Page 1

sport i organizatorzy w żaden sposób nie potrafili sobie z nim poradzić. Odbyła się tylko jedna seria, warunki zupełnie wypaczyły wyniki, a Ville Larinto pożegnał się ze skokami na cały sezon. Młody Fin pofrunął niesamowicie daleko, ale przy lądowaniu niestety się przewrócił. Kontuzja wyklucza go z rozgrywek na długie miesiące. A tak dobrze zaczął! Wydawało się, że jest jednym z niewielu, którzy są w stanie zdetronizować Morgensterna. Już tego nie zrobi, a kibicom pozostaje pogodzić się z austriacką dominacją na skoczniach. Bo w tej chwili nie ma chyba nikogo, kto mógłby z nimi wygrać. Zbliżają się Mistrzostwa Świata w Oslo, a tam dwa konkursy drużynowe. Już teraz zwycięstwo ekip z Austrii wydaje się być przesądzone. Bo kto miałby im zagrozić? Z fińskiej kadry odpadł Larinto, Hautameki skacze coraz gorzej, a poza tą dwójką nikt w tym sezonie nie zabłysnął. Niemcy świetnie spisują się jedynie w kwalifikacjach, psując większość konkursowych występów. U nas, do czego chyba zdążyliśmy się już przyzwyczaić, skacze jedynie Małysz, a za nim długo, długo nic. Czasem coś wyjdzie Stochowi, ale to ciągle nie jest stabilna forma. O reszcie lepiej nawet nie mówić, bo najczęściej plasują się w okolicach trzeciej albo i czwartej dziesiątki. Tylko sporadycznie któremuś uda się

zakwalifikować do drugiej serii i zdobyć kilka pucharowych punktów. Teoretycznie szanse na zagrożenie Morgensternowi i spółce mają Norwegowie, ale raczej ciężko wierzyć w to, że naprawdę zdołają ich pokonać. Drużyna Miki Kojonkoskiego ma oczywiście wielkie nazwiska, ale nazwiska nie skaczą, co w tym sezonie udowadnia Schlierenzauer, który próbował wrócić po kontuzji, bez większych efektów. W norweskiej ekipie jest chociażby rekordzista świata w długości skoku, Romoeren, ale on od kilku lat nie może wrócić do mistrzowskiej formy i miota się zwykle gdzieś w okolicach drugiej dziesiątki. Jest Jacobsen, który jeszcze kilka lat temu wygrywał prestiżowy Turniej Czterech Skoczni, ale obecnie coraz rzadziej udaje mu się powalczyć z najlepszymi. Jest jeszcze Hilde, który na tę chwilę wydaje się być najmocniejszym punktem ekipy. On jeden nie wygra jednak z Austriakami. W konkursach drużynowych potrzeba całej czwórki. Czterech dobrych skoków, które mogłyby dawać nadzieję na zwycięstwo. Więc kto? Chyba nie pozostaje nic innego, jak tylko pogodzić się z faktem, że Austriacy w grupie to jeszcze trudniejszy przeciwnik niż Austriacy osobno, a pokonanie ich graniczy obecnie z cudem. Cuda jednak się zdarzają i trzeba w to wierzyć, a nie poddawać

się jeszcze przed staterem i oddawać zwycięstwo bez walki. Ja na tę walkę ogromnie liczę, bo dominacja ekipy pod wodzą Alexandra Pointnera dawno się mi znudziła. I chyba nie jestem w tym stwierdzeniu osamotniona. Półmetek sezonu sprzyja podsumowaniom. A raczej półpodsumowaniom i półwnioskom. Skoki ciągle przyciągają przed ekrany telewizorów rzesze kibiców, choć coraz trudniej się je ogląda, gubiąc się w tych wszystkich przelicznikach wiatrów, belek i nie wiadomo czego jeszcze. O nowych zasadach powiedziane zostało już tyle, że nie ma co więcej dywagować. Nie są ani do końca dobre, ani do końca złe, choć żalą się na nie nawet sami skoczkowie. Większych szans na to, że organizatorzy ustąpią jednak nie widać. Bo wtedy trzeba by przyznać się do błędu, a tego nikt nie lubi. A poza tym, dyrektor generalny Pucharu Świata twierdzi, że teraz skoki są bardziej sprawiedliwie, a wszystkim kibicom wiadomo, że jeśli pan Hofer coś twierdzi, to tak właśnie jest lub tak ma być i nie ma mowy o żadnej dyskusji. Tylko gdzie ta, wspominana przez niego, sprawiedliwość, w momencie, gdy zawodnika, który skoczył 135,5 metra, wyprzedza ktoś z wynikiem 121m? Ale tak chciały przeliczniki, więc musimy wierzyć, że tak właśnie jest najbardziej sprawiedliwie. Tylko czy to przy-

padkiem nie oznacza, że teraz wystarczy zdać się jedynie na szczęście i na kilka bonusowych punktów, a nie na umiejętności, które pozwoliłyby skoczyć najdalej? Bo to, że ktoś wyląduje najdalej wcale nie oznacza już, że wygra. Wręcz przeciwnie, dzięki nowej sprawiedliwości, może uplasować się nawet w drugiej dziesiątce. Raczej nie ma szans, by coś w tym względzie się zmieniło, ale przynajmniej jest powód do nerwów i narzekań. A my lubimy narzekać, więc nie zanosi się na to, by kibice pogodzili się z nowym systemem i przestali krytykować. Przed nami jeszcze niemal trzy miesiące zmagań na skoczniach. Trzy miesiące to całkiem sporo. Może zdarzyć się wiele. Może nawet komuś uda się w końcu zdetronizować Morgensterna i sprawić, że będzie musiał obejść się jedynie smakiem zwycięstwa. Może ktoś pokona Austriaków. Może, może, może. Nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu, więc pozostaje jedynie czekać i uważnie śledzić poczynania zawodników. Największe emocje czekają nas całkiem niedługo, bo Mistrzostwa Świata w Oslo zaczynają się już 23 lutego. Oglądajmy, kibicujmy i dmuchajmy w telewizory, jak mówi nasz „Orzeł z Wisły”, bo przecież on też ma wielkie szanse na zwycięstwo.

/ Anna Wołoszyn

Tytuł redagują Naczelne: Magdalena Rudnik i Agnieszka Lewucha Opiekun: Joanna Brożyna - Stępniak Redaktorzy: Anna Wołoszyn, Anna Dawid, Magda Rudnik, Marta Bargieł,

16

Ty t u ł \ lu ty

Oliwia Sentysz, Iga Chudalska, Ewelina Chorecka, Aleksandra Kozacka, Kamila Rogowska, Katarzyna Buc, Monika Sulewska, Anita Skorb, Barbara Mroczkowska, Agnieszka Lewucha, Jan Nalepa

Okładka: Anna Jasiakiewicz Skład : Dominik Staszak Adres redakcji: 75-070 Koszalin, ul. K.E.N. 1 Kontakt: tytul@wp.pl

# 105 luty

2011 G a z e t a

I

L O

i m . S t a n i s ł a w a

D u b o i s

#103 Paź 10 1 zł


Od redaktorów

recenzja

WIEJE DESZCZEM Witamy po przydługiej przerwie wraz z nowym „Tytułem”. Pogoda nie skłania ani do relaksu, ani do pracy, w sumie nie skłania do niczego poza nieruchomym leżeniem na skrawku tapczanu. Szarych dni nie jest w stanie rozjaśnić nic, nawet profesor Pawelski recytujący wiersze czy nowy nauczyciel biologii, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy i życzymy powodzenia. Nasza rada: przeczekajcie je, starajcie się nie zdobyć wielu jedynek i rozkoszujcie się „Tytułem”. A w numerze wrze. Sprawy pilne i mniej pilne przeplatają się; z pewnością palący jest problem kup na trawnikach, wyłaniających się spod topniejącego śniegu oraz inne pozostałości po 2010 – postanowienia noworoczne oraz refleksje poświąteczne. Jak zwykle w „Tytule” będziecie mogli znaleźć re-

cenzje (tym razem o nowym filmowym Robin Hoodzie oraz „Atramentowym sercu”). Czekają na Was także relacje (tegoroczna Studniówka), oraz reportaże. Warto zwrócić uwagę także na nowy, na razie raczkujący dział „Łowcy talentów”, gdzie będziemy starali się przedstawić różne interesujące osoby z naszej szkoły. Na ohydne wieczory z pewnością jak balsam podziała na Was także krótka opowieść o początkach podróży do Ameryki. Wisienką na tytułowym torcie jest wywiad z profesorem Michałem Gniewskim, nowym nauczycielem biologii! Nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć Wam przyjemnej lektury – jeżeli przy obecnej szpetnej aurze cokolwiek może być przyjemne. Magdalena Rudnik i Agnieszka Lewucha Redaktorki naczelne „Tytułu”

Spis treści # 105 s.3

Studniówka plus dwa

s.5

Nie taki diabeł straszny...

s.6

Akcja „Szlachetna Paczka” Prawdziwe oblicze noworocznych postanowień

s.8

A gdzie Romeo?

s.9

Wywiad z Michałem Oginiewskim

s.10

Hostessą być Krótka historia o górniku

s.11

W szranki z lekturami

s.12

Przepsieśniegi

s.13

Wiersze

s.14

Wyrwana kartka z podróży

s.15

Recenzja: Cornelia Funke „Atramentowe Serce” Sport: Austriacka dominacja, czyli krótkie podsumowanie.

aktualności / Jan Nalepa

Kolejna próba...

„Mały Książę”

Tegoroczni maturzyści po raz kolejny przeżywają stres związany z przygotowaniem do egzaminu dojrzałości. Tym razem arkusze przygotowała OKE. Prawdziwy egzamin już w maju. Życzymy powodzenia!

„Na bal, marsz na bal ...” Studniówka I LO im. St. Dubois odbyła się 21 stycznia 2011 r., zgodnie ze zwyczajem, w gmachu szkoły. Zabawę rozpoczął tradycyjny polonez. Jego wykonania jednak od tradycji nieco odbiegały. Wielkie odliczanie do matury rozpoczęte!

„Igraszki z Diabłem” Premiera przedstawienia teatralnego pt. Igraszki z Diabłem miała miejsce 3 lutego 2011 r. w szkolnej auli. Widownia dopisała, widoczny był nawet mały „nadkomplet”. Spektakl przyjęty został bardzo entuzjastycznie, a społeczność uczniowska czeka na kolejne występy.

2

Ty t u ł \ lu ty

Spektakl pt. Mały Książę przygotowany przez s. Ewę Barłowską odbędzie się 10 lutego 2011 r. o godzinie 17.30 w szkolnej auli. W rolę aktorów wcieli się uczniowie naszej szkoły. Pieniądze zebrane z biletów zasilą Hospicjum im. św. M. Kolbego w Koszalinie. W imieniu organizatorów serdecznie zapraszamy!

Diagnoza Uczniowie klas drugich napiszą diagnozę pośrednią z zakresu przedmiotów rozszerzonych. Odbędzie się ona w dniach 7-9.02.11 r. Ma na calu sprawdzenie zdobytych dotychczas wiadomości i umiejętności.

„Atramentowe serce” Cornelia Funke Pisze książki dla dzieci i młodzieży. Nazywana jest ,,niemiecką Rowling”. W 2005r. na polskim rynku ukazała się jej książka pt. „Atramentowe serce”. Cornelia Funke. Z zawodu przedszkolanka. Ilustrowanie książek zainspirowało ją do pisania własnych tekstów. Główną bohaterką powieści ,,Atramentowe serce” jest Maggie, córka Mortimera, znanego introligatora (zajmuje się oprawą i zdobieniem książek). Z niezrozumiałych dla niej przyczyn ojciec postanawia wyjechać. Mortimer posiada bowiem niezwykły dar wszystko, co przeczyta, ,,wychodzi z książki” i żyje własnym życiem. To jest przekleństwo ojca Mag-

gie. Właśnie przez nie cały czas ucieka przed bandą Capicorna, nie może sobie znaleźć miejsca. W końcu

oboje będą musieli się zmierzyć z nowym światem - światem książek. N i e s a m o w ity świat, w którym każdy szczegół ma znaczenie, a nieścisłości nie istnieją. Książka bardzo często porównywana do , , H a r r y ’e g o Pottera”. K a ż d y rozdział jest poprzedzony cytatem z klasycznej książki, który ilustruje, co można znaleźć w tej części

powieści. Dodatkowo pojawiają się rysunki samej Cornelii Funke. Nieprzewidywalna, zaskakująca historia oraz umiejętność budowania napięcia przez pisarkę czyni tę powieść wyjątkową. Nie brakuje tu zabawnych scen czy pościgów niemal takich jak w westernach. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Jest to świat ,,utkany ze słów”, działający tak silnie na wyobraźnię, że mamy wrażenie, iż to wszystko dzieje się przed naszymi oczami. P.S. Odradzam czytanie tej książki na głos.

/ Magda Rudnik

Austriacka dominacja, czyli krótkie podsumowanie.

Za oknami powoli topnieje śnieg, zamieniając się w mało ciekawe błoto i chlapę, które skutecznie uprzykrzają życie. Zima praktycznie zniknęła, ale najważniejsze rozgrywki związane z tą porą roku są dopiero na półmetku, a przed kibicami jeszcze trzy długie miesiące obserwowania zmagań na skoczniach narciarskich. Niektóre z konkursów zupełnie rekompensują brak śniegu za oknem, bo zimowe, narciarskie emocje i tak czuć w powietrzu.

Minęła połowa sezonu. Sezonu, który na razie można podsumować krótko, jeśli nie tylko jednym słowem:

Morgenstern. Fenomenalny Austriak dominuje od samego początku i wydaje się, że już nie wypuści zwycięstwa z ręki. Wygrywa konkurs za konkursem, ewentualnie plasując się gdzieś w okolicach podium lub czołowej piątki, jeśli ktoś zdoła mu odebrać pierwsze miejsce. O co niestety trudno, bo niewiele razy ustąpił i dopuścił na najwyższy stopień podium kogoś innego. Z każdym tygodniem potwierdza, że jest w niezwykłej formie, skacze najdalej i nie pozostawia rywalom złudzeń. Wygrał już prestiżowy Turniej Czterech Skoczni i zanosi się na to, że ma ochotę również na Mistrzostwo Świata. Prowadzi

w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i wyprzedza drugiego, Andreasa Koflera, o ponad czterysta punktów. Jego pozycja wydaje się być niezagrożona, bo ciągle skacze jak natchniony, ale wiadomo – wszystko może się zdarzyć. A nuż noga mu się powinie i zaliczy nagły spadek formy, co pewnie szybko wykorzystaliby rywale. W końcu już kilka razy udowodnili, że Morgenstern nie jest nie do pokonania. Choć nie można zaprzeczyć, że w tym sezonie to właśnie on rozdaje karty. A co poza Austriakiem? Kofler, Ammann i Małysz walczą. Czasem na podium wskoczy Hilde albo Hautameki, który świetnie

zaczął, ale obecnie chyba znowu przechodzi kryzys, bo dobre skoki coraz częściej przeplata tymi zupełnie beznadziejnymi. Niekiedy zdarzy się jakiś przebłysk i zupełnie niespodziewanie wygra ktoś inny, przykładowo w pierwszym konkursie lotów w Harrachovie, gdzie zwyciężył Koch, potwierdzając, że najbardziej lubi skocznie mamucie. Niespodziankę sprawił też Roman Koudelka, który następnego dnia wskoczył na trzecie miejsce, zaskakując nie tylko kibiców i ekspertów, ale pewnie też samego siebie. Był też szalony, noworoczny konkurs w Garmish, gdzie wszystkim rządził wiatr, a skoczkowie

l uty / Ty tuł

15


felieton

Wyrwana kartka z podróży

14

Siedzę w fotelu. Małym, ciasnym, niewygodnym fotelu, tuż obok którego jest klaustrofobicznie małe okienko, z którego co jakiś czas bije zimno. Jestem w samolocie. Olbrzymim, transatlantyckim samolocie typu Boeing 767 kierującym się do Stanów Zjednoczonych.

pasów. Startujemy, rozpaczliwie trzymam się krzesła, a w głowie mam tylko: Pani eBożeproszęnienienienien ienieproszęnienienienie! Nagle uczucie podjeżdżania żołądka do ust przestało być takie nieprzyjemne i zaczęło być zabawne. Ogarnięta euforią pozwalam sobie

i zielono-brązowego lądu byłoby idealnym sposobem nauki geografii, myślę sobie. Po pewnym czasie ciągłe, intensywne światło słońca wymęcza wzrok i na myśl o wyjrzeniu za szybę czuję się chora. Właściwie to nawet bez takich myśli jest mi niedobrze. Wieje mi w

I umieram ze strachu. Nakarmiona wszelkimi dostępnymi informacjami i historiami o locie samolotem, pilnie sprawdzam umiejscowienie kamizelki ratunkowej (na wypadek wodowania), maski tlenowej (na wypadek nagłego spadku ciśnienia w kabinie), czytam ulotki informacyjne o wyjściach awaryjnych i skrzętnie żuję gumę, która (według sprawdzonych recept internautów) ma mi pomóc przetrwać zmiany ciśnienia przy starcie. Rozlega się złowieszcze „pip!”, co sygnalizuje nakaz zapięcia

na krótki chichot i puszczam siedzenie. Czuję, że latam!... Godzinę później, lekko zziębnięta od chłodu promieniującego od okienka zastanawiam się, czy był to efekt stresu, przerażenia, nadmiaru wyobraźni, a może wszystkiego naraz. Z przyjemnością obserwuję widoki zza szyby. Chmury wyglądają jak spienione białe morze zatrzymane w ruchu lub przywodzą na myśl Boga, który bawił się sprejem do golenia. Obserwowanie z takiej perspektywy błotnobrązowych rzek, granatowych mórz

nogi, gość siedzący obok prawie na mnie leży, szum silników przeszkadza mi w myśleniu (tak, tak, wiem, po prostu nie chce mi się myśleć i szukam wymówki), czyjeś kolana wbijają mi się w plecy, trajkotanie starszej pani doprowadza mnie do białej gorączki i zabawiam się wizją mnie z krzykiem wyskakującej z samolotu. Próbuję zasnąć, ale bez większych efektów. Co za idiota wymyślił siedzenia o powierzchni 50x50??? Oddałabym wszystko za łóżko. Wszystko to odpływa w niepamięć, kiedy wlatuje-

Ty t u ł \ lu ty

my w burzę. Zaczynają się turbulencje, modlitwy i oczekiwanie na krzyk „Wszyscy zginiemy!!!” (niestety, nikt nie spanikował). Wizje zderzenia z a) innym samolotem, b) helikopterem, c) uderzenia piorunem, d) innej katastrofy towarzyszyły wszystkim podniebnym dziewicom. Nawet nie wiem kiedy, wykończona, odpływam w sen. Budzi mnie poruszenie wśród pasażerów. Szybko otwieram zasłonkę i zamieram na widok budynków Manhattanu. Wzdychając z zachwytem, skupiam się na metodycznym pakowaniu rzeczy i w ciągu kilkunastu sekund jestem zwarta i gotowa do wyjścia. Okazuje się, że najpierw zostaję zmuszona do wypełnienia jakichś papierków, które z niecierpliwością podpisuję i wreszcie, TAK, wreszcie, lądujemy! Jeśli myślałam, że start był nieprzyjemny, to lądowanie było przerażające (głównie przez opowieści mojego współpasażera o samolocie, którego koła się zablokowały i który wybuchnął w kontakcie z ziemią). Wychodzę z Boeinga z solenną obietnicą wobec samej siebie, że wracając, nie będę tak tchórzyła. Wita mnie oślepiające słońce, upał i mój przyszły opiekun, z którym spędzę własny American dream!

/ Anna Dawid

Studniówka plus dwa Tygodniowe ułatwienie lenistwa na lekcjach wf –u w postaci hali sportowej tonącej w srebrno – foliowo – celofanowych dekoracjach było powodem radości klas „nie-maturalnych” (skoro można nazwać trzecioklasistów maturzystami, to młodszych… nie-maturzystami?). Myśli tych starszych jednak zaprzątało zupełnie co innego i ( o dziwo!) nie było to brzydkie słowo na „M” kojarzące się z majem, ale coś o wiele przyjemniejszego… Poloneza czas zacząć! Gwoli ścisłości, trzecioklasistów interesowało właściwie wszystko związane z TYM DNIEM, od ilości celofanowych kwiatków na drabinkach, po ustawienie stołów, krzeseł, talerzyków, serwetek i wszystkiego, co w jakiś sposób mogłoby zaburzyć perfekcję Studniówki. Ci bardziej oczekujący, policzyli nawet dni od balu, do … brzydkiego słowa na „M” (Wybaczcie, nie przejdzie mi to przez gardło. Jeszcze nie.) Po długich wyliczeniach okazało się, że matematycznie rzecz biorąc nazwa powinna zostać zmieniona na „Studwudniówkę” w gorszej wersji na „Studniówkę plus dwa dni”. Ale przecież to nieważne, liczy się TRADYCJA. Zgodnie z nią, panie z ukochanych, lubianych i szanowanych (tak wiem, prywata) przywdziały nasycone maturalnym szczęściem podwiązki ( na szczęście nie tylko) i ruszyły na bal. Szczerze mówiąc, wcale

się nie dziwię biednym panom, którzy mieli niekiedy całkiem spore problemy z rozpoznaniem płci pięknej swojej klasy. Cóż, jeżeli na co dzień widzą nas zmagające się ze sprawdzianem z historii, matematyki, pracą domową z chemii i towarzyskimi nowościami… Słowem – wszystkie maturzystki doskonale wiedziały, co robią, zastanawiając się nad własnym wyglądem na miesiąc (doskonale wiem, że więcej, ale miesiąc brzmi

najbardziej niesprawiedliwe, w eleganckim stroju prezentowali się równie pięknie. Wśród uczniów pojawiły się oczywiście dyskusje, czy to dobrze, że w szkole, czy nie lepiej gdzie indziej… Powiem szczerze – warto utrzymać tradycję. Choćby dla niebywale dołującego poczucia pustki w postudniówkowy poniedziałek, dokładnie wtedy, gdy wchodzi się do hali i…pusto. Nie ma dekoracji, rodziców, nauczycieli, parkietu, DJa, napisów… Zw-

mniej dramatycznie) przed imprezą. Ze swojej perspektywy nie mogę nie wspomnieć o panach… Hołdując zasadzie, że „każdy mężczyzna w garniturze wygląda dobrze” stwierdzam, iż panowie mają zdecydowanie mniej problemów z aparycją. A co

yczajnie wszystko wraca do normy. To naprawdę ciekawe uczucie. A dla Was, drodzy Młodsi, zasada do zapamiętania – celofan prezentuje się naprawdę dobrze przy zgaszonym świetle! Z prywatnych wrażeń mogę

subiektywnie

tylko powiedzieć, że wszystkie komentarze na temat nerwów przed polonezem są, niestety, prawdziwe. To wyjątkowa chwila, szczególnie gdy cały czas myślisz „obrót po dziewiętnastej trójce, po dziewiętnastej… A może ktoś policzy na głos?”. Na szczęście wszystkim klasom obroty wyszły, nie tylko te po dziewiętnastej trójce, ukłony były równe, rzędy ładne, uśmiechy wystąpiły na twarze (u niektórych jako wyraz ulgi po ostatnim akcencie muzycznym, ale i tak się liczą) i przyszli maturzyści pokazali, że są porządnymi tancerzami i potrafią się świetnie zaprezentować. Nauczyciele zaskoczyli nas spontanicznymi reakcjami, oklaskami i uśmiechami, które widzieliśmy pomiędzy błyskającymi fleszami aparatów. Można by podsumować ilość oklasków podczas trwania poloneza, ale… Nie o ilość, a o jakość (przypomnijcie mi to po…”M”, proszę). Samą zabawę trudno skomentować. Obecność wszystkich przyjaciół szkolnych w jednym miejscu, klasowy wspólny stół, parkiet pełen tańczących (także nauczycieli!). Tegoroczna Studniówka miała charakter pięknego balu. Kelnerzy przemykający między stołami, by niczego nie zabrakło, piękne suknie i czerń marynarek… Aż zabrzmiało sentymentalnie. Ale powiem szczerze – nigdy nie myślałam, że będę się bawić tak dobrze na własnej Studniówce. Wydaje mi się też, że wiele osób podzieli

l uty / Ty tuł

3


moje zdanie. Jasne, nigdy się wszystkim nie dogodzi, ale z drugiej strony – nie powinien narzekać ten, który najmniejszym palcem nie kiwnął, by było lepiej. Bo organizatorzy, dekoratorzy, koordy-

nasza twórczość

natorzy, opiekunowie (i jeszcze więcej osób, których nie sposób wymienić) naprawdę się napracowali, a było widać efekty. Myśleliśmy nad wystawieniem im małego pomnika koło fontanny, ale pomysł

upadł, bo nie byłoby miejsca dla świątecznej choinki. Ale intencje mieliśmy dobre… PS: Maturzystom życzę spełnienia się zasady, którą wypowiedział pan dyrektor na początku Studniówki –

„Im lepsza zabawa, tym lepiej zdana matura” – to jak… Wszystkie przedmioty na 90% i wyżej?

/ Oliwia Sentysz

Wiersze

subiektywnie

123

Przestroga Po cóż szlifować kamień w nadziei, że w

Poudawajmy mędrców

brylant się zamieni? Wszak nie ten przy-

Nie przebierajmy w słowach

chylny, kto imieniem przyjaciela się mieni.

Dojdźmy do celu po trupów głowach

Zważ w swej mądrości, by temu, z kim

Czymże jest niebo w obliczu klęski?

się bratasz nie brakowało szczerości,

I czym jest piekło wobec ziemskiej męki?

wytrwałości i przyzwoitości. Nie ufaj nigdy

Na cóż nam chwała, po cóż są brawa?

tym, co klną na innych w złości.

Wszak prędko przeminie niepewna sława

Mądrze dobieraj tych, którym zwierzasz się

Po cóż poświęcać i przyjaźń, i miłość,

z troski, umiej z każdej ich zdrady wyciągać

kiedy z rąk wroga i tak przyjdzie zginąć?

wnioski.

Gdy już wygrana na horyzoncie się mieni,

Z ogniem nie igraj, bo i ciebie sparzyć

wnet ją zły wybór w porażkę zamieni

może. Nie licz więc na to, że wróg ci kiedy

I gdy już gloria migoce i wzywa,

pomoże. A jeśliby kto złymi podszeptami

okrutny los w dłonie szpady dobywa

częstował, odmawiaj zawsze, wiary mu nie

W krwawej posoce ostatni poblask nadziei

dochowuj!

migoce

Z wodą nie igraj, bo otchłań wciągnąć cię

Zblednie,

może. Tych, którzy już dawno zbłądzili, twa

ideałów

wiara ocalić nie może.

Zniknie, jak znikła wspólna ojczyzna

Nie ufaj przenigdy wiatrowi, on niszczyciel-

A po niej tylko wyblakła blizna!

jak

zbladła

szlachetność

ski jest i zmienny. Nim się obejrzysz, znajdziesz się w środku straszliwej gehenny.

/ Marta Bargieł

Twarde miej serce dla tych, co cię zostawili w udręce, lecz pewny bądź zawsze, iż masz wobec nich czyste ręce.

4

Ty t u ł \ lu ty

l uty / Ty tuł

13


felieton

przeczytamy lektury. Warto jednak nie tylko karać, ale i nagradzać. Gdyby za każdą książkę był plus…”- podsuwa Kasia91. Być może ma rację i wyróżnienie prymusów zacznie stymulować do pracy innych? Owiany legendą instynkt stadny skłania ludzi do konformizmu. Dlaczego więc nie mógłby zadziałać na młodzież w sposób pozytywny? „Ludzie potrzebują bodźców do działania, elementu rywalizacji- wtedy rodzi się ambicja, a z nią chęć pracy nad sobą. To dlatego już dla pierwszych klas organizujemy konkursy wiedzy o literaturze.”- opowiada pani Krystyna. Zastanawia również stosunek rodziców do nauki - przeważnie nie pytają swoich pociech o wrażenia po przeczytaniu lektury, tylko o oceny ze sprawdzianów. „Mama nigdy nie pytała mnie, jak podobała mi się książka, którą właśnie skończyłem czytać… Obawiam się, że w obecnych czasach ten problem narasta. Ludzie nie mają czasu na chwilę refleksji, więc nie koncentrują się na nich, lecz na wymiernych skutkach nauki, takich jak oceny. To niszczy kreatywność wśród młodzieży.”- podsumowuje Tomas88, początkujący autor powieści…

Przepsieśniegi Niebawem wiosna pierwsze promyki słońca napawają optymizmem, dodają energii, motywują do działania. Wspaniale! Ale wraz z drobnym wzrostem temperatury, nadeszła odwilż. Stopniał śnieg, który maskował rzeczywisty stan trawników. Na każdym kroku - rozmaitych odcieni, wielkości, konsystencji – kupy kup… Efekt uboczny zimy. Według statystyk z bieżącego roku samą Warszawę zamieszkuje ok. 100 tysięcy psów. Dziennie dostarczają one miastu 5,5

społeczeństwo. Kupy jak były, tak są, nie ubywa ich, a wręcz przeciwnie – produkowane są coraz to nowe. Kary wysokości 50200zł nie przynoszą rezultatów. Wszyscy posiadacze czworonogów lekceważą formalne zakazy, a prawdopodobieństwo natknięcia się na straż miejską jest znikome. Jednak owa taktyka nie wszędzie okazała się być klapą. Są kraje, gdzie potrafiono uporać się z tym problemem, na przykład za pomocą bardzo restrykcyjnego prawa. Weźmy

ton kupy (co daje ok. 20 tys. ton rocznie). Polski rząd, już lata temu, podjął walkę z niesfornymi właścicielami czworonogów. Pomysłów i sposobów było wiele (ostatnio rozważano inwestycje w odkurzacze do kup), żadna jednak nie miała większego wpływu na

na to Genewę – mandat za nieposprzątanie odchodów psa wynosi tam 2,8 tys. franków (ok. 8tys. zł). Ustawa podziałała na mentalność mieszkańców, a procent nieprzestrzegających zasad znacznie spadł. U nas bezużyteczne

/ Marta Bargieł

12

Ty t u ł \ lu ty

Nie taki diabeł straszny...

okazały się również gęsto rozstawione w parkach i na osiedlach kosze na kupy. Zapewniano woreczek, gdzieniegdzie nawet kartonową łopatkę. Pojemniki jednak wciąż stoją puste i czyste. Nikt nie rwie się do usuwania odchodów. Swój odważny pomysł zrealizowały władze brytyjskiej gminy Torbay. Przedsięwzięły kampanię pod hasłem „Children will put anything in their mouths” (czyli „Dzieci włożą cokolwiek do buzi”). Plakaty z radykalnym postulatem przedstawiające dziecko na placu zabaw umorusane psią kupą, rozwieszono w mieście. Przechodnie dzwoniąc pod podany numer, mogli donieść na właścicieli niewywiązujących się z obowiązków. Zgodnie z danymi, ilość zgłoszeń w ciągu trzech miesięcy spadła z 400 do 185. Jako uczestniczka zeszłorocznej wymiany polsko – francuskiej zdecydowałam się na obserwację trawników za granicą. Byłam mile zaskoczona. Owszem, kupy były, ale nie odnotowałam większych składowisk. Czar prysł, kiedy idąc chodnikiem musiałam umiejętnie manewrować pomiędzy zasadzkami – świeżymi, a czasem już rozdeptanymi. Ciekawe odkrycie stanowiły wytyczone zagrody, służące jako wychodki dla psów, czyli publiczna, masowa, psia toaleta. To praktyczne i nie wymaga zaangażowania ze strony właściciela, więc z pozoru wydaje się skuteczne, ale czy na pewno? Nie wiem.

Mogliśmy się o tym przekonać podczas czwartkowego wieczoru artystycznego, gdy na deskach auli I LO wystawiono ,,Igraszki z diabłem”. Śmiało można by rzec: tego jeszcze nie było! Albo przynajmniej: dawno czegoś takiego nie mieliśmy okazji oglądać. Półtoragodzinny spektakl, oparty na sztuce Jana Drdy pod takim samym tytułem, zgromadził

niemałą (aula pękała w szwach) widownię, która raczej nie miała szansy się nudzić. Co więcej- momentami wybuchała gromkim śmiechem, śledząc perypetie głównych bohaterów, w których role wcielili się: prof. T. Stępniak – Marcin Kabat, Ania Dawid – Kasia, Karolina Ciepiaszuk Królewna Disperanda, Ernest Chochołowski – Lucjusz, Błażej Papiernik –

Anioł Teofil, Marcin Gudajczyk – Sarka-Farka, Mirosław Łukowski – Ojciec Scholastyk, Magdalena Czenko – Dr Solfernus, Beata Kołosowska – Belzebub, Anna Jaworska – Belial, Anna Rosiak- Karborund, Arnika Rakowska – Omnimor, Kasia Derda – Gajowy Hubert, Marta Pazdecka i Tomek Juraszek – Diabły dwa.

subiektywnie

Scenografię przygotowała Ania Buss, a nad efektami specjalnymi, światłem i dźwiękiem czuwał Marcin Rodak. O czym to sztuka? Sami sprawdźcie! Niczego nie chcemy zdradzać, gdyż już niedługo powtórka- bądźcie czujni!

/ Redakcja

/ Iga

l uty / Ty tuł

5


wolontariat

reportaż

Akcja „Szlachetna paczka” Akcja „Szlachetna paczka”, mająca pomóc osobom żyjącym w niezawinionym ubóstwie, zakończyła się 11 grudnia 2010 roku. Koordynatorem przedsięwzięcia była Anna Czapnik, która w wywiadzie opowie nam o „Szlachetnej paczce” oraz jej efektach.

Wywiad z Anną Czapnik Tytuł: Na czym polegała ta akcja? Anna Czapnik: Akcja polegała na zebraniu grupy wolontariuszy, którzy znaleźli rodziny potrzebujące i wybrali się do nich z dwiema ankietami. Ankieta A sprawdzała, czy rodzina faktycznie potrzebowała pomocy, a Ankieta B weryfikowała potrzeby danej rodziny. Następnie wolontariusz umieszczał rodzinę w bazie internetowej. Ich dane były

udostępnione darczyńcom, by mogli zobaczyć, jakie są zapotrzebowania i problemy konkretnej rodziny. Przygotowaną paczkę dostarczano do nas, a my przekazywaliśmy ją potrzebującym. T.: Skąd dowiedziałaś się o akcji “Szlachetna Paczka”? A.Cz.: Moja rodzina już od dwóch lat zaangażowana jest w akcję. Siostra cioteczna jest piarowcem województwa, a jej przyszły mąż jest koordynatorem województwa. W Koszalinie nie było jeszcze tego typu oddziału, dlatego postanowiliśmy to zmienić. T.: Jak układała Ci się współpraca z wolontariuszami? A.Cz.: Jestem bardzo zadowolona z efektów, jakie osiągnęliśmy. Najważniejsze, że zado-

wolone są też rodziny, a to dzięki wolontariuszom i darczyńcom mogliśmy spełnić ich marzenia. T.: Nasza szkoła brała udział w tej akcji, jaka kwota została zebrana? A.Cz.: Zebraliśmy dużo pieniędzy. Nasza szkoła zakupiła: kołdry, materace, buty, zabawki dla dzieci, a także pralkę dla jednej z rodzin. Szczególnie wyróżnić muszę klasę II A , która zebrała cztery kartony jedzenia, zabawki oraz ubrania. T.: Czy łatwo jest być liderem regionu? A.Cz.: Nie jest to praca łatwa, tym bardziej że czeka mnie w tym roku matura. Należy koordynować pracę dwudziestu siedmiu osób, dopilnować, aby każdy wykonał po dwie ankiety, wprowadzić dane do Internetu, a także zrealizować spotkanie organizacyjne.

Ma się nad sobą również szefa, który obserwuje, jak przebiegają sprawy w regionie. Jest również , czego wcześniej się nie spodziewałam, dużo pracy biurowej, ponieważ wszytko wymaga rożnego rodzaju potwierdzeń, aby uzyskać dofinansowanie. T.: Czy w przyszłym roku również zamierzasz wiązać się z działalnością charytatywną? A.Cz.: Ze względu na studia, nie podejmę się organizacji „Szlachetnej Paczki”, ale są wolontariuszki, które chętnie przejmą tę akcję - Arina Tamborska i Ania Stępień. Zamierzam jednak w przyszłości pomagać potrzebującym, ponieważ sprawia mi to ogromną satysfakcję.

/ Katarzyna Buc Monika Sulewska

Prawdziwe oblicze

Postanowienia noworoczne to takie obietnice, które składamy samemu sobie. Mogą one dotyczyć zmiany życia na lepsze, zrezygnowania z czegoś, co mogło by się wydawać przyjemne, ale nie do końca słuszne lub po prostu zrobienie tego, na co zawsze brakowało czasu. Tyle ile ludzkich mentalności, tyle pomysłów i osobistych powodów. My postanowiłyśmy sprawdzić, czym będzie się różnił nowy rok 2011 od poprzedniego i co na ten temat sądzą uczniowie naszej szkoły i nauczyciele. Jak się okazało, w połowie grudnia niew-

6

Ty t u ł \ lu ty

postanowień noworocznych iele osób zaprzątało sobie głowę postanowieniami, ale skłoniłyśmy je do refleksji nad własnym życiem lub cierpliwie wysłuchałyśmy, że to bez sensu, bo i tak nigdy nie udaje się ich spełnić. Zdziwiło nas to, jak zmieniają się priorytety odpowiadających w zależności od tego jaki rocznik reprezentują. Dla przykładu większość pierwszoklasistów chciałaby podwyższyć swój poziom w nauce, a drugoklasiści woleliby stać się lepszymi ludźmi i „olać szkołę”. Maturzyści myślą poważnie o przyszłości, więc życzą sobie jak najlepiej zdanej matury i dostania się na wymarzone studia.

Przeprowadziłyśmy sondę wśród setki uczniów, więc możecie zobaczyć, jakie były najczęściej udzielane odpowiedzi. Niektóre typowe, inne zaskakujące, ale wszystkie ujawniają, co jest istotne dla uczniów Dubois! Troszkę głębiej sięgnęłyśmy, jeśli chodzi o naszych nauczycieli. Spotkałyśmy się z oporem w niektórych przypadkach, generalnie jednak współpracowało się sympatycznie. Profesor Sołtysiak, profesor Kordos-Parczewska i profesor Sapieja nie przywiązują większej wagi do postanowień noworocznych, nie mają one dla

negatywnych, kiedy opowiadał o pracy w kopalni. Traktował to jak rutynę , nic nadzwyczajnego, zwykłą pracę. Zapytałam delikatnie o wypadki w kopalniach. – Wiadomo, zdarza się, że rękę urwie, nogę, a to palec odrąbie. W tym miejscu może zdarzyć się wszystko. Z każdej strony górników otaczają kamienie. Jeden spadnie, uderzy np. w głowę – o, tu (pokazuje bliznę na czole). Cały czas w wiadomościach podają informacje o wypadkach w kopalni, nawet dziś – w Pawłowicach skała stropowa przysypała górnika. Nie przeżył. Mówiąc to , pan Tadeusz nie miał w głosie żalu i smutku. Biła od niego duma z bycia

OBWAŁ ŚCIANY Jak zwykle rano pan Tadeusz zjeżdża windą do kopalni. Lampa, aparat gazowy, łopata, kilof i do pracy. Dzień mija spokojnie. Za chwilę pan Tadeusz pójdzie do domu. Po chwili wzrasta ciśnienie górotworu. Obwał ściany. Ciemność. Pan Tadeusz leży pod węglem. 2,5h czekania na pomoc. I co teraz? – Myślałem tylko, żeby mnie wyciągnęli, do jasnej cholery! – uśmiecha się. O żadnym strachu nie ma mowy. Na wspomnienie o tym wydarzeniu twarz pana Tadka już nie jest tak promienna, ale górnik nigdy nie przyzna się do

strachu. Nie ma, czy raczej, nie może być dla niego miejsca. A POTEM? Szpital, 14 dni spędzonych w niezbyt przyjemnym szpitalnym pokoju z 7 kg na głowie, żeby nastawić kręgosłup. Istnieje ryzyko niedowładu nóg. Długa rehabilitacja. Na szczęście pan Tadek ,,wyszedł cało”. Każdy górnik liczy się z tym, że kiedyś tu trafi. Jeżeli nie z powodu wypadku, to z powodu pylicy – zwyrodnienia płuc, spowodowanego osadzaniem się pyłu z kopalni w płucach. Mimo tego, pan Tadeusz zapytany o to, co zrobił, jak w pełni odzyskał

siły, odpowiedział z dumą i radością – Jak to co?! Wrócę do pracy!

/ Kamila Rogowska

*szyb – wyrobisko górnicze; pochyłe lub pionowe prowadzące z powierzchni terenu do położonego w głębi ziemi złoża kopaliny użytecznej, **szybik – łączy poszczególne poziomy kopalni ze sobą; rodzaj wyrobiska górniczego, ***urobek – materiał skalny wydobywany w przodku górniczym lub w ścianie odkrywkowej i wydobyty z kopalni, ****miał węglowy – to, co zostaje z przeróbki węgla – drobny pył.

W szranki z lekturami Czytanie lektur szkolnych z biegiem czasu staje się coraz rzadsze.

nich żadnego znaczenia, gdyż Sylwester to dzień jak każdy inny. Na szczęście otrzymałyśmy też bardziej obszerne odpowiedzi, którymi chcemy się z Wami podzielić. Zadawałyśmy pytanie:

Statystyki są alarmujące coraz mniej uczniów czyta lektury szkolne. Dobitnie świadczą o tym oceny z klasówek. Suche informacje zawarte w opracowaniach są z pewnością łatwiej przyswajalne, ale czy lepsze?

„Jakie są pana/pani postanowienia noworoczne i czy poprzednie udało się zrealizować?”

Opracowanie oryginał

Prof. Zbigniew Mieszczak: „Żadne, bo jestem takim doskonałym człowiekiem, nie nadużywam niczego, nie palę od czterech lat, w związku z tym nie muszę rzucać palenia, no to co... Nie no żartuję... Oczywiście wiele rzeczy można by

górnikiem.

kontra

Młodzież bardzo nieczęsto sięga po tzw. „książki z wyższej półki”, klasyki literatury. Jako największą barierę w pokonaniu swej niechęci przedstawiają język lektur. „Odstręczają mnie trudne słowa… Mogę przeczytać długą książkę, ale pod warunkiem, że ją zrozumiem!”twierdzi Kasia91 z forum

młodzieżowego. Kiedy goni nas czas, najczęściej wybieramy drogę na skróty. Niewątpliwą zaletą streszczeń jest to, że korzystanie z nich jest szybkie, a same opracowania - szeroko dostępne. Niestety, mają także wady… „Nieraz wpadłem na sprawdzianie z lektury, której nie czytałem. Koleżanki świetnie zdały, ale ja nigdzie nie mogłem znaleźć odpowiedzi na te podobno proste - pytania.” – pisze Tomas88. Jednak objętość powieści również bywa problemem dla uczniów. Weźmy na przykład AleXsa, użytkownika tego samego portalu, co Kasia. Chłopiec jest w ostatniej klasie gimnazjum. „Krzyżaków” nie pamięta, ale zna autora… O „Dziadach” coś tam słyszał, paru nawet widział. „Nie czytam, bo po co? Zmarnuję za

dużo czasu, a na osiedlu zawsze jest ciekawie.” twierdzi. No właśnie, czy warto czytać? Plusy ujemne Zapewne świadomość o istnieniu akcji „Cała Polska czyta dzieciom” dotarła do bardzo wielu osób. Część rodziców zaczęła pieczołowicie wypełniać ów obowiązek, np. pani Ala, mama 2 córek. „Starszej córce prawie nie czytałam. W przedszkolu radziła sobie tak, jak inne dzieci. Kiedy zaczęłam czytać młodszej, zauważyłam, że ma większy zasób słów i swobodę mówienia!”. „Nie lubię długo siedzieć nad książkami”, twierdzi z kolei Anesia4. „Staram się natomiast czytać lektury, wtedy zawsze mam lepsze oceny z j. polskiego.”. Naukowcy i nauczyciele

są zgodni, twierdząc, iż dzięki pracy nad sobą i regularnemu zaglądaniu do książek można nie tylko poznać kulturę, ale i odpocząć. „Czytanie pozwala nam oderwać się od szarej rzeczywistości.”sugeruje pani Krystyna, nauczycielka nauczania początkowego. Jak jednak znaleźć na to czas w natłoku codziennych zajęć, spotkań ze znajomymi i nauki? „Po powrocie do domu jestem wypompowana. Szkoła, angielski, lekcje… Nie mam ochoty zabierać się za poważne książki, bo jedyne czego chcę, to odrobina wytchnienia!”- dodaje Mari6. Kij i marchewka Co pomogłoby uczniom, zmotywowało ich do czytania? „Teraz dostajemy tylko jedynki - jeśli nie

l uty / Ty tuł

11


reportaż

sonda

Hostessą być

POTENCJALNY KLIENT Sobota, godzina 12.00. Rozpoczynam pracę, drugi rok z rzędu, jako hostessa. Pracodawca jasno określił cel: znajdź potencjalnego klienta i przekonaj go, że nasz pierścionek czy łańcuszek jest lepszy od „ich”. Tak, oczywiście – myślę – klient, nasz pan, a więc z uśmiechem na ustach poszukuję reprezentantów jakże zawężonej i jasno określonej grupy, zasługującej na katalog z salonu. To prawie elita: kobieta lub mężczyzna w wieku od 26 do 40 lat z widoczną biżuterią, schludnie ubrany i ładnie pachnący – tylko takie osoby są godne zaufania. Już na początku pracy widzę idealną kandydatkę: dobrze ubraną, samotną kobietę, wychodzącą z drogiej perfumerii. Stosując uśmiech numer trzy w praktyce, wykorzystuję jeden z wyuczonych wierszyków, dodając oczywiście efekt lustra (psychologicznie udowodniony środek perswazji) na obiekcie i… nic. Mój królik doświadczalny udaje,

że mnie nie widzi i omija szerokim łukiem. Mamy święta, czas miłości, dobro bliźniego i miłosierdzie jest najważniejsze! A ja jestem tylko hostessą… Idę dalej. Widzę staruszkę. Po wstępnej analizie stwierdzam, że nie mogę wręczyć tego pięknego katalogu pani, gdyż potencjalny wiek nie mieści się w granicach normy przyjętych przez socjologów a i wygląd pozostawia wiele do życzenia. Jednak podejmuję ryzyko, dając jeden z folderów reklamowych, obdarzam panią tym samym uśmiechem, gestem i zdaniem, jednak tym razem odbiorca z uśmiechem dziękuje mi za pomoc i wbrew normom przyjętym przez socjologów zostawia w kasie sklepu równowartość dziennego utargu… A potencjalny klient to osoba, która… SUMIENNY PRACOWNIK Sobota, godzina 14.00. Kontynuuję pracę. Zaczynając odczuwać monotonię, szukam kontaktu. Znajduję go u hostessy z innej

firmy. Wysoka, szczupła blondynka, ładnie umalowana i odpowiednio ubrana - jeden z wielu gotowych wabików reklamowych. Początkowo pytam się o pracę, porównujemy zarobki i warunki, po niedługim czasie nastolatka opowiada mi o swoich doświadczeniach w tej branży. Mam 16 lat – mówi – a zarabiam tyle, że spokojnie rodzice nie muszą martwić się o moje wydatki, wiem jak jest, wiem, że niewiele mogą mi dać, dlatego często sama ich wspieram finansowo. W tej pracy nie mam problemów, ale do agencji hostess zgłaszają się różni klienci i zleceniodawcy. „Krótka spódniczka i niewiele zakrywająca góra” – wymóg menagerki, który musi zostać spełniony. Do każdej akcji trzeba się sumiennie przygotować. Jednak można przywyknąć do przedmiotowego traktowania. To jedna z wielu cen, jakie muszę zapłacić za luksus posiadania markowych rzeczy. Wczorajszą akcję skończyłam nad ranem. Po kilku godzin-

ach snu umalowałam się według zaleceń i założyłam strój radosnej mikołajki. To takie środowisko, liczą się pozory i iluzja ideału. ODDANA MAMA Sobota, godzina 18.00. Praca o tej porze jest najmilsza. Mało ludzi, spokój i świadomość niedługiego powrotu do domu. A więc pokonując jedno z ostatnich okrążeń, zaczepia mnie pani sprzątaczka z centrum handlowego w prywatnym ubraniu. Daje mi czekoladę, składa życzenia – Podziwiam takie młode osoby, które potrafią zrezygnować z wolnego czasu i ciężko pracować – mówi z uśmiechem na ustach, dodając – Spieszę się kochana do domu, dzieci czekają. To dla nich podjęłam się dodatkowej pracy przed świętami, dla nich zakładałam fartuch, żeby w święta miały więcej radości. Bo to czas radości, radości bycia razem! Dlatego uciekam, jak najszybciej. Nie dajmy się zwariować kochana, nie dajmy…

/ Agnieszka Lewucha

było udoskonalić, chociażby zadbanie wreszcie o swoje zdrowie. W ten rok 2011 myślę, że należy wyjątkowo zadbać o swoje zdrowie. Zawsze człowiek nie ma czasu, żeby o siebie zadbać i myślę, że w tym roku będę miał taką okazję. Co jeszcze... kształcenie umiejętności gotowania... to chyba najważniejsze postanowienie obecnie (śmiech). Poprzednie postanowienia - udało mi się wszystkie zrealizować, tak jak powiedziałem: cztery lata temu rzuciłem palenie, w kolejnym roku obiecałem sobie rozważniejszą jazdę samochodem, także to też bardzo istotne.” Prof. Danuta Miotk: „Jeszcze mi się nie udało, także zamiast do czegoś optymistycznie podejść, każde nowe postanowienie to dla mnie dodatkowy obowiązek, a Nowy Rok to nie po to by sobie

dokładać obowiązków. Ja nie wiem czy to jest, jakby to powiedzieć, budujące, także nie wiem, czy powinno być gdziekolwiek ujawniane. Taka jest moja prawda (śmiech)” Prof. Ryszard Pawelski: „W przyszłym roku zamierzam sympatycznie postarzeć się o cały rok, przekonując inteligentną młodzież, że fizyka jest piękną wiedzą o przyrodzie. W życiu prywatnym postanowiłem przeczytać „Drogę do rzeczywistości” Rogera Penrosa i opowiedzieć ją swojej żonie. Jest to dwukilogramowy przewodnik po prawach rządzącym Wszechświatem. O tą książkę poprosiłem w liście do św. Mikołaja.” Prof. Bożena Gajdzica: „Boję się zasadniczych postanowień, bo po co się stresować. Wszystko co sobie wymyślę ewentualnie powinno zostać tylko dla mnie. Gdy się człowiek

przyzna, to cały czas jest rozliczany przez środowisko, czuje presję i nie robi już tego dla siebie.” Prof. Katarzyna StępniakGil: „Mam taką nadzieję, że wreszcie mi się troszeczkę bardziej uda poświęcać więcej czasu na jakiś taki rozwój własny. Nie tylko praca, nie tylko szkoła, ale chciałabym na przykład czytać więcej literatury, być bardziej na bieżąco kulturowo. Czasem pozwolić sobie na wyjście do teatru, albo do kina. No niestety na co dzień to jest tak, że jak się wróci z pracy to jeszcze trzeba coś do szkoły przygotować, cos sprawdzić. Gdzieś ciągle umykają dni i brakuje czasu. Jestem zła sama na siebie... na przykład mam stertę książek, które chciałabym przeczytać, ale ciągle nie mogę się zorganizować. Mam nadzieję, że już niedługo nadrobię zaległości i chciałabym. To jest takie

postanowienie, którego od dawna nie udaje mi się zrealizować, gdyż czasu brakuje. Troszkę udaje się spełnić, ale nie tak, jak bym chciała. Co jeszcze... Od dwóch lat zapisuję się na jogę (śmiech) i nie mogę się zmobilizować, może teraz się uda.” Prof. Krzysztof Kleban: „Mam pewne postanowienia. Chciałbym bardziej zadbać o swoje zdrowie i sprawność fizyczną. Myślę, że ważne też jest popracowanie nad swoją punktualnością. Nigdy jednak nie udaje mi się zrealizować wszystkich postanowień, ale wydaje mi się, że ważne jest, by wracać do nich myślami.” A oto nasza sonda. Można było udzielić kilku odpowiedzi, a zadawałyśmy to samo pytanie. Sami stwierdźcie, czy się z nią zgadzacie:

/ Aleksandra Kozacka Ewelina Chorecka

Krótka historia o górniku ŁOPATA I KILOF Zjazd 4m/s, modlitwa-– tutaj każdy ma swój pacierz – o to, by zjeżdżając na dół, mógł jeszcze wrócić na górę. 650m pod ziemią, ciemność, gorąc i ciasnota. Podstawowy sprzęt: lampa i aparat gazowy. Droga do szybu*- chodnikami do ściany, do przodka. By móc zjechać głębiej, między poziomami znajdują się szybiki** 50-60m. Wałbrzyskie kopalnie należą do tych o najniższych platformach,

10

Ty t u ł \ lu ty

do których mieszczą się jedynie maszyny wyrobiskowe – do 120cm, więc wszystko robią ludzie i to w pozycji prawie klęczącej. -Łopata, kilof i do pracy krótko podsumowuje pan Tadeusz Adamczyk emerytowany górnik z Wałbrzycha. 10h/d Rębacz przodowy mierzy poziom metanu, sprawdza, czy w kopalni nie ma prawdopodobieństwa

wyrzutu gazów. Wszystko w porządku. Górnicy przystępują do pracy wydobywania węgla. Najpierw ładowany łopatami trafia na taśmę i urobek*** idzie do głównego chodnika. Tam, ładowany jest na wozy i maszynka elektryczna podciąga go do szybu. Urobek trafia do kopalni na sortownię, gdzie znajdują się sita, które przeszywają węgiel – gruby w drobny. Następnie węgiel pakuje się do wagonów i już nadaje się na opał. Z miału

węglowego **** robi się brykiet, a węgiel tak, jak w wałbrzyskich kopalniach, przerabia się na koks. Tak wygląda praca górnika w kopalni: w tłoku, gorącu, ciemności, pod ziemią. 10 godzin dziennie. RĘKA, NOGA, PALEC Jak dotąd nie udało mi się odgadnąć, czy raczej zaobserwować w panu Tadku (bardzo lubi to zdrobnienie) szczególnych emocji, a zwłaszcza tych

l uty / Ty tuł

7


reportaż

A gdzie Romeo?

15 młodych, utalentowanych dziewcząt spotkało się w koszalińskim Bałtyckim Teatrze Dramatycznym, by zaprezentować swoje umiejętności. Wszystko za sprawą castingu do nowego spektaklu muzycznego „Romeo i Julia” planowanego na marzec. Będzie to duże przedsięwzięcie BTD, dlatego też celem castingu było znalezienie osób do dwóch głównych ról: Julii i Romea. Wyczekiwanie 15 „Julii” czeka na swoją kolej. Stres, powtarzanie w kółko tekstu, próba opanowania trzęsących się nóg. Niektóre dziewczyny są nadzwyczaj spokojne. Jedna kandydatka co chwilę biega, kręci się, zagaduje, gwałtownie uśmiecha, robi wszystko, żeby pozbyć się stresu lub po prostu o nim nie myśleć. – Przepraszam, ale ja po prostu muszę jakoś odreagować – tłumaczy się. Słychać tylko komentarze: A co będzie jak zapomnę tekstu? Od czego zacząć? Taniec, śpiew, czy piosenka? Boże, przecież jak usłyszą mój śpiew, to od razu mnie wyrzucą! Niepokój. Na szczęście pani Iza z panem Rafałem uspokajają uczestniczki castingu – „Nie ma się co denerwować, jak któraś zapomni tekst, to nic się nie stanie. Pan reżyser jest miły, na pewno wam pomoże i odpowiednio nakieruje.” Taak, o wiele łatwiej jest powiedzieć w takich chwilach „nie denerwuj się” niż faktycznie to zrobić. Zaczęło się No i zaczęło się, pierwsza uczestniczka proszona

8

Ty t u ł \ lu ty

wywiad

jest na scenę. – Przedstaw się, powiedz parę słów o sobie, od czego chcesz zacząć? – pyta reżyser i z niecierpliwością czeka na pokaz. Nie minęła połowa piosenki, a reżyser przerywa i prosi o następną „część programu”. Dziewczyna zaczyna tańczyć, tym razem reżyser pozwolił zaprezentować się do końca. Chwali uczestniczę, na której twarzy w końcu pojawia się uśmiech. Pora na zaprezentowanie tekstu i znów, nie minęła połowa i pan reżyser każe zakończyć. – Dobrze, weź teraz tekst, który leży na pianinie i przeczytaj. Nie, nie tak. Głośniej! Z czym ci się kojarzy nienawiść?! No dalej, wykrzycz to! Spróbuj jeszcze raz! Dobrze, teraz lepiej. O to chodziło. Uff, pierwsze koty za płoty. Kolejna uczestniczka wchodzi na scenę, wygląda na zmartwioną, zauważa to również reżyser i pyta, czy coś się stało i czy jest zestresowana. Dziewczyna zaprzecza, chociaż przyznaje, że może jest troszeczkę spięta. Pan Cezary Domagała (reżyser) prosi zatem, by opowiedziała jakiś kawał dla rozluźnienia i pokazania, jak się uśmiecha, bo przecież Julia nie może być smutna. Niestety, stres wziął górę i dziewczyna nie mogła sobie przypomnieć żadnego dowcipu. I znowu reżyser prosi o krzyk, emocje, bo to jest najważniejsze. Bujna czupryna Mimo, iż reżyser mógł wydawać się drobiazgowy i troszeczkę denerwujący, gdyż co chwilę przerywał

uczestnikom i poprawiał ich, prosił o zrobienie ,,tego” i ,,tamtego”, jego wizerunek: bujna czupryna z kręconych włosów i niezwykle sympatyczny wyraz twarzy sprawiał, że wszyscy czuli się przy nim swobodnie i pewnie, a dodatkowo jako wokaliści mieli wsparcie od pana Pawła Steczka (kompozytora), który czasem dogrywał im coś na pianinie. ,,Luzik” Bacznie obserwując (i nie ukrywam, że robiłam to z zazdrością) to, co dzieje się na scenie a co dzieje się poza nią, miałam wrażenie, że uczestniczkom całkowicie odpływał stres, kiedy się na niej w końcu znaleźli. Zapytałam, czy moje stwierdzenie było słuszne -„Hmm... więc, co by tu powiedzieć. Przed castingiem strasznie się denerwowałam, zwłaszcza, że miałam być pierwsza. Także bolał mnie brzuch, ciągle powtarzałam sobie tekst i układ. Jeszcze jak słyszałam przez ten głośnik, jak się na nich drą, to już w ogóle paznokcie z Dorcią obgryzałyśmy! Ale szczerze mówiąc, jak weszłam na scenę, to już stres odpłynął, zero tremy. Jak reżyser przerywał śpiewanie i układ, to nie stresowałam się, raczej zastanawiałam, czy to dobrze czy nie. Uprzedzali mnie wcześniej, że może nam przerwać, także luzik. Najtrudniejszym momentem castingu było to, jak musiałam wykrzyczeć słowo „nienawidzę” . To było straszne. A reżyser mi kazał jeszcze głośniej, jak ja już nie mogłam! Cała się

trzęsłam, jak krzyczałam to słowo, tylko nie wiem czy z emocji, czy ze złości. Później jak powiedział, żebym została, to już tylko czekałam na Dorotkę i razem się cieszyłyśmy.”potwierdza Marta Duczmal, jedna z pierwszych uczestniczek, a także uczennica naszego liceum. Choć uczestniczki były dosłownie męczone przez pana reżysera, wiedziały, iż chce on zrobić przedstawienie o naprawdę dużej wartości artystycznej i w tym celu sprawdzić wszystkie możliwości młodych dziewcząt. Casting trwał naprawdę długo i był przeprowadzony jak najrzetelniej. A gdzie Romeo? 15 Julii pokazało, co potrafi, okazało się, że Koszalin ma naprawdę utalentowaną młodzież i mamy komu zazdrościć talentu. Pozostaje tylko problem Romea. 15 Julii i ani jednego mężczyzny! A Romeo ma w czym wybierać... Reżyser z kompozytorem zdenerwowani tym faktem pytają się, czy nie ma w Koszalinie śpiewających chłopców. Trzeba do nich natychmiast zadzwonić. Ściągnąć, kogo tylko się da. Zniecierpliwienie. Jest nadzieja. Około 23 pojawią się chłopcy, którzy właśnie wracają z Warszawy. Przesłuchania ich trwały do 2 w nocy. To był naprawdę długi dzień i reżyser ma przed sobą trudny wybór. Decyzja jeszcze nie zapadła. Uczestnikom pozostaje tylko czekać na telefon.

/ Kamila Rogowska

Samochodem DeLoreana przez świat przyrody czyli rozmowa z Michałem

Ogniewskim W naszej szkole jakiś czas temu pojawił się nowy nauczyciel biologii. Wszyscy zastanawiają się, czy jest wymagający, jak uczy, czy jest przystojny? Po rozmowie z nim stwierdzamy, że jest sympatyczny, wyrozumiały i ma duże poczucie humoru. W lutowym numerze ,,Tytułu” zdradzi, co sądzi sam o sobie i jakie są jego marzenia. Tytuł: Jakie są Pana pierwsze wrażenia na temat uczniów I LO? Michał Ogniewski: Muszę powiedzieć, że bardzo pozytywne. Uczniowie są mili, sympatyczni. Praca z nimi to sama przyjemność. Przede wszystkim jestem mile zaskoczony młodzieżą, która przychodząc do tej szkoły, jest nastawiona na naukę i na cel, który chce osiągnąć. T.: Jakieś śmieszne sytuacje z Pana dotychczasowej pracy nauczyciela? M. O.: Oprócz ILO, uczę jeszcze w dwóch innych szkołach. W jednej z zaocznych placówek zdarzyła się pewna zabawna sytuacja. Wyszliśmy na zajęcia terenowe i grupa, którą prowadziłem, tak mi się rozeszła, że połowa już nie wróciła. T.: Aż tak przerażająco było?

M. O.: Nie, może raczej stwierdziłem, że dziewczyny rozminęły się z powołaniem. A może chciały sobie po prostu zrobić wolne…? T.: Przejdźmy może teraz do bardziej osobistych pytań. Jak najchętniej spędza Pan wolny czas? M. O.: Bardzo chętnie gram w koszykówkę, grzebię przy samochodzie. Oprócz tego moją pasją są książki. Szczególnie upodobałem sobie literaturę rosyjską. Do moich ulubionych autorów należą bracia Arkadij i Borys Strugaccy. Ich dzieła są z gatunku literatury fantastycznonaukowej. Uważam, że atutem ich książek jest to, iż są nastawione na głębokie przemyślenia. W wolne wieczory lubię także obejrzeć dobry film. Mam kilka ulubionych tytułów. Jednym z nich jest m.in. „Powrót do przyszłości”. T.: Czy zawód nauczyciela to Pana wymarzony zawód? M. O.: To się zrodziło może nie na początku, kiedy zacząłem studiować. Nauczycielem chciałem zostać dopiero pod koniec studiów, podczas praktyk zawodowych. Po prostu stwierdziłem, że przyjemnie pracuje się z młodzieżą. Oczywiście różni są ludzie i do każdego trzeba dotrzeć w trochę

inny sposób, aczkolwiek to zajęcie daje mi sporą satysfakcję zawodową. T.: Jakie ma Pan marzenia? M. O.:Chciałbym dostać pierwszą stałą pracę. Marzę też o samochodzie DeLoreana, znanym z filmu ,,Powrót do przyszłości”, ale to już zupełnie abstrakcyjne marzenie. Widziałem nawet taki model na Allegro, może kiedyś uda mi się spełnić to marzenie. T.: Proszę dokończyć zdania:

obraz w bardzo dużym powiększeniu. Muszę powiedzieć, że nie wszyscy mają okazję z niego korzystać, dlatego miałem dużo szczęścia. T.: Życzymy Panu jeszcze wielu sukcesów. Dziękujemy za rozmowę. M. O.: Ja także dziękuję.

/ Barbara Mroczkowska Anita Skorb

Bardzo boję się: momentu, kiedy ktoś zada mi pytanie, na które nie będę znał odpowiedzi. Myślę, że ta chwila na pewno się kiedyś zdarzy. Całymi dniami mógłbym:… grać na komputerze. Lubię siebie za to, że… jestem: cierpliwy, systematyczny i dążę do danego celu. Moją największą wadą jest:… porywczość i nerwowość. Nigdy w życiu… nie kupię japońskiego samochodu. T.: Jaki jest pana największy sukces? M. O.: Podczas pisania pracy magisterskiej udało mi się pracować na mikroskopie elektronowym. Oddaje

l uty / Ty tuł

9

Tytuł Nr 105  

Tytuł Nr 105

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you