Page 1

# 1 06 marzec

2011 G a z e t a

I

L O

i m . S t a n i s ł a w a

D u b o i s

#103 Paź 10 1 zł


Spis treści # 106 Błękitne Wyłogi Feliksa To tylko zwierzęta Pojedynek z aniołem Szkło Szeptem Naszyjnik Walka z cieniem Bezcenna rzeźba I zbaw mnie panie ode złego

Od redaktorów Jedyny, niepowtarzalny, unikatowy. To znaczy każdy “Tytuł” ma taki być, ale ten szczególnie. Z dumą przekazuję Wam do rąk numer wydany z okazji Tygodnia Języka Polskiego, wypełniony po brzegi opowiadaniami kryminalnymi, biorącymi udział w konkursie, o którym zapewne każdy z uczniów, nauczycieli czy innych pracowników lub gości I LO mógł się dowiedzieć z monstrualnych plakatów wiszących przy schodach. Właściwie nie oddaję go ja, ale uczestnicy konkursu. Na ich opowiadania możecie głosować, zaznaczając wybraną przez siebie nazwę historii na kuponie zamieszczonym z tyłu gazety. Kupony będą zbierane do specjalnych urn tuż

2

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

przy stoisku “Tytułu”, czas macie do czwartku. Tak więc… niech wygra najlepszy! Dodatkowo zachęcam Was do uczestnictwa w wieczorku poetyckim, organizowanym przez klasę II D, który odbędzie się w ten czwartek, czyli 10 marca, o godzinie 18, podczas niego też zostaną ogłoszone wyniki konkursu opowiadań. Będzie tajemniczo, kryminalnie i humanistycznie, przyrzekam na własną mroczną duszę. Tymczasem żegnam i zapraszam do rozkoszowania się konkursowymi opowiadaniami pod hasłem “Gdy wtem”! Magda Rudnik, redaktor naczelna

Gdy wtem

s.3 s.10 s.19 s.30 s.33 s.39 s.44 s.47 s.49


nasza twórczość

tempa przypomniało pod samym niemalże Muzeum o zeszłorocznej kontuzji. Koleżanki przysiadły na ławeczce, wygrzewając się na sposób koci w słońcu kwietniowym. W pewnym momencie Ida postanowiła wyrazić swój szczery zachwyt nad trwającą chwilą, równocześnie jednak zajechało przed muzeum ciemno-granatowe Mitsubishi Pajero, rzucając tym samym cień na ławeczkę i siedzące na niej towarzyszki. Ów moment wyrwał je ze stanu pełnej błogości, otrzeźwił. Kierowca Mitsubishi swym godnym nagany zachowaniem wzbudził jednak zainteresowanie siedzących wciąż na ławeczce Idy i Jadwini. Dziewczynki przyglądały mu się uważnie, acz z niechęcią. Parę minut później na horyzoncie pojawiła się znajoma, damska sylwetka, skupiając na sobie całą uwagę obserwatorek. Po chwili zwróciła im słońce, odjeżdżając Mitsubishi Pajero. Była to Elwira Rosa. Ida zerwała się gwałtownie, machając jedynie do zdezorientowanej Jadwini. Myśli jej galopowały, szczęśliwie jednak galopowały po podłożu twardym, pewnym. Ida bowiem nagle zrozumiała, kto stoi za sprawą kradzieży numizmatów. Przy wejściu do domu minęła Panią Helenkę, niezawodną od lat pomoc domową, którą pozdrowiła jedynie skinieniem głowy. W normalnych warunkach uznano by zachowanie to za co najmniej nieuprzejme, dziś jednak wszystko było inne niż zazwyczaj. Zziajana Ida dopadła matczyną łydkę, wyciągniętą na salonowej kanapce, wzbudzając tym samym popłoch rodzicielki. Gdy jednak obie uspokoiły się nieco, córka przemówiła: - Mamo, koniecznie muszę Ci powiedzieć coś o Pani Rosie… - Słucham? - Widziałam ją dziś, przed godziną wsiadająca (jak sądzę) do samochodu gangsterskiego, którym odjechała spod muzeum! Czułam to (w całym swym ciele, Mamo), że to ona stoi za kradzieżą numizmatów! -Ido… -Pozwól mi dokończyć. Ta nieobecność w szkole, telefon taki nerwowy! Bez wątpienia to było związane z całą tą sprawą. -Córeczko- rzekła Barbara Brzeska- nie wszystko w życiu jest takie, jakim się wydaje… -Owszem, jednak zawsze jest takim, jakim jest! -Nie chciałabym byś oceniała tę kobietę bezpodstawnie. Możesz (wierz mi) bardzo ją skrzywdzić w taki sposób. -Dlaczego jej bronisz, mamo?! -Po prostu może wiem nieco więcej niż Ty na ten temat… -Jak to, co masz na myśli ?! -Pewne sprawy powinny być zostawione dorosłym… -Czyżby?!- wykrzyknęła Ida, dobywając z głębin swej młodej piersi dźwięk tak żałosny, tak straszny dla ludzkiego ucha, iż Barbara Brzeska uległa… -Dobrze Ido, powiem Ci, co wiem. Musisz się jednak zobowiązać do zachowania tajemnicy. -Oczywiście. -Sprawa jest bardzo delikatna, jestem w nią niejako uwikłana… Opowieść Barbary rozpoczęła się u wrót jej przestronnego biura, do którego przed rokiem zapukała pełna pasji kustoszka z Muzeum Okręgowego. Kobieta była opiekunką feralnych numizmatów. Barbarę Brzeską odwiedziła w celach czysto zawodowych, chciała ubezpieczyć kolekcję. Miła i sympatyczna osoba, którą jak nietrudno się domyślić była Elwira Rosa, pojawiała się w biurze coraz częściej. Przez ten czas nawiązała komitywę z agentką ubezpieczeniową Barbarą. Dni mijały, oferty ubezpieczenia wciąż odrzucane były przez Elwirę. Pewnego dnia jednak kobieta zaproponowała Barbarze układ, który jak to ujęła „opierać miał się na zasadach ich przyjaźni i działania opatrzności”. Mianowicie, pieniądze przeznaczone przez dyrekcję Muzeum i Królewską Fundację Odnowy Zabytków na rzecz ubezpieczenia kolekcji, miały spożytkować na cele własne (oczywiście rozwój kulturalny przede wszystkim). Zadaniem Barbary miało być wystawienie fałszywego świadectwa transakcji. Barbara nie pamiętała już, czy to wysokie temperatury (był czerwiec), czy reakcja na jedzone (po raz pierwszy w życiu) zeszłego wieczora pieczone kasztany, sprawiły, iż zgodziła się na szaloną propozycję Elwiry. Czyn ich niegodny nie miał jednak nic wspólnego z samą kradzieżą. Zapomniana przez domowniczki Pani Helenka na słowo „Muzeum”, które padło dopiero na końcu opowieści zebrała swe akcesoria, zarzuciła brezentowy kubraczek i wybiegła tłumacząc się koniecznością posprzątania Muzeum ( w zastępstwie za koleżankę). Godzina była już późna, matka i córka zasnęły niebawem. Poranne dzwony dochodzące z kościelnej wieży wybudziły Barbarę z niespokojnego snu. Pragnienie zaprowadziło ją do kuchni, gdzie na małym stoliku leżała pozostawiona przez córkę kartka „Poszłam pomodlić się o znalezienie złodzieja”. Twarz wpatrzonej w modernistyczny ołtarz Idy oddawała wyraz najwyższego uduchowienia. Organista wyczuwając podniosły nastrój panujący w świątyni zaintonował pieśń „Idzie mój Pan”. Melodię w mig podchwycili starcy i hoży ministranci. Ich twarze jaśniały w blasku światła wpadającego przez witrażowe głowy świętych. Altowym głosem wykrzykiwał kościelny Jan: „Co łaska, co łaska”. Wędrowały ręce wiernych do przepastnych kieszeni palt i płaszczy. Towarzysząca Idzie Pani Helenka wykonała również ów ruch, rzucając na tacę garść miedzianych monet. A wtem cały kościół wypełniła światłość niesłychana, światłość bijąca ze skradzionych numizmatów…

50

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

Błekitne wyłogi Feliksa

Kilka dni wcześniej błysnęły po raz ostatni promienie ciepłego październikowego słońca, zabierając ze sobą złotą jesień, a w zamian zasnuwając błękitne dotąd niebo ogromnymi, szarymi chmurami. Krople deszczu prześlizgiwały się między pozbawionymi liści gałęziami, by dokonać żywota, zlewając się dosłownie z innymi, formującymi nieliczne jeszcze kałuże. Pamiętasz, jak omijałaś je, z lekkością odbijając się palcami stóp od podłoża i gładko lądując na drugim brzegu? Towarzyszył temu śmiech na widok min przechodzących obok ludzi, którym nie do pomyślenia wydawało się skakanie, podczas gdy zwyczajny, dłuższy krok wystarczyłby do zostawienia przeszkody za sobą. I zwilgotniałe liście, zamiecione na pobocze chodnika. Obracałaś chyba w dłoni kasztana, kiedy poprosiłaś, abym opowiedział ci historię z pracy, podobną do tego niemieckiego filmu. - Tajemnica państwowa – poklepałem się po płaszczu. Upuściłaś kasztana do kałuży. - No to chodźmy do kina. O ile dobrze pamiętam, wyświetlano wtedy jeden z ostatnich filmów Langa. Palec wskazujący znajdywał się blisko spustu rewolwera, który znawca oceniłby na wartościowy okaz. Oczy trzymającego broń Żurida skierowane były w lewo, wprost na małą biblioteczkę. Chodziła po niej mucha, co chwilę zmieniając półkę. Niewielki gabinet wypełniało poranne światło i jej bzyczenie, żadne odgłosy nie dolatywały z położonej parę pięter niżej ulicy. Na biurku leżało kilka opasłych książek z działu slawistyki. Ścianę po prawej wypełniała duża mapa świata, nabyta z pewnością na jednym z pchlich targów. Tyłem do okna, na krześle przed solidnym biurkiem, siedział Aleksander Pawłowicz Żurid. Błękit jego lewego oka niemile kontrastował z dużą czerwoną dziurą na wysokości skroni. Usiadła na niej mucha, jednak w pomieszczeniu nie było nikogo, kto mógłby ją odpędzić. Szarpnięcie klamki. Po drugiej stronie ktoś dobył pęk kluczy i zaczął szukać właściwego. Włożył go w dziurkę i spróbował przekręcić. Drzwi pozostawały zamknięte. Po ich wyważeniu dostrzegliśmy srebrny klucz tkwiący po wewnętrznej stronie. Samobójstwo było wykluczone... Nóż otwierał mi się w kieszeni, ilekroć słuchałem podobnych opowiadań Czernyszowa. Były to zainspirowane zachodnimi kryminałami brednie wyssane z palca, którymi raczył nas podczas nudnych deszczowych dni w pracy, o ile właśnie w niej siedzieliśmy, ale, niestety, wszyscy inni się nimi zachwycali. Bez końca mogli słuchać o detektywie stojącym w strugach deszczu na Placu Czerwonym i czekającym na informatora. Mnie zdążyło się już to sprzykrzyć i pewnie dlatego z przyjemnością opuściłem budynek Łubianki, by razem z Fiłarietowem i Kokurinem odwiedzić mojego byłego profesora. Chodziło o głupstwo, profesor Paataszwili miał korespondować podczas wyjazdu za granicę z polską dziennikarką. Znając dobrze jego osobę, byłem pewien, że zdarzenie to nie miało miejsca. On sam ganił nas jeszcze w latach dwudziestych za zbytnie spoufalanie się z cudzoziemcami. Może tylko fakt wysłania trzech funkcjonariuszy przyprawiał mnie o lekki niepokój. Bez początkowego entuzjazmu przekroczyłem próg uniwersytetu i poprowadziłem towarzyszy do sali wykładowej. Jakiś nowy, młody człowiek dyskutował ze studentami na temat wojny z dziewięćset czwartego. Po pół godzinie odnaleźliśmy wreszcie profesora pijącego herbatę w towarzystwie koleżanki. Pamiętałem ją dobrze z czasów studenckich, była moim znienawidzonym wykładowcą, toteż nie bez złośliwej satysfakcji zwróciłem się wprost do profesora, całkowicie ją ignorując: - Dzień dobry, profesorze, poznaje pan? Poznał, a widząc Fiłarietowa i Kokurina stojących za mną, wstał i ukłonił się. Nie będę przytaczał rozmowy, która odbyła się między nami, ograniczę się tylko do wspomnienia, że budynek opuściłem blady. Ukochany profesor utrzymywał kontakty z Zachodem. Pytałem sam siebie o ideały, którym jeszcze kilkanaście lat temu był wierny. Co mu strzeliło do głowy, żeby pisać z polską gazetą? Cały mój dotychczasowy szacunek do niego rozwiał się w jednej chwili, czułem się oszukany i zdradzony. Wstrętem napawała mnie myśl, że ktoś taki stanowił dla mnie niegdyś wzór. Poleciliśmy Paaszwiliemu stawić się następnego dnia u nas, jednakże, na moją własną prośbę, pojechaliśmy do niego już w nocy. Otworzył drzwi z potwornym wyrazem twarzy, w której każdym zakamarku zdążył zagnieździć się strach. Nakazaliśmy mu się ubrać. Drżącymi rękami wdziewał kolejne warstwy garderoby. - Feliks... to przecież tylko o malarstwie, mówiłem... Krzyknąłem na niego, żeby się pospieszył. Przestał się ubierać i spojrzał na mnie. Trwało to dobrą chwilę i z niechęcią przyznaję, że to ja poczułem się nieco zmieszany. Ciszę przerwał odgłos policzka, który Kokurin wymierzył żonie profesora, przerywając jej łkanie. - Profesorze - niech się pan pospieszy. Uściskał żonę i opuściliśmy mieszkanie. Ulicę rozjaśniały światła samochodu mknącego przez opustoszałe miasto. Kierujący Fiłarietow odwrócił się do mnie i zapytał ze śmiechem, czy widziałem. - Nie, co? - Żałuj, było to dopełnienie powiedzenia Czernyszowa. Westchnąłem ciężko, bo chodziło mu o popularny dowcip: „Złodzieje, k... i NKWD pracują nocą”. Paataszwili przyznał się Czernyszowowi do szpiegowania na rzecz Polski, a także podał mu nazwiska kilku osób związanych z wrogą działalnością. Nasz zachwyt nie miał granic. I tak, od momentu, w którym poznałem Turmiłowa, jednego z „poleconych” przez profesora, zaczęła się najdziwniejsza sprawa, jaką dotychczas miałem okazję się zajmować.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

3


nasza twórczość

Okazało się bowiem, iż Turmiłow, pod nazwiskiem Łungin, był poszukiwany przez leningradzki oddział. Ponieważ złożyło się, że Nadia, moja koleżanka ze studiów, osiadła w Leningradzie i parała się tam fotografią, a także biorąc pod uwagę niemały szacunek, jakim darzono mnie w pracy, wyprosiłem pozwolenie na osobiste konwojowanie więźnia. Zazwyczaj nie zawracano by sobie głowy i nie ściągano podejrzanego do miasta, a już tym bardziej osobowym pociągiem, ale z jakiejś przyczyny zrobiono wyjątek. Dostałem do pomocy dwóch szeregowych, ale ich głupota oraz ranga przyczyniły się do podróży spędzonej w ciszy. Wciągnąłem głęboko leningradzkie powietrze, chłodniejsze niż nasze, i, wbrew przepisom, zarządziłem marsz do celu. Kwadrans szybkiego spaceru przyprawił szeregowych o siódme poty, zaś po Turmiłowie próżno byłoby szukać objawów zmęczenia. Odstawiliśmy więźnia, spławiłem obsadę i ruszyłem do Nadii. Zaskoczona otworzyła drzwi, jednak, poinformowana o charakterze mojego przyjazdu, zaprosiła mnie na obiad. Gawędziliśmy parę godzin, aż przerwał nam powrót jej męża. Rzuciłem mu się w ramiona. Był to Saszka, u boku którego spędziłem swoje szkolne lata. Nadia zaproponowała mi, jako turyście, spacer po wieczornym mieście, a Saszka, widząc mój entuzjazm, zapytał, dokąd chciałbym się wpierw udać. - Na Newski! Nigdy wcześniej nie miałem sposobności odwiedzin tego miasta, ale o słynnym Prospekcie zdążyłem się nasłuchać. Słońce jeszcze nie zaszło, ale nieuchronnie chyliło się ku linii horyzontu, którego my, w mieście, nie mieliśmy możliwości zobaczyć. Grube płatki śniegu ociężale, ale skutecznie bombardowały już i tak biały Leningrad; powoli stawialiśmy kroki, starając się przy tym nie trafić na oblodzone płyty chodnika. Naszym wzajemnym pytaniom nie było końca, rozmawialiśmy o pracy, pogodzie, szkole, przeczytanych książkach, wysłuchanych koncertach... - Sasza zabrał mnie na Szostakowicza. Feliks, ża-łuj, że cię tam nie było. Minęliśmy dwóch funkcjonariuszy NKWD, którzy próbowali przywołać do siebie chudego kota. - No, chodź... kici...masz, jedz... Kiedy uszliśmy parę kroków, Sasza zauważył, że czuje się pewniej, mając przy sobie oficera. Przynajmniej go nie wezmą... - A mają powody? - zapytałem z przekąsem. - Och, Feliks, Sasza żartował, prawda? Pochodziliśmy jeszcze trochę, nim zdecydowałem zaprosić ich na kolację. Poranne promienie rozmazanego słońca leniwie kłuły budzący się do życia Leningrad. Chłód sprawiał, że uśmiechy i grymasy zastygały na twarzach spieszących do pracy mieszkańców. Po serdecznym pożegnaniu ze znajomymi opuściłem ich kamienicę i udałem się powoli w kierunku dworca, na który ponoć miał przybyć kiedyś Lew Nikołajewicz Myszkin. W hali dworcowej podszedł do mnie ubrany po cywilnemu porucznik, pytając o nazwisko. Podałem je, a on, chuchając w ręce, poprosił, żebym udał się za nim. Zdziwiony, ruszyłem. Kilkanaście minut trwała jazda samochodem do miejsca, w którym stawiłem się zaledwie dzień wcześniej. Zostałem zaprowadzony do gabinetu grubasa w mundurze NKWD, który przedstawił mi się jako Onufry Pietrowicz. Przeprosił za kłopot i odwołany pociąg do Moskwy, jednak następnie natychmiast przeszedł do rzeczy, i zapytał, czy studiowałem literaturę. - Byłem zaocznym słuchaczem Instytutu Filozofii, Literatury i... Powiedział, że to świetnie, gdyż potrzebny mu właśnie taki człowiek, który byłby cenionym pracownikiem i jednocześnie posiadał pewne pojęcie o książkach. Zaczął wyjaśniać, że od paru dni... - Ale może od początku... Usprawiedliwiał się, mówiąc, że nie znalazł wśród leningradzkich oficerów znawcy literatury, a jak się p r z y p a d k o w o – to jego słowa! dowiedział, zaszczyciłem to miasto swoją obecnością. Otóż od paru dni zgłaszane są przypadki znikania kolejnych funkcjonariuszy NKWD. Dosłownie: ślad po nich ginie. (Czyli najprawdopodobniej są mordowani). I tylko do niego – puknął się w pierś - jako do szefa leningradzkiego NKWD, nadchodzą anonimy z cytatami. - Skąd wiadomo, że to cytaty? - zapytałem. - Okrasza je cudzysłów – odparł grubas mrużąc przenikliwie małe oczy. Są to fragmenty dzieł literackich, niestety, nie doszedł jeszcze, których. Zapytałem, dlaczego wiąże listy ze zniknięciami. Mrugnął porozumiewawczo. - Są powiązane. Ręczę za to. W ten właśnie sposób dowiedziałem się, że zostałem przydzielony do zadania pociągnięcia cytatów jak sznurków, by złapać wiszące się na ich końcach poszlaki. Zatelefonowałem do Nadii z nieśmiałą prośbą o kilkudniowe przechowanie mojej osoby. Zgodziła się, chociaż próżno było doszukiwać się w jej głosie specjalnej radości.. Z otrzymaną od Onufrego Pietrowicza teczką udałem się do mojego tymczasowego mieszkania. Nadia zdążyła wyjść do pracy, ale pod wycieraczką zostawiła uprzednio klucz, co w pełni mi odpowiadało. Na szafce dostrzegłem cygara Saszki, wziąłem jedno w usta, chwilę pokręciłem się w poszukiwaniu zapałek, po czym zagłębiłem się w fotelu i powierzonej sprawie.

4

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

I zbaw mnie Panie ode złego

W piątek 16 kwietnia, w dniu imienin Julii i Benedykta, zadrżało niemłode już ciało Elwiry Rosy, zadrżało nagle i złowieszczo. Twarz Elwiry odbijała się w okiennej szybie, za którą zieleniały listki wyrosłych na pomorskiej ziemi drzew, a ona sama w tęczowej iście kolorystyce malującej się na twarzy, trwała za nauczycielskim biurkiem Liceum nr 6. Legenda głosi, iż na krańcu tęczy tkwi ogromne bogactwo. Patrząc na Elwirę- pedagoga roku 1989, 1997 i 2003 można było odnieść wrażenie, iż największym jej bogactwem jest wysokie czoło, rumiane policzki i nieco drgająca z powodu niedoboru magnezu powieka. Nic bardziej mylnego. Zewnętrzność Elwiry była bowiem wyłącznie odzwierciedleniem jej oryginalnej, porywającej osobowości, która na przestrzeni lat przyciągała do tego utytułowanego pedagoga interesujące jednostki. I to właśnie stanowiło jej prawdziwe bogactwo. Hector Berlioz rzekł niegdyś, iż czas jest najlepszym nauczycielem, tyle tylko, że zabija swoich uczniów. Bywają jednak w życiu człowieka nauczyciele i tacy, dzięki którym otępiały, spragmatyzowany przez szkolną rutynę uczeń ożywa. Ida Brzeska ożywała konsekwentnie, trzy razy w tygodniu na lekcjach historii prowadzonych przez Panią Profesor Elwirę Rosę. Ida- wrażliwa, szesnastoletnia półsierota czuła, iż z ulubioną nauczycielką łączy ją szczególna więź. Z wielkim niepokojem obserwowała, jak zmieniało się oblicze Pani Profesor od momentu podniesienia telefonu, aż po zastygnięcie po zakończonej rozmowie. W 5 minut później klasa przyjęła smutną informację o nagłym ataku grypy na Profesor Rosę. Dramatyczny niemalże stan zdrowia zmusił ją do zwolnienia uczniów z dalszej części lekcji. Opuszczając salę, Ida starała się nawiązać kontakt wzrokowy z nauczycielką, pocieszyć jej schorowane ciało młodzieńczym spojrzeniem. Ta jednak trwała w męczeńskiej pozie, przenosząc co nuż swój wzrok z drżących (co typowe podczas grypy) dłoni na ścienny zegar, nie chcąc jak gdyby przegapić momentu powrotu do zdrowia. Godzina 13.03 zastała Idę wraz z napotkaną po drodze koleżanką Jadwinią, siedzące przy jednym ze stolików baru „Kluseczka”. Pogrążone w serdecznej rozmowie koleżanki zjadły po talerzu żuru z jajem, popijając ów kisielkiem malinowym. Pomiędzy zupą, a drugim daniem (placek po węgiersku), nastąpiła wymiana najnowszych plotek szkolnych, opinii o nowo odrestaurowanej siedzibie Domu Kultury, wczorajszej kradzieży kolekcji numizmatów z Muzeum Okręgowego oraz rodzącej się w Jadwini fascynacji historią. Tematów starczyło aż do galaretki owocowej z bitą śmietaną , po zjedzeniu której koleżanki pożegnały się i opuściły lokal. Ida, piątkowym zwyczajem udała się do siedziby Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Ergo Hestia”, gdzie na drugim piętrze, w gabinecie nr 95, oczekiwała jej matka- Barbara Brzeska, z wykształcenia inżynier budowy dróg i mostów, z zawodu agent ubezpieczeniowy. Już stojąc na progu przestronnego gabinetu Ida zauważyła, iż ukochaną jej matkę również dotknęła pandemia grypy. Na dwóch Polaków trzech jest lekarzami. Zgodnie z tą zasadą, przez cały tydzień następny zajmowała się Ida uzdrawianiem swej matki Barbary. Miała zresztą ku temu możliwości czasowe, Profesor Rosa udała się bowiem na urlop zdrowotny. Lekcji było mniej, czasu więcej. Spotkanie w „Kluseczce” okazało się być symbolicznym początkiem przyjaźni pomiędzy Idą i Jadwinią. Ich rozmowy, tak jak i dni kwietniowe, stawały się coraz dłuższe: -A może byśmy wybrały się do muzeum?- zaproponowała Jadwinia -Znakomity pomysł!- podchwyciła Ida. Tak więc za obopólną zgodą i ku obopólnej radości zarządzona została dwuosobowa wycieczka do Muzeum Okręgowego, miejsca na mapie miasta szczególnego ostatnimi czasy, ze względu na niedawną kradzież. Nieduży dystans dzielący dom rodzinny Jadwini i cel wyprawy pokonały towarzyszki tempem szybszym-spacerowym. Prawe kolano Jadwini nieprzywykłe do narzuconego mu

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

49


nasza twórczość

nasza twórczość

-Dobra…- odparł najmłodszy. Rysiek poszedł na górę. Był najwyższy ze wszystkich. Miał ogromne mięśnie, dlatego też jego bluza była bardzo opięta. Rysiek to silny mężczyzna, ale bardzo ciężko myśli. Szybko wszedł na górę i otwierał każde drzwi po kolei. Robił to bardzo nieumiejętnie, bo zostawiał ślady. Zapomniał o rękawiczkach. Jednak myślenie nie było jego mocną stroną. W końcu znalazł właściwy pokój. Zobaczył dużego, rudego kota. Już miał go chwycić, ale padł na podłogę. Tym razem to Paweł obezwładnił przeciwnika. Przebrał się w jego obranie i związał intruza. Zamknął go w szafie na kod. Zszedł na dół. Nikt się nie poznał. -Ale się grzebałeś.- powiedział z satysfakcją Dawid. -Ty, Młody, nie bądź taki do przodu. -Ej, Rysiu, włącz samochód. Zaraz pakujemy rzeźbę, robimy pożar i jedziemy. - Dobra.- rzucił Paweł Wyszedł z domu. Nikt się nie poznał. Dlatego też był bardzo zadowolony z siebie. Jednak to, że właśnie udało mu się uniknąć śmierci, trochę go ogłuszyło. Dopiero teraz do niego dotarło, że to ci ludzie stoją za tymi wszystkimi morderstwami. To oni zabili jego rodziców. To oni upozorowali wypadek i samobójstwo policjanta, który zaczął się czegoś domyślać. Wiedział, że nie może pozwolić im odejść. Ale jak miał to zrobić? Podszedł do samochodu. Zapalił silnik, ruszył. „Nie, nie mogę uciec. Muszę pomścić rodziców. Jestem im to winny”.- stwierdził i wrócił na podjazd. Podniósł maskę i popsuł chłodnicę. Zadzwonił po policję. Wiedział, że mogą nie zdążyć. Mieszkał około dwudziestu kilometrów od miasta, do jego domu prowadziła polna droga, którą trudno było znaleźć. Ale taka jest cena mieszkania z dala od ludzi. Poszedł do domu. -Ale się guzdrałeś. Chodź tu i nam pomóż. Ta rzeźba jest tak ciężka…- powiedział szef szajki Znów zerwał się wiatr. - To nie Rysiek. Spójrzcie na jego buty! Na jego posturę. To ten chłopak.- zawołał młody. Wszystkie oczy zwróciły się na Pawła. Przestraszył się, a nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Znów zagrzmiało. Paweł pomyślał, ze to ostatnie minuty jego życia. Teraz żałował, że nie uciekł. Tak bardzo chciał żyć… Zgasło światło. Paweł zrobił susa pod stół. Nikt go nie widział, było bardzo ciemno. Członkowie szajki nie mieli na sobie okularów działających jak latarka. To dawało Pawłowi przewagę. Był u siebie, wiedział, jak co działa. Niestety, większość urządzeń w jego domu było na prąd. Poczuł oddech na swoich plecach. Pomyślał, że teraz to jest ten moment. Teraz może coś zrobić. Odwrócił się i uderzył przeciwnika. Napastnik padł jak długi. Paweł był świetny w sztukach walk. Jednak ten ruch spowodował duże zainteresowanie. Mężczyźni zaczęli zbliżać się do niego. Próbowali robić to bardzo cicho, ale chłopak wszystko słyszał. Chwycił kubek i rzucił go w stronę drzwi. Napastnicy ruszyli w tamtym kierunku. Wtedy Paweł położył na łopatki kolejnego. Jeszcze zostało trzech. Chłopak stanął blisko ściany. Nagle ktoś go dotknął. Paweł złapał intruza za rękę i rzucił na podłogę. Wszyscy usłyszeli jego jęki. To dało właścicielowi domu ogromną satysfakcję. Usłyszał, że ktoś jest koło kominka. Po cichu ruszył w jego kierunku i się z nim rozprawił. -Chłopczyku, ze mną nie dasz sobie rady!- krzyknął ostatni. Dzięki temu Paweł wiedział, gdzie znajduje się szef szajki. Znów zapaliło się światło. Paweł stracił swoją przewagę. Usłyszał, że mężczyzna do niego idzie. Był coraz bliżej, bliżej. Uderzył go. Paweł starał się amortyzować uderzenia, jednak słabo mu to szło. Napastnik rozciął mu łuk brwiowy. To bardzo zabolało Pawła. Intruz złapał świecznik. Uniósł rękę do góry. Już miał roztrzaskać mu czaszkę, gdy wtem na niego spadł kot. Przyczepił mu się do głowy za pomocą pazurów. Mężczyzna zaczął jęczeć z bólu. Wtedy Paweł go ogłuszył. Bił go. Dopiero kiedy przestał się ruszać, skończył. Usłyszał syreny wozów policyjnych. Po chwili do domu weszli policjanci. -Nic panu nie jest?- spytał policjant. -Na szczęście nie. Udało mi się ich obezwładnić. -Tu widzę czterech, czterech gdzie jest piąty? -Na górze, w pokoju po lewej stronie na końcu korytarza. A skąd pan wie, że jest ich pięciu? -To znana szajka. Szukamy ich od dwóch lat. Są bardzo niebezpieczni, a raczej byli. Jak się udało panu ich pokonać? Musimy pojechać na komendę w celu złożenia zeznania. -Dobrze jedźmy. Panie policjancie, myślę, że to oni stoją za śmiercią moich rodziców. To oni upozorowali samobójstwo inspektora Makowskiego. Mieli ukraść rzeźbę z mojego domu, zabić mnie i upozorować pożar. Wyszli. Policjanci zbierali ślady, zakuwali w kajdanki złodziei i morderców. W tym czasie Paweł składał zeznania. Dopiero teraz do niego doszło, co się stało. Był w szoku. Okazało się, że to ten inwestor za wszystkim stał. To ta rzeźba była dla niego tak łakomym kąskiem. Teraz Paweł zdecydował, że odda ją do muzeum. Ten zabytek przywołuje za dużo złych wspomnień. -Jeszcze musi pan podpisać zeznania, panie Pawle. O tu, proszę bardzo.- powiedział policjant. Paweł podpisał. Jednak zrobił to źle. -Pokazywałem panu, tu miał się pan podpisać.- powiedział zirytowany mundurowy. -Proszę pana, pan chyba zapomniał, że jestem niewidomy-odparł Paweł i wyszedł. Był przecież umówiony z Beatą.

/ J.M

48

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

Dumnie unosząc niebieską czapkę zwieńczającą głowę, Mikołaj Gniedin szedł przez dzielnicę robotniczą. Znajdująca się przy prawym biodrze kabura z pistoletem miło postukiwała o nogę wybijającą szybkie kroki. Szeroka ulica była pusta, Gniedin nie dostrzegł na niej nawet psa. Poranny dym unosił się między wysokimi, szarymi budynkami, z których większość stanowiły magazyny. Zaczął biec, gdyż wczesny mróz dotarł już pod brązowy mundur. Dookoła siebie słyszał echo czarnych butów, rytmicznie wybijających takt bezimiennej ulicy. Jego młode oblicze zdobił lekki uśmiech, wywołany z tylko jemu znanego powodu. Zwolnił, bo dojrzał grupkę bezdomnych dzieci otaczających koksownik. Przybrał poważną minę, jednak nadal wesoło uderzał obcasami o bruk. Wedle wysnuwanych przypuszczeń, jeden chłopiec oderwał się od towarzyszy i podszedł do niego, pytając o papierosy. Gniedin zatrzymał się i wyciągnął z kieszeni paczkę. Obstąpiła go reszta dzieciarni, pięciorgu z nich podarował po skręcie. Radośnie zasalutowały, a on ruszył dalej. Przeciął skrzyżowanie, gdy wnet dostrzegł idącą samotnie dziewczynę. Drgnął na widok wynurzającego się zza muru pijaka, który najwidoczniej obrał sobie za cel wspomnianą piechurkę. Gniedin pospieszył w tamtym kierunku. Spłoszony pijak uciekł. Ktoś zobaczył jeszcze tylko scenę rozmowy między kobietą a milicjantem i ich dwie sylwetki oddalające się wzdłuż ulicy. Tego samego dnia Onufry Pietrowicz otrzymał list następującej treści: Czy pan wie, co dla niektórych z nich znaczy „przyjąć cierpienie”? Wcale nie za kogoś określonego, tylko po prostu „trzeba przyjąć cierpienie”, dobrowolnie wziąć je na siebie, tym bardziej, gdy pochodzi od władz. Zacząłem przeczesywać w pamięci tytuły książek, z których mogłyby być wypisane te słowa. Założyłem, że dzielnica robotnicza, miejsce ostatniego kontaktu Gniedina ze światem, nie była przypadkowa. Prawie pewnym jest, że pijak był osobą podstawioną, mającą na celu zwrócenie kroków zaginionego w wiadomą stronę. Wobec tego ktoś wiedział, że Gniedin będzie przechodził właśnie tamtędy w swoim celu. Prawdopodobne jest więc, że była to jego stała trasa dokądś. Czyli, jeśli porwanie było zaplanowane, to czynnikiem decydującym o nim był funkcjonariusz i jego samotne spacery, czy raczej dzielnica i jej robotnicza symbolika? Fragment sugerowałby drugi powód, także powinienem zwrócić się ku książkom wczesnorewolucyjnym, w których najbardziej podkreślano ciężką sytuację klasy robotniczej i jej ciemiężenie przez władzę. Szybko jednak przyłapałem się na tym, że wypatruję od razu konkretnej powieści, a przecież owe zdania mogły być wydrukowane w praktycznie każdej z nich. Typowa scena: robotnik tłumaczy swoje racje pracodawcy. Gdyby ktoś obserwował mnie w tamtej chwili, z pewnością zwróciłby uwagę na powoli marszczące się czoło i palce wędrujące ku ustom, w których zęby zaczynały rozprawiać się z paznokciami. Warto byłoby najpierw dowiedzieć się celu wysłania wspomnianych liścików. Czy sprawca /-czyni /-cy podejmował /-ła /-li pewnego rodzaju grę z NKWD? Najwidoczniej chcieli (bo było ich kilku) zostać złapani i mieli w tym jakiś wątpliwy interes. A może za cel postawili sobie ośmieszenie władzy, licząc na jej ignorancję w zakresie literatury? Ha, w takim razie się przeliczyli, gdyż podobnych śledztw nie daje się pierwszemu z brzegu Iwanowi (daleki jestem jednak od wszelkiego windowania własnej osoby, po prostu stwierdzam fakt). Tylko po co, po co, po co?... Na razie do niczego nie dochodząc, napiąłem mięśnie brzucha, by sięgnąć po leżącą na stole kolejną kartkę. Moje ręce okazały się za krótkie, wobec czego musiałem podnieść się i postąpić krok do przodu. Borys Popławski i Sergiusz Szpiczkin. Tylko nieliczni klienci pamiętający czasy świetności „Zalewu” odwiedzali to miejsce. Niegdysiejszy zielony szyld, będący główną ozdobą ulicy, został zastąpiony przez nazwę zakładu krawieckiego. Wtajemniczeni zachodzili do niego po godzinach otwarcia i, mijając maszyny do szycia, przechodzili na zaplecze. Z dawnych lat pozostali tylko dwaj właściciele, bracia, a większość wyposażenia zdążono sprzedać. Jednakże nie miejsce stanowiło o popularności „Zalewu”, można było tam dostać opium, bezlitośnie tępione w całym mieście. Popławski i Szpiczkin przyszli po pracy w towarzystwie niskiego i łysego jegomościa. Wszyscy trzej byli w „Zalewie” po raz pierwszy, tak przynajmniej usłyszał Sońka, młodszy właściciel. Popalali opium w świetnych humorach, bo parę godzin wcześniej udało im się nader zręcznie rozegrać pewną akcję, której efektem byli trzej ludzie już tylko czekający na odpowiedni pociąg. Ich znajomy okazał się być duszą towarzystwa, gdyż to on wodził rej przy stoliku, dokoła... Wyjątkowo nieprzyjemny dźwięk telefonu przerwał moją pracę. Namyśliłem się chwilę, zanim przyłożyłem słuchawkę do - Przepraszam najmocniej, czy dodzwoniłam się do mieszkania państwa Dochturowów, moje nazwisko Kononowa? - Tak, ma pani właściwy numer, ale Nadia i Saszka są jeszcze w pracy. - Więc z kim mam przyjemność? - ...jestem ich znajomym. Proszę zadzwonić wieczorem... - Dobrze, że nie włamywaczem, chi chi chi, tyle się teraz tego słyszy, że strach! - Tak, do widzenia pani - Do widzenia. I proszę przekazać, że Kononowa dzwoniła, zapamięta pan? Ko-no-no-wa. - Tak, tak, tak, przekażę... - Dziękuję panu uprzejmie. Do widz... Rzuciłem słuchawkę na widełki, głośno wypuszczając powietrze. Przez chwilę podejrzliwie obserwowałem telefon, jednak więcej nie zadzwonił, wobec czego postanowiłem wrócić do salonu. Obracając się, zahaczyłem rękawem o butelkę mleka stojącą na stole, która zrewanżowała się rozbiciem o podłogę. Schyliłem się i zacząłem zbierać części pobitego szkła; dwie pełne garści wyrzuciłem do kosza. Starając się niczego więcej

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

5


nasza twórczość

nie dotknąć, wróciłem i usadowiłem się

Bezcenna rzezba na powrót w fotelu.

....nagle Popławski zerwał się z krzesła, a po chwili w jego ślady udał się Szpiczkin. Popławski krzyknął na nieznajomego, żeby wyszedł z nimi na zewnątrz. Ten ochoczo się zgodził, po czym trzej mężczyźni opuścili lokal. Wnet doleciał do „Zalewu” hałas z dworu, jak się okazało, był to odgłos silnika samochodowego. Pytani później ludzie zeznali, że bali się wyjrzeć, bo myśleli, że to po kogoś przyjechało NKWD. Rankiem list wylądował przed obliczem Onufrego Pietrowicza, a było w nim, co następuje:

Przecież sama myśl o tym na jawie przyprawiała mnie o mdłości.

Uderzyła mnie ironia zawarta w słowach „na jawie” - była to wyraźna aluzja do „Zalewu” i substancji tam zażywanych. Chociaż, przyjmując, że cytat pochodzi z książki, właściwiej byłoby stwierdzić: to „Zalew” jako miejsce porwania był aluzją do powieści. Popławski, Szpiczkin i nieznajomy opuścili pomieszczenie wypełnione oparami narkotyku, chłód musiał podziałać na nich orzeźwiająco i wtedy tajemniczy jegomość przestał widzieć w funkcjonariuszach kolegów, a dostrzegł ich inne oblicze. To znaczy, teoretycznie, gdyż rzeczywiście całe zajście było z góry ukartowane, łącznie z prowokacją wybuchu Popławskiego. Zaginieni mieli na sobie ubrania cywilne, więc, aby być pewnym, że są to NKWD-ziści, ktoś musiał ich wcześniej śledzić i dowiedzieć się o wypadzie. A może była to dobrze znana im osoba, z którą pracowali na co dzień, i może nawet brali udział w ostatniej akcji? Nie wykluczałem żadnej z hipotez Dzwonek, tym razem do drzwi. Postanowiłem udać, że mieszkanie jest puste, ale po chwili myśl (a nuż to jakaś wiadomość dla Nadii i Saszki?) popchnęła mnie ku wejściu. Na korytarzu stał niewielki, starszy pan z wąsem bardziej sumiastym, niż tow. Stalin i nieśmiałym uśmiechem powstałym na mój widok. Spytałem, czego sobie życzy, na co on zapytał się o Nadię: - Czy pani Nadia jest w domu? - Nie, wyszła do pracy, bo, widzi pan, jest wtorek. Obruszył się i powiedział, że on również wybiera się do pracy, ale Nadia obiecała pomóc mu przy sznurowaniu butów. - Słucham?! Mięśnie jego twarzy lekko drgnęły, w pełni oddając nastrój ducha. - Tak, buty – potwierdził. - Zaraz, zaraz – pokręciłem głową – jest pan dorosły i nie potrafi wiązać sznurówek? Brwi uniósł w zażenowanym geście, rozchylając bardziej powieki, skrywające błękitne oczy. Pewnym jest, że było mu przykro, ale mimo wszystko zapytał: - Czy m-mógłby pan mi pomóc? Nie zdążę do pracy, jeśli będę szedł z rozwiązanymi butami... Westchnąłem, rozejrzałem się po korytarzu w poszukiwaniu ewentualnych świadków tej groteskowej sceny i, nie widząc nikogo, wpuściłem go do mieszkania. Tu się ożywił i natychmiast począł wdrapywać się na stojącą przy drzwiach szafkę. - Zawsze tutaj siadam – wyjaśnił. Kiedy już rozsiadł się na niej wygodnie, wysunął ku mnie prawą stopę wraz z nienagannym brązowym butem na niej. Błyskawicznie zrobiłem supeł i kokardkę, podobnie postąpiłem z drugą nogą. Rozpromienił się i zeskoczył, lądując na moich palcach. - Pardon – uprzedził jęknięcie. Skierował się do drzwi i wyszedł. W progu minął się ze starszą kobietą, która przezornie pukała do drzwi. - A pani czego potrzebuje? - Pan jest znajomym pani Nadieżdy? - Tak. Poprosiła o trochę cukru, nie wysilając się już podać ku temu powodu. - Czy pani wie, jaka jest powszechna sytuacja z cukrem? - Wiem, właśnie dlatego chciałabym ciut pożyczyć, ale obiecuję, oddam jak najprędzej. Coraz bardziej wściekły, odparłem jej, że dobrze, niech sobie weźmie, tylko że ja nie słodzę i niech mnie nie pyta o cukierniczkę. Pognała do małej kuchni, jak by to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Szybko odnalazła, czego szukała i już po chwili stałą przede mną. - Dziękuję, proszę ukłonić się ode mnie pani Nadieżdzie... a tak swoją drogą, to czego chciał od pana Francis? - Ten mały? Prosił, abym pomógł mu zawiązać buty – poczułem, że się czerwienię. - Naprawdę? - kobieta zachichotała – wie pan, kim jest Francis? To aktor naszego kabaretu, a, co najlepsze, jego popisowym numerem jest wiązanie trzech par butów naraz. Do widzenia panu. Wyszła. Dom wariatów, pomyślałem. Przekręciłem klucz w zamku i, uspakajając się, wszedłem do pokoju, w którym czekała na mnie przerwana praca.

6

Kolejnym przypadkiem nie było porwanie, bo też Anatol Cz. do szeregowych NKWD-zistów nie należał. Późną nocą zegar zabił złowieszczo kilka razy. Wyzbyte uczuć wahadło poruszało się hipnotycznie po stałym torze. Gdy osiągało najdalej

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

Była noc. Na dworze szalała wichura. Gałęzie drzew i krzewów uderzały o okna, krople deszczu dudniły, padając na parapet. Nie było widać gwiazd, ciemne chmury całkowicie przykryły niebo. Paweł przebudził się. W całym domu było zimno, bo wiatr zgasił kominek. Wstał, by znów rozpalić. „ Światło”- powiedział i natychmiast w całym domu zrobiło się jasno. Zrobił dwa kroki i znów zrobiło się ciemno. Zagrzmiało. Paweł poczuł się dziwnie. Jego strach zaczął się nasilać, kiedy szedł do przodu. Był zdezorientowany. Chodzenie po ciemku było dla niego czymś normalnym, jednak wiedział, że coś jest nie tak. Przemierzając parter, dotykał ścian. W jego domu każda z nich miała inną fakturę. Paweł wiedział, gdzie jest, to mu bardzo pomagało. „A pani w sklepie polecała mi robota na prąd.” – pomyślał. W końcu stanął przed kominkiem. Ręką poszukał guziczków. Wcisnął dwa przyciski i poczuł ciepło ognia. Poczuł się błogo, uspokoił się. Już miał pójść spać, gdy wtem zadzwonił telefon. Bez trudu znalazł stolik i podniósł słuchawkę. -Słucham.- Powiedział. - Cześć! Jak ty sobie tam radzisz?- usłyszał - Spokojnie, nie ma światła, zgasł kominek, ale już go zapaliłem. Dziękuję Beciu za zainteresowanie. -To świetnie. Pamiętaj, że o 10 jesteśmy umówieni. -Jasne, że pamiętam. Pa! -Dobranoc. Paweł odłożył słuchawkę. Ruszył w kierunku łóżka, ale znów zadźwięczał telefon. Odwrócił się na pięcie i zaczął go szukać. Niestety, zapomniał o rzeźbie, która stała na środku salonu. Przewrócił ją i uderzył się w nogę. Zanim wstał, telefon ucichł. Miał mętlik w głowie. Z jednej strony zastanawiał się, kto dzwonił i po co, a z drugiej, po co mu ten okropny zabytek w jego nowocześnie urządzonym salonie. „Mogłem ją sprzedać, kiedy ten norweski inwestor złożył mi ofertę.”-pomyślał w złym momencie. Zasnął na kanapie, obok przewróconego zabytku. Ta rzeźba była w jego domu od pokoleń. Była bardzo stara, krążyły legendy, że pochodzi ze starożytnego Rzymu. Jednak została wykonana na wzór tej, która była na dworze Nerona. Była piękna. Miała złote zdobienia. Nie można zaprzeczyć, była bardzo cenna. Jednak dla rodziny Pawła była bezcenna. Wiele razy ktoś próbował ją ukraść- wtedy rodzice Pawła prowadzili otwarty dom i każdy wiedział o skarbie, jaki posiadają. Ale miejsce tego zabytku było na środku salonu Pawła, dlatego też zawsze wracał on na swoje miejsce. Od tamtego czasu tylko najbliższa rodzina i najlepsi znajomi odwiedzała Pawła. Aż pewnego popołudnia pewien mężczyzna chciał kupić rzeźbę. Powiedział, że dla niego pieniądze nie grają roli. Wtedy rodzice Pawła odprawili go z kwitkiem. Potem zginęli w wypadku samochodowym pod Warszawą. Paweł uważał, że to był tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale pewien policjant mówił, że „ta sprawa śmierdzi”. Potem mundurowy podobno popełnił samobójstwo. Przedawkował tabletki nasenne. Jednak nigdy nie cierpiał na bezsenność. Ten inwestor jeszcze raz odwiedził Pawła, około miesiąc temu. Tym razem też odszedł z niczym. Już wszędzie paliło się światło, tylko nie w domu Pawła. Ten dalej spał. Nagle otworzyło się okno na strychu. Paweł o tym nie wiedział, bo dalej spał. Coś weszło do domu. Czarne jak kot. Zwinne jak małpa. Szybkie jak pantera. Duże jak człowiek. Tak, to był człowiek Skradał się po cichu. Miał na sobie okulary, które działały jak latarka, dlatego też wszystko widział. Znów zagrzmiało. Wichura przybrała na sile. Paweł przebudził się. Usłyszał komunikat-„okno na strychu jest otwarte”. „Zamknij”powiedział. Przestraszył się. „Co się dzieje?”- pomyślał. Usłyszał dziwny dźwięk. Po chwili namysłu ruszył w kierunku dźwięku. Wszedł po schodach. W orientacji pomagały mu ściany. Hałas się nasilił. Podszedł do drzwi pokoju. Od śmierci jego rodziców nikt do niego nie wchodził. Przyłożył ucho do drzwi. Zrozumiał, że coś tam jest. Gdy wtem zagrzmiało i całe piętro rozświetliła błyskawica. Westchnął i otworzył drzwi. Coś na niego skoczyło. Paweł przewrócił się. „Kotku, co ty tu robisz? Ale jesteś przestraszony. Nieźle mnie przestraszyłeś. Prawie dostałem zawału przez ciebie”- powiedział i pogłaskał kotka, a ten uspokoił się. Już miał wychodzić, ale poczuł się dziwnie. Nagle coś uderzyło go w głowę. Paweł padł na podłogę. Mężczyzna w czarnym ubraniu sprawdził, czy Paweł żyje i poszedł na dół. Otworzył drzwi wejściowe i kilku innych mężczyzn także weszło do domu. - Nawet technika mu nie pomogła.- zagadał ten, który wszedł przez okno dachowe. - Załatwiłeś go?- spytał inny. -Nie, nie. -Co Ty, morderstwo wzbudziłoby niepotrzebne pytania. -On zginie w pożarze. -Ależ ta rodzina ma pecha. Zawsze robią coś źle w złej porze. Wtem wszyscy zaczęli się śmiać. Wyglądali tak samo. Mieli czarne spodnie i bluzy o tej samej barwie. Byli bardzo wysocy i umięśnieni. -Dobra, chłopaki, nie ma czasu.- powiedział szef szajki. -Trzeba brać się do roboty.-zawtórował mu drugi. -Jak my lubimy te brudną robotę. Pamiętajcie, nie możemy zostawić żadnych śladów. Zapalili światło i ruszyli w kierunku salonu. Kiedy zobaczyli zabytek, z góry zaczął dochodzić dziwny hałas. -Co to?- zdenerwował się szef. - Za lekko go uderzyłeś, Dawid. -Jak zwykle nie można na tobie polegać. -Wszystko zrobiłem dobrze!- oburzył się mężczyzna. -Więc, co to? -Zapomniałem o kocie, zaraz go załatwię.- powiedział Dawid i ruszył w kierunku schodów. -Stój!- zawołał szef- Rysiek zrobi to za Ciebie.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

47


nasza twórczość

nasza twórczość

chomy, nie odzywał się, jego oczy były jakby za mgłą. -Usiądź-powiedział władczym tonem mężczyzna, Aaron usiadł. Pokazał mu wisiorek. -Opowiedz mi, co się wczoraj stało, jak zabiłeś Thomasa Black’a? Serce podeszło mi do gardła. To wyglądało jak hipnoza. I to bardzo dobra hipnoza, bo Aaron zaczął mu opowiadać, wszystko po kolei, z każdym szczegółem. Jego głos wcale nie przypominał wczorajszego, głosu pełnego emocji, teraz dźwięki, które wydobywały się z jego ust, były suche, szorstkie, jakby nauczone, wystudiowane. Kiedy Aaron opowiadał o mnie, wstrzymałam oddech, ten hipnotyzer nie może wiedzieć, że tu jestem. -Gdzie jest teraz ta policjantka?-spytał doktor z zainteresowaniem. Już nie trzymał naszyjnika przed oczami Aarona, po prostu mówił to surowym, władczym tonem. A Kane był w niego wpatrzony jak w obrazek. -Gdzieś tutaj-odpowiedziała marionetka. Doktor uderzył go w twarz. A Aaron nic nie powiedział, siedział nieruchomo, czekając na rozkazy. Jednocześnie, aby Kane spełniał jego rozkazy, doktor musiał się skupić. Nie mógł robić paru rzeczy naraz. To uderzenie, ten wybuch złości, brak kontroli kosztowało doktora tyle, że Aaron się odwrócił. Jego umysł próbował walczyć. -Znaczy, że ona wszystko słyszała i może na mnie donieść w każdej chwili? Znajdź ją i zabij. Aaron gwałtownie się odwrócił w moją stronę. Chciałam znaleźć jakąś drogę ucieczki, jedyne, co mogło mi na to pozwolić, było okno. Wyjrzałam przez nie. Co najmniej ósme piętro. Nie ma jak zejść, a nie jestem ,,Evelyn Salt’’. Będę musiała się z nimi dwoma zmierzyć. Napięłam mięśnie, przygotowując je do walki. Przyjęłam odpowiednią pozę. Starałam przełączyć się na tryb: walcz-walcz-walcz. Drzwi otworzyły się z hukiem. A w nim pojawił się oczywiście Kane. Za nim na kanapie siedział hipnotyzer, nie ruszał się, musiał utrzymać chłopaka w tym stanie. Aaron rzucił się na mnie, próbując dosięgnąć mojej szyi, chciał skręcić mi kark. Kopię go kolanem w sam brzuch, aby zyskać choć chwilową przewagę. Kane upada, lecz zanim uderzył w ziemię, przyciskam go do ściany i potrząsam jego głową. -Obudź się!-krzyczę, ale jego oczy wydają się być jak za mgłą. Przestaję nim potrząsać, gdy poczułam tępe uderzenie w kark. Gwałtownie odsunęłam się od niego i zbliżyłam się do szafy, tak aby się jej przytrzymać. Widzę ciemność przed oczami. Do rzeczywistości przywraca mnie cios w kolana, jednak nie spadam na podłogę, udaje mi się utrzymać równowagę. Jednak jeden z pistoletów wypadł mi z ręki, Aaron złapał go w locie. Zanim spróbowałby oddać choćby jeden strzał, atakuję. W zręcznym podskoku nogą wytrącam mu pistolet z dłoni. W tym momencie rozpętała się prawdziwa walka. Cios! Unik! Cios! Unik! Moje ciało jakby tańczyło. Szanse są wyrównane. Ale mam krwawy, niedobry pomysł, jak je zakończyć. Przenoszę scenę walki do salonu, gdzie siedzi hipnotyzer. Chcę go przestrzelić, ale nie mogę. Kane mi ciągle w tym przeszkadza. Przestaje na moment, gdy lufą pistoletu uderzam go w tył czaszki. Najpierw próbuję tak uderzyć hipnotyzera, aby i on wyszedł z transu. Ale nie mogę! Nie mogę! Tymczasem, Kane zaczął się podnosić. Przestrzeliłam stopę doktora. Rozległ się wrzask, wypełniający moją głową. Ale i to nic nie dało! Kane przewrócił na mnie stolik, ale zdążyłam uciec. Zobaczyłam telefon. Chciałam wykręcić numer do Craiga, ale nie udało mi się. Kane ponownie zaatakował, nie zdążyłam uskoczyć, poczułam ostry ból i trzask łamanej kości nosowej. Na ustach poczułam krew. Zalała mnie wściekłość. Zanim Kane zdążył zaatakować, oddałam strzał z pistoletu. Kane spadł na ziemię. ************************************************** Kane spadł na ziemię, a doktor zaczął łapczywie oddychać. Trafiłam go w lewe płuco. Nie chciałam myśleć o tym, czy to dobrze, czy to źle. Najpierw podbiegłam do Kane’a zobaczyć, co z nim. Na twarzy miał ślady moich paznokci, żadnych głębszych ran, wyglądał jakby spał. Odwróciłam się z przerażeniem na twarzy w stronę hipnotyzera. Właśnie zastrzeliłam człowieka! To było lekkomyślne, znalazłabym inne wyjście z tej sytuacji. Zadzwoniłam na policję i pogotowie. Zaraz tu będą, chociaż wiedziałam, że to i tak nic nie pomoże. Doktor dławił się własną krwią, jego ciałem wstrząsały spazmy. Wtem przestał się ruszać ....i oddychać. Siedziałam tam parę minut i bezczynnie spoglądałam na bladą twarz trupa. Zabiłam człowieka! ..Zabi..-Uspokój się-rzekł do mnie Aaron Kane. -Powinieneś się stąd wynosić-powiedziałam obojętnie.-Zaraz przyjedzie policja. I nie uwierzą w bajki o hipnozie, bo parę minut temu ja też bym nie uwierzyła. Kane spuścił głowę i podszedł do mnie. -Wszystko pamiętam, Connie. Uratowałaś mi życie. Jeszcze się spotkamy-odparł i wybiegł. Epilog To kolejna zagadka, którą muszę rozwiązać. Hipnotyzer nazywał się Francesco Maya, lecz jego matka Elizabeth Black. Morderstwa są ze sobą powiązane, ale nadal nie mam motywu. Odkryłam również, że Aaron Kane jest bratankiem Francesca. Muszę go znaleźć i porozmawiać z nim. Według moich ustaleń w jednym z portugaliskich domów, łudząco podobnych do domu Blacków, mieszka rodzina, w której co pewnien okres czasu, ginie pewna osoba w niewyjaśnionych okolicznościach. To miejsce, gdzie Francesco dzwonił po raz ostatni. Niedawno bezdomny opowiedział mi dziwną legendę o tej rodzinie, ale potem się zmył. Biorę długi urlop i pakuję się. Wyjeżdżam do Portugalii. To będzie moje własne śledztwo.

/ MK

46

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

wysunięty punkt po lewej, usłyszeć można było delikatne tik. Po prawej zamieniało się w tak. Tik-tak. Tik-tak. Anatol podniósł się chwiejnie z krzesła, które natychmiast upadło na podłogę. Siedzący po przeciwnej stronie stołu Koch zaśmiał się cicho pod wąsem. Anatol zaczął zakładać płaszcz. Strącił przy tym pustą szklankę, która spowiła kilkoma kroplami wódki podłogę. Koch obserwował go z beznamiętnym wyrazem twarzy. Odbiło mu się. Zataczając się, Anatol obszedł stół i uścisnął dłoń kolegi. Obrócił się w kierunku wyjścia, ale nagły zawrót głowy pociągnął go na ziemię. Podniósł się i doczłapał do drzwi, które nie bez trudności otworzył. Na zewnątrz śnieg padał olbrzymimi płatkami, zakrywając powoli całą stację. Na bocznym torze stała lokomotywa z jednym tylko podczepionym wagonem. Blask bijący z okna domku dróżnika padał na plecy Anatola, wytwarzając długi, sięgający torów cień. Anatol udał się w prawo, gdzie w ciemności majaczyła konstrukcja osłaniającego peron dachu. Z ciemności wyłoniła się kobieta. Uśmiechnął się na jej widok, była to Weronika. Podeszła do niego, z uśmiechem muskając jego chłodne usta. Przytuliła go, przytrzymując jednocześnie, bo niebezpiecznie odchylił się do tyłu. -Pójdziemy teraz do domu, prawda? - zapytała matczynym głosem. Znowu się uśmiechnął. Trzymając go mocno za ramię, skierowała przed siebie. Szli w niewiarygodnej ciszy, miliardy białych pyłków leciały ku ziemi, nie powodując najmniejszego hałasu. Wiatru nie było w ogóle. Co jakiś czas z ust Anatola wydobywały się pozbawione sensu dźwięki. Weronika ściskała go wtedy mocniej. Doszli do samotnie stojącej lokomotywy. Obeszli ją i znaleźli się za jedynym wagonem. Kucnęli. - Już jesteśmy - tu jest poduszka. Weronika wskazywała na zakończony czymś na kształt tarczy zderzak. Oparł o niego głowę. - Zimne... Anatol chciał wstać, ale go przytrzymała. - Zaraz się nagrzeje. Śpij, pociąg już jedzie. Faktycznie, mrok rozjaśniły lampy nadjeżdżającego transportu. Wjechał na boczny tor, kierując się w kierunku wagonów. Weronika odsunęła się, wciąż jednak przytrzymując Anatola. Wyraźnie dostrzegła zbliżające się zderzaki. Głowa Anatola pękła jak bańka, zabarwiając ziemię wokół na czerwono. Stacja pozostawała niewzruszona zaistniałym wydarzeniem, może tylko śnieg sypał intensywniej, jakby chcąc zasłonić niezaplanowane ciemnoczerwone plamy. Ociekająca krwią Weronika podniosła się i udała w stronę, z której przyszła. Jej sylwetka powoli rozpływała się w ciemności. O świcie czujne oczy Onufrego Pietrowicza przemknęły po słowach: Ciekawe, czego ludzie najbardziej się boją? Nowego kroku, nowego, własnego słowa obawiają się ponad wszystko. Zerwałem się z fotela. Dałbym sobie rękę uciąć, że była to „Zbrodnia i kara”. W chwilę później stałem już przy biblioteczce moich gospodarzy, szybko przesuwając wzrok po tytułach książek. Ze złością stwierdziłem, że nie ma szukanej przeze mnie lektury, jednak przypomniałem sobie, że podczas wczorajszego spaceru przechodziliśmy obok dość dużej biblioteki, dokąd natychmiast się udałem. Zaczynał zapadać zmrok, kiedy prośbę o wypełnienie formularza umorzyłem okazaniem legitymacji. Otrzymałem wolną rękę na poruszanie się wewnątrz budynku. Po kilku minutach krążenia między regałami znalazłem półkę, na której zebrane były wszystkie chyba dzieła Dostojewskiego. Zwalając uprzednio „Idiotę”, sięgnąłem po „Zbrodnię i karę” i od razu ją otworzyłem, choć nie znajdowało to najmniejszego uzasadnienia. Przekartkowałem książkę pobieżnie i ruszyłem do lady, za którą siedziała stara Ukrainka. Niespodziewanie wpadł na mnie jakiś student, wytrącając mi powieść z rąk. Otwarta upadła na ziemię, jednak natychmiast ją podniósł i włożył w moje dłonie. - Przepraszam najmocniej. Uśmiechnąłem się do niego kwaśno po czym przeniosłem wzrok na stronice „Zbrodni” i zdębiałem. Czyjaś ręka podkreśliła delikatnie ołówkiem jeden z fragmentów, nad którymi głowiłem się przez ostatnie godziny. Przypadek był wprost nie do pomyślenia, takie rzeczy się nie zdarzają. - Kto wypożyczył ostatnio tę „Zbrodnię i karę”? Śmiałem się w duchu na myśl o głupocie sprawcy i korzystaniu z publicznie dostępnych książek. - Aleksander Fiodorowicz Dochturow. Nogi ugięły się pode mną, a cały poczułem się słabo. Zatoczyłem się lekko, przytrzymując się lady. Podziękowałem, powiedziałem, że konfiskuję powieść i wyszedłem. Usiadłem na ławce pod latarnią przy wyjściu z biblioteki. Drżałem. Patrzyłem na podkreślone słowa, ale nie byłem w stanie ich przeczytać. Więc to wszystko tak się kończy? Takie jest rozwiązanie zagadki? Znowu dopadła mnie ta cholerna ironia losu? Podniosłem się z ławki i, sunąc nogami, ruszyłem do mieszkania Dochturowów, które przed niecałą godziną opuściłem tak podekscytowany. Doszedłem do rogu wczorajszej ulicy, z dręczącym niepokojem zajrzałem w nią, popatrzyłem na tamten dom. Ponury kroczyłem przed siebie. Wszedłem do kamienicy i skierowałem się w kierunku klatki schodowej. Ciężkie kroki potęgowało echo odbijane przez białe ściany. Stanąłem przed drzwiami. Wyciągnąłem z kieszeni klucz i włożyłem go do zamka. Przekręciłem. Domownicy jeszcze nie wrócili z pracy, mieli zjawić się lada chwila. Zwaliłem się na kanapę, dłonie mechanicznie wpinając we włosy. Tysiące myśli przebiegały mi przez głowę boleśnie drapaną palcami. W tej pozycji czekałem na dźwięk klucza w drzwiach.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

7


nasza twórczość

Drgnąłem, usłyszawszy kroki na schodach. Wybijały diabelski rytm. Wstałem i ustawiłem się naprzeciwko drzwi. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Już były na moim piętrze. Jeden, dwa, trzy, cztery... Pukanie. FELIKS otwiera drzwi, do pomieszczenia wchodzą: DOWÓDCA, FUNKCJONARIUSZ PIERWSZY I DRUGI, zamykają drzwi za sobą na klucz FELIKS (zaskoczony): Nie spodziewałem się NKWD. DOWÓDCA (dumnie): Nikt nie spodziewa się NKWD. FELIKS: Panowie w jakiej sprawie? DOWÓDCA: Pan Feliks Timofiejewicz Lewin? FELIKS: Tak, o co chodzi? DOWÓDCA: Jest pan aresztowany. FELIKS (ostro): Żądam wyjaśnień. DOWÓDCA: Niech pan odda broń. FELIKS wyciąga pistolet i mu podaje: O co chodzi? Ja nic nie zrobiłem. DOWÓDCA: Proszę wyciągnąć ręce. kiwa głową w stronę FUNKCJONARIUSZA II FUNKCJONARIUSZ II skuwa FELIKSA FELIKS (dygocącym głosem): To jakaś pomyłka, morderca zaraz przyjdzie. FUNKCJONARIUSZ I (na stronie): O-ho! DOWÓDCA: Niewątpliwie. FELIKS: W książce są podkreślone linijki, które... DOWÓDCA (przerywając mu): Starczy, idziemy. FELIKS: Jak to, nie poczekamy na zabójcę? DOWÓDCA: Kogo ma pan na myśli? FELIKS: Aleksandra Fiodorowicza Dochturowa DOWÓDCA: Nie jest winny. (na stronie): Póki co... FELIKS: Więc kto, według pana, zabił? FUNKCJONARIUSZE I i II mrugają do siebie DOWÓDCA (zdziwiony): Jak to: kto zabił? Ależ to pan zabił... FELIKS (protestując): Jestem śledczym pracującym nad tą sprawą! DOWÓDCA: Wiem. Ruszamy... dźwięk otwierania drzwi od zewnątrz wchodzą NADIA i SASZKA SASZKA (z nutką gniewu): Co się dzieje? FELIKS (błagalnie do NADII): Powiedz im... DOWÓDCA (do SASZKI): Proszę się odsunąć, wyprowadzamy więźnia! NADIA (do FELIKSA): Co mam powiedzieć? SASZKA: Jakiego więźnia? NADIA (z przerażeniem): Feliks, o co chodzi? FELIKS (wskazując SASZKĘ, do NKWD-zistów): To on! To on zabił – Aleksander Dochturow! Jego aresztujmy! NADIA łapie się za głowę SASZKA (zdezorientowany): Nikogo nie zabiłem, Feliks, o czym ty... FELIKS (do NADII): To on, Nadia. Jest złym człowiekiem. SASZKA (do NADII): Kłamie! FELIKS: Aresztujcie go! NADIA (rozpaczliwie): O co tutaj chodzi?! FELIKS (do NKWD-zistów): Widzicie?! Ona jest niewinna, to Saszka! SASZKA (szepcząc): Ty kanalio...ty skurwysynu jeden... FELIKS: Obraża oficera NKWD! DOWÓDCA: Idziemy! NADIA opiera się o ścianę FUNKCJONARIUSZ PIERWSZY odsuwa SASZKĘ NKWD-ziści i FELIKS wychodzą NADIA (po cichu do siebie): Paranoja...

8

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

pod zarzutem sześciu morderstw, z tym, co zobaczyłam na górze- siedmiu. Co się z tobą stało? Wzorowy policjant, przykładny obywatel, niekarany-mówię z dozą współczucia. -Ja nie wiem, co się dzieje. Nic z tego nie pamiętam-mówi Kane, po czym ukrył twarz w dłoniach.-Zawsze budzę się po tym morderstwie. W dziwnym miejscach, z krwią na ubraniach. Wtedy to tak jakby moja dusza uciekała z ciała i ktoś inny przejmował kontrolę. Uwierz mi i pomóż. Nie wiem, co mam zrobić, żeby cię przekonać. Zaśmiałam się pod nosem. Niezła bajka. Ale ludzie wymyślali różne rzeczy, aby nie pójść do więzienia. -Czym ci zawiniły te osoby? Nikt nie znalazł żadnego motywu, dla którego mógłbyś je zabić. -Nie wiem, nawet nie wiem, kogo zabiłem. Wiem, że zawsze muszę uciekać-rzekł z desperacją w głosie. Postanowiłam zrobić małe śledztwo. -Ktoś ci pomagał? -Nie wiem. -Ktoś kazał ci to zrobić? Zmusił cię? -Nie wiem. Nie wiem. -Więc dlaczego to robiłeś? Moje pytania wywołały w nim napad złości, uderzył pięścią w ścianę i osunął się na ziemię. Wykrzywił usta w grymasie. -Nie rozumiesz?! Nie wiem, nic z tego nie pamiętam. Ja bym ich nie zabił! Nie wiem, kogo mordowałem. Kiedy się budzę, ściga mnie policja, wszędzie wiszą listy gończe. Sam tego nie rozumiem!-krzyknął, po czym rozległy się głosy policji.-Zwołałaś tu policję! Ten człowiek wyglądał na nieźle obłąkanego. Usłyszałam z oddali wołania. -Aaron, pomożemy ci-szepnęłam. Chyba udało mu się wzbudzić we mnie odrobinę litości. -Tak, zamknięcie mnie w psychiatryku, a później dacie do więzienia. Ale ja jestem normalny i nikogo nie zabiłem! Proszę, to ostatnia szansa, uwierz mi w końcu. Nigdy nie uważałam się za osobę naiwną, a jednak chciałam zrozumieć tę całą sytuację. Chłopak wyglądał na przestraszonego, zdezorientowanego. Naprawdę coś tu jest nie tak. I zanim zdążyłam mu odpowiedzieć, kilka latarek zaświeciło mi w oczy. Odwróciłam się. Craig i cała ekipa. -Boże, dzięki. Jesteś cała, Connie-powiedział mój przełożony. Po chwili poczułam szarpnięcie. Kane złapał mnie za ramiona, przyciągnął do siebie, zabrał mi pistolety, a jeden z nich wymierzył w moją głowę. -Zbliżcie się, albo ona zginie, szybciej niż możecie sobie wyobrazić-powiedział Aaron Kane. Trzymał mnie lekko, gdybym chciała mogłabym się łatwo uwolnić. On zostawił mi wybór. Albo odejdę z nim i dowiem się więcej, albo wrócę z Craigiem do szarego świata. Nie wyrywałam się. -Szefie, co mamy robić? Strzelać?-zapytał jeden z innych policjantów, znałam go, ale nie mogłam przypomnieć sobie jego imienia. -Nie! Pod żadnym pozorem!-krzyknął Craig, wybity z tropu.-Czego chcesz? Wypuść ją! -Ucieknę stąd. Dziewczynę wypuszczę. -Szefie! Jego złapanie jest ważniejsze! Craig zrobił groźną minę. Myślałam, że uderzy któregoś z policjantów. Po chwili dotarło do mnie: on jest we mnie zakochany. -Wynoś się! -wycedził przez zęby Craig.-Connie, wyciągniemy cię. Jeśli... Kane’owi to wystarczyło, popchnął mnie. Zaczęliśmy biec. Z oddali słyszałam wzburzone głosy policjantów. -Szefie! -Co powiedzą inne jednostki? -Nic. Bo nic nie widzieliście. -Ale szefie! -W tej minucie możecie stracić pracę. I nie przyjmą was nigdzie. Pamiętajcie, kim jestem-wykrzyczał Craig, tak głośno, że odbiło się to w moich uszach. -Nic nie widzieliśmy, szefie. W ogóle gdzie my jesteśmy? Biegliśmy, szybko, co sił w nogach. Korytarze rozwidlały się i rozwidlały. Po chwili zupełnie nie wiedziałam, gdzie jestem. Nie wiem, jak takie długie korytarze mogły umknąć policji. Po chwili usłyszałam głos Aarona. -Dziękuję ci. I tak będzie łatwiej, wybacz mi. Zatrzymałam się i gwałtownie przystanęłam. Zanim się odwróciłam, poczułam uderzenie pistoletem z tyłu głowy. Taką cenę płaci się za naiwność. Zachwiałam się, zrobiło mi się ciemno przed oczami, upadłam boleśnie na podłogę, uderzając się o ceglastą ścianę. I zemdlałam. ****************************** Obudziłam się na kanapie, przykryta kocem. Otwierałam oczy powoli, chciałam jeszcze spać. Miałam zadzwonić do Sue. Nagle zszokowana wyprostowałam się. Wszystko zaczęło mi się przypominać. Co ja zrobiłam? Szybko zeskoczyłam z wersalki, gdy wtem zauważyłam na stoliku moje dwa pistolety. Rozejrzałam się po ładnym domu, Aarona nie było. Pobiegłam wprost do drzwi, zamknięte na kłódkę z obu stron. Zostawił mi pistolety, ale zamknął drzwi, żebym przypadkiem nie uciekła? Skierowałam się wprost do lodówki. Byłam głodna. Gdy usłyszałam głos Aarona i kogoś jeszcze próbującego otworzyć drzwi, schowałam się, przygotowana do ataku. Wbiegłam do pokoju obok, których drzwi były lekko uchylone. Doskonały widok. Skrzypnięcie drzwi. Obok Aarona stał mężczyzna wieku średniego, z siwymi włosami, z okularami na nosie. W ręku trzymał jakiś zeszyt i jakiś naszyjnik z dużym bursztynem. Aaron stał wyprostowany i nieru-

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

45


nasza twórczość

Walka z cieniem

Podśpiewywałam sobie cicho hity z radia, gdy wtem zadzwonił telefon. Podjechałam pod stację benzynową. Księżyc schował się za chmurami, było zupełnie ciemno. -Connie, namierzyliśmy tego mordercę, Aarona Kane’a. Ukrywa się w podziemnych korytarzach niedaleko posiadłości Blacków. Jedź tam i poczekaj na oddział. Te tunele są zawalone. Spróbujemy oczyścić wejście, aby się tam dostać. Jest z tobą Sue?-spytał mój przełożony. -Oczywiście, przecież ma służbę razem ze mną -skłamałam. W rzeczywistości Sue miała jakąś ważną sprawę do załatwienia i poprosiła mnie, żebym dzisiaj była sama. -Dobrze, Connie. Wydarzyło się dzisiaj coś ciekawego? -W tym mieście nie dzieje się nic ciekawego, Craig - powiedziałam, po czym pożegnałam się z nim i zakończyłam rozmowę. Już jako piętnastolatka chciałam być policjantką, nauczyć się walczyć, strzelać. Marzyłam o tym, żeby w moim życiu działo się coś ekscytującego. A tymczasem spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Byłam najlepsza w mojej grupie, dostałam dyplom z wyróżnieniem ukończenia Akademii Policyjnej, ale te starania wyraźnie zdały się na nic. Za parę lat będę jak inni policjanci, gruba, zmęczona życiem i zamiast dawać upomnienia, wlepiać mandaty. Po zatankowaniu samochodu, ruszyłam prosto w okolice domu Blacków. Warto wspomnieć, że jest on opuszczony. Wszyscy zginęli w jakichś niewyjaśnionych okolicznościach, gdy tylko wyjeżdżali z miasta. To było dziwne. Skręciłam w prawo. Księżyc schował się za chmurami, było zupełnie ciemno, a w dodatku zaczął padać deszcz. Kiedy dojeżdżałam do celu, zobaczyłam wielki, straszny dom i przez chwilę wydawało mi się, że jest w jednym z pomieszczeń paliło się światło. Potrzebujesz kawy, Connie - pomyślałam i zatrzymałam się. Włączyłam radio dla otuchy, ale dalej bacznie obserwowałam dom. I zauważyłam blade światło, chyba latarki. Wysiadłam z auta. I podeszłam cicho do drzwi. Serce podskoczyło mi do gardła, nie słyszałam nic innego, jak jego bicie. Opanowując strach, wyjęłam moje dwa Desert Eagle, moje pistolety. Przekręciłam klamkę, a drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Czułam się jak bohater jakiegoś taniego horroru-moja wyobraźnia wariuje. Szukam przełącznika, żeby zapalić światło. I znalazłam. W tym momencie odetchnęłam z ulgą. Z wyciągniętymi pistoletami idę do pokoju na lewo. Kuchnia. Nie ma nic szczególnego, ale w powietrzu czuję zapach chyba kurczaka. Ktoś musiał tu być. I to bardzo niedawno. Mimo że dom już długo nie był zamieszkiwany, świecił on czystością. Skierowałam się do pokoju naprzeciwko, drzwi zaskrzypiały, zalała mnie ciemność. Włączyłam światło. Pierwsze, co ukazało się moim oczom, to fotel, duży, czarny fotel. Odwrócony do mnie tyłem. Czułam narastającą panikę. Powoli, małymi krokami oglądam pokój. Dokładnie, szczegółowo. Byleby nie zbliżyć się do tego fotela. Ale nie miałam wyboru. Musiałam zobaczyć, że tam nic nie ma. Zamieram. Wstrzymuję oddech. Na raz, dwa... trzy... To, co teraz widzę....Przecieram oczy. Ręce mi się trzęsą. Na fotelu był młody mężczyzna, tylko że ...miał wbity sztylet w samo serce. W mojej głowie rozpętała się burza. Strach przenikał wszystkie komórki. Nie to, że nigdy nie widziałam trupa. Nigdy nie byłam z martwą osobą w jednym pomieszczeniu. Sama. W strasznym domu. W ciemną, głęboką noc. Jego blada twarz teraz silnie kontrastowała z czarnymi półdługimi włosami. Nie było krwi? Czy to było samobójstwo? Czy morderstwo? Moją uwagę przyciągnął jeszcze jeden szczegół. Rękojeść sztyletu była przepiękna. Wysadzana szlachetnymi kamieniami. I był na nim napis, którego nie mogłam rozszyfrować. Zadzwoniłam do Craiga i opowiedziałam mu całą sytuację. Próbowałam uspokoić głos. -Connie, za pięć minut będziemy na miejscu. Pięć minut. Bądź ostrożna-powiedział Craig niespokojnym tonem. -Jak zawsze, szefie-mruknęłam i drżącymi rękoma schowałam telefon do kieszeni. Chciałam już wychodzić z tego domu, gdy wtem usłyszałam przeraźliwy męski krzyk. Odwróciłam się gwałtownie. Prawdopodobnie głos dochodził z piwnic. Tego nie uczą w akademii, radzenia sobie z panicznym strachem. Chciałam pomóc temu komuś i ruszyć, ale nogi-ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Zupełny paraliż. Prawdziwy policjant powinien biec, biec na ratunek. Zmusiłam nogi do ruchu, szłam krok po kroku. Drzwi znowu zaskrzypiały. Tak jak w tych horrorach. Zaraz utną mi głowę, wyskoczy jakiś potwór i będzie po horrorze. Uspokój się, Connie. Te drzwi powinny być naoliwione. Pomieszczenie miało jeszcze jedno wyjście. Serce biło mi w piersi tak mocno, jakby chciało się wyrwać. Dobrze wiem, co się tam znajduje. To wychodzi na południowy wschód, tak jak te podziemne korytarze. Dom Blacków a korytarze dzieliło około 800m i odkąd pamiętam, były one zawalone. Wstrzymałam oddech. Chcę tam pójść, jeśli tam wejdę, wygram wielką wojnę. Wojnę ze swoim strachem. Jeśli tam nie wejdę, przegram wszystko. Stawiam sobie sprawę jasno, jeśli stracę tą szansę, rezygnuję z zawodu, z tego marzenia. Decyduję się pójść. Wygram to! Próbuję iść, ale nie pomagają mi nogi jak z waty. Przechodzę próg. Korytarz. Ciemny. Zimny. Długi. Nie ma żadnego światła. Moja pewność pryska jak bańka. Ale przypominam sobie, mam latarkę! Rozsądek podpowiada mi, że powinnam czekać na oddział. Już chcę zawracać, gdy wtem słyszę krzyk, który rozdziera mi głowę, pali moją skórę, nie mogę wytrzymać-biegnę do przodu. Staję, gdy hałas ten ustaje. Jestem w połowie drogi, teraz nie mogę już zrezygnować. Wyciszam umysł, zamykam oczy, chcę wyrzucić z siebie wytwory mojej wyobraźni. Kieruję światło latarki na drogę, żebym się nie potknąć. Jednocześnie staram się jak najbardziej wyostrzyć moje zmysły: wzrok i słuch. Cicho stawiam stopy, tak by nic nie było słychać. Panuję...panuję nad sobą. Gdy już wydaje mi się, że ten korytarz nie ma końca, widzę jaśniejsze światło. Przyspieszam kroku. Wtem moim oczom ukazało się pomieszczenie, z którego wychodziły cztery drogi. Powoli i ostrożnie schodzę po schodach, gdy wtem usłyszałam płacz. -Kto tu jest? Pokaż się! -krzyknęłam pewnym głosem. Nie chcę już okazywać strachu. Być tchórzem. Nikt mi nie odpowiadał, ale szloch nie ustał. Trudno było mi stwierdzić, skąd pochodziły te dźwięki. Było tu straszne echo. Zajrzałam do pierwszego korytarza. -Pomóż mi-przerażony ton dobiegł do moich uszu. Odwróciłam się szybko, przygotowana do walki. Nogi ugięte, dłonie mocno ściśnięte na pistoletach. -Aaron Kane-szepnęłam zdziwiona. Nie wiedziałam, o co mam go pytać. -Co się ze mną dzieje? Ten mężczyzna na górze, to też ja?-odparł wystraszonym głosem. Chciał podejść bliżej. -Nie zbliżaj się albo wpakuję ci kulę między oczy-próbowałam brzmieć groźnie. Jak gangsterzy z filmów.-Aaronie Kanie, jesteś aresztowany

44

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

KURTYNA * Ponieważ narrator został aresztowany, jako autor czuję się zobowiązany do udzielenia pewnych wyjaśnień. Po pierwsze: tak, Feliks był mordercą i odpowiada za wszystkie porwania mające miejsce w lutym 1938 roku w Leningradzie. Aresztowanie Paataszwiliego odbyło się w nocy z 24 na 25 stycznia, a już pięć dni później Feliks incognito przybył do Leningradu. Tam nawiązał kontakt z dwojgiem ludzi „wsypanych” przez profesora. Ostrzegł ich przed niebezpieczeństwem i nakazał zmianę adresu. Jak się dowiedział, byli oni członkami podziemnej organizacji o charakterze antypaństwowym. Zaoferował im swoje usługi jako oficer NKWD, pozostaje jednakże wciąż zagadką, w jaki sposób przekonał ich do siebie, odpędzając podejrzenia o prowokację. Poprzez rozmowy z szeregowymi NKWD-zistami zdobył informacje o swoich przyszłych ofiarach, z całą pewnością przypadkowych osobach. W koniecznych przypadkach posługiwał się swoją pozycją, co zapobiegło wielu problemom i komplikacjom. Porwanych milicjantów, z wyjątkiem Anatola K., mordowano w piwnicy opustoszałego domu, znajdującego się znowu nie tak daleko od centrum miasta. Przygotowywane było nawet porwanie samego Onufrego Pietrowicza, jednakże rozwój wypadków przekreślił te plany. Po drugie: „Zbrodnia i kara” jako źródło cytatów zostało wybrane osobiście przez Feliksa, któremu lektura ta była bliska jako słuchaczowi Moskiewskiego Instytutu Filozofii, Literatury i Historii. Odnalazł tam treści idealne, jego zdaniem, do zaistniałej sytuacji. Słowo „oni” ma oznaczać przeciętnych Rosjan prześladowanych przez wszechobecny system, a oskarżenia kierowane są pod adresem władz. To, że w niektórych przypadkach cytat ściśle łączy się z porwaniem, jest dość szczęśliwym dla Feliksa zbiegiem okoliczności. Po trzecie (i najważniejsze): z pewnością nasuwa się czytelnikowi pytanie, dlaczego relacja Feliksa jest różna od rzeczywistych wydarzeń. Odpowiedź wydaje się prosta: Feliks kłamie, przedstawiając „oficjalną” wersję śledztwa, w której to on jest dzielnym śledczym, a mordercą Saszka, jego kolega, którego nie wzbrania się zaaresztować w imieniu Związku Radzieckiego. Jego wyznania są objawem tchórzostwa, wersją, którą chciał przedstawić przełożonym i adresatce pierwszego akapitu tego tekstu; sam, mimochodem, układał niniejszą historię w głowie. Po czwarte: „Zbrodnia i kara” została wypożyczona na nazwisko Saszki, osoby bliskiej Feliksowi. „Została wypożyczona na nazwisko” - to zdanie streszcza działania Feliksa w wiadomym celu – znalezieniu wcześniej przygotowanego sprawcy. On również był tym, który podkreślił wybrane fragmenty. Dlaczego Saszka? Tego możemy się co najwyżej domyślać. Prawdopodobnie z powodów osobistych został wybrany przez Feliksa na mordercę. Podkreślenie, że Nadia jest niewinna, wskazuje na fakt, że ofiarą planu miał paść tylko przyjaciel Feliksa. Taktownie pomińmy w tym miejscu stosunki panujące pomiędzy Saszką, Nadią i Feliksem. Ktoś oczywiście mógłby zapytać: ale dlaczego Feliks, oficer NKWD, stał się nagle antysowieckim terrorystą? Otóż popchnęła go do tego postawa profesora Paataszwiliego, który za czasów studenckich był jego autorytetem. Feliks, pod wpływem profesora, postanowił zmienić „stronę barykady”. Nie chcąc jednak tracić bezpieczeństwa związanego z funkcją oficera, nie dość, że nim pozostał, to jeszcze usilnie, tak, usilnie, zabiegał o powierzenie mu prowadzenia śledztwa, którego rozwiązaniem, jak już doskonale wiemy, był on sam. Niewątpliwie gnębi jeszcze czytelnika pytanie, kto doprowadził do ujęcia Feliksa. Spuszczając skromnie oczy, a jednocześnie promieniując dumą, ośmielę się wskazać tu siebie. Tak, tak, moi drodzy, powstrzymajcie słowa zachwytu , a posłuchajcie jeszcze chwilę. Pierwsze podejrzenia względem Feliksa powziąłem stosunkowo późno, bo dopiero przy opisie porwania biednego Gniedina. Było to tak szczegółowe, że nawet, z całym szacunkiem dla NKWD, ich raporty nie mogły się pod tym względem równać z relacją narratora. Oczywiście, nie widział tego osobiście, ale mizernie układany plan domagał się rzetelnego sprawozdania przed wiadomym dowódcą. Jakby wiedząc, że zamiłowanie do pisarstwa może go zgubić, Feliks wplótł wiele dygresji i zdarzeń do swojego opowiadania, które, jak sądził, miały skierować uwagę czytelnika na inny tor. Rzekomy telefon pani Kononowej został zmyślony (obywatele, w których mieszkaniu miało mieć to miejsce, nie posiadali najzwyczajniej w tym czasie aparatu telefonicznego). Podobnie rzecz ma się z wizytą sąsiadki. Co do rozlanego mleka i człowieka imieniem Francis, nie udało się jak dotąd potwierdzić ich autentyczności. Czując się po trosze współwinnym za niniejszy tekst, składam czytelnikowi gorące wyrazy współczucia za otrzymanie fałszywych wskazówek dla wyobraźni. Odbiegłem jednak zanadto od tematu. Od tego czasu baczniej śledziłem poczynania Feliksa, ale to przy scenie w bibliotece dostałem ataku śmiechu. Akurat w TYM momencie zjawił się TEN-A-NIE-INNY student i wytrącił TEMU panu TĘ książkę, która upadła, otwierając się na TEJ stronie. Mimo całego sentymentu do Feliksa, jako do narratora, zbłaźnił się, próbując racjonalnie wytłumaczyć odkrycie podkreśleń. Wtedy byłem już pewien i niezwłocznie zawiadomiłem odpowiednie służby. (I tak, dopiero później, po mojej interwencji, odkryto całą rzeszę informacji, które przedstawiam na tych kartach). Nie chcąc pozostawiać u czytelnika uczucia niedosytu, wspomnę, że za dokonaną zbrodnię Feliksa i jego współpracowników spotkała zasłużona kara. Usta same wykrzywiają mi się w uśmiechu na myśl o Feliksie roztaczającym w tamtej chwili przed oczyma swojej wyobraźni wizję pocisku z wygrawerowanymi na nim słowami „cholerna ironia”. Jakkolwiek brzmiałoby to komiczne, przynajmniej nabój okazał się być prawdziwym. A ja? Ja dostałem medal. / M.M.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

9


nasza twórczość

To tylko zwierzeta

Ten dzień zapowiadał się całkiem spokojnie. A jednak… Była środa 27 kwietnia w samo południe. Starszy sierżant Kunegunda Liwanowska spacerowała sobie lasem, leżącym niedaleko torów kolejowych, tuż za Kielczem, gdy wtem usłyszała czyjeś wołanie o pomoc. Natychmiast ruszyła w tamtym kierunku i zobaczyła częściowo mokrego chłopaka, oblepionego czymś, co wyglądało jak czarne glony. Podbiegła do niego i zapytała, co się stało. Próbował jej coś powiedzieć, ale strach odebrał mu mowę, więc tylko wskazał palcem kierunek i pobiegł tam. Kunegundzie nie pozostało nic innego, jak pójść za nim. Wiedziała na pewno, że nic dobrego tam na nią nie czeka. Nastolatek zatrzymał się na brzegu szerokiej rzeki, przepływającej przez las. Obok niego leżało coś, czego Kunegunda nie zapomniała do końca życia: były to czarne jak węgiel ciała dwójki nastolatków, chłopca i dziewczynki. W powietrzu unosił się jeszcze zapach spalonej benzyny. Po 20 minutach zjawiła się w tym miejscu ekipa techników, która zaczęła szukać śladów. Tymczasem Kunegunda podeszła do chłopaka, który znalazł ciała. K: Jak się nazywasz i kiedy oraz jak ich znalazłeś? Chłopak: Jestem Miron Kułaczyk. To było kilka minut przed tym, jak panią spotkałem. Chciałem tylko przejść przez rzekę na drugą stronę, gdy wtem spostrzegłem, że przez środek rzeki płynie wąski pas czarnej wody. Podszedłem tam i zacząłem szukać przyczyny tego dziwnego zjawiska i nagle poczułem coś miękkiego i podłużnego pod swoją stopą. Gdy to wymacałem, zorientowałem się, że trzymam ludzką rękę. Chwilę potem znalazłem drugie ciało, więc wyjąłem oba w nadziei, że może tylko przewrócili się i stracili przytomność, ale gdy zobaczyłem ich całych, wiedziałem, że to niemożliwe. Zacząłem wołać o pomoc, ale na początku nikogo nie było w pobliżu, dopóki nie zjawiła się pani. K: Cóż, raczej nie uda nam się ich zidentyfikować na podstawie DNA. Ale może ty wiesz, czy ktoś miał tu wczoraj lub dzisiaj przyjść? M: Tak, wiem. To Jaśmina Zienowicz i Wiktor, ale nie znam jego nazwiska. Chodzili do Gimnazjum nr 3. To niedaleko stąd, często chodzili tu odrabiać wspólnie lekcje. Widziałem wczoraj, jak wybierali się do lasu po południu z plecakami i koszykiem, pewnie na piknik. Te ciała to na pewno oni, poznaję po ich wzroście i budowie. K: A nie wiesz może, czy mieli się jeszcze z kimś wczoraj spotkać? M: Nie, nie mam pojęcia. K: Dobrze. Idź więc do radiowozu, policjant spisze twoje zeznania i adresy zamieszkania tych dzieci. Nadszedł następny dzień. Było już prawie pewne, że Miron Kułaczyk trafnie wskazał Jaśminę jako ofiarę, gdyż we wtorek nie wróciła do domu, a wczoraj nie było jej w szkole. Co do Wiktora były wątpliwości, gdyż wprawdzie on też nie poszedł tego dnia do szkoły, ale policjanci nie znali jego adresu więc wszystko było możliwe, lecz tylko przez chwilę, ponieważ po 10 min. jeden z funkcjonariuszy znalazł dwa plecaki, a w nich dwie legitymacje, które mówiły jasno za siebie. Tego dnia Kunegunda, wraz ze swoją koleżanką, sierżantem Nadzieją Głogą, przyjechały do państwa Zienowiczów. W mieszkaniu panowała grobowa cisza, do reszty przesycona smutkiem. Nadzieja postanowiła porozmawiać z siostrą zamordowanej, Anielą, zaś Kunegunda z jej ojcem. Ten zachowywał zimną krew, ale widać było, że bardzo brakuje mu córki. Powiedział policjantce wszystko, co wiedział, czyli że Jaśmina nie miała koleżanek, bo te jej zazdrościły stopni. Lubił ją tylko Wiktor Waszyński, ale ojciec nie pochwalał tej przyjaźni, gdyż chłopiec był z patologicznej rodziny. K: Chciałam zadać tylko jeszcze jedno pytanie: czy państwo mieli jakieś zwierzęta? Ojciec Jaśminy: Nie, nie mamy żadnych zwierząt. A dlaczego pani pyta? K: Na miejscu zbrodni znaleźliśmy sierść zwierząt, prawdopodobnie była to kocia sierść. Ojciec Jaśminy: Aha… Co też ten morderca planował i dlaczego się z nimi tak obszedł? Przecież to tylko dzieci. Kunegunda chciała się jeszcze trochę rozejrzeć po mieszkaniu, gdy wtem weszła do pokoju Nadzieja, przypominając, że muszą jeszcze uporządkować papiery w archiwum, bo posterunkowy Wojciech Mozoła, pilnował drzwi do archiwum, ale przysnął i tę okazję wykorzystała cała horda małych dzieci, rozrzucając całą zawartość wszystkich szuflad, gdzie tylko popadnie. Kunegunda dała więc ojcu Jaśminy swój numer telefonu, na wypadek, gdyby coś sobie przypomniał i obiecała informować go, gdy znajdzie coś ważnego. Nadzieja poinformowała koleżankę, że Aniela musi jechać z nimi na komendę, aby sporządzić portret pamięciowy. Zadeklarowała też odwiezienie dziewczynki do domu, więc chwilę potem w trójkę ruszyły w kierunku komisariatu. Podczas gdy rysownik wraz z dziewczynką zajęli się swoim zadaniem, Nadzieja opowiedziała Kunegundzie o tym, co udało się jej dowiedzieć od Anieli. N: Mała powiedziała, że kiedy wracała z Jaśminą ze szkoły, to często czekała na nich za rogiem pizzerii “American” pewna grupka licealistów z trzeciej klasy i dokuczała im. Widziała też, jak systematycznie znęcają się nad bezdomnymi zwierzętami. K: Trzeba będzie ich sprawdzić. Ja się tym zajmę, a ty pojedź jutro na ul. Wrzosową 5. Tam mieszka rodzina Wiktora Waszyńskiego, jedynego kolegi dziewczynki. Może dowiemy się tam czegoś więcej. N: Nie ma sprawy. Ale póki co musimy zająć się tymi dokumentami. Ech… a swoją drogą, kto to widział, aby kazać policjantowi po całonocnej warcie pilnować czegokolwiek? I w ogóle skąd te dzieci się tam wzięły? K: A kto to wie… Tak czy siak, to MY musimy to teraz uprzątnąć. Lepiej od razu weźmy się do roboty, bo nie skończymy do rana. Funkcjonariuszki, zobaczywszy stan archiwum, nie podeszły do tego zadania zbyt optymistycznie. Czas spędzony przy porządkowaniu dokumentów ciągnął się w nieskończoność. Nadzieję omal nie przywaliłby stos papierów z jednej półki, gdy wtem z pomocą przyszedł jej Leon Groch i to on przyjął na siebie ten cios. Zdołały go w końcu wygrzebać i ten zaoferował swoją pomoc w sprzątaniu. A gdy chwilę potem dołączyli do nich Dariusz, Jacek i Kamil, tempo pracy zwiększyło się błyskawicznie i zdołali w niecałe 3 godziny uporządkować całe archiwum. N: Dzięki chłopaki. A i jeszcze jedno: czy mógłby ktoś z was pójść do Liceum im. Romana Dmowskiego przy krakowskiej, aby dowiedzieć się nieco o pewnych grupie młodzieży. Będziecie mieli ich portret pamięciowy, rysownik pewnie już skończył. J: Nie ma sprawy. Ja się mogę tym zająć. Nadszedł kolejny dzień. Zgodnie z ustaleniami, każdy zajął się swoją częścią zadania. Pizzeria była niedaleko, więc Kunegunda szybko tam dotarła. Rzeczywiście, za rogiem budynku, stało 5 osób w wieku licealnym i wyglądzie identycznym, jak na portrecie pamięciowym. Było wśród nich trzech chłopaków, z których dwóch rzucało kamieniami w wiewiórkę na drzewie, oraz dwie dziewczyny, które dopingowały zaciekle. Policjantka przerwała im tę zabawę, z czego młodzież nie była zadowolona, a jej nastrój się jeszcze pogorszył, gdy dowiedzieli się, z kim mają do czynienia. Wyjęła zdjęcie,

nasza twórczość

- Przypadek. Zostawiła go rano przy łóżku. Potem zacząłem uważać, że specjalnie dla mnie. Na pamiątkę. - Mamy zatem dwie sprzeczne historie. - Nie mam powodu żeby kłamać! - On również nie ma. - Patrick, przepraszam, że wam przerywam, ale Edmund Black uciekł ze szpitala. – Do pomieszczenia wpadła niska blondynka w kwadratowych okularach. - Jakiś motyw zawsze się znajdzie. – Luke uśmiechnął się szyderczo. *** Obudziła się. Na pewno? Zmrużyła oczy - raziło ją światło. Czuła chłód, nawet zimno. Nie ma kołdry? Ciepłe krople spływały po plecach. Pot? Czy to ranek? Głowa pulsowała z bólu. Jak trafiła wczoraj do łóżka? Okropnie bolał ją kark. Właściwie to całe ciało było obolałe. Nie mogła ruszyć ręką. Nogą też nie. Zapach krwi? Ciężkie kroki. To nie Matylda. Spróbowała coś powiedzieć, ale jakiś przedmiot tkwił jej w buzi. Siedzi, a może stoi. Czuje sznury. - Witaj Aleksandro – zmroził ją głos jej oprawcy. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już jesteś obudzona. Jeszcze tylko jedno, dla pewności. Próbowała się uwolnić, gdy wtem, oblał ją strumień lodowatej wody. Natychmiast otworzyła oczy i starała się uspokoić, by móc oddychać przez nos. Rozejrzała się. Była w salonie ciotki. Kobieta leżała pod ścianą. Lexi rzuciła się na pomoc, ale tylko pogorszyła sprawę, bo potknęła się i teraz leżała twarzą na podłodze przygnieciona krzesłem. Kątem oka zobaczyła Edmunda. „Tak. Ratunek!” Uśmiechnęła się na tyle, na ile pozwalał jej knebel. Chwila. Dlaczego on tu jest? Wpadła w panikę. Chłopak ją podniósł. - Nie rozumiesz? – zaśmiał się. – Oczywiście, że nie. Ona też była taka głupia. Chodził dookoła pokoju szepcząc coś pod nosem. Co jakiś czas wyglądał za okno w stronę jeziora. Tafla była spokojna. Jak zawsze. Dziewczyna szarpała sznury, ale one tylko wbijały się głębiej w jej skórę. - Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że znajdą jej ciało. Wszystko przez te małe bachory. Pomyśleć, że i ja chciałem mieć dzieci. Nie tylko! Pragnąłem spokojnego, dużego domu, dobrej, uczciwej pracy, szczęścia, ale tylko z Lindą. Problem w tym, że nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. Prawda? – mówił powoli i spokojnie. Zaczęła się pocić i motać na krześle, a on zniknął na chwilę w kuchni, po czym wrócił z siekierą. Oparł ją o ścianę i dalej krążył. - Ty też nie jesteś niewinna. Zostawiłaś ją tu samą. Od samego początku powtarzała „Kiedyś jak Lexi wróci, zamieszkamy razem”, ale ty nie przyjechałaś nawet w odwiedziny. Zerwałaś kontakt. Zapomniałaś o siostrze? – jego słowa raniły jak dzika bestia. – Kochałaś ją w ogóle? Nie miałaś pojęcia, jak cierpiała, a ja miałem. Ocierałem jej cholerne łzy przez cały okrągły rok, a ona znalazła sobie kogoś innego! Wyobrażasz to sobie? Zadawał ból, jakby piorun uderzył w samo serce. Dobrze wiedział, jak zagrać na emocjach, aby wzbudzić jej obrzydzenie do samej siebie. Uderzył pięścią w ścianę. – Bez stresu. Znalazłem rozwiązanie. Jeżeli moja mogła być tylko martwa, dlaczego nie? Wiedziałem, że wcześniej czy później przyjdzie się pożegnać. Czekałem i opłaciło się. Była taka piękna. Jej oczy ani trochę nie straciły blasku, a jej usta przestały w końcu powtarzać, że mnie nie kocha. Miałem ją tylko dla siebie! Słuchała mnie. Nie komentowała, nie oceniała. To trochę ironiczne, ale zamknąłem ją w skrzyni jak skarb – bo właśnie nim dla mnie była. Mój plan nie był oczywiście idealny. Musiałem ją ukryć daleko w lesie i rodzice zauważyli moje wycieczki. Potrafiłem z nią spędzać godziny. Na początku zakład był katorgą, byłem tak daleko od niej, a potem zapomniałem o bólu, jaki mi sprawiła. Ostatnią przeszkodą jednak okazałaś się ty, moja droga. Widzisz, gdy zobaczyłem ciebie rany w moim sercu otworzyły się na nowo. Byłyście z siostrą tak blisko za życia, nie mogę was dłużej rozdzielać, już zaraz się spotkacie. Pozdrów ją ode mnie. – zaśmiał się. Podniósł siekierę, a jej stalowe ostrze błysnęło nad głową Aleksandry. Zamknęła oczy. Łzy spłynęły jej po policzkach. Oddech przyspieszył. Próbowała krzyczeć, ale knebel stłamsił odgłosy do żałosnego pisku. Dlaczego boimy się śmierci? Czy to nie po niej mamy zaznać spokoju? Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Czy to bramy nieba? Huk i łomot. Cisza. To nie niebo. Rozchyliła powieki i zobaczyła narzędzie leżące pod jej nogami, a obok martwego Edmunda. - Lexi! – Partick podbiegł i pocałował ją w usta. – Umierałem ze strachu. Bałem się, że nie zdążymy. - Tuląc ją do piersi, dalej całował po głowie. Sanitariusz opatrywał rany dziewczyny. Były dość powierzchowne. Policjant nie odstępując jej na krok podpisywał dokumenty i protokoły, a gdy ratownik odszedł usiadł obok niej na brzegu karetki i przytulił. - Nic Ci nie jest kochanie? – podbiegła do nich krępa blondynka. - Oczywiście, że nie. Poznajcie się. To Aleksandra Burks. Zajmowałem się sprawą morderstwa jej siostry – powiedział wskazując na dziewczynę owiniętą kocem. – A to moja żona Cristina. - Żona?! *** Usiadła na sofie i patrzyła na taflę jeziora. Było spokojne. Jak zwykle. Wydarzenia minionego tygodnia zachęciły ją do odpoczynku i wzięła dwa tygodnie urlopu. Potrzebowała czasu. Po policzku spłynęła pierwsza łza. „Głupia. Dlaczego płaczesz?” zaczęła sobie wyrzucać, gdy poczuła kolejną kroplę. Może jej serce z kamienia da się jednak złamać? Otworzyła się przed nim, a on wziął, co chciał i odszedł do innej. Usłyszała dzwonek do drzwi. „Matylda wyszła do sklepu. Wiec chyba ty musisz otworzyć” mruknęła cicho do siebie. Zwlekała jeszcze chwilę, aż w końcu dźwięk zaczął ją irytować. - Cześć - powiedział Patrick, kiedy uchyliła drzwi. Milczała. Spoglądali na siebie przez szparę. - Przeszkadzam? - zapytał. Wzruszyła ramionami. - Mógłbym wejść? Chciałbym porozmawiać. Westchnęła cicho. On nie chciał jej zranić. To ona źle to wszystko odebrała. Patrzyła na niego teraz i nadal był tym przystojnym, inteligentnym mężczyzną. Rozumiał ją i wspierał, gdy tego potrzebowała. Przyjrzała mu się dokładniej i stwierdziła, że już nic do niego nie czuje. Przynajmniej nie miłość. Był idealnym przyjacielem. Wiedziała, że może na niego liczyć. To byłoby niemądre odpychać od siebie jedynego człowieka, który potrafił z nią wytrzymać dłużej niż pięć minut. Wahała się kilka sekund, aż otworzyła drzwi i wpuściła go do swojego życia.

/ Jul 10

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

43


nasza twórczość

niego stłumione jak przez ścianę. Poczuł, jak jakaś niewidzialna ręka uderza go w brzuch i ściska żołądek. Dywan niebezpiecznie zbliżył się do jego twarzy. Był miękki. Puszysty. Kolorowy. Czym są barwy, gdy nie ma jej? Po co żyć bez miłości? Czy gdy nie jesteśmy kochani to w ogóle jesteśmy? Kroki. Buty sanitariusza. - Nie. Wstanę sam – podniósł się i chwilę milczał. - Oczywiście mogę opowiedzieć Wam co się działo, ale potrafię również wskazać kogo szukacie. Patrick i Aleksandra wymienili zdziwione spojrzenia. Czy to możliwe żeby trzymał to w sobie przez tyle lat? - Nie zawsze układa się nam tak, jakbyśmy tego chcieli. Przez pewien czas nie spotykaliśmy się i wtedy ona poznała kogoś innego. Zdecydowała jednak, że chce do mnie wrócić. Mówiła, że pojedzie tam, zerwie z nim i znów będziemy szczęśliwi, ale nigdy nie wróciła. - Dlaczego nie powiedziałeś o tym nikomu wcześniej?! - Pragnąłem tylko, by została przy mnie… *** - Kim jest ten cały Luke Brandon? – Aleksandra krzyczała biegnąc za policjantem do samochodu. - Lokalny milioner. Wprawdzie spadek po rodzicach dostał niewielki, ale dużo inwestował i teraz ma udziały w połowie największych firm na świecie. – Patrick odpowiedział przekręcając kluczyki w stacyjce. - Żartujesz? Moja siostra w życiu nie spotykałaby się z kimś takim. Nie cierpiała korporacji. - Być może masz rację, ale nie oceniaj go pochopnie. Wcale nie obnosi się ze swoim bogactwem. Zadzwoniłem po wsparcie. Wjechali w długą żwirową alejkę. Dom był ogromny, utrzymany w stylu epoki renesansu i otoczony ogrodami różanymi. Widok zapierał dech w piersiach. Po idealnie przystrzyżonej trawie przechadzały się pawie i ozdobne kury. - A podobno jest skromny – napomknęła dziewczyna z ironią w głosie. - Przypominam Ci, że minęło siedem lat, a on znalazł żonę – zażartował muskając ją dłonią po twarzy. - Policja u mnie? Witam! W czym mogę państwu pomóc? - drzwi otworzył wysoki, wysportowany, zielonooki brunet. Miał na sobie biały przepocony podkoszulek i krótkie spodenki. Krople potu spływały mu z czoła. - Dzień dobry. Nazywam się Patrick Winchester. Chcielibyśmy porozmawiać i rozejrzeć się po domu, jeśli nie ma pan nic przeciwko. - Zależy, o co chodzi. - Wróciliśmy do sprawy Lindy Burks. - Zapraszam. Wnętrze domu nie wywarło na Aleksandrze takiego wrażenia jak jego zewnętrzna część. W środku znajdowało się multum drogich przedmiotów, ale według niej ustawione zupełnie bez gustu. Przechadzała się cicho po pokoju przysłuchując się rozmowie mężczyzn. Na ścianach wisiały przeróżne trofea myśliwskie na widok których dziewczyna skrzywiła się. - Nie są prawdziwe – Luke uśmiechnął się zawadiacko – Moja żona kupiła je w sklepie internetowym. Mi również się nie podobają. – Sięgnął po ręcznik. - Przepraszam za swój strój, ale właśnie ćwiczyłem. - Nie ma problemu. - Pojawił się jakiś nowy trop w tej sprawie? - Znaleziono jej ciało. Bardzo mi przykro, ale ona nie żyje. Zobaczyła, jak Luke opada na sofę. Wyglądał na zaskoczonego, ale czy jego zdziwienie było prawdziwe? Przejechała palcem po komodzie, na której stały stare miecze samurajskie. Nieskazitelnie czysta. / Agnieszka Lewucha - Podejrzewamy, że byliście blisko i rozumiem, że to trudne, ale chcemy jak najszybciej znaleźć jej mordercę. – Patrick usiadł w fotelu na przeciwko. Puszysty dywan wyglądał naprawdę wygodnie. Szła w stronę kominka, nad którym wisiała głowa łosia. Puchary z zawodów tenisowych. Statuetka biznesmena roku. Naszyjnik. Rodzinne zdjęcia. Wróciła do łańcuszka. Czy to możliwe? - Patrick – przerwała drżącym głosem i wskazując na przedmiot wyszeptała – On należał do Lindy. *** - Jak na to wpadłaś? - Dostałyśmy te wisiorki od rodziców, jeszcze przed ich śmiercią. Mam taki sam. – Wyciągnęła go spod bluzki, gdy tylko zaczęła płakać, Patrick przytulił ją. – Nigdy się z nimi nie rozstawałyśmy. Miały nam przypominać, że najważniejsza jest rodzina. - Lexi, uważam, że powinnaś wracać do domu. Już późno, a ja naprawdę się o Ciebie martwię. Zajmę się dalej tą sprawą. - Nie, chcę być na bieżąco. - Będę z Tobą w stałym kontakcie. Dowiesz się pierwsza o wszystkim, ale proszę pojedź i spróbuj się przespać. Mój kolega odwiezie Cię do domu. Patrzyła, jak Patrick odjeżdża samochodem razem z mężczyzną, który był mordercą jej siostry. To dziwne, ale nie czuła do niego nienawiści ani obrzydzenia. Właściwie za to, co zrobił, obwiniała nie jego, ale siebie. Powinna chronić swoją młodszą siostrę, a tymczasem ją zostawiła. Samą. Bez wsparcia. Jadąc z powrotem przez las nawet nie myślała, która już godzina. Dumała natomiast o przystojnym policjancie. Czy aż tak mu na niej zależy? - W związku z tym, że jest pan podejrzany o morderstwo, możemy poczekać na adwokata. – zaczął Patrick wchodząc do pokoju przesłuchań. - Nie ma takiej potrzeby. Jestem niewinny i mogę sam się wybronić. - Co w takim razie stało się siedem lat temu? - Linda była ze mną szczęśliwa, ale zawsze ciągnął się za nią cień. Chłopak, którego nigdy nie poznałem. Rozstali się, ale on nie dopuszczał do siebie tej myśli. Wiązałem z nią swoją przyszłość. W końcu poprosiłem, by pojechała ze mną w półroczną podróż po Ameryce Łacińskiej. Miałem nadzieję, że się zgodzi i tak się stało. Powiedziała, że pojedzie się tylko pożegnać, ale nigdy nie wróciła. Zrozumiałem, że wybrała jego. - A wisiorek?

42

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

na którym była Jaśmina z siostrą. K: Cóż, jak mniemam, to znacie te dwie dziewczynki, prawda? Pierwsza dziewczyna: Może i ją znamy… Widzieliśmy ją kilka razy. Pierwszy chłopak: Taak… to nasza wielka obrończyni zwierząt. Pani uważa, żeby nie zabić dżdżownicy w jej obecności, bo pośle za to panią do sądu. Bo w końcu to też morderstwo, czyż nie? Druga dziewczyna: No, i na 25 lat więzienia za jedną dżdżownicę, a dożywocie za dwie. Druga chłopak: Ha ha ha ha ha! Nie no, to było dobre! K: Może skończycie wreszcie te żarty? Tak się składa, że ona nie żyje, a ja chcę wiedzieć, czy może byliście we wtorek lub środę w lesie w pobliżu tej rzeki i coś zauważyliście? Pierwsza dziewczyna: Nie żyje? Ha! Może to i lepiej. Słyszałam, że chce raz zostać prawnikiem, raz posłem, co nie Gerwazy? Trzeci chłopak: Tym razem prawnikiem. Ale to byłby koniec świata! Podwyższyłaby pewnie przede wszystkim podatki, aby móc budować większą ilość więzień, bo obecna byłaby przecież niewystarczająca, gdyby nagle ludzie zaczęli tam trafiać za maltretowanie i zabójstwa zwierząt. Pierwsza dziewczyna: Echem… To był piękny dzień. Marek K. odpoczywał sobie w ogrodzie, gdy wtem pojawili się policjanci i zawieźli na komisariat. Facetowi udowodniono winę dzięki zeznaniom miniaturowych świadków. W ten sposób Marek K. za zabójstwo 5 mrówek zostaje skazany na karę śmierci poprzez krzesło elektryczne. Drugi chłopak: Ha ha ha! To jakiś absurd! Druga dziewczyna: Iza, Marian, powinniście chyba występować w kabarecie! K: Uspokójcie się albo będziecie siedzieć za utrudnianie śledztwa! Marian: Od razu siedzieć? Wątpię w to. Druga dziewczyna: Dobra, powiedzmy jej wreszcie czego chce to się, odczepi. Otóż nie byliśmy w tym lesie od ponad dwóch tygodni i mamy w nosie to, co się tam dzieje. Może coś więcej będzie wiedział taki chłopak z naszej szkoły, Miron się chyba nazywa. Chodzi do drugiej. On często za nią chodził i obserwował. A teraz pani wybaczy, ale my musimy już iść. Chodźcie. Gerwazy: To teraz ja. Był cudowny, słoneczny poranek… Kunegunda czuła, że niczego więcej się od nich nie dowie, poza tym nie miała zamiaru słuchać dalszego ciągu tej historii. Ruszyła więc w kierunku komisariatu, po drodze dzwoniąc do Jacka, aby zapytał w szkole jeszcze o Mirona z drugiej klasy. Miała jednak wrażenie, że gdzieś słyszała już to imię. Na miejscu czekali już na nią Nadzieja i Jacek. Nadzieja, niestety, niczego się nie dowiedziała, ponieważ nikogo nie było w domu, który nie wyglądał zresztą zbyt schludnie i porządnie. Natomiast Jackowi udało się zdobyć co nieco. Powiedział, że do owej grupki licealistów należeli Izabela Rosnowska, Marian Szczawik, Berenika Masłowicz, Gerwazy Kropka i Antoni Pruszek, którzy nie cieszą się dobrą opinią w szkole. Pierwsze 4 osoby są pełnoletnie, ciągle urządzają bójki na korytarzach, wagarują, nie dbają kompletnie o naukę oraz rzucają kamieniami i innymi niebezpiecznymi przedmiotami w zwierzęta. Natomiast Antoni chodzi do I klasy, nie ma w szkole aż tak złej opinii jak koledzy i co najwyżej straszył koty na podwórku, ale trzyma z nimi, ponieważ wszyscy się ich boją. Jacek zdobył też kilka informacji o Mironie. Ma nazwisko Kułaczyk i chodzi do II klasy. Uczy się pilnie, a poza tym pracuje w schronisku, pomagając jego właścicielowi. Inni uczniowie czasem się z niego wyśmiewają, ponieważ mieszka w domu dziecka, lecz za 2 miesiące skończy 18 lat. K: Miron, Miron… zaraz! Tak samo na imię miał chłopak, który znalazł ciała tych dzieci! N i J: Co?? K: Naprawdę! Ale może się mylę, przecież jest wielu Mironów na świecie. N: No tak. Jeśli nikt z was nie ma nic przeciwko, to ja się mogę jutro do tego schroniska wybrać. J: Dobra, to ja w takim razie jutro sprawdzę, czy ktoś może zjawi się u państwa Waszyńskich. N: A, i jeszcze jedno Gunia. Opisz mi później wygląd tego twojego Mirona, a jeśli się okaże, że to pracuje w tym schronisku, to nie powiem mu, że cię znam. Uśpię w ten sposób jego czujność, dzięki czemu łatwiej z niego wyciągnę potem informacje, oczywiście pod warunkiem, że coś wie. K: Tak, to dobry pomysł. Tym bardziej, że wygląda na to, iż znał bliżej ofiary, ale nie powiedział mi o tym, kiedy z nim rozmawiałam. Ja w takim razie będę czekała na was w biurze i na wyniki sekcji zwłok. Ech… coś mi się zdaje, że pogoda nie będzie nam jutro sprzyjała. Wyjrzeli przez okno: całe niebo przysłoniło czarne chmury, z których padał na razie drobny deszcz. Nadeszła sobota. Zgodnie z przewidywaniami Kunegundy, w nocy deszczyk przekształcił się w straszną ulewę, która niestety do tej pory nie straciła na sile. Prawie każda ulica i chodnik były zalane, niekiedy nawet do kolan. Nadzieja nie była ani trochę zachwycona perspektywą udania się w takich warunkach do schroniska, tym bardziej, że w autobusach zabrakło już jakichkolwiek miejsc, zaś każda opona w samochodach służbowych była podziurawiona jak ser szwajcarskich przez nieznanych sprawców. N: Niech no ja tylko znajdę tych dowcipnisiów. No, i jeszcze tych, którzy już dwa lata temu mieli zrobić w tym mieście kanalizację, a patrząc na obecną sytuację na drogach, jakoś nie widać postępów. Po wielu trudnościach policjantka dotarła wreszcie do schroniska, do którego wpuszczono ją przez okno, aby woda nie dostała się do środka. Gdy już Nadzieja znalazła się bezpiecznie wewnątrz budynku, poprosiła właściciela schroniska, aby zaprowadził ją do Mirona Kułaczyka. Mężczyzna nazywał się Fabian Nawrocki i był człowiekiem potężnej postury i wysportowanym, przez co sprawiał wrażenie człowieka groźnego. Jednak policjantka miała na głowie ważniejsze sprawy. Gdy Miron się znalazł, stwierdziła, że to faktycznie jest ten sam chłopak, którego na myśli miała Kunegunda. Chłopak zgodził się z nią porozmawiać. Niestety, Nadzieja nie dowiedziała się zbyt wiele, tylko tyle, że Miron był faktycznie w przyjaźni z ofiarami, że wiedział grupce licealistów dokuczającej Jaśminie i jej siostrze i o sytuacji w rodzinie Wiktora, ale nie wie, kto ich zabił i dlaczego. Podziękowawszy chłopakowi za rozmowę rozejrzała się po schronisku. Ilość zwierząt w nich przebywających znacznie przekraczała liczbę możliwych miejsc, dlatego też niektóre boksy były zamieszkiwane przez cztery, pięć lub nawet sześć psów, kotów itp. Stan niektórych klatek dla ptaków lub szynszyli aż wołał o pomstę do nieba. Co jakiś czas było widać pracowników, którzy krzątali się po schronisku: niektórzy zajmowali się zwierzętami, inni robili przegląd

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

11


nasza twórczość

budynku, ktoś coś naprawiał, drugi czyścił, trzeci umocowywał, a także znalazły się wśród nich trzy osoby, które stały w różnych zakątkach schroniska i sprawdzały poziom wody na zewnątrz, który nieustannie rósł, choć już w znacznie wolniejszym tempie, gdyż deszcz trochę odpuścił. Ale na ile? Tego nikt nie był w stanie przewidzieć, więc wszyscy zachowywali ostrożność. Nadzieja przepytała jeszcze pracowników oraz właściciela w sprawie zabójstwa, ale niestety nikt nic nie wiedział. Na pożegnanie właściciel poprosił tylko ją, aby przekazała wyrazy współczucia rodzinom zamordowanym, co obiecała zrobić. Nie była zadowolona wizją ponownego spaceru z wodą prawie do kolan, lecz innego wyjścia nie było. Po 20 minutach była już blisko komisariatu, gdy wtem poczuła, że ktoś złapał ją za gardło, zaczął dusić i grzebać w jej torebce. Przez chwilę walczyła z napastnikiem, ale był za silny, poza tym zaczęło się jej robić ciemno przed oczami. Nagle uścisk zelżał i usłyszała czyjś krzyk, lecz nim cokolwiek zrobiła, poczuła tylko, że leci do tyłu i otoczyła ją nieprzenikniona ciemność i cisza. Kiedy się obudziła, leżała na kanapie na komendzie, a nad nią czuwała Kunegunda, która opowiedziała jej, co się stało. Kiedy wyszła ze schroniska, Miron zauważył mężczyznę (lub chłopaka, trudno było określić jego wiek) idącego za Nadzieją i ruszył za nimi, a gdy ten zaatakował, rzucił się na pomoc. Niestety, napastnik zwiał i był zamaskowany, więc kamery przed pobliskim sklepem na nic się przydały. Jednak mężczyźnie najprawdopodobniej nie zależało na uduszeniu Nadziei, lecz na dostarczeniu jej czegoś. Kunegunda pokazała jej worek, w którym było pełno krwi. Należała do brutalnie zamordowanego i zmasakrowanego kotka, którego technicy wyjęli ze względu na makabryczny widok oraz aby zabrać go do laboratorium. Do kotka przyczepiona była karteczka, na której było napisane: “Przysłać wam tego może jeszcze? Jeśli nie zostawicie tej sprawy, wkrótce życie straci nie tylko jego rodzeństwo, ale i wasze rodziny!!!!”. K: W związku z tą groźbą wszyscy krewni każdego z nas dostali ochronę, obserwujemy też schronisko. Więcej na razie nic nie możemy zrobić. Ach, zapomniałabym… dostaliśmy już wyniki sekcji zwłok i analizy laboratoryjnej. Nigdzie nie znaleziono żadnych śladów umożliwiających identyfikację sprawców, poza szczątkami odcisków palców znajdujących się na kilku patykach, niestety te zostały spalone i jedyny ślad jest bezużyteczny. Natomiast dzieci zginęły ok. 17:00 w wyniku spłonięcia, zaś na rękach były ślady sznurów, więc były pewnie związane, jednak zanim do tego doszło, próbowały się bronić. N: A te kocięta, które ci zwyrodnialcy zamierzają zabić? Nie mamy chociaż jakiegoś najmniejszego śladu? K: Nie martw się. Dzisiaj Dariusz z Kamilem przeszukali jeszcze raz teren, gdzie zamordowano dzieci i znaleźli pięcioro kociąt skulonych w jakiejś norze w pobliskich zaroślach. Są one rodzeństwem zabitego, potwierdziły to badania DNA. N: Uff, chociaż one są już bezpieczne. A czy Jacek spotkał kogoś u państwa Waszyńskich? K: Niestety nikogo nie było. N: Trudno. Ja jutro mogę tam pójść. Jednak Kunegunda była temu przeciwna, gdyż uważała, że Nadzieja może zostać ponownie zaatakowana. Ona z kolei uważała, że teraz każde z nich ma równe szanse zostać napadniętym, a poza tym nie musi iść tam sama. Jej towarzyszem miał zostać Leon Groch. Wszystko uzgodniwszy, Nadzieja ruszyła w towarzystwie kilku innych policjantów do domu. Jeszcze tego samego dnia zatelefonowała do pana Zienowicza, aby przekazać mu kondolencje od właściciela schroniska “Przytułek”. Wysłuchawszy ich, mężczyzna wzruszył się i poprosił ją o przekazanie mu podziękowania za troskę. A tymczasem za rogiem posterunku stała zamaskowana osoba, znacznie mniejsza od chłopaka, który zaatakował dziś Nadzieję. W końcu ruszyła przed siebie i zatrzymała się dopiero przed drzwiami komisariatu. Spojrzała na nie. Trwało to tylko chwilę, po czym puściła się biegiem przed siebie. Nastała niedziela. Dla większości dzień wolny, lecz tym razem nie dla Nadziei i Leona. Późnym rankiem wyruszyli spod komendy w kierunku domu państwa Waszyńskich. Na ich szczęście, dzisiejsza noc była spokojna, dzięki czemu poziom wody znacznie opadł niekiedy sięgał już zaledwie do kostek. W czasie drogi Nadzieja podzieliła się z kolegą swoimi podejrzeniami. N: Wiesz co, myślę, że to mógł być Fabian Nawrocki. W jego schronisku i tak jest już za dużo zwierząt, więc może po prostu chciał się ich pozbyć, a te dzieciaki weszły mu w drogę, to je pozabijał. L: No coś ty. Od razu kogoś zabijać tylko dlatego, że mu przeszkodzono? N: No cóż, ty go nie widziałeś. Jest bardzo potężny, a poza tym ma taki wyraz twarzy, jakby był w stanie zniszczyć każdego, kto stanie mu na drodze w czymś ważnym. Choć jego głos jest taki łagodny, ale to może być pułapka. L: Oj Nadzieja, Nadzieja… poczekaj z tymi oskarżeniami, dopóki nie znajdziemy jakichś dowodów. Dziewczyna chciała coś jeszcze powiedzieć, gdy wtem zauważyli, że są już na miejscu. Zawołali w nadziei, że ktoś ich usłyszy. No i mieli szczęście! Z domu wyszedł jakiś chłopak. Gdy dowiedział się, z kim ma do czynienia, zaprosił ich do środka. Nadzieja nie była zachwycona wnętrzem domu. Wszędzie było pełno kurzu, walały się butelki po piwie, gazety sprzed 8 lat i wiele innych rzeczy nieznanych z pochodzenia ani funkcji, które ów chłopak usiłował jakoś poukładać. Okazało się, że był kuzynem Wiktora i nazywał się Mieczysław Sowola. Powiedział policjantom, że matka Wiktora wypiła wczoraj 10 butelek piwa i zmarła dwie godziny później, więc on przyszedł zabrać Wiktora do siebie. Gdy Nadzieja powiedziała mu o jego śmierci i jej okolicznościach, był zszokowany. Najpierw nie chciał wierzyć, potem zamyślił się, a po chwili przypomniał sobie, że Wiktor skarżył mu się na pewnego chłopaka, ponieważ ten nie lubił jego, ale podkochiwał się w Jaśminie. Nadzieja zapytała, czy jego kuzyn wspominał mu coś o wtorkowym pikniku. Potwierdził i dodał, że to właśnie w tym dniu Jaśmina przestać lubić tamtego chłopaka, gdyż powiedział jej, że mogliby się wybrać bez Wiktora. Dziewczynka nie zgodziła się. Po chwili zapytał, czy nie chciałaby z nim chodzić. Ta uśmiechnęła się smutno i odrzekła mu, że naprawdę bardzo go lubi, ale Wiktor to samo jej zaproponował i woli jego. W końcu chłopak powiedział jej, że on byłby lepszym dla niej chłopakiem niż Wiktor, ponieważ ten jest z patologicznej rodziny. Jaśmina strasznie się wtedy obraziła i odrzekła, że jeśli tak o nim myśli, to ona nie chce go znać. I dodała jeszcze, że nie życzy sobie jego obecności na pikniku, po czym wyszła. A ów chłopak nazywał się Miron Kułaczyk. N: Znowu ten Miron? Coraz mniej mi się on podoba. Wiesz co, myślę, że powinniśmy przesłuchać go. L: Tak, lepiej zrobić to jak najszybciej. A czy Wiktor miał może jeszcze innych wrogów? M: Właściwie rzec można, że każdy, bo nikt go tam nie lubił. Poza Jaśminą oczywiście. L: Dobrze. Myślę, że możemy już iść. N: Racja, a jeśli pan sobie coś przypomni, to proszę do mnie zadzwonić. A, i jeszcze Fabian Nawrocki, właściciel schroniska “Przytułek” składa panu

12

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

piłkarskie. Wybrali jeden ze stolików na uboczu nakryty obrusem z wzorem w rybki i rozgwiazdy. - Jak to wszystko znosisz? - Jakoś trzeba. Na razie nie dopuszczam do siebie myśli, że ona... sam wiesz. Liczy się dla mnie, jak mogę Ci pomóc. - Miałem nadzieje, że masz może jakieś informacje. Na pewno kontaktowałyście się po Twoim wyjeździe. - Początkowo dzwoniłam do niej co tydzień, potem coraz rzadziej, aż w końcu całkiem przestałam. - Nie rozumiem. Byłyście ze sobą tak blisko! - Nie jestem dumna ze wszystkich swoich życiowych decyzji - wydukała speszona. Rozległy się oklaski i krzyki – gol. - Przepraszam, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. – złapał ją za rękę. - Nie ma za co. Zasłużyłam. Pamiętam, że jak wyjeżdżałam, spotykała się z Edmundem. Pamiętasz go? Był taki uroczy. - Tak już to sprawdziłem. Niestety, jest mały problem jeżeli chodzi o przesłuchanie. - Dlaczego? - Od zniknięcia Lindy chłopak przebywa w szpitalu psychiatrycznym.

*** Wysiedli z radiowozu i skręcili w długą alejkę. Słońce jakimś cudem przedarło się przez chmury i pomimo niskiej temperatury dzień zapowiadał się naprawdę ładnie. Drzewa miały równo poprzycinane gałęzie i stały w identycznych odstępach. - Dziękuję, że pozwoliłeś mi jechać z Tobą, nie zniosłabym bezczynnego siedzenia w domu. - Nie ma problemu, to Twoja siostra, ale wiesz, że nie dasz rady wiecznie przed tym uciekać. - Pewnie masz rację - przytaknęła Aleksandra i ucichła. - Ładne miejsce, nie uważasz? - Patrick sprawnie zmienił temat. - Tak, nawet bardzo. Dlaczego on tu jest? - Przez Lindę. - Nie rozumiem. - Po jej zniknięciu załamał się. Myślał że uciekła od niego, że wcale go nie kochała. Opuściła go, a mieli być na zawsze razem, szczęśliwi. Trochę to naiwne, nie uważasz? Nie jadł, miał koszmary, znikał z domu i wracał po kilku godzinach cały umazany błotem. Psycholodzy nie potrafili mu pomóc, a rodzicie nie mieli siły. W końcu przestał w ogóle mówić, więc wysłali go tutaj. - Och. Jest tu od siedmiu lat? - Prawie, ale wyszło mu to na dobre. Czuje się lepiej. Każde piętro szpitala oznaczone było innym kolorem. Nie miało numerów, nawet w windzie na guzikach zamiast cyfr była barwna plamka. Aleksandra próbowała dowiedzieć się co one oznaczają, ale nie było okazji aby o to zapytać. Czy aby na pewno kto pyta nie błądzi? Skąd mamy pewność, że nie zostaniemy wprowadzeni w błąd? Spodziewała się kliniki z horrorów, a została mile zaskoczona. Personel był przyjazny, okna duże tak, by wpadało jak najwięcej światła, na korytarzach stały różne rośliny. „Oglądasz za dużo filmów” zaśmiała się w myślach. - Musimy jechać na niebieskie. Pokój 218. Czeka tam na nas sanitariusz. Jesteś pewna, że nie wolisz poczekać? - Spokojnie, dam radę.

*** Siedzieli na płocie, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Czas się zatrzymał i wszystko przestało się liczyć. Pędzący wiatr przystanął, żeby odetchnąć, a kołyszące się kwiaty usnęły. Ptaki siedziały w bezruchu na gałęziach jak gdyby chciały oszukać kota, że są zwykłym kamieniem. Pszczoła lecąca do ula usiadła wśród traw. Pająk zaprzestał plecenia pajęczyny, a żaby skończyły swój wiosenny recital. Tylko nieposłuszne słońce zachodziło dalej do melodii ich oddechów. Edmund rozpamiętywał tę scenę codziennie. Kiedy zaciera się granica pomiędzy życiem dla wspomnień, a życiem wspomnieniami? Czy to właśnie one są tym „czego nikt nie jest w stanie nam odebrać”? - Witaj Edmundzie. Nazywam się Patrick. Być może pamiętasz mnie ze szkoły. – głos przerwał błogą ciszę. Nawet się nie poruszył. Po co zwracać uwagę na kogoś, kto nie jest nią? A jej już nie ma. Odeszła. Znikła. Przepadła. - Jestem policjantem i chciałbym Ci zadać kilka pytań na temat Lindy. „Siedem lat, a oni teraz zaczęli jej szukać? Typowe.” zaśmiał się sam do siebie, nie odrywając wzroku od okna. - Jest ze mną Lexi – mężczyzna mówił dalej. To zwróciło jego uwagę. Odwrócił się powoli. Ona. Tak podobna do siostry. Włosy, uśmiech, nawet kości policzkowe. Ach, były prawie identyczne. Nie miała jednak tych pięknych iskierek w oczach, brakowało jej tego czegoś. - Cześć Edmund. Jak się czujesz? - jej głos był prawie tak melodyjny. - Dobrze, dziękuję. - Prawie się nie zmieniłeś. - Uznam to za komplement. Szukacie Lindy? Minęło tyle czasu. - Właściwie poszukujemy jej zabójcy. Znaleźliśmy ciało. Została zamordowana – policjant się wtrącił. Słysząc ostatnie słowo Aleksandra zadrżała, ale nie tylko ona. Myśli chłopaka zaczęły niemiłosiernie galopować. Nie żyje, czyli nie wróci. Wróciłaby gdyby żyła? Nie ma jej. Gdzie jest teraz? Istnieje? Nie. Znaleźli ją. Nie, jej nie ma. Odszukali tylko jej ciało. Łzy nabiegły mu do oczu. - Może mógłbyś nam powiedzieć co się działo przed jej zaginięciem? Wiem, to trudne, ale jesteś dla nas jedynym źródłem informacji - słowa dobiegały do

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

41


nasza twórczość

Nigdy tego nie zrobiła. Dom, do którego zmierzała, znajdował się najdalej. “Jak mogę się jej teraz pokazać na oczy? Pewnie mnie nienawidzi.” Wyrzuty sumienia stawały się coraz głośniejsze. Gdy dotarła, wzięła głęboki oddech i otworzyła furtkę. Powoli stawiała kroki, gotowa w każdej chwili zawrócić. „Jesteś tu dla niej, nie ma odwrotu.” skrytykowała natychmiast swój pomysł. Kamienne stopnie prowadzące do drzwi, mimo że były tylko cztery, wydawały się ogromne jak wieżowce. Nogi przyrosły jej do ziemi. Pomimo tego zaczęła powoli wchodzić po schodach. Już miała zapukać, gdy spostrzegła, że jej ręka drży. Trzęsła się cała, ale nie z zimna. Kolana uginały się pod nią, serce przyspieszyło, oblał ją zimny pot. „Nie wpadaj w panikę. Jesteś dzielna. Dasz radę. Nie zachowuj się jak tchórz.” szeptała sama do siebie. Wzięła głęboki oddech i nacisnęła dzwonek do drzwi. Miała ochotę uciec, ale było już za późno. - Lexi już jesteś. Czekałam na Ciebie. Wejdź szybko, pewnie zmarzłaś – przywitała ją jej szalona ciotka. *** Ciotka Matylda była siostrą jej mamy. W rodzinie uważana za dziwaczkę, sama nazywała siebie „artystką”. Miała mnóstwo pasji, którym oddawała się bez reszty. Wybitnie niezależna, posiadała bardzo silny, niepodlegający wpływom charakter. Zazwyczaj zaskakiwała. Nosiła wymyślne kapelusze i dawała pod choinkę prezenty, których przeznaczenia nikt nie znał. Uwielbiała mango, ale tylko z pieprzem. Po śmierci rodziców zajmowała się nią i Lindą. Jej dom był pełen tajemnic, zagadek i dziwnych przedmiotów. Opowiadała im o swoich podróżach do egzotycznych i odległych krajów. Razem malowały abstrakcyjne obrazy i rozmawiały o sztuce. Chodziły na leśne spacery, robiły zdjęcia, tańczyły. Może to oklepane i typowe, ale Lexi chciała czegoś więcej niż małomiasteczkowej idylli. Pragnęła zwiedzać świat, poznawać nowych ludzi, uciec od uśmiechniętych sąsiadów. Teraz znów tu była, siedziała przy tym samym stole, pijąc herbatę w ręcznie malowanych kubkach. - Ciociu, może Ty mi wyjaśnisz, co tu się właściwie dzieje. Linda naprawdę zaginęła siedem lat temu? - Niestety - Matylda westchnęła i usiadła obok siostrzenicy. - Jak to możliwe?! Nikt jej nie szukał?! - Początkowo w poszukiwania zaangażowanych było wiele osób, ale później każdy zaczął myśleć, że po prostu wyjechała. - Nie mogę uwierzyć, że mnie nie powiadomiłaś! To moja siostra! - Aleksandra coraz bardziej podnosiła głos. - Myślisz, że nie próbowałam? Bóg jeden wiedział gdzie się podziewałaś. Myślałam, modliłam się, że jest z Tobą! Dziewczyna zarumieniła się i zrozumiała swój błąd. Kuląc się na krześle, wydukała ciche ,,przepraszam.” - Och, dziecko nie przepraszaj za to, że wyjechałaś realizować marzenia. W twoim wieku zrobiłam to samo. Po prostu mogłaś się chociaż odezwać. - Wiem, zachowałam się okropnie. - Dziewczyna spuściła głowę. - To pewne? Ona, czy ona nie żyje? - Aleksandrze zaczęły drżeć usta, pierwsza łza jednak została szybko starta rękawem niewiarygodnie drogiej bluzki. - Wczoraj przyszły wyniki badań DNA. - Ktoś ją... - Została zamordowana – dokończyła ciotka ciężko wzdychając. Tym razem nawet materiał nie powstrzymał płaczu dziewczyny. Przytuliła się do ciotki i zaczęła szlochać. Już zdążyła zapomnieć, jak bardzo za tym tęskniła. Czy warto hamować swoje uczucia, tłamsić niepokój i lęki? Jak długo można to robić? - Może położysz się i odpoczniesz? Twój pokój dalej na Ciebie czeka - zaproponowała Matylda. - Dziękuję, ale nie mam takiej możliwości. Zaniosę tylko walizki i pójdę spotkać się z Patrickiem. Jej pokój rzeczywiście na nią czekał. Ciocia nic nie zmieniła, jakby czas się w nim zatrzymał. Na morelowych ścianach poprzyklejane były plakaty muzyków i aktorów, dyplomy, bilety z kina, wycinki z gazet, namalowane przez nią obrazy oraz zdjęcia z przyjaciółmi. Łóżko okrywała kolorowa kapa, a na niej siedziały pluszowe hipopotamy i króliki. Kiedyś to były jej ulubione zwierzęta. Zeszyt od geografii zostawiony na biurku nadal czekał, odłoży go na miejsce. W koszu / aż Agnieszka Lewucha na śmieci leżały stare kartkówki, a z żyrandolu zwisały kolorowe serpentyny i kwiaty z papieru. Na zasłonach przyczepione były barwne motyle, które zrobiła na lekcji plastyki. Otworzyła szufladę z biżuterią i wyszukała ulubioną bransoletkę. Kupiła ją za pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze. Wtedy była bardzo dumna z siebie, a teraz jest dorosła i owszem ma pracę, którą szanuje, ale czy jest szczęśliwa? Kiedy rutyna zmienia się w nudę? W tym pokoju, choć na chwilę mogła zapomnieć o problemach i przenieść się kilka lat wstecz. Przywrócił wiele cudownych wspomnień. Sentymentalne rozmyślania są piękne czy zdradliwe? Połknęła tabletki i wyszła z domu. *** Jak często boimy się porzucić stereotypy? Czy dobre jest ocenianie ludzi, których nie znamy? Aleksandra szukała wzrokiem mężczyzny w średnim wieku ubranego w mundur, niestety, nie widziała nikogo takiego. Za to w jej kierunku szedł przystojny blondyn w wytartych jeansach i beżowym swetrze. Uśmiechnął się. - Jejku, Patrick, ale się zmieniłeś! - Witaj Lexi, miło Cię widzieć. - Ciebie również, ale nie mogę sobie wyobrazić, co się stało z tym chłopakiem w długich włosach, ubranym na czarno, słuchającym muzyki, której nie cierpiała nasza nauczycielka od chemii? - Okres młodzieńczego buntu mam już za sobą. Kawiarnia, w której się spotkali, zawsze była ulubionym miejscem Aleksandry. Utrzymana w stylu marynistycznym przypominała o letnich wakacjach spędzonych nad morzem. Białe podłogi, naczynia w kształcie muszelek, zasłony, poduszki, obicia mebli w błękitno-białe pasy i te cudowne małe okręty zamknięte w ciasnych buteleczkach na parapecie. Pod sufitem zawieszone były liny żeglarskie, koła ratunkowe i lampiony, a przy wejściu stało koło sterowe. Wszystko to było oczywiście piękne, ale jej ulubionym elementem wystroju były trzy obrazy wiszące w rogu na ścianie obok baru. Przedstawiały ten sam statek na morzu z perspektywy plaży w różnych porach roku. Gdy była mała przychodziła tu, zamawiała oranżadę i potrafiła godzinami wpatrywać się w malowidła. Zawsze odkrywała coś nowego. Kiedy podrosła, wielokrotnie próbowała odkupić dzieła od właściciela, ale ten nie chciał się zgodzić na żadną cenę. Mówił, że dała mu je w prezencie bardzo ważna osoba. Nastał wieczór i w lokalu zebrało się dużo gości. Kibice przychodzili tu wspólnie oglądać mecze

40

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

kondolencje. To powiedziawszy dała mu karteczkę ze swoim imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu. Mieczysław poprosił Nadzieję o przekazanie podziękowania panu Fabianowi za troskę, po czym ta ruszyła ze swoim kolegą w kierunku schroniska. Czuli, że znajdą tam odpowiedź, przynajmniej na niektóre pytania. Aniela wracała ze szkoły. Jednak tym razem obrała inną drogą niż zwykle i była ostrożniejsza. Nigdy nic przecież nie wiadomo, czy ów straszny morderca nie czai się na nią za rogiem, krzakiem czy na drzewie. Nałożyła na kaptur i spuściła głowę, lustrując nadal otoczenie. Szła dość długo i szybko, gdy wtem zatrzymała się raptownie i odważyła podnieść głowę. Wiedziała, gdzie stoi. Widziała przed sobą las, ów las, w którym znaleziono jej siostrę martwą. Czuła nie tylko strach przed tym miejscem, ale i wzrastającą ciekawość, która wzięła się nie wiadomo skąd, a która coraz bardziej kusiła. Dlaczego miałaby tam pójść? Co mogłaby tam znaleźć? Przecież była już tu policja. Funkcjonariusze na pewno dokładnie zbadali cały teren i wzięli to, co uznali za ślad. A jednak… A: A co mi tam! Tylko wejdę na chwilę do lasu i zobaczę to miejsce, które zabrało mi siostrę. Znajdę je, choć nigdy tam jeszcze nie byłam. Nazrywam kwiatków, gałązek i roślinek, i wrzucę do rzeki, niech zabierze je ona dla mojej siostrzyczki. Poza tym jak tam nie pójdę, to potem będę żałowała, a i tak prędzej czy później ciekawość mnie zeżre i wejdę tam. To powiedziawszy, wkroczyła w ciemną i zdradziecką przestrzeń lasu, która otoczyła ją całą. Szła w sobie znanym celu z walącym jak dzwon sercem, pełnym obaw i nadziei. Leon i Nadzieja znowu się kłócili o to, kto może być winnym zabójstwa. Podczas gdy Leon obstawiał właściciela, Nadzieja zmieniła obiekt zainteresowań i zaczęła sobie wyobrażać Mirona w roli owego mordercy. Nie mogli dojść do porozumienia i dyskutowali zawzięcie, gdy wtem Leon zamilkł, a w jego ślad Nadzieja. Do ich uszu doszły ciche obelgi i przekleństwa pod adresem Fabiana Nawrockiego. Podeszli do bramy, skąd dochodził głos i zobaczyli Mariana Szczawika, jednego z grupy uczniów, która dokuczała rodzeństwu Zienowiczów, Wiktorowi oraz zwierzętom. Miał podbite oko i poszarpane ubrania. Funkcjonariusze natychmiast się tym zainteresowali.. L: Widzę, ze z kimś się biłeś. A może spadłeś z płotu, kiedy właściciel schroniska cię stamtąd pogonił, bo rzucałeś czymś w jego zwierzęta? M: Nic dziś tym głupim sierściuchom nie robiłem. To ten facet mnie tak urządził. N: Fabian Nawrocki? M: Tak, on. Zresztą, to nie był pierwszy raz i nie jestem pierwszą jego ofiarą. To jakiś furiat, powiedz mu coś nie tak, a będzie cię ścigał, dopóki się nie wyżyje. Przez niego pewna dziewczyna omal nie odeszła z tego świata. N: Znęca się nad innymi?! M: Tak, i nie tylko na ludziach. On nie cierpi zwierząt, to widać. L: No, rzeczywiście widać. M: Ja nie żartuję! On chciał tam pracować, bo myślał, że wszyscy będą tacy chętni do adopcji zwierząt i dzięki temu zbije na tym fortunę. Nigdy nie widziałem bardziej naiwnego gościa. Nic nie pomogły mu żadne przekonywania i prezentacje, ludzie woleli oddawać zwierzęta niż je brać. I tak przybywało ich, i przybywało w tym schronisku, aż dziś jest ich w nim więcej, niż można pomieścić. Jego pracownicy mają już tego po dziurki w nosie. Ten facet trzyma ich po godzinach, bo sam sobie nie daje rady. Mój kumpel widział kiedyś, jak jakieś psy gdzieś wywoził, bo nie wytrzymał z nimi. L: Ale po co ty do niego poszedłeś, skoro wiedziałeś, jak to się może skończyć? M: Tak tylko przechodziłem i usłyszałem, jak chodził wkurzony tam i z powrotem, bo jakaś laska mu wczoraj zwiała. No i Miron mu jeszcze w czymś podobno przeszkodził, ale więcej tego nie zrobi i już da mu nauczkę. Nie wiem, o co mu chodziło, ale nie raz takie rzeczy wykrzykiwał… Lecz policjanci już go nie słuchali. Podziękowali mu za informacje i każde pobiegło w swoją stronę: Leon w kierunku schroniska, zaś Nadzieja do komendy. Wiedzieli, że nie mają chwili do stracenia. Nie wiedzieli tylko, że ktoś ich znowu obserwuje. I to całkiem blisko. W wielkim lesie niedaleko Kielcza poruszała się mała dziewczynka, a robiła to jak najciszej, jakby obawiała się, że ktoś ją usłyszy. W jednej ręce trzymała niemały już bukiecik kwiatków. Właśnie dostrzegła kępę stokrotek, gdy wtem jakiś dziwny dźwięk dotarł do jej ucha. A przypominał ludzki głos… a może głosy? Rozejrzała się. Tam przy brzegu rzeki, gdzie zginęła jej siostra, stała jakaś postać… nie, chyba jednak dwie postacie. Z tej odległości trudno było dojrzeć szczegóły. Aniela powzięła ryzykowną, w jej mniemaniu, decyzję. Lecz czy ryzykowna rzeczywiście była? Nie miała kompletnego pojęcia, do czego ona ją doprowadzi, czy do szczęśliwego zakończenia, czy zagłady… Oddział antyterrorystyczny ukrywał się, cały czas obserwując schronisko. Niektórzy z nich czaili się tuż za bramą. Kunegunda i Nadzieja patrzały na wszystko z bezpiecznego miejsca. K: Jesteś pewna, że to on? N: W stu procentach. Widziałam chłopaka, który został przez niego pobity. K: Obyś miała rację. No ale jak na razie wszystko na to wskazuje. Wszyscy czekali w pogotowiu, gdy wtem Fabian Nawrocki pojawił się w drzwiach. Zamknął schronisko, pożegnał się jeszcze raz ze zwierzętami, po czym ruszył w kierunku bramy. Cały czas rozmawiał przez telefon, zapewne ze swoim pracownikiem, któremu gorąco przypominał, aby najpóźniej za pół godziny zjawił się tu, bo inaczej jego “kochanym zwierzaczkom” może stać się krzywda. Skończywszy rozmowę, ruszył w podskokach bardzo szczęśliwy. W tej sytuacji, jakże ogromne było jego zdziwienie, gdy ni stąd, ni zowąd został brutalnie schwytany, skuty kajdankami i doprowadzony do konwoju policyjnego, by zostać nim przewiezionym na komisariat. Aniela stała w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Kwiaty, które tak usilnie zbierała i układała, wypadły jej z dłoni, opadając w bezładzie. Tylko patrzyła przed siebie i patrzyła, gdy wtem pewna część jej mózgu wyrwała ją z tego osłupienia i nakazała działać. Ostrożnie wycofała się zza krzewiny i uważając, aby stawać na palcach, rzuciła się w ucieczkę. Przebiegła kilka kroków, patrząc ciągle za siebie i nagle poczuła, że wpadła na coś miękkiego i to coś wrzasnęło. Przerażona dziewczynka spojrzała na nie i ujrzała twarz młodego chłopaka, która miała wyraz zaskoczenia. Jego oczy, kiedyś patrzące na jej siostrę przyjaźnie, teraz patrzały na nią z całkowitym osłupieniem i zdziwieniem. To trwało chwilę, gdy wtem te same oczy zmieniły zupełnie swój wyraz. Aniela zobaczyła w nich śmiertelny strach, który pojawił się niespodziewanie i co gorsze, trwał w nich nadal. Nie zdążyła jeszcze odwrócić głowy, gdy wtem poczuła ostry i przeszywający ból w okolicy klatki piersiowej, coś ciepłego, które niczym fala morska wpływało na jej

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

13


nasza twórczość

ciało; oczy zachodziły jej mgłą i zdążyła tylko poczuć, że osuwa się coraz bardziej i bardziej w nicość. Podczas wyprowadzania schwytanego mężczyzny, zachowywano szczególną ostrożność, choć zdawałaby się ona zbędna, gdyż był on nadal w szoku i pozwolił się spokojnie prowadzić. N: Kiedy znajdzie się w sali przesłuchań, najlepiej będzie, jak zaczniemy zadawać mu podchwytliwe pytania, zadawane raz zwyczajnie, raz znienacka. Musimy go tak zaskoczyć, aby nie był w stanie wiarygodnie skłamać lub ułożyć jakiegoś planu. K: No nie wiem… Wydaje mi się, że jest już na tyle zaskoczony, że wystarczy po prostu luźno zacząć, a potem nagle wypalić prosto z mostu. Co ty na to? N: Ech… w końcu ty tu rządzisz… więc robimy, tak jak ty mówisz? K: Tak. Chodźmy już. Funkcjonariuszki weszły w obstawie do sali przesłuchań (Tak naprawdę był to mały i monitorowany pokój, bez żadnych narzędzi tortur w wyposażeniu. Nazywano go jednak salą, aby napawać lękiem schwytanych, uniemożliwiając im wiarygodnego kłamania i planowania. Efekt ten zwiększało delikatne echo, powstające podczas mówienia w pomieszczeniu.), w której siedział skuty mężczyzna, wciąż przerażony. Kunegunda trzymała w ręce klatkę z pięcioma kociętami, znalezionymi dzień wcześniej. Ostatni wchodzący policjant zamknął drzwi, w ten sposób sygnalizując nieuchronne i nieodwracalnie rozpoczęcie przesłuchania. K: Czy poznaje pan te kocięta?- to powiedziawszy pokazała klatkę. F: Tak, tak! Och, jak dobrze, że żyją! A ja myślałem, że już pewnie coś je przejechało lub zamę… zaraz… brakuje Dosi. Gdzie on jest? N: Została brutalnie zamordowana. F: NIE! To prawda? (Kunegunda potwierdziła głową) Och, dlaczego?? To był taki grzeczny kotek! Już ją straciłem, a tak ją przecież kochałem! N: Naprawdę? A może chciał się pan ich wszystkich pozbyć, ale zdążył pan tylko jednego zabić? W pana schronisku jest więcej zwierząt niż miejsc, a że nie było chętnych, postanowił pan je zabić (p. Fabian zrobił przerażoną minę), gdy wtem przeszkodziła panu dwójka dzieci. Dzięki nim zwierzęta uciekły, zaś pan wpadł w furię i w takim stanie zabił je pan, polewając benzyną i podpalając. F: ALEŻ CO PANI MÓWI! Ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobił! Już wiem! Pewnie pani młodzież naopowiadała tych bzdur o mnie, o moich napadach szału. Oni kłamią, a wie pani dlaczego? Bo to właśnie oni albo chcieli pozbyć się kiedyś swoich zwierząt i wywieźć je do lasu, albo rzucali w nie kamieniami, albo ciągali przez pół miasta koty przywiązane za sznur do ogona. Ale ja im za każdym razem je zabierałem, to teraz się mszczą. Ja wszystkie moje zwierzaczki kocham! To prawda, że u mnie za dużo zwierząt, ale ja już przyzwyczaiłem i są dla mnie jak rodzina. Poza tym pomagają mi moi pracownicy. Oni mnie rozumieją, przez cały czas szukają domów dla zwierzaków, czasem nawet zabierają do siebie, jak któryś poważniej zachoruje. Szczególnie wrażliwy jest Miron, taki chłopaczek z pobliskiego liceum. Ja widzę, jak on je kocha i o nie dba, a nawet zwierzał mi się, że chce iść na weterynarię, aby leczyć mniejsze zwierzątka, tj. chomiki czy papużki, bo mało jest weterynarzy, którzy mają specjalizację przy zwierzętach tej wielkości, a je też przecież kochają ludzie. K: No dobrze, ale skoro już pan zaczął mówić o Mironie, to może wie pan, gdzie on jest? F: Nie mam zielonego pojęcia. Sam się zaczynałem o niego martwić, bo miał pomóc mi w układaniu nowych koców, lecz nie przyszedł, a jak on coś obieca, to zrobi to na bank, może mu pani wierzyć. N: W takim razie mam tylko jeszcze dwa pytania. Najpierw pierwsze: czy w obronie zwierząt byłby w stanie kogoś zabić w taki sposób, w jaki chciał ten ktoś się znęcać nad nimi? F: Nie! Absolutnie nie! Miron to dobry chłopak, co najwyżej stłukłby zwyrodnialca na kwaśne jabłko i zadzwonił na policję. Za nic w świecie nie dokonałby samosądu! N: Dobrze, a jeśli chodzi o te dzieciaki (to powiedziawszy wyjęła zdjęcie Jaśminy i Anieli oraz Wiktora), to wie może pan, jaki miał Miron do nich stosunek? F: Tej małej i chłopaka chyba nigdy nie widziałem, ale ta większa przychodziła tu często. Miron bardzo ją lubił. Jednak kilka dni temu pokłócili się o niejakiego Wiktora, bo Miron chciał chodzić z tą dziewczynką, ale ona chodziła już z tym chłopakiem. Potem papuga narobiła rumoru, bo druga dostała więcej jedzenia i zdołałem tylko usłyszeć coś o patologicznej rodzinie i o pikniku, po czym dziewczynka wyszła, trzasnąwszy drzwiami. K: A widział pan, czy Miron wyszedł za nią? F: Nie, opuścił schronisko o 17:00, czyli wtedy, kiedy kończył pracę. K: No cóż, w takim razie to wszystko z naszej strony. Zostanie pan w areszcie, jeszcze nie wiem na jak długo. F: Ale czy mógłbym zadzwonić do jednego z moich pracowników, aby upewnić się, że dotarł miejsce? Jeżeli to konieczne, może pilnować mnie podczas tej rozmowy nawet z tysiąc policjantów. K: Wydaje mi się, że dziesięciu najpotężniejszych w zupełności wystarczy. Zaraz pana zaprowadzą do telefonu. Dariusz potrzyma panu słuchawkę. F: Dziękuję bardzo! I niech panie pamiętają: Miron to nie zabójca! To powiedziawszy opuścił wraz z innymi salę przesłuchań i został zaprowadzony do telefonu. Po kilku minutach jeden z posterunkowych zgłosił Kunegundzie, że rozmowa przebiegała spokojnie i bez żadnych niespodzianek, zaś po jej zakończeniu więzień został bez problemów doprowadzony do celi i w niej zamknięty. Policjantka odetchnęła z ulgą i pozwoliła odpocząć posterunkowemu. Już miała ułożyć się choć na chwilę na kanapie, gdy wtem do pokoju wszedł inny policjant i oznajmił, że jakiś mężczyzna prosił ją pilnie do telefonu. Poszła więc dowiedzieć się, o co chodzi. Tymczasem Nadzieja została w pokoju. Czuła… a właściwie nie wiedziała, co ma czuć. Po tym przesłuchaniu miała mętlik w głowie. Z jednej strony wszystko jak na razie wskazywało na Fabiana Nawrockiego, lecz jakoś nie wierzyła w jego winę. Z drugiej strony Miron był także głównym podejrzanym, ale temu z kolei gorąco zaprzeczał właściciel schroniska. Nie wyglądało na to aby kłamał. Jednak czy aby na pewno tak dobrze, jak myślał, znał tego chłopaka? A może obaj to uknuli, a jeśli tak to dlaczego? Poza tym wszystkim, miała jeszcze wrażenie, że powinna o czymś pamiętać; to coś było tak blisko, ale ciągle umykało przed jej oczami. Była zupełnie wykończona i nic dzisiaj nie było już dla niej zrozumiałe ani logiczne. Tak sobie rozmyślała, gdy wtem do pokoju wbiegła Kunegunda. Była cała blada. Nadzieja wiedziała już, że stało się coś złego. N: Kto dzwonił i co się stało?

14

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

Naszyjnik

nasza twórczość

Jak reaguje świat, gdy ktoś umiera? Oznajmiają nam to ptaki? Spada jakiś liść z drzewa? Może pojawia się nowe życie w zamian za to poprzednie? Gdy promienie wschodzącego słońca tańczyły bezgłośnie w trawie, młodzi poszukiwacze skarbów przemierzali las. Mieli po dziesięć lat, plany, marzenia, a przede wszystkim wyobraźnię. - Przerwa, błagam - wydyszał blondyn po ponad godzinnej wędrówce. - Daleko to jeszcze? Czy ta rzeka w ogóle istnieje? - Przecież bym Cię nie oszukał. Mój brat mi o tym mówił. Jest strumień, obok kamień, tam są ukryte kosztowności. Chodź wreszcie, to chyba już niedaleko - odpowiedział jego towarzysz. Ruszyli. Czy wiedzieli, co właściwie znajdą? Pewnie nie. Właśnie takie jest życie - pełne niespodzianek. Nawet nie mierzyli czasu i gdy wreszcie usłyszeli szum wody, nagle przyspieszyli. - Skrzynia skarbów. Kurczę! Nie kłamałeś! - Nie kłamałem? Tak, no jasne, że nie kłamałem! - Dawaj wytrych. Jest ogromna, wiesz ile to będzie złota? Pełni ekscytacji podnieśli wieko i zamarli w bez ruchu. Po chwili blondyn odciągnął towarzysza za rękaw i zaczęli uciekać. Jak najdalej, do domu, miejsca, gdzie czuli się bezpiecznie. Dlaczego na zaskakujące zdarzenia reagujemy strachem? Chłopcy zapewne nie spodziewali się, że zamiast bogactwa znajdą zwłoki. Ciało dziewczyny, która stała się krzykiem zduszonym przez powietrze. *** - Mary zadzwoń do pana Howarda i przesuń spotkanie, błagam, chociaż o pół godziny, przygotuj dokumenty o fuzji i zostaw je u mnie na biurku i jeszcze znajdź moje zaproszenie na jutrzejszą galę, nie wiem gdzie je położyłam. Mark, wezwij kierowcę, tylko szybko, zaraz znów się spóźnię. - Aleksandro dzwoni jakiś mężczyzna. Mówi, że jest przyjacielem z dzieciństwa. - Z dzieciństwa? To chyba jakiś wariat. Powiedz, żeby zadzwonił później, nie mam teraz czasu na wygłupy. - Bardzo prosi. Mówi, że to ważne i się nie rozłączy. - Ech, lepszego momentu nie mógł znaleźć. Dobrze już, przełącz go na komórkę. Szczupła blondynka wsunęła plik kartek pod pachę, jedną ręką złapała aktówkę od słynnego projektanta, drugą kubek z ulubioną kawą. Przyciskając telefon ramieniem i stukając swoimi niewyobrażalnie wysokimi obcasami popędziła przez korytarz w kierunku wyjścia. - Aleksandra Burks, słucham? - Lexi? Cześć, mówi Patrick Winchester, pamiętasz mnie? - Hm Patrick? - Chodziliśmy razem do ogólniaka. Siedziałaś ze mną w ławce na francuskim. - Tak, rzeczywiście, teraz sobie przypominam. Wiesz, troszkę się spieszę, dlaczego dzwonisz? - Po szkole zostałem policjantem w naszym miasteczku. - Och to cudownie, ale co to ma wspólnego ze mną? - To dość delikatna sprawa. Minęło siedem lat od zaginięcia Lindy. - Jakiej Lindy? - Twojej siostry. - Lin zaginęła? Siedem lat temu? To jakiś żart? - No tak, o niczym nie wiesz. - O czym znów nie wiem? - Twoja siostra zaginęła siedem lat temu. Dzwonię, wiem, że to nie sprawa na telefon, ale pogrzeb jest już za 3 dni, a ja nie wiem gdzie ty mieszkasz. - Pogrzeb? - Lexi, bardzo mi przykro, ale znaleziono wczoraj jej ciało. - Linda nie żyje?! Czas dla Aleksandry zatrzymał się. Kubek z kawą powoli stoczył się po schodach, zalewając śnieżnobiałe stopnie brunatnym płynem. Wiatr wiejący z zachodu porwał wszystkie Ważne Dokumenty na drugi koniec ulicy. Aktówka zsuwała się powoli w dół. Można stracić kogoś, kogo się nie znało? Jak mało wiemy o osobach nam najbliższych? - Lexi? Przepraszam, mogłem przyjechać. Słyszysz mnie? - Będę jeszcze dziś - wyszeptała i ściskając w ręku swój drogi telefon pobiegła do czekającej taksówki.

*** „Pięknie” pomyślała zrezygnowana. Wysiadając z autobusu weszła prosto w kałużę. Gdy tylko mroźny wiatr owiał jej kark, poprawiła szalik. Tak, dotarła. Stała na wzniesieniu i z mieszanymi uczuciami obrzydzenia i strachu patrzyła na miasteczko w kotlinie spowite półmrokiem, nad którym latały kruki. Mnóstwo czarnych ptaszysk. Ciarki przeszły jej po plecach. Widok nie napawał optymizmem. Powyginane, smutne drzewa, którym jesień ukradła liście wyglądały jak z horroru. Szare domy i brak ludzi potęgował wrażenie, że zaraz zza krzaków wyjdzie duch albo jakiś inny stwór. W oddali widziała jezioro. Jego spokojna tafla niepokoiła dziewczynę, choć ona sama nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Chmury były czarne i wyglądały groźnie. Robiło się późno. Nie tak zapamiętała swoje rodzinne miasto. Ile razy zdarza się, że w swoich myślach idealizujemy wspomnienia? Poprawiła plecak i ruszyła przed siebie. Czekała ją jeszcze długa droga. Szła w dół kilka kilometrów, aż dotarła do miasta. Dobrze pamiętała, jak ma iść, mimo że ostatni raz była tu bardzo dawno temu. Podążała pustymi uliczkami, które kiedyś ją fascynowały, a teraz budzą lęk. Dawniej, zanim uciekła, mieszkała tu razem z siostrą. Pamięta jakby to było wczoraj. Była późna wiosna, właśnie zakwitły wiśnie i wiatr unosił drobne płatki. W powietrzu czuło się świeże zioła. Wsiadając do autobusu, obiecała Lindzie, że po nią wróci.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

39


nasza twórczość

Po ostatnim uderzeniu Katie straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, z trudnością podniosła powieki i zobaczyła przed sobą szarą, brudną podłogę. Delikatnie poruszyła dłonią, która znajdowała się nad głową i poczuła lepką, gęstą ciecz. Wiedziała, że to krew, ale na razie o tym nie myślała. Chciała sprawdzić, czy w celi jest Maciek. Spróbowała się podnieść, ale gwałtowny ruch wywołał mdłości. Nie chciała ryzykować jeszcze większym upokorzeniem i pomyślała, że póki widzą, że Katie wciąż jest nieprzytomna, to nie będą jej męczyć i dadzą spokój Maćkowi. Zamknęła spuchnięte powieki i skupiła się na dźwiękach dochodzących do dziewczyny. Aktorka usłyszała cichy szloch. - Maciuś?- płacz na chwilę ustał. Katie ponownie spróbowała wstać i tym razem udało jej się to, ale z wielkim trudem. Wiedziała, że nie jest sama w tej obskurnej celi. Powoli zaczęła się przyzwyczajać do półmroku panującego w więzieniu i ujrzała trzęsącą się postać dziecka z podkurczonymi nogami.- Maciusiu, to ty? - T... Ta… Takodpowiedział jąkając się chłopiec. Katie wystrzeliła jak z procy w kierunku malca. Nie zważała już na ból promieniujący od głowy, nóg i pleców. Maciuś żył i tylko to się liczyło! - Kochanie, kochanie, już spokojnie, jestem tutaj. Uciekniemy stąd! - Do mamusi? - Tak, słonko do mamusi.- Powiedziała z lekkim niepokojem Katie. Nie wiedziała, czy śledczy nie skrzywdził rodziny Maćka, ale intuicja podpowiadała jej, że z nimi wszystko w porządkuSłonko, czy skrzywdzili cię jakoś? - Ten straszny pan zagroził, że mnie zrani, jak nie oddam mu tego, co pani mi dała, ale nie poddałem się od razupowiedział Maciek. W jego głosie dało się wyczuć dumę- Potem powiedział, że skrzywdzi moją rodzinę i wtedy dałem…znów zaczął chlipać - Nie martw się, wszystko się ułoży. A jeśli o mnie chodzi, to dam radę, przecież to tylko mała ranka- Wypowiadając te słowa, Katie poczuła ogromne wyczerpanie.Maciusiu, co ty na to, żebyśmy się odrobinę zdrzemnęli? Wtedy nikt nam nic nie zrobi. - Dobrze, proszę pani.Katie delikatnie głaskała główkę chłopca i ten dzielny bohater wreszcie przestał się trząść. Przytuleni do siebie zapadli w sen. Rozdział 9 - Co do u licha tu robicie? Żyjecie?- Katie i Maciek obudzili się, ale byli zbyt przerażeni i wyczerpani, żeby się poruszyć.- Słyszycie mnie?- powiedział nieznajomy. Katie nie miała pojęcia, kto to mógł być, bo zarówno głos śledczego, jak i strażników prześladował ją od czasu pierwszego spotkania. Postanowiła odpowiedzieć na wezwanie. - Tak - Mówicie po polsku? Oder sprecht ihr deutsch? Или…- aktorka mu przerwała, bo miała dosyć języka rosyjskiego i wreszcie potrafiła powiedzieć, kim był ów człowiek - To Polacy!- Ucieszyła się Katie- Mówimy po polsku! Maciuś, jesteśmy uratowani! - Jak się pani nazywa? - Katie Brown. - To pani jest tą słynną aktorką?- skinęła głową- To co pani tu robi? Szukaliśmy pani od kilku dni! A kim jest pani towarzysz? - Maciej Niewiada- powiedział chłopczyk słabym głosem.- czy to znaczy, że będę mógł już wrócić do mamy?- spytał w ogromną nadzieją w głosie, a Katie spojrzała pytająco na młodego mężczyznę. - Zapomniałem się przedstawić. Konrad Mokrzycki. I myślę, że powrót do domu jest jak najbardziej możliwy. - Co się stało?- ze zniecierpliwieniem zapytała dziewczyna - Pani kochana, niepodległość Polska odzyskała, jesteśmy wolni! - Czy jest pan trzeźwy? Mówi pan, panie Konradzie, że po 123 latach znów jest na mapie świata? - Tak, złociutka! Lenin proklamował niepodległość Polski!! / Ania Rosiak

38

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

K: Ojciec Jaśminy. Aniela nie wróciła do domu. Każdy wiedział, że nie ma mowy o odpoczynku. Wszystkie patrole zostały natychmiast postawione na nogi. Kunegunda wiedziała, gdzie ma pojechać. Mówił jej, właściwie można by rzec, że nawet kazał zrobić to jej instynkt. Wzięła ze sobą Jacka i dwóch innych kolegów. Jechali samochodem przez ciemną ulicę w kierunku lasu, w którym wszystko się zaczęło. Kunegunda widziała to miejsce oczami wyobraźni, rozmyślała intensywnie nad tym, co się tam teraz mogło dziać. Już widziała stos pełen przerażonych, jęczących i płaczących ludzi; już widziała Mirona z nieziemsko piękną, ale i zimniejszą od lodu twarzą, w szacie wybawiciela, trzymającego płonącą pochodnię; już słyszała jego szaleńczy śmiech, a chwilę potem zimny, potężny głos: “Teraz to się boicie, prawda? Czujecie ten strach, to widmo śmierci nad wami. Dokładnie to samo czuły zwierzęta, które wy, zwyrodnialcy, dręczyliście i zabijaliście bez litości w oczach, ze zwykłym uśmiechem na ustach, z rozbawieniem na twarzy…Wsłuchajcie się uważnie w tę otaczającą was ciszę… a usłyszycie głosy swoich ofiar, które domagają się pomsty ich cierpień i śmierci; chcą słyszeć, jak wy teraz będziecie cierpieć! Nienawidzą was za to, że w za ich życia traktowaliście je jak przedmioty, nic niewarte i niepotrzebne, którymi można się bawić w dowolny sposób, powbijać mu szpilki w ciało, a nawet zabić, jeśli przyjdzie taka chęć… Ale teraz wasza kolej! Widzicie te pochodnię? Za chwilę obejrzycie ją z bliska. Dzięki niej sprawdzę za chwilę, kto z was potrafi najgłośniej krzyczeć!! HA HA HA HA HA HA HA HA!!!!!!” Gdy wtem… J: KUNEGUNDA, TY TAM OGŁUCHŁAŚ CZY UMARŁAŚ??!! DAWAJ GAZ DO DECHY, ALE JUŻ!!!! Przywołana do porządku Kunegunda prędko “wróciła na ziemię” i natychmiast wykonała polecenie. W tejże samej chwili zorientowała się, o co chodzi: przejeżdżali właśnie obok celu swojej podróży, lecz za nimi jechało auto, które przyspieszało z minuty na minutę i wyraźnie chciało je zepchnąć na pobocze. K: Patrol nr 1 i 6: potrzebujemy waszego wsparcia, ściga nas czarne BMW bez tablic rejestracyjnych, jesteśmy tuż za lasem, niedaleko torów kolejowych; powtarzam, ściga… Niestety nie dokończyła zdania, gdyż w tym samym momencie czarny samochód uderzył ich z całej siły w bok. Radiowóz przewrócił się, stoczył ze zbocza i znalazł pod mostem, na torach kolejowych. Kunegundzie spływała krew po głowie i była na granicy przytomności, gdy wtem usłyszała odgłos lokomotywy i zobaczyła światło w oddali, które jednak z każdą chwilą coraz bardziej się do nich zbliżało. Nie miała siły przeciwstawić się temu, kto odpinał jej pas, a potem wepchnął jak najdalej i najciaśniej pod kierownicę. Światło stało się zbyt jasne, dźwięk lokomotywy zbyt głośny i Kunegunda zdążyła już poczuć tylko potężne pchnięcie… a potem wszystko znikło. Nastał poniedziałek. Nadzieja obudziła się w swoim śpiworze na podłodze sali przesłuchań. Niektórzy funkcjonariusze już wstali i zajęli się rutynowymi czynnościami, inni jeszcze spali, zaś pozostali leżeli po prostu z otwartymi oczami. Ona też nie chciała wstawać ani też żyć. Wyobrażała sobie, jaka to byłaby ulga, gdyby teraz nagle umarła, tak zwyczajnie leżąc w śpiworze. Mogłaby też zawiązać sobie jego sznurki na swoim gardle lub cała schować się do śpiwora i poczekać, aż się udusi. N: Nie, tak przecież nie można! Każdemu świat wali się na głowę, a ja tu tymczasem chcę umierać, jakbym była jedyną cierpiącą! Trzeba przecież rozwiązać te sprawę, złapać i ukarać zabójców, którzy od tej nocy mają dodatkowo na sumieniu życie trzech naszych kolegów! Te słowa Nadzieja wykrzyczała niczym rebeliant podburzający tłum ludzi do wielkiego buntu. Wiedziała, że nie może się teraz rozklejać, musi zrobić co w jej mocy, aby odszukać zabójców, przez których tej nocy stracił życie Jacek, który uratował życie Kunegundy i próbował ratować swoje, ale mu się nie udało oraz dwoje ich kolegów, którzy siedzieli zablokowani z tyłu, więc nie mieli żadnych szans na przeżycie. Pełna już energii Nadzieja, próbowała w obudzonych kolegów wtłoczyć ducha walki i wiarę, lecz niestety oni byli zbyt pogrążeni w rozpaczy i nie zwracali na nią uwagi. Ostatecznie ich bierny opór zwyciężył. Postanowiła więc na razie samotnie rozwiązywać sprawę. Jednak nic a nic nie przychodziło jej do głowy. Zrezygnowana postanowiła odwiedzić Kunegundę, na co lekarz dał jej pozwolenie. Policjantka wciąż była nieprzytomna, a jej stan nie najlepszy, lecz przynajmniej stabilny. Nadzieja siedziała przy przyjaciółce, pocieszając ją i siebie w duchu. Nagle Kunegunda zaczęła wykrzykiwać coś przez sen. K: Boicie się… ten strach… to samo czuły zwierzęta… zwyrodnialcy… dręczyliście… bez litości … z rozbawieniem na twarzy…wsłuchajcie się… usłyszycie głosy swoich ofiar… domagają się pomsty… wy teraz cierpicie za to… traktowaliście je jak przedmioty… nic nie warte… można się bawić w dowolny sposób… zabić… za chwilę obejrzycie ją …kto z was potrafi najgłośniej krzyczeć!! HA HA HA HA HA HA HA HA!!!!!! Do sali wbiegli przerażeni lekarze, którzy próbowali wybudzić lub uspokoić Kunegundę, a Nadzieja musiała ją opuścić. W jej uszach ciągle brzmiały krzyki koleżanki, gdy wtem przyszła jej do głowy pewna myśl i nagle… N: TO JEST TO! Pielęgniarka: Ciszej, proszę pani! To jest szpital, nie jakaś hala sportowa. Tu nie wolno krzyczeć! N: Przepraszam bardzo. Dzięki Kunegunda, jesteś genialna! To właśnie o nich podświadomie myślałam! Po tych słowach wybiegła szczęśliwa ze szpitala do domu, przebrała się tak, aby nikt, kto ją zna, nie poznał jej. Wzięła też nadajnik GPS oraz pluskwy, pognała w kierunku Liceum im. Romana Dmowskiego. Była właśnie przerwa. Nadzieja wypatrzyła Antoniego Pruszka, ale reszta jego paczki siedziała na półpiętrze przy oknie. Nie spodziewała się tego i wydało jej się podejrzane. W końcu Antek zauważył ją, zaś ona gestem zaprosiła go na stronę, po czym ujawniła się. A: Ech… wiedziałem, że ktoś sobie w końcu o nas przypomni. Ale dobrze, że pani tu jest. I tak miałem dziś ostatecznie iść na policję. N: Jak to ostatecznie? A: Bo wie pani, ja już chciałem dwa razy tam pójść, ale za pierwszym razem przyszedłem zbyt późno, a za drugim stchórzyłem. I widziałem z boku całą tę akcję z tym napastnikiem i Mironem. N: A dlaczego chciałeś to zrobić? A: Ech… Ja na początku myślałem, że oni przestali mnie już chyba lubić. To było po tym zabójstwie, ale wtedy jeszcze tego nie przypuszczałem. Ciągle coś szeptali, nie mieli czasu ze mną pogadać. Raz mi powiedzieli na odczepkę, że planują coś fajnego i powiedzą mi potem o tym… I wtedy przyszła mi do głowy ta straszna myśl, że… Ja naprawdę nie miałem pojęcia, że są zdolni naprawdę zabić jakieś zwierze, a co dopiero człowieka! To prawda, znęcaliśmy się trochę nad zwierzętami, ale to były dla nas tylko takie drobne zabawy. A może tylko dla mnie? Może dla nich to była dopiero rozgrzewka?

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

15


nasza twórczość

N: Jeszcze nie mamy co do tego pewności, a już na pewno żadnych dowodów. Ale gdybyś mógł spróbować coś z nich wyciągnąć, a najlepiej, żeby wtajemniczyli cię w swoje plany. Ja ci mogę nawet dać swój numer telefonu, żebyśmy byli w kontakcie. A: Oczywiście, nie zamierzam przyjaźnić się z mordercami. N: W takim razie tu masz mój numer telefonu. I pamiętaj, abyś się nie ujawnił. Niestety, karteczka wyleciała jej z dłoni i wiatr pognał ją w kierunku bramy. Podczas gdy chłopak rzucił się za nią w pogoń, Nadzieja umieściła mu w plecaku nadajnik GPS i 1 pluskwę, zaś drugą wsadziła dyskretnie do jego portfela. Chłopakowi udało się złapać kartkę w chwili, gdy zadzwonił dzwonek na lekcje. Zabrał swój plecak, pożegnał się z policjantką i pognał w kierunku szkoły. Nadzieja wróciła na posterunek w lekkiej rozterce. Z jednej strony nie miała pewności, że może ufać temu chłopakowi. Natomiast z drugiej strony jedynie to można było na razie zrobić. Poza tym, może przecież polegać na GPS i pluskwach, pod warunkiem, że chłopak ich nie wykryje, nie zniszczy, a przede wszystkim weźmie ze sobą plecak i portfel. Po 3 godzinach lekcje się skończyły. Antek dogonił swoich kolegów, lecz ci znowu chcieli go zbyć. Jednak wiedział, że nie może się poddać. Mówił, że są przecież kumplami i jak coś ich dręczy, to mogą mu powiedzieć, o co chodzi, a on nie powie nikomu. Potem niby przypadkowo skojarzył to z planem, o którym kilka dni wcześniej wspominali oraz po raz kolejny im przypomniał, że mieli mu w końcu o nim powiedzieć. Po długim milczeniu odezwała się Iza I: Tak, mieliśmy cię wtajemniczyć, ale nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego momentu. Ale masz rację. Jutro przyjdź o 14:00 do tego lasu, w miejsce zabójstwa. Przy okazji udowodnisz nam swoją przyjaźń, ale ostrzegam cię: nie masz już odwrotu, jeśli stchórzysz teraz lub później, to naprawdę ci biada. A: Możecie na mnie polegać. W końcu jesteśmy kumplami. Gerwazy: I nie możesz tam wejść z nikim z poza naszej grupy, jasne? A: Jak słońce. O 18:00 godzinie tego samego dnia, Antek poinformował Nadzieję o udanej rozmowie. Wprawdzie Nadzieja wiedziała o jej przebiegu, gdyż chłopak nosił i plecak, i portfel przez całą drogę, w których był podsłuch, ale i tak ucieszyła się, ponieważ chłopak najwyraźniej zamierzał z nią współpracować N: Gratuluję ci postępów. W międzyczasie obmyśliłam pewien plan. Przekażę ci go teraz i omówię twoją rolę. A wygląda on tak:… Nadszedł wreszcie ten oczekiwany dla wielu osób dzień. Zgodnie z ustaleniami, Antek nie spóźnił się na spotkanie z kolegami. Berenika: No proszę, widzę, że przyszedłeś. Dobrze to o tobie świadczy, mój kolego. Marian: Tak, chyba się jednak na tobie nie zawiedziemy. Gerwazy: To się jeszcze okaże. Z wody wyszła właśnie Iza. Ubranie miała częściowo we krwi. A: Co ci się stało? I: Nic takiego, ale chodź, to coś ci pokażę. A: No dobra, dawajcie wreszcie, bo nie wytrzymam. Iza zaprowadziła go na brzeg rzeki, a tam… A: MIRON??!! I… ANIELA?! I: Cicho, bo ktoś nas usłyszy! A: A kto się teraz odważy tu przyjść? B: Np. ta, co tam leży już martwa. Jak dobrze mówiłeś, to siostra tej Jaśminy. Nie wiem, po co tu przyszła, ale fajnie było popatrzeć, jak tryska z niej krew. No, ale Mirona już zostawiłam, bo on będzie “mordercą” dla naszej “kochanej policji”. Musieliśmy go jakoś wywabić ze schroniska, aby skierować na niego podejrzenie glin poprzez jego nagłe zniknięcie. Aż tu nagle okazało się, że Izka umie udawać głos rannego psa, a ten od razu się nabrał. A: Zaraz… chcecie przez to powiedzieć, że… ta Jaśmina i ten Wiktor… te przebite opony w autach policyjnych, napad na glinę, zabójstwo kocięcia, pościg i zrzucenie samochodu policyjnego na tory… to też wasza sprawka? Po krótkim milczeniu… I: Spróbuj to komuś wygadać, a skończysz jak te dzieci. Zresztą, to ich wina, że zginęli. My tylko chcieliśmy zobaczyć, jak długo parę z tych małych obrzydliwców zdoła się unosić na wodzie, a co do pozostałych, czy nadają się na podpałkę. M: Bachory zjawiły się nagle i zaczęły nam przeszkadzać, a koty wykorzystały tę okazję i dały nogę. W efekcie trzeba było poszukać innej podpałki. A że nam się narazili i szczęśliwym trafem stali sobie obok… Aż szkoda byłoby zmarnować taką okazję… No i oczywiście było na co popatrzeć, żałuj Antek, że cię z nami wtedy nie było, bo fajnie się jarali. I kiełbaski sobie pogrillowaliśmy. A: Słuchajcie, a jeśli policja się dowie? Musicie stąd uciekać, najlepiej wyjedźcie od razu z kraju. I: Tak się składa, że pomyślałam o tym. Tylko nie możemy mieć żadnych świadków. A: Poza mną nie ma już nikogo. Ale na mnie oczywiście możecie liczyć. W końcu jesteśmy kumplami. G: I o to właśnie chodzi. Oby tylko tak dalej, bo w przeciwnym wypadku twoja przyszłość maluje się w przypalonych barwach. A: Właśnie, a skoro mowa o ognisku, to jak nie mogliście mnie wtedy zaprosić? Przecież wiecie, że uwielbiam grillować kiełbaski. B: Hola, hola… a kto powiedział, że musi historię wkuwać? I: Aaaaa… tak, mówiłeś, że ojciec zabije cię, jeśli znowu zawalisz sprawdzian. A: Ups, sorry, zapomniałem, że to moja wina. Następnym razem mam w nosie historię, biologię i co tam jeszcze. Tylko przegapiam przez nie fajne okazje. G: Dobra, jak już sobie pogadaliście, do dajcie teraz nam, bo mamy pewien problem. I: A jaki? M: Gliny znalazły wczoraj nasz samochód i nie możemy już go użyć, ale spoko, wymyślimy coś z Gerwazym. To powiedziawszy, zaczął z nim rozmawiać , gdy wtem Miron zauważył Antka i próbował coś do niego wykrzyczeć. Wówczas natychmiast podszedł

16

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

chłopcem.- wystraszony Maciek wyciszył się i z przerażeniem słuchał, co do niego mówił napastnik. - Niech pan nic nie robi mojej mamusi, proszę, będę grzeczny, przysięgam! - No, to teraz chodź ze mną- mężczyzna zakrył buzię i oczy chłopca. W trakcie mało przyjemnego spaceru doszedł ktoś jeszcze. - Masz dokumenty?- zapytał obcy szorstkim tonem. - Ten mały je gdzieś ma, ale jeszcze ich nie dał. Wezmę je w środku.- na te słowa weszli do jakiegoś pomieszczenia - Panie komisarzu, mamy chłop…- przerwał im krzyk - Idioci! Gdzie są nasi kochani Niemcy? Gdzie?! No, pytam się, gdzie są! - Ale… - Jakie ale! Schrzaniliście! I teraz co? Zawsze wszystko muszę robić sam. - Panie komisarzu, mamy chłopca i… - Zabierzcie go do ulubionego miejsca mojej małej, ślicznej Katie. - Tak jest! Rozdział 8 Katie chodziła zatroskana po mieszkaniu, rozmyślając o swoim planie. Jeżeli wszystko potoczy się tak, jak sobie wyobrażała, to przechytrzy wstrętnych Rosjan pozbawionych już carskiej rodziny, wreszcie się od nich wyzwoli i będzie mogła wrócić do ukochanego teatru. Łącznicy pewnie czekają na chłopca. Ciekawe, czy już dostali dokumenty od Maćka? Coś długo go nie ma, ale pewnie zaraz przyjdzie zdać mi relacje. Jakby w odpowiedzi na jej myśli, ktoś zapukał do drzwi. - Wchodź, Maciuś, szybko!- chłopiec nie odpowiadał, więc Katie podeszła, żeby mu otworzyć. Niczego się nie spodziewając, ktoś przystawił jej lufę pistoletu do głowy. - Dlaczego zawsze wszystko muszę robić sam?- westchnął znajomy głos, ale jeszcze nie potrafiła go zidentyfikować- Och, mała, mała, myślałaś, że mnie wykiwasz?- na to zdanie dziewczyna zamarła z przerażenia, bo rozpoznała akcent rozmówcy - Komisarz. - Tak, złotko. Teraz już nie masz szans na żadne negocjacje!- ostatnie zdanie szepnął groźnie prosto do jej ucha, tak, że przez ciało Katie przeszły dreszcze- Idź za mną, a wtedy nie rozlegnie się tu hałas… jakby z wybitej strzelby. - Nigdzie z panem nie pójdę, nie boję się śmierci. Poza tym, chcesz, żeby moi sąsiedzi usłyszeli strzał i zastali ich kochaną sąsiadkę, znaną aktorkę, leżącą przed swoim mieszkaniem z dziurą w głowie? Myślę, że tego nie chcesz.- Katie zdziwiła się, że śledczy nie skrócił jej wywodu, ale kontynuowała swoją wypowiedź. Przyjemniej w ostatnich chwilach życia wyrzuci mu wszystkie swoje żale- Wy, zapchleni ruscy, zabiliście mojego narzeczonego! Co on wam złego zrobił? To, że był lubiany przez cara Mikołaja? Każdy lubił jego dzieła, przecież były doskonałe! Tak bardzo lubisz sprawiać ludziom ból? Mam was dosyć!- Katie przerwała swój potok słów, bo nie widziała żadnej reakcji ze strony komisarza, nawet kącik ust mu nie drgnął. - Czemu przerwałaś? Tak miło się ciebie słuchało. Mówisz, że nigdzie nie pójdziesz?- spojrzał drwiąco na aktorkę i mówił dalej- jak się nazywa twój mały przyjaciel?- Serce Katie na moment przestało bić, zbladła i już chciała coś powiedzieć, ale głos komisarza rozbrzmiał w tej samej chwili, co dziewczyna otworzyła usta- Maciej, no tak… śliczny chłopiec, niemal mi go szkoda- szyderczo się uśmiechnął - Coś ty mu zrobił? Zostaw go w spokoju, to tylko dziecko! - Dziecko, nie dziecko, szpieg, nie szpieg, dokumenty, brak dokumentów- zażartował sobie komisarz. - Pójdę. – powiedziała Katie- Pójdę do tego twojego biura i powiem wszystko, co chcesz! Nie rób mu krzywdy! - Na to już trochę za późno. Moi nieudaczni sługusy zgarnęli tego małego bohatera o 5 metrów za wcześnie . Wiesz, że Maciek niefortunnie poznał osobę, która sprowadziła na niego śmierć? No i przez niego, nie miałem szansy złapać twoich zacnych, niemieckich przyjaciół i nie mogłem ich rozpracować. A co to za osoba?- Głos był monotonny, jakby wygłaszał nudne przemówienie, ale jego spojrzenie zdradzało prawdziwe emocje. Kiedy Katie zajrzała w głąb tych czarnych jak noc oczu, ujrzała przeogromną furię. – Tak, to ty, słodka, mała aktoreczko. A teraz słuchaj mnie uważnie i rób wszystko to, co powiem, a twój Maciek pożyje jeszcze trochę. Podam ci ramię, a ty jak posłuszna dziewczynka je chwycisz i razem pójdziemy do mojego lśniącego powozu, którym zabiorę cię w miejsce, o którym nie śniłaś w najgorszych koszmarach- Katie nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, więc tylko potulnie skinęła głową i wyszła razem z okrutnym śledczym. Kiedy weszli do karety, komisarz ponownie się odezwał - Czy naprawdę sądziłaś, że zastrzelę cię w twoim własnym mieszkaniu? Myślisz, że pozbawiłbym się przyjemności torturowania cię i pozwolił umrzeć tak przyjemna i szybką śmiercią?- w tonie jego głosu pojawiły się emocje. Wielki gniew. To zmroziło Katie krew w żyłach i wiedziała, że nie ma szans na uniknięcia potwornych tortur, których tak bardzo się bała. Wolała umrzeć jak określił to komisarz ‘ szybką i przyjemną śmiercią’ w wyniku zastrzelenia. Gdyby chodziło tylko o nią, to może spróbowałaby uciec albo jakoś sprowokować śledczego, żeby ją zabił w celu uniknięcia straszliwych męczarni w miejscu, do którego właśnie podążali. Ale przecież był jeszcze Maciuś. Ten chłopiec chciał tylko zarobić, by pomóc swojej mamie, a Katie wplątując malca w jej sprawę, skazała go na potworne tortury, albo co gorsza, śmierć. Nawet nie próbowała wymyślić planu uratowania ich obojga z rosyjskich sideł, bo nie chciała pogorszyć sytuacji, w jakiej już się znajdowali. Mogła tylko bezczynnie czekać i wykonywać polecenia wydawane przez komisarza. Katie tak się zamyśliła, że nie usłyszała, co mówił śledczy, ale zanim poprosiła, by powtórzył, spoliczkował dziewczynę. - Miałaś mnie słuchać!- groźnie powiedział- No to dojechaliśmy, wysiadaj!- aktorka ledwo zdążyła postawić nogę na pierwszy stopnień, a poczuła rękę na plecach i usłyszała - Masz sekundę na zejście. Już!- i w tym momencie zepchnął dziewczynę ze schodków. Katie upadła. Próbowała wstać, ale uniemożliwił jej to jeden ze strażników, który pojawił się przed powozem, przytrzymując stopą jej suknię. - Teraz nie wstaniesz.- na te słowa dziewczyna wyrwała materiał spod buta strażnika, ale nim podniosła się na nogi, ten stanął na kość piszczelową Katie. Nie zdołała krzyknąć, bo do jej ust został wsadzony kawałek szmatki. Łzy ciekły strumieniami, a kolejne ciosy zostały zadane w plecy i głowę.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

37


nasza twórczość

mi przynosić tego osobiście. Wpadłabym za kilka dni odebrać ją i zapłacić. - Właściwie suknia była tylko wymówką. Maciuś powiedział mi, że coś niedobrego się u pani dzieje i się o panią martwi. Miałam pani przekazać, że: „Udało się”. Nie chciałabym być wścibska, ale boję się o swojego brata. Czy coś pani grozi? - Umiesz dochować tajemnicy? – w odpowiedzi szesnastolatka skinęła głową. Ten gest przypomniał jej Maćka i Katie wiedziała, że może ufać wszystkim członkom tej rodziny. Rozdział 6 Komisarz krążył po pokoju, paląc papierosa za papierosem. Rozmyślał nad swoją sytuacją, nad tym, co dzieje się w Europie. Ostatnie działania komunistów zaczęły napawać go przerażeniem. Krwawa rewolucja nie mogła przynieść niczego dobrego jego nieszczęsnemu narodowi. Zastanawiał się, co się stało z członkami carskiej rodziny. Uznał, że niemożliwe, aby Lenin wydał rozkaz ich zgładzenia. Ten mord byłby pogwałceniem wszystkich zasad, przekroczeniem wszelkich norm. Nie byłoby już wtedy odwrotu. Jego naród musiałby zaakceptować komunistyczny ustrój, który na pewno okazałby się nowym reżimem. Ciekawe, jakie wiadomości miała otrzymać ta mała Katie? Zaskoczyło go, że dziewczyna tak szybko poddała się. Na pewno coś kombinowała… zniecierpliwiony nacisnął dzwonek, a gdy w drzwiach pojawił się strażnik, kazał mu przywołać ludzi, którzy na zmianę śledzili aktorkę. Gdy w pokoju pojawił się starszy mężczyzna o sympatycznej twarzy, w której nikt by nie odkrył oznak straszliwego okrucieństwa, do którego ten człowiek był zdolny, komisarz zapytał z pozornym spokojem: - Jak tam nasza mała? - Jak na razie grzecznie się zachowuje. Odwiedzają ją jedynie modystki. Raz ruszyła się z domu i spędziła całe popołudnie spacerując w Łazienkach. Niezbyt często wychodzi z mieszkania. Chyba nieco pan komisarz ja poturbował. - A właśnie mylisz się pan. Jestem zdziwiony i zaniepokojony tym, że tak szybko przystała na moja propozycję. Na pewno coś kombinuje i wy musicie dołożyć wszelkich starań, żeby nie przegapić czegoś ważnego. - Obserwujemy ją 24 godziny na dobę. Nie wykona żadnego ruchu bez naszej wiedzy. - W takim razie musicie prześwietlić tych, którzy ją odwiedzają. - Już to zrobiliśmy. Pewna wdowa wraz z córkami opiekuje się jej garderobą i jak na razie tylko z nimi dziewczyna utrzymuje kontakt. Sprawdziliśmy, że posłała zawiadomienie do teatru o swym złym samopoczuciu i odwołała aż do przyszłego tygodnia wszystkie swoje występy. - I tak mi się to nie podoba- mruknął komisarz- czegoś nie wiemy, czegoś się nie domyślamy… a ta mała sprytnie kombinuje. Jestem pełen złych przeczuć. Podwładny przyglądał się swojemu szefowi z uwagą. Zaintrygował go. Nigdy nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do przyznawania się do jakichkolwiek obaw. Musiało dziać się cos niedobrego w polityce. Trzeba by zastanowić się nad swoją sytuacja. Zasilić szwajcarskie konta, a w razie czego uciekać do Szwajcarii. Komisarz zapalił nowego papierosa i zadumał się głęboko. Szpicel po cichutku wyniósł się z pokoju. Rozdział 7 Tymczasem Katie siedziała zdrętwiała z przerażenia na łóżku. Jej plan powiódł się świetnie. Maciuś odnalazł powóz, a przebrana za Katie Małgosia, bardzo dobrze odegrała swa rolę. Ubrana w suknię, z twarzą osłonięta woalką bezbłędnie naśladowała ruchy i sposób chodzenia Katie. Wystarczyło kilka godzin ćwiczeń, by ta skromna dziewczyna przeistoczyła się w znaną aktorkę. Gdy Małgosia spacerowała po alejkach łazienkowskich, Katie ubrana w jej skromną sukienkę, przemknęła do bocznych uliczek, gdzie czekał na nią powóz. Zaskoczony dorożkarz ,widząc biedną dziewczynę z koszem bielizny do prania, zanim ją wpuścił, upewnił się, czy ma czym zapłacić. Podczas drogi do domu Małgosi, Katie bez trudu wymontowała z siedziska karety złotka laseczkę łącznika. Cud boski, że nikt jej nie zauważył- pomyślała szczęśliwa. Teraz jednak siedząc na łóżku i czytając papiery, które znalazła w jej wnętrzu, siedziała oniemiała ze zdumienia i lęku. Rodzina carska została zamordowana. Losy świata nieodwracalnie zmieniły swój bieg. Tylko jak mam przekazać tę wiadomość niemieckim łącznikom? Trzeba będzie znowu wykorzystać Maciusia. Zniesie te papiery do umówionej skrytki w Łazienkach. Następnego dnia rano chłopiec stał przed Katie w pełnej gotowości. Aktorka podała malcowi konkretne instrukcje i opisała mu, jak wyglądali ludzie, z którymi miał się spotkać. - Maćku, ta misja jest najważniejsza. Dotychczas wszystko szło po mojej myśli i nie było żadnych większych komplikacji, ale nie możemy stracić czujności- Chłopiec pilnie słuchał i delikatnie potakiwał główką- Pamiętaj na siebie uważać. Jakby coś poszło nie tak, musisz uciekać, ile masz sił w nogach. Moi… przyjaciele ci pomogą- kontynuowała Katie. - Dobrze, proszę pani. Mam nadzieję, że nic złego się pani nie stanie, bo zbyt wiele pani zawdzięczamy. - Skarbie, to ja wam dziękuję za pomoc. Gdyby nie ty i twoja siostra, mogłabym być w sporych tarapatach. A teraz leć i pamiętaj, uważaj na siebie, to najistotniejsze. Maciek troszkę wystraszony pognał w kierunku parku. Nawet pogoda sprzyjała. Pomimo wczesnej jesieni, świeciło słońce i nie padało. Krajobraz był niesamowity. Lekko pożółkłe liście klonów i dębów spadały z drzew, powolnie wirując na kamienistą ścieżkę. Wszystko powinno się udać i malec będzie mógł zarobić jeszcze więcej pieniędzy dla mamy. Kiedy zbliżał się do zakrętu, za którym powinien zobaczyć już jeziorko, usłyszał swoje imię wypowiedziane z dziwnym akcentem. - Maciej?- chłopczyk pomyślał, że przyjaciele pani Katie wyszli mu na spotkanie. Pobiegł czym prędzej w kierunku, skąd wydobywał się głos- Mam Cię!- ktoś zasłonił malcowi usta ręką i szepnął- Nie wyrywaj się, ani nie krzycz, bo stanie ci się krzywda. A teraz, dawaj te papierki, co je dostałeś od twojej pani.- Maciuś przypomniał sobie słowa aktorki o ucieczce, więc kopnął porywacza tam, dokąd sięgały mu nogi. Młody mężczyzna chwycił się za brzuch jedną ręką, a drugą wciąż trzymał chłopca.- Jeśli piśniesz choć słówko, to znajdę twoja matkę i siostry. Wtedy może będziesz już grzecznym

36

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

do niego Gerwazy i kopnął w brzuch. G: Ucisz się, bo skończysz w ognisku albo napcham cię tymi trzcinami! A: Hej słuchajcie, trzeba schować ich gdzieindziej, bo tu są zbyt widoczni, a zwłaszcza ten, co się miota. M: Dobra, zajmij się chłopakiem, a ty Iza dziewczyną. Antek i Iza ustalili, że lepiej będzie, jak schowają ich oddzielnie. Dziewczyna postanowiła schować ciało w zaroślach po lewej stronie polany, zaś chłopak po prawej, za którymi kryła się Nadzieja z kilkoma funkcjonariuszami. Dała znak, że nadszedł już czas zacząć realizować plan. Policjanci wybiegli i schwytali Antka, zaś Nadzieja podbiegła z wyciągniętym pistoletem do nastolatków. N: Ręce na kark! A ty rzuć ten nóż! Tylko powoli! Licealiści byli bardzo zaskoczeni tym występem. Niestety, Gerwazy ani trochę nie przejawiał chęci odłożenia broni, a wręcz zaczął się zbliżać do niej. N: Zatrzymaj się i rzuć ten nóż! Zaraz zjawi się tu reszta funkcjonariuszy. G: Ha ha ha ha! Bo co? Strzelisz? Ale się boję! Stój gdzie stoisz, a zdążę posłać cię na tamten świat. Kilka głosów: Nie słyszysz co mówi?! Gerwazy obejrzał się i spostrzegł unieruchomionego Mariana, wściekłą Bereniką skutą kajdankami oraz całą masę funkcjonariuszy mierzącą do niego z pistoletów. N: Jesteś otoczony i nie uciekniesz, więc rzuć ten nóż i to natychmiast! G: Dobra! Jak chcesz to rzucę! Chłopak wziął zamach i rzucił nóż w kierunku policjantki. Nadzieja krzyknęła za siebie “Uwaga!” i odskoczyła w prawą stronę. Wszyscy policjanci stojący za nią, jak jeden mąż rzucili się do tyłu, aby uniknąć ciosu, zaś kilku z policjantów stojących za Gerwazym, oddało do niego strzał. Chłopak zachwiał się i upadł. Myśleli, że cała sytuacja była już opanowana, gdy wtem usłyszeli krzyk Nadziei. W jej boku tkwił nóż, zaś za nią zaczęła biec uciekać Izabela Rosnowska, która była w trakcie chowania ciała w pobliskich zaroślach, a usłyszawszy krzyki, czekała na sprzyjającą okazję. Dziewczyna wyraźnie kierowała się w stronę pustego radiowozu, który wziął się tam niewiadomo skąd. Co gorsze, ktoś zostawił w nim pootwierane drzwi oraz kluczyki w stacyjce. Policjanci natychmiast zaczęli oddawać do niej strzały, lecz ona wbiegła za konwój, przy okazji przebijając nożem jego opony i stając się nieosiągalnym celem dla pistoletów. Przez chwilę wkradła się do funkcjonariuszy panika, że cały plan legnie w gruzach. Tymczasem Iza biegła za samochodami, aby dopaść w końcu radiowozu. Część policjantów także rzuciła się w jego kierunku. Wiedzieli, że jeśli dziewczyna odpali samochód, już jej nie dogonią. Niestety, było już za późno… a może im się tak wydawało? Wprawdzie Iza zdążyła uruchomić samochód, lecz on nadal stał w miejscu. Funkcjonariusze podbiegli do niego i wtedy wszystko się wyjaśniło: zastali tam wściekłą oraz zaskoczoną dziewczynę, przykutą do przedniego fotela i Wojciecha Mozołę, który przytrzymywał nogi dziewczyny, aby nie mogła nacisnąć pedału gazu oraz Kunegundę Liwanowską, która właśnie skuła ręce dziewczynie. Okazało się, że ten radiowóz miał służyć jako pułapka dla potencjalnego uciekiniera. Podstęp się udał, ale i tak policjanci mieli dużo szczęścia, gdyż ani Kunegunda, ani Wojciech nie znali planu Nadziei, a mimo to udało im się zgadnąć, gdzie mogą wszyscy być, po tym jak jeden z posterunkowych powiedział im tylko, że Nadzieja coś planuje. W ten sposób oboje zyskali jeszcze większe uznanie kolegów. Podrzucali ich w górę, głośno wiwatując i wybaczając Wojciechowi zdarzenie sprzed tygodnia, gdy wtem Kamil przypomniał im, że jeszcze za wcześnie na radość. Stan Nadziei pogarszał się z minuty na minutę, ale nie tylko jej. W tym popłochu nikt nie zauważył, że nóż Gerwazego ranił poważnie aspiranta Leona Grocha. Nie można było marnować żadnej sekundy. Ustalono, że zawiozą rannych do szpitala radiowozem Kunegundy. Podczas gdy Kamil prowadził samochód, kilku funkcjonariuszy opatrywało rany Mirona, Nadziei, Leona i Gerwazego. Tylko Miron był przytomny. M: To moja wina, że umarło tyle osób. Gdyby wtedy we wtorek nie poniosło mnie na temat Wiktora, poszedłbym z nimi na ten piknik i zapobiegł tragedii lub przynajmniej uratował ich życie, nawet jeśli oznaczałoby stratę mojego. K: Nie obwiniaj się chłopcze, nie zawsze da się przewidzieć skutki najdrobniejszych spraw. Poza tym nikt nie wiedział, że tamtego dnia obiorą sobie przyszli mordercy akurat to miejsce na urządzanie swoich “rozrywek”. M: Ale gdybym poszedł z nimi, to byłbym w stanie ich obronić. K: Niestety czasu nie da się cofnąć. Poza tym ta dziewczynka nie miałaby tobie za złe, że nie poszedłeś za nią, gdyż zabroniła ci tego, a ty uszanowałeś jej słowo. Gdyby nie to wydarzenie, na pewno pogodzilibyście się i cała wasza trójka przyjaźniłaby się. Miron czuł, że traci kontakt ze światem. Miał jednak nadzieję, że to co mówił policjant, byłoby prawdą. W końcu ogarnęła go nieprzenikniona ciemność i cisza. Tymczasem Kunegunda doprowadziła Izę do pozostałych nastolatków, gdzie każdemu z nich nie tylko skuto ręce, ale dodatkowo połączono kajdankami z najbardziej potężnymi policjantami. Tylko Antek był wolny i patrzył ze wstrętem na kolegów. A: Zabijać dzieciaki za to, że chciały uratować te kocięta??!! Nigdy bym się po was tego nie spodziewał. Teraz to wy pójdziecie siedzieć do końca życia. I bardzo dobrze! M: Zdrajco jeden! Zapłacisz nam za to kiedyś! Możesz być pewien! A: Ależ skąd Nie wyjdziecie z więzienia prędzej niż po 25 latach lub nawet wcale! K: To jest po prostu szczyt wszystkiego, żeby po pierwsze systematycznie znęcać się nad zwierzętami, po drugie z zimną krwią zabić malutkiego kotka, torturować inne, aby w końcu wsadzić je do ciasnego worka, z zamiarem utopienia ich albo spalenia! A że to wam się nie udało, postanowiliście wykorzystać drugą możliwość na dzieciach, dobrze się przy tym bawiąc! G: To ich wina. One zaczęły się wtrącać. Pamiętacie? “Nie, nie zrobicie im krzywdy, ja nie pozwolę na to”. Nigdy tak głupich dzieci nie widziałem. Bo w końcu, kto by się odważył NAM stanąć na drodze, w dodatku, aby ratować jakieś głupie kociska? Przecież to tylko zwierzęta. Kochają nas? Są naszymi przyjaciółmi? Akurat! Każde zwierze to głupi i bezużyteczny pasożyt, który nic nie czuje, nie myśli, jego życie jest nic nie warte i można z nim robić wszystko, czego dusza zapragnie. My ludzie mamy uczucia i rozum, i tym różnimy się od tych szkodników. Dariusz: Słowo “my” w żadnym wypadku ani ciebie, ani twoich kolegów nie dotyczy. Wy nie jesteście ludźmi, tylko po prostu BESTIAMI!! I to, co ty wygadujesz o zwierzętach, to się po prostu w głowie nie mieści. W całym moim życiu nigdy, ale to nigdy nie spotkałem się z takim okrucieństwem. I nie

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

17


nasza twórczość

nasza twórczość

spodziewałem się, że dokona tego grupa nastolatków. I to z zimną krwią, ze zwykłą obojętnością. Nigdy nie poznam granic ludzkiego okrucieństwa. K: Tak, ja też. Jednak ty też Antoni nie jesteś święty, ponieważ wiem, że często ścigałeś koty podwórkowe, dopóki nie padły ze zmęczenia. A: Wiem, wiem, ale już znalazłem sobie nowe zainteresowanie: maluję obrazy zwierząt, sprzedam je i trochę zarobionych pieniędzy zostawię sobie, a trochę dam na schronisko pana Fabiana, aby mógł je rozbudować. Te słowa spotkały się z aprobatą Kunegundy, Dariusza i pana Fabiana. Kunegunda musiała wrócić jeszcze do szpitala. Lekarz pozwolił jej wyjść ze względu na dobry stan zdrowia, ale nakazał, aby po zakończeniu akcji poddała się badaniu kontrolnemu. W tym samym czasie trwała akcja ratowania Nadziei, Mirona i Leona. Wszyscy funkcjonariusze na komendzie pocieszali się wzajemnie i dawali wiarę. Po trzech godzinach wszystkie operacje były już skończone. Stan Nadziei był wciąż bardzo ciężki, Leona i Gerwazego zły, zaś Mirona stabilny. Lekarze pozwolili zobaczyć na razie tylko tego ostatniego. Gdy nastał wieczór, pielęgniarka obwieściła, że czas odwiedzin właśnie się skończył. Policjanci opuścili szpitali i wrócili na komisariat. Postanowili na zmianę czuwać przy telefonie. Zaś o tym, czy ranni przeżyją, zadecyduje noc. Nastał kolejny dzień. Z samego rana zadzwonił telefon na posterunku i wszyscy obudzili się jak na komendę. Przez chwilę nie mogli się zdecydować, kto ma odebrać telefon. W końcu Kamil odważył się to zrobić. Kiedy odłożył słuchawkę, jego twarz ani ton głosu były takie same jak poprzednio. K: Dzwonili lekarze. Stan Leona i Mirona znacznie się poprawił. Ale Nadzieja i Gerwazy nie przeżyli nocy. Chłopak miał za dużo ran postrzałowych, a jeśli chodzi o Nadzieję, to Iza poważnie podczas tego ataku naruszyła jej tętnicę brzuszną i ta pękła dziś w nocy. Lekarze robili co mogli, ale i tak mieli znikome szanse. Po tych słowach zapadła w pokoju wielka i nieznośna cisza. Minął tydzień. Sąd uznał Izabelę Rosnowską, Mariana / Kamila Rogowska Szczawika i Berenikę Masłowicz winnych zabójstwa pięciorga osób i jednego kocięcia, usiłowanie zabójstwa policjanta i pięciorga kociąt oraz ciężkie pobicie Mirona Kułaczyka i skazał na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Tego dnia miały się odbyć 2 pogrzeby dla 5 osób. Pierwszy był dla Gerwazego Kropki. Była na nim jego rodzina i krewni. Iza, Marian i Berenika też chcieli tam pójść, lecz nie mogli. Zapalili więc tylko świeczki w oknach cel więziennych. Natomiast drugi był dla kilku, wspaniałych osób. W kościele Kunegunda spotkała się z Dariuszem, Kamilem, Mironem, Antonim, Leonem, ojcem zabitych dziewczynek, Fabianem Nawrockim, Mieczysławem Waszyńskim oraz klasami Anieli, Wiktora i Jaśminy oraz ich wychowawcami. Tego dnia nikt właściwie ze sobą nie rozmawiał, a mimo to każdy rozumiał się bez słów. Po mszy każdy kolejno postawił po jednym zniczu i doniczce stokrotek, które były ulubionymi kwiatami Nadziei Głogi, Jaśminy i Anieli Zienowiczów; hiacyntów, które uwielbiał Wiktor Waszyński; narcyzów, którymi tak otaczał się Jacek Dróżka oraz wieloma innymi kwiatami. Każde z nich było gotowe poświęcić swoje życie w imię ratowania innego, dlatego teraz spoczęli w jednym grobie, wspólnie opłakiwani przez bliskich i przyjaciół każdego z nich.

/ K.M

18

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

- Przecież ja już to robię! Dbając o ogrzewanie pani mieszkania bardzo mamie pomagam. - Ale czy chciałbyś, chłopcze, zrobić pieniądze, które pozwolą wam przeżyć nie tylko tygodnie, ale i miesiące? - Bardzo, proszę pani- szepnął chłopczyk - Maciusiu- Katie przyklęknęła przed malcem- ale to będzie bardzo trudne i niebezpieczne zadanie. - Ja, proszę pani- odpowiedział poważnie dziesięciolatek- zrobię wszystko, aby mojej rodzinie wiodło się lepiej. - Dla takiego małego chłopczyka chyba nikt nie zwróci szczególnej uwagi i będziesz mógł, Maciusiu, dotrzeć tam, gdzie dorosłemu trudno byłoby się przedrzeć, nie zwracając uwagi. W odpowiedzi chłopiec poważnie skinął główką na znak, że rozumie słowa pięknej, młodej damy i całkowicie zdaje sobie sprawę z tego, jak odpowiedzialne go czeka zadanie. - Maciusiu, nie wolno ci powiedzieć nikomu o tym, co będziesz robił. Twoją rodzinę naraziłoby to na śmiertelne niebezpieczeństwo. Wiesz, kim są wrogowie Polaków? Dziecko poważnie skinęło główką. Chłopczyk przypomniał sobie opowiadania swojego dziadziusia, którego bardzo kochał, a który brał udział w powstaniu styczniowym. Chłopczyk wychowywany był w tradycjach patriotycznych i wiedział, że niektóre informacje i wiadomości bezwzględnie muszą pozostać tajemnicą. - Posłuchaj- szepnęła Katie- musisz odnaleźć powóz, który ci opiszę, a gdy już będziesz wiedział, który to, sprowadzisz go pod mój dom o wyznaczonej godzinie. Rozumiesz? - Tak- odparł chłopczyk. Katie wsunęła dziecku do ręki plik banknotów. Chłopcu oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia na widok tak ogromnej dla niego sumy. - Te pieniążki oddasz mamusi, a ona rozmieni je na drobne, bo gdybyś musiał zapłacić za powóz, czy za cokolwiek, co pomogłoby ci odnaleźć dorożkę, której szukamy, na pewno wzbudziłoby to zainteresowanie, gdybyś płacił takimi dużymi nominałami. Rozumiesz?- dziecko poważnie, szybciutko skinęło główką. Jaki to roztropny chłopczyk… z rozczuleniem pomyślała Katie. Czy nie narażam go jednak na zbyt duże niebezpieczeństwo? Pogłaskała Maćka po jasnych włoskach. - Musisz bardzo, bardzo uważać. To zadanie, które wydaje się takie proste, może okazać się śmiertelnym zagrożeniem również dla twojej mamy i sióstr.- Oczy dziecka rozszerzyły się na myśl o niebezpieczeństwie, które mogłoby zagrozić ukochanym osobom. Rozdział 4 Maciuś zwykle zbiegał ze schodów z ogromną szybkością, tupiąc butami tak głośno, że starsza pani wynajmująca mieszkanie piętro niżej od Katie, często miała za złe te hałasy, które wyrywały ją z drzemki. Chłopczyk był oszołomiony tym, co usłyszał od ślicznej i miłej pani, która tak bardzo pomagała jego rodzinie. Po śmierci ojca na mamę spadły wszystkie obowiązki związane z utrzymaniem dwóch dorastających córek i najmłodszego Maciusia. Sytuacja kobiety, która nie posiadała żadnego zawodu, którą dotąd utrzymywał mąż, była naprawdę dramatyczna, szczególnie wtedy, gdy wyczerpały się wszystkie oszczędności. Utrzymanie pięknego mieszkania w centrum Warszawy, przerosło możliwości finansowe owdowiałej kobiety. Mama Maćka, która do śmierci męża prowadziła spokojnie życie, zajmowała się dziećmi i dbała o dom, teraz musiała sprostać nowym, jakże trudnym obowiązkom. Jej zadaniem było utrzymanie trojga dzieci, które powinny chodzić najedzone, umyte i pachnące. Dorastające córki starały się pomóc mamie jak tylko mogły, nawet uczyły się zawodu krawcowej, by szyć stroje wystawnie żyjącym ludziom. Niemniej jednak, często ledwo starczało nawet na kupno chleba, a o smakołykach nie było już mowy. Małgosia, która była najstarszą z sióstr, zawsze dbała, by młodsze rodzeństwo chodziło umyte i w wypranych ubrankach. Do jej obowiązków należała również nauka czytania i pisania Maćka. Chłopiec dzięki swojej siostrze potrafił pięknie czytać i pisać, nauczyciele w szkole bardzo go chwalili. Dziecko było bardzo bystre i spostrzegawcze, a jednak w myślach powtarzało sobie: - Czarny powóz, bordowe zasłony, czarny powóz, bordowe zasłony… najpierw pójdę do mamusi, jak powiedziała ta miła i piękna pani, a potem poszukam dorożki, ale najpierw choć trochę się rozejrzę. Szedł wzdłuż alejek w kierunku swojego domu, rozglądając się na boki i wesoło podskakując, bo cieszył się, że zarobił dużo pieniędzy dla mamy. Wreszcie poczuł się jak prawdziwy mężczyzna. Tak jak jego tata przynosił swoje zarobki na utrzymanie rodziny, tak i teraz Maciuś może pomóc. Bardzo dumny z siebie, wszedł do mieszkania. Rozdział 5 Kiedy tylko chłopczyk wyszedł, Katie trochę się uspokoiła. Chciała wypocząć, póki jeszcze miała odrobinę czasu. Nachodziły ją wciąż czarne myśli. Co jeśli Maciek nie znajdzie karety? Albo co gorsza, jeśli znajdzie , ale szpiedzy komisarza dopadną malca i temu kochanemu, ślicznemu chłopcu stanie się krzywda z jej winy? Nie czas teraz na złe scenariusze. Pomyślmy optymistycznie- wyszeptała Katie. Jeśli tylko Maciuś znajdzie dorożkę, wtedy plan się powiedzie i będę mogła czuć się w pełni bezpiecznie i nic nie będzie mi zagrażać ze strony tych przeklętych Rosjan. Wciąż czuła ich wzrok na plecach, wiedziała, że każdy jej ruch był śledzony i donoszony komisarzowi. Kiedy sobie o tym przypomniała, wpadła jej do głowy pewna myśl. Jeżeli kareta podjedzie tuż pod jej dom, ludzie śledzący ją zaczną coś podejrzewać i plan legnie w gruzach. Musiała wymyślić nowy sposób na przeszukanie powozu… Tylko jak to zrobić, by nikt niczego się nie domyślił? Może odeślę powóz choć kilka kamienic dalej? Nie, bo pójdą za mną. A gdyby tak Maciuś przeszukał fotele? I tak narażam go na zbyt duże niebezpieczeństwo. Katie wciąż próbowała znaleźć odpowiedni sposób na wykonanie zadania, ale żaden sensowny pomysł nie przyszedł jej do głowy. Nawet nie zorientowała się, kiedy jej powieki stały się ciężkie i zasnęła. Z drzemki obudziło ją ciche pukanie do drzwi. - Kto tam?- zapytała. Bała się, że śledczy tak prędko wysłał kogoś po informacje od niej. - Pani wybaczy, że nachodzę panią w godzinach wieczornych, ale przyniosłam pani suknię.- Katie rozpoznała głos Małgosi. - Wchodź, słonko.- Za drzwiami stała śliczna młoda dziewczyna z wieszakiem w ręce. Gdy Katie ją ujrzała, wpadła na genialny pomysł- Nie musiałaś

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

35


nasza twórczość

ciej wydostać się z tej pułapki. Zdecydowanie nie nadawała się do roli męczenniczki, która z pokorą zniesie pobyt w tym ohydnym miejscu. Zginąć- z tym mogła się pogodzić, ale jej śmierć, może to śmieszne, nie będzie szybka i estetyczna. Natomiast perspektywa spędzenia miesięcy, a może lat w tej norze, napawała ja przerażeniem i obrzydzeniem. Ostrożnie przysiadła na skraju śmierdziącej pryczy. Niech coś się zacznie dziać- modliła się w duchu. To zawieszenie, niepewność doprowadzały ją do szaleństwa. Godziny wlokły się niemiłosiernie, jak gdyby pan komisarz zdawał sobie sprawę, że w ten sposób zadaje Katie największe męczarnie. Nie wiedziała, ile minęło godzin, gdy z otępienia wyrwał ją zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach postawiła się potężna postać strażnika. - Idziemy- mruknął. Towarzyszył mu drugi młody strażnik, który starał się ukryć swoją ciekawość, jednak Katie co chwilę łapała jego spojrzenie, które prześlizgiwało się nerwowo po jej twarzy. Dziewczyna dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna, spragniona i koniecznie musi znaleźć się w toalecie. Szła z przekonaniem, że coś się wydarzy, że ta sytuacja nie może trwać dłużej, bo ona tego nie wytrzyma. Takie zwykłe prozaiczne rzeczy jak filiżanka bulionu i własna łazienka w tej chwili stały się dla niej upragnionym szczęściem. Ładny ze mnie szpieg- pomyślała drwiąco. W tej chwili jednak stanęli przed drzwiami biura. Strażnik delikatnie zapukał, a zza drzwi rozległo się krótkie: - Wejść- Katie przestąpiła przez próg i szybkim spojrzeniem obmiotła pomieszczenie. Solidne biurko, lampka, karki maszynopisu, pióro, dwa krzesła, a w rogu obrzydliwe wiadro z burą cieczą. - Siadaj!- bez żadnych wstępów zaczął śledczy. Potulnie usiadła na brzeżku krzesła.- Posłuchaj.- do policzka Katie zbliżyła się napuchnięta twarz śmierdząca tytoniem.- Oszczędźmy sobie nawzajem czasu i nieprzyjemnych momentów. Ty powiesz mi, co wiesz, a ja cię wypuszczę. Pójdziesz grzecznie do domu, czy gdzie tam musisz iść, a później przyniesiesz mi papiery, które miałaś otrzymać od łącznika. Przecież powinnaś wiedzieć, gdzie on mógł je ukryć. Dam ci parę dni na rozejrzenie się, przemyślenie sprawy i zorganizowanie tego, o co proszę. Rozstaniemy się później i tylko od czasu do czasu będę ci się przypominał, bo co parę miesięcy będziesz musiała się tu pojawić i złożyć mi relację z tego, z kim i gdzie się widziałaś, o czym rozmawiałaś, co wiesz. Podpiszesz mi tu taką lojalkę, w której będą wymienione twoje obowiązki jako wiernej poddanej Rosji. – położył przed nią zapisany papier, którego treść próbowała przeczytać i zrozumieć. Z pisma wynikało jasno, że z chwilą podpisania go, Katie stanie się szpiegiem działającym na rzecz Rosyjskiego cara Mikołaja II. Katie nienawidziła bolszewików, ale carskiego dworu nie darzyła również sympatią. Poza tym nie wierzyła, by Niemcy, dla których pracowała i których szanowała za doskonałą organizację, nie domyślili się zmiany jej działalności. Kara mogła być tylko jedna. Katie aż się wstrząsnęła na myśl o plutonie egzekucyjnym. Wzięła ostrożnie w dwa paluszki papier, uniosła twarz w stronę śledczego. - A jeśli tego nie podpiszę?- uderzenie było tak silne i niespodziewane, że w pierwszej chwili nie poczuła bólu. Spadła z krzesła i teraz na czworakach próbowała podpełznąć do krzesła, by opierając się o nie, wstać. Straszliwie mocny kopniak zadany ciężkim butem w splot słoneczny pozbawił ją tchu, wywołał mdłości. Potwornie upokorzona Katie rozumiała, że następnego uderzenia nie wytrzyma, że za wszelką cenę pragnie go uniknąć. - Zostaw mnie- szepnęła- podpiszę wszystko, co zechcesz. - O, to rozumiem- mruknął Katie pokonując zawroty głowy, podniosła się i usiadła na krześle. Ostre światło raziło ją w oczy i przez chwilę biała kartka była dla niej tylko jasna plamą. Mężczyzna wcisnął jej pióro w rękę i obojętnym tonem powiedział: - Podpisuj. Pamiętaj, że w razie nieposłuszeństwa ten dokument dotrze do twoich niemieckich pracodawców. - Nie musi pan mi przypominać. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji wszystkich swoich wyborów. - Wszyscy tak mówią- mruknął śledczy- a robią głupstwo za głupstwem. Zaręczam ci, że ani twoja młodość, ani uroda, ani popularność nie pomogą ci. Katie podpisała drżącymi palcami papier i zapytała: - Czy teraz już mogę wyjść? - Tak, tak- odparł mężczyzna- teraz odetchnij, pozbieraj się i miej oczy otwarte, bo w ciągu paru najbliższych dni ktoś się z tobą skontaktuje i wyznaczy ci pewne zadanie. Nie próbuj, moja droga, kombinować na dwa fronty. Nie jesteś Matą Hari, daleko ci do niej, a zresztą przypomnij sobie, jak ona skończyła. Katie podniosła się powoli i powtórzyła spokojnie - To teraz mogę już wyjść?- w odpowiedzi usłyszała głośne: - strażnik! Wyprowadzić!- Katie wyczuła w jego głosie lekką pogardę. Pewnie myśli, że zasługuję na pogardę, bo tak łatwo przystałam na jego warunki. Nawet nie spodziewa się, co zamierzam. A może domyśla się i dlatego jest spokojny, bo ma świadomość, jak niewiele znaczy moja inteligencja z jego wszechwładzą i możliwościami. Jeszcze niektórzy przekonają się, na co stać kobietę żądną zemsty Rozdział 3 Katie wykąpana z kompresami na brzuchu i karku siedziała w łóżku oparta o spiętrzone poduszki. Rozkoszowała się wygodnym posłaniem i zapachem świeżości pościeli i własnego ciała. Wzmocniona filiżanką bulionu i pokrzepiona wielogodzinnym snem mimo bólu, który pojawiał się, gdy dotykała miejsc, na które spadły razy śledczego. Katie zaczęła analizować swoją skomplikowaną sytuację. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest śledzona. Gdy wczoraj przesunęła firankę w oknie w cukierni, która znajdowała się na przeciwko jej kamienicy, dostrzegła parę, której nigdy tam nie widziała, a która od chwili jej powrotu przesiadywała przy stoliku przez długie godziny. Katie była zbyt doświadczona, aby nie domyślić się, kim są ci ludzie. W jej głowie zaczął powstawać pewien plan. Gdy usłyszała lekkie pukanie do swej sypialni, wyciągnęła z torebki parę banknotów i z uśmiechem na twarzy poszła otworzyć drzwi. Mały wesoły urwis, który dbał o kominek w salonie Katie i który zawsze pilnował, aby zbyt wiele sadzy nie osadzało się w przewodach kominowych, mógł się okazać teraz niezwykle przydatnym pomocnikiem. - Wejdź, Maciuś- powiedziała Katie- co tam słychać u mamy i sióstr? - Dziękuje za pamięć- odparł chłopczyk.- mamusia kazała przekazać pani, że niebieska suknia jest wyprana i wszystkie ponadrywane falbanki znajdują się już na swoim miejscu. - Tak szybko?- zdziwiła się Katie. - Tak- powiedział Maciuś- bo moje siostry coraz lepiej potrafią szyć i bardzo mamie pomagają. Mama kazała pani podziękować, że to właśnie do niej oddaje pani wszystkie swe suknie. Mama mówi, że dzięki pani nasza rodzina ma za co żyć. - Maciuś, a ty też chciałbyś zarabiać?- spytała Katie.

34

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

Pojedynek z aniołem

Piękna pogoda. Idealna dla wszelkiego rodzaju socjopatów…- pomyślał John. Jak zwykle o tej porze siedział w parku miejskim. Nic wielkiego. Starszy, siwy facet na emeryturze odpoczywa na brudnej ławeczce nieopodal fontanny, w której woda już od dawna nie należy do najczystszych. Dodatkowo upał powoduje, unoszenie się oparów wszystkich substancji o mało przyjemnym zapachu. Wokół biegają jakieś dzieci, podczas gdy ich matki plotkują parę metrów dalej. Prawie jak lekko cuchnąca oaza spokoju. Jednakże ostatnimi czasy temu miasteczku daleko do tego obrazu. Od kilku miesięcy giną ludzie, choć wcale nie bez wieści, ich ciała nie są znajdowane w lasach czy rzekach, nie ma makabrycznych scen zbrodni rodem z najmroczniejszych horrorów. „Bez wątpienia nastała dziwna fala samobójstw. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca w ten sposób straciło życie trzydzieści osób. Nie bądźmy obojętni. Obserwujmy. Jeśli czyjeś zachowania wydają nam się…” -mówił spiker w radiu, które stało nieopodal. Parę metrów dalej siedział rudzielec, będący jego właścicielem. Wyglądał na zirytowanego zachowaniem kobiet niezbyt przejmujących się słowami spikera, które nagle z bliżej nieznanej przyczyny wybuchły śmiechem, zagłuszając audycję. Niespodziewanie do starszego pana na ławce podszedł mężczyzna w średnim wieku. -Witaj, Johnie Doe. Jak tam życie z policyjnej emeryturki?- zapytał, szczerząc żółte zęby. Był to Eric Clark. Stary przyjaciel i dawny uczeń Johna z czasów, gdy jako młody policjant zaczynał pracę w kryminalnej. Była to dość dziwna więź. Pomimo różnic charakteru umieli zgodnie współpracować bez słów. Chociaż też głównie dzięki temu. Ognisty temperament młodzieńca był kompletnym przeciwieństwem spokojnego, cierpliwego i rozważnego Johna. Jednakże obaj mimo wieku (Eric miał już prawie czterdzieści lat, a John od dłuższego czasu cieszył się pełną emeryturką) byli niemalże tak sprawni, jak dwadzieścia lat temu, kiedy to wygrali mistrzostwa kraju w zawodach sprawnościowych, których organizacji już dawno zaprzestano. -Kogóż to moje stare oczy widzą? Nie wyrzucili cię jeszcze za spartolenie ostatniej sprawy? - odpowiedział pytaniem na pytanie, jak to miał w zwyczaju. -Jeszcze nie, ty stary draniu. – zaśmiał się Eric – Jednak nie przyszedłem gadać z tobą o pogodzie… -Jest gorąco, w fontannie chyba coś gnije, a ja mam się dobrze. Siedzę w parku i czytam bzdurne książki o zabójcach z samurajskimi mieczami. Teraz leć do żony na obiad. – odpowiedział. John przewyższał swojego przyjaciela pod prawie każdym względem. Silniejszy, mądrzejszy, bardziej inteligentny, oczytany - można by tak bardzo długo wymieniać. Nie miał jednak rodziny, nie licząc Erica. Jego rodzice zostali zabici parę lat przed tym, jak odłożył odznakę na półkę, a z kobietami wybitnie nie miał szczęścia, co nie znaczy, że czegoś mu brakowało. -Nie bój nic. Kate i dzieci mają się dobrze, miło, że pytasz. –powiedział z uśmiechem – Ale może daj mi w końcu powiedzieć, po co cię szukałem po całym parku. -Wzruszyłem się- rzucił udając, że ociera łzę w oku. – No mów, nie staję się młodszy, a do grobu mi niewiele zostało. -Dostałem sprawę. Zabójstwo więźnia skazanego za morderstwo. Nie byłoby to coś, co by mi normalnie zlecono, ale..-Ale skopałeś ostatnią sprawę - John chciał dokończyć za niego. -Ale uwagę przełożonych zwrócił uwagę fakt, że więzień był skazany na śmierć –kontynuował dalej nie zwracając uwagi na słowa Johna. –Ty byłeś dobry, najlepszy i pewnie dalej jesteś. Jedynym śladem są rany kłute, z których można wywnioskować, że ciosy zadano nożem o ostrzu o długości około dziesięciu centymetrów. Facet znajdował się w izolatce. Brak śladów włamania. Co ty na to? -To nie mój interes. Poza tym, nie powinieneś zdradzać cywilom szczegółów dotyczących śledztwa, bo mogą cię wylać i nie będziesz miał za co wykarmić rodziny. I -uprzedzając pytania i najścia- nie włączę się do tej sprawy, jestem na emeryturze i nie dla mnie takie zabawy. Aha. I żebyś się nie zdziwił próbując wejść do mojego domu. Nowe zamki sprowadzane od ślusarzy zza granicy i szkło pancerne w oknach. No i ja na posterunku.powiedział, wstając z ławki. Nie odwracając się za siebie, ruszył w kierunku domu. -Pamiętaj, że masz przyjść na kolację w piątek. Kate cię zabije, jak znowu nie przyjdziesz! – krzyknął za odchodzącym przyjacielem. Ten, w odpowiedzi jedynie podniósł lewą rękę do góry, jakby przyrzekając, że się pojawi, ale nawet się nie odwrócił. „A teraz pogoda. Na wschodzie kraju jak zwykle ciepło i wilgotno. W tym tygodniu można spodziewać się tam przelotnych opadów deszczu. Natomiast na pozostałym obszarze szykuje się ochłodzenie, jednak bez opadów. O północy kraju- jak zwykle- nie ma co opowiadać, deszcz w godzinach popołudniowych i mało kto ma radio”- śmiał się durny spiker. Co on może wiedzieć o biedzie, siedząc w klimatyzowanym biurze i zmieniając samochód co pół roku na coraz droższy. Emeryt był już w połowie drogi do domu, jednakże nieprzyjemny zapach wciąż mu towarzyszył. Nagle napotkał pewną przyjazną osóbkę. -Siemasz Dziadku. Jak życie?- spytał go znajomy, pełen wigoru, głos należący do młodej kobiety. Właściwie nastolatki. -Witaj Młoda. Nie masz nosa, czy jak? Odór zepsucia unosi się w powietrzu, a ty jakby nigdy nic pytasz jak leci?- uprzejmie przywitał się John. -Jak zwykle zadowolony z życia, co?- zapytała z uśmiechem na twarzy. Była niską blondynką o błękitnych oczach, które zdawały się bezdenną studnią uprzejmości, optymizmu i radości z egzystencji. -Ty nie w szkole?- spytał, choć to pytanie było raczej retoryczne.- Kolejna osoba myśli, że może olewać obowiązki i… -Aleś dziś gderliwy, John. Ty czujesz tylko smród z fontanny. Ja widzę tak piękny dzień, że ciężko mi usiedzieć w ławce. Czemu więc jeden szczegół ma być przeszkodą w czerpaniu radości z tak pięknych okoliczności małomiejskiej urbanistycznej natury?- spytała, nie przestając się uśmiechać.Wybacz, ale muszę cię zostawić samego z tą kwestią, bo już się spóźniłam na zajęcia na basenie… *** -I jak? –spytał Eric. Obaj siedzieli w jadalni przy stole w domu Clarków. Niewielkie mieszkanie, które akurat mieściło dwoje dorosłych wraz z ich synkiem i córką. Znajdowało się na drugim piętrze bloku. Było skromne, ale czyste i schludne mimo obecności dwójki dzieci, które mają w zwyczaju burzyć porządek przez cały czas, pomijając nieliczne chwile snu. - Kate świetnie gotuje. –odparł Jon, udając, że nie wie, o co tak naprawdę go pytano. -Nie zgrywaj się. Wiesz, o co mi chodzi.-powiedział. –Ludzie giną. Fakt, że tym razem chodzi o skazańca... Wszystko wygląda na bardzo słabo zaaranżowane samobójstwo. Ryba… Wiesz, który, zarządza całą tą naszą śmieszną komendą uważa, że może to mieć związek z serią samobójstw. Jak dla mnie jest to śmieszne. Ten grubas nie ma pojęcia o śledztwach. On o niczym nie ma pojęcia…- Zanim się rozpędzisz, powiem ci parę rzeczy.- przerwał przyjacielowi- Znamy się nie od dziś i wiesz, ile mnie obchodzi to, że ktoś zginął. Mógłbym

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

19


nasza twórczość

oglądać sekcję zwłok zamordowanej i zgwałconej wielokrotnie dziewczynki i jeść obiad naraz. Po drugie według mnie powinny być dwie kary. Roboty społecznie i kara śmierci, więc los skazańców… Hahahaha… Ekhm. No dobra i jeszcze ostatnie. Mówiłem, żebyś nie zdradzał przebiegu śledztwa cywilom? Polecisz za to kiedyś z roboty i nie utrzymasz Kate ani dzieci. „… był naszą nadzieją na medal, jednakże doznał kontuzji i nie może wystartować w nadchodzących mistrzostwach świata. Wielka strata dla tego zawodnika. Życzymy rychłego powrotu do zdrowia.” -Kochanie przycisz radio, bo dzieci obudzisz. –powiedział do żony.- Wyluzuj. To dopiero drugie zabójstwo, o którym ci mówię odkąd jesteś na emeryturce, dziadu jeden. Parę dni temu w parku i dziś. Chyba mnie za to nie wyleją.- zaśmiał się Eric. –No tak czy siak. Dobrze wiesz, że umiem na ciebie nacisnąć tak, że zgodzisz się pomóc mi w tym śledztwie. Nie przewracaj oczami, bo to prawda, której nie wykorzystywałem podczas ostatniego zepsutego śledztwa… -Zepsutego? Zepsute to ma…- wtrącił John chcąc wkurzyć przyjaciela, żeby urwać wątek. Jednak ten nie dał zbić się z tropu. -Przez szacunek do ciebie nie używałem tego argumentu i nie chcę tego robić. Więc pomagasz czy mam być mniej miły?- spytał. -No to strzelaj komuchu jeden.- powiedział wyzywająco John. -No nie chciałem tego robić. Pamiętasz pewną noc, którą spędzałeś pilnując więźniów w areszcie? Był tam człowiek… Który okazał się… Ekhm, powiązany ze sprawą twoich rodziców?- pytał. -No dobra, wygrałeś. Nie musisz się rozwijać. Jednak za to należą się dwie flaszki Jacka Danielsa.- John próbował wyjść z tej sytuacji na tarczy. -Jedna i paczka fajek. Pamiętaj, że policyjna płaca jest zabójcza dla człowieka z rodziną na głowie.- targował się Eric. -No to kupisz mi paczkę fajek i zamiast tej flaszki coś rodzince kup- powiedział John i interes, choć mało korzystny, został ubity. -Chłopaki, ruszylibyście swoje szacowne cztery litery i pomogli mi sprzątać po kolacji zamiast gadać o wódzie i papierosach- dobiegł ich słodki głos Kate, która męczyła się z naczyniami w kuchni. Chcąc nie chcąc, wstali i skierowali swoje kroki do kuchni, gdy wtem rozległ się hałas i znajomy głos wypełnił mieszkanie. „Kolejna ofiara fali samobójstw. Ze światem tym razem pożegnał się Paul Robar. Łączymy się w bólu z jego rodziną i rodzinami wszystkich zmarłych. Niech Bóg ma ich w… To Tyle wiadomości sportowych na dziś. Dziękuję za uwagę i zapraszam na następny program. Dobranoc państwu”- był to prezenter z telewizji. Córka Clarków obudziwszy się stwierdziła, że najwyższa pora obejrzeć jakąś bajkę i zaczęła skakać po kanałach. -Osz ty mały farfoclu. Spać miałaś. I co teraz?- zapytał Eric unosząc dziewczynkę w górę. -Samolocik!- zawołała radośnie. -No to lecimy. Młoda pasażerko, lecisz w kierunku swojego pokoju- powiedział unosząc ją jeszcze wyżej i idąc w stronę małego pokoiku. –Ale zaraz po lądowaniu kładziesz się spać, bo inaczej ominie cię jutro niespodzianka. I nie budź brata, łobuzico. -Niespodzianka. Hurra!- ucieszyła się. *** -Strzeżcie się doskonali mordercy. Wasz wróg nadchodzi- zaśmiał się rudy policjant, pilnujący celi, w której zabity został pierwszy ze skazańców. Więzienie było przeludnione i nawet w skrzydle z izolatkami było to dobrze widoczne. Hałasy pochodzące z reszty budynku odbijały się tu donośnym echem. Próbowano to jakoś zagłuszyć puszczając muzykę w radiowęźle, jednak z miernym skutkiem. Ponadto izolatki były nimi tylko z nazwy. W niektórych siedziało dwóch lub trzech więźniów. Interesującym faktem jest to, że w jednym bloku znajdowali się skazani za handel narkotykami i ich posiadanie, łapówkarze, złodzieje oraz mordercy, gwałciciele i gangsterzy. -Rudy smerfie, podejdź no tu.- powiedział John do wesołka. Ten wykonał polecenie bez zastanowienia.- Co mówią raporty? -Z tego, co udało mi się dowiedzieć…- zaczynał mówić strażnik. -Nie pytam cię, co wiesz lub czego się dowiedziałeś, tylko co mówią raporty, ciemna maso.- powiedział chłodno starzec. W jego głosie nie było agresji, jedyne co zdradzał ton jego głosu, to dezaprobata dla głupoty nie pozwalającej zrozumieć pewnym ludziom prostych poleceń. -Więc w raporcie z sekcji zwłok są informacje, że ofierze zadano czternaście ran kłutych ostrzem o długości około dziesięciu centymetrów. Raporty mówią też o śladach butów. Niestety zdradzają one jedynie, że napastnik miał sporą nadwagę i trampki, które można nabyć w każdym obuwniczym.mówił młody policjant. Wyglądał na dość spiętego co bawiło starca. -To teraz młody, rusz się po kawę. Chce mi się pić.- powiedział beznamiętnie John. Strażnik nie musiał się go słuchać, gdyż był on „gościem” na miejscu zbrodni. Jednakże coś w jego głosie sprawiło, że wykonał rozkaz bez wahania. Izolatka była niewielka i nieoświetlona. Miała może dwa metry długości i jeden albo półtora szerokości. Skondensowany smród w tak niewielkim pomieszczeniu był nie do zniesienia. Ciało rozkładało się około trzech dni. Zakrzepła krew znajdowała się prawie wszędzie. Nawet na suficie, w słabym świetle latarki, widać było plamy. -Jako jeden, z tak zwanych szczęściarzy, miał osobną celę. Dali mu nawet latarkę i zestaw baterii. Zgodnie z regulaminem nie mogło tam być nic ostrego, ani tym bardziej nóż, którym był dźgany w plecy. Choć z drugiej strony, za to co robił z tymi dziećmi i jak z nimi kończył… Powinni go dać na ogólną, żeby się nim zajęli. Skubaniec nawet się bronił…- mówił drugi ze strażników, który słyszał wystarczająco wiele o panie Doe i nie chciał mu się narażać, jak jego kolega. -Znam raporty od tamtego smerfa, młody. Ja tylko przyszedłem powąchać zapaszki. Woń krwi na miejscu zbrodni wiele może powiedzieć śledczemu. Może to kiedyś zrozumiesz. I nie tobie, szczylu, oceniać, kogo gdzie powinni umieścić. A teraz daj mi pracować. W ciszy.- powiedział z wyraźnym naciskiem na ostatnie słowo. -Tak jest, panie…- urwał, gdy starzec posłał mu bardzo wymowne spojrzenie. John znalazł parę włosów, które nie mogły należeć do łysej ofiary. Jednakże ich właścicielami mogli być poprzedni lokatorzy (tej przepięknej, ze ścianami zbryzganymi zakrzepłą już krwią czy innymi płynami fizjologicznymi na podłodze) izolatki. Kolejna poszlaka prowadząca na manowce. Starzec przerwał poszukiwania i ruszył do następnego pokoju śmierci, słysząc słowa piosenki w radiowęźle. „Czujesz się na siłach, możesz nas oceniać. Wróg w agonii, my nie oni, towarzysze broni. Nie sądź innych, nie będziesz sądzonym. Błyskawice składają nam hołd. Krwawy sport, nie przyszedłem tu po żołd. Każdy to słyszy, ulica krzyczy Gloria Victis.”

20

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

Szeptem...

nasza twórczość

Rozdział 1 Katie szła szybko po nierównym, zabłoconym chodniku, wysoko unosząc w palcach spódnicę. Starała się nie zabrudzić najnowszej paryskiej kreacji, a jednocześnie nie wystawić na widok publiczny zgrabnej łydki obleczonej w białą pończoszkę. Spieszyła się bardzo na spotkanie z wysłannikiem carskiego rządu, który miał jej przekazać ważne informacje dotyczące polityki nowo utworzonego rządu komunistycznego. Niemcy i cały Zachód zaniepokojeni byli wypadkami, które rozegrały się w Rosji. Największym wstrząsem była śmierć członków carskiej rodziny. Katie rozumiała, jak wielka odpowiedzialność na niej spoczywa. To uzyskane przez nią informacje mogły powstrzymać rozprzestrzeniającą się zarazę, jaką dla większości polityków był komunizm. Katie w pewnej chwili zauważyła dorożkę, która zatrzymała się przed kawiarnią. Przyspieszyła w kroku, wiedziała bowiem, że ten , kto w niej czeka, ma mało czasu, poza tym, należało zachować jak najdalej posuniętą ostrożność. Katie nie była naiwna, wiedziała, że kariera aktorki i piosenkarki nie jest wystarczającą ‘przykrywką’ dla jej prawdziwej misji. Tego, czego bała się najbardziej, to nie ryzyko utraty życia, ale niebezpieczeństwo tortur, które mogły ją czekać w razie zdemaskowania działalności szpiegowskiej, którą do tej pory prowadziła z takim powodzeniem. Nienawidziła komunistów, to z nich rąk zginął jej ukochany, świetny, młody dramatopisarz. Rozpasanej tłuszczy wystarczył fakt, że był przyjmowany na carskim dworze. Katie odgarnęła z twarzy woalkę, jakby ten ruch ręki pomógł jej odegnać złe myśli. Podeszła do drzwi powozu. Ktoś musiał ją obserwować z wnętrza karety, gdyż ledwo podniosła dłoń, by nacisnąć klamkę, drzwi uchyliły się, a silne ramię zagarnęło ją do środka. Katie była przekonana, że za chwilę ujrzy przeciętną, ale sympatyczną twarz łącznika, gdy wtem poczuła na rozgrzanej szyi zimną lufę rewolweru. -Tylko spokojnie- usłyszała lekko zduszony, ochrypły głos. Koniec- pomyślała- kiedyś to musiało się stać, za dobrze nam szło, za dobrze się układało i straciliśmy czujność… Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, ujrzała w rogu powozu nienaturalnie skurczoną postać łącznika. Natomiast naprzeciwko siebie zobaczyła zwalistą postać mężczyzny w średnim wieku. - Czego chcesz?- szepnęła- ten człowiek był wysłannikiem znanego moskiewskiego teatru. Miał mi w tym atrakcyjnym lokalu załatwić angaż na 2 miesiące. - Jak na kobietę i w dodatku wrażliwą artystkę, jest pani bardzo opanowana i na podstawie powierzchownych, krótkich oględzin, prawidłowo używa pani czasu przeszłego w stosunku do tego osobnika. - My aktorki - odparła szybko - sztukę operowania emocjami mamy opanowaną do perfekcji. - Wydaje mi się, że opanowała pani jeszcze wiele innych umiejętności, którym, mam nadzieję, przyjrzymy się bliżej w gabinecie mojego biura śledczego. Widok twarzy mężczyzny wyłaniającej się z mroku sprawił, że Katie poczuła , że serce przestaje jej bić, koniuszki palców lodowacieją, a ciałem wstrząsa dreszcz. Widziała tę twarz na fotografiach, znała ją. To komisarz policji, który znany był ze swojego okrucieństwa i bezwzględnych metod, jakimi posługiwał się, by wydobyć z więźniów politycznych informacje, a przecież Katie najbardziej bała się tortur. Wtuliła się mocno w kąt powozu, próbując zapanować nad dygotaniem ciała i natłokiem myśli. Dopiero teraz z litością pomyślała o sympatycznym łączniku, którego zwinięte zwłoki znajdowany się na przeciwległym siedzeniu. Przywołała się jednak do porządku, teraz musiała myśleć jedynie o sobie. Widocznie łącznika śledzono od dawna . Katie była przecież celem podróży chłopaka, to jej miał przekazać ważne informacje. Śledczy musiał się domyślać, że jechał on do Warszawy po to, by spotkać się właśnie z Katie. Szpiegowano działalność chłopaka cierpliwie, aby schwytać jak najwięcej osób tworzących jego siatkę. Rosjanie musieli rozpracować wszystkie jego powiązania, skoro mając już Katie, zdecydowali się go zabić. Turkot kół powozu działał uspokajająco na dziewczynę. - Co mogli przy nim znaleźć? - Pomyślała Katie. - Zaszyfrowaną informację? Dokumenty, które udało mu się ukraść? Co mogło obciążać mnie w ich oczach, oprócz tego, że chciałam się z nim spotkać? Katie próbując opanować strach przed niepewną przyszłością, zaczęła uważnie przyglądać się zwłokom łącznika. Co zmieniło się w jego wyglądzie? Pieczołowicie badała każdy szczegół jego stroju. nie odkryła nic, co zwróciłoby jej uwagę, zmusiło do zastanowienia. Nagle zdała sobie sprawę, że młodzieniec nigdy nie rozstawał się z dość elegancka laseczką, która stanowiła uzupełnienie jego wyglądu człowieka parającego się działalnością artystyczną. Ciekawe, co mogło się stać z tym niewątpliwie eleganckim, ale nieprzydatnym młodemu człowiekowi, przedmiotem? Czy śledczy, który obserwował od dawna łącznika, zwrócił na to uwagę? Katie intensywnie zastanawiała się, czy jej spostrzeżenie ma dla niej jakąkolwiek wartość, czy może zmienić jej tragiczne położenie? Przecież może udawać, że wie, gdzie znajduje się laseczka zawierająca tajne dokumenty. To stanie się jej kartą przetargową w negocjacjach ze śledczym. Przez dług czas dziewczyna żyła w żałobie po śmierci jej ukochanego. Później rozpacz przemieniła się w chęć zemsty. Właściwie od pewnego czasu nie miała własnego życia, nie chciała go mieć. Teraz jednak czując, że może je stracić, ze zdziwieniem pomyślała, że żałuje umykających chwil. Ból po stracie przytłumiły: czas, podróże, sukcesy artystyczne i podziw wielbicieli. Katie miała świadomość, że jest piękną kobietą. Działalność, którą prowadziła, dawała jej możliwość podróżowania po całym świecie i Katie polubiła to życie pełne wrażeń, braku troski o sprawy codzienne. Z rozmyślań wyrwał ją glos inspektora - No, miła pani, jesteśmy na miejscu. Tylko grzecznie i powolutku, proszę iść i rozejrzeć się po swoim nowym lokum- dodał z ironicznym uśmieszkiem. Powóz zatrzymał się, podeszło do niego dwóch strażników, otworzyli drzwi przed śledczym, który wysiadł i chcąc okazać dziewczynie pogardę, nie odwrócił się i nie podał jej przy wysiadaniu ręki. Katie zagarnęła szeroką spódnicę i ostrożnie postawiła stopę na schodku powozu. Ze smutkiem obejrzała się do tyłu i po raz ostatni zerknęła na ciało młodego i tak sympatycznego łącznika. Blask latarni, który wpadał do powozu, słabo oświetlał jego wnętrze, ale to, co przez krótką chwilę rozbłysło w półmroku, sprawiło, że Katie oniemiała. Okrągła, pozłacana gałka laski, którą w momentach zdenerwowania tak często pocierał sympatyczny łącznik, lśniła w cieniu, sprytnie wmontowana wzdłuż aksamitnego siedziska karety.

Rozdział 2 Katie ze wstrętem rozejrzała się po maleńkiej, brudnej i zawilgoconej celi. Widok krat w oknach wywołał w niej klaustrofobię. Zapragnęła jak najszyb-

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

33


nasza twórczość

nasza twórczość

~*~ - Cierpi na chorobę Alzheimera, nie powiedziała ci? - Nie była rozmowna. - Dowiedziałeś się czegoś więcej? - Nie. Romek rozłożył bezradnie ręce. Kiedy znalazł Aleksego siedzącego na szpitalnym korytarzu, ten nie odezwał się do niego ani słowem. Stopniowo jednak zaczął odpowiadać jednym, dwoma słowami, a gdy stworzył krótkie zdanie, był to niemały sukces. Romek nie wiedział, dlaczego partner się tak zachowuje, dlaczego nie chce mu powiedzieć, co się stało. Nie chcąc go dłużej zadręczać pytaniami, zaczął opowiadać, czego się dowiedział. - Ma lekkie zaburzenia pamięci. Na ogół jest w stanie rozpoznać ludzi, choć ponoć zdarzały się sytuację, że nie wiedziała, gdzie mieszka. Najczęściej nasila się to podczas stresu. Zwykle chorują ludzie starzy, po sześćdziesiątce, ludzie młodzi to zaledwie jeden procent chorych. Niestety Kaśka do nich należy. Dzwonili do mnie chłopcy z laboratorium. Zbadali nóż. Nie wiem, jakim cudem zagoniłeś ich do pracy i że zrobili to tak szybko... Na narzędziu zbrodni są odciski palców kobiety. błysk, krzyk. - To chyba normalne, nie sądzisz? To była jej kuchnia, więc na nożu są jej odciski palców, morderca pewnie używał rękawiczek, przecież nie był amatorem. Zaczął bronić Kaśki. Nie wiedział, czemu, ale uważał, że to by było nielogiczne. Aleksy po spotkaniu z nią, widząc, w jakim jest teraz stanie, po prostu uznał, że to nie możliwe. - ...natomiast Pawła nie ma w mieście od dwóch dni, więc wszystko się zgadza. Nie mógł być na miejscu zbrodni. A właśnie, jedziemy tam jeszcze raz? Pamiętam, że wczoraj chciałeś ponownie obejrzeć jej mieszkanie. Jedyne, czego teraz chciał Aleksy to chwila spokoju, by móc sobie uporządkować te wszystkie informacje w głowie. Wszystko było nie tak. Inaczej to wczoraj widział, przeglądając te przeklęte papiery. Miało być... prościej. Mogli już dziś wsadzić za kratki tego całego Stępkowskiego i miał już dziś spokojnie spać. - Potrzebuję dostępu do Internetu i to szybko – powiedział nagle, wstając z krzesła. Romek nie pytał o nic, zaprowadził go do gabinetu lekarza, który pozwolił mu skorzystać z komputera. Nie musiał prosić o to, by zostawili go samego. Zanim otworzył przeglądarkę internetową, tamci wyszli. blask, trzask. ~*~ Dostanie się z powrotem do sali dwadzieścia trzy, było nie lada wyczynem. Nagle okazało się, że najwięcej ludzi krąży po korytarzu na pierwszym piętrze. Na dodatek Romek siedział i czekał na niego, czytając dzisiejszą gazetę. „Ciekawe, czy było o ich śledztwie chociaż na drugiej stronie”. Wyciągnął telefon i zadzwonił do kolegi. Kazał mu jechać na miejsce zbrodni i sprawdzić, czy niczego nie przeoczyli. Obiecał, że niedługo do niego dołączy. Ale nie miał tego w planach. Gdy tylko partner opuścił szpital, Aleksy prześlizgnął się do sali, gdzie znajdowała się Kaśka. Tym razem nie pukał. Wszedł do środka, siadając na łóżku pacjentki. - Już wszystko wiem – szepnął nerwowo, rozglądając się dookoła, jakby upewniając się, że nikt nie podsłuchuje. – Wszystko wiem, ale nie winię cię za to, co się stało. Kobieta patrzyła na niego zdziwiona, z szeroko otwartymi oczyma. Zdawało się, że zaraz wezwie pielęgniarkę, jednak po chwili spytała tylko cichym głosem. - Co się stało? - To wszystko przed błysk i szkło. Byłaś w kuchni tamtego burzowego wieczoru, pamiętasz? Czekałaś na Tomasza, a on się spóźniał, denerwowałaś się, że może coś się stało. Grzmotnęło. Nawet nie usłyszałaś, kiedy wszedł do domu. Zauważyłaś ją w odbiciu, w szybie, w szkle. I wtedy chwyciłaś nóż. Bałaś się, nie wiedziałaś, kto to jest. Nie rozpoznawałaś siebie, a on próbował cię uspokoić. Powtarzał ci, że jesteście sami, tylko we dwoje, ale widziałaś ją. W kuchni macie takie duże okno, wspaniały widok na las, prawda? Tomasz cię objął, a ty zrobiłaś krok w tył, potknęłaś się, a przecież dalej trzymałaś nóż. Skończyło się na tym, że wypadliście oboje przez okno. Niestety, złośliwość rzeczy martwych, nóż znalazł się w ciele mężczyzny. To choroba, to nie twoja wina. Cierpisz na chorobę Alzhaimera, ja dowiedziałem się o niej nieco więcej. Są przypadki, kiedy chory nie rozpoznaje najbliższych osób. A są przypadki, kiedy nie rozpoznaje samego siebie w lustrze. To nie twoja wina. Wiem, jak ci pomóc. - zapewnił nagle, uśmiechając się do niej. Nie wiedziała, jak powinna odebrać ten uśmiech. Zdawało się, że jest opanowany, jednak jego oczy zdradzały oznaki szaleństwa. - Pamiętasz, jak pytałem o Pawła...? blask, trzask, krzyk, błysk, huk, stuk, szkło, zło.

/ M.J

32

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

-Vae victis? Dobre sobie- pomyślał wychodząc z celi. *** Miejsce drugiego z zabójstw nie było zbyt daleko od pierwszego, jednakże morderstwa dzielił odstęp co najmniej trzech dni. Bez informacji o czasie popełnienia przestępstwa i paru innych detalach zdecydowanie nie można było wysnuć wniosku, że to początek jakiejś serii. W tej części budynku znajdowali się głównie niebezpieczni więźniowie. Żeby chociaż oni nie sprawiali większych kłopotów, każdy miał osobną celę, więc jedyne, co mogli, to obrzucać się najwymyślniejszymi epitetami. I trzeba im przyznać, zasób słów i wyobraźnię mieli niewybredną. Aby zagłuszyć ten hałas puszczano głośno coś na kształt głośnego amerykańskiego rapu z bardzo rozwiniętą linią basu. Słowem, chciano ich zagłuszyć dudnieniem bitów. Druga z cel znajdowała się w piwnicach pod ziemią, gdzie było na tyle chłodno, że policja pozwoliła sobie przeczekać z przenosinami ciała. Trup leżał w pozycji, w której układa się ludzi w trumnie. Na szyi miał zaciśnięty stryczek, jego twarz była sina, co wskazywało na śmierć przez uduszenie. Jednakże sznur kawałek za pętlą był urwany, a drugiego końca nigdzie nie było widać. Wszędzie znajdowały się ślady walki. Prycza, toaleta i zlew zostały roztrzaskane. O dziwo z rur po urządzeniach sanitarnych nie lała się woda. Brak krwi był tym, co sprawiało, że John bardzo szybko nudził się miejscem zbrodni. Nagle w korytarzu rozległ się dźwięk sugerujący, że ktoś dość ciężki nadbiega. -Pańska kawa- powiedział zdyszany strażnik, stając w progu celi. -Dzięki. W nagrodę możesz ją wypić.- odpowiedział starzec, nie odwracając się. -Ale…- rudzielec chciał zacząć, jednak po krótkim namyśle zrezygnował.- Dziękuję. Swoją drogą ciekawie ułożono tego grubasa, jakby coś… -Przyganiał kocioł garnkowi, chociaż nie jest tak źle z t…- urwał John.- Koniec przerwy na kawę. Odstaw tę lurę w tekturowym kubku ze Star Bucks’a i przesuń tego puszystego. Młodzieniec miał rację. Pod ofiarą były zadrapania na podłodze. Zwyczajne na pierwszy rzut oka, jednakże po tak długiej pracy w policji John nie musiał się zbytnio temu przyglądać, żeby zauważyć, że tworzą one całkowicie nieprzypadkowy wzór. Po obejrzeniu każdej linii osobno, przeanalizowaniu kształtów i wykluczeniu wcześniejszych zadrapań na podłodze odczytał napis. „Tiempo”. Potem były cyfry: cztery, zero, jeden. Zaraz za nimi kolejny napis już w rodzimym języku. „ty”. Teraz już było jasne, miał do pokonania kolejnego seryjnego świra. -Za stary jestem na takie podchody.- westchnął i poszedł na komisariat, gdzie czekał Eric, żeby iść z nim na miejsca zbrodni. *** -Jesteś, człowieku, niereformowalny.- powiedział Clark. – No mów, co tam odkryłeś, bo doszły mnie słuchy, że przytulałeś się do martwego grubasa. Widzę, że lata bez kobitek źle na ciebie działają. Wiedział, że zwykle z samotnych ludzi tak się nie żartuje, ale jego przyjaciel nie był jak każdy przeciętny zjadacz chleba. Ponadto, miał podstawy twierdzić, że sam wybrał takie życie. -No cóż. Jeśli musisz wiedzieć, a domyślam się, że przydadzą ci się te informacje, to pozbądź się tych baranów sprzed drzwi, bo nie lubię, jak ktoś podsłuchuje- powiedział John i ruszył w stronę małego pokoju przesłuchań. Nie zdążył przejść połowy niewielkiej odległości do drzwi, a już było słychać nerwowe przepychanki o to, kto szybciej wydostanie się z ciasnego korytarza. -Skoro jesteśmy już bez publiki, to słuchaj uważnie, bo nie lubię się powtarzać. W pierwszej celi było całkiem miło. Sporo krwi. Znalazłem parę włosów, ale nie sądzę, żeby coś to dało. Zadźgany, rany kłute pleców. Bla bla bla i to, co masz w raportach. W drugiej ciekawy napis pod grubasem. Tiempo, czwórka, zero, jedynka z dopiskiem: ty. Tiempo z hiszpańskiego znaczy czas. Czyli pewnie chodzi o odstępy miedzy zabójstwami. Moim zdaniem, jest to liczba dni. Od pierwszego mordu do drugiego według tego mogło minąć pięć dni. Patolodzy mówią, że minimum trzy dni się rozkładał, a w izolatce miał być tydzień. A fakt, że siedzą tam o samej wodzie, którą mają w kranach, jest bardzo wygodny dla tego świra. Cztery dni później mamy tego grubasa. To znaczy, że doszło wczoraj do zabójstwa i dziś do niego również dojdzie. Reszty można się tylko domyślać z prawdopodobieństwem dużo mniejszym niż dwadzieścia procent. Czyli nagle znaleźliśmy się znowu w ślepym punkcie- mówił John. Podczas opowiadania o swoich odkryciach i przemyśleniach wydawał się piętnaście lat młodszy. Nie tylko jego twarz zdawała się młodsza, biła od niego dziwna energia, o której istnieniu przez te parę lat na emeryturze sam zapomniał. Po raz pierwszy od dawna był w swoim żywiole -No, no, no. Kogóż my tu mamy. Staruszek John we własnej osobie.- niespodziewanie odezwał się zachrypły głos z intercomu. Chwilę później przez drzwi wszedł młody mężczyzna o wadze małej orki. Jego tłuste cielsko opinał garnitur, który wyglądał jakby, szwy miały w nim zaraz się rozpaść. Był to nowy szef komendy. Wszyscy nazywali go Ryba, robili to głównie przez wygląd jego twarzy. Złośliwi mówili, że przypomina leszcza, jednak ci bardziej obiektywni widzieli praktycznie idealną głowę suma. Nawet zapuścił sobie takie wąsy, jakie miała ta „rybka”. -Czego chcesz grubasie i czemu podsłuchujesz prywatną rozmowę przez tą całą śmieszną aparaturę i podglądasz nas przez lustro weneckie?- spytał John tak, jak spytałby każdego równie grubego intruza. -Johnie Doe, mimo że nie pracujesz już na tej komendzie nie możesz obrażać funkcjonariuszy policji, gdyż jest to złamanie artykułu…- zaczynał swoją przemowę człowiek-ryba. -Schowaj sobie te artykuły wiesz gdzie. Nie sprowokujesz mnie. Wiem, że nagrywasz tą rozmowę. Marna prowokacja, żeby coś udowodnić. A teraz wyjdź.- chłodno powiedział Doe. -Sam jesteś marna prowokacja!- zdenerwował się Ryba. Inteligencja i opanowanie nie były jego mocną stroną. – Nie zapominaj, że nie jesteś u siebie. Już dawno tu nie pracujesz. Od kiedy zostałem tu szefem… -Ta komenda schodzi na psy, wiem.- wtrącił John.- Swoją drogą słyszałem, że wysnułeś bardzo, ekhm, interesującą tezę. Może powiesz, co ci się zrodziło w przestrzeni między skrzelami? -Nie pozwalaj sobie Doe. Jedno moje słowo, wyrzucą cię z budynku i postawią przed sądem.- Ryba próbował być groźny, jednakże z miernym skutkiem.- To słuchaj uważnie, bo nie lubię się powtarzać. W mieście panuje dziwna fala samobójstw. Nikt nie zna powodu. Zabijają się ludzie, których profile zostały przestudiowane przez najbieglejszych psychoanalityków w tym kraju i spora część samobójców nie miała powodu, by się nimi stać. Ponadto zabójstwa w więzieniu. Oba są bez dwóch zdań połączone. Ofiary pochodziły z jednej dzielnicy, chodzili nawet do jednej klasy, jednakże ich

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

21


nasza twórczość

drogi rozeszły się po oskarżeniach wobec pierwszego zamordowanego. Ponoć kilka dni przed ostatnimi wydarzeniami z nimi w roli głównej pogodzili się, a przynajmniej wymieniali korespondencje, która zaginęła. Ciało drugiego z nich wyglądało na słabo upozorowane samobójstwo, ale jednak. Na tej podstawie można wyciągnąć wniosek, że może to mieć powiązanie z tym, co się dzieje w reszcie miasta. -Prawie sprytne.- zaśmiał się John.- Moim zdaniem może to wyglądać trochę inaczej. Pewien osobnik ważący tyle, co mała orka jest niezadowolony z wyników pracy komendy. Ludzie oczekują odpowiedzi na pytania związane z samobójstwami. Jest pod coraz większą presją. Postanawia wynająć kogoś, żeby zabił jakiegoś zbrodniarza, po którym nikt nie będzie płakał i oskarżyć pierwszą lepszą osobę o zabójstwo, a potem skazać. Po paru dniach wpada na pomysł, aby połączyć to z serią samobójstw i zyskać na tym chwilową sławę. -Oskarżasz mnie Doe?- spytał Ryba. Poczerwieniał ze złości. W końcu na jego podwórku obrażano go i stwierdzano, że ukartował dwa zabójstwa.A może to pewien emerytowany policjant, który wypuścił więźnia w zamian za łapówkę chce uspokoić swe sumienie znajdując wielki spisek? Tym bardziej, że ten więzień napotkał jego rodziców na swej drodze… W tym momencie całe opanowanie Johna, wypracowane przez lata wyparowało. Nienawidził, gdy ludzie o inteligencji gąbki, niebędący w stanie pojąć jego toku rozumowania, zaczynali go wyśmiewać. Czarę przechyliła jednak olbrzymia kropla goryczy związana z bolesnymi wspomnieniami o rodzicach. Podchodząc do grubasa wyglądał na spokojnego. Na chwilę się nawet uśmiechnął. W mniej niż sekundę uśmiech zniknął i w ruch poszedł lewy sierpowy. Ryba zachwiał się i John kopnął go w prawe kolano. Szef komendy nie mógł stać, klęczał, a w głowie jeszcze mu huczało po pierwszym uderzeniu. Następnie poczuł, jakby but wbijał mu się w klatkę piersiową i w następnej chwili leżał już na podłodze. Ostatnią rzeczą, którą jego mózg zarejestrował, był potężny cios w lewą stronę jego rybiej twarzy. -O człowieku… Musisz wiać. –powiedział Eric, gdy John już trochę się uspokoił. Złość przechodziła mu dość szybko, na szczęście. -Jak już mówiłem, zanim ta kupa rybiego tłuszczu mi bezczelnie przerwała. Musimy czekać na następny ruch.- powiedział ze stoickim spokojem. -Porąbało cię?! Pobiłeś do nieprzytomności komendanta! Nie możemy czekać, czas znaleźć wsparcie i skończyć z tym!- prawie zaczął krzyczeć. -Aa… Masz zupełną rację. Podziękujesz mi później.- powiedział John i niepodziewanie lewy sierpowy poleciał w stronę głowy Erica. Ten nie zdołał zablokować ciosu ani zrobić uniku i padł jak długi. Gdy wyszedł z budynku w jednym z radiowozów grało głośno radio. „What I’ve felt, what I’ve known, never shined through in what I’ve shown. Enver fere, Enver me, so I dub the unforgiven... Wiadomość z ostatniej chwili. Nasza nadzieja na medal w mistrzostwach świata, Ruda Błyskawica, który w wyniku doznanej kontuzji nie mógł wziąć udziału w zawodach zaginął. Jeśli ktoś posiada informacje na temat miejsca przebywania, bądź widział go, proszony jest o kontakt pod numerem…” *** Wszędzie dym z różnych rodzajów papierosów, cygar mieszający się z zapachem tanich perfum i jeszcze tańszych, rozcieńczanych alkoholi. Słabe światło oświetlało pub na tyle, żeby barman widział, ile wydaje reszty, a bramkarze mogli wyrzucać sprzed wejścia małolatów żądnych wrażeń czy mocniejszych trunków. Wokoło sami desperaci, mniej zdolni złodzieje, kilku okolicznych gangsterów trzymający tę spelunę w całości. Dodatkowo parę kelnerek i kobiet, które niezbyt mają co ze sobą zrobić. Wśród tej parady różnorodnych osobistości siedział już całkiem nieźle wstawiony starszy człowiek. W tle leciała muzyka już wiekowego, jednak wciąż dobrego zespołu rockowego. “Hey Satan, paid my dues playing in a rocking band. Hey Momma, look at me. I’m on my way to the promised land. I’m on the highway to hell. Highway to hell” -Śśemja objedzana… Ssso to foogle ma pyć?!- staruszek mówił do siebie, ale na tyle głośno, że ludzie w pobliżu zerkali na niego ukradkiem, jak na obłąkańca. Ów świr był już po prostu całkiem nieźle wstawiony, a dodatkowo miał na głowie o wiele więcej problemów, niż zwykle i po prostu potrzebował się napić. Topienie problemów wymaga dość sporo płynów. Po chwili jedna z osób przyglądających się policjantowi z problemami podeszła do niego. Była to młoda kobieta. Nie jak większość obecnych femme fatale przebywających tam z nudów, ale znajdowała się w podobnej sytuacji, co siwy facet przy barze. Ponadto była całkiem dobrze znaną nastolatką, z którą ostatnio widział się parę dni temu. -Hej staruszku. Znam twój ból- powiedziała dziewczyna. Na co dzień wyglądała bardziej atrakcyjnie, lecz teraz miała rozmazany makijaż, jakby płakała parę minut temu. Ogólnie wyglądała na bardzo zdołowaną.- Ziemia Obiecana to jakiś żart. Jesteśmy na prostej drodze do piekła. Czasem myślę… Myślę, że najłatwiej wykoleić się po drodze i iść tam na skróty… -Tyyy… Tyy głupia dziewucho. Co ty wiesz o życiu?- zaczął mówić już całkiem wyraźnie pomimo wypitego alkoholu.- Myśl o bliskich, o tym, co może cię dobrego jeszcze spotkać. A ty mi mówisz, że jedziesz do piekła. Sama już sobie je robisz na Ziemi. Idź się bawić, zamiast gadać ze starym, zmęczonym życiem człowiekiem. W jego głosie nie było złości. Był spokojny, można by nawet przez chwilę pomyśleć, że chce on dla młodszej towarzyszki jak najlepiej. -Zamknij się! Nie wiesz, co dziś przeżyłam! Straciłeś kiedyś jedyną osobę, przy której zawsze mogłeś być sobą?! Komu mogłeś się zwierzyć?! Ty stary durniu! A już ci prawie współczułam! Tyle czasu się znamy…- jej wściekłość zaczynała przeradzać się w bezradność i zrezygnowanie.- Dziś ktoś zamordował mojego brata… Ostatnią osobę, która została mi na świecie… Żebyśmy mieli z czego żyć, handlował prochami… Zamknęli go… A jak on… On wyszedł do mnie… Na warunkowym był… I ktoś go… Go…- w tym momencie dziewczyna nie wytrzymała. Zakryła twarz i zaczęła szlochać. Kilka osób siedzących najbliżej ukradkiem przyglądało się całej scenie. W otoczeniu bohaterów tego krótkiego przedstawienia atmosfera stała się smutna, a nawet trochę przygnębiająca. Efekt ten był zwielokrotniony przez ilość alkoholu wypitego przez gapiów. Nawet muzyka zmieniła się na poważniejszą. „You have been dying since the day you were born. You know it has all been planned. The quartet of deliverance Rider. A sinner once a sinner twice. No need for confession now. Cause now you have got the fight of your life” Były policjant był w szoku. Jednak nie z powodu wyznania, czy rozterek młodej kobiety. Spojrzał na zegarek. Wskazywał godzinę czwartą rano. Czy to możliwe? Zadawał sobie w myślach już po raz trzeci to pytanie. -Kiedy to się stało?- spytał po cichu. -Dwie godziny temu…- odparła dziewczyna słabym głosem. Ze łzami było jej wybitnie nie do twarzy. Wyglądała jak wariatka na skraju załamania nerwowego. Jej figura, ekspresja twarzy wydawałyby się pociągające, gdyby nie młody wiek kobiety i fakt, że dopiero straciła brata. To osoba, która rozpromienia swoim uśmiechem cały świat. Jednakże w obliczu takiej tragedii gotowa była pozbawić ludzi tej radości.

22

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

- Aleksy, obrońca świata, wrócił do domu... – powiedział w kierunku kota, zamykając za sobą drzwi mieszkania. Zsunął z nóg eleganckie buty, jednocześnie wieszając płaszcz. Zgasił światło w korytarzu, po czym udał się do salonu. Opadł na fotel, zamknął oczy i pomyślał, że ma jeszcze cholernie dużo roboty. Mimo to, przed dłuższy czas nie ruszał się z miejsca. Założył, że noc jeszcze młoda i że nie musi się śpieszyć. Bo przecież wystarczy tylko poczytać raport, parę notatek, wykonać kilka telefonów, dopytać o kilka szczegółów. A wszystko dotyczyło tej jeden sprawy, która pochłonęła jego cały dzień. Nie dość, że był zmęczony, to na dodatek zaczął padać deszcz, co spowodowało, że jego nastrój się pogorszył. Od dzieciństwa pochmurnej pogodzie przypisywał złe samopoczucie. I tak zostało. Sięgnął ręką po teczkę, z której wyciągnął plik kartek. Westchnąwszy ciężko, zaczął je przeglądać, mając nadzieję, że znajdzie coś pomocnego. Był pewny, że zdarzenie jest logiczne, proste do wyjaśnienia, ale czegoś mu brakowało. Przewrócił kartkę. Jego uwagę przykuło podkreślone na czerwono zdanie. Natrętny zadurzony facet. Wyglądało na to, że Kaśka miała adoratora, który nie przejmował się jej życiem prywatnym i za wszelką cenę chciał być z nią. Wielokrotne składanie skargi na nękanie kobiety, a nawet kilkudniowy areszt. Czyżby o to chodziło? Czyżby wielbiciel zabił konkurenta? Postanowił, że jutro z samego rana ponownie pojedzie na miejsce zbrodni i rozejrzy się uważnie. Tym czasem wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy. blask, trzask, huk, stuk. - Romek, co z tym Pawłem Stępkowskim? Sprawdziliście jego alibi? W ogóle zatrzymaliście go? Przecież to może być on – wypowiedział na jednych tchu od razu, kiedy kolega podniósł słuchawkę. - Jest poza miastem, nasi sprawdzają, od kiedy, choć jego matka mówi, że wyjechał dwa dni temu w sprawach służbowych. Sprawdzamy firmę, w której pracuje. Poza tym, wiesz, która jest godzina? Mógłbyś dać spokój na dziś sobie i mnie. Idź spać, jutro z samego rana widzimy się w szpitalu. Kobieta obudziła się, jest w dobrym stanie, można z nią normalnie rozmawiać. Ale chyba nic nie pamięta z tamtej nocy. A, i nie martw się, zaniosłem DNA Doktorkowi, postara się sprawdzić swoją tezę jak najszybciej. - Dziękuję za pomoc. Ale chcę jutro mieć na biurku wszystko o tym całym Pawle, jasne? W odpowiedzi usłyszał ciche mruknięcie partnera, po czym krótkie ‘dobranoc’ i to był koniec rozmowy. Był nieco podekscytowany tym, że znalazł potencjalnego mordercę, który miał dostateczny powód, by dokonać zbrodni. Muszą pobrać od niego próbkę tkanki do badań. A jeśli zgadzałoby się to z naskórkiem, który znaleźli pod paznokciami zmarłego, to sprawa byłaby wyjaśniona. Uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że rozwiązanie jest bliżej niż myślał, ale nie spodziewał się, że odkryje je tak szybko. Nawet się nie spostrzegł, kiedy zasnął w fotelu, wciąż z nieznacznym uśmiechem na ustach. trzask, huk. ~*~ Chciał wejść do sali, w której leżała Kaśka, kiedy poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Drgnął niespokojnie, odwracając się na pięcie i stając twarzą w twarz z lekarzem. - Roman, dobrze zapamiętałem? Chciałbym chwilę porozmawiać, na osobności, na temat pacjentki. Sądzę, że może to wzbudzić zainteresowanie i być przydane w dalszym śledztwie. Zapraszam do mojego gabinetu. Po czym teatralnym gestem zachęcił go do przejścia się na koniec korytarza, gdzie znajdował się pokój lekarza. Romek zaintrygowany słowami doktora, nie namyślając się dłużej, posłusznie ruszył za nim. W tym samym czasie, kiedy drzwi od gabinetu zamknęły się za mężczyznami, do szpitala dotarł Aleksy. Był spóźniony pięć minut, ale wiedział, że zostanie mu to wybaczone, kiedy powie, że najzwyczajniej w świecie zaspał. Pokonawszy kilkanaście stopni, znalazł się na pierwszym piętrze, ale nie ujrzał partnera. Korytarz był pusty. Wahał się przez dłuższą chwilę, jednak zdecydował sprawdzić, czy Romek nie rozmawia już z Kaśką. Może po prostu nie czekał na niego i zaczął sam wypytywać. Zapukał cicho do drzwi sali oznaczonej numerem dwadzieścia trzy, po czym nacisnął klamkę i zajrzał do środka. Kobieta patrzyła wprost na niego. Poczuł nagłe skrępowanie. Byli sami w pokoju. Aby ukryć zakłopotanie Aleksy skinął głową, po czym wszedł pewnie do środka. - Dzień dobry. Nazywam się Aleksy Łukanienko, zajmuję się sprawą śmieci pani chłopaka, Tomasza. Ja domyślam się, że jest pani zmęczona, pewnie jeszcze nie do końca odnalazła się pani w tej nowej sytuacji, ale chciałbym zadać kilka pytań, które mogłyby pomóc w śledztwie. - Proszę, niech pan pyta. Jej głos był nienaturalny, jakby ktoś wyciągnął z niej wszelkie uczucia, wszelką radość, ale i smutek. Wyglądała na kogoś, kto nie może czuć się już gorzej. Jakby przeszła prawdziwe piekło. Najpierw przyszła mu do głowy myśl, by przeprosić kobietę i wyjść. Uznał, że nie ma prawa zabierać jej teraz spokoju, po tym wszystkim, co przeszła. Ale jednak musiał rozwiązać tę sprawę, więc odważył się spytać. - Pamięta coś pani z tamtego dnia? – A kiedy pokręciła przecząco głową, zadał następne pytanie. – A co może mi pani powiedzieć na temat Pawła Stępkowskiego? Czy w ostatnim czasie zdarzały się incydenty, by śledził panią? I ponownie musiał się zadowolić jedynie przeczącym gestem. Wziął krzesło, które stało pod ścianą i przysunął je do łóżka. Usiadł, przyglądając się Kaśce. Jego wzrok zatrzymał się na jej dłoniach, które leżały bezwładnie na kołdrze. Zdawało się, że poruszanie sprawia jej wielką trudność. - Ma pani dość mocno pokaleczone dłonie. Czy to od szkła? Gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, ale milczała. Obserwował ją uważnie, po chwili stwierdzając, że chyba nie usłyszała pytania, bowiem nie odpowiedziała. Wpatrywała się w niego bezmyślnie. Chciał powtórzyć wcześniejszą wypowiedź, gdy wtem zaczęła bardzo szybko mówić. Z początku nie mógł zrozumieć słów, ale po kilku sekundach zrozumiał, że powtarza w kółko to samo. - Blask, trzask, krzyk, błysk, huk, stuk, szkło, zło, blask, trzask, krzyk, błysk, huk, stuk, szkło, zło... Nagle ucichła. Zemdlała. zło, szkło.

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

31


nasza twórczość

nasza twórczość

Szkło

Blask. Trzask. Krzyk. Błysk. Huk. Stuk. Szkło. Zło.

~*~ - Wyjdzie z tego? - spytał, opierając czoło o zimną szybę i przyglądając się kobiecie, która leżała na szpitalnym łóżku. Kołdra, którą była przykryta, falowała. Urządzenie, do którego ją podpięto, pokazywało, ile razy jej serce uderza w ciągu minuty. Wolnej niż normalnie. Pogrążona w głębokim śnie uspokajała się. - Nic jej nie jest, kilka skaleczeń, otarć, najgorsze to złamanie lewej ręki, ale już założono gips. Lekarze nie wiedzą tylko, kiedy wyjdzie z szoku. No i nie wiedzą, czy będzie w pełni poczytalna, do tej pory w kółko potarzała tylko kilka słów. - Jakie? – Spojrzał na partnera, który szukał czegoś po kieszeniach. - Już, chwila... – mruknął pod nosem, rozkładając pognieciony kawałek papieru. – Blask, trzask, huk, stuk. Pamięta, jak się nazywa, ale jak na razie nic poza tym... Aleksy, myślisz, że ona mogła widzieć, kto to zrobił? W odpowiedzi towarzysz jedynie wzruszył ramionami, ponownie kątem oka spoglądając na kobietę. Nie podobała mu się ta sprawa i jeszcze te rymowanki... Dziwne. Niepokojąco dziwne. - Chodź Romek, dowiemy się, dlaczego jej chłopak nie miał takiego szczęścia i nie udało mu się przeżyć lotu z pierwszego piętra... stuk, huk, trzask, blask. ~*~ Romek nie lubił chodzić do prosektorium, ale nigdy nie powiedział tego na głos. Chłód panujący w pomieszczeniu wręcz go paraliżował. Wtedy zawsze przypominały mu się słowa jego świętej pamięci dziadka Władka. „Nie prześpij życia, bo obudzi cię śmierć”. Monotonnie powtarzał je przy każdej nadarzającej się okazji (potrafił mówić o tym nawet na weselach), a biedny Romek od razu, z niewiarygodnie wielką ochotą, zabierał się do pracy. Ale najgorsze było przyglądanie się martwym ciałom. Niekiedy zdawało mu się, że powieki ich drgają niespokojnie i zaraz będzie w stanie zobaczyć ich źrenice. Ale nigdy nie powiedział tego na głos. Medyk sądowy pokazał im ciało dwudziestopięcioletniego Tomasza, który zginął dziś w nocy. Był przystojnym mężczyzną: ciemne włosy, opadały bezładnie na blade czoło. Najwidoczniejszą raną była gruba kreska tuż pod prawym okiem. Ślad, które zostawiło szkło, nigdy się nie zagoi. Inne skaleczenia, nie tak wyraźne, jedynie delikatne szramy. Właściwie można by stwierdzić, że to upadek z wysokości był przyczyną śmierci. Do czasu, kiedy lekarz nie odsłonił torsu zmarłego. - Cios zadany jakimś ostrym narzędziem w prawe płuco. Rana głęboka, ale nieszarpana, pojedyncza, inne zranienia są skutkiem szkła, które powbijało się w skórę. - Tak, tak, to nóż. Został znaleziony na miejscu zbrodni, nasi go badają – uzupełnił Aleksy, przyglądając się ofierze. – Więc to to było przyczyną śmierci? Nóż, a nie upadek? - Nie do końca... Zgon nastąpił, gdy morderca wyjął ostrze z płuc, wewnątrz nastąpił spadek ciśnienia, co utrudnia, aż ostatecznie uniemożliwia oddychanie. Udusił się... huk, stuk. Diagnoza ich zaskoczyła, a tym bardziej fakt, że to usunięcie narzędzia zbrodni ostatecznie spowodowało śmierć. Partnerzy wymienili między sobą spojrzenia. Mieli nadzieję, że na nożu ich koledzy znajdą odciski palców, które pomogłyby w odnalezieniu mordercy. - A nie znalazłeś jakiś nietypowych substancji na jego ciele? – Aleksy wskazał głową nieboszczyka. - Pomijając kawałeczki szkła, pod paznokciami znalazłem grudki ziemi, a także kawałek naskórka. Chciałbym porównać to z materiałem genetycznym dziewczyny ofiary. - To nie będzie trudne, Romek jeszcze dziś ci to dostarczy. Nie będziemy zabierać czasu, zaopiekuj się nim, możliwe, że kobieta będzie chciała go zobaczyć. Do usłyszenia. Kiedy opuścili prosektorium, Romek odetchnął pełną piersią. Od razu też nabrał kolorów na twarzy, policzki mu się zaróżowiły. Milczeli, kierując się w stronę zaparkowanego nieopodal starego, służbowego opla. Kiedy wsiedli do środka, Aleksy nieznacznie zacisnął palce na kierownicy. - Spróbuję przyśpieszyć daktyloskopię, zadzwonię do chłopaków i powiem im... Coś im powiem. Może się pośpieszą. Podrzucę cię do szpitala. Przypomnij mi, jak ona się nazywa? - Katarzyna Czar... - Właśnie, sprawdź, co z Kaśką, może już się obudziła, może przypomniała coś sobie, no i załatw DNA dla Doktorka. Nie czekając na odpowiedź, ostro ruszył z miejsca, uświadamiając sobie, że rozwiązanie sprawy może mieć na wyciągnięcie ręki. trzask, blask. ~*~ Nareszcie, późnym wieczorem zajechał pod dom. Był coraz częściej zmęczony, ale nie myślał, przynajmniej jak na razie, o wzięciu paru dni wolnego. Wmawiał sobie, że bez niego nie dadzą sobie rady, że z więzień pouciekają przestępcy, z prosektorium poznikają zwłoki, a wszystkie dotychczas żyjące ofiary krótko będą cieszyły się życiem.

30

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

-Przepraszam.- powiedział- Posłuchaj. Jak wiesz jestem byłym policjantem. Dorwę tego drania. Tylko obiecaj mi, że nie pozbawisz ludzkości swojego uśmiechu. -Obiecuję.-odparła słabo. John już tego nie dosłyszał. Wyszedł, zostawiając ją przy barze. Rudzielec puszczający muzykę, który siedział gdzieś w kącie, umiał dobrze wyczuć powstającą atmosferę, gdyż po chwili z głośników zabrzmiały słowa kolejnej piosenki, tym razem dość melancholijnej. “Never opened myself this way. Life is ours, we live it our way. All these words I don’t just say.” *** Nie pozbawiaj uśmiechu… Z wiekiem robię się coraz bardziej żałosny.- Myślał idąc w bliżej nieznanym mu kierunku. Chciał po prostu oddalić się, żeby w spokoju pozbierać myśli. Wbrew pozorom, był to dość trudny dzień. Bywa, że co jakiś czas przesadzi się z alkoholem, ale robi się to raczej z nudy lub gdy jest okazja, niż z jakiegoś konkretnego powodu. Oczywiste było, że jego przyjaciel musiał oberwać, żeby mieć alibi. W końcu, kto zawsze powtarzał, że to właśnie Eric powinien uważać, żeby nie stracić pracy i mieć za co utrzymać rodzinę? Było to logiczne, jednak takie wyjaśnienia zwykle nie poprawiają humoru. Świadomość to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Na szczęście, w takich chwilach z pomocą przychodzi podświadomość, a nad wieloma rozwiązaniami nie trzeba się wiele zastanawiać. Po prostu pewne rzeczy w dziwny sposób przychodzą do nas same. “I’m fallin’ down... I’ve lost my faith... I’m fallin down... When I die all the angels fade away...” –gdzieś w oddali słychać było muzykę, którą ktoś puszczał nie szczędząc głośników. Te rozważania nad istotą duszy czy też inteligencji ludzkiej zostały przerwane przez nagły upadek. John idąc oblodzonym chodnikiem pośliznął się i wylądował na plecach. Leżąc na zimnych płytkach dosłyszał dźwięki piosenki, którą już wcześniej słyszał. Co prawda było to dość dawno, jednak naszła go ta sama refleksja. -Nie… Tak być nie będzie. Mam coś jeszcze do zrobienia. Obietnice do wypełnienia. Jeszcze nie czas się poddawać. Muszę jakoś odkupić swoje błędy.pomyślał i spojrzał na gwieździste niebo. I nagle jego podświadomość podrzuciła mu pewną myśl. Było to jak objawienie. Morderca i gwałciciel, następnie gangster, później diler. Te przestępstwa stanowią główne przyczyny odsiadywania przez więźniów wyroków w pobliskim więzieniu. Sporą część z nich sam zamknął za kratami. -To już cztery. Cztery, zero, jeden. Jeden zero cztery, czterysta dziesięć, czternaście, czterdzieści jeden, sto cztery…- powtarzał na głos różne kombinacje tych cyfr. –Ty psycholu. Jaki jest Twój system? Masz pewnie teraz niezłą zabawę, co? -No pewnie, że mam Johnie Doe. Ale ty również nieźle się bawisz z tego co widzę.- powiedział głos za plecami starca. Był to dość niski, chłodny głos, choć przez chwilę wyczuwalna w nim była nuta rozbawienia. Gdy John obrócił się, ujrzał Erica. Wyglądał parę lat młodziej, jak za czasów, gdy starzec jeszcze pracował na komendzie. -Co ty tu robisz? Nie powinieneś być z rodziną o tej porze, albo chociaż mieć jakiś ślad po moim ciosie? I co za kremy stosujesz, że cię tak odmłodziło?pytał, jednakże Eric tylko się uśmiechał serdecznie.- Czemu nic nie mówisz? Przyjacielu… Czyżbym już postradał zmysły? Były policjant zamrugał i uważnie rozejrzał się po okolicy, jednak nie było żadnych śladów. Nie było także kroków po płytach chodnikowych, które można by usłyszeć. Niespodziewanie uwagę starca przykuła wybita szyba w witrynie sklepowej w miejscu, które zasłaniało mu widmo przyjaciela. -Kradzież… Zabity złodziej! Złodziej, złodziej… Czy w tym mieście nie giną już złodzieje!? –zdenerwował się. Przeszukiwał swoją dość zakurzoną, jednak wciąż bez dziur, a nawet będącą w doskonałym stanie pamięć. Z nerwów chciał wyciągnąć z kieszeni papierosa, jednak zamiast paczki fajek znalazł kartkę z liścikiem. Drogi Johnie, Nie zwariowałeś, mój głos Cię odwiedził. Wiem, że mnie szukasz. Mam nadzieję, że mnie odnajdziesz i odnajdziesz wskazówkę, którą zostawiłem w tym liście. W końcu bardzo przysłużyłeś się społeczeństwu zamykając tych, których stawiasz ze mną w jednym szeregu. Jeśli odnajdziesz Boga Prawdziwego wyjaśnię Ci wiele kwestii. Do tego czasu przeczytaj uważnie Pozdrów swojego przyjaciela Erica, jego żonę Kate, a także ich syna oraz córkę. Bardzo ładna dziewczynka swoją drogą. Jeśli nie zejdzie na złą drogę społeczeństwo wiele na tym zyska. Twój Frooe P.S. Papierosy zabrałem, gdyż szkodzą zdrowiu. Ich palenie może spowodować raka lub choroby serca. Alkohol też mógłbyś ograniczyć, gdyż nieźle miesza on w głowie. -Niech go szlag.- zaklął w myślach.- Dobry jest. Musiał podejść mnie w barze jakoś. Dobrze świrze, widzę, że odrobiłeś lekcje. Znasz moich bliskich… Ale co do tego ma córka Erica? W tym momencie podświadomość i pamięć po raz kolejny go nie zawiodły. Krótka retrospekcja z przedwczoraj i rozwiązanie ujawniła mu mała dziewczynka. Paul Robar, złodziej na zwolnieniu warunkowym, który popełnił samobójstwo. -Heh… Jak widać skurczybyk potrafi pozorować śmierć samobójczą lepiej niż można by sądzić. –pomyślał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta nad ranem. –Najwyższa pora kimnąć się, a potem ruszyć na łowy. Jak uczy Sun Zi, wyczerpana armia na pewno przegra. Jednoosobowa, ale zawsze jakaś. „Nocna audycja już dobiega końca. Dziękuję za uwagę i towarzyszenie mi podczas nocnej zmiany. Zapraszam za tydzień w tych samych godzinach, a póki co udajmy się na zasłużony odpoczynek w objęciach Morfeusza”- powiedział redaktor i z radia w pobliskim samochodzie rozległ się szum. W środku siedział jakiś mężczyzna, prawdopodobnie detektyw, który wykonując zlecenie umilał sobie czas muzyką. *** Na klatce schodowej słychać było dość melancholijny bit jak na ten rodzaj muzyki. Jednak w połączeniu z mocnym głosem rapera prezentował kawał niezłej roboty. „Burzowe chmury, którym nie ma końca, wyciskają z ulic ostatni promień słońca.” -Co za ludzie… Nie mogą spać po nocy czy co?- zaśmiał się. Można powiedzieć, że śmiał się również z siebie. Nawet na jego twarzy, mimo wydarzeń

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

23


nasza twórczość

ostatniej doby, zagościł uśmiech. „Trupia szpetota w oczach, tłumi szczęście, to oczodoły okien, w zbombardowanym mieście. Pęknie tama nieszczęść, wszyscy utoną, zasną na zawsze przykryci przeklętą wodą, ręce drżą nie widzisz już świata ostro, nie musisz czytać gazet, wiesz, jaki masz horoskop” Wszedł do swojego mieszkania i zdjął buty. Bardzo nie lubił bałaganu, choć jego definicja porządku trochę różniła się od tej powszechnie przyjmowanej. Nie tolerował jedynie walających się rzeczy po półkach, błota na podłodze oraz resztek jedzenia po kątach. Odwiesił kurtkę na wieszak i poszedł do kuchni łyknąć sobie czegoś mocniejszego na lepszy sen. Ledwo wszedł do pomieszczenia, gdy wtem poczuł delikatne ukłucie, niczym ugryzienie natrętnego komara, w kark i upadł. Nie był w stanie poruszyć żadną kończyną. Poczuł, że go coś podniosło i posadziło na krześle. Był to młody mężczyzna w wieku może dwudziestu pięciu lat. Nie wyglądał na zbyt dobrze umięśnionego, jednak lekkość, z jaką go uniósł, wskazywała na coś zupełnie sprzecznego. Rude włosy, orli nos i błękitne oczy, w których błyskały iskierki szaleństwa niczym błędne ogniki na bagnistych terenach prowadzące zbłąkanych wędrowców ku zgubie. -Witaj Johnie Doe.- powiedział głos, który nawiedził go wcześniej.- Cieszę się, że odnalazłeś wskazówkę. Chociaż można się było tego spodziewać. Była zbyt oczywista. Wybacz mi to znieważenie, ale gonią mnie terminy. -Skąd my się znamy. Niech pomyślę… Facet z radiem w parku parę dni temu, strażnik więzienny, a może DJ, którego niedawno widziałem w barze.jego pytania były oczywiste i brzmiały raczej jak twierdzenia.- Aż tak często wywalają cię z pracy? Pewnie masz bardzo bogate CV. -Zdziwiłbyś się.- odparł z uśmiechem.- Jednakże masz rację. -I jakież to terminy? Musisz zabić kolejnych? Kto teraz? Znowu morderca lub gwałciciel? Może Dwa w jednym? Czy może teraz jakiś łapówkarz, dla odmiany.- spytał. -Oj Johnie, wiesz żem jest twoim przyjacielem lub wrogiem, zadziwiające jak dobrze mnie znasz. Bądź świadom, że teraz wszystko zależy od ciebie mój akolito.- spokojnie powiedział rudzielec. -Akolito?!- zdziwił się starzec- Teraz rozumiem… -Tak, to ja jestem Bogiem Prawdziwym. Każę ludzi, którzy na to zasłużyli. Życie daruję tym, którzy się mogą przysłużyć społeczeństwu. Nie chcę modlitw czy świątyń. Chcę dla nich tylko dobra i spokoju. Nie sądzisz, że to lepsze niż to, co uważają za jakichś swoich bogów? Budują świątynie, a ludzie głodują i umierają, bo nie mają na podstawowe potrzeby… Czy to sprawiedliwe? Czyż większość religii nie uczy miłości bliźnich? Czy to nie hipokryzja, gdy kapłani budują świątynie za miliony, a potem wyciskają z ludzi, także tych biednych, pieniądze na kolejne?- mówił spokojnym głosem przechadzając się po kuchni, patrząc Johnowi w oczy. Okna były zasłonięte. Panowała wszechogarniająca ciemność. Nie licząc słabego światła pochodzącego ze świecy stojącej gdzieś za młodzieńcem ubranym na czarno. -Nie, ale nie uważam, że to twoją rolą jest osądzanie, kto jest zły i kogo należy zabić, arogancie.- John mówiąc to, nie bał się psychopaty. Miał już do czynienia z podobnymi typami. Zawsze denerwowało go, gdy zaczynali wygłaszać gadki umoralniające, w myślach planując kolejny mord. -Och Johnie. Nie rozumiesz? Jestem Bogiem Prawdziwym. To jest moje zadanie. Bo jeśli nie ja, to kto? Od kiedy zlikwidowano karę śmierci mam więcej roboty. Nie narzekam. Wszakże jestem Bogiem i jest to moje zadanie.- mówił, gdy nagle zaczął wrzeszczeć- Tylko moje! Moje! Nikt mi go nie odbierze! Moje! Moje! Moje!!! -Nie unoś się tak, bo się kamienie posypią… z sufitu.- beznamiętnie odparł były policjant. -A tak, Johnie. Masz rację. Nie chcemy sprowadzać na siebie uwagi. We dwóch poradzimy sobie z problemem. Zapewne zastanawiasz się czemu nie możesz się zbytnio poruszać i dlaczego tu jestem.- wypowiedział pytanie, które brzmiało bardziej jak twierdzenie.- Zatem, po pierwsze, nie chciałbym z tobą walczyć. Oczywiście jako Bóg Prawdziwy zgniótłbym cię jednym ruchem ręki, a nie o to mi chodzi. I w tym momencie dochodzimy do konsensusu. W uznaniu twoich zasług w ściganiu heretyków sprzeciwiających się zasadom Boga Prawdziwego postanawiam dać ci szansę. Oczyszczę cię z grzechów i uczynię głównym kapłanem. Jednakże nie mogę nikogo do tego zmuszać. Sam musisz podjąć decyzję. Z tego powodu dałem wam wolną wolę. John wybuchł szczerym śmiechem. Chyba sam nie pamiętał, kiedy się tak uśmiał. Zazwyczaj różni przestępcy i psychopaci, których łapał przyprawiali go o mdłości. Rudy Bóg był jednak inny. Mogło to być szczere, mogło być sensowne, Doe uznał, że jest to śmieszne. Był to najszczerszy śmiech, jaki można było kiedykolwiek usłyszeć z ust tego człowieka. Kolor twarzy młodzieńca przypominał teraz barwę jego włosów. Wściekł się. Co prawda nie przystało to Bogowi Prawdziwemu no, ale ponoć istoty nadprzyrodzone również mają uczucia. -Zamilcz!- krzyknął. Nic to nie dało. Starzec śmiał się w najlepsze. Rudzielec nie wytrzymał i zrzucił go z krzesła. Zaczął okładać go pięściami. Bił na oślep. Trafiał w tors, ręce, szyję, twarz, jednakże zmieniło to tyle, co krzyk. Po pewnym czasie John zaczął śmiać się jeszcze głośniej i nagle zamilkł, by po chwili się odezwać. -Jak łatwo wyprowadzić cię, Boże, z równowagi- zakpił. –Jesteś niczym więcej jak aroganckim szczeniakiem z wybitnie krzywym sufitem. Całkiem sprytnyś, ale Bóg z ciebie taki, jak ze mnie przykładny obywatel. -Dobrze więc. Zatem zginie dziś łapówkarz.- powiedział wciąż dysząc.- Zgadnij, kto to będzie. Tak, Johnie Doe. Nadszedł twój czas. Tak, znam twoje grzechy. Swoją drogą czy przyjmując tę łapówkę, nie spowodowałeś czyjejś śmierci? Powiedzmy kogoś bliskiego… Dwójki niewinnych osób, których byś nie skrzywdził… Kogoś kto cię… -Zamknij się!- krzyknął wyprowadzony z równowagi.- To nie moja wina… To znaczy… Nie mogłem o tym wiedzieć! -Tak, oczywiście Łapówkarzu. Wszyscy jesteście niewinni, nie mogliście powstrzymać się od wzięcia srebrników. Wziąłeś je. Wypuściłeś człowieka, siedzącego w areszcie. Nie przewidziałeś jednak, że to Anioł Zemsty. Anioł z najwyższego kręgu, który zabił dwoje ludzi zaraz po wyjściu. Kilkanaście metrów od komendy. Czy nie byli to twoi rodzice chcący ci zrobić niespodziankę?- spytał. -Zamilcz.- warknął. Gdyby nie fakt, że nie mógł zmusić ciała, od karku w dół, do ruchu prawdopodobnie zabiłby Boga gołymi rękami. -Oczywiście, że to oni. Tak, to moja zasługa. Kazałem mu to zrobić.- mówił tak spokojnym głosem, że mogło się wydawać, że naprawdę osądza go, jak na Boga przystało. -To był jakiś pijak, którego wypuściłem… To prawda, ale…- głos mu się załamał- Za… Zrobił to… Mój ojciec oddał mu portfel, nie robił problemów, a on… Mimo wszystko ich…

24

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

Gdy John obrócił się, ujrzał Erica. Wyglądał parę lat młodziej, jak za czasów, gdy starzec jeszcze pracował na komendzie. -Co ty tu robisz? Nie powinieneś być z rodziną o tej porze, albo chociaż mieć jakiś ślad po moim ciosie? I co za kremy stosujesz, że cię tak odmłodziło?pytał, jednakże Eric tylko się uśmiechał serdecznie.- Czemu nic nie mówisz? Przyjacielu… Czyżbym już postradał zmysły? Były policjant zamrugał i uważnie rozejrzał się po okolicy, jednak nie było żadnych śladów. Nie było także kroków po płytach chodnikowych, które można by usłyszeć. Niespodziewanie uwagę starca przykuła wybita szyba w witrynie sklepowej w miejscu, które zasłaniało mu widmo przyjaciela. -Kradzież… Zabity złodziej! Złodziej, złodziej… Czy w tym mieście nie giną już złodzieje!? –zdenerwował się. Przeszukiwał swoją dość zakurzoną, jednak wciąż bez dziur, a nawet będącą w doskonałym stanie pamięć. Z nerwów chciał wyciągnąć z kieszeni papierosa, jednak zamiast paczki fajek znalazł kartkę z liścikiem. Drogi Johnie, Nie zwariowałeś, mój głos Cię odwiedził. Wiem, że mnie szukasz. Mam nadzieję, że mnie odnajdziesz i odnajdziesz wskazówkę, którą zostawiłem w tym liście. W końcu bardzo przysłużyłeś się społeczeństwu zamykając tych, których stawiasz ze mną w jednym szeregu. Jeśli odnajdziesz Boga Prawdziwego wyjaśnię Ci wiele kwestii. Do tego czasu przeczytaj uważnie Pozdrów swojego przyjaciela Erica, jego żonę Kate, a także ich syna oraz córkę. Bardzo ładna dziewczynka swoją drogą. Jeśli nie zejdzie na złą drogę społeczeństwo wiele na tym zyska. Twój Frooe P.S. Papierosy zabrałem, gdyż szkodzą zdrowiu. Ich palenie może spowodować raka lub choroby serca. Alkohol też mógłbyś ograniczyć, gdyż nieźle miesza on w głowie. -Niech go szlag.- zaklął w myślach.- Dobry jest. Musiał podejść mnie w barze jakoś. Dobrze świrze, widzę, że odrobiłeś lekcje. Znasz moich bliskich… Ale co do tego ma córka Erica? W tym momencie podświadomość i pamięć po raz kolejny go nie zawiodły. Krótka retrospekcja z przedwczoraj i rozwiązanie ujawniła mu mała dziewczynka. Paul Robar, złodziej na zwolnieniu warunkowym, który popełnił samobójstwo. -Heh… Jak widać skurczybyk potrafi pozorować śmierć samobójczą lepiej niż można by sądzić. –pomyślał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta nad ranem. –Najwyższa pora kimnąć się, a potem ruszyć na łowy. Jak uczy Sun Zi, wyczerpana armia na pewno przegra. Jednoosobowa, ale zawsze jakaś. „Nocna audycja już dobiega końca. Dziękuję za uwagę i towarzyszenie mi podczas nocnej zmiany. Zapraszam za tydzień w tych samych godzinach, a póki co udajmy się na zasłużony odpoczynek w objęciach Morfeusza”- powiedział redaktor i z radia w pobliskim samochodzie rozległ się szum. W środku siedział jakiś mężczyzna, prawdopodobnie detektyw, który wykonując zlecenie umilał sobie czas muzyką. *** Na klatce schodowej słychać było dość melancholijny bit jak na ten rodzaj muzyki. Jednak w połączeniu z mocnym głosem rapera prezentował kawał niezłej roboty. „Burzowe chmury, którym nie ma końca, wyciskają z ulic ostatni promień słońca.” -Co za ludzie… Nie mogą spać po nocy czy co?- zaśmiał się. Można powiedzieć, że śmiał się również z siebie. Nawet na jego twarzy, mimo wydarzeń

/ Maciek Kukiełka

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

29


nasza twórczość

muzykę. „I’ve been sleeping a thousand years it seems. Got to open my eyes to everything. Without a thought without a voice without a soul.” -Wiesz co, mój rudy zabójco? Nie jesteś Bogiem. Jesteś jedynie Aniołem Śmierci.- powiedział Doe. Były to jego ostatnie słowa. Wydawał się spokojny. Przez jego twarz przez chwilę przemknął uśmiech. Młody mężczyzna jednak wciąż był obojętny niczym kat, który tylko wykonuje swoją pracę, aby utrzymać bliskich… I wypchnął starca. Gdy spadł, słychać było jedynie głuche uderzenie ciała o chodnik na tle muzyki… „Don’t let me die here. There must be something more. Bring me to life” *** „Dziś w godzinach wczesnoporannych pożegnaliśmy kolejnego obywatela naszego miasta. John Doe zmarł śmiercią samobójczą. Policja bada różne wątki. Z nieoficjalnego źródła dowiedzieliśmy się o bójce między zmarłym, a szefem pobliskiej komendy i obecnym wtedy funkcjonariuszem Ericiem Clarkiem…” -Przepraszam.powiedział- Posłuchaj. Jak wiesz jestem byłym policjantem. Dorwę tego drania. Tylko obiecaj mi, że nie pozbawisz ludzkości swojego uśmiechu. -Obiecuję.-odparła słabo. John już tego nie dosłyszał. Wyszedł, zostawiając ją przy barze. Rudzielec puszczający muzykę, który siedział gdzieś w kącie, umiał dobrze wyczuć powstającą atmosferę, gdyż po chwili z głośników zabrzmiały słowa kolejnej piosenki, tym razem dość melancholijnej. “Never opened myself this way. Life is ours, we live it our way. All these words I don’t just say.” *** Nie pozbawiaj uśmiechu… Z wiekiem robię się coraz bardziej żałosny.- Myślał idąc w bliżej nieznanym mu kierunku. Chciał po prostu oddalić się, żeby w spokoju pozbierać myśli. Wbrew pozorom, był to dość trudny dzień. Bywa, że co jakiś czas przesadzi się z alkoholem, ale robi się to raczej z nudy lub gdy jest okazja, niż z jakiegoś konkretnego powodu. Oczywiste było, że jego przyjaciel musiał oberwać, żeby mieć alibi. W końcu, kto zawsze powtarzał, że to właśnie Eric powinien uważać, żeby nie stracić pracy i mieć za co utrzymać rodzinę? Było to logiczne, jednak takie wyjaśnienia zwykle nie poprawiają humoru. Świadomość to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Na szczęście, w takich chwilach z pomocą przychodzi podświadomość, a nad wieloma rozwiązaniami nie trzeba się wiele zastanawiać. Po prostu pewne rzeczy w dziwny sposób przychodzą do nas same. “I’m fallin’ down... I’ve lost my faith... I’m fallin down... When I die all the angels fade away...” –gdzieś w oddali słychać było muzykę, którą ktoś puszczał nie szczędząc głośników. Te rozważania nad istotą duszy czy też inteligencji ludzkiej zostały przerwane przez nagły upadek. John idąc oblodzonym chodnikiem pośliznął się i wylądował na plecach. Leżąc na zimnych płytkach dosłyszał dźwięki piosenki, którą już wcześniej słyszał. Co prawda było to dość dawno, jednak naszła go ta sama refleksja. -Nie… Tak być nie będzie. Mam coś jeszcze do zrobienia. Obietnice do wypełnienia. Jeszcze nie czas się poddawać. Muszę jakoś odkupić swoje błędy.pomyślał i spojrzał na gwieździste niebo. I nagle jego podświadomość podrzuciła mu pewną myśl. Było to jak objawienie. Morderca i gwałciciel, następnie gangster, później diler. Te przestępstwa stanowią główne przyczyny odsiadywania przez więźniów wyroków w pobliskim więzieniu. Sporą część z nich sam zamknął za kratami. -To już cztery. Cztery, zero, jeden. Jeden zero cztery, czterysta dziesięć, czternaście, czterdzieści jeden, sto cztery…- powtarzał na głos różne kombinacje tych cyfr. –Ty psycholu. Jaki jest Twój system? Masz pewnie teraz niezłą zabawę, co? -No pewnie, że mam Johnie Doe. Ale ty również nieźle się bawisz z tego co widzę.- powiedział głos za plecami starca. Był to dość niski, chłodny głos, choć przez chwilę wyczuwalna w nim była nuta rozbawienia.

28

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

-Taka jest kara za grzechy, Heretyku. A teraz ja, Bóg Prawdziwy, dokonam sądu na tobie.- mówił doniosłym, wręcz patetycznym tonem.- Wielka szkoda, że zmarnowałeś swą szansę, by mi służyć. -Zamknij się, arogancie. Wielki Bóg, co nie stanie do walki ze śmiertelnikiem.- znów kpił sobie z uzurpatora. John w chwilę zdołał się opanować i przybrać wcześniejszą maskę, którą nosił przez długie lata, aż stała się jego drugą twarzą. Jednak wewnątrz ciągle czuł się podle. Nawet dla człowieka gardzącego ludzkim życiem, przyczynienie się do śmierci ludzi, którzy dali mu wszystko jest ciężkim przeżyciem. Mimo szczerych chęci walki o swój byt, wiedział, że ta walka jest w tym momencie bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa do wygrania. Wciąż nie był w stanie poruszać kończynami, a na dodatek zaczynał powoli odczuwać ból po wcześniejszym laniu. Dawało mu to nikłą nadzieję, gdyż trucizna z igły słabła, lecz nie miał już zbyt wiele czasu. Przeklął się w myślach. Gdyby spróbował jakoś przeciągnąć rozmowę… Chociaż, z drugiej strony, rudzielec musiał zdawać sobie sprawę z wad środka, którego użył. -A zatem za herezję i sprzeciwianie się woli Boga Prawdziwego zostajesz skazany na wieczne potępienie.- powiedział jednolitym niskim głosem. –Przez ogół zostaniesz uznany za samobójcę, jak wszyscy heretycy. Wy, najgorsi grzesznicy… I nagle zamilkł. Tak po prostu. Zupełnie jakby stracił głos. Poruszał ustami, lecz nie wydawał z siebie dźwięków. Kontynuował tę czynność jeszcze przez parę minut. Następnie podniósł Johna i zaciągnął na balkon. „Witam państwa o tej nieludzko wczesnej godzinie. Tym wszystkim, którzy już nie śpią, proponuję mocną kawę na rozbudzenie, gdyż ciśnienie ma być dziś dość niskie, co może powodować senność…”- mówił spiker w radiu, które ktoś w bloku właśnie włączył. Było jeszcze ciemno. Świt zbliżał się nieuchronnie, jednak młody mężczyzna miał wystarczająco dużo czasu, żeby zatrzeć wszystkie ślady, jakie mógł zostawić taszcząc starca przez pół mieszkania, czyli krew, której utoczył policjantowi bijąc go w kuchni. Wyciągnął też igłę z karku jego przyszłej ofiary. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. Nikt nie domyśliłby się, co zaszło w tym mieszkaniu. -Wiem, co zamierzasz. Dla jednej osoby jest to za dużo. Jednakże…- zamyślił się na chwilę John.- Jednakże chciałbym ci podziękować. Dowiodłeś, że miałem rację. Idealni zabójcy istnieją. Rudy mężczyzna nic nie odpowiedział. Patrzył na niego. Jego twarz nie przejawiała emocji, a oczy były puste. Ustawił go w odpowiedniej pozycji, aby wyglądało wszystko na samobójczy skok z szóstego piętra. Wiatr nagle ustał. Cały świat zamilkł. Nie było słychać odgłosu jeżdżących samochodów dwie ulice dalej, żaden pies nie szczekał, nawet drzewa nie szeleściły liśćmi. Było tak spokojnie. Tak ciemno. Gdy nagle ktoś w bloku włączył muzykę. „I’ve been sleeping a thousand years it seems. Got to open my eyes to everything. Without a thought without a voice without a soul.” -Wiesz co, mój rudy zabójco? Nie jesteś Bogiem. Jesteś jedynie Aniołem Śmierci.- powiedział Doe. Były to jego ostatnie słowa. Wydawał się spokojny. Przez jego twarz przez chwilę przemknął uśmiech. Młody mężczyzna jednak wciąż był obojętny niczym kat, który tylko wykonuje swoją pracę, aby utrzymać bliskich… I wypchnął starca. Gdy spadł, słychać było jedynie głuche uderzenie ciała o chodnik na tle muzyki… „Don’t let me die here. There must be something more. Bring me to life” *** „Dziś w godzinach wczesnoporannych pożegnaliśmy kolejnego obywatela naszego miasta. John Doe zmarł śmiercią samobójczą. Policja bada różne wątki. Z nieoficjalnego źródła dowiedzieliśmy się o bójce między zmarłym, a szefem pobliskiej komendy i obecnym wtedy funkcjonariuszem Ericiem Clarkiem…” -Przepraszam.- powiedział- Posłuchaj. Jak wiesz jestem byłym policjantem. Dorwę tego drania. Tylko obiecaj mi, że nie pozbawisz ludzkości swojego uśmiechu. -Obiecuję.-odparła słabo. John już tego nie dosłyszał. Wyszedł, zostawiając ją przy barze. Rudzielec puszczający muzykę, który siedział gdzieś w kącie, umiał dobrze wyczuć powstającą atmosferę, gdyż po chwili z głośników zabrzmiały słowa kolejnej piosenki, tym razem dość melancholijnej. “Never opened myself this way. Life is ours, we live it our way. All these words I don’t just say.” *** Nie pozbawiaj uśmiechu… Z wiekiem robię się coraz bardziej żałosny.- Myślał idąc w bliżej nieznanym mu kierunku. Chciał po prostu oddalić się, żeby w spokoju pozbierać myśli. Wbrew pozorom, był to dość trudny dzień. Bywa, że co jakiś czas przesadzi się z alkoholem, ale robi się to raczej z nudy lub gdy jest okazja, niż z jakiegoś konkretnego powodu. Oczywiste było, że jego przyjaciel musiał oberwać, żeby mieć alibi. W końcu, kto zawsze powtarzał, że to właśnie Eric powinien uważać, żeby nie stracić pracy i mieć za co utrzymać rodzinę? Było to logiczne, jednak takie wyjaśnienia zwykle nie poprawiają humoru. Świadomość to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Na szczęście, w takich chwilach z pomocą przychodzi podświadomość, a nad wieloma rozwiązaniami nie trzeba się wiele zastanawiać. Po prostu pewne rzeczy w dziwny sposób przychodzą do nas same. “I’m fallin’ down... I’ve lost my faith... I’m fallin down... When I die all the angels fade away...” –gdzieś w oddali słychać było muzykę, którą ktoś puszczał nie szczędząc głośników. Te rozważania nad istotą duszy czy też inteligencji ludzkiej zostały przerwane przez nagły upadek. John idąc oblodzonym chodnikiem pośliznął się i wylądował na plecach. Leżąc na zimnych płytkach dosłyszał dźwięki piosenki, którą już wcześniej słyszał. Co prawda było to dość dawno, jednak naszła go ta sama refleksja. -Nie… Tak być nie będzie. Mam coś jeszcze do zrobienia. Obietnice do wypełnienia. Jeszcze nie czas się poddawać. Muszę jakoś odkupić swoje błędy.pomyślał i spojrzał na gwieździste niebo. I nagle jego podświadomość podrzuciła mu pewną myśl. Było to jak objawienie. Morderca i gwałciciel, następnie gangster, później diler. Te przestępstwa stanowią główne przyczyny odsiadywania przez więźniów wyroków w pobliskim więzieniu. Sporą część z nich sam zamknął za kratami. -To już cztery. Cztery, zero, jeden. Jeden zero cztery, czterysta dziesięć, czternaście, czterdzieści jeden, sto cztery…- powtarzał na głos różne kombi-

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

25


nasza twórczość

nacje tych cyfr. –Ty psycholu. Jaki jest Twój system? Masz pewnie teraz niezłą zabawę, co? -No pewnie, że mam Johnie Doe. Ale ty również nieźle się bawisz z tego co widzę.- powiedział głos za plecami starca. Był to dość niski, chłodny głos, choć przez chwilę wyczuwalna w nim była nuta rozbawienia. Gdy John obrócił się, ujrzał Erica. Wyglądał parę lat młodziej, jak za czasów, gdy starzec jeszcze pracował na komendzie. -Co ty tu robisz? Nie powinieneś być z rodziną o tej porze, albo chociaż mieć jakiś ślad po moim ciosie? I co za kremy stosujesz, że cię tak odmłodziło?pytał, jednakże Eric tylko się uśmiechał serdecznie.- Czemu nic nie mówisz? Przyjacielu… Czyżbym już postradał zmysły? Były policjant zamrugał i uważnie rozejrzał się po okolicy, jednak nie było żadnych śladów. Nie było także kroków po płytach chodnikowych, które można by usłyszeć. Niespodziewanie uwagę starca przykuła wybita szyba w witrynie sklepowej w miejscu, które zasłaniało mu widmo przyjaciela. -Kradzież… Zabity złodziej! Złodziej, złodziej… Czy w tym mieście nie giną już złodzieje!? –zdenerwował się. Przeszukiwał swoją dość zakurzoną, jednak wciąż bez dziur, a nawet będącą w doskonałym stanie pamięć. Z nerwów chciał wyciągnąć z kieszeni papierosa, jednak zamiast paczki fajek znalazł kartkę z liścikiem. Drogi Johnie, Nie zwariowałeś, mój głos Cię odwiedził. Wiem, że mnie szukasz. Mam nadzieję, że mnie odnajdziesz i odnajdziesz wskazówkę, którą zostawiłem w tym liście. W końcu bardzo przysłużyłeś się społeczeństwu zamykając tych, których stawiasz ze mną w jednym szeregu. Jeśli odnajdziesz Boga Prawdziwego wyjaśnię Ci wiele kwestii. Do tego czasu przeczytaj uważnie Pozdrów swojego przyjaciela Erica, jego żonę Kate, a także ich syna oraz córkę. Bardzo ładna dziewczynka swoją drogą. Jeśli nie zejdzie na złą drogę społeczeństwo wiele na tym zyska. Twój Frooe P.S. Papierosy zabrałem, gdyż szkodzą zdrowiu. Ich palenie może spowodować raka lub choroby serca. Alkohol też mógłbyś ograniczyć, gdyż nieźle miesza on w głowie. -Niech go szlag.- zaklął w myślach.- Dobry jest. Musiał podejść mnie w barze jakoś. Dobrze świrze, widzę, że odrobiłeś lekcje. Znasz moich bliskich… Ale co do tego ma córka Erica? W tym momencie podświadomość i pamięć po raz kolejny go nie zawiodły. Krótka retrospekcja z przedwczoraj i rozwiązanie ujawniła mu mała dziewczynka. Paul Robar, złodziej na zwolnieniu warunkowym, który popełnił samobójstwo. -Heh… Jak widać skurczybyk potrafi pozorować śmierć samobójczą lepiej niż można by sądzić. –pomyślał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta nad ranem. –Najwyższa pora kimnąć się, a potem ruszyć na łowy. Jak uczy Sun Zi, wyczerpana armia na pewno przegra. Jednoosobowa, ale zawsze jakaś. „Nocna audycja już dobiega końca. Dziękuję za uwagę i towarzyszenie mi podczas nocnej zmiany. Zapraszam za tydzień w tych samych godzinach, a póki co udajmy się na zasłużony odpoczynek w objęciach Morfeusza”- powiedział redaktor i z radia w pobliskim samochodzie rozległ się szum. W środku siedział jakiś mężczyzna, prawdopodobnie detektyw, który wykonując zlecenie umilał sobie czas muzyką. *** Na klatce schodowej słychać było dość melancholijny bit jak na ten rodzaj muzyki. Jednak w połączeniu z mocnym głosem rapera prezentował kawał niezłej roboty. „Burzowe chmury, którym nie ma końca, wyciskają z ulic ostatni promień słońca.” -Co za ludzie… Nie mogą spać po nocy czy co?- zaśmiał się. Można powiedzieć, że śmiał się również z siebie. Nawet na jego twarzy, mimo wydarzeń ostatniej doby, zagościł uśmiech. „Trupia szpetota w oczach, tłumi szczęście, to oczodoły okien, w zbombardowanym mieście. Pęknie tama nieszczęść, wszyscy utoną, zasną na zawsze przykryci przeklętą wodą, ręce drżą nie widzisz już świata ostro, nie musisz czytać gazet, wiesz, jaki masz horoskop” Wszedł do swojego mieszkania i zdjął buty. Bardzo nie lubił bałaganu, choć jego definicja porządku trochę różniła się od tej powszechnie przyjmowanej. Nie tolerował jedynie walających się rzeczy po półkach, błota na podłodze oraz resztek jedzenia po kątach. Odwiesił kurtkę na wieszak i poszedł do kuchni łyknąć sobie czegoś mocniejszego na lepszy sen. Ledwo wszedł do pomieszczenia, gdy wtem poczuł delikatne ukłucie, niczym ugryzienie natrętnego komara, w kark i upadł. Nie był w stanie poruszyć żadną kończyną. Poczuł, że go coś podniosło i posadziło na krześle. Był to młody mężczyzna w wieku może dwudziestu pięciu lat. Nie wyglądał na zbyt dobrze umięśnionego, jednak lekkość, z jaką go uniósł, wskazywała na coś zupełnie sprzecznego. Rude włosy, orli nos i błękitne oczy, w których błyskały iskierki szaleństwa niczym błędne ogniki na bagnistych terenach prowadzące zbłąkanych wędrowców ku zgubie. -Witaj Johnie Doe.- powiedział głos, który nawiedził go wcześniej.- Cieszę się, że odnalazłeś wskazówkę. Chociaż można się było tego spodziewać. Była zbyt oczywista. Wybacz mi to znieważenie, ale gonią mnie terminy. -Skąd my się znamy. Niech pomyślę… Facet z radiem w parku parę dni temu, strażnik więzienny, a może DJ, którego niedawno widziałem w barze.jego pytania były oczywiste i brzmiały raczej jak twierdzenia.- Aż tak często wywalają cię z pracy? Pewnie masz bardzo bogate CV. -Zdziwiłbyś się.- odparł z uśmiechem.- Jednakże masz rację. -I jakież to terminy? Musisz zabić kolejnych? Kto teraz? Znowu morderca lub gwałciciel? Może Dwa w jednym? Czy może teraz jakiś łapówkarz, dla odmiany.- spytał. -Oj Johnie, wiesz żem jest twoim przyjacielem lub wrogiem, zadziwiające jak dobrze mnie znasz. Bądź świadom, że teraz wszystko zależy od ciebie mój akolito.- spokojnie powiedział rudzielec. -Akolito?!- zdziwił się starzec- Teraz rozumiem… -Tak, to ja jestem Bogiem Prawdziwym. Każę ludzi, którzy na to zasłużyli. Życie daruję tym, którzy się mogą przysłużyć społeczeństwu. Nie chcę modlitw czy świątyń. Chcę dla nich tylko dobra i spokoju. Nie sądzisz, że to lepsze niż to, co uważają za jakichś swoich bogów? Budują świątynie, a ludzie głodują i umierają, bo nie mają na podstawowe potrzeby… Czy to sprawiedliwe? Czyż większość religii nie uczy miłości bliźnich? Czy to

26

Tyt u ł \ m a r ze c \ w ydan i e spe c j aln e

nasza twórczość

nie hipokryzja, gdy kapłani budują świątynie za miliony, a potem wyciskają z ludzi, także tych biednych, pieniądze na kolejne?- mówił spokojnym głosem przechadzając się po kuchni, patrząc Johnowi w oczy. Okna były zasłonięte. Panowała wszechogarniająca ciemność. Nie licząc słabego światła pochodzącego ze świecy stojącej gdzieś za młodzieńcem ubranym na czarno. -Nie, ale nie uważam, że to twoją rolą jest osądzanie, kto jest zły i kogo należy zabić, arogancie.- John mówiąc to, nie bał się psychopaty. Miał już do czynienia z podobnymi typami. Zawsze denerwowało go, gdy zaczynali wygłaszać gadki umoralniające, w myślach planując kolejny mord. -Och Johnie. Nie rozumiesz? Jestem Bogiem Prawdziwym. To jest moje zadanie. Bo jeśli nie ja, to kto? Od kiedy zlikwidowano karę śmierci mam więcej roboty. Nie narzekam. Wszakże jestem Bogiem i jest to moje zadanie.- mówił, gdy nagle zaczął wrzeszczeć- Tylko moje! Moje! Nikt mi go nie odbierze! Moje! Moje! Moje!!! -Nie unoś się tak, bo się kamienie posypią… z sufitu.- beznamiętnie odparł były policjant. -A tak, Johnie. Masz rację. Nie chcemy sprowadzać na siebie uwagi. We dwóch poradzimy sobie z problemem. Zapewne zastanawiasz się czemu nie możesz się zbytnio poruszać i dlaczego tu jestem.- wypowiedział pytanie, które brzmiało bardziej jak twierdzenie.- Zatem, po pierwsze, nie chciałbym z tobą walczyć. Oczywiście jako Bóg Prawdziwy zgniótłbym cię jednym ruchem ręki, a nie o to mi chodzi. I w tym momencie dochodzimy do konsensusu. W uznaniu twoich zasług w ściganiu heretyków sprzeciwiających się zasadom Boga Prawdziwego postanawiam dać ci szansę. Oczyszczę cię z grzechów i uczynię głównym kapłanem. Jednakże nie mogę nikogo do tego zmuszać. Sam musisz podjąć decyzję. Z tego powodu dałem wam wolną wolę. John wybuchł szczerym śmiechem. Chyba sam nie pamiętał, kiedy się tak uśmiał. Zazwyczaj różni przestępcy i psychopaci, których łapał przyprawiali go o mdłości. Rudy Bóg był jednak inny. Mogło to być szczere, mogło być sensowne, Doe uznał, że jest to śmieszne. Był to najszczerszy śmiech, jaki można było kiedykolwiek usłyszeć z ust tego człowieka. Kolor twarzy młodzieńca przypominał teraz barwę jego włosów. Wściekł się. Co prawda nie przystało to Bogowi Prawdziwemu no, ale ponoć istoty nadprzyrodzone również mają uczucia. -Zamilcz!- krzyknął. Nic to nie dało. Starzec śmiał się w najlepsze. Rudzielec nie wytrzymał i zrzucił go z krzesła. Zaczął okładać go pięściami. Bił na oślep. Trafiał w tors, ręce, szyję, twarz, jednakże zmieniło to tyle, co krzyk. Po pewnym czasie John zaczął śmiać się jeszcze głośniej i nagle zamilkł, by po chwili się odezwać. -Jak łatwo wyprowadzić cię, Boże, z równowagi- zakpił. –Jesteś niczym więcej jak aroganckim szczeniakiem z wybitnie krzywym sufitem. Całkiem sprytnyś, ale Bóg z ciebie taki, jak ze mnie przykładny obywatel. -Dobrze więc. Zatem zginie dziś łapówkarz.- powiedział wciąż dysząc.- Zgadnij, kto to będzie. Tak, Johnie Doe. Nadszedł twój czas. Tak, znam twoje grzechy. Swoją drogą czy przyjmując tę łapówkę, nie spowodowałeś czyjejś śmierci? Powiedzmy kogoś bliskiego… Dwójki niewinnych osób, których byś nie skrzywdził… Kogoś kto cię… -Zamknij się!- krzyknął wyprowadzony z równowagi.- To nie moja wina… To znaczy… Nie mogłem o tym wiedzieć! -Tak, oczywiście Łapówkarzu. Wszyscy jesteście niewinni, nie mogliście powstrzymać się od wzięcia srebrników. Wziąłeś je. Wypuściłeś człowieka, siedzącego w areszcie. Nie przewidziałeś jednak, że to Anioł Zemsty. Anioł z najwyższego kręgu, który zabił dwoje ludzi zaraz po wyjściu. Kilkanaście metrów od komendy. Czy nie byli to twoi rodzice chcący ci zrobić niespodziankę?- spytał. -Zamilcz.- warknął. Gdyby nie fakt, że nie mógł zmusić ciała, od karku w dół, do ruchu prawdopodobnie zabiłby Boga gołymi rękami. -Oczywiście, że to oni. Tak, to moja zasługa. Kazałem mu to zrobić.- mówił tak spokojnym głosem, że mogło się wydawać, że naprawdę osądza go, jak na Boga przystało. -To był jakiś pijak, którego wypuściłem… To prawda, ale…- głos mu się załamał- Za… Zrobił to… Mój ojciec oddał mu portfel, nie robił problemów, a on… Mimo wszystko ich… -Taka jest kara za grzechy, Heretyku. A teraz ja, Bóg Prawdziwy, dokonam sądu na tobie.- mówił doniosłym, wręcz patetycznym tonem.- Wielka szkoda, że zmarnowałeś swą szansę, by mi służyć. -Zamknij się, arogancie. Wielki Bóg, co nie stanie do walki ze śmiertelnikiem.- znów kpił sobie z uzurpatora. John w chwilę zdołał się opanować i przybrać wcześniejszą maskę, którą nosił przez długie lata, aż stała się jego drugą twarzą. Jednak wewnątrz ciągle czuł się podle. Nawet dla człowieka gardzącego ludzkim życiem, przyczynienie się do śmierci ludzi, którzy dali mu wszystko jest ciężkim przeżyciem. Mimo szczerych chęci walki o swój byt, wiedział, że ta walka jest w tym momencie bardzo trudna, jeśli nie niemożliwa do wygrania. Wciąż nie był w stanie poruszać kończynami, a na dodatek zaczynał powoli odczuwać ból po wcześniejszym laniu. Dawało mu to nikłą nadzieję, gdyż trucizna z igły słabła, lecz nie miał już zbyt wiele czasu. Przeklął się w myślach. Gdyby spróbował jakoś przeciągnąć rozmowę… Chociaż, z drugiej strony, rudzielec musiał zdawać sobie sprawę z wad środka, którego użył. -A zatem za herezję i sprzeciwianie się woli Boga Prawdziwego zostajesz skazany na wieczne potępienie.- powiedział jednolitym niskim głosem. –Przez ogół zostaniesz uznany za samobójcę, jak wszyscy heretycy. Wy, najgorsi grzesznicy… I nagle zamilkł. Tak po prostu. Zupełnie jakby stracił głos. Poruszał ustami, lecz nie wydawał z siebie dźwięków. Kontynuował tę czynność jeszcze przez parę minut. Następnie podniósł Johna i zaciągnął na balkon. „Witam państwa o tej nieludzko wczesnej godzinie. Tym wszystkim, którzy już nie śpią, proponuję mocną kawę na rozbudzenie, gdyż ciśnienie ma być dziś dość niskie, co może powodować senność…”- mówił spiker w radiu, które ktoś w bloku właśnie włączył. Było jeszcze ciemno. Świt zbliżał się nieuchronnie, jednak młody mężczyzna miał wystarczająco dużo czasu, żeby zatrzeć wszystkie ślady, jakie mógł zostawić taszcząc starca przez pół mieszkania, czyli krew, której utoczył policjantowi bijąc go w kuchni. Wyciągnął też igłę z karku jego przyszłej ofiary. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. Nikt nie domyśliłby się, co zaszło w tym mieszkaniu. -Wiem, co zamierzasz. Dla jednej osoby jest to za dużo. Jednakże…- zamyślił się na chwilę John.- Jednakże chciałbym ci podziękować. Dowiodłeś, że miałem rację. Idealni zabójcy istnieją. Rudy mężczyzna nic nie odpowiedział. Patrzył na niego. Jego twarz nie przejawiała emocji, a oczy były puste. Ustawił go w odpowiedniej pozycji, aby wyglądało wszystko na samobójczy skok z szóstego piętra. Wiatr nagle ustał. Cały świat zamilkł. Nie było słychać odgłosu jeżdżących samochodów dwie ulice dalej, żaden pies nie szczekał, nawet drzewa nie szeleściły liśćmi. Było tak spokojnie. Tak ciemno. Gdy nagle ktoś w bloku włączył

wy d a ni e specja l n e / m a rz ec / Ty tu ł

27

Tytuł Nr 106  

Tytuł Nr 106

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you