające z nich skutki są najmocniejszą stroną powieści.

Co w kolejnym tomie? [spoiler!] Poczciwy Uhtred wciąż nie może odzyskać swojego lenna. Król Alfred, pod wpływem podszeptów i knowań żony oraz złośliwego mnicha, wzywa Uhtreda na sąd za grabieże i mordowanie chrześcijan. Imprezę przerywa interwencja Wikingów pod wodzą Guthruma. Uhtred puszcza w niepamięć niemiłe zachowanie króla i postanawia dzielnie go uratować, wraz z żoną, synem i częścią świty. Cała gromadka uchodzi na bagna, gdzie w ciągu kilku miesięcy organizuje armię, która w bitwie pod Ethandun pozwoli Alfredowi odzyskać Wessex. Tymczasem Uhtred, jak zawsze, zostaje na lodzie. [spoiler!] Wierny czytelnik dostaje swojego schaboszczaka – doskonałe opisy bitew, rzezi i pojedynków, które tak bardzo u Cornwella lubimy. Wielka intryga, na której tle rozgrywają się kolejne epizody z życia bohatera, utkana jest, jak zawsze u tego pisarza, z niezwykłym pietyzmem, starannością i dbałością o szczegóły. Widać, że autor zna swoje tworzywo – historię. Za wydarzeniami opisanymi w powieści stoją bez wątpienia głębokie studia historyczne, wiele godzin spędzonych na czytaniu źródeł i opracowań. Czytelnik nie zawiedzie się kolejnymi wątkami, jakie wprowadza autor – romanse, przyjaźnie, nieoczekiwane zwroty akcji. Fabuła jest spójna i logiczna, akcja toczy się żywo – do czego, znów, Cornwell przyzwyczaił już swego odbiorcę.

Historyczna pasja i narracyjny żywioł Bernarda Cornwella po raz kolejny zaowocowały dobrą książką dla wielbicieli gatunku. Oby tak dalej.

87 | nr 14 grudzień 2011 r.


Tropiciel Orson Scott Card

Tytuł: Tropiciel Autor: Orson Scott Card Tłumaczenie: Kamil Lesiew, Maciejka Mazan Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011 Liczba Stron: 508 Cena: 39,90 zł

Orson Scott Card to pisarz, którego nie trzeba przedstawiać żadnemu fanowi literatury fantastycznej. W ciągu ponad trzydziestu lat twórczości stworzył on liczne powieści i opowiadania. Wiele z nich zostało wydanych w naszym kraju, a niektóre zaliczają się do klasyki gatunku. Do najbardziej znanych należy cykl roz-

poczęty Grą Endera oraz drugi traktujący o Alvinie Stwórcy. Tropiciel będący jedną z najnowszych pozycji w bibliografii autora jasno dowodzi, że do jego twórczości warto regularnie zaglądać. Klasyfikacja gatunkowa utworu nie jest oczywista. Rozpoczynając lekturę, można łatwo wpisać go w

88 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

nurt fantasy. Oto poznajemy głównego bohatera, który wraz z ojcem poluje na dzikie zwierzęta w górach jakiejś odległej czy też nieistniejącej krainy. Chłopiec – Rigg – obdarzony jest magiczną mocą pozwalającą mu widzieć ścieżki, którymi poruszały się wszelkie istoty żywe. Jednak już na początku kolejnego rozdziału zaskakuje informacja o tym, że niejaki Ram Odyn wychowany został na pilota statku kosmicznego. Później zaś wszystko postępuje zgodnie z polskim porzekadłem, w myśl którego im dalej w las … Wraz z rozwojem akcji czytelnik może domyślić się, co łączy Rigga i Rama, a po skończeniu lektury Tropiciela nie pozostają żadne wątpliwości co do tego, że jest to książka science fiction z pewnymi elementami fantasy. Card zastosował ciekawy zabieg kompozycyjny. Każdy rozdział rozpoczyna się od krótkiego fragmentu historii Rama, po którym następuje powrót do głównego wątku, jakim jest życie Rigga. Dzięki temu utwór to powieść przeplatana fragmentami opowiadania. Oba elementy mogą stanowić samodzielne całości, jednak dopiero ich połączenie daje niesamowity efekt i pozwala zabawiać się snuciem domysłów na temat tego, co może łączyć dwa tak kompletnie różne światy. Anegdota głosi, że opowiadanie o pilocie statku kosmicznego Card wysłał osobno (pod pseudonimem) do swojego czasopisma Orscon Scott Card’s InterGalactic Medicine Show, a jego redaktorzy postanowili je przyjąć i uczynić tekstem numeru. Finalnie zostało opublikowane pod prawdziwym nazwiskiem pisarza w numerze z października 2010 roku.

Tropiciel posiada potencjał, by zachwycić odbiorcę. Wartka akcja splata się tutaj z fascynującym światem. Wszystko jest dodatkowo doprawione szczyptą polityki i odrobiną tajemnic, które trzeba rozwikłać wespół z postaciami zapełniającymi karty powieści. Dodatkowym atutem jest nietypowe przedstawienie czasu i prawideł nim rządzących. Fakt, że zaprezentowana wizja nie znajduje uzasadnienia w fizyce, nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z obcowania z nietuzinkową koncepcją. Nie ma oczywiście róży bez kolców. Postaci są skrojone w sposób dość prosty i pozbawione głębi, a niektóre z talentów Rigga są mało przekonujące. Lekkie rozczarowanie może także wywoływać pewna przewidywalność fabuły. Niemniej te drobne niedoskonałości nie są w stanie przeszkodzić w pozytywnym odbiorze całości. Prawidłowo napisany pierwszy tom cyklu powinien zachęcać do sięgnięcia po kolejne części. Tak właśnie jest w tym wypadku. Dobrze poprowadzona fabuła wraz z interesującą koncepcją czasu sprawiają, że pozostaje niecierpliwie wyglądać ciągu dalszego tej historii. Niestety właśnie to jest zarazem największym minusem tej pozycji. Na kolejny tom czytelnikom w USA przyjdzie czekać do przyszłego roku. Otwartym zaś pozostaje pytanie, kiedy Ruiny (bo pod takim tytułem zapowiedziano drugi tom) ukażą się w kraju nad Wisłą.

89 | nr 14 grudzień 2011 r.


Prywatne smaki PRL-u Andrzej Fiedoruk

Tytuł: Prywatne smaki PRL-u Autor: Andrzej Fiedoruk Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 166 Cena: 29,90 zł Oprawa twarda

Zabawmy się w grę skojarzeń; niech każdy rzuci jedno słowo lub określenie, które jako pierwsze przyjdzie mu na myśl, gdy usłyszy tytuł tej książki. Da się przewidzieć, że odpowiedzi będzie można podzielić z grubsza na dwie grupy: pierwsza będzie pochodziła od osób liczących sobie co najmniej o kilka lat więcej

niż III RP, druga od tych, dla których PRL jest pojęciem czysto historycznym, a ich wiedza o tym okresie pochodzi głównie z filmów Barei. Ci pierwsi zapewne przypomną sobie jakiś skosztowany w dzieciństwie, a dziś niedostępny lub zupełnie inaczej smakujący specjał, ci drudzy nawiążą raczej do pojęć, którymi tamta epoka

90 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

zasłynęła w sposób jednoznacznie negatywny: mięsa na kartki, wyrobów czekoladopodobnych, może wody z saturatora zwanej wymownie „gruźliczanką” albo dań barowych i stołówkowych, określanych równie obrazowo „przeglądem tygodnia”.

trawę z ziemniaków, zwaną prażonkami lub pieczonkami, dowiedzą się, że identyczny produkt jadano i na północy, tyle że nazywano go tam „pieczonym” lub „cymesem” i przygotowywano nie w kociołkach, a w „czyhuńczykach”. Ale nie brak i smaczków rzeczywiście czysto regionalnych, takich jak receptury różnych odmian chłodnika (bez buraczków!), śledzia po białostocku, kiszki ziemniaczanej czy napoju o intrygującej nazwie „jaskoła”.

Odniesienia do peerelowskich realiów kulinarnych spotkamy w każdej praktycznie pozycji wspomnieniowej z tamtych lat (najobszerniejsze chyba w Fikołkach na trzepaku Kalicińskiej), ale chyba nikt jeszcze nie wpadł na pomysł poświęcenia tej kwestii całej książki. A jeżeli nawet wpadł, to i tak Fiedoruk wyprzedził ewentualnych konkurentów. Że tematyka kulinarna nie jest dlań nowością, zorientuje się każdy, kto zechce sprawdzić jego dotychczasowy dorobek, obejmujący liczne poradniki kulinarne i jedną książkę, stanowiącą niejako wprawkę do niniejszej (Białostockie smaki). Również i tutaj głównymi punktami odniesienia są Białystok i jego okolice – co jest w pełni zrozumiałe, gdy weźmiemy pod uwagę, że „prywatne smaki” każdego człowieka wiążą się przede wszystkim z miejscem, w którym jego zmysł smaku się kształtował i czerpał pierwsze doznania zasługujące na zapamiętanie. Pewne jednak elementy tych wspomnień muszą być wspólne dla wszystkich regionów Polski, bo czyż było w latach 60. miejsce, do którego by nie dostarczano oranżadek w proszku, dropsów owocowych i śledzi w beczkach, w którym by nie przyrządzano domowym sposobem smalcu, kwaśnego mleka czy kiszonej kapusty? Ba, nawet czytelnicy z okolic Jury Krakowsko-Częstochowskiej czy Zagłębia przekonani, że ich rodzinne strony mają monopol na po-

Młodszych czytelników zainteresować mogą także dygresje na temat różnych aspektów peerelowskiej obyczajowości oraz ówczesnych konstelacji politycznych i gospodarczych, mających niemały wpływ na stan zaopatrzenia sklepów, i funkcjonowanie placówek gastronomicznych. Starsi pamiętają to wystarczająco dobrze, by, czytając po raz kolejny o aferze mięsnej, marszach głodowych czy chybionych pomysłach technologów pieczywa z późnych lat 70., poczuć niejaki przesyt. Jeśli w dodatku są purystami językowymi, co w tej generacji nierzadkie, mogą się zżymać na widok fragmentów, w których potoczność języka wydaje się balansować na krawędzi akceptowalnego poziomu („kasę rżnęli chłopaki i to niezłą (…). Nasz Janusz Laskowski, gdyby dzisiaj wydał swoje hiciory (…)”, „Święty takiej lipy by nie odwalił”, „tak z kilogram kartofli”, „i wyszły jaja na całego” itd.), a interpunkcja miejscami też pozostawia co nieco do życzenia. Prywatne smaki PRL-u nie są więc dziełem wywołującym u czytelnika bezwarunkowy zachwyt, lecz ich wartości poznawcze plasują je powyżej granicy przeciętności. 91

| nr 14 grudzień 2011 r.


Miecz Nieśmiertelnego t. 21 Hiroaki Samura

Tytuł: Miecz Nieśmiertelnego t.21 Autor: Hiroaki Samura Tłumaczenie: Maciej Murzyniec Wydawnictwo: Egmont Polska 2011 Liczba stron: 212 Cena: 23 zł

Kultura japońska ma w sobie pewną wyjątkową jakość, sprawiającą, że fascynują się nią niemal wszyscy, którzy się z nią zetkną. Bez względu na to, czy mowa o jedzeniu, technologii, sposobie bycia czy wreszcie komiksie, Japonia znajduje masy bezkrytycznych fanów wszystkich swoich emanacji. Manga, czyli

rdzennie japońska forma komiksowa, także w naszym kraju znalazła miliony miłośników, żeby nie powiedzieć wyznawców, dzięki czemu możemy wybierać spośród dziesiątków serii i setek albumów. Miecz Nieśmiertelnego, autorstwa znanego i docenionego nagrodami Hiroakiego Samury, wpisuje się z jednej strony w nurt

92 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

klasycznej mangi, z drugiej odchodzi od konwencji na rzecz bardziej realistycznego i historycznego podejścia. Nie zawsze jednak z dobrym skutkiem. Sama fabuła serii osnuta jest wokół losów nieśmiertelnego wojownika Manjiego, próbującego odkupić swe dawne przewinienia, i jego nastoletniej towarzyszki Asano Rin, pragnącej zemścić się na mordercy swego ojca. Ich nemezis to Anotsu Kagehisa, przywódca szkoły fechtunku Itto-ryu, oraz hordy agentów należących do różnych tajnych organizacji, finansowanych przez szogunat. Autor zdecydował się uczynić tłem dla wydarzeń osiemnastowieczną Japonię, pozostającą pod rządami potężnego aparatu administracyjnego stworzonego przez ród szogunów Tokugawa. Jak można się łatwo zorientować, ani wybór motywacji głównych bohaterów, ani otoczenia nie jest szczególnie oryginalny – opowieści japońskie obfitują w protagonistów ściganych przez własną przeszłość czy starających się znaleźć nową drogę w życiu. Wystarczy wspomnieć choćby Kenshina, klasycznego bohatera mangi i anime, czy też postaci występujące w doskonałej serii Samotny Wilk i Szczenię. Również dobór epoki nie przydaje serii Miecz Nieśmiertelnego świeżości. Zły, a zarazem wszechpotężny szogunat Tokugawa wysyła swoich pachołków przeciw trzem czwartym bohaterów mang historycznych, zupełnie jakby dzieje Japonii zamknęły się w niespełna trzech wiekach jego władztwa. O ile tło i fabuła nie powalają, o tyle kreska Hiroakiego Samury tchnie świeżością – a przynajmniej tak każą wierzyć liczni recenzenci oraz fani. Zastosowanie 93 | nr 14 grudzień 2011 r.


realistycznego rysunku z pewnością przydaje snutej opowieści wiarygodności, natomiast dynamiczne, ciągnięte ostrymi liniami kadry walki tchną dynamiką. Z drugiej strony statyczne ilustracje są często na tyle niechlujne, że ciężko odróżnić na nich poszczególnych bohaterów, o ile nie mają na głowach dziwacznych fryzur lub nie posługują się unikalną bronią. W efekcie odbiorca otrzymuje biało-czarną, komiksową breję, w której pławią się w miarę czytelne wizerunki kilkunastu najistotniejszych bohaterów. Na plus serii można z pewnością policzyć dbałość o realia opisywanej epoki. Fani znajdą tu dużo japońskich nazw, typowych scenek z życia osiemnastowiecznego Japończyka, obyczajów, strojów i tak dalej. Nieroztropnością byłoby jednak postawienie swoich jenów na poczucie wierności historycznej autora, choć oczywiście Miecz Nieśmiertelnego w założeniu nie miał stanowić wiarygodnego źródła naukowego, lecz pozycję rozrywkową. Natomiast rzecz, której wybaczyć nie sposób, to poziom tłumaczenia czy też może redakcji. Biorąc pod uwagę fakt, że manga doczekała się właśnie swojego dwudziestego pierwszego tomu, liczba błędów doprowadzających najpierw do śmiechu, potem do zażenowania, jest niepokojąco wielka. Trudno powiedzieć, czy zawiniła tu korekta, czy sam tłumacz, lecz chwilami odnieść można wrażenie, że nikt nie pofatygował się przeczytać komiksu przed wysłaniem go do drukarni. Jak wspomniano na początku, Miecz Nieśmiertelnego stanowi obecnie jedną z wielu serii mangowych w Polsce. Najprędzej winni po nią sięgnąć fani walk i kultury sa-

murajskiej, krwawych historii z elementem nadnaturalnym w tle. Niestety autor zatrzymał się gdzieś w pół drogi pomiędzy doskonałym Samotnym Wilkiem i Szczenięciem czy Vagabondem (komiksowo opisującym losy mistrza szermierki Miyamoto Musashiego) a ckliwymi mangami dla dziewcząt (zaznaczmy – japońskich dziewcząt). I choć piszącemu te słowa daleko do fascynacji Witkacym, pozycja ta natrętnie przywodzi na myśl ideę „czystej formy”.

94 | nr 14 grudzień 2011 r.


Nasze teksty się nie

starzeją!

Zobacz archiwalne numery Literadaru ... ZA DARMO! 95 | nr 14 grudzień 2011 r.


Blitzkrieg 1939.

Marsz na Warszawę Leo Kessler

Tytuł: Blitzkrieg 1939. Marsz na Warszawę Autor: Leo Kessler Tłumaczenie: Joanna Jankowska Wydawnictwo: Instytut wydawniczy Erica 2011 Cena: 29,99 zł Liczba stron: 328

Tragiczny wrzesień i głęboka trauma z nim związana znalazły odzwierciedlenie w setkach polskich książek i filmów. Dla obcokrajowców temat nie jest aż tak nośny. Polska wojna obronna traktowana bywa z lekką pogardą, wynikającą zarówno z ignorancji zachodnich historyków, jak i wpływów faszystowskiej czy so-

wieckiej propagandy. Dlatego należy przyjąć z zainteresowaniem fabularyzowany zapis tych wydarzeń popełniony przez autora dynamicznych powieścideł wojennych. Ponadto jako Niemiec i weteran II wojny światowej, daje szansę spojrzenia „z drugiej strony”. Sierpień 1939, wielkimi krokami

96 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

nadciąga nieunikniona dla wszystkich wojna. Batalion Szturmowy SS Wotan, bohater zbiorowy Leo Kesslera, szykuje się do walki, a wywiady alianckie starają sobie wypracować przewagę w nadchodzącym konflikcie. Wbrew tytułowi, główną osią fabuły jest walka o przejęcie sławnej Enigmy. Wspomniany został udział Polaków w złamaniu jej kodu, a także ciekawa historia zdobycia przez kontrwywiad polskiego Sztabu Generalnego pierwszych egzemplarzy maszyny szyfrującej. Jednak to Anglicy mają spróbować przejąć najnowszy, jeszcze nierozszyfrowany, udoskonalony egzemplarz, i to w samym sercu III Rzeszy. Oto dwóch dzielnych brytyjskich agentów, z których jeden nie mówi nawet po niemiecku, przekrada się przez całe Niemcy. I nie przeszkadza im, że już na granicy zostali zdekonspirowani, stracili pieniądze i wyposażenie, a jedyną ich nadzieją na sukces jest niepewny namiar na polskiego agenta w Berlinie. Historia szpiegowska zupełnie się nie broni, jest groteskowa i pretensjonalna, a niektóre sceny zakrawają na kpinę z czytelnika (np. przejęcie samochodu przy użyciu pieprzniczki). Nieco lepiej prezentuje się wątek związany z Wotanem. Jest mowa między innymi o tzw. prowokacji gliwickiej, mającej być pretekstem do wybuchu wojny. Gdy już do niej dochodzi, akcja powieści przyspiesza i, jak przyzwyczaił czytelników Kessler, staje się widowiskowa, krwawa i brutalna. Niestety, za cały opis kampanii wrześniowej musi wystarczyć nam epizod z bitwy pod Mokrą, gdzie Wołyńska Brygada Kawalerii w obliczu ogromnej przewagi zadała nacierającym Niemcom ogromne straty w broni pancernej. Działając zgodnie

z najlepszymi zasadami polskiej doktryny wojskowej, maksymalnie wykorzystała swoje atuty, następnie wycofała się w należytym porządku, wiążąc cały czas nieprzyjaciela walką. Kessler opisuje to na raptem trzech stronach, sprowadzając wszystko do krótkiego, acz krwawego starcia, zakończonego dość bezproblemowym pokonaniem Polaków przez batalion SS. Nie mogło zabraknąć przy tym obowiązkowego opisu szarży polskiej kawalerii. Na szczęście autor nie uległ pokusie i nie powielił stereotypu szarżowania z lancami na czołgi, wymyślonego przez powojenną propagandę. Nie ma przy tym sensu czepianie się masy drobnych błędów merytorycznych, tym bardziej że można dostrzec u Kesslera pewną dozę sympatii dla wojska polskiego, które co prawda nie było równorzędnym przeciwnikiem dla jego wymyślonego batalionu, jednak walczyło z odwagą i przemyślnością. W wielkim finale zaś splątują się losy wszystkich ważniejszych postaci, a motyw szpiegowski ma swój koniec z agonią oblężonej Warszawy w tle. Na pewno można było tę historię napisać ciekawiej. Po przeczytaniu powieści pozostaje poczucie lekkiego niesmaku i niezaspokojenia. Możemy więc tylko wzruszyć ramionami i pocieszyć się powstaniem zagranicznej książki, w której przynajmniej przypomina się, gdzie zaczęła się ta wojna i kto ją rozpoczął.

97 | nr 14 grudzień 2011 r.


Dom na krańcu świata Michael Cunningham

Tytuł: Dom na krańcu świata Autor: Michael Cunningham Przekład: Maja Chardakiewicz Wydawnictwo: Rebis 2011 Liczba stron: 464 Cena: 39,90 Twarda oprawa

Michael Cunningham to jeden z najciekawszych współczesnych prozaików amerykańskich. W Polsce popularność przyniosła mu przede wszystkim nagrodzona Pulitzerem powieść Godziny (zresztą niemała w tym zasługa fenomenalnej ekranizacji z Meryl Streep, Nicole Kidman, Julianne Moore i Edem Harrisem), będąca niejako współczesną

wersją Pani Dalloway Virginii Woolf. Niedawno na polskim rynku ukazała się kolejna książka amerykańskiego pisarza (Nim zapadnie noc), a także wznowienia niektórych poprzednich powieści, między innymi Domu na krańcu świata (nota bene również zekranizowanego z udziałem Colina Farrella, Sissy Spacek, czy Robin Wright-Penn).

98 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

Amerykańskie miasteczko Cleveland. Pomiędzy dwoma dorastającymi chłopcami – zamkniętym w sobie Bobbym Morrowem a impulsywnym Jonathanem Gloverem – rodzi się gorąca przyjaźń, wkrótce przekształcona w pełną niedopowiedzeń, wstydliwą homoseksualną miłość. Bohaterowie słuchają razem muzyki, palą jointy, snują marzenia, pozwalają sobie na nieśmiałe uniesienia erotyczne, starając się poradzić sobie z rodzinnymi dramatami. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zniszczyć tej więzi, a jednak jeden z nich opuści rodzinne strony. Bohaterowie spotkają się ponownie już jako dorośli mężczyźni w Nowym Jorku, gdy Bobby przeprowadzi się do mieszkania Jonathana i jego ekscentrycznej przyjaciółki Clare. Czy ta trójka będzie potrafiła stworzyć prawdziwy dom? Chyba tak, co jednak wcale nie musi oznaczać happy endu.

słowem, byłoby to na pewno „przekonująca”. Takie też są postaci, którym amerykański pisarz oddaje głos w poczwórnej, naprzemiennej narracji. Bohaterowie Cunninghama – czy też raczej ich skomplikowane osobowości – ulegają swoistemu „rozebraniu” na części pierwsze. Udziałem wszystkich staje się osamotnienie, zagubienie, potrzeba akceptacji, zrozumienia oraz chęć bycia kochanym. Te emocje pod piórem Cunninghama stają się tak wyraziste, że aż bolą. I nieważne, czy dotyczą dziecka, nastolatka czy osoby dorosłej – zawsze są oddane z rzadko spotykaną w literaturze perfekcyjnością. Co istotne, autorowi udało się uniknąć przegadania, które byłoby zabójcze dla tego typu powieści. Dom na krańcu świata, pomimo trudnej tematyki, po prostu wciąga. Michael Cunningham został doceniony przede wszystkim za swoje osiągnięcia na gruncie swoistego igrania z klasyką literatury światowej. Rzeczywiście jest wielką sztuką ciekawie uwspółcześnić dawne dzieła, tak by nabrały zupełnie innych znaczeń. Dzięki nowym ujęciom utwory Manna (Nim zapadnie noc), Woolf (Godziny) czy Whitmana (Wyjątkowe czasy) żyją nadal. Jednak umiejętność stworzenia powieści autonomicznej czy może raczej nie opartej na żadnym literackim pierwowzorze, z pełnokrwistymi bohaterami, doskonałą płaszczyzną psychologiczną, a przy tym niebanalnej, pozbawionej taniego sentymentalizmu to również prawdziwy wyczyn. I za ten wyczyn – którego dowodem jest Dom na krańcu świata – należą się Michaelowi Cunninghamowi ogromne czytelnicze brawa.

Można śmiało stwierdzić, że to niezwykle odważna powieść. Cunningham nie boi się podejmowania kontrowersyjnych tematów i najczęściej godzi w instytucję tradycyjnej rodziny. Doświadczona i podzielona rozmaitymi tragediami rodzina Bobby’ego praktycznie przestaje istnieć. Jonathan dorasta pod okiem „przykładnych” rodziców, którzy są jednak ludźmi rozczarowanymi, zgorzkniałymi i pozbawionymi pomysłu na życie. Dom na krańcu świata jest swoistym pamiętnikiem z okresu dojrzewania – nie tylko wchodzenia w dorosłość, ale po prostu uczenia się życia, pokonywania strachów, godzenia się z niepowodzeniami, budowania trwałych relacji międzyludzkich, a wreszcie spełniania marzeń. Jeśliby tę prozę chcieć określić jednym 99

| nr 14 grudzień 2011 r.


Książę Mgły Carlos Ruiz Zafón

Tytuł: Książę Mgły Autor: Carlos Ruiz Zafón Tłumaczenie: Katarzyna Okraśko, Carlos Marrodán Casas Wydawnictwo: MUZA 2010 Stron: 198 Cena: 29,99 zł Twarda oprawa.

Książę Mgły ukazał się w Polsce z kilkunastoletnim opóźnieniem i, co ważne, dalece poprzedza najbardziej znane bestsellery autora Cienia wiatru. Jest w rzeczy samej debiutancką powieścią Zafóna. Adresowany jest do innego rodzaju czytelnika – przede wszystkim młodzieży, choć sam autor w napisanej w 2010 roku przedmo-

wie utrzymuje, że jego intencją było napisanie książki, która przypadnie do gustu wszystkim, bez względu na wiek. Na ile się to udało – poniżej. Głównym bohaterem książki jest jedenastoletni Max Carver, syn pogodnego zegarmistrza i jego kochającej żony, brat dorastającej, starszej Alicji i ośmioletniej Iriny. Chłopiec

100 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

jest ponad swój wiek inteligentny i obdarzony tego rodzaju wrażliwością, która pozwala mu przeniknąć i właściwie ocenić emocje otaczających go ludzi, a także nierzadko skutki tychże emocji. Słowem: młody, niezwykle sympatyczny myśliciel. Akcja książki dzieje się podczas II wojny światowej, latem 1943 roku. Decyzją ojca, który chce ochronić swoich bliskich przed skutkami wojny, Max wraz z rodziną przeprowadza się z dużego miasta do niewielkiej nadmorskiej miejscowości nad Atlantykiem. Tam właśnie spotyka go przygoda, która jest treścią Księcia… Krótko po przybyciu do miasteczka Max zaczyna odczuwać, że wokół niego dzieje się coś dziwnego. Nieopodal nowego domu znajduje ogród pełen tajemniczo i złowrogo wyglądających posągów. W garażu zaś natrafia na pozostawione przez poprzednich właścicieli amatorskie filmy, których treść jest co najmniej niepokojąca. Nurkując z nowo poznanym przyjacielem do wraku zatopionego ćwierć wieku wcześniej statku, wyczuwa jakąś nienaturalną obecność w pobliżu. Wreszcie, na skutek dziwnego wypadku, część jego rodziny musi udać się na pewien czas do szpitala, pozostawiając Maxa, jego starszą siostrę i przyjaciela Rolanda samych wobec narastającej tajemnicy.

krokami, rozdział po rozdziale. Wielbicielom nowszych powieści Zafóna styl, w jakim jest napisana powieść, może się wydać momentami nazbyt prosty, ale jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Książę… jest adresowany do młodzieży, trudno czynić z tego zarzut. Natomiast można i należy uczynić go ze zbytnich uproszczeń fabuły i niespójności logicznych. Książka dla młodzieży, jakkolwiek powinno czytać się ją lekko, nie może u myślącego czytelnika wywoływać irytacji i pytania „że co przepraszam?” na widok kłujących w oczy niewiarygodnością opisów. Nie jest ich dużo, ledwie kilka, niemniej dają się we znaki w trakcie lektury. Dlatego dorosły czytelnik powinien odjąć sobie jedną gwiazdkę od oceny, chyba że nie przeszkadza mu, kiedy jedenastolatek nurkujący po raz drugi czy trzeci w życiu, spędza pod wodą czas, który zawstydziłby bohaterów Wielkiego błękitu. Rozwiązania fabularne również mogą wydać się momentami nazbyt proste, a wszystko wyjaśnia się samo, nie do końca za sprawą bohaterów, a tylko przy ich nie zawsze świadomym udziale. Nie jest to jednak wada, której nie można by książce wybaczyć. Istotą jej naprawdę wciągającej i poruszającej fabuły jest odkrycie związanej z przeszłością tajemnicy. Tajemnicy, w którą Carlos Ruiz Zafón wciąga czytelnika z biegłością, którą w pełni pokazał dopiero w późniejszych, dużo lepiej znanych w Polsce powieściach. Warto pamiętać, że miał ją już wtedy.

Język Carlosa Ruiza Zafóna już w jego pierwszej powieści jest piękny i elegancki, w niewymuszony sposób przykuwający czytelnika do książki. Autor rewelacyjnie buduje atmosferę czekającej na rozwiązanie tajemnicy, nieznanej groźby, której spełnienie nadchodzi równymi, stanowczymi 101

| nr 14 grudzień 2011 r.


Mróz Marcin Ciszewski

Tytuł: Mróz Autor: Marcin Ciszewski Wydawnictwo: Ender 2011 Seria wydawnicza: WarBook Liczba stron: 416 Cena: 34 zł

Przed sięgnięciem po Mróz trzeba wiedzieć, że trudno się od tej książki oderwać. To dobre przygotowanie przed czekającą czytelnika pełną akcji lekturą. Ale, gdyby akcja była jedyną mocną stroną tej powieści, nie zasługiwałaby ona na aż takie zaangażowanie. Tytułowy mróz to bardzo silna i nagła anomalia klimatyczna, która

ma przebiegać na terenie Polski. Przewidujący wystąpienie tego zjawiska meteorolog zostaje zamordowany. Rozpoczęte w tej sprawie śledztwo zostaje szybko wstrzymane. Pogoda zaczyna się załamywać, a urastające do rangi kataklizmu zjawisko okazuje się- tylko tłem do innej, jak nietrudno się domyślić, politycznej rozgryw-

102 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

ki. I tak objawia się prawdziwy charakter powieści, gdzie sensacja i kryminał prowadzą do sprawnie skrojonej fikcji politycznej. W sam środek tej fikcji trafiają bohaterowie, którym daleko do czarno-białych klisz. Autor, nie tracąc czasu na zbędne opisy, wprowadza i przedstawia poszczególne postaci poprzez uwikłanie ich w konkretne wydarzenia, a następnie ukazanie w tym kontekście ich zachowań i reakcji. Profesjonalizm tajemniczego strzelca czytelnik ocenia przez zapoznanie się z precyzyjnie i szczegółowo opisaną akcją zamachu. Obcesowość komisarza policji zarysowana jest w sugestywnej i dynamicznej scenie sparringu. Z opisu akcji ratowania żony nadkomisarza aż bije przyjaźń i wzajemne zaufanie dwóch policjantów. Z kolei skomplikowana osobowość młodej funkcjonariuszki, jej agresywne zachowanie w stosunkach służbowych skontrastowane z miłością do córki od pierwszych stron wywołuje wewnętrzny niepokój. Można jednak być pewnym, że nie każdy gliniarz w tej powieści jest dobry i prawy, tak jak nie każdy przestępca kieruje się tylko złymi pobudkami. Ciszewski powoli i systematycznie buduje klimat powieści. Lekturze książki nieustannie towarzyszy narastająca stopniowo, od pierwszych do ostatnich stron, atmosfera tajemnicy. Intryga globalna, doprowadzająca do zamachu na prezydenta, sprawnie miesza się z intrygą lokalną, oplatającą głównych bohaterów. Tajemnica potęgowana jest obniżającą się temperaturą i załamaniem warunków atmosferycznych, podczas gdy czytelnik rozgrzewany jest kolejnymi, wypełnionymi akcją, wydarzeniami opisywanymi w mistrzowski sposób.

Autor niewątpliwie ma talent pisarski i wykorzystuje go w dynamicznych opisach scen, których nie powstydziłaby się dobra produkcja filmowa. Pisarz nie stroni od mocnego, dosadnego języka w dialogach, nie popadając na szczęście w zbytni wulgaryzm. Nie unika drażliwych tematów, nie ukrywa relacji damsko-męskich, a nawet damsko-damskich. Pozwala zastanowić się nad nierzadko kontrowersyjnymi motywacjami działań bohaterów. A wydawać by się mogło, że cała fabuła książki to zaledwie misja ratowania kraju powierzona przez premiera zwykłemu policjantowi. Mróz nie jest literackim debiutem pisarza. Autor, znany wcześniej z serii książek o militarnej historii alternatywnej, tym razem sięgnął po temat fikcji politycznej, okraszając go nietypową aurą kataklizmu pogodowego. Zabieg udał się wyjątkowo dobrze, a bohaterowie powieści na długo pozostają w pamięci. I bardzo dobrze, bo już w połowie roku 2012, jak zdradził Ciszewski, czytelników czeka kolejne z nimi spotkanie. Spotkanie w gorącym okresie mistrzostw w piłce nożnej, które to zdarzenie będzie podobno osnową fabuły następnej jego powieści.

103 | nr 14 grudzień 2011 r.


Druga diagnoza Michael Palmer

Tytuł: Druga diagnoza Autor: Michael Palmer Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski Wydawnictwo: Albatros 2011 Liczba stron: 416 Cena: 33,10 zł

Thriller medyczny to szczególny podgatunek literatury sensacyjnej, którego specyfika z góry narzuca autorowi pewien schemat konstrukcyjny. Nie do uniknięcia jest umieszczenie akcji lub przynajmniej jej części w jakiejś instytucji bezpośrednio lub pośrednio związanej z ratowaniem ludzkiego życia i zdrowia: szpitalu,

poliklinice, instytucie naukowym, laboratorium firmy farmaceutycznej itd. Główny bohater, wyznaczony do rozwiązania zagadki (nieodzownym elementem jest przypadek/ kilka przypadków tajemniczych zgonów/ zachorowań), musi być fachowym pracownikiem służby zdrowia – zwykle lekarzem, ostatecznie studentem

104 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

medycyny lub pielęgniarką – bowiem tylko stosowne wykształcenie w połączeniu z wrodzoną bystrością i dociekliwością pozwoli mu dostrzec, że coś jest nie w porządku. A ponieważ zagadka nie może pozostać nierozwikłana, a zło nieukarane, z góry wiemy, że choćby miał się zmagać z nieskończoną liczbą nieskończenie groźnych przeciwników, i tak ich przechytrzy lub pokona w bezpośrednim starciu, ratując życie mniejszej lub większej grupie potencjalnych ofiar. W siedmiu przypadkach na dziesięć nasz przypadkowy detektyw w kitlu jest ponadto młody/-a, atrakcyjny/-a i stanu wolnego, a w związku z prowadzonym śledztwem zwraca na siebie uwagę równie atrakcyjnego współpracownika/ policjanta/ pacjenta płci przeciwnej, co kończy się w najlepszym razie ślubem, w najgorszym krótkim, acz ognistym romansem. Odkrywszy tę prawidłowość, czytelnik może się znudzić już po trzech czy czterech tytułach, zwłaszcza gdy zacznie od asów gatunku, a potem sięgnie po pośledniejszych jego przedstawicieli. Sprawdźmy, czy i na ile ostatnio wydana w Polsce Druga diagnoza, wyłamuje się z powyższego schematu. Hayley, energiczna bizneswoman w średnim wieku, dowiaduje się, że wykryto u niej raka trzustki. Niemal równocześnie w placówce, do której została skierowana, umiera leczony już od pewnego czasu pacjent, otrzymawszy szkodliwą substancję zamiast eksperymentalnego leku przeciwnowotworowego, a wybitny lekarz z tegoż szpitala ulega tragicznemu wypadkowi, w następstwie którego trafia na OIOM z minimalnymi szansami na przeżycie. Można się domyślać, że między tymi trzema wy-

darzeniami istnieje jakiś związek – ale jaki? Odkrycie przypadnie w udziale córce poszkodowanego doktora Sperelakisa, uroczej i inteligentnej internistce Thei, nie bez pomocy przystojnego i ofiarnego ekspolicjanta. Po drodze będzie parę iście bondowskich sytuacji, z których samozwańczy detektywi wyjdą bez większego szwanku, a na koniec – dla każdego to, na co zasłużył… Nietrudno dopasować poszczególne elementy intrygi do podanego powyżej szablonu. Czym więc różni się dzieło mistrza od przeciętnych okazów gatunku? Dopracowanie szczegółów fachowych raczej nie może posłużyć za kryterium różnicujące, bowiem większość autorów thrillerów medycznych to lekarze ze sporym stażem, a póki piszą o tym, na czym się znają, radzą sobie w tym względzie równie dobrze. Tym, co wznosi Drugą diagnozę ponad przeciętność, jest zapoznanie czytelnika ze stosunkowo mało znanym schorzeniem z gamy zaburzeń rozwoju psychicznego – zespołem Aspergera. Cierpi nań Thea i prawdopodobnie jej brat Dimitri, a ich sylwetki obrazują odmienności obrazu klinicznego i zbawienny wpływ wieloletniej psychoterapii na możliwość poprawnego funkcjonowania „aspów” w społeczeństwie. Dla samego zapoznania się z tym rzadkim problemem warto Drugą diagnozę przeczytać, a że Palmer pisze lekko i ładnym językiem, możemy liczyć na kilka godzin łatwej i dość emocjonującej lektury. Ale jeśli spodziewamy się arcydzieła… no, cóż, chyba jednak należałoby go poszukać na półkach z innymi gatunkami…

105 | nr 14 grudzień 2011 r.


W oblężonym Leningradzie. Dramatyczne wspomnienia Aleś Adamowicz Danił Granin

Tytuł: W oblężonym Leningradzie. Dramatyczne wspomnienia Autor: Aleś Adamowicz, Danił Granin Tłumaczenie: Anna Wrzosek Wydawnictwo: Bellona 2011 Cena: 35,00 zł Liczba stron: 208

Oblężenie Leningradu trwało blisko dziewięciuset dni i pochłonęło około miliona ofiar. Przyczynami śmierci były brak żywności, naloty i bombardowania, a w zimie przejmujący mróz. Początkowa wola walki i nadzieja szybkiego pokonania wroga szybko ustąpiły miejsca beznadziei, zmęczeniu i wycieńczeniu. Przeżywa-

ne wówczas emocje i atmosferę tamtych czasów tak naprawdę najlepiej potrafią opisać tylko te osoby, które przez to przeszły i były zmuszone do dramatycznej walki o przetrwanie. Autorzy książki swoją rolę ograniczyli więc do minimum, oddając głos bohaterom – naocznym świadkom i uczestnikom tamtych wydarzeń.

106 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

Podczas oblężenia wielu leningradczyków prowadziło na bieżąco notatki, pisało pamiętniki lub później spisywało swoje wspomnienia. Aleś Adamowicz i Danił Granin, spośród wielu dostarczonych im zapisków i relacji, wybrali trzy, które, jak piszą, wywarły na nich największe wrażenie. Przekazują je czytelnikowi w niezmienionej formie. Pozwolili sobie jedynie na pominięcie tych fragmentów, które nie dotyczą oblężenia. Autorem pierwszego pamiętnika jest historyk Gieorgij Aleksiejewicz Kniaziew, dyrektor Archiwum Akademii Nauk. Pamiętnik zaczął pisać na początku wojny, która dla Rosjan zaczęła się 22 czerwca 1941 roku. Nie opisuje wyłącznie tego, co się dzieje, notuje także swoje przemyślenia. Początkowo martwi się przede wszystkim o zbiory archiwum, później jednak, gdy oblężenie się przedłuża, ze stron jego pamiętnika da się wyczytać desperację i rezygnację. Kniaziew martwi się też o swoją żonę. Sam jest człowiekiem niepełnosprawnym, obowiązek szukania jedzenia czy drewna na opał spada więc na jego żonę, a wycieńczona kobieta nie ma na to sił. Często w trakcie pisania mężczyzna zastanawia się, czy jest jeszcze ktoś, kto, tak jak on, opisuje sytuację w oblężonym mieście, panującą tam atmosferę strachu i nastroje mieszkańców. Drugi pamiętnik pisze piętnastoletni Jura Riabinkin. Z pierwszych stron da się wyczytać beztroskę i wiarę w pokonanie wroga. Kiedy jednak sytuacja staję się coraz bardziej poważna, chłopak zauważa, jak strasznym doświadczeniem jest wojna. Jego wspomnienia najdosadniej przedstawiają dramat, jakim jest ciągły stan głodu i zimna. W pewnym momencie chłopak

nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Potępia się za egoizm i zachłanność, które nie pozwalają mu sprawiedliwie podzielić się jedzeniem z rodziną, ale nie potrafi sobie z tym poradzić. Lidia Gieorgijewna Ochapkina, matka dwójki małych dzieci, swoje wspomnienia spisała już po wojnie. Mimo to jej relacja jest równie wstrząsająca i prawdziwa. Czas oblężenia Leningradu to dla Lidii okres dramatycznej walki matki o przetrwania i uratowanie potomstwa, a próby wywiezienia dzieci z Leningradu przez długi czas nie odnoszą pozytywnego skutku. W zasadzie cała książka składa się z fragmentów pamiętników tych trzech osób. Tylko w niektórych miejscach autorzy dodają coś od siebie. Trudno więc oceniać książkę pod względem formy. Nie można jednocześnie wymagać od autorów pamiętników wyszukanego stylu i talentu pisarskiego. Zdawali relację potomnym z potrzeby serca. Niewątpliwie jest to ważne źródło historyczne, studium nastrojów ludności cywilnej w oblężonym mieście, a także świadectwo tragedii i zniszczeń, jakie niesie ze sobą wojna. Książkę wzbogacają zdjęcia z czasów oblężenia Leningradu.

107 | nr 14 grudzień 2011 r.


Nova Swing M. John Harrison

Tytuł: Nova Swing Autor: M. John Harrison Tłumaczenie: Michał Jakuszewski Wydawnictwo: MAG 2011 Liczba stron: 240 Cena: 37,00 zł

Jak ktoś lubi Dicka i Strugackich, to niech się cieszy, bo na sklepowych półkach kolejna pozycja dla niego. W prostych, żołnierskich słowach – są statki kosmiczne, życie na innych planetach, Wielkie Anomalie – ale inaczej i po dickowsku, podlane obficie sosem schizofrenii (ewentualnie zwykłego szaleństwa). Bohaterowie po-

gmatwani, wątki nie do końca jasne, ociekające mistycyzmem i pogłębioną psychologią. Jak u Dicka – wszyscy bohaterowie uwikłani są głęboko w nienormalne reguły walniętego świata. Cierpią na depresję, są nieustannie przygnębieni, słabi. Dawno już wyciekła z nich energia, wola życia i działania. Anomalia Traktu łamie

108 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

charaktery i dusze – podobnie jak Zona z Pikniku na skraju drogi Strugackich. Strefa złamała Stalkera, złamała Emila Bonaventurę i Vica Serotonina. Nie ma przed nią ucieczki, a jeśli będziesz tak twardy, żeby trzymać się od niej z daleka, wtedy ona wyciągnie po ciebie swoje kwantowe macki. Kto jest bardziej wczytany w klasyczną science fiction, zapewne przypomni sobie Zatopiony świat Ballarda. Rozkład cywilizacji, oniryczna atmosfera, szaleństwo wciskające się do głowy przemocą. Ponownie bohaterowie, którzy nie walczą, a tylko biernie poddają się naporowi świata. Każdy z odciśniętym na sobie piętnem koszmaru, obcy w nowym – i pozbawiony szans powrotu do starego – świecie. Zarówno Ballarda, jak i Harrisona interesują wewnętrzne pejzaże emocjonalne bohaterów, malowane ich zachowaniem i reakcjami. Wizja, halucynacja, obcość, anomalia – to tylko nazwy stanów, a przecież postrzeganie stanów nie jest stanem. Akcja powieści toczy się dość leniwie, dając okazję do próby (skazanej z góry na porażkę) zgłębienia i zrozumienia świata przedstawionego. Dlaczego czytelnik przegra? Bo rzeczy w tej powieści mają dwa oblicza – albo są powierzchowne, instynktowne i zwierzęce (jak relacje bohaterów), albo są anomalią, z założenia niezrozumiałą i niepodważalną. Autor ucieka sprytnie od twardej fantastyki naukowej – nie sposób zarzucić mu błędów logicznych, głównie dlatego, że żadnej logiki swojego świata nie przedstawia. Niemniej jednak kupujemy jego wizję, wszechświat, w którym „wielkie turystyczne statki wędrują od gwiazdy do gwiazdy. Wszystko jest osiągalne. Można

kupić sobie nowe ciało” (cytat z blurba na okładce). Dużo w Nova Swing noirowego kryminału. Detektyw w cadillaku z ‚52, gangsterzy, szwendanie się z baru do baru, złe kobiety. Ba, jest nawet najcieplejszy archetyp – whore with a heart of gold. Tylko Mona/ Irene jest wierna – dziwka, antymadonna i antykobieta, ulepiona rękami chirurgów i psychologów. Nie ma drogi do wyjścia z labiryntu umysłu. Dick dał swoim bohaterom przynajmniej kilka szans: Can-D i Chow-Z – chemiczną reinkarnację, oraz Ubika – boga w sprayu. Strugacki rzucił stalkerom Złotą Kulę. Harrison nie daje nic, żadna ucieczka przed przeznaczeniem nie jest możliwa. Z drugiej jednak strony – po co uciekać, w końcu to świat nieskończonych możliwości. I nawet z duchami ze strefy można żyć. Dobra powieść. Dobrze napisana. Zgarnęła parę nagród w anglojęzycznym światku – Clarka, Dicka, nominacje do Campbella, British Fantasy Award i British Science Fiction Association Award. Dobrze przetłumaczona. Elegancko wydana. I jeszcze słowo na koniec. Namnożyło się tych prawdopodobnie najlepszych uczt wyobraźni, polecanych przez Asy polskiej fantastyki. Jednym idzie gorzej (bo walą gnioty o krzyżackich wilkołakach), innym lepiej. Ci, którzy zaczęli od McLeoda i Duncana, radzą sobie całkiem nieźle. MAG-u – tak trzymać!

109 | nr 14 grudzień 2011 r.


Zamachowcy i zdrajcy.

Z dziejów terroru w carskiej Rosji Richard Pipes

Tytuł: Zamachowcy i zdrajcy. Z dziejów terroru w carskiej Rosji Autor: Richard Pipes Tłumacz: Władysław Jeżewski Wydawnictwo: Magnum, 2011 Liczba stron: 246 Cena: 38,00 zł

Badawczej wnikliwości Richarda Pipesa i jego talentowi pisarskiemu zawdzięczamy przywrócenie z zapomnienia dwóch ciekawych postaci z dziejów dziewiętnastowiecznej Rosji. Wiera Zasulicz i Siergiej Diegajew to przedstawiciele pierwszych pokoleń rewolucjonistów walczących z caratem,

a równocześnie bohaterowie wydarzeń, które wpłynęły na rozwój zjawiska terroryzmu politycznego. Jego historia zaczęła się 24 stycznia 1878 roku, gdy niepozorna dziewczyna, Wiera Zasulicz, strzeliła do gubernatora Petersburga, generała Fiodora Trepowa. Dostojnik przeżył, proces Zasulicz stał się głośny

110 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

w świecie, a w samej Rosji okazał się wydarzeniem o przełomowym znaczeniu. Richard Pipes postanowił dokładniej przyjrzeć się niefortunnej zamachowczyni: jej życiu, związkom z wywrotowymi organizacjami i wreszcie okolicznościom, w jakich doszło do próby zabicia gubernatora. Poznajemy skromną dziewczynę, spragnioną akceptacji i celu w życiu, niezwykle prawą. Do Trepowa kazał jej strzelić szlachetny odruch oburzenia na głęboką niesprawiedliwość, nie kryły się za tym motywy polityczne. Uznana przez ławę przysięgłych za niewinną, Zasulicz stała się autorytetem i wzorem dla kolejnych zamachowców (chociaż sama nie popierała tej metody walki), a terror polityczny zaczął zataczać coraz szersze kręgi, doprowadzając do udanego zamachu na cara Aleksandra II w 1881 roku. Swoim czynem, chcąc nie chcąc, Zasulicz przyczyniła się do zmiany podejścia rewolucjonistów rosyjskich do terroru. Pierwszymi jego ofiarami padali dygnitarze, którzy cieszyli się szczególnie złą sławą. Powstała w 1879 roku partia Wola Ludu doszła jednak do przekonania, iż wystarczy, że wytypowana ofiara należy do ludzi władzy, by skazać ją na śmierć. Ten nowy etap rozwoju rosyjskiego ruchu rewolucyjnego symbolizowały losy drugiego z bohaterów książki Pipesa, Siergieja Diegajewa, działacza Woli Ludu właśnie, splecione nierozerwalnie z postacią złowrogiego żandarma Gieorgija Sudiejkina, który stosował nowatorską wówczas metodę zwalczania przeciwników caratu poprzez infiltrowanie ich struktur i rozsadzanie ich od środka. Zagrożeni działacze postanowili pozbyć się

niebezpiecznego przeciwnika. Zamach na niego miał zorganizować Diegajew, jednak aresztowany, pod wpływem Sudiejkina został konfidentem. Rozpoczęła się śmiertelnie niebezpieczna gra. Analiza historycznych epizodów znanych jedynie specjalistom jest zaskakująco udana. Autor zadbał o to, by dramatyczne losy swych bohaterów przedstawić na tle ówczesnej sytuacji wewnętrznej Rosji, skupiając się przede wszystkim na nasilającym się konflikcie między caratem a ubezwłasnowolnionym społeczeństwem. Napięcia między władzą a poddanymi były tak wielkie, że musiały znaleźć jakiś upust. Dowiadujemy się o pierwszych próbach agitowania przez rewolucjonistów rosyjskiego chłopstwa, a po ich fiasku obserwujemy zmianę strategii – przejście do terroru. Posługując się obszerną bazą źródłową, Pipes ukazuje nie tylko przebieg wydarzeń, ale wnikliwie analizuje motywy działania Zasulicz i Diegajewa. Nakreślony obraz daleki jest od utrwalonej wizji niezłomnych rewolucjonistów: widzimy ludzi ideowych, gotowych oddać życie dla sprawy, ale równocześnie po ludzku słabych, targanych wątpliwościami i wyrzutami sumienia. Nawet budzący lęk żandarm Sudiejkin okazuje się postacią bardzo złożoną, nie tylko gorliwym sługą imperium, ale człowiekiem boleśnie doświadczającym odrzucenia i braku uznania. Śledzenie wypadków historycznych zmienia się dzięki temu w fascynującą obserwację skomplikowanych motywów ich uczestników, zarówno psychologicznych, jak i polityczno-społecznych.

111 | nr 14 grudzień 2011 r.


Mapa i terytorium Michel Houellebecq

„Mapy mylą” Salman Rushdie, Ziemia pod jej stopami Tytuł: Mapa i terytorium Autor: Michel Houellebecq Przekład: Beata Geppert Wydawnictwo: W.A.B., Warszawa 2011 Liczba stron: 384 Cena: 44,90 zł

Na tylnej okładce najnowszej powieści Houellebecqua znajduje się taka rekomendacja: „To ważne dzieło, przynoszące zaszczyt literaturze francuskiej”. Ale kto by się przejmował literaturą francuską? Lektura tej książki

to zaszczyt dla czytelnika. Jest spokojnie. I to nawet pomimo wątku bestialskiego morderstwa (w dodatku na powieściowym Michelu Houellebecqu), tak okropnego, że nawet u doświadczonych policjantów widok rozczłonkowanych ciał – pisarza i jego psa – nieodparcie wywołuje mdłości. Spokojniej niż we wcześniej-

112 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

szych jego książkach, choćby w Platformie czy w Cząstkach elementarnych, gdzie niby nikt nikomu głowy nie ucina, ale czytelnik ma prawo czuć się zupełnie zdemolowany. Jest pomysłowo. Potęga wyobraźni i sprawność w przetwarzaniu rzeczywistości. Główny bohater, artysta, rozpoczyna swoją karierę od serii zdjęć map poszczególnych regionów Francji wydawanych przez Michelin. Dzięki tym fotografiom zdobywa popularność oraz kochankę. Sława i ogromne pieniądze przychodzą do niego natomiast za sprawą cyklu obrazów przedstawiających ludzi w żywiole ich pracy, np. Bill Gates i Steve Jobs dyskutują o przyszłości informatyki, Konwersacja w Palo Alto. Człowiek i jego praca – to jest ważne. Bo w Mapie i terytorium Houellebecq po raz kolejny eksploatuje tę samą kluczową i zupełnie podstawową kwestię egzystencjalną, która – najwyraźniej – nieustannie go nurtuje. Zresztą nurtuje chyba każdego, kto myśli. Spłycając: po co to wszystko? Wbrew temu, co można gdzieniegdzie przeczytać o bohaterach książek Francuza, wcale nie szukają oni seksu i ekscytacji, ale sensu i emocji. Czegokolwiek, co uzasadniałoby istnienie, dawało przekonujący argument, że lepiej jest być niż nie być (a nie być jest stosunkowo łatwo – stałym elementem krajobrazu są zakłady, bo przecież nie kliniki, oferujące eutanazję). W powieści tą fundamentalną motywacją istnienia nie jest miłość – ma znaczenie, ale nie warto o nią walczyć ani nic dla niej poświęcać; nie jest rodzina – relacja syna z ojcem, znowu, jest ważna, a nawet intensywna, ale jednak, mimo braku ograniczeń logistycznych, spotykają się wyłącznie raz do roku na kilka

godzin. No więc czemu nie spróbować z pracą? Jaka jest odpowiedź? Oczywiście niejednoznaczna. Zresztą to wszystko można czytać naturalnie też zupełnie inaczej, bo w końcu jedną z najbardziej przejmujących scen w książce, pełną emocji i niezafałszowanej pasji, jest ta, w której głównej bohater bije (tak, fizycznie bije, kopie w splot słoneczny) technokratkę bezrefleksyjnie odfajkowującą kolejne eutanazje. Ta scena jest nagła, jak uderzenie pioruna, więc raczej warto traktować jako istotną wskazówkę interpretacyjną. To tyle filozofowania, mniej lub bardziej trafionego, powiedzmy, mapowania tekstu. Na koniec zaś to, co najważniejsze: literatura. Bo poza wszystkim Houellebecq jest wybitnym pisarzem i w Mapie i terytorium widać to bardziej niż w jego wcześniejszych powieściach. Potrafi zbudować tekst na pięknej konstrukcji, brawurowo żongluje rozmaitymi motywami (kto zna i jednak przejmuje się literaturą francuską, pewnie odnajdzie w tym szczególną przyjemność) i wreszcie słucha języka, dzięki czemu ten się go słucha. Moc potężna. Efekty potrafią być takie: „(...) przechwyciła go znana z tabloidów aktorka porno, która właśnie opublikowała książkę ze swoimi rozmowami z tybetańskim mnichem” albo: „Jedno można powiedzieć z całą pewnością: proponowany przez Williama Morrisa model społeczeństwa nie miałby w sobie nic utopijnego, gdyby wszyscy ludzie byli podobni do Williama Morrisa”. I jeszcze motto (cytat z Karola Orleańskiego). To też może być ważna wskazówka interpretacyjna: „Świat jest mną znudzony, podobnie jak ja nim”. 113

| nr 14 grudzień 2011 r.


Wielka księga ekstremalnego SF Tytuł: Wielka księga ekstremalnego SF, tom 1 Redakcja: Mike Ashley Tłumaczenie: Marcin Mortka Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011 Liczba stron: 440 Cena: 37,80 zł Tytuł: Wielka księga ekstremalnego SF, tom 2 Redakcja: Mike Ashley Tłumaczenie: Marcin Mortka Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011 Liczba stron: 480 Cena: 37,80 zł

tom 1, tom 2

Twórcy zbiorów opowiadań często decydują się na wplecenie w tytuł określeń mających podkreślić jakość zawartych w nich tekstów. Na porządku dziennym są epitety typu „najlepsza” czy „przełomowa”. Przyczyna jest prosta: mają one zachęcić czytelnika do kupna i lektury. Jednocześnie kryje się w tym pułapka – oczekuje się,

że faktycznie jakość tekstów będzie wybitna i spełni rozbudzone reklamą oczekiwania. Tymczasem rzeczywistość bywa okrutna i przeżyć można srogie rozczarowanie. Poniekąd właśnie tak dzieje się w przypadku wydanej w dwóch tomach Wielkiej księgi ekstremalnego SF. Chociaż fantastyka, a szczególnie

114 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

właśnie science fiction, słynie z przełamywania granic i sięgania tam, gdzie inni się nie odważą, to obecnie nawet w jej obrębie ciężko o przełomowe i oryginalne pomysły. Stąd też odważną decyzją ze strony Mike’a Ashleya, redaktora tej antologii, była próba zebrania właśnie takich opowiadań: ekstremalnych, wykraczających daleko poza standardowe ramy. Zadanie go przerosło, gdyż zaledwie kilka tekstów można uznać za godne wystąpienia pod tak szumnym szyldem. Ozdobą zbioru jest Świat pomiędzy Harlana Ellisona; tak naprawdę jest to jedyne opowiadanie zasługujące na miano ekstremalnego. Chociaż zostało napisane kilkadziesiąt lat temu, to nadal oszałamia formą i treścią. Rzadko narracja i układ treści (zastosowano zróżnicowane rozwiązania typograficzne) tak dobrze współgrają z tym rytmem i opisywanymi wydarzeniami. W dodatku nie jest to banalna opowieść, co jest charakterystyczne dla twórczości amerykańskiego pisarza. Pozostaje jedynie żałować, że w naszym kraju jest ona stosunkowo mało znana i nie zapowiada się, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Nie zawiodło kilku tuzów światowej science fiction. Alastair Reynolds, Greg Egan czy Ian MacDonald, który wyjątkowo nie osadza akcji swojego utworu w jakimś egzotycznym kraju, a tworzy rozciągniętą na eony historię ekspansji ludzkości w kosmosie. Kilka opowiadań jest ironicznych, humorystycznych, a nawet wręcz otwarcie prześmiewczych. Chociaż ich poziom jest zróżnicowany, to stanowią miłe urozmaicenie i wytchnienie od tych śmiertelnie poważnych, ale niekoniecznie udanych. W tym gronie wyróżnić

należy Nażartych Jerry’ego Oltiona. Niezły jest również tekst Paula Di Filippo, chociaż w jego dorobku znajdują się znacznie ciekawsze dokonania. Mało ekstremalne z dzisiejszego punktu widzenia, ale na pewno interesujące ze względów poznawczych, są trzy opowiadania mające już przynajmniej kilka krzyżyków na karku (rekordzistą jest tekst B. Vallance’a datowany na 1909 r.). Chociaż trącą myszką i nie prezentują żadnych nowatorskich rozwiązań, to pokazują, skąd wyewoluowały niektóre z popularnych w fantastyce wątków. Być może za kilkadziesiąt lat opowiadania uznawane obecnie za przełomowe będą traktowane tak samo? Nawet pomijając aspekt ekstremalności, tylko część tekstów można uznać za przynajmniej dobre. Niestety przeważająca większość z nich jest nie tyle zła, co raczej przeciętna i nijaka – w efekcie ich treść bardzo szybko ulatuje i pozostaje po nich zaledwie mgliste wspomnienie. Chociaż poruszana w antologii tematyka jest zróżnicowana, to godnych uwagi utworów, pozostających na dłużej w pamięci, jest około pięciu czy sześciu. Zamieszczone są w większości w drugim tomie. Do tego należy dodać jeszcze kilka lekkich i przyjemnych tekstów. W rezultacie można uznać, że mniej więcej połowa tekstów jest warta wysiłku i czasu włożonych w ich przeczytanie. Czy to wystarczający odsetek? Chyba tak, bo na rynku niewiele jest zbiorów, które oferują lepszy udział ciekawej prozy.

115 | nr 14 grudzień 2011 r.


Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy Sylwester Latkowski Piotr Pytlakowski

Tytuł: Wszystkie ręce umyte. Sprawa Barbary Blidy Autor: Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski Wydawnictwo: Muza 2010 Liczba stron: 259 Cena: 29,99 zł

Od śmierci Barbary Blidy minęły już ponad cztery lata. Zakończyły się postępowania sądowe, zarówno przeciwko pozostałym oskarżonym w jej sprawie, jak i przeciwko funkcjonariuszom i prokuratorom odpowiedzialnym za nakazanie i przeprowadzenie jej nieudanego aresztowania.

W środę 25 kwietnia 2007 roku, wcześnie rano, Barbara Blida, była posłanka na Sejm RP, była minister budownictwa, zginęła od postrzału z własnej broni, prawdopodobnie samobójczego. Autorzy książki – reportażu na temat tego wydarzenia – postawili sobie za cel zbadanie tego, co naprawdę się stało, jak i dlaczego

116 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

doszło do postanowienia o aresztowaniu byłej minister, i co mogło spowodować jej targnięcie się na własne życie. Podjęli także próbę analizy stanu polskiego wymiaru sprawiedliwości i czynności wykonanych w tej sprawie. Do pracy przystąpili, jak twierdzą, bez założonej z góry tezy. W piętnastu rozdziałach przedstawiono wydarzenia bezpośrednio i pośrednio związane ze śmiercią byłej posłanki, począwszy od jej biografii i przebiegu kariery poprzez opis sytuacji w kręgach władzy w Polsce roku 2007 aż do samego feralnego aresztowania i śledztwa, jakie następnie w celu jego zbadania przeprowadzono. Narracja jest, delikatnie mówiąc, chaotyczna. Skacze z rozdziału na rozdział po różnych tematach niezwiązanych ze sobą w żaden sposób, o ile nie zaakceptuje się a priori przewijającej się przez całą książkę i przewodzącej jej tezy (której autorzy rzekomo nie mieli, przystępując do pracy): za śmierć Barbary Blidy odpowiada, przynajmniej w sposób pośredni, ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, podlegli mu prokuratorzy i funkcjonariusze ABW oraz cały system polityczny IV RP. Nie jest to, na szczęście, jedyna teza całego reportażu, ale z pewnością dominująca. Równolegle zrealizowano film dokumentalny pod tym samym tytułem, który można było niedawno obejrzeć na kanale TVP. Nie pozostaje to bez wpływu na styl literacki utworu. Autorzy odczuwalnie lepiej dają sobie radę z językiem filmu, przez co te fragmenty książki, które nie są przytoczeniem czyjejś wypowiedzi w wywiadzie czy też podczas publicznego wystąpienia,

robią wrażenie sztucznych, napisanych do wygłoszenia przez filmowego lektora. Słabo wypada także praca autorów, jeżeli chodzi o samo uwiarygodnienie ich tez i zarzutów. Prawda, że dziś wiemy dużo więcej, niż oni przystępując do pracy. Dziś znane są już wyroki sądów, które nie dopatrzyły się w działaniach prokuratury i ABW znamion naruszenia prawa. Nie naruszył go także, zdaniem sądu, ówczesny minister sprawiedliwości. Na podstawie zeznań świadków, które obciążyły Barbarę Blidę, wydano wyroki skazujące w sprawach przeciwko innym osobom. Ci, którzy najzagorzalej wypowiadają się przeciwko czołowym politykom IV RP, to jednocześnie osoby bezpośrednio przez nich odsunięte od władzy lub pozbawione lukratywnych stanowisk. Wizja podsuwana przez Latkowskiego i Pytlakowskiego jest zwyczajnie zbyt nachalna, żeby przekonać nieprzekonanych. Z kolei z pewnością będzie to dobra pozycja dla już przekonanych, utwierdzająca ich w przekonaniu o nieprawidłowościach władzy PiS. Jednak najbardziej bolesny i prawdziwy wniosek płynący z książki to bezkarność służb aparatu sprawiedliwości (sic!) i ich wiernopoddańcze oddanie każdej aktualnej władzy. Przyjść mogą zawsze i po każdego, jak komentuje jedna z cytowanych w książce postaci.

117 | nr 14 grudzień 2011 r.


Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody Bill Bryson

Tytuł: Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody Autor: Bill Bryson Tłumacz: Tomasz Bieroń Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Cena: 35,90 zł Ilość stron: 360

Bill Bryson jest autorem książek podróżniczych i popularnonaukowych, który za swoje pisarstwo został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. Zwiedził i opisał już wiele. Na swoim koncie ma między innymi Zapiski z małej wyspy, Zapiski z wielkiego kraju czy Ani tu, ani tam. Europa dla początkujących i średnioza-

awansowanych. Tym razem wziął pod lupę Australię. W książce Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody w lekki i zabawny sposób stara się ją przybliżyć czytelnikowi, udowadniając, że ten ogromny kraj i jednocześnie kontynent jest prawie w ogóle nieznany. Bryson prezentuje przede wszyst-

118 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

kim odwiedzane przez siebie miejsca i spotkanych przy okazji ludzi, ale interesuje go także historia. Informacji szuka w różnorodnych publikacjach, o których chętnie wspomina. Widać wyraźnie, że dużo przeczytał, dużo wie i jest świetnie przygotowany do swojej podróży. Żeby jednak nie zanudzać, zasypuje czytelnika ciekawostkami i anegdotami, co zdradza, że jest nie tylko utalentowanym pisarzem, ale i gawędziarzem. Australia opisana jego piórem to kraj zarówno fascynujący, piękny i egzotyczny, jak też pełen zagrożeń. Na każdym kroku na nieuważnego i lekkomyślnego turystę czyhają liczne niebezpieczeństwa, najbardziej na świecie jadowite węże i pająki, trujące rośliny. Choć pisarz podaje wiele przykładów wypadków śmiertelnych, nie chce nikogo straszyć. Raczej ostrzega przed bezmyślnym podróżowaniem, szczególnie że nawet australijski klimat może stanowić poważne zagrożenie. Jego przestrogi niekoniecznie mogą zostać dobrze zrozumiane i poprawnie zinterpretowane, bo sposób, w jaki je przekazuje, kojarzy się raczej z zabawnymi historyjkami. Taka lekceważąca wobec wszelkich niebezpieczeństw postawa jest zresztą charakterystyczna dla samych Australijczyków, co początkowo dziwi autora i czego nie omieszkuje on odnotować. W Śniadaniu z kangurami… Australia jest nie tylko straszna, ale przede wszystkim śmieszna, ze swoimi paradoksami i absurdami, których mnóstwo jest na przykład w polityce. Przy okazji Bryson pokazuje też, w jak niewielkim stopniu informacje o tym, co dzieje się na najmniejszym kontynencie, docierają do USA, a zapewne do Polski tra-

fia ich jeszcze mniej. Wyraźnie kraj ten fascynuje pisarza, który zwiedza zarówno muzea, jak i nieprzyjazne dla człowieka okolice. Chce zobaczyć wszystko, co jest tego warte, i jak najwięcej opowiedzieć innym. Swoją podróż dzieli na trzy etapy, czemu odpowiadają kolejne rozdziały. Najpierw zwiedza tzw. outback, później część południową, a na końcu północ kraju. Krajobrazy są zachwycające, miasta czyste i przyjemne, a mieszkańcy kolejnych odwiedzanych miejsc podchodzą do podróżnika z uprzejmością i otwartością. Wszystko to sprawia, że Bryson zakochuje się w Australii i nie ukrywa tego przed czytelnikami. Zapewnia w tekście, że jeszcze będzie tam wracał. Największym atutem książki jest postawa autora, jego cięty język i autoironia, która jest cechą bardzo pożądaną, ale też niestety rzadko występującą u ludzi. Ten dystans do samego siebie sprawia, że czytelnik ma wrażenie, jakby śledził przygody sympatycznego, choć nieco niezdarnego turysty, zdanego na pomoc innych. Łatwo się jednak domyślić, że pisać w ten sposób potrafi tylko ktoś naprawdę inteligentny. Książka bez wątpienia zyskuje wiele dzięki takiemu podejściu, a sam Bryson jawi się jako osoba, w towarzystwie której na pewno nie można się nudzić, choćby kontakt z nim ograniczał się tylko do czytania jego książek.

119 | nr 14 grudzień 2011 r.


1812: Serce Zimy

Tytuł: 1812: Serce zimy Wydawnictwo: Telekomunikacja Polska S.A. 2011 Liczba stron: interaktywny audiobook Cena: 23,37 zł albo 12,18 zł (w zależności od sposobu płatności)

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że mało co może już nas zaskoczyć na rynku wydawniczym. Tymczasem jedną z najbardziej nieoczekiwanych i zarazem obiecujących premier tego roku, okazał się interaktywny audiobook zatytułowany 1812: Serce Zimy. To zupełnie nowa jakość na polskim rynku, w której niezwy-

kła opowieść i wartka akcja ożywają przed czytelnikiem (czy może raczej słuchaczem) dzięki głosom znanych aktorów. Jest to tak naprawdę połączenie najlepszych cech dostępnych na rynku od jakiegoś czasu audiobooków oraz gier paragrafowych (czytelnicy „Literadaru” mogli je poznać dzięki recenzjom cyklu Samotny

120 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

Wilk). Podobnie jak w każdym innym audiobooku poznajemy fabułę dzięki głosom profesjonalnych lektorów, jednak mamy również wpływ na to, jak się potoczy akcja opowieści. Równie niecodzienne są okoliczności powstania tej produkcji. W 2008 roku TP S.A. ogłosiła konkurs na fabułę komputerowej gry RPG. Wśród nagrodzonych prac znalazło się właśnie Serce Zimy autorstwa Macieja i Magdy Reputakowskich. Dopiero po trzech latach owoce tego konkursy mogły ujrzeć światło dzienne. 1812: Serce Zimy to opowieść, w której historia naszego kraju przeplata się z fantastyką i dawnymi słowiańskimi baśniami. Głównym bohaterem jest Korwin Giedyminowicz (głosu użycza mu Jacek

Kopczyński), weteran wojen napoleońskich i bohater spod Somosierry. Zmęczony wojenną tułaczką postanawia osiąść w rodzinnym dworze na Litwie, jednak nie dane mu będzie zaznać spokoju. Wkrótce zostaje zmuszony wyruszyć za armią cesarza na wschód w kierunku Moskwy, gdzie przyjdzie mu walczyć o odnalezienie bliskiej osoby. Sam główny bohater jest osobą nieprzeciętną. Stara legenda rodzinna mówi o tym, że Korwin jest potomkiem książęcego rodu, choć on sam nie chce dawać wiary „gadaniu starych bab”. Wkrótce jednak przekona się o tym, że dawne opowieści potrafią stać się niezwykle realne i jednocześnie bardzo niebezpieczne. Sama mroczna Pani Zimy zainteresuje się jego losem, a jej słudzy będą 121

| nr 14 grudzień 2011 r.


cały czas prześladować dzielnego Litwina. 1812: Serce Zimy jest jednak opowieścią interaktywną, dlatego też słuchacz będzie musiał wcielić się w postać Korwina i pokierować jego losem tak, by szczęśliwie dotarł do końca swojej wyprawy. Słuchacz od czasu do czasu ma możliwość wybrania odpowiedniej opcji dialogowej lub skierowania bohatera do kolejnej lokacji na mapie. Niejednokrotnie przyjdzie mu decydować o życiu i śmierci Korwina, bowiem zła decyzja może mieć katastrofalne skutki. Szczęśliwie nawet jeśli słuchacz podejmie tę niewłaściwą, zawsze można spróbować raz jeszcze. Należy pamiętać, że jest to de facto gra komputerowa (do uruchomienia aplikacji potrzebny jest komputer PC albo telefon z systemem Symbian, Android lub iOS), jednak różni się od tych, z którymi mamy do czynienia na co dzień. Audiogra nie jest rozbudowana graficznie, a wszelkie obrazy malowane są za pomocą narracji oraz odpowiednio dopasowanej oprawy dźwiękowej. To przed słuchaczem stoi zadanie wyobrażenia sobie wszystkiego, co spotyka głównego bohatera, przez co w Serce Zimy można grać nawet z zamkniętymi oczami. Niebagatelną rolę odgrywają tu malownicze opisy, świetna stylizacja na XIX-wieczny język oraz nawiązania do rodzimej literatury i historii. Wartkich dialogów słucha się naprawdę świetnie, a sama fabuła potrafi być zarówno zabawna, jak i przerażająca. Jednak nie zachwycałaby tak bardzo, gdyby nie świetny dobór aktorów, użyczających swoich głosów bohaterom opowieści. Oprócz wspomnianego już Jacka Kopczyńskiego w czasie gry usłyszymy Piotra Fronczewskiego, Jacka Mikołajczyka, Jarosława Bober-

ka czy Filipa Borowskiego, a także wielu innych aktorów dubbingowych. Całości dopełnia specjalnie przygotowana ścieżka dźwiękowa, która wprowadza słuchacza w klimat baśniowej przygody. 1812: Serce Zimy, można spokojnie postawić koło głośnych polskich produkcji audio, w rodzaju Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego. Co ważne, przed zakupem można spróbować, jak wygląda rozgrywka, za pomocą udostępnionej wersji demonstracyjnej programu. Zawiera one jedynie prolog, ale wystarcza on w zupełności, żeby zachęcić słuchacza do sięgnięcia po pełną wersję. Demo można pobrać z oficjalnej strony gry. Szkoda jedynie, że do ukończenia rozgrywki potrzeba jedynie kilku godzin spędzonych w mroźnych rosyjskich lasach w towarzystwie Korwina Giedyminowicza. Niestety słuchacz jak na razie nie dowie się, co spotka Litwina u kresu wyprawy – na to trzeba będzie poczekać do wydania kolejnych części gry. Nie spróbować zupełnie nowej jakości na polskim rynku będzie jednak grzechem, gdyż jest to produkt warty gorącego polecenia. Trzeba mieć nadzieję, że stanie się początkiem nowego gatunku intelektualnej rozrywki w Polsce, a nie tylko pojedynczą ciekawostką.

122 | nr 14 grudzień 2011 r.


123 | nr 14 grudzień 2011 r.

Odwiedź nas na facebooku!


Dane wrażliwe Ewa Nowak

Tytuł: Dane wrażliwe Autor: Ewa Nowak Wydawnictwo: Egmont 2011 Liczba stron: 208 Cena: 35 zł Twarda oprawa

Znacie to uczucie, gdy niewinne kłamstewko wymyka się wam spod kontroli? Nieoczekiwanie przybiera na sile, ogarnia coraz większą liczbę wtajemniczonych osób, zaczyna żyć własnym życiem, w końcu stajecie się wobec niego bezradni. Pozornie nieistotne zafałszowanie rzeczywistości przybiera efekt kuli śnieżnej.

Nieopatrznie wypowiedziane słowo rodzi kolejne kłamstwo i powoli, aczkolwiek sukcesywnie grunt usuwa się spod stóp. Czy chociaż raz pogubiliście się w świecie własnych konfabulacji? Świetnie! Zatem doskonale wiecie, co przeżywa główna bohaterka Danych wrażliwych, najnowszej książki Ewy Nowak.

124 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

Nina Petrykowska to pozornie niczym nie wyróżniająca się uczennica jednego z augustowskich gimnazjów. Na wskroś przeciętna i konwencjonalna. Nigdy ostatnia i nigdy pierwsza. Za wszelką cenę pragnie nieco ubarwić swoje życie emocjonalne. Zapewnia koleżankę z klasy, że ma chłopaka. Nieoczekiwane sprzężenie zbiegów okoliczności sprawia, że życie nastolatki dramatyzuje się, staje teatrem, a ona sama dostaje główną rolę w „spektaklu”. Cały Augustów jest bowiem przekonany, że w wypadku drogowym dziewczynka straciła swoją sympatię. Zdezorientowana nastolatka niczemu nie zaprzecza. Nina początkowo odgrywa swą rolę brawurowo, co więcej, zauważa, że wywoływanie poczucia litości przynosi jej coraz więcej korzyści – nagle staje się ważna dla koleżanek, które okazują jej wiele wsparcia, nauczyciele stają się łagodniejsi, nawet matka, z którą relacje pozostawiają wiele do życzenia, traktuje ją mniej oschle i obdarowuje szczątkami ludzkich uczuć. Bohaterka zapętla się w swych kłamstwach coraz bardziej. Co gorsza, przybrana poza zaczyna jej doskwierać, gdyż zupełnie przypadkowo dziewczyna się zakochuje. „Kłamstwo ma krótkie nogi” mówi przysłowie i życie zdaje się Ninie tę bezlitosną prawdę udowadniać. Głosem sumienia Niny staje się niepełnosprawna kuzynka, to ona, mimo że zamknięta w czterech ścianach, zdaje się rozumieć więcej niż inni. Jako jedyna bezbłędnie rozszyfrowuje zachowanie nastolatki, a motywy nieetycznego postępowania krewnej nie pozostają dla niej żadną zagadką. Za sprawą przenikliwości umysłu Justyny Nina musi zmierzyć się z jeszcze

jedną refleksją – czy to możliwe, żeby osoba przykuta do wózka inwalidzkiego znała życie lepiej niż jej najbliższe otoczenie? Czy perspektywa, z jakiej patrzymy na pewne rzeczy, wpływa na ich postrzeganie? Dane wrażliwe Ewy Nowak podają pod rozwagę czytelnika szereg istotnych problemów socjologicznych i psychologicznych: obłudę i kłamstwo szerzące się wokół nas, zanik więzi interpersonalnych, czcze frazesy imitujące szczere emocje, grę pozorów obecną w naszym postępowaniu, a także uczynienie determinantą naszych zachowań troski o dobrą opinię wśród innych. Czytając tę książkę, nie raz będziemy się zastanawiać, czy aby na pewno nie jesteśmy zbyt krytyczni w stosunku do innych, a nadto pobłażliwi wobec własnej osoby? Przewracając ostatnią stronę, zapytamy siebie, nie dowierzając: czy można komukolwiek zaufać w tym świecie pełnym fałszu?

125 | nr 14 grudzień 2011 r.


Kraken China Miéville

Tytuł: Kraken Autor: China Miéville Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2011 Liczba stron: 620 Cena: 39,90 zł

W początkach swojej twórczości China Miéville kojarzony był przede wszystkim z nurtem new weird, którego zresztą był jednym z czołowych i uznawanych twórców. Jednakże od kilku lat jest widoczny wyraźny zwrot w jego twórczości: poczynając od utworów zebranych w W poszukiwaniu Jake’a i innych opowiadaniach,

teksty brytyjskiego pisarza stały się mniej oderwane od rzeczywistości. Kraken, podobnie jak wcześniejsze Miasto i miasto, jest już niemal klasycznym urban fantasy z dobrze rozwiniętym wątkiem kryminalnym. Elementy nadnaturalne w powieści pojawiają się dosyć późno, ale nie są przez to łagodnie wprowadzone. To,

126 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

co pierwotnie wydawało się jedynie dziwną kradzieżą wypreparowanego krakena z muzeum, w pewnym momencie staje się dla bohatera podróżą przez Londyn, którego nie był świadom. Magia, kultyści i dziwne istoty otaczają go z każdej strony, a gdzieś na horyzoncie czai się apokalipsa. Niestety wizja przedstawiona przez Miéville’a jest porywająca jedynie momentami. W ogólnym obrazie nie widać nowatorskiego podejścia do tematu – cechy, która do tej pory wyróżniała jego utwory. Zamiast tego jest kompilacja wątków i pomysłów obecnych w literaturze już od jakiegoś czasu. Oczywistym skojarzeniem jest Nigdziebądź Neila Gaimana, chociaż Kraken jest napisany z większym rozmachem. Miéville starał się jednocześnie stworzyć dynamiczną, pełną akcji fabułę, lecz zamiar ten udał mu się jedynie połowicznie. Podobnie jak we wcześniejszych książkach, tak i tutaj najgorzej wychodzą mu właśnie te elementy. W efekcie, zamiast fabuły trzymającej w napięciu, otrzymujemy chaotyczną gonitwę, w której główny cel niknie z oczu (lepiej w tym zakresie, stosując podobne zasady kreacji świata przedstawionego, poradziła sobie Kate Griffin w cyklu o Matthew Swifcie). Wydaje się, że po raz kolejny brytyjskiego pisarza pokonała forma powieściowa; nie udało się stworzyć spójnej konstrukcji dzieła i umiejętnie spleść wątków. Pozytywów można doszukiwać się na poziomie detali i drobnych smaczków. Miéville jest pisarzem pomysłowym, więc w książce znajduje się wiele szczegółów potrafiących oczarować czy rozbawić. Bez wątpienia podnosi to ocenę Krakena, ale nie może stanowić czynnika przykuwającego

czytelnika do lektury. Na plus należy również zaliczyć ograniczenie – w porównaniu na przykład z będącą niemal manifestem Żelazną Radą – lewicowej wymowy utworu. Poza nielicznymi przypadkami Miéville powstrzymuje się przed jawną agitacją i dosłownym przedstawianiem swoich poglądów (co zresztą wypada słabo), a bardziej skupia się na przekazaniu ich między wierszami. W zamian autor oferuje intrygujące rozważania na temat natury wiary. W książce nie tylko czyny mają znaczenie; już same intencje wpływają na rzeczywistość. Powieść jest doskonałym przykładem na to, że połączenie teoretycznie chwytliwych elementów nie zawsze daje w rezultacie zadowalającą całość. Literatura nie jest prostą sztuką, a granica pomiędzy pozycją udaną a przeciętną jest czasami bardzo cienka. Miéville’owi nie udało się jej przekroczyć i stworzyć dzieła, które porwałoby czytelnika. Mimo kilku interesujących aspektów więcej powoduje frustracji niż zadowolenia z lektury. W efekcie, zamiast porywającego urban fantasy z sensacyjną fabułą, czytelnik otrzymał powieść przekombinowaną i, mimo swego dynamizmu, długimi fragmentami nudną. Między innymi dlatego, że (poza samym początkiem) zabrakło klimatu tak charakterystycznego dla opowiadań tego autora, obecnego też w jego poprzedniej książce.

127 | nr 14 grudzień 2011 r.


Lucyfer: Exodus Scenariusz: Mike Carey Rysunki: Peter Gross, Ryan Kelly

Tytuł: Lucyfer: Exodus Scenariusz: Mike Carey Rysunki: Peter Gross, Ryan Kelly Tłumaczenie: Paulina Braiter Wydawca: Egmont Polska 2011 Liczba stron: 168 Cena: 59,99 zł

Cykl Lucyfer dotarł już do etapu „telenowelowości” właściwego wielu serialom telewizyjnym. Na przestrzeni kilku „sezonów” (tutaj: albumów) w serii zaprezentowała się okazała galeria postaci, którym autorzy poświęcają teraz odpowiednią ilość „czasu antenowego” (tutaj: powierzchni planszy). Drużyna, którą

w poprzednich sześciu tomach zebrał Gwiazda Zaranna, jest przy tym na tyle zdywersyfikowana, że może brać udział w przygodach o różnorodnym charakterze. Jest więc i śmieszno, i straszno. Na początku raczej śmieszno. „W poprzednim odcinku” Bóg opuścił swój tron, a wśród aniołów i innych

128 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

nadprzyrodzonych istot zapanował zamęt. Część z nich, w tym dwa groteskowe demony, Gyges i Garamas, ma chrapkę na wskoczenie w buty Wszechmogącego. Przypominające Flipa i Flapa monstra zmierzają kursem kolizyjnym na Srebrzyste Miasto, co zmusza Lucyfera do interwencji. Nawet on, choć jest wrogiem skostniałego porządku, nie jest skłonny zaakceptować tak absurdalnej hierarchii. Obawia się też, że do podobnej sytuacji może dojść w rzeczywistości, którą sam stworzył. Postanawia usunąć z niej wszystkich bogów i demony, którzy tam się schronili. Ten wątek owocuje kilkoma konfrontacjami pomiędzy istotami, które nie chciały dobrowolnie wziąć udziału w exodusie, a sługami Lucyfera. Prawdziwą ozdobę tomiku stanowią jednak epizody z udziałem Thole, pokracznego stwora tkającego konstrukcje z nasyconego emocjami myśloszkła. Cel: uwiedzenie samicy. Przeszkoda: niekochany przez rodziców Martin. Chłopiec przez przypadek trafia do jego siedziby i między dwoma jakże odmiennymi istotami zaczyna się tkać nić przyjaźni. Krótka opowieść stanowi zamkniętą całość, ale – zgodnie z „serialową” logiką – Martin prawdopodobnie dołączy do obsady w kolejnych odcinkach. Lucyfer to naturalny spadkobierca Sandmana, tam jego gwiazda zalśniła po raz pierwszy. Nie czyni to oczywiście Mike’a Careya drugim Neilem Gaimanem. Pod względem treści filozoficznych czy mistyki cykl Careya to raczej Sandman w wersji light, nie roszczący sobie pretensji do zapewniania czegoś więcej poza rozrywką na wysokim poziomie. Odpowiada temu styl rysunku Petera Grossa i Ryana Kelly’ego

– przejrzysty, sam w sobie nie stanowiący wyzwania w odbiorze. Lucyfer: Exodus jest jak stary, dobry znajomy tasiemiec. Niczym nie zaskakuje, ale i nie sprawia niespodziewanej przykrości. Świetnie sprawdza się jako wypełniacz wieczoru, przy którym lubimy spędzić kilka chwil. A potem tylko czekać na nowy sezon. 129

| nr 14 grudzień 2011 r.


Szare śniegi Syberii Ruta Sepetys

Tytuł: Szare śniegi Syberii Autor: Ruta Sepetys Tłumaczenie: Joanna Bogunia i Dawid Juraszek Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 2011 Liczba stron: 328 Cena: 44,90 zł Oprawa twarda

Wyobraź sobie, że jest środek nocy. Nagle budzi Cię głośne walenie do drzwi. Do Twojego domu wpadają żołnierze i dają Ci chwilę na spakowanie się. Od tego, co weźmiesz, będzie zależało Twoje życie. Prawie wywlekają z domu Ciebie i Twoją rodzinę. Nie wiesz, gdzie was wiozą i dlaczego. Pakują do pociągu pełnego

przerażonych ludzi. Zaczyna się dramatyczna podróż w nieznane. Trudno nam wyobrazić sobie taką sytuację, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu taki los spotkał wiele tysięcy ludzi, nie tylko Polaków, choć właśnie ich historie są nam najbliższe. Deportacje na Syberię skazanych na podstawie słynnego artykułu 58. ra-

130 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

dzieckiego kodeksu karnego zaczęły się 14 czerwca 1941. W ciągu kilku dni wywieziono około osiemnastu tysięcy osób. Jedną z takich historii opowiada Ruta Sepetys w Szarych śniegach Syberii. Piętnastoletnia Lina przeżyła to wszystko: walenie do drzwi, pakowanie, pociąg. Zamiast bochenka chleba do walizki włożyła szkicownik. Ten chleb jeszcze długo będzie ją prześladował. Ona, jej młodszy brat Jonas i ich matka od tej pory będą musieli walczyć o przeżycie. Spędzą w dusznym i ciasnym wagonie sześć tygodni, po czym trafią do obozu pracy, gdzie będą zajmować się między innymi uprawą ziemniaków. Ale celem podróży, która potrwa dokładnie czterysta czterdzieści dni, będzie Trofimowsk na Syberii. Przez cały ten czas rodzina Vilkasów będzie próbowała zachować w tych warunkach człowieczeństwo, nie dać się złamać okrutnemu systemowi. Lina od obozowej codzienności będzie uciekać w sztukę – węglem na papierze będzie dokumentować swoje życie. Szare śniegi Syberii przedstawiają poruszającą historię, gdzie strach i okrucieństwo mieszają się z nadzieją, a jutro jest tak niepewne. Wydaje się to naprawdę dobrym materiałem na poważną książkę. Jednak w wykonaniu Ruty Sepetys jest to raczej książka dla młodzieży. Obozowy świat poznajemy bowiem oczami Liny, trochę rozpieszczonej nastolatki, której zachowanie i narracja sprawiają czasem wrażenie, jakby była jeszcze młodsza. Fabuła, zachowanie bohaterów, wszystko w tej książce jest nieco naiwne. Rzeczywistość podróży i obozu jest opisana powierzchownie. Owszem, jest praca ponad siły, jest okrucieństwo żołnie-

rzy, ale w tym obozie nie zdarzały się gwałty czy zdrady. Jest tylko jeden wątek, który w dość zawoalowany sposób przedstawia ten problem, gdzie matka zostaje kochanką jednego z żołnierzy, by chronić syna. Naiwne są też niektóre wydarzenia. Dziewczynka, która krzyczy w twarz żołnierzowi, jak bardzo go nienawidzi, i po prostu odchodzi – czy coś takiego naprawdę mogłoby się wydarzyć w radzieckim obozie pracy na Syberii? Czytelnika, zwłaszcza znającego inne powieści obozowe, mogą też irytować komentarze głównej bohaterki, na przykład gdy przyjeżdżają do pierwszego obozu pracy i na wiadomość, że jej pracą będzie hodowla buraków, mówi: „A ja nienawidzę buraków”. Jak mała, obrażona dziewczynka. Jednak mimo tych niedociągnięć trzeba przyznać, że Szare śniegi Syberii czyta się jednym tchem. Autorka nie pozwala sobie na dłużyzny, dzięki czemu akcja nie traci tempa. Dobrze jest też poprowadzony wątek przyspieszonego dorastania Jonasa. Zaletą powieści są też wielowymiarowe postacie, Sepetys pokazuje, że nie zawsze dobry jest dobry, a zły jest zły. Nie każdy żołnierz był okrutny i czerpał satysfakcję z tego, co robił. Na uwagę zasługuje również staranne wydanie powieści: twarda okładka oraz mapy ukazujące drogę, jaką przebyła rodzina Vilkasów z Kowna do Trofimowska. Wieczór z tą książką nie będzie wieczorem zmarnowanym. Czasem się wzruszymy, może nawet uronimy jakąś łezkę. Ale nie spodziewajmy się, że będzie to powtórka z Innego świata.

131 | nr 14 grudzień 2011 r.


Łowcy głów Robert Ziółkowski

Tytuł: Łowcy głów Autor: Robert Ziółkowski Wydawnictwo: Zysk i s-ka 2011 Liczba stron: 328 Cena: 35,00 zł

W zamierzchłej przeszłości minionego systemu istniał gatunek literacki rynsztokowej proweniencji, zwany powieścią milicyjną. W plugawych historyjkach, ociekających przemocą, seksem i uwielbieniem dla dzielnej władzy ludowej, bohaterem był funkcjonariusz MO, a pogardzanym i niesmacznym anta-

gonistą element, żulia, margines lub prywatna inicjatywa. PRL przeminął, ale jego echa wciąż gdzieś tłuką się w serduszkach co poniektórych. Musi, że i pan pisarz Robert Ziółkowski z sentymentem wspomina stare, dobre czasy, ponieważ debiutuje literacko powieścią właśnie spod tego szyldu wyrwaną. Co prawda umieszcza akcję

132 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

swego dzieła w czasach współczesnych, ale z pozostałymi składowymi linii programowej tańczy piękne, zgodne tango. Cóż takiego (według Barańczaka, Martuszewskiej i Jastrzębskiego) konstytuuje powieść milicyjną? Po pierwsze – kreacja głównego bohatera, detektywa-milicjanta. U Ziółkowskiego w każdym opowiadaniu jest zawsze jeden ważny, dzielny i prawy. Z wątpliwościami, ale i kryształowym charakterem. Z życiem złamanym, ale tym prywatnym, bo w ramach służby – as. Co dalej? Niski poziom literacki połączony z przerostem funkcji perswazyjnej. Zaglądamy do Łowców głów – i bomba! Jest, jak byk! Konstrukcja zdań na poziomie średnio rozgarniętego gimnazjalisty! Pióro lekkie jak pięść doświadczonego funkcjonariusza prewencji. Fabuły lotne niczym umysł krawężnika po ośmiu godzinach awantur domowych, zwożenia pijaczków do wytrzeźwiałki i interwencji przy skoku na osiedlowy warzywniak. Rozbierzmy, dla przykładu, pierwszą nowelkę. Wsiowy pijak, Zbyszek, idzie odwalić szwagierkę i jej gacha za podburzanie żony. Załatwia oboje, po czym polskim obyczajem ucieka do lasu. W międzyczasie Dzielna Policja rusza jego śladem, wykorzystując zbysiowego kumpla – sprzedajnego Wicherka. Pisarz odmalowuje nam stosunki w lokalnym komisariacie w Pleszewie, układy w Komendzie Powiatowej, a także wprowadza w historię kulisy działania Zespołu Poszukiwań Celowych. Nie waha się wspomnieć, że prywatnym hobby jednego z policjantów była historia Wielkopolski, z której terenu podania i legendy ów niezmordowanie studiował, w przerwie między

rozmyślaniami o byłej żonie i dorastających córkach. W końcu jednak autor łaskawie wraca do akcji, doprowadza do spotkania Zbigniewa z policją, które kończy się dlań wynikiem zero do jednego. I tyle. Człowiek ogląda w telewizji CSI, Dextery, ba, nawet durnych Policjantów z Miami i chciałby zobaczyć coś w ten deseń: praca dochodzeniowa, tropy, ślady. Ale nie, po co? Lepsze są durne wyliczanki, kto kogo na komendzie ma w kieszeni i którą posterunkową posuwa. Do tego nieudolne próby pogłębienia rysu psychologicznego postaci, spalone tak, jak fabuła. Parafrazując Lenina – im dalej, tym gorzej. Ciężko w to uwierzyć, ale dwa kolejne opowiadania są gorsze niż tekst otwierający. To, co Ziółkowski serwuje nam nakładem Zyska, to żenująca podróba literatury. Cherlawa stylistycznie, nudna i wybrakowana, udaje, że da się ją czytać. Przebijanie się przez kolejne strony wywołuje uczucie (w zależności od nastroju czytelnika), albo oglądania pijanych małp na łyżwach, albo bardzo nieprzyjemnej wizyty u dentysty. Zmuszanie kogokolwiek do przeczytania tego gniota powinno być karane zgodnie z Konwencją Genewską. I na koniec przyjacielska rada – pisarzu Ziółkowski, literatura nie idzie, może wędkowanie będzie lepszą opcją na spędzenie sytej policyjnej emerytury?

133 | nr 14 grudzień 2011 r.


Sekretna córka Shilpi Somaya Gowda

Tytuł: Sekretna córka Autor: Shilpi Somaya Gowda Tłumaczenie: Natalia Charitonow Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011 Liczba stron: 408 Cena: 34,00 zł

Stany Zjednoczone i Indie dzielą nie tylko tysiące kilometrów, ale także olbrzymie różnice cywilizacyjne. Czy jest zatem możliwe połączenie dwóch odległych od siebie światów? W Sekretnej córce dochodzi do konfrontacji pomiędzy bezpiecznym i demokratycznym Zachodem a skomplikowaną, patriarchalną kulturą

Wschodu. Autorce udało się opisać problem globalnej wioski na przykładzie historii małżeństwa z Ameryki i indyjskiej rodziny, nieświadomie połączonych osobą małej, uroczej dziewczynki – Ashy. Na pierwszy plan wysuwają się losy dwóch kobiet: Kavity oraz Somer. Wokół nich osnute są wątki fa-

134 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

bularne książki. Bohaterki powieści poznajemy w trudnym dla nich momencie życia. Ta pierwsza odczuwa wyrzuty sumienia z powodu oddania nowo narodzonego dziecka do sierocińca, a na dodatek zmaga się z życiem w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Somer cierpi z powodu bezpłodności. Kolejne poronienia doprowadzają ją do depresji. W końcu – mimo wątpliwości – przystaje na propozycję męża i adoptuje dziewczynkę z bombajskiego sierocińca. W tej traumatycznych chwilach obie pozostają same i bezbronne. Mężowie, chociaż próbują pomóc i podzielają ich ból, to jednak nie są w stanie w pełni ich zrozumieć i wesprzeć. Zaistniała sytuacja odwraca pojęcie cudu narodzin, przekształcając je w tragiczne wydarzenie, a głównym motywem Sekretnej córki stają się macierzyństwo i wszelkie trudy z nim związane. Wątek rodzicielstwa pojawia się wielokrotnie, stanowiąc spoiwo całej fabuły. Mocną stroną powieści jest wierne odwzorowanie realiów indyjskiej biedy. Szczegółowe, niekiedy bardzo dosadne, opisy przedmieść Bombaju ukazują trudy codziennego życia, które sprowadza się do walki o przetrwanie. Miliony osób, szukając szczęścia, ugrzęzło w przeludnionych slumsach, w których roi się od chorób, patologii oraz przestępstw. Pisarka mająca indyjskie korzenie czerpie z własnych doświadczeń, co przydaje powieści wiarygodności i pozwala zaznajomić się z niewyobrażalnie trudną sytuacją tamtejszych kobiet, od narodzin poprzez wszystkie etapy życia. Jednakże Indie to również barwna i bogata kultura, co także zostało skwapliwie opisane. Poruszanie się po orientalnym świecie

ułatwia zamieszczony na końcu książki słowniczek wyrazów w hindi, którymi jest ona naszpikowana. Wartości książce dodaje rozwiązanie konstrukcyjne prowadzonej akcji. Każdy rozdział to na przemian jeden wątek z życia Somer i Kavity. Tego typu układ nadaje jej płynność i dynamizm, a także sprawia, że Sekretną córkę czyta się błyskawicznie i z przyjemnością. Niestety, w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że autorka zbyt lukruje opowieść, nie do końca trzymając się obranej konwencji. Rozpoczyna od mocnego uderzenia i długo nie spuszcza z tonu. Im bliżej finału, tym napięcie opada, a niektóre rozwiązania fabularne przywodzą na myśl kiepską grecką tragedię lub film rodem z Bollywood. Rozwiązanie akcji na zasadzie deus ex machina ociera się o banał i tym bardziej uświadamia, że jest to tylko literacka fikcja. Trwająca dwadzieścia pięć lat historia (czytelnik śledzi losy Ashy od jej narodzin) może mieć odcień symboliczny i oznaczać, że dopiero nowe pokolenie jest w stanie zrozumieć dokonujące się we współczesnym świecie zmiany. To za sprawą młodej dziewczyny dochodzi do porozumienia między Somer i rodziną jej męża. Pisarce udało się połączyć dwie skrajne kultury, jednocześnie pokazując, że miłość macierzyńska na każdej szerokości geograficznej jest na tyle mocna, iż potrafi przekroczyć wszelkie granice.

135 | nr 14 grudzień 2011 r.


Pod jednym dachem, pod jednym niebem Stanisława Fleszarowa-Muskat

Tytuł: Pod jednym dachem, pod jednym niebem. Autor: Stanisława Fleszarowa-Muskat Wydawnictwo: Świat Książki 2011 Stron: 280 Cena: 32,90 zł

Od jakiegoś czasu na księgarnianych półkach zaczynają pojawiać się wznowienia powieści polskich autorów, tych kiedyś lubianych, a dziś już nieco zapomnianych – i to jest dobre przedsięwzięcie. Dzięki takim reprintom połączonym z całkiem niezłą kampanią reklamową pisarze „zmartwychwstają” w świadomości czytelniczej, a ich twórczość może zostać odczytana zupełnie

inaczej przez współczesną krytykę literacką. Do tych „wskrzeszonych” twórców zaliczają się na przykład Maria Rodziewiczówna (reklamowana obecnie jako „polska Jane Austen”) czy Tadeusz Dołęga-Mostowicz (którego powieści są teraz opatrzone atrakcyjnymi filmowymi okładkami). W ten szereg można wpisać również Stanisławę Fleszarową-Muskat – ponowne wydanie Pod jed-

136 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

nym dachem, pod jednym niebem stanowi doskonałą okazję do zapoznania się z jej dorobkiem albo po prostu odkrycia go na nowo. Akcja tej powieści obejmuje zaledwie jeden dzień z życia rodziny Wysoczarskich i ich przyjaciół. Oto wszyscy gromadzą się przy rodzinnym stole, aby świętować jubileusz – czterdziestą rocznicę ślubu Wiktora i Karoliny. Uroczystość toczy się wedle ustalonych reguł i jest wypełniona konwenansami. Wszyscy gładko wchodzą w swoje role oddanych żon, wzorowych matek, rozsądnych córek, mądrych synów czy troskliwych przyjaciół. Jednak Fleszarowa-Muskat bezlitośnie obnaża drugie dno tej pozornie idealnej, świąteczno-rodzinnej rzeczywistości. Bohaterowie „wchodzą w rolę”, bo właściwie każda z osób zgromadzonych w domu Wysoczarskich w pewnym sensie gra – grą są wymuszone uśmiechy, taktowne uwagi, konwencjonalne rozmowy. Równocześnie każda z tych osób rozlicza się w myślach ze swoim życiem, obnażając niepokonane traumy, niewypowiedziane pretensje, głęboko skrywane grzechy, próżne nadzieje i starannie maskowane życiowe rozczarowania. Dzięki retrospekcjom, na jakie pozwala sobie każdy z bohaterów, czytelnik przenosi się ciągle w przeszłość, a spektrum problemowe powieści staje się znacznie szersze. Trudne, kontrowersyjne wybory, zdrada małżeńska, starość, samotność, niespełnienie ambicji, śmierć najbliższych, ciężkie rozstania i jeszcze trudniejsze powroty, a wreszcie możliwość naprawienia błędów – to tylko niektóre z kwestii poruszonych w tej powieści. Fleszarowa-Muskat miała niewątpliwy talent pisarski, czego Pod jednym dachem, pod jednym niebem jest najlepszym przykładem. Powieść jest świetna (żeby nie powiedzieć:

doskonała) pod względem konstrukcyjnym – retrospekcje nie tylko wzbogacają portrety postaci i demaskują złudzenia, jakim ulega również czytelnik (na przykład okazuje się, że małżeństwo jubilatów wcale nie było takie idealne, jak utrzymują goście, o tym można się dowiedzieć tylko z przemyśleń Wiktora i Karoliny), ale również są płynnie wpisane w samą akcję. Nie ma wrażenia „zgrzytów” i niepotrzebnego rozbijania toku akcji. Jednak podstawową zaletą tej prozy pozostają postaci – każda inna, każda wyjątkowa, ale każda pełnokrwista. Tu nie ma bohaterów czarnobiałych. Karolina grająca rolę idealnej żony ciągle żyje w cieniu swojej poprzedniczki, jej nieprzystępna teściowa męczy się w samotności, ustabilizowany, rzekomo szczęśliwy Wiktor nie potrafi zapomnieć o przeszłości. Nawet poczciwa babka Izabelka ma grzechy na sumieniu. Może dlatego każda z osób zasiadających przy świątecznym stole rodziny Wysoczarskich jest tak przekonująca i wiarygodna psychologicznie. Wydaje się, że współcześnie mało jest takich książek, które łączyłaby w sobie wszystkie istotne elementy naprawdę dobrej powieści obyczajowej: ciekawą akcję, perfekcyjny psychologicznie rysunek postaci, konstrukcję bez zarzutu, uniwersalną – a zatem jednocześnie ciągle modną dla literatury – tematykę, niebanalność oraz potoczysty styl. Pisarka nie tylko świetnie zespoliła te elementy, ale również doskonale wyważyła. Okazuje się, że warto sięgnąć po niektóre nieco zakurzone dzieła zapomnianych polskich prozaików – wśród nich mogą przecież kryć się prawdziwe perły. Pozostaje mieć nadzieję, że wydawcy szykują czytelnikom jeszcze więcej tak udanych wznowień. 137

| nr 14 grudzień 2011 r.


Zamiast papierosów Renate i Georg Lehmacher

Tytuł: Zamiast papierosów Autor: Renate i Georg Lehmacher Tłumaczenie: Agnieszka Haas Wydawnictwo: SEMEN 2010 Liczba kart: 40 Cena: 12,00 zł Tytuł: Zamiast czekolady Autor: Jutta Oster Tłumaczenie: Agnieszka Haas Wydawnictwo: SEMEN 2004 Liczba stron: 79 Cena: 14,00 zł Tytuł: 365 dni dla ciebie Autor: Achim Hermeth Wydawnictwo: SEMEN 2010 Liczba stron: 367 Cena: 24,99 zł

Zamiast czekolady Jutta Oster

365 dni dla ciebie Achim Hermeth

Cechą wyróżniającą książki wydawnictwa Semen są przede wszystkim projekty graficzne i kształty okładek, które nawiązują wdzięcznie do poruszanej w nich tematyki. Dla przykładu okładka Zamiast czekola-

dy przypomina rozpakowaną tabliczkę czekolady, skojarzenie to wzmacnia zbliżony do niej kształt i wielkość publikacji. Niektóre z pozycji oferowanych przez wydawnictwo ciężko w ogóle nazwać książkami.

138 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

Omawiane pozycje mają jedną wspólną cechę – wszystkie są zbiorami cytatów, rad lub myśli, które zasadniczo mają pomóc człowiekowi w odnalezieniu radości życia. W Zamiast papierosów, stylizowanej na paczkę papierosów, znajduje się czterdzieści kart pogrupowanych tematycznie. Spektrum tematów rozciąga się od wdzięczności poprzez aktywność, relacje z innymi, a kończy się na pogromcach stresu. Każda karta mówi nam, co zrobić, by żyć szczęśliwie. Choć rady te wydają się na pierwszy rzut oka banalne, zastosowanie ich w praktyce może przynieść wiele korzyści. Wyrobienie w sobie umiejętności dostrzegania piękna otaczającego nas świata (np. wschodu i zachodu słońca), otwarcie się na nowe znajomości, znalezienie odrobiny czasu dla samego siebie – to tylko kilka przykładów zmian, które mogą sprawić, że zaczniemy czerpać z życia pełnymi garściami. Jutta Oster w Zamiast czekolady stara się w wieloaspektowym ujęciu opisać, co daje nam szczęście. I znów okazuje się, że najwięcej radości mogą sprawić zwykłe codzienne czynności, jak na przykład nieplanowane spotkanie z przyjaciółmi czy czas poświęcony książce. Autorka przypomina, że szczęście można osiągnąć na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest przyjemność dostarczana zmysłom – pyszne danie, piękny widok, relaksujący masaż – niby nic, a jednak tak wiele. Oprócz cennych wskazówek, dzięki którym można świadomie szukać szczęścia znajdującego się na wyciągnięcie ręki, książka zawiera także liczne cytaty przedstawiające w lapidarny sposób różne prawdy dotyczące szczęścia, jak choćby tę, iż „największe szczęście to

uszczęśliwiać innych” (Theodor Fontane). Wśród publikacji wydawnictwa Semen nie brak też i takich, które skłaniają do głębszej refleksji. Przykładem może być 365 dni dla ciebie. Jak można wywnioskować z tytułu, jest to zbiór cytatów na każdy dzień roku. Już pobieżne przekartkowanie książki pozwala przekonać się, że nie zostały tu zebrane zabawne i lekkie cytaty ze starego kalendarza, lecz raczej, co obiecuje także pieczątka na okładce, myśli nieprzeciętne. Wybrane cytaty skłaniają do głębszej refleksji, a „przetrawienie” ich treści zajmuje czasem zdecydowanie więcej niż jeden dzień. Pewnym mankamentem może być brak informacji o źródłach cytatów. Być może osadzenie niektórych wypowiedzi w szerszym kontekście ułatwiłoby ich zrozumienie. Omawiane książki stanowią niewątpliwie oryginalną ofertę na polskim rynku wydawniczym. Zbiory cytatów nie są niczym nowym, jednakże forma wydania i szata graficzna zasługują na uwagę. Warto też pamiętać, że trudno ustalić obiektywnie zawartość publikacji tego rodzaju, gdyż zależy ona każdorazowo od czytelnika, jego wiedzy, przeżyć i dotychczasowych doświadczeń, które warunkują subiektywne zrozumienie treści.

139 | nr 14 grudzień 2011 r.


Historia mojego (nie)ciała. Pozbierać się po anoreksji Karolina Otwinowska

Tytuł: Historia mojego (nie)ciała. Pozbierać się po anoreksji Autor: Karolina Otwinowska Wydawnictwo: Świat Książki 2011 Liczba stron: 240 Cena: 29,90 zł

Z książkami takimi, jak Historia mojego (nie)ciała Karoliny Otwinowskiej, jest zawsze pewien problem. Z jednej strony – to pamiętnik, więc ocenić go można tylko pod względem literackości rozumianej jako zbiór zasad poetyki. Z drugiej – wydany w formie książki staje się tym, co podlega dyskusji również na

poziomie fabularnym. Można więc pokusić się o refleksję nad obiema warstwami, ale pewne jest, że któraś z nich ucierpi. Pamiętnik Otwinowskiej to twór, który powinien albo pozostać w swojej pierwotnej formie – w pięknym notesie na dnie szuflady, albo zmienić się w zbeletryzowaną opowieść o trudach zmagań z

140 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

zaburzeniami anorektyczno-bulimicznymi. Choć byłaby zapewne wtórna, wydaje się, że w takiej formie stałaby się bardziej przystępna. Z kolei forma, na którą zdecydowała się Otwinowska, zdusiła temat w zarodku, pogubiła się między relacją i literaturą faktu a beletrystyką. W rezultacie ta książka pozostaje historią młodej dziewczyny, która dzieli się swoim doświadczeniem z walki z chorobą, nieco nużącą opowieścią o manii liczenia kalorii, braku akceptacji dla swojego ciała i zmaganiach z płatającą figle psychiką. Otwinowska opowiada, jak zaczął rodzić się w niej lęk przed jedzeniem, jak doprowadziła swój organizm na skraj wyczerpania i jak ciężko było jej się przyznać do choroby, a jeszcze ciężej powrócić do normalności. Z uwagi na fakt, iż historia jest prawdziwa, opowiada o okrutnej, wyniszczającej i śmiertelnej chorobie, z góry trzeba założyć, że książka będzie wstrząsająca i nie należy jej potępiać – wszak dziewczyna wygrała (choć nie da się tego z pełnym przekonaniem powiedzieć) walkę z chorobą, a te zapiski mogą być przestrogą dla innych. Heroiczne zmagania zasługują na pochwałę, ale ich zapis jest już mniej przekonujący. Ciągłe wahania, niezdecydowanie, wielokrotne powtarzanie jednego i tego samego sprawia, że książka – zamiast robić wrażenie – wydaje się dłużyć w nieskończoność, nie wnosząc nic nowego poza suchymi faktami, że „anoreksja/bulimia to pewna śmierć”. Nie przekonuje też łatwość, z jaką dziewczyna nazywa ludzi przyjaciółmi i jak bardzo lubi o tym mówić. Również zdjęcia, jakimi opatrzona jest książka, nie są zanad-

to interesujące, niby odwołują do treści, ale może jednak podświadomie czytelnik bardziej oczekiwałby zdjęć wychudzonego, wyniszczonego chorobą ciała, które dałyby mu do myślenia? Fakt, że książka jest napisana dobrze pod względem literackim – piękny, bogaty język i błyskotliwe uwagi – ma wpływ na postrzeganie jej niezgodnie z zamysłem, w jakim została ona stworzona. Czyta się z żalem, bo z takimi pisarskimi umiejętnościami autorka mogła stworzyć piękną powieść, która zdecydowanie silniej oddziaływałaby na emocje, z ciekawą, zagubioną bohaterką, z upersonifikowaną chorobą. A tak niestety trzeba się zadowolić suchą historią, wspomnieniami, niby „ładnie napisanymi”, ale wywołującymi poczucie niedosytu i – paradoksalnie – przegadania. Mogła to być solidna dawka otrzeźwienia, pokazująca, że chorobliwe dbanie o wagę – na przykład mierzenie obwodu truskawki – może doprowadzić do prawdziwej psychozy. Tak się nie dzieje. Autorka w sposób nie do końca umiejętny przedstawia swoją chorobę – żadnych wstrząsów, żadnych silniejszych wrażeń, co sprawia, że w zasadzie jej zaburzenia jawią się jako zwykła, porównywalna do migreny choroba, która może nie jest łatwa do przezwyciężenia, ale z pewnością nie jest też jakimś koszmarem. Oczywiście – nie można zawsze nastawiać się na dawkę najsilniejszych wrażeń. Te jednak pozwoliłyby naprawdę poznać anoreksję i wczuć się w sytuację osoby chorej. Zamiast tego – kilkaset stron naprawdę dobrze napisanej historii z niewykorzystanym potencjałem. 141

| nr 14 grudzień 2011 r.


do kupienia w

Horror w Arkham Gry planszowe kojarzą się z rywalizacją. Cel rozgrywki jest zazwyczaj jasno określony: wyeliminować innych graczy i odnieść zwycięstwo. Konkurencja pomiędzy uczestnikami zabawy jest głównym motorem napędowym dużej ilości planszowych tytułów, jednak zdarzają się wyjątki od tej reguły. Należą do nich z pewnością gry kooperacyjne, w których gracze współpracują ze sobą, aby „pokonać plansze”. Uczestnicy zabawy muszą konsultować ze sobą poszczególne

posunięcia i dążyć do wypracowania jak najlepszej strategii, ponieważ zasady gry nie wybaczają im błędów. Niejednokrotnie jedna lekkomyślna decyzja może popsuć szyki całej grupie i przeważyć szalę zwycięstwa na stronę przeciwnika, jakim w tym wypadku jest sama gra. Horror w Arkham to przedstawiciel właśnie tego gatunku. Arkham to fikcyjne miasto w stanie Massachusetts, wymyślone i opisane przez amerykańskiego pi-

142 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

przypadków oznacza przegraną graczy. Największą zaletą zabawy jest jej niepowtarzalny klimat. Podczas rozgrywki nie ma nawet chwili wytchnienia. Każda tura wypełniona jest ciężkimi wyborami i świadomością, że w przypadku, gdy opracowane plany nie wypalą, przegrana znacznie się przybliży. Ta gra to istny wulkan interakcji, której wysoki stopień może być jednocześnie jej naj-

sarza grozy Howarda Phillipsa Lovecrafta. Stworzył on własną kosmologię zwaną mitologią Chtulhu, według której ludzie są we wszechświecie mało znaczącymi istotami, skazanymi na zagładę w obliczu zagrożenia płynącego ze strony tzw. Wielkich Przedwiecznych. Ich najbardziej znanym przedstawicielem jest Wielki Chtulhu, który spoczywa zawieszony pomiędzy życiem i śmiercią w pradawnym mieście R’lyeh, zatopionym gdzieś pod wodami oceanów. Gdy nadejdzie czas, a „gwiazdy znów będą w porządku”, Cthulhu się przebudzi, a ludzkość spotka zagłada. Oczywiście tę zagładę starają się przyśpieszyć wszelkiej maści kultyści, którzy oddają cześć Wielkim Przedwiecznym, licząc na to, że ci pozwolą im zająć miejsce u swego boku, gdy nadejdzie czas apokalipsy. W Horrorze w Arkham gracze muszą zmierzyć się z jednym z Wielkich Przedwiecznych. Przed rozpoczęciem każdej rozgrywki wybierany jest on losowo spośród kilku dostępnych w grze, a opisanych przez Lovecrafta w jego opowiadaniach (rzecz ważna o tyle, że na przestrzeni lat, wielu jego kontynuatorów stworzyło kilku innych). Cała zabawa polega na zamykaniu międzywymiarowych bram pojawiających się w różnych miejscach na terenie miasta. Jeżeli będzie ich na planszy zbyt wiele, Wielki Przedwieczny przebudzi się, co w większości

większą wadą. Z pewnością nie jest to gra dla osób nastawionych na rywalizację z innymi graczami, gdyż mogą oni wręcz zepsuć zabawę innym, wykonując jakieś nieskonsultowane z grupą posunięcia. Gra nie wybacza błędów i jeżeli uczestnicy zabawy nie będą ze sobą ściśle współpracować, to nie mają żadnych szans na zwycięstwo. Potencjalnych nabywców może odstraszyć duża liczba dostępnych dodatków, która powiększa się wciąż o nowe suplementy. Nie ma się jednak czego obawiać, ponieważ aby cieszyć się w pełni tą grą, nie potrzeba żadnego z nich. Horror w Arkham to produkt całkowicie samowystarczalny, a zestawy dodatkowe wyłącznie urozmaicają przebieg rozrywki. Można więc po nie sięgnąć dopiero wtedy, gdy po wielu rozegranych partiach, gra zacznie się lekko nudzić. Z całą pewnością nie nastąpi to jednak zbyt szybko. 143

| nr 14 grudzień 2011 r.


Strzeż się psa. Psi kryminał Izabela Szolc

Tytuł: Strzeż się psa. Psi kryminał Autor: Izabela Szolc Wydawnictwo: Oficynka 2011 Liczba stron: 168 Cena: 25,00 zł

Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest pies rasy bloodhound o imieniu Albrecht. To jedno zdanie mogłoby wystarczyć za recenzję, ale spróbujmy przyjrzeć się tej książce bliżej. Wszystkie występujące w niej zwierzęta zostały spersonifikowane. W swoim świecie psy porozumiewają się zupełnie swobod-

nie, potrafią logicznie myśleć, a nawet wdawać się w filozoficzne dysputy. Mimo iż mamy do czynienia z zabiegiem znanym w literaturze głównie z bajek, baśni i przypowieści, to bynajmniej nie jest to lektura dla całej rodziny. Al to niezwykły pies obdarzony niebywałą inteligencją i erudycją. Bez problemu cytuje Szekspira, greckich

144 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

filozofów czy buddyjskie porzekadła. Szafuje łacińskimi sentencjami, a nawet zna kilka języków obcych. Jest przy tym ironiczny i lubi od czasu do czasu porządnie zakląć. Z powieści dowiadujemy się, że oto psy, oprócz jedzenia, spania i pozostawiania odchodów na trawniku, prowadzą również niezwykle ciekawe i barwne życie intelektualne. Aż chciałoby się na co dzień spotykać takie erudycyjne popisy wśród ludzi. Strzeż się psa. Psi kryminał został nafaszerowany odwołaniami do przeróżnych tekstów kultury. Intertekstualność wydaje się niekiedy zbyt nachalna, jakby autorka starała się popisać przed czytelnikiem swoją niewątpliwie szeroką wiedzą. Jeśli tylko nie pisała książki z otwartą encyklopedią, która skądinąd może się przydać podczas lektury. Pisarka sięga do klasycznych arcydzieł i myślicieli z wyższej półki, ale często korzysta także z kultury popularnej i klasyki filmowej. Zdarza się też, że niektóre porównania czy cytaty okazują się dość przaśne, sprawiając, że czytelnik może odczuć zażenowanie. Jest to jednak interesująca próba podwyższenia jakości książki. Język, którym posługuje się Izabela Szolc został poddany stylizacji na męską literaturę, a sam detektyw-pies stara się mówić jak Humphrey Bogart lub bohater kryminału noir. Jest to jeden z nielicznych elementów świadczących o przynależności gatunkowej. Uwiera niepotrzebna wulgaryzacja, przekleństwa wtrącane bez powodu. Trudno Strzeż się psa uznać za powieść detektywistyczną, jak wskazuje na to podtytuł. Przez większą część książki pies-narrator dostarcza nam pikantnych, naturalistycznych opisów życia swojej pani, co

ważne, zapracowanej singielki, szukającej miłości życia. W ten sposób zamiast porywających i trzymających w napięciu scen morderstw i tropienia zabójcy, dostajemy historię o tamponach, goleniu nóg i seksie z przypadkowymi mężczyznami. Czytelniczki Grocholi i Kalicińskiej będą wniebowzięte. Wątek kryminalny został przesunięty na drugi plan tak bardzo, że nie robi nam żadnej różnicy, czy sprawa domniemanych zabójstw kilku psów zostanie rozwiązana. Najbardziej ciekawe jest to, co da się wyczytać między wierszami. Większość mieszkających na drogim osiedlu panów swoich pociech nie ma rodzin, cały czas w stresie ugania się za pracą i jest na tyle snobistyczna, że inwestuje w psa, nie potrafiąc się nim zajmować. Natomiast rasa czworonoga stanowi odzwierciedlenie grubości portfela właściciela. Poza tym okazuje się, że po Warszawie biega mnóstwo psów. Od wydawcy otrzymaliśmy dosyć nietypowy prezent w postaci tego samego obrazka bloodhounda, wstawionego w tekst i umieszczonego co kilka stron. Chyba tylko po to, aby pamiętać, że jest to mimo wszystko książka o zwierzętach. Na pewno nie ułatwia to czytania, a zdjęcie czworonoga po dłuższej lekturze może zacząć nas prześladować. Jeśli mowa o „psim kryminale”, to tylko w rozumieniu, w którym ten niefortunny epitet ma zabarwienie negatywne. Tym, którzy wezmą Strzeż się psa za prawdziwy kryminał, a nie niskich lotów clit-lit, pozostaje zakląć psiakrew!

145 | nr 14 grudzień 2011 r.


Z Afganistanu.pl. Alfabet polskiej misji Marcin Ogdowski

Tytuł: Z Afganistanu.pl. Alfabet polskiej misji Autor: Marcin Ogdowski Wydawnictwo: Ender 2011 Liczba stron: 256 Cena: 36,90 zł

To była już ósma godzina w Rosomaku. Chcieli szybko wrócić do bazy, zanim się ściemni. Było spokojnie, wszystkim dawało się we znaki zmęczenie długą drogą. Część „misjonarzy” drzemała, ktoś czytał książkę. Konwój jak każdy inny. Do momentu, aż pierwszy z pojazdów wjechał na minę-pułapkę. Jeden żołnierz zgi-

nął, kilku innych zostało rannych. Potem było pożegnanie poległego ze wszystkimi honorami. I cała Polska patrzyła. Ale gdy zgasły światła kamer i zamilkły mikrofony, wróciła brutalna codzienność. Bo tym jest przede wszystkim misja u stóp Hindukuszu. I o niej pisze Marcin Odgowski w swojej pierwszej książce Z Afganista-

146 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

przemieszany z odrobiną wojskowego slangu i wulgaryzmów (które jednak nie rażą). Z drugiej strony nie ma tutaj zawiłych technicznych, strategicznych opisów czy nudnych i niezrozumiałych wywodów, które mogłyby skutecznie zniechęcić do lektury. Z kolei unikalne, kolorowe zdjęcia stanowią doskonałą ilustrację do tekstu. Jest ich ponad sto – część z nich publikowana była wcześniej na blogu, większość jednak można zobaczyć po raz pierwszy. Autorem książki jest dziennikarz, przez co oczekiwać można, że będzie on patrzeć na wszystko obiektywnie. Choć chyba o niektórych rzeczach trudno jest pisać w ten sposób, zwłaszcza jeśli było się tak blisko opisywanych zdarzeń. Jednak mimo wszystko znajdziemy tu rzetelną dziennikarską relację. Może trochę niewygodną. I czasem bolesną. Po Z Afganistanu.pl. na pewno warto sięgnąć nie tylko wtedy, gdy ktoś bliski wyjeżdża na misję. To jedna z tych książek, które, miejmy nadzieję, coś zmieniają. Sprawia bowiem, że po lekturze inaczej patrzymy na afgańską rzeczywistość. Może dzięki niej pod informacją o kolejnym Polaku poległym w Afganistanie nikt nie napisze, że „dobrze mu tak, najemnikowi”, a ranny nie będzie z ironią pytany, po co mu to było.

nu.pl. Alfabet polskiej misji. Ogdowski zaczął od bloga zAfganistanu. pl, który prowadzi od końca sierpnia 2009 roku. Wtedy po raz kolejny jako dziennikarz pojechał na misję. Dość szybko blog zdobył kilka nagród, a jego autor dostał nawet Srebrny Medal „Za Zasługi dla Obronności Kraju”. Najważniejsze było jednak, że zAfganistanu.pl stał się ważnym miejscem dla osób bliskich żołnierzom wyjeżdżającym na misję. Teraz dziennikarz wydał stworzoną na jego podstawie książkę. Alfabet polskiej misji, jak wskazuje podtytuł, zawiera hasła związane z polska misją. Można więc dowiedzieć się, czym jest ajdik (IED, czyli improwizowane urządzenie wybuchowe, a bardziej zrozumiale – mina-pułapka), czy w końcu rozwiać swoje wątpliwości dotyczące uposażenia naszych żołnierzy. Co jednak ważniejsze, zobaczymy, jak wygląda codzienne życie w bazie, co znaczy tam koleżeństwo i, choć to bardzo przyziemne, jaką rzadkością jest tam zwykły sedes. Książka Ogdowskiego nie jest suchym zapisem faktów, pełna jest za to plastycznych opisów i bohaterów, których po prostu się lubi. Pokazuje prawdziwą twarz „misjonarzy” – nie są to ani bohaterowie, którzy, opuszczając bazę, myślą tylko o chwale, jaka ich spotka, ani też najemnicy, jak niektórzy uważają, ale zwykli ludzie. Sama misja to nie bezustanna walka z podstępnymi Talibami, ale też nie ciągłe siedzenie w klimatyzowanej bazie, choć taki właśnie obrazek jest nam często serwowany przez media. Autor rozprawia się też z mitem całkowitej dobrowolności wyjazdu na misję. Zaletą jest również autentyczny język, 147

| nr 14 grudzień 2011 r.


Słońce Słońc Karl Schroeder

Tytuł: Słońce Słońc Autor: Karl Schroeder Tłumaczenie: Andrzej Jakubiec Wydawnictwo: ArsMACHINA 2011 Liczba stron: 355 Cena: 35,00 zł

Ziemia jest kulą. Może nie jest to kula idealna, ale sama idea kształtu jest zachowana. Nie dziwi więc fakt, że większość światów w science fiction także przyjmuje formę kulistą. W Słońcu Słońc świat zwany Virgą także cechuje się tym kształtem. Istnieje jednak pewna istotna różnica. Virga nie jest planetą, a gigan-

tycznym balonem – tak wielkim, że w jego wnętrzu ludzie mogą mieszkać, formować państwa, toczyć wojny i wreszcie tworzyć nowe słońca. Jest wielki, pusty i nie ma w nim grawitacji. Ciążenie zastępowane jest ruchem wirowym miast i elementów na niektórych okrętach floty powietrznej. Przestrzeń rozświetlana i ogrzewana

148 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

jest tylko blaskiem sztucznych słońc, a posiadanie ich to luksus, którego nie dostępuje każda nacja. Niektórzy zmuszeni są do życia na granicy świata, w miejscach, gdzie światło i ciepło ledwo docierają. Główny bohater trafia do Rushu – miasta nacji Slipstreamu. Jego celem jest zemsta, a jej obiekt znajduje się już blisko. Jednak zabić admirała Fanninga nie będzie tak łatwo. Na skutek komplikującej się sytuacji międzynarodowej młody Hayden wciągnięty zostanie w wir wydarzeń, które rzucą go daleko od domu. Przy okazji na światło dziennie (co w kontekście konstrukcji świata jest daleko idącą metaforą) wyjdą pewne wydarzenia z jego życia, o których jego pracodawczyni wiedzieć nie powinna. Nieważki świat, w którym morze stanowi wielka ruchoma kropla wody, posiada swoich piratów. Nie pływają jednak po wodzie, ale umieszczają swoje statki w chmurach. Legendy głoszą, że piraci posiadają swoje miasta, a niektórzy wspominają też o olbrzymim skarbie ukrytym wiele lat temu. Cała ta mieszanka przywodzi na myśl między innymi popularnych ostatnimi laty Piratów z Karaibów czy też mniej znaną w Polsce animację Hayao Miyazakiego – Laputa – podniebny zamek, wspomnieć też można Gwiezdny pył. Rzecz jasna fabuła tych utworów jest odległa, ale wszystkie trzy dzieła poruszają w odbiorcy te same struny. Fabuła czyni ze Słońca Słońc książkę przygodową. Czytelnik otrzymuje stosunkowo prostą historię osadzoną w bliżej nieokreślonym miejscu i czasie. Czytając pierwszy tom cyklu Virgii bywa, że można domyślić się, co za chwilę się wydarzy,

jednak ta przewidywalność nie przeszkadza w odbiorze całości utworu. Karl Schroeder urzeka natomiast wykreowanym światem. Już sama konwencja gigantycznego balonu jest intrygująca. Co ciekawe, autor na swojej stronie opisuje, jak taki konstrukt mógłby funkcjonować. Niemniej to nie sposób uformowania świata czyni klimat powieści niesamowitym. Tym, co najbardziej zapada w pamięć, są relacje międzyludzkie i główni bohaterowie. Ich charaktery nie są co prawda nadmiernie skomplikowane, ale pozwalają autorowi na budowanie wokół nich ciekawych interakcji. Słońce Słońc to ciekawa przygodowa opowieść osadzona w realiach science fiction. Akcja toczy się wartko, a książka w rezultacie kończy się zbyt szybko. Osoby rozczarowane tym stanem rzeczy mogą być spokojne – na Zachodzie dostępne są trzy kolejne tomy, a w przyszłym roku ma się ukazać pozycja wieńcząca cały cykl. Powinna ona przypaść do gustu wszystkim pielęgnującym wewnątrz siebie dziecko, które tęskni za niezbadanymi połaciami świata i białymi plamami na mapach.

149 | nr 14 grudzień 2011 r.


Historia czarów i czarownic Jesus Callejo

Tytuł: Historia czarów i czarownic Autor: Jesus Callejo Wydawnictwo: Bellona 2011 Liczba stron: 280 Cena: 37,00 zł

Sięgając po tę pozycję, spodziewać można się książki napisanej z historycznym zacięciem, koncentrującej się w znacznej mierze na opisie procesów czarownic w różnych częściach świata. Jednakże już po kilku pierwszych stronach okazuje się, że autor, oprócz zacięcia historycznego, ma także ogromne poczucie humoru,

które dyskretnie przewija się przez całą książkę i pozwala na pewne fakty spojrzeć z przymrużeniem oka. Porównując Historię czarów i czarownic z innymi publikacjami tego typu (na przykład z niemiecką Hexenwahn H. J. Wolfa) trzeba zauważyć, że słowo „historia” zdaje się być użyte w tym przypadku nieco na

150 | nr 14 grudzień 2011 r.


RECENZJE

wyrost. Przede wszystkim dlatego, że koncentruje się przede wszystkim na przedstawieniu pewnych ciekawostek i wyjaśnieniu budzących po dziś dzień żywe zainteresowanie zagadek: Dlaczego ludzie zaczęli wierzyć w czary? Dlaczego czarownice latały na miotle? Co działo się podczas sabatów? Jak można było stać się czarownicą? Dla miłośników historii tych zagadnień wiedza ta na pewno nie będzie żadną nowością, z kolei na ustach czytelnika mniej w temacie obeznanego uśmiech wzbudzą na pewno liczne fragmenty, jak na przykład ten o sabacie, na którym można było poznać nowe „koleżanki po fachu” czy fragment wyjaśniający, dlaczego kobieta jest źródłem wszelkiego zła. Na podkreślenie zasługuje fakt, iż Callejo nie narzuca sobie ograniczeń dotyczących czasu i przestrzeni. Dlatego też, czerpiąc z różnorodnych tekstów kultury, opisuje w swej książce co ciekawsze historie związane z czarownicami: od mitologii i Hekate począwszy, poprzez grimuary, liczne prace historyczne oraz klasykę literatury światowej, na literaturze dziecięcej kończąc. Różnorodność poruszonych kwestii w obrębie całego zagadnienia oraz zabawna forma, w jakiej zostają zaprezentowane, sprawiają, że książka wciąga. Jednocześnie styl autora, w wielu miejscach zabarwiony poczuciem humoru, sprawia, że tragedia setek kobiet, które skazane zostały na spalenie żywcem na stosie, w gruncie rzeczy nie dociera w pełni do czytelnika (z ukazaniem tej problematyki znacznie lepiej poradziła sobie autorka recenzowanej już w „Literadarze” Zaginionej księgi). Patrząc z dzisiejszej perspektywy na ówczesne społeczeństwo, trudno zrozumieć historię czarów i czarownic,

która w znacznej mierze ukształtowana została właśnie przez tych zabobonnych ludzi. A Callejo, niestety, chętnie ocenia ciemnotę ludu z dzisiejszej perspektywy. Ponieważ czyni to w sposób zabawny, rozśmiesza tym samym czytelnika, jednakże taka narracja daleka jest od obiektywnej próby przedstawienia tej problematyki. Abstrahując od powyższych uwag krytycznych, książka ta jest warta polecenia. Być może nie jako odkrywcze dzieło naukowe, ale na pewno jako wielowątkowy, wciągający i inspirujący esej na temat czarów i czarownic w kulturze – głównie europejskiej niestety, co stanowi pewną wadę.

151 | nr 14 grudzień 2011 r.

Literadar. Magazyn o książkach  

14 numer największego w sieci magazynu o książkach

Advertisement